Wesprzyj

Wspieraj Wolne Lektury

x
  1. Artysta: 1
  2. Dziecko: 1
  3. Kara: 1
  4. Lustro: 1
  5. Poeta: 1
  6. Sen: 1
  7. Słowo: 1 2
  8. Sztuka: 1

Błędy źródła: pronień > promień (wiersz „DC”); niedorozwinęte > niedorozwinięte (wiersz „Arteria”); konsekwetnym > konsekwentnym (posłowie: „Słowa w wierszach odbijane”)

Paweł KoziołCzarne kwiaty dla wszystkich

Drzwi

1

Słowo, Poetaja niby wiem żem drzwiami w których stanął

gandalf języka i że trzeba go

prosić dyktuj na oko na rękę na koniec

nawet dukt pisma nawet podpis i

5

ja niby wiem że spór i że wziąć stronę

dla siebie choćby czasem otwartą że kiedy

wiersz to mnie nie ma tylko wyniesienie

głosu na koniec wersu inne żadne

pozwólcie jednak żegnać niczym arią arian

10

mylne drogi i progi jak emigrant zbigniew

morsztyn najbardziej w nich zamknięty skoro

dwór zbór zbiór życia wiózł w walizce wiersza

bo dzisiaj kto z piszących o paleniu ma

naprawdę taki długi wijący się oddech

15

i język dość szeroko rozdwojony: spinacz

na wszystkie kartki od opisu w którym

pokój ma biel ulica szarość krople

tynkują łącznik nieba jedzą ślad

nagle zamkniętej furtki w drugą stronę

20

powietrza w bezdech dojść dlaczego tak

przez dopis dopust drugie dojście do jej

drzwi już widząc jak wchodzę równolegle na

suficie w noktowizji w niemej fonii

myśli w sprzężeniu między mną na progu a

25

rewersem ciemnym lustrem kserokopią

wydania wewnętrznego bez praw do

korekty słowa w glinie ciała kopią

zły kanał spływ jak titanikiem dno

co z wypowiedzeń dla mnie a przemilczeń

30

dla niej wczytania dla was nie wiem nagle znów

ciasno niby w jej lustrach niby w zakazaniach

poetyki bo w obu list zamknięty w obu

nie mówię siebie lecz powtarzam jej

wewnętrzne frazy macham do sklepowej

35

kamery powiedz przecie kim jesteśmy

z zewnątrz z przypadkowego gestu lepiej niech

wiersz patrzy nawet kiedy zasypia odtwarza

ośmiogodzinny film warhola: Słowo, Senznów

sen znów na drugą stronę snu wciąż śpi

40

język i tylko to co go wystawia

jest prądem w piecu indukcyjnym: płynie

przez zamknięte obwody pościeli i ten

skulony w środku żużel rudę rad

topi na słowa stal alfabet światła

45

pytaniem jak jej byłem symetryczny potem

nie płacz a całą głosu hydraulikę

wypełni zła wibracja zbliżenie na gesty

dwa: prośby by zaspawać i wyłamać drzwi

obydwu odtrzasnąłem potem drżał mój ciemny

50

dom po wewnętrznej stronie oczu aż

w sam środek nocy w moment kiedy ręka

trafia na zimną zszywkę wkłuł się sen

mądry a więc ostatni o niej: ma mieszkanie

w sobie nareszcie takie że w nim mówi bardzo

55

ciepło dostrzegam to przez drzwi do trzech czwartych

zapadłe w beton klatki schodowej most bez dna

Obsiadają nas lustra

LustroOBSIADAJĄ NAS LUSTRA brzęczą coraz głośniej

gryzą a potem odlatują zanim

zmieszczę w nich wszystko: jak odbieram świat

60

i to jak jest mi odbierany: światło

naraz

i ścianę między mną a światłem

dzień biały stronę świata gdzie nikt jeszcze

nas nie napisał nawet rozdwojonym

65

językiem wiersza nawet słowem jednym

nie wyszeptanym jeszcze zbielałymi ustami

kartki w lustro co nas nie

do snu ułoży w ciasnych zdaniach miast

+++

odbicie od kafelków, ręce zaciśnięte

na bladym mydle, przecież trzeba naprzód

pod odpowiednim kątem widzenia, inaczej

wzrok na płask padnie na twarde tafle światła.

przymykam oczy. źle tak płynąć bez

okularów, tuż pod radioaktywną powierzchnią

dnia, ze zmąconym obrazem samego siebie: plamy

pocą się parą, żarówka promieniuje,

po twarzy spływa ciężka woda: ślad skoku

w lustro.

Co powiedzą

CO POWIEDZĄ te miasta szlifowane

70

papierem ściernym mrozu i waszych gazet białym

światłem gorączki solą śniegu po którym

tak prześlizguję się obok twojego życia

nieobecny oddechem

nieobecny wierszem

75

co powiedzą te miasta którym niosę ogień

samotności a zresztą mniejsza o miasta dlaczego

im więcej mojego słowa tym więcej twojej ciszy

zaś moja cisza odbija się w lustrze

twojej bez śladu gdy stają naprzeciw

80

siebie nie wiedząc jak przyznać się do racji

+++

śnieg

popiół

jaki jeszcze

płomień

dym

na górze?

CD

lampa czyta mnie z góry dywan z dołu układ

scalony część nie całość nie układa się

w kodzie źródłowym wiersza: nagle wyschło i

powolną codę szemrze tylko inny układ

85

krwionośny to czytanie też szemrane i

już się nie liczy w każdej cyfrze śniegu

wskazywanej przez promień (po jakim obwodzie

teraz, błądzący prądzie?) i gdy śnieg

białą płytką zasłania napęd miasta gdy

90

znowu ze zdartej płyty staje dom i kropka

światła pulsuje w oku: zamiast sprostowania

labiryntu ta ścieżka dźwiękowa bez wyjścia

Wiersz winien

WIERSZ WINIEN wiedzieć do jakiego głosu

zwracam go nawet bardziej niż o tym co zwracam

95

w kopercie nocy jaki dług nakazuje

lampie stawiać kompanię honorową światła

u okien u bram powiek dopilnować niech

wejdzie co czeka na moich granicach

wiersz to powtórzę gdy już pada musi

100

wiedzieć nie tyle co go przygniata ile

że pada w odpowiedzi i na jakie pytanie

więc trzeba mu powiedzieć odejdź ode mnie wierszu

lecz idź do niej bo przecież w jej imieniu szukałeś

samogłosek znajdując tam milczenie syk piasku

+++

posłuchajcie i wy dla których jestem milczeniem

tak niespodziewanie wyrasta ono na ustach

i na początku zdaje się równie naturalne

jak słowa które chce obiecać moja cisza

a przecież wiecie że cisza nie może obiecać

posłuchajcie i wy których nie widzą oczy

tego pustego pokoju gdzie lampa zamiast oświetlać

jedynie się zasłania tarczą blasku

jak gdyby chcąc przypomnieć że też jest osobno

wy wszyscy którzy macie zwyczaj bycia gdzie indziej

na przykład w gwarnych miejscach gdzie drzwi skrzypią

albo sami zamknięci w świetlistych ścianach świtu

z twarzą zbyt przezroczystą by przyjąć na nią spojrzenie

posłuchajcie i wy którzy odpowiadacie

takim samym milczeniem pozwólcie zrozumieć

jak brzmi pytanie do tej odpowiedzi

Ponieważ napisano

105

PONIEWAŻ NAPISANO ten krajobraz przebija

strzała a nikt jej nie widzi ponieważ

przypływ morza gdzie toną statki słów nie zetrze

wszystkich przecinków od krwi mojej do wiersza

od zdania o mnie do tego o nas ponieważ

110

bez ciebie na tej mapie światła nie wiem pod jaką

górę upadłem

co mnie zatrzymało

to biec temu wierszowi każę już od wschodu

strzały do jej zachodu na brzeg gdzie kamienie

115

w ustach wyrosną wołać niechże odpowiada

inaczej — gryząc strzałę

Deszcz

DESZCZ od którego byłaś ładniejsza toczy

robak od środka rdzewieją jabłka deszczu

a jego oczy bramy zamknięte a jego

120

zegary milczą gdy pierwszy szpieg światła

wkrada się w moje góry albo ciemność

nadchodzi równym krokiem straży — jeśli

ciemność to prędzej niech mi zdejmie oczy

kropel ze skóry niech nie toczy swojej

125

rozmowy po mnie bez słowa po którym

nawet deszcz choć umiera na tej kartce jako

liryk to żyłby dalej

jako ty

+++

krajobraz ścieka

zardzewiałymi rynnami

chmury zamknęły

swoje małe błyszczące

oczy kropel

widocznie ptak wilgoci

nie potrzebuje opisu

Zatrzasnąć się

ZATRZASNĄĆ się w malarstwie tak jak w twoich

130

oczach bo jeśli farby są tak samo

częścią ciała bo jeśli mogą mnie tak samo

odepchnąć kiedy niebo wystawia język pędzlom

to i tam mogę prosić by szło za mną lustro

i by odbiło każdy cios tej ostrej

135

drogi każdy jej kamień choć kamienia nie ma

dopóki nie uderzy a drogi dopóki

nią nie odejdę co dalej ty wciąż dalej

a jednak razem od teraz do końca

wersu w nim właśnie zatrzasnąć się mówić

140

szczerze tak jakby szyfr był doskonały

+++

Artysta, Sztuka, Dziecko, Karamalarz

twarzą do ściany

w kącie

własnego oka

poeta

uderzony po rękach

linijką wiersza

Ciszą i wierszem

CISZĄ i wierszem ciszy instrumentem

z palcem krzyku na ustach wskazującym nowy

powiat powietrza poezję skrajną krawędź

jej będzie wszędzie środek wyrazu nigdzie

145

w środku pytanie lecz nie na to wszystko

odpowie a za wszystko nade wszystko że

nie w takim przecież człowiek urodzony

świetle pożera światło odepchnięty

przez światło swoje własne pisze sobie nie

150

ogień lecz popiół jak po ogniu w którym

spalę te kartki nie słońce lecz co

ma zamiast słońca wzejść na polach nocy

Jeśli rachunek

JEŚLI RACHUNEK w którym świat mi ciało

a ja mu słowo ty mi znów samotność

155

a ja ci swoją na oko na przymknięte

nie okaże się równy to co ze mną — deszcz

w dół obrócony płomień deszczu Ziemia

jest grobem deszczu powietrze domem deszczu

twarz jego lustrem ile w płucach deszczu

160

wołałem zagłusz ten deszcz i ten wiersz

instrument ciszy w górę słowa w deszcz co

jest lustrem ciszy słowa domem ciszy

zamkniętym skoro twoje lustro mówi

słowom was nie ma deszcz lustru ciebie też

+++

zaczyna się

od cyfry:

raz

raz dwa

raz dwa

a potem

nie ma potem

wciąż

próba mikrofonów

Kim zaś byłaś

165

KIM ZAŚ BYŁAŚ przeważnie pustym miejscem przy mnie

twój dotyk jak te wiersze nic nie mówił deszcz

to słowo wraca kneblem kulą ciszy kartką

zwiniętą w pięść upartym pytaniem gdzie teraz

mój warsztat pracy warsztat miłości mój warsztat

170

płaczu i czemu chociaż zawsze przed tym

broniłem się to wiersze właśnie teraz winny

przychodzić mi bez kształtu frazą dłuższą niż

kiedy mówiłaś do mnie każdym moim słowem

nią się podzielmy: tobie cisza mnie

175

deszcz co jedynie wspólne z ziaren deszczu wschodzi

przede mną ścianą tobie rusztowaniem dźwięku

+++

za każdym wierszem ziemia wydeptana

za każdym wierszem skrzydła tylko z drewna:

odchodzi a wiatraki

śpiewają pieśni bojowe

za skrzydła drzwi za drzwi do których puka

twoją nieobecnością każde zdanie

wyjść

nawet pod to niebo które we mnie

nie zechce wierzyć pod powietrze starte

na proch młynami światła

skrzydła

tylko ich

Jeżeli

JEŻELI z wiersza nie zbuduję domu

dla zmarłych ciemny będę jak dom po nich który

stoi na ustach ziemi one go wzywają

180

jak dom pod nimi: czarny mróz i gruz

węgla przed którym uciekają usta

i dom nad nimi: wir gdzie wrony wiatru

krzyczą bo gniazda budują ze skrzydeł

jak dom w nich wreszcie skoro nawet zmarli

185

mieszkają w sobie w gniazdach z siebie od

nowa trzeba ich zatem zbudować to znaczy

podnieść z pamięci plan padłego domu

przyjąć chrzest krzyku węgiel w usta wiersza

Śpiączka

ŚPIĄCZKA koma przecinek między życiem a

190

tym drugim zdaniem rana cięła słowa które

ważne lecz skreśli się samo mówione

zygzakiem wobec prostej choć nieznanej składni

języków — tak jest — martwych Gdy prosić o dar

języków to wyłącznie tych bo z nich jest szept

195

śpiączka koma przecinek co z tego że jako

poeta nie uznaję przecinków one są

ostrzem tej składni z której znamy tylko

ten jej sztyk groźny szyk zdania poza tym

nic już naprawdę nic bo co ma wiersz

200

do tego przecież nie ma nic bo nawet końca

+++

tren

wiersz dla zmarłej

ciągnący się po ziemi

ogon jej sukni

pomyłka słownika

Ciało

CIAŁO tak mądre że żyć umiesz choćby

zgasło już nie na zewnątrz twych okien lecz i

po drugiej stronie światło Ty bez niego

ciało tak głupie że gdyby przystawić

205

lustro już nie dostrzeżesz że twarz i że twoja

gdzie cię prowadzi inny blask już ślepy

i na kształt zdania którym nie wiem czy

mam cię pożegnać i na światło które

odpadło ci od powiek ciało tak niepewne

210

przyszłości a tak pewne w pojedynku z samym

sobą z zamkniętym w tobie człowiekiem i śmiercią

zamkniętą w tym człowieku zmiłuj się nad nami

Tak jak mój smutek

TAK jak mój smutek zbliżasz do jej smutku

ciało na koniec zbliż i do jej ciała

215

ponieważ ona mi w tym wszystkim nie

zgasła choć znika światło choć wypala

się ciemność chociaż ginie i to trzecie

na które nie ma żadnej nazwy bo

od życia i od śmierci jest tak samo

220

odległe Niech mam dla niej więcej niż tę trzecią

osobę w wierszu niż niepewność niż

to łatwe zdanie że jest dobrze póki

nie za nią póki jeszcze nie za tobą

krzyczeć tym słowom ale przed wciąż przed

+++

nie widać dłoni powiedz w jaki sposób

ciemność przesypać ma się między nimi

zanim zgęstnieje

w obietnicę światła

nie widać: pokój z przestrzeni odarty

przez to że wszystkie światła pogaszone

zamknięte oczy

nawet oczy wierszy

to jak

mam dostrzec twoje drobne gesty

po drugiej stronie mroku drugiej stronie świata

Wino

225

WINO czasu paruje z nas wytrzeźwiejemy

w śmierć w mrok gdzie wszystkie nasze kartki będą

czyste w nie ten początek zeszytu: litery

zachodzą nas od tyłu niewidzialna

ręka zdejmuje z twarzy maski tlenowe kolejnych

230

dni powoli odsłania horyzont na którym

fabryka chmur pracuje pełną parą pod każdym

nowym produktem łamią się półki nieba

spada z nich szary papier deszczu czarna noc

śmierci ten rozdział między białym winem światła

235

a wargą pełną smaku słodkiej ziemi

śmierć rozdział wiersze wstęp do umierania

+++

więcej

powietrza i takiego które nie rysuje

nad głową żadnych arkad

albo zgaś krajobraz

Pisz

PISZ ze zgrzytem tak jakby na szkle fotografii

zaświatów swoich dziadków wszystko jedno: sepią

ich krwi czy swoją sztuczną inteligencją owszem

240

pisz ale tylko własną kołysankę na

okrągło jakbyś wiedział że przyszłość jest czarną

płytą którą puszczali ci rodzice pisz

skrzeczącą igłą: przyszłość jest przegrana

na inny nośnik pisz swój własny wśród

245

tych szklanych kręgów w które każdy wpada

po śmierci niech on będzie powtarzaniem tych słów

pisz więc tak głośno aby tam nie było ciszy

z nadzieją że ustawisz głos lepszy od ciszy

+++

powietrze

powie

nie:

stoi

na baczność

śnieg zasypuje

usta światła

szukam

języka,

w którym to zdanie ma usta,

powietrze,

stoi

na baczność

Iluminacja

ILUMINACJA ostre oczy lampy

250

a moje słowa wyrwą światłu pióra

ty prześwietlony nimi bielą w której znika

słowo słów moich cień twojego cienia

walczą ze sobą pamięć i ten blask

twój wróg jeżeli wkłada mi do oka

255

światło któremu jesteś tylko powietrzem gdzie

przez sen pod gęstą siatką snu trzepoce

pod skórą szelest prostowanych skrzydeł

oddech ptak który wybudował gniazdo

na stromym drzewie kości na gałęzi

260

twojego obojczyka gotowy do lotu

Cierpliwie

CIERPLIWIE odbierałem wierszom wzrok jak teraz

mają na ciebie największe światło patrzeć

czy trzecim okiem zimnym zamkniętym okiem kropki

łapczywie zabierałem im głos sadząc w ustach

265

ostry i obcy język płomienia jak teraz

miałyby odpowiadać zmieniałem charakter

pisma stał się tak czysty że aż nieczytelny

i siebie tak poprawię powoli nieznacznie

ale skreślając więcej niż napisane niż jest

270

wciąż rozstrajając rytm zdzierając stroje

dźwięku bo teraz słowom stać przed tobą

nago

+++

gdyby księżyc nie palił

na wolnym ogniu

nas

także ognia

ale na uwięzi

noc spadłaby jak balon

na głowy drzew

bez koron

a tak

a tak się wznosi

także na uwięzi

Wpatrzeni

WPATRZENI w siebie zwierciadło w zwierciadło

pisał przyjaciel potem przestał być

275

poetą nie wiedziałem co miał na myśli ani

że już wtedy pomniejszył mi zbiór gorzkie żniwo

zdań których ci nie mówię bo i własnych

mam jak widać za mało a wszystkie w kopertach

skreśleń wiem jednak że one są i

280

że są przepisywane z linii twojej twarzy

prosto na moją odbijamy się

w sobie jak w tamtym obcym zdaniu lustro

w lustro szklany korytarz w drugi gdzie prowadzi

pasaż powietrza kręta ścieżka słowa

+++

odbicia wchodzą

na pokład rzeki

milczę

w gardle

ość wiersza

może haczyk

Odkąd twój język

285

ODKĄD TWÓJ JĘZYK mieszka w termometrze

toczą się po mnie oczy rtęci odkąd

rzęsa twojego stała się podziałką

dzieli nas powtarzanie tego mało tego

za dużo odkąd twoje ciało jest

290

hotelem dla gorączki to i dla mnie

znajdzie się pokój kiedy wchodzę czytasz

mnie jak kopertę przeciw światłu jak

skład leku zobacz że od tego jestem

chorobą źle zmierzoną niezmierzoną bo

295

odtąd na skali krzyku moje słowa

tak samo mają trzydzieści siedem jeden

Ty moja droga

TY MOJA DROGA jednokierunkowa

pod złym znakiem tabliczką od do raczej od

tych kraks trzeba z którymi znamy się jak łyse

300

opony z lodem jak profil i promil

plącze się język jezdni nagi jak

w sądowych aktach: wina, korki w ustach

butelek z alkoholem miasta, policyjna

blokada wiersza: gdy semafor zmienia

305

zeznania w twojej sprawie to znak że

sygnalizacja kłamie: skrzyżowanie

bez odwołania zamknięte czerwone

światła naszych miłości pozdrawiają się

Arteria

ARTERIA zapisana podartym papierem

310

po obu stronach niedorozwinięte

rolki blokowisk we mnie także blok

wielopiętrowa nieobecność słów

o tym kierowcy: na piersi tytoń w niej wieniec

choroby serca Palenie powoduje

315

ranny autobus autobusu krew

wychodzi bokiem żółtym strupem drzwi gdzie

włócznia?

gdzie gwóźdź przystanku: okrągła główka w wieńcu

ogłoszeń (żyły przetkam)? arteria zapisana

320

na kurs donikąd zaciska pętlę Stop

+++

chmury

i cegły tak:

samo bezbarwne

miasto nie może

wznieść się jeszcze wyżej

Zamknąć

ZAMKNĄĆ za was ten okres sprawdzić klamkę klucz

kieszeń koncepcje karty odejść od

stolika jak od opcji która każe pić

z piersiówki deszczu szare znieczulenie

325

potrzebne aby połknąć tę tabletkę blok

i potem prędko piętro niżej zbiegać

w krzywy korytarz w cudzym wizjerze po drodze

zmieniać się z obiektywu w obiekt już na schodach

burza fotografuje z zaskoczenia pstryka

330

w powietrzu metal światła stop co wyjdzie klatka

zamknięta na klucz deszczu teraz nic

ode mnie

+++

czy opad dopadł ziemię (a i mnie) czy

wciąż jest postmodernistą czyli tak powietrzu

nie ziemi — nocy grozi nowy nalot i czy

ten mowy nalot zgładzi z języka ulicy

czy zaśpi zaspy czy tła mi zagmatwa

czy może biały ściekł przez sen i światła

i światła pierwszy ścieg (ten pierwszy szpieg słów)

jak wieżę babel wyburzy mnie ze snu

Obcych języków uczymy się od przekleństw

OBCYCH JĘZYKÓW UCZYMY SIĘ OD

PRZEKLEŃSTW ty mowy wiersza ja języka

335

miłości patrz znalazłem ostre słowo nie

w małym słowniku języki wystawiamy

na próbę nowych uczymy się od

siebie jak to możliwe gdy znamy tylko stare

swoich języków uczymy się od obcych

340

sobie nawzajem uszu — stąd są obłożone

milczeniem wszystkich trudnych języków się u-

czymy na pamięć czy na zapomnienie

poznanych już języków zapomnijmy od

podstaw tylko tak można zgubić powiedziane

Z tamtych wakacji

345

Z TAMTYCH WAKACJI wywołuję cię

przez radio wiersza pod słowami fala

na której nadawałem: odpływ Radio jak

radio nie wie co mówi dostraja się Eter

dusi tak samo jak dziś gdy złapana

350

fala z wtedy wyrywa się spod stóp czas zbiec

jak klif do morza ostatecznie Tylko

gdzie po tej wodzie w ustach do ciebie do siebie?

wahaniu między dwoma powrotami

morze przynosi lustro każdy krok

355

wiatru przykleja się do skóry tylko niebo

podeszwy ma błyszczące idzie

na nas

+++

cyrkle jaskółek piętra jaskółek litery

ptaków niebieski inicjał twoich pleców jeśli

nie zaczniesz tej rozmowy zgasisz niebo liczę

punkty jaskółek układają się

w alfabet braille'a

Jeśli szukałem

JEŚLI SZUKAŁEM kiedyś domu w twojej

szyi niedobry język znalazł dom

360

pod kloszem kluczem zagryzanym w głodnych

rękach jeżeli ciągle szukam domu

w twoich warg tańcu nie rób ze mnie mięsa

gdy ciągle tańczysz w głowie nie rozpalaj w niej

ognisk bólu punktowych reflektorów złości

365

bo przy nich nie ma domu nie rób ze mnie domu

skoro znalazłem sobie stancję w słowie

na świat zamkniętym nie rób we mnie drzwi

bo i zatrzaśniętego domu chciałbym jeśli

na twoich oczach nie rób ze mnie łez

+++

jak śnieg zapłakać

który blaskiem wypełnia

dzban głowy rozbija czaszkę

wyjmuje z niej łzy

który nauczy

wszystkich masek otworzy

oczy

obróci w nich klucz

który rozdzieli

nas nożem nocy siekierą

światła

który nakarmi

głodem a w wino

poprzemienia słowa

jak śnieg zapłakać

śnieg

który znika gdy płacze

Miasteczko Blizno

370

MIASTECZKO BLIZNO w ziemi jeszcze żywej już

przedśmiertnie znieczulone ukłuciami ulic

w którym chmury są dymem pachną spalonym deszczem

miasteczko tak potrzebne po to aby z niego

wyemigrować w inne wewnętrzne miasto wiersza

375

chociaż tam nie ma jeszcze mojego domu tylko

rusztowania: korony belki w oku wiatru

pługi krojące powietrze siewcy burzy

słowem czas już miasteczko abyś schowało swoje

ostrza to czym mnie kroisz czym zasiewasz

380

blizno we mnie zarazem i bruzdo w stalowej

ziemi mojego nieistnienia usłuchaj

+++

ziemia

wyda plon

zdradzi

tylko powietrze wypełnia

swój obowiązek

puste ziarna

wiersz

Miasteczko gdyby twoje ściany były

MIASTECZKO GDYBY TWOJE ŚCIANY BYŁY z drewna

to ogień ze mnie łasiłby się do nich

miasteczko gdyby twoje ściany były z pamięci

385

tłukłbym w nie głową krzycząc ty pamiętaj mnie

zapomnieć gdyby twoje ściany były płaczu

śmiałbym się na nie gdyby twoje imię

przestało być imieniem poety iwaszkiewicza

nadawałbym mu nowe znaczenia a tak

390

miasteczko gdyby twoje ściany były

ze znaczeń nie rozumiałbym ich miasteczko gdyby

twe ściany były ze słów skreślałbym

miasteczko gdyby twoje ściany nie były ze mnie

Czytającej

zastawać ją skupioną, jak Vermeer: naprzeciw

395

szachownicy do partii z losem: okna którym

wleciał niepokój ptak substancja lotna

parująca z załamań zasłony, osiadła

w złoconej pleśni brzoskwiń na antenie misy

osypująca dłoń spróchniałym światłem

400

kartki po którą sięga śmigło wiatru gdy

odbicie gryzie trudną ramę okna

aby nie spytać jak lot listu w dół

utopić w farbie albo jak zatrzymać

obrót jej oczu: groźny radar który

405

nad dachy naszych książek naprowadza noc

+++

zachód:

czerwone światło

noc:

przejście dla pieszych

Peregrynacja na dzień 1 listopada 2002 i na grób dziadka, malarza czerwonych obrazów

ulica ulizana językiem ciemności

powietrze zimne deszcz cierpliwy: czeka

sam na siebie a tramwaj zwleka już godzinę

bo święto zmarłych ich więc kolej bardziej

410

podziemna cały tabor tam zstąpił choć zabrać

obiecał wiersz z warszawskich nieprzystanków

na ten największy szary skąd się zacznie

długi marsz pospiesznego gdzie prawdziwy tor

będzie tarł koła slangiem szyn podnosił

415

pociąg przedmiot liryczny ponad język

rzeki aż nagle pauza nie peron a pora

żółtego światła stacja trawa

ogród trzy puste ule światło jednak z innej

wysokości nie miód lecz sześciokątny

420

wykres: zszarzałe plastry dachówek pod skórą

takiego domu byli razem jak cukry proste

jak prosty bo podskórny zestaw farb: czerwienie

mocno związanych nitek krwi jak splot

płótna na który patrzę sam podróżny pigment

425

szczelnie objęty tylko przez tubkę wagonu

oraz przez myśl (nie przejdzie) że nim mnie otworzy

stacja to zmarłych winno się spotykać już

teraz w blasku wytrawnym jak werniks jak bejca

dla oszczędności czasu dla jedności miejsca

430

ruchomego jak piasek wstępnego jak grunt

podobrazie podbrzusze podglebie na którym

pędzel przyswaja sobie ściągawkę ściągniętej

etykietki dziurawą lekcję aluminium

ta czerwień w tubce nie jest tylko słowem

435

alizaryna[1]. porównać to z nimi

zawiniętymi ledwie w napis śmierć

Słowa w wierszach odbijane

437

Do lektury tych wierszy nie trzeba zachęcać. Wypadałoby raczej zaprosić serdecznie, jak się zaprasza do domu dawno niewidzianego przyjaciela. Jest to poezja, która pozwala rozgościć się czytelnikowi, poczuć ciepło języka, jego żywość, a zwłaszcza melodię. W starannie jak partytura rozpisanych wierszach nie ma w ogóle pośpiechu, jest rozkoszowanie się chwilą, w której brzmi poezja.

438

Ten nieco górnolotny początek (trochę patetyczny?) wydał mi się najbardziej odpowiedni do krótkiej wypowiedzi na temat tych wierszy. Ta liryka nie zgrzyta, nie trywializuje ani nie łamie języka. Jest oparta nie na dźwięczności słów głównie, ale ich nieodpartym wdzięku. Ten wdzięk polega na swoistym wyrafinowaniu poetyckim, na konsekwentnym używaniu słów-kluczy (np. dom, światło, ciało, lustro, deszcz, kropla) i zachowaniu regularnego podziału na strofy i wersy. Jednak rygor, który autor sobie narzucił, nie ogranicza jego wypowiedzi, ale, paradoksalnie, ją ubogaca. Wiersze stają się planszami do gry w język, w której przestawianie słów i kombinowanie ich połączeń tworzy poetykę paradoksu rodem z epoki baroku.

439

Na czym polega metaforyka tego języka? Otóż słowa-klucze są tu wcielane w różny kontekst sytuacji lirycznej — osobistego wyznania. Te ruchome słowa wpływają na ruchliwość znaczeń, przesuwanie się ich w polu skojarzeniowym. Wiersze zwielokrotniają słowa poprzez odbijanie ich w różnych ustawieniach. Język tekstu tworzy więc lustrzaną w stosunku do pozatekstowej rzeczywistość. Panuje tu przekonanie, a raczej przeczucie, że język nie odzwierciedla rzeczywistości, ale ją odbija i to nie wiernie, tylko w zniekształceniach. A zatem występujące w tej poezji realia współczesności muszą być ujęte w nawias języka, który jest starszy, bardziej doświadczony niż jego użytkownik. To doświadczenie języka zawiera się w archaizmach, słowach używanych rzadko, które przetrwały jednak w dawnej poezji.

440

Momenty liryczne w tej poezji to obserwacyjne punkty, z których czytelnik może oglądać wiersz. Reflektor języka wydobywa refleksy słów, w których migoczą refleksje — niejednoznaczne i nieostateczne. Autor nie pisze wprost, wierzy w intuicję językową czytelnika, która pozwala dostrzec sens tekstu. Ten sens jest więc nieostry, najczęściej domyślny, tak jak podmiot i adresat tych wierszy. „Ty” i „ja” określa tu jedynie komunikacja językowa, ale jest to porozumienie jakby ponad słowami, a także wbrew nim, co tworzy paradoksy. W efekcie wiersze często poprzez labirynt słów zmierzają do nieuchronnej puenty, jednak nie zawsze odkrytej, nieraz przemilczanej.

441

Odnoszę wrażenie, że ta poezja powstała z zachwycenia się słowem, które wprawdzie nie może wszystkiego, a tak dużo potrafi wyrazić. Najciekawsze, że Autorowi udało się to pokazać bez stosowania typowych lingwistycznych chwytów. Uprawiana przez niego poetyka paradoksu, nawiązująca do tradycji barokowej, wydaje się ciekawą, godną uwagi propozycją.

Maria Cyranowicz

Przypisy

[1]

alizaryna — organiczny związek chemiczny z grupy chinonów, substancja wykorzystywana jako barwnik, znany już w starożytności (Egipcjanom, Fenicjanom i Izraelczykom), uzyskiwana z korzeni marzany barwierskiej (rośliny znanej też jako barwica, brocz, czerwone korzenie, czerwony gryk, knap, krap, marzanka, marzanna, marzka, reta), występującej naturalnie na terenach Europy płd.-wsch. (w Jugosławii, europejskiej części Rosji, na Krymie), w Azji (na Cyprze, w Iraku, Iranie, Jordanii, Libanie, Syrii, Turcji, Armenii, Gruzji, a także w Tadżykistanie, Turkiestanie i Uzbekistanie), do XIX w. hodowanej w Europie centralnej do wyrobu farb. [przypis edytorski]

Close
Please wait...