1. Choroba: 1 2 3 4 5 6 7
  2. Cnota: 1 2 3
  3. Cud: 1
  4. Drzewo: 1
  5. Dusza: 1
  6. Dzieciństwo: 1 2 3
  7. Dziecko: 1
  8. Grzeczność: 1
  9. Kłamstwo: 1 2 3
  10. Kłótnia: 1
  11. Kradzież: 1 2
  12. Krzywda: 1 2
  13. Książka: 1 2 3 4 5 6
  14. Literat: 1 2
  15. Modlitwa: 1
  16. Muzyka: 1 2 3 4 5 6 7
  17. Nauczyciel: 1 2
  18. Nauka: 1 2 3
  19. Obowiązek: 1
  20. Ojciec: 1 2 3
  21. Ojczyzna: 1
  22. Opieka: 1 2
  23. Pamięć: 1
  24. Pieniądz: 1 2 3 4
  25. Piękno: 1
  26. Pozycja społeczna: 1
  27. Pożądanie: 1 2
  28. Prawda: 1
  29. Przyjaźń: 1
  30. Religia: 1 2
  31. Rozkosz: 1 2
  32. Samotność: 1
  33. Spowiedź: 1
  34. Strach: 1
  35. Szczęście: 1 2
  36. Śmierć: 1
  37. Tajemnica: 1 2
  38. Tolerancja: 1
  39. Urzędnik: 1 2
  40. Wiedza: 1
  41. Wina: 1 2 3
  42. Woda: 1
  43. Wolność: 1
  44. Wyobraźnia: 1
  45. Wyrzuty sumienia: 1 2 3
  46. Zdrada: 1
  47. Złodziej: 1 2 3
  48. Zwierzęta: 1
  49. Żałoba: 1 2

Zmieniono podział utworu na tomy tak, żeby odzwierciedlał tradycyjny podział na pierwszą i drugą część Wyznań, tj. grupując osobno księgi I-VIII oraz księgi IX-XII, pisane po dłuższej przerwie i mające w większości wyraźnie inny charakter. Wydanie źródłowe składa się z trzech tomów, przy czym tom II zawiera treść ksiąg ksiąg VII i VIII oraz połowę księgi IX, zaś tom III drugą połowę księgi IX oraz księgi X-XII.

Zmiany wprowadzone w całości utworu:

Przypisom nadano formę zgodną z postacią przyjętą w publikach Wolnych Lektur. Redakcyjne uzupełnienia przypisów tłumacza wstawiono w nawiasach kwadratowych, jedynie obszerniejsze opatrując adnotacją: „red. WL”. Zmieniono występujące w przypisach odesłania do „Części II” na odesłania do ksiąg utworu, bez dodatkowego oznaczania tej zmiany.

Uwspółcześnienia:

Uwspółcześniono interpunkcję. Przytaczane w tekście ciągłym wypowiedzi oddzielono od wtrętów narracyjnych pauzami zamiast przecinkami oraz umieszczono w cudzysłowach, w szczególności także wypowiedzi w źródle złożone kursywą. Pominięto wyróżnienia kursywą obcych nazw własnych, np. Palais-Royal, oraz nazwy Pustelnia.

Pisownia wielką i małą literą, np.: kościoła Franciszkanów -> kościoła franciszkanów; katedry Św. Jana -> katedry św. Jana; Mahometanin -> mahometanin; Jakubin -> jakobin; Króla Jegomości -> króla jegomości; Cerber (stróż) -> cerber; z przezwiskiem kręci-morda -> z przezwiskiem Kręcimorda; prowansalczycy -> Prowansalczycy; w wielkim tygodniu -> w Wielkim Tygodniu;

Pisownia łączna i rozdzielna, np.: zdawna -> z dawna; odemnie -> ode mnie; czyto -> czy to; jakto -> jak to; z pod -> spod; z przed -> sprzed; pokryjomu -> po kryjomu; nie zupełnie -> niezupełnie; zato -> za to; zwolna -> z wolna; jakiegobym -> jakiego bym; niedostawało -> nie dostawało; niewiadomo -> nie wiadomo; pół-obłęd -> półobłęd;

Pisownia joty, np.: histoja -> historia; melodja -> melodia; tyranja -> tyrania; lekcyj -> lekcji; Djalogi -> Dialogi;

Fleksja, w szczególności końcówki fleksyjne Msc. i N. lp i lm: -em, -emi, np.: tem -> tym; szczerem -> szczerym; wszystkiemi -> wszystkimi; bratowę -> bratową; święta Wielkiejnocy -> święta Wielkanocy;

Pisownia spółgłosek dźwięcznych i bezdźwięcznych, miękkich i twardych, np.: blizko -> blisko; paznogcie -> paznokcie; przysiądz -> przysiąc; paskustwo -> paskudztwo; z pod -> spod; z przed -> sprzed; snać -> snadź;

Pisownia i odmiana nazw własnych, np.: Rousseau'a -> Russa; Lesueur -> Le Sueur; Ljon -> Lyon; Njon -> Nyon; Koryolan -> Koriolan; Dyan -> Dian; Jakób -> Jakub; pani Klot -> pani Clot; Gamba-Korta -> Gamba-Corta; Wiktor-Amedeusz -> Wiktor Amadeusz; Chambéri -> Chambéry; Hanibal -> Hannibal; do Grenobli -> do Grenoble; Venture, Wentura, Wenturę -> Venture, Venture'a; Rollichon -> Rolichon; Brantoma -> Brantôme'a; Wergilego, Wirgiliusza -> Wergilego;

Inne zmiany pisowni i leksyki: ruż -> róż; haszcze -> chaszcze; puhacz -> puchacz; pohopne -> pochopne; tłómaczyć -> tłumaczyć; rozprószyć -> rozproszyć; doktór -> doktor; szklanny -> szklany; wassal -> wasal; sabbat -> sabat; uczenic -> uczennic; inowacja -> innowacja; akwadukt -> akwedukt; pendzel -> pędzel; plondrować -> plądrować; rzempolący -> rzępolący; tentent -> tętent; mięszać -> mieszać; assy -> asy; siedm -> siedem; ośm -> osiem; fizjognomia -> fizjonomia; uwięzgła -> uwięzła; łasownik -> łasuch; rezerwoar -> rezerwuar; kontr-marka -> kontramarka; zstokrotnia -> zestokrotnia; szelmoskie -> szelmowskie; Jakubin -> jakobin; antonini -> antonianie; letcy -> lekcy; wdechać -> wdychać; osieł -> osioł; hexametr -> heksametr; zdalałem -> zdołałem; względ -> wzgląd; Excelencja -> ekscelencja; zadawalać -> zadowalać; megera -> megiera; recitatiw -> recytatyw; tualeta -> toaleta; kurytarz -> korytarz; zamilczyć -> zmilczeć; przedzierżgnąć -> przedzierzgnąć; opera buffo -> opera buffa; trick-trakiem -> tryktrakiem; przewierścień -> przewiercień; marszałkowstwo -> marszałkostwo; potworu -> potwora; lykantropia -> likantropia; bynajmiej -> bynajmniej; bilboquet, bilbokiet -> bilbokiet;

Inne zmiany: zostały się nam -> zostały nam; datowała -> datowała się; z włoskiego na francuskie -> z włoskiego na francuski; w bezsennych nocach widzę -> w bezsenne noce widzę; Lubiałbym -> Lubiłbym; Czem się dzieje -> Jak to się dzieje; pożyczyła mi jej -> pożyczyła mi ją; cokolwiek jej ukrywać -> (…) przed nią ukrywać; wyjechał na Karolinę -> wyjechał do Karoliny; zdalałem się -> zdołałem się; List o Ślepych -> List o ślepcach; Joanny Papieżnicy -> papieżycy Joanny; zbliżenia z sobą tych dwoje -> zbliżenia z sobą tych dwojga; buffony skończyły -> buffoni skończyli; wrogowie, wrogi -> wrogowie (ujednolicenie); Tyle utrapień (…) wtrąciły mnie -> Tyle utrapień (…) wtrąciło mnie; ziarno, które (…) zeszło -> ziarno, które (…) wzeszło; holbachowska, holbachiczna koteria a. klika -> Holbachowska; Festyny Ramiry, Uroczystości Ramiry -> Festyny Ramiry; na dwa zachody -> dwa razy; owe dwadzieścia cztery godzin -> owe dwadzieścia cztery godziny;

Skróty: t. zw. -> tzw.; t. j. -> tj.; p. t. -> pt.; XVI-go -> XVI; 1-go maja -> 1 maja; rozwinięto skróty: p. -> pan, pana; X. -> ksiądz; O. -> ojciec; hr. -> hrabia;

Poprawki tłumaczenia wg oryginału: rycerzy z la Cuiller -> Rycerzy Łyżki; Esklawończycy -> Sklawończycy; historii Kościoła i Cesarstwa -> Historii Kościoła i cesarstwa (tytuł dzieła); klasyczny pies z bajki (le chien du jardinier) -> pies ogrodnika; starego zamku (vieux château) -> starego dworu; grubemi różowemi pomponami (grosses bouffettes de ruban couleur de rose) -> dużymi pomponami z różowych wstążek; czepek z fontaziem (une cornette, une fontange) -> czepek z fantazyjnymi wstążkami; wytycznych wspomnień (des souvenirs bien rappelants) -> ważnych wspomnień; frankoński (langue franque) -> lingua franca; nuty biednego mistrza -> nuty biednego Mistrza w Lyonie; ”przechadzałem się i byłem szczęśliwy; rozstawałem się z nią i byłem szczęśliwy;” -> ”przechadzałem się i byłem szczęśliwy; widziałem mamusię i byłem szczęśliwy; rozstawałem się z nią i byłem szczęśliwy;” dzieła Oratoriańskie -> dzieła Oratorium; stopy i wartości (les pieds et la quantité) -> stopy i iloczas; forlański (forlan) -> friulski (z Friuli); znajdował się kompas (un cadran) (…) siliłem się nauczyć Teresę odczytywać godziny -> znajdował się zegar (…); Diany de Poitiers, której cyfry (chiffres) widzi się tam jeszcze -> której monogramy (…); Po otrzymaniu nagrody, Diderot podjął się zająć drukiem -> Kiedy otrzymałem za nią nagrodę, Diderot podjął się (…); Nie czynił mi zbrodni (Il ne me fit pas un crime) -> Nie poczytywał mi za zbrodnię; w zwitku A (listów) -> w pliku A; Pijaństwo (ivresse), które mnie ogarnęło -> Odurzenie, które mnie ogarnęło; Pijaństwo to, mimo iż tak głębokie -> Odurzenie to, mimo iż tak głębokie; tego niebezpiecznego pijaństwa -> tego niebezpiecznego odurzenia; Zdumiewające, jedyne może jest (Il est étonnant, il est unique peut-être) -> Zdumiewające, wyjątkowe może jest;

Poprawiono błędy druku:

Metmarfozy -> Metamorfozy; pana Lambrecier -> pana Lambercier; dwóch itsot -> dwóch istot; nie umiłbym -> nie umiałbym; jake przejęła -> jakie przejęła; ze solda na noc -> za solda na noc; wypytwać -> wypytywać; odzywała sę -> odzywała się; czerdzieści -> czterdzieści; Koniec przemowy był okrutnym ciosem dla świetnych nadziei, które obudziły we mnie początek -> Koniec przemowy był okrutnym ciosem dla świetnych nadziei, które obudził we mnie początek; charakterystycznch -> charakterystycznych; Puffendorf -> Passendorf; nieczego -> niczego; popieru -> papieru; śpiewała niźle -> śpiewała nieźle; surowo rządzonej decyzji -> surowo rządzonej diecezji; powiedzieł -> powiedział; ze kilka dni -> za kilka dni; co wszystko nie dodawało mi -> to wszystko nie dodawało mi; cierpieć niż był dłużnym -> cierpieć niż być dłużnym; skonnościach -> skłonnościach; o kupliecie -> o kuplecie; porania się -> parania się; skierowć się -> skierować się; romentyczną -> romantyczną; obcownia -> obcowania; z kłopotmi -> z kłopotami; natutralniejszy -> naturalniejszy; niewiności -> niewinności; Barrilot -> Barillot; Larmage -> Larnage; odbicie miłości która ona mi okazywała -> odbicie miłości, którą ona mi okazywała; zbwiennego -> zbawiennego; wspisano -> wpisano; Clédambaulta -> Clérambaulta; Canovasem -> Canavasem; słuszna jest -> słuszne jest; piętnostoma -> piętnastoma; jekiejś -> jakiejś; włpyw -> wpływ; amabasadorem -> ambasadorem; ignoracja -> ignorancja; powienien -> powinien; przychodziili -> przychodzili; krórzy -> którzy; znadował -> znajdował; odzdobione -> ozdobione; różnarodny -> różnorodny; egzysetncji -> egzystencji; pochelbstwo -> pochlebstwo; samemu sobe -> samemu sobie; Wchodniego -> Wschodniego; odezwć -> odezwać; Treitorens -> Treytorens; Porównanie (…) otworzyła -> Porównanie (…) otworzyło; mimo jej prób -> mimo jej próśb; nie zna jeszcze bliżej -> nie znał jeszcze bliżej; wielwieko -> wielkiego; uwgi -> uwagi; pomyślić -> pomylić; przyjciela -> przyjaciela; Chervette -> Chevrette; d'Epnay -> d'Epinay; niedomaganiam -> niedomaganiem; marszłakostwo -> marszałkostwo; kstęstwa -> księstwa; peirwszego -> pierwszego; przczytać -> przeczytać; a bardzo odrażającym charakterze -> o bardzo odrażającym charakterze; dobrego marszałko -> dobrego marszałka; szpostrzegli -> spostrzegli; Pani de Luxemburg -> Pani de Luxembourg; ”pokazałem; go” -> ”pokazałem go”; zwrócony (…) odezwanie się -> zwrócone (…) odezwanie się; Franceuil -> Francueil; poprzedniego dna -> poprzedniego dnia; Zadziwiająca tajemniczość (…) dawał im wygląd -> (…) dawała im wygląd; trudność podzielenia się (..) czyniły mi -> czyniła mi; Vatelet -> Watelet; mej domowy -> mej odmowy; rgeularnie -> regularnie; de Luxemburg -> de Luxembourg; przenaczony do tego -> przeznaczony do tego; po za Emilem -> poza Emilem; mniało miejsce -> miało miejsce; de Pompadur -> de Pompadour; przedmocie -> przedmiocie; w oczch -> w oczach; nie mogła mi już grozić prześladowanie -> nie mogło mi już grozić…; dowagę -> odwagę; dziecięciu lat -> dziesięciu lat; obsbernym -> obszernym; Przywiązłem -> Przywiązałem; pomściła go swego pochwałami -> pomściła go swymi pochwałami;

Jean-Jacques RousseauWyznaniatłum. Tadeusz Boy-Żeleński

Tom pierwszy

Od tłumacza

1

„Osobliwe zjawisko! Jedyne wprost w naszej literaturze, a nawet, jak sądzę, we wszystkich literaturach świata. Ten włóczęga, próżniak, samouk, który po trzydziestu latach majaczenia na jawie wpada jednego dnia w najświetniejsze społeczeństwo Paryża XVIII stulecia i sprawia w nim wrażenie Hurona[1], ale Hurona prawdziwego i brzemienniejszego w konsekwencje niż ów Wolterowski; występuje pierwszy raz jako autor, mając pod czterdziestkę; pisze, w ciągu dziesięciu lat i wśród cierpień fizycznych prawie nieustannych, trzy czy cztery książki — ani zbyt tęgie, ani zbyt bogate w myśli, ale przynoszące z sobą nowy sposób czucia i jakby jakiś dreszcz dotychczas nieznany; który później zanurza się w powolne szaleństwo — i który, dzięki tym kilku książkom, mocen jest przekształcić po śmierci literaturę, historię i zmienić koryto całego życia narodu, do którego sam nie należał — cóż za niesłychane wydarzenie!” Tym okrzykiem zdumienia rozpoczyna J. Lemaître swoje mistrzowskie studium o Janie Jakubie Rousseau.

2

Wydarzenie istotnie niesłychane! Bardziej może jeszcze, niż się na pozór wydaje. Oswoiliśmy się już z brzmieniem imienia Jana Jakuba, tak że dziś wystarcza wymówić to imię, aby w nas obudzić stokrotne echa i pogłosy. Gdyby jednak było możliwym odłączyć w sobie bezpośrednie odczucie od literackiej tradycji, prestige'u imion i świadomości ich wpływu i w ten sposób odczytać Umowę społeczną, Nową Heloizę i Emila, trudno byłoby zapewne odgadnąć, że jedno z tych dzieł było owym dynamitem, który w kilkanaście lat po śmierci autora eksplodował w wielkiej rewolucji, drugie stało się czarodziejskim źródłem, z którego miała trysnąć fala romantyzmu, trzecie sprawiło, iż pielgrzymki wiernych ciągnęły do azylu „filozofa”, szukając u niego kabalistycznego[2] słowa, kreślącego wytyczne linie wychowania nie tylko ludzi, ale i całych narodów.

3

Wykazać, iż fundamentem myślowym tych epokowych dzieł była przeważnie niedorzeczność, jest to zadaniem łatwym i nieraz podejmowanym; co dowodzi tylko, że mechanizm ludzkości, zwłaszcza w jej przełomowych momentach, czym innym się rządzi niż prawidłami rozumu i gdzie indziej szuka swoich dźwigni. „Nowy sposób czucia i dreszcz dotychczas nieznany”, potężne walory emocjonalne, jakie wniósł w społeczeństwo w epoce, gdzie na wierzchu królowała myśl, doprowadzona do precyzji niemal matematycznej, a pod nią, niby pod pokrywą, kipiały w dole nieświadome siebie, budzące się siły — oto tajemnica potęgi i wpływu Jana Jakuba, bez względu na to, czy go zechcemy uważać za geniusza, za szarlatana, czy za połączenie obydwóch.

4

O ile istota innych pisarzy francuskich XVIII stulecia zamyka się dla nas w dziełach, samo zaś życie ich jest dla ich zrozumienia mniej więcej obojętne, o tyle z Russem rzecz ma się niemal przeciwnie. Mimo całego ich rozgłosu dzieła jego spoczywają — powiedzmy otwarcie — w pyle zapomnienia. Można by je określić jako potężne butelki lejdejskie[3] doszczętnie rozbrojone. Tu i ówdzie zajrzy ktoś do nich z literackiej ciekawości, mało kto jednak poza badaczami literatury szuka w nich dzisiaj pokarmu dla myśli i wzruszeń. Ale pozostała wśród nich jedna książka, niesympatyczna, to pewna[4], nieraz po prostu wstrętna, ale na wskroś świeża, na wskroś czytelna i żywa: to ta, w której mówi nam o swoim życiu, i to w taki sposób, iż dotąd, po półtora wieku, prawdą pozostały pierwsze słowa, od których zaczyna swe Wyznania: „Imam się przedsięwzięcia, które dotychczas nie miało przykładu i nie będzie miało naśladowcy”.

5

Tak jest. Ani przed nim, ani po nim, odkąd istnieje literatura, nikt nie obnażył w ten sposób swojego wnętrza. Mimo iż właśnie wpływ Russa rozpętał istną orgię wystawiania na pokaz swojego ja, „objaśniania” samego siebie, istną ekshibicję[5] najtajniejszych drgnień swej istoty, wypełniającą znaczną część literatury XIX wieku, nikt nie dorównał mu co do tego w bezwzględności, powiedzmy w bezwstydzie. Trzeba było tej chorobliwej, do ostatecznych granic wybujałej pychy, a zarazem tego jakiegoś żaru wewnętrznego, podnoszącego chwilami napięcie tonu Wyznań istotnie niemal do sakramentu spowiedzi, aby pisać w ten sposób o swoim życiu, z jakimś dziwnym przeświadczeniem, iż szczerość tych kart oczyszcza je z ich szpetoty, a zarazem z całą naiwnością i, można powiedzieć, samouctwem etycznym tego włóczęgi, samotnika i proroka, który wychował się i spędził młodość poza społeczeństwem, a zetknąwszy się z nim, nie wszedł w nie, ale je rozwalił.

6

Dziwne były koleje tego człowieka! Ojciec jego, skromny zegarmistrz w Genewie, człowiek uczuciowy i lekkomyślny, karmi dzieciaka, zaledwie umiejącego czytać, romansami, w których zatapia się wraz z nim do białego rana, oraz Żywotami sławnych ludzi Plutarcha. Zmuszony opuścić miasto, zaniedbuje stopniowo syna zupełnie; Rousseau dostaje się w końcu „do terminu”, do rytownika, gdzie staje się skończonym urwiszem[6] i skąd jako szesnastoletni wyrostek ucieka, z obawy przed plagami. W czasie pobytu u majstra zdążył pochłonąć całą sąsiednią wypożyczalnię książek. Włóczy się po okolicy, nocuje u chłopów, w końcu, skierowany tam przez proboszcza z Confignon w Sabaudii, dostaje się w ręce agentki od „nawracań”, dwudziestoośmioletniej i ładnej pani de Warens, osoby która staje się jego opatrznością. Z jej poręki wędruje do Turynu, gdzie przyjmuje katolicyzm w nadziei świetnego losu; ale po ceremonii kościelnej, znalazłszy się na ulicy z dwudziestoma frankami w kieszeni, widzi, iż nadzieje jego były czczą złudą. Włóczy się po mieście; w braku czego lepszego, zostaje lokajem; popisując się w sposobną porę znajomością łaciny i pewnym polorem, ściąga na siebie uwagę chlebodawców; otwierają się przed nim widoki przyszłości. Ale dziecinny kaprys i popęd do włóczęgi przemaga: Rousseau, w towarzystwie drugiego wyrostka, puszcza się znowu przez Alpy, zamierzając opędzać koszta życia pokazywaniem „bani Herona”[7]. Rozczarowawszy się rychło co do tej nadziei, Rousseau wraca do Annecy, do domu swej opiekunki, w pobliżu której wałkoni się aż do trzydziestego roku życia, próbując różnych zawodów, rzucając je, czytając z panią de Warens La Bruyere'a etc.[8], kształcąc się bezładnie, napadowo, najbardziej systematycznie stosunkowo uprawiając muzykę, którą zaczyna uważać za istotne powołanie swego życia. Pobyt ten przerywają zresztą nieustanne włóczęgi, stanowiące istny nałóg Russa. Rousseau w tym okresie to natura bardzo złożona, pełna kontrastów, zmysłowa i marząca, ufna i podejrzliwa, zamknięta w sobie i wylana[9], zdradzająca wybitnie cechy tego, co dziś się nazywa moral insanity[10], a żadnych śladów przyszłej potęgi. Z tym wszystkim musiał mieć dużo uroku i na ogół tzw. „szczęście do ludzi”. W tych latach Rousseau robi wrażenie jakby somnambulika[11], który porusza się, działa nieprzytomnie, pod wpływem jakiejś tajemniczej siły. Znamiennym jest, że gdziekolwiek opiekunka próbuje go ulokować, zawsze zwracają jej dryblasa z nadmienieniem, iż jest zupełnie nie do użytku: los ten spotyka go nawet w seminarium duchownym, mimo poparcia samego biskupa.

7

Osiemnastoletni Rousseau ubóstwiał oczywiście swą młodą „mamusię” (takie było miano, jakim ją zawsze nazywał), która ze swej strony obdarzała tkliwszymi względami swego ogrodnika, statecznego i oddanego Klaudiusza Anet. Rousseau wiedział o tym stosunku; jakież było tedy jego zdumienie, kiedy jednego dnia „mamusia”, kazawszy mu się przygotować do poważnej rozmowy, oświadczyła, iż pragnąc go uchronić od czyhających nań niebezpieczeństw, postanowiła sama wtajemniczyć go w misteria życia.

Ów dzień, którego więcej lękałem się, niż oczekiwałem, nadszedł wreszcie. Znalazłem się pierwszy raz w ramionach kobiety, i kobiety, którą ubóstwiałem. Czy byłem szczęśliwy? Nie; poznałem rozkosz. Jakiś niezwyciężony smutek zatruwał mi jej urok. Miałem uczucie, jak gdybym spełnił kazirodztwo. Tuląc ją z uniesieniem w ramionach, skrapiałem równocześnie jej łono łzami. Co do niej, nie była ani smutna, ani upojona; była serdeczna i spokojna…

…Tak wytworzyła się między nami trojgiem spójnia, jakiej przykładu nie było może na ziemi. Wszystkie nasze chęci, troski, wprost nasze serca były wspólne; nic nie istniało poza granicami tego małego kółka. Przyzwyczajenie życia razem i życia wyłącznie z sobą stało się tak silne, że kiedy w godzinie posiłku brakło jednego z trojga albo też przybył ktoś czwarty, wszystko było popsute. Mimo naszych poszczególnych związków sam na sam były nam mniej słodkie niż wspólne zebrania…

8

Sielanka ta trwa jakiś czas; kres kładzie jej śmierć Klaudiusza. Następca jego w sercu i gospodarstwie pani de Warens, niejaki Wintzenried, natura gruba[12], czynna, energiczna, nie nadaje się do tego tercetu, mimo iż w zasadzie nie stawia mu opozycji: stopniowo zagarnia panią de Warens dla siebie; Rousseau zaczyna czuć, że w tym domu, coraz bardziej zresztą rozprzęgającym się finansowo, nie ma już dlań miejsca. Pakuje swoje książki i mając jako talizman wymyślony przez siebie nowy system pisania nut, puszcza się do Paryża.

9

Ta część książki, kreśląca dzieje młodzieńczych lat pisarza, jest nieoszacowanym komentarzem do jego życia i twórczości. Dopiero czytając te Wyznania, zaczyna się rozumieć Russa i potęgę jego wpływu. W nich znajdujemy najlepsze oświetlenie, a poniekąd wytłumaczenie „osobliwego zjawiska”, nad którym tak się zdumiewa Lemaître. W tych pamiętnikach, pisanych, mimo teatralnego nieraz gestu i powieściowego arrangement[13], z bezwzględną szczerością (nie prawdomównością — to rzecz inna) możemy śledzić krok po kroku zadziwiającą historię ducha, który w najbardziej niesprzyjających warunkach z niestrudzonym wysiłkiem zmaga się z sobą i łamie, pręży się i drąży sobie drogę ku światłu, aż wreszcie będzie mógł trysnąć wysoko kipiącym gajzerem. Rozumiemy tajemniczą potęgę oddziaływania myśli Russa — tak bardzo nieproporcjonalną nieraz do ich wartości — gdy śledzimy, etap po etapie, ich genezę i źródło: gdy widzimy, jak żadna z nich nie jest produktem literackiej kombinacji i gry myślowej, lecz każda płynie z głębi jego istoty, urabia się w męce życia, żywi się krwią serdeczną i kupiona jest tą krwią i życiem.

10

Dawny lokaj pani de Vercellis inne akcenty znajdzie, mówiąc o nierównościach społecznych, niż najbardziej rewolucyjny nawet filozof paryskich salonów. Jedenastoletni kochanek małej Goton, dla którego miłość była przez całe życie jedynie trawieniem się nigdy nienasyconej i smaganej chorobliwymi popędami wyobraźni, narzuci, niemal na wiek cały, Europie swą psychopatię, przekazując ją w dziedzictwie swej progeniturze[14] romantycznej. I jeszcze jeden rys, ważniejszy może od innych. W epoce, gdy wszystkie fundamenty, na których wspiera się ład społeczeństwa i życie wewnętrzne jednostki, rysują się i walą, Rousseau, jedyny ze współczesnej plejady filozofów francuskich, całą niemal swą twórczość poświęca kwestii etyki; a etyka ta również nie jest dla niego teoretyczną spekulacją, lecz sprawą najintegralniej związaną z życiem. Tę etykę, te zasady moralne buduje sobie sam, kamień po kamieniu; dzięki niej dźwiga się z nizin, które jakże łatwo mogły się dlań stać szczeblami ostatecznego upadku! To „samouctwo”, jak je nazwaliśmy, etyczne nadaje moralności Russa owe szczególne cechy, nad którymi nieraz przyjdzie się zdumiewać czytelnikowi Wyznań, i czyni tę moralność niejednokrotnie więcej niż wątpliwą. Niemniej jednak kwestia etyki szukanej w samym sobie, kwestia samorzutnego odrodzenia moralnego własną mocą — jest sprawą wypełniającą niemal całą duchową istotę pisarza i człowieka. Jakoż niebawem, w epoce rewolucji, teatralna frazeologia o „cnocie”, która zastąpi podstawy religii, wyraźnie będzie nosić piętno autora Nowej Heloizy.

11

Wspomniałem, iż prawdomówność Wyznań Russa nie zawsze idzie równym krokiem z jego szczerością. Nie mogło być zresztą inaczej w pamiętniku pisanym w kilkadziesiąt lat po przeżytych wypadkach, wyłącznie ze wspomnień, i to przez człowieka obdarzonego wyobraźnią Jana Jakuba! Niezmiernie ciekawą jest rzeczą konfrontacja Wyznań z tym, co nam obiektywnie wiadomo o życiu pisarza i stosunkach otaczających go osób[15]. Ale już czytając same Wyznania, trudno się oprzeć w niektórych miejscach wrażeniu mistyfikacji, której ulega w pierwszym rzędzie sam autor. Do takich należy owa słynna kradzież kawałka znoszonej wstążki, z której to kradzieży Rousseau czyni taką tragedię, ba, największą zbrodnię swego życia („Uniosłem z sobą niestarte wspomnienie zbrodni i nieznośny ciężar wyrzutów, które po upływie czterdziestu lat gniotą jeszcze moje sumienie i których gorycz nie tylko nie słabnie, ale zaostrza się, w miarę jak zbliżam się ku starości…”), a która do tego stopnia, zdaje się, była drobnostką, iż jego chlebodawca mimo dwuznacznego rezultatu śledztwa sam z siebie najgoręcej zajął się Russem i umieścił go w znajomym domu. Słowem, Wyznania Russa, zwłaszcza ich część pierwsza, są przedziwnym romansem o jego życiu, kreślonym — mimo iż w późnym już wieku — z nieporównaną świeżością i kolorem. Jak każdy prawdziwy romans, mają swą bohaterkę: jest nią owa pani de Warens, której imię Rousseau unieśmiertelnił tak, jak gdyby ona sama nie istniała nigdy na ziemi, lecz była jedynie tworem fantazji pisarza. Rousseau w swym szale spowiedzi nie ogranicza się do własnej osoby, ale z równym zapałem spowiada się z błędów wszystkich tych, których losy postawiły na drodze jego życia. W pierwszej linii ofiarą tych wynurzeń pada pani de Warens: Rousseau nie oszczędza jej ani jednej słabości, ani jednej tajemnicy kobiecego serca, ciągle pisząc jej najpłomienniejszą apologię[16]; i istotnie jest to może najświetniejszym dowodem geniuszu pisarskiego Russa, że czytając te karty, tak dalece wcielamy się w horyzont jego uczuć i pojęć, iż bodaj ani razu nie dopuszczamy wrażenia, iż życie prywatne tej wybornej osoby z punktu widzenia oficjalnej moralności przedstawia się więcej niż dwuznacznie[17]. Mówię umyślnie „oficjalnej”, bo zresztą te karty książki Russa poświęcone pani de Warens aż dyszą moralnością. Trudno się nieraz wstrzymać od uśmiechu, czytając opis idyllicznych[18] scen, jakie rozgrywały się między nim, panią de Warens i jej wiernym Klaudiuszem. „Jednym z dowodów zalet charakteru tej uroczej kobiety — wykrzykuje Rousseau głosem apostoła — jest to, iż wszyscy, którzy ją kochali, kochali się między sobą. Zazdrość, współzawodnictwo nawet ustępowało dominującemu uczuciu, jakie ona budziła, i nigdy nie widziałem, aby ktokolwiek z tych, którzy ją otaczali, odnosił się z nieprzyjaźnią do drugiego. Niechaj czytelnik niniejszej książki zawiesi na chwilę lekturę przy tej pochwale i jeśli zastanowiwszy się, znajdzie w myśli drugą kobietę, o której mógłby powiedzieć to samo, niech złoży w jej ręce spokój swego życia, choćby to była zresztą[19] najostatniejsza z ladacznic”. Prawda, że Rousseau był całe życie człowiekiem fizycznie chorym i życiowo nieodpowiedzialnym, stąd stosunek jego do ludzi, a zwłaszcza do kobiet musiał być odmienny, niż bywa zazwyczaj. Ale niech kto spróbuje prostymi słowami streścić dzieje jego współżycia z panią de Warens i przymierzyć do przeciętnych ludzkich pojęć: jak ten eksperyment wypadnie! A co czyni z tego Rousseau! Oto potęga sugestywna geniuszu.

12

Jest jeszcze jedno magiczne słowo, którym karmić się miały później całe pokolenia, a które jest niemal w zupełności wynalazkiem Jana Jakuba. To — natura. Molier, pisząc niespełna setkę lat przed nim prolog do Chorego z urojenia, dodaje w scenariuszu następujące objaśnienie: „Scena przedstawia okolicę wiejską, niemniej jednak bardzo powabną”. Jakaż przepaść dzieli tę epokę od pokolenia opętanych naturą romantyków! To ten włóczęga, ten łazik, gotowy zawsze rzucić chleb, karierę, spokój dla rozkoszy przewędrowania pieszo o głodzie i chłodzie przez Alpy, zarazi ludzkość swym szaleństwem:

Życie włóczęgi to najmilsza dla mnie forma życia. Wędrować pieszo w piękną pogodę, piękną okolicą, nie spiesząc się, mając wszelako jako kres drogi przedmiot pełen uroku — oto ze wszystkich sposobów życia ten, który najbardziej przypada mi do smaku…

…Z rozkoszą przypominam sobie noc spędzoną poza miastem, przy drodze ciągnącej się wzdłuż Rodanu czy Saony, nie pamiętam już tego bliżej. Ogrody, wznoszące się tarasowato, opuszczały się łagodnie ku drodze. Było tego dnia bardzo gorąco. Wieczór był uroczy; rosa zwilżyła przywiędłą trawę; ani śladu wiatru, noc spokojna; powietrze świeże, a nie chłodne; słońce, schowane już za horyzontem, zostawiło na niebie czerwone opary, których odbicie barwiło wodę różowym kolorem; drzewa dawały schronienie mnóstwu słowików, które odpowiadały sobie wzajem. Błądziłem po alejach w jakimś upojeniu, otwierając zmysły i serce tym słodkim wrażeniom i wzdychając jedynie z żalu, iż muszę się nimi napawać samotny. Pochłonięty słodkim marzeniem, przechadzałem się do późnej nocy, nie zdając sobie sprawy, iż jestem zmęczony. Wreszcie dało mi się to uczuć. Ułożyłem się rozkosznie na płycie jakiejś niszy czy framugi wgłębionej w murze terasy. Baldachim łóżka tworzyły wierzchołki drzew; słowik śpiewał tuż nad moją głową; usnąłem kołysany śpiewem. Sen był mi słodki, obudzenie bardziej jeszcze. Był jasny dzień. Oczy moje, otwierając się, ujrzały wodę, zieloność, cudowny krajobraz. Wstałem, otrząsłem się, uczułem głód. Ruszyłem wesoło ku miastu…

13

Rousseau otwiera oczy współczesnych na przyrodę; co więcej, zadzierzguje związki między nią a sercem człowieka, każe jej współżyć z jego życiem, śmiać się z jego radością, płakać z jego smutkiem. Przyroda przemawia do tej muzycznej organizacji całą gamą tonów; dusza tego „dzikiego”, którego pierwszych trzydzieści lat było wpółsenną — mimo iż ruchliwą — wegetacją, drga zgodnie z jej pulsem. I to zostanie mu na całe życie[20]. Daremnie będzie się silił przedzierzgnąć w paryżanina, w salonowca: natura ciągnie go, dosłownie, jak wilka do lasu: „Nie umiałem nigdy — pisze w swoich wspomnieniach z Pustelni — pisać i myśleć swobodnie inaczej, jak tylko sub dio[21]. Liczyłem na to, iż las Montmorency, dochodzący nieomal do moich wrót, będzie mi odtąd gabinetem do pracy”. I nie wystarcza mu na to sztuczna, wystrzyżona, wyperfumowana „natura”, w jakiej jego mecenasi szukają letnich wywczasów; nie, jemu trzeba prawdziwej, chłopskiej wsi:

Byłem tak znudzony salonami, wodotryskami, strzyżonymi trawnikami, klombami i jeszcze bardziej nudnymi gospodarzami tego wszystkiego; tak przesycony broszurami, klawikordem, tryktrakiem, „węzełkami”, mizernymi dowcipkami, mdłym mizdrzeniem się, lekkimi opowiastkami i ciężkimi kolacjami, że kiedy zerknąłem przelotnie na prosty krzak głogu, na chaszcze, spichlerz, łąkę; kiedy przejeżdżając przez jakieś sioło, zaciągnąłem się parą dobrego omleta z trybulką; kiedy słyszałem z daleka prostą nutę piosenki pasterskiej — słałem do diabła i róż i falbanki, i ambrę…

14

Te słowa zamykają i grzebią dwuwiekowy blisko okres kultury francuskiej; genialny cham, dopuszczony do biesiady wytwornych państwa, napluł im w ich blanc-manger[22] tak solennie, że stało się niepodobne do jedzenia. Krzykiem generacji następującej bezpośrednio po nim, niezdolnej jeszcze do stworzenia nowych form, ale do szczętu zbrzydzonej dawnymi, będą Listy panny de Lespinasse.

15

Z końcem pierwszej części Wyznań rozstaliśmy się z Janem Jakubem Rousseau w chwili, gdy w wieku bliskim lat trzydziestu opuszcza ostatecznie wpółmacierzyńskie objęcia pani de Warens[23], aby odtąd już samoistnie szukać sobie drogi życia na szerokim świecie. Przybywa do Paryża (1741), aby przedstawić Akademii projekt nowego klucza muzycznego; klucz okazuje się nieszczególny, ale bądź co bądź otwiera mu drzwi do wielu wpływowych domów i pomaga zadzierzgnąć cenne na przyszłość stosunki. Dzięki nim muzyk Rousseau zostaje nagle… sekretarzem ambasadora francuskiego w Wenecji. Nieporozumienia z tym dostojnikiem, jeszcze mniej kompetentnym do wykonywania swego urzędu niż jego sekretarz, wypędzają Russa z powrotem do Paryża, gdzie dalej uprawia z coraz większym rozgłosem muzykę, sekretarzuje w znacznym domu finansisty, pisuje liche komedyjki oraz artykuły dla Encyklopedii, z której redaktorami wchodzi w zażyłość. Zawiązuje wolne stadło[24] z nieokrzesaną dziewczyną, Teresą Levasseur i ma z nią pięcioro dzieci, które bez wyjątku oddaje do domu podrzutków. Przypadkowo wpada mu w ręce konkursowe zagadnienie Akademii w Dijon: „Czy rozwój sztuk i nauk przyczynił się do skażenia czy oczyszczenia obyczajów?” i pewnego ranka budzi się najgłośniejszym człowiekiem w Paryżu. „Wrażenie niebotyczne, porywające — donosi mu Diderot po wydaniu drukiem rozprawy — nie było przykładu podobnego tryumfu”.

16

Rozprawa ta, pamflet przeciwko cywilizacji, rozstrzyga nie tylko o dalszej twórczości, ale i o życiu pisarza. Rousseau nigdy nie umiał się dostroić do tonu „dobrego towarzystwa”, chwyta tedy tę sposobność, aby uczynić ze swoich braków cnotę, dociąga praktykę do teorii, porzuca puder, szpadę i żaboty[25], staje się rodzajem paryskiego Diogenesa[26]:

Byłem w istocie przeobrażony; przyjaciele, znajomi nie poznawali mnie. Nie byłem już tym człowiekiem nieśmiałym, raczej wstydliwym niż skromnym, który nie umiał się ani pokazać, ani odezwać; którego żartobliwe słówko zbijało z tropu, spojrzenie kobiety przyprawiało o rumieniec. Śmiały, dumny, nieustraszony, wnosiłem wszędzie pewność siebie tym bardziej nieugiętą, iż była prosta i mieszkająca raczej w mej duszy niż w postawie. Wzgarda, jaką głębokie rozmyślanie obudziło we mnie dla obyczajów, zasad i przesądów epoki, czyniła mnie nieczułym na szyderstwa tych, którzy je wyznawali: dławiłem ich mizerne koncepty moimi sentencjami, tak jak się gniecie owada w palcach. Jaka odmiana! Cały Paryż powtarzał ostre i gryzące sarkazmy tegoż samego człowieka, który dwa lata przedtem i dziesięć lat potem niezdolny był znaleźć myśli, którą chciał wyrazić, ani słowa, którego chciał użyć…

17

Na prośby gorącej wielbicielki, żony finansisty, pani d'Épinay, Rousseau wraz ze swą towarzyszką i jej matką przenosi się do zbudowanej dlań Pustelni. W pierwszym upojeniu tym rozkosznym pobytem czuje się przepełniony miłością bez przedmiotu, która wciela się w koncepcję Nowej Heloizy. Niebawem pierwsza spotkana kobieta ucieleśnia dlań tę miłość w realnej postaci i staje się równocześnie natchnieniem poczętego dzieła. Osobą tą była hrabina d'Houdetot, kuzynka pani d'Épinay, a kochanka nieobecnego wówczas Saint-Lamberta. I znowuż powtarza się w życiu Jana Jakuba tak ulubiony mu tercet, tym razem w odmiennej postaci:

…niesłusznie mówię „miłość niepodzielana”; ukochana moja podzielała ją; miłość była równa z obu stron, mimo iż nie była wzajemna. Byliśmy pijani miłością oboje: ona dla swego kochanka, ja dla niej; westchnienia nasze, nasze rozkoszne łzy zlewały się razem. Byliśmy wzajem dla siebie parą tkliwych powierników, uczucia nasze były tak pokrewne, iż niepodobnym było, aby się nie schodziły poniekąd. Wszelako w samej pełni tego niebezpiecznego odurzenia ona nigdy nie zapomniała się ani na chwilę; ja zaś zaklinam się, przysięgam, iż jeżeli, oszaleniony niekiedy zmysłami, kusiłem się przywieść ją do niewierności, nigdy tego naprawdę nie pragnąłem…

18

Miłość ta, która dla jego partnerki była, zdaje się, kwestią próżnostki kobiecej i zapełnienia czasu, wciągnęła Jana Jakuba w sieć intryg i nieporozumień kobiecych i literackich, w następstwie których rozgoryczony, chory opuszcza Pustelnię. Osiada w Montmorency, żyje tam kilka lat spokojnie (1757–1762), aż do chwili gdy ogłosiwszy drukiem Umowę społeczną i Emila i uchodząc przed pościgiem władz, jaki nań ściągnęły te dzieła, chroni się do Szwajcarii. Opis tułaczki po ziemi helweckiej[27], która okazała się nader niegościnną dla swego wielkiego syna, zamyka drugą część Wyznań.

19

O ile pierwsza część, poświęcona wrażeniom i marzeniom młodości, mniej lub więcej upoetyzowanym, mogła się obejść bez szczególnego komentarza, o tyle ta druga, w której Jan Jakub wchodzi w styczność z życiem rzeczywistym, opisuje je zaś pod kątem stanowczo rozwijającej się w nim manii prześladowczej, wymaga kilku słów objaśnienia. Docieczenie prawdy w sprawach tyczących życia Russa i ujęcie ich w trafnym oświetleniu nie jest bynajmniej rzeczą łatwą. Proces pisarza, który on sam rozpoczął swoim samooskarżeniem i apologią zarazem, daleki jest od ukończenia. Mało jest artystów i myślicieli, których by sława — za życia i po śmierci — przechodziła takie falowania i wywoływała tak jaskrawe kontrowersje. Za życia, o ile Rousseau miał, to prawda, namiętnych wrogów (nie tylu i nie w tym stopniu jak sam mniema), o tyle miał i fanatycznych wielbicieli. Kult ten spotęgował się jeszcze w pierwszym okresie po śmierci pisarza, kiedy wiele jego idei czy szaleństw zaczęło się wcielać w czyn, a płomienna jego dialektyka stała się pierwowzorem republikańskiej wymowy. W miarę jednak jak z biegiem lat aktualność ideowa Russa zaczyna przechodzić do historii, a dzieło jego trwa nadal już w dziedzinie literatury, bierze górę, odnośnie do tego autora, coraz większa reakcja, oparta przede wszystkim na łatwo dającej się wyczuć żywiołowej antypatii.

20

Przyczyn do tego jest wiele. Po pierwsze, jego Wyznania. Obnażywszy się tak bezprzykładnie za całą ludzkość, Rousseau ponosi konsekwencję tego gestu, który mimo wszystkich zapewnień autora powabny ani sympatyczny nie jest. Po wtóre, typ jego umysłowości. Rousseau nie jest rasowym pisarzem francuskim: piśmiennictwo francuskie nie może się mimo wszystko powstrzymać nieraz od niechętnego żachnięcia wobec konieczności przyjęcia go w poczet swych najpierwszych luminarzy. Nie jest rasowym Francuzem nie tylko przez swe pochodzenie, przez swój szwajcarski protestantyzm, przez fanatyzm niezłagodzony owym wrodzonym sceptyzmem[28], którego miły uśmiech stanowi tak znamienną cechę francuskiej kultury, ale także przez absolutny brak smaku i tego, co nie da się wyrazić w innym języku, a co Francuz nazywa esprit[29]. Russa można było, w danym stanie dusz i umysłów, uwielbiać jako myśliciela, wyznawać jako proroka — niepodobna[30] go prawie lubić jako pisarza.

21

Dalej, jego legenda. Istnieją co prawda dwie legendy Jana Jakuba, biegnące w ciągu lat równolegle obok siebie lub też kolejno, na przemian, biorące górę. Jedna, która wyposaża „obywatela genewskiego” we wszystkie cnoty stoiczne[31], rzymskie i arkadyjskie[32]: to ta, która utrzymywała się wśród „maluczkich” i która służyła za kanwę panegirystom[33] jego z czasów rewolucji. Podstawę do drugiej legendy stanowią — można powiedzieć — wszystkie ujemne fakty, z których spowiada się z takim zapałem w Wyznaniach, ale zabarwione tak, jak się mogły przedstawiać chłodnemu i nieżyczliwemu spojrzeniu jego wrogów. Gorzej jeszcze! Utarło się przez długi czas w krytyce literackiej wierzyć słowom Russa wówczas, gdy się oskarża, uważać je za kłamstwo tam, gdzie się uniewinnia. Niemało przyczyniły się do tego tzw. Pamiętniki pani d'Épinay, ogłoszone drukiem z początkiem XIX wieku i przez długi czas brane w rachubę przez wybitnych nawet krytyków — między innymi Sainte-Beuve'a — jako poważny dokument odnośnie do biografii Russa[34]. W ogóle nie mogło ujść bezkarnie pamięci pośmiertnej Jana Jakuba to, iż za życia poróżnił się, można powiedzieć, ze wszystkim, co stanowiło elitę świata piśmienniczego i umysłowego Francji. Historia tych nieporozumień, u ich samego źródła, wypełnia znaczną część drugiej połowy Wyznań; akta tych zajść zbadane są przez krytykę literacką tak dokładnie chyba, jak w ogóle możebne[35]: każde słowo, każdy wiersz korespondencji przepatrzono, zestawiono i roztrząśnięto na wszystkie sposoby. Mimo to wyłaniają się wciąż nowe interpretacje; spór ten jest pod wieloma względami do dziś nierozjaśniony i jak sądzę, zawsze pozostanie ciemny, gdyż pobudki jego kryją się w nieprzeniknionych głębiach serca ludzkiego; a trudniejszym jeszcze do rozświetlenia czyni go ta okoliczność, iż w wydarzeniach tych splatają się czynniki doniosłe i wielkie z nieskończenie błahymi i małymi; walki idei mających świat odrodzić — obok światowych intryżek kobiecych lub jeszcze innych elementów, wręcz gminnych i niskich. W ogóle cała ta dziwna sprawa ma kilka planów i przekrojów; spróbuję je w paru słowach choć zaznaczyć.

22

Po pierwsze, stosunek Russa do tzw. „filozofów”. Stronnictwo „encyklopedystów”, zmuszone do walki na kilka frontów, stanowi w ówczesnym paryskim światku niby sektę niezmiernie solidarną, zazdrosną o swój wpływ, w najwyższym stopniu despotyczną, i — w zakresie swoich pojęć — pozbawioną tolerancji. Rousseau, w początkach luźno z nimi związany, jest dla nich zawsze człowiekiem niepewnym: instynktem czują w nim drzemiącą zagadkową siłę, a nie wiedzą, w którym kierunku się obróci[36]. Chcieliby mieć nań wpływ (dopóki Rousseau mieszkał w Paryżu, Diderot miał nań wpływ bardzo znaczny), trzymać go pod ręką; stąd owo niezadowolenie z emigracji Russa do Pustelni i dość dwuznaczne zabiegi celem ściągnięcia go z powrotem. Przy tym ten obieżyświat, ten samouk, ten muzykus, ten „chłystek” (jak stale nazywa Russa baron d'Holbach, amfitrion[37] Encyklopedii) posiada jakiś dziwny, niepojęty dar, iż wszystko, co czyni, pociąga ku niemu oczy wszystkich i połączone jest stale z niebywałym rozgłosem! Jest niby muzykiem; mozoli się nad jakimś utopijnym systemem nutowym; naraz wystrzela konkursową broszurą najeżoną paradoksami: zdobywa nagrodę Akademii, broszura jest rozchwytywana, stanowi wypadek dnia, uświetniony jeszcze szermierką dialektyczną z królem polskim. I znowuż, po tym pasowaniu na „filozofa”, zamiast użytecznie pracować w szeregach encyklopedystów, którzy gotowi są przyjąć go za swego, pisze operę: wystawiają ją na dworze, pani de Pompadour się zachwyca, król chce widzieć autora, dać mu pensję ze swej szkatuły — ten szaleniec ją odtrąca. Zaledwie zdobywszy znów ostrogi w muzyce francuskiej, występuje z pamfletem odmawiającym tejże francuskiej muzyce racji istnienia: znów hałas, wrzawa nie do opisania, powódź polemik, broszur. Więcej jeszcze: nowo kreowany filozof wprowadza swoje dzikie maksymy w czyn: dziwacznym przebraniem, trybem życia i diogenicznie gburowatymi odpowiedziami ściąga na swe poddasze cały wielki świat Paryża. Doprawdy, ten wieczny, wciąż niespodziewany Jan Jakub zaczyna być niecierpliwiący!

23

Z drugiej strony, światek kobiecy. Znanym jest zamiłowanie modnych pań do obłaskawiania genialnych „niedźwiedzi” (mon ours — tytuł powtarzający się często w listach świetnych przyjaciółek Jana Jakuba); to wdzięczne zadanie wzięła na siebie pani d'Épinay, robiąc zresztą na tym, odnośnie do swoich światowych i literackich aspiracji, znakomity interes[38]. I otóż ten prawdziwy niedźwiedź, ten niewdzięcznik, pomieszczony przez nią w zbudowanej dlań umyślnie Pustelni, ośmiela się zakochać — w kim innym! Ależ to policzek w oczach Europy! I w kim jeszcze? W znienawidzonej bratowej, w pani d'Houdetot! Wśród tego światka operuje Grimm, przybysz niemiecki, karierowicz, człowiek zdolny, niepospolitej wytrwałości i sprytu, chłodny i bezwzględny. Ten Grimm zna się na ludziach i wie, jak ich użyć: przyjaźń Diderota starczy mu na całe życie za kopalnię myśli i sądów krytycznych; Rousseau, skoro mu raz dopomógł dobrodusznie do wejścia w „piękny świat”, nie zda mu się już na nic, mógłby go jedynie zaćmiewać na terenie, na którym się wspólnie obracają. Wprowadzony przez Russa do domu pani d'Épinay, zostawszy jej kochankiem, Grimm nie ma ochoty znosić w jej pobliżu człowieka mającego prawa dawniejszej przyjaźni, a przerastającego go o ileż głów talentem i urokiem! Odtąd programem Grimma — świadomym czy instynktownym — będzie zatruć „pustelnikowi” życie na dworze pani domu tak, aby musiał opuścić swą pustelnię. To wszystko są motywy dość ludzkie i zrozumiałe, nie potrzeba szukać poza nimi „spisku”, w jaki później, z perspektywy momentu pisania Wyznań, Rousseau wierzył tak niezłomnie.

24

Istotnie, ciekawym jest, czytając Wyznania, patrzeć, jak w tej sieci, usnutej, może bez świadomej intencji działających osób, z tylu rozmaitych nitek, miota się biedny genialny niedźwiadek, pomiędzy dwuznaczną a wścibską przyjaźnią Diderota, chłodną zawiścią Grimma, draśniętą ambicją pani d'Épinay, głupotą Teresy, interesownością starej Levasseur, niefrasobliwą i nieodpowiedzialną zalotnością mondaine'y[39] na świeżym powietrzu, pani d'Houdetot! Jak śle na wszystkie strony epistoły[40], w których geniusz jego pisarski utrwala w nieśmiertelność błahostki przeważnie niewarte wzruszenia ramion! Aby zrozumieć stan psychiczny Russa w tej całej przygodzie, trzeba pamiętać (obok momentów uwydatnionych w Wyznaniach), że ten, do lat trzydziestu, „mały” pani de Warens był również — prawie od samych początków — zepsutym dzieckiem Paryża, przyzwyczajonym do bezgranicznej pobłażliwości; w ostatnich zaś czasach był bożyszczem wielkiego świata, obcałowywanym w zamian za swe grubiaństwa przez najwytworniejsze damy. Czytając Wyznania, w których Rousseau mówi aż do przesytu o różnych swoich fizycznych przypadłościach i dolegliwościach, jak również ciągle kładzie nacisk na swą ciężkość, niezręczność towarzyską itd., można by mieć wrażenie, jakoby stanowił zjawisko raczej odpychające. Tymczasem zarówno świadectwa współczesne, jak i sam fakt przyciągania do siebie coraz to nowych entuzjastów i przyjaciół, zwłaszcza wśród kobiet, każą wnosić, iż osoba Jana Jakuba musiała wywierać — zwłaszcza w początkach znajomości — ten sam potężny urok, który tak czarował w jego pismach.

25

Przeznaczeniem Russa było stać się na każdym polu odrodzicielem swej epoki. Podobnie jak otworzył oczy ludziom na naturę, tak samo przypomniał istnienie miłości temu światu, który przez nadużycie rozkoszy i dowcipu zatracił niemal jej pojęcie. Nowa Heloiza stała się uderzeniem różdżki w jałową opokę tych serc przeżytych i wyschłych; z tych podkreślonych barwiczką oczu trysnął strumień łez i piękne panie pozwoliły im płynąć swobodnie, zapomniawszy na chwilę o bruzdach, jakie znaczą w pokładzie różu i bielidła. Znowuż odwołam się do Listów panny de Lespinasse jako do wyrazu tej cudownej przemiany.

26

Notując to odrodzenie, które w konsekwencjach przerodziło się nieraz w bardzo podniosły idealizm, nie zapominajmy, iż źródłem, z którego ono wyszło, jest najpłomienniejsza zmysłowość, jaką zna literatura, i nic tylko zmysłowość; zmysłowość człowieka, którego całe życie było daremnym pragnieniem kobiety i u którego rozpędowe koło twórczości obracało się wyłącznie poruszane tym motorem. Oto znamienne w swojej szczerości wyznanie tego apostoła „powrotu do natury”.

Zresztą, szwaczki, pokojówki, panny sklepowe nie kusiły mnie wcale; trzeba mi było wykwintnych panien. Każdy ma swoje fantazje; moja była zawsze taka i nie godzę się bynajmniej z Horacym na tym punkcie. To, co mnie w tym pociąga wszelako, to wcale nie próżnostka pozycji społecznej i stanu; nie, to lepiej utrzymana płeć, ładniejsze ręce, wdzięczniejszy strój, polor[41] wykwintu i schludności w całej osobie, więcej smaku w sposobie bycia i wysławiania się, suknie z cieńszej materii i lepiej skrojone, zgrabniejszy trzewiczek, wstążki, koronki, lepiej utrefione włosy. Dałbym zawsze pierwszeństwo mniej ładnej, byleby miała to wszystko. Sam uważam to wyróżnienie za śmieszne, ale serce nie pyta mnie w tym o zdanie…

27

Zmysłom tego wyrafinowanego plebejusza potrzeba wielkich dam, od których dzieli go własna nieśmiałość i niezgrabstwo, dzielą zapory społeczne, towarzyskie: ergo[42], ustrój społeczeństwa jest zły, trzeba je przebudować lub zburzyć! Na razie zaś, zostawiając troskę o tę przebudowę przyszłym pokoleniom, schronić się w lesie i zmusić wielkie damy, aby przyszły go tam szukać; i to mu się udało.

28

A posłuchajmy tego ustępu, w którym kreśli „największą, jedyną” miłość swego życia: w bezwzględnej swojej szczerości Rousseau zdaje się nie przeczuwać nawet, aby miłość, poza dręczącym go wciąż problematem nasycenia zmysłów, miała jakąkolwiek inną stronę:

I niechaj nikt sobie nie wyobraża, że zmysły zostawiały mnie przy niej w spokoju, jak koło Teresy i mamusi. Powiedziałem już, tym razem była to miłość, i to miłość w całym jej napięciu i całym szaleństwie. Nie będę opisywał ani wzruszeń, ani drżenia, ani palpitacji, ani konwulsyjnych skurczów, ani omdleń serca, których doświadczałem nieustannie: można będzie sądzić o mym stanie z wrażenia, jakie sam jej obraz czynił na mnie. Wspomniałem, iż z Pustelni do Eaubonne był spory kawałek drogi; szedłem zazwyczaj przez wzgórza Andilly, które są urocze. Idąc, marzyłem o tej, którą miałem ujrzeć, o serdecznym powitaniu, jakie mi zgotuje, o pocałunku, który mnie czeka za przybyciem. Sam ten pocałunek, ten złowrogi pocałunek, zanim go nawet otrzymałem, rozpalał mi krew do tego stopnia, iż w głowie mi się mąciło, ćmiło w oczach, drżące kolana nie mogły mnie utrzymać; byłem zmuszony zatrzymać się, usiąść; cały organizm znajdował się w niepojętym bezładzie; bliski byłem omdlenia.

29

Czytając drugą część Wyznań, a zwłaszcza jej epizod z Pustelni, o wielu jeszcze rzeczach trzeba by pamiętać, aby w należytym świetle zrozumieć ton tych korespondencji, tych ciągłych deklamacji o cnocie, przyjaźni etc. Warunki epoki, w której toczą się owe wypadki, były bardzo różne od tych, w których my żyjemy. „Przyjaźń”, „przyjaciel”, te słowa miały w XVIII wieku inną wagę niż ta, którą przyznajemy im dzisiaj, gdy nowożytne warunki istnienia zapewniają każdemu obywatelowi bodaj minimum uregulowanej egzystencji, opartej przede wszystkim na sobie samym, na prawie i na instytucjach. Jeżeli mimo wszystko i dziś tzw. stosunki tak znaczną odgrywają rolę, cóż dopiero było w epoce, gdzie wszystko stało[43] dowolnością i względami osobistymi? W społeczeństwie przy tym tak towarzyskim jak francuskie, paryskie raczej, człowiek ważył tylko tyle, ilu i jakich miał przyjaciół: bez tego wszystkie drogi miał zamknięte lub w najwyższym stopniu utrudnione; co więcej, jeśli bodaj trochę szedł na przebój lub miał sposobność się narazić, każdy go mógł pozbawić czci, mienia i wolności[44] Stąd strata przyjaciół, osamotnienie równało się niemal śmierci cywilnej. Dlatego może tyle i tak ustawicznie słyszy się wówczas o przyjaźni; niezależnie od pobudek sercowych każdy, zwłaszcza wśród świata literackiego, robi przegląd swoich „przyjaciół” z takim uczuciem, z jakim dziś przegląda się w kasie ogniotrwałej pewne walory i police[45] asekuracyjne.

30

Toż samo owo nieustanne moralizowanie, te deklamacje o cnocie, zasadach, jakich pełne jest ówczesne piśmiennictwo, trzeba brać również z perspektywy epoki. Filozofia XVIII wieku podkopywała zdecydowanie kryteria moralne religii; o ile tedy nie zamierzała zepchnąć ludzkości do poziomu bydląt, poczuwała się do obowiązku stworzenia nowych, własnych kryteriów. To świeżo na własny użytek stwarzane „świeckie sumienie” musiało być z natury rzeczy drażliwsze i bardziej agresywne. Podczas gdy człowiek oparty o tradycje religijne (choćby tylko formalnie) zniesie doskonale w swoim postępowaniu, nawet nie zastanawiając się nad tym, uczynki będące w jaskrawej sprzeczności z wszelką elementarną etyką, „filozof”, będący sam dla siebie trybunałem etycznym i zmuszony samoistnie rozwiązywać każdą kwestię, ciągle znajduje się pod wysokim ciśnieniem moralnym. Jeżeli mu to nie przeszkadza czynić źle, zmusza go co najmniej do stworzenia w każdym dotyczącym wypadku odpowiedniej ad hoc[46] frazeologii.

31

Jako przykład w tej mierze może służyć sposób, w jaki Rousseau odnosi się w Wyznaniach do sprawy niezmiernie tutaj ważnej, do postąpienia z własnymi dziećmi.

32

Była to paląca kwestia jego życia; kwestia stanowiąca tak namacalną sprzeczność z jego dziełem i grożąca taką plamą na jego pamięci, iż być może dla jej poruszenia podjął on w ogóle spisanie swych zwierzeń. Nie jest bowiem prawdą, jakoby tajemnice te zdradził z własnego popędu; był to niewątpliwie fakt szeroko znany, który wrogowie wygrywali przeciw niemu (Sentiments des citoyens), i jeśli pisze o nim, to dla oświetlenia go na swój sposób. Kto wie, jeżeli Rousseau tak wydobywa na jaw wszystkie swoje błędy, niegodne nieraz wspomnienia, jeżeli z taką emfazą obwinia się, jako o „największą zbrodnię swego życia”, o głupią historię ze skradzionym kawałkiem wstążki (Część pierwsza), kto wie, czy to wszystko, u tego pierwszorzędnego znawcy psychologii czytelników, nie ma instynktownie na celu przygotowania tła i nastroju, w którym by owo jego naprawdę ciężkie wyznanie dało się przemycić. Niechaj czytelnik zważy dokładnie wszystkie ustępy, gdzie Rousseau mówi o pobudkach swej decyzji: cóż za sofistyka[47] w przedstawieniu sprawy! Ile sposobów usprawiedliwienia, z których jeden stoi w sprzeczności z drugim!

33

Istotnie, mimo całego mistrzostwa Jana Jakuba w szermowaniu paradoksem, tych pięcioro dzieci, konsekwentnie i z lekkim sercem zaprzepaszczonych w domu podrzutków, to fakt niełatwy do przełknięcia dla tego samozwańczego nauczyciela „cnoty”, dla autora Emila, w którym narzuca się światu jako prawodawca wychowania, dla apostoła macierzyństwa, który wymową swą sprawił, iż piękne panie każą przynosić sobie niemowlęta do loży Opery, aby je tam karmić publicznie. Ciekawy to przyczynek do problemu, do jakiego stopnia u Russa linia talentu pociągnęła za sobą linię życia[48] i podniosła go na wyżyny, do których charakter jego i poziom moralny zupełnie był nieprzygotowany. „To karzeł na szczudłach” — powiada o nim w chwili podrażnienia pani d'Épinay; mimo to w tym powiedzeniu jest tylko część prawdy, i może nie najistotniejsza — reszta kryje się w przepastnych mrokach istoty twórczości i geniuszu..

34

Wydarzenia, które spowodowały rozstanie się Jana Jakuba z Pustelnią, wywarły niezmiernie doniosły a opłakany wpływ na dalsze życie pisarza. Postradał od jednego zamachu wszystko, co mu było drogie; sam chory, odcięty od ludzi, przeczuwał — i wiedział zresztą z doniesień uczynnych bajczarzy — że zatarg jego, komentowany najnieprzychylniej, jest legendą całego Paryża, że krążą tam z rąk do rąk własne jego listy nieopatrznie pisane w chwili podniecenia, list Diderota do Grimma, kreślący w strasznych barwach wrażenia ostatniej bytności „filozofa” w Pustelni etc. Można przypuszczać, że i Rousseau nie odmawiał sobie satysfakcji oświetlenia po swojemu aktów sprawy; miał po temu sposobność tym bardziej, ile że niebawem osamotnienie jego zmieniło się w otoczenie świetniejsze, niż kiedykolwiek mógł zamarzyć. Serdeczna przyjaźń i opieka, jaką otoczyli go marszałkostwo de Luxembourg, a za ich pośrednictwem hrabina de Boufflers, książę Conti, sam kwiat dworskiego towarzystwa, musiała być dla pani d'Épinay i jej koterii niemiłą niespodzianką. Znając drażliwość i pobudliwość wyobraźni Russa, znając jego skłonność do wynurzeń, nie mogli mieć złudzeń, aby ich nadto oszczędzał. Jeszcze bardziej niepokojąco musiał podziałać zamiar spisania pamiętników, który to zamiar musiał wcześnie już dojść do ich uszu, choćby ze wzmianki w liście Russa do Duclosa. O ile tedy wypadki w Pustelni, w których Rousseau, patrząc z późniejszej perspektywy, dopatrywał się tajemniczego „spisku”, były, jak się zdaje, po prostu szeregiem nieporozumień, których główne źródło tkwiło w pospolitych antypatiach literackich i zazdrostkach kobiecych, a przede wszystkim w stanie nerwowym samego pisarza, o tyle po zerwaniu tak pani d'Épinay, jak i grupa „filozofów” nieustannie, w obawie o własną skórę, obserwują Jana Jakuba, starają się wszędzie zneutralizować jego wpływ, odwrócić odeń ucho i wiarę ludzi z nim sympatyzujących — słowem, obwarować się przed jego niebezpieczną urazą. A trzeba pamiętać, że jak już zaznaczyłem, koteria, której Rousseau się naraził, składała się z najbardziej wybitnych, ruchliwych i solidarnie trzymających się ludzi, których wpływy sięgały daleko poza granice Francji[49] Rousseau czuje to. Czuje, że gdziekolwiek się ruszy, niewidzialna ręka stara się odwrócić odeń sympatie, stara się go pomniejszyć i okryć śmiesznością. Widzi zapewne więcej, niż było w istocie: widzi celową intrygę wrogów w wypadkach, które w znacznej części były naturalnym następstwem jego śmiałych i nowatorskich wystąpień[50]. Wygnanie jego po Emilu, tułaczka po Szwajcarii, orgia pamfletów i oszczerstw jakie mu w niej towarzyszą, wreszcie epizod „kamienowania” w Motiers — mniej groźny zresztą, jak się zdaje, w rzeczywistości, niż go przedstawia wyważona z trybów wyobraźnia pisarza — wszystko to stanowczo mąci jego umysł, zmieniając wrodzoną podejrzliwość w kliniczną już manię prześladowczą z szeregiem towarzyszących objawów, jak halucynacje słuchowe etc.

35

W którymś z listów swoich w tej sprawie Diderot pisze: „Gdyby Jan Jakub miał mieć słuszność, zbyt wielu uczciwych ludzi znalazłoby się pod pręgierzem”. W istocie. Toteż w odnoszeniu się francuskiej krytyki literackiej do tej zawiłej sprawy czuć wyraźną niechęć do wyciągnięcia konsekwencji, które by przyznawały słuszność niektórym bodaj domysłom i podejrzeniom Russa, zwłaszcza co się tyczy Diderota. W zakłopotaniu swoim i trudności pogodzenia niektórych faktów znalazła sobie taż krytyka innego kozła ofiarnego: Teresę Levasseur. Trzeba przyznać, że już co biedna Teresa „prasę” ma fatalną. „Panna Levasseur była nieokrzesana, głupia, zazdrosna, obmowna, zgryźliwa, kłótliwa, podejrzliwa, swarliwa, sprzeczna, kłamliwa, i opanowana przez rodzinę, która była gniazdem hultajów. Wszyscy współcześni Russa zgodni są na tym punkcie”[51]. Oto próbka tonu, w jakim odnoszą się do niej biografowie pisarza, w szczególności nowoczesna krytyka. We wszystkim, co jest niejasnego w zatargach Russa z otoczeniem, mówi się: Teresa. Teresa podsycała, przez głupotę i zawiść, jego chorobliwą podejrzliwość, Teresa poróżniła go z przyjaciółmi, Teresa całe życie otwierała jego listy (jeden z ważnych punktów w urojeniach Russa), Teresa wmawiała weń wszędzie, gdzie jej się pobyt dłużył, że otoczenie i ludność dybie na bezpieczeństwo Jana Jakuba. Teresa zdenuncjowała go przed Saint-Lambertem, obciążając równocześnie przed nim samym panią d'Épinay fałszywymi zeznaniami; Teresa wreszcie powtarzała mu kredensowe plotki odnośnie do owego słynnego wyjazdu do Genewy, stając się tym samym bezpośrednią przyczyną dramaciku w Pustelni. Niechże i tak będzie. Tyle jest pewne, że Teresa, jako niepiśmienna, najwierniej uniosła swą tajemnicę do grobu.

36

Kto w stosunku do Jana Jakuba odegrał wprost szpetną rolę, to Wolter, najmniej przez Russa, mimo jego podejrzliwości, o to podejrzewany. Jeżeli chodzi o okres — jedyny w życiu pisarza, kiedy cierpiał istotne prześladowanie — okres tułaczki po Szwajcarii — to niewątpliwie Wolter umaczał w niejednym ręce; a miał je długie, i przez wpływ swej olbrzymiej korespondencji ze wszystkim niemal, co było możnego i oświeconego w Europie, i przez ulotne, jadowite i potwarcze pamflety[52], jakich w tej sprawie nie wahał się bezimiennie wypuszczać. Najohydniejsze pisma (jak np. Sentiments des citoyens, Lettre au docteur Pansophe), o które Rousseau pomawiał zupełnie kogo innego, pochodziły — jak dziś niewątpliwie stwierdzonym zostało — z „fabryki” Wolterowskiej. W cynizmie swoim Wolter nie wzdragał się przybrać maski świętoszka, aby domagać się wręcz gardła pisarza, który targnął się na — dogmaty religii! Dla Woltera był Rousseau zawsze owym „chłystkiem”, który ośmielił się podzielić z nim zachwyt i podziw Francji i Europy; co więcej, odważył się go zaczepić (niewinnie, co prawda, i z większą emfazą niż dokuczliwością) w tym, co stanowiło największą pasję jego życia, tj. teatr[53]. Jakaż kara byłaby za wielką dla takiego zuchwalca!

37

Pozostaje mi w kilku słowach skreślić koleje Russa od chwili, gdy urywa się wątek jego Wyznań. Opuściwszy wysepkę Saint-Pierre, udał się do Strasburga, gdzie, przyjęty nader życzliwie, pozostał przez jakiś czas, zastanawiając się nad wyborem schronienia. Wahał się głównie między Berlinem, gdzie byłby go rad widział Fryderyk II, a Anglią. Od kilku już lat znakomity filozof i historyk angielski, Dawid Hume, gorący wielbiciel Russa, starał się przez kobiety, których był bożyszczem, ściągnąć wygnańca do Anglii, ofiarując mu swoje mieszkanie. W tym duchu nakłaniała Russa pani de Boufflers już wówczas, gdy opuszczał Francję. Zgodził się wreszcie i przejechawszy przez Paryż, gdzie zatrzymał się w dawnym monastyrze Temple, rezydencji księcia Conti, miejscu, które odwieczna tradycja czyniła wolnym od pościgu prawa, przybył w styczniu 1766 do Londynu. Zamieszkał w zameczku Wooton, należącym do pana Davenport, przyjaciela Hume'a; stosunki między oboma filozofami zaczęły się jak najpomyślniej. Niebawem jednak usposobienie Russa odmieniło się fatalnie. Dzienniki angielskie pozwoliły sobie na parę złośliwych konceptów pod jego adresem; obiegał między publicznością sfingowany list, jakoby Fryderyka II do Russa[54], ośmieszający niezbyt dotkliwie tego ostatniego; równocześnie szaleją dalej inwektywy w Szwajcarii; pojawia się jadowity pamflet Woltera List do doktora Panzofa. Do tego Teresa Levasseur, która nudząc się, nie znając języka, nie umiejąc sobie wytworzyć modus vivendi[55] ze służbą w zameczku (właściciele byli nieobecni), starała się uprzedzić Russa jak najgorzej do pobytu w Anglii. Nieszczęśliwy pisarz, w straszliwym stanie duchowym, drażniony, judzony ze wszystkich stron, zaczynający wówczas już ulegać halucynacjom słuchu, począł roić sobie całą sieć intryg, których twórcą miał być przede wszystkim Hume. Dnia 1 maja 1767 ucieka potajemnie z Wooton, oskarżając głośno Hume'a o zdradę, rozsyła na wszystkie strony listy zupełnie już szalone, przemawia na ulicach Doowru do ludu. Przeprawiwszy się do Francji, znajduje kolejno schronienie w zamku margrabiego de Mirabeau (ojca przyszłego trybuna), w Trye u księcia Conti i wielu jeszcze innych siedzibach, wszędzie nieufny, wciąż zmieniając miejsce pobytu. W ciągu tych to wędrówek kończy swoje Wyznania, zaczęte w Anglii; w tym czasie zaślubia również długoletnią towarzyszkę, Teresę Levasseur. Wreszcie w roku 1770 wraca do Paryża, gdzie mimo dawnego dekretu będącego wciąż w mocy władze patrzą przez palce na jego pobyt i nie niepokoją go. Znalazłszy schronienie w Paryżu, uspokoił się nieco; zajął skromne mieszkanko przy ul. Platrière, dziś noszącej jego imię, wrócił do zajęć kopisty, herboryzował[56], stał się łagodny, prosty, życzliwy. Po śmierci pisarza żona jego, Teresa, rzekła naiwnie do pana de Girardin: „Jeżeli mój mąż nie jest świętym, to któż nim będzie?”. Mimo to urojenia prześladowcze nie opuściły pisarza, ciągle widział sprzysiężenie zwrócone przeciw sobie. To skłoniło go, iż w zimie 1770–1771 odczytał w domu hrabiego Egmont przed wybranym kołem swoje Wyznania, w których postanowił się oczyścić przed potomnością z możliwych potwarzy. Czytanie wedle współczesnego świadectwa trwało siedemnaście godzin; jedyną przerwę w nim stanowiły „dwa krótkie posiłki oraz westchnienia i łzy obecnych”. Niebawem po tym seansie nastąpiło drugie czytanie w obecności hrabstwa d'Egmont oraz kilku również wysoko postawionych osobistości. Lektury te wywołały popłoch (zupełnie usprawiedliwiony) wśród osób, którymi zajmuje się druga część Wyznań; za staraniem pani d'Épinay policja wystosowała do Russa uprzejmą prośbę, aby zaprzestał dalszego odczytywania drażliwej książki. To utwierdziło Russa tym bardziej w przekonaniu o wielkim spisku: spisek ten kojarzył rzekomo przeciw niemu wszystko, co było wybitnego we Francji, na czele jego zaś stał minister książę de Choiseul! W owym czasie Francja zagarnęła pod swoje berło Korsykę, której obywatele zwrócili się niedawno do Jana Jakuba z prośbą o nakreślenie projektu konstytucji: oczywiście, w pojęciu Russa Francja zajęła wysepkę z umysłu[57], aby pisarza pozbawić tego lauru. Gdyby (twierdził) Choiseul obrócił na dobro kraju połowę tych pieniędzy, które wydawał na zaspokojenie swej nienawiści dla Russa, byłby jednym z największych ministrów Francji. Chorobliwe urojenia swoje złożył Rousseau w ostatnich swych utworach (Dialogi pt. Rousseau sędzią Jana Jakuba), zdradzających, obok genialnych przebłysków, głęboko już posunięty rozkład władz umysłowych. Umiera nagle, w roku 1778, tknięty udarem mózgowym w czasie pobytu na wsi w Ermenonville, posiadłości hrabiego de Girardin. W roku 1791 dekret Konstytuanty[58] uchwalił przeniesienie jego zwłok do Panteonu[59]. Teresa Rousseau wkrótce po śmierci Jana Jakuba zaślubiła, blisko w sześćdziesiątym roku życia, jakiegoś lokaja czy masztalerza.

38

Wyznania ukazały się drukiem już w kilka lat po śmierci pisarza. Pierwsze wrażenie było oczywiście wrażeniem światowego skandalu: większość osób żyła jeszcze (nawet obcesowa pani de Larnage z pierwszej części Wyznań żyła jako wiekowa matrona w swoim zameczku). Stopniowo ta strona zachodziła w cień (zwłaszcza iż niemal równocześnie rewolucja zmiotła z powierzchni cały ten dawny światek), ale osobliwa ta książka została i poczęła wnikać w literaturę, tworząc w niej potężny zaczyn, którego działanie sięga aż do naszych czasów. Przedstawiając niedawno publiczności arcydzieło poezji Villona[60], miałem sposobność zwrócić uwagę na to, jak bardzo ta poezja uczuć, wrażeń, przeżyć osobistych, czerpiąca wprost z serca poety wyłączne źródło natchnienia, przepada, kryje się na kilka wieków pod ziemią. Miejsce jej zajmuje dążenie do możliwie doskonałej obiektywizacji. Oczywiście, że gdy Corneille kreśli swego Cyda, a Racine Fedrę, biorą oni swe kreacje w całej pełni z siebie[61]; ale forma, w jakiej oddają siebie samych, nakłada hamulec wszelkiemu rozpętaniu egotyzmu. W XVIII wieku literatura piękna, stając się w znacznej mierze zabawą dobrego towarzystwa, dalej jeszcze posuwa wstydliwość własnych uczuć i ograniczenie ich konwencją. Stopniowo, odcięta od swych żywych źródeł, wysusza się i karłowacieje, staje się igraszką mózgową: powszechny, entuzjastyczny kult Woltera jako poety daje tego wystarczającą miarę. Wówczas zjawia się człowiek, który blisko do czterdziestego roku życia wychował się poza wszelkim społeczeństwem, który każdą elementarną myśl, każde uczucie — zamiast otrzymać je gotowe w paryskiej kawiarni lub salonie — zdobywał sobie w mozole i cierpieniu; który wszystkie przedmioty będące dla innych literackim tematem dialektycznym bierze, z naiwnością dzikiego, na serio. Trudno dziś wprost określić, trudno nawet samemu sobie zdać sprawę, do jakiego stopnia wszystko to, co wnosił Rousseau w ówczesne społeczeństwo, było nowe i płodne: nie zawsze przez nowość myśli, ale przez stosunek tych myśli do niego samego. Niech wystarczy jeden przykład: czytając opis przygody z Zuliettą, gdy Rousseau, ogarnięty płomieniem żądzy, nagle zalewa się łzami pod wpływem refleksji nad losem pięknej kurtyzany, niejeden czytelnik minął zapewne ten ustęp, nie zwracając nań uwagi: tyle razy się już spotykało wylewy liryczne tego rodzaju, dziś niemal już banalne!

Wszedłem do alkowy kurtyzany jak do sanktuarium miłości i piękności; zdawało mi się, że ich bóstwo widzę w jej osobie. Nigdy nie byłbym uwierzył, iż bez szacunku i czci można doznawać czegoś podobnego jak to, co ona budziła we mnie. Zaledwie w momentach pierwszych zbliżeń poznałem siłę jej uroków i pieszczot, natychmiast, z obawy, iż zawczasu stracę ich owoc, chciałem najspieszniej je uszczknąć. Nagle w miejsce płomieni, które mnie pożerały, uczułem śmiertelny chłód w żyłach; nogi uginały się pode mną i bliski omdlenia usiadłem, tonąc we łzach jak dziecko.

Kto mógłby odgadnąć przyczynę łez i myśli, które przebiegały mi przez głowę w tej chwili? Mówiłem sobie: „Ta istota, którą mam w swej mocy, jest arcydziełem natury i miłości; duch, ciało, wszystko jest doskonałe; jest równie dobra i szlachetna, jak powabna i miła; magnaci, książęta, powinni by być jej niewolnikami, berła powinny by się chylić do jej stóp. I oto jako nędzna ulicznica wydana jest na żer pospólstwu; kapitan kupieckiego okrętu rozrządza nią do woli; rzuca mi się na szyję, mnie, o którym wie, że nie mam nic, mnie, którego wartość, niedostępna jej ocenie, musi być w jej oczach żadna”.

39

Otóż ten ustęp, w którym mieści się niemal cały Rolla Musseta i tyle innych „nastrojów”, w istocie już banalnych, był dla współczesnych czymś tak nowym, tak niezrozumiałym, iż La Harpe cytuje go wręcz jako pozytywny dowód obłędu pisarza! Punkt po punkcie można by tak przechodzić twórczość Russa i stosunek jej do literatury współczesnej oraz tej, która po niej wyrosła. Trzeba przyjąć za pewnik, że jeżeli mało rodzi się ludzi samoistnie myślących, ludzi czujących samoistnie – mimo iż czucie zdawałoby się rzeczą na wskroś osobistą — rodzi się jeszcze mniej. Rzadka jednostka, obdarzona samorodnym geniuszem czucia i potęgą wibracji, całym pokoleniom sugeruje (lub może tylko w nich wyzwala?) swój stan psychiczny, na którym wtórne (nieraz zresztą bardzo bogate) ustroje duchowe snują swoje wariacje. Pod tym względem ze wszystkich dzieł Russa — nie wyłączając może nawet Nowej HeloizyWyznania wywarły wpływ największy. Czy to wylewy romantyzmu (i całej zresztą współczesnej poezji), uderzające w ton spowiedzi lirycznej, nieznanej od czasu Villona; czy te stosy autobiografii, objaśniających dla potomności duchową organizację własnej istoty; czy wreszcie autoanaliza psychologiczna — słowem połowa niemal literatury XIX wieku, żeglującej pod flagą olbrzymiego, bezwstydnego JA, wyszła z tej oto książki. Mimo to sposób, w jaki Rousseau pojął i wykonał swą spowiedź, sprawia, iż nic nie zatarło dotąd prawdy słów, jakimi ją rozpoczyna: „Imam się przedsięwzięcia, które dotychczas nie miało przykładu i nie będzie miało naśladowcy”.

40

Wyznania Russa to jedna z tych bolesnych książek, w których — jak w Wielkim Testamencie Villona, jak w Listach panny de Lespinasse — mamy uczucie, iż kładziemy rękę wprost na bijącym, chorym sercu ludzkim; uczucie tutaj tym bardziej przejmujące, iż serce to biło w człowieku, który jak mało kto inny zaważył na biegu myśli, uczuć i dziejów wielkiej epoki ludzkości.

41

Boy.

Kraków 1914–1917 r.

Tom pierwszy

Księga I

42

(1712–1719)[62]. Imam[63] się przedsięwzięcia, które dotychczas nie miało przykładu i nie będzie miało naśladowcy. Chcę pokazać moim bliźnim człowieka w całej prawdzie jego natury; a tym człowiekiem będę ja.

43

Ja sam. Czuję moje serce i znam ludzi. Nie jestem podobny do żadnego z tych, których widziałem; śmiem wierzyć, iż nie jestem podobny do żadnego z istniejących. Jeśli nie lepszy, w każdym razie jestem inny. Czy natura uczyniła źle, czy dobrze, niszcząc formę, w której mnie odlała, o tym wolno będzie sądzić dopiero po przeczytaniu tych kartek.

44

Niechaj trąba ostatecznego sądu zabrzmi, kiedy przyjdzie godzina: przybędę z tą książką w ręku stanąć przed obliczem Najwyższego Sędziego. Powiem głośno: oto co czyniłem, co myślałem, czym byłem. Wyznałem dobre i złe równie szczerze. Nie przemilczałem nic złego, nie dodałem nic dobrego; a jeśli zdarzyło mi się uciec do czczej ozdoby, to jedynie wówczas, gdy trzeba było wypełnić lukę ułomnej pamięci. Mogłem wziąć za prawdę to, o czym wiedziałem, że mogło być prawdą; nigdy tego, o czym wiedziałem, iż było fałszem. Pokazałem się takim, jakim jestem: godnym pogardy i szpetnym, kiedy nim byłem; dobrym, szlachetnym, wzniosłym, kiedy nim byłem: odsłoniłem moje wnętrze takim, jakim tyś je widział sam, Najwyższy Sędzio. Zgromadź dokoła mnie nieprzeliczoną liczbę moich bliźnich; niech słuchają mej spowiedzi, niech litują się mych nieprawości, niech się rumienią za me niedole. Niech każdy z nich kolejno odsłoni serce u stóp twego tronu z równą szczerością; a potem niechaj jeden jedyny powie ci, jeśli będzie miał czoło[64]: „Byłem lepszy od tego człowieka”.

45

Urodziłem się w Genewie w r. 1712, z Izaaka Rousseau[65], obywatela[66], i Zuzanny Bernard, obywatelki. Ojciec mój, którego ojcowizna wskutek podziału między piętnaścioro rodzeństwa równa była niemal zeru, musiał szukać środków do życia w zawodzie zegarmistrza, w którym istotnie był bardzo biegły. Matka, córka pastora Bernard, była bogatsza od niego: miała urodę i cnotę. Nie bez trudności przyszło ojcu otrzymać jej rękę. Miłość ich zaczęła się niemal z życiem: mając osiem czy dziewięć lat przechadzali się co wieczór wspólnie po wybrzeżu Treille[67], jako dziesięciolatki stanowili nierozłączną parę. Sympatia, porozumienie dusz wzmocniły w nich jeszcze uczucie zrodzone z przyzwyczajenia. Los, który sprzeciwiał się poniekąd ich miłości, spotęgował ją tylko. Młody kochanek, nie mogąc otrzymać bogdanki[68], usychał z rozpaczy; poradziła mu udać się w podróż, aby szukać zapomnienia. Zwędrowawszy świat bez skutku, wrócił tym bardziej rozkochany. Zastał swą ulubioną tkliwą i wierną jak wprzódy. Po tej próbie nie pozostało im nic, jak kochać się całe życie; przysięgli to sobie i niebo pobłogosławiło ich ślubom.

46

Gabriel Bernard, brat mojej matki, zakochał się w jednej z sióstr ojca; zgodziła się zań wyjść jedynie pod warunkiem, że brat jej poślubi jego siostrę. Miłość usunęła wszystkie zapory i oba związki skojarzyły się jednego dnia. W ten sposób wuj mój był mężem mej ciotki, a dzieci ich mym stryjeczno-ciotecznym rodzeństwem. Urodziło się z końcem roku po jednym w każdym domu, po czym trzeba było się rozłączyć.

47

Wuj Bernard był inżynierem wojskowym; pociągnął do cesarstwa i do Węgier służyć pod księciem Eugeniuszem[69]. Ojciec, po urodzeniu mego jedynego brata, udał się do Konstantynopola, dokąd go powołano: został zegarmistrzem seraju[70]. Podczas jego nieobecności piękność matki, jej dowcip i talenty znęciły wielbicieli. Pan de la Closure, poseł francuski, był jednym z najgorliwszych. Można wnosić, iż uczucie jego było gorące, skoro po upływie trzydziestu lat, mówiąc o niej, nie mógł ukryć wzruszenia. Matka miała ku obronie więcej niż samą cnotę: kochała czule męża. Napisała do niego, aby wrócił: rzucił wszystko i pośpieszył na wezwanie. Ja byłem smutnym owocem tego powrotu. W dziesięć miesięcy potem przyszedłem na świat, wątły i chory. ŻałobaUrodzenie moje kosztowało matkę życie i stało się pierwszym z mych nieszczęść.

48

Nie wiem, jak ojciec przeniósł[71] tę stratę, ale to wiem, że nie pocieszył się po niej nigdy. Patrząc na mnie, odnajdywał we mnie matkę, nie mogąc z drugiej strony zapomnieć, że to ja mu ją zabrałem; ilekroć mnie brał w ramiona, czułem, po jego westchnieniach, po konwulsyjnym uścisku, że gorzki żal wplata się w jego pieszczoty: tym czulsze były wszelako! Kiedy mówił: „Chodź, dziecko, pomówimy o matce”, odpowiadałem: „Ach, ojcze, znowu będziemy płakać!”. I te słowa już wystarczały, aby go pobudzić do łez. „Ach! — powiadał, wzdychając — oddaj mi ją, pociesz mnie po niej, zapełnij pustkę, jaką zostawiła w mej duszy. Czyżbym cię kochał tyle, gdybyś był tylko moim synem?” W czterdzieści lat po jej stracie umarł w ramionach drugiej żony, ale z imieniem pierwszej na ustach i z jej obrazem w sercu.

49

Tacy byli twórcy moich dni. Ze wszystkich darów, jakich użyczyło im niebo, przekazali mi tylko jeden, to jest tkliwe serce; ale to, co dla nich było szczęściem, stało się źródłem wszystkich nieszczęść mego życia.

50

Urodziłem się na wpół umarły; niewiele było nadziei utrzymania mnie przy życiu. Przyniosłem na świat zaród dolegliwości, która wzmogła się z latami[72] i która teraz daje mi niekiedy folgę[73] jedynie po to, aby mi kazać cierpieć jeszcze okrutniej, choć w odmienny sposób. Siostra ojca, miła i zacna dziewczyna, otoczyła mnie opieką tak tkliwą, że mnie uratowała. W chwili gdy piszę te słowa, żyje jeszcze i pielęgnuje, mając osiemdziesiąt lat, męża młodszego od niej, ale zniszczonego trunkiem. Droga ciotko, przebaczam ci, że utrzymałaś mnie przy życiu, i boleję, iż nie mogę na schyłku twoich dni oddać ci tkliwych starań, którymi otoczyłaś mnie w niemowlęctwie. Żyje także piastunka Joanna, czerstwa do dziś i zdrowa. Ręce, które mi otworzyły oczy przy urodzeniu, będą mi je mogły zamknąć.

51

Zacząłem wcześniej czuć niż myśleć — to wspólna dola ludzkości. Doświadczyłem jej bardziej niż ktokolwiek. Nie wiem, com robił do pięciu lub sześciu lat. Książka, DzieciństwoNie wiem, jak nauczyłem się czytać; pamiętam jedynie chwile pierwszych czytań i wrażenia, które im zawdzięczam; od tego czasu towarzyszy mi już nieprzerwanie świadomość. Po matce zostały jakieś powieści; zaczęliśmy je z ojcem czytywać wspólnie po wieczerzy. Zrazu chodziło o to, aby mnie zaprawić w czytaniu przy pomocy zajmujących książek; ale niebawem przykuły nas do tego stopnia, iż czytaliśmy kolejno, bez przerwy, i spędzali na tym całe noce. Nie byliśmy w stanie oderwać się przed skończeniem tomu. Niekiedy ojciec, słysząc ranne jaskółki, powiadał zawstydzony: „Kładźmy się spać; większy ze mnie dzieciak od ciebie”.

52

Dzięki tej niebezpiecznej metodzie, posiadłem, w krótkim czasie, nie tylko nadzwyczajną łatwość czytania i rozumienia, ale także niezwykłą na mój wiek inteligencję uczuć. Nie miałem najmniejszego pojęcia o rzeczach, kiedy wszystkie uczucia były mi znajome. Nic nie pojmowałem jeszcze, a wszystko już czułem. Te mgliste wzruszenia nie zamąciły mi rozumu, którego jeszcze nie miałem, ale stworzyły we mnie rozum jakiś odmienny, innego rodzaju, i dały mi o życiu ludzkim dziwaczne i romantyczne pojęcia, z których doświadczenie i refleksja nigdy mnie nie zdołały zupełnie wyleczyć.

53

(1719–1723). Powieści skończyły się z latem roku 1719. Następnej zimy przyszło co innego. Wyczerpawszy bibliotekę matki, sięgnęliśmy do książek, które zostały nam po jej ojcu. Szczęściem znalazło się między nimi wiele dzieł wartościowych: nie mogło być inaczej w bibliotece pastora, to prawda, i uczonego nawet, było to bowiem podówczas w modzie, ale człowieka światłego i z dobrym smakiem. Historia Kościoła i Cesarstwa przez Le Sueura; Rozprawy Bossueta o historii powszechnej; Znakomici mężowie Plutarcha; Historia Wenecji Naniego; Metamorfozy Owidiusza; La Bruyere; Światy Fontenelle'a; tegoż Rozmowy umarłych i parę tomów Moliera przewędrowały do pracowni ojca, gdzie mu je czytywałem, gdy pracował. Nabrałem do tych dzieł szczególnego i niezwykłego w tym wieku upodobania. Książka, DzieciństwoPlutarch zwłaszcza stał się mą ulubioną lekturą. Rozkosz, jaką znajdywałem w odczytywaniu go bez przerwy, wyleczyła mnie nieco z romansów; wkrótce Agesilaus, Brutus i Arystydes[74] stali mi się milsi od Orondata, Artamena i Juby[75]. W tym szale czytania, w rozmowach, jakie toczyliśmy z ojcem, wytworzył się we mnie ów wolny i republikański duch, ów charakter nieokiełzany i hardy, czuły na jarzmo i niewolę, który mnie dręczył przez całe życie w sytuacjach najmniej sposobnych. Nieustannie pochłonięty Rzymem i Atenami, żyjąc niejako z ich wielkimi mężami, urodzony sam jako obywatel rzeczypospolitej[76] i syn ojca, u którego miłość ojczyzny była najsilniejszą namiętnością, rozpłomieniałem się za jego przykładem; zdawało mi się, że jestem Grekiem lub Rzymianinem; stawałem się osobą, której czytałem żywot. Kiedy czytałem historię ich hartu i nieustraszonych czynów, oczy błyszczały mi jaśniej, głos stawał się potężniejszy. Jednego dnia, opowiadając przy stole przygodę Scewoli[77], ku przerażeniu wszystkich omal nie włożyłem ręki w płomień, aby tym żywiej przedstawić jego postępek.

54

Miałem brata, starszego ode mnie o lat siedem. Kształcił się w rzemiośle ojca. Niezmierne przywiązanie ojca do mnie sprawiało, iż zaniedbywał brata, czego mu bynajmniej nie chwalę. Wychowanie chłopca ucierpiało na tym. Przyzwyczaił się do swywoli[78], zanim jeszcze osiągnął wiek, w którym przywary młodości dochodzą do głosu. Oddano go do innego majstra, skąd wymykał się niejednokrotnie, jak wprzódy z domu rodzicielskiego. Nie widywałem go prawie wcale; ledwie mogę powiedzieć, żeśmy się znali; mimo to kochałem go czule i on mnie także, o ile taki wisus[79] zdolny jest coś kochać. Przypominam sobie, iż raz, gdy ojciec karcił go surowo, rzuciłem się między nich, obejmując brata z całych sił. Osłoniłem go swoim ciałem, przyjmując ciosy przeznaczone dla niego, i tak zaciekłem się w tej pozycji, iż w końcu ojciec musiał mu darować, bądź rozbrojony moimi łzami, bądź czując, iż kara godziłaby dotkliwiej we mnie niż w brata. W końcu chłopiec zeszedł na tak złe drogi, iż uciekł i znikł zupełnie. Doszły słuchy, że jest w Niemczech. Nie napisał do domu ani razu. Od tego czasu nie było o nim wiadomości, i oto jak zostałem jedynakiem.

55

Jeśli wychowanie tego nieboraka zostawiało wiele do życzenia, inaczej było ze mną; dzieci królewskie nie mogłyby się cieszyć staranniejszą opieką niż ja w pierwszych latach. Ani razu, do czasu, w którym opuściłem dom rodzicielski, nie zdarzyło się, aby mi pozwolono uganiać po ulicy z innymi dziećmi; nigdy nie było potrzeby poskramiać we mnie ani zaspakajać owych kaprysów, które przypisuje się naturze, a które rodzą się jeno[80] z błędnego wychowania. Miałem przywary mego wieku: byłem papla, łakotniś, niekiedy kłamałem. Zdarzyło mi się ściągnąć owoce, cukierki, łakocie; ale nigdy nie szukałem przyjemności w robieniu złego, w wyrządzaniu szkody, składaniu winy na drugich, w dręczeniu biednych zwierząt. Przypominam sobie wszelako, iż raz nasiusiałem do rondla sąsiadki, pani Clot, gdy była na kazaniu. Przyznaję nawet, że to wspomnienie jeszcze mnie śmieszy, pani Clot bowiem, dobra zresztą[81] kobiecina, była najzrzędniejszą staruszką, jaką spotkałem. Oto krótka i szczera spowiedź z występków młodości.

56

Jakże miałbym się stać złym, gdy przed oczyma miałem same jeno przykłady słodyczy i naokoło siebie najlepszych ludzi pod słońcem? Ojciec, ciotka, piastunka, krewni, przyjaciele, sąsiedzi, całe otoczenie, nie ulegali mi, to prawda, ale mnie kochali; i ja ich. Wola moja spotykała tak mało podniet i tak mało zapór, że nie przychodziło mi na myśl ją objawiać. Mogę przysiąc, że aż do czasu kiedy się dostałem pod jarzmo zwierzchnika, nie wiedziałem nawet, co to kaprys. Wyjąwszy czas pisania i czytania pod okiem ojca albo przechadzki z piastunką, przebywałem zawsze w towarzystwie ciotki, patrząc, jak haftuje, słuchając, jak śpiewa, stojąc lub siedząc przy niej; i czułem się szczęśliwy. Jej wesołość, słodycz, miła fizjonomia[82], odcisnęły się we mnie tak silnie, że widzę jeszcze jej twarz, spojrzenie, ruchy: przypominam sobie pieszczotliwe słówka; umiałbym opisać jak była ubrana i uczesana, wszystko, aż do dwóch ciemnych loczków na skroniach, wedle ówczesnej mody.

57

Jestem przekonany, że jej zawdzięczam upodobanie albo raczej namiętność do muzyki, namiętność, która rozwinęła się o wiele później. Umiała moc piosenek i nuciła je głosikiem pełnym słodyczy. Pogoda duszy tej przemiłej dziewczyny oddalała od niej i od wszystkiego, co ją otaczało, zadumę i smutek. Śpiew jej miał dla mnie taki urok, że nie tylko wiele z jej piosnek utrwaliło mi się na zawsze w pamięci, ale nawet teraz, w miarę jak się starzeję, przypominają mi się nowe, zapomniane od dzieciństwa, i wprawiają mnie w zachwyt, którego nie umiem wprost opisać. Czy powiedziałby ktoś, że ja, stary mantyka[83], zużyty troskami i niedolą, chwytam się niekiedy na tym, iż płaczę jak dziecko, mamrocząc te nikłe aryjki głosem złamanym już i drżącym!

58

Jedna z nich zwłaszcza przypomniała mi się w całości, przynajmniej melodia, bo część słów stale mi ginie, mimo że mętnie pobrzękują mi jej rymy. Zastanawiam się w czym tkwi rozrzewniający urok, jaki serce moje znajduje w tej piosence; jest to kaprys, którego nie umiem zrozumieć, ale niepodobna[84] mi wręcz prześpiewać jej do końca, iżby łzy nie przerwały mi śpiewania. Sto razy myślałem napisać do Paryża o resztę słów, o ile ktoś zna je jeszcze. Ale jestem prawie pewny, że przyjemność, którą znajduję w przypominaniu sobie tej aryjki rozwiałaby się, gdybym miał dowód, iż śpiewał ją kto inny prócz biednej ciotki Zuzi.

59

Takie były pierwsze przywiązania w zaraniu mego życia; tak zaczynało się kształtować i objawiać we mnie to serce, tak harde i tak tkliwe, ten charakter niemal kobieco słaby, a jednak niezłomny, który bujając nieustannie między słabością a męstwem, między gnuśnością a hartem, do końca wtrącał mnie w sprzeczności i sprawił, iż powściągliwość i użycie, rozkosz i umiarkowanie zarówno pozostały mi niedoścignione.

60

Wychowanie to uległo przerwie wskutek wypadku, którego następstwa rozstrzygnęły o mym życiu. Ojciec pokłócił się z niejakim panem Gautier, kapitanem francuskim mającym krewnych w Radzie. Ów Gautier, człowiek bezczelny i podły, skorzystał z lekkiego broczenia nosa, aby przez zemstę obwinić ojca, iż dobył nań szpady w obrębie miasta. Ojciec, którego chciano wtrącić do więzienia, uparł się, aby, wedle litery prawa, oskarżyciela jego również uwięziono; nie mogąc tego uzyskać, wolał opuścić Genewę i kraj na całe życie, niż ustąpić w tym, w czym widział naruszenie honoru i wolności obywatela.

61

Zostałem pod opieką wuja Bernarda, wówczas zatrudnionego przy fortyfikacjach Genewy. Starsza jego córka umarła, ale miał syna mniej więcej w moim wieku. Umieszczono nas razem w Bossey[85], u pastora Lambercier, abyśmy wypchali sobie głowy łaciną oraz wszelakim innym rupieciem, które zaszczyca się mianem wykształcenia.

62

Dwa lata spędzone na wsi złagodziły nieco mą rzymską surowość i wróciły mnie do stanu dzieciństwa. W Genewie, gdzie mi w ogóle nie narzucano nic, a już nigdy nauki ani czytania, było ono mą jedyną rozrywką; w Bossey przymus pracy obudził we mnie smak do zabaw, które stanowiły po niej ożywcze wytchnienie. Wieś była dla mnie czymś tak nowym, że nie mogłem się nią nasycić. Nabrałem do niej upodobania, które nigdy we mnie nie wygasło. Wspomnienie szczęśliwych dni na wsi kazało mi wciąż żałować jej uciech i słodyczy, aż wreszcie sprowadziło mnie ku niej z powrotem. Pan Lambercier był to człowiek bardzo rozsądny; nie zaniedbując wychowania, nie przeciążał nas wszakże. Za dowód, iż brał się dobrze do swego zadania, może służyć, iż mimo odrazy do wszelkiego przymusu nigdy nie wspominałem ze wstrętem czasu moich nauk; a jeżeli nie nauczyłem się zbyt wiele, to, czegom się nauczył, posiadłem bez trudu i trwale.

63

Prostota wiejskiego życia dala mi nieoszacowany skarb, otwierając me serce na uroki przyjaźni. Do tego czasu znałem jedynie uczucia podniosłe, ale urojone. DzieciństwoWspólne życie wśród spokojnych trudów i wywczasów spoiło mnie tkliwym węzłem z kuzynem mym Bernardem. Niebawem nabrałem dlań uczuć serdeczniejszych, niż kiedykolwiek żywiłem je dla brata; a uczucia te nie zatarły się nigdy. Był to wyrośnięty chłopak, szczupły i wątły, równie łagodnego charakteru jak słabych sił fizycznych, dzięki czemu nie nadużywał uprzywilejowanej pozycji, jaką posiadał w domu jako syn mego opiekuna. Mieliśmy jednakie zajęcia, zabawy, upodobania; byliśmy sami, rówieśnicy, każdy zarówno czuł potrzebę towarzysza; rozdzielić nas znaczyłoby niejako unicestwić obu. Przywiązanie nasze, mimo iż niewiele mieliśmy sposobności, aby go sobie dowieść, było ogromne; nie tylko nie mogliśmy żyć rozłączeni, ale nie wyobrażaliśmy sobie, aby to było możebne[86]. Obaj mieliśmy usposobienia łatwe do prowadzenia łagodnością i podatne, o ile ktoś nie chciał nagiąć nas przemocą; z sobą godziliśmy się zawsze we wszystkich punktach. Jeżeli, dzięki wyróżnieniu naszych wychowawców, on miał nade mną przewagę pod ich okiem, to znów kiedy byliśmy sami, ja brałem górę; w ten sposób utrzymywała się równowaga. W czasie nauki podpowiadałem lekcję, gdy nie był jej pewny; uporawszy się z zadaniem, pomagałem jemu; w zabawach ja, bardziej rzutki, byłem przodownikiem. Słowem, zgadzaliśmy się tak dobrze i żyliśmy w tak szczerej przyjaźni, że w ciągu pięciu lat nierozłącznego pożycia, tak w Bossey, jak w Genewie, biliśmy się często, to prawda, ale nigdy nie było trzeba nas rozłączać, nigdy kłótnia nie trwała dłużej kwadransa i nigdy, ani razu, żaden nie poskarżył się na drugiego. Te szczegóły mogą się komu wydać błahe, jednakże zawarty w nich przykład jest może jedyny od czasu jak istnieją dzieci.

64

Życie, jakie pędziliśmy w Bossey, odpowiadało mi tak dobrze, że, gdyby potrwało dłużej, zdecydowałoby o moim charakterze. Podstawę jego stanowiły uczucia tkliwe, serdeczne, łagodne. Sądzę, iż nie było człowieka, który by z natury mniej był próżny ode mnie. Wznosiłem się w chwili wybuchu do najszczytniejszych wzruszeń, ale niebawem opadałem w zwykłe rozmarzenie. Być kochanym przez wszystkich — to było moje najwyższe pragnienie. Byłem łagodny, mój krewniak również, toż i nasi wychowawcy. Przez całe dwa lata nie byłem ani świadkiem, ani ofiarą gwałtowniejszego wstrząsu. Wszystko podtrzymywało w mym sercu skłonności wszczepione przez naturę. Nie znałem większego szczęścia niż widzieć, że wszyscy są radzi ze mnie i ze świata. Przypominam sobie dziś jeszcze, jak kiedy nas egzaminowano w kościele z katechizmu i zdarzyło mi się zająknąć, największą troską dla mnie były oznaki niepokoju i zmartwienia na twarzy panny Lambercier. To jedno trapiło mnie bardziej niż niepowodzenie publiczne, które wszakże dotykało mnie mocno: mało wrażliwy na chwalby, byłem zawsze bardzo czuły na wstyd; mimo to mogę rzec, iż spodziewane wymówki panny Lambercier mniej mnie dręczyły niż obawa jej przykrości.

65

Bądź co bądź, w razie potrzeby, umiała ona uciec się do surowości, jak również i jej brat; ponieważ jednak ta surowość, prawie zawsze sprawiedliwa, nigdy nie była wywołana uniesieniem, cierpiałem, ale się nie buntowałem[87]. Bardziej niż kara bolała mnie utrata ich łaski, a świadomość niezadowolenia była mi dotkliwsza niż jego następstwa. Trudno mi ściślej się wytłumaczyć, a jednak trzeba. Zmieniono by niewątpliwie metody postępowania z młodzieżą, gdyby lepiej widziano najdalsze skutki owego pedagogicznego środka, stosowanego zawsze bez rozwagi, niekiedy bez miary! Przykład mój, równie pospolity jak opłakany, może posłużyć za naukę: to skłania mnie do przytoczenia go tutaj.

66

Panna Lambercier, przywiązana do nas jak matka, miała i władzę matki, i posuwała ją niekiedy, o ileśmy zasłużyli, aż do dotkliwej kary, zazwyczaj stosowanej u dzieci. Dość długo poprzestawała na groźbie, a ta groźba kary, całkiem mi nieznanej, przerażała mnie niezmiernie. Po egzekucji wszelako wydała mi się ona mniej straszna niż samo oczekiwanie; a co najosobliwsze, to iż kara ta przywiązała mnie jeszcze do osoby, z której rąk jej doznałem. Trzeba nawet było całej szczerości tego przywiązania i wrodzonej mej łagodności, aby mnie powstrzymać od pokusy powtórnego zasłużenia na tę karę; w tym bólu bowiem, we wstydzie nawet, znalazłem domieszkę zmysłowej rozkoszy, której wspomnienie, silniejsze od obawy, budziło we mnie raczej chęć doznania jeszcze raz tych samych wzruszeń z tej ręki. Bez wątpienia musiało się w tym przejawiać jakieś przedwczesne pobudzenie płciowe, bo sama kara, o ile bym jej doznał z rąk np. pastora, nie byłaby mi wcale przyjemna. Ale wobec jego usposobienia substytucja[88] ta nie groziła wcale; jeżeli tedy wstrzymywałem się od ochoty zasłużenia na karę, to jedynie z obawy zmartwienia panny Lambercier; każde bowiem przywiązanie, nawet to, które zrodziło się pod wpływem zmysłów, zawsze brało nad zmysłami górę.

67

Ta recydywa, którą oddalałem, nie lękając się jej wszelako, przyszła wreszcie bez mej winy, to znaczy bez mej woli; skorzystałem z niej, mogę rzec, ze spokojnym sumieniem. Ale ten drugi raz był zarazem ostatnim. Panna Lambercier, spostrzegłszy zapewne po jakimś objawie, że kara mija się z celem, oświadczyła, iż rezygnuje z niej jako zbyt dla niej nużącej. Dotąd sypialiśmy w jej pokoju, w zimie niekiedy w jej łóżku — w dwa dni potem pomieszczono nas na noc gdzie indziej. Odtąd (czego byłbym się chętnie wyrzekł) miałem zaszczyt być przez nią traktowany jako duży chłopiec.

68

PożądanieKtóżby uwierzył, że ta dziecinna kara, otrzymana przez ośmioletniego chłopca z rąk trzydziestoletniej panny, rozstrzygnęła o mych upodobaniach, pragnieniach, namiętnościach, o mnie całym, na całe życie, i to właśnie w kierunku przeciwnym temu, który, naturalnym sposobem, powinien by stąd wyniknąć? Równocześnie z tym rozpaleniem zmysłów, pożądania moje wypaczyły się w taki sposób, iż zamykając się w sferze poznanych wrażeń, nie troszczyły się o szukanie innych. Z krwią przepaloną zmysłami niemal od urodzenia, uchowałem się czysty od zmazy do wieku, w którym najzimniejsze i najbardziej spóźnione temperamenty przychodzą do głosu. Dręczony długo sam nie wiedząc czym, pożerałem płomiennym okiem piękne kobiety; wyobraźnia moja przyzywała je nieustannie jedynie po to, aby im kazać działać w myśl moich upodobań i wskrzeszać pod ich postacią pannę Lambercier i jej egzekucję.

69

Nawet po okresie dojrzewania to dziwne upodobanie, wciąż trwające i posunięte aż do deprawacji, do szaleństwa, zachowało we mnie czystość obyczajów, z której na pozór powinno by mnie obedrzeć. Wychowanie moje było w najwyższym stopniu czyste i skromne. Ciotki moje były to osoby nie tylko rzadkiej cnoty, ale i wstydliwości od dawna już w tym stopniu nieznanej kobietom. Ojciec, człowiek lubiący żyć, ale po staroświecku dworny, nigdy w obecności kobiet najbardziej mu miłych nie odezwał się słowem, które by mogło przyprawić o rumieniec dziewicę. Nigdy chyba dalej niż w mojej rodzinie i w mojej obecności nie posunięto względów winnych dzieciom. Nie mniej uwagi znalazłem w domu pana Lambercier: bardzo zdatną służącą odprawiono bezzwłocznie za jedno swobodne słowo, na które pozwoliła sobie przy nas. Nie tylko aż do młodzieńczego wieku nie miałem wyraźnego pojęcia o stosunkach płci, ale i te mgliste domysły przedstawiały mi się zawsze jako obraz pełen wstrętu i ohydy. Dziewczyny publiczne budziły we mnie grozę, która nigdy się nie zatarła; nie mogłem patrzeć na rozpustnika bez wzgardy, bez przerażenia nawet. Odraza moja do rozpusty datowała się od czasu, gdy raz, idąc jarem, ujrzałem po obu stronach drogi zagłębienia w ziemi i gdy mi powiedziano, że tam ci ludzie chronią się parami dla swoich czynności. Obraz ten zlał mi się w jedno z obrazem parzących się psów, które widywałem czasem; czułem w gardle spazm wstrętu na samo wspomnienie.

70

Temu wychowaniu, które już samo wystarczało, aby opóźnić pierwsze wybuchy zapalnego temperamentu, przyszedł w pomoc, jak rzekłem, rodzaj zboczenia, które skojarzyło się u mnie z pierwszym pobudzeniem zmysłów. Umiałem sobie wyobrazić jedynie to, co już odczułem: mimo dokuczliwego burzenia się krwi, nie umiałem tedy kierować pragnień ku innej rozkoszy, prócz tej, jaka mi była znana; nigdy mi nie przychodziła na myśl ta, którą mi tak zohydzono, a która, bez najmniejszej świadomości z mej strony, tak była tamtej pokrewna. W naiwnych chimerach[89] wyobraźni, w erotycznych uniesieniach, w wariackich postępkach, do których mnie nieraz popychały, uciekałem się w imaginacji do pomocy płci odmiennej, nie przypuszczając ani na chwilę, aby ta płeć mogła służyć do innego użytku, prócz tego, który jej dawałem w marzeniach.

71

Rozkosz, PożądanieW ten sposób, obdarzony temperamentem bardzo zapalnym, bardzo zmysłowym, bardzo wczesnym, przebyłem okres dojrzewania, nie doznawszy innych pragnień, nie znając innych rozkoszy, prócz tych, których świadomość wszczepiła mi w niewinności ducha panna Lambercier; a kiedy z postępem lat stałem się wreszcie mężczyzną, i wówczas to, co mnie powinno było zgubić, ocaliło mnie. Dawna skłonność dziecka, miast[90] wygasnąć, połączyła się tak ściśle z inną, że nigdy nie mogłem jej zupełnie usunąć z rozpłomienionych zmysłów; szaleństwo to, w połączeniu z wrodzoną nieśmiałością, czyniło mnie bardzo mało przedsiębiorczym wobec kobiet. Nie śmiałem wszystkiego powiedzieć, a nie mogłem wszystkiego wykonać, ponieważ tej rozkoszy, której inna rozkosz była dla mnie jedynie szczytem, nie może wziąć po prostu ten, który jej pragnie, ani nie może go odgadnąć ta, która mogłaby jej udzielić. W ten sposób przebyłem życie, pożądając i ukrywając moje pożądania przy boku osób, które kochałem najwięcej. Nie śmiejąc nigdy wyznać mych upodobań, oszukiwałem je bodaj, dając stosunkom moim formy pokrewne. Przebywać u kolan despotycznej kochanki, ulegać jej rozkazom, żebrać przebaczenia było dla mnie najsłodszą rozkoszą; im bardziej rozpalona wyobraźnia smagała mi krew, tym bardziej na zewnątrz miałem postać trwożnego wielbiciela. Łatwo zrozumieć, że ten sposób okazywania miłości nie prowadzi do zbyt szybkich postępów i nie zagraża cnocie osób będących jej przedmiotem. Posiadałem też w życiu kobiet bardzo niewiele; mimo to przeżyłem wiele na swój sposób, przez wyobraźnię. Oto jak moje zmysły, jednocząc się z nieśmiałym usposobieniem i romantyczną głową, zachowały mi czystość uczuć i skromność obyczajów dzięki tym samym skłonnościom, które przy większej śmiałości byłyby mnie zanurzyły w odmęt zezwierzęcenia.

72

SpowiedźUczyniłem pierwszy i najtrudniejszy krok w ciemnym i bagnistym labiryncie mej spowiedzi. Nie to najciężej wyznać, co w nas jest zbrodnicze, ale co wstydliwe i śmieszne. Odtąd jestem już pewien siebie; po tym, com ośmielił się powiedzieć, nic mnie nie powstrzyma. Ile musiało mnie kosztować podobne wyznanie, można osądzić z tego, iż przez całe życie, opanowany niekiedy, przy boku istot, które kochałem, namiętnością odejmującą mi wprost wzrok i słuch, wpół przytomny i drżący konwulsyjnie na ciele, nigdy przecież nie mogłem się zdobyć na to, aby wyznać me szaleństwo i nawet w najpoufniejszej sytuacji błagać o jedyną łaskę, której mi brakło. Zdarzyło mi się to raz tylko, w dzieciństwie, z dziewczyną w moim wieku, a i wówczas propozycja wyszła raczej od niej.

73

Wracając oto myślą do pierwszych śladów życia uczuciowego, odnajduję w nim składniki, które, sprzeczne niekiedy na pozór między sobą, stopiły się mimo to, wywołując z całą siłą jednolite i proste objawy; inne znowuż, na pozór jednorakie, kształtowały się przez zbieg okoliczności w kombinacje tak różnorodne, że nie można sobie wręcz wyobrazić, aby pomiędzy nimi istniał jaki związek. Kto by mniemał na przykład, iż jedna z najsilniejszych sprężyn duszy hartowała się w tym samym źródle, z którego spływały w mą krew miękkość i zmysłowość? Nie opuszczając przedmiotu, o którym mówiliśmy poprzednio, wprowadzę czytelnika w bardzo odmienną sferę wrażeń.

74

Krzywda, DzieckoSiedziałem jednego dnia sam nad lekcją w pokoju przy kuchni. Służąca rozłożyła na blasze grzebienie panny Lambercier. Kiedy wróciła po nie, okazało się, iż w jednym wszystkie zęby były połamane. Kogo posądzić o tę psotę? Nikt prócz mnie nie wchodził do pokoju. Biorą mnie na spytki: zaklinam się, że nie ruszałem grzebienia. Państwo Lambercier wzywają mnie, napominają, przypierają do muru, grożą — wciąż przeczę. Poszlaki były wszelako zbyt silne i przeważyły wszystkie zaklęcia, mimo że pierwszy raz zdarzyło się spotkać u mnie z tak zuchwałym kłamstwem. Złośliwość, kłamstwo, upór, wszystko to było godne najsurowszej kary; ale tym razem nie panna Lambercier mi ją wymierzyła. Napisano do wuja: przybył. Mój biedny krewniak pozostawał pod zarzutem innego, nie mniej ciężkiego występku: objęto nas wspólną egzekucją. Była straszliwa. Gdyby, szukając lekarstwa w samym źródle złego, ktoś chciał na zawsze przytłumić me zbłąkane zmysły, nie mógłby się lepiej wziąć do dzieła. Od tego czasu zostawiły mnie długo w spokoju.

75

Nie było sposobu wydobyć ze mnie wyznania. Brany na kilkanaście zawodów[91] do kaźni i doprowadzony do najopłakańszego stanu, pozostałem niewzruszony. Byłbym przeniósł śmierć i byłem na nią zdecydowany. W końcu nawet siła musiała ustąpić wobec szatańskiego uporu dziecka; nie doświadczano już więcej mej stałości. Wyszedłem z okrutnej próby poszarpany na strzępy, ale tryumfujący.

76

Upłynęło blisko pięćdziesiąt lat od tej przygody i nie obawiam się już, aby mnie powtórnie ukarano; otóż, oznajmiam w obliczu nieba, że byłem niewinny. Nie złamałem ani nie dotykałem grzebienia, nie zbliżyłem się do blachy, nawet mi to w myślach nie postało. Niech nikt nie pyta, w jaki sposób stała się szkoda; nie wiem i nie pojmuję: to jedno wiem, że nie ja byłem winny.

77

Niech sobie teraz czytelnik wyobrazi charakter nieśmiały i łatwy w życiu codziennym, ale żarliwy, hardy, niezłomny w uczuciach; dziecko zawsze prowadzone rozsądkiem, słodyczą, wyrozumiałością, uprzejmością, które nawet nie miało pojęcia o istnieniu niesprawiedliwości i które pierwszy raz doznaje jej, i to w tak straszliwej postaci, ze strony osób, dotąd będących dlań przedmiotem czci i ukochania: co za przewrót! co za zamęt uczuć! co za wstrząs w sercu, w mózgu, w całej drobnej duchowej i moralnej istotce! Powiadam, niech sobie ktoś wyobrazi, o ile możebne, gdyż co do mnie, nie czuję się zdolny rozplątać ani pochwycić najmniejszego śladu tego, co się wówczas we mnie działo.

78

KrzywdaNie miałem jeszcze dość zastanowienia, aby ocenić, do jakiego stopnia pozory mnie potępiały, i aby się postawić na miejscu drugich osób. Czułem jedynie okrucieństwo kary za zbrodnię, której nie popełniłem. Cierpienie fizyczne, jakkolwiek bolesne, mało mnie dotykało; czułem jedynie oburzenie, wściekłość, rozpacz. Mój krewniak, w położeniu mniej więcej podobnym, gdyż ukarano go za mimowolny błąd jak gdyby za czyn rozmyślny, wpadał we wściekłość za moim przykładem i dostrajał się do mego tonu. Leżąc w jednym łóżku, ściskaliśmy się konwulsyjnie, dławiliśmy się; i kiedy nasze młode ciałka, nieco przyszedłszy do siebie, mogły wyrazić swoje wzburzenie, podnosiliśmy się, wpół siadając na łóżku i krzyczeliśmy po sto razy ile tchu: „Carnifex![92] carnifex! carnifex!”.

79

Czuję, pisząc to, dziś jeszcze, że puls wali mi jak młotem; te chwile będą mi zawsze przytomne, choćbym żył sto tysięcy lat. To pierwsze zetknięcie z gwałtem i niesprawiedliwością pozostało tak głęboko wyryte w mej duszy, że sama myśl o tym wprawia mnie w dawne wzruszenie. Uczucie to, zrodzone zrazu z pobudek osobistych, takiej nabrało mocy i tak oderwało się od osobistego interesu, iż serce moje rozpala się od widoku lub opowieści niesprawiedliwego postępku, na kimkolwiek i gdziekolwiek popełnionego, tak jakbym sam był jego ofiarą. Kiedy czytam o okrucieństwach tyrana, o matactwach przewrotnego klechy, gotów bym natychmiast zasztyletować nędznika, choćbym miał po stokroć zginąć. Nieraz zdyszałem się i spociłem cały, ciskając kamieniami za kogutem, krową, psem, jakimkolwiek zwierzęciem, które w moich oczach dręczyło drugie jedynie dlatego, iż czuło się silniejsze. Ten odruch jest może u mnie wrodzony i mniemam, że tak jest; ale wspomnienie pierwszej niesprawiedliwości z pewnością przyczyniło się znacznie do jego wzmocnienia.

80

Tu znaczy się kres mej dziecięcej pogody. Od tej chwili przestałem cieszyć się niezmąconym szczęściem i czuję dziś jeszcze, że wspomnienie uroków dzieciństwa kończy się tutaj. Zostaliśmy w Bossey jeszcze kilka miesięcy. Żyliśmy odtąd tak, jak nam malują pierwszego człowieka, gdy jeszcze mieszka w raju, ale już pozbawiony jego słodyczy. Na pozór, sytuacja ta sama, w istocie treść zupełnie odmienna. Przywiązanie, szacunek, ufność, swoboda wobec wychowawców zgasły. Nie patrzyliśmy już na nich jak na bogów, którzy czytają w sercach; mniej wstydziliśmy się złych uczynków, a bardziej lękali posądzenia; zaczęliśmy się kryć, udawać, kłamać. Zwykłe przywary skaziły dawną niewinność i wdzięk naszych zabaw. Wieś nawet straciła w naszych oczach urok słodyczy i prostoty; opustoszała i posępna, pokryła się jak gdyby oponą[93] przesłaniającą jej piękność. Przestaliśmy pielęgnować nasze ogródki, zioła, kwiaty. Nie spieszyliśmy już lekko rozdrapywać ziemię i krzyczeć z radości, odkrywając kiełek ziarna, któreśmy posiali. Zbrzydło nam to życie; myśmy zbrzydli wszystkim; wreszcie, wuj odebrał nas i tak rozstaliśmy się z państwem Lambercier, przesyceni sobą wzajem i niezbyt bolejąc nad rozłąką.

81

Przez blisko trzydzieści lat od mego rozstania się z Bossey nie zdarzyło mi się wspominać owego pobytu w sposób przyjemny i z pewnym skupieniem; ale od czasu gdy, przekroczywszy wiek dojrzały, pochyliłem się ku starości, czuję, że te właśnie wspomnienia odżywają w miarę zacierania się innych i utrwalają się w mej pamięci, zyskując na wdzięku i sile: jak gdybym, czując uciekanie życia, starał się je pochwycić u samych początków. Najmniejsze ówczesne zdarzenia radują mnie przez to jedynie, że są z tego czasu. Przypominam sobie wszystkie okoliczności tyczące miejsc, osób, godzin. Widzę pokojową albo służącego krzątających się po pokoju, jaskółkę wpadającą przez okno, muchę siadającą mi na ręce, gdy wydaję lekcje[94]; widzę całe umeblowanie naszego pokoju: gabinet pana Lambercier po prawej, sztych przedstawiający wszystkich papieży, barometr, kalendarz, krzaki malin pchające się do okien. Wiem, że czytelnik nie jest ciekaw tego wszystkiego, ale ja czuję potrzebę powiedzenia mu o tym. Czemuż nie śmiem opowiedzieć mu tak samo wszystkich drobnych wydarzeń tego błogiego czasu, który przyprawia mnie jeszcze o dreszcz szczęścia, kiedy go wspomnę! Kilka zwłaszcza… Ułóżmy się. Daruję wam resztę anegdot; chcę tylko jedną jedyną, byle mi wolno było opowiedzieć ją jak najobszerniej, aby przedłużyć chwile mej rozkoszy.

82

Gdyby mi chodziło tylko o waszą zabawę, mógłbym wybrać historię o kuperku panny Lambercier, który wskutek nieszczęśliwego koziołka w rów przydrożny ukazał się w całej okazałości królowi Sardynii w czasie jego przejazdu; ale historia orzecha na terasie[95] zabawniejsza jest dla mnie, który byłem jej aktorem, gdy przy owym koziołku byłem jedynie widzem; a przyznaję, że wcale nie było mi do śmiechu w chwili owego wypadku, który mimo iż sam w sobie komiczny, przejął mnie niepokojem o osobę tak drogą dla mnie jak matka, a może bardziej.

83

O wy, ciekawi czytelnicy wspaniałych dziejów orzecha, słuchajcie jego straszliwej tragedii i jeżeli zdołacie, wstrzymajcie się od drżenia!

84

Drzewo, WodaZa bramą, po lewej ręce przy wjeździe, znajdowała się terasa, na której siadywało się często po obiedzie, ale która nie miała cienia. Aby temu zaradzić, pan Lambercier posadził tam orzech. Zasadzenie drzewa odbyło się z wielką uroczystością. Dwaj pensjonarze byli rodzicami chrzestnymi: gdy zasypywano wydrążenie w ziemi, my wśród tryumfalnych śpiewów trzymaliśmy, każdy jedną ręką, drzewo. Aby je podlewać, wyżłobiono dokoła, u jego stóp, małą sadzawkę. Mój krewniak i ja, żarliwi spektatorzy[96] tego codziennego podlewania, umacnialiśmy się w bardzo naturalnej idei, że zasadzenie drzewa jest czynem piękniejszym zgoła niż zatknięcie sztandaru na wyłomie; postanowiliśmy dostąpić sami tego zaszczytu, nie dzieląc go z nikim.

85

W tym celu ucięliśmy gałąź młodej wierzby i zasadziliśmy ją na tej samej terasie, o jakie dziesięć stóp od dostojnego orzecha. Nie zapomnieliśmy również wyżłobić dołka; trudność była w tym, że nie było go czym napełnić; wodę trzeba było nosić z dość daleka i nie pozwolonoby nam biegać po nią. Bądź co bądź, woda była niezbędnie potrzebna dla naszej wierzbiny. Rozwinęliśmy wszelakie chytrości, aby jej dostarczyć drzewku przez kilka dni; powiodło nam się tak dobrze, iż wnet ujrzeliśmy, jak wypuszcza listki, których wzrost śledziliśmy z godziny na godzinę, przekonani, jakkolwiek drzewko nie miało więcej niż stopę wysokości, iż niebawem użyczy nam cienia.

86

Ponieważ drzewko, pochłaniając całą naszą uwagę, czyniło nas niezdolnymi do wszelkiego zajęcia, do nauki i wprawiało nas w stan jakby oszołomienia, wzięto nas jeszcze krócej niż zwykle. Ujrzeliśmy tedy nieszczęsny moment, w którym braknie nam wody, i trawiliśmy się rozpaczą w oczekiwaniu chwili, gdy drzewko obumrze z posuchy. W końcu potrzeba, matka przemyślności, podsunęła nam wynalazek mogący zabezpieczyć drzewo i nas od nieuchronnej śmierci: przyszło nam do głowy wykopać pod ziemią kanał odprowadzający tajemnie do wierzby część wody, którą podlewano orzech. To przedsięwzięcie, wykonane z zapałem, nie powiodło się zrazu. Źle obliczyliśmy spadek, tak iż woda nie spływała; ziemia odrywała się i zatykała kanał; otwór zaczopowywał się śmieciem, wszystko szło jak najgorzej. Nic nas nie zrażało: Labor omnia vincit improbus[97]. Pogłębiliśmy jeszcze nasz basen, aby ułatwić spadek; pokrajaliśmy pokrywki od pudełek w wąskie deseczki, z których jedne ułożone na płask rzędem, drugie zaś ustawione po dwóch stronach pod kątem stworzyły trójgraniasty kanał. Otwór zagrodziliśmy cienkimi patyczkami, ułożonymi na krzyż, tak iż tworząc rodzaj kraty, zatrzymywały muł i kamienie, a zostawiały odpływ dla wody. Pokryliśmy nasze dzieło troskliwie udeptaną ziemią i gdy wszystko było gotowe, czekaliśmy z drżeniem nadziei i obawy na godzinę podlewania. Po wiekach oczekiwania godzina ta wybiła nareszcie; pan Lambercier przyszedł, jak zwykle, asystować operacji, podczas której trzymaliśmy się za nim, aby ukryć nasze drzewko, do którego na szczęście odwrócony był plecami.

87

Zaledwie wlano w zagłębienie pierwsze wiadro, ujrzeliśmy, iż woda zaczyna spływać do naszego baseniku. Na ten widok ostrożność opuściła nas, zaczęliśmy wydawać okrzyki radości, które sprawiły, iż pan Lambercier się odwrócił; a szkoda: właśnie z przyjemnością stwierdzał, iż ziemia koło jego orzecha jest doskonała i bardzo chciwie pije wilgoć. Widząc ze zdumieniem, iż woda zasila aż dwa baseny, wydaje on z kolei krzyk, patrzy, spostrzega sztuczkę, każe co żywo przynieść łopatę, uderza nią w ziemię, rozbija w drzazgi parę deseczek i krzycząc wniebogłosy: „Akwedukt! Akwedukt!”, zadaje niemiłosierne ciosy, z których każdy godził nas prosto w serce. W jednej chwili deseczki, kanał, basen, wierzba — wszystko zniszczone, zaorane! Przez czas tego straszliwego dzieła pan Lambercier nie wyrzekł ani słowa, prócz owego wciąż powtarzanego wykrzyknika: „Akwedukt! — wołał, łamiąc i niszcząc wszystko — Akwedukt! Akwedukt!”

88

Mógłby ktoś mniemać, iż przygoda skończyła się źle dla małych architektów. Wcale nie: wszystko ograniczyło się na tym. Pan Lambercier nie uczynił nam żadnej wymówki, nie skrzywił się nawet i nie mówił o tym więcej; słyszeliśmy nawet później, jak śmiał się na całe gardło rozmawiając z siostrą, śmiech bowiem pana Lambercier słychać było z daleka; a co jeszcze dziwniejsze, to iż my sami, skoro minęło pierwsze wzruszenie, nie byliśmy nadto zmartwieni. Zasadziliśmy gdzie indziej inne drzewo i przypominaliśmy sobie często katastrofę, powtarzając z emfazą: „Akwedukt! Akwedukt!”. Dotąd miewałem od czasu do czasu napady dumy, kiedy byłem Arystydesem lub Brutusem: to był u mnie pierwszy odruch wyraźnej próżności. Zbudować naszymi rękami akwedukt, przeciwstawić mizerną gałązkę prawdziwemu drzewu — zdawało mi się najwyższym szczeblem chwały. W dziesiątym roku życia miałem o tym lepszy sąd niż Cezar w trzydziestym[98].

89

Wspomnienie tego orzecha i historyjka z nim związana utkwiła mi tak silnie w pamięci, iż jednym z najmilszych projektów w czasie podróży do Genewy w r. 1754 było iść do Bossey odwiedzić pamiątki zabaw dziecinnych, a zwłaszcza kochany orzech, który musiał liczyć wówczas trzecią część wieku. Byłem tak oblężony, tak mało byłem panem swego czasu, że nie mogłem znaleźć chwili dla zaspokojenia swych życzeń. Mało jest nadziei, aby sposobność nadarzyła się jeszcze; mimo to nie wyzbyłem się pragnienia i jestem prawie pewny, że gdybym kiedyś, wróciwszy do tych miejsc ukochanych, znalazł drogi orzech jeszcze przy życiu, zrosiłbym go gorącymi łzami.

90

Wróciwszy do Genewy, spędziłem parę lat u wuja, czekając, aby ze mną coś postanowiono. Ponieważ wuj przeznaczał syna do inżynierii, kazał go kształcić po trosze w rysunku i uczyć Elementów Euklida[99]. Przechodziłem i ja to wszystko dla towarzystwa i nabrałem zamiłowania zwłaszcza do rysunku. Tymczasem zastanawiano się, czy zrobić ze mnie zegarmistrza, adwokata czy pastora. Byłbym się zgodził na pastora, ponieważ prawienie kazań wydawało mi się rzeczą pełną powabu; ale szczupłe dziedzictwo po matce, które trzeba było dzielić między mnie i brata, nie wystarczało na podjęcie długich studiów. Ponieważ wiek mój nie naglił jeszcze do wyboru, przebywałem czasowo u wuja, tracąc czas mniej więcej na niczym i płacąc, jak sprawiedliwość kazała, wcale przyzwoitą pensyjkę za utrzymanie.

91

Wuj, podobnie jak mój ojciec, człowiek lubiący żyć, tak samo nie umiał sobie zadawać przymusu i nie troszczył się o nas zbyt wiele. Ciotka, pogrążona w dewocji, wolała śpiewać psalmy niż czuwać nad naszym wychowaniem. Pozostawiono nam prawie zupełną swobodę, której nie nadużywaliśmy zresztą. Nierozłączni, wystarczaliśmy sobie wzajem; nie mając ochoty przestawać z urwisami w naszym wieku, nie nabraliśmy żadnej z przywar, które próżniactwo mogło nam było podszepnąć. Źle mówię właściwie, żeśmy próżnowali, w życiu bowiem pewno nie byliśmy bardziej czynni; a najszczęśliwsze było to, że wszystkie pochłaniające nas kolejno zabawy przykuwały nas do domu, tak że nie mieliśmy najmniejszej pokusy wychylać się na ulicę. Sporządzaliśmy klatki, flety, wolanty, bębny, domy, łodzie, proce. Psuliśmy narzędzia poczciwego dziadka, aby za jego wzorem robić zegarki. Mieliśmy zwłaszcza upodobanie w zasmarowywaniu papieru, rysowaniu, malowaniu, „iluminowaniu”, przy czym w farbach sprawialiśmy istne spustoszenie. Przybył wówczas do Genewy szarlatan włoski, zwany Gamba-Corta; poszliśmy go zobaczyć i nie byliśmy oczarowani; ale miał marionetki, zaczęliśmy tedy sporządzać marionetki. Jego marionetki odgrywały coś w rodzaju komedii — i my zaczęliśmy układać komedie. Naśladowaliśmy, jakeśmy umieli, gardlany głos Poliszynela[100]. Dawaliśmy śliczne przedstawienia, których, w braku innej publiczności, musiała cierpliwie słuchać nieszczęśliwa rodzina. Raz znów wuj Bernard przeczytał w domu bardzo piękne kazanie własnego układu; w kąt komedie, zaczęliśmy układać kazania. Te szczegóły nie są zbyt interesujące, przyznaję, ale pokazują, jak nasze pierwsze wychowanie musiało być racjonalne, skoro teraz, rozrządzając niemal swobodnie czasem i sobą, w wieku tak niebezpiecznym, tak mało sililiśmy się nadużyć tej swobody. Nie czuliśmy potrzeby dobierania sobie towarzyszów; idąc na przechadzkę, spoglądaliśmy na ich zabawy bez pożądliwości, nie myśląc nawet, że moglibyśmy wziąć w nich udział. Przyjaźń wypełniała tak doskonale nasze serca, że wystarczyło nam być razem, aby najskromniejsze uciechy stawały się rozkoszą.

92

Nierozdzielność ta ściągnęła w końcu na nas uwagę; tym bardziej, iż wysoki wzrost krewniaka przy mojej małej figurce czynił z nas dość komiczną parę. Jego długa cienka postać, twarz podobna do gotowanego jabłka, łagodna mina, niedbały chód, wszystko to pobudzało dzieciaków do drwinek. W miejscowej gwarze dano mu przydomek Barnâ Bredanna; ledwie wyszliśmy z domu, wszędzie, gdzieśmy się ruszyli, słyszeliśmy natychmiast „Barnâ Bredanna”. On znosił to spokojniej; ja złościłem się, chciałem się bić — tego właśnie pragnęli mali hultaje. Rozdawałem kuksańce, obrywałem je wzajem. Biedny krewniak wspomagał mnie jak mógł; ale był słaby, jedno uderzenie pięści waliło go na ziemię. Wówczas wpadałem we wściekłość. Wprawdzie, chociaż dostawało mi się sporo guzów, drwiny te mierzyły nie we mnie, lecz w Barnâ Bredanna, ale moja gwałtowność tak pogarszała sprawę, iż w końcu z obawy przed napaściami i prześladowaniem odważaliśmy się wychodzić jedynie w godzinach, gdy cała dzieciarnia była w szkole.

93

Otóż i znalazłem się w roli mściciela krzywd. Aby się stać doskonałym rycerzem, brakło mi jedynie damy; niebawem miałem aż dwie. Od czasu do czasu udawałem się do ojca do Nion, miasteczka w Vaud. Ojca bardzo tam kochano, a życzliwość ta spływała i na syna. W czasie tych krótkich pobytów pieszczono mnie i ugaszczano na wyścigi. Zwłaszcza niejaka pani de Vulson psuła mnie dobrocią, a jako szczyt wszystkiego córka jej wzięła mnie sobie za kawalera. Łatwo sobie wyobrazić rolę kawalera jedenastolatka wobec panny liczącej lat dwadzieścia dwa. Ale wszak te hultajki zawsze rade wysuwają na pierwszy plan takie małe laleczki, aby ukryć za nimi duże, albo też znęcić je obrazem igraszek, którym umieją dać odrobinę pieprzyku! Co do mnie, nie dostrzegałem wówczas tego niestosunku[101] i brałem rzecz poważnie: oddałem się jej całym sercem, a raczej całą głową, jedynie bowiem głową byłem zakochany, mimo iż zakochany byłem do szaleństwa, a moje uniesienia, wybuchy, gniewy wyładowywały się w scenach, na które patrząc, można było umrzeć ze śmiechu.

94

Znam dwa rodzaje miłości, wyraźnie zarysowane, bardzo realne i niemające z sobą niemal nic wspólnego, jakkolwiek oba są bardzo żywe i różne od tkliwej przyjaźni. Cały bieg mego życia dzielił się między te dwie miłości tak odmiennej przyrody, a nawet zdarzyło mi się doświadczyć obu naraz. I tak na przykład w chwili, o której mówię, gdy zajmowałem się panną de Vulson tak publicznie i tak tyrańsko, iż nie mogłem ścierpieć zbliżenia się do niej drugiego mężczyzny, równocześnie miewałem z niejaką małą Goton sam na sam krótkie, ale dość żywe, w których ona raczyła obejmować rolę surowej mentorki. To było wszystko, co od niej uzyskałem; ale to wszystko, które w istocie było wszystkim dla mnie, zdawało mi się najwyższym szczęściem. W ten sposób, rozumiejąc już, jakkolwiek po dziecinnemu, wartość tajemnicy, odpłacałem pannie de Vulson, bez żadnego podejrzenia z jej strony, chytrość, z jaką posługiwała się mną dla pokrycia innych uczuć. Ku wielkiemu memu żalowi sekret mój albo odkryto, albo też moja mała mistrzyni mniej ściśle go strzegła ode mnie, niebawem bowiem rozdzielono nas.

95

Ta mała Goton była to doprawdy szczególna osóbka. Nie będąc ładną, miała w sobie coś takiego, iż trudno ją było zapomnieć; do tego stopnia, iż wspominam ją dotąd jeszcze, często o wiele żywiej, niżby staremu szaleńcowi przystało. Oczy jej, figurka, wzięcie[102], wszystko wyprzedzało o wiele jej lata. Miała minkę rozkazującą i dumną, bardzo właściwą dla jej roli ze mną, i to może podsunęło nam pomysł naszych igraszek. Ale co było w niej najdziwniejsze, to jakieś pomieszanie zuchwalstwa i skromności, trudne w istocie do pojęcia. Pozwalała sobie ze mną na najdalej idące poufałości, nie dopuszczając mnie do żadnej; traktowała mnie jak dziecko, co każe mi przypuszczać, że sama albo nim przestała być, albo, przeciwnie, była nim tak bardzo, iż w niebezpieczeństwie, z którym igrała, widziała tylko zabawę.

96

Mogę rzecz, iż należałem cały do każdej z tych dwóch istot, i to tak doskonale, że przy żadnej z nich nie zdarzyło mi się pomyśleć o drugiej. Ale poza tym uczucia, jakie budziły we mnie, były najzupełniej różne.

97

Byłbym spędził życie całe przy pannie de Vulson bez myśli o rozstaniu; ale kiedym ją oglądał, radość moja była spokojna i nie dochodziła do wzruszenia. Lubiłem ją zwłaszcza w większym towarzystwie: żarty, przekomarzania, wybuchy zazdrości nawet przywiązywały mnie, pochłaniały; dumny byłem z przywilejów, jakich zażywałem u niej wobec dorosłych rywali, którymi zdawała się pomiatać. Dręczyłem się, ale kochałem tę udrękę. Przyklaskiwania, zachęty, śmiechy, rozpalały mnie, podniecały. Przy ludziach byłem zdolny do uniesień, wybuchów, płonąłem miłością; sam na sam byłbym sztywny, oziębły, może znudzony. Mimo to brałem tkliwy udział we wszystkim, co jej tyczyło; cierpiałem, gdy była chora, byłbym oddał dla niej własne zdrowie; a zważcie, że wiedziałem dobrze z doświadczenia, co to choroba, a co zdrowie. Z oddali — myślałem o niej, brakowało mi jej; przy jej boku — pieszczoty dawały słodycz memu sercu, a nie zmysłom. Poufałość nasza była dla mnie bez niebezpieczeństwa: wyobraźnia moja zaspakajała się tym, na co ona sama mi pozwalała; mimo to nie umiałbym ścierpieć, gdybym widział, iż tą samą łaską obdarza kogoś drugiego. Kochałem ją jak brat, ale zazdrosny byłem jak kochanek.

98

O pannę Goton byłbym zazdrosny jak Turek, jak szaleniec, jak tygrys, gdyby mi nawet w myśli postało, że mogłaby innemu użyczyć względów, którymi mnie obdarzała, gdyż nawet to było łaską, o którą musiałem błagać na kolanach. Zbliżałem się do panny de Vulson z przyjemnością, ale bez niepokoju; na sam widok panny Goton w oczach mi się ćmiło, zmysły me kipiały. Czułem się swobodny z pierwszą, mimo iż trzymany na odległość; wobec drugiej, przeciwnie, nawet podczas najpoufalszych zbliżeń byłem drżący i pomieszany. Sądzę, że gdybym z nią przebywał nadal, nie pożyłbym długo; wzruszenia, jakie przechodziłem, byłyby mnie zdławiły. Lękałem się jednako popaść w niełaskę u obydwu; ale objawiało się to większą przymilnością wobec jednej, większą uległością wobec drugiej. Za nic w świecie nie byłbym chciał pogniewać panny de Vulson; ale gdyby panna Goton kazała mi się rzucić w płomienie, sądzę, iż usłuchałbym w tejże chwili.

99

Miłostki albo raczej schadzki nasze trwały krótko, szczęściem dla obojga. Jakkolwiek stosunki z panną de Vulson nie groziły niebezpieczeństwem, i one, po dłuższym nieco trwaniu, skończyły się katastrofą. Wszystkie te finały zawsze musiały mieć coś romantycznego, patetycznego. Jakkolwiek stosunek mój z panną de Vulson był mniej żywy, głębiej może sięgał w sferę uczuć. Rozstania nasze nigdy nie obyły się bez łez, po każdym czułem przygnębiającą pustkę. Nie umiałem mówić ani myśleć o czym innym, żałość moja była żywa i szczera; ale podejrzewam, że w głębi te heroiczne żale nie wszystkie odnosiły się do niej i że, bez mej świadomości, zabawy, których ona była ośrodkiem, też grały pewną rolę. Aby złagodzić nasze cierpienia, pisywaliśmy do siebie listy, których patos byłby zdolny zmiękczyć skały. Wreszcie dożyłem tej chluby, iż nie mogła znieść dłużej rozłąki i przybyła mnie odwiedzić. Teraz zawróciło mi się w głowie do reszty: byłem pijany, oszalały przez całe dwa dni jej pobytu.

100

Kiedy odjechała, chciałem się rzucić za nią w wodę, długo rozdzierałem powietrze krzykami rozpaczy. W tydzień później posłała mi cukierki i rękawiczki; byłbym wzruszony tą uprzejmością i dobrocią, gdybym równocześnie nie dowiedział się, że wyszła za mąż i że ta jej podróż, którą pozwoliła mi się puszyć, miała za cel przedślubne sprawunki. Nie będę opisywał mej wściekłości, można ją sobie wyobrazić. W szlachetnym gniewie przysiągłem sobie nie oglądać na oczy przewrotnej istoty, nie mogąc wyroić straszliwszej kary. Nie zabiło jej to; w dwadzieścia lat potem, bawiąc raz u ojca i pływając z nim po jeziorze, kiedy go spytałem, kto są panie, które zauważyłem opodal w łódce, ojciec rzekł z uśmiechem: „Jak to, serce ci nic nie mówi? To twoja dawna miłość: pani Cristin, z domu de Vulson”. Zadrżałem na to imię prawie zapomniane, ale kazałem skierować łódź gdzie indziej, nie uważając — mimo iż sposobność odwetu była niezła — aby warto było łamać przysięgę i wskrzeszać zwady sprzed lat dwudziestu z kobietą czterdziestoletnią.

101

(1723–1728). W ten sposób spływały na głupstwach najcenniejsze lata, zanim postanowiono wreszcie o mym powołaniu. Po długich naradach i dociekaniu mych naturalnych skłonności obrano karierę, do której ich miałem najmniej. Umieszczono mnie u pana Masseron, pisarza miejskiego, abym, jak powiadał wuj Bernard, wykształcił się przy nim w pożytecznym rzemiośle kauzyperdy[103]. Ten przydomek bardzo mi się nie podobał; nadzieja ciułania talarów na tej obmierzłej drodze zbyt mało pochlebiała mej niebotycznej dumie, zatrudnienie zdało mi się nudne, nieznośne; przymus, zależność zraziły mnie do reszty. Wchodziłem do kancelarii z odrazą wzmagającą się co dzień. Pan Masseron znowuż, niezbyt zadowolony z ucznia, odnosił się do mnie z pogardą, wyrzucając wciąż, że wuj zaręczył mu, że umiem to, że umiem owo, gdy w istocie nie umiem nic; że przyrzekł mu sprytnego chłopca, a dał koronnego osła. Wreszcie przepędzono mnie sromotnie z powodu niezdarności, dependenci[104] zaś pana Masseron orzekli, że nadaję się jedynie do władania pilnikiem.

102

W ten sposób rozstrzygnęło się moje powołanie. Oddano mnie do terminu; nie do zegarmistrza, ale do rytownika. Lekceważenie pana pisarza zdeptało mą dumę; poddałem się bez szemrania. Mój pryncypał[105], pan Ducommun, był to młody człowiek nieokrzesany i gwałtowny. W bardzo krótkim czasie udało mu się zetrzeć cały blask mego dzieciństwa, pognębić kochający i żywy charakter i ściągnąć mnie, tak umysłem jak dolą, do stanu prawdziwego terminatora. Łacina, starożytność, historia, wszystko poszło na długo w zapomnienie: nie pamiętałem, czy w ogóle byli jacy Rzymianie na świecie. Ojciec, gdy mi się go zdarzyło odwiedzić, nie widział już we mnie przedmiotu ubóstwienia; przestałem być dla dam przymilnym Kubusiem. Czułem tak dobrze, że państwo Lambercier nie poznaliby we mnie swego ucznia, że wstyd by mi było się im pokazać: jakoż nie widziałem ich już od tego czasu. Najszpetniejsze upodobania, najniższego gatunku hultajstwo zajęło miejsce lubych igraszek, tak iż nawet pamięć ich mi nie została. Musiałem, mimo najstaranniejszego wychowania, mieć wielką skłonność do zwyrodnienia, wszystko to bowiem stało się szybko i bez cienia oporu. Nigdy chyba tak przedwczesny Cezar nie zmienił się tak szybko w Larydona[106].

103

Zawód sam przez się nie był odpychający. Miałem zamiłowanie do rysunku, robota rylcem też dosyć mnie bawiła; że zaś kunszt rytownika w zegarmistrzostwie jest bardzo ograniczony, miałem nadzieję, iż z czasem posiędę go w całej pełni. Byłbym może do tego doszedł, gdyby brutalność majstra i straszliwa niewola nie zmierziły mi pracy. Odkradałem jej mój czas, aby go obracać na zatrudnienia[107] tego samego rodzaju, ale mające dla mnie urok swobody. Rytowałem medale służące mnie i towarzyszom jako rodzaj odznaki rycerskiej. Pryncypał zdybał mnie przy tej kontrabandzie i oćwiczył niemiłosiernie, powiadając, że zaprawiam się do fałszerstwa, bo medale miały herby rzeczypospolitej. Mogę przysiąc, że nie miałem żadnego pojęcia o fałszywej monecie, a bardzo słabe o prawdziwej; lepiej wiedziałem, jak się wyrabia asy[108] rzymskie niż nasze trzygroszówki.

104

Tyrania majstra doprowadziła mnie w końcu do znienawidzenia pracy, którą byłbym inaczej polubił, i zaszczepiła mi przywary, których byłbym nienawidził, jak kłamstwo, próżniactwo, kradzież. Nic bardziej nie ujawniło mi różnicy między synowską uległością a służalczą niewolą niż pamięć przemian, jakie sprowadziła we mnie ta epoka. Z natury byłem nieśmiały i wstydliwy; ze wszystkich wad najbardziej może było mi obce zuchwalstwo. Ale wprzód cieszyłem się godziwą swobodą, która teraz stopniowo ścieśniała się, aż w końcu zupełnie znikła. Czułem się śmiały w domu ojca, swobodny u pana Lambercier. U wuja stałem się oględny i uważający; w terminie zastrachany; odtąd byłem straconym chłopakiem. Nawykły żyć ze zwierzchnikami na równej stopie, nie widząc przyjemności, która by mi nie była dostępna, potrawy, której bym nie skosztował, pragnienia, którego bym wraz nie objawił, gotów zawsze spowiadać się z każdego drgnienia serca, można sobie wyobrazić, czym musiałem się stać w tym domu, gdzie nie śmiałem ust otworzyć, gdzie trzeba mi było wstawać od stołu w połowie posiłku, a wychodzić z pokoju, gdy nie byłem zatrudniony; gdzie, wciąż przykuty do pracy, patrzyłem na swobodę i uciechy drugich, gdy dla mnie zostawały same wyrzeczenia. Widok swobody majstra i czeladników powiększał brzemię upodlenia i niewoli; wszystko, com ujrzał, stawało mi się przedmiotem pożądania, bo wszystkiego byłem pozbawiony. Bywaj zdrów, dostatku, i ty, wesołości, bywajcie zdrowe, dowcipne słówka, które niegdyś w razie przewinienia nieraz ratowały mnie od kary. Dotąd śmieszy mnie wspomnienie, jak jednego wieczora, u ojca, kiedy za jakąś psotę kazano mi iść spać bez wieczerzy i kiedym przechodził przez kuchnię, trzymając w ręku żałosny kawałek chleba, ujrzałem i poczułem pieczyste obracające się na różnie. Wszyscy siedzieli koło ognia, trzeba było się pożegnać. Kiedy już obszedłem całe koło, wówczas, zerkając spod oka na owo pieczyste, wyglądające tak apetycznie i pachnące tak smakowicie, nie mogłem się wstrzymać, aby mu się również nie pokłonić i nie powiedzieć smętnym głosikiem: „ Dobranoc, pieczyste”. Ten wyskok naiwności wywołał taką uciechę, że pozwolono mi zostać. Może podobne słówko miałoby powodzenie i w domu majstra, ale to pewna[109], że nie przyszłoby mi na myśl i że nie ośmieliłbym się dać mu folgi.

105

Oto jak nauczyłem się pragnąć w milczeniu, ukrywać się, udawać, kłamać, a wreszcie i łasować: przywara, która do tego czasu była mi obcą, a z której odtąd nigdy nie mogłem się zupełnie wyleczyć. Oto czemu wszyscy lokaje są łasuchy i czemu wszyscy chłopcy w terminie powinni by nimi zostać; ale ci, przy równym i spokojnym zajęciu, nienarażeni na pokusy pożądania, wyzbywają się z wiekiem tej haniebnej skłonności. Nie zaznawszy tego szczęścia, nie mogłem odczuć i jego dobroczynnych skutków.

106

Pierwszy krok do złego wynika prawie zawsze u dzieci z dobrych skłonności źle pokierowanych. Mimo nieustannych wyrzeczeń i pokus, przebyłem rok w terminie, nie mogąc się zdobyć na to, aby coś ściągnąć, nawet coś do jedzenia. Pierwsza kradzież była dziełem uczynności, ale otwarła drogę innym, które nie miały tak chwalebnych pobudek.

107

KradzieżBył u majstra czeladnik nazwiskiem Verrat, przy którego domu, w sąsiedztwie, znajdował się ogród dość rozległy, dający piękne szparagi. ZłodziejOtóż imćpanu Verrat, który nie miał do zbytku pieniędzy, przyszła ochota ukraść matce nieco wczesnych szparagów, aby sprzedawszy tę nowalię, obrócić zysk na parę dobrych śniadanek. Ponieważ sam nie miał ochoty się narażać i nie był dość zwinny, wybrał na tę ekspedycję mnie. Po wstępnych uprzejmościach, które zjednały mnie tym skuteczniej, ile że nie rozumiałem ich celu, poddał mi ów pomysł, który jakoby przyszedł mu nagle do głowy. Opierałem się długo; nastawał. Nie umiałem się nigdy oprzeć prośbom i pieszczotom: uległem. Chodziłem co rano wybierać najpiękniejsze szparagi; zanosiłem je na targ, gdzie jakaś kupczycha, zgadując, że towar jest skradziony, mówiła mi to w żywe oczy, aby uzyskać tańszą cenę. W przerażeniu brałem, co mi raczyła dać, i odnosiłem pieniądze imćpanu Verrat. Przeobrażało się to szybko w śniadanko, którego ja byłem dostawcą, a które dzielił z innym czeladnikiem. Co do mnie, byłem rad, gdy przypadło mi parę ochłapów, nie mówiąc o winie, którego nie skosztowałem ani kropelki.

108

Ta sztuczka ciągnęła się kilka dni, w czasie których nie przyszło mi nawet na myśl okraść samego złodzieja i nałożyć panu Verrat dziesięcinę od ceny jego szparagów. Wywiązywałem się z mego łajdactwa z wzorową uczciwością; jedyną mą pobudką było wygodzić temu, kto mnie do niego używał. Gdyby mnie odkryto, ileż kijów, obelg byłoby na mnie spadło, gdy nędznik byłby się wyparł spokojnie i uwierzono by mu na słowo: był czeladnikiem, ja tylko terminatorem! Oto jak w każdym stanie silny zbrodniarz wychodzi cało kosztem niewinnego słabeusza.

109

Dowiedziałem się w ten sposób, że kraść to rzecz nie tak straszna, jak dotąd myślałem; niebawem zacząłem stosować mą umiejętność tak gorliwie, że żaden łakomy przedmiot, o ile znalazł mi się pod ręką, nie był bezpieczny. Żywiono mnie u majstra nieźle; wstrzemięźliwość była mi tylko przez to tak przykra, iż on sam w moich oczach przekraczał często jej granice. Zwyczaj wyprawiania od stołu chłopców, w chwili gdy się podaje potrawy najbardziej im ponętne, jest moim zdaniem bardzo skuteczny, aby z nich zrobić łakomców i złodziei. Stałem się w krótkim czasie jednym i drugim i wcale mi się z tym dobrze działo na co dzień, bardzo źle natomiast od czasu do czasu, gdy mnie złapano na gorącym uczynku.

110

KradzieżJest wspomnienie, które przyprawia mnie wraz o śmiech i o dreszcze, mianowicie wyprawa na jabłka, bardzo smutna w następstwach. Te jabłka znajdowały się w spiżarni, do której za pomocą wysoko umieszczonego okienka przedostawało się światło dzienne z kuchni. Jednego dnia, znalazłszy się sam w domu, wdrapałem się na gzyms, aby obejrzeć w owym ogrodzie Hesperyd[110] cenny owoc, do którego droga była mi zamknięta. Poszedłem po rożen, aby się przekonać, czy z jego pomocą nie można by tam sięgnąć; okazał się za krótki. Przedłużyłem go za pomocą drugiego rożenka, który służył dla drobniejszej zwierzyny: pryncypał lubił polowanie. Żgnąłem parę razy bez skutku, w końcu uczułem, iż złowiłem jabłko. Pociągnąłem ostrożnie: już, już było przy samym otworze, już miałem je pochwycić. Któż opisze mą boleść? Jabłko było za duże, nie mogło przeleźć przez dziurę. Ileż wynalazczości, aby je wydobyć! Trzeba było znaleźć podpórki, aby utrzymać rożen w niezmienionej pozycji, nóż dość długi, aby pokrajać jabłko, deszczułkę, aby je podtrzymać. Z dużym nakładem zręczności i czasu udało mi się je poćwiartować, w nadziei, iż wydobędę je po kawałku; ale ledwo rozpadło się na części, obie połówki runęły na dno spiżarki. Litościwy czytelniku, użal się mego strapienia!

111

Nie straciłem zapału, ale straciłem wiele czasu. Lękałem się, by mnie nie zaskoczono; odłożyłem do następnego dnia szczęśliwszą próbę i zabrałem się najspokojniej do roboty, nie myśląc o dwóch niedyskretnych świadkach, leżących jako akt oskarżenia na podłodze spiżarki.

112

Nazajutrz tedy, upatrzywszy sposobność, rozpoczynam nową próbę. Wchodzę na drabinkę, wsuwam rożen, celuję: już byłem bliski trafienia zdobyczy… Niestety, smok nie spał: drzwi spiżarni otwierają się nagle i wychodzi z nich pryncypał, spogląda na mnie z założonymi rękami i mówi: „Tylko śmiało!…” Tu pióro wypada mi z ręki.

113

ZłodziejNiebawem oswoiłem się ze złym obchodzeniem i z wszelkimi karami. Stałem się na nie mniej wrażliwy: wydawały mi się po prostu rodzajem haraczu od kradzieży, który upoważnia mnie niejako do jej uprawiania. Miast obracać oczy wstecz i myśleć o karze, obracałem je wprzód i myślałem o pomście. Skoro mnie bito jak hultaja, uważałem, że mam prawo nim być. Mniemałem, że kraść i brać kije, to rzeczy, które idą razem i stanowią rodzaj rzemiosła; wypełniając tedy część tego zawodu, która zależała ode mnie, zostawiałem pryncypałowi troskę o spełnienie drugiej części. Umocniony tym poglądem, uprawiałem kradzież z większym spokojem niż poprzednio. Mówiłem sobie: „Cóż mi się wreszcie stanie? Dostanę kije. Niech i tak będzie, toć moje przeznaczenie i moja rola”.

114

Lubię jeść, nie będąc żarłoczny: jestem więcej zmysłowcem[111] niż smakoszem. Zbyt wiele innych zamiłowań odciąga mnie od tej namiętności. Interesowałem się mym podniebieniem jedynie wtedy, gdy serce było bezczynne, a to zdarzało mi się w życiu tak rzadko, że niewiele miałem czasu myśleć o smakołykach. Oto czemu nie długo ograniczałem moje hultajstwa do wiktuałów i rozciągnąłem je niebawem na wszystko, co mnie nęciło; jeśli nie stałem się formalnym złodziejem, to dlatego, że nigdy nie kusiły mnie pieniądze. We wspólnym warsztacie, majster miał osobny warsztacik zamykany na klucz; znalazłem sposób otwierania drzwiczek i zamykania ich z powrotem tak, żeby nikt nie spostrzegł. Tam gospodarowałem sobie w jego przednich narzędziach, najlepszych rysunkach, formach, we wszystkim, co budziło we mnie pożądliwość, a co on starał się chować przede mną. W gruncie, kradzieże te były bardzo niewinne, boć rezultat ich szedł ostatecznie na dobro pryncypała; ale radość sprawiało mi mieć te drobiazgi, zdawało mi się, że kradnę sam talent wraz z jego wytworami. Poza tym, były tam skrzynki z odpadkami złota i srebra, klejnociki, rzadkie pieniądze. Jeżeli miałem kiedy parę groszaków w kieszeni, to było dużo, mimo to nie tylko nie ruszyłem nigdy tych skarbów, ale nie przypominam sobie nawet, abym je kiedy obrzucił pożądliwym spojrzeniem: widok ich budził we mnie więcej grozy niż przyjemności. Pewien jestem, że tę grozę przed kradzieżą pieniędzy i wszystkiego, co można na nie zmienić, zawdzięczałem wychowaniu. Łączyły się z tym pojęcia hańby, więzienia, kary, szubienicy, które wystarczały, aby mnie przerazić gdybym nawet czuł pokusę; gdy zwykłe moje nadużycia zdały mi się jeno psotą i w istocie nie były czym innym. Wszystko, co mi groziło za nie, to jedynie porządne wały z ręki majstra, a z tym godziłem się z góry.

115

Ale, jeszcze raz powtarzam, nie czułem nawet pokusy na tyle, abym się musiał wstrzymywać; nie było tu walki. Arkusik ładnego papieru do rysowania kusił mnie więcej niż pieniądz, za który mógłbym dostać całą ryzę. Ta właściwość charakteru tak wielki miała wpływ na moje postępowanie w wielu okolicznościach, że trzeba mi ją wytłumaczyć.

116

Podlegam namiętnościom bardzo gorącym: podczas ich działania, gwałtowność moja dochodzi wręcz ostatecznych granic. Nie znam wówczas ani względów, ani szacunku, ani obawy, ani przyzwoitości; jestem cyniczny, bezczelny, brutalny, nieustraszony; nie ma hańby, która by mnie mogła wstrzymać, niebezpieczeństwa, które by mnie przestraszyło; poza jednym przedmiotem, który mnie pochłania, świat dla mnie nie istnieje. Ale to trwa tylko moment; w chwilę potem, popadam w bezwład i obojętność.

117

W stanie spokoju jestem bezgranicznie bierny, trwożliwy nawet; wszystko mnie uraża, mrozi; mucha zdolna jest mnie wystraszyć. Jedno słowo, jeden gest stanowią dla mego lenistwa nieprzeparty wysiłek; wstyd i obawa paraliżują mnie tak, że rad bym ukryć się przed całym światem. Gdy trzeba działać, nie wiem, co robić; gdy trzeba się odezwać, nie wiem, co mówić; kiedy na mnie patrzą, czuję się zbity z tropu. Porwany uniesieniem, umiem niekiedy znaleźć wyrazy; ale w zwyczajnej rozmowie nie znajduję nic, zupełnie nic i każda rozmowa jest mi nieznośna przez to samo, że zmuszony jestem mówić.

118

Zważcie przy tym, iż żadne z mych zasadniczych upodobań nie opiera się na rzeczach do kupienia.Pieniądz Trzeba mi rozkoszy czystych, a pieniądz każdą zatruwa. Lubię na przykład uciechy stołu; ale nie mogąc ścierpieć ani przymusu wykwintnego towarzystwa, ani plugastwa traktierni[112], umiem ich kosztować jedynie z przyjacielem; sam nie, wówczas bowiem wyobraźnię moją zaprząta co innego i nie znajduję w jedzeniu żadnej przyjemności. O ile moja wrząca krew domaga się kobiet, o tyle tkliwe serce jeszcze silniej domaga się miłości. Kobiety nabyte za pieniądze straciłyby dla mnie cały urok; wątpię nawet, czy przemógłbym na sobie to, aby z nich korzystać. Tak samo z każdą przyjemnością: jeżeli związana jest z zapłatą, wydaje mi się bez smaku. Lubię tylko te słodycze, które nie należą do nikogo, a raczej do pierwszego z brzegu umiejącego je smakować.

119

PieniądzNigdy pieniądz nie wydawał mi się rzeczą tak cenną, za jaką go uważają. Co więcej, nigdy nie wydał mi się przedmiotem zbyt poręcznym; nie służy do niczego sam przez się, trzeba go dopiero zmienić na coś, aby się nim cieszyć; trzeba kupować, targować się, często być oszukanym, dobrze płacić za lichą usługę. Pragnę, aby każda rzecz była w dobrym gatunku — za pieniądze mogę być pewny, że dostanę lichą. Płacę drogo za świeże jajko, okazuje się zleżałe; za piękny owoc, jest zielony; za dziewczynę, jest zarażona. Lubię dobre wino, ale gdzie go szukać? U handlarza? Co bądź bym czynił, zawsze mnie struje. Pragnę za wszelką cenę być dobrze obsłużony; co tu trudności, kłopotów! Starać się o przyjaciół, sekretarzy, dawać zlecenia, pisać, chodzić, jeździć, czekać — i często w końcu być oszukanym. Co tu utrapień za własne pieniądze! Lękam się ich jeszcze więcej, niż lubię dobre wino.

120

Tysiąc razy, za czasu terminatorstwa i później, zdarzyło mi się wyjść z domu w zamiarze kupienia łakoci. Zbliżam się do cukierni, spostrzegam jakieś kobiety przy ladzie; już widzę jak się śmieją i żartują z małego łakotnisia. Przechodzę koło owocarki, zerkam na piękne gruszki, nęci mnie ich zapach; ale sterczy w pobliżu paru młodych ludzi i patrzą; ktoś kto mnie zna stoi przed sklepem! Widzę z daleka nadchodzącą dziewczynę; czy to nie służąca z sąsiedztwa? Krótki wzrok nastręcza mi mnóstwo sposobności do złudzeń. Każdy przechodzień wydaje mi się znajomy; wszędzie mnie coś onieśmiela, wszędzie jakaś przeszkoda; rośnie wstyd wraz z pragnieniem i bierze nad nim górę; wreszcie wracam do domu jak głupiec, trawiony pożądaniem, mając w kieszeni środki i nie śmiejąc sobie nic kupić.

121

Musiałbym wchodzić w najgłupsze szczegóły, gdybym chciał malować wstyd, odrazę, utrapienia, wszelakiego rodzaju ohydy, których zawsze doznawałem, gdy chodziło o wydanie własnych pieniędzy dla siebie czy dla drugich. W miarę jak, zapuszczając się ze mną w moje życie, czytelnik zapozna się z mym charakterem, odczuje sam wszystko, bez potrzeby rozwodzenia się nad tym z mej strony.

122

To pojąwszy, każdy będzie mógł pojąć bez trudu jedną z mych rzekomych sprzeczności: połączenie brudnego niemal skąpstwa z największą pogardą pieniędzy. Jest to rzecz dla mnie tak nieporęczna, że nawet mi się nie śni pożądać pieniędzy, których nie mam; a kiedy je mam, długo je przechowuję bez użytku, w niemożności zużycia ich wedle ochoty. Ale niech tylko się nadarzy przyjemna sposobność, korzystam z niej tak sumiennie, że sakiewka opróżnia się w mgnieniu oka. Nie szukajcie też we mnie zwykłego narowu skąpców, to znaczy wydatków dla popisu; wręcz przeciwnie, wydaję potajemnie i dla przyjemności. Daleki od szukania w wydatkach chluby, kryję się z nimi. Czuję tak dobrze, że pieniądz jest nie dla mnie, że niemal wstyd mi jest go posiadać, a bardziej jeszcze zeń korzystać. Gdybym kiedy posiadał dochód wystarczający, aby żyć dostatnio, nie miałbym żadnej skłonności do skąpstwa, tego jestem pewny; wydawałbym moje dochody, nie starając się ich mnożyć. Ale moje położenie, trudne i niepewne, trzyma mnie w nieustannej obawie. Ubóstwiam swobodę; mam wstręt do skrępowania, do trudu, niewoli. Póki trwają pieniądze w sakiewce, póty trwa i niezależność: uwalniają mnie od gonienia za zarobkiem, co zawsze wstręt budziło we mnie. Lękając się tedy, iż niebawem się wyczerpią, duszę je.Pieniądz Pieniądz, który człowiek posiada, to swoboda; ten, za którym goni — to niewola. Oto czemu, kiedy je mam, duszę je, nie pragnąc niczego.

123

Moja bezinteresowność jest więc tylko lenistwem; przyjemność posiadania nie jest warta zabiegów. I rozrzutność moja płynie z lenistwa; kiedy nadarzy się sposobność przyjemnego strwonienia, korzystam z niej co żywo! Mniej kuszą mnie pieniądze niż same przedmioty, między pieniądzem bowiem a posiadaniem jest zawsze coś pośredniego; między samą rzeczą a jej użyciem — nie. Gdy widzę przedmiot, kusi mnie on; co insze, gdy widzę jedynie środek do nabycia go. Byłem tedy łasuchem i teraz jeszcze zdarza mi się przywłaszczyć sobie jakiś drobiazg, który mnie nęci i który łatwiej mi wziąć, niż o niego prosić: ale, w dzieciństwie czy później, nie przypominam sobie, abym sobie przywłaszczył bodaj grosz cudzy, poza jednym jedynym razem, niespełna przed piętnastu laty, kiedy zdarzyło mi się ukraść siedem funtów[113] i dziesięć su[114]. Przygoda warta jest, aby ją opowiedzieć, mieści bowiem tak nieocenione połączenie bezczelności i głupoty, że trudno by mi samemu w nią uwierzyć, gdyby dotyczyła kogo innego, nie mnie.

124

Było to w Paryżu. Przechadzałem się, około piątej, z panem de Francueil w Palais-Royal[115]. Pan de Francueil wyjmuje zegarek, spogląda i powiada: „Chodźmy do Opery”. Nie mam nic przeciw temu, idziemy. Bierze dwa bilety do amfiteatru, wręcza mi jeden i wchodzi pierwszy; ja za nim. Rozdziela nas tłok u wejścia. Patrzę i widzę, że wszyscy stoją; przychodzi mi na myśl, że łatwo mógłbym stracić się[116] w ciżbie lub bodaj pozwolić panu de Francueil przypuszczać, że się straciłem. Wychodzę, odbieram kontramarkę[117], potem pieniądze i wymykam się, nie myśląc, iż ledwie przeszedłem próg, wszyscy siedli i wówczas pan de Francueil musiał spostrzec moją nieobecność.

125

Ponieważ trudno o coś bardziej sprzecznego z mym usposobieniem niż ten rys, notuję go, aby ukazać, że bywają chwile jakiegoś półobłędu, w których nie trzeba sądzić ludzi z uczynków. W tym wypadku nie była to właściwie kradzież pieniędzy, raczej kradzież ich przeznaczenia; ale im mniej była kradzieżą, tym bardziej była paskudztwem.

126

Nie wybrnąłbym z tych szczegółów, gdybym chciał notować wszystkie etapy, przez które w czasie mego terminu zeszedłem z wyżyn bohatera do nikczemności łajdaka. Ale nasiąkając przywarami stanu, nie umiałem nabrać wszystkich jego upodobań. KsiążkaNudziły mnie zabawy towarzyszy; a kiedy wskutek zbytniej niewoli obmierzła mi i praca, nudziło mnie wszystko. To wróciło mi zamiłowanie do książek, od dawna zaniedbanych. Czytanie, dla którego chwile odkradałem pracy, stało się nową zbrodnią, którą opłacałem nowymi karami. Zamiłowanie to, drażnione przeszkodami, stało się namiętnością, wkrótce szałem. La Tribu, sławna właścicielka czytelni, dostarczała mi książek wszelkiego rodzaju. Dobre, złe, wszystko mi było jedno; nie wybierałem; czytałem wszystko jednako chciwie.

127

Czytałem w warsztacie, czytałem chodząc z posyłkami, czytałem w wychodku, zapamiętując się po prostu całe godziny; w głowie mi się kręciło, nic nie robiłem poza czytaniem. Majster szpiegował mnie, łapał, bił, zabierał mi książki. Ile tomów podartych, spalonych, wyrzuconych oknem! Ile dzieł zbrakowanych w czytelni starej la Tribu! Kiedy nie miałem czym płacić, oddawałem koszule, krawatki, łachy; trzy su niedzielnej pensji przechodziły regularnie do jej kasy.

128

Otóż i chwila, powie ktoś, w której pieniądze były mi potrzebne. Prawda; ale chwila ta przyszła wówczas, kiedy czytanie odjęło mi wszelką przedsiębiorczość. Pochłonięty nową pasją, nic nie widziałem poza książką; przestałem kraść. To także jedna ze znamiennych właściwości. W pełni danego sposobu życia drobnostka jakaś odrywa mnie, zmienia, pociąga, wreszcie pochłania; i oto świat cały ginie, myślę jedynie o mej nowej pasji. Serce biło mi z niecierpliwości, aby się dobrać czym prędzej do nowej książki, jaką miałem w kieszeni; dobywałem jej natychmiast, skoro tylko zostałem sam, i ani mi już w głowie nie postało plądrować warsztat pryncypała. Chwila obecna jest mi wszystkim; nie umiem sobie zadawać jakiegokolwiek trudu dla przyszłości. La Tribu udzieliła mi kredytu; zawsze wisiałem u niej z małą sumką; a kiedy miałem książkę w kieszeni, nie myślałem już o niczym. Pieniądze, które posiadałem, przechodziły do rąk tej kobiety, a kiedy stawała się natarczywa, najprostszym odruchem było oddać jej własne rupiecie. Kraść zawczasu było dla mnie aktem zbyt przewidującym, a kraść dla spłaty długów nie przedstawiało nawet pokusy.

129

Pod wpływem tych wymyślań, kijów, czytania ukradkiem i bez wyboru, usposobienie moje stało się dzikie, milczące; głowa poczęła mi się bakierować, żyłem jak odludek. O ile wszakże pewien wrodzony smak uchronił mnie od książek płaskich i głupich, o tyle moje szczęście uchroniło mnie od bezecnych i wyuzdanych. Nie iżby la Tribu, kobieta pod wszystkimi względami uczynna, miała się skrupulizować z ich pożyczaniem; ale aby podnieść ich wartość, szeptała ich tytuły z tajemniczą miną, która właśnie kazała mi odmawiać, tak ze wstydu jak z odrazy. Przypadek tak dobrze przyszedł w pomoc mej wrodzonej wstydliwości, że miałem przeszło trzydzieści lat, nim pierwszy raz rzuciłem okiem na jedno z owych niebezpiecznych wydawnictw, które pewna światowa dama określiła jako bardzo niewygodne, ponieważ przy czytaniu można je trzymać tylko w jednej ręce.

130

W niespełna rok wyczerpałem kramik jejmości La Tribu, wówczas stałem się pastwą okrutnej bezczynności. Z narowów dziecka i urwisa wyleczył mnie nałóg czytania; a nawet lektury moje, jakkolwiek bez wyboru i często nie najlepsze, wszczepiły we mnie uczucia ponad mój stan.

131

Zmierżony tym, co mi było dostępne, a czując zbytnią odległość od tego, co by mnie kusiło, nie widziałem nic, co by mogło pociągnąć me serce. Zmysły, od dawna zbudzone, domagały się rozkoszy, której przedmiotu nie umiałem sobie nawet wyobrazić. Pojęcia o ich naturalnym wyładowaniu były myślom moim tak odległe, jak gdybym nie posiadał płci. Wyrosły z dziecięctwa i zdolny do wzruszeń, wracałem niekiedy myślą do dawnego szaleństwa, ale nie widziałem nic poza tym. W tym szczególnym położeniu niespokojna wyobraźnia obrała sposób, który ocalił mnie od samego siebie i uśmierzył rodzącą się zmysłowość. Książka, SamotnośćZacząłem karmić się sytuacjami, które zainteresowały mnie w książkach, odmieniać je, kombinować, stosować do siebie, wżywając się w osobę jednego z bohaterów, z działających osób, oglądając się w najbardziej mi ponętnych rolach, słowem, żyjąc życiem urojonym, w które w końcu zupełnie wrastałem i które wyzwalało mnie z opłakanej rzeczywistości. To zamiłowanie do życia wyobraźnią i łatwość wcielania się w jej przedmioty, obrzydziły mi do reszty wszystko, co mnie otaczało, utrwalając upodobanie w samotności, które mi odtąd pozostało na zawsze. Nie jeden raz jeszcze będzie można stwierdzić dziwaczne następstwa tego usposobienia ponurego i na pozór zabarwionego mizantropią[118], ale które w istocie wypływa ze zbyt zapalnego, kochającego, zbyt czułego serca. Nie mogąc znaleźć w rzeczywistym życiu istot, które by mu były pokrewne, serce to musi karmić się fikcjami. Na teraz poprzestanę na zaznaczeniu źródła i pierwotnych przyczyn owego wypaczenia, które przeobraziło wszystkie moje namiętności i które, przez osobliwą sprzeczność, czyniło mnie zawsze leniwym w działaniu, a to przez zbytnią żarliwość w pragnieniu.

132

Doszedłem w ten sposób szesnastego roku, niespokojny, nierad ze wszystkich i z siebie samego, bez zamiłowania do rzemiosła, bez uciech mego wieku, pożerany żądzami, których nie znałem przedmiotu. Często bez powodu zalewałem się łzami, wzdychałem nie wiedząc czemu; słowem, pieściłem swoje chimery, nie widząc dokoła nic realnego, co by je mogło zastąpić. W niedzielę koledzy wstępowali po mnie po kazaniu, aby wspólnie zbijać bąki. Byłbym im się chętnie wymknął gdybym mógł, ale gdy raz wciągnąłem się w zabawę, żaden z nich nie dorównał mi w zapalczywości; nie sposób mnie było opanować i zatrzymać. Taka już była moja natura. Na wycieczkach za miasto szedłem zawsze naprzód, nie myśląc o powrocie, o ile inni nie pomyśleli o tym za mnie. Dwa razy przypłaciłem to dotkliwie: zamknięto bramy, zanim zdążyłem wrócić. Co się działo w domu nazajutrz, można sobie wyobrazić; za drugim razem obiecano mi takie przyjęcie na trzeci, że postanowiłem się na to nie narażać. Mimo to ten trzeci raz, tak brzemienny grozą, nadszedł. Czujność moją udaremnił pewien przeklęty kapitan nazwiskiem Minutoli, który zawsze zamykał bramę powierzoną jego straży pół godziny przed innymi. Wracałem z dwoma kolegami. Na pół mili od miasta słyszę, że trąbią pobudkę, podwajam kroku; słyszę capstrzyk, biegnę co sił; dobiegam zdyszany, zlany potem; serce mi bije, widzę z daleka szyldwachów[119]; przebiegam, krzyczę zduszonym głosem. Za późno! Na dwadzieścia kroków przede mną podnosi się pierwszy most. Zadrżałem, widząc w powietrzu jego straszliwe rogi, złowrogą i nieszczęsną wróżbę losu, który otwierał się dla mnie w tej chwili.

133

W uniesieniu rozpaczy rzuciłem się na szaniec i zacząłem gryźć ziemię. Koledzy, śmiejąc się ze swego nieszczęścia, pogodzili się z nim rychło. I ja pogodziłem się również, ale w odmienny sposób. Przysiągłem w tejże chwili nie wrócić nigdy do pryncypała; kiedy nazajutrz, skoro otwarto bramy, koledzy wesoło podążyli do miasta, pożegnałem się z nimi na zawsze, prosząc jedynie, aby uwiadomili w sekrecie krewniaka mego Bernarda o mym postanowieniu i aby mu wskazali miejsce, gdzieby się mógł zobaczyć ze mną raz ostatni.

134

Od mego wstąpienia do terminu, straciliśmy się z oczu z krewniakiem. Przez jakiś czas spotykaliśmy się w niedzielę; ale stopniowo czuliśmy, jak wkrada się między nas pewna obcość, spotkania nasze stały się coraz rzadsze. Jestem przekonany, iż matka jego wiele przyczyniła się do tej zmiany. On pozostał chłopcem z wyższej sfery, ja, mizerny terminator, należałem już do plebsu. Mimo równości urodzenia nie byliśmy już równi stanem; przestawać ze mną znaczyło zniżać się. Bądź co bądź, stosunki nie przerwały się zupełnie; a że to był chłopiec z natury dobry, szedł niekiedy, mimo wskazówek matki, za popędem serca. Powiadomiony o mym zamiarze, przybiegł, nie aby mnie od niego odwodzić albo też go podzielić, ale aby za pomocą drobnych podarków osłodzić nieco mą ucieczkę: własne zasoby nie mogły mnie zawieźć zbyt daleko! Dał mi między innymi szpadkę, którą byłem bardzo zachwycony; nosiłem ją aż do Turynu, gdzie z konieczności musiałem się jej pozbyć. Im bardziej zastanawiałem się później nad sposobem, w jaki Bernard postąpił sobie ze mną w owym krytycznym momencie, tym bardziej jestem przekonany, iż poczynał sobie wedle wskazówek matki, może i ojca; nie jest możebne, aby sam z siebie nie próbował w jakiś sposób mnie zatrzymać lub nie objawił chęci towarzyszenia mi — tymczasem nic! Owszem[120], raczej umacniał mnie w zamiarze, niż odwodził od niego; a gdy wreszcie widział, że jestem zupełnie zdecydowany, pożegnał się bez zbytniego wzruszenia. Nigdyśmy od tego czasu nie pisali do siebie ani się nie widzieli. Szkoda, była to natura na wskroś dobra; byliśmy stworzeni, aby się kochać wzajemnie.

135

Zanim się oddam na łup fatalności swego losu, niech mi będzie wolno obrócić jeszcze oczy na dolę, której mogłem się spodziewać, gdybym się dostał w ręce lepszego zwierzchnika. Nie było nic zgodniejszego z mym usposobieniem ani sposobniejszego, by mnie uczynić szczęśliwym, niż skromny i spokojny zawód rękodzielnika, w pewnym rzemiośle zwłaszcza, np. rytownika w Genewie. Ten zawód, dość zyskowny, aby zapewnić dostatnie utrzymanie, a nie dość, aby obudzić żądzę bogactwa, byłby na resztę życia zakreślił granice mej ambicji, byłby mnie zamknął w mojej sferze, nie dając żadnego sposobu wydobycia się poza nią. WyobraźniaPosiadając wyobraźnię dość bogatą, aby rojeniami jej ozdobić każde położenie; dość potężną, aby z jej pomocą przenosić się, że tak powiem, w dowolne horyzonty, niewiele byłbym dbał o istotne warunki życia. Między miejscem mego zamieszkania a najbliższym zamkiem na księżycu nie mogła istnieć taka odległość, abym z łatwością nie zdołał jej przebyć w każdej chwili. Z tego właśnie wynikło, iż zawód najprostszy, najmniej wymagający kłopotu i zabiegów, zostawiający myślom najwięcej swobody, byłby najzgodniejszy z mą naturą; a takim było właśnie rzemiosło, które miałem porzucić. Byłbym spędził na łonie mej religii, ojczyzny i przyjaciół życie spokojne i ciche, takie, jakie odpowiadało memu charakterowi, wśród jednostajnej umiłowanej pracy, w małym dobranym kole. Byłbym dobrym chrześcijaninem, dobrym obywatelem, rzemieślnikiem, dobrym człowiekiem we wszystkim. Byłbym kochał swój zawód, może stałbym się jego ozdobą; i, przeżywszy lata cichego i prostego, ale równego i pogodnego życia, umarłbym spokojnie w otoczeniu bliskich. Wkrótce zapomniano by o mnie, to pewna; bądź co bądź, żałowano by mnie przynajmniej tak długo, jak długo by przetrwało bodaj nikłe wspomnienie.

136

W miejsce tego… Jakiż obraz przyjdzie mi nakreślić? Ach, nie uprzedzajmy nieszczęść mego życia; aż nadto trzeba mi będzie zaprzątać czytelników tym smutnym przedmiotem.

Księga II

137

(1728–1731). O ile chwila, w której strach podsunął mi zamiar ucieczki, była smutna, o tyle samo wykonanie zdało mi się urocze. Dzieckiem jeszcze[121], rzucić kraj, rodzinę, wszelkie podpory, środki, opuszczać naukę na wpół przebytą, nie nauczywszy się rzemiosła na tyle, aby żyć z niego; wydać się na pastwę biedy, nie widząc żadnego sposobu wydobycia się z niej; w wieku pustoty[122] i niewinności wystawiać się na wszystkie pokusy grzechu i rozpaczy; w dalekich stronach szukać nędzy, upadku, niebezpieczeństw, niewoli i śmierci, w jarzmie o wiele twardszym od tego, którego nie mogłem udźwignąć — oto co miałem uczynić; oto perspektywy, które powinienem był sobie uzmysłowić. Jakże odmienne tymczasem kreśliłem horyzonty! Pełnia swobody, którą zdobyłem sobie w mym mniemaniu, była jedynym uczuciem, jakiemu byłem dostępny. Czując się wolnym i panem siebie, mniemałem, iż mogę dopiąć wszystkiego: wystarczał mi jeden rzut, aby się wznieść i szybować w przestworzach. Wkraczałem z ufnością na szeroką scenę świata; spodziewałem się wypełnić ją wartością mej osoby. Na każdym kroku spodziewałem się spotkać uczty, skarby, przygody, usłużnych przyjaciół, kochanki ubiegające się o moje względy; samym ukazaniem się miałem napełnić sobą świat — nie wszechświat wszelako, pod tym względem byłem skłonny do ustępstw. W umiarkowaniu swoim ograniczyłem się do ciasnej, ale rozkosznie dobranej sfery, w której pewien byłem królowania. Ambicji mojej wystarczał jeden zamek; tam, będąc ulubieńcem obojga państwa, amantem panny, przyjacielem jej brata i opatrznością sąsiadów, czułem się zadowolony; nie trzeba mi było więcej.

138

W oczekiwaniu tej skromnej przyszłości błądziłem kilka dni koło miasta, koczując u znajomych wieśniaków, którzy przyjęli mnie z dobrocią większą niżbym ją mógł znaleźć u mieszkańców miasta. Przygarnęli mnie, dali nocleg, nakarmili; wszystko z poczciwością i prostotą nie roszczącą sobie pretensji do żadnej zasługi. Tego nie można nazwać dobroczynnością, zbyt mało wkładali w swą ludzkość poczucia wyższości.

139

W ciągu tych wędrówek zapuściłem się aż do Confignon, miejscowości w Sabaudii, o dwie mile od Genewy. Proboszcz tameczny nazywał się ksiądz de Pontverre[123]. Nazwisko to, słynne w historii Rzeczypospolitej, uderzyło mnie wielce. Ciekaw byłem zobaczyć, jak wyglądają potomkowie Rycerzy Łyżki[124]. Wstąpiłem do księdza de Pontverre; przyjął mnie łaskawie, mówił o herezji genewskiej, o powadze świętej matki Kościoła i zatrzymał mnie na obiad. Nie miałem repliki na argumenty, które kończyły się w ten sposób; osądziłem, że księża, u których tak smacznie się jada, warci są co najmniej naszych pastorów. Byłem z pewnością bardziej kuty w naukach od księdza de Pontverre, mimo całego jego szlachectwa; ale byłem zbyt dobrym kompanem, aby być równie dobrym teologiem; francuskie winko, w istocie przednie, argumentowało tak zwycięsko za swego gospodarza, że uważałbym sobie za hańbę zamykać mu usta. Ustępowałem tedy, a przynajmniej nie oponowałem wręcz. Patrząc na me wykręty, mógłby mnie ktoś pomówić o fałsz; niesłusznie: byłem jedynie grzeczny. GrzecznośćPochlebstwo, a raczej ustępliwość, nie zawsze jest przywarą; częściej jest cnotą, zwłaszcza u młodych. Dobroć, z jaką ktoś odnosi się do nas, przywiązuje: ustępujemy, nie aby wprowadzić w błąd, ale aby nie sprawić przykrości, aby nie odpłacić złym za dobre. Jakiż interes mógł mieć ksiądz de Pontverre przygarniając mnie, obchodząc się ze mną po ludzku, starając się mnie przekonać? Żadnego, chyba mój własny. Moje młode serce mówiło mi to. Byłem przejęty wdzięcznością i szacunkiem dla zacnego kapłana. Czułem swą wyższość, ale nie chciałem go przygniatać nią w odpłatę gościnności. Nie było w tym hipokryzji: nie myślałem bynajmniej zmieniać wyznania; sama myśl o tym przejmowała mnie wówczas grozą i wstrętem. Pragnąłem jedynie nie martwić tych, którzy przyciągali mnie w tym celu; chciałem zachować ich życzliwość i zostawić im nadzieję zwycięstwa, okazując się na pozór mniej uzbrojony, niż byłem w istocie. Błąd mój podobny był do kokieterii uczciwych kobiet, które pragnąc przeprowadzić jakiś zamiar, umieją niekiedy, nie przyzwalając ani nie przyrzekając, więcej pozwolić się spodziewać, niż mają zamiar dotrzymać.

140

Względy rozsądku, litości, ładu społecznego przemawiały z pewnością za tym, aby zamiast dopomagać memu szaleństwu, raczej zatrzymać mnie na drodze zguby, po której biegłem, i odesłać mnie rodzinie. To byłby uczynił, albo starał się uczynić każdy człowiek naprawdę cnotliwy. Ale jakkolwiek ksiądz de Pontverre był dobrym człowiekiem, nie był on z pewnością człowiekiem cnotliwym; przeciwnie, był to bigot, który nie znał innej cnoty, jak modlić się do obrazów i odmawiać różańce; typ misjonarza, który nie wyobrażał sobie nic lepszego dla dobra wiary, niż wydawać książeczki przeciw genewskim pastorom. Nie tylko tedy nie pomyślał o tym, aby mnie odesłać do domu, ale skorzystał z mych awanturniczych zamiarów, aby mnie pchnąć na drogę, z której powrót byłby niemożliwy, nawet gdybym go kiedyś zapragnął. Wszystko przemawiało za tym, że na tej drodze muszę zginąć z nędzy lub stać się łajdakiem. Na to zupełnie nie miał oczu, widział jedynie duszę wydartą herezji i wróconą Kościołowi. Czy będę uczciwym człowiekiem czy gałganem — cóż to znaczy, bylem chodził na mszę. Nie trzeba zresztą mniemać, aby ten sposób myślenia właściwy był jedynie katolikom; jest on związany z wszelką religią dogmatyczną, która treść widzi nie w postępkach, ale w wierze.

141

„Bóg cię wzywa, moje dziecko — rzekł ksiądz de Pontverre — idź do Annecy; znajdziesz tam zacną panią, bardzo miłosierną, która dzięki dobrodziejstwom króla posiada środki wydobywania innych dusz z błędów, z których ocaliła się sama”. Chodziło o panią de Warens[125], osobę świeżo nawróconą, którą istotnie księża zmuszali, aby z kanalią gotową frymarczyć swą wiarą dzieliła pensję dwóch tysięcy franków, wyznaczoną jej przez króla Sardynii. Czułem się bardzo upokorzony, iż trzeba mi było pomocy „zacnej pani, bardzo miłosiernej”. Lubiłem mieć wszystko, czego mi trzeba, ale nie z jałmużny; obraz dewotki też nie miał dla mnie nic pociągającego. Przypierany wszelako przez księdza de Pontverre, przez głód, który już mi się dał we znaki, rad również, iż mam przed sobą podróż, do tego z jakimś celem, zdecydowałem się, jakkolwiek z przykrością, i ruszyłem do Annecy. Mogłem się tam dostać w ciągu jednego dnia, ale nie było mi spieszno: zabawiłem w drodze aż trzy. Nie minąłem żadnego dworku po prawej albo lewej stronie drogi, abym nie próbował szukać w nim przygód, co do których byłem pewny, że mnie oczekują. Nie śmiałem wejść do dworu ani zapukać, byłem bardzo nieśmiały; ale śpiewałem pod oknem, które przedstawiało się najokazalej, i byłem zdumiony, gdy po dłuższym rozdzieraniu sobie gardła nie ujrzałem dam ani panien, które by znęciła piękność głosu albo wdzięk moich piosenek; a umiałem bardzo piękne, nauczone od kolegów, i śpiewałem je, w swoim mniemaniu, cudownie.

142

Przybywam nareszcie: widzę panią de Warens. Ta chwila zdecydowała o moim charakterze; nie sposób pominąć jej lekko. Miałem wówczas szesnasty rok. Nie będąc co się nazywa ładnym chłopcem, byłem, mimo średniego wzrostu, dość sobie niczego; miałem ładną stopę, zgrabną nogę, fizjonomię rozgarniętą i żywą, ładnie wykrojone usta, czarne brwi i włosy, oczy małe i głęboko osadzone, ale które z siłą promieniowały ogień krążący mi w żyłach. Na nieszczęście, nic nie wiedziałem o tym wszystkim i nie zdarzyło mi się w życiu myśleć o swej urodzie, chyba wówczas, gdy już za późno było ciągnąć z niej korzyści.

143

Nieśmiałość właściwa wiekowi łączyła się z trwożliwością natury bardzo tkliwej, wciąż dręczonej obawą narażenia się komuś. Przy tym, jakkolwiek posiadałem dość wykształcenia, nie obracając się nigdy w świecie, nie znałem zupełnie form; a wiadomości moje nie tylko nie mogły ich zastąpić, ale jeszcze pomnażały onieśmielenie, dając mi świadomość własnych braków.

144

Lękając się tedy, iż sam mój widok nie usposobi zbyt korzystnie nowej opiekunki, postanowiłem inaczej wyzyskać swoje przewagi. Skomponowałem piękny list w stylu retorycznym, gdzie, sztukując książkowe zwroty gwarą terminatora, rozwinąłem całą elokwencję, aby sobie zjednać przychylność pani de Warens. Włożyłem list księdza de Pontverre w mój własny i ruszyłem na straszliwą audiencję. Nie zastałem pani de Warens w domu; powiedziano mi, że przed chwilą wyszła do kościoła. Była to niedziela palmowa roku 1728. Biegnę, aby ją dogonić; widzę ją, przystępuję do niej, mówię… Ach, jak żywo mam przed oczyma miejsce tego spotkania; ileż razy później zlewałem je łzami i okrywałem pocałunkami! Czemuż nie mogę otoczyć złotą barierą tego błogosławionego miejsca! Czemuż nie mogę ściągnąć doń hołdów całego świata! Ktokolwiek umie czcić święte pamiątki zbawienia człowieka, nie powinien się tam zbliżać inaczej niż na kolanach.

145

Była to ścieżka za domem, między strumykiem, który ją, po prawej ręce, oddzielał od ogrodu, a murem okalającym podwórze po lewej. Ścieżka ta prowadziła bocznymi drzwiczkami do kościoła franciszkanów. Mając już wejść, pani de Warens odwróciła się na mój głos. Jakichż uczuć doznałem na ten widok! Wyobrażałem sobie starą, zasuszoną dewotkę; „zacna dama” księdza de Pontverre nie mogła być, w mym pojęciu, czym innym. Ujrzałem piękną twarz, piękne niebieskie oczy pełne słodyczy, olśniewającą płeć, kształty porywające urokiem. Nic nie uszło szybkiemu rzutowi oka młodego prozelity[126]; stałem się nim bowiem w jednej chwili, pewien, iż religia głoszona przez takich misjonarzy nie może prowadzić gdzie indziej niż do raju. Wzięła z uśmiechem list, który podałem jej drżącą ręką, otwarła, rzuciła okiem na pismo księdza de Pontverre, wróciła do mego, które przeczytała w całości, i byłaby odczytała raz jeszcze, gdyby służący nie zwrócił uwagi, że już czas do kościoła. „Och, dziecko — rzekła tonem, który przyprawił mnie o drżenie — zbyt młodo znalazłeś się na gościńcu; to niedobrze”. Następnie, nie czekając odpowiedzi, dodała: „Wejdź do domu i poczekaj na mnie; powiedz, żeby ci dano śniadanie; skoro się skończy msza, porozmawiamy”.

146

Ludwika Eleonora de Warens, z domu de la Tour de Pil, pochodziła ze szlachetnej i starożytnej rodziny w Vevai[127], w kantonie Vaud. Zaślubiła bardzo młodo pana de Warens z domu Loys, starszego syna pana de Villardin z Lozanny. Małżeństwo to, zresztą bezpotomne, nie było szczęśliwe. Pani de Warens, popchnięta do tego kroku jakimś domowym zatargiem, skorzystała z pobytu króla Wiktora Amadeusza[128] w Evian, aby przebyć jezioro i rzucić się do stóp władcy; tym samym, w chwili szaleństwa dość podobnej do mego i którego również przyszło jej żałować, opuściła w jednej godzinie męża, dom i kraj rodzinny. Król, który lubił grać rolę żarliwego katolika, wziął ją pod swą opiekę, wyznaczył jej tysiąc pięćset funtów piemonckich pensji, co było dużo na księcia mało hojnego z natury; a widząc, że ściągnął tym na siebie posądzenie o miłostkę, wysłał swą pupilkę pod eskortą oddziału gwardii do Annecy, gdzie w klasztorze Zwiastowania, pod kierunkiem Michała Gabriela de Bernex, tytularnego biskupa Genewy, dopełniła zmiany wyznania.

147

W chwili mego przybycia bawiła tam już od lat sześciu; sama liczyła ich dwadzieścia osiem, przyszła bowiem na świat wraz ze stuleciem. Uroda pani de Warens była z tych, które trwają długo, ponieważ są bardziej w wyrazie niż w rysach; piękność jej promieniowała jeszcze pierwszym blaskiem. Miała wyraz pieszczotliwy i czuły, łagodne spojrzenie, anielski uśmiech, usta na miarę moich, rzadkiej piękności popielate włosy, których swobodne i proste uczesanie stroiło ją dziwnym powabem. Była niedużego wzrostu, mała nawet i nieco krótka w stanie, jakkolwiek bez niekształtności; niepodobna natomiast spotkać piękniejszej głowy, gorsu, piękniejszych rąk i ramion.

148

Wychowanie jej było bardzo różnorodne. Straciła, podobnie jak ja, matkę przychodząc na świat; uczyła się przygodnie, od kogo się zdarzyło; nieco od ochmistrzyni, od ojca, od nauczycieli, a wiele od swoich kochanków, szczególniej od niejakiego pana de Tavel, który, sam obdarzony niepospolitym smakiem i wiadomościami, umiał nimi wzbogacić umysł ukochanej. Ale wśród tylu odmian wykształcenia jeden kierunek sprzeciwiał się drugiemu; wskutek braku porządku nie wszystkie wiadomości pogłębiły się w takim stopniu, jakby to było możliwe przy naturalnej jej bystrości. I tak, mimo iż posiadała nieco wiadomości z zakresu filozofii i fizyki, nie umiała się oprzeć upodobaniu, jakie przejęła po ojcu do medycyny empirycznej i do alchemii. Sporządzała eliksiry, maści, balsamy, specyfiki; twierdziła, że posiada jakieś tajemnice. Szarlatani wszelakiego rodzaju, korzystając z tej słabostki, zawładnęli nią, opętali ją, doprowadzili do ruiny, i pośród tyglów[129] i odwarów strawili jej umysł, talenty i uroki, dzięki którym mogła była stać się rozkoszą najwykwintniejszych towarzystw.

149

Ale jeśli nikczemni szalbierze nadużyli braków nieporządnego wykształcenia, aby zaciemnić jej umysł, doskonałe jej serce przetrwało wszystkie próby i zawsze zostało jednakie: natura kochająca i słodka, tkliwość dla nieszczęśliwych, niewyczerpana dobroć, wesołe, otwarte i szczere usposobienie nie zmieniły się nigdy; i nawet w obliczu starości, wśród niedostatku, nieszczęść i klęsk, pogoda jej pięknej duszy zachowała do końca wesołość najszczęśliwszych dni.

150

Błędy pani de Warens wynikały z jej natury niewyczerpanie czynnej i wciąż potrzebującej zatrudnienia. Ale czynność ta nie szła w kierunku jakichś kobiecych intryżek; żywiołem jej były wielkie przedsięwzięcia. Pani de Warens była urodzona do wielkich spraw. W jej położeniu pani de Longueville[130] byłaby tylko wścibską kumoszką; w roli pani de Longueville ona trzęsłaby państwem. Talenty jej nie były na swoim miejscu; to, co byłoby jej chlubą na wyżynach, stało się jej zgubą w warunkach, w jakich jej żyć wypadło. W każdej rzeczy, która ją zaprzątała, plan rozrastał się w jej głowie; każdy przedmiot widziała w powiększeniu. Z tego wynikało, iż, używając środków zastosowanych bardziej do zamiarów niż do sił, załamywała się; kiedy projekty zawiodły, groziła jej ruina tam, gdzie ktoś inny byłby stracił bardzo niewiele. Ta namiętność do interesów, która jej wyrządziła tyle złego, oddała jej bodaj jedną przysługę: tę, że się nie dała jej zagrzebać na całe życie w klasztorze, jak to zrazu było jej zamiarem. Jednostajne i proste życie zakonnicy, codzienna paplaninka w parlatorium[131], wszystko to nie mogło skusić umysłu będącego w nieustannym ruchu i który, tworząc co dnia nowe systematy, potrzebował swobody, aby się im poświęcić. I nie brak żarliwości był powodem, że ta urocza kobieta nie zamknęła się cała w drobnych praktykach, jakby to przystało osobie świeżo nawróconej, żyjącej pod okiem prałata. Jakakolwiek pobudka wpłynęła na zmianę jej religii, raz ją zmieniwszy, była szczera w swej wierze. Żałowała może, iż popełniła ten błąd, ale nie pragnęła się cofnąć. Nie tylko umarła jako dobra katoliczka, ale była nią i za życia. Ja, który, sądzę, czytałem w jej duszy, śmiem twierdzić, że jedynie ze wstrętu przed ostentacją nie okazywała publicznie swej pobożności: wiara jej była zbyt gruntowna, aby udawać dewocję. Ale nie tu miejsce rozwodzić się nad jej zasadami; kiedy indziej będę miał sposobność pomówić o nich.

151

Niech ci, którzy przeczą sympatii dusz, wytłumaczą, jeśli potrafią, w jaki sposób — od pierwszego widoku, od pierwszego słowa, spojrzenia — pani de Warens tchnęła we mnie nie tylko najżywsze przywiązanie, ale i doskonałą ufność, która nigdy się nie zachwiała. Przypuśćmy, że to, com uczuł, było w istocie miłością — rzecz, która wyda się co najmniej wątpliwa temu, kto będzie dalej śledził historię naszego stosunku; w jaki tedy sposób namiętności tej mogły, od samych narodzin, towarzyszyć uczucia najbardziej jej zazwyczaj obce, jak spokój serca, ufność, pogoda, bezpieczeństwo, pewność? W jaki sposób, przystępując po raz pierwszy do uroczej, wykwintnej, świetnej kobiety, damy przerastającej mnie o całe niebo pozycją, istoty, do jakiej nigdy dotąd nie zbliżyłem się nawet, do tej, od której zależał poniekąd mój los, stosownie do mniejszego albo większego zainteresowania, jakie obudzę; w jaki sposób, powiadam, czułem się w jednej chwili tak swobodny, radosny, jak gdybym miał zupełną pewność jej sympatii? W jaki sposób nie miałem ani chwili zakłopotania, nieśmiałości, przymusu? Z natury wstydliwy, nierówny, nieumiejący się zachować, w jaki sposób znalazłem z nią, od pierwszego dnia, od pierwszej chwili, tę łatwość, te serdeczne słówka, ten swobodny ton, jaki miałem w dziesięć lat później, gdy najbliższe współżycie nasze mogło go uczynić naturalnym? Czy można czuć miłość, nie mówię: bez pragnień — doznawałem ich; ale bez niepokoju, zazdrości? Czy nie czuje się bodaj potrzeby usłyszenia z ust ukochanego przedmiotu, czy się jest wzajem kochanym? Otóż, w życiu nie przyszło mi na myśl pytać ją o to, tak jak nie pytałem siebie, czy ją kocham; i ona w stosunku do mnie również nie zdradzała tej ciekawości. Było coś szczególnego w uczuciach moich dla tej uroczej kobiety i w dalszym ciągu czytelnik spotka się z mnóstwem nieoczekiwanych szczegółów.

152

Zaczęła się narada nad tym, czym mam zostać; aby swobodniej pomówić, pani de Warens zatrzymała mnie na obiad. Był to pierwszy posiłek w życiu, przy którym apetyt mi nie dopisał; dziewczyna, która nam usługiwała, powiadała również, że jestem pierwszym wędrowcem mego wieku i stanu, u którego spotyka się z tym brakiem. Uwaga ta, która na pani jej uczyniła raczej korzystne wrażenie, rzucona była poniekąd pod adresem tęgiego draba, również włóczęgi, który jadł z nami i który, sam jeden, pożarł przyzwoity obiad na sześć osób. Co do mnie, byłem jakby w zachwyceniu, które nie pozwalało mi jeść. Serce moje karmiło się nowym uczuciem, które wypełniało całą mą istotę; nie zostało we mnie tchu na żadną inną czynność.

153

Pani de Warens chciała posłyszeć szczegóły moich skromnych dziejów; opowiadając je, odnalazłem całą żywość, którą straciłem u majstra. Im bardziej udało mi się zjednać sympatię tej wybornej istoty, tym bardziej ubolewała nad losem, na jaki miałem się narazić. Tkliwe współczucie wyrażało się w jej twarzy, spojrzeniu, ruchach. Nie śmiała mnie upominać, abym wrócił do Genewy; w jej położeniu byłoby to zbrodnią wobec katolicyzmu, a nie było jej tajne, pod jak ścisłym była dozorem i jak ważono jej słowa. Ale mówiła mi tak wzruszająco o zgryzocie mego ojca, że widziałem dobrze, iż byłaby w duchu przyklasnęła zamiarowi powrotu. Nie wiedziała, jak bardzo, mimo woli, wymowa jej działa przeciw jej chęciom. Jak już, o ile mi się zdaje, wspominałem, byłem zdecydowany w mym postanowieniu; obecnie im bardziej mentorka zdała mi się wymowną i przekonywającą, im bardziej wywody jej wnikały mi do serca, tym mniej mogłem się pogodzić z myślą, bym się miał od niej oderwać. Czułem, że wrócić do Genewy znaczyłoby postawić między nią a sobą zaporę prawie nie do przebycia; chyba żebym znów uciekł się do kroku, który uczyniłem — w takim razie lepiej zostać przy nim od razu. Tak się też stało. Pani de Warens, widząc bezowocność wysiłków, nie posunęła ich aż do nieostrożności względem samej siebie; rzekła jeno z pełnym współczucia spojrzeniem: „Biedny mały, trzeba ci iść tam, dokąd Bóg cię wzywa; ale kiedy dorośniesz, wspomnisz moje słowa”. Sądzę, iż nie myślała sama, aby ta przepowiednia miała się ziścić tak okrutnie.

154

Główna trudność była wciąż nierozwiązana. W jaki sposób, w tak młodym wieku, znaleźć w obcym kraju utrzymanie? Przebywszy ledwie połowę nauki, daleki byłem od posiadania arkanów rzemiosła. Zresztą, gdybym je był nawet posiadł, nie mógłbym zeń żyć w Sabaudii, kraju zbyt biednym, aby hodować sztuki. Włóczęga, który jadł obiad za nas, zmuszony przerwać na chwilę, aby dać odpocząć szczękom, oświadczył się z radą, o której mówił, iż pochodzi z nieba, a która, jeśli sądzić po skutkach, pochodziła raczej z przeciwnej strony: mianowicie, abym się udał do Turynu. Tam, w przytulisku dla katechumenów[132], znajdę środki (mówił) do cielesnego i duchowego życia aż do czasu, w którym, wstąpiwszy na łono Kościoła, otrzymam, dzięki miłosierdziu dobrych dusz, odpowiednie miejsce. „Co się tyczy kosztów podróży — ciągnął dalej obieżyświat — jego wielebność ksiądz biskup nie omieszka, jeżeli pani mu podsunie to świątobliwe dzieło, dostarczyć, w swym miłosierdziu, środków; pani baronowa zaś, która jest tak dobroczynna — rzekł pochylając się nad talerzem — niewątpliwie również przyłoży się do tego”.

155

Całe to miłosierdzie było mi bardzo ciężkie; serce mi się ścisnęło, nie mówiłem nic. Pani de Warens, nie chwytając się tego projektu z równym zapałem, odrzekła tylko, że każdy powinien wedle możności przykładać się do dobrych uczynków i że pomówi o tym z jego wielebnością. Ale ten ciemny osobnik, który obawiał się snadź[133], iż rozmowa może wypaść nie po jego myśli, i który chciał w tej sprawie upiec swoją pieczeń, pobiegł uprzedzić wikariuszów i obrobił dobrych księży tak skutecznie, że gdy pani de Warens, która lękała się dla mnie tej podróży, spróbowała mówić o niej z biskupem, przekonała się, iż cała sprawa jest już załatwiona. Doręczono jej nawet bezzwłocznie pieniądze, przeznaczone na mój podróżny fundusik. Nie śmiała nalegać, aby mnie zostawiono: zbliżałem się do wieku, w którym kobieta w jej latach nie może bez uchybienia przyzwoitości zatrzymywać przy sobie młodego człowieka.

156

Wobec decyzji osób, które zajmowały się mym losem, trzeba się było poddać; uczyniłem to nawet bez niechęci. Jakkolwiek Turyn był dalej niż Genewa, mniemałem, iż jako stolica musi posiadać z Annecy ściślejsze stosunki niźli odrębna państwowo i wyznaniowo Genewa; a przy tym, wyruszając tam z woli i na życzenie pani de Warens, miałem uczucie, iż żyję wciąż pod jej kierunkiem i opieką, co było więcej niż żyć w jej pobliżu. Wreszcie, myśl o wielkiej podróży schlebiała mojej wędrowniczej manii, która już wówczas zaczynała się objawiać. Zdawało mi się czymś pięknym przewędrować w moim wieku góry i wznieść się nad głowy kolegów o całą wysokość Alp. Zwiedzić kawał świata — to ponęta, której mieszkaniec Genewy nie umie się oprzeć. Przystałem tedy na wszystko. Obieżyświat miał wyruszyć za dwa dni ze swą połowicą. Powierzono mnie i polecono ich staraniom. Oddano im moją sakiewkę, skrzepioną przez panią de Warens, która prócz tego wsunęła mi tajemnie mały fundusik, dołączając obszerne instrukcje; po czym wyruszyliśmy w Wielką Środę.

157

Nazajutrz po mym wyjeździe z Annecy przybył tam ojciec, goniąc moim śladem wraz z panem Rival, swoim przyjacielem, zegarmistrzem jak on, sprytnym człowiekiem, wcale wykształconym nawet, który układał wiersze lepsze niż La Motte[134] i mówił też prawie tak dobrze; był to zacny człowiek, ale z całą swoją manią literacką doprowadził tylko do tego, iż syn jego został komediantem.

158

Obaj ci panowie odwiedzili panią de Warens i zadowolili się tym, iż wspólnie z nią uronili parę łez nad mym losem, miast jechać za mną i dogonić mnie, co było bardzo łatwe wobec tego, iż byli na koniach, a ja pieszo. To samo powtórzyło się z wujem Bernardem. Przybył do Confignon i tam, dowiedziawszy się, że jestem w Annecy, wrócił do Genewy. Zdawałoby się, że moi bliscy byli w zmowie z mą gwiazdą, aby mnie wydać losowi, który mnie oczekiwał. Brat zaginął przez podobne zaniedbanie i przepadł tak dobrze, że nigdy nie dowiedziano się, co się z nim stało.

159

OjciecOjciec był nie tylko człowiekiem honoru, ale i nieskazitelnej uczciwości, z duszą zdolną wznieść się na wysokie szczeble cnoty; co więcej, był dobrym ojcem, zwłaszcza dla mnie. Kochał mnie czule; ale kochał też swoje przyjemności; inne przywiązania osłabiły miłość ojcowską, zwłaszcza od naszego rozłączenia. Ożenił się powtórnie w Nyon; żona, nie będąc już w wieku, w którym by mogła dać mi braci, miała za to krewnych; nowa rodzina, nowe twarze, nowe gospodarstwo — to wszystko zacierało pamięć o mnie. Ojciec posuwał się w lata, nie mając żadnego majątku ani zabezpieczenia starości. Ja i brat mieliśmy po matce jakiś mająteczek, z którego dochód w czasie naszej nieobecności przypadał oczywiście ojcu. Myśl ta nie nasuwała mu się wprost, jasno i nie byłaby go wstrzymała od spełnienia obowiązku; ale działała podziemnie, bez świadomości z jego strony i ostudzała niekiedy gorliwość, którą byłby może dalej posunął w innych okolicznościach. Oto, jak mniemam, czemu, przybywszy do Annecy w moje ślady, nie pospieszył za mną do Chambéry, gdzie miał moralną pewność, że mnie odnajdzie. Oto również czemu, ilekroć odwiedziłem go od czasu mej ucieczki, zawsze znalazłem u niego tę samą ojcowską serdeczność, ale bez wielkich starań, aby mnie zatrzymać.

160

To postępowanie ojca, którego przywiązanie i cnota były mi znane, pobudziło mnie do dumań nad samym sobą, a rezultat ich niemało się przyczynił do moralnego zdrowia mego serca. Obowiązek, CnotaWyciągnąłem stąd tę maksymę moralną, jedyną może mającą praktyczne znaczenie, iż należy unikać sytuacji, które stawiają nasze obowiązki w sprzeczności z naszymi interesami i ukazują nam własną korzyść w cudzej szkodzie; w takich okolicznościach, mimo najszczerszego umiłowania cnoty, prędzej czy później, samemu nie wiedząc o tym, słabnie się; człowiek staje się zły i niesprawiedliwy w czynie, nie przestając być sprawiedliwym i dobrym w duszy.

161

Ta maksyma, głęboko wyciśnięta w mym sercu i przeprowadzona, jakkolwiek nieco późno, w całym postępowaniu, jest jedną z tych, które mi dały pozory największego dziwactwa, nawet szaleństwa, zwłaszcza między znajomymi. Okrzyczano mnie, że chcę być oryginałem i robić inaczej niż drudzy. W rzeczywistości nie myślałem ani o tym, żeby robić jak drudzy, ani żeby robić inaczej. Pragnąłem jedynie szczerze robić to, co jest dobre. Usuwałem się całą mocą od sytuacji, które by mój interes stawiały w sprzeczności z interesem cudzym, a tym samym mogły wszczepić tajemne, choć mimowolne pragnienie czyjejś krzywdy.

162

Przed dwoma laty milord marszałek[135] chciał pomieścić w swym testamencie zapis na moją korzyść. Sprzeciwiłem się ze wszystkich sił. Oświadczyłem, że nie chciałbym za nic w świecie wiedzieć, iż figuruję w czyimkolwiek testamencie, a już najmniej jego. Ustąpił. Obecnie chce mi dać dożywotnią pensję: nie sprzeciwiam się. Powie ktoś, że nieźle wychodzę na zamianie. Może. Ale, o mój dobroczyńco i ojcze! Jeśli będę miał nieszczęście cię przeżyć, wiem, że tracąc cię, wszystko mam do stracenia, a nic do zyskania.

163

Oto, podług mnie, zbawienna filozofia, jedynie zgodna z sercem człowieka. Z każdym dniem umacniam się w przekonaniu o jej głębokich podstawach; roztrząsałem ją w najrozmaitsze sposoby w ostatnich pismach; ale płocha i bezmyślna publiczność nie zwróciła na to uwagi. Jeśli skończywszy to dzieło, będę żył jeszcze dość długo, aby podjąć nowe, mam nadzieję dać, w dalszym ciągu Emila[136], tak wspaniały i uderzający przykład tej zasady, że czytelnik będzie musiał uznać jej oczywistość. Ale jak na podróżnika za wiele tych refleksji, czas mi w drogę.

164

Wypadła ona milej, niż mogłem się spodziewać; urwipołeć nie był tak srogi jak wyglądał. Był to mężczyzna w średnim wieku, ze związanymi z tyłu szpakowatymi włosami, z grenadierską[137] miną, donośnym głosem, dość wesoły, tęgi piechur, jeszcze tęższy żarłok. Chwytał się wszelakiego rzemiosła, nie mając pojęcia o żadnym. O ile mi się zdaje, stworzył projekt, aby założyć w Annecy fabrykę, nie wiem już czego. Pani de Warens pierwsza dała się w to wciągnąć i właśnie ta podróż, którą odbywał, nie na swój koszt oczywiście, do Turynu, miała na celu uzyskanie zgody ministra. Człowiek ten miał talent chodzenia koło swoich interesów; wieszając się ustawicznie przy księżach i udając zelanta[138], przyswoił sobie w ich szkole świątobliwą gwarę, którą posługiwał się nieustannie, mając się tym samym za wielkiego kaznodzieję. Znał nawet jeden łaciński ustęp z Biblii, co było tak, jak gdyby ich znał tysiąc, powtarzał go bowiem tysiąc razy dziennie. Poza tym niełatwo brakło mu pieniędzy, kiedy wiedział, iż znajdują się w mieszku bliźniego; operował wszelako więcej zręcznością niż prostym hultajstwem. W ogóle ze swą miną obieżyświata, a namaszczeniem kaznodziei, podobny był do pustelnika Piotra[139], gdy z mieczem przy boku zagrzewał ludy do wojny krzyżowej.

165

Co się tyczy pani Sabran, jego małżonki, była to niezła kobiecina, spokojniejsza w dzień niż w nocy. Ponieważ sypiałem zawsze w ich pokoju, hałaśliwe jej bezsenności budziły mnie często i byłyby budziły o wiele więcej jeszcze, gdybym rozumiał ich przyczynę. Ale nawet mi się to nie śniło; na tym punkcie zachowałem naiwność, która samej naturze zostawiła troskę mego uświadomienia.

166

Wędrowałem tedy wesoło w towarzystwie nabożnego przewodnika i jego fertycznej[140] towarzyszki. Żaden wypadek nie zakłócił podróży. Czułem się w tak szczęśliwym usposobieniu ciała i ducha jak jeszcze nigdy. Młody, silny, pełen zdrowia, animuszu, zaufania do siebie i drugich, znajdowałem się w owym krótkim, ale cennym momencie życia, w którym poczucie jego pełni zestokrotnia niejako wrażliwość i upiększa całą przyrodę urokiem naszego istnienia. Co więcej, mój słodki niepokój związany był z przedmiotem, który go czynił mniej błędnym i przykuwał mą wyobraźnię.

167

Uważałem się za dzieło, za wychowanka, przyjaciela, niemal kochanka pani de Warens. Przyjazne słowa, których mi nie szczędziła, macierzyńskie pieszczoty, tkliwe zainteresowanie, jakie mi okazywała, urocze spojrzenia, które zdawały mi się pełne miłości, ponieważ tchnęły ją we mnie — wszystko to dawało pokarm myślom w drodze i wprawiało mnie w stan rozkosznego marzenia. Żadna obawa, żadna niepewność przyszłego losu nie mąciła tych rojeń. Wysłać mnie do Turynu znaczyło, w moich oczach, zobowiązać się dostarczyć mi sposobu do życia, przyzwoitego stanowiska. Przestałem się zupełnie troszczyć o siebie; inni zajęli się już tym kłopotem.

168

Wędrowałem tedy z lekkim sercem, zrzuciwszy z niego ten ciężar; młode pragnienia, urocze nadzieje, świetne projekty napełniały mą duszę. Każdy ujrzany przelotnie przedmiot zdawał się rękojmią przyszłej szczęśliwości. W domach spotkanych po drodze wyobrażałem sobie sielskie festyny, na łąkach rozkoszne igraszki, koło rzek i stawów rybołóstwo; na drzewach smaczne owoce; w ich cieniu, rozkoszne sam na sam; w górach dzieże mleka i śmietany, lube wywczasy, spokój, prostotę, rozkosz błądzenia bez drogi i celu. Słowem, cokolwiek ściągnęło moje oczy, wraz zwiastowało sercu nowe jakieś uciechy. Majestat, rozmaitość, istotna piękność spotykanych dokoła widoków usprawiedliwiały w oczach rozsądku te upojenia; próżność także dodawała tu swej zaprawy. W tak młodym wieku wędrować do Włoch, zwiedzić już tyle kraju, ciągnąć śladem Hannibala[141] przez góry, zdawało mi się chwałą przerastającą moje lata. Dodajcie do tego częste i sute popasy, potężny apetyt i środki do zaspokojenia go; po prawdzie bowiem nie warto było na mnie oszczędzać i przy obiadach pana Sabran zupełnie znać nie było mego posiłku.

169

Nie przypominam sobie, abym w całym życiu przeżył okres równie wolny od trosk i zgryzoty, jak owych siedem czy osiem dni, które trwała podróż: tempo bowiem, w jakim kroczyła pani Sabran, a do którego trzeba było się stosować, uczyniło z tej drogi długą przechadzkę. Wspomnienie to zostawiło mi najżywsze upodobanie do wszystkiego, co się z nim łączy, zwłaszcza do gór i do pieszych podróży. Podróżowałem pieszo jedynie za moich pięknych dni i zawsze z rozkoszą. Z czasem obowiązki, interesy, pakunki zmusiły mnie do odgrywania „pana” i do brania wehikułów; palące troski, kłopoty, skrępowanie wsiadały do nich ze mną. Gdy dawniej w podróżach moich czułem jedynie rozkosz wędrowania, odtąd miejsce jej zastąpiła niecierpliwość przybycia do celu. W Paryżu szukałem długo dwóch towarzyszy o podobnych moim upodobaniach, którzy by gotowi byli poświęcić po pięćdziesiąt ludwików[142] i rok czasu, aby razem piechotą zwędrować Włochy, za całą usługę biorąc chłopca, który by niósł woreczek z podręcznym przyborem. Ofiarowało się wielu, zachwyconych na pozór projektem, ale w gruncie uważających go za czystą chimerę, o której się gawędzi, nie mając zamiaru jej urzeczywistnić. Przypominam sobie, że rozmawiając z pasją o tym zamyśle z Diderotem[143] i Grimmem[144], ożywiłem ich wreszcie mym zapałem. Myślałem, że sprawa już postanowiona: wszystko ograniczyło się do podróży na papierze, w której Grimm, jako najlepszy dowcip, każe Diderotowi popełniać mnóstwo bezbożności i mnie miast niego wydaje w ręce Inkwizycji.

170

Żal, iż tak rychło dotarliśmy do Turynu, złagodziła uciecha z widoku dużego miasta i nadzieja, iż niebawem zajmę tam godne stanowisko: już uderzyła mi do głowy ambicja, już uważałem się za coś więcej niż terminatora. Daleki byłem od przewidywania, że niebawem znajdę się o wiele niżej tego stanu.

171

Nim pójdę dalej, winien jestem usprawiedliwić się przed czytelnikiem i przeprosić go za błahostki, nad którymi się rozwiodłem, jak również i za inne, w które zapuszczę się niebawem, a które wydadzą mu się może równie niezajmujące. Skoro raz postanowiłem pokazać całkowicie siebie, chcę, aby nic nie zostało w ciemności lub w ukryciu; chcę nieustannie być na oczach czytelnika; chcę, aby mi towarzyszył we wszystkich zbłąkaniach serca, we wszystkich zaułkach życia; aby mnie nie stracił z oczu ani na chwilę, z obawy, by znalazłszy w opowiadaniu najmniejszą lukę, najmniejszą przerwę i spytawszy samego siebie: „Co robił przez ten czas?”, aby, powiadam, nie obwinił mnie, że nie chciałem wszystkiego powiedzieć. Dość daję strawy złośliwości ludzkiej przez swoje wyznania, nie chcę dostarczać jej jeszcze przez przemilczenie.

172

Fundusik mój zniknął: wygadałem się z nim, opiekunowie zaś umieli skorzystać z tego zbytku szczerości. Pani Sabran znalazła sposób wydarcia mi nawet srebrnej szarfy, którą pani de Warens dała mi dla przypasania mojej szpadki; ta strata była mi najdotkliwsza. I szpada byłaby została w ich rękach, gdybym się stanowczo nie sprzeciwił. Dali mi sumienne utrzymanie przez drogę, ale nie zostawili mi absolutnie nic. Przybyłem do Turynu bez odzieży, bez pieniędzy, bez bielizny; chwała mego losu miała być dziełem wyłącznie mej osobistej zasługi.

173

Miałem listy, oddałem je wedle adresu; natychmiast zaprowadzono mnie do konwiktu[145] katechumenów, celem obznajmienia z zasadami religii, za którą sprzedawano mi utrzymanie. Wchodząc, ujrzałem wielką bramę z żelaznymi sztabami, która skoro tylko wszedłem, zatrzasnęła się na dwa spusty. Ten początek wydał mi się bardziej imponujący niż przyjemny i zaczynał mi dawać do myślenia, kiedy mnie wprowadzono do dość dużej sali. Ujrzałem, za całe umeblowanie, drewniany ołtarz ustawiony pod wielkim krucyfiksem, dokoła zaś kilka również drewnianych krzeseł. Krzesła te zdawały się woskowane, ale były tylko błyszczące od użytku i wycierania. W sali tej znajdowało się czterech czy pięciu ohydnych bandytów, moich towarzyszów nauki, którzy wyglądali raczej na lejbgwardzistów[146] diabła niźli na aspirantów do godności dzieci bożych. Dwaj z tych opryszków byli to Sklawończycy[147], jeden rzekomo żyd, drugi mahometanin. Obaj, jak mi sami wyznali, trawili życie na wędrówkach po Hiszpanii i Włoszech, przyjmując katolicyzm i dając się chrzcić wszędzie, gdzie były widoki, że się to opłaci. Otworzono drugie żelazne drzwi, które dzieliły na dwoje balkon, wychodzący na podwórze. Przez te drzwi weszły siostry katechumenki, które miały, jak ja, odrodzić się nie przez chrzest, ale przez solenne wyrzeczenie się herezji. Były to największe pluchy[148] i najostatniejsze ladacznice, jakie kiedykolwiek zapaskudziły owczarnię Pana. Jedna tylko wydała mi się ładna i interesująca. Była mniej więcej w moim wieku, może o rok lub dwa starsza. Miała szelmowskie oczy, które spotykały się niekiedy z moimi. To obudziło we mnie chęć zawarcia z nią znajomości; ale przez niespełna dwa miesiące, które mieszkała w tym domu, niepodobna mi było zbliżyć się do niej, tak czujną opiekę roztoczyła nad nią stara dozorczyni i tak pilnie zagarnął ją święty misjonarz, który pracował nad jej nawróceniem z większym zapałem niż pośpiechem. Musiała być wyjątkowo tępa, mimo iż nie wyglądała na to, nigdy bowiem podobne przygotowanie nie wlokło się dłużej. Świątobliwy człowiek wciąż znajdował, że nie jest dojrzała do uroczystego aktu. Wreszcie znudziła się zamknięciem i oświadczyła, że chce wyjść, nawrócona czy nie. Trzeba ją było wziąć za słowo, póki godziła się jeszcze poddać tej operacji, z obawy, że może skaprysić i już nie chcieć.

174

Całą tę małą gminę zgromadzono na cześć nowego przybysza. Udzielono nam krótkiego napomnienia; mnie, aby mnie zachęcić do godnego odpowiedzenia łasce, jaką Bóg na mnie zsyła, innym, aby zechcieli wspierać mnie modlitwą i budować przykładem. Następnie dziewice wróciły do swej zagrody, ja zaś miałem czas rozejrzeć się po naszej.

175

Nazajutrz rano zebrano nas znów na naukę; wówczas zacząłem po raz pierwszy zastanawiać się nad krokiem, jaki miałem uczynić, i nad okolicznościami, które mnie do niego przywiodły.

176

Powiedziałem, powtarzam i powtórzę jeszcze rzecz, w której każdy dzień coraz więcej[149] mnie umacnia: a to, że jeżeli kiedy dziecko otrzymało wychowanie rozumne i zdrowe, to tym dzieckiem byłem ja. Przyszedłszy na świat w rodzinie tradycją i obyczajami wyrastającej nad zwykłe pospólstwo, miałem dokoła siebie, wśród krewnych, jedynie wzory cnoty i przykłady honoru. Ojciec, mimo iż lubiący żyć, był człowiekiem nie tylko z gruntu uczciwym, ale także bardzo religijnym. Był to człowiek światowy między ludźmi, chrześcijanin w domowym ognisku; jakoż wszczepił mi wcześnie uczucia, którymi był przeniknięty. Ciotki moje, wszystkie trzy, były cnotliwe i zacne. Dwie starsze były wybitnie nabożne; trzecia, osoba pełna wdzięku, dowcipu i rozsądku, była może pobożniejsza od nich, mimo iż z mniejszą ostentacją. Z łona tej godnej rodziny dostałem się do pana Lambercier, który mimo iż duchowny i kaznodzieja, był człowiekiem wierzącym i czynił prawie równie dobrze, jak nauczał. Siostra jego i on rozwinęli za pomocą rozumnych i łagodnych nauk zasady pobożności, które zastali w mym sercu. Ci zacni ludzie używali do tego celu środków tak prostych, tak umiarkowanych, tak mądrych, że nie tylko nie nudziłem się na kazaniu, ale zawsze wychodziłem wzruszony do głębi i pełen postanowień lepszego życia, postanowień, którym rzadko chybiałem, o ile myślałem o tym. W domu ciotki Bernard nabożność była mi uciążliwsza, bo ciotka czyniła z niej rzemiosło. U majstra nie myślałem wcale o tych rzeczach, co nie znaczy, bym myślał o nich odmiennie. Nie spotkałem tam młodych ludzi, którzy by mnie zepsuli w tym względzie. Byłem wisusem, ale nie niedowiarkiem.

177

Byłem tedy człowiekiem religijnym w stopniu, w jakim może być dziecko w moim wieku. Może i więcej; czemuż bowiem nie rzec otwarcie, co myślę? Dzieciństwo moje nie miało cech dziecinnych; czułem, myślałem zawsze jak człowiek dorosły. Dopiero wzrastając, osunąłem się do pospolitej klasy; przychodząc na świat, wyszedłem z niej. Może się ktoś śmiać ze mnie, iż z taką skromnością podaję się tu za fenomen. Dobrze, ale kiedy się wyśmieje do syta, niechaj mi znajdzie dziecko, które w szóstym roku życia czytanie powieści zajmuje, przykuwa, porywa aż do łez; wówczas uczuję śmieszność mej próżności i przyznam, że jestem w błędzie.

178

ReligiaKiedy twierdziłem zatem, że nie trzeba dzieciom mówić o religii, jeśli się pragnie, aby ją miały kiedyś, i że są one niezdolne do pojęcia Boga, nawet na nasz sposób, zaczerpnąłem to zdanie z obserwacji, a nie z doświadczenia; wiedziałem, że doświadczenie nie może być miarą dla innych. Znajdźcie więcej Janów Jakubów w szóstym roku życia i mówcie im o Bogu w siódmym, a ręczę, że nic wam nie grozi.

179

ReligiaKażdy czuje, jak mniemam, iż mieć religię — dla dziecka, a nawet dla dorosłego — znaczy czcić tę, w której się ktoś urodził. Niekiedy, coś z niej odpada; rzadko coś przybywa; dogmatyczna wiara jest owocem wychowania. Poza tą powszechną zasadą, która wiązała mnie do wyznania ojców, miałem właściwą naszemu miastu odrazę do katolicyzmu, który przedstawiano nam w najczarniejszych kolorach. To uczucie posuwało się u mnie tak daleko, że zrazu, ilekroć zdarzyło mi się zajrzeć do kościoła, spotkać kapłana w komży, usłyszeć dzwonek procesji, ogarniał mnie dreszcz grozy i przestrachu; uczucie, którego z czasem przestałem doświadczać w miastach, ale które nieraz odżywało we mnie w parafiach wiejskich, bardziej podobnych do miejsc, w których go pierwotnie doznałem. To prawda, że osobliwy kontrast do tego wrażenia stanowiło wspomnienie pieszczot i czułości, z jaką księża z okolic Genewy chętnie odnoszą się do tamecznych dzieci. Równocześnie z uczuciem strachu, które budził we mnie dzwonek kapłana z wiatykiem, dzwon wzywający na mszę i nieszpory, przypominało mi się jakieś śniadanko, podwieczorek, świeże masełko, owoce, nabiał. Obiadek księdza de Pontverre wycisnął się jeszcze głębszym wrażeniem. Dlatego łatwo uległem pomieszaniu pojęć na tym punkcie. Patrząc na papizm[150] jedynie pod kątem zabawy i łakoci, oswoiłem się bez trudu z myślą o tym wyznaniu; ale przyjęcie go solenne przedstawiało mi się jedynie mglisto i w nieokreślonym oddaleniu. I oto przyszła chwila, w której niepodobna było się cofnąć: ujrzałem z najwyższym przerażeniem zobowiązanie, które przyjąłem i jego nieuniknione skutki. Przyszli neofici, których widziałem wkoło siebie, nie bardzo byli po temu, aby swoim przykładem umocnić mą odwagę; nie mogłem utaić przed sobą, że święte dzieło, którego miałem dokonać, było w gruncie postępkiem szubrawca. Mimo swej młodości uczułem, że bez względu na to, która religia jest prawdziwa, miałem sprzedać moją i że choćby nawet wybór mój był dobry, miałem w głębi serca skłamać Duchowi Świętemu i zasłużyć na wzgardę ludzką. Im więcej o tym myślałem, tym więcej byłem oburzony na siebie, a zarazem jęczałem nad losem, który mnie do tego doprowadził, jak gdyby ten los nie był mym własnym dziełem! Niekiedy refleksje te stawały się tak silne, iż gdybym na chwilę znalazł drzwi otwarte, byłbym się z pewnością wymknął; ale nie miałem sposobności, a i samo postanowienie również nie utrzymało się w tej sile.

180

Zbyt wiele zwalczało je tajemnych pragnień, aby go nie miały zwyciężyć. Zresztą, upór w postanowieniu niewracania do Genewy, wstyd, trudność nawet przebycia gór z powrotem, obawa znalezienia się z dala od kraju bez przyjaciół, bez środków, wszystko skłaniało mnie ku temu, aby wyrzuty sumienia uważać za spóźnione żale. Tym ciężej wyrzucałem sobie to, co uczyniłem, aby usprawiedliwić to, co miałem uczynić. Powiększając ciężar błędów przeszłości, patrzałem na przyszłość jako na ich nieunikniony skutek. Nie powiadałem sobie: „Nic się jeszcze nie stało; możesz zostać niewinny, jeśli zechcesz”, ale mówiłem: „Cierp za zbrodnię, której się dopuściłeś i która zmusza cię iść po tej drodze aż do końca”.

181

W istocie, jakiejż siły trzeba by w moim wieku, aby odwołać wszystko, com do tej chwili przyrzekł albo czegom pozwolił się spodziewać; aby zerwać łańcuchy, które sam sobie nałożyłem i oświadczyć nieustraszenie, że chcę zostać przy wierze ojców; aby to uczynić, powiadam, narażając się na wszystkie skutki! Ten hart ducha nie był na mój wiek. Rzeczy zaszły zbyt daleko, aby się zgodzono na taką zmianę frontu; im większy byłby mój opór, tym bardziej, w ten lub w inny sposób, uważano by za obowiązek go przełamać.

182

CnotaSofizmat, który mnie zgubił, wspólny jest wielu ludziom, którzy skarżą się, że brak im siły, wówczas gdy już za późno jest, aby jej użyć. Żyć cnotliwie przychodzi nam z trudnością jedynie z naszej winy; gdybyśmy chcieli być zawsze rozsądni, rzadko potrzebowalibyśmy być bohaterami cnoty. Ale idziemy bez oporu za naszymi skłonnościami, wówczas gdy łatwo jeszcze byłoby je pokonać; ustępujemy lekkim pokusom, lekceważąc niebezpieczeństwo. Tak, ani widząc kiedy, popadamy w karkołomne sytuacje, których mogliśmy się z łatwością ustrzec, ale z których nie możemy się wydobyć bez heroicznych wysiłków; wówczas, przerażeni i bezsilni, osuwamy się w przepaść, mówiąc Bogu: „Czemuś mnie uczynił tak słabym?”. Ale wbrew sofizmatom, on odpowiada naszemu sumieniu: „Uczyniłem cię zbyt słabym, abyś się wydobył z przepaści, ponieważ uczyniłem cię dość mocnym, aby się w nią nie stoczył”.

183

Nie postanowiłem wyraźnie przejść na katolicyzm; ale, widząc termin jeszcze w oddaleniu, oswajałem się z wolna z tą myślą, żywiąc zarazem nadzieję, iż zajdzie jakiś niespodziany wypadek, który mnie wybawi. Aby zyskać na czasie, postanowiłem rozwinąć najenergiczniejszą obronę. Wkrótce próżność moja sprawiła, że nie potrzebowałem pamiętać o celach mego zamiaru; z chwilą gdy spostrzegłem, że udaje mi się niekiedy wprawić w kłopot moich instruktorów, nie potrzebowałem innej podniety, aby się starać ich pognębić. Wkładałem w to nawet zapał dość komiczny: gdy oni, ze swego urzędu, nawracali mnie, ja siliłem się nawrócić ich samych! Wierzyłem naiwnie, że wystarczy ich przekonać, aby ich skłonić do przejścia na protestantyzm.

184

Bądź co bądź, nie znaleźli we mnie ofiary tak łatwej, jak się spodziewali, ani pod względem światła, ani pod względem woli. Protestanci są zazwyczaj bardziej wykształceni religijnie niż katolicy. To całkiem naturalne: zasady jednych wymagają ciągłego roztrząsania, zasady drugich — poddania się. Katolik musi przyjąć decyzję, jaką mu nałożą, protestant uczy się sam stanowić o sobie. To było im wiadomo; ale nie oczekiwano po chłopcu mego stanu i wieku, aby wytrawnym ludziom mógł nastręczyć wielkie trudności. Zresztą, nie odbyłem jeszcze pierwszej komunii ani nie odebrałem nauk z nią złączonych; to wiedziano również, ale nie wiedziano, iż w zamian przeszedłem staranną naukę u pastora Lambercier i co więcej, zgromadziłem zapasik wiadomości bardzo niedogodny dla tych panów, mianowicie z Historii Kościoła i cesarstwa[151], które posiadłem prawie na pamięć w domu ojca i które, mimo iż później zapomniane, odżywały mi w pamięci, w miarę jak rozgrzewałem się dysputą.

185

Pewien stary ksiądz, nieduży, ale dość czcigodnej postaci, miał wspólnie dla nas pierwszą rekolekcję. Rekolekcja ta była dla moich towarzyszy raczej katechizacją niż dysputą; księżyna więcej miał roboty z tym, aby ich pouczać niż aby usuwać wątpliwości i zarzuty. Inaczej ze mną. Kiedy przyszła kolej na mnie, wychwytywałem go na wszystkim, nie oszczędziłem ani jednego zarzutu, ani jednej pułapki. To przedłużało konferencję i czyniło ją dla obecnych bardzo nudną. Staruszek gadał dużo, rozpalał się, zaperzał; w końcu wykręcał się z kłopotu, mówiąc, że nie umie dobrze po francusku. Nazajutrz z obawy, by moje niedyskretne zarzuty nie zgorszyły towarzyszy, umieszczono mnie oddzielnie w innym pokoju z drugim księdzem, młodszym, tęgim mówcą, to znaczy umiejącym snuć nieskończenie długie okresy i delektującym się sobą. Mimo to nie dałem się ujarzmić jego imponującej minie; czując, iż ostatecznie jestem w swoim prawie, zacząłem mu odpowiadać, jak umiałem, i wyłapywać go tędy i owędy. Mniemał, iż zdławi mnie św. Augustynem[152], św. Grzegorzem[153] i innymi ojcami; ale wnet spostrzegł ku swemu zdumieniu, że obracam się w tych wszystkich ojcach niemal tak dobrze jak on; to nie znaczy, abym ich czytał kiedy, i on także może nie; ale zachowałem w pamięci wiele ustępów z książki Le Sueura; owóż ilekroć on mi zacytował jakieś zdanie, natychmiast, nie wdając się w dysputę nad cytatem, odpowiadałem innym z tego samego ojca, wprowadzając go nieraz w znaczny kłopot. Mimo to ksiądz bił mnie w końcu z dwóch przyczyn: jedna, że był silniejszy i że czując się niejako na jego łasce, rozumiałem dobrze, mimo mej młodości, że nie trzeba go nadto przypierać do muru; widziałem bowiem, że księżyna wcale nie zasmakował w mojej erudycji ani we mnie. Druga racja, to że mój adwersarz miał studia, a ja nie. To sprawiało, iż rozwijał w swej argumentacji metodę, której nie mogłem wydołać. Zresztą, ilekroć go zaskoczyłem nieprzewidzianym zarzutem, odkładał go do nazajutrz, powiadając, że odbiegam od tematu. Odrzucał niekiedy wszystkie moje cytaty, utrzymując, że są fałszywe; ofiarowując się przynieść książki, wyzywał mnie, abym je w nich znalazł. Czuł, że nie ponosi wielkiego ryzyka i że przy całej pożyczanej erudycji byłem zbyt mało obytym w książkach i zbyt słabym łacinnikiem, aby znaleźć jakiś ustęp w grubym tomie, choćbym nawet pewien był, że się tam znajduje. Podejrzewam nawet, że uciekał się sam do niesumienności, o którą oskarżał pastorów i że zdarzało mu się podrobić jakiś ustęp, aby się wykręcić od kłopotliwego argumentu.

186

Tak schodziły dni na tych pasowaniach, dysputach, mamrotaniu pacierzy i wałkoństwie. Wśród tego zdarzyła mi się mała przygoda, dość szpetna, która mogła mieć dla mnie przykre następstwa.

187

Nie ma tak brudnej duszy i tak barbarzyńskiego serca, iżby nie były zdolne do jakiegoś przywiązania. Jeden z dwóch bandytów, którzy podawali się za Maurów[154], spodobał sobie we mnie. Szukał chętnie mego towarzystwa, gwarzył ze mną w swym diabelskim szwargocie, świadczył mi drobne usługi, podsuwał mi niekiedy swój talerz przy stole, a zwłaszcza obdarzał mnie częstymi pocałunkami z żarliwością bardzo dla mnie kłopotliwą. Twarz ta, koloru piernika, ozdobiona wielką szramą oraz spojrzenie to, rozpłomienione, zdawałoby się, raczej wściekłością niż uczuciem, budziły we mnie naturalną odrazę; mimo to znosiłem te pocałunki, powiadając sobie: „Ten biedak powziął snadź dla mnie szczerą przyjaźń; nie godzi się go odtrącać”. Stopniowo przybierał coraz swobodniejsze obyczaje i mówił rzeczy tak szczególne, iż przypuszczałem, że ma źle w głowie. Jednego dnia wieczór chciał położyć się ze mną; sprzeciwiłem się, mówiąc że łóżko jest za małe. Wówczas zaczął nalegać, abym ja przyszedł do niego; odmówiłem również, łajdaczyna bowiem był tak niechlujny i tak cuchnął tytoniem, który żuł ustawicznie, że przyprawiał mnie o mdłości.

188

Nazajutrz dość wczesnym rankiem znaleźliśmy się sami w sali; zaczął znowu swoje pieszczoty, ale z tak gwałtowną mimiką, że można się było przestraszyć. W końcu chciał przejść do najbardziej niewłaściwych swobód i zmusić mnie, kierując mą ręką, abym go naśladował. Wyrwałem się, wydając krzyk i uskakując w tył, nie zdradzając wszelako oburzenia ani gniewu, gdyż nie miałem najmniejszego pojęcia, o co mu chodzi; ale z taką energią dałem wyraz memu wstrętowi i zdumieniu, że mnie poniechał. Naraz, gdy on się dalej szamotał sam ze sobą, ujrzałem, jak wyleciało ku kominkowi i spadło na ziemię coś białawego i lepkiego. W gardle mi się ścisnęło ze wstrętu. Rzuciłem się na balkon, tak wzruszony, pomieszany, przerażony nawet, jak jeszcze nigdy w życiu, bliski po prostu omdlenia.

189

Nie mogłem zrozumieć, co to było, co się dzieje z tym nieszczęśnikiem: mniemałem, iż cierpi na wielką chorobę[155] albo na inne, jeszcze straszliwsze cierpienie; i doprawdy, dla kogoś patrzącego chłodno, nie mogę sobie wyobrazić nic wstrętniejszego niż te plugawe zabiegi i tę ohydną twarz, rozpaloną ogniem najbrutalniejszej żądzy. Nie widziałem innego mężczyzny w podobnym stanie; ale, jeżeli wszyscy tak wyglądamy wobec kobiet, muszą mieć chyba wzrok bardzo urzeczony, aby nie nabrać do nas wstrętu.

190

Nie miałem nic pilniejszego niż opowiedzieć wszystkim, co mi się trafiło. Stara gospodyni kazała mi cicho siedzieć, ale widziałem, że bardzo była przejęta tą historią i słyszałem jak mruczała przez zęby: Can maledet! brutta bestia![156] Ponieważ nie rozumiałem czemu miałbym milczeć, robiłem dalej swoje mimo zakazu i paplałem tak, że nazajutrz rano jeden z zarządców wypalił mi dość ostrą reprymendę, wyrzucając, że narażam honor świętego domu i że robię zbyt wiele hałasu dla drobnostki.

191

Rozgadał się na ten temat, tłumacząc mi wiele rzeczy, których nie wiedziałem, ale co do których przypuszczał, iż musiały mi być wiadome; był przekonany, iż broniłem się wiedząc, czego tamten ode mnie żąda, ale nie chcąc się zgodzić. Oświadczył mi poważnie, że jest to uczynek zakazany jak wszelka rozpusta, ale którego intencja nie jest poza tym obrażająca dla osoby, i że nie ma powodu tak się gniewać o to, iż się w kimś wzbudziło sympatię. Powiedział mi bez ogródek, iż on sam w młodości dostąpił tego samego zaszczytu i że, zaskoczony w taki sposób, iż nie mógł stawić oporu, nie znalazł w tym wszelako nic strasznego. Posunął swój bezwstyd aż do użycia właściwych terminów w ich całej nagości i wyobrażając sobie, iż przyczyną mego oporu była obawa bólu, upewnił, iż ta obawa jest płonna i że nie ma powodu do najmniejszej trwogi.

192

Słuchałem tego bezecnika ze zdumieniem tym większym, iż nie przemawiał we własnym interesie; pouczał mnie jakoby tylko dla mego dobra. Nauki te wydawały mu się tak naturalne, iż wygłaszając je, nawet się nie troszczył o poufność; świadkiem naszej rozmowy był jakiś ksiądz, który nie zdawał się ani trochę zgorszony. Owa swoboda mówienia o tym takie na mnie uczyniła wrażenie, że zacząłem mniemać, iż jest to zapewne obyczaj powszechnie przyjęty, z którym jedynie nie miałem sposobności zapoznać się dotąd. To było przyczyną, iż wysłuchałem bez gniewu, choć nie bez odrazy. Obraz tego, co mi się zdarzyło, a już szczególnie tego, com widział, wycisnął mi się tak mocno w pamięci, iż mdłości mnie zbierały na samo wspomnienie. Mimo woli odraza do samej rzeczy rozciągnęła się i na jej obrońcę; mimo że starałem się panować nad sobą, musiał widzieć, jak złe wrażenie wywarły jego nauki. Obrzucił mnie mało przychylnym spojrzeniem i odtąd nie zaniechał niczego, aby mi pobyt w przytulisku uczynić nieprzyjemnym. Dopiął tak dobrze celu, iż widząc jeden tylko sposób wydobycia się stamtąd, chwyciłem się go z tą samą energią, z jaką dotychczas starałem się go oddalić.

193

Ta przygoda ubezpieczyła mnie na przyszłość od podejrzanych przyjaźni; sam widok takich ludzi budził we mnie — przez wspomnienie twarzy i ruchów ohydnego Maura — taki wstręt, iż niepodobna mi było go ukryć. Przeciwnie, kobiety wiele zyskały w mych oczach na porównaniu: zdawało mi się, że najtkliwsze moje uczucia, najpoddańsze hołdy ledwie mogą być zadośćuczynieniem za zniewagi, jakie cierpią od mojej płci, a najszpetniejsza poczwara stawała się w mych oczach cudowną pięknością przez pamięć rzekomego Afrykanina.

194

Co się tyczy jego, nie wiem, co mu tam powiedziano; nie uważałem wszakże, aby z wyjątkiem pani Lorenzy ktokolwiek patrzył nań gorszym okiem. Bądź co bądź, nie zaczepił mnie od tej pory ani nie odzywał się do mnie. W tydzień później przystąpił do chrztu z wielką ceremonią, ubrany biało od stóp aż do głowy, dla wyobrażenia białości odrodzonej duszy. Nazajutrz opuścił przytułek i nie spotkałem go już.

195

Moja kolej przyszła w miesiąc później; tyle czasu było trzeba, aby zapewnić kierownikom duchownym chlubę trudnego nawrócenia. Kazano mi kolejno przejść wszystkie dogmaty, aby święcić tryumfy nad mą świeżo zdobytą uległością.

196

Wreszcie, dostatecznie pouczony i dostatecznie, zdaniem mych nauczycieli, przejęty łaską, udałem się, wiedziony procesjonalnie, do katedry św. Jana, aby tam dopełnić uroczystego wyrzeczenia się i przyjąć dodatkowe obrzędy chrztu, mimo iż nie chrzczono mnie w istocie: ale ponieważ są to mniej więcej te same obrządki, korzysta się z tego, aby budzić wśród ludu pojęcie, że protestanci nie są chrześcijanami. Byłem przybrany w jakąś szatę szarego koloru z białymi wyłogami, przeznaczoną na takie okazje. Dwóch drabów niosło przede mną i za mną duże mosiężne tace, w które uderzali kluczem i gdzie każdy z obecnych składał jakąś jałmużnę, w miarę swej pobożności lub zainteresowania osobą nowo nawróconego. Słowem, nie poniechano nic z całego katolickiego przepychu, aby uczynić uroczystość bardziej budującą dla publiczności, a upokarzającą dla mnie. Brakło jedynie białej szaty, która byłaby mi się bardzo przydała, a której mi nie dano jak owemu Maurowi, zważywszy, iż nie miałem zaszczytu być żydem.

197

Nie koniec na tym: trzeba było iść do urzędu Inkwizycji, by otrzymać rozgrzeszenie ze zbrodni herezji i wrócić na łono Kościoła z tą samą ceremonią, jakiej musiał się poddać Henryk IV[157] przez swego ambasadora. Mina i obejście wielebnego ojca inkwizytora nie bardzo były po temu, aby rozproszyć tajemny strach, jaki mnie ogarnął, gdym wchodził do tego domu. Po licznych pytaniach tyczących mej wiary, stanu, rodziny spytał nagle, czy matka moja jest potępiona. Zgroza, jakiej doznałem, powściągnęła pierwszy odruch oburzenia; zadowoliłem się odpowiedzią, iż mam nadzieję, że nie i że Bóg mocen[158] był ją oświecić w ostatniej chwili. Mnich zamilkł, ale uczynił grymas, który nie wyrażał wcale aprobaty.

198

Po ceremonii, w chwili gdy spodziewałem się, iż zaczną się urzeczywistniać moje błyszczące rojenia, wyprawiono mnie za drzwi, wsypawszy w rękę w drobnej monecie nieco więcej niż dwadzieścia franków — owoc kwesty. Polecono mi żyć jak przystało dobremu chrześcijaninowi, być wiernym uzyskanej łasce; dodano życzenia pomyślności, po których drzwi się zamknęły i wszystko znikło.

199

Tak rozpadły się w jednej chwili wielkie nadzieje; z interesownego postępku, który popełniłem, zostało mi jedynie wspomnienie, że byłem odstępcą i dudkiem zarazem. Łatwo osądzić, jaki przewrót musiał nastąpić w mych pojęciach, kiedy ze świetnych rojeń o wspaniałym losie znalazłem się nagle w najzupełniejszej nędzy. Rano rozmyślałem jeszcze nad wyborem pałacu, w którym mam zamieszkać, wieczorem ujrzałem perspektywę nocowania na ulicy. Pomyśli ktoś, że pierwszym mym uczuciem była rozpacz, tym okrutniejsza, iż do wyrzutów sumienia dołączyła się dotkliwa świadomość, iż całe nieszczęście było mym własnym dziełem. Nic podobnego. Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się spędzić w zamknięciu przeszło dwa miesiące; otóż uczuciem, jakiego doznałem, była radość z odzyskanej swobody. Czułem się po długiej niewoli panem siebie i swoich uczynków; znalazłem się w dużym mieście pełnym dostatków, pełnym światłych ludzi, którzy z pewnością pośpieszą przygarnąć mnie i oddać sprawiedliwość mym talentom, skoro tylko będą mieli sposobność je poznać. Ba, miałem zresztą czas: dwadzieścia franków, które czułem w kieszeni, zdawały mi się skarbem nie do wyczerpania. Mogłem rozrządzać nimi wedle ochoty, nie zdając nikomu sprawy. Pierwszy raz w życiu byłem panem takiego bogactwa. Daleki tedy od łez i rozpaczy, zmieniłem jedynie kierunek swych nadziei. Nigdym nie miał uczucia takiej wiary w sobie: miałem przeświadczenie, iż los mój jest zapewniony i dumny byłem, iż zawdzięczam go jedynie sobie.

200

Pierwszą rzeczą, jaka mnie skusiła, było przebiec całe miasto. Zaspakajając naturalną ciekawość, dopełniałem zarazem aktu swobody. Poszedłem zobaczyć, jak zmieniają straże; muzyka wojskowa spodobała mi się bardzo. Włóczyłem się za procesjami: lubiłem słuchać nosowego falsetu księży. Poszedłem obejrzeć pałac królewski; zbliżałem się z obawą, ale widząc, że inni wchodzą, poszedłem za ich przykładem; przepuszczono mnie. Może zawdzięczałem ten przywilej małemu zawiniątku, które miałem pod pachą. Jak bądź rzecz się miała, powziąłem wielkie mniemanie o sobie samym, znalazłszy się w pałacu; czułem się niemal jego mieszkańcem. W końcu, nawałęsawszy się tam i sam, zmęczyłem się; uczułem głód, było gorąco; wstąpiłem do handlarki nabiału; dała mi sera, kwaśnego mleka; dodawszy do tego dwie kromki wybornego piemonckiego chleba, wyprawiłem sobie za pięć czy sześć soldów[159] jeden z najlepszych obiadków w życiu. Trzeba było starać się o nocleg. Ponieważ znałem już język piemoncki na tyle, aby się porozumieć, nietrudno mi to przyszło; byłem tak przezorny, iż obrałem kwaterę wedle sakiewki, a nie wedle mego smaku. Wskazano mi przy ulicy Padewskiej żołnierkę, która, za solda na noc, dawała przytułek służącym bez miejsca. Znalazłem wolny tapczan i zakwaterowałem się. Gospodyni była młoda i świeżo zamężna, mimo iż miała już kilkoro dzieci. Spaliśmy wszyscy w jednej izbie, matka, dzieci, lokatorowie; trwało tak przez cały czas, dopóki mieszkałem u niej. Zresztą, była to dobra kobieta, mocna w przekleństwach jak stangret, wiecznie rozmamłana i nieuczesana, ale łagodna i uczynna. Nabrała do mnie sympatii i nawet przyszła mi w niejednym z pomocą.

201

Strawiłem tak kilka dni, oddając się jedynie uczuciu swobody i ciekawości. Wałęsałem się po mieście i okolicy, zwiedzając wszystko, co mi się zdało nowe i zajmujące; a cóż nie było nowe dla młodego chłopca świeżo wybiegłego z gniazda, który nigdy nie widział stolicy! Byłem zwłaszcza bardzo punktualnym dworakiem: regularnie, co rano, asystowałem mszy króla jegomości. Miało dla mnie pewien urok znajdować się w jednej kaplicy wraz z monarchą i jego świtą; ale główną pobudką raczej była namiętność do muzyki, już zaczynająca się objawiać, niż pompa dworska, której ceremoniał, powtarzający się i zawsze jednaki, nie jest w stanie zająć długo. Król Sardynii miał wówczas najlepszą kapelę w Europie: Somis, Desjardins, Bezuzzi, błyszczeli w niej na przemian. Nie trzeba było i tyle, aby ściągnąć młodego chłopca, którego dźwięk najlichszego instrumentu, byle czysty, przejmował rozkoszą. Poza tym wspaniałość uderzająca me oczy budziła we mnie jedynie głupio dziecinny i pozbawiony wszelkiej pożądliwości podziw. W całym tym blasku dworskim zajmowało mnie jedynie to, czy nie było tam gdzie jakiej księżniczki, która by warta była mego hołdu i z którą mógłbym nawiązać intrygę miłosną.

202

Tymczasem o włos, że nie nawiązałem innej miłostki, o wiele mniej świetnej, ale która gdyby doszła do skutku, dałaby mi stokroć rozkoszniejsze słodycze.

203

Jakkolwiek prowadziłem życie bardzo oszczędne, sakiewka wyczerpała się nieznacznie[160]. Oszczędność moja wynikała zresztą nie tyle z przezorności, ile z prostoty upodobań, której nawet dzisiaj obycie ze światowym wykwintem nie zatarło we mnie. Nie znałem i nie znam do dziś lepszej uczty niż prosty, sielski posiłek. Nabiałem, jajkami, trochą[161] sałaty, sera, z dodatkiem świeżego chleba i jakiego takiego wina, można być pewnym, że się mnie najlepiej uraczy; dobry apetyt dopełni reszty, o ile marszałek dworu i lokaje sterczący wkoło nie odbiorą mi go swym natrętnym widokiem. W owym czasie, wydając sześć albo siedem soldów, jadałem o wiele lepiej niż później za cenę sześciu albo siedmiu franków. Byłem tedy wstrzemięźliwy z braku pokus; źle zresztą mówię „wstrzemięźliwy”, wkładałem w to bowiem całą pełnię smakoszostwa. Parę gruszek, giunca[162], kromka chleba i kilka szklaneczek taniego wina czyniły mnie najszczęśliwszym z gastronomów. Ale i przy tym trybie owych dwadzieścia franków musiało kiedyś, ostatecznie, mieć swój koniec. Przekonywałem się o tym z każdym dniem wyraźniej; mimo nieopatrzności mego wieku, przyszłość przejmowała mnie grozą. Ze wszystkich zamków na lodzie została mi tylko nadzieja, iż uda mi się znaleźć zatrudnienie, z którego bym mógł żyć; a i to nie było łatwe. Przypomniałem sobie dawne rzemiosło; ale nie umiałem go na tyle, aby znaleźć pracę w jakim warsztacie, a i warsztatów tych niedużo było w Turynie. Postanowiłem tedy w oczekiwaniu czego lepszego chodzić od sklepu do sklepu, ofiarowując się z wyryciem liter albo herbów na naczyniu stołowym, w nadziei, iż umiarkowana cena i gotowość do usług znęci klientelę. Pomysł nie okazał się zbyt szczęśliwy. Prawie wszędzie spotkałem się z odmową, a robota, jaką uzyskałem przedstawiała tak niewiele, że ledwo parę posiłków zdobyłem tą drogą. Jednego dnia, przechodząc dość wcześnie przez Contra Nova, ujrzałem przez szyby sklepowe młodą kupczynię tak pełną uroku i tak powabnej postaci, iż mimo mej nieśmiałości wobec dam nie zawahałem się wejść i ofiarować me skromne usługi. Nie odprawiła mnie, kazała usiąść, opowiedzieć swoje dzieje, użaliła się nade mną, dodała otuchy, upewniając, iż dobrzy chrześcijanie mnie nie opuszczą; następnie, posławszy tymczasem do sąsiedniego złotnika po narzędzia, które mi były potrzebne, poszła do kuchni i sama przyniosła śniadanie. Początek wydał mi się dobrą zapowiedzią, dalszy ciąg nie zadał jej kłamu. Pani była widocznie rada z mej skromnej pracy, jeszcze więcej z mego szczebiotu, skoro się trochę ośmieliłem; wydawała mi się bowiem tak świetna i strojna, iż mimo łaskawego tonu blask ten przejął mnie zrazu nieśmiałością. Ale przyjęcie pełne dobroci, współczujący głos, łagodne i pieszczotliwe obejście wróciły mi rychło swobodę. Widziałem, że sprawiam korzystne wrażenie, i to dodawało mi skrzydeł. Mimo to ona, jakkolwiek Włoszka i zbyt ładna, aby nie być trochę zalotną, była tak skromna, a ja tak trwożliwy, że mała była nadzieja rychłego porozumienia. Nie zostawiono nam zresztą czasu… Z tym większym urokiem wspominam krótkie chwile, które spędziłem przy niej; mogę rzec, iż wówczas poznałem w ich pączku najsłodsze i najczystsze zarazem rozkosze miłości.

204

Była to bardzo fertyczna brunetka; wrodzona dobroć wszelako, malująca się na twarzy, łagodziła jej żywość odcieniem słodyczy. Nazywała się pani Basile. Mąż, starszy od niej i dość zazdrosny, zostawiał ją w czasie swych podróży pod strażą pomocnika. Był to osobnik zbyt skąpo obdarzony od natury, aby mógł być niebezpieczny; nie był i on wprawdzie wolny od pretensji, ale objawiał je jedynie złym humorem. Zdołałem od razu wzbudzić jego antypatię, mimo iż lubiłem przysłuchiwać się jak grał na flecie, którym władał dosyć dobrze. Cerber[163] ten mruczał zawsze, ilekroć widział mnie wchodzącego do pokoju pani; traktował mnie ze wzgardą, którą ona odpłacała mu z nawiązką. Zdawała się czerpać w tym zabawę, aby dla jego udręki darzyć mnie niewinnymi pieszczotami w jego obecności, który to rodzaj zemsty, bardzo zresztą przypadający mi do smaku, byłby mi jeszcze o wiele milszy sam na sam. Ale pani nie posuwała go aż tak daleko, a przynajmniej nie w taki sam sposób. Czy że znajdowała mnie zbyt młodym, czy nie umiała czynić pierwszych kroków, czy naprawdę chciała zostać bez skazy, dość, iż wówczas zachowywała się z miarą, która nie była odpychająca, ale która onieśmielała mnie, sam nie wiem czemu. Mimo iż nie żywiłem dla niej owej głębokiej i tkliwej czci, jaką miałem dla pani de Warens, czułem wobec niej więcej obawy, a mniej poufałości. Byłem zakłopotany, drżący; nie śmiałem na nią patrzeć, nie śmiałem oddychać; mimo to rozłąki z nią lękałem się bardziej niż śmierci. Ukradkiem pożerałem oczyma deseń jej sukni, koniec ładnej nóżki, kawałek białego i jędrnego ramienia, który błyszczał między rękawkiem a rękawiczką, rąbek biustu wychylający się spod chusteczki. W miarę jak zapuszczałem wzrok coraz mniej dyskretnie, oczy zachodziły mi mgłą, pierś ściskała się, brakowało mi oddechu; zdolny byłem wydawać jedynie westchnienia, bardzo wymowne w ciszy, jaka często zapadała między nami. Szczęściem, pani Basile, zajęta swą robotą, nie spostrzegła tego, o ile mi się zdawało. Mimo to widziałem niekiedy, iż jakby przez sympatyczne odczucie chusteczka kryjąca jej piersi faluje szybszym tempem. Ten niebezpieczny widok do reszty pozbawiał mnie przytomności; ale kiedy już byłem bliski poddania się swym wzruszeniom, zwracała się do mnie najspokojniej z jakimś słówkiem, które wracało mnie natychmiast do przytomności.

205

Kilka razy spędziłem z nią w ten sposób całe godziny, przy czym najlżejsze słowo, gest, nawet bardziej wymowne spojrzenie nie zaznaczyło najmniejszego porozumienia między nami. Ten stan, pełen udręki, był jednakże mą rozkoszą; w niewinności serca nie bardzo umiałem sobie wytłumaczyć przyczyny mych cierpień. Zdaje się, iż te niewinne sam na sam i jej nie były przykre; przynajmniej dostarczała do nich sposobności wcale często — gorliwość dość jałowa, zważywszy sposób, w jaki korzystała z tych chwil sama i mnie pozwalała z nich korzystać!

206

Jednego dnia pani Basile, znudzona głupimi docinkami cerbera, schroniła się do swego pokoju. Pośpieszyłem się, jak mogłem, aby co rychlej dokończyć roboty i udałem się za nią. Drzwi były uchylone, wszedłem niepostrzeżony. Haftowała przy oknie, z twarzą odwróconą od drzwi. Nie mogła widzieć, jak wchodzę, nawet i słyszeć, z przyczyny ulicznego turkotu. Ubierała się zawsze starannie; tego dnia strój jej trącił zalotnością. Siedziała w pozycji pełnej wdzięku: głowa, pochylona nieco, odsłaniała biały karczek, włosy podczesane zręcznie, upięte kwiatami. Cała postać tchnęła czarem, którym miałem czas napawać się do syta i który wyprowadził mnie z równowagi. Rzuciłem się na kolana tuż u drzwi, wyciągając namiętnym ruchem ręce, bez myśli, aby mnie mogła widzieć, ale lustro nad kominkiem zdradziło mnie. Nie wiem, jakie wrażenie wywarł na niej ten wybuch; nie spojrzała, nie przemówiła; ale, na wpół odwracając głowę, nieznacznym ruchem wskazała mi podnóżek u swych stóp. Zadrżeć, wydać okrzyk, rzucić się ku wskazanemu miejscu było rzeczą jednej chwili; ale co trudniejsze do uwierzenia, to że w tym stanie nie śmiałem nic przedsięwziąć ponadto, nie odważyłem się wyrzec jednego słowa, podnieść oczu. Trwałem nieruchomo, nie mając nawet tyle odwagi, aby w tak niewygodnej postawie oprzeć się przez chwilę o jej kolana. Byłem niemy, sparaliżowany, daleki wszakże od spokoju; wszystko zdradzało we mnie wzruszenie, radość, wdzięczność, żarliwe pragnienia, ledwie świadome swego przedmiotu i powściągane obawą jej gniewu.

207

Ona wydała mi się również niespokojna i strwożona. Zmieszana mą bliskością, przestraszona tym, że mnie ściągnęła ku sobie, i zaczynając sobie zdawać sprawę z doniosłości owego znaku, który z pewnością wyrwał się jej bez zastanowienia, nie czyniła nic, aby mnie przygarnąć ani też odtrącić. Nie odejmując oczu od robótki, starała się zachować, jak gdyby nie widziała mnie u swoich nóg; ale mimo całej mej naiwności musiałem spostrzec, że podziela me zakłopotanie, może moje pragnienia i że wstrzymuje ją jakiś wstyd podobny mojemu; to wszystko nie dodawało mi wszelako siły do wyzwolenia nas z tego kłopotliwego stanu. Oczekując z tytułu kilku lat starszeństwa pierwszych kroków z jej strony, powiadałem sobie, iż skoro ich nie czyni, nie życzy sobie widocznie, abym się dalej posunął. Dziś jeszcze myślę, iż miałem słuszność: była ona z pewnością zbyt sprytna, aby nie widzieć, że nowicjusz taki jak ja potrzebował nie tylko zachęty, ale i nauki.

208

Nie wiem, jakby się skończyła ta scena tak żywa, choć niema, ani jak długo byłbym przetrwał w tej równie śmiesznej, jak rozkosznej pozycji, gdyby nam nie przerwano. W chwili mych największych wzruszeń usłyszałem, iż otwierają się drzwi od kuchni. Pani Basile, przerażona, rzekła z cicha, podkreślając gestem żywość słów: „Wstań, idzie Rozyna”. Wstając spiesznie, chwyciłem rękę, którą zostawiła w moich, i wycisnąłem na niej dwa palące pocałunki; przy drugim uczułem, iż ta urocza ręka przycisnęła się nieco do mych warg. W życiu nie zaznałem tak słodkiego momentu, ale raz utracona sposobność nie powtórzyła się i nasze nieśmiałe miłostki nie posunęły się dalej.

209

Może dlatego właśnie obraz tej lubej istoty odcisnął się w mym sercu w tak czarujących rysach i wypiękniał mi jeszcze, w miarę jak lepiej poznawałem świat i kobiety. Gdyby miała bodaj trochę doświadczenia, byłaby się inaczej zabrała do dzieła, aby ośmielić młodego chłopca. Ale serce jej, mimo iż słabe, było z gruntu uczciwe; ustępowała, wbrew własnej woli, skłonności, która ją ciągnęła: była to według wszelkiego prawdopodobieństwa pierwsza jej niewierność. Kto wie, może więcej miałbym trudu z przezwyciężeniem jej wstydliwości niżeli mojej własnej. Nie doszedłszy do tego momentu, zakosztowałem wszelako przy niej niewypowiedzianych słodyczy. Nic z tego, czegom zaznał w objęciach kobiet, nie jest warte owych dwóch minut, które spędziłem u jej nóg, nie śmiejąc nawet dotknąć jej sukni. Nie, nie ma rozkoszy równych tym, jakie może dać uczciwa a ukochana przez nas kobieta. Jedno skinienie palcem, lekkie przyciśnięcie ręki do ust — oto jedyne dowody wzajemności, jakie otrzymałem od pani Basile, ale gdy o tym myślę, wspomnienie owych drobnych łask przejmuje mnie jeszcze wzruszeniem.

210

Przez dwa następne dni próżno czyhałem na nowe sam na sam. Niepodobieństwem[164] mi było znaleźć sposobną chwilę, z jej strony zaś nie spostrzegłem współdziałania w tym względzie. Obejście pani Basile było nawet, nie powiem chłodniejsze, ale powściągliwsze niż zazwyczaj; zdaje mi się, że unikała mych spojrzeń z obawy, iż nie umiałaby dosyć panować nad swymi. Przeklęty strażnik nieznośniejszy był niż kiedykolwiek: stał się wprost drwiący, uszczypliwy; powtarzał mi, że będę miał w życiu powodzenie u kobiet. Drżałem z obawy, czy nie zdradziłem się jaką nieostrożnością: uważając się już poniekąd za wspólnika grzechu mej ukochanej, chciałem największą tajemnicą osłonić wzajemną skłonność, która jak dotąd, tak bardzo tego nie wymagała! Stałem się tak ostrożny i oględny w szukaniu sposobności, iż w końcu nie znalazłem ich wcale.

211

Oto jeszcze jedno romantyczne szaleństwo, z którego nigdy nie mogłem się uleczyć i które, połączone z wrodzoną nieśmiałością, w znacznym stopniu zadało kłam wróżbie sklepikarza. Kochałem zbyt szczerze, zbyt doskonale, śmiem powiedzieć, aby móc łatwo dostąpić szczęścia. Nigdy może nikt nie żywił namiętności bardziej żywych i czystych zarazem; nigdy miłość nie była tkliwsza, szczersza, bezinteresowniejsza. Byłbym tysiąc razy poświęcił własne szczęście dla szczęścia osoby, którą kochałem. Dobra sława jej była mi droższa od własnego życia; nigdy, za wszystkie słodycze posiadania, nie chciałbym jej narazić bodaj na chwilę na niebezpieczeństwo. To sprawiało, iż wkładałem tyle starań, tyle tajemnicy, tyle ostrożności w swoje zabiegi, iż nigdy żaden z nich nie mógł doprowadzić do skutku. Słabe moje rezultaty z kobietami wynikały zawsze z tego, iż nadto je kochałem.

212

Wracając do cerbera grającego na flecie, muszę zaznaczyć, iż odnoszenie się jego do mnie uległo naraz korzystnej zmianie, co było zapewne wynikiem powziętego już zdradzieckiego planu. Od pierwszego dnia gdy zdołałem wzbudzić w pani Basile sympatię, pomyślała o tym, aby mnie w jakiś sposób zatrudnić w sklepie. Byłem dość mocny w arytmetyce; zaproponowała mu tedy, aby mnie nauczył prowadzić książki; ale gbur bardzo niechętnie przyjął propozycję, lękając się może, abym go nie wyparował z miejsca. Tak więc po odłożeniu rylca całą mą pracą było przepisywanie jakichś rachunków, porządkowanie ksiąg i czasem tłumaczenie paru listów z włoskiego na francuski. Naraz człowiek ten objawił dobre chęci, których mu wprzódy brakło, i oznajmił, iż będzie mnie uczył podwójnej buchalterii. Mówił, iż chce mnie przygotować na tyle, abym mógł ofiarować usługi panu Basile, skoro wróci. Było wszakże w jego tonie, w spojrzeniu coś fałszywego, złośliwego, ironicznego, co nie budziło we mnie zaufania. Pani Basile, nie czekając odpowiedzi, rzekła sucho, że jestem mu wdzięczny za gotowość, co do niej jednak, ma nadzieję, iż znajdę w życiu godniejsze siebie stanowisko i że byłaby szkoda, gdybym przy mojej bystrości miał zostać jedynie mizernym subiektem[165].

213

Powtarzała często, że chce ułatwić mi pewną znajomość, która może mi być użyteczna. Nasze nieme wyznania miały miejsce we czwartek; w niedzielę, pani Basile wydała obiad, na którym znalazłem się ja i także pewien okazały zakonnik, jakobin[166], któremu mnie przedstawiła. Mnich odnosił się do mnie nader serdecznie, winszował nawrócenia, wtrącił też parę słów świadczących, iż pani Basile opowiedziała mu szczegółowo moje dzieje. Następnie, klepiąc mnie po twarzy, powiedział, abym był rozsądny, nie tracił otuchy, abym go odwiedził kiedy, a wówczas będziemy mogli swobodniej pogadać. Ze sposobu, w jaki się doń wszyscy zwracali, domyśliłem się, że to musi być jakaś wpływowa osobistość, z ojcowskiego zaś tonu, z jakim odnosił się do pani Basile, że jest jej spowiednikiem. Przypominam sobie również, iż mimo dobrodusznej poufałości obejście jego zdradzało wyraźnie szacunek, a nawet cześć jaką miał dla swej penitentki — szczegół, który mniejsze wrażenie uczynił na mnie wówczas aniżeli dziś. Gdybym miał więcej doświadczenia, jakąż dumą i wzruszeniem przejęłoby mnie to, że zdołałem poruszyć serce młodej kobiety, posiadającej szacunek swego spowiednika!

214

Stół okazał się zbyt mały jak na ilość gości; trzeba było dostawić stoliczek, przy którym zasiadłem w lubym sam na sam z panem subiektem. Nie czułem się jednak na tym wygnaniu bynajmniej upośledzony; co chwila wędrowały do stoliczka smaczne kąski przeznaczone z pewnością nie pod adresem cerbera. Dotąd szło wszystko jak najlepiej: kobiety były wesołe, mężczyźni dworni, pani Basile robiła honory z nieopisanym wdziękiem. W połowie obiadu słyszymy nagle, iż lektyka zatrzymuje się pod bramą; ktoś idzie po schodach: to pan Basile. Widzę go, jak gdyby wszedł w tej chwili, w szkarłatnym ubraniu ze złotymi guzami, do którego to koloru nabrałem od tego dnia odrazy. Był to rosły i przystojny mężczyzna, przedstawiający się nader okazale. Wszedł z hałasem i z taką miną, jak gdyby kogoś zaskoczył, mimo iż byli tam sami jego przyjaciele. Żona rzuca mu się na szyję, ściska za ręce, obsypuje tysiącem pieszczot, które on przyjmuje chłodno i obojętnie. Pozdrawia całe towarzystwo, dają mu nakrycie, zasiada do jedzenia. Ledwie wymieniono pierwsze zdania, pan Basile rzucając okiem w stronę stolika, zapytuje surowo, kto jest chłopak, którego tam widzi. Pani Basile objaśnia go w najlepszej wierze. Pyta dalej, czy mieszkam w domu; dowiaduje się, że nie. „Czemu nie? — mówi szorstko. — Skoro przesiaduje tu cały dzień, mógłby równie dobrze spędzać i noce”. Tu zabrał głos zakonnik; oddawszy poważne i zasłużone pochwały pani Basile, przemówił kilka słów na mą korzyść; dodając pod adresem męża, iż nie tylko nie powinien ganić pobożnego miłosierdzia żony, ale raczej przyczynić się do niego szczerym sercem, ile że w niczym nie naruszono granic uczciwości. Mąż odpowiedział z irytacją, ledwie złagodzoną szacunkiem należnym duchownej osobie; ale i to wystarczyło, abym się domyślił, że miał co do mnie informacje i że pan subiekt przysłużył mi się w tej mierze.

215

Ledwie wstaliśmy od stołu, subiekt ów, wysłany przez pryncypała, przyszedł z tryumfem nakazać mi w jego imieniu, abym opuścił natychmiast dom i aby moja noga tu nie postała. Ze zlecenia wywiązał się w sposób najbardziej obelżywy i okrutny. Wyszedłem, nie mówiąc słowa, ale z rozpaczą w sercu, nie tyle, iż trzeba mi porzucić tę uroczą kobietę, ile że muszę ją zostawić na pastwę mężowskiej brutalności. Miał słuszność, oczywiście, iż nie chciał, aby go zdradziła; ale mimo iż szlachetna i cnotliwa, była ona Włoszką, to znaczy czułą i mściwą; i sądzę, iż źle czynił, uciekając się do takich środków, bardziej sposobnych, aby nań ściągnąć nieszczęście, niż aby mu zapobiec.

216

Taki był rezultat mej pierwszej przygody. Próbowałem przejść parę razy ulicą, aby bodaj z daleka ujrzeć tę, którą serce me opłakiwało bez przerwy; ale zamiast niej ujrzałem jedynie męża i czujnego subiekta, który spostrzegłszy mnie, łokciem kupieckim uczynił w mą stronę gest bardziej wymowny niż pociągający. Widząc taką czujność, straciłem nadzieję i przestałem chodzić tamtędy. Byłbym chciał odwiedzić bodaj protektora, którego pani Basile usposobiła dla mnie tak życzliwie. Na nieszczęście nie znałem jego nazwiska. Krążyłem wkoło klasztoru, próbując go spotkać, ale bez skutku. Wreszcie inne wypadki zatarły we mnie urocze wspomnienie pani Basile, a nawet w ogóle kazały mi zapomnieć o istnieniu pięknych kobiet i ich powabów.

217

Bądź co bądź, hojność opiekunki podrestaurowała nieco mój tłumoczek, bardzo skromnie wszelako i z rozwagą praktycznej kobiety, która bardziej troszczy się o schludność niż o strojność i która chciała zabezpieczyć mnie od braku, nie zaś dostarczyć sposobów błyszczenia. Ubranie, w którym przywędrowałem z Genewy, było jeszcze wcale przyzwoite; uzupełniła je jedynie kapeluszem i trochą bielizny. Nie miałem mankietów; nie chciała mi ich dać, mimo że miałem na nie serdeczną ochotę. Poprzestała na tym, iż dostarczyła mi środków ubrania się schludnie; zresztą, nie trzeba mi było tego zalecać, dopóki czułem na sobie jej oczy.

218

W krótki czas po katastrofie gospodyni moja, która jak wspomniałem, nabrała do mnie sympatii, oznajmiła mi, iż może uda się znaleźć dla mnie miejsce i że pewna dystyngowana dama pragnie mnie widzieć. Słysząc to, wyobraziłem sobie, iż tym razem wpłynąłem co się zowie na wody wielkiego świata; ta chimera bowiem prześladowała mnie nieustannie. Przygoda okazała się mniej wspaniała niż sobie wyobrażałem. Udałem się do tej pani ze służącym, który o mnie wspominał. Zaczęła mnie wypytywać, badać; musiałem zrobić niezłe wrażenie, z miejsca bowiem wstąpiłem w jej służby, nie tyle w charakterze faworyta, co lokaja. Ubrano mnie w liberię, jaką nosili jej ludzie; jedyna różnica była ta, iż oni nosili pętelkę, mnie zaś jej nie dano; że zaś liberia nie miała galonów, wyglądała prawie na zwykłe ubranie. Oto nieoczekiwany kres, do którego przybiły wreszcie moje wielkie nadzieje.

219

Hrabina de Vercellis, do której się zgodziłem, była bezdzietną i wdową; mąż jej pochodził z Piemontu; co do niej, zawsze uważałem ją za Sabaudkę, nie przypuszczając, aby Piemontka mogła mówić po francusku tak dobrze i tak czysto. Była to osoba w średnim wieku, szlachetnej postaci, wykształcona, zamiłowana w literaturze francuskiej i wielka jej znawczyni. Pisywała dużo, zawsze po francusku. Listy jej miały styl i niemal wdzięk pani de Sevigné[167], niektóre mogły wprost przyprawić o pomyłkę. Głównym mym i chętnie spełnianym zatrudnieniem było pisywać pod dyktandem; hrabina bowiem, cierpiąc na bardzo dokuczliwego raka w piersi, nie mogła pisywać sama.

220

Pani de Vercellis miała nie tylko bystry umysł, ale i silną, wzniosłą duszę. Patrzałem na jej ostatnią chorobę; patrzałem, jak cierpiała i umierała bez najmniejszej słabości, bez walk z sobą, bez sprzeniewierzenia się roli kobiety i bez świadomości, ile w tym mieści się głębokiej filozofii: słowo, które nie było jeszcze w modzie i którego nie znała nawet w znaczeniu dzisiejszym. Ta siła charakteru dochodziła niekiedy do oschłości. Twarda i hartowna dla siebie, i drugimi nie rozczulała się zbytnio; kiedy czyniła dobrze nieszczęśliwym, to raczej, aby czynić to, co jest dobre samo w sobie, niż przez prawdziwe współczucie. Doświadczyłem nieco tego chłodu przez trzy miesiące, które spędziłem przy niej. Było naturalną rzeczą, aby nabrała sympatii dla młodego człowieka rokującego pewne nadzieje, którego miała nieustannie przed oczami, i aby czując zbliżającą się śmierć, pomyślała, iż straciwszy jej dom, będzie potrzebował oparcia i pomocy. Mimo to czy nie uznała mnie godnym szczególnej uwagi, czy że ludzie, którzy ją oblegali, nie pozwolili jej pomyśleć o tym, nie uczyniła nic dla mnie.

221

Przypominam sobie dobrze, iż zrazu objawiła niejaką ciekawość bliższego poznania mnie. Zadawała mi niekiedy pytania, kazała sobie pokazywać listy, które pisywałem do pani de Warens, zachęcała mnie do wynurzeń. Ale snadź niedobrą obrała drogę do mego wnętrza, nie otwierając nigdy własnego przede mną. Serce moje skłonne było do wylań, byle czuło, iż odbiera je drugie serce. Suche i zimne pytania, nieodwzajemniające mych odpowiedzi żadną pochwałą ani naganą, nie mogły obudzić we mnie ufności. Nie mogąc odgadnąć, czy paplanina moja jest jej do smaku, czułem się wciąż niepewny; całą mą troską było nie tyle wyrażenie mych myśli, ile nie wyrwanie się z niczym, co by mi mogło zaszkodzić. Zauważyłem później, że ten suchy sposób zadawania ludziom pytań, jakoby celem ich poznania, jest dosyć powszechny u kobiet, które wiele mniemają o swoim rozumie. Wyobrażają sobie, iż nie zdradzając swoich myśli, łatwiej przenikną myśli drugiego; nie widzą, iż tym samym odejmują odwagę objawienia ich. Człowiek, którego się bierze na spytki, zaczyna przez to samo mieć się na ostrożności; jeśli mniema, iż nie mając dlań istotnego zainteresowania, chce ktoś go jedynie wyciągnąć na słowa, wówczas albo kłamie, albo milczy, albo ma się w dwójnasób na ostrożności i woli raczej uchodzić za głupca niż wziąć się na lep obojętnej ciekawości. Słowem, źle się ten bierze do czytania w sercu drugich, kto zbyt oczywiście ukrywa przed nimi własne.

222

Pani de Vercellis nie rzekła mi nigdy najmniejszego słowa, które by trąciło sympatią, współczuciem, życzliwością. Wypytywała mnie chłodno, odpowiadałem oględnie. Odpowiedzi moje były tak nieśmiałe, iż musiały się jej wydać służalcze i widocznie znudziła się nimi. Pod koniec nie pytała już o nic i odzywała się do mnie jedynie w rzeczach usługi. Oceniła mnie nie tyle wedle tego, czym byłem, ile wedle tego czym mnie uczyniła; nie widząc we mnie nic oprócz lokaja, nie pozwoliła, abym się jej okazał czym innym.

223

Pierwszy to raz wówczas zetknąłem się z ową złośliwą grą ukrytych interesów, która miała mnie prześladować całe życie i która wzbudziła we mnie bardzo naturalną odrazę do rzekomego porządku, będącego ich źródłem. Pani de Vercellis nie miała dzieci; spadkobiercą jej był siostrzeniec, hrabia de la Roque, który nadskakiwał jej pilnie. Poza tym wpływowsi domownicy, widząc, że dni ich pani zbliżają się ku końcowi, nie zapominali o sobie; tyle osób cisnęło się koło niej, iż trudno było w istocie, aby miała czas pomyśleć o mnie. Na czele domu stał niejaki Lorenzi, obrotny człowiek, którego żona, jeszcze zręczniejsza od niego, tak umiała się wcisnąć w łaski pani, że raczej była na stopie przyjaciółki niżeli płatnej sługi. Naraiła jej za pokojową swoją siostrzenicę, pannę Pontal, sprytną osóbkę, która przybierała tony damy do towarzystwa. We dwie opanowały tak skutecznie swą panią, że widziała jedynie przez ich oczy i działała jedynie przez ich ręce. Nie miałem szczęścia przypaść do serca tym trojgu; słuchałem ich, ale się im nie wysługiwałem; nie uważałem za właściwe, abym poza obsługą wspólnej pani miał jeszcze być lokajem jej lokajów. Byłem zresztą dla nich figurą raczej niepokojącą. Widzieli dobrze, że nie jestem tu na swoim miejscu; lękali się, iż pani może to również spostrzec i że to, co uczyni, aby mi pomóc do odzyskania właściwszego stanowiska, może zmniejszyć ich udziały; tego rodzaju ludzie, w których chciwość tłumi poczucie sprawiedliwości, uważają każdy legat jako zrabowany[168] z ich części. Podali sobie tedy ręce, aby mnie usuwać z jej oczu. Lubiła pisywać listy; w tym stanie było to dla niej rozrywką; odstręczali ją od tego i postarali się, aby lekarz wpłynął na nią w tym duchu, tłumacząc, iż to ją męczy. Pod pozorem, że jestem nie dość zręczny, użyli do posług koło pani dwóch drabów noszących zazwyczaj lektykę; słowem, zakręcili się tak dobrze, iż kiedy przyszła pora testamentu, od tygodnia noga moja nie postała w jej pokoju. Trzeba dodać, iż później bywałem tam tak jak dawniej; byłem nawet gorliwszy od innych, cierpienia bowiem biednej istoty rozdzierały mi serce; męstwo, z jakim cierpiała, czyniło mi ją czcigodną i drogą; wiele szczerych, a przez nikogo nie widzianych łez wylałem w jej pokoju.

224

Straciliśmy ją wreszcie. Patrzałem na jej zgon. Życie jej było życiem niepospolitej i rozumnej kobiety, śmierć była śmiercią mędrca. Mogę rzec, iż pojednała mnie z religią katolicką przez tę pogodę duszy, z jaką wypełniła jej obowiązki, bez zaniedbania i bez afektacji[169]. Umysł jej był z natury poważny. Pod koniec choroby zdradzała jakiś odcień wesołości, zbyt równej, aby mogła być sztuczna; była to jakby samoobrona jej rozumu przeciw opłakanemu stanowi. Spędziła w łóżku jedynie dwa ostatnie dni, do końca rozmawiając spokojnie. W końcu, przestawszy mówić, już w mękach agonii p…ła głośno. „Brawo! — rzekła, odwracając się — kto p…, jeszcze nie umarł”. To były ostatnie słowa, jakie wyrzekła.

225

Zapisała testamentem roczne zasługi całej niższej służbie; ale ponieważ nie byłem jeszcze na liście, nie dostało mi się nic. Mimo to hrabia de la Roque kazał mi dać trzydzieści funtów i zostawić nowe ubranie, które miałem na grzbiecie, a które pan Lorenzi chciał ze mnie ściągnąć. Przyrzekł nawet zająć się wyszukaniem mi miejsca i pozwolił zgłosić się do siebie. Poszedłem dwa czy trzy razy nie mogąc dotrzeć do hrabiego; łatwy do zniechęcenia, jak zwykle, nie wróciłem więcej. Okaże się niebawem, iż byłem w błędzie.

226

Ach, czemuż nie dokończyłem wszystkiego, co miałem do powiedzenia z pobytu u pani de Vercellis! Ale mimo iż położenie moje zostało toż samo, nie wyszedłem z tego domu takim, jakim weń wstąpiłem. Uniosłem z sobą niestarte wspomnienie zbrodni i nieznośny ciężar wyrzutów, które po upływie czterdziestu lat gniotą jeszcze me sumienie i których gorycz nie tylko nie słabnie, ale zaostrza się, w miarę jak zbliżam się ku starości. Któż by mniemał, iż błąd dziecka może mieć tak okrutne następstwa? Te następstwa właśnie, więcej niż prawdopodobne, czynią me serce niepocieszonym. Może przyprawiłem o zgubę w hańbie i nędzy miłą, uczciwą, godną szacunku dziewczynę, z pewnością więcej wartą ode mnie.

227

Rzadko bywa, aby zwinięcie domu nie pociągnęło za sobą jakiegoś nieporządku i aby nie zginęło przy tym to lub owo. Tutaj domownicy byli tak uczciwi, oboje zaś Lorenzi tak czujni, iż nic nie brakło przy oddawaniu inwentarza. Jedynie pannie Pontal zginęła jakaś wstążka różowa ze srebrem, już znoszona. Złodziej, KłamstwoWiele cenniejszych rzeczy było mi dostępnych; ta jedna wstążka skusiła mnie, ukradłem ją po prostu, a że nie kryłem się wcale, wnet znaleziono ją u mnie. Żądano wytłumaczenia, skąd ją wziąłem. Mieszam się, bełkocę i wreszcie, czerwieniąc się, powiadam, że dała mi ją Maryjka. Maryjka była to młoda dziewczyna, którą pani de Vercellis przyjęła za kucharkę, kiedy przestawszy wydawać przyjęcia, odprawiła kucharza, bardziej potrzebując dobrego rosołu niż wykwintnych łakoci. Maryjka nie tylko była ładna, ale miała tę świeżość cery spotykaną w górach, a zwłaszcza ten wyraz skromności i słodyczy, który sprawiał, iż każdy, kto ją ujrzał, musiał ją polubić; poza tym dziewczyna dobra, cnotliwa i nieskazitelnie wierna. Toteż słowa moje wywołały zdziwienie. Zaufanie, jakie budziła powszechnie, osłabiało nieco wiarogodność moich twierdzeń; osądzono też, iż należy wprzód sprawdzić, kogo z dwojga trzeba będzie uważać za łotrzyka. Wezwano ją; zebranie było liczne, był i hrabia de la Roque. Zjawia się, pokazują jej wstążkę, oskarżam ją bezczelnie; stoi w osłupieniu, milczy, rzuca mi spojrzenie zdolne rozbroić diabła, moje nieludzkie serce zostaje nieczułym. Przeczy wreszcie stanowczo, choć bez uniesienia, przemawia do mnie, upomina, abym wszedł sam w siebie, abym nie odzierał z czci niewinnej dziewczyny, która mi nie uczyniła nic złego. Ja z piekielnym bezwstydem powtarzam oskarżenie i utrzymuję do oczu, że dała mi wstążkę. Biedna dziewczyna rozpłakała się i rzekła tylko te słowa: „Ach, Rousseau, myślałam, że masz lepszy charakter. Czynisz mi wielką krzywdę, ale nie chciałabym być na twoim miejscu”. Oto wszystko. Broniła się w dalszym ciągu z prostotą i stałością, ale nie pozwalając sobie na żadne wycieczki przeciwko mnie. To umiarkowanie w zestawieniu z moim stanowczym tonem zgubiło ją. Zdawało się trudnym do wiary przypuszczać z jednej strony bezczelność tak szatańską, z drugiej tak anielską słodycz. Sąd nie wypowiedział się jasno, ale raczej przechylał się na moją stronę. Zamęt, jaki panował w domu, nie pozwalał na zbytnie zgłębianie sprawy; hrabia de la Roque uwolnił jedynie ze służby nas oboje i ograniczył się do powiedzenia, że sumienie tego, który zawinił pomści krzywdę niewinnego. Przepowiednia jego nie była czczym słowem: dzień odtąd nie przeminął, aby się nie sprawdziła okrutnie.

228

Wyrzuty sumieniaNie wiem, co się stało z ofiarą mego oszczerstwa, ale mało jest prawdopodobne, aby łatwo znalazła odpowiednie miejsce. Wyniosła ze sobą zarzut ciężko naruszający jej honor. Kradzież była drobnostką; ale ostatecznie była to kradzież, co gorsza łączyła się ze zbałamuceniem młodego chłopca; do tego kłamstwo i upór; słowem, niewiele można się było spodziewać po istocie, w której jednoczy się tyle przywar. Dzięki mnie znalazła się może w nędzy i opuszczeniu; może gorzej jeszcze. Kto wie, dokąd mogła ją zawieść w jej wieku gorycz pohańbionej niewinności? Jeśli nieznośną jest mi już zgryzota, iż mogłem ją uczynić nieszczęśliwą, można osądzić, czym jest dla mnie obawa, iż może uczyniłem ją gorszą ode mnie!

229

To okrutne wspomnienie nawiedza mnie niekiedy i dręczy tak, iż w bezsenne noce widzę tę biedną dziewczynę zjawiającą się, aby mi wyrzucać mą zbrodnię, jak gdybym ją popełnił wczoraj. Póki żyłem w spokoju, mniej mnie ono dręczyło; ale teraz, w odmętach burzliwego życia, odejmuje mi najsłodszą pociechę cierpiących prześladowanie — świadomość, iż cierpią niewinnie. Powiedziałem, zdaje mi się, w którymś z pism, że wyrzut sumienia zasypia w pomyślnej doli, ale zaostrza się w przeciwnościach. Mimo to nie mogłem się nigdy zdobyć na to, aby zrzucić z serca to wyznanie, wylewając je na łono przyjaciela. W najpoufniejszym zbliżeniu nigdy nie zwierzyłem się z tym nikomu, nawet pani de Warens. Umiałem zdobyć się jedynie na ogólnikowe zwierzenie, iż mam sobie do wyrzucenia czyn okrutny, ale nigdy nie powiedziałem, na czym on polega. Ten ciężar uciskał tedy, do dziś, me sumienie i mogę powiedzieć, iż potrzeba uwolnienia się od niego przyczyniła się w znacznej mierze do podjęcia tej spowiedzi.

230

Wina, StrachKłamstwoW wyznaniu mym postąpiłem sobie otwarcie, bez ogródek; nikt chyba nie będzie uważał, iż starałem się tu ułagodzić ohydę mej zbrodni. Ale nie dopełniłbym celu książki, gdybym nie przedstawił równocześnie mego wnętrza i gdybym nie starał się usprawiedliwić o tyle, o ile tego wymaga prawda. Nigdy nie była dalej ode mnie wszelka zła intencja niż w tym okrutnym momencie; dziwnym, ale prawdziwym będzie, gdy powiem, iż kiedym obwiniał tę nieszczęśliwą dziewczynę, nie co innego, lecz przychylność moja dla niej stała się tego przyczyną. Ona plątała się właśnie w mych myślach; zaskoczony, oparłem swoje usprawiedliwienie o pierwszy przedmiot, który się nasunął. Oskarżyłem ją, iż uczyniła to, co ja chciałem uczynić; powiedziałem, iż dała mi wstążkę, ponieważ ja właśnie miałem zamiar jej ją ofiarować. Kiedy ujrzałem ją później pod ciężarem oskarżenia, serce darło mi się w strzępy, ale obecność tylu osób była silniejszą niż skrucha. Nie lękałem się kary, lękałem się jedynie wstydu; ale lękałem się go bardziej niż śmierci, więcej niż zbrodni, niż czego bądź w świecie. Byłbym chciał ukryć się, zapaść pod ziemię, niezwyciężony wstyd przeważył wszystko, wstyd jedynie dał mi siłę bezwstydu; im głębiej brnąłem w zbrodnię, tym bardziej obawa przyznania się czyniła mnie nieustraszonym. Widniałem jedynie grozę, iż mogę być odkryty, ogłoszony publicznie, w żywe oczy, złodziejem, kłamcą, oszczercą. Zamęt, w jaki mnie to wprawiało, odejmował mi wszelkie inne uczucie. Gdyby mi zostawiono czas do opamiętania, byłbym niechybnie wszystko wyznał. Gdyby mnie pan de la Roque wziął na osobność, gdyby powiedział: „Nie gub tej biednej dziewczyny. Jeśliś winien, wyznaj mi” — byłbym mu się bezzwłocznie rzucił do nóg, jestem pewny. Ale czyniono wszystko, aby mnie onieśmielić w chwili, w której należało dodać mi odwagi. Trzeba również mieć na względzie i wiek: wszak ja wówczas ledwie wyszedłem z dzieciństwa, raczej tkwiłem w nim jeszcze. Wyrzuty sumieniaW młodym wieku prawdziwa niegodziwość jest bardziej zbrodnicza niż w wieku dojrzałym; ale to, co jest tylko słabością, stanowi o wiele mniejszą winę, a w gruncie błąd mój nie był niczym innym. Toteż wspomnienie jego trapi mnie mniej dla samego złego niż dla złego, którego może stało się powodem. Wspomnienie to oddało mi tę usługę, iż zabezpieczyło mnie na całe życie od wszelkiego uczynku trącącego występkiem, a to przez owo straszliwe wrażenie, jakie mi zostało po jednej jedynej zbrodni, którą kiedykolwiek popełniłem. Zdaje mi się, że mój wstręt do kłamstwa płynie w znacznej części z wyrzutu, iż mogłem się go dopuścić w tak niecnej postaci. Jeżeli to jest zbrodnia, którą można odpokutować (a śmiem tak przypuszczać), to powinna mi być darowana za tyle nieszczęść przygniatających schyłek mego życia, za czterdzieści lat prawości i honoru w trudnych okolicznościach. Biedna Maryjka znalazła w świecie tylu mścicieli, iż mimo ogromu mej winy nie lękam się, abym ciężar tego błędu miał z sobą ponieść do grobu. Oto co miałem do powiedzenia w tym przedmiocie. Niechaj mi będzie wolno nie wracać do niego więcej.

Księga III

231

(1728–1731). Wyszedłszy z domu pani de Vercellis mniej więcej tak, jak do niego wstąpiłem, wróciłem do dawnej gospodyni i przebyłem tam jakieś pięć czy sześć tygodni. Zdrowie, młodość i bezczynność sprawiły, iż w tym okresie zmysły dopiekały mi nieraz. Byłem niespokojny, roztargniony, zadumany; płakałem, wzdychałem, pożądałem szczęścia, o którym nie miałem jasnego wyobrażenia, a którego brak dawał mi się we znaki. Niepodobna opisać tego stanu; niewielu mężczyzn może go sobie nawet wyobrazić, ponieważ większość uprzedziła ten nadmiar życia, pełen rozkoszy wraz i udręki, który w gorączce pożądania daje niejako przedsmak użycia. Kipiąca krew zaludniała nieustannie mózg mój obrazami dziewcząt i kobiet: ale nieświadom ich rzeczywistego przeznaczenia wprzęgałem je w myślach w swoje chorobliwe fantazje, ograniczając do tego swe wybuchy żądzy. Majaki te utrzymywały moje zmysły w nader kłopotliwym stanie ciągłego pobudzenia, od którego na szczęście nie nauczyły mnie, jak się uwalniać. Byłbym oddał życie za kwadransik spędzony przy pannie Goton. Ale minął już czas owych igraszek dziecięcych. Wstydliwość, towarzyszka świadomości złego, przyszła z wiekiem; ona to wzmogła wrodzoną nieśmiałość, czyniąc ją wprost nie do zwyciężenia. Nigdy, ani wówczas, ani później, nie mogłem się zdobyć na nieskromną propozycję, o ile partnerka nie zmusiła mnie poniekąd, wychodząc naprzeciw mych życzeń; choćbym nawet wiedział z pewnością, że nie ma na tym punkcie skrupułów i że zrozumie mnie w pół słowa.

232

Niepokój mój wzrósł do tego stopnia, iż nie mogąc zadowolić swych pragnień, drażniłem je za pomocą najosobliwszych wymysłów. Szukałem ciemnych alej, ustronnych zakamarków, w których mógłbym się z dala pokazywać osobom płci odmiennej w stanie, w jakim chciałbym się znaleźć przy ich boku. Ale to, co nastręczało się ich spojrzeniom, była to raczej komiczna niż sprośna strona medalu; tamto nie przychodziło mi nawet na myśl. Trudno opisać głupią przyjemność, jakiej doznawałem, wystawiając się tak ich oczom. Od tego do upragnionego zaspokojenia był tylko jeden krok; nie wątpię też, że jakaś osoba rezolutniejszej natury byłaby mimochodem ziściła me chęci, gdybym miał odwagę czekać na to. Mania ta pociągnęła za sobą katastrofę niemal równie komiczną, ale mniej dla mnie zabawną.

233

Jednego dnia przyczaiłem się w jakimś dziedzińcu, gdzie znajdowała się studnia, dokąd dziewczęta chodziły często po wodę. Opodal były drzwiczki, którymi schodziło się do piwnic. Zgłębiłem w ciemności te podziemne chodniki, a przekonawszy się, że są długie i ciemne, sądziłem, że są w ogóle bez końca i że gdyby mnie ujrzano i zaskoczono, znalazłbym tam pewne schronienie. Ufny w to, ukazałem dziewczętom, które szły do studni, ów ulubiony mi obraz, bardziej dla nich pocieszny niż kuszący. Najrozsądniejsze udały, że nic nie widzą; inne zaczęły się śmiać; inne wzięły to za obrazę i podniosły larum[170]. Cofnąłem się do mego schronienia; podążono za mną. Usłyszano głos męski, na który nie byłem przygotowany i który mnie przeraził. Zapuszczałem się coraz dalej w podziemia, narażając się na zabłądzenie; hałasy, okrzyki, męski głos, szły ciągle w moje tropy. Liczyłem na ciemność, nagle ujrzałem światło. Zadrżałem, zapuściłem się dalej jeszcze. Natknąłem się wreszcie na gładką ścianę; nie mogąc iść dalej, musiałem oczekiwać swego losu. W jednej chwili dosięgnął mnie i pochwycił duży mężczyzna o dużym wąsie, dużym kapeluszu, dużej szabli, eskortowany przez kilka starych bab zbrojnych w miotły. Pomiędzy nimi ujrzałem ową małą hultajkę, która mnie wyśledziła i która zapewne chciała mi spojrzeć w oczy.

234

Mężczyzna z szablą chwycił mnie za ramię i spytał szorstko, co tu robię. Łatwo pojąć, że nie miałem przygotowanej odpowiedzi. Opamiętałem się wszakże i w nerwowym podnieceniu znalazłem romantyczny środek ocalenia, który mi się powiódł w zupełności. Zwracając się doń błagalnie, prosiłem, aby miał litość nad mym wiekiem i stanem; że jestem młodym cudzoziemcem wysokiego rodu, który ma umysł niezupełnie w porządku; wymknąłem się z domu, ponieważ chciano mnie zamknąć; byłbym zgubiony, gdyby mnie zdradził; ale jeśli raczy mnie puścić wolno, może kiedyś potrafię mu się odwdzięczyć. Wbrew wszelkiemu oczekiwaniu, bajeczka moja i żałośliwa mina zrobiły wrażenie; straszliwy człowiek dał się wzruszyć i po dość krótkim napomnieniu pozwolił mi odejść spokojnie, nie pytając więcej. Po minie, z jaką młoda kobieta i jej stare towarzyszki patrzyły na mnie, gdym odchodził, mogłem wnosić, że mężczyzna, któregom się tak lękał, był moim zbawieniem i że z nimi samymi nie byłbym się wykręcił tak tanio. Słyszałem jak mruczały groźnie, z czego sobie niewiele robiłem; byle szabla i jej właściciel nie mieszali się do rzeczy, czułem się dość lekki i zwinny, aby się ocalić.

235

W kilka dni potem, przechodząc ulicą z młodym księżykiem, mym sąsiadem, spotkałem się nos w nos z moim zbawcą. Poznał mnie i ozwał się drwiąco, przedrzeźniając mnie: „Jestem księciem” — rzekł — „jestem księciem, a ja jestem dudek[171]. Ale niech Jego Wysokość nie próbuje drugi raz”. Nie dodał nic więcej, a ja pomknąłem ze spuszczoną głową, błogosławiąc w duchu tę wyrozumiałość. Domyśliłem się, że przeklęte staruchy musiały mu zmyć głowę za jego łatwowierność. Jak bądź się rzeczy miały, ów wąsal, mimo że Piemontczyk, był to dobry człowiek; ilekroć o nim myślę, to zawsze z uczuciem wdzięczności; historia bowiem była tak pocieszna, że dla samego zabawienia słuchaczy każdy na jego miejscu byłby mnie wydał na hańbę. Ta przygoda, mimo że nie miała skutków, uczyniła mnie wszakże na długo ostrożnym.

236

W czasie pobytu u pani de Vercellis zawarłem parę znajomości, które podtrzymywałem w nadziei, że mogą mi być użyteczne. Odwiedzałem niekiedy między innymi sabaudzkiego księdza nazwiskiem Gaime, nauczyciela dzieci hrabiego de Mellarede. Był to człowiek jeszcze bardzo młody i mało udzielający się, ale rozsądny, uczciwy, wykształcony, jeden z najzacniejszych ludzi, jakich znałem. Na nic mi się nie przydał w sprawie, dla której go odwiedzałem; nie miał dość stosunków, aby mi wyrobić miejsce; ale znalazłem u niego cenniejsze korzyści, które posłużyły mi na całe życie: naukę zdrowej moralności, zasady uczciwości i rozsądku. W kolejnych przewrotach moich upodobań i poglądów byłem zawsze za wysoko albo za nisko, Achillesem lub Tersytem[172], to bohaterem, to nicponiem. Ksiądz Gaime podjął trud postawienia mnie na właściwym miejscu i otworzenia mi oczu na samego siebie, nie oszczędzając mnie ani zniechęcając. Wyrażał się bardzo pochlebnie o mym charakterze i zdolnościach, ale dodał, iż widzi w nich samych przeszkody, które nie pozwolą mi należycie ich wyzyskać; tak iż powinny, jego zdaniem, posłużyć mi nie tyle jako stopnie do powodzenia, ile raczej jako środki obycia się bez niego. Nakreślił prawdziwy obraz ludzkiego życia, o którym miałem jedynie chimeryczne pojęcia; pokazał mi, jak w przeciwieństwach losu rozumny człowiek zawsze może zmierzać ku szczęściu i obrać najwłaściwsze drogi; jako nie istnieje prawdziwe szczęście bez mądrości i cnoty, te zaś można znaleźć w każdym stanie. Pozycja społecznaZwątlił bardzo mój kult dla wielkości świata, dowodząc, że ci, którzy władają drugimi, nie są ani mądrzejsi, ani szczęśliwsi od tamtych. Powiedział jedną rzecz, która często wracała mi na pamięć, że gdyby każdy mógł czytać w sercu bliźnich, więcej byłoby ludzi, którzy by woleli zstąpić niżej, niż takich, którzy by chcieli wspinać się wyżej. Ta uwaga, której prawda bije w oczy i w której nie ma nic przesady, bardzo mi w życiu pomogła w tym, aby spokojnie pozostawać na swoim miejscu. CnotaDał mi pierwsze prawdziwe pojęcia uczciwości, którą moje niezrównoważenie pojmowało jedynie w jej krańcach. Przekonał mnie, że szczytny zapał cnoty mało ma zastosowania w pożyciu z ludźmi; że kto wzbija się zbyt wysoko, naraża się na upadki; że ustawiczne i równe spełnianie drobnych obowiązków nie mniej wymaga siły od bohaterskich czynów; że ta droga lepsza jest i bezpieczniejsza dla szczęścia i honoru; że o wiele cenniejsze jest budzić zawsze szacunek niż od czasu do czasu podziw.

237

Aby ustalić powinności człowieka, trzeba było zstąpić do ich źródeł. Rozmawiając nieraz o kroku, którego następstwem było moje obecne położenie, zeszliśmy oczywiście na kwestie religijne. Można się domyślić, że zacny ksiądz Gaime jest, bodaj w znacznej części, oryginałem mego wikarego sabaudzkiego[173]. Różnica jest ta, iż on sam, zniewolony do ostrożności i powściągliwości, mniej otwarcie do niektórych punktów wyraził mi swe zdanie: ale poza tym jego zasady, uczucia, przestrogi, nawet rada, abym wrócił do ojczyzny, wszystko zgodne jest z obrazem, jaki wiernie przekazałem czytelnikom. Nie zatrzymując się tedy przy naszych rozmowach, których treść każdy może poznać, powiem tylko, że jego nauki, mądre, ale zrazu bezowocne, stały się w mym sercu zarodkiem cnoty i religii, który nie obumarł nigdy i który, aby wydać owoc, czekał jedynie starań bardziej umiłowanej ręki.

238

Mimo iż wówczas nawrócenie moje mało miało fundamentów, rozmowy te wzruszały mnie. Nie tylko nie nudziły mnie one, ale zasmakowałem w nich dla ich jasności, prostoty, a zwłaszcza dla serca, którym były przepojone. Mam duszę stworzoną do kochania i zawsze przywiązywałem się do ludzi nie tyle w stosunku do tego, co mi wyświadczyli dobrego, ile w stosunku do ich chęci; pod tym względem instynkt mój mnie nie myli. Toteż, pokochałem szczerze księdza Gaime; stałem się niejako jego drugim uczniem; co mi przyniosło doraźnie tę nieocenioną korzyść, iż odwróciło mnie od spadzistości złego, ku której ciągnął mnie brak zatrudnienia.

239

Jednego dnia, kiedy się najmniej tego spodziewałem, wezwano mnie w imieniu hrabiego de la Roque. W swoim czasie po kilku daremnych usiłowaniach zniechęciłem się i nie zachodziłem doń więcej; myślałem, że o mnie zapomniał albo że zraził się do mnie. Myliłem się. Niejednokrotnie był on świadkiem gorliwości, z jaką pełniłem obowiązki przy jego ciotce; mówił jej nawet o tym i przypomniał mi to wówczas, gdy sam już zapomniałem. Przyjął mnie dobrze; rzekł, nie bawiąc się w puste obietnice, że starał się znaleźć dla mnie miejsce, że mu się to powiodło, że otwiera mi się droga zostania czymś, do mnie zaś należy postarać się o resztę; że dom, w który mnie wprowadza, jest możny i wpływowy, i stosunki jego wystarczą w zupełności, aby zapewnić mi karierę; mimo iż zrazu zajmę stanowisko zwykłego służącego, mogę być pewny, że jeśli zachowanie moje i wartość okażą się powyżej tego stanu, nie pozostanę w nim długo. Koniec przemowy był okrutnym ciosem dla świetnych nadziei, które obudził we mnie początek. „Ech! Wciąż lokajem!” — rzekłem tobie w duszy z gorzkim zawodem, który jednak niebawem rozproszyła wiara w siebie. Czułem się zbyt mało stworzonym do tego stanowiska, bym się miał obawiać, iż mogę na nim pozostać zbyt długo.

240

Mój protektor zaprowadził mnie do hrabiego de Gouvon, nadwornego koniuszego królowej, naczelnika znamienitego rodu Solar. Wyraz godności, który cechował szanownego starca, podniósł jeszcze w mych oczach cenę życzliwości, z jaką mnie przyjęto. Zadał mi parę pytań z widocznym zainteresowaniem, odpowiedziałem z pełną szczerością. Powiedział hrabiemu de la Roque, że mam fizjonomię przyjemną i zwiastującą bystry umysł; ale że bystrość dowcipu to jeszcze nie wszystko: trzeba dopiero przekonać się o reszcie. Następnie, zwracając się do mnie, rzekł: „Moje dziecko, prawie w każdej rzeczy początki są trudne, mam wszelako nadzieję, iż twoje nie będą zbyt uciążliwe. Bądź uważający, staraj się przypaść do serca wszystkim w domu, oto na razie jedyne twoje zajęcie. Poza tym bądź dobrej myśli, będziemy pamiętali o tobie”. Natychmiast udał się do apartamentów margrabiny de Breil, swojej córki, i przedstawił mnie; również księdzu Gouvon, swemu synowi. Ten początek zdawał się dobrze wróżyć. Znałem już na tyle świat, aby wiedzieć, że nie robi się tylu ceremonii z przyjęciem zwykłego lokaja. W istocie, nie odnoszono się do mnie w ten sposób. Jadałem z domownikami, nie dano mi liberii; a gdy hrabia de Favria, młody wartogłów[174], wyjeżdżając na miasto, polecił mi stanąć z tyłu karocy, dziadek zabronił, aby mnie używano do takich funkcji i abym miał pełnić jakiekolwiek posługi poza domem. Usługiwałem mimo to przy stole i w domu sprawowałem mniej więcej funkcje lokaja; ale sprawowałem je poniekąd swobodnie, nie przydany w szczególności żadnej osobie. Poza paroma listami, które mi dyktowano, i obrazkami, które hrabia Favria kazał mi wycinać, byłem przez cały dzień prawie zupełnym panem swego czasu. Była to próba, na której się nie spostrzegłem, i z pewnością była ona bardzo niebezpieczna, a nawet nie bardzo ludzka; w tej zupełnej bezczynności łatwo mogłem nabrać przywar, w które nie byłbym popadł inaczej.

241

Szczęściem nie zaszło nic podobnego. Nauki księdza Gaime wycisnęły się w mym sercu i tak w nich zasmakowałem, że wymykałem się niekiedy, aby ich jeszcze posłuchać. Nie sądzę, aby ktoś, kto mnie widział wychodzącego ukradkiem, domyślił się, gdzie szedłem. Ksiądz Gaime udzielił mi, w tym okresie, wielu mądrych wskazówek. Początki były wprost cudowne; pilność moja, baczność[175], gorliwość zwróciły na siebie uwagę wszystkich. Ksiądz Gaime ostrzegł mnie roztropnie, abym pohamował ten pierwszy zapał, z obawy, aby nie ostygł z czasem i aby tego nie zauważono. „Ten wstęp — rzekł mi — będzie miarą tego, czego będą od ciebie żądali. Zostawże sobie możność dawania w przyszłości więcej, a strzeż się zacząć dawać mniej”.

242

Ponieważ nie egzaminowano mnie wcale z mych skromnych umiejętności i przypuszczano, iż posiadam jedynie to, co mi dała natura, nie zanosiło się, mimo tego, co mi hrabia Gouvon oświadczył, abym miał zająć pocześniejsze miejsce. Przyszły różne sprawy, kłopoty, zapomniano o mnie po trochu. Margrabia de Breil, syn hrabiego de Gouvon, był wówczas ambasadorem w Wiedniu. Zaszły na dworze wypadki, które dały się odczuć rodzinie i na kilka tygodni wprawiły dom w poruszenie, nie zostawiając czasu do myślenia o mnie. Mimo to aż do tej chwili nie zaniedbałem się ani trochę. Pewna okoliczność wpłynęła na mnie źle i dobrze zarazem, broniąc mnie od wszelkiej dystrakcji[176] z zewnątrz, ale czyniąc mnie nieco mniej uważnym w spełnianiu obowiązków. Pani de Breil miała córkę, mniej więcej w moim wieku, kształtną, dość ładną, bardzo białą, o włosach bardzo czarnych; mimo to na twarzy jej malował się ów wyraz słodyczy właściwy blondynkom, któremu serce moje nigdy nie umiało się oprzeć. Dworski krój, tak korzystny dla młodych osób, rysował jej zgrabną figurkę, uwydatniał piersi i ramiona i czynił płeć jeszcze bardziej olśniewającą, ile że wówczas noszono żałobę. Powie ktoś, że nie jest prawem służącego zwracać uwagę na takie rzeczy. Źle czyniłem, to pewna. Ale cóż? Zauważyłem to wszystko, i nawet nie ja jeden. Marszałek dworu i pokojowcy rozmawiali nieraz na ten temat przy stole, i to z brutalnością, która sprawiała mi okrutne cierpienia. Mimo to nie straciłem głowy do tego stopnia, aby się zakochać na dobre. Nie zapomniałem się; pamiętałem, czym jestem, i pragnienia moje nawet nie przychodziły do głosu. Lubiłem widywać pannę de Breil, słyszeć z jej ust słowa, które świadczyły o dowcipie, rozsądku, dobroci. Ambicja moja, ograniczając się do rozkoszy usługiwania jej, nie przekraczała moich atrybucji[177]. Przy stole bacznie szukałem sposobności, która by pozwoliła mi z nich skorzystać. Jeśli lokaj panny de Breil opuścił na chwilę jej krzesło, natychmiast stawałem za nim; poza tym starałem się zawsze znaleźć naprzeciw niej; czytałem w jej oczach żądanie, nim je wyrzekła; śledziłem moment, w którym mogłem odmienić jej talerz. Czegóż nie byłbym uczynił, aby raczyła wydać mi jakiś rozkaz, spojrzeć na mnie, rzucić jedno słowo! Ale nie. Cierpiałem tę mękę, iż nie istnieję dla niej; nie spostrzegła nawet, że jestem. Raz tylko, gdy jej brat, który niekiedy odzywał się do mnie przy stole, powiedział mi coś niezbyt uprzejmego, a ja sparowałem to w lot zręcznie i przytomnie, ściągnęło to jej uwagę, spojrzała na mnie. Ten rzut oka, mimo iż przelotny, wprawił mnie w prawdziwe uniesienie. Nazajutrz zdarzyła się sposobność dostąpienia po raz drugi tego szczęścia; skorzystałem z niej skwapliwie. Dawano tego dnia wielki obiad, przy którym pierwszy raz ujrzałem ze zdumieniem, że marszałek dworu usługuje ze szpadą przy boku i w kapeluszu na głowie. Przypadkiem zaczęto mówić o godle domu Solar, które znajdowało się na hafcie z herbami: „Tel fiert, qui ne tue pas”. Któryś z gości (Piemontczycy nie są zbyt tędzy w języku francuskim) dopatrzył się w tym godle błędu ortograficznego i powiedział, że w słowie fiert niepotrzebna jest litera t.

243

Stary hrabia de Gouvon miał zamiar odpowiedzieć, ale rzuciwszy okiem na mnie, spostrzegł, iż uśmiecham się, nie śmiejąc się odezwać; kazał mi mówić. Wówczas rzekłem, iż nie wydaje mi się, aby t było zbyteczne; fiert jest to stare słowo francuskie, które nie pochodzi od słowa ferus, dumny, groźny, ale od słowa ferit, uderza, rani. Zatem, o ile mi się zdaje, godło nie mówi: „Nie każdy, kto grozi”, ale: „Nie każdy, kto uderza, zabija”.

244

Wszyscy patrzeli na mnie i spoglądali po sobie w milczeniu. W życiu nie widział nikt podobnego zdumienia. Ale co mi pochlebiło najwięcej, to iż wyraźnie ujrzałem na twarzy panny du Breil wyraz ukontentowania. Wyniosła osóbka raczyła mi rzucić drugie spojrzenie, warte co najmniej pierwszego; następnie, skierowawszy oczy na dziadka, zdawała się oczekiwać niecierpliwie pochwały, którą mi był winien i którą oddał mi w istocie tak szczerze i z miną tak zadowoloną, iż cały stół zawtórował chórem.

245

Chwila krótka, ale rozkoszna! Był to jeden z owych zbyt rzadkich momentów, które wracają rzeczy do ich naturalnego porządku i mszczą zdeptaną wartość ludzką za zniewagi losu. W chwilę potem panna de Breil, podnosząc znów oczy na mnie, poprosiła mnie, tonem równie nieśmiałym jak uprzejmym, abym jej nalał wody. Można się domyślić, że nie pozwoliłem jej czekać; ale kiedym się zbliżył, owładnęło mną takie drżenie, iż nalawszy zbyt pełno, rozlałem nieco na talerz, a nawet na suknię. Brat jej spytał niebacznie, czemu tak drżę. To pytanie nie pomogło mi do odzyskania spokoju, a panna zarumieniła się po białka.

246

Tu kończy się mój nowy romans, przy czym czytelnik zauważy, iż, podobnie jak z panią Basile i w całym późniejszym mym życiu nie byłem szczęśliwy w rezultatach moich miłostek. Próżno wysiadywałem w przedpokoju pani de Breil; nie zyskałem już najmniejszego znaku uwagi ze strony córki. Wchodziła i wychodziła, nie patrząc na mnie, a ja ledwie śmiałem na nią podnieść oczy. Byłem nawet tak głupi i niezręczny, że gdy raz, przechodząc, upuściła rękawiczkę, którą byłbym rad okrył pocałunkami, nie śmiałem ruszyć się z miejsca i ścierpiałem, aby ją podniósł jakiś drab lokaisko, za co byłbym go chętnie udusił. Do reszty onieśmieliło mnie to, iż spostrzegłem, że nie mam szczęścia być w łaskach u pani de Breil. Nie tylko nie dawała mi żadnych poleceń, ale nigdy nie chciała przyjąć moich usług; dwa razy wręcz, zastawszy mnie u siebie w przedpokoju, spytała bardzo sucho, czy nie mam nic do roboty. Trzeba mi było porzucić ten drogi przedpokój. Zrazu czułem żal, ale później co innego zaprzątnęło mi głowę i niebawem przestałem o tym myśleć.

247

Wzgardę pani de Breil wynagrodziły mi w pełni względy jej teścia, który zauważył wreszcie mą obecność. Po owym pamiętnym obiedzie miał ze mną blisko półgodzinną rozmowę; zdawał się rad ze mnie, ja zaś byłem oczarowany. Dobry staruszek miał może umysł nie tak świetny jak pani de Vercellis, ale bardziej ludzki; czułem się też z nim o wiele lepiej. Powiedział mi, abym się trzymał księdza de Gouvon, jego syna, który ma do mnie sympatię; że o ile potrafię z niej skorzystać, przychylność jego może mi być użyteczną pomocą w widokach kariery. Zaraz nazajutrz rankiem pomknąłem do księdza de Gouvon. Przyjął mnie zgoła nie jak służącego. Kazał mi usiąść przy kominku i, zadając pytania z wielką słodyczą, spostrzegł, że wykształcenie moje, zaczęte w wielu przedmiotach, w żadnym nie było ukończone. Znajdując zwłaszcza, iż zbyt mało posiadam łaciny, podjął się wydoskonalić mnie w tym języku. Umówiliśmy się, że będę przychodził co rano; mieliśmy zacząć nazajutrz. Tak, jednym z kaprysów losu, które często spotka się w biegu mego życia, znalazłem się wraz powyżej i poniżej swego stanu, będąc równocześnie wychowankiem i lokajem w tym samym domu; jako sługa zyskałem pedagoga, który z urodzenia mógł być nauczycielem chyba dzieci królewskich.

248

Księdza Gouvon, jako młodszego syna, przeznaczała rodzina do infuły[178], z której to przyczyny dalej posunął swoje nauki, niż jest obyczajem dzieci szlachetnego rodu. Wyprawiono go na uniwersytet do Sienny, gdzie pozostał kilka lat i skąd przywiózł sporą dozę „kruskantyzmu”[179], aby się stać w Turynie mniej więcej tym, czym niegdyś ksiądz Dangeau[180] w Paryżu. Wstręt do teologii pchnął go w kierunku literatury; zjawisko częste we Włoszech u młodych arystokratów na drodze do pastorału[181]. Czytywał poetów, składał dość zgrabne wiersze po łacinie i po włosku. Słowem, posiadał tyle smaku, ile było trzeba, aby ukształtować mój smak i wprowadzić pewien ład i wybór w rupieciarni, jaką przedstawiała moja mózgownica. Ale czy moja paplanina dała mu złudzenia co do mej wiedzy, czy nauczanie samych początków łaciny zdało się mu zbyt nudne, wziął od razu o wiele zza wysoka; ledwie przeczytawszy ze mną kilka bajek Fedra[182], rzucił mnie w Wergiliusza[183], z którego nie rozumiałem prawie nic. Przeznaczone mi było, jak się okaże, brać się kilka razy do łaciny i nigdy się jej nie nauczyć. Mimo to pracowałem dość żarliwie, a nauczyciel mój użyczał mi swej pomocy z dobrocią, której wspomnienie dziś jeszcze mnie rozczula. Spędzałem przy nim dobrą część ranka, tak dla mej nauki, jak dla jego usługi; nie jego osoby, gdyż nigdy nie pozwolił, abym go obsługiwał, ale pisząc za dyktandem i przepisując. Te zajęcia sekretarza więcej mi wyszły na pożytek niż same godziny lekcji. Nie tylko nauczyłem się w ten sposób języka włoskiego w całej jego czystości, ale nabrałem zamiłowania do literatury i niejakiego rozeznania w dobrych książkach, których nie można było dostać u pani La Tribu. Przydało mi się to bardzo w przyszłości, kiedy mi przyszło pracować samemu.

249

To był okres mego życia, w którym, bez romantycznych projektów, mogłem z największą słusznością oddawać się nadziejom. Ksiądz de Gouvon był ze mnie zadowolony i powtarzał to wszystkim dokoła; ojciec zaś jego nabrał do mnie tak szczególnej sympatii, iż jak się dowiedziałem od hrabiego de Favria, wspomniał o mnie królowi. Nawet pani de Breil porzuciła lekceważące tony. Słowem, stałem się rodzajem faworyta, ku zazdrości reszty domowników, którzy widząc, iż mam zaszczyt pobierać nauki od syna ich pana, czuli, że niedługo przyjdzie mi być im równym.

250

Z paru słów, nad którymi zastanowiłem się dopiero po czasie, mogłem poniekąd osądzić, jakie miano na mnie widoki. Otóż zdaje mi się, iż dom de Solar, pragnąc iść drogą karier ambasadorskich, a może utorować ją sobie i do ministerium[184], byłby rad urobić sobie zawczasu zdolnego i uczciwego człowieka, który, zależąc wyłącznie od tego domu, mógłby w przyszłości posiąść jego zaufanie i służyć mu skutecznie. Ten zamiar hrabiego de Gouvon był szlachetny, rozumny, wielkoduszny i w istocie godny dobroczynnego i przewidującego zarazem magnata; ale pomijając, że nie zdawałem sobie wówczas sprawy z jego doniosłości, plan ten był zbyt rozsądny jak na moją głowę i wymagał zbyt długiej cierpliwości. Moja szalona ambicja chciała szukać szczęścia jedynie w zamęcie przygód; nie widziałem w tym wszystkim kobiety, droga ta zdała mi się przeto wolna, uciążliwa i smutna, gdy właśnie dlatego powinna mi się była wydać bardziej zaszczytną i pewną; ile że rodzaj przymiotów, jakie popierają kobiety, mniej jest z pewnością wart od tych, których się we mnie dopatrywano.

251

Wszystko szło wprost cudownie. Zyskałem, zdobyłem niemal przemocą uznanie całej rodziny; czas próby był skończony. W domu patrzano na mnie jako na młodego człowieka, rokującego największe nadzieje, który nie jest na swoim miejscu i ma je niebawem zająć. Ale miejsce moje było inne niż to, które mi przeznaczali ludzie, i miałem doń przybyć zgoła odmiennymi drogami. Tu zbliżam się do jednego z owych charakterystycznych rysów, które mi są właściwe. Wystarczy pokazać czytelnikowi fakty, nie dodając żadnych uwag.

252

Jakkolwiek w Turynie znajdowało się wielu „nawróconych” mego pokroju, nie lubiłem ich i nie szukałem z nimi stosunków. Widywałem natomiast paru Genewczyków, którzy nie zmienili wyznania, między innymi niejakiego Mussard, z przezwiskiem Kręcimorda, malarza miniatur, nieco mi krewnego. Ten Mussard wyszperał mnie u hrabiego de Gouvon i przyszedł mnie odwiedzić z drugim Genewczykiem zwanym Bâcle, z którym kolegowałem w terminie. Ów Bâcle był to chłopiec zabawny, wesoły, pełen wybryków i pustoty, którym młodość jego dawała szczególny powab.

253

I oto zacietrzewiłem się w tym Bâcle'u, ale to do tego stopnia, że nie byłem wprost zdolny się z nim rozłączyć. Miał wkrótce opuścić Turyn, aby wrócić do Genewy. Cóż za strata! Czułem ogrom jej w całej pełni. Aby wyzyskać bodaj chwile, które mi zostały, nie rozstawałem się z nim po prostu, a raczej on się nie rozstawał ze mną; na razie bowiem nie straciłem jeszcze głowy na tyle, aby się z nim wałęsać całymi dniami poza domem bez opowiedzenia się.

254

Niebawem, widząc, że mnie obsiaduje nieustannie, zabroniono mu wstępu do pałacu; ja zaś zapamiętałem się do tego stopnia, że tracąc z oczu wszystko z wyjątkiem przyjaciela, nie pokazywałem się ani u księdza de Gouvon, ani u starego hrabiego. Słowem, nie widziano mnie już w domu. Upominano mnie; nie słuchałem. Zagrożono mi odprawą. Groźba ta stała się moją zgubą: ukazała mi w perspektywie możliwość nierozstawania się z przyjacielem. Od tej chwili nie widziałem innej rozkoszy, innego losu, szczęścia, jak tylko, aby mu towarzyszyć w podróży. Przed oczami majaczyły mi już niewymowne słodycze takiej wędrówki, na końcu której na domiar upojenia widziałem panią do Warens, ale w niezmiernym oddaleniu; bo co się tyczy powrotu do Genewy, nie przyszło mi to nawet na myśl. Góry, łąki, lasy, strumienie, wsie przesuwały mi się przed oczami bez końca i bez przerwy, pełne wciąż nowych uroków; zdawało mi się, że w tej błogosławionej wędrówce spłynie całe moje życie. Przypomniałem sobie z rozkoszą, jak bardzo ta sama podróż wydała mi się uroczą, gdy szedłem do Turynu. Czymże byłaby teraz, gdy do całego uroku swobody dołączyłoby się szczęście wędrówki z towarzyszem w moim wieku, miłym, wesołym; wędrowania bez przymusu, bez obowiązków, bez troski, idąc, zatrzymując się, popasając wedle zachcenia! Trzeba by być szaleńcem, aby poświęcać podobne szczęście dla widoków powolnych, trudnych, niepewnych, które — przypuściwszy, że kiedyś się ziszczą — i wówczas w całym swoim blasku nie warte są kwadransa prawdziwego szczęścia i wolności.

255

Opanowany tym rozsądnym szaleństwem, działałem tak skutecznie, iż w końcu osiągnąłem, że mnie wypędzono; a trzeba przyznać, nie przyszło mi to bez trudu. Jednego wieczora, gdym właśnie wrócił, marszałek dworu oznajmił mi w imieniu hrabiego, że mogę dom opuścić. Tego właśnie pragnąłem; czując bowiem mimo woli szaleństwo mego postępowania, dorzucałem do niego dla uspokojenia sumienia niesprawiedliwość i niewdzięczność, mniemając, iż w ten sposób własne winy przerzucę na drugich i uniewinnię sam przed sobą swój krok, rzekomo spowodowany koniecznością. Powiedziano mi również, w imieniu hrabiego Favria, abym się z nim rozmówił nazajutrz przed opuszczeniem domu; a ponieważ widziano po mnie, iż będąc zupełnie niepoczytalny, gotów jestem tego nie uczynić, marszałek dworu oznajmił, że dopiero po tej wizycie wręczy mi sumkę, którą mi przeznaczono, a którą zarobiłem z pewnością bardzo licho; nie mając bowiem zamiaru zostawiać mnie na stanowisku lokaja, nie wyznaczono mi zasług.

256

Hrabia Favria, mimo swej młodości i roztrzepania, przemówił do mnie słowami pełnymi rozsądku, śmiałbym nawet rzec tkliwości. W pochlebnych i wzruszających wyrazach przywiódł mi przed oczy starania swego wuja i zamiary dziadka. Wreszcie, przedstawiwszy w żywych kolorach wszystko, co poświęcam, aby biec ku zgubie, ofiarował się załagodzić sprawę, wymagając jedynie, abym przestał się widywać z nicponiem, który mnie opętał.

257

Jasnym było, że nie mówił tego wszystkiego sam z siebie. Jakoż mimo głupiego zaślepienia, uczułem całą dobroć starego mego pana i wzruszyłem się; ale wyśniona podróż zbyt głęboko wycisnęła się w mej wyobraźni, aby cośkolwiek mogło przeważyć jej urok. Byłem zupełnie nieprzytomny; zaciąłem się, zaciekłem, naburmuszyłem i odparłem zuchwale, że skoro mi dano odprawę, zastosowałem się do tego; że nie czas się już cofać i że co bądź by mi się miało przytrafić w życiu, wolę to niż czekać, aż mnie drugi raz wypędzą z domu. Wówczas młody hrabia, słusznie pogniewany, nazwał mnie tak, jak na to zasługiwałem, wyrzucił mnie z pokoju za kark i zatrzasnął drzwi. Co do mnie, wyszedłem tryumfujący, jak gdybym odniósł wielkie zwycięstwo; z obawy zaś, bym nie musiał stawić czoła nowej próbie, miałem tę niegodziwość, aby opuścić dom, nie podziękowawszy księdzu de Gouvon za jego trudy.

258

Aby zrozumieć, do jakich granic byłem w tej chwili pod władzą mego szaleństwa, trzeba wiedzieć, do jakiego stopnia serce moje zdolne jest rozpalać się z najdrobniejszych powodów i z jaką siłą urojenia, przedmiot choćby najbłahszy, który mnie pociąga w danej chwili, działa na mą wyobraźnię. Najbardziej dziwaczne, dziecinne, szalone projekty przychodzą wówczas w pomoc ulubionemu zachceniu i stroją je w kolory prawdopodobieństwa. Czy uwierzyłby ktoś, że w dziewiętnastym roku może ktoś na pustej fiolce oprzeć całą egzystencję? Owóż, słuchajcie.

259

Ksiądz Gouvon darował mi przed kilku tygodniami małą fontannę Herona[185], bardzo ładną, którą byłem oczarowany. Bawiąc się tą fontanną a zarazem mówiąc o naszych planach, wpadliśmy obaj, doświadczony Bâcle i ja, na pomysł, że zabawka ta mogłaby nam oddać ważne usługi w podróży i dopomóc do jej przedłużenia. Czy może być w świecie coś równie ciekawego jak fontanna Herona? Zasada ta była podstawą, na której wznieśliśmy gmach swojej fortuny. W każdej wiosce mieszkańcy niechybnie zbiegać się będą tłumnie do naszej fontanny, a żywność i wszelakie łakocie spadać będą na nas tym obficiej, ile że obaj byliśmy przekonani, że środki żywności nic nie kosztują tych, którzy je produkują, i jeśli nie częstują nimi wędrowców, to z czystej złej woli. Roiliśmy tedy same uczty i zabawy, licząc, że bez innych wkładów prócz powietrza z płuc i wody z naszej fontanny, opędzimy koszta podróży w Piemoncie, w Sabaudii, we Francji i w całym świecie. Układaliśmy na ten temat projekty iście bez końca. Na początek postanowiliśmy skierować się na północ, bardziej dla przyjemności przebycia Alp niż dla określonego celu.

260

(1731–1732). Taki był plan, na podstawie którego puściłem się w drogę, rzucając bez żalu mego protektora, nauczyciela, studia, nadzieję, widoki kariery niemal pewnej, aby rozpocząć życie prawdziwego włóczęgi. Żegnaj mi, stolico, żegnaj dworze, ambicjo, próżności, miłostki, piękne damy i wszystkie wspaniałe przygody, których nadzieja przywiodła mnie tu przed rokiem. Odchodzę z moją fontanną, z drugim włóczęgą, mym godnym przyjacielem, ze szczupło zaopatrzoną sakiewką, ale z sercem przepełnionym radością, myśląc jedynie o tym, aby nacieszyć się wędrownym szczęściem, do którego od jednego zamachu ograniczyłem moje świetne projekty.

261

Ta wariacka podróż odbyła się niemal tak przyjemnie, jak się spodziewałem, ale niezupełnie w ten sposób; mimo bowiem iż fontanna zabawiła na chwilę po karczmach gospodynie i dziewczęta, niemniej na odchodnym trzeba było płacić rachunek. Ale to nas nie trapiło; chowaliśmy sobie ten środek ratunku dopiero na chwilę ostateczną, kiedy będzie kuso z pieniędzmi. Przypadek oszczędził nam tego kłopotu: fontanna stłukła się, a był już czas, czuliśmy bowiem, nie śmiejąc sobie tego wyznać, że zaczynała nas nudzić. To nieszczęście przydało podniet naszej wesołości; śmialiśmy się serdecznie sami z siebie, iż w roztrzepaniu naszym zapomnieliśmy, że ubrania i trzewiki zużyją się z czasem, lub spodziewaliśmy się je odnowić za pomocą swojej fontanny. Wędrowaliśmy teraz dalej, równie wesoło i bez troski jak z początku, ale zmierzając prostszą drogą ku celowi, który wobec coraz większego wychudzenia sakiewki, trzeba było sobie wreszcie naznaczyć.

262

Zbliżając się do Chambéry, zacząłem być niespokojny, nie dla głupstwa, które uczyniłem, nikt bowiem równie dobrze i szybko jak ja nie załatwiał się z przeszłością, ale na myśl o przyjęciu, jakie mnie czeka u pani de Warens. Uważałem jej dom najzupełniej za swój dom rodzinny. Doniosłem jej o miejscu u hrabiego de Gouvon; wiedziała, na jakiej stopie tam jestem; winszując mi, udzieliła mi roztropnych przestróg co do sposobu odwdzięczenia się za okazywaną dobroć. Uważała mój los za zapewniony, o ile go nie zburzę własną dłonią. Cóż powie teraz na mój nagły powrót? Nie przyszło mi nawet na myśl, że mogłaby mi zamknąć drzwi, ale bałem się jej zmartwienia, lękałem się wymówek okrutniejszych dla mnie niźli nędza. Postanowiłem ścierpieć je w milczeniu i uczynić wszystko, aby ją ułagodzić. W całym świecie nie widziałem nic poza nią: żyć z jej niełaską, było mi wprost niepodobieństwem.

263

Co mnie najbardziej niepokoiło, to mój towarzysz; nie chciałem jej obarczać na dobitkę tym ciężarem, a lękałem się, że niełatwo przyjdzie mi się go pozbyć. Przygotowałem rozstanie, zachowując się ostatniego dnia dość zimno. Urwis odgadł mnie; był bardziej postrzelony niż głupi. Myślałem, że go dotknie moja niestałość. Byłem w błędzie, imć Bâcle nie troszczył się o takie drobnostki. Ledwie, dotarłszy do Annecy, wkroczyliśmy w bramy, rzekł: „Jesteś tedy w domu”, uściskał mnie, pożegnał, zakręcił się na pięcie i znikł. Nigdy o nim nie słyszałem więcej. Znajomość nasza i przyjaźń trwały wszystkiego około pięciu tygodni, ale następstwa będą trwać póki mego życia.

264

Jakże mi biło serce, kiedy zbliżałem się do domu pani de Warens! Nogi drżały pode mną, oczy zachodziły mgłą, nie widziałem, nie słyszałem nic, nie byłbym poznał nikogo. Musiałem się zatrzymywać kilkakrotnie, aby odetchnąć i odzyskać zmysły. Czy to może obawa, że nie znajdę u niej potrzebnej pomocy, tak mnie wzruszała? Czyż w tym wieku obawa głodowej śmierci napełnia takim przestrachem? Nie, nie; stwierdzam to z równą szczerością jak dumą, nigdy, w żadnej dobie życia nadzieja korzyści lub obawa niedostatku nie zdołały przejąć mego serca radością lub lękiem. W ciągu mego życia, tak niespokojnego i upamiętnionego tyloma błędami, często bez dachu i chleba, zawsze jednako spokojnym okiem patrzałem na nędzę i dostatek. W potrzebie byłbym zdolny kraść albo żebrać jak każdy inny, ale nie troskać się, iż popadłem w tę ostateczność. Mało ludzi tyle cierpiało co ja, niewielu tyle wylało łez w życiu; ale nigdy ubóstwo ani jego obawa nie wydarły mi z piersi jednego westchnienia, z oka jednej łzy. Dusza moja, w próbach losu, widziała swoje dobro i zło jedynie w rzeczach, które nie zależą od niego. Wówczas właśnie, kiedy mi niczego nie brakło do życia, czułem się najnieszczęśliwszym ze śmiertelnych.

265

Ledwie stanąłem przed panią de Warens, widok jej uspokoił mnie. Zadrżałem na dźwięk jej głosu. Rzucam się jej do stóp i w uniesieniu najżywszej radości przyciskam usta do jej ręki. Nie wiem, czy miała o mnie jaką wiadomość; w twarzy jej wyczytałem niewiele zdumienia, a już gniewu wcale. „Biedny mały! — rzekła pieszczotliwie. — Już z powrotem? Wiedziałam, że za młody jesteś na tę podróż. Rada jestem przynajmniej, że nie obróciła się tak źle, jak się obawiałam”. Następnie kazała mi opowiedzieć mą historię, która nie była zbyt długa. Opowiedziałem wszystko wiernie, pomijając co prawda niektóre szczegóły, ale zresztą[186] nie oszczędzając się ani uniewinniając.

266

Nasunęła się kwestia noclegu. Naradziła się z panną służącą. Nie śmiałem oddychać w czasie tej narady; ale, gdy usłyszałem, że będę nocował pod jej dachem, trudno mi było powściągnąć radość. Patrzałem jak niesiono moje zawiniątko do pokoju, który mi był przeznaczony, tak mniej więcej jak Saint-Preux, kiedy wyprzęgają u pani de Wolmar[187] jego dyliżans. Na domiar szczęścia dowiedziałem się, iż łaska ta nie będzie przelotna; na pozór nie słuchając i niby zajęty czym innym, usłyszałem, jak pani de Warens rzekła: „Niech gadają, co chcą, ale skoro Opatrzność mi go odsyła z powrotem, zdecydowana jestem go nie opuścić”.

267

Znalazłem się tedy w jej domu. Pobyt ten to nie był jeszcze ów, od którego liczę szczęśliwe dni mego życia, ale przyczynił się do przygotowania tamtego. Mimo iż owa wrażliwość serca, której zawdzięczamy poczucie naszego szczęścia, jest dziełem natury, a może wytworem organizacji, potrzebuje ona okoliczności, które by ją rozwinęły. Bez tych okolicznościowych przyczyn człowiek z urodzenia wrażliwy nie doznałby żadnych wzruszeń i umarłby, nie poznawszy nic ze swego jestestwa. Takim mniej więcej byłem dotąd; takim może byłbym został na zawsze, gdybym nie poznał pani de Warens albo gdybym, nawet poznawszy ją, nie żył obok niej dość długo, aby nasiąknąć słodkim nawykiem tkliwości, jaką we mnie obudziła. Nie waham się rzec, że kto zna tylko miłość, temu nieznane jest najsłodsze, co istnieje w życiu. Znam inne uczucie, mniej gwałtowne może, ale tysiąc razy bardziej rozkoszne, które niekiedy łączy się z miłością, a często jest od niej odrębne. Uczucie to — to nie jest też sama przyjaźń. Jest bardziej upajające, tkliwsze i nie wyobrażam sobie, aby mogło istnieć w stosunku do osoby tej samej płci. Ja przynajmniej, choć zdolny do przyjaźni jak mało kto w świecie, nie doznawałem go nigdy dla żadnego z przyjaciół. To, co mówię, nie jest dość jasne, ale stanie się jaśniejsze w dalszym ciągu: uczucia można opisać jedynie w ich działaniu i skutkach.

268

Pani de Warens zamieszkiwała domostwo stare, ale dość obszerne, posiadające między innymi piękny, obszerny pokój, z którego uczyniła rodzaj salonu; tam właśnie mnie pomieszczono. Pokój ten wychodził na dróżkę, o której mówiłem, miejsce naszego pierwszego spotkania; za strumieniem i ogrodami ciągnęły się pola. Widok ten nie był dla młodego lokatora rzeczą obojętną. Pierwszy raz od czasów Bossey widziałem za oknami zieloność. Zawsze uwięziony w murach, miałem przed oczyma jedynie dachy albo szarzyznę ulic. Jakże ta nowość zdała mi się rozkoszna i słodka! Mnożyła ona wielce moje roztkliwienie. Uroczy krajobraz stawał się w mych oczach jeszcze jednym dobrodziejstwem drogiej opiekunki. Zdawało mi się, że umieściła go tam umyślnie dla mnie. Czułem rozkosz znajdowania się w jej pobliżu, widziałem ją wszędzie wśród kwiatów i zieloności; jej uroki i urok wiosny zlewały się w mych oczach w jedno. Serce moje, dotąd zduszone, czuło się wolniejsze w tej przestrzeni, westchnienia moje płynęły swobodniej w tę zieleń.

269

Nie było u pani de Warens wspaniałości, jakie widziałem w Turynie; ale była schludność, przystojność i patriarchalny dostatek, które nigdy nie idą w parze z przepychem. Miała niewiele sreber, porcelany wcale, nie miała zapasów dziczyzny w spiżarni ani zagranicznych win w piwnicy; ale i jedna, i druga dobrze były zaopatrzone dla użytku wszystkich, a w filiżankach z fajansu podawała doskonałą kawę. Ktokolwiek wstąpił w jej dom, zaproszony był na obiad z nią albo u niej, i nigdy żaden robotnik, posłaniec albo przechodzień nie wyszedł nie nakarmiony albo nie napojony. Służbę jej stanowili: pokojowa, dość ładna dziewczyna z Fryburga, nazwiskiem Merceret; służący z jej stron rodzinnych, Klaudiusz Anet, o którym będzie mowa w dalszym ciągu; kucharka i dwaj najemni tragarze, gdy udawała się w lektyce w odwiedziny, co zdarzało się rzadko. Był to dość wielki dwór na dwa tysiące franków renty; ale i ten dochodzik przy dobrym gospodarstwie[188] mógł był starczyć na wszystko, w kraju, gdzie ziemia jest dobra, a pieniądz rzadki. Nieszczęściem, oszczędność nigdy nie była jej cnotą: zadłużała się, płaciła procenty, pieniądz przemykał przez ręce i rozchodził się nie wiadomo gdzie.

270

Sposób prowadzenia domu był właśnie taki, jaki ja sam byłbym wybrał; można się domyślić, że korzystałem zeń z przyjemnością. Mniej mi się podobało to, że trzeba było długo siedzieć przy stole. Pani de Warens z trudnością znosiła pierwszy opar zupy i potraw; zapach ten przyprawiał ją niemal o omdlenie, a uczucie odrazy trwało długo. Powoli przychodziła do siebie i rozmawiała, nic nie biorąc do ust. Ledwie po jakiej półgodzinie próbowała pierwszego kąska. Byłbym przez ten czas trzy razy uporał się z obiadem; dawno skończyłem posiłek, gdy ona jeszcze nie zabrała się do swego. Zaczynałem na nowo dla towarzystwa; w ten sposób jadłem za dwóch, co mi nie wychodziło na szkodę. Słowem, oddawałem się całym sobą słodkiemu uczuciu dobrobytu, jakiego doznawałem przy niej, ile że dobrobytu tego nie mącił wówczas żaden niepokój o jego środki. Nie będąc powiernikiem jej interesów, mniemałem, iż zawsze dom będzie mógł iść tym trybem. Później zażywałem w jej domu tych samych słodyczy; ale bardziej świadom położenia i wiedząc, że te wydatki zjadają na pniu dochody, nie smakowałem już w nich z takim spokojem. Przewidywanie zawsze niweczyło we mnie rozkosz użycia. Poza tym, odgadywanie przyszłości na nic mi się nie zdało w życiu; nigdy nie zdołałem jej uniknąć.

271

Od pierwszego dnia utrwaliła się między nami najmilsza poufałość, taka jaka przetrwała do końca jej życia. Ja nazywałem się dla niej „mały”, ona dla mnie „mamusią”; i zawsze zostaliśmy „małym” i „mamusią”, nawet kiedy z biegiem lat zatraciła się prawie różnica wieku. Uważam, że te dwa miana cudownie oddają obraz naszego stosunku, prostoty obcowania, a zwłaszcza tonu serc. Ona była dla mnie najczulszą matką, która nigdy nie szukała swojej przyjemności, lecz zawsze mego dobra. A jeżeli zmysły miały udział w mym przywiązaniu, to głos ich nie przeobrażał charakteru tego przywiązania, ale czynił je bardziej uroczym; upajał mnie szczęściem, iż posiadam mamusię ładną i młodą, której pieszczoty przejmują mnie rozkoszą; powiadam „pieszczoty” w dosłownym znaczeniu, bo nigdy nie przyszło jej na myśl skąpić mi pocałunków i najsłodszych macierzyńskich pieszczot, a nigdy nie postała w mym sercu myśl nadużywania ich. Powie ktoś, iż mieliśmy w końcu stosunki odmiennego i rodzaju. Przyznaję; ale cierpliwości, nie mogę wszystkiego powiedzieć od razu.

272

Chwila pierwszego spotkania i wzruszeń z nią połączonych była jedyną, w której widok pani de Warens obudził we mnie namiętność; a i ta chwila była poniekąd dziełem niespodzianki. Nigdy moje niedyskretne spojrzenia nie wciskały się pod jej chusteczkę, mimo iż powabne okrągłości mogły je były skusić. Nie doznawałem przy niej uniesień ani pożądań; zażywałem rozkosznego spokoju, upajałem się, sam nie wiedząc czym. Byłbym tak przebył całe życie, wieczność nawet, nie nudząc się ani chwili. Ona była jedyną osobą, z którą nigdy nie odczułem przymusu, graniczącego nieraz z męką. Nasze sam na sam były nie tyle rozmową, ile nieustającym świegotaniem, które kończyło się wówczas, gdy nam je coś przerwało. Nie tylko nie trzeba mnie było zmuszać do mówienia, ale raczej narzucać mi milczenie. Nieraz, mając głowę nabitą projektami, mamusia popadała w zadumę. Ach, wówczas pozwalałem jej dumać, milczałem, patrzałem na nią i czułem się najszczęśliwszym z ludzi. Miałem jeszcze jeden osobliwy narów. Nie pragnąc wyciągać z naszych sam na sam szczególnych korzyści, szukałem ich wszakże bez ustanku, napawałem się nimi z upojeniem, które mieniło się we wściekłość, skoro jakimś natrętom zdarzyło się je zakłócić. Ilekroć ktoś przybył, mniejsza o to kto, mężczyzna czy kobieta, wychodziłem natychmiast, szemrając, nie mogąc ścierpieć, abym miał dzielić jej obecność z kimś trzecim. Chroniłem się do przedpokoju, gdzie liczyłem minuty, przeklinając po tysiąc razy ciągłych gości i nie mogąc pojąć, o czym oni mają tyle do gadania, ponieważ sam miałem do gadania jeszcze więcej.

273

Ale siłę swego przywiązania czułem w pełni dopiero wówczas, kiedy nie byłem przy mamusi. Kiedy byliśmy razem, byłem tylko zadowolony. W jej nieobecności niepokój mój stawał się wprost bolesny. Potrzeba życia obok niej przyprawiała mnie o wybuchy czułości dochodzące niekiedy do łez. Nigdy nie zapomnę, jak raz w wielkie święto, gdy ona była na nieszporach, ja przechadzałem się za miastem, z sercem pełnym jej obrazu i gorącego pragnienia, aby resztę dni spędzić przy jej boku. Miałem dość rozsądku, aby widzieć, że jak na teraz było to niemożliwe i że szczęście, którym się upajałem, nie potrwa długo. To dawało marzeniom moim odcień smutku; ale nie miał on nic posępnego, łagodziła go radosna nadzieja. Dźwięk dzwonów, na który zawsze byłem dziwnie wrażliwy, śpiew ptaków, piękność dnia, słodycz krajobrazu, zaciszne i sielskie domki, w których roiłem wspólne nasze mieszkanie — wszystko to budziło we mnie tak żywe, czułe, smętne i przejmujące wzruszenie, że byłem jak gdyby w ekstazie, przeniesiony w ten szczęsny czas i w to szczęśliwe pożycie. Serce moje, zażywając upragnionej słodyczy, syciło się nią w nieopisanym upojeniu, nie myśląc nawet o rozkoszy zmysłów. Nie przypominam sobie, abym kiedy prężył się duchem w przyszłość z większą siłą i potęgą iluzji niż wówczas. A co mnie najbardziej uderzyło we wspomnieniu tych marzeń, wówczas gdy się one spełniły, to zupełna tożsamość przedmiotów rzeczywistych z tymi, które widziałem w moim zachwyceniu. Niepodobna, aby sen człowieka na jawie miał większe podobieństwo do wizji proroczej niż ten właśnie. Zawodu doznałem jedynie co do jego urojonej trwałości: w śnie tym bowiem dnie, lata, życie całe spływały z niezmiennym spokojem, podczas gdy w rzeczywistości trwało to tylko chwilę. Niestety! Najtrwalsze moje szczęście było we śnie, ziszczeniu jego prawie natychmiast towarzyszyło przebudzenie.

274

Nie skończyłbym nigdy, gdybym chciał szczegółowo opowiadać szaleństwa, do jakich pobudzało mnie wspomnienie drogiej mamusi, kiedy nie byłem przy jej boku. Ileż razy całowałem moje łóżko z myślą, że ona w nim spała; to znów firanki, meble — z myślą, iż należały do niej i że dotykała ich jej piękna ręka; podłogę nawet, do której przyciskałem twarz z myślą, że ona po niej stąpała! Niekiedy, nawet w jej obecności, nawiedzały mnie szaleństwa, które, zdawałoby się, jedynie najgwałtowniejsza miłość zdolna jest podsunąć. Jednego dnia, w chwili gdy kładła kąsek do ust, zawołałem, że jest na nim włos; wypluła na talerz; chwytam go chciwie i połykam. Słowem, między najnamiętniejszym kochankiem a mną była tylko jedna jedyna różnica, ale zasadnicza i która czyni niepojętym dla rozumu mój stan ówczesny.

275

Wróciłem z Włoch niezupełnie taki, jak się tam puściłem, ale taki, jakim może nigdy w moim wieku nikt nie wrócił z tego kraju. Przyniosłem z powrotem nie dziewictwo, ale nieznajomość kobiety. Odczułem bieg lat. Niespokojny temperament obudził się wreszcie, a pierwsze jego wyładowanie, bardzo mimowolne, zrodziło we mnie, na punkcie mego zdrowia, niepokoje, które lepiej niż wszystko malują poprzednią mą niewinność. Wkrótce, zbywszy się obaw, nauczyłem się owego niebezpiecznego surogatu, który oszukuje naturę i oszczędza młodym ludziom o moim usposobieniu wielu szaleństw, kosztem zdrowia, sił, a niekiedy i życia. Ten nałóg, tak poręczny dla wstydliwych i nieśmiałych natur, ma prócz tego wielki urok dla człowieka z żywą wyobraźnią; daje możność rozrządzania niejako całą płcią niewieścią i wciągania w swoje uciechy piękności, która nas kusi, bez potrzeby starania się o jej zgodę. Uwiedziony tą złowrogą łatwością, pracowałem nad zniszczeniem silnej konstytucji, którą natura odbudowała we mnie z wątłych zaczątków i której pozostawiłem czas na spełnienie tego dzieła. Proszę teraz dorzucić do tego nałogu obecne warunki: mieszkam pod jednym dachem z piękną kobietą, pieszcząc jej obraz w sercu, widując ją bez przerwy w ciągu dnia, wieczór otoczony przedmiotami, które ją przypominają, w łóżku, w którym wiem, że ona sypiała. Ileż tu podniet! Niejeden czytelnik, który je sobie uzmysłowi, musi mnie już uważać za półnieboszczyka. Wręcz przeciwnie: to, co powinno było mnie zgubić, ocaliło mnie właśnie, przynajmniej na jakiś czas. Upojony życiem w jej pobliżu, z gorącą chęcią pozostania z nią przez resztę dni, widziałem w niej — bądź bliskiej, bądź nieobecnej — najczulszą matkę, ukochaną siostrę, rozkoszną przyjaciółkę i nic więcej. Widziałem ją zawsze tak, zawsze tę samą i tylko ją.

276

Jej obraz, wciąż przytomny w mym sercu, nie zostawiał miejsca na żaden inny; była dla mnie jedyną kobietą, jaka istniała na świecie. Niezmierna słodycz uczuć, które we mnie tchnęła, nie pozwalając zmysłom moim obudzić się dla drugich, zabezpieczała mnie od niej samej i od jej płci. Słowem, byłem wstrzemięźliwy, ponieważ ją kochałem. Z tych stanów, które zresztą maluję niedostatecznie, niech mi kto wytłumaczy, jakiego rodzaju było moje przywiązanie. Co do mnie, mogę powiedzieć tyle, że jeśli już teraz wydaje się ono niezwykłe, w dalszym ciągu wyda się nim o wiele więcej jeszcze.

277

Spędzałem czas najrozkoszniej w świecie, zajęty rzeczami, które najmniej przypadały mi do smaku. Zajęciem moim było redagowanie projektów, porządkowanie rachunków, przepisywanie recept, to znów przesiewanie ziół, rozcieranie lekarstw, dozorowanie alembików[189]. Wśród tego przewijały się tłumy interesantów, żebraków, gości wszelkiego rodzaju. Trzeba było równocześnie zajmować się żołnierzem, aptekarzem, kanonikiem, piękną damą, braciszkiem klasztornym. Kląłem, mruczałem, złorzeczyłem, wysyłałem do diabła przeklętą ciżbę. Mamusia, która wszystko brała z wesołej strony, śmiała się z moich wybuchów do łez; a więcej jeszcze rozśmieszała ją moja wściekłość, że nie mogę wstrzymać się od śmiechu. Zachwycające były te chwile przerwy, w których miałem czas dać upust niezadowoleniu. A jeśli w czasie sprzeczki zjawił się jaki natręt, umiała znaleźć nowy materiał do zabawy, przedłużając złośliwie wizytę i rzucając mi spojrzenia, za które byłbym ją chętnie wybił. Trudno jej było nie parsknąć śmiechem, widząc, jak skrępowany przyzwoitością wytrzeszczam rozjuszone oczy, czując, mimo wszystkich wysiłków, w głębi duszy cały komizm sytuacji.

278

Wszystko to, choć mniej miłe samo przez się, bawiło mnie, ponieważ stanowiło cząstkę owego życia, które miało dla mnie niewysłowiony urok. Nic z tego, co się działo koło mnie, co ja sam musiałem robić, nie było wedle mego smaku, ale wszystko wedle mego serca. Sądzę, iż byłbym zdolny polubić nawet medycynę, gdyby mój wstręt nie był źródłem paradnych scen, którymi bawiliśmy się bez przerwy; pierwszy raz może umiejętność ta sprawiała podobne skutki. Twierdziłem, iż odróżnię po zapachu książkę medyczną od każdej innej, a co zabawne, rzadko się myliłem. Mamusia kazała mi kosztować najobrzydliwszych leków. Daremnie próbowałem bronić się albo uciekać; mimo oporu i wykrzykiwań, mimo zaciskania zębów, skoro jej ładne paluszki całe ubabrane zbliżyły się do mej twarzy, trzeba mi było otworzyć usta i posmakować. Kiedy jej cały dwór zgromadzony był w jednym pokoju, gdyby ktoś słyszał nas, jak uganiamy i krzyczymy wśród wybuchów śmiechu, myślałby, iż tu się przygotowuje jakąś farsę, a nie opiaty albo eliksiry.

279

Nie cały czas jednak trawiłem na figlach. W pokoju swoim znalazłem kilka książek: „Spektator”[190], Passendorf[191], Saint-Evremond[192], Henriada[193]. Mimo iż przeminęła mi dawna furia czytania, w braku zajęcia rozczytywałem się po trochu w tym wszystkim. „Spektator” zwłaszcza podobał mi się bardzo i dobrze na mnie wpłynął. Ksiądz de Gouvon nauczył mnie czytać mniej chciwie, a z większym zastanowieniem, więcej też korzystałem z lektury. Przyzwyczajałem się zwracać uwagę na styl, na budowę zdania. Uczyłem się odróżniać czysty francuski język od prowincjonalnych naleciałości.

280

Niekiedy rozmawiałem z mamusią o tym, com czytał. Czasem czytywałem jej głośno; to sprawiało mi wielką przyjemność; starałem się dobrze czytać, co mi się również przydało. Wspomniałem, iż posiadała umysł pięknie uprawny; wówczas znajdował się on w swoim rozkwicie. Wielu ludzi pióra starało się o jej względy i wszczepiło jej trafny sąd o płodach ducha. Miała, jeśli można się tak wyrazić, smak nieco protestancki, czytywała chętnie Bayle'a[194] i wysoko ceniła Saint-Evremonda, który od dawna we Francji się przeżył, ale to nie przeszkadzało, że znała i dobre książki i mówiła o nich bardzo trafnie. Wychowała się w doborowych towarzystwach, przybywszy zaś do Sabaudii jeszcze młodo, straciła w przemiłym towarzystwie miejscowych szlacheckich domów ów wymuszony ton panujący w Vaud, gdzie kobiety uważają, że szczytem światowości jest chęć nieustannego błyszczenia i że każde słowo powinno być kalamburem.

281

Jakkolwiek na dworze spędziła czas bardzo krótki, rzut oka wystarczył jej, aby ten świat dobrze poznać. Zawsze zachowała tam przyjaciół i mimo tajemnych zazdrości, mimo szemrań, jakie budził jej sposób życia i jej długi, nigdy nie postradała swojej pensji. Posiadała znajomość świata, oraz zdolność orientacyjną, która pozwalała jej wyciągnąć praktyczny użytek z owej znajomości. Był to ulubiony przedmiot jej rozmów, a zważywszy moje chimeryczne o świecie pojęcia, ten rodzaj nauki był mi właśnie najpotrzebniejszy. Czytywaliśmy razem La Bruyèr'a[195]: bardziej smakowała w nim niż w Maksymach la Rochefoucaulda[196], smutnej i rozpaczliwej książce, zwłaszcza za młodu, kiedy nie lubimy widzieć człowieka takim jak jest. Kiedy zapuszczała się w rozprawy moralne, gubiła się nieco we mgle; ale całując od czasu do czasu jej twarz albo ręce, mogłem zdobyć się na cierpliwość i te przydługie wywody nie nudziły mnie wcale.

282

Życie to było zbyt słodkie, aby mogło trwać. Czułem to. Niepokój, iż ono się skończy, był jedyną rzeczą, która mąciła mi jego słodycze. Wśród całej tej pustoty mamusia przyglądała mi się, rozważała, zadawała mi pytania i układała różne plany mej przyszłości, które byłbym jej chętnie podarował. Szczęściem, nie wystarczało na to poznać moje skłonności, upodobania, talenciki; trzeba było jeszcze znaleźć albo stworzyć sposobność korzystania z tego wszystkiego, a to nie było łatwe. Poczciwa dusza wytworzyła sobie dość wysokie wyobrażenie o mej wartości; to samo już odwlekało chwilę wprzęgnięcia mnie w jakieś taczki, czyniąc mamusię trudniejszą w wyborze. Słowem, wszystko składało się wedle mych życzeń dzięki dobrej opinii jaką mamusia o mnie powzięła; ale wreszcie trzeba było spuścić z tonu, i oto koniec mych lubych wywczasów! Krewny pani de Warens nazwiskiem d'Aubonne przybył w odwiedziny. Był to człowiek bardzo sprytny, intrygant, geniusz projektów jak ona, ale z tą różnicą, iż nie tracił na nich, ale zyskiwał; słowem, egzystencja nieco awanturnicza. Przedłożył właśnie kardynałowi de Fleury[197] skomplikowany plan loterii[198], który nie zyskał uznania. Jechał go przedstawić na dworze w Turynie, gdzie go przyjęto i wprowadzono w czyn. Po drodze zatrzymał się jakiś czas w Annecy, gdzie zakochał się w pani intendentowej, osobie bardzo miłej, bardzo w moim guście, jedynej, którą widywałem z przyjemnością u mamusi. Pan d'Aubonne zauważył mnie, kuzynka mówiła mu z zapałem o moich talentach. Podjął się wyegzaminować mnie, zobaczyć do czego jestem zdatny, i gdyby egzamin wypadł po myśli, gdzieś mnie umieścić.

283

Pani de Warens wysyłała mnie doń kilka dni z rzędu, pod pozorem jakiegoś zlecenia, nie uprzedzając mnie o niczym. Pan d'Aubonne rozgadał mnie zręcznie, spoufalił się ze mną, ośmielił mnie jak mógł, paplał ze mną o głupstwach i o najrozmaitszych przedmiotach, nie zdradzając niczym, że mnie obserwuje, bez najmniejszego przymusu, ot tak jak gdyby smakując w moim towarzystwie, chciał sobie trochę pogwarzyć bez ceremonii. Byłem oczarowany. Rezultat obserwacji był, iż mimo obiecujących pozorów i żywej fizjonomii, jest ze mnie chłopak jeśli nie całkiem tępy, to w każdym razie nierozgarnięty, bez własnego sądu, bez myśli, słowem, ograniczony pod każdym względem, i że zaszczyt zostania kiedyś wiejskim proboszczem jest największym losem, do jakiego mogę aspirować. Tak brzmiało sprawozdanie, które złożył pani de Warens. Już drugi czy trzeci raz w życiu osądzono mnie w ten sposób. Nie był to raz ostatni i wyrok pana Masseron często miał się spotkać z potwierdzeniem.

284

Przyczyna tych sądów zbyt silnie wiąże się z moim charakterem, abym mógł ją zostawić bez objaśnienia. Zrozumiałą bowiem jest rzeczą, że nie mogę szczerze pisać się na ten wyrok i że przy całej bezstronności nie sposób przyjąć mi dosłownie tego, co orzekli panowie Masseron, d'Aubonne i wielu po nich.

285

Dwie rzeczy prawie niemożebne[199] do połączenia kojarzą się we mnie w sposób zupełnie niepojęty: bardzo gorący temperament, namiętności żywe, gwałtowne — oraz myśli poczynające się leniwo, jakby spętane i zawsze zjawiające się późno. Rzekłbyś, serce moje i umysł nie należą do jednego osobnika. Uczucie, szybsze niż błyskawica, w jednej chwili napełnia mą duszę; ale miast oświecić parzy mnie i oślepia. Czuję wszystko, nie widzę nic. Czuję się porwany, jakby ogłuszony; aby skupić myśl, muszę odzyskać zimną krew. Co jest dziwne, to że przy tym mam odczucie dość trafne, mam przenikliwość, nawet spryt, byle mi zostawiono czas. Umiem złożyć wyborne impromptu[200], gdy się przygotuję, ale dorywczo, naprędce, nigdy nie byłem zdolny nic dorzecznego uczynić ani powiedzieć. Umiałbym podtrzymać zręczną wymianę myśli listownie, tak jak podobno Hiszpanie grywają w szachy. Kiedy przeczytałem anegdotę o księciu Sabaudii, który ujechawszy spory kawał drogi od stacji, odwrócił się, aby krzyknąć: „W wasze ręce, panie gospodarzu!”, pomyślałem sobie: „Oto ja”.

286

LiteratTa powolność myślenia połączona z żywością czucia cechuje mnie nie tylko w rozmowie. Mam ją i sam, kiedy pracuję. Myśli układają mi się w głowie z trudnością nie do wiary. Krążą w niej podziemnie, fermentują tak, iż cały drżę, płonę, doznaję palpitacji. Ale w tym naporze wzruszenia nie widzę nic jasno, nie umiałbym napisać ani słowa, muszę czekać. Nieznacznie uspokajam się, chaos ten porządkuje się, każda rzecz układa się na swoim miejscu, ale powoli i po długim okresie zamętu. Czy widzieliście kiedy we Włoszech operę? W czasie zmiany scen panuje tam w teatrach przykry i długi nieład; dekoracje plączą się w jeden chaos, gwałt, szarpanina nieznośna do patrzenia, zdaje się, że wszystko się przewróci. Ale powoli wszystko się układa, niczego nie zbywa i widz patrzy ze zdumieniem, jak z tego długiego zamętu wyłania się urocze widowisko. Podobny mniej więcej proces rozgrywa się w moim mózgu, kiedy się biorę do pisania. Gdybym umiał odczekać, a potem oddać w całej piękności rzeczy, które się tak zarysowały, niewielu autorów zdołałoby mnie przewyższyć.

287

Stąd ogromna trudność, jaką mi sprawia pisanie. LiteratRękopisy moje pokreślone, pobazgrane, splątane, nieczytelne, świadczą o trudzie, jaki mnie kosztowały. Nie ma jednego, którego bym nie musiał przepisywać kilka razy, nim oddam do druku. Nie umiałem nigdy nic zrobić z piórem w ręku w obliczu stolika i ćwiartki papieru. Piszę w swoim mózgu, to na przechadzce, wśród skał i lasów, to znów przewracając się po łóżku w bezsenne noce. Można osądzić, jak powolny to proceder, zwłaszcza dla człowieka zupełnie pozbawionego słownej pamięci, który w życiu nie mógł się nauczyć sześciu wierszy. Niejedno zdanie, okres cały musiałem obracać i przerabiać przez kilka nocy w głowie, nim byłem zdolny przelać je na papier. Stąd pochodzi, iż łatwiej mi przychodzą dzieła wymagające pracy niż rzeczy lżejsze, np. listy, których tonu nigdy nie umiałem pochwycić i których pisanie jest dla mnie męczarnią. List, choćby najbłahszy, kosztuje mnie całe godziny męki albo jeśli chcę pisać wprost, jak mi myśli przychodzą, nie umiem zacząć ani skończyć; list staje się jedynie długą i mętną gadaniną, ledwie zrozumiałą dla tego kto go czyta.

288

Nie tylko ujmowanie wrażeń przychodzi mi ciężko, odbieranie ich także. Studiowałem ludzi i mam się za niezgorszego obserwatora. Nie umiem wszelako nic spostrzec z tego, co widzę. Widzę dobrze jedynie to, co sobie przypominam, bystry jestem jedynie we wspomnieniu. Ze wszystkiego, co mówią, co czynią, co się dzieje w mej obecności, nie wiem, nie ogarniam nic. Działa na mnie wówczas jedynie zewnętrzność. Ale później wszystko mi wraca. Przypominam sobie miejsce, czas, dźwięk, spojrzenie, ruch, okoliczności — nic mi nie ujdzie. Wówczas z uczynków albo powiedzeń każdej osoby odtwarzam sobie jej ukryte myśli i rzadko zdarzy mi się pomylić.

289

Będąc tedy tak mało panem swego umysłu sam ze sobą, można osądzić, czym muszę być w rozmowie, gdzie aby mówić do rzeczy, trzeba równocześnie i od razu mieć w myśli tysiąc drobiazgów! Samo wyobrażenie tych wszystkich konwenansów oraz pewność, iż to lub owo niechybnie ujdzie mej uwagi, wystarcza, aby mnie onieśmielić. Nie rozumiem, jak ktoś może przemawiać w większym towarzystwie: przy każdym słowie trzeba by chyba zrobić w myśli przegląd obecnych, trzeba by znać charaktery wszystkich, znać ich dzieje, aby być pewnym, że się nie powie czegoś, co mogłoby kogoś dotknąć. Pod tym względem ludzie światowi mają wielką przewagę: lepiej wiedząc, co trzeba zamilczeć, pewniejsi są tego, co mówią, a i im zdarzy się strzelić bąka. Otóż proszę sobie wyobrazić pomyleńca takiego jak ja — minuty jednej nie może mówić bezkarnie. Rozmowa sam na sam ma inną niedogodność, dla mnie jeszcze uciążliwszą, to jest konieczność ustawicznego mówienia: kiedy ktoś mówi, trzeba odpowiadać; kiedy milknie, trzeba podtrzymywać rozmowę. Ten nieznośny przymus wystarczyłby już sam, aby mi zmierzić towarzystwo. Nie znam straszliwszego musu niż konieczność mówienia z miejsca i bez ustanku. Nie wiem, czy to wynika z mej śmiertelnej odrazy dla wszelkiego ucisku; ale wystarczy, żeby mi było trzeba koniecznie mówić, abym niechybnie palnął głupstwo.

290

Najfatalniejsze jest to, że zamiast siedzieć cicho, kiedy nie mam nic do powiedzenia, wówczas właśnie, aby co rychlej pozbyć się obowiązku, zaczynam mówić z istną furią. Jak opętany bełkocę jakieś słowa bez myśli; bardzo jeszcze szczęśliwie, jeśli w ogóle nic nie znaczą! Chcąc przezwyciężyć albo uleczyć swoje niezdarstwo, rozwijam je właśnie w całej pełni. Wśród tysiąca przykładów, które mógłbym przytoczyć, wybieram jeden, nie datujący z mej młodości, ale z czasu kiedy obracając się wiele lat w świecie, byłbym nabrał jego swobody i tonu, gdyby to w ogóle było możliwe. Znalazłem się raz w towarzystwie dwóch wielkich pań i mężczyzny, którego mogę wymienić: książę de Gontaut. Nie było nikogo więcej; ja zaś czyniłem wszelkie wysiłki, aby wcisnąć jakieś słówko — i jakie, Boże! — w rozmowę czworga osób, z których trzy nie potrzebowały z pewnością mej pomocy. Pani domu[201] kazała sobie przynieść szkatułkę z jakimś opiatem, który zażywała co dzień na żołądek. Druga, widząc jej skrzywienie, rzekła, śmiejąc się: „Czy to specyfik doktora Tronchin[202]?” — „Cóż znowu” — odparła tym samym tonem druga. — „Myślę, że nie o wiele lepszy” — dorzucił dwornie dowcipny Rousseau. Wszyscy zmartwieli, nikomu nie wymknęło się najlżejsze słowo ani uśmieszek; w chwilę potem rozmowa zwróciła się na inne tory. Wobec kogo innego bąk byłby tylko zabawny; ale zwrócone do osoby zbyt uroczej, aby mogła nie ściągnąć na siebie ludzkich gadań, osoby, której z pewnością nie miałem chęci obrazić, odezwanie się było straszliwe. Sądzę, że świadkowie mego wyskoku bardzo musieli się wstrzymywać, aby nie parsknąć śmiechem. Oto jakie koncepty wymykają mi się przez to, iż chcę odezwać się z czymś, nie mając nic do powiedzenia. Póki życia, nie zapomnę tej przygody. Pomijając bowiem, że sama w sobie jest dość pamiętna, podejrzewałem mocno, że miała ona następstwa, które przypominają mi o niej aż nadto.

291

Mniemam, że dostatecznie już wytłumaczyłem, w jaki sposób, nie będąc głupcem, często uchodziłem za niego, nawet u ludzi zdolnych mieć sąd w tej mierze. Sąd ten wypadał tym nieszczęśliwiej, im więcej obiecywano sobie po moich oczach i fizjonomii; to uczucie zawodu przyczynia się jeszcze do podkreślenia mego gamoństwa. Szczegół ten, o którym nadmieniam tu przy sposobności, okaże się w dalszym ciągu nie bez znaczenia. Zawiera on klucz do wielu dziwactw mego postępowania, przypisywanych zazwyczaj dzikości, która zgoła nie jest mą naturą. Lubiłbym towarzystwo jak każdy, gdybym nie miał pewności, iż okazuję się w nim nie tylko w najmniej korzystnej postaci, ale zupełnie inny, niż jestem. Dlatego właśnie tryb życia, jaki obrałem, to jest pisać i pozostawać w ukryciu, najlepiej mi odpowiada. Z obcowania ze mną nikt by się nie domyślił, co jestem wart, nikt by nawet nie podejrzewał tego. Tak np. było z panią Dupin, mimo iż jest to osoba bystra i mimo że spędziłem w jej domu kilka lat; sama mi to później powtarzała. Zresztą, w tym wszystkim nie brak i pewnych wyjątków, do czego jeszcze będę miał sposobność powrócić.

292

Skoro tedy określono tak stanowczo miarę mych talentów i wskazano najwłaściwszy zawód, była już tylko mowa o tym, jak ułatwić mą wokację[203]. Trudność była w tym, że nie przeszedłem żadnych studiów; nie posiadałem nawet dosyć łaciny na to, aby zostać księdzem. Pani de Warens wpadła na myśl, aby mnie przygotować przez jakiś czas w seminarium. Pomówiła z przełożonym. Był to lazarysta[204] nazwiskiem ksiądz Gross, poczciwy człeczyna, wpółślepy na jedno oko, chudy, szpakowaty, najrozumniejszy i najmniej skłonny do pedanterii ze wszystkich lazarystów, jakich znałem; co zresztą nie mówi zbyt wiele.

293

Zachodził czasem do mamusi, która go ugaszczała, czuliła się z nim, kokietowała nawet. Niekiedy kazała mu się sznurować, której to czynności podejmował się dość chętnie. Gdy on poważnie wywiązywał się z funkcji, ona uganiała po pokoju to tu, to tam, chwytała się tego i owego. Wleczony za sznurowadło, ksiądz superior[205] biegł za nią, narzekając i powtarzając raz po razu: „Ale stójże pani spokojnie!”. Przedstawiało to obrazek dość malowniczy.

294

Ksiądz Gross przychylił się chętnie do projektu. Zadowolił się umiarkowaną opłatą i podjął się nauki. Chodziło jedynie o zezwolenie biskupa; nie tylko zgodził się, ale podjął się opłacać pensję. Pozwolił również, abym nosił świeckie ubranie do czasu, gdy będzie można ocenić moje widoki.

295

Cóż za przemiana! Ha, trzeba było się poddać. Szedłem do seminarium jak na ścięcie. Cóż to za smutne miejsce, zwłaszcza gdy się dlań opuszcza dom uroczej kobiety! Wziąłem z sobą jedną książkę, którą mamusia pożyczyła mi na moje prośby i która była mi wielką pociechą. Nie zgadnie nikt, co to za książka: nuty. Między talentami, które mamusia uprawiała, nie brakło i muzyki. Miała ładny głos, śpiewała nieźle i grała na klawikordzie. Była tak dobra, że udzieliła i mnie paru lekcji śpiewu; a trzeba było zaczynać z daleka, ledwie bowiem znałem melodie psalmów. Kilka lub kilkanaście tych kobiecych lekcji, bardzo nieregularnych, nie tylko nie doprowadziło mnie do solfedżiów[206], ale nie nauczyło nawet czwartej części znaków muzycznych. Mimo to miałem taką pasję do tej sztuki, że chciałem ćwiczyć się dalej sam. Nuty, które uniosłem z sobą, nie były z najłatwiejszych; były to kantaty Clérambaulta[207]. Można sobie wyobrazić, jaka była moja pilność i zawziętość, kiedy powiem, że nie znając ani interwałów, ani wartości nut, zdołałem odcyfrować i prześpiewać bez błędu pierwszy recytatyw i pierwszą arię kantaty Alfeus i Aretuza. Prawda, iż utwór ten skandowany jest tak trafnie, że wystarczy rytmicznie czytać wiersze, aby trafić w rytm melodii.

296

NauczycielBył w seminarium przeklęty lazarysta, który się zabrał do mej edukacji i który przez sposób, w jaki mnie uczył łaciny, obudził we mnie wstręt do tego języka. Miał wylizane czarne i tłuste włosy, twarz jak z piernika, głos bawoli, spojrzenie puchacza, dziczą szczeć na brodzie; uśmiech miał sardoniczny, członki poruszały się jak kikuty manekina. Zapomniałem jego obmierzłego nazwiska, ale obleśna i złowroga jego twarz tak dobrze mi się wyryła w pamięci, iż trudno mi ją przypomnieć sobie bez drżenia. Czasem zdaje mi się, że jeszcze go spotykam w korytarzu, jak wdzięcznie wysuwa swój lepki od brudu biret, dając znak, abym wszedł do pokoju, okropniejszego dla mnie niż więzienie. Można osądzić wrażenie: podobny nauczyciel dla mnie, który bywałem uczniem dworskiego labusia[208]!

297

Gdybym pozostał dwa miesiące wydany na pastwę tego potwora, jestem przekonany, że postradałbym zmysły. Ale poczciwy ksiądz Gross, który widział, że jestem smutny, nie jem, chudnę, odgadł przyczynę strapienia, co zresztą nie było trudno. Wydobył mnie z pazurów bestii, i oto — nowy kontrast, jeszcze jaskrawszy! — oddał mnie najłagodniejszemu z ludzi. NauczycielBył to młody kleryk nazwiskiem Gâtier, który odbywał lata seminarium i który przez uprzejmość dla księdza Grossa, a myślę, że i przez wrodzoną poczciwość, zechciał ująć nieco czasu studiom i poświęcić go mnie. Nie widziałem nigdy bardziej ujmującej fizjonomii. Włosy blond, broda przechodziła w odcień rudawy: wygląd miał zwyczajny ludziom z owych stron, którzy pod pospolitą postacią kryją zazwyczaj umysł subtelny i bystry. Ale co uderzało najbardziej, to wrażliwa, czuła, kochająca dusza. W niebieskich oczach malowało się jakieś połączenie słodyczy, tkliwości i smutku, które sprawiało, iż ujrzawszy, nie można było minąć go obojętnie. Ze spojrzeń, z głosu biednego młodzieńca można było odgadnąć niejako, że przewiduje swój los i czuje się zrodzony po to, aby być nieszczęśliwym.

298

Charakter jego, cierpliwy i uprzejmy, był w zgodzie z fizjonomią. Raczej zdawał się uczyć wraz ze mną niżeli mnie nauczać. To wszystko starczyło aż nadto, aby zdobyć mą miłość: poprzednik jego uczynił to zadanie bardzo łatwym. Ale mimo czasu, który mi poświęcał, mimo najlepszej woli nas obu i mimo że brał się bardzo dobrze do rzeczy, czyniłem przy dużym nakładzie pracy małe postępy. NaukaSzczególne jest, że mimo iż objęcie[209] mam dość łatwe, nie mogłem nigdy nic sobie przyswoić z nauczycielem, wyjąwszy ojca i pana Lambercier. Wszystkiego, co umiem, nauczyłem się sam, jak później się okaże. Umysł mój, niecierpliwy na wszelkie jarzmo, nie umie się poddać przymusowi chwili. Lęk, iż nie zdołam czegoś się nauczyć, rozprasza mą uwagę. Z obawy zniecierpliwienia tego, kto mi wykłada, udaję, że rozumiem, on idzie dalej, a ja nie pojmuję nic i gubię się zupełnie. Duch mój chce iść własnym krokiem i nie umie dostroić się do cudzego.

299

Ksiądz Gâtier ukończył seminarium i wrócił jako diakon w swoje strony. Uniósł z sobą mój żal, przywiązanie, wdzięczność. Zanosiłem za niego modły, które nie zostały wysłuchane, jak i te, które słałem za samego siebie. W kilka lat później dowiedziałem się, iż będąc wikarym, przyprawił o ciążę jakąś dziewczynę, jedyną, jaką tkliwe jego serce miało w życiu pokochać. W surowo rządzonej diecezji wypadek ten stał się niebywałym skandalem. Księżom chcącym przestrzegać reguły wolno płodzić dzieci jedynie z mężatkami. Za uchybienie temu prawidłu przyzwoitości wtrącono go do więzienia, osławiono[210], wygnano. Nie wiem, czy zdołał później zatrzeć te następstwa; ale wspomnienie jego niedoli, głęboko wyryte w mym sercu, wróciło mi na pamięć, kiedy pisałem Emila: jednocząc księdza Gâtier z księdzem Gaime, ulepiłem z tych dwóch zacnych kapłanów oryginał wikarego sabaudzkiego. Pochlebiam sobie, że kopia nie przyniosła hańby pierwowzorom.

300

Gdy przebywałem w seminarium, pan d'Aubonne musiał opuścić Annecy. Intendentowi zaczęły się nie podobać miłostki z żoną. Postępował w tym jak ów pies ogrodnika[211]; mimo bowiem, iż pani Corvezi była godna wszelkich względów, sam żył z nią bardzo licho. Południowe upodobania[212] czyniły mu jej towarzystwo zbytecznym; obchodził się z nią tak brutalnie, iż była wręcz mowa o separacji. Pan Corvezi był to szpetny człowiek, czarny jak kret, ponury jak sowa. Postępowaniem swym doprowadził do tego, iż w końcu usunięto go ze stanowiska. Powiadają, że Prowansalczycy mszczą się na nieprzyjaciołach piosenką; pan d'Aubonne pomścił się na wrogu komedią i posłał tę sztukę pani de Warens, która mi ją pokazała. Spodobała mi się i obudziła we mnie ochotę napisania też jakiej dla spróbowania, czy jestem w istocie tak tępy, jak autor zawyrokował. Ale dopiero w Chambéry urzeczywistniłem ten zamiar, pisząc sztuczkę pt. Kochanek samego siebie. Zatem, mówiąc w przedmowie do tej sztuki, że napisałem ją w osiemnastym roku, skłamałem o kilka lat.

301

Do tego czasu mniej więcej odnosi się wypadek mało ważny sam w sobie, ale który nie był bez następstw i narobił wiele hałasu w świecie wówczas, gdy o nim zapomniałem. Raz na tydzień wolno mi było wychodzić; nie potrzebuję mówić, jaki użytek robiłem z tego czasu. CudJednej niedzieli, kiedy byłem u mamusi, ogień wszczął się w budynku franciszkanów przylegającym do jej domu. Budynek ten, w którym mieściły się kuchnie klasztorne, pełen był, aż do stropu, suchych drew. Wszystko stanęło w ogniu w jednej chwili. Dom był w wielkim niebezpieczeństwie; płomienie, niesione wiatrem, już poczęły go lizać. Zaczęto go opróżniać w pośpiechu i wynosić meble do ogrodu położonego pod mymi dawnymi oknami, za strumykiem. Byłem tak pomieszany, że rzucałem przez okno, bez różnicy, co mi podpadło pod rękę; między innymi kamienny moździerz, który w innym czasie ledwie byłbym udźwignął. Byłbym gotów wyrzucić nawet wielkie lustro, gdyby mnie ktoś nie wstrzymał. Zacny biskup, który tego dnia bawił u mamusi, nie pozostał bezczynny: zaciągnął ją do ogrodu, gdzie zaczął odprawiać modły wraz z nią i obecnymi; tak iż, nadbiegłszy w chwilę potem, ujrzałem cały dom na kolanach i sam też ukląkłem. Podczas modłów tego świętego człowieka wiatr zmienił kierunek, ale tak nagle i tak w porę, że płomienie, które ogarniały dom i wciskały się już przez okna, zwróciły się w inną stronę dziedzińca. Dom nie ucierpiał żadnej szkody. W dwa lata później, kiedy ksiądz de Bernex umarł, antonianie[213], jego dawni współbracia, zaczęli gromadzić dokumenty do jego beatyfikacji. Na prośbę ojca Boudet dołączyłem do tych aktów poświadczenie tego zdarzenia, co było słuszne; zbłądziłem tylko w tym, iż podałem ten fakt za cud. Widziałem biskupa pogrążonego w modlitwie i podczas tej modlitwy, w moich oczach, wiatr zmienił szczęśliwie kierunek — oto co mogłem zeznać i poświadczyć; ale żeby jedna z tych dwóch rzeczy była przyczyną drugiej, tego nie powinienem był stwierdzać, nie mogłem bowiem tego wiedzieć. Wszelako, o ile mogę sobie przypomnieć mój stan pojęć, wówczas szczerze katolicki, działałem w dobrej wierze. Miłość cudowności, tak wrodzona ludzkiemu sercu, cześć dla cnotliwego prałata, tajemna duma, że i sam może przyczyniłem się do cudu — oto co mnie skusiło. Tyle jest pewne, że gdyby istotnie cud ten był skutkiem najżarliwszych modłów, miałbym zaiste prawo mniemać, że i ja nie byłem w nim bez zasługi.

302

Przeszło trzydzieści lat później, kiedy ogłosiłem moje Listy z gór[214], pan Fréron[215] odgrzebał, nie wiem jakim sposobem, ten certyfikat i zrobił z niego użytek w dziennikach. Trzeba przyznać, że pomysł był szczęśliwy i na czasie, a zestawienie to mnie samego zabawiło szczerze.

303

Przeznaczone mi było stać się wyrzutkiem wszystkich zawodów. Mimo iż ksiądz Gâtier wydał co do mych postępów orzeczenie jak mógł najmniej nieprzychylne, jawnym było, że nie stoją one w stosunku do włożonej pracy; to nie było zachęcające, aby prowadzić dalej moje studia. Toteż biskup i superior zniechęcili się i zwrócili mnie pani de Warens jako osobnika, który nie zda się nawet na księdza. Poza tym, mówili, dobry chłopiec i niezepsuty; co było przyczyną, że mimo tylu niekorzystnych opinii nie porzuciła mnie.

304

Odniosłem w jej dom z tryumfem nuty, z których tak wiele korzystałem. Melodia z Alfeusa i Aretuzy — to mniej więcej wszystko, czegom się nauczył w seminarium. Moje wyraźne zamiłowanie do tej sztuki nasunęło dobrej opiekunce myśl, aby ze mnie zrobić muzyka; a była sposobność po temu. Muzykowano w jej domu przynajmniej raz na tydzień, a kapelmistrz katedralny, który przodował małemu koncertowi, odwiedzał ją często. Był to paryżanin, tytułowany przez wszystkich Mistrzem[216], dobry kompozytor, żywy, wesoły, młody jeszcze, dość przyjemnej postaci, nie żaden orzeł, ale zresztą najlepszy człowiek w świecie. Mamusia zapoznała mnie z nim. Polubiłem go bardzo, on też nie był dla mnie źle uprzedzony. Powstał projekt umieszczenia mnie u niego; ugodzono się. Krótko mówiąc, przystałem do niego i spędziłem tam zimę, tym przyjemniej, iż dom jego znajdował się o dwadzieścia kroków od mamusi, mogliśmy tedy być u niej w jednej chwili i często wieczerzaliśmy razem.

305

Można sobie wyobrazić, że życie na chórze kościelnym, śpiewne i wesołe, w towarzystwie muzykantów i chłopców z chóru, podobało mi się lepiej niż pobyt w seminarium z ojcami lazarystami. Życie to, mimo iż swobodniejsze, było wszelako wcale jednostajne i uregulowane. Było mi przeznaczone kochać niezależność, a nigdy jej nie użyć do syta. Przez pół roku nie wyszedłem ani razu z domu inaczej, jak tylko udając się do mamusi albo do kościoła, i nawet nie miałem żadnej pokusy w tej mierze. To był okres mego życia, w którym cieszyłem się największym spokojem i który wspominam najmilej. W rozmaitych sytuacjach, jakie kolejno przebywałem, niektóre nacechowane były takim uczuciem błogości, że wspominając je, doznaję wzruszenia, jak gdyby jeszcze trwały. Nie tylko przypominam sobie czas, miejsce, osoby, ale wszystkie otaczające przedmioty, temperaturę powietrza, jego zapach, barwę, jakieś nieokreślone wrażenie danego miejsca, którego doznałem tylko tam i które mnie ogarnia na nowo najżywszym wspomnieniem. Tak na przykład wszystko, co ćwiczyliśmy na próbach, wszystko, cośmy śpiewali na chórze, wszystko, co się tam działo, piękny i szlachetny strój kanoników, ornaty księży, mitry kantorów, twarze muzykantów, stary kulawy cieśla, który grał na kontrabasie, młody blondyn, kleryczek rzępolący na skrzypcach, jakaś obstrzępiona sutanna, którą Mistrz, odpiąwszy szpadę, wkładał na świeckie ubranie, i piękna komża z cienkiego płótna, którą zakrywał jej łachy, kiedy udawał się na chór; duma, z jaką trzymając w ręku flecik, sadowiłem się w orkiestrze na trybunie, aby odegrać parę taktów, które Mistrz dopisał umyślnie dla mnie; smaczny obiadek, który nas czekał potem; apetyt, z jakim się do niego siadało — owo pasmo drobnych wydarzeń, odbijające się z całą żywością w mej pamięci, czarowało mnie sto razy wspomnieniem, tak samo i bardziej jeszcze niż w rzeczywistości. Zachowałem zawsze czułość dla jednej melodii z Conditor alme siderum[217], idącej jambami[218], w którąś bowiem niedzielę adwentu słyszałem z łóżka, jak śpiewano ten hymn przed świtem na stopniach katedry. Panna Merceret, pokojowa mamusi, miała trochę pojęcia o muzyce; nigdy nie zapomnę motetu[219] Afferte, który Mistrz kazał mi z nią śpiewać i którego pani de Warens słuchała z taką przyjemnością. Słowem, wszystko, nawet poczciwa służąca Piotrusia, zacna dziewczyna, której chłopaki z chóru tyle psot płatały, wszystko wraca mi nieraz we wspomnieniach owego czasu szczęścia i niewinności, aby mnie czarować i zasmucać.

306

Żyłem w Annecy blisko od roku bez zarzutu, wszyscy byli ze mnie zadowoleni. Od Turynu nie popełniłem żadnego szaleństwa; a ten piękny stan trwał tak długo, jak długo byłem pod okiem mamusi. Ona mnie prowadziła i prowadziła zawsze dobrze. Przywiązanie do niej stało się mą jedyną namiętnością; a że namiętność ta nie była obłędem, dowodzi, iż serce moje kształtowało mój rozsądek. Prawda, iż jedno jedyne uczucie, pochłaniające niejako wszystkie władze, odejmowało mi możność uczenia się czegokolwiek, nawet muzyki, mimo wszelkiej z mej strony wysiłków. Ale nie było w tym mojej winy; przeciwnie, okazywałem dobrą wolę, pilność i wytrwałość. Byłem roztargniony, marzący, wzdychałem co chwila. Cóż poradzić? Brak postępów zupełnie był niezależny ode mnie. Z drugiej strony, abym znów wrócił na drogę szaleństw, trzeba było jedynie, aby się znalazł ktoś, kto by mnie pociągnął. Ten ktoś zjawił się. Przypadek przyszedł mu z pomocą i jak się pokaże dalej, moja szalona głowa nie umiała się obronić.

307

Jednego wieczora w lutym, w tęgi mróz, siedząc w domu wkoło ognia, usłyszeliśmy pukanie. Piotrusia bierze latarnię, schodzi, otwiera: jakiś młody człowiek wciska się za nią do pokoju. Przedstawia się swobodnie i zwraca się do Mistrza w dwornym i zgrabnym powitaniu, podając się za muzyka z Francji, który wskutek złego stanu finansów musi szukać w swej sztuce środków opędzenia drogi. Na to miano „muzyk z Francji”, serce zadrżało zacnemu Mistrzowi — kochał namiętnie swój kraj i swą sztukę. Przyjął młodego wędrowca, ofiarował mu łóżko, którego tamten zdawał się mocno potrzebować i które przyjął bez wielkich ceremonii. Przyglądałem mu się, gdy się grzał przy ogniu i gwarzył, czekając wieczerzy. Był średniego wzrostu, ale pleczysty; miał coś niekształtnego, mimo iż bez szczególnego kalectwa, coś jakby karzeł o spłaszczonych ramionach. Zdaje mi się, że i kulał nieco. Miał czarne ubranie, bardziej zniszczone niż stare, które opadało z niego w strzępach; bardzo cienką i bardzo brudną koszulę, piękne koronkowe mankiety, kamasze, z których jeden mógłby pomieścić obie jego nogi; wreszcie jako ochronę od śniegu kapelusik taki, jakie się nosi w salonie pod pachą. Ten komiczny strój miał jednak coś szlachetnego, z czym obejście nie kłóciło się zresztą. Fizjonomię miał bystrą i sympatyczną. Mówił łatwo i dobrze, ale bez cienia skromności. Wszystko znamionowało w nim młodego utracjusza, który otrzymał dobre wychowanie, ale którego awanturniczy temperament popchnął do włóczęgi. Rzekł, iż nazywa się Venture de Villeneuve, że idzie z Paryża i zabłądził w drodze. Po czym, zapominając nieco o roli muzyka, dodał, iż spieszy do Grenoble odwiedzić krewniaka, którego ma tam w parlamencie. Przy wieczerzy rozmowa toczyła się o muzyce. Gość odzywał się z wielką pewnością siebie. Znał wszystkich wirtuozów, wszystkie dzieła, aktorów, aktorki, ładne kobiety, wielkich panów. We wszystkim, o czym była mowa, zdawał się bardzo mocny; ale ledwie dotknął jakiego przedmiotu, zwracał rozmowę na inny za pomocą jakiegoś błazeństwa, z którego się wszyscy śmiali, zapominając, o czym była mowa. Była to sobota, nazajutrz miała być muzyka w katedrze. Mistrz proponuje mu, aby zaśpiewał — odpowiedź: „Bardzo chętnie”; pyta go, jakim głosem śpiewa — „Pierwszy tenor”, i znowuż o czym innym. Nim ruszyliśmy do kościoła, dano mu partię do przejrzenia; nawet okiem na nią nie rzucił. Ta gaskonada[220] zdziwiła Mistrza. „Zobaczycie — szepnął mi do ucha — że on ani jednej nuty nie zna”. — „Mocno się obawiam” — odparłem. Szedłem za nimi bardzo niespokojny. Kiedy koncert miał się zacząć, serce biło mi jak młotem, bardzo bowiem obchodził mnie już ten przybłęda.

308

Uspokoiłem się od pierwszej chwili. Odśpiewał dwa ustępy czysto i z najlepszym smakiem, a co większa, bardzo ładnym głosem. W życiu nie miałem przyjemniejszego zdziwienia. Po mszy Venture był przedmiotem owacji kanoników i muzykantów, na które odpowiadał błaznując, ale zawsze z wdziękiem. Mistrz uściskał go serdecznie, ja również. Widział, że byłem bardzo rad, co, o ile mi się zdaje, sprawiło mu przyjemność.

309

Każdy mi przyzna, sądzę, iż, zadurzywszy się poprzednio w Bâcle'u, ostatecznie tylko zwykłym włóczędze, mogłem się zapalić do pana Venture, który miał wykształcenie, talent, dowcip, obył się w świecie i który robił wrażenie przemiłego urwisa. Zdarzyło mi się to w istocie, a byłoby się zdarzyło, jak myślę, każdemu młodemu na moim miejscu, o tyle łatwiej jeszcze, o ile miałby więcej rozeznania, aby poznać się na czyichś talentach, i więcej smaku, aby się do nich zapalić. Venture bezsprzecznie był utalentowany, miał zwłaszcza jeden talent, rzadki w jego wieku: nie był natrętny w roztaczaniu swych bogactw. Prawda, iż chełpił się wieloma rzeczami, o których nie miał pojęcia; ale o tych, które umiał, a było ich sporo, nie wspominał nic: czekał sposobności popisu; wówczas, bez zbytniej gorliwości, roztaczał swą biegłość, która, podana w ten sposób, czyniła tym większe wrażenie. Ponieważ po każdym takim sukcesie przerywał niedbale nie wspominając o reszcie, nie wiadomo było kiedy ujrzy się dno skarbnicy. Żartowniś, figlarz, niewyczerpany w konceptach, pełen uroku w rozmowie, zawsze uśmiechnięty a nie śmiejący się nigdy, umiał najwykwintniejszym tonem mówić najgrubsze rzeczy, które mu uchodziły. Kobiety, nawet najskromniejsze, same były zdziwione na ile mu pozwalają. Próżno zdawały sobie sprawę, że trzeba by się pogniewać — nie mogły. Co do niego, zadowalał się zupełnie dziewczętami z ulicy i nie sądzę, aby był stworzony do miłości; ale miał dar wnoszenia niesłychanego uroku w towarzystwo innych, szczęśliwszych odeń w tym względzie. Trudno wyobrazić sobie, aby przy tylu przemiłych talentach w kraju, w którym umieją się na nich poznać i ocenić je, mógł długo pozostać w sferze podrzędnych muzyków.

310

Moja przyjaźń dla pana Venture'a, jakkolwiek żywsza i trwalsza niż uczucie, które powziąłem dla Bâcle'a, bardziej była usprawiedliwiona w swej przyczynie, a zarazem mniej żałosna w skutkach. Lubiłem go widywać, rozmawiać z nim. Wszystko, co robił, zdało mi się zachwycające, co mówił, było mi wyrocznią, ale zacietrzewienie nie szło tak daleko, abym się z nim nie mógł rozłączyć. Miałem tuż obok siebie najlepszą ochronę przeciw takim wybrykom. Zresztą, jasne mi było, iż zasady jego, wyborne dla niego samego, nie nadawały się zgoła dla mnie. Mnie trzeba było innych rozkoszy, o jakich on nie miał pojęcia i o których nie śmiałem nawet z nim mówić, pewny, iż wyśmiałby mnie. Mimo to pragnąłem połączyć moje przywiązanie dla niego z owym innym, które władało w mym sercu. Opowiadałem o nim mamusi z entuzjazmem. Mistrz również dołączał swoje pochwały. Pozwoliła go przyprowadzić. Ale spotkanie zawiodło zupełnie: on ujrzał w niej pretensjonalną wykwintnisię, ona w nim urwisa i nicponia. Zaniepokojona tak podejrzaną znajomością, nie tylko nie pozwoliła więcej go sprowadzać, ale odmalowała mi tak wymownie niebezpieczeństwo tego towarzystwa, że stałem się nieco powściągliwszy w przyjaźni. Zresztą, bardzo szczęśliwie dla mych obyczajów i rozsądków, niebawem rozstaliśmy się.

311

Mistrz miał upodobania właściwe swej sztuce: lubił wino. Przy stole był wstrzemięźliwy; ale kiedy pracował, musiał popijać. Służąca znała go tak dobrze, iż skoro tylko przygotował papier nutowy i wydobył wiolonczelę, dzbanek i szklanka zjawiały się natychmiast na stole, przy czym dzbanek odnawiał od czasu do czasu swą zawartość. Nie będąc nigdy zupełnie pijany, był prawie stale zaprószony; a doprawdy szkoda, był to bowiem człek z gruntu dobry i tak wesoły, że mamusia nie nazywała go inaczej jak „kotusiem”. Na nieszczęście, kochał swą sztukę, pracował dużo i pił toż samo. To odbiło się na jego zdrowiu, a z czasem i na humorze: stawał się drażliwy i łatwo obrażający się. Niezdolny do grubiaństwa ani uchybienia komu, nigdy nie powiedział złego słowa nawet chłopakom z chóru; ale i jemu nie trzeba było uchybić: w czym miał słuszność. Złe było w tym, iż Mistrz, będąc nieco ciężkiego pojęcia, nie umiał poznać się na tonie i na charakterach i często uroił sobie coś bez powodu.

312

Dawna kapituła genewska, w której tylu książąt i biskupów uważało sobie za zaszczyt zasiadać, straciła na wygnaniu[221] pierwotną świetność, ale zachowała przywileje. Aby się do niej dostać, trzeba jeszcze teraz być szlachcicem albo doktorem Sorbony; sądzę zaś, że jeśli jest duma godna przebaczenia (po tej, która opiera się na osobistej zasłudze), to z pewnością duma z urodzenia. Zazwyczaj księża, jeśli mają na żołdzie ludzi świeckich, którym dają zatrudnienie, poczynają sobie z nimi dość z góry. Tak i kanonicy traktowali często biednego Mistrza. Kantor zwłaszcza, nazwiskiem ksiądz de Vidonne, zresztą bardzo przyzwoity człowiek, ale zanadto nadęty szlachectwem, nie zawsze się doń odnosił ze względami, do jakich prawo dawał mu talent. Mistrz zaś niechętnie cierpiał to lekceważenie. Tego roku w Wielkim Tygodniu zaszła między nimi żywsza niż zazwyczaj sprzeczka, a to z okazji tradycyjnego obiadu, który biskup wydał dla kanoników i na który Mistrza zawsze zapraszano. Kantor rzucił mu jakieś pogardliwe słowo, którego Mistrz nie mógł strawić. Postanowił uciec najbliższej nocy i nic nie zdołało go wstrzymać, mimo iż pani de Warens, z którą poszedł się pożegnać, dokładała wszelkich starań, aby go ułagodzić. Nie mógł sobie darować przyjemności pomszczenia się na swych tyranach, zostawiając ich w kłopocie podczas świąt, w które to dni właśnie był im najpotrzebniejszy. Sam kłopotał się jedynie o nuty, które chciał zabrać z sobą, co nie było łatwe: była tego cała skrzynia, duża i ciężka, której nie można było unieść pod pachą.

313

Mamusia zrobiła to, co sam byłbym zrobił wówczas i dziś jeszcze na jej miejscu. Po daremnych wysiłkach, widząc go mimo wszystko zdecydowanym, starała mu się, o ile mogła, przyjść z pomocą. Śmiem powiedzieć, iż było to jej obowiązkiem: poczciwy Mistrz zawsze był na jej usługi. Czy to w rzeczach swej sztuki, czy w innych grzecznościach, był we wszystkim na jej rozkazy, i to z serdecznością, która zdwajała cenę jego dobrych chęci. Było to zatem z jej strony jedynie odwdzięczenie w ciężkich okolicznościach przyjacielowi tego, co on robił dla niej w drobniejszych okazjach od paru lat. Ale dobre jej serce nie potrzebowało z pewnością szukać podniety w poczuciu obowiązku. Zawołała mnie, kazała mi towarzyszyć Mistrzowi przynajmniej do Lyonu i być na jego usługi tak długo, jak długo mnie będzie potrzebował. Wyznała mi później, że chęć oddalenia mnie od Ventury niemało przyczyniła się do tego postanowienia. Z Klaudiuszem Anet, swym wiernym sługą, naradziła się co do skrzyni. Był on zdania, iż zamiast najmować juczne zwierzę w Annecy, co by niechybnie zdradziło ślad, trzeba raczej z zapadnięciem nocy przenieść skrzynię w rękach kawał drogi, następnie zaś wynająć osła, aby ją przywieźć aż do Seyssel, gdzie, będąc już na terytorium francuskim, niczego nie potrzebujemy się obawiać. Usłuchaliśmy rady. Wyruszyliśmy tegoż wieczora o siódmej. Mamusia, pod pozorem opłacenia moich kosztów, zaopatrzyła nieco szczupłą sakiewkę „kotusia”, co jak sądzę, bardzo mi się przydało. Klaudiusz Anet, ogrodnik i ja, zanieśliśmy z wielkim mozołem skrzynię do najbliższej wsi, gdzie nas zluzował najęty osiołek; tej samej nocy powędrowaliśmy do Seyssel.

314

Zauważyłem, o ile mi się zdaje, że bywają okresy, w których tak jestem niepodobny do samego siebie, iż można by mnie wziąć za innego człowieka o wręcz przeciwnym charakterze. Zaraz dam przykład. Ksiądz Reydelet, proboszcz w Seyssel, był kanonikiem kapituły św. Piotra, tym samym znał Mistrza; był tedy człowiekiem, przed którym w tej chwili najbardziej powinien się był ukrywać. Ja wpadłem na koncept, aby, przeciwnie, iść prosto do niego i pod jakimś pozorem poprosić o nocleg, tak jakbyśmy tu byli za zezwoleniem kapituły. Mistrzowi spodobał się ten pomysł, który zemście jego dodawał pieprzyk złośliwego figla. Idziemy tedy bezczelnie do księdza Reydelet, który przyjął nas bardzo dobrze. Mistrz powiedział mu, że wędruje do Bellay[222], aby na życzenie biskupa objąć część muzyczną w uroczystościach wielkanocnych, i że za kilka dni mamy nadzieję być z powrotem. Ja na poparcie tego kłamstwa nawiązałem setkę innych w sposób tak naturalny, iż ksiądz Reydelet, ujęty mą werwą i humorem, nabrał do mnie sympatii i okazywał mi ją w tysiączne sposoby. Podjedliśmy smacznie, wyspali się jeszcze smaczniej. Ksiądz Reydelet nie wiedział wprost, jak nas ugościć. Rozstaliśmy się w najlepszej przyjaźni, z przyrzeczeniem zatrzymania się dłużej w powrotnej drodze. Ledwie mogliśmy się doczekać chwili, gdy się znajdziemy sami, aby się wyśmiać do syta; przyznaję, że dotąd jeszcze chce mi się śmiać, gdy o tym pomyślę, trudno bowiem wyobrazić sobie lepiej i ze szczęśliwszym rezultatem odegraną psotę. Byłaby nam starczyła długo na zabawę, gdyby nie to, że Mistrz, nieustannie w czasie drogi zaglądający do dzbanka, dostał dwa czy trzy razy swoich napadów, które nawiedzały go coraz częściej, a były bardzo podobne do epilepsji. To mnie wprawiło w wielkie przerażenie i wtedy już zacząłem myśleć, jakby się zręcznie wycofać z kłopotu.

315

Wędrowaliśmy do Bellay, aby tam spędzić święta Wielkanocy, jak to oznajmiliśmy księdzu Reydelet. Mimo że nas nie oczekiwano, znaleźliśmy u miejscowego kapelmistrza i w ogóle u wszystkich najlepsze przyjęcie. Mistrz zażywał w swej sztuce wielkiego poważania, na które w zupełności zasługiwał. Kapelmistrz z Bellay wystąpił ze swymi najlepszymi dziełami i dokładał starań, aby pozyskać uznanie tak dobrego sędziego: prócz tego bowiem, że Mistrz znał się doskonale na rzeczy, sąd jego był zawsze wolny od zawiści, jak i od pochlebstwa. Przerastał on o tyle wszystkich tych prowincjonalnych muzykusów i oni sami czuli to tak dobrze, że uważali go nie tyle za kolegę, ile za swoją głowę.

316

Spędziwszy bardzo przyjemnie kilka dni w Bellay, wyruszyliśmy wreszcie i ciągnęliśmy dalej bez przypadków. Przybywszy do Lyonu, ulokowaliśmy się w Notre-Dame-de-Pitié. W oczekiwaniu skrzyni, którą za pomocą innego kłamstwa wyprawiliśmy Rodanem z pomocą naszego dobrego gospodarza, księdza Reydelet, Mistrz wybrał się odwiedzić znajomych, między innymi Ojca Caton, franciszkanina, o którym będzie mowa później, i księdza Dortan, hrabiego Lyonu. Jeden i drugi przyjęli go dobrze, ale zdradzili go, jak się pokaże; szczęście nasze wyczerpało się u księdza Reydelet.

317

WinaW dwa dni po przybyciu do Lyonu, kiedyśmy przechodzili uliczką niedaleko oberży, Mistrz dostał nowego ataku, który tym razem był tak gwałtowny, iż przerażenie mnie ogarnęło. Zacząłem krzyczeć, wołać na pomoc, wskazałem oberżę, błagając, aby go tam zaniesiono. Następnie, gdy coraz większa ciżba gromadziła się koło człowieka leżącego bez życia i toczącego pianę na środku ulicy, opuścił go jedyny przyjaciel, na którego miał prawo liczyć. Skorzystałem z chwili, w której nikt na mnie nie zwracał uwagi, wykręciłem się na rogu i znikłem. Dzięki niebu, dopełniłem tego trzeciego ciężkiego wyznania. Gdybym miał jeszcze dużo podobnych przed sobą, raczej poniechałbym pracy, którą podjąłem.

318

Wszystkie dotychczas skreślone zdarzenia zostawiły jakieś ślady w miejscach, gdzie bawiłem; ale to, co mam opowiedzieć w następnej księdze, jest prawie zupełnie nieznane. Jest to okres największych szaleństw mego życia; całe szczęście, że nie skończyły się gorzej. Ale głowa moja, nastrojona wówczas na ton obcego instrumentu, wyszła na jakiś czas ze swego diapazonu[223]. Wróciła doń później sama przez się; wówczas poniechałem szaleństw albo raczej przeszedłem do innych, bardziej zgodnych z mą naturą. Z tej epoki mojej młodości zachowałem najmętniejsze wspomnienia. Nic prawie w niej nie zaszło dość interesującego dla mego serca, aby mi żywo utrwalić jej szczegóły. Trudno przy tym, abym wśród ciągłej włóczęgi, wśród tylu kolejnych wędrówek, nie pomieszał niekiedy czasu i miejsca. Piszę najzupełniej z pamięci, bez dokumentów, bez materiałów, które by mogły ją wesprzeć. Są wypadki w moim życiu, które mi są tak przytomne, jakby zdarzyły się wczoraj; ale są przerwy i próżnie, dla których wypełnienia muszę nieraz uciekać się do nie mniej mętnych reakcji. Mogłem tedy popełnić omyłki i mogę na przyszłość popełnić je w jakiej drobnostce aż do okresu, w którym mam co do siebie dokładniejsze informacje. Ale co się tyczy samej treści, mam pewność, że jestem wierny i ścisły; co do tego, czytelnik może mi zaufać.

319

Ledwiem opuścił Mistrza, od razu powziąłem postanowienie i ruszyłem z powrotem do Annecy. Niezwykłe okoliczności i tajemniczość naszego wyjazdu sprawiły, iż z początku bardzo byłem przejęty tą wyprawą; obecnie uczucie przeważające w mym sercu odzyskało swoje prawa. Nic mnie nie obchodziło, nie nęciło, nie miałem innego pragnienia, jak tylko wrócić do mamusi. Tkliwość i szczerość tego przywiązania wyrugowały z mego serca wszystkie fantastyczne projekty, wszystkie szaleństwa ambicji. Nie widziałem innego szczęścia, jak tylko być przy niej; z każdym krokiem, jaki czyniłem, czułem, że oddalam się od tego szczęścia. Wróciłem tedy najspieszniej, jak mogłem. Powrót mój odbywał się tak szybko, a myśl była tak pochłonięta jego celem, że mimo iż z taką przyjemnością przypominam sobie inne podróże, z tej jednej nie mam żadnych wspomnień; nie pamiętam literalnie nic, prócz chwili opuszczenia Lyonu i powrotu do Annecy. Za to ta ostatnia chwila, ach, niechaj czytelnik osądzi, czy mogła ulecieć z mej pamięci! Za powrotem nie zastałem pani de Warens; wyjechała do Paryża.

320

Nigdy nie znałem dobrze sekretu tej podróży. Byłaby mi go wyznała, jestem tego najpewniejszy, gdybym bardzo nalegał; ale nie było chyba człowieka mniej ciekawego sekretów przyjaciół. Serce moje, pochłonięte teraźniejszością, wypełnia nią całą swą pojemność, całą przestrzeń. Oprócz minionych uciech, których wspomnienie stanowi teraz mą jedyną radość, nie ma w nim ani kącika wolnego na to, co nie jest. Z paru słów, które mi mamusia rzekła, mogłem domyślić się jedynie, iż lękała się, aby w zamęcie rewolucji spowodowanej w Turynie abdykacją króla, nie zapomniano o niej[224]. Pragnęła, przy pomocy zabiegów pana d'Aubonne, zająć to samo stanowisko przy dworze francuskim; co, jak mi mówiła nieraz, bardziej przypadłoby jej do smaku, ile że obfitość toczących się tam ważnych spraw wyklucza możliwość tak czujnego dozoru. Jeśli to jest prawda, dziwne mi się wydaje, iż wróciwszy stamtąd, nie doznała z tego powodu żadnych dokuczliwości i zawsze, bez żadnej przerwy, korzystała ze swej pensji. Wielu mniemało, iż podróż ta miała za cel jakąś sekretną misję, bądź z ramienia biskupa, który miał wówczas sprawy na dworze francuskim i sam musiał nawet często tam jeździć, bądź ze strony kogoś potężniejszego jeszcze, kto jej zabezpieczył spokojny powrót. To pewna, że jeśli tak było, posłanniczka nie była źle obrana i że, wówczas w pełni młodości i urody, posiadała wszystkie potrzebne talenty, aby się dobrze wywiązać z negocjacji.

Księga IV

321

(1731–1732). Przybywam i nie zastaję jej. Można sobie wyobrazić moje zdumienie i boleść! Wówczas dopiero zaczął mnie dręczyć żal, iż tak niegodnie opuściłem Mistrza. Żal mój stał się żywszy jeszcze, skoro się dowiedziałem o nieszczęściu, jakie mu się trafiło. Skrzynię z nutami, która zawierała cały jego majątek, tę nieoszacowaną skrzynię, uwiezioną z takim trudem, przejęto na rogatkach Lyonu, a to za sprawą hrabiego Dortan, do którego napisano z kapituły, aby go uprzedzić o ucieczce Mistrza. Próżno Mistrz upominał się o swój dobytek, swój chleb, pracę całego życia. Własność skrzyni powinna była stać się co najmniej kwestią procesu; nie było żadnego. Sprawę rozstrzygnięto z miejsca, prawem silniejszego, i biedny Mistrz postradał w ten sposób owoc swych talentów, pracę młodości i zabezpieczenie na starość.

322

Wszystko składało się na to, aby ów cios uczynić mi najdotkliwszym. Ale byłem w latach, w których wielkie zgryzoty niełatwo chwytają się człowieka. Liczyłem na to, iż w niedługim czasie otrzymam wiadomości od pani de Warens, mimo że nie znałem jej adresu, ona zaś nie wiedziała, że jestem z powrotem. Co zaś do mej dezercji, to ostatecznie nie uważałem jej za taką zbrodnię. Byłem użyteczny Mistrzowi w jego ucieczce — to jedyna usługa, która była w mej mocy. Gdybym został z nim we Francji, nie uleczyłbym go z choroby, nie ocaliłbym skrzyni, podwoiłbym jeno wydatki, nie będąc przydatny na nic. Oto jak wówczas przedstawiały mi się rzeczy; dziś patrzę na to inaczej. Wyrzuty sumieniaSzpetny uczynek ma to do siebie, iż nie wówczas najbardziej dręczy, kiedy się go świeżo popełniło, ale dopiero później, kiedy sobie przypomnimy o nim, wspomnienie takie bowiem nie wygasa nigdy.

323

Jedyną drogą jakichś wiadomości o mamusi było po prostu czekać na nie. Gdzież szukać jej w Paryżu i z kim puścić się w taką podróż? Annecy było jedynym miejscem, w którym miałem nadzieję dowiedzieć się wcześniej lub później, gdzie ona bawi. Zostałem tedy, ale prowadziłem się dość nietęgo. Nie poszedłem do biskupa, który zaszczycał mnie protekcją i jeszcze mógłby mi jej użyczyć: pozbawiony opiekunki, nie czułem się dość pewny siebie i lękałem się wyrzutów za ucieczkę. Tym bardziej nie pokazałem się w seminarium: księdza Gross już tam nie było. Nie zaszedłem do nikogo ze znajomych; byłbym wprawdzie chętnie złożył wizytę intendentowej, ale brakło mi śmiałości. Postąpiłem sobie jeszcze gorzej: odszukałem Venture'a, o którym mimo całego uwielbienia nie pomyślałem ani razu od wyjazdu. Zastałem go w świetnej pozycji, fetowanego w całym Annecy; damy wydzierały go sobie. To powodzenie do reszty zawróciło mi głowę. Nie widziałem już nic poza Venture'em, nieomal zasłonił w mej pamięci panią de Warens. Aby korzystać tym swobodniej z jego lekcji, zaproponowałem mu, by podzielił ze mną kwaterę; zgodził się. Mieszkał u pewnego szewca, zabawnego i wesołego kompana, który, w gwarze swojej, nie nazywał swej żony inaczej jak „maciorką”; miano zresztą dość trafnie dobrane. Był z nią w nieustannych kłótniach, które Venture, pod pozorem łagodzenia ich, podsycał troskliwie. Chłodnym na pozór tonem rzucał im od czasu do czasu swoim prowansalskim akcentem słówka, które działały jak oliwa dolana do ognia; można było skonać ze śmiechu, patrząc na te sceny. Tak mijał ranek, ani się człowiek obejrzał kiedy. O drugiej lub trzeciej trzeba było coś przetrącić. Potem Venture wędrował po znajomych domach, gdzie zostawał zwykle na kolacji, ja zaś przechadzałem się sam, rozmyślając nad tym niepospolitym człowiekiem, podziwiając go, zazdroszcząc talentów i przeklinając nieżyczliwą gwiazdę, która nie powołała mnie do tego rozkosznego życia. Ach, jakże fałszywie oceniałem je wówczas! Moje własne byłoby mi płynęło sto razy rozkoszniej, gdybym był mniej głupi i gdybym lepiej umiał go używać.

324

Pani de Warens zabrała ze sobą tylko Klaudiusza. Zostawiła w domu pannę Merceret, pokojową o której wspominałem; zastałem ją rozgoszczoną w pokojach pani. Merceret była to dziewczyna nieco starsza ode mnie, nieładna, ale dość ponętna; poczciwa i dobroduszna fryburżanka, bez innych przywar prócz tej, iż była niekiedy dość zuchwała względem chlebodawczyni. Była to więc dawna znajomość; widok jej, który przypominał mi inną, droższą osobę, sprawił mi szczerą przyjemność. Miała różne przyjaciółki, między innymi pannę Giraud, genewkę, której, za moje grzechy, wpadło do głowy zadurzyć się we mnie. Nalegała wciąż na Merceret, aby mnie przyprowadziła. Pozwalałem się ciągnąć, ponieważ dość lubiłem Merceret i ponieważ były tam inne osoby, które rad widywałem. Co do panny Giraud, która starała się mnie wieść na pokuszenie wszelkimi sposobami, miałem zawsze do niej niezwyciężoną odrazę. Kiedy zbliżała do mej twarzy swoją suchą i czarną mordkę, wiecznie ubabraną hiszpańską tabaką, musiałem się wstrzymywać, aby w nią nie napluć. Ale znosiłem to cierpliwie, poza tym bowiem dobrze mi było w towarzystwie tych dziewcząt; one zaś, czy aby przypodobać się pannie Giraud, czy dla mnie samego, fetowały mnie na wyścigi. Widziałem w tym jedynie objawy przyjaźni; nieraz później przychodziło mi na myśl, że może tylko ode mnie zależało dopatrzeć się czegoś więcej, ale wówczas nie postało mi to nawet w głowie.

325

Zresztą szwaczki, pokojówki, panny sklepowe nie kusiły mnie wcale, trzeba mi było wykwintnych panien. Każdy ma swoje fantazje; moja była zawsze taka i nie godzę się bynajmniej z Horacym[225] na tym punkcie. To, co mnie w tym pociąga, to wcale nie próżnostka pozycji społecznej i stanu: nie, to lepiej utrzymana płeć, ładniejsze ręce, wdzięczniejszy strój, polor[226] wykwintu i schludność w całej osobie, więcej smaku w obejściu i wysławianiu się, cieńsze i lepiej skrojone suknie, zgrabniejszy trzewiczek, wstążki, koronki, lepiej utrefione włosy. Dałbym zawsze pierwszeństwo mniej ładnej, byle miała to wszystko. Sam uważam to za śmieszne, ale serce nie pyta mnie o zdanie.

326

I otóż mogłem mieć to wszystko! Wszystkie te uroki szły mi w ręce i ode mnie tylko zależało z nich korzystać. Jakże lubię zachodzić czasami myślą w szczęśliwe chwile młodości! Jakże mi były słodkie! Były tak krótkie, tak rzadkie i korzystałem z nich tak niewinnie! Ach, samo ich wspomnienie napawa jeszcze me serce czystą rozkoszą, tak potrzebną, by skrzepić odwagę do życia i podtrzymać mnie w paśmie smutnych dni, które mi zostały.

327

Jednego ranka brzask wydał mi się tak piękny, iż ubrawszy się spiesznie, żywo pomknąłem w pole, by oglądać wschód słońca. Syciłem się tą rozkoszą w całym jej powabie; było to w tydzień po św. Janie. Ziemia w pełni swej krasy okryła się zielonością i kwieciem. Słowiki, wyciągając ostatnie trele, zdawały się lubować w sile i wibracji swego głosu. Wszystkie ptaki, chóralnym koncertem żegnając wiosnę, opiewały narodziny dnia letniego, jednego z owych pięknych dni, których nie widuje się już w moim wieku i których nigdy nie widziano w smutnej ziemi będącej dziś mym schronieniem.

328

Nieznacznie[227] oddaliłem się od miasta. Upał wzmagał się, przechadzałem się w cienistej dolinie nad strumieniem. Wtem słyszę tętent koni i głosy dziewcząt; zdawały się niby zakłopotane, mimo to śmiały się z szczerego serca. Obracam się, ktoś woła mnie po imieniu. Zbliżam się, widzę dwie młode osoby, znajome: pannę de Graffenried i pannę Galley, które, niezbyt mocne w sztuce amazonek[228], nie umiały zmusić rumaków do przejścia przez strumień. Panna de Graffenried była to młoda bernenka, bardzo miła, która, w przystępie jakiegoś młodocianego szaleństwa opuściwszy ziemię rodzinną, poszła za przykładem pani de Warens; ale nie posiadając jak ona pensji, szczęśliwa była, iż znalazła schronienie u panny Galley. Ta, zaprzyjaźniwszy się z nią serdecznie, skłoniła matkę, aby przyjęła panienkę w dom w charakterze towarzyszki, póki nie znajdzie się dla niej czegoś trwalszego. Panna Galley, o rok młodsza, była jeszcze ładniejsza: miała coś delikatniejszego, wytworniejszego. Kształty jej były zarazem bardzo dziecięce i bardzo kobiece — najpiękniejsza faza młodej dziewczyny. Kochały się czule, a dobra ich natura pozwalała wróżyć, iż przyjaźń ta będzie trwałą, o ile miłość jaka nie stanie jej w drodze. Powiedziały mi, że jadą do Toune[229], starego dworu należącego do pani Galley. Błagały o pomoc w przeprowadzeniu koni, z czym same nie umiały sobie dać rady. Chciałem popędzić konie, ale obawiały się, iż zaczną wierzgać i kopać. Uciekłem się do innego środka: ująłem konia panny Galley za wędzidło i ciągnąc go za sobą, przebyłem strumień, prawie po kolana w wodzie. Drugi koń przeszedł sam bez trudności. Dokonawszy tego, chciałem się skłonić pannom i oddalić jak dudek; wymieniły parę słów po cichu, po czym pana de Graffenried rzekła: „Nie, nie, nie uda się panu wymknąć w ten sposób. Przemoczył się pan w naszych usługach, obowiązkiem naszym jest pana osuszyć. Proszę, jeśli łaska, z nami, bierzemy pana do niewoli”. Serce mi biło, spoglądałem na pannę Galley. „Tak, tak — dodała, śmiejąc się z mej przerażonej miny — jest pan naszym jeńcem wojennym. Proszę siadać na konia za nią; rozrządzamy pana losem”. — „Ależ — rzekłem — nie mam zaszczytu znać szanownej matki pani. Co ona powie?…” — „Pani Galley nie ma w Toune — rzekła panna de Graffenried — jesteśmy same, wracamy dziś wieczór i pan z nami”.

329

Słowa te podziałały na mnie jak iskra elektryczna. Drżałem z radości, wskakując na konia panny de Graffenried, a kiedy trzeba było ją objąć, aby się utrzymać, serce biło mi tak mocno, że aż ona to spostrzegła; rzekła, że i jej bije serce z obawy przed spadnięciem. W danej sytuacji była to niemal zachęta do sprawdzenia — nie miałem odwagi. Całą drogę ręce moje obejmowały jej kibić dość wprawdzie ciasno, ale nie zmieniając położenia. Sądzę, iż niejedna kobieta, przeczytawszy to, spoliczkowałaby mnie chętnie, i nie bez słuszności.

330

Przybyliśmy do Toune. Osuszyłem się gruntownie, zjedliśmy śniadanie. Następnie trzeba było przystąpić do ważnej sprawy obiadu. Panny, krzątając się w kuchni, raz po razu dawały buziaki dzieciom szafarki, a biedny improwizowany kuchta patrzył na to, zżymając się z zazdrości. Posłano po zapasy do miasta i wkrótce było z czego sporządzić dobry obiad, szczególnie pod względem łakoci; nieszczęściem, zapomniano o winie. Zapomnienie to nie miało w sobie nic dziwnego ze strony dziewcząt, które nie używały tego trunku; ale mnie było dość nie na rękę, ponieważ liczyłem nieco na jego ośmielające działanie. One zdawały się również zmartwione, może dla tej samej przyczyny, choć nie sądzę. Żywa i urocza ich wesołość oddychała niewinnością, a zresztą cóż by we dwie zrobiły ze mną jednym? Posłały po wino w sąsiedztwo: nigdzie nie można było znaleźć, tak mieszkańcy tej okolicy są ubodzy i wstrzemięźliwi. Kiedy panny ubolewały nad tym, odparłem, iż nie ma się czym kłopotać i że nie trzeba im wina, by mnie upoić. Oto jedyna dworność, z jaką ośmieliłem się wyruszyć przez cały dzień; ale sądzę, że te szelmutki widziały po mnie dobrze, jak dalece było to prawdą.

331

Zasiedliśmy do obiadu w kuchni: przyjaciółki na ławkach, po dwóch bokach podłużnego stołu, gość między nimi, na zydelku. Co za obiad! Co za urocze wspomnienie! Po co, mogąc równie tanim kosztem smakować tak czystych i prawdziwych rozkoszy, ludzie uganiają się za innymi? Nigdy żadna wieczerza paryskich modniś nie dorównała temu obiadowi, nie tylko wesołością, słodyczą uciech, ale i upojeniem zmysłów.

332

Po obiedzie uchwaliliśmy małą oszczędność: miast wypić kawę, która została od śniadania, zachowaliśmy ją na podwieczorek wraz ze śmietanką i ciastkami, które panienki przywiozły ze sobą; dla podsycenia zaś apetytu, poszliśmy do sadu spożyć na deser trochę wiśni. Wszedłem na drzewo i rzucałem im całe garście owocu; one odrzucały mi pestki poprzez gałęzie. Raz panna Galley, wysuwając fartuszek i przechylając w tył głowę, nadstawiła się tak dobrze, że pęk wisien wpadł prosto za gors; dopieroż było śmiechu! Mówiłem sam do siebie w duchu: „Czemuż usta moje nie są wiśnią! Jakżebym chętnie cisnął im je, z jak szczerego serca!”.

333

Dzień spłynął na igraszkach pełnych swobody, a zarazem niewinności. Ani jednego dwuznacznego słowa, ani jednego ryzykownego żartu; a skromność ta nie była jakimś narzuconym przymusem, wynikała sama z siebie; ton ten poddawały nam serca. Słowem, skromność moja — kto inny powie: głupota — była taka, iż największą poufałością, na którą sobie pozwoliłem, był jeden jedyny pocałunek w rękę panny Galley. Prawda, iż okoliczności, w których się to stało, dodawały ceny temu lekkiemu faworowi[230]. Byliśmy sami; ja oddychałem z trudnością, ona miała spuszczone oczy. Usta moje, miast szukać wyrazów, ośmieliły się przycisnąć do jej dłoni, którą ona cofnęła natychmiast, patrząc na mnie wszelako oczyma bynajmniej nie wyrażającymi gniewu. Nie wiem, co bym jej powiedział, ale weszła przyjaciółka, która w tej chwili wydała mi się szpetną.

334

W końcu panny przypomniały sobie, iż nie należy czekać nocy z powrotem do miasta. Ledwo mieliśmy czas zdążyć przed zmierzchem. Ruszyliśmy spiesznie sadowiąc się tak, jakeśmy jechali. Gdybym miał odwagę, odmieniłbym ten porządek: spojrzenie panny Galley zapadło mi w serce; ale nie śmiałem nic powiedzieć, a nie jej rzeczą było to podsuwać. W drodze powtarzaliśmy sobie, że szkoda, iż ów dzień się skończył; ale nie mogliśmy rzec, aby nam się wydał krótki, umieliśmy go przedłużyć tysiącem zabaw, wypełniając go w najmilszy sposób.

335

Rozstałem się z dziewczętami mniej więcej tam, skąd mnie zabrały. Z jakimż żalem rozłączyliśmy się! Z jakąż radością układaliśmy projekty nowego spotkania! Dwanaście godzin spędzonych razem stanowiły dla nas wieki całe. Słodkie wspomnienie tego dnia nie kosztowało tych lubych dziewczątek żadnej ofiary. Tkliwa przyjaźń między nami trojgiem z pewnością warta była tyleż, co inne żywsze słodycze, przy których nie mogłaby się ostać: kochaliśmy się bez tajemnicy i wstydu i chcieliśmy się zawsze tak kochać. Czystość obyczajów ma swą rozkosz, wyższą może od innej, ponieważ nie podlega zmąceniu: odczuwa się ją wciąż jednako. Co do mnie, wiem, że wspomnienie tak pięknego dnia wzrusza, czaruje mnie więcej, bardziej przypada mi do serca niż pamięć jakichkolwiek rozkoszy kosztowanych w życiu. Nie zdawałem sobie zbyt jasno sprawy, jakie były me pragnienia w stosunku do tych dwóch uroczych istot, ale pociągały mnie obie w wysokim stopniu. Nie powiadam, iż gdybym był mocen pokierować wypadkami, serce me stanęłoby na rozdrożu; owszem[231], czułem w mych skłonnościach niejaką różnicę. Byłbym szczęśliwy, gdybym mógł być kochankiem panny de Graffenried; ale, mogąc wybierać, sądzę, że wolałbym ją za powiernicę. Jak bądź się rzeczy miały, rozstając się z nimi, miałem uczucie, iż nie potrafiłbym już żyć bez obu. Któż by mi powiedział, że nie ujrzę ich już w życiu i że na tym się skończy ta ulotna miłostka?

336

Ci, którzy będą czytali te karty, uśmiechną się pewnie z mych przygód miłosnych, widząc, jak, po wielu wstępach, najdalej posunięte kończą się pocałunkiem w rękę. O czytelnicy! Nie dajcie się zmylić pozorom! Więcej może zaznałem rozkoszy w moich miłościach, kończąc na owym pocałunku w rękę, niż wy ich zakosztujecie kiedy, zaczynając co najmniej od tego.

337

Venture, który położył się poprzedniego dnia bardzo późno, wrócił do domu wkrótce po mnie. Tym razem ujrzałem go z mniejszą przyjemnością niż zwykle i nie postało mi w myśli spowiadać mu się z mego dnia. Panienki wyrażały się o nim z niewielkim szacunkiem i zdawały się nierade, dowiedziawszy się, iż znajduję się w tak niedobrych rękach: to mnie zraziło nieco. Zresztą, wszystko, co mnie odrywało od myśli o nich, mogło mi być tylko przykre. Venture przywołał mnie niebawem do opamiętania, uświadamiając mi położenie. Było ono zbyt krytyczne, aby móc trwać. Jakkolwiek wydawałem na siebie bardzo mało, zapasik mój miał się ku końcowi; po czym zostawałem bez środków. Żadnych wiadomości od mamusi. Nie wiedziałem, co z sobą począć, i czułem okrutne ściśnięcie serca, widząc, iż przyjaciela panny Galley czeka w perspektywie życie z jałmużny.

338

Venture powiedział mi, że wspomniał o mnie sędziemu powiatowemu, że jutro chce mnie doń zaprowadzić na obiad. Twierdził, iż człowiek ten będzie mi mógł dopomóc przez swoich przyjaciół. Zresztą, znajomość była korzystna sama przez się: człowiek piśmienny, wykształcony, miły w pożyciu, sam utalentowany i ceniący talent u drugich. Następnie, mieszając wedle swego obyczaju rzeczy poważne do najpłochszej swywoli, pokazał mi ładny kuplecik[232], przysłany mu z Paryża, na nutę arii z opery Moureta[233], którą podówczas dawano. Kuplet ten tak spodobał się panu Simon (nazwisko sędziego), że pragnął ułożyć nowy, niejako w odpowiedzi na ten, na tę samą melodię. Polecił Venture'owi, aby napisał drugi, ten zaś uparł się, bym ja skomponował trzeci; powiadał, że to będzie bardzo zabawne, taka wojna na kuplety.

339

W nocy, nie mogąc usnąć, skleciłem, jak umiałem, mą strofkę. Jak na pierwsze wiersze w życiu, były one wcale znośne; lepsze z pewnością, a przynajmniej ułożone z większym smakiem, niżbym to był zdolny uczynić na dobę przedtem, ile że przedmiot kręcił się koło bardzo czułego tematu, do którego serce moje wybornie było nastrojone. Pokazałem rano kuplet Venture'owi, spodobał mu się. Schował go do kieszeni, nie mówiąc nic, czy i sam co ułożył. Udaliśmy się do pana Simon, który przyjął nas nader uprzejmie. Rozmowa była przyjemna, nie mogło być inaczej w towarzystwie dwóch ludzi pełnych dowcipu i oczytania. Co do mnie, trzymałem się swej roli: przysłuchiwałem się i milczałem. Ani jeden, ani drugi nie wspomnieli o kuplecie, ja również; i nigdy, o ile mi wiadomo, nie było mowy o moim utworze.

340

Pan Simon zdawał się rad z mego zachowania; to było mniej więcej wszystko, co mógł o mnie wiedzieć z tej wizyty. Spotykał mnie już poprzednio u pani de Warens, nie zwracając na mnie większej uwagi. Tak tedy dopiero ten obiad mogę liczyć za datę naszej znajomości, która, biorąc praktycznie, nie przydała mi się na nic, ale z której wyciągnąłem inne, cenniejsze może korzyści; i dla nich wspominam ją zawsze ze szczerą przyjemnością.

341

Nie mogę pominąć milczeniem wyglądu tej osobistości; znając go bowiem jedynie z tego, co tu mówię o nim jako urzędniku oraz o talentach, które stanowiły przedmiot jego ambicji, nikt by się nie domyślił jego zewnętrznej postaci. Sędzia Simon miał z pewnością nie więcej niż dwie stopy[234] wysokości. Nogi jego, proste, drobne i nawet dość długie, byłyby mu przydały wzrostu, gdyby były prostopadłe; ale rozchodziły się ukośnie jak ramiona bardzo otwartego kompasu. Korpus był nie tylko krótki, ale szczupły i niesłychanie drobny. Wyobrażam sobie, iż, nagi, musiał być podobny do szarańczy. Głowa, naturalnej wielkości, o regularnych rysach, szlachetnym wejrzeniu, z dość ładnymi oczyma, zdawała się sztuczną głową osadzoną w kikucie. Mógłby sobie oszczędzić wydatków na ubranie, wielka peruka ubierała go sama od stóp aż do głowy.

342

Miał dwa rodzaje głosu, zupełnie odmienne, które przeplatały się wciąż, kiedy rozmawiał, wywołując tym zabawne zrazu, ale wkrótce bardzo przykre kontrasty. Jeden głos był poważny i dźwięczny; był to, jeżeli można tak rzec, głos jego głowy. Drugi, jasny, ostry i przenikliwy, to był głos jego ciała. Kiedy bardzo uważał na siebie, kiedy mówił z namysłem, oszczędzając oddechu, mógł mówić stale swym głębokim głosem; ale ilekroć ożywił się i wziął ton nieco żywszy, głos brzmiał jak świstanie na kluczu i z największą trudnością przychodziło mu wrócić do basu.

343

Przy tej postaci, którą tu odmalowałem bez najmniejszej przesady, pan Simon był wielki galant[235], komplemencista i aż do kokieterii dbały o swój wygląd. Ponieważ chciał się zawsze wydać najkorzystniej, udzielał chętnie audiencji rano w łóżku. Widząc tę piękną głowę na poduszkach, nikt nie przypuszczał nawet, że to jest wszystko. To dawało niekiedy powód do scen, które, jestem pewien, całe Annecy przypomina sobie jeszcze.

344

Jednego dnia, leżąc w łóżku, lub raczej na łóżku, sędzia oczekiwał klientów, strojny w cienki i biały czepek nocny, z dwoma dużymi pomponami z różowych wstążek. Przychodzi jakiś wieśniak i puka. Służąca gdzieś wyszła. Sędzia, słysząc powtórne pukanie, woła: „Proszę!”. Słowo to, wymówione zbyt głośno, wymknęło mu się dyszkantem. Człowiek wchodzi, szuka, skąd wyszedł ten głos kobiecy, a widząc w łóżku czepek z fantazyjnymi wstążkami, chce wyjść, tłumacząc się uniżenie przed jaśnie panią. Pan Simon wpada w złość, krzycząc przez to jeszcze cieniej. Chłopek, utwierdzony w pomyłce, czując się obrażony, bierze z innego tonu, wymyśla rzekomej pani od ulicznic i ścierek, i wykrzykuje, iż pan sędzia nie świeci w domu zbyt dobrym przykładem. Sędzia, wściekły, mając za jedyną broń nocnik przy łóżku, już miał go rzucić nieborakowi na głowę, kiedy wbiegła służąca.

345

Ten karzełek, tak upośledzony przez przyrodę, otrzymał od niej hojne dary umysłu, który, z natury pełen wdzięku, umiał jeszcze przyozdobić. Mimo iż wedle powszechnego zdania był idealnym prawnikiem, nie lubił swego zawodu. Rzucił się w literaturę nie bez powodzenia. Zdobył w niej ów błyszczący polor, ów kwiat, który daje tyle uroku w obcowaniu, zwłaszcza z kobietami. Znał na pamięć wszystkie anegdotki światowych kulis. Umiał je znakomicie podać, opowiadając z przejęciem, tajemniczo, jako nowalie ostatniego dnia rzeczy, które zdarzyły się przed sześćdziesięciu laty. Uprawiał nieco muzykę i śpiewał przyjemnie swoim męskim głosem. Słowem, jak na biurokratę posiadał wiele miłych talentów. Tak wytrwale wdzięczył się do wszystkich dam w Annecy, aż wreszcie zyskał wśród nich prawo obywatelstwa; dreptał za ich spódniczką jak piesek. Miał nawet pretensje zdobywcy serc, co je serdecznie bawiło. Niejaka pani d'Epagny powiada, iż naturalnym kresem szczęśliwości było dlań pocałować kobietę w kolano.

346

Ponieważ znał wiele dobrych książek i chętnie o nich mówił, rozmowa z nim była nie tylko zajmująca, ale i pouczająca. Później, kiedy nabrałem zamiłowania do nauk, pielęgnowałem tę znajomość z wielką dla siebie korzyścią. Chodziłem często do niego z Chambéry, gdzie mieszkałem wówczas. Chwalił i podsycał mój zapał, dając mi co do lektury dobre wskazówki, z których nieraz korzystałem. Na nieszczęście w tym wątłym ciele mieszkała tkliwa dusza. W kilka lat później dotknęło go jakieś przykre wydarzenie i z tego umarł. Szkoda go, był to poczciwy człeczyna, który bawił zrazu, ale którego w końcu musiało się pokochać. Mimo iż stykaliśmy się niewiele, otrzymałem od niego sporo użytecznych wskazówek; sądziłem tedy, iż mogę przez wdzięczność poświęcić mu tych parę słów wspomnienia.

347

Skoro znalazłem chwilę czasu, pobiegłem na ulicę, gdzie mieszkała panna Galley, pieszcząc nadzieję, iż spotkam kogoś wchodzącego lub wychodzącego albo że bodaj okno się uchyli. Nic, ani żywej duszy; dom był tak cichy i zamknięty, jak gdyby w nim nikt nie mieszkał. Ulica była mała i odludna; łatwo było na niej zauważyć człowieka. Od czasu do czasu ktoś przechodził w pobliżu. Zacząłem mieć bardzo głupią minę: zdawało mi się, że każdy zgaduje po co tu sterczę, i ta myśl przyprawiała mnie o tortury, zawsze bowiem nad własną przyjemność przekładałem honor i bezpieczeństwo osób, które mi były drogie.

348

Wreszcie, znużony rolą hiszpańskiego kochanka i nie mając gitary, postanowiłem napisać do panny de Graffenried. Byłbym wolał napisać wprost do jej przyjaciółki, ale nie śmiałem; bardziej zresztą wypadało mi pisać do tej, przez którą zawarłem tę znajomość i z którą byłem bliżej. Napisawszy list, zaniosłem go do panny Giraud, tak jak się umówiłem z panienkami. Panna Giraud była hafciarką i pracując niekiedy u pani Galley, miała wstęp do jej domu. Pośredniczka nie wydała mi się szczęśliwie dobrana, ale bałem się, że gdybym robił trudności co do tej drogi, nie wskażą mi żadnej innej. Co więcej, nie śmiałem się przyznać, że ta brzydula miała na mnie sama jakieś widoki. Poniżało mnie, iż ona, w stosunku do mnie, mogła się uważać za osobę tej samej płci co moje urocze przyjaciółki. Ostatecznie wolałem to pośrednictwo niż żadne i puściłem się[236] na hazard.

349

Za pierwszym słowem panna Giraud przejrzała mnie, co nie było trudno. Gdyby nawet list przeznaczony dla panienek nie mówił sam za siebie, zdradziłaby mnie głupia i zakłopotana mina. Można się domyślić, że to zlecenie nie sprawiło jej przyjemności; podjęła się go wszelako i dopełniła wiernie. Nazajutrz rano pobiegłem do niej i znalazłem odpowiedź. Jakże mi pilno było wyjść, by ją odczytywać i całować do woli! Nie potrzebuję tego powiadać. Uważam natomiast, iż trzeba mi podnieść zachowanie się panny Giraud, która okazała w tym więcej delikatności i umiarkowania, niżbym się spodziewał. Mając dość zdrowego rozsądku, aby widzieć, że w swoich trzydziestu siedmiu latach, ze swymi zajęczymi oczami, zatabaczonym nosem, chrypliwym głosem i czarniawą cerą nie miała szans powodzenia wobec dwóch młodych osób pełnych wdzięku i w rozkwicie piękności, nie chciała ani zdradzić ich, ani im służyć i wolała raczej mnie stracić, niż oddać mnie w ich ręce.

350

(1732). Już od pewnego czasu Merceret, nie mając żadnej wiadomości o pani, wybierała się z powrotem do Fryburga; panna Giraud wpłynęła na jej decyzję. Zrobiła więcej, podsunęła jej myśl, że byłoby dobrze, aby ją ktoś odprowadził, i poddała mnie. Merceret, która również nie czuła do mnie wstrętu, zasmakowała od razu w pomyśle. Oznajmiły mi o tym tego samego dnia jako o ubitej sprawie; że zaś ten sposób rozrządzania moją osobą był mi dość po myśli, zgodziłem się, uważając całą podróż za rzecz najwyżej tygodnia. Panna Giraud, która miała inne poglądy, zajęła się przygotowaniami. Trzeba było wyznać stan moich finansów. Zaradzono i na to; Merceret podjęła się opędzić koszta, aby zaś odbić tę nadwyżkę, zdecydowano na mą prośbę, że wyśle naprzód swój nieduży pakunek i że drogę odbędziemy, wędrując z wolna pieszo. Tak się też stało.

351

Przykro mi, że muszę się chwalić miłością tylu dziewcząt; ale ponieważ nie mam powodu zbytnio się wbijać w dumę z korzyści, które wyciągnąłem z tych wszystkich amorów, sądzę, iż mogę mówić prawdę bez skrupułu. Merceret, młodsza i mniej szczwana niż Giraud, nigdy nie była ze mną tak otwarcie zalotna; ale naśladowała mój ton, sposób mówienia, powtarzała moje odezwania, miała dla mnie wszystkie względy, jakie ja powinienem był mieć dla niej, i obstawała zawsze przy tym (jako że była bardzo bojaźliwa), abyśmy sypiali w jednym pokoju — wspólność, która rzadko pozostaje w tych skromnych granicach w czasie podróży dwudziestoletniego chłopca z dwudziestopięcioletnią dziewczyną.

352

Mimo to nie przekroczyła ich tym razem. Naiwność moja sięgała tak daleko, iż mimo że Merceret wcale była warta grzechu, w całej tej podróży nie przyszła mi na myśl, nie mówię, pokusa, ale nawet najdalsza idea jej możliwości. Gdyby nawet ta idea wpadła mi do głowy, byłem zbyt głupi, aby z niej skorzystać. Nie wyobrażałem sobie, w jaki sposób dziewczyna i chłopiec mogą dojść do tego momentu, aby się razem położyć do łóżka; myślałem, że trzeba całych wieków, by doprowadzić do tej straszliwej poufałości. Jeżeli biedna Merceret, biorąc mnie na swój koszt, rachowała na tego rodzaju odszkodowanie, przeliczyła się grubo; przybyliśmy do Fryburga zupełnie tak, jak wyruszyliśmy z Annecy.

353

Ojczyzna, WolnośćPrzechodząc przez Genewę, nie wstępowałem do nikogo, ale gdym znalazł się na moście, byłem bliski omdlenia. Nigdy nie zdarzyło mi się oglądać murów tego błogosławionego miasta, nie zdarzyło mi się ich przestąpić, żeby nie doznawać jakiejś omdlałości serca wynikłej ze zbytku rozczulenia. Szlachetny obraz wolności podnosił mą duszę, a zarazem wizje równości, jedności, prostoty obyczajów wzruszały mnie do łez i budziły najwyższą żałość, iż utraciłem te wszystkie skarby. W jakimż byłem błędzie, ale jakże błąd ten był naturalny! Zdawało mi się, iż widzę w mej ojczyźnie to wszystko dobro, ponieważ nosiłem je w sercu.

354

Trzeba było przechodzić przez Nyon. Minąć, nie oglądając ojca! Gdybym miał odwagę to uczynić, umarłbym chyba z żalu. Zostawiłem Merceret w gospodzie i poszedłem, na los szczęścia, do ojca. Ach, jakże płonne były me obawy! Na mój widok dusza jego dała upust ojcowskim uczuciom, którymi była wezbrana. Ileż łez wylaliśmy, obejmując się wzajem! Mniemał zrazu, iż wróciłem na stałe. Opowiedziałem mu swe dzieje i zwierzyłem zamysły. Zwalczał je dość miękko. Ukazał mi niebezpieczeństwa, na które się narażam, mówił, że im wcześniej człowiek się opamięta, tym dlań lepiej. Poza tym nie kusił się nawet zatrzymywać mnie przemocą i w tym uważam, że miał słuszność; ale to pewna, iż nie próbował wszystkiego, co było w jego mocy, by mnie przyciągnąć do siebie, czy że po tym, co uczyniłem, mniemał, iż nie ma dla mnie powrotu, czy że sam był w kłopocie, co począć z chłopakiem w moim wieku. Dowiedziałem się później, iż powziął on o mej towarzyszce wyobrażenie bardzo niesprawiedliwe i odległe od prawdy, ale zresztą dość naturalne. Macocha, poczciwa kumoszka, nieco obleśna, próbowała niby to zatrzymać mnie na wieczerzy. Nie zostałem, ale rzekłem, że mam nadzieję zatrzymać się dłużej wracając, i zostawiłem u nich mały pakunek, który przybył za mną statkiem i który sprawiał mi kłopot. Ruszyłem w drogę wczesnym rankiem, niezmiernie rad, że widziałem ojca i że miałem odwagę spełnić obowiązek.

355

Przybyliśmy szczęśliwie do Fryburga. Pod koniec podróży czułość panny Merceret osłabła nieco. Od chwili przybycia odnosiła się już do mnie bardzo chłodno; ojciec jej, który nie opływał w dostatki, również nie okazywał mi zbytniej serdeczności; wobec tego ulokowałem się w gospodzie. Odwiedziłem ich nazajutrz; zaprosili mnie na obiad, przyjąłem. Rozstaliśmy się bez łez. Wieczorem powróciłem do mej nory i ruszyłem z powrotem, na trzeci dzień po przybyciu, nie wiedząc sam dobrze, dokąd się udać.

356

Oto jeszcze jedna okoliczność w moim życiu, w której Opatrzność podsuwała mi właśnie to, czego mi było trzeba, aby pędzić do końca szczęśliwe i spokojne dni. Merceret była to bardzo dobra dziewczyna, bez jakichś świetnych zalet, nie ładna, ale też wcale nie brzydka; spokojna, rozsądna, pomijając przelotne napady humorów, które wyładowywały się w płaczu i nigdy nie miały burzliwych następstw. Miała do mnie szczerą skłonność; byłbym ją mógł zaślubić bez trudności i uprawiać rzemiosło jej ojca. Moje zamiłowanie do muzyki pozwoliłoby mi polubić ten zawód[237]. Byłbym się osiedlił we Fryburgu, mieścinie nieładnej, ale zamieszkałej przez dobrych ludzi. Postradałbym z pewnością wielkie rozkosze życia, ale żyłbym spokojnie do ostatniej godziny; a mogę lepiej niż ktokolwiek inny wiedzieć, że nie ma się co i wahać przy takiej zamianie.

357

Wróciłem nie do Nyonu, ale do Lozanny. Chciałem się nasycić widokiem tego pięknego jeziora[238], które stamtąd można oglądać w najszerszym widnokręgu. Istotnie motywy, od których bywały zależne me postanowienia, zazwyczaj były niewiele poważniejszej natury. Odległe horyzonty rzadko działają na mnie dość silnie, by mnie pobudzić do czynu. Niepewność przyszłości zawsze kazała mi patrzeć na rzeczy dalsze jako na czcze mamidła. Mogę jak każdy poddawać się złudom nadziei, byle mnie to nic nie kosztowało; ale gdy trzeba długo się mozolić, oho! już mnie nie ma. Lada przyjemność, która nawinie się po drodze, kusi mnie więcej niż wszystkie rozkosze raju. Wyjątek stanowi przyjemność, po której następuje troska: ta mnie nie kusi, lubię jedynie radości czyste, takich zaś nigdy nie można zakosztować, kiedy się wie, iż czeka po nich zgryzota.

358

Pragnąłem zresztą dostać się do jakiegokolwiek miasteczka, i to im bliżej, tym lepiej; zabłąkawszy się bowiem w drodze, znalazłem się wieczorem w Moudon, gdzie wydałem resztę pieniędzy, z wyjątkiem dziesięciu centów, które poszły nazajutrz na obiad. Przybywszy wieczorem do wioski w pobliżu Lozanny, wszedłem do karczmy, nie mając grosza na zapłacenie noclegu i nie wiedząc, co z sobą począć. Byłem bardzo głodny; przybrałem minę pewną siebie i zażądałem wieczerzy, jak gdybym miał czym zapłacić. Udałem się spokojnie na spoczynek, nie myśląc o niczym. Rano, pośniadawszy i obliczywszy się z gospodarzem, chciałem za mą należność oddać w zastaw kamizelkę. Zacny człowiek nie przyjął ofiary; powiedział, iż, dzięki niebu, nie obdarł nigdy nikogo, że zaś nie chce zaczynać tego dla kilkudziesięciu groszy, mogę zachować kamizelkę, a zapłacę, kiedy będę mógł. Uczułem się wzruszony jego dobrocią, ale mniej, niżbym powinien i niż byłem nieraz później, wspominając to zdarzenie. Odesłałem mu pieniądze z podziękowaniem i kiedy w piętnaście lat później, wracając z Włoch, przejeżdżałem przez Lozannę, bardzom żałował, iż zapomniałem nazwiska karczmy i gospodarza. Byłbym go odwiedził; sprawiłoby mi szczerą przyjemność przypomnieć mu jego dobry uczynek i dowieść, że nie trafił na niewdzięcznika. Usługi, ważniejsze z pewnością, jakich doznałem od ludzi, ale świadczone z mniejszą prostotą, nie wydały mi się tak godne wdzięczności, jak prosta i skromna ludzkość tego zacnego człowieka.

359

Zbliżając się do Lozanny, rozmyślałem nad swym rozpaczliwym położeniem oraz nad środkami wydobycia się zeń bez zdradzenia swej nędzy wobec macochy. W ciągu pielgrzymki nieraz porównywałem się w myśli do przyjaciela Venture'a w chwili jego przybycia do Annecy. Rozpaliłem się tak tą ideą, że nie myśląc o tym, iż nie mam ani jego uroku, ani talentów, nabiłem sobie głowę konceptem, aby odegrać w Lozannie małego Venture'a, dawać lekcje muzyki, której sam nie umiałem, i podać się za przybywającego z Paryża, gdzie nigdy w życiu nie byłem. Powziąwszy ten piękny zamiar, ale mając jeszcze na tyle zastanowienia, by się nie pchać między zawodowych muzyków, zacząłem się na początek wywiadywać o jaką oberżę, gdzieby można żyć dobrze i tanio. Wskazano mi niejakiego Perroteta, który odnajmował stancje z utrzymaniem. Ów Perrotet okazał się najpoczciwszym człowiekiem w świecie, przyjął mnie bardzo dobrze. Wytrząsłem przed nim swoje kłamstewka, tak jak je sobie ułożyłem. Obiecał, że będzie o mnie mówił i że postara się znaleźć mi uczniów; powiedział, iż mogę mu zapłacić dopiero wówczas, gdy sam coś zarobię. Pensja wynosiła pięć talarów; nie było to wiele, ale bardzo wiele dla mnie. Poradził mi, bym się zgodził na początek na pół pensji, która obejmowała na obiad dobrą zupę bez dalszego ciągu, ale za to dostatnią wieczerzę. Przystałem. Dobry Perrotet ofiarował mi wszystkie te usługi najserdeczniej w świecie i nie oszczędzał starań, aby mi być użytecznym.

360

Jak to się dzieje, iż spotkawszy tylu dobrych ludzi w młodości, tak mało znajduję ich w późniejszym wieku? Czyżby rasa ich się wyczerpała? Nie; ale sfera, w której zmuszony jestem szukać ich dziś, nie jest tą, w której znajdowałem ich wówczas. Wśród ludu, gdzie wielkie namiętności odzywają się jedynie z rzadka, naturalne uczucia częściej przychodzą do głosu. W wyższych klasach zduszone są one zupełnie i pod maską uczucia przemawia zawsze jedynie interes lub próżność.

361

Napisałem z Lozanny do ojca; odesłał mi tobołek i dołączył wyborne rady, z których powinienem był lepiej skorzystać. Zaznaczyłem już, iż zdarzały się w moim życiu chwile niepojętego zamroczenia, w których przestawałem być sobą. Oto jeszcze jeden typowy przykład. Aby zrozumieć, jak miałem przewrócone w głowie, do jakiego stopnia byłem niejako „zwenturyzowany”, trzeba się tylko przypatrzeć, ile szaleństw nagromadziłem. Jestem tedy nauczycielem śpiewu, nie umiejąc odczytać z nut jednej melodii. Gdybym nawet skorzystał z sześciu miesięcy spędzonych u Mistrza, nigdy by to nie wystarczyło; prócz tego uczyłem się tam z cudzą pomocą — to dla mnie dość, abym się uczył licho. Występując jako genewski paryżanin i jako katolik w kraju protestanckim, uważałem, iż wraz z religią i ojczyzną należy mi odmienić nazwisko. O ile mogłem, wciąż starałem się zbliżyć do pierwowzoru. On mienił się Venture de Villeneuve, ja zrobiłem anagram z mego nazwiska Rousseau na Vaussore i nazwałem się Vaussore de Villeneuve. Venture posiadał zasady kompozycji, choć nikomu o tym nic wspominał; ja, nie posiadając ich wcale, chwaliłem się przed całym światem tą umiejętnością; niezdolny sklecić najmniejszej melodii, podawałem się za skończonego muzyka. MuzykaTo nie wszystko: przedstawiony panu de Treytorens, profesorowi prawa, który lubił muzykę i urządzał u siebie koncerty, chciałem dać próbkę swego talentu i zacząłem komponować utwór na koncert u niego, tak bezczelnie, jak gdybym miał o tym pojęcie. Miałem wytrwałość parania się przez dwa tygodnie z tym pięknym dziełem, skopiowałem je na czysto, rozpisałem partie i rozdałem je z taką pewnością, jak gdyby to było arcydzieło harmonii. Wreszcie — rzecz trudna do wiary, a jednak prawdziwa — aby godnie uwieńczyć tę wyniosłą produkcję, umieściłem w niej na końcu menuecik, który obiegał wówczas ulice i który może wszyscy przypomną sobie jeszcze po tych tak znanych słowach:

Quel caprice!

Quelle injustice!

Quoi! ta Clarisse

Trahirait tes feux![239] etc.[240]

362

Venture nauczył mnie tej melodii z akompaniamentem i z plugawą trawestacją, dzięki której zachowałem ją w pamięci. Umieściłem tedy na końcu utworu ten menuet i akompaniament, usuwając słowa i podając go za własną kompozycję z takim tupetem, jak gdybym miał do czynienia z mieszkańcami księżyca.

363

Schodzą się tedy wszyscy, aby wykonać mój utwór. Tłumaczę każdemu rytmikę, sposób wykonania, prowadzenie głosów; krzątam się jak mogę. Strojenie instrumentów trwa pięć czy sześć minut, które były dla mnie sześcioma wiekami. Wreszcie wszystko gotowe, uderzam rulonem papieru o pulpit na znak rozpoczęcia. Robi się cisza. Poważnie daję takt batutą, zaczynają… Nie, odkąd istnieją na świecie opery francuskie, w życiu nie słyszał nikt podobnego harmideru. Cokolwiek by ktoś mógł myśleć o mym rzekomym talencie, efekt przeszedł oczekiwanie. Grajkowie dusili się od śmiechu, słuchacze otwierali szeroko oczy; zatkaliby chętnie w zamian uszy, ale nie było sposobu. Nielitościwi symfoniści, chcąc sobie uczynić zabawę, rżnęli tak swoje partie, iż mogli przyprawić o pęknięcie błonę bębenkową grubości podeszwy. Miałem odwagę dyrygować bez przerwy dalej, pocąc się co prawda wielkimi kroplami, ale, powstrzymywany wstydem, nie śmiejąc rzucić wszystkiego i uciec, gdzie pieprz rośnie. Na pociechę słyszałem dokoła, jak słuchacze powtarzali sobie, a raczej mnie do ucha: „Toć to czyste błazeństwo!” albo: „Cóż za opętana muzyka!”, inny: „Cóż za sabat piekielny!”. Biedny Janie Jakubie! W tym okrutnym momencie nie spodziewałeś się pewnie, iż pewnego dnia, wobec króla Francji i całego dworu, tony twoje wywołają szmer zdumienia i oklask zachwytu i że we wszystkich lożach urocze kobiety będą szeptały półgłosem: „Cóż za czarowne dźwięki! Co za boska muzyka! Jak te melodie wnikają do serca!”

364

Ale co wprawiło wszystkich w doskonały humor, to menuet. Ledwie zaczęto pierwsze takty, usłyszałem ze wszystkich stron wybuchy śmiechu. Wszyscy winszowali mi gustu; zapewniano, iż ten menuet rozsławi me imię i że godzien jest, by go wszędzie śpiewano. Nie potrzebuję chyba malować swej męki i dodawać, iż sumiennie na nią zasłużyłem.

365

Nazajutrz jeden z symfonistów nazwiskiem Lutold przyszedł mnie odwiedzić i był tyle poczciwy, iż nie winszował mi przynajmniej sukcesu. TajemnicaPoczucie mego szaleństwa, wstyd, żal, rozpacz z powodu położenia, do jakiego się doprowadziłem, niemożność stłumienia głosu serca w chwilach ciężkiej próby, wszystko to sprawiło, iż otworzyłem mu duszę; dałem folgę łzom i miast zadowolić się wyznaniem nieuctwa, powiedziałem mu wszystko, prosząc o sekret, który mi przyrzekł i którego dochował tak, jak można się spodziewać. Tego samego dnia cała Lozanna wiedziała, kim jestem; ale co szczególne, nikt tego mi nie okazał, nawet poczciwy Perrotet, który mimo wszystko nie przestał mnie darzyć dachem i posiłkiem.

366

Żyłem tedy, ale bardzo smutnie. Taki początek kariery nie uczynił mi pobytu w Lozannie zbyt przyjemnym. Uczniowie nie cisnęli się tłumnie, uczennicy ani jednej, a nikogo z miasta. Miałem wszystkiego dwóch czy trzech tępych Szwabów, których niezdarstwo dorównywało memu nieuctwu i którzy w moich rękach nie wyrośli na wielkich znawców sztuki wokalnej. Wezwano mnie do jednego domu, gdzie panna, mała żmijka, zrobiła sobie uciechę, znosząc całe mnóstwo partycji[241], z których nie umiałem odczytać ani nuty, później zaś miała złośliwość odśpiewania tego wszelkiego przed „panem nauczycielem”, aby mu pokazać, jak się to robi. Tak dalece nie byłem zdolny czytać a vista[242], że w owym wspaniałym koncercie, który opisałem, nie umiałem ani przez chwilę podążać za wykonaniem, bodaj na tyle, aby zdać sobie sprawę, czy w istocie grano to, co miałem przed oczyma i co sam napisałem.

367

Wśród tylu upokorzeń czerpałem bardzo słodką pociechę w wiadomościach, które otrzymywałem od czasu do czasu od dwóch uroczych przyjaciółek. Zawsze stwierdzałem, że płeć niewieścia ma wielką umiejętność pocieszania; toteż nic tak nie łagodzi mych strapień w przeciwnościach losu, jak czuć, że jakaś luba istota bierze w nich udział. Prawda, iż korespondencja urwała się niebawem i już się nie nawiązała: ale to z mojej winy. Zmieniając miejsce pobytu, napomniałem podać adres, a niebawem, zmuszony okolicznościami do myślenia wciąż o sobie samym, zapomniałem o nich zupełnie.

368

Długo już nie mówiłem słowa o mej najlepszej mamusi; ale kto by mniemał, iż zapomniałem o niej, myliłby się bardzo. Nie przestałem o niej myśleć, pragnąłem ją odszukać, nie tylko dla potrzeb egzystencji, ale daleko więcej dla potrzeby serca. Przywiązanie do niej, mimo iż tak żywe i serdeczne, nie przeszkadzało mi kochać się w innych; ale było to inaczej. Niewątpliwie i ona, i te inne zawdzięczały pierwotnie mą czułość swym powabom; ale u innych rzeczy te były ściśle z sobą związane i miłość nie przetrwałaby straty wdzięków, gdy mamusia mogłaby się zestarzeć i zbrzydnąć, nie tracąc nic z mego przywiązania. Hołd, zrazu oddany urodzie, serce moje przelało w całej pełni na jej osobę i mimo wszelkich przeobrażeń, byleby to zawsze była ona, uczucia moje nie mogły się zmienić. Wiem, że byłem jej winien wdzięczność; ale, doprawdy, nawet nie myślałem o tym. Czyby coś uczyniła dla mnie, czy nie, w niczym nic zmieniłoby to istoty rzeczy. Kochałem ją nie z obowiązku ani z interesu, ani z przywiązania; kochałem, bo byłem stworzony, aby ją kochać. Kiedy zdarzyło mi się zakochać w innej, rozpraszało mnie to nieco, przyznaję, i myślałem wówczas o niej mniej często; ale myślałem z tą samą przyjemnością i nigdy, czy byłem zakochany, czy nie, nie zdarzyło mi się wspomnieć o mamusi, abym natychmiast nie uczuł, że nie może być dla mnie prawdziwego szczęścia, o ile będę z dala od niej.

369

Mimo iż nie miałem o niej wiadomości od tak dawna, ani na chwilę nie wierzyłem, abym miał zupełnie ją postradać, ani żeby ona mogła o mnie zapomnieć. Powiadałem sobie: „Prędzej czy później dowie się o mej włóczędze i da mi jakiś znak życia; odnajdę ją, pewien jestem”. W oczekiwaniu słodko mi było przebywać w kraju, który był jej krajem, chodzić po ulicach, po których ona chodziła, koło domów, w których ona mieszkała; a wszystko na podstawie przypuszczeń, jednym bowiem z mych niedorzecznych dziwactw było to, iż nie śmiałem się nigdy dowiadywać o nią ani też wymawiać jej imienia bez absolutnej konieczności. Zdawało mi się, że wymawiając jej imię, obnażam wszystkie uczucia, które ona budzi we mnie, że usta moje odsłaniają tajemnicę mego serca i że narażam, do pewnego stopnia, ją samą. Sądzę nawet, że mieszała się z tym i pewna obawa, aby ktoś nie rzekł o niej czegoś złego. Mówiono dużo o jej postępku[243], a trochę i o sposobie życia. Z obawy, by nie powiedziano czegoś, czego bym nie chciał słyszeć, wolałem, aby nie mówiono mi o niej wcale.

370

Ponieważ uczniowie nie zabierali mi zbyt wiele czasu, rodzinne zaś miasto mamusi odległe było tylko o cztery mile od Lozanny, zrobiłem tam wycieczkę na parę dni, podczas których nie opuszczało mnie ani na chwilę najsłodsze wzruszenie. Widok genewskiego jeziora i jego wspaniałych wybrzeży miał zawsze w moich oczach szczególny urok, którego nie umiałbym wytłumaczyć i który nie wypływa jedynie z piękności krajobrazu, ale z czegoś tkwiącego głębiej, co mnie przejmuje i rozczula. Za każdym razem kiedy zbliżam się do Vaud, doznaję jakiegoś złożonego uczucia: wchodzi w nie wspomnienie pani de Warens, która się tam urodziła, ojca mego, który tam żył, panny de Vulson, która posiadła tam pierwociny mego serca, różnych uroczych wycieczek, które odbyłem w dzieciństwie i, zdaje mi się, jakaś inna przyczyna, tajemniejsza jeszcze i silniejsza. Kiedy żarliwa tęsknota za tym szczęściem i słodkim życiem, które mi ucieka, a do którego byłem zrodzony, rozpłomieni mą wyobraźnię, zawsze wówczas zatrzymuję się w Vaud nad jeziorem, w tych uroczych wioskach. Trzeba mi koniecznie sadu nad jeziorem, nie gdzie indziej, trzeba mi dobrego, pewnego przyjaciela, miłej kobiety, własnej krówki, małego czółenka. Nie zaznam prawdziwego szczęścia, póki nie będę miał tego wszystkiego. Śmiać się muszę z naiwności, z jaką wiele razy puszczałem się w te okolice po to jedynie, by szukać w nich tego urojonego szczęścia. Zawsze byłem zdziwiony, znajdując wśród mieszkańców, zwłaszcza wśród kobiet, zupełnie inny typ niż ten, którego szukałem. Jakże często raził mnie ten dysonans! Ziemia i ludzie, którzy tam mieszkają, nigdy nie wydawali mi się stworzeni dla się wzajem.

371

W czasie tej podróży do Vevay[244], wędrując pięknym wybrzeżem, poddawałem się najsłodszej melancholii. Serce moje wybiegało z zapałem po tysiąc niewinnych rozkoszy. Rozrzewniałem się, wzdychałem i płakałem jak dziecko. Ileż razy, zatrzymawszy się, aby się wypłakać do woli, siedząc na dużym kamieniu, przyglądałem się, jak moje łzy kapały do wody!

372

W czasie dwóch dni, które spędziłem w Vevay, nie widując nikogo, nabrałem dla tego miasta uczucia miłości, które nie opuszczało mnie nigdy w moich wędrówkach i które tam mi kazało wreszcie umieścić bohaterów mego romansu[245]. Rad byłbym powiedzieć wszystkim, którzy umieją czuć i patrzeć: „Idźcie do Vevay, zwiedźcie kraj, przebiegnijcie okolice, przejedźcie się po jeziorze i powiedzcie, czy natura nie stworzyła tych uroczych stron dla takiej Julii, dla takiej Klary i dla takiego Saint-Preux, ale nie szukajcie tam ich samych!”. Wracam do opowieści.

373

Ponieważ byłem katolikiem i podawałem się za takiego, dopełniałem bez tajemnicy i bez skrupułu obrządków mego przybranego wyznania. W niedzielę, gdy czas był ładny, chodziłem na mszę do Assens, o dwie mile od Lozanny. Odbywałem zwykle tę drogę w towarzystwie innych katolików, zwłaszcza pewnego paryskiego hafciarza, którego nazwiska zapomniałem. A nie był to paryżanin taki jak ja, ale prawdziwy paryżanin z Paryża, arcyparyżanin z bożej łaski, przy tym najpoczciwszy człowiek w świecie. Kochał swoje rodzinne miasto tak, iż nigdy nie pozwolił sobie wątpić, że ja zeń pochodzę, z obawy utracenia sposobności do rozmowy o nim. Pan de Crouzas, zastępca gubernatora, miał ogrodnika również z Paryża, ale ten był mniej wyrozumiały i uważał za zniewagę dla chwały swego miasta, gdy ktoś ważył się podawać za jego mieszkańca, nie mając tego zaszczytu. Zadawał mi pytania z miną człowieka pewnego, iż mnie na czymś wyłapie, a potem uśmiechał się złośliwie. Zapytał mnie raz, co znajduje się godnego uwagi na Nowym Targu. Zrejterowałem naturalnie, jak można sobie wyobrazić. Przeżywszy dwadzieścia lat w Paryżu, teraz muszę chyba znać to miasto; mimo to, gdyby mi kto dziś zadał podobne pytanie, odpowiedź na nie byłaby mi równie kłopotliwa; z tego zakłopotania mógłby ktoś tak samo wnosić, że nigdy nie byłem w Paryżu. Do tego stopnia, nawet kiedy człowiek spotka się z prawdą, z łatwością buduje sądy na złudnych podstawach.

374

Nie umiałbym ściśle powiedzieć, jak długo zostałem w Lozannie. Nie mam z tego miasta żadnych ważnych wspomnień. Wiem tylko, że nie mając z czego żyć, udałem się do Neufchâtel, gdzie spędziłem zimę. W tym mieście powiodło mi się lepiej; znalazłem uczniów i zapracowałem tyle, że mogłem się uiścić z długu memu zacnemu przyjacielowi, panu Perrotet, który wiernie odesłał mi tobołek, mimo iż winien mu byłem sporo.

375

Nieznacznie, nauczając muzyki, sam się jej poduczyłem. Życie płynęło mi dość przyjemnie; rozsądny człowiek byłby się nim zadowolił; ale moje niespokojne serce domagało się czego innego. W niedzielę i w dnie, w które byłem wolny, wałęsałem się po wsiach i okolicznych lasach, wciąż błądząc, marząc, wzdychając; a kiedy raz wydostałem się z miasta, nie wracałem aż wieczór. Jednego dnia, w Bondry, wstąpiłem na obiad do jakiejś karczemki. Ujrzałem tam mężczyznę z wielką brodą, w fioletowej szacie greckiego kroju, w fantazyjnej czapce, ze stroju i z miny wyglądającego dość godnie. Przybysz ów zaledwie mógł się porozumieć, mówił bowiem szwargotem prawie niepodobnym do schwycenia uchem, ale bardziej zbliżonym do włoskiego niż do jakiegokolwiek innego języka. Rozumiałem prawie wszystko, ale tylko ja jeden; z gospodarzem i miejscowymi ludźmi porozumiewał się jedynie na migi. Rzekłem po włosku kilka słów, które zrozumiał doskonale; wstał i zbliżył się do mnie, by mnie uściskać z zapałem. Wkrótce przypieczętowaliśmy znajomość i od tej chwili służyłem mu za tłumacza. Obiad, przy którym siedział, był smaczny i obfity; mój — więcej niż skromny. Zaprosił mnie, czego nie dałem sobie dwa razy powtarzać. Pijąc i gwarząc, zbliżyliśmy się jeszcze bardziej; pod koniec obiadu byliśmy już nierozłączni. Opowiedział mi, że jest prałatem greckim i jerozolimskim archimandrytą[246] i że podjął się zbierać po Europie składkę na odrestaurowanie Grobu Zbawiciela. Pokazał mi patenty[247] carycy i cesarza; miał je także i od innych panujących. Był dość rad z tego, co zebrał dotąd, ale wedle tego, co mówił, spotkał się z nadzwyczajnymi trudnościami w Niemczech, nie rozumiejąc ani słowa po niemiecku, po francusku i po łacinie, skazany na język turecki, grecki i lingua franca[248] za cały ratunek; co wszystko nie na wiele mu się zdało w tym kraju. Zaproponował mi, bym mu towarzyszył jako sekretarz i tłumacz. Mimo świeżo nabytego fioletowego ubranka, które dość harmonizowało z mą nową pozycją, wyglądałem tak niepokaźnie, iż liczył snadź, że bez trudności przyjdzie mu mnie pozyskać, w czym zresztą się nie omylił. Łatwo dobiliśmy targu: ja nie żądałem nic, on przyrzekał wiele. Bez poręki, bez rękojmi, bez znajomości, oddałem się w jego ręce i oto z dnia na dzień puszczam się na wędrówkę do Jerozolimy.

376

Zaczęliśmy kwestę od kantonu fryburskiego, gdzie mój prałat utargował niezbyt wiele. Godność biskupa nie pozwalała puszczać się na żebraninę i kwestować u osób prywatnych; ale przedłożyliśmy pełnomocnictwa senatowi, który ofiarował niedużą sumkę. Stamtąd udaliśmy się do Berna. Stanęliśmy w oberży „Pod Sokołem”, wówczas dobrej gospodzie, gdy schodziło się lepsze towarzystwo. Stół był liczny i dobrze zaopatrzony. Od dawna już z jadłem moim było nader krucho, bardzo trzeba mi było skrzepić się pod tym względem; nadarzyła się sposobność, korzystałem z niej. Jego wielebność archimandryta był to człek dość światowy, lubiący swobodną pogawędkę przy stole, wesoły, dowcipny (dla tych, którzy go rozumieli), nie bez wykształcenia i wcale przyjemnie zaprawiający rozmowę swą grecką erudycją. Jednego dnia, rozłupując przy wetach[249] orzechy, zaciął się w palec; krew popłynęła obficie, on zaś pokazał palec kompanii i rzekł ze śmiechem: Mirate, signori, questo e sangue Pelasgo[250].

377

W Bernie usługi moje nie były mu wcale zbyteczne i wywiązałem się z nich nie tak źle, jak się obawiałem. Czułem się o wiele śmielszy i wymowniejszy, niżbym nim umiał być dla samego siebie. Sprawa nie odbyła się tak gładko jak we Fryburgu; trzeba było długich i częstych konferencji z naczelnikami rządu, a sprawdzanie tytułu archimandryty też nie dało się ubić w jednym dniu. W końcu, znalazłszy wszystko w porządku, dopuszczono prałata do audiencji w senacie. Wszedłem z nim jako tłumacz; polecono mi mówić. Była to ostatnia rzecz, której się spodziewałem. Nie przyszło mi na myśl, iż po tak długich naradach z poszczególnymi członkami trzeba będzie zwracać się znowu do „ciała”, tak jakby nic nie było powiedziane. Można sobie wyobrazić moje zakłopotanie! Dla człowieka tak nieśmiałego przemawiać nie tylko publicznie, ale wobec senatu miasta Berna, i to z miejsca, nie mając ani minuty na przygotowanie — to chyba dość, by mnie unicestwić. Tymczasem nawet się nie zmieszałem. Wyłożyłem treściwie i jasno uprawę archimandryty. Pochwaliłem pobożność monarchów, którzy przyczynili się do składki. Pobudzając ich ekscelencje do szlachetnej emulacji[251], rzekłem, iż zwykła ich wspaniałomyślność pozwala i w nich nie mniejsze pokładać nadzieje; następnie wywiódłszy, iż to szlachetne dzieło równie drogim być winno wszystkim chrześcijanom bez różnicy obrządku, zakończyłem obietnicą błogosławieństwa niebios tym, którzy zechcą dać swój grosik. Nie powiem, aby mój wywód wywarł silne wrażenie, ale zrobił swoje i z końcem audiencji archimandryta otrzymał dość pokaźny prezencik, a zarazem sporo komplementów dla talentów jego sekretarza, komplementów, których miałem przyjemność być tłumaczem, nie śmiejąc ich wszakże przytoczyć w dosłownym brzmieniu. Oto jedyny raz w życiu przemawiałem publicznie i przed najwyższą władzą i jedyny raz może mówiłem dobrze i śmiało. Co za różnice w charakterze jednego i tego samego człowieka! Przed trzema laty, wybrawszy się do Yverdun, do mego starego przyjaciela Roguin, musiałem przyjąć deputację[252], która przybyła podziękować za parę książek ofiarowanych bibliotece tego miasta. Szwajcarzy są wielcy oratorzy, toteż panowie ci wypalili do mnie orację. Czułem się w obowiązku odpowiedzieć; ale poplątałem się tak i w głowie mi się tak zmąciło, że utknąłem w połowie i naraziłem się tylko na drwiny. Mimo iż lękliwy z natury, bywałem niekiedy śmiały w młodości, nigdy w późniejszym wieku. Im dłużej żyłem na świecie, tym trudniej mi było dostroić się do jego tonu.

378

Opuściwszy Berno, udaliśmy się do Solury; zamiarem archimandryty było skierować się znów ku Niemcom i wrócić przez Węgry i Polskę, co stanowiło olbrzymią drogę; ale ponieważ w drodze sakwy raczej pęczniały niż się wypróżniały, nie obawiał się zbytnio tego okrążenia. Co do mnie, który podróż konną lubiłem tak samo jak pieszą, nie miałbym nic przeciw temu, aby podróżować tym kształtem całe życie. Ale było pisane, że nie zawędruję tak daleko.

379

Pierwszą rzeczą, jaką uczyniliśmy przybywszy do Solury, było pokłonić się ambasadorowi francuskiemu. Nieszczęściem dla biskupa, stanowisko ambasadora zajmował margrabia de Bonac, który był w swoim czasie ambasadorem u Porty[253] i który tym samym musiał być dobrze poinformowany o wszystkim, co tyczyło Świętego Grobu. Archimandryta otrzymał audiencję trwającą blisko kwadrans, ponieważ ambasador rozumiał lingua franca, a po włosku mówił co najmniej równie dobrze jak ja. Skoro Grek wyszedł, chciałem iść za nim; zatrzymano mnie i wzięto z kolei na spytki. Ponieważ podałem się za paryżanina, podpadałem jako taki pod jurysdykcję jego ekscelencji. Zapytał, kto jestem, upominając, bym mówił prawdę; co też przyrzekłem, prosząc o osobną audiencję, której mi udzielono. Ambasador zabrał mnie do oddzielnego gabinetu i zamknął drzwi; tam, rzuciwszy mu się do nóg, dotrzymałem słowa. Toż samo byłbym uczynił bez żadnego przyrzeczenia, potrzeba bowiem zwierzania się i wynurzeń należy do właściwości mego charakteru. Skoro mogłem się bez zastrzeżeń wyspowiadać owemu muzykantowi Lutoldowi, nie miałem przyczyny bawić się w sekrety z margrabią de Bonac. Był tak rozbawiony moją historią i mym naiwnym wylaniem[254], że wziął mnie za rękę, zaprowadził do ambasadorowej i przedstawił mnie jej, powtarzając w skróceniu me dzieje. Pani de Bonac przyjęła mnie z dobrocią i rzekła, że nie trzeba mi pozwolić iść z tym mnichem greckim. Postanowiono, że zostanę na razie w pałacu, a później pokaże się, co ze mną począć. Chciałem pożegnać się z biednym archimandrytą, do którego przywiązałem się po trosze — nie pozwolono mi. Posłano doń z wiadomością, że mnie zatrzymano; w kwadrans potem otrzymałem moje zawiniątko. Panu de la Martinière, sekretarzowi ambasady, polecono zaopiekować się mną na razie. Prowadząc mnie do przeznaczonego pokoju, rzekł: „Ten pokój zajmował, za hrabiego de Luc, sławny człowiek tego samego nazwiska co ty. Od ciebie jedynie zależy wstąpić w jego ślady i sprawić, by kiedyś mówiono: »Rousseau pierwszy[255], Rousseau drugi«”. Ta wróżba, której ziszczenia nie spodziewałem się wówczas wcale, byłaby mniej lubo pogłaskała me pragnienia, gdybym mógł przewidzieć, jak drogo przyjdzie mi kiedyś okupić jej spełnienie.

380

Odezwanie się pana de la Martinière obudziło we mnie ciekawość. Przeczytałem dzieła tego, którego pokój zajmowałem i podniecony tym komplementem, mniemając, iż mam zamiłowanie do poezji, skomponowałem jako pierwszą próbę kantatę na cześć pani de Bonac. Ta skłonność okazała się bez głębszych podstaw. Składałem od czasu do czasu dość mierne wiersze. Jest to niezłe ćwiczenie, aby się zaprawić w wykwintnej składni i nauczyć się lepiej pisać prozą, ale nigdy poezja francuska nie przedstawiała dla mnie dość uroku, abym się jej zapragnął poświęcić całkowicie.

381

Pan de la Martinière chciał poznać mój styl i zażądał na piśmie mojej szczegółowej historii, tak jak ją opowiedziałem ambasadorowi. Wypisałem długi list, przechowany, jak się dowiaduję, dotąd u pana de Marianne, który długi czas przebywał przy margrabi de Bonac i był później następcą de la Martinière za ambasady pana de Courteilles. Prosiłem pana de Malesherbes, aby się postarał dla mnie o kopię tego listu. Jeśli ją zdołam wydostać przez niego albo przez kogo innego, znajdzie się w małym archiwum, które ma być dołączone do tych Wyznań.

382

Doświadczenie, którego zaczynałem nabierać, łagodziło po trosze moje romantyczne projekty. Tak na przykład nie tylko nie zakochałem się w pani de Bonac, ale zrozumiałem od razu, iż nie mogę dojść do niczego w domu jej męża. Wobec tego, że miejsce było zajęte przez pana de la Martinière, który miał już następcę w osobie pana de Marianne, jedynym losem, który mógł mnie oczekiwać, byłoby stanowisko jakiegoś podsekretarza, co nie kusiło mnie zbytnio. To było powodem, iż kiedy mnie spytano, co pragnę począć z sobą, objawiłem wielką ochotę dostania się do Paryża. Ambasadorowi spodobał się ten pomysł, który miał bodaj tę zaletę, iż uwalniał go ode mnie. Pan de Merveilleux, tłumacz ambasady, powiedział, że jego przyjaciel Godard, pułkownik Szwajcarów w służbie Francji, szuka kogoś, kogo by mógł umieścić przy swoim siostrzeńcu, młodo rozpoczynającym karierę wojskową: pomyślał tedy, iż mógłbym się nadać. W myśl tego postanowienia, powziętego dość lekko, uchwalono mój wyjazd. Co do mnie, który widziałem w tym perspektywę podróży z Paryżem u kresu, puściłem się w drogę z radością. Dano mi parę listów, sto franków wraz z wieloma zbawiennymi naukami i ruszyłem.

383

Podróż ta zajęła mi dwa tygodnie, które mogę zaliczyć do najszczęśliwszych w życiu. Byłem młody, czułem się zdrów, miałem dość pieniędzy, dużo nadziei, podróżowałem pieszo i sam. Mógłby się czytelnik zdziwić, słysząc, że wymieniam to ostatnie jako dodatnią okoliczność, gdyby nie to, że musiał się już chyba zapoznać z mym usposobieniem. Słodkie chimery dotrzymywały mi towarzystwa, a nigdy w mej rozpłomienionej wyobraźni nie lęgły się one wspanialej! Kiedy mi ktoś ofiarował miejsce w wehikule albo przyczepił się do mnie w drodze, sarkałem, widząc, jak rozsypują się fantastyczne zamki, które budowałem sobie, wędrując samotnie. Tym razem myśli moje miały charakter marsowy[256]. Miałem objąć stanowisko przy osobie wojskowej i sam wstąpić do wojska; ułożono bowiem, że na początek mam zostać kadetem. Już się widziałem w oficerskim mundurze z białym pióropuszem. Serce rosło we mnie pod wpływem tego szlachetnego obrazu. Miałem trochę pojęcia o geometrii i o sztuce fortyfikacyjnej; miałem wuja inżynierem — byłem tedy poniekąd dzieckiem obozu. Krótki wzrok sprawiał niejakie trudności, ale to mnie nie kłopotało; liczyłem, iż zimna krew i nieustraszona odwaga zrównoważą tę drobną ułomność. Czytałem gdzieś, że marszałek Schomberg[257] miał wzrok bardzo krótki; czemuż marszałek Rousseau nie mógłby mieć tego braku? Tak rozpalałem się tymi szaleństwami, że widziałem same wojska, szańce, okopy, baterie i siebie w ogniu i dymie, z lunetą w dłoni, wydającego spokojnie rozkazy. Mimo to, kiedy przechodziłem przez urocze wioski, kiedy widziałem strumienie i gaiki, ten wzruszający widok wyrywał mi westchnienie żalu; czułem, w pełni chwały, że serce me nie jest stworzone do bitewnego zgiełku; w jednej chwili, sam nie wiedząc jak, znów znajdowałem się na łonie mej pasterskiej sielanki, wyrzekając się na zawsze czynów Marsa[258].

384

Jakże doszczętnie pierwszy widok Paryża obalił wszystko, co o nim roiłem! Wspaniałości, które podziwiałem w Turynie, piękność ulic, symetria i uszeregowanie domów kazały mi się spodziewać po Paryżu czegoś o wiele wspanialszego jeszcze. Wyobrażałem sobie miasto równie piękne jak duże, o imponującym kształcie, gdzie spotyka się jeno pyszne ulice, pałace z marmuru i złota. Wchodząc przez przedmieście Saint-Marceau, ujrzałem, przeciwnie, brudne i cuchnące uliczki, brzydkie i czarne domy, niechlujstwo, ubóstwo, żebraków, przekupniów, cerowaczki pończoch, handlarki limonady[259] i starych kapeluszy. Wszystko to uderzyło najpierw moje oczy, a wrażenie było tak silne, że wszystkie prawdziwe wspaniałości, które później widziałem w Paryżu, nie mogły zatrzeć tego wrażenia i na zawsze został mi pewien tajemny wstręt do mieszkania w tej stolicy. Mogę powiedzieć, że cały czas, który spędziłem później w Paryżu, obracałem jedynie na zdobycie środków, które by mi pozwoliły żyć z dala od niego. Taki jest owoc zbyt żywej wyobraźni, która przesadza jeszcze wszelką ludzką przesadę i widzi zawsze więcej, niż ktoś jej powiada. Tak mi wysławiano Paryż, że wyobraziłem go sobie niby dawny Babilon, który, gdybym go mógł widzieć, tak samo by mnie może zawiódł w stosunku do pojęć, jakie sobie o nim wytworzyłem. Toż samo zdarzyło mi się w Operze, gdzie pośpieszyłem zaraz na drugi dzień po przybyciu; toż samo później w Wersalu; toż samo za pierwszym widokiem morza; i zdarzy mi się zawsze, ilekroć przyjdzie mi oglądać rzeczy zbyt zapowiadane; niepodobna bowiem ludziom, a trudno nawet samej naturze, przewyższyć co do bogactwa mą wyobraźnię.

385

Wnosząc ze sposobu, w jaki mnie przyjęto u wszystkich osób, do których miałem listy, sądziłem, iż los mój jest zapewniony. Człowiekiem, któremu najgoręcej mnie polecono, a który najmniej okazał mi przychylności, był pan de Surbeck, wycofany ze służby i pędzący filozoficzny żywot w Bagneux. Odwiedziłem go tam kilkakrotnie, przy czym nie poczęstował mnie nigdy ani szklanką wody. Lepszego doznałem przyjęcia u pani de Merveilleux, bratowej tłumacza, i u jego bratanka, oficera gwardii. Nie tylko matka i syn przyjęli mnie życzliwie, ale zaprosili mnie do swego stołu, z którego nieraz korzystałem w ciągu pobytu w Paryżu. Pani de Merveilleux musiała być niegdyś piękna; miała bujne czarne włosy, zakręcone, starą modą, w różyczki na skroniach. Zostało jej to, co nie przemija z urodą: żywy i bystry umysł. Zdawała się nawzajem smakować w moim i zrobiła, co mogła, aby mi dopomóc; ale nikt jej nie poparł i niebawem rozczarowałem się zupełnie co do zainteresowania, które mi zrazu okazywano. Ale trzeba oddać sprawiedliwość Francuzom: nie silą się oni tak bardzo, jak o nich powiadają, na oświadczenia i obietnice, a jeśli je czynią, to prawie zawsze szczerze; ale mają ów żywy sposób okazywania swego zajęcia, który bardziej łudzi niż słowa. Ciężkie komplementy Szwajcarów mogą zwieść jedynie głupca. Przyjęcie Francuzów jest przez to samo bardziej pociągające, że jest nader proste. Myślelibyście, że oni nie mówią wszystkiego, co chcą dla was uczynić, aby wam sprawić tym milszą niespodziankę. Powiem więcej, nie są wcale fałszywi w swych wylaniach; są z natury uczynni, ludzcy, życzliwi i nawet, mimo wszystko, co o nich mówią, szczersi od innych; ale są lekcy i zmienni. Wierzą w uczucia, które okazują, ale uczucia te odchodzą równie łatwo jak przyszły. Mówiąc z wami, pełni są was niejako — zejdźcie im z oczu, zapomną natychmiast. Nic trwałego w ich sercu, wszystko jest dziełem chwili.

386

Doznałem tedy mnóstwa grzeczności, a mało pomocy. Pułkownik Godard, którego bratankowi mnie przydano, okazał się paskudnym starym skąpcem, który mimo iż nadziany złotem, widząc mnie w ciężkim położeniu, chciał mnie kupić za nic. Pragnął uczynić ze mnie przy swoim siostrzeńcu coś w rodzaju służącego, i to bez zasług! Nieustannie przywiązany do jego osoby, a tym samym wolny od czynnej służby, musiałbym żyć jedynie z nędznej płacy kadeta, to znaczy żołnierza. Ledwie zgodził się sprawić mi mundur; chciał, bym się zadowolił pułkowym. Pani de Merveilleux, oburzona tymi warunkami, sama odradziła mi przyjęcie, syn jej również podzielał to zdanie. Szukano mi czegoś innego; nic nie można było znaleźć. Tymczasem zaczęło być koło mnie kuso. Sto franków, z których już opędziłem podróż, nie mogły mnie zaprowadzić daleko. Szczęściem otrzymałem od ambasadora jeszcze małą przesyłkę, która mnie bardzo wspomogła. Sądzę, że i nadal nie byłby mnie opuścił, gdybym miał więcej cierpliwości; ale czekać, znosić, prosić to były dla mnie rzeczy niemożliwe. Zraziłem się, przestałem się pokazywać i wszystko się urwało. Nie zapomniałem mej drogiej mamusi. Ale jak ją znaleźć? Gdzie szukać? Pani de Merveilleux, która znała moje dzieje, pomagała mi w poszukiwaniach; długo bez skutku. Wreszcie, powiadomiła mnie, iż pani de Warens opuściła miasto przed dwoma z górą miesiącami, ale nie wiadomo, czy się udała do Sabaudii czy do Turynu; wiele osób twierdziło, iż wróciła do Szwajcarii. Nie trzeba było więcej, bym się puścił w jej ślady, w tej nadziei, iż gdziekolwiek bawi, łatwiej mi ją będzie odnaleźć na prowincji niż w Paryżu.

387

Nim opuściłem miasto, dałem upust świeżo obudzonej wenie poetyckiej w epistole do pułkownika Godard, w której osmarowałem go jak umiałem. Pokazałem te bazgroty pani de Merveilleux, która, miast je osądzić, jak należało, uśmiała się serdecznie z mych sarkazmów; toż samo syn, który jak mniemam, nie lubił pana Godard — trzeba przyznać, że nie był przyjemny. Ogarnęła mnie pokusa, by mu posłać owe wiersze; oboje podsycali mnie w tej myśli. Zwinąłem je w pakiecik, zaadresowałem, a że wówczas nie było jeszcze w Paryżu miejskiej poczty, włożyłem do kieszeni i wysłałem po drodze z Auxerre. Śmieję się jeszcze czasem, gdy sobie wyobrażę, jaką minę musiał robić, czytając ten panegiryk, gdzie był odmalowany do najdrobniejszego rysu. Zaczynał się tak:

Więceś[260] ty, stary kutwo[261], myślał, że się skuszę,

By twojego bratanka torturować duszę?

388

Ten drobny utwór, licho napisany, ale nie pozbawiony soli i zdradzający pewien talent do satyry, był wszelako jedynym pismem satyrycznym, które wyszło spod mego pióra. Posiadam serce zbyt obce nienawiści, aby robić użytek z podobnego talentu; ale, o ile mi się zdaje, z niektórych utworów polemicznych, które zmuszony byłem pisać od czasu do czasu w swej obronie, można wnosić, że, gdybym był bardziej wojowniczej natury, wrogowie moi rzadko mieliby śmieszków po swojej stronie.

389

Ze wszystkich szczegółów zagubionych w mej pamięci rzeczą, której żałuję najbardziej, jest to, że nie prowadziłem dziennika podróży. Nigdy tyle nie myślałem, nie czułem, nie żyłem, nie byłem tak sobą, jeśli można się tak wyrazić, jak w czasie tych wędrówek, które odbywałem sam i pieszo. Chodzenie ma w sobie coś, co pobudza i ożywia mą myśl; nie jestem prawie zdolny myśleć, kiedy siedzę w miejscu; trzeba, by ciało było w ruchu, aby pobudzić mój umysł. Widok wsi, urocze krajobrazy, świeże powietrze, dobry apetyt, zdrowie, które wdycham w siebie w takiej pieszej wędrówce, swobodne popasy, oddalenie od wszystkiego, co daje mi uczuć zależność, co mi przywodzi na pamięć moje położenie — wszystko to wyzwala mą duszę, daje większą śmiałość myśli, rzuca mnie niejako w nieskończoność bytów, aby je kombinować, wybierać, brać w siebie wedle woli, bez troski i obawy. Rozrządzam wówczas jak władca całą przyrodą. Serce, błądząc z przedmiotu na przedmiot, łączy się, zespala z tymi, które są mu miłe, otacza się czarownymi obrazami, upaja rozkoszą czucia. Jeżeli dla utrwalenia ich przyjdzie mi ochota zabawić się notowaniem ich w duszy, jakąż daję im siłę pędzla, jakąż świeżość kolorytu, energię wyrazu! Wszystko to, powiadają, przejawia się w mych dziełach, jakkolwiek pisanych na schyłku lat. Ach, gdyby kto mógł znać dzieła pierwszej młodości, te, które były poczęte w czasie mych podróży, te, które tworzyłem, a których nie spisałem nigdy!… Czemuż, powiecie, było nie pisać ich? A po co? odpowiem. Po co ujmować sobie uroku doraźnej rozkoszy, by opowiedzieć drugim, że jej doznałem? Co mnie obchodzili czytelnicy, publiczność, ziemia cała, gdy duszą szybowałem w niebie? Zresztą, czyż miałem z sobą papier, pióra? Gdybym myślał o tym wszystkim, nic by mi nie przyszło do głowy. Nie przewidywałem z góry, że będę miał natchnienie; spływa, kiedy jemu się podoba, a nie kiedy ja bym pragnął. Myśli albo nie przychodzą wcale, albo przychodzą tłumnie, przygniatają mnie mnogością i siłą. Dziesięć tomów na dzień nie byłoby mi starczyło. Skąd wziąć czas do napisania ich? Przybywając na popas, myślałem jedynie o tym, by się krzepić dobrym obiadem. Ruszając w drogę — tylko o tym, aby dobrze maszerować. Czułem, że nowe raje czekają mnie u bramy. Myślałem tylko o tym, aby się do nich dostać.

390

Nigdy nie czułem tego tak, jak w owej powrotnej drodze. Wędrując do Paryża, ograniczałem się w myśli do mych przyszłych planów. Rzuciłem się w karierę, której miałem się poświęcić i przebiegłem ją dość chlubnie; ale kariera owa nie była tą, do której serce mnie ciągnęło; rzeczywistość zawadzała wyobraźni. Pułkownik Godard i jego bratanek zbyt mało nadawali się do kompanii takiego jak ja bohatera. Dzięki niebu, byłem teraz wolny od wszystkich przeszkód, mogłem zanurzyć się do syta w krainę chimer, bo jedynie to zostało przede mną. Toteż zagłębiłem się w niej tak skutecznie, iż niejednokrotnie dosłownie zgubiłem się w drodze. Byłbym zresztą bardzo nierad trzymał się jej zbyt ściśle, czując bowiem, że w Lyonie będę musiał znaleźć się na ziemi, byłbym wolał tam nigdy nie dotrzeć.

391

Jednego dnia, między innymi, zboczywszy umyślnie z drogi, aby obejrzeć z bliska jakąś okolicę, która wydała mi się cudowna, upodobałem sobie w niej tak bardzo i tak długo krążyłem po niej w rozmaitych kierunkach, aż zabłądziłem na dobre. Po kilku godzinach daremnej wędrówki, zmęczony i konający z głodu i pragnienia, wszedłem do domku jakiegoś wieśniaka. Chałupa nie przedstawiała się zbyt okazale, ale była to jedyna, jaką widziałem w okolicy. Mniemałem, że jest tu tak jak w Genewie albo Szwajcarii[262], gdzie wszyscy mieszkańcy mają się nieźle i w danym razie nie są w zbytnim kłopocie, gdy trzeba ugościć przybysza. Poprosiłem go, aby za wynagrodzeniem przyrządził mi jakiś obiad. Ofiarował kubek kwaśnego mleka i kromkę jęczmiennego chleba, powiadając, że to wszystko, co posiada. Wypiłem mleko z rozkoszą i zjadłem chleb ze słomą, z otrębami, ze wszystkim; ale nie było to zbyt świetne pokrzepienie dla człowieka upadającego ze znużenia. Chłopek, który mi się przyglądał tymczasem, ocenił szczerość mych intencji ze szczerego apetytu. Oświadczywszy tedy, iż widzi[263], że jestem porządny chłopak, który nie ma zamiaru go podejść, otworzył skrytkę przy kuchni, spuścił się do niej i wrócił za chwilę z pięknym bochenkiem pszennego chleba, z nader apetyczną szynką i z buteleczką wina, której fizjonomia, bardziej niż wszystko inne, rozweseliła mi serce; do tego dołączył się omlecik uczciwej konsystencji. Słowem, obiad, jakiego nikt, kto nie podróżował pieszo, nie zaznał w życiu. Kiedy przyszło do płacenia, na nowo chwyta go obawa i niepokój; nie chce przyjąć pieniędzy, odpycha je z pomieszaniem. A najzabawniejsze było, że zupełnie nie mogłem się domyślić, czego on się tak obawia. Wreszcie, wymówił ze drżeniem miano komisarzy i poborców. Dał mi do zrozumienia, że z obawy przed ich drapieżnością ukrywa tak starannie swój dobytek i że byłby zgubiony, gdyby ktoś mógł podejrzewać, że nie umiera z głodu! To, co mi powiedział w tym przedmiocie, a o czym nie miałem najmniejszego pojęcia, zrobiło na mnie wrażenie, które nigdy się nie zatrze. To był zarodek nieugaszonej nienawiści, jaka rozwinęła się później w mym sercu przeciw męczarniom nieszczęśliwego ludu i przeciw jego ciemięzcom. Ten człowiek, mimo iż wcale dostatni, nie śmiał jeść chleba, który zdobył w pocie czoła! Ratował się od ruiny, przybierając niejako pozór nędzy, która panowała wkoło niego. Opuściłem chatę oburzony i rozczulony zarazem, bolejąc nad losem pięknego kraju, który natura obsypała darami jedynie po to, by się stały łupem barbarzyńskich publikanów[264].

392

Oto jedyne wyraźne wspomnienie z tego, co mi się zdarzyło w drodze. Przypominam sobie jeszcze tylko to, iż zbliżając się do Lyonu, skusiłem się przedłużyć drogę dla odwiedzenia brzegów Lignon; między romansami bowiem, które pochłaniałem z ojcem, nie brakło i Astrei[265] i ona to najczęściej wracała mi na pamięć. Spytałem o drogę do Forez. Gospodyni, wdawszy się w gawędę, powiedziała, że jest to okolica, gdzie bardzo radzi widzą robotników, obfitująca w kuźnie i słynna z pięknych wyrobów żelaznych. Ta pochwała zgasiła w jednej chwili mą romantyczną ciekawość; nie wydało mi się właściwym iść na poszukiwanie Dian i Sylwandrów wśród kowali. Dobra kobiecina, która zachęcała mnie w ten sposób, wzięła mnie z pewnością za czeladnika ślusarskiego.

393

Nie szedłem do Lyonu zupełnie bez celu. Przybywszy do miasta, wybrałem się najpierw do Chasottes w odwiedziny do panny du Châtelet, przyjaciółki pani de Warens, do której mamusia dała mi nawet list, kiedy puściłem się do Lyonu z mistrzem; była to już tedy stara znajomość. Panna du Châtelet powiedziała mi, że w istocie przyjaciółka jej przejeżdżała przez Lyon, ale nie wiadomo, czy dotarła do Piemontu: wyjeżdżając nawet, sama nie była pewna, czy nie zatrzyma się w Sabaudii. Zaproponowała mi, że jeżeli chcę, może napisać do niej o wiadomości; najlepiej zaś będzie, jeśli zaczekam w Lyonie. Przyjąłem propozycję, ale nie śmiałem wyznać pannie du Châtelet, że pilno mi mieć odpowiedź i że stan mej sakiewki nie pozwala na zbyt długie czekanie. Nie wstrzymała mnie od tego obawa złego przyjęcia; przeciwnie, panna du Châtelet okazała mi wiele serdeczności, traktując mnie na stopie zupełnej równości. To właśnie odebrało mi odwagę, lękałem się z roli miłego znajomego spaść do roli nieszczęśliwego żebraka.

394

Zdaje mi się, że czytam dość jasno w porządku wydarzeń zanotowanych w tej księdze. Wszelako, jeśli się nie mylę, przypominam sobie w tej samej epoce inną podróż do Lyonu, której czasu nie mogę oznaczyć i w ciągu której było koło mnie bardzo kuso. Mała przygoda, dość trudna do opowiedzenia, utrwaliła mi w pamięci ten pobyt. Jednego dnia siedziałem na ławce na Bellecour po bardzo chudej kolacyjce, kiedy człowiek jakiś w czapce siadł koło mnie. Z miny wyglądał na jednego z owych robotników zatrudnionych w przemyśle jedwabnym, których w Lyonie nazywają tafciarzami. Odzywa się do mnie, odpowiadam mu. Pogadaliśmy sobie z kwadrans, kiedy z tą samą zimną krwią i nie zmieniając tonu, człowiek ten proponuje, byśmy się zabawili wspólnie. Czekałem wytłumaczenia, co to ma być za zabawa; ale on, bez żadnych objaśnień, uważał za stosowne pouczyć mnie przykładem. Siedzieliśmy prawie ramię w ramię, a noc nie była dość ciemna, bym mógł nie widzieć, jakiego rodzaju zabawie się oddawał. Nie miał żadnych zamiarów na mą osobę, przynajmniej nic nie zdradzało tej intencji i miejsce nie było po temu; chciał jedynie, jak rzekł, „zabawić się” i żebym ja się zabawił, każdy sobie. To zdawało mu się tak proste, że nawet nie przypuszczał, bym ja mógł patrzeć inaczej na rzeczy. Przerażony tym bezwstydem, nie odpowiadając, zerwałem się i zacząłem uciekać, mając wciąż uczucie, że ten nieszczęśnik goni mnie. Byłem tak pomieszany, że miast skierować się do mej kwatery przez ulicę św. Dominika, pobiegłem wybrzeżem i zatrzymałem się aż za drewnianym mostem, drżąc tak, jak gdybym popełnił zbrodnię. Oddawałem się temu samemu nałogowi — wspomnienie to wyleczyło mnie na długo.

395

W czasie tej podróży miałem przygodę mniej więcej tego samego rodzaju, ale niebezpieczniejszą. Czując, iż gotowizna[266] zbliża się ku końcowi, oszczędzałem jak mogłem szczupłe resztki. Coraz rzadziej zachodziłem na posiłek do oberży, a w końcu przestałem tam jadać zupełnie, znalazłszy jakąś norę, w której za pięć czy sześć soldów mogłem nasycić się tak samo jak tam za dwadzieścia pięć. Nie jadając w domu, wahałem się, czy mogę tam iść spać; nie, iżbym był dużo winien, ale wstyd mi było zajmować pokój, nie dając nic utargować gospodyni. Pora była ładna. Jednego wieczora było tak ciepło, że postanowiłem spędzić noc na placu; ułożyłem się na ławce, kiedy jakiś przechodzący ksiądz, widząc mnie tak spoczywającego, zbliżył się i spytał, czy nie mam noclegu. Wyznałem mu mą sytuację, którą zdawał się wzruszony. Usiadł koło mnie, zaczęliśmy rozmawiać. Mówił przyjemnie; wszystko, co mówił, uprzedziło mnie jak najlepiej. Spostrzegłszy, iż pozyskał moje zaufanie, zwierzył mi się, iż nie posiada zbyt obszernego pomieszczenia, tylko jeden pokój, ale że z pewnością nie pozwoli mi tak spać pod gołym niebem, że zaś za późno jest szukać noclegu, na tę noc ofiaruje mi połowę łóżka. Przyjąłem, rojąc już sobie, że oto znalazłem przyjaciela, który może mi być użyteczny. Idziemy. Pokój szczupły, ale schludny; gospodarz bardzo uprzejmy. Wydobył ze szklanego słoja wiśnie na wódce; zjedliśmy po dwie i położyliśmy się spać.

396

Okazało się, iż ten człowiek miał takie same upodobania jak ów żyd w przytulisku, tylko że nie objawił ich równie brutalnie. Czy że, w obawie iż mogę narobić hałasu, lękał się mego oporu, czy w istocie mniej był gorącego temperamentu, dość że nie ośmielił się czynić otwartych propozycji, tylko starał się mnie wzruszyć łagodniejszymi środkami. Bardziej świadomy rzeczy niż pierwszym razem, zrozumiałem wkrótce jego chęci i zadrżałem. Nie wiedząc, ani w jakim domu, ani w czyich rękach się znajduję, lękałem się, iż w razie gwałtownego sprzeciwu, mogę to przypłacić życiem. Udawałem, że nie rozumiem, czego żąda; ale, okazując wielkie zniecierpliwienie jego pieszczotami i zdecydowany nie ścierpieć dalszego ciągu, opierałem się tak skutecznie, że musiał przestać. Wówczas zacząłem doń przemawiać z całą słodyczą i stanowczością, do jakiej byłem zdolny. Udając, że nic nie podejrzewam, niepokój mój wytłumaczyłem dawniejszą przygodą, którą odmalowałem mu umyślnie w wyrazach tak pełnych grozy i wstrętu, że w nim samym, sądzę, musiałem wywołać obrzydzenie. Wreszcie odstąpił zupełnie od brudnych zamiarów. Spędziliśmy spokojnie resztę nocy; powiedział mi nawet wiele rzeczy bardzo zacnych, bardzo rozsądnych; był to z pewnością człowiek nie bez zalet, mimo że wielki świntuch.

397

Rano księżyk, który nie chciał okazać swego zawodu, wspomniał o śniadaniu i poprosił córkę gospodyni, ładną dziewczynę, aby nam coś przyniosła. Odparła, że nie ma czasu. Zwrócił się do jej siostry — nie raczyła nawet odpowiedzieć. Czekaliśmy ciągle, śniadania ani śladu. Wreszcie przeszliśmy do pokoju panienek. Przywitały księżyka w sposób bardzo mało uprzejmy. Ja jeszcze mniej miałem powodu do zadowolenia z przyjęcia. Starsza, wykręcając się na pięcie, wbiła mi szpiczasty obcas w nogę, właśnie w miejsce, w którym bolesny odcisk zmusił mnie do przecięcia trzewika. Druga usunęła gwałtownie krzesło, na którym miałem właśnie usiąść. Matka, wylewając wodę oknem, skropiła mi po drodze facjatę. Gdziekolwiek się usadowiłem, spędzano mnie pod jakimś pozorem; w życiu nie byłem w podobnych opałach. Widziałem w ich zelżywych i drwiących spojrzeniach tajoną wściekłość, której przyczyny w głupocie swojej nie pojmowałem zgoła. Osłupiały, zdumiony, bliski mniemania, że te kobiety poszalały, zacząłem już lękać się na dobre, kiedy ksiądz, który udawał, że tego wszystkiego nie widzi i nie słyszy, osądziwszy trafnie, iż nie ma już co spodziewać się śniadania, zdecydował się opuścić mieszkanie; pośpieszyłem za nim, rad że wymknąłem się tym trzem furiom. Po drodze zaproponował mi, by wstąpić na śniadanie do kawiarni. Mimo że bardzo głodny, nie przyjąłem ofiary, na którą zresztą i on nie nastawał. Na którejś ulicy rozstaliśmy się; ja zachwycony, iż tracę z oczu wszystko, co mi przypominało to przeklęte domostwo, on, jak sądzę, rad, iż odprowadził mnie dość daleko dla zmylenia śladu. Ponieważ ani w Paryżu, ani w żadnym innym mieście nie trafiło mi się nic podobnego do tych dwóch wydarzeń, zostało mi z nich mało pochlebne wrażenie o mieszkańcach Lyonu i zawsze uważałem to miasto za najbardziej ze wszystkich w Europie podległe ohydnemu zepsuciu.

398

Pamięć smutnych ostateczności, w które popadłem, również nie przyczynia się do uprzyjemnienia wspomnień tego pobytu. Gdybym umiał poczynać sobie tak jak drudzy, gdybym miał talent pożyczania i zadłużania się w oberży, z łatwością dałbym sobie radę; ale odznaczam się równą odrazą jak niezdatnością do tych rzeczy. Aby dać o tym pojęcie, wystarczy powiedzieć, iż mimo niedostatku, w którym spędziłem całe życie, nieraz wprost braku chleba, nie zdarzyło mi się ani razu, by wierzyciel, upomniawszy się o pieniądze, nie był natychmiast zaspokojony. Nigdy nie umiałem lawirować wśród niedoborów i wolałem cierpieć niż być dłużnym.

399

Z pewnością, że można chyba nazwać cierpieniem konieczność spędzenia nocy pod gołym niebem, a to mi się wiele razy trafiło w Lyonie. Tych parę groszy, które mi zostały, wolałem obrócić na chleb niż na nocleg; ostatecznie, mniej groźną była mi śmierć z niedospania niż z głodu. Co dziwne, to że w tym okrutnym stanie nie czułem się niespokojny ani smutny. Nie miałem najmniejszej troski o przyszłość. Odpowiedzi, którą miała otrzymać panna du Châtelet, czekałem, sypiając pod gołym niebem, ułożywszy się na ziemi lub na ławce, równie spokojnie jak na posłaniu z róż. Z rozkoszą po prostu przypominam sobie noc spędzoną za miastem, przy drodze ciągnącej się wzdłuż Rodanu czy Saony, nie pamiętam już bliżej. Terasowate ogrody schodziły łagodnie ku drodze. Było bardzo gorąco tego dnia. Wieczór był uroczy. Rosa zwilżyła przywiędłą trawę; ani śladu wiatru, noc spokojna; powietrze świeże, a nie chłodne; słońce, schowane już za widnokręgiem, zostawiło na niebie czerwone opary, których odblask barwił wodę różowym kolorem; drzewa na tarasach dawały schronienie mnóstwu słowików, które odpowiadały sobie wzajem. Błądziłem po alejach w jakimś upojeniu, poddając zmysły i serce tym słodkim wrażeniom i wzdychając jedynie z żalu, iż muszę się nimi napawać samotny. Pochłonięty słodkim marzeniem, przechadzałem się do późnej nocy, nie zdając sobie sprawy, iż jestem zmęczony. Wreszcie uczułem znużenie. Ułożyłem się rozkosznie na płycie w jakiejś niszy czy framudze w murze podpierającym terasę[267]. Baldachim mego łóżka tworzyły wierzchołki drzew; słowik śpiewał tuż nad mą głową; usnąłem kołysany jego śpiewem. Sen był mi słodki, obudzenie bardziej jeszcze. Był jasny dzień. Oczy moje, otwierając się, ujrzały wodę, zieloność, cudowny krajobraz. Wstałem, otrząsłem się, uczułem głód. Ruszyłem wesoło ku miastu, postanawiając obrócić na dobre śniadanie dwie drobne sztuki srebra, które mi jeszcze zostały. Byłem w tak dobrym humorze, że idąc śpiewałem kantatę Batistiniego[268], pod tytułem Kąpiel w Thomery, którą umiałem na pamięć. Błogosławiony niech będzie Batistini i jego kantata, której zawdzięczam śniadanie lepsze od tego, na które liczyłem i obiad wspanialszy jeszcze, na który nie liczyłem wcale! Tak idąc i wyśpiewując w najlepsze, słyszę za sobą kroki. Obracam się i widzę mnicha, antoniana; szedł za mną i widocznie przysłuchiwał się z przyjemnością. Zbliża się, pozdrawia mnie, pyta, czy jestem muzyk. Odpowiadam: „Trochę”, aby dać do zrozumienia „bardzo”. Wypytuje dalej, opowiadam mu co nieco z mych dziejów. Pyta, czy kopiowałem kiedy nuty. „Często” — odpowiadam. Była to prawda; najlepszym sposobem uczenia się było dla mnie kopiować. „Chodź tedy ze mną — powiedział mi — mogę ci dać zajęcie na kilka dni, w czasie których nie będzie ci zbywało na niczym, byłeś się zgodził nie opuszczać pokoju”. Przystałem chętnie i udałem się za nim.

400

Ów antonian nazywał się Rolichon; lubił muzykę, znał się na niej i śpiewał w małych koncertach, które urządzał z przyjaciółmi. Była to godziwa i przyzwoita zabawa; ale upodobanie to graniczyło u niego z szałem, z którym musiał się po trosze ukrywać. Zaprowadził mnie do pokoiku, gdzie znalazłem mnóstwo nut przepisanych przez niego. Dał mi do przepisywania inne, zwłaszcza kantatę, którą śpiewałem po drodze, a którą on sam miał śpiewać niebawem. Zostałem tam kilka dni, poświęcając kopiowaniu cały czas, który nie był wypełniony jedzeniem; w życiu bowiem nie byłem tak zgłodniały ani tak dobrze karmiony. Przynosił mój posiłek sam z kuchni klasztornej; sądząc po mojej ordynarii[269], musiała być niezgorsza. Jak żyję, nie znajdowałem w jedzeniu takiej rozkoszy; trzeba przyznać, że ta gratka trafiła mi się bardzo w porę i że byłem wyschnięty jak drewno. Pracowałem i jadłem niemal z równym zapałem — a to wiele! Prawda, iż dokładność moja nie była równa pilności. W kilka dni potem Rolichon, którego spotkałem na ulicy, powiedział mi, iż moje partycje uniemożliwiły wykonanie utworu, tyle w nich było błędów, opuszczeń i przestawień. Trzeba przyznać, iż rzemiosło to, które obrałem sobie później za stałe zajęcie, najmniej było dla mnie stosowne. Wprawdzie mam ładny charakter pisma i kopiuję bardzo czysto, ale, kiedy pracuję dłużej, podlegam takim dystrakcjom, że więcej zajmuje mi czasu wyskrobywanie niż pisanie i że jeśli z największą uwagą nie skolacjonuję[270] partii, wykonanie ich staje się niemożliwe. Chcąc zatem rzecz odrobić dobrze, wywiązałem się z niej bardzo źle; pośpiech popsuł wszystko. Mimo to pan Rolichon do samego końca obchodził się ze mną bardzo łaskawie i jeszcze na rozstanie dodał jakiegoś talara, który mi się z pewnością nie należał, ale który zupełnie mnie postawił na nogi. W kilka dni później, otrzymałem wiadomość od mamusi (która znalazła się w Chambéry) wraz z małą sumką i wezwaniem, abym tam pospieszył, co uczyniłem z zapałem. Od tego czasu często bywało u mnie krucho z pieniędzmi, ale nigdy do tego stopnia, abym był zmuszony pościć. Podkreślam tę epokę z sercem pełnym wdzięczności dla Opatrzności. Ostatni to raz zaznałem nędzy i głodu.

401

Zostałem w Lyonie jeszcze jakiś tydzień, czekając na załatwienie poleceń, którymi mamusia obarczyła pannę du Châtelet. W tym czasie odwiedzałem ją częściej niż poprzednio, zawsze gotów z rozkoszą rozmawiać o jej przyjaciółce, a nie będąc już zmuszony ukrywać się z mą rozpaczliwą sytuacją. Panna du Châtelet nie była ani młoda, ani ładna, ale miała pewien urok; była serdeczna i łatwa, a zalety jej umysłu podnosiły wartość tej prostoty. Lubiła obserwować ludzi i zastanawiać się nad ich charakterem; od niej to głównie nabrałem tego upodobania. Lubiła powieści Le Sage'a[271], a zwłaszcza Gil Blasa[272], mówiła mi o tej książce, pożyczyła mi ją, przeczytałem z przyjemnością; ale nie byłem jeszcze dojrzały do tego rodzaju lektury, trzeba mi było romansów z wielkimi namiętnościami. W ten sposób spędzałem czas w towarzystwie panny du Châtelet, z równym pożytkiem jak przyjemnością. To pewna, iż żywa i światła rozmowa rozumnej kobiety bardziej zdolna jest ukształtować duszę młodego człowieka niż cała pedantyczna książkowa filozofia. W klasztorze, gdzie mieszkała, poznałem i inne pensjonariuszki oraz ich przyjaciółki, między innymi czternastoletnią osóbkę, pannę Serre, na którą wówczas nie zwróciłem uwagi, ale którą zaprószyłem sobie serce w osiem czy dziewięć lat potem; i słusznie — była to urocza dziewczyna.

402

Upojony nadzieją oglądania niebawem najlepszej mamusi, dałem nieco wytchnienia mym chimerom. Prawdziwe szczęście, które mnie oczekiwało, tłumiło potrzebę szukania go w złudach wyobraźni. Nie tylko odnalazłem moją mamusię, ale miałem znaleźć przy niej i przez nią przyjemne zatrudnienie; donosiła mi, iż wyszukała zajęcie, co do którego ma nadzieję, że mi się nada, i które nie oddali mnie od niej. Łamałem sobie głowę, co by to mogło być za zajęcie, i w istocie musiałbym chyba zgadnąć, aby trafić w sedno. Miałem dość pieniędzy, aby wygodnie odbyć drogę. Panna du Châtelet radziła mi nająć konia; nie mogłem się na to zdobyć, i słusznie: byłbym stracił przyjemność ostatniej podróży pieszej, którą odbyłem w życiu; bo nie mogę dać tej nazwy wycieczkom, jakie czyniłem często, mieszkając w Motiers.

403

Jest to rzecz bardzo osobliwa, że wyobraźnia moja nastraja się zawsze tym przyjemniej, im mniej przyjemne jest położenie, w którym się znajduję; a przeciwnie, najmniej jest uśmiechnięta, kiedy wszystko śmieje się dokoła mnie. Moja niesforna głowa nie umie być niewolnicą przedmiotów i zdarzeń. Nie umie upiększać — chce tworzyć. Przedmioty realne malują się w niej zaledwie tak, jak są; umie stroić w czary jedynie przedmioty zrodzone z wyobraźni. Kiedy chcę malować wiosnę, muszę mieć dokoła zimę; kiedy chcę opisać piękny krajobraz, muszę być zamknięty w murach. Mówiłem po sto razy, że gdyby mnie kiedy zamknięto w Bastylii, tworzyłbym tam obraz swobody. Wyruszając z Lyonu, widziałem przyszłość w samych przyjemnych barwach: tyleż miałem przyczyn do otuchy i radości, ile powodów do smutku i niepokoju wędrując do Paryża. Mimo to nie snułem w ciągu tej podróży owych rozkosznych marzeń, których zaznałem w poprzedniej drodze. Zbliżałem się z rozczuleniem do najlepszej przyjaciółki, którą miałem zobaczyć niebawem. Napawałem się zawczasu, ale bez upojenia, słodyczą życia w jej pobliżu. Zawsze spodziewałem się tego; było to dla mnie tak, jak gdyby nie zaszło nic nowego. Troszczyłem się o me przyszłe zatrudnienie, tak jakby to była rzecz warta troski. Myśli moje były łagodne i spokojne, a nie anielskie i upojone. Oczy moje widziały otaczające przedmioty; zwracałem uwagę na krajobrazy; uważałem drzewa, domy, strumienie; zastanawiałem się na skrzyżowaniu dróg, bałem się zabłądzić i umiałem się tego chronić. Słowem, nie pływałem już w empirejskim niebie[273]; byłem to tam, gdzie byłem, to tam, dokąd szedłem, nigdy dalej.

404

W opowiadaniu moich podróży trafia mi się to samo, co w nich samych: nie umiem przybyć na miejsce. Serce biło mi z radości, kiedym się zbliżał do drogiej mamusi, a mimo to nie przyspieszałem kroku. Lubię wędrować sobie wedle upodobania i zatrzymywać się, kiedy mi przyjdzie ochota. Życie włóczęgi to najmilsza dla mnie forma życia. Wędrować pieszo w piękną pogodę, piękną okolicą, nie spiesząc się, mając wszelako, jako kres drogi, przedmiot pełen uroku — oto ze wszystkich sposobów życia ten, który najbardziej przypada mi do smaku. Wiadomo już czytelnikowi, co rozumiem pod piękną okolicą. Nigdy krajobraz równy, choćby najpiękniejszy, nie wydaje się piękny w mych oczach. Trzeba mi strumieni, skał, świerków, czarnych lasów, gór, stromych dróg, po których się to wchodzi, to zstępuje, przepaści przyprawiających o drżenie. Miałem tę przyjemność i zakosztowałem jej w całym uroku zbliżając się do Chambéry. Niedaleko góry przeciętej wąwozem, nazwanej Pas-de-l'Echelle, nad gościńcem wykutym w skale, w okolicy zwanej Chailles, biegnie i pieni się w straszliwych czeluściach rzeczka, która chyba tysiące wieków musiała żłobić swoje koryto. Ogrodzono jej brzeg parapetem, aby zapobiec wypadkom; dzięki temu mogłem patrzeć w dno i nabawiać się zawrotu głowy do syta. W zamiłowaniu moim do stromych urwisk szczególne jest to, iż przyprawiają mnie o zawrót; lubię to uczucie, byle w bezpiecznym miejscu. Silnie oparty o parapet, nachylałem się nad przepaścią i trwałem tak godziny całe, oglądając od czasu do czasu tę pianę i tę niebieską wodę, której ryk słyszałem poprzez krzyk kruków i drapieżnych ptaków latających od skały do skały i od gęstwiny do gęstwiny sto sążni nade mną. W okolicach, gdzie spadek był dość równy i zarośla dość rzadkie, by przepuścić kamienie, wyszukiwałem głazy tak wielkie, jak tylko mogłem udźwignąć, znosiłem je na kupę koło parapetu; następnie, ciskając jeden po drugim, rozkoszowałem się, patrząc, jak się toczą, skaczą i fruwają w tysiącznych odłamkach, nim dosięgną dna.

405

Koło Chambéry miałem podobne zjawisko w odwrotnym sensie. Droga przechodzi u stóp najpiękniejszego wodospadu, jaki widziałem w życiu. Góra jest tak podcięta, że woda spada swobodnie, tworząc łuk o takim wygięciu, iż można przejść między kaskadą a skałą, niekiedy bez zmoczenia. Ale jeśli się dobrze nie obliczy, można się zawieść na tym, jak też mnie się stało; spadając bowiem z ogromnej wysokości, woda rozpryskuje się i opada jakby pyłem, i kiedy się nadto zbliżyć do tej chmury, po chwili, ani wiedząc kiedy, nasiąka się wilgocią.

406

Przybywam wreszcie — widzę ją znowu! Nie była sama. Generalny intendent był u niej właśnie, gdy wszedłem do salonu. Bez słowa mamusia bierze mnie za rękę i przedstawia z wdziękiem, który zdobywał jej wszystkie serca: „Oto właśnie on, ów biedny młodzieniec, o którym mówiłam. Jeśli pan raczy użyczyć mu poparcia tak długo, jak długo na nie zasłuży, spokojna o niego jestem do końca życia”. Następnie, zwracając się do mnie, rzekła: „Moje dziecko, oto wchodzisz w służby króla. Podziękuj panu intendentowi za chleb, który ci daje w rękę”. Otwarłem wielkie oczy, nic nie mówiąc, już płynąc na falach wyobraźni. Niewiele brakło, bym, odurzony narkotykiem budzącej się ambicji, nie zaczął z miejsca odgrywać małego intendenta. Los okazał się mniej świetny, niż sobie po tym wstępie roiłem; ale jak na teraz było to dosyć, aby żyć, a to było dla mnie dużo. Oto o co chodziło:

407

Król Wiktor Amadeusz, sądząc z poprzednich wojen i z położenia dawnej dziedziny ojców, zdając sobie sprawę, że prędzej czy później ten kraj wymknie się spod jego berła, myślał jedynie o tym, aby go wycisnąć. Postanowiwszy przed kilku laty obłożyć szlachtę podatkiem, nakazał sporządzenie powszechnego katastru[274] całego kraju, aby gdy przyjdzie do nałożenia kontrybucji[275], móc ją sprawiedliwie rozdzielić. Pracę tę, zaczętą za panowania ojca, dokończono za syna. Dwustu lub trzystu ludzi, tak mierników, których nazywano geometrami, jak skrybów, którzy nosili tytuł sekretarzy, użyto do tej pracy; mnie, dzięki poparciu mamusi, wpisano w liczbę tych ostatnich. Pozycja nie była zbyt intratna, zapewniała jednak w tym kraju dostatnie życie. Ujemną stroną było, że zajęcie było tylko czasowe. Bądź co bądź, pozwalało czekać i rozglądać się za czym innym; toteż przewidująca mamusia starała się pozyskać mi względy intendenta, bym mógł z czasem przejść na jakie trwalsze stanowisko.

408

Objąłem funkcje w niewiele dni po przybyciu. Praca nie była trudna, niebawem włożyłem się do niej. W ten sposób, po kilku latach włóczęgi, szaleństw i niedoli, pierwszy raz od ucieczki z Genewy, zacząłem uczciwie zarabiać na chleb.

409

Te obszerne szczegóły mej młodości wydadzą się zapewne błahe. Bardzo mi przykro, że tak jest; mimo że pod niektórymi względami wcześnie stałem się człowiekiem, pod innymi znowuż długo byłem i jestem jeszcze dzieckiem. Nie przyrzekłem przedstawić czytelnikowi jakichś wielkich kolei; przyrzekłem odmalować się takim, jak jestem. Aby mnie poznać w późniejszym wieku, trzeba mnie dobrze znać w mej młodości. Ponieważ w ogóle przedmioty słabiej odciskają się w mych wrażeniach niż ich wspomnienia, a wszystkie myśli kształtują mi się w obrazach, pierwsze rysy, które wyryły się w mej głowie, pozostały w niej trwale, te zaś, które w dalszym ciągu się w niej wycisnęły, raczej skombinowały się z pierwszymi, niż je zatarły. Istnieje pewne dziedziczenie uczuć i myśli, które wpływa na ich kolejne następstwo i z którego trzeba dobrze sobie zdawać sprawę. Dlatego staraniem mym jest dobrze rozwinąć wszędzie pierwsze przyczyny, aby tym wyraźniej uwydatnić zahaczanie się następstw o siebie. Chciałbym w jakiś sposób uczynić duszę moją przezroczystą dla oczu czytelnika. Dlatego staram mu się ją pokazać ze wszystkich punktów, oświetlić wszelakim światłem, sprawić, by nie było najmniejszego drgnienia, które by dlań zostało niewidzialne, iżby mógł sobie wyrobić własny sąd o pierwiastku będącym ich źródłem.

410

Gdybym wziął gotowy rezultat i powiedział: „Taki jest mój charakter”, czytelnik byłby zdolny mniemać, że mogę łudzić, jeśli nie jego, to samego siebie. Ale gdy mu opowiem po prostu wszystko, co mi się zdarzyło, com działał, myślał, czuł, nie mogę go wprowadzić w błąd, chyba żebym chciał; a nawet mając ten zamiar, niełatwo go urzeczywistnić przy tej metodzie. Rzeczą czytelnika jest zestawić te składniki i określić istotę, na którą się składają. Rezultat winien być jego dziełem; jeśli się omyli, sam będzie odpowiedzialny. Otóż, do tego celu nie wystarczy, by opowiadanie było wierne; trzeba także, aby było dokładne. Nie do mnie należy sądzić o wadze faktów; winienem wymienić wszystkie, innym zostawić troskę o wybór. Oto staranie, do którego przykładałem się dotąd najusilniej i nadal w tym z pewnością nie osłabnę. Ale wspomnienia wieku średniego są zawsze mniej żywe niż pierwszej młodości. W początku mej pracy wyzyskałem je najlepiej, jak mogłem. Jeżeli późniejsze przychodzić mi będą na pamięć z tą samą siłą, mniej cierpliwy czytelnik znudzi się może trochę, ale ja nie będę nierad z mej pracy. Jednej rzeczy tylko się obawiam: nie tego, że mogę powiedzieć za wiele i powiedzieć kłamstwa, ale że mogę powiedzieć nie wszystko i przemilczeć coś z prawdy.

Księga V

411

(1732–1736). Było to, zdaje się, w r. 1733, kiedy przybyłem do Chambéry i zacząłem urzędować w katastrze, w służbie królewskiej. Liczyłem lat przeszło dwadzieścia, blisko dwadzieścia jeden. Umysł miałem, na swój wiek, dość ukształcony, ale rozsądek i znajomość życia nie szły z nim w parze; toteż bardzo potrzebowałem ręki, która by mną pokierowała. Kilka lat doświadczeń nie mogło mnie doszczętnie uleczyć z romantycznych chimer i mimo wszystkich niedoli, jakie wycierpiałem, miałem o świecie i o ludziach tak słabe wyobrażenie, jak gdybym nie opłacił drogo tej nauki.

412

Mieszkałem w domu, to znaczy u mamusi, ale nie odnalazłem dawnego pokoju z Annecy. Przepadły ogrody, strumienie, krajobrazy! Dom, który zajmowała, był smutny i ponury, a mój pokój najbardziej z całego domu. Mur zamiast horyzontu, zaułek miast ulicy, mało powietrza, mało światła, mało przestrzeni, świerszcze, szczury, zgniłe deski — wszystko to nie składało się na zbyt powabne mieszkanie. Ale byłem u niej, przy niej; bez ustanku przy moim biurku albo w jej pokoju, niewiele zwracałem uwagi na szpetotę mieszkania; nie miałem czasu zajmować się tym w swych marzeniach. Wyda się dziwne, że mamusia przeniosła się do Chambéry umyślnie, aby zamieszkać w tym brzydkim domu; to właśnie był z jej strony rys zręczności, którego nie powinienem zamilczeć. Jechała do Turynu z niechęcią, czując, że po tak świeżych przewrotach, wśród zamętu na dworze, chwila nie jest zbyt sposobna, aby się pokazywać. Interesy wszelako wymagały tego: lękała się, iż może cię stać ofiarą zapomnienia lub intrygi. Wiedziała zwłaszcza, że hrabia de Saint-Laurent, generalny intendent finansów, nie jest jej przychylny. Miał on w Chambéry stary dom, licho zbudowany i w tak nieładnym położeniu, że zawsze stał pustką; najęła go i zamieszkała. To poskutkowało lepiej niż cała podróż; nie skasowano pensji, a hrabia de Saint-Laurent był odtąd zawsze jej życzliwy.

413

Zastałem skład gospodarstwa mniej więcej ten sam co poprzednio i wiernego Klaudiusza Anet zawsze przy jej boku. Był to — zdaje mi się, już wspominałem — wieśniak z Moutru, który w dzieciństwie zbierał zioła w górach Jura, aby z nich sporządzać szwajcarską herbatę. Pani de Warens przyjęła go właśnie z przyczyny tych ziół, uważając, iż wygodnie będzie mieć pod ręką lokaja herborystę[276]. Stopniowo on tak się zapalił do studiowania roślin, ona zaś tak skutecznie podsycała to zamiłowanie, że stał się prawdziwym botanikiem i gdyby nie umarł młodo, zdobyłby zaszczytne imię w tej nauce, tak jak zasłużył sobie na nie wśród uczciwych ludzi. Ponieważ był to człowiek poważny, nawet surowy, a ja byłem od niego młodszy, stał się dla mnie jak gdyby opiekunem, co mnie uchroniło od wielu szaleństw; miałem przed nim respekt i nie byłbym śmiał mu uchybić. Imponował nawet swojej pani, która znała jego wielki rozsądek, jego prawość, niezłomne przywiązanie, odpłacane szczerą wzajemnością. Klaudiusz Anet był to niecodzienny człowiek; jedyny nawet, jakiego znałem tego typu. Powolny, stateczny, rozważny, oględny w postępowaniu, chłodny w obejściu, małomówny i zwięzły w odezwaniach, odznaczał się w uczuciach swoich gwałtownością, która nigdy nie wydobywała się na wierzch, ale trawiła go wewnątrz. Gwałtowność ta przyprawiła go w życiu o szaleństwo jedno, ale straszliwe, mianowicie popchnęła go do zażycia trucizny. Tragiczna scena zaszła niedługo po mym przybyciu. Trzeba było aż tego, aby mnie uświadomić co do rodzaju stosunków, jakie łączyły Klaudiusza z jego panią; gdyby mi sama tego nie powiedziała, nigdy bym się nie domyślił. Z pewnością jeżeli przywiązanie, gorliwość i wierność mogą wysłużyć sobie podobną nagrodę, należała mu się, a że był jej godny, dowiódł tym, że nigdy nie nadużył tego faworu. Rzadko zachodziły między nimi sprzeczki i zawsze kończyły się dobrze. Zdarzyła się wszakże jedna, która obróciła się źle; pani de Warens rzuciła mu w gniewie zelżywe słowo, którego nie mógł strawić. Usłuchał jedynie głosu rozpaczy i, znalazłszy pod ręką flaszeczkę laudanum[277], połknął jej zawartość, po czym ułożył się spokojnie do spoczynku, jak mniemał, wiecznego. Szczęściem, pani de Warens, niespokojna i sama wzburzona, błądząc po domu, spostrzegła pusty flakon i domyśliła się reszty. Spiesząc na pomoc, wydała krzyk, który mnie ściągnął na miejsce wypadku. Wyznała mi wszystko, wezwała mej pomocy i doprowadziła Aneta z wielkim trudem do tego, że zwymiotował opium. Będąc świadkiem tej sceny, podziwiałem mą głupotę, iż nigdy nie powziąłem najmniejszego podejrzenia co do tego stosunku. Ale Klaudiusz był tak dyskretny, że i ktoś przenikliwszy ode mnie mógłby się nie spostrzec. Pojednanie było takie, iż sam uczułem się wzruszony; od tego czasu, pomnażając w dwójnasób mój szacunek, stałem się jakby wychowankiem Klaudiusza, co mi wyszło jedynie na dobre.

414

Nie bez przykrości wszelako było dla mnie dowiedzieć się, że istnieje ktoś, kto żyje z mamusią bliżej ode mnie. Nie przeszło mi nigdy nawet przez myśl pożądać dla siebie tego miejsca, ale ciężko mi było wiedzieć, że zajmuje je kto inny; to bardzo naturalne. Mimo to miast nienawiści do tego, kto mi ją zabrał, uczułem, zupełnie szczerze, że przywiązanie, które miałem dla mamusi, rozciąga się na niego. Pragnąłem przede wszystkim, by ona była szczęśliwą; a skoro do jej szczęścia potrzebny był jego współudział, cieszyłem się że i on jest szczęśliwy. On ze swej strony wszedł najzupełniej w intencje swej pani i pokochał serdeczną przyjaźnią przyjaciela, którego ona wybrała. Nie przybierając ze mną tonu, na który pozwalałoby mu stanowisko, nie szukał w naszym stosunku innych przewag, prócz tych, jakie rozsądek jego dawał mu nad moim. Nie śmiałem uczynić nic, co on by potępiał, on zaś potępiał jedynie to, co było w istocie złe. Żyliśmy w ten sposób w najserdeczniejszej spójni, która dawała szczęście wszystkim trojgu i którą chyba śmierć mogła zniweczyć. Jednym z dowodów zalet charakteru tej uroczej kobiety jest to, iż wszyscy, którzy ją kochali, kochali się między sobą. Zazdrość, współzawodnictwo nawet ustępowało przeważającemu uczuciu, które ona budziła, i nigdy nie widziałem, aby ktokolwiek z tych, co ją otaczali, odnosił się z nieprzyjaźnią do drugiego. Niechaj czytelnik przerwie na chwilę czytanie przy tej pochwale i jeśli, zastanowiwszy się, znajdzie w myśli drugą kobietę, o której mógłby powiedzieć to samo, niech złoży w jej ręce spokój swego życia, choćby to była zresztą[278] najostatniejsza z ladacznic.

415

Tutaj, od mego przybycia do Chambéry aż do wyjazdu do Paryża w r. 1741, następuje okres ośmiu lub dziewięciu lat, w ciągu których mało mam do opowiedzenia. Życia moje płynęło równie spokojnie, jak słodko; i ta właśnie jednostajność była bardzo potrzebna, aby dokończyć kształtowania charakteru, który wśród ustawicznego rozproszenia nie miał sposobności się ustalić. Podczas tego błogosławionego czasu wykształcenie moje, dotąd bezładne i nieporządne, nabrawszy większej konsystencji, uczyniło mnie tym, czym nie przestałem już być wśród burz, które mnie czekały. Postęp ten, odbywający się powoli i nieznacznie, nie obfitował w jakieś pamiętne wypadki; zasługuje wszelako, by go tu nakreślić i rozwinąć.

416

Z początku zajęty byłem jedynie pracą; przymus biurowy nie pozwalał myśleć o czym innym. Trochę swobodnych chwil, które mi pozostawały, spędzałem przy drogiej mamusi. Nie miałem czasu nawet na czytanie; zresztą nie było mi to w głowie. Ale kiedy później, otrzaskawszy się z zajęciem, mniej byłem nim pochłonięty, dawne niepokoje ogarnęły mnie na nowo; czytanie stało mi się konieczne; że zaś upodobanie to zawsze podniecała trudność jego zaspokojenia, byłoby się pewnie stało namiętnością, jak niegdyś za czasów terminu, gdyby nie odciągnęły mnie inne, nowe zamiłowania.

417

Jakkolwiek prace nasze nie wymagały zbyt wysokiej matematyki, i to wystarczało, aby mnie nieraz wprawić w kłopot. Chcąc zwyciężyć te trudności, zakupiłem książki z zakresu arytmetyki i nauczyłem się jej dobrze, ile że uczyłem się sam. Arytmetyka praktyczna, jeśli się chce ją stosować z drobiazgową ścisłością, sięga dalej, niżby się zdawało. Istnieją długie i zawiłe operacje, w których, jak sam widziałem, tęgiemu geometrze nieraz się zdarzy zgubić. Refleksja połączona z wprawą rozjaśnia pojęcia; wówczas wynajduje się metody skrócone, których pomysłowość głaszcze miłość własną, trafność zadowala umysł i które pozwalają znaleźć przyjemność w niewdzięcznej samej przez się pracy. Zagłębiłem się w tym tak skutecznie, iż niebawem nie było kwestii dającej się rozwiązać przez same cyfry, która by mnie sprawiała trudność; i teraz, kiedy wszystko, co niegdyś umiałem, zaciera się z każdym dniem w mej pamięci, ta zdobycz przechowała się w niej, po trzydziestoletniej przerwie, bodaj w części. Właśnie przed kilku dniami, w czasie wycieczki do Davenport[279], będąc obecny przy lekcji dzieci mego gospodarza, rozwiązałem bez błędu, z niewypowiedzianą przyjemnością, jakieś bardzo skomplikowane zadanie. Kreśląc cyfry na papierze, miałem uczucie, że jestem w Chambéry za mych szczęśliwych dni.

418

Praca nad kolorowaniem map wróciła mi pasję do rysunku. Kupiłem farby i zacząłem malować kwiaty i krajobrazy. Szkoda w istocie, iż tak mało objawiłem talentu do tej sztuki, bo zamiłowania mi nie brakło. Wśród pędzli i ołówków byłbym zdolny przepędzić całe miesiące, nie ruszając się z domu. Zajęcie to zaczęło mnie pochłaniać do tego stopnia, że w końcu trzeba mnie było od niego oderwać. Tak się dzieje z każdym upodobaniem, które mnie ogarnie: potęguje się, staje się namiętnością; niebawem, przestaję widzieć cokolwiek na świecie poza zabawą, która mnie w danej chwili zaprząta. Wiek nie uleczył mnie z tego narowu, nie złagodził go nawet. W chwili gdy to piszę, zacietrzewiłem się oto, jak stary maniak, w innej bezużytecznej nauce, o której nie mam żadnego pojęcia[280] i którą nawet ci, co ją uprawiali w młodości, zmuszeni są rzucić w wieku, gdy ja ją chcę zaczynać.

419

Wówczas byłaby ona na swoim miejscu. Sposobność była dobra i miałem nawet pokusę z niej skorzystać. Zadowolenie, jakie widziałem w oczach Aneta, gdy wracał obładowany pękami świeżych roślin, skłoniło mnie, iż parę razy miałem się z nim wybrać na zioła. Jestem prawie pewny, że gdybym poszedł choć raz, byłoby mnie to wciągnęło. Byłbym dziś może wielkim botanikiem; nie znam bowiem studium, które by się lepiej łączyło z mymi wrodzonymi upodobaniami. Życie, jakie pędzę od dziesięciu lat na wsi, jest jedynie nieustanną herboryzacją, co prawda bez celu i planu. Ale nie mając wówczas pojęcia o botanice, czułem dla niej niejaką wzgardę, nawet wstręt; uważałem ją jedynie za studium aptekarskie. Mamusia, lubiąc tę naukę, nie posuwała jej istotnie poza ten cel; chodziło jej o zioła, które by mogła zużytkować dla swoich kordiałów[281]. Tak tedy botanika, chemia i anatomia, zespolone w mym umyśle pod nazwą medycyny, służyły mi jedynie jako temat do uciesznych sarkazmów, które, powtarzane przez cały dzień, ściągały na mnie od czasu do czasu policzki wymierzone kochaną rączką. Zresztą, nowe zamiłowanie, nazbyt przeciwne temu, wzrastało we mnie stopniowo i niebawem pochłonęło wszystkie inne. Mówię o muzyce. Muszę być chyba stanowczo zrodzony do tej sztuki, skoro zacząłem ją kochać od dzieciństwa i ją jedną kochałem jednako w każdej epoce życia. Zadziwiające jest, iż sztuka, do której byłem zrodzony, kosztowała mnie tyle trudu, i to przy postępie tak powolnym, że, po ćwiczeniu całego życia, nigdy nie mogłem dojść do tego, aby wszystko pewnie wyśpiewać a vista. Ale największego wdzięku przydawało wówczas tej nauce to, iż mogłem uprawiać ją z mamusią. Przy zupełnej rozbieżności innych upodobań muzyka była dla nas punktem stycznym, z którego lubiłem korzystać. Mamusia chętnie poddawała się mym życzeniom; byliśmy oboje wówczas mniej więcej równie biegli; odcyfrowywaliśmy razem melodię na dwa lub trzy zawody. Czasem, widząc ją krzątającą się z zapałem koło jakiegoś tygla, mówiłem: „Mamusiu, oto cudowny duecik, który z pewnością doda smaku twym kordiałom”. — „Poczekaj — odpowiadała — jeśli spalę przez ciebie, będziesz musiał wszystko zjeść”. Tak przekomarzając się, pociągałem ją do klawikordu; zasiadywaliśmy się przy nim; ekstrakt jałowca albo piołunu wysuszał się na popiół, mamusia mazała mi nim twarz. Wszystko to było bardzo rozkoszne.

420

Widać z tego, że przy niewielkiej ilości wolnego czasu, miałem mnóstwo sposobów zapełnienia go. Niebawem przybyła mi jeszcze jedna rozrywka, która dodała uroku wszystkim innym.

421

Mieszkaliśmy w tak ponurej i zacieśnionej norze, że czasem odczuwało się potrzebę świeżego powietrza. Anet namówił mamusię, aby wynająć na przedmieściu ogród i uprawiać go. Do tego ogrodu należał domek, który mamusia kazała umeblować po trosze: wstawiono doń łóżko. Często wybieraliśmy się tam z obiadem, czasem nawet sypiałem tam. Nieznacznie[282] rozkochałem się w mym schronieniu; przeniosłem tam sobie nieco książek, dużo sztychów; spędzałem godziny całe zdobiąc domek i gotując jakąś miłą niespodziankę dla mamusi, gdy się tu wybierze spacerem. Rozstawałem się z nią, aby się jej tam poświęcić, aby myśleć o niej bardzo rozkosznie — dziwactwo, którego nie tłumaczę ani nie objaśniam, ale przyznaję się do niego, bo tak było. Przypominam sobie, iż raz księżna de Luxembourg opowiadała z przekąsem o człowieku, który rozstawał się z kochanką, aby móc do niej pisać. Odparłem, że łatwo mógłbym być tym człowiekiem; mogłem dodać, że bywałem nim niekiedy. Nigdy wszelako nie uczuwałem przy mamusi owej potrzeby oddalenia się od niej, aby ją lepiej kochać. We dwoje z nią czułem się tak samo swobodny, jak gdybym był sam, co mi się nigdy nie zdarzyło z żadną inną osobą, mężczyzną ani kobietą, choćbym najbardziej był do niej przywiązany. Ale często mamusia była otoczona, i to ludźmi, którzy mnie tak niecierpliwili, że złość i nuda wypędzały mnie do mego schronienia, gdzie miałem ją tak, jak pragnąłem, bez obawy, iż jaki natręt może nas zaskoczyć.

422

Gdy tak, pochłonięty na przemian pracą, zabawą i nauką, zażywałem błogiego wywczasu, Europa nie cieszyła się równym spokojem. Francja i cesarz wypowiedzieli sobie wojnę[283]. Król Sardynii wmieszał się do zwady i armia francuska pomykała przez Piemont, aby wkroczyć do Mediolanu. Jeden korpus przeciągał przez Chambéry; między innymi pułk szampański, którego pułkownikiem był książę de la Trimouille. Zostałem mu przedstawiony, przyrzekł mi wiele pięknych rzeczy, po czym z pewnością w życiu więcej nie pomyślał o mnie. Nasz ogródek był właśnie na skraju przedmieścia, przez które wchodziły wojska, mogłem tedy do syta napatrzeć się ich przemarszowi. Przejmowałem się wynikiem wojny tak, jak gdyby istotnie miał dla mnie jakieś znaczenie. Dotąd nigdy nie przyszło mi na myśl zastanawiać się nad sprawami publicznymi. Pierwszy raz zacząłem czytać gazety, ale tak stronniczo na korzyść Francji, że serce biło mi z radości na jej najmniejsze przewagi, a klęski jej martwiły mnie tak, jakby dotykały mnie osobiście. Gdyby szaleństwo to było jedynie przelotne, nie warto by o nim wspominać, ale wkorzeniło się ono w moje serce bez najmniejszej przyczyny tak głęboko, że kiedy później w Paryżu występowałem jako wróg despotów i hardy republikanin, czułem na przekór sobie tajemną predylekcję[284] dla tegoż samego narodu, którego służalczość potępiałem, i dla tego rządu, przeciw któremu niby to walczyłem. Zabawne jest, iż wstydząc się skłonności tak przeciwnej mym maksymom, nie śmiałem przyznać się do niej przed nikim i szydziłem z Francuzów w dni ich klęsk, gdy serce krwawiło mi się bardziej niż im samym. Jestem pewno jedynym człowiekiem, który żyjąc wśród narodu okazującego mu przychylność i ubóstwiając go w duchu, przybierał względem tegoż narodu fałszywe pozory wzgardy. Słowem, skłonność ta okazała się we mnie tak bezinteresowną, tak silną, tak stałą, tak niezwyciężoną, że nawet kiedy opuściłem Francję, odkąd rząd, urzędnicy, pisarze jęli się prześcigać w znęcaniu się nade mną, odkąd zaczęło należeć do dobrego tonu ściganie mnie zniewagami i potwarzą, nie mogłem się wyleczyć z mego szaleństwa. Kocham Francję na przekór samemu sobie, mimo że tak licho mi to odpłaca.

423

Długo szukałem przyczyny tej skłonności; nie mogłem znaleźć wytłumaczenia gdzie indziej, jak tylko w okolicznościach, które ją zrodziły. Wzmagające się zamiłowania literackie przywiązywały mnie do francuskich książek, do autorów i do ich ojczyzny. W chwili gdy przed mymi oczami przeciągała armia francuska, czytałem Wielkich rycerzy Brantôme'a[285]. Miałem głowę pełną Clissonów, Bayardów, Lautreców, Colignych, Montmorencych, Trimouillów i lgnąłem do ich potomków jako do spadkobierców ich zasług i męstwa. Za każdym pułkiem, który ciągnął przez miasto, zdawało mi się, że widzę owe sławne „czarne bandy”[286], które niegdyś tyle dokonały w Piemoncie. Słowem, do tego, co widziałem, przykładałem pojęcia znalezione w książkach; nieustanne lektury, wciąż czerpane z tego samego narodu, podsycały moje dlań przywiązanie, zmieniając je wreszcie w ślepą namiętność, której nic nie mogło zwyciężyć. W podróżach swoich miałem sposobność zauważyć, że nie ja jeden ulegam tego rodzaju wpływom i że, działając mniej albo więcej we wszystkich krajach na część narodu najoświeceńszą, zamiłowaną w książkach i oddającą się naukom, Francja równoważyła tym niejako powszechną niechęć, jaką budzą aroganckie pozory Francuzów. Romanse ich bardziej niż mężczyźni podbijają dla nich serca kobiet wszystkich krajów; arcydzieła dramatyczne rozpalają umysły młodzieży. Sława teatrów paryskich ściąga tłumy cudzoziemców, którzy wracają przejęci zachwytem. Wreszcie doskonały smak ich literatury jedna im wszystkie wykwintniejsze umysły; sam patrzałem na to, jak w czasie nieszczęśliwej wojny, którą świeżo przebyli, autorowie ich i filozofowie podtrzymywali nadwątloną przez najezdników chwałę francuskiego imienia.

424

Byłem tedy zażartym Francuzem i to zrobiło mnie chciwym nowin. Chodziłem z tłumem gapiów oczekiwać na placu przybycia gońców. Głupszy niż osioł w bajce[287], niepokoiłem się bardzo tym, jakiego pana będę miał zaszczyt dźwigać; twierdzono wówczas bowiem, że będziemy należeć do Francji i wymieniano Piemont za Mediolan. Trzeba przyznać, iż miałem niejakie przyczyny obawy; gdyby ta wojna źle się obróciła dla sprzymierzonych, pensji mamusi groziło wielkie niebezpieczeństwo. Ale byłem pełen ufności w mych dobrych przyjaciół; jak na ten raz, mimo niespodzianki ze strony pana de Broglie[288], zaufanie to nie zawiodło mnie, a to dzięki królowi Sardynii, na którego wcale nie liczyłem.

425

Gdy toczono boje we Włoszech, śpiewano we Francji. Opery Rameau[289] zaczęły robić hałas i dobyły z ukrycia jego teoretyczne dzieła, dostępne wskutek swej zawiłości jedynie niewielu. Przypadkiem zasłyszałem coś o jego Wykładzie harmonii[290] i nie miałem spokoju, póki nie nabyłem tej książki. Zrządzeniem nowego trafu rozchorowałem się. Choroba była natury zapalnej, gwałtowna i krótka; ale rekonwalescencja trwała długo, miesiąc nie wolno mi było wychodzić. Przez ten czas obrobiłem z grubsza, połknąłem Wykład harmonii; ale był on tak rozwlekły, niejasny, źle ułożony, że czułem, iż trzeba by długiego czasu, by go przestudiować i rozwikłać. Dla wytchnienia zabrałem się do żywej muzyki. Kantaty Berniera[291], na których się ćwiczyłem, nie wychodziły mi z głowy. Nauczyłem się kilku z nich na pamięć, między innymi jednej, Śpiące amorki, którą mimo iż nie miałem jej w rękach od tego czasu, umiem dotąd prawie całą, tak samo jak Amorka ukąszonego przez pszczołę, bardzo ładną kantatę Clérambaulta, której nauczyłem się mniej więcej w tym samym czasie.

426

Aby mi do reszty zawrócić głowę, przybył wówczas z Val d'Aoste[292] młody organista, ksiądz Palais, dobry muzyk, dobry człowiek i bardzo biegle akompaniujący na klawikordzie. Zaznajomiłem się z nim; staliśmy się nierozłączną parą. Był uczniem pewnego włoskiego mnicha, wielkiego organisty. Zapoznał mnie z jego zasadami, porównywałem je z książką Rameau; ładowałem sobie głowę akompaniamentem, akordami, harmonią. Trzeba było kształcić ucho, aby strawić to wszystko. Podsunąłem mamusi myśl małego koncertu raz na miesiąc; przystała. I oto już głowę mam tak nabitą tym koncertem, że w dzień ni w noc nie zajmuję się niczym innym. W istocie, dawało mi to niemało zajęcia: zgromadzić nuty, koncertantów, instrumenty, rozpisać partie itd. Mamusia śpiewała; ojciec Caton, o którym wspominałem i wspomnę jeszcze, śpiewał także; nauczyciel tańca nazwiskiem Roche i jego syn grali na skrzypcach; Canavas, Piemontczyk, który pracował w katastrze i później ożenił się w Paryżu, grał na wiolonczeli; ksiądz Palais towarzyszył na klawikordzie; ja miałem zaszczyt dyrygować tą orkiestrą. Można sobie wyobrazić, jakie to wszystko było piękne! Nie całkiem tak jak u pana de Treytorens, ale mało do tego brakowało.

427

Koncercik pani de Warens, świeżo nawróconej i żyjącej, jak mówiono, z jałmużny królewskiej, budził szemranie w klice dewotów; ale zarazem stał się miłą rozrywką dla wielu godnych ludzi. Nie zgadłby nikt, kogo przy tej sposobności postawię na ich czele: otóż mnicha, ale zarazem bardzo tęgiego i miłego człowieka, którego pamięć, złączona ze wspomnieniem owych pięknych dni, jest mi dziś jeszcze drogą. Mam tu na myśli ojca Caton, franciszkanina, który na spółkę z hrabią Dortan pomógł przejąć nuty biednego Mistrza w Lyonie; nie był to z pewnością najpiękniejszy uczynek w jego życiu. Był to ukończony bakałarz Sorbony, żył długo w Paryżu w największym świecie, a zwłaszcza bardzo serdecznie z margrabią d'Antremont, wówczas ambasadorem Sardynii. Ojciec Caton był to duży mężczyzna, dobrze zbudowany, o pełnej twarzy, wydatnych oczach, czarnych włosach kręcących się w pukle na skroniach; o szlachetnym, otwartym i skromnym zarazem wejrzeniu. Czuło się w nim od razu coś prostego i dobrego; ani nie miał typu obłudnego lub bezczelnego mnicha, ani też zbytniej pewności siebie wziętego bywalca (mimo że miał do tego prawo). Był w nim spokój godnego człowieka, który nie wstydząc się sukni mniszej, świadom jest swej wartości i zna miejsce należne mu w każdym towarzystwie. Ojciec Caton, nie mając może dość nauki na uczonego doktora, miał jej wszelako dużo na światowego człowieka; nie roztaczając zbyt skwapliwie swego dobytku, umieszczał go tak trafnie i w porę, że pomnażało to jego wartość. Spędziwszy wiele lat w paryskich salonach, większą przywiązywał wagę do miłych talentów niż do poważnej wiedzy. Był dowcipny, składał wiersze, dobrze mówił, jeszcze lepiej śpiewał, miał ładny głos, grał na organach i na klawikordzie. To wystarczało aż nadto, aby go rozrywano w towarzystwach; jakoż i tak było. Mimo to tak pilnie przestrzegał obowiązków swego stanu, iż z czasem na przekór zawistnym wybrano go definitorem[293], co stanowi jedno z najwyższych odznaczeń zakonu.

428

Ów ojciec Caton poznał mamusię u margrabiego d'Antremont. Słyszał o naszych koncertach, zapragnął brać w nich udział. Tak się też stało, a jego obecność znacznie przyczyniła się do ich blasku. Wkrótce zbliżyliśmy się przez wspólne upodobania muzyczne, które u obu było istną namiętnością; z tą różnicą, że on był naprawdę muzykiem, a ja tylko partaczem. Schodziliśmy się z Canavasem i z księdzem Palais, aby muzykować w jego pokoju, a niekiedy, w dnie świąteczne, przy organach. Często zatrzymywał nas na obiedzie, jako iż — rzecz dość osobliwa jak na mnicha — był gościnny, hojny i lubiący dobre życie, ale z pewnym wykwintem. W dnie koncertów wszyscy wieczerzali u mamusi. Wieczerze te były bardzo wesołe, bardzo przyjemne. Rozmowa toczyła się najswobodniej, śpiewało się duety; czułem się jak wniebowzięty, ożywiałem się, sypałem dowcipy; ojciec Caton był przemiły, mamusia czarująca, ksiądz Palais ze swym baranim głosem był uciechą całego zebrania. O słodkie chwile igraszek młodości, ileż to czasu, odkąd uleciałyście bezpowrotnie!

429

Ponieważ nie będę miał już sposobności mówić o biednym ojcu Caton, niech mi będzie wolno uzupełnić w dwóch słowach jego smutną historię. Inne mnichy, zawistne, a raczej wściekłe o jego talenty, o jego światowe obycie, tak dalekie od mniszego niechlujstwa, znienawidziły go serdecznie. Wpływowe figury sprzysięgły się przeciw niemu, podburzyły czerń klasztorną zazdroszczącą mu po cichu. Zaczęto mu robić tysiące afrontów, złożono go z urzędu, odebrano mu własny pokoik, umeblowany przezeń z prostotą, ale z gustem, przeniesiono go nie wiem już gdzie. Słowem, nędznicy zwalili nań brzemię takiego prześladowania, że dusza jego, uczciwa i dumna, nie mogła tego udźwignąć. Człowiek, który stanowił ozdobę najwytworniejszych towarzystw, umarł z boleści na nędznym barłogu w głębi jakiejś celi czy więzienia, żałowany, opłakiwany przez wszystkich godnych ludzi, którzy go znali i którzy nie widzieli w nim żadnej wady, chyba tę, że był mnichem.

430

Wśród tych miłych igraszek, zwydrzyłem się[294] niebawem do tego stopnia, iż, cały pochłonięty muzyką, niezdolny byłem w ogóle myśleć o czym innym. Do biura uczęszczałem ze wstrętem; przymus i jednostajność pracy czyniły mi z niej torturę nie do zniesienia. W końcu przyszło do tego, iż umyśliłem rzucić miejsce, aby się poświęcić wyłącznie muzyce.

431

Można sobie wyobrazić, iż szalony ten projekt nie przeszedł bez oporu. Rzucać uczciwą i dającą stały dochód pozycję, aby uganiać za niepewnymi lekcjami — był to pomysł zbyt mało roztropny, aby się mógł podobać mamusi. Nawet w przypuszczeniu, iż postępy moje w przyszłości będą tak wielkie, jak sobie wyobrażałem, było to bardzo skromnym ograniczeniem ambicji, skazywać się na całe życie na rzemiosło muzyka. Mamusia, która tworzyła projekty tylko na wielką skalę i która nie brała już dosłownie wyroczni pana d'Aubonne, z przykrością patrzała na to, że zajmuję się tak poważnie sztuką, którą uważała za dość błahą. Powtarzała mi nieraz prowincjonalne przysłowie, może nieco mniej trafne w Paryżu, że „kto dobrze tańczy i dobrze śpiewa, niech się wielkiego losu nie spodziewa”. Widziała, z drugiej strony, iż popęd mój jest nie do przezwyciężenia. Namiętność moja do muzyki graniczyła z szałem. Można się było słusznie obawiać, iż praca do tego stopnia cierpieć będzie od tej dystrakcji, że ściągnie na mnie wreszcie dymisję, którą lepiej było w takim razie uprzedzić samemu. Przedkładałem jej wreszcie, że obecne me zatrudnienie nie będzie trwało, że trzeba mi jakiejś umiejętności, z której bym mógł żyć, i że pewniejszą jest rzeczą wykształcić w sobie ćwiczeniem sztukę, do której mam powołanie i którą sama mi wybrała, niż puszczać się na niepewne wody protekcji albo podejmować nowe próby, mogące się nie powieść, aby wreszcie, zmarnowawszy czas najsposobniejszy do nauki, zostać bez środków. W końcu wymusiłem zezwolenie, więcej naprzykrzaniem się i pieszczotą niż argumentami, które by były zdolne ją zaspokoić. Natychmiast pobiegłem podziękować panu Coccelli, generalnemu dyrektorowi katastru, z taką dumą, jak gdybym dokonał aktu najbardziej heroicznego w świecie. Tak opuściłem dobrowolnie posadę, bez przyczyny, bez racji, bez pozoru, z takąż lub większą radością, z jaką obejmowałem ją przed niespełna dwoma laty.

432

Krok ten, mimo swego szaleństwa, zyskał mi w okolicy niejaki mir, co mi bardzo wyszło na pożytek. Jedni przypuszczali, że muszę posiadać jakieś środki; drudzy, widząc, że rzucam wszystko jedynie dla muzyki, oceniali talent z rozmiarów poświęcenia i uwierzyli, iż przy takiej namiętności do tej sztuki muszę nią władać mistrzowsko. W królestwie ślepych jednooki jest królem[295]; uchodziłem za dobrego nauczyciela, ile że nie było lepszych. Niepozbawiony pewnego gustu w śpiewie, mając zresztą za atuty wiek i powierzchowność, zyskałem wkrótce uczennic więcej, niźli było trzeba, aby zastąpić straconą płacę sekretarza.

433

To pewna, iż, co się tyczy przyjemności życia, nie można było gwałtowniej przejść z jednej ostateczności w drugą. W katastrze, przykuty przez osiem godzin dziennie do niezajmującej pracy, obok ludzi jeszcze mniej zajmujących, zamknięty w biurze ponurym, zapowietrzonym wyziewami tych gryzipiórków, przeważnie źle wyczesanych i bardzo niechlujnych, omdlewałem niekiedy z wytężenia uwagi, złego powietrza, przymusu i nudy. W miejsce tego wszystkiego nagle znalazłem się w eleganckim świecie, goszczony, rozrywany w najlepszych domach; wszędzie uprzejme, radosne przyjęcie, wszędzie wrażenie święta. Miłe, pięknie wystrojone panienki czekają na mnie, witają mnie z zapałem; widzę jeno same urocze przedmioty, czuję sam zapach róż i pomarańczowego kwiatu; śpiew, rozmowa, śmiechy, zabawy; opuszczam jedno miejsce, by spieszyć na te same gody w drugim. Każdy przyzna, że, zwłaszcza przy równych korzyściach materialnych, nie można wahać się w wyborze. Toteż byłem tak rad z decyzji, że nigdy mi nie przyszło na myśl jej żałować i nie żałuję jej nawet dziś, kiedy ważę postępki mego życia na szali rozsądku i kiedy dalekie mi są płoche pobudki, które mnie do nich popchnęły.

434

Oto prawie jedyny raz, iż słuchając wyłącznie swych skłonności, nie zawiodłem się. Swoboda, serdeczność, łatwość, kordialna wesołość mieszkańców tych stron sprawiły, iż z przyjemnością obracałem się w świecie. Ten okres przekonał mnie, że jeśli nie lubię żyć z ludźmi, to więcej z ich winy niż z własnej.

435

Szkoda, iż Sabaudczycy nie są bogaci, a może szkoda byłoby, gdyby byli bogaci, tacy bowiem, jak są, jest to najlepszy i najmilszy naród, jaki znam. Jeżeli istnieje na świecie miasteczko, gdzie można smakować słodyczy życia w przyjemnym i pewnym towarzystwie, to Chambéry. Prowincjonalna szlachta, która się tam zbiera, posiada majątku tylko tyle, ile trzeba, aby żyć, nie dość, aby się nadymać; nie mogąc tedy rozwinąć w sobie ambicji, idzie z konieczności za radą Cyneasza[296]. Spędziwszy zazwyczaj młodość na służbie wojskowej, wraca spokojnie starzeć się u siebie w domu.

436

Kobiety są ładne, a mogłyby nawet obejść się i bez urody, mając wszystko, co trzeba, by dodać ceny wdziękom, a nawet, by je zastąpić. Godne jest uwagi, że ja, który z powołania widywałem mnóstwo dziewcząt, nie przypominam sobie, bym widział w Chambéry bodaj jedną, która by nie była czarująca. Powie ktoś, że to zasługa oczu, jakimi na nie patrzałem, i może ma słuszność; ale nie potrzebowałem wkładać aż tyle dobrej woli. Nie mogę wspomnieć bez miłego wzruszenia mych młodych uczennic. Czemuż nie mogę, wymieniając najbardziej urocze, wskrzesić ich i siebie w szczęśliwym wieku, w którym byłem wówczas, gdyśmy spędzali razem owe słodkie i niewinne chwile! Pierwsza nazywała się panna de Mellarède, moja sąsiadka, siostra wychowanka księdza Gaime. Była to bardzo żywa brunetka, ale żywość jej, pełna uroku, a wolna od roztrzepania, miała w sobie coś dziwnie przymilnego. Była nieco szczupła, jak większość dziewcząt w tym wieku, ale jej błyszczące oczy, gibka kibić, powabna minka nie potrzebowały okrągłości kształtów, aby się podobać. Chodziłem tam rano; przyjmowała mnie zazwyczaj w negliżu, z włosami zaplecionymi niedbale, zdobnymi jakimś kwiatem, który wpinało się na moje przyjęcie, a zdejmowało po lekcji, aby się uczesać. Nie ma dla mnie nic niebezpieczniejszego niż ładna osoba w negliżu; sto razy mniej obawiałbym się jej w pełnym stroju. Panna de Menthon, u której bywałem po południu, była zawsze wystrojona i robiła na mnie wrażenie równie miłe, jakkolwiek odmienne. Włosy miała jasnopopielate, była bardzo drobna, bardzo płochliwa i bardzo biała; głos miała wdzięczny, czysty i miły, ale ledwie ważyła się go dobywać. Miała na piersi bliznę po oparzeniu wrzącą wodą. Znamię to, wychylające się spod niebieskiej jedwabnej chusteczki, ściągało niekiedy w tę stronę mą uwagę, a niebawem przedmiotem jej stawała się nie sama blizna. Panna de Challes, też moja uczennica, była to dziewczyna dobrze już dorosła; duża, okazała, pulchna, niegdyś bardzo powabna. W owym czasie piękność jej minęła po trosze, ale został wdzięk, pogoda, luba wesołość. Siostra jej, pani de Charly, najpiękniejsza kobieta w Chambéry, nie uczyła się już sama muzyki, ale kształciła w niej córkę, osobę młodziutką jeszcze, której rozwijająca się piękność byłaby z pewnością dorównała kiedyś matce, gdyby na nieszczęście nie była trochę ruda. Miałem też u wizytek młodą panienkę, Francuzkę, której nazwiska zapomniałem, ale która zasługuje na osobne miejsce na liście mych uczennic. Miała jakby ospały i rozwlekły sposobik mówienia i tym apatycznym tonem wygłaszała rzeczy bardzo śmiałe, zupełnie niegodzące się z wyglądem. Zresztą była bardzo leniwa i nie lubiła wysilać dowcipu; była to łaska, której nie każdego uznawała godnym. Dopiero po jakich dwóch miesiącach nauki, wśród częstych zaniedbywań z mej strony, wpadła na pomysł tej przynęty, by mnie uczynić bardziej punktualnym; nigdy bowiem nie umiałem się nałamać do tej cnoty. Bawiły mnie lekcje, kiedym już siedział przy pulpicie, ale z trudem znosiłem przymus punktualności i niewolę godzin. W każdej rzeczy niewola i przymus są mi tak nieznośne, iż przyprawiłyby mnie o znienawidzenie samej rozkoszy. Powiadają, że u mahometan strażnik obchodzi o świcie ulice, nawoływaniem przypominając mężom, aby oddali powinność żonom. Sądzę, iż byłbym bardzo złym Turkiem o tej godzinie.

437

Miałem także kilka uczennic w mieszczańskiej sferze, między innymi jedną, która stała się pośrednią przyczyną ważnej odmiany w mym życiu; odmiany, o której chcę mówić, skoro już postanowiłem wszystko powiedzieć. Była to córka korzennika, nazywała się panna Lard. Był to istny model greckiej statuy; rzekłbym, najpiękniejsza kobieta, jaką w życiu widziałem, gdyby mogła istnieć prawdziwa piękność bez życia i duszy. Jej obojętność, chłód, niewrażliwość dochodziły niebywałych granic. Było równym niepodobieństwem zyskać jej sympatię jak pogniewać ją. Jestem przekonany, iż gdyby ktoś przypuścił do niej dość energiczny szturm, uległaby, nie z ochoty, ale głupoty. Matka, nie chcąc widocznie narażać jej na tę próbę, nie odstępowała córki na krok. Każąc ją uczyć śpiewu i to pod kierunkiem młodego nauczyciela, czyniła, co mogła, by ją obudzić; ale na nic. Podczas gdy nauczyciel krzątał się koło córki, matka krzątała się koło nauczyciela, nie z lepszym powodzeniem. Pani Lard miała za to życia za siebie i za córkę. Była to nieduża kobietka ze sprytną, ruchliwą, nieco ospowatą twarzyczką. Oczy miała małe, bardzo wymowne i nieco czerwone, ponieważ prawie zawsze ją bolały. Co rano, kiedy się zjawiałem, czekała już na mnie kawa ze śmietanką. Matka witała mnie stale całusem, sumiennie wyciśniętym na mej twarzy, który to całus przez ciekawość byłbym rad oddał córce, aby się przekonać jakby go przyjęła. Zresztą, wszystko to działo się tak po prostu i tak nie miało znaczenia, że nieraz, kiedy pan Lard był obecny, całusy i przekomarzania odchodziły tak samo swoim trybem. Było to poczciwe człeczysko, prawdziwy ojciec swojej córki; nie można powiedzieć, aby go żona oszukiwała, ponieważ nie było tego trzeba. Poddawałem się tym karesom z mym zwykłym niezdarstwem, biorąc je po prostu za objawy czystej przyjaźni. Mimo to dawały mi się one we znaki, bo pani Lard bywała wymagająca: jeśli w ciągu dnia zdarzyło mi się minąć jej sklep bez zatrzymania, zaraz był powód do obrazy. Gdy mi się spieszyło, musiałem nakładać drogi i okrążać inną ulicą, wiedząc dobrze, iż łatwiej wejść do tego domu, niż się zeń wydostać.

438

Pani Lard nadto zajmowała się mną, abym mógł się jej poniekąd nie odwzajemniać. Uprzejmość jej rozczulała mnie. Mówiłem o tym mamusi jako o rzeczy nie wymagającej tajemnicy; a gdyby nawet była to tajemnica, i tak byłbym jej powiedział, niepodobna mi było cokolwiek przed nią ukrywać; serce moje otwarte było przed nią jak przed Bogiem. Rzecz nie wydała się jej równie niewinna i prosta jak mnie. Gdzie ja widziałem jedynie przyjaźń, mamusia dostrzegła inne, wyraźniejsze intencje. Osądziła, iż pani Lard, czyniąc sobie punkt honoru z tego, aby ze mnie zrobić pełnego mężczyznę, w ten albo inny sposób postawi wreszcie na swoim. Pomijając, iż nie było sprawiedliwe, aby inna kobieta miała dopełnić ukształcenia jej wychowanka, mamusia miała inne, godniejsze siebie motywy, by mnie ustrzec od zasadzek, które mi groziły z racji mego wieku i zawodu. W tym samym czasie zastawiono mi inną pułapkę, niebezpieczniejszą. Uniknąłem jej wprawdzie, ale przekonała ona mamusię, że, wobec niebezpieczeństw grożących mi co chwilę, należy zastosować wszystkie środki ochronne, jakie miała do rozporządzenia.

439

Hrabina de Menthon, matka jednej z uczennic, była to osoba dowcipna i sprytna, a, jak mówiono, nie mniej złośliwa. Jak fama głosiła, była ona przyczyną wielu nieporozumień, między innymi jednego, które miało fatalne następstwa dla domu d'Antremont. Mamusia żyła z nią w swoim czasie dość blisko, ale wzbudziwszy, bardzo mimo woli, żywsze uczucia w kimś, na kogo pani de Menthon miała widoki, stała się w jej oczach winną tej zbrodni, mimo że ani zabiegała o te hołdy, ani ich nie przyjęła. Od tego czasu pani de Menthon starała się wypłatać swej rywalce wiele dokuczliwości, z których żadna się nie udała. Przytoczę na próbkę jedną z komiczniejszych. Obie panie bawiły na wsi z kilku młodymi panami z sąsiedztwa, między którymi był i ów nieszczęsny aspirant. Pani de Menthon powiedziała kiedyś jednemu z tych panów, że pani de Warens jest świętoszka, że nie ma smaku, że się źle ubiera i że zasłania sobie piersi jak mieszczka. „To — rzekł ów, który był facecjonistą[297] — ma swoje przyczyny. Wiem, że ma na piersi znamię w kształcie szczura: po prostu jak żywy, można by powiedzieć, że biegnie”. Nienawiść, równie jak miłość, czyni łatwowiernym. Pani de Menthon postanowiła skorzystać z odkrycia: pewnego dnia, kiedy mamusia zabawiała się z niewdzięcznym oblubieńcem owej damy, ta zachodzi zręcznie z tyłu swą rywalkę, następnie, przechylając krzesło, odsłania nagłym ruchem chusteczkę; ale w miejsce dużego szczura wielbiciel ujrzał jedynie bardzo odmienny przedmiot, który równie mu trudno było zapomnieć jak ujrzeć — rezultat wcale nie po myśli pani de Menthon.

440

Nie byłem zgoła osobistością zdolną zainteresować panią de Menthon, która lubiła koło siebie jedynie świetne towarzystwo. Mimo to zwróciła na mnie uwagę, nie dla powierzchowności (tą z pewnością nie przyszło jej na myśl się interesować!), ale dla dowcipu, którego się we mnie dopatrywano, a który pragnęła zużytkować wedle swych celów i skłonności. Pani ta miała dość żywe upodobanie do satyry. Lubiła układać piosenki i wiersze na osoby, które jej były niemiłe. Gdyby była znalazła we mnie dość talentu na to, abym jej służył za pomocnika w tej zabawie, bylibyśmy do spółki z pewnością przewrócili całe Chambéry do góry nogami. Opinia dotarłaby w końcu do źródła tych utworów, pani de Menthon wykręciłaby się, wystawiając mnie na sztych, i byłbym może spędził w więzieniu resztę dni, pokutując za zbytnią usłużność dla dam.

441

Szczęściem, nie przyszło do tego wszystkiego. Pani de Menthon zatrzymała mnie parę razy na obiedzie, aby mnie rozgadać i pociągnąć za język, przy czym stwierdziła, że jestem prostaczek i głuptas. Czułem to sam doskonale i bolałem nad tym, zazdroszcząc talentów przyjacielowi Venture'owi, gdy powinien bym błogosławić mą głupotę, dzięki której uratowałem się od takich niebezpieczeństw. Zostałem dla pani de Menthon nauczycielem śpiewu i niczym więcej; ale w zamian żyłem spokojny i lubiany w całym Chambéry. To warte było więcej, niż być dowcipnisiem w jej oczach, a żmiją w oczach całej okolicy.

442

Jak bądź się rzeczy miały, mamusia spostrzegła, iż, aby mnie wyrwać niebezpieczeństwom młodości, czas był pasować mnie na mężczyznę; co też uczyniła, ale w sposób chyba najosobliwszy, w jaki kiedykolwiek kobieta postąpiła sobie w danych okolicznościach. Jednego dnia zauważyłem, że jest bardzo poważna i że przemawia do mnie uroczyściej niż zwykle. Miejsce wesołej pustoty, którą przeplatała zazwyczaj swe nauki, zajął ton poważny i skupiony; nie surowy wprawdzie, ale jak gdyby wróżący jakieś wyjaśnienie. Siląc się długi czas odgadnąć przyczynę zmiany, spytałem wreszcie o nią; na to właśnie czekała. Zaproponowała mi na następny dzień wycieczkę do naszego ogródka; wybraliśmy się od rana. Nakierowała okoliczności w ten sposób, abyśmy mogli zostać sami przez cały dzień. Dzień ten obróciła na to, aby mnie przygotować do względów, którymi mnie chciała obdarzyć; ale nie, jak inne kobiety, za pomocą zalotności, ale za pomocą rozmów pełnych statku[298] i uczucia, mających na celu raczej pouczenie mnie niż uwiedzenie, i bardziej trafiających do serca niż do zmysłów. Wszelako, mimo iż nauki jej były wyborne i użyteczne i zgoła nie trąciły pedanterią lub chłodem, nie słuchałem ich z taką uwagą, na jaką zasługiwały, i nie wyryłem ich w pamięci tak, jakbym to uczynił w innych okolicznościach. Sam początek, jego ton, obudziły we mnie jakiś niepokój. Gdy ona mówiła, ja, roztargniony i pomieszany, mniej słuchałem tego, co mówiła, niż dociekałem, dokąd zmierza. Skoro wreszcie zrozumiałem (co mi nie przyszło łatwo), niespodzianość tej myśli, która od czasu jak żyłem obok mamusi, nie postała mi ani razu w głowie, pochłonęła mnie całego, nie pozwalając prawie ogarnąć sensu słów. Myślałem tylko o niej i nie słuchałem jej.

443

Starać się skupić uwagę młodych ludzi na to, co im się ma do powiedzenia, ukazując im na końcu bardzo dla nich interesujący przedmiot — to nonsens częsty u pedagogów, którego ja sam nawet nie uniknąłem w Emilu. Młody człowiek, uderzony celem, który mu ktoś pokazuje, zajmuje się jedynie nim i skacze równymi nogami przez wstępne wywody, aby pędzić tam, gdzieście go chcieli zawieść zbyt wolno w stosunku do jego pragnień. Pani de Warens z właściwą jej systematycznością umyśliła przez ostrożność (bardzo czczą zresztą), postawić mi warunki; ale skoro tylko ujrzałem ich cenę, nie słuchałem nawet, zgodziłem się na wszystko. Wątpię, aby w podobnym wypadku znalazł się mężczyzna dość szczery albo dość odważny, aby się targować w takiej chwili, jak również czyby się znalazła kobieta, która by mu to przebaczyła. Ciągnąc dalej te dziwaczne pertraktacje, mamusia obciążyła nasz układ niezmiernie poważnymi formalnościami i dała mi do namysłu cały tydzień, jakkolwiek zapewniałem ją obłudnie, że mi go nie trzeba. Faktem jest, na domiar tych wszystkich osobliwości, iż wielce byłem rad z odwłoki[299], tak mnie oszołomiła nowość tej myśli i tak bardzo potrzebowałem czasu, aby uporządkować nagły przewrót dotychczasowych uczuć i pojęć.

444

Pomyśli ktoś, że ten tydzień musiał mi się wydać wiekiem. Wręcz przeciwnie: pragnąłem, aby nim w istocie był. Nie wiem, jak opisać stan, w którym się znajdowałem, pełen dziwnego przerażenia skojarzonego z niecierpliwością, pełen obawy i pragnienia razem. Dochodziło do tego, iż chwilami całkiem na dobre szukałem w głowie jakiegoś przyzwoitego sposobu uniknięcia szczęścia, które mnie czekało. Proszę sobie wyobrazić mój gorący i zmysłowy temperament, mą kipiącą krew, serce pijane miłością, moje siły, zdrowie, młodość. Proszę pomyśleć, że w tym stanie, dręczony nieustannie pragnieniem kobiety, nie poznałem jeszcze żadnej; że wyobraźnia, potrzeba, ambicja, ciekawość, jednoczyły się, pożerając mnie żądzą osiągnięcia pełnej męskości i złożenia jej dowodów. Proszę dodać zwłaszcza (tego przede wszystkim nie trzeba zapominać), że moje przywiązanie do mamusi nie tylko nie ostygło, ale zwiększało się z każdym dniem; że czułem się dobrze tylko przy niej, a jeśli się od niej oddalałem, to tylko po to, aby myśleć o niej; że miałem serce pełne nie tylko jej dobroci, jej miłego charakteru, ale jej kobiecości, postaci, osoby, słowem jej, na każdy sposób, w jaki kobieta może być komuś droga. I proszę sobie nie wyobrażać, iż tych dziesięć czy dwanaście lat różnicy między nami odgrywało jakąś rolę i postarzało ją w mych oczach. Od pięciu czy sześciu lat, gdy na jej pierwszy widok doznałem tak słodkich wzruszeń, zmieniła się w istocie bardzo mało, a w moich oczach wcale. Była zawsze urocza dla mnie, a była nią jeszcze dla wszystkich. Kibić jedynie zaokrągliła się nieco. Poza tym te same oczy, ta sama płeć, ten sam biust, rysy, te same piękne włosy blond, ta sama wesołość, wszystko, aż do głosu, tego srebrnego młodzieńczego głosu, który zawsze na mnie wywierał takie wrażenie, że dziś jeszcze nie mogę bez wzruszenia usłyszeć świeżego głosu dziewczęcia.

445

Naturalną tedy obawą w pewności posiadania osoby tak mi drogiej byłby lęk, iż nie zdołam doczekać tej chwili i nie zdołam zawładnąć zmysłami i wyobraźnią tak, aby zostać panem samego siebie. Ujrzy czytelnik, jak w swoim czasie, w późnych latach, sama myśl o nieznacznych łaskach, które mnie czekały od ukochanej osoby, rozpalała mi krew do tego stopnia, iż niepodobna mi było przebyć bezkarnie kawałka drogi, który dzielił mnie od niej. Jakim sposobem, jakim cudem teraz, w kwiecie młodości, tak mało kwapiłem się do tej pierwszej słodyczy? Jak to się działo, iż zbliżającej się godziny oczekiwałem raczej z uczuciem przykrości niż szczęścia? W jaki sposób miast przedsmaku rozkoszy, który powinien był mnie upajać, czułem niemal obawę i niechęć? Nie ma wątpliwości, iż gdybym mógł się umknąć, bez jej obrazy, swemu szczęściu, byłbym to uczynił z całego serca. Przygotowałem czytelnika na niezwykłości w dziejach mego przywiązania do niej; oto jedna, której najmniej by się pewnie spodziewano.

446

Czytelnik, już zgorszony zapewne, osądzi, iż należąc do innego mężczyzny, poniżała się w mych oczach tym podziałem, że uczucie pewnej wzgardy studziło inne uczucia; myli się. Podział ten, to prawda, sprawiał mi okrutny ból, tak przez zupełnie naturalną wrażliwość, jak i dlatego, że w istocie uważałem go za dość niegodny i jej, i mnie; ale co się tyczy uczuć, nie wpływał na nie zgoła. Mogę przysiąc, że nigdy nie kochałem mamusi tkliwiej niż wówczas, gdy tak mało pragnąłem ją posiadać. Nadto znałem jej czyste serce i lodowaty temperament, aby przypuszczać na chwilę, iż zmysły mogą odgrywać u niej jakąś rolę w tym oddaniu. Byłem pewny, że jedynie chęć ocalenia mnie od niebezpieczeństw, inaczej prawie nieuchronnych, a zachowania mnie całego dla mnie i dla mych obowiązków, była przyczyną, że sama się godziła naruszyć obowiązek, na który zresztą, jak później będę miał sposobność wykazać, patrzyła odmiennie niż inne kobiety. Litowałem się nad nią i litowałem się nad sobą. Byłbym chciał jej rzec: „Nie, mamusiu, nie trzeba, i bez tego ręczę ci za siebie”. Ale nie śmiałem. Po pierwsze, rzecz nie jest z tych, które się mówi; a po wtóre, w głębi czułem, że to nieprawda i że w istocie tylko kobieta może mnie uchronić od innych kobiet i ustrzec od pokus. Nie pragnąc jej, rad byłem, że mnie uwolni od pragnienia innych; do tego stopnia wydawało mi się nieszczęściem wszystko, co by mnie mogło od niej odciągnąć.

447

Długi nawyk życia razem, a jednak niewinnie, miast osłabić moje uczucia, przeciwnie, wzmocnił je, ale równocześnie nadał im jakiś inny charakter, który wlewał w nie więcej tkliwości, czułości może, ale mniej pożądań. Nazywając ją „mamusią”, przestając z nią na stopie synowskiej poufałości, przywykłem niejako uważać się za syna. Myślę, że to jest prawdziwa przyczyna, iż tak mało pragnąłem ją posiadać, mimo że była mi tak drogą. Przypominam sobie doskonale, że pierwsze me uczucia dla niej, mimo iż nie żywsze, bardziej były zmysłowe. W Annecy byłem upojony, w Chambéry już nie. Kochałem ją zawsze z całym przywiązaniem, ale więcej dla niej, a mniej dla siebie, lub przynajmniej więcej szukałem przy niej szczęścia niż rozkoszy. Była mi więcej niż siostrą, więcej niż matką, więcej niż przyjaciółką, więcej niż kochanką nawet, a to dlatego właśnie, że nie była kochanką. Słowem, kochałem ją nadto, aby jej pożądać — oto może najjaśniejsze ujęcie mych uczuć.

448

Ów dzień, którego więcej lękałem się, niż oczekiwałem, nadszedł wreszcie. Przyrzekłem wszystko i nie skłamałem. Serce zatwierdzało me zobowiązania, nie pożądając ich nagrody. Otrzymałem ją wszakże. Znalazłem się pierwszy raz w ramionach kobiety, i kobiety, którą ubóstwiałem. Czy byłem szczęśliwy? Nie; poznałem rozkosz. Jakiś niezwyciężony smutek zatruwał mi jej urok. Miałem uczucie, jak gdybym spełnił kazirodztwo. Tuląc ją z uniesieniem w ramionach, skrapiałem równocześnie jej łono łzami. Co do niej, nie była ani smutna, ani upojona; była serdeczna i spokojna. Będąc z natury mało zmysłowa i nie szukając rozkoszy, nie odczuła ani jej szału, ani po niej nie cierpiała wyrzutów.

449

Powtarzam: wszystkie jej zbłąkania wynikały z mylnych zasad, a nie z namiętności. Była szlachetna z natury, serce jej było czyste, lubiła to, co uczciwe, skłonności miała cnotliwe i zacne, smak delikatny; słowem, była stworzona do wykwintu moralnego, za którym zawsze tęskniła, a którego nigdy nie zaznała, zamiast bowiem słuchać serca, które ją prowadziło dobrze, słuchała rozumu, który ją prowadził źle. Kiedy fałszywe zasady zagnały ją na manowce, dobre instynkty zawsze stawały im wbrew; ale na nieszczęście miała w głowie ćwieka filozofii, i zasady moralne, które sobie zbudowała, zniszczyły te, które dyktowało jej serce.

450

Pan de Tavel, pierwszy jej kochanek, był jej mistrzem filozofii i wszczepił jej te właśnie poglądy, które mu były potrzebne przy dziele uwodzenia. Widząc ją przywiązaną do męża, do obowiązków, zawsze chłodną, rozumującą i niedostępną zmysłom, przypuścił szturm drogą sofizmatów[300]. Zdołał jej przedstawić obowiązki, do których była przywiązana, jako katechizmowe bajeczki, dobre do tumanienia dzieci; obcowanie płci — jako akt najzupełniej w sobie obojętny; wierność małżeńską — jako konwenans, którego cała moralność ogranicza się do poszanowania opinii; spokój męża — jako jedyne prawidło powinności żony; tak iż (wedle niego) dobrze zatajona niewierność, nie istniejąc dla tego, kogo dotyka, nie istnieje i dla sumienia. Słowem, wytłumaczył jej, że rzecz sama w sobie jest niczym, że nabiera istnienia dopiero przez wyjście na jaw i że każda kobieta z pozoru cnotliwa tym samym jest nią w istocie. W ten sposób nędznik doszedł do celu, pacząc umysł dziecka, którego serca zepsuć nie był w stanie. Został za to ukarany męką najokrutniejszej zazdrości, jaką podsycało w nim podejrzenie, iż ona postępuje względem niego tak samo, jak ją nauczył, aby postępowała względem męża. Nie wiem, czy się mylił. Pastor Perret uchodził za jego następcę. Tyle wiem, iż chłodny temperament tej młodej kobiety, który, zdawałoby się, winien ją był ubezpieczyć od tych przewrotnych teorii, przeciwnie, utrwalił ją w nich jeszcze. Nie mogła zrozumieć, aby można było przywiązywać tyle wagi do tego, co dla niej nie miało prawie żadnej. Nigdy nie uczciła mianem cnoty wstrzemięźliwości, która kosztowała ją tak niewiele.

451

Nie byłaby więc wcale nadużywała tej fałszywej zasady dla siebie samej; ale nadużywała jej dla drugich, a to znów dla innej zasady, prawie tak samo fałszywej, ale zgodniejszej z dobrocią jej serca. Zawsze mniemała, iż nic tak nie przywiązuje mężczyzny do kobiety jak posiadanie. Mimo że nie kochała swych przyjaciół inaczej niż przyjaźnią, przyjaźń ta była tak tkliwa, że używała wszelkich środków, jakie miała w swej mocy, aby ich mocniej przywiązać. Co szczególne, to iż prawie zawsze się jej to powiodło. Była naprawdę tak urocza, że im bliżej się z nią żyło, tym więcej znajdowało się nowych przyczyn do kochania. Druga rzecz godna uwagi, to że, od pierwszego błędu, przygarniała zawsze jedynie biedaków. Ludzie uposażeni od losu daremnie zabiegaliby się o nią; ale człowiek, dla którego uczuła zrazu litość, musiałby być bardzo odpychający, aby go w końcu nie pokochała. To zatem, iż nieraz umieszczała swe łaski w sposób tak mało jej godny, nie tylko nie działo się wskutek niskich skłonności, którym nigdy szlachetne jej serce nie było dostępne, ale zawsze jedyną przyczyną był jej charakter zbyt wielkoduszny, ludzki, współczujący, wrażliwy, nad którym nie panowała z dostateczną rozwagą.

452

Jeśli niektóre fałszywe zasady sprowadziły ją na bezdroża, ileż w zamian zdobiło ją cudownych przymiotów, którym się nigdy nie sprzeniewierzyła! Przez ile rzadkich cnót okupywała swoje słabości, jeśli można tym mianem nazwać błędy, w których zmysły tak mało brały udziału! Ten sam człowiek, który ją tak szpetnie wprowadził w błąd na jednym punkcie, oświecił znamienicie i ozdobił jej umysł co do tysiąca innych. Nie podlegając burzliwym namiętnościom i mogąc tym samym iść za wskazówkami rozumu, szła zawsze drogą dobrą, o ile sofizmaty nie sprowadzały jej na manowce. Nawet błędy jej płynęły z chwalebnych pobudek: mogła źle czynić przez zbłąkanie, ale nie mogła chcieć niczego, co by było złem. Nie znała fałszu, kłamstwa, była sprawiedliwa, wyrozumiała, ludzka, bezinteresowna, wierna swemu słowu, przyjaciołom, obowiązkom, o ile je uznała za takie, niezdolna do zemsty i nienawiści, nie pojmując nawet, aby w przebaczeniu mogła tkwić jaka zasługa. Wreszcie (aby wrócić do tego, co najtrudniejsze do usprawiedliwienia), nie ceniąc swoich łask wedle ich wartości, nigdy nie czyniła ich przedmiotem szpetnego handlu; rozdawała je, ale ich nie sprzedawała, mimo że niejednokrotnie cierpiała wprost niedostatek. Śmiem powiedzieć, iż jeżeli Sokrates mógł cenić Aspazję[301], byłby z pewnością poważał panią de Warens.

453

Wiem z góry, że malując ją jako charakter tkliwy, a temperament chłodny, spotkam się z zarzutami sprzeczności, jak zazwyczaj i równie mało słusznie. Być może, iż natura popełniła błąd i że to skojarzenie nie powinno było istnieć; wiem tylko, że istniało. Wszyscy ci, którzy znali panią de Warens i których sporo żyje jeszcze, mogli wiedzieć, że tak było. Śmiem nawet dodać, że znała ona jedną tylko prawdziwą rozkosz, mianowicie dawać ją tym, których kochała. Wolno każdemu rozprawiać i argumentować do woli i dowodzić uczenie, że to nieprawda; moim zadaniem jest mówić prawdę, ale nie zmuszać do wiary.

454

Wszystkiego, co powiedziałem w tej chwili, dowiedziałem się z rozmów, które mieliśmy ze sobą po naszym zbliżeniu; one to jedynie uczyniły je rozkosznym. Słusznie spodziewała się pani de Warens, że dobroć jej wyjdzie mi na pożytek; skorzystałem z niej w istocie bardzo wiele dla swego rozwoju. Dotąd mówiła ze mną zawsze tylko o mnie, jak z dzieckiem. Teraz dopiero zaczęła się odnosić do mnie jak do mężczyzny, otwierać mi swoje serce. Wszystko, co mówiła, było dla mnie tak interesujące, poruszało mnie tak głęboko, iż zwierzenia jej o wiele żywiej trafiły mi do duszy niż poprzednie nauki. Kiedy się czuje w istocie, że serce mówi, nasze serce otwiera się, aby przyjąć jego wylewy; i nigdy żadne moralne nauki pedagoga nie będą warte poufnej i tkliwej gawędy z rozumną i kochaną kobietą.

455

Bliskość, w jakiej żyliśmy teraz, pozwoliła mamusi wyrobić obie o mnie korzystniejsze mniemanie. Osądziła, że mimo mej niezaradności zasługuję na to, aby mnie kształcić i że skoro się kiedyś ukażę na teatrze świata w odpowiednim rynsztunku, będę umiał sobie dać radę. Przejęta tą myślą, dokładała starań nie tylko, aby ukształtować wnętrze, ale także i zewnętrzną formę i uczynić mnie, przez moje zalety, równie godnym sympatii co szacunku. Jeśli prawdą jest, iż można połączyć powodzenie w świecie z cnotą (w co nie wierzę), pewien jestem, że istnieje do tego jedna jedyna droga, to jest ta, którą obrała i na którą chciała mnie skierować. Pani de Warens znała ludzi i posiadała znakomicie sztukę obcowania z nimi bez kłamstwa i bez zbędnej szczerości, nie oszukując ich i nie drażniąc. Ale ta umiejętność tkwiła raczej w charakterze niż w zasadach; umiała lepiej ją stosować niż jej nauczyć, a ja byłem człowiekiem najmniej w świecie zdolnym do skorzystania z tych nauk. Toteż wszystkie starania w tej mierze poszły niemal na marne, tak samo jak troskliwość, z jaką zaopatrzyła mnie w nauczycieli tańca i fechtunku[302]. Mimo że byłem lekki i zgrabnej postawy, nie byłem w stanie nauczyć się kroku menueta[303]. Cierpiałem na odciski, wskutek czego tak nawykłem chodzić na obcasach, że mój pedagog nie mógł mnie od tego oduczyć, i nigdy, mimo dość zwinnego wyglądu, nie byłem zdolny przeskoczyć najmniejszego rowu. Jeszcze gorzej z fechtunkiem. Po trzech miesiącach machałem floretem[304] jak cepami, nie umiejąc wykonać prawidłowego ataku, i nigdy nie osiągnąłem takiej giętkości przegubu ani siły ramienia, aby utrzymać floret, kiedy mistrzowi memu spodobało się wyważyć mi go z ręki. Dodajcie jeszcze, że miałem śmiertelną odrazę do tego ćwiczenia i do nauczyciela, który usiłował mnie z nim obznajmić. Nigdy bym nie uwierzył, że można tak się czuć dumnym ze sztuki zabicia człowieka. Aby swój geniusz zastosować do mego poziomu, wyrażał się tylko porównaniami czerpanymi z muzyki, o której nie miał pojęcia. Znajdował uderzające analogie między tercją i kwartą[305] w fechtunku, a interwałami muzycznymi tej samej nazwy. Kiedy chciał zrobić fintę[306], ostrzegał mnie, abym uważał na „krzyżyk”, dawniej bowiem krzyżyki nazywały się „fintami”; kiedy mi wytrącał floret, mówił, śmiejąc się rubasznie, że to „pauza”. Słowem, w życia nie widziałem nieznośniejszego pedanta niż ten człeczyna, dumny ze swej kitki i plastronu[307].

456

Czyniłem tak małe postępy w tych ćwiczeniach, że niebawem porzuciłem je z czystego wstrętu; większe natomiast zdobycze uczyniłem w bardziej użytecznej sztuce, mianowicie tej, aby być zadowolonym ze swej doli, nie pragnąc świetniejszego losu, do którego nie czułem się stworzony. Pochłonięty chęcią umilania życia mamusi, podobałem sobie[308] coraz więcej przy jej boku; a kiedy mi trzeba było oddalić się od niej, aby uganiać po mieście, mimo całej namiętności do muzyki zaczynałem odczuwać ciężar mych lekcji.

457

Nie wiem, czy Klaudiusz Anet spostrzegł zmianę naszego stosunku. Mam powody przypuszczać, że tak. Był to człowiek bardzo przenikliwy, ale dyskretny, który nie mówił nigdy wbrew swej myśli, ale nie zawsze ją objawiał. Mimo iż nigdy nie zdradził wobec mnie, aby wiedział o czym, postępowanie jego przemawiało za tym; a postępowanie to nie wynikało z pewnością z niskich pobudek, ale z tego, iż przejąwszy się poglądami swej pani, nie mógł potępiać jej za to, że działa w ich duchu. Mimo iż nie starszy od niej, był on tak dojrzały i poważny, że patrzał na nas prawie jako na dwoje dzieci godnych pobłażania, a my patrzyliśmy nań oboje jako na statecznego mężczyznę, na którego szacunku nam zależało. Dopiero wówczas kiedy mu się stała niewierną, poznałem, jak bardzo mamusia była do niego przywiązana. Ponieważ wiedziała, że myślę, czuję, oddycham jedynie przez nią, okazywała mi jawnie, jak go kocha, abym i ja go kochał tak samo; a więcej jeszcze niż na przyjaźń dla niego kładła nacisk na swój szacunek, ponieważ było to uczucie, które w najszerszej mierze mogłem podzielać. Ileż razy wzruszyła nasze serca i ściskała nas obu ze łzami, powiadając, iż obaj jesteśmy potrzebni dla szczęścia jej życia! I niechaj kobiety, czytając te słowa, nie uśmiechają się złośliwie. Przy jej temperamencie, a raczej jego braku, potrzeba ta nie była dwuznaczną; była jedynie potrzebą serca.

458

Tak wytworzyła się między nami trojgiem spójnia, jakiej przykładu nie było może na ziemi. Wszystkie nasze chęci, troski, wprost nasze serca, były wspólne; nic nie istniało poza granicami tego małego kółka. Przyzwyczajenie życia razem i życia wyłącznie z sobą stało się tak silne, że kiedy w godzinie posiłku brakło jednego z trojga albo też przybył ktoś czwarty, wszystko było popsute. Mimo naszych poszczególnych związków, sam na sam były nam mniej słodkie niż wspólne zebrania. Bezgraniczne zaufanie usuwało z nich wszelki przymus, nudę zaś wykluczało to, iż byliśmy bardzo zajęci. Mamusia, zawsze snująca plany i zawsze czynna, nie pozwalała żadnemu z nas próżnować; prócz tego każdy miał dość sposobów wypełnienia czasu. Według mnie bezczynność nie w mniejszym stopniu jest plagą życia społecznego jak samotności. Nic bardziej nie zacieśnia umysłu, nie płodzi więcej małostek, plotek, obmowy, sprzeczek, kłamstw, niż kiedy ludzie siedzą wspólnie zamknięci w pokoju, skazani, za całe zatrudnienie, na konieczność ustawnego[309] paplania. Kiedy wszyscy są zajęci, każdy mówi tylko wówczas, kiedy ma coś do powiedzenia; ale kiedy się nic nie robi, trzeba mówić ciągle. Oto ze wszystkich rodzajów przymusu najuciążliwszy i najniebezpieczniejszy. Śmiem iść dalej i twierdzę, że aby zebranie mogło być naprawdę przyjemne, trzeba nie tylko, aby każdy był zajęty, ale do tego zajęty czymś, co wymaga nieco uwagi. Robić szydełkiem, to znaczy nic nie robić; tyleż wymaga trudu zabawić kobietę robiącą szydełkiem, jak wówczas gdy siedzi z założonymi rękami. Ale kiedy haftuje, to co innego; zajęcie to wystarcza, aby wypełnić przerwy w rozmowie. Śmieszne i drażniące jest patrzeć na pół tuzina wałkoniów, jak wstają, osiadają, idą, wracają, okręcają się na pięcie, obracają dwieście razy figurkę na kominku i dręczą mózgownice, aby podtrzymywać nieustający potok słów. W istocie, ładne zajęcie! Tacy ludzie, cokolwiek by czynili, zawsze będą ciężarem sobie i drugim. Kiedy byłem w Motier, chodziłem robić siatki do moich sąsiadek; gdybym znów zaczął żyć w świecie, miałbym zawsze w kieszeni swój bilbokiecik[310] i bawiłbym się nim cały dzień, aby się uwolnić od potrzeby mówienia, kiedy bym nie miał nic do powiedzenia. Gdyby każdy czynił tak samo, ludzie staliby się mniej źli, stosunki między nimi bezpieczniejsze, a myślę że i przyjemniejsze. Słowem, niech żartownisie śmieją się, jeśli mają ochotę, ale ja twierdzę, że jedyna moralność dostępna naszej epoce, to moralność bilbokietu.

459

Zresztą, nie zostawiano nam nadto sposobności bronienia się od nudów; zbyt wiele nam ich zadawali natręci swymi uprzykrzonymi wizytami, abyśmy mieli czas nudzić się, zostawszy w swoim kółku. Niecierpliwość, o którą przyprawiali mnie niegdyś wieczni goście, nie zmniejszyła się, jedyną różnicą było to, iż miałem mniej czasu na wyrażenie jej. Biedna mamusia nie wyzbyła się wcale dawnej namiętności do przedsiębiorstw[311] i projektów; przeciwnie, im bardziej domowe potrzeby stawały się naglące, tym bardziej, chcąc im wydołać, ścigała swoje chimery. Im mniej miała środków obecnie, tym więcej dawała folgę fantazji na przyszłość. Postęp lat jedynie powiększał w niej tę manię; w miarę jak traciła zamiłowanie do uciech świata, zastępowała je rozkoszami tajemnic i projektów. Z domu nie wychodzili szarlatani, fabrykanci, alchemicy, awanturnicy, którzy, rozdając fortuny milionami, zawsze w końcu potrzebowali jakiegoś talara. Żaden nie wyszedł od niej z próżnymi rękami, i tylko dziwię się, że tak długo mogła nastarczyć tej rozrzutności bez wyczerpania jej źródła, a zarazem cierpliwości wierzycieli.

460

Projekt, który najbardziej pochłaniał ją wówczas, a który nie był najbardziej niedorzeczny ze wszystkich, jakie tworzyła, to było założenie w Chambéry królewskiego ogrodu botanicznego z posadą płatnego demonstratora; można odgadnąć, dla kogo miejsce to było przeznaczone. Położenie miasta w samym wnętrzu Alp było bardzo pomyślne dla studiów botanicznych; a mamusia, która zawsze na poparcie jednego projektu stwarzała drugi, dołączyła do owego ogrodu instytut farmaceutyczny, który w istocie mógł być użyteczny w tym kraju tak biednym, gdzie aptekarze są prawie jedynymi lekarzami.

461

Okolicznością, która sprzyjała temu projektowi i może nasunęła go nawet, był fakt, iż protomedyk[312] Grossi po śmierci króla Wiktora osiedlił się w Chambéry. Na wszelki wypadek, mamusia zaczęła sidłać swymi uprzejmościami Grossiego, który nie bardzo był uprzejmościom dostępny; był to najbardziej cierpki i brutalny człowiek, jakiego znałem. Można osądzić z paru rysów, które przytoczę.

462

Jednego dnia znajdował się on na konsylium z paru lekarzami, między innymi jednym, sprowadzonym z Annecy, domowym lekarzem chorego. Ów młody człowiek snadź jeszcze nie dość zaprawiony w zawodzie lekarza, ośmielił się nie podzielać zdania pana protomedyka. Ten za całą odpowiedź spytał go, którędy będzie wracał do domu i jakiej lokomocji ma zamiar użyć. Lekarz, zaspokoiwszy jego ciekawość, pyta z kolei, czy może mu w czym usłużyć. „Nic, nic — rzecze Grossi — chciałem tylko wyjrzeć z okna, gdy pan będzie przejeżdżał, aby mieć przyjemność oglądania osła jadącego na mule”. Był równie skąpy, jak bogaty i nieużyty. Jeden z przyjaciół chciał raz pożyczyć od niego pieniędzy na dobrą hipotekę. „Mój przyjacielu — rzekł, ściskając mu ramię i zgrzytając zębami — gdyby święty Piotr zstąpił z nieba, aby pożyczyć ode mnie dziesięć pistolów[313] i dawał mi w zastaw Trójcę Świętą, nie pożyczyłbym”. Jednego dnia, zaproszony na obiad do hrabiego Picon, gubernatora Sabaudii, wielkiego dewota, przybył za wcześnie; Jego Ekscelencja, zajęty odmawianiem różańca, proponuje mu tę zabawę. Nie wiedząc, co powiedzieć, wykrzywia się straszliwie i klęka; ale zaledwie odmówił dwa Ave, nagle, nie mogąc dłużej wytrzymać, zrywa się, chwyta laskę i odchodzi bez słowa. Hrabia Picon biegnie za nim i krzyczy: „Panie Grossi, panie Grossi! Zostań pan, mamy świetną kuropatwę”. — „Panie hrabio — odparł tamten, odwracając się — choćbyś mi pan dawał pieczonego anioła, nie zostanę”. Oto co za człowiek był protomedyk Grossi, którego mamusia zdołała wreszcie obłaskawić. Mimo iż bardzo zajęty, przyzwyczaił się zachodzić do niej często, polubił Aneta, zaznaczał, iż ceni jego wiedzę, mówił o nim z uznaniem i, czego by się nikt nie spodziewał po takim niedźwiedziu, traktował go z wyszukanymi względami, aby zatrzeć drażliwość jego początków. Mimo bowiem iż Anet od dawna nie pozostawał na stopie służącego, wiedziano, że był nim dawniej; trzeba było dopiero przykładu i powagi pana protomedyka, aby poddać w stosunku do niego ton, którego by z pewnością komu innemu nie udało się narzucić. Klaudiusz Anet, w swym czarnym ubraniu, starannie uczesanej peruce, z przystojną i poważną fizjonomią, statecznym i roztropnym obejściem, dość rozległymi wiadomościami w zakresie medycyny i botaniki oraz poparciem głowy fakultetu, mógł słusznie mieć nadzieję chlubnego wywiązania się z obowiązków królewskiego demonstratora roślin, w razie gdyby zamierzony instytut doszedł do skutku. W istocie, Grossi zasmakował w tym planie, pochwalił go i aby go przedłożyć u dworu, oczekiwał jedynie chwili, gdy zawarcie pokoju pozwoli myśleć o użytecznych rzeczach i rozporządzać jakąś sumką potrzebną na ich wykonanie.

463

Ale ten projekt, którego spełnienie byłoby mnie pewnie pchnęło w kierunku botaniki, do czego zdaje się byłem stworzony, chybił wskutek jednego z owych ciosów, które burzą najlepiej pomyślane plany. Było mi przeznaczone stać się, spadając ze szczebla na szczebel, przykładem ludzkich niedoli. Rzekłby ktoś, że to Opatrzność, która powołała mnie do tych wielkich prób, usuwała rękę od wszystkiego, co by mnie mogło wstrzymać na drodze mej golgoty. Choroba, ŚmierćW czasie wycieczki, którą Anet podjął w wysokie góry po genipi, rzadką roślinę znajdującą się tylko w Alpach, a potrzebną panu Grossi, biedny chłopak zmęczył się tak, iż dostał pleurezji[314], z której owo genipi nie mogło go uleczyć, jakkolwiek jest, powiadają, specyfikiem na tę chorobę. ŻałobaMimo całej sztuki Grossiego, który z pewnością był bardzo biegłym lekarzem, mimo najpieczołowitszych starań, jakimiśmy go otoczyli, umarł piątego dnia w naszych rękach po okrutnej agonii, w czasie której ja tylko krzepiłem go swymi ekshortacjami[315]. Udzielałem mu ich w wybuchach boleści i przywiązania, które, jeśli był w stanie mnie zrozumieć, musiały mu być pewną pociechą. Oto jak straciłem najpewniejszego przyjaciela, jakiego miałem w życiu; szacownego i rzadkiego człowieka, w którym szlachetność natury zastąpiła wychowanie, który w stanie służebnym pielęgnował wszystkie cnoty niepospolitych ludzi i który może zabłysnąłby nimi przed światem, gdyby okoliczności powołały go na szerszą arenę.

464

Nazajutrz rozmawiałem o nim z mamusią z najżywszym i najszczerszym zmartwieniem, kiedy nagle wśród rozmowy przemknęła mi przez głowę niska i szpetna myśl, że z kolei rzeczy mnie przypadnie dziedziczyć po Anecie jego odzież, a zwłaszcza piękne czarne ubranie, które mi wpadło w oko. Pomyślałem to, tym samym powiedziałem; w stosunku do mamusi było to dla mnie jedno i to samo. Nic tak dotkliwie nie dało jej odczuć straty, którą poniosła, jak to wstrętne i nikczemne oderwanie: bezinteresowność bowiem i szlachetność duszy, były to przymioty, które zmarły posiadał w najwyższym stopniu. Biedna kobieta nic nie odpowiedziała, odwróciła się i zaczęła płakać. Drogie i szacowne łzy! Zrozumiałem je, spłynęły do mego serca; spłukały w nim, do ostatnich śladów, wszelkie niskie i pospolite uczucie. Nigdy od tego czasu już się doń nie wślizgnęło.

465

Ta strata stała się dla mamusi nie tylko wielką boleścią, ale i wielką szkodą. Od tego czasu interesy jej coraz bardziej zaczęły podupadać. Anet był to człowiek ścisły i rządny i on jeden utrzymywał jaki taki ład w domu. Obawiano się jego czujności; stąd i marnotrawstwo było mniejsze. Ona sama lękała się jego nagany i powściągała się w rozrzutności. Nie dość jej było posiadać jego przywiązanie, dbała i o jego szacunek i lękała się słusznych wymówek, które ośmielał się jej niekiedy czynić, gdy trwoniła cudze dobro na równi z własnym. Myślałem jak on, przemawiałem nawet, ale nie miałem jego powagi i przestrogi moje nie czyniły wrażenia. Kiedy Aneta nie stało, musiałem objąć jego rolę, do czego miałem równie mało zdolności, jak powołania; wypełniałem ją też bardzo licho. Byłem nie dość staranny, a przy tym bardzo nieśmiały; gderając coś pod nosem, cierpiałem, iż wszystko się rozłazi. Zresztą, zażywałem wprawdzie u mamusi tego samego zaufania, ale nie tej samej powagi. Widziałem nierząd[316], biadałem nad nim, łajałem — nie zyskiwałem posłuchu. Byłem zbyt młody i zbyt żywy, aby mieć prawo być rozsądnym; kiedy chciałem bawić się w cenzora, mamusia dawała mi pieszczotliwe klapsy po twarzy, nazywała mnie swoim mentorem i zmuszała do roli, która mi lepiej przystała.

466

Pieniądz, TajemnicaZdawałem sobie sprawę, iż nieumiarkowane wydatki muszą prędzej czy później wtrącić ją w nędzę. Czułem to tym wyraźniej, odkąd, objąwszy niejako zarząd domu, własnymi oczami mogłem osądzić nierówność dochodów i wydatków. Od tej epoki datuje skłonność do skąpstwa, która się we mnie rozwinęła. Nigdy, poza jakimś chwilowym wybrykiem, nie byłem szalenie rozrzutny; ale dotąd nie troszczyłem się zbytnio o to, czy mam mało czy dużo. Obecnie zacząłem się nad tym zastanawiać i troszczyć o stan mej sakiewki. Stawałem się brudasem z bardzo szlachetnego motywu: jedynym mym celem było zabezpieczyć mamusi jakiś fundusik na wypadek katastrofy, którą przewidywałem. Lękałem się, aby wierzyciele nie zajęli pensji lub aby pensji tej zupełnie nie zniesiono. Wyobrażałem sobie, wedle mych ciasnych horyzontów finansowych, iż mój skarbczyk może się wtedy stać wielką pomocą. Ale aby go uskładać, a zwłaszcza uchować, musiałem się kryć; nie wypadało bowiem, aby mamusia, szamocąc się sama z kłopotami, wiedziała, że ja tymczasem duszę pieniądze. Wyszukiwałem tedy kryjówki, w które wsuwałem ukradkiem jakieś parę ludwików, z nadzieją powiększania tego skarbu aż do chwili, w której będę go mógł złożyć u jej stóp. Ale byłem tak niezręczny w wyborze kryjówek, że mamusia zawsze je wypatrzyła; po czym, aby mi dać znać, że znalazła, zabierała moje złoto, kładąc sumkę zazwyczaj większą jeszcze, ale w innej monecie. Szedłem, zawstydzony, złożyć do wspólnej kasy mój mały skarb, który mamusia zwykle obracała dla mnie, na jakieś fatałaszki, jak np. srebrna szpada, zegarek, albo coś w tym rodzaju.

467

Przekonawszy się dowodnie, iż oszczędzanie nie powiedzie mi się nigdy i nie na wiele przyda się mej opiekunce, zdałem sobie sprawę, iż jedyną dla mnie drogą jest starać się, abym we własnych talentach mógł kiedyś znaleźć środki do życia dla nas obojga, wówczas gdy jej samej zabraknie chleba. Nieszczęściem, dostrajając projekty do moich upodobań, upierałem się w szalonej myśli szukania losu w muzyce. Czując w głowie pomysły i melodie, uwierzyłem, że skoro tylko będę mógł je wyzyskać, stanę się zaraz sławnym człowiekiem, nowożytnym Orfeuszem[317], którego dźwięki sprowadzą na mnie deszcz złota. Doszedłem do tego, iż nauczyłem się czytać jako tako nuty; obecnie najważniejszym było nauczyć się kompozycji. Trudność była w tym, aby znaleźć kogoś, kto by mnie jej nauczył; sam bowiem, tylko przy pomocy mego Rameau, nie spodziewałem się tego osiągnąć, a od wyjazdu Mistrza nie było w Sabaudii nikogo, kto by bodaj trochę rozumiał się na harmonii.

468

Tu okaże się jeszcze jedna z owych niekonsekwencji, od których roi się w mym życiu i które tak często kazały mi iść na wspak celowi wówczas właśnie, gdy na pozór zmierzałem prosto do niego. Venture mówił mi wiele o księdzu Blanchard, swoim mistrzu, człowieku wielkiej nauki i talentu, który wówczas był kapelmistrzem przy katedrze w Besançon, później zaś zajmował takież stanowisko w Wersalu. Uroiłem sobie jechać do Besançon uczyć się u księdza Blanchard. Myśl wydała mi się tak rozsądna, że zdołałem do niej przekonać i mamusię. Natychmiast zabrała się do przygotowania małej wyprawki, i to z zapałem, jaki wkładała we wszystko. Tak oto, wciąż z zamiarem zapobieżenia bankructwu mamusi, zacząłem na razie od tego, iż przysporzyłem jej wydatku ośmiuset franków; przyspieszyłem ruinę, aby zdobyć środki dla złagodzenia jej następstw. Mimo całego szaleństwa tego postępku, działaliśmy, ja i ona nawet, w najlepszej wierze. Ja byłem przekonany, iż w ten sposób pracuję z pożytkiem dla niej, ona, że pracuję z pożytkiem dla siebie samego.

469

Spodziewałem się, iż zastanę jeszcze Venture'a w Annecy i poproszę o list do księdza Blanchard. Już go nie było. Za całą informację trzeba mi się było zadowolić mszą na cztery głosy, jego kompozycji i pióra, którą mi zostawił. Z tym listem polecającym puszczam się do Besançon, przejeżdżając przez Genewę, gdzie odwiedziłem krewnych, i przez Nyon, gdzie wstąpiłem do ojca. Przyjął mnie jak zwykle i podjął się wyprawić za mną tobołek, który miał przyjść dopiero po mnie, ile że podróż odbywałem konno. Przybywam do Besançon. Ksiądz Blanchard przyjął mnie dobrze, obiecał wskazówki i ofiarował usługi. Już mieliśmy zaczynać, kiedy dowiaduję się z listu ojca, że tobołek mój przytrzymano i skonfiskowano w Rousses, komorze[318] francuskiej na granicy Szwajcarii. Przerażony tą nowiną, poruszam wszystkie stosunki, jakie już miałem w Besançon, aby się dowiedzieć o motywach konfiskaty. Pewny, że nie miałem żadnej kontrabandy, nie mogłem pojąć, na jakim pozorze mogli się oprzeć. Dowiaduję się wreszcie; trzeba opowiedzieć rzecz całą, bo wypadek jest w istocie ciekawy.

470

Widywałem w Chambéry starego lyończyka, poczciwego człowieka, nazwiskiem Duvivier, który urzędował niegdyś „w wizach” za Regencji[319], i który w braku innego zajęcia zgodził się pracować w katastrze. Niegdyś był to światowy człowiek. Posiadał talenty, nieco wykształcenia, miłe obejście; znał się na muzyce; że zaś pracowałem z nim w jednej kwaterze, wśród niedźwiadków, którzy nas otaczali, zbliżyliśmy się z sobą naturalną siłą atrakcyjną. Zachował on pewne stosunki w Paryżu; z nich czerpał owe przyjemne fraszki, owe ulotne nowości, które rodzą się nie wiadomo skąd, umierają nie wiadomo jak, i o których nikt nie pomyśli, skoro się przestanie o nich mówić. Ponieważ od czasu do czasu brałem go na obiad do mamusi, zabiegał się po trosze o moje względy i aby się wypłacić niejako, starał się obudzić we mnie smak do tych ramot[320], do których zawsze miałem taką odrazę, że nigdy nie zdarzyło mi się w życiu przeczytać samemu bodaj jednej. Nieszczęściem, jeden z tych przeklętych świstków został w kieszeni od kamizelki nowego ubrania, które włożyłem na siebie parę razy, aby być w porządku z celnikami[321]. Ten świstek była to dość płaska jansenistyczna[322] parodia pięknej sceny z Mitrydata Racine'a[323]. Nie przeczytałem ani dziesięciu wierszy i zostawiłem papier przez zapomnienie w kieszeni. Oto co spowodowało konfiskatę. Urzędnicy, spisując inwentarz walizki, pomieścili na czele wspaniały protokół, w którym, w przypuszczeniu, iż pismo to przemyca ktoś z Genewy po to, aby je wydrukować i rozszerzać we Francji, rozwodzili się w świętem oburzeniu przeciw nieprzyjaciołom Boga i Kościoła i w pochwałach nad swą pobożną czujnością, która wstrzymała wykonanie piekielnego zamysłu. Uważali widocznie, że i moje koszule trącą herezją, gdyż na rachunek tego straszliwego papieru wszystko uległo konfiskacie i nigdy nie otrzymałem żadnego wyjaśnienia ani wiadomości o mym biednym tobołku. Urzędy, do których się zwracano, wymagały tylu szczegółów, informacji, certyfikatów, dokumentów, iż zgubiwszy się sto razy w tym labiryncie, musiałem wszystkiego poniechać. Żałuję szczerze, że nie zachowałem protokołu z komory w Rousses: był to dokument godny zająć chlubne miejsce wśród tych, których zbiór mam dołączyć do niniejszego rękopisu.

471

Ta strata sprowadziła mnie z powrotem do Chambéry, nim zdążyłem cośkolwiek zacząć z księdzem Blanchard. Widząc, iż nieszczęście jakieś ściga mnie we wszystkich przedsięwzięciach, postanowiłem wreszcie trzymać się jedynie mamusi, dzielić jej dolę i nie troskać się o przyszłość, której nie mogłem zaradzić. Przyjęła mnie, jak gdybym wrócił obładowany skarbami, odnowiła powoli mą skromną garderobę i całe to nieszczęście, dość znaczne dla nas obojga, poszło prawie natychmiast w niepamięć.

472

Mimo że ta katastrofa ostudziła mnie w projektach muzycznych, nie przestałem dalej studiować mego Rameau. Dzięki wysiłkom doszedłem wreszcie do tego, iż zacząłem go rozumieć. Skleiłem parę kompozycji, których powodzenie zachęcało mnie. Hrabia de Bellegarde, syn margrabiego d'Antremont, wrócił z Drezna po śmierci króla Augusta[324]. Długo mieszkał w Paryżu, lubił namiętnie muzykę, zwłaszcza Rameau. Brat jego, hrabia de Nangis, grywał na skrzypcach; hrabina de la Tour, ich siostra, śpiewała trochę. Wszystko to wprowadziło w Chambéry muzykę w modę. Stworzono rodzaj publicznego koncertu, którego zrazu ja miałem objąć dyrekcję, ale spostrzeżono niebawem, iż przechodzi to moje siły i ułożono rzecz inaczej. Bądź co bądź, udało mi się wykonać parę drobnych utworów swojej kompozycji, między innymi kantatę, która się bardzo podobała. Nie był to utwór dobrze zbudowany, ale pełno w nim było nowych melodii i efektów, jakich nie spodziewano się po mnie. Obaj panowie nie mogli uwierzyć, abym czytając tak licho nuty, mógł mimo to komponować wcale nieźle, i ani wątpili, iż ustroiłem się w cudze piórka. Aby sprawdzić rzecz, jednego ranka przyszedł do mnie pan de Nangis z kantatą Clérambaulta, którą przetransponował, jak mówił, dla siebie. Chodziło o to, aby dorobić akompaniament, ponieważ oryginalny nie da się jakoby zgodzić z transpozycją. Odpowiedziałem, że to jest nie lada praca i że się jej nie da wykonać od ręki. Myślał, że się chcę wykręcić, i prosił, bym ułożył akompaniament bodaj do jednej melodii. Ułożyłem go tedy, licho zapewne, bo aby coś zrobić dobrze, trzeba mi w każdej rzeczy czasu i swobody; ale ułożyłem w każdym razie podług reguł; że zaś pan de Nangis był przy tym obecny, nie mógł dłużej wątpić o mej znajomości prawideł kompozycji. Dzięki temu nie straciłem lekcji, ale ostygłem nieco do muzyki, widząc, że złożył się koncert i że się obszedł bez mego współudziału.

473

W tym mniej więcej czasie po zawarciu pokoju armia francuska wracała przez góry. Wielu oficerów odwiedziło mamusię, między innymi hrabia de Lautrec, pułkownik pułku orleańskiego, później ambasador w Genewie i wreszcie marszałek Francji. Zostałem mu przedstawiony. Z tego, co mu mamusia o mnie powiedziała, zdawał się bardzo mną przejęty; poczynił mi różne nadzieje, o czym przypomniał sobie dopiero w ostatnim roku swego życia, wówczas kiedy już nie potrzebowałem jego usług. Młody margrabia de Sennecterre, którego ojciec był wówczas ambasadorem w Turynie, przejeżdżał w tym samym czasie przez Chambéry. Był na obiedzie u pani de Menthon; ja również. MuzykaPo obiedzie rozmowa zeszła na muzykę, w której był kuty na cztery nogi. Opera Jephte[325] była wówczas nowością; wspomniał o niej, przyniesiono nuty. Zadrżałem, kiedy mi zaproponował, abyśmy we dwóch wykonali tę operę. Otwierając, natrafił na ten sławny ustęp na dwa chóry:

Ziemia, niebo, piekło samo,

Wszystko korzy się przed Panem.

474

Rzekł do mnie: „Ile pan chcesz objąć partii? Ja podejmuję się tych sześciu”. Nie byłem jeszcze przyzwyczajony do tej francuskiej werwy; mimo iż niekiedy zdarzyło mi się odstękać jaką partycję, nie mogłem zrozumieć, w jaki sposób jeden człowiek może wykonać sześć partii, a choćby dwie. Nie było dla mnie uciążliwszej rzeczy w muzyce niż takie lekkie przeskakiwanie z jednej partii do drugiej i równoczesne ogarnianie okiem całej partytury. Ze sposobu, w jaki wywiązałem się z zadania, pan de Sennecterre musiał nabrać podejrzenia, że nie mam pojęcia o muzyce. Może dla sprawdzenia tej wątpliwości zaproponował mi spisanie melodii, którą chciał ofiarować pannie de Menthon. Nie mogłem się wymówić. Zaśpiewał piosenkę, ja notowałem, nie żądając zbyt wielu powtórzeń. Odczytał ją i znalazł, że jest bardzo poprawnie zanotowana, bo też tak było. Widząc poprzednio me zakłopotanie, podkreślał teraz z przyjemnością ten mój drobny tryumf. Była to wszelako rzecz nader prosta. W gruncie posiadałem muzykę bardzo dobrze; brakło mi jedynie owego błyskawicznego rzutu oka, którego nie miałem nigdy w niczym, a który w muzyce można nabyć jedynie długą praktyką. Bądź co bądź, wdzięczny mu byłem za tę miłą gorliwość, z jaką starał się zatrzeć w oczach drugich i moich własnych mały wstyd, którego doznałem poprzednio. W dwanaście czy piętnaście lat później, spotykając się z nim w salonach paryskich, miałem wiele razy pokusę przypomnieć mu to zdarzenie i okazać, iż zachowałem pamięć o nim. Ale od tego czasu stracił oczy; lękałem się odnowić jego ranę, przypominając mu ich dawniejszą sprawność, zmilczałem przeto.

475

Dotykam tu momentu, który stanowi poniekąd łącznik mej minionej egzystencji z obecną. Niektóre przyjazne stosunki z tamtej epoki, przeciągając się w późniejszą, stały mi się bardzo cenne. Często przyszło mi żałować owego szczęśliwego czasu skromnej mierności, kiedy ci, którzy oświadczali mi się z przyjaźnią, kochali mnie dla mnie samego, przez prostą życzliwość, a nie przez próżność utrzymywania stosunków z głośnym człowiekiem lub przez ukrytą chęć szkodzenia mi. Od owego to czasu datuje pierwsza znajomość z moim starym przyjacielem Gauffecourt, który pozostał nim zawsze, mimo wszelkich starań, jakie czyniono, aby go ode mnie odwrócić. Zawsze pozostał! Nie. Niestety! Straciłem go niedawno. Ale nie przestał mnie kochać, póki żył, i przyjaźń nasza zgasła dopiero z nim samym. Pan de Gauffecourt był to jeden z najmilszych ludzi jacy istnieli. Niepodobna go było poznać, aby go nie polubić, a żyć z nim bliżej, aby się doń nie przywiązać na zawsze. W życiu nie widziałem fizjonomii bardziej otwartej, serdecznej, pogodnej, bardziej tryskającej uczuciem i rozumem, bardziej budzącej zaufanie. Choćby się było nie wiem jak powściągliwym, mimo woli od pierwszego wetknięcia było się z nim tak poufale, jakby się go znało od lat dwudziestu. Ja, który się tak trudno oswajam z widokiem nowych twarzy, z nim czułem się swobodny natychmiast. Jego ton, akcent, rozmowa były w zupełnej zgodzie z fizjonomią. Dźwięk głosu miał jasny, pełny; dźwięczny, piękny bas, jędrny i wnikliwy, który radował ucho i wibrował w sercu. Niepodobna, by mogła istnieć równiejsza i bardziej luba wesołość, prostszy i naturalniejszy wdzięk, milsze i pielęgnowane z większym smakiem talenty. Dołączcie do tego serce kochające, ale kochające nieco nadto cały świat, charakter uczynny bez wyboru, z zapałem gotowy oddać się na usługi przyjaciół lub raczej widzący przyjaciół w ludziach, którym mógł usłużyć; przy tym umiejący zręcznie załatwiać własne sprawy, załatwiając bardzo gorąco sprawy drugich. Gauffecourt był synem prostego zegarmistrza i sam też był zegarmistrzem. Ale talenty jego, jak i jego warunki, przeznaczały go do innej sfery, gdzie też niebawem znalazł poczesne miejsce. Zapoznał się z panem de la Closure, posłem francuskim w Genewie, który nabrał doń sympatii. Polecił go w Paryżu przyjaciołom; dzięki stosunkom zyskał sobie dostawę soli w Valais, co równało się dwudziestu tysiącom funtów rocznie. Ale o ile mężczyźni darzyli go sympatią, kobiety po prostu cisnęły się do niego; kłopot miał tylko z wyborem. Rzeczą rzadką i najzaszczytniej o nim świadczącą było to, iż mając stosunki we wszystkich sferach, wszędzie był lubiany, rozrywany w każdym towarzystwie, a nigdy nie ściągnął na siebie niczyjej zazdrości ani nienawiści; sądzę, że umarł, nie uczyniwszy sobie w życiu ani jednego wroga. Szczęśliwy człowiek! Odwiedzał co roku kąpiele w Aix, gdzie się zbiera wykwintny świat okoliczny. Zażyły z całą szlachtą sabaudzką, przybył z Aix do Chambéry odwiedzić hrabiego de Bellegarde i ojca jego, margrabiego d'Antremont, w którego domu mamusia mnie z nim zapoznała. Znajomość ta, która zdawała się nie mieć żadnych widoków i na szereg lat się przerwała, odnowiła się przy sposobności, o której powiem i zmieniła się w prawdziwą przyjaźń. Ale gdyby nawet wspomnienie jego nie tyczyło mnie tak blisko osobiście, był to człowiek tak uroczy i tak obdarzony przez naturę, iż dla samej czci rodzaju ludzkiego uważałbym, iż godzi się przechować jego pamięć. Ten tak czarujący człowiek miał zapewne, jak się okaże, swoje wady, ale gdyby ich nie miał, nie byłby może tak uroczy.

476

Druga przyjaźń z owego czasu jeszcze nie wygasła i mami mnie dotąd tą nadzieją doczesnego szczęścia, która tak trudno zamiera w sercach ludzi. Pan de Conzié, szlachcic sabaudzki, wówczas młody i ujmującej postaci, powziął kaprys uczenia się muzyki lub raczej zbliżenia się z tym, który jej uczył. Z bystrością i smakiem w rzeczach sztuki pan de Conzié łączył słodycz charakteru, która czyniła go bardzo miłym i serdecznym w pożyciu — cnoty, które i ja posiadam w wysokim stopniu, o ile je czuję w drugich. Niebawem zaprzyjaźniliśmy się[326]. Zarodek literatury i filozofii, który zaczynał fermentować w mej głowie i potrzebował jedynie nieco uprawy i podniet współzawodnictwa, aby się rozwinąć, znalazł je w tym zbliżeniu. Pan de Conzié mało miał zdolności do muzyki; to było dla mnie wielkie szczęście; lekcje schodziły nam na czym innym niż na solfedżjowaniu. Śniadaliśmy razem, rozmawiali, czytali to i owo z nowości, o muzyce ani słowa. Korespondencja Woltera[327] z księciem pruskim[328] napełniała wówczas świat rozgłosem. Rozmawialiśmy często o tych dwóch sławnych ludziach, z których jeden, od niedawna na tronie, zapowiadał się takim, jakim się miał niebawem okazać, drugi zaś, równie mieszany z błotem jak dziś jest otoczony podziwem, budził w nas szczere współczucie z powodu nieszczęść, które tak często są klątwą wielkich talentów. Książę pruski nie zaznał szczęścia w miłości; Wolter nie miał — zdawało się — pokosztować go nigdy. Zainteresowanie, które budzili w nas obaj, rozciągało się na wszystko, co ich tyczyło. Wszystko, co Wolter napisał, wertowaliśmy natychmiast. Przyjemność, jaką znajdowałem w tej lekturze, obudziła we mnie chęć wykwintnego władania piórem; starałem się naśladować piękny styl autora, którym byłem oczarowany. W jakiś czas potem pojawiły się jego Listy filozoficzne[329]. Mimo iż nie są z pewnością najlepszym dziełem Woltera, one to zwłaszcza pchnęły mnie ku studiom literackim i to zamiłowanie, raz zrodzone, nigdy od tego czasu nie wygasło.

477

Nie nadeszła wszelako chwila, aby się mu na serio poświęcić. Tkwiła we mnie jeszcze jakaś zmienność usposobienia, jakiś koczowniczy pęd, raczej hamowany niż uśpiony, podsycony zresztą trybem domu pani de Warens, zbyt hałaśliwym dla mego samotnictwa. Ta zgraja nieznajomych, którzy napływali tam co dzień ze wszystkich stron; do tego przekonanie, iż wszyscy ci ludzie starają się ją jedynie wyzyskać i wywieść w pole, każdy na swój sposób — wszystko to czyniło mi dom miejscem tortury. Od czasu jak, objąwszy miejsce po Klaudiuszu w ufności jego pani, patrzałem z bliska na stan jej interesów, widziałem, iż zło postępuje w sposób dla mnie przerażający. Sto razy przedkładałem, prosiłem, nalegałem, zaklinałem; zawsze na próżno. Rzucałem się do jej stóp, przedstawiając w energicznych słowach wiszącą katastrofę; upominałem, aby ograniczyła wydatki, zacząwszy ode mnie samego, aby raczej przecierpiała trochę, póki jeszcze jest młoda, niżby miała, mnożąc długi i wierzycieli, narażać schyłek lat na nędzę i utrapienie. Wzruszona szczerością mego zapału, roztkliwiała się wraz ze mną i przyrzekała cuda. Ale zjawił się jakiś wydrwigrosz i już zapomniała o wszystkim. Po tysiącznych daremnych próbach cóż mi zostawało, jak odwracać oczy od złego, któremu nie mogłem zapobiec? Wydalałem się z domu, którego drzwi nie byłem mocen ustrzec. Robiłem wycieczki do Nyonu, Genewy, Lyonu; podróże, które odrywając mnie od mej tajemnej zgryzoty, pomnażały zarazem jej przyczynę przez wydatki z nimi połączone. Mogę przysiąc, byłbym z radością ścierpiał wszelkie ograniczenia, gdyby mamusia miała jakąś korzyść z tej oszczędności; ale pewny, iż to, czego ja sobie odmawiam, przechodzi w ręce hultajów, korzystałem z jej rozrzutności, cisnąc się niejako z nimi do podziału. Podobny owemu psu wracającemu z rzeźni, unosiłem swój ochłap z kawałka mięsa, którego nie mogłem ocalić.

478

Nie brakowało zresztą pozorów do wszystkich tych podróży. Mamusia sama mogła mi ich dostarczyć pod dostatkiem, tyle wszędzie miała stosunków, spraw, negocjacji, poleceń wymagających kogoś pewnego. Chętnie korzystała z mych usług, ja skwapliwie chwytałem sposobność; co wszystko razem składało się na życie dość wędrowne. Tym podróżom zawdzięczam parę znajomości, które w przyszłości okazały mi się użyteczne lub przyjemne; między innymi w Lyonie znajomość z panem Perrichon; żałuję, iż nie dość ją pielęgnowałem, zważywszy, iż okazywał mi wiele łaskawości; znajomość z dobrym Parisot, o którym wspomnę jeszcze; w Grenoble z panią Deybens i z prezydentową de Bardonanche, kobietą wielkiego rozumu, która byłaby mnie polubiła, gdybym miał sposobność częściej ją widywać. W Genewie poznałem się z panem de la Closure, który opowiadał mi o mojej matce, ile że mimo śmierć i upływ lat serce jego nie mogło jej zapomnieć. Takoż z dwoma panami Barillot, synem i ojcem; ojciec, który nazywał mnie wnukiem, był to człowiek niezmiernie miły, jeden z najzacniejszych, jakich znałem. Podczas zamieszek Rzeczypospolitej ci dwaj obywatele wmieszali się w dwie przeciwne partie: syn w partię mieszczańską, ojciec w urzędniczą. Kiedy chwycono za broń w roku 1737, widziałem, będąc w Genewie, jak ojciec i syn wychodzili uzbrojeni z tego samego domu, jeden udając się na ratusz, drugi na swą kwaterę, w tym poczuciu, iż za dwie godziny znajdą się naprzeciw siebie, aby się mordować wzajem. Ten okropny widok wywarł na mnie takie wrażenie, że przysiągłem sobie nie przykładać nigdy ręki do żadnej wojny domowej i nie obstawać nigdy wewnątrz państwa za wolnością z bronią w ręku, ani moją osobą, ani moim zdaniem, jeślibym kiedykolwiek wrócił do praw obywatela. Oddaję sobie świadectwo, iż dotrzymałem tej przysięgi w dość drażliwej sytuacji i sądzę, iż powściągliwość tę powinno mi się liczyć za pewną zasługę.

479

Ale wówczas daleko byłem od owej pierwszej fermentacji patriotyzmu, jaką widok Genewy pod bronią wzniecił w mym sercu. Jak bardzo byłem od tego odległy, można osądzić z obciążającego dla mnie faktu, którego zapomniałem umieścić w swoim miejscu, a którego nie powinienem był opuścić.

480

Wuj Bernard wyjechał przed kilku laty do Karoliny, aby tam budować miasto Charlestown[330], wedle stworzonego przez siebie planu: wkrótce potem umarł tam. Mój biedny krewniak również zginął w służbie króla pruskiego; w ten sposób ciotka prawie równocześnie straciła męża i syna. Straty te odgrzały nieco w jej sercu czułość dla mnie, najbliższego krewnego, jaki jej pozostał.

481

Kiedy bawiłem w Genewie, mieszkałem u niej i bawiłem się szperaniem i przeglądaniem książek i papierów po wuju. Znalazłem tam wiele dokumentów i listy, jakich z pewnością nikt by się nie domyślał. Ciotka, która niewiele dbała o te szpargały, pozwoliłaby mi wszystko zabrać, gdybym zechciał. Zadowoliłem się paru dziełami komentowanymi ręką dziadka, pastora Bernard. Między innymi były tam pisma pośmiertne Rohaulta[331] in 4°[332], a margines ich pełen był doskonałych przypisków, które obudziły we mnie smak do matematyki. Księga ta została między książkami pani de Warens; zawszem żałował, że jej sobie nie zachowałem. Do tych dzieł dołączyłem kilka pamiętników w rękopisie i jeden drukowany; był pióra słynnego Micheliego Ducret[333], człowieka wielkiego talentu, głębokiej wiedzy, ale niespokojnego umysłu. Ścigany nader okrutnie przez rząd genewski, umarł niedawno w fortecy Arberg, gdzie go więziono od wielu lat za udział, jak mówiono, w spisku berneńskim.

482

Pamiętnik ten była to dość bystra krytyka owego wielkiego i śmiesznego planu fortyfikacji, które częściowo przeprowadzono w Genewie ku wielkiemu pośmiewisku ludzi fachowych, nieznających tajemnego celu, jaki Rada miała w wykonaniu tego olbrzymiego przedsięwzięcia. Pan Micheli, wykluczony z komisji fortyfikacyjnej za to, iż zganił ten plan, mniemał, jako członek Rady Dwustu, a nawet jako obywatel, iż ma prawo wyrazić swe zdanie. Uczynił to w owym memoriale[334], który miał nieostrożność wydrukować, jakkolwiek go nie wydał, kazał bowiem wybić tylko pewną ilość egzemplarzy, które rozesłał Radzie Dwustu i które wszystkie przejęto na poczcie na rozkaz Rady Mniejszej. Znalazłem ten memoriał w papierach wuja wraz z odpowiedzią, jaką polecono mu sporządzić, i zabrałem jedno i drugie. Owa podróż wypadła niedługo po moim wystąpieniu z klasztoru; utrzymywałem jeszcze pewne stosunki z adwokatem Coccelli, który stał na jego czele. W jakiś czas potem dyrektor komory wpadł na pomysł zaproszenia mnie, abym mu trzymał dziecko do chrztu; kumą miała być pani Coccelli. Te honory zawróciły mi w głowie; dumny z zażyłości z panem adwokatem, starałem się nadrabiać ważnością, aby się stać godnym tej chwały.

483

W tym celu uważałem, że nie mogę zrobić nic lepszego niż pokazać mu drukowany memoriał pana Micheli, egzemplarz w istocie rzadki. Chciałem go tym przekonać, że należę do sfery dygnitarzy genewskich, znających sekrety stanu. Przez jakąś wstrzemięźliwość, której motywy trudno by mi wytłumaczyć, nie pokazałem mu odpowiedzi wuja na memoriał; może dlatego, że była w rękopisie, jedynie zaś czcionki zdawały mi się godne pana adwokata. Zrozumiał wszelako tak dobrze wartość tego pisma, które w głupocie swej mu powierzyłem, że nigdy już nie zdołałem ujrzeć go na oczy, ani tym mniej odzyskać. Wreszcie, przekonany o bezużyteczności swych wysiłków, uczyniłem sobie zasługę z musu i zmieniłem kradzież w darowiznę. Nie wątpię ani chwili, że dobrze wyzyskał wobec dworu w Turynie ten okaz, bardziej ciekawy niż użyteczny, i że postarał się, aby mu w ten lub inny sposób z nawiązką zwrócono to, co rzekomo musiał go kosztować ten nabytek. Na szczęście ze wszystkich przyszłych koniunktur[335] najmniej prawdopodobną jest, aby kiedy król Sardynii miał oblegać Genewę; że jednak nie ma w tym niemożliwości, całe życie będę sobie wyrzucał głupią próżność, przez którą odsłoniłem najsłabsze strony miasta jego odwiecznemu wrogowi.

484

Przebyłem w ten sposób dwa czy trzy lata pośród muzyki, lekarstw, projektów, podróży, bujając z jednej rzeczy na drugą, próbując się ustalić, ale nie wiedząc na czym, stopniowo wszelako wciągając się w nauki, odwiedzając literatów, słysząc rozmowy o literaturze, niekiedy samemu odważając się głos zabierać i przyswajając sobie raczej gwarę książek niż ich zawartość. W wycieczkach do Genewy odwiedzałem od czasu do czasu po drodze mego dawnego dobrego przyjaciela pana Simon, który bardzo podsycał mą rodzącą się emulację świeżutkimi nowinami z rzeczypospolitej literackiej, zaczerpniętymi ze starych kalendarzy. Widywałem też w Chambéry pewnego jakobina[336], profesora fizyki, poczciwego mnicha, którego nazwiska zapomniałem. Pokazywał mi często małe doświadczenia fizyczne, które mnie szalenie bawiły. Postanowiłem za jego przykładem sporządzić sympatyczny atrament[337]. W tym celu, napełniwszy butelkę więcej niż do połowy niegaszonym wapnem, aurypigmentem[338] i wodą, zatkałem ją dobrze. Natychmiast zawartość flaszki zaczęła się burzyć gwałtownie. Rzuciłem się ku flaszce, aby ją otworzyć, ale już było późno; wybuchła mi przed nosem jak bomba. Nałykałem się aurypigmentu, wapna; o mało nie przypłaciłem tego życiem. Zaniewidziałem przeszło na sześć tygodni; to mnie nauczyło, aby się nie brać do fizyki doświadczalnej, nie znając pierwszych jej zasad.

485

Przygoda ta wypadła bardzo nie w porę ze względu na moje zdrowie, które od jakiegoś czasu wybitnie się psuło. Nie wiem skąd pochodziło, że będąc z natury silnej kompleksji[339] i nie dopuszczając się żadnych ekscesów, nikłem w oczach. Jestem dość dobrej budowy, pierś mam szeroką, płuca mają gdzie oddychać. Mimo to cierpiałem na krótki oddech, czułem jakiś ucisk, wzdychałem mimo woli, miewałem bicie serca, plułem krwią; do tego przyłączyła się trawiąca gorączka, której się nigdy całkowicie nie wyzbyłem. Jak można popaść w ten stan w kwiecie wieku, bez uszkodzenia żadnego organu, nic nie uczyniwszy dla zniszczenia zdrowia?

486

„Miecz zużywa pochwę” — powiada przysłowie. To i moje dzieje. Namiętności dawały mi życie, namiętności też mnie zabiły. Jakie namiętności? powie ktoś. Nic, błahostki, rzeczy najbardziej nikłe pod słońcem, ale którymi przejmowałem się, jak gdyby chodziło o zdobycie Heleny albo tronu wszechświata. Przede wszystkim kobiety. Odkąd posiadałem jedną, zmysły moje uspokoiły się, serce nigdy. Potrzeba miłości pożerała mnie na samym łonie rozkoszy. Miałem tkliwą matkę, ukochaną przyjaciółkę, ale trzeba mi było kochanki. Wyobrażałem ją sobie w mych objęciach na miejscu mamusi; kształtowałem ją w tysiączne sposoby, aby się nasycać tą odmianą. Gdybym obejmując mamusię, miał świadomość, że ją właśnie trzymam w ramionach, uściski moje nie byłyby z pewnością mniej żywe, ale wszystkie żądze moje zgasłyby; szlochałem z czułości, ale nie czułem się szczęśliwy. Szczęście! Czyż ono jest kiedy udziałem człowieka? Ach! gdybym jeden jedyny raz w życiu zakosztował w całej pełni rozkoszy miłości, nie wyobrażam sobie, aby moje istnienie mogło jej nastarczyć; wyzionąłbym ducha na miejscu.

487

Trawiłem się tedy miłością bez przedmiotu, a w ten właśnie sposób wyczerpuje ona najwięcej. Byłem niespokojny, dręczyłem się złym stanem interesów mamusi, jej nierozwagą, która nieuchronnie musiała w krótkim czasie sprowadzić na dom ruinę. Moja okrutna wyobraźnia, która zawsze uprzedza nieszczęście, wciąż ukazywała mi tę ostateczność w całej okropności i wszystkich jej następstwach. Widziałem z góry siebie rozdzielonego wskutek nędzy z tą, której poświęciłem życie i bez której nie miało ono powabu. Oto jakie wzruszenia miotały mą duszą. Pragnienia i obawy pożerały mnie.

488

Muzyka stanowiła inną namiętność, mniej gwałtowną, ale nie mniej wyczerpującą, przez zapał, z jakim się jej oddawałem; przez zaciekanie się w zawiłych książkach Rameau; przez mój niezłomny upór w tym, aby ogarnąć je pamięcią, która wzdragała się nie mniej uparcie; przez moje nieustanne wędrówki i olbrzymie kompilacje, jakie gromadziłem, trawiąc noce na kopiowaniu. Czy ja wiem zresztą, co jeszcze? Lada szaleństwo, które przemknęło przez niesforną głowę, lada przelotne zachcenie, podróż, koncert, kolacja, zamierzona przechadzka, przeczytana powieść, komedia — wszystko stawało się natychmiast namiętnością, która w śmiesznym zacietrzewieniu rzucała mnie na pastwę najprawdziwszych cierpień! Lektura urojonych nieszczęść Clevelanda[340], podjęta z furią i często przerywana, więcej, przypuszczam, zepsuła mi krwi niż wszystkie własne niedole.

489

Bawił w miasteczku pewien genewczyk, nazwiskiem Bagueret, który dawniej, za Piotra Wielkiego, był urzędnikiem przy dworze w Rosji; licha figura, przy tym jeden z największych szaleńców, jakich zdarzyło mi się oglądać, zawsze pełen projektów równie wariackich jak on sam, u którego miliony leciały z nieba jak deszcz, ile że zera nic go nie kosztowały. Ten człowiek, przybywszy do Chambéry dla jakiegoś procesu, opętał, jak łatwo sobie wyobrazić, mamusię, i za bogactwa swoich zer, którymi raczył ją hojnie, wyciągał z niej, sztuka po sztuce, jej biedne talary. Nie lubiłem go; widział to; ze mną nie było to trudno. Otóż, nie było służalstwa, którego by nie próbował, by mnie ugłaskać. Wpadł na pomysł nauczenia mnie szachów, w które grywał nieco. Spróbowałem prawie wbrew woli, ale skoro tylko nauczyłem się jako tako poruszeń, czyniłem tak szybkie postępy, że pod koniec pierwszego seansu dawałem mu wieżę for[341], którą on mi dawał na początku. Nie trzeba było więcej: zwariowałem na punkcie szachów. Kupuję sobie szachownicę, podręcznik, zamykam się w pokoju, trawię dnie i noce, usiłując się wyuczyć na pamięć wszystkich partii, wpakować je sobie w głowę dobrowolnie lub przemocą, grywając sam ze sobą bez wytchnienia. Po dwóch czy trzech miesiącach tej pięknej pracy i niepojętych wysiłków idę do kawiarni, wychudły, żółty, niemal ogłupiały. Próbuję się z Bagueretem, ponawiam próbę — bije mnie raz, dwa razy, dwadzieścia razy. Tyle kombinacji pomieszało mi się w głowie; mózg miałem tak osłabiony, że ciemno mi się po prostu robiło przed oczami. Za każdym razem, kiedy z książką Philidora[342] albo Stammy[343] chciałem ćwiczyć się w rozgrywaniu partii, przytrafiło mi się to samo: wyczerpawszy się wysiłkiem, zamiast grać lepiej, grałem gorzej niż wprzódy. Zresztą, czy zaniedbywałem szachy, czy też, grywając więcej, znów przypominałem je sobie, nigdy o włos nie postąpiłem poza ten pierwszy sukces i zawsze odnalazłem się w tym samym punkcie. Gdybym się ćwiczył tysiąc wieków, wszystko, co mógłbym osiągnąć, byłaby wieża for Bagueretowi i nic więcej. To mi piękne użycie czasu! powiecie. A wierzajcie mi, zużyłem go niemało. Przerwałem tę pierwszą próbę dopiero wówczas, kiedy mi już zupełnie sił nie stało. Kiedy wyszedłem wreszcie z pokoju, wyglądałem jak nieboszczyk i z pewnością przy tym trybie byłbym nim został niedługo. Przyznacie, że z taką głową trudno, zwłaszcza w zapalnej młodości, cieszyć się jednostajnie dobrym zdrowiem.

490

ChorobaZaburzenia zdrowia oddziałały wybitnie na mój humor i ostudziły zapał fantazji. Czując się słabszy, stałem się spokojniejszy i wyzbyłem się nieco podróżomanii. Siedzący tryb życia sprowadził na mnie nie nudę, ale melancholię. Miejsce dawnych wybuchów zajęły wapory; omdlałość przeszła w smutek; płakałem i wzdychałem bez powodu; miałem uczucie, że życie mi ucieka, nim go pokosztowałem; wzdychałem nad losem, w jakim zostawiam biedną mamusię, nad niedolą, która niebawem ją czeka; mogę powiedzieć, że opuścić ją i wydać na łup nieszczęścia było jedynym mym żalem. Wreszcie rozchorowałem się zupełnie. Pielęgnowała mnie tak, jak żadna matka nie pielęgnowała dziecka; co i jej wyszło na pożytek, odrywając ją od projektów i usuwając z domu wyzyskiwaczy. Jakie słodką byłaby mi śmierć, gdyby przyszła w tej chwili! Jeśli mało zakosztowałem słodyczy życia, niewiele też zaznałem jego nieszczęść. Dusza moja mogła spokojnie odejść, bez okrutnego poczucia ludzkiej niesprawiedliwości; poczucia, które zatruwa zarówno życie, jak śmierć. Miałem tę pociechę, iż przetrwam, w lepszej mej połowie, samego siebie: czyż to można nawet nazwać śmiercią? Gdyby nie niepokój o los mamusi, byłbym umarł tak jak się zasypia; a i ten niepokój nawet miał za przedmiot istotę serdeczną i czułą, która czyniła, co mogła, aby złagodzić jego gorycz. Mówiłem jej: „Oto w twe ręce składam całe me istnienie; spraw, aby było szczęśliwe”. Kilka razy, kiedy czułem się najgorzej, zdarzało mi się wstać w nocy i powlec do pokoju mamusi, aby udzielać jej rad pełnych słuszności i rozsądku, ale w których troska o jej los brała prym przed wszystkim innym. Łzy były jak gdyby mym pożywieniem i lekarstwem; skrzepiałem się, wylewając je obficie przy niej, z nią, siedząc na jej łóżku i tuląc jej ręce w moich. Godziny upływały na tych nocnych rozmowach, a wracałem z nich zdrowszy niż przedtem. Uspokojony i rad z przyrzeczeń, które mi uczyniła, z nadziei, jakie mi dała, zasypiałem z błogością w sercu i ufnością w Opatrzność. Dałby Bóg, aby przy tylu przyczynach nienawidzenia życia, po tylu burzach, jakie wstrząsnęły mym istnieniem, czyniąc mi je okrutnym ciężarem, śmierć, która ma je zakończyć, zamknęła mi oczy równie łagodnie, jak to mogła uczynić wówczas!

491

Przy pomocy starań, czuwania i wysiłków wprost nie do pojęcia ocaliła mnie. To pewna, że ona jedna mogła mnie ocalić. Niewiele mam wiary w medycynę lekarzy, ale wiele w medycynę prawdziwych przyjaciół; nad tym, od czego zależy nasze szczęście, czuwamy zawsze z troskliwością, której nic nie zastąpi. Jakież rozkoszne uczucie ogarnęło nas, skorośmy się uczuli wróceni sobie wzajem! Wzajemne przywiązanie nie wzmogło się od tej chwili, to niemożliwe; ale nabrało czegoś bliższego jeszcze, wzruszającego w swej prostocie. Stałem się całkowicie jej dziełem, jej dzieckiem, więcej, niż gdyby była mą prawdziwą matką. Zaczęliśmy bezwiednie unikać wszelkiej rozłąki, stapiać niejako nasze sympatie w jedną wspólną; czując, że nie tylko jesteśmy sobie potrzebni, ale i wystarczamy sobie, przyzwyczailiśmy się nie myśleć o niczym poza sobą, ograniczać zupełnie nasze szczęście i nasze pragnienia do tego wzajemnego posiadania, jedynego może w dziejach ludzkości, które nie było, jak rzekłem, pożądaniem miłości, ale jakimś innym, głębszym; które, nie wspierając się na zmysłach, na płci, wieku, powierzchowności, płynęło z głębi tego wszystkiego, przez co się jest sobą i czego nie można stracić, chyba przestając istnieć.

492

Jak to się stało, iż to szacowne przesilenie nie zdobyło nam szczęścia na resztę dni? Nie przeze mnie, mogę sobie oddać to pocieszające świadectwo. Nie przez nią, przynajmniej nie z jej woli. Było snadź napisane, iż niebawem wszechmocna natura odzyska swą władzę. Ale fatalny ten powrót nie przyszedł od razu. Był, dzięki niebu, czas przerwy. Krótkie i cenne chwile; skończyły się nie z mojej winy i nie wyrzucam sobie, abym z nich źle skorzystał!

493

Mimo iż uleczony z ciężkiej choroby, nie odzyskałem dawnych sił. Piersi nie wygoiły się jeszcze, resztka gorączki utrzymywała się ciągle i była źródłem długiej niemocy. Nie miałem chęci do niczego; jedynym mym marzeniem było dokończyć dni przy tej, która mi była drogą, utrwalić ją w dobrych postanowieniach, wskazać jej, na czym polega prawdziwy urok szczęśliwego życia, i sprawić, o ile to zależało ode mnie, aby jej życie było właśnie takim. Ale widziałem, czułem wprost, że w smutnym i ponurym domu owo nieustanne nasze sam na sam stanie się w końcu również smutne. Lekarstwo nastręczyło się samo z siebie. Mamusia przepisała mi mleko i chciała, bym odbył tę kurację na wsi. Przystałem pod warunkiem, że ona zamieszka ze mną. Nie trzeba jej było długo namawiać; jedyną kwestię stanowił wybór miejsca. Nasz podmiejski ogródek to nie była właściwie wieś; otoczony domami i innymi ogrodami, nie miał uroków wiejskiego ustronia. Zresztą po śmierci Aneta pozbyliśmy się tego ogrodu, nie mając już interesu w hodowli roślin i zaprzątnięci innymi projektami.

494

Korzystając teraz z odrazy, jaką mamusia miała do miasta, podsunąłem jej myśl, aby je zupełnie opuścić i osiedlić się w jakiej miłej ustroni, w małym domku dość odległym, aby odstraszyć natrętów. Byłaby się zgodziła; to postanowienie, którym nasz dobry anioł mnie natchnął, byłoby nam prawdopodobnie zapewniło szczęśliwe i spokojne dni aż do chwili, w której śmierć miała nas rozdzielić. Ale snadź inne losy były nam przeznaczone! Mamusia miała poznać wszystkie zgryzoty nędzy i niedoli po życiu spędzonym w dostatku, aby je opuścić z mniejszym żalem; ja zaś, przez nagromadzenie nieszczęść wszelakiego rodzaju miałem kiedyś być przykładem dla każdego, kto, ożywiony jeno miłością dobra publicznego i sprawiedliwości, ośmiela się, dufny w swą niewinność, mówić otwarcie prawdę, nie licząc się z intrygą i nie zabiegając się o stworzenie partii dla własnej obrony.

495

Nieszczęśliwa obawa wstrzymała ją. Nie śmiała porzucić swego szpetnego domostwa z obawy gniewu właściciela. „Twój projekt jest uroczy — rzekła — i bardzo mi trafia do serca; ale i w owej ustroni trzeba żyć. Opuszczając moje więzienie, lękam się utracić chleb; a kiedy zbraknie go nam w lasach, i tak będziemy musieli wracać po niego do miasta. Aby uprzedzić tę potrzebę, lepiej nie opuszczajmy go całkowicie. Płaćmy tę małą pensyjkę hrabiemu, aby wzajem zostawił mi moją. Poszukajmy jakiegoś ochronienia, dość daleko od miasta, aby tam żyć spokojnie, a dość blisko, aby wrócić za każdym razem, gdy będzie trzeba”. Tak się stało. Po niedługich poszukiwaniach osiedliliśmy się w Charmettes, majątku pana de Conzié, położonym tuż u bram Chambéry, ale tak cichym i samotnym, jakby się było o sto mil. Między dwoma dość wysokimi wzgórzami leży dolinka, którą, wśród drzew i kamieni, płynie rzeczka. Wzdłuż tej doliny, w połowie wzgórza, jest parę rozrzuconych domków, bardzo mile położonych dla kogoś, kto lubi dzikie nieco i ustronne mieszkanie. Przepatrzywszy parę z tych domostw, wybraliśmy wreszcie najładniejsze, własność pewnego szlachcica służącego w wojsku, nazwiskiem Noiret. Dom był bardzo wygodny. Na froncie ogród i terasa, wyżej winnica, niżej sad; naprzeciw mały lasek kasztanowy, źródło opodal; powyżej, na wzgórzu, łąki dla bydła; słowem, wszystko, co trzeba dla małego wiejskiego gospodarstwa, które chcieliśmy założyć. O ile mogę sobie przypomnieć czas i daty, objęliśmy je w posiadanie pod koniec lata roku 1736. Byłem upojony pierwszego dnia, gdy sprowadziliśmy się tam na nocleg. „O mamusiu! — rzekłem drogiej przyjaciółce, ściskając ją i oblewając łzami rozczulenia i radości. — Oto miejsce niewinności i słodyczy. Jeśli tu nie znajdziemy ich we dwoje, nie mamy co szukać ich więcej”.

Księga VI

Hoc erat in votis: modus agri non ita magnus,

Hortus ubi et tecto vicinus jugis aquae fons,

Et paulum sylvae super his foret[344].

496

(1736). Nie mogę dodać:

Auctius atque

Di melius fecere[345];

497

ale to mniejsza, nie trzeba mi było więcej, nie trzeba mi było nawet własności, wystarczało mi prawo używania. Od dawna już wiedziałem i miałem świadomość, że posiadanie a korzystanie bywa często udziałem dwóch różnych osób, nawet jeśli zostawimy na stronie mężów i kochanków.

498

Tu zaczyna się krótkie szczęście mego życia; spokojne, ale szybko mknące chwile, które dały mi prawo powiedzenia, że żyłem. Chwile szacowne i tak opłakiwane! Ach, powtórzcie dla mnie swój luby bieg, płyńcie, jeśli możebna, wolniej w mym wspomnieniu, niż się to działo w istocie w waszym zbyt rączym pomykaniu! Jak uczynić, aby przedłużyć do woli to tak wzruszające a proste opowiadanie, aby powtarzać wciąż te same rzeczy i tak samo nie znudzić czytelników, powtarzając je, jak ja się nie nudziłem, przeżywając je? Gdybyż choć wszystko rozgrywało się w faktach, w czynach, w słowach, mógłbym opisać je i oddać poniekąd: ale jak powiedzieć to, co nie było ani powiedziane, ani wykonane, ani pomyślane nawet, ale odczute, ale kosztowane, bez możności przytoczenia innego dokumentu mego szczęścia, jak samo to uczucie? Wstawałem ze słońcem i byłem szczęśliwy; przechadzałem się i byłem szczęśliwy; widziałem mamusię i byłem szczęśliwy; rozstawałem się z nią i byłem szczęśliwy; przebiegałem lasy, pagórki, błądziłem po dolinach, czytałem, siedziałem bezczynny; pracowałem w ogrodzie, zrywałem owoce, pomagałem w gospodarstwie i szczęście szło za mną wszędzie; nie było ono w żadnej rzeczy możebnej do nazwania, było całe we mnie, nie opuszczało mnie ani na chwilę.

499

Nic z tego, co mi się zdarzyło w owej kochanej epoce, z tego, com czynił, mówił i myślał przez cały czas jej trwania, nie uciekło z mej pamięci. To, co było przedtem i co nastąpiło, odbija się w niej jedynie z przerwami; wspomnienia moje są nierówne i mętne; ale ten czas przypominam sobie tak doskonale i żywo, jak gdyby trwał jeszcze. Wyobraźnia, która w młodości mej wyprzedzała mnie zawsze, a teraz ciągnie się za mną leniwo, opłaca swymi słodkimi przypomnieniami utracone na wieki nadzieje. Nie widzę już nic, co by mnie kusiło na przyszłość; jedynie wspominki przeszłości mogą mnie rozgrzać jeszcze, i te tak żywe i szczere nawroty do epoki, o której mówię, pozwalają mi niekiedy kosztować szczęścia mimo mych niedoli.

500

Ze wspomnień tych przytoczę jeden jedyny przykład, który pozwoli ocenić siłę ich i prawdę. Pierwszego dnia, kiedy udaliśmy się na nocleg do Charmettes, mamusia odbywała drogę w lektyce, ja towarzyszyłem jej piechotą. Droga wznosiła się pod górę. Mamusia była dosyć ciężka, toteż bojąc się zmęczyć ludzi, wysiadła mniej więcej w połowie drogi, aby resztę przebyć pieszo. Wysiadając, zobaczyła coś niebieskiego w żywopłocie i rzekła: „O, patrz, barwinek jeszcze kwitnie”. Nigdy nie widniałem barwinka, nie schyliłem się, by mu się przyjrzeć, a mam wzrok zbyt krótki, aby stojąc, rozpoznać zioła rosnące na ziemi. Mimochodem rzuciłem jedynie okiem. Upłynęło lat prawie trzydzieści; od tego czasu ani nie widziałem barwinka, ani nie zwróciłem na niego uwagi. W r. 1764, będąc w Cressier z moim przyjacielem, panem du Peyrou, drapaliśmy cię na górkę, na której szczycie mieści się mała altanka słusznie nazwana „Belle-Vue”[346]. Zaczynałem już wówczas herboryzować po trochu. Wchodząc i rozglądając się po zaroślach, wydaję nagle krzyk radości: „Och, barwinek!” i był to w istocie barwinek. Du Peyrou zauważył moje wzruszenie, ale nie wiedział przyczyny; zrozumie ją, mam nadzieję, skoro kiedyś przeczyta te karty. Z wrażenia wywołanego tak drobnym przedmiotem czytelnik może osądzić, jakie musiało na mnie wywrzeć wszystko, co się odnosi do owej epoki.

501

ChorobaMimo to powietrze wiejskie nie wróciło mi dawnego zdrowia. Wprzód czułem osłabienie, omdlałość; stan ten pogorszył się jeszcze. Nie mogłem znosić mleka, trzeba go było zaniechać. Wówczas była w modzie woda jako uniwersalne lekarstwo. Zabrałem się do wody, ale z taką przesadą, że omal nie wyleczyła mnie nie z cierpień, ale z życia. Co rano, wstawszy, szedłem do źródła z wielkim kubkiem i przechadzając się, wysączałem w krótkim czasie zawartość dwóch butelek. Zaniechałem całkowicie wina przy stole. Woda, którą piłem, była nieco twarda i ciężka do strawienia, jak przeważnie wody górskie. Krótko mówiąc, dokazałem tyle, że w niespełna dwa miesiące zniszczyłem sobie doszczętnie żołądek, dotąd najzdrowszy. Nie mogąc prawie zupełnie trawić, zrozumiałem, że trzeba się wyrzec nadziei wyleczenia. W tym samym czasie zdarzył mi się wypadek równie szczególny sam w sobie, jak dla swych następstw, które skończą się aż ze mną.

502

ChorobaJednego rana (miałem się tego dnia nie gorzej niż zwykle) uczułem, podnosząc z ziemi mały stolik, gwałtowne i prawie niepojęte wstrząśnienie w całym ciele. Mógłbym je porównać chyba do jakiejś burzy, która wszczęła się we krwi i ogarnęła w jednej chwili wszystkie członki. Arterie zaczęły mi bić z taką siłą, że nie tylko czułem ich pulsowanie, ale słyszałem je nawet, zwłaszcza w tętnicach na szyi. Do tego dołączył się szum w uszach; szum ten był trojakiego, a nawet czworakiego rodzaju, a mianowicie: głuche i rozlane huczenie, ostrzejszy szmer, jak gdyby bieżącej wody, bardzo ostry świst, i bicie, o którym wspomniałem, a którego uderzenia mogłem łatwo policzyć, nie macając pulsu ani dotykając ciała rękami. Ten wewnętrzny szmer był tak silny, że odjął mi dawniejszą bystrość słuchu i uczynił nie całkowicie głuchym, ale tępo słyszącym; i to zostało mi od tego czasu na trwałe.

503

Można sobie wyobrazić moje zdumienie i przestrach. Myślałem, że umieram; położyłem się do łóżka; wezwano lekarza; opowiedziałem wszystko, drżąc i nie mając nadziei ratunku. Zdaje mi się, że on podzielał tę obawę, ale zrobił, co do niego należało. Zaaplikował mi długie wywody, z których nie zrozumiałem ni słowa, następnie, wprowadzając w praktykę swe wzniosłe teorie, rozpoczął in anima vili[347] kurację eksperymentalną, którą spodobało mu się na mnie zastosować. Była tak przykra, tak odrażająca, a skutkowała tak mało, że znużyłem się nią niebawem. Po kilku tygodniach, widząc, że nie jest mi ani lepiej, ani gorzej, opuściłem łóżko i wróciłem do zwykłych zajęć z ciągłym biciem tętnic i szumem w uszach, które odtąd, to jest od trzydziestu lat, nie opuściły mnie ani na minutę.

504

Byłem do owego czasu wielkim śpiochem. Zupełna bezsenność, która dołączyła się do tych objawów i która dotąd nieustannie im towarzyszy, przekonała mnie do reszty, że niewiele zostało mi życia. To przekonanie ostudziło mnie na jakiś czas w gorliwości leczenia się. Nie mogąc przedłużyć życia, postanowiłem wyzyskać ową resztkę, która mi została; a było to możliwe, dzięki szczególnej łaskawości natury, która, w stanie tak opłakanym, oszczędziła mi bodaj wszelkich cierpień. Szum w głowie dokuczał mi, ale nie sprawiał bólu; nie towarzyszyła mu żadna trwała dolegliwość prócz bezsenności i krótkiego oddechu, który nie dochodził wszelako aż do duszności i dawał się uczuć tylko wtedy, kiedy próbowałem biec albo podjąć jaki wysiłek.

505

Ten wypadek, który miał zabić moje ciało, zabił jedynie moje namiętności; i codziennie błogosławię niebo za szczęśliwe skutki, jakie wywarł na mą duszę. Mogę powiedzieć, iż rozpocząłem żyć dopiero od tego czasu, kiedy się zacząłem uważać za umarłego. Oceniając wedle prawdziwej wartości rzeczy, które miałem porzucić, zwróciłem umysł ku szlachetniejszym troskom, jakoby w przygotowaniu do tych, których mi będzie trzeba rychło dopełnić, a które dotąd zaniedbywałem. Często przekształcałem religię wedle własnych poglądów, ale nigdy nie byłem zupełnie bez religii; o tyle mniej przeto kosztowało mnie wrócić do tego przedmiotu, tak smutnego dla tylu ludzi, ale tak słodkiego dla kogoś, kto sobie zeń uczyni przedmiot pociechy i nadziei. Mamusia była mi w tej okoliczności pomocną bardziej niż wszyscy możebni teologowie.

506

Ona, która wszystko na świecie układała w system, nie omieszkała również ująć weń religii. Na system ten składały się idee bardzo różnorakie, jedne bardzo zdrowe, drugie dziwaczne, uczucia płynące z jej charakteru i przesądy związane z wychowaniem. Na ogół ludzie wierzący tworzą sobie Boga na swoje podobieństwo: dobrzy czynią go dobrym, źli złym; bigoci, pełni nienawiści i żółci, widzą jedynie piekło, bo chcieliby skazać na nie świat cały; dusze kochające i łagodne nie wierzą w nie wcale. Nie mogę się nadziwić, że dobry Fénelon[348] mówi o nim w swoim Telemaku tak, jakby w nie wierzył w istocie, ale mam nadzieję, że wówczas kłamał. Prawda, KłamstwoChoćby się było nie wiem jak prawdomównym, trzebaż przykłamać czasem, kiedy się jest biskupem. Mamusia nie kłamała ze mną. Ta dusza bez żółci, która nie mogła sobie wyobrazić Boga mściwego i wiecznie zagniewanego, widziała łagodność i miłosierdzie tam, gdzie dewoci widzą jedynie sprawiedliwość i karę. Mówiła często, że nie byłoby ze strony Boga sprawiedliwością być sprawiedliwym względem nas; skoro nie dał nam sił, nie może od nas żądać więcej, niż sam udzielił. Szczególne jest, iż nie wierząc w piekło, wierzyła mimo to w czyściec. To pochodziło stąd, iż nie wiedziała, co począć z duszami złych, nie mogąc ani ich potępić, ani pomieścić z dobrymi, póki ich nie dościgną; trzeba przyznać, że tak na tym świecie, jak na tamtym, źli przyczyniają zawsze niemało kłopotu.

507

Inny ciekawy rys. Łatwo dostrzec, iż system ten niszczy całą naukę o grzechu pierworodnym i o odkupieniu, że podkopuje całe urzędowe chrześcijaństwo i że co najmniej katolicyzm nie może się przy nim utrzymać. Mimo to mamusia była dobrą katoliczką lub głosiła się taką, a jestem pewny, że czyniła to w najlepszej wierze. Uważała tylko, że księża wykładają Pismo święte zbyt dosłownie i zbyt twardo. Twierdziła, iż wszystko, co tam czytamy o mękach wiecznych, trzeba pojmować jedynie jako przenośnię. Śmierć Chrystusa uważała za przykład iście boskiego miłosierdzia, mającego nauczyć ludzi, aby kochali Boga i kochali się między sobą. Słowem, wierna religii, którą obrała, przyjmowała szczerze jej wyznanie wiary; ale kiedy przychodziło do dyskusji poszczególnych artykułów, okazywało się, iż wierzy zupełnie inaczej niż Kościół, wciąż poddając się jego powadze. Miała w tym prostotę serca, szczerość, wymowniejsze niż wszystkie komedie bigotów[349]. Często wprawiała w zakłopotanie nawet spowiednika, nic bowiem przed nim nie taiła. „Jestem dobrą katoliczką — mówiła — chcę nią być zawsze. Uznaję całą potęgą duszy postanowienia Świętej Matki Kościoła. Nie jestem panią mej wiary, ale jestem panią mej woli. Poddaję ją bez zastrzeżeń i pragnę we wszystko wierzyć. Czego chcecie więcej?”

508

Gdyby nie istniała moralność chrześcijańska, sądzę, że byłaby i tak postępowała wedle niej, tak dobrze zgadzała się ona z jej charakterem. Robiła wszystko, co nakazane, ale robiłaby tak samo, gdyby nie było nakazane. W rzeczach obojętnych lubiła być posłuszną; gdyby jej nie było dozwolone, przepisane nawet, jadanie z mięsem, byłaby pościła dla siebie, bez świadków, z ochoty, nie z ostrożności. Ale cała ta moralność podlegała zasadom pana de Tavel lub raczej mamusia siliła się nie widzieć w tym żadnej sprzeczności. Mogłaby oddawać się dwudziestu mężczyznom z najczystszym sumieniem, równie mało doznając wyrzutu, co pragnienia. Wiem, że sporo dewotek niewiele więcej czyni sobie skrupułu; różnica jest ta, że tamte działają z namiętności, ona zaś jedynie z sofizmatu. Wśród najbardziej wzruszających, śmiem powiedzieć budujących rozmów była zdolna skierować rozmowę na te śliskie tory, nie zmieniając miny ani tonu, nie czując wcale sprzeczności. Byłaby wręcz przerwała w potrzebie swe budujące wykłady dla samego uczynku, aby je podjąć później z tym samym spokojem — tak głęboko była przekonana, że wszystko to jest jedynie zasadą społecznego konwenansu, którą każda rozumna osoba może wykładać, stosować, kierować wedle ducha rzeczy, bez najmniejszej obawy obrażenia Boga. Jakkolwiek co do tego punktu stanowczo byłem odmiennego zdania, przyznaję, że nie śmiałem jej zwalczać, wstydząc się mało rycerskiej roli, która by mi przypadła. Byłbym bodaj chętnie próbował utrzymać surowszą regułę w odniesieniu do drugich, starając się wyłączyć z niej samego siebie; ale prócz tego, iż chłodny temperament dostatecznie chronił mamusię od nadużywania tych zasad, wiedziałem, iż nie jest kobietą dającą się omamić półśrodkami i że żądać wyjątku dla siebie, znaczyło uprawnić go dla wszystkich, wedle jej ochoty. Zresztą, zaznaczam mimochodem ten rys zasad i charakteru, mimo iż w ogóle mało się odbijał w jej postępowaniu, a wówczas nawet wcale; ale ponieważ przyrzekłem wiernie przedstawić jej zasady, chcę dotrzymać. Wracam do siebie.

509

Znajdując w sercu mamusi wszystkie maksymy, których mi było trzeba, aby ubezpieczyć mą duszę od grozy śmierci i jej następstw, czerpałem spokojnie z tego źródła. Przywiązywałem się do niej więcej jeszcze niż wprzódy; byłbym chciał przenieść na nią całe życie, czując, iż opuszcza mnie ono z każdą chwilą. Z tego zdwojonego przywiązania, z przekonania, że niewiele czasu zostało mi do życia, z głębokiego spokoju co do przyszłego losu wynikał stan ducha przepełniony jakąś błogością, a nawet rozkoszą. Stan ten, stępiając wszystkie namiętności, które przenoszą w dalekie strefy nasze obawy i nadzieje, pozwalał mi używać bez niepokoju i zmęczenia niewielu dni, które mi pozostały. Jedna rzecz przyczyniła się jeszcze do ich uprzyjemnienia. Starając się w mamusi obudzić zamiłowanie do wsi, do ogrodu, dziedzińca, gołębi, krów, przywiązywałem się sam do tego wszystkiego. Te drobne zatrudnienia, które wypełniały mi dzień, nie mącąc spokoju, lepiej niż mleko i niż wszelkie lekarstwa pomogły mi podtrzymać mój biedny organizm, a nawet odrestaurować go o tyle, o ile to było możliwe.

510

Winobranie, owoce zabawiły nas przez resztę roku i przywiązały nas tym bardziej do sielskiego życia wśród poczciwych ludzi, którzy nas otaczali. Z żalem patrzyliśmy na zbliżającą się zimę. Wróciliśmy do miasta tak, jak gdybyśmy szli na wygnanie; ja zwłaszcza, który, wątpiąc, bym doczekał wiosny, mniemałem, iż na zawsze żegnam nasze Charmettes. Opuściłem je, ucałowawszy wprzód drzewa i ziemię i kilkakrotnie odwracając głowę. Rozstawszy się od dawna z mymi uczennicami, straciwszy smak do miejskich uciech i towarzystw, nie wychodziłem wcale z domu, nie widywałem nikogo, wyjąwszy mamusię i pana Salomon, który od niedawna stał się naszym lekarzem; zacny, rozumny człowiek, wielki kartezjanin, który dość dobrze rozprawiał o systemie świata i którego przyjemne i pouczające gawędy więcej mi się zdały niż jego recepty. Nigdy nic mogłem znosić głupiego i pustego balastu zwyczajnych rozmówek; ale kształcące i poważne rozmowy zawsze sprawiały mi wielką przyjemność. Bardzo zasmakowałem w konwersacji pana Salomon. Zdawało mi się, że w jego towarzystwie zawczasu już kosztuję czegoś z owej wysokiej wiedzy, jaką dusza moja miała posiąść wyzwoliwszy się ze swych więzów. Sympatia moja do niego rozciągała się i na przedmioty, które poruszał. Zacząłem szperać za książkami, które by mi mogły pomóc do lepszego zrozumienia go. Najbardziej odpowiadały mi te, w których traktowano problematy wiary i wiedzy zarazem, zwłaszcza dzieła Oratorium[350] i z Port-Royal[351]. Zacząłem się rozczytywać w nich, a raczej je pożerać. Wpadło mi w rękę dzieło ojca Lamy[352] Rozmowy o umiejętnościach. Był to niby wstęp do poznania książek, które o nich traktują. Przeczytałem to dzieło mało sto razy, umyśliłem zrobić sobie zeń przewodnika. Słowem, mimo, a raczej może wskutek mego stanu czułem, że coś mnie wciąga w wiedzę z nieodpartą siłą. Wciąż patrząc na każdy dzień jako na ostatni dzień życia, kształciłem się i takim zapałem, jak gdybym miał żyć wiecznie. Mówiono, że mi to szkodzi; ja sądzę, że raczej mi to szło na dobre, nie tylko duszy, ale i ciału. Zajęcie to bowiem, opanowawszy mnie całego, stało się tak rozkoszne, że przestawszy myśleć o swych cierpieniach, o wiele mniej je odczuwałem. Po prawdzie w niczym nie podobna mi było znaleźć realnej ulgi; ale nie doświadczając dotkliwych boleści, przyzwyczaiłem się cherlać, nie sypiać, myśleć miast działać, słowem patrzeć na powolny i stopniowy zanik swego organizmu jako na nieunikniony proces, który śmierć jedynie może powstrzymać.

511

Przeświadczenie to nie tylko oderwało mnie od próżnych trosk życiowych, ale uwolniło także od całej mitręgi lekarstw, które dotąd narzucono mi wbrew woli. Salomon, zwątpiwszy, aby jego specyfiki mogły mnie ocalić, oszczędził mi tej męki i zadowalał się jedynie tym, aby oszukiwać boleść biednej mamusi przy pomocy owych obojętnych przepisów, które mamią nadzieję chorego i podtrzymują wiarę w lekarza. Zaniechałem ścisłej diety, zacząłem kosztować wina i wróciłem stopniowo do trybu człowieka zdrowego, używając wedle sił wszystkiego z umiarkowaniem. Zacząłem nawet wychodzić i odwiedzać po trosze znajomych, zwłaszcza pana de Conzié, w którego towarzystwie znajdowałem wielką przyjemność. Przy tym, czy że wydawało mi się pięknym kształcić się do ostatniej godziny, czy że resztka nadziei kryła się w mym sercu, owo oczekiwanie śmierci nie tylko nie osłabiło mego zamiłowania do studiów, ale spotęgowało je jeszcze. Starałem się nagromadzić jak najwięcej zapasów na tamten świat, jak gdybym mniemał, iż tyle tylko będę posiadał tam wiedzy, ile jej stąd ze sobą wyniosę. Upodobałem sobie sklep pewnego księgarza nazwiskiem Bouchard, gdzie się schodziło paru literatów. Zarazem, wobec zbliżającej się wiosny, której nie miałem jakoby doczekać, zaopatrzyłem się w parę książek przeznaczonych do Charmettes, na wypadek gdybym miał szczęście je oglądać.

512

Posiadłem to szczęście i korzystałem zeń w całej pełni. Nie da się opisać radości, jaką uczułem na widok pierwszych pączków. Oglądać znów wiosnę znaczyło dla mnie zmartwychwstać w raju. Ledwie śniegi zaczęły topnieć, opuściliśmy nasze więzienie i znaleźliśmy się w Charmettes, dość wcześnie, by posłyszeć pierwsze pienia słowika. Z tą chwilą uwierzyłem, że nie umrę. W istocie, szczególna rzecz, nigdy nie przechodziłem ciężkich chorób na wsi. Cierpiałem nieraz dużo, ale nigdy nie byłem skazany na łóżko. Często mawiałem, czując się gorzej niż zwykle: „Kiedy ujrzycie, że jestem bliski śmierci, zanieście mnie w cień dębu, a przyrzekam, że ozdrowieję”.

513

Mimo że osłabiony, wróciłem do wiejskich zatrudnień, ale w sposób dostrojony do sił. Wielkim zmartwieniem było dla mnie, że nie mogłem sam uprawiać ogrodu; ale wystarczyło mi parę razy machnąć łopatą, a już traciłem oddech, zlewałem się potem i musiałem ustać. Kiedy się schylałem, pulsowanie wzmagało się, krew uderzała do głowy z taką siłą, że trzeba mi było co rychlej się prostować. Zmuszony ograniczyć się do mniej męczących prac, zająłem się między innymi gołębnikiem i nabrałem takiego zamiłowania, że często spędzałem w jego pobliżu kilka godzin, nie nudząc się ani chwili. Gołąb jest bardzo lękliwy i trudny do oswojenia; mimo to tak zdołałem pozyskać zaufanie mego stadka, że chodziły za mną wszędzie i pozwalały się brać w rękę. Nie mogłem zjawić się w ogrodzie ani na dziedzińcu, aby nie mieć natychmiast dwóch albo trzech na ramieniu, na głowie. Wreszcie mimo przyjemności, jaką w tym znajdowałem, świta ta stała mi się tak uciążliwa, że musiałem oduczyć je od tej poufałości. Zawsze znajdowałem szczególną przyjemność w obłaskawianiu zwierząt, zwłaszcza tych, które są lękliwe i dzikie. Wielki urok miało dla mnie zyskiwać ich zaufanie, którego nigdy nie zawiodłem. Pragnąłem, aby mnie kochały na swobodzie.

514

KsiążkaWspomniałem, że miałem z sobą książki. Korzystałem z nich, ale w sposób zmierzający raczej do tego, aby zagwoździć głowę niż aby ją rozjaśnić. Wskutek fałszywych pojęć o rzeczach nabrałem przekonania, że aby czytać z korzyścią jakąś książkę, trzeba posiadać wiadomości o wszystkim, co w niej jest wspomniane, nieświadom jeszcze, że często sam autor ich nie posiadał i że je czerpał z innych książek, w miarę jak mu były potrzebne. Wiedziony tą niedorzeczną myślą, zatrzymywałem się co chwilę, zmuszony biec nieustannie od jednej książki do drugiej; niekiedy, nim doszedłem do dziesiątej stronicy, byłbym musiał wyczerpać całe biblioteki. Mimo to upierałem się tak wytrwale przy tej obłędnej metodzie, że traciłem przy niej nieskończoną ilość czasu i omal sobie nie zmąciłem głowy do zupełnego zatumanienia. Szczęściem spostrzegłem, że idę fałszywą drogą, która mnie wciąga w olbrzymi labirynt, i wycofałem się zeń, nim jeszcze zdążyłem się zbłąkać całkowicie.

515

NaukaO ile ktoś ma choć trochę prawdziwego zamiłowania do nauk, pierwsza rzecz, jaką czuje, zagłębiając się w nich, to ich związek, który sprawia, iż się przyciągają, wspomagają, objaśniają wzajem i że jedna nie może się obejść bez drugiej. Mimo iż umysł ludzki nie może wystarczyć na wszystkie i zawsze trzeba wybrać sobie jedną jako główną, to o ile nie ma się jakiegoś pojęcia o innych, i w swojej nawet natrafi się nieraz na ciemność. Czułem, że moje poprzednie dążenia były dobre i użyteczne same w sobie i że tylko metodę trzeba było zmienić. Wziąwszy zrazu Encyklopedię, posuwałem się, dzieląc ją na gałęzie. Spostrzegłem, iż trzeba robić wręcz przeciwnie, brać każdą gałąź z osobna i posuwać się w każdej oddzielnie aż do punktu, w którym się jednoczą. W ten sposób wróciłem do pospolitej syntezy, ale wróciłem jak człowiek, który wie, co robi. Rozmyślanie zastępowało mi w tym wiadomości, a proste zastanowienie pomagało znaleźć dobry kierunek. Czy mi była pisana śmierć, czy życie, w obu wypadkach nie miałem czasu do stracenia. Nie umieć nic w dwudziestym piątym niemal roku i chcieć się wszystkiego nauczyć — to wymagało tęgiego pośpiechu. Nie wiedząc, w jakim punkcie los albo zgon mogą zatrzymać mój zapał, chciałem na wszelki wypadek nabyć pojęcia o każdej rzeczy, zarówno aby się rozeznać w mych przyrodzonych zdolnościach, co aby osądzić samemu, która z nich najbardziej zasługuje na to, by ją uprawiać.

516

W wykonaniu tego planu znalazłem inną korzyść, o której nie myślałem, mianowicie iż pozwala on dużo lepiej wyzyskać czas. NaukaMuszę widocznie nie być stworzony do nauki, długie bowiem przykładanie się do niej nuży mnie niezmiernie. Niepodobna mi przez pół godziny zajmować się z natężeniem jedną rzeczą, zwłaszcza gdy trzeba iść przy tym za myślą cudzą; własnymi bowiem myślami zdarzyło mi się niekiedy zaprzątać i dłużej, nawet z dość pomyślnym rezultatem. Kiedy przez parę stron zagłębiam się w autorze, którego trzeba czytać z wielką ścisłością, uwaga opuszcza mnie i gubi się w chmurach. Jeśli się upieram, dochodzę do zupełnego wyczerpania, wszystko zaczyna mi tańczyć przed oczami, nie widzę nic. Ale jeśli rozmaite przedmioty następują kolejno po sobie, nawet bez przerwy, jeden daje mi wypoczynek po drugim i łatwiej mogę zdążyć za nimi myślą, nawet bez wypoczynku. Zastosowałem to spostrzeżenie w swoim planie nauk i przeplatałem je w taki sposób, że byłem zajęty cały dzień, a nie nużyłem się nigdy. Prawda, iż wiejskie i domowe zajęcia stanowiły zbawienne wytchnienie; ale w mym rosnącym zapale znalazłem wkrótce sposoby zdobycia jeszcze nieco czasu dla nauki i zajmowania się dwiema rzeczami naraz, nie myśląc o tym, iż każdej z osobna wychodzi to na szkodę.

517

Wszystkie te drobne szczegóły, które dla mnie mają tyle uroku, muszą zapewne często nużyć czytelnika; ale i tak postępuję w tym z powściągliwością, której by nikt nie ocenił, gdybym sam nie pokwapił się zwrócić na nią uwagi. W tym miejscu na przykład przypominam sobie z rozkoszą najrozmaitsze próby, które czyniłem, aby rozdzielić czas w sposób pozwalający go wyzyskać z pożytkiem i przyjemnością. Mogę powiedzieć, że ten okres, który przeżyłem w odosobnienia i wciąż chory, stanowił epokę, w której byłem najmniej bezczynny i najmniej się nudziłem. Parę miesięcy upłynęło w ten sposób na wymacywaniu skłonności mego umysłu i na rozkoszowaniu się, w najpiękniejszej porze roku i w najmilszej miejscowości, czarem życia, którego tak dobrze uczułem wartość, powabem towarzystwa równie lubego, jak niekrępującego, jeśli można nazwać towarzystwem związek tak doskonały; dalej urokiem wiadomości, które zamierzyłem sobie przyswoić; było to bowiem dla mnie tak, jakbym je już posiadał, a raczej lepiej jeszcze, ile że przyjemność uczenia się dużą odgrywała rolę w mym szczęściu.

518

Trzeba mi pominąć te próby, które wszystkie były dla mnie źródłem rozkoszy, ale rozkoszy zbyt prostych, aby je można wytłumaczyć. SzczęściePrawdziwego szczęścia, jeszcze raz muszę stwierdzić, nie da się opisać: czuje się je, i czuje tym lepiej, im mniej się je da wyrazić, znaczy to bowiem, że nie wynika ono ze zbiegu wydarzeń, ale że jest stanem stałym. Powtarzam się często, ale powtarzałbym się o wiele częściej jeszcze, gdybym mówił tę samą rzecz tyle razy, ile razy przychodzi mi na myśl. Kiedy wreszcie mój tryb życia, wielekroć odmieniany, ujednostajnił się, oto mniej więcej jego podział:

519

ModlitwaWstawałem co rano przed wschodem słońca. Wychodziłem przez sąsiedni sad na bardzo ładną drogę, ciągnącą się ponad winnicą i prowadzącą wzdłuż zbocza, aż do Chambéry. Tam, przechadzając się, odmawiałem poranną modlitwę, która nie polegała na pustym poruszaniu wargami, ale na szczerym podniesieniu serca ku Stworzycielowi tej uroczej natury, której piękności miałem przed oczami. Nigdy nie lubiłem modlić się w pokoju; mam uczucie, że mury i wszystkie drobne sprzęty ludzkie wciskają się między Boga a mnie. Lubię podziwiać go w jego dziełach, gdy serce wznosi się ku niemu. Modły moje, mogę powiedzieć, były czyste i przez to godne, aby je wysłuchano. Nie żądałem dla siebie i dla tej, z którą chęci moje nie rozłączały się nigdy, niczego innego, jak tylko życia płynącego w niewinności i spokoju, wolnego od występku, boleści, niedostatku; następnie zaś śmierci sprawiedliwych i losu ich w życiu przyszłym. Zresztą, akt tej modlitwy wyrażał się raczej w podziwie i kontemplacji niż w prośbach; wiedziałem, że u rozdawcy prawdziwych dóbr najlepszym sposobem otrzymania tego, czego nam trzeba, jest nie tyle prosić, co zasłużyć. Wracałem następnie, czyniąc duże koło, rozglądając się z ciekawością i rozkoszą w sielskich obrazach, które mnie otaczały, jedynych, którymi oko i serce nigdy się nie nuży. Wypatrywałem z daleka, czy u mamusi już jasno: kiedy widziałem, że żaluzje odsłonięto, z drżeniem radości spieszyłem do niej. Gdy okna były jeszcze zasłonięte, wstępowałem do ogrodu, czekając na jej przebudzenie. Tymczasem zabawiałem się powtarzaniem tego, czego nauczyłem się poprzedniego dnia, albo grzebaniem się w ogrodzie. Żaluzja otwierała się, szedłem uściskać mamusię w łóżku, często jeszcze wpółuśpioną. Uścisk ten, równie czysty jak tkliwy, czerpał w niewinności urok, którego nigdy nie da upojenie zmysłów.

520

Na śniadanie pijaliśmy kawę z mlekiem. Była to pora, w której byliśmy najspokojniejsi i najswobodniej mogliśmy gawędzić. Te posiedzenia, ciągnące się zazwyczaj dość długo, zostawiły mi żywy gust do śniadań. O wiele milszy mi jest obyczaj Anglii i Szwajcarii, gdzie śniadanie jest prawdziwym posiłkiem, do którego się wszyscy zgromadzają, niż moda francuska, wedle której każdy śniada sam w swoim pokoju, a najczęściej nie śniada wcale. Pogwarzywszy tak godzinkę lub dwie, szedłem do książek aż do obiadu. WiedzaZaczynałem od jakiegoś dzieła filozoficznego, jak Logika Port Royal[353], Zarysy Locke'a[354], Malebranche[355], Leibniz[356], Kartezjusz[357] etc. Spostrzegłem niebawem, że wszyscy ci autorowie są ze sobą w nieustannych sprzecznościach i powziąłem chimeryczny projekt pogodzenia ich, które to próby bardzo mnie zmęczyły i kosztowały dużo czasu. Miałem chaos w głowie, a nie posuwałem się naprzód. Wreszcie, dając jeszcze raz pokój tej metodzie, obrałem inną, o wiele lepszą, i jej to przyjmuję postępy, jakie zdołałem uczynić mimo braku pojętności, nie ulega bowiem kwestii, że miałem jej do nauk bardzo mało. Otóż, postanowiłem sobie, czytając każdego autora, przyjmować wszystkie jego idee i iść za nimi, nie mieszając do nich swoich własnych ani też niczyich i nigdy nie dysputując. Powiedziałem sobie: zacznijmy od tego, aby nagromadzić zapas idei, prawdziwych czy fałszywych, ale jasnych, w oczekiwaniu aż posiędę ich tyle, aby je móc porównywać z sobą i wybierać. Ta metoda ma swoje ujemne strony, wiem o tym, ale okazała się dobra dla moich celów. Po kilku latach, w ciągu których myślałem ściśle według myśli cudzej, nie zastanawiając się i prawie nie rozumując, przyswoiłem sobie zapas pojęć dość znaczny, aby wystarczać samemu sobie i myśleć bez pomocy drugich. Kiedy podróże i zatrudnienia pozbawiły mnie możności zaglądania do książek, zabawiałem się często przechodzeniem w myśli i zestawianiem tego, com niegdyś czytał, ważeniem każdej rzeczy na szali rozumu, a niekiedy sądzeniem swoich mistrzów. To, że tak późno zacząłem się posługiwać własnym sądem, nie przypuszczam, by wpłynęło ujemnie na jego sprawność; kiedy ogłosiłem swoje myśli, nie zarzucono mi, że jestem powolnym uczniem i że przysięgam jeno in verba magistri[358].

521

Przechodziłem z kolei do geometrii elementarnej; nigdy nie posunąłem się dalej. Upierając się zwyciężyć swój brak pamięci, wracałem sto razy do tego samego i podejmowałem nieustannie tę samą drogę. Nie smakowałem w geometrii Euklida, która daje raczej łańcuch dowodów niżeli łączność myśli; wolałem geometrię ojca Lamy, który od tego czasu stał się jednym z mych ulubionych autorów i którego dzieła dziś jeszcze odczytuję z przyjemnością. Potem następowała algebra, przy czym wciąż ojciec Lamy służył mi za przewodnika. Kiedym już nieco postąpił, wziąłem Naukę rachunku ojca Reynaud[359], następnie jego Analizę, której dotknąłem tylko po wierzchu. Nigdy nie zaszedłem dość daleko, aby zrozumieć zastosowanie algebry do geometrii. Nie lubiłem tego sposobu operowania bez widzenia tego, co się robi; zdawało mi się, że rozwiązywać problemat[360] geometryczny za pomocą zrównań[361] to jest grać melodię, kręcąc korbką. Pierwszy raz kiedy doszedłem za pomocą rachunku, że kwadrat dwumianu składa się z kwadratu każdej jego części i podwójnego ich ilorazu, mimo iż rachunek mój wykonany był zupełnie ściśle, uwierzyłem dopiero wówczas, kiedy wykreśliłem sobie figurę. To nie przeszkadza, że bardzo lubiłem algebrę, o ile przedmiotem jej były ilości oderwane; ale gdy chodziło o zastosowanie do wymiarów, chciałem widzieć operację wykreśloną liniami, inaczej nie rozumiałem nic zgoła.

522

Potem następowała łacina. Była to nauka dla mnie najuciążliwsza i nigdy nie zrobiłem w niej wielkich postępów. Zrazu wziąłem się do metody łacińskiej z Port-Royal[362], ale bezowocnie. Te ostrogockie[363] wiersze budziły odrazę w mym sercu i nie chciały mi wchodzić do ucha. Gubiłem się w tym mnóstwie reguł; ucząc się ostatniej, zapominałem wszystkiego, co ją poprzedzało. Nauka słów to nie jest rzecz wygodna dla człowieka pozbawionego pamięci; otóż właśnie dlatego, chcąc przemocą wygimnastykować pamięć, upierałem się przy tej nauce. Trzeba mi było poniechać jej w końcu. Poznałem na tyle składnię, aby czytać łatwego autora przy pomocy słownika. Trzymałem się tej drogi i dobrze na niej wyszedłem. Ćwiczyłem się w tłumaczeniu, nie piśmiennym, ale w myśli, i poprzestałem na tym. Z dużym nakładem czasu i pracy doszedłem do tego, iż mogłem dość płynnie czytać łacińskich autorów, ale nigdy nie nauczyłem się mówić ani pisać. Wprawiało mnie to często w zakłopotanie później, kiedy, sam nie wiem jak, ujrzałem się pisarzem. Drugą niedogodnością, na którą się natknąłem przy tej metodzie, było to, że nigdy nie nauczyłem się prozodii[364], a jeszcze mniej prawideł wierszowania. Pragnąc mimo to odczuć harmonię wiersza i prozy, czyniłem niemałe wysiłki, aby to osiągnąć; doszedłem w końcu do przekonania, iż bez nauczyciela jest to prawie niemożliwe. Nauczywszy się budowy najłatwiejszego ze wszystkich wierszy, to jest heksametru[365], miałem cierpliwość przeskandować prawie całego Wergilego, znacząc stopy[366] i iloczas[367]. Następnie, kiedy miałem wątpliwość, czy jakaś sylaba jest długa czy krótka, radziłem się mego Wergilego. Łatwo pojąć, iż musiałem przy tym popełniać wiele błędów z przyczyny dopuszczalnych wyjątków. Jeśli uczenie się samemu daje wiele korzyści, ma ono także i wiele braków, a zwłaszcza połączone jest ze straszliwymi trudnościami. Wiem o tym lepiej niż ktokolwiek.

523

Przed południem wstawałem od książek. Jeżeli obiad nie był gotów, odwiedzałem moich przyjaciół z gołębnika albo szedłem pracować w ogrodzie, czekając godziny posiłku. Usłyszawszy, że mnie wołają, przybiegałem pełen dobrego humoru i jeszcze lepszego apetytu; jest to okoliczność godna zanotowania, iż choćbym był jak najbardziej chory, na apetycie nie zbywa mi nigdy. Obiadowaliśmy bardzo przyjemnie, rozmawiając o domowych sprawach w oczekiwaniu, aż mamusia będzie się mogła zabrać do jedzenia. Parę razy na tydzień, kiedy było ładnie, piliśmy kawę w ogrodzie, w cienistej i chłodnej altanie, którą obsadziłem chmielem i która była nam wielką pociechą w czas upałów. Tam spędzaliśmy jaką godzinkę, oglądając jarzyny, kwiaty, rozmawiając o rzeczach tyczących naszego życia i w ten sposób jeszcze lepiej karmiąc się jego słodyczą. ZwierzętaMiałem drugą małą rodzinkę w końcu ogrodu, mianowicie pszczoły. Nie omieszkałem nigdy — a często mamusia ze mną — złożyć im wizyty; interesowałem się ich pracą; bawiłem się niezmiernie, widząc jak wracają z wyprawy, przy czym małe udka miały niekiedy tak obładowane, że ledwie mogły się posuwać. Przez pierwsze dni, ciekawość moja posunęła się aż do niedyskrecji, jakoż ukłuły mnie raz i drugi; ale później zawarliśmy tak ścisłą znajomość, że mogłem podchodzić choćby najdalej zupełnie bezkarnie, żadna mnie nie ukłuła. Wszystkie zwierzęta mają nieufność do człowieka, i słusznie; ale gdy raz obudzi w nich pewność, iż nie chce im szkodzić, nabierają takiego zaufania, że trzeba by być więcej niż barbarzyńcą, aby go nadużyć.

524

Wracałem do książek, ale owe popołudniowe zatrudnienia nie tyle już zasługują na nazwę pracy i nauki, ile raczej zabawy i wytchnienia. Nigdy nie znosiłem ślęczenia w pokoju po obiedzie, w ogóle wszelki wysiłek w upał jest mi uciążliwy. Oddawałem się tedy, bez przymusu i prawie bez reguły, lekturze. Umiejętnością, w którą zapuszczałem się najgłębiej, była historia i geografia; że zaś nie wymagały wytężenia umysłu, zrobiłem w nich postępy, o ile pozwalał mi mój brak pamięci. Chciałem przerobić ojca Petau[368] i zapuściłem się w odmęt chronologii, ale zniechęciłem się bezładną i płytką częścią krytyczną i chętniej zajmowałem się studiowaniem dokładnych miar czasu i biegiem ciał niebieskich. Byłbym nabrał zamiłowania do astronomii, gdybym miał instrumenty; ale trzeba mi było zadowolić się podstawowymi wiadomościami z książek i paroma prymitywnymi obserwacjami, dokonanymi za pomocą lichej lunety jedynie dla rozeznania się w ogólnej sytuacji nieba, ile że krótki wzrok nie pozwala mi gołym okiem rozróżniać gwiazd. Przypominam tu sobie przygodę, której wspomnienie nieraz wprawiło mnie w wesołość. Kupiłem planisferę[369] niebieską, aby studiować konstelacje. Umocowałem tę planisferę na ramie; kiedy niebo było pogodne, szedłem w nocy do ogrodu, umieszczałem ramę na czterech kijach mniej więcej mego wzrostu, obracając planisferę ku dołowi. Aby ją móc oświetlić mimo wiatru, wstawiłem świecę w gliniany garnek ustawiony między słupkami, następnie zaś, patrząc na planisferę gołymi oczyma, a na niebo przez lunetę, ćwiczyłem się w poznawaniu gwiazd i rozróżnianiu konstelacji. Wspomniałem, zdaje mi się, że ogród pana Noiret opuszczał się terasowato, za czym[370] widać było z drogi, co się w nim dzieje. Jednego wieczora chłopi, przechodząc dość późno, ujrzeli mnie, w dziwnym stroju, oddanego memu zatrudnieniu. Blask padający na planisferę (źródła światła nie widzieli, zakrywały je ich oczom ściany garnka), cztery słupki, papier pokreślony figurami, rama, luneta, która to wysuwała się, to kurczyła — wszystko to przestraszyło ich. Strój mój również nie mógł się przyczynić do ich uspokojenia: kapelusz z wielkim rondem, nasadzony na szlafmycę, watowany kaftanik mamusi (nałożyła mi go przemocą), wszystko to dawało mi postać prawdziwego czarownika; że zaś było blisko północy, nie wątpili, że to początek sabatu. Nieciekawi dalszego ciągu, uciekli w popłochu, pobudzili sąsiadów, aby im opowiedzieć swoje zwidzenie, i historia poszła z ust do ust tak szybko, iż nazajutrz każdy w sąsiedztwie wiedział, że w ogrodzie pana Noiret odbywają się sabaty. Nie wiem, co by wynikło z tych pogłosek, gdyby nie to, że jeden z chłopów, świadek moich czarnoksięskich misteriów, pobiegł tego samego dnia na skargę do dwóch jezuitów, którzy nas odwiedzali niekiedy i którzy nie wiedząc, o co chodzi, z góry rozproszyli ich obawy. Opowiedzieli nam całą historię, wyjaśniłem przyczynę i uśmialiśmy się szczerze. Ale z obawy przed powtórzeniem się takiego wypadku uchwalono, że na przyszłość będę badał niebo bez światła, do planisfery zaś będę zaglądał w domu.

525

Taki był mój tryb życia w Charmettes, kiedy nie byłem zajęty pracą w polu; do tej miałem szczególne zamiłowanie. W zakresie, który nie przechodził moich sił, pracowałem jak prosty wieśniak, Co prawda, byłem wówczas tak osłabiony, iż mogłem dawać jedynie dobre chęci. Przy tym chciałem naraz spełniać dwie roboty, dlatego żadnej nie spełniałem dobrze. Ułożyłem sobie, iż choćby gwałtem, muszę wyrobić pamięć; upierałem się jak najwięcej uczyć się pamięciowo. W tym celu miałem zawsze przy sobie jakąś książkę, z której z okropnym trudem czytałem i powtarzałem głośno całe ustępy, wciąż przy tym zajęty pracą ręczną. Dziwię się sam, iż uporczywość owych czczych wysiłków nie doprowadziła mnie do ogłupienia. Eklog Wirgiliusza, z których nie umiem ani słowa, uczyłem się, zapominając i na nowo ucząc się, chyba ze dwadzieścia razy. Pogubiłem i zbrakowałem mnóstwo książek, nabrawszy zwyczaju noszenia ich wszędzie z sobą, do gołębnika, do ogrodu, do sadu, do winnicy. Zajęty czym innym, kładłem książkę pod drzewem albo na żywopłocie; zapominałem jej i często po dwóch tygodniach znajdowałem ją zgniłą albo zjedzoną przez mrówki i ślimaki. Ten szał kształcenia się stał się manią, która doprowadzała mnie wręcz do ogłupienia: bez przerwy mamrotałem coś przez zęby.

526

Ponieważ najczęstszą mą kulturę stanowiły pisma Port-Royal i Oratorium, stałem się przez nie wpółjansenistą. Mimo mej pogody ducha, ta twarda teologia przerażała mnie niekiedy[371]. Groza piekła, którego dotąd obawiałem się bardzo niewiele, mąciła mój spokój. Gdyby mamusia nie wpływała uspakajająco, ta przerażająca nauka byłaby mnie do cna opętała. Spowiednik mój, który był i jej spowiednikiem, dokładał starań, aby mi wrócić równowagę. Był to ojciec Hemet, jezuita, dobry i mądry staruszek, którego pamięć zawsze mi będzie szacowną. Mimo iż jezuita, miał on prostotę dziecka[372], a moralność jego, nie tyle wolnomyślna, ile nacechowana łagodnością, stanowiła dla mnie najlepszą przeciwwagę jansenizmu. Ten poczciwiec i towarzysz jego, ojciec Copier, zachodzili często do Charmettes, mimo iż droga była ciężka i jak na ich wiek dość daleka. Odwiedziny ich były mi bardzo zbawienne. Niech Bóg odpłaci ich duszom! Zbyt bowiem sędziwi byli wówczas, abym mógł przypuszczać, że jeszcze żyją. Zachodziłem także do nich w Chambéry; oswajałem się po trosze w klasztorze; biblioteka ich stała mi otworem. Wspomnienie tych szczęśliwych chwil łączy się z jezuitami tak blisko, iż każe mi ich kochać dla tego wspomnienia; i mimo że ich nauka wydawała mi się zawsze bardzo niebezpieczną, nie mogłem się nigdy zdobyć na to, aby ich szczerze nienawidzić.

527

Chciałbym wiedzieć, czy przez dusze innych ludzi przemykają niekiedy dzieciństwa[373] podobne moim. Wśród ciągłych studiów i życia tak niewinnego, jak tylko być może, mimo wszystkich zapewnień i perswazji, obawa piekła dręczyła mnie ciągle. Często stawiałem sobie pytanie: w jakim stanie znajduję się w tej chwili? Gdybym umarł teraz nagle, czy byłbym potępiony? Wedle jansenistów rzecz nie ulegała wątpliwości, ale wedle mego sumienia zdawało mi się, że nie. Wciąż niespokojny i miotany okrutną niepewnością, szukając ratunku, uciekałem się do najpocieszniejszych środków, za które, gdybym te objawy widział u kogoś drugiego, byłbym skłonny zamknąć człowieka do wariatów. Jednego dnia, dumając nad tym smutnym przedmiotem, ćwiczyłem się machinalnie w ciskaniu kamieniami o pnie i to z mą zwykłą zręcznością, to znaczy chybiając prawie za każdym razem. W pełni tego ćwiczenia, przychodzi mi nagle myśl, aby uczynić zeń prognostyk[374] dla uśmierzenia obaw. Powiadam sobie: „Rzucę kamieniem o to drzewo; jeśli trafię — to znak, iż będę zbawiony; jeśli chybię — potępiony”. Tak sobie mówiąc, rzucam kamień drżącą ręką i ze straszliwym biciem serca, ale tak szczęśliwie, że ugodził w sam środek pnia. Po prawdzie, nie było to trudno, ponieważ byłem na tyle ostrożny, aby wybrać pień gruby i bardzo blisko. Od tego czasu nie wątpiłem już o mym zbawieniu. Przypominając sobie ten czyn, nie wiem czy śmiać się, czy ubolewać nad tobą. Wy, wielcy ludzie, którzy z pewnością śmiejecie się, możecie być dumni ze swej wyższości; ale nie urągajcie mej głupocie: przysięgam, że sam czuję ją dostatecznie.

528

Zresztą, te niepokoje, te strachy, nieodłączne może od pobożności, nie były stanem ciągłym. Zwykle byłem dość spokojny. Wrażenie, jakie myśl o bliskiej śmierci czyniła na mej duszy, było nie tyle smutkiem, ile jakąś spokojną omdlałością, nie wolną nawet od słodyczy. Odnalazłem niedawno między starymi papierami rodzaj nauki, jaką aplikowałem sobie samemu: chwaliłem w niej sobie, że umieram w wieku, w którym ma się dość odwagi, aby patrzeć w oczy śmierci, i że schodzę ze świata, nie doświadczywszy w mym życiu żadnych większych mąk ciała i ducha. Jakże miałem słuszność! Przeczucie jakieś kazało mi się obawiać życia i jego cierpień. Zdawałoby się, iż przewidywałem los, który mnie czekał na stare lata. Nigdy nie byłem tak blisko mądrości, jak w tej szczęśliwej epoce. Bez wielkich wyrzutów z powodu przeszłości, wolny od trosk na przyszłość, trwałem w dominującym w mej duszy uczuciu cieszenia się teraźniejszością. Dewoci mają zazwyczaj coś z drobnej, ale bardzo żywej zmysłowości, dającej im z lubością wysysać niewinne a dozwolone rozkosze. Ludzie światowi czynią im z tego zbrodnię, nie wiem czemu, albo raczej wiem: dlatego, że zazdroszczą drugim słodyczy czerpanej w prostych przyjemnościach, których smak sami zatracili. Ja miałem ten smak i znajdowałem wielki urok w zaspakajaniu go z czystym sumieniem. Serce moje, jeszcze świeże, oddawało się wszystkiemu ze szczęściem dziecka albo jeśli śmiem się tak wyrazić, z rozkoszą anioła, w istocie bowiem te spokojne słodycze podobne są z niewinności swojej rajskim. Obiady na trawie, wieczerze w altance, zrywanie owoców, żniwa, winobranie, darcie konopi wespół z naszymi ludźmi — wszystko to było jednym szeregiem zabaw, w których mamusia znajdowała tyleż radości, co ja. Samotne przechadzki miały jeszcze większy urok, gdyż serce wywnętrzało się z większą swobodą. Między innymi zrobiliśmy jeden spacer stanowiący epokę w mych wspomnieniach; było to w dzień świętego Ludwika[375], którego imię nosiła mamusia. Wybraliśmy się rano, sami, wczesnym rankiem, po mszy, którą karmelita odprawił o świcie w kaplicy koło domu. Poddałem myśl, aby się puścić na przeciwległe zbocze, którego nie zwiedziliśmy jeszcze. Wysłaliśmy naprzód prowianty, bo wycieczka miała trwać cały dzień.

529

Mamusia, choć nieco okrągła i tłuściutka, była niezłą piechurką. Wędrowaliśmy z pagórka na pagórek, z lasku do lasku, czasem słońcem, często cieniem, odpoczywając po trosze i zapamiętując się na całe godziny; rozmawiając o sobie, o naszym związku, o słodyczach naszej doli, wyrażając życzenia, aby mogła trwać całe życie, życzenia, które niestety nie zostały wysłuchane! Wszystko składało się na to, aby ten dzień upłynął jak najszczęśliwiej. Niedawno padał deszcz, nie było pyłu, strumienie toczyły obficie wodę, chłodny wietrzyk poruszał liśćmi, powietrze było czyste, widnokrąg bez chmur, pogoda panowała na niebie jak w naszych sercach. Obiad sporządziliśmy w chałupie jakiegoś kmiotka i podzieliliśmy go z jego rodziną, błogosławiącą nas z całego serca. Ci poczciwi Sabaudczycy to tacy dobrzy ludzie! Po obiedzie schroniliśmy się w cień, pod wielkie drzewa. Gdy ja gromadziłem chrust, aby przyrządzić kawę, mamusia zbierała zioła po zaroślach. Po drodze nazrywałem mamusi cały pęk kwiatów. Pokazywała mi w ich budowie wiele ciekawych rzeczy, które mnie bawiły i które powinny były obudzić we mnie zamiłowanie do botaniki. Ale pora jeszcze nie nadeszła, byłem zbyt pochłonięty tyloma innymi studiami! W tej chwili przyszła mi myśl, która mnie oderwała od ziół i kwiatów. Stan duszy, w którym się znajdowałem, wszystko, cośmy mówili i robili tego dnia, przedmioty, które zwróciły moją uwagę, wszystko to przypomniało mi rodzaj snu, jaki marzyłem na jawie w Annecy przed siedmiu czy ośmiu laty, a o którym wspominałem w swoim miejscu. Związek był tak uderzający, że myśląc o tym, wzruszyłem się do łez. W wybuchu czułości uściskałem drogą przyjaciółkę: „Mamusiu, mamusiu — rzekłem z uniesieniem — ten dzień był mi przyrzeczony od dawna. Oto ziściło się wszystko, o czym mogłem marzyć. Szczęście moje, dzięki tobie, jest u szczytu. Oby nigdy nie doczekało się zachodu! Oby trwało tak długo, jak długo mi będzie drogim, nie skończyłoby się aż z mym życiem”.

530

Tak płynęły mi szczęśliwe dni, tym szczęśliwsze, że nie widząc nic, co by je mogło zmącić, w istocie koniec ich widziałem jedynie z końcem życia. To nie znaczy, aby źródło trosk zupełnie wyschło, ale skierowało się w odmienne koryto i starałem się zwrócić je, o ile mogłem, w stronę rzeczy użytecznych, tak aby przyniosło z sobą i lekarstwo. Mamusia z natury lubiła wieś, a moje towarzystwo mogło ją tylko w tym utrwalić. Stopniowo nabrała zamiłowania do gospodarstwa; lubiła wydobywać z ziemi ile się da, znała się na tym i zajęcie to robiło jej przyjemność. Nie wystarczał jej nawet kawałek gruntu przy domu; dzierżawiła, najmowała to pólko jakieś, to kawałek łąki. Słowem, przenosząc swą przedsiębiorczość w sferę rolnictwa, zamiast próżnować i wypoczywać, krzątała się tak, jakby miała zostać niebawem obywatelką ziemską. Nie podobał mi się zbytni jej zapał; powściągałem ją, ile mogłem, pewien, iż zawsze w końcu padnie ofiarą złudzeń i że usposobienie jej, szerokie i hojne, zawsze podniesie sumę wydatków ponad wysokość dochodu. Bądź co bądź, pocieszałem się tym, że przynajmniej dochód ten nie będzie zupełnie znikomy i pomoże jej do życia. Ze wszystkich przedsięwzięć, jakie mamusia mogła podjąć, to wydało mi się najmniej rujnujące; nie dopatrując się w nim zysków, widziałem wszelako nieustanne zatrudnienie, zdolne ocalić ją od awanturniczych pomysłów i wyzysku hultajów. W tej myśli pragnąłem gorąco odzyskać tyle sił i zdrowia, ile było trzeba, aby czuwać nad jej interesami, być dozorcą robotników, rodzajem plenipotenta[376]. Siłą rzeczy zajęcia, do których się wkładałem w tym celu, odrywając mnie od książek i każąc mi zapominać o moim stanie zdrowia, wpływały na nie tym samym korzystnie.

531

(1737–1741). Następnej zimy Barillot, wracając z Włoch, przywiózł mi kilka książek, między innymi Bontempiego[377] i Cartella per musica ojca Banchieri[378], które obudziły we mnie ciekawość do historii muzyki i do teoretycznych badań nad tą piękną sztuką. Barillot zabawił jakiś czas z nami; że zaś byłem od kilku miesięcy pełnoletni, postanowiliśmy, że najbliższej wiosny udam się do Genewy upomnieć się o mająteczek po matce, a przynajmniej o część, która na mnie przypada w oczekiwaniu wiadomości o losie brata. Stało się, jakeśmy postanowili. Udałem się do Genewy, ojciec stawił się tam również. Od dłuższego czasu bywał w tym mieście bez przeszkód, mimo że sprawy jego nie umorzono; ale ponieważ ceniono jego odwagę i szanowano charakter, patrzano przez palce na te dawne dzieje; przy tym władze, zajęte wielkim projektem, który wystrzelił niedługo później, nie chciały przed czasem drażnić mieszczaństwa, przypominając im nie w porę dawną stronniczość.

532

Lękałem się, aby mi nie czyniono trudności z powodu zmiany religii; nie doświadczyłem żadnych. Ustawy w Genewie są pod tym względem mniej surowe niż w Bernie, gdzie ktokolwiek zmieni wyznanie, traci nie tylko prawa obywatelskie, ale i majątek. Nie kwestionowano tedy mej należności, ale okazało się, nie wiem, jakim sposobem, iż stopniała ona do nieznacznej kwoty. Mimo iż było prawie pewne, że brat nie żyje, nie było prawnego dowodu. Nie posiadając wystarczających tytułów, aby się domagać jego części, zostawiłem ją bez żalu ojcu; jakoż korzystał z niej, póki żył. Skoro tylko załatwiono formalności i dostałem do rąk pieniądze, obróciłem część na książki, a resztę pospieszyłem zanieść do stóp mamusi. Serce biło mi w drodze z radości, a chwila, w której złożyłem te pieniądze w jej ręce, była mi tysiąc razy słodsza niż ta, w której dostały się one do moich. Przyjęła je z całą prostotą szlachetnych dusz, które spełniając co dzień te rzeczy bez wysiłku, patrzą na nie bez podziwu. Pieniądze obróciła prawie całkowicie na moje potrzeby i to z tą samą prostotą. Na ten sam użytek byłyby poszły, gdyby były spadły skądinąd.

533

ChorobaMimo to zdrowie moje nie polepszało się, przeciwnie, gasłem w oczach. Byłem blady i chudy jak szkielet, pulsowanie tętnic nękało mnie straszliwie, palpitacje były coraz częstsze, czułem nieustanny ucisk, a osłabienie doszło w końcu do tego, iż z trudnością zdołałem się poruszać. Nie mogłem przyspieszyć kroku, by zaraz nie dostać duszności; nie mogłem się schylić bez zawrotu głowy; nie mogłem podnieść najmniejszego ciężaru, byłem skazany na bezczynność, jakże nieznośną dla tak ruchliwego człowieka! To pewna, że w tym wszystkim było dużo waporów[379]. Wapory są chorobą ludzi szczęśliwych, i mnie tedy nie oszczędziły. Łzy wylewane bez przyczyny, napady przestrachu za szelestem liścia albo ptaszka, zmienność humoru wśród najmilszego życia, wszystko to zwiastowało jakby przesycenie słodyczą, objawiające się ową zbyt wybujałą wrażliwością. Jesteśmy tak niestworzeni, aby tu na ziemi kosztować szczęścia, że trzeba koniecznie, aby dusza lub ciało, o ile nie oba razem, spłaciły okup cierpieniu, a pomyślny stan jednego oddziaływa prawie zawsze ujemnie na drugie. Kiedy byłbym mógł cieszyć się rozkoszą życia, organizm mój, wyniszczony i osłabły, nie dopuszczał tego, a co najgorsza, niepodobna było odnaleźć siedziby choroby. W późniejszym życiu, mimo lat i mimo bardzo prawdziwych i poważnych cierpień, ciało moje jak gdyby odzyskało siły, aby lepiej odczuwać me niedole. Teraz, kiedy piszę te słowa, chory, blisko sześćdziesięcioletni, przygnieciony wszelkimi nieszczęściami, czuję w sobie więcej siły do dźwigania cierpień, niż ich miałem w kwiecie wieku dla słodyczy najprawdziwszego szczęścia.

534

ChorobaNa dobitkę, liznąwszy w swoich lekturach nieco fizjologii, zabrałem się do anatomii. Otóż, uświadamiając sobie mnogość różnorodnych i złożonych części organizmu, dwadzieścia razy na dzień doznawałem uczucia, że to wszystko się we mnie rozprzęga. Mniej dziwiłem się temu, iż czuję się umierającym, niż temu, że jeszcze żyć mogę. Nie zdarzyło mi się przeczytać opisu choroby, abym natychmiast nie doszukał się jej w sobie. Jestem pewny, że gdybym nawet nie był chory, rozchorowałbym się wskutek tej nieszczęsnej nauki. Znajdując w każdej chorobie własne symptomaty, gromadziłem je w sobie wszystkie. Ponadto przybyła mi nowa, niebezpieczniejsza jeszcze, z której zdawało się, że już się wyzwoliłem, a mianowicie zapał do leczenia się. Jest to choroba nieunikniona prawie dla kogoś, kto zabrnie w dzieła lekarskie. Po długich dociekaniach, namysłach, porównaniach uroiłem sobie, że podstawą mego cierpienia jest polip w sercu; sam Salomon zdawał się uderzony tą ideą. Biorąc rzecz racjonalnie, powinno to było tylko utwierdzić mnie w dawniejszej determinacji. Stało się przeciwnie. Wytężyłem wszystkie siły na dociekanie, jak można by uleczyć polipa w sercu, z mocnym postanowieniem podjęcia tej cudownej kuracji. W czasie podróży, jaką Anet odbył niegdyś do Montpellier, aby poznać tamtejszy ogród botaniczny, powiedziano mu, że doktor Fizes[380] uleczył kogoś z takiego polipa. To wystarczyło, aby mnie natchnąć żądzą szukania porady u doktora Fizes. Nadzieja wyleczenia dodała mi sił i energii do podróży. Pieniądze przywiezione z Genewy dostarczyły środków. Mamusia nie tylko nie odradzała mi, ale utwierdzała mnie w zamiarze. Puściłem się tedy do Montpellier.

535

Nie potrzebowałem wędrować tak daleko, aby znaleźć lekarza, jakiego mi było trzeba. Zbyt utrudzony podróżą konną, nająłem w Grenoble wehikuł. W Moirans spotkałem kilka innych, które nadjechały sznurkiem tuż za moim. Gwar, zamęt. Większość tych pojazdów należała do orszaku świeżo zamężnej damy nazwiskiem du Colombier[381]. Między innymi gośćmi towarzyszyła pannie młodej niejaka pani de Larnage[382], nie tak młoda i piękna jak pani du Colombier, ale nie mniej urocza. Tamta zatrzymywała się w Romans, ta zaś miała jechać dalej, do Saint-Andiol, niedaleko Pont-Saint-Esprit. Może sobie czytelnik wyobrazić, że przy mym znanym niezdarstwie niełatwo przyszło do znajomości z tak świetnymi damami i otaczającą je świtą. Ale wreszcie, jadąc tą samą drogą, stając w tych samych oberżach i zmuszony, o ile nie chciałem uchodzić za dzikusa, siadać u tego samego stołu, nie mogłem uniknąć prezentacji. Przyszło zatem do tego, i to wcześniej, niżbym pragnął, cały bowiem ten zamęt nie bardzo odpowiedni był dla chorego z moim usposobieniem. Ale ciekawość tak przypiekła te szelmy kobietki, że aby doprowadzić do znajomości z mężczyzną, zaczynają od tego, iż zawracają mu głowę. Tak stało się ze mną. Pani du Colombier, otoczona zgrają fircyków, nie miała czasu na kokietowanie mnie; ale pani de Larnage, mniej oblegana i troskliwsza o zapewnienie sobie rozrywki w drodze, zabrała się do mnie z miejsca. Bywaj zdrów, biedny Janie Jakubie, a raczej bywajcie zdrowe febro, wapory, polipy. Wszystko gdzieś podziało się przy niej, z wyjątkiem pewnych palpitacji, które mi zostały i z których nie chciała mnie uleczyć.

536

Smutny stan mego zdrowia był pierwszą kanwą znajomości. Widziano, że jestem chory, wiedziano, że udaję się do Montpellier; widocznie z miny i z obejścia nie wyglądałem na rozpustnika, z dalszego ciągu bowiem okazało się jasno, iż nie czyniono co do mnie żadnych hańbiących przypuszczeń. Mimo że na ogół choroba nie jest dla mężczyzny zbyt dobrą rekomendacją u dam, w tym wypadku uczyniła mnie interesującym. Rano przysyłały dowiadywać się o moje zdrowie i zapraszały na czekoladę, wypytując się jak spędziłem noc. Jednego dnia, zgodnie z chwalebnym zwyczajem odpowiadania bez myśli, odrzekłem, że nie wiem. Sądziły, że mam źle w głowie; zaczęły mi się bliżej przyglądać i przegląd nie wypadł na moją niekorzyść. Usłyszałem raz, jak pani du Colombier mówiła do przyjaciółki: „Nieobyty jest trochę, ale miły”. To słówko dodało mi odwagi, uczyniło mnie miłym naprawdę.

537

W miarę jak postępowała zażyłość, trzeba było mówić coś o sobie: kto zacz, skąd jedzie, dokąd śpieszy. To wprawiało mnie w zakłopotanie, czułem dobrze, że w tym świetnym towarzystwie, wobec wykwintnych dam, epitet „nowo nawrócony” będzie dla mnie zabójczy. Nie wiem, jak mi ten koncept wpadł do głowy, dość że, ni stąd ni zowąd, postanowiłem udawać Anglika, nazwiskiem Dudding[383]; co osobliwsze, uwierzono w to.

538

Był w towarzystwie niejaki markiz de Torignan, chory jak i ja, do tego stary i dość zrzędny. Otóż, ten przeklęty nudziarz uparł się zawiązać rozmowę z panem Dudding. Zagaił o królu Jakubie, o pretendencie, o dawnym dworze w Saint-Germain[384]. Siedziałem jak na szpilkach; wiedziałem o tym ledwie tyle, co przeczytałem w Hamiltonie[385] i w gazetach; mimo to spożytkowałem te wiadomości tak dobrze, że wykręciłem się ze sprawy; szczęściem, nikomu nie przyszło na myśl brać mnie na egzamin z języka angielskiego, którego nie znałem ani słowa.

539

Cała kompania dobrze czuła się z sobą i z żalem patrzyła na zbliżające się rozstanie. Wlekliśmy się ślimaczym krokiem. Pewnej niedzieli znaleźliśmy się w Saint-Marcellin. Pani de Larnage chciała iść na mszę; towarzyszyłem jej, co omal nie popsuło mej sprawy. W kościele zachowywałem się tak, jak było moim zwyczajem. Z postawy mej, poważnej i skupionej, mniemała, iż ma do czynienia z bigotem, i powzięła o mnie najgorszą opinię, jak mi to wyznała w dwa dni potem. Trzeba mi było później dużo galanterii, aby zatrzeć to złe wrażenie; lub raczej pani de Larnage, jako kobieta doświadczona i niełatwo dająca się zrazić, zechciała zaryzykować pewne awanse, aby się przekonać, jak się wywiążę ze sprawy. Istotnie, nie szczędziła mi ich, i to takich, iż ja, o sto mil od męskiej próżności, myślałem, że sobie żartuje ze mnie. Pod wpływem tego dzieciństwa, sadziłem głupstwo na głupstwo, gorzej niż margrabia w Zapisie[386]. Pani de Larnage nie dawała za wygraną, zachowywała się tak wyzywająco i mówiła mi rzeczy tak czułe, że człowiekowi o wiele mniej niewinnemu trudno by było wszystko wziąć za dobrą monetę. Im dalej się posuwała, tym bardziej utwierdzała mnie w mojej idei, co mnie dręczyło tym więcej, ile że tymczasem sam zawróciłem sobie porządnie głowę. Mówiłem w duchu i jej powtarzałam, wzdychając: „Ach, czemuż to wszystko nie jest prawda! Byłbym najszczęśliwszy z ludzi!”. Sądzę, iż naiwność nowicjusza podrażniła tylko jej kaprys; to fakt, iż zdecydowana była nie dać za wygraną.

540

Zostawiliśmy w Romans panią du Colombier z jej orszakiem. Ciągnęliśmy dalej naszą drogę najwolniej i najrozkoszniej w świecie: pani de Larnage, margrabia de Torignan i ja. Margrabia, mimo iż chory i zrzędny, był w gruncie niezły człowiek, ale niezbyt lubiący rolę biernego świadka cudzych przyjemności. Pani de Larnage tak mało ukrywała skłonność do mojej osoby, iż margrabia spostrzegł się na tym wcześniej ode mnie. Jeśli nie co innego, to same jego sarkazmy powinny były wlać we mnie ową pewność siebie, której nie śmiałem nabrać z przymilności mej damy. Ba, cóż, kiedy wpadłem na koncept, do jakiego jedynie ja byłem zdolny, że oni się porozumieli, aby mnie brać na fundusz. Ten głupi pomysł do reszty zmącił mi w głowie i kazał mi odgrywać najgłupszą w świecie rolę w sytuacji, w której serce moje, szczerze rozkochane, umiałoby podyktować mi o wiele wdzięczniejszą. Nie pojmuję, w jaki sposób pani de Larnage nie zraziła się mymi komediami i nie odpędziła mnie ze wzgardą. Ale to była wytrawna osoba, która rozumiała się na ludziach i widziała, że źródłem mego umiarkowania jest bardziej głupota niż co innego.

541

Doprowadziła wreszcie do tego, żeśmy się porozumieli; ale nie przyszło to jej bez trudu. Przybyliśmy do Valence, aby tam spożyć obiad, i wedle naszego chwalebnego zwyczaju zostaliśmy tam już resztę dnia. Mieszkaliśmy w oberży za miastem; nigdy nie wyjdzie mi z pamięci ta oberża i pokój, który pani de Larnage w niej zajmowała. Po obiedzie zapragnęła przejść się nieco. Wiedziała, że z margrabiego niewielki piechur; był to sposób zapewnienia nam dwojgu sam na sam, którego postanowiła sobie nie zmarnować; zważywszy bliski kres podróży, niewiele mieliśmy zaiste czasu do stracenia. Przechadzaliśmy się koło miasta wzdłuż wałów. Tam rozpocząłem na nowo swoje wzdychania, na które, przyciskając od czasu do czasu do piersi me ramię, odpowiadała tak tkliwie, że trzeba było iście mojej głupoty, aby nie spróbować doświadczalnie sprawdzić szczerości jej słów. Najlepsze jest, iż ja sam byłem przy tym w najwyższym stopniu wzruszony. Powiedziałem, że pani de Larnage była powabna: miłość uczyniła ją czarującą; dzięki niej odzyskała cały blask młodości i rozwijała swą zalotność z takim kunsztem, że byłaby uwiodła najwytrawniejszego gracza. Czułem się tedy bardzo nieswój i wciąż o krok od ostatecznych granic; ale obawa obrażenia jej lub zrażenia, jeszcze większy strach, że może mnie wyszydzić, wydrwić, wystrychnąć na dudka, ba, uczynić przedmiotem zabawy przy stole i ściągnąć na mnie drwiny nielitościwego margrabiego, wszystko to paraliżowało mnie do tego stopnia, iż sam byłem wściekły na mą niewczesną wstydliwość, ale nie umiałem jej pokonać. Byłem na torturach; zaniechałem westchnień Celadona[387], których śmieszność w podobnej sytuacji, na ustronnej dróżce leśnej, sam rozumiałem; nie wiedząc już, jak się zachować ani co rzec, milczałem; byłem chmurny, nadąsany; słowem, robiłem, co w mej mocy, aby ściągnąć na siebie niełaskę, której się tak obawiałem. Szczęściem, pani de Larnage powzięła bardziej ludzkie postanowienie. Przerwała nagle to milczenie, oplatając mi rękę koło szyi, a zarazem usta jej przemówiły do moich zbyt wymownie, abym mógł dłużej trwać w błędzie. Przesilenie to nie mogło wypaść bardziej w porę. W mgnieniu oka przeszedłem do właściwej roli, a był czas. Obudziła we mnie to zaufanie, którego brak niemal zawsze przeszkadzał mi być sobą. Nigdy oczy moje, zmysły, serce i usta nie były tak wymowne; nigdy tak wspaniale nie okupiłem swych błędów. Jeśli to małe zwycięstwo kosztowało panią de Larnage nieco trudów, mogę sobie pochlebić, że nie miała powodu ich żałować.

542

Choćbym żył sto lat, zawsze wspomnienie tej uroczej kobiety będzie mi szczerą rozkoszą. Powiadam „uroczej”, mimo że nie była ani młoda, ani ładna; bądź co bądź, nie była stara i brzydka, i nie było w jej postaci nic, co by przeszkadzało błyszczeć w całej pełni reszcie jej zalet. W przeciwieństwie do innych kobiet twarz jej, zniszczona, jak sądzę, od różu, była najmniej świeżym jej szczegółem. Pani de Larnage miała przyczyny, aby być łatwą: w ten jedynie sposób mogła dać poznać to, co w niej było najbardziej urocze. Można ją było ujrzeć, a nie pokochać, ale nie można było posiadać jej, a nie ubóstwiać; co dowodzi, o ile mi się zdaje, że nie zawsze była tak hojna swymi łaskami jak ze mną. Kaprys, który ją pchnął w moje ramiona, był zbyt nagły i żywy, aby go można było usprawiedliwić, ale serce miało w nim co najmniej tyleż udziału co zmysły. Przez ten krótki i rozkoszny czas, który przy niej spędziłem, mam prawo przypuszczać — a to ze starań, jakich dokładała, aby mnie oszczędzać — iż mimo że zmysłowa i łakoma rozkoszy, wyżej jeszcze stawiała względy mego zdrowia niż swoją przyjemność.

543

Nasze porozumienie nie ukryło się przed margrabią. Mimo to nie zaprzestał docinków; przeciwnie, bardziej niż wprzódy prześladował mnie jako biednego wzdychacza, męczennika kobiecej srogości. Nigdy nie wymknęło mu się najmniejsze słowo, uśmiech, spojrzenie, które by pozwoliło się domyślać, że nas odgadł. Byłbym mniemał, żeśmy go wywiedli w pole, gdyby pani de Larnage, bystrzejsza ode mnie, nie powiedziała mi, że tak nie jest, tylko że margrabia jest człowiek rycerski; w istocie, nie można by się zachowywać dworniej ani roztaczać więcej uprzejmości, nawet dla mnie (pomijając niewinne przycinki), zwłaszcza od czasu mego tryumfu. Może przypasywał mi jego zasługę i uważał mnie za mniejszego dudka, niż na to wyglądałem. Mylił się, jak wiadomo czytelnikom; ale mniejsza, omyłka jego wychodziła mi na dobre. Pewien, że aplauz słuchaczy będzie po mojej stronie, dość wdzięcznie i chętnie znosiłem jego przycinki, odgryzając się niekiedy wcale szczęśliwie. Dumny byłem, iż mogę w obecności pani de Larnage popisywać się dowcipem, który ona we mnie tchnęła. Stałem się innym człowiekiem.

544

Byliśmy w okolicy sławnej z dobrej kuchni, zwłaszcza o tej porze; wszędzie też biesiadowaliśmy znakomicie dzięki umiejętnym staraniom margrabiego. Byłbym go w zamian chętnie uwolnił od troskliwości o wybór pokojów, ale posyłał zawsze naprzód lokaja dla zatrzymania kwatery: ten hultaj, czy to z własnego konceptu, czy na rozkaz pana, umieszczał zawsze margrabiego obok pani de Larnage, a mnie pchał na drugi koniec gospody. Ale to nie kłopotało nas wcale i schadzki miały przez to tym więcej pieprzyku. RozkoszTo rozkoszne życie trwało cztery czy pięć dni, podczas których pływałem w najsłodszych upojeniach. Piłem tę chwilę czystej i żywej słodyczy, bez żadnej domieszki zgryzot. Były to pierwsze i jedyne chwile, których kosztowałem w ten sposób i mogę rzec, iż pani de Larnage zawdzięczam, że nie umrę, nie poznawszy rozkoszy.

545

Jeżeli to, co czułem dla niej, nie było, ściśle biorąc, miłością było to w każdym razie tak czułe odbicie miłości, którą ona mi okazywała, upojenie zmysłów tak palące w swej rozkoszy i poufałość tak słodka, że posiadała urok namiętności, będąc zarazem wolna od jej szału, który mąci głowę i nie dość pozwala cieszyć się użyciem. Raz tylko w życiu czułem prawdziwą miłość i nie ona była jej przedmiotem. Nie kochałem jej również tak, jak pokochałem i kochałem jeszcze panią de Warens, ale dlatego właśnie posiadałem ją sto razy lepiej. W ramionach mamusi rozkosz moją mąciło zawsze uczucie smutku, jakieś tajemne ściśnienie serca, które nie bez trudności przychodziło mi zwyciężyć: miast cieszyć się, że ją posiadam, wyrzucałem sobie, że ją kalam. Przy pani de Larnage, przeciwnie, dumny z własnej męskości i szczęścia, oddawałem się porywom zmysłów z radością, z ufnością w siebie; podzielałem upojenia, które dawałem mej kochance; miałem dość świadomości, aby spoglądać z dumą i rozkoszą na swój tryumf i czerpać w nim siły do mnożenia jego symbolów.

546

Nie przypominam sobie, w jakiej miejscowości opuścił nas margrabia, którego dobra leżały w tych stronach. To wiem, iż znaleźliśmy się sami, nim dotarliśmy do Montélimart; z tą chwilą, pani de Larnage przeniosła pannę służącą do mego wehikułu, a mnie zabrała do swego. Mogę zapewnić, że droga odbywana w ten sposób nie wydała się nam nudną; trudno by mi było zdać sprawę z wyglądu okolic, któreśmy przebiegali. W Montélimart towarzyszka moja miała jakieś sprawy, które zatrzymały ją trzy dni. Przez cały ten czas wszelako opuściła mnie ledwie na kwadrans, dla jakiejś wizyty, która ściągnęła na nią nudne towarzyskie konsekwencje i zaproszenia, zresztą daremne. Zasłoniła się niedomaganiem; co nam nie przeszkodziło przechadzać się codziennie sam na sam w najcudniejszej okolicy i pod najcudniejszym niebem w świecie. Och, te trzy dni! Nieraz przyszło mi ich żałować; nigdy odtąd nie przeżyłem podobnych!

547

Miłostki podróżne kończą się tak, jak się zaczęły. Trzeba się było rozstać, a wyznaję, że był czas. Nie, iżbym był przesycony lub bliski przesytu, owszem, przywiązywałem się z każdym dniem więcej; ale mimo całej oględności mej damy, już niewiele mogłem dożyć u jej stóp poza dobrą wolą. Staraliśmy się rozproszyć żale projektami spotkania. Zapadło postanowienie, że skoro ta kuracja idzie mi na zdrowie, mam się jej jeszcze poddać i że przyjadę spędzić zimę w Saint-Andiol pod opieką pani de Larnage. Miałem pobyć w Montpellier pięć lub sześć tygodni, aby jej zostawić czas przygotowania tego spotkania w sposób zapobiegający plotkom. Dała mi obszerne informacje co do wszystkiego, co powinienem był wiedzieć, co mówić, w jaki sposób się zachować. Tymczasem mieliśmy do siebie pisywać. Zachęcała mnie obszernie i poważnie do pielęgnowania zdrowia; upominała, abym się udał do najlepszych lekarzy i troskliwie wypełniał wszystko, co mi zalecą. Zobowiązała się przypilnować mnie, kiedy będę bawił u niej, abym wypełniał ich przepisy, choćby najsurowsze. Sądzę, że mówiła szczerze, kochała mnie w istocie; dała mi tego tysiąc dowodów bardziej przekonywających niż sam dar jej osoby. Osądziła z mego wyekwipowania, że nie muszę opływać w zbytki; mimo iż sama nie bogata, chciała mnie przy rozstaniu zmusić, abym z nią podzielił zawartość jej sakiewki, wcale dobrze zaopatrzonej na drogę; z wielkim trudem przyszło mi się obronić. Wreszcie rozstałem się z nią, z sercem pełnym mej towarzyszki, i zostawiając w niej, o ile mi się zdaje, szczere przywiązanie.

548

Wlokłem się dalej mą drogą, przeżywając ją na nowo we wspomnieniu, na razie bardzo rad, iż spoczywam w wygodnym wehikule, aby tym swobodniej dumać o rozkoszach, jakich zakosztowałem, i tych, które mi przyrzeczono. Rozmyślałem wciąż o zamku w Saint-Andiol i o uroczym życiu, które mnie tam czeka; widziałem jedynie panią de Larnage i jej otoczenie: reszta świata była niczym dla mnie; o mamusi nawet zapomniałem. Zabawiałem się kombinowaniem wszystkich szczegółów natrąconych przez panią de Larnage, starając się z góry stworzyć sobie pojęcie o jej mieszkaniu, sąsiedztwie, towarzystwie, o całym sposobie życia. Miała córkę, o której mówiła często z bałwochwalstwem matki. Ta córka miała skończonych piętnaście lat, miała być śliczna, żywa i miła. Pani upewniała mnie, że będę u niej w łaskach; nie zapomniałem tej obietnicy i z wielką ciekawością roiłem sobie, w jaki sposób panna de Larnage zachowa się wobec beniaminka[388] swej mamy. Taką była treść moich marzeń od Pont-Saint-Esprit aż do Remoulin.

549

Polecono mi, abym zwiedził most gardyjski[389]; nie omieszkałem uczynić tego. Było to pierwsze dzieło Rzymian, jakie oglądałem. Spodziewałem się ujrzeć pomnik godny rąk, które go wzniosły. Tym razem przedmiot przeszedł moje oczekiwania; było to jedyny raz w życiu. Tylko Rzymianom dane było sprawić ten skutek. Widok tej prostej i szlachetnej budowli uderzył mnie tym więcej, ile że położona jest w pustkowiu, gdzie milczenie i samotność czynią sam przedmiot bardziej uderzającym, a podziw tym żywszym, ów rzekomy most był w istocie tylko wodociągiem. Zadawałem sobie pytanie, jaka siła przeniosła kamienie tak olbrzymie z tak daleka od wszelkiego łomu i zgromadziła ręce tylu tysięcy ludzi w miejscu zupełnie bezludnym? Przebiegłem trzy piętra tej wspaniałej budowli, którą przez szacunek ledwie śmiałem deptać nogami. Odgłos moich kroków pod tymi olbrzymimi sklepieniami budził we mnie wrażenie, iż słyszę silny głos tych, którzy je wznieśli. Gubiłem się jak robak w tym ogromie. Czułem, czyniąc się tak małym, coś nieokreślonego, co mi wzbierało w duszy; mówiłem sobie, wzdychając: „Czemuż nie urodziłem się Rzymianinem!”. Trwałem tam kilka godzin w zachwyceniu. Wróciłem roztargniony i zadumany, a zaduma ta nie była korzystna dla pani de Larnage. Pamiętała o tym, aby mnie ubezpieczyć przeciw dziewczętom w Montpellier, ale nie przeciw gardyjskiemu mostowi. Niepodobna pamiętać o wszystkim.

550

W Nimes poszedłem zobaczyć arenę: jest to dzieło o wiele wspanialsze niż most gardyjski, ale uczyniło na mnie o wiele mniejsze wrażenie, czy że podziw mój wyczerpał się na pierwszym przedmiocie, czy że położenie areny w środku miasta mniej było sposobne, aby go obudzić. Ta rozległa a wspaniała arena otoczona jest małymi domkami; inne domki, jeszcze mniejsze i szpetniejsze, zapełniają ją, tak iż całość sprawia niejednolite i zmącone wrażenie, w którym żal i oburzenie dławią przyjemność i podziw. Widziałem, od tego czasu, arenę w Weronie, nieskończenie mniejszą i mniej piękną niż w Nimes, ale utrzymaną i zachowaną z możliwą schludnością i przystojnością, i która przez to samo sprawiła na mnie silniejsze i milsze wrażenie. Francuzi nie dbają o nic i nie szanują żadnego pomnika. Są pełni zapału, gdy chodzi o podjęcie czego, ale nie umieją niczego skończyć ani zachować.

551

Zmieniłem się do tego stopnia i zmysłowość moja, raz obudzona, rozwinęła się tak pięknie, iż zatrzymałem się jednego dnia w „Pont de Lunel”, aby dać folgę memu apetytowi w gospodzie. Gospoda ta, najwyżej szacowna ze wszystkich w Europie, zasługiwała na to wyróżnienie. Gospodarze umieli skorzystać z jej szczęśliwego położenia, aby prowadzić kuchnię zaopatrzoną obficie i doborowo. Było to, w istocie, ciekawe, znaleźć w samotnym domostwie we wsi stół zaopatrzony w rybę morską i rzeczną, w doskonałą dziczyznę, przednie wina, obsłużony z owym wyszukaniem i pamięcią, jakie znajduje się jedynie u możnych i bogaczy, a wszystko za marnych trzydzieści pięć su. Ale „Pont de Lunel” niedługo wytrwało na tej stopie, i tak długo żyło swą reputacją, aż straciło ją w końcu zupełnie.

552

Zapomniałem w ciągu drogi, że jestem chory; przypomniałem sobie o tym, przybywając do Montpellier. Wapory opuściły mnie, ale wszystkie inne cierpienia zostały; i chociaż przyzwyczajenie stępiło mą wrażliwość, było tego dosyć, aby przyprawić o śmierć z samego przestrachu kogoś, na kogo tyle chorób spadłoby od razu. W rzeczywistości były one mniej bolesne niż niepokojące i więcej dręczyły umysł niż ciało, któremu zdawały się grozić zniszczeniem. Stąd pochodziło, że, ogarnięty żywą namiętnością, przestałem myśleć o mym stanie; ale ponieważ nie był on urojony, odczułem go natychmiast, skoro nieco ochłonąłem. Myślałem tedy poważnie nad radami pani de Larnage i nad celem mej podróży.

553

Udałem się szukać porady u najznamienitszych praktyków, a zwłaszcza u doktora Fizes. Na domiar ostrożności umieściłem się u lekarza. Był to Irlandczyk nazwiskiem Fitz-Moris[390]. Stołował u siebie wielu studentów medycyny; dla chorego przedstawiało to tę dogodność, że pan Fitz-Moris zadowalał się przyzwoitą pensyjką za życie, a nic nie żądał już od chorych za opiekę lekarską. Podjął się wykonania przepisów pana Fizes i czuwania nad mym zdrowiem. Wywiązał się z tego bardzo dobrze, przynajmniej co się tyczy diety; nie było na jego pensji obawy o przeładowanie żołądka. Mimo że nie jestem zbyt wrażliwy na takie braki, porównanie z niedawną przeszłością było tak rażące, że nieraz nie mogłem się wstrzymać w duchu od uwagi, że pan de Torignan był lepszym prowiantmistrzem od pana Fitz-Moris. Mimo to, ponieważ ostatecznie nie cierpiało się głodu, a cała ta młoda kompania była wesoła, życie, jakie tam pędziłem, bardzo mi w istocie posłużyło i nie dało mi popaść w dawne omdlenia. Ranek trawiłem na zażywaniu lekarstw, a zwłaszcza jakichś wód, zdaje mi się Vals, i na pisaniu do pani de Larnage; korespondencja bowiem szła swoim trybem, a pan Rousseau podejmował trud odbierania listów dla swego przyjaciela Duddinga. W południe spacer z którymś z młodych stołowników, poczciwych i chętnych chłopców. Następnie obiadowało się wesoło. Po obiedzie zaprzątaliśmy się do wieczora bardzo ważną sprawą; mianowicie, udawaliśmy się za miasto, gdzie po kilku partiach krykieta czekał nas podwieczorek. Ja nie grywałem; nie miałem do tego dość siły ani zręczności, ale zakładałem się i przejęty swoim zakładem, uganiając za graczami, zażywałem miłego i zbawiennego ruchu, który na mnie znakomicie oddziaływał. Podwieczorek spożywało się w karczemce za miastem. Nie potrzebuję nadmieniać, że podwieczorki te były wesołe; ale dodam, iż były niewinne, mimo że dziewczęta w karczmie były wcale niczego. Pan Fitz-Moris, wielki amator krykieta, był naszym przewodniczącym. Na przekór reputacji, jakiej zażywają studenci, mogę powiedzieć, iż wśród całej tej młodzieży znalazłem więcej obyczajności i przyzwoitości, niżby można było znaleźć w równie licznej kompanii dorosłych. Byli więcej hałaśliwi niż wyuzdani, bardziej weseli niż rozpustni. Co do mnie, tak łatwo dostrajam się do każdego trybu, o ile jest oparty na swobodzie, że nic bym nie miał przeciw temu, aby ten pobyt trwał wiecznie. Było pomiędzy tymi studentami paru Irlandczyków, od których starałem się nauczyć kilku słów po angielsku, przez wzgląd na pobyt w Saint-Andiol, zbliżał się bowiem czas, że miałem się tam udać. Pani de Larnage nalegała w każdym liście; nie postało mi w myśli być nieposłusznym. Jasnym jest, iż lekarze, którzy nic nie rozumieli z mej choroby, patrzyli na mnie jako na chorego z urojenia i odpowiednio do tego traktowali mnie swoją chininą, wodami i serwatką. Wręcz przeciwnie do teologów, lekarze i filozofowie przyjmują za prawdziwe tylko to, co mogą wytłumaczyć, a własną zdolność rozumienia czynią miarą możebności. Ci panowie nic nie pojmowali z mojej choroby; ergo[391] nie byłem chory, bo jak przypuścić, aby doktorzy nie wiedzieli wszystkiego? Spostrzegałem, iż starają się jeno zabawić mnie i uwolnić od ciężaru zbytniej ilości ludwików; sądząc tedy, że ich zastępca w Saint-Andiol wywiąże się z tego równie dobrze jak oni, a o wiele przyjemniej, postanowiłem dać mu pierwszeństwo i opuściłem Montpellier z tym roztropnym postanowieniem.

554

Wyjechałem z końcem listopada, po sześciu lub ośmiu tygodniach pobytu w tym mieście, gdzie zostawiłem ze dwanaście ludwików bez żadnego pożytku dla zdrowia ani dla nauki, chyba że jako taki policzę kurs anatomii, który zacząłem pod kierunkiem pana Fitz-Moris i który musiałem przerwać z przyczyny ohydnego zaduchu trupów, dla mnie nie do zniesienia.

555

Nie będąc w zupełnej zgodzie z samym sobą co do powziętego postanowienia, biłem się z myślami, posuwając się wciąż ku Pont-Saint-Esprit, które leżało po drodze zarówno do Saint-Andiol, jak do Chambéry. Wspomnienia mamusi i listy jej, mimo że mniej częste niż listy pani de Larnage, obudziły na nowo w mym sercu wyrzuty, które stłumiłem w czasie mej podróży. W tej powrotnej drodze stały się one tak żywe, że przeważając instynkt rozkoszy, pozwoliły mi dać ucho głosowi rozsądku. Przede wszystkim, rola awanturnika, na którą się puszczałem, mogła obecnie powieść się mniej szczęśliwie niż za pierwszym razem. Wystarczało, by w całym Saint-Andiol znalazła się jedna osoba, która była w Anglii, znała Anglików lub umiała po angielsku, aby mnie zdemaskowano. Rodzina pani de Larnage mogłaby patrzeć na mnie krzywym okiem i czynić mi afronty. Córka, o której mimo woli myślałem więcej niżby należało, również była dla mnie przedmiotem niepokoju: drżałem, że mogę się w niej zakochać, a sama ta obawa popychała mnie już ku niebezpieczeństwu. Miałżem tedy, w nagrodę względów matki, uwodzić jej córkę, wchodzić w najbardziej naganne i występne stosunki, wprowadzać waśń, niesławę, zgorszenie i piekło do domu! Ta myśl przejęła mnie grozą; powziąłem niezłomne postanowienie zwyciężenia się i zduszenia tej nieszczęsnej miłości, w razie gdyby się miała obudzić. Ale po co narażać się na taką walkę! Cóż za nędzne istnienie: żyć z matką, którą byłbym przesycony, a pałać uczuciem do córki, nie śmiejąc go jej okazać! Po cóż gonić za tym szaleństwem, po co się wystawiać na nieszczęścia, afronty, wyrzuty, dla rozkoszy, których największy urok wyczerpałem z góry? To pewna bowiem, iż skłonność moja nie zachowała już pierwszej żywości; chętka rozkoszy przetrwała jeszcze, ale namiętność uleciała. Do tego mieszały się refleksje przypominające mi moje położenie, obowiązki, mamusię, tak dobrą, tak bezinteresowną, która mimo iż przygnieciona długami, rujnowała się jeszcze dla mych wydatków, krwi sobie utaczała dla mnie, a ja ją zdradzałem tak niegodnie! Wyrzut ten stał się tak żywy, iż wreszcie odniósł zwycięstwo. Zbliżając się do Saint-Esprit, postanowiłem minąć Saint-Andiol i ruszyć prosto. Wypełniłem to mężnie, nie bez paru westchnień, przyznaję, ale zarazem z tym wewnętrznym zadowoleniem, odczuwanym po raz pierwszy w życiu, iż mogłem sobie powiedzieć: zasłużyłem na własny szacunek, umiałem obowiązkowi dać pierwszeństwo przed rozkoszą. Oto pierwsza prawdziwa zdobycz, którą zawdzięczam nauce: ona to nauczyła mnie zastanawiać się, porównywać. W obliczu zasad tak czystych, które przyswoiłem sobie świeżo, w obliczu prawideł roztropności i cnoty, które sobie postawiłem i z których czułem się tak dumny, wstyd zdradzenia samego siebie, sprzeniewierzenia się tak jaskrawo własnym zasadom przeważył pokusę. Może ambicja odgrywała w mym postanowieniu takąż rolę co cnota; ale jeśli ta ambicja nie jest samą cnotą, skutki jej są tak podobne, że omyłka jest do wybaczenia.

556

Jedną z korzyści dobrych uczynków jest to, iż podnoszą one duszę i zachęcają ją do wspinania się na szczeble dalszej doskonałości. Tak wielką jest słabość ludzka, iż samo wstrzymanie się od złego mamy prawo liczyć do dobrych uczynków. Skoro tylko po wziąłem owo zbawienne postanowienie, stałem się innym człowiekiem albo raczej stałem się znowu tym, którym byłem wprzódy, a który zatracił się przez chwilę odurzenia. Pełen dobrych uczuć i postanowień, wędrowałem dalej mą drogą w najlepszych intencjach okupienia błędu, pragnąc odtąd budować życie jedynie na cnocie, poświęcić się bez zastrzeżeń w służbach najlepszej z matek, zachować jej tyleż wierności, ile miałem dla niej przywiązania i głuchym być na głos miłości innej niż miłość obowiązku. Niestety! Ten tak szczery powrót do dobrego zdawał się znaczyć mi inną dolę: ale snadź była ona zapisana już i rozpoczęta; i kiedy serce moje, pełne uczucia dla rzeczy dobrych i zacnych, chciało widzieć w życiu samą jeno niewinność i szczęście, właśnie zbliżałem się do złowrogiego momentu, którego następstwem miał być długi łańcuch mych niedoli.

557

Chęć rychłego przybycia na miejsce sprawiła, iż wędrowałem większymi etapami, niż zrazu myślałem. Z Valence oznajmiłem mamusi dzień i godzinę. Zyskawszy pół dnia na mym rachunku, przeczekałem ten czas w Chaparillan, aby przybyć ściśle tak, jak zapowiedziałem. Chciałem skosztować w całej słodyczy uroku powitania. Wolałem raczej opóźnić tę chwilę, aby w zamian spotęgować jej rozkosz świadomością, iż jestem oczekiwany. Zwykle wychodziło mi to tylko na korzyść. Zawsze dotąd każdy mój powrót był prawdziwym świętem: i tym razem spodziewałem się tego; a wylewy radości drogiej mamusi, na które byłem tak czuły, warte były, aby na nie trochę poczekać.

558

Przybyłem tedy dokładnie w oznaczonej godzinie. Z daleka wyglądałem, czy nie ujrzę jej na drodze; serce biło mi coraz mocniej, w miarę jak się zbliżałem. Przybiegam zdyszany, pojazd bowiem zostawiłem w mieście; nie widzę nikogo na dziedzińcu, w bramie, w oknie; zaczynam się mieszać, lękam się jakiegoś wypadku. Wchodzę, wszędzie spokój: czeladź siedzi przy podwieczorku w kuchni; zresztą[392] żadnych przygotowań. Służąca wydaje się zdziwiona moim widokiem; nie wiedziała, że mam wrócić. Wchodzę na górę, widzę wreszcie tę drogą mamusię, tak czule, tak żywo, tak czysto ukochaną; przybiegam, rzucam się do jej stóp. „Ach, jesteś, mały — rzekła, ściskając mnie. — Dobrą miałeś drogę? Jak się miewasz?” To przyjęcie zmieszało mnie trochę. Spytałem, czy otrzymała list. Odpowiedziała twierdząco. „Byłbym mniemał, że nie” — odparłem; i na tym kończyły się wyjaśnienia. W pokoju jej znajdował się młody człowiek. Znałem go, przed wyjazdem widywałem go czasem w domu; ale tym razem wydawał się zakwaterowany na dobre; jakoż i tak było. Krótko mówiąc, zastałem miejsce zajęte.

559

Ten młody człowiek pochodził z Vaud, ojciec jego, nazwiskiem Vintzenried, był odźwiernym lub jak się sam nazywał, kapitanem zamku Chillon. Syn pana kapitana był czeladnikiem fryzjerskim i w tym charakterze wędrował po świecie, gdy się przedstawił pani de Warens, która przyjęła go życzliwie jak wszystkich podróżnych, zwłaszcza z jej stron. Był to rosły blondyn o mdłej powierzchowności, dość dobrze zbudowany, o płaskiej twarzy i równie płaskiej duszy. Wysławiał się pretensjonalnie, mieszając w rozmowie wszystkie tony, wszystkie nawyczki swego rzemiosła z długiem wyliczaniem sercowych podbojów. Z chwalebną dyskrecją wymieniał jedynie połowę margrabin, z którymi dzielił łóżko, twierdząc wszelako, iż nie zdarzyło mu się trefić głowy pięknej kobiecie, aby nie utrefił również i głowy męża parą rogów; słowem próżny, głupi, ignorant, bezczelnik; „poza tym najlepszy chłopak w świecie!”[393] Taki był zastępca, którego znaleziono w czasie mej nieobecności, a współpracownik, jakiego mi ofiarowano za powrotem.

560

Och! Jeśli dusze uwolnione od ziemskiej powłoki widzą jeszcze z łona wiekuistej światłości, to co się dzieje wśród nas śmiertelnych, przebacz mi, drogi i czcigodny cieniu, że nie więcej oszczędzam twoje błędy niż swoje własne; że zarówno jedne, jak i drugie odsłaniam oczom czytelnika. Powinienem, chcę być szczerym za ciebie, jak za siebie samego: stracisz na tym z pewnością o wiele mniej ode mnie. Ach, ileż razy twój miły i słodki charakter, niewyczerpana dobroć serca, twoja szczerość i wszystkie twe wyborne cnoty, ileż razy okupują one twe słabości, jeśli można tak nazwać zbłąkania płynące wyłącznie z omyłki rozumu! Byłaś podległa błędom, ale nie przywarom; postępowanie twoje było naganne, ale serce zostało zawsze czyste.

561

Nowy przybysz okazał się gorliwy, pilny, dokładny w drobnych zleceniach, których było zawsze mnóstwo; stał się energicznym naganiaczem czeladzi. Był równie hałaśliwy, jak ja byłem cichy; widać go było, a zwłaszcza słychać wszędzie naraz: przy orce, przy sianie, w lesie, w stajni, na dziedzińcu. Ogród jedynie zaniedbywał, była to praca zbyt spokojna i nie dawała sposobności do hałasu. Jego największa przyjemność to było orać, ładować, piłować lub rąbać drzewo; wciąż się go widziało z siekierą lub motyką w dłoni. Słychać go było, jak biega, rąbie, krzyczy na całe gardło. Nie wiem, za ilu ludzi odwalał robotę, ale wrzasku robił za dziesięciu. Cały ten rozgardiasz imponował biednej mamusi; zdawało się jej, że ten młokos będzie opatrznością dla interesów. Chcąc go przywiązać do domu, użyła wszelkich środków, które się jej wydały sposobne, i nie pominęła tego, na który zawsze liczyła najbardziej.

562

Sądzę, iż czytelnik poznał moje serce, jego najstalsze, najszczersze uczucia, te zwłaszcza, które mnie w tej chwili sprowadzały do niej. Cóż za nagły i zupełny przewrót w całej mej istocie! Trzeba się postawić na mym miejscu, aby to ocenić. W jednej chwili, uczułem, jak na zawsze rozwiewa się szczęśliwa przyszłość, którą roiłem. Słodkie myśli, które pieściłem tak tkliwie, pierzchły. Ja, który od dzieciństwa nie byłem zdolny wyobrazić sobie egzystencji inaczej jak tylko z nią, ujrzałem się sam po raz pierwszy w życiu. Ta chwila była straszna; te, które nastąpiły, jeszcze posępniejsze. Byłem jeszcze latami młody, ale te słodkie uczucia radości i nadziei, które ożywiają młodość, na zawsze mnie opuściły. Od tej chwil, istota czująca na wpół obumarła we mnie. Widziałem przed sobą jedynie smutne resztki życia bez wartości i celu; jeśli niekiedy jeszcze obraz szczęścia poigrał z mymi pragnieniami, szczęście to nie było tym, które dla mnie było stworzone; czułem, iż, zdobywszy je nawet, nie byłbym naprawdę szczęśliwy.

563

Byłem tak głupi i pełen ufności, że mimo bezceremonialnego tonu przybysza (ton ten uważałem jedynie za wynik swobody mamusi, która całe twe otoczenie stawiała na bliskiej stopie), nie przyszłoby mi na myśl domyślać się prawdziwych tego podstaw, gdyby ona sama nie objaśniła mnie w tej mierze. Uczyniła to bardzo skwapliwie, ze szczerością zdolną, zaiste, podsycić mą wściekłość, gdyby me uczucia zwróciły się w tym kierunku. Co do niej, przedstawiła to jako rzecz całkiem prostą, wyrzucając mi niedbanie o dom i wymawiając częste wyjazdy, jak gdyby temperament jej w istocie zdolny był odczuć te zaniedbania!

564

„Ach! mamusiu — rzekłem z sercem ściśniętym boleścią — jakiejż wiadomości ważysz się mi udzielić! Cóż za nagroda mego przywiązania! Czyż po to tyle razy ocaliłaś mi życie, aby mi odjąć wszystko, co mi je czyniło drogim? Umrę z tego, ale będziesz mnie żałować”. Odpowiedziała tonem, którego spokój mógł mnie doprowadzić do szaleństwa, że jestem dziecko, że nie umiera się z takich rzeczy; że nic na tym nie tracę; że mimo wszystko pozostaniemy tak samo dobrymi przyjaciółmi i tak samo blisko w każdym rozumieniu; że jej tkliwość dla mnie nie może się zmniejszyć ani skończyć, chyba z nią samą. Słowem, dała mi do zrozumienia, że wszystkie me prawa zostaną te same, i że, jakkolwiek dzieląc je z drugim, nie będę w nich pokrzywdzony.

565

Nigdy czystość, szczerość, siła mych uczuć dla niej, nigdy prostota, uczciwość mej duszy nie objawiły mi się lepiej niż w tej chwili. Rzuciłem się jej do stóp, obejmowałem kolana, wylewając potoki łez. „Nie, mamusiu — rzekłem z uniesieniem — nadto cię kocham, aby cię pokalać. Posiadanie ciebie jest mi zbyt drogie, bym się mógł nim dzielić. Zbyt wiele wycierpiałem wówczas, gdy je zdobyłem, a drażliwość moja wzrosła wraz z miłością; nie, nie chcę, nie mogę zachować tego szczęścia za tę samą cenę. Zawsze będziesz przedmiotem mego ubóstwienia; zostań go zawsze godną; bardziej jeszcze potrzebuję czcić ciebie niż posiadać. Tobie samej, mamusiu, ustępuję cię; dla związku naszych serc poświęcam wszystkie rozkosze. Obym raczej zginął tysiąc razy, niżbym miał ich kosztować, poniżając tę, którą kocham!”

566

Dotrzymałem tego postanowienia ze stałością godną, śmiem powiedzieć, uczucia, które je natchnęło. Od tej chwili miałem dla ukochanej mamusi jedynie oczy prawdziwego syna. Pośpieszam dodać, że mimo iż moje postanowienie nie zyskało jej uznania, jak się o tym aż nadto przekonałem, nigdy dla odwrócenia mnie od niego nie uciekła się ani do zalotnych słówek, ani pieszczot, ani do żadnej z owych sztuczek, które kobiety, bez narażania swej godności, zawsze mają na zawołanie i które rzadko chybiają celu. Zmuszony szukać doli niezależnej od niej, a nie mogąc jej sobie nawet wyobrazić, popadłem niebawem w przeciwną ostateczność i szukałem wszystkiego w niej! Szukałem tak doskonale, że niemal zupełnie zapomniałem siebie. Gorące pragnienie oglądania jej szczęśliwą za jaką bądź cenę, pochłaniało wszystkie me uczucia: próżno odłączyła swoje szczęście od mego, ja na przekór jej uważałem jej szczęście za własne.

567

Tak zaczęły kiełkować, wraz z nieszczęściami, cnoty, których siew spoczywał z dawna w mej duszy, które nauka wyhodowała i które, aby zakwitnąć, czekały jedynie zaczynu przeciwności.

568

Pierwszym owocem tego tak bezinteresownego zwycięstwa nad sobą było usunięcie z serca wszelkiej nienawiści i zazdrości względem intruza. Chciałem przeciwnie i szczerze chciałem pokochać tego młodzieńca, kształcić go, pracować nad jego wychowaniem, dać mu zrozumieć jego szczęście, sprawić, jeśli możebna, aby się go stał godnym: słowem, stać się dlań tym, czym był Anet dla mnie w podobnych okolicznościach. Ale po obu stronach natury były zbyt różne. Posiadając więcej łagodności i wykształcenia, nie miałem powagi i stanowczości Aneta ani tej siły charakteru, która imponowała i która byłaby tu potrzebna. Jeszcze więcej brakło temu młodemu człowiekowi przymiotów, które Anet znalazł we mnie: posłuszeństwa, przywiązania, wdzięczności, a zwłaszcza dobrej woli i gorącej chęci, aby te starania wyszły na pożytek. Wszystkiego tego nie stało tutaj. Ten, którego chciałem kształcić, widział we mnie jedynie natrętnego nudziarza, a w słowach mych puste brzęczenie. Przeciwnie, przejęty podziwem dla samego siebie, miał się za ważną figurę w domu i mierząc swe rzekome usługi hałasem, jaki przy nich robił, uważał swe motyki i łopaty jako coś nieskończenie użyteczniejszego od moich szpargałów. Pod pewnym względem mógł mieć słuszność; ale wychodząc z tego założenia, przybierał tony takie, że można było umrzeć ze śmiechu. Wobec chłopów odgrywał rolę pana, niebawem zaczął toż samo ze mną, w końcu a mamusią. Ponieważ nazwisko Vintzenried wydawało mu się nie dość szlachetne, porzucił je, przybierając miano „pana de Courtilles”; pod tym nazwiskiem znany był później w Chambéry i w Maurienne, gdzie się ożenił.

569

Wreszcie tyle dokazała ta znamienita osoba, że on stał się w domu wszystkim, a ja niczym. Co gorsze, kiedy miałem nieszczęście w czymś mu nie przypaść do smaku, nie mnie łajał, ale mamusię. Z obawy tedy narażenia jej na tę brutalność byłem powolny wszystkiemu, czego żądał. Za każdym razem, kiedy rąbał drzewo — czynność, którą spełniał z nieopisaną dumą — musiałem znajdować się przy tym jako bezczynny widz i admirator[394] jego dzielności. Nie był to zresztą zły chłopak: był przywiązany do mamusi, bo niepodobna było nie przywiązać się do niej; i do mnie nie miał niechęci. Kiedy pauza w przejawach jego żywotności pozwoliła doń mówić, słuchał nas niekiedy dość potulnie, przyznając szczerze, że jest tylko cymbałem; co mu nie przeszkadzało popadać wnet w nowe ekstrawagancje. Zresztą inteligencja jego była tak ograniczona, a skłonności tak poziome[395], że trudno było przemówić mu do rozsądku, a prawie niepodobna znajdować przyjemność w jego towarzystwie. Do posiadania kobiety pełnej uroku dodał jako zaprawę miłostki ze starą, rudą i bezzębną służącą, której wstrętne usługi mamusia znosiła nadal cierpliwie, mimo że ją to przyprawiało o mdłości. Spostrzegłem ten nowy wybryk i nie posiadałem się z oburzenia; ale spostrzegłem i inną rzecz, równie nieoczekiwaną, która przejęła mnie o wiele żywiej i wtrąciła w daleko większe zniechęcenie niż wszystko: mianowicie ochłodzenie mamusi dla mnie.

570

Wyrzeczenie, które sobie nakazałem i które, zdawać by się mogło, zyskało jej uznanie, jest jedną z rzeczy, których kobiety w głębi serca nie przebaczają nigdy; nie tyle dla własnego uszczerbku, ile stąd, że widzą w tym obojętność na ich wdzięki. Weźcie kobietę najrozsądniejszą, najbardziej zdolną do filozoficznego myślenia, najmniej zmysłową z natury; otóż, najtrudniejszą do odpuszczenia zbrodnią, jakiej mężczyzna, choćby najobojętniejszy, może się względem niej dopuścić, jest móc ją posiąść, a nie skorzystać z tego. Musi widocznie to prawo nie dopuszczać wyjątków, skoro tak naturalna i mocna sympatia mogła osłabnąć wskutek powściągliwości, czerpiącej pobudki w cnocie, przywiązaniu i szacunku. Odtąd przestałem znajdować w mamusi owe lube powinowactwo, które stanowiło zawsze najsłodszą radość mego serca. Wynurzała się przede mną jedynie wtedy, kiedy chciała się użalić na nowego kochanka; gdy byli dobrze z sobą, niewiele zostawało dla mnie miejsca. Słowem, przybrała stopniowo tryb życia, w którym ja nie miałem udziału. Obecność moja robiła jej jeszcze przyjemność, ale nie była potrzebna; mógłbym nie pokazywać się dnie całe, ledwie by to zauważyła.

571

Nieznacznie uczułem się odosobniony i samotny w tym domu, którego wprzód byłem duszą i w którym żyłem niejako zdwojonym życiem. Przyzwyczaiłem się powoli oddzielać od wszystkiego, co się tam działo, od tych nawet, którzy go zamieszkiwali. Aby sobie oszczędzić ciągłego bólu, zamykałem się z książkami albo szedłem swobodnie wzdychać i płakać w leśnym ustroniu. Życie to stało mi się niebawem nie do zniesienia. Uczułem, iż obecność realna a oddalenie uczuciowe kobiety, która mi była tak drogą, zbyt drażni mą boleść i że straciwszy ją z oczu, mniej będę czuł okrucieństwo rozdziału. Postanowiłem opuścić dom. Zwierzyłem się z tym mamusi; nie tylko się nie sprzeciwiła, ale pochwaliła zamiar. Miała w Grenoble przyjaciółkę, panią Deybens, której mąż był przyjacielem pana de Mably, wielkiego profosa[396] Lyonu. Pan Deybens zaproponował mi zajęcie się wychowaniem dzieci pana de Mably; przyjąłem i pojechałem do Lyonu, nie zostawiając za sobą, ani prawie nie odczuwając najmniejszego żalu z powodu rozłąki, o której wprzódy sama myśl byłaby dla nas śmiertelną męczarnią.

572

Posiadałem w przybliżeniu wiadomości potrzebne do funkcji preceptora[397], a sądziłem, że mam i talent po temu. W ciągu roku, który przebyłem u pana de Mably, miałem czas pozbyć się złudzeń. Łagodność mego charakteru dobrze godziłaby się z tym zawodem, gdyby nie przerywały jej burzliwe wybuchy. Póki wszystko szło dobrze i póki widziałem owoce starań i trudów, których wówczas nie szczędziłem, byłem aniołem; ale stawałem się diabłem, skoro rzeczy szły na opak. Kiedy uczniowie nie pojmowali mnie, szalałem; kiedy płatali mi figle, byłbym ich zabił — nie był to sposób napojenia ich umysłów rozsądkiem i wiedzą. Uczniów miałem dwóch, a usposobienia ich były bardzo różne. Jeden, ośmio- czy dziesięcioletni, nazwiskiem Sainte-Marie, był to ładny chłopiec, dość bystry, żywy, roztrzepany, psotny, złośliwy, ale złośliwością wesołą. Młodszy, Condillac[398], zdawał się prawie tępy, roztargniony, uparty jak muł i niezdolny cośkolwiek pojąć. Można sobie wyobrazić, że przy takich dwóch uczniach życie nie było łatwe. Przy cierpliwości i zimnej krwi, byłbym może tobie dał radę; ale, nie posiadając tych cnót, nie umiałem dojść do niczego i postępy mych uczniów przedstawiały się bardzo smutno. Nie brakło mi cierpliwości, ale brakło równowagi, a zwłaszcza taktu. Pedagogia moja zażywała jedynie trzech instrumentów, zawsze nieużytecznych, a często zgubnych wobec dzieci: uczucia, rozumowania i gniewu. To roztkliwiałem się ze starszym aż do łez, pragnąc i jego rozczulić, tak jakby dziecko było zdolne do prawdziwego wzruszenia, to siliłem się przemówić mu do rozsądku, tak jakby mnie mógł zrozumieć; a ponieważ nieraz przeciwstawiał mi argumenty bardzo subtelne, brałem tę zdolność rezonowania za objaw rozumu. Drugi malec sprawiał mi jeszcze więcej kłopotu, ponieważ, nic nie rozumiejąc, nie odpowiadając, nie przejmując się niczym i okazując bezgraniczny upór, święcił nade mną prawdziwe tryumfy, skoro mu się udało doprowadzić mnie do wściekłości; wówczas on był rozumną istotą, a ja dzieckiem. Widziałem swoje błędy, czułem je; studiowałem charakter mych uczniów, przejrzałem go bardzo dobrze i sądzę, że nigdy nie dałem się oszukać ich sztuczkom. Ale na co mi się zdało widzieć złe, skorom nie umiał znaleźć lekarstwa? Przenikając wszystko, nie zapobiegałem niczemu, nie dochodziłem do niczego i postępowałem właśnie tak, jak nie było trzeba.

573

Równie licho jak osobami uczniów pokierowałem i własną osobą. Pani Deybens poleciła mnie osobliwie względom pani de Mably. Prosiła ją, aby się zechciała zająć ukształtowaniem mych manier i nadaniem mi światowego poloru. Pani de Mably próbowała mnie nieco w tym kierunku i chciała, bym się nauczył robić honory domu; ale zabrałem się do tego tak niezręcznie, byłem tak nieśmiały, tak niezdarny, że zraziła się i przestała się mną zajmować. To nie przeszkodziło mi, moim zwyczajem, zakochać się w niej. Robiłem, co mogłem, aby to spostrzegła, ale nie chciałem się puścić na jawne wyznanie. Nie okazała żadnej ochoty dopomożenia mi; musiałem się ograniczyć do zerkań i westchnień, które sprzykrzyłem sobie zresztą rychło, widząc, że do niczego nie prowadzą.

574

Straciłem zupełnie u mamusi dawny nawyk do łasowania; ponieważ wszystko było moje, nie potrzebowałem niczego ściągać. Zresztą, podniosłe zasady, jakie sobie wyrobiłem, winny były mnie odtąd uczynić wyższym nad takie podłostki. W istocie, zazwyczaj tak bywało: ale nie tyle dlatego, bym się nauczył zwyciężać pokusy, jeno że podciąłem w sobie ich korzeń; i bardzo bym się lękał, czybym nie zaczął znów kraść jak w młodości, gdybym podlegał tym samym pragnieniom. Miałem tego dowód u pana de Mably. Otoczony mnóstwem rzeczy „ściągalnych”, na które nawet nie zwracałem uwagi, zapałałem skłonnością do pewnego gatunku białego wina, nader smakowitego, którego parę kieliszków, pokosztowanych przy stole, obudziły we mnie wielką ochotę dalszej z nim znajomości. Było trochę mętne; miałem ambicję, że umiem dobrze klarować wino: pochwaliłem się mą sztuką i powierzono mi to zadanie. Sposobność skusiła mnie, iż od czasu do czasu zatajałem parę buteleczek, aby je rozkosznie sączyć w spokojnym zaciszu. Na nieszczęście nigdy nie umiałem pić bez jedzenia. Skąd tu wydostać chleba? Niepodobna było postarać się o to w domu. Kupować przez lokaja to znaczyło zdradzić się i niemal wyrządzić zniewagę gospodarzom. Kupić samemu nie odważyłbym się nigdy. Czyż można sobie wyobrazić, aby piękny pan, ze szpadą przy boku, wchodził do piekarza po kawałek chleba? Wreszcie przypomniałem sobie sposób pewnej księżniczki, która usłyszawszy skargi, iż chłopi nie mają chleba, odpowiedziała: „Czemuż nie jedzą biszkoptów?”[399]. A i ta zdobycz ileż kosztowała mnie trudu! Wybierałem się sam z domu, przebiegałem całe miasto, mijałem trzydziestu cukierników, nim wstąpiłem wreszcie do jednego. Jedynie wówczas, gdy sprawdziłem, iż w sklepie znajduje się nie więcej niż jedna osoba, i to o fizjonomii budzącej szczególne zaufanie, odważałem się przestąpić próg. Ale za to kiedy już miałem szacowne biszkopty i kiedy, zamknąwszy się w pokoju, wydobyłem butelkę ukrytą w szafie, a jakąż rozkoszą popijałem w samotności, czytając przy tym parę stronic jakiego romansu! KsiążkaCzytać przy jedzeniu to była zawsze moja namiętność w braku miłego sam na sam: to surogat towarzystwa, którego mi brakuje. Pochłaniam kolejno stronicę i kąsek: to tak, jak gdyby książka dzieliła ze mną posiłek.

575

Nigdy nie byłem rozpustnikiem ani opojem, nie upiłem się ani razu w życiu; dlatego kradzieże moje nie dochodziły znaczniejszych rozmiarów. Mimo to wyszły na jaw; butelki zdradziły mnie. Nie okazano mi tego, ale pod jakimś pozorem odebrano mi opiekę nad piwnicą. W całej tej sprawie pan de Mably postąpił sobie bardzo rozumnie i taktownie. Był to bardzo godny człowiek, który pod wyglądem równie twardym jak jego urząd posiadał prawdziwą słodycz charakteru i rzadką dobroć serca. Był sprawiedliwy, wyrozumiały, czego by się nie oczekiwało po urzędniku żandarmerii, nawet wyjątkowo ludzkim. Odczuwając jego pobłażliwość, przywiązałem się doń tym więcej i to sprawiło, że przeciągnąłem pobyt w jego domu dłużej, niżbym to zdołał uczynić w innym wypadku. Ale w końcu, zmierżony zawodem, w którym czułem się nie na swoim miejscu, oraz sytuacją bardzo dla mnie kłopotliwą i nieprzyjemną, po roku próby, w ciągu której nie oszczędzałem bynajmniej starań, postanowiłem rzucić swych uczniów, przekonany, iż nigdy nie potrafiłbym dobrze ich wychować. Sam pan de Mably widział to równie dobrze jak ja. Mimo to sądzę, iż nigdy nie zdobyłby się na to, aby mnie odprawić, gdybym mu nie oszczędził tej przykrości: słabość posunięta, mym zdaniem, w tym wypadku o wiele za daleko.

576

Sytuację moją czyniło tym przykrzejszą nieustanne porównywanie jej z życiem, które porzuciłem niedawno: wspomnienie drogich Charmettes, mego ogrodu, moich drzew, źródła, sadu, a zwłaszcza tej, dla której byłem zrodzony, która ożywiała duszą to wszystko! Ilekroć wspomniałem o niej, o naszych uciechach, o naszym niewinnym życiu, uczuwałem ściskanie serca, duszność, która odejmowała mi siły do pracy. Sto razy doznawałem pokusy, aby rzucić wszystko i natychmiast, bodaj pieszo, pobiec do niej. Byle ją ujrzeć jeszcze raz, zgodziłbym się z radością umrzeć w tej chwili. W końcu nie mogłem się oprzeć tkliwym wspomnieniom, które wołały mnie do niej wbrew wszystkiemu. Mówiłem sobie, że nie byłem dość cierpliwy, dość miły, serdeczny, że dokładając więcej starań, mogłem jeszcze żyć szczęśliwie przy niej w słodyczach przyjaźni. Słowem, układam sobie najpiękniejsze projekty, płonę niecierpliwością, aby je wykonać. Rzucam wszystko, zrzekam się wszystkiego, jadę, pędzę, przybywam w pełni wskrzeszonych uniesień młodości i znajduję się u jej stóp. Ach! Byłbym umarł z radości, gdybym w jej przyjęciu, pieszczotach, słowem, w jej sercu, odnalazł bodaj ćwierć tego, co znajdowałem dawniej i co sam przynosiłem jeszcze!

577

Straszliwe złudzenia rzeczy ludzkich! Przyjęła mnie zawsze ze swoim złotym sercem, które mogło umrzeć aż z nią razem; ale ja przybiegłem szukać przeszłości, której już nie było i która nie mogła wskrzesnąć. Ledwie pobyłem z mamusią pół godziny, uczułem, że dawne szczęście umarło na zawsze. Znalazłem się w tej samej opłakanej sytuacji, przed którą trzeba mi było uciekać, i to bez możności przypisania komukolwiek winy; w gruncie bowiem Courtilles był niezły chłopak i zdawał się raczej ucieszony niż zmartwiony mym przybyciem. Ale jak znieść uczucie, że jestem czymś nadliczbowym u tej, dla której byłem wszystkim i na którą nie umiałem patrzeć inaczej niż na moje wszystko? Jak żyć jako obcy w tym domu, którego byłem dzieckiem? Widok przedmiotów będących świadkami minionego szczęścia czynił mi porównanie tym okrutniejszym. Byłbym mniej cierpiał w innym mieszkaniu. Ale musieć sobie nieustannie przywodzić na pamięć tyle wspomnień — znaczyło wciąż na nowo jątrzyć poczucie straty. Trawiony próżnym żalem, wydany najczarniejszej melancholii, znów jak wprzódy pędziłem dni w samotności, poza godzinami posiłku. Zamknięty z mymi książkami, szukałem w nich użytecznej rozrywki; czując bliżej niebezpieczeństwo, którego tyle się dawniej obawiałem, dokładałem wysiłków, aby w sobie znaleźć środki zaradzenia mu, wówczas gdy mamusi ich już zbraknie. Postawiłem tryb domu na tej stopie, iż mógł iść tą koleją ze względnym bezpieczeństwem; ale od tego czasu wszystko się zmieniło. Nowy rządca był to człowiek bardzo nierządny[400]. Chciał przede wszystkim błyszczeć; dobry konik, wykwintne ubranko — to były dla niego rzeczy główne; lubił olśniewać sąsiadów; wciąż rzucał się w nowe przedsiębiorstwa, w zakresie, o którym nie miał pojęcia. Pensję zjadało się z góry; parę kwartałów było zastawionych, czynsz nieopłacony, a długi rosły. Przewidywałem, iż pensję prędzej czy później mogą zająć, a nawet skasować. Słowem, widziałem samą ruinę i klęski, a chwila zdawała mi się tak bliska, że odczuwałem już naprzód wszystkie jej okropności.

578

Mój drogi gabinet był mi jedyną pociechą. Dotąd szukałem w nim lekarstwa na zamęt duszy, obecnie postanowiłem go szukać na nieszczęścia, które przewidywałem. I oto, wracając do dawnych pomysłów, zacząłem budować zamki na lodzie, aby wydobyć biedną mamusię z okrutnych nieszczęść, których widziałem ją tak bliską. Nie czułem się dość uczony i nie przypisywałem sobie dość talentu, aby zabłysnąć w rzeczpospolitej literatury i zrobić karierę na tej drodze. Ale przyszła mi nowa myśl i natchnęła mnie tą ufnością w siebie, której średnia miara mych talentów nie mogła we mnie obudzić. Mimo iż zaprzestałem uczyć muzyki, nie zaniedbałem jej sam; przeciwnie, posunąłem się w nauce teorii dość daleko, aby się móc uważać za majstra w tym dziale. Odczuwając nieraz dotkliwie mozół, z jakim mi przychodziło czytać nuty i jaki sprawia mi jeszcze dziś czytanie ich a vista, wpadłem na myśl, że trudności te mogą wynikać nie tylko z mej niezdatności, ale i z samego przedmiotu; zwłaszcza, że wiedziałem, iż nauka teorii muzyki nikomu nie przychodzi z łatwością. Zastanawiając się nad rodzajami znaków, nieraz znajdowałem, iż są źle skombinowane. Od dawna już nosiłem się z zamiarem notowania skali nutowej za pomocą cyfr, a to aby sobie oszczędzić kreślenia linii i taktów dla zanotowania lada melodii. Natrafiałem w tym na trudności wynikające z oktaw, jak również z miary i wartości. Ta dawna idea odżyła mi w mózgu. Zagłębiwszy się w tym na nowo, doszedłem, że trudności są do przezwyciężenia. Zacząłem sobie łamać głowę, i z dobrym skutkiem; doszedłem do tego, iż za pomocą swoich znaków mogłem zanotować z łatwością każdą melodię. Od tej chwili uwierzyłem święcie, że fortuna moja jest pewna, i w niecierpliwości podzielenia jej z tą, której winien byłem wszystko, myślałem tylko o tym, aby jechać do Paryża. Nie wątpiłem, iż przedłożywszy Akademii[401] mój projekt, uczynię tam rewolucję. Przywiozłem z Lyonu nieco pieniędzy, sprzedałem książki. W dwa tygodnie powziąłem i wykonałem postanowienie. Wreszcie, pełen wspaniałych pomysłów, zawsze taki sam we wszystkich czasach i okolicznościach, wyruszyłem z Sabaudii ze swoim systemem muzycznym, jak niegdyś z Turynu z ową sławną fontanną Herona.

579

Takie były błędy i przewiny mej młodości. Opowiedziałem ich dzieje z wiernością dającą pełne zadowolenie memu sercu. Jeśli, w dalszym ciągu, wiek mój dojrzały błysnął niejakimi cnotami, zamiarem moim było skreślić je równie szczerze. Ale trzeba mi zatrzymać się tutaj. Czas może zdjąć wiele zasłon. Jeśli pamięć moja przejdzie do potomności, może potomność dowie się kiedyś tego, co miałem do powiedzenia. Wówczas stanie się zrozumiałe, czemu milczę.

Księga VII

580

(1741) Po dwóch latach milczenia i cierpliwości, mimo postanowień, podejmuję na nowo pióro. Czytelniku, wstrzymaj sąd o przyczynach, które zmuszają mnie do tego: będziesz mógł sądzić, dopiero przeczytawszy.

581

Widzieliście moją młodość, jak płynęła spokojnie, wśród życia równego, dość miłego, bez wielkich nieszczęść i pomyślności. Mierność ta była w znacznej części dziełem mej natury, żarliwej, lecz słabej, mało przedsiębiorczej a łatwej do zniechęcenia, wychodzącej z trybów pod wpływem doraźnej podniety, ale wracającej do bezwładu, tak przez znużenie, jak z upodobania. Natura ta, daleka od wielkich cnót, a jeszcze dalsza od wielkich występków, sprowadzając mnie zawsze do życia bezczynnego, spokojnego, do jakiego byłem zrodzony, nie pozwoliła mi nigdy dojść do niczego wielkiego, bądź w złym, bądź w dobrym.

582

Jakiż odmienny obraz trzeba mi będzie niebawem roztoczyć! Los, który w ciągu trzydziestu lat sprzyjał mym upodobaniom, stawał im w poprzek przez trzydzieści następnych; a z tej ustawnej[402] sprzeczności między moim położeniem a skłonnościami zrodziły się, jak się to okaże, olbrzymie błędy, niesłychane niedole i — wyjąwszy siłę — wszystkie cnoty zdolne zaszczyt przynosić nieszczęściu.

583

PamięćPierwszą część wspomnień spisałem zupełnie z pamięci, musiałem przeto popełnić w niej wiele omyłek. Zmuszony kreślić część drugą również z pamięci, popełnię ich zapewne o wiele więcej jeszcze. Słodkie wspomnienia moich pięknych lat, spędzonych równie spokojnie, jak niewinnie, zostawiły mi mnóstwo uroczych wrażeń, które lubię bez ustanku przywodzić na pamięć. Okaże się niebawem, jak odmienne są wrażenia reszty mego życia. Przywoływać je znaczy pomnażać ich ciężar. Daleki od chęci przydawania goryczy memu położeniu za pomocą tych smutnych wspominków, oddalam je, ile mogę; często udaje mi się to do tego stopnia, iż nie sposób mi odnaleźć je w potrzebie. Ta zdolność zapominania zła jest pociechą zesłaną przez niebo wśród niedoli, jakie los miał kiedyś na mnie skupić. Pamięć moja, odtwarzająca wyłącznie lube przedmioty, jest szczęśliwą przeciwwagą obolałej wyobraźni, która każe mi przewidywać jedynie okrutną przyszłość.

584

Wszystkie papiery, które zgromadziłem, aby dopomóc pamięci i wspomagać się nimi w tym przedsięwzięciu, przeszły w inne ręce i nigdy nie wrócą do mnie.

585

Mam tylko jednego wiernego przewodnika, na którego mogę liczyć: to łańcuch uczuć, które znaczyły kolejność mej istoty, a przez nie łańcuch wypadków, które były ich przyczyną lub następstwem. Łatwo zapominam swoich nieszczęść, ale nie mogę zapomnieć błędów, a jeszcze trudniej dobrych uczuć. Wspomnienie ich jest mi zbyt drogie, aby się mogło kiedy zatrzeć w sercu. Mogę popełnić omyłki w faktach, nieścisłości, błędy w datach; ale nie mogę się mylić co do tego, co czułem ani co moje uczucia kazały mi czynić; a o to przede wszystkim chodzi. Właściwy przedmiot tych wyznań to dać wiernie poznać me wnętrze we wszystkich okolicznościach życia. Przyrzekłem historię mej duszy: aby ją nakreślić wiernie, nie trzeba mi innych zapisków; wystarczy mi, jak czyniłem dotąd, wejść w samego siebie.

586

Istnieje wszelako, i bardzo szczęśliwie, przeciąg kilku lat, co do których posiadam niezawodne wiadomości w zbiorze przepisanym z listów, znajdujących się, w oryginale, w rękach pana du Peyrou[403]. Zbiór ten, urywający się w 1760, obejmuje cały czas mego pobytu w Pustelni i wielkiej zwady z mymi rzekomymi przyjaciółmi — pamiętny okres życia, który stał się źródłem wszystkich innych nieszczęść. Co się tyczy oryginalnych listów świeższej daty, które mógłbym posiadać — a jest ich bardzo niewiele — to zamiast przepisywać je na końcu zbiorku, zbyt obszernego, abym go mógł umknąć czujności moich Argusów[404], przepiszę je w samym tekście, o ile będzie mi się zdawało, iż przynoszą jakieś światło, bądź to na moją korzyść, bądź na me potępienie. Nie obawiam się, aby czytelnik mógł kiedy zapomnieć, iż piszę tu swoje wyznania, a nie apologię[405]; ale nie powinien się również spodziewać, że zmilczę prawdę, kiedy przemawia na mą korzyść.

587

Poza tym, ta druga część ma za całą wspólność z pierwszą tylko tę samą prawdę, a za całą przewagę nad nią jedynie doniosłość wypadków. Poza tym może być jedynie niższą od niej we wszystkim. Pierwszą część pisałem z rozkoszą, z upodobaniem, swobodnie w Wooton[406] lub też w zamku Trye; wspomnienia, które przychodziło mi odnawiać w pamięci, stawały się źródłem świeżych rozkoszy. Wracałem do nich wciąż z nową przyjemnością; mogłem do woli opracowywać swoje opisy, pókim nie był z nich zadowolony. Dziś pamięć moja i głowa, osłabione, czynią mnie prawie niezdolnym do wszelkiej pracy; biorę pióro do ręki jedynie z przymusem i z sercem ściśnionym od rozpaczy. Pamięć ta przywodzi mi jeno nieszczęścia, zdrady, niegodziwości, jeno smutne i rozdzierające wspomnienia. Chciałbym, za wszystko w świecie, zagrzebać w nocy czasu to, co mam do powiedzenia; a zmuszony wbrew woli zabierać głos, jestem w dodatku zniewolony kryć się, kluczyć, starać się zmylić trop, poniżać się do rzeczy, do których najmniej byłem stworzony. Sklepienia, wznoszące się nad mą głową, mają oczy; mury, które mnie otaczają, mają uszy. Osaczony czujnymi i nieżyczliwymi szpiegami i dozorcami, niespokojny, pozbawiony skupienia, rzucam pośpiesznie na papier po kilka luźnych słów, które zaledwie mam czas odczytać, a jeszcze mniej poprawić. Wiem, że mimo olbrzymich zapór, które pewne osoby gromadzą dokoła mnie, obawiają się one ciągle, aby prawda nie wymknęła się jakąś szczeliną. Jak wziąć się do dzieła, aby dać się jej przebić? Pokuszę się o to, mimo iż z małą nadzieją. Osądźcie, czy pod ciężarem tego brzemienia mogę mieć swobodę, aby malować lube obrazy i troszczyć się o ich powabny koloryt! Ostrzegam tedy tych, którzy zechcą rozpocząć tę lekturę, iż jeżeli co w ciągu tej drogi zdoła ich uchronić od nudy, to chyba tylko pragnienie poznania do końca danego człowieka i szczera miłość sprawiedliwości i prawdy.

588

Rozstałem się, z końcem pierwszej części, z czytelnikiem w chwili, gdy zostawiając serce w Charmettes, puściłem się z żalem do Paryża, wznosząc na tej podróży ostatni zamek na lodzie. Roiłem sobie, iż kiedyś przyniosę do stóp mamusi, wyswobodzonej z obcych wpływów, skarby, które tam zdobędę, licząc na mój system muzyczny jako na pewną fortunę.

589

Zatrzymałem się jakiś czas w Lyonie, aby odwiedzić znajomych, postarać się o polecenia do Paryża i sprzedać książki matematyczne, które zabrałem z sobą. Przyjęto mnie nader serdecznie. Państwo de Mably okazali radość z mego przybycia i zaprosili mnie kilkakrotnie na obiad. Poznałem u nich księdza de Mably[407], jak wprzódy już księdza de Condillac[408]: obaj przybyli odwiedzić brata[409]. Ksiądz de Mably dał mi listy do Paryża, między innymi do pana de Fontenelle[410] i do hrabiego de Caylus[411]. Z oboma nawiązałem stosunki nader miłe; zwłaszcza z pierwszym. Pan de Fontenelle do śmierci nie przestał mi okazywać przyjaźni i nieraz w poufnych rozmowach dawał mi rady, z których powinienem był lepiej korzystać.

590

Odszukałem pana Bordes[412], którego znałem już z dawniejszych czasów i który często oddawał mi usługi ze szczerego serca i z wyraźną przyjemnością. I teraz doznałem jego uczynności. Ułatwił mi sprzedaż książek i wystarał się o kilka dobrych poleceń do Paryża. Spotkałem też pana intendenta, z którym znajomość zawdzięczałem panu Bordes, a dzięki któremu znów poznałem księcia de Richelieu[413], przejeżdżającego w tym czasie przez Lyon. Książę przyjął mnie łaskawie i wspomniał, bym go odwiedził w Paryżu; com też nieraz uczynił. Poza tym ta dostojna znajomość, o której w przyszłości często będę miał sposobność mówić, nie zdała mi się nigdy na nic.

591

Odwiedziłem też muzyka Dawida, który pomógł mi w opałach w czasie jednej z poprzednich podróży. Pożyczył mi czy darował czapkę i pończochy, których mu nigdy nie oddałem i których zwrotu nie żądał, mimo że nieraz spotkaliśmy się od tego czasu. Zamiast tego uczyniłem mu wszelako podarek mniej więcej równowartościowy; powiedziałbym cenniejszy, gdyby chodziło o to, com był powinien; ale chodzi o to, co zrobiłem, a na nieszczęście to nie jest to samo.

592

Ujrzałem znów szlachetnego i zacnego Perrichona, przy czym nie obyło się bez tego, bym nie doświadczył oznak zwykłej jego hojności: pokrył mianowicie koszt mego miejsca w dyliżansie. Odwiedziłem chirurga Parisot, najlepszego i najdobroczynniejszego z ludzi; zastałem jego drogą Godfrydę, z którą żył wspólnie od dziesięciu lat. Słodycz, charakter i dobroć serca stanowiły niemal całą wartość tej osoby; mimo to nie podobna było oglądać jej bez zainteresowania ani pożegnać bez rozrzewnienia; znajdowała się w ostatnim stadium suchot, których ofiarą padła też niedługo. Nic tak nie objawia prawdziwych skłonności człowieka, jak rodzaj jego przywiązań[414]. Kiedy się widziało słodką Godfrydę, znało się dobrego Parisota.

593

Miałem zobowiązania wobec wszystkich tych godnych ludzi. Z czasem zaniedbałem ich wszystkich; z pewnością nie przez niewdzięczność, ale przez to niezwyciężone lenistwo, które często dawało mi pozór niewdzięcznika. Nigdy świadomość ich usług nie wygasła w mym sercu; ale mniej byłoby mnie kosztowało dowieść mej wdzięczności, niż objawiać ją nieustannie. Regularna korespondencja zawsze była ponad moje siły; skoro raz zdarzy mi się zaniedbać, wstyd i zakłopotanie wynikłe z potrzeby naprawienia błędu sprawiają, iż grzęznę coraz bardziej i przestaję pisać zupełnie. Zamilkłem tedy, dając wszelki powód do przypuszczeń, iż zapomniałem o dawnych znajomych. Parisot i Perrichon nie zwrócili nawet na to uwagi i zawsze byli dla mnie jednacy; ale co do pana Bordes, pokaże się w dwadzieścia lat później, dokąd może się posunąć zemsta ambitnego pisarka, kiedy sądzi, iż go zlekceważono.

594

Nim rozstanę się z Lyonem, nie godzi mi się przepomnieć[415] miłej osoby, którą ujrzałem tam znowu z większą niż kiedykolwiek przyjemnością i która zostawiła w mym sercu bardzo tkliwe wspomnienia; mam na myśli pannę Serre, o której mówiłem w pierwszej części, a z którą odnowiłem znajomość podczas pobytu u państwa de Mably. Tym razem, mając więcej swobody, widywałem ją częściej; serce moje zajęło się i to bardzo żywo. Miałem niejakie przyczyny mniemać, iż i jej serce nie było mi nierade; ale odnosiła się do mnie z ufnością, która odjęła mi pokusę nadużycia jej. Nie miała nic, ja również; położenie nasze było zbyt podobne, abyśmy się mogli połączyć; zresztą, cały zaprzątnięty nadziejami, bardzo byłem daleki od myśli o małżeństwie. Panna Serre zwierzyła mi, że młody kupiec, nazwiskiem Geneve, zdaje się żywić zamiary względem jej osoby. Spotkałem go raz czy dwa; wydał mi się godnym człowiekiem, za jakiego też uchodził. Przekonany, iż byłaby z nim szczęśliwa, pragnąłem, by ją zaślubił, co się też stało z czasem; aby zaś nie mącić ich niewinnej skłonności, przyspieszyłem wyjazd, życząc z całego serca szczęścia tej uroczej osobie. Życzenia te ziściły się tu na ziemi; niestety, na czas bardzo krótki. Dowiedziałem się, iż zmarła po dwóch czy trzech latach małżeństwa. Pochłonięty w ciągu całej drogi tkliwymi żalami, uczułem wówczas, jak i często później, iż jeżeli ofiary na rzecz obowiązku i cnoty nie przychodzą bez trudu, wypłacają się w zamian sowicie przez słodkie wspomnienia, które zostawiają na dnie serca.

595

O ile w czasie poprzedniej podróży oglądałem Paryż z niekorzystnej strony, o tyle tym razem ujrzałem go ze strony świetnej. Bądź co bądź, nie odnosi się to do mego pomieszczenia; trzymając się bowiem adresu udzielonego mi przez pana Bordes, ulokowałem się w hotelu Saint-Quentin, przy ulicy des Cordies, blisko Sorbony, na szpetnej ulicy, w szpetnym hotelu, szpetnym pokoju, gdzie wszelako mieszkiwali ludzie nie lada jacy, jak Gresset[416], Bordes, ksiądz de Mably, de Condillac i wielu innych, z których, na nieszczęście, nie zastałem już żadnego. Zastałem natomiast pana de Bonnefond, szlagona[417] kuternogę, pieniacza, bawiącego się w purystę, któremu zawdzięczam znajomość z panem Roguin, obecnie nestorem mych przyjaciół, a przez tego znów znajomość z filozofem Diderot[418], o którym wiele będę miał do mówienia w dalszym ciągu.

596

Przybyłem do Paryża w jesieni 1741, z piętnastoma ludwikami gotówki, komedią Narcyz i projektem muzycznym za wszystkie zasoby: tym samym, nie wiele miałem czasu do stracenia. Pilno mi było spożytkować rekomendacje. Młody człowiek, który przybywa do Paryża z jaką taką powierzchownością i zapowiadający się jakimiś talentami, może być zawsze pewny dobrego przyjęcia. Znalazłem je i ja; dostarczyło mi to paru przyjemnych chwil, nie prowadząc do wielkich korzyści. Ze wszystkich osób, do których miałem polecenia, trzy jedynie okazały mi się użyteczne: pan Damesin, szlachcic sabaudzki, wówczas koniuszy, i jak sądzę, faworyt księżnej de Carignan; pan de Boze, sekretarz Akademii Napisów i kustosz królewskiego gabinetu medalów; wreszcie ojciec Castel[419], jezuita, twórca ocznego klawikordu. Wszystkie te rekomendacje, z wyjątkiem pana Damesin, zawdzięczałem księdzu de Mably.

597

Pan Damesin zaradził moim najpilniejszym potrzebom, nastręczając mi dwie znajomości: jedną, z panem de Gasc, prezydentem trybunału w Bordeaux, grającym bardzo dobrze na skrzypcach; drugą z księdzem de Léon, mieszkającym wówczas w Sorbonie, młodym panem bardzo lubym w obcowaniu, który umarł w kwiecie wieku, zasłynąwszy na jakiś czas w świecie pod nazwiskiem kawalera de Rohan. Jeden i drugi objawili ochotę pobierania nauki kompozycji. Udzielałem im przez kilka miesięcy lekcji, które skrzepiły nieco mą wychudłą sakiewkę. Ksiądz de Léon powziął do mnie sympatię i chciał mnie zatrzymać jako sekretarza; ale nie był bogaty i mógł mi ofiarować wszystkiego osiemset franków. Odmówiłem z żalem, ale suma ta nie mogła mi starczyć na mieszkanie, życie i inne wydatki.

598

Pan de Boze przyjął mnie bardzo dobrze. Lubił wiedzę, sam posiadał jej niemało, ale był nieco pedant. Pani de Boze mogłaby być jego córką; była to świetna i strojna modnisia. Proszono mnie tam niekiedy na obiad. Niepodobna zachować się bardziej głupio i niezręcznie niż ja w stosunku do pani de Boze. Swoboda jej onieśmielała mnie i tym bardziej uwydatniała moje niezdarstwo. Kiedy mi podsuwała talerz, wysuwałem widelec, aby dziobnąć skromnie odrobinę potrawy, którą mnie częstowano; tak iż gospodyni domu oddawała lokajowi talerz przeznaczony dla mnie, odwracając się, abym nie widział, jak się śmieje. Nie przypuszczała ani na chwilę, że w głowie tego prostaczka mogło się gnieździć mimo wszystko nieco dowcipu. Pan de Boze przedstawił mnie panu de Réaumur[420], swemu przyjacielowi, który obiadował u niego co piątek, w dnie posiedzeń Akademii Nauk. Wspomniał mu o moim projekcie i chęci przedłożenia go sądowi Akademii. Pan de Réamur podjął się wnieść propozycję, którą przyjęto. W oznaczony dzień pan de Réaumur wprowadził mnie i przedstawił; tegoż samego dnia, 22 sierpnia 1742, miałem zaszczyt odczytać w Akademii przygotowany memoriał. Mimo że to dostojne zgromadzenie było niewątpliwie bardzo imponujące, czułem się mniej onieśmielony niż wobec pani de Boze i wywiązałem się wcale znośnie z czytania i z odpowiedzi. Memoriał podobał się i zyskał powinszowania, które zarówno zdziwiły mnie, jak mi pochlebiły: trudno mi było pojąć, aby w mniemaniu jakiejś Akademii ktoś, kto nie należy do niej, mógł mieć cośkolwiek oleju w głowie. W komisji, którą mi wyznaczono, zasiadali panowie Mairan, Hellot i de Fouchy, wszyscy trzej z pewnością godni ludzie, ale z których żaden nie rozumiał się na muzyce, na tyle przynajmniej, aby móc sądzić o moim projekcie.

599

(1742) Podczas konferencji z tymi panami przekonałem się, z równą pewnością jak zdziwieniem, że jeżeli niekiedy uczeni mają mniej przesądów niż inni ludzie, to w zamian tych, które mają, trzymają się o wiele silniej. Mimo że zarzuty były przeważnie nader słabe i fałszywe, mimo że odpowiadałem na nie lękliwie, przyznaję, i niezręcznie, ale za pomocą niezbitych argumentów, ni razu nie zdołałem osiągnąć tego, aby mnie zrozumiano i abym zdołał zadowolić tych panów. Zdumiony byłem łatwością, z jaką za pomocą kilku dźwięcznych frazesów odpierali mnie, nie zrozumiawszy. Wygrzebali, nie wiem gdzie, iż pewien mnich mianem ojciec Souhaitti[421] wpadł niegdyś na pomysł znaczenia gamy cyframi; to wystarczyło, aby twierdzić, iż system mój nie jest nowy. Mniejsza zresztą o to; mimo iż nigdy w życiu nie słyszałem o ojcu Souhaitti i mimo że jego sposób znaczenia siedmiu nut śpiewu, bez myśli nawet o oktawach, niewart był w żadnej mierze wchodzić w porównanie z moim prostym i dogodnym wynalazkiem, pozwalającym z łatwością notować cyframi wszelką możliwą melodię, klucze, pauzy, oktawy, takty, tempo i wartość nut — rzeczy, o których Souhaittiemu nawet się nie śniło — było wszelako niewątpliwą prawdą, iż co się tyczy elementarnego wyrażania siedmiu nut, był on pierwszym wynalazcą. Ale pomijając, iż nadali temu pierwotnemu pomysłowi więcej wagi, niż jej posiadał, nie ograniczyli się na tym; skoro zaś tylko zapuścili się w roztrząsanie samej istoty systemu, gadali już same głupstwa. Największą korzyścią mojej metody było to, iż usuwała transpozycje[422] i klucze, tak iż ten sam utwór można było do woli notować i transponować, w jakiej bądź tonacji, za pomocą prostej zmiany początkowej litery na czele melodii. Ci panowie słyszeli od dławidudów[423] paryskich, że metoda wykonywania w transpozycji nie jest nic warta; otóż, wzięli to za punkt wyjścia, aby obrócić w niezwalczony zarzut przeciw memu systemowi jego najwybitniejszą przewagę. Rozstrzygnęli, iż moja metoda dobra jest dla partii wokalnych, a zła dla instrumentalnych; zamiast orzec, jak byli powinni, że dobra jest dla wokalnych, a jeszcze lepsza dla instrumentalnych. W następstwie ich sprawozdania Akademia wystawiła mi certyfikat pełen bardzo pięknych komplementów, poprzez które można było odgadnąć, iż w gruncie nie uważa mego systemu ani za nowy, ani za użyteczny. Nie uznałem za właściwe ozdobić podobnym aktem dzieła zatytułowanego Rozprawa o nowoczesnej muzyce, za pomocą którego apelowałem do publiczności od wyroku uczonego ciała.

600

Miałem możność zauważyć przy tej sposobności, jak bardzo, nawet przy ograniczonym umyśle, znajomość wyłączna, ale głęboka danej rzeczy lepsza jest dla sądzenia o niej od wszelkich horyzontów, które daje wykształcenie, o ile nie łączy się z nim poszczególne znawstwo gałęzi, o którą chodzi. Jedyny słuszny zarzut, który można było uczynić memu systemowi, uczynił Rameau[424]. Ledwie mu rzecz przedstawiłem, natychmiast ujrzał słabą stronę. „Pańskie znaki — rzekł — są bardzo dobre w tym, iż określają prosto i jasno wartości, jako też ściśle oznaczają interwały, czego wszystkiego nie dają zwykłe znaki nutowe; ale mają tę wadę, iż wymagają pracy umysłu, która nie zawsze może nadążyć szybkości wykonania. Zwyczajne nuty — dodał — ustosunkowaniem swym narzucają się oku jako obraz, bez pomocy tej pracy. Jeżeli dwie nuty, jedna bardzo wysoka, druga bardzo niska, połączone są szeregiem nut pośrednich, widzę od pierwszego rzutu oka postęp od jednej do drugiej, stopień po stopniu; u pana zaś, chcąc upewnić się o tym postępie, trzeba nieodzownie sylabizować wszystkie cyfry; rzut oka nie może dopomóc tu w niczym”. Zarzut zdawał mi się nieodparty, co też natychmiast przyznałem. Mimo że jest prosty i uderzający, jedynie wielkie obycie z tą sztuką mogło go nasunąć; nic też dziwnego, że nie przyszedł na myśl żadnemu z panów akademików; dziwne natomiast jest, iż wszyscy ci wielcy uczeni, którzy wiedzą tyle rzeczy, tak mało wiedzą o tym, iż każdy powinien by sądzić tylko o swoim rzemiośle.

601

Częste wizyty u moich sędziów oraz u innych panów akademików, pozwoliły mi wejść w styczność z najwybitniejszymi osobistościami literackiego Paryża; dzięki temu, kiedy później nagle znalazłem się w tym cechu, miałem już poniekąd wyrobione stosunki. Na razie, skupiony w swoim systemie muzycznym, upierałem się na tej drodze dokonać rewolucji i dojść do sławy, która w zakresie sztuk pięknych zawsze się łączy w Paryżu z majątkiem. Zamknąłem się w pokoju i przez parę miesięcy z zapałem nie do opisania pracowałem nad tym, aby w dziele przeznaczonym dla publiczności przetworzyć na nowo memoriał przedstawiony w Akademii. Trudność była w tym, aby znaleźć księgarza, który by się podjął wydrukowania mego rękopisu. Trzeba było ponieść pewne wydatki na nowe czcionki; przy tym księgarze nie rwą się do obsypywania złotem początkujących autorów, mnie zaś wydawało się bardzo sprawiedliwe, aby moje dzieło wróciło mi chleb, jaki zjadłem, pracując nad nim.

602

Bonnefond wyszukał mi starego Quillau, który zawarł ze mną układ na połowę zysku, nie licząc kosztów przywileju[425], które poniosłem sam. Tyle zdziałał ów pan Quillau, iż zostałem się ze swoim przywilejem i nigdy nie uzyskałem ani szeląga z tego wydawnictwa. Prawdopodobnie zresztą miało ono popyt dość mierny, mimo że ksiądz Desfontaines[426] obiecał mi je popierać, inni zaś dziennikarze wyrazili się o nim dość pochlebnie.

603

Największą przeszkodą do wypróbowania mego systemu była obawa, aby — w razie gdyby się nie przyjął — nie stracić czasu, który trzeba by wyłożyć na jego naukę. Odpowiadałem na to, że zapoznanie się z moim sposobem notowania daje taką jasność poglądu, iż nawet dla nauki muzyki zwyczajnymi nutami jeszcze zyskałoby się na czasie, zaczynając od moich. Aby dać tego doświadczalny dowód, podjąłem się uczyć bezpłatnie pewną młodą Amerykankę, pannę des Roulins, z którą znajomość zawdzięczałem panu Roguin. W ciągu trzech miesięcy umiała odcyfrować na moich nutach jakąkolwiek melodię, a nawet śpiewać prima vista lepiej ode mnie samego, o ile utwór nie był najeżony szczególnymi trudnościami. Sukces był uderzający, ale mało komu znany. Kto inny napełniłby nim dzienniki; ale ja przy pewnym talencie znajdywania rzeczy pożytecznych nigdy nie miałem talentu ciągnięcia z nich korzyści.

604

Oto jak moja bania Herona jeszcze raz się stłukła: ale tym razem miałem trzydzieści lat i znalazłem się na bruku Paryża, gdzie nie da się żyć o niczym. Postanowienie, jakie powziąłem w tej ostateczności, zdziwi jedynie tych, którzy nie czytali dobrze pierwszej części tych Pamiętników. Naszamotałem się gorączkowo, a bez skutku; trzeba mi było nabrać tchu. Miast oddać się rozpaczy, oddałem się spokojnie swemu lenistwu i staraniom Opatrzności; aby zaś dać jej czas na spełnienie dzieła, zacząłem przejadać, bez pośpiechu, tych kilka ludwików, które mi jeszcze zostawały. Ograniczyłem wydatki swoich niefrasobliwych wywczasów, nie zwijając ich wszelako zupełnie, uczęszczając do kawiarni jedynie co drugi dzień, do teatru zaś tylko dwa razy tygodniowo. Co się tyczy wydatków na dziewczęta, nie miałem czego reformować, nie wyłożyłem bowiem w życiu ani szeląga na ten użytek, wyjąwszy jednego razu, o którym wspomnę niebawem.

605

Spokój, rozkosz, ufność, z jaką oddałem się temu leniwemu i samotniczemu życiu, którego nie miałem czym opędzić ani przez trzy miesiące, stanowią jedną z osobliwości mego życia i dziwactw charakteru. To, iż gwałtownie było mi trzeba, aby ktoś pomyślał o mnie, to właśnie odejmowało mi odwagę pokazywania się ludziom. Konieczność składania wizyt uczyniła mi obowiązek ten tak nieznośnym, iż przestałem odwiedzać nawet akademików i innych ludzi pióra, z którymi już zbliżyłem się nieco. Marivaux[427], ksiadz de Mably, Fontenelle byli prawie jedyni, u których pojawiałem się niekiedy. Pierwszemu pokazałem nawet moją komedię Narcyz. Spodobała mu się i był na tyle łaskaw, aby ją nieco poprawić. Diderot, młodszy od nich, był niemal w moim wieku. Lubił muzykę i posiadał pewne wykształcenie w tej sztuce; rozmawialiśmy o niej często; mówił mi też o planach swoich dzieł. To stworzyło niebawem ściślejsze stosunki, które trwały piętnaście lat i trwałyby prawdopodobnie jeszcze, gdybym, nieszczęściem, i to z jego winy, nie zaciągnął się w szeregi uprawiających jego własne rzemiosło.

606

Nikt by sobie nie wyobraził, na czym trawiłem ów krótki i szacowny przeciąg czasu, który mnie dzielił jeszcze od konieczności żebrania na chleb: na obkuwaniu na pamięć poetów, których uczyłem się po sto razy i tyleż razy zapominałem. Co rano, około dziesiątej, szedłem na przechadzkę do Luxemburgu[428], z Wergilim lub Russem[429] w kieszeni; tam aż do obiadu wbijałem sobie w pamięć to jakąś wzniosłą odę, to bukolikę, nie zrażając się tym, iż powtarzając dzisiejszą, nieodmiennie zapominałem tej, której wyuczyłem się wczoraj. Przypomniałem sobie, iż po klęsce Nikiasza[430] pod Syrakuzami jeńcy ateńscy zarabiali na życie wygłaszaniem poematów Homera. Korzyścią, jaką wydobyłem z tego dążenia do erudycji, mającej mnie ubezpieczyć przeciw nędzy, było to, iż wyćwiczyłem swą żałosną pamięć tak dalece, aż wreszcie zdołała sobie przyswoić wszystkich poetów.

607

Inny sposób zabijania czasu, nie mniej praktyczny, miałem w szachach. Poświęcałem im regularnie, u Maugisa, popołudnia tych dni, w które nie szedłem do teatru. Zapoznałem się z panem de Légal, z niejakim Husson, z Filidorem, ze wszystkimi wielkimi graczami owego czasu, bez większej zresztą korzyści. Nie wątpiłem wszelako, iż w końcu zapędzę w kozi róg ich wszystkich i że to wystarczy, jak mniemałem, aby mi zapewnić środki do życia. Ilekroć brnąłem w jakieś szaleństwo, bez względu na to jakie, zawsze rozumowałem w jednaki sposób. Powiadałem sobie: „Ktokolwiek celuje w jakiejś rzeczy, może być zawsze pewny, iż znajdzie sobie miejsce na świecie. Celujmy tedy, mniejsza w czym; zwrócę na siebie uwagę, sposobności się nastręczą, moje zaś przymioty dokonają reszty”. Dzieciństwo[431] to nie było sofizmatem rozumu, ale indolencji[432]. Przerażony wielkimi i gwałtownymi wysiłkami, jakie trzeba było robić, aby wydobyć coś z siebie, starałem się schlebiać lenistwu i zasłaniałem przed sobą wstyd swego położenia godnymi jego argumentami.

608

Czekałem tedy spokojnie końca pieniędzy; sądzę, że byłbym doszedł do ostatniego szeląga, nie wzruszając się zbytnio, gdyby ojciec Castel, którego spotykałem niekiedy w kawiarni, nie wyrwał mnie z letargu. Ojciec Castel był trochę wariat, ale zresztą[433] dobry człowiek: żal mu było patrzeć, jak się zużywam w tej bezczynności. „Skoro muzycy — rzekł — ani też uczeni nie chcą śpiewać z panem unisono[434], spróbuj z innego tonu: chwyć się kobiet. Być może powiedzie ci się lepiej na tej drodze. Wspominałem o tobie pani de Beuzenval[435]; idź ją odwiedzić, powołaj się na mnie. To dobra kobieta; z przyjemnością ujrzy krajana swego syna i męża. Spotkasz u niej panią de Broglie[436], jej córkę, osobę nader światłą. Pani Dupin również wspominałem o panu; zanieś jej swoje dzieło; ma ochotę poznać pana, z pewnością przyjmie cię dobrze. W Paryżu wszystko dzieje się tylko przez kobiety: są to jak gdyby krzywizny, których mędrcy są asymptotami; zbliżają się do nich bez ustanku, nigdy nie dotykając zupełnie”.

609

Odwlekając z dnia na dzień te straszliwe próby, zdobyłem się wreszcie na odwagę i wybrałem się do pani de Beuzenval. Przyjęła mnie nader łaskawie. Niebawem weszła do pokoju pani de Broglie; matka rzekła: „Oto, córko, pan Rousseau, o którym wspominał ojciec Castel”. Pani de Broglie powinszowała mi mego dzieła i prowadząc mnie do klawikordu, pokazała, że właśnie jest nim zajęta. Widząc na zegarze, iż jest blisko pierwszej, chciałem odejść. Pani de Beuzenval rzekła: „Jest pan daleko od swojej dzielnicy, zostań na obiedzie”. Nie dałem się prosić. W kwadrans później zrozumiałem z kilku wyrzeczonych słów, że zaproszono mnie na obiad, ale w kredensie[437], ze służbą. Pani de Beuzenval była to osoba bardzo dobra, ale ograniczona i nazbyt przepełniona znamienitością swego polskiego szlachectwa: mało miała pojęcia o względach dłużnych talentowi. W tym wypadku osądziła mnie nawet raczej z mego wzięcia niż ze stroju, który mimo że bardzo skromny, był nader schludny i nie zwiastował bynajmniej człowieka godnego, aby go sadzano w kredensie. Zapomniałem doń drogi od zbyt dawna, aby chcieć na nią wracać. Nie zdradzając urazy, oświadczyłem pani de Beuzenval, iż drobna sprawa, którą sobie przypomniałem, wzywa mnie do domu; to mówiąc, zacząłem się żegnać. Pani de Broglie zbliżyła się do matki i rzekła z cicha kilka słów, które wywarły skutek. Pani de Beuzenval podniosła się, aby mnie zatrzymać i rzekła: „Mam nadzieję, że uczyni nam pan ten zaszczyt i zostanie z nami na obiedzie”. Sądziłem, że bawić się jeszcze w dumę, byłoby z mej strony głupotą; zostałem. Zresztą, dobroć pani de Broglie wzruszyła mnie i obudziła we mnie sympatię. Rad byłem, iż mam obiadować z nią razem, i spodziewałem się, iż skoro pozna mnie bliżej, nie będzie miała powodu żałować wstawiennictwa, którego ten zaszczyt był owocem.

610

Prezydent de Lamoignon, wielki przyjaciel domu, również był tego dnia na obiedzie. Zarówno on, jak pani de Broglie, posługiwali się w rozmowie ową ulotną gwarą Paryża, całą w półsłówkach, w lekkich, dowcipnych aluzjach. Nie było tam okazji do błyszczenia dla biednego Jana Jakuba. Miałem na tyle rozsądku, iż nie chciałem gwałtem bawić się w salonowca, i milczałem. Ach, gdybymż zawsze zachował ten rozsądek! Nie byłbym oto w otchłani, w której się dziś znajduję.

611

Byłem zrozpaczony swym niezdarstwem, oraz tym że nie mogę usprawiedliwić w oczach pani de Broglie łaski, którą mi wyświadczyła. Po obiedzie uciekłem się do swego zwykłego ratunku. Miałem w kieszeni epistołę wierszem, pisaną do Parisota w czasie pobytu w Lyonie. Utwór ten nie był pozbawiony ciepła; spotęgowałem je jeszcze sposobem wygłoszenia i rozrzewniłem wszystkich troje do łez. Czy to wpływ mej próżności, czy też w istocie tak było, ale zdawało mi się, że spojrzenia pani de Broglie mówią do matki: „I cóż, mamo, nie miałam słuszności, że ten człowiek bardziej jest na miejscu tu, przy stole z nami, niż w garderobie?” Aż do tej chwili było mi nieco markotno, ale zemściwszy się w ten sposób, uczułem się zadowolony. Pani de Broglie, posuwając nieco zbyt daleko pochlebny sąd o mnie, orzekła, iż zrobię wrażenie w Paryżu i że stanę się faworytem kobiet. Aby wesprzeć moje niedoświadczenie, dała mi Wyznania Hrabiego de ***[438]. „Ta książka — rzekła — to mentor, którego będziesz pan potrzebował w świecie; dobrze uczynisz, zasięgając czasem jego rady”. Przechowałem więcej niż dwadzieścia lat ten egzemplarz, przez wdzięczność dla ręki, której go zawdzięczałem, ale śmiejąc się często z opinii, jaką ta pani zdawała się żywić o mych zaletach jako galanta. Od pierwszej chwili, gdy przeczytałem to dzieło, zapragnąłem pozyskać przyjaźń autora. Pociąg mój wiódł mnie bardzo dobrze: to jedyny prawdziwy przyjaciel, jakiego miałem pośród ludzi pióra[439].

612

Od tego czasu ośmieliłem się liczyć na to, iż baronowa de Beuzenval i margrabina de Broglie, zainteresowawszy się mną, nie zostawią mnie długo bez środków. Nie omyliłem się. Pomówmy teraz o mym wejściu w dom pani Dupin, które miało trwalsze następstwa.

613

Pani Dupin była, jak wiadomo, córką Samuela Bernard i pani Fontaine. Było ich trzy siostry, którym można było dać miano trzech Gracji. Pani de La Touche, głośna swoją eskapadą do Anglii z księciem de Kingston; pani d'Arty, kochanka i co więcej, przyjaciółka, jedyna i szczera przyjaciółka księcia Conti, kobieta urocza zarówno słodyczą, dobrocią przemiłego charakteru, jak powabami umysłu i niezmąconą wesołością; wreszcie pani Dupin, najładniejsza z trzech i jedyna, której nie można było nic zarzucić pod względem obyczajów. Stała się ona nagrodą gościnności pana Dupin: matka oddała mu ją, wraz z miejscem generalnego dzierżawcy i olbrzymią fortuną, przez wdzięczność za dobre przyjęcie, jakiego użyczył jej w swojej prowincji. Wówczas kiedy ujrzałem ją po raz pierwszy, była to jeszcze jedna z najpiękniejszych kobiet w Paryżu. Przyjęła mnie w gotowalni[440]. Miała nagie ramiona, rozsypane włosy, niedbale zapiętą narzutkę. Tego rodzaju przyjęcie było dla mnie czymś zupełnie nowym; biedna moja głowa nie zdołała go wytrzymać; zmieszałem się, zgłupiałem; i oto, na gładkiej drodze, zadurzyłem się w pani Dupin.

614

Zdaje się, iż pomieszanie moje nie zaszkodziło mi w jej oczach: nie dała niczym poznać, aby je spostrzegła. Przyjęła życzliwie książkę i autora, wdała się w rozmowę o mym projekcie jak osoba wykształcona, zaczęła śpiewać, towarzysząc sobie sama na klawikordzie, zatrzymała mnie na obiedzie, wskazała miejsce obok siebie. Wszystko to wystarczyło najzupełniej, aby mnie doprowadzić do szaleństwa. Pozwoliła mi odwiedzać się: korzystałem z pozwolenia, nadużywałem go. Bywałem tam prawie codziennie, obiadowałem parę razy na tydzień. Umierałem z ochoty wyznania swych uczuć; nie mogłem się ośmielić. Wiele racji wzmagało mą wrodzoną nieśmiałość. Wstęp do możnego domu — były to otwarte drzwi do fortuny; nie chciałem, w moim położeniu, narażać się na ich zamknięcie. Pani Dupin, mimo swej uprzejmości, była poważna i chłodna; w obejściu jej nie znajdowałem żadnej wyraźnej zachęty, która by mi dodała odwagi. Dom jej, wówczas jeden z najświetniejszych w Paryżu, gromadził towarzystwo, które, gdyby tylko było mniej liczne, mogłoby się stać elitą we wszelakim względzie. Pani Dupin lubiła się otaczać ludźmi, którzy promieniowali jakimś blaskiem: pełno tam było możnych panów, pisarzy, pięknych kobiet. Widywało się samych jeno książąt, ambasadorów, dygnitarzy. Księżna de Rohan, hrabina de Forcalquier, pani de Mirepoix, pani de Brignolé, mylady Hervey mogły uchodzić za jej przyjaciółki. Pan de Fontenelle, ksiądz de Saint-Pierre[441], ksiądz Sallier, pan de Fourmont, pan de Bernis[442], pan de Buffon[443], pan de Voltaire należeli do jej salonu i obiadów. O ile wstrzemięźliwe zachowanie się pani domu nie ściągało zbyt wiele młodzieży, w zamian za to towarzystwo, tym staranniej dobrane, o tyleż bardziej było imponujące; toteż biedny Jan Jakub nie mógł sobie pochlebiać, aby mógł bardzo błyszczeć w tym gronie. Nie śmiałem tedy przemówić, ale nie mogąc zmilczeć, ośmieliłem się napisać. Pani Dupin zachowała dwa dni mój list, nie wspominając o nim. Trzeciego dnia oddała mi go, udzielając ustnie paru słów upomnienia, których zimny ton mnie zmroził. Chciałem mówić, słowa zamarły mi na ustach: nagła namiętność zgasła wraz z nadzieją; i po tych formalnych oświadczynach, bywałem w domu pani Dupin jak wprzódy, nie siląc się już na żadne wyznania, nawet oczami.

615

Sądziłem, że głupstwo moje poszło w niepamięć; myliłem się. Pan de Francueil, syn pana Dupin a pasierb pani, był mniej więcej w jej i moim wieku. Był to człowiek rozumny, przystojny, mógł mieć pretensje do powodzenia; powiadano, że miał je wobec macochy, jedynie może na tej podstawie, iż dała mu za żonę osobę bardzo brzydką, bardzo łagodną i że żyła bardzo dobrze z obojgiem. Pan de Francueil lubił i pielęgnował sztuki. Muzyka, na której znał się bardzo dobrze, posłużyła za łącznik między nami. Odwiedzałem go często i przywiązałem się doń. Nagle dał mi do zrozumienia, że wizyty moje wydają się pani Dupin zbyt częste i że prosi, abym ich zaniechał. Taka prośba mogła być na miejscu wówczas, kiedy zwracała mi list, ale w osiem lub dziesięć dni później, bez żadnej nowej przyczyny, wydała mi się nieuzasadniona. To stwarzało pozycję tym osobliwszą, iż państwo de Francueil nadal przyjmowali mnie życzliwie. Uczęszczałem tam wszelako rzadziej i byłbym zupełnie zaprzestał odwiedzin, gdyby, nowym nieprzewidzianym kaprysem, pani Dupin nie poprosiła mnie, abym na osiem lub dziesięć dni zaopiekował się jej synem, który zmieniając nauczyciela, zostawał sam na ten przeciąg czasu. Spędziłem ten tydzień wśród męczarni, którą jedynie przyjemność, iż jestem posłuszny pani Dupin, mogła uczynić znośną; biedny bowiem chłopiec zdradzał już wówczas ów niemożliwy charakter, który omal nie okrył hańbą całej rodziny i który przyprawił go o śmierć na wyspie Bourbon. Przez czas mej opieki zdołałem zapobiec, aby nie zrobił nic złego sobie ani drugim, oto wszystko; a i to nie był trud bynajmniej mały i nie byłbym się go podjął na dalszy tydzień, gdyby nawet pani Dupin ofiarowała mi samą siebie jako nagrodę.

616

Pan de Francueil nabierał do mnie coraz więcej przyjaźni, pracowaliśmy razem: zaczęliśmy wspólnie kurs chemii u Rouelle'a[444]. Aby być bliżej, opuściłem swój hotelik i umieściłem się przy ulicy Verdelet, wychodzącej na ulicę Plâtrière, gdzie mieszkał pan Dupin. Tam, w następstwie zaniedbanego przeziębienia, nabawiłem się zapalenia płuc, z którego omal nie umarłem. Często miewałem w młodości takie choroby zapalne, pleurezje, a zwłaszcza anginy, którym byłem bardzo podległy; w czasie tych chorób spojrzałem w oczy śmierci dość blisko, aby oswoić się z jej obrazem. W ciągu rekonwalescencji miałem czas zastanowić się nad mym stanem i ubolewać nad nieśmiałością, słabością, niedołęstwem, które mimo ognia trawiącego mnie wewnątrz, kazały mi gnuśnieć w bezczynności ducha i wciąż u wrót nędzy. W wilię[445] dnia, w którym zasłabłem, byłem w teatrze na operze Royera[446], którą dawano wówczas: tytułu zapomniałem. Mimo mego uprzedzenia na korzyść cudzych talentów, które zawsze budziło we mnie nieufność do własnych, muzyka ta wydała mi się słaba, bez zapału, bez inwencji. Ośmielałem się niekiedy mówić sobie: „Zdaje mi się, że umiałbym zrobić coś lepszego”. Ale straszliwe pojęcie, jakie miałem o napisaniu opery, oraz waga, jaką słyszałem, iż ludzie fachowi przykładają do tego przedsięwzięcia, odstręczały mnie w tej samej chwili i kazały rumienić się, iż śmiałem o tym pomyśleć. Zresztą, gdzie znaleźć kogoś, kto by mi dostarczył libretta i zadał sobie trud przykrojenia go wedle mej potrzeby? Te myśli o muzyce i o operze opadły mnie znowu w czasie choroby: w gorączce tworzyłem melodie, duety, chóry. Jestem pewien, że ułożyłem jakieś parę ustępów di prima intenzione[447], godnych może podziwu mistrzów, gdyby mogli je usłyszeć. O, gdyby można notować marzenia gorączkującego, jakież wielkie i wspaniałe rzeczy wyłoniłyby się niekiedy z jego majaczeń!

617

To opętanie muzyką i operą zaprzątało mnie jeszcze podczas rekonwalescencji, ale spokojniej. Wreszcie, siłą wmyślenia się w przedmiot, prawie mimo woli, zapragnąłem mieć wobec siebie czyste sumienie i postanowiłem sam jeden skomponować operę: słowa i muzykę. Nie była to ze wszystkim moja pierwsza próba. Jeszcze w Chambéry ułożyłem był opero-tragedię, zatytułowaną Iphis i Anaxareta, byłem jednak na tyle rozsądny, iż rzuciłem ją w ogień. W Lyonie napisałem znowuż operę, zatytułowaną Odkrycie nowego świata; odczytawszy ją panu Bordes, księdzu de Mably, księdzu Trublet i innym, zrobiłem z niej w końcu taki sam użytek, mimo że miałem już muzykę do prologu i pierwszego aktu i że Dawid, słysząc tę muzykę, powiedział mi, iż są tam ustępy godne Buononciniego[448].

618

Tym razem, nim wziąłem się do pracy, zostawiłem sobie czas na gruntowne przemyślenie planu. Projektowałem, w ramach heroicznego baletu, trzy odrębne tematy w trzech oderwanych aktach, każdy w odmiennym charakterze; biorąc za przedmiot każdego aktu miłość jakiegoś poety, zatytułowałem tę operę Tkliwe Muzy[449]. Pierwszy akt, w tonie poważnej muzyki, miał za przedmiot Tassa[450]; drugi, w rodzaju lirycznym, Owidiusza[451]; trzeci, zatytułowany Anakreon[452], miał oddychać wesołością dytyrambu[453]. Wziąłem się najpierw do pierwszego aktu; oddałem się mu z zapałem, który pierwszy raz dał mi odczuć rozkosze gorączki tworzenia. Jednego wieczora, wchodząc już niemal do Opery, uczułem się nagle opętany, ogarnięty swymi pomysłami. Wkładam z powrotem pieniądze do kieszeni, spieszę zamknąć się w domu, kładę się do łóżka, zasunąwszy szczelnie firanki, aby światło dziennie nie dochodziło; i tam, oddając się cały dziełu poetyckiemu i muzycznemu zarazem, ułożyłem szybko, w siedem czy osiem godzin, najlepszą część aktu. Mogę po wiedzieć, iż miłość moja dla księżnej Ferrary[454] (na tę chwilę bowiem byłem Tassem) oraz szlachetne i dumne uczucia wobec jej niesprawiedliwego brata dały mi noc sto razy rozkoszniejszą, niż gdybym ją spędził w istocie w ramionach samej księżniczki. Rano została mi w głowie jedynie drobna cząstka tego, co stworzyłem; ale i ta resztka, niemal zatarta znużeniem i snem, zdradzała jeszcze siłę utworu, którego stanowiła szczątki.

619

Na ten raz niedaleko posunąłem tę pracę, jako iż oderwały mnie od niej niebawem inne sprawy. Podczas gdy ja zasiadywałem się w domu państwa Dupin, pani de Beuzenval i pani de Broglie, którą odwiedzałem niekiedy, nie zapomniały o mnie. Hrabiego de Montaigu, kapitana gwardii, zamianowano świeżo ambasadorem w Wenecji. Był to ambasador z ramienia Barjaca[455], któremu nadskakiwał bardzo pilnie. Brat jego, kawaler de Montaigu, szatny jego wysokości następcy tronu, żył dość blisko z tymi paniami, jak również z księdzem Alary[456], członkiem Akademii, którego też spotykałem niekiedy. Pani de Broglie, wiedząc, że ambasador szuka sekretarza, podsunęła mnie. Weszliśmy w pertraktacje. Żądałem pięćdziesiąt ludwików pensji, co jest bardzo niewiele na stanowisku wymagającym reprezentacji. On chciał mi dać tylko sto pistolów, żądając jeszcze, abym podróż odbył swoim kosztem. Propozycja była wprost śmieszna. Nie mogliśmy dojść do porozumienia. Pan de Francueil, który robił, co mógł, aby mnie zatrzymać, przeważył szalę. Zostałem; pan de Montaigu odjechał, zabierając innego sekretarza nazwiskiem Follau, którego mu polecono w ministerstwie spraw zagranicznych. Ledwie znaleźli się w Wenecji, pokłócili się. Follau, widząc, że ma do czynienia z pomyleńcem, opuścił go; za czym pan de Montaigu, mając przy sobie jedynie młodego księżyka nazwiskiem de Binis, piszącego za dyktandem sekretarza, ale niezdolnego zająć jego miejsca, zwrócił się znowuż do mnie. Brat jego kawaler, bystry człowiek, zażył mnie tak skutecznie, dając do zrozumienia, iż z miejscem sekretarza wiążą się niejakie uboczne dochody, iż skłonił mnie do przyjęcia tysiąca franków. Otrzymałem dwadzieścia ludwików na podróż i wyjechałem.

620

(1743–1744). Ruszając z Lyonu, chciałem skierować się przez Mont-Cenis, aby odwiedzić w przejeździe biedną mamusię; ale ostatecznie puściłem się Rodanem i wsiadłem na statek w Tulonie, tak z powodu wojny[457] i z przyczyn oszczędności, jak dlatego, aby wziąść paszport od pana de Mirepoix, rządzącego wówczas w Prowancji, do którego miałem polecenie. Pan de Montaigu, nie mogąc się obejść beze mnie, słał list za listem, aby przyspieszyć podróż. Pewien wypadek opóźnił ją.

621

Był to czas zarazy w Messynie. Flota angielska wylądowała tam i zrewidowała statek, na którym się znajdowałem. To sprowadziło na nas, skorośmy po długiej i uciążliwej przeprawie przybyli do Genui, trzytygodniową kwarantannę. Zostawiono do wyboru podróżnym, czy chcą ją odbyć na statku, czy w lazarecie[458]; uprzedzono nas, iż znajdziemy tam tylko cztery gołe ściany, ponieważ nie było jeszcze czasu na umeblowanie. Wszyscy wybrali statek. Nieznośne gorąco, ciasność przestrzeni, brak ruchu, robactwo, wszystko to sprawiło, że na wszelkie ryzyko wybrałem lazaret. Zaprowadzono mnie do wielkiego dwupiętrowego budynku, zupełnie pustego; nie znalazłem tam ani okna, ani stołu, ani łóżka, ani krzesła, ani nawet zydla, aby usiąść, ani wiązki słomy, aby się położyć. Przyniesiono mi płaszcz, worek podróżny, dwie walizki; zamknięto za mną duże drzwi o potężnych zamkach. Zostałem sam, ze swobodą przechadzania się z pokoju do pokoju i z piętra na piętro, wszędzie zastając tę samą samotność i to samo ogołocenie.

622

Mimo to nie żałowałem, iż wybrałem raczej lazaret niż statek; jak nowy Robinson zacząłem się urządzać na swoje trzy tygodnie niby na całe życie. Najpierw miałem rozrywkę polowania na pchły, których nabawiłem się na statku. Kiedy dzięki gruntownej zmianie bielizny i odzieży zdołałem się wreszcie oczyścić, wziąłem się do meblowania pokoju, który obrałem za kwaterę. Sporządziłem wygodny materac z kubraków i koszul, prześcieradło z kilku serwet, które zeszyłem razem, kołdrę ze szlafroka, poduszkę ze zwiniętego płaszcza. Zrobiłem siedzisko z walizki ułożonej na płask, stół z drugiej, ustawionej na wysokość. Wydobyłem papier, przybory do pisania, ułożyłem w formie biblioteki kilkanaście książek, które miałem ze sobą. Słowem, urządziłem się tak dobrze, że poza brakiem firanek i okien, było mi w tym zupełnie nagim lazarecie niemal tak wygodnie jak w mieszkaniu przy ulicy Verdelet. Posiłek podawano mi z wielkim ceremoniałem; dwóch grenadierów z najeżonymi bagnetami eskortowało go za każdym razem; schody były mą jadalnią, podłoga służyła za stół, stopień poniżej za siedzenie. Kiedy przyniesiono obiad, wzywano mnie dzwonkiem, bym zasiadał do stołu. Między posiłkami, kiedy nie czytałem ani nie pisałem lub też nie pracowałem koło umeblowania, przechadzałem się po cmentarzu protestanckim, który mi służył za dziedziniec, lub też wchodziłem na latarnię wznoszącą się nad portem, skąd mogłem widzieć wpływające i odpływające statki. Przebyłem w ten sposób dwa tygodnie i byłbym przebył całe trzy, nie nudząc się ani chwili, gdyby pan de Jonville, poseł francuski, któremu przesłałem list obmyty w occie, okadzony i wpół spalony, nie skrócił o tydzień mego pobytu. Spędziłem ten tydzień u niego i wyznaję, łóżko w jego domu lepiej mi smakowało niż legowisko w lazarecie. Przyjął mnie bardzo serdecznie. Dupont, sekretarz jego, bardzo poczciwy chłopiec, wprowadził mnie, tak w Genui jak w okolicy, do kilku domów, gdzie można się było rozerwać; nawiązałem z nim znajomość i korespondencję, którą podtrzymywaliśmy bardzo długo. Ciągnąłem dalej przyjemnie mą drogę przez równinę Lombardii. Ujrzałem Mediolan, Weronę, Brescję, Padwę i dotarłem w końcu do Wenecji, niecierpliwie oczekiwany przez pana ambasadora.

623

Zastałem stertę depesz, tak ze dworu, jak z innych ambasad; pan de Montaigu nie umiał ich odczytać, o ile były szyfrowane, mimo iż posiadał kompletny klucz po temu. Nie pracowałem nigdy w żadnej kancelarii ani też nie widziałem nigdy szyfrowanej depeszy; lękałem się zrazu, że napotkam trudności; ale przekonałem się, iż nie ma nic prostszego pod słońcem: w niespełna tydzień odcyfrowałem wszystko. Rzecz zaiste nie była warta i tego trudu, pominąwszy bowiem, iż ambasada wenecka zazwyczaj jest dość bezczynna, z pewnością nie takiemu człowiekowi powierzono by bodaj najmniejszą negocjację. Aż do mego przybycia ambasador był w wielkim kłopocie, nie umiejąc ani dyktować, ani pisać czytelnie. Byłem mu bardzo użyteczny; czuł to i obchodził się ze mną nader względnie. Inna jeszcze pobudka skłaniała go do tego. Od czasu pana de Froulay, jego poprzednika, który uległ pomieszaniu zmysłów, konsul francuski nazwiskiem Blond objął agendy ambasady i po przybyciu pana Montaigu prowadził je dalej, póki ambasador nie obznajmi się z ich tokiem. Pan de Montaigu, zazdrosny o to, iż kto inny pełni jego funkcje, mimo iż sam był do nich niezdolny, powziął ansę[459] do konsula; jakoż natychmiast po mym przybyciu odjął mu funkcje sekretarza ambasady, aby poruczyć je mnie. Były one nieodłączne od tytułu; polecił mi go używać. Jak długo byłem w ambasadzie, zawsze posyłał jedynie mnie w tym charakterze do senatu i do referentów. W gruncie rzeczy było rzeczą bardzo naturalną, iż woli mieć za sekretarza ambasady człowieka ze swego ramienia niż konsula albo też urzędnika ministerstwa z ramienia dworu.

624

Okoliczność ta uczyniła mą pozycję dość przyjemną i nie pozwoliła dworzanom ambasadora, wyłącznie Włochom, jak również paziom i reszcie domowników zaprzeczać mi pierwszych praw w domu. Posłużyłem się z powodzeniem powagą, jaka była do nich przywiązana, aby podtrzymać przywilej „listy”, to znaczy niepodległość kwatery ambasadora, wbrew usiłowaniom, jakie czyniono nieraz, aby prawo to naruszyć, przeciw czemu weneccy funkcjonariusze ambasady nie umieli walczyć. Ale nie ścierpiałem też nigdy, aby kwatera ta służyła za schronienie bandytom, mimo że mogły stąd spłynąć na mnie korzyści, których cząstką jego ekscelencja nie byłby z pewnością pogardził.

625

Ambasador ośmielił się nawet domagać udziału w dochodach sekretariatu, tzw. „kancelaryjnym”. Był to czas wojny; mimo to ekspediowało się sporo paszportów. Od każdego paszportu opłacało się cekina[460] sekretarzowi, który ekspediował je i podpisywał. Wszyscy moi poprzednicy kazali sobie płacić tego cekina bez różnicy, tak Francuzom jak cudzoziemcom. Zwyczaj ten wydał mi się niesłuszny; toteż mimo że nie byłem Francuzem, poniechałem go na korzyść Francuzów; ale strzegłem tak ściśle swoich praw we wszystkich innych okolicznościach, iż, kiedy margrabia de Scotti, brat faworyta królowej Hiszpanii, zażądał paszportu, nie posławszy cekina, upomniałem się o należność; mściwy Włoch nie zapomniał mi nigdy tej śmiałości. Z chwilą gdy rozeszła się wieść o reformie, jaką uczyniłem w opłacie paszportowej, zaczęła się po nie zgłaszać ciżba samych rzekomych Francuzów, którzy, w ohydnych żargonach, głosili się jeden Prowansalczykiem, drugi mieszkańcem Pikardii, inny Burgundii. Ponieważ ucho mam dosyć bystre, nie dałem się omamić i wątpię, aby bodaj jeden Włoch uszczknął mego cekina, a bodaj jeden Francuz go zapłacił. Byłem na tyle niemądry, że powiedziałem panu de Montaigu, który nie wiedział o niczym, o mym zarządzeniu. To słowo „cekin” sprawiło, że otworzył uszy; nie wyrażając swego zdania co do skasowania cekina Francuzów, zażądał, abym się z nim porozumiał co do podziału opłat, które ściągałem, przyrzekając ze swej strony równoznaczne korzyści. Więcej oburzony podłością ambasadora niż zamachem na me dochody, odrzuciłem wręcz propozycję. Ambasador nalegał, wzburzyłem się: „Nie, panie hrabio — odparłem — niech Wasza Ekscelencja zachowa to, co jest jej, a zostawi mnie, co moje; nie ustąpię ani szeląga”. Widząc, że nie zyska nic na tej drodze, obrał inną: nie wstydził się oświadczyć mi, iż skoro czerpię zyski z kancelarii, słuszne jest, abym ponosił jej koszta. Nie chciałem wszczynać sprzeczki na tym punkcie; od tego czasu dostarczałem z moich pieniędzy inkaustu[461], papieru, wosku, świec, pieczęci nawet, którą kazałem przerobić, nie otrzymawszy nigdy ani grosza zwrotu. Nie przeszkodziło mi to dopuścić do mego udziału w dochodach z paszportów księdza de Binis, dobrego chłopaka; ani mu w głowie było spodziewać się podobnej gratki. O ile on był mi życzliwy, ja, nawzajem, wychodziłem z nim nie mniej przyzwoicie i zawsze żyliśmy z sobą jak najlepiej.

626

Zapoznawszy się z robotą, znalazłem[462] ją mniej uciążliwą niż obawiałem się, że będzie dla człowieka bez doświadczenia, przy boku ambasadora, który nie miał go również i którego ignorancja i upór pętały na domiar, jakby z umysłu[463], wszystko, co zdrowy rozsądek i nieco wiedzy kazały mi podjąć dla służby jego i króla. Najrozsądniejszym, co uczynił, było, iż zbliżył się z margrabią de Mari, ambasadorem hiszpańskim, zręcznym i bystrym człowiekiem, który byłby go poprowadził za nos, gdyby chciał, ale który, zważywszy wspólność interesów obu rządów, radził mu zazwyczaj dość dobrze. Niestety pan de Montaigu unicestwiał jego rady, wkładając zawsze coś własnego w wykonanie. Jedyną rzeczą, która była ich wspólnym zadaniem, było zachęcić Wenecjan do zachowania neutralności. Ci nie szczędzili zapewnień wiary, dostarczając równocześnie publicznie wojskom austriackim zapasów, a nawet rekruta pod pozorem dezercji. Pan de Montaigu, który, jak sądzę, pragnął sobie pozyskać łaski Republiki[464], nakazywał mi również, mimo mych przedstawień, zapewniać we wszystkich depeszach rząd francuski, że Wenecja nigdy nie naruszy neutralności. Upór i tępota biednego człowieka sprawiały, iż przychodziło mi co chwilę pisać i robić szaleństwa, których zmuszony byłem być narzędziem, skoro przełożony tego żądał, ale które czyniły mi nieraz stanowisko moje nieznośnym, a nawet niewykonalnym. UrzędnikŻądał na przykład, aby przeważna[465] część depesz do króla i do ministra była szyfrowana, mimo że nie zawierały bezwarunkowo nic, co by wymagało tej ostrożności. Przedstawiałem, że od piątku, dnia, w którym przybywały depesze ze dworu, do soboty, w którą odchodziły nasze, nie było dość czasu, aby wyszyfrować tyle materiału, wobec rozleglej korespondencji, którą musiałem oddać temuż kurierowi. Ambasador znalazł znakomitą radę: a mianowicie, aby już od czwartku gotować odpowiedź na depesze, które miały przyjść nazajutrz, w piątek. Myśl ta wydała mu się nawet tak szczęśliwa, mimo że wszelkimi sposobami starałem się wykazać niemożliwość, niedorzeczność jej wykonania, iż trzeba mi było się poddać. Przez cały czas, który pozostawałem w służbie pana de Montaigu, na podstawie zanotowanych kilku słów, jakie mi rzucał mimochodem w ciągu tygodnia i kilku pospolitych nowin zebranych tu i ówdzie, uzbrojony wyłącznie w te materiały, musiałem stale we czwartek rano przynosić mu brulion depesz, które miały odejść w sobotę. Czyniłem jedynie parę dodatków i poprawek wedle depesz, które przychodziły w piątek, a którym nasze miały służyć za odpowiedź. UrzędnikAmbasador miał jeszcze jeden narów[466] bardzo pocieszny, który czynił jego korespondencję śmieszną nad wszelki wyraz: mianowicie odsyłał każdą nowinę do jej źródła, zamiast puszczać ją w obieg w odpowiednim kierunku. Udzielał panu Amelot[467] nowin ze dworu, panu de Maurepas[468] z Paryża, panu d'Havrincourt ze Szwecji, panu de La Chetardie z Petersburga, niekiedy wręcz każdemu tych samych, które otrzymał od niego, przystrojonych przeze mnie w nieco odmienne zwroty. Ponieważ z aktów, które przynosiłem do podpisu, przeglądał jedynie depesze do dworu, inne zaś podpisywał bez czytania, dawało mi to możność redagowania tych innych wedle mego pojęcia, przy czym starałem się bodaj wymieniać wiadomości. Niepodobna mi było natomiast nadać jakiś dorzeczniejszy charakter depeszom głównym. Szczęście jeszcze, kiedy ekscelencji nie przyszła ochota naszpikować je na poczekaniu dodatkami swego chowu; wówczas zmuszony byłem przepisywać na gwałt depeszę ozdobioną nowym bzdurstwem, które na wyraźne żądanie ambasadora musiało być bezwarunkowo zamieszczone w szyfrach, inaczej nie chciałby podpisać. Po dwadzieścia razy dla dobra jego reputacji miałem pokusę wyszyfrować co innego, niż mi polecił; ale czując, że nic nie może usprawiedliwić podobnej niewierności, pozwalałem mu bredzić na swoje ryzyko, zadowalając się tym, iż wyrażałem szczerze moje zdanie o tym i wypełniałem jak mogłem najlepiej resztę obowiązków.

627

Czyniłem to zawsze z uczciwością, zapałem i odwagą, które zasługiwały na inną nagrodę niż ta, którą otrzymałem w końcu. Był czas, abym raz stał się tym, czym uczyniły mnie: niebo, obdarzywszy mnie szczęśliwymi darami natury, wychowanie otrzymane od najlepszej z kobiet, jak również to, które zdobyłem własnym wysiłkiem. Tak się też stało. Zdany samemu sobie, bez przyjaciela, bez rady, bez doświadczenia, w obcym kraju, w służbach obcego narodu, wśród zgrai łotrzyków, którzy dla własnej korzyści i chcąc usunąć niebezpieczeństwo dobrego przykładu, zachęcali, mnie bym ich naśladował, daleki od dania im ucha, służyłem dobrze, o ile było w mej mocy, Francji, której nie byłem powinien nic, i lepiej jeszcze ambasadorowi, jak było mym obowiązkiem. Wytrwawszy nieskazitelnie na dość odpowiedzialnym posterunku, zasłużyłem i zdobyłem sobie szacunek Rzeczypospolitej, wszystkich ambasadorów, z którymi byliśmy w styczności, i sympatię Francuzów zamieszkałych w Wenecji, nie wyjmując samego nawet konsula, którego z żalem wyrugowałem z funkcji należnych jemu z prawa, a mnie przynoszących więcej kłopotu niż przyjemności.

628

Pan de Montaigu, oddany bez zastrzeżeń margrabiemu de Mari, który nie wchodził w szczegóły jego obowiązków, zaniedbywał się do tego stopnia, iż gdyby nie ja, zamieszkali w Wenecji Francuzi nie spostrzegliby, że istnieje tam w ogóle jakiś ich ambasador. Zawsze wystrychnięci na dudków, nie wysłuchani nawet jak należy, ilekroć potrzebowali poparcia ambasady, zrazili się; nie widywało się nikogo ani w orszaku ambasadora, ni przy jego stole, do którego nie zapraszał nigdy. Często z własnej inicjatywy czyniłem to, co on powinien był czynić; oddawałem Francuzom, którzy zwrócili się do ambasadora lub do mnie, wszelkie usługi, jakie były w mej mocy. W każdym innym kraju byłbym robił więcej, ale tu, nie mogąc widywać żadnych wpływowych figur z przyczyny mego stanowiska, zniewolony byłem uciekać się często do konsula; konsul zaś, zżyty z tym krajem, z którego pochodziła jego rodzina, musiał przestrzegać wielu względów, broniących mu czynić to, co by pragnął. Niekiedy wszelako, widząc, że konsul mięknie i nie śmie wystąpić, ważyłem się na ryzykowne kroki, które nieraz mi się powiodły. Przypominam sobie jedną przygodę, której wspomnienie pobudza mnie jeszcze do śmiechu. Nikt by nie przypuszczał, że mnie to miłośnicy teatru w Paryżu mieli do zawdzięczenia Koralinę i siostrę jej Kamillę[469]; jest to wszelako najszczersza prawda. Veronese, ich ojciec, zgodził się wraz z córkami do trupy włoskiej; otrzymawszy dwa tysiące franków na podróż, zamiast odjechać wstąpił najspokojniej w Wenecji do teatru św. Łukasza, gdzie Koralina, mimo że jeszcze prawie dziecko, ściągała liczną publiczność. Książę de Gesvres jako pierwszy ochmistrz dworu napisał do ambasady, domagając się ojca i córki. Pan de Montaigu, oddając mi list, rzekł za całą wskazówkę: „Rozpatrz pan to”. Udałem się do pana Le Blond, prosząc, aby pomówił z przedsiębiorcą i właścicielem teatru św. Łukasza (zwał się, o ile się nie mylę, Zustiniani) i zażądał odesłania Veronese, który zgodził się w służby króla. Le Blond, któremu ta sprawa nie bardzo przypadła do smaku, załatwił ją niedbale. Zustiniani zaczął kręcić i ostatecznie nie odesłał Veronese. To mnie oburzyło. Był to czas karnawału; wziąwszy domino[470] i maskę, kazałem się zaprowadzić do pałacu Zustinianich. Obecni, widząc zajeżdżającą gondolę o barwach ambasadora, zdumieli się[471]; Wenecja nie oglądała jeszcze podobnej rzeczy. Wchodzę, każę się oznajmić pod mianem una siora maschera[472]. Skoro mnie wprowadzono, natychmiast zdejmuję maskę i mówię, kim jestem. Senator zbladł i stał jak wryty. „Panie — rzekłem w narzeczu weneckim — z przykrością przychodzi mi niepokoić Waszą Ekscelencję swoją wizytą, ale posiadasz pan w teatrze człowieka imieniem Veronese, zgodzonego w służby mego króla; dotąd na próżno domagano się jego wydania. Otóż przychodzę go żądać w imieniu Jego Królewskiej Mości”. Moje krótkie przemówienie wywarło skutek. Ledwie wyszedłem, senator pobiegł opowiedzieć całą przygodę inkwizytorom stanu[473], którzy zmyli mu głowę. Veronese zwolniono tego samego dnia. Poleciłem mu powiedzieć, iż jeżeli nie wyjedzie do tygodnia, każę go uwięzić, jakoż pojechał.

629

W innych okolicznościach wybawiłem z kłopotu kapitana kupieckiego okrętu, sam z siebie i prawie bez niczyjej pomocy. Nazywał się Olivet, był z Marsylii; zapomniałem nazwy statku. Załoga jego weszła w zatarg ze Sklawończykami[474] będącymi w służbach Republiki: doszło do czynnych gwałtów i okręt wzięto w areszt tak surowy, iż nikt z wyjątkiem samego kapitana nie mógł wstępować na statek ani wysiadać zeń bez pozwolenia. Kapitan odwołał się do ambasadora, który zbył go niczym; do konsula, który odpowiedział, że to nie jest sprawa handlowa i że nie może się mieszać. Nie wiedząc już, co począć, kapitan zwrócił się do mnie. Przedstawiłem panu de Montaigu, że powinien zezwolić, bym przedłożył senatowi memoriał w tej oprawie. Nie pamiętam już, czy się zgodził i czy przedłożyłem memoriał, ale przypominam sobie dobrze, że kroki moje nie doprowadziły do niczego i że wobec ciągle trwającego aresztu zdobyłem się na postanowienie uwieńczone pomyślnym skutkiem. Zamieściłem sprawozdanie z tego wydarzenia w depeszy do pana de Maurepas; miałem nawet dość trudu z tym, aby pan de Montaigu zgodził się przepuścić ten ustęp. Wiedziałem, iż depesze nasze, mimo że nie były warte tego trudu, otwierano w Wenecji. Miałem dowód tego w artykułach, które dosłownie powtarzały ich treść w gazecie; usiłowałem nawet na próżno skłonić ambasadora do wniesienia skargi o to nadużycie. Wspominając w depeszy o całym zajściu, miałem na celu wyzyskać tę ciekawość władz weneckich, aby im napędzić strachu i skłonić je do uwolnienia statku; gdyby bowiem trzeba było czekać odpowiedzi dworu, kapitan byłby zrujnowany, zanimby nadeszła. Uczyniłem więcej: udałem się na statek, aby przesłuchać załogę. Wziąłem ze sobą księdza Patizel, sekretarza konsulatu, który przybył bardzo niechętnie; tak wszyscy ci nieboracy obawiali się narazić senatowi. Nie mogąc wstąpić na pokład z przyczyny zakazu, zostałem w gondoli i spisałem tam protokół, wypytując głośno, po kolei, całą załogę i kierując pytania w taki sposób, aby wydobyć możliwie najkorzystniejsze odpowiedzi. Chciałem skłonić Patizela, aby sam prowadził śledztwo i spisał protokół, co w istocie bardziej należało do jego kompetencji niż do mojej. Nie chciał bezwarunkowo się zgodzić, nie odezwał się ani słowa i ledwie zechciał podpisać protokół po mnie. Ten krok, nieco zuchwały, miał wszelako szczęśliwy wynik: okręt uwolniono na długo przed odpowiedzią ministra. Kapitan chciał mi się odwdzięczyć podarkiem. Nie obrażając się, odpowiedziałem, klepiąc go po ramieniu: „Kapitanie Olivet, czy sądzisz, że ten, który nie pobiera od Francuzów należności za paszport, mimo iż zastał ten obyczaj, byłby zdolny sprzedawać im opiekę Króla?”. Prosił, aby mógł przynajmniej wydać dla mnie na pokładzie obiad; przyjąłem, i przyprowadziłem z sobą sekretarza hiszpańskiej ambasady nazwiskiem Carrio, człowieka bystrego dowcipu i bardzo miłego towarzysza; był później sekretarzem ambasady w Paryżu. Za przykładem naszych ambasadorów żyliśmy z sobą bardzo blisko.

630

Szczęśliwy byłbym, gdybym czyniąc najzupełniej bezinteresownie tyle dobrego, ile mogłem, umiał równocześnie baczyć tak pilnie na wszystkie drobiazgi, aby nie stać się nieraz ofiarą swej nieuwagi i nie służyć innym swoim kosztem! Ale na stanowisku, które zajmowałem, gdzie najmniejszy błąd nie jest bez znaczenia, wysilałem całą uwagę na to, aby w niczym nie zgrzeszyć przeciw służbowym przepisom. Wytrwałem aż do końca w największym porządku i dokładności we wszystkim, co tyczyło mych zasadniczych obowiązków. Pominąwszy parę omyłek, jakie wskutek nadmiernego pośpiechu popełniłem w szyfrowaniu depesz, na co uskarżyli się raz urzędnicy pana Amelot, ani ambasador, ani nikt nie mógł mi zarzucić najlżejszego zaniedbania: okoliczność godna uwagi dla człowieka tak niedbałego i roztrzepanego jak ja. Natomiast grzeszyłem często brakiem pamięci i starania w prywatnych sprawach, których się podejmowałem; miłość zaś sprawiedliwości kazała mi zawsze brać na siebie szkodę własnego zaniedbania, nim ktokolwiek zdążył się na nie użalić. Przytoczę tylko jeden rys, będący w związku z moim wyjazdem z Wenecji, a którego skutki odczułem następnie w Paryżu.

631

Kucharz nasz, nazwiskiem Rousselot, przywiózł z Francji stary oblig[475] na dwieście franków, który to oblig przyjaciel jego, z zawodu perukarz, otrzymał od szlachcica weneckiego, Zanetto Nani, jako pokrycie należności za dostawę peruk. Rousselot przyniósł mi ten papier, prosząc, abym starał się coś uzyskać w drodze ugody. Wiedziałem, i on wiedział także, że stałym zwyczajem szlachty weneckiej jest nie płacić nigdy, za powrotem do ojczyzny, długów, które zaciągnęli w cudzoziemskim kraju; jeśli kto chce zmusić ich do tego, póty nękają nieszczęśliwego wierzyciela zwłoką i kosztami, aż wreszcie zniechęci się i da wszystkiemu pokój lub ugodzi się niemal darmo. Prosiłem pana Le Blond, aby pomówił z Zanettem. Uznał oblig, ale nie objawił chęci zapłacenia. Po długiej walce przyrzekł wreszcie trzy cekiny. Kiedy Le Blond przyniósł mu oblig, trzech cekinów nie było pod ręką; trzeba było czekać. Podczas tej odwłoki zaszła moja sprzeczka i rozstanie z ambasadorem. Zostawiłem papiery w ambasadzie w największym porządku, ale obligu Rousselota nie było. Pan Le Blond upewniał, że mi go oddał. Nadto znałem jego uczciwość, aby wątpić o tym; ale niepodobna mi było przypomnieć sobie, co się stało z tym papierem. Ponieważ Zanetto uznał dług, prosiłem pana Le Blond, aby starał się zeń wydobyć trzy cekiny za pokwitowaniem lub też skłonił go do wystawienia duplikatu. Zanetto, wiedząc, iż oblig zaginął, nie chciał słyszeć o niczym. Ofiarowałem Rousselotowi trzy cekiny z własnej sakiewki jako umorzenie obligu. Odmówił i rzekł, iż trzeba mi się ułożyć w Paryżu z wierzycielem, którego podał mi adres. Perukarz, dowiedziawszy się, co się stało, żądał obligu lub całkowitej sumy. Czegóż nie byłbym dał w mym oburzeniu, aby znaleźć nieszczęsny papier! Zapłaciłem dwieście franków, i to w czasie największej nędzy. Oto w jaki sposób zagubienie obligu przyniosło wierzycielowi pokrycie całej sumy, podczas gdy o ile by nieszczęściem dla niego ów papier się odnalazł, z trudnością wydobyłby dziesięć talarów, przyrzeczonych przez jego ekscelencję Zanetto Nani.

632

Czując w sobie talent do sprawowania mego urzędu, wypełniałem go z przyjemnością; poza towarzystwem mego przyjaciela Carrio oraz zacnego Altuny, o którym pomówię niebawem, poza chwilami bardzo niewinnej rozrywki na placu św. Marka, w teatrze, i paru wizyt, które prawie zawsze składaliśmy razem, jedyną mą przyjemnością były moje obowiązki. Mimo iż praca nie była zbyt mozolna, zwłaszcza przy pomocy księdza de Binis, był to czas wojenny, korespondencja była nader rozległa i zajmowała sporo czasu. Pracowałem co dzień dobrą część ranka, a w dnie kurierów nieraz aż do północy. Resztę czasu poświęcałem studiom nad zawodem, który rozpoczynałem i w którym, na podstawie tak pomyślnych początków, spodziewałem się znaleźć korzystniejsze widoki w przyszłości. W istocie, był co do mej osoby jeden tylko głos, począwszy od ambasadora, który głośno wychwalał moje zasługi, nie żalił się na nie nigdy i którego cała późniejsza wściekłość wynikła jedynie z tego, iż nie otrzymawszy zadośćuczynienia na mą skargę, zażądałem wreszcie zwolnienia z obowiązków. Ambasadorowie i ministrowie, z którymi byliśmy w korespondencji, winszowali panu de Montaigu jego sekretarza w sposób, który powinien mu był pochlebiać, a który w tej pomylonej głowie wywarł wręcz przeciwny skutek. Objawiło się to zwłaszcza w pewnej zasadniczej okoliczności, której mi nigdy nie przebaczył. Okoliczność ta zasługuje, aby ją przytoczyć.

633

Pan de Montaigu tak mało zdolny był nakładać sobie jakieś więzy, iż nawet w sobotę, w dzień głównej ekspedycji kurierów, nie umiał doczekać z opuszczeniem kancelarii, aż praca będzie ukończona. Nękając mnie ciągle, abym co rychlej wyprawiał depesze do króla i ministrów, podpisywał je w pośpiechu, po czym biegł nie wiem gdzie, zostawiając większość innych listów bez podpisu. O ile chodziło jedynie o nowiny, mogłem ostatecznie przesyłać je w formie biuletynu, ale kiedy chodziło o sprawy tyczące urzędu, trzebaż było, aby ktoś podpisał, podpisywałem tedy. Tak uczyniłem z pewnym ważnym ostrzeżeniem, jakie otrzymaliśmy świeżo od pana Vincent, pełnomocnika królewskiego w Wiedniu. Było to w czasie, kiedy książę Lobkowitz ciągnął na Neapol, hrabia zaś de Gages dokonał owego pamiętnego odwrotu[476], który był najpiękniejszym manewrem wojennym całego wieku, a któremu Europa zbyt mało poświęciła uwagi. Wiadomość opiewała, iż pewien człowiek, którego pan Vincent przesyłał nam rysopis, opuścił Wiedeń i miał przejeżdżać przez Wenecję, spiesząc tajemnie do Abruzzów, aby za zbliżeniem się Austriaków wywołać tam powstanie. W nieobecności hrabiego de Montaigu, który nie interesował się niczym, przesłałem margrabiemu de l'Hôpital ostrzeżenie to tak w porę, iż może temu zohydzonemu Janowi Jakubowi zawdzięcza dom Burbonów zachowanie królestwa Neapolu.

634

Margrabia de l'Hôpital, dziękując jak należało swemu koledze, wspomniał o sekretarzu i o usłudze, jaką ten wyświadczył sprawie publicznej. Hrabia de Montaigu, który miał sobie do wyrzucenia zaniedbanie w tej mierze, dopatrzył się w tym powinszowaniu przytyku i dał mi to odczuć wyraźnym niezadowoleniem. Niedługo później zmuszony byłem postąpić wobec hrabiego de Castellane, ambasadora w Konstantynopolu, tak samo jak wobec pana de l'Hôpital, mimo iż w sprawie mniej ważnej. Ponieważ nie było do Konstantynopola innej poczty jak tylko kurierzy, których senat wysyłał od czasu do czasu do swego pełnomocnika, uwiadamiano o odjeździe tych kurierów ambasadora Francji, aby mógł napisać tą drogą do swego kolegi, o ile uważał za potrzebne. Uwiadomienie to przychodziło zazwyczaj dzień albo dwa wprzódy; ale tak mało liczono się z panem de Montaigu, iż zadowalano się posłaniem doń, dla formy, na godzinę lub dwie przed odejściem kuriera; co zmusiło mnie kilka razy do sporządzenia depeszy w nieobecności ambasadora. Pan de Castellane, odpowiadając, wspomniał o mnie w pochlebnych wyrazach; toż samo pan de Jonville w Genui; stąd nowe pretensje.

635

Wyznaję, iż nie uchylałem się, gdy nastręczyła się sposobność, aby dać się poznać, ale nie szukałem jej również zbyt skwapliwie. Zdawało mi się bardzo słuszne, abym służąc dobrze, dążył do naturalnej nagrody dobrej służby, to znaczy szacunku tych, którzy mogą ją ocenić i odpłacić. Nie wydaję sądu, czy moja gorliwość w wypełnianiu obowiązków była ze strony ambasadora usprawiedliwionym powodem do skargi, ale mogę śmiało powiedzieć, iż był to powód jedyny, jaki sformułował aż do dnia naszego rozstania.

636

Dom jego, którego nigdy nie umiał postawić na przyzwoitej stopie, napełniał się szumowinami. Dla Francuzów nie było tam miejsca. Włosi wodzili rej; a nawet spomiędzy nich dobrzy słudzy, przywiązani od dawna do ambasady, spotkali się wszyscy z niegodną odprawą; w ich liczbie pierwszy szambelan ambasady, który piastował tę godność jeszcze przy hrabi de Froulay, a zwał się, o ile pamiętam, hr. Peati lub podobnie. Drugim szambelanem, z wyboru pana de Montaigu, był bandyta z Mantui, Dominico Vitali, któremu ambasador powierzył pieczę o dom. Ten, za pomocą pochlebstwa i brudnego skąpstwa, uzyskał jego zaufanie i stał się faworytem, z wielką ujmą dla niewielu uczciwych ludzi pozostałych jeszcze w domu oraz sekretarza będącego na ich czele. Nieskazitelne oko uczciwego człowieka zawsze jest niepokojące dla hultajów. Była to wystarczająca racja, aby ten człowiek powziął do mnie nienawiść; ale nienawiść ta miała jeszcze inną przyczynę, która uczyniła go tym zajadlejszym. Godzi mi się zdradzić tę przyczynę, iżby mnie potępiono, jeśli zawiniłem.

637

Ambasador miał wedle zwyczaju lożę w każdym z pięciu teatrów. Codzienne przy obiedzie wymieniał teatr, do którego zamierza się udać; ja wybierałem po nim, szambelani zaś rozrządzali resztą lóż. Wychodząc, brałem klucz od loży, którą wybrałem. Jednego dnia (Vitali był wówczas nieobecny), poleciłem lokajowi przydanemu do mej usługi, aby przyniósł klucz do znajomego domu, dokąd wybierałem się w odwiedziny. Vitali zamiast posłać klucz kazał powiedzieć po prostu, że nim rozporządził. Byłem tym bardziej oburzony, iż lokaj zdał sprawę ze zlecenia w obecności wszystkich. Wieczorem Vitali chciał mnie zbyć paru słowami usprawiedliwienia, którego nie przyjąłem: „Jutro — rzekłem — przyjdzie mi je pan przedłożyć o tej a o tej godzinie w domu, gdzie spotkał mnie afront, i wobec ludzi, którzy byli jego świadkami; lub też pojutrze, jak bądź się rzecz obróci, oświadczam, iż jeden z nas opuści ambasadę”. Ten stanowczy ton zaimponował mu. Stawił się w oznaczonym czasie i miejscu, aby mnie publicznie przeprosić, z uniżonością godną siebie; ale poprzysiągł mi w duchu zemstę i składając mi niskie pokłony, pracował włoskim systemem tak skutecznie, iż, nie mogąc skłonić ambasadora do udzielenia mi dymisji, postawił mnie w konieczności zażądania jej samemu.

638

Nędznik tego pokroju nie należał z pewnością do ludzi zdolnych mnie poznać; ale znał mnie tyle, ile było trzeba dla jego zamysłów. Wiedział, że jestem dobry i do przesady łagodny w znoszeniu mimowolnej przewiny, dumny zaś i mało cierpliwy na obrazę wyrządzoną z rozmysłu. Wiedział, że lubię przyzwoitość i godność w rzeczach tyczących formy i że jestem nie mniej wymagający co do względów, które mi się należą, jak uważny w oddawaniu tych, które jestem winien innym. Postanowił mnie tedy zażyć z tej strony i w istocie zdołał mnie wyprowadzić z cierpliwości. Wprowadził w dom bezład nie do opisania; zniweczył wszelką regułę, subordynację, schludność, porządek, który siliłem się utrzymać. Dom bez kobiety wymaga dość surowej dyscypliny, jeśli się chce, aby w nim panowała skromność nieodłączna od godności. Vitali uczynił niebawem z ambasady miejsce swywoli i wyuzdania, schronienie dla opryszków i rozpustników. Jako drugiego szambelana, w miejsce tego, którego wysadził z posady, nastręczył jego ekscelencji rufiana[477] jak on sam, utrzymującego dom publiczny w Croix de Malte. Ci dwaj hultaje, zgadzający się doskonale z sobą, wnieśli w dom wyuzdanie równe ich bezczelności. Poza jedynym pokojem ambasadora (też dalekim od nieskazitelności), nie było w całym domu ani jednego kąta, w którym by pobyt znośny był dla przyzwoitego człowieka.

639

Ponieważ jego ekscelencja nie jadał wieczerzy w domu, urzędnicy ambasady wraz ze mną posiadali osobny stół, gdzie jadał również ksiądz de Binis i paziowie. W ostatniej garkuchni jest się przyzwoiciej, czyściej obsłużonym, na mniej brudnej bieliźnie[478], i lepiej dostaje się jeść. Dawano jedną jedyną świeczkę łojową, talerze cynowe, widelce żelazne. Mniejsza jeszcze o to, co się działo poufnie; ale odjęto mi gondolę; jedyny ze wszystkich sekretarzy ambasad musiałem najmować ją lub iść piechotą; również nie dawano mi asystencji o barwach ambasadora, kiedy udawałem się do senatu. Zresztą, nic z tego, co się działo wewnątrz, nie było tajemnicą dla miasta. Wszyscy urzędnicy ambasady podnosili głośny krzyk. Dominik, prawdziwa przyczyna tego wszystkiego, krzyczał najgłośniej, wiedząc dobrze, że obrzydliwy sposób, w jaki nas traktowano, jest mi dotkliwszy niżeli wszystkim innym. Jedyny z całego domu nie rozpowiadałem nic na zewnątrz, ale gorzko użalałem się ambasadorowi i na wszystko inne, i na niego samego, który sekretnie podjudzany przez swego złego ducha każdego dnia czynił mi jakiś nowy afront. Zmuszony wiele wydawać, aby żyć na równej stopie z kolegami i przyzwoicie podtrzymywać swoje stanowisko, nie mogłem wydrzeć ani szeląga z mych zasług; kiedy wspomniałem o pieniądzach, ambasador upewniał mnie o szacunku i zaufaniu, jak gdyby one mogły napełnić mą sakiewkę i starczyć za wszystko.

640

Dwaj bandyci opętali w końcu zupełnie głowę swego pana, z natury już nie nazbyt tęgą, i zrujnowali go w ustawicznych szacherkach, w których odgrywał rolę dudka, mniemając, iż to on wywodzi w pole innych. Kazali mu wynająć na Brenta pałac, za cenę dwa razy wyższą od wartości, sami dzieląc się nadwyżką z właścicielem. Apartamenty były inkrustowane mozaiką i ozdobione kolumnami i pilastrami z bardzo pięknego marmuru wedle tamecznej mody. Pan de Montaigu kazał wspaniale pokryć to wszystko obramieniem z sosnowego drzewa, dla tej jedynej racji, iż w Paryżu apartamenty bywają zazwyczaj wykładane drzewem. Dla podobnej przyczyny, sam jeden ze wszystkich ambasadorów w Wenecji, odebrał szpady paziom, a laski lokajom. Oto jakim był człowiek, który, ciągle snadź z tych samych pobudek, powziął do mnie niechęć, jedynie dla tego, iż służyłem mu sumiennie. Znosiłem cierpliwie wzgardę, brutalność, złe obchodzenie, póki widziałem w tym kaprys a nie zdecydowaną nienawiść; ale z chwilą kiedym ujrzał wyraźny zamiar pozbawienia mnie względów, na jakie zasłużyłem moją dobrą służbą, postanowiłem wyrzec się wszystkiego.

641

Pierwsza oznaka złej woli ambasadora ujawniła się z okazji obiadu, jaki miał wydać dla księcia Modeny i jego rodziny, bawiących w Wenecji. Dano mi do zrozumienia, iż nie będzie dla mnie miejsca przy stole. Odparłem, dotknięty, bez gniewu wszelako, iż mam zaszczyt zasiadać u stołu codziennie; otóż, jeśli książę Modeny żąda, abym się nie pojawił w czasie jego obecności, jest rzeczą godności jego ekscelencji i mego obowiązku nie zgodzić się na to. „Jak to! — rzekł porywczo. — Mój sekretarz, który nawet nie jest szlachcicem, ma pretensję siadać do stołu z osobą panującą, podczas gdy szambelanowie ambasady wyłączeni są od tego?” — „Tak, panie — odparłem. — Stanowisko, jakim zaszczyciła mnie Jego Ekscelencja, wznosi mnie tak wysoko, iż póki je zajmuję, mam pierwszy krok nawet nad jego przyboczną szlachtą, prawdziwą lub rzekomą, i mam prawo być tam, gdzie oni tego prawa nie mają. Wiadomo Waszej Ekscelencji, iż w dniu, gdy ambasador występuje publicznie w charakterze urzędowym, powołany jestem przez etykietę i obyczaj sięgający niepamiętnych czasów, aby iść za nim w uroczystym stroju i obiadować wraz z nim w pałacu św. Marka. Otóż nie widzę, dlaczego człowiek, który może i powinien siadać publicznie do stołu z dożą i senatem weneckim, nie mógłby zasiąść prywatnie z księciem Modeny”. Mimo że argument był nieodparty, ambasador nie poddał się; nie mieliśmy zresztą sposobności wznowienia dyskusji, ponieważ książę Modeny odwołał przybycie.

642

Od tego czasu pan de Montaigu nie ustawał w dokuczliwościach, szykanach, wysilaniu się, aby mi odjąć drobne przywileje związane z mym stanowiskiem i oddać je ukochanemu Vitali; jestem pewien, iż gdyby śmiał posłać go do senatu w moje miejsce, byłby to uczynił. Zazwyczaj listy prywatne dyktował w swoim gabinecie księdzu de Binis; otóż, użył jego ręki, aby zdać pana de Maurepas sprawę z zajścia z kapitanem Olivet. W relacji tej, nie czyniąc najmniejszej wzmianki o mnie, który jedyny się tą sprawą zająłem, odjął mi nawet zasługę sporządzenia protokółu i przypisał ją Patizelowi, mimo iż ten nie odezwał się ani słowa. Chciał mnie upokorzyć i sprawić przyjemność swemu faworytowi, ale nie miał zamiaru pozbywać się mnie. Czuł, że nie byłoby mu już tak łatwo znaleźć następcę dla mnie, jak dla pana Follau, który wyrobił mu już opinię. Trzeba mu było bezwarunkowo sekretarza, który by umiał po włosku, dla korespondencji z senatem; który by załatwiał wszystkie depesze, wszystkie sprawy, nie zaprzątając go niczym; który by z przymiotami dobrego urzędnika łączył tę nikczemność, aby się płaszczyć przed jego przybocznymi opryszkami. Chciał mnie tedy zatrzymać, a zarazem unicestwić mnie, trzymając z daleka od kraju, bez środków do powrotu. Byłoby mu się to może udało, gdyby się wziął do rzeczy umiarkowanie. Ale Vitali, który miał inne widoki, chciał mnie przywieść do ostateczności i osiągnął to. Z chwilą gdy spostrzegłem, że wszystkie moje trudy są stracone; że ambasador krzywo patrzy na moje usługi, zamiast wdzięczny być za nie; że nie mogę się już przy nim spodziewać niczego, oprócz przykrości w domu, niesprawiedliwości na zewnątrz, i że wobec jego fatalnej reputacji nieżyczliwość jego może mi szkodzić, życzliwość zaś nic mi nie pomoże, zdobyłem się na krok stanowczy. KłótniaZażądałem zwolnienia, zostawiając ambasadorowi czas na postaranie się o sekretarza. Nie mówiąc ani tak, ani nie, pan de Montaigu dalej trwał w swoim odnoszeniu się do mnie. Widząc, że nic się nie zmienia na lepsze i że ambasador nie troszczy się o szukanie następcy, napisałem do jego brata. Wyszczególniając pobudki, prosiłem, aby mi uzyskał u jego ekscelencji zwolnienie, dodając, iż tak czy owak, niepodobieństwem jest mi pozostać. Nie doczekałem się odpowiedzi. Położenie zaczynało być nader kłopotliwe; wreszcie ambasador otrzymał list od brata. Musiał być bardzo ostry; mimo bowiem, iż nieraz podlegał nader gwałtownym uniesieniom, nigdy nie widziałem go w takim stanie. Wylawszy potoki ohydnych obelg, nie wiedząc, co wymyślić, oskarżył mnie, iż sprzedałem jego szyfrowany klucz. Zacząłem się śmiać i spytałem drwiącym tonem, czy sądzi, iż znalazłby się w Wenecji człowiek dość głupi, aby zapłacić za to bodaj talara. Ta odpowiedź przepełniła miarę jego wściekłości. Zrobił gest, jakby chciał wołać na ludzi, aby mnie, jak powiadał, wyrzucić przez okno. Aż dotąd byłem bardzo spokojny, ale po tej groźbie gniew i oburzenie przejęły mnie z kolei. Rzuciłem się ku drzwiom i zasunąwszy rygiel zamykający je od wewnątrz: „Nie, panie hrabio — rzekłem, idąc ku niemu poważnym krokiem — nie będziemy służby mieszali w tę sprawę. Pozwól pan, że ją załatwimy między nami”. Głos mój, postawa, uspokoiły go w tejże chwili: zachowanie jego zdradzało zdziwienie i niepokój. Skoro ujrzałem, iż się opamiętał, pożegnałem go w krótkich słowach; następnie, nie czekając odpowiedzi, odryglowałem drzwi i wyszedłem. Minąłem spokojnie przedpokój, wśród ludzi ambasadora, którzy wstali na mój widok jak zwykle i którzy, jak sądzę, raczej udzieliliby mnie czynnej pomocy przeciw niemu niż jemu przeciw mnie. Nie wracając do siebie, zeszedłem natychmiast i opuściłem bezzwłocznie pałac, aby już doń nie wrócić.

643

Udałem się prosto do pana Le Blond, aby mu opowiedzieć zdarzenie. Nie był zbyt zdziwiony; znał człowieka. Zatrzymał mnie na obiedzie. Obiad, mimo że improwizowany, wypadł świetnie: wszyscy wybitniejsi Francuzi bawiący w Wenecji stawili się; u ambasadora nie było i psa. Konsul opowiedział całemu towarzystwu mą przygodę. Opowiadanie to wywołało jeden krzyk, a nie był on z pewnością na korzyść jego ekscelencji. Ambasador nie uregulował mego rachunku, nie dał mi ani szeląga; posiadając jako cały zasób parę ludwików, które miałem przy sobie, byłem w kłopocie o środki na powrót do Francji. Wszyscy ofiarowali mi z gotowością swoje sakiewki. Wziąłem dwadzieścia cekinów od pana Le Blond, tyleż od pana de Saint-Cyr, z którym po konsulu byłem najbliżej. Podziękowałem wszystkim innym i w oczekiwaniu wyjazdu zamieszkałem tymczasem u sekretarza konsula, aby dowieść publiczności, że naród francuski nie ma nic wspólnego z niesprawiedliwością ambasadora. Ten, wściekły, iż mnie spotykają owacje w mym nieszczęściu, podczas gdy jego, mimo wszystkich splendorów ambasadorskich, wszyscy opuścili, stracił zupełnie głowę i poczynał sobie jak szaleniec. Zapomniał się do tego stopnia, iż przedłożył senatowi memoriał z żądaniem uwięzienia mnie. Dowiedziawszy się o tym za pośrednictwem księdza de Benis, postanowiłem zamiast odjechać nazajutrz, jak miałem zamiar, zostać jeszcze dwa tygodnie. Widziano i pochwalono moje postępowanie; cieszyłem się powszechnym szacunkiem. Senat nie raczył nawet odpowiedzieć na niedorzeczny memoriał ambasadora i kazał mi oznajmić przez konsula, że mogę zostać w Wenecji jak długo mi się spodoba, nie troszcząc się o postępki szaleńca. Odwiedzałem nadal przyjaciół, poszedłem się pożegnać z ambasadorem hiszpańskim, który przyjął mnie bardzo łaskawie, jak również z hrabią Finochiettim, ministrem Neapolu, którego nie zastawszy, napisałem doń, i który odpisał mi najuprzejmiej w świecie. Wyjechałem wreszcie, nie zostawiając mimo mych kłopotów innych długów jak tylko pożyczki, o których wspomniałem, i jakieś pięćdziesiąt talarów u kupca nazwiskiem Morandi. Carrio podjął się zapłacić tę sumę, której nie zwróciłem mu nigdy, mimo iż często widzieliśmy się od tego czasu; ale co do dwóch pożyczek, o których mówiłem, wypłaciłem się z nich bardzo ściśle przy pierwszej możności.

644

Nie godzi mi się rozstać z Wenecją nie rzekłszy słowa o słynnych zabawach tego miasta lub przynajmniej o bardzo skromnym udziale, jaki w nich brałem podczas swego pobytu. Czytelnik mógł widzieć w epoce mej młodości, jak mało uganiałem się za uciechami lub przynajmniej tym, co nosi ich nazwę. Nie zmieniłem usposobienia w Wenecji; ale zatrudnienia moje, które zresztą nie pozwalały na żadne wybryki, dodawały zaprawy skromnym rozrywkom, na jakie sobie pozwalałem. Pierwszą i najmilszą było towarzystwo godnych ludzi; stanowili je panowie Le Blond, de Saint-Cyr, Carrio, Altuna i pewien szlachcic friulski[479], którego nazwiska niestety zapomniałem, a którego nie mogę wspomnieć bez miłego wzruszenia. Ze wszystkich ludzi, jakich spotkałem w życiu, było to serce najbardziej podobne do mego. Żyliśmy również blisko z paroma Anglikami, pełnymi dowcipu i wiadomości, zapalonymi do muzyki podobnie jak my. Wszyscy ci panowie mieli żony albo przyjaciółki czy kochanki: wśród tych ostatnich prawie wszystko dziewczęta pełne talentów, tak iż raz w raz wyprawialiśmy u nich koncerty lub bale. Grywało się także w karty, ale bardzo mało: żywość upodobań, talenty, widowiska czyniły nam tę zabawę nazbyt mdłą. Gra jest jedynie ucieczką ludzi znudzonych.Muzyka Przywiozłem z Paryża panujące w owym kraju uprzedzenie do muzyki włoskiej; ale zarazem otrzymałem od natury wrażliwość, wobec której przesądy nie zdołają się ostać. Powziąłem niebawem do tej muzyki namiętność, jaką budzi ona w ludziach zdolnych ją ocenić. Słuchając barkaroli[480], zrozumiałem, że dotąd nie słyszałem śpiewu, a niebawem tak się zapaliłem do opery, iż, zniecierpliwiony zwyczajem paplania, jedzenia i grania w lożach, gdy ja chciałbym tylko słuchać, wymykałem się często towarzystwu, szukając miejsca w innej stronie teatru. Tam, sam jeden, zamknięty w loży, poddawałem się mimo długości widowiska rozkoszy sycenia się nim swobodnie i aż do końca. Jednego dnia, w teatrze św. Chryzostoma, usnąłem, i to o wiele głębiej, niż gdybym był we własnym łóżku. Hałaśliwe i świetne arie nie obudziły mnie; ale kto zdołałby wyrazić rozkoszne wrażenie zrodzone pod wpływem słodkiej harmonii i anielskiego śpiewu? Co za przebudzenie, co za czar, co za ekstaza, kiedy w tejże samej chwili otworzyłem i oczy, i uszy! Pierwszą mą myślą było, że jestem w raju! Ten czarujący ustęp, który przypominam sobie jeszcze i którego nie zapomnę póki życia, zaczynał się tak:

Conservami la bella

Che si m'accende il cor…[481]

645

Chciałem dostać ten ustęp; dostałem i zachowałem go długo, ale nie był on na papierze tym samym, czym był w mej pamięci. Nuty te same, ale rzecz nie ta sama. Tę boską melodię zdolny jestem odtworzyć jedynie w głowie, tak jak ją słyszałem w dniu, w którym mnie przebudziła.

646

Muzyką wedle mego smaku o wiele wyższą niż operowa i niemającą równej sobie we Włoszech ani nigdzie — to scuole. Muzyka, Piękno, DuszaScuole to są zakłady dobroczynne, przeznaczone na to, aby dać wychowanie dziewczętom bez majątku, które Republika wyposaża potem, bądź do małżeństwa, bądź do klasztoru. W rzędzie talentów, które hoduje się w tych młodych dziewczętach, muzyka zajmuje pierwsze miejsce. Co niedzielę w kościele jednej z tych czterech scuole słyszy się podczas nieszporów motety[482] na wielki chór i orkiestrę, ułożone i prowadzone przez największych mistrzów włoskich, wykonane na zakratowanych trybunach wyłącznie przez dziewczęta, z których najstarsza nie ma dwudziestu lat. Nie mogę sobie wyobrazić nic bardziej rozkosznego, wzruszającego niż ta muzyka: wysoki artyzm, wyborny smak melodii, piękność głosów, doskonałość wykonania, wszystko składa się w tych uroczych koncertach na wrażenie, które z pewnością nie rodzi się wyłącznie z religijnych uczuć, ale któremu wątpię, aby jakie serce zdołało się obronić. Nigdy Carrio ani ja nie chybiliśmy[483] tych nieszporów w Mendicanti[484], i nie tylko my jedni. Kościół był zawsze pełen amatorów, nawet aktorzy z Opery przychodzili, aby wyrobić sobie prawdziwy smak w śpiewie wedle tych wybornych wzorów. Co mnie przyprawiało o rozpacz, to przeklęte kraty, które pozwalały przenikać jedynie dźwiękom, zakrywały zaś moim oczom anioły piękności, godne z pewnością tej muzyki. Byłem tak pod wrażeniem, że mówiłem tylko o tym. Jednego dnia, kiedy wyraziłem się w tym duchu u pana Le Blond, ów rzekł: „Jeśliś pan ciekawy widzieć te dziewczątka, łatwo mogę pana zaspokoić. Jestem jednym z przełożonych tego domu; wyprawię dla pana podwieczorek z ich udziałem”. Wchodząc do salonu, który zgromadził te upragnione piękności, uczułem dreszcz miłosny, jakiego nigdy nie doświadczyłem. Pan Le Blond przedstawił mi, jedną po drugiej, owe słynne śpiewaczki, których znałem dotąd jedynie głos i imiona. „Chodź, Zosiu…” Była ohydna. „Chodź, Kasiu…” Ślepa na jedno oko. „Chodź, Bettinko…” Zeszpecona przez ospę. Niemal ani jedna nie była wolna od jakiejś dotkliwej skazy. Mój kat śmiał się z okrutnego rozczarowania. Parę ledwie było znośnych: te śpiewały jedynie w chórach! Byłem w rozpaczy. Przy podwieczorku Le Blond zaczął się przekomarzać z dziewczętami; rozbawiły się. Brzydota nie wyklucza wdzięku; zyskały go w mych oczach. Powiadałem sobie: „Nie śpiewa się tak bez duszy; muszą ją mieć”. Stopniowo mój sposób patrzenia zmienił się tak dalece, iż wyszedłem niemal rozkochany w tych brzydulach. Z prawdziwym lękiem oczekiwałem nieszporów. Uspokoiłem się niebawem: w dalszym ciągu śpiew wydał mi się rozkoszny; dźwięk głosów barwił tak dobrze twarze dziewczątek, że póki śpiewały, upierałem się, na przekór oczom, wierzyć w ich urodę.

647

Muzyka jest we Włoszech tak tania, że nie ma przyczyny pozbawiać się jej, skoro ktoś czuje zamiłowanie w tej mierze. Nająłem klawikord i za niecałego talara ściągałem do siebie kilku symfonistów; w ten sposób ćwiczyłem się raz na tydzień, wykonując ustępy, które mi się najbardziej spodobały w operze. Przepróbowałem także z nimi kilka symfonii z moich Tkliwych Muz. Czy spodobały się w istocie, czy chcieli mi zrobić przyjemność, dość iż baletmistrz św. Jana Chryzostoma poprosił mnie o dwa ustępy. Niezmierną przyjemność sprawiło mi słyszeć je w wykonaniu tej cudownej orkiestry, tańczone przez małą Bettinę, ładną a zwłaszcza milutką dzieweczkę. Utrzymywał ją pewien Hiszpan, z grona naszych przyjaciół, nazwiskiem Fagoaga; często też zdarzało nam się spędzić u niej wieczór.

648

Ale gdy mowa o dziewczętach, wiadomo, iż Wenecja nie odznacza się zbytnią surowością obyczajów; czy nie masz nic, mógłby mi kto powiedzieć, do zwierzenia w tym przedmiocie? Owszem, w istocie, mam coś do opowiedzenia i przystąpię do tego wyznania z tą samą szczerością, jaką włożyłem we wszystko inne.

649

Żywiłem zawsze odrazę do dziewcząt publicznych, nie miałem zaś w Wenecji nic innego do rozporządzenia, ile że wstęp do większości miejscowych domów był mi zamknięty z przyczyny mego oficjalnego stanowiska. Córki pana Le Blond były bardzo powabne, ale dość nieprzystępne; zresztą, zanadto szanowałem ojca ich i matkę, aby nawet pomyśleć o nich z nieczystą intencją.

650

Raczej byłbym czuł skłonność dla młodej osoby nazwiskiem de Cataneo, córki pełnomocnika króla pruskiego; ale Carrio był w niej zakochany, była nawet mowa o małżeństwie. Był to człowiek zasobny, ja nie miałem nic; miał sto ludwików rocznej płacy, ja tylko sto pistoli; poza tym, że nie chciałem wchodzić w drogę przyjacielowi, wiedziałem, iż wszędzie, a zwłaszcza w Wenecji, z licho zaopatrzoną sakiewką nie ma co bawić się w galanta. Nie straciłem nieszczęsnego nałogu zaspokajania na innej drodze swych popędów; zresztą, będąc zbyt zajęty, aby odczuwać bardzo żywo działanie podniecającego klimatu, żyłem w Wenecji blisko rok równie cnotliwie, jak przedtem w Paryżu, i opuściłem ją po osiemnastu miesiącach, zbliżywszy się do płci odmiennej zaledwie dwa razy, i to w osobliwszych okolicznościach, które przytoczę.

651

Pierwszej dostarczył mi godny szlachcic pan Vitali, w pewien czas po przeprosinach, jakich na moje żądanie musiał dopełnić najformalniej w świecie. Rozmowa przy stole zeszła na rozrywki w Wenecji. Stołownicy zarzucali mi obojętność dla najponętniejszej z uciech tego miasta, wychwalali wdzięki weneckich kurtyzan, mówiąc, iż równych im nie ma na świecie. Dominik wymienił zwłaszcza jedną, rzekomo najmilszą ze wszystkich; ofiarował się zaprowadzić mnie i upewniał, że będę zadowolony. Zacząłem się śmiać z tej ofiarności; hrabia Peati zaś, człowiek już stary i czcigodny, rzekł ze szczerością większą, niżbym się jej spodziewał po Włochu, że uważa mnie za nadto rozsądnego, abym się pozwolił prowadzić do dziewcząt swemu wrogowi. Nie miałem w istocie ani zamiaru, ani pokusy po temu; mimo to, pod wpływem jednej z tych niekonsekwencji, które zaledwie sam mogę zrozumieć, dałem się w końcu pociągnąć, wbrew upodobaniu, wbrew sercu, rozsądkowi, woli nawet, jedynie przez słabość, przez wstyd okazania nieufności i jak powiadają w tym kraju, per non parer troppo coglione[485]. Padoana[486], do którejśmy się udali, była to dziewczyna przystojna, piękna nawet, ale nie w typie, który by do mnie przemawiał. Dominik zostawił mnie u niej. Posłałem po sorbety, kazałem jej śpiewać i po pół godzinie chciałem odejść, zostawiając na stole dukata. Objawiła osobliwy skrupuł: nie chciała mianowicie przyjąć zapłaty, o ile nie zarobi na nią; ja zaś okazałem osobliwą głupotę w tym, iż uległem jej skrupułom. Wróciłem do pałacu, tak pewny, że jestem „urządzony”, iż pierwszą rzeczą, jaką uczyniłem za powrotem, było posłać po chirurga i poprosić go o ziółka. Nic nie może opisać przykrego stanu, w jakim zostawałem przez trzy tygodnie, bez najmniejszego rzeczywistego dolegania, bez żadnego objawu, który by mógł usprawiedliwić obawę. Nie mogłem pojąć, aby można było wyjść bezkarnie z objęć Padoany. Sam chirurg napocił się niemało nad tym, aby mnie upewnić. Zdołał to osiągnąć dopiero w ten sposób, iż wytłumaczył mi, jako jestem ukształtowany w osobliwy sposób, nie łatwo dopuszczający zarażenia. Mimo że mniej może niż ktokolwiek wystawiałem się na ten eksperyment, fakt, iż zdrowie moje nigdy nie ucierpiało w tej mierze, stanowi dla mnie dowód, że chirurg miał słuszność. Przekonanie to nie uczyniło mnie wszelako lekkomyślnym; jeśli w istocie posiadam od natury ten przywilej, mogę powiedzieć, iż go nie nadużyłem.

652

Druga przygoda, mimo iż również z dziewczyną, była zgoła odmiennego rodzaju, i co do źródła, i co do następstw. Wspomniałem, iż kapitan Olivet wydał dla mnie obiad na pokładzie, na który to obiad przyprowadziłem z sobą sekretarza hiszpańskiej ambasady. Spodziewałem się uczczenia wystrzałem z armat. Załoga przyjęła nas ustawiona w szpaler, ale bez śladu wystrzału, co mnie bardzo dotknęło z przyczyny Carria, który, jak uważałem, był nieco markotny. Faktem jest, iż na kupieckich statkach czczono nieraz salwami z armat osoby z pewnością nie więcej warte od nas; a przy tym sądziłem, iż zasłużyłem sobie na pewne względy u kapitana. Nie mogłem ukryć swych uczuć, ponieważ jest mi to zawsze niepodobieństwem; mimo że obiad był smaczny, Olivet zaś bardzo dwornie czynił honory statku, zaczynałem być w złym humorze, jedząc mało i mówiąc jeszcze mniej.

653

Przy pierwszym zdrowiu przynajmniej oczekiwałem salwy: nic! Carrio, który czytał w mej duszy, śmiał się, widząc, iż dąsam się jak dziecko. W połowie obiadu ujrzałem zbliżającą się gondolę. „Na honor, drogi panie — rzekł kapitan — miej się pan na baczności, oto nieprzyjaciel”. Pytam, co chce przez to powiedzieć; odpowiada żarcikami. Gondola przybija; wychodzi z niej młoda osoba olśniewającej piękności, zalotnie odziana i bardzo żwawa; w trzech skokach znalazła się w pokoju: ujrzałem ją siedzącą tuż przy mnie, nim spostrzegłem, iż położono jej nakrycie. Była równie urocza, jak żywa, brunetka co najwyżej dwudziestoletnia. Mówiła tylko po włosku; sam akcent wystarczyłby, aby mi zawrócić w głowie. Tak jedząc, rozmawiając, patrzy na mnie, przygląda się przez chwilę, po czym z okrzykiem: „Panno najświętsza! Och, drogi Brémondzie, jakże dawno już cię nie widziałam!” rzuca mi się w ramiona, tuli usta do moich i dusi mnie w uściskach. Jej wielkie, czarne oczy o wschodnim połysku rzucały w moje serce ogniste pociski; mimo iż zdumienie wprowadziło na chwilę zamęt w me uczucia, rozkoszna żądza udzieliła mi się bardzo szybko, tak dalece, iż mimo obecności widzów, piękna dziewczyna musiała wreszcie sama mnie wstrzymywać, byłem bowiem jak pijany, lub raczej jak oszalały. Skoro ujrzała, iż dopięła zamierzonego celu, okazała więcej umiarkowania w pieszczotach, co jednak w niczym nie ostudziło wrodzonej jej żywości. Wreszcie raczyła nam wytłumaczyć prawdziwą lub fałszywą przyczynę tych uniesień. Rzekła, iż jestem do złudzenia podobny do pana de Brémond, naczelnika ceł w Toskanii; że szalała swego czasu za tym Brémondem, szaleje za nim dziś jeszcze, a rzuciła go, ponieważ była głupia. Oświadczyła, iż bierze mnie na jego miejsce; chce mnie kochać, ponieważ taką ma ochotę; nakazuje mi kochać ją, póki ona zechce; skoro mnie zaś puści w trąbę, wówczas winienem to znieść równie cierpliwie, jak niegdyś drogi jej Brémond. Jak rzekła, tak się stało. Objęła mnie w posiadanie jak swoją własność, dała do pilnowania rękawiczki, wachlarz, cinda[487], stroik na głowę, kazała mi iść tu, tam, robić to, tamto; usłuchałem. Powiedziała, abym odprawił jej gondolę, ponieważ chce wracać moją: tak się stało; kazała mi ustąpić miejsca i poprosić Carria, aby je zajął, ponieważ ma z nim do pomówienia; ustąpiłem. Rozmawiali bardzo długo, po cichu; nie przeszkadzałem im. Zawołała mnie, przyszedłem. „Słuchaj, Zanetto — rzekła — ja nie chcę, żebyś mnie kochał na sposób francuski, a nawet to by nie było bezpiecznie: za pierwszym momentem nudy, idź precz. Ale póki jesteś ze mną, to cały, ostrzegam cię”. Pojechaliśmy po obiedzie odwiedzić fabryki szkła w Murano. Kupiła mnóstwo breloczków, za które kazała nam zapłacić bez ceremonii; ale dawała wszędzie napiwki o wiele większe niż to, co myśmy wydali. Z obojętności, z jaką sama wyrzucała pieniądze i nam kazała je wyrzucać, widać było, że nie mają dla niej żadnej wartości. Kiedy kazała się opłacać, sądzę, że czyniła to bardziej przez próżność niż przez chciwość: pokładała dumę w cenie, jaką szacowano jej łaski.

654

Wieczorem odwieźliśmy ją do domu. Wśród rozmowy ujrzałem na stole dwa pistolety. „Ha, ha! — rzekłem, biorąc jeden do ręki. — Oto mi cacka nowego systemu. Wolno wiedzieć, jakie ich przeznaczenie? Ej, moja śliczna, toć umiesz strzelać oczkami o wiele celniej i pewniej”. Po paru żarcikach z tego samego tonu rzekła z naiwną dumą, która czyniła ją jeszcze bardziej uroczą: „Kiedy obdarzam względami kogoś, kogo nie kocham, każę sobie opłacać przykrość, jaką mi to sprawia; nic sprawiedliwszego; ale cierpiąc pieszczoty, nie mam zamiaru cierpieć zniewag i nie chybię pierwszego, który mi uchybi”.

655

Żegnając ją, umówiłem się na jutro. Nie dałem na siebie czekać. Zastałem ją in vestito di confidenza[488], w negliżu więcej niż swobodnym, jaki znają jedynie kraje południowe i którego opisem nie będę się zabawiał, mimo że pamiętam go aż nazbyt dobrze. Powiem jedynie, że mankietki i szalik na szyi były obdziergane jedwabną nitką, przybraną różowymi pomponikami. Taki strój bardzo korzystnie uwydatnia piękność cery. Zauważyłem później, że to jest moda w Wenecji; jest tak urocza, że dziwię się, że ta moda nie przeszła nigdy do Francji. Nie miałem pojęcia o rozkoszach, jakie mnie czekały. Mówiłem o pani de Larnage, pod wpływem uniesień, w jakie wspomnienie jej wprawia mnie jeszcze niekiedy; ale jakże była ona stara, brzydka i zimna wobec Zulietty! Nie próbujcie sobie wyobrazić powabów i uroków tej czarodziejskiej dziewczyny, zostalibyście daleko w tyle za rzeczywistością; młode dziewice w klasztorze mniej są świeże, piękności seraju[489] mniej żywe, hurysy[490] rajskie mniej kuszące. Nigdy równie słodka rozkosz nie zastawiła stołu sercu i zmysłom śmiertelnika. Ach! Gdybym bodaj przez chwilę umiał kosztować jej w całej pełni i doskonałości! Kosztowałem, ale bez uroku; ścierałem wszystkie jej słodycze; zabijałem je jak gdyby z umysłu. Nie, natura nie stworzyła mnie do używania. Wszczepiła w mą nieszczęsną głowę truciznę, zabójczynię tego niewymownego szczęścia, którego pragnienie wraziła w moje serce.

656

Jeżeli jaka okoliczność w mym życiu dobrze maluje mą naturę, to ta, którą tu opowiem. Siła, z jaką ogarniam w tej chwili pamięcią przedmiot mej książki, każe mi wzgardzić względami fałszywej przystojności, które przeszkodziłyby mi dopełnić zadania. Kto bądź jesteście, jeśli chcecie poznać człowieka, odważcie się przeczytać parę następnych stronic — poznacie w całej pełni Jana Jakuba Rousseau.

657

Wszedłem do alkowy kurtyzany jak do sanktuarium miłości i wdzięku, zdawało mi się, że ich bóstwo widzę w jej osobie. Nigdy nie byłbym uwierzył, iż bez szacunku i czci można doznawać czegoś podobnego jak to, co ona budziła we mnie. Ledwie w momencie pierwszych zbliżeń poznałem siłę jej uroków i pieszczot, natychmiast, z obawy, iż zawczasu stracę ich owoc, chciałem najspieszniej je uszczknąć. Nagle w miejsce płomieni, które mnie pożerały, uczułem śmiertelny chłód w żyłach; nogi ugięły się pode mną i bliski omdlenia siadłem, tonąc we łzach jak dziecko.

658

Kto mógłby odgadnąć przyczynę łez i myśli, które przebiegały mi przez głowę w tej chwili? Mówiłem sobie: „Ta istota, którą mam w swej mocy, jest arcydziełem natury i miłości; duch, ciało, wszystko jest doskonale; jest równie dobra i szlachetna, jak powabna i miła; magnaci, książęta warci są być jej niewolnikami; berła powinny by chylić się do jej stóp. I oto jako nędzna ulicznica wydana jest na żer pospólstwu; kapitan kupieckiego okrętu rozporządza nią do woli; rzuca mi się na szyję, mnie, o którym wie, że nie mam nic, mnie, którego wartość, niedostępna jej ocenie, musi być w jej oczach żadna. Jest w tym coś niepojętego. Albo serce mnie zwodzi, oszałamia me zmysły i czyni mnie łatwowierną ofiarą niegodnej ladacznicy, albo też jakaś nieznana mi tajemna wada musi niweczyć działanie jej powabów i czynić ją odrażającą tym, którzy powinni by walczyć o jej łaski”. Zacząłem szukać tej ułomności z niezwykłym napięciem uwagi: nie postało mi nawet w myśli, iż złowieszcza choroba mogłaby w tym mieć udział. Świeżość jej ciała, śliczna cera, białość zębów, słodycz oddechu, pozór czystości rozlany w całej osobie oddalały ode mnie tę myśl tak zupełnie, iż niepewny jeszcze swego stanu od czasu Padoany, ja sam czyniłem sobie raczej skrupuł, iż nie jestem dosyć zdrów dla niej. Jestem najzupełniej pewny, iż pod tym względem zaufanie nie myliło mnie.

659

Te tak w porę nawiedzające mnie refleksje wzruszały mnie aż do łez. Zulietta, dla której to wszystko było widowiskiem, w danych okolicznościach wcale nowym, stała jakiś czas zdumiona; ale okrążywszy dokoła pokój i przeszedłszy koło zwierciadła, zrozumiała — a oczy moje potwierdziły to — iż odraza nie gra w tym roli. Nie trudno przyszło jej wyleczyć mnie z mego stanu i zatrzeć tę lekką porażkę: ale w chwili, gdy już, już, miałem się oddać ekstazie na piersi, która zdawała się pierwszy raz cierpieć dotknięcie ust i dłoni mężczyzny, spostrzegłem, iż jedna pierś nie miała brodawki. Przyglądam się, zastanawiam, zdaje mi się, że ta pierś ma inny kształt niż druga. I oto zaczynam sobie łamać głowę, jakim cudem można mieć pierś bez brodawki; stopniowo dochodzę do przekonania, iż musi to mieć związek z jakąś znaczną przyrodzoną ułomnością. Tak długo obracam i wałkuję tę myśl, iż widzę jasno jak słońce, że w miejsce najbardziej uroczej osoby, jaką mógłbym wymarzyć, trzymam w objęciach jakieś monstrum, zakałę natury, płci i miłości. Posunąłem niezgrabstwo tak daleko, iż zwróciłem jej uwagę na ten brak brodawki. Wzięła zrazu rzecz na wesoło i w swojej pustocie zaczęła mówić i robić rzeczy zdolne przywieść do szaleństwa. Ale widząc, iż zachowuję w głębi niepokój, którego nie umiałem ukryć, zaczerwieniła się widocznie, okryła się staranniej, wyprostowała i nie mówiąc słowa, siadła przy oknie. Chciałem się zbliżyć; usunęła się i przysiadła na sofie. W chwilę później wstała i przechadzając się po pokoju i wachlując, rzekła zimno i wzgardliwie: „Zanetto, lascia le donne, e studia la matematica[491].

660

Nim ją opuściłem, poprosiłem na drugi dzień o nową schadzkę. Odłożyła ją na pozajutrze, dodając z ironicznym uśmiechem, iż muszę potrzebować spokoju. Spędziłem ten czas nierad ze siebie, z sercem pełnym jej uroków i powabów, czując własną niedorzeczność, wyrzucając ją sobie, żałując chwil tak źle spędzonych, podczas gdy ode mnie jeno zależało, aby je uczynić najsłodszymi w mym życiu. Z najżywszą niecierpliwością oczekiwałem sposobności wynagrodzenia tej straty, mimo wszystko trawiony równocześnie niepokojem i niemożnością pogodzenia doskonałości tej czarodziejskiej dziewczyny z nikczemnością jej stanu. Pobiegłem, pomknąłem do niej o oznaczonej godzinie. Nie wiem, czy jej gorący temperament bardziej byłby zadowolony z tej wizyty; ale przynajmniej duma jej miałaby prawo tryumfować. Z nieporównaną rozkoszą układałem sobie zawczasu, jak na wszystkie sposoby okażę jej, do jakiego stopnia zdolny jestem naprawić me winy. Oszczędziła mi tej próby. Gondolier, którego posłałem z oznajmieniem, wrócił z wiadomością, iż poprzedniego dnia wyjechała do Florencji. Jeśli nie zdawałem sobie sprawy z całej mej miłości w chwili, gdym miał Zuliettę w mej mocy, uczułem ją bardzo okrutnie po stracie. Szalony żal długo mnie nie opuścił. Mimo wszystkich uroków i powabów, jakie miała w mych oczach, byłbym mógł pocieszyć się, że ją tracę; ale po czym, wyznaję, nie mogłem się pocieszyć, to iż uniosła po mnie wspomnienie jedynie pełne wzgardy.

661

Oto moje dwie przygody. Osiemnaście miesięcy, które spędziłem w Wenecji, nie dostarczyły mi poza tym nic do opowiedzenia, chyba że wspomnę jedynie prosty zamiar. Carrio był wielki kobieciarz. Zniecierpliwiony tym, iż ciągle kręcił się w kole dziewcząt żyjących z innymi, zapałał chęcią posiadania własnej kochanki; że zaś stanowiliśmy nierozłączną parę, poddał mi układ, nierzadki w Wenecji, aby wziąć sobie dziewczynę na współkę[492]. Zgodziłem się. Chodziło o to, aby znaleźć pewną. Szukał póty, aż znalazł dziewczynkę jedenasto- lub dwunastoletnią, którą niegodna matka starała się sprzedać. Poszliśmy obejrzeć ją razem. Serce mi się ścisnęło, gdym ujrzał to dziecko. Była to blondynka, łagodna jak jagniątko: nikt by nie przypuścił, że to Włoszka. W Wenecji życie jest bardzo tanie. Daliśmy nieco pieniędzy matce i podjęliśmy się utrzymywać córkę. Miała głos; chcąc jej dać w rękę talent, który by jej był pomocą, najęliśmy szpinet[493] i zgodzili nauczyciela śpiewu. Wszystko to kosztowało nas zaledwie po dwa cekiny na miesiąc, a oszczędzało znacznie więcej na innych wydatkach; ale ponieważ trzeba było czekać aż dziewczynka podrośnie, znaczyło to siać na daleką przyszłość. Mimo to, radzi, iż mamy gdzie spędzać wieczory, że możemy rozmawiać i żartować niewinnie z tym dzieckiem, bawiliśmy się przyjemniej może, niż gdybyśmy ją posiadali. Faktem jest niewątpliwym, iż głównym smakiem towarzystwa kobiet jest nie rozpusta, ale ów szczególny urok życia w ich pobliżu! Nieznacznie serce moje przywiązało się do małej Anzolety, ale przywiązaniem ojcowskim, w którym zmysły miały tak mały udział, iż w miarę jak sympatia rosła, tym trudniej byłoby mi skierować ją na drogę pospolitego stosunku. Czułem, iż zbliżyć się do tej dziewczyny, z chwilą gdy stanie się dojrzałą, budziłoby we mnie grozę niby ohydne kazirodztwo. Widziałem, iż uczucia poczciwego Carria przybierają bezwiednie ten sam charakter. Zabezpieczaliśmy sobie, nie myśląc o tym, rozkosze nie mniej słodkie, ale bardzo odmienne od tych, które mieliśmy zrazu na myśli; jestem pewien, że choćby to dziecko osiągnęło w przyszłości najświetniejszą urodę, nie tylko nie skalalibyśmy nigdy jej niewinności, ale bylibyśmy dla niej tkliwymi opiekunami. Katastrofa moja, która wypadła niedługo później, nie zostawiła mi możności wzięcia udziału w tym dobrym dziele; w całej tej sprawie mogę się tylko poszczycić popędem serca. Wróćmy do mej podróży.

662

Pierwszym mym zamiarem po opuszczeniu pana de Montaigu było schronić się do Genewy, w oczekiwaniu aż lepszy los, usunąwszy przeszkody, połączy mnie z dobrą mamusią. Ale rozgłos, jakiego nabrało nasze nieporozumienie, oraz głupota ambasadora, który napisał o nim do dworu, zrodziły we mnie zamiar, aby samemu udać się do Francji, zdać sprawę ze swego postępowania i użalić się na wybryki niepoczytalnego człowieka. Objawiłem z Wenecji swoje postanowienie panu du Theil, piastującemu tymczasowo tekę spraw zagranicznych po śmierci pana Amelot. Wyruszyłem, równocześnie z listem, przez Bergamo, Como i Domo d'Ossola; przebyłem Simplon. W Sion pan de Chaigono, reprezentant Francji, przyjął mnie wielce serdecznie; w Genewie pan de la Closure toż samo. Odnowiłem znajomość z panem de Gauffecourt, u którego miałem do podjęcia jakieś pieniądze. Przebyłem Nyon, nie zatrzymując się dla zobaczenia z ojcem. Uczyniłem to nie bez przykrości, ale nie mogłem przemóc na sobie, aby się pokazać macosze po mym niepowodzeniu, pewny, iż potępiłaby mnie bez wysłuchania. Księgarz Duvillard, dawny przyjaciel ojca, wyrzucał mi żywo ten błąd. Wyjawiłem mu przyczynę; aby zaś naprawić moje zaniedbanie, nie narażając się na spotkanie macochy, nająłem pojazd i zajechaliśmy obaj w Nyon do gospody. Duvillard uprzedził ojca, który pędem przybiegł, aby mnie uściskać. Zjedliśmy razem wieczerzę, po czym, spędziwszy wieczór bardzo luby dla mego serca, wróciłem nazajutrz rano do Genewy, wraz z Duvillardem, dla którego zachowałem zawsze szczerą wdzięczność za życzliwość okazaną mi w tej sprawie.

663

Najkrótsza droga nie wiodła przez Lyon, ale chciałem wstąpić do tego miasta, aby sprawdzić pewną bardzo niskiego rodzaju podłostkę pana de Montaigu. Zamówiłem swego czasu z Paryża szkatułkę zawierającą kubrak wyszywany złotem, kilka par mankietów i sześć par białych jedwabnych pończoch; nic więcej. Na propozycję, jaką mi sam uczynił, dołączyłem tę skrzynkę, lub raczej szkatułkę, do jego pakunków. W rachunku, wysolonym iście po aptekarsku, jaki wystawił mi w miejsce należnych zasług (rachunku spisanym jego własną ręką), pomieścił tę szkatułkę, którą nazwał skrzynią, jako ważącą jedenaście kwintalów[494], i policzył mi przewóz po niesłychanej cenie. Za staraniem pana Boy de La Tour, do którego miałem polecenie od wuja jego, pana Roguin, sprawdzono w rejestrach celnych Lyonu i Marsylii, iż rzeczona skrzynia ważyła jeno czterdzieści pięć funtów[495] i opłaciła przewóz w stosunku do tego ciężaru. Dołączyłem ten autentyczny wyciąg do rachunku pana de Montaigu; po czym, zbrojny w ten dokument i kilka innych równie przekonywujących, udałem się do Paryża, pragnąc co rychlej zrobić z nich użytek. Miałem w ciągu tej długiej drogi drobne przygody w Como i gdzie indziej. Widziałem wiele rzeczy, między innymi Wyspy Boromejskie[496], które zasługiwałyby, aby je opisać. Ale czas ucieka, otaczają mnie szpiegowie, trzeba mi spełnić w pośpiechu i byle jak pracę, która wymagałaby swobody i spokoju, dla mnie niedostępnych. Jeżeli kiedy Opatrzność, wejrzawszy na mnie, ześle mi spokojniejsze dni, przeznaczam je na przetworzenie, jeśli zdołam, tego dzieła lub też sporządzenie bodaj uzupełnienia, którego pono bardzo potrzebuje[497].

664

Rozgłos mej przygody wyprzedził mnie. Przybywszy do Paryża, przekonałem się, iż w ministerium oraz wśród publiczności wszyscy zgorszeni są szaleństwami ambasadora. Mimo to, mimo publicznego krzyku w Wenecji, mimo nieodpartych dowodów, jakie przedkładałem, nie mogłem uzyskać sprawiedliwości. Nie tylko nie otrzymałem zadośćuczynienia ani odszkodowania, ale nawet zostawiono dobrej woli ambasadora sprawę zaległej płacy, a to dla tej jedynej przyczyny, iż nie będąc Francuzem, nie mam prawa do opieki państwa i że to jest zatarg prywatny. Wszyscy zgodzili się, iż spotkała mnie krzywda, obraza, nieszczęście, że ambasador był okrutnym i niesprawiedliwym szaleńcem i że całe to zajście okrywa go hańbą na zawsze. Ale cóż! Był ambasadorem; ja jedynie sekretarzem. Porządek społeczny, lub to, co się tak nazywa, wymagał, abym nie uzyskał sprawiedliwości, jakoż nie uzyskałem jej. Wyobrażałem sobie, iż skoro będę krzyczeć i traktować publicznie tego szaleńca tak, jak na to zasługuje, każą mi w końcu zmilczeć, i na to też czekałem, zdecydowany nie usłuchać, aż po rozsądzeniu sprawy. Ale nie było wówczas ministra spraw zagranicznych. Pozwolono mi gardłować, zagrzewano mnie nawet, wtórowano; ale na tym się skończyło. Wreszcie, zmęczony tym, iż ciągle przyznawano mi słuszność, a nigdy sprawiedliwości, straciłem energię i poniechałem wszystkiego.

665

Jedyną osobą, która mnie przyjęła źle, a po której najmniej bym się spodziewał tej niesprawiedliwości, była pani de Beuzenval. Cała przesiąknięta przesądami rangi i szlachectwa, nie mogła sobie wyobrazić, aby ambasador mógł nie mieć racji wobec sekretarza. Sposób, w jaki mnie przyjęła, zgodny był z tym przesądem. Czułem się tak urażony, iż opuściwszy jej dom, skreśliłem jeden może z najsilniejszych i najżywszych listów, jakie kiedykolwiek napisałem w życiu; nigdy też noga moja tam nie postała. Ojciec Castel przyjął mnie lepiej; ale poprzez słodkie jezuickie słówka przekonałem się, iż trzymał się dość wiernie jednej z wielkich zasad zakonu, to jest, aby zawsze poświęcać słabszego potężniejszemu. Żywe poczucie słuszności i wrodzona duma nie pozwoliły mi cierpliwie znosić tej stronniczości. Przestałem bywać u ojca Castel, a tym samym u jezuitów, gdzie znałem tylko jego jednego. Zresztą, tyrański i intrygancki duch jego współbraci, jakże różny od dobroduszności zacnego ojca Hemeta, tak bardzo odstręczał mnie od ich towarzystwa, że od tego czasu nie zetknąłem się z nimi nigdy, wyjąwszy z jednym ojcem Bertier, którego spotkałem parę razy u pani Dupin: pracowali żarliwie razem nad odparciem Monteskiusza[498].

666

Skończmy, aby już wyczerpać przedmiot, to, co mi zostało do powiedzenia o panu de Montaigu. Oświadczyłem mu raz, w czasie jakiejś sprzeczki, że jemu trzeba nie sekretarza, ale dependenta[499]. Posłuchał tej rady i przyjął w istocie jako mego następcę jakiegoś kauzyperdę, który w niespełna rok okradł go blisko na trzydzieści tysięcy funtów. Wygnał go, kazał uwięzić, rozpędził cały dwór z wielkim rozgłosem i skandalem; narobił sobie wszędzie nieprzyjaciół, zniósł afronty, których służący by nie ścierpiał, i wreszcie, szaleństwami swymi doprowadził do tego, iż go odwołano i posłano na zieloną paszę. Widocznie wśród „nosów”, jakich udzielono mu na dworze, nie zapomniano i zajścia jego ze mną: tyle wiem, iż w niedługi czas po powrocie przysłał mi swego marszałka, który uregulował rachunek i wręczył mi pieniądze. Bardzo ich potrzebowałem w tej chwili; moje długi weneckie, honorowe w całym tego słowa znaczeniu, leżały mi na sercu. Skorzystałem z tej niespodzianki, aby je wyrównać, jak również ów oblig Zanetta Nani. Przyjąłem, co mi dawano; zapłaciłem wszystkie długi i zostałem bez grosza jak przedtem, ale i wolny od ciężaru, który mi był nie do zniesienia. Od tego czasu nie słyszałem już o panu de Montaigu, aż z okazji jego śmierci, o której dowiedziałem się z publicznego głosu. Niech Bóg odpuści nieborakowi! Był tak zdatny na ambasadora jak ja na linoskoczka. Mimo to od niego tylko zależało trzymać się zaszczytnie na stanowisku dzięki moim służbom, oraz posuwać mnie szybko naprzód w karierze, do której hrabia de Gouvon przeznaczył mnie był za młodu i do której sam z siebie stałem się zdatny w dojrzalszym wieku.

667

Słuszność i bezskuteczność mych skarg zostawiły mi w duszy ziarno oburzenia na nasze głupie urządzenia społeczne, w których prawdziwe dobro publiczne i istotna sprawiedliwość zawsze są poddane licho wie jakiemu zewnętrznemu porządkowi, zgubnemu w istocie dla wszelkiego porządku i dającemu jedynie sankcję publicznej powagi uciskowi słabego i niesprawiedliwości silnych. Dwie rzeczy nie pozwoliły temu ziarnu rozrosnąć tak, jak się to stało później. Jedna, iż w sprawie tej chodziło o mnie. Interes prywatny, który nigdy nie wydał nic wielkiego i szlachetnego, nie umiałby wydobyć z mego serca owych boskich rzutów, które stworzyć zdolne jest jedynie najczystsze umiłowanie sprawiedliwości i piękna. Drugą był urok przyjaźni, który łagodził i uspokajał mój gniew harmonią bardziej lubego uczucia. Zawarłem w Wenecji znajomość z pewnym Biskajczykiem, przyjacielem mego druha Carria, a godnym przyjaźni wszelkiego zacnego człowieka. Ten miły młodzieniec, zrodzony dla wszystkich talentów i cnót, objeżdżał całe Włochy, aby nabrać smaku do sztuk pięknych; przyswoiwszy sobie wszystko, co można zdobyć w tej mierze, miał zamiar wracać prosto do ojczyzny. Wykazałem mu, że sztuka jest jedynie wytchnieniem dla umysłu tej miary co jego, stworzonego do pielęgnowania nauk; dla zasmakowania w nich, poradziłem mu półroczny pobyt w Paryżu. Usłuchał mnie i udał się do Paryża. Był już tam i oczekiwał mnie, kiedy przybyłem. Mieszkanie, które zajmował, było mu zbyt obszerne; ofiarował mi połowę; przyjąłem. Zastałem go utopionego z zapałem w wysokiej nauce. Nic nie było zbyt trudnym dla jego objęcia[500]; pochłaniał i trawił wszystko ze zdumiewającą szybkością. Jakże mi dziękował, iż dostarczyłem tego pokarmu jego umysłowi nękanemu potrzebą wiedzy nawet bez świadomości! Jakież skarby światła i cnoty znajdowałem w tej silnej duszy! Czułem, iż to jest przyjaciel, jakiego mi trzeba; staliśmy się prawie nierozłączni. Upodobania nasze nie były jednakie; spieraliśmy się często. Ponieważ obaj byliśmy uparci, nie godziliśmy się w niczym. Mimo to nie mogliśmy się obejść bez siebie; sprzeciwiając się sobie bez przerwy, nie życzylibyśmy za nic, aby który z nas miał być inny.

668

Ignatio Emanuel de Altuna był z liczby tych rzadkich ludzi, których wydaje jedna Hiszpania i których wydaje zbyt mało dla swej chluby. Wolny był od owej gwałtownej zaciekłości narodowej, tak pospolitej w jego kraju; myśl zemsty nie była zdolna zagościć w jego umyśle, tak samo jak w sercu. Był zbyt dumny, aby być mściwy; często powiadał z głębokim spokojem, iż śmiertelna istota nie może obrazić jego duszy. Był miłośnikiem kobiet, nie będąc z natury czułym. Bawił się z kobietami niby z ładnymi dziećmi. Chętnie przebywał z kochankami przyjaciół, ale nie widziałem, aby on sam wdawał się w miłostki lub też objawiał jaką chęć w tej mierze. Płomienie cnoty pożerające jego serce nie pozwoliły nigdy rozpalić się ogniom zmysłów.

669

Po latach podróży ożenił się; umarł młodo, zostawiając dzieci. Jestem przekonany, jak o tym, że istnieję, że żona była pierwszą i jedyną kobietą, która dała mu zakosztować rozkoszy miłości. Na zewnątrz był dewotem jak każdy Hiszpan, ale pod tym pozorem kryła się pobożność anioła. TolerancjaPrócz mnie samego był to jedyny człowiek o prawdziwej tolerancji, jakiego znałem w życiu. Obojętne mu było, czy jego przyjaciel jest żydem, protestantem, Turkiem, bigotem, ateuszem, byle był uczciwym człowiekiem. Uparty, zajadły nawet w kwestiach obojętnych, z chwilą gdy chodziło o religię, nawet o moralność, skupiał się w sobie, milkł lub powiadał po prostu: „Jestem odpowiedzialny jedynie za siebie”. Niepojęte jest, aby taką podniosłość duszy można było łączyć z poczuciem szczegółów, doprowadzonym aż do drobiazgowości. Dzielił i ustanawiał z góry użytek dnia na godziny, kwadranse i minuty i trzymał się tego tak skrupulatnie, że gdyby godzina wybiła, podczas gdy czytał jakieś zdanie, zamknąłby książkę, nie dokończywszy. Dzień, podzielony w ten sposób, obracał kolejno na różnorodne studia; był czas na rozmyślanie, rozmowę, nabożeństwo, na Locke'a[501], na różaniec, wizyty, muzykę, malarstwo. Nie było rozrywki, pokusy ani uprzejmości, które by mogły zburzyć ten porządek; jedynie jakiś obowiązek zdołałby tego dokonać. Kiedy mi przedkładał swój podział czasu, iżbym się doń zastosował, zaczynałem się śmiać, a w końcu płakałem z podziwu. Nigdy nie krępował nikogo i nie znosił skrępowania; szorstki był względem ludzi, którzy przez grzeczność tamowali jego swobodę. Był porywczy, nie będąc obraźliwy. Często widziałem go rozgniewanym, nigdy urażonym. Nic nie da się porównać z wesołością jego usposobienia; rozumiał się na żartach i lubił żartować; celował w tym nawet i posiadał szczególny dar epigramu[502]. Kiedy go kto podrażnił, stawał się hałaśliwy i krzykliwy w słowach, słyszało się go z daleka; ale wśród owej burzy widać było, jak się uśmiecha, i poprzez całe uniesienie wyrywało mu się jakieś ucieszne słówko, które wszystkich pobudzało do śmiechu. Cera jego nie była hiszpańska, tak samo jak żywość. Miał skórę białą, rumiane policzki, włosy kasztanowate, niemal blond. Był słuszny i dobrze zbudowany; ciało godne było mieścić taką duszę.

670

Ten człowiek, mędrzec tak sercem, jak i głową, znał się na ludziach i był moim przyjacielem. To cała moja odpowiedź tym, którzy nimi nie są. Związaliśmy się tak, że powzięliśmy zamiar spędzenia życia razem. Ułożyliśmy, iż za kilka lat udam się do Ascoytia[503], aby osiąść z nim w jego majątku. W wilię wyjazdu Altuny omówiliśmy wraz wszystkie szczegóły planu. Udaremniły go losy, które stają ludziom w poprzek w najlepiej ukartowanych zamysłach. Późniejsze wypadki, moje niedole, jego małżeństwo, śmierć wreszcie rozdzieliły nas na zawsze. Można by rzec, że jedynie ciemne knowania niegodziwców uwieńczone są na tym świecie powodzeniem; niewinne projekty dobrych ludzi prawie nigdy się nie spełniają.

671

Poczuwszy przykre strony zależności, przyrzekłem sobie nigdy się na nią nie narażać. Ujrzałem, jak w samym zaczątku upadły ambitne zamiary, które zrodziły się we mnie z przypadku. Nie mając chęci wracania do kariery, którą zacząłem tak dobrze, a z której mimo to mnie wygnano, postanowiłem nie wiązać się z nikim, ale trzymać się nadal swej niezależności, fruktyfikując[504] talenty, których miarę zaczynałem wreszcie pojmować, a o których aż dotąd sądziłem nazbyt skromnie. Podjąłem pracę nad operą, przerwaną wyjazdem do Wenecji; aby się zaś oddać temu z większym spokojem, wróciłem po wyjeździe Altuny do dawnego hoteliku Saint-Quentin, który, położony w ustronnej dzielnicy, niedaleko Luxemburgu, sposobniejszy był dla swobodnej pracy niż hałaśliwa ulica św. Honoriusza. Tam czekała mnie jedyna prawdziwa pociecha, jakiej niebo pozwoliło mi zakosztować w mej nędzy i która jedna czyni mi tę nędzę znośną. Tym razem nie chodzi o znajomość przelotną; trzeba mi tedy wejść nieco bliżej w okoliczności, w jakich ją zawarłem.

672

Hotelik nasz objęła nowa gospodyni, rodem z Orleanu. Przyjęła do białego szycia dziewczynę ze swoich stron, dwudziestodwu- lub trzechletnią, która jadała z nami, zarówno jak gospodyni. Dziewczyna ta, nazwiskiem Teresa Le Vasseur, pochodziła z dobrej rodziny; ojciec był urzędnikiem mennicy w Orleanie, matka prowadziła sklep. Mieli dużo dzieci. Skoro moneta orleańska straciła prawo obiegu, ojciec znalazł się na bruku; matka, poniósłszy straty w handlu, musiała zwinąć interes, poniechała tego przemysłu i przybyła do Paryża z mężem oraz córką, która żywiła wszystkich troje swą pracą.

673

Pierwszy raz kiedy ujrzałem przy stole tę dziewczynę, uderzył mnie jej skromny wygląd, a jeszcze bardziej spojrzenie jej, żywe a łagodne, takie, jakiego w życiu nie spotkałem. Stół nasz składał się, prócz pana de Bonnefond, z kilku klechów irlandzkich, gaskońskich i innych ludzi tego pokroju. Sama gospodyni była osobą wątpliwych obyczajów; w ogóle z całego stołu ja jeden odzywałem się tam i zachowywałem przyzwoicie. Zaczęto zaczepiać małą; wziąłem ją w obronę. Natychmiast docinki posypały się na mnie. Gdybym nawet z natury nie miał żadnej sympatii do tej biednej dziewczyny, współczucie, prześladowania byłyby ją obudziły we mnie. Zawsze lubiłem przystojność w obejściu i w mowie, zwłaszcza wobec kobiet. Głośno wystąpiłem jako jej obrońca. Spostrzegłem, iż życzliwość moja ujęła ją za serce; spojrzenia jej, ożywione wdzięcznością, której usta nie śmiały wyrazić, stały się tym wymowniejsze.

674

Teresa była bardzo nieśmiała, ja również. Mimo iż, zdawałoby się, ten obopólny charakter utrudniał porozumienie, nawiązało się ono wszelako bardzo szybko. Gospodyni, która rychło odgadła, co się święci, wpadła we wściekłość; brutalność jej przyspieszyła jeszcze decyzję młodej dziewczyny, która, mając we mnie jedyne oparcie w całym domu, z przykrością patrzała na chwilę, w której się oddalam i wzdychała do powrotu swego protektora. Zbliżenie serc, wzajemność naszych skłonności spowodowały niebawem zwyczajne skutki. Teresa czuła, iż trafiła we mnie na uczciwego człowieka; nie omyliła się. Ja widziałem w niej dziewczynę tkliwą, prostą i wolną od zalotności; nie omyliłem się również. Oświadczyłem jej z góry, iż nie opuszczę jej ani nie zaślubię jej nigdy. Miłość, szacunek, naiwna prostota stały się rzecznikami mego tryumfu; i dlatego właśnie, iż serce jej było uczciwe i czułe, skłoniłem ją ku sobie, nie występując w roli zdobywcy.

675

Obawa Teresy, iż zrażę się, nie znajdując w niej tego, czego mniemała, że szukam, opóźniła, więcej niż cokolwiek innego, moje szczęście. Nim się poddała, długo wzdragała się w niepewności i pomieszaniu: chciała, abym ją zrozumiał, a nie śmiała się wypowiedzieć. Co do mnie, tłumaczyłem sobie przyczyny jej zakłopotania zupełnie odmiennie: wyobraziłem sobie powód fałszywy i nader obrażający dla jej obyczajów. Mniemając, iż Teresa wzdraganiem swoim ostrzega mnie, że zdrowiu memu groziłoby niebezpieczeństwo, popadłem w zamęt, który nie wstrzymał mnie, ale który przez kilka dni zatruwał moje szczęście. Ponieważ nie mogliśmy znaleźć drogi do porozumienia, rozmowy nasze w tym przedmiocie aż do śmieszności najeżone były zagadkami i omówieniami. Teresa mogła mnie w istocie uważać za zupełnego szaleńca; ja nie wiedziałem wręcz, co mam myśleć o niej. Wreszcie lody pękły; wyznała mi z płaczem jedyny błąd, jaki popełniła zaledwie wyszedłszy z dzieciństwa, owoc jej nieświadomości i zręczności uwodziciela. Ledwie zrozumiałem ją, wydałem okrzyk radości: „Dziewictwo — wykrzyknąłem — Ba! właśnie to w Paryżu, i w dwudziestym roku, szuka się tego skarbu! Ach, moja Tereso, zbyt szczęśliwy jestem, iż mam cię oto poczciwą i zdrową i że nie znajduję tego, czego zgoła nie szukałem”.

676

Zrazu chodziło mi jedynie o rozrywkę; ujrzałem niebawem, iż znalazłem więcej i że zyskałem towarzyszkę. Nieco zżycia się z tą nieocenioną dziewczyną, nieco zastanowienia nad mym położeniem dało mi uczuć, iż myśląc jedynie o zaspokojeniu zmysłów, uczyniłem cenny nabytek dla mego szczęścia. Trzeba mi było, w miejsce wygasłej ambicji, żywego uczucia, które by wypełniło me serce. Trzeba było, mówiąc po prostu, następczyni dla mamusi. Skoro nie miałem już żyć z nią, trzeba mi było kogoś, kto by żył z jej wychowankiem; w kim bym znalazł prostotę, powolność serca, jakie mamusia znalazła we mnie. Trzeba mi było, aby słodycze domowego i osobistego życia wynagrodziły stratę świetnego losu, którego się wyrzekłem. Kiedy byłem zupełnie sam, w sercu moim była próżnia; ale wystarczyło jednego serca, aby je wypełnić. Los odstrychnął ode mnie, przynajmniej w części, to, które natura dla mnie stworzyła. Od tego czasu byłem sam; nie istniała bowiem dla mnie nigdy pośrednia skala pomiędzy wszystkim a niczym. Znalazłem w Teresie dopełnienie, którego potrzebowałem; dzięki niej żyłem szczęśliwy, o ile mogłem nim być w danych okolicznościach.

677

Chciałem zrazu kształtować umysł swej towarzyszki — daremna praca. Dusza jej jest tym, czym uczyniła ją natura; hodowla i starania nie imają się jej. Nie wstydzę się wyznać, że nigdy nie nauczyła się dobrze czytać, mimo że pisze dość znośnie. Kiedy zamieszkałem przy ulicy Neuve-des-Petits-Champs, naprzeciw moich okien, w pałacu Pontchartrain, znajdował się zegar. Przez więcej niż miesiąc siliłem się nauczyć Teresę odczytywać godziny. Zaledwie zna je teraz. Nigdy nie mogła zapamiętać porządku dwunastu miesięcy w roku; nie zna ani jednej cyfry, mimo całego mozołu, z jakim starałem się ją z nimi zapoznać. Nie umie ani liczyć pieniędzy, ani nie zna ceny jakiejkolwiek rzeczy. W rozmowie używa często słów wręcz przeciwnych temu, co chce wyrazić. Swojego czasu, aby zabawić księżnę de Luxembourg, ułożyłem mały słowniczek jej powiedzeń: jej qui pro quo[505] stały się sławne. Ale ta osoba tak ograniczona, lub jeśli kto chce, tak głupia, potrafi być doskonałym doradcą w trudnych sytuacjach. Często w Szwajcarii, w Anglii, we Francji, w katastrofach, w jakich się znalazłem, ona spostrzegała to, czego ja sam nie umiałem spostrzec; dawała mi najzbawienniejsze rady; wyciągała mnie z niebezpieczeństw, w które rzucałem się ślepo; wobec najświetniejszych dam, wobec magnatów i książąt — uczucia jej, zdrowy rozsądek, odpowiedzi, postępowanie zjednały jej powszechny szacunek, mnie zaś powinszowania, co do których czułem, że są szczere.

678

W pobliżu osób, które się kocha, uczucie karmi umysł, zarówno jak serce; nie doświadczamy zbytniej potrzeby, aby gdzie indziej czerpać myśli. Żyłem ze swoją Teresą równie miło, co gdybym żył z najświetniejszym geniuszem świata. Matka jej, dumna, iż niegdyś chowała się z margrabiną de Monpipeau, stroiła się w piórka dowcipu i poloru, chciała kierować Teresą i przez swą przemądrzałość psuła prostotę naszego życia. To uprzykrzone towarzystwo sprawiło, iż zwyciężyłem nieco głupi skrupuł nie pokazywania się z Teresą publicznie; urządzaliśmy sobie we dwójkę wyprawy na wieś i podwieczorki wprost rozkoszne. Widziałem, że ona kocha mnie szczerze, i to zdwajało mą czułość. Ta słodka zażyłość zastępowała mi miejsce wszystkiego; przyszłość nie obchodziła mnie lub raczej obchodziła jako przedłużenie teraźniejszości: nie pragnąłem niczego, jak tylko upewnić jej trwanie.

679

Przywiązanie to uczyniło mi wszelką inną rozrywkę zbyteczną i mdłą. Wychodziłem z domu jedynie po to, aby udać się do Teresy; jej dom był niemal moim. To odludne życie stało się tak zbawienne dla mej pracy, iż w niespełna trzy miesiące opera była gotowa: słowa i muzyka. Zostawało jedynie uzupełnić akompaniament i wykończyć niektóre łączniki. Ta rzemieślnicza robota była mi nad wyraz nudna. Prosiłem Philidora, aby się jej podjął, dając mu udział w korzyściach. Przyszedł dwa razy i wypełnił kilka scen w akcie Owidiusza, ale nie mógł się nałamać do tej wytężonej pracy dla oddalonego i zgoła niepewnego zysku. Nie wrócił więcej, musiałem dokończyć roboty sam.

680

Skoro opera była gotowa, trzeba mi było coś z nią zrobić: nowe, o wiele trudniejsze przedsięwzięcie. Nie ma sposobu uzyskać czegoś w Paryżu, jeśli się żyje z daleka od ludzi. Przyszło mi na myśl utorować sobie drogę przez pana de la Poplinière[506], do którego wprowadził mnie Gauffecourt po powrocie z Genewy. Pan de la Poplinière był mecenasem muzyka Rameau: pani de la Poplinière jego bardzo powolną uczennicą. Rameau, jak to powiadają, był w tym domu wyrocznią. Sądząc, że miło mu będzie poprzeć dzieło swego ucznia, zapragnąłem pokazać mu utwór. Odmówił, powiadając, że nie może czytać partycji, że go to zanadto męczy. La Poplinière rzekł na to, iż można mu ją przegrać; ofiarował się zebrać grajków dla wykonania niektórych ustępów. Można zrozumieć, jak bardzo zamiar ten był mi po myśli! Rameau zgodził się, mamrocząc i powtarzając bez ustanku, że ładna to musi być rzecz utwór człowieka niefachowego i samouka. Czym prędzej rozpisałem partie kilku wybranych ustępów. Dano mi z jakich dziesięciu grajków, jako śpiewaków zaś Alberta, Bérarda i pannę Bourbonnais. Od samej uwertury Rameau przesadnymi swymi pochwałami zaczął dawać do zrozumienia, iż utwór nie może być mój. Raz po razu okazywał wyraźne zniecierpliwienie; ale kiedy przyszła aria na contralto[507], o męskiej i dźwięcznej melodii i nader świetnym akompaniamencie, nie mógł się już wstrzymać; napadł na mnie z brutalnością, która zgorszyła całe towarzystwo, iż to, co słyszał przed chwilą, jest dziełem skończonego mistrza, reszta zaś płodem nieuka, który nawet nie ma pojęcia o muzyce. I prawdą jest, iż praca moja, nierówna i bez reguł, była na przemian to wzniosła, to bardzo płaska, jak musi być praca każdego, kto wzbija się jedynie wzlotami natchnienia, nie podtrzymywany znajomością sztuki. Rameau upierał się widzieć we mnie mizernego rabusia bez talentu i smaku. Inni słuchacze, zwłaszcza pan domu, byli odmiennego zdania. Pan de Richelieu, który w owym czasie żył blisko z bratem królewskim, a także, jak wszystkim wiadomo, z panią de la Poplinière, posłyszał o mym dziele i zapragnął usłyszeć je w całości, z zamiarem przedstawienia go na dworze, jeśli uzna, że jest tego warte. Wykonano je na wielki chór i orkiestrę, na koszt króla, u pana de Bonneval, intendenta uciech królewskich. Francoeur kierował wykonaniem. Skutek był zadziwiający; książę nie przestawał wykrzykiwać i klaskać w ręce; z końcem zaś jednego chóru w akcie Tassa wstał, podszedł do mnie i ścisnął mi rękę: „Panie Rousseau — rzekł — oto melodia wprost porywająca, nie słyszałem w życiu nic piękniejszego: każę wystawić to dzieło w Wersalu”. Pani de la Poplinière, obecna przy tej scenie, nie rzekła ni słowa. Rameau, mimo iż zaproszony, nie przyszedł. Nazajutrz pani de la Poplinière przyjęła mnie przy toalecie bardzo cierpko. Starała się obniżyć mój utwór i rzekła, iż mimo że hałas i błyskotliwość oszołomiły na chwilę pana de Richelieu, oprzytomniał już znacznie; co do niej, nie radzi mi liczyć na moją operę. W chwilę potem przybył książę: odniósł się do mnie zupełnie inaczej; oświadczył wiele pochlebnych rzeczy co do mych talentów i zdawał się ciągle trwać w zamiarze wystawienia sztuki wobec króla. Jedynie (rzekł) akt z Tassem nie może ujść na dworze: trzeba napisać inny. Na to oświadczenie poszedłem zamknąć się w domu. Za trzy miesiące sporządziłem w miejsce Tassa inny akt, którego przedmiot stanowił Hezjod[508] natchniony przez muzę. Znalazłem sposób, aby w tym akcie zamknąć coś z historii mego talentu oraz zazdrości, jaką Rameau raczył go zaszczycać. Ten nowy akt był podniosły, ale mniej gigantyczny i lepiej przeprowadzony niż Tasso; muzyka równie szlachetna, a o wiele lepiej napisana. Gdyby dwa następne akty stały na tej wysokości, sztuka byłaby chlubnie wytrzymała przedstawienie. Ale podczas gdy pracowałem nad ostatecznym wykończeniem, odciągnęło mnie znowuż inne przedsięwzięcie.

681

(1745–1747). W ciągu zimy, która nastąpiła po bitwie pod Fontenoi[509], było wiele zabaw w Wersalu, między innymi wystawiano kilka oper. W ich liczbie był dramat Woltera[510] pod tytułem Księżniczka Nawarry; Rameau dorobił doń muzykę, całość zaś zmieniono i przerobiono pod godłem Festynów Ramiry. Ten nowy przedmiot wymagał wielu zmian w dawnym scenariuszu, tak w wierszach, jak w muzyce. Chodziło o znalezienie kogoś, kto by mógł wypełnić to podwójne zadanie. Ponieważ Wolter, wówczas bawiący w Lotaryngii, i Rameau, obydwaj zajęci na tę chwilę operą pt. Świątynia Chwały, nie mogli poświęcić swego czasu tej pracy, książę de Richelieu pomyślał o mnie i zapytał, czybym się tego nie podjął. Abym się lepiej rozpatrzył w zadaniu, które mnie czekało, posłał mi oddzielnie poemat i muzykę. Pierwszym mym krokiem było oświadczyć, iż nie chcę tykać słów inaczej jak za zezwoleniem autora; jakoż napisałem doń w tej materii list nader uprzejmy, a nawet pełen szacunku, jak się godziło. Oto odpowiedź, której oryginał mieści się w pliku A, nr 1.

15 grudnia 1745

Łączy pan, drogi Panie, dwa talenty, które dotąd chadzały oddzielnymi drogami. Oto już dostateczne dwie przyczyny, aby obudzić we mnie szacunek i sympatię dla Jego osoby. Przykro mi za Pana, iż masz użyć tych dwóch talentów dla dzieła, które niezbyt jest ich godne. Kilka miesięcy temu książę Richelieu kazał mi, bez apelacji, sporządzić w mgnieniu oka krótki i byle jaki szkic z kilku mdłych i okrojonych scen, które to sceny miały być dostosowane do podkładu muzycznego, nie robionego umyślnie dla nich. Usłuchałem z największą ścisłością: napisałem bardzo prędko i bardzo licho. Posłałem tę nędzną ramotę księciu w nadziei, iż nie zrobi z niej użytku lub że ją przedtem będę mógł poprawić. Na szczęście szkic ów jest w Pańskich rękach; jesteś jego absolutnym panem; co do mnie, cała ta błahostka wyszła mi zupełnie z pamięci. Nie wątpię, iż poprawi Pan z pewnością wszystkie błędy, jakie musiały się nieodzownie wymknąć w pospiesznym kreśleniu prostego zarysu, i że uzupełnisz w pożądany sposób wszystkie braki.

Przypominam sobie, między innymi niezdarstwami, iż w partiach łączących sceny baletowe nie jest powiedziane, w jaki sposób księżniczka Grenadyny dostaje się nagle z więzienia do ogrodu czy pałacu. Ponieważ to nie czarodziej wyprawia festyn, ale wielki pan hiszpański, zdaje mi się, że nic nie powinno się dziać za pomocą czarnoksięstwa. Proszę Pana bardzo, abyś zechciał przepatrzeć ten ustęp, o którym mam jedynie mgliste pojęcie. Zbadaj, czy potrzebne jest, aby otwarto więzienie i przeprowadzono księżniczkę z tego więzienia do pięknego złoconego i lśniącego pałacu przygotowanego dla niej. Wiem dobrze, że to wszystko to wielkie głupstwo i że przywiązywać jakąś wagę do tych błahostek jest rzeczą poniżej godności myślącej istoty; ale ostatecznie, ponieważ chodzi o to, aby widowisko robiło najmniej nieudałe[511] wrażenie, trzeba nawet w głupim balecie starać się sklecić rzecz z możliwym sensem.

Zdaję się ze wszystkim na Pana i na pana Ballod i mam nadzieję, iż niebawem będę miał zaszczyt podziękować Panu osobiście oraz zapewnić, do jakiego stopnia jestem, etc.

682

Niechaj czytelnika nie dziwi nadzwyczajna uprzejmość tego listu w porównaniu do innych, wpółlekceważących, jakie ten sam człowiek pisywał do mnie później. Myślał, iż jestem w łaskach u księcia Richelieu; otóż, znana dworacka giętkość pana de Voltaire kazała mu zachować wszystkie względy dla nowego przybysza, póki nie pozna lepiej miary jego faworów.

683

Upoważniony przez pana de Voltaire, a wolny od wszystkich względów wobec Rameau, który starał mi się tylko szkodzić, zabrałem się do dzieła i w dwa miesiące uporałem się z robotą. Co się tyczy wierszy, niewiele zadałem sobie trudu. Starałem się jedynie o to, aby nie było czuć różnicy stylów; i jestem na tyle zarozumiały, iż sądzę, że mi się powiodło. Co się tyczy muzyki, praca była dłuższa i mozolniejsza. Poza tym, iż musiałem dopisać wiele wstawek, między innymi uwerturę, cały recytatyw[512], którego się podjąłem, okazał się nadzwyczaj trudny. Trzeba było łączyć, często w niewielu wierszach i w bardzo szybkich modulacjach, symfonie i chóry o bardzo oddalonych tonacjach; nie chcąc bowiem, aby Rameau mógł mnie winić, że przekształciłem jego melodie, nie chciałem nic zmieniać ani transportować. Recytatyw ten udał mi się. Był dobry w akcentach, pełen energii, zwłaszcza wybornie modulowany. Myśl o dwóch niepospolitych ludziach, którym raczono przydać mnie za współpracownika, dodała mi skrzydeł; mogę powiedzieć, że w pracy tej, niewdzięcznej i bezsławnej, o której publiczność nie miała nawet wiedzieć, dotrzymywałem prawie zawsze kroku swym modelom.

684

Sztukę, w tej postaci, jaką jej nadałem, przepróbowano w wielkim teatrze Opery. Z trzech autorów, ja jeden byłem obecny. Woltera nie było, Rameau nie przyszedł albo też został w ukryciu.

685

Słowa pierwszego monologu były nader posępne. Oto początek:

O śmierci, przyjdź położyć kres mojej niedoli!

686

Trzebaż było i muzykę dobrać odpowiednią. Mimo to pani de la Poplinière oparła na tym punkcie swą krytykę, obwiniając mnie nader cierpko, że zrobiłem muzykę pogrzebową. Pan de Richelieu zaczął, bardzo słusznie, od pytania, czyjego pióra są wiersze monologu. Przedłożyłem rękopis, świadcząc się nim, iż wiersze są Woltera. „W takim razie — rzekł — jedynie Wolter zawinił”. Podczas próby wszystko, co było mojej roboty, ściągnęło na siebie konsekwentną przyganę pani de la Poplinière, a obronę pana de Richelieu. Ale, ostatecznie, miałem do czynienia z nazbyt możnym przeciwnikiem; oznajmiono mi, iż trzeba w mojej pracy przerobić wiele rzeczy, co do których należy się poradzić pana Rameau. Zgnębiony podobną konkluzją w miejsce pochwał, których się spodziewałem i które z pewnością mi się należały, wróciłem do domu śmiertelnie zgnębiony. Wyczerpany znużeniem, żarty zgryzotą, rozchorowałem się i przez sześć tygodni nie mogłem się ruszyć z domu.

687

Rameau, któremu polecono dokonanie zmian poleconych przez panią de la Poplinière, posłał do mnie z prośbą o uwerturę mojej wielkiej opery, w miejsce tej, którą ułożyłem umyślnie dla niego. Na szczęście spostrzegłem pułapkę i odmówiłem. Ponieważ przedstawienie miało się odbyć za kilka dni, nie miał już czasu napisać sam nowej i trzeba mu było zostawić moją. Była zrobiona na sposób włoski, w stylu bardzo nowym wówczas we Francji. Mimo to spodobała się; dowiedziałem się przez pana de Valmalette, marszałka dworu królewskiego, a zięcia pana Musard, mego krewnego i przyjaciela, iż miłośnicy byli bardzo radzi z mej pracy i że publiczność nie odróżniła jej od dzieła Rameau. Ale ten, w porozumieniu z panią de la Poplinière, poczynił starania, aby nie wiedziano nawet o mym współpracownictwie. Na książeczkach z tekstem, które rozdaje się widzom i gdzie zawsze wymienieni są autorowie, figurowało jedynie nazwisko Woltera; Rameau wolał, aby usunięto jego nazwisko, niż aby miało być połączone z moim.

688

Ledwie wstawszy z łóżka, próbowałem udać się do pana de Richelieu. Trafiłem za późno: wyjechał właśnie do Dunkierki, gdzie miał kierować odjazdem floty przeznaczonej do Szkocji[513]. Skoro wrócił, powiedziałem sobie, dla usprawiedliwienia swego lenistwa, że już za późno. Od tego czasu nie spotkałem księcia; straciłem tedy chwałę, jaką przynosiło mi moje dzieło, i honorarium, które miałem zań osiągnąć; czas, praca, zgryzota, choroba i pieniądze, jakie wyłożyłem, wszystko poszło na marne, nie przyniósłszy mi ani szeląga zysku, lub raczej odszkodowania. Zdawało mi się wszelako zawsze, iż pan de Bichelieu miał pierwotnie sympatię dla mnie i dobre wyobrażenie o mych talentach; ale nieszczęśliwa moja gwiazda oraz pani de la Poplinière udaremnili jego dobrą wolę.

689

Nie mogłem zrozumieć uprzedzenia tej kobiety, której zawsze siliłem się podobać i której dość regularnie przedkładałem swoje służby. Gauffecourt wytłumaczył mi przyczyny. „Przede wszystkim — rzekł — przyjaźń jej dla Rameau, którego jest niejako urzędową protektorką, a który nie może ścierpieć współzawodnika; po wtóre, grzech pierworodny, który gubi pana w jej oczach i którego nie przebaczy ci nigdy, mianowicie, że jesteś genewczykiem”. Za czym wytłumaczył mi, że ksiądz Hubert, który pochodził z Genewy, a zarazem był szczerym przyjacielem pana de la Poplinière, dołożył wszelkich starań, aby go wstrzymać od zaślubienia tej kobiety, którą znał dobrze; gdy małżeństwo doszło do skutku, przysięgła nieubłaganą nienawiść jemu, a wraz z nim wszystkim genewczykom. „Mimo że la Poplinière — dodał — z pewnością jest panu życzliwy, nie licz na jego poparcie. Jest zakochany w żonie: nie uzyskasz nic w tym domu”. Zastosowałem się do przestrogi.

690

Tenże Gauffecourt oddał mi mniej więcej w tym samym czasie przysługę, której bardzo mi było trzeba. Straciłem mego zacnego ojca, w wieku blisko sześćdziesięciu lat. Stratę tę odczułem mniej, niżbym ją odczuł w innej epoce, kiedy kłopoty własnej sytuacji mniej mnie zaprzątały. Nie chciałem za jego życia upominać się o majątek, który mi został po matce i z którego niewielki dochód ojciec obracał na własne potrzeby. Po jego śmierci skrupuł ten przestał istnieć. Ale brak prawnego dowodu śmierci brata nastręczał trudności, które Gauffecourt podjął się usunąć i które usunął rzeczywiście przy pomocy adwokata Lolme. Ponieważ niezmiernie było mi trzeba tego małego zasiłku, wynik zaś był wątpliwy, oczekiwałem z najżywszym wzruszeniem ostatecznej wiadomości. Jednego wieczora, wracając do domu, zastałem list, który miał zawierać tę wiadomość; wziąłem go w ręce z drżeniem, którego zawstydziłem się przed samym sobą. „Jak to! — rzekłem w duchu ze wzgardą. — Jan Jakub miałby się do tego stopnia poddać wyrachowaniu i ciekawości?” Rzuciłem natychmiast list z powrotem na kominek; rozebrałem się, położyłem spokojnie, spałem lepiej niż zazwyczaj i wstałem nazajutrz dość późno, nie myśląc już o liście. Ubierając się, spostrzegłem go; otworzyłem bez pośpiechu; znalazłem przekaz bankowy. Doświadczyłem w tej chwili wielu przyjemności naraz, ale mogę przysiąc, iż najżywszą było to, że potrafiłem się zwyciężyć. Mógłbym przytoczyć dwadzieścia podobnych rysów z mego życia, ale zbyt mi spieszno, abym zdołał wszystko powiedzieć. Cząstkę pieniędzy przesłałem biednej mamusi, żałując ze łzami szczęśliwego czasu, w którym byłbym wszystko złożył u jej stóp. Listy jej świadczyły o rozpaczliwym położeniu. Posyłała mi stosy recept i sekretów, mających, jak twierdziła, zapewnić fortunę jej i mnie. Poczucie własnej nędzy ściskało jej serce i zacieśniało umysł. I ten drobiazg, który jej posłałem, stał się pastwą oblegających ją hultajów; nie przyszło jej z tego nic. To zniechęciło mnie na przyszłość, bym miał dzielić moje skromne mienie z tymi nędznikami, zwłaszcza po bezużytecznej próbie, jaką podjąłem, aby biedaczkę wyrwać z ich rąk, jak to opowiem w dalszym ciągu.

691

Czas uciekał, pieniądze wraz z nim. Było nas dwoje, nawet czworo, lub, aby lepiej rzec, siedmioro lub ośmioro. Jakkolwiek bowiem Teresa odznaczała się niemal bezprzykładną bezinteresownością, matka jej nie była bynajmniej w tym do niej podobna. Skoro tylko skrzepiła się trochę dzięki mej pomocy, sprowadziła całą rodzinę, iżby dzieliła z nią dobrobyt. Siostry, synowie, córki, wnuczki, wszystko, z wyjątkiem starszej córki, będącej za poczmistrzem[514] w Angers, ściągnęło do Paryża. Wszystko, com czynił dla Teresy, matka odciągała na korzyść tych głodomorów. Ponieważ nie miałem do czynienia z osobą chciwą i nie byłem opanowany szaloną namiętnością, nie robiłem szaleństw. Zadowolony, iż mogę uczciwie, lecz bez zbytku zabezpieczyć Teresie najpilniejsze potrzeby, godziłem się, aby to, co zarabia własną pracą, szło w całości na rzecz matki i nawet nie ograniczałem się do tego; ale przez jakąś fatalność, która mnie ścigała, tak samo jak mamusia była pastwą obieżyświatów, tak Teresa była znów łupem swej rodziny. Tak więc w żadnej mierze nie byłem w możności uczynić nic, co by wyszło na korzyść tej, dla której było przeznaczone. Osobliwe było, iż najmłodsza z córek pani Le Vasseur, jedyna, która nie otrzymała posagu, była zarazem jedyną, która żywiła ojca i matkę. Długo prześladowana, bita nawet przez braci, siostry, nawet siostrzenice, biedna dziewczyna wystawiona była obecnie na pastwę ich chciwości, tak samo nie umiejąc się obronić ich łupiestwu jak ich razom. Jedna jedyna z jej siostrzenic nazwiskiem Goton Leduc była dość sympatyczna i dość ujmującego charakteru, mimo iż zepsuta przykładem i naukami innych. Ponieważ widywałem je często razem, dawałem im imiona, które one same sobie dawały: mówiłem do siostrzenicy „siostrzeniczko”, do ciotki zaś „ciociu”. Obie nazywały mnie wujaszkiem. Stąd miano „ciotki”, jakim i nadal nazywałem Teresę i które przyjaciele moi powtarzali niekiedy żartobliwie.

692

Jasne jest, iż w podobnym położeniu nie miałem ani chwili do stracenia. Sądząc, iż pan de Richelieu zapomniał o mnie i nie spodziewając się niczego ze strony dworu, uczyniłem niejakie starania o wystawienie mej opery w Paryżu. Trafiłem na trudności, których zwyciężenie wymagało czasu, potrzeby zaś z każdym dniem były bardziej naglące. Spróbowałem przedłożyć komedyjkę Narcyz aktorom włoskiej trupy. Przyjęto ją, ofiarowano wstęp do teatru, co dostarczyło mi wielu przyjemnych chwil; ale to i wszystko. Nie mogłem nigdy doprosić się, aby wreszcie wystawiono sztukę; zmierziwszy sobie te nadskakiwania aktorom, dałem wszystkiemu pokój. Wróciłem wreszcie do ostatniego środka, jaki pozostawał i od którego powinienem był zacząć. Uczęszczając do pana de la Poplinière, oddaliłem się od państwa Dupin. Obie panie, mimo iż krewne, nieszczególnie żyły z sobą i nie bywały u siebie. Między domami ich nie było żadnej styczności, jedyny Thieriot bywał u obu. Polecono mu, aby się postarał ściągnąć mnie z powrotem do państwa Dupin. Pan de Francueil zajmował się wówczas historią naturalną i chemią, tworzył gabinet przyrodniczy. Sądzę, iż miał widoki na Akademię; w tym celu zamierzał napisać książkę i mniemał, że mógłbym mu być w tym użyteczny. Pani Dupin, która ze swej strony planowała inną książkę, miała na mnie niemal podobne zamiary. Byliby chcieli posiadać mnie wspólnie jako sekretarza i w tym też duchu zaczął wpływać na mnie Thieriot. Zażądałem przede wszystkim, aby pan de Francueil wspólnie ze śpiewakiem Jélyotte[515] użyli swego wpływu i uzyskali dla mego utworu próbę w Operze. W istocie, przepróbowano Tkliwe Muzy, najpierw kilka razy przy zamkniętych drzwiach, później w pełnej sali. Było mnóstwo ludzi na pełnej próbie i wiele ustępów spotkało się z żywym poklaskiem. Mimo to czułem sam podczas wykonania (bardzo źle prowadzonego przez Rebela), że sztuka nie przejdzie, a nawet nie nadaje się do wystawienia bez wielkich poprawek. Toteż wycofałem ją, nie mówiąc ani słowa i nie narażając się na odmowę; ale widziałem jasno z wielu oznak, iż gdyby nawet dzieło było doskonałe, nie byłoby przeszło. Pan de Francueil przyrzekł, że uzyska próbę, ale nie przyjęcie. Dotrzymał wiernie słowa. Zawsze zdawało mi się, w tej okoliczności i w wielu innych, iż ani on, ani pani Dupin nie mieli zbytniej ochoty, abym doszedł do pewnego uważania w świecie, z obawy aby skoro pojawią się ich dzieła, nie przypuszczano, iż wspomagali się moją głową. Mimo to, ponieważ pani Dupin rozumiała zawsze bardzo niewiele o moich talentach i używała mnie jedynie do pisania pod dyktandem lub też do robót czysto erudycyjnych, posądzenie to, zwłaszcza co się jej tyczy, byłoby bardzo niesprawiedliwe.

693

(1747–1749). Ten ostatni zawód zniechęcił mnie do reszty. Poniechałem wszelkich zamiarów wybicia się i zdobycia sławy; nie myśląc już o prawdziwych lub urojonych talentach, które przynosiły mi tak niewiele, obróciłem czas i starania na zdobywanie środków egzystencji dla siebie i Teresy w sposób, jaki spodoba się tym, którzy podejmą się opatrzyć moje potrzeby. Poświęciłem się tedy zupełnie pani Dupin i panu de Francueil. Nie przyniosło mi to wielkich dostatków; z ośmioma- lub dziewięciomaset franków rocznie, jakie miałem przez pierwsze dwa lata, ledwie że miałem czym nastarczyć pierwszym potrzebom, zmuszony mieszkać w ich pobliżu, w umeblowanym pokoju, w dzielnicy dość drogiej i płacąc drugie mieszkanie na krańcu Paryża, na samym końcu ulicy św. Jakuba, dokąd, bez względu na pogodę, udawałem się na wieczerzę niemal co dzień. Niebawem włożyłem się do nowych zajęć, a nawet zasmakowałem w nich. Zapaliłem się do chemii; przeszedłem kurs wraz z panem de Francueil u pana Rouelle; i oto zabraliśmy się do psucia papieru rozprawami o tej wiedzy, której ledwie posiadaliśmy pierwsze zasady. W r. 1747 wybraliśmy się spędzić zimę w Turenii, w zamku Chenonceaux zbudowanym przez Henryka II dla Diany de Poitiers, której monogramy widzi się tam jeszcze, obecnie w posiadaniu pana Dupin, generalnego dzierżawcy króla imci. Bawiono się w tej uroczej miejscowości doskonale; karmiono też niezgorzej, upasłem się tam na kształt mnicha. Uprawiano wiele muzyki. Ułożyłem kilka tercetów[516] odznaczających się nader pełną harmonią; pomówię o nich jeszcze w uzupełnieniu tej książki, jeżeli kiedy zdobędę się na nie. Grywano teatr. Napisałem w ciągu dwóch tygodni sztuczkę w trzech aktach pod tytułem Lekkomyślne zobowiązanie[517], która znajduje się w moich papierach; poza szczerą wesołością nie ma ona innych zalet. Ułożyłem też parę innych utworów, między innymi sztukę wierszem pod tytułem Aleja Sylwii, od alei parku okolonego rzeką Cher. Wszystko to bez uszczerbku w pracach nad chemią i służbach przy pani Dupin.

694

Podczas gdy ja tyłem w Chenonceaux, biedna Teresa tyła w Paryżu w inny sposób; kiedym wrócił, zastałem robotę wziętą przeze mnie na warsztat posuniętą dalej, niżbym przypuszczał. Zważywszy mą sytuację, byłoby mnie to wtrąciło w niezmierny kłopot, gdyby towarzysze stołu nie podsunęli mi jedynego środka zaradczego, który mnie mógł zeń wydobyć. Jest to jedna z tych zasadniczych kwestii, co do których trzeba mi w opowiadaniu ograniczyć się do najprostszego przytoczenia faktów, ponieważ komentując je, trzeba by mi albo usprawiedliwiać się, albo obciążać; nie jest zaś moim zadaniem czynić tu jedno lub drugie.

695

Podczas pobytu Altuny w Paryżu, zamiast jadać w traktierni[518], jadaliśmy obaj zwyczajnie w sąsiedztwie, prawie naprzeciw ślepej uliczki Opery, u niejakiej pani La Selle, żony krawca. Dama ta dawała jeść dość licho, mimo to stół jej był bardzo poszukiwany z przyczyny dobrego i pewnego towarzystwa, które gromadził. Nie przyjmowano tam nikogo nieznajomego; nowego przybysza musiał wprowadzić ktoś ze stałych gości. Komandor de Graville, stary hulaka, pełen dworności i dowcipu, ale zaprawionego wyuzdaniem, mieszkał tam i ściągał lekką i świetną młodzież, przeważnie oficerów gwardii i muszkieterów. Komandor de Nonant, rycerz wszystkich dziewcząt z Opery, przynosił co dzień nowiny z tego zamtuza[519]. Pan du Plessis, pensjonowany podpułkownik, dobry i zacny starzec, i Ancelet[520], oficer muszkieterów, utrzymywali niejaki statek wśród młodych biesiadników. Przychodzili także kupcy, finansiści, dostawcy, ale wyłącznie ludzie grzeczni, przyzwoici, zaszczytnie wyróżniający się w swoim zawodzie: de Besse, de Forcade i inni, których nazwisk zapomniałem. Słowem, spotykało się przyzwoitych ludzi wszystkich stanów, z wyjątkiem klechów i urzędników, których nie widziałem tam nigdy; istniała jak gdyby cicha umowa, aby ich nie wprowadzać. Stół ten, dość liczny, był bardzo wesoły bez hałaśliwości; lubiono pożartować sobie, lecz bez grubiaństwa. Stary komandor, ze swymi opowiastkami, tłustymi z treści, nie wyzbywał się nigdy dworności dawnego światowca: ilekroć jakieś plugawe słowo wyszło z jego ust, to zawsze zaprawione tak uciesznym smakiem, iż nawet kobiety byłyby mu je przebaczyły. Ton jego służył za prawidło całemu stołowi; młodzi ludzie opowiadali swoje miłostki z równą swobodą jak wdziękiem. Na temacie nie zbywało, zwłaszcza że magazyn był wprost naprzeciwko. Korytarz prowadzący do pani La Selle wiódł również do sklepu jejmości Duchapt, słynnej modniarki; miała ona podówczas bardzo ładne dziewczęta, do których nasi panicze zachodzili na słówko przed obiadem albo po obiedzie. Byłbym i ja dzielił te zabawy, gdyby nie moja nieśmiałość. Trzeba było po prostu wejść jak oni; nigdy nie mogłem się na to zdobyć. Co do pani La Selle, po wyjeździe Altuny zachodziłem tam nadal często na obiad. Ojciec, OpiekaNasłuchałem się mnóstwa anegdotek, bardzo zabawnych, i przejąłem się pomału nie, Bogu dzięki, obyczajami, ale zasadami, jakie tam panowały. Uczciwe osoby wyprowadzone w pole, oszukani mężowie, uwiedzione żony, tajemne porody — to była zwyczajna treść tych rozmów; ten, kto najhojniej zaopatrywał dom podrzutków, był najbardziej oklaskiwanym bohaterem. To mi się udzieliło; ukształtowałem swój sposób myślenia wedle tego, jaki widziałem u ludzi bardzo miłych i w gruncie bardzo zacnych; rzekłem sobie: „Taki jest obyczaj tego kraju, można się go trzymać skoro nam tu żyć wypadło. Oto ratunek, którego szukałem”. Zdecydowałem się nań śmiało, bez cienia skrupułu; jedyną przeszkodą do zwyciężenia był skrupuł Teresy. Miałem największe w świecie trudności, aby nakłonić ją do tego jedynego środka zdolnego ocalić mój honor. Matka jej, która lękała się kłopotu z nowym przychówkiem, przyszła mi z pomocą: wreszcie, zdołaliśmy ją namówić. Wybrano doświadczoną i pewną położną, niejaką pannę Gouin, zamieszkałą na końcu ul. św. Eustachego, aby jej powierzyć ten ciężar; za czym kiedy czas nadszedł, matka zaprowadziła Teresę do jejmości Gouin na odbycie połogu. Odwiedziłem ją tam kilka razy i zaniosłem znak, który kazałem wykonać podwójnie, na dwóch kartach: jedną z nich przyczepiono do powijaków dziecka, po czym położna złożyła je w kancelarii domu podrzutków, wedle zwyczajnej formy. Następnego roku ten sam kłopot i ten sam ratunek, z wyjątkiem znaku, którego poniechano. Ten sam brak skrupułu z mojej strony, ta sama niechęć ze strony matki: usłuchała z ciężkim sercem. Czytelnik ujrzy w dalszym ciągu smutne następstwa, jakie to nieszczęsne postępowanie spowodowało w moim sposobie myślenia, jak również w moich losach. Na razie zostańmy przy tej pierwszej epoce. Następstwa jej, równie okrutne jak nieprzewidziane, aż nadto często każą mi do niej wracać.

696

Znaczę tu okres pierwszego poznania z panią d'Epinay[521], której imię często pojawi się w tych pamiętnikach. Była to z domu panna d'Esclavelles; zaślubiła niedawno pana d'Epinay, syna pana de Lalive de Bellegarde, generalnego dzierżawcy. Mąż jej przepadał za muzyką, podobnie jak Francueil. Ona również była zapaloną muzyczką; zamiłowanie do tej sztuki spowodowało wielką zażyłość między nimi trojgiem. Francueil wprowadził mnie do pani d'Epinay; zachodziłem tam z nim czasem na wieczerzę. Była to osoba miła, utalentowana; pod każdym względem znajomość niewątpliwie cenna. Ale miała przyjaciółkę, niejaką pannę d'Ette; ta uchodziła za osobę złą, a żyła z kawalerem Valory, który również miał nie najlepszą opinię. Sądzę, iż obcowanie z dwojgiem tych osób nie wyszło na dobre pani d'Epinay, której natura dała wraz z bardzo wymagającym temperamentem znakomite przymioty ku miarkowaniu lub też okupieniu jego porywów. Przyjaźń pana de Francueil dla mnie udzieliła się do pewnego stopnia i jego przyjaciółce. Francueil zwierzył mi się z łączących ich stosunków, o których, dla tej przyczyny, nie mówiłbym tutaj, gdyby nie to, że stały się tak publiczne, iż nie ukrywano ich nawet przed panem d'Epinay. Uczynił mi nawet co do tej damy bardzo osobliwe zwierzenia[522], których ona sama nie udzieliła mi nigdy i nie sądziła nigdy, abym je posiadał; nie pisnąłem bowiem ani nie pisnę o tym słowa, ani przed nią, ani przed kimkolwiek. Całe to zaufanie jednej i drugiej strony czyniło moje położenie dość kłopotliwym, zwłaszcza wobec pani de Francueil, która znała mnie na tyle, aby mieć do mnie pełne zaufanie, mimo stosunków moich z jej rywalką. Pocieszałem, jak umiałem tę biedną kobietę, której mąż ani w cząstce nie odpłacał miłości, jaką żywiła dla niego. Przyjmowałem oddzielnie zwierzenia tych trojga osób; strzegłem ich tajemnic z największą sumiennością, tak iż żadna z nich nie zdołała mi wydrzeć tajemnicy innych; nie ukrywałem zarazem przed żadną z pań sympatii dla jej rywalki. Pani de Francueil, która chciała się mną posłużyć w niejednym wypadku, spotkała się z formalną odmową; panią zaś d'Epinay, gdy raz próbowała mnie obarczyć listem do Francueila, potraktowałem tak samo, z dodatkiem bardzo stanowczego oświadczenia, iż jeżeli chce mnie wypędzić na zawsze, wystarczy, aby mi uczyniła drugi raz podobną propozycję. Trzeba oddać sprawiedliwość pani d'Epinay: nie tylko nie czuła się urażona moim postępkiem, ale opowiedziała o nim Francueilowi z niejakim uznaniem i przyjmowała mnie nadal równie życzliwie jak wprzódy. W ten więc sposób w burzliwych stosunkach między trojgiem osób, z którymi musiałem się liczyć, zależny od nich do pewnego stopnia i szczerze do nich przywiązany, zachowałem aż do końca ich przyjaźń, szacunek, zaufanie, postępując ze słodyczą i uprzejmością, ale zawsze po prostu i stanowczo. Mimo mej niezdarności i braku obycia pani d'Epinay zechciała mnie wciągnąć do zabaw w Chevrette, zamku blisko Saint-Denis, należącego do pana de Bellegarde. Był tam teatr, na którym często grywano komedie. Powierzono mi rolę, nad którą pracowałem pół roku bez przerwy i którą w rezultacie trzeba mi było suflować na przedstawieniu od początku do końca. Po tej próbie nie ofiarowano mi już roli.

697

Równocześnie z panią d'Epinay poznałem również bratową jej, pannę de Bellegarde[523], która została niebawem hrabiną d'Houdetot. Pierwszy raz kiedy ją ujrzałem, rozmawiała ze mną długo, z tą uroczą poufałością stanowiącą cechę jej charakteru. Wydała mi się bardzo miła; ale daleki byłem od przewidywania, iż ta młoda osoba stanie się kiedyś losem mego życia i wciągnie mnie, mimo iż bardzo niewinnie, w przepaść, w której znajduję się dzisiaj.

698

Jakkolwiek od czasu powrotu z Wenecji nie wspominałem o Diderocie, tak samo jak o panu Roguin, nie zaniedbałem wszelako ani jednego, ani drugiego; z pierwszym zwłaszcza węzły zacieśniały się z każdym dniem. Miał on swoją Nanetę, jak ja Teresę: było to jedno powinowactwo więcej. Ale różnica w tym, iż moja Teresa, co najmniej równa urodą Nanecie, posiadała zgodne usposobienie i miły charakter, zdolny przywiązać godnego człowieka; podczas gdy jego dama, wyszczekana sklepikarka, nie jawiła oczom bezstronnych świadków żadnych przymiotów, które by mogły okupić jej brak wychowania. Ożenił się z nią wszelako. Uczynił dobrze, jeżeli to przyrzekł. Co do mnie, który nie przyrzekałem nic podobnego, nie kwapiłem się iść za jego przykładem.

699

Żyłem też blisko z księdzem de Condillac, który, równie jak ja wówczas, nie był w literaturze niczym, ale miał wszelkie dane, aby stać się tym, czym jest dzisiaj. Jestem może pierwszym, który ocenił jego talenty i osądził go wedle wartości. On zdawał się również smakować w moim towarzystwie i podczas gdy ja, zamknięty w pokoiku przy ulicy Jean-Saint-Denis, w pobliżu Opery, pracowałem nad moim Hezjodem, on zachodził często do mnie niespodzianie, przynosząc zapasy do improwizowanego wspólnym przemysłem obiadu. Pracował wówczas nad Zarysem początku ludzkich wiadomości, swoim pierwszym dziełem. Skoro je ukończył, miał wielki kłopot ze znalezieniem wydawcy. Księgarze paryscy są wyniośli i twardzi dla każdego, kto stawia pierwsze kroki; metafizyka zaś, wówczas bardzo niepopularna, nie przedstawiała zbyt wabnego[524] przedmiotu. Mówiłem Diderotowi o Condillacu i jego dziele; zapoznałem ich. Byli to ludzie stworzeni, aby się z sobą zrozumieć i zbliżyć. Diderot namówił księgarza Duranda, aby wziął rękopis księdza; w ten sposób ten wielki metafizyk otrzymał za swą pierwszą książkę, prawie z łaski, sto talarów, których nie byłby uzyskał beze mnie. Ponieważ mieszkaliśmy wszyscy w bardzo od siebie odległych dzielnicach, zbieraliśmy się raz na tydzień w Palais-Royal i szliśmy razem na obiad do jednej z traktierni. Musiały widać te tygodniowe obiady bardzo przypaść do smaku Diderotowi, skoro on, który chybiał[525] zazwyczaj wszystkich spotkań, tu nie chybił ani razu. Poddałem tam projekt periodycznego pisemka pod tytułem „Kpiarz”, które Diderot i ja mieliśmy wypełniać kolejno. Naszkicowałem pierwszy numer; to dało mi sposobność do znajomości z d'Alembertem[526], któremu Diderot wspomniał o tym pomyśle. Niespodziane wydarzenia stanęły mi w drodze i projekt nie przyszedł do skutku.

700

Ci dwaj pisarze podjęli właśnie wydawnictwo Słownika encyklopedycznego[527], który zrazu miał być tylko rodzajem przekładu z Chambersa[528], podobnego mniej więcej do Słownika medycznego Jamesa, który Diderot właśnie ukończył[529]. Diderot chciał mnie wciągnąć w pewnej mierze do tego drugiego przedsięwzięcia i zaproponował część muzyczną, którą przyjąłem i z której wywiązałem się bardzo pospiesznie i licho w ciągu trzech miesięcy, jakie mi naznaczył, podobnie jak wszystkim autorom mającym pracować w tym przedsięwzięciu. W zamian byłem jedynym, który zdążył na przepisany termin. Oddałem rękopis, kazawszy go przepisać na czysto służącemu pana de Francueil, niejakiemu Dupont, który pisał bardzo pięknie. Zapłaciłem mu za to z własnej kieszeni dziesięć talarów, których mi nigdy nie zwrócono. Diderot przyrzekł, ze strony księgarzy, odszkodowanie, o którym nigdy mi później nie wspomniał ani ja jemu.

701

To przedsięwzięcie Encyklopedii uległo przerwie, wskutek uwięzienia Diderota. Myśli filozoficzne ściągnęły nań nieco przykrości[530], zresztą bez poważniejszych następstw. Inaczej stało się z jego Listem o ślepcach, który nie zawierał nic nagannego[531], prócz paru rysów osobistych, którymi pani Dupré de Saint-Maur i pan de Réaumur uczuli się dotknięci i za które wtrącono autora do turmy[532] w Vincennes. Nic nie zdoła odmalować wzruszenia, w jakie wprawiło mnie nieszczęście przyjaciela. Moja opłakana wyobraźnia, która zawsze widzi wszystko w najczarniejszych barwach, zaczęta szaleć. Myślałem, że wtrącono go tam już na resztę życia. Omal głowy nie straciłem. Napisałem do pani de Pompadour[533], zaklinając, by go kazała wypuścić, lub też uzyskała, by mnie zamknięto z nim razem. Nie otrzymałem żadnej odpowiedzi na mój list: nadto był nierozsądny, aby mógł być skuteczny; nie pochlebiam też