Wolne Lektury potrzebują pomocy...



Wolne Lektury są za darmo i bez reklam, bo utrzymują się z dobrowolnych darowizn i dotacji.

Na stałe wspiera nas 381 czytelników i czytelniczek.

Niestety, minimalną stabilność działania uzyskamy dopiero przy 1000 regularnych darczyńców. Potrzebujemy Twojej pomocy!

Tak, dorzucę się do Wolnych Lektur!
Tym razem nie pomogę, przechodzę prosto do biblioteki
Informacje o nowościach

Informacje o nowościach w naszej bibliotece w Twojej skrzynce mailowej? Nic prostszego, zapisz się do newslettera. Kliknij, by pozostawić swój adres e-mail.

x
← Wieczory

Spis treści

      Bolesław LeśmianPoematy zazdrosneOczy w niebiosach

      Oczy, na zwiady wysłane w głąb oćmy
      Nocnego nieba, wspomóżcie się wzajem!
      Dwoje nas w mroku, więc wspólnie się złoćmy
      Widzeniem światów, dla których powstajem!
      Dwoje was w mroku, jak dwoje motyląt,
      Co się po barwie poznają w błękicie!
      Dwa sny o żaglach, skazane na wyląd
      Wspólny w ciemności — mówcie, co widzicie?
      Widzimy Czerwiec, zbłąkany wśród cieni,
      Rozkwitły w nieba szafirowym skwarze
      Bez drzew, bez kwiatów — a śniący w bezmiarze
      O jagód leśnych padolnej czerwieni…
      Widzimy gwiazdy, jak skrzą się i świecą
      Skrytą zielenią, tajemnym szkarłatem
      I, upojone swym własnym zaświatem
      Pomimowoli wiążą się i klecą
      W girlandy, w wieńce (rzucone w obczyznę
      Mroków) — i w krzewy zwikłane i dalej
      W zawiłe gąszcze niedosiężnych alej,
      Kędy, srebrząca swych lotów krzywiznę,
      Wzbija się sennie dróg mlecznych kurzawa
      I, z niespodzianą spotkawszy się chmurą,
      Skłębią swe pyły, na chwilę przystawa
      W cieniu — i znowu w dal pędzi, za którą
      Mży nieskończoność złota i cienista,
      Gdzie duch z tchem, w piersi zapartym, korzysta
      Z ożywczych pogód ciszy bezupalnej,
      Aby istnieniu, co szumi swe szumy,
      Przydać tęsknoty i zgrozy oddalnej
      I gwiazd naprószyć do ciemnej zadumy…
      O, tak! rozszerzyć, rozbujać swe życie
      Z bezkresu — w bezkres, od szczytu — do szczytu!
      Płaczem ogarnąć tę wszystkość błękitu,
      I tuż przy chmurze swego serca bicie
      Słyszeć — i sercem o ziemię zahaczyć,
      Spłoszyć się nagle — i nagle zobaczyć
      Wenus, płonącą — sobie i nikomu
      Światłem, co w ździeble tai czar ogromu!…
      O, tak!… I ujrzeć tam, gdzie duchom — droga,
      Na gwiazd siedmiorgu Wielkiej Niedźwiedzicy
      Siedem królewien, śpiących w tajemnicy,
      Zanim je zbudzi pocałunek Boga!…
      O, tak!… A jeszcze?… Zgorzałych snów dymy
      I pustych źrenic bezpromienna skrucha…
      My — oczy twoje — widzimy, widzimy
      Wszystko, co w niebie pożarem wybucha!
      Ale nam przestwór urąga i szydzi
      Tych gwiazd migotem i mroków udręką,
      Że nas — widzących — nikt zowąd nie widzi
      I nie dosięga miłością, ni męką!
      Myśmy powstały, by chłonąć te światy
      I wlec się ku nim bezdrożem a drogą,
      Lecz nikt nam, w mroku wyrosłym, jak kwiaty,
      Nie przeciwpowstał — i niema nikogo!
      I nikt na zwiady w głąb naszą daleką
      Nie wyśle strzały, ni pary gołębi!…
      Zasłoń nas, zasłoń znużoną powieką,
      Nie daj nam patrzeć, władco naszej głębi!
      Oczy, na zwiady wysłane w gwiazd roje,
      Pochodnie, zgasłe nad marzeń ruczajem, —
      Oto was zwolna zamykam — sny moje! —
      Oczy zamknięte, wspomóżcie się wzajem!…
      Close
      Please wait...