Wesprzyj

Wspieraj Wolne Lektury

x

    Jerzy JarniewiczMakijaż

    „Przesadna mowa zwykła kryć miernotę uczuć” — myślał, jakby bogactwo ducha nie wyrażało się czasem przez puste zgoła metafory, gdyż nikt nigdy nie może dać dokładnej miary swych potrzeb, myśli i cierpień, a słowo ludzkie jest jak pęknięty kocioł, na którym wygrywamy melodie godne tańczącego niedźwiedzia, gdy tymczasem chcielibyśmy wzruszyć gwiazdy.

    Gustave Flaubert, Pani Bovary

    Makijaż

    1

    Powstaje kawałek po kawałku,

    gdy robi twarz — na obraz.

    Podkład nakłada palcami,

    unikając, jak piszą, „smug

    5

    i docierając do miejsc

    nieosiągalnych dla gąbki”. Zaczyna

    od czoła i przesuwa się stopniowo

    w dół ku podbródkowi. Oklepuje

    lekko twarz wnętrzem dłoni. Sińce

    10

    pod oczyma tuszuje korektorem.

    Nakłada puder, modeluje twarz różem,

    nadaje kształt brwiom.

    Na powiekach stawia czarne kreski

    eyelinerem w kamieniu,

    15

    uzyskując „wyrazistość

    i głębię spojrzenia”.

    Po czym zagryza wargi, a krew

    rozlewa się łagodną falą

    po niezapisanych policzkach.

    Bieżnia

    20

    Koniec nas uwiarygodnia. Gadnia?

    Daj spokój świętej mowie,

    bo kto gna, nie gada. Długi dystans

    wyznaczony nazwami zrewoltowanych miesięcy

    mamy za sobą. Przed nami co najwyżej dni tygodnia,

    25

    od jednego do siedmiu. Godziny dnia, od wczesnej

    do ostatniej. Wschody i zachody bez znaków

    diakrytycznych. Bo ból boli, sól soli,

    jak na podświetlonym ekranie komórki.

    I mowa się odmieni: rynek dojdzie do dna wycen,

    30

    ogłoszą spowolnienie wzrostu,

    a na parkiecie zapanuje nieufność. Miłość

    do adrenaliny połączyła sprinterów — tak mówią,

    gdy wpadam na metę. Ale nie potwierdzam,

    ani nie zaprzeczam, mam się na baczności:

    35

    sędzia ustawił języki.

    Białe czarne

    Kto chce ukryć fakty? I skąd ta alergia na światło,

    ból oka nie do zgaszenia i pożar na spojówkach,

    jakby ktoś lampą po oczach prześwietlał nam wzrok?

    Się zobaczy. Się zbada. Ułoży się pod lupą,

    40

    bez zwrotów, w cofniętym kadrze,

    który się za nas wypowie, zezna nas lakonicznie.

    Każdemu jego pesel według zasad i zasług.

    Przyda się w nowym czasie, który na pewno nadejdzie,

    wydrenuje nam konta, wyeksmituje z języka:

    45

    wstrzemięźliwość fiskalna w sytuacji stałego popytu

    może pogłębić recesję. Kocham cię, mów jeszcze,

    szepcze do bohatera bohaterka serialu

    w cudzej historii do oglądania. I co z nami będzie, Janku?

    Się zobaczy. Się będzie. Oraz to, że cię nie opuszczę,

    50

    póki słów, aż do śmierci. Zmiany indeksów

    były kosmetyczne.

    Mokry parkiet

    Zawsze byłem przeciw Lisom. A ty

    przeciw komu będziesz? Po chwili

    kalkulacji odłożyłaś «Dziennik», odpięłaś

    55

    klamerkę na pochylonej szyi,

    zatrzasnęłaś drzwi i zagrałaś na giełdzie.

    Ach, ten gest sprytnej wyprzedaży

    pod osłoną nocy, gdy

    z wargi na chybcika zlizywałaś śnieg,

    60

    tak bardzo w mroku lepki. Przeciw mnie

    to robisz? Znam

    ten podprogowy język odwróconych pleców

    gotowych na ryzyko większe niż

    wysłanie naszych chłopców — źle

    65

    mówię? — do Czadu. A tymczasem

    przyjdzie dzień, będą notowania. Indeksy

    zaczną pikować.

    Koncerny już tną inwestycje.

    Kończy się budżet przeszacowanych dochodów.

    70

    Słyszysz? Z sufitu kapie na parkiet,

    jakby nas ostatecznie zważono i podliczono.

    Katalog

    Ona, słyszysz, nie słyszy. Słucha —

    ma na uszach słuchawki.

    Po znakach ani śladu, zostały tylko przedmioty,

    75

    nieznośnie przywiązane do niemej pojedynczości:

    pendrive, komórka, suszarka z dyfuzorem.

    Tuzinkowy katalog jak proteza porządku.

    Ona, widzisz, nie widzi. Patrzy —

    na szybki krajobraz, który się składa za oknem:

    80

    czołg poradziecki, wiadukt, skierniewicki cmentarz.

    Mógłby wziąć ją za rękę, ale wzięciem

    — wie, bo jakże — niczego nie załatwi. Nie

    zatrzyma pociągu. Po śladach mógłby dotrzeć.

    Trop zatrzeć. Zedrzeć żałobny tiszert.

    85

    Właśnie: to było u niej? W podróży?

    Na cudzym prześcieradle? W rekwizytorni,

    gdzie laptop, błyszczyk, obcinacz do paznokci,

    i ani znaku na potem? Gubi

    współrzędne. Nie składa mu się zdanie,

    90

    nie układa w języku. Nie słyszy.

    Z Ksiąg Królewskich

    posłał tedy posłów i wziął ją

    2 Sm 11, 4

    1.

    Piękna jest żona bliźniego mego,

    choć nie widziałem jej nigdy na dachu,

    kiedy pośród białych satelitarnych talerzy

    95

    myje w deszczówce kolana

    i odsłania swój kark rozwiązłemu słońcu.

    Siedzi zapewne przy kuchennym stole,

    w obcojęzycznym mieście Zachodu,

    i nie odmawia paciorków na skroni

    100

    mężczyźnie w oficerkach.

    Wezmę go w kamasze — na front,

    dam bilet do kina — na Rejs. Nie chcę dziś

    ani wołu, ani osła, ani żadnej rzeczy,

    która jego jest. Tylko weźmy się wzajem.

    105

    Ciało wiersza nie grzeszy. Jesteśmy bez winy:

    które z nas pierwsze rzuci kamieniem?

    Potłucze tablice? Przykryje drugiego

    białym, jak niewidzące oko,

    prześcieradłem?

    110

    2.

    Piękna jest żona bliźniego mego,

    piękna ławicą ryb wokół kostek,

    kiedy brodzi w strumieniach, a one

    płyną rynnami do włazów

    115

    i ściekowych studzienek śródmieścia.

    Na wytracenie ciało, ale nie martw się,

    nie utoniemy. Przychylne nam wody

    Morza Martwego podtrzymają nas bez wysiłku

    na powierzchni gładkiej jak witryna

    120

    rybnego, w której skrycie zmieniamy się

    miejscami i nakładamy figlarnie na siebie

    w bezprawnych konfiguracjach, pośród

    refleksów lamp i sygnalizatorów

    o rozmytych barwach. Gwiżdżę

    125

    na deszcz, na sens tej ulewy i na mafię

    pruszkowską, gdziekolwiek dziś jest. Deszcz,

    jeśli mnie nozdrza nie zwodzą,

    zapachniał nagle tobą, jestem tobą mokry.

    Nadamy mu imię królewskie.

    130

    3.

    Piękna jest żona bliźniego mego,

    gdy wypatrzona przez kaprawe oko

    ukrytej pod sufitem kopułkowej kamery

    przegląda pismo w rozpisanym

    135

    na wieczorne głosy salonie Empiku.

    Nie chcę zapisywać tej zwyczajnej chwili,

    bo niezapisane pozostanie dla nas

    niczym obietnica dalekiego miasta,

    bez monitoringu i bez straży miejskiej,

    140

    z burmistrzem na wiecznym urlopie,

    i z inną kamienną tablicą,

    na którą sami naniesiemy prawa

    ręcznym, rozkołysanym do woli pismem —

    nie do czytania, a do złożenia jak podpis.

    145

    Dzień pracy się kończy, choć system pracuje,

    zadziwia nas spóźniona hojność

    obrotnego jak kamera sprzedawcy,

    który dorzuca gratis do dzisiejszej gazety

    tabliczkę czekolady

    150

    z kryształkami soli. Skąd wiedział?

    Że słony jest pępek jej, i słony spód stopy,

    i słony jak łza osad

    we wgłębieniu łokcia?

    Kotlisko

    Jeszcze bliżej. W inną niedzielę, kiedy akurat

    155

    nie będzie wyborów, w uczynnym świetle słońca,

    które rysuje profil kubka i cukierniczki na tapecie,

    napatrzysz się, naoglądasz.

    Przed twoimi oczyma przebiegnie gazela,

    wybrzuszą się góry lamparcie, chłodnym prześcieradłem

    160

    spłyną pełne ryb potoki, a u ich brzegu

    będą chłeptać spragnione daniele. I dotknij,

    tylko dotknij, oblubienico moja. Pochodnio

    moich lędźwi.

    Bo nie zostawi po sobie nic do powiedzenia,

    165

    nawet przyklejonej do policzka rzęsy,

    ziarenek z paznokcia, kropli na ostatnim włosku.

    Z tego kotliska nie wyniknie słowo. Odróżniasz

    gazelę od sarny? Szłaś kiedy zboczem lamparta?

    (Daniela bez trudu odnajdziesz w słowniku.)

    170

    To chwila sieroca, po której przydarzy się nam

    poniedziałek. Ogłoszą wybory. Wybiorą.

    Dowiemy się, jak było.

    A teraz sza, mała śmierci, znaczy: zmilcz nas,

    blisko, jeszcze bliżej, pod ścianą.

    Na wprost

    175

    Coś zgrzyta w języku miłości, pomyślał bez słów,

    kiedy leżeli sobie na wprost, a jego pierwszy raz

    był razem, gdy jej na świecie nie było. Kojarzysz?

    Był, ale jej nie było. Nie było, a on był.

    Jak pięknie tętniły tętnice. Jak dotyk się dookreślał,

    180

    a skóra uczyła się mówić otwartym jak oczy

    tekstem. Niby tak samo jak dziś.

    Nadrobić czas, kto wie? mógłby w tej chwili pomyśleć,

    a plótł trzy po trzy palcami. Raz po raz.

    I pierwszy raz. Tym razem zmieniając kierunek,

    185

    pstrągi wróciły do źródeł. Kochali się pod prąd.

    Zapis

    Zagraj ze mną wstępnie. Mam samowyzwalacz.

    Wstąpimy do zdjęć czarnych i białych.

    Zajrzymy przez dziurkę w migawce. Spiszemy

    słowa, słodkie i słone, sobie nawzajem,

    190

    na stopach nieobutych i ruchliwych nadgarstkach.

    Napiszemy na lędźwiach: Stawy ud twoich

    są jak naszyjniki. Albo: Pępek twój

    nigdy nie jest bez napoju. A może: Brzuch

    jak bróg pszenicy otoczony liliami? Dosyć,

    195

    język się niecierpliwi, stuka po podniebieniu i uderza

    w zęby, jakby zapomniał o miejscach, do których

    wkrótce dojdziemy. Poprowadzę ci rękę,

    przy fleszu. Trzask flesza. Nie czytaj już więcej.

    Pisz.

    Zstąpienie

    200

    W kącikach warg lśni ślina —

    biały ślad po ślimaku, który

    zszedł mi ze słów

    i schronił się

    w zielonych liściach,

    205

    w twoim zroszonym ciele.

    Jaszczurka

    W każdym pokoju miasta jest piąta nad ranem.

    Okna za oknem nie oddają form,

    w które je oblekło czujne zza szyb spojrzenie.

    Tak jak ta, którą kocha, nie zwróci mu,

    210

    powiedzmy to bez metafor: uczuć,

    które od niego bezwiednie przyjmuje.

    Na tym ma polegać trwałość naszych wiązań

    z oknami za oknem, z szorstkim parapetem,

    z jej dłońmi, w których schroniła się

    215

    mokra nocnym deszczem, płonąca jaszczurka?

    Straszliwy brak symetrii! Obrazy bez osi

    wytrącają ze snu, każą śnić o sztormowym brzasku,

    kiedy gałęzie pokryte kryształkami soli

    łamią się i spadają na dachy samochodów,

    220

    a niewidoczny palec kreśli rysę na szybie,

    po której pełznie natarczywy promień.

    Makijaż

    Twarz kwadratowa zyska przyjemną miękkość,

    jeśli róż położony zostanie na kość policzkową,

    ale nieco z boku. Dobrze jest musnąć pędzelkiem

    225

    wysokie kąty czoła. A wtedy muśnięta twarz drgnie, ułoży się

    do grymasu, nie kryjąc zaskoczenia, że szminki, błyszczyki,

    ołówki do brwi, konturówki i pędzelki z włosia

    leżą na blacie w płaskim stosie, bez racji,

    zimne i obce jak nagle dostrzeżony cień, który

    230

    ściąga wzrok i bieży ściegiem przez stół,

    tnąc jego pustą powierzchnię, aż do krawędzi,

    gdzie pokój zapada się głuchym tąpnięciem, bez słowa, w ten dom

    i w twoją miękką, muśniętą nieobecność.

    Najlepsze westerny są czarno-białe

    Tarta ze szpinakiem jest na marginesie.

    235

    Powiedzmy, że obok. Karczek z karty dań

    z dań na zamówienie poczeka razem z nimi

    na nową koniunkturę. Dziś wyjdą osobno.

    Jeszcze tylko ustalą, jakie podać nazwisko,

    jaki powód. Sens? O jakim sensie mówisz? O takim,

    240

    co siedzi w pustych przebiegach zdań,

    kiedy na żywioł rozkręca się mowa? Albo tkwi w rysach,

    szparkach i szczelinach lśniącej powierzchni

    lustrzanej ściany w tamtym pamiętnym lokalu

    na mieście? Miasto jest widzem niecierpliwym.

    245

    Będziemy się strzelać. Będzie film.

    Scenariusz wisi w powietrzu. Tylko pamiętaj:

    „nadmiernie rozbudowane dialogi

    nie posuwają akcji do przodu”.

    Krótka historia WKP(b)

    Co powiedziałaś, kochanie, było jak szturm

    250

    na Pałac Zimowy w samym sercu lata.

    Po dawnym reżimie mogły zostać najwyżej

    białe pończoszki w kącie sypialni,

    dwie puderniczki z Astrachania, bez których

    nie przeżyłaby wojny domowej

    255

    żadna obcojęzyczna dynastia.

    I oszronione łyżeczki, które smakowały crème brülée

    na czerwono. A my jak dwoje bolszewików,

    których nakręca przemienione w krew słowo,

    mogliśmy zmieść Białych z ciągle białych kart

    260

    naszej historii, żeby na skutej lodem pustyni

    hodować pomarańcze. A potem dorobić się

    dzieci i kina domowego, powiesić

    w oknach białe jak kra firanki, na stół

    zarzucić serwety z ażurowym haftem

    265

    i żyć koronkowo, towarzyszko moja,

    zimnokrwista caryco.

    Fetysz

    Pot twój, kochanie, tak upajający,

    że piłbym go z twoich bioder,

    ale za chwilę tu wtargną, wyłamią drzwi

    270

    ci rośli faceci w czarnych kominiarkach,

    w glanach ciężkich jak nagan.

    Zanim powalą mnie twarzą do ziemi,

    dosiądą okrakiem, przygniotą kolanem,

    zgaś światło, załóż mi na głowę

    275

    swoje czerwone pończochy,

    namaluj mi szminką na brzuchu

    krzyżyk. Kółko i krzyżyk.

    Przykuj mnie do łóżka,

    zwiąż w kostkach rzemykiem,

    280

    zanim się tu wedrą,

    zanim się przedstawią pustym inicjałem,

    ci faceci z obscenicznym tatuażem na ramieniu,

    z kajdankami lśniącymi jak srebrne bransolety,

    zanim podrą pamiątkę twojej pierwszej komunii,

    285

    stłuką flakonik calvina kleina

    i połamią tę afrykańską figurkę z Koszykowej

    — drewnianego mężczyznę,

    który wszystko może.

    Prosty wiersz o miłości

    Zrzuciliśmy ubrania

    290

    i zaczęliśmy się kochać tak rewolucyjnie,

    że zadrżał gmach banku narodowego,

    sięgnął dna indeks giełdowy,

    a maklerzy zawyli z ognia, który trawił im

    trzewia i portfele.

    295

    Wtargnęliśmy w siebie do szczętu, aż runęły mury

    przepełnionych zakładów poprawczych,

    i wyszli mściciele z kijami do bejsbola, i poszli

    pod ministerstwo spokoju wewnętrznego.

    Rozpierzchły się szturmowe bataliony policji,

    300

    gubiąc po drodze tarcze, kaski i notesy,

    zostały po nich tylko czarne polonezy.

    Dosiadłaś mnie tak wyzywająco, że inwestorzy

    zaczęli w panice pakować walizki,

    i wracali do domów tanimi liniami,

    305

    wywożąc naprędce oleje Sasnala,

    cały dorobek swojej nadwiślańskiej misji

    (dziesięciokrotne przebicie w cenie

    w ciągu pięciu lat).

    Połykałem cię jak anarchista, aż w gruzach legły

    310

    gotyckie galerie Tesco i Carrefouru,

    roztopiły się w ścianach pancerne bankomaty

    PKO BP, Pekao SA,

    Lukas Banku, Citi Banku, Amerbanku,

    Millenium, Śląskiego, WBK, Alioru,

    315

    Inteligo, Deutsche Banku, BPH,

    Multi Banku, Fortis Banku, ING i Pocztowego,

    a ognisty podmuch przewiał na wylot

    kręte korytarze towarzystw ubezpieczeniowych.

    Kocham cię — nasze nagie ciała krążą po Europie

    320

    jak nieopierzony, niewinny komunizm.

    Gryps

    Nasyć mnie słowami. Poprzednią wiadomość

    przemyciłaś w bochenku razowego chleba:

    Wiesz, co mi robisz? Nie mieszczę się w skórze.

    Dziś pod talerzem więziennego rosołu

    325

    trafiam na kartkę z odręcznym pismem:

    Punkt na Brzeżnej spalony. Nic nie mów.

    Spotkamy się gdzie indziej. A więc: zjedz,

    połknij i popij. Jesteśmy podstawową komórką

    podziemnego państwa. Nasza historia

    330

    powędruje przełykiem do trzewi. Twoje zdania

    wypełnią mi żołądek konspiracyjną treścią, a ciało

    nauczy się szybko perystaltyki słów. Za kratami

    świat płonie — nic ze mnie nie wycisną.

    Będziemy się kochać. Mam sztućce.

    Za plecami

    335

    Czy gdy na stronie piszesz do mnie „węszę

    jak pies za tobą, tęsknota iskrzy na skórze”,

    a twój mężczyzna w tej akurat chwili podaje ci kawę,

    w filiżance koloru bezkofeinowej śmierci,

    to przebijasz go palcem serdecznym,

    340

    zaobrączkowanym na złoto,

    przekłuwasz mu skórę, która pęka jak granat,

    tryskając ci w twarz strumieniem czarnym od kawy,

    wciskasz się paznokciem w skamieniałe serce,

    szeroko rozsuwasz płaty ciepłych ciągle płuc,

    345

    i przedzierasz się przez plecy na tę drugą stronę,

    gdzie niebo podchodzi już do lądowania

    na mokrym od deszczu pasie tajnego lotniska?

    Skręty

    Mógłby jej skręcić te okulary,

    śrubka, jak ziarnko kminku,

    350

    już nie spajała oprawki. Trzymał się

    jej dłoni nad półmiskiem warzyw,

    gdy ciepły zapach parmezanu

    podpowiadał mu w obcym języku:

    jest dziewięć bram, a ty

    355

    jesteś panem klucza.

    Podniecały go jej długie, marcowe palce.

    Był marzec i miał je w ustach.

    Do czasu, gdy kelner przyniósł

    solniczkę z otworkami,

    360

    przez które nie sypała się sól.

    Taksówkarz wyciągnął wkrętak.

    Lub śrubokręt. Rozkręcała się

    ta historia na dobre, rozkręcona

    na drobne, jak ten, epizody. Demontaż,

    365

    któremu nie dotrzymał kroku.

    Skręciła. Kurs na Karową.

    Dziewięć.

    Centralwings[1]

    Najpierw urosły mu skrzydła. Tak,

    skrzydełka u stóp. Został bogiem

    370

    oszustów, kupców i złodziei.

    Nosił się z pańska. Bezpański

    pies jadł mu z ręki. Spod innej ręki

    mogła wyjść z tego zabawna opowieść.

    Ona składała serwetki we czworo,

    375

    żeby nie uronić rąbka tajemnicy,

    która dodawała im pieprzu.

    Ich miasta nie były bliźniacze.

    Liczyli na pomoc tanich linii

    lotniczych w obiegu krajowym.

    380

    Żadnego lotu nie było. Pożarł

    ich wiersz — piękny i samotny

    jak hiena. Love, love, love.

    Do trzech razy do dna.

    Shopping and Fucking[2]

    Życzymy Ci, droga Czytelniczko, abyś i Ty mogła przeżyć równie wspaniałe przygody i odkryć prawdziwą miłość.

    Harlequin Enterprises, Sp. z o.o.

    Kocham cię i nigdy cię kochać nie przestanę —

    385

    wyszeptała dziewczyna, składając usta

    do pocałunku. Wargi Raphaela

    z całą siłą przylgnęły do ust dziewczyny.

    Różowe sutki, różowe sutki.

    Zaczął ją pieścić. Annis drżała z emocji

    390

    i pożądania. Jej ręce błądziły po plecach Raphaela,

    z szerokich ramion przesunęły się w dół,

    do szczupłych pośladków.

    Bijące serce, bijące serce.

    Nie odrywając ust od warg dziewczyny,

    395

    Raphael nagle uniósł ją w górę. Trzymała go mocno,

    wiedziała, co uczyni. Z pożądania

    serce biło jej jak oszalałe.

    Szczupłe pośladki, szczupłe pośladki.

    Raphael zaniósł Annis do sypialni i położył

    400

    na łóżku. Ukląkł przy niej i przez chwilę

    przyglądał się podniecony.

    Odpiął dwa białe guziczki od sukienki.

    Wargi Raphaela, wargi Raphaela.

    Zaczął pieścić jej piersi. Odrzucała

    405

    głowę na bok, nie mogąc znieść

    tak ostrej pieszczoty. Pochylił się nad nią

    i językiem drażnił jej różowe sutki.

    Dwa białe guziczki. Dwa białe guziczki.

    Cztery krótkie wiersze dla Doroty Nieznalskiej[3]

    1. Pasja

    410

    I wrzasnął na strażnika:

    Gdzie masz, chuju, czapkę?

    A lud stał i słyszał.

    2. Zob. wyż.

    Cztery słowa

    415

    na krzyż.

    3. Piosenka bluźniercza

    Czerwone jabłuszko,

    przekrojone

    wzdłuż i wszerz,

    420

    czemu

    na mnie

    422

    4. Orzeł Biały dla Nieznalskiej

    W bieli jedwabnej będzie wyglądał niemal

    identycznie na zdjęciach jak w rzeczywistości.

    425

    Dla cery jasnej i jasnego dzioba — tylko biel szampańska,

    w przeciwnym razie ptak się rozmyje. Biel śnieżna

    stworzy idealne kontrasty upierzenia i szponów.

    W bieli rumowej odezwą się półtony różowego.

    Biel perłowa przyda blasku, biel antyczna powagi,

    430

    w bieli lnianej będzie budził swojskie skojarzenia,

    biel migdałowa doda mu smaku. Biel mączna?

    Jest cieplejsza od bieli lodowej i optycznie żywsza

    od alabastrowej. To która?

    W samo południe

    W śródmieściu swąd spalonych opon

    435

    ściera się z rykiem przenośnych syren

    i kołataniem do bram. Transparent

    z rozgrzanym do czerwieni słowem

    bandażuje fasadę kamienicy: łatwo wpaść w sidła

    zwodniczej przenośni. W słońcu świecą

    440

    mosiężne tablice biur i kancelarii,

    a w szybach bistra odbija się

    Commercial Union, sprytnie, bo a tergo[4]

    product-placement[5] w przepełnionym leksykonie

    pamięci. Przecisnąć się, przebić

    445

    na drugą stronę, do czekającej taksówki.

    A w domu prześwietlić zdjęcia, przełączyć

    kanał, żeby przestały się parzyć

    rozwiązłe obrazy: Doda skacze przez płot.

    Didżej z metropolitą siłują się na rękę.

    450

    Nordic-walking[6] szlakiem barykad.

    Biały kwadrat na białym[7]

    Generałowie zeznają, laleczko.

    I co? Od wczoraj żyjemy w najjaśniejszym

    ze światów. Jasne? No. Wszystko jasne,

    i tym jaśniej dla faktów. Gubi się ofensywa,

    455

    rejon ześrodkowania, pod zmiennym kryptonimem,

    przesuwa się na margines.

    Z wolna linieję, lis pod przykryciem,

    kret wśród hodowców szynszyli. Dziś skórę

    będę miał jeszcze bielszą. Czyściejszą.

    460

    „Odświeża biel, mój Arielu, i jest bezpieczny

    dla tkanin”. Znajdziesz gdzieś niższe ceny?

    Bo nie o kamuflaż tu chodzi. Wszystko, co powiesz —

    pamiętasz? Spiszą, wiem, słowa na straty.

    I zacznie się po naszemu: pod ostrzał,

    465

    pod twoją obronę. Enter.

    Trądzik

    Na ścianie ślady po ospie. Sypie się, nie goi.

    Od kul? Daj pan spokój. Tu zawsze było cicho.

    Wiatr wieje tylko od bramy, od święta tańczą

    białe foliówki. Bez słów obywa się nawet

    470

    to panoramiczne graffiti w obcym języku czerwieni.

    Pod murem chłopiec w wieku na wskroś poborowym

    zapala papierosa. Odwraca twarz. Czerwona,

    bo młodość zabrała mu cerę. Czy mówię o tym, co

    widzę? Na głos? Czy na podobieństwo? Nie mówi nic.

    475

    I nie krzyczy. Nie ma opaski na oczach. Stoi pod ścianą,

    wzdłuż ściany podwórko płonie w złym słońcu.

    Wzrok się zapuszcza, nie wraca:

    to widok (ostrożnie) na przestrzał.

    Bajpasy Pinocheta

    Wyniosła dziś śmieci, nie odnosząc obrażeń,

    480

    a cień wtarł się głęboko

    w otwarte jak rana okno lewego skrzydła.

    Tam trzask rozsadził rząd słoików z dżemem,

    tramwaj rozkołysał szyby, blada fryzjerka

    za parawanem zamknęła na spust powieki.

    485

    Na murawie stadionu czerwone puszki po coli

    grzechoczą kośćmi. Na bilbordzie sprzedają się

    wiosenne koncentraty. Pomidor.

    Boisz się słów? Coś się w sercu odzywa

    nim na zawsze legnie. Słowo —

    490

    ślepy kartridż. Chcesz przejść na drugą stronę?

    Idź w lewo, wzdłuż prokuratury,

    a noc cię nie zaskoczy. Ani pianie koguta

    na dwójce.

    Będzie wiosna

    On nie wie. On się odwraca

    495

    (odwroty są w jego naturze).

    Już dawno przestał zeznawać

    w obecności uszminkowanych maklerów,

    którzy w podtekście przebierają nogami,

    gdy na otwarciu sesji pikują akcje

    500

    zdecydowanej większości blue chipów[8].

    Z telewizji pamięta długą scenę gwałtu,

    z życia — kilka krótkich zdań, których

    nie powtórzy. Gdyby mówił,

    zaprzeczyłby, że te ręce, to ciało

    505

    są jego. Były jego. Pamięta jeszcze,

    jak pięknie

    wyglądają białe łany

    kwitnącej nieco wcześniej

    wełnianki pochwowatej.

    Pantograf

    510

    Nie domykają się drzwi. Nie odjedzie.

    Tłum, słowa i pot. Powiedział jej dość,

    by z odrobiną przesady, na jaką go stać,

    nazwać to „wszystkim”. Nic widać chęci

    odrabiania fiksingowych strat,

    515

    więc indeks przykleił się

    do neutralnego poziomu. Słowa

    obok słów. Chciała coś powiedzieć

    i poczuła pot. Jego pot, który

    zamknął jej usta nutą amoniaku.

    520

    Co słowom do potu, a jej do jego słów?

    Niezbieżne historie: pałąk zarysował niebo

    nad tramwajem, niebo

    nad tramwajem trwa. Pozostała

    przestrzeń znów do zasłowienia, którą

    525

    mogłaby zająć, ale trzepot powiek

    rozchybotał obraz. „Byki sforsowały

    dzienne maksima”. „W pralce mam procesor

    o lepszych parametrach”. „Wystarczy tąpnięcie,

    aby system runął”. Jak pęknięty kocioł.

    530

    Niedobór magnezu. Pot.

    Tu jesteś

    Gwiżdże wiatr, a General Motors

    ogłasza bankructwo. Za nimi pójdą inni.

    Będzie lokaut i zgrzytanie zębów.

    Nie zadawaj więc pytań, gdy tyle słów

    535

    bez pokrycia. Gdzie jesteś

    przestaje być pytaniem

    w nowej gramatyce lęku. Dealer

    odrzucił twoje roszczenia,

    zajęty grą w scrabble

    540

    ze stróżem prawa w kieszeni.

    Pula i tak do podziału pomiędzy

    akcjonariuszy najnowszego ładu,

    model trzy tysiące iks.

    Gdzie jesteś? Panie,

    545

    panowie, zaczynamy odliczać.

    Z sufitu wzięte dane. Z głębokości

    powiew karczowanych słów. Drzewo,

    które obaliła wczorajsza wichura,

    zjawia się jak przejazd

    550

    od dawna niestrzeżony. GPS

    cię poprowadzi. Powie ci,

    gdzie jesteś.

    Makijaż

    Kredowe klify. Powiedzmy, że w Dover,

    widoczne z pokładu ryanaira.

    555

    Pamięć inwazji i wewnątrzunijnej migracji

    do hoteli, portów, na place budowy.

    Powierzchnia i głębia morza

    w spektaklu równoczesności, w grze

    czasom na nosie. Wapienne fale

    560

    dbają o kosmetykę

    poharatanych ścian wybrzeża, wynosząc

    wapień. A raczej strącony węglan wapnia

    przyczepny i kryjący

    nieszczelne naczyńka pod skórą. Proch,

    565

    proszek. Potem magia imion:

    Avon, Vichy, l'Oreal.

    Z dodatkiem magnezu i talku

    kreda przemienia się w puder

    do twarzy. W twarz

    570

    do czytania. W obraz.

    Free Tibet

    Bielsza biel zębów Ani Przybylskiej

    z plakatów, które chcą sprzedać Gdynię,

    odbiera mi mowę. Wsuń się tu (kusi), kup mnie,

    a spełnię twój sen. Ale nie pamiętam,

    575

    co śniłem. Ani czy sen to był mój ostatni.

    Wczoraj na przykład padłem bez życia

    w skarpetkach na dobranoc. Import z Asyżu,

    jak mówią. Nie wierzysz? A próbowałaś już

    sushi? I możesz dalej z tym żyć?

    580

    Dzień nie musi się skończyć diatrybą,

    bo co to diatryba? I cóżeś ty za pani

    z retuszem jak na dłoni, która rękę myje

    środkiem nowej generacji? Plazma

    posiadła nasze sny o rozdzielczości

    585

    trudnej do wyceny. No i co z tym sushi?

    Weź kredyt. Jesteś tego warta,

    a kredyt wart mszy. Jutro wezmę w obronę

    króliki szorstkowłose.

    Skąd dzwonisz?

    Jeśli jesteś we Wrocławiu, to tak samo

    590

    jakbyś był w Łodzi lub w Warszawie.

    Nie tak samo. Znajdź różnicę.

    Zasłony są tu koloru karty kredytowej. Słony

    cennik rozmów między miastami

    zamiast śniadania w cenie noclegu

    595

    wyrównuje rachunki. Nasze.

    Złożona na pół «Rzepa»

    z regulaminowym czarnym leadem

    o rychłej zmianie klimatu

    knuje w szczelinie pod drzwiami. Jakim językiem

    600

    tu mówią, że słychać tylko szum

    spiskujących pokoi? Trzeba uważać,

    ktoś ustawia target. W holu otarłem się

    o Kwaśniewskiego. Tak, dużo niższy.

    Powinnaś była uprzedzić,

    605

    że na trzecim wieje,

    jakbyśmy jeszcze dogadywali remont.

    Do dali i do bliży

    Krótki, powiedzmy, szew,

    ale nie taki, co zszywa, tylko

    tnie ostro przez niebo, dzieli

    610

    dom na Browarnej,

    i kroi także ją, która

    w moim polu widzenia

    znalazła się cudem (na oślep?),

    a której już dawno tak blisko

    615

    nie miałem przed oczyma,

    to czyjaś, jak rysa,

    rzęsa na moich okularach,

    co będąc kiedyś za blisko

    została mi na widoku,

    620

    dalekim jak pierwsza podróż

    od Apeninów do Andów[9],

    do źródeł Amazonki,

    no, dobrze, powiem: od domu.

    A tak lepiej, czy tak?

    Zimna geografia

    625

    Peruwiańczycy na peronie. W ponczach

    jak przybrane przez dzieci choinki.

    Zaraz będzie szkwał albo noc polarna

    z kometą w zestawie Triady. A może inny pakiet:

    Gwiazdka pod palmami z rabatem?

    630

    Paczki świąteczne nadejdą świtem,

    najpewniej od strony Koluszek[10], ale kiedy

    zniknie z ust ten kwaskowaty posmak,

    osiadły na języku jak gęsta, cicha noc,

    która otworzyła łaskawie usta

    635

    rudowłosej dziewczynce na ławce,

    śpiącej po wielogodzinnej podróży

    w towarzystwie rajskich ptaków

    nad polem zroszonych orchidei,

    w niewiedzy o lodowatym wietrze,

    640

    co zasypuje kurzem kamienie i kości

    na wysokich tarasach

    Machu Picchu?

    Przedwiośnie

    Pod nimi miasto obłapuje horyzont. A tu łagodność

    wzgórza wyrasta ponad charkot zabłoconych quadów

    645

    i prowadzi ich skrycie poza zasięgiem sieci. Z Hecą u nogi.

    Wchodzi w krew ta skradziona wspólność, spacer

    wskroś linii wyznaczonych przez rozmyte drogi

    i przełamaną geometrię pól. Dziś jeszcze nie,

    ale za chwilę ten świat zacznie się grodzić. Heca

    650

    nie trzyma się nogi. Lekceważy quady i gwizdy,

    przybiega po czasie. Na ścieżce błoto,

    przejściowe jak kaszel, ściele się do stóp, a glina

    lepi się do podeszew. Tak fatalnie dobranych na ten

    przedwczesny coming-out. Na wzgórzu ponad miastem,

    655

    są nadzy jak na dłoni. Muszą psu zmienić imię.

    Nazwać miasto inicjałem. Ścieżkę zatrzymać, zawrócić,

    puścić w las.

    Na wiatr

    Zamiast do mnie, piszesz list do Koryntian,

    a tymczasem ktoś sprytnie podsunął ci kod

    660

    kreskowy, w którym się z tobą gubię

    w pokracznych próbach prostowania języka.

    Bo przecież w tych mrocznych murach

    nie do ludzi chcieliśmy dziś mówić. Do wiatru?

    Im dalej w mowę, tym więcej strachu

    665

    przed zakapturzonym nieznajomym,

    który zastawia sidła w wynajmowanych pokojach,

    łapie nas za brzydkie słowa, bierze nas na język:

    odrobina kwasu cały zaczyn zakwasza.

    Przyjdzie taki czas, przyjdzie czas,

    670

    kiedy wyjdziemy z głuchego podziemia,

    na nagie, czyste słońce. Otworzymy wieka studzienek,

    jak otwiera się oczy na zapach białej skóry,

    draśniętej przez wiatr, po której przeszły

    dreszcze pod kroplami deszczu,

    675

    kreślącego kreski w przybliżonym pionie,

    raz nad podziw czarne, raz nad wyraz białe.

    Osiemdziesiąty szósty

    Gruba nieprzyzwoitość w biografii i tak grubo nieprzyzwoitej:

    żyję dłużej niż matka. Po morfinę dla niej chodziłem na Retkinię

    do jedynej w dzielnicy apteki, gdzie można było ją legalnie kupić.

    680

    Lekarze z Kopernika przepisywali aptekarskie dawki, żeby

    „się nie uzależniła”. Żyła jeszcze dwa miesiące. Odeszła

    nieuzależniona. W kilka miesięcy po pogrzebie

    zaprosiłem do Łodzi Piotrka. Opowiadał studentom

    o sardynkach, a chcieli raportu z oblężonego miasta

    685

    — dobiegał czterdziestki, ale był młodszy

    od moich studentów świeżo po maturze.

    Kiedy wyjechał, za wschodnią granicą odkryłem Czarnobyl,

    pochód przeszedł Piotrkowską, dzieciom podałem lugola.

    Po dwudziestu latach napisałem ten wiersz.

    690

    Jeśli to ja go wam czytam, trwa moje życie po życiu.

    Jeśli czytacie go sami, nic pewnego powiedzieć się nie da.

    Makijaż

    Powiedział za duto. Zdradził?

    Się zdradził? Teraz pora zmyć się

    ze słów — metodycznie,

    695

    rozpocząć makijaż od demakijażu:

    wokół skrzydełek nosa, przy linii

    włosów i na styku

    policzków z szyją.

    Z posadzki zmieść stopą

    700

    chłodne ziarna piasku,

    które wysypały się spomiędzy stron

    przypadkowo otwartej książki

    czytanej kiedyś, przez kogoś,

    do zgiełku fal,

    705

    na plaży.

    Opuszką palca

    (wiedziałaś, że to żeński?)

    odczytać „skrzydełka nosa, linię

    włosów i styk

    710

    policzków z szyją”

    jak książkę,

    z której posypał się piasek.

    Nota

    713

    W wierszach pojawiają się, najczęściej przetworzone, fragmenty Pieśni nad Pieśniami i Drugiej Księgi Samuela w przekładzie Jakuba Wujka; O miłości Stendhala w przekładzie Tadeusza Boya-Żeleńskiego; Pani Bovary Gustawa Flauberta w przekładzie Anieli Micińskiej; Lolity Vladimira Nabokova w przekładzie Michała Kłobukowskicgo; „Dziewięciu bram twojego ciała” z cyklu Poèmes à Madeleine Guillaume'a Apollinaire'a w przekładzie Jerzego Lisowskiego, „All You Need Is Love” Johna Lennona i Paula McCartneya oraz Trudnej miłości Charlotty Lamb w przekładzie Barbary Osuchowskiej.

    714

    Język sztuki makijażu zaczerpnąłem z różnych internetowych i prasowych źródeł; poetykę analiz giełdowych — przede wszystkim z «Dziennika», a charakterystykę bieli — z materiałów reklamowych Salonu Mody ślubnej w Koszalinie. Wypowiedź prezydenta Łodzi Jerzego Kropiwnickiego w Pasji z Czterech krótkich wierszy dla Doroty Nieznalskiej na s. 34 cytuję za doniesieniami prasowymi.

    Przypisy

    [1]

    Centralwings — polskie linie lotnicze działające w okresie 2005–2009. [przypis edytorski]

    [2]

    Shopping and Fucking — sztuka angielskiego dramaturga Marka Ravenhilla z roku 1996. [przypis edytorski]

    [3]

    Nieznalska, Dorota (ur. 1973) — polska artystka, przedstawicielka nurtu sztuki krytycznej, znana z kontrowersyjnej instalacji Pasja (2001). [przypis edytorski]

    [4]

    a tergo (łac.) — od tyłu. [przypis edytorski]

    [5]

    product-placement — dziś używa się zapisu bez dywizu. [przypis edytorski]

    [6]

    nordic-walking — dziś używa się zapisu bez dywizu. [przypis edytorski]

    [7]

    Biały kwadrat na białym — aluzja do obrazu Kazimierza Malewicza. [przypis edytorski]

    [8]

    blue chip — określenie akcji dużej, wiarygodnej spółki. [przypis edytorski]

    [9]

    Od Apeninów do Andów — tytuł jednego z rozdziałów powieści Serce Edmondo de Amicisa. [przypis edytorski]

    [10]

    od strony Koluszek — na poczcie w Koluszkach znajduje się ogólnokrajowy Wydział Przesyłek Niedoręczonych. [przypis edytorski]

    Close
    Please wait...