Wolne Lektury potrzebują pomocy...


Potrzebujemy Twojej pomocy!

Na stałe wspiera nas 352 czytelników i czytelniczek.

Niestety, minimalną stabilność działania uzyskamy dopiero przy 1000 regularnych darczyńców. Dorzucisz się?

Tak, dorzucę się do Wolnych Lektur!
Tym razem nie pomogę, przechodzę prosto do biblioteki
Informacje o nowościach

Informacje o nowościach w naszej bibliotece w Twojej skrzynce mailowej? Nic prostszego, zapisz się do newslettera. Kliknij, by pozostawić swój adres e-mail.

x
Cafe → ← Ipecacuana

Spis treści

      Bruno JasieńskiBut w butonierceMorga

      Przyjechali czarną, zamkniętą karetką.
      (Był wieczór… jesienny wieczór…
      Błoto — spleen — zapatrzenie…)
      Wynieśli coś ciężkiego, nakrytego płachtą.
      Postawili nosze na kamienie.
      Robili rzecz zwinnie.
      Lampa oświetlała ich jasno, biało.
      Było cicho… Deszcz śpiewał w rynnie…
      Konie cłapały kopytami…
      (… Coś się stało… Coś się stało…)
      Przystanęło kilku ciekawych.
      Patrzyli. Pytali.
      Dolatywały pojedyncze słowa.
      Jakaś rozmowa urywana, krótka,
      Prowadzona ściszonym staccatem…
      … 25 lat… Prostytutka…
      … sublimatem…
      Podnieśli nosze. Weszli do sieni.
      (Deszcz padał… krople tłukły o dach…)
      Jeden świecił im z przodu latarnią.
      (… Taniec cieni…)
      Ponieśli w dół po lepkich, wyślizganych schodach
      Do ogromnej, sklepionej piwnicy.
      Nosze stały rzędem.
      Coś czarnego mignęło … przepadło…
      Może szczur?… Może cień z ulicy?…
      Jeden świecił latarnią.
      Przystanął.
      Postawili pod ścianą.
      Wytarli głośno nosy.
      Wyszli.
      Klucz zgrzytnął w zamku…
      Jeszcze ciche oddalone głosy…
      Jeszcze kroki cichnące na górę…
      (… Jak myśli… jak myśli…)
      Potem turkot po bruku za bramą…
      I nic…
      Cisza…
      Ciemno…
      Zostawili SAMĄ, zupełnie SAMĄ…
      Samą jedną na uboczu.
      Nosze stały szeregiem nieruchome, nakryte.
      Noga przy nodze.
      Z kąta błysnęła para zielonkawych oczu…
      Jedna… Druga…
      Wpatrywały się długo, badawczo…
      Coś szeleściało po mokrej kamiennej podłodze…

      Na górze paliły się lampy.
      Chodnikiem wlókł się jakiś pijany robotnik,
      Wieczny po oceanach ulic argonauta.
      Ulicą z świstem syren ścigały się auta.

      Jerzemu, jeżeli chce

      Close
      Please wait...