Oferta dla Przyjaciół Wolnych Lektur...

Przyjaciele Wolnych Lektur otrzymują dostęp do specjalnych publikacji współczesnych autorek i autorów wcześniej niż inni. Zadeklaruj stałą wpłatę i dołącz do Towarzystwa Przyjaciół Wolnych Lektur.

TAK, chcę dołączyć!
Nie, rezygnuję z tej oferty
Przekaż 1% na Wolne Lektury

Przekaż 1% podatku na Wolne Lektury. Wpisz w PIT nasz KRS 00000 70056
Nazwa organizacji: Fundacja Nowoczesna Polska

Jeśli zrobiłeś / zrobiłaś to w poprzednim roku, nie musisz nic zmieniać. Kliknij, by dowiedzieć się więcej >>>>

x
Huntsville → ← Czym jest poezja

Spis treści

      Andrzej SosnowskiŻycie na KoreiWiersz dla Becky Lublinsky

      Więc tyle masz ze wszystkiego, co z niej — fragmenty,
      czarne skrzynki, kadłubki znaczeń niby hasła
      szeptane w grze w głuchy telefon lub coś
      jak „ciepło-zimno” z cienką chustką na oczach.
      Czy z Cypru jesteś, z Pafos czy Panormos —
      nie wiem gdzie mnie prowadzisz, grając
      na moim słowniku. Czy na świat?
      Te rozkołysane nazwy są jak światła na wodzie
      (sznur wiślańskich wianków) i system z pewnością
      nie uchwyci widma, liści oliwek na wietrze,
      nikłych blasków i cieni migotliwego świata.
      Tak jak zawsze pod wieczór, kiedy zdajesz sprawę
      z miłości, subtelnych zajęć, niezbędnych sprawunków
      i widzisz, że zawodzi porządek analogii,
      bo masz tylko opary, rój mgławic, karuzelę znaków
      o środku wszędzie i obwodzie nigdzie jak karuzelę
      luster odbijających światło, które nie ma źródła.
      I można chyba pokochać cypryjską dziewczynę
      albo inną z Pafos lub nawet z Panormos,
      bo taki mały ten świat. Lustra
      ustaw na brzegu, ona z morza przyjdzie
      więc wystarczy morze położyć na brzegu świata
      i krzyk czarnego koguta rozpiąć nad płycizną,
      a z łuny wodnego pyłu wyłoni się postać
      i w przestrzeń wzdłuż morza wejdą inne dziewczęta.
      W końcu wszystko jedno, który fragment pójdzie
      na pierwszy ogień; starczy byle słowo albo i sylaba,
      żeby dzień zacząć na dobre czy złe, a ten smutek,
      który cię bierze wieczorem, jest może po prostu
      świadomością, że znów jedynie kurz ci został,
      pył z paru wydarzeń, kilka pajęczych nici,
      które jeszcze trzymasz w palcach, splątane
      i już niezdolne wprawić w ruch niczego.
      I przez mój smutek przemawia owo
      „spaliłeś mnie”, skierowane do świata
      na poły ostrzeżenie, a na poły wdzięczność,
      bo kiedy odchodzę w sen, czuję już tylko
      słabnący smak dnia na podniebieniu i dym
      zasnuwa mi oczy, a w palcach obracam
      jakby grudki żużlu — wspomnienie tego,
      czego dotykałem. Wszystko jest dym, jak mówią,
      albo trochę koniecznej organizacji plus żużel,
      tony żużlu. Dlatego też mówią, że dobrze umierać
      wyczerpawszy energię, bo to gwarantuje,
      że się po śmierci nie będzie straszyło —
      żadnych scen i ekscesów, ani żadnych wkroczeń
      alternatywnego świata jak ta biała koza
      majacząca na papirusie oddanym przez piasek.
      Tę białą kozę odsyłam ci uprzejmie,
      nic mi bowiem po niej — stoi w pustym polu,
      gasząc wszystko wokół. Odsyłam ci kozę
      jakbyś odesłała „telewizor”, „gazetę”, „książeczkę wojskową”
      i odprawiam inne słowa, które dajesz i zabierasz
      jak dziecko pokazujące zabawki przez szybę
      małemu sąsiadowi z przeciwka, te arkana
      rosnącej duszy: zobacz, wstydź się i kochaj.
      Muszę je pominąć. Zaiste, trzeba ustalić
      czy ziemia jest płaska, czy zaokrąglona
      i potem pracować w świetle nieuchronnych faktów
      wymownie milcząc o tym, czego się nie da powiedzieć.
      „Pożądająca miłości geistreiche Frau (bohaterka ducha)
      z wycieczki artystycznej przywozi ze sobą
      młodzieniaszka”. Coś podobnego. Ten piknik
      to zwrot w twoim życiu, sprawa śmiercionośna:
      zegar przyspiesza biegu, piasek kipi z klepsydry
      i szumi o spoczynku sypiąc grób, opuchliznę ziemi.
      Wciągnij mnie w wir wieków. Nie mów, żebym wybrał
      „młodsze łoże dla moich żądz”, bo z tobą chciałbym
      dzielić życie, choćby przez mgnienie słowa. Brać cię
      na język jest przecież tak cudownie
      jak smakować kolorowe piguły lodów
      w upalny zmierzch, kiedy akcja serca właściwie
      kończy się nieznacznie, a kłębki nerwów
      rozwijają się w omdlałe pąki. I głowa ciąży
      od widzeń, a ty pytasz dlaczego
      tak mało mówimy o bezspornym szczęściu,
      które przecież waliło się na nas jak mgła
      spychana przez wiatr w doliny, jak morze
      co się wspina, żeby zajrzeć w głąb wyspy
      zapomniawszy, że nie ma już wyspy, bo połknęło ją morze
      i, jak okiem sięgnąć, wszędzie — szczęśliwa karuzela fal?
      Czy straciłaś tak grunt pod nogami, czy byłaś tak bardzo
      unicestwiona przez szczęście, że poszły w niepamięć
      wszystkie ciężkie słowa, z których żadne nic
      nie ukrywa ani nie mówi wprost, natomiast każde
      znaki daje? Czy byłaś szczęśliwa na tej majówce z Faonem
      brzemiennej w skutki? (Jakiś reżyser podbiłby wam oczy
      zachodem słońca, bo ta sprawa między wami
      zepchnęła cię w końcu z leukadyjskiej skały. )
      W nawias nieba wzięta, po skoku z bieli w biel
      wniebowzięta zostawiłaś wklęsłą przestrzeń,
      skłębione powietrze miękkie jak puch, jak pościel,
      zaproszenie do miłosnej gimnastyki i wielosłownej
      kołysanki, słowem, cudzysłów i nawias.
      Tak jest zawsze: cudzysłów, a potem nawias.
      Najpierw cudzysłów krążący po świecie,
      nawet nie fotografia, ten cytat z natury,
      ale umowny wizerunek, cytat niedokładny —
      „fiołkowowłosa, czysta, uśmiechnięta” dziewczyna
      twoja lub moja, bądź sąsiadeczka zza ściany
      spędzająca sen z oczu chłopca, tego pierwszego krytyka,
      Faona, „świetlistego”, który oszołomiony pięknem
      ucieka na Sycylię. Posłuchaj Melitto,
      nic z tego nie będzie oprócz twojego imienia
      wątlejszego od „Mnasidike”, lżejszego niż „Gyrinna”
      („zgrabniejsza jest Mnasidika niż delikatna Gyrinna”),
      westchnienia sylab, które wzywały Faona
      w jakąś gorzką noc i przepadły bezkształtne
      i niedorzeczne, o, nie jak słowa tamtej,
      które mruczę pod nosem, ten język aniołów,
      którym zaczynamy mówić, gdy widzimy „wszystko
      we wszystkim”, jak chce Lichtenberg.
      Atoli każdy system jest prostym przejawem
      transu serca, które łatwo zrozumieć, szlachetne,
      bo będzie to dla mnie tak długo jak pragniesz
      odbicie światła. Zaśpiewaj nam najbardziej,
      o serce, teraz, kiedy ponownie odkrywamy ciało,
      odzyskując ideał misternego szczęścia. Czyż nie?
      Czy nie rzekł Lichtenberg, że „świat stanie się jeszcze
      tak wykwintny, że równie śmiesznym będzie wierzyć w Boga,
      jak obecnie w upiory?” Czy gay scene w Londynie
      nie jest w awangardzie wrażliwości, czy najlepszej muzyki
      nie robią weseli dziwacy, jak gdyby perwersja ciała
      cudownie zniekształcała duszę, pchając ją
      w nieprzeczuwane rejony wymyślnej subtelności?
      (Narzeczony przejął coś z piękna spotkania
      kominiarza i pastereczki na stoliku pod lustrem).
      Straight scene bardzo nudzi. Ich antyczne kluby
      podupadają, pełne ziewających par, bo oni
      już wiedzą, że znaleźli się na bocznym torze
      do kupy z nadąsanym kościołem, ideologią,
      „komunistyczną pyszałkowatością” i dydaktycznym
      show-biznesem. Ich art world
      idzie pod młotek. Pozostają jeszcze proste obowiązki,
      Morlokom, przedłużenie gatunku. Ależ ten świat
      zrobił woltę! A było to takie proste:
      znaleźć się w epoce zupełnie post-poważnej,
      postlogicznej, postwerbalnej, posthumanistycznej —
      wystarczyło odkryć świat za zasłoną powiek,
      w zamkniętych oczach, jak Beethoven usłyszał muzykę
      odciętą od uszu. Opadły powieki, zgasło światło.
      Znieruchomiała pamięć. Świat zamarł
      zwinięty w kłębek mroku, a później figlarnie
      rozwinął się w łamańce. Czy ty
      to przeczuwałaś? Ty i cała ferajna,
      którą wyobrażam sobie teraz, tańcząc w klubie o ścianach
      wyłożonych monitorami wysyłającymi w przestrzeń
      setki alternatywnych światów? Zagrał
      zmysł możliwości i zagrał zmysł dada,
      poeci znów okazali się prawodawcami.
      I trzeba zrozumieć hedonizm, twój dom kultury, Mitylene,
      twój nocny klub pełen zakochanych dziewczyn
      studiujących pieszczoty i muzykę. Widzę je
      „strojne w kwiaty”, „czyste i urocze…
      z drogimi mitrami złotoczerwonymi nad czołem”
      na wonnych poduszkach, z odrzuconymi ramionami,
      w chłodnym zapachu mirry i libańskiej kassji,
      w cichej muzyce, słodkim śpiewie fletów.
      Ta leży z szatą podciągniętą pod szyję,
      tamta zbiera „rosę lśniącą w płatkach
      rozchylonej róży”. Czy ten autotematyzm płci
      nie jest czczą, czystą sztuką jak szachowa zagadka?
      Kto mógłby się dziwić twojemu smutkowi,
      z którym żegnasz te, co idą rodzić dzieci?
      Chociaż Hymen ma swoje zalety i np. pociąga cię
      pewna estetyka, powiedzmy, ta biała poduszka
      zachęcająca dziewicę, by złożyła na niej
      swoje twarde pośladki, jak płótno zapraszające
      odprysk niepowtarzalnej czerwieni jak cyklamen
      lub wstążka od orderu, finał
      pospiesznej zabawy w pierwszą miłość
      kładącą kres sztuce. Niektóre nie krwawią,
      niektórzy nie ejakulują, ale ślub pozostaje
      jako przemiła konwencja.
      I słowa są konwencją, słowa jak złote kwiaty
      piaskownicy wyrosłe na krawędziach świata
      lub kubki rzeźbione w złocie, wypełnione nieznanym napojem.
      Świat w nich się przegląda, bez skazy. Czy świat,
      który spada z leukadyjskiej skały?
      Codziennie świat spada z leukadyjskiej skały,
      sformatowane dni idą pod nowy zapis,
      pracują głowice, kasują i nagrywają,
      czasem piasek ocali strzęp zapisu i poda
      dalej jako cytat, lekcję, algorytm,
      ściągawkę, kawał, hasło w grze w głuchy telefon —
      tak się obraca świat w nierzeczywistość,
      sztuka zwycięża. Estetyka ginie, bo jest jak nauka
      chodzenia i oddychania; jesteśmy codziennie nowi
      w wyszukanych obrzędach szczęśliwego życia
      o tyleż intensywniejszych w Adenie i Harrarze
      niż w Iluminacjach. Karnawał trwa — świat
      ocieka muzyką i czyż to nie jest lekkość
      immanentna w tym, co skomplikowane i wyrafinowane,
      podczas gdy rzeczy proste z dnia na dzień stają się
      coraz trudniejsze? Kończy się era tańca, zaczyna
      czas lotów. Bo mówisz, że wystarczy tchu nabrać w piersi
      i zawrócić sobie w głowie, żeby daleko odjechać —
      chociaż niekoniecznie „w nowe uczucie i hałas”.
      „O zamki! O sezony!” Jakże my potrafimy
      studiować szczęście w ciszy lotu
      ponad kolorową architekturą Paula Klee,
      która nagle stała się jedyną architekturą marzeń
      mówiącą dziecinnymi barwami wokół samochodów
      coraz szybszych, w których wygodnie rozparci
      wzbijamy się lekko w powietrze! Bez kamiennego snu
      o sile ciążenia, niemi, zbawieni od słów,
      a więc wolni od całego świata, który błyskał w nas
      tyloma językami! Czy jest jakaś alternatywa?
      Po gapowatym dzieciństwie — nerwowa młodość, potem
      kołnierz na uszy i znieczulające podróże,
      żeby szybko przejść przez czas umierania bliskich,
      żeby wykroić trochę czasu dla własnej beztroski
      przed procesem? Starość w ubożuchnym kraju,
      gdzie zza pozorów importu wyzierają zniszczone twarze?
      „Historia”, na szczęście, „osiąga niemy koniec”.
      Chociaż są jeszcze frajerzy, co mówią: „życie
      cię nauczy, życie ci jeszcze pokaże”.
      Też coś.
      Dzień miękko ląduje w mroku
      prześlizgnąwszy się nad smugą kolorowych świateł
      wyznaczających pas ku ciszy i snom.
      Milkną maszyny, noc wstaje z palcem na ustach,
      noc św. Bartłomieja, albo inna noc,
      o której będzie głośno tak jak jest głośno
      po codziennej katastrofie, kiedy ludzie i mrówki
      biegają bezładnie, skandując sensacyjne wieści
      szyframi, z których kpi zaraz zlekceważony
      wrak — nierealny jak pożar widziany w dzieciństwie.
      Dzień miękko siada w mroku
      niedbale napomknąwszy o kilku prostych sprawach,
      które gasną jak ekrany telewizorów.
      Zasypiają wieże kontrolne i radary,
      przerażony umysł gubi się wśród fikcji,
      ból tonie w morfinie, troska śmieje się do szklanki,
      spocony kochanek odwraca się do ściany
      po pięciotysięcznym wytrysku i ma wszystkiego dosyć
      i tę błogą pewność, że życiu sprostali skutecznie,
      amortyzując je delikatną jak mgiełka gumą,
      jagnięcą błoną lub precyzyjnym krążkiem.
      (Nie mamy nic przeciwko temu). Omdlewają nerwy
      wytarte głęboką pieszczotą i czy właśnie
      nie o uwolnienie od nerwów nam chodziło,
      czy nacisk jaki kładziemy na dziś, tu i teraz
      nie jest próbą rozciągnięcia „teraz” w bezczas
      barwny i wesoły jak karnawałowy balonik?
      Bo, jak mówi Rilke, „dostosowała się tam istotnie
      życia niebiańska połowa do półkulistej misy
      istnienia, jak dwie pełne hemisfery łączą się
      w jedną świętą, złotą kulę”. I dalej: „masywna
      konstelacja straciła ciężar i uniosła się w przestrzeń”.
      Można więc przedłużyć stadium estetyczne
      w nieskończoność, rozciągając je wzdłuż i wszerz,
      zwielokrotniając wrażenia. Czy jest opozycja?
      Ci, co mówią: „lata iluzji, lata kryzysu, lata wojen”?
      Ci, którzy lgną do życia zdegradowanego,
      uszczypnięć w nerwy, słów, co „mają ciężar losu”?
      Bo przecież są ciche upomnienia bomb, aluzje
      terrorystów i ulicznych proroków, a ponad wszystkim
      jeszcze pląsa balon polityków — sale konferencyjne,
      rezydencje, nadęte pałace pełne luster
      i małych mikrofonów, co zawzięcie pracują
      nad szumem deklaracji i proklamacji
      napełniających świat szeptem flatus vocis[1], flatus vocis.
      Nie będzie pląsał długo. Nudzi
      ta obowiązkowa opozycja. Życie?
      Niech nasz komputer zrobi to za nas. Polityka?
      Tylko patrzeć jak dygnitarze zejdą
      ze stołków i przyjdą potańczyć tam,
      gdzie David Bowie montuje dla wiernych
      ołtarz z aluminium, szkła, światła i dźwięku.
      Ha, chociaż taka zwyczajna młodzież
      pewnie zawsze będzie wolała faceta z gitarą,
      który się zabija. Tutaj, powiedzą, tu jest autentyczność,
      cudowny chłop, który dużo wiedział i naturalnie
      nie mógł już wytrzymać. Im jest zawsze mało,
      oni zawsze będą w beznadziejnej sferze
      „musisz być sobą”, frajerzy, jeszcze nie odkryli
      czaru fałszerstw i przebrań, jeszcze nie dostali
      anonimowej pocztówki z napisem: LIFE IS NOT
      A CABARET (It's a fucking circus), jeszcze nie szli drogą
      do Cytadeli, nie stali na pięknych schodach
      Charlesa Mackintosha w podmuchu światła
      wydymającego balonowe spodnie, unoszącego ich
      do Musee Horta, albo choćby (niespodziewanie)
      pod Castel Sant'Angelo, gdzie romans
      byłby o tyle bardziej staromodny i amerykański.
      Oni powiedzą: „Ponosi nas cokolwiek halucynacyjna
      skłonność ducha, czy zatem seks i nekrolog
      są jedynymi sposobami, żeby życie trzymać krótko?”
      Dzień miękko osiadł w mroku
      i zmierzchającemu światłu znów się udało
      zaczarować świat. Delikatne cienie,
      gęsto rosnące, obejmują sprawy i rzeczy,
      wydając nas snom i fantasmagoriom jawy.
      Szał, zwielokrotniony w lustrach, nietoperzowy taniec
      Loie Fuller, ta zamieć skrzydeł, uzyskuje
      dwuznaczną autonomię. Nazywają to ignorancją,
      ale czy można zaufać błaznowi,
      mistrzowi mowy dwoistej i królowi tamtego świata,
      w który się wchodzi przez wrota z kości słoniowej?
      O córo Afrodyty uwodząca śmiertelnych.
      Czy to możliwe, że jeszcze tęsknię do twych lat
      dziewczęcych, kiedy siedzę tutaj przed snem i snuję
      opowieść? Język umie chodzić jak maszyna do szycia
      i kiedy jedna tkanina pruje się, druga
      spływa obfitymi fałdami i właściwie o co
      chodzi? Sny przypominają te zmierzwione chmury,
      kładą fresk na strop czaszki i czoło
      marszczy się nad owsianką jak kałuża, ale to już wszystko
      jeżeli pominąć te inne ranki, legendarne,
      kiedy światło drży jak palce sprawdzające żyletkę,
      kiedy przyciskasz szklankę do ust, szkło pęka
      na wargach i mówisz: „Miliony
      łanem cienia płyną ulicami, z ust
      ścieka im krew, zagryzają wargi do krwi
      iodchodzą w zacisze złudzenia”. Do krwi,
      to dobre, to jest takie Lenzowskie
      szukanie guza, lubieżne pragnienie,
      żeby rzeczywistość zgwałciła cię ze wszystkimi
      ponurymi konsekwencjami. No a sny?
      Ten krótki oddech z dna płytkiej narkozy
      zmywanej martwą falą niepomyślnych snów
      jest jak echosonda przynosząca wieści
      oskrzepach lęku rozsianych w arteriach.
      Ale sny ściekną w dzień lub ugrzęzną
      w starganych nerwach, gdy świt na sygnale
      wybłyśnie zza chmur i jadąc rano
      18-ką znów poczujesz się przesiedlonym
      obywatelem świata — roztrzepaną wrażliwością
      sfotografujesz te słynne mosty na prawo i lewo,
      walące się? Mosty jak przewrócone dźwigi?
      Po których pełzną windy samochodzików?
      Cokolwiek. I powiesz: „Czas już na plan.
      Kręcimy wszystko od «rozprzężenia zmysłów»
      do końca. Do końca i dalej, daleko
      dalej, do diabła i jeszcze dalej”.

      Przypisy

      [1]

      flatus vocis (łac.) — nazwa bez odpowiednika w rzeczywistości. [przypis edytorski]

      Close
      Please wait...
      x