Wolne Lektury potrzebują pomocy...


Wesprzyj Wolne Lektury 1% podatku - to nic nie kosztuje! Wpisz KRS 00000 70056 i nazwę fundacji Nowoczesna Polska do deklaracji podatkowej. Masz czas tylko do końca kwietnia :)

Potrzebujemy Twojej pomocy!

Na stałe wspiera nas 450 czytelników i czytelniczek.

Niestety, minimalną stabilność działania uzyskamy dopiero przy 1000 regularnych darczyńców. Dorzucisz się?

Tak, dorzucę się do Wolnych Lektur!
Tym razem nie pomogę, przechodzę prosto do biblioteki
Ankieta czytelników Wolnych Lektur

Wypełnij ankietę i pomóż nam rozwijać Wolne Lektury. Zajmie Ci to kilka minut, a nam pomoże stworzyć bibliotekę, która odpowiada na potrzeby naszych Czytelników i Czytelniczek.

x

    Jerzy JarniewiczMakijaż

    „Przesadna mowa zwykła kryć miernotę uczuć” — myślał, jakby bogactwo ducha nie wyrażało się czasem przez puste zgoła metafory, gdyż nikt nigdy nie może dać dokładnej miary swych potrzeb, myśli i cierpień, a słowo ludzkie jest jak pęknięty kocioł, na którym wygrywamy melodie godne tańczącego niedźwiedzia, gdy tymczasem chcielibyśmy wzruszyć gwiazdy.

    Gustave Flaubert, Pani Bovary

    Makijaż

    Powstaje kawałek po kawałku,
    gdy robi twarz — na obraz.
    Podkład nakłada palcami,
    unikając, jak piszą, „smug
    i docierając do miejsc
    nieosiągalnych dla gąbki”. Zaczyna
    od czoła i przesuwa się stopniowo
    w dół ku podbródkowi. Oklepuje
    lekko twarz wnętrzem dłoni. Sińce
    pod oczyma tuszuje korektorem.
    Nakłada puder, modeluje twarz różem,
    nadaje kształt brwiom.
    Na powiekach stawia czarne kreski
    eyelinerem w kamieniu,
    uzyskując „wyrazistość
    i głębię spojrzenia”.
    Po czym zagryza wargi, a krew
    rozlewa się łagodną falą
    po niezapisanych policzkach.

    Bieżnia

    Koniec nas uwiarygodnia. Gadnia?
    Daj spokój świętej mowie,
    bo kto gna, nie gada. Długi dystans
    wyznaczony nazwami zrewoltowanych miesięcy
    mamy za sobą. Przed nami co najwyżej dni tygodnia,
    od jednego do siedmiu. Godziny dnia, od wczesnej
    do ostatniej. Wschody i zachody bez znaków
    diakrytycznych. Bo ból boli, sól soli,
    jak na podświetlonym ekranie komórki.
    I mowa się odmieni: rynek dojdzie do dna wycen,
    ogłoszą spowolnienie wzrostu,
    a na parkiecie zapanuje nieufność. Miłość
    do adrenaliny połączyła sprinterów — tak mówią,
    gdy wpadam na metę. Ale nie potwierdzam,
    ani nie zaprzeczam, mam się na baczności:
    sędzia ustawił języki.

    Białe czarne

    Kto chce ukryć fakty? I skąd ta alergia na światło,
    ból oka nie do zgaszenia i pożar na spojówkach,
    jakby ktoś lampą po oczach prześwietlał nam wzrok?
    Się zobaczy. Się zbada. Ułoży się pod lupą,
    bez zwrotów, w cofniętym kadrze,
    który się za nas wypowie, zezna nas lakonicznie.
    Każdemu jego pesel według zasad i zasług.
    Przyda się w nowym czasie, który na pewno nadejdzie,
    wydrenuje nam konta, wyeksmituje z języka:
    wstrzemięźliwość fiskalna w sytuacji stałego popytu
    może pogłębić recesję. Kocham cię, mów jeszcze,
    szepcze do bohatera bohaterka serialu
    w cudzej historii do oglądania. I co z nami będzie, Janku?
    Się zobaczy. Się będzie. Oraz to, że cię nie opuszczę,
    póki słów, aż do śmierci. Zmiany indeksów
    były kosmetyczne.

    Mokry parkiet

    Zawsze byłem przeciw Lisom. A ty
    przeciw komu będziesz? Po chwili
    kalkulacji odłożyłaś «Dziennik», odpięłaś
    klamerkę na pochylonej szyi,
    zatrzasnęłaś drzwi i zagrałaś na giełdzie.
    Ach, ten gest sprytnej wyprzedaży
    pod osłoną nocy, gdy
    z wargi na chybcika zlizywałaś śnieg,
    tak bardzo w mroku lepki. Przeciw mnie
    to robisz? Znam
    ten podprogowy język odwróconych pleców
    gotowych na ryzyko większe niż
    wysłanie naszych chłopców — źle
    mówię? — do Czadu. A tymczasem
    przyjdzie dzień, będą notowania. Indeksy
    zaczną pikować.
    Koncerny już tną inwestycje.
    Kończy się budżet przeszacowanych dochodów.
    Słyszysz? Z sufitu kapie na parkiet,
    jakby nas ostatecznie zważono i podliczono.

    Katalog

    Ona, słyszysz, nie słyszy. Słucha —
    ma na uszach słuchawki.
    Po znakach ani śladu, zostały tylko przedmioty,
    nieznośnie przywiązane do niemej pojedynczości:
    pendrive, komórka, suszarka z dyfuzorem.
    Tuzinkowy katalog jak proteza porządku.
    Ona, widzisz, nie widzi. Patrzy —
    na szybki krajobraz, który się składa za oknem:
    czołg poradziecki, wiadukt, skierniewicki cmentarz.
    Mógłby wziąć ją za rękę, ale wzięciem
    — wie, bo jakże — niczego nie załatwi. Nie
    zatrzyma pociągu. Po śladach mógłby dotrzeć.
    Trop zatrzeć. Zedrzeć żałobny tiszert.
    Właśnie: to było u niej? W podróży?
    Na cudzym prześcieradle? W rekwizytorni,
    gdzie laptop, błyszczyk, obcinacz do paznokci,
    i ani znaku na potem? Gubi
    współrzędne. Nie składa mu się zdanie,
    nie układa w języku. Nie słyszy.

    Z Ksiąg Królewskich

    posłał tedy posłów i wziął ją

    2 Sm 11, 4

    1.
    Piękna jest żona bliźniego mego,
    choć nie widziałem jej nigdy na dachu,
    kiedy pośród białych satelitarnych talerzy
    myje w deszczówce kolana
    i odsłania swój kark rozwiązłemu słońcu.
    Siedzi zapewne przy kuchennym stole,
    w obcojęzycznym mieście Zachodu,
    i nie odmawia paciorków na skroni
    mężczyźnie w oficerkach.
    Wezmę go w kamasze — na front,
    dam bilet do kina — na Rejs. Nie chcę dziś
    ani wołu, ani osła, ani żadnej rzeczy,
    która jego jest. Tylko weźmy się wzajem.
    Ciało wiersza nie grzeszy. Jesteśmy bez winy:
    które z nas pierwsze rzuci kamieniem?
    Potłucze tablice? Przykryje drugiego
    białym, jak niewidzące oko,
    prześcieradłem?
    2.
    Piękna jest żona bliźniego mego,
    piękna ławicą ryb wokół kostek,
    kiedy brodzi w strumieniach, a one
    płyną rynnami do włazów
    i ściekowych studzienek śródmieścia.
    Na wytracenie ciało, ale nie martw się,
    nie utoniemy. Przychylne nam wody
    Morza Martwego podtrzymają nas bez wysiłku
    na powierzchni gładkiej jak witryna
    rybnego, w której skrycie zmieniamy się
    miejscami i nakładamy figlarnie na siebie
    w bezprawnych konfiguracjach, pośród
    refleksów lamp i sygnalizatorów
    o rozmytych barwach. Gwiżdżę
    na deszcz, na sens tej ulewy i na mafię
    pruszkowską, gdziekolwiek dziś jest. Deszcz,
    jeśli mnie nozdrza nie zwodzą,
    zapachniał nagle tobą, jestem tobą mokry.
    Nadamy mu imię królewskie.
    3.
    Piękna jest żona bliźniego mego,
    gdy wypatrzona przez kaprawe oko
    ukrytej pod sufitem kopułkowej kamery
    przegląda pismo w rozpisanym
    na wieczorne głosy salonie Empiku.
    Nie chcę zapisywać tej zwyczajnej chwili,
    bo niezapisane pozostanie dla nas
    niczym obietnica dalekiego miasta,
    bez monitoringu i bez straży miejskiej,
    z burmistrzem na wiecznym urlopie,
    i z inną kamienną tablicą,
    na którą sami naniesiemy prawa
    ręcznym, rozkołysanym do woli pismem —
    nie do czytania, a do złożenia jak podpis.
    Dzień pracy się kończy, choć system pracuje,
    zadziwia nas spóźniona hojność
    obrotnego jak kamera sprzedawcy,
    który dorzuca gratis do dzisiejszej gazety
    tabliczkę czekolady
    z kryształkami soli. Skąd wiedział?
    Że słony jest pępek jej, i słony spód stopy,
    i słony jak łza osad
    we wgłębieniu łokcia?

    Kotlisko

    Jeszcze bliżej. W inną niedzielę, kiedy akurat
    nie będzie wyborów, w uczynnym świetle słońca,
    które rysuje profil kubka i cukierniczki na tapecie,
    napatrzysz się, naoglądasz.
    Przed twoimi oczyma przebiegnie gazela,
    wybrzuszą się góry lamparcie, chłodnym prześcieradłem
    spłyną pełne ryb potoki, a u ich brzegu
    będą chłeptać spragnione daniele. I dotknij,
    tylko dotknij, oblubienico moja. Pochodnio
    moich lędźwi.
    Bo nie zostawi po sobie nic do powiedzenia,
    nawet przyklejonej do policzka rzęsy,
    ziarenek z paznokcia, kropli na ostatnim włosku.
    Z tego kotliska nie wyniknie słowo. Odróżniasz
    gazelę od sarny? Szłaś kiedy zboczem lamparta?
    (Daniela bez trudu odnajdziesz w słowniku.)
    To chwila sieroca, po której przydarzy się nam
    poniedziałek. Ogłoszą wybory. Wybiorą.
    Dowiemy się, jak było.
    A teraz sza, mała śmierci, znaczy: zmilcz nas,
    blisko, jeszcze bliżej, pod ścianą.

    Na wprost

    Coś zgrzyta w języku miłości, pomyślał bez słów,
    kiedy leżeli sobie na wprost, a jego pierwszy raz
    był razem, gdy jej na świecie nie było. Kojarzysz?
    Był, ale jej nie było. Nie było, a on był.
    Jak pięknie tętniły tętnice. Jak dotyk się dookreślał,
    a skóra uczyła się mówić otwartym jak oczy
    tekstem. Niby tak samo jak dziś.
    Nadrobić czas, kto wie? mógłby w tej chwili pomyśleć,
    a plótł trzy po trzy palcami. Raz po raz.
    I pierwszy raz. Tym razem zmieniając kierunek,
    pstrągi wróciły do źródeł. Kochali się pod prąd.

    Zapis

    Zagraj ze mną wstępnie. Mam samowyzwalacz.
    Wstąpimy do zdjęć czarnych i białych.
    Zajrzymy przez dziurkę w migawce. Spiszemy
    słowa, słodkie i słone, sobie nawzajem,
    na stopach nieobutych i ruchliwych nadgarstkach.
    Napiszemy na lędźwiach: Stawy ud twoich
    są jak naszyjniki. Albo: Pępek twój
    nigdy nie jest bez napoju. A może: Brzuch
    jak bróg pszenicy otoczony liliami? Dosyć,
    język się niecierpliwi, stuka po podniebieniu i uderza
    w zęby, jakby zapomniał o miejscach, do których
    wkrótce dojdziemy. Poprowadzę ci rękę,
    przy fleszu. Trzask flesza. Nie czytaj już więcej.
    Pisz.

    Zstąpienie

    W kącikach warg lśni ślina —
    biały ślad po ślimaku, który
    zszedł mi ze słów
    i schronił się
    w zielonych liściach,
    w twoim zroszonym ciele.

    Jaszczurka

    W każdym pokoju miasta jest piąta nad ranem.
    Okna za oknem nie oddają form,
    w które je oblekło czujne zza szyb spojrzenie.
    Tak jak ta, którą kocha, nie zwróci mu,
    powiedzmy to bez metafor: uczuć,
    które od niego bezwiednie przyjmuje.
    Na tym ma polegać trwałość naszych wiązań
    z oknami za oknem, z szorstkim parapetem,
    z jej dłońmi, w których schroniła się
    mokra nocnym deszczem, płonąca jaszczurka?
    Straszliwy brak symetrii! Obrazy bez osi
    wytrącają ze snu, każą śnić o sztormowym brzasku,
    kiedy gałęzie pokryte kryształkami soli
    łamią się i spadają na dachy samochodów,
    a niewidoczny palec kreśli rysę na szybie,
    po której pełznie natarczywy promień.

    Makijaż

    Twarz kwadratowa zyska przyjemną miękkość,
    jeśli róż położony zostanie na kość policzkową,
    ale nieco z boku. Dobrze jest musnąć pędzelkiem
    wysokie kąty czoła. A wtedy muśnięta twarz drgnie, ułoży się
    do grymasu, nie kryjąc zaskoczenia, że szminki, błyszczyki,
    ołówki do brwi, konturówki i pędzelki z włosia
    leżą na blacie w płaskim stosie, bez racji,
    zimne i obce jak nagle dostrzeżony cień, który
    ściąga wzrok i bieży ściegiem przez stół,
    tnąc jego pustą powierzchnię, aż do krawędzi,
    gdzie pokój zapada się głuchym tąpnięciem, bez słowa, w ten dom
    i w twoją miękką, muśniętą nieobecność.

    Najlepsze westerny są czarno-białe

    Tarta ze szpinakiem jest na marginesie.
    Powiedzmy, że obok. Karczek z karty dań
    z dań na zamówienie poczeka razem z nimi
    na nową koniunkturę. Dziś wyjdą osobno.
    Jeszcze tylko ustalą, jakie podać nazwisko,
    jaki powód. Sens? O jakim sensie mówisz? O takim,
    co siedzi w pustych przebiegach zdań,
    kiedy na żywioł rozkręca się mowa? Albo tkwi w rysach,
    szparkach i szczelinach lśniącej powierzchni
    lustrzanej ściany w tamtym pamiętnym lokalu
    na mieście? Miasto jest widzem niecierpliwym.
    Będziemy się strzelać. Będzie film.
    Scenariusz wisi w powietrzu. Tylko pamiętaj:
    „nadmiernie rozbudowane dialogi
    nie posuwają akcji do przodu”.

    Krótka historia WKP(b)

    Co powiedziałaś, kochanie, było jak szturm
    na Pałac Zimowy w samym sercu lata.
    Po dawnym reżimie mogły zostać najwyżej
    białe pończoszki w kącie sypialni,
    dwie puderniczki z Astrachania, bez których
    nie przeżyłaby wojny domowej
    żadna obcojęzyczna dynastia.
    I oszronione łyżeczki, które smakowały crème brülée
    na czerwono. A my jak dwoje bolszewików,
    których nakręca przemienione w krew słowo,
    mogliśmy zmieść Białych z ciągle białych kart
    naszej historii, żeby na skutej lodem pustyni
    hodować pomarańcze. A potem dorobić się
    dzieci i kina domowego, powiesić
    w oknach białe jak kra firanki, na stół
    zarzucić serwety z ażurowym haftem
    i żyć koronkowo, towarzyszko moja,
    zimnokrwista caryco.

    Fetysz

    Pot twój, kochanie, tak upajający,
    że piłbym go z twoich bioder,
    ale za chwilę tu wtargną, wyłamią drzwi
    ci rośli faceci w czarnych kominiarkach,
    w glanach ciężkich jak nagan.
    Zanim powalą mnie twarzą do ziemi,
    dosiądą okrakiem, przygniotą kolanem,
    zgaś światło, załóż mi na głowę
    swoje czerwone pończochy,
    namaluj mi szminką na brzuchu
    krzyżyk. Kółko i krzyżyk.
    Przykuj mnie do łóżka,
    zwiąż w kostkach rzemykiem,
    zanim się tu wedrą,
    zanim się przedstawią pustym inicjałem,
    ci faceci z obscenicznym tatuażem na ramieniu,
    z kajdankami lśniącymi jak srebrne bransolety,
    zanim podrą pamiątkę twojej pierwszej komunii,
    stłuką flakonik calvina kleina
    i połamią tę afrykańską figurkę z Koszykowej
    — drewnianego mężczyznę,
    który wszystko może.

    Prosty wiersz o miłości

    Zrzuciliśmy ubrania
    i zaczęliśmy się kochać tak rewolucyjnie,
    że zadrżał gmach banku narodowego,
    sięgnął dna indeks giełdowy,
    a maklerzy zawyli z ognia, który trawił im
    trzewia i portfele.
    Wtargnęliśmy w siebie do szczętu, aż runęły mury
    przepełnionych zakładów poprawczych,
    i wyszli mściciele z kijami do bejsbola, i poszli
    pod ministerstwo spokoju wewnętrznego.
    Rozpierzchły się szturmowe bataliony policji,
    gubiąc po drodze tarcze, kaski i notesy,
    zostały po nich tylko czarne polonezy.
    Dosiadłaś mnie tak wyzywająco, że inwestorzy
    zaczęli w panice pakować walizki,
    i wracali do domów tanimi liniami,
    wywożąc naprędce oleje Sasnala,
    cały dorobek swojej nadwiślańskiej misji
    (dziesięciokrotne przebicie w cenie
    w ciągu pięciu lat).
    Połykałem cię jak anarchista, aż w gruzach legły
    gotyckie galerie Tesco i Carrefouru,
    roztopiły się w ścianach pancerne bankomaty
    PKO BP, Pekao SA,
    Lukas Banku, Citi Banku, Amerbanku,
    Millenium, Śląskiego, WBK, Alioru,
    Inteligo, Deutsche Banku, BPH,
    Multi Banku, Fortis Banku, ING i Pocztowego,
    a ognisty podmuch przewiał na wylot
    kręte korytarze towarzystw ubezpieczeniowych.
    Kocham cię — nasze nagie ciała krążą po Europie
    jak nieopierzony, niewinny komunizm.

    Gryps

    Nasyć mnie słowami. Poprzednią wiadomość
    przemyciłaś w bochenku razowego chleba:
    Wiesz, co mi robisz? Nie mieszczę się w skórze.
    Dziś pod talerzem więziennego rosołu
    trafiam na kartkę z odręcznym pismem:
    Punkt na Brzeżnej spalony. Nic nie mów.
    Spotkamy się gdzie indziej. A więc: zjedz,
    połknij i popij. Jesteśmy podstawową komórką
    podziemnego państwa. Nasza historia
    powędruje przełykiem do trzewi. Twoje zdania
    wypełnią mi żołądek konspiracyjną treścią, a ciało
    nauczy się szybko perystaltyki słów. Za kratami
    świat płonie — nic ze mnie nie wycisną.
    Będziemy się kochać. Mam sztućce.

    Za plecami

    Czy gdy na stronie piszesz do mnie „węszę
    jak pies za tobą, tęsknota iskrzy na skórze”,
    a twój mężczyzna w tej akurat chwili podaje ci kawę,
    w filiżance koloru bezkofeinowej śmierci,
    to przebijasz go palcem serdecznym,
    zaobrączkowanym na złoto,
    przekłuwasz mu skórę, która pęka jak granat,
    tryskając ci w twarz strumieniem czarnym od kawy,
    wciskasz się paznokciem w skamieniałe serce,
    szeroko rozsuwasz płaty ciepłych ciągle płuc,
    i przedzierasz się przez plecy na tę drugą stronę,
    gdzie niebo podchodzi już do lądowania
    na mokrym od deszczu pasie tajnego lotniska?

    Skręty

    Mógłby jej skręcić te okulary,
    śrubka, jak ziarnko kminku,
    już nie spajała oprawki. Trzymał się
    jej dłoni nad półmiskiem warzyw,
    gdy ciepły zapach parmezanu
    podpowiadał mu w obcym języku:
    jest dziewięć bram, a ty
    jesteś panem klucza.
    Podniecały go jej długie, marcowe palce.
    Był marzec i miał je w ustach.
    Do czasu, gdy kelner przyniósł
    solniczkę z otworkami,
    przez które nie sypała się sól.
    Taksówkarz wyciągnął wkrętak.
    Lub śrubokręt. Rozkręcała się
    ta historia na dobre, rozkręcona
    na drobne, jak ten, epizody. Demontaż,
    któremu nie dotrzymał kroku.
    Skręciła. Kurs na Karową.
    Dziewięć.

    Centralwings[1]

    Najpierw urosły mu skrzydła. Tak,
    skrzydełka u stóp. Został bogiem
    oszustów, kupców i złodziei.
    Nosił się z pańska. Bezpański
    pies jadł mu z ręki. Spod innej ręki
    mogła wyjść z tego zabawna opowieść.
    Ona składała serwetki we czworo,
    żeby nie uronić rąbka tajemnicy,
    która dodawała im pieprzu.
    Ich miasta nie były bliźniacze.
    Liczyli na pomoc tanich linii
    lotniczych w obiegu krajowym.
    Żadnego lotu nie było. Pożarł
    ich wiersz — piękny i samotny
    jak hiena. Love, love, love.
    Do trzech razy do dna.

    Shopping and Fucking[2]

    Życzymy Ci, droga Czytelniczko, abyś i Ty mogła przeżyć równie wspaniałe przygody i odkryć prawdziwą miłość.

    Harlequin Enterprises, Sp. z o.o.

    Kocham cię i nigdy cię kochać nie przestanę —
    wyszeptała dziewczyna, składając usta
    do pocałunku. Wargi Raphaela
    z całą siłą przylgnęły do ust dziewczyny.
    Różowe sutki, różowe sutki.
    Zaczął ją pieścić. Annis drżała z emocji
    i pożądania. Jej ręce błądziły po plecach Raphaela,
    z szerokich ramion przesunęły się w dół,
    do szczupłych pośladków.
    Bijące serce, bijące serce.
    Nie odrywając ust od warg dziewczyny,
    Raphael nagle uniósł ją w górę. Trzymała go mocno,
    wiedziała, co uczyni. Z pożądania
    serce biło jej jak oszalałe.
    Szczupłe pośladki, szczupłe pośladki.
    Raphael zaniósł Annis do sypialni i położył
    na łóżku. Ukląkł przy niej i przez chwilę
    przyglądał się podniecony.
    Odpiął dwa białe guziczki od sukienki.
    Wargi Raphaela, wargi Raphaela.
    Zaczął pieścić jej piersi. Odrzucała
    głowę na bok, nie mogąc znieść
    tak ostrej pieszczoty. Pochylił się nad nią
    i językiem drażnił jej różowe sutki.
    Dwa białe guziczki. Dwa białe guziczki.

    Cztery krótkie wiersze dla Doroty Nieznalskiej[3]

    1. Pasja
    I wrzasnął na strażnika:
    Gdzie masz, chuju, czapkę?
    A lud stał i słyszał.
    2. Zob. wyż.
    Cztery słowa
    na krzyż.
    3. Piosenka bluźniercza
    Czerwone jabłuszko,
    przekrojone
    wzdłuż i wszerz,
    czemu
    na mnie
    1

    4. Orzeł Biały dla Nieznalskiej

    W bieli jedwabnej będzie wyglądał niemal
    identycznie na zdjęciach jak w rzeczywistości.
    Dla cery jasnej i jasnego dzioba — tylko biel szampańska,
    w przeciwnym razie ptak się rozmyje. Biel śnieżna
    stworzy idealne kontrasty upierzenia i szponów.
    W bieli rumowej odezwą się półtony różowego.
    Biel perłowa przyda blasku, biel antyczna powagi,
    w bieli lnianej będzie budził swojskie skojarzenia,
    biel migdałowa doda mu smaku. Biel mączna?
    Jest cieplejsza od bieli lodowej i optycznie żywsza
    od alabastrowej. To która?

    W samo południe

    W śródmieściu swąd spalonych opon
    ściera się z rykiem przenośnych syren
    i kołataniem do bram. Transparent
    z rozgrzanym do czerwieni słowem
    bandażuje fasadę kamienicy: łatwo wpaść w sidła
    zwodniczej przenośni. W słońcu świecą
    mosiężne tablice biur i kancelarii,
    a w szybach bistra odbija się
    Commercial Union, sprytnie, bo a tergo[4]
    product-placement[5] w przepełnionym leksykonie
    pamięci. Przecisnąć się, przebić
    na drugą stronę, do czekającej taksówki.
    A w domu prześwietlić zdjęcia, przełączyć
    kanał, żeby przestały się parzyć
    rozwiązłe obrazy: Doda skacze przez płot.
    Didżej z metropolitą siłują się na rękę.
    Nordic-walking[6] szlakiem barykad.

    Biały kwadrat na białym[7]

    Generałowie zeznają, laleczko.
    I co? Od wczoraj żyjemy w najjaśniejszym
    ze światów. Jasne? No. Wszystko jasne,
    i tym jaśniej dla faktów. Gubi się ofensywa,
    rejon ześrodkowania, pod zmiennym kryptonimem,
    przesuwa się na margines.
    Z wolna linieję, lis pod przykryciem,
    kret wśród hodowców szynszyli. Dziś skórę
    będę miał jeszcze bielszą. Czyściejszą.
    „Odświeża biel, mój Arielu, i jest bezpieczny
    dla tkanin”. Znajdziesz gdzieś niższe ceny?
    Bo nie o kamuflaż tu chodzi. Wszystko, co powiesz —
    pamiętasz? Spiszą, wiem, słowa na straty.
    I zacznie się po naszemu: pod ostrzał,
    pod twoją obronę. Enter.

    Trądzik

    Na ścianie ślady po ospie. Sypie się, nie goi.
    Od kul? Daj pan spokój. Tu zawsze było cicho.
    Wiatr wieje tylko od bramy, od święta tańczą
    białe foliówki. Bez słów obywa się nawet
    to panoramiczne graffiti w obcym języku czerwieni.
    Pod murem chłopiec w wieku na wskroś poborowym
    zapala papierosa. Odwraca twarz. Czerwona,
    bo młodość zabrała mu cerę. Czy mówię o tym, co
    widzę? Na głos? Czy na podobieństwo? Nie mówi nic.
    I nie krzyczy. Nie ma opaski na oczach. Stoi pod ścianą,
    wzdłuż ściany podwórko płonie w złym słońcu.
    Wzrok się zapuszcza, nie wraca:
    to widok (ostrożnie) na przestrzał.

    Bajpasy Pinocheta

    Wyniosła dziś śmieci, nie odnosząc obrażeń,
    a cień wtarł się głęboko
    w otwarte jak rana okno lewego skrzydła.
    Tam trzask rozsadził rząd słoików z dżemem,
    tramwaj rozkołysał szyby, blada fryzjerka
    za parawanem zamknęła na spust powieki.
    Na murawie stadionu czerwone puszki po coli
    grzechoczą kośćmi. Na bilbordzie sprzedają się
    wiosenne koncentraty. Pomidor.
    Boisz się słów? Coś się w sercu odzywa
    nim na zawsze legnie. Słowo —
    ślepy kartridż. Chcesz przejść na drugą stronę?
    Idź w lewo, wzdłuż prokuratury,
    a noc cię nie zaskoczy. Ani pianie koguta
    na dwójce.

    Będzie wiosna

    On nie wie. On się odwraca
    (odwroty są w jego naturze).
    Już dawno przestał zeznawać
    w obecności uszminkowanych maklerów,
    którzy w podtekście przebierają nogami,
    gdy na otwarciu sesji pikują akcje
    zdecydowanej większości blue chipów[8].
    Z telewizji pamięta długą scenę gwałtu,
    z życia — kilka krótkich zdań, których
    nie powtórzy. Gdyby mówił,
    zaprzeczyłby, że te ręce, to ciało
    są jego. Były jego. Pamięta jeszcze,
    jak pięknie
    wyglądają białe łany
    kwitnącej nieco wcześniej
    wełnianki pochwowatej.

    Pantograf

    Nie domykają się drzwi. Nie odjedzie.
    Tłum, słowa i pot. Powiedział jej dość,
    by z odrobiną przesady, na jaką go stać,
    nazwać to „wszystkim”. Nic widać chęci
    odrabiania fiksingowych strat,
    więc indeks przykleił się
    do neutralnego poziomu. Słowa
    obok słów. Chciała coś powiedzieć
    i poczuła pot. Jego pot, który
    zamknął jej usta nutą amoniaku.
    Co słowom do potu, a jej do jego słów?
    Niezbieżne historie: pałąk zarysował niebo
    nad tramwajem, niebo
    nad tramwajem trwa. Pozostała
    przestrzeń znów do zasłowienia, którą
    mogłaby zająć, ale trzepot powiek
    rozchybotał obraz. „Byki sforsowały
    dzienne maksima”. „W pralce mam procesor
    o lepszych parametrach”. „Wystarczy tąpnięcie,
    aby system runął”. Jak pęknięty kocioł.
    Niedobór magnezu. Pot.

    Tu jesteś

    Gwiżdże wiatr, a General Motors
    ogłasza bankructwo. Za nimi pójdą inni.
    Będzie lokaut i zgrzytanie zębów.
    Nie zadawaj więc pytań, gdy tyle słów
    bez pokrycia. Gdzie jesteś
    przestaje być pytaniem
    w nowej gramatyce lęku. Dealer
    odrzucił twoje roszczenia,
    zajęty grą w scrabble
    ze stróżem prawa w kieszeni.
    Pula i tak do podziału pomiędzy
    akcjonariuszy najnowszego ładu,
    model trzy tysiące iks.
    Gdzie jesteś? Panie,
    panowie, zaczynamy odliczać.
    Z sufitu wzięte dane. Z głębokości
    powiew karczowanych słów. Drzewo,
    które obaliła wczorajsza wichura,
    zjawia się jak przejazd
    od dawna niestrzeżony. GPS
    cię poprowadzi. Powie ci,
    gdzie jesteś.

    Makijaż

    Kredowe klify. Powiedzmy, że w Dover,
    widoczne z pokładu ryanaira.
    Pamięć inwazji i wewnątrzunijnej migracji
    do hoteli, portów, na place budowy.
    Powierzchnia i głębia morza
    w spektaklu równoczesności, w grze
    czasom na nosie. Wapienne fale
    dbają o kosmetykę
    poharatanych ścian wybrzeża, wynosząc
    wapień. A raczej strącony węglan wapnia
    przyczepny i kryjący
    nieszczelne naczyńka pod skórą. Proch,
    proszek. Potem magia imion:
    Avon, Vichy, l'Oreal.
    Z dodatkiem magnezu i talku
    kreda przemienia się w puder
    do twarzy. W twarz
    do czytania. W obraz.

    Free Tibet

    Bielsza biel zębów Ani Przybylskiej
    z plakatów, które chcą sprzedać Gdynię,
    odbiera mi mowę. Wsuń się tu (kusi), kup mnie,
    a spełnię twój sen. Ale nie pamiętam,
    co śniłem. Ani czy sen to był mój ostatni.
    Wczoraj na przykład padłem bez życia
    w skarpetkach na dobranoc. Import z Asyżu,
    jak mówią. Nie wierzysz? A próbowałaś już
    sushi? I możesz dalej z tym żyć?
    Dzień nie musi się skończyć diatrybą,
    bo co to diatryba? I cóżeś ty za pani
    z retuszem jak na dłoni, która rękę myje
    środkiem nowej generacji? Plazma
    posiadła nasze sny o rozdzielczości
    trudnej do wyceny. No i co z tym sushi?
    Weź kredyt. Jesteś tego warta,
    a kredyt wart mszy. Jutro wezmę w obronę
    króliki szorstkowłose.

    Skąd dzwonisz?

    Jeśli jesteś we Wrocławiu, to tak samo
    jakbyś był w Łodzi lub w Warszawie.
    Nie tak samo. Znajdź różnicę.
    Zasłony są tu koloru karty kredytowej. Słony
    cennik rozmów między miastami
    zamiast śniadania w cenie noclegu
    wyrównuje rachunki. Nasze.
    Złożona na pół «Rzepa»
    z regulaminowym czarnym leadem
    o rychłej zmianie klimatu
    knuje w szczelinie pod drzwiami. Jakim językiem
    tu mówią, że słychać tylko szum
    spiskujących pokoi? Trzeba uważać,
    ktoś ustawia target. W holu otarłem się
    o Kwaśniewskiego. Tak, dużo niższy.
    Powinnaś była uprzedzić,
    że na trzecim wieje,
    jakbyśmy jeszcze dogadywali remont.

    Do dali i do bliży

    Krótki, powiedzmy, szew,
    ale nie taki, co zszywa, tylko
    tnie ostro przez niebo, dzieli
    dom na Browarnej,
    i kroi także ją, która
    w moim polu widzenia
    znalazła się cudem (na oślep?),
    a której już dawno tak blisko
    nie miałem przed oczyma,
    to czyjaś, jak rysa,
    rzęsa na moich okularach,
    co będąc kiedyś za blisko
    została mi na widoku,
    dalekim jak pierwsza podróż
    od Apeninów do Andów[9],
    do źródeł Amazonki,
    no, dobrze, powiem: od domu.
    A tak lepiej, czy tak?

    Zimna geografia

    Peruwiańczycy na peronie. W ponczach
    jak przybrane przez dzieci choinki.
    Zaraz będzie szkwał albo noc polarna
    z kometą w zestawie Triady. A może inny pakiet:
    Gwiazdka pod palmami z rabatem?
    Paczki świąteczne nadejdą świtem,
    najpewniej od strony Koluszek[10], ale kiedy
    zniknie z ust ten kwaskowaty posmak,
    osiadły na języku jak gęsta, cicha noc,
    która otworzyła łaskawie usta
    rudowłosej dziewczynce na ławce,
    śpiącej po wielogodzinnej podróży
    w towarzystwie rajskich ptaków
    nad polem zroszonych orchidei,
    w niewiedzy o lodowatym wietrze,
    co zasypuje kurzem kamienie i kości
    na wysokich tarasach
    Machu Picchu?

    Przedwiośnie

    Pod nimi miasto obłapuje horyzont. A tu łagodność
    wzgórza wyrasta ponad charkot zabłoconych quadów
    i prowadzi ich skrycie poza zasięgiem sieci. Z Hecą u nogi.
    Wchodzi w krew ta skradziona wspólność, spacer
    wskroś linii wyznaczonych przez rozmyte drogi
    i przełamaną geometrię pól. Dziś jeszcze nie,
    ale za chwilę ten świat zacznie się grodzić. Heca
    nie trzyma się nogi. Lekceważy quady i gwizdy,
    przybiega po czasie. Na ścieżce błoto,
    przejściowe jak kaszel, ściele się do stóp, a glina
    lepi się do podeszew. Tak fatalnie dobranych na ten
    przedwczesny coming-out. Na wzgórzu ponad miastem,
    są nadzy jak na dłoni. Muszą psu zmienić imię.
    Nazwać miasto inicjałem. Ścieżkę zatrzymać, zawrócić,
    puścić w las.

    Na wiatr

    Zamiast do mnie, piszesz list do Koryntian,
    a tymczasem ktoś sprytnie podsunął ci kod
    kreskowy, w którym się z tobą gubię
    w pokracznych próbach prostowania języka.
    Bo przecież w tych mrocznych murach
    nie do ludzi chcieliśmy dziś mówić. Do wiatru?
    Im dalej w mowę, tym więcej strachu
    przed zakapturzonym nieznajomym,
    który zastawia sidła w wynajmowanych pokojach,
    łapie nas za brzydkie słowa, bierze nas na język:
    odrobina kwasu cały zaczyn zakwasza.
    Przyjdzie taki czas, przyjdzie czas,
    kiedy wyjdziemy z głuchego podziemia,
    na nagie, czyste słońce. Otworzymy wieka studzienek,
    jak otwiera się oczy na zapach białej skóry,
    draśniętej przez wiatr, po której przeszły
    dreszcze pod kroplami deszczu,
    kreślącego kreski w przybliżonym pionie,
    raz nad podziw czarne, raz nad wyraz białe.

    Osiemdziesiąty szósty

    Gruba nieprzyzwoitość w biografii i tak grubo nieprzyzwoitej:
    żyję dłużej niż matka. Po morfinę dla niej chodziłem na Retkinię
    do jedynej w dzielnicy apteki, gdzie można było ją legalnie kupić.
    Lekarze z Kopernika przepisywali aptekarskie dawki, żeby
    „się nie uzależniła”. Żyła jeszcze dwa miesiące. Odeszła
    nieuzależniona. W kilka miesięcy po pogrzebie
    zaprosiłem do Łodzi Piotrka. Opowiadał studentom
    o sardynkach, a chcieli raportu z oblężonego miasta
    — dobiegał czterdziestki, ale był młodszy
    od moich studentów świeżo po maturze.
    Kiedy wyjechał, za wschodnią granicą odkryłem Czarnobyl,
    pochód przeszedł Piotrkowską, dzieciom podałem lugola.
    Po dwudziestu latach napisałem ten wiersz.
    Jeśli to ja go wam czytam, trwa moje życie po życiu.
    Jeśli czytacie go sami, nic pewnego powiedzieć się nie da.

    Makijaż

    Powiedział za duto. Zdradził?
    Się zdradził? Teraz pora zmyć się
    ze słów — metodycznie,
    rozpocząć makijaż od demakijażu:
    wokół skrzydełek nosa, przy linii
    włosów i na styku
    policzków z szyją.
    Z posadzki zmieść stopą
    chłodne ziarna piasku,
    które wysypały się spomiędzy stron
    przypadkowo otwartej książki
    czytanej kiedyś, przez kogoś,
    do zgiełku fal,
    na plaży.
    Opuszką palca
    (wiedziałaś, że to żeński?)
    odczytać „skrzydełka nosa, linię
    włosów i styk
    policzków z szyją”
    jak książkę,
    z której posypał się piasek.

    Nota

    2

    W wierszach pojawiają się, najczęściej przetworzone, fragmenty Pieśni nad Pieśniami i Drugiej Księgi Samuela w przekładzie Jakuba Wujka; O miłości Stendhala w przekładzie Tadeusza Boya-Żeleńskiego; Pani Bovary Gustawa Flauberta w przekładzie Anieli Micińskiej; Lolity Vladimira Nabokova w przekładzie Michała Kłobukowskicgo; „Dziewięciu bram twojego ciała” z cyklu Poèmes à Madeleine Guillaume'a Apollinaire'a w przekładzie Jerzego Lisowskiego, „All You Need Is Love” Johna Lennona i Paula McCartneya oraz Trudnej miłości Charlotty Lamb w przekładzie Barbary Osuchowskiej.

    3

    Język sztuki makijażu zaczerpnąłem z różnych internetowych i prasowych źródeł; poetykę analiz giełdowych — przede wszystkim z «Dziennika», a charakterystykę bieli — z materiałów reklamowych Salonu Mody ślubnej w Koszalinie. Wypowiedź prezydenta Łodzi Jerzego Kropiwnickiego w Pasji z Czterech krótkich wierszy dla Doroty Nieznalskiej na s. 34 cytuję za doniesieniami prasowymi.

    Przypisy

    [1]

    Centralwings — polskie linie lotnicze działające w okresie 2005–2009. [przypis edytorski]

    [2]

    Shopping and Fucking — sztuka angielskiego dramaturga Marka Ravenhilla z roku 1996. [przypis edytorski]

    [3]

    Nieznalska, Dorota (ur. 1973) — polska artystka, przedstawicielka nurtu sztuki krytycznej, znana z kontrowersyjnej instalacji Pasja (2001). [przypis edytorski]

    [4]

    a tergo (łac.) — od tyłu. [przypis edytorski]

    [5]

    product-placement — dziś używa się zapisu bez dywizu. [przypis edytorski]

    [6]

    nordic-walking — dziś używa się zapisu bez dywizu. [przypis edytorski]

    [7]

    Biały kwadrat na białym — aluzja do obrazu Kazimierza Malewicza. [przypis edytorski]

    [8]

    blue chip — określenie akcji dużej, wiarygodnej spółki. [przypis edytorski]

    [9]

    Od Apeninów do Andów — tytuł jednego z rozdziałów powieści Serce Edmondo de Amicisa. [przypis edytorski]

    [10]

    od strony Koluszek — na poczcie w Koluszkach znajduje się ogólnokrajowy Wydział Przesyłek Niedoręczonych. [przypis edytorski]

    Close
    Please wait...
    x