Wolne Lektury potrzebują pomocy...

Wspólnie budujemy najpopularniejszą bibliotekę internetową w Polsce.

Dzięki Twojej wpłacie uwolnimy kolejną książkę. Przeczytają ją tysiące dzieciaków!


Dorzucisz się?

Jasne, dorzucam się!
Tym razem nie, chcę przejść do biblioteki
Znajdź nasze audiobooki na YouTube

Audiobooki Wolnych lektur znajdziesz na naszym kanale na YouTube. Kliknij, by przejść do audiobooków.

x
Regina Autumni → ← Do gwiazd

Spis treści

      Henryk ZbierzchowskiImpresyeMoja zemsta

      Jadwidze Mrozowskiej.

      Było to śliczne, kochane, malutkie.
      Nie znałem dotąd kobiety podobnej.
      Uśmiech nie schodził z jej twarzyczki drobnej,
      Poco się smucić — życie jest tak krótkie.
      Coś z rozświetlonych motylich skrzydełek,
      Coś z gnanej wiatrem niteczki pajęczej,
      Z promyka słońca, koloru tęczy —
      Prawdziwy kociak, źle mówię dyabełek!
      Raz kiedym słuchał jak mi w duszy śpiewa,
      Jak złote myśli nachodzą mię tłumnie,
      Rzekła zwracając duże oczy ku mnie:
      Pan nie wraźliwy… a mię to tak gniewa! —
      Co? co? słyszycie! Boże! wielki Boże!
      Mnie, który gwiazdom wypowiadam wojnę,
      Mnie, którym w duszy wykołysał morze
      Olbrzymie, groźne, wiecznie niespokojne.
      Mnie, który jeden nad kwiatami władam,
      Słyszę sen lilii, kiedy w wieczór rośny
      Zamyka kielich — ten dzieciak nieznośny
      Pragnie odebrać wszystko, co posiadam.
      Zwołałem elfy, krasnoludki, gnomy,
      Duchy zrodzone w zmierzchu i psotnicze
      I wszystkie inne, których nie wyliczę,
      Świat ludziom obcy, a dla mnie znajomy.
      Co chwila postać nowa się wyłania,
      Siadły na brzegu mojego posłania.
      I rozpoczęły się dziwne narady…
      Wiatr jęczy… deszcze dzwonią w moje okno
      Czuję, jak drzewa gdzieś na dworze mokną,
      Jak za chmurami księżyc kona blady,
      Knujemy zemstę okrutną!
      Duchy choć rozmów naszych nikt nie słyszy
      Coraz to senniej, tajemniczej, ciszej
      Szeptają w ucho… sen idzie… jak smutno.
      Poszedłem w pomoc wszystkich duchów zbrojny
      Dziwnie wzburzony, z bijącymi tętny.
      Już w progu spotkał mię jej wzrok spokojny,
      A taki jasny i taki ponętny,
      Jak dno jeziora, gdy świt na nie padnie,
      Zaklęte skarby odkrywając na dnie.
      I byłbym zemścił się, lecz duchy psotne
      Na jej spojrzenie wszystkie mię odbiegły,
      Jedne w jej oczach jak szatanki legły,
      Kusząc… a inne rozbawione, lotne
      We sploty włosów ukryły się tłumnie,
      Błyszczące oczko obracając ku mnie.
      I nie wiem — pewnie Amora to sprawka,
      Który je na mnie uzbroił tajemnie,
      Bo rozpoczęła się dziwna zabawka,
      Tysiące łuków zwróciło się we mnie
      — Wierzcie mi — mogę przecież na to przysiąc —
      I złotych strzałek wyleciało tysiąc
      Prosto w me serce…
      Nie wiem dokładnie, co się potem stało,
      Kiedy skończyła się zabawa pusta —
      Dość, że mi grały archanielskie głosy,
      Dość, żem całował włosy, oczy, usta,
      A potem znowu usta, oczy, włosy
      I że mi było wiecznie mało, mało!!!
      Close
      Please wait...