Wolne Lektury potrzebują pomocy...



Wolne Lektury są za darmo i bez reklam, bo utrzymują się z dobrowolnych darowizn i dotacji.

Na stałe wspiera nas 362 czytelników i czytelniczek.

Niestety, minimalną stabilność działania uzyskamy dopiero przy 1000 regularnych darczyńców. Potrzebujemy Twojej pomocy!

Tak, dorzucę się do Wolnych Lektur!
Tym razem nie pomogę, przechodzę prosto do biblioteki
Znajdź nasze audiobooki na YouTube

Audiobooki Wolnych lektur znajdziesz na naszym kanale na YouTube. Kliknij, by przejść do audiobooków.

x

Spis treści

    I
  1. II
  2. III
  3. IV
  4. V
  5. VI
  6. VII
  7. VIII
  8. IX
  9. X
  10. XI
  11. XIII
  12. Epilog
  1. Alkohol: 1
  2. Artysta: 1
  3. Astronomia: 1
  4. Dziecko: 1
  5. Filozof: 1
  6. Góry: 1
  7. Kawiarnia: 1
  8. Kobieta: 1 2 3 4 5
  9. Kobieta demoniczna: 1 2 3 4
  10. Los: 1
  11. Macierzyństwo: 1
  12. Małżeństwo: 1 2
  13. Marzenie: 1
  14. Matka: 1
  15. Mężczyzna: 1 2 3 4
  16. Miłość: 1
  17. Mizoginia: 1 2 3 4 5 6
  18. Morderstwo: 1 2
  19. Morze: 1
  20. Muzyka: 1
  21. Nauka: 1 2
  22. Nuda: 1
  23. Ojciec: 1
  24. Pijaństwo: 1 2
  25. Płeć: 1
  26. Pocałunek: 1
  27. Przekupstwo: 1
  28. Przemoc: 1
  29. Rozpacz: 1
  30. Równouprawnienie: 1
  31. Syn: 1
  32. Szaleniec: 1
  33. Śmierć: 1
  34. Tajemnica: 1 2 3
  35. Taniec: 1 2
  36. Tęsknota: 1
  37. Wdowa: 1
  38. Wiedza: 1
  39. Wierność: 1
  40. Zdrada: 1

Błędy źródła: Stara ziemia -> Stara Ziemia, prawda -> prawdą, chłopięcią -> chłopięcą, ślniących -> lśniących, takcih -> takich; wreszczę -> wrzeszczę; widzień -> widzeń; pytająco -> pytające, naszy -> naszym, dobnostka -> drobnostka, nieokreślnym -> nieokreślonym; Ockną ->Ocknął, mi -> im, każdej chwili -> w każdej chwili

Poprawiono ortografię, m.in.: zamiana dawnej pisowni łącznej na rozdzielną np. nietylko -> nie tylko, mimowoli -> mimo woli, nadewszysko -> nade wszystko, naprzykład -> na przykład, z pod -> spod itp.; zamiana joty na i: np. szarlatanerji -> szarlatanerii, Juljusza -> Juliusza, filozofji -> filozofii, tragedja -> tragedia itp. sharmonizowany -> zharmonizowany; ; skommasowana -> skomasowana;

Uwspółcześniono fleksję: m.in. księżnę -> księżną, jednę -> jedną itd.

Nazwisko postaci — jak występuje w druku — Rokityn zmieniono zgodnie z I częścią Powrót na Rohityn.

Jerzy ŻuławskiProfesor Butrym

Jerzy Żuławski. 1874–1915

1

Ile wojna zgasiła talentów, które kiedyś zakwitłyby może wspaniałym kwiatem na niwie poezji polskiej — tego nie będziemy wiedzieli nigdy. Zostanie to na zawsze tajemnicą. Nie zdradzą nam jej samotne, milczące mogiły, rozrzucone na szerokiej przestrzeni ziem polskich od Karpat aż po błota poleskie.

2

Wiemy jednak, że wojna trzebiła nie tylko ten młody, nieznany nam bliżej, zagajnik literatury. Wdarła się ona także i do starszego jej lasu i obaliła tam bujne drzewo męskiej, dojrzałej twórczości Jerzego Żuławskiego.

3

Tragiczny zgon poety, zmarłego w sierpniu 1915 roku, w austriackim szpitalu dla tyfoidalnych w Dębicy, w Galicji Zachodniej, szerokim rozniósł się echem i przygnębiające wywarł wrażenie wśród wszystkich, którzy znali jego bujną, pełną ochoty do życia naturę.

4

Mimo woli wyrywały się wówczas na usta słowa Juliusza:

„Gdyby przynajmniej przy rycerskiej śpiewce
Karabin jemu pod głowę żołnierski,
Gdyby miecz w sercu lub zabójcza kula!
Lecz nie! — szpitalne łoże i koszula…”[1]
5

W tym „łożu szpitalnym” tkwi bodaj największa tragedia życia i śmierci Żuławskiego.

6

Nie wchodzimy tu w ocenę jego działalności, jako uczestni­ka Legionów galicyjskich. Wystarcza nam fakt, że pragnął, „jak dziad i ojciec”, dać krew ojczyźnie. Tak przynajmniej pisał w porywie szczerego i głębokiego uczucia w pożegnalnym wierszu do swoich synów. Los zrządził, że dał tylko — im i ojczyźnie — przedwczesną śmierć i żałobę.

7

W poezji polskiej wieku XX ma Żuławski swoją własną kartę. Zaczął pisać młodo, jeszcze jako student uniwersytetu berneńskiego w Szwajcarii, gdzie u podnóża Alp, zapatrzony w ich śnieżne szczyty, zdobywał doktorat filozoficzny, przykładając się szczególnie do studiów nad Spinozą.

8

Spinoza też wywarł na niego niewątpliwy i głęboki wpływ. Od niego przejął ów „eudajmonizm etyczny”, który tak doskonale harmonizował z jego naturą, żądną pełni życia i szczęścia. Cała późniejsza filozofia Żuławskiego, na której podstawach ukształtował się jego stosunek do najżywotniej­szych osobistych i ogólnych zagadnień, łączy się niemal bezpośrednio z pojęciem Spinozy o potędze ducha, która prowadzi do wolności, przez wolność do cnoty, a przez cnotę, jako wynik wolności, do szczęścia.

9

Ideałem jego, podobnie jak ideałem Spinozy, był „człowiek zdrowy, wesoły, swobodny, szczęśliwy, wrażliwy, choć niczego się nie bojący, poddany cały-rządom rozumu i gorącą miłością Boga rozpalony”.

10

Kiedy w pracy swojej o Spinozie (Przed zwierciadłem prawdy str. 187 i nast.) mówi: „Pogoda, spokój, siła — to trzy błogosławieństwa, które Spinoza światu niesie; nad ideałem jego, nad ludzkością, którą sobie wymarzył, pali się jedna ogromna miłość. do Boga, która jest miłością wszechświata i miłością życia” — mówi to, jakby o sobie i od siebie.

11

W tych określeniach jest też klucz do zrozumienia całej jego indywidualności.

12

„Miłość wszechświata i miłość życia” stanowiły treść jego duszy, a co za tern idzie, przejęty również od Spinozy dynamiczny panteizm[2], według którego jedyną substancją, jedynym bezwarunkowym bytem jest nieskończona i identyczna w sobie energja, a świat jest tylko jej objawem — stanowił oś zasadni­czą jego myśli badawczej, chciwej poznania, nie zasypiającej nigdy, nawet na różach poezji.

13

Stąd w sztuce jego łączą się dwa, pozornie zwalczająca się nawzajem, pierwiastki — czysty, nawskróś artystyczny pierwiastek marzenia z pierwiastkiem intelektualnym, który przy pomocy określonych, pilnie przestrzeganych dyscyplin umysłowych trzymał na wodzy to, co pospolicie nazywamy „natchnieniem poetyckiem”. W „natchnieniu”, które wybucha gejzerami z podświadomych pokładów duszy ludzkiej, Żuławski nie tworzył nigdy. Jego sztuka była świadomemu dążeniem i świadomą pracą człowieka o kulturze rozległej. i wysokiej, wypowiadającego kunsztownie istotę swoich prze­żyć i niemniej kunsztownie ścigającego swoją tęsknotę, która go unosiła „ponad życie'

14

Zbliża go to raczej do typu literata w znaczeniu zachodnioeuropejskiem, niż do typu poety, jaki przekazała nam do dzisiaj jeszcze żywa w Polsce tradycja romantycznego pojmowania sztuki i posłannictwa artysty.

15

Nietrudno stwierdzić, że cechę pełnej i kontrolowanej mniej lub więcej surowo, ale zawsze kontrolowanej świadomości twórczej noszą na sobie nawet młodzieńcze poezje autora Erosa i Psychy.

16

Przelewa się w nich tu i owdzie war uczucia, pali się siedmioma swemi barwami tęcza lotnego jak obłok marzenia, ale jednocześnie u podstaw łuku każdej z tych tęcz widać szary „granit” intelektu, stojącego, jak szyldwach, na straży poezji, aby nałożyć jej swoje wędzidło, gdyby zaszła tego potrzeba.

17

Potrzeby tej jednak nie było nigdy. Żuławski nie zapędził się na „bezdroża” ani razu w okresie dwudziestoletnim swojej twórczości.

18

W wierszach lirycznych, których zostawił nam cztery obszerne tomy, w powieściach fantastycznych (Na srebrnym globie, Zwycięzca, Stara Ziemia), w powieściach współczesnych (Laus feminae), w opowiadaniach i nowelach (Kuszenie szatana, Bajka o człowieku szczęśliwym), wreszcie w dramacie, który go najsilniej ku sobie pociągnął, jako rodzaj sztuki, i olśnił możnością twórczą przekształcenia rodzących się wr mózgu obrazów i słów na plastyczną rzeczywistość — potrafił zawsze utrzymać na wodzy marzenie i sprząc je z postulatami krytycznego umysłu.

19

Rzecz znamienna i wysoce charakterystyczna, że nawet w „nadziemskich” swoich powieściach nie odbiegł zbyt daleko od „ziemi”, że potrafił swojej fantazji księżycowej nadać cechy obronnej prawdy, której nigdy uczony specjalista nie będzie mógł w ogólnej bryle zakwestjonować.

20

W szeregu swoich dramatów, zaczynając od Dyktatora poprzez Wianek myrtowy, Jolę, najpopularniejsze ze wszystkich dzieł swoich Erosa i Psychę, Grę, Donnę Aluikę (La Bestia), Za cenę łez, Koniec Mesjasza i niewystawiony jeszcze dotąd na żadnej scenie polskiej Gród słońca[3] — dążył poeta konsekwentnie rozmaitemi drogami i przy pomocy różnych środków zawsze do jednego celu — do najpełniejszego wypowiedzenia swojej idei „pełnego życia” i swojej tęsknoty do bohaterstwa, stanowiącej jeden z najwyższych wyrazów jego poezji.

21

„Ojcze!” mówi bohater w Grodzie Słońca:

ja nazbyt kocham śmiech, swobodę,
życie i słońce i siły swe młode,
co szczęścia dreszczem idą przez me kości,
abym kupować miał za cenę lęku
władztwo! Ja raczej z tym samym uśmiechem,
którym władałem, przyjmę śmierć, niż grzechem
trwogi się skalam…
22

A kiedy dalej w tym samym dramacie (str. 36) słyszymy płomienny wybuch żądzy życia:

Żyć będę! żyć będę!
Wszak mam tu jeszcze wiele do roboty.
Mój ojcze! myśli swych, zamiarów zloty
pas taki jasny, taki barwny przędę,
i im się więcej moich marzeń wciela,
tem więcej pragnę! Chciałbym, by na świecie
słońce władało, by człek był, jak dziecię,
a z życia nie znał nic, oprócz wesela…
23

— to zdaje nam się, że to woła do nas bezpośrednio sam Żuławski swojem pragnieniem, swoją wolą i ochotą życia, które było w nim tak bogate, tak rozlewne, tak pełne wiary w siebie i radości.

24

Radość bujna szła z nim wszędzie — czy w góry, które przemierzył własnemi stopami, wdzierając się na szczyty alpejskie i tatrzańskie, czy na słoneczny brzeg francuskiej i włoskiej Riviery, czy do Paryża i do Rzymu, gdzie pełnemi haustami pił z najczystszych źródeł kulturę renesansu, pociągającą go ku sobie tą właśnie „pełnią i bogactwem życia”, które szumiało w jego młodych tętnicach, czy wreszcie do Warszawy, gdzie zawsze przywoził z sobą nie tylko reminiscencje zakopiańskich „wczasów letnich” i echa długich z przyjaciółmi rozmów „na werandzie u Płonki”, ale i swobodny oddech z szerokiego świata, ów powiew „europeizmu”, który go czynił równouprawnionym obywatelem wszystkich kultur.

25

Wykształceniem wżyty w Europę, mocno związany z nią przez swoje studja humanistyczne, pogodzony z życiem, wolny od jakichkolwiek, drobnych nawet śladów przesączających się od wschodu do literatury polskiej metod „samoudręczenia, zdrowy od pnia, silny, trzeźwy i śmiały, należał Żuławski do najbardziej zharmonizowanych wewnętrznie ustrojów pisarskich doby ostatniej. Nie było w nim rozdźwięków, chimer, skowytów duszy, nade wszystko jednak nie było elementu bezsilnej skargi i łamania rąk.

26

Naturę miał zdobywczą.

27

Tragedja przeznaczenia chciała, aby wbrew tej naturze, wbrew tej bujnej sile życia, która w nim tkwiła, legł na łożu szpitalnem w chwili wielkiego przełomu dziejowego, z oczyma chciwie wpatrzonemi w jutro.

28

Żył krótko. Za krótko, aby mógł wypowiedzieć całego siebie. Urodzony w r. 1874, padł na progu życia męskiego, ledwie go przekroczywszy, ledwie spojrzawszy w oczy zagadnieniom, które wiek dojrzały przynosi z sobą polskiemu artyście.

29

Pozostaje jednak po nim w literaturze ślad trwały i ślad własny, którego czas nie zatrze.

30

Na imię mu — samodzielny wysiłek twórczy.

31

Z. Dębicki[4]

I

32

Z ciemnego rogu dużego salonu, popod pierzaste liście palmy, zwieszające się z wazonu, patrzył profesor Butrym na żonę.

33

Siedziała przed fortepianem. Skończyła przed chwilą grać; lewą, pieszczoną rękę, z dużym, starym turkusem w pierścieniu, trzymała jeszcze na klawiaturze, uśmiechniętą twarzą zwracała się do kilku stojących obok mężczyzn. Mówili do niej wszyscy, jeden przez drugiego, drocząc się nawzajem i przeko­marzając. Profesor widział ich wszystkich, jak przez mgłę, raczej odczuwał tylko ich obecność, jakby dopełnienie obrazu, który miał przed sobą. Nie słyszał i nie słuchał, co mówią, cieszył się tylko, że są, że śmieją się i rozmawiają, bo dzięki temu patrzeć mógł tak zdała na delikatny, jakby rylcem w twardej kamei cięty profil swej żony, widzieć, jak w uśmiechu drga radością życia każdy nerw; jej twarzy, jak błyszczą oczy jej o przedziwnym kolorze morskiej wody, w której ponad zielenią wzgórz odbija się błękitne niebo.

34

Opuścił nieco powieki na znużone jaskrawym światłem oczy i spod spuszczonych rzęs łowił iskierki płowego złota, sypiące się z jej falistych włosów przy każdym głowy poruszeniu, patrzył, jak w miarę uśmiechu jawił się na jej prawym policzku mały dołeczek, ukośnie padającym światłem fortepianowego kinkietu znaczony i znikał znów, kiedy z szeroko rozwartymi oczyma i rozchylonymi nieco usty słuchała niby poważnie jakichś mówionych do siebie słów…

35

— Zośka, Zośka — szeptał z cichym, dziecięcym niemal roztkliwieniem.

36

Uderzył go śmiech głośniejszy. Pani Zośka wstała, mężczyźni rozstąpili się nieco, otwierając jej wolne przejście w głąb salonu. Ale ona nie szła. Widział ją smukłą i wysoką, z męskimi trochę ramiona­mi i przedziwnie kobiecą, miękką, szlachetnie wygiętą linią grzbietu i biódr[5]. Powłóczystą suknia z czarnego aksamitu iskrzyła się na niej świetlnym pyłem, z żyrandolu i lamp padającym.

37

Zwróciła głowę.

38

Błysnęła mu na moment jej twarz wprost widziana o brutalnie rozwiniętych kościach szczękowych, wąskich ustach i banalnym, okrągłym czole. Wzrok jej chłodny, roztargniony, nie widząc go, przesunął się po liściach stojącej obok palmy i zgasł gdzieś w czarnym prostokącie osłoniętego ciężką firanką okna.

39

Przeraził się, jakby nagle po raz pierwszy ujrzał tę kobietę, z którą żył już przecież sześć czy siedem lat… Spuścił na moment oczy. Gdy je znów wzniósł, śmiała się już, odpowiadając coś jednemu ze stojących wokół niej mężczyzn. Profesor teraz dopiero zwrócił na nich uwagę. Znał ich wszystkich. Był między nimi wysoki, smukły, poprawnego dżentelmena uda­jący prawnik, który przed paru laty jeszcze nosił za krótkie, na kolanach wygniecione spodnie i wytarty płaszcz narzucał na ramiona. Obecnie, ubrany z wyszukaną starannością, z monoklem w oku, który zrzucał wciąż nerwowym ruchem, i z gładko wygoloną twarzą, niepozwalającą poznać właściwego jego wieku, pochyliwszy cokolwiek małą głowę, mówił właśnie coś do pani Zośki, i patrząc na nią nieco z góry, uśmiechał się dziwnie na wpół dobrotliwym, na wpół szyderczym grymasem ust.

40

Butrymowa, cofając się z lekka wstecz[6] ramionami, patrzyła nań z uśmiechem oczyma szeroko rozwartymi, dziecięcymi, pełnymi zdumienia i ciekawości. Bródkę subtelną wyciągnęła naprzód, ruchem z przyzwyczajenia już mimowolnym, aby nadać szyi linię doskonałą i ukryć równocześnie zbyt silnie rozwinięte, mięśnie żuchw. Profesor doznał na chwilę wrażenia, że widzi ją pozującą do jakiegoś portretu czy fotografii i poprzez maskę udanego zajęcia na twarzy spostrzega jej nudę i roztargnienie. Poruszył się, jakby chciał powstać i podejść ku niej, ale ogarnęło go znowu smutne onieśmielenie. Wiedział, że spojrzy na niego z tym samym uśmiechem, tymi samymi dziecięco zdumionymi oczyma i z tym samem wewnętrznym roztargnieniem, nie czując bynajmniej, że zbliżył się do niej ktoś bliski, drogi, ktoś, kogo by chciała w tej chwili mieć przy sobie.

41

Spoza pleców adwokata wysunął się teraz człowiek młody o doskonałej apolińskiej budowie, z ponętnymi, iście kobiecymi ustami w wygolonej twarzy. Poza tym szlachetna, spokojna męskość biła z całej jego postaci, którą szpeciła jeno przedwcześnie pojawiająca się nad czołem łysina. Butrym poznał Śniegockiego, młodszego kolegę swego z uniwersyteckiej katedry, niedawno przybyłego z zagranicy fizjologa i uśmiechnął się, ponieważ go lubił szczerze i serdecznie. A przy tym zabawiło go to, co zobaczył. Adwokat, prym dotąd w małym kółku dzierżący, skwaśniał jakoś momentalnie. Pewny siebie i troszeczkę impertynencki uśmiech nie zniknął wprawdzie z jego warg, ale zastygł i jakby zamarzł, przemieniając się na jakiś grymas nerwowy i niecierpliwy. Ruchem coraz częstszym władał i wyrzucał szkła z oka — nonszalancja jego stawała się coraz bardziej sztuczną i nienaturalną. Znać było, że jest zniechęcony i dotknięty, że ktoś w tej chwili osobą swą żywiej zajął towarzystwo niż on — i ma ochotę odejść, nie mogąc się tylko zdecydować na wybór momentu właściwego, aby, odchodząc, dać uczuć dość silnie swój brak.

42

Śniegocki jednak nie spostrzegł tego lub nie chciał spostrzec. Z odrobiną przyjacielskiej poufałości nachylił się ku pani Zośce i zaczął jej mówić coś naprawdę zabawnego, gdyż z nagłym i szczerym ożywieniem pojrzała[7] po sali, jakby szukając kogoś, o kim jej opowiadano, a potem, nie pożegnawszy nawet skinieniem głowy towarzystwa, pofrunęła po parkiecie, unosząc lewą ręką w żywym ruchu przeszkadzający jej tren czarnej, aksamitnej sukni i sypiąc z jasnych, falistych włosów złotymi iskrami.


43

— Ty jednak jesteś naprawdę szczęśliwy!

44

Butrym teraz dopiero zauważył, że na małej, ukrytej poza palmą kanapce siedzi obok niego tęgi człowiek z silnymi szkłami na wyłupiastych nieco oczach. Dłonie z przykrótkimi palcami wsparł na krótkich, szeroko z powodu znacznego brzucha roz­stawionych kolanach i patrzył przez grube okulary za niknącą w głębi salonu panią Butrymową.

45

— Ach, to ty jesteś…

46

— Tak, tak, moje złoto. I zazdroszczę ci.

47

Butrym zaśmiał się, nie wiadomo, dlaczego.

48

— Dajże spokój, Władku. Gotów się jestem zaniepokoić!

49

Tłuścioch machnął ręką z komiczną rezygnacją.

50

— Kto jak kto, ale ty możesz być zupełnie spokojnym. Pani Zośka to szczere złoto. Nie każdy tak trafi jak ty trafiłeś.

51

Butrym wiedział, że Władysław Krasołucki, pan niegdyś znacznych na Ukrainie majętności, a obe­cnie już tylko lekarz wzięty i znany, choć niezbyt lubiany z powodu wyniosłego i uszczypliwego uspo­sobienia, był od lat wielu separowany z żoną, a nie mogąc uzyskać zupełnego rozwodu, na próżno wzdy­chał do powtórnego małżeństwa, do którego, jak mawiał, dojrzał dopiero teraz, minąwszy pięćdziesiątkę. Zaśmiał się, ponieważ wiedział również, że Krasołucki, wzdychając do „ciszy domowego ogniska”, życie prowadzi dość szalone i, mimo lat, nie gardził licznymi stosunkami, wyrobiwszy sobie nawet w tym względzie opinię bardzo szczęśliwego, względnie „niebezpiecznego” człowieka.

52

Lekarz tymczasem klasnął palcami na przechodzącego lokaja.

53

— Mój kochanku, daj nam tu jaką butelczynę szampańskiego. O, tu postaw, na stoliku pod palmą…

54

Wychylił szklankę i zaczął filozofować.Kobieta, Kobieta demoniczna

55

— Ot, kobiety. Zdaje im się Bóg wie co. Każą się czcić, uwielbiać, na rękach nosić, a przynajmniej już złotem opłacać za tę śmieszną drobnostkę, że się nam pozwalają kochać. Wszystko to diabła warto. Jeśli się już komu wdzięczność za kochanie należy, to chyba nam, mężczyznom, bo my byśmy się bardzo dobrze bez tej całej parady mogli obejść. Czyż nie?

56

Spostrzegł, że się Butrym uśmiecha.

57

— No, no, nie potrzebujesz się śmiać. Nie mówię naturalnie o fizjologicznej stronie tak zwanej miłości. To jest konieczność natury i to co innego. Ale te wszystkie idealności i poświęcenia są przecież zbytkiem lekkomyślnym i karygodnym. Zastanów się tylko, co to z ludzi robi. Wszak znasz Turskiego?

58

Profesor skinął głową w milczeniu.

59

— A widzisz. Przecie to człowiek stracony. Wrócił po dziesięciu latach z Azji, jak osioł złotem obła­dowany i co mu z tego. Chciał się niby wyzwolić, a wybudował teatr ostatecznie dla księżnej Helenki, topi pieniądze i robi właściwie wszystko, co ona mu podyktuje…

60

— Tak, ale cóż to ma do rzeczy?

61

— Tak, nic. Chciałem tylko powiedzieć, że nie każdemu się tak uda jak tobie. W żonie masz nie tylko kobietę, ale towarzysza, przyjaciela, duszę bratnią, która z tobą czuje i myśli.

62

— Ależ mój drogi, mówiłeś przecież przed chwilą, że wszystkie te idealności…

63

Krasołucki posmutniał.

64

— Ech, tak to się mówi. Przyznam ci się, że to… kwaśne winogrona tak mnie rozkwasiły… Starzeję się, a nie mam domu. Naprawdę uchodzicie oboje powszechnie za rzadki przykład szczęśliwego małżeństwa…

65

Urwał, a potem spytał niespodziewanie:

66

— Co robisz dzisiaj wieczorem?

67

— Wszakże wieczór już jest! — zaśmiał się Butrym.

68

— No tak, ale potem, gdy odprowadzisz żonę do domu…

69

— Będzie już późno. Przejrzę notatki na jutrzej­szy wykład i pójdę spać.

70

— Pójdź ze mną do kawiarni… — Wymienił nazwę niedawno otwartego nocnego lokalu. — Jest parę tancerek naprawdę nadzwyczajnych… Możemy się zabawić doskonale.

71

— Czyż cię to bawi rzeczywiście?

72

— Moje złoto, i cóż mam robić? Co prawda to szkodzi mi nawet, zwłaszcza, że pije się zwykle dosyć dużo. Nie jestem już z sercem w zupełnym porządku. Ale ostatecznie spotka się kilku ludzi… Wszystko jedno zresztą!

73

— Więc na co? Po co?

74

Twarz Krasołuckiego osowiała, zdawało się, że się postarzał naraz o dziesięć lat.

75

— Nudzę się.

76

Nuda— Nudzę się, rozumiesz to? — powtórzył tonem bezradnej rozpaczy. — I co ja mam robić przez cały dzień, mając za jedyne towarzystwo mego służącego? Przyjmuję chorych i śmieję się z tego, bo przecież w całą tę medycynę naszą nie wierzę, a przy tym wcale na cyrulika nie jestem stworzony, potem czytam, potem gram trochę na fortepianie, odwiedzę kogo czasem albo idę do teatru, na koncert… Ale wszystko jest nudne, a ja nie mam domu, a wieczór jest długi, długi!… Z tymi zaś ludźmi, z którymi się schodzę, mój Boże! Przecie nikt na trzeźwo mówić nie zdoła: nazbyt są głupi!

77

— Więc po pijanemu! — uśmiechnął się Butrym.

78

Pijaństwo— A naturalnie. Wtedy stajemy się sobie równi. Pijaństwo jest najbardziej demokratycznym wyna­lazkiem, jaki znam i jedynym demokratycznym i demokratyzującym wynalazkiem, który uznaję.

79

Wionęła poprzed nimi smukła postać niewieścia z szumem lśniących pereł na czarnej fali włosów.

80

— Patrz, patrz! Księżna Helena! — ożywił się Krasołucki. — Wygląda zawsze jeszcze bosko. A ileż ona to będzie miała lat? Czekaj… No, no, coś tam pono niewiele do czterdziestki brakuje, jeśli w ogóle brakuje jeszcze co.

81

— To jeszcze niewiele…

82

— Moje złoto, dla niej to wiele. Wiem przecie, że sobie nigdy niczego nie żałowała. Dziwię się, że ją w ogóle jeszcze przyjmują po tylu skandalach. Ale to chytra kobieta! Znalazła sobie nowy tytuł towarzyski, gdy zauważyła, że majątek po nieboszczyku księciu Hazarapelianie i piękność nie wystarczą. Artystka! Wielka artystka od dwóch lat. To tak, jakby w nową skórę wlazła. Ach, widzisz? Rozmawia z twoją żoną.

83

— Znają się właściwie bardzo niewiele.

84

— Mam wrażenie, że księżna nie może pani twojej darować, że jest tu dziś pierwsza i tak otaczana… Patrz, jak się słodko uśmiecha, ręczę, że powie jej coś nader przykrego.

85

Butrym powstał.

86

— Nie sądzę — rzekł z roztargnieniem i spojrzał na zegarek. — O! Późno już jest. Spytam się żony, czy nie zechce iść do domu.

87

Krasołucki podawał mu rękę, nie wstając.

88

— A potem w kawiarni, co? Więc do widzenia.

89

— Nie. Wątpię, bardzo wątpię.

90

— Nie? Czyż? Na godzinkę, na małą godzinkę.

91

— Znam ja te twoje godzinki — zaśmiał się profe­sor. — Przeciągają się zwykle do rana.

92

— A choćby — to cóż? Życie jest takie głupie. Ale jedną naprawdę tylko króciutko… Tylko proszę flaszkę extra dry[8]. Tutaj nam dali słodkie, więc trzeba spłukać…


93

Butrymowa, widząc zbliżającego się męża, zwróciła się doń z tym samym powabnym uśmiechem, z którym rozmawiała z otaczającymi ją znów mężczyznami.

94

Profesor podawał niektórym z nich rękę, nie mając dotąd sposobności przywitać się z nimi.

95

— Czy chciałeś czego ode mnie? — zapytała go żona.

96

— Nie. Myślałem owszem, że ty mnie może po­trzebujesz…

97

Pani Zośka wzruszyła ramionami.

98

— Czy nie chcesz już iść do domu? — pytał.

99

— Jeśli ci na tym zależy…

100

— Nie, nie. Mnie bynajmniej. Ale zdawało mi się, że jesteś zmęczona…

101

Koło mężczyzn rozsunęło się tak, że pozostali oboje sami w pośrodku sali.

102

— Po co przychodzisz? — mówiła nerwowym szeptem pani Zośka, uśmiechając się wciąż nadzwyczaj uroczo. — Masz minę taką poważną i nachmurzoną, że wszyscy boją się ciebie. Patrz, spłoszyłeś całe towarzystwo.

103

— Przepraszam cię. Nie miałem wcale tego za­miaru.

104

— Tak, zamiaru nie miałeś, ale ostatecznie psujesz mi każdą zabawę, której chyba przy tobie nie mam nazbyt wiele.

105

— Przepraszam cię jeszcze raz i odchodzę.

106

— Teraz zostań. Ludzie będą myśleli, że się sprzeczamy. Podaj mi rękę i chodźmy do bufetu.

107

— O czym mówiłaś z księżną Hazarapelianową? — spytał, idąc obojętnie, aby przerwać milczenie.

108

— Jesteś dziwnie ciekawy. Nie mówiłam o niczym.

109

— Zdawało mi się, że byłaś zmieszana.

110

— Byłam zmieszana, bo zauważyłam, że patrzysz na mnie. Nie lubię, gdy mnie tak śledzisz wieczyście.

111

Przycisnął skrytym, porywczym ruchem jej dłoń, na ramieniu swym opartą.

112

— Zośka, Zośka! Patrzę na ciebie, bo cię kocham, bo mi się podobasz, bo jesteś moja!

113

— Cicho! Jeszcze kto posłyszy.

114

— To cóż?

115

— Nie lubię, gdy się tak ofiarujesz ze swoją miłością małżeńską. To jest śmieszne dla ludzi, a nawet i dla nas samych. Żyjemy już prawie siedem lat ze sobą.

116

— Z każdym dniem kocham cię więcej!

117

— Tak, początkowo byłam ci dość obojętna. Teraz przyzwyczajasz się do mnie, jak do psa lub kota. W miarę, jak się starzejesz, zaczyna się u ciebie tak zwana solidna, legalna miłość małżeńska… Szkoda, że ja tego u siebie nie mogę zauważyć.

118

— Zośka! Nie mów. To boli.

119

— Nie mówię ci przecie nic nowego. Młodszą je­stem od ciebie z górą o dziesięć lat i mam ochotę jeszcze żyć.

120

— Ale po co, po co mówić to wszystko?

121

— Wolałbyś, abym ci kłamała?

122

— Tak jest. Kłamiąc, aby mi nie zrobić przy­krości, dałabyś dowód, że ci jednak chodzi o mnie cośkolwiek! A przy tym, widzisz, to mi zaraz wiadomo, co jest kłamstwem, a co prawdą.

123

— Ja wiem.

124

— Nie wiesz. Czasem, w pewnej chwili, w nastro­ju jakimś przypadkowym człowiek to lub owo odczuwa. Nie trzeba tego zaraz mówić, bo słowo pozostaje i cofnąć się go nie da, i pamięta się je. A nastrój przykry może minąć, zmienić się. Na cóż go utrwalać!

125

Stali już przy bufecie.

126

— Napijesz się szklankę wina?

127

— Nie. Nie chcę.

128

— Więc może limoniady[9]? Herbaty?

129

— Nie chcę niczego.

130

— Pocóżeśmy tedy przyszli tutaj?

131

— Zaczynałeś już jakieś wymówki, a ludzie pa­trzyli, chciałam więc po prostu wzroku ludzkiego uniknąć.

132

— Wróćmy więc na salę. Pozostawię cię tam w towarzystwie i będę czekał, aż zechcesz iść do domu.

133

— Możemy iść zaraz do domu. I tak mi humor zepsułeś.

134

— Zostań, proszę cię. Zostań jeszcze trochę!

135

— Cóż ci na tym zależy. Przecież widzę i tak, że się nie bawisz.

136

— Idzie mi o ciebie, chcę, żebyś się ty bawiła.

137

— Ach, po co ta komedia… O mnie naprawdę nigdy ci nie szło. A zresztą nudzę się.

138

Ruszył ramionami i spytał sucho:

139

— Więc mam iść do garderoby po twój płaszcz?

140

— Nie mogę przecież tak uciec. Myślanoby, żeś mnie zabrał przemocą. Muszę się jeszcze pokazać.

141

— Służę ci.

142

Zawrócili do sali z powrotem. Na progu pani Zośka wyciągnęła bródkę swoim zwyczajem i mówiąc do męża z miłym uśmiechem coś zgoła obojętnego, rzuciła wokół wzrokiem dziecięco jasnym i roztargnionym.


143

Pani Zośka zrzuciła już suknię i ściągała z ramion lekki batystowy stanik, opinający jej szczupłą, niemal chłopięcą kibić, niewymagającą sztucznych sznurowań ani gorsetów. Uniosła do góry krągłe nagie ręce i rozpięła włosy. Rozsypały jej się na barki jak grzywa bajecznej nimfy leśnej: złocista, bujna, lekko falująca.

144

Butrym siedział w głębokim fotelu obok łóżka żony, we fraku jeszcze i w białym krawacie i, paląc papierosa, patrzył na nią w milczeniu.

145

Pochyliła się, aby zdjąć ze stóp płytkie czarne pantofelki. Widział jej nogę wysoką, z drobnym, suchym, doskonale okrągłym kolanem i szlachetną smukłą łydką, której biała skóra przeglądała przez cieniuchny jedwab pończochy.

146

— Zosik…

147

Odwróciła się ku niemu.

148

— Czemu nie idziesz jeszcze spać? Późno już jest i ja jestem zmęczona. Och! Palisz znowu papierosa. Prosiłam cię tyle razy, ażebyś nie palił w moim pokoju — przynajmniej wieczorem. Duszę się.

149

Podeszła ku oknu i niecierpliwym ruchem targnęła je, otwierając szeroko.

150

— Zośka, daj pokój! Jesteś nieubrana, widać z naprzeciwka.

151

— Więc czemu palisz? Zresztą tam śpią już wszyscy. Tobie się zdaje, że nikt nie ma nic lepszego do roboty, jak patrzeć wciąż w nasze okna.

152

Nie odpowiedział nic, lecz, zgasiwszy papierosa, podszedł do okna i zamknął je, zapuszczając firankę, po czym wrócił na dawne miejsce. Spojrzała nań przelotnie i dziwnie przykry ironiczny grymas przewinął jej się koło ust.

153

Zaległo na chwilę milczenie.

154

— No, dobranoc — rzekła wreszcie, musnąwszy mu czoło ustami. — Muszę się położyć. Idź już do swego pokoju i śpij.

155

Przytrzymał ją dłonią i zmusił, aby usiadła na jego kolanie.

156

— Czekaj. Jeszcze chwilę. Będziesz za to rano spała dłużej. Chciałbym jeszcze z tobą pogadać.

157

— Ach, rano! Jacuś mnie zbudzi rychło świt. Spać mogą długo tylko ci, co dzieci nie mają. A zresztą, o czym będziemy mówić? Wszak cały dzień jesteśmy razem… od siedmiu lat.

158

— Nie bardzo. Mam wykłady, mam swoją pracę… Dni całe mijają i pogadać z tobą nie mogę. A tak bym chciał, tak bardzo chciałbym czasem.

159

Oparła się o niego głową, muskając mu twarz sypkimi, złocistymi włosami o skomplikowanym zapachu stepowych kwiatów i skóry jakiegoś podzwrotnikowego drapieżca.

160

— Więc mów, mów, co masz do powiedzenia, tylko prędko, bo ja już naprawdę…

161

Ziewnęła, przymykając powieki.

162

— Kocham cię, Zosik, kocham cię — szepnął — i tak mi strasznie smutno…

163

— Dlaczego?

164

— Nie wiem. Coś jest takiego. Czuję, że z każdym dniem oddalasz się więcej ode mnie i tak mi się gubisz. Mam wrażenie, że otaczasz się powoli jakąś coraz twardszą i grubszą skorupą niewidzialną, na którą trafiają moje ręce, ilekroć dotknąć cię pragną…

165

— Owszem, dotykasz mnie, nawet ciśniesz — rzekła sucho, usuwając jego palce ze swego nagiego ra­mienia. Patrz, mam pręgę czerwoną.

166

Powstał szybko, spychając ją ze swych kolan.

167

Przeszła obojętnie ku zwierciadłu i poczęła rozczesywać swe bujne włosy.

168

Chodził po pokoju niecierpliwie dużymi krokami.

169

— Nie chodź tak! — Wskazała ruchem głowy drzwi sąsiedniego pokoju. — Jacuś się zbudzi, a potem ja go będę musiała przez pół godziny usypiać. Tupiesz zanadto.

170

Przystanął posłuszny około małego biurka, założonego książkami i listami, wśród których leżały porzucone w nieładzie rękawiczki, zegarek na złotym łańcuchu, kolia jakaś i chustka batystowa.

171

— Więc nie chcesz mówić dziś ze mną! — warknął podrażniony.

172

— Przyznam ci się, że nie chcę. Śpiąca jestem; męczysz mnie.

173

Usta mu zadrgały tłumionym gniewem.

174

— Tak jest zawsze. Wesoła bywasz, uśmiechnięta i słodka tylko dla ludzi. Ale gdy ja chcę kiedy z tobą tak szczerze… gdy odnaleźć chcę na powrót kontakt i między naszymi duszami, to zawsze jesteś śpiąca, zmęczona albo zajęta.

175

Ruszyła ramionami.

176

— Złe momenty widocznie wybierasz.

177

Splatała włosy na noc w gruby warkocz. Wijące się złociste nitki wymykały jej się co chwilę spod palców. Na jej odsłoniętym, okrągłym czole pojawiły się zaledwie widoczne, podłużne bruzdy.

178

— A zresztą — cóż my sobie tak dalece możemy mieć do powiedzenia? Był czas, kiedy cię może gotowa byłam słuchać. Ty wtenczas nie mówiłeś. A dziś, po siedmiu latach!…

179

— Nie kochasz mnie?

180

— Nie. Albo raczej i tak i nie. Jeśli miłością nazwiesz życzliwość, to naprawdę życzę ci jak najlepiej. Ale tamta miłość gorąca, którą się czasem w pierwszych i latach czy miesiącach odczuwa, już przeszła.

181

— Kobieto! Po co ty to wszystko mówisz?

182

Zaśmiała się nerwowo.

183

— Bo pytasz. Nie umiem i nie chcę kłamać.

184

Położyła rękę na klamce.

185

— Dobranoc. Idź spać. Idę się tylko umyć do ła­zienki i będę spała.

186

Wyrwał jej brutalnie drzwi z ręki i zatrzasnął z hałasem.

187

— Do kroć stu tysięcy! Nie odchodź, gdy ja mówię do ciebie!

188

Zaśmiała się znowu nerwowo i zwróciła ku niemu, teraz chłodna na pozór i spokojna.

189

— Słucham.

190

W sąsiednim pokoju ozwał się głosik dziecięcy.

191

— Mamusiu, mamusiu, co się to dzieje?

192

Odepchnęła męża popędliwym ruchem.

193

— O, widzisz! Jacek się zbudził. Znowu spać nie będę mogła.

194

Stała już przy łóżeczku syna.

195

— Śpij, śpij, mój maleńki. To drzwi mamusi trzasnęły przypadkiem…

196

— Aha — mówił głosik zaspany — a ja myślałem, że coś się wali. Czy to tatuś coś mówił?

197

— Zdawało ci się, tatuś już poszedł spać do siebie. Śpij i ty.

198

Za parę minut pojawiła się znów na progu, przymy­kając ostrożnie drzwi za sobą.

199

— Usnął? — spytał Butrym szeptem.

200

Skinęła głową, kładąc palec na ustach.

201

Podszedł ku niej bliżej i chwycił ją za ręce.

202

— Zośka, Zośka, na miłosierdzie boskie, co się to dzieje! Ja przecież nie mam ochoty, ja nie chcę być złym dla ciebie, a ty masz taką prawdziwą umiejętność drażnienia mnie, że w końcu wybucham i staję się jak cham brutalnym. Zośka, ja nie chcę tego! Przecież ja cię kocham, naprawdę, kocham tak bardzo!

203

— Idź spać — rzekła chłodno, usuwając delikatnie dłonie z jego rąk.

204

Pobladł na chwilę, a potem krwawe wypieki wystąpiły mu na skronie. Żywym krokiem, bez słowa pożegnania, wyszedł z pokoju.

II

205

Wszedłszy do nocnej kawiarni, spostrzegł Butrym doktora Krasołuckiego za stołem pełnym butelek w dziwnym i dość skomplikowanym towarzystwie. Tuż obok niego, niemal o tłuste kolano jego się opierając, siedziała jakaś dziewica, zgoła podejrzanie wymalowana, a nosząca — jak się później okazało — w ka­wiarni tytuł kasjerki, snać dlatego, że obowiązkiem jej było zasilanie kasy gospodarza przez nakłanianie gości per fas et nefas[10] do wypijania jak największej ilości szampana. Koło kasjerki cisnęło się po drugiej stronie dwóch aktorów o czerwonych i łasych mordach. W pierwszym z nich poznał Butrym niejakiego Płażyńskiego, którego widywał był czasami w towarzystwie księżnej Heleny. Trzeci aktor, starszy i snać już dobrze pijany, siedział na drugim końcu stołu i z wielką godnością a powagą opowiadał jakąś historię, której nikt absolutnie nie słuchał. Był tam jeszcze młody literat o tłustej, jak gdyby zapuchłej twarzy, z której jeno[11] drobne, nieco winem zamglone oczka błyszczały, jakiś urzędnik z magistratu ogromnie wąsaty i łysy, oraz Rogocki, były adwokat, w stanie zupełnego opilstwa pogrążony.

206

Profesor chciał się cofnąć, spostrzegłszy tę kompanię, ale Krasołucki go dojrzał i prawie przemocą do stołu zaciągnął.

207

— Wydaje ci się pewno, żeśmy pijani — mówił — ale zrównaj się z nami, a wnet zobaczysz, że wszyscy trzeźwi będziemy.

208

Mówiąc to, podsuwał Butrymowi napełnioną winem szklankę, a gdy ten jeszcze się wahał, nachylił się mu do ucha i szepnął:

209

— Pij, moje złoto! Przecież z tym bydłem nawet hipopotam na trzeźwo by nie wytrzymał.

210

— Więc czemu z nimi siedzisz?

211

— Nudzę się — jęknął Krasołucki, mówiłem ci już: nudzę się! A im kupię parę flaszek wina i bawią mnie za to.

212

Butrym był podrażniony rozmową z żoną, podrażniony tym, że właściwie bez powodu wyszedł z domu i tym, że tu przyszedł — i chciał się oszołomić. Wychylił duszkiem parę szklanek i rzeczywiście zauważył wkrótce, że towarzystwo jest wcale znośne, a nawet przyjemne. Tymczasem skończyło się nocne przedstawienie w znajdującym się w bocznej sali małym Variete i kilka tancerek i szansonistek wpłynęło między stoliki, szukając ponętnymi oczyma, kogo by pożreć lub raczej na zapłacenie kolacji naciągnąć. Krasołucki był tu postacią znaną i zawsze widzianą mile, wprawdzie nie tyle z powodu zalet towarzyskich, jak raczej ze względu na dobrze wyładowany portfel. Rzeczywiście zarabiał on jako wzięty lekarz bardzo wiele i, mimo że się skąpstwem przechwalał, rad wyrzucał zarobione pieniądze.

213

Znajome „artystki” patrzyły nań tedy przyjaźnie, witając dyskretnym, ale wielce obiecującym skinieniem głowy, nieznajome poglądały zazdrośnie i czekały tylko na sposobność, aby się z nim zapoznać..

214

Tymczasem „kasjerka” obrażona odeszła od stołu, gdyż Krasołucki, czasami dość wobec kobiet brutalny, powiedział jej jakieś obelżywe słowo, gdy zbyt natarczywie usiłowała go namówić na kupienie jeszcze jednej flaszki wina. Powstał więc i zbliżył się do dwóch stojących opodal w niepewności kobiet. Jedna z nich, brunetka niepierwszej młodości, o żywych i wyrazistych oczach cyganki, była tancerką; drugiej, smutnej i nieładnej blondynki, nikt właściwie nie znał.

215

Krasołucki witał się z tancerką poufale.

216

— Niech pani przejdzie z nami do gabinetu, zabawimy się. Mamy jeszcze kawał czasu do rana.

217

— Bardzo chętnie, ale… ja tu jestem z towarzyszką. Nowo zaangażowana szansonistka, panna Mary…

218

Krasołucki się skłonił z gracją doskonałego gentelmana, witającego swoją lady.

219

— Prosimy panią bardzo.

220

Zbliżyli się do stolika, z którego służba już na pole­cenie przenosiła nakrycia do sąsiedniego gabinetu.

221

— Mietku, moje złoto, pozwól, że ci przedstawię… Nasza kochana, niezmordowana tancerka, zwana pospolicie madame Tourbillon i panna… panna Mary — Wszak tak? — śpiewaczka.

222

Butrym powitał kobiety podaniem dłoni, wypowiadając równocześnie z roztargnieniem kilka obojętnych słów. Całą uwagę jego zajęła dziwna postać siedzącego opodal pod lustrem mężczyzny. Łysy zupełnie, z długą czarną brodą, patrzył od kilku chwil spod krzaczastych brwi sztywnym, uporczywym wzrokiem w twarz Butrymowi, jakby czekał odeń jakiegoś znaku… Profesor począł szukać w pamięci. Nie znał wcale tego człowieka, a nawet nie umiał sobie zdać sprawy, skąd się wziął na tym miejscu. Przed chwilą było jeszcze próżne[12] i Butrym byłby przysiągł, że nie widział, aby ktokolwiek ku temu odległemu kątowi przechodził, zwłaszcza, że musiałby się wówczas przesunąć tuż obok ich stolika.

223

Chciał już odruchowo podejść ku nieznajomemu, gdy Krasołucki trącił go w ramię.

224

— Pójdźże. W gabinecie już wszystko gotowe. Właściwie zachciało mu się wymówić i iść do domu. Nim się jednak zdecydował, jak to zrobić, wszedł już do gabinetu i siadł na wygodnej kanapce za okrągłym stołem. Służba wnosiła flaszki szampana i talerze z pieczonymi w soli migdałami.

225

Onieśmieloną i milczącą śpiewaczkę posadzono tuż obok niego. Jeden z młodszych aktorów, umiejący grać, został „odkomenderowany” do stojącego w kącie pianina, madame Tourbillon gotowała się do tańca.

226

— Tylko zjem kolację — mówiła ze śmiechem, poprawiając jedną ręką zawiązkę u trzewika, a drugą chwytając kawałki szynki z przyniesionego jej półmiska.

227

Posiliwszy się tak dorywczo i łapczywie, wypiła dwie czy trzy szklanki szampana i z kastanietami w ręku stanęła do tańca. Śmiały jej się oczy, śmiały usta, pierś drgała i prężyły się ramiona w oczekiwaniu pierwszych dźwięków muzyki.

228

— Żelazna kobieta! — mówił z uznaniem Krasołucki, pochyliwszy się do ucha Butrymowi. — Pomyśl, że ona przecie dziś już z obowiązku cały wieczór tańczyła, a nie ma na niej ani śladu zmęczenia. Tańczyć tak będzie do rana — nawet nieproszona.

229

Zaczęło się zupełne szaleństwo.


230

Butrym otworzył okno i wciągał w pierś świeże, przedporannym świtem już drgające, jesiennej, chłodnej mgły pełne powietrze. Orzeźwiło go to trochę. Odwrócił się po chwili i zza brudnej, czerwonej portiery, wnętrze okna osłaniającej, patrzeć począł w głąb gabinetu. Miał wrażenie, że teraz dopiero zobaczył naprawdę to wnętrze, w którym przecież kilka nocnych godzin już przepędził.

231

PijaństwoCiężki, wlokący się dym z papierosów i cygar unosił się chmurą i wąskimi pasemkami wyciekał górą przez okno na boży świat. Lampy elektryczne żarzyły się w tej duszącej, brudnej chmurze czerwono i niepewnie. Krasołucki — bez surduta, z rozpiętą kamizelką na dużym brzuchu, z kroplami perlistego potu na twarzy i łysinie — siedział niewzruszony i — jak się zdawało — sam jeden trzeźwy w tym gronie dzięki bajecznej wytrzymałości swego staroszlacheckiego łba. O stanie innych trudno było coś określonego po­wiedzieć. Stary aktor płakał, nie wiadomo dlaczego mówił coś do siebie, literat całował się kordialnie z nieprzytomnym wprost urzędnikiem magistrackim, były adwokat zdjął jeden but i usiłował go koniecznie postawić na stole, czemu ze łzami w oczach i rozpaczą w błagalnym głosie przeszkadzał jeden z młodszych aktorów, ponoć Płażyński. Drugiego nie mógł Butrym na razie wynaleźć[13], dopiero po chwili spostrzegł, że śpi na brudnej, ogarkami z papierosów zarzuconej podłodze koło pianina, cisnąc próżną butelkę miłośnie do piersi. Przed pianinem na miejscu jego siedział i grał zgoła automatycznie jakiś strasznie blady i chudy jegomość w starym fraku, który tutaj wszedł nie wiadomo jak i kiedy. Przez drzwi zaglądał co pewien czas kelner, a gdy sądził, że nikt nie uważa, dostawiał do stojących w kącie na podłodze próżnych flaszek jedną lub dwie, w innym gabinecie wypite, aby je potem i tu znowu w rachunku dla osobistego zysku policzyć.

232

A madame Tourbillon tańczyła ciągle. Nikt na nią już nie patrzył, z wyjątkiem może Krasołuckiego, i ona zdawała się zapominać o czyjejkolwiek obecności w tym dusznym i ciasnym gabinecie. Butrym zauważył, że jest teraz w obcisłych czarnych trykotach, przez które widno, jak prężą się i napinają jej stalowe mięśnie. Czasami trącała nogą leżącego na ziemi aktora, który jej zawadzał, czasem stawała na moment przy pianinie i rzucała po węgiersku kilka słów grającemu upiorowi lub nową poddawała mu melodię, wychylała duszkiem pełną szklankę wina i tańczyła znowu z wychudłą od zmęczenia twarzą, z rozpłonionymi oczyma i falującą pod czarnym trykotem piersią.

233

Naraz posłyszał Butrym cichy płacz tuż około siebie. Teraz dopiero zauważył, że po drugiej stronie, we wnęku okna, portierą zakryta, siedzi panna Mary.

234

— Czemu pani płacze? — spytał szorstko.

235

Przeraziła się i podniosła nań zalękłe oczy.

236

— Ja nie płaczę, tylko… spać mi się chce i jestem głodna.

237

— Więc czemuż tu pani siedzi u licha?

238

Nie odpowiedziała nic, spuściwszy jeno oczy na duże i niezgrabne ręce swe, na kolanach złożone. Nie piła prawie nic przez cały wieczór — na twarzy jej malowała się śmiertelna nuda, znużenie i lęk.

239

Butrymowi pod wpływem wina żal się jej nagle zrobiło.

240

— Panno Mary — rzekł łagodnie — proszę sobie kazać podać coś do zjedzenia, zapłacę chętnie, a potem iść do domu.

241

Spojrzała nań z wdzięcznością.

242

— Niech mi kelner da tylko trochę szynki i chleba przyniesie, a do domu… teraz jeszcze iść nie mogę. Muszę czekać na Tourbillonkę.

243

— Jakże to? — zapytał, spłoszywszy poprzednio rozkazem przyniesienia szynki kelnera, który właśnie cichutko i chytrze nową próżną flaszkę do wypitych dostawiał.

244

Mary uśmiechnęła się blado.

245

— No, przecież na to mnie tu wzięła, abym ją później odprowadziła do domu.

246

— Jak to: wzięła panią?

247

— Naturalnie. Mnie samej nikt by nie zaprosił. A z tego, co zarabiam w budzie, nie mogłabym sobie kupić kolacji.

248

— Słyszałem, że szansonistki są dobrze płacone.

249

Zaśmiała się nagle z jakimś nienawistnym błyskiem w oku.

250

— A tak! Są dobrze płacone. Tylko nie ja. Tylko nie takie, jak ja.

251

Milczała przez chwilę, zajadając łakomie przynie­sioną jej szynkę.

252

— Widzi pan — zaczęła potem, owładnięta snać nagłą potrzebą wywnętrzenia się — ja panu opowiem, jak to jest. Przecie ja wiem, że jestem nieładna i właściwie wcale nie umiem śpiewać. A co gorsza — i inni o tym wiedzą.

253

— Więc czemuż pani wstąpiła do Variete? — spytał nieoględnie.

254

Posmutniała.

255

— Ach! Z początku zdawało mi się, że jednak do czegoś dojdę, a teraz za późno się cofać. Cóż bym zresztą mogła robić innego?

256

— Ale w tych warunkach może się pani po prostu którego dnia znaleźć bez engagementu[14]. Czy pani o tym pomyślała!

257

Zaprzeczyła żywym ruchem głowy.

258

— O to nie ma obawy! Takie jak ja są właśnie potrzebne i poszukiwane.

259

— Nie rozumiem.

260

— Naturalnie, że pan nie rozumie. To trzeba wiedzieć.

261

Patrzyła nań z pewną dumą, że jest pewna rzecz, którą ona zna lepiej od niego.

262

— Zaciekawia mnie pani.

263

— To bardzo proste. Naprzód „gwiazdy” dużo kosztują, aby się więc przedstawienie opłacało, trzeba jej uzupełniać tanimi siłami. Na to się bierze dziewczęta, nieładne i niemające zdolności…

264

— Takich jest chyba dosyć — wtrącił Butrym.

265

— O, nie, panie! Takich jest bardzo, bardzo niewiele! Niejedna woli prać bieliznę albo schody zamiatać, niż zgodzić się na taki los.

266

Oczy jej rozpłonęły, schwyciła go za rękę.

267

— Czy pan wie, co to jest? Taka szansonistka występuje na początku każdego przedstawienia albo bezpośrednio po pauzie, kiedy ludzie się schodzą i na sali jest jeszcze gwar. Nikt jej nie słucha, nikt nie uważa na nią, a jeśli kto zwróci uwagę, to po to tylko aby sykać, śmiać się i przedrzeźniać, docinać złośliwymi żartami. Ileż ja to razy słyszałam z krzeseł, ze sali: Idź krowy paść! Albo: A to małpa ohydna! I tym podobne wykrzyki. A ja się muszę uśmiechać i miny stroić przyjemne i śpiewać, śpiewać obrzydliwe, wyuzdane piosenki, kiedy łzy mi się cisną do oczu i i głos w gardle zamiera. A potem dostaje się te kilka groszy, za które wyżyć niepodobna. I trzeba prosić szczęśliwszej koleżanki: weź mnie, gdy ciebie na kolację zaproszą, abym miała wieczór co zjeść… A! To życie! Występowałam już w Warszawie, w Rzymie, w Wiedniu, w Bukareszcie, w Petersburgu i w tylu, w tylu innych miejscach, a wszędzie jest to samo!

268

W nagle zapadłej ciszy — gdyż upiór przy for­tepianie zmęczony grać zaprzestał — słychać było zachrypły głos starego aktora:

„A gdy będzie słońce i pogoda, słońce i pogoda,
Pudziemy se, Zosiu, do twego ogroda… ”
269

Krasołucki spod przymkniętych powiek patrzył wzrokiem ironicznym i złośliwym na smutne pobojowisko.


270

Świt już był ranny nad miastem. Na rogu ulicy Krasołucki przystanął i chwycił Butryma za ramię.

271

— A gdyby tak jeszcze gdzieś na filiżankę czarnej kawy?

272

— Wszystko pozamykane.

273

— Więc wiesz co? Chodź do mnie. Każę służą­cemu zrobić kawy albo herbaty. I tak już wnet czas będzie na śniadanie.

274

Nie czekając, co Butrym odpowie, ryknął w głąb ulicy:

275

— Fiakier!

276

Jakiś drzemiący na koźle dorożkarz zbudził się i po­czął szarpać lejcami znużoną szkapę. Znał już snać doktora, bo nie słuchając adresu, zawrócił od razu w stronę jego mieszkania. Butrym, zmęczony, dał się wieźć bez oporu.

277

Na odgłos dzwonka zaspany służący wybiegł do przedpokoju.

278

Lekarz kazał mu przygotować herbatę i przeprosiw­szy gościa, poszedł naprzód do łazienki, aby „zmyć ze siebie alkohol”, jak zwykł był mawiać. Butrym znalazł się sam w dużym pokoju, będącym na poły salonem, a na poły biblioteką. Ogromne ciemne fotele pluszowe stały tu na puszystym dywanie, cały jeden kąt zajmował fortepian doskonały, koncertowy, kryty czarnym palisandrowym drzewem, na ścianach wisiały obrazy Malczewskiego[15], Wyczółkowskiego[16], Stanisławskiego[17], Ruszczyca[18], jakaś genjalna karykatura Sichulskiego[19], trochę akwafort, kilka szkiców i rysunków. Naprzeciw okna stały szafy z książkami, książki i nuty leżały zresztą wszędzie: na stołach i stolikach, na fortepianie, na krzesłach… Butrym począł je mechanicznie przeglądać. Przedziwna mieszanina: naukowe dzieła lekarskie, czasopisma najświeższe i nowe powieści angielskie, wydania klasyków literatury, dzieła filozoficzne i teozoficzne, a między niemi nierzadko jakaś pornograficzna książka francuska, bez daty i miejsca druku, albo album japońskich wyuzdanych rysunków… A wszystkie książki znać było, że były czytane i często, i gruntownie, zarówno naukowe poważne prace, jak na welinie[20] odbite, potajemnie, sprzedawane tomiki francuskie.

279

Profesor pogrążył się w głębokim i miękkim fotelu. Zadumał się, nie umiejąc nawet określić, nad czym myśli właściwie. Wirował mu w pamięci wieczór z żoną na zabawie spędzony, rozmowa z nią w domu… dzwoniły mu w uszach dźwięki rozstrojonego pianina w gabinecie kawiarnianym, łopotały nieustanne, nużące uderzenia nóg tanecznicy i zgrzytał znów przykry bezbarwny głos skarżącej się szansonistki.

280

Nie zauważył nawet, jak gospodarz jego wtoczył się do pokoju. Wzniósł głowę dopiero na jego głos — Krasołucki wyglądał przedziwnie. Stał tak, jakby wyszedł z łazienki, w przykrótkiej nocnej koszuli ogromnym brzuchem od kolan odsądzonej, z gołymi włochatymi nogami w czerwonych, safianowych pantoflach.

281

— Moje złoto, może się zechcesz teraz ty ukąpać?

282

Butrym zaprzeczył ruchem głowy. Nie chciało mu się po prostu wstawać z wygodnego fotela i ściągać ze siebie ubrania.

283

Krasołucki usiadł tak, jak był, w fotelu, naprzeciw niego i mieszając łyżeczką przyniesioną herbatę, począł rozprawiać.

284

— Męczy mnie to wszystko — mówił — zwłaszcza że wróciwszy nad ranem spać już nie mogę. Ale ostatecznie znowu się jakoś dzień przepchało.

285

— I noc, dodaj.

286

— Słuszna uwaga. Noc także. Czy ty uważałeś, jak Tourbillonka tańczy? Skąd ona tyle sił żywotnych bierze? Ciekaw jestem, co ona jest właściwie: Cyganka, Węgierka, czy też Żydówka?

287

— A tej drugiej czy nie znasz? Tej… Mary? — wtrącił Butrym.

288

— A licho tam z nią! Obrzydliwa małpa, do kiepskiej kobyły z tą długą twarzą podobna.

289

— Rozmawiałem z nią. Właściwie jej los jest zu­pełnie tragiczny.

290

Lekarz ruszył ramionami.

291

Mizoginia— Moje złoto, to trudno. Na świecie tylko ładne kobiety mają rację bytu, a co za tym idzie i prawa. Po co Pan Bóg brzydkie stwarza, niezupełnie dobrze rozumiem.

292

Mówiąc to, przetoczył się po dywanie z fotelu na taboret przed fortepianem i grubymi, tłustymi palcami, jakby od niechcenia, uderzył kilka akordów.

293

Z ręką na klawiaturze odwrócił się jeszcze do Butryma:

294

— Byłbym bardzo rad, gdyby służącego mego trafiła kiedy apopleksja, czyli tak zwany pospolicie szlag. Nie potrzebowałbym go wtedy odprawiać, co zawsze jest kłopotliwe, a przyjąłbym innego. Ten opuszcza się już zanadto. Nawet kurzu z fortepianu nie chce mu się zetrzeć.

295

Zaczynał grać, urywał i mówił znowu:

296

— A sam jestem, sam, o wszystko sam jeden muszę dbać, o wszystkim pamiętać. Mam mieszkanie, ale nie mam domu. Co innego ty. Ty jesteś szczęśliwy. Gdy ci przyjdzie fantazja, możesz noc w knajpce przepędzić, ale wiesz zawsze, że gdy wrócisz do domu, oczekuje cię tam miła, piękna, inteligentna i cicha kobieta, twoja własna i będzie ci tam dobrze, i będzie ci spokojnie…

297

Butrym w milczeniu patrzył w okno, gdzie szparami między zapuszczoną storą a futryną wdzierał się białawy, smutny dzień i ostrym, sinym światłem kłócił się z żółtym blaskiem lamp elektrycznych.

298

Krasołucki zaczął grać.

299

Gołe, włochate nogi w czerwonych pantoflach podwinął pod siebie, tłuste dłonie przesuwał po klawiszach z nieprawdopodobną lekkością. Zabrzmiał mu spod palców jakiś stary, dźwięczny, perlisty gawot[21] Bacha[22]. Skrzył się i śmiał się, i kołysał, a czasem jakby się i zachłysnął maleńką łzą, i śmiał się znowu tęskliwie a słodko…

300

W sennych, przymknionych nieco oczach Butryma krążyć poczęły, kłaniać się i przewijać jakieś pary z dawnych znane obrazów: panowie w kolorowych frakach z żabotami, w pończochach, płytkich trzewikach, damy o wysokich fryzurach mocno dekoltowane w sukniach bufiastych, spod których wyglądał koniec złotego pantofelka…

301

A przy klawicymbale siedzi sam pan organista Thomasiuskirche i gra…

302

Zdawało się Butrymowi, że należy sam do grona tańczących. Kłania się, uśmiecha, podaje rękę, prze­chodzi. Przed nim dama jakaś, która uporczywie patrzy w inną stronę, nie chcąc spojrzeć na niego. Butrym ją zna. Profil delikatny, jakby rylcem w kości słoniowej rzeźbiony, wilgotne leciuchno rozchylone usta, złotem błyszczące włosy i oczy, z boku widziane oczy o przedziwnym kolorze morskiej wody, w której ponad zielenią wzgórz odbija się błękitne niebo…

303

Dłoń oto podaje swemu towarzyszowi, przechodzi lekko koło niego, bródkę subtelną naprzód wyciąga, aby nadać szyi linię doskonałą, uśmiecha się słodkimi, niewinnymi ustami…

304

Zwróciła głowę.

305

Błysnęła mu na moment twarz jej wprost widziana o brutalnie rozwiniętych szczękach, wąskich ustach okrągłym czole… Wzrok jej chłodny, roztargniony przesunął się po nim…

306

— Co ci jest? — zapytał Krasołucki od fortepianu, przerywając grę.

307

— Nic, nic…

308

— Zdawało mi się, żeś krzyknął.

309

— Zdawało ci się po prostu. Śpiący jestem.

310

— Nie warto już spać. Dzień — zauważył Kraso­łucki filozoficznie i położył znów palce na kla­wiszach.

311

Grał teraz sonatę Beethovena[23]. Fortepian przeczarował się pod jego dłońmi; grzmiał, huczał, dzwonkami bił, wołał głosem setki instrumentów. Wielkość nieogarnięta, niespożyta moc, głębokie, otchłanne, nadludzkie piękno biło ogromną falą z rozkołysanych, krzyczących strun…

312

Muzyka, ArtystaButrym szeroko rozwartymi oczyma patrzył na Krasołuckiego. Innym mu się w tej chwili wydał człowiekiem. Nie było w nim już nic śmiesznego: mimo że siedział tak na pluszowym taborecie w rozchełstanej pod grubą szyją nocnej koszuli, z obwisającym na kolana brzuchem i z cieniutkimi, gołymi nogami w czerwonych pantoflach, opartymi na lśniących pedałach fortepianu. Potężny łeb pochylił nieco, czoło miał namarszczone, wytrzeszczonymi oczyma patrzył przed siebie — kędyś w świat dźwięku, wieli kości i tajemnicy, który rękoma wyczarowywał.

313

Skończył grać i zwrócił się do Butryma:

314

— Czy się ty boisz śmierci?

315

Profesor przetarł czoło, jakby nagle zbudzony, choć senność w tej chwili daleka była od jego powiek.

316

— Nie wiem. Nie myślałem o tym. Zanadto wiek życia w sobie czuję — rzekł szczerze.

317

— A ja się boję. Boję się strasznie, bo nie wiem, co tam będzie.

318

Kazał sobie podać szlafrok i owinąwszy się szczelnie miękką flanelą, usiadł w fotelu.

319

— Widzisz — zaczął znów po chwili. — ja tylu już ludzi widziałem umierających. Mrą rozmaicie, ale boją się zawsze, o ile tli w nich jeszcze iskra przytomności. Starzy, młodzi, schorowani i zdrowi, co z wypadku jakiegoś śmierć ponoszą, wszystko jedno.

320

— Skąd ci to teraz przyszło na myśl?

321

— Myślę o tym często i coraz częściej, choć może nie chcę. Starzeję się widocznie. I jestem sam. Jestem strasznie sam i nie wiem, czy będę miał kogo przy sobie, aby mi zamknął powieki…

322

— Masz przecie dzieci podobno…

323

Machnął ręką z lekceważeniem.

324

— A są tam gdzieś! Poszły za matką. O mnie nie chcą nic wiedzieć. I słusznie, bo i ja nie umiałem ojcem być… Może w innych warunkach…

325

Zaśmiał się naraz.

326

— Nie uwierzysz, w jakim byłem kłopocie, gdy mi niedawno przedstawiono… moją córkę. Najlegalniejszą w świecie córkę. Nie widziałem jej z górą dziesięć lat. Zrobiła się z niej panna dorosła i ładna. Bardzo ładna. Byłem onieśmielony. Nie mogłem się zdobyć na to, aby mówić do niej po imieniu. I ona także nie wiedziała, co ze mną zrobić.

327

Sposępniał.

328

— Jakie to głupie! Mówi się: głos krwi! Furda! Nie ma niczego podobnego. Nie kochałem nigdy matki i nie czuję się niczym z dzieckiem związanym. Gdyby było inaczej… Mogło było być inaczej…

329

— Czy nie twoja wina?

330

Ruszył ramionami.

331

— Może. Nie wiem. To pewna, że najbliższą istotą na świecie był mi człowiek żadnym węzłem krwi ze mną niezłączony… Ojciec mój był to dziwak przecudowny. Nie mówił nigdy ze mną. Nie pamiętam nawet, jaki miał głos. Ale żył niedaleko nas w zapadłym futorze staruszek, towiańczyk[24], pono jeden z ostatnich… Siwy jak gołąb i zawsze pogodny, choć nie śmiał się nigdy. Nigdy o nic się nie gniewał ani potępiał nikogo. Pszczoły sobie hodował i czytał Ewangelię. Całe dnie spędzałem u niego.

332

Zamyślił się znowu.

333

— Wiesz, to był jedyny człowiek, który się nie bał śmierci. Tak, on się nie bał, chociaż myślał o niej często.

334

Chwycił się za głowę.

335

— Gdyby to można wiedzieć cośkolwiek, wiedzieć na pewno!

336

— Czy byłeś przy śmierci tego staruszka? — zapy­tał Butrym z zainteresowaniem.

337

— Tak. Miałem wówczas ze dwadzieścia lat. Studiowałem już medycynę, chociaż nie myślałem wów­czas, że będę z niej kiedyś żył.

338

— I jak umierał?

339

Śmierć— Spokojnie. Pewny był i zupełnie spokojny. Uśmiechał się. Jedyny raz w życiu wówczas widziałem jego uśmiech na bladych, sztywniejących już wargach. Ogarnęła mnie jakaś wściekła przekora, bolało mnie to po prostu, że ten człowiek się nie boi, że odchodzi w ciemność tak, jak gdyby mu jeno drzwi do drugiego pokoju otwierano. Nie mogłem tego po prostu znieść. W sposób zgoła zbrodniczy i łajdacki zacząłem go straszyć, mówiłem mu o tym wielkim Niewiadomym, które go czeka, a które może jest tylko nicością…

340

— A on?

341

— Patrzył na mnie łagodnie i z politowaniem. A potem wziął mnie chłodną dłonią za rękę. „Dobrze robisz, że to mówisz — rzekł — bo przekonasz się w ten sposób, jak silna jest prawda moja. Ty wątpisz, ty się pytasz, a ja wiem… ”. Ryczałem jak bóbr i ręce sobie gryzłem, i nogim jego martwe całował[25], kiedy zamknął powieki.

342

Butrym patrzył przed siebie szeroko rozwartymi oczyma.

343

— On miał rację. Trzeba wiedzieć. Źle czy dobrze, wszystko jedno, aby tylko wiedzieć.

344

— Ale my nie wiemy nic, nic — rzekł znów Kraso­łucki.

345

— Zbyt jesteśmy nieufni, aby każdą złotą baśń przyjąć za prawdę, zbyt niestety mądrzy, by wierzyć, że z chwilą ostatnią skończy się zupełnie to, co tutaj w nas było i żyło.

346

Służący stanął we drzwiach.

347

— Proszę pana doktora…

348

— Co powiesz? — ożywił się Krasołucki.

349

— Jakaś pani… powiada, że nazywa się Tourbillon… Podobno pan doktór kazał jej przyjść rano…

350

Lekarz z pewnem zakłopotaniem spojrzał na pro­fesora…

351

— Tak. Mówiłem jej rzeczywiście… Zgrabna kobieta. Ale jeśli ci przeszkadza…

352

Butrym pożegnał się i wyszedł na ulicę.


353

Dzień był już duży. Mgła, która o świcie, miasto zalewała, rozpłynęła się teraz i zginęła w ulicach, osa­dzając się jeno chłodną wilgocią na bruku, którą słońce w miejscach więcej odkrytych powoli ścierało. Butryma po nieprzespanej nocy objął nagły chłód. Zapiął guziki płaszcza i począł z rękami w kieszeniach powoli iść ku rynkowi. Właściwie nie miał jasnego wyobrażenia, co mu teraz robić wypada. Był jeszcze wciąż we fraku, do pracowni uniwersyteckiej tak iść nie mógł, a do domu nie chciał. Przyszło mu na myśl, że synek jego już się zbudził i na odgłos dzwonka wybiegnie przywitać się z ojcem, i będzie chwytał świeżymi rączętami za ubranie jego, pełne kurzu i brudu, przepojone dymem tytoniu i wyziewami wina.

354

Stanął pod arkadami Sukiennic i patrzył bez myśli na wieże Mariackiego kościoła. Naraz uczuł jakiś niepokój. Miał wrażenie, że ktoś za nim stoi. Przez pewną chwilę walczył z tym uczuciem, nie chcąc się obejrzeć, aż wreszcie zupełnie mimo woli i prawie nieświadomie odwrócił głowę. Pod jedną z kolumn, podtrzymujących sklepienie krużganku, tyłem oparty o głaz, stał jego nieznajomy z kawiarni i spod czarnych krzaczastych brwi patrzył nań znowu przejmującymi oczyma. Ale co najdziwniejsza, te oczy wyglądały teraz jak ślepe. Spojrzenie ich — szklane i zastygłe — szło gdzieś w dal, na wskroś przez rzeczy i ludzi: Butrymowi się zdawało, że pojrzał w jakąś pustkę otchłanną.

355

— Tak by mógł patrzeć trup — pomyślał i nagłym dreszczem zdjęty, skinął na przejeżdżającą dorożkę, podając adres swego mieszkania.

356

W przedpokoju, zdejmując płaszcz, spotkał się z żoną. Przywitała go przyjaznym skinieniem głowy i otarłszy mu usta i wąsy chusteczką, podała policzek do pocałowania.

357

— Czy Jacuś już wstał? — zapytał ją z pewnym zakłopotaniem.

358

Spostrzegła to jego zmieszanie i uśmiechnęła się jakby z zadowoleniem.

359

— O, tak — rzekła spokojnie. — Umyj się i idź do niego, bo pytał się już o ciebie.

360

— Czy wiesz, gdzie byłem?

361

Ruszyła ramionami.

362

— Prawdopodobnie bawiłeś się. Nie mam ci tego wcale za złe, jeśliś się tylko dobrze bawił i jesteś zadowolony.

363

Powiedziawszy to, odwróciła się bez pośpiechu i odeszła w głąb mieszkania.

364

Z uczuciem niezwalczonego smutku poszedł Bu­trym do swojego pokoju i ściągnąwszy z siebie ubranie, rzucił się na łóżko, aby zasnąć choć na chwilę. Ale sen nie imał się wcale jego znużonych powiek.

III

365

Profesor Butrym pozostał sam w obszernej sali. Po wyjściu ostatnich studentów krzątał się jeszcze przez pewien czas stary służący, zbierał porozrzucane po stołach karty astronomiczne, usuwał przyrządy na właściwe miejsca i przykrywał płatami czarnej satyny dla ochrony przed kurzem. Wreszcie, widząc, że profesor go nie potrzebuje, wysunął się cicho…

366

Butrym siedział przy dużym stole z głową na obu dłoniach opartą. Leżał przed nim gruby podręcznik dziewięciocyfrowych logarytmów i stos kart dużego formatu, zapełnionych niekończącymi się szeregami zrównań[26]. Patrzył na to wszystko tępym, znużonym wzrokiem, nie mogąc zdecydować się na zabranie się do pracy. Pustkę miał w sobie przedziwną, jakby wiatr jakiś wywiał zeń wszystkie myśli, uczucia, całe zajęcie do kogokolwiek na świecie.

367

— Przepracowany jestem — pomyślał. — Od tygodnia oprócz obowiązkowych wykładów i ćwiczeń z uczniami siedzę po dziesięć godzin dziennie nad tymi rachunkami…

368

Spojrzał na rozłożone papiery.

369

Nauka, Filozof— I ostatecznie co z tego? — snuło mu się znów w myśli. — Gdy skończę te żmudne i nieprawdopo­dobnie zawiłe obliczenia, dowiem się, jakie są faktyczne dane teorii Arrhenjusa[27], to jest, czy mgławice w pewnych warunkach mogą wytwarzać na powrót różnicę potencjałów energii, zatraconą przez przemianę w ciepło, równomiernie we wszechświecie się rozpraszające… Ale w końcu co komu z tego przyjdzie? To jest wa­runek utrzymania równowagi w systemach słońc i gwiazdozbiorów, ale choćby rachunki moje wykazały co innego, to równowaga przecież i tak istnieje. Nie postąpię w istocie ani o krok naprzód. Przy tym, czy przy owym wyniku nie odpowiem na żadne: dlaczego? A zresztą któż mi zaręczy, czy cała praca moja nie jest fałszywa, gdy z ludzkiej, nieodzownej konieczności przyjąć musiałem założenie, że wszechświat co do przestrzeni i sumy energii jest ograniczony? Przecież to nonsens właściwie, a z drugiej strony również nonsensem jest przypuścić brak wszelkiego ograniczenia… Stoję wobec dylematu, niedającego się usunąć. Na dylemacie tym buduję gmach sztucznej równowagi, jakby granitową piramidę, postawioną cieńszym końcem na ostrzu noża. Lada powiew wywrócić ją musi — w jedną lub w drugą stronę…

370

Niebawem przysunął karty ku sobie i począł spraw­dzać długie szeregi zrównań.

371

— Nie mówię już nawet o możliwości błędów w moim rachunku — myślał znów — ale kto mi za­ręczy, że w ogóle wszelki rachunek nie będzie tutaj błędny? Gdzie dowód, że naprawdę dwa razy dwa jest cztery i że ten „pewnik” ma jakikolwiek walor poza obrębem mojego mózgu i świadomości? Ope­ruję pojęciem ruchu, a czy ja wiem, czym on jest w istocie, nie mogę sobie nawet dać rady z jego wzglę­dnością, która do potwornych wprost wniosków pro­wadzi…

372

Zaśmiał się nagle nerwowo i z cicha.

373

— Ach! Filozofuję jak student, który pierwszy raz stanął wobec problemu świata i bytu. Nie myśleć o tym! Nie myśleć, nie myśleć! Do roboty trzeba się zabrać.

374

Wziął pióro w rękę i z uporem a zaostrzoną przez wolę jak nóż świadomością, z uwagą w jeden wytężoną punkt, kreślić począł na papierze nowe szeregi znaków. Rachunek jednak w przedziwny sposób nie chciał się dzisiaj zgadzać. Rozpoczynał pracę od nowa.

375

Upłynęła godzina, gdy naraz uczuł, że stoi ktoś za nim. Odwróciwszy głowę, spostrzegł służącego.

376

— Czy Franciszek chce czego? — spytał opry­skliwie.

377

— Nie chciałem panu profesorowi przeszkadzać. Stoję tu już dobrą chwilę. Tam pan jest jakiś, który się chce widzieć.

378

Butrym miał już ochotę odprawić przerywającego mu żmudną pracę natręta, gdy nagle zamajaczyła mu w pamięci postać nieznajomego z czarną brodą i umarłymi oczyma. Był prawie pewien, że to on przychodzi.

379

— Prosić — rzekł krótko, usuwając nieco papiery.

380

Jakoż za chwilę pojawił się w drzwiach otwartych oczekiwany mężczyzna. Nie mówiąc ani słowa, prawie automatycznie, jakby sennie, przeszedł przez salę wprost ku stołowi, przy którym Butrym pracował. Zdawało się, że nie zwraca nań zgoła uwagi, że go nawet nie widzi. Nie pytając o pozwolenie, ruchem pośpiesznym zaczął przerzucać karty rękopisu, na które zresztą wcale nie patrzył. Naraz drgnął i pod­sunął jedną kartę przed oczy profesorowi.

381

Voila. Ici[28] — rzekł po francusku i usiadł szybko, jak gdyby zupełnie z sił wyczerpany. Perlisty pot wystąpił mu na łysą czaszkę.

382

Butrym zdumiony patrzył na podaną mu kartę. Naraz wykrzyknął głośno. Tutaj był błąd! Drobne opuszczenie, omyłka zaledwie dostrzegalna, która w rezultacie cały rachunek robiła fałszywym…

383

— Skąd pan o tym wiedział? — rzekł, zwracając się ku nieznajomemu.

384

Ten powstał.

385

Comment? Je ne comprends pas polonais[29]

386

Butrym powtórzył pytanie po francusku.

387

— Najmocniej pana przepraszam — mówił przybyły, jakby usprawiedliwiając się. — Nie miałem zamiaru pana zadziwić a tym mniej odgrywać komedii… Stało się to zupełnie przypadkowo. Wchodząc tutaj, poczułem naraz na progu, że tam coś jest… Nie mogłem się oprzeć wewnętrznemu pędowi. Czy jest rzeczywiście jaki błąd na karcie, którą wybrałem?

388

Profesor skinął głową.

389

— Tak i wdzięczny panu jestem bardzo, choć tego zgoła nie rozumiem. Kto pan jesteś?

390

— Pers z pochodzenia. Przypadkowo noszę nazwisko znane skądinąd: Firdussi[30]

391

— Proszę, niech pan usiądzie. Mówi pan, że błąd mój wykrył pan raczej nieświadomie… Przypuszczam więc, że co innego pana do mnie sprowadza?

392

— Tak. Chciałem rzeczywiście…

393

Urwał i patrzył znowu na Butryma swymi martwymi oczyma. Profesor poruszył się niespokojnie.

394

— Spotkałem już pana przed tygodniem, dwu­krotnie: w kawiarni i rankiem na ulicy? Czy pan od dawna bawi w Krakowie?

395

— Przyjechałem właśnie owego wieczora. Miałem właściwie zamiar jechać dalej, ale zobaczywszy pana, zrozumiałem…

396

— Co pan zrozumiał?

397

— To nie jest tak łatwo powiedzieć. Szukałem kogoś, aby mi pomógł…

398

— W czym?

399

Firdussi znowu nie odpowiadał. Siedział na krześle nieruchomo wyprostowany i patrzył przed siebie oczyma, zdającymi się nic nie widzieć, albo raczej wszystko naraz. Butrym teraz dopiero, przezwyciężając początkowe zmieszanie, przyjrzał mu się dokładniej. Zauważył, że źrenice jego tak są rozszerzone, iż tęczówek prawie nie widać. Nadawało to oczom, zwłaszcza przy ich nieruchomości, pozór jakichś ślepych studni, na których dnie czaiła się noc.

400

— W czym mogę panu być pomocnym? — powtórzył Butrym pytanie.

401

— Potrzebuję człowieka mądrego, aby zrozumiał to, co ja wiem.

402

— A cóż pan wiesz?

403

Firdussi patrzył wciąż przed siebie.

404

Astronomia, Tajemnica— Wiem na przykład to — rzekł po chwili, jakby sennie — że obliczenia pańskie nie są dokładne, gdyż wielka mgławica w Łabędziu[31], którą się pan zajmuje, posiada temperaturę znacznie wyższą, niźli pan przy­puszcza.

405

— Ile? — spytał Butrym znienacka.

406

— Średnio sto trzydzieści ponad absolutne zero — odrzekł Pers bez zająknienia, po czym drgnął i otrząsnął się, jakby ze snu zbudzony.

407

Profesor czuł, że zaczyna mu się mieszać w głowie. O szczegółach pracy jego w ogóle nikt nic nie wiedział, tym mniej zaś mógł się o tym cośkolwiek dowiedzieć ów człowiek, przed kilku dniami nie wiadomo skąd tutaj przybyły.

408

— Kto pan jesteś? — zapytał zdumiony.

409

— Jestem człowiekiem z gwiazd[32] — rzekł Pers, uśmiechając się melancholijnie.


410

Wychodząc przed wieczorem z pracowni, Butrym nie umiał sobie jasno zdać sprawy, czy spotkanie z Firdussim było rzeczywistością, czy snem jakimś niepojętym. Zwłaszcza że pamiętając najdrobniejsze szczegóły długiej z nim rozmowy, nie mógł sobie absolutnie przypomnieć tego prostego faktu, kiedy i jak wyszedł ten przedziwny gość od niego?

411

Drażniło go to wszystko w najwyższym stopniu i wreszcie zaczął przypuszczać, że miał do czynienia z szarlatanem, który mu jakąś sztuką hipnotyczną zaćmił mózg. Zły był na siebie z powodu okazanej — jak myślał teraz — łatwowierności i obiecywał sobie Firdussiego przy najbliższej sposobności zde­maskować, albo — co najlepiej — wcale więcej z nim nie mówić. Z drugiej strony jednak nawet wbrew woli przyznać musiał, że to, co dziś usłyszał od tego człowieka, było nadzwyczajne i po prostu niepojęte. Naprzód to wykrycie błędu w jego obliczeniach, dokonane niejako palcami tylko, a potem te rewelacje niesłychane, dotyczące słońc i gwiazd, i światów, tajemnice zawrotne, wypowiadane głosem spokojnym, lękliwym, jak gdyby sennym, tajemnice, których sam mówiący dobrze nie rozumiał i był jakby onieśmielony tym, że je wypowiada…

412

Rozmyślając tak, doszedł do uniwersytetu i chciał go właśnie minąć, zdążając ku domowi, gdy naraz zabrzmiał za nim głos:

413

— Dobry wieczór panu, panie Mieczysławie!

414

Odwrócił się i dostrzegł Śniegockiego, który właśnie z gmachu uniwersyteckiego wychodził.

415

Wyciągnął radośnie rękę ku niemu.

416

— Sam los mi pana zsyła!

417

— O! Cóż takiego?

418

Butrym wziął go pod ramię i szedł przez pewien czas, milcząc. Wreszcie zaczął mu opowiadać o przedziwnym spotkaniu w swojej pracowni.

419

Młody fizjolog spoważniał, słuchając opowiadania.

420

— Nie rozumiem tego wszystkiego — rzekł w końcu — ale to pewna, że jest tu coś więcej niż zwykła szarlataneria. Ale co?

421

— Właśnie tego jestem ciekaw — rzekł Butrym.

422

Szli w stronę Wisły, rozmawiając.

423

— Czy nie przeprawi się pan ze mną na Dębniki[33]? — zagadnął Śniegocki około mostu. — Tak mnie zajęło to, co pan mówi…

424

— Późno jest — odparł profesor, spoglądając na zegarek — a mnie czeka żona pewno z kolacją. Więc, choć się panu ode mnie już od dawna należy wizyta, niech pan raczej zawróci i pójdziemy ze mną. Zjemy, co będzie, a potem pogadamy. Mam dzisiaj wieczór wolny.

425

— Nie odmawiam. Poza przyjemnością, jaką mam z pańskiego towarzystwa, lubię pański dom, bo jest spokojny, cichy, jasny i znać, że jest dobrze ludziom, którzy w nim mieszkają. Jeślibym kiedy w życiu po­pełnił to, epidemicznie zresztą grasujące, szaleństwo i ożenił się, to chciałbym trafić tak jak pan i znaleźć kobietę do pańskiej żony podobną.

426

— No, no — zaśmiał się Butrym trochę wymu­szenie — dajże pan pokój, bo będę zazdrosny!

427

— Musiałby pan w takim razie o cały świat być zazdrosnym, bo wszyscy wielbią panią Zośkę — w naj­głębszym zresztą i najszczerszym szacunku.

428

Mimowolne, zaledwie dosłyszalne westchnienie wy­darło się z ust Butryma, zaczął mówić o rzeczach obo­jętnych i codziennych, o pogodzie, o wykładach uni­wersyteckich, o zbliżającej się zimie…

429

Śniegocki zapraszał Butrymową przy kolacji:

430

— Musi mnie pani kiedy odwiedzić wraz z mężem…

431

— Dlaczego koniecznie wraz z mężem? — żartowała pani Zośka. — Czyż nie mogę przyjść sama?

432

Madame — skłonił się z komiczną przesadą — wdzięczny byłbym niesłychanie, ale jako kawaler…

433

— A cóż to ma do rzeczy?

434

— Zaraz, jeszcze nie skończyłem. Otóż jako że jestem człek samotny a panią wielbię niesłychanie, więc niezupełnie sobie dowierzam.

435

— Och! Bylem ja sobie dowierzała[34], to z pańskiego niedowierzania nic już z pewnością nie będzie!

436

— A widzi pan! — wtrącił Butrym, dotąd milczą­cy — To panu oddała!

437

— Jak zwykle dostałem po uszach. Ale ostatecznie nie o to idzie. Niech mnie pani rzeczywiście kiedy odwiedzi, a zobaczy pani zupełnie nowy rodzaj gospodarstwa. Może pani ode mnie coś nie coś skorzysta.

438

— Czy sądzi pan, że ja nie jestem dobrą gospodynią?

439

— Mam pewne wątpliwości w tym względzie — śmiał się — ale choćby pani była i najlepszą, to tego pani nie potrafi, co ja.

440

— Cóż to za cuda?

441

— Rzeczywiście cuda. Jestem z natury skąpy. Zresztą muszę, bo ta docentura… coś nie bardzo tego…. a wie pani, że co roku wyjeżdżam trochę powłóczyć się po świecie, więc trzeba coś na to odłożyć…

442

— Zatem system oszczędnościowy?

443

— Znacznie więcej! Wynalazłem osobną metodę. Sposób uproszczonego prowadzenia domu.

444

— Jakże to?

445

— Naprzód nie trzymam służącej, ani -cego.

446

— Sprząta pan sam?

447

— Ani mi w głowie! Od czego zasada naturalnego uwarstwienia przedmiotów?

448

— Cóż to ma znaczyć?

449

— Zaraz. Czy pani nie uważała, że tak zwane porządkowanie jest właściwie najstraszniejszą ruiną i ponadawaniem przedmiotom codziennego użytku takich położeń, w jakich ich właściwie wcale używać nie można?

450

— Tego nie uważałam nigdy.

451

— Ale ja za to — wtrącił znów Butrym ze śmie­chem. — Porządki na moim biurku, po których ni­czego na właściwym miejscu znaleźć nie mogę, są po prostu moją zmorą!

452

— Otóż daruje pani, ale w tym wypadku przyznaję słuszność profesorowi. Wedle zasady natu­ralnego uwarstwienia przedmiotów, każda rzecz znajduje się tam, gdzie jej się używało, czyli w miejscu najwłaściwszym. Nadto przedmioty więcej używane — przez naturalny bieg wypadków — na wierzchu, rzadziej — pod spodem.

453

— Ładny tam chaos musi być w pańskim mieszkaniu!

454

— Nie jest tak źle. Trzeba tylko mieć zasady, a niezbyt wiele rzeczy w domu. Drugą zasadą moją jest kuchnia skomasowana[35] i ujednostajniona…

455

— O, niech mnie pan tego nauczy! Obeszłabym się wtedy może bez kucharki, która jest przekleń­stwem życia tak zwanej gospodyni.

456

— Moja zasada wyklucza wprost istnienie ku­charki! — Przede wszystkim gotuję kolację sam. Aby oszczędzić niepotrzebnej straty energii na wymyślanie menu, jem codziennie to samo, mianowicie kaszę. Teraz niech pani pomyśli, siedem razy na tydzień kaszę gotować. To jest po prostu straszne! Wobec tego komasuję tę sprawę i gotuję kaszę w poniedziałek na cały tydzień od razu.

457

Butrym słuchał tych żartów i usiłował brać w nich udział. Ale roztargniony był i obecnością bardzo zresztą miłego gościa znużony. Ukradkiem poglądał na zegarek, a wreszcie wysunął się do swego pokoju, zbyt dobrze znając Śniegockiego, aby się mógł obawiać obrazy z jego strony.

458

Siadł przy biurku i podparł głowę rękoma. Przez niedomknięte drzwi dolatywały go odgłosy rozmowy i jasny, swobodny śmiech żony, potem słyszał, że siadła do fortepianu i grała. Drażniła go dzisiaj ta muzyka, bo przeszkadzała mu zebrać rozpierzchłe myśli. Spotkanie z Firdussim wracało mu ciągle do pamięci i im więcej o tym myślał, tym niezrozumialszą wydawała mu się cała rzecz. Aby odegnać tę zmorę od siebie, poszedł do biblioteki i wziął pierwszą lepszą książkę z brzegu, nie patrząc nawet na tytuł.

459

Przez chwilę miał oczy wlepione w rozwartą stro­nicę, ale liter zgoła nie widział. Po pewnym czasie dopiero uderzyło go zdanie:

460

„Są ludzie przychodzący z dala, o których nie da się nawet dokładnie powiedzieć, skąd przychodzą, z czasu czy z przestrzeni. Poznasz ich po tym, że widzą. I wiedz, że widzieć będą aż tam, skąd przyszli, dopóki ziemia ich nie przyciągnie i nie przywiąże do siebie. Wtedy oślepną i wzrok będą mieli tylko ziemski”.

461

Butrym ze zdziwieniem odwrócił książkę i spojrzał na tytuł. Było to jakieś dzieło teozoficzne, nie do niego nawet należące, ale pożyczone od Krasołuckiego, który wtykał mu niekiedy w dłoń różne książki ze swego bardzo skomplikowanego księgozbioru. Tej Butrym dotąd nawet nie zauważył i nie pamiętał, kiedy ją wziął. Gdyby nie nazwisko lekarza na karcie tytułowej, nie wiedziałby, skąd ją zna…

462

Z drugiego pokoju dolatywały go strzępy rozmowy.

463

— Zdaję mi się, że pan Mieczysław jest naprawdę przemęczony pracą. Powinna pani starać się jakoś nakłonić go do odpoczynku albo rozrywki…

464

— Ależ owszem! Bawi się. Przesiaduje czasem w kawiarni po całych nocach. Nie mam też mu tego zresztą wcale za złe.

465

— Pani jest po prostu idealna żona.

466

— Nieprawdaż?

467

Butrym czytał znowu:

468

„Człowiek widzący szuka takiego, który by słyszał. Jeśli go znajdzie, to mówi, lecz biada, jeśli słyszący nie słucha albo nie słyszy. Wtedy bieg świata zostaje cofnięty, a wina jest tego, który przewinił, będąc na ziemi”.

469

— Niech mi pan powie — pytała pani Zośka w drugim pokoju — czy to bardzo jest zabawnie w tych waszych nocnych kawiarniach?

470

— Niech pani zapyta męża.

471

— Ach, on mi nie powie. Będzie się bał, abym kiedy nie zechciała iść sama.

472

— Pani by poszła?

473

— Dlaczegóżby nie? Aby się przekonać… To jest w ogóle straszna niesprawiedliwość, że wy męż­czyźni używacie wszystkiego i wszystko znacie, a nam niczego nie wolno.

474

A Butrym czytał:

475

„A na ziemi jest każdy, kto wyciągnął rękę po kobietę i widzi w niej cośkolwiek więcej ponad środek wcielania duchów, żądnych ciała dla odbycia oczysz­czającej wędrówki. Świętość jest w tym dziele ko­biety, ale w każdym innym zatrata jest i zguba. Ko­bieta jest kwiatem ziemi, z wnętrza jej wyrosłym, mężczyzna zaś meteorem, który, chociaż spadł na ziemię i zagasł, do żużla podobny, pochodzi z gwiazd. Szukajcie dopełnienia, ale nie wikłajcie losów świata — to jest słowo mądrości prawdziwej… ”

476

Pani Zośka mówiła:

477

Równouprawnienie, Płeć, Kobieta, Mężczyzna— Nie rozumiem tej różnicy, jaką się wieczyście robi: mężczyzna, kobieta! Przecie ja tak samo jestem człowiekiem, a może nawet w wyższym stopniu niż pierwszy lepszy osioł, którego całą dumą jest, że przypadkowo tę, a nie inną płeć od natury otrzymał…

478

— Hm, proszę pani, z płcią idzie cały szereg różnic fizjologicznych, rozciągających się na cały jego orga­nizm, na wszystkie jego tkanki, nawet na mózg…

479

— Och! Na to nie zgodzę się nigdy! To wasz złośliwy wymysł, czysto męski… Natrętni jesteście, nieznośni i obrzydliwi! Na świecie byłoby dopiero wtenczas dobrze, gdyby rządziła kobieta.

480

— Czyż nie rządzi w istocie? Pani Zośko, co, czy nie rządzi?

481

— To nie o takie rządy chodzi, jakie pan ma na myśli. W pewnej czci i uległości, jaką wy nam niby okazujecie, jest największa obelga. Patrzycie na czas ciągle z obrzydliwie… fizjologicznego stanowiska, jak na kochanki albo matki, gdy my przede wszystkiem ludźmi jesteśmy.

482

Butrym czytał:

483

„I niech się widzący nie przywiązuje do ziemi, niech słyszący słucha głosu z gwiazd, a niech się obaj mają na baczności, bo ziemia przyciąga i wonią kwiatów odurza i mówi: Oto kwiat jak gwiazda lśniący a bliski, w nim także jest dusza. Ale tu nie o duszę chodzi, lecz o ducha, który sam jest twórczy i nieśmiertelny. Bez duszy nie ma niczego, co żyje, a to wszystko przecie przepada i celom ziemi służy jedynie…


484

Uczuł, że dwoje ciepłych ramion otacza mu szyję. Przygarnął ją miękko do ust i okrywał cichymi, słodkimi pocałunkami.

485

— Czy poszedł już? — spytał po chwili, pociągając żonę na swe kolana.

486

— Poszedł. Dlaczego uciekłeś? Tak nie lubię, gdy mnie samą z kim zostawisz… Zresztą to jest na­prawdę niegrzecznie.

487

— Cicho, Zośka, cicho. Nie rób już wymówek. Zmęczony dziś byłem strasznie i rozstrojony. Miałem takie dziwne zdarzenie…

488

Chciał jej opowiedzieć spotkanie z Firdussim, ale nie umiał jakoś znaleźć słów dla zaczęcia tego opo­wiadania. Ona nie dopytywała. Oparła głowę o jego skroń i całując go blado jednym kącikiem ust, patrzyła w zamyśleniu gdzieś przed siebie. Ujął jej dłonie i gładził delikatnymi, miękkimi dotknięciami…

489

— Ach, Boże! — wykrzyknęła naraz z nagłym dreszczem, usuwając swe ręce.

490

— Co ci jest, Zosik? Co?

491

— Jestem tak okropnie nieszczęśliwa!…

492

— Co się stało?

493

Patrzyła mu prosto w twarz chłodnym, badaw­czym, nieco jakby zdumionym wzrokiem.

494

— To jest straszne po prostu. Tyś mi się już tak okropnie znudził.

495

Usunął ją delikatnie z kolan i posadził na krześle. Sam zaczął chodzić po pokoju ze schyloną głową i założonymi w tył rękoma. Wodziła za nim wzrokiem.

496

— Czemu nie odpowiadasz? Czemu mnie bodaj nie pożałujesz?

497

Uśmiechnął się smutno.

498

— Żałować mógłbym chyba tylko siebie w tym wypadku.

499

— A otóż! Wieczysty egoizm. Cóż tobie? Przecież ja ci się podobno jeszcze nie znudziłam, więc jest ci ze mną dobrze. Ale ja… Lubię cię, lubię, owszem, ale tak mi się okropnie sprzykrzyłeś przez te siedem lat, a muszę z tobą żyć.

500

Patrzył na nią przez chwilę, niepewny, czy to żart z jej strony, czy też prawda… Oparła łokieć na za­łożonych kolanach, brodę na dłoni i patrzyła przed siebie. W oczach jej szeroko rozwartych dostrzegł duże, błyszczące w świetle lampy łzy.

501

Podszedł i przesunął ze smutną serdecznością dłoń po jej jasnych włosach.

502

— Zośka, więc czemuż ze mną pozostajesz?

503

— A dziecko?

504

— Jacuś? Wychowam go sam, jeżeli już tak musi być.

505

Odepchnęła go gwałtownie od siebie.

506

— Ach! Nie znoszę tej twojej udawanej dobroci! Czemu nie powiesz raczej od razu, że ci o mnie w ogóle nie chodzi? Przecież to są kpiny. Wiesz, że ja Jacka zostawić nie mogę.

507

Ruszył ramionami.

508

— Nie widzę tedy żadnej rady — rzekł oschle.

509

— Naturalnie! Cóż ciebie to obchodzi, że ja się męczę po prostu. Przecie tobie zależało tylko na tym, aby mieć syna. I masz go, masz! To nie zajmowało cię nigdy, co ja myślę, co czuję, czego chcę.

510

— Nie jesteś sprawiedliwa. Myślałem o tym i my­ślę zawsze więcej, niż sądzisz.

511

— O! Gdybyś był myślał!… Nie zastosowałeś ża­dnego kroku w życiu swym do mnie, nigdy mnie nie miałeś na względzie.

512

— Idę swoją drogą — rzekł poważnie — na to nie ma już rady.

513

— A moja droga, co? A moja? Wieczyste krążenie między salonem, kuchnią a dziecinnym pokojem. Może bym przecie także chciała żyć, robić coś na świecie. Tyś wszystkiego używał, wszystkiego próbował, stoi ci wszystko otworem, a ja?

514

— Zośka, czegóż ty chcesz nareszcie?

515

— Nie chcę niczego, czuję tylko, że mi się straszna niesprawiedliwość dzieje. Nawet w miłości… Miałeś w życiu dość kochanek i dziś, gdybym ja ci się usunęła, możesz mieć kochankę i nikt ci tego nawet za złe nie weźmie. A ja znam w całym życiu tylko ciebie jednego i ciebie tylko będę znać — aż do przesytu!

516

Zaśmiał się mimo woli.

517

— Zośka! Więc ty chciałabyś mnie zdradzać?

518

— A! Nie o to chodzi. Choćbym chciała, to cię zdradzać nie będę, bo mam wstręt do was wszystkich, mężczyzn, brzydzę się wami! Brzydzę się, słyszysz? Ale to mnie gnębi, że mnie nie wolno tego, a choćby mi było wolno, że się na to nie zdobędę, na co ty śmiało możesz sobie pozwalać.

519

— Moja droga, są jednak pewne różnice…

520

— Banalne, głupie zdanie, które już od dawna, umiem na pamięć. A jeśli już tak myślisz naprawdę, to mógłbyś tę mądrość życiową, zachować dla siebie, na domowy tylko użytek, a nie produkować się z nią zawsze i wszędzie, w mojej obecności. Obrażasz mnie tylko przez to i na obelgi narażasz.

521

— Jak to?

522

— Prosta rzecz. Bodaj taki Śniegocki. Chłopak, któremu zaledwie wąs się wysypał. Słyszy, jak ty mówisz do mnie w jego obecności o tej rzekomej niższości kobiet i ośmiela się to potem sam w rozmowie ze mną powtarzać. Nie będę go w ogóle więcej przyjmować. Nieznośny jest.

523

— Zdawało mi się owszem, że go lubisz…

524

— Tak, ale to nie jest powód, aby mnie obrażał. A ty jesteś wszystkiemu winien!

525

Ukryła twarz w dłoniach i wybuchnęła nerwowym płaczem.

526

Ujął ją za rękę i pociągnął na stojącą w rogu otomanę. Tutaj posadził ją w kącie i usiadłszy przy niej, zaczął mówić spokojnym, powolnym głosem:

527

Kobieta, Mężczyzna— Ja rozumiem doskonale twoją tragedię, ale naprawdę, że leży ona w, tobie samej. Z ciebie zakpił sobie po prostu los czy Pan Bóg, stwarzając cię kobietą. Masz zupełnie męskie popędy do samodzielnego i twórczego życia, a nie możesz, się zdobyć na żadną w tym kierunku inicjatywę, bo poza tym jesteś w każ­dym calu kobietą…

528

— Daj mi pokój z tymi swymi rozumowaniami! — przerwała przez łzy. — Drażni mnie to.

529

— Nie chcę cię drażnić ani ci dokuczać, chcę ci owszem dać dowód, że cię rozumiem i odczuwam, a nawet współczuję…

530

— Nie proszę cię o tę łaskę, nic mi na niej nie zależy.

531

Butrym udał, że nie usłyszał tych słów, przez zdławione gardło wyrzuconych.

532

— Trzeba koniecznie — mówił — abyś się uspo­koiła, rozerwała, przyszła do porządku z samą sobą. Tutaj to trudno. Ja sam czasem jestem zdenerwowany i nie tak dobry dla ciebie, jakbym być chciał i powinien. A przy tym sama moja obecność nie sprzyja twemu pokojowi. Masz ciągle wrażenie, że jest ktoś przy tobie, kto ci chce narzucać swą supremację… Zresztą, może ja nawet rzeczywiście robię to mimo woli. Najlepiej to będzie, żebyś na jakiś czas wyje­chała. Czy do rodziny swojej, czy gdzieś za granicę… Chciałaś studiować trochę, popracować dla siebie, zobaczysz innych ludzi, inny świat i będziesz przede wszystkim przez jakiś czas sama…

533

Pani Zośka płakała cicho z głową opartą o jego ramię.


IV

534

Butrym pisał:

„Moja droga, od czasu jak wyjechałaś, pusto mi jest i tak źle, że aż się dziwię czasem. Zżyłem się z Tobą i choć nie zawsze dobra dla mnie jesteś, brak twój okropnie odczuwam. Dom mi zmartwiał cały, odkąd Ciebie nie ma. To kilka dni dopiero, a mnie się już czas tak dłuży. Gdyby nie Jacek, nie wracałbym po prostu do domu, tak w nim jestem samotny. I on też tęskni za Tobą. Codziennie rano budzi się jak wróbelek ze świtem i przybiega do mego pokoju boso i w koszulce, i pyta: „Czy mamusia przypadkiem w nocy nie przyjechała?”. Wieczorem muszę go sam usypiać i opowiadać mu bajki, w których zawsze i Ty występujesz, jako jedna z dramatis personae[36]. Jeśli przypadkiem imię Twoje opuszczę, opowiadając mu różne wymyślone cuda o myszkach, konikach albo krasnoludkach, upomina się o Ciebie i uzupełnia: „a mamusia też tam była!”. W ten sposób towarzyszysz w jego myśli wszystkim ptakom, gwiazdkom mrugającym oczkami, zabłąkanym w lesie dzieciom i złotym rybkom, śpiewającym w kryształowym podwodnym pałacu…

To dziecko jest dla mnie takim szczęściem niesłychanym, że nie wiem, jak Ci mam za nie dziękować. Robię sobie też często wyrzuty, że nie zawsze myślę o tym, jak wiele w życiu mi dałaś i nie dość jestem cierpliwy i wyrozumiały wobec Twego, bardzo zresztą czasem naturalnego, zdenerwowania. Zośka! Ja Ci nawet nie umiem powiedzieć, jak ja strasznie pragnę, aby nam było naprawdę dobrze ze sobą… Nie mówmy już o tym — prawda? Nie potrzeba. Wrócisz za parę tygodni uspokojona, świeższa, wesoła, zobaczysz, z jaką tęsknotą Cię powitam i jak się będę starał, aby Ci nie dać niczym powodu do rozdrażnienia, w niczym Ci nie robić przykrości. Pragnę, abyś w domu miała ten pogodny, słodki uśmiech, z którym zazwyczaj widuję Cię tylko, gdy z obcymi ludźmi rozmawiasz… I wiesz Ty, że ja jestem wtenczas tak niewypowiedzianie zazdrosny! Zdaje mi się, że gdybyś Ty kogo innego pokochała i poszła ode mnie, zniósłbym to łatwiej, aniżeli tę myśl, że jesteś jasna, jesteś słodka, dobra jesteś i kochana — a ja nie mam nic z tego! Zośka, może w tym jest i moja wina, ale Ty mi daruj. Starszy jestem znacznie od Ciebie, mam swoją, pochłaniającą mnie pracę i trudno mi się czasem nagiąć do niektórych rzeczy, ale bądź i Ty wyrozumiała.

Pamiętasz, gdyśmy się poznali? Nie myślałem wówczas jeszcze, że będziesz moją żoną… Miałaś ze dwadzieścia lat, ale w duszy — mimo studiów, któreś odbywała — byłaś taką małą, małą i bardzo czystą dziewczynką. Patrzyłaś na mnie dużymi, jasnymi oczyma i raz pocałowałaś mnie pierwsza, prawie publicznie, z jakąś niewysłowioną prostotą i mówiłaś mi, że mnie kochasz. Zośka! Czyż to już tak bardzo dawno temu?

Wówczas już w pracy swej zawodowej dosyć daleko postąpiłem i miałem w świecie pewne znaczenie. Prosiłem Cię, abyś nie patrzyła na mnie jak na człowieka, który z gwiazd do Ciebie przychodzi, bałem się, że mnie zbyt idealizujesz, bo to się potem zawsze mści. Śmiałaś się wówczas. Przebaczę Ci zawsze wszystko — mówiłaś, — bo jesteś jasny i mądry, i masz taką potężną moc i radość życia w sobie, i ja wiem, że mi z tobą będzie dobrze, wierzę, że zawsze będziesz lepiej ode mnie wiedział, czego mi potrzeba… Miałbym ochotę głową bić o mur, gdy sobie to przypomnę, i włosy targać na łbie z rozpaczy, że tak nie jest! Nie jest! Nie jest! Snać ja nie byłem taki, jak Ty sobie wyobraziłaś albo też Ty teraz, patrząc zbyt z bliska na mnie, widzisz w karykaturalnym powiększeniu wszystkie moje wady i niedostatki, nie umiejąc już dojrzeć poza nimi tego, co we mnie może jest naprawdę jasne i dobre. A najlepsza jest we mnie miłość dla Ciebie, Zośka, w to wierz, proszę Cię…

Poza tym cóż Ci mam pisać? Życie tu moje idzie zwykłym trybem, pracuję dużo, poza wykładami przesiaduję jeszcze po kilka godzin dziennie w obserwatorium nad tymi cudownymi obliczeniami, w których powoli cały wszechświat mi się tak ujawnia i objaśnia. Szkoda, że Ciebie to tak mało zajmuje. Nieraz w domu mam ochotę mówić Ci o tym, Tobie jednej na świecie, gdyż wiesz, że poza tym nie lubię i nie umiem o swych pracach z nikim rozmawiać. Ale Tobie chciałbym czasem opowiadać o tym wszystkim i pokazać Ci tę otchłanną, przerażającą mądrość istnienia, i tę tajemnicę porządku, niezgłębioną zagadkę alfy i omegi.

Gdyś wyjeżdżała, mówiłem Ci o Firdussim, dziw­nym człowieku, który tu do mnie przyszedł. Im dłużej z nim przebywam, tym mniej wiem, co o nim myśleć. Zdaje się, że to nie jest szarlatan, a nie mogę zrozumieć przedziwnej konstrukcji jego ducha, który w pewnych chwilach czyta w gwiazdach jak w otwartej książce i sam jest zdumiony tym, co przeczytał. Zresztą opowiem Ci wszystko, gdy do mnie znowu przyjedziesz.

Ze znajomych spotykam się tylko częściej ze Śniegockim, którego coraz więcej lubię, i z Krasołuckim. Tego, wiem, że Ty nie znosisz, ale powiadam Ci, że to jest ciekawy człowiek, mimo najgorszych pozorów, bardzo w duszy głęboki, dobry i bardzo nieszczęśliwy.

Przyjedź jak najprędzej! A raczej — zostań tak długo, jak chcesz, ale przywieź nam tu obojgu trochę tego słońca, które Ci tam świeci nad morzem. Brak go tutaj strasznie, dnie są ponure, zimne, mgliste, jesienne… Ściskam Cię z całego serca i całuję Twe oczy długo i gorąco. Jacuś wie, że piszę list do Ciebie, a i upomina się, abym go szybko nauczył pisać, to on się do mamusi dopisze…! Ponieważ to nie da się tak prędko załatwić, więc tymczasem całuję Cię także i od niego. Pisz dużo — co robisz, co myślisz, jak się czujesz.

Twój Mieczysław.


535

Pani Zośka odpisała:

Monte Carlo, dnia… listopada…

Mój drogi, że Ty też nie umiesz pisać inaczej, jak tylko z wyrzutami! Pomyśl, że ja przecie mam tego dosyć w domu i tu mnie oszczędź przynajmniej, abym mogła wytchnąć i przyjść nieco do równowagi. Wiesz dobrze, że za powrotem do domu czeka mnie znowu ten nieznośny kierat zajęć codziennych i niekończąca się nigdy litania Twoich do mnie pretensji. Niechże choć tutaj o tym nie myślę. Przyślij mi trochę pieniędzy, bo to, co wzięłam z domu, już się wyczer­pało. Zresztą w tych dniach powinna była nadejść moja renta. Skieruj ją tutaj od razu. Na Jacka uważaj. Niech nie biega do Twego pokoju boso i w ko­szuli, bo się przeziębi. Ucałuj go ode mnie bardzo, bardzo i przyślij mi jaką dobrą jego fotografię. Nie wiem jeszcze, kiedy wrócę. Pogoda jest bardzo ładna. Poznałam tu kilku miłych ludzi. Zwłaszcza jednego Hiszpana o czarnych, palących jak węgle oczach. Szkoda, że ja już jestem taka stara i wcale nie mam ochoty „puścić się”. A Ty się tam musisz dobrze z Krasołuckim łajdaczyć!

Całuję Cię. Zofia


536

Profesor Butrym zadumał się nad listem żony. W pierwszej chwili odruchowo chwycił kartkę listowego papieru i chciał natychmiast odpowiedzieć… Kłębiły mu się w myśli słowa pełne goryczy i żalu.

537

— Zośka, Zośka — powtarzał do siebie półgło­sem — więc to jest cała odpowiedź Twoja na mój list? Więc tyle w nim tylko wyczytałaś? I nic mi więcej nie miałaś do powiedzenia?

538

Wstał i ścisnąwszy skronie rękoma, począł chodzić po pokoju. Uczucie jakiejś głębokiej, a niedającej się określić krzywdy wzbierało w nim i w końcu poczęło kipieć zawziętą złością. Ściągnął brwi, aż ból poczuł w zmarszczonym czole, na zaciśniętych zębach wargi rozchylały mu się nerwowo jak u zwierza, który chce kąsać.

539

W tej chwili Jacek wszedł do pokoju. Spojrzał na ojca zdumiony.

540

— Tatusiu, co tatuś robi?

541

Butrym opamiętał się.

542

— Nic, synku, nic…

543

— Tak? A czemu tatuś się wykrzywił, chodzi po pokoju i trzyma się za głowę? Czy tatusia główka boli?

544

Nie odpowiadając dziecku, przygarnął je do siebie i usiadł z nim razem na kanapie. Rysy mu się wygładziły, patrzył na syna długo i smutno. Jacek za­czął się niecierpliwić:

545

— Czemu mi się tatuś tak przypatruje? — Przecie ja jestem umyty…

546

— Tak, tak, umyty jesteś, synku — rzekł prawie bez myśli, gładząc jego jasną głowę. Poczuł w oczach całkiem głupie, śmieszne łzy.

547

— To niech mi tatuś… opowie bajkę! Albo nie! Niech tatuś powie, co mamusia teraz robi?

548

— Mamusia? Pisała do nas właśnie.

549

— I co do nas pisała?

550

— Kazała cię ucałować bardzo, bardzo i powiedzieć ci, żebyś był grzeczny.

551

— Ja przecie jestem grzeczny!

552

— Bardzo się z tego cieszę i mamusia się także ucieszy, gdy przyjedzie.

553

— A kiedy mamusia przyjedzie?

554

— Nie wiem. Może dopiero na Boże Narodzenie.

555

— Aha. Jak będzie Nabożerodzenie! To wtenczas, kiedy są świeczki na drzewkach.

556

— Tak, synku.

557

— I śnieg. A czy prędko będzie Nabożerodzenie?

558

— Za parę tygodni.

559

— To ile to jest? — Rozstawił palce i patrzył na nie, jakby chciał wyobrazić sobie za ich pomocą jakąś przystępną dla siebie liczbę.

560

— Czekaj, paluszków jednej ręki nie wystarczy. Musisz jeszcze jeden z tamtej drugiej dodać.

561

— Sześć! — zawołał chłopiec z triumfem. — To tyle dni?

562

— Nie, tygodni tyle.

563

— A co to jest tygodzień?

564

— Od niedzieli do niedzieli.

565

Chłopak pokręcił głową z niedowierzaniem. Te za­wiłe obliczenia przechodziły jego zdolność pojmowania.

566

— Wiesz, tatusiu — rzekł wreszcie — to wcale tak nie jest! Mamusia do nas już jedzie. Ja tatusiowi opo­wiem. Siadła sobie na łódkę i przyprzągnęła do niej dwa kotki.

567

— Ależ przecie kotki po morzu pływać nie umieją!

568

— To nic nie szkodzi. Tam są takie kotki, co umieją.

569

— I cóż dalej?

570

— I tak mamusia siedzi w łódce i sobie myśli: czy wnet będzie Nabożerodzenie i czy tatuś poszedł do obserwatorium? I czy ja się wieczorem myję i czy przy myciu nie wrzeszczę?

571

— A ty nie wrzeszczysz?

572

— Troszeczkę tylko! Naprawdę tylko bardzo tro­szeczkę! Bo Anulka zawsze tak zrobi, że mi mydło wchodzi do oczek!

573

— To czemuż oczek nie zamykasz?

574

— Przecież nie mogę! Przecież muszę się patrzeć, jak się z mydła bańki robią na miednicy!

575

Butrym śmiał się, zupełnie rozweselony.

576

— Ale teraz idź już do Anulki, mój malutki. Tatuś musi list do mamy napisać.

577

— Dobrze. To ja mogę już iść. Ale niech tatuś ma­mę bardzo ode mnie pocałuje.

578

— Dobrze, synku, dobrze.

579

— I powie, że ja mamę kocham.

580

— Dobrze, powiem i to.

581

— I tatusia, i Anulkę, i babcię także, ale babcia do nas nie przyjechała.

582

— Napiszę wszystko.

583

Po wyjściu syna siadł przed przygotowaną kartką papieru i zaczął pisać:

Moja najdroższa, nie martw się niczym i staraj się bawić jak najlepiej. My sobie tu jakoś radzimy bez Ciebie, chociaż nam obom bardzo smutno, i mnie i Jackowi. Ale i o tym nie myśl. Jeśli tam jest słońce, to siedź w słońcu i patrz na morze…


584

Wejście Śniegockiego przerwało mu list. Powstał i odsunąwszy nieco papier, przywitał się serdecznie z przybyłym.

585

— Czekałem na pana…

586

— Nie mogłem wcześniej przyjść.

587

— I cóż?

588

Śniegocki zrobił nieokreślony ruch głową.

589

— Badaliśmy go obaj z Krasołuckim przez kilka dni. Ostatecznie zdaje się być człowiekiem zupełnie normalnym.

590

W fizycznym znaczeniu.

591

— Naturalnie. Cóż więcej można powiedzieć! Są tylko takie pewne drobne rzeczy: W pewnych chwilach skurcz tęczówki — aż do zaniku prawie — i zupełna niewrażliwość źrenicy na światło, pewna, występująca czasem jakby kataleptyczna automatyczność ruchów, z zupełnym wykluczeniem w tych chwilach odruchów nerwowych… Poza tym, co najdziwniejsza, człowiek całkowicie na wpływy tak zwanej hipnozy odporny i niepoddający się sugestii w żadnej formie…

592

— Dziwna! A co on sam mówi o sobie?

593

— To jest właśnie coś irytującego! Pozwala się badać i patrzy na nas z takim pobłażliwym uśmiechem… Gdy się go o co spytać, odpowiada z gotowością, ale nie podobna oprzeć się wrażeniu, że pytania nasze uważa właściwie za zbyteczne i pozbawione zgoła sensu. Raz wprost nam powiedział: „Panowie, badając mnie, nie rozwiążecie zagadki ani dla siebie, ani dla mnie. Czy przez badanie człowieka zrozumieliście panowie kiedykolwiek, jak najprostsza myśl jego do skutku dochodzi”. Nie mogliśmy mu odmówić słu­szności.

594

Butrym chodził już po pokoju dużymi krokami.

595

— Nie umiem sobie także zdać sprawy z jego poziomu umysłowego — rzekł. — Nie brak mu wykształcenia. Mówi dobrze po francusku i po angielsku, a nawet coś niecoś po rosyjsku, ale w rzeczach, o których wie najlepiej albo, jak sam się wyraża, które „widzi”, jest właściwie zupełnym ignorantem. Nie mówię już o praktycznych zagadnieniach astronomicznych, bo tu zawsze można by jeszcze przypuścić fantazję, bujającą na podłożu pochwytanych wiadomości, ale w czysto matematycznych obliczeniach… Ma się na przykład jakiś niezmiernie zawiły wzór, którego doprowadzenie do końca wymaga całego szeregu dni pracy, uciążliwego logarytmowania, użycia dyferencjałów i całek, a tymczasem on w pewnym momencie „przepowiada” jego wynik i nie myli się ani na jotę! Sprawdzałem to parokrotnie.

596

A przecież w wiedzy swej matematycznej wyszedł mało co ponad cztery kardynalne działania! I zdaje mi się, że jest zupełnie szczery, kiedy prosi, aby mu objaśniać to, co on „widzi”, bo sam nie zawsze dobrze widzenie swoje rozumie.

597

— Tak… To jest dziwne. Ale czy nie lepiej by było wobec tego dać spokój wszelkim badaniom i przyjmować po prostu rzeczy tak, jak są?

598

— Czyż to możliwe? Niechże pan uważa, że wtedy stoimy wobec czegoś wprost potwornego. Taki Firdussi „dyktuje” nam wiedzę. To dobrze, ale my jego „prawd” nie możemy skontrolować. Tworzy się jakiś nowy kodeks tajemnic… objawionych, w które zarówno można wierzyć, jak nie wierzyć. To do absurdu doprowadza.

599

Śniegocki się zamyślił.

600

— Może pan ma rację. Ale być może także, że taka „księga widzeń” Firdussiego może posłużyć czasem za podstawę do krytycznego badania nauko­wego. Bo jeśli wspomniałem o zarzuceniu badań, to miałem wyłącznie osobę jego na myśli, ale nie treść jego wypowiedzeń, czy objawień…

601

— Tak, ale czyż można oddzielić człowieka od tego, co on mówi?

602

— Nie sądzę.

603

— A widzi pan!

604

Śniegocki milczał przez chwilę, a potem zaczął znowu:

605

— Hm, a jeżeli są istotnie „ludzie z gwiazd”, jak Firdussi sam siebie nazywa? Jeśli to tylko naczynia, przez które jakiś niepojęty strumień łaski świata przepływa? Co pan w tym wypadku zyska, poznawszy choćby najdokładniej owo naczynie?

606

— I to pan mówi? Fizjolog?

607

Nauka, Wiedza, Tajemnica— Właśnie. Wiem, że my w swoich badaniach życia naprawdę tak mało co ponad skorupę samą poznajemy. Znamy doskonale wszystkie procesy, które towarzyszą podziałowi komórki, fotografujemy pod ultramikroskopem tworzący się centrosom, rozpad jądra, układ występujących nitek chromatyny, system promienistych włókien w istocie plazmatycznej i tam dalej, słowem zbadaliśmy cały mechanizm i absolutnie zrozumieć nie możemy, co go do ruchu pobudza i dlaczego tak, a nie inaczej działa.

608

— Dobrze, ale tu przynajmniej ma pan do czynienia ze zjawiskiem normalnym, to jest powtarzającym się zawsze i wszędzie, więc ostatecznie nic pan nie ryzykujesz, zadowalając się samem stwierdzeniem faktu, że taki jest! Zaś ta afera z Firdussim ma cechy nadzwyczajnej wyjątkowości: to jest po prostu sprzeczne z tym wszystkim, co za pewnik przyjmujemy.

609

— Ha. Może właśnie dlatego, że zbyt pochopnie rzeczy niektóre przyjmujemy za pewnik.

610

Butrym zaśmiał się trochę nerwowo.

611

— Znać, że pan kilka dni przepędził w towarzystwie Krasołuckiego. Ten stary sentymentalny satyr ma pewne uprzedzenia do wiedzy, którymi i mnie czasem zaraża.

612

Śniegocki patrzał nań uśmiechniętymi oczyma.

613

— Czyż do wiedzy? Czy może tylko do tego, co za nią powszechnie uchodzi? W takim razie trudno mu tak bezwzględnie odmówić słuszności… Uśmiechali się obaj chytrze i smutno, patrząc sobie wzajemnie w oczy.

614

— Widzi pan — rzekł Butrym — śmiejemy się obaj. Augur[37] z augurem… Ale właściwie to płakać by nam się chciało.

615

— Czyż warto? — odparł Śniegocki i pchnął okno w pracowni profesora, otwierając je szeroko. — Niechże pan patrzy, jaki świat piękny poza całą wiedzą naszą!

616

Ku schyłkowi dnia wypogodziło się na świecie. Z okien domu, postawionego na wzgórzu, na samym końcu zamiejskiej kolonii św. Salwatora[38], rozciągał się widok szeroki na Wisłę i wznoszące się za nią pa­górki i dalsze góry aż hen gdzieś po srebrno-błękitny skrawek Tatr, widny w pogodne dni na nieboskłonie. Mgła lekka, od zachodzącego słońca złotawa, leżała nad Wisłą, dalej mienił się świat późnymi kolorami jesieni; wzgórza dalekie śnieg już pierwszy bielił.

617

Fala rzeźwego, chłodną wilgocią przepojonego powietrza wpadła do zamkniętej pracowni. Na prawo pomiędzy bezlistnymi drzewami widać było stok kopca Kościuszki, zrudziałą od wczesnych przymroz­ków trawą pokryty.

618

Profesor podszedł ku oknu i wsparł się ramieniem o uszak. Patrzył z pochyloną na bok głową gdzieś daleko przed siebie, na niebo zachodzące już brzegami siną barwą wieczoru. Nad głowami paliły się jeszcze wysoko zawieszone chmury ogniem zachodnim, ale zza Wisły i od strony Krakowa szła już noc z jakimś dalekim, celowym biciem dzwonów, poprzez świat się wlokącym.

619

— O czym pan myśli? — zagadnął Śniegocki po chwili. Butrym drgnął.

620

— Ach, tak mi przyszło do głowy… co żona moja robi w tej chwili.

621

— Pani jest wciąż nad morzem?

622

— Tak. I chcę, aby tam jak najdłużej została. Dopóki słońca tam dosyć…

623

— A pan się nie wybiera?

624

— Nie, nie. Pan wie, że mam robotę, wykłady… Nie mogę. Ale czasem, gdy tak patrzę stąd na świat, to doprawdy rwie mnie tak straszliwie poza te góry, gdzieś w kraje, które znałem, po których jeździłem, zdaje się tak niedawno, kiedym był młody naprawdę…

625

— I teraz powinien by pan wyruszyć.

626

— Może. Trudno mi się wyrwać. Pan wie, czasem w sprawach naukowych jadę na dwa — trzy tygodnie do Paryża lub Londynu, ale to się nie liczy. Chciałbym tak, jak dawniej….

627

— Jedź pan, jedź. Byłem niedawno w Hiszpanii. No, ja umiem tanio podróżować, pan by już dzisiaj tak nie potrafił, ale to ostatecznie obojętne. Cudowny kraj! Jakby z jakiegoś nieprawdziwego zdarzenia. Zwłaszcza tam na południu, w okolicach Sewilli, Granady…

628

Butrym przymknął gwałtownie okno i przeszedł do biurka, aby zapalić światło elektryczne.

629

— Tak, tak, proszę pana. Tak się to mówi, a ja tymczasem muszę tu siedzieć i pracować. Jeszcze w dodatku przyszedł mi tutaj Firdussi… Potarł ręką czoło i nachylił się nad rozłożonymi na biurku papierami. Śniegocki patrzył nań przez chwilę w milczeniu, a potem pożegnał się szybko i wyszedł.


630

Butrym pisał:

Kończę list, przerwany przed chwilą wejściem Śniegockiego. Zośka, tak Cię chcę zapytać i tak się boję zarazem… Zośka, chcesz Ty, żebym ja do Ciebie przyjechał? A wiesz, czego się boję? Nie tego, że Ty możesz nie powiedzieć, lecz tego raczej, abyś z uprzejmości dla mnie, nie chcąc mi przykrości robić, nie odpisała: tak, choć może wcale tego nie pragniesz… Jak to dawno nie byłem z Tobą razem. Tu jest tysiąc rzeczy, które stoją między nami. I ten dom nasz, i to dziecko, choć tak strasznie kochane, i stosunki towarzyskie, i praca moja zawodowa, wszystko słowem, co na pozór nas łączy, a w istocie przeszkadza temu, abyśmy naprawdę byli ze sobą. Może właśnie dlatego trudno nam się czasem porozumieć. Tęsknię za Tobą — nie od czasu, jak wyjechałaś, ale odkąd jesteś moja… Wiem, że nie lubisz tego słowa, że zawsze chcesz być tylko swoją, ale cóż ja na to poradzę, że tak czuję.

Przyduszam w sobie nieraz wiele rzeczy, ale dzisiaj przed wieczorem otwarto przypadkowo okno w moim pokoju i to mi wystarczyło, aby mnie napadła taka szalona tęsknota za światem dalekim i za Tobą. Napisz jeno, czy chcesz, czy chcesz, żebym przyjechał? Trzyma mnie tu wiele rzeczy i roboty zaczęte, i przeklęty Firdussi, ale to wszystko jedno. Urządzę się tak, żeby choć na tydzień, choć na dwa tygodnie… Tam będziemy razem i sami, przypomnimy sobie te czasy, kiedyśmy po raz pierwszy wyjechali oboje za granicę i cieszyliśmy się, i śmiali jak małe dzieci. Byłaś wtedy taka dobra i moja, i bliska. Wie­czorem opierałaś głowę o moje ramię i mówiłaś, że jesteś zmęczona, a ja Cię prowadziłem do domu i siadałem przy Twoim łóżku i trzymałem ręce Twoje, pókiś nie zasnęła. Zawsze tak musiałem ukołysać Cię do snu, a czasem nawet bajki opowiadać, jak teraz Jacusiowi… Zośka, czy chcesz, żebym przyjechał? Powiedz, czy chcesz…?


631

Po skończeniu długiego listu Butrym poszedł sam wrzucić go do skrzynki na dworcu kolejowym, aby być pewnym, że dziś jeszcze pójdzie. Zwykle jeździł tramwajem do miasta, ale dziś po długim siedzeniu w dusznym — jak mu się zdawało — pokoju, zapra­gnął ruchu i powietrza. Szedł więc piechotą w dół koło odwiecznego Zwierzynieckiego klasztoru, a potem dalej ulicą między przedmiejskimi domkami, pomiędzy które błyskało czasem zmącone drobną falą zwierciadło Wisły.

632

W oknach starych niskich domów i większych smutnych, na zamieściu stojących kamienic błyszczały już światła, droga była już niemal pusta. Nudzący się pod latarnią policjant skłonił się uprzejmie znajo­memu profesorowi…

633

Minąwszy brudną ulicę Zwierzyniecką, Butrym wziął się plantami na lewo, trochę z przyzwyczajenia, gdyż tędy wiodła zwykle jego droga do uniwersytetu, trochę zaś z umysłu, aby nie iść przez ludne ulice śródmieścia.

634

W obrzasku rzadkich latarń majaczyły przed nim drzewa bezlistne, od całodziennej mgły jeszcze wilgotne, sczerniałe… Tu i ówdzie na trawniku, zeschłymi liśćmi zasypanym widniał niekształtny chochoł słomiany, kryjący w sobie krzak róży, zabezpieczony już przed nadchodzącymi mrozami. Profesor patrzył na to wszystko i myślał o palmach zielonych, o drzewach pomarańczowych, młodym, niedojrzałym jeszcze owocem pokrytych, o różach, co kwitną teraz pod ruinami na Palatynie[39]

635

Przyszło mu na myśl, że jeżeli żona zechce, aby do niej przyjechał, to nie zostanie z nią w Monte Carlo. Siądą w Nicei na statek i popłyną błękitną drogą w słońcu złocistym na Korsykę, a może dalej, do Pa­lermo, do Taorminy patrzeć na morze poprzez zwalone kolumny starego greckiego teatru… Uśmiechał się do tej myśli i szedł coraz żywiej, jak gdyby czekał tam już na niego pociąg, mający go zawieźć do tych krajów słonecznych.

636

Nie zauważył nawet, kiedy się znalazł na dworcu kolejowym. Wrzuciwszy list do skrzynki, jakimś wewnętrznym pędem party, poszedł na peron patrzeć, jak pociągi w świat odchodzą. Trafił właśnie na jakiś ekspres, idący do Nicei, który się tutaj kilkanaście minut zatrzymał. Szedł wzdłuż lśniących, dużymi szybami opatrzonych wagonów i przyglądał się obcym, obojętnym podróżnikom. Gdzieś przez szybę zamajaczyła mu kształtna postać kobieca, zielonym kostiumem obciśnięta; naprzeciw młodej kobiety siedział mężczyzna, nieco ku niej nachylony i mówił coś żywo, w oczy jej zaglądając. Słuchała go z uśmiechem, rzeźbiącym dwa filuterne dołeczki na jej policzkach, z przymrużonymi troszkę oczyma…

637

Naraz poczuł dłoń na swym ramieniu. Obejrzał się. Stał za nim Turski w podróżnym ubraniu, z miękkim, kraciastym szalem na ręku.

638

— Jedzie pan, jak widzę?

639

Turski ściskał mu dłoń serdecznie.

640

— Tak, trochę w świat… Za długo już siedzę na miejscu…

641

— A cóż będzie tymczasem z pańskim teatrem w Zakopanem? Nie na to pan chyba miliony w nim utopił, aby go teraz — z początkiem sezonu — na łasce losu zostawiać?

642

— O, nie ma obawy! Zaręba dał się ostatecznie namówić. Aż do mego przyjazdu on wszystko będzie miał w ręku. Lepszego kierownika sobie wymarzyć nie mogę. Lepszy jest w każdym razie ode mnie.

643

Butrym miał ochotę zapytać o księżną Helenę, dzisiaj aktorkę, będącą główną osią całego artystycznego przedsiębiorstwa Turskiego, ale przypomniawszy sobie, jakie niegdyś tych dwoje ludzi stosunki łączyły, a nie wiedząc, jak się obecnie właściwie rzecz przedstawia, nie chciał się okazać niedelikatnym.

644

Spytał więc tylko obojętnie:

645

— I dokąd pan jedzie?

646

— Nie wiem jeszcze. Na razie na Riwierę, do Monte Carlo. Słońca chcę trochę zobaczyć.

647

— Do Monte Carlo?

648

— Zdziwił się pan…?

649

— Nie, nie. Tylko… jest tam teraz moja żona. Jeżeli ją pan spotka…

650

— Odszukam panią niewątpliwie. Cieszę się bardzo. Pozwoli pan ucałować piękne ręce swojej pani?

651

— Ależ naturalnie!

652

Chciał jeszcze powiedzieć, że może i on lada dzień w tamtą stronę podąży, ale jakiś wstyd nagły zamknął mu usta.

653

Uścisnęli sobie dłonie, Turski wskoczył do wagonu, konduktor drzwi już zamykał. Za chwilę powoli, powolutku, prawie nieznacznie szereg wozów poruszył się po szynach. Ozwało się ciężkie, głębokie westchnienie lokomotywy — jedno, drugie, trzecie… Butrym patrzył, jak pociąg nabiera pędu, jak koła chrzęścić zaczynają na spojeniach szyn w coraz żywszym, coraz żywszym tempie. Jeszcze chwil parę, a już tylko widać było czerwoną latarnię jak wyłupione krwawe oko, na ostatnim wagonie, coraz dalszą, coraz więcej ćmiącą się w ciężkiej, dymem węglowym przesyconej mgle.

V

654

Pani Zośka siedziała na kamiennej ławeczce wśród ogrodów zawieszonych na skalistym stoku montecarlijskiego przylądka. Szerokie, mięsiste i kolczate liście agaw strzelały naokoło każdej skalnej szczeliny, wypełnionej urodzajną czerwonawą ziemią, jedna z nich szła w kwiat: olbrzymi, wieloramienny świecznik kwia­tostanu jak małe drzewo rysował się subtelnymi liniami na błękicie morza i nieba.

655

Po ścianie skalnej, tuż nad głową siedzącej, pięły się całym lasem rozgałęzione, kwitnące krzaki pelargonii czerwonej, w dół opadające, cudem jakimś do nadmorskiego wiszaru przyczepione schodki kamienne wiodły do maleńkiego ogródka, wyglądającego z góry jak kosz pełen kwiatów białych, błękitnych, żółtych i różowych. Dalej płoniły się zarośla rododendronu, strzelał gdzieś cyprys, twardo korzeniami w urwistą wbity skałę, wiały na niebie czarne gałęzie pinii, pióropusze palm karłowatych, szeroko rozłożone, palczaste liście nieszpułek.

656

Pani Zośka, spuściwszy wzrok, patrzyła na morze, tuż u stóp swych poprzez pnącą się poniżej zieleń krzewu widne.

657

MorzeU brzegu woda ciemnogranatowa rozbijała się o podnóże skały wolno, jakby leniwie idącymi falami i ociekała lśniąco białą pianą. Dalej — po toni — w szerokie bruzdy pooranej skakało migotliwe słońce, przewijając się między plamami szafiru, seledynu, srebra i przedziwnej, głębokiej zieleni; dalej znowu, gdzie drobne fale zbyt odległe oku znikały, powierzchnia wód była jakby wygładzona, lśniąca, o zmiennym połysku perłowej macicy, z lekka złotym pyłem przyprószonej. Wlókł się po niej leniwie jakiś mały parostatek, ciężko naładowane galary holujący i zostawiał za sobą ciemniejszą smugę, sierpem na wodę rzuconą i rozchodzącą się wstecz coraz szerzej, jak ogon bajecznego ptaka. Na samym nieboskłonie błyszczały drobniuchne żagle łodzi rybackich, zbliżały się ku sobie z wolna lub znów się rozchodziły, niby jakiś na tempo wieczności obliczony taniec w słonecznych oddalach zawodzące.

658

A dalej, dalej; jeszcze dalej jakby się morze nieznacznie wznosiło ku górze i bez wyraźnej granicy przechodziło w kopułę nieba ogromną, zrazu srebrzystą, potem modrą, ciemnym błękitem u szczytu około zionącego blaskiem słońca wymalowaną.

659

Pani Zośka czuła ten jarki, słoneczny blask na spuszczonych powiekach. Miała wrażenie, że promienie przenikają jej lekką suknię, bieliznę i skórę i dostają się w głąb aż do kości, i krążą żyłami w zleniwiałym tętnie po całym ciele, rozlewając po nim słoneczną, błogą, słodką, omdlałość…

660

Książka osunęła jej się z kolan na ziemię, nie mogła się zdobyć na ruch ręki, aby ją podjąć: trwała w ciszy słonecznej, w gęstym, wonnym, upajającym powietrzu, zatraciwszy prawie poczucie miejsca i czasu…

661

Ocknęła się dopiero na szelest jakiś. Przechodził po ścieżce przed nią młody człowiek w białym flanelowym ubraniu, skłonił jej się i znikł na zakręcie ścieżki. Słyszała za parę chwil kroki jego skrzypiące po żwirze tuż nad swoją głową.

662

Automatycznie i niechętnie schyliła się, aby podnieść książkę. Wypadł z niej list jeszcze nieotwarty. Wzięła go w rękę. Coś jak blady uśmiech przemknął po jej wargach.

663

— Mietek…

664

Rozerwała z wolna i niedbale kopertę, rzucając strzępy papieru na ziemię. Nim list jednak wzniosła do oczu, zawahała się na moment.

665

— Ach, Boże… jeśli znowu pisze co niemiłego — rzekła prawie głośno, marszcząc doskonałe łuki brwi. Ręka z listem opadła jej bezwładnie na kolana.

666

— Czy ja go kocham? — myślała, patrząc na dalekie morze. — Chyba tak. Przecież nie kochałam nikogo innego. Ale może ja w ogóle nikogo jeszcze nie kochałam?…

667

Spojrzenie jej oczu zmąciło się, rysy twarzy za­stygły w twardym i boleściwym wyrazie.

668

Poczęła przywoływać na pamięć wszystkich ludzi, których znała, lubiła, z którymi niegdyś bawiła się dobrze. Od lat dziecinnych. Braci swoich koleżanek, młodych synów sąsiadów na wsi, kolegów z ławy uniwersyteckiej, ludzi spotykanych na zabawie, w salonach, podróży, w domu… Ta lub owa postać mignęła przed nią w barwach żywych, przypomniał jej się jakiś moment oszałamiającego w piersi uczucia, jakaś chwila słodkiej we wspomnieniach rozmowy we dwoje, konna przejażdżka, uścisk dłoni, uśmiech, spojrzenie… I nic. Nie było nikogo, komu by się pragnęła kiedykolwiek oddać na śmierć i życie, nikogo, kto by pozostał w jej pamięci trwale i żywy, nie była nigdy niczyją — nawet w myślach — i nie chciała niczyją być. Wszystkie postacie pamięcią wywołane przewijały się przed nią jak mary bezkrwiste i znikały gdzieś w szarym, obojętnym pomroku duszy.

669

Drgnęła przerażona. Z tym korowodem cieniów szedł przed nią i mąż jej jak inni daleki, jak inni obo­jętny, choć to przecie był ojciec jej dziecka, jedyny człowiek, któremu się oddała, z którym żyła szereg lat, któremu ongi powiedziała pierwsza, że go kocha.

670

— No tak! — krzyknęła głośno — ale ja przecież nie chciałam, aby się ze mną żenił! Po co on to zrobił? Czemu mnie do tego nakłonił!?

671

Uczucie strasznej krzywdy zdławiło jej krtań. Bezradnie chwyciła się rękami za skronie. Teraz dopiero miała wrażenie, że stało się coś nieodwołalnego, czego nie powinno było być, że popełniła potworną omyłkę, nie przez to nawet, że wzięła tego człowieka, ale że w ogóle komukolwiek wziąć się pozwoliła, kładąc w ten sposób dobrowolnie jakąś nieprzekraczalną tamę swo­jemu życiu. Życiu… Jakiemu życiu?

672

— Gdybym ja chociaż żyła — szeptała do siebie kurczącymi się do płaczu wargami — gdybym ja wiedziała przynajmniej, jak życie, jak to moje życie, które mnie ominęło, wygląda i czego ja od niego chcę?

673

Nic i nic. Uczucie pustki, codzienności, szarzyzny, brak jakiejkolwiek drogi wytkniętej i rozumnej, nieświadomość celu, nieokreśloność pragnień, niemożność nawet wypróbowania swoich sił… i obłędna, potworna, żrąca tęsknota za czymś, co miało być? Być mogło czy było powinno?

674

Rozpłakała się gwałtownie i spazmatycznie. A rów­nocześnie całym wysiłkiem woli pragnęła płacz po­wstrzymać. Włożyła zagięte palce do ust i zaczęła je gryźć młodymi, bialymi, zdrowymi zębami, aż ból w stawach poczuła.

675

— O co ja płaczę? — powtarzała sobie. — Ach Boże! O cóż ja płaczę właściwie…?

676

Po niejakim czasie uspokoiła się nieco. Wyjęła z torebki lusterko i zaczęła porządkować włosy na skroniach, po czym lekko przyprószyła pudrem zaczerwienione powieki i nos..

677

Wzięła list męża i zaczęła go czytać z wyrazem twardej rezygnacji w wilgotnych prawie, oczach.


678

Na kartce wydartej z notesu ołówkiem pisała na kolanie odpowiedź do męża:

„Mój biedny, drogi Mietku, napiszę Ci tak po prostu: lepiej do mnie nie przyjeżdżaj. Gdybym wiedziała, że chcesz przyjechać dla siebie, że się tu będziesz cieszył słońcem, morzem i kwiatami, nie wahałabym się ani chwili, owszem rada bym była widzieć Cię przy sobie wesołym i spokojnym. Ale ja wiem, że to tak nie będzie. Chcesz przyjechać do mnie. Przyjedziesz z powziętym z góry życzeniem, żebyś mnie zastał taką a taką, jak sobie wyobrażasz, jaką i mnie chcesz mieć: wesołą, dobrą, spokojną… A ja nie wiem, czy taka będę, czy potrafię być. I wtedy — zamiast sielanki, o której tak poetycznie piszesz — zacznie się co innego: Ty już wiesz! Będziesz mi robił wyrzuty, będziesz mnie męczył, a ja bym tego już w tej chwili znieść nie zdołała. I sam się będziesz męczył także. Lepiej pozostać w Krakowie albo, gdy chcesz koniecznie wyjechać, to zawieź Jacusia do babki na wieś i jedź sam, ale nie tutaj, gdzie ja jestem.

Nie gniewaj się na mnie, ja doprawdy dobrze radzę, dla nas obojga. Za parę tygodni będę może spokojniejsza i wróciwszy do domu, spróbuję nie drażnić Cię niczym. Teraz jeszcze muszę być sama chociażby tylko dlatego, aby przyjść do porządku z własnymi myślami…”


679

KawiarniaW Cafe de Paris było pełno. Dochodziła jedenasta przed południem, godzina, o której w kasynie otwierają się salony gry, mnóstwo ludzi niecierpliwych czekało już przed szerokimi schodami wspaniałego, po parweniuszowsku ozdobami przeładowanego budynku, aby wejść rychło jeno drzwi otworzą i zająć co lepsze, wczoraj przez wygrywających zajęte, a więc dziś szczęśliwe miejsca przy stołach… Inni, więcej cierpliwi, nie na tyle jednak, aby w domu tę uroczystą godzinę otwarcia tam dla złotego potoku przebyć, siedzieli naprzeciw w obszernym pawilonie Kawiarni Paryskiej i na dworze, pod jesiennym, ciepłem i pogodnym niebem. Dostojni, raczej na dyplomatów europejskich wyglądający, garsoni w czarnych kurtkach i białych do stóp sięgających fartuchach roznosili z godnością po angielsku przyrządzoną czarną herbatę i vermuth.

680

Pani Zośka przyszedłszy, usiadła na dworze tuż przy balustradzie kawiarni. Mieszając bez myśli łyżeczką herbatę, patrzyła obojętnym, roztargnionym wzrokiem na jakiegoś niby Araba w podejrzanej czystości burnusie[40], który jej usiłował sprzedać lichy paryski szal, wmawiając w nią[41], że jest to towar wprost z Algieru czy Tunisu pochodzący. Dał wreszcie za wygraną i odszedł, przypuściwszy snać, że dama owa albo jest głucha, albo też po prostu po francusku nie rozumie, kiedy, oka z niego nie spuszczając, najmniejszym drgnieniem, twarzy nie daje poznać, aby słyszała i zrozumiała to, co się do niej mówi…

681

Nagle, jak gdyby dreszcz elektryczny przebiegł po siedzących wokół ludziach. Drzwi do kasyna otwarto. Fala czekająca przed schodami poczęła płynąć w górę, w kawiarni wstawano od stolików, płacąc szybko garsonom niewydającym dla pośpie­chu reszty, w chwil kilka wyludniło się niemal zupełnie.

682

Dwie kokoty, wstawszy znać raniej niż zwykle, weszły do kawiarni i usiadły w pobliżu Butrymowej. Patrzyła na nie z zajęciem. Nie były młode. Jedna lat może czterdziestu, silna brunetka o męskim wyglądzie z małym czarnym wąsikiem nad niewymalowanymi ustami w ogorzałej twarzy, miała lekki pilśniowy kapelusz na włosach zaczesanych w bok na jedną skroń i kostium ciemny, krojem męski ubiór przypominający. Z papierosem w ustach rozglądała się wkoło i co chwilę ze śmiechem rzucała towarzyszce jakieś zdanie. Ta, dobrze już siwiejąca i niestarająca się zamaskować swego wieku, z wytwornymi o dawnej piękności świadczącymi rysami, pełnymi jeszcze dziś miękkiego kobiecego wdzięku, patrzyła na nią miłośnie ogromnymi oczyma i korzystała z każdej sposobności, aby na silnej ręce jej położyć pieszczotliwie dłoń swoją gładką, smukłą, ciężkimi pierścieniami na każdym palcu strojną.

683

Kilku młodych ludzi, przechodząc, pozdrawiało te damy, odpowiadały lekkim, pełnym godności skinieniem głowy.

684

Butrymowa patrzyła na nie z coraz żywszym zajęciem. Miała wrażenie, że widzi przed sobą wrota do jakiegoś nieznanego sobie, a zaciekawiającego ją świata. Wyobrażała sobie mimo woli dnie i noce szalone, w jarzącym świetle przy dźwięku kryształowych kieliszków szampańskich spędzane, radość bujną i huczną, niczym nieskrępowaną i wyzywającą świat swobodę. Przyszło jej na myśl, że te kobiety nikomu nie podlegają, lecz owszem biorą sobie same kogo chcą i opuszczają go nazajutrz czy za kilka dni, bez troski, bez żalu, bez obowiązków, niezwiązane ani względami towarzystwa, ani rodziną, ani czyjąś, ciążącą czasem jak kamień, miłością, którą się powinno — och! straszne słowo! — powinno odwzajemniać…

685

— Przeciwnie, one nie kochają nikogo — myślała z budzącym się w piersi uczuciem, podobnym niemal do zazdrości.

686

Młodsza z kobiet — z męskim nad kuszącymi ustami wąsikiem — zauważyła również Butrymową i zwró­ciła na nią czarne, palące oczy.

687

Pani Zośka uczuła, że robi jej się mdło i słabo pod tym niepokojącym ją spojrzeniem. Uderzyło ją nagłe gorąco w skronie, w piersi brakło jej oddechu, nogi kurczowo drżeć zaczęły. Słodka omdlałość i równocześnie przestrach niewytłumaczony, chciała się odruchowo zerwać i uciekać, nie czując do tego siły…

688

Ktoś jej się kłaniał.

689

Spojrzała i zerwała się z nienaturalnym ożywie­niem.

690

Ach! C'est vous, monsieur![42]

691

Don Rodriguez zginał się przed nią w niskim ukłonie.

692

Madame.[43]

693

— A, jak to dobrze, że pana spotykam — mówiła, usiłując nie patrzeć na owe damy. — Ranek jest tak piękny, a ja się nudzę sama!

694

Nie witała go nigdy tak przyjaźnie. Hiszpan patrzył na nią oszalałymi ze szczęścia oczyma. Zauważyła to i przejmujący, rozkoszny dreszcz napiął jej wszystkie mięśnie. Uczuła, że jest młoda i piękna i że może robić z ludźmi, co zechce. Patrzyła na wytworną, smukłą a silną postać swego towarzysza, na ogorzałą twarz i szyję, wyłaniającą się z szeroko rozłożonego kołnierza koszuli.

695

Que vous etes beau, mon ami, ce matin![44] — rzuciła mu jakby mimo woli z niewinnym na ustach uśmiechem.

696

Mais vous etes toujours la plus belle au monde, senora[45] — odrzucił półgłosem nabrzmiałymi, krwawymi wargami.

697

Udała, że nie słyszy odpowiedzi.

698

— Duszno tu siedzieć… Chciałabym na świat, na morze…

699

— Służę pani — rzekł z gotowością. — W przystani mamy do wyboru łodzie motorowe i żaglowe jachciki. Wiatr jest cudowny.

700

Zawahała się.

701

— Nie, nie chcę wody, pędu chcę na lądzie!

702

— Mój automobil czeka obok kasyna.

703

— Nie, to martwa maszyna. Koni chcę żywych! Doskonałych koni i wygodnego powozu!

704

Zwrócił się do kogoś ze służby.

705

— Proszę posłać — za kwadrans tutaj naj­lepsze konie i powóz, jakie są w całym… księstwie!

706

Ostatni wyraz wymówił z mimowolną lekką ironią, mając na myśli obszar „państwa”, w którym się znaj­dowali, mniejszy niewątpliwie od jego włości w Hiszpanii.

707

— Może pani tymczasem przejdzie się nieco pod palmami?

708

Z dłońmi w kieszeniach angielskiego kostiumu, z odrzuconą trochę w tył głową, pod dużym białym kapeluszem mocno z czoła zsuniętym, szła cokolwiek naprzód krokiem lekkim i tanecznym.

709

Nie mógł się powstrzymać od uwagi:

710

— Pani chodzi czasami, jak gdyby naprawdę sto­pami ziemi nie dotykała!

711

Odwróciła się ku niemu z powabnym uśmiechem.

712

— Czy tylko czasami?

713

— Jeśli mam być rzeczowym, to tak. I to jest właśnie takie nadzwyczajne, że nie jest pani zawsze jednakowa. Są dni, a może nawet godziny w dniach, kiedy pani przemienia się cała i zaczyna promienieć życiem, lekkością, swobodą…

714

Konie były już gotowe. Dostrzegłszy z dala powóz, pobiegła żywo ku niemu, nie czekając na towarzy­sza. Ale i on zaczął biec za nią. Spostrzegła to i zaśmiała się.

715

— Kto prędzej! — zawołała.

716

Puścili się oboje pędem przez aleje palmowego ogrodu ku niesłychanemu zdumieniu i zgorszeniu przechodniów, szybko z drogi ustępujących.

717

Dopadli celu prawie równocześnie.

718

— Ja pierwsza — mówiła zdyszana, wskakując na stopień powozu.

719

— Znowu i wszędzie — odparł, usiłując jej podać rękę, za późno, gdyż siedziała już wewnątrz.

720

Usiadł obok niej.

721

— Więc dokąd pani każe jechać? Do Nicei, do Ventimille czy do La Turbie? W czwartą stronę świata, jak pani widzi, morze nam zagradza.

722

— A gdybym chciała przez morze?

723

Spojrzał na nią z nadzieją i wahaniem zarazem.

724

— Droga przez morze mogłaby nas wieźć na Kor­sykę, do Afryki lub… do Hiszpanii — rzekł znacząco.

725

Udała, że nie rozumie…

726

— Ponieważ konie są zwrócone w stronę Nicei…

727

— Więc tam pojedziemy! — wtrącił.

728

— Nie! Więc pojedziemy do Ventimille — za­śmiała się.

729

— Doskonale!

730

— A potem przez granicę do Bordighiery!

731

— Obawiam się — rzekł — zbyt wysokiego cła, przechodzącego nawet moje środki, gdy wiozę taki skarb…

732

— Tylko za własny skarb cło się opłaca! — odezwała się.

733

Konie szły noga za nogą. Kazała naumyślnie zwolnić biegu, aby patrzeć swobodnie na morze, tuż poniżej drogi o skały się rozpryskujące. W miejscach, gdzie brzeg był nieco płaski, najczęściej przy ujściu potoków, tworzyły się małe piaszczyste plaże, na które fala wślizgiwała się z szelestem, szeroko się rozlewając. W jednym takim miejscu miała ochotę kazać zatrzy­mać powóz i zrzuciwszy trzewiki, po gorącym piasku wbiec boso w tę zimną wodę i czuć na nogach jej po­korne, pieszczotliwe łaskotanie.

734

Powstrzymała ją od tego obecność towarzysza, który prawdopodobnie zbyt by był jej wybrykiem zdumiony. Ażeby się oprzeć pokusie, obróciła oczy na lewo. Szeroki wąwóz, raczej dolina potokiem przerżnięta, ciągnęła się kędyś w głąb gór, wypełniona cała oliwnymi gajami. W dali, popod arkady śmiałego wiaduktu kolejowego, błyszczało pośród szarej zieleni białymi domami jakieś miasteczko wśród gajów i nagich nad nimi skał ukryte. Tuż obok drogi ciągnęły się zagony czerwonej ziemi pełnej grubego żwiru, ale nadzwyczaj urodzajnej, pokryte młodymi sadzonkami palm, goździkami albo całymi zaroślami niskich, rozkwitnionych czerwonych, białych i żółtych róż.

735

Owdzie znowu, za wąwozem, kiedy skały więcej zbliżały się do morza, wyłaniała się nagle na nadwodnym cyplu stojąca willa, otoczona sadem drzew pomarańczowych, brzoskwini, migdałowych krzewów, fig, oliwek starych i rosochatych, smukłych cyprysów i pierzastych palm.

736

— Chciałabym tu mieszkać! — wykrzyknęła mi­mo woli.

737

Rodriguez pochylił się ku niej.

738

— Wszakże to tylko od pani woli zależy! — rzekł głosem niemal błagalnym.

739

Kobieta demonicznaUdała znów, że nie rozumie. Bawiła ją ta gra, zajmował ją młody, zakochany, wytworny i cudowny człowiek, przy niej siedzący. Ilekroć spojrzała nań, czuła, że gorący dreszcz przechodził jej nerwy. Czuła jednak mimo wszystko, że panuje nad sobą i nad nim. I z brawurą niesłychaną usiłowała go pogrążyć tak, aby on już nad sobą nie panował. Robiła to świadomie, nie zdając sobie jednak sprawy z tego, że gra może się stać niebezpieczną. Zresztą, podobał jej się. Co innego nawet jej przez myśl nie przeszło.

740

Nareszcie, gdy konie ruszyły znów wyciągniętego kłusa, Rodriguez nachylił się ku pani Zośce.

741

— Niech pani ma litość nade mną!

742

Ruszyła ramionami, wznosząc równocześnie cokolwiek w górę subtelne brewki.

743

— Czy ja panu co złego zrobiłam?

744

— Przecież pani widzi, że ja panią… kocham!

745

Dreszcz łaskotliwy i słodki przebiegł znów całe jej ciało. Przymrużyła nieco powieki.

746

— I co?

747

— Zrobię wszystko, co pani zechce! Wszystko! Niech pani tylko powie jedno słowo…

748

— Muszę powiedzieć po angielsku, bo po francusku mogłaby być dwuznaczność.

749

— Więc —?

750

I like you.[46]

751

Seulement? Comme un petit chien?[47]

752

— Nie. Jak piękną rzeźbę, którą się z przyjemnością ogląda w muzeum.

753

Mówiła spokojnie, z lekko drwiącym niby uśmieszkiem, ale równocześnie szczęki zaciskały jej się kurczowo i dziwne gorąco biło jej z piersi do krtani.

754

— I nic więcej? Nic? — pytał coraz natarczy­wiej, wciąż ku niej pochylony. Oczy płonęły mu jak dwie żagwie…

755

— A cóż pan więcej mógł chcieć?

756

Niespodziewanym ruchem chwycił ją w ramiona, szukając żądnymi ustami jej ust.

757

Nagle uczucie wstrętu targnęło całą jej istotą. Bunt jakiś, nie wiadomo skąd wstające obrzydzenie, prawie nienawiść.

758

Pchnęła go silnym ramieniem od siebie.

759

Cocher! Arretez![48]

760

Woźnica zatrzymał się momentalnie.

761

Wyskoczyła lekko z powozu.

762

Rodriguez usiłował ją przepraszać. Ręce złożone przycisnął do piersi.

763

— Senora! Proszę mi darować! Będę jak dziecko posłuszny…

764

Patrzyła nań przez chwilę jakimś obcym, twardym wzrokiem. Kąciki ust jej zadrgały, jakby do płaczu…

765

Zaśmiała się nerwowo.

766

— Och! Drobnostka.

767

Ruchem ręki kazała zsiąść stangretowi. Ledwie się znalazł na ziemi, wskoczyła zręcznym, lekkim rzutem na kozioł i pochwyciła lejce.

768

— Proszę wrócić koleją do domu! — krzyknęła zdumionemu woźnicy, rzucającemu złoty pieniądz na rękę — i nim się mógł spostrzec i zaprotestować, zawróciła konie na miejscu, puszczając je wyciągniętym kłusem na powrót w stronę Monte Carlo.

769

Wiatr ją uderzył w twarz i suszył jej jakieś głupie, całkiem niewytłumaczone łzy, co jej się do oczu cisnęły.

770

Pochyliła głowę, lejce zebrała krótko w ręku, śmi­gnęła biczem nad rwącymi się i bez tego końmi.

771

Zapomniała, gdzie jest i co robi, czuła tylko pęd i widziała przed sobą dwa wyciągnięte grzbiety końskie i dwie fale grzyw na przygiętych karkach. Błysnęły jej w pamięci lata dziewczęce, szeroki ukraiń­ski step i jazdy po nim szalone…

772

Hiszpan siedział w powozie zupełnie bezradny i nie wiedział, co ma zrobić właściwie.


773

Mijając ostatnią stację kolejową przed Monte Carlo, pani Zośka zorientowała się jednak, że tak nie może wpaść do miasta — z młodym Hiszpanem w powozie.

774

Zatrzymała tedy konie przed dworcem i wysiadła.

775

— Dziękuję panu za przejażdżkę — rzekła, podając mu swobodnie rękę. — Siądę na pociąg.[49] Czy pan umie powozić?

776

Konie robiły ciężko bokami, całe pianą pokryte.

777

Hiszpan zawahał się.

778

— Może jednak…

779

— Nie, nie. Niech pan sam wraca.

780

— Ale pani nie gniewa się na mnie?

781

— Och! Powiedziałam już: drobnostka! Szkoda tylko, że pan to zrobił, tak mi dobrze było z panem.

782

Skinęła mu głową i wbiegła do budynku kolejo­wego, spostrzegłszy właśnie, że pociąg nadchodzi.

783

W Monte Carlo wpadła tylko na moment do ho­telu, aby się przebrać i poszła zaraz do kasyna.

784

Gdy krążyła między stołami — nie grała bowiem wcale — spostrzegła niespodziewanie Turskiego, który również grze się tylko przypatrywał.

785

— Szukam panią[50] — rzekł, podchodząc ku niej z uśmiechem — już od wczoraj. Gdzie się pani podziewa?

786

— A pana jakie bogi tutaj sprowadzają?

787

— Mnie przysyła mąż pani — żartował — abym zobaczył, czy pani tu bardzo szaleje.

788

— Dzisiaj trochę szalałam, ale wie pan, że to jest nudne.

789

Rozmawiali ze sobą żywo i wesoło. Po pewnym czasie pani Zośka zagadnęła:

790

— Wie pan, że od pierwszego śniadania nic nie miałam w ustach i głodna jestem szalenie. Może pójdziemy gdzie co zjeść, jeśli pan nie ma nic ważniejszego do roboty.

791

— Służę pani. Zbliża się właściwa pora obiadowa.

792

Na ulicach światła się już paliły. Okrążyli kwietny gazon przed kasynem i zawrócili się na lewo w stronę restauracji Carlstown. Miejsce to wybrała sama Butrymowa w jakiejś nieokreślonej nadziei, że spotka tam dwie, dziś rano przed Cafe do Paris widziane damy, które — nie wiadomo dlaczego — zachciało się jej nagle znów zobaczyć.

793

Ale restauracja, zapełniająca się zazwyczaj dopiero późną nocą, pusta była prawie zupełnie o tej porze. Zaledwie tu i ówdzie siedziało przy obiedzie jakieś małe i bardzo przyzwoite towarzystwo, obsługiwane przeważnie przez większą ilość lokai niż samo człon­ków liczyło.

794

Usiedli obok ogromnego okna, nie pozwalając za­puszczać firanek.

795

— Lubię czasem patrzeć na ulicę — mówiła pani Zośka — zwłaszcza że ludzie zwykle lepiej wyglądają z daleka i przez szybę, niż w bliższym zetknięciu.

796

— Czy się pani zdążyła już o tym przekonać? — wtrącił lekko.

797

Odpowiedziała mu całkiem poważnie.

798

— Przekonuję się ciągle i zawsze, a to najgorsza[51], że czasem nie wiem, czy ja sama temu przypadkiem nie jestem winna.

799

Posmutniała widocznie i patrzyła przed siebie szero­ko rozwartymi oczyma. Spojrzał na nią badawczo.

800

— Co pani jest, pani Zośko? Panią spotkało dzisiaj coś nieprzyjemnego…

801

— Głupstwo! — zawołała nagle ze sztucznym ożywieniem. — Nie mówmy o tym. Chcę się czego napić. Niech pan każe podać koniaku.

802

— Może wypijemy flaszkę szampana?

803

— Nie! Nie znoszę wina. Koniak tylko…

804

Wychyliła szybko przyniesiony kieliszek i podsunęła go Turskiemu, aby go znów napełnił. Drugiego jednak nie piła. Trzymała szkło za szyjkę i przypatrywała się na pozór z wielkim zajęciem bursztynowemu płynowi.

805

Podano langusty tymczasem.

806

— Niechże pani je! — ozwał się[52], usiłując przerwać jej nienaturalny nastrój.

807

Zaczęła jeść powoli.

808

Gdy Turski milczał, nie wiedząc, na jakie by właściwie tory sprowadzić rozmowę, ona sama po pewnym czasie jęła[53] mówić i wypytywać go o to, co się dzieje w Krakowie, w Zakopanem, o teatr jego, o znajomych. Zauważył jednak, że odpowiedzi słucha z roztargnieniem, a nawet powoli zaczął nabierać przekonania, że ona w ogóle nie słyszy i nie rozumie tego, co on jej opowiada.

809

Wreszcie przy deserze przerwała mu jakieś opowiadanie nagłym pytaniem:

810

— Panie Romanie, niech mi pan powie…

811

— Słucham panią.

812

— Niech mi pan powie, czy się panu zdawało kiedy… to jest, czy pan ma także to wrażenie, że życie jest właściwie tylko po to, aby psuć człowiekowi to wszyst­ko, co on sobie wyobrazi…

813

— To zależy, jak to będziemy rozumieć!

814

— Zupełnie zwyczajnie i po prostu, tak jak mówię. Przecież każdy człowiek ma pewne pragnienia i w fan­tazji przedstawia sobie spełnienie tych pragnień, jako coś bardzo pięknego i jasnego. A potem przychodzi życie i dzieje się wszystko na odwrót. Pokazuje się, że to wszystko jest w rzeczywistości wstrętne, ohydne, obrzydliwe!

815

— Pani Zośko, na tak postawioną sprawę nie można krótko odpowiedzieć. Trzeba by naprzód rozważyć przyczyny.

816

— A tak, przyczyny! Właśnie o przyczyny chodzi.

817

— W każdym razie niesłusznie się życie obwinia. Przecież życie to nie żadna stojąca ponad nami moc, lecz, owszem, to wykładnik własnej mocy naszej.

818

— Ach, Boże! Czyż okoliczności zewnętrzne nie przeważają zazwyczaj wszystko to, co my sami mo­żemy!

819

— Nie.

820

— Powiedział to pan z takim cudownym przekonaniem.

821

— Tak, pani. Mówię to na podstawie doświadczeń własnego życia.

822

— Pan musi być inny!

823

— Nie sądzę. Życie nam daje wszystko, co potrzeba. Są tylko dwa nieodzowne warunki: trzeba umieć chcieć i trzeba wiedzieć dokładnie, czego się chce.

824

— A jeśli się nie potrafi ani jednego, ani drugiego?

825

— Ha, w takim razie…

826

Marzenie— A widzi pan, a widzi pan! O to właśnie chodzi. Jestem tak strasznie, ale to tak strasznie nieszczęśliwa, że doprawdy powinnam się była od dawna utopić albo powiesić… Wszystko, co mi się wyśni jako cudowna bajka, zamienia mi się potem w rękach na jakąś płaską, pospolitą, brudną rzecz. Miałabym już tylko jedno pragnienie, niestety także niemożliwe: zamknąć się w pokoju bez drzwi i okien i zażywać haszysz i snuć całe życie swoje z fantazji, bez obawy przebudzenia kiedykolwiek.

827

Turski patrzył w zamyśleniu przed siebie.

828

— Ale pan nie słucha wcale tego, co ja mówię. Może pan ma rację zresztą.

829

— Owszem, proszę pani, słucham i myślę.

830

— I cóż pan wymyślił?

831

— Że pani prawdziwego nieszczęścia jeszcze nie miała.

832

— Ach! Tak to wy wszyscy potraficie odpowiadać. Tak i mąż mój mówi. Banalny, zdawkowy frazes, który nic nie znaczy. Więc gdy komu pójdzie życie zupełnie inaczej, niż było powinno, to nie jest nieszczęście najgorsze, owszem, jakie może być?

833

— A jak powinno było iść?

834

— Nie wiem. W każdym razie nie tak, jak idzie.

835

— A otóż to. Nie wie pani… Może to wszystko pochodzi stąd właśnie, że pani nie wie, jak życie pani iść powinno?

836

— Więc naprawdę nie pozostaje mi nic innego, jak tylko utopić się.

837

— Niech pani jeszcze poczeka. Warto jeszcze po­próbować…

838

—Za późno. O, panie! Gdyby pan wiedział, jaka ja już jestem stara!

839

— Nie znać tego.

840

Oparła się brodą na wspartych o stół rękach.

841

— Czasem mi się zdaje, że mam chyba tysiąc lat. Nie umiem się wcale cieszyć. A tak bym chciała, tak strasznie bym chciała! I żeby mnie to chociaż kto pożałował.

842

Uśmiechnął się.

843

— Pani Zośko, jeśli o to chodzi, to ja panią ża­łuję bardzo serdecznie. Ale właściwie to pani ma dużo szczęścia w życiu.

844

— Ciekawam, jakie?

845

— Ma pani dziecko, które pani kocha…

846

Wzruszyła ramionami.

847

— Tak, Jacusia kocham bardzo, to taki jasny cudowny dzieciak, ale gdyby go nie było, toby się obeszło.

848

— Gdyby umarł?

849

Zatrzęsła się naraz cała.

850

— Nie, nie! Tego nawet niech pan nie mówi! Wiem, że nie przeżyłabym tego. Ale mógł się był przecież wcale nie narodzić. Nie miałam przed jego przyjściem na świat nigdy tęsknoty do posiadania dziecka… Pod tym względem więcej kobietą jest mój mąż, bo o dziecku marzył zawsze.

851

— Więc dobrze. Ale czyż pani nie jest zadowolona ze swego małżeństwa? Ma pani przy sobie człowieka dobrego i mądrego, znanego dzisiaj już w całym świecie naukowym…

852

— Tak, ale mogłabym przecież tak samo znać i lubić go, nie będąc wcale jego żoną. Małżeństwo jest zawsze czymś… nieprzyzwoitym, a przy tym krępującym obie strony… Może by i dlatego lepiej było, gdyby się był nie żenił.

853

Małżeństwo— A, tego niech pani nie mówi! Ja będę bronił małżeństwa. Przecież to jest najcudowniejszy i jedynie możliwy sposób złączenia się i zżycia dwojga ludzi. Kocha się naprawdę tylko kobietę… Widzi pani, to jest tak pogodny dzień po różnych burzach życia, pogodny, jasny, cichy, słoneczny dzień…

854

Patrzyła nań trochę zdumiona.

855

— Rzeczywiście jest pan wymowny… Czy aby — zaśmiała się naraz — nie myśli pan sam ożenić się?

856

Zaczerwienił się mimo woli i skłonił głową.

857

— Tak, proszę pani.

858

Było to dla niej tak niespodziewane, że nie wierzyła prawie, iżby mówił poważnie.

859

— Pan? Pan się żeni!

860

— Czyż to jest tak bardzo dziwne?

861

— Nikt by pana o to nie był posądził. Z kimże?

862

— Jak się zwykle żenią kierownicy teatrów. Z je­dną z moich artystek.

863

Rozbłysnęło jej nagle w głowie.

864

— Z księżną?

865

— Tak. Z księżną Heleną Hazarapelianową. Tej zimy odbędzie się ślub.

866

Pani Zośka zadumała się, zapomniawszy mu nawet złożyć życzeń.

VI

867

Przez kilka dni po otrzymaniu krótkiej karty od żony, Butrym nie wychodził prawie ze swej uniwersyteckiej pracowni. Nawet syna zdał niemal zupełnie na opiekę jakiejś starszej krewnej, którą na czas nieobecności matki do domu sprowadził, widywał go zaledwie przez godzinę w południe, wieczorem bowiem, gdy wracał, Jacuś spał już zazwyczaj.

868

Ze znajomymi także niewiele się spotykał. Doktora Krasołuckiego odwiedził dwa czy trzy razy na krótką chwilę, Śniegocki przepadł mu tak, że o istnieniu jego wiedział już tylko z ogłoszenia o wykładach, przybitego na czarnej tablicy w uniwersyteckim przedsionku.

869

Żył sam i myślał. A myśli jego w dwie rozchodziły się strony, jakby dwie gałęzie jednego drzewa… I ta tylko była różnica, że w jednym kierunku myśli uporczywie zwracał wolą i nie dochodził w nim właściwie do żadnego rezultatu, podczas gdy w drugim same, gdy ich nie pilnował, uciekały i przynosiły mu niespodziewane wyniki, których wcale nie pragnął.

870

Chciał myśleć o pracy swojej i o nieprzewidzianym wdzierającym się w nią „człowieku z gwiazd”. Oszołomiony początkowo niepojętymi rewelacjami Persa, w miarę jak rzeczy postępowały, nie był rad z tego, co się stało. Przez lata całe wznosił gmach i — mimo chwil zwątpienia i pesymizmu, nachodzących go jak wszystkich zresztą pracowników wielkich myśli — wiedział, że choć wznosi się on powoli, postawiony jest na niewzruszonym fundamencie i zbudowany z cegieł, z których każda osobno zbadana jest, wypróbowana i oceniona. Fantazja, święta fantazja uczonych i proroków, słusznie nazywana natchnieniem, rodzicielka wiedzy i postępu, szła przed jego pracą i pokazywała mu możliwości, ku którym potem krok za krokiem zmierzał, oświetlała mu niespodziewanymi błyskami drogi ukryte i niedostrzegalne mosty nad przepaściami, ale nie mąciła nigdy miarowego kroku jego pochodu, nie podsuwała mu baniek mydlanych ani mgły, miast głazu, którego do budowy potrzebował.

871

I teraz nagle zmieniło się wszystko. I to jakby przez ironię czy ukrytą zawiść przyrody zdarzyło się jemu, który w Europie całej wśród uczonych miał opinię najbardziej w przypuszczeniach swych śmiałego, lecz w konstrukcji najwięcej i najnieubłaganiej trzeźwego myśliciela!

872

Oto przyszedł człowiek nieznajomy, który mu naraz przewrócił wszystko do góry nogami. Człowiek, mówiący czasami rzeczy przedziwne i wielkie, czasami śmieszne, ale zawsze nieudowodnione, człowiek żą­dający dopiero od niego uzasadnienia swoich rojeń czy widzeń niepojętych…

873

Do czego to wszystko wiedzie? Jaki ma sens? Czy bodaj w czymkolwiek postęp ludzkiej wiedzy oznacza? Wszakże nie o wiarę tutaj chodzi, nie o ob­jawienie, nie o zgadywanie bytu, choćby przypadkowo najtrafniejsze, ale o wiedzę!

874

Wytężał umysł, aby ten węzeł rozwikłać i zdecy­dować się nareszcie co ma robić: czy iść na oślep za dziwnym przybyszem, czy też pozbyć się go po prostu jak natręta, co mu nieproszony przyszedł mącić jasną i górną pracę. Złość go zbierała coraz większa, ale w chwilach, kiedy już prawie postanowił powiedzieć Firdussiemu, że nic z nim więcej nie chce mieć do czy­nienia, przypomniało mu się naraz, że ten człowiek przecież za pierwszym od razu spotkaniem zdołał zajrzeć jasnowidzącym wzrokiem w jego pracę ścisłą i jeszcze dla świata tajemną i — fantasta, obłąkaniec czy szarlatan — wykrył w niej jednak odruchowo czysto mechaniczny a niedostrzegalny błąd, który miał w rezultacie wszystkie dociekania jego wniwecz obrócić! Ten fakt nie ulegał jednak wątpliwości i trzeba się było z nim liczyć.

875

Rozkładał ręce bezradnie i zaczynał z zawziętym uporem o całej sprawie myśleć na nowo od samego początku, aby w końcu znowu do żadnego mądrego nie dojść wyniku…

876

To była jedna linia jego myślenia, na której utrzy­mywał się całym wysiłkiem woli. W drugą za to stronę myśli jego niejako własnym ciężarem spadały…

877

Gdy wracał wieczorem do domu, odwiedzał zazwy­czaj śpiącego już synka, i przypatrzywszy się jego jasnej, cichej, spokojnie na poduszce złożonej główce, szedł do swego pokoju niby z zamiarem pisania ja­kichś listów lub przeczytania książki, mającej go oderwać od całodziennego zajęcia. Ale na biurku leżał od szeregu dni ostatni list żony. Ołówkiem na­pisana mała kartka wydarta z notesu.

878

„… powiem Ci tak otwarcie, lepiej nie przyjeżdżaj do mnie wcale… ”

879

Słowa te nieodmiennie wpadały mu w oko, ilekroć tylko usiadł przy biurku i wywoływały niedające się już powstrzymać skojarzenia. Nie był podejrzliwy i ani na chwilę nie przypuszczał, aby żona jego miała przed nim coś do ukrycia i dlatego obawiała się jego obecności. Nie, nie! Taka myśl nawet przez sen nie postała mu w głowie. A jednak prawie żałował tego.

880

Zdawało mu się bowiem, że takie podejrzenie byłoby mniej nieznośne, niż to, co czuł. Wówczas byłoby coś, z czym by mógł walczyć, czemu by się mógł przeciwsta­wić, przed czym by wreszcie mógł bronić siebie i tego, co mu się szczęściem wydawało. Tymczasem zaś czuł tylko, że jest źle. Czuł, że żona po prostu odchodzi od niego, nie fizycznie, ale moralnie, że staje mu się z każdym dniem dalsza i to z nieznanych mu przy­czyn, którym przeto on przeciwdziałać nie może.

881

Zepsuło się coś i obawiał się, że się to już naprawić nie da, choć pragnął tego tak strasznie, że czasem aż wstyd mu było swego pragnienia i swojej — jakby postronny widz nazwał — słabości.

882

A właściwie, czy się zepsuło? Czy nie było raczej źle od początku, jeno[54] on tego tak jasno nie widział, jak teraz?

883

Przebiegał w pamięci historię całego swego mał­żeństwa od pierwszych dni aż po czasy ostatnie.

884

Z początku…

885

Tak, z początku miał był wrażenie, że to on jest właściwie kochany przez tę dziewczynę, którą był wziął, żywą umysłem i pełną tęsknot nieokreślonych, zaufaną w sobie i rzucającą się w życie na oślep, a naprawdę tak strasznie życia nieznającą i taką bezradną. Miał dla niej wówczas coś z pobłażliwego, głębokiego uczucia brata starszego czy opiekuna… Chciał ją prowadzić, nauczać, stworzyć sobie w niej towarzyszkę i przyjaciela.

886

Może to tutaj właśnie leżał błąd?

887

Wszakże przypomina sobie jak później — o! znacznie później — rzuciła mu raz w jakimś nagłym rozdrażnieniu: Tyś mnie właściwie nigdy nie kochał! Byłam młoda i piękna i warta miłości, a tyś dla mnie nigdy nie oszalał!

888

Ach, tak! Tak… więc trzeba było oszaleć jak Turski dla księżnej Heleny, jak tylu innych, tracących i siebie, tracących swą wartość i moc, aby strzępy życia bezużyteczne uwielbianej kobiecie złożyć u nóg. Aby triumf miała. Tylko po to, aby miała ten triumf w du­szy: Taki był, a ja to potrafiłam z niego zrobić! Zupełnie jak dziecko dumne, że odporną i na pozór niezniszczalną zabawkę jednak zepsuć i rozłupać zdołało!

889

Spostrzegł, że myśli jego idą w fałszywym kierunku.

890

— Rozumuję za siebie — szepnął. — Powinienem w tym wypadku z jej stanowiska rozumować, a raczej czuć!

891

Była naprawdę młoda i piękna, i warta kochania. Tęsknota za życiem trzepotała się w niej jak ptak, który chce z klatki na świat boży wylecieć. A on ptaka brał w dłoń i pragnął uspokoić, i mówił mu różne mądre rzeczy, i był dobry dla niego, gdy ptak chciał tylko lecieć!

892

Ha, ha, ha!

893

„Tyś mnie właściwie nigdy nie kochał… ”

894

— Zośka! — Jęknęło mu coś w piersi — Zośka, Bóg świadkiem, że cię kochałem i kocham teraz z każdym dniem więcej.

895

„A tak! Teraz!…”

896

Żachnął się niecierpliwie.

897

— Więc o co, o co chodzi nareszcie? — mówił sam w sobie.

898

Przecież chciałem, żebyś myślała razem ze mną, ra­zem ze mną czuła… Wytężałem wszystkie siły…

899

Zdało mu się, że głos jej słyszy:

900

„Tak, ale ty nie myślałeś, nie czułeś wraz ze mną”.

901

Zaśmiał się nieco wymuszonym, wzgardliwym śmiechem.

902

A to doskonale! Nie myślał z nią, nie czuł. I cóż on mógł z nią myśleć, będąc w swych myślach tak nieskończenie od niej wyżej? Co z nią miał czuć, jeśli nie to, aby stworzyli razem rodzinę, aby szli przez życie ręka w rękę we wzajemnym zaufaniu, w głębokiej, cichej i pewnej miłości?…

903

A tymczasem gdzież było to zaufanie? Po kilku miesiącach już spostrzegł, że ona pokrywa się z wolna jakąś nieprzenikliwą dla niego łuską, że dusza w niej obrasta niby w perłę gładką i nieprzezroczystą i za­pada przed nim coraz bardziej w głąb…

904

Zajęło go zrobione przypadkowo porównanie. Tak, w perłę, w której wnętrzu jest może tylko ziarnko piasku… Całą pięknością tego tworu jest jego pokrywa nieprzenikniona i lśniąca!

905

Tak mówił, tak wmawiał w siebie, ale w duszy czuł ból.

906

Powoli, powoli, nie wiadomo nawet, jak i kiedy zaczęły się lata walki zajadłej i nieubłaganej, która z jego strony była walką o szczęście.

907

A z jej strony?

908

Ruszył ramionami.

909

— To już wszystko jedno. Wiem tylko, że w tej walce zaczynam przegrywać…

910

Myśl podsunęła mu słowo: przegrałem, ale nawet szeptem nie zdołał go wypowiedzieć.

911

Wzbierał w nim żal coraz okrutniejszy, coraz bardziej głęboki i mściwy. Przypomniał sobie dni i tygodnie, i miesiące, o których nie tylko mówić przed nikim głośno nie zdołał, ale nawet bał się w samotności myśleć jasno, tak mu było wstyd, że je musiał znieść i przetrzymać. Właściwie — na pozór — żona żadnej mu nie zrobiła krzywdy, a jednak całe zachowanie się jej wobec niego, który jej przecież był najbliższy, było jedną obelgą, jednym ciągłym i nieustannym ranieniem jego uczuć, jego duszy, istoty jego całej. Bez żadnego widocznego powodu przechodziła koło niego tak jak koło kawałka drzewa, niczym jej były wszyst­kie jego myśli, praca jego życia. Udawał początkowo, że tego nie widzi, później usiłował pokonać jej obojętność tym większą ze swej strony miłością i dobrocią, wreszcie — gdy to nie skutkowało — zaczynał wybu­chać, były dni i godziny, że znęcał się nad nią słowami aż do okrucieństwa, poniewierał w zupełnie głupi sposób jej godność i miłość własną z jakąś nieświadomą, dziecinną nadzieją, że gdy ona pocznie krzyczeć z bólu, on w tym krzyku usłyszy jednak coś, co nie będzie ową zabijającą go obojętnością.

912

Wszystko jednak było zarówno zupełnie daremne. Gdy obojętność sam udawał, pani Zośka zdawała się tego wcale nie spostrzegać, raczej jakby zadowolona z takiego stanu rzeczy, serdeczność jego także przechodziła bez wrażenia, co najwyżej miał za nią czasem w zapłacie grzeczny uśmiech powierzchownej wdzięczności, jeżeli w ogóle raczyła zauważyć, że on jest dla niej serdeczniejszy niż zwykle. Daleko czę­ściej nie widziała tego zupełnie i nie zmieniała w niczym swego postępowania, albo — co gorsza — okazywała wprost, że ją nudzi i nuży to „śmieszne jego nadskakiwanie… ”

913

Uczucie krzywdy bolesne i dzikie wzbierało w ser­cu wtedy i kotłowało się, ale i wybuchy nie prowadziły do niczego. Pani Zośka słuchała ich początkowo obojętnie, ruszając jeno[55] wzgardliwie ramionami, potem zaczynała się uśmiechać swoim zwyczajem nerwowo irytująco, a gdy w końcu czasem wybuchnęła płaczem, to łzy jej nie były nigdy niczym innym, jak tylko wyrazem zdenerwowania i prawie fizycznego jeno umęczenia.

914

Och! Jakże często i jak strasznie pragnął usłyszeć z ust jej skargę, wyrzut: „Czemu ty taki jesteś dla mnie niedobry? Dlaczego się nade mną znęcasz?”. Byłby jej wtenczas do nóg padł, byłby ręce całował, ustami łzy osuszał z twarzy i przepraszał ją, i szalał z radości, że jej jednak na tym zależy, żeby on był inny dla niej!

915

Ale nic z tego wszystkiego, nic, nic. Po sprzeczkach odchodził do swego pokoju, nie mając żadnego pretekstu do pogodzenia się, do przyciśnięcia ust do jej ręki, czego tak strasznie, tak obłąkanie pragnął! I zły był na siebie, i męczył się i nadsłuchiwał, czy kroków jej zbliżających się nie posłyszy, i z równym natężeniem myśli, z jakiem oddawał się obliczaniu gwiaździstych dróg na niebie, usiłował wyszukać jakiś śmieszny, dziecinny pozór, aby wejść jeszcze do jej pokoju i ręce do niej wyciągnąć i powiedzieć to, co ciągle miał w sercu, gdy ustami mówił jej rzeczy przykre: Zośka, Zośka! Przecież to wszystko dzieciństwo! Czemuż my się tak dręczymy?

916

Odkrywał często nowe drogi gwiazd na niebie, ale takiego pozoru wynaleźć nie umiał, więc nie mogąc się zdobyć na serdeczne słowo bez pozoru, uciekał z domu albo kładł się spać i budził się nazajutrz z bolesną i ciężką pamięcią tego, co zaszło… A ona, gdy się rankiem spotkali, mówiła z nim tak jak zawsze uprzejmie, obojętnie, chłodno o sprawach codziennych, jak gdyby wszystko było w najzupełniejszym i natu­ralnym porządku.

917

A ludzie naokół, gdy ich spotykali razem, wesołych i uśmiechniętych, gdy patrzyli w słodkie, dobre oczy pani Zośki, gdy widzieli jej spokój i swobodę, i jasność, którą ze siebie wypromieniować umiała, zazdrościli mu powszechnie wyjątkowo szczęśliwego domowego pożycia!

918

Oto zrobił ostatni, heroiczny wysiłek i wysłał żonę na kilka tygodni samą w świat, między ludzi, w okolicę nadmorską, o tej porze najbardziej życiem tętniącą, w tej nadziei, że inną, więcej ożywioną powróci, gdy wśród tych wszystkich zabaw i wspaniałości zatęskni do domu i dziecka, może i do niego… Czekał od niej dobrego słowa, wyrazu cieplejszego, czegoś zresztą niespodziewanego, czego nie umiał nazwać sam.

919

I oto co miał od niej: dwa czy trzy listy krótkie, pobieżne i przykre i w końcu tę kartkę, leżącą teraz przed nim na biurku, w której niby łagodnie, a przecież brutalnie odtrącała jego towarzystwo, z którym się — może zbyt pośpiesznie? — zaofiarował, zatęskniwszy za nią wpierw, niż ona za nim i więcej, niźli się sam spodziewał.

920

Ten łańcuch myśli jego, codziennie od nowa aż do tego punktu snuty, urywał się tutaj na jakimś posępnym i niezmiernym ciężarze. Koniec. Dalej nie może być już nic. Nigdy nie będzie inaczej. Trzeba prowadzić nadal życie dotychczasowe, z pozornym swobodnym, szczęśliwym uśmiechem na twarzy i jeno nie okazać, nie okazać, na miły Bóg! że to tak strasznie boli!

921

Stawał przed tym wynikiem myślenia swojego jak przed żelazną ścianą i szukał jeno miejsca, gdzieby się na niej wygodniej oprzeć czołem, wiedząc, że nie pójdzie już dalej i stąd się nie odwróci, lecz zostać tak musi na zawsze, na zawsze!

922

Za ból jednak swój, za to, co — słusznie czy niesłusznie — jako krzywdę swą odczuwał i rozumiał, wzbierał w duszy tępą nienawiścią do tej ukochanej nad wszystko kobiety i tak ślepą, że nie umiałby się już dopatrzeć, co było własną jego winą w tym wszystkim, co się stało, a co losu przypadkiem, a co wreszcie jej rzeczywistym zawinieniem…

923

Budziły się w nim wprawdzie w pewnych momentach niejasne przeczucia, że ona właściwie nie jest niczemu winna, bo w niczym nie chciała źle, i że jeśli w ogóle o winie może być mowa, to on sam raczej wszystko złe swoim nierównym postępowaniem sprowadził, i tym, że jej jako kobiety nigdy zrozumieć, nie zdołał, ale przytłumiał owe przebłyski z niechęcią, podejrzewając w nich objaw zwykłej słabości mężczyzny wobec kobiety i płynącej z niej ochoty do obwiniania się i kajania w idiotycznej tak zwanej „wspaniałomyślności” wobec rzekomo słabszego stworzenia.

924

Zaciekł się więc i zaciął w sobie zgoła dziecinnie. Na list żony nie odpowiedział wcale i postanowił nie pisać więcej, a gdy nadejdzie pora jej powrotu, wyjechać dniem wprzódy samotnie na kilka tygodni w świat, nie zawiadamiając jej o tym.

925

Tak postanowił i ukrywał w dłoniach twarz i palce gryzł, aby nie płakać i nie powtarzać: Zośka, Zośka, dobra bądź! Ja ciebie tak kocham…


926

Wróciwszy do domu nieco później niż zwykle, Bu­trym przeszedł na chwilę jak zawsze do dziecinnego pokoju, ze świecą tylko w ręku, aby zapaleniem światła elektrycznego nie rozbudzić śpiącego już syna.

927

Stanął nad łóżeczkiem i zadumał się.

928

Chłopak spał z przechyloną na bok głową, z jasnymi, krętymi i bujnymi włoskami, rozsypanymi w krąg na białej poduszce. Był w tej chwili przedziwnie do matki podobny. Profil jego, dziecięco jeszcze zaokrąglony, nabierał już z wolna subtelnej i delikatnej linii macierzystej, szczęki rozwijały się silnie w energiczny podbródek i włosy miał tak samo jasne i faliste, tak samo jak ona. Czoło jeno było odmienne: ojcowskie czoło szerokie w skroniach i równo ku górze sklepione…

929

Zacisnął piąstki obie, jedna wraz z pulchnym ramieniem, wysuniętym z rozpiętego rękawa koszulki, leżała obok głowy na poduszce, drugą przyparł do piersi jakimś energicznym i stanowczym ruchem. Butrym, schyliwszy się nieco, dostrzegł, że trzyma w niej małego ołowianego żołnierza, którego upodobał sobie nie wiadomo dlaczego najwięcej z całego pudełka i nawet w nocy się z nim nie chciał rozstawać.

930

Postawił świecę na stole i usiadł. Przypomniało mu się, z jaką tęsknotą niegdyś przyjścia na świat tego dziecięcia oczekiwał i jak to może był jedyny okres, kiedy żona jego z bezbronnym i pełnym ufności oddaniem się głowę o jego ramię opierała.

931

MacierzyństwoNie zawsze, nie zawsze! Były i takie dni, że zamykała się w sobie i siedziała całymi godzinami zapatrzona w dal, przerażona niemal tą tajemnicą życia, która się w niej rozwijała bez udziału jej woli i świadomości.

932

— To takie straszne! — mówiła raz — czuję, że, to nie ja wydaję dziecko na świat, ale natura wybrała mnie po prostu za środek, aby pełnić swoje dzieło i nową istność stworzyć bez względu na to, czy to dobre jest dla mnie, czy nie…

933

Objął ją wówczas ramieniem. Usunęła się od niego.

934

— Odejdź, odejdź! Ludzie się kochają czy szaleją za sobą, czy też po prostu tylko ze sobą żyją, nie myśląc o niczym, a przyroda tymczasem tak podstępnie zakrada się i korzysta ze sposobności, aby tworzyć, tworzyć, tworzyć!

935

— Czyż to nie jest właśnie cudowne? — rzekł.

936

Ruszyła ramionami.

937

— Nie. Przede wszystkim upokarza mnie to i poniża jako człowieka, jako kobietę. Przecież ja o tym dziecku wcale nie myślałam, ani nie chciałam go, a wydać je na świat muszę. A po wtóre, do czego zmierza to tworzenie ciągłe i ustawiczne nowych by­tów nie wiadomo na jaki los? Jaką poniewierkę? Jaką krzywdę życia?

938

MatkaNie kochała dziecka, które miało przyjść na świat, miłość jej macierzyńska zbudziła się dopiero z pierwszym jego krzykiem i wzrastała w miarę, jak się rozwijało i rosło, aby dojść wreszcie do zupełnego zaparcia się siebie samej dla niemowlęcia.

939

Ale i to było u niej dziwne i skomplikowane. Myślą ciągle przy dziecku, nie zaniedbała go nigdy dla żadnej zabawy ani rozrywki, nie pozwoliła się nikomu przy nim wyręczyć, po nocach, na pierwsze poruszenie się malca w kołysce, nim piastunka zdążyła oczy otworzyć, ona była już przy nim na nogach, wyrzekała się snu, towarzystwa, pracy swojej, wszystkiego, ale robiła to wszystko bez wewnętrznego zadowolenia, bez rzeczywistego szczęścia macierzyńskiego.

940

Butrym patrzył na to i dziwił się, bo sam nie czułby się zdolnym do takiego zupełnego poświęcenia się dziecku, choć zdawało mu się, że je więcej kocha niż ona. Dziwił się tak, jak się poprzednio dziwił, nim się chłopiec narodził, że ona nienarodzonego nie kocha i nie pragnie. I wówczas nawet robił jej z tego nieraz gorzkie a śmieszne wyrzuty, wówczas, gdy ona — słaba i ociężała — najwięcej owszem dobroci jego i delikatności potrzebowała.

941

Przypomniało mu się to teraz znowu, gdy patrzył na śpiącego syna.

942

— Kto wie, czy nie tam właśnie leży największa część mojej winy? — szeptał do siebie. — Gdybym wtenczas był inny…

943

Ach, Boże! Śmieszne rozpamiętywanie rzeczy mi­nionej i niepowrotnej. Stało się. Zresztą ona też nie jest bez winy. Czemu zawsze i wszystko mówić głośno, gdy się może wiedzieć, że to kogoś drugiego rani? Że mu się to musi wydać potwornym?

944

A jednak ta kobieta przecież dała mu największe szczęście życia, wbrew własnym chęciom, z własną nawet może ofiarą: tego oto malca jasnego, który śpi w tej chwili tak cicho z ołowianym żołnierzem w zaciśniętej piąstce…

945

— A gdyby… a gdyby?…

946

Jakaś niewyraźna nadzieja zaczęła się budzić w sercu Butryma. Przecież w tym nie ma żadnego niepodobieństwa! Gdyby tak jeszcze kiedy przedziwna opatrzność zrządziła… Och, Boże! Żeby zobaczyć jeszcze na jeden moment tu jej wzrok, szukający w nim oparcia, poczuć na ramieniu jej dłoń bezbronną, słabą!… Wówczas nie umiał cenić swego szczęścia, tak głupio się zachowywał, psuł wszystko brakiem wyrozumiałości i tym wrodzonym sobie popędliwym usposobieniem. Dziś byłoby inaczej, dzisiaj naprawdę nosiłby ją na rękach, klęczałby u jej nóg, zniósłby wszelką niesprawiedliwość, wszelki kaprys, wszystko! Byłby tak dobry, tak dobry dla… niej, że musiałaby wreszcie od­czuć i zrozumieć… i powoli życie ich ułożyłoby się inaczej, tak jak od początku ułożyć się było powinno.

947

Wsparł ręce złożone na poręczy dziecinnego łóżeczka i czoło do niej przycisnął.

948

Marzył o możliwości posiadania drugiego dziecka jako o ostatnim ratunku w tej topieli, w którą zapadł już bez rady i nadziei ocalenia. Śniły mu się jakieś słodkie wieczory, wespół z żoną spędzane w zacisznym pokoju, rozmowy długie, prowadzone półgłosem, przechadzki we dwoje, uśmiechy, pokrywające wszystko, co było złe, i dnie oczekiwania, i dnie radości… A potem, potem dwoje dzieciaków, bawiących się razem w tym pokoju, gdzie teraz Jacek pod opieką służącej długie godziny przepędza i ich dwoje, pogodzonych wewnętrznie, zjednoczonych, patrzących z cichym uśmiechem na ustach na dziecięce zabawy.

949

Jacuś się zbudził.

950

— To tatuś jeszcze nie śpi? Przecież jest noc.

951

— Idę zaraz spać, synku. Chciałem ci tylko do­branoc powiedzieć.

952

— A o co tatuś płacze?

953

— Ależ… to ci się tylko zdaje. O cóż bym ja płakał?

954

— Może dlatego, że mamusi nie ma?

955

— Tak, może dlatego… Ale właściwie to wpadło mi tylko coś do oka. Śpij już, śpij…

956

— Zaraz będę spał. A gdzie jest ten niedźwiedź?

957

— Jaki niedźwiedź?

958

— No, ten co tu był. Wie tatuś, ten co tu napisane jest o nim w mojej książeczce: Złego wilka ty się strzeż, lecz pan niedźwiedź dobry zwierz! To był bardzo poczciwy niedźwiedź, ja się z nim właśnie bawiłem, kiedy usłyszałem, że tatuś płacze.

959

— To ci się śniło, synku. Zamknij oczka, a dobry niedźwiedź znowu przyjdzie.

960

— I aniołek też?

961

— Także.

962

— I będzie się bawił ze mną i z niedźwiedziem?

963

— Tak jest, śpij tylko.

964

— Chłopiec przymykał już oczy, gdy naraz zerwał się i siadł w łóżeczku.

965

— A może to mamusia przyjechała w nocy i tatuś dlatego nie śpi?

966

— Nie, mamusia jeszcze nie przyjechała, ale przyjedzie wkrótce, gdy będziesz spał grzecznie.

967

— Kiedy ja nie wiem, co to jest: wkrótce. Czy to jest więcej jak tydzień, czy tyle, co palców u mojej ręki?

968

— Ja sam, dziecko, nie wiem, co to jest wkrótce… Czasem to może być nigdy…

969

— A nigdy czy to jeszcze dłużej, niż tydzień?

970

— Nie pytaj już. Śpij.

971

— Dobrze, ale niech mi tatuś opowie bajkę o wronie.

972

— Była sobie raz jedna wrona i leciała nad szerokim, szerokim śnieżnym polem. Leciała dzień i noc, i znowu dzień, i nie wiedziała, jak jeszcze daleko do końca. I spotkała lisa, który biegł również przez to pole i zapytała go: Mój lisie, czy ty nie wiesz, jak to daleko do końca? A lis przystanął i zdziwił się: Do końca? Ja nie wiem, czy jest koniec. Ja biegnę, biegnę, biegnę, biegnę… Więc wrona leciała znowu dzień i noc, i jeszcze dzień…

973

— A czy ona widziała w nocy?

974

— Troszeczkę. Tyle co i we dnie. I spotkała znowu wilka, co biegł przez to pole, w inną stronę, od dawna już. Więc wrona woła: Wilku, mój wilku, zatrzymaj się i powiedz, jak to daleko do końca? A wilk stanął i zdziwił się: Jak daleko? Ja nie wiem, czy jest jaki koniec. Ja biegnę, biegnę, biegnę… Więc wrona leciała znowu, leciała…


975

Było już około północy, gdy Butrym w swoim pokoju wyciągnął kartkę listowego papieru i zaczął pisać:

„Moja Ty droga, Ty jedyna! Chciałbym jakim sposobem zmusić Cię, abyś w tej chwili była myślą przy mnie, tak ja jestem przy Tobie. Po co my się tak strasznie męczymy wzajemnie, kiedy właściwie nie powinnibyśmy mieć sobie nic do zarzucenia? Troszkę dobrej woli z jednej i z drugiej strony, a byłoby tak jasno i tak szczęśliwie! Czy to tak trudno zdobyć się na odrobinę dobrej woli? Czasem mam po prostu wrażenie, że jesteśmy dwojgiem całkiem głupich dzieci, które z błahego powodu nie chcą się bawić razem, choć mają do tego ochotę, i boczą się na siebie, i rozżalają się coraz więcej, aż wreszcie naprawdę mogą się zacząć nie znosić… Zośka! Nie powiem ci nawet o czym dzisiaj myślałem, siedząc przy łóżeczku Jacka. Wiem, że gniewałabyś się na mnie, gdybym powiedział, a jednak zdaje mi się, że to, com myślał, byłoby jedynym dla nas ratunkiem… Dla nas obojga, Zośka, bo i Ty nie jesteś szczęśliwa w tych stosunkach, które się nie wiadomo kiedy i z czego wytworzyły. Ale nie mówmy już o niczym. Daj mi ręce swoje i jeśli Ci to nieprzyjemnie, że ja je całuję, tak bardzo, tak bardzo całuję, to nie daj przynajmniej poznać po sobie. Gdy się człowiek przyzwyczai uśmiechać, to wreszcie robi się naprawdę wesoły. A wiesz, do czegośmy się przyzwyczaili? Oto do tego, aby okazywać, że nam nie jest dobrze ze sobą, a to nieprawda, po tysiąckroć nieprawda! Jeśli nie jest dobrze, to mogłoby jednak być tak strasznie dobrze, gdybyśmy tylko chcieli. Gniewam się teraz na Ciebie i wmawiam w siebie czasami, że Cię nienawidzę po prostu dlatego, że Cię tak strasznie, strasznie kocham! Nie wiem już sam, co mam robić, aby dobrze było. I nie wiem wreszcie, po co ja to wszystko piszę, bo przecież tego listu i tak nie wyślę do Ciebie”.

976

Wstał, przedarł papier i rzucił do kosza.


977

W kawiarni spotkał naturalnie doktora Krasołuckiego.

978

— Myślałem już, moje złoto, żeś umarł, nie zawiadomiwszy mnie nawet o dniu swojej śmierci — rzekł grubas na przywitanie. — Gdzieżeś to tkwił przez tyle dni, że cię nawet ujrzeć nigdzie nie było można?

979

— Pracowałem.

980

— Ciągle ten twój Firdussi?

981

— Poniekąd tak…. i on mi trochę czasu zabiera — odparł, siadając — ale wiesz, że coraz więcej zniechęcam się do niego.

982

— Łże? To kopnij poniżej grzbietu…

983

— Nie wiem, czy łże. Zdaje mi się, że nie. Drażni mnie to jednak, aby być w ten sposób na usługach nieznanej sobie siły.

984

Doktor Krasołucki spoważniał.

985

AlkoholMoje złoto, ciągle i nieustannie jesteśmy wszys­cy na usługach nieznanych sił. Chodzi tylko o to, aby je wyzyskać… Przypatrz się tej szklance, powia­dasz, że to jest szampan? Niewątpliwie, o ile mogę wierzyć memu dość w tym kierunku wyrobionemu smakowi. Ale ty także zajmujesz się chemią i mógłbyś mi mniej więcej dokładnie określić skład tego płynu, wymierzyć zawartość alkoholu i tak dalej. Powiedzże mi jednak, moje złoto, dlaczego ten alkohol, dostawszy się z krwią do mózgu, sprawia, że ja się robię wesoły?

986

— Na to ty sam, jako lekarz, mógłbyś odpowie­dzieć.

987

— Tere-fere! Głupstwo, moje złoto. Powiedział­bym ci tylko bajkę o tym, jak pewne centra nerwowe zostają czasowo porażone, inne zaś podniecone, ale co z tego wynika? Dlaczego ja jestem wesoły? Do kroćstu piorunów, dlaczego jestem wesoły?

988

Wychylił omawianą szklankę do dna i postawił ją z hałasem na stole. Potem zwrócił się znów do Bu­tryma:

989

— A wiesz, że naszą Tourbillonkę szlaczek trafił?

990

— Co? Jak? Gdzie?

991

— A tutaj, parę dni temu. Przychodzę sobie o dosyć wczesnej godzinie, było około czwartej… z rana, aż tu zbiegowisko, hałas, telefonują na stację ratunkową. Wiesz, że takich awantur nie lubię…

992

— Tak, i natychmiast biegniesz z pomocą pierw­szy, a ostatni schodzisz z placu.

993

— Ale klnę, jak cię kocham, moje złoto, że w duszy klnę! Otóż i wtedy… w gabinecie — patrzę: leży nieprzytomna, tak, jak tańczyła. Ktoś tam ją zlewa wodą… Nie miałem lanceta[56], scyzorykiem puściłem krew; robiliśmy sztuczne oddychanie z jakimś smarkaczem z uniwersytetu, który się nawinął. Długo to trwało…

994

— Ale żyje?

995

— A, niby żyje. Ale właściwie to w pysk powinna by mi dać za to, żem ją uratował. Będzie do końca życia sparaliżowana.

996

— To potworne. I nie wiesz, jaki powód? Zmę­czenie?

997

— Ii, nie to. Opowiadali… Jakaś romantyczna historia. Spotkała podobno podczas tańca swojego pierwszego kochanka, czy coś w tym rodzaju i tak to babę tknęło. Napij się wina.

998

— A nie wiesz, co się dzieje z tą drugą — jakże jej to? — Mary?

999

— A, to cielę! Nie ma jej już. Pojechała podobno występować gdzieś w Buenos Aires. Szczęśliwej drogi!

1000

Flaszka była już próżna. Doktór wyciągnął zega­rek i spojrzał na godzinę.

1001

— Chodź ze mną do Tourbillonki. Leczę ją.

1002

— Oszalałeś? Przecież to druga w nocy!

1003

— Nic nie szkodzi. Z przyzwyczajenia tyloletniego nie sypia po nocach, odrabiając to we dnie. Ucieszy się, gdy cię zobaczy. Takie biedne stworzenie…

1004

I nagle zaczął kląć głośno:

1005

— A żeby to wszyscy diabli wzięli! Dosyć czło­wiek ma swoich kłopotów, a jeszcze tylko ciągle nędzę i nędzę widzieć koło siebie! Żeby ci chorzy w ogóle z piekła nie wyjrzeli!

1006

Powiedziawszy to, zabrał do kieszeni z koszyka, stojącego na stole, wszystkie owoce, jakie się w nim znajdowały.

1007

— Lubi bardzo owoce — rzekł, odpowiadając wstydliwie na zdziwiony wzrok Butryma. — Codziennie jej przynoszę…


1008

Madame Tourbillon uśmiechnęła się blado do wcho­dzących i wyciągnęła na powitanie spod kołdry jędrne, utoczone ramię.

1009

— A, i pan jest, panie profesorze! Takam panu wdzięczna…

1010

— Jakże się pani miewa! — spytał Butrym, ściskając jej dłoń, zakłopotany jeszcze tą nocną wizytą.

1011

— Dziękuję. Do pasa — nieźle, ale nogi już na nic. Za dużo pono w życiu pracowały.

1012

— Będzie z czasem zapewne lepiej…

1013

Krasołucki zachrząkał.

1014

— Nie ma celu robić pani próżnych nadziei — rzekł. — Nogi przepadły. Ale poza tym wszystko jest dobrze.

1015

— Tak, tańczyć już nie będę mogła.

1016

— Żal pani bardzo? — spytał Butrym, trochę niezręcznie.

1017

— Wie pan, że nie. To także ciężka praca…

1018

Wezmę się do czego innego. Byłam niegdyś, za młodych lat, hafciarką…

1019

Podniosła nagle obie ręce do ust i załkała krótko.

1020

Doktór Krasołucki przyskoczył do niej.

1021

— Cicho, cicho! Nie wspominać o niczym i leżeć spokojnie! Jak pani będzie awantury robiła, to się wyniosę natychmiast i więcej nie przyjdę. O, przy­niosłem tu pani gruszkę i parę bananów, winogron trochę.

1022

Tourbillonka już się uśmiechała.

1023

— Pan nie wie — zwróciła się do Butryma — jaki ten doktór jest dobry! Tak o mnie pamięta, jak o dziecku. Tyle, że krzyczy na mnie strasznie…

1024

— No, naturalnie! Gdy pani, moje złoto, jakimiś głupimi wspomnieniami się rozmazuje…

1025

— Doktorze, do tego muszę się teraz przyzwyczaić, że będę wspominać. Dawniej oszałamiałam się przez cały dzień, przez noc raczej, jak wariatka, aby nie myśleć… Tyle lat! Musiałam tańczyć i pić, pić i tańczyć. Choćby nie było nikogo, kto by patrzył i płacił, bylebym to robiła… Teraz będę mieć dużo, dużo czasu na myślenie…

1026

— W takim razie ja za nic nie ręczę.

1027

— Nie, doktorze. Przyzwyczaję się. Im wcześniej, tym lepiej. Wie pan, panie profesorze, ja miałam dziecko…

1028

— Znowu pani zaczyna!

1029

— Niech mi pan pozwoli. Mnie lżej, gdy mówię… Była taka śliczna córeczka… Naturalnie nie byłam zamężna. Zresztą on mi nic nie przyrzekał, więc też nie miałam mu tego za złe, żem sama została, ale…

1030

Krasołucki powstał.

1031

— Nie będzie pani o niczym opowiadać, nic rozpamiętywać, czy mnie pani zrozumiała? Czym tu się martwić! Dla dziecka lepiej, że nie żyje.

1032

— Och, panie doktorze!

1033

— Cicho już. Proszę zasnąć trochę, my odejdzie­my. Niech pani w siebie nie wmawia, że pani tylko we dnie spać potrafi. Noc jest właściwie do spania.

1034

Uśmiechnęła się mimo woli.

1035

— Pierwszy raz takie zdanie od pana doktora słyszę. Zazwyczaj mawiał pan inaczej.

1036

— Ach, zazwyczaj, zazwyczaj! Bo wtenczas nie mówiłem z panią jako lekarz.

1037

Popatrzyła na niego błagalnie.

1038

— Doktorze…

1039

— No co?

1040

— Nie śmiem prosić…

1041

— Znowu? No dobrze, dobrze, ale tylko na krótką chwilę…

1042

I oto dziwna rzecz stała się przed oczyma Butryma, Doktór Krasołucki, sapiąc i stękając oraz klnąc na „babskie zachcianki”, przeszedł w kąt lichego ho­telowego pokoiku, gdzie stało stare, rozklekotane pianino. Siadł na brudnym krześle we własnej szla­checkiej osobie i zaczął grać. Grał rapsodie Liszta[57], potem jakiś zupełnie zwariowany, szalejący i pła­czący taniec węgierski i znowu coś Brahmsa[58]

1043

Chora kawiarniana tanecznica słuchała z rozchylonymi nieco ustami, leżąc na wznak i przymykała z wolna powieki. Około warg błąkał się cichy, wdzię­czny półuśmiech.


1044

Na ulicy doktór splunął siarczyście i ryknąwszy swoim zwyczajem: fiakier!, choć w okolicy żadnego fiakra nie było, zwrócił się do Butryma.

1045

— Widzisz, moje złoto, jak to człowiek na psy schodzi! Grywam po nocach jakimś tam zdechłym Węgierkom czy Cygankom, aby spać mogły! Szczę­ście, że mój ojciec daleko stąd pochowany, bo jakby usłyszał, toby się obrócił w grobie do góry tą częścią ciała, której za życia mnie, jako synowi, z przyzwoi­tości nie pokazywał. No cóż, pójdziemy się gdzie napić czego?

1046

— Już chyba nie.

1047

— Czyż? Jedną malutką czarną kawę tylko. Z koniakiem? Niech będzie, więc bez koniaku. Ale pipperminth[59], naturalnie frape[60]

1048

Mówił to więcej ze zwyczaju niż z istotnej ochoty. Butrym zauważył w blasku ulicznej latarni, że twarz ma dziwnie postarzałą w tej chwili i smutną. Wlókł się powoli, kierując się jednak jakby mimowiednie w stronę swojego mieszkania. Na rogu ulicy przystanął, aby odsapnąć.

1049

— Wiesz, to jest naprawdę biedna kobieta — rzucił znienacka. — Przerwałeś jej historię…

1050

— A bo beczy potem i dostaje ataku. Skaranie boskie z babami! Miała chyba dość dwadzieścia lat czasu, aby zapomnieć.

1051

— Co to było takiego?

1052

— Ot, głupstwo zwyczajne. Nie ma o czym mówić. Codziennie się takie rzeczy zdarzają. Ale powiem ci coś ciekawego. Czy słyszałeś już, że Turski się żeni?

1053

— Turski? Z kim?!

1054

Krasołucki nie odpowiedział. Przejeżdżająca spóźniona dorożka zajęła całą jego uwagę — począł dawać znaki z daleka i wołać na dorożkarza, aby podjechał. Woźnica jednak, śpiący już może i zmierzający ku domowi albo też gdzie indziej zamówiony, nie odwrócił się nawet na rozpaczliwe wołanie lekarza, drobnym truchcikiem zniknął wkrótce ze swym wehikułem na rogu najbliższej przecznicy.

1055

— To los! — westchnął Krasołucki boleśnie. — Nawet zajechać do domu nie można. Czasy psują się okropnie! Przecież człowiek porządny powinien by mieć swoją lektykę i czterech drabów, którzy by z nią czekali przed drzwiami każdej knajpy, do której ra­czył wstąpić. Ale co to mówić!

1056

Machnął ręką z rezygnacją.

1057

— Nie wolałbyś mieć samochód? — zaśmiał się Butrym.

1058

— A wiesz, moje serce, że nie! To za wiele ha­łasu robi i za prędko jedzie. Nie lubię.

1059

Odetchnął głęboko, a potem zapytał naraz:

1060

— Czyś ty uważał, że do swojej kobiety powraca się zawsze?

1061

Butrym przystanął, zdziwiony niespodziewanym pytaniem.

1062

— Skąd ci to przyszło na myśl?

1063

— Ot tak, snuje się człowiekowi po nocy to i owo w głowie. Nie lubię nocy, kiedy nie śpię, a jestem przypadkowo zupełnie trzeźwy. Zbyt wiele rzeczy wtedy się przypomina.

1064

— Coś jak tej biednej Tourbillon? — próbował Butrym żartować.

1065

— A tak, moje złoto. Zupełnie jak Tourbillonce. Widocznie zacznę się już wkrótce starzeć. Całkiem głupia rzecz. Przecież mam dopiero mało co ponad pięćdziesiątkę.

1066

Szli jakiś czas w milczeniu. Dopiero w pobliżu domu doktór zagadnął znowu, wracając do tematu, który snać nie dawał mu dziś spokoju:

1067

— Bo proszę cię, tyle się w życiu ma stosunków i miłostek, a ostatecznie pokazuje się zawsze, że była właściwie tylko jedna kobieta i gdyby zechciała, zostałby człowiek był przy niej, jak pies… Ty jesteś szczęśliwy, tyś rzeczywiście na tę kobietę trafił w swo­jej żonie…

1068

— A tak, a tak — przyświadczył profesor szybko, jakby w obawie, by rozmowa na zbyt osobiste nie zeszła tory.

1069

Wierność— Ale to wszystko jedno — mówił Krasołucki dalej. — Zawszeć to jest obrzydliwe i pogardy godne niedołęstwo z naszej strony. Och, Boże! Jakże ja się brzydzę wszelką wiernością, nawet swoją własną!

1070

— Nie zauważyłem tej wady u ciebie!

1071

Krasołucki jednak mówił poważnie.

1072

— Najszaleńszy hulaka, najbardziej na cnotę niewieścią zajadły donżuan, jest jednak zawsze gdzieś komuś, jakiejś jednej, wierny w głębi duszy i to jeśli go już wprost nie gubi — to mu psuje życie do cna. I ja sam… Moje złoto, już tyle lat! Nawet ładna nie była ani nazbyt mądra. Miała dwoje dzieci, obrzydliwych bachorów, które byłbym chętnie potopił… A przecież, gdyby była zechciała, byłbym wziął i ją, i te wstrętne bachory… A że to byliśmy już wtedy żonaci, każde naturalnie na swoją stronę, więc planowałem wyjazd, z nią do Ameryki lub Australii… Bóg strzegł! — Ale żebym ją tak dzisiaj jeszcze spotkał i żeby tylko palcem skinęła, powiadam ci, na czterech łapkach bym wrócił!

1073

Byli już przed domem.

1074

— A co najzabawniejsze — dorzucił jeszcze — to to, że ja stary osioł zapomnieć nie mogę, a ona z pewnością ani roku nie pamiętała… Bo takie pa­miętliwe Tourbillonki to tylko wyjątek. Najwyższy czas założyć towarzystwo dla emancypacji mężczyzn, jak powiada twój przyjaciel Śniegocki.

1075

Pożegnali się uściskiem dłoni. Lekarz znikł w sieni domu.

1076

Butrym myślał. Gdyby choć jedno jedyne dobre słowo po tym liście do mnie napisała!… Nie potrafiłbym się gniewać, nie zdołałbym o niczym złym pa­miętać. Boże! Niechże choć jedno słowo napisze! Ja już nie mogę…. nie wiem już, co pisać ani jak. Gdy zacznę list, rozdrażnienie wzrasta w miarę pisania i bierze w końcu górę… Jedno, jedno słowo, Zośka!… Napisz, bo Bóg mi świadkiem, że już nie zniosę i nie wytrzymam. Boję się spotkać tak z tobą, bo wiem, że od wyrzutów zacznę i od żalów, a nie chcę tego, nie chcę, nie chcę! Ucieknę naprawdę, gdy będziesz miała przyjechać…

1077

Wstrząsnął się cały i zawrócił w stronę obserwatorium. Klucz miał zawsze w kieszeni, wszedł do pustego gmachu i drzwi zamknął za sobą. Gdy się znalazł sam w dużej, ciemnej sali, zastanowił się dopiero, po co tu przyszedł po nocy, kiedy tu właściwie w tej chwili nie ma nic do roboty? Automatycznie zapalił światło elektryczne i oglądał bez myśli przyrządy, rejestrujące stan atmosfery. Potem ruszył w górę wąskimi wschodami do kopuły, w której był ustawiony wielki refraktor[61]. Usiadł przed nim i zaczął patrzyć na niebo.

1078

Zbliżał się ranek. Wenus płonęła jasnym światłem jutrzenki. Zwrócił na nią wylot przyrządu. Wąski, ostry, błyszczący sierp na czarnym niebie…

1079

— O, gwiazdo, gwiazdo — szeptał do siebie — przedziwna gwiazdo! Postać masz gładką, miłą, zaokrągloną, dopóki jesteś daleka, po drugiej stronie słońca i wśród gwiazd innych mało widoczna! Ale gdy się zbliżasz i blasku ćmiącego inne gwiazdy nabierasz, zamieniasz się w sierp taki ostry, nielitościwy i złowrogi!

1080

Odsunął oczy od szkła i zakrył je dłońmi.

VII

1081

Deszcz, padający wczesnym rankiem, ustał był wprawdzie, ale dzień był mglisty i wietrzny. Sirocco[62], który wiał przez kilka dni nieustannie, napędził poza Porto di Iyido i Porto di Malamocco tyle morskich fal w laguny, że w Bacino di San Marco woda ostatniego dnia podniosła się już nad poziom Piazzetty i za każdą nową falą rozlewała się szerokim półkręgiem: coraz dalej po marmurowym wybrzeżu, wchodziła i między kolumny, sięgała stopni portyku biblioteki Sansovina i szła płyciuchnym zalewem dalej, aż ku nowej kampanili i posępnemu portalowi kościoła. Tu i ówdzie przez zalew ten przekładano wsparte na 3 cegłach deski, tworząc w ten sposób suche dojście i do gondoli, chwiejących się niespokojnie wśród bezlistnego lasu krzywych pali, wbitych w dno laguny. Nikt nie szedł po tych mostach, z wyjątkiem kilku chłopców obdartych i bosych, skaczących jak pchły i dookoła i wypatrujących z krzykiem, czy w płytkiej wodzie na marmurowym podłożu nie zabłąkała się jaka ryba przypadkiem.

1082

Plac świętego Marka był pusty i mokry, podobny do ogromnego, mętnego zwierciadła, które odbijało w sobie niewyraźne zarysy płynących po niebie strzępiastych chmur. Gołębie osowiałe pokryły się w oknach kampanili i obsiadły gzymsy Prokuracji, nikt im dzisiaj nie rzucał zwykłego pożywienia, jakiś jeden uporczywy przekupień na próżno wykrzykiwał płaczliwie, wabiąc gości, których nie było, aby kupowali po soldzie papierowe tubki z kukurydzą… W starych i nowych Prokuracjach przed sklepami z błyszczącą tandetą i przed sklepami z bezcennymi dziełami sztuki złotniczej i szklarskiej, stali znudzenia właściciele i pomocnicy, daremnie usiłując wypatrzeć jakiego chętnego na kupno przechodnia.

1083

Przed tumem[63] świętego Marka ustawiono, jak szubienicę, rusztowanie z trzech belek złożone i umocowane szeroko linami okrętowymi, wyjmowano z brązowych cokołów maszty chorągwiane dla naprawy czy świeżego malowania.

1084

Pani Zośka siedziała pod filarami przed kawiarnią Quadriego i patrzyła zadumana przed siebie. Mimo niepogody powietrze było ciepłe, zgoła nie grudnio­we, wilgotny wiatr od morza rozwiewał jej włosy, wymykając się spod podróżnego kapelusza.

1085

Turski towarzyszył jej w powrotnej drodze aż do Werony, tam się z nim rozstała; pojechał przez Tyrol do Monachium, gdzie miał jeszcze jakieś teatralne interesy do załatwienia. Dalszą więc podróż odbywała sama i miała początkowo zamiar nie zatrzymywać się nigdzie. Dzień przed wyjazdem wysłała z Monte Carlo telegram do domu, że wraca, była niespokojna trochę o Jacka wobec braku wszelkich wiadomości od męża. O tym, że i ona doń nie pisała, nie myślała wcale, gniewając się tylko w duszy na brak uwagi i względności z jego strony, że ją tak długo zostawia bez listu.

1086

Kiedy jednak pociąg dojeżdżał do Mestre, uczuła się strasznie zmęczoną. Och! Gdyby się wyspać wy­godnie jedną noc w łóżku, a nie w tym ohydnym wozie sypialnym, gdzie się ma ciągle przygnębiające wraże­nie ciasnoty, duszności i niepokoju! Ostatecznie może się spóźnić o jeden dzień. Gdyby dziecko było niezdrowe, to przecież w tym wypadku mąż byłby jej o tym doniósł niezawodnie…

1087

Uśmiechnęła się z goryczą.

1088

— Napisałby mi z pewnością raczej więcej, niżby było w istocie, nie oszczędzałby mnie, o, nie! aby mi owszem pokazać, jak złą matką jestem, opuszczając syna „dla zabawy” na parę tygodni.

1089

Około południa wysiadła w Wenecji. Kazała się wieźć gondolierowi do jakiegokolwiek hotelu — zawiózł ją do starej oberży Capello Nero. Dano jej czysty pokój na pierwszym piętrze, obszerny, wygodny i ponury, z przedwiecznymi ciężkimi meblami, wśród których dziwnie raziły zawieszone u sufitu liche i pospolite lampy elektryczne i żelazny pod ścianą kaloryfer.

1090

Kazała sobie przynieść na górę coś do zjedzenia, sądziła, że położy się zaraz do łóżka i będzie spać, spać aż do dnia następnego. Nie miała jednak apetytu i po krótkim odpoczynku sen także uleciał jej z powiek… Ubrała się i wyszła na plac, beznadziejnie smutny i pusty…

1091

Siedząc przed kawiarnią myślała:

1092

— Mogłoby się stać teraz coś niespodziewanego. Tak, jak przed laty rozsypała się w gruz bez żadnego widocznego powodu stara wieża świętego Marka, mo­głoby teraz na przykład morze zacząć się wznosić ciągle i bez ustanku… szłoby coraz wyżej i wyżej. Naprzód plac zamieniłby się w dziwną, marmurowymi kolumnadami otoczoną sadzawkę, potem woda wypełniłaby wnętrze kościoła, chłonęłaby z wolna pałac dożów, a potem potem zginęłoby wszystko — jeno może ten szczyt kampanii że złoconym archaniołem u wierzchu dawałby znać gdzie było niegdyś miasto przecudne i jedyne miasto, i dziś już naprawdę od dawna umarłe choć przez większą część roku pozornie tak ruchliwym tętnem żyjące.

1093

Dwóch młodych Włochów przechodziło koło niej; zatrzymali się o kilka kroków dalej i spoglądali ku niej dyskretnie…

1094

E bella[64]

1095

Bionda e bella[65]

1096

Mówili coś więcej — słów już nie dosłyszała.

1097

Nie odwracała oczu, uśmiechnęła się jeno leciuchno i oparłszy głowę o filar, patrzyła w stronę dwóch kolumn na lagunę, co opadała z wolna i cichła…

1098

Wiatr przestał wiać, niebo wypogadzało się. Woda z placu przed pałacem Dożów spływała raźno z po­wrotem do morza, ludzie jacyś przyszli i zabierali niepotrzebne już mostki z desek. Przed kościołem świętego Marka pod arkadami Prokuracji i na Placu około kampanili pojawili się grupkami turyści nie wiadomo gdzie dotąd pochowani,- gołębie poczęły zlatywać z wysokich gzymsów i krążyć całym stadem, nie kwapiąc się jeszcze usiąść na mokrych płytach bruku…

1099

I naraz wyjrzało słońce. Gdzieś spomiędzy strzępiastych chmur na kawałku olśniewająco błękitnego nieba ponad nowymi Prokuracjami spoza wieży św. Marka wyjrzało złote i uśmiechnięte [słońce – przyp. WL] i przeglądało się w resztkach spływającej po kamieniach wody. Szara i smutna dotąd fasada kościoła zalśniła naraz wszystkimi barwami. Kolumienki około wrót ożyły, odepchnęły się od muru rzuconym poza siebie cieniem i zadrgały, każda swoim kolorem, swoją duszą osobną. Mroczne absydy ponad drzwiami napełnił naraz deszcz złota, różu i błękitu: mozaiki słońcem zbudzone jęły znów śpiewać swą nieśmiertelną pieśń barwy i blasku.

1100

Laguna, dotąd ołowiana, spłynęła naraz cała głębokim granatem, rozlanym szeroko, aż po San Giorgio Magiore i dalej, między wysepki jeszcze zielone, gdzieś ku zagubionemu w oddali Malamocco.

1101

Gołębie, susząc skrzydła w słońcu, krążyły ciągle chmurą ogromną, ruchliwą, wirującą nisko wśród gmachów i mieniącą się w oczach jak deszcz iryso­wych płatków, rzuconych na wiatr z wysoka…

1102

E bella e bionda

1103

Kto to powiedział? Trzeba, żeby jej to ktoś powtó­rzył jeszcze raz, głośno, teraz, kiedy zaświeciło słońce, i żeby ukląkł przed nią z daleka, cicho, składając na piersiach ręce z rękojeścią szpady. Trzeba, żeby jej rzucił pod nogi dumne strusie pióro z aksamitnym beretem, a gdy się ona uśmiechnie, aby wstał i ujął ze czcią końce jej palców i wiódł ją po rzuconym pod nogi suknie purpurowym do złocistej, drogim futrem wy­słanej gondoli…

1104

E bella e bionda

1105

Przymknęła oczy. Przez maleńkie szparki między powiekami lśnił jej tylko w źrenice blask słońca złoty na długich, ciemnych rzęsach zawieszony…

1106

Kupcy z dalekiego Wschodu zwieźli tu na okrętach perły najdroższe i co najkrwawsze korale, złotnicy w ciemnych, po wąskich uliczkach poukrywanych ku­źniach uprzędli ze złota siatki pajęcze i zasiali je ciężkimi brylantami, ogorzali od żaru hutnicy w Murano kruche szkło powyginali grubymi palcami w przecudne, bajeczne kwiatów kielichy, obarwili je kolorem słońca i nieba, i morskiej wody ruchliwej, robotnice z ogromnymi węzłami czarnych włosów na małej głowie utkały koronki delikatniejsze od owych zimowych wzorów, którymi mróz na północy okna przystraja, wystawiono pałace z marmuru, ściany mozaikami wyłożono, niskie, miękkie sofy obito skó­rami, na których wśród złotych liści kwitną tęczowe kwiaty…

1107

Bella e bionda! — To wszystko dla ciebie! Aże­byś jeno uśmiechnęła się czasem, abyś końce palców białych ustom spragnionym podała, byś pozwoliła patrzyć na siebie!

1108

Otworzyła oczy.

1109

Dzieciak jakiś stał nieopodal i sypał obiema ręka­mi złote ziarna kukurydzy gołębiom, co cisnęły mu się około nóg całą chmarą, różowymi dzióbkami z rąk wy­rywały pożywienie, siadały na ramionach, głowę skrzydłami w przelocie muskały.

1110

Przez Plac szły smukłe weneckie dziewczęta. Z upiętymi na głowach czarnymi włosami, ze złotymi kolcami w uszach, w czarnych chustkach z długą, z tyłu aż do ziemi spadającą frędzlą jedwabną. Szczebiotały między sobą i śmiały się czerwonymi usty, rzucając wkoło spod ciemnych brwi spojrzenia żywe i płonące. Jedna z nich przystanęła. Butrymowa widziała jej profil o cudnie rzeźbionym orlim nosie z ruchliwymi nozdrzami i ustach wydatnych a subtelnych, teraz nieco rozchylonych szczęśliwym uśmiechem…

1111

Szedł ktoś ku niej z przeciwnej strony Placu, od kampanii i uśmiechał się również: Młody, smagły chłopak, przyzwoicie i ze smakiem odziany. Widziała, jak się spotkali, jak się zwarli dłońmi ze sobą.

1112

Caro mio[66]

1113

Poszli przez Plac gdzieś w stronę San Moise, z głowami nachylonymi ku sobie, niczego już snać nie widząc, nic nie słysząc.

1114

Rozejrzała się wkoło. Zdało jej się naraz, że całe miasto pełne jest szczęśliwych i kochających się par. Oto cudzoziemcy jacyś młodzi, sobą tylko zajęci, niezważający zgoła na natręctwo narzucającego się im wciąż przewodnika. Tam znów przy kawiarnianym stoliku aktorka jakaś czy śpiewaczka z futrem na ramionach bogatym. Siedzi naprzeciw niej człowiek blady i modli się do niej oczyma. I znów przesunął się przed nią włoski zgrabny oficer przy boku wytwornej, smukłej, do jakiegoś zaczarowanego kwiatu podobnej kobiety…

1115

Tęsknota— Gdzie jest ten, co mnie kocha?

1116

Targnęła nią naraz straszna, niewysłowiona, acz bolesna tęsknota.

1117

— Dlaczegóż ja jestem sama?


1118

Butrym, uciekając w zgoła dziecinny sposób przed spotkaniem z żoną, za którą właściwie tęsknił straszliwie, wyjechał z domu natychmiast, kiedy tylko otrzymał jej telegram donoszący o powrocie.

1119

Wziął drogę na południe i miał zamiar nie oprzeć się aż na Sycylii i spędziwszy Święta Bożego Narodzenia w Taorminie lub w Syrakuzach powrócić dopiero z końcem uniwersyteckich ferii do domu. Nim jednak dojechał do Wiednia, zaczął się już krytycznie na czyn swój zapatrywać. W Wiedniu przyszło mu na myśl, że zabawną ucieczką swoją utrudnia tylko położenie, gdyż prawdopodobnie żona jego, stęskniona po dłuższej nieobecności za domem i skłonna przeto do wyrównania wszystkich dawnych, bez dostatecznej przyczyny właściwie powstałych nieporozumień, będzie się czuła dotknięta, że go w domu nie zastaje i znów swoim zwyczajem zamknie się w sobie na długie może miesiące.

1120

Mimo to nie przerywał podróży. Usiłował, owszem, wmówić w siebie, że dobrze robi, jeśli jej da odczuć brak swojej obecności i że to już będzie zyskiem w ich stosunku, gdy ona zobaczy, że bezkarnie w ten sposób lekceważyć go nie może. Za żadną cenę nie powinien teraz okazać słabości.

1121

W wagonie gdzieś około włoskiej granicy pomyślał, że ona jednak może wcale nie odczuć braku jego obe­cności i nie przyznać nawet w duszy, aby miał jednak jakąkolwiek rację uciekać tak przed jej przybyciem. Okaże się tylko w oczach jej po prostu raz jeszcze śmiesznym głupcem, który prześlicznie drogi gwiazd oblicza, ale ze zwykłymi zdarzeniami życiowymi rady dać sobie nie umie, komplikując je niepotrzebnie. Pasja go ogarnęła.

1122

Jeśli tak — myślał — tym lepiej! Tym bardziej nie powinien być w domu, gdy ona przyjedzie. Jeśli moja nieobecność nie sprawi jej przykrości, tak samo nie ucieszyłby ją mój widok. Więc po co, po co się jeszcze raz powitać i okazywać mimo woli — bo wiem, że nie potrafię zapanować nad sobą — jak strasznie za nią tęskniłem, i widzieć, że ją to właściwie nic nie obchodzi….

1123

Usiłował nie myśleć o tym więcej i wykonać to, co raz postanowił, to znaczy jechać dalej.

1124

Dojechawszy do Wenecji, zatrzymał się z zamiarem zabawienia tu dwóch dni przynajmniej. Zbyt lubił to miasto, aby je mógł ominąć bez zobaczenia kopuł św. Marka i ciekawych marmurowych mostów, wiszących w słońcu nad szmaragdową wodą wąskich kanałów, a przede wszystkim bez napatrzenia się jeszcze raz na niewysłowienie wspaniałą brązową postać Colleoniego, tam przed kościołem św. Jana i Pawła.

1125

Południową godziną, kiedy po smutnym i dżdżystym dniu poczęła się robić pogoda, zaszedł na plac św. Marka. Chodził i przyglądał się bez myśli sklepowym wystawom. W jakimś magazynie złotniczym w galerii Nowej Budowli zajęły go zawieszone w oknie filigranowe naszyjniki cudnej roboty, perłami ciężkimi usiane. Przyszło mu na myśl, że taka złota sieć, pełna łez wyłowionych z morza, cudnie by jednak wyglądała na odkrytych ramionach jego żony…

1126

Odszedł od sklepu i powrócił doń za chwilę. Pokusa nie dawała mu spokoju. Widział szyję jej białą, cudnie rzeźbioną, smukłą, wyłaniającą się z uwięzi tej pajęczyny ze złota i chłodne perły falujące i błyszczące za każdym oddechem jej drobnego, dziewczęcego niemal łona. Widział przede wszystkim uśmiech jej radosny, na widok klejnotu, świecącego w jej dłoniach… Uczuł, że uśmiech ten tanio byłby zapłacony, gdyby jej za niego rzucił pod nogi te wszystkie drogocenne rzeczy, za szybą wystawową błyszczące, ba! gdyby jej całą Wenecję ze wszystkimi skarbami pod nogi rzucił!

1127

Gwałtowne pragnienie uderzyło mu do głowy, jak dur ze starego wina. Nachylił się i począł patrzeć na maleńką karteczkę, na której cena naszyjnika była wypisana. Z górą dziewięć tysięcy franków! Nie miał takiej sumy przy sobie i w ogóle niełatwo by mu było zdobyć się na nią. Mimo to zaczął szybko przeliczać w myśli pieniądze, jakie posiadał, i kombinować, czyby nie mógł telegraficznie zażądać brakującej reszty z banku w Krakowie, z którym miał stosunki.

1128

Po pewnym czasie roześmiał się sam ze siebie. Prze­cież, oby to było szaleństwo! Żona słusznie, zamiast się ucieszyć i podziękować mu, raczej wymówki by mu robiła, że wyrzuca w ten sposób grosz, którego właściwie bynajmniej nie mają do zbytku. Uczuł całą śmieszną nędzę swoją i zagryzł z bólu wargi aż do krwi.

1129

Tymczasem wyszedł ktoś ze sklepu i mówił coś do niego. Spostrzegł, że to sprzedający, zauważywszy jego zaciekawienie, zaprasza go do wnętrza. Wszedł machinalnie, nie wiedząc właściwie, po co. Stał i patrzył na różne klejnoty, jakie mu pokazywano. Zorientował się nareszcie, że tak bez końca przecież stać nie może i jakiś fałszywy iście polski wstyd skłonił go do kupie­nia czegokolwiek. Wziął bez wyboru jakiś sznur ko­rali, za kilkadziesiąt franków, który mu się zresztą wcale nie podobał i wyszedł ze sklepu.

1130

— Po co ja to kupiłem? — myślał, otwierając dłoń, zaciśniętą około nabytku, którego sobie nawet opakować nie pozwolił, aby tylko uciec jak najprędzej.

1131

Patrzył na duże a brzydkie korale i porównywał je w myśli z perłami, które oglądał przed chwilą. Zaśmiał się znowu boleśnie. Przecież tego jej nie da! Tego marnego lichego podarunku, jaki się wiernej kucharce po kilkuletniej służbie przywozi. Smutek ogromny wypełnił mu piersi.

1132

Przechodziła koło niego jakaś czarna, smukła dziew­czyna wenecka — spojrzała chciwie na korale, które w dłoni trzymał. Schwycił jej wzrok w przelocie. Odruchowo rzucił jej sznur na ręce i nie czekając nawet podziękowania zdumionej i niemal przerażonej niepojętą hojnością nieznajomego, pobiegł w stronę starych Prokuracji.

1133

Naraz zobaczył żonę siedzącą pod filarem… Nie ­dowierzał początkowo własnym oczom. Tak dalece nie spodziewał się jej tutaj spotkać, że sądził, że to tylko złudzenie. Było mu ono jednak tak miłe i wbrew temu wszystkiemu, co przez całą drogę wmawiał w siebie, tak głęboką napełniło go radością, że bojąc się po prostu, aby nie prysło, nie zbliżał się. Usiadł opodal na jakiejś skórzanej kanapce kawiarnianej pod murem z tyłu za jasnowłosą kobietą i patrzył…

1134

Po chwili był już pewien, że to jego Zośka tam siedzi. Nikt inny na świecie nie mógł mieć tego ruchu głową ani takich sypkich, niesfornych włosów złocistych. Nie potrzebował nawet widzieć jej twarzy, którą stale była odeń odwrócona.

1135

Mimo to nie podchodził jeszcze. Ogarnęła go jakaś smutna obawa, że ona może nie być rada z tego spotka­nia, że gdy spojrzy jej na twarz, wyczyta tam tylko zdumienie, może nawet przykre… Dobrze mu było siedzieć tak zdała i patrzyć, bał się psuć tej chwili.

1136

Jakaś nieładna i gruba kwieciarka[67] wsuwała w butonierkę goździk, wyjęty z kosza, który miała na ręku. Popatrzył na kwiaty. Z wolna zabrał oburącz wszystkie, jakie były w koszu…

1137

Fa dieci lire, signore[68]

1138

Podał jej pieniądz papierowy i z pełnym naręczem kwiatów postąpił naraz ku stolikowi, gdzie siedziała pani Zośka.

1139

Obejrzała się właśnie, dostrzegła go. Nagły błysk radości przebiegł jej po twarzy.

1140

— Och Mietek, jakiś ty dobry!

1141

Zmieszał się jak student.

1142

— Zupełnie przypadkiem się tutaj znalazłem.

1143

Stała już przy nim.

1144

— Wszystko jedno, wszystko jedno! Dobrze, że jesteś! Tak chciałam, żebyś tu był w tej chwili. O, kwiaty! To dla mnie, prawda?

1145

— Niespodzianym ruchem przygarnęła jego głowę ramieniem i pocałowała.

1146

— Zośka, Zośka moja — szepnął, podnosząc jej ręce do ust.

1147

— Chodź, siadaj. Tu blisko. Ładny jesteś i tak dzisiaj młodo wyglądasz… Tęskniłam za tobą. Tam w Monte Carlo może nie, ale dziś, tutaj…

1148

Schwyciła go naraz za rękę i przymykając nieco oczy, szepnęła przez zaciśnięte zęby:

1149

— Kochasz?

1150

— Tak.

1151

— Powiedz wyraźnie.

1152

— Kocham, kocham…

1153

— Mów mi to. Chcę słyszeć. Chcę, żeby mi się zdawało.

1154

Urwała nagle w środku zdania.

1155

— Co? Co ci się ma zdawać?

1156

— Nic już, nic… Dobrze naprawdę, żeś przyjechał. Tak mi było smutno i taka się czułam opuszczona, samotna.

1157

Oparta na jego ramieniu patrzyła spod opuszczo­nych powiek na złoty kościół, na pałac marmurowy, na morze. Ciche westchnienie wzniosło jej pierś.


1158

Gondolier mówił:

1159

Ja państwo przewiozę[69]. Popłyniemy daleko, daleko, gdzie państwo tylko zechcą. Ja pana poznaję. Pan dziś po południu podarował korale mojej dziewczynie. Pokazywała mi pana.. Byłbym zazdrosny. Ale gdy teraz widzę, że pan jest con sua signorina tanto amata[70]

1160

Uśmiechnęła się do niego:

1161

— Widzisz, biorą mnie za twoją kochankę…

1162

— Jesteś mi kochanką jedyną! — odparł, po­dając jej dłoń, aby wsiadła do łódki.

1163

Morze opadło zupełnie i uspokoiło się. Laguna lśniła w blasku pełnego księżyca, znaczona latarniami, wskazującymi pomiędzy mielizny drogę do dużych okrętów. Jeden wielki statek stał w pobliżu Dogany gotowy do odjazdu, słychać było nawoływania załogi, na pokła­dzie błyszczały ruchliwe światła…

1164

Przewinęli się na cichej gondoli około statku i pły­nęli gdzieś poza San Giorgio Maggiore.

1165

— Dokąd ci ludzie jadą na tym okręcie — mówiła Butrymowa, wsparta w gondoli o ramię męża. — Wiesz, gdyby to tak można siąść na jaki okręt i popłynąć, nie wiedząc nawet dokąd? Może by tam gdzieś na końcu świata znalazł się nareszcie kraj, gdzie ludzie mogą być ze sobą, bez tego wszystkiego, co nas tutaj w codziennym życiu otacza.

1166

Wstrząsnęła się i zakryła oczy rękoma.

1167

— Nie! Nie chcę o tym myśleć. Dzisiaj jest dzień z bajki, ze ślicznej, złotej bajki, co ma wachlarz z tęczowych pawich piór. Wszystko musi być jak w bajce. Tyś się zjawił tak niespodziewanie i ja tak jakoś dzisiaj cię kocham…

1168

— Zośka, czy w bajce tylko?

1169

— Nie pytaj! Ja widocznie nie umiem żyć inaczej, jak tylko w bajce. Może to nawet całe nieszczęście, że ty tego nie rozumiesz. Nie powinnam była wcale wychodzić za mąż. Spodobałeś mi się, więc trzeba mi było spędzić z tobą rok czy pół roku, a potem iść sobie.

1170

Ogarnął ją ramionami.

1171

— Dziecko!

1172

Kobieta, Mężczyzna, Mizoginia— Wiem, co chcesz powiedzieć. Oburzony jesteś moją „niemoralnością”, A przecież gdybym była mężczyzną i coś podobnego powiedziała…

1173

— Tak, gdybyś była mężczyzną…

1174

— Nie brałbyś mi tego wcale za złe. A dziś z po­wodu śmiesznych uprzedzeń, które kobiecie narzu­cono…

1175

Zamknął jej usta dłonią.

1176

— Zośka, nie mów już. Powiedziałaś, że dzisiaj ma być dzień z bajki. Niechże więc tak będzie. Zapomnij o wszystkim, nad czym się rozumuje i wyczu­waj tylko cicho, cichutko, jak się ta łódź na lagunie kołysze…

1177

— Chłodno mi — szepnęła z lekkim dreszczem.

1178

Przygarnął ją silniej do siebie i okrył połą szero­kiego płaszcza.

1179

— Dobrze tak? Teraz dobrze?

1180

— Dobrze.

1181

Przytulona do niego, patrzyła przed siebie szeroko rozwartymi, zastygłymi oczyma.

1182

Wypłynęli już daleko poza San Giorgio Maggiore i zdążali okólną drogą w stronę Lido. Księżyc skrzył się na uciszonej zupełnie lagunie, cała linia miasta, długa i wyciągnięta, świeciła przed nimi latarniami, płonącymi na Riva dei Schiavoni. Było to wszystko naprawdę jak w bajce. Jakiś gród świetlisty, zaczarowany, wstający z ciemnego morza, po którym jeno drobnymi światełkami drogi ku niemu się znaczą… Nad koronkowymi arkadami marmurowa ściana pałacu dożów płonęła różowym odblaskiem, wieża świętego Marka, od lamp niewidocznych, na Placu ukrytych, jasna, stała jak wodotrysk białego ognia lub olbrzymia, świecąca sopla lodu na niebie, gwiazdami usianym. Dalej, znacznie dalej, na prawo na końcu jasnej linii wybrzeża kłębiły się w rzadko latarnią przetka­nym mroku bujne drzewa Ogrodów Publicznych.

1183

Butrym nachylił się nad żoną. Spostrzegł, że w rozwartych oczach ma łzy.

1184

— Zosik, co tobie?

1185

— Nic… biedna jestem, naprawdę tak bardzo biedna.

1186

Gwałtownym ruchem przytuliła się silniej do niego.

1187

— Mietku! Zrób ty co, żebym ja ciebie kochała. Więcej już w tej chwili, więcej! Daleko więcej. Była­bym może szczęśliwa.

1188

Posmutniał głęboko.

1189

— I cóż ja mogę zrobić? Jestem już naprawdę bezsilnym w tym względzie. Życie bym gotów dać, gdybym wiedział, że to co pomoże. I ja bym wtedy był szczęśliwy.

1190

— Kochaj mnie przynajmniej ty.

1191

— Kocham cię, złota, jedyna moja.

1192

— Bardzo! Bardzo! Chcę tak bardzo, że już więcej nie można.

1193

Nachylił się ku niej i mówił głosem łamiącym się w krtani od jakichś tłumionych łez:

1194

— Kocham cię więcej, aniżeli możesz myśleć… Aż wstyd mi się przyznać do tego! Kocham cię! Chcę!

1195

Przymknęła oczy.

1196

Późno wstali od obiadu; było już około dziewiątej. Pani Zośce, która zazwyczaj nic nie pijała, błyszczały oczy po paru szklankach krwawego wina z Valpolcello.

1197

— Co będziemy teraz robić? — spytał Butrym.

1198

— Co chcesz. Bawić się chcę.

1199

— Do teatru?

1200

— Nie. To nudne. Nie dość po włosku rozumiem. Zresztą chciałabym dzisiaj być bardzo wesoła, zrobić coś takiego, czego się zwykle nie robi. Czy tu niema jakich nocnych lokalów z tańcami? Przecież ty musisz wiedzieć.

1201

Profesor wziął gazetę w rękę.

1202

— Owszem — rzekł, patrząc w ogłoszenia — jest tango, ale to dopiero zaczyna się około północy. Teraz, gdybyś chciała, moglibyśmy chyba iść do Variete, odbywa się Lotta libera pel campionato del mondo[71]

1203

— Co to znaczy?

1204

Catch as catch can, „Chwytaj jak się da”, zapasy amerykańskie o mistrzostwo światowe.

1205

— Czy to ciekawe?

1206

— Walka brutalna i nielitościwa, z całym aparatem wykręcania rąk i nóg, duszenia krtani i tym podobnych chwytów. Ale widzę kilka ciekawych nazwisk. Zresztą możemy przecież wyjść każdej chwili, gdy zechcesz.

1207

— Chodźmy, chodźmy! Abyśmy się nie spóźnili. Nigdy tego nie widziałam.

1208

— Mamy czas. Zapasy wypełniają dopiero drugą część widowiska. Pierwsze to zwyczajne produkcje szansonistek i tanecznic.

1209

Gdy weszli, zastawiona stolikami sala była już niemal pełna. Zajęli wolne boczne miejsca i kazali sobie podać flaszkę białego wina z Capri. Na scenie w głębi śpiewała jakaś podle wymalowana „męczennica sztuki”, na którą nikt nie zwracał uwagi. Publiczność, zajęta mającymi się wkrótce odbyć zapasami, nie troszcząc się o śpiewaczkę, rozmawiała półgłosem i oceniała szanse występujących dziś zapaśników.

1210

Butrymowi przypomniała się Mary i żal mu się zrobiło biednej, wymalowanej i starzejącej się już szansonistki, robiącej na próżno miny, w założeniu tkliwe a w rezultacie zupełnie komiczne. Gdy skończyła śpiewać, dał jej krótki oklask. Ci, co to zauważyli, zaczęli sykać i śmiać się, patrząc nań lekce­ważąco.

1211

Po kilku podobnych, na szczęście krótkotrwałych występach, którym jednak pani Zośka z dziecinnym zajęciem się przyglądała, pojawiła się tancerka, znana widowni i lubiana, bo przywitano ją burzą oklasków.

1212

Była wysoka, smukła, w długiej powłóczystej sukni, przez której przezroczystą materię rysowały się wspaniałą rzeźbą cielistymi trykotami obciągnięte nogi. Ręce i ramiona miała nagie, wycięcie z tyłu pasa niemal sięgało.

1213

TaniecTwarzą, cokolwiek zaledwie podmalowaną, uśmiechnęła się przyjaźnie do publiczności i w takt muzyki zaczęła taniec jakiś poważny. Po skończeniu zniknęła na parę chwil za kulisami i pojawiła się znowu, tym razem w innym już stroju. Suknię odrzuciła, trykot tylko miała na sobie obcisły, wspaniałe a subtelne kształty jej uwydatniający i szeroki, muślinowy szal w ręku. Rozpoczął się taniec coraz szaleńszy i coraz więcej wyuzdany. Gibkie członki tanecznicy przechylały się w pląsach i wiły przed oczyma zachwyconej publiczności, jej drobne, piękne usta uśmiechały się ciągle niewinnie i ponętnie…

1214

Butrym spojrzał na żonę. Chłonęła tanecznicę sze­roko rozwartymi oczyma, na twarz wystąpiły jej gorączkowe wypieki. Uśmiechnął się.

1215

— Podoba ci się?

1216

— Ach, cudna jest! Cudna!

1217

Nareszcie taniec się skończył. Tancerka znużona z głębokim ukłonem i z wdzięcznym na twarzy uśmiechem cofała się za zsuwającą się zasłonę. Ale publiczność po prostu oszalała. Zaczęto klaskać, wołać, tupać i stukać laskami, nie dając jej odejść.

1218

— Jeszcze! Jeszcze! Fuori! Da capo! Bis![72] – krzyczano zewsząd..

1219

Tancerka ukazała się na moment przed zasłoną, jeszcze jeden ukłon, jeden uśmiech ku sali rzuciła i chciała odejść, muzyka antraktowa już jakąś uwerturę dla przerwania owacji grać zaczynała. Ale to się nie udało. Podniósł się wrzask i krzyk ogłuszający, na muzykantów zaczęto rzucać kapeluszami, bito laskami w stoły i krzesłami o podłogę.

1220

Che danzi ancora! che danzi! Fuori![73]

1221

Ktoś krzyknął w głębi:

1222

Che venga nuda![74]

1223

I naraz cała sala poczęła ryczeć:

1224

Nuda! Nuda! Nuda! Che danzi nuda![75]

1225

— Czego oni chcą? — spytała pani Zośka.

1226

— Aby tańczyła nago.

1227

Oczy jej się rozjarzyły.

1228

— I będzie?

1229

— Nie wiem.

1230

Tymczasem na znak, że wszechwładna publiczność odniosła zwycięstwo, zasłona przed scenką rozsuwała się powoli. Umilkli naraz wszyscy. Światła na sali przyciemniały się kolejno, zapanował półmrok, w któ­rym jarzyła się tylko na scenie jasna plama, reflektorem z góry rzucona. Muzyka rozpoczęła z cicha taniec jakiś fantastyczny.

1231

— Patrz! — zawołała pani Zośka, chwytając męża za rękę.

1232

TaniecTancerka wbiegła znów na scenę. Z wyjątkiem opasania koło biódr i okrągłych tarcz, naszywanych fałszywymi brylantami na piersiach, nie miała nic na sobie. Skóra jej cudownie miękka i młoda o ciepłym kolorycie lśniła jak najprzedniejszy aksamit. Bose nogi o długich, zaróżowionych na końcu palcach i różowych, suchych piętach drgały w drobnych, wytwornych pląsach. Tors przeginał się i prężył, spod spuszczonych rzęs przebłyskiwały palące oczy, a usta uśmiechały się ciągle niewinnie i słodko…

1233

Skończyło się.

1234

Ktoś rzucił wiązkę kwiatów, ktoś łańcuszek złoty od zegarka, nie klaskano już prawie, szept tylko szedł po sali zachwycony i głęboki:

1235

Bella, bella! E bella!

1236

W antrakcie pani Zośka zwróciła się do Butryma z płonącymi jeszcze wciąż oczyma.

1237

— Och, jakie one szczęśliwe!

1238

— Kto? — zapytał z rzeczywistym zdumieniem.

1239

— One, te wszystkie, które śpiewają, tańczą, dają się podziwiać, budzą zachwyt!

1240

Przyszło mu na myśl, że mógłby jej w tej chwili opowiedzieć historię o „szczęściu” tych istot, znaną sobie dobrze i z niedawna, ale zamilkł przezornie. Ruszył tylko ramionami i po chwili rzekł dość obojętnie:

1241

— Czy nie myślisz jednak, że to jest przykre, poka­zywać się tak nago lub prawie nago przed publicznością?

1242

— Dlaczego? — zapytała zupełnie szczerze.

1243

— Jak to: dlaczego? Przecież…

1244

— Przecież co? Widzisz, że nie wiesz co odpowiedzieć. Ja myślę owszem, że to jest bardzo, bardzo przyjemne.

1245

— Teraz ja ciebie nie rozumiem.

1246

— Naturalnie, bo ty w tej chwili pamiętasz wciąż o tym, że to mówię ja, twoja żona. Ale pomyśl: przecież ja jestem piękna. No powiedz, co? Jestem piękna?

1247

Skinął głową.

1248

— Wiesz o tym.

1249

— Tak, wiem. I oprócz mnie nikt o tym nie wie. Chyba ty jeden, bo nikt mnie więcej na świecie taką, jaką jestem, nie widział. Ale i ty dawniej nie wi­działeś mnie, boś mnie nie kochał, teraz nie widzisz mnie, boś się do mnie przyzwyczaił, któż patrzy na żonę!

1250

— Zośka!…

1251

— I czy to nie grzech? Czy nie grzech! Jeszcze rok, dwa czy cztery i zwiędnę, przekwitnę, i tak się dzieje z setkami, a przynajmniej z dziesiątkami kobiet, o których nikt nie wie, że były piękne i zasługiwały w młodości na to, żeby rzeźbiarze posągi z nich kuli… Ta jest szczęśliwa, bo ta przynajmniej nie na próżno jest piękna.

1252

— Nie wiem, co na to odpowiedzieć…

1253

— Wierzę!

1254

Uśmiechnął się z lekkim zakłopotaniem, a potem naraz wzniósł głowę i popatrzył jej w oczy jasnym, głębokim wzrokiem.

1255

— Słuchaj, czy to koniecznie potrzebny cudzy podziw? Czy ja na przykład chcę… żeby mnie podziwiano, że, w swoim zawodzie…, jestem mądry, mądrzejszy niż wielu to pojąć jest zdolnych?

1256

Pojrzała na niego uważnie.

1257

— A jednak podziwiają cię ludzie, masz sławę…

1258

Daleki uśmiech błąkał mu się po ustach.

1259

— Sławę… A przecież nikt całej myśli mojej nie zna, tak, jak nie znają piękności twojej ci, co patrzą na ciebie.

1260

Powieki opadły jej z wolna do połowy źrenic, nieruchomie w niego wpatrzonych.

1261

— Tak, piękny jesteś i ty, i młody zawsze, i mój… mój…

1262

Zarumienił się nagle i spuścił oczy.

1263

— Och! Zośka! A przecież tak strasznie głupi jestem w życiu, tak okropnie nie umiem sobie dać rady z tym, co mi jest najdroższe…

1264

— Ze mną?

1265

— Tak. Z tobą.

1266

Przysunęła się doń nieznacznie i dotknęła ramie­niem jego ramienia.

1267

— Kochałeś kogo tak, jak mnie?

1268

— Nie, nigdy nikogo.

1269

— Ale w ogóle kochałeś się także, nim mnie pozna­łeś? No, powiedz! Przecież ja wiem.

1270

— Po co pytasz? — mruknął z niesmakiem.

1271

Jakiś nierozumny, złośliwy półśmiech przewinął się po jej wąskich wargach.

1272

— Opowiedz, jak to było? W tej — jakże jej tam? — W tej malarce z Paryża, która później wyszła za mąż. Wiem, że miałeś z nią romans.

1273

Zmarszczył brwi gwałtownie.

1274

— Dziwnie niestosowną porę wybierasz na żądanie ode mnie zwierzeń doprawdy niesmacznych!

1275

— A widzisz. Ja to przecież wiem i muszę to znieść. A gdybym tak ja była z kim miała romans, nim ciebie poznałam…

1276

Na nowo rozpoczynające się przedstawienie uwolniło Butryma od odpowiedzi.

1277

Na scenie przedstawiano zapaśników. W odróżnieniu od siłaczy, biorących zazwyczaj udział w regularnych zapasach, gdzie przeważnie siła sama, znaczna waga i nienaturalny rozrost mięśni górnej połowy ciała mają znaczenie, byli to przeważnie ludzie smukli, średniej wagi i niezmiernie harmonijnie zbudowani, o żelaznych, ale bynajmniej nie przesadnie rozwiniętych muskułach. Butrym, sam gimnastyk doskonały i sportowiec, ćwiczył się także niegdyś jako amator w lekkiej atletyce, z zajęciem też teraz przypatrywał się stojącym w rzędzie, nagim zapaśnikom. Skorzystał ze sposobności, aby przerwać przykrą rozmowę i począł dawać żonie niektóre objaśnienia, zawodów tego rodzaju się tyczące.

1278

Na pierwszy ogień wystąpił niewielki Japończyk, o mięśniach gładkich, jakby warstwą podskórnego tłuszczu powleczonych. Za przeciwnika miał Francuza o jasnej czuprynie i dużych, niebieskich oczach, z chłopięcym niemal wyrazem twarzy. Zbliżali się do siebie z wolna, pochyleni, z łokciami przyciśniętymi do żeber, z wyciągniętymi przed siebie dłońmi. Patrzyli sobie w oczy…

1279

W chwili, gdy wedle regulaminu ręce sobie podawali, Japończyk nagłym rzutem podbił nogę Francuzowi. Ten jednak cofnął ją dość wcześnie, aby ujść ciosu przeciwnika i chwycił go błyskawicznie ramieniem za kark. Japończyk odbił się od ziemi, przewinął się kozłem ponad ramię Francuza i chwycił go z tyłu za nogi powyżej kostek. Runęli obaj i zaczęło się potworne zmaganie dwóch potężnych, prężących się i sprężystych ciał. Naraz, kiedy tuż przy rampie sceny Japończyk usiłował przerzucić przeciwnika przez głowę na wznak, ten, rzuciwszy się rybim ruchem gwałtownie w bok, runął w dół na orkiestrę, pociągając współzawodnika za sobą.

1280

Przerwano naturalnie tak ciekawie rozpoczętą walkę, Japończyk zwichnął sobie nogę, Francuz miał skaleczoną rękę powyżej łokcia.

1281

Po krótkiej przerwie wystąpiła druga para zapaśników: młody, szczupły Włoch i górujący nad nim olbrzymią siłą i wagą opasły, dobrze już siwiejący Niemiec. Walka przeciągała się długo. Włoch, nie mogąc na siłę mięśni sprostać Niemcowi, wyzyskiwał wobec niego swoją iście bajeczną zręczność. Kilkakrotnie bliski porażki, jakimś nieprawdopodobnym, zwinnym ruchem piskorza wydostawał się spod przeciwnika i stał znów na nogach, do dalszej walki gotowy. Wreszcie — po kilkunastu minutach — zdawało się, że wyczerpany ulegnie już olbrzymowi. Rzucony w tył, padł na wznak, ale barkami ziemi jeszcze nie dotknął. Wsparł się o nią tylko głową, łokciami w tył wygiętymi i szeroko rozstawionymi stopami. Niemiec wwalił się na niego całym ciężarem cielska i powoli, systematycznie, ująwszy go za przeguby dłoni, potworną siłą począł ręce jego od ziemi odrywać. Mięśnie Włocha napięły się i poczerwieniały z wysiłku, ale nie zdołały się oprzeć. Ręce jego w kleszczach niemieckich łap wznosiły się z wolna aż ku piersiom. Leżał już teraz, jak łuk ku górze wygięty, wspierając się o ziemię tylko potylicą głowy i piętami. W tej chwili Niemiec dźwignął się nieco i ciężarem swoich stu dwudziestu kilo­gramów uderzył jak taranem w brzuch przeciwnika. Włoch ugiął się, jak doskonały resor powozowy, ale ziemi plecami nie dotknął. Pod powtórnym ciosem rozpłaszczył się nieco więcej, żyły na nogi wystąpiły mu sinymi pręgami — znać było, że trzeciego uderzenia już nie wytrzyma. W chwili jednak, kiedy olbrzym uniósł się znowu, by po raz ostatni uderzyć i do ziemi go przygnieść, jakimś niewiarygodnym, rozpaczliwym rzutem wysunął się spod niego i zerwał się na nogi. Niemiec z całym rozmachem gruchnął brzuchem o ziemię i w tym momencie za stopy przez własną głowę przerzucony, upadł na obie łopatki.

1282

Burza oklasków powitała niespodziewane zwycięstwo. Pani Zośka, rozgorączkowana, nie była w tych owacjach ostatnią: biła z zapałem w drobne dłonie, oczy jej świeciły radością. Zwróciła się do męża:

1283

— Czy kobiety biorą udział w takich zawodach?

1284

— O ile wiem, do tego czasu nie. Walka nazbyt brutalna i przeto dla organizmu kobiecego niebezpieczna.

1285

— To by było cudowne, gdyby tak kobieta zręcznością zwyciężyła takiego męskiego potwora jak ten Niemiec.

1286

— Bądź spokojna. Kobiety zwyciężają zawsze. Nie potrzeba na to cyrku ani sceny… Tu byłoby może trudniej. Patrz tylko!

1287

Rzeczywiście rozpoczynające się trzecie spotkanie mogło służyć za przykład nielitościwej brutalności walki catch as catch can. Przeciw pięknie zbudowanemu Bułgarowi wystąpił Belg o flamandzkim nazwisku, rosły, silny i smukły, o kwadratowej głowie, zwierzęco rozwiniętych szczękach i małym, krótkim nosie. Siły i zręczność zapaśników były mniej więcej równe, ale podczas gdy Bułgar walczył z pewną rycerską wytwornością, Belg nie przebierał w środkach i używał wszystkich, w tej strasznej walce niezakazanych chwytów, posuwając się nawet niekiedy poza dozwoloną granicę, co kilkakrotnie dało powód do interwencji sędziego i żywych protestów publiczności. A więc skręcał ręce i nogi przeciwnikowi, wyłamywał mu palce, dusił za gardło, zatykał dłonią nos i usta albo powalonego w straszliwy sposób piłował kościstą brodą po żebrach. Bułgar znosił to wszystko z nadludzką wytrzymałością, broniąc się przy tym uporczywie i skutecznie. W pewnej chwili, gdy upadł na twarz, Belg wywinął mu zręcznym ruchem lewe ramię na plecy i począł je wykręcać całą mocą, trzymając równocześnie stopę na jego przygiętym karku, a kolanem drugiej nogi gniotąc mu żebra. Wargi poczęły się Bułgarowi rozwierać i drgać z bólu, oczy zaszły mu krwią, zda się, że słychać było trzask kości i ścięgien w wyłamywanym ramieniu. Ale zacisnął zęby i nie chciał się uznać za pokonanego, czym byłby walkę przerwał. Pot coraz obfitszy spływał mu z czoła.

1288

Publiczność zaczęła się niepokoić, a wreszcie krzy­czeć i grozić brutalnemu Belgowi. Kilka kobiet wyszło z sali, jedna dostała histerycznego śmiechu.

1289

Via! via! — krzyczano — przerwać walkę! Precz!

1290

Sędzia powstał i obejrzał dokładnie zmagających się w straszliwej nieruchomości zapaśników. Rozłożył ręce bezradnie na znak, że to wszystko, co Belg robi, nie jest przepisami tej walki wykluczone. Bułgar wreszcie niesłychanym wysiłkiem zdołał się unieść i, obalając sobą w tył przeciwnika, uwolnić się z jego żelaznego uścisku. Radosne brawa i wołania rozległy się dokoła. Były jednak przedwczesne. Zagrożony zapaśnik nagle zatkał mu usta szeroką dłonią i dwoma wysuniętymi jej palcami nacisnął oczy. Gdy sędzia dostrzegł ten niedozwolony ruch, poskoczył błyska­wicznie i całkiem ordynarnie trzepnął Belga w gębę. Zerwał się olbrzym i zamierzył się ściśniętą pięścią na sędziego. Ten jednak, we fraku swym zaledwie pod pachę nagiemu wielkoludowi sięgający, patrzył nań spokojnie z drwiącym uśmiechem…

1291

Belg się opamiętał i spuścił rękę. Wiedział, że ude­rzeniem byłby sobie zamknął raz na zawsze możliwość występowania nadal gdziekolwiek w zapasach.

1292

Walka rozpoczęła się na nowo, a gdy wreszcie po jakimś czasie Bułgar uległ, rozległy się, miast oklasków, krzyki i gwizdania pod adresem zwycięzcy. Ten pokazał publiczności język i wyszedł. Pokonanemu Bułgarowi urządzono owację.

1293

— Chodźmy już — rzekła Butrymowa do męża, blada i drżąca. — To jest zbyt okropne, nie mogę patrzeć.

1294

— Nie. Nie wychodź pod wrażeniem tej walki, bo cię będzie gnębić jej wspomnienie. Poczekaj jeszcze, teraz walczy przeciw amerykańskiemu negrowi[76] Anglik Cherpillod, dotychczasowy szampion[77] świata w tych zapasach. Zobaczysz walkę szlachetną i piękną, która cię nieco uspokoi. Cherpillod, zaufany w swym mistrzostwie, wyznaczył nagrodę tysiąca franków dla każdego, kto mu się potrafi dłużej, niż dziesięć minut opierać, a w tym Murzynie ma potężnego przeciwnika.

1295

Zapaśnicy stali już na estradzie. Anglik wysoki, pięknie zbudowany, kościsty, z węzłami przecudnie rozwiniętych, a przecież nie spotworniałych mięśni, uśmiechał się przyjaźnie i jasno spod maleńkiego wąsa w przystojnej i inteligentnej twarzy. Stojący naprzeciw niego Murzyn jak z brązu odlany, patrzył na szampiona z mimowolną czcią na śmiesznej, trochę wystraszonej gębie.

1296

Butrymową rozbawił od razu niezwykły kontrast tej pary.

1297

— Przecież Murzyn kości mu połamie! Jest nie­wątpliwie dwa razy mocniejszy.

1298

— Zobaczysz — odparł profesor.

1299

I zobaczyła. Po kilkunastu sekundach przewaga Anglika była już niewątpliwie widoczna. Umiejętność jego i sztuka zapaśnicza po prostu zastanawiały. Po dwóch minutach znać było, że walczy już tylko z bezwładnym ciężarem ogromnego cielska murzyńskiego. A przecież ten negr, wytrzeszczający teraz oczy z niemym przerażeniem, był jednym z najlepszych, szeroko znanych i straszliwych zapaśników. Publiczność zaczynała się bawić.

1300

Forza, Caffe-latte, forza! Nonn avete paura![78] — krzyczano wesoło, biorąc asumpt[79] z kawowej skóry murzyna.

1301

Caffe-latte bronił się, jak mógł, i bronił się rzeczywiście nader dzielnie. Wreszcie Anglik chwycił go za nogi pod kolanami i uniósłszy go w górę, jakby watą był wypchany, zakręcił straszliwego młyńca. Murzyn rozstawił szeroko ręce, na darmo usiłując znaleźć dla nich punkt oparcia. Gruchnął na ziemię, przygnie­ciony do niej błyskawicznie na obie łopatki kolanem Anglika.

1302

— Pięć minut i cztery sekundy — obwieścił sędzia.

1303

Bravo campione![80]— wołano — poverino Caffe-latte[81]!

1304

Teraz Butrym ujął żonę pod ramię.

1305

— Pójdź. Są jeszcze dwie walki, ale nie będziemy na nie patrzeć. Lepiej wyjść teraz z uśmiechem na myśl o komicznej minie tego biednego „Kawy z mlekiem”.

1306

— Nie rozumiem, jak ten Anglik mógł go zwycię­żyć — mówiła pani Zośka, wychodząc.

1307

— Pokonał go więcej mózgiem niż mięśniami, chociaż i te ma nadzwyczajne! Sztuka jego jest po prostu zdumiewająca, a przy tym nader szlachetna.

1308

— Czyż myślisz, że i tego ohydnego Belga zdołałby powalić?

1309

— Nie wiem. Przypuszczam. Chociaż w walce z tym brutalem prawdopodobnie i sam by wszelkich dozwolonych sposobów używał.

1310

Butrym urwał, a potem dodał jakby do siebie:

1311

— Szlachetność zbytnia w walce z nieprzebięrającym w środkach przeciwnikiem gubi zazwyczaj bez ratunku.

1312

Uśmiechnęła się nieznacznie i trochę lekceważąco.


1313

W zacisznym pokoju starej oberży Cappello Nero przeciągając się na łóżku, mówiła Butrymowa do sie­dzącego obok męża:

1314

— Nie będziemy dzisiaj spali przez całą noc.. Będziemy rozmawiali do samego rana. Chyba żebym ja już była bardzo, bardzo zmęczona… Wtedy zakołyszesz mnie do snu, pocałujesz mnie cichutko w oczy i bę­dziesz tu siedział przy mnie, póki nie usnę.

1315

Uśmiechnął się cicho.

1316

— Dobrze, dziecino. Dopóki nie uśniesz.

1317

— Tak. A teraz mów co do mnie… Tak mnie całowałeś, że mnie usta bolą. Opowiadaj mi teraz, jaką ładną, bardzo ładną bajkę.

1318

— Znam tylko jedną — najładniejszą.

1319

— Więc mów. Zaczyna się pewno tak: Była sobie raz taka biedna kobieta, której nikt naprawdę nie kochał…

1320

— Nie. Inny początek. Było sobie raz dwoje bardzo biednych ludzi, którzy się kochali i mogli być ze sobą niesłychanie szczęśliwi, gdyby…

1321

— Gdyby co?

1322

— Gdyby nie byli oboje tak śmiesznie dziecinni. Grali ze sobą ciągle jakąś krwawą komedię nieporozumienia, jakby się wstydząc swojej miłości i nie chcąc szczęścia, które tak blisko, tak bardzo blisko się znajdowało. Nie chcieli po prostu uwierzyć, w to, że życie jest piękne i że przy dobrej woli wszystko w życiu może być ogromnie proste. Za dużo mówili o tym, co myślą i czują, zbyt często objawiali przelotny zły humor, miast nad nim panować, zanadto wagi przywiązywali do słów i do drobnostek, zamiast widzieć w sobie wzajemnie tylko to, co w nich było dobrego i jasnego…

1323

— To wcale nie jest ładna bajka. To jest bardzo smutne, co mówisz.

1324

— Ależ to dopiero początek, zaczynają, aby się skończyć wesoło. Otóż ci ludzie niemądrzy mieli i młodość, i zdrowie, i dużo radości życia w sobie, i w nie najgorszych znajdowali się stosunkach materialnych, a nade wszystko mieli ślicznego i bardzo ukochanego synka, lecz zamiast cieszyć się tym wszystkim, dręczyli się tylko przedziwnie i ustawicznie.

1325

— Kto winien?

1326

— Nikt nie był winien, Zośka. To było zupełnie głupie nieporozumienie i nic więcej. Musiało się też z czasem wyrównać. Nadszedł taki dzień, że dobra niewidzialna wróżką sprowadziła ich niby przypadkiem razem do cudownego, zaczarowanego miasta. Byli tam zupełnie sami wśród obcych sobie ludzi i przekonali się naraz, jak są sobie bliscy i drodzy, i jak im dobrze może być ze sobą. Zdawało mi się, że łuska im nagle spadła z oczu. Zaczęli się śmiać ze wszystkich dawnych nieporozumień. Zośka, tak serdecznie zaczęli się śmiać! I nie mówiąc nic o tym, postanowili sobie nadal nie utrudniać życia, lecz cieszyć się zawsze tym wszystkim, co ono im daje…

1327

— Nie, nie! To wcale nie jest taka bajka, jaką się dzieciom do snu opowiada. Ja chcę takiej bajki w której przyjeżdża rycerz nieznany, na ślicznym, czarnym koniu… Młody rycerz, piękny i zakochany, i wyzwala królewnę, która dotąd była kopciuszkiem…

1328

Rysy twarzy skrzywiły mu się boleśnie, ale zapanował nad sobą. Odparł ze śmiechem:

1329

— Zośka, jakże ja ci taką bajkę opowiem? Nie umiem takiej bajki. A gdybym się nawet obawiał, że taka bajka może być, że się może zdarzyć kiedyś, tobym o niej mówił, lecz z zaciśniętymi zębami czekałbym jej nadejścia jak gromu…

1330

Wysunęła rękę spod kołdry i dotknęła nią jego twarzy.

1331

— Mietku, ty naprawdę tak myślisz?

1332

— Wiem o tym — rzekł, cicho palce jej całując.

1333

Naraz zaśmiała się głośno.

1334

— Ha, ha, ha! Jakąż ty masz zabawnie tragiczną minę! Och, Boże!

1335

Zmarszczył brwi mimo woli.

1336

— Nie śmiej się.

1337

— Jakże się nie mam śmiać, kiedy doprawdy! A wiesz, a propos rycerza z bajki… Poznałam tam w Monte Carlo młodego Hiszpana, o którym, zdaje się, pisałam ci nawet…

1338

— Cóż z tego?

1339

— Nic. Właśnie nic. A młody był i śliczny! Taki śliczny, że aż dreszcz mnie niespokojny przechodził, ilekroć na niego spojrzałam…

1340

— Po co mi ty to mówisz?!

1341

Mężczyzna, Kobieta, Mizoginia— A cóż w tym złego? Przecież nad tym człowiek nie panuje. Czyż ty nie patrzyłeś, czy nie patrzysz nigdy na żadną kobietę z takiem uczuciem, nawet teraz jeszcze, gdy jesteś moim mężem?

1342

— Przypuśćmy. Są jednak różnice.

1343

— No, proszę. Jakież?

1344

— Przede wszystkim ja jestem mężczyzną…

1345

— O! Tej różnicy, wiesz, że ja nie uznaję zgoła. Jestem tak samo człowiekiem i mam prawa te same.

1346

— Nie, nie masz tych praw. Tu fizjologia roz­strzyga. Ale na razie mniejsza o to. Jest jednak jeszcze i ta różnica, że ja… nie mówię o tym, zwłaszcza w tak niewłaściwej chwili, jak ty teraz.

1347

— Nie widzę w tym nic niewłaściwego. Okazuję tym tylko zaufanie do ciebie, że o tym mówię. A zresztą w tym, że mówię, masz najlepszy dowód, że nie było nic złego.

1348

— Nic złego nie było!

1349

— Naturalnie. Przyznam ci się wprawdzie, że prawie, prawie miałam ochotę puścić się z nim, po prostu dla spróbowania, jakby to wyglądało…

1350

— Zośka!

1351

— Nic się nie stało, nie bój się! Gdy mnie objął ramieniem i chciał pocałować, nagle ogarnął mnie taki niepojęty wstręt…

1352

Butrym wstał i chodził dużymi krokami po po­koju.

1353

— O cóż się ty dąsasz, Mietku? Chodź, siadaj tu­taj z powrotem. Opowiem ci…

1354

— Dość mi już opowiedziałaś.

1355

Ruszyła niechętnie ramionami.

1356

— To jest naprawdę zbyt głupie, że ja zawsze zapominam, iż z tobą jak z przyjacielem mówić nie można.

1357

— Jak z przyjacielem! Wiesz, że cię kocham.

1358

— Tak, tak. I dlatego patrzysz wciąż na mnie, jak na zamkniętą w haremie. Brr…. jakież to obrzy­dliwe! Że też wy wszyscy tacy podli, tacy podli jesteście!

1359

— Zośka, Zośka! Bój się Boga! Więc to ja teraz winien jestem?

1360

— A któż?

1361

Nie odpowiedział. Poszedł jeno do stolika opodal i usiadł, twarz ukrywając w obu dłoniach. Zaległo przez pewien czas milczenie.

1362

Nagle pani Zośka wyskoczyła boso z łóżka i usiadła mężowi na kolanach. Odsunęła mu ręce z przed twarzy.

1363

— Płaczesz? — zawołała, spojrzawszy mu w oczy. — Och, ty! Stary dzieciuchu!

1364

Objęła go nagimi rękoma za szyję i zaczęła go­rąco całować po twarzy, po oczach, po ustach…

1365

Przez chwilę usiłował się bronić, a potem z nagłym wybuchem pochylił głowę na jej pierś.

1366

— Zośka, Zośka!

VIII

1367

Biały, puszysty, cudowny śnieg pokrywał Tatry głębokie pod górami doliny. W bliższych Zakopanego okolicach, na Goryczkowej[82], na Kondrackiej[83] roiło się od narciarzy, a na Kalatówkach[84] po prostu raut się odbywał. Przed schroniskiem Towarzystwa[85] sterczał las powbijanych w śnieg jesionowych desek, przez okna, choć zamknięte, bił nieustanny szum jakby młodego roju pszczół. Co chwilę ktoś po krótkim posiłku wychodził i przypiąwszy narty, ruszał ku górze, ku przełęczy Na Patykach[86], ku Suchemu Żlebowi[87] albo dalej na Goryczkową czy też w dół z powrotem do Kuźnic[88].

1368

Dzień był cudny, mroźny i słoneczny zarazem, śnieg się iskrzył, suchy, krystaliczny, gwiżdżący pod nartami ostro. Butrym i Śniegocki, obaj na skijach[89], w białe wełniane swetry odziani, stali na wale, dzielącym górne Kalatówki od dolnych i patrzyli w stronę Suchego Żlebu. W górze ponad drugimi skałkami widać było trzy postacie, zjeżdżające w lekkich, wytwornych zakrętach całym pędem w dół. W dali wyglądały jak trzy muszki, snujące się wężem po białej płaszczyźnie i rosnące ciągle w miarę zbliżania się ku patrzącym.

1369

Śniegocki, który miał krótki wzrok, podniósł lornetkę do oczu.

1370

— A jednak pani Zośka ciągle jest na przedzie! — rzekł po chwili.

1371

Butrym uśmiechnął się z mimowolnym zadowo­leniem.

1372

— Tak, dotąd ciągle…

1373

— Gotowa wygrać zakład! — mówił Śniegocki dalej, patrząc wciąż przez szkła. — O, nie, teraz adwokat Dzióbek ją dogania… Szalona kobieta! Patrz pan, zwróciła się wprost na strzał w dół. On także. Nie chce dać za wygraną. Ma dłuższe narty, dogonił ją, mija… Pędzi jak wiatr. Jeśli się teraz nie wywali…

1374

— Już! — zawołał profesor ze śmiechem, gdyż właśnie w tym momencie w miejscu, gdzie się adwo­kat znajdował, ukazała się biała chmura śnieżnego pyłu, a po chwili sterczące dwie długie nogi, z jeszcze, dłuższymi na nich nartami.

1375

— Bóg kobietom sprzyja! Teraz pani Zośka zwy­ciężyła naprawdę, gdyż Bergerowa daleko w tyle za nimi została.

1376

Jakoż rzeczywiście w niewiele sekund Butrymowa wpadła pierwsza w szalonym pędzie na płaszczyznę górnych Kalatówek i zatoczywszy szeroki łuk, zatrzymała się twarzą wstecz ku Suchemu Żlebowi zwróconą.

1377

— Spiesz się pan! — zawołała na mecenasa Dzióbka, rękę w górę podnosząc — czekam tu już na pana!

1378

W granatowych, szerokich, około kolan obcisłych krótkich spodniach, w szarym swetrze z białym brzegiem i kołnierzem i w białej czapce wełnianej, spod której wymykały się niesforne, złote, ruchem rozburzone włosy, z zarumienioną mrozem twarzą i z jaśniejącymi oczyma, stała tak w słońcu cała, smukła, zdrowa, sprężysta i wytworna.

1379

Adwokat dojeżdżał do niej z rozwianym na wiatr szalem, cały ośnieżony i wkładał lewą ręką w oko monokl, na szczęście na sznurku uwiązany. Uśmiechał się wygolonymi ustami uprzejmie, ale kwaśno.

1380

— Byłbym z pewnością pierwszy, gdybym się nie był przewrócił….

1381

— A właśnie, właśnie! A gdzież to czapka?

1382

— Została tam gdzieś w górze. Nie miałem czasu podnosić!

1383

Butrym i Śniegocki byli już przy rozmawiających.

1384

— Dzielnieś się spisała — mówił profesor — cho­ciaż gdyby nie wypadek mecenasa…

1385

— O to właśnie idzie, aby się ustrzec, upadków! — odparła wesoło. — Szkoda, że i ty nie wziąłeś udziału w tych zaimprowizowanych wyścigach.

1386

— Niech pani nie żałuje — rzekł adwokat, kołysząc na sznurku wyrzucony znów z oka monokl — profesor jeździ z nas wszystkich najlepiej i wtedy nie byłoby zwycięstwo przy pani.

1387

— Byłaby to zabawna i niebywała rzecz, widzieć męża zwyciężającego żonę! — śmiał się Śniegocki.

1388

— No, pan by już żadnego zwycięstwa nie odniósł! — mówiła pani Zośka z udanym dąsem.

1389

— A załóżmy się! Tylko rodzaj zawodów ja sam oznaczę.

1390

Mówiąc to, wyjął z jakiejś ukrytej kieszeni poma­rańczę i rzucił ją po pochyłej śnieżnej płaszczyźnie.

1391

— Proszę! Kto pomarańczę podniesie w biegu, nie przewróciwszy się!

1392

Zaczęły się gonitwy i śmiechy, którym Butrym przypatrywał się z dala, nie biorąc udziału w zabawie. Przyłączyła się za to do niej trzecia z zawodników, pani Wanda Bergerowa, która właśnie nadjechała z góry, żartując ze swego towarzystwa, że niepotrzebnie się tak śpieszyło, gdyż ostatecznie znowu wszyscy na jednym znajdują się miejscu.

1393

Po jakimś czasie, gdy już wszyscy byli zmęczeni, a pomarańcza zupełnie rozgnieciona nartami, Butrymowa zbliżyła się do męża.

1394

— Dziwny jesteś — rzekła półgłosem — wszyscy się bawią i dokazują, a ty jeden swoją powagą zupełnie psujesz nastrój. Czy nie mógłbyś na chwilę zapomnieć, że jesteś profesorem uniwersytetu?

1395

— Ha, cóż robić! Starzeję się widocznie naprawdę, jak mi to tak często przypominasz — odparł z nieco melancholijnym uśmiechem.

1396

Towarzystwo się rozdzieliło. Mecenas spotkał w schronisku jakieś znajome panie, przy których po­został, profesor ruszył samotnie dalej w stronę hali Goryczkowej, a Butrymowa ze Śniegockim i Bergerową ku domowi.

1397

Bergerowa, młoda, przystojna i nader ruchliwa wdówka, mówiła przez drogę do pani Zośki:

1398

— Ty masz męża po prostu nadzwyczajnego! Przecież to sława europejska, a taki naturalny i miły! A jak doskonale w tym stroju narciarskim wygląda!

1399

Butrymowa uśmiechnęła się z zadowoleniem i obejrzała się przelotnie poza siebie, gdzie widać było wdali profesora, wjeżdżającego właśnie na leśną drogę. Na białym tle śniegu rzeczywiście smukła postać jego wyglądała młodzieńczo i zgrabnie. Pod samym la­sem na moment zatrzymał się i odwrócił. Schwycił wzrok żony, przesłał jej przyjazny ruch ręką i wjechał w las po zaczynającej się tu właśnie pochyłości.

1400

— Kocha cię — szepnęła Bergerowa.

1401

Pani Zośka zaczerwieniła się gwałtownie.

1402

— Och! Tyle już lat żyjemy ze sobą…

1403

— Nie udawaj, że ci na nim nie zależy, bo ci go za karę zacznę bałamucić!

1404

— Ależ proszę cię, proszę, moja droga! Będę bardzo rada patrzyć, jak się to będzie odbywać!

1405

— Ej, nie wywołuj wilka z lasu, bo jeśli nie ja, to może inna…

1406

— Na inną nie spędzajmy — wmieszał się Śniegocki żartobliwie — niech już pani sama ten dobry zamiar wykona, a ja tymczasem zacznę „robić oko” do pani profesorowej.

1407

— Pan?

1408

— A naturalnie! Cóż mi brakuje? — jestem przy­stojny, młody…

1409

— Łysy — dodała Butrymowa.

1410

— Och! Ugodziła mnie pani w piętę achillesową, którą wbrew wszelkim zasadom fizjologii noszę na głowie! Zresztą profesorowi już także czupryna dobrze „prześwietla”.

1411

— Ogłasza się konkurs na młodzieńca z bujnym poszyciem! — krzyczała Bergerowa.

1412

— Śmiejąc się, żartując, schodzili w dół ku Kuźni­com. Ponieważ droga była stroma, więc odpięte z nóg narty trzeba było nieść na plecach: Pani Zośka wkrótce oddała swoje Śniegockiemu.

1413

— Niech pan dźwiga!

1414

— I moje! I moje! — zawołała Bergerowa, pakując na biednego docenta trzecią parę nart.

1415

— A gdzież równouprawnienie? — krzyczał z komicznym przerażeniem — ja dźwigać mam wszystko, a panie idą sobie swobodnie. Wszak panie obie ciągle głosicie równość płci…

1416

— Mój panie — rzekła Butrymowa — równość płci, to znaczy, że my mamy mieć te same prawa, co wy, oraz przywileje, które miałyśmy dotychczas. Wtenczas tylko, jako słabsze fizycznie, będziemy z wami zrównane.

1417

— Doskonale! Pysznie! — przyświadczała Berge­rowa, klaszcząc z zapałem w małe, pulchne rączki.

1418

— A no, chyba że tak — i z ciężkim westchnie­niem ruszył naprzód, objuczony całą wiązką drzewa.


1419

GóryButrym stał na przełęczy i patrzał ku południowi. Jak okiem zasięgnąć, faliste morze białych, skłaniającym się już słońcem pozłoconych szczytów. Ponad śnieżnym pasmem, dzielącym Dolinę Cichą[90] od Koprowej[91], sterczał wysoko graniczny słup Tatr, Krywań[92], sędziwy i pochylony, i skrząc czołem od słońca, rzucał poza siebie dalekie, granatowe cienie, pod których osłoną w żlebach głębokich mroźna noc się już czaiła. Po straszliwej, poszarpanej grani Hrubego[93] słońce też jeszcze wierzchem chodziło, zamieniając ją z wolna na potworną, olbrzymią, stalową piłę, o zębach ku niebu sterczących, jakąś świetlistą posoką skrwa­wionych. Na dnie Doliny Cichej ścinał się już w mro­zie i tężał cień coraz gęstszy, z lasów osędziałych, ze spaszt, ze żlebów głęboko rytych, coraz obficiej wyciekający.

1420

Butrym, stojąc w słońcu, odkrył głowę i pełną piersią wciągał rzeźwe, spokojnie zimowe powietrze gór. Zagubił w tej chwili poczucie swoich lat i swojego stanowiska w świecie, który w dole za sobą zostawił. Lekko mu było i szeroko, miał w mięśniach czucie pędu, któremu każdej chwili może się poddać, mknąc z zawrotną szybkością po tym olbrzymim, białym stoku, ponad zawianymi śniegiem przepaściami jak duch, zaledwie ślad poza sobą na marznącym już śniegu pozostawiając. Cieszył się tym uczuciem i upajał, i z wyrafinowaniem odwlekał chwilę, gdy tu pod przełęczą łuk zatoczywszy ruszy w dół wiatru, rozcinanego piersią, świst koło uszu posłyszy…

1421

Aż wreszcie, gdy stał tak nieruchomie, przed wieczorem przejmujące zimno przypomniało mu, że czas wracać jednak. Miał właśnie ruszyć, kiedy, raz jeszcze wokół na pożegnanie się rozglądając, dostrzegł dwie postacie w śmiałych łukach od Kasprowego Wierchu zjeżdżające. Narciarze snać z dalszej, może wielodniowej wracali wycieczki, gdyż wory mieli ciężkie na sobie i w ręku, miast lekkich kijów, czekany na długich osadzone toporzyskach. Jadący naprzód młody, smukły chłopak dźwigał oprócz tego zwój lin, przewieszony przez ramię, towarzysz jego, silny, przypadzisty i krępy, wyglądał z dala, jak gdyby pod worem w jakiś obcisły, czerwony sweter był ubrany, dopiero gdy się nieco zbliżyli, zauważył Butrym, że jest nagi do pasa i czerwieni się własną skórą, spaloną od słońca, wiatrem i mrozem wysmaganą.

1422

I oni dostrzegli profesora, i podjechali na przełęcz ku niemu. Butrym poznał w jadącym na przedzie niejakiego Borzyckiego, ucznia swego niegdyś z uniwersytetu. Za nim zdążał przyjaciel jego i towarzysz stały górskich wycieczek, Makuch, który — gdy tylko się zatrzymali — ze zrzuconego na śnieg wora wydostał koszulę i grubą wełnianą bluzę i raźno się począł przed mrozem odziewać. Dotychczas nie czuł go w żywym ruchu.

1423

Profesor tymczasem witał się z Borzyckim.

1424

— Tak pana niespodziewanie spotykam! Słyszałem, że pan w przeszłym roku wyjechał za granicę i tam już miał studia zakończyć…

1425

Borzycki zmieszał się i skraśniał jak panienka.

1426

— Ach, rzeczywiście, miałem takie plany, ale ostatecznie po rocznym za granicą pobycie wróciłem znów tutaj…

1427

Butrym, zdziwiony niewytłumaczonym zmiesza­niem się chłopaka, mimo woli przypatrzył mu się bystro… Makuch tymczasem, kończąc się ubierać, mruczał coś gniewnie pod nosem. Butryma doleciały, tylko oderwane, o dobrym humorze mruczącego nieświadczące słowa: zawsze baba…. to głupie bydlę i inne tym podobne.

1428

Zwrócił rozmowę na inny przedmiot.

1429

— Jeśli to panom nie przeszkadza — rzekł — możemy razem wracać do Kuźnic.

1430

— Ależ owszem! — odparł raźno Borzycki. — Tak się prawdziwie ucieszyłem, gdy profesora zobaczyłem i poznałem na przełęczy. Powiedziałem zaraz koledze Makuchowi, abyśmy zboczyli… i chciałem sam zaproponować wspólny powrót.

1431

— Tak — wtrącił Makuch — ale teraz czas wracać naprawdę. Mróz pod wieczór bierze.

1432

Ruszyli z miejsca w dół. Teraz Makuch jechał na przedzie, profesor w środku, a Borzycki ostatni. Wiatr zaświszczał Butrymowi w uszach, przestrzeń śnieżnego stoku, dzieląca ich od dna Kotła Goryczkowego, topniała przed nim z przerażającą szybkością. Serce uderzyło mu raźnie rozkoszą życia i pędu i uczuł się naraz rówieśnikiem tych dwóch studentów, z którymi mknął tak na wyścig. Makuch wiódł od przełęczy wężem, potem naraz zwrócił się na lewo popod stok Kopy Goryczkowej, jeszcze raz tuż nad Kotłem zakręcił ostrym łukiem na prawo i wpadł na błyszczący jak tarcza płaśń zlodowaciałej szreni. Narty zgrzytnęły mu po gołoledzi, nie znacząc śladu za sobą, zniosły go w poprzek kilka metrów w dół, ale utrzymał się na tęgich nogach i wpadł równym pędem na ścielący się znów dalej dobry, miałki śnieg.

1433

Butrym mógł bez trudu, skręciwszy nieco powyżej, ominąć przeszkodę, na którą student wjechał snać umyślnie, ale wstyd mu się tego zrobiło. Zebrał się w sobie i wziąwszy nieco narty na kant, prześliznął się przez szreń, lżej jeszcze niż poprzednik. Makuch, który zatrzymał się w dole i patrzył, zdjął czapkę szacunkiem.

1434

— Ależ profesor jeździ! Myślałem, że pan ominie albo — na psa urok — wysypie się! Ale teraz widzę, że profesor jest naprawdę wielki człowiek!

1435

Powiedział te słowa z tak głębokim przekonaniem i zachwytem, że Butrym roześmiał się głośno.

1436

— Bardzo mnie cieszy pańska pochwała — rzekł — ale pozwólcie panowie, że teraz ja pojadę naprzód i będę mniej… bohaterskie drogi wybierał.


1437

W kuźnickiej restauracji, gdzie wstąpili na szklankę herbaty, spotkał Butrym niespodziewanie księżną Helenę. Zauważył, że Borzyckiemu zapłonęły oczy na jej widok, Makuch zaś, zoczywszy[94] ją, splunął zgoła niegrzecznie i przypomniał sobie naraz, że ma bardzo pilny interes w Zakopanem, który mu tutaj zatrzymywać się nie pozwala. Przypiął więc narty i uczepiwszy się jakichś powracających sanek, ruszył za nimi w dół.

1438

Księżna Helena, od dwóch czy trzech lat wdowa po starym i bogatym księciu, niegdyś dama wytwornego towarzystwa, obecnie sławna aktorka, występowała w czasie sezonu w prywatnym teatrze, który podobno dla niej wybudował, nie szczędząc milionów, w Zakopanem Roman Turski, wielbiciel jej sprzed dawnych lat, niezmiernie w Azji zbogacony. Wyglądała przepysznie mimo zbliżającej się, jeśli nie minionej już, czterdziestki. Wysoka, smukła, czarnowłosa i prawdziwie piękna, zdawała się stać poza wszelką rachubą czasu, wiecznie świeża i ponętna strząsała jeno lata jak zwiędłe kwiaty ze skroni.

1439

Z żywą radością przywitała się z Butrymem, czemu on zdziwił się trochę, gdyż znajomość ich w ostatnich czasach znacznemu jakoś uległa oziębieniu. Borzyckiemu podała lewą rękę i Butrym zauważył, że uścisnęła mu palce, gdy ją całował.

1440

— Czy panowie razem byli na wycieczce? — zapytała z uroczym uśmiechem, jakby ze zdziwienia szeroko oczy otwierając. — Profesor ze swym uczniem?

1441

— Nic by nie było w tym dziwnego — odparł Butrym, ale w istocie spotkaliśmy się całkiem niespodziewanie na Goryczkowej Przełęczy.

1442

— Czy pan wie, że pan Borzycki namawia mnie ko­niecznie, abym się uczyła jazdy na nartach? Próbowałam już przed rokiem czy dwoma ze znajomym moim, panem Golińskim, ale nie szło. Strasznie się boję upadku! A pańska żona podobno jeździ bardzo dobrze?

1443

— Tak, nieźle.

1444

— Dawno pani nie widziałem… Ach, panie Stefku…! Niech się profesor nie dziwi, że ja tak pana Borzyckiego nazywam, ale to takie chłopiątko jeszcze.

1445

— Nie dziwię się niczemu i co najwyżej zazdroszczę — rzekł ze zdawkowym pochlebstwem.

1446

Spojrzała nań długo, przeciągle, a potem odwróciwszy się, zamieniła z Borzyckim kilka zdań, których Butrym nie mógł dosłyszeć. Widział tylko, jak podała chłopcu rękę, którą tenże z niskim pokłonem gorąco ucałował. Potem dodała głośno:

1447

— Będzie pan dziś u mnie wieczorem, panie Ste­fanie?

1448

— Jeśli pani pozwoli…

1449

Borzycki pożegnał się z profesorem i wyszedł. Księżna patrzyła za nim w zadumie.

1450

Ocknęła się po chwili.

1451

— To taki śliczny i taki czysty w duszy chłopiec…

1452

— Tak — przyświadczył Butrym — bardzo dzielny i piękny człowiek. Zdziwiłem się, gdym go tu zobaczył, gdyż miał studia kończyć za granicą…

1453

— Powrócił… dla mnie — rzekła, nie patrząc na profesora.

1454

— Jak to? — Zapytał Butrym zgoła dziecinnie, wyznaniem tym zaskoczony.

1455

— Kocha się we mnie — szepnęła. — Ach, Boże! To takie beznadziejne… Lubię go bardzo, ale przecież nie mogę… Dzieciak taki.

1456

Butrym nie wiedział, co odpowiedzieć. Na ustach miał prośbę: Niech mu pani da spokój…. ale to przecież byłoby bezcelowe. Serce ścisnęło mu się przykrym uczuciem, przypomniał sobie długą litanię ludzi zmarnowanych dzięki tej kobiecie… Nawet Turski, który pozornie ocalał, na nowo coraz więcej w moc jej popada.

1457

Ona tymczasem rzuciła z nagła:

1458

— Czy pan wie, że wychodzę za mąż?

1459

— Znowu? — Wyrwało mu się mimo woli, gdyż sobie przypomniał niedawne jej narzeczeństwo z niejakim panem Rohitynem[95], który dotąd chodzi za nią jak cień i wszystkim nieproszony o swojej wielkiej miłości do niej opowiada.

1460

Ruszyła ramionami z lekkim zniecierpliwieniem.

1461

Ach, tamto było głupstwo. Zresztą to tak dawne dzieje… Wówczas pan mnie właśnie przekonywał, że nie powinnam tego robić, i posłuchałam pana na swe szczęście.

1462

Butrym pamiętał, że było wprost przeciwnie, mianowicie bronił nawet ograniczonego, ale dość poczciwego Rohityna, którego wszyscy obmawiali i radził jej, aby wyszła za niego rzeczywiście, nie sprostował tego jednak, co mówiła.

1463

Ona tymczasem ciągnęła dalej:

1464

— Teraz, to zupełnie co innego… Żeni się ze mną… Turski. Drgnął, posłyszawszy to nazwisko.

1465

— Turski? A cóż…

1466

Urwał szczęśliwie. Chciał odruchowo zapytać, co będzie z aktorem Płażyńskim, o którym wiedział jako o ostatnim jej niemal oficjalnym przyjacielu… Zamiast tego, skłonił się tylko grzecznie.

1467

— Winszuję.

1468

Przypomniał sobie teraz, że wspominał mu pewnej nocy doktór Krasołucki o zamierzonym małżeństwie Turskiego, zapomniawszy jeno dodać, z kim się żeni, ale on przecież tego powinien się był domyśleć!… Po raz drugi tego wieczora serce ścisnęło mu się dziwnie przykrym uczuciem, choć usiłował w myśli przekonać siebie samego, że to ostatecznie jest przewidziane i może najlepsze rozwiązanie…

1469

Księżna mówiła:

1470

— Dziękuję panu. Widocznie przeznaczone to nam już było, abyśmy się w końcu połączyli. — Roman kochał mnie już przed kilku laty (kilkunastu — poprawił Butrym w myśli), ale ja wtenczas byłam zamężna i zmusiłam go, aby wyjechał…

1471

Butrym wiedział, że było inaczej, bo Turski wówczas uciekł sam.

1472

— I widzi pan — mówiła znów — przed losem swoim człowiek nie uciecze! Jesteśmy znów razem i zawsze będziemy…

1473

— Tym razem teatr państwa połączył — rzekł, aby cośkolwiek powiedzieć.

1474

Ruszyła ramionami.

1475

— Ten teatr… To nie był szczęśliwy pomysł Romana, budować tu gmach taki kosztowny. Oddajemy go w dzierżawę byłemu dyrektorowi z Krakowa, Malinowskiemu. Pan go zna!

1476

— Więc pani już występować nie będzie!

1477

— Nie znajduję tutaj dość szerokiego pola dla rozwinięcia swej artystycznej indywidualności. Zaraz po ślubie wyjedziemy za granicę. Może tam…


1478

Bergerowa leżała na wznak na otomanie w pensjonatowym pokoju pani Zośki i paliła papierosa. Wpatrzona w błękitny dymek plotła swoim zwyczajem bardzo swobodnie. Butrymowa mało jej odpowiadała. Wprawdzie w zasadzie była zawsze gotowa bronić prawa kobiet do rozmów, co najmniej również zuchwałych jak ta, które mężczyźni między sobą prowadzą, ale w rzeczywistości nie lubiła ich i nie wiedziała po prostu, jak się ma zachować.

1479

WdowaBergerowa nie zdawała się tego spostrzegać. Opo­wiedziawszy jej o różnych niedogodnościach stanu wdo­wiego i środkach, jakie na nie wynajduje, zaczęła roztrząsać nader szczegółowo i ze zdumiewającą znajomością rzeczy przypuszczalne zalety i wady znajomych mężczyzn między osiemnastym a pięćdziesiątym rokiem życia. Naraz zapytała zupełnie niespodziewanie:

1480

— Zośka, czy tobie naprawdę wcale by o to nie chodziło, gdyby cię mąż zdradzał?

1481

Butrymowa zrobiła nieokreślony grymas.

1482

— Mój Boże, nie zastanawiałam się nigdy nad tym tak dalece…

1483

— „Tak dalece” jest doskonałe! Ale przecież mo­żesz sobie wyobrazić, jak byś się w danym wypadku zachowała?

1484

Zatrzęsła się naraz.

1485

— Brzydziłabym się nim! — odparła szczerze.

1486

— Aż tak! To za wiele… Pomyśl na przykład, że miałby romans ze mną. Ja przecież — mogę ci zaręczyć — jestem czyściutka, pachnąca i miła i nie byłoby zgoła powodu do obrzydzenia.

1487

— To co innego. Myślałam o takiem… poniewieraniu się z ulicznicami… Wiem, że tego nie robi. Na to jest zbyt wybredny. A co do tak zwanych romansów… mój Boże! Czyż ja mogę powiedzieć na pewno, że on ich nie miał albo nie ma? Cóż mnie to obchodzi.

1488

Mówiąc to, usiłowała zrobić minę jak najbardziej obojętną i lekceważącą.

1489

Bergerowa zaśmiała się złośliwie.

1490

— Wcale, wcale cię nie obchodzi?

1491

Pani Zośka brawurowała dalej:

1492

— Naturalnie. Myślę nawet czasem, żeby mu to bardzo dobrze zrobiło, gdyby się trochę zakochał. Odmłodniałby zaraz…

1493

— Aha. Rozumiem. A ponieważ mężowie niewierni są zwykle przez poczucie winy dla żon swych najtkliwsi, więc na tym odmłodnieniu ty byś zyskała.

1494

— Jak to? — spytała pani Zośka wcale naiwnie i w tej chwili dopiero, zrozumiawszy sens słów Bergerowej, poczerwieniała nagle po same białka oczu.

1495

— Ach, jesteś obrzydliwa! Nigdy o czymś podobnym nie myślałam. W ogóle tak gardzę tą stroną życia…

1496

— Naprawdę? Bardzo, bardzo gardzisz? Bo co do mnie, to przyznam ci się, że nie mogę tego powiedzieć.

1497

— Widocznie masz inne usposobienie — odparła pani Zośka sucho.

1498

— Usposobienia są wszystkie pod tym względem jednakowe. Tylko, czasem… Chodź no tu bliżej i nie udawaj panienki. Otóż widzisz, niekiedy dość czasu upłynie, zanim się spotka mężczyznę, który…

1499

Pani Zośka wstała z otomany, na którą ją Bergerowa przemocą posadziła.

1500

— Dajmy pokój tej rozmowie. Może ci się to wyda śmieszne, ale doprawdy tak mnie ten temat strasznie, nie bawi… O czym tu mówić ostatecznie? Jeśli chcesz, możesz męża mego bałamucić, nie mam nic przeciw temu.

1501

Zaczęła się krzątać po pokoju, choć właściwie nic w nim nie miała do roboty. Bergerowa wodziła za nią w milczeniu wzrokiem ciekawym i trochę szyderczym.

1502

Gdy w jakiś czas Butrym wrócił do domu, zastał już żonę samą. Siedziała przy stole i pisała jakiś list.

1503

— Do kogo piszesz? — spytał obojętnie, poglądając jej mimo woli przez ramię.

1504

— Nic ważnego — rzekła, marszcząc brwi przelotnie i schowała pismo do rozłożonej teki.

1505

Usiadł na otomanie, gdzie przed godziną siedziała piękna wdówka i przeciągnął się, aż mu kości w sta­wach zatrzeszczały.

1506

— Aa! Byłem na Goryczkowej, zmęczony jestem trochę. Tak się podle odzwyczaiłem od żywszego ruchu… Wyjdziemy prawdopodobnie gdzieś wieczo­rem? Trzeba się przebrać, a tak mi się nie chce!

1507

— Możemy zostać dziś w domu.

1508

— Jak wolisz.

1509

Zawinął ręce z tyłu głowy i rzucił się plecami na oparcie kanapy.

1510

— Wiesz, spotkałem w Kuźnicach księżną Hazarapelianową.

1511

— Tak? — rzekła bez zainteresowania, chodząc po pokoju.

1512

Zaczął jej opowiadać o swojej z nią rozmowie, a po­tem rzucił jako wielką nowinę:

1513

— I pomyśl! Wychodzi za mąż za Turskiego!

1514

— Wiem o tym od dawna.

1515

— Skąd?

1516

— Mówił mi Turski sam, pierwszego dnia, gdyśmy się spotkali w Monte Carlo.

1517

— I nic mi o tym nie powiedziałaś!

1518

— Czyż to takie interesujące? Nie przywiązywa­łam wagi do tego.

1519

— Przecież to jest interesujące po prostu nadzwy­czajnie! Człowiek, który przez dziesięć lat błąkał się po Azji, aby zapomnieć o tej kobiecie, wrócił w przekonaniu, że jest wyleczony zupełnie i powoli, powoli wsiąkł w towarzystwo jej byłych… wielbicieli, swoich następców, których ona wciąż wodzi za sobą, aż teraz ma ją nazwać swoją żoną!

1520

— To tylko dowód, jak ona umie sobie z ludźmi postępować.

1521

— Albo jak ludzie są głupi — dodał Butrym i zamyślił się.

1522

Po pewnym czasie podeszła ku niemu i usiadła blisko.

1523

Zdrada, Małżeństwo— Mietek, słuchaj, czy mnie ty często zdradzasz?

1524

— Ach, dziecko! — zaśmiał się żartobliwie — gdy mi czasem tak bardzo dokuczasz, to chciałbym ci na złość to zrobić, ale właściwie to mi się tak pie­kielnie nie chce!

1525

— Jak to ci się nie chce?

1526

— Ano widzisz — żartował dalej — trzeba by zachodów, starań, potem się trzeba ukrywać, tyle kłopotów!

1527

— Tak, a ty się już starzejesz i jesteś wygodny — rzekła z przekąsem.

1528

Podniósł się i ujął jej rękę.

1529

— Słuchaj, teraz mówię poważnie. Nie zdradzam cię i nawet nie szukam w tym żadnej zasługi. Nie potrafiłbym tego robić, bynajmniej nie dla jakichś zasad, ale po prostu dlatego, że krew moja wszystka zanadto jest pełna ciebie.

1530

Milczała, zapatrzona w jakiś punkt przed sobą.

1531

On tymczasem zaczął miękko gładzić jej włosy.

1532

— Jeśli cię z kim zdradzam, to tylko z tobą samą. Jesteś mi nie tylko żoną, ale i kochanką. I dlatego…

1533

Urwał i cofnął rękę z jej głowy.

1534

— Mietek, co ci?

1535

— Przypomniało mi się… Tak niepotrzebnie mó­wiłaś mi… to w Wenecji…

1536

— Co?

1537

— O tym Hiszpanie. Ach! Powraca mi to wciąż na myśl, ilekroć…

1538

— Nie bądź śmieszny! To takie głupstwo. Powiedziałam, bo może tylko chciałam ci dokuczyć.

1539

— Ja też staram się nie myśleć. Ale przypomina się ciągle i tak obrzydliwie boli. To mi ciebie po prostu brudzi.

1540

Wstała z niechęcią.

1541

— Jesteś śmiesznie romantyczny. Całe szczęście, że biorę to wszystko za mimowolną komedię z twej strony, gdyż inaczej musiałabym przypuścić, że dla ciebie wciąż jeszcze ideałem jest Wirginia, która ginie raczej z tonącym okrętem, aby się tylko dla ratunku nie obnażyć wobec marynarzy!

1542

— Nie, nie, to zupełnie co innego! Tu nie o czyn idzie, nie o fakt, którego nawet nie było, ale po prostu o uczucie, choćby najbardziej przelotne.

1543

— Uczucia są mimowolne i człowiek nad nimi nie panuje.

1544

— Właśnie, i dlatego też one są miarą wartości człowieka.

1545

— Ano, trudno. Widocznie więc ja, wobec tego, że jakiś tam Hiszpan na moment wywarł na mnie wrażenie, jestem istotą upadłą i zgubioną, samymi zdrożnymi wyposażoną instynktami. Voila!

1546

— I jeszcze nie o to idzie. Ale widzisz, gdybyś nie dawała przyzwolenia temu przelotnemu i mimowolnemu uczuciu, tobyś się go wstydziła przed samą sobą i mnie byś nie opowiadała — w taki właśnie sposób!

1547

— A tak, kłamać, kłamać i kłamać! To jest twój męski ideał kobiety! Och, Boże! Jakiżeś ty głupi! I ty się jeszcze śmiesz oburzać na taką księżną Helenę! Przecież to właśnie kobieta wedle twego serca!

1548

— Nie rozumiesz mnie, jak zawsze.

1549

— Widocznie nie dorosłam do twojej mądrości i… moralności.

1550

— Nie chcesz mnie raczej rozumieć. Przecież pomyśl: Gdyby cię kto napadł i gwałt ci zadał, najgorszy jaki można, jeśliby się to tylko stało bez twej winy i wewnętrznego przyzwolenia, nic by ci nie można było zarzucić. Natomiast…

1551

— Dobrze, dobrze, już wiem, tylko skończ już na miłosierdzie boskie, bo to tak strasznie nudne! Dręczysz mnie i siebie nie wiadomo za co, dlaczego i po co?

1552

— Ha, może.

1553

Zamilkli na jakąś chwilę. Pani Zośka chodziła znów po pokoju dużymi krokami. Wreszcie po pewnym czasie zbliżyła się do siedzącego wciąż męża i podsunęła mu dłoń ku ustom.

1554

— Pocałuj i przeproś. Nie wart jesteś doprawdy, abym była dobra dla ciebie.

1555

W milczeniu dłoń jej całował.

1556

— A widzisz, tak mi dokuczasz, i to jeszcze teraz, gdy mam takie straszne zmartwienie.

1557

Spojrzał na nią badawczo.

1558

— Co się stało? Czy miałabyś od ciotki list z domu? Może Jacuś chory?

1559

— Nie… Ech, nie ma o czym mówić, głupstwo. Jak będzie trzeba, to ci powiem.

1560

— Powiedz teraz — rzekł zaniepokojony.

1561

Zaśmiała się.

1562

— Ależ mówię ci, że nic takiego… Tak mi się tylko zdawało…

1563

Przysiadła ku niemu i oparłszy głowę na jego ra­mieniu, wbrew dopiero co wypowiedzianym słowom, szepnęła cicho:

1564

— Pożałuj…

1565

Objął ją i przygarnął do piersi:

1566

— Posiedź trochę tak cichutko. A może chcesz, żeby ci znowu jaką bajeczkę opowiedzieć? Tak, jak w Wenecji?

1567

— Nie. Nie chcę.

1568

Mówił z ustami przy jej skroni:

1569

— Mimo wszystko taki mi jasny w pamięci ten dzień wenecki pozostał. Pieszczę się nim we wspomnieniu jak kwiatem. Tak mi dobrze tam z tobą było. A ty, Zosik? Powiedz, a ty?

1570

Żachnęła się naraz od niego.

1571

— Nie, nie! Ja nie chcę o tym dniu myśleć!

1572

— Dlaczego? Dlaczego?

1573

— Widzisz, to jest właśnie to moje zmartwienie. Tak się boję…

1574

Urwała i odeszła ku stolikowi.

1575

On powstał i spojrzał na nią z jakąś budzącą się, jeszcze niewyraźną, radosną nadzieją.

1576

— Zośka?

1577

— Jeśliby tak było naprawdę, to oknem na bruk wyskoczę.

1578

Ukryła twarz w dłoniach i zaczęła cicho płakać.

IX

1579

Turski pisał z Monachium do Butryma:

„Kochany panie Mieczysławie, żyję tu od paru tygodni prawie samotnie, a taką gwałtowną odczuwam potrzebę mówienia do kogoś o tym wszystkim, co myślę… Siedzę w ogromnej kawiarni, stoi przede mną flaszka wina reńskiego, naokoło pełno ludzi, świateł, krzyku… Może to zresztą przemijająca słabość, ale czuję się strasznie samotnym w tej chwili. Nie wiem dlaczego, Pan mi właśnie na myśl przychodzi i z Panem chciałbym rozmawiać.

Z Panem jednym. Może to dlatego, że spośród wszystkich ludzi, jakich po powrocie z mojej dalekiej długiej wędrówki w kraju spotkałem, u Pana tylko zdołałem spostrzec to coś, co się szczerością nazywa, i dla mnie jest tak bardzo cenne. Nie wiem nawet, czy dobrze określiłem to, co mam na myśli. Ale Pan mnie zrozumie. Pan myśli uczciwie i uczciwie czuje. Rozmawiając z Panem, choćby o rzeczach najobojętniejszych, mam zawsze to wrażenie, że stoję nad głęboką i czystą wodą, przez którą widać dno odległe zawsze, czasem przelotną falą na powierzchni chwilowo zaćmione, ale zawsze pewne, niewzruszone, niekryjące już nic poza sobą, żadnego podstępu, żadnej zdrady, żadnej rzeczy, którą trzeba ukrywać.

Poza tym w stosunku z nikim tego uczucia nie miałem i oto dlaczego pragnę dziś właśnie mówić do Pana.

Czy mam co do powiedzenia? Właściwie nic. Sły­szał Pan już zapewne od żony, że w najbliższym czasie — zaraz po powrocie — wstępuję w związki małżeńskie. Takie to dla mnie dziwne i niespodzie­wane, choć przecie właściwie — jak teraz jasno widzę — całe życie moje ku temu ostatecznemu zdążało celowi.

Pan jest astronomem, szkoda, że nie astrolo­giem, może by Pan wyczytał mój los w gwiazdach…

Dziwnie, dziwnie się wszystko w życiu układa. Zna Pan całą moją historię, powiedzmy raczej: naszą historię, nie będę więc, z niczego robił zbytecznych tajemnic. Uciekłem przed tą kobietą przed kilkunastu laty, gdy widziałem, że nie mogę jej posiąść na wyłączną własność, uciekłem, choć powiedzieć tego nawet nie umiem, jak mi to przyszło ciężko. I nie wróciłem, aż po dziesięciu latach, kiedym był pewien, że nie żyje już we mnie nic z tego, co było. Czy ta pewność moja nie była przedwczesna — bo ja wiem? — Bo ja wiem! Zastałem ją w innych warunkach, inną, zmieniło się wszystko, zdawało mi się, że to, co było, jest już tak przekreślone, wymazane i zapomniane.

LosA przecież nie można uniknąć swojego losu.

Nie mogłem być pierwszym, nie mogłem być jedynym, niechajże będę tym ostatnim, w którego oczach złote słońce w najcudniejszej krasie zachodzi. Nakłania się już dzień żywota: podobno o tej godzinie przychodzi ostateczna, siódma szczęśliwość…

Dlaczego ja o tym wszystkim piszę? Bo dziwny, niewytłumaczony niepokój mną owłada. Czy Pan miewał kiedy w życiu to wrażenie? Wdzierałem się raz na niedostępny, nogą żadnego Europejczyka nie tknięty jeszcze szczyt na granicy Tybetu. Marzyłem o nim przez cały rok, poświęciłem wiele trudu i kosztów i starań. I nareszcie pewnego pięknego wieczora stałem u jego stóp. Błyszczał przede mną w niesłychanej krasie, cały z lodu i ze słonecznego złota. Nazajutrz z kilku dobranymi i wypróbowanymi od dawna góralami miałem rozpocząć z nim walkę. Serce drżało mi dziwną, niecierpliwą radością.

I wie Pan, w tej właśnie chwili uczułem coś, co ogromnie trudno słowami określić! Nie wierzyłem swojej dobrej gwieździe. Zdało mi się naraz, że musi zajść coś takiego, co mi nie pozwoli spełnić gorącego od lat życzenia. Cokolwiek bądź. Może to być zarówno zwichnięcie nogi, jak jakieś potworne trzęsienie ziemi, które dumny szczyt wniwecz obróci… A przecież byłem tak bliski, tak bliski celu!”

1580

Butrym odłożył list.

1581

— Głupstwa pisze — mruknął przesądnie, myśląc o sobie.

1582

Ale te „głupstwa” nie schodziły mu z myśli. Przecież i on w tej chwili znalazł się niespodziewanie blisko celu, o którym od jakiegoś czasu marzył… Obawy żony, a jego nadzieje, były już prawie pewnością… Czemuż ten Turski — nieproszony — pisze mu ten list i uświadamia mu skryty, zimny lęk, który w nim nurtuje? Mogłobyż się naprawdę stać jeszcze coś takiego, co by cały plan jego, przypadkiem tak cudnie się spełniający, wniwecz zdołało obrócić?

„Zwichnięcie nogi albo zawalenie się góry — wszystko jedno!”

1583

Tak, powód jest zupełnie obojętny i w skutkach równoznaczny. Czy pożar domu został wywołany uderzeniem piorunu, czy nieostrożnym rzuceniem zaledwie tlejącej się[96] zapałki, jednakowo pozostają zgliszcza i nad nimi z załamanymi rękoma ludzie, którzy wczoraj jeszcze mieli dom i ciszę, i spokój, i szczęście…

1584

Wstrząsnął się.

1585

Ad me non pertinet![97] — wypowiedział głośno stare, rzymskie zaklęcie.

1586

Podniósł znowu list ku oczom.

„Na szczycie byłem trzeciego dnia…”

1587

— A jednak! — Odetchnął z ulgą, jakby to i o jego losie miało wyrokować.

„…. ale okazało się z następnych pomiarów i obliczeń, że to nie jest ten szczyt, o który mi właśnie chodziło. Przewodnicy mnie zbałamucili, czy ja sam na fałszywą wszedłem drogę? Obiecywałem sobie błąd powetować i nie powetowałem go nigdy. Zawsze jakieś drobnostki, nieprzezwyciężone stały na przeszkodzie.

I teraz w dużej, jasnej kawiarni, przy butelce reńskiego wina przypomina mi się to wszystko.

Mam wrażenie…

Nie, nie! Nie chcę mówić! Zbyt długo żyłem wśród ludzi Wschodu, pełnych przesądów i zabobonu, aby się teraz odważyć na wyraźne napisanie swych obaw.

Niechajże wszystko będzie, jak być ma i musi. Zdaje mi się, że i ta kobieta przekonała się, że jedynym ramieniem, na którym trwale oprzeć się może, jest moje, zbyt dużo niegdyś — może mimo woli — wobec niej przewiniłem, abym mógł pozwolić drżeć temu ramieniu, gdy ona po nie rękę wyciąga.

Po długich latach, gdzie liczyłem tylko na własne siły i zupełnie sobie wystarczałem (musiałem zresztą!), tak bym chciał teraz mieć kogoś bliskiego sobie, bardzo bliskiego… Prosiłbym Pana o przyjaźń, gdybym wierzył, że o taką rzecz w ogóle można prosić. Zresztą drogi nasze rozejdą się prawdopodobnie wkrótce i na długo. Zaraz po ślubie wyjedziemy oboje i z synem — może do Paryża? Do Londynu, czy do Ameryki? — nie wiem jeszcze, ale w każdym razie daleko stąd, aby w innym środowisku i wśród innych ludzi nowe rozpocząć życie. Ja chcę tego i chce tego księżna, choć może z innych względów. Rzeczywiście objawił się w niej nieprzeczuwany tak długo a ogromny talent artystki, dobrze będzie, jeśli znajdzie szerokie pole dla swych zdolności.

Powtarzam to za nią, bo co do mnie — kto wie, czy nie wybrałbym raczej życia tak cichego i spokojnego, jak Pańskie… Jasno mi się zawsze w duszy robi, kiedy myślę o Panu i Pańskiej żonie. Dnie czy wieczory, które spędziłem u Was, a zwłaszcza te, gdyśmy bez liczniejszego towarzystwa, we trójkę albo jeszcze z czwartym Śniegockim w jadalnym pokoju lub w Pana gabinecie siedzieli, błyszczą mi w pamięci, jakby dnie cudownej pogody na morzu, uśmie­chem pani Zośki jak słońcem rozświetlonym.

Niech Pan ode mnie Pani ręce gorąco, gorąco ucałuje i powie jej, że cześć mam dla niej wielką i głęboką za to, że jest tak bardzo kobietą w całym a najlepszym tego słowa znaczeniu: że jest żoną i matką.

Czy pan pamięta? Raz w jakiejś, snać bardzo złej chwili, powiedział Pan do mnie, że kobieta może być tylko naszą nałożnicą albo matką naszych dzieci. Wstydzi się Pan tego? Powinien się Pan wstydzić, właśnie Pan! Mnie się wówczas zdawało (różne przykre były okoliczności!), że Pan ma słuszność. Ale to mnie się tak mogło wydawać, Panu nigdy! Niech Pan w tej chwili idzie i uklęknie przed swoją żoną i nie mówiąc nawet za co, bardzo gorąco ją przeprosi.

I niech się Pan na mnie nie gniewa, że to wszystko piszę. Tak dawno, dawno nie byłem z nikim szczerym i otwartym…

Chciałem do tego listu dołączyć sznur pereł, w tym celu nawet przy innych sprawunkach u tutejszego handlarza wyszukany, z pokorną prośbą, aby go Pan raczył złożyć ode mnie u stóp swojej żony i powiedzieć jej, że jest dla mnie tak czysta i jasna jak te łzy morza… Ale jak Pan widzi, tchórzę w ostatniej chwili i pereł nie posyłam. Boję się, by Pana nie urazić… W Azji to jest zwyczajem, tutaj w Europie już pono nie. A ja stoję na rozdrożu…

Napisałem przypadkowo zdanie, które mnie teraz zastanawia. Czyżbym rzeczywiście stał na rozdrożu? Nie, nie! Droga przede mną jasna i wytknięta… ”

1588

Odłożył znowu list. Nie umiał sobie wytłumaczyć, dlaczego napełniają go jego słowa głębokim i nieprzezwyciężonym smutkiem… To czuł, że Turski pisze właściwie nie do niego, lecz po to, aby myśli swe krążące i niespokojne ku jakiemuś określonemu zwrócić punktowi. Widział duszę jego, drżącą jak drzewo w zrywającym się wietrze, o którym nie wiadomo jeszcze, czy jest zapowiedzią burzy, czy tylko prze­lotnym podmuchem przed długą ciszą wieczorną.

1589

— Może ja jestem naprawdę do tej wody podobny, o której Turski pisze — uśmiechnął się — i cień teraz na mnie pada od chmur, przebiegających na jego niebie?

1590

Targnęła nim nagła i niespodziewana myśl, gdzie może być w tej chwili jego żona? Wiedział, że wyszła z domu przed godziną, nie powiedziawszy mu swoim zwyczajem, dokąd wychodzi i że nie wróciła jeszcze. Nigdy się nie troszczył jej nieobecnością, zostawiając jej naturalną w tym względzie swobodę, zdziwił się tedy sam niepokojem, który go dzisiaj naraz ogarnął na myśl, że żony jego nie ma w domu. Uczuł, że w tej chwili właśnie powinien by być przy niej, choć nie umiał sobie określić dlaczego. Odruchowo chciał powstać i wyjść za nią na miasto, ale przyszło mu zaraz na myśl, że byłoby to próżne, gdyż nie wie po­ prostu, gdzie by ją mógł znaleźć.

1591

Wsparł skronie na dłoniach i zadumał się.


1592

W oknie mieszkania Bergerowej, wychodzącym na planty pokryte brudnym, topniejącym śniegiem, sie­działa pani Zośka, tak jak była przyszła, w kołpaku na jasnych włosach i w szerokim futrze na ramionach. Założyła nogę na nogę, wsparła łokieć na kolanie i na dłoni brodę. Patrzyła przed siebie tępym, bezradnym wzrokiem spod brwi ściągniętych i nachmurzonych.

1593

Wdówka chodziła po pokoju z rękami w tył założonymi.

1594

— Rozbierzże się przynajmniej — rzekła po chwili.

1595

— Ach, głupstwo! — mruknęła Butrymowa i rzu­ciła futro, nie patrząc, gdzieś poza siebie na otomanę. Potem naraz przycisnęła obie pięści do ust i zaczęła powtarzać:

1596

— To straszne! To straszne! Ja po prostu oszaleję!

1597

Bergerowa nieznacznie wzruszyła ramionami.

1598

— Właściwie nie wiem, o co ci chodzi tak dalece. Nie jesteś przecie panną, która się w takich razach musi ukrywać. Zresztą w dzisiejszych czasach i panny nie biorą tego zbyt tragicznie. Mogłabym ci zaraz przytoczyć przykład, jeśli mi tylko przyrzeczesz, że będziesz dyskretna…

1599

— Ach, daj mi pokój z twymi przykładami!

1600

Więc czegóż ty nareszcie chcesz?

1601

— Rady, rady jakiej chcę od ciebie, pomocy ratunku, bo mi się już obłęd…

1602

Urwała nagle i powstała.

1603

— Właściwie nie chcę niczego. Przepraszam cię.

1604

Zaczęła zbierać porozrzucane swe rzeczy, gotowa już do odejścia.

1605

Bergerowi poskoczyła ku niej i objęła ją obiema rękami wpół.

1606

— Zośka, Zośka! Zastanówże się, co ty robisz!

1607

— Co?

1608

Rzuciła to chłodno, trochę nieprzytomnie, patrząc z natężeniem na przyjaciółkę, której zresztą nie widziała, myślą swoją zajęta.

1609

— Dokąd idziesz? Po co? Siadajże jeszcze. Prze­cież w takim usposobieniu ja cię na ulicę nie puszczę. Pogadamy. Może się co wymyśli, a może się ty uspokoisz i z tym ostatecznie bardzo zwykłym losem się pogodzisz…

1610

Butrymowa potrząsnęła głową w milczeniu i usiadła.

1611

— Przede wszystkim… czy jesteś pewna?

1612

— Prawie że tak.

1613

Naraz wdowa uderzyła się w głowę.

1614

— Słuchaj no, przyznaj się, a może to… może to… mąż twój nie miał w tym udziału i dlatego…? Byłaś niedawno sama za granicą… Wiesz, że ja umiem dochować tajemnicy.

1615

— Śmieszna jesteś.

1616

— Więc powiedzże mi tak spokojnie, o co ci chodzi?

1617

— Nie chcę! Nie chcę! I koniec! Nie chcę, słyszałaś!?

1618

— Słyszę, ale…

1619

— No. To powinno wystarczyć..

1620

— Dobrze, ale dlaczego nie chcesz?

1621

— Bo nie chcę. Nie chcę się czuć przez całe miesiące zwierzęciem, a po urodzeniu dziecka, o którym nie wiem nawet, jakie by było, być mamką, piastunką, służącą… Nie chcę! Dość tego miałam raz.

1622

— Zdarza się to kobietom i po dziesięć razy.

1623

— Niech się zdarza komu chce, ale nie mnie. Ja jestem człowiekiem i mam swoje ludzkie prawa. Jak może… jak się może coś dziać bez mojej woli!

1624

Bergerowa uśmiechnęła się dyskretnie.

1625

— Troszeczkę twojej woli jednak musiało w tym być…

1626

Pani Zośka nie odpowiedziała. Przytknęła tylko chusteczkę do ust i do uszu. Bergerowa spostrzegła, że płacze. Przysiadła obok niej na dywanie i objęła ją rękami.

1627

— Zochna, przecie się nie denerwuj niepotrzebnie! Trzeba jeszcze przeczekać, dotąd nic pewnego, a potem… potem może jaka rada się znajdzie. Ostatecznie w tym stanie nerwów, w jakim się znajdujesz, każdy lekarz przyzna ci słuszność!

1628

— Tak, tak, ty dobra jesteś, Wandziu. Nie gniewaj się na mnie, ale ja już doprawdy nie wiem… Ty mi dopomożesz, prawda? Masz tu znajomości…

1629

— Czy nie lepiej by było, aby sam mąż twój po­mówił z kolegami z uniwersytetu?

1630

— Och, on! On tego nie zrobi nigdy, nigdy!

1631

Zaczęła płakać na głos i zanosić się aż od łez.

1632

— To źle — mówiła Bergerowa. — Bez jego woli i zgody nic się stać nie może.

1633

— Jak to? Nawet gdybym umrzeć miała? Gdyby to życiu mojemu groziło?

1634

— Ha, w takim razie… Ale, o ile wiem, jesteś zupełnie zdrowa i w stanie twoim nie ma dla ciebie żadnego niebezpieczeństwa,

1635

— Owszem, jest! Jest niebezpieczeństwo, bo ja się zabiję!

1636

— Dajże pokój. Z powodu takiego głupstwa!?

1637

— Dla ciebie to jest głupstwo, dla mnie nie.

1638

Bergerowa nie mogła się powstrzymać od śmiechu.

1639

— Moja droga, w danym wypadku to byłoby raczej przeciwnie, bo ja przecież nie mam żyjącego męża.

1640

— Nie żartuj, bo mnie to nie w głowie w tej chwili.

1641

— Owszem, najlepiej jest żartować, aby rzeczy nie brać zbyt tragicznie! I pomyśl! Namawiałaś mnie na romans ze swoim mężem! Ładna by była historia, gdyby to tak mnie było spotkało!

1642

Butrymowa roześmiała się mimo woli.

1643

— Wierz mi, że bym wolała.

1644

— Ale ja nie. Dziękuję. Wolę zachować cnotę świę­tego stanu wdowiego — przynajmniej co do skutków.

1645

— Ale mnie radź!

1646

— Zrobię, co będę mogła. Musi się najpierw zebrać lekarskie konsylium, w tym cała rzecz, aby uznali, że stan twój jest niebezpieczny.

1647

— Muszą uznać, gdy ja im powiem…

1648

— Ech, to tam głupstwo, co ty im powiesz!

1649

Pani Zośka zerwała się gwałtownie. Oczy jej płonęły, zaciśnięte szczęki zadrgały nerwowo.

1650

— Jak mnie kto może zmuszać, gdy ja nie chcę! Jakim prawem? Jaką ustawą? Czyż ja nie mam swobody rozporządzać sobą i tym, co ode mnie zależy? Ja! Ja jedna tylko i nikt inny za mnie! Nikt na świecie!

1651

— Dobrze, ale uspokój się, mówię ci, bo się jeszcze rozchorujesz. Prawa i ustawy są inne i nie bardzo o nas dbają.

1652

— Tak, prawa i ustawy pisali mężczyźni.

1653

— Przyznam ci się, że mimo wszystko wolę to. Bo choć sama jestem przypadkowo kobietą, ale bała­bym się babskich praw.

1654

— Kpisz ciągle, jakby mnie na złość…

1655

— Więc będę mówić poważnie. Ale czyś się ty nad tym zastanowiła, co twój mąż powie? Zwłaszcza, gdy on jest przeciwnego zdania.

1656

— Czy ja wiem? — wyruszyła ramionami. — Zresztą cóż jemu do tego? To przecież wyłącznie moja sprawa.

1657

— Nie bardzo i uprzedzam cię, że musisz się z nim bezwarunkowo naprzód porozumieć. Bez tego nie ma nawet o czym myśleć.

1658

Pani Zośka objęła skronie rękoma.

1659

— Och, Boże! Po co ja na tym świecie żyję? Że­bym już raz zdechła, toby było najlepiej.

1660

— Cóż ty wygadujesz? Przecie masz syna!

1661

— Ach, syn… Starszy już jest i obszedłby się beze mnie. Zapomniałby wkrótce… A teraz znowu te przejścia, te rozmowy, te tłumaczenia!

1662

— Myślisz, że profesor może się uprzeć i niezgodzie?

1663

— Musi się zgodzić, ale co mnie to będzie kosztowało! A potem znowu ta cała historia. — Och! Jakież to obrzydliwe! Świństwo, świństwo!

1664

— Więc namyśl się. Może lepiej dać pokój i zostawić wszystko tak jak jest?

1665

— Nie mogę. Po prostu nie czuję się na siłach. To nie frazes, co mówię, ale doprawdy boję się obłędu. Zaledwie w ostatnich tygodniach trochę się uspokoiłam i przyszłam do równowagi, i znowu… Nie wiem co ja Panu Bogu winna jestem, że się tak zawziął na mnie.

1666

— Nie bluźnij! Masz życie szczęśliwe, którego ci tysiąc kobiet może pozazdrościć.

1667

— A! Żeby pies miał takie szczęście!

1668

Bergerowa zaczęła się głośno śmiać.

1669

— Moja ty, nie gniewaj się na mnie, że się śmieję, ale doprawdy nie mogę już wytrzymać. Żeby cię tak kto zobaczył i posłyszał! Moja Zochno, jesteś taka okropnie zabawna, że ludzkie wyobrażenie przechodzi!

1670

— Więc nie chcesz mi dopomóc?

1671

— Ale owszem, owszem, tylko pozwól niech się na — śmieję… Jak to powiedziałaś? „Żeby pies miał takie szczęście!”

1672

Butrymowa ruszyła ramionami i bez pożegnania wyszła od przyjaciółki.

1673

Szła przez planty wolno z pochyloną głową w bezradnym, tępym zamyśleniu. Wszystko to, co się z nią działo, przedstawiało jej się w wypotworniałych, nielitościwych kształtach. Głucha rozpacz w niej wybierała, a razem z nią żal niezgłębiony do męża, do ludzkich praw i urządzeń, do przyrody całej, do losu wreszcie, choć niewątpliwie z trudnością by jej przyszło określić stopień ich przewiny. Czuła się tylko strasznie, strasznie nieszczęśliwą. Chwilami wrzał w niej bunt tym straszniejszy, że zupełnie bezsilny.

1674

— Nie chcę, nie chcę! — powtarzała w sobie z zawziętym, ślepym i coraz twardszym uporem, za­pominając już prawie, dlaczego nie chce właściwie. Nie opuszczała jej tylko świadomość, że zrobi raczej wszystko, co będzie w jej mocy, że waży się raczej na rzeczy jakieś całkiem nieprawdopodobne, niżby miała dopuścić, aby się działo coś, przeciw czemu oto cała wola jej się opiera.

1675

— Nie dam się skrzywdzić — szeptała przez zaci­śnięte zęby — jestem człowiekiem i mam prawo roz­porządzać sobą, mam prawo, mam, mam!

1676

Do żadnego dalszego rozumowania umysł jej w tej chwili nie był zdolny. Poglądała przed siebie z nienawiścią, jak gdyby wszyscy mijający ją ludzie byli jej osobistymi wrogami, czyhającymi tylko na to, aby jej jakąś straszliwą krzywdę wyrządzić. Miała uczucie, że jest osaczonym zwierzęciem, które musi się bronić, bronić wszelkimi siłami.

1677

Ktoś jej się ukłonił i przywitał ją głośno.

1678

Wzniosła głowę, przywołując z przyzwyczajenia uprzejmy uśmiech na usta.

1679

Stal przed nią adwokat Dzióbek i ze swym zwykłym, trochę impertynenckim uśmiechem wyrzucał monokl z prawego oka.

1680

— A, to pan…

1681

— Mówi to pani ze zdziwieniem. Czy mam to tak rozumieć, że mnie pani nierada spotyka? W takim razie idę dalej, jeśli pani przeszkadzam.

1682

— To nie, ale przestraszył mnie pan — rzekła, podając mu dłoń na powitanie.

1683

— Aż tak? Szła pani zamyślona… Czy można znać przynajmniej powód tego zamyślenia.

1684

— Nie.

1685

Powiedziała to krótko i twardo i zaśmiała się naraz.

1686

— Ależ owszem. To jest… Myślałam właściwie o rzeczach zupełnie obojętnych.

1687

— Ciekaw jestem w takim razie, jak pani wygląda, myśląc o rzeczach poważnych!

1688

— Przecież kobiety według was nigdy podobno o poważnych rzeczach nie myślą.

1689

— Przepraszam panią, co to znaczy to „według was”?

1690

— Miałam mężczyzn na myśli.

1691

— Nie lubię być podciąganym pod miano ogólne, Zwłaszcza w tym wypadku. Jestem bowiem zdecydo­wanym i gorącym zwolennikiem kobiet.

1692

Mówił dalej, banalnie i potoczyście; ona odpowiada­ła odruchowo, nie słysząc właściwie zgoła tego, co on mówi.

1693

Chwilami przebłyskiwało jej przez świadomość, że adwokat prawi jej jakieś komplimenta[98], uśmiechała się zdawkowo i usiłowała być uprzejmą, bez jawnego wyobrażenia o tym, co robi.

1694

Skręciła mimo woli i bez celu w jedną ze starych ulic, wiodących ku Rynkowi, adwokat szedł ciągle za nią. Ośmielony jej uprzejmym i nieodpornym zachowaniem się wobec tego, co jej prawił, począł być coraz „przyjemniejszym” i natarczywszym. Zauważyła na­reszcie, że on jej robi zupełnie formalne wyznanie miłości. Właściwie nic ją to nie obchodziło. Nie odrzekła ani słowa, nie dbając zgoła o to, jak mecenas będzie sobie jej milczenie tłumaczył. W pewnym miejscu zatrzymała się bezwiednie i podnosząc głowę, spojrzała w okna, oświetlone słońcem, które przed zachodem z za chmur wyjrzało.

1695

— Pani mi nie odpowiada — usłyszała natarczywe słowa adwokata.

1696

— Ach, przepraszam, zamyśliłam się. O co pan pytał?

1697

Dzióbek poczerwieniał mocno.

1698

— Widzę, że się pani głęboko zamyśliła, jeśli nie słyszała pani moich słów. A czy można wiedzieć teraz, o czym pani myślała.

1699

Spojrzała znowu w okna, na które patrzyła przedtem nieświadomie, szukając pretekstu. Zauważyła naraz, że zna ten dom. Postanowiła z tego skorzystać.

1700

— Tak, myślałam właśnie, że muszę zajść do doktora Poleskiego, który tu mieszka.

1701

Wybuchnął trochę sztucznym, niegrzecznym śmiechem.

1702

— Wszakże doktór Poleski przed dwoma laty się zastrzelił!

1703

— Prawda, prawda. Zapomniałam. To wielka szkoda.

1704

— Mówi pani jak nieprzytomna.

1705

Patrzyła w okna. Miała wrażenie, że za firanką przesunął się jakiś biały cień kobiecy… Było jej to zresztą zupełnie obojętne. Nie wiedziała nawet, kto obecnie zajmuje to mieszkanie po garbatym lekarzu-samobójcy.

1706

— Czy idziemy dalej? — zapytał Dzióbek z lekką niecierpliwością.

1707

— Nie. Przepraszam pana. Muszę już śpieszyć do domu. Powinnam tam być…

1708

Pożegnała go skinieniem głowy i odeszła szybko. Stał przez chwilę na ulicy, patrząc za nią i kręcąc głową z niechętnym zdumieniem.

1709

— Coś tam musi być — szepnął i uśmiechnął się złośliwie.


1710

W kawalerskim mieszkaniu Borzyckiego, czystym i nie bez pewnej skromnej i dość surowej wytworności urządzonym, siedziała przed zwierciadłem księżna Helena i upinała rozpuszczone włosy. Ręce jej nagie, wzniesione do góry, w ostatnich blaskach zachodzą­cego słońca wyglądały jak gdyby wyciosane z różowego marmuru. Na szyi odkrytej, oślepiająco białej, znaczyły się dwie krwawe plamy. Spostrzegła to w zwierciadle i dotykając ich palcami, rzuciła z uśmiechem poza siebie:

1711

— Patrz, co zrobiłeś! To ślady twych pocałun­ków. Jakże ja się teraz na świat pokażę!

1712

Borzycki, który siedział w głębi, zbliżył się i znowu usta niesyte do ramienia jej przycisnął.

1713

— Nie, nie, daj już pokój, nie można! — broniła się. — Godzina późna, a muszę wieczorem być na koncercie…

1714

Mówiąc to, muskała mu ruchem głowy twarz swemi włosami, a potem wyciągając w tył ręce, ujęła jego skronie i przycisnęła na chwilę do ust swych go­rących i upojnych.

1715

— Och ty! Mój chłopcze!

1716

— Hela!

1717

Nagle głowę jego odepchnęła.

1718

— Odejdź. Muszę się ubrać.

1719

Osunął się na ziemię około jej kolan.

1720

— Słuchaj mnie. Właśnie prosić cię chciałem, abyś dziś tak wcześnie nie odchodziła. Koncert dopiero za dwie czy trzy godziny się zacznie, a zresztą co ci po tym koncercie?

1721

— Muszę się ludziom pokazać.

1722

— Po co? Na co? — błagał cicho. — Posłuchaj, Helu, zaczyna się teraz nasza godzina, siądziemy przy sobie i będziemy gwarzyć… Tak rzadko dajesz mi coś więcej ze siebie ponad ten uścisk.

1723

— Czy mało?

1724

PPocałunekrzechyliła w tył głowę i spojrzała nań błyszczącymi spod opuszczonych powiek oczyma. Usta w zastygłym uśmiechu wpół rozchylone drgnęły lekko i wysunęły się nieco naprzód jak do pocałunku, pierś jej, ciągle niepokalanie doskonała w szlachetnym swym kształcie, wzniosła się w głębokim oddechu i pozostała tak na moment wzniesiona, jakby miłosną żądzą nabrzmiała…

1725

— Czy mało…? — powtórzyła zaledwie dosły­szalnym szeptem.

1726

— Nie! To dużo, to więcej niż świat, to szczęście, to rozkosz, to życie! Wszystko! Och, moja, moja ty! Ginę ze szczęścia przy twoich nogach. Nie wiedziałem nawet, że może w ogóle być szczęście tak wielkie i upojne!

1727

Przypadł ustami do jej kolan i zaczął chłonąć w obłędnych pocałunkach jej ciało.

1728

— Widzisz, mówiłeś, że będziemy siedzieć ci­chutko, a czyż ty to potrafisz? Znowu całujesz.

1729

— Boś jest słodka! Boś upojna! Rozkosznaś jest cała! Ale teraz zobaczysz, już będę spokojny, tylko małą, małą godzinkę jeszcze…

1730

— Słońce już zaszło.

1731

— To nic. Zapuszczę firanki, rozpalę ogień na kominku. To takie dobre, poczciwe mieszkanie w sta­rej kamienicy, co ma głębokie wnęki u okna i kominki w ścianie.

1732

Księżna uśmiechnęła się.

1733

— A wiesz, że ja ten pokój znałam przedtem jeszcze, nim ty go zająłeś?

1734

Ciemna chmura przemknęła błyskawicznie po czole chłopca.

1735

— Byłaś tu? — spytał spokojnie.

1736

— Tak jest, byłam raz — odrzekła z jasnym uśmiechem.

1737

— U kogo?

1738

— U doktora Poleskiego.

1739

— U tego garbusa?

1740

— Tak. W godzinę po tym, kiedy się zastrzelił. Leżał tutaj, o, około okna, właśnie w tym miejscu, gdzie ty klęczysz.

1741

— Znałaś go?

1742

— Tak. Ale to smutna historia. Nie mówmy już o tym.

1743

— Ja chcę wiedzieć!

1744

— Cicho!

1745

Przyciągnęła znów jego głowę ku piersi i całowała go po oczach, po ustach, po skroni.

1746

— Tak się dziwnie składa… Czyż ja wówczas mogłam była pomyśleć, że będę tu kiedy z tobą, przy tobie… Nie znałam cię nawet jeszcze. Ale to szcze­gólne, że ty właśnie to mieszkanie wynająłeś.

1747

— Nie opowiadałaś mi nigdy o tamtej historii…

1748

— Po co? Cóż nas obchodzi to wszystko, co było czy mogło być? Czyż nie tak?

1749

— Tak, tak!

1750

— Ale gdyś mi dał adres i gdy tu pierwszy raz do ciebie wchodziłam, wtenczas w jesieni, tak mi było dziwnie, tak dziwnie…

1751

— Widzisz, teraz ty się zadumałaś. Płaczesz?

1752

Usunęła go lekko dłonią.

1753

— Tyle mi się różnych rzeczy przypomina — szepnęła, mrużąc nieco załzawione oczy.

1754

Objął ją ramionami jak dziecko.

1755

— Nie myśl, nie myśl! Przecież jesteśmy razem ze sobą i żadnego wczorajszego dnia nie było!

1756

— Tak, nie było…! Dla ciebie.

1757

— Wiesz, że dla mnie rzeczywiście nie było. Zacząłem naprawdę żyć dopiero, kiedy ciebie poznałem. Ale i jutro ja nie chcę innej. Naprawdę ty jesteś pierwszą kobietą, którą kocham i która… która… jest moja.

1758

Zarumienił się jak panienka.

1759

— Pierwsza? Pierwsza jestem? — uśmiechnęła się, wysuwając usta ku niemu.

1760

— Tak. I będziesz ostatnia. Jedyna.

1761

— Och, ty dzieciaku!

1762

— Cóż jest śmiesznego w tym, co powiedziałem?

1763

— Jakże ty nic znasz jeszcze życia. Ale kocham cię za to, za to właśnie!

1764

— Życie moje jest w tobie! Nie umiem sobie już nawet wyobrazić, jak mógłbym istnieć, oddychać bez ciebie.

1765

— A jednak…

1766

— Co?

1767

— Trzeba nam się będzie rozstać.

1768

— Zaśmiał się.

1769

— To niemożliwe.

1770

— Możliwe, możliwe i nawet konieczne.

1771

— Nie rozumiem — rzekł zaniepokojony.

1772

Wstała powoli. Przygładziła upięte już włosy, wrzuciła bluzkę na siebie i oglądała się za żakietem zimowego kostiumu. Nim się weń ubrała, zwróciła się jeszcze ku Borzyckiemu, patrzącemu na nią wciąż z niemym i niespokojnym zdumieniem.

1773

Zawahała się na moment. Ten chłopak przerażał ją czasem. Prawie dzieciak jeszcze, był jednak pierwszym z mężczyzn, nad którym w pewnych chwilach traciła swą czarodziejską władzę. Kochający do obłędu i na pozór uległy, każdemu uśmiechowi jej posłuszny, miewał wybuchy, po prostu zatrważające. Przypomniało jej się, jak raz, spotkawszy się z nim, przez kaprys jakiś nie chciała nawet zrzucić kapelusza ani ust mu podać do pocałunku. Prosił długo i cicho, a wreszcie pobladł i wstał z jakimiś strasznymi oczyma, które jej potem długo tkwiły w pamięci. Uczuła wówczas lęk, obezwładniający ją wbrew woli. Aby go pokryć przed sobą samą, rzuciła mu się na piersi i poczęła gwałtownie usta jego całować…

1774

— Co byś był zrobił — mówiła w chwilę potem, kiedy już u nóg jej schylony zachwyconymi oczyma dziecka patrzył jej w twarz, co byś był zrobił, gdybym była odmówiła?

1775

— Zabiłbym cię — szepnął słodko i pokornie…

1776

Przemknęła jej przez pamięć ta chwila. Borzycki stał przed nią, patrząc wciąż niespokojnie i z oczekiwaniem.

1777

A jednak nie mogła się wahać. Wcześniej czy później trzeba mu będzie powiedzieć. Lepiej dzisiaj od razu.

1778

Spojrzała nań smutno i łzawo.

1779

— Wcześniej nie chciałam ci mówić… — Nachyliła twarz ku niemu. Pocałuj mnie, bardzo, bardzo, bo dziś się po raz ostatni widzimy…

1780

— Ależ… zupełnie tego wszystkiego nie rozumiem — mówił chłopak ze szczerą rozpaczą w głosie. — Czyż ja co zawiniłem?

1781

— Nie.

1782

— Więc dlaczego? Dlaczego!

1783

— Posłyszysz… za kilka dni.

1784

Namarszczył nagle brwi.

1785

— Nie! Chcę usłyszeć teraz, zaraz, na miejscu. Inaczej cię stąd nie puszczę…

1786

Spojrzała nań chłodno i z umyślną wyniosłością!

1787

— Mogłabym nie odpowiedzieć i wyjść. Ale jeśli chcesz wiedzieć koniecznie: wychodzę za mąż.

1788

— Co!? — rzekł, mieniąc się na twarzy. — Coś ty powiedziała?

1789

— Czyż w tym jest co dziwnego?

1790

Stali przez chwilę w milczeniu naprzeciw siebie. Wreszcie Borzycki roześmiał się nieco wymuszenie.

1791

— Ach, ty żartujesz ze mnie. Ale, Hela, ja bardzo proszę, nie rób ze mną takich żartów, bo… bo ja sam siebie się boję…

1792

Chciał ją ująć za rękę. Usunęła mu ją.

1793

— Już nie dotykaj. Skończone. Prześnił się sen. Podziękuj mi jeszcze z daleka, że był piękny i myśl o mnie zawsze dobrze i jasno. Bądź zdrów.

1794

Borzycki zrobił się blady jak trup. Usta mu jeno nerwowo zadrgały.

1795

— Więc naprawdę? — zapytał na pozór całkiem spokojnie, głosem stłumionym i z lekka drżącym.

1796

— Nie ciekaw jesteś, za kogo wychodzę?

1797

— Więc naprawdę? — powtórzył.

1798

— Słyszysz przecie.

1799

— I to od dawna postanowione?

1800

— Od kilku tygodni.

1801

— I przez ten czas… bywałaś tutaj — ty, ty…!

1802

— Milcz! Nie obrażaj!

1803

— Ścierko! — syknął przez zęby.

1804

— Dosyć mam tego. Proszę mnie puścić natychmiast.

1805

— Nie puszczę.

1806

— Zawołam oknem na policję, że mnie pan przemocą…

1807

— Za coś ty mnie miała? Coś ty ze mnie zrobiła?

1808

— Teraz widzę, żem pana za więcej miała, niż pan jest w istocie. I to za moją miłość…

1809

— Komediantka!

1810

— To mam za karę, żem się zlitowała nad dzieciakiem? Czy mnie pan puści nareszcie?

1811

Postąpił ku niej krokiem. Takim go jeszcze nigdy nie widziała. Policzki mu naraz zapadły, oczy błyszczały febrycznie.

1812

— Słuchaj, ty za mąż nie wyjdziesz! — rzekł niby to z błaganiem, które jednak grzmiało jak groźba.

1813

— Proszę! Dlaczego?

1814

— Bo nie chcę.

1815

— Także powód! I cóż będę robiła? Mam może i dla twej fantazji wstąpić do klasztoru? Śmieszny jesteś!

1816

— Nie dla fantazji mojej, ale dla miłości. Moją żoną zostaniesz!

1817

Wybuchnęła srebrzystym śmiechem,

1818

— Pomysł nadzwyczajny!

1819

Krwawe wypieki wystąpiły mu na twarz.

1820

— Nie śmiej się, bo…

1821

— Bo co?

1822

— Zabiję cię.

1823

— Ech, dosyć mam błazeństw. Z drogi!

1824

Wyrwał rewolwer z kieszeni i stanął przed nią z oczyma zupełnie obłąkanymi.

1825

— Cóż to ma znaczyć? — Usiłowała słowom swoim nadać wyraz ironiczny i stanowczy.

1826

On szeptał tymczasem, patrząc na nią rozszerzonymi źrenicami:

1827

— Tak, ja ja cię uchronię od tego grzechu, ja cię odkupię, wybawię… Widocznie musiało tak być…

1828

— Co takiego?

1829

Rysy ściągnęły mu się gwałtownym skurczem bólu.

1830

— Miałabyś zostać żoną innego, miałby kto inny twe pocałunki…

1831

Ruszyła ramionami.

1832

— Ja byłam pierwsza dla ciebie, ale tyś dla mnie pierwszy nie był. Dlaczegóż miałbyś być ostatnim? — rzekła z nielitościwym cynizmem, sądząc jeszcze, że go nim ubezwładni.

1833

Zatrząsł się i krzyknął nagle:

1834

— Hela! Ciebie już nikt w życiu nie dotknie! Po mnie nikt cię już dotknąć nie może. Mojaś jest. Zbyt piękna na to, abyś żyła dalej.

1835

Przestraszyła się, ale tylko na jeden moment. Zapanowała znów nad sobą.

1836

— Stefek, nie szalej i nie rób śmiesznej komedii. Przecież ja już naprawdę iść muszę.

1837

Ale on był nieprzytomny. Nie słyszał po prostu tego, co mówiła.

1838

— Byłaś mi szczęściem, byłaś mi życiem, wszystkim mi byłaś…

1839

— No dobrze, ale teraz chcę wyjść.

1840

— Nie wyjdziesz stąd.

1841

MorderstwoZ zaciśniętymi zębami, z oczyma, w których się obłęd żarzył, podniósł broń do góry.

1842

— Precz! — krzyknęła z rzeczywistą irytacją, chwytając go za rękę.

1843

Gruchnął strzał — umyślny czy przypadkowy…

1844

— Hela! — wrzasnął, rzucając się na upadającą bezwładnie na ziemię.


1845

Butrym telegrafował do Turskiego:

1846

„Przyjechać natychmiast. Straszny wypadek. Księżna nie żyje. Syna wziąłem do siebie”.

X

1847

Kiedy Butrym wszedł do mieszkania Firdussiego, zastał go przy składaniu swych skromnych po­dróżnych tobołków. Ucieszył się mimo woli, gdyż oczywisty a niespodziewany wyjazd Persa uwolnił go niejako od zrywania stosunku, który mu już ciążył. Przyszedł nawet dzisiaj z tą myślą, aby mu to powie­dzieć, widząc jednak, że to już zbyteczne, udał jeno[99] przykre zdziwienie na widok zapakowanych kufrów.

1848

— Pan wyjeżdża?

1849

Pers uśmiechnął się niewyraźnie, patrząc w nie­określonym kierunku swymi nadmiernie rozszerzonymi źrenicami.

1850

— Wszakże pan dzisiaj rano postanowił więcej ze mną nie przestawać i przychodzi pan właśnie, aby mi to oświadczyć.

1851

Butrym zdumiał się, choć był już przyzwyczajony do nadzwyczajnych jasnowidzeń dziwnego człowieka.

1852

— Kto to panu mówił? — wtrącił trochę nie­zręcznie.

1853

— Nie mówił mi nikt. Ale niech się pan nie tłu­maczy ani nie usprawiedliwia; zdaje mi się, że ma pan zupełną słuszność. Był to błąd z mojej strony, nie dla­tego nawet, żem pana wybrał, ale w ogóle, żem szukał uczonego współpracownika…

1854

— Zamyśla pan teraz samodzielnie odkrywać ta­jemnice wszechświata.

1855

— Tak.

1856

— I ogłaszać?

1857

— Nie. Zamierzam przede wszystkim pracować wewnętrznie i przyjść z samym sobą do porządku.

1858

— Więc pan wzgardził tym, co wiedza świata daćby panu mogła? — rzekł Butrym z mimowolnym odcieniem urazy w głosie, zapominając, że ta „wiedza” pierwsza w jego osobie odpycha jasnowidza.

1859

— Odpowiem panu na to pytanie, gdy mi pan po­wie, z jakich powodów pan postanowił ze mną nadal nie pracować.

1860

— Ach, Boże, to takie proste… Pan jest fenome­nem, wyjątkiem, zagadką, czymś, co się nie da obli­czyć, naprawdę takimi ilościami ogromnie trudno jest w nauce operować i nie narażać się na mimowolne zejście z prawowitej drogi…

1861

— A widzi pan. To samo usłyszę od każdego uczo­nego, do którego bym się zwrócił. W paru tygodniach obcowania z panem nauczyłem się tej jednej rzeczy, że uczeni ze swego stanowiska najzupełniejszą mają słuszność tak do mnie się odnosić. Na fałszywej byłem drodze, gdyż chciałem, aby ktoś drugi pomógł mi zrozumieć samego siebie i na odwrót, gdy pragnąłem drugiemu człowiekowi oczy otwierać, zamiast patrzeć głęboko własnymi. Pokazuje się, że za mało jeszcze byłem samotny. Zgubię się na pewien czas na największej pustyni, jaka jest na świecie, to jest w którymś z ogromnych miast Europy, gdzie tak cudownie można być samotnym…

1862

— Czy mi pan nie przyśle swego adresu?

1863

— Po co? Za jakiś czas szukałby mnie pan ze szkodą dla siebie i dla mnie.

1864

— Gdy mi pan zginie tak bez śladu, będzie mi się zdawało, że cały pobyt pański tutaj był snem tylko.

1865

— Tak lepiej. Niech mi pan daruje, żem panu na pewien czas zamącił pracę. Mówię to zupełnie szczerze.

1866

Wyciągnął rękę do Butryma.

1867

Profesorowi przebiegło błyskawicą przez myśl, że dziwnym przypadkiem po raz pierwszy ma podać dłoń temu człowiekowi, choć przez kilka tygodni prawie codziennie z nim się spotykał i długie nieraz przepędzał godziny. Z mimowolnym lękiem ujął wycią­gniętą rękę.

1868

Chłód go przeszedł przykry, gdy dotknął długich, gładkich palców, obciągniętych skórą jak gdyby martwą i niewrażliwą. Bał się spojrzeć w oczy cudzoziemca.

1869

TajemnicaGdy za chwilę znalazł się na ulicy, nie mógł sobie absolutnie zdać sprawy z tego, w jaki sposób i kiedy wyszedł z pokoju. Miał tylko niejasne uczucie, że między podaniem ręki a wyjściem jego upłynął jakiś przeciąg czasu i że „człowiek z gwiazd” powiedział mu w tym czasie rzecz niezmiernie ważną i doniosłą, która całą istotą jego wstrząsnęła. A jednak mimo najusilniejszej pracy nie mógł w pamięci odszukać ani śladu tego, co to mogło być i do czego się bodaj odnosiło? Zawahał się na chwilę, jakby chciał zawró­cić na górę i prosić dziwnego Persa o powtórzenie mu tej zapomnianej tak nagle tajemnicy, ale zdjął go naprzód lęk, że będzie musiał raz jeszcze spojrzeć na niego, a potem zaczął sobie tłumaczyć, że osta­tecznie to wszystko może być tylko złudzeniem i naraziłby się na śmieszność, wracając.

1870

Zaczął więc iść powoli w stronę swojej pracowni uniwersyteckiej. Gdy jednak mijał dom, w którym mieszkał doktór Krasołucki, mimo woli zatrzymał się i pomyślał, że właściwie wcale nie jest w tej chwili usposobiony do pracy i dobrze będzie pogadać raczej z przyjacielem.

1871

Wszedł na schody i zadzwonił. Służący wpuścił go do poczekalni, w której siedziały jakieś dwie starsze panie, doktór nie skończył był jeszcze ordynować, choć minęła już godzina, o której powinien był być wolny. Butrym wziął w rękę jakieś stare czasopismo ilustrowane i przeglądał je bez zajęcia. Na myśl powracało mu ustawicznie rozstanie się z Firdussim i męczył się, usiłując sobie przypomnieć te zagubione ostatnie słowa. Próbował dojść do nich rozmaitymi drogami, szukał w pamięci okoliczności, jakie im mogły towarzyszyć, kombinował sztucznie, do czego by się odnosiły, usiłował odtworzyć sobie głos mówiącego doń Persa, to znów swoje wrażenie — i wszystko na próżno. Miał uczucie, że z życia jego wycięto jakieś kilka czy kilkanaście minut i to z tą świadomością, że były one dlań ważniejsze niż może całe lata… To jedno tylko nie pamiętał[100], lecz raczej odczuwał, że treść słów zapomnianych odnosiła się wprost do jego osobistego życia. I na tym koniec. Dalej ani kroku postąpić nie zdołał.

1872

Nie zauważył nawet, jak poczekalnia się opróżniła. Mrok już padał, kiedy wreszcie Krasołucki stanął na progu.

1873

— O, cóż ty tak siedzisz po ciemku! — zawołał. — Mówię temu bałwanowi służącemu, żeby lampy za­palał, ale gdzie jemu co w głowie! To jest straszne po prostu, że ja połowę czasu poświęcać muszę na walkę z tym bydlęciem, który nie może zrozumieć takiej prostej rzeczy, że cały świat został na to stwo­rzony, aby mnie było na nim wygodnie i on się do tego stosować powinien!

1874

Był to zwykły i ulubiony zwrot doktora, któremu jednak kłam zadawało całe jego życie, gdyż sam czę­ściej postępował tak, aby innym było raczej wygodnie, a nie jemu samemu.

1875

I teraz, nie wołając służącego, zabrał się sam do zapalenia światła, a gdy zobaczył, że przewód elektryczny jest zepsuty, pomruczawszy jeszcze trochę, potoczył się ku konsoli, na której stały stare, ciężkie, brązowe kandelabry około grającego kuranty zegara z osiemnastego wieku i zaczął je zaświecać.

1876

— Daj pokój — mówił Butrym — wpadłem na krótką chwilkę tylko i to właściwie bez określonego celu.

1877

— Niechże cię Pan Bóg broni, abyś do mnie z określonym celem przychodził, zwłaszcza w godzinach, kiedy się cyrulictwem param — zaśmiał się doktór.

1878

— Na to się nie zanosi, jestem zdrów po prostu uporczywie i nieprzyzwoicie jak na dzisiejsze czasy!

1879

Krasołucki siedział już przy nim na mahoniowym krzesełku, trzeszczącym pod jego ciężarem.

1880

— Napijesz się ze mną herbaty? Co? To moja godzina. Mój władca, bo ja teraz tak mego służącego tytułuję, powinien ją przynieść za chwilę. O, idzie nareszcie. Drugą filiżankę podaj.

1881

Służący zamruczał coś niechętnie i wyszedł z po­koju.

1882

— Czemuż ty tak milczysz? — pytał Krasołucki Butryma. — Może ci jednak naprawdę co brakuje?

1883

Badawczym i życzliwym wzrokiem jął patrzeć na profesora.

1884

— To nic, ale… rozstałem się ostatecznie z Firdussim i to mnie tak jakoś poruszyło…

1885

Wstydził się przyznać do tajemniczej okoliczności temu rozstaniu towarzyszącej. Krasołucki spoważniał.

1886

— Wiesz, kpiliśmy sobie nieraz przy kieliszku wina z tego człowieka, a jednak w nim jest coś dziwnego — rzekł. — Zdaje mi się, że poza tym wszystkim nadzwyczajnym, co my o nim wiemy, on ma jeszcze w sobie jakąś inną i niedocieczoną tajemnicę…

1887

Butrym nie chciał dzisiaj o tym rozmawiać i z umysłu, aby zmienić temat, począł mówić o niespodziewanej śmierci księżnej Heleny. Doktór ruszył ramionami.

1888

— Moje złoto, księżna Helenka sama sobie winna. Miała metodą wypróbowaną i pewną i zachciało jej się czego innego. Nie przełamuje się bezkarnie raz ustalonego porządku.

1889

— Jak to?

1890

— Rzecz prosta. Dotąd zawsze każdego nowego przyjaciela wprowadzała niemal oficjalnie w koło dawnych i tak jakoś to było składnie i… familijnie, że tak powiem. Teraz po raz pierwszy ta cała historia z tym chłopcem była trzymana w tajemnicy, nikt się tego nie domyślał, a zdaje się, że i on nie wiedział nic o swoich poprzednikach… To był pierwszy i niebezpieczny wyłom w dotychczasowych zwyczajach. Po wtóre: ten pomysł małżeństwa z Turskim! Że on jest osioł, to wszystko w porządku, bo od tego my mężczyźni jesteśmy, żebyśmy byli osłami wobec „ziemskich aniołów”, ale ona! Na cóż jej to było? Po co? Dla jakiego celu?

1891

— Hm, Turski, mimo że się szarpnął na ów teatr, i tak jest jeszcze po prostu bajecznie bogaty!

1892

— To i cóż z tego? Ona miała dość po nieboszczyku Hazarapelianie, który ją tak przyjemnie i w porę owdowił, a zresztą i bez małżeństwa mogła z Turskim i z wszystkim, co on posiada, robić, co jej by się podobało. A jeśli jej chodziło o syna…

1893

— Tak, myślę, że o syna jej chodziło. Wszak ona sama pozwalała się domyślać, że to dziecię Turskiego…

1894

— Ha, w takim razie…!

1895

Urwał i począł w zamyśleniu mieszać herbatę łyżeczką.

1896

Butrym zaczął po chwili:

1897

— Ale nie rozumiem, co jej zamiar małżeństwa może mieć do czynienia z jej tragiczną śmiercią?

1898

— Moje złoto, mógł być związek bezpośredni: oszalały chłopak dowiedział się po prostu o tym… Ale mogło też być co innego. Są związki ukryte i głębokie. Los czasem pozwala na pewien tylko sposób życia, gdy się człowiek z niego wyłamie, to się mści szybko i straszliwie.

1899

— Znów metafizyka! — szepnął Butrym niechętnie.

1900

Zapanowało na chwilę milczenie.

1901

— Byłeś przy sekcji? — spytał wreszcie profesor.

1902

Morderstwo— Tj… co tu było sekcjonować? Powód śmierci niewątpliwy. Kula trafiła w kość policzkową, wysadziła oko i utkwiła w potylicy, przeszywszy mózg. Strasznie wyglądała. Usta w przerażeniu otwarte. Strzelił do niej z lichego rewolweru: straszna rana.

1903

— Jego mi żal…

1904

— Turskiego?

1905

— Więcej tego chłopca. Znałem go. Zdolny, pełen życia i tężyzny.

1906

— Ano, skończyło się.

1907

Szaleniec— Będzie odpowiadał za morderstwo?

1908

— Naturalnie. Jak tylko przyjdzie do przytomności. Nie wiadomo, co tam zaszło, ale zastano go w zupełnym obłędzie. Leży dotąd w gorączce i majaczy.

1909

— Wszystko to jest takie smutne, takie smutne, że straszno o tym myśleć. Turskiego oczekują już lada godzina…

1910

Kobieta demoniczna, MizoginiaC'est la vie![101] To jest ten gatunek kobiet, które niszczą ludzi, nawet umierając. A zresztą — machnął ręką — wszystkie to robią, jedne prędzej i widoczniej, inne wolniej i nieznacznie, ale ostatecznie na jedno wychodzi. I nie będzie inaczej, dopóki dzięki przesadzonemu dżentelmeństwu będziemy kobietę uważali za podobnego nam człowieka.

1911

— Więc cóż?

1912

Mizoginia— Moje złoto, lux ex oriente[102]… Założyć ha­remiki, przy drzwiach tęgi rzezaniec z dobrym by­kowcem w ręku, a we wnętrzu śliczny ołtarz, na którym pani będzie wśród hołdów królowała. Tylko niech na świat nie wychodzi, na ten świat, który do nas wyłącznie powinien należeć, bo myśmy go stworzyli, myśmy wymyślili wiedzę i sztukę, i religię, i moralność, której kobieta nigdy w istocie nie ma…

1913

— Tego nie można powiedzieć! — zaoponował dość słabo Butrym.

1914

— Owszem, to się powiedzieć musi. Każdy mężczyzna, gdy popełni łajdactwo lub zbrodnię, wie, że to zrobił, to jest, że wyłamał się z obowiązujących praw i na karę zasłużył. Kobieta tego nigdy nie czuje. Ona zawsze „ma słuszność” i tylko świat wobec niej jest „niesprawiedliwy”. Dużo by o tym można mówić. No tak, na dzisiaj dosyć. Może ci zagrać co teraz? Mam jeszcze godzinę czasu.

1915

— Godzinę, a potem?

1916

— Ha, potem! Dzisiaj jest sobota, więc schodzimy się u Hawełki na obowiązkowego „szekspira”…

1917

— Szekspir? Cóż to jest? Literackie posiedzenie?

1918

— Ale gdzież tam! To tylko w krakowskim dialekcie tak wygląda; powinno brzmieć właściwie: sechs Bier[103]

1919

Przeszedł wraz z gościem do „biblioteki” i usiadłszy przy fortepianie, zaczął znowu grać swe ulubione gawoty Bacha.

1920

Przerywał jednak często muzykę i odwracał się z ruchomym taboretem ku Butrymowi, rzucając jakąś uwagę lub pytanie. Profesor odpowiadał rzadko i krótko, czuł ciężki opar, leżący mu na mózgu, którego pozbyć się nie mógł. Muzyka Krasołuckiego nie uspokajała go, zwłaszcza, że doktór — nie bardzo snać w usposobieniu — zaczynał różne rzeczy i nie kończył, przerzucał się z poważnych w błahostki, aż wreszcie opuściwszy jedną dłoń, palcami drugiej począł brząkać jakiegoś dziwnego siekańca…

1921

Butrym wziął w rękę jakąś książkę i przerzucał jej kartki, nie widząc zgoła liter.

1922

— Co czytasz? — rzucił mu przez ramię doktór i zamknąwszy fortepian, zbliżył się do stołu.

1923

— A, Les fruits verts[104], śliczna pornografijka, z talentem napisana, ale właściwie to tak samo nudne jak wszystko inne.

1924

Wziął w rękę odłożoną przez Butryma książkę i rzucił w kąt szerokiej sofy.

1925

— Dziwię się czasem, że cię to bawi — szepnął pro­fesor.

1926

— Ach, bawi! — wzruszył ramionami. — Szukam czegoś, co by mnie zajęło, nawet w tych śmieciach, gdy dosyć mam tak zwanej nauki, niezdolnej w istocie niczego wyjaśnić, nikogo uszczęśliwić i dosyć literatury, aż nazbyt często tak pustej… i fałszywej do tego. Bo zważ tylko, moje serce, że w tych wszystkich okropnie idealnych i tytuł do nieśmiertelności stanowiących powieściach, w dziewięćdziesięciu wypadkach na sto o nic innego nie chodzi jak o ukrytą pornografię, o podrażnienie zmysłów czytelnika…

1927

— Niesłusznie obwiniasz — zaczął Butrym.

1928

— Naprzód: nie obwiniam — przerwał Krasołucki — bo nie formułuję tego jako zarzut. Trudno, moje złoto, są pewne rzeczy, około których świat się obraca, choćby to się nie wiedzieć jak moralistom nie podobało i nie podobna ich z życia, a co zatem idzie, ze sztuki usunąć. A następnie: słuszność mam, gdyż idę z tobą o zakład, że w każdej powieści — te najnudniejsze wyłączywszy — znajdziesz gdzieś jakąś scenę, tak sobie między kartkami ukrytą, która zdanie moje potwierdzi. Dla czytelnika są to zawsze rodzynki w wielkanocnej babce. I nie o to mi też chodzi, ale o tę hipokryzję, z jaką się te sceny przemyca, ostatecznie dla poczytności dzieła i pokupności książki. Tutaj, w tych anonimowych drukach paryskich czy brukselskich, autor przynajmniej nie gra ze mną w ślepą babkę, ale od razu wyjeżdża z tym, o co idzie właściwie. A że mimo to nie zajmuje nikogo, oprócz niedojrzałych młokosów chyba, to już nie jego wina, jeno tego, że i w tym kierunku od wielu tysięcy lat nie wynaleziono nic nowego. Ani w opisach, ani w rzeczy samej. W końcu wszystko jest świństwo i to śmieszne w dodatku.

1929

— Smutny masz światopogląd.

1930

— Nudzę się — szepnął Krasołucki, a potem naraz roześmiał się głośno.

1931

— Z czego się śmiejesz? — zapytał Butrym zdzi­wiony.

1932

— Przypomniała mi się Tourbillonka, ha, ha! Ta, której po nocach grywałem…

1933

— Cóż w tem uciesznego? Biedaczka…

1934

— A tak, tylko wyobraź sobie, że ta biedaczka obełgiwafa mnie, starego idiotę, jak najęta. Chciałem… coś tam dla niej zrobić, dowiadywałem się, i co powiesz? Pokazało się[105], że ta cała jej romantyczna historia jest z palca po prostu wyssana od początku do końca! Córki nawet nigdy nie miała…

1935

— Niepodobna! A ten paraliż?

1936

Doktór machnął ręką.

1937

— Dawna choroba, niezupełnie rtęcią z organizmu wywabiona. Nie poznałem się z początku…

1938

Splunął w kąt, powstał i zaczął wołać na służącego, aby mu podał płaszcz i kapelusz.

1939

— Daruj — zwrócił się do Butryma — ale godzina, „szekspira” się zbliża. Pójdziesz może ze mną? Nie? Czy? Ha, to trudno, pójdę sam. Ale przyznaj, że „szekspir” to jedyne lekarstwo na tę podłą ohydę życia. Tak się ślicznie i słodko głupieje, wszystko się człowiekowi wydaje wtedy w najzupełniejszym porządku na tym milutkim świecie. A w końcu i tak będzie trzeba umrzeć.


1940

Wróciwszy do domu, posłyszał Butrym gwar w dziecinnym pokoju. Przeszedł w tamtą stronę i stanął cicho w uchylonych drzwiach.

1941

Jacek i starszy od niego o parę lat Iwo stali na środku z podniesionymi drewnianymi szablami, za­grażającymi poważnie wiszącej u sufitu lampie. Jacek z rozchylonymi nieco usteczkami i szeroko rozwartymi oczyma wpatrywał się nabożnie w towarzysza, który mówił poważnym głosem, jakby wydawał rozkazy:

1942

— Uważaj! Teraz na koniach naszych wiatropławach przepłynęliśmy morze i jesteśmy na kraju wiel­kiej pustyni! Musimy ją przebyć, ażeby wroga dosięgnąć. Czy widzisz w oddali tę grupę palm dakty­lowych?

1943

— Tak — przyświadczył malec poważnie. — Czy będziemy jeść daktyle?

1944

— Wcale nie! To są tylko miraże pustynnej fata morgana[106], które znikną, gdy się przybliżymy. Ale niech cię to nie przeraża!

1945

— O, ja się nic a nic nie boję!

1946

— To dobrze. Więc ruszaj za mną. Teraz spotkamy zgłodniałego lwa…

1947

— Ja go zabiję! — zakrzyknął Jacuś mężnie wywijając szablą.

1948

— Nie, ja! On mój!

1949

Jacek, nie czekając, rzucił się ku najbliższemu krzesłu i zadał mu dwa straszliwe i niewątpliwie śmiertelne cięcia.

1950

— Już go zabiłem — oświadczył z dumą.

1951

— Ale gdzież tam! Przecież to była skała, a nie lew.

1952

Malec stropił się.

1953

— Tak? A gdzież lew?

1954

— Uciekł przed nami, o tam! Pod kanapę!

1955

Młody Butrym, zionąc pragnieniem walki i zwycięstwa, był już przy kanapie i leżąc na brzuchu zadawał w mroczną pod nią czeluść na oślep pchnięcia bohaterskie.

1956

— Uważaj! — krzyknął Iwo. — Lew teraz wyskakuje!

1957

Jacek poczerwieniał i drgnął z mimowolnej trwogi rzeczywistej, ale wytrwał na stanowisku. Pomógł mu w zaciętej walce towarzysz i za chwilę stojąc naprzeciw siebie, patrzyli obaj z dumą na miejsce na podłodze u swych stóp, gdzie miało niby leżeć bezwładne, po­krwawione cielsko ubitego zwierza.

1958

— Wyszliśmy cało z niebezpieczeństwa — mówił Iwo — więc teraz, nim dalej ruszymy, podajmy sobie ręce i zawrzyjmy przyjaźń na śmierć i na życie. Czy chcesz?

1959

— Dobrze! — zawołał Jacek z rozpłonioną twa­rzą. — Na śmierć i na życie!

1960

Wstrząsnęli sobie dłonie zupełnie uroczyście.

1961

— Tak. A teraz jedziemy dalej przez tę ogromną pustynię, której końca wcale nie widać. I nie wiemy, co nas tam czeka.

1962

— Może tam jest znowu morze?

1963

— Albo wysokie góry, na które będziemy się musieli wdzierać!

1964

— Albo las, pełen białych niedźwiedzi?

1965

— Białe niedźwiedzie nie żyją w lesie, tylko na lodach — poprawił Iwo.

1966

— Ja wiem, ale tak sobie tylko powiedziałem, bo biały niedźwiedź jest najstraszniejszy.

1967

— Zresztą tam może być także miasto, którego szukamy.

1968

— Jakże! Przecież mieliśmy gonić wrogów, a nie szukać miasta?

1969

— Wrogowie już pomarli na puszczy z pragnienia. Teraz szukamy miasta o dwunastu wieżach i złotej bramie…

1970

Butrym, niezauważony przez zajętych sobą chłop­ców, stał we drzwiach i słuchał.

1971

Jeden z nich — ten starszy — dziedzic mnogich majątków, był w tej chwili bezdomnym sierotą. Przed paru dniami zaledwie stracił matkę w sposób tragiczny i potworny. Nie wiedział nawet, jak się to stało. Powiedziano mu tylko, że matka nie żyje i przyprowadzono tutaj. Początkowo chciał koniecznie choć zwłoki widzieć, a gdy mu na to nie pozwolono, ambitny nad miarę i wiek, płakał ukradkiem, wstydząc się łez przed obcymi. Ale oto w kilka dni już począł zmarłej zapominać.

1972

DzieckoPotężna fala życia, bijąca w dziecinnym orga­nizmie, zwycięska zawsze i radosna, wzięła nad wszystkim górę. Oto mu się śnią, jak zwykle, wy­prawy przez morza i puszcze, oto już rwie za sobą w kraj swojej jak dzwon huczącej fantazji to chłopię jasnowłose, którego słucha jak wyroczni.

1973

Butrym uśmiechnął się.

1974

— Zawarli przyjaźń na śmierć i życie, przysięgli sobie braterstwo…

1975

Tak, tak… Jeno że ten młody, ten jego, będzie miał brata naprawdę! Rodzonego brata. Mniej więcej taka będzie różnica wieku jak między tymi dwoma. I za kilka lat dwaj bracia rodzeni będą się może tak bawili i Jacek wtedy będzie temu, dziś jeszcze nie­narodzonemu, dyktował z powagą, gdzie jest puszcza, gdzie morze, gdzie góry.

1976

A może będzie córka? Dziewczynka jasnowłosa z niebieskimi oczkami, której brat starszy jak kró­lewnie będzie służył…

1977

Uczuł dotknięcie czyjejś ręki na ramieniu. Odwrócił się. Poza nim stał Turski.

1978

— Przepraszam, że aż tu pana szukam, ale po­wiedziano mi…

1979

— Proszę, proszę. Oczekiwałem pana właśnie…

1980

Butrym był zakłopotany i nie wiedział sam, dlaczego. Zdawało mu się, że Turski złapał go na jakiejś myśli tajemnej, która nie była przystojna wobec zaszłej niedawno śmierci i wobec warunków, w jakich ten drugi chłopiec znalazł się w jego domu. Zamknął pośpiesznie drzwi od dziecinnego pokoju i poprowadził gościa do bawialni. Przez drogę, nie umiejąc jakoś znaleźć właściwego rozpoczęcia rozmowy, począł go wypytywać żywo, czy bardzo jest drogą zmęczony i czy nie napiłby się szklanki herbaty? Turski podziękował krótko.

1981

— Przybyłem przed chwilą. Zaszedłem zaraz do pana, aby się upewnić…

1982

Głos mu się urwał.

1983

— Dziękuję panu za zajęcie się chłopcem — wtrącił.

1984

Butrym skłonił głowę w milczeniu.

1985

— Obecnie muszę zaraz iść — mówił Turski dalej — i co trzeba… i co się da, pozałatwiać.

1986

— Jeżeli mogę panu być w czym użytecznym…

1987

— Na razie nic nie wiem oprócz tego, com w liście pańskim, do Wiednia wysłanym, wyczytał. Gdy zajdzie potrzeba, skorzystam z pańskiej pomocy. Wszak pozwoli mi pan przyjść tutaj wieczorem?

1988

— Proszę pana.

1989

— Dziękuję. Rozejrzawszy się w sprawie, wypytam pana jeszcze o różne rzeczy…

1990

Wyszedł szybko, prawie bez pożegnania. Pani Zośka, wchodząc za chwilę do salonu, już go nie za­stała.

1991

— Czy mi się zdawało, że słyszałam głos Turskie­go? — spytała, rozglądając się.

1992

— Owszem, był.

1993

— Wyszedł już?

1994

— Tak.

1995

— Co mówił?

1996

— Hm, mówił, że przyjechał przed chwilą..

1997

— Ale o wypadku, o księżnej?

1998

— Nic nie mówił.

1999

Pani Zośka poruszyła wzgardliwie głową.

2000

— Ostatecznie on jest winien wszystkiemu…

2001

— Nie rozumiem — rzekł Butrym z istotnym zdziwieniem.

2002

— Naturalnie. Gdyby mu się nie było zachciało żenić z nią…

2003

Urwała w środku zdania i zmarszczyła brwi.

2004

— Co ci jest? — spytał profesor zaniepokojony. Usunęła mu rękę, którą chciał ująć.

2005

— Nic, nic. Wszystkiemu i zawsze wy winni jesteście.

2006

Butrym patrzył za nią jak wychodziła; jakiś ciężar niepokojący kładł mu się na sercu.


2007

Siedzieli obaj w gabinecie profesora. Turski pod­parł głowę na ręku i patrzył uporczywie na jakiś nóż kościany do rozcinania papieru, jakby ta rzecz w tej chwili całą uwagę jego pochłonęła. Butrym przyglądał się mu nieznacznie z boku.

2008

Ta sama twarz smagła, wygolona, jakby z brązu odlana z lekko siwiejącymi na skroniach włosami, twarz spokojna i zastygła, z której niepodobna wyczytać, co się wewnątrz dzieje. Od paru godzin ten człowiek tu już bawił, załatwił szereg smutnych formalności, zdążył już zdać sobie ogólnikowo sprawę ze stanu interesów zmarłej, którymi zajął się w imieniu pozostałego chłopca, mówił o wszystkim z równym pokojem bez drgnienia ust ani powiek, i tylko Butrym zauważył, że chwilami występują mu na czoło duże, perliste krople potu… Ocierał je rychło i jakby z niechęcią, że walkę jego wewnętrzną zdradzają i py­tał znowu albo wydawał rozporządzenia wedle po­trzeby.

2009

O sobie samym, o tym, co się w nim dzieje, nie odezwał się ani słowa.

2010

Po kilkugodzinnym wirze zajęć, w który rzucił się natychmiast po przybyciu, teraz wieczorem dopiero usiadł, aby odpocząć.

2011

Milczeli przez jakiś czas, aż Turski naraz wzniósł głowę.

2012

— Panie Mieczysławie, co się dzieje… z Borzyckim?

2013

— Jest w szpitalu więziennym. Znaleziono go zupełnie nieprzytomnym ze wstrząśnienia przy zwło­kach. Będzie odpowiadał przed sądem przysięgłych.

2014

— Chcę go uratować!

2015

— Pan?

2016

— Tak. Znam go. To człowiek, którego szkoda, aby miał ginąć w więzieniu z powodu… zbrodni… młodzieńczej.

2017

— Zgadzam się z panem najzupełniej, ale nie widzę sposobu, jak by to zrobić?

2018

Przekupstwo— Pieniądz wiele może. Dopóki jest w szpitalu, może jakoś uda się przemycić go stamtąd. Poświęcę na to chociażby milion. Niech pod obcym nazwiskiem wyjeżdża w świat…

2019

— Pomysł dobry rzeczywiście, jeno nie mam pojęcia, jakimi drogami taką rzecz można by przeprowadzić?

2020

— Pomyślę, poszukam, popytam się, może się co znajdzie. Zresztą… przyznam się panu, że nie tylko o niego samego mi chodzi.

2021

— Rozumiem.

2022

— Tak jest. To była… tak, to była jedyna kobieta, którą w życiu kochałem i to jest matka Iwonka. Jeżeli już nie ze względu na siebie, to ze względu na dziecko muszę za wszelką cenę uniknąć tego, co by pamięć jej sponiewierało… do reszty i dało wszystkim wiedzieć… Spodziewam się, że po usunięciu Borzyckiego proces się nie odbędzie wobec braku winowajcy.

2023

— I ja tak myślę.

2024

— Więc trzeba dążyć do tego. Syna zabiorę i wywiozę ze sobą…

2025

— To będzie trudno[107]. Iwo musi mieć naturalnych opiekunów z rodziny matki lub zmarłego księcia Hazarapeliana, którym w tym względzie prawo wszelką władzą przyjmuje.

2026

— Myślałem już o tym. Dziecko będę adoptował[108] i to jak się tylko da najprędzej. Nie spodziewam się, abym napotkał w tym na jakieś poważne przeszkody[109].

2027

Zamilkł i zamyślił się znowu.

2028

— Widzi pan — rzekł po chwili z melancholijnym, do skrzywienia bólu raczej podobnym uśmiechem — oto mój szczyt, o którym panu w liście pisałem. Gnębiło mnie już wtedy nieodparte przeczucie, że stanie się coś złego…

2029

Butrymowi przyszło do głowy, że dla niego może właściwie lepiej, że się stało tak, jak jest, ale nie wypowiedział tej okrutnej myśli. Turski mówił dalej:

2030

— Nie przypuszczałem jednak nigdy, żeby mógł być taki koniec. To jest po prostu coś potwornego…

2031

Przerwał nagle i zwrócił na profesora pytające, niespokojne spojrzenie:

2032

— Proszę pana, czy… czy pan nie wie, czy nie spotkano przy zmarłej albo na pogrzebie niejakiej pani Ireny, byłej przyjaciółki księżnej?

2033

Butrym począł szukać w pamięci.

2034

— Tak, tak… Gdy zwłoki po oględzinach lekarskich i sądowych przeniesiono do domu (byłem tam właśnie, aby dziecko usunąć), przyszła jakaś wymalowana… ruda…

2035

— Tak jest. Ta sama.

2036

— Mówiła, że jest bliską przyjaciółką czy krewną. Prosiła, żeby ją wpuścić, że chce się pożegnać…

2037

— I wpuszczono ją?

2038

— Tak. Obejrzała głowę, jak pan wie strzałem roztrzaskaną, i dostała ataku histerycznego śmiechu, który się zakończył spazmami.. Przypominam sobie dokładnie, bo ją musiano przemocą usuwać.

2039

Turski milczał posępnie.

2040

— Dlaczego pan o to pytał?

2041

— Ach, tak tylko… Nie… Zresztą powiem prawdę: Ta kobieta przepowiedziała, że księżna… tak skończy. Czekała jej śmierci. Podobno… Nie, nie! Nie mówmy już o tym. To są rzeczy zbyt straszne. Może los na­prawdę się mści.

2042

Zatrząsł się cały i powstawszy, zaczął chodzić po pokoju.

2043

— I to dziwne tak niepojęcie… Właśnie w tym samym pokoju, w którym mieszkał niegdyś Poleski i gdzie listy jej do mnie dawne były przez dziesięć lat w przechowaniu, gdy ja po Azji wędrowałem! W tym pokoju spaliłem te listy i tegoż dnia Poleski się zastrzelił. Nie powinienem był wracać z Azji, nie, nie! Mój powrót w złą godzinę winien wszyst­kiemu.

2044

Butrym wodził za chodzącym oczyma i dziwił się. Dziwił się, że ten człowiek nie dał niczym poznać po sobie, że odczuwa własną, potworną krzywdę. Przecież zabita była jego narzeczoną i za kilka już dni żoną miała już się stać. A zginęła z ręki kochanka, z którym snać nie przerwała stosunku…

2045

Naraz Turski zatrzymał się. Zdawało się, jakoby odczuł myśli profesora.

2046

— Panie Mieczysławie — zaczął z naciskiem, patrząc mu prosto w oczy — wśród dawnych znajomych księżnej jest człowiek jeden, zupełnie zmarnowany, niejaki Rogocki, którego pan, zdaje się, zna.

2047

Butrym przyświadczył skinieniem głowy.

2048

— Kochał umarłą przed dawnymi laty, odepchnięty stracił wszystko, stał się ruiną człowieka. Widziałem go dzisiaj. I wie pan, co mi powiedział? Powiedział mi tak: „Księżna Helena nie była kochanką Borzyckiego, choć się przypadkowo na swe nieszczęście znalazła w jego mieszkaniu, a kto będzie mówił inaczej, tego ubiję jak psa!”. Rozumie pan?

2049

— Rozumiem.

2050

— Tak. Nie bądźmyż my gorsi od Rogockiego.

2051

Rozmowę przerwało wejście pani Zośki.

2052

— Chłopcy idą już spać — rzekła, zwracając się do Turskiego. — Może pan zechce zobaczyć Iwonka?

2053

— Jeżeli wolno…

2054

— Ależ proszę.

2055

Przeszli wszyscy troje do dziecinnego pokoju, gdzie naprzeciw łóżeczka Jacka pod drugą ścianą przygotowano posłanie dla Iwonka. Chłopcy obaj w serdecznej zgodzie zajęci byli układaniem w pudełkach klocków, z których przed chwilą wspólnie jakiś pałac stawiali.

2056

Turski zawołał Iwona cichym, niepewnym, jakby dławiącym się w krtani głosem.

2057

Chłopak rzucił zabawki i zbliżył się ku niemu. Spoważniał w jednej chwili, zdawało się, że to nie ten sam dzieciak, który niedawno jeszcze z młodszym o parę lat towarzyszem urojone podróże przez morza i pustynie odbywał. Rysy mu się ściągnęły, szare oczy patrzyły smutno i twardo, snać widok Tur­skiego przypomniał mu tę niespodziewaną stratę, któ­rej pojąć dotąd ani zrozumieć nie umiał.

2058

Ojciec, SynTurski w milczeniu przycisnął jego głowę do piersi i gorąco ucałował. Chłopcu drgnęły wargi i oczy napełniły się łzami, znać było, że walczy ze sobą całą mocą, aby się nie rozpłakać wobec obcych ludzi.

2059

Butrym z żoną usunęli się nieznacznie do drugiego pokoju.

2060

— Iwo — szeptał Turski — nie płacz, nie płacz! Zaciśnij zęby. Tak trzeba.

2061

— Wiem.

2062

— To dobrze. Mój jesteś. Będziemy odtąd zawsze razem.

2063

— Tak, proszę pana.

2064

— Nie mów mi: panie. Mów mi…. tak jest, miałem być mężem twojej matki, więc mów mi odtąd: ojcze…

2065

— Ojcze — powtórzył chłopak i nagle wybuchnął przez zagryzione wargi płaczem, niedającym się dłużej powstrzymać.


2066

— Czy wiesz, o czym myślałem — mówił Butrym do żony — patrząc na tych chłopców, bawiących się razem?

2067

Drgnęła, jakby ze snu zbudzona.

2068

— A, tak? Nie wiem. O czym myślałeś? — spytała obojętnie.

2069

Przyciągnął ją ku sobie.

2070

— Namyśl się, może zgadniesz sama! — rzekł żartobliwie.

2071

— Skądże mogę wiedzieć. Zresztą tak jestem zmęczona, że naprawdę trudno mi teraz zagadki rozwiązywać.

2072

— Zosik…

2073

— Co?

2074

— A gdy tak jak Iwo teraz z Jackiem będzie kiedyś Jacek z młodszym bratem swoim w tym po­koju się bawił?…

2075

Chmura przebiegła jej po czole.

2076

— Zośka, nic nie odpowiesz? — prosił cicho i tkliwie.

2077

— Cóż mam odpowiedzieć? Robisz fantastyczne przypuszczenia.

2078

— Czyż tak bardzo fantastyczne?

2079

— Zapewne. Nie wie się w ogóle, co nas jutro może spotkać.

2080

— To prawda, ale człowiek zawsze musi się liczyć z naturalnym biegiem wypadków. Inaczej życie było­by niemożliwe.

2081

— I tak nie bardzo jest możliwe.

2082

Udał, że nie słyszy tej uwagi.

2083

— A może ja naprawdę robię fantastyczne przypuszczenie? — mówił znów z uśmiechem. — Może to nie będzie syn tylko córka? Zośka, powiedz, chciałabyś, żebyśmy mieli córkę, taką malutką dziewczynkę, do ciebie podobną, która potem będzie rosła i biegała za tobą, i szczebiotała…

2084

Patrzyła na niego badawczo i uważnie. Zmieszał go trochę jej wzrok.

2085

— A może wolisz, aby w ogóle o tym nie mówić? W takim razie dajmy pokój.

2086

— Nie. Owszem, mówić można, tylko… czyś się ty zapytał, czy ja w ogóle chcę mieć dziecko?

2087

— Jak to?

2088

— Naturalnie! Takie pytanie nawet do głowy ci nie przyszło. Przecież ja jestem na to, abym, gdy ty zechcesz, wydawała twoje potomstwo na świat!

2089

— Nie sądziłem, abyś mogła zająć takie stano­wisko. Ale ostatecznie musisz się zgodzić z dokona­nym faktem…

2090

— Więc?

2091

— Wyciągnij sam z tego konsekwencje.

2092

Kłopotliwy uśmiech przebiegł mu po wargach.

2093

— Widzę, że niepotrzebnie i niezręcznie zacząłem dzisiaj tę rozmowę. Daruj mi. W złym jesteś humorze.

2094

— Nie, nie! Ty mnie nie zbywaj tym, w jakim ja jestem humorze. Rozmowę tę trzeba było zacząć, a im wcześniej, tym lepiej. Dzisiaj musimy ją do­prowadzić do końca.

2095

Zaniepokojenie odbiło się na jego twarzy. Czuł jakiś zbliżający się cios, ale nie umiał zdać sobie spra­wy, skąd by mógł uderzyć. Postanowił sobie być spo­kojnym i łagodnym.

2096

— Dobrze, Zośka. Tylko nie wiem, do jakiego końca moglibyśmy dojść.

2097

— Ja za to wiem i niewątpliwie.

2098

— Słucham cię.

2099

Brutalnie, nielitościwie padło z jej ust straszne słowo.

2100

Zerwał się na równe nogi. Tego nie spodziewał się nigdy. Czuł, jak wszystka krew ucieka mu do serca.

2101

— Nie, Zośka — zaczął jakimś niby nieswoim głosem — to niemożliwe. Ja się na to nigdy nie zgodzę.

2102

— Musisz.

2103

— Nie. Nie pozwolę, choćbym miał…

2104

— A cóż ty tu masz do pozwalania lub nie? Czyż to nie jest wyłącznie moja sprawa?

2105

— Dziecko jest moje.

2106

— W istocie tak, ale ostatecznie jaki masz na to dowód? Równie dobrze mogłoby być kogo innego, a zawsze należeć do mnie i dlatego ja tylko mam tu prawo rozstrzygać…

2107

— Zosik, pomówmy spokojnie. Przecież to wszystko nie ma sensu. Zastanów się… Wiem, że to dla ciebie trud i kłopot. Nie chciałaś mieć drugiego dziecka i szanowałem tę twoją wolę. Nie nalegałem nigdy. Ale dziś, kiedy szczęśliwy… czy nieszczęśliwy dla ciebie przypadek tak zrządził…

2108

— Więc ja mam podlegać przypadkowi? Po co? Na co? Dlaczego? Ani myślę! Będzie tak, jak po­wiedziałam.

2109

— Zbrodnia!

2110

— Głupi wymysł! Tragiczny frazes z lichej komedii! Przecież to nawet żywe jeszcze nie jest…

2111

— Nie mów tak. To po prostu okropne.

2112

— A! Okropne! A to nie jest okropne, to nie jest zbrodnią, gdy moje życie się marnuje, gdy moje zdro­wie na szwank się naraża? Czyż ja nie jestem ważniej­sza w tym wypadku? Wszak nawet wasze mądre prawa, gdy trzeba wybór zrobić, każą ratować raczej życie matki.

2113

— Wszak o tym nie ma tu mowy.

2114

— Owszem, bo ja nie czuję w sobie sił ani zdrowia na tyle, nie potrafię, nie zniosę, nie chcę!

2115

Wybuchnęła płaczem.

2116

Chodził po pokoju, odwilżając językiem spiekłe w nagłej gorączce podniebienie i wargi. Był oszoło­miony, a czuł, że musi się zdobyć na zupełną przytomność umysłu, bo oto ostatnia, rozstrzygająca bitwa w tych długich, lata całe trwających, zapasach.

2117

— Pomyśl — zaczął znowu — że to, czego ty żądasz, jest daleko niebezpieczniejszym niż naturalny porządek rzeczy…

2118

— Naturalny porządek! Oczywiście, w stanie moim nie ma nic nienaturalnego, to nie jest choroba, to zwykły bieg rzeczy! Wszakże wedle was, my kobiety stworzone jesteśmy na to… Och, jakiś ty podły! Jakiś ty podły!

2119

— Za co mnie znieważasz?

2120

— Boś podły! Samolubny! Zły! Zły! Chcesz mnie zniszczyć, zabić, życie moje zmarnować! A ty, triumfator, będziesz się cieszył „licznym potomstwem”, bo to przecie chluba wasza!

2121

Wyraz strasznej, obłąkanej nienawiści zabłysnął jej w oczach.

2122

Butrym drgnął. Miał wrażenie, że pękło w nim coś i rozłamało się. Więc ona tak myśli? Tak czuje? Po siedmiu latach… I za co? Za co? Uczuł nagłe dławienie w krtani. Nie, nie! Tego nie można brać tak dosłownie. Ona jest nieprzytomna, zdenerwowana, to przejdzie, przejdzie, przejdzie, wszystko się ułoży, byle tylko zyskać na czasie.

2123

— Uspokój się, Zośka — szepnął bezdźwięcznie.

2124

Patrzyła na niego teraz nieco przytomniej.

2125

— A zgodzisz się?

2126

Potrząsnął głową.

2127

— Nie mogę.

2128

Wstała i zbliżyła się ku niemu z rozpłomienionymi oczyma.

2129

— Słuchaj, więc ja ci teraz powiem… Zgodzić się musisz. I nie tylko, że się zgodzisz, ale pójdziesz — zaraz jutro, sam — do lekarza i wytłumaczysz mu, że ze względu na moje zdrowie, operacja jest konieczna… poprosisz o konsylium i muszą… Twoja rzecz w tym, aby ci nie odmówili. Rozumiesz?

2130

Mówiła to przez zaciśnięte szczęki, trzęsąc się na całym ciele.

2131

Profesor w pierwszej chwili odruchowo chciał od­mówić. Zmarszczył już brwi i usta otworzył, gdy na­raz przyszło mu na myśl, że lepiej, gdy całą sprawę będzie miał w ręku. Może znajdzie jeszcze jaki wy­bieg, jaki sposób wyjścia. Znał ją, wiedział, że jeśli on teraz odmówi, ona się tym nie zadowoli, lecz z tym większym uporem będzie poza jego plecami dążyła do wykonania swego planu. A w takim razie wszelki wpływ jego byłby z góry udaremniony, nie mówiąc już o tym, że, sama sobie zostawiona, gotowa by szukać pokątnej porady, mogącej naprawdę grozić jej zdrowiu i życiu.

2132

Wszystko to przebiegło mu przez myśl z błyskawiczną szybkością. Pochylił głowę ruchem przyzwalającym.

2133

— Dobrze. Jeżeli tedy chcesz koniecznie…

2134

Pochwyciła go nerwowo za rękę.

2135

— Koniecznie. Muszę. Przecież ja sama… przecie to i dla mnie takie ohydne, ale — powtarzam — nie mam sił wytrwać, nie mogę, obłędu bym dostała! Odebrałabym sobie życie…

2136

Usiadł i przyciągnął ją ku sobie.

2137

— Pomyśl jednak, że to naprawdę jest rzecz straszna i — pomijając wszelkie kodeksy — zbrodnia większa, aniżeli zabójstwo dorosłego człowieka.

2138

Ruszyła niechętnie ramionami.

2139

— Nie rozumiem tego. Przecież to nic nie jest jeszcze.

2140

— Owszem, to jest życie, które się staje. Zabójstwo człowieka dorosłego jest czynem dającym się określić ze względu na swoją wartość ujemną: wiemy, co społeczeństwo czy rodzina, czy kraj tracą w owym człowieku. Ale przerywanie życia w zaczątku wyrasta do jakiegoś potwornego wdzierania się w zarządzenia losu, bo nie wiadomo nigdy, co ginie w tym życiu, jakie możliwości przyszłego rozwoju, jakiemu przeznaczeniu tama się kładzie. Pomyśl, że każdy z geniuszów ludzkości był niegdyś takiem „niczym” i tak samo matka mogła o nim powiedzieć…

2141

— Wieczne deklamacje i tragizowania. Skąd wiesz, że byłby to geniusz? Może właśnie wprost przeciwnie, zbrodniarz jaki, niedołęga, kaleka, wyrzutek, a wtedy lepiej, że nie będzie żył. Obie możliwości można zarówno przypuścić, z tym tylko jeszcze do­datkiem, że na świecie jest więcej ludzi złych, głupich i nieszczęśliwych, aniżeli geniuszów, a więc to właśnie prawdopodobniejsze…

2142

— Tak, ale…

2143

— Zresztą nie ma o czym mówić — przerwała mu. — Zgodziłeś się już i rzecz jest postanowiona.

2144

— Zapewne, ale ja ciągle jeszcze przypuszczam, że się rozmyślisz.

2145

— Nie łudź się co do tego.

2146

— Zośka, a czy tobie nie przychodziło na myśl, że to jest moje dziecko? Moje?

2147

Potrząsnęła głową powoli i stanowczo.

2148

— Nie. O tym nie myślę wcale.

2149

— Dlaczego? Dlaczego?

2150

— Ach, Boże… Udział mężczyzny jest taki śmieszny i nic nieznaczący.

2151

Nachylił się ku niej, panując nad sobą całym wysiłkiem woli.

2152

— Przecież to ten dzień w Wenecji — zaczął szeptać błagalnie — ten dzień jasny, kiedy nam tak dobrze było ze sobą… kiedyś mnie kochała, Zośka!

2153

— Nie myślałam wtenczas wcale o tobie.

2154

— Jak to?

2155

— To takie proste. Byłam nie wiadomo dlaczego w usposobieniu… romantycznym… ty przyjechałeś…

2156

— A gdybym ja nie był przyjechał?

2157

— Toby nic nie było. Wstręt mam do wszystkich mężczyzn. Do ciebie się już przyzwyczaiłam. Ale po cóż kłamać, żem myślała o tobie albo ciebie pragnęłam? Owszem, wyobrażałam sobie, zupełnie dziecinnie, że to jakaś bajka, że jakiś zaklęty królewicz… bo ja wiem zresztą co?

2158

Zakryła naraz oczy rękoma.

2159

— Ach! I z tego teraz taka ohyda! Taka ohyda…

2160

Butrym siedział blady, na zagryzionej kurczowo wardze pojawiły mu się krople krwi…

XI

2161

— Otóż przychodzę nareszcie do ciebie jako do lekarza, abyś mi poradził — mówił Butrym do Krasołuckiego, siląc się na swobodny ton.

2162

— O! Cóż takiego?

2163

Profesor zarumienił się.

2164

— Rzecz jest właściwie trochę drażliwa…

2165

— Czyżbyś sobie przypomniał… kawalerskie czasy wraz ze złymi skutkami? — zaśmiał się Krasołucki. — No, no, nie martw się. Będziemy jakoś radzić.

2166

— O nic podobnego nie idzie.

2167

Doktór spojrzał mu w twarz i spoważniał w jednej chwili.

2168

— Czego ci brakuje? — spytał krótko.

2169

— Mnie nic…

2170

— Żonie…

2171

— Nie… to jest… Owszem, w domu wszyscy zdrowi.

2172

Krasołucki ujął go za rękę i poprowadził do fotelu. Usiadł naprzeciw i wpatrzył mu się w oczy dobrym, rozumnym wzrokiem.

2173

— Widzę jednak — rzekł po chwili — że jest naprawdę coś poważnego. Jeśli ci tylko mogę być pomocnym.

2174

Butrym spuścił głowę.

2175

— Tak mi głupio mówić o tym…

2176

— Uspokój się przede wszystkim. Ja jako lekarz różne, różne rzeczy słyszę. Może kieliszeczek koniaku?

2177

Podziękował ruchem dłoni.

2178

— Tak, potrzebuję twojej pomocy i to bardzo. W dobrej sprawie, w dobrej sprawie, choć tak krzywą drogą muszę do niej dążyć.

2179

— Bywa.

2180

— Słuchaj, ja… to jest moja żona — wykrztusił przez ściśnięte gardło — moja żona… spodziewa się… dziecięcia.

2181

Krasołucki skinął głową.

2182

— Aha. Rozumiem. A ty, moje złoto, uważasz, że ten nowy obywatel wcale światu nie jest potrzebny i chcesz zatem… Ja wprawdzie nie zajmuję się takimi rzeczami, ale z przyjaźni mogę ci wyszukać jaką szuję, co nie siedzi dotąd w kryminale…

2183

Butrym stał już i usiłował przerwać lekarzowi.

2184

— Nie, nie, nie! Wcale nie o to chodzi! Raczej wprost przeciwnie!

2185

— Jak to?

2186

— Ja chcę właśnie, aby dziecko żyło!

2187

— Bój się Boga! Więc po cóż do mnie przycho­dzisz? — wykrzyknął Krasołucki z zupełnie szczerym zdziwieniem.

2188

Butrym zmieszał się i poczerwieniał znowu. W milczeniu przeszedł kilka razy po pokoju, a potem usiadł znów w fotelu i objął skronie rękoma, zakrywając równocześnie — niby mimo woli — oczy przed wzrokiem lekarza.

2189

— To długa historia. Muszę ci wszystko opowiedzieć — rzekł po chwili.

2190

I zaczął opowiadać. W miarę, jak mówił, Kraso­łucki, który siedział naprzeciw niego z dłońmi opartymi na rozstawionych kolanach, otwierał coraz szerzej oczy i usta. Bezmierne zdumienie malowało się w jego twarzy.

2191

— Ależ w takim razie — rzekł wreszcie, gdy Butrym skończył — możesz przecież wprost pani twojej powiedzieć, że nie chcesz, że się nie zgadzasz czy nie pozwalasz…

2192

— Mogłaby szukać porady poza moimi plecami — szepnął.

2193

— Racja. Dzisiaj za pieniądze wszystkiego do­stanie. Jednak to już twoja rzecz, żebyś dopilnował i nie dopuścił do żadnych operacji. Jeśli tylko stanowczo wystąpisz…

2194

— Nie mogę wystąpić stanowczo.

2195

— Dlaczegóż to?

2196

Butrym się zawahał. Krwawy rumieniec wystąpił mu znowu na czoło. Krasołucki to zauważył.

2197

— Jeśli ci nieprzyjemnie mówić…

2198

— Nie. Kiedy zacząłem, muszę ci powiedzieć wszystko, zwłaszcza, że twojej pomocy potrzebuję. Widzisz… między nami nie jest zupełnie tak dobrze jak ludzie sądzą. W szczegóły nie będę się wdawał. Wiele się rwie, a ja nie mogę dopuścić do ostatecznego rozdarcia, bo… bo… ta kobieta nie jest mi obojętna… Ja ją muszę zatrzymać przy sobie, rozumiesz mnie? Nie tylko fizycznie, ale i duchowo. Gdybym teraz wystąpił stanowczo i oparł się, ona by mi tego nigdy nie darowała.

2199

— Tchórzysz?

2200

— Tchórzę.

2201

Krasołucki pokiwał głową.

2202

— Rozumiem, niestety, rozumiem i to. Ale w takim razie nie pozostaje ci nic innego, jak zgodzić się.

2203

— Nie chcę. Nie mogę. Władku, nie pytaj mnie o wszystko, bo o wszystkim trudno mi mówić, ale to wiedz, że — poza innymi względami — ja w tym dziecku widzę ostatni ratunek dla siebie, dla nas obojga. Zbyt daleko odeszliśmy od siebie, może nas to znów połączy…

2204

— Ano, niechże ci będzie. Byleś się tylko nie łudził. Powiedzże mi jednak, moje złoto, w czym ja ci tu mogę być pomocnym? Nie żądasz chyba, abym ja poszedł do twojej pani i namawiał ją, aby zamiast francuskim zdrożnościom hołdować, raczej tak, jak Pan Bóg przykazał i matki nasze robiły…

2205

— A, nie! To nie doprowadziłoby do niczego.

2206

— Naturalnie. A więc?

2207

Butrym ożywił się.

2208

— A więc ułożyłem taki plan: Przyprowadzę żonę do ciebie. Powiem, że ty z przyjaźni dla mnie, na moje prośby zgodziłeś się… i wyszukasz specjalistę… Uspokoi się wtedy, nie będzie szukała na własną rękę a my zyskamy trochę czasu. Twoja głowa w tym żeby jakoś zwłóczyć. Może ona sama się tymczasem rozmyśli, a jeśli nie to wezwiesz wreszcie ginekologa na konsylium — uprzedzimy go naturalnie. Powiecie że już za późno, czy że jej organizm słaby i nie zniósłby…. czy też wymyślicie co innego, byle tylko zapobiec, uchronić, nie dopuścić, nie dopuścić, na miłosierdzie boskie! Do takiej strasznej rzeczy, przed którą — wszystko już pomijając — wstręt mam tak niesłychany!

2209

Zaległo na jakiś czas milczenie. Krasołucki chodził teraz po pokoju krokami tak wielkimi, jak tylko na to pozwalały krótkie jego nogi. Zaplótł ręce końcami pal­ców na krzyżach i pokręcał co pewien czas głową.

2210

— Kręte drogi wybierasz, moje złoto. Bo ja wiem, bo ja wiem, czy to będzie dobrze? Wedle mojego rozumienia to najlepiej by było tak po chłopsku czy po szlachecku: siedź aśćka w domu i głupstwa sobie wybij z głowy, na to Pan Bóg stworzył kobietę!

2211

— Gdybym to mógł… — szepnął Butrym.

2212

— A tak, serce, ja cię rozumiem. Gdybyś ty mógł! Ale nie możesz, więc budujesz gmach filigranowy, do diabła! Strasznie filigranowy, który pod lada ciężarem może się rozpaść. A czy pomyślałeś, co będzie wtedy, jeśli przez jakiś przypadek żona twoja dowie się o wszystkiem, że ty, niby wolę jej czyniąc, w istocie robiłeś, co tylko mogłeś, żeby stanąć w poprzek jej życzeniom? Pomyśl, moje złoto, że kobiety są uparte i mściwe?

2213

Butrym siedział z twarzą schowaną w obu dłoniach.

2214

— Trudno, nie mam nic do stracenia — rzekł głu­cho. — Gorzej być nie może, niż jest.

2215

— Mylisz się. Z kobietą często nie może być lepiej, ale gorzej zawsze jeszcze może być. Miej się na baczności.

2216

Po chwili milczenia profesor wzniósł głowę.

2217

— Więc odmawiasz? — spytał powstając.

2218

— Ale gdzież tam, moje złoto, zgadzam się. Możesz panią od razu jutro do mnie przyprowadzić. Cieszę się u niej tak paskudną opinią, że uwierzy na pewno, iż ja się wszystkiego podjąłem…

2219

— Co do opinii…

2220

— Tak, tak, ma mnie za szubrawca jak większość kobiet, zwłaszcza żon. Mniejsza o to. O specjalistę wystaram się łatwo, bo przecież w końcu o dobrą rzecz tutaj idzie.

2221

— Dziękuję ci.

2222

— Nie ma za co. Oby tylko wszystko…

2223

Urwał naraz i wpatrzył się w profesora.

2224

— Słuchaj no, a gdyby tak niespodziewanie po zbadaniu pani okazało się, że… taki zabieg jeśli już nie konieczny, to jednak jest wskazany?

2225

Butrym rozłożył ręce.

2226

— Rzecz prosta, że wtedy muszę ustąpić. Prze­grałem walkę z losem.

2227

— No, no, nie bierz rzeczy tak tragicznie. O ile znam konstytucję twojej pani, sądzę, że nie ma obawy o to. Kobieta jak młody dębczak. A że tam pewno są różne nerwowe dolegliwości, to taka zwykła rzecz w dzisiejszych czasach. Z tego nikt nie umarł. Zawsze niebezpieczniejsze są te… sztuczne figle.

2228

Butrym milczał posępnie.

2229

Krasołucki patrzył na niego a potem zaczął kręcić znów głową.

2230

— A wiesz, że jednak dotąd nie mogę wyjść ze zdumienia. To jest po prostu niesłychane. Przychodzili tu do mnie nieraz rozmaici mężowie i nie mężowie, ale zawsze z prośbą o coś wprost przeciwnego. Wypra­wiałem ich do wszystkich diabłów albo, gdy mnie już bardzo znudzili, do tego żydka z naprzeciwka, którego dotąd jeszcze nie zamknięto. Ale żeby ktoś z takim interesem jak ty dzisiaj!… Po raz pierwszy w życiu to mi się zdarza, choć jestem już eskulapem — tfy! — coś ze trzydzieści lat blisko.

2231

— A widzisz, bywa i tak — rzekł Butrym krótko i chciał się pożegnać, ale Krasołucki zatrzymał go jeszcze.

2232

— Cenię cię za to, ale czy ty jednak, moje złoto, nie tragizujesz zanadto — zagadnął — i nie robisz grande chose[110] z rzeczy, która ostatecznie jest głupstwem, jak dziś postępowi ludzie powiadają?

2233

Profesor z wolna potrząsnął głową przecząco.

2234

— Dla mnie to nie jest głupstwo.

2235

— Ha, być może. Nie znam się na tym, muszę ci wierzyć na słowo. Nigdy nie byłem tak bardzo żonaty ani do ojcostwa nie miałem pociągu. Co kto lubi. Ja w skuteczność takiego wrzeszczącego węzła między dwojgiem ludzi, którzy się już tyłem do siebie odwracają, nie wierzę, a na twoim miejscu, po prostu aby się zbyć kłopotu, gdybym nie mógł przeszkodzić, machnąłbym ręką: rób sobie, co chcesz, babo… O, pardon!

2236

Uderzył się dłonią w usta.

2237

Butrym stał zamyślony i milczący. Po chwili podniósł głowę i spojrzał na lekarza szeroko rozwartymi jasnymi oczyma.

2238

— Poza wszystkim — rzekł — mam bałwochwal­czą cześć dla tajemnicy życia i boję się ściągać na to, ręki…

2239

Tatwami[111] — szepnął Krasołucki, poważniejąc.

2240

— Tak jest. Zwłaszcza, gdy chodzi o człowieka, który z takiego nikłego początku wyrasta na cały świat, myśli, uczuć, czynu.

2241

— Masz rację, może masz rację. Tak mawiał je­dyny mój przyjaciel z pasieki na futorze za naszym sadem. Staruszek towiańczyk.

2242

Zadrżał na całym ciele.

2243

Kobieta demoniczna— Uderzyłeś mnie słowem, o którym w ciągu życia tak się zapomina. Tajemnica… Tajemnica życia i śmierci! Któż to powiedział takie głupstwo, że kobieta życie daje? To tylko bierne i oporne narzędzie i gdyby od niej wyłącznie zależało, byłaby jeno śmierć, śmierć, śmierć.

2244

Butrym nie słuchał, w myślach swych pogrążony.


2245

— Więc jakże? — pytała Bergerowa, nieco zakłopotana, udając, że patrzy w bok z roztargnieniem.

2246

Doktór Podkiecki uśmiechnął się dobrotliwie pod malutkim, ślicznym wąsikiem.

2247

— Ach, proszę pani, przecież to drobnostka.

2248

— O, jaki pan dobry!

2249

— To nawet z dobrocią nic do czynienia. Ja po prostu ze swego stanowiska uznaję najzupełniej prawo kobiety do rozporządzania życiem, które daje. Zwłaszcza dopóki ono w niej samej się chowa i nie zostało oddane na własność społeczeństwa. Bo wtedy naturalnie postać rzeczy się zmienia. Wtenczas człowiek staje się wykładnikiem pewnej wartości ogólnej i tylko społeczeństwo jedno ma do niego prawo…

2250

Pani Bergerowa zrozumiała z tego wszystkiego jeno to, że ten kochany doktór Podkiecki zgadza się i że się Zośka bardzo, bardzo ucieszy.

2251

— Ach, jak to cudownie — przerwała mu — że pan ma takie poglądy o społeczeństwie. Pan jest bardzo kochany i rozumny człowiek!

2252

— Jestem tylko sprawiedliwy — rzekł z bezprzykładną skromnością.

2253

— Ale mój panie złociutki, niech pan mówi prędko, jak to zrobić? Kiedy? Gdzie?

2254

— Jak to kiedy i gdzie? — obruszył się z lekka doktór.

2255

— No tak, rozumie pan, żeby nie było skandalu…

2256

— Nie jestem pokątnym trucicielem. Jeśli co robię, to robię z zasady i zgodnie ze swymi przekona­niami. Wszystko otwarcie.

2257

— Ależ podobno są jakieś tam ustawy…

2258

— Ach, ustawy, ustawy! W dzisiejszym społeczeństwie jest mnóstwo ustaw przestarzałych i zgoła głupich, powiedziałbym nawet barbarzyńskich, o ile się odnoszą do kobiety.

2259

— Ma pan najzupełniejszą rację. Tylko… jak to zrobić?

2260

— Nic łatwiejszego. Ustawa głupia i barbarzyńska odznacza się zawsze tym, że ma w sobie… dziurę!

2261

— Ma dziurę? Och, jak to dobrze! Niech pan powie.

2262

— Proszę pani, jednemu lekarzowi nic nie wolno, ale dwóch może wszystko. Jeżeli konsylium orzeknie, że jakiś zabieg jest ze względu na zdrowie pacjentki konieczny, jesteśmy najzupełniej kryci wobec prawa i nikt nam nic absolutnie zarzucić nie zdoła.

2263

— A to konsylium?

2264

— Zrobi się. Niech pani przyjaciółka przyjedzie do mnie. Ja jej wskażę drugiego lekarza, który również światle i postępowo na rzecz się zapatruje. Wydamy orzeczenie, że… z powodu… no, powód się wynajdzie. Potem ta pani uda się do którejkolwiek prywatnej lecznicy, to zawsze lepiej niż w domu, my zawiado­mimy władze i w parę godzin będziemy ze wszystkim gotowi.

2265

— Cudownie, cudownie! Gdyby to nie było w publicznym miejscu i gdyby ludzie na nas nie patrzyli, uściskałabym pana!

2266

— Nie dość zasłużona byłaby nagroda.

2267

— Ale a propos nagrody… Co do honorarium…

2268

— Nie, pani. Takich rzeczy za pieniądze się nie robi. Powiedziałem już, że nie jestem pokątnym trucicielem i jeśli co robię, to tylko z zasady. Pomagam w ten sposób często biednym robotnicom, dla których zbyt liczna rodzina byłaby ciężarem nie do zniesienia, dlaczegóż dzisiaj nie mam również bezinteresownie pomóc komuś, kogo pani popiera? Jedyny wydatek, jaki przyjaciółka pani będzie miała do poniesienia, to zwykła dzienna opłata w lecznicy, którą sobie wybierze. Jeśliby to jednak było zbyt ciężko dla niej, pozostaje szpital…

2269

— Nie. To zamożna osoba.

2270

— Któż to taki? Bo dotąd nie zapytałem o nazwisko…

2271

— Butrymowa.

2272

— Co? Żona profesora?

2273

— Tak.

2274

Doktór Podkiecki pokręcił głową.

2275

— No, no! No, no!

2276

Bergerowa z niepokojem śledziła grę wyrazu na jego twarzy.

2277

— Ale to przecież chyba nie zmienia postaci rze­czy? — spytała po chwili.

2278

— Bynajmniej! Bynajmniej! Tylko… czy pro­fesor się zgadza?

2279

— Tak jakby…

2280

— To źle. Powinien się zgodzić zupełnie.

2281

— Czy to konieczne?

2282

— Nieodzowne. Inaczej moglibyśmy mieć nieprzyjemności… licho wie co.

2283

Wdówka zamyśliła się na chwilę.

2284

— Ach, to już rzecz Zośki! — Wykrzyknęła wreszcie. — Niech sobie radzi z mężem jak chce.

2285

— Niewątpliwie sobie poradzi — uśmiechnął się doktór.

2286

Po czym wkrótce pożegnał się i wyszedł z kawiarni, kędy wraz z Bergerową siedzieli. Plucha na dworze była ohydna. Topniejący śnieg, nie dość raźno zgar­niany, zalewał ulice grząskim, zimnem błotem, w powietrzu wisiała przenikliwa wilgoć, niezdecydowana jeszcze, czy się ma w deszcz czy w nowy śnieg zamienić. Doktór podniósł kołnierz od płaszcza, a spostrzegłszy, że w pobliżu nie ma dorożki zaklął z cicha, wsadził ręce wraz z laską do kieszeni i ruszył piechotą przez planty.

2287

Jakieś dziwne i nieokreślone uczucie w nim kołowało. Zbudziło się w nim w chwili, gdy posłyszał nazwisko swojej nowej pacjentki. Profesora Butryma nie znał osobiście, ale widywał go często i nie wiadomo dlaczego — nie lubił. Wydawał mu się nieprzystępnym, ponurym i wyniosłym.

2288

Uśmiechnął się mimo woli.

2289

— Tam jednak… coś jest!

2290

Ruszył ramionami.

2291

— Ach, co mnie to obchodzi! — mówił w myśli do siebie. — Robię przecież tylko to, co zrobiłbym dla każdej kobiety, w podobnym wypadku potrzebującej pomocy. A że to przypadkowo jest Butrymowa…!

2292

Mimo to doznawał jakiegoś śmiesznie łaskotliwego uczucia i maleńkiego triumfiku. Choć nie był złośliwy, uśmiechał się w duszy, jakby spłatał komuś doskonałego figla. Oto pan profesor Butrym, sławny uczony, może sobie chcieć lub nie chcieć, a on, doktór Alfons Podkiecki, tak sprawą pokieruje, że stanie się to, co chce pani profesorowa! Są na wszystko sposoby i bardzo przyjemnie jest zrobić to, czego sobie życzy kobieta…

2293

Zmarszczył brwi i usunął się na bok. Aleją naprzeciw niego toczył się doktór Krasołucki. Pan Alfons jako człowiek nieskazitelny i pełen zasad, nie był rad spotkać się z tym sprośnym grubasem, który — wedle jego przekonania — był przez swój sposób życia „istną zakałą stanu lekarskiego”. Udał więc, że patrzy na wróble, kryjące się pod bezlistnymi gałęziami, szczęśliwie wybrnął z niebezpiecznego spotkania.

2294

— Tak, tak, takie egzystencje wytwarza i utrzymuje tylko ustrój kapitalistyczny — mruknął i przyśpieszył kroku, przypomniawszy sobie, że w domu jest ciepło i zacisznie, i że go tam czeka młoda żona ze smaczną kolacją.


2295

Profesor Butrym nerwowym krokiem krążył po swojej pracowni. Czuł dziwne, nienaturalne podniecenie, język wysychał mu wciąż jakby w gorączce. Podchodził co chwilę do małego stolika w kącie pokoju i wychylał szklankę wody. Intryga, którą uknuł, wydawała mu się niezmiernie chytrą i zręczną, był pewien, że go nie zawiedzie, a jednak nie mógł się oprzeć ogarniającemu go niepokojowi. Właściwie bez powodu… Po raz dziesiąty przechodził w myśli wszyst­kie szczegóły i widział po raz dziesiąty, że się wszystko musi udać. Jutro zaraz pójdzie z żoną do doktora Krasołuckiego. A potem… Potem w jakiś czas, gdy lekarz jej wytłumaczy rzekomą niemożebność tego, czego ona sobie życzy, będą zapewne łzy i gniewy, ale w końcu zgodzi się ze swym stanem.

2296

Przystanął na środku pokoju.

2297

— Zośka, Zośka — szeptał — ty nie wiesz nawet, jaki ja potrafię być dobry dla ciebie, aby tę twoją przykrość okupić! Choćbyś nie wiedzieć co mówiła, robiła ze mną nie wiedzieć co…

2298

Przyciskał ręce do piersi i drżał w jakiejś wizji szczęścia, którego tak strasznie, tak rozpaczliwie pragnął. Chwytał się jak zbawienia tej nikłej nadziei, że teraz „będzie inaczej”.

2299

— Moja będziesz, moja! Los sam chciał, żebyś stała się na powrót moją, daruj mi, że wbrew twojej woli i wszelkimi sposobami walczę o to, ale to będzie nasze wspólne szczęście…

2300

I znowu uczuwał niepokój. Coś jakby wyrzut, że niewłaściwą idzie drogą i nie prostą. Na moment przyszło mu na myśl, aby dać pokój tej intrydze i raczej pomówić z żoną szczerze, wytłumaczyć, prze­konać, a gdy się to nie da, prosić jeszcze jak o łaskę najwyższą, jedyną, aby nie niszczyła tej iskry tleją­cego dopiero życia, której uczepiła się cała nadzieja jego dojrzałego, męskiego serca. W tejże jednak chwili błysnęły mu w oczach z uporem zacięte wąskie usta pani Zośki i jej chłodny, nielitościwy wzrok…

2301

— Nie ma rady — szepnął znów prawie głośno. — Nic jej nie wytłumaczę, bo ona zrozumieć nie chce, a nic nie uproszę, bo tym bardziej będzie chciała swoją zrobić wolę… Muszę już iść tą jedyną drogą, którą wybrałem.

2302

Tak pomyślał, ale smutek go ogarnął nagle ciężki i przygnębiający. Usiadł w fotelu przed biurkiem i ścisnął skronie rękoma.

2303

— Owszem — myślał — muszę kłamać i grać komedię, muszę! Aby podejrzeń jej nie obudzić, po­winienem udać, że mnie przekonała i ja z dobrej woli godzę się teraz na wszystko.

2304

Zatrząsł się ze wstrętem.

2305

— Zośka, Zośka! Czemu ty mnie zmuszasz do tego? Czemuż nigdy i nigdy porozumieć się nie mo­żemy…?

2306

Siedział w milczeniu, zastygły i prawie bez myśli. Po całodziennym nerwowym podnieceniu wszystko w nim naraz rozluźniło się i opadło. Pozostało tylko nieznośne uczucie, jakby niepotrzebnie połkniętego ogryzka, który tkwił teraz w gardle czy w sercu i dusił go…

2307

Nagle doznał dziwnego wrażenia. Bez żadnej widocznej przyczyny stanął mu w myśli Firdussi. Jako żywy. Chwila pożegnania. Widzi go niemal szeroko rozwartymi oczyma przed sobą. Czuje dotknięcie niesamowite jego przedziwnej ręki. I słyszy słowa. Te tak niepojęte i natychmiastowo zapomniane słowa… Chwyta już uchem ich dźwięk, dotąd obcy, ale moment jeszcze, pół momentu, a przypomni sobie ich treść, zrozumie znaczenie…

2308

Drzwi się otwarły. Pani Zośka weszła do pokoju. Zarękawek rzuciła na sofę i podniósłszy woal z zaróżowionego chłodem noska, podała mężowi policzek do pocałowania. Zauważył, że jest wesoła i ożywiona. Wziął to za dobrą wróżbę. Gorączkowe podniecenie znów go ogarnęło. Zerwał się i z mimowolnym lękiem wewnętrznym, aby nie przepuścić pomyślnego momentu, zaczął mówić głośno i bezładnie. Kłamał i nawet nie dziwił się, że kłamie tak dobrze. Jak wprawny aktor, który jednak cokolwiek się „zgrywa”, opowiadał z podejrzaną przesadą, ile trudu sobie zadał, aby stosownie do jej życzenia wynaleźć chętnego lekarza… Trzeba było być ostrożnym, tak jest bardzo, bardzo ostrożnym. I takie to było przykre. Ten i ów odmówił. Inny wziął wprost propozycję jego za osobistą obrazę. Aż trafił nareszcie na Krasołuckiego… Ona ma do niego uprzedzenie, ale niesłuszne, bo to doskonały lekarz. Postara się sam o specjalistę, który rzecz załatwi, naturalnie o ile się tylko da. Bo czasami bywają przeszkody. Ale trzeba mieć nadzieję, że w tym wypadku nie będzie żadnych. Zaraz jutro pójdą oboje razem do Krasołuckiego…

2309

Powiedział już wszystko, co sobie był ułożył i zamilkł nieco zakłopotany, że nie ma już nic więcej do powiedzenia. Pani Zośka nie odpowiadała. Zaniepokoiło go to. Podszedł ku niej — usiadła była bowiem na sofce — i zacierając ręce rzekł z nieszczerym uśmiechem:

2310

— Cóż? Rada jesteś…

2311

Spojrzała nań z roztargnieniem.

2312

— Tak, tak. Dziękuję ci.

2313

— Więc zaraz jutro idziemy.

2314

— Nie. Już nie potrzeba.

2315

Uderzyło go niedobre przeczucie. Czuł, że blednie.

2316

— Jak to?

2317

— Nie wiedziałam, czy się uda, więc robiłam sta­rania na własną rękę.

2318

— Sama!?

2319

— Przez Bergerową.

2320

— A tej małpie co do tego?! — wykrzyknął zgoła nieoględnie.

2321

— Jak to: co jej do tego? Prosiłam ją. Tak samo jak ciebie.

2322

— Tak, tak, masz rację — rzekł, starając się opa­nować. — I cóż ?

2323

— Rzecz nie przedstawia zgoła żadnych trudności. Znalazła lekarza… Butrym uczuł, że dłoń jakaś niewidzialna ściska go nagle za gardło.

2324

— Zapewne jakiegoś konowała — wykrztusił — truciciela bez sumienia i czci, który ci może zdrowie zrujnować na całe życie.

2325

— Przeciwnie. Jest to nader wzięty specjalista, przy tym człowiek młody, przystojny i bardzo miły. Na jej prośby podjął się rzecz załatwić i zrobi to otwarcie, bez niepokojących tajemnic, przez konsylium…

2326

— Któż to taki?

2327

— Doktór Podkiecki.

2328

— Doktór Podkiecki — powtórzył Butrym głucho.

2329

— Będę jutro u niego.

2330

— Jutro? Już?

2331

— Wszak sam mówiłeś, żeby zaraz jutro… tylko, że ja nie do Krasołuckiego…

2332

— Ależ… przecież nie może od razu?

2333

— Nie. Jutro ma mnie tylko zbadać.

2334

— Kiedy będziesz u niego? — zapytał naraz twar­dym głosem po chwili kłopotliwego milczenia.

2335

— O ósmej rano. Później jedzie do chorych…

2336

Profesor usiadł znów w krześle przed biurkiem. Wir sprzecznych myśli i uczuć kłębił mu się w duszy. Odruchowo chciał już powiedzieć żonie wszystko, przyznać jej się, co był z Krasołuckim ułożył i błagać ją, aby zamiar swój porzuciła…

2337

Spojrzał na nią i w tymże momencie uczuł całą bezcelowość takiego postąpienia. Pani Zośka z zaciśniętymi ustami patrzyła chłodnym, nieco roztar­gnionym wzrokiem przed siebie… Wiedział, że gdy do niej przemówi, spojrzy nań obojętnie zimnym połyskiem tych oczu o zmiennym kolorze morskiej wody, usta silniej zaciśnie, wzruszy w nieokreślonym ruchu lekceważąco ramionami i w ślepym uporze zacięta nie będzie nawet rozumiała tego, co on jej powie. Wszak w tej chwili chodzi jej już tylko o to, aby postawić na swoim.

2338

Nagle krew mu w skronie uderzyła. Ścisnął szczęki i namarszczył czoło. Zaciekłość i w nim się obudziła.

2339

— Walka? — myślał — więc dobrze! Zobaczymy, kto będzie silniejszy. Ja i teraz jeszcze sposób wynajdę!

2340

Z na wpół nieprzytomnym natężeniem począł liczyć godziny i minuty, które mu jeszcze do jutrzejszej ósmej godziny rannej pozostawały. Nigdy jeszcze żadnego astronomicznego obliczenia nie robił z taką uwagą, jak tę prostą rachubę[112], która nadto ciągle się mu plątała. Miał wrażenie, że jest skazańcem szukającym ratunku przed godziną egzekucji, a równocześnie czuł, że jakiś nerwowy skurcz twarzy ściąga mu usta w grymas jak gdyby uśmiechu…

2341

— Z czego się śmiejesz? — spytała pani Zośka, która patrzyła nań już od paru chwil.

2342

Ocknął się.

2343

— Nic… Przypomniało mi się w tej chwili, że mam jeszcze ważną obserwację astronomiczną zrobić dziś wieczorem…

2344

— Wyjdziesz?

2345

— Tak. Wyjdę w tej chwili…

2346

Ruszyła ramionami.

2347

— Jak chcesz. Ale nie siedź długo, bo jutro o ósmej musisz iść ze mną do Podkieckiego i powiedzieć mu wyraźnie, że się zgadzasz.

2348

Miał już wyjść z pokoju — zawahał się jeszcze na moment.

2349

— Słuchaj — zaczął — a może by tak jeszcze za­stanowić się, rozważyć rzecz dobrze, nim klamka za­padnie.

2350

— Zastanowiłam się i rozważyłam. Nie ma o czym mówić. Jeślibyś robił trudności albo przeszkadzał mi, z miejsca wyskoczę oknem na ulicę.

2351

— Ależ dlaczego? Zośka! Dlaczego?

2352

— Bo nie chcę. Rozumiesz mnie? Nie chcę!

2353

— To takie straszne…

2354

— Nie bój się. Operacja zupełnie łatwa.

2355

— Nie o tym mówię. Ale moralna strona…

2356

— Ach! Strona moralna! Dobrze tobie mówić, gdy ciebie nic nie czeka. Zresztą po co próżno słowa tracić? Zgodziłeś się już i sprawa załatwiona.

2357


2358

Na ulicy skoczył w pierwszą napotkaną dorożkę i kazał się wieźć do mieszkania Bergerowej.

2359

Wdowa przyjęła go z rzeczywistym zdumieniem.

2360

— O, wielcy bogowie! Co? Mamże oczom wierzyć? Profesor u mnie we własnej osobie?

2361

Butrym przywitał się krótko i od razu przystąpił do rzeczy.

2362

— Żona moja była u pani?

2363

— Wszak pan wie że zachodzi często — odparła Bergerowa przezornie przypatrując się badawczo ścią­gniętej i wyburzonej twarzy profesora.

2364

— Prosiła panią o pomoc…

2365

— W czym?

2366

— Pani wie dobrze.

2367

— Ach, więc o to idzie! Drobnostka. Zrobiłam dla niej, co mogłam. Rada jestem, że się udało.

2368

— Czemu się pani wtrąca do nie swoich rzeczy? — wyrwało mu się właściwie mimowolnie.

2369

Bergerowa powstała.

2370

— Jak to? Gdy Zośka sobie życzyła?…

2371

— A spytała pani, czy ja sobie życzę?

2372

— Pan? — rzekła zgoła wyzywająco — Pan? A cóż panu do tego? Czyż Zośka nie ma prawa rozporządzać sobą wedle własnej woli? — powtarzała słowa od Butrymowej przed paru dniami słyszane.

2373

— Tak! Sobą, ale dziecko jest moje! — wybuchnął.

2374

— Przypuśćmy, ale to nie wielka sztuka i pana to chyba wiele nie kosztuje, ją zaś przeciwnie. A zresztą, skądże mogłam wiedzieć, że pan się nie zgadza, gdy ona mi powiedziała…

2375

Ruszyła ramionami, ziewnęła sztucznie i spojrzała na zegarek.

2376

Butrym uczuł, że mimo woli w zupełnie głupi sposób rozpoczął rozmowę. Wszakże nie o to mu chodziło, aby się kłócić z Bergerową lub robić jej próżne wyrzuty. Szukał słów, jakby rzecz naprawić, gdy ona, stojąc wciąż, odezwała się po chwili milczenia:

2377

— Byłoby naprawdę wskazane, żebyście państwo załatwiali sprawy między sobą u siebie w domu, a nie mieszali w nie osób trzecich. Tak muszę panu po­ prostu powiedzieć. Naprzód żona pańska przybiegła do mnie, rozpacza, prosi, błaga o ratunek, ja się męczę, szukam, chodzę, a kiedy nareszcie zrobiłam, czego chciała, pan mi przychodzi robić awanturę! Przyznam się panu, że to jest nadzwyczajne.

2378

— Pani Wando! Niech się pani nie gniewa, jestem doprawdy tak wzburzony, że już nie panuję nad sobą. Ach! Po co pani do tego rękę przyłożyła!

2379

— Powiedziałam już. Bardzo pana dotąd lubiłam ale teraz… chciałabym mieć wieczór spokojny.

2380

— Rozumiem. Pani mnie wyrzuca. Ale ja i tak jeszcze nie pójdę.

2381

— Proszę. Więc niech pan siada.

2382

Butrym jednak nie usiadł, lecz chodził po nie­wielkim pokoju.

2383

— To jest straszne, to straszne! — powtarzał.

2384

— Ach, niechże pan nie robi z głupstwa tragedii! Przecież to rzecz taka zwykła i dzisiaj niemal co­dzienna… Niech pan zapyta lekarza.

2385

— Może. Ale mimo to nie przestaje być zbrodnią.

2386

— Śmieszny pan jest. Doprawdy, że człowiek w pańskim wieku i na pańskim stanowisku…

2387

Profesor przystąpił do niej cały rozogniony.

2388

— Tak jest proszę pani. Nie cofam wyrażenia: to jest zbrodnia i nie tylko… wobec tego życia samego, które się gasi w zaczątku, lecz także wobec społeczeń­stwa, wobec naszego zwłaszcza społeczeństwa, naszego narodu, dla którego po prostu warunkiem istnienia stało się to, aby się mnożył energicznie…

2389

— Choćby na najgorszą nędzę i ciemnotę, choćby na łup wszystkim chorobom!

2390

— Chociażby nawet! — krzyknął Butrym w za­cietrzewieniu.. — Jedyną pozytywną wartością na świecie jest człowiek…

2391

— Bez względu na to, jaki?

2392

— Owszem! Ale narodowi uciskanemu, jak nasz, przede wszystkim o ilość musi chodzić, w masie wy­bitne jednostki znajdą się zawsze. Cofanie się od tego obowiązku wobec społeczeństwa, od wydawania po­tomstwa, jest — powtarzam — zbrodnią, która po­winna być najcięższymi ścigana karami!

2393

— Pani Wanda nie wytrzymała już dłużej i parsknęła śmiechem.

2394

— Bardzo piękne teorie, a dla mężczyzn nader wy­godne i przyjemne!

2395

— Nie, to nie teorie, lecz życie samo! A wy, wy kobiety…

2396

— Ja?

2397

— Wszystko jedno, pani nie pani, ale kobiety dla kaprysu, dla wygody, dla pozbycia się kłopotu i ciężaru…

2398

— Czcza deklamacja! Gdyby tak z was który spróbował to przechodzić, co kobieta musi znieść… A zresztą czego pan chce ode mnie? Niech to pan wszystko powie swojej żonie.

2399

Butrym zamilknął zawstydzony.

2400

— Ma pani słuszność — rzekł po chwili ze smut­kiem. — Zupełnie niepotrzebnie do pani to mówię. Nie po to tutaj przyszedłem.

2401

— Więc nareszcie po co? Może mi pan w końcu zechce powiedzieć.

2402

— Pani Wando! To się stać nie może! — jęknął ze szczerą rozpaczą w głosie.

2403

Bergerowa spojrzała na niego z przelotnym współczuciem.

2404

— Pan naprawdę jakoś nazbyt gorąco tę rzecz bierze. Nigdy bym się nie była spodziewała… Ale w takim razie… nie rozumiem pana. Dlaczegóż pan tej biednej Zośce nie powie wprost, że pan korzysta ze swego, przez Kościół i państwo danego prawa i nie pozwala. Przecież lekarz bez pańskiej zgody nic nie zrobi.

2405

Rozłożył ręce ruchem bezradnym.

2406

— A otóż to! To tak trudno pani powiedzieć…

2407

— Przyznam się panu, że miałam pana za bardziej stanowczego i odważniejszego!

2408

— Niech mnie pani zrozumie. Mnie tutaj nie o dziecko tylko chodzi…

2409

— Więc o co?

2410

— O żonę.

2411

— Jej się nic nie stanie.

2412

— Wierzę. Zbyt długo trzeba by mówić… Mniejsza oto. Ale ja ją tracę, ja ją tracę! I jeśli jeszcze ten mój zakaz stanie między nami…

2413

— Na to, mój drogi profesorze, ja już nic nie poradzę.

2414

— Owszem pani jedna poradzić by mogła…

2415

— Ja?

2416

— Tak. I naprawić to, co pani… mimo woli, zu­pełnie mimo woli zrobiła złego…

2417

— Jakżeż to?

2418

— Właśnie z tą prośbą przyszedłem…

2419

— Dość późno ją pan wyjawia.

2420

— Mniejsza. Otóż niech się pani uda dziś, zaraz, do doktora Podkieckiego, czy jak mu tam, i powie mu, wytłumaczy, przedstawi, że trzeba koniecznie, aby udał, że się zgadza, a tymczasem użył wszelkich środków dla wybicia Zośce z głowy tego planu…

2421

Pani Wanda zerwała się oburzona.

2422

— A dajcież mi pokój nareszcie i nie mieszajcie mnie do tych wszystkich głupich historii! Czysty dom wariatów. Nie, profesorze kochany, ja tego zrobić nie mogę.

2423

— Ależ dlaczego? Dlaczego?

2424

— Dziwię się, że pan jeszcze pyta. Naprzód dlatego, że się brzydzę wszelkimi intrygami i wdawać się w nie nie myślę. Następnie taki krok byłby z mojej strony ohydną zdradą wobec Zośki, która mi zaufała. A wreszcie, niechże pan sobie wyobrazi, co by doktór Podkiecki o mnie pomyślał! Wczoraj go proszę o to, a dziś… Nie! Nie mogę przecież robić błazna ze siebie. Niech sobie pan sam z nim rozmawia, jeśli pan sądzi, że ta droga jest… uczciwa.

2425

— Nie mam innej.

2426

Bergerowa ruszyła ramionami.

2427

— Trudno.

2428

— Czy pani zechce dać mi jego adres?

2429

— Owszem.

2430

Wymieniła ulicę i numer domu.

2431

— Czy go teraz zastanę?

2432

— Dobre pytanie! A skądże ja mogę o tym wiedzieć?

2433

Przy drzwiach Butrym zatrzymał się jeszcze.

2434

— Pani Wando — zaczął z pewnym wahaniem — jeszcze jedna prośba…

2435

— Słucham.

2436

— Jeśli pani nam, to jest mnie i Zośce choć trochę dobrze życzy, to niech jej pani o dzisiejszej rozmowie naszej nie wspomina…

2437

— Może właśnie należałoby jej powiedzieć…

2438

— Jak pani chce. Zrujnuje pani do reszty to, co się może… i tak już wali.

2439

— A wreszcie, jeśli się panu zdaje, że tak wiele od tego zależy!… Nie powiem jej o niczym, może pan być spokojnym — uśmiechnęła się. — Przecież ona i tak na swoim postawi.

2440

Butrym wybiegł na ulicę i polecił dorożkarzowi jechać prosto do mieszkania doktora Podkieckiego. Nie zastał go w domu. Przyjęła go żona doktora, młoda, przystojna kobietka o jasnej twarzy i dobrych, ła­godnych oczach. Przedstawił jej się i zapytał o męża.

2441

— Wyszedł z domu po kolacji — rzekła — ale jak pan go potrzebuje do chorej, to proszę tylko adres zostawić…

2442

— Nie, ja muszę z doktorem mówić osobiście i to dzisiaj koniecznie. Czy pani nie wie, gdzie bym go teraz mógł znaleźć?

2443

— Mój Boże, bywa czasem u Hawełki, czasem w kawiarni lub na jakim posiedzeniu… Zdarza się także, że go z miasta niespodziewanie do chorej wzywają.

2444

Butrym pojechał do Hawełki, zrobił przegląd wszystkich kawiarń i większych restauracji, zajrzał do lokalów zebrań publicznych i nigdzie doktora nie znalazł. Wrócił więc i późno nocą zapukał znowu do drzwi jego mieszkania. Wyszła służąca i powiedziała mu, że pan doktór jeszcze nie wrócił, a pani właśnie spać się położyła i także już przyjąć go nie może. Profesora rozpacz ogarnęła. Poprosił o pozwolenie napisania kilku słów. Służąca wprowadziła go do wielce ozdobnego i z pewną kokieterią urządzonego gabinetu doktora, ostrzegłszy jeno, aby szedł na palcach, bo obok właśnie zasypiają dzieci…

2445

Profesor wziął z biurka arkusik wonnego papieru listowego ivoir[113] i pisał. Po kilku zdaniach zmiął niecierpliwie papier i wsadził do kieszeni. Wziął świeży arkusz i począł pisać na nowo. Służąca niecierpliwiła się w pokoju, oczekując wyjścia nocnego gościa. Z zamierzonych „kilku słów” zrobił się długi list. List długi i śmieszny, mimo że w tej drugiej jego właściwości Butrym nie zdawał sobie wcale sprawy. Męczył się, pisząc. Chciał powiedzieć wszystko i nic nie powiedział zarazem. Chciał, aby pod zdaniami zdawkowymi, nieszczerymi i do znudzenia powtarzanymi doktór odgadł właściwą treść… Bał się zostawić na papierze widomy i wyraźny znak tego, co myśli, i bał się równocześnie, że może nie dość jasno myśl swoją przedstawić. Pisał o nerwowym stanie żony, który poniekąd zachciankę jej usprawiedliwia, i że on „w razie konieczności” się zgadza, a równocześnie bła­gał, żebrał po prostu między wierszami młodego le­karza, aby tej „konieczności” nie przyznał i pomocy swej odmówił. Nie mógł powiedzieć wprost, że nie pozwala, aby przez to żony w cudacznym nie postawić świetle, a usiłował dać to jak najjaśniej do zrozumie­nia i znowu powtarzał, że „w razie istotnej i nie­odzownej potrzeby on naturalnie nic przeciw temu mieć nie może”.

2446

W końcu powstał z tego wszystkiego list, będący istnym chaosem, i gdyby Butrym trochę mniej był zdenerwowany i gdyby zachował choć ślad krytycyzmu, byłby zrozumiał, że obcy, dla spraw najzupeł­niej obojętny lekarz śmiać się tylko może, pismo to przeczytawszy.

2447

Ale on, kładąc podpis swój trzęsącą się ręką, miał wrażenie, owszem, że rzecz należycie załatwił i że może spać spokojnie. Przekonany był, że młody doktór, sam ojciec i mąż, tragedię jego odczuje i zrozumie wstyd, który mu wyraźniej pisać nie pozwala. Był pewien, że dla uczciwej sprawy znajdzie w nim dobrego, mądrego i wyrozumiałego pomocnika i czuł już w tej chwili przypływ ogromnej, głębokiej wdzięczności dla tego człowieka…

2448

Powstając od biurka, uczuł dopiero, jak straszliwie jest znużony i rozbity na nowo. Zatoczył się jak nieprzytomny, tak, że służąca, która oglądała otrzy­many pieniądz i nie słuchała zaklęć, aby list koniecznie przed ósmą panu oddała, przed ósmą!, miała go wręcz za pijanego.

2449

Gdy powrócił do domu, żona już spała. Rozbierał się z uczuciem, że czeka go długa, męcząca, bezsenna noc. Przyłożywszy głowę do poduszki, zasnął natych­miast twardym, kamiennym snem człowieka wyczer­panego do ostatnich granic.

2450

Profesor Butrym zatelefonował rankiem do kancelarii uniwersyteckiej, że dnia dzisiejszego z powodów natury osobistej wykładów mieć nie będzie. Ubierając się i potem, przy wczesnym śniadaniu, którego przełknąć nie mógł, był w ciągiem gorączkowym podnieceniu, a jeśli pani Zośka tego nie zauważyła, to jedynie dlatego, że w ogóle nań nie zwracała uwagi. Zajęta swymi myślami: jedną uporczywą i ślepą żądzą „aby się udało”, patrzyła nieprzytomnymi oczami na wszystko, co się koło niej działo. Butrym natomiast dziwnie niezdolny był w tej chwili do skupienia myśli na jednym przedmiocie. Powtarzał sobie w duchu, że wkrótce ma zaprowadzić żonę do doktora Podkieckiego i usiłował sobie przypomnieć słowo po słowie wczorajszy list, czy dobrze był napisany, ale jakby na przekór różne inne obojętne rzeczy do głowy mu przychodziły. Jakieś obliczenie astronomiczne, które od tygodnia leżało niedokończone, głupkowata fizjonomia któregoś ze słuchaczy, nie wiadomo dlaczego zapamiętana, odjazd Turskiego z synem, jakieś zdania zamienione ongiś z Firdussim, koń dorożkarski przed tygodniem na rogu ulicy widziany i znowu uporczywe a bez powodu powracające do pamięci elementarne wzory rachunku różniczkowego.

2451

Męczył go ten stan oszołomienia niewymownie, zwłaszcza że zdawał sobie sprawę, iż zgoła o czymś innym i nierównie dla siebie ważniejszym w tej chwili myśleć by powinien.

2452

— Czy jesteś gotów? — spytała pani Zośka, nad­spodziewanie i wbrew zwyczajowi szybko do wyjścia zebrana.

2453

Poderwał się z krzesła jak sprężyną rzucony.

2454

— Tak. Idziemy.

2455

Drogę całą przebyli w milczeniu. Profesor usiłował zacząć jakąś rozmowę, która — jak mu się zdawało — byłaby ważna i doniosła, ale po prostu nie mógł znaleźć pierwszego słowa. Ani się spostrzegł, kiedy żona zatrzymała dorożkarza na jakiejś odległej ulicy. Zdziwił się, zauważywszy, że zna dom, przed którym stanęli.

2456

— Ach, prawda, byłem tu wczoraj — pomyślał. — Mieszkanie doktora Podkieckiego.

2457

Nagły dreszcz go przejął.

2458

— To tutaj, już?

2459

Uczuł ze wstrętem graniczącą niechęć do przestą­pienia jeszcze raz progu tego domu. A przy tym jakby świadomość jakiegoś fatalizmu: uczyniłem wszystko, co było w mojej mocy, niech się teraz dzieje, co chce. Po co patrzeć w twarz temu człowiekowi? Na co odgrywać dalszą komedię? Jaką wobec niego przyjąć dziś rolę? Stawka leży na cyfrze, ruleta kręci się sama.

2460

Pani Zośka zawahała się również przed bramą.

2461

— Nie wiem, czy to koniecznie, abyś ty szedł ze mną — rzekła, obawiając się snać jakiej niespodzianki ze strony męża, któremu jeszcze nie ufała.

2462

— Masz słuszność — podchwycił skwapliwie. — Zbyt by to było przykre dla mnie, a może i dla ciebie…

2463

— Daj mi więc tylko bilet, że pozwalasz.

2464

Wyrwał kartkę z notatnika i skreślił ołówkiem:

2465

„Pan wie już wszystko. Jeśli nieodzowne — zgadzam się”.

2466

— Zaczekam na ciebie na ulicy — rzekł, podając żonie świstek papieru.

2467

Szepnęła coś jakby „dziękuję” i zniknęła w bramie. Słyszał skrzypienie drewnianych schodów pod jej krokami, potem stuk otwieranych na pierwszym piętrze drzwi.

2468

— Tak, niech się ruleta kręci — powiedział prawie głośno i przeszedłszy na drugą stronę ulicy, zaczął chodzić tam i z powrotem. Teraz już zupełnie świadomie starał się nie myśleć bez celu o tym, co się dzieje. Odliczał krokami odległość latarni, a później rachował na pewnej przestrzeni kamienne płyty chodnika. Było mu gorąco: rozpiął płaszcz, kapelusz zsunął na tył głowy.

2469

Czas dłużył mu się w nieskończoność. Poglądał co chwila na zegarek i dziwił się, że dopiero dwie lub trzy minuty upłynęły odtąd, kiedy ostatni raz patrzył na wskazówki. Męczyło go to, więc postanowił zegarka więcej nie wyciągać i przełożył go nawet do innej kieszeni, aby odruchowo zań nie chwycić. Pa­trzył teraz ciągle na drzwi kamienicy, w której zni­knęła jego żona. Gdy przechodząc, mijał ją, oglądał się ustawicznie, aby nie przeoczyć momentu, kiedy będzie wychodzić.

2470

— Czy długo czekałeś? — usłyszał głos za sobą.

2471

Drgnął, jakby ze snu zbudzony i zwrócił się. Przed nim stała pani Zośka.

2472

— Kiedy wyszłaś?

2473

— W tej chwili, kiedy byłeś odwrócony. Nie dojrzałam cię zrazu…

2474

Wzięła go swobodnym ruchem pod ramię i za­wróciła ku domowi.

2475

— I cóż? — wykrztusił po chwili przez zdławione gardło.

2476

— Doskonale! — odparła wesoło.

2477

— Jak to?

2478

— Zrobi się wszystko. Od razu jutro.

2479

— Co?!

2480

Uczuł, że blednie. Stanął na środku chodnika i patrzył na nią rozszerzonymi z przerażenia oczyma.

2481

Pociągnęła go za ramię.

2482

— Pójdźże. Czemu patrzysz? Tak się cieszę. Nawet nie śmiałam się spodziewać, że pójdzie wszystko tak gładko. Dał mi adres lekarza, do którego mam iść po południu po orzeczenie, że to ze względu na moje zdrowie konieczne i jutro… No, chodźże nareszcie!

2483

Butrym nie ruszał się z miejsca. Zatoczył się jeno mimo woli pod wpływem nagłego zawrotu, tak, że się musiał wesprzeć plecami o mur kamienicy, aby nie upaść.

2484

— Zośka! — jęknął, nie zważając na przecho­dniów, którzy się im już zaczęli przypatrywać.

2485

— No, czego chcesz? Widzę, że znów zaczynasz jakieś komedie — rzekła tonem naraz zmienionym.

2486

— Nie rób ty tego! — szepnął, jakby nieswoim głosem.

2487

— Czyś ty oszalał? Pójdź, bo ludzie patrzą. Czyś oszalał naprawdę? Miałabym teraz, gdy wszystko tak dobrze się składa…

2488

— Ja nie chcę! Ja nie chcę!

2489

Spojrzała teraz na niego nielitościwie zimnym, nienawistnym wzrokiem.

2490

— Nie chcesz? A! Więc robiłeś wszystko, starałeś się niby, niby się godziłeś w nadziei, że mi się to nie uda?

2491

— Tak — wyznał szczerze.

2492

Żachnęła się nagle od niego.

2493

— Och ty, ty! Jak ja ciebie nie znoszę za to komediaństwo twoje, za tę nieuczciwość, obłudę za tę złość twoją wobec mnie!

2494

— Zośka! Ja dla ciebie nie jestem zły!

2495

— A! Nie jesteś zły, a chcesz, żebym zczezła marnie, zginęła, byłeś ty tylko postawił na swoim i byłeś się cieszył… licznym potomstwem! I otóż ci się nie udało! Znaleźli się na szczęście ludzie lepsi dla mnie od ciebie, obcy ludzie, którzy mi dopomogli: Wanda i ten lekarz młody, co mi w tej chwili więcej okazał współczucia niż ty przez całe życie.

2496

Krew uderzyła mu do głowy.

2497

— Nie masz prawa tak mówić! Tych ludzi właśnie nic nie obchodzisz i dlatego ci pomagają. Ja jeden jestem ci życzliwy, ja jeden cię kocham.

2498

— I chcesz mnie zabić dlatego! Och! Jakżeż ja cię strasznie nienawidzę, jak gardzę tobą!

2499

— Nie wyzywaj mnie do walki! Bo jeszcze i teraz mogę się oprzeć, i cofnąć dane, raczej wymuszone przez ciebie pozwolenie.

2500

— Nic nie zrobisz, bo lekarze powiedzą, że to dla mnie konieczne.

2501

— Wezmę innych, zażądam konsylium!

2502

Patrzyła nań w milczeniu, potem wybuchnęła naraz:

2503

— O! Zły jesteś! Zły! Nie spotkałam człowieka tak złego!

2504

Błysk zapamiętałej nienawiści zaświecił jej w źrenicach.

2505

— Ty! Żebym ja widziała, jak ty będziesz zdychał w moich oczach, toby był najpiękniejszy dzień w moim życiu!

2506

— Za co?

2507

— Żeś mnie sponiewierał, żeś mnie zniszczył, że mnie chcesz dobić…!

2508

Zaniosła się spazmatycznym płaczem.

2509

Skinął na przejeżdżającą dorożkę.

2510

— Siadaj — rzekł krótko.

2511

Jechali jakiś czas w milczeniu. Butrym po pierwszym, piorunującym oszołomieniu zaczął teraz myśleć spokojniej i jeno smutek ponad wszelkie powiedzenie ciężki i nieznośny przygniatał go coraz bardziej i dławił.

2512

— Stało się. Źle się stało i ja jestem winien, myślał, choć nie umiał sobie jasno zdać sprawy, gdzie jego wina leży właściwie: czy w tym, że wbrew wszyst­kiemu z tak uporczywą nadzieją chciał życie nienarodzonej istoty uratować, czy że taką nieprostą drogę wybrał do tego, czy jeszcze może gdzie indziej?

2513

Przyszło mu na myśl, że jeszcze i teraz mógłby istotnie zakazać — wszak miał prawo! — ale to już doprawdy nie miałoby żadnego celu. Cóż by mu przyszło z tego, gdyby teraz przebojem postawił na swoim? Czy warto? Przecież toby już było tylko znęcanie się nad tą kobietą, gdy wie, że jej odzyskać nie może w ten sposób.

2514

Bezwład ogromny opadł go wraz ze smutkiem.

2515

„Żebym ja widziała, jak ty będziesz zdychał w moich oczach” zadzwoniło mu w pamięci.

2516

Westchnął głęboko i nerwowo.

2517

— Biedna! Więc ona tak myśli? Tak czuje? Biedna…

2518

Oczy znużone i palące go pod powiekami zwrócił na żonę, siedzącą cicho w kącie powozu.

2519

— Zośka…

2520

— Słucham cię — szepnęła miękko i niemal pokornie.

2521

— Zośka, ja chcę się jeszcze zobaczyć dziś z Podkieckim. Jeśli to istotnie potrzebne…. jeśli nie może inaczej być…

2522

— Rób, co chcesz.

2523

W milczeniu dojechali do domu.


2524

Pani Zośka z uczuciem silnego zdenerwowania wchodziła żywym krokiem na schody mieszkania le­karza, wskazanego jej przez doktora Podkieckiego. W poczekalni zastała kilkoro ludzi, musiała czekać. Usiadła w kącie na wytartej i wygniecionej kanapie i patrzyła przez okno na niebo, niespodziewanie w tym dniu błękitne i jasne.

2525

Czuła się ogromnie zmęczoną i wyczerpaną, a nadto nurtował w niej głęboki żal do męża, którego o cały swój rozstrój obwiniała.

2526

— Mój Boże, mój Boże — szeptała w sobie, przy­ciskając do ust jedwabną chusteczkę — że też ten człowiek nie może się obejść bez komedii, bez awan­tur, bez tragizowania! Ostatecznie to takie głupstwo, w kilka dni będzie po wszystkim i czyż to po­trzebne te historie! Byle mnie tylko udręczyć do ostatka, gdy i tak dosyć mam przykrości…

2527

Przyszło jej na myśl, że gdyby dziecko zwykłym trybem przyszło na świat, Mietek, który teraz niby tak gorąco tego pragnie, byłby z pewnością w głębi duszy niezadowolony wobec kłopotu, jaki to w domu ze sobą sprowadza.

2528

Wydęła usta pogardliwie.

2529

— Aby tylko mnie na złość, byle mnie na przekór! — myślała i utwierdzała się w przekonaniu nie tylko, że ma prawo to robić, co robi, lecz nadto, że robi dobrze i rozumnie, nie poddając się dzikim fantazjom męża.

2530

— Gdy się opamięta, sam mi będzie wdzięczny, żem nie ustąpiła — zakonkludowała i podniosła się, gdyż właśnie lekarz uchylił drzwi, dając jej znak głową, że na nią teraz kolej.

2531

Weszła do gabinetu i podała list doktora Podkieckiego. Lekarz, mało znany i nędzną praktykę mający internista, pochwycił skwapliwie w dłoń pismo od szczęśliwszego kolegi. Stała przed nim i patrzyła jak przebiegał papier oczyma, odruchowo rozczesu­jąc palcami lewej ręki długą, czarną brodę.

2532

— Aha, aha — powtórzył kilkakrotnie i spojrzał na Butrymową. Zarumieniła się naraz i zmieszała w przykry sposób.

2533

— Czy mnie pan zechce zbadać — spytała.

2534

Ruszył ramionami, nie przestając dłubać nerwowo palcami w brodzie.

2535

— Hm, proszę pani, cóż ja wybadam… Jeżeli kolega Podkiecki pisze, że to potrzebne, to mi wy­starcza. Mam do niego zupełne zaufanie. Główna rzecz, aby załatwić stronę formalną, to jest wydać potrzebne orzeczenie. Proszę, niech pani siada.

2536

Uczuła dla niego mimo woli głęboką wdzięczność, że jest tak delikatny i względny, zwłaszcza że oba­wiała się znowu przykrych i wstrętnych dla siebie oględzin. Zastanawiała się w duchu, jaką sumę ma mu ofiarować jako honorarium, aby to nie było za mało.

2537

— Wszyscy są dla mnie dobrzy — myślała — z wyjątkiem męża mojego! — I tym głębszy żal ją przejmował.

2538

Lekarz tymczasem usiadł przy biurku pod oknem tyłem do niej i, wziąwszy kartkę papieru, począł się namyślać.

2539

— Czy pani nie miewa bicia serca? — spytał naraz, zwracając się ku niej.

2540

Drgnęła, jakby niespodziewanym głosem obudzona i odrzekła niezręcznie:

2541

— Nie, nie miewam. Bicia serca nie miewam.

2542

— Hm, ale ostatecznie mogłaby pani mieć. A za­wrotów głowy?

2543

— Nie przypominam sobie.

2544

— No, tak po kieliszku wina na przykład?

2545

— Po kieliszku wina? Owszem. Ja wina nie znoszę.

2546

— Aha. Więc zawroty głowy są. Dobrze. To wystarczy.

2547

Nachylił się i zaczął pisać coś pośpiesznie. Po chwili powstał i podał Butrymowej zaklejoną kopertę z adresem doktora Podkieckiego.

2548

— Gotowe. Niech pani raczy to tylko oddać ko­ledze Podkieckiemu i pozdrowi go przy sposobności pięknie ode mnie.

2549

Wsunęła papier do torebki i wyciągnęła z niej banknot.

2550

Lekarz się cofnął.

2551

— Nie, proszę pani.

2552

— Jak to? Jestem przecież panu winna…

2553

— Nic pani winna nie jest. Takich rzeczy nie robi się za pieniądze. Spełniłem tylko życzenie mego kolegi, a jeśli i pani tym się przysłużyłem, tym mi przy­jemniej.

2554

Wyciągnęła ku niemu dłoń przyjacielskim, wdzię­cznym ruchem.

2555

— Dziękuję panu.

2556

— Wszyscy, wszyscy są dobrzy dla mnie — myślała, wychodząc — tylko on jeden jest zły, mój mąż.

2557

To pomyślawszy, powiedziała sobie, że jeśli Mietek nawet cierpi naprawdę, to ponosi tylko słuszną karę za swoją złość i uspokoiła się zupełnie.


2558

Po dłuższych szukaniach i krążeniach znalazł nareszcie Butrym Podkieckiego w szpitalu. Wprowa­dzono go do małego pokoju biurowego, gdzie przy stole siedziało jakieś chude indywiduum zajęte pisa­niem, i proszono, aby zaczekał.

2559

Po pewnym czasie zjawił się doktór Podkiecki. Fartuch biały miał na sobie, zakasane po łokcie ręce trzymał wzniesione do góry.

2560

— Profesor Butrym?

2561

— Tak jest.

2562

Podkiecki skłonił się głową, nie zmieniając pozycji rąk.

2563

— Bardzo mi przyjemnie pana poznać. Miałem dotąd zaszczyt tylko z widzenia… Oddano mi pański bilet. Przepraszam, że dałem na siebie czekać i że ręki nie podaję, ale dłonie mam już do operacji umyte…

2564

— Jeśli pan zajęty, ja mogę później…

2565

— Nie, nie! Mam jeszcze chwilę czasu i chętnie panu profesorowi służę.

2566

— Chciałem kilka słów…

2567

— Służę panu — powtórzył Podkiecki.

2568

Butrym spojrzał z boku na indywiduum zajęte pisaniem.

2569

— Sprawa osobista…

2570

Doktór się uśmiechnął.

2571

— Możemy wyjść na korytarz, tam będziemy swobodni. Niech pan tylko zechce łaskawie drzwi otworzyć, bo ja się już nie chcę mytymi rękami klamki dotykać.

2572

Wyszli na długi korytarz szpitalny. Podkiecki trzymał ciągle ręce wzniesione z rozłożonymi palca­mi i wciąż się uśmiechał, co chwilę przechodziły koło nich posługaczki, siostry miłosierdzia, lekarze…

2573

Butrym zdjął kapelusz i obtarł spocone czoło.

2574

— Pan otrzymał wczoraj mój list? — zaczął.

2575

— Tak, proszę pana — odparł lekarz i patrzył na niego pytającym wzrokiem, jakby nie wiedział zgoła, o co chodzi.

2576

— I jednak podjął się pan zrobić operację mojej żonie. Czy to pan ze stanowiska lekarskiego uważa za konieczne?

2577

— Ach, mój Boże! Konieczne… To takie wzglę­dne pojęcie. Być może, że kto inny mógłby być innego zdania. Jednakże ze względu na stan nerwów sza­nownej pani, na wysoki stopień rozdrażnienia… Me­dycyna dziś, proszę pana, musi się liczyć z momentami psychologicznymi…

2578

— Prosiłem pana, żeby pan usiłował odwieść ją od tego zamiaru.

2579

— Robiłem, co było w mojej mocy. Straszyłem ją trudnością operacji, która w istocie jest bardzo łatwa, dałem jej do zrozumienia, że może wypadnie ją uśpić, że ból będzie znaczny… Cóż było więcej do zrobienia? Pani taki ma chorobliwy wstręt do swego stanu, że godziła się na wszystko. Nie mogłem prze­cież skłamać i powiedzieć, że rzecz jest niemożliwa! Poszłaby do innego lekarza i wyśmiano by mnie po­ prostu.

2580

— Tak. Dziękuję panu. Źle się stało.

2581

Podkiecki przestał się uśmiechać i udał wielkie zakłopotanie.

2582

— Czyżbym ja list pański źle zrozumiał? Pan sobie może wcale nie życzy tego, z czym pani do mnie przyszła? — spytał zgoła naiwnie.

2583

— Przyznam się panu, że istotnie pragnąłem uniknąć za wszelką cenę…

2584

— Ach Boże! Trzeba mi było wyraźnie napisać. Byłbym pani powiedział po prostu, że bez wyraźnej zgody pańskiej nie wolno mi niczego zrobić… Teraz to już pan sam chyba z żoną pomówi, bo mnie trudno się cofnąć, gdy obiecałem. Ale, widzi pan, to tak się stało…. nie mogłem przecież przypuszczać, że żona pańska wbrew woli pana, że tam między państwem jest jakieś nieporozumienie.

2585

Butrym wzniósł głowę.

2586

— Żona moja nie robiła niczego za moimi plecami — rzekł z odruchem dotkniętej w jej osobie dumy swojej. — Nieporozumienia nie ma tu żadnego: ja godzę się na wszystko, co jest potrzebne i dzię­kuję panu.

2587

Ukłonił się i wyszedł ze szpitala.

2588

Czuł całą śmieszną bezcelowość dalszej z tym czło­wiekiem rozmowy.

2589

Parę godzin, jakie mu pozostawały do wieczora, ubił, błąkając się po ulicach miasta i po odleglejszych kawiarniach, w których mógł być pewien, że nie spotka nikogo ze znajomych. Pod wieczór wrócił do domu. Pani Zośka przywitała go swobodnie i zaproponowała wyjście do teatru. Nie miał powodu się sprzeciwiać. Przebrał się mechanicznie, gdy wchodzili do loży, przedstawienie było już rozpoczęte. Siedział osowiały w kącie i patrzył tępym wzrokiem przed siebie. Pod koniec aktu, gdy miano rozpalić światła na widowni, żona zwróciła się ku niemu.

2590

— Bój się Boga, nie rób przynajmniej wobec ludzi miny skazańca.

2591

Uśmiechnął się trochę nieprzytomnie i głupkowato, a ona szybkim i nieznacznym ruchem pogłaskała go dłonią po twarzy.

2592

— No, proszę — szepnęła miękko.

2593

W antrakcie kilka znajomych osób przyszło ich w loży odwiedzić. Pani Zośka rozmawiała z nimi swo­bodnie i wesoło, słyszał jak przez mgłę jej srebrzysty śmiech i widział błyski jej jasnych oczu o kolorze zmiennej morskiej wody, w której się odbijają zielone wzgórza nadbrzeża i błękitne niebo nad nimi. Ktoś do niego zagadał. Odpowiedział przytomnie i spokojnie, jeno ciągle miał wrażenie, że to nie on sam mówi, tylko jakaś powierzchowna maska boleśnie przyklejona do jego twarzy, poza którą on się skrył, skurczony cały pod nieznośnym ciężarem swojej myśli.

2594

W którejś z dalszych przerw między aktami przyprowadzono doń do loży młodego francuskiego ma­tematyka, który w przejeździe przez Kraków, zapragnął mu się przedstawić. Francuz znał jego dzieła astronomiczne i mówiąc, tytułował go z wielkim szacunkiem: maitre[114]… Butrym dawał mu żądane wyjaśnienia i wygłaszał swoje teorie o prawie utrzymania równowagi we wszechświecie, potem podtrzymywał wszczętą rozmowę o Paryżu, do której z czarującym uśmiechem wmieszała się także pani Zośka i ciągle, ciągle miał nad wyraz nużące uczucie zupełnej obcości swoich słów, gestów, uśmiechu.

2595

Wreszcie przedstawienie, z którego ani słowa nie rozumiał, skończyło się szczęśliwie. Pani Zośka miała jeszcze ochotę w towarzystwie kilku znajomych udać się wspólnie do restauracji, ale gdy na wzrok jej pytający szepnął, że wolałby dziś jechać prosto do domu, nie upierała się wcale przy swoim planie.

2596

— Przepraszam państwa — mówiła słodko, żegnając się — ale Mietek dzisiaj tak znużony… Pracował dużo, a przy tym zaczyna się trochę, troszeczkę, ot tak odrobinkę starzeć. Prawda, Mietku? Jeszcze gdy żony nie ma, to sobie tam czasem młodsze lata wspominasz…

2597

Śmiano się i żartowano.


2598

W domu Butrym, zrzuciwszy płaszcz, krążył długo po swoim gabinecie, a potem przeszedł do pokoju żony. Rozbierała się już, siedząc na krawędzi łóżka. Na odgłos otwieranych drzwi zwróciła niespokojny wzrok.

2599

— Nie śpisz jeszcze? — przywitała wchodzącego.

2600

— Nie. Chciałem z tobą pomówić.

2601

— Słucham cię. Robisz przez cały dzień minę tak śmiesznie tragiczną, że aż mi wstyd za ciebie.

2602

— Mniejsza. Widziałem się dziś z doktorem Podkieckim.

2603

— Tak?

2604

— Nie pytasz się, cośmy mówili?

2605

Wzruszyła ramionami.

2606

— Cóż mi na tym zależy. To i tak nie zmieni postaci rzeczy.

2607

— Owszem, mogłoby zmienić. Jestem wciąż jeszcze w mocy zakazać.

2608

— Podkiecki cię nie posłucha.

2609

— Musiałby. Wie, że mógłbym zrobić doniesienie karne i wsadzić go do kryminału.

2610

Zaśmiała się trochę nerwowo.

2611

— Głupstwa pleciesz, mój drogi. Nim byś co zrobił, rzecz będzie załatwiona, a wtedy gdzie masz środki udowodnić, że to nie było konieczne, gdy on ma w ręku orzeczenie drugiego lekarza? Naraziłbyś tylko mnie na skandal, a siebie na śmieszność i na proces o oszczerstwo.

2612

Butrym chodził w milczeniu po pokoju. Pani Zośka zaniepokoiła się jednak.

2613

— Słuchaj no, czy może mówiłeś z nim o czymś podobnym? Może mu groziłeś? Och, ty prześladujesz wszystkich, którzy tylko są mnie życzliwi.

2614

— Nie. Podkieckiemu powiedziałem, gdy mnie wręcz zapytał, że wszystko się dzieje z moją zgodą, choć nie przeczę, że usiłowałem wpłynąć na niego, aby ci to wybił z głowy.

2615

Nie dosłyszała już drugiej części zdania. Uśmie­chnęła się z zadowoleniem.

2616

— Widzę, chwała Bogu, że przyszedłeś nareszcie do opamiętania i do rozumu. Cieszę się z tego, bo już doprawdy żal mi cię było, gdym widziała, jak się męczysz z głupstwa tragedią, którą sam w siebie wmówiłeś.

2617

Usiadł obok niej na krawędzi łóżka.

2618

— Zośka, niczego w siebie nie wmówiłem, a męczę się więcej, niźli ty to przypuścić możesz… I mam… mam prośbę do ciebie.

2619

— Aha. Gdy cię wszystko inne zawiodło, masz prośbę.

2620

— Tak. Gdy mnie wszystko inne zawiodło, mam prośbę. Robiłem wszystko, co mogłem, aby do tego nie dopuścić: nie udało się. Może i lepiej. Gdyby mi się było powiodło, byłbym zdobył szczęście odzyskania ciebie wbrew twojej wiedzy i woli… Zosik, ja mogę je teraz jeszcze otrzymać z twoich rąk, z łaski twojej.

2621

— Do czego zmierzasz?

2622

— Ty wiesz. Pomyśl, wszystko się tak złożyło, że nie masz już przeszkód, bo i ja zakazem nie stanę nigdy wbrew twojej woli ze względu właśnie na ciebie. Zośka, zrób teraz dla mnie, dla nas obojga tę ofiarę i wyrzeknij się swego zamiaru dobrowolnie. Daj znać Podkieckiemu, że się rozmyśliłaś…

2623

— Czyś ty oszalał? — powtórzyła rzucone już rankiem pytanie.

2624

— Może oszalałem, bo wierzę, że potrafisz być tak po królewsku wspaniałomyślna. Jeślim kiedy był głupio zły dla ciebie, żałuję tego. Nie dam ci odtąd nigdy, nigdy sposobności uskarżać się na mnie.

2625

— Ach, znam ja te twoje obietnice i twój sposób postępowania ze mną. Z byłe błahego powodu nadokuczasz mi, zwymyślasz mnie ostatnimi słowami, dasz mi uczuć rzekomą wyższość swoją…

2626

Osunął się cicho na kolana i przycisnął do ust obie ręce żony.

2627

— Spróbujmy, Zośka, spróbujmy jeszcze być szczęśliwi, a może nam się uda! Nie kładź między nas tej krwawej rany, o której, wiem, że nigdy nie będę mógł zapomnieć. Ja cię naprawdę kocham tak bardzo. Nie zabijaj tego we mnie. Zobaczysz, jak ci będę wdzięczny i dobry. Co ci szkodzi zrobić próbę?

2628

— Zbyt wiele by mnie ta próba kosztowała. Nie mam na nią sił.

2629

— Więc odmawiasz?

2630

— Człowieku! Zastanów się przecie, że żądasz ode mnie rzeczy niemożliwej!

2631

— Zośka, ja błagam! Zrób łaskę…

2632

Zerwała się.

2633

— Och, jak mnie ty męczysz, jak męczysz mnie straszliwie!

2634

Powstał pobladły, usta drgały mu nerwowo.

2635

— I to jest cała twa odpowiedź?

2636

— A jakiejże ty chcesz innej? Najlepiej nie dręcz już mnie i siebie i idź spać.

2637

— Słuchaj, powiedz mi tak szczerze: i ty nie masz wstrętu, przed tym coś zamierzyła? Nie czujesz całej ohydy tego?…

2638

— Brzydzę się tym, jak wszystkim, co jest nieczyste i obrzydliwe, ale poza tym…

2639

Zrobiła lekceważący ruch głową.

2640

— Poza tym nic? Nie odczuwasz potworności takiego kroku, ty, matka?

2641

— Mój kochany, oszczędź mi chociaż o tej późnej godzinie nauk moralnych i nie próbuj roztrząsać mojego sumienia, którego w tym względzie nie mam. Biorę rzeczy tak, jak są, bez deklamacji i pozy, które ty tak bardzo lubisz. Nie robię z bagateli tragedii. To cała rzecz.

2642

— Tak, tragedią dla ciebie było tylko to, co jest naturalnym i zwykłym porządkiem rzeczy. O, ty zwierzę, zwierzę! — syknął przez zęby.

2643

Zatrzęsła się naraz w histerycznym wybuchu.

2644

— Dosyć mam tego! Jak śmiesz mi tu jeszcze rzucać obelgi? Ty jesteś zwierzę, ty jesteś podły, najpodlejszy człowiek, jakiego w życiu spotkałam! Byle jeno dogodzić swojej fantazji, byle na swoim postawić, to nic ci o mnie nie idzie. Najnieszczęśliwszy, przeklęty dzień mojego życia, kiedym ciebie poznała, ty! ty kiepski komediancie i dręczycielu!

2645

Nerwy jej, od kilku dni naprężone i trzymane na wodzy jeno niezmiernym wysiłkiem uporu, nagle wzięły górę. Poskoczyła ku mężowi z podniesionymi rękami, jakby go chciała uderzyć.

2646

PrzemocCoś się w nim szarpnęło: jakiś odruch pierwotny przeważającego siłą samca. Mięśnie mu się w ramionach sprężyły i oczy zabiegły krwią, był moment jak mgnienie oka krótki, że chciał pochwycić żelazną dłonią te wzniesione nad sobą ręce i tę piękną, słabą, nad wszystko kochaną kobietę rzucić sobie brutalnie do nóg i bić głowę jej jasną, tłuc o ziemię i słuchać, aż z ust jej słodkich wydrze się okrzyk bólu, przerażenia, błagania o litość…

2647

Opanował się. Ostatnim skurczem opawającego naprężenia mięśni pchnął ją jeno mimo woli od siebie tak, że upadła w tył na łóżko, uderzając ciężko głową o ścianę.

2648

RozpaczA w nim zerwała się jakaś potworna, dusząca fala, szarpnęła go za żebra, przydławiła krtań, rzucił się na sofę z wybuchem strasznego, niedającego się powstrzymać łkania. Wgniatał twarz w poduszki, gryzł dłonie, którymi usiłował jęk swój zatłumić, niezdolny nawet na tyle, aby wstać i wyjść z pokoju.

2649

Naraz uczuł, że obejmują go ciepłe ramiona i usta drogie, jedyne błądzą pocałunkami po jego załzawionej twarzy.

2650

— Mietek, Mietek! Uspokój się przecie!

2651

— Odejdź! — wykrztusił przez spazm, pierś jego bolesnym skurczem zrywający.

2652

Nie odeszła. Przygarnęła go obiema rękami jak dziecię do siebie.

2653

— Gdybym była wiedziała, że tobie naprawdę tak strasznie o to chodzi — mówiła — gdybyś mi był od razu tak szczerze, tak otwarcie powiedział…

2654

— Co wtedy? — szepnął z odcieniem jakiejś głupiej nadziei.

2655

— Nie wiem, nie wiem. Ale można by się było wtedy spokojnie zastanowić. Może bym nawet była zdo­łała pogodzić się z tą straszną dla mnie rzeczą. Widzisz, niepotrzebnie knułeś jakieś intrygi, niepotrzebnie mnie zwodziłeś, obiecując niby pomoc, a w istocie pragnąc zgoła czego innego.

2656

Uspokojony nieco, uniósł się i zakrył oczy rękami.

2657

— O ciebie mi tylko chodziło, tylko o ciebie! Nie chciałem iść przebojem, narazić ci się nie chciałem, bom przecie walczył o ciebie, żebyś ty była moja!

2658

— A widzisz. Byłeś nieszczery i teraz zasłużoną karę ponosisz. A tak mi cię żal.

2659

Usiadł obok niej na sofie.

2660

— Zośka — szepnął błagalnie — przecie dzisiaj jeszcze czas…

2661

Potrząsnęła głową smutno ale stanowczo.

2662

— Nie. Już za późno. Nazbyt już przywykłam do tej myśli i nie potrafię się jej wyrzec. Nie mam sił. Jutro w południe idę do lecznicy.

2663

Zwiesił głowę bezwładnie.

2664

— Stało się — rzekł po chwili. — Przegrałem walkę z losem, może nawet z własnej winy.

2665

Wzniósł oczy, pełen rozpaczliwej jak śmierć smutnej miłości.

2666

— Jutro zrobisz, co zechcesz, Zośka, ale dziś moja jeszcze jesteś, moja, moja! Dziś jeszcze nic nie stoi pomiędzy nami, to przyjdzie dopiero jutro.

2667

Ogarnął ją w gorący, zarazem lękliwy i niemal macierzyński uścisk. Wsparła głowę na jego ramieniu, myśląc już tylko, że jest strasznie znużona i chciałaby spać, spać…

XIII

2668

Na rogu rynku dojrzał Butrym idącego naprzeciw Krasołuckiego. Usiłował go wyminąć, ale doktór zauważył go już również i z daleka począł mu dawać znaki. Nie było rady, podszedł ku niemu i przywitał się.

2669

— Bój się Boga — mówił Krasołucki — co się z tobą dzieje? Od trzech dni cię nie widziałem.

2670

— Byłem trochę niezdrów — rzekł Butrym wymijająco.

2671

Doktór ujął go pod ramię i zawrócił przez ulicę Szczepańską ku plantom.

2672

— Ale moje złoto — zaczął przyciszonym głosem, gdy wyszli z tłumu przechodniów — pani twoja u mnie nie była… Wszystko przygotowałem…

2673

— A nie, to się już inaczej zrobiło.

2674

— Chwała Bogu! Więc wybiła to sobie nareszcie sama z głowy?

2675

Pierwszym odruchem chciał Butrym utwierdzić go w tym przekonaniu, ale dość wcześnie przyszła mu na myśl bezcelowość tego kłamstwa, które aż nazbyt rychło by się wydało. Spuścił oczy, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Wstyd go objął nieznośny.

2676

Krasołucki zauważył jego pomieszanie i dorozumiał się, jak rzeczy właściwie stoją. Uśmiechnął się dyskretnie i bąknął bez nacisku:

2677

— Ach, więc ustąpiłeś…

2678

Znać było, że nie poruszy więcej tego tematu, ale Butrymowi zdało się teraz, że musi koniecznie coś powiedzieć. Wtajemniczył tego człowieka w całą historię i to nareszcie — jak się okazało — niepotrzebnie, zapragnął więc teraz salwować jakoś opinię swej żony.

2679

— Wiesz, pokazało się — zaczął — że to jednak istotnie było ze względu na jej zdrowie wskazane…

2680

Krasołucki popatrzył nań badawczo i przenikliwie.

2681

— Aha. Było wskazane. I któż ci to powiedział?

2682

— Doktór Podkiecki — wymienił nazwisko odruchowo i niebacznie.

2683

— Hm, doktór Podkiecki…

2684

Szli znowu jakiś czas w milczeniu. Dopiero na plan­tach Krasołucki zwrócił się do profesora:

2685

— Rozumiem cię, że nie chcesz ze mną o tym mó­wić, ale… to niedobrze się stało, niedobrze!

2686

— Ja wiem, że niedobrze — szepnął Butrym, nie­zdolny w tej chwili do dalszej komedii.

2687

— Nie mogłeś zapobiec?

2688

W milczeniu potrząsł głową przecząco.

2689

Krasołucki mówił znowu:

2690

— Powinieneś był jednak wystąpić stanowczo, tak jak od początku radziłem. Przede wszystkim ze względu na zdrowie. Jeden taki figiel lub dwa mogą kobietę na całe życie zrujnować. Ja ci to mówię jako lekarz. A potem… i to także ważne…

2691

Zamilkł i patrzył przed siebie, jakby niepewny, czy ma myśl swoją wypowiedzieć.

2692

— Potem… niepotrzebnie okazałeś się słabym — dokończył wreszcie. — To się mści.

2693

— Było wskazane — próbował Butrym jeszcze kłamać.

2694

— Faramuszki, moje złoto! Przecież ty wiesz rów­nie dobrze jak ja, że to nieprawda. Pani była może bardzo zdenerwowana, ale to zwykły objaw. Po pewnym czasie nastąpiłby spokój. Ja sam początkowo z tego tragedii nie robiłem, ale teraz mi cię żal, gdy patrzę na ciebie. Wskazane! Wskazane! Znam ja Podkieckiego. Bardzo szlachetny i uczynny człowiek. Ma zasady. Pomaga kobietom i to bezinteresownie. Nikt mu nic zarzucić nie może. Człowiek uczynny i szlachetny. Wiem, jak to urządza: wszystko otwarcie i „legalnie”!

2695

Butryma nużyła niesłychanie ta rozmowa, bezprzedmiotowa już w tej chwili, a nie wiedział, jak ją przerwać. Tedy milczał. Krasołucki tymczasem mówił dalej, jak gdyby do siebie samego:

2696

— Tak, tak, istnieje na tym kochanym światku przedziwny rodzaj sprawiedliwości. Biedną sażfamkę[115], która się złakomiła na parę setek i okazała… zbyt wiele uczynności, zamyka się do kryminału, pokątnemu lekarzowi, co sobie w ten, nie bardzo dozwolony sposób łata nadwątloną praktykę, odbiera się prawo pisania recept, ale za to…

2697

Machnął ręką.

2698

— O, Boże! Rozejrzeć się tylko dookoła! Ile to rządów i państw, którym zależy na liczbie obywateli, zamiast prześladować prywatnych i przygodnych fabrykantów aniołków obojej płci, powinno by raczej przyjrzeć się dokładnie temu, co się dzieje pod pokrywą najzupełniejszej legalności w ich własnych szpi­talach, klinikach i szkołach położniczych! Naturalnie Francja idzie tu, jak zawsze, na pierwszym miejscu. My Polacy lubimy małpować Francuzów.

2699

Splunął, a potem roześmiał się grubo i sprośnie.

2700

— Zresztą to wszystko jest w najzupełniejszym porządku. Społeczeństwo się demokratyzuje, co ja sobie na swój język przekładam: hołocieje. I to doskonały sposób: pod grozą kary więzienia mnożyć się musi tylko hołota, „państwo” znają sposoby uniknięcia… przykrej konsekwencji, a gdy te przypadkowo zawiodą, to przecie znajdzie się jeszcze jakiś Alfons Podkiecki, który dopomoże i wyratuje zgoła bezinteresownie, jedynie dla zasady, dla uznania w kobiecie „równego mężczyźnie człowieka”. Och, ślicznie będzie nasze społeczeństwo za kilkadziesiąt lat wyglądało. Te charłaki i te ciemięgi… Bóg strzegł, że tego nie dożyję, choć umierać to zawsze głupia rzecz…

2701

Butrym nie mógł słuchać dalej. Spojrzał na zegarek i zaczął się żegnać.

2702

— Ot, moje złoto, twoje „tatwami”! — rzucił mu jeszcze Krasołucki na odchodnym. — Miałeś za sobą i słuszność, i prawo, i siłę, a jednak słaba kobieta postawiła na swoim. Ta kobieta, o której Dumas fils[116] pisał głupstwa, że wtedy tylko pożąda miłości, kiedy pragnie zostać… matką! Ha, ha, ha! Dobrzem ci radził od początku: nie możesz wprost przeszkodzić, machnij raczej ręką na wszystko…

2703

Rozstawszy się z grubym lekarzem, Butrym szedł dalej z wolna plantami. W pewnym miejscu wyrwał nagle z kieszeni zegarek, na który przy Krasołuckim patrzył, nie widząc godziny. Dochodziła teraz trzecia, około czwartej miał odwiedzić żonę, która w południe udała się do lecznicy. Była jeszcze godzina czasu. Przypomniał sobie, że tego dnia nie jadł jeszcze nic, zaszedł więc do jakiejś restauracji, choć nie czuł wcale głodu. Jadło jednak nie chciało mu przejść przez ściśnione i suche gardło. Żuł długo jakiś kęs mięsa i przełknął go wreszcie przemocą, potem odsunął talerz z resztą potrawy. Wypił tylko parę kieliszków wódki i siedział osowiały w ciemnym kącie pustej o tej porze sali.

2704

Nie myślał po prostu nic. W głowie czuł jeno ciężką, aż bolesną tępość, która w pewnych momentach jakimś dziwnym prawem kontrastu przechodziła w stan niemal błogiej nieświadomości.

2705

— Wszystko jedno, już wszystko jedno — powta­rzał w kółko, nie zdając sobie nawet jasno sprawy ze znaczenia tych wyrazów.

2706

Zbliżyła się wreszcie czwarta. Wstał mechanicznie, bez pośpiechu i zapłaciwszy rachunek, wyszedł na dwór. Uderzyło nań światłem i ciepłem przepojone niemalże wiosenne już powietrze. W zmrużonych przed blaskiem oczach zaroiły mu się tłumy przechodniów, wesołe, uśmiechnięte, gwarne, dążące gdzieś, dokądś, po coś… Jakaś uliczna przekupka zbliżyła się doń z koszem niepachnących, cieplarnianych czy też z południa sprowadzonych fiołków. Nie wiedząc nawet co robi, wziął jedną wiązankę.

2707

Przypomniała mu się naraz wenecka kwiaciarka i purpurowe gwoździki. Obejrzał się mimowolnym ruchem, jakby się spodziewał dojrzeć gdzieś w tłumie Zośkę…

2708

Uśmiechnął się gorzko i fiołki wgniótł niedbale do kieszeni płaszcza.

2709

Zaczął iść, zrazu wolno, potem coraz śpieszniej, aż w końcu spostrzegł, że biegnie prawie, roztrącając zdu­mionych przechodniów. Umiarkował krok.

2710

— Nie mam się przecież po co śpieszyć — szepnął do siebie.

2711

Było nieco po czwartej, gdy zadzwonił do zamkniętej bramy lecznicy. Wymienił nazwisko żony, wskazano mu numer pokoju na pierwszym piętrze. Szedł już prawie bez wzruszenia, nie zawahał się nawet, naciskając klamkę drzwi.

2712

Leżała w łóżku na wznak, biała jak płótno.

2713

Uczuł nagłe zdławienie w gardle i ckliwość około serca, nogi pod nim osłabły jak galareta. Zrozumiał: było już „po wszystkim”. Z trudem zbliżył się do łóżka.

2714

Nie poruszając głowy, uśmiechnęła się doń jasno i przyjaźnie pobladłymi wargami.

2715

— Dobrze, żeś przyszedł. Nie mogę ci nawet ręki podać na powitanie. — Poruszyła lekko dłonią, leżącą na kołdrze. — Lekarz kazał mi leżeć tak bez ruchu co najmniej do jutra.

2716

— Jak się czujesz? — bąknął, aby cośkolwiek powiedzieć.

2717

— Dobrze, tylko jestem strasznie osłabiona. Tak się cieszę, że się to już odbyło i to tak od razu.

2718

Usiadł na krześle przy łóżku i patrzył na jej białe ręce, które w przeciągu paru godzin aż przejrzyste się stały. Doznawał dziwnego uczucia: przejmowała go głęboka, aż z bólem granicząca litość dla tej ukochanej kobiety, a równocześnie wstręt tak niepokonany, że nie mógł się przemóc, aby pocałować bodaj dłoń jej biedną, na kołdrze bezwładnie leżącą… Nie nienawiść, nie złość, nie oburzenie nawet ani niechęć, tylko wstręt. Po prostu fizyczny. Wstręt wobec pogwałcenia życia, które się w niej i z wolą jej oto dokonało, wobec jakiegoś brudnego, nieludzkiego, przeciwnego naturze targnięcia się na los i prawa przyrody, brutalnego zdeptania jego uczuć i nadziei, zniszczenia w zarodku tego kwiatu, który wszelką miłość oczyszcza i rozgrzesza.

2719

Wczoraj już obawiał się niejasno, że podobne uczucie może nim owładnąć, ale teraz, gdy pojawiło się tak nadspodziewanie potężne i gryzące, przeraził się i aż zawstydził.

2720

Przyszło mu na myśl, jak inaczej byłby patrzył na tę kobietę, bezsilną i bladą, gdyby obok niej w tej chwili kwiliło dziecię, dar jej miłosny i łaskawy dla jego umęczonego serca, nowy węzeł zadzierzgnięty między ich duszami, ich krwią, życiem ich całym. Nic z tego. Stała się rzecz nieodwołalna i niepowrotna, i tak bezbrzeżnie głupia, i taka potworna. Targnęła nim rozpacz tak gwałtowna i obłędna, że całą siłą woli musiał się powstrzymać, aby nie wyć jak zranione zwierzę leśne i rąk własnych nie kąsać. I żal, żal zalewający wszystko czarnym, cichym morzem.

2721

Stało się.

2722

I naraz w pewnym momencie doznał wrażenia, jakby ta istota przed nim leżąca i do niedawna tak mu droga, była dlań najzupełniej obca. Aż się zadziwił. Podniósł na jej twarz wzrok chłodny, badawczy.

2723

Zauważyła to i coś jakby cień niepokoju przemknął po jej licu.

2724

— Nie gniewasz się? — szepnęła.

2725

— Nie — odparł z roztargnieniem.

2726

— I uspokoiłeś się już?

2727

— Najzupełniej.

2728

— Kochasz?

2729

Zawahał się z odpowiedzią. Wyraz tak często i z głębi duszy do niej mówiony, wydał mu się w tej chwili czymś zupełnie bez znaczenia.

2730

— Owszem, kocham — rzekł nieswoim głosem.

2731

— Pocałuj. Taka jestem biedna…

2732

Uniósł się, aby musnąć ustami jej czoło i usiadł znowu. Głowę miał schyloną, widział tylko jej białe ręce na kołdrze złożone.

2733

Zamajaczyło mu coś w oczach. Jakiś daleki, daleki dzień… Obszerny, niski pokój w weneckiej oberży. Białe dłonie z zaróżowionymi paznokciami, które chłonął w niesytych, rozkochanych pocałunkach…

2734

Jakaś powrotna fala odpływającej już miłości ude­rzyła nań i gwałtownym spazmem ścisnęła mu pierś. Omal że nie krzyknął i nie padł czołem i ustami na te ręce bezwładnie, na szpitalnej kołdrze cicho bielejące…

2735

Przypomniały mu się naraz własne słowa, bodajże do Turskiego przed laty wypowiedziane:

2736

Mizoginia„Kobieta potrafi być tylko naszą nałożnicą, albo matką naszych dzieci…”

2737

Zatrząsł się cały. Znowu uczucie wstrętu jak góra piasku na ostatnią falę się osuwająca…

2738

Spuścił głowę jeszcze niżej i milczał. Czuł, że sytuacja jest nad wyraz głupia i nużąca. Było zbyt wcześnie, nie wypadało mu wstać i odejść. Zaczął szukać w myśli jakiego tematu, choćby najobojętniejszego, aby zacząć rozmowę, i absolutnie nic nie mógł wynaleźć. Nareszcie zauważył, że ona cicho płacze.

2739

Podrażniło go to w pierwszej chwili, a potem naraz jakiś cień smutnej, rozpaczliwie ostatniej nadziei… Jak gdyby z rozbitego okrętu, którego skarby poszły na dno wyłowiona jedna, cenna perła, co może się stać zadatkiem nowego bogactwa…

2740

— O co płaczesz? — spytał miękcej i zbliżył się ku niej. — Czy żal ci może w tej chwili tego, co się stało?

2741

— Och, nie! Z tego jestem, bardzo, bardzo rada. Tak mi się ulżyło, jakby jakiś ciężar straszny ze mnie spadł. Ale widzę, że ty nie opamiętałeś się jeszcze zu­pełnie, gdy wrócę do domu, czekają mnie znowu wyrzuty, przykrości…

2742

Uśmiechnął się przykrym skrzywieniem zmrożonej naraz twarzy.

2743

— Będę się starał nie robić ci przykrości.

2744

Rad był prawie, gdy za chwilę weszła Bergerowa.

2745

Wdówka przywitała się z nim swobodnie, jeno w ką­cikach ust zamigotał jej lekceważąco-zjadliwy uśmiech. Zbliżyła się do chorej. Butrym ustąpiwszy jej miejsca, usiadł opodal i słuchał obojętnie, jak rozmawiają z ożywieniem, jak pani Wanda wypytuje się Zośki o szczegóły, a potem rozpowiada jej różne miejskie plotki. Chwilami uderzył go śmiech srebrzysty jednej lub drugiej i znów troskliwa uwaga Bergerowej:

2746

— Moja droga, tylko się nie ruszaj, bo to główna rzecz…

2747

Duszno mu było.

2748

Powstał i zabierał się już do wyjścia, gdy naraz do­któr Podkiecki wszedł do pokoju.

2749

Butrym mimo woli spojrzał na żonę: uśmiechnęła się z serdeczną wdzięcznością, patrząc na lekarza.

2750

— Czy może przeszkadzam? — spytał trochę nie­zręcznie.

2751

Podkiecki zwrócił się uprzejmie ku niemu.

2752

— O, nie, bynajmniej! Teraz pani badać nie będę, chciałem tylko zobaczyć, jak się miewa…

2753

Ujął za puls i rzucił okiem na tablicę, na której pielęgniarka zapisała mierzoną niedawno temperaturę.

2754

— Doskonale! Jeśli tak dalej pójdzie, za pięć lub sześć dni będzie pani mogła wrócić do domu.

2755

— Ależ to pysznie się składa! — wykrzyknęła Bergerowa. — Na sam koniec karnawału.

2756

Zwróciła się do profesora:

2757

— Po tym, co żona pańska przeszła i wycierpiała, należy jej się jakieś zadośćuczynienie. Musi jej pan sprawić piękną suknię balową, a potem wysłać ją gdzie nad morze dla odzyskania sił.

2758

— Wyjazd nad morze bardzo by się pani przydał w istocie — wtrącił doktór Podkiecki.

2759

— Tak, tak — przyświadczał Butrym z bezmyśl­nym uśmiechem.

2760

Pani Zośka zauważyła, że mąż jej nie przywitał się dotąd właściwie z lekarzem.

2761

— Och, panie doktorze — zaczęła — tacy panu wdzięczni jesteśmy oboje! Mietek czekał właśnie aż pan przyjdzie, aby podziękować za tyle dobroci mnie okazanej. Nie wiem czym panu odpłacimy…

2762

Podkiecki zwrócił się w stronę profesora z uśmie­chem i lekkim ukłonem.

2763

— Drobnostka — rzekł — bardzo chętnie to dla państwa zrobiłem.

2764

Wyciągnął rękę.

2765

Butrym dotknął podanej dłoni i bąknął coś niezrozumiałego.

2766

— Pan o każdej porze może tu żonę odwiedzać, wydam polecenie, ale proszę uważać, aby się pani teraz nie denerwowała — mówił Podkiecki.

2767

— Tak. Będę uważał.

2768

Pożegnał się i wyszedł.

2769

Na korytarzu, kładąc ręce do kieszeni płaszcza, trafił na zmięty bukiet fiołków. Wyjął go i rzucił obojętnie gdzieś poza siebie.

2770

Zaczął zstępować ze schodów. Miał wrażenie, że za każdym krokiem wiodącym go naprzód i w dół, rwą się jakieś niewidzialne nici, do pleców jego, do rąk, do głowy, do nóg przywiązane. Wyciągają się, prężą i pękają. Nie mogą go wstrzymać. Idzie naprzód. Odchodzi od niej. Ciężko mu iść. To takie bolesne. To już nie nici, ale nerwy jego własne, żyły, krwią czerwoną tętniące, sieć cała żywa, którą musi przerwać i iść, iść…

2771

— Stało się — rzekł na ulicy i odetchnął głęboko.

Epilog

2772

Z czołem przyciśniętym do szyby wagonu patrzył Butrym w noc i pustkę. Deszcz zimny, jesienny ściekał po zamglonym szkle, poza którym błysnęło tylko czasem światło przed domkiem dróżnika lub zapłonęły lampy małej stacyjki, szybko w pędzie mijanej. Nieustanny zadyszany, twardy łoskot kół, czasami gwizd przeciągły, w ciężkim powietrzu bez echa się gubiący i znów szelest łaskotliwy i zaciekły kropel deszczowych w szybę siekących.

2773

W przedziale światła były przyćmione, rolety od strony korytarza zasunięte szczelnie.

2774

Coś się poruszyło w cieniu na poduszkach siedzenia. Profesor zwrócił głowę i począł nasłuchiwać czujnie. Uniósł się wreszcie ostrożnie i spojrzał. W słabym obrzasku, przez zieloną na lampie osłonę bijącym, widniała jasna główka dziecięca. Chłopiec oczy miał zamknięte, ale poruszał wargami, jakby rozmawiał z jakimś widzeniem co go snać we śnie naszło.

2775

Ojciec z zapartym oddechem nasłuchiwał przez chwilę, aż wreszcie widząc, że chłopak śpi znów spo­kojnie, wrócił na dawne miejsce przy oknie.

2776

— Cóż robić, cóż robić — szeptał do siebie — nie było innej rady!

2777

Siedział znów i dumał.

2778

Przesuwały mu się w pamięci dzień po dniu te miesiące, które upłynęły od owego pamiętnego dnia przedwiosennego. Miesiące męki, szarpania się i coraz głęb­szego rozdziału. Miesiące, które mu twarz pokryły zmarszczkami i przybieliły siwizną włosy na skroniach.

2779

— Powinienem był już wówczas wiedzieć, że tak się stanie — myślał.

2780

Tak, powinien był wiedzieć, a jednak…

2781

Jednak walczył jeszcze z jakąś rozpaczliwą, nieokreśloną nadzieją, że da się naprawić, to co zepsute już było niepowrotnie, że znajdzie się siła, mogąca zasklepić tę rysę z każdym dniem głębszą i szerszą, i bardziej otwartą. Walczył z własnym żalem, z pamięcią swoją, walczył ze wstrętem, który go od niej od­pychał i znów z miłością swoją, co go do nóg jej ciągnęła, pragnąc pokonać jedno z dwojga, które się słabszym okaże. Ale oba uczucia były jednakowo silne — i miłość, i wstręt, więc męczył się w potworny sposób i ją zamęczał przy sobie.

2782

I znowu szukał w jej duszy odruchów, które by mu pozwoliły rozpocząć życie z nią po prostu od nowa. Jak szpieg czatował na jedną myśl jej: aby kiedykolwiek w słowach, w oczach, w zadumaniu bodaj wyczytać, że tego, co się stało, chociażby przez moment jeden żałuje. A kiedy moment taki sam ze siebie nie przychodził, usiłował go wywołać za wszelką cenę w sposób zarówno nierozumny i naiwny, jak okrutny. Bywało, że w rozmowach długich, nasyconych jakąś chorobliwą elektrycznością nerwów, przypominał jej całe przejście, rozgrzebywał każdą okoliczność, każdą bliznę rozdzierał i z niewypowiedzianą męką dla sa­mego siebie znęcał się nad nią w słowach bezlitośnie, wciąż w głupiej i śmiesznej nadziei, że tą pośrednią drogą wywoła w niej żal, którego czekał jak odkupienia.

2783

A w niej wzbierał istotnie żal, coraz większy i głębszy, ale tylko przeciw niemu.

2784

— Nie umiesz być dobrym! Nie umiesz zapomnieć! — krzyknęła raz.

2785

Rozłożył ręce ruchem bezradnym:

2786

— Nie umiem.

2787

Wreszcie współżycie ich, od dawna już niedobre, stało się teraz jakąś piekielną parodią małżeństwa. Nie było już między nimi rozmowy, która by na obopólnych wyrzutach nie utknęła, nie było postępku, którego by drugie nie brało za cios przeciw sobie wymierzony, wyrazu, za którym nie podejrzewaliby wzajem ukrytego zamiaru obrazy lub dokuczania.

2788

Dla niej stał się mąż czymś najzupełniej obojętnym, co tylko wisiało nad nią, jak zmora życie jej zatruwa­jąca, nie mogła i nie chciała zrozumieć walki, która się w jego duszy, bądź co bądź do obłędu ją kochającej, odbywała.

2789

Rzekł raz do niej, w wybuchu szczerości, gdy się na postępowanie jego uskarżała:

2790

— Kocham cię i właśnie dlatego cię męczę!

2791

— Więc raczej nie kochaj, a pozostaw mnie w spokoju! — odparła.

2792

A on myślał ciągle, że właściwie tak łatwo mogłaby ona wszystko zmazać i naprawić!… Jedna, jedna chwila i tylko te słowa z głębi duszy wypowiedziane: „Żałuję tego, co się stało”. Łudził się, że to by wystarczyło.

2793

Ale ona nie umiała kłamać, a żalu nie odczuwała żadnego.

2794

Gdy wreszcie spostrzegł bezcelowość i fałszywość swojej drogi, było już za późno. Byli w dwóch odrę­bnych światach myśli i uczuć, porozumienie stało się rzeczą wręcz niemożliwą.

2795

Więc oto odjeżdża z synem w świat.

2796

Aby nie wrócić.

2797

Pożegnała go obojętnie, prawie wesoło raczej, jakby zadowolona, że się pozbywa nareszcie gniotącego ją ciężaru. Nie robiła mu żadnych wyrzutów ani wymówek, owszem zapewniła go na rozstaniu, że dobrze mu życzy. Spokojnie roztrząsała z nim materialną stronę nowego układu ich życia.

2798

Widział, że jest już dla niej niczym, tak dalece niczym, że nawet… dobrze mu życzy, byle tylko przy niej się nie znajdował.

2799

A on, stanowczy na pozór, chłodny i spokojny, drżał cały na zewnątrz. Było już wszystko gotowe, a on odwlekał jeszcze chwilę wyjścia z domu, jakby się jeszcze czego spodziewał, jakby się w ogóle mógł jeszcze spodziewać czego. Wbrew wszelkiej logice i wszelkiemu prawdopodobieństwu zdawało mu się, że stanie się jeszcze coś niespodziewanego, że ona powie jakieś słowo, jakiś gest uczyni, po którym po dawnemu, po dawnemu w ramiona ją ogarnie i okrywać będzie pocałunkami, witając cud nowego świtu, no­wego życia wspólnego po tej straszliwej męce ostatnich lat i miesięcy.

2800

Nic z tego.

2801

Podała mu rękę z lekkim, przelotnym uściskiem.

2802

— Bądź zdrów.

2803

— Bądź zdrowa…

2804

— Przycisnął usta do jej dłoni…

2805

Czuje jeszcze w tej chwili: palą go wargi stęsknione.

2806

Jedzie w świat, aby nie wrócić.

2807

I wiezie miłość swoją ze sobą. Swoje życie zepsute i swój sponiewierany los.

2808

A ona tam została — spokojna, zrównoważona, nic sobie niewyrzucająca, rada, że wolna jest nareszcie…

2809

Miłość„Miłość wszystko przebacza” Kto to powiedział? Święty Paweł? Och, nie! Po stokroć nie! Miłość wiele wymaga, przebacza tylko… obojętność.

2810

Ukrył twarz w dłoniach.

2811

— Tatusiu — zakwilił rozespany głosik.

2812

Powstał i nachylił się nad posłaniem.

2813

— Śpij, malutki, śpij…

2814

— Kiedy mama tu była…

2815

— Mamy nie ma, synku. To ci się śniło tylko.

2816

— Ale mamusia przyjedzie za nami?

2817

— Tak, tak. Przyjedzie. Może przyjedzie.

2818

Chłopiec usiadł i przecierał oczy piąstkami.

2819

— Czy to jeszcze daleko?

2820

— Oj, daleko! Śpij spokojnie.

2821

— A jak daleko?

2822

— Rano będziemy w dużym mieście. Tam wysiądziemy z pociągu i pójdziemy do takiego dużego hotelu i będziemy chodzić po prześlicznych błyszczących ulicach, a potem prześpimy się w łóżku…

2823

— A potem?

2824

— Potem pojedziemy znów dalej, jeszcze jeden dzień i noc jedną… Malec położył znów głowę na poduszce.

2825

— Aha, i tam mamusia do nas przyjedzie — mruczał, zasypiając — przyjedzie mamusia i przywiezie mi drewnianego konia, którego zapomniałem zabrać z domu. Ten koń ma wyrwany ogon, ale to nic, bo on i tak biega…

2826

Zaległa znów cisza, mącona jedynie łoskotem kół i ciągłym, nielitościwym siekaniem deszczu o szybę.

2827

Butrym wrócił do pierwotnej pozycji. Wsparł znowu czoło na oknie i patrzył w mroczną, zimną pustkę, z której — zda się — na próżno usiłował uciec pociąg, całą siłą pary pędzący. Pustka i noc szły za nim, ogarniały go, chłonęły. Rozpaczliwy, do zachrypłego jęku podobny gwizd wyrywał się z zady­szanych stalowych płuc maszyny i gasł w ciężkim od deszczu i mgły powietrzu.

2828

Zdało się Butrymowi, że patrzy we własną przyszłość swoją.

2829

I naraz zatrząsł się wszystkimi mięśniami.

2830

Niespodziewanie, bez żadnego widocznego powodu, stanęły mu w pamięci — jasno i wyraźnie — zagu­bione słowa Firdussiego. Jak gdyby kto biczem nielitościwie ciął go przez twarz, przez serce. Zwinął się w nagłym bólu, jak robak kolcem przebity. Och, zapomnieć je, zapomnieć na powrót… Kiedy ich już we właściwej chwili nie pamiętał!

2831

Złożone pięście[117] przycisnął do ust, czoło wgniótł silniej w zimną szybę, jakby chciał zdusić myśli pod czaszką wirujące.

2832

A jednak Firdussi miał słuszność… To także straszne, a przecież proste i jasne, i powinien był o tym i bez słów dziwnego Persa wiedzieć.

2833

„Własne niedołęstwo człowieka, który zeszedł dla kobiety z prawowitej drogi ku gwiazdom, wywołuje grzech dookoła i on w nim ginie. Zgwałcony los się mści — i on poniesie karę — bez oczyszczenia…”

2834

Huczały mu teraz donośnie te słowa w uszach jak łoskot miedziany i złowrogi.

2835

„… i on poniesie karę bez oczyszczenia!”

2836

On sam…

2837

Spojrzał na syna śpiącego cicho z rozchylonymi usty i zwiniętymi w piąstki drobnymi dłoniami.

2838

A to dziecko? Czy i ono ponosić ma karę?

2839

„Do siódmego pokolenia ścigać was będę…”

2840

Szarpnął się w sobie i oburzył.

2841

Nie poddawać się! Nie poddawać! Proroctwom wszystkim i wszystkim tajemnym mądrościom na przekór tak nie będzie! Poza tą czarną nocą jest świt! Poza tym duszącym, śmiertelnym przygnębieniem życie musi być!

2842

Jeśli nie dla niego, to dla tego dziecka musi być życie. Wychowa je w wielkości duszy, nauczy gardzić ponętną a trupią słodyczą, którą poi kobieta!

2843

Aby syn był lepszy od ojca.

2844

Najwyższe, święte przykazanie życia!

2845

Naraz odczuł raczej niż spostrzegł, że mrok się przerzedza. Gdzieś daleko spoza wypłakanych, ciężkich chmur jesiennych wstawał świt przedporanny. A w słabym, szarym obrazku budził się dokoła pędzącego pociągu krajobraz obcy: szeroki, płaski, chłodny.

2846

Butrym patrzył długo na coraz wyraźniejsze za­rysy rzadkich drzew, na rozsiane przy drogach domy murowane, na długie, dobrze uprawne zagony ziemi czarnej i tłustej, w rozpaczliwie jednostajną pokrajanej szachownicę.

2847

Wreszcie gwizd przeciągły, triumfalny rozdarł powietrze, pociąg dojeżdżał do stacji wielkiego miasta. Butrym drgnął z lekka i wzniósł dłoń, jakby żegnając czy błogosławiąc mrok, który uciekał… Wargi poruszyły mu się mimowolnym, na poły gorzkim, bolesnym na poły szeptem:

2848

Laus tibi, femina[118]

Przypisy

[1]

„Gdyby przynajmniej przy rycerskiej śpiewce/ Karabin jemu pod głowę żołnierski,/ Gdyby miecz w sercu lub zabójcza kula!/ Lecz nie! — szpitalne łoże i koszula…” — fragment wiersza Juliusza Słowackiego pt. Pogrzeb kapitana Meyznera. [przypis edytorski]

[2]

panteizm — pogląd filozoficzny, według którego bóg i wszechświat stanowią jedność bytową. [przypis edytorski]

[3]

Dyktator, Wianek mirtowy, Iola, Eros i Psyche, Gra, Donna Aluica (La Bestia), Za cenę łez, Koniec Mesjasza, Gród Słońca — dramaty autorstwa Jerzego Żuławskiego. [przypis edytorski]

[4]

Z. Dębicki — Zdzisław Dębicki (1871–1931), krytyk literacki, pamiętnikarz, felietonista i poeta okresu Młodej Polski. [przypis edytorski]

[5]

biódr — dziś poprawnie: „bioder”. [przypis edytorski]

[6]

cofając się z lekka wstecz — konstrukcja ta dziś uznana by była za błędną (pleonazm); poprawnie: cofając się z lekka ramionami (…). [przypis edytorski]

[7]

pojrzała — dziś raczej: rozejrzała się. [przypis edytorski]

[8]

extra dry — w odniesieniu do wina musującego: z nutą słodyczy. [przypis edytorski]

[9]

limoniada — lemoniada. [przypis edytorski]

[10]

per fas et nefas — (łac.) prawem i bezprawiem, wszystkimi środkami niezależnie od ich uczciwości. [przypis edytorski]

[11]

jeno — tylko. [przypis edytorski]

[12]

próżne — tu: puste. [przypis edytorski]

[13]

wynaleźć — tu: znaleźć. [przypis edytorski]

[14]

engagement — (fr.) umowa z artystą — aktorem lub śpiewakiem. [przypis edytorski]

[15]

Malczewski — Jacek Malczewski (1854–1929), malarz, najważniejszy przedstawiciel symbolizmu w Polsce. [przypis edytorski]

[16]

Wyczółkowski — Leon Wyczółkowski (1852–1936), malarz, grafik, rysownik, jeden z najważniejszych przedstawicieli realizmu w Polsce. [przypis edytorski]

[17]

Stanisławski — Jan Stanisławski (1860–1907), malarz, pejzażysta epoki modernizmu. [przypis edytorski]

[18]

Ruszczyc — Ferdynand Ruszczyc (1870–1936), jeden z przedstawicieli symbolizmu w Polsce. [przypis edytorski]

[19]

Sichulski — Kazimierz Sichulski (1879–1942), malarz młodopolski. [przypis edytorski]

[20]

welin — pergamin bardzo wysokiej jakości. [przypis edytorski]

[21]

gawot — forma muzyczna oparta na starofrancuskim tańcu ludowym. [przypis edytorski]

[22]

Bacha — Jan Sebastian Bach (1685–1750) niemiecki kompozytor i organista barokowy. [przypis edytorski]

[23]

Beethovena — Ludwig van Beethoven (1770–1827), pianista i kompozytor niemiecki, jeden z klasyków wiedeńskich, prekursor romantyzmu w muzyce. [przypis edytorski]

[24]

towiańczyk — wyznawca towianizmu, ruchu religijnego o charakterze mistycznym, stworzonego przez Andrzeja Towiańskiego w połowie XIX wieku. Jednym z najważniejszych przekonań towiańczyków była mesjańska rola Polski. [przypis edytorski]

[25]

i nogim jego martwe całował — i nogi jego martwe całowałem. [przypis edytorski]

[26]

zrównanie — daw. równanie. [przypis edytorski]

[27]

Arrhenius — Svante Arrhenius (1859–1927), chemik i fizyk szwedzki. [przypis edytorski]

[28]

Voila. Ici — (fr.) Proszę. Tutaj. [przypis edytorski]

[29]

Comment? Je ne comprends pas polonais — (fr.) Słucham? Nie rozumiem polskiego. [przypis edytorski]

[30]

Firdussi — nawiązanie do perskiego poety, Ferdousiego (940–1020 lub 1025), jego nazwisko tłumaczy się jako „Człowiek z raju”. [przypis edytorski]

[31]

Łabędź — charakterystyczny, jasny gwiazdozbiór na północnym niebie. [przypis edytorski]

[32]

Jestem człowiekiem z gwiazd — Dylogia Laus feminae była zaplanowana jako trylogia. Trzecia część miała nosić tytuł Człowiek z gwiazd. Niestety Żuławski nie zdążył jej napisać przed przedwczesną śmiercią w 1915 roku. [przypis edytorski]

[33]

Dębniki — dzielnica Krakowa. [przypis edytorski]

[34]

Bylem ja sobie dowierzała — Dziś raczej: bylebym ja sobie dowierzała. [przypis edytorski]

[35]

skomasowana — całościowa. [przypis edytorski]

[36]

dramatis personae — łac. osoby dramatu. [przypis edytorski]

[37]

Augur — w starożytnym Rzymie kapłan, który odczytywał wolę bogów na podstawie lotu ptaków oraz zjawisk atmosferycznych. [przypis edytorski]

[38]

kolonii św. Salwatora — Salwator, obecnie dzielnica Krakowa. [przypis edytorski]

[39]

Palatyn — jedno z siedmiu wzgórz w Rzymie. [przypis edytorski]

[40]

burnus — arabskie okrycie wierzchnie przypominające płaszcz bez rękawów, ale z kapturem. [przypis edytorski]

[41]

wmawiając w nią — dziś raczej: wmawiając jej. [przypis edytorski]

[42]

Ach! C'est vous, monsieur! — (fr.) Ach! To pan, proszę pana! [przypis edytorski]

[43]

Madame. — (fr.) Pani. [przypis edytorski]

[44]

Que vous etes beau, mon ami, ce matin! — (fr.) Przyjacielu, jak pięknie dziś wyglądasz! [przypis edytorski]

[45]

Mais vous etes toujours la plus belle au monde, senora — (fr.) Pani jest dziś najpiękniejsza na świecie. [przypis edytorski]

[46]

I like you. — (ang.) Lubię pana. [przypis edytorski]

[47]

Seulement? Comme un petit chien? — Tylko? Tak jak pieska? [przypis edytorski]

[48]

Cocher! Arretez! — Woźnica! Zatrzymaj powóz! [przypis edytorski]

[49]

Siądę na pociąg. — [przypis edytorski]

[50]

Szukam panią — dziś raczej: Szukam pani. [przypis edytorski]

[51]

a to najgorsza — dziś poprawnie: a to najgorsze. [przypis edytorski]

[52]

ozwał się — daw. odezwał się. [przypis edytorski]

[53]

jęła — daw. zaczęła. [przypis edytorski]

[54]

jeno — daw. tylko. [przypis edytorski]

[55]

jeno — tylko. [przypis edytorski]

[56]

lancet — niewielki nóż chirurgiczny. [przypis edytorski]

[57]

Liszt — Ferenc Liszt (1811–1886), węgierski pianista i kompozytor epoki romantyzmu. [przypis edytorski]

[58]

Brahms — Johannes Brahms (1833–1897), pianista, kompozytor i dyrygent niemiecki epoki romantyzmu. [przypis edytorski]

[59]

pipperminth — a. peppermint, kawa z miętą pieprzową. [przypis edytorski]

[60]

frape — wł. frappe, kawa z lodem. [przypis edytorski]

[61]

refraktor — teleskop soczewkowy. [przypis edytorski]

[62]

Sirocco — gorący, suchy wiatr pojawiający się w krajach basenu Morza Śródziemnego. [przypis edytorski]

[63]

tum — katedra. [przypis edytorski]

[64]

E bella… — (wł.) Jest piękna… [przypis edytorski]

[65]

Bionda e bella… — Piękna blondynka… [przypis edytorski]

[66]

Caro mio — (wł.) Moja droga… [przypis edytorski]

[67]

kwieciarka — dziś raczej: kwiaciarka. [przypis edytorski]

[68]

Fa dieci lire, signore — Po dziesięć lirów, proszę pana. [przypis edytorski]

[69]

Ja państwo przewiozę — dziś raczej: Ja państwa przewiozę. [przypis edytorski]

[70]

con sua signorina tanto amata — ze swoją damą ukochaną. [przypis edytorski]

[71]

Lotta libera pel campionato del mondo — (wł.) walka o mistrzostwo świata, za darmo. [przypis edytorski]

[72]

Fuori! Da capo! Bis! — (wł.) Wychodź! Od początku, jeszcze raz! [przypis edytorski]

[73]

Che danzi ancora! che danzi! Fuori! — Zatańcz jeszcze raz! Jeszcze raz! Wychodź! [przypis edytorski]

[74]

Che venga nuda! — (wł.) Niech tańczy nago! [przypis edytorski]

[75]

Nuda! Nuda! Nuda! Che danzi nuda! — (wł.) Naga! Naga! Naga! Niech tańczy naga! [przypis edytorski]

[76]

negr — (z łac. niger — czarny), człowiek czarnoskóry, obecnie określenie to ma wydźwięk pogardliwy. [przypis edytorski]

[77]

szampion — in. czempion. [przypis edytorski]

[78]

Forza, Caffe-latte, forza! Nonn avete paura! — (wł.) Naprzód, Caffe-latte, naprzód! Nie bój się! [przypis edytorski]

[79]

asumpt — powód do czegoś, tu: 'biorąc sobie za powód kolor skóry zapaśnika'. [przypis edytorski]

[80]

Bravo campione! — (wł.) Brawa dla zwycięzcy! [przypis edytorski]

[81]

poverino Caffe latte — (wł.) biedny Caffe-latte. [przypis edytorski]

[82]

Goryczkowa — trasa narciarska dla zaawansowanych, znajdująca się pod wierzchołkiem Kasprowego Wierchu. [przypis edytorski]

[83]

Kondracka — Dolina Sucha Kondracka, odgałęzienie Doliny Kondratowej. [przypis edytorski]

[84]

Kalatówki — popularna wśród narciarzy polana w Tatrach Zachodnich. Istniał na niej pierwszy polski ośrodek narciarski. [przypis edytorski]

[85]

schronisko Towarzystwa — schronisko Polskiego Towarzystwa Narciarzy, które stało na Kalatówkach od 1911 do 1943 roku (w ostatnich latach funkcjonowało jako magazyn). [przypis edytorski]

[86]

przełęcz Na Patykach — in. Przełęcz Białego, przełęcz w polskich Tatrach Zachodnich. [przypis edytorski]

[87]

Suchy Żleb — jeden ze żlebów opadających do Doliny Kondratowej z Giewontu. [przypis edytorski]

[88]

Kuźnice — dzielnica Zakopanego. [przypis edytorski]

[89]

skije — narty. [przypis edytorski]

[90]

Dolina Cicha — dolina w Tatrach po stronie słowackiej, będąca granicą między Tatrami Wysokimi a Zachodnimi. [przypis edytorski]

[91]

Dolina Koprowa — dolina w słowackiej części Tatr Wysokich. [przypis edytorski]

[92]

Krywań — (2494 m n.p.m.) szczyt w słowackich Tatrach Wysokich. [przypis edytorski]

[93]

Hruby — (Hruby Wierch, 2428 m n.p.m.) szczyt po słowackiej stronie Tatr Wysokich, znajdującej się w bocznej Grani Hrubego. [przypis edytorski]

[94]

zoczywszy — dziś raczej: zobaczywszy. [przypis edytorski]

[95]

Rohityn — w oryginale: Rokityn. Postać pojawiła się w pierwszej części dylogii, Powrocie i występowała wówczas pod nazwiskiem Rohityn, stąd ujednolicenie do tej formy w drugiej części. [przypis edytorski]

[96]

tlejącej się — dziś raczej tlącej się. [przypis edytorski]

[97]

Ad me non pertinet! — (łac.) Nie obchodzi mnie to! [przypis edytorski]

[98]

komplimenta — daw. komplementy. [przypis edytorski]

[99]

jeno — tylko. [przypis edytorski]

[100]

To jedno tylko nie pamiętał — dziś poprawnie: Tego jednego tylko nie pamiętał. [przypis edytorski]

[101]

C'est la vie! — (fr.) Takie życie! [przypis edytorski]

[102]

lux ex oriente — (łac.) światło ze Wschodu. [przypis edytorski]

[103]

sechs Bier — (z niem., bł.) sześć piw. Poprawnie w języku niemieckim: sechs Biere. [przypis edytorski]

[104]

Les fruits verts — (fr.) Zielone owoce. [przypis edytorski]

[105]

Pokazało się — tu w znaczeniu: Okazało się. [przypis edytorski]

[106]

pustynnej fata morgana — dziś poprawnie: pustynnej fatamorgany. [przypis edytorski]

[107]

To będzie trudno — dziś poprawnie: To będzie trudne. [przypis edytorski]

[108]

będę adoptował — dziś poprawnie: adoptuję. [przypis edytorski]

[109]

napotkał w tym na jakieś poważne przeszkody — dziś konstrukcja „napotkać na (coś)” uważana jest za błędną. Poprawnie: napotkać (coś) lub natrafić (na coś). [przypis edytorski]

[110]

grande chose — (fr.) wielka rzecz. [przypis edytorski]

[111]

Tatwami — chodzi prawdopodobnie o tatwy, które w hinduizmie oznaczają ruchy, wibracje kierujące światem. [przypis edytorski]

[112]

jak tę prostą rachubę — dziś poprawnie: jak tej prostej rachuby. [przypis edytorski]

[113]

ivoir — (fr.) kość słoniowa, tu: papier listowy o barwie kości słoniowej. [przypis edytorski]

[114]

maitre — (fr.) mistrz. [przypis edytorski]

[115]

sażfamka — od fr. sage-femme — położona. Krasołucki używa określenia przewrotnie, w stosunku do kobiety, która pomogła w doprowadzeniu do aborcji. [przypis edytorski]

[116]

Dumas fils — Dumas syn. [przypis edytorski]

[117]

pięście — dziś poprawnie: pięści. [przypis edytorski]

[118]

Laus tibi, femina… — (łac.) Chwała tobie, kobieto… [przypis edytorski]

Close
Please wait...