Spis treści

    Nenia i inne wiersze
    1. I
    2. II
    3. III
    4. IV
    5. V
    6. VI
    7. VII
    8. VIII
    9. IX
    10. X
    11. XI
    12. XII
    13. XIII
    14. XIV
    15. XV Do A(…) N(…) pod jego bytność w przemyskiem
    16. XVI
    17. XVII
    18. XVIII
    19. XIX
    20. XX
    21. XXI
    22. XXII
    23. XXIII
    24. XXIV
    25. XXV
    26. XXVI
    27. XXVII
    28. XXVIII. Pan Gemlaburbitsky
    29. XXIX
    30. XXX
    31. XXXI
    32. XXXII. Na pogrzebie A(nny) S(uchożebrskiej)
    33. XXXIII. Oczy
    34. XXXIV
    35. XXXV. Szpital św. Klary
    36. XXXVI
    37. XXXVII. Inskrypcja
  1. Peregrynarz
    1. XXXVIII
    2. XXXIX. Piosenka
    3. XL
    4. XLI. Awantura z powodu listy obecności
    5. XLII
    6. XLIII. Do studentki UMCS w Lublinie
    7. XLIV. Dławiąc się sobą, idzie prosto do nieba
    8. XLV. Waleta
    9. XLVI
    10. XLVII
    11. XLVIII. Piosenka wieczorna
    12. XLIX
    13. L. Stypa w domu pani R(uszkowskiej)
  2. Młodzieniec o wzorowych obyczajach
    1. LI. Na miasteczku uniwersyteckim
    2. LII
    3. LIII
    4. LIV. Areszt
    5. LV
    6. LVI. Piosenka dla Funi Bełskiej
    7. LVII. Piosenka utracjusza
    8. LVIII. Piosenka o jarmarcznym kogutku
    9. LIX
    10. LX. Nosiciele na schodach katedry
    11. LXI. Bojkot radia i telewizji w latach osiemdziesiątych
    12. LXII
    13. LXIII
    14. LXIV. Piosenka dla burmistrza
    15. LXV
    16. LXVI. Elegia in obitum
  3. Liber mortuorum
    1. LXVII. Odpowiedzialność
    2. LXVIII. Nagły deszcz
    3. LXIX. Wycieczka do lasu
    4. LXX. Wiadomość z ostatniej chwili
    5. LXXI. Źle skrywana wstydliwość
    6. LXXII
    7. LXXIII. Na rogu Farbiarskiej i Szymonowica
    8. LXXIV
    9. LXXV
    10. LXXVI. Po dzień dzisiejszy
    11. LXXVII. Kobieta z radioodbiornikiem
    12. LXXVIII. Niebezpieczeństwo
    13. LXXIX
    14. LXXX. Upał
    15. LXXXI. Przebudzenie
    16. LXXXII. Manifestacja
    17. LXXXIII. Nieśmiałość
    18. LXXXIV. Pieszczoch
    19. LXXXV. Znak z nieba
    20. LXXXVI. Rekolekcje w 1988 roku
  4. Kamień pełen pokarmu
    1. LXXXVII
    2. LXXXVIII
    3. LXXXIX
    4. XC
    5. XCI
    6. XCII. Wakacje
    7. XCIII. Przyjście i odejście
    8. XCIV
    9. XCV
    10. XCVI

    Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki (ur. 1962 w Wólce Krowickiej k. Lubaczowa) — jeden z najwybitniejszych współczesnych poetów, autor kilkunastu tomików, laureat nagrody Nike, Nagrody Literackiej Gdynia i Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej „Silesius”. W czasie studiów na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie współtworzył środowisko pisma „Kresy”. Jego twórczość nawiązuje do poetyki baroku, łącząc zamiłowanie do paradoksu z upartym powracaniem do tematyki śmierci, choroby (w tym psychicznej) i kruchości ludzkiego ciała, dodając do tego zestawu wątki homoseksualne czy skomplikowaną polsko-ukraińską historię swojej rodziny. Swoje wiersze Dycki układa w cykle, często zaczynając je od tych samych linijek (np. „w lubelskich domach publicznych moich przyjaciół” albo „w sąsiednim pokoju umiera moja matka”), niekiedy nawiązując przy tym do poetyki biblijnego psalmu.

    Eugeniusz Tkaczyszyn-DyckiKamień pełen pokarmu

    Książkę tę dedykuję

    mojej kochanej Marii

    Nenia i inne wiersze

    I

    1

    w moim małym domu zamieszkała niewiara

    jak nierządnica zamieszkała w moim małym domu niewiara

    bardzo zła kobieta z którą mamy jednego Pana

    powiedziałem jej moje ciało męskości

    5

    jak i moje ciało zniewieścienia

    wszystkie moje ciała

    których jest co niemiara mają jednego Pana

    więc po co do mnie przychodzisz wciąż naga

    II

    przysięgam schizofrenia jest jak pies bez kości

    10

    który z żołądkiem moim ma do czynienia

    i z żołądkiem moim czyni sobie zadość

    co to jest samotność

    jak schizofrenia samotność zamyka mnie

    przysięgam ona zamyka mnie kiedy jestem ze Zbigniewem

    15

    Ingo i kiedy nie jestem ona mnie zamyka

    w domu Zbawiciela a potem wyprowadza z domu

    nieskazitelności ona mnie zawsze prowadzi

    z domu nieskazitelności popod czyjeś okna

    III

    w moim małym domu zamieszkała skrucha

    20

    myślałem że płacze we mnie dziecko a nie starucha

    przecież ona nie zamieszkała w domu starców

    która może odmłodzić jednym grzechem mniej

    powiedziałem ty mnie możesz

    jeszcze odrodzić w moim pustym domu

    25

    ty mnie możesz jeszcze uczynić

    dzieckiem w zmarszczkach dzisiejszego grzechu

    IV

    schizofrenia to ten ptak wczoraj

    i ten ptak dzisiaj niejasnego upierzenia

    jaki jestem jaki będę jeżeli pokonam tę śmieszną przestrzeń

    30

    między jednym a drugim niejasnym słowem

    które wypływa albo nie wypływa z ciemności

    najpierw zachorowała matka jaka jesteś

    pytałem się wczoraj i dzisiaj

    czy jak ten ptak oszukany pod niebem

    35

    przez wszystkie płazy ziemi.

    V

    Panie ja nie odbiegłem

    ja nie porzuciłem Twojego domu

    we mnie tylko wilk Dobry Pasterzu wbił swoje zęby

    a ja mu powiedziałem to nie są zęby które się na mnie zawezmą

    40

    Panie ja nie usłyszałem

    bo byłem głuchy Twojego głosu

    nie wchodź w paszczę zwierzęcia bez jednego

    zęba abyś nie był samotny

    VI

    1

    45

    gwiazdo niespełna rozumu ziemskiego

    zacznij od nowa czerpać w ciemnościach świata tego

    gwiazdo niespełna rozumu ludzkiego

    zacznij od nowa w ciemnościach mojego ciała marnego

    najjaśniejsza gwiazdo niespełna rozumu i niespełna zamętu

    50

    zacznij na nowo od chaosu moich wnętrzności

    a potem od swojego wozu

    i pociągnij mnie w przepaść

    najjaśniejsza gwiazdo niespełna rozumu

    czy ty byłaś matką czy ty byłaś matką odebraną komuś

    55

    gwiazdo niespełna rozumu gwiazdo najjaśniejsza

    za którą idziemy do domu obłąkanych

    2.

    czy ty byłaś zamknięta jak Dycka

    w oślepiającym świetle schizofrenii

    60

    gwiazdo przeklęta czy ty się wzięłaś

    z mojej matki Stefanii

    o światło prosząc

    czy ty się uskarżałaś na nią ze mroczna

    to tylko my nie rozumiemy

    65

    co ona pragnie nam przekazać nie przekazując

    owocu z pestek treści

    co ona pragnie nam ofiarować nie ofiarowując

    ona nam Pana Boga niosła

    i w drodze osłabła jakby zobaczyła diabła

    70

    gwiazdo najjaśniejsza czy ty się wzięłaś

    z mojej matki w ciemnościach

    czy ty byłaś zamknięta jak Dycka

    w oślepiającym świetle schizofrenii

    VII

    moja matka kościół innowierczy

    75

    niech będzie pochwalony Jezus Chrystus który cierpi

    innowierców a nie zsyła na nich śmierci

    innowiercą jest kto matczyne opuścił serce

    moja matka kościół bluźnierczy

    bluźniercą nie jest kto imienia Pana nie znajduje

    80

    lecz który się chełpi że posiadł

    imię nowe i że się zowie nowo narodzony

    niech będzie pochwalony Jezus Chrystus który cierpi

    bluźnierców a nie zsyła na nich śmierci

    VIII

    krzyk jest powrotem do matki

    85

    choćbyś nie chciał

    krzyk jest powrotem do matki

    pierwszym źródłem macierzyństwa

    i choćbyś nie chciał ostatnim zakorzenieniem

    krzyk jest po to ażeby nie opuścić siebie

    90

    żeby w łonie matki nie było skonania i ust

    zaprzepaszczenia w ciszy zawiązującego się poranka

    IX

    piasek to sypkie ssące usta śmierci

    ustom tym nie wymkniesz się choćbyś z deszczem spadał

    choćbyś z deszczem w głąb innych ust

    95

    obsuwał się szczęśliwy że piasek nie istnieje

    powiadam wszakże piasek to usta

    śmierci nie zacieśnione na deszcz i kamień

    szczęśliwy kto uwierzył w piasek i usta

    napełnił swe a potem jeszcze raz zapragnął

    100

    piasek to sypkie ssące usta śmierci

    które wciągają w drżenie martwych

    powiadam wszakże ani deszcz ani kamień

    nie spocząłby w nas wątpiących w samotność

    X

    mój przyjaciel jest chory

    105

    i otoczył się jak niemowlę bólem rodzenia

    jego ciało w którym jest nadzieja na moje ciało

    jest już w drodze jak kwitnąca gałązka jabłoni

    daje o sobie znać i jak gałąź owocująca nic nie znaczy

    mój przyjaciel jest chory i drży ciało jego

    110

    mój przyjaciel jest umierający i niosę mu zmęczenie

    sen nie odparty żadnym tchnieniem

    XI

    w niedzielne popołudnie pracowało trzech półnagich żołnierzy

    Pan Bóg w ich ciałach nie ukrywał swojego roztargnienia

    i na nowo tworzył kosmos początku i końca podczas gdy oni

    115

    oślepieni słońcem wypoczywali na wznak

    Pan Bóg myszkował w ich ciałach zdziwiony swojskością potu

    Pan Bóg myszkował w ich ciałach złakniony

    wracał do swoich źródeł i stawał się

    kroplą brudu bez której nie bylibyśmy sobą

    XII

    120

    moja siostra Wanda przynosi ze spaceru lilię

    a ja piszę wiersz o śmierci

    a ja znowu ten wiersz piszę od początku

    i nie umiem skończyć

    ani przerwać w połowie tak żeby się zachwiał

    125

    jak lilia śmiertelnie kiedy szukam dla niej

    najodpowiedniejszego słowa

    zamiast garnuszka wody

    XIII

    lilia zepsuła się w garnuszku wody

    pytam się oczu co widziały i gdzie były

    130

    lilia zepsuła się jakby zniechęcona po ludzku sobą

    pytam się swoich oczu gdzie sczerniały

    lilie za którymi poszłyby do grobu

    a one nie wiedzą i jak cudze na mnie patrzą

    więc znowu piszę ten stary wiersz o śmierci

    135

    i wciąż jeszcze nie wiem od czego zacząć

    XIV

    moi przyjaciele piszą wiersze

    a woda nad którą stoją nie czeka

    tylko słowo istnieje które jest początkiem stworzenia

    rzeczy niewymownych źródłem rzeczy niemych

    140

    przepływających obok nas własnym drążonym krzykiem

    mówią że istnieją słowa przed którymi

    zamykamy się do nadspodziewanych objęć wierszy

    i w których prosimy żeby nam wybaczono milczenie

    albowiem słowa przepływają obok nas własnym drążonym krzykiem

    XV Do A(…) N(…) pod jego bytność w przemyskiem

    145

    powiem ci że cmentarz lubaczowski nie ma granic

    wprawdzie ma swoich zmarłych ale nie ma granic

    pokażę ci groby Argasińskich Dyckich Hryniawskich

    ale nie zakreślę granic których od nich oczekujesz

    mogę cię zaprowadzić do ich przeszłości z której wyrosłem

    150

    nieco skostniały w ogóle zauważ jakaż ta teraźniejszość z kości

    zmarłych Dyciów i jakaż przyszłość z naszych prędzej z naszych

    kości aniżeli z naszego dzisiaj zapomnienia

    jak ci powiedzieć że cmentarz lubaczowski ma swoich zmarłych

    nawet w tobie który wszedłeś do rzeki ażeby wynurzyć się innym

    155

    nie ma granic ałe ma swoich zmarłych

    nawet kiedy stanąłeś na brzegu Sołotwy ażeby do nich nie wrócić

    XVI

    w lubelskich domach publicznych moich przyjaciół

    nikt nie zapyta skąd się wziąłem w ten czas

    i skąd się wezmę jutro z jakich wypłynę ciemności

    160

    i w jakie ciemności na powrót pokracznie

    ach mamo w ciemnościach bez ciebie pokracznie

    jak i w oślepiającym świetle dnia

    zarówno do ciemności jak i do oślepiającego światła dziś

    dołóż drwa choć naręcze dołóż swoich ust tchnij

    XVII

    165

    w lubelskich domach publicznych moich przyjaciół

    materace na których spał Leszek i wielu innych

    których jeszcze pamiętam i już zapominam

    jeszcze pamiętam wilgoć w miejsce języka

    oczu myśli a już zapominam

    170

    a nagość ich była jak dziwna bajka

    już zapominam z kim spał Leszek z kim spałem

    zanim przyszła śmierć Leszka

    i jeszcze pamiętam chłód jego ciała

    kiedy jechaliśmy z trumienką za miasto

    175

    jeszcze mnie pamięć nie myli chłód jego ciała

    drzemał we mnie jak styczniowe słońce

    XVIII

    w lubelskich domach publicznych moich przyjaciół

    materace jak dawniej gdy byliśmy tu z Leszkiem

    dla potęgi nocy oto jest śmierć

    180

    mówił Leszek gdy po nocy nastawał dzień i w naszych oczach

    krzątały się kości wirowały jak wiatr

    któremu dawaliśmy niekiedy chwilę wytchnienia

    materace do których przyciskaliśmy wiatr naszych członków

    i wnętrzności Leszek mówił

    185

    rano znowu znajdziemy się w szczerym polu

    oto jest śmierć mówiłem gdy po nieprzespanej nocy

    wdrapywaliśmy się na szczyt naszych członków

    i wnętrzności jeszcze pamiętam

    trumienkę z którą wyruszyliśmy za miasto

    190

    chłód jego ciała uderzył mnie zaraz w domu

    kiedy pomagałem go ubrać kobietom spoglądającym

    niedorzecznie w swoje ciepło

    skisłe jak kluski

    XIX

    znienawidziliśmy miasta do których przyjeżdżaliśmy

    195

    w piątek po południu albo w sobotę rano

    a zwłaszcza dworce na których spędzaliśmy resztę dni

    ludzi z którymi nie zamieniliśmy słowa

    na pustych zakazanych placach

    choć to oni pieścili nasze ciała w swoich szeleszczących skórach

    200

    choć to oni pochylali się nad nami w zmarszczkach

    bez cienia intymności

    niekiedy bardzo śmieszni a zawsze bardzo starzy

    w szeleszczących skórach którą zatykaliśmy sobie uszy

    ażeby nie słyszeć ich dalekiego oddechu

    205

    i którą jak zielskiem przykrywaliśmy swoje oczy zielone

    jak bielmem

    XX

    umyśliłem pisać wiersze o twojej śmierci

    i o tym jakie są teraźniejsze dzieje

    wyszedłem na łąki na których zawsze byłem dzieckiem

    210

    ażeby początek wiersza tchnął mleczem

    zamknąłem się we wszystkich twoich listach

    wysłanych i nie wysłanych nigdy do mnie z daleka

    w widokach wiedeńskich postkarte przecież pisałeś

    jak wtedy z Placu Karola

    215

    że dzieli cię dzień od samobójstwa od urzeczywistnienia

    rzeczy przyszłych i żebym przyjechał przeżyć przestrzeń

    jakiegoś nowego ładu którego jeszcze nie rozumiesz i pozostał

    z tobą aż po wypełnienie się chaosu w moich przerażonych kościach

    XXI

    zamykanie oczu to kłamstwo

    220

    bowiem od widoku samobójczej śmierci Recki

    Ruszkowskiego nie uratuje cię czarna powieka

    zatem patrz jak wtedy gdy zatriumfowały w nim

    wszystkie furie powietrza naraz

    czyniąc zeń igrzysko

    225

    pakułę gdzieś poza ludzkim kręgiem

    albo w ludzkich wnętrznościach

    i kiedy dźwigałeś tę pakułę a jeszcze bardziej

    kiedy nie mogłeś dźwignąć niczego

    oprócz wymiotującego brzucha

    230

    wymiotującego z przerażenia iż jest

    i że starcza za wszystko

    XXII

    zanim odkryłem twoją śmierć w pokoju

    na dziesiątym piętrze i ujrzałem ją w zdziwieniu

    twojej nagości i zanim odkryłem śmierć jako coś

    235

    co następuje po śniadaniu obiedzie i kolacji

    przekonałem się że ten który leży przede mną

    w zeszłonocnej pościeli i ten który leży w lilijkach

    to mój przyjaciel to moja fizjologia to nade wszystko

    mój przyjaciel i moja fizjologia

    240

    coś co jest święte

    XXIII

    od nocy do świtu ćwiczenie pamięci

    jak czarnej skóry niewolnika

    w dniu w którym umarł ćwiczenie pamięci

    i w dniu w którym przygotowywaliśmy się do pogrzebu

    245

    ćwiczenie pamięci jak czarnej skóry zbiega

    a potem raz po razie

    ażeby umarły był wciąż jak żywy

    ażeby żywy był jak umarły

    i nie ważył się przychodzić z widownią ciała

    250

    ażeby przychodził jak pustelnik tylko

    do swojej duszy pełen miłości ku niej

    i pełen zwątpienia że miłość do jednej rzeczy

    jest związaniem przy rzeczach wielu

    ażeby przychodził jak pustelnik tylko

    255

    przesiąknięty wiatrem i piaskiem

    przełamać się ze mną codziennym chlebem

    XXIV

    gdybyś choć otworzył oczy zobaczyłbyś

    jeszcze nie wiem co ale ujrzałbyś jako my widzimy szkielet

    może gdybyś uniósł powieki wszystko byłoby

    260

    jasne jak pierwszy dzień narodzenia

    a tak stoję oślepiony przenikaniem świata

    nawet myślę że przenikanie świata jest wszystkim

    co potrafię może gdybyś język wyplątał

    z otchłani mowy przemówiłbyś

    265

    błogosławiony który idzie ku mnie a nie ociąga się

    na widok słońca jakie zabiega mu drogę

    błogosławiony albowiem dnia pewnego znajdzie go ciemność

    w wielkich mękach widzenia

    XXV

    jeszcze nie dzisiaj jeszcze nie jutro

    270

    przyjdę do Ciebie wiem zgasisz światło

    ażeby droga nie była wypełniona szukaniem

    po próżnicy jak wtedy gdy błądziłem na osobności

    przyjdę do Ciebie nie wcześniej aniż skończy się dzień

    i nie później aniżeli nastanie noc która wyda z siebie jad

    275

    tylko mnie uchroń aniele mój gdy będę spał

    przed wężem który obudzi się na moich ustach

    XXVI

    przyjaciele nie umierają w ramionach obcej kobiety

    którą widzieli raz w życiu powiadam ci chłopiec

    jakiemu było na imię Leszek nie mógł odejść z kobietą

    280

    tylko dlatego że nigdy dotąd nie spotkał jej na swojej drodze

    to prawda że wtedy kiedy umierał byłaś ze mną

    a ja nie umiałem ci dać tego co on umierając

    teraz jesteś zazdrosna o czyjeś ramiona w których umierał

    kiedy byłem blisko ciebie tak blisko że to mogłaś być ty

    XXVII

    285

    oto złożyliśmy trupa do trumienki

    i ponieśliśmy przez chore miasto

    w którym mężczyźni uprawiają nierząd

    i nikt jeszcze nikogo nie uzdrowił

    pocałunkiem a przecież

    290

    pocałunek jest od Boga

    który nie rozstaje się z ludźmi

    więc co czynią twoje usta

    pośród setek tysięcy chorych

    ani jednego do którego by przyszedł

    295

    i ani jednego którego by opuścił

    choć wielu z nich będzie miało otwarte rany

    XXVIII. Pan Gemlaburbitsky

    4.

    śmiejesz się że jestem nagi

    śmieję się choć w to nie wierzę

    300

    nie wierzę że obok mnie leży

    dżdżownica na łodyżce kwiatu

    uważasz że łodyżka kwiatu nie pochodzi ode mnie

    śmieję się choć w to nie wierzę

    łodyżkę kwiatu masz od boga nicości

    305

    który cię dotknął gdy byłeś jeszcze czysty

    5.

    śmieję się że przychodzisz do mnie jak robak

    który znikąd przychodzi i zostaje na wieki

    wracasz w nocy i pewnie myślisz

    310

    kim jestem że czekam

    śmiejesz się że czekam jak robak z tym ciałem dla ciebie

    z ciałem o którym Leszek mówił że jest od Boga na przeszpiegi

    potem biegnę do księdza Horocha wypytać się o ciało

    które jest od Boga na przeszpiegi kiedy człowiek idzie górą doliną

    XXIX

    315

    znowu przyjechałem w przemyskie

    pełne bogów polskich i ukraińskich

    rodzina kurczy się coraz bardziej

    a ja rozrastam w samotności

    jestem jak poganin który nie ma

    320

    domu pośród swoich zmarłych

    dzień rozpoczynam od krzyku

    nieodrodny syn tych co poumierali

    XXX

    w domu naszych matek była miłość

    mleko było miłością najpierwszą i najpełniejszą

    325

    gdy wyrośliśmy na chłopców nasze matki jak wiedźmy

    wyszły z domu i nigdy już nie wróciły

    wyrośliśmy na pięknych chłopców i bardzo nieszczęśliwych

    nasze matki wyszły z domu i nigdy nie wróciły

    do pełni władz umysłowych ktoś je widział

    330

    jak uciekały w kaftanie bezpieczeństwa unosząc nas z sobą

    XXXI

    młody mężczyzna idzie przez cmentarz

    gdy tak idzie nie spiesząc się ma coś ze zmarłego

    ma coś z ciebie który umarłeś

    i gdy za nim patrzę wcale nie tracę cię z oczu

    335

    myślę że właśnie wtedy mogę z twego ciała

    czerpać gdy idzie na spotkanie swojej zmarłej

    i nazbyt starannie dobiera słowa modlitwy

    to właśnie wtedy mogę do ciebie zagadnąć

    wyzbyć się języka dziecka i przemówić

    340

    po męsku jak zmarły do zmarłego

    jak być powinno wyzbyć się śmiesznej obawy

    że nie zrozumiesz gdy zamilknę

    XXXII. Na pogrzebie A(nny) S(uchożebrskiej)

    to tak wyglądają palce 45-letniej nieboszczki

    a tak usta jej 22-letniego syna

    345

    jakże pogodzić dwa obce i zmęczone sobą ciała

    i jakże odejść od ust chłopca do trumiennych szczelin

    to tak wyglądają palce 45-letniej nieboszczki

    a tak usta jej 22-letniego syna

    któremu jeszcze dzisiejszej nocy zechcesz powiedzieć

    350

    to tak wyglądają palce zmarłej

    drapieżne od niemożności zabrania się stąd

    XXXIII. Oczy

    mogą poprosić o miejsce pod martwymi powiekami

    a kiedy odmówimy bo podobno nie jesteśmy

    martwi pójdą przodem nas a kiedy

    355

    w drodze zbłądzimy wezmą do siebie

    jak dwoje samotnych staruszków

    spodziewających się śmierci

    nawet ciało jest im dane inaczej aniżeli nam

    poruszającym się niby to po swoim a jednak

    360

    a jednak boimy się że weszliśmy w szkodę

    Panu Bogu na tych kilkadziesiąt lat nie więcej

    a oczy mają wgląd we wszystko i poświadczą

    że weszliśmy daleko w szkodę jak świnie

    XXXIV

    i nic nie pozostaje pewnego z nas

    365

    może właśnie jedna niepewność

    jak kość kiedy mówimy że nie będzie

    kości na panowanie długie

    i krótkie tylko nie wolno zasnąć

    albowiem śpiącym ubywa snu a panowanie

    370

    ciąży jak zmiażdżenie rzeczywistością o świcie

    nawet tobie który wziąłeś za królestwo kamień

    i nie pomyliłeś się nigdy

    i nie pomyliłeś się wówczas gdy kamień poszedł

    w niewolę innego kamienia i gdy dopiero wtedy

    375

    poczułeś ból

    XXXV. Szpital św. Klary

    1.

    w rzeczach czystych niechaj będzie Twój dom

    a w rzeczach nieczystych moje umieranie

    do Twojego domu przyjdą pokłonić się Tobie

    380

    a w moim dobrze uczyni kto pozna się na kościach

    i wyda o mnie sąd jako o zmarnotrawionym

    a w rzeczach nieczystych moje umieranie

    tak wielkie w nieczystości moje umieranie

    że gdybym miał z martwych powstać

    385

    to tylko przez człowieczy brud

    3.

    nie wiedziałem że w nieczystości chodzę

    od domu do domu a zawsze wygnany

    kto mnie opatrzył ten się zlitował

    390

    bo tylko litość godziła się na mnie

    kto mnie owrzodził ręce umywał

    i rozpowiadał że owrzodzonego widział na mieście

    jak szedłem za nim do domu jego wnosząc owrzodzenie

    w samych już powiekach nie wiedziałem

    XXXVI

    395

    ludzie obnażają ciało i mówią

    a to jest brzuch doskonały na każdą

    okazję głodu a tamto są genitalia

    doskonałe na każdą okazję zaspokojenia

    zbliżają się do siebie i powodują

    400

    miłość białą kruszynkę

    która nie wytrzymuje z bólu

    i rodzi nikt nie wie po co

    XXXVII. Inskrypcja

    na lubelskim cmentarzu

    jest tak 26 listopada

    405

    1985 roku zmarł młodzieniec

    młodzieniec ten miał imię

    ze snu a kto

    ma imię ze snu

    temu się nie dłuży

    410

    rozmowa z Panem

    Peregrynarz

    XXXVIII

    1.

    schizofrenia jest domem

    bożym odkąd zachorowałem

    raz drugi i przebudziłem się

    415

    w gorączce miłości

    zaiste niewiara jest jak okowa

    i obręcz płomienista

    w której wstydziłem się siebie

    choć to nie wstyd przymierzać się

    420

    do istnienia a światła duszy

    nie zmarnowałem i wykrzyknąłem Panie

    niewiara jest cudownym miejscem

    które opuszczam codziennie

    2.

    425

    schizofrenia jest domem

    bożym odkąd zachorowałem

    raz drugi i przebudziłem się

    w gorączce miłości

    Panie wykrzyknąłem oto już jestem

    430

    gotów do umiłowania rzeczy

    intymnych i bezgranicznych

    jak pies się wróciłem

    do Ciebie do rzeczy intymnych

    i bezgranicznych których nigdy

    435

    nie miałem więc pewnie dlatego

    trzymano mnie tutaj tak długo

    XXXIX. Piosenka

    w wielkich miastach używamy

    dużo kosmetyków na zdziwione pryszcze

    na wielkich dworcach skąd nas zabierają

    440

    udajemy dzieci przyssane do płaczu

    i rozstające się z płaczem jak nikt jeszcze

    na wielkich dworcach skąd nas zabierają

    udajemy chłopców wyrzuconych z baśni

    bez łatwego powrotu do rzeczywistości

    445

    a w wielkich miastach używamy

    dużo kosmetyków na wyciśnięte krosty

    udajemy chłopców wyrzuconych z baśni

    bez pamięci do nazwisk starszych panów

    XL

    nigdy nie chcieliśmy tej miłości naprawdę

    450

    nigdy nie chcieliśmy zamknąć w niej powieki do końca

    Leszek rzekł nadzy znienawidziliśmy nagość

    tak jak karzeł odrzuca swoją domniemaną wielkość

    z której się począł Leszek rzekł chciałem

    żebyśmy wyszli z tej miłości jak księżyc zza chmur

    455

    i zawędrowali pokąd wiatr a nie drżenie liści

    zawsze pragnąłem żebyśmy wyszli z tej miłości

    jak wiatr do ludzi

    XLI. Awantura z powodu listy obecności

    mój przyjaciel jest martwy

    i znikąd nie ma jego przyjścia

    460

    martwe są członki które oglądam

    poruszony tym że znikąd

    znikąd jest ciało Leszka

    które oglądam poruszony tym

    że martwe jest martwe nawet

    465

    w moim sennym oku

    a z sąsiedniego pokoju

    krzyczy twoja matka żebym się

    zbierał na uniwersytet

    bo mnie z zajęć skreślą

    XLII

    470

    od tamtego dnia słońce wschodzi

    i zachodzi bardzo nieporadnie

    od tamtej nocy księżyc gaśnie nieporadnie

    jakby miał zasnąć z wszystkim na dniach

    a gaśnie jak gdyby się mocował

    475

    całe życie z dniem

    od tamtego czasu słońce nie pokazuje się

    w południe wielki błazen któremu plunę pod nogi

    niech ma błazen wobec którego wszelka

    śmieszność wydaje się bezradna

    480

    wielki to błazen przed którym tańczę kilka

    kości odsłoniwszy gdy noc zapadnie

    XLIII. Do studentki UMCS w Lublinie

    przyjaciele nie umierają

    na raka odbytu

    Pan Bóg znowu będzie musiał

    485

    usunąć kawał ślepej kiszki

    abyśmy trafili prosto do nieba

    przyjaciele nie umierają

    w kilkumiesięcznych odchodach

    na raka odbytu

    490

    które matki straciły z oczu

    tych co umierają w kilkumiesięcznych

    odchodach matki tracą z oczu

    i biorą na powrót do siebie

    XLIV. Dławiąc się sobą, idzie prosto do nieba

    stocz ze mną wojnę a będziesz zwycięski

    495

    każdego dnia będziesz zwycięski

    i każdego pokonany gdy tylko zawołam

    na pomoc umarłych

    to moje ulubione zajęcie przywoływanie zmarłych

    i nie znam innego pośród dni moich

    500

    wschodzi słońce i jest mi najłatwiej o krzyk

    słońce zachodzi o krzyk się proszą wszystkie moje kości

    jakbym był tylko rozgrzanym szkieletem

    i nawet łatwiej być mi rozgrzanym szkieletem

    aniżeli cielskiem porośniętym w przerażone mięso

    505

    które dławiąc się sobą idzie prosto do nieba

    XLV. Waleta[1]

    przez pięć kolejnych dni

    nie usłyszą o mnie albo będą mówić

    jako o umarłym i cieniem moim

    bawić się przy świecach

    510

    przez pięć kolejnych dni będą opowiadać

    jak bardzo byłem nieprzystępny za życia

    i że broniłem się przed śmiercią w ciepłych

    ramionach starców z Farbiarskiej

    to będzie smutna opowieść o chłopcu

    515

    ze skradzionym słonecznikiem i szesnastu

    tego dnia skradzionych książkach

    i o tym jak się ów chłopiec rozmiłował

    w słoneczniku gdy przyszła noc

    po swoje ziarno

    XLVI

    520

    najpiękniejszych chłopców spotykam

    w szpitalu i nigdzie indziej

    jak tylko w ich umysłach

    kanię pełną deszczu

    zachowują się agresywnie

    525

    lecz jakie piękno obchodzi się

    bez agresji nawet ja który jestem

    tu od wczoraj biję głową o lustro

    kiedy zamykam się

    w wc dla personelu

    530

    czuję jak brzydnę

    a chciałbym stąd wyjść

    XLVII

    szliśmy za trumienką lubaczowską

    drogą i szliśmy na spotkanie

    śmierci przydrożnej śpiewając pieśni

    535

    o kościach nieboszczyka w zielonej dolinie

    o kościach nieboszczyka śpiewaliśmy

    i o zielonej dolinie pełnej ptaków i rozkładu

    o ciele zmarłego śpiewaliśmy pieśni

    i przypominały się nam ciała przodków

    540

    o kościach nieboszczykowskich i o kościach

    naszych spotkanych na lubaczowskiej

    drodze jak stado gęsi powracających

    z łąk bardzo późnym wieczorem

    XLVIII. Piosenka wieczorna

    teraz nikt nie wydrze ci słowa

    545

    wiatr cię ominie bo cóż wiatr

    staruszek nienadążający za tobą

    w śmiesznych podrygach liści

    widziałem go wczoraj i przedwczoraj

    w warkoczach dziewczyn i statecznych

    550

    niewiast płaczących nad bezżenną

    ciemną wodą o zachodzie słońca

    XLIX

    nie pójdziemy na cmentarz pod Lipkami

    dzisiejszego dnia ani jutrzejszego gdy drzewa

    znieruchomieją na mrozie i gdy twoje kości

    555

    otworzą się w nocy jak liście

    nie pójdziemy do twoich kości dzisiejszego

    dnia ani jutrzejszego jak do liści

    w których nie umiemy potem zgnić

    choć w liściach jest nam dana długa noc

    560

    nie pójdziemy do twoich niespokojnych liści

    na cmentarz pod Lipkami wraz z pierwszym

    wiatrem dzisiejszego dnia ani jutrzejszego

    gdy mróz przyciśnie i gdy bez twoich liści

    przybiegnie szkielet nocy i wilcy

    L. Stypa w domu pani R(uszkowskiej)

    565

    poprosiliśmy by zasiedli wokół

    twojej trumienki i zapłakali

    by do twojej trumienki rzucili

    trochę suchego piasku spod powiek

    potem poprosiliśmy żeby wyszli

    570

    już czas moi mili abyśmy zamilkli

    mój syn też potrzebuje śmierci

    powiedział tak do mnie wczoraj

    potem poprosiliśmy do stołów

    proszę rozgośćcie się państwo

    575

    i wybaczcie że mój syn zabrał ze sobą

    wszystko co najlepsze również we mnie

    Młodzieniec o wzorowych obyczajach

    LI. Na miasteczku uniwersyteckim

    podszedłem do niego gdy zwymiotował a był

    w moim wieku może trochę starszy i zapytałem

    skąd biorą się gwiazdy które robią

    580

    to samo gdy późno wracamy do domu

    gwiazdy robią to od lat w dół urwiska

    kiedy idziemy z drugiego końca miasta

    przemówiłem gdy rzucił się przeklinać

    konstelacje których nigdy nie widział

    585

    a mieliśmy w oczach piętno jednej

    i tej samej gwiazdy kiedy na mnie spojrzał

    podszedłem by mu powiedzieć iż gwiazdy

    od lat robią to za każdym razem z kim innym

    LII

    pijemy alkohol na żydowskim cmentarzu

    590

    a potem siusiamy w zaroślach

    Leszek nie kryje się z tym co ma w spodniach

    i to robi wrażenie na zmarłych

    każdy z nas zauważam siusia w znacznej

    odległości od obecnych i nieobecnych

    595

    natomiast Leszek chwali się tym co mu

    wystaje ze spodni i to robi wrażenie

    na zmarłych jestem jednym z nich

    więc jestem jednym z nich odkąd dwie dziewczyny

    i trzech chłopaków załatwia się

    600

    wśród grobów jak u siebie w domu

    LIII

    pijemy alkohol na żydowskim cmentarzu

    tłuczemy szkło o wysoki mur

    za którym ciągnie się getto nasze matki

    bracia i siostry nasze wszy

    605

    tłuczemy szkło o wysoki mur lękamy się

    stąd wyjść i to robi największe wrażenie

    na zmarłych jestem jednym z nich

    to także robi wrażenie na mojej chorej matce

    gdy jej opowiadam co wykrzykiwaliśmy

    610

    „Dziewczyny kochajcie łyse pały i długie

    włosy” a która teraz z upodobania

    do niezwykłych słów powtarza to samo

    LIV. Areszt

    postaraj się o jeszcze jedną samotność

    w tej godnej pożałowania samotności

    615

    żebyś miał więcej drzwi prowadzących

    do siebie i zamykających się przed tobą

    niechaj nie waży się wejść ciemność

    i światło dwaj mali złodziejaszkowie

    abyś nie był ogołocony ze wszystkiego

    620

    co się świeci powierzchownie

    no więc otwieraj te drzwi donikąd

    żebyś czuł straszne przeciągi

    chociaż to tylko dwaj mali złodziejaszkowie

    którzy razem ze mną będą siedzieć w duplu

    LV

    625

    w tej części świata nie mieszkam

    kiedyś mieszkałem na samej górze

    w tej części świata piją usta ulicznych

    chłopców i ja przyznaję kręciłem się

    po placu z tymi którzy mówili że jestem

    630

    jak księżyc w posiadaniu wariatów

    przeto jak księżyc w posiadaniu

    wariatów wędrowałem z rąk do rąk

    coraz bardziej nierzeczywisty wrzodziejący

    zostawiłem kartotekę odciski palców i donosy

    635

    na Leszka kiedyś mieszkałem na samej górze

    dzisiaj zaledwie na siódmym piętrze

    LVI. Piosenka dla Funi Bełskiej

    umarłem dnia wczorajszego

    i chociaż nikt nie podał mi ręki

    spotkałem po tamtej stronie rzeki

    640

    milczących i śpiewających braci

    choć żaden z nich nie podszedł do mnie

    ani nie przemówił na progu domu wciąż jeszcze

    niewidzialnego a już przestrzennego jak każdy

    dom na uboczu który trwa dzięki temu iż pobielany

    645

    i że bełży się z daleka umarłem dnia

    wczorajszego umarło moje ciało i wypłynął

    ze mnie grzech jak ropa moimi

    ustami gdy stanąłem do pocałunku

    LVII. Piosenka utracjusza

    powiadają iż teraz sprzedaje chryzantemy

    650

    i świeczki pod murami lubelskich cmentarzy

    wieczorem przepija wszystko co zmarli

    wytargowali dla jego handryczących się chłopców

    więc przepuszcza wszystko co zmarli wyciągnęli

    od przechodniów (przechodniu nie daj się prosić)

    655

    dla jego pewnie zmarłych chłopców choć tylko nieliczni

    wierzą dzisiaj w światło które zostawiamy po sobie

    wtedy też śpiewa piosenkę na Placu Litewskim

    którą tutaj zechcę powtórzyć: „o Leonardo o Leonardo

    nie wstydziłeś się chodzić z czerwoną kokardą

    660

    we włosach i bawić się ze mną jak z pieskiem”

    LVIII. Piosenka o jarmarcznym kogutku

    w złotej klatce byłeś

    ptakiem nastroszonym

    pięknopiórym jarmarcznym kogutkiem

    w złotej klatce tańczyłeś

    665

    z ogniem zadawałeś się i z popiołem

    niejedną noc aż przyszedł złodziej

    i wykradł ci zęby a powiedziano iż cię

    wyruchał tańczyłeś ze złodziejem

    który cię na ostatek porzucił wtedy też

    670

    przyszedł jego wspólnik i wykradł ci włosy

    powiedziano przeto prawdę iż tenże cię

    wyruchał kiedy nie miał co ze sobą zrobić

    LIX

    niechaj będzie przeklęty

    który do naszych wnętrzności

    675

    rzucił ogień choroby i piach

    i wypełnił nas czym chciał

    po stokroć przeklęty który nazajutrz

    ognia nie stłumił swoim oddechem

    ani się nas nie pozbył i znowu cisnął garść

    680

    piachu lecz nie na ugaszenie owych chorób

    po stokroć przeklęty który zwał się

    chłopcem a prowadził jak rozdziapisko

    tenże to rzucił do naszych wnętrzności kilka szmat

    gorejących lecz nie na ugaszenie owych chorób

    LX. Nosiciele na schodach katedry

    685

    trędowaci oddali swoje ciała

    najpiękniejszym z nas

    niechaj żaden nie zdradzi przekleństwa

    i niech nie waży się żyć

    w otchłani innej aniżeli życie

    690

    choćbyś zgnił pierwej niż ten

    który już nie zgnije od szemrzących

    traw w twoich martwych ustach

    trędowaci oddali swoje ciała najpiękniejszym

    spośród nas pamiętaj narodziłeś się by żyć

    695

    w otchłani pełnej mrocznych plag

    której nie wyczerpie nikt kto z tobą nie zasypia

    LXI. Bojkot radia i telewizji w latach osiemdziesiątych

    mój przyjaciel jest martwy i w ustach

    jego ta ciemna woda co w ciemnościach

    i w oczach ta ciemna woda co w bulgotaniu

    700

    gwiazd kiedy wybiegają nad miasto

    z ust jego wyrywa się krzyk a zatem

    bardzo ciemna woda która bulgocze

    gdy się dobrze wsłuchać w sen i w komunikat

    wydobyty ze snu o jaki trudno w radiu

    705

    i w ustach jego ta woda co w ciemnościach gada

    wielkie rzeczy o jakie znowu trudno w radiu

    iż wyłoniliśmy się z jednej sadzawki która jeszcze

    dzisiaj śmierdzi w nas po wypiciu dykty[2]

    LXII

    przyjechałem do Lublina ponieważ tu jest

    710

    moje legowisko gdzie indziej również

    mam siennik jeszcze nie wytrzęsiony po Leszku

    i zapukałem do drzwi mojej dziewczyny

    to dobrze przynajmniej znajduję

    jego siki kiedy przyjeżdżam znikąd

    715

    zatem nie ulotnił się zapach moczu

    odkąd uwierzyłem w świętość plam

    przyjechałem do Lublina ponieważ tu jest

    moje legowisko gdzie indziej również

    znać plamy na materacu w które wierzę

    720

    kiedy wracam znikąd i chce mi się żyć

    LXIII

    od dwóch dni sposobię się

    do drogi coraz więcej

    węzełków i przerażenia tym

    co kryją papiery

    725

    od dwóch dni zawiązuję i rozwiązuję

    coraz więcej przerażenia

    kiedy potykam się o coś niezbędnego

    a to są znowu kamienie

    tylko bym dźwigał wszystek dobytek

    730

    wyimaginowany i utracony zaś rękopisy z miejsca

    na miejsce przenosił i przeglądał z dala

    od ciebie i ognia: nic bym nikomu nie zostawił

    LXIV. Piosenka dla burmistrza

    przyszła śmierć do naszego miasteczka

    i zatrzymała się z kancelarią w ruinach

    735

    piastowskiego zamku albo na błoniach

    lecz dla takich jak ja brakło nawet ugoru

    przyszła śmierć do naszego miasteczka

    i zatrzymała się dla chłopców na piastowskim

    zamczysku zaś dla dziewczyn na pastwiskach

    740

    by przypomniały sobie wszystkich mężczyzn

    zakradła się śmierć do naszego miasteczka

    i nie chciała z nami rozmawiać o telefonizacji

    i gazyfikacji odsyłając nas znowu do burmistrza

    lecz dla takich jak ja brakło nawet ugoru

    LXV

    745

    czas jest ślepy i ślepe są wnętrzności

    moje które wybiegają w przyszłość

    czas jest bez przyczyny i ja jestem

    bez przyczyny odkąd zachorowałem

    który uwierzyłem iż zobaczę ciemność

    750

    w jej początkach i jasność

    zarania na szpitalnym łóżku: „tutaj,

    gdzie obracam swoje wnętrzności

    jak młyńskie koło, mimo iż wybiegają

    przed siebie, i nie wzywam pomocy”

    755

    czas jest ślepy i ślepe są wnętrzności

    moje odkąd pozbyłem się choroby

    LXVI. Elegia in obitum[3]

    tę książkę czytał stary Bęski

    który wczoraj został pochowany

    ach Bęski Bęski coś ty czytał

    760

    zanim poszedłeś na Powązki

    ach Bęski Bęski coś ty czytał

    kiedy się ciemny wicher miotał

    teraz leżysz na Powązkach

    i nachylasz ku sobie gałązki

    765

    nachylasz ku sobie śpiew ptaków

    zgarniasz listki papierki i piórka

    ach Bęski Bęski czyś ty nie zdurniał

    od tej jednej przeczytanej książki

    Liber mortuorum[4]

    LXVII. Odpowiedzialność

    mój przyjaciel jest martwy

    770

    i z martwych nie wstanie dzisiaj

    mimo iż jest gotów

    do dźwigania rzeczy utraconych

    jutro znowu pójdę za nim

    w głęboki oczodół tego samego

    775

    co ujrzałem wczoraj

    i jeżeli zaniewidzę to dla garstki

    łachmanów w których już go nie zobaczę

    jutro znowu będę źrenicą

    obróconą strasznie na siebie jak wtedy

    780

    kiedy się rodził i kiedy umierał

    LXVIII. Nagły deszcz

    martwy jest mój przyjaciel

    a mój oddech z niego

    a moje kości i moje ciało rozszczepione

    nawet gdy nie wychodzę z domu

    785

    i nieprzygwożdżone są ręce moje

    do rąk jego wysupłanych stamtąd

    kiedy się chwytam braku powietrza

    i nieprzygwożdżone będą fruwać

    jak zapomnienie będą kaleczyć

    790

    moje ciało kiedy pójdę precz

    i odczepiły się kości moje od kości

    jego wpojonych w nagły deszcz

    LXIX. Wycieczka do lasu

    jak przyjedziesz od umierającej matki

    (teraz mam usta pełne poziomek)

    795

    jak wreszcie wrócisz do swojego umierającego

    gdzieżeś był zawołasz w progu domu

    przez te wszystkie dni kiedy chorowałeś

    (teraz mam usta pełne poziomek) więc gdy już

    wrócisz uwalniając się od szpitalnych

    800

    prześcieradeł matki w które spowijałeś siebie

    gdzieżeś był zawołasz kiedy moja matka

    chorowała: będę milczał jakbyś mi nie śmierć

    uczynił lecz świństwo tym zniknieniem swoim

    a uczyniwszy nie wziął na wycieczkę do lasu

    LXX. Wiadomość z ostatniej chwili

    805

    nie po to kończy się sierpień by umarła

    moja matka której kupiłem perukę

    nie mogę przyjechać i wierzgać przeciwko śmierci

    która załatwiła sobie perukę tyle że nie nową

    nie po to kończy się sierpień by umarła

    810

    moja biedna matka dla której śmierć

    zechce rozczesać splot swoich niegdysiejszych

    i teraźniejszych włosów jakimi porasta

    powiadam iż śmierć nie przychodzi po matkę

    lecz po włosy jakie nam od dawna wypadają

    815

    nie po to kończy się sierpień by wypadły nam włosy

    które zresztą ile sił wpychamy sobie do gardła

    LXXI. Źle skrywana wstydliwość

    matka myje chore bardzo chore

    nogi i mówi od rzeczy

    zeświniłeś się mój synku

    820

    przeto zeświniło się

    moje ciało i wycieka zeń woda

    jaką we mnie wlałeś

    mówi o czarnej wodzie na dnie

    miednicy którą sprzątnąłem

    825

    przeto na dnie miednicy sposobi się

    trochę czarnej wody to śmierć się rozbiera

    i za chwilę ujawni parę żylaków

    odbytu których nie lubi nikomu pokazywać

    LXXII

    wszystko to są rzeczy niepewne ziemia

    830

    i niebo to są wszystko rzeczy niepewne

    od których uciekaj póki jeszcze

    jest dokąd albowiem ta ciemność teraz

    i ta ciemność potem jakiej nie próbuj

    zawczasu dotknąć to zaiste dwa

    835

    przeróżne światy do których nie przykładaj

    ręki jeżeli chcesz ujść cało

    bo ta ciemność teraz i ta ciemność potem

    to są wszystko rzeczy nie do pogodzenia

    z którymi niechaj nic cię nie łączy chyba ze jest

    840

    coś o czym nie wiem

    LXXIII. Na rogu Farbiarskiej i Szymonowica

    na rogu Farbiarskiej i Szymonowica

    sławnego lwowianina śpiewam tę pieśń

    daj mi miłość korzeń wonny

    jeżeli jesteś starcem i poradzisz sobie

    845

    z moimi kośćmi które są do pochwycenia

    dopiero od paru lat jeżeli więc

    jesteś starcem i podobam się twoim kościom

    spocznij we mnie przed daleką drogą

    i nic nie mów o zmęczeniu jakie cię

    850

    teraz czeka zaprawdę powiadam wam

    kości tego starucha są nie do udźwignięcia na

    Szymonowica i gdziekolwiek indziej

    LXXIV

    jesień już Panie a ja nie mam domu

    kiedyś mieszkałem na Bocznej Lubomelskiej

    855

    dzisiaj zaledwie naprzeciw Przybylskiej

    niechaj ją deszcz pozbawi oczu którymi wypatruje męża

    niechaj ją deszcz zawiedzie do przytułku

    w którym nie znajdzie dla siebie wygód

    niechaj ją deszcz zawiedzie na cmentarz

    860

    i pozbawi oczu którymi wypatruje męża

    kiedyś istotnie mieszkałem na dziesiątym piętrze

    dzisiaj zaledwie w sąsiedztwie z Przybylską

    niechaj deszcz nie da jej miejsca w przytułku

    i ani jednej rzeczy z tych co dawniej

    LXXV

    865

    jesień już Panie a ja nie mam domu

    kiedyś mieszkałem na Bocznej Lubomelskiej

    dzisiaj zaledwie naprzeciw Przybylskiej

    która przybywa jeżeli skądkolwiek przybywa to z piekieł

    z samych piekieł przychodzi Przybylska

    870

    jeżeli stamtąd diabeł może się wyprawić

    skądkolwiek przybywa ona w moje

    sąsiedztwo muszę się jednako niepokoić

    albowiem nieprzyjaciel wypytuje o mnie

    po ludziach zaś Przybylska nie milczy

    875

    z samych piekieł przychodzi Przybylska

    znać to po jej frywolnych sukienkach

    LXXVI. Po dzień dzisiejszy

    groby Dyckich Argasińskich i Hryniawskich

    w których nie ja jeden zresztą jestem zamknięty

    i gdzie nie spojrzeć grób Helenki Bojarskiej

    880

    choć jeszcze wczoraj wykradaliśmy się do lasu

    po dzień dzisiejszy zbieramy grzyby liście paproci

    nade mną i drzewa z których potem będą szybkie trumny

    lecz nie będzie przyjaznego cienia żebyśmy mogli pokazywać

    nasze ciała nie pokazując nikomu więcej owłosionych miejsc

    885

    a teraz groby Dyckich Argasińskich i grób Helenki

    zbyt ciepły aby o nim pamiętać i pisać że taki inny

    pośród tamtych zbyt swojski odkąd jestem tutaj

    zamknięty nie ja jeden zresztą przed samym sobą

    LXXVII. Kobieta z radioodbiornikiem

    można odczepić się domu ale żeby nie mieć

    890

    swojej śmierci i zmarłych z którymi daje się

    zamieszkać na warszawskim dworcu

    jeżeli dom podupadł albo się nie ziścił

    doprawdy nie chciałabym żyć bez swoich

    zmarłych dlatego codziennie przychodzę na dworzec

    895

    by porozmawiać z ludźmi którzy mają wszystko

    („nawet złote zęby nie próchniejące na wietrze

    i deszczu choć podobno i złoto czarnieje gdy brak kilku

    przednich”) lecz nie mają wypisanego w oczach

    przerażenia sobą które im podrzucam do poczekalni

    900

    kiedy cała się uśmiecham na widok ich bagaży

    LXXVIII. Niebezpieczeństwo

    place są puste jak listopad

    jak ty i ja i wiersze za którymi biegam

    po owym placu wczoraj wziąłem

    pieniądze i wnet uciekłem od siebie

    905

    wystarczy zatem na wypad

    w Polskę i dobrą książkę przedwczoraj też

    wziąłem za ekstrawagancję (to jest

    umiem się brać za instrumenty stare i zepsute)

    a więc place są puste jak listopad

    910

    i jego instrumenty stare i zepsute

    mogą w zakamarkach moich rąk i nóg

    przespać się do jutra

    LXXIX

    dawniej kiedy umierał stary Dycki

    w domu twoich dziadków myślałeś

    915

    to nieprawda że w jego śmierci może być

    ktoś z kim nie byłeś na podwórku

    teraz zaś kiedy stygło ciało Leszka

    a słońce rozpoczynało swoją wędrówkę

    gdzie indziej aniżeli my skupieni

    920

    w domu żałoby wokół własnych krzyków

    myślałeś to nieprawda że w jego śmierci

    może być ktoś z kim nie byłeś dotąd

    poróżniony bo nawet słońce szuka z tobą zaczepki

    kiedy się w sobie zamyka do jutra

    LXXX. Upał

    925

    płakaliśmy po osiemnastoletniej Bojarskiej

    nic nie rozumiejąc z jej osiemnastu lat

    pogrzebanych zbyt nagle żeby nie szukać winnych

    tej śmierci na pożółkłych fotografiach

    wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy iż stoimy

    930

    na lubaczowskiej drodze by pochować

    Bojarską w skwarze popołudniowego słońca

    które wybiegło skądiś i położyło swoje

    ręce na otwartej trumience i bawiło się

    sobą w uśpionych włosach Helenki

    935

    jakże wesoło bawiło się słoneczko w uśpionych włosach

    Helenki i zachęcało nas do wejrzenia w głąb siebie

    LXXXI. Przebudzenie

    dzisiaj znowu śniłem

    twoją śmierć jeżeli można śnić

    na stancji pani Mościckiej

    940

    to dzisiaj znowu widziałem

    twoją śmierć o ile to nie była

    pani Mościcka cała w swej ozdobie

    i mogłem wykrzyknąć ach to ty to ty

    skąd się wziąłeś nie mówiąc

    945

    nic i skąd się weźmiesz jutro gdy się

    zdziwię to ty to ty a co ty masz

    do powiedzenia że mi się przyśniłeś

    bez ust albo że ci z ust śmierdzi

    LXXXII. Manifestacja

    na dziedzińcu uniwersyteckim

    950

    mokną nikomu już niepotrzebne ulotki

    choć nie dalej jak godzinę temu

    studenci wznosili nieprzyjazne okrzyki

    albowiem państwo jest niefortunne i grzeszy

    czymś na kształt posuchy mając tyle

    955

    kości przodków i wiązkę kości profesorskich

    którzy również wznosili nieprzyjazne okrzyki

    kto wie czy nie najgłośniej albowiem nasze państwo

    jest sprzedajne mając tyle kości przodków

    a przede wszystkim wiązkę owych profesorskich

    960

    które codziennie zabieram z wykładów

    i wyrzucam za siebie

    LXXXIII. Nieśmiałość

    to nieprawda że przyjaciele chorują

    na raka i umierają w samo południe

    ich twarz nie zmieni się nawet o mgłę

    965

    którą nakładamy w ślepe miejsca

    przyjaciel ma zawsze usta przez które

    kości jego wołają i będą wołać

    może teraz gdy leżymy obok siebie

    spodziewając się przyjścia kogoś

    970

    kogo nie znamy jego usta rozstąpią się

    cudownie i wzbudzą we mnie

    kamień głodny który jeszcze dzisiaj

    rzucę w okno twojej sypialni

    LXXXIV. Pieszczoch

    może teraz kiedy leżymy obok siebie

    975

    spodziewając się (oprócz zmęczenia naszą

    obecnością) przyjścia kogoś kogo

    nie znamy: jego usta rozstąpią się nagle

    więc może teraz gdy dotykamy zachłannie granic

    naszego ciała które są nieskończenie

    980

    bezpieczne tylko dzisiaj w łóżku w granicach

    tych dźwigając także (oprócz zmęczenia naszą

    obecnością) nieobecność kogoś kogo usiłujemy

    pokochać: jego usta rozstąpią się nagle

    i wzbudzą we mnie kamień głodny z którym się

    985

    zabieram do pieszczot ilekroć jestem z tobą

    LXXXV. Znak z nieba

    śniłem deszcz jaki zwykle nawiedza

    mężczyznę i kobietę gdy idą we dwoje

    nie istnieli w tym śnie

    lub tak bardzo związali się ze sobą

    990

    i chłonęli ów deszcz że nie mogłem odejść

    nie było ich lecz wydzielali pot gubili się w czarnej

    albo czerwonej roślinności dalekiego

    wybrzeża u którego stałem trzy dni i trzy noce

    trzy dni i trzy noce oczekiwania na deszcz (znak

    995

    z nieba by porzucić ziemię) oni zaś wyśmiewali moje

    przykurczone ręce i nogi lecz rozproszyli się

    zaraz gdy się przebudziłem aby im dać siebie

    LXXXVI. Rekolekcje w 1988 roku

    otóż poezja przypomina ci klasztor ojców

    karmelitów bosych w Czernej

    1000

    czystość i łagodność młodzieńców którzy tu

    wstąpili by obmyć ciało

    z miłości własnej i z grzechu matki

    bo to grzech główny mieć matkę ziemską

    którą można wysławić jednym tchem

    1005

    i zgubić w tłumie niewiast co ciągnie do nieba

    zatem poezja przypomina ci klasztor ojców karmelitów

    w Czernej skoro karmi się tobą od początku twoich dni

    gdy byłeś jeszcze grzechem w postaci czystej i to

    zaledwie dotykanym przez sprośnych rodziców chrzestnych

    Kamień pełen pokarmu

    LXXXVII

    1010

    moi przyjaciele Zbychu i Andrzej

    od dawien dawna piszą wiersze

    znowu więc nie zrozumieliśmy Pana Boga

    który się do tych wierszy przykłada

    (i to jeszcze jak) moi przyjaciele

    1015

    Zbychu i Andrzej poprawiają skórę słońca

    księżyca i deszczu co się mieni

    na wiecznie niedoskonałym wężu w ich

    ustach którego im zazdroszczę przy pocałunku

    bo ich język znacznie więcej wypowiada

    1020

    aniżeli mój zawsze zaśliniony i zadowolony

    z siebie gdy go wpycham do nie swoich ust

    LXXXVIII

    moi przyjaciele Zbychu i Andrzej piszą

    wiersze znowu więc nie zrozumieliśmy

    Pana Boga który nie rymował ale świat

    1025

    stworzył ani trochę ułomny

    ani chybi ułomny jeżeli idzie o nas

    moi przyjaciele Zbychu i Andrzej piszą

    wiersze poprawiają zatem i to

    jeszcze jak skórę słońca księżyca

    1030

    i deszczu która się mieni na wiecznie

    niedoskonałym wężu w ich ustach

    w ich ustach pod postacią pocałunku zamieszkał

    ów wąż co nas wnet gładko wyślizga

    LXXXIX

    powiadam wam iż zamknie się wnet

    1035

    niebo jak wieko trumny i nikt

    znikąd nie wyjdzie i donikąd nie wejdzie

    aby pozamiatać posprzątać

    jeszcze raz narobić na wypadek

    gdyby było po nas za czysto

    1040

    Pan Bóg natomiast niczego nie zechce

    bo cóż może chcieć oprócz duszy

    której nie mamy w sobie ale w Nim

    i tak jest od dnia narodzin po dzień dzisiejszy

    gdy każdy musi pozamiatać posprzątać

    1045

    i na wszelki wypadek jeszcze raz zrobić pod siebie

    XC

    dopiero wypłakaliśmy oczy po tobie

    Helenko i po tobie Stasiu a już znowu

    śmierć prowadza się z nami

    i upija nas w tej nie istniejącej karczmie

    1050

    Hryniawska mówiła że „jak gadzina

    przychodzi i bierze przychodzi i bierze

    upija nas w tej nieistniejącej karczmie

    u Żyda który również gdzieś przepadł”

    doprawdy Hryniawska wie co mówi

    1055

    gdy od miesięcy niedomaga i płacze

    „śmierć prowadza się z nami

    albo i bez nas ciągnie od karczmy

    do karczmy żeby zachłysnąć się sobą”

    XCI

    to nieprawda że przyjaciele chorują

    1060

    na raka odbytu i umierają w samo południe

    gdy tylko uciekniemy w nieistnienie w krąg

    własnych jeszcze mocno zasupłanych spraw

    żeby odpocząć od ich nieurywanego krzyku

    to nieprawda że w ich krzyku cichnie

    1065

    Pan Bóg i ptaki zaglądałem do oczu umierającego

    lecz udał że mnie nie widzi i ja powiedziałem

    że go nie dostrzegam pośród jego ubywania

    ale to nieprawda że on mnie nie widział

    zza góry tego wszystkiego co już z siebie wyparł

    1070

    wydalił jakby w przeczuciu innych możliwości

    XCII. Wakacje

    dni płyną korytarzem tylko jednej malej

    rzeczki albo wszystkich rzek naraz gdy wchodzę

    z tobą do wody (każdy wchodzi do swojej

    Sołotwy) jestem jeszcze młody i wynurzę się kimś

    1075

    kim pewnie nie będę podczas tegorocznych

    wakacji gdy wchodzę z tobą do wody w długich

    atramentówkach jestem jeszcze dziecinny

    i nie znam smaku złej przygody i żegnam się

    na widok nieczystości co wybijają z pobliskiego

    1080

    szpitalnego szamba lub prędzej biorą się ze mnie

    lecz ja o tym nie wiem o niczym nie wiem dopóki

    dopóty nie wynurzę się kimś kim nigdy nie będę

    XCIII. Przyjście i odejście

    dzisiaj w przemyskiem brakuje mi ciebie

    choć jestem w twoich portkach

    1085

    brakuje mi ciebie i chętnie zapomniałbym

    że w spodniach mam dziurkę na dziurce

    choć przede wszystkim jestem w twoich portkach

    strasznie zniszczonych i nie wstydzę się łat

    na tyłku którym znaczę swoje przyjście i odejście

    1090

    to także chodzę w twej pozaszywanej kurtce

    chętnie więc nie zapinałbym rozporka

    mocą którego znaczę swoje przyjście i odejście

    nie tyle swoje co śmierci która wyobraź

    to sobie wcale nie siusia w ciemno

    XCIV

    1095

    ślepniemy głuchniemy od byle poruszenia

    wiatru i deszczu krzycząc nie tego chcieliśmy

    nie chcieliśmy deszczu którym nasz wiersz

    nie chlupie w ustach wiecznych przechodniów

    choć słychać go przy każdym odplunięciu

    1100

    czuć go w powietrzu zgniły zapach deszczu

    biorę za dobry początek i zgniły zapach wiatru

    co ciągnie od popegeerowskich zabudowań

    (odrzucam bowiem natchnienie) Panie spraw

    aby nasze wiersze nie męczyły się dłużej

    1105

    od zepsutych jaj zgniły zapach deszczu wchodzi

    we mnie przez sen budzę się nowo narodzony

    i odrzucam czyste natchnienie

    XCV

    siedzimy trzymając się za ręce

    o tak trzeba odejść i trzeba zostać

    1110

    będę ją jeszcze widział

    długo w zakratowanym oknie

    z ulicy dam jej znak by odpoczęła

    ode mnie nie mówiąc o tym lekarzowi

    powiedziałem jej że przyjadę jutro

    1115

    i pójdziemy na boisko będziesz niosła

    swój garb niczym piłkę i naśmiewać się

    z mojego nie mówiąc o tym lekarzowi i słońcu

    gdyż kopią przeciwko nam jedną i tę

    samą kulę ognistą ze szpitalnych szmat

    XCVI

    1120

    codziennie umiera ponad 1000 chorych

    i jutro drugich tyle pójdzie w dym

    Ty jesteś Panie w gniewie swym nieskory

    i powściągliwy jest Twój gniew

    Ty jesteś Panie nasza łódź odwieczna

    1125

    co nas wybawi od martwego brzegu

    i na wodach morskich wzywasz nas na jeszcze

    większą głębię wciąż bliżej siebie

    codziennie umiera ponad 1000 chorych

    i jutro na drugie dwa tysiące spadnie

    1130

    Twój wszystek deszcz ognia a to

    nie to samo co deszcz i ogień z osobna

    Przypisy

    [1]

    waleta (z łac.) — utwór literacki będący wypowiedzią na pożegnanie. [przypis edytorski]

    [2]

    dykta — prawdop.: denaturat. [przypis edytorski]

    [3]

    elegia in obitum (łac.) — elegia na odejście (na śmierć). [przypis edytorski]

    [4]

    liber mortuorum (łac.) — księga zmarłych. [przypis edytorski]

    Close
    Please wait...