Wolne Lektury potrzebują pomocy...

Wspólnie budujemy najpopularniejszą bibliotekę internetową w Polsce.

Dzięki Twojej wpłacie uwolnimy kolejną książkę. Przeczytają ją tysiące dzieciaków!


Dorzucisz się?

Jasne, dorzucam się!
Tym razem nie, chcę przejść do biblioteki
Oferta dla Przyjaciół

Przyjaciele Wolnych Lektur otrzymują dostęp do specjalnych publikacji wcześniej niż inni. Zadeklaruj stałą wpłatę i dołącz do Towarzystwa Przyjaciół Wolnych Lektur. Kliknij, by przejść do strony płatności!

x
Salve Regina → ← Święty Boże, Święty Mocny!

Spis treści

    1. Bogactwo: 1
    2. Bóg: 1 2 3 4 5
    3. Brat: 1
    4. Chciwość: 1
    5. Chłop: 1 2
    6. Cierpienie: 1
    7. Drzewo: 1
    8. Duch: 1 2 3
    9. Dziecko: 1 2
    10. Dziewictwo: 1
    11. Fałsz: 1 2 3
    12. Góra: 1
    13. Grzech: 1 2
    14. Kara: 1 2
    15. Klęska: 1
    16. Kobieta: 1
    17. Kochanek: 1
    18. Kondycja ludzka: 1 2 3 4
    19. Księżyc: 1 2
    20. Matka: 1
    21. Mąż: 1
    22. Melancholia: 1
    23. Miłosierdzie: 1
    24. Miłość: 1
    25. Modlitwa: 1 2
    26. Morderstwo: 1
    27. Natura: 1
    28. Nieśmiertelność: 1
    29. Noc: 1
    30. Obraz świata: 1 2 3
    31. Ogień: 1
    32. Ojciec: 1
    33. Pies: 1
    34. Pokusa: 1
    35. Pożądanie: 1 2
    36. Pycha: 1
    37. Sąsiad: 1
    38. Siostra: 1
    39. Słońce: 1 2
    40. Stworzenie: 1 2
    41. Syn: 1
    42. Śmierć: 1 2
    43. Śpiew: 1
    44. Trup: 1
    45. Upadek: 1
    46. Wieś: 1 2
    47. Wizja: 1
    48. Woda: 1
    49. Wzrok: 1
    50. Zazdrość: 1
    51. Zdrada: 1
    52. Złodziej: 1
    53. Zwierzęta: 1 2
    54. Żebrak: 1
    55. Żona: 1 2

    Jan KasprowiczHymnyMoja pieśń wieczorna

    Bóg, Duch, Kondycja ludzka, Miłość, Obraz świataOn był i myśmy byli przed początkiem —
    niech imię Jego będzie pochwalone!
    Razem z gwiazdami byliśmy i słońcem,
    zanim się gwiazdy i słońca
    jęły rozbijać w swych kołach,
    zanim się stało to, co cię pożera.
    O duszo, spragniona miłości,
    o duszo, spragniona spokoju!
    On był i ty w Nim byłaś przed początkiem,
    nim jeszcze miłość i spokój
    stały się ogniem trawiącym,
    zanim się stały zabójczą tęsknicą
    i tym kamiennym, ślepym przerażeniem…
    Dzień mój przygasa —
    za wielkim, niebotycznym przygasa mi szczytem,
    krwawą za sobą zostawiając zorzę,
    która się czepia ogniami
    tych oto smreczyn i ścian poszarpanych,
    zatartych śladów moich stóp.
    Dzień mój przygasa, ten złoty,
    ten lazurowy, ten słoneczny dzień,
    w błogosławieństwie swych drogich promieni
    więżący klątwę dla człeka,
    dla zbłąkanego pielgrzyma.
    Niech gaśnie! niech ginie!
    Niech upragniony nadejdzie już wieczór
    ze swoją ciszą wieczystą,
    która ci mgłami szepce miesięcznymi,
    że zanim miłość i spokój
    stały się ogniem trawiącym,
    zanim się stały zabójczą tęsknicą
    i tym kamiennym, ślepym przerażeniem,
    On był i myśmy byli przed początkiem.
    WieśBłogosławioną niech będzie ta chwila,
    kiedy się rodzi wieczorny hymn duszy!
    Kiedy od cichych pól,
    od rżysk i rzecznych pobrzeży,
    od przecznic i od ugorów,
    od wypaczonych chat
    i od tych stodół zwietrzałych
    chłopięca płacze piosenka:
    A grajże mi, piszczałeczko,
    a grajże mi, graj!
    Uliniłem cię z wierzbiny,
    gdzie ten potok srebrnosiny,
    gdzie ten szumny gaj!
    Pani pana tam zabiła,
    zieleni się hej! mogiła,
    zieleni się hej!
    A cierniste krzewie głogu
    kwiat swój sypie po rozłogu,
    a szept idzie z kniej!…
    A dusza słucha i słucha…
    A dzień jej przygasa,
    a ona śladem tęsknicy
    płynie rozlewną falą księżycową,
    rosami płynie, lśniącymi na łąkach,
    i wierzchołkami ukojonych drzew
    i grzbietem białych gór
    ku onym dniom zapomnianym,
    gdy miłość i spokój
    nie były ogniem trawiącym,
    ani kamiennym, ślepym przerażeniem.
    Cierpienie, Duch, KlęskaPrzestwór się przed nią rozszerza
    i, przepełniony wiekuistą nocą,
    topi w swych głębiach wszystko, co ją zmogło
    urągowiskiem i grzechem
    i wypełnioną pokutą,
    wstydu i hańby pociemniałą twarzą
    i podeptaniem świętych, bożych praw
    i krwawą zemsty pochodnią
    i bolu, bolu strasznego
    tak pożądanym, a tak żrącym widmem.
    Błogosławioną niech będzie ta chwila,
    kiedy się rodzi wieczorny hymn duszy!…
    Na senne kwiaty wystąpiła rosa,
    na łąk płaszczyzny, na ciemny łan zboża,
    Modlitwa, Wodaa ona siadła u brzegu jeziora
    i rozmodlona patrzy w jego głębię —
    i oparami wznosi się nad wielką,
    nad uciszoną, rozmodloną wodą —
    i słucha i patrzy i szepce
    swoje wieczyste pacierze.
    Z zapadłych wiosek płyną rozhowory,
    w bagniskach dzikie odzywa się ptactwo,
    a gdzieś w pustkowiu, a gdzieś na rozstaju,
    w samotnej chacie połyskuje światło,
    a tam! zdaleka cicha idzie Śmierć.
    Od zórz zachodnich, w ziół zasypiających
    rozkosznej woni piosnka się kołysze,
    nad niemowlęcia kolebką wysnuta:
    O tej radości, o tym weselu,
    o tym cudownym, ukrytym zielu
    z za siódmej góry, z za siódmej rzeki,
    które na smutek słodkie ma leki.
    Melancholia, ŚmierćO tej godzinie, co szczęście niesie,
    pieśń się kołysze po krzach, po lesie,
    po falach żyta pieśń się kołysze
    w tę uroczystą, wieczorną ciszę,
    a wślad za pieśnią cicha kroczy Śmierć…
    Wyszła z dziedziny, gdzie miłość i spokój
    nie są–ci ogniem trawiącym,
    ani zabójczą tęsknicą,
    ani kamiennym, ślepym przerażeniem,
    i w świat podąża, ku onym rozstajom,
    k'temu pustkowiu, ku chacie samotnej,
    k'temu słabemu, czerwonemu światłu…
    Ścieżyną zdąża i traktem szerokim,
    po drodze zerwie jakiś kłos zielony,
    albo też listek topoli
    i w zamyśleniu rzuci je pod nogi.
    Lekkimi stopy przygnie jakąś trawkę,
    lub owad zdepce na miedzy,
    albo swą długą, białą, przezroczystą
    zanurzy rękę w staw
    i jego srebrną powierzchnię
    powlecze rdzą opalową.
    Czasem w tym swoim pochodzie
    siądzie na chwilę pod krzyżem pochyłym,
    na opuszczonej mogiłce,
    i, głowę ukrywszy w dłonie,
    głębokim jękiem zapłacze,
    rozlewającym się na okrąg świata.
    A potem wstaje i traktem rozległym,
    albo miedzami idzie znów śród zbóż
    k'temu pustkowiu, gdzie w chacie samotnej
    czerwone, słabe połyskuje światło.
    A za nią snuje się smuga
    sinych oparów i mgieł,
    na których ciężkiem, dalekiem obrzeżu
    zachodnia krwawi się zorza…
    Czemu nie gaśniesz, ty zorzo?…
    On był i myśmy byli przed początkiem,
    zanim się stało to, co nas pożera!
    Czemu nie gaśniesz ?!
    Ach! jak się w twoich płomieniach
    palą te grona jarzębin!
    Jak się rozżarza ten żwir —
    ten szary piasek na drodze pątniczej!
    Wybaw człowieka, o Panie,
    od żagwi[1] gniewu Twojego!
    Bóg, Duch, Nieśmiertelność, Drzewo, ModlitwaDusza ci śpiewa psalm, jak niegdyś, niegdyś —
    śród koralowych jarzębin,
    przy rozszumiałych, wielkich polach zbóż,
    przy tajemniczych pogwarach tych lip,
    rozkołysanych Twym świętym oddechem…
    Pokorna, cicha, nieskalana dusza
    stoi u wrótni kościółka
    i psalm Ci śpiewa, tak wieczny,
    jak wieczną ona i Ty!
    Na roztęczone mgławice kadzideł
    kładą się dźwięki organów,
    majestatyczne, cudotwórcze dźwięki,
    i podpływają ku cichej, pokornej,
    ku nieskalanej, ku skupionej duszy,
    klęczącej w progu świątyni.
    Grona jarzębin rumienią się w słońcu,
    prastare lipy szumią hymn pierwotny,
    przenikający głębinę jestestwa,
    łan się kołysze, rozłożysty, złoty,
    w oknach świergocą jaskółki,
    nad poszeptami pacierzy
    nieprzeliczonych pątników
    białe wzlatują gołębie,
    a w rozmodleniu milczącym,
    na skrzydłach psalmów, tak wiecznych,
    jak wieczna ona i Ty,
    wznosi się dusza ku Tobie.
    Obraz świata, Stworzenie, NaturaBo gdzież jest większy Pan i król i władca?
    Gdzież moc Ci równa i równa potęga?
    Sam z Siebieś powstał, majestat Twój płonie
    na tym z wieczności zbudowanym tronie.
    Z Siebie stworzyłeś ten przestwór bez końca
    i z Siebieś w niego rzucił żar na słońca.
    Istnienieś Swoje zamknął w prochu ziemi
    I wichr piersiami oddycha Twojemi.
    Bóg, Kondycja ludzkaDuszę człowieka wywiodłeś ze Siebie
    wraz z duszą globów, świecących na niebie.
    Tyś, Boże, ziarnem i kłosem i listkiem,
    Wszystko jest z Ciebie i Ty jesteś Wszystkiem
    i przez Cię Wszystko, nieśmiertelny Panie,
    ma nieśmiertelne w Tobie królowanie.
    Gdzież moc Ci równa? gdzież równa potęga?
    Gdzież jest ten płomień, co skry Twej dosięga?
    Gromem przemawiasz w łyskającej tuczy,
    głos Twój morzami i wulkanem huczy,
    trzęsieniem ziemi ogłasza Twe wieści,
    lub słodko szumi, szemrze i szeleści.
    Straszliwym bywasz w Swym monarszym gniewie:
    rozkwitłe pola zatapiasz w ulewie,
    żagwią pożarów godzisz nam w zagrody,
    bijesz dobytek i zatruwasz wody.
    Lecz kto opiece Twej odda się szczerze,
    tego Twa łaska od złego ustrzeże.
    Bo czyjaż dobroć Twych bezmiarów sięga?
    Gdzież moc Ci równa i równa potęga?…
    Błogosławioną niech będzie ta chwila,
    kiedy się rodzi wieczorny hymn duszy,
    tej nieskalanej, pokornej i cichej!…
    On był i myśmy byli przed początkiem —
    chwalmy i wielbmy Jego święte imię!
    Księżyc, Noc, SłońceCzemu nie gaśniesz, ty zorzo,
    nad oceanem tych ciężkich oparów,
    co pochłonęły me słońce?
    Księżyc się dźwignął ponad węża gór,
    osrebrza brzegi obłoków,
    lśni się na rysach śnieżystych;
    od wschodu pełza cicha noc,
    stoki swym wielkim przytłacza spokojem,
    a ty się palisz!
    Stamtąd — od nizin dalekich,
    usypiających poza stu wodami,
    poza tysiącem dróg,
    jakieś się echo przyczołguje w duszę —
    To płacz tej dawnej, chłopięcej piosenki:
    A grajże mi, piszczałeczko,
    a grajże mi, graj!
    Uliniłem cię z wierzbiny,
    gdzie ten ruczaj srebrno–siny,
    gdzie ten szumny gaj!
    Ach!…
    Czemu się żagwisz[2]?…
    Niech raz już wszystko zagaśnie!
    Jarzębina się rumieni,
    szepcą lipy stare,
    suchy piasek się podnosi — — —
    Czemu nie milkniesz, ty zorzo?
    Dlaczego krzykiem ognistym,
    wystrzelającym z tych przepastnych szczelin,
    pomiędzy dwiema piekielnymi ściany,
    tak mnie oślepiasz i tak mnie ogłuszasz,
    że dojść nie mogę do kresu?
    Księżyc, Ogień, Słońce, WizjaDzień mój już przygasł,
    a zorza jego się krwawi,
    jakby się krwawić miała w nieskończoność!…
    wszystko pożera swymi płomieniami —
    duszę mi pali i świat cały pali!
    Z olbrzymich snopów ognia,
    jakby młóconych niewidzialnym cepem,
    sypią się ziarna skier
    w okrąg na niebo i ziemię!
    Księżyc się zajął
    i, w mgnieniu oka wyrósłszy
    w ogromną kulę ognistą,
    zaczyna rwać się w kawały
    i płomiennemi wali się bryłami
    na cielska płonących gór,
    na popiół smreków spalonych.
    Płoną jeziora,
    sto wód się pali
    i tysiąc dróg!
    Z rozszalałego wnętrza ziemi
    ogniem buchają wulkany,
    gwiazd miljony tną błyskawicami
    spieniony potop płomieni
    i z hukiem
    giną w czeluściach czerwonych…
    Czemu mnie karzesz?
    W tych rozżarzonych stanąłeś przestworzach,
    cały spłomienion, większy niż przestwory,
    z krzyżem, ogromnym, płomienistym w dłoni
    i rozżagwiony rzucasz na mnie świat…
    Karz mnie!
    Bom–ci ja człowiek, który wyszedł z grzechu
    i prześladowan był przez grzech — do końca!
    Moja to wina!
    Bo oto moja nieprawość,
    mnoga, jak iskry tych ogni,
    przeszła granice, Panie, Twych zamiarów!
    Matka, Ojciec, SynOjcam się wyparł,
    a kiedy zamknął powieki,
    krzyża–m na jego grobie nie postawił,
    bom go nie prosił o garść tego błota,
    o nędzny żywot ten!
    Moja to wina, moja wielka wina!
    Matkę–m wypędził z domu, by nie jadła
    strawy, porwanej większym, niż ja, tchórzom —
    a wypędziłem ją w czas, gdy nad ziemią
    przebiegał tuman nawałnic,
    aby jej w drodze, w bezludnym pustkowiu,
    oczy wyżarły błyskawice,
    a dąb, walący się od gromu,
    aby ją przygniótł swą kłodą na wieczność!
    Moja to wina, moja wielka wina!
    Siostra, ŻebrakOślepłą siostrę spotkawszy żebrzącą
    u wrót wspaniałej katedry,
    nie czułem tyle odwagi,
    aby się dotknąć jej ręki wyschniętej
    i, na jej krwawe wskazując orbity,
    głupim powiedzieć lwom i pustym lwicom:
    Idźcie! mnie łaski waszej nie potrzeba —
    to siostra moja! przy niej mi pozostać!
    Moja to wina, moja wielka wina!
    PiesPsa, który zaszedł mi drogę
    i z głodu zęby wyszczerzył
    i miłosierne wlepił we mnie ślepie,
    kopnąłem nogą,
    aż ze skowytem padł pod moim płotem!
    ZwierzętaRobaka–m zdeptał —
    tysiące owadów
    miażdżyłem stopą, wlokąc się przydrożem,
    ażeby duszę znudzoną
    orzeźwić wschodem lub zachodem słońca.
    A pnąc się w górę, ku rzeźbionym grotom,
    ku tajemniczym snom stalaktytowym,
    albo ku wirchom, skąd pycha
    wygraża światu pięściami z granitu,
    kazałem ścinać pachołkom
    gałęzie smreków młodziutkich,
    gdyż iglicami drażniły mi skronie…
    Brat, Chłop, MorderstwoZabiłem brata,
    bo mi się worał w miedzę
    i naręcz owsa mi wyżął
    dla swego konia —
    moja to wina, moja wielka wina!
    GóraChęć mi raz przyszła obłędna,
    ażeby kopać dla siebie mogiłę,
    bo mi się życie stało cmentarzyskiem,
    i w tę mogiłę wtrąciłem bliźnego,
    tak, że oszalał między umarłymi!
    Moja to wina!
    Dziecko, Kochanek, Sąsiad, ŻonaUwiodłem żonę przyjaciela —
    moja to wina!
    Pod próg sąsiada kazałem podrzucić
    dziecko, zrodzone z mego rozbestwienia.
    A raz to grzech mi tak zaciemnił oczy,
    żem po omacku szedł w przepastną głębię
    strasznego lasu
    i, jadowite wyszukawszy ziele,
    świat nim stłumiłem w poczęciu.
    Moja to wina, moja wielka wina!
    MiłosierdzieNie karz mnie, Boże, według moich zbrodni!
    W tej gniewu Twego straszliwej godzinie
    świat niech się kaja, lecz niechaj nie ginie!
    Wielka jest moc Twa i wielka potęga,
    lecz czyjaż dobroć Twej dobroci sięga?!
    Dziewictwo, Fałsz, Kobieta, ZłodziejRozpalonymi namiętnością dłońmi
    umiałem skazić niewinną wstydliwość,
    nim się w słoneczne rozwinęła kwiecie.
    Podstępnie owoc zerwałem dziewiczy,
    słowem, któremu dała moc obłuda,
    wielbiąc zbawienie z miłości,
    a sobie–m szeptał, jak złodziej, co w każdym
    widzi złodzieja: rwij, nim przyjdzie inny!
    Za grosz kupionej rozpuście
    dałem się wlec po kałużach,
    Pożądanie, Trup, Upadek, Wzrokalbo, gdy przesyt wypił ze mnie krew,
    jak widmo–m stawał u bram lupanaru
    i źrenicami, zmienionemi w szkło,
    przez które ognia przezierał ostatek,
    zazdrośniem śledził takich, jak ja — trupów,
    by ich rozkoszą zwątloną
    podżegać w myśli mą rozkosz przymarłą.
    A nieraz podłość tak mi żarła duszę,
    że chcąc wypełnić jej pustkę,
    małom nie szeptał błądzącym przechodniom:
    Nie tymi drzwiami: tamte wam poradzę!
    Moja to wina, moja wielka wina!
    Fałsz, Mąż, Zdrada, ŻonaZwiązan ślubami,
    które mi jarzmem się stały,
    a sił nie mając otwarcie
    zrzucić ze siebie tych błazeńskich dzwonków
    arcykapłana domowych ołtarzy
    i iść, gdzie w słońcu południa,
    śród woniejących ogrodów,
    krwawo się złoci zakazane drzewo,
    dawałem w duszy przystęp takim szeptom:
    Niechajże Szatan się zjawi
    i niech uwikła w sieć swojej pokusy
    tę, co mi ongi była mocą szczęścia,
    a dziś mnie dusi swą cnotą!
    Wówczas jej krzyknę: podłaś! i, już czysty
    w nędznym sumieniu, pójdę spełnić zdradę!
    Moja to wina! moja wielka wina!
    Oto jest miłość! oto jest to źródło,
    z którego bije szlachetność!
    Moja to wina! moja wielka wina!
    Panie!
    Grzech, Kondycja ludzkaWszystkie ja grzechy wziąłem na swe barki,
    bom–ci ja człowiek, bom urodzon z bolu,
    bo żal i rozpacz i przestrach
    i wyczerpanie i siła
    są przyczynami mojego istnienia…
    Spłonąłem chucią do mej własnej krwi,
    do matki mojej i do córki mej!
    Pokusa, Pożądanie, ZwierzętaA w noc tajemniczą,
    kiedy przed moim pałacem,
    wzniesionym z mgławych majaków,
    przedziwne kwiaty o zbielałych oczach
    rozrzechotanej Meduzy
    do jakichś strasznych rozmiarów
    w mżachach wyrastały miesięcznych —
    kiedy się księżyc skradał do mych komnat
    i kładł na łoże mego wyczerpania,
    wonczas mnie ze snu budziła lubieżna,
    sprowadzająca warg bezwładne drgawki
    i źrenic błędną gorączkę,
    potworna żądza ku Twemu — zwierzęciu!
    Moja to wina! moja wielka wina!
    Oto jest miłość! oto jest krynica,
    z której wypływa zwycięstwo nad piekłem!
    Moja to wina, moja wielka wina!
    Karz mnie!
    Karz mnie!
    W tym rozżagwionym przestworze
    masz krzyż z płomieni, większy, niż ten przestwór,
    więc bezlitością swych płomiennych rąk
    wyciągnij członki moje do ogromu
    Twojego krzyża, na którymś zawisnął
    Stworzenie, Bóg, Obraz świataTy sam, o Panie! ongi przed początkiem,
    kiedyś się zmuszał, by spokój i miłość
    przemienić w ogień trawiący
    i w skamieniałe, ślepe przerażenie!
    Kiedyś ze swego spokoju
    i swej miłości
    wydzielał słońca i gwiazdy;
    by rozbijały się w swoich elipsach,
    aby się stało to, co nas pożera!
    Bóg, Kara, Kondycja ludzkaKarz mnie, człowieka, co krąży po świecie
    z brzemieniem winy na ugiętym grzbiecie.
    Wagę masz w ręku i miecz sprawiedliwy,
    z którego lecą skry na ludzkie niwy,
    a pomsty Twojej płomienna potęga
    od pokolenia w pokolenie sięga.
    Krew nam wysusza i pożera kości
    wieczysta wszechmoc Twej zapalczywości —
    żadna się przed nią groza nie ostała:
    Niechaj Ci za to będzie cześć i chwała
    na wieki wieków, Amen, Amen, Amen!
    Panie!
    Kłamałem!
    Bogactwo, ZazdrośćZawiść i zazdrość tuliły się do mnie
    zżółkłymi łony[3] i, nagością swoją
    opanowawszy mą duszę,
    kazały zezem patrzeć mi na sławę
    i na bogactwo rodzonego brata.
    Kradłem —
    w kościele Twoim rozbiłem skarbonę!
    Moja to wina, moja wielka wina!
    Chciwość, Fałsz, PychaA raz w czarownym, wielkim, ludnym mieście,
    śpiesząc ku śmierci, która czeka na mnie,
    chciwie wstrzymałem krok przed stosem złota
    i błyskawicą, która idzie z Ciebie —
    moja to wina, moja wielka wina!
    myśl mi przebiegła haniebna:
    Tak! wymordować czcicieli Molocha
    i potem — zająć ich miejsce!
    Panie!
    Fałszywym byłem prorokiem
    i nie umiałem powstrzymać bluźnierstwa
    przeciwko Tobie, tak, jak dzisiaj bluźnię!
    Krzywdy–m ja bratu nie przebaczył,
    choć sam krzywdziłem — jak oszust!
    Pogardę niosłem tłumowi,
    jego sczerniałym, spracowanym dłoniom,
    jego łachmanom, przesyconym potem!
    Ornat na siebie kładłem i koronę
    i, wziąwszy jabłko do ręki i berło,
    kazałem klękać przed mymi rozkazy,
    jakby nie było Twego majestatu!
    Moja to wina, moja wielka wina!
    Okręty słałem na spienione morza,
    a w bitwach, w moim wszczynanych imieniu,
    tysiące kładły się we krwi swej własnej,
    a wszak Ty jeden masz prawo
    na życie człeka wydawać wyroki!…
    Moja to wina, moja wielka wina!
    Karz mnie!
    Bom–ci ja człowiek, skazany na karę,
    bo dzień mój przygasa.
    a zorza jego się krwawi
    i świat się mój pali!
    Bo dawno już przeszedł czas —
    moja to wina, moja wielka wina! —
    gdzie miłość i spokój
    nie były ogniem trawiącym
    ani zabójczą tęsknicą
    ani kamiennym, ślepym przerażeniem…
    A graj–że mi, graj!…
    Jarzębiny się rumienią —
    suchy piasek się podnosi —
    A graj–że mi, graj!…
    On był i myśmy byli przed początkiem,
    zanim się stało to, co nas pożera…
    ŚmierćBłogosławioną niech będzie ta chwila,
    kiedy się rodzi wieczorny hymn duszy!
    kiedy na wieki — na wieki
    gaśnie jej dzień — — —

    Przypisy

    [1]

    żagiew — pochodnia. [przypis edytorski]

    [2]

    żagwić się (neol.) — czas. utworzony od rzecz. żagiew (płonący kawał drewna; pochodnia), synonim: płonąć. [przypis edytorski]

    [3]

    zżółkłymi łony — zżółkłymi łonami. [przypis edytorski]

    Close
    Please wait...