Wolne Lektury potrzebują pomocy...


Potrzebujemy Twojej pomocy!

Na stałe wspiera nas 381 czytelników i czytelniczek.

Niestety, minimalną stabilność działania uzyskamy dopiero przy 1000 regularnych darczyńców. Dorzucisz się?

Tak, dorzucę się do Wolnych Lektur!
Tym razem nie pomogę, przechodzę prosto do biblioteki
Informacje o nowościach

Informacje o nowościach w naszej bibliotece w Twojej skrzynce mailowej? Nic prostszego, zapisz się do newslettera. Kliknij, by pozostawić swój adres e-mail.

x
Oczy w niebiosach → ← Sidi-Numan

Spis treści

      Bolesław LeśmianPoematy zazdrosneWieczory

      Wieczory moje, minione wieczory,
      Widmem pierścieni złotych i bransolet
      Zdobiące sosen pordzewiałe kory
      I brzóz biel nikłą!
      Szkarłat i fiolet
      Snem powikłanym znoją się na chmurach,
      Nim się chmur brzegi mgłą zieleni omszą
      I w dym zszarzeją w spalonych lazurach.
      Głębina parku staje się znajomszą
      Nozdrzom, co węszą całe gniazda woni
      W zagąszczach krzewów, bo, nabrzmiałe zmierzchem,
      Kwiaty rozpustniej swych pyłów rozpierzchem
      Drażnią powietrze, przypadłe do skroni
      Ziemi, podziemnym opętanej szałem
      I czyhającej na zejście niebiosów
      Do jezior głębi…
      W uciszeniu białem
      Oparów, w nic się złocących powoli,
      Włóczy się mrowie snów, przysiąg i losów
      Niczyich, własnej zostawionych doli,
      Nieprzynależnych, prócz siebie, nikomu!
      Dusza w tem mrowiu szuka pokryjomu
      Wróżb na dzień zeszły… Zaś dłonie obiedwie,
      Choć nieruchome zadumy drzemotą,
      Czują się — niby wyciągnięte w złotą
      Dal — w taką złotą, że widną zaledwie
      Oczom, — że aż się w oczach dzieją zmory!…
      Wieczory moje, minione wieczory!
      Gdziem was nie widział? Na łąkach, obłokiem
      Kwiecia zbryzganych! I w lasu przestrzałach,
      To tu — to ówdzie wyszperanych okiem
      Wśród pni, zestawnych w dowolne szpalery…
      Na kołach wozu, które senny wałach
      Słońcu na pokaz wlecze, — wszystkie cztery
      W ruchliwy koral mieniąc pracowicie…
      Na stepach, kędy niespodziane drzewo
      Tak się przestrzeni narzuca obficie,
      Że się niebiosom czarna staje wnęka!…
      W stodół szczelinie, zaprószonej plewą, —
      W szparach opłotów, gdzie przez wybój sęka
      Błękit przecieka potajemną strugą
      Kropla po kropli — pokrzywom na liście…
      Na stogach siana, co, parząc za długo
      Zieleń na słońcu, błękitnieje mgliście…
      Wśród wierzb, pokłonnych swych gałęzi zwisem
      Nurtom ruczajów… I na wzgórzu łysem,
      Rudem od szczawiu rdzy i dziennych spiekot…
      Na strzech jedwabiu, co, w bociani klekot
      Wsłuchane, w gnuśnej grzybieją tęsknocie…
      Na zgromadzonem w skrzętny wieniec złocie
      Splotów dziewczęcych — i na srebrze starczem
      Jakowejś brody wędrownego dziada!…
      W zielonych szybach rozszalałych karczem,
      Skąd wrzask pijany, wybuchając, wpada
      W pobliski cmentarz, co przekrwawia w ponsy
      Krzyże przejrzałe i brzóz nagłe wstrząsy
      I swych jarzębin ogniste paciory!…
      Wieczory moje, minione wieczory,
      Pełne zarazy urojonych sprzyjań
      Duszy, na żmudny sen o szczęściu chorej
      I zasłuchanej w szmer waszych przemijań
      Obłoków skrajem!…
      Gdziekolwiek zwidziane —
      Wszystkie was wlokę w ślad mojego cienia,
      Co źdźbłem błękitu kołacze we ścianę
      Chaty, wyśnionej stopom w dniu zmęczenia…
      Żadnego nie brak! Wszystkie pamięć złocą,
      Jako dłoń skąpca wszystek skarb sygnetów, —
      Bom zawiekował duszą w fioletów
      Waszych mgławicy, zapodzianej w sobie!
      Śmierć mi nie będzie wiekuistą Nocą.
      Lecz wiekuistym Wieczorem!… Gdy w grobie
      Zdziwię się nagle — bezniebny, beztęczny,
      Szparom i trafom bylejakim wdzięczny
      Za przypomnienie bylejakich rzeczur,
      Kałużysk brudnych lub żabich poziewań, —
      Zlećcie się ku mnie — złotsze i zaklętsze —
      Na ten ostatni, wiekuisty Wieczór,
      Na tę ostatnią dolę zanieśpiewań!
      Niech mej mogiły zamieszkałe wnętrze
      Rozwidnią wasze, purpurowe zorze!
      Niech widny Bogu do snu się ułożę
      Na wznak — a skronią ugrzęznę w tym błędzie,
      Że śmierci niema, nie było, nie będzie!
      Są tylko zajścia zórz za ciemne bory…
      Wieczory moje, minione wieczory!…
      Close
      Please wait...