Oferta dla Przyjaciół Wolnych Lektur... Ankieta czytelników Wolnych Lektur

Wypełnij ankietę i pomóż nam rozwijać Wolne Lektury. Zajmie Ci to kilka minut, a nam pomoże stworzyć bibliotekę, która odpowiada na potrzeby naszych Czytelników i Czytelniczek.

x
Spojrzenie → ← Do Matki Boskiej

Spis treści

    1. Dziecko: 1
    2. Miłość: 1
    3. Patriota: 1
    4. Śmierć: 1
    5. Walka: 1 2

    Krzysztof Kamil Baczyński1942, 1943, 1944Wybór

    Uczyniwszy na wieki wybór,
    w każdej chwili wybierać muszę.

    J. Liebert

    Noc zielona była, po dniu skwarnym
    głębokość jej szumiała jakby liście czarne,
    w których mleczny rdzeń wyrósł, i kroplami gwiazd
    odmierzał się powoli nieostrożny czas.
    Maria czekała cicho. I zdało się, płynął
    świat ogromny w oddechu nieba jak otchłanie,
    co wiało wielkim oknem na stół, na posłanie
    białe i nie dotknięte. Czekała. W milczeniu
    na piersi ręce kładła i wtedy się pienił
    krwi jej rozgrzany napój i owoce mleczne
    pęczniały jej pod dłonią, i czuła, jak bije
    bolesna piąstka serca. I czuła, że żyje
    łodyżka w niej maleńka, listeczkami dwoma
    obejmująca miłość całą, jaką ona
    i on zamknęli w sobie. I gdy rękę niżej
    odsunęła, poczuła, jak ją szorstko liże
    płomienny język ciszy. DzieckoBrzuch miała jak kroplę
    ogromną, w rozłożystą misę biódr zamknięty.
    W takiej ciszy słyszała, jak na godzin stopnie
    pnie się w niej ten roślinny puch, twardnieje w orzech —
    — to było dziecko małe, które wkołysali
    ciepłym ciał swych pomrukiem jak szelestem morza
    w jej pełnię i dojrzałość, która równa ziemi
    ogarnęła i rosła rączkami drobnemi,
    zarysem ust różowych, roślinką maleńką,
    którą czuła pod lekko wyciągniętą ręką
    i która dziś się spełni i wzejdzie człowiekiem
    nad przymrużoną lekko ziemi złej powiekę,
    żeby się stać czym? Kwiatem, powłoką czy łzą?
    A on był z nimi razem. Drzewa niebo niosły
    i jak rybak, co trąci nieostrożnym wiosłem
    tataraki — i kwiaty podwodne ukaże,
    tak wiatr obłokom zwijał nachmurzone twarze
    i odsłaniały gwiazdy czystsze od pian bieli.
    WalkaOni stali bez ruchu. W ciemności widzieli,
    jak z wolna ich otacza wróg, a hełmy lśniły
    jak łuski wielkiej ryby, która nocą drąży.
    Jan stał pośrodku, cichy jak wielki chorąży,
    który sztandar przedśmiertny ogromnych niebiosów
    unosi. Jego głowa i płonące włosy,
    w których gwiazdy spalały ostatni swój płomień,
    stały w sklepieniu nocy, w milczenia ogromie.
    Tacy byli żołnierze, którzy bez mundurów,
    w cywilnych czapkach, z bronią zza pasa wydartą
    stali u serca ziemi jak burzliwe chmury
    przeciw wierze bezsilnej i miłości martwej.
    A tamci jeszcze bliżej. Więc ujęli w ręce
    broń jak rzeźbiarz, co dłuto ujmuje z namysłem,
    aby wyciąć nagrobny pomnik, w takiej męce,
    w takim bólu krzesany, aby czyny wszystkie,
    wszystkie cierpienia i burz grzywy wciosać
    w pomnika twarz, ramiona, w usta i we włosy.
    WalkaWięc runął łańcuch strzałów. Najpierw po ogniwie
    sypał się na bruk dźwięcząc, potem coraz ciężej.
    I świst, jakby jęk łuku zerwanej cięciwy.
    To ziarna kul jak długie, rozpalone węże.
    Ulica była ciemna. Bił głos. Z okien nisko
    zlęknionych oczu płatek. Od krwi było ślisko.
    Sypki grzechot o ściany. Potem świst. Schyleni,
    przypadali głowami — jak do dna — do ziemi.
    Pocisk. Więc ciemność drgnęła, odprysło od bruku
    i rozerwani na sylwetek palce
    pełzali naprzód, już się gięli w walce:
    to przypadną i bąki ostrych strzałów grają,
    to z granatem w powietrzu bez ruchu przystają,
    oczy szukają szybko, potem chmura tryśnie
    i jeszcze większa ciemność w powietrzu zawiśnie.
    Jan widział ciała ciemne i jeszcze raz nabił,
    i jak oporne zwierzę długo w dłoni dławił
    broń. Znów zatrzepotał skrzydłem ołowianym
    zerwany łańcuch strzałów. ŚmierćPotem granat w górę
    trysnął i raz na zawsze zamilczał w ciemności
    zmiażdżony bruk i bezruch czarnych ciał.
    On jeszcze chwilę wyższy jakby stał
    u ściany, przedłużony cieniem, potem skośny
    jak kostur, co przy murze postawiony czeka,
    ruszony, upadł. Tylko plusk bezgłośny
    zamknął się nad nim cicho. Noc się jak powieka
    zmrużyła i zapadła. Jeszcze gwiazd ulewa
    zza chmury wynurzona opadała w drzewa
    i łopot strug ciemności wydymał się w wietrze,
    i stało skamieniałe nad światem powietrze.
    Więc cisza ogromna się stała jak woda,
    ciemna, głęboka i ciepła, wchłonęła kształty i świat.
    A anioł lekki nad ziemią cicho mu rękę podał
    i szli wysoko, w obłoków rozchylający się kwiat.
    I już się Jan kołysał nad ziemi dnem wypukłym,
    kiedy dom w dole ujrzał, i łzy jak ciężkie gwiazdy,
    pełne obrazów zmieszanych, w dół spadły, rozprysły się, stłukły.
    I począł ciężyć w dół jak próżny[1] dźwięku dzwon,
    bo widział Marię białą jak brzozę w burzy zgiętą,
    schyloną nad dzieciątkiem w ogromnym lustrze lęku.
    «Podaj mi rękę — mówił anioł — bo jeszcze jeden krok,
    a trwoga cię ogarnie i spadniesz suchym liściem
    w drapieżną czułość ziemi, w pożary ludzkich rąk,
    w jezioro mroczne czasu podobne ciemnym snom».
    Znów się muzyki ciepłej płomyk zapalił biały,
    a on strwożony jeszcze, choć w górę lekko szedł,
    zapłakał: «Czym nie zgrzeszył, odchodząc od cierpienia,
    odchodząc, kiedy za mną bolesne kwiaty wiały,
    jej dłoni i jej oczu uderzał motyl trwożny
    i do jej stóp maleńkich przykuta ciężka ziemia?
    Jam szedł za tym płomieniem, co pali nieostrożny
    i nieobaczny na nic». A anioł mówił tak:
    Miłość, Patriota«Tyś był miłości wiernej nierozdzielony ptak,
    który miał tyle serc, ileś twych braci miał,
    i z każdym serc powiewem twój wielki płomień drżał,
    i uczyniłeś wybór po wszelki świata czas,
    jakże chcesz, żeby w trwodze o jedno ciało gasł?
    Bo dusza jej to strumień, srebrzysty, żywy ton,
    a nie napłynie otchłań w zielony, boży dom».
    I znów się ciszy całun w muzyki krąg układał,
    a znów go strwożył czas i mówił: «Nim dorośnie
    dzieciątko, czym się stanie, czy groza go nie wchłonie?»
    A anioł wziął go w ciszy mocno za obie dłonie
    i rzekł: «Czyś ty zapragnął krzyżować smugi dróg,
    które wydrążył przed nim ognisty boży pług?
    Ale wiedz: kto zaufał, gdziekolwiek niesie lot,
    miłością pooddziela od miłowanych zło».
    Wtedy się serce Jana skruszyło w miękki popiół,
    to serce, które z duszą porwane — ziemskie było.
    I próchno się na ziemię jak rosa albo łza
    zsunęło. Nisko w dali fala chmur białych szła.
    Jeszcze dzwonek na wieży,
    ptaki w locie i obłok,
    wietrzyk dzwonił i gasł.
    «Podaj mi rękę — mówił anioł —
    oto się stajesz zapatrzeniem gwiazd».
    Ukończone 14 września 1943 roku,
    pisane w miesiącach: maj, lipiec, sierpień, wrzesień 1943 r.

    Przypisy

    [1]

    próżny — tu: pozbawiony. [przypis edytorski]

    Close
    Please wait...
    x