Wolne Lektury potrzebują pomocy...


Potrzebujemy Twojej pomocy!

Na stałe wspiera nas 373 czytelników i czytelniczek.

Niestety, minimalną stabilność działania uzyskamy dopiero przy 1000 regularnych darczyńców. Dorzucisz się?

Tak, dorzucę się do Wolnych Lektur!
Tym razem nie pomogę, przechodzę prosto do biblioteki
Oferta dla Przyjaciół

Przyjaciele Wolnych Lektur otrzymują dostęp do specjalnych publikacji wcześniej niż inni. Zadeklaruj stałą wpłatę i dołącz do Towarzystwa Przyjaciół Wolnych Lektur. Kliknij, by przejść do strony płatności!

x
(Nie stój u ciemnych świata wód...) → ← Wina

Spis treści

      Krzysztof Kamil BaczyńskiPolacy

      Oto rozmawiam z cieniami rycerzy
      w głuchej, wygasłej urnie mojej ziemi,
      a głosy jak organy rosną i strudzeni,
      tyle wieków zwalając, co nad nimi leżą,
      tyle serc w jeden kamień skutych, nim odwalą,
      jak ciemność stygną we mnie i jak wiatr się żalą.
      O! Straszne, straszne dzieje. Widzę morza głuche,
      ziemię z niebem złączoną, a jak step w posuchę,
      i tętent burz pod ziemią, i tłumy wśród ogni
      wijące się jak węże pocięte w kawały,
      i twarze, twarze groźne, o! twarze podobne
      obliczom w śnie zabitych. To znów nagle wały,
      mury, miecze się wznoszą, krzyk rozcina ziemię;
      a potem cisza. Tylko stoją nieme
      posągi bohaterów — trzech lub dwu herosów,
      a popod nimi przepaść zieje — do dna głosu.
      Jeszcze, jeszcze pochody na dalekich lądach,
      gdzie huragany armat rwą na strzępy ziemię,
      na morzach lśniących, gdzie zamknięci w prądach
      mocują się z żyłami golfstromów pod niemi.
      I jeszcze, jeszcze dalej — gdzie stąpną — zwycięscy,
      I tam jeszcze, w ojczyźnie, z dłońmi zgorzałemi,
      tam zawsze podeptani, tam zawsze na klęsce
      jak na trumnie orkanu — wieniec serc na ziemi.
      I tak mijają lata: rzeki, miasta niosą
      jak czarną krę pożogi odbitą aż do dna,
      i ciemność, ciemność głuchą. Wyje ziemia głodna
      rykiem z pól wyoranym, wydartym z pogromów,
      a na niej stoją widma rozrąbanych domów,
      gdzie na zgwałconych sercach pohańbione ciała,
      jakby się męka boża w ludziach ciałem stała.
      0 straszne, straszne dzieje. Huczy czas nad nami.
      Kiedy z szubienic dzwony sinych ciał zagrają,
      wywloką nas na bruki pokrajane łzami,
      na oświęcimskie każnie i warczącą zgrają
      do gardeł nam przypadną. My będziemy żyli
      i tysiąc lat po śmierci w gałęziach szubienic,
      płoszący życie z ślepi tych, co nas zabili.
      Ja rozmawiam z cieniami umarłych rycerzy
      nad grobowiskiem ziemi, sam jak krzyż zgorzały,
      i mówię: „O, przeklęty ten, który nie wierzy
      wystygłym prochom ludu i serc żywych grozie;
      bo kto na swojej klęsce — klęskę ducha mierzy,
      o! tego nie wybawi płomienisty orzeł.
      Bo kto nie kochał kraju żadnego i nie żył
      chociaż przez chwilę jego ognia drżeniem,
      chociaż i dniu potopu w tę miłość nie wierzył,
      to temu żadna ziemia nie będzie zbawieniem”?
      O, wybudujcie domy, o, nazwijcie wreszcie
      Polskę — Polską, nie krzywdą, a miłość — miłością,
      i niechaj biegną rzeki, a na każdym mieście
      niech słup srebrzystych skrzydeł tryśnie jako kościół,
      kościół ciał odkupienia. Każdy jako posąg
      śród liści, nie z marmuru, stoi — sobie mały,
      ale rosnący w kształtach jak jabłka dojrzałe,
      wszyscy razem w kopulę, co odbije glosy
      walnych trąb archanielskich jak lawiny nieba,
      by chleb był dla miłości, nie miłość dla chleba,
      by czas był tym rosnącym, a nie krwi łakomym.
      O, wybudujcie domy, jasne, wielkie domy.
      23. XII. 42 r.
      Close
      Please wait...