Wolne Lektury potrzebują pomocy...

Wspólnie budujemy najpopularniejszą bibliotekę internetową w Polsce.

Dzięki Twojej wpłacie uwolnimy kolejną książkę. Przeczytają ją tysiące dzieciaków!


Dorzucisz się?

Jasne, dorzucam się!
Tym razem nie, chcę przejść do biblioteki
Oferta dla Przyjaciół

Przyjaciele Wolnych Lektur otrzymują dostęp do specjalnych publikacji wcześniej niż inni. Zadeklaruj stałą wpłatę i dołącz do Towarzystwa Przyjaciół Wolnych Lektur. Kliknij, by przejść do strony płatności!

x
Oleszkiewicz → ← Pomnik Piotra Wielkiego

Spis treści

    1. Błoto: 1 2
    2. Chłop: 1
    3. Dworzanin: 1
    4. Fałsz: 1
    5. Fircyk: 1
    6. Jedzenie: 1
    7. Kobieta: 1
    8. Kondycja ludzka: 1
    9. Koń: 1
    10. Kradzież: 1
    11. Mizoginia: 1
    12. Niewola: 1 2
    13. Nuda: 1
    14. Oko: 1
    15. Pan: 1
    16. Pieniądz: 1
    17. Pies: 1 2
    18. Pochlebstwo: 1
    19. Polak: 1
    20. Pozory: 1
    21. Przebranie: 1
    22. Przemoc: 1
    23. Przywódca: 1
    24. Religia: 1
    25. Rosja: 1 2 3 4
    26. Rosjanin: 1 2 3 4 5 6 7
    27. Słońce: 1
    28. Sługa: 1
    29. Śmierć: 1
    30. Światło: 1
    31. Trup: 1
    32. Urzędnik: 1 2 3 4
    33. Wojna: 1
    34. Wolność: 1
    35. Zabawa: 1 2
    36. Zbrodnia: 1 2
    37. Złodziej: 1
    38. Żołnierz: 1 2 3 4

    Adam MickiewiczDziadów części III UstępPrzegląd wojska

    RosjaJest plac ogromny[1]: jedni zowią szczwalnią,
    Tam car psy wtrawia[2], nim puści na zwierza;
    Drudzy plac zowią grzeczniej gotowalnią,
    Tam car swe stroje próbuje, przymierza,
    Nim w rury, w piki, w działa ustrojony,
    Wyjdzie odbierać monarchów pokłony. —
    Kokietka idąc na bal do pałacu
    Nie tyle trawi przed zwierciadłem czasów,
    Nie robi tyle umizgów, grymasów,
    Ile car co dzień na tym swoim placu.
    Inni w tym placu widzą sarańczarnię,
    Mówią, że car tam hoduje nasiona
    Chmury sarańczy, która wypasiona
    Wyleci kiedyś i ziemię ogarnie.
    Są, co plac zowią toczydłem chirurga,
    Bo tu car naprzód lancety szlifuje,
    Nim, wyciągnąwszy rękę z Petersburga,
    Tnie tak, że cała Europa poczuje;
    Lecz nim wyśledzi, jak głęboka rana,
    Nim plastr obmyśli od nagłej krwi straty,
    Już car puls przetnie szacha i sułtana
    I krew wypuści spod serca Sarmaty.
    Plac różnych imion, lecz w języku rządów
    Zowie się placem wojskowych przeglądów.
    Dziesiąta — ranek — już przeglądów pora,
    RosjaninJuż plac okrąża ludu zgraja cicha,
    Jako brzeg czarny białego jeziora;
    Każdy się tłoczy, na środek popycha.
    Po placu, jako rybitwy nad wodą,
    Zwija się kilku dońców[3] i dragonów[4];
    Ciekawsze głowy tylcem[5] piki bodą,
    Na bliższe karki sypią grad bizunów[6].
    Kto wylazł naprzód jak żaba z bagniska,
    Ze łbem się cofa i kark w tłumy wciska.
    Słychać grzmot z dala, głuchy, jednostajny,
    Jak kucie młotów lub młócenie cepów;
    To bęben, pułków przewodnik zwyczajny,
    Za nim szeregi ciągną się wzdłuż stepów,
    Mnogie i różne, lecz w jednym ubiorze,
    Zielone, w śniegu czernią się z daleka;
    I płynie każda kolumna jak rzeka,
    I wszystkie w placu toną jak w jeziorze.
    Żołnierz, RosjaninTu mi daj, muzo, usta stu Homerów,
    W każde wsadź ze sto paryskich języków,
    I daj mi pióra wszystkich buchhalterów,
    Bym mógł wymienić owych pułkowników,
    I oficerów, i podoficerów,
    I szeregowych zliczyć bohaterów.
    Lecz bohatery tak podobne sobie,
    Tak jednostajne! stoi chłop przy chłopie,
    Jako rząd koni żujących przy żłobie,
    Jak kłosy w jednym uwiązane snopie,
    Jako zielone na polu konopie,
    Jak wiersze książki, jak skiby zagonów,
    Jak petersburskich rozmowy salonów.
    Tyle dostrzegłem, że jedni z Moskalów,
    Wyżsi od drugich na pięć lub sześć calów,
    Mieli na czapkach mosiężne litery
    Jakby łysinki — to grenadyjery;
    I było takich trzy zgraje wąsalów.
    Za nimi niżsi stali w mnogich rzędach,
    Jak pod liściami ogórki na grzędach.
    BłotoŻeby rozróżnić pułki w tej piechocie,
    Trzeba mieć bystry wzrok naturalisty,
    Który przegląda wykopane w błocie
    I gatunkuje, i nazywa glisty.
    Zagrzmiały trąby — to konne orszaki
    I rozmaitsze, ułanów, huzarów,
    Dragonów: czapki, kirysy, kołpaki —
    Myślałbyś, że tu kapelusznik jaki
    Rozłożył składy swych różnych towarów;
    W końcu pułk wjechał: — chłopy gdyby hlaki[7],
    Okute miedzią jak rzęd samowarów,
    A spodem pyski końskie jako haki.
    Pułki w tak różnych ubiorach i broniach
    Rosja, KońNajlepiej będzie rozróżnić po koniach;
    Bo tak i nowa taktyka doradza,
    I z obyczajem ruskim to się zgadza.
    Napisał wielki jenerał Żomini,
    Że koń, nie człowiek, dobrą jazdę czyni,
    Dawno już o tym wiedzieli Rusini:
    Bo za dobrego konia gwardyjaka
    Zakupisz u nich dobrych trzech żołnierzy[8];
    Oficerskiego cena jest czworaka,
    I za takiego konia dać należy
    Lutnistę, skoczka albo też pisarza,
    A w czasach drogich nawet i kucharza.
    Kobieta, MizoginiaSkarbowe chude, poderwane klacze,
    Nawet te, które wożą lazarety,
    Jeśli je stawią faraona gracze,
    Liczą się zawsze: klacz za dwie kobiety.
    Wróćmy do pułków. — Pierwszy wjechał kary,
    Drugi też kary, lecz anglizowany,
    Dwa było gniade, a piąty bułany,
    Siódmy znów gniady, ósmy jak mysz szary,
    Dziewiąty rosły, dziesiąty mierzyna,
    A potem znowu kary bez ogona,
    U dwunastego na czole łysina,
    A zaś ostatni wyglądał jak wrona.
    Harmat wjechało czterdzieści i osim,
    Jaszczyków[9] więcej niźli drugie tyle;
    Wszystkiego dwieście, jak po wierzchu wnosim:
    Urzędnik, Rosjanin, Kradzież, ZłodziejBo żeby dobrze zliczyć w jedną chwilę
    Śród mnóstwa koni i ludzi motłochu,
    Trzeba mieć oko twe, Napoleonie,
    Lub twoje, ruski intendencie prochu; —
    Ty, nie zważając na ludzi i konie,
    Jaszczyków patrzysz, wnet liczbę ich zgadłeś,
    Wiesz, ile w każdym ładunków ukradłeś.
    Już plac okryły zielone mundury,
    Jak trawy, w które ubiera się łąka,
    Gdzieniegdzie tylko wznosi się do góry
    Jaszczyk podobny do błotnego bąka
    Lub polnej pluskwy z zielonawym grzbietem,
    A przy nim działo ze swoim lawetem
    Usiadło na kształt czarnego pająka.
    Każdy ten pająk ma nóg przednich cztery
    I cztery tylnych: zowią się te nogi
    Kanonijery i bombardyjery.
    Jeżeli siedzi spokojnie śród drogi,
    Noga się każda gdzieś daleko rucha;
    Myślisz, że całkiem oddzielne od brzucha,
    I brzuch jak balon w powietrzu ulata.
    Lecz skoro cicha, drzemiąca harmata
    Nagle się zbudzi, rozkazem wzywana,
    Jak tarantula, gdy jej kto w nos dmuchnie[10],
    Wnet ściągnie nogi, podchyla kolana
    I nim się nadmie, nim jady wybuchnie,
    Zrazu przednimi kanonierami
    Około pyska długo, szybko wije,
    Jak mucha, co się w arszeniku splami,
    Siadłszy swój czarny pyszczek długo myje,
    Potem dwie przednie nogi w tył wywróci,
    Tylnymi kręci, potem kiwa zadem;
    Nareszcie wszystkie nogi w bok rozrzuci,
    Chwilę spoczywa, w końcu buchnie jadem.
    Urzędnik, Żołnierz, Rosjanin, ŚwiatłoPułki stanęły; — patrzą car, car jedzie,
    Tuż kilku starych, konnych admirałów,
    Tłum adiutantów i ćma jenerałów
    Z tyłu i z przodu, a car sam na przedzie.
    Orszak dziwacznie pstry i cętkowany,
    Jak arlekiny: pełno na nich wstążek[11],
    Kluczyków, cyfer, portrecików, sprzążek,
    Ten sino, tamten żółto przepasany,
    Na każdym gwiazdek, kółek i krzyżyków
    Z przodu i z tyłu więcej niż guzików.
    Świecą się wszyscy, lecz nie światłem własnym,
    Promienie na nich idą z oczu pańskich;
    Każdy jenerał jest robaczkiem jasnym,
    Co błyszczy pięknie w nocach świętojańskich;
    Lecz skoro przejdzie wiosna carskiej łaski,
    Nędzne robaczki tracą swoje blaski:
    Żyją, do cudzych krajów nie ucieką,
    Ale nikt nie wie, gdzie się w błocie wleką.
    Jenerał w ogień śmiałym idzie krokiem;
    Kula go trafi, car się doń uśmiechnie;
    Lecz gdy car strzeli niełaskawym okiem,
    Jenerał bladnie, słabnie, często — zdechnie.
    Dworzanin, Urzędnik, Rosjanin, Fircyk, FałszŚród dworzan prędzej znalazłbyś stoików,
    Wspaniałe dusze — choć gniew cara czują,
    Ani się zarżną, ani zachorują[12];
    Wyjadą na wieś do swych pałacyków
    I piszą stamtąd: ten do szambelana,
    Ów do metresy, ów do damy dworu,
    Liberalniejsi piszą do furmana,
    I znowu z wolna wrócą do faworu. —
    Tak z domu oknem zrucony pies zdycha,
    Kot miauknie tylko, lecz stanie na nogi
    I znowu szuka do powrotu drogi,
    I jakąś dziurą znowu wnidzie z cicha:
    Nim stoik w służbę wróci tryumfalnie,
    Na wsi rozprawia cicho — liberalnie.
    Przemoc, Wojna, Rosja, Zabawa, Żołnierz, PrzywódcaCar był w mundurze zielonym, z kołnierzem
    Złotym. Car nigdy nie zruca mundura;
    Mundur wojskowy jest to carska skóra,
    Car rośnie, żyje i — gnije żołnierzem. —
    Ledwie z kolebki dziecko wyjdzie carskie,
    Zaraz do tronu zrodzony paniczyk
    Ma za strój kurtki kozackie, huzarskie,
    A za zabawkę szabelkę i — biczyk.
    Sylabizując, szabelką wywija
    I nią wskazuje na książce litery;
    Kiedy go tańczyć uczą guwernery[13],
    Biczykiem takty muzyki wybija.
    Dorósłszy, całą jest jego zabawą
    Zbierać żołnierzy do swojej komnaty,
    Komenderować na lewo, na prawo,
    I wprawiać pułki w musztrę — i pod baty.
    Tak się car każdy do tronu sposobił,
    Stąd ich Europa boi się i chwali;
    Słusznie z Krasickim starzy powiadali:
    „Mądry przegadał, ale głupi pobił”.
    Rosja, Pozory, PrzebraniePiotra Wielkiego niechaj pamięć żyje,
    Pierwszy on odkrył tę Caropedyję.
    Piotr wskazał carom do wielkości drogę;
    Widział on mądre Europy narody
    I rzekł: „Rosyję zeuropejczyć mogę,
    Obetnę suknie i ogolę brody”.
    Rzekł — i wnet poły bojarów, kniazików
    Ścięto jak szpaler francuskiego sadu;
    Rzekł — i wnet brody kupców i mużyków[14]
    Sypią się chmurą jak liście od gradu.
    Piotr zaprowadził bębny i bagnety,
    Postawił turmy, urządził kadety,
    Kazał na dworze tańczyć menuety,
    I do towarzystw gwałtem wwiódł kobiety;
    I na granicach poosadzał straże,
    I łańcuchami pozamykał porty,
    Utworzył senat, szpiegi, dygnitarze,
    Odkupy[15] wódek, czyny i paszporty; —
    Ogolił, umył i ustroił chłopa,
    Dał mu broń w ręce, kieszeń narublował,
    I zadziwiona krzyknęła Europa:
    „Car Piotr Rosyją ucywilizował”.
    Zostało tylko dla następnych carów
    Przylewać kłamstwa w brudne gabinety,
    Przysyłać w pomoc despotom bagnety,
    Wyprawić kilka rzezi i pożarów;
    Zagrabiać cudze dokoła dzierżawy,
    Skradać poddanych, płacić cudzoziemców,
    By zyskać oklask Francuzów i Niemców,
    Ujść za rząd silny, mądry i łaskawy.
    Niemcy, Francuzi, zaczekajcie nieco!
    Bo gdy wam w uszy zabrzmi huk ukazów,
    Gdy knutów grady na karki wam zlecą,
    Gdy was pożary waszych miast oświecą,
    A wam natenczas zabraknie wyrazów;
    Gdy car rozkaże ubóstwiać i sławić
    Sybir, kibitki, ukazy i knuty —
    Chyba będziecie cara pieśnią bawić
    Waryjowaną na dzisiejsze nuty.
    Car jak kręgielna kula między szyki
    Wleciał i spytał o zdrowie gawiedzi.
    „Zdrowia ci życzym”, szepcą wojowniki,
    Ich szepty były jak mruk stu niedźwiedzi.
    Dał rozkaz, — rozkaz wymknął się przez zęby
    I wpadł jak piłka w usta komendanta,
    I potem gnany od gęby do gęby
    Na ostatniego upada szerżanta. —
    Jęknęły bronie, szczęknęły pałasze
    I wszystko było zmieszane w odmęcie:
    Na linijowym kto widział okręcie
    Ogromny kocioł, w którym robią kaszę,
    Kiedy weń woda z pompy jako z rzeczki
    Bucha, a w wodę sypie majtków rzesza
    Za jednym razem krup ze cztery beczki,
    Potem dziesiątkiem wioseł w kotle miesza; —
    PieniądzKto zna francuską izbę deputatów,
    Większą i stokroć burzliwszą od kotła,
    Kiedy w nię projekt komisyja wmiotła
    I już nadchodzi, godzina debatów:
    Cała Europa, czując z dawna głody,
    Myśli, że dla niej tam warzą swobody;
    Już liberalizm z ust jako z pomp bucha;
    Religia, WolnośćKtoś tam o wierze wspomniał na początku,
    Izba się burzy, szumi i nie słucha;
    Ktoś wspomniał wolność, lecz nie zrobił wrzątku,
    Ktoś wreszcie wspomniał o królów zamiarach
    O biednych ludach, o despotach, carach,
    Izba znudzona krzyczy: „Do porządku!”
    Aż tu minister skarbu, jakby z drągiem,
    Wbiega z ogromnym budżetu wyciągiem,
    Zaczyna mieszać mową o procentach,
    O cłach, opłatach, stemplach, remanentach;
    Izba wre, huczy i kipi, i pryska,
    I szumowiny aż pod niebo ciska;
    Ludy się cieszą, gabinety straszą,
    Aż się dowiedzą wszyscy na ostatku,
    Że była mowa tylko… o podatku. —
    Kto tedy widział owy kocioł z kaszą
    Lub ową izbę — ten łatwo zrozumie,
    Jaki gwar powstał w tylu pułków tłumie,
    Gdy rozkaz carski wleciał w środek kupy.
    Wtem trzystu bębnów ozwały się huki,
    I jak lód Newy, gdy pryśnie na sztuki,
    Piechota w długie porznęła się słupy.
    Kolumny jedne za drugimi dążą,
    Przed każdą bęben i komendant woła.
    SłońceCar stał jak słońce, a pułki dokoła
    Jako planety toczą się i krążą.
    Wtem car wypuścił stado adiutantów,
    Jak wróble z klatki albo psy ze smyczy;
    Każdy z nich leci, jak szalony krzyczy,
    Wrzask jenerałów, majorów, szerżantów
    Huk tarabanów[16], piski muzykantów —
    Nagle piechota, jak lina kotwicy
    Z kłębów rozwita, wyciąga się sznurem;
    Ściany idącej pułkami konnicy
    Łączą się, wiążą, jednym stają murem.
    Jakie zaś dalej były tam obroty,
    Jak jazda rącza i niezwyciężona
    Leciała obses[17] na kartki piechoty,
    PiesJak kundlów psiarnia trąbą poduszczona
    Na związanego niedźwiedzia uderza,
    Widząc, że w kluby[18] ujęto pysk zwierza;
    NudaJak się piechota kupi, ściska, kurczy,
    Nadstawia bronie jako igły jeża,
    Który poczuje, że pies nad nim burczy;
    Jak wreszcie jazda w ostatnim poskoku
    Targniona smyczą powściągnęła kroku;
    I jak harmaty w przód i w tył ciągano,
    Jak po francusku, po rusku łajano,
    Jak w areszt brano, po karkach trzepano,
    Jak tam marzniono i z koni spadano,
    I jak carowi w końcu winszowano —
    Czuję tę wielkość, bogactwo przedmiotu!
    Gdybym mógł opiąć, wsławiłbym me imię;
    Lecz muza moja, jak bomba[19] w pół lotu,
    Spada i gaśnie w prozaicznym rymie,
    I śród głównego manewrów obrotu,
    Jak Homer w walce bogów, — ja — ah, drzymię.
    Już przerobiono wojskiem wszystkie ruchy,
    O których tylko car czytał lub słyszał;
    Śród zgrai widzów już się gwar uciszał,
    Już i sukmany, delije, kożuchy,
    Co się czerniły gęsto wkoło placu,
    Rozpełzały się każda w swoje stronę,
    I wszystko było zmarzłe i znudzone —
    Już zastawiano śniadanie w pałacu.
    Pochlebstwo, UrzędnikAmbasadory zagranicznych rządów,
    Którzy pomimo i mrozu, i nudy,
    Dla łaski carskiej nie chybią przeglądów
    I co dzień krzyczą: „O dziwy! o cudy!”
    Już powtórzyli raz tysiączny drugi
    Z nowym zapałem dawne komplementy:
    Że car jest taktyk w planach niepojęty,
    Że wielkich wodzów ma na swe usługi,
    Że kto nie widział, nigdy nie uwierzy,
    Jaki tu zapał i męstwo żołnierzy.
    Na koniec była rozmowa skończona
    Zwyczajnym śmiechem z głupstw Napoleona;
    I na zegarek już każdy spozierał,
    Bojąc się dalszych galopów i kłusów;
    Bo mróz dociskał dwudziestu gradusów,
    Dusiła nuda i głód już doskwierał.
    ZabawaLecz car stał jeszcze i dawał rozkazy;
    Swe pułki siwe, kare i bułane
    Puszcza, wstrzymuje po dwadzieścia razy;
    Znowu piechotę przedłuża jak ścianę,
    Znowu ją ściska w czworobok zawarty
    I znowu na kształt wachlarza roztacza. —
    Jak stary szuler, choć już nie ma gracza,
    Miesza i zbiera, i znów miesza karty;
    Choć towarzystwo samego zostawi,
    On się sam z sobą kartami zabawi.
    Aż sam się znudził, konia nagle zwrócił
    I w jenerałów ukrył się natłoku;
    Wojsko tak stało, jak je car porzucił,
    I długo z miejsca nie ruszyło kroku.
    Aż trąby, bębny dały znak nareszcie:
    Jazda, piechota, długich kolumn dwieście
    Płyną i toną w głębi ulic miejskich —
    Jakże zmienione, niepodobne wcale
    Do owych bystrych potoków alpejskich,
    Co rycząc mętne walą się po skale,
    Aż w jezior jasnym spotkają się łonie
    I tam odpoczną, i oczyszczą wody,
    A potem z lekka nowymi wychody
    Błyskają, toczą szmaragdowe tonie. —
    BłotoTu pułki weszły czerstwe, czyste, białe;
    Wyszły zziajane i oblane potem;
    Roztopionymi śniegi poczerniałe,
    Brudne spod lodu wydeptanym błotem.
    Zbrodnia, TrupWszyscy odeszli: widzę i aktory.
    Na placu pustym, samotnym zostało
    Dwadzieście trupów: ten ubrany biało,
    Żołnierz od jazdy; tamtego ubiory
    Nie zgadniesz jakie, tak do śniegu wbity
    I stratowany końskimi kopyty.
    Ci zmarzli, stojąc przed frontem jak słupy,
    Wskazując pułkom drogę i cel biegu;
    Ten się zmyliwszy w piechoty szeregu,
    Dostał w łeb kolbą i padł między trupy.
    Biorą ich z ziemi policejskie sługi
    I niosą chować; martwych, rannych społem:
    Rosjanin, Żołnierz, NiewolaJeden miał żebra złamane, a drugi
    Był wpół harmatnym przejechany kołem;
    Wnętrzności ze krwią wypadły mu z brzucha,
    Trzykroć okropnie spod harmaty krzyknął,
    Lecz major woła: „Milcz! bo car nas słucha”.
    Żołnierz tak słuchać majora przywyknął,
    Że zęby zaciął; — nakryto co żywo
    Rannego płaszczem, Jedzeniebo gdy car przypadkiem
    Z rana jest takiej nagłej śmierci świadkiem
    I widzi na czczo skrwawione mięsiwo —
    Dworzanie czują w nim zmianę humoru,
    Zły, opryskliwy powraca do dworu,
    Tam go czekają z śniadaniem nakrytem,
    A jeść nie może mięsa z apetytem.
    Zbrodnia, PolakOstatni ranny wszystkich bardzo zdziwił:
    Grożono, bito, próżna groźba, kara,
    Jenerałowi nawet się sprzeciwił,
    I jęczał głośno — klął samego cara.
    Ludzie niezwykłym przerażeni krzykiem
    Zbiegli się nad tym parad męczennikiem. —
    Mówią, że jechał z dowódcy rozkazem,
    Wtem koń mu stanął jak gdyby zaklęty,
    A z tyłu wleciał cały szwadron razem;
    Złamano konia, i żołnierz zepchnięty
    Leżał pod jazdą płynącą korytem;
    Ale od ludzi litościwsze konie:
    Skakał przez niego szwadron po szwadronie,
    Jeden koń tylko trafił weń kopytem
    I złamał ramię; — kość na wpół rozpadła
    Przedarła mundur i ostrzem sterczała
    Z zielonej sukni, strasznie, trupio biała,
    I twarz żołnierza równie jak kość zbladła;
    Lecz sił nie stracił: wznosił drugą rękę
    To ku niebiosom, to widzów gromady
    Zdawał się wzywać i mimo swą mękę
    Dawał im głośno, długo jakieś rady.
    Jakie? Nikt nie wie, nie mówią przed nikim.
    Bojąc się szpiegów słuchacze uciekli
    I tyle tylko pytającym rzekli,
    Że ranny mówił złym ruskim językiem;
    Kiedy niekiedy słychać było w gwarze:
    „Car, cara, caru” — coś mówił o carze.
    Chodziły wieści, że żołnierz zdeptany
    Był młodym chłopcem, rekrutem, Litwinem,
    Wielkiego rodu, księcia, grafa synem;
    Że ze szkół gwałtem w rekruty oddany,
    I że dowódca, nie lubiąc Polaka,
    Dał mu umyślnie dzikiego rumaka,
    Mówiąc: „Niech skręci szyję Lach sobaka”;
    Kto był, nie wiedzą, i po tym zdarzeniu
    Nikt nie posłyszał o jego imieniu;
    Ach! kiedyś tego imienia, o carze!
    Będą szukali po twoim sumnieniu.
    Diabeł je pośród tysiąców ukaże,
    Któreś ty w minach podziemnych osadził,
    Wrzucił pod konie, myśląc, żeś je zgładził.
    Rosjanin, Sługa, Niewola, ŚmierćNazajutrz, z dala za placem słyszano
    Psa głuche wycie — czerni się coś w śniegu;
    Przybiegli ludzie, trupa wygrzebano;
    On po paradzie został na noclegu.
    Trup na pół chłopski, na poły wojskowy,
    Z głową strzyżoną, ale z brodą długą,
    Miał czapkę z futrem i płaszcz mundurowy,
    I był zapewne oficerskim sługą.
    Siedział na wielkim futrze swego pana,
    Tu zostawiony, tu rozkazu czekał,
    I zmarzł, i śniegu już miał za kolana.
    Tu go pies wierny znalazł i oszczekał. —
    Zmarznął, a w futro nie okrył się ciepłe;
    OkoJedna źrenica śniegiem zasypana,
    Lecz drugie oko otwarte, choć skrzepłe,
    Na plac obrócił: czekał stamtąd pana!
    PanPan kazał siedzieć i sługa usiądzie;
    Kazał nie ruszać z miejsca, on nie ruszy,
    I nie powstanie — aż na strasznym sądzie;
    I dotąd wierny panu, choć bez duszy,
    Bo dotąd ręką trzyma pańską szubę
    Pilnując, żeby jej nie ukradziono;
    Drugą chciał rękę ogrzać, ukryć w łono,
    Lecz już nie weszły pod płaszcz palce grube
    I pan go dotąd nie szukał, nie pytał!
    Czy mało dbały, czy nadto ostrożny —
    Zgadują, że to oficer podróżny;
    Że do stolicy niedawno zawitał,
    Nie z powinności chodził na parady,
    Lecz by pokazać świeże epolety;
    Może z przeglądów poszedł na obiady,
    Może na niego mrugnęły kobiety,
    Może gdzie wstąpił do kolegi gracza
    I nad kartami — zapomniał brodacza;
    Może się wyrzekł i futra, i sługi,
    By nie rozgłosić, że miał szubę z sobą;
    Że nie mógł zimna wytrzymać jak drugi,
    Gdy je car carską wytrzymał osobą;
    Boby mówiono: jeździ nieformalnie
    Na przegląd z szubą! — myśli liberalnie.
    Chłop, Kondycja ludzka, PiesO biedny chłopie! heroizm, śmierć taka,
    Jest psu zasługą, człowiekowi grzechem.
    Jak cię nagrodzą? Pan powie z uśmiechem,
    Żeś był do zgonu wierny — jak sobaka.
    O biedny chłopie! za cóż mi łza płynie
    I serce bije, myśląc o twym czynie:
    Ach, żal mi ciebie, biedny Słowianinie! —
    Biedny narodzie! Żal mi twojej doli,
    Jeden znasz tylko heroizm — niewoli.

    Przypisy

    [1]

    plac ogromny — plac Marsowy, gdzie się odbywały popisy wojsk. [przypis redakcyjny]

    [2]

    wtrawia — wprawia, ćwiczy; termin z języka myśliwskiego. [przypis redakcyjny]

    [3]

    dońców — kozaków dońskich. [przypis edytorski]

    [4]

    dragon — żołnierz lekkiej jazdy. [przypis edytorski]

    [5]

    tylcem — trzonkiem (nie ostrzem, umieszczonym na przeciwnym końcu piki). [przypis edytorski]

    [6]

    bizunów — batów. [przypis edytorski]

    [7]

    hlak — (prowinc. z białorus.) dzbanek gliniany, pękaty, z wąską i krótką szyją. [przypis redakcyjny]

    [8]

    Zakupisz u nich dobrych trzech żołnierzy — konie jazdy rosyjskiej piękne są i drogo kosztują. Koń żołnierski gwardyjski płaci się często kilka tysięcy franków. Człowieka rosłego, miary przepisanej, można kupić za tysiąc franków. Kobietę w czasie głodu na Białorusi przedawano w Petersburgu za dwieście franków. Ze wstydem wyznać należy, iż panowie niektórzy polscy z Białorusi tego towaru dostarczali. [przypis autorski]

    [9]

    jaszczyk — skrzynia na naboje. [przypis edytorski]

    [10]

    Jak tarantula, gdy jej kto w nos dmuchnie — tarantule, rodzaj wielkich, jadowitych pająków, gnieżdżących się na stepach południowej Rosji i Polski. [przypis autorski]

    [11]

    Jak arlekiny: pełno na nich wstążek — orderów rosyjskich, licząc w to różne ich klasy tudzież cyfry cesarskie i tak nazwane sprzążki z liczbą lat służby, jest około sześćdziesięciu. Zdarza się, że na jednym mundurze świeci dwadzieścia znaków honorowych. [przypis autorski]

    [12]

    Ani się zarżną, ani zachorują — przed niewielu laty jeden z dworskich urzędników zarżnął się dlatego, iż na jakimś obchodzie dworskim naznaczono mu niższe miejsce, niż podług hierarchii należało. Był to Watel czynownictwa. [przypis autorski]

    [13]

    Kiedy go tańczyć uczą guwernery — portret carewicza, następcy tronu, można widzieć w galerii obrazów petersburskiej Ermitażu. Malarz Anglik Dow wystawił go w postaci dziecka w mundurze husarskim z biczem w ręku. [przypis autorski]

    [14]

    mużyk (ros.) — chłop. [przypis redakcyjny]

    [15]

    odkupy — arenda, wyszynk wódki monopolowej. [przypis redakcyjny]

    [16]

    taraban — wielki bęben. [przypis redakcyjny]

    [17]

    obses — (z łac.) obcesowo, nie bacząc na nic. [przypis redakcyjny]

    [18]

    w kluby — (z niem.) w ryzy, w kleszcze. [przypis redakcyjny]

    [19]

    bomba — granat artyleryjski. [przypis redakcyjny]

    Close
    Please wait...