Wolne Lektury potrzebują pomocy...



Wolne Lektury są za darmo i bez reklam, bo utrzymują się z dobrowolnych darowizn i dotacji.

Na stałe wspiera nas 375 czytelników i czytelniczek.

Niestety, minimalną stabilność działania uzyskamy dopiero przy 1000 regularnych darczyńców. Potrzebujemy Twojej pomocy!

Tak, dorzucę się do Wolnych Lektur!
Tym razem nie pomogę, przechodzę prosto do biblioteki
Oferta dla Przyjaciół

Przyjaciele Wolnych Lektur otrzymują dostęp do specjalnych publikacji wcześniej niż inni. Zadeklaruj stałą wpłatę i dołącz do Towarzystwa Przyjaciół Wolnych Lektur. Kliknij, by przejść do strony płatności!

x
Deszcz → ← Perche?

Spis treści

      Bruno JasieńskiBut w butonierceŚmierć Pana PremieraRapsod

      Eleganckie, otwarte landau
      Z fantazyjnie filmową szybkością
      Elastycznie tańczyło po nierównym bruku
      Zaprzężone w dwa białe, rasowe ogiery.
      Pan Premier z wysokości pluszowej poduszki,
      Oddając z lekka-grzecznie ukłony en gros,
      Jak ktoś, kto ma cylinder i dobre maniery,
      Myśli z przyjemnością:
      — Świat jest, w zasadzie, piękny.
      I słońce jest piękne. Niewątpliwie… —
      (Pan Premier jest, jak zwykle, po dobrym śniadaniu)
      — I piękne są dziewczęta w wiosennych manteaux
      Na swoich śpiewnych biodrach kroczące leniwie.
      Np. ta blondynka — pulchna, jak ciasteczko… —
      (Pan Premier zakurzył buty przy wsiadaniu,
      Otrzepuje je z lekka chusteczką)
      — I jaka nadzwyczajna we wszystkim harmonia! —
      (Pan Premier myśli filozoficznie)
      — Przecież nie widzi chyba niewidomy!
      Przez to, że węglarz jest brudny i czarny,
      Jaśniej i bielej wyglądają domy.
      (Zdaje się nawet jakiś myśliciel już to rzekł.)
      I czym by było np. resorne landau,
      Gdyby nie było wcale trzęsących dorożek?
      Albo czy kwitłyby tak pięknie drzewa,
      Gdyby zbrakło na świecie zwyczajnego… gnoju… —
      (Pan Premier poetyzuje.
      Jest dziś w wybornym nastroju.
      Wiosna go olśniewa.)
      — I jak wobec tych pięknych rzeczy są komiczni
      Wszyscy posłowie socjalistyczni
      Z tym swoim brudnym ludem, którym ciągle straszą.
      Oni są po pierwsze nie-e-ste-tycz-ni…
      Tak przesiąkli kapustą i kaszą…
      Nie potrafią ocenić jak cudnym jest życie.
      I w ogóle, gdy świat jest cały taki piękny, —
      Bez wątpienia
      Jest po prostu nieprzyzwoicie
      Robić w nim jakieś zatwardzenia… —
      Hoppp…
      Intermezzo.
      Lekkie wstrząśnienie.
      Szprycha zadziała koło w ciężarowym wozie.
      Białe konie kłusowieją dalej.
      Pan Premier uprzytamnia sobie, że siedzi w powozie
      I jedzie na posiedzenie.
      Na poduszce, w skórzanym portfelu
      Leży jego mowa,
      Którą ma dziś wygłosić przed plenum.
      Rzecz niby, w zasadzie, nie nowa…
      Dobrze jednak, że dziś jest w humorze,
      To mu w takich razach dodaje tlenu.
      Poza tym mowa mu się udała,
      No… i teraz jest tak pięknie na dworze…
      Gdy przymknie oczy, bez mała
      Zdaje mu się, że jest Wielkim Księciem
      I jedzie gdzieś po miękkiej fiołkowej łące…
      (I ludzie najtrzeźwiejsi mają swe poezje…)
      — Jednak to wszystko jest strasznie męczące… —
      Myśli Pan Premier z dystyngowanym ziewnięciem,
      Z którym mu jest bardzo do twarzy…
      — Dzisiaj w Sejmie 3 interpelacje,
      Nie licząc samych wniosków nagłych…
      Ten pasztet wczoraj na kolację
      Na intencję holenderskiej misji
      Był stanowczo cokolwiek nieświeży…
      Poza tym interview 8 dziennikarzy
      W sprawie nowej państwowej emisji…
      (Strasznie ciekawy naród — ci Polacy…)
      Potem bankiet u Ministra Zdrowia
      Z 50-ej okazji urodzin…
      Wszystko to, jeśli się zmierzy, —
      Wypadnie na pewno 12 godzin pracy.
      Robotnicy krzyczą ośmiu godzin!
      Zobaczyliby ile mamy ich my, Ministrowie!
      Ale to ich nie obchodzi… —
      Tymczasem słońce świeci tak różowo…
      Na ulicach bieleją kasztany…
      Pan Premier nie wie co się dzieje z jego głową
      Jest zupełnie słońcempijany.
      Budzi się w nim odwieczny u człowieka kult Rha.
      Stara się myśleć nad swoją mową.
      Na porządku jest kwestia agrarna.
      Mowa jest stanowczo non plus ultra.
      Mocna. Zwięzła. Lapidarna.
      Przy tym kwiecista i patriotyczna.
      Wynalazł nawet piękną cytatę z Verhaerena…
      Jutro już będą o tym czytać sojusznicy…
      W Sejmie można liczyć na poparcie.
      Zrobi się mały rwetes na lewicy…
      Zresztą, mówiąc otwarcie,
      Zważywszy pro i contra pewnym jest, że chociaż…

      Ryży, uciekający robociarz
      W granatowej, połatanej bluzie…
      Smutne niebieskie oczy — sen o eskimosie…
      Pan Premier czuje jakiś dziwny swąd…
      Coś go kręci w nosie…
      Musi kichnąć…
      — Zaraz… aale skąd?… —

      I-czi-hi!!!

      Białe szalone konie, całe w krwi i w pianie,
      Ponoszące na oślep ulicą
      Zaplątanego w lejcach siwego stangreta…
      Ktoś krzyczący przeraźliwie — Ooooo!! —
      Ktoś drugi wystraszony, spłaszczony przy ścianie.
      I czarne, roztrzaskane na drzazgi landau…

      Ludzie.
      Otoczyli.
      Krzyczeli.
      Machali rękami.
      Znalazł się pompatyczny, zaspany constabel
      Popychali się. Pchali. Wzdychali.
      Wyciągnęli czarne palto z nogami
      I z czymś mokrym, zamiast głowy…
      Wszystko było fashionabl.
      Ktoś pobiegł dzwonić po pogotowie.
      Ktoś opowiadał jakąś dziwną okoliczność…
      — Proszę się nie tłoczyć, Panowie. —
      Powiedział poważnie okręgowy
      I zaczął rozpychać publiczność.
      Stali. Ubolewali. Wzdychali.
      Kołysali domyślnie głowami…
      A jeśli?..
      Przyjechała karetka —
      Podnieśli.
      Kapało na ziemię.
      Dużo lepkiej, brunatnawej krwi.
      Jakaś dama fiołkowo-biała
      Powiedziała: «Fi!»
      I zemdlała.
      Wsadzili. Odjechali.
      Każdy cisnął się. Każdy chciał zobaczyć z bliska.
      Policjant urzędowym tonem, dla formy,
      Poprosił nie robić zbiegowiska.
      Tramwaj ruszył z dzwonieniem, zgrzytaniem.
      Potoczyły się dorożki, platformy.
      Poszli ludzie. Pojechały landa.
      Samochody. Karety. Mail-coache.
      Długa kołopędna girlanda
      Po nieznanej, linijnej wytycznej…
      Z akacji opadały białe, ciężkie płatki…
      Na rogach dyskutowali jeszcze długo
      O sytuacji politycznej.
      W drukarniach układali nadzwyczajne dodatki…
      Została czerwonawa plama na asfalcie.
      Konie ją rozniosły na kopytach.
      Rozmazały ją koła, obcasy…
      Chłopiec z cukierni lizał palce po biskwitach.
      Państwo za wielką szybą jedli ananasy.
      Pani mówiła panu: — Jutro nie przyjadę… —
      Przyszedł łysy, parszywy pies
      I zaczął lizać
      Lepką, słodko-kwaśną marmoladę.
      Close
      Please wait...