Oferta dla Przyjaciół Wolnych Lektur...

Przyjaciele Wolnych Lektur otrzymują dostęp do specjalnych publikacji współczesnych autorek i autorów wcześniej niż inni. Zadeklaruj stałą wpłatę i dołącz do Towarzystwa Przyjaciół Wolnych Lektur.

TAK, chcę dołączyć!
Nie, rezygnuję z tej oferty
Znajdź nas na YouTube

Audiobooki Wolnych Lektur znajdziesz na naszym kanale na YouTube.
Kliknij, by przejść do audiobooków i włączyć subskrypcję.

x
Gwałtowna moc zanikania → ← Śmierć człowieka nieuformowanego

Spis treści

      Andrzej SosnowskiŻycie na KoreiEsej o chmurach

      Fragmenty obcych światów i te znane światy
      w epizodach obłoków, co uczą bierności i
      wrażliwość na szczegół: „zapach słoni po deszczu”,
      cienie chmur i woń światła na mokrych źdźbłach trawy,
      mądra, dziecięca radość skryta we wzruszeniu,
      z jakim podsłuchałeś piękne, obce nazwy,
      góra Hancock, Wahiti Rangers, miejsca objawień?
      „Powinniśmy naszej mowie nadać obce brzmienie —
      ludzi olśniewa to, co przybywa z daleka”.
      A kiedy w letni ranek pijesz piwo w barze
      i cieszysz się, że są tęgie beczki, grube kufle
      strzelające w blat, błyszczące pipy i mistrzowie
      nalewania, i piana, którą można kroić żyletką
      lub zdmuchnąć jak obłok dmuchawca —
      pomyśl o chmurach, podnieś wzrok i długo
      patrz w chmury, aż zakołysze się świat.
      „Jaki będzie miał smak ten nowiutki świat?”
      Uderza do głowy jak piwo w upalny dzień.
      Gorycz, słodycz, gorycz i ulga radości
      jakbyś słońce jak akron zażył i gardło wyleczył
      spuchnięte od nadmiaru oczywistych kwestii —
      precz od wszystkich słońc, a zostają chmury,
      wstęgi, kłęby pary i formy powietrza
      o ruchu tak pozornym i zawsze w milczeniu,
      najpierw światło i wiatr, a potem koniecznie obłoki
      nie jako dekoracja lecz proste przesłanie.
      Chmura przyszła mi na myśl i zaćmiła grzechy.
      Oko musi porzucić ostre kontury rzeczy
      i spocząć w wiedzy przestronnej, oddechu obłoków.
      „Trzy dni brnęliśmy przez gęste opary,
      szron kleił oczy i mroził oddechy,
      choć słońce stało tuż za ścianą bieli.
      Szliśmy po grani, a potem po tęczy
      niby na nartach wprost na łeb na szyję
      przez strugi blasku zjeżdżaliśmy chyżo
      w szyby powietrza, by upaść za chwilę
      w kołdry ze śniegu, co kaleczą ręce.
      «Poznaj fizykę tych kopalni wiatru»,
      rzekł Mistrz, wylazłszy spod białego puchu,
      «wszak każda rzecz ma miarę, liczbę, wagę.
      Kropelki wody i kryształki lodu,
      zmrożenie pary i jej kondensacja,
      wślizg mgły ku niebu, oto tajemnica
      wielkich pejzaży sadów troposfery.
      Stratus, Cirrus, Nimbus są niby owoce
      i tłusty Cumulus plus modyfikacje,
      Cumulonimbus albo Cirrostratus.
      Innymi słowy: kłębiaste, pierzaste,
      brzemienne deszczem lub złożone z warstw,
      wysokie, niskie, jak góry lodowe,
      ślubne welony lub ławice ryb.
      Lecz strzeż się gry kształtów i zwodniczych barw,
      aby twój umysł nie był jako chmura
      lub gwiezdny pył z głębi stratosfery —
      obłok świecący bądź iryzujący.
      Wspomnij Hamleta: niejednego chmury
      zwiodły z drogi na dzikie manowce»”.
      Jako pierwszy Luke Howard ponazywał chmury,
      Goethe, Dahl, Constable przejęli naukę,
      lekkomyślny Forster badał je w balonie,
      Thomas Ignatius Maria, wydawca Katulla.
      A wcześniej wielcy Francuzi, Deluc i Bertholon.
      Goethe prosił Prellera o szkice obłoków
      i mówił w Marienbadzie: „chcę poznać ruch myśli”.
      Gilbert White pisał „Natural History of Selborne”.
      Constable darzył uczuciem błogie peryferie
      i tak to się zaczęło, od bylejakości —
      „moja sztuka znajdzie temat pod każdym
      żywopłotem”, żyję w sąsiedztwie chmur,
      oswajam obłoki. „Wiele nieb zrobiłem
      i świetlnych efektów”, bo czym innym ziemia
      jeśli nie podstawą, marginesem tej rzeźby,
      niewielkim ułamkiem — 7/8 to chmury, czubki drzew
      i chmury, wąski pas ziemi na dole
      a reszta to chmury. Malował wibracje powietrza,
      aby ćwiczyć pamięć, rozwieszał ptaki w obłokach,
      aby ocalić znaczenia, a przecież mówiono w Paryżu,
      że jego obrazy „nie znaczą”, w Anglii,
      że są „bez duszy”. Naprawdę są bez duszy —
      naukowe, przypadkowe, oschłe prezentacje
      bez krztyny ludzkiej treści, w nieznanym języku,
      percepcje bez refleksji i przesądu nastroju —
      nie są konkluzją konkluzji, ale ciągiem wrażeń,
      inspiracja, medium, efekt łączą się w jednym obrazie
      w chwilowym bezruchu, w arbitralnych ramach,
      które wystarczy odjąć, by chmury ruszyły na przełaj
      i rozniosły ten świat. Słaniał się z pożądania.
      „Zerwać zasłonę zażyłości z rzeczy, obnażyć
      ich piękną obcość i odmienność — te srebrne chmury —
      aż nie mogę pisać — jak często wzdycham,
      pragnąc ich białej ciszy i czułej procesji dni
      jak marszu obłoków, bo chodzi o jakość dni,
      ojakość pogody ducha”. Bywają lżejsze niż cień,
      wątlejsze niż mgiełka na lustrze. „W południe
      błyszczące chmury pełne deszczu i gradu
      smagają biczami cienia lasy, łąki, wzgórza,
      wyostrzają zieleń i żółtości”. Czy chciał namalować
      historię naszego klimatu? „5 września o 10 rano, 1822,
      bystry wiatr ze wschodu — bardzo jasne chmury
      mkną tuż nad ziemią i te groźne kłaczki
      zwane przez żeglarzy złymi zwiastunami. Coś
      wisi w powietrzu. Uwagi o chmurach
      złożę w spójny wykład: wygłoszę go w Hampstead
      latem przyszłego roku”. Niestety, tekst odczytu
      gdzieś się zawieruszył.
      Przyszłość szumi spiętrzona przed pustką jakiegoś dzisiaj,
      formacje chmur na niebie jak boskie graffiti
      zwiastują jakieś jutro boskiej meteorologii. Nasza gnoza
      zaczyna nabierać rumieńców — jedna, dwie idee —
      pies, przewodnik, laska — wystarczą, by obrać kurs
      i to jeszcze jaki. Wiesz już teraz, Constable?
      Kurs zupełnie dowolny poprzez kontemplacje
      chmuroobrazów wiedzy, bo po geologii,
      po archeologii i po filologii meteorologia
      bierze górę — bujamy w obłokach. Spójrz
      jak dryfujemy w stronę nowej ery,
      niektórzy idą tyłem, inni mrużą oczy i nikt
      dobrze nie widzi, ale słońce rośnie
      aurą, łuną blasku obcy smak nadając
      rzeczom i uczuciom, zwłaszcza nadużyciom
      tej nowej radości, której przykazaniem:
      nie dramatyzuj chmur, wszak grecka tragedia
      nie ma nic wspólnego z tym hedonistycznym kaprysem
      niebieskich migdałów, obłoków — piosenki pękają jak race,
      fajerwerki, błyskawice, barwne odłamki wzruszeń
      pełgają nocami po niebie na przyszłą pogodę.
      I chyba można wreszcie usiąść przed telewizorem
      z ulgą zamknąwszy książkę lub patrzeć przez okno
      z czułym zrozumieniem, albo iść do pracy,
      napić się z kolegą, pójść na festyn, słowem,
      zamknąć sprawy, oddać się komuś dla hecy,
      krawat mieć ślicznie zapięty i wszystko
      wedle pozorów tłumaczyć, nie ceniąc niczego,
      co nie jest przyjemne. Ciało
      to ostatnia przykrość, od czasu do czasu, uwikłane
      w algebrę potrzeb niby wieczny uczeń
      dalej w podstawówce, choć dorosła dusza
      przestudiowała wszystkie fakultety, uschła
      na tycią łupinkę, w której niby próchno
      tli się leniwie wonna miazga wrażeń
      równie jałowych, co ekscytujących
      i bezosobowych. Kto handluje duszą?
      Historia, religia, poeci, ci, co miotają znaczenie
      w spazmach bezsilnej powagi, lecz oto kończy się feta,
      po uczcie zmywanie znaczeń, służba myszkuje wśród resztek.
      Gaśnie noc, gwiazdy odchodzą w niepamięć,
      rzeczy kwitną do wewnątrz mową niepojętą,
      kwiaty nic już nie mówią i milkną mornele.
      I tylko ten wiersz jest anomalią w naszym gorącym klimacie
      przestróg, egzorcyzmów, przykazań. Idź, idź
      dokąd poszli tamci, w grób usypany w powietrzu[1].
      Może już dorastamy do niuansów powietrza.
      Pomyśl o obłokach, o tych, co idą przez życie
      swobodni jak chmury, mistrzowie sprezzatury[2]
      Petroniusz, Mercutio, w pantomimie rozkoszy —
      „oby śmierć, choć wymuszona, robiła wrażenie
      przypadkowej”. Piękne spektakle samobójstw
      pośród nieważnych rozmów, urok dezynwoltury —
      „dał sobie przeciąć żyły nie mówiąc nic poważnego”.
      Tyle Tacyt. Chodzi o tlen dla ducha. Rozkosz,
      smagły mistrz z Grecji, czułe pożądanie,
      nie czarny wiatr z piekła, ale przyzwolenie
      na lot serca w pochmurne niebo wrażeń wolne
      od władczych fabuł celu i którejś przyczyny,
      z dala od ludzi ciężkiego ducha i ciała
      zgubionych w labiryncie z pojedynczym środkiem —
      jakąś gołą Ariadną, krzyżem, smokiem, potworem
      polityki, snami o wojnie, wiecu, tych jednoznacznościach,
      które w każdej chwili mogą nastać jak rządy
      Franciszka Józefa. Labirynt jest acentryczny
      nawet tutaj, w Polsce. Baw się i trzymaj fason,
      zadzwoń pojutrze wieczorem —
      „Tu Mistrz mi przerwał, pokazując dłonią
      promienny pochód ciężkich cumulusów
      i rzekł ze smutkiem: «Kopalnie powietrza
      to szyby głosów, chóry słów zwietrzałych,
      co wrócą deszczem — zbyt ciężkie, by fruwać,
      wejdą w krew żywych. Die Rede geht herab,
      denn sie beschreibt[3]. W kłębach, które widzisz
      są piętra sonetów, ody i powieści,
      zuchwałe rytmy, ronda i kancony;
      ten wiotki cirrus to dusze scholiastów.
      Od pierwszej chwili oddychasz słowami,
      obieg słów szczelny, oto tajemnica
      ludzkich poruszeń; tak lalka na sznurku
      uciesznie drży, jak my na błahych słowach.
      Wszystko to cytat, obłok cudzej mowy,
      słowa, co padły i myśli zwietrzałe,
      lustrzany obraz nieszczęsnego świata
      w lotnych chmurach: wieczna spekulacja».
      Gdy kończył mówić, całe białe pole
      drgnęło tak mocno, że kiedy przypomnę,
      dziś jeszcze dusza kąpie się w mozole.
      Z ziemi łez wianie buchnęło ogromne;
      przeleciał po niej gromu błysk czerwienny,
      i omdlały mi zmysły nieprzytomne —
      i padłem, jako pada człowiek senny[4]”.

      Przypisy

      [1]

      Idź, idź dokąd poszli tamci, w grób usypany w powietrzu — jednoczesne nawiązanie do Przesłania pana Cogito Zbigniewa Herberta i Fugi śmierci Paula Celana. [przypis edytorski]

      [2]

      sprezzatura (wł.) — termin z Dworzanina Baltasara Castiglione, oznaczający swobodę, lekkość i działanie w taki sposób, jakby wykonywana czynność nie wymagałą wysiłku. [przypis edytorski]

      [3]

      Die Rede geht herab, denn sie beschreibt (niem.) — mowa się zniża, ponieważ opisuje (Johann Wolfgang Goethe). [przypis edytorski]

      [4]

      Gdy kończył mówić… jako pada człowiek senny — zakończenie III pieśni z części „Piekło” Boskiej Komedii Dantego w tłumaczeniu Edwarda Porębowicza. [przypis edytorski]

      Close
      Please wait...
      x