Oferta dla Przyjaciół Wolnych Lektur...

Przyjaciele Wolnych Lektur otrzymują dostęp do specjalnych publikacji współczesnych autorek i autorów wcześniej niż inni. Zadeklaruj stałą wpłatę i dołącz do Towarzystwa Przyjaciół Wolnych Lektur.

TAK, chcę dołączyć!
Nie, rezygnuję z tej oferty
1% dla Wolnych Lektur

Czy wiesz, że możesz nam pomóc rozwijać Wolne Lektury, przekazując 1% swojego podatku? To bardzo proste - wystarczy, że w zeznaniu podatkowym podasz nasz numer KRS 0000070056.

x
Bajeczka wstępna → ← Słońce i księżyc

Spis treści

      Stanisław JachowiczBajki i powiastkiDeszcz złoty

      Skarżył się lud na biedę, źle mu się zdawało,
      Że choć miał dosyć chleba, pieniędzy miał mało;
      A niepokojąc Bóstwo prośbą natarczywą,
      Uzyskał, iż go złotą skarało ulewą.
      Jak grad na ziemię padały dukaty.
      Z wzniosłych pałaców i ubogiej chaty,
      Jaki taki zadyszany,
      Leci zbierać czemprędzej ów dar pożądany.
      Gdyby wtenczas filozof, co zna wartość złota,
      Widział, jak ta się skrzętnie zwijała hołota;
      Gdyby był na to patrzył obojętnem okiem,
      Byłby się najśmieszniejszym ubawił widokiem.
      Ten znosi ciężki kufer, ów beczkę pękatą,
      Tamten nadstawia szaflik, ów urnę bogatą,
      Jeden bieży z kobiercem, drugi z płachtą w ręku,
      Ten się pieści połyskiem, ów powabem dźwięku.
      Bogacz, co się nie schylił może całe życie,
      Ową marność znikomą zgarnia pracowicie,
      Od pracy nadzwyczajnej potu płyną strugi,
      A łzy mu w oczach stoją, że zbiera i drugi.
      Skąpiec, radby z jednego zrobić trzy dukaty,
      Nie wie już, gdzie je podziać, jeszcze nie bogaty
      Napchał w łataną kieszeń, ta mu się rozdziera,
      Mniema, że wszystko stracił i z żalu umiera.
      Widać było nędzarzy, co nie znali złota,
      Zdumiewała ich postać, zdziwiała prostota;
      Niejeden nie mógł pojąć jak zapamiętali
      W bezprzykładnym zapale te cacka zbierali.
      Widać było i takich, co z pracy rąk żyli,
      Nie śmieli tknąć tych skarbów, iż nie zarobili;
      Ale co jeszcze bardziej uwagę zwracało,
      Że takich nawet było tam niemało,
      Co wprzód ganili zbytnie złota zbiory,
      A potem sami napełniali wory.
      Wszystko wtenczas ze zwykłych karbów wyboczyło,
      Nikogo ni w świątyni, ni w domu nie było,
      A choć niejeden dostał potężnie po głowie,
      Choć niejeden utracił życie albo zdrowie,
      Wszystko to było niczem, blask złota nagrodził,
      Utratę nawet ojca wyrodkom osłodził.
      Lecz niedługo mniemana uciecha potrwała:
      Ta ulewa obficie cały kraj zalała,
      A że to był kraj ludom niedostępny innym,
      Nie dzielili się z nikim darem dobroczynnym.
      Wkrótce jednak powoli poznali to sami,
      Że nie wszystko jest dobrem, co nas wdziękiem mami.
      Mieli dosyć pieniędzy, lecz gdy kupić trzeba,
      Nikt nie dał za dukata i kawałka chleba.
      Każdy miał dość dukatów, a jednak żył w nędzy;
      Wtenczas wartość prawdziwą poznano pieniędzy.
      Nikt nie chciał być rolnikiem, pola zarastały,
      Rękodzielnie zamknięto, młyny mleć przestały,
      Praca zbrzydła każdemu, bo czuł złoto w worze,
      Zdarły się dawne szaty, zjadło dawne zboże.
      Niejeden z płaczem westchnął, umierając z głodu,
      Że nie w złocie prawdziwa szczęśliwość narodu.
      Close
      Please wait...
      x