Wesprzyj

Wspieraj Wolne Lektury

x

Spis treści

    II
  1. III
  2. IV
  3. V
  4. VI
  5. VII
  6. VIII
  7. IX
  8. X
  9. XI
  10. XII
  11. XIII
  1. Nauka: 1
  2. Ojczyzna: 1
  3. Podróż: 1
  4. Pozycja społeczna: 1 2
  5. Praca: 1 2
  6. Przywódca: 1
  7. Szlachcic: 1 2 3 4
  8. Tchórzostwo: 1
  9. Zdrada: 1

Władysław SyrokomlaGawędyZaścianek PodkowaGawęda szlachecka z 1812 roku[1]

PODRÓŻNY

1

Boże, co za spiekota; pot czoło opływa,

Prędkoż mię do gospody zawiedzie ta ścieżka?

Ojczyzna, PodróżZiemio rodzinna moja! szczęsny, kto tu mieszka,

Biédny, kto podróż odbywa!

5

Hop mój koniu! choć pianą i potem okryty,

Choć pan twój ledwie żyje ze skwaru, z niewczasu[2],

Tam za górą, na łące widać jakieś szczyty!

To może strzecha popasu[3].

Mylę się… to są gruzy starego kościoła,

10

Tynk opadł, okna puste, wyszczerbione mury,

Na dachu szkielet krokwi nienakrytych zgoła,

A w klonie dzwon sygnatury.

Co za rozkoszne miejsce, a pustkami stoi;

Odłogiem leży pasmo pól i sianożęci,

15

Jak tu pięknie w olszniaku ów strumień się kręci,

On nas spragnionych napoi!

Puszczę konia na trawę, a sam wodą czystą

Orzeźwię się, umyję i ręce, i skronie.

A ległszy na murawie, olszyną cienistą

20

Spaloną głowę osłonię.

ŻEBRAK

Dzień dobry mój paniczu! Niech cię Pan Bóg broni,

Niech chowa w swojéj opiece,

Wiedz, że tutaj na łące nie wolno paść koni,

Nie wolno poić w téj rzece.

PODRÓŻNY

25

Jak to? Mówisz nie wolno, a czyjaż to łąka?

Czy jesteś stróżem najętym?

ŻEBRAK

Tak panie, jestem stróżem jak pies, co się błąka,

Czując[4] nad skarbem zaklętym.

Stróżem jestem, ten kościół, te spalone krzyże,

30

Cmentarz, skąd panisko dyba[5],

Te łąki, te poletki i te wody chyże,

To moich przodków sadziba[6].

Czy widzisz za kaplicą gruz pieców ceglasty?

Widzisz ten komin wyniosły?

35

Czy widzisz stosy węgla, pokrzywy i chwasty,

Co na popiele wyrosły?

Czy widzisz tę w zagonach ziemię nieuprawną?

Nie zawsze była jałową!

Przed trzydziestu latami… niezbyt jeszcze dawno

40

Tu stał zaścianek Podkowa, —

Tak narzeczon[7] od herbu, co rodu zaszczyty

Głosił z niepamiętnéj pory,

Bo my choć biédni, mamy klejnot[8] rodowity,

Co dał nam Stefan Batory.

45

Bo to za owych czasów nasz przodek Konstanty,

Nabył swój klejnot dostojnie,

Kiedy Stefan Batory zdobywał Inflanty,

Zyskał szlachectwo na wojnie.

Od niego to pochodzi parentela[9] nasza,

50

Drzewo wspaniałéj postaci,

Syn Konstantyna Krzysztof zrodził Tobijasza,

Tobijasz zrodził trzech braci;

Najstarszy był Mikołaj, jego gałęź trzyma

W rodzie pierwszeństwo ojczyste,

55

Mikołaj zrodził Pawła, Paweł Joachima,

Joachim Jana Baptistę:

Jan mosanie[10] Baptista, zbaw mu Boże duszę,

To był mój ojciec rodzony;

Ach! co by on powiedział, że ja spędzać muszę

60

Gościa, co przybył w te strony!

Pan myślisz, że ja bronię łąkę i pastwisko

Z jakiéjś nieludzkiéj rachuby?

Nieprawda, jak Bóg żywy, nieprawda panisko!

Ja tylko nie chcę twéj zguby.

65

Ho! ho! gdybyś zawitał do tego ustronia,

Gdy tu mieszkałem za młodu,

Miałbyś suto murogu[11] i owsa dla konia,

Miałbyś i piwa, i miodu.

Bo tu była zamożność i wiosną, i zimą,

70

Wiész, jaka była tu cnota?

Każdy kto tu przyjechał lub zabłądził mimo

Nie wyszedł trzeźwy za wrota.

A teraz gdy zaścianek przyszedł ku zagubie,

Wiész, jak przeklęty okropnie!

75

Biada bydłu, co trawę z téj łąki uskubie!

Biada kto wody téj żłopnie!

A nawet kto tutejszy, mija to bezdroże,

Bo wié, że ziemia zaklęta,

To lub koło się złamie, lub koń zaniemoże,

80

Albo go niemoc opęta. —

Mnie pan hrabia tutejszy trzyma za zapłatą,

Bym stał jak wiecha przydrożna,

I ostrzegał podróżnych i zima, i lato:

Że tędy jechać nie można.

85

Bywało — zorzą drogę — to jedzie, kto nie wie,

I klęskę sobie napyta;

W przeszłym roku żebraka, ot tu przy tém drzewie,

Roztrzaskał piorun i kwita —

Czy mało? Co rok prawie cóś się komuś stanie,

90

Kto w to zabłądzi bezdroże.

PODRÓŻNY

Cóż to jest? Czary jakieś?

ŻEBRAK

Nie czary mój panie,

Lecz pomsta musi być boża.

PODRÓŻNY

Za co?

ŻEBRAK

95

Ha! Długo gadać, koń trędzlami[12] dzwoni

Na długie gawędy nasze —

Wiész pan co? Przebrnij rzekę i na tamtéj błoni

Puść swego konia na paszę. —

Tam już grunt niezaklęty i dobre pastwisko;

100

Widzisz tę kłodę dębową?

Siądźmy, ja ci rozpowiém, skąd to uroczysko

Zaklętem i Pomstą zową.

II

Tandem[13] więc, jak mówiłem i jak widzisz ślady,

Tu był zaścianek Podkowa,

105

Tu żyły moje dziady i moje pradziady,

Poczciwa szlachta czynszowa;

A tam daléj za lasem, stał dwór murowany,

Z zamkiem, wałami i fosą,

Tu jeńcowie tatarscy budowali ściany,

110

Jak dawne powieści niosą.

Pan dzisiejszy zmurował pałac znakomity,

Ślad zamku zarosły chwasty,

Ale jeszcze jest brama, a na niéj wyryty,

Rok tysiąc sześćset szesnasty.

115

Jeszcze pamiętam zamek i pana starostę,

Kiedy to jedzie na sejmy,

Przysyła tu hajduka i szlachcice proste

Sprasza na obiad uprzejmy. —

Było w naszym zaścianku domów ze dwanaście

120

Płacących czynsze za ziemię,

Dziedzic jak grunt wydzielił ojcu protoplaście,

Z wiekiem… rozrosło się plemię.

A czynsz mospanie lekki, opłacać aż miło,

Lub służyć w bandzie ochoczéj —

125

Najczęściéj się do zamku rycersko służyło —

Koń i pachołek z półwłoczy[14].

Ale co to za służba? to i znaleźć rzadko,

Wojna czy sprawa domowa,

Każą jednemu jechać, to całą gromadką

130

Wali zaścianek Podkowa.

Dziedzic bywało krzyknie: «Pomożcie mi chłopcy!»

My lecim z ciałem i duszą,

Czy gdzie karczmę zapalić, czy rozrzucić kopcy,

Wszyscy z zaścianku wyruszą.

135

Czasem się aż starszyzna rozgniewała nasza,

Kiedy w sianokos lub żniwa

Jaśnie wielmożny dziedzic na sejmik zaprasza,

Lub na obławę przyzywa —

Któż pogardzi sejmikiem albo polowaniem?

140

Więc krzyczy młodzież wesoła:

«Murem mospanie! Murem naszych piersi staniem

Gdzie pan starosta powoła!»

Mój ojciec (wieczny pokój!) czasem podziwaczy:

«Ej! młodzi! Żnijcie i koście!»

145

Ale sam się uśmiécha, bo wié, co to znaczy

Wskarbić się w łaskę staroście.

Tylko wolę starosty miéj za rozkaz święty,

A wszystko uzyskać możno:

Łąka ci nieskoszona albo morg niezżęty,

150

Dworscy włościanie go pożną.

Jedno słowo: «wy bracia, wy sąsiedzi moi»

Było na ustach paniska;

Bywało, zbierze szlachtę, nakarmi, napoi,

Jeszcze do piersi przyciska.

155

Czasem, gdy stary szlachcic w uroczystym czasie

Zanadto spełnia wiwaty,

I upadnie pod ławę — to w pańskiéj kolasie

Odwiozą starca do chaty.

III

Tak wiek z wieków, od czasów któregoś Zygmunta

160

Szlachta osiadła te grunta;

A ten strumień, co płynie pomiędzy parowy

W kształcie herbowéj Podkowy,

Pamięta, choć wokoło ślady się zatarły,

Jak dziady i wnuki marły,

165

Jak prawnuki wzrastały, on powiedzieć może

Wszystkie dopuszczenia boże,

Wszystkie lata wesołe, wszystkie czarne biedy,

Jak szły Tatary i Szwedy,

W którym roku był pomor, w którym znak niebieski,

170

Sejm, czy trybunał litewski?

Bo nieraz tu starcowie o wieczornéj chwili

Swoje przygody gwarzyli:

Strumień pewno pamięta… dowiedziéć się muszę,

Kto to zaszczepił te grusze,

175

Które ot tam usechłszy[15] na zaklętéj ziemi,

Stérczą szkiélety nagiémi?

A smaczny miały owoc! — aż dotąd mi w duszy

Smak tych jabłoni i gruszy,

Com je kiedyś obijał z téj gałęzi dużéj,

180

Co krukom za gniazdo służy —

Strumień mi kiedyś powie, z jakiéj to ofiary

Wzniesiono kościołek stary,

Który tam właśnie stérczał sosnowémi ściany,

Gdzie dzisiaj ten gruz ceglany;

185

Pamiętam tę kapliczkę drewnianą, nadgniłą,

Gdzie to się do mszy służyło,

Gdziem spod saméj wieżyczki, dla marnéj uciechy,

Wykręcał wróble spod strzechy;

Gdzie z chórów, jakby z tronu poglądałem dumnie,

190

Gdziem ojca zokopał w trumnie,

Gdzie brałem ślub, gdzie dla mnie i starzy, i mali

Veni creator[16] śpiéwali.

Jasny był dzień! ej jasny! Lecz w oczach mi ciemno…

Panie zlituj się nade mną!

195

Stare oczy a głupie — wspomnisz dawne dzieje,

To z nich się i łza poleje. —

Fraszka łza i wspominek! — Tylko duch rozżarzy,

Wypala zmarszczki na twarzy;

A jeszcze cudzy człowiek, widząc, że my płaczem,

200

Gotów się zaśmiać cichaczem.

IV

Szlachcic, Pozycja społecznaPo starych dobrych czasach — ot przyszedł wiek nowy,

Nastały czarne lata na szlachtę z Podkowy,

Przeminął czas sejmików, jak mija sen marny,

Zahardział[17] pan starosta niegdyś popularny,

205

Zostaliśmy magnatom niezdatni i biedni,

Minęła łaska pańska, minął chleb powszedni:

Tam grad pola wybije, ówdzie chata spłonie,

Trudno już było wyżyć na naszym zagonie,

Gdzie się nowe kłopoty zjawiały co chwilę,

210

Gdzie czynszmi obłożono we dwójnasób tyle, —

Gdzie nie bacząc na starca lub niewiastę chorą,

W dzień świętego Marcina[18] okna ci wybiorą. —

Ej te nieszczęsne czynsze! Jakby kość do gardła,

Przez nie to w rok po ślubie żona mi umarła,

215

A gdyśmy wieźli trupa, to pachołek pjany

Konia mi spod śmiertelnéj wyprzągł karawany.

Znosili twardą biedę Podkowianie starzy,

Gniéw trząsł się na ich wąsach i zmarszczkach na twarzy,

Nieraz pobiec do zamku i rąbać się chcieli,

220

Do boku! Och! Na teraz szkoda karabeli!

Szkoda poczciwéj broni! — Choć cię w sztuki potną,

Cierp szlachto podkowiańska zelżywość sromotną.

Pan starosta, co naszéj urągał się biédzie,

Rozumiał, że na niego śmierć nigdy nie przyjdzie,

225

Śmierć przyszła swoją drogą — pan leży w kościele.

On wiele uszczęśliwił i ukrzywdził wiele,

Niech mu Bóg dobrotliwy jego win nie baczy,

Niech mu jedno nagrodzi, a drugie przebaczy.

Źle nam było pod koniec — lecz gniéw nastał boski,

230

Gdy syn jego, pan hrabia odziedziczył wioski:

Sam z człekiem i nie gadał, a dworskie kozaki

Krwawo i łzawo szlachcie dali się we znaki —

Szlachta lubi polować, a tuż las graniczy,

Biada, jeśli ze strzelbą spotkał cię leśniczy,

235

Biada, jeśli dziewczęta niebaczne, bo młode,

Zerwą kwiatek na łące lub w lesie jagodę,

Biada, jeżeli trzoda za rzeczkę choć wbieży,

Nie unikniesz pogróżek, gwałtów i grabieży, —

Kiedyśmy szli do hrabi skarżyć się na zgraję,

240

Psami szczwały nas z zamku francuskie lokaje;

A pan, jeśli do niego docisnąć się zdarzy,

Obelgą cię nakarmi lub czynem znieważy.

Myślisz — hrabia co bronił swe lasy i pasze,

Wzajemnie kiedyś miedze uszanował nasze?

245

Gdzie tam! — konno, ze psami, z harapem u pasa,

Co dzień po naszych łąkach i pastwiskach hasa,

Nasze zboże tratuje, poniewiéra marnie,

Lub na naszych owieczkach zaprawia swe psiarnie.

A jeśli się pożalisz, to cię sfuka o to:

250

«A milczéć mi! zuchwała, niewdzięczna hołoto!

Jeżeli wam niedobrze na tutejszéj stronie,

Precz mi z mojego gruntu! Ja odejść nie bronię!»

Próżno się człowiek modli i litości czeka —

Wciąż jedna sprawiedliwość i jedna opieka.

V

255

Wtém dziwne wieści krążą po powiecie,

Trąby francuskie poza Niemnem dzwonią,

Dwa groźne wojska stanęły pod bronią,

I hrabia wspomniał, żeśmy ludzie przecie.

Czy to z nadziei, czy z jakiegoś strachu,

260

Wnet powziął ku nam najżyczliwsze chęci,

Ot! jak chorągiew na zamkowym dachu,

Tak serce hrabi za wiatrem się kreci.

Grzecznie się kłaniał, aż jednéj niedzieli

Odwiedził wszystkich czynszowych swéj ziemi,

265

Uściskał młodzież, szeptał ze starszémi,

Klękł przed kaplicą, i wszyscy klęknęli…

Modlą się, gwarzą — już i noc zapada,

A jeszcze trwają modły i narada.

Nazajutrz ledwie poranek zabłyska

270

Znikła z zaścianku młodzież od wyboru,

Zniknęły konie z naszego pastwiska,

Zniknął pan hrabia ze swojego dworu;

W sadzibach naszych jeno pozostali

Drżący starcowie albo chłopcy mali,

275

Kobiéty słabe lub kto mimo chęci

Pozostał doma z wiarą i otuchą;

W zaścianku naszym jak w grobowcu głucho,

Nie słychać brzęku kos na sianożęci, —

Nie zarżą konie na wieczornéj paszy,

280

Trwożna niewiasta co godzina blednie,

Bo wyją wilki, których nikt nie straszy;

I puchacz pucha czarne przepowiednie,

I smutno jakoś w chmurach się rozbija:

Echo od dzwonka na Zdrowaś Maryja.

VI

285

Robocze lato wyzwało nas z domu,

Po ukraińsku rozrosło się żyto;

Kłos z niebem gada i chleba obfito,

Tylko pracować i jeść nié ma komu; —

Kilku staruszków, ot cała drużyna.

290

Dziad chce pracować, lecz mu ręka mdleje,

Tylko by śpiéwał godzinki za syna

Lub przypominał starodawne dzieje; —

Kilku młodzieńców, co niby to skoro

Rwą się do pracy, by rozerwać serce,

295

Ale na polu do kółka się zbiorą,

Gwarzą o bitwach, mundurach, żołnierce,

A pora schodzi — przeminął czas suszy.

Mgłami jesieni powlekło się słońce,

Zboże niezżęte sypie się i kruszy,

300

Trawy stwardniały i zeschły na łące —

Ledwie gdzieniegdzie wytykają głowę

Kopice siana lub mendle zbożowe; —

Nastała jesień, cały plon się kwasi,

I tak zmarniała całoroczna praca:

305

A gdzie pan hrabia? Gdzie rycerze nasi?

Nie masz i wieści, gdzie kto się obraca.

Nastała zima o niezwykłéj porze,

Pan Bóg na ziemię zagniéwał się biédną —

Śniegi głębokie wypadły na dworze,

310

W białéj zawiei i świata nie widno,

A mróz ognisty z jesieni jak chwyci,

To trwa do wiosny ku ludzkiéj zagubie,

Niejeden zginął i w rysiowéj szubie,

A cóż nędzarze łachmanem okryci?

315

Włóczą się wszędy i o każdéj chwili

Przemarzłe dziady, żołnierze, Żydziska,

I częste wieści od pobojowiska:

Tu zbili jednych, tam drudzy pobili,

Owdzie wygrana, ówdzie straszna klęska,

320

Owdzie pod tego, tam owego wodzą,

Spod Borysowa, Możajska, Smoleńska,

Wieści po wieściach jak gromy dochodzą, —

Jeden im wierzy, a drugi nie wierzy,

Lecz pełno westchnień, postów i pacierzy,

325

Co dzień pod kościoł ciśnie się gromada,

Modli się z płaczem i ofiary składa. —

VII

W początkach adwentu[19] o szaréj godzinie,

Do naszéj chałupy zeszła się gromada,

I wkoło zasiadłszy przy ciepłym kominie,

330

Ten szczepie łuczywo, ten wzdycha, ów gada,

Mój ojciec przy oknie, w płóciennéj opończy,

Sieć wiąże na rybę i pacierz swój kończy,

A był to czas mroźnéj zamieci i słoty —

Wiatr silny — aż ściany łamią się i trzeszczą,

335

A wicher śniég skręca i składa w sumioty,

I świszcze w kominie piosenkę złowieszczą —

Wtém drzwi się rozpadły: któś zziębły, wąsaty,

Przy szabli i w burce wtoczył się do chaty.

Przeraził nas wszystkich ten napad znienacka,

340

Wiadomo, jak w wojnie żołnierze zuchwali;

Czy szajka westfalska, czy sotnia kozacka,

Zrabuje, spustoszy; a może i spali. —

«Niech będzie pochwalon!» — zawołał przybyły,

— «Na wieki i amen» — odrzekła gromada. —.

345

Ot jakoś nieznacznie przybyło nam siły:

«Kto chwali Chrystusa, kto tak do nas gada,

Nie może być rabuś — rzekł ojciec spokojnie —

Ot dzięki Ci Boże, są wieści o wojnie!» —

I zatknął u pasa święcone paciórki —

350

A żołnierz śniég otrząsł z kaszkieta i burki,

I z lodu ocisnął namarzłe wąsiska,

— To Stefan — to brat mój — z pochmurném obliczem,

Podbieżał do ojca, kolana mu ściska,

I wita się z nami — my bieżym i krzyczym:

355

Witamy, ściskamy radością wzruszeni,

«No cóż tam? Jak idzie? Jak się wam powodzi?»

Tysiące zapytań jak z procy kamieni

Rzucają z pośpiechem i starzy, i młodzi.

«Źle idzie — rzekł Stefan — skończyła się praca,

360

Już nasze rojenia minęły, uciekły,

Już Francuz w cieplejsze krainy powraca,

Przemarzły, przelękły, pobity i wściekły,

Bóg z niemi — mój ojcze! Ja u was w gościnie,

Konika popasę i ruszam z kopyta;

365

Za Wisłą, za Niemnem, na cudzéj krainie,

Być może, że słońce nam jeszcze zaświta;

Tchórzostwo, Zdrada, PrzywódcaO wtedy to z hrabią rachunek uczynim —

On stchórzył na polu, gdzie ogień się krzesze,

Porzucił nas wszystkich, co byliśmy przy nim,

370

Zapragnął Paryża i powiózł depesze.

I żołd nasz zagarnął na domiar swéj zbrodni.

Ej hrabio, nie ujdziesz pałasza lub kija!

My tutaj krew lejem i głodni, i chłodni,

A wasze w Paryżu gdzieś winko popija!

375

Jedź z Bogiem, pij z Bogiem wesoły i zdrowy,

Nie zginiem bez ciebie, kochany sąsiedzie,

Nas wzięto po pułkach — a szlachcie z Podkowy

Ze strzelbą czy z lancą niezgorzéj się wiedzie,

Bo Pan Bóg nad nami litować się raczy.

380

Zwyczajnie jak wojna — wszelako się zdarzy.

Piotr został raniony od piki kozaczéj,

Jan krzyżyk otrzymał za wzięcie bagaży,

Franciszek w szpitalu, bo rąbał się szczérze,

(Nie lękaj się ojcze, nie będzie kaleką),

385

Mikołaj kapralem przy głownéj kwaterze;

O reszcie ja nie wiém, bo pułki daleko.

Dziś idziem do Niemiec, choć pędzą za nami,

Posłyszycie wkrótce nowiny rozgłośne,

A śladem za wieścią my do was, my sami,

390

Z jaskółką, z bocianem powrócim na wiosnę».

VIII

Ale wiosna nie chybia jak człowiecza dola,

Przyszło cieplejsze słońce, śnieg otopniał z pola,

Strumień otrząsł się z lodu i swobodnie płynie,

I bocian zaklekotał… ot na téj olszynie! —

395

I przyleciała czarnych jaskółek gromada.

A każda cóś szczebioce, każda rozpowiada.

Któż tam proszę potrafi dowiedzieć się od niéj,

Może pokłon przynosi z krainy zachodniéj?

Ale gdzie tam… dla Boga? — och! ku naszéj strzesie

400

Czarny kruk chyba z wojny wiadomość przyniesie,

I rozpowié krakaniem żarłocznego gardła:

Matka głos ten pojęła i szatę rozdarła,

I załamała ręce — serce matki zgadnie,

Choć wojna za górami, gdzie kula upadnie —

405

Sprawdził się przestrach ojców i matek w Podkowie,

Sprawdziło się, co czarni krakali krukowie,

Bo wszystka niemal młodzież, cała nasza siła,

Gdzieś w niemieckiéj krainie głowę położyła —

Kilku jeno wróciło poranionych srodze,

410

Z krzyżykami u piersi, na drewnianéj nodze,

Lub na szczudłach żebraczych — mała z nich usługa,

Okaleczałe ręce niezdolne do pługa,

Młode jeszcze, lecz kulą zgruchotane barki,

Nie podźwigną ciężaru chatniéj gospodarki.

415

Stary ojcze i matko! To cóż że wy starzy?

Idźcie na chléb pracować dla biédnych nędzarzy, —

Nie każdemu sądzono w jednostajnej mierze

Wypoczywać na starość szeptając pacierze. —

Ojcze bierz się do pługa, matko idź do żniwa,

420

Pracujcie i na syna, co z ran dogorywa,

I na czynsze dworową zakréślone kartą —

— «Co tam czynsze? Wszak hrabia powrócił już słyszę,

Wspomni na swojéj broni wierne towarzysze —

On kiedyś grosz ich zabrał, dziś w potrzebnéj porze

425

I młodych pożałuje, i starych wspomoże». —

Tak starcy pocieszając swój frasunek srogi,

Powlekli się do zamku żebrzeć zapomogi.

IX

Zajrzyj do ula ciemnego kąta,

Jak się rój cały przy matce krząta.

430

Jako tam w roju z życzliwych dzieci,

Jedno drugiego w pracy wyściga,

To niesie matce balsam ze kwieci,

A drugie wody kropelkę dźwiga,

Każde się krząta, ile sił starczy,

435

A matka wiedzie ład gospodarczy. —

Tak szlachcic czynszem, a kmiotek znojem

Karmią i poją dziedzica ziemi,

Żeby on za to czuwał nad niemi,

Jak matka pszczelna czuwa nad rojem —

440

Żeby miał litość dla naszéj biédy,

Gdy się o litość poprosić zdarza, —

Żeby przynajmniéj kiedy niekiedy

Choć dobrém słówkiem wspomógł nędzarza.

Lecz czasem pany to taka matka,

445

Co tylko miody ssie do ostatka!

A kiedy chciwość wstąpi mu w oczy,

Przed zimą wygna swój rój roboczy. —

Więc nasi starcy, poczciwe dusze,

Przyszli do zamku w dobréj otusze,

450

W dobréj otusze weszli do sali,

I za kolana hrabię ściskali. —

A gdy się z płaczem boleść przekłada,

Gdy proszą wesprzeć ich biédne siły,

Przerwał im mowę ptaszek nie lada,

455

Pański służebnik z Niemiec przybyły,

Zwał się Agronom, (Bóg wiedzieć raczy,

Czy to nazwisko, czy urząd znaczy).

Rzekł do hrabiego: «O w téj Podkowie

Widziałem jadąc wyborne zboże,

460

Kiedy nie płacą szlachta panowie,

Wygnawszy szlachtę, folwark założę». —

— «Zgadzam się na to — odpowié hrabia —

Piękna posiadłość z tego się sklei…

Wypędzić szlachtę, wszak grunt urabia

465

Bez żadnych nadań i przywilei.

Wypędzić szlachtę! Aspan w tym względzie

Trafiłeś całkiem po mojéj chęci,

Przynajmniéj nadal szkody nie będzie

W lasach, na polach i sianożęci. —

470

Tak! Idźcie z Bogiem panowie moi,

Wasze sąsiedztwo w gardle mi stoi!» —

Szlachta jęknęła: «Za cóż nam, za co

Nie dają spocząć w ojców mogile?

Tu każdy zagon spulchniło pracą,

475

Oblało potem pokoleń tyle!

Wszak my i w wojnie, wszak my i doma

Biegli na każde pańskie skinienie,

Wierność szlachecka była wiadoma

Od pokolenia na pokolenie:

480

Niech naszych przodków poświadczą kości,

I te portrety przodków waszmości.

Cofnij się hrabio w swoim zamiarze,

Nie daj się uwieść namową zdradną,

Bo za nieludzkość Pan Bóg pokarze,

485

Bo ci łzy nasze na głowę spadną!»

Tak uroczyście wznosząc ramiona

Zawołał głośno najstarszy z grona;

Hrabia się gniewno nasrożył za to,

A pan Agronom, co bliżéj stoi,

490

Znieważył starca trzciną sękatą,

I wygnał za drzwi z pańskich podwoi.

X

I wypchnięto nas z gruntów rękami przemocy —

Zawitał święty Jerzy[20], w sam dzień Wielkiéjnocy,

Gdyśmy zdrowi i chorzy, i starzy, i mali,

495

W kaplicy Alleluja radośnie śpiewali, —

Któż z nas nie zna téj chwili obfitéj rozkoszą? —

Gdy z rzewnego wesela aż piersi się wznoszą,

Kiedy dzwony podają uroczyste hasło, —

A jeszcze na cmentarzu ognisko nie zgasło.

500

Lud się ciśnie z kościoła jak mrowie z mrowiska,

Wszyscy się pozdrawiają, brat brata uściska,

Wszyscy serca z sercami, rękę spletli z ręką,

A skowronek drze piersi radośną piosenką;

Wiatr cię nawet świątecznym uściskiem ogarnie,

505

Serce ani przeczuwa, że idą męczarnie. —

Rankiem było na niebie i w sercach różowo,

Wieczorem czarne chmury zwisły nad Podkową:

Oto groźni spójrzeniem, a strojem wytworni,

Konno lecą pod kościoł pachołkowie dworni,

510

Na czele pan Agronom — ten z karty nam czyta,

Że dzisiaj święty Jerzy i z dzierżawy kwita,

Że grunt nasz już zajęty we dworskim obszarze,

A pan hrabia nam dzisiaj precz wyruszyć każe.

Szlachta gwarno zawrzała: «Krzywda i sromota!»

515

Lecz hałastra precz! krzyczy, i kijmi nas grzmota,

Straszy końmi niewiasty i obala dzieci,

Jęk, płacz jakby w dzień sądu pod niebiosa leci,

Miesza się z echem dzwonu, ściele się po ziemi,

Starzy zaleli oczy łzami gorącemi,

520

Oczy łzami błysnęły — a stara i śmiała

Krew szlachecka ukropem w sercach zakipiała,

Mój ojciec siwą czapkę nacisnął u czoła:

«Bij kto poczciw!» — grzmotliwie do swoich zawoła —

I wnet tłumią się w ciżbę bliscy i dalecy —

525

Starcy ujęli kije, a szczudła kalecy,

I zakipiał bój wściekły, ale trudna rada —

Niemiec uciekł i wrócił, z nim chłopów gromada.

Rzucili się na chaty służalcy zuchwali,

Brzękły okna, sprzęt chatni na dworzec się wali,

530

Wyganiają dobytek, pastwią się siepacze,

Trzoda ryczy, dzwon jęczy, ciżba niewiast płacze,

Trudno pokonać siłę — więc starzy do koła

Zbiérają się i radzą — jeden z nich zawoła:

«Oj! piersiami nie przeprzeć, kędy woda płynie!

535

Sądzono nam na starość iść po żebraninie,

Idźmy, ładujmy wozy i zabierzmy dzieci,

Nie nad samą Podkową słońce boże świeci —

Na ziemi dobrzy ludzie przygarną nam głowy

Na niebiesiech jest Pan Bóg i grzmot piorunowy —

540

Oj te odwieczne grunta, te zielone pasze,

Kaplica naszych ojców i te domy nasze!

Tutaj serce przyrosło… ależ w czarnej doli

Na co mają się cieszyć, że nam serce boli?

Na złość sercu, po męsku, ot tak, w jednéj chwili,

545

Niech i śladu nie będzie, żeśmy tutaj żyli!» —

Starzec otarł swe oczy roziskrzone śmiele,

Wbiegł na cmentarz, gdzie ogień tlał jeszcze w popiele,

Rozdmuchał czarną głównię i silnym zamachem

Rzucił ją na kaplicę ze słomianym dachem —

550

A ciżba przerażona jedno patrzy z dala,

A starzec wybiegł z ogniem i strzechy zapala,

Wiatr się wzdyma, zahuczał, skręca się nad jarem,

Ogień dymi się, czai i buchnął pożarem —

Trzeszczą belki i krokwie pod słupem ogniska,

555

Chałupa po chałupie w głownie się rozpryska,

Nikt pożaru nie gasi — bo nasza gromada

Krząta się koło wozów i tłumoki składa,

I ucieka z pożaru — a dworna czereda

Nie troszczy się o pożar, bo mu rady nie da —

560

I ogień coraz słabszy, coraz niżéj błyska,

Stérczą kominy z cegieł i stos popieliska,

Stérczą zwęglone drewna — i jeno do góry

Wśpina się kolumnami dym czarny i bury,

I jeno czarny obłok, jak chusta grobowa,

565

Rozciąga się nad miejscem, gdzie stała Podkowa.

XI

A mieszkańcy Podkowy za lasem daleko,

Pan Bóg wié, dokąd się wleką —

Dym rodzinnego zgliszcza rozciąga się torem

Za ich sierocym taborem,

570

I głowę ściska bólem, i przegryza oczy,

Aż łzę spod serca wytłoczy,

Trzody ryczą, a wozy obarczone srodze

Skrzypią po gleistéj drodze,

Mąż smutnie zwiesił głowę, a niewiasta kwili,

575

Żeśmy złéj pory dożyli.

Gdzie się biédni przytulim? Oto noc się zbliża,

Chyba pod ramiona krzyża,

Który stoi w równinie i trochę wesela

Biednemu sercu udziela. —

580

Zatrzymaliśmy wozy i przed krzyżem z drewna

Klękła gromadka niepewna,

I piosnkę Alleluja w cześć Wielkiéj Niedzieli,

Wszyscyśmy sercem huknęli. —

Och! tę samą piosenkę dzisiaj jeszcze rano

585

W naszéj kaplicy śpiewano!

Któż by wtedy powiedział, że w wieczór zapłaczem

Nad naszém życiem tułaczém?

Że domy i kaplica, i wspomnień tak wiele,

Zginą w pożarnym popiele? — —

590

Lunął dészczyk wiosenny — jego święta władza

Zbolałe serce ochładza,

I słońce się przedarło zza obłocznéj ściany,

Świat jakby złotem oblany, —

Krzyż zabłysnął: i świętém miłosierdziem płonie

595

Chrystus w cierniowéj koronie;

Szlachcic, PracaA nadzieja na każdej zjawiła się twarzy,

Że Pan Bóg wesprze nędzarzy.

Zmówiliśmy pacierze i siadłszy w oddali,

Chleb wielkonocny łamali,

600

I spożyli baranka na ucztę ostatnią,

I pożegnali się bratnio. —

Cztéry drogi rozstajne schodzą się przy krzyżu —

Jeden miał krewnych w pobliżu,

Drugi miał nieco groszy, więc ruszył na zwiady

605

Gdzie indziéj szukać posady —

Trzeci strzelał bez pudła, więc przy jakim dworze

Myśliwcem zrobią go może.

Inny z nabożną książką kędyś przy plebanie

Może dzwonnikiem zostanie —

610

I będzie uczyć dzieci — tak radząc się w tłumie,

Każdy przypomniał, co umié. —

I poszli w cztéry strony Podkowianie biedni

Pracować na chleb powszedni.

Tylko starzec bezdzietny, co w ciężkiéj chorobie

615

Oślepnął na oczy obie,

I młodzian w bitwie lipskiéj porąbany srodze,

Siedli pod krzyżem przy drodze,

Czekając dobrych ludzi, którzy idąc drogą

Żebraków chlebem wspomogą. —

XII

620

Hrabia z dwornemi złączył nasze pole

I gospodarzy jako tylko może,

Czasem i piękne udało się zboże,

Lecz z niego nie miał korzyści w stodole;

Bo jakaś klątwa, czy boża niełaska —

625

Nie da mu z cudzej pożytkować pracy,

Jednego roku grad kłosy potrzaska,

Drugiego roku podgryzą robacy;

Czasem już żniwo i do stérty zwali,

To grzmotnie piorun i stértę zapali.

630

I bujno łąki zarastają nasze,

Lecz dészcz ich kosić i zebrać nie dawa,

Hrabia je kazał obrócić na paszę,

Lecz jadowita znalazła się trawa —

Gdzie były chaty, gdzie miejsca cmentarne,

635

Lęgną się węże i gadziny czarne,

Sumienie przecię skruszyło dziedzica.

Zrozumiał przecię, że to niebios plaga,

Na starém miejscu, gdzie stała kaplica,

Zmurował kościoł — i to nie pomaga —

640

Przypatrz się jeno tym gruzom kościoła,

Tu grom niebieski powyszczerbiał mury,

Na dachu krokwie niepokryte zgoła,

A tylko w drzewie dzwonek sygnatury —

Kiedy się wicher rozhula po błoni,

645

Dzwon się kołysze i ponuro dzwoni.

Tak gdy Podkowa przyszła ku zagubie,

Boskie przeklęctwo ściga ją okropnie —

Biada, gdy bydło tu trawy uskubie,

Biada człekowi, co tu wody żłopnie —

650

Gdy kto nieświadom zbłądzi w te bezdroże,

Musi przypłacić lub życiem, lub zdrowiem,

I hrabia uznał dopuszczenie boże,

Kazał to miejsce zostawić pustkowiem,

Zaorać drogę i posadzić człeka,

655

By tędy stopa nie przeszła niczyja —

I lud tutejszy trwożliwie ucieka,

Przychodzień miejsce zaklęte omija.

I nasza stara podkowiańska niwa

Dziś uroczyskiem Pomstą się nazywa.

XIII

660

Szlachcic, Pozycja społecznaPóki szlachta z zaścianków święte przodki moje,

Byli panom potrzebni na sejmy i boje,

Głaskali nas, poili w uprzejméj postaci,

I nosiliśmy imię: miłościwych braci —

Minęły stare czasy, a wśród różnéj zmiany,

665

I braterstwo, i miłość zapomniały pany,

Czytasz z pańskich postępków i na pańskiéj twarzy

Pogardę i szyderstwo z herbownych nędzarzy. —

Staroświeckiego szczęścia nie znaczno ni śladu.

Oj panisko! Złe lata…

PODRÓŻNY

670

Daj pokój, mój dziadu,

Szlachcic, Praca, NaukaWy będziecie na świecie potrzebni na nowo,

Nie na sejmik z pałaszem, lecz z piórem, lecz z głową,

Świat — to szérokie pole, pełno na nim chleba —

Tylko uczyć się trzeba i pracować trzeba,

675

Wydobywać hart duszy, co śpi w poniewierce,

A herbem szlachetności wypiętnować serce —

Bywało nasza szlachta, czy w wojennej chwili,

Czy rozprawia na sejmie, czy puchar wychyli,

Znał ją świat i podziwiał potęgę olbrzyma; —

680

Dzisiaj, gdy wojen, sejmów i pucharów nié ma,

Niech nasz umysł — u świata na podziw zasłuży.

Bądź zdrów panie Podkowa! —

ŻEBRAK

Szczęśliwéj podróży!

1 grudnia 1850

Przypisy

[1]

Zaścianek Podkowa. Gawęda szlachecka z 1812 roku — w obecnéj gawędzie, któréj za tło służył wypadek miejscowy, staraliśmy się oddać szlachtę zaściankową litewską, z jéj obrazem myśli, z jéj dykcją, z jéj przestarzałémi wyobrażeniami, a zarazem zwrócić uwagę téj licznéj klasy ludności naszéj na tyle obszernych zawodów otwartych dziś każdemu, kto chce w świecie pożytecznie pracować, zawodów, o których przykuta do szczupłego kawałka pola, drobna szlachta nasza, ani chce miéć wyobrażenia. [przypis autorski]

[2]

niewczasu — niewygoda; brak odpoczynku. [przypis edytorski]

[3]

popas — postój w podróży (szczególnie odbywanej konno); tu: gospoda, zajazd. [przypis edytorski]

[4]

czuć — tu: czuwać. [przypis edytorski]

[5]

dybać — tu: iść, podążać. [przypis edytorski]

[6]

sadziba — siedziba, posiadłość. [przypis edytorski]

[7]

narzeczon — nazwany. [przypis edytorski]

[8]

klejnot — tu: herb szlachecki. [przypis edytorski]

[9]

parentela — pokrewieństwo; rodzina. [przypis edytorski]

[10]

mosanie — skrócony zwrot grzecznościowy: waszmość panie, Wasza Miłość Panie. [przypis edytorski]

[11]

murog — siano najlepszej jakości. [przypis edytorski]

[12]

trędzla — właśc. tręzla; daw. uzda. [przypis edytorski]

[13]

tandem (łac.) — nareszcie, w końcu. [przypis edytorski]

[14]

półwłocza — pół włóki; włóka: daw. miara powierzchni, równa 30 morgom; mórg a. morga (z niem.; pol. jutrzyna) była to powierzchnia gruntu, którą może jeden człowiek w jeden dzień roboczy (od rana do południa) zaorać pojedynczym zaprzęgiem; włóka oznaczała obszar, jaki można zabronować (włóką, czyli broną) w tym samym czasie i w ten sam sposób; przeliczano ją potem na ok. 17–18 ha. [przypis edytorski]

[15]

usechłszy — dziś popr.: uschnąwszy. [przypis edytorski]

[16]

Veni creator (łac.) — przybądź stwórco; pierwsze słowa pieśni do Ducha Św. [przypis edytorski]

[17]

zahardzieć — zhardzieć; stać się pysznym, pogardliwym wobec innych. [przypis edytorski]

[18]

w dzień świętego Marcina — 11 listopada. [przypis edytorski]

[19]

adwent (z łac. adventus: przyjście) — okres (zwykle czterotygodniowy, liczony kolejnymi niedzielami) poprzedzający święta Bożego Narodzenia (25 grudnia a. 6 stycznia) w kościołach chrześcijańskich. [przypis edytorski]

[20]

święty Jerzy — 23 kwietnia. [przypis edytorski]

Close
Please wait...