Wolne Lektury potrzebują pomocy...



Wolne Lektury utrzymują się z dobrowolnych darowizn i dotacji.


Na stałe wspiera nas 377 czytelników i czytelniczek.
Niestety, minimalną stabilność działania uzyskamy dopiero przy 1000 regularnych darczyńców.


Dołącz do darczyńców! Przyjaciele Wolnych Lektur zyskują wcześniejszy dostęp do nowych publikacji!
Potrzebujemy Twojej pomocy!

TAK, wpłacam
Tym razem nie pomogę, przechodzę prosto do biblioteki
Znajdź nas na YouTube

Audiobooki Wolnych Lektur znajdziesz na naszym kanale na YouTube.
Kliknij, by przejść do audiobooków.

x
Moja pieśń wieczorna → ← Salome

Spis treści

    1. Bóg: 1 2 3 4
    2. Danse macabre: 1
    3. Duch: 1
    4. Grób: 1
    5. Kobieta: 1
    6. Kondycja ludzka: 1 2 3
    7. Krew: 1
    8. Los: 1 2
    9. Miłosierdzie: 1
    10. Modlitwa: 1 2
    11. Obraz świata: 1
    12. Oko: 1 2
    13. Pieniądz: 1
    14. Ptak: 1
    15. Rośliny: 1 2
    16. Serce: 1
    17. Słońce: 1
    18. Sobowtór: 1
    19. Starość: 1
    20. Stworzenie: 1
    21. Szatan: 1 2 3 4
    22. Śmierć: 1 2
    23. Upiór: 1

    Jan KasprowiczHymnyŚwięty Boże, Święty Mocny!

    O niezgłębione, nieobjęte moce!
    Ptak, Oko, SłońceSkrzydłami trzepocę
    jak ptak ten nocny,
    któremu okiem kazano skrwawionym
    patrzeć w blask słońca…
    Święty Boże! Święty Mocny!
    Święty a Nieśmiertelny!…
    Krew, Serce, ŚmierćA moje skrzydła plami
    krew, która cieknie bez końca
    z mojego serca…
    A oko moje zachodzi mgłą,
    która jest skonem
    i mego serca i duszy mej!
    Niech będzie skonem i Twoim!
    Święty Boże! Święty Mocny,
    Święty a Nieśmiertelny,
    zmiłuj się nad nami!
    I niechaj łzy,
    które o jasnym poranku
    wiszą na kłosach wypoczętych zbóż
    lub szkliwą pianą okrywają kępy
    w sen otulonych traw,
    zmienią się w głośne skargi
    i bez ustanku
    płyną do Twoich zórz…
    Bóg, Stworzenie, SzatanNiechaj rozszarpią na strzępy,
    na krwawe szmaty
    łuny świtowe, powstałe nad ziemią,
    gdzie ból i rozpacz drzemią,
    ogromne, przez Szatana zapłodnione światy,
    a może przez Ciebie,
    o Święty, Nieśmiertelny, Święty, Mocny Boże!
    Dlaczego moje–li wargi
    mają wyrzucać krwawą pieśń?!
    Płacz ze mną!
    Dlaczego sam mam iść w tę przestrzeń ciemną,
    choć żar południa pali się w przestworze?…
    Dlaczego sam mam wlec się na rozdroże,
    ku tym pochyłym krzyżom,
    którym na czarne ramiona
    kracząca siada wrona
    i dziobem zmarłe rozsypuje próchno?
    Niech głuche żale nie głuchną!…
    Idź ze mną!
    Zrzuć z Siebie, Ojcze, nietykalne blaski!
    Zgarnij ze Siebie tę bożą,
    tę władającą moc, co nad wiekami
    nieugaszoną płomienieje zorzą
    i światłość daje światom
    i światy w swoim ogniu na popioły trawi!
    Stań się tak lichy, jak ja, i skulony
    i, doczesności okryty łachmanem,
    wlecz się nieszczęsnym łanem
    za kluczem w dal przymgloną ciągnących żurawi,
    ku cichej, na rozstajach kopanej mogile
    zapomnianego człowieka!
    Albo w swej całej, wiekuistej sile,
    w całej potędze wszechmocnego bytu,
    stań przy mym boku
    i duszę moją rozszerz do Swego bezmiaru
    i oczy moje, w smutku zapatrzone strony,
    rozewrzyj, królu globów, pełnych żalu,
    do nieobjętych orbit,
    Kobieta, Los, Starośći wlecz się, wlecz się ze mną na samotne pola,
    ku tym ostami porosłym przydrożom,
    gdzie, kurzem obsypana, ślepa siadła Dola…
    A wiatr rozwiewa jej włosy
    i żwir jej w puste sypie oczodoły,
    a słońce, rozpaliwszy bezdenne niebiosy,
    pali jej żółte, pomarszczone skronie
    i po policzkach leje strumień żaru,
    w bezdźwięczną skórę piersi wysuszone zmienia
    i wargi jej roztwiera, daremnie łaknące
    ach! rzeźwiącego zbawienia…
    A dzwon się rozlega,
    z jękiem się czołga po spalonej łące,
    z płaczem się wznosi nad umarłe błonia,
    łkaniem wyschnięte chce poruszyć wody
    i zrozpaczony zamilka u brzega
    i znów się zrywa i jęczy i płacze
    i łka i płynie i płynie i płynie
    w tej rozpłakanej godzinie…
    Danse macabre, ŚmierćA jako widna ta ziemia, wspaniała
    wielką godziną konania,
    niepogrzebione wokół leżą ciała,
    a ci się wloką, popędzani mocą
    strasznego lęku.
    A każda głowa ku ziemi się słania,
    każde kolano się chwieje,
    a krzyże posmutniałe drżą w wychudłych ręku,
    a w wietrze chorągwie trzepocą,
    a w martwym, niemym słońcu gromnice się złocą,
    a Śmierć przed tłumem kroczy,
    wielkimi kroczy odstępami
    i z śmiechem na trupich ustach
    wywija kosą stalową,
    połyskującą w południowym skwarze.
    A nad jej głową,
    jak wieniec z czarnych ziół,
    rozkwitłych podmuchem żałoby,
    gdzie drzemią stuleci groby,
    zgłodniałych kruków krążą stada
    chmurą ściemnioną
    i, wysunąwszy dzioby,
    żądliwie chłoną
    ten wiew, który idzie od ziemi —
    trujący, śmiertelny wiew…
    A ona, świata przebiegając smug,
    kroki swe liczy na mile
    i kosą zatacza łuk,
    że, jako zboże w dzień kośby,
    tak pokolenia padają
    na nieskończonym obszarze,
    który jej mocy oddał się spokojny,
    który jej mocy oddał się bezwiedny…
    O dzwonu łkające prośby!
    O szumie więdnących drzew!
    O Boże, Święty Boże! Święty a Nieśmiertelny!…
    A ci się wloką,
    blasków słonecznych odziani powłoką.
    GróbA dzwon się rozlega
    w blasków słonecznych pozłocistym pyle,
    opadającym na zielska przydroży,
    Kondycja ludzkana melancholią okryte przecznice,
    na grób samotny
    zapomnianego człowieka…
    Kopcie samotny grób!
    Niechaj w nim kości położy
    ten, który z matki żywota
    wyniósł nieszczęsny los!
    Nieokiełznana gnała go tęsknota
    za widmem bólu,
    który sam jeden
    wszechmocny posiada głos,
    który sam jeden rozpieśnia
    duszę słabego człowieka
    w natchnioną pieśń,
    zapładniającą światy…
    Kopcie samotny grób,
    pośród krwawników kopcie i dziewanny,
    Duch, Upióru stóp
    próchniejącego krzyża,
    gdzie w południowy skwar
    bratnie się schodzą duchy,
    tłum zapomnianych mar,
    i, wśród spalonej usiadłszy murawy,
    jęk wyrzucają głuchy
    z skrwawionych łon…
    RoślinyA jęk ten idzie po zżętych zagonach
    razem z tą pieśnią, którą jęczy dzwon —
    na rżyskach rusza porzucone kłosy,
    czarnymi ożyn[1] jagodami chwieje
    i wierzb płaczących srebrne czesze liście
    i szumi w wierzchach czerwonych chojarów…
    Kopcie samotny grób
    tam, na tej miedzy szerokiej,
    gdzie rośnie łopian chropawy,
    gdzie srebrne lśnią się podbiały,
    gdzie aksamitna bylica
    rozpierza miękkie swe kiście!
    Tam, gdzie ten parów
    sączy resztkami wody,
    gdzie ten wądolec ospały,
    gdzie ci się wloką,
    blasków słonecznych odziani powłoką,
    gdzie się nad drogą kurzu wzbija słup,
    kopcie samotny grób!
    Gdzie ziemia pęka od żarów,
    gdzie każda jej grudka
    pełna jest znojów
    i krwawych prób,
    gdzie dzwon się rozlega,
    gdzie w wietrze chorągwie trzepocą,
    gdzie się gromnice złocą —
    kopcie samotny grób!
    Gdzie w dali pobłyskuje jezioro tęskniące,
    gdzie jaskier więdnie na łące,
    gdzie opuszczone mogiły,
    te kopce poległych wojów
    nielitościwy rozorywa pług,
    rdzawe szablice wyrzucając z wnętrza,
    dziś wroga zbrodniczy łup,
    tam wy samotny, cichy kopcie grób!…
    Niechaj w nim kości położy
    ten, który powstał z tej ziemi,
    który miał w sobie jej trud,
    jej tajemniczy jęk,
    idący z głębin przestworzy
    w południa senny skwar.
    Niechaj w nim spocznie na wieki
    ten, który zabrał z jej chat
    żalniki łez
    i czekał, kiedy przyjdzie wybawienia kres,
    i z jej szumiących zbóż
    zgarniał ten dziwnie przejmujący szum
    i w swoich dum
    treść go zamykał i w świat
    jak wielką świętość niósł.
    I żal go zdejmował,
    że mu nie daną była moc,
    by zmienić w triumf te łzy;
    że nie miał siły,
    aby te szumy żałobne
    w jakiś weselny,
    w jakiś radosny hymn się rozpieśniły!
    I, obarczony przekleństwem najdroższych,
    stanął na drodze w dzień tuczy,
    jak krzew pogięty,
    i z piorunami w zawody
    rozpaczą grzmiał!
    A burza huczy i huczy,
    a chmur się kłębi wał,
    a wiatr mu deszczem miecie w ślepe oczy,
    a grzbiet mu drży, jak brzoza wśród pustego pola,
    Kondycja ludzka, Losa ślepa na przydrożu przykucnięta Dola
    śmieje się dzikim śmiechem,
    że się nie spotkał z echem
    ten rozpaczliwy głos,
    że go wchłonęły odmęty
    tej burzy!
    Że w tej śmiertelnej podróży,
    w tej drodze znojnej,
    na tym zsieczonym łanie
    upadł, bezsilny człek,
    do wichru zwalił się stóp.
    Kopcie samotny grób!
    A Ty, o Święty,
    o Nieśmiertelny,
    który swym jednym oddechem
    wypełniasz wieków wiek,
    Ty od powietrza, głodu i ognia i wojny
    i od Szatana, który w dom przychodzi
    i dusze zwodzi,
    zachowaj nas, Panie!
    Świat dół swój grzebie
    od pierwszych dni,
    Okoa w obramieniu Trójkąta
    Twe oko lśni
    nad węgłem niebieskiej bramy…
    A my wołamy do Ciebie,
    a my wzdychamy,
    Ewy nieszczęsne dzieci…
    A z głuchym łoskotem
    na trumnę sypią się grudki
    ziemi, oblanej potem,
    ziemi, oblanej krwią…
    A naokoło zapadłe mogiły
    i cicho łkające smutki
    wśród trawy, co z cichym szelestem
    pożółkłe liście kołysze.
    A światłość wiekuista biednym ludziom świeci
    w tę podróż ciemną…
    Jestem!
    I Ty jesteś tu ze mną!
    Przerwij tę ciszę!
    Niech Twoje słowo gromowe
    zagrzmi nad wielkim cmentarzem!
    Radosne niech głosi nadzieje!
    Niech zapomniani wstaną,
    a żywym niechaj życie nie będzie ponurym,
    wieki kopanym dołem!
    Bóg, MiłosierdzieZmiłuj się, zmiłuj nad nami!
    Z kornym błagamy czołem!
    Spuść Swoją łaskę na tę naszą głowę,
    na oczy, zmroczone łzami!
    Zmiłuj się, zmiłuj nad nami!
    Daj spiekłym łanom
    rzeźwiący deszcz!
    Nie zsyłaj gradu,
    który nam zboże zsiecze, nim dojrzeje…
    Nie trać naszego dobytku
    w owcach i koniach!
    Trzymaj z daleka pomory[2],
    które nam biją
    ostatnią krowę z obory!
    Ze zboża wypleń sporysze
    i chwast kąkolu
    i w ręku trzymaj Swe chmury,
    by się nie rwały
    i nie topiły w ulewie
    snopów na polu!
    Niechaj nie płaczą stulecia!
    Niech mróz spóźniony nie warzy nam kwiecia
    na ledwie rozkwitłym drzewie,
    na naszych wiśniach i gruszach,
    na naszych starych, pochyłych jabłoniach…
    I wdzięczność rozpal nam w duszach,
    byśmy Twe dary godnie oceniać umieli.
    O pełen kary
    i przebaczenia pełny!
    Chociaż ci nasze te grzechy utrudnią
    stanąć nad nimi z powieką zamkniętą,
    niech Twoja litość stokroć większą będzie,
    niżeli wszystek nasz grzech!
    O Panie!
    Nie daj wysychać studniom!
    Niech się Szatana nie rozlega śmiech!
    Na naszej grzędzie,
    gdzie ciężki trud rozpoczęto,
    niech trud ten żniwem się stanie!
    Spraw, aby w wielkie, uroczyste święto,
    w tę chwilę wesołą,
    gdy na organie
    i śpiewem i kadzidłem wielbimy Twą moc
    i dobroć Twoją,
    nie była dla nas potrzeba
    skąpić dziecinom chleba!
    Chroń nas od zdrady
    i daj nam tyle,
    byśmy we własnej spoczęli mogile;
    by nasze dzieci czy wnuki,
    gdy przyjdzie im dla ojców starych kopać grób,
    nie były przymuszone iść między sąsiady
    i prosić o jałmużnę ach! na cztery deski,
    na prostą, białą skrzynię z naznaczonym smołą
    krzyżem u głowy…
    Ojcze niebieski!
    Na pokropienie daj
    Modlitwa, Pieniądzi aby grosz był gotowy
    dla dziadka proszalnego, co w gorącej wierze
    ciche odmówi pacierze…
    A jeśli ziaren swych łask
    nie zechcesz równać strychulcem[3]
    po brzegi swej szczodrej ćwierci,
    od nagłej i niespodziewanej śmierci
    racz nas zachować, Panie!
    I niechaj w wietrze chorągwie trzepocą,
    niech się gromnice złocą,
    niech blask ich płynie w ten słoneczny blask!
    Pogrzebne niech zabrzmią śpiewy
    nieszczęsnym dzieciom Ewy!
    Padłym na znojnym łanie
    niech dzwoni żałobny dzwon,
    niech szumi z tej trawy szelestem…
    Święty Boże! Święty Mocny!
    Jestem!
    Jestem i płaczę…
    Biję skrzydłami,
    jak ptak ten ranny,
    jak ptak ten nocny,
    któremu okiem kazano skrwawionym
    patrzeć w blask słońca…
    A u mych stóp
    samotny kopią grób,
    a czarna wrona,
    na Bożej męki usiadłszy ramiona,
    bez końca
    kracze i kracze
    i dziobem zmarłe rozsypuje próchno…
    A ci się wloką,
    świetlistą mgieł sierpniowych odziani powłoką,
    jak cienie,
    do wielkiej się wloką mogiły…
    RoślinyZa nimi dziewanny
    z piaszczystych wydm się ruszyły,
    z miedz się ruszyły krwawniki,
    spoza zapłoci bez się ruszył dziki,
    tatarak zaszumiał w wądolcach
    i, z mułu otrząsnąwszy pachnące korzenie,
    idzie wraz z nimi…
    Z mokradeł kępy rogoży,
    z przydroży
    osty o żółtych kolcach,
    szerokolistne łopiany,
    senne podbiały,
    fioletowe szaleje,
    cierniste głogi
    wstały
    i idą…
    Liśćmi miękkimi
    wierzb zaszeleścił rząd
    i w cichej, rozpaczliwej sunie się żałobie
    śladem ich drogi…
    Całe rżyskami zaścielone łany
    oderwały się w tej dobie
    od macierzystej ziemi
    i, niby olbrzymie ściany,
    wzniosły się w górę i płyną,
    tą wielką żalu godziną…
    o Nieśmiertelny!
    o wieńcem blasków owity!
    na niedostępnym tronie
    siedzisz pomiędzy gwiazdami
    i, głową na złocistym spocząwszy Trójkącie,
    krzyż trójramienny mając u swych nóg,
    proch gwiazd w klepsydrze przesypujesz złotej
    i ani spojrzysz na padolny smug!
    Zmiłuj się, zmiłuj nad nami!
    Słońcom naznaczasz obroty,
    gasisz księżyce,
    jutrznie zapalasz i zorze
    i płodzisz zasiew na byty,
    na pełne cierpień żywoty,
    które tu muszą mrzeć,
    w samotny kłaść się grób…
    Zmiłuj się, zmiłuj nad nami!
    O Boże!
    O Mocny!
    Ty się upajasz wielkością stworzenia,
    a pośród nas tu głód!
    Jak bedłki, tak, jarmużu syty, ginie lud.
    SzatanA jako ryczący lew,
    Szatan po ziemi tej krąży,
    na pokolenia
    zarzuca zdradną sieć,
    w synu na ojca zapalczywość budzi,
    wynaturzony gniew,
    że syn przed ojcem zamyka swój dom!
    Bratu na brata wciska krwawy nóż,
    a nasze siostry i żony
    na straszny rzuca srom…
    Podpala nasze stodoły
    z garstką zwiezionych świeżo zbóż,
    mordy narodów wszczyna i pożogę
    sieje na miasta i wsi
    i przekleństwami znaczy swoją drogę…
    O zniszczeń dymiące dni!
    A my, ten ród potępiony,
    krzyże ująwszy w dłonie
    i zblakłe w krwawym pochodzie,
    trupimi piszczelami znaczone chorągwie,
    idziem o głodzie
    po tym śmiertelnym wygonie,
    w ten znojny
    w ten nieszczęśliwy czas,
    w którym konają wieki
    i wraz się rodzą nowe
    na cięższą jeszcze niedolę —
    idziemy, biedną pochyliwszy głowę,
    jak ten zsieczony las —
    Idziemy, a kres tak daleki!
    A lęk niespokojny
    biczem popędza nas
    i dech zapiera wśród łon…
    A naokoło rozlega się dzwon,
    na to cmentarne przelewa się pole,
    na te wyschnięte rzeki,
    w chojary żałobą swą godzi,
    że te się kładą na piaszczystym łanie…
    A pierś nasza łka,
    a w oku błyszczy łza,
    a ptak ciężko ranny
    uderza w skrzydła, krwią ociekające,
    a jaskier więdnie na łące,
    a z nami idą dziewanny
    i krwawnik i wodne lilije,
    a mór nam bydło bije,
    a dom się nasz pali,
    a siostra utonęła w rozplenionej fali,
    a ojciec gdzieś daleko w strasznej zginął bitwie,
    Modlitwa, Szatana Złe urąga modlitwie…
    Bóg, SzatanCóż z nami się stanie!?
    O Ty, łaskami hojny,
    Ty, od powietrza, głodu, ognia i wojny,
    od nagłej i niespodziewanej śmierci
    i od Szatana, który w dom przychodzi
    i dusze zwodzi,
    zachowaj nas, Panie!…
    Nie skłonił się jeszcze dzień,
    a Szatan z moczarów łożyska,
    gdzie nocą ognikami błyska,
    z czeluści błota wstał
    i, gdy najkrótszy słońce rzuca cień
    na te manowce, na te ścierniska,
    pod ramię chwycił Kościotrupa
    i wzrósł nad jego niebosięgłą stal —
    nad Ciebie, Boże, wzrósł!…
    Masz–li Ty grom —
    Masz–li Ty chmurę w ten południa skwar,
    aby z niej piorun padł
    i od Szatana uwolnił ten świat?…
    Wal błyskawicą, wal!
    Niechaj się łamie,
    niech się rozkruszy ta zdrada,
    która nad życiem i nad śmiercią włada!…
    . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
    Szatanie!
    Ty Kościotrupa chwyciłeś pod ramię
    i nad wysokość jego ostrej kosy
    wzrosłeś w niebiosy —
    a grom nie pada!
    Z nieukojoną żałobą
    klękam przed Tobą!
    Zlituj się, zlituj nad ziemią,
    gdzie ból i rozpacz drzemią,
    gdzie ból i rozpacz dzwonem się rozlega
    i w strasznej pieśni brzmi…
    Szatanie!
    Kop mi samotny grób
    na opuszczonym łanie,
    u krzyża czarnego stóp,
    pod gliny powłoką rdzawą!
    A iżby nie porósł trawą,
    tańcz na nim taniec piekielny
    po wszystkie dni!…
    A Ty, o Święty!
    A Ty, o Mocny!
    Ty Nieśmiertelny,
    proch gwiazd przesypuj w Swej klepsydrze złotej
    i płodź żywoty,
    aby tak klęły, jak ja;
    aby płakały, jak ja;
    aby w szarpiącej modlitwie,
    co jako dzwon ten łka,
    o zmiłowanie prosiły;
    aby się wlokły z gromnicami w dłoni
    ku tej nieznanej ustroni,
    do tej — ostatniej mogiły;
    aby tak wyschły, jak łza,
    którą już oko me płakać nie może;
    aby tak marły, jak ja —
    o Święty, Nieśmiertelny! Święty, Mocny Boże!

    Przypisy

    [1]

    ożyna — jeżyna. [przypis edytorski]

    [2]

    pomór — zaraza, epidemia śmiertelnej choroby. [przypis edytorski]

    [3]

    strychulec — deseczka służąca do wyrównywania wierzchu naczynia służącego do miary materiałów sypkich (jak mąka, piasek itp.) [przypis edytorski]

    Close
    Please wait...