Potrzebujemy Twojej pomocy!

Na stałe wspiera nas 463 czytelników i czytelniczek.

Niestety, minimalną stabilność działania uzyskamy dopiero przy 500 regularnych darczyńców. Dorzucisz się?

Szacowany czas do końca: -
Bożena Keff, Nie jest gotowy, Razem, osobno, Snajper
Blues pod tytułem „Snajper” → ← Zanim to złączysz

Spis treści

    1.
  1. 2.
  2. 3.
  3. 4.
  4. 5.

    Bożena KeffNie jest gotowySnajper (Poemat bez dedykacji)

    1.

    1
    Rano twoje mieszkanie jest gładkie i przewiane na wylot
    jak trupia czaszka. Okna bez zasłon, białe ściany, czarne
    kaloryfery
    na skrzynce od mleka nóż —
    5
    jego czubek drażni suche powietrze. Miasto
    jest agresywne i bezwładne. Tłok w autobusach,
    na ulicach
    pustawo. Kawiarnie, kina, teatry
    o tej porze
    10
    wykluczone. Fabryki
    nadal
    chcą jednej setnej tego, czym jesteśmy
    i prawie wszystkich sił.
    Kiedy wychodzisz do pracy, jest szarawa. Stoisz chwilę
    15
    przed lustrem
    jako oficer c. k. armii: trochę tej śmierciopodobnej ironii,
    dystans, a jednak, co tu gadać: guziki, szabla, czako
    za którym stoi cesarstwo! I te oczy — piękne
    w których wszystko
    20
    odbija się zrozumiane. Kiedy o tobie myślę
    wydaje mi się
    że siedzimy oparci o siebie plecami: blisko, rozlegle;
    patrzymy w przeciwne strony. Idziesz najdłuższą ulicą miasta;
    nad tobą
    25
    wampirzy pazur skończoności. Piętrowo
    zbudowany świat
    który
    trzeba trzymać w garści
    więc trzymasz
    30
    i on też
    nie puszcza.

    2.

    Byliśmy na piwie, ty, ja
    i jeszcze kilka osób; w lustrze nad barem
    odbijała się zatłoczona ulica (godziny szczytu),
    35
    każdy (młody) przechodzień jest możliwością
    jak otwarty, nieznany tunel. Pojawia się, jest, znika;
    przeczuwam, widzę, tracę — to wszystko działa
    jak środek pobudzający. — Do czego? — pyta ta dziewczyna.
    — Do czego? — powtarzasz — nie wiem, chciałbym zagrać
    40
    Stawrogina. — Kochany — i nachyla się do ciebie trochę —
    ty za bardzo musujesz, szczęka kwadratowa, owszem,
    ale podgardle Erosa. Będziesz miał to, co ludzie mają;
    i wypijesz, ale za swoje,
    i czego jej oczy nie widzą, tego sercu nie żal,
    45
    i choć lepszy, ale masz gorzej! Sam sobie
    wypłacisz
    a synka nazwiesz Nicolas!
    Z domu zadzwonił do niej.
    — Teraz właśnie cię kocham — powiedziała
    50
    tak jakoś grzecznie, że miałoby się ochotę
    przejść w twardych butach po szkle, niech pryska,
    trzeszczy, pęka. Och, uwyraźnić się, odbić!
    Od czego? Od kogo! Poustawiał szachy
    żeby zagrać ze sobą
    55
    myśląc jednocześnie: nie warto,
    nie ma demona, nie ma mocy
    z którą można by zagrać o wszystko,
    jestem sam.
    Sam
    60
    samotnie idąc pod górę
    osuwającego się lodowca.
    Byle się ruszało. Wziął proszek od bólu głowy,
    zaparzył sobie kawy, włączył radio,
    chórek śpiewał:
    65
    Jego rachunki są jakby nie jego
    chociaż się zgadzają
    cele które ma na muszce
    zostaną strącone
    wypłaci sobie sprawiedliwie
    70
    ale niemożliwie
    ale niemożliwie.

    3.

    Kiedyś, opowiadałeś, poszedłeś
    odwiedzić dziecko sąsiadki, które
    nie jest w porządku z głową. Matka
    75
    dziewczynki
    czekała na ciebie, czytając w kuchni książkę. Mała
    była w brzydkich granatowych spodniach
    i szarym sweterku. Przyniosłeś jej
    książkę z obrazkami, wzięła ją
    80
    i schowała do łóżka, pod kołdrę. Bawiliście się
    budując wieżę z klocków. Wspaniale;
    jest dzika i bezbronna
    jak goły nerw wypuszczony w świat. Pije ciebie,
    tonie — ale nie przepada. Żyje w nieukojonym
    85
    i bezkarnym strachu, zapada we wszystko
    ale zostaje w sobie. Jest doskonała, skończona
    na zewnątrz niej
    jest dalej ona, a w niej
    dalej świat.
    90
    — Może pan
    zostanie jeszcze? — pyta jej matka, kiedy mała
    leży już w łóżku. Stoi w drzwiach kuchni, za nią
    odrzucająca, zmartwiała
    przestrzeń mieszkania. I tak co wieczór
    95
    ciągle,
    bez zmiany.

    4.

    Śniło ci się
    że siedzisz na blacie długiego stołu
    w jakiejś kuchni
    100
    w starej czynszowej kamienicy. Na zewnątrz
    i wewnątrz
    to samo
    ciemne, przygnębiające światło. Jest zmierzch,
    okno wychodzi na podwórze-studnię. Niżej,
    105
    w przeciwległej części domu,
    ktoś stary (nie widać: kobieta czy mężczyzna)
    siedząc przy parapecie
    pije łyżeczką herbatę. Wyżej
    niebieskie światło telewizora w pustym ciemnym
    110
    pokoju.
    Naprzeciw
    w drzwiach między kuchnią a nieoświetlonym korytarzem
    rozmawiają, oparte o framugi drzwi, starsza kobieta
    i młoda Cyganka w różowej połyskującej
    115
    spódnicy. Ale za nimi
    nie ma korytarza. Widzisz to nagle:
    tam nic nie ma. Wszystko jednowymiarowe:
    ten dom, podwórze, ludzie.
    I czujesz, jakby ktoś obcy, spoza snu
    120
    zaznaczył gwoździem to miejsce, w którym jesteś. To ukłucie
    przebija tak mocno
    że twoje życie
    stanęło w tobie, dławiąc.
    Z jakimiś zanikającymi strzępkami myśli, obrazów:
    125
    matka,
    ojciec, ona i tamta, i znajomi, jakiś lęk
    jakaś zapomniana satysfakcja —
    to wszystko z gorzkim smakiem, w gorączce,
    w zdrętwiałym ciele
    130
    trzeba się ruszyć spieszyć działać — ale
    nie poruszyło cię. Jest źle i czujesz
    płytką rozpacz
    w której nie sposób się zanurzyć, przebić
    stwardniałej powierzchni.
    135
    Ani płakać, ani zawyć. I pojmujesz nagle
    że to już
    wieczność
    że to już
    po śmierci.

    5.

    140
    Zabłysnął niebieski ekran telewizora — co widzę?!
    Na dachu
    wieżowca
    pod chłodnym rozpędzonym niebem
    leży snajper. Zamknięty
    145
    w wewnętrznym kręgu
    skupienia i ciszy. W wizjerze
    układa się przestrzeń, obraz nachodzi na rzeczy, oddech
    uspokaja ciało. Organiczny
    karabin Superego Lux jest świetliście bliski,
    150
    od czarnej oksydowanej lufy
    przez ciemne wnętrze do chłodnej, przylegającej kolby
    — i tam
    gdzie twój palec leży leciutko zagięty
    we wklęśnięciu spustu; wszystko
    155
    gotowe. A on
    kładzie głowę w zagięciu łokcia, zamyka oczy; lepiej by było teraz
    być młodym, umierającym dowódcą:
    spieczone wargi, skrwawione bandaże;
    otoczony milczeniem żołnierzy, wśród ostatnich strzałów,
    160
    rozwiewającego się dymu
    szuka spojrzeniem swojego zastępcy, silnego jak byk,
    wrażliwego jak nawiedzone dziecko.
    — Więc ostatecznie,
    czy chcesz — pytam go —
    165
    żebym ten fragmentaryczny, być może, poemat
    dedykowała tobie?
    — Nie —
    powiedziałeś — tylko
    bez dedykacji.

    1975–1980

    x