Oferta dla Przyjaciół

Czytaj teksty współczesnych autorek i autorów wcześniej niż inni. Ty decydujesz, ile płacisz!

Zadeklaruj stałą wpłatę i dołącz do Towarzystwa Przyjaciół Wolnych Lektur.

TAK, chcę dołączyć!
Nie, rezygnuję z tej oferty
1% dla Wolnych Lektur

Czy wiesz, że możesz nam pomóc rozwijać Wolne Lektury, przekazując 1% swojego podatku? To bardzo proste - wystarczy, że w zeznaniu podatkowym podasz nasz numer KRS 0000070056.

x
Pieśń czterdziesta trzecia. Ostatnie przechodzenie → ← Pieśń czterdziesta pierwsza. Ostatnia chwila Czyśćca Ricarda

Spis treści

      Bianka RolandoBiała książkaNieboPieśń czterdziesta druga. Blu śpiewa o śmierci Ricarda

      Nie jest łatwo nosić brzemię zachrypniętego głosu
      Czy mam stanąć tak jak ty, domalować sobie twoje rysy
      bardziej przekonująco zagrać twoją rolę ducha?
      Niech więc będę twoim głośnikiem, twoją tubą głuchą
      będę tłumaczem twojego milczenia, tak jak kiedyś
      Teraz będę cię tłumaczyć, jeśli pozwolisz jeszcze raz
      Byłeś wiecznie rozmazywany przez swojego ojca
      który jednym ruchem przekreślił ciebie, twój łupież
      przydługie ręce, chude nogi, zmrużone oczy
      Nikomu się nie chciało rozczytywać niechlujnych słów
      znaczenia ich ulegały destrukcji, coraz większej korozji
      język stawał się dla ciebie coraz bardziej bezużyteczny
      W końcu zamilkłeś, postanowiłeś to sobie na zawsze
      Twój głos stawał się coraz smutniejszy i gorzki niewybaczalnie
      Coraz więcej byłeś podziurawiony przez ostrza strzykawek
      ten właśnie las piniowy sprawił, że stałeś się durszlakiem
      dlatego wszystko przepływało, nie czując żadnych oporów
      W miejskim szalecie leżałeś i umierałeś, dosyć to zabawne
      na pewno melodramatyczne, sentymentalne tak zdychać
      za ostatnie pieniądze ukradzione z torebki
      uszytej z wężowej skóry
      Widziałeś kolorowe ściany, przenikałeś przez nie
      dzięki dziurawej chemii, przenikałeś przez meblościanki
      Byłeś tą nieważną literą alfabetu, tą ostatnią, tą zbędną
      dla porządku słów, dla języka, konstrukcji ze sklejki
      Leżałeś, opalając się w pełnym lśnieniu lampki łazienkowej
      opierając swoją przyciężką głowę na śmierdzącym sraczu
      Dworcowałeś przez wiele tygodni, więc cuchnąłeś
      swoją obsikaną fizjologią, śliną ściekającą z ust jak jad
      Byłeś taki zmęczony paradą wenecką tych głosów
      we śnie twoje serce, niepewne kolejnych uderzeń
      przestało ci wreszcie służyć cicho w środku, zmarło
      Opadłeś upozowany na posadzkę, kierując swe oczy
      na sztuczne oświetlenie, ono zdawało się gasnąć
      Posadzka, na której leżałeś, była mozaiką szczególną
      przedstawiającą historię zbawienia w wersji light
      w wersji dla korzystających z miejskiej łazienki
      Postacie wszystkie szczerzą białe, amerykańskie zęby
      Ich kolor komponuje się z kolorem umywalek
      gdzie szatan to uśmiechnięty kolega z klasy
      z nosa wyjada dziwne rzeczy, poci się ze strachu
      swąd jego lęku przed nauczycielem czuć wszędzie
      Chrystus to gwiazda kina popularnego we Włoszech
      na którego polują lafiryndy i rzesze dziennikarzy
      chcą robić sobie zdjęcie z nim w tle, z autografem
      mieć kolejne, niezbite świadectwo jego istnienia
      zbadane przez chemików ustalających daty powstania
      pocieszyć wszystkich ateistów, że to fałszerstwo
      kolejny zuchwały triumf nauki nad wierzeniami
      Murzynów, dzieci, starców drżących, sikających w ławkach
      oświetlając sztucznym oświetleniem nieprzenikniony mrok
      za pomocą wszelkich nam dostępnych zdobyczy techniki
      Pozostaną im tylko te białe zęby szczerzące się
      z hasłem dbaj o swój promienny uśmiech pośmiertny
      Taka mozaika popularnonaukowa w miejskim szalecie
      na którą nie mogłeś już patrzeć, na niej umierałeś
      Poczułeś wtedy ryk trzeźwego chłodu, wymagania
      Usłyszałeś, że jesteś niedostateczny z plusem
      złowiony za pomocą niedurszlaka
      został ci włożony do niekieszeni rebus
      rebus do wypowiedzenia
      Ty sam nie mogłeś wypowiedzieć jego rozwiązania
      nie miałeś tego daru języka, za karę i bezszelestność
      Mogła to tylko twoja siostra, skryta w milczeniu
      Musiałeś ją prosić w sposób niezrozumiały o pomoc
      Echo po ciele jeszcze raz odbiło się w sennej rzeczywistości
      tak stałeś w przepoconym podkoszulku, ucząc się mówić
      od początku, krztusząc się, deformując wszystko śmiesznie
      wymówić słowo między znaczeniami, literować je
      to słowo jest dmuchanym kołem z PCV
      kołem ratunkowym, rzuconym, wypychającym cię
      Tylko jedno słowo, które nie istnieje z powodu wad
      wymowy, seplenienia wszystkich języków, dialektów
      Analiza zbawicielska każdej sekundy twojego życia
      twój każdy spłowiały włos został zbawiony z osobna
      Zbawiony jest także ten cyniczny w twoim przypadku napis
      na wypranej i przebarwionej od innych podkoszulce
      żeby Paradise Tours dobrze się kojarzyły z niebem
      Zachęcić wycieczki szkolne do odwiedzenia tych okolic
      które są ciągle niedocenione, mało reklamowane w TV
      Zbawienie miłosierne dryfuje niczym meduza w wodzie
      możesz go nie zauważyć, choć mieni się, odbijając ciebie
      Jego galaretowatą strukturę trudno uchwycić w wodzie
      Uczyni cię miłosiernym, uczyni wszystko na nowo
      Uczyni cię ostatnim plażowiczem przed przypływem
      Oto teraz dziury po kornikach zostały zaimpregnowane
      będziesz teraz mógł wyglądać jak stary, stylowy antyk
      Handlarze będą się zabijać o ciebie, jeden już umarł
      Niech więc nastanie już twoje milczenie i niech tylko ciche
      świsty wiatru w tobie jeszcze pozostawią jakiś pogłos
      Close
      Please wait...
      x