Wolne Lektury potrzebują pomocy...



Wolne Lektury są za darmo i bez reklam, bo utrzymują się z dobrowolnych darowizn i dotacji.

Na stałe wspiera nas 363 czytelników i czytelniczek.

Niestety, minimalną stabilność działania uzyskamy dopiero przy 1000 regularnych darczyńców. Potrzebujemy Twojej pomocy!

Tak, dorzucę się do Wolnych Lektur!
Tym razem nie pomogę, przechodzę prosto do biblioteki
Znajdź nasze audiobooki na YouTube

Audiobooki Wolnych lektur znajdziesz na naszym kanale na YouTube. Kliknij, by przejść do audiobooków.

x
Hymn św. Franciszka z Asyżu → ← Moja pieśń wieczorna

Spis treści

    1. Bóg: 1
    2. Chrystus: 1 2
    3. Ciemność: 1
    4. Cierpienie: 1
    5. Duch: 1 2
    6. Kłamstwo: 1
    7. Kondycja ludzka: 1
    8. Kuszenie: 1
    9. Kwiaty: 1
    10. Łzy: 1
    11. Matka Boska: 1 2
    12. Miłość: 1 2
    13. Modlitwa: 1 2 3 4
    14. Odrodzenie przez grób: 1
    15. Oko: 1
    16. Pogrzeb: 1
    17. Potwór: 1
    18. Serce: 1
    19. Szatan: 1 2 3
    20. Śmierć: 1 2
    21. Śpiew: 1 2
    22. Tęsknota: 1
    23. Vanitas: 1 2 3
    24. Walka: 1
    25. Wąż: 1
    26. Wiosna: 1
    27. Wzrok: 1

    Jan KasprowiczHymnySalve Regina

    Matka BoskaZawitaj, Pani świata,
    niebieska królowa,
    witaj, Panno nad Panny, gwiazdo porankowa.
    Wieniec Twą skroń oplata,
    zwity z promiennych liści:
    o niech się w nich nadzieja biednych ludzi ziści!
    Kwiaty, WążBiała jak śnieg Twa szata,
    a z białego–ć łona
    lilija Twą czystością rośnie ubielona.
    A wąż, który na ziemię przyniósł śmierć, przez Ciebie
    został podeptan na wieki
    Salve Regina!
    Milczcie!
    Nie do was idzie wielkie objawienie
    od skalnych brzegów
    tajemniczego jeziora,
    nad którym okrąg zachodniego słońca
    w olbrzymią, wiekuistą rozlewa się falę.
    Nie dla was płynie pieśń,
    co się w płomiennym urodziła krzewie,
    święta, jak ranek wiosenny,
    albo jak wieczór jesieni,
    zapadający nad ciszą ugorów,
    nad zwiędłą czerwienią drzew
    i ponad próchnem pochylonych krzyży!
    Nie! nie! śpiewajcie ją wszyscy:
    wasze to tchnienie i wasza to krew,
    wasze to serce w tym śpiewie —
    Salve Regina!
    ModlitwaBliżej! bliżej!
    O nie uciekaj przede mną,
    ty rozmodlony pogłosie!
    Wypełniasz cały świat
    swoją przedziwną melodią,
    Ciemnośća przed mą duszą ciemną
    jak gdyby stanął nieprzebity mur,
    o który się rozbija twój rozlew potężny
    i głuchnie…
    Po co ten przestrach i po co ten lęk?
    Tęsknota, ChrystusPonad głębiami nocy,
    nad skrajem uśpionej ziemi,
    oblasków niewidzącej, które idą z Życia,
    smug się rumieni ognistego złota
    i w jednej chwili ogarnia przestworza.
    A k'niemu idzie Tęsknota,
    jak druhna boża,
    w wianku z oliwnych gałązek
    i z wielkim, czarnym krzyżem na wątłym ramieniu.
    Duch, Matka BoskaA w nim, w tym blasku, w tym ognistym złocie,
    pali się milion dusz,
    O których tutaj dawno zgasła wieść.
    A każdą wieniec oplata,
    zwity z promiennych liści —
    nadzieja biednych ludzi w jego skrach się iści.
    Biała, jak śnieg, ich szata,
    a z białego łona
    lilija ich czystością rośnie ubielona.
    I każda węża głowę
    depce swą białą stopą
    i z lutnią, naciągniętą na tony wieczyste,
    śpiewa przesłodki hymn,
    zasłyszan ongi — tak dawno, tak dawno,
    ażeby o nich wieść
    zagasnąć miała czas —
    hymn przenajświętszy:
    Salve Regina!
    Ziemio! ziemio!
    ModlitwaTęsknota chodzi po tobie
    w wieńcu z gałązek oliwnych
    i z wielkim, czarnym krzyżem na wątłym ramieniu.
    I krople potu roni
    i, dzierżąc kielich goryczy
    w białej, zmęczonej dłoni,
    klęka co kroku w swej drodze krzemiennej
    i modli się, i płacze, i wzdycha, i modli…
    A jej modlitwy i łzy
    i te westchnienia głębokie
    co krok się w przędze zmieniają pajęcze,
    jak one włókna jedwabne,
    porozwieszane na rżyskach
    w październikowe dni
    i na kończynach więdniejących traw —
    na całym tym ogromnym, rozległym obszarze
    mrącego świata…
    ŁzyO, wy, modlitwy i łzy!
    O, wy głębokie westchnienia
    naszej samotnej Tęsknoty,
    poklękującej na krzemiennej drodze,
    z kielichem goryczy w dłoni
    i z czarnym krzyżem na wątłym ramieniu!
    Zmieniacie w mgły się pajęcze
    i, otuliwszy jej postać
    w swoje rozwiewne przędze,
    czynicie z niej by[1] obłok, wstający z poranku
    na wielkich obszarach świata,
    i rwiecie ją z sobą do góry!
    O wieńcu z gałązek oliwnych!
    W wieniec przemieniasz się złoty,
    w promienny wieniec gwiazd,
    na skroni naszej Tęsknoty
    i nad głębiami nocy świecisz, niepojęty!
    O ty kielichu goryczy,
    z twardej wykowan miedzi!
    W alabastrową przemieniasz się czarę,
    na zapomnianym ustawioną grobie,
    pełną słodkiego napoju wieczności,
    i do bezmiarów rośniesz niepojętych,
    i sam się w napój rozpływasz,
    i swoją wonią przepełniasz
    duszę biednego człowieka!
    O krzyżu na wątłych ramionach
    naszej serdecznej Tęsknoty,
    wraz z tobą dźwigającej tajemnicę bólu!
    W skrzydła się zmieniasz anielskie
    i wnet ją niesiesz ku blaskom,
    lśniącym nad nocy głębiami,
    ku onym dusz milionom,
    o kórych tutaj dawno zgasła wieść.
    Tam lśni jej biała szata,
    a z białego łona
    lilija jej czystością rośnie ubielona.
    I depce węża głowę
    swoją promienną stopą,
    i z lutnią, naciągniętą na tony wieczyste,
    śpiewa przesłodki hymn,
    zasłyszan ongi, tak dawno, tak dawno,
    że miała zgasnąć czas
    owa szarpiąca wieść
    o tajemnicy krzyżowego bólu —
    śpiewa swój hymn przenajświętszy:
    Salve Regina!
    Milczcie!
    Nie do was idzie wielkie objawienie
    od skalnych, cichych brzegów
    tajemniczego jeziora,
    nad którym czarne cyprysy
    cicho schylają swe głowy…
    Płaczem i jękiem,
    urodzonymi z nicości,
    nie zakłócajcie tej pieśni,
    którą śród dusz miliona
    z białą liliją u łona
    wieczysta śpiewa Tęsknota.
    Nie! nie! śpiewajcie ją wszyscy!
    Wasze to życie i wasza to krew —
    ta pieśń wstrząsająca,
    która swym świętym pogłosem
    nie o świątynne łamie się sklepienia,
    ale przez pola idzie, wielkie pola,
    i zmartwychwstanie zmarłym daje kościom,
    i we wiosennym uśmiecha się blasku,
    i śnieg na łąkach roztapia,
    i zwiędłe trawy w świeżą stroi zieleń…
    Vanitas, Miłość, CierpienieDlaczego płaczesz?
    Nędza jest wszędzie!
    Nędza w miłości i nędza w cierpieniu!
    Łam się!
    Nie masz spokoju?
    Rozpękające drzewa twojej ziemi
    nie przywabiają cię woniami swymi?
    Uciekasz przed się[2], aby szukać ciszy,
    która twe serce usłyszy?
    VanitasNędza jest wszędzie!
    W twym sercu jest nędza
    i w tych zwaliskach zagasłego świata,
    na które patrzysz zadziwionym okiem,
    nie — tylko nędza!
    Patrz! patrz bez końca!
    Patrz na ten odblask ginącego słońca,
    którego czerwień zalewa te łuki —
    te poszarpane arkady,
    te widma kolumn
    i te dalekie kopuły!
    Śmierć, WalkaNie masz spokoju?
    Wre w tobie echo pradawnego boju,
    z którego wyszła zwyciężczynią Śmierć?
    Jej li to sztandar powiewa ogniami
    nad tym rozległym, krwawym widnokręgiem —
    tam, nad tym gajem cyprysów i pinij[3] ?
    Łam się i patrzaj! folgi nie daj oku!
    PotwórZ bezdennych głębin wieczystego mroku
    jakiś wyłania się potwór!
    Cicho, powoli
    nietoperzowe rozpościera błony,
    zakrywa zorzę ich ciemnią
    i rośnie…
    Oko, Wzrok, DuchI kulistymi dwoma płomieniami
    swych nieruchomych źrenic
    patrzy ci w duszę i błony
    nietoperzowe roztacza
    i rośnie…
    I grube wyciąga ramiona,
    i, kulistymi dwoma płomieniami
    patrząc ci w duszę, w otchłań ludzkiej nędzy,
    w to nieustannych gniazdo niepokojów,
    podważa glob ciemniejący —
    Salve Regina! —
    do piersi go tuli kosmatej
    i miażdży — — —
    Czemu uciekasz?
    Czemu w przestrzenie dążysz, jak ta plewa,
    którą wichr porwał z wymłóconych kłosów
    i pustą rzucił w pustkowie?
    Boże!…
    Czemu uciekasz, jak ten blask gasnący,
    gdy się rozprasza w ciemnościach?…
    MiłośćNikt cię nie kochał?
    SerceNikt ci krwawego nie otworzył serca,
    abyś w nim duszę zanurzył
    i, wykąpany w jego krwi płomiennej,
    mógł wszechwidzącą odczuwać źrenicą
    drgania tęsknoty i bólu,
    rozlanych w wielkiej, świętej duszy świata?
    I sam tęsknotą i bólem
    drżeć, niby harfa eolska,
    z słonecznych stworzona kryształów?
    Drżeć, niby świat ten ogromny,
    przeczuwający
    nieskończonego bytu promienistość,
    przez ból idącą, przez wielkie cierpienie?…
    Boże!…
    Nikt cię nie kochał?!
    A ty, czyjąś duszę
    tak umiłował, abyś mógł zapomnieć,
    że jest granica między złem a dobrem?
    W czyjeś ty serce spojrzał z taką wiarą,
    aby jej siła mogła ci je rzucić
    do twoich stóp nieskalanych?
    Do stóp bożego wybrańca,
    co serca podnosi
    i twórczym swym tchnieniem,
    nieskazitelnym i wiecznym przez miłość,
    pył z nich otrząsa i zbawia?
    Co je podnosi nad wzlot własnej duszy,
    nad ból swój własny i nad swą tęsknotę,
    i — niby święte tajemnicze słońca,
    uwite z błysków przeczuć,
    powstałych z Stwórcy i dążących k'Niemu,
    pomiędzy gwiazdy je rzuca,
    by niestrawionym promieniały światłem?
    Nigdyś nie kochał?
    Łam się!
    Bóg, SzatanPomiędzy sobą a morzem miłości,
    huczącym pieśnią potężnych zapomnień,
    i przepotężnych pożądań,
    i nieodkrytych, Twórcy pełnych głębin,
    i uświadomień potężnego szczęścia,
    sameś piekielną budował opokę.
    Rozbite ciosy swej duszy
    na samolubny znosiłeś Babilon,
    albowiemś sądził, że jesteś sam jeden,
    i że nad ciebie nie może być — życia!
    KuszenieI wówczas Szatan stawał na twej wieży,
    śmiał się ku tobie oczyma Pokusy
    i, pełną kłamstwa czarą swych przyrzeczeń
    ubezwładniwszy twą duszę,
    kazał ci jedno: abyś kochał siebie!
    kazał ci jedno: abyś wierzył w siebie!
    kazał ci jedno: abyś zbawiał siebie!
    KłamstwoI kłamstwo było i niemoc
    w twoich akordach, co wielbiły miłość!
    I kłamstwo było i niemoc
    w twoich akordach, co głosiły wiarę!
    I kłamstwo było i niemoc
    w twoich akordach, co brzmiały nadzieją!…
    A poza tobą — jak blisko! jak blisko!
    huczało pieśnią potężnych zapomnień
    i przepotężnych pożądań,
    i nieodkrytych, Twórcy pełnych głębin,
    i uświadomień potężnego szczęścia
    to wielkie, święte, jasne, nieskończone
    morze miłości…
    Łam się!
    Chrystus, SzatanA gdy w odległych przepaściach twej duszy
    jęły się budzić echa tego Słowa,
    co w płomienistym rodziło się krzewie —
    kiedy od brzegów tajemniczej wody
    szum dolatywał przedwiecznych objawień,
    poszeptujących tajemniczym głosem,
    ażebyś kochał — cierpieniem,
    naonczas Szatan tę twoją opokę,
    twój samolubny Babilon,
    w Górę przemieniał Oliwną.
    I w szacie Zbawcy,
    z Sfinksa obliczem, na którym wyryto
    nieodgadniętą zagadkę boleści
    i rzeczy przyszłych dalekie widzenie,
    pełne wyrazu smutku i tęsknoty,
    klękał w oblaskach[4] księżyca,
    na współczujące słaniał się rozłomy,
    i z rąk anioła brał kielich,
    i krwawym zlewał się potem,
    i modlił się i płakał i wzdychał i modlił…
    A gdzieś od strony Jeruzalem nędzy,
    gdzieś od Syjonu zbrodni,
    od źródła i ujścia Bytu,
    gwar przypełzywał[5] na łunach,
    urągających wieczystemu Światłu,
    pozapalanych, aby przyćmić Jasność!
    I rozchylały się gałęzie drzew,
    i z chrzęstem łamały się krzewy,
    i żwir się zsypywał po zboczach,
    i w krwawych ogniach pochodni,
    pozapalanych, aby przyćmić Jasność,
    urągających wieczystemu Światłu,
    tłum się wyrzucił z Judaszem na czele…
    I, obdarowan pocałunkiem zdrady,
    brał krzyż na siebie, wielki, czarny krzyż,
    i na Golgotę po krzemiennej drodze
    szedł twój Kusiciel —
    jak twa tęsknota
    szedł, modlił się i wzdychał i płakał i modlił
    A potem — w przepaść rzucił czarny krzyż,
    w bezdenny rozdół szumiący,
    i, zolbrzymiawszy, legł na twej Golgocie,
    na Babilonie twej duszy.
    I rozkrzyżował ręce
    i, w strasznej, cierniowej koronie
    na zolbrzymiałej głowie,
    przygasającym patrzał na cię wzrokiem,
    tak przenikliwym i smutnym,
    żeś modlił się i płakał i wzdychał i modlił…
    A na zachodzie
    płonął krąg słońca,
    ogromny krwawy krąg,
    przecięty ogromnym obłokiem,
    i rzucał ogromny
    cień Kusiciela,
    skrzyżowanego na twojej Golgocie,
    na Babilonie twej duszy,
    i topił świat w jego mroku — — —
    Zaś gdy cię złamał ból,
    gdyś sam się słaniał na głazy,
    kiedyś brał kielich goryczy
    i Judaszowej pocałunek zdrady
    na swoich wargach odczuwał,
    wówczas się zrywał z opoki,
    stawał przed tobą, okryty
    ciemną purpurą nocy,
    i wzrok utkwiwszy szyderczy
    w twych oczach, obłędnych z żalu,
    na świat się cały rzechotał
    wielkim, szyderczym rzechotem…
    A poza tobą — jak blisko! jak blisko! —
    huczało pieśnią potężnych zapomnień
    i przepotężnych pożądań
    i nieodkrytych, Twórcy pełnych głębin,
    i uświadomień potężnego szczęścia
    to wielkie, święte, jasne, nieskończone
    morze miłości…
    A Zbawca — oblany morzem miłości,
    tym wielkim, świętym, jasnym, nieskończonym,
    krzyż wyciągnąwszy z szumiącego dołu,
    płakał nad tobą.
    Łam się!…
    Nędza jest wszędzie!
    W miłości jest nędza
    i nędza w cierpieniu!…
    Łam się, i patrzaj, i słuchaj!…
    WiosnaSłoneczny błękit otula
    rozległe łany ozimin…
    Śniegu srebrzyste płaty
    drzemią zaledwie gdzieś w rowach,
    pod mokrą schowane krawędzią,
    nad którą pęki traw
    w wiosennych drgają powiewach.
    Z posłania kiści jedwabnych
    stokrotka wychyla głowę
    i rość zaczyna bylica.
    Z wądolców mgły się podnoszą
    i w ciepłych znikają promieniach,
    a nad głębiami sennej, cichej wody,
    od której twórcza idzie w świat tęsknota,
    krzyk czajki się rozlega albo śpiew skowronka.
    Ponad brzegami dróg
    wierzby już gibkie wypuściły pręty
    i rząd topoli
    już się w świąteczne przyozdabia wieńce.
    polem szerokim,
    nad którym chaty sczerniałą
    lśnią się dachówką,
    lub mchami obrosłą strzechą,
    powoli toczy się wóz…
    Górą, na snopkach słomy,
    zamknięte w sosnowej skrzyni,
    śpi snem nieprzespanym
    życie biednego człowieka…
    Cicho, z wolna wóz się toczy,
    na nim w żółtej skrzyni
    na wiek wieków zgasłe oczy,
    jak światła w pustyni.
    Twój li ojciec? matka twoja?
    czy najdroższe dziecię?
    Gdzież jest radość? gdzież ostoja
    na burzliwym świecie?
    Kilka mogił, kilka krzyży
    śród piaszczystej zboczy —
    coraz bliżej, coraz bliżej
    wóz się ku nim toczy.
    A przy pagórkach,
    na tajemniczych rozdrożach,
    gdzie święty duch ludu
    Boże zbudował Męki,
    cicho przystaje wóz…
    I orszak zdejmuje w milczeniu
    trumnę sosnową,
    w której, jak światła w pustyni,
    zagasłe drzemią źrenice
    twojego ojca czy matki,
    brata czy siostry,
    czy najdroższego dziecięcia,
    i na murawie ją stawia,
    u stóp pobożnej figury.
    Razem z żałobnym orszakiem
    zmęczona klęka Tęsknota
    i zdjąwszy z ramion swych krzyż —
    ach, ten przeciężki, wielki, czarny krzyż,
    o smutną opiera go skrzynię
    i modli się i płacze i wzdycha i modli.
    Modlitwa, ŚpiewA nad roztopy,
    nad łany,
    nad świeżej trawy podściela,
    na pędy ożyłych wierzb
    i nad dzwonnice topoli,
    nad strzechy sczerniałe
    ulata pieśń przenajświętsza:
    Salve Regina!
    Ku złotym płynie obłokom,
    w których skowronek
    nuci hymn wiosny,
    albo opada ku dołom,
    hen! ku ukrytym parowom,
    gdzie śniegu ostatnie bryły
    pod mokrą konają krawędzią.
    Albo na skrzydłach przedziwnego smętku
    ku grząskim wzlatuje bagnom,
    gdzie pod pochyłą trzciną,
    nad ostrowiami sitowia
    zrywa się czajki jęk.
    Lub ku dalekim idzie widnokręgom,
    ku modrym pasom borów,
    w mgły otulonych sinawe,
    i w wielkie rozlewa się morze,
    wszechmocnych pełne zapomnień,
    i zbawiających pożądań,
    i nieodkrytych, Twórcy pełnych głębin,
    i uświadomień szczęścia,
    którego ludzkie nie widziało oko,
    o którym ludzkie nie słyszało ucho.
    A na jej odzew anielski
    ziemia, od brzegu do brzegu
    podeptanymi zasiana grobami,
    otwiera wielkie swe wnętrze:
    Zmarłe powstają kości
    i za tym biednym zdążają orszakiem
    ku garstce mogił i krzyży,
    ku tej piaszczystej zboczy,
    ku której bliżej, wciąż bliżej
    ten prosty rydwan się toczy.
    Siermiężne płyną tłumy,
    króle i senatory,
    biskupy w białych ornatach,
    i świętych wieniec liliowy,
    i mistrze, co ducha bożego
    zaklęli w barwę i kształt
    i w pieśni natchnionej dźwięk
    lub grzmieli głosem proroczym.
    I zbrojni kroczą rycerze
    niby na wielki bój,
    w którym się wszystko ma złamać,
    co było Życia wielkiego przeczeniem.
    A wszyscy w blaskach słonecznych
    nieba sięgają czołami
    i grzmiącym śpiewają głosem:
    Salve Regina!…
    A ponad nimi
    pali się milion dusz,
    o których tutaj dawno zgasła wieść.
    A każdą wieniec oplata,
    zwity z promiennych liści —
    nadzieja biednych ludzi w jego skrach się iści.
    Biała, jak śnieg ich szata,
    a z białego łona
    lilija ich czystością rośnie ubielona.
    I każda węża głowę
    depce swą białą stopą
    i, z lutnią, naciągniętą na tony wieczyste,
    śpiewa nadniebny hymn,
    zasłyszan ongi, tak dawno, tak dawno,
    ażeby o nich wieść
    zagasnąć miała czas —
    hymn przenajświętszy:
    Salve Regina!…
    A w ślad za nimi wlecze się twój ból…
    Szatan, VanitasHahahaha!
    (Szatan się zaśmiał, albowiem on jeden wie, że:)
    Nędza jest wszędzie —
    nędza w miłości
    i nędza w cierpieniu!
    Śmiej się!
    A moja tęsknota,
    na barkach ciężki dźwigająca krzyż,
    otwiera usta,
    by wraz z Tęsknotą świata
    zaśpiewać hymn przenajświętszy:
    Salve Regina!

    Przypisy

    [1]

    by — tu: jakby. [przypis edytorski]

    [2]

    przed się — przed siebie; do przodu. [przypis edytorski]

    [3]

    pinij — dziś popr.: pinii; pinia to rodzaj sosny, występującej w krajach basenu Morza Śródziemnego. [przypis edytorski]

    [4]

    oblaskach — odblaskach. [przypis edytorski]

    [5]

    przypełzywał — dziś popr.: przypełzał. [przypis edytorski]

    Close
    Please wait...