Aby móc stabilnie działać w 2026 roku, potrzebujemy Twojego wsparcia!
dowiedz się więcej

Wpłać
 
300 000 zł

Cześć, jestem Dominik. Jestem właścicielem Postęp Studio i razem z Wolnymi Lekturami od ponad dwóch lat realizujemy dla Was audiobooki, których możecie słuchać za darmo.

Z tego miejsca chciałbym Was też zaprosić do wspierania po prostu Wolnych Lektur, bo Wolne Lektury istnieją właśnie dzięki Wam i dzięki Wam mogą takie projekty tu działać. Tylko po prostu liczą na mały gest od Was, od Ciebie, który może przyczynić się do tego, żeby nasza kultura mogła dalej trwać, istnieć i zachować się na lata.

Zapraszam do wsparcia.

Wesprzyj Wolne Lektury — teraz, zanim zapomnisz
Szacowany czas do końca: -
Bruno Jasieński, But w butonierce (tomik), Śmierć Pana Premiera
Deszcz → ← Perche?

Spis treści

      Bruno JasieńskiBut w butonierceŚmierć Pana PremieraRapsod

      1
      Eleganckie, otwarte landau
      Z fantazyjnie filmową szybkością
      Elastycznie tańczyło po nierównym bruku
      Zaprzężone w dwa białe, rasowe ogiery.
      5
      Pan Premier z wysokości pluszowej poduszki,
      Oddając z lekka-grzecznie ukłony en gros,
      Jak ktoś, kto ma cylinder i dobre maniery,
      Myśli z przyjemnością:
      — Świat jest, w zasadzie, piękny.
      10
      I słońce jest piękne. Niewątpliwie… —
      (Pan Premier jest, jak zwykle, po dobrym śniadaniu)
      — I piękne są dziewczęta w wiosennych manteaux
      Na swoich śpiewnych biodrach kroczące leniwie.
      Np. ta blondynka — pulchna, jak ciasteczko… —
      15
      (Pan Premier zakurzył buty przy wsiadaniu,
      Otrzepuje je z lekka chusteczką)
      — I jaka nadzwyczajna we wszystkim harmonia! —
      (Pan Premier myśli filozoficznie)
      — Przecież nie widzi chyba niewidomy!
      20
      Przez to, że węglarz jest brudny i czarny,
      Jaśniej i bielej wyglądają domy.
      (Zdaje się nawet jakiś myśliciel już to rzekł.)
      I czym by było np. resorne landau,
      Gdyby nie było wcale trzęsących dorożek?
      25
      Albo czy kwitłyby tak pięknie drzewa,
      Gdyby zbrakło na świecie zwyczajnego… gnoju… —
      (Pan Premier poetyzuje.
      Jest dziś w wybornym nastroju.
      Wiosna go olśniewa.)
      30
      — I jak wobec tych pięknych rzeczy są komiczni
      Wszyscy posłowie socjalistyczni
      Z tym swoim brudnym ludem, którym ciągle straszą.
      Oni są po pierwsze nie-e-ste-tycz-ni…
      Tak przesiąkli kapustą i kaszą…
      35
      Nie potrafią ocenić jak cudnym jest życie.
      I w ogóle, gdy świat jest cały taki piękny, —
      Bez wątpienia
      Jest po prostu nieprzyzwoicie
      Robić w nim jakieś zatwardzenia… —
      40
      Hoppp…
      Intermezzo.
      Lekkie wstrząśnienie.
      Szprycha zadziała koło w ciężarowym wozie.
      Białe konie kłusowieją dalej.
      45
      Pan Premier uprzytamnia sobie, że siedzi w powozie
      I jedzie na posiedzenie.
      Na poduszce, w skórzanym portfelu
      Leży jego mowa,
      Którą ma dziś wygłosić przed plenum.
      50
      Rzecz niby, w zasadzie, nie nowa…
      Dobrze jednak, że dziś jest w humorze,
      To mu w takich razach dodaje tlenu.
      Poza tym mowa mu się udała,
      No… i teraz jest tak pięknie na dworze…
      55
      Gdy przymknie oczy, bez mała
      Zdaje mu się, że jest Wielkim Księciem
      I jedzie gdzieś po miękkiej fiołkowej łące…
      (I ludzie najtrzeźwiejsi mają swe poezje…)
      — Jednak to wszystko jest strasznie męczące… —
      60
      Myśli Pan Premier z dystyngowanym ziewnięciem,
      Z którym mu jest bardzo do twarzy…
      — Dzisiaj w Sejmie 3 interpelacje,
      Nie licząc samych wniosków nagłych…
      Ten pasztet wczoraj na kolację
      65
      Na intencję holenderskiej misji
      Był stanowczo cokolwiek nieświeży…
      Poza tym interview 8 dziennikarzy
      W sprawie nowej państwowej emisji…
      (Strasznie ciekawy naród — ci Polacy…)
      70
      Potem bankiet u Ministra Zdrowia
      Z 50-ej okazji urodzin…
      Wszystko to, jeśli się zmierzy, —
      Wypadnie na pewno 12 godzin pracy.
      Robotnicy krzyczą ośmiu godzin!
      75
      Zobaczyliby ile mamy ich my, Ministrowie!
      Ale to ich nie obchodzi… —
      Tymczasem słońce świeci tak różowo…
      Na ulicach bieleją kasztany…
      Pan Premier nie wie co się dzieje z jego głową
      80
      Jest zupełnie słońcempijany.
      Budzi się w nim odwieczny u człowieka kult Rha.
      Stara się myśleć nad swoją mową.
      Na porządku jest kwestia agrarna.
      Mowa jest stanowczo non plus ultra.
      85
      Mocna. Zwięzła. Lapidarna.
      Przy tym kwiecista i patriotyczna.
      Wynalazł nawet piękną cytatę z Verhaerena…
      Jutro już będą o tym czytać sojusznicy…
      W Sejmie można liczyć na poparcie.
      90
      Zrobi się mały rwetes na lewicy…
      Zresztą, mówiąc otwarcie,
      Zważywszy pro i contra pewnym jest, że chociaż…

      Ryży, uciekający robociarz
      W granatowej, połatanej bluzie…
      95
      Smutne niebieskie oczy — sen o eskimosie…
      Pan Premier czuje jakiś dziwny swąd…
      Coś go kręci w nosie…
      Musi kichnąć…
      — Zaraz… aale skąd?… —

      100
      I-czi-hi!!!

      Białe szalone konie, całe w krwi i w pianie,
      Ponoszące na oślep ulicą
      Zaplątanego w lejcach siwego stangreta…
      Ktoś krzyczący przeraźliwie — Ooooo!! —
      105
      Ktoś drugi wystraszony, spłaszczony przy ścianie.
      I czarne, roztrzaskane na drzazgi landau…

      Ludzie.
      Otoczyli.
      Krzyczeli.
      110
      Machali rękami.
      Znalazł się pompatyczny, zaspany constabel
      Popychali się. Pchali. Wzdychali.
      Wyciągnęli czarne palto z nogami
      I z czymś mokrym, zamiast głowy…
      115
      Wszystko było fashionabl.
      Ktoś pobiegł dzwonić po pogotowie.
      Ktoś opowiadał jakąś dziwną okoliczność…
      — Proszę się nie tłoczyć, Panowie. —
      Powiedział poważnie okręgowy
      120
      I zaczął rozpychać publiczność.
      Stali. Ubolewali. Wzdychali.
      Kołysali domyślnie głowami…
      A jeśli?..
      Przyjechała karetka —
      125
      Podnieśli.
      Kapało na ziemię.
      Dużo lepkiej, brunatnawej krwi.
      Jakaś dama fiołkowo-biała
      Powiedziała: «Fi!»
      130
      I zemdlała.
      Wsadzili. Odjechali.
      Każdy cisnął się. Każdy chciał zobaczyć z bliska.
      Policjant urzędowym tonem, dla formy,
      Poprosił nie robić zbiegowiska.
      135
      Tramwaj ruszył z dzwonieniem, zgrzytaniem.
      Potoczyły się dorożki, platformy.
      Poszli ludzie. Pojechały landa.
      Samochody. Karety. Mail-coache.
      Długa kołopędna girlanda
      140
      Po nieznanej, linijnej wytycznej…
      Z akacji opadały białe, ciężkie płatki…
      Na rogach dyskutowali jeszcze długo
      O sytuacji politycznej.
      W drukarniach układali nadzwyczajne dodatki…
      145
      Została czerwonawa plama na asfalcie.
      Konie ją rozniosły na kopytach.
      Rozmazały ją koła, obcasy…
      Chłopiec z cukierni lizał palce po biskwitach.
      Państwo za wielką szybą jedli ananasy.
      150
      Pani mówiła panu: — Jutro nie przyjadę… —
      Przyszedł łysy, parszywy pies
      I zaczął lizać
      Lepką, słodko-kwaśną marmoladę.
      Bezpieczne płatności zapewniają: PayU Visa MasterCard PayPal

      Dane do przelewu tradycyjnego:

      nazwa odbiorcy

      Fundacja Wolne Lektury

      adres odbiorcy

      ul. Marszałkowska 84/92 lok. 125, 00-514 Warszawa

      numer konta

      75 1090 2851 0000 0001 4324 3317

      tytuł przelewu

      Darowizna na Wolne Lektury + twoja nazwa użytkownika lub e-mail

      wpłaty w EUR

      PL88 1090 2851 0000 0001 4324 3374

      Wpłaty w USD

      PL82 1090 2851 0000 0001 4324 3385

      SWIFT

      WBKPPLPP

      Skopiuj link Skopiuj cytat
      Zakładka Istniejąca zakładka Notka
      Słuchaj od tego miejsca