Oferta dla Przyjaciół

Czytaj teksty współczesnych autorek i autorów wcześniej niż inni. Ty decydujesz, ile płacisz!

Zadeklaruj stałą wpłatę i dołącz do Towarzystwa Przyjaciół Wolnych Lektur.

TAK, chcę dołączyć!
Nie, rezygnuję z tej oferty
Znajdź nas na YouTube

Audiobooki Wolnych Lektur znajdziesz na naszym kanale na YouTube.
Kliknij, by przejść do audiobooków i włączyć subskrypcję.

x
Pieśń trzecia. Przekrzywiony upadek → ← Pieśń pierwsza. Pralnia chemiczna

Spis treści

      Bianka RolandoBiała książkaCzyściecPieśń druga. Między

      Czarna, brudna królowa, to ja, płaczliwa madonna
      Mam drobne jeszcze błyski dobroci, można je zauważyć
      jak przechylisz głowę trochę w lewo
      to może dostrzeżesz we mnie ten zabłąkany odcień dobroci
      Oto jestem Rozszczepiona pryzmatem twojego wzroku
      Twoje spojrzenie na mnie prawie miłosne
      złożone z tysięcy zaczepnych kryształków
      Twoje spojrzenie i wiem już wszystko
      Twoje spojrzenie i nie wiem już nic
      A mój drugi kawałek rozszarpany, rozszczepiony
      Jego krawędzie są ostrzejsze, można się skaleczyć
      pokaleczyć język, podniebne podniebienie
      W głębokich warstwach zostałam podzielona między
      Powoli składam się, oceniam, czy jeszcze jestem
      wyczyszczona z Blu i Bruny, czy jestem Bianca
      Druga część mnie pomiędzy nie jest ani dobra, ani zła
      na dwie nieregularne części pęknięta
      Ich wewnętrzny skrzyp, walka błędnych rycerzy
      Nic tu nie jest samym w sobie, wszystko odnosi się
      to są ciągłe powtórzenia, powtórzenia, powtórzenia
      po to, aby sędzia dokładnie przeanalizował
      za pomocą mikroskopu elektronowego, kto skusił
      które słowo skusiło, skacząc na oślep
      To druga liga, Jemu nie chce się oglądać
      Jest tu więc sytuacja nieskończenie pusta
      Nie chce rozstrzygać, że coś się zmieni w grze
      więc wszyscy czekają napięci jak struny
      żeby zmiany zewnętrzne zmieniły ich constans
      Zmierzcha już, zimno jest już, na zewnątrz
      Idę skryta przez zmęczenie i mam słodką ślinę
      Co rano czyszczę medale doskonałości
      odznaczenia człowieka roku albo pół roku
      taka łagodna, empatyczna, wszyscy lubią mnie
      Promienne spojrzenie pieczołowicie mydlę, czyszczę
      Te moje wyrestaurowane fasady to jedyna nadzieja
      W kącikach ust i oczu, uszu tkwią wielkie czernie
      wielkie apetyty niespełnione, głodne, ciągle by się spełniały
      apetyty na wszystko, na wszystkich, mieć w sobie wszystko
      Czym bardziej odświętne wznoszę jasne spojrzenia
      tym grubsza warstwa narasta we mnie jako bunt skryty
      Nie umiem być pokorna wobec uczuć dobrych, okazywanych
      tych uśmiechów szczerych, tych lekkich skinień głową
      Cóż za perfidna zależność wrzucona w moje istnienie
      za fasadą jaśnie oświetloną, za fasadą ciemnością pokrytą
      tkwi świątynia buntownika, skrycie odmalowywana na nowo
      Bianca moje imię spisane, by wysoko i nisko
      spoglądać, by znaleźć coś poza uczuciami, poza gramatyką
      ciągle pomiędzy przebywać, doznawać rozkoszy
      i goryczy bycia ani tu, ani tu
      Niemożliwość zlokalizowania mnie za pomocą systemów
      nawigacji satelitarnej i teologicznej
      gdzie się aktualnie znajduje między
      Lubię ten własny brud sklejający moje słowa, obrazy
      Kreować od początku te klejące się do siebie spoiwa
      z niczego
      żeby tak było cicho i czysto
      by móc według jakieś logicznej metody rozumieć
      odzyskiwać wiarę w jakikolwiek sens mierniczy
      podpisywać się jeszcze Bianca albo Chiara[1]
      Białe rozcieranie rzeczywistości, do dna
      do głębszych warstw, do konstrukcji pierwotnej
      Moje zawzięte drapanie, prawie alergiczne
      podrapać się do końca świata, do granicy
      gdy się ściera już wszystko, nie ma już podłoża
      Moje poszukiwanie sensu za cenę wszystkiego
      za cenę połamanych paznokci, nieświeżej cery
      O jad kiełbasiany, o drobnoustroje, o nieświeże oddechy
      Sunę, oto ja, zachodząca gwiazda chińskich wyprzedaży
      z bardzo dumnym wyrazem oczu, z bardzo dumnym
      Prostuję się nerwowo, wyglądając lepiej zdecydowanie
      Robię sobie ciągle samodzielnie operacje plastyczne
      nadając mojej twarzy ciągle zdziwiony wyraz
      nacinając skórę w odpowiednich miejscach
      Wszyscy się podśmiechują ze mnie, widząc te zmiany
      widząc ślady, blizny po moich rozciągnięciach
      między słusznością i niesłusznością
      Zbyt biała na popołudniową porę z ciepłem w tle
      Zbyt chłodna, spokojna na zbawienną kochankę
      Zbyt cicha, by jej głos ktoś pochwycił i się przewrócił
      z przerażenia, z przerażenia, z przerażenia
      Mój byt był zawsze zbyt, zawsze ta nawiązka zostawała
      Dzielenie, po którym zostają dwa kosze ułomków
      Te pozostałości, nie wiadomo, co z nimi począć
      Zbyty, zbyty ciągnę za sobą, wyginając się mocno
      Mój tren ślubny z szeleszczących ułamków
      które po jedzeniu, miłości i snach pozostają

      Przypisy

      [1]

      Chiara (wł.) — odpowiednik imienia Klara bądź przymiotnik: jasna, przejrzysta, jednoznaczna. [przypis edytorski]

      Close
      Please wait...
      x