Wolne Lektury potrzebują pomocy...



Wolne Lektury są za darmo i bez reklam, bo utrzymują się z dobrowolnych darowizn i dotacji.

Na stałe wspiera nas 363 czytelników i czytelniczek.

Niestety, minimalną stabilność działania uzyskamy dopiero przy 1000 regularnych darczyńców. Potrzebujemy Twojej pomocy!

Tak, dorzucę się do Wolnych Lektur!
Tym razem nie pomogę, przechodzę prosto do biblioteki
Znajdź nasze audiobooki na YouTube

Audiobooki Wolnych lektur znajdziesz na naszym kanale na YouTube. Kliknij, by przejść do audiobooków.

x
[Intermezzo (Zielone są ręce moje...)] → ← Spacer

Spis treści

    1.
  1. 2.
  2. 3.
  3. 4.
  4. 5.
  5. 6.
  6. 7.
  7. 8.
  8. 9.
  9. 10.

    Bruno JasieńskiBut w butonierceMiastoSyntezja

    1.

    Noc zimna.
    Zła.
    Przejmująca. Czarniawa. Chłodnista.
    Nie widać ani źdźbła.
    Deszcz leje, jak z cebra.
    Na rogu policjant-statysta
    Pod połę karabin podebrał,
    Otulił się ceratowym płaszczem
    Chodzi wolno, błyszczący, jak widmo,
    Deszcz mu spływa z kaptura na oczy.
    Po twarzy go chlaszcze.
    Moczy.
    Bębni po ceracie woda.
    Raz… raz… pach-pach-pach… raz…
    Woda…
    Eh, czas!!
    Psa wygonić szkoda!
    Bieda nadałaż!
    Bębni, bębni po ceracie woda.
    Brzęczy cicho podwiązany pałasz.
    Deszcz… deszcz… deszcz… po butach chlupie…
    Chodzi wolny, zziębnięty, miarowy,
    Zatrzymując się przy każdym słupie
    Posterunkowy.
    Z dalekiego czarnego zaułka
    Zawarczało — zadudniło — zajękło.
    Zabłysnęły dwa czerwone kółka.
    Wynurzyło się spóźnione auto.
    Pędzi, pędzi środkiem, jak burza.
    Przeleciało z hukiem po kałużach,
    Obryzgało od butów do głowy,
    Zostawiło w nosie swąd niezdrowy
    I na wargach smak kwaśny, jak ocet.
    Jeszcze z dala się trąbką rozlega…
    — Też diabeł dał to!
    — Będzie się włóczył po nocy!
    — Elegant!
    A tam znów dwóch.
    Wzięli się pod ręce.
    Zachlapani po brzuch.
    Dobrze cięci.
    Idą prosto środkiem —
    Nie skręcą.
    Brzuchy naprzód wypięli, jak tanki.
    Tylko patrzeć zrobią burdę.
    Na rogu dom.
    Jasno oświetlony.
    Różowe firanki.
    Ciepło. Przytulnie. —
    Burdel.

    2.

    Na dole w dużej, oświetlonej sali
    Z pluszowych bordo mebli pokrowce zdjęte.
    Dwaj młodzieńcy, jeden starszy
    Czekali.
    Wszystkie panienki zajęte.
    Siedzą mroczni. Milczą.
    Noc ciemna. Dżdżysta.
    Pali się elektryczny żyrandol.
    Na pianinie student jurysta
    Gra powolnie, rozmarzająco
    Farandolle…
    I pada deszcz…
    Eh, życie!..

    3.

    Jak grywałem ja ci, Stasiu,
    Griega, Mussorgskiego,
    Powiedziałaś ty mi, Stasiu,
    — Nie klej naiwnego. —
    Oj, Stasiu, Stasiu,
    Nie klej naiwnego.
    Jak czytałem ja ci, Stasiu,
    Błoka z Tetmajerem,
    Powiedziałaś: — Kup mi lepiej
    Kapelusz z rajerem. —
    Oj, Stasiu, Stasiu,
    Kapelusz z rajerem.
    Jak uczyłem ja cię, Stasiu,
    Składni, Geografii,
    Powiedziałaś: — Chciałbyś darmo.
    Każdy tak potrafi. —
    Oj, Stasiu, Stasiu,
    Każdy tak potrafi…

    4.

    Za portierą,
    Po schodkach,
    Na górze
    Zabiegały przyśpieszone kroki…
    Głosy… Głosy… Gwar… Rumot… Stąpania…
    Co?.. Policja?.. Obława?.. Rewident?..
    Niee. Nic, nic.
    Maleńki incydent…
    Z pokojów wychylają się goście przygodni.
    Przysłuchują się…
    Skandal poczuli.
    Na korytarzu stoi łysy staruszek
    Bez spodni
    I krzyczy.
    Dziewczyna rozczochrana, w koszuli,
    Wtuliła się w kąt za schody —
    Jęczy:
    — Nie mogę już…
    — On mnie zamęczył… —
    Staruszek zaspany
    Mruga w świetle oczkami szklistymi od sadła
    I krzyczy wkółko:
    — Trzymajcie ją! Trzymacie!..
    — Ona mnie okradła!… —
    — Co-o?.. Kto pana okradł? Gdzie pana okradli?!
    — Pijany! Wariat!…
    — U nas jeszcze nie było wypadku… —
    Ucichło. Ucichło.
    W czarnej nocy gdzieś dzwonił telefon:
    — Halloo! Dziewiąty komisariat… —

    5.

    Deszcz mży. Zacina.
    Chłodny. Miarowy.
    Moknie na rogu
    Posterunkowy.
    Naciągnął kaptur.
    Okrył się płaszczem.
    Deszcz go natrętny
    Po twarzy chlaszcze…
    I gwiżdże wiatr…
    Z czarnego gardła ulicy,
    Z samego spektrum
    Z sykiem rozdarł ciemności
    Żółty reflektor.
    Szeleści woda.
    Wicher powiał.
    Pędzi karetka pogotowia.
    Wymościła światłem drogę.
    Widno…
    Pędzi cicho, bez szelestu.
    Węszy po ulicach,
    Jak widmo.
    Gdzie?.. Gdzie?.. Może tu?..
    Tuu — tuu — tuu…

    6.

    Znowu ucichło.
    Deszcz lunął gęstszy.
    Zegar na wieży wybił trzy.
    W imię Ojca i Syna!!
    A to co!?..
    Na skręcie ulic
    Lampy migocą.
    Lampy. Lampy. Lampy.
    Wysypały zza węgła łańcuchem.
    Białe. Oszalałe.
    Biegną gdzieś, uciekają gdzieś, lecą parami
    Ulicami. Bulwarami.
    Nie zakręcą ani razu.
    Raz — dwa — trzy! Raz — dwa — trzy!
    Idzie mazur.
    Para za parą! Para za parą!
    En avant!
    Eh, zimno!
    Przeleciały armią szybką, stulicą
    Nad zziębniętą ogłupiałą ulicą.
    Zarzuciły łyse głowy
    Na bakier.
    Żegna się w trwodze posterunkowy
    I spóźniony fiakier.
    Popędziły dalej w tańcu
    Wywijany, długi łańcuch,
    Ulicami.
    Zaułkami.
    Bulwarami.
    Zapędziły się na most nad rzekę.
    W wodzie szarej i sinej
    Przeglądają łysiny.
    Lampy. Lampy. Lampy…
    Na moście stał jeden,
    Trzymał się rampy,
    Wymiotował w czarną wodę żółte bluzgi.
    Blask mu oświetla żółty profil starczy…
    Pod mostem woda bulgoce.
    Przewala się. Jęczy.
    Wzdycha i warczy.
    Woda.

    7.

    Na piaszczystym nadbrzeżu stłoczyły się lampy.
    Każda 300 świec.
    Zaroiły się lampy.
    Wiec.
    Na brzegu mokną sieci zatknięte na wiosła.
    Tam, dalej nieco,
    Kilku ludzi. Z latarniami.
    Policjant.
    Pochyleni nad czymś czarnym, bezkształtnym.
    Świecą.
    Co?…
    Woda przyniosła.
    Męty…
    Kobieta. Twarzy nie rozpoznać.
    Zzieleniała. Cuchnąca. Tragiczna.
    Brzuch wydęty.
    Ciężarna. W dziewiątym miesiącu.
    Z ubrania fabryczna.
    Odwrócili głowy chłopi,
    Rybacy.
    — Nowina!…
    — Mało to się kurw topi…

    8.

    Zimny deszcz.
    Sina rzeka.
    Woda.
    Jęczy. Bulgoce. Narzeka.
    Zerwała śluzy.
    Wzdyma się. Przybrała groźna.
    Toczy z pluskiem czarne bańki.
    Po brzegach, bokiem,
    Migają domy. Czarne. Pokrzywione.
    Gruzy.
    Szczerzą zęby ślepych okien.
    U Czarnej Mańki
    Widno.
    Zalatuje harmonia. Wesoło.
    Deszcz ścieka…
    Eh, dola!…
    Płacze, beczy harmonia z daleka.
    Przyśpiewuje.
    — Poszła dzjeucha do miasta.
    — Um-ta-ta. Um-ta-tà-ta-ta.
    — Powróciła brzuchata.
    — Um-ta. Um-ta. Um-ta-ta-tà.
    — Oj ty wodo, wodo czarna,
    — Śmiertelne kochanie.
    — Oj przytulisz ty mnie, wodo,
    — Na ostatnie spanie!
    — Um-ta. Um-ta. Um-ta-ta-tà.
    — Na ostatnie spanie…

    9.

    Deszcz tnie miarowy.
    W szyby wodą pluje.
    Chodzi, chodzi na rogu posterunkowy,
    Co się zatrzyma — nasłuchuje…
    Nic.
    Okna zapuściły sztory.
    Tam, w hotelu,
    Światło całą noc się pali.
    Ktoś chory.
    Po doktora posyłali.
    Przez okno widać czasem wysmukłą szatynkę.
    Ciemny, głuchy cały parter…
    Na trzecim piętrze światełko. —
    Starszy pan zwabił do siebie 7-ioletnią
    dziewczynkę
    I gwałci ją na fotelu.
    Dziecko ma oczy szeroko rozwarte…
    Na rogu posterunkowy chodzi
    Tam i na powrót. Tam i na powrót.
    I patrzy w czarne okna.
    Zza węgła podpatruje go złodziej.
    Deszcz pada.
    Mokną…
    Ciemno. Cicho. Czarno.
    Nikt się nie ozwie, nie zbudzi.
    Pracuje, pracuje w nocy
    MIASTO — FABRYKA LUDZI.
    Przewracają się w łóżkach podlotki.
    Straszno. Zaparło dech.
    Śni im się pierwszy, taki słodki,
    Taki bolesny grzech.
    Czernieją okna. Wszystko śpi.
    Szaaa!… Czyjeś kroki za bramą…
    Po burdelach, hotelach, po chambre garnie Tysiącem tłoków w rytmie krwi
    Pracuje gigantyczne Dynamo.
    Na kilometry sienników rozparło się Miasto —
    Wielki, parzący się kurnik.
    Będzie miał jutro robotę
    Ze swoją armią krościastą
    Dyżurny lekarz skórnik.
    Po poczekalniach, po lecznicach
    Przepastnych, jak lejki,
    Po ambulatoriach szpitali —
    Długie, pstre, nieskończone kolejki,
    Jak wielka taśma słucka.
    Czarny robociarz i biały bankier
    Z bijącym sercem
    Czekali.
    — N-tak… Twardy szankier…
    — Sprawa ludzka…

    10.

    A deszcz pada.
    Deszcz pada
    Drobniutki.
    Aksamitny.
    Błękitny.
    Powietrzny.
    Nad rynsztokiem siadły w szereg smutki.
    Płaczą płacz swój odwieczny…
    Ulicami chodzi cisza, chodzi.
    W czarne okna przez szyby zagląda.
    W czarne okna, zamknięte, jak groby.
    Wspina się na palców koniuszkach.
    Twarz do szyb zapotniałych przyciska
    I patrzy… —
    Białe rozczochrane łóżko.
    Rozrzucone części garderoby.
    Pod łóżkiem nieodzownie zwykły sprzęt złowonny…
    Na spoconym czole prostytutki
    Spoczęły w ciszy tingl-tanglu
    Palące usta Madonny.
    Close
    Please wait...