TPWL

Wolne Lektury potrzebują pomocy! Wesprzyj bezpłatną bibliotekę internetową i przeczytaj opowiadanie Pawła Sołtysa napisane specjalnie dla Ciebie.

x

Spis treści

    1. Bóg: 1
    2. Ciało: 1
    3. Czas: 1
    4. Dziecko: 1
    5. Kobieta: 1
    6. Kondycja ludzka: 1
    7. Konflikt wewnętrzny: 1
    8. Matka: 1
    9. Mężczyzna: 1
    10. Natura: 1
    11. Nieśmiertelność: 1
    12. Obraz świata: 1 2
    13. Ojciec: 1
    14. Oko: 1 2
    15. Pożądanie: 1 2
    16. Siła: 1
    17. Stworzenie: 1
    18. Szlachcic: 1
    19. Trup: 1
    20. Wiara: 1
    21. Wierzenia: 1
    22. Zwątpienie: 1

    Uwspółcześnienia:

    Pisownia łączna/rozdzielna: niema -> nie ma, napróżno -> na próżno, odemnie -> ode mnie, po przez -> poprzez, nieznosił -> nie znosił, przedewszystkiem -> przede wszystkim, którąby -> którą by, zdala -> z dala, przezemnie -> przeze mnie, odnowa -> od nowa, po za -> poza, zwolna -> z wolna, coprawda -> co prawda, ze wszechstron -> ze wszech stron, nademną -> nade mną, raz poraz -> raz po raz.

    Pisownia joty: djabliki -> diabliki, bestję -> bestię; konwulsyę -> konwulsję; formacyi -> formacji, linije -> linie; Anksimander -> Anaksymander; babylońskich -> babilońskich; hyeny -> hieny; chlorofyl -> chlorofil; apokalyptyczny -> apokaliptyczny; ichtyosaurów ani ichtyodontów -> ichtiozaurów ani ichtiodontów.

    Pisownia spółgłosek dźwięcznych i bezdźwięcznych: odnaleść -> odnaleźć, przemódz -> przemóc, uledz -> ulec, módz -> móc; zwycięzką -> zwycięską, biedz -> biec, wązkie -> wąskie, zpurpurowiało -> spurpurowiało.

    Fleksja: któremi -> którymi; bezlicznemi -> bezlicznymi; karmnem -> karmnym; soczewnem -> soczewnym; zaklętem -> zaklętym, lekkiem -> lekkim; przeznaczonem -> przeznaczonym, czem -> czym; swem -> swym, mojemi -> moimi itp.; one poczucie -> ono poczucie.

    Inne: wachająca -> wahająca, wychodować -> wyhodować, rozrzażone -> rozżarzone, pocentkowanej -> pocętkowanej, rozprószył -> rozproszył; plasmę -> plazmę; pojedyńcze -> pojedyncze; więzby -> więźby; ryczyć -> ryczeć; ssię -> ssę, wssysam -> wsysam; ultra-fioletowe -> ultrafioletowe; oddziedziczonych -> odziedziczonych; oddętemi -> odętymi; geyzyrów -> gejzerów; roztrzępiał -> rozstrzępiał; żgło -> zgło.

    Poprawiono błędy źródła: kszałtem -> kształtem, w znak -> wznak, wemnie -> we mnie; kołem, w której krążyła -> kołem, w którym krążyła; Ale podczas Ty -> Ale podczas gdy Ty.

    Stanisław PrzybyszewskiRequiem aeternam[1]Trzecia księga Pentateuchu[2]

    1

    Obraz świata, Stworzenie, Pożądanie, SiłaNa początku była chuć. Nic prócz niej, a wszystko w niej.

    2

    To nieskończoność Anaksymandra[3], co wszystko z siebie wyłoniła, święty ogień Heraklita[4], który pochłania niknące światy i nowe byty z nich wyprowadza, Duch Boży, co się unosił nad wodami[5], gdy jeszcze nic nie było prócz Mnie.

    3

    Chuć to prasiły życia, rękojmia wiecznego rozwoju, wiecznego odchodzenia i wiecznego powrotu, jedyna istota bytu.

    4

    To siła, co sprowadza mięszanie[6] się i rozdzielanie, twórczyni, pokarm i niszczycielka.

    5

    To siła, z którą Ja-Bóg, gdym świat ze siebie wyrzucił, atomy na siebie ciskałem, to zaciekłość, z jaką się z sobą sprzęgały, w pierwiastki się wiązały i w światy całe łączyły.

    6

    To siła, co w eterze się rozpaliła pragnieniem, by morze swych fal rozkiełznać, jedną falę z drugą połączyć w wściekłym uścisku, wprawić je w rozkoszne drgania, rozszaleć je w podrywach krzyczącej lubieży[7], kurcze pragnienia ukajać[8] w czołgających się dreszczach upojenia, aż się światło z nich porodziło.

    7

    To powrotna siła, z jaką się strumień elektryczny sam ze sobą spaja, drobinom pary od siebie odbijać się każe, — i takoż jest chuć życiem, światłem, ruchem.

    8

    I bez granic rozszalała się jej potęga. Stworzyła sobie tysiączne ramiona, którymi wszystko zagrabiała i w siebie wchłaniała, stworzyła tysiączne naczynia, lejki, otwory, potworne usta i narządy, by cały świat wssać[9] w siebie, stworzyła sobie plazmę, by nieskończoną powierzchnią rozkosz w się wdychać, wszystkie siły życiowe skupiła, w jeden węzeł je w sobie spętała, swą wolą ujarzmiła, by jej tylko były poddane i wieczny głód jej żądz koiły.

    9

    I ciskała się w konwulsjach bezgranicznych porodów i wiecznych rozwojów, wczołgała się w bezliczne formy, rozbijała je jak skorupy, i w nowe łączyć jęła, przetwarzała się w wiecznie nowych i odmiennych kształtach, a zaspokoić się nie mogła.

    10

    Szalała za szczęściem, gdy sobie trochita[10] stworzyła, rżała za rozkoszą, gdy rozdarła pierwsze żyjątko i z siebie samej odrębną płeć stworzyła, by w wiecznej męce, gniewie a bólu znowu się łączyć i w wiecznych zmianach coraz to nowe kształty, nowe istoty, coraz wyższe, coraz doskonalsze wytworzyć, co by jakąś nową i doskonalszą orgią lubież[11] jej nasycić mogły.

    11

    Aż wreszcie stworzyła mózg.

    12

    To było arcydzieło jej żądnego pragnienia. Gniotła go, kręciła, tworzyła zwoje, rozdzieliła i znowu połączyła bezlicznymi pasmami, pojedyncze części przeistoczyła na zmysły, rozerwała ciągłość, rozdarła całość na cząstki, jeden zmysł rozczłonkowała na zmysły pojedyncze, rozcięła ich związki i więźby pomiędzy sobą, by móc jedno wrażenie odczuwać we wszystkich przemianach, jeden świat wchłaniać w siebie pięcioraką, tysiąckrotną rozkosz, a pierś matczyna, która kiedyś jednę[12] siłę karmiła, tysiące sił teraz sycić musi.

    13

    Tak się dusza porodziła.

    14

    A siła wiecznych przemian i rozrodów ukochała duszę. Siliła ją karmnym[13] mlekiem swej piersi, była dla niej tętnicą, przez którą krew wszechbytu silną falą się przelewała, tysiącem spójni przywiązała ją do wszechłona matczynego, była dla duszy ogniskiem soczewnym[14], przez które patrzała, zaklętym kołem, w którym krążyła i w powrotnych kołowaniach swą najwyższą rozkosz i najwyższy ból odczuwała, była objętością, w jakiej się świat cały jako dźwięki, barwa, ruch w duszy przeobrażał.

    15

    O biedna, głupia chuć, o biedna, niewdzięczna dusza.

    16

    Chuć, co światło z siebie wyłoniła, wszystkiemu życiu początek dała, duszę stworzyła, miała skonać w miażdżącym uścisku zdradliwego dziecka.

    17

    Co miało być środkiem, stało się celem dla siebie, władcą i panem.

    18

    Spoisty granit mego bytu począł się rysować i kruszyć.

    19

    Zmysły, które miały posłużyć ku doskonalszemu doborowi płciowemu, by nowy i doskonalszy rodzaj wytworzyć, poczęły być samoistne, jęły się z sobą łączyć i pętać nierozerwalnie. To, co było górą, stało się dołem, dźwięk — barwą, środowisko — objętością, powonienie — wrażeniem mięśni, porządek — anarchią i rozpoczęła się wściekła walka pomiędzy matką a dzieckiem.

    20

    Pomnę, pomnę tę rozpaczną[15] walkę biednej matki z swym dzieckiem.

    21

    Chciała je opanować, ujarzmić; wpiła swe szpony matczyne w jego ciało, szarpała je, nęciła rozkoszą, syciła lubieżą[16] i żądzą, rozpościerała obrazy najwyuzdańszej[17] rozpusty, rzuciła je w namiętne, krzyczące uściski rodzącej bestii, ten jeden wielki narząd płciowy — zalewała mu oczy nawrotami krwi, ogłuszała go hukiem jej spienionych fal, głos jego obniżała do dyszących, bezdźwięcznych rzężeń, to znowu wściekłych krzyków i zgrzytów, kurczyła jego mięśnie, a poprzez ciało puszczała gorące drgania gdyby[18] stado czołgających się żmij — ale wszystko, wszystko na próżno.

    22

    Ale krwawą ofiarą okupiła dusza moja swe zwycięstwo.

    23

    Chorzała, więdła, schła.

    24

    Sama się oderwała od matczynego łona, sama przecięła tętnice, sama zatamowała źródło swej mocy.

    25

    Żyje wprawdzie — żyje jeszcze treścią siły, którą pożarła, przetwarza jeszcze w sobie środki, które do doboru i rozrodu służą, może jeszcze upajać się obrazami, które żądze drażnią, może w sobie wywołać ekstazę śmiesznego okłamywania się chuci, co mniema, że może kobietę stopić w sobie, ale wszystko, co sama tworzy jest zbytkiem, tak jak sztuka jest zbytkiem i nadmiarem pragnień rozrodczych i jest bezpłodną, czym sztuka nie jest, bo bije w niej olbrzymi puls drgającej chuci, nasienny golf światła i żądzy ciągłych powrotów.

    26

    Ale choć zginąć muszę, kocham tę straszną potężną siłę, co jedyną kosmiczną potęgę zmogła, ją w siebie wchłonęła, kocham moją duszę, moją wielką umierającą duszę, co mi chuć pożarła, by bez niej umrzeć.

    27

    A więc muszę umrzeć, bo źródło światła wyschło, bom ostatnie ogniwo w nieskończonym rozwoju formacji, w jakich się chuć w coraz to nowych zamianach przetwarza, bom jest pianą, orkanem burzy w miazgę rozbitą na grzebieniu ostatniej fali płciowego rozwoju, fali, co się już o brzeg rozbiła i żółty piasek jego białym haftem obszywa.

    28

    Muszę umrzeć, bo dusza moja za wielka, za przemożna, by mogła porodzić nowy, szczęściem rozlśniony, jasną przyszłością drgający dzień.

    29

    Ale kocham, kocham zamarłą chuć, której resztki dusza ma strawia, kocham ostatnie krople krwi mego istotnego bytu jako mąż i rodziciel, tego bytu, w którym się istotność cała przejawia w całej swej potędze, swym majestacie i okrucieństwie; kocham tę odwieczną siłę, co moje wrażenia słuchowe zabarwia niepojętymi barwy[19], z wrażeń powonienia rozsnuwa rozkoszne obrazy, a z uczuć dotyku wytwarza niewypowiedziane rozkosze wizji.

    30

    I kocham moją chorobę i moje szaleństwo, co się w coraz to nowy a dzikszy system przybiera, coraz wyszukańszym szyderstwem sieka i kpi, i drwi z siebie i z świata całego.

    *

    31

    Jestem zupełnie spokojny — i bardzo, bardzo zmęczony.

    32

    Tylko w głębi, gdzieś w dalekiej głębi coś mnie boli. Coś szuka równowagi albo też wije się w skurczu ostatniej agonii.

    33

    Coś zniknęło w mej duszy, ów mistyczny punkt, ku któremu wszystkie siły zmierzają. Zdaje się, że potworzyło się tysiące ognisk sił i to, co było jednolitym, rozpadło się na tysiące skorupek.

    34

    Myśli moje jakby ode mnie nie zależały. Przychodzą i idą same ze siebie bez związku, niczym niekiełznane.

    35

    Niektóre wydają mi się w kształt czerwonawych łun wzdłuż fioletowych glorii, co okalają głowy świętych, tak jak się widzi interferencje gazowych latarni poprzez ściekający na brudnych szybach deszcz — a wszystko nikłe, słodkie i miękkie.

    36

    Niektóre widzę w kształt nieskończenie wydłużonego promienia światła, co padł na pomarszczoną toń rzeki. Gdzieś w dole odbija się złotym połyskiem, połamany i rozstrzępiony w miliardy świetlanych plamek, co się na drobnych falach kołyszą, zlewają, całują w nieziemskiej czystości i żarliwym nabożeństwie.

    37

    Niektóre wyrastają do olbrzymich, potwornych rozmiarów.

    38

    Mózg mój, przyzwyczajony dotychczas do europejskich wymiarów, obejmuje teraz przepotężne masy świątyń z Lahore, parzy egipskiego sfinksa z chińskim smokiem, pisze potwornymi głazami, z jakich piramidy budowano, a myśli w pełnym, ważkim i królewskim sanskrycie, w którym każde słowo jest żyjącym organizmem, co się za pomocą jakiejś mistycznej pangenesis stał istotnym, pełnym krwi i żaru: słowo dla nas niepojęte, synteza z logos[20] i Kâma[21], słowo Jana[22], co się ciałem stało.

    39

    A wtedy z dziką rozpustą rzucam się na oślep w przepastne czeluście przestrzeni i czasu.

    40

    Jestem królem asyryjskim z niebosięgną[23] tiarą na głowie, strojny w bisior, brokat i purpurę.

    41

    Na mej piersi słońce z diamentów, uginam się pod ciężarem kosztownych brył drogich kamieni i na wozie brzytwami najeżonym, pod którym krwawym pokosem padają miliony niewolników, gdyby[24] snopy zejrzałego[25] żyta, jadę ponad śmieszną nędzą świata z straszną pogardą, nienawiścią i groźnym majestatem.

    42

    Och, kocham olbrzymi a milczący majestat babilońskich mocarzy, co słowa nie znosił, bo słowo było drogie i kosztowne, i straszne, a każde z nich trzeba było okupić bolesnym porodem.

    43

    Och, kocham naiwną, ale tytaniczną samowiedzę swej potęgi, ono poczucie siły, co bogom się odgraża, morze chłostać każe, a w nieznane kraje wiezie z sobą okowy, by ludy całe w jasyr zawlec.

    44

    Kondycja ludzka, BógOch, kocham hardą pogardę dumy, z posiewu smoczych zębów porodzoną zaciekłość biblijnego człowieka, co w oczy okrutnemu Jahveh z rozszalałą wściekłością bryzga pierwsze przekleństwo: Szatanie — Jehovah, — co głazy z ziemi wyrywa; by je ku niebu rzucić i roztrzaskać spiżową skroń strasznego mordercy, który własne, przez siebie stworzone plemię siecze za grzechy przez siebie wszczepione.

    45

    Czuję, jak mi źrenice oczy zalewają, jak ciało moje wydłuża się, rośnie, potężnieje, piersi podwójną mocą się rozpierają, a na oblicze moje spływa święta powaga i cisza boskiego Mitry[26].

    46

    A otóż nadchodzi przepotężna chwila, w której odczuwam wrażenia, jak gdybym był rozpostarty nad całą ziemią, w której święcę w sobie niepojęte święto odrodzenia wszystkich narodów i ich kultury, chwila, gdzie jestem na kształt onego bóstwa starego Ksenophanesa, w którym wszystkie zmysły się przenikają, a wszechświat się do duszy zlewa nie przez zmysły rozczłonkowany, ale w całej swej nierozerwalnej jedności.

    47

    A gdy przestrzenie uciekać się zdają, a wszystko się w jakieś odmętne przepaści zwala jak w lej, gdy się ciężki kamień w wodę rzuci — gdy nie wiem, czy istnieję i stracę panowanie nad zmysłami — gdy tysiące lat powrotną falą przez mózg mój się przeleją, a ja na chwilę odczuwam się w całej przemożnej nagości mego bytu i z powrotem odzyskuję moją siłę rozrodczą, tak że staję się atomem, co sam siebie zapłodnić pragnie, kiedy krew wszechświata pieniącą się strugą leje się w żyły moje — wtedy odczuwam nieskończone, bezgraniczne szczęście, szerokie i głębokie jak atmosfera, co nad światem zaległa.

    48

    Rozumiem dobrze, że koniec nadchodzi. Wiem, że to już ostateczny rozkład uczuć i myśli. Ale cóż mnie to wszystko obchodzi!

    49

    Pragnę, by koniec nadszedł.

    50

    A chociaż się uczucie od woli oderwało, chociaż wszystkie stany duszy mojej tylko do połowy dojrzewają, skłębiony chaos myśli, podarta sieć uczuć, bez siły przetworzyć się w akt woli — i cóż z tego?

    51

    Za to rozkoszuję się niesłychanym cudem olbrzymiego światopoglądu.

    52

    Ja, jako ja, istnieję tylko w uczuciu, znam siebie w uczuciu, a czy ono stanie się wolą, to już mnie nic nie obchodzi.

    53

    Nie znam nic prócz moich wrażeń, a przede wszystkim nie znam żadnej przyczynowości, li tylko nieskończoną ciągłość wrażeń — a czy pasmo tej ciągłości logicznie się rozwija, czy nie, to również mnie nic nie obchodzi.

    54

    Jestem ponad wszystkiem. Chwilami zdaje mi się, że mam rodzaj jakiegoś nadmózgu, patrzę na czynność, na tę biedną mozolną pracę mego mózgu — patrzę przez mikroskop, a gdy zachodzi potrzeba przez teleskop, a w bezgranicznej potędze tego nadmózgu, zdaje się, wolno mi mniemać, że wszystko jest snem i ciężką zmorą, że cała ta tak nazwana rzeczywistość jest też tylko pewnym rodzajem snu, a moje Ja dla mnie tak samo obcym i niezrozumiałym jak dla Was.

    55

    I dla Was, dla Was, którzy może wcale nie istniejecie, a może tylko jesteście sennym majakiem mej duszy bezpłciowej — dla Was, biedne dzieci samicy Ewy — Ja — Pan miałbym żyć?!

    56

    He, he — może dlatego, że muszę spełnić pewne obowiązki względem człowieczeństwa, do którego przecież zaliczać się muszę?

    57

    Rassurez-vous[27]: kocham Was, kocham Was wszystkich.

    58

    I Was, którzy nie macie więcej znaczenia i większej wartości od zwykłego argonauty, co w chwili płciowego rozpędu odrzuca swe narządy płciowe od matczynego ciała, które samodzielnie szukają samiczki, którą by mogły zapłodnić.

    59

    Was, podbudzonych ustawicznym podrażnieniem płciowym, Was artystów, co tylko Wasze ideały rozkoszy i żądz odtwarzacie. —

    60

    NieśmiertelnośćI Was, wiecznie chciwych, zapracowanych, żądnych bogactw i dóbr, by tylko byt zapewnić Waszym rozmnożonym spermatocytom — a nazywacie to miłością do osobistej nieśmiertelności.

    61

    I Was, bezmiernie rozrzutnych — bo w Waszej głupocie tkwi olbrzymi rozpęd i nadmiar sił płciowej natury, co miliony spermatocytów potrzebuje, by zapłodnić jedno głupie jajko samiczki.

    62

    O, kocham Was wszystkich i żal mi Was, i pogardzam Wami, że żyć musicie, że jesteście tylko nawozem, co użyźnia nową przyszłość, że jesteście środkiem i organem wiecznej chuci, a okłamujecie się obowiązkiem i miłością dla ludzkości.

    63

    Ja jestem sam dla siebie.

    64

    Jestem początkiem, bo noszę w sobie rozwój jestestwa od samego początku i jestem końcem, ostatnim ogniwem rozwoju.

    65

    Sam jeden z moimi uczuciami.

    66

    Wy macie jeszcze jakiś świat zewnętrzny, ja nie mam żadnego. Mam tylko siebie.

    67

    Konflikt wewnętrznyGłowa mi pęka: zdaje mi się, że jestem jakąś potworną syntezą Chrystusa i Szatana, sam siebie stawiam na wysokiej górze i prowadzę się w pokuszenie i sam siebie pragnąłbym omamić.

    68

    To znowu kojarzy się we mnie rozkosz upojonej ekstazy z zimną obrachowaną analizą, czasami wierzę ślepo, męczenniczo, jak pierwotny chrześcijanin, a równocześnie wyszydzam wszelką świętość, jestem zarówno mistycznym anachoretą i wściekłym zsatanizowanym kapłanem, co najświętsze słowa i najohydniejsze bluźnierstwa równocześnie z pianą na ustach bełkocze.

    69

    A teraz mam wrażenie, jak gdyby się na niebie rozlała przerażająca powódź czarnoczerwonej krwi, a w uszach straszliwy, nerwy przerzynający zgrzyt, jak gdyby ktoś rznął rżaszką płyty szkła —

    70

    O qualis artifex pereo[28]!

    *

    71

    Jesteś jak słaby, cichy, srebrny promień światła, który wybłysnął z jakiegoś okienka dalekiej chaty i rozlał się w ciepłej nocy jesiennej na łąki, ponad mokre, miękkie zgło[29] mgieł, co sennym, rozkoszy sytym zmęczeniem bezmierne obszary traw zaległo.

    72

    A nad srebrzącą się przestrzenią mgieł kołysze się światło, gdyby[30] wahająca się, rozwiewna fala; jak dźwięki mosiężnych dzwonów, gdy się z dala rozlegną na Ave Maria[31], płynie czyste, złote, gasnące i długo jeszcze przebrzmiewa, i leje się w duszę zmęczonym, chorym spokojem.

    73

    Jesteś jak niebieska godzina świtu, kiedy wschód różowieć poczyna i światło z siebie wydycha. Cały świat się syci niepojętą tajemnicą zmartwychpowstania, tonie w niebieskiej błogości nieba, rozlewa się w topieli zimnej, roztopionej stali damasceńskiej, a naraz rozkwituje[32] łuną szerokiego, palącego się morza fioletów i purpury, a w to morze tajnego barw przepychu wrzynają się ostre słupy promieni wschodzącego słońca.

    74

    A wszystko głębokie, niebieskie i święte.

    75

    Wokół Twoich oczu odblask w kształt protuberancji[33] przy zaćmieniu słońca, a w otchłań mej duszy wchłaniały się gdyby[34] dwie gwiazdy w rozpaczną czerń wichrowatych nocy jesiennych.

    76

    Wokół Twych ust delikatne, miękkie linie, wtedy gdy się do pół-uśmiechu roztwierają — zdaje się, że widzę rodzime jezioro i pomnę szklistą, cichą powierzchnię i przebłyskujące w oddali koliste linie, gdym wiosłem o nią uderzał[35].

    77

    Dźwięk Twego głosu spływał w mą duszę, jak gdyby go wiosenne wiatry przewiały przez zielone morze i słyszę, słyszę go jak morze cichego światła, przetworzone w atmosferę dźwięków, co mnie owiewa nieskończenie lekkim, miękkim drżeniem.

    78

    Gdym Cię po raz pierwszy widział, zdało mi się, żem ujrzał mą duszę w jej całej nieznanej, tajemniczej nagości.

    79

    Byłaś dla mnie objawieniem mej najczystszej zjawy: w Tobie rozwiązała się zagadka najtajniejszych snów i widziadeł mej tęsknoty za pięknem — za sztuką.

    80

    Z jednego łona wykwitliśmy gdyby[36] dwa czarodziejskie kwiaty, co noc jedną tylko kwitnąć miały, i z tego samego źródła trysnął strumień, co się przez ciebie i przeze mnie tą samą falą przelał.

    81

    I byłaś pierwotnie moim jedynym ideałem płciowym, byłaś mną, a ja tobą, mieliśmy dokonać święte misterium, by stworzyć nowy, szlachetniejszy, doskonalszy rodzaj ludzi, ale kiedy dusza ma zdusiła chuć we mnie, kiedy się tak rozwielmożniła, że rozpęd rozrodczy usechł i zwiądł jak łodyga kwiatu w wilgnej cieni, mogłem Cię tylko pić oczyma, głaskać dźwięk Twego głosu, a wzdłuż nerwów moich czuć spływanie rozwiewnych linii twego ciała, ich nieskończoną miękkość i rozkosz.

    82

    A tęskniłem za Tobą, tęskniłem.

    83

    Zawsze i wiecznie tęskniłem za Tobą, za tą chwilą, w której byliśmy jedno, nierozerwalnie jedno, tęskniłem za tą chwilą, kiedym Cię ze siebie wyłonił, kiedy kształty mego ducha układały się w linie Twego ciała, drgania mych nerwów lały w Cię życie, kiedy stałaś się istotą mego ducha, jego treścią w ciało przeistoczoną.

    84

    Kocham Cię, jak zachodzące słońce kocha łany pszeniczne w parnych zmierzchach lata, ostatnimi, krwawymi promieniami; niechętnie odchodzę od Ciebie, jak słońce, co się z ziemią żegna z bólem i z żalem, że nie będzie mogło widzieć świętych tajemnic nocy.

    85

    Tajemnicę nocy i otchłannych przepaści — w Tobie, w Tobie chciałem ją ujrzeć. Szukałem jej rozpalonymi, męką dyszącymi palcami; gdyby[37] ostrza lancet wcinałem je w głąb Twej duszy, ale znikała, usuwała się, wabiła mnie, a gdym sięgał głębiej, zaprzepadała się[38].

    86

    Duch mój, z którego powstałaś, którego kształtem i ruchem żyjesz, wił się w bolesnej rozpaczy, by Cię od nowa wssać, w siebie roztopić w swych żarach jak kawałek metalu — Ciebie zagubioną, oderwaną połowę.

    87

    Obcą mi jesteś, bo tylko to mogłoby Cię rozpoznać, co we mnie jest martwe: a ja Cię tylko kochałem moją duszą — moją chorą sceptyczną duszą, co zapomniała samicę w Tobie, a widzi tylko poddaną służebnę[39] i niewolnicę.

    88

    Ale kochałem Twoje kłamstwo, boć i dusza ma kłamliwa.

    89

    Ale podczas gdy Twoje kłamstwo mogło, co najwyżej, parę głupich mężczyzn uwieść i mamić, stworzyło kłamstwo moje naukę, odkryło nowe światy, wyłoniło z siebie poezję i zmusiło ludzkość wejść na nowe ścieżki, otworzyło jej nowe tory i drogi.

    90

    Kocham Twoją zbrodniczość, bo sam jestem zbrodniarzem.

    91

    Ale podczas gdy Ty, w Twej zbrodniczej chuci, mogłaś się stać nierządnicą lub dzieciobójczynią, ja, zbrodniarz, napisałem nowe tablice, wyryłem nowe przymierze z nowym bogiem, zniszczyłem stare świątynie, by nowe pobudować, skreślałem z karty ziemi narody całe, ziemi jelita powyrywałem: Ja — tak Ja, nigdy niesyty, odwieczny zbrodniarz, twórca dziejów, duch rozwoju niszczenia i tworzenia.

    92

    Kocham, gdy czuję, że rwiesz się ku mnie, że chcesz spełnić słowo przeznaczenia; Twą chucią rozwiązałaś zagadkę mego bytu, wytłumaczyłaś moją istotę mnie samemu.

    93

    I to Twoja przewaga.

    94

    Toć to to, czego uczynić nie zdołałem.

    95

    I takoż kocham Twoje kłamstwo i Twoją zbrodniczość, bo jedno jakoż i drugie są tylko pomocniczą funkcją Twej płci, nią uchwyciłaś we mnie duszę wszechświata, szarpałaś, budziłaś ją, by ujarzmić ją dla nowej przyszłości, co z Twego łona wykwitnąć miała.

    96

    Przed oczyma moimi rozpościera się zjawa straszliwej męki, którą z Tobą przeżyłem.

    97

    Pamiętasz, kiedyś się w pijanym szale Twej rozszalałej chuci wplatała we mnie głęboko, och tak boleśnie głęboko?

    98

    Gdzieś z dołu dolatywały nas dźwięki jakiejś pijanej muzyki — poprzez zieloną, gęstą umbrę dżdżyło słabe dogorywające światło — i wtedy czułem jak drgania Twego ciała udzielały się memu, jak się wwijały wężowym czołgiem[40] w krew moją, jak serce w coraz to mniejszych odstępach bluzgało prądy krwi w tętnice, a w mózgu zadrżały dawno, dawno już nietrącane struny.

    99

    Była chwila, żem uczuł szczęście.

    100

    Wsłuchiwałem się w bolesne natężenie, z jakim się zbierały, łączyły i skupiały płciowe pierwiastki w mej duszy, z rozkoszą czułem, jak się poprzez ciało moje przewinęły zimne dreszcze — czułem, jak krtań się ściskała i z trudem wykrztuszała słowa miłosne, samowiedza ma traciła siłę i coraz słabiej odróżniała jawę od snu — ale naraz ułożyło się Twe ciało w pospolitą, bezwstydną linię i w jednej chwili załamało się wszystko we mnie: znowu mózg pochwycił szatańskimi szpony tworzącą się chuć i zdusił ją.

    101

    A tyś leżała, żebrałaś Twą żądzą — milcząca, z zawartymi powiekami.

    102

    A jam się śmiał — śmiałem się cynicznie, dziko, z całym strasznym, dzikim bólem — śmiałem się, że myślałem, iż mi wszystkie żyły w mózgu popękają.

    103

    Biedne dziecko. Twe łono matczyne Cię oszukało — innego męża trzeba ci było odnaleźć, instynkty Twe płciowe ku innemu zwrócić.

    104

    Ale uspokój się: ujrzałaś tajemnicze Saïs[41] mego życia.

    *

    105

    Dziecko, Ojciec, Matka, Ciało, PożądanieŻycie moje zawdzięczam mieszanemu małżeństwu pomiędzy chłopem protestantem a panią katoliczką, która Szlachcicnależała do zubożałej, arystokratycznej familii.

    106

    Gdy wspomnę wstecz, widzę ustawicznie smagłą, delikatną kobietę z nieskończenie słodkimi rysami, coś, co by Carlo-Dolce z rozkoszą malował. Pomnę, pomnę te rysy, w których całe stulecia najprzedniejszego doboru płciowego i najwyszukańszego wydelikatnienia wyryły niezatarte piętno.

    107

    Wiem, że ojca nie kochała. Wiem, że poszła za niego, by nie potrzebować służyć u swych równych. Nawykła w nieskończonej męce oddawać się jego chuci, a w głębokim płciowym wstręcie, w strasznym oburzeniu krwawiącej się duszy zemstą dyszącego, zgwałconego ciała zostałem spłodzony.

    108

    Od samego początku wstyd — wstręt — obrzydzenie.

    109

    Jak daleko wspomnienia moje sięgają, odczuwałem się zawsze jako coś, co wyzbyło się wszelkiego związku, stoi w przeciwieństwie do siebie samego, coś, co jest zlepione z najróżnorodniejszych pierwiastków i zawsze czułem w sobie jakąś piekielną siłę, co wolę moją obezwładniała, a wciąż i ustawicznie zmysły me drażniła.

    110

    Zawsze było coś we mnie, co się żadną miarą z resztą stanów duszy skojarzyć nie chciało. Różnorodne uczucia nie łączyły się z sobą, ale leżały obok siebie w chaotycznej niezgodzie — maleńkie złośliwe diabliki stały naprzeciwko siebie, by ustawicznie sobie najkrwawszym szyderstwem w oczy bryzgać.

    111

    Matka było to olbrzymie geologiczne agens[42], co wszystkie powstające pierwotwory mej duszy przesuwała, na kant je kładła, kruszyła, nowe i potworne połączenia tworzyła, a w świeże bruzdy mej duszy siała trujące ziarno szaleju.

    112

    I to jadowite nasienie stało się ogniskiem zarazy, z którego wykwitły chorymi a bogatymi pękami kwiecia bagniste rośliny mojej duszy — bo to co we mnie zasiała, to było jej własne niezaspokojone pragnienie, jej wieczna płciowa tęsknota, to ten straszny przełom w niej samej pomiędzy duszą a jej spragnionym łonem — i to, otóż to, że dusza jej musiała wypluć jej chuć, bo przecież oddawała się mężowi, którego nie kochała.

    113

    I tak czuła się pogwałconą, duszę widziała w błocie stratowaną i w dzikiej rozpaczy targała się i szarpała za czymś tkliwym, czystym, wniebowziętym i bezpłciowym.

    114

    I ta bezpłciowość w niej samej, a raczej pogwałcone pragnienie jej silnego, żądnego ciała wytworzyło jakąś bezpłciową atmosferę poza nią, coś, naokoło czego wszystkie jej uczucia krążyły jak wokół kosmicznego jądra.

    115

    A chociaż z wolna namiętność i żar jej tęsknoty osłabły, a wielki żal, który tę tęsknotę ożywiał, zbladł i osłabł, zawsze pozostało w jej duszy coś, czego pochodzenia nie umiałaby określić, a co straciło zupełny związek z jej przeszłym życiem.

    116

    I tą nieokreśloną tęsknotą przesyciła moją duszę — wlała ją w każde włókno nerwowe, wbiła ją jak graniczne słupki w objętość zdolności mej odczuwania, i ona — ona to zrobiła mnie tak wstydliwym, tak chorobliwie przeczulonym i tak bezgranicznie cynicznym.

    117

    Ona przepoiła mnie wstrętem i obrzydzeniem ku wszystkiemu, co jako płeć się objawia, i ona rozluźniła, a wreszcie stargała związek między mą duszą a chucią moją i ona — och straszna ona, pogłębiła w zawiązku rozłam, jaki już dziedziczny charakter moją duszę z równowagi wytrącił.

    118

    Od dziecka uczuwałem się jako chłop z swoją prawością, naiwną chytrością pragnieniem cichej, bezbarwnej zadumy, w jakiej tkwią stulecia protestantyzmu i krwawej, potem oblanej pracy.

    119

    Ale obok chłopa, co stulecia całe razem z wołem w tym samym jarzmie ciągnął pług po kamienistej glebie, co się przed panem swym giął w dwoje, którego ręce bolączkami nabiegły i stopy się rozrosły, żyje we mnie dumny arystokrata, którego ojcowie przywędrowali z stepów świętego Iranu w europejskie niziny i ujarzmili głupich tubylców — przebiegły arystokrata z bezgranicznym bezwstydem i cynicznym kłamstwem panujących — arystokrata z wydelikatnieniem cieplarni, które tylko stulecia najdoskonalszego doboru, panowania, przepychu i lenistwa wyhodować mogą.

    120

    I tak musiały wreszcie te wszystkie sprzeczne pierwiastki rzucić się na siebie — musiała się wojna rozpocząć — musiało się we mnie uczucie od woli oderwać, a wola, pozbawiona motorycznej siły, obezwładnieć musiała.

    121

    Nigdy nie było we mnie ani miłości, ani skupienia.

    122

    Jestem wyrazem odśrodkowiska, wyrazem zniszczenia i rozwiązania.

    123

    Jestem szatańską Walpurgis[43] — nocą rozwoju, straszne Mene-Tekel[44], w którym kona mój czas w ostatnich spazmatycznych podrygach.

    124

    W każde włókno nerwu wżarł się zarazek tego rozłamu mej duszy, w podwójny strumień rozdzielił każde moje wrażenie: bo każdy stan mej duszy bólem i rozkoszą zarazem.

    125

    Wżerają się w siebie, chciałyby się przemóc, zgryźć się wzajemnie, ale uczucie bólu zwycięża.

    126

    Zaledwie odczuwam delikatne podrażnienie rozkoszy, a już tętni i wali młotem ból, aż nagle rozgrywa się cała orgia, w której rozkosz obłędem się staje w jadowitych kąsaniach bólu, orgia dzikiego rżenia wściekłego ogiera i cichego, szydzącego uśmiechu potwornej hermy[45] głowy Lucyfera, zlepionej z zwycięską twarzą Archanioła Michała.

    127

    I ten piekielny rozłam, te wszystkie przewrotne instynkty wezmę sobie teraz ku pomocy.

    128

    Wypędzę leniwą bestię mej chuci z jej nory, do biała rozpalonym żelazem mego pragnienia przypalę jej krzyże, wbiję jej ciernie mego bólu w stopy, że ryczeć i tańczyć się nauczy — tańczyć — na miły Bóg — tańczyć się nauczy!

    129

    Obrazami, które moja zimna, wydoskonalona rozpusta porodziła, będę ją drażnił, smagał, siepał, aż znowu poczuję, żem jest mąż z ziemi porodzony — ja biedny męczennik Twego przepychu, ty biedny, młody mózgu.

    *

    130

    Mój mózg posłałem na zielone pastwisko, na bezpłodne torfiska mej ziemi rodzinnej, a teraz jestem skupieniem, skojarzeniem się wszystkich sił ze sobą, ich równowagą i syntezą.

    131

    Spoczywasz w mych ramionach, — a jest noc.

    132

    Całujemy się, że tchu nam braknie, że stapiamy się ze sobą i stajemy się jedną istotą.

    133

    Wpijam me rozżarzone usta w Twoje piersi, aż serce me się rozpiera od szczęścia, tak mocno upragnionego, tak silnie utęsknionego. Przytulam Twe smagłe ciało krwiożerczej samicy tak silnie do mego, że czuję bicie Twego serca na mej piersi i mogę liczyć jego uderzenia, że strumień krwi, co się w Twym ciele rozszalał, moje własne ciało w pieniący szał smaga, a Twe drgania rozkoszy gorącymi wężami mnie przebiegają.

    134

    Wgrzebuję się w Ciebie, czuję jak się Twe wiotkie członki pienią w upojeniu krzyczącej lubieży[46] i podrywają się w bolesnym erotyzmie rozkoszy.

    135

    Silniej — głębiej — mocniej — och! mógłbym tylko pochwycić Twą duszę — wssać się w każdą szczelinę, myśli Twej pochwycić, Ciebie — Ciebie nagą istotę, odzianą nędznym łachmanem ciała — chwycić Cię teraz w rozszalałej farsie mego pragnienia, w dyszącym Hallelujah mej lubieży!

    136

    A teraz stałem się ucieleśnieniem słowa, teraz jestem przepotężną chucią, co wszelkiemu rozwojowi początek dała i go w nieskończoność prowadzi, jestem węzłem przeszłości i tego, co przyjdzie, jestem pomostem do nieznanego Jutra, rękojmią nowej ewolucji i wiecznego powrotu.

    137

    Teraz już nie uczuwam żadnej męki. Ssę Twoją duszę — wsysam ją w siebie i w tej spójności dusz i ciał, w tym stopieniu się mego bytu z Twoim, w tym wzajemnym przenikaniu się naszych uczuć myśli i pragnień, w tej nadludzkiej, bezwzględnej, niebosięgłej wolności płciowej, co pragnie nowej przyszłości i nieśmiertelności, pochwyciłem drżącymi, dyszącymi palcami to, czegom dotychczas schwycić nie mógł.

    138

    Ha, ha, ha, ha…

    139

    Znikło, rozbiegło, rozprysło się!

    140

    Jak żywe srebro rozpyliło się przy moim dotknięciu; — Okoa Ty tu przy mnie — tu leżysz w Twej boskiej nagości, w bezwstydzie Twego żarnego pragnienia, a oczy moje patrzą na Cię jak na coś obcego, dalekiego, tysiące mil ode mnie odległego — i patrzę z strachem w przepaść Twoich oczu — przepaść, która może nawet nie jest powierzchnią.

    141

    Ale nie, nie — niech piekło niebo pochłonie — ale nie — nie!

    142

    Z drgającą, mózg chłonącą namiętnością, z całym piekielnym żarem gorączki, co duszę mą w szał smaga, z dziką siłą mych rozkoszą zmężniałych sił rzucam się na Ciebie, nie chcę nic czuć prócz bladej gorączki Twych członków, nic słyszeć, jeno wściekłą pogoń mej krwi, i nie chcę mieć innego wrażenia, prócz tego rozpalonego, szpilkującego bólu naszego delirium miłości. — Przestanę cierpieć w zwycięskich dytyrambach chuci, wyjącym pienieniu się straszliwej symfonii ciała.

    143

    I powiedz, — ach powiedz mi, jak mnie kochasz! Powiedz w pragnących drganiach Twego ciała, wpal w usta moje, weżryj w członki me, wpij we mnie to gorące, rozpustne, upojone:

    144

    Kocham Cię!

    145

    Powiedz, powiedz mi — jak mocno — jak głęboko — jak strasznie mnie kochasz?

    146

    Jak — jak kochasz mnie?

    147

    Ha, ha, ha, ha —

    148

    Nie potrzebuję Twej miłości. Czego pragniesz? czego chcesz ode mnie? Niczego Ci dać nie mogę — co wiąże nas razem? — nie wiem nawet, co mam z Tobą począć!

    149

    Wstań; ubierz się; ha, ha — jak ja mój wielki mózg podziwiam, co jest jeszcze w stanie uscenizować taką biedną miłostkę dorastających młodzieńców…

    150

    Ofelio, idź do klasztoru[47]!

    *

    151

    Na dnie mej duszy spoczywa straszna, przerażająca tajemnica, okropne wspomnienie obłąkanej, piekielnej mszy rozpaczy i szału, mszy, w której ma chuć w śmiertelnych kurczach skonała, kiedy po raz ostatni była δοσ μοι που στω[48] i cały mój byt z zawias[49] wyważyła.

    152

    A teraz zdradzę straszną tajemnicę, wściekły tryumf epileptycznej chuci, raz jeszcze przeżyję wszystko w takiej potędze, jakby się to było dziś stało, raz jeszcze będę się sycił obłąkaną rozkoszą chwili, w której byłem wampirem i raz jeszcze się stanę przepotężną chucią, co z mózgu mego zrobiła sobie śmieszną zabawkę.

    153

    Nie wiem, sen to był czy jawa, nie wiem, czy to był tylko majak jakiegoś urojenia, może odbicie obrazów, odziedziczonych i w głębi mej duszy ukrytych. Linie dnia spływają z linią nocy, nad jasnym południem zawisła krwawa tarcz[50] miesiąca, a w wodzie przepastnej studni widzę na jasnym dniu odbicie miliona gwiazd w północnej ciemni.

    154

    Pomnę: siedziałem bez ruchu, stępiały, z pięścią w ustach, by nie krzyczeć, z oczyma dziko wyłupionymi, z strasznie wykrzywioną twarzą: dzikie zwierzę w rozpętaniu dzikich instynktów.

    155

    Coś musiałem w sobie zniszczyć, zębami wkąsać się w najtajniejszą głąb mej duszy, głęboko, powoli, coraz głębiej; coś odgryźć, a powoli, powoli, by ból był straszniejszy, dzikszy, okrutniejszy, odgryźć długimi, ostrymi zębami.

    156

    Szarpnąłem. Ból, jakby mi ktoś żywe serce z piersi wyrwał.

    157

    Teraz byłem prawie wesół. Podałem się z rozkoszą dziwnym majaczeniom.

    158

    Wszystkie moje uczucia i myśli rozkołysały się w burzliwy takt jakiejś straszliwie głębokiej, upiornej muzyki z twarzą staromeksykańskiego bóstwa.

    159

    Każdy ton był jak kawałek stopionego metalu, co w straszliwym żarze spadał w spektrum mej duszy i tam linię rysował.

    160

    Nie słyszałem muzyki, czułem ją tylko dokładnie, jako olbrzymie, nieskończone spektrum, z krzyczącymi, pstrymi liniami.

    161

    Ich barwa przypominała mi kolor, jakim był obmalowany lew asyryjski w jakimś muzeum.

    162

    Dziwiło mnie tylko, że widziałem tak dokładnie ultrafioletowe promienie, ale nie jako barwę, tylko w kształt fali, odbitej o skały, zdawała się ustawicznie wracać poprzez szeregi napływających bałwanów.

    163

    Widziałem muzykę w palących się pożarną łuną, żgających, wielkich płomieniach barw. Z początku czułem coś jak ogromne ognisko gangreny, tak to wszystko chwilami bolało.

    164

    To znowu gasła pożoga, a wtedy uczuwałem, że lecę w jakąś otchłań, zaprzepaszczam się, a wtedy chwytałem rozpacznie naokoło siebie, by się znowu wdrapać w górę.

    165

    Tylko tego nie rozumiałem, jak by to coś w mej duszy doszczętnie wyrwać, jak by to zębami uchwycić — tkwiło głęboko, czułem coraz dotkliwiej, a wyrwać to musiałem — to coś, o czym zachowałem niejasne wspomnienie, a przypomnieć sobie nie mogłem, co by to mogło być.

    166

    Było zupełnie ciemno; straszna, ciemna, jak czarna kotara gęsta noc, a na szybach łkał i zawodził w sobie skupiony deszcz.

    167

    Spektrum w mej duszy rozżarzało się coraz silniej.

    168

    Każda kreska dźwiękowa stała się osobnym bólem.

    169

    Delikatny, długi rząd z długimi przeźroczystymi palcami i ostrymi szponami.

    170

    I każda kreska żgała jak długie, aż do biała rozpalone igły w mój mózg, w regularnych odstępach, a każda wydobywała nowy oddźwięk bólu.

    171

    Czasami zdawało się, że igły stały się piszczałkami organowymi, na których w niesłychanych stodwudziestkach wygrywało coś straszliwą symfonię mąk, orgiastyczną kadencją brutalnych delirii[51] bólu.

    172

    Wrzasnąłem jak zwierzę, potem zacząłem krzyczeć — silniej jeszcze. Musiałem krzyczeć, zdwoiłem natężenie, jakie mnie krzyk ten piekielny kosztował: cieszyłem się z tego; teraz już umyślnie krzyczałem.

    173

    Przytomność na chwilę mnie nie opuściła.

    174

    Było, jak gdybym przyłożył długie, delikatne obcążki do zgangrenowanego miejsca, którego zębami uchwycić nie mogłem; a teraz ciągnąłem powoli, powoli — o, to była straszliwa rozkosz.

    175

    Tak, tak: trzeba było jeszcze raz po raz gwałtownie podrywać, to więcej jeszcze bolało.

    176

    Naraz począłem się trząść na całym ciele, fala ultrafioletu poczęła biec coraz gwałtowniej w dzikich bałwanach wstecz, coś rwało mnie w tył, szarpało, przemocą rzucało, jak gdyby mi silną pięścią straszne razy w piersi wydzielano.

    177

    Wiedziałem, co to ma znaczyć, ale nie miałem odwagi o tym myśleć — nie powinienem tego wiedzieć i naturalnie nie wiedziałem — nie, nie, nie!

    178

    Podskoczyłem: byłem przecież tak wesoły, tańczyłem i gwizdałem jeden długi, przeciągły ton.

    179

    Całą mą duszę skierowałem na niego; wsłuchiwałem się w niego, pieściłem, głaskałem, stworzyłem sobie z niego krajobraz, tak miękki jak szeroki płaszcz, utkany z rozkosznych ultrafioletowych promieni; otuliłem się w niego, cały się w nim skryłem; było co prawda trochę smutno, ale to smutek dziecka, kiedy się już wypłacze: tysiąc ocząt figlarnych aniołków poczęły się uśmiechać[52] — chwila, słodka chwila dziecka, gdy się uspokaja.

    180

    Było tylko trochę — troszeczkę — zimno.

    181

    Ryknąłem w obłędzie.

    182

    Schwyciła mnie szalona tęsknota za lodowatymi, trupimi rękoma; wściekła tęsknota i chuć przerażająca, potworna. Szumiała, okrążała mnie apokaliptycznymi skrzydły[53], a musiałem ją przecież zabić, ubezwładnić albo zahipnotyzować, uśpić, pot lał mi się z czoła, zimny, wilgotny pot; miałem to uczucie, jakiego często doznawałem, gdym zimowymi rankami chodził do sali anatomicznej.

    183

    Wszystko było w porządku w mej głowie.

    184

    W agonii mego przestrachu popadłem w jakiś rodzaj fizjologicznego jasnowidzenia, widziałem krew moją, jak w szalonym pędzie biegła przez żyły, widziałem całą gwałtowną pracę w każdej komórce i z przerażeniem czułem, jak rosło szalenie, bezgranicznie, w wymiarach nie z tego świata.

    185

    Rozdzieliłem się; jak kapitan tonącego statku stałem na szczycie stacji kontrolującej mej świadomości i patrzałem na rozszalałą walkę.

    186

    Teraz musiałem się sam do walki wmieszać i instynktownie począłem mówić, bełkotać, bez związku, aby się tylko ogłuszyć.

    187

    A z skłębionych, ochrypłych dźwięków mej mowy wysłyszałem szydzące, dzikie okrzyki:

    188

    Hu, hu! Jestem ladacznicą Naną, siedzę na Muffacie, jadę i krzyczę:

    189

    Hu, hu! Wio, koniku, wio!

    190

    I coraz silniej i dokładniej czułem trupie ręce: jak długie kleszcze wysuwały się z jakiejś nory ku mnie, objęły mnie żelaznymi obcęgami i poczęły mną targać, szarpać, rwać — ciało moje to się poddawało, to znowu gwałtownie opierało, wyrywałem się, ale nic nie pomagało. Padłem wznak, to mnie znowu coś na nogi stawiało, i tak krok za krokiem, w strasznych podrzutach, podskokach, kurczowych wysiłkach, a w końcu w bezsilnym oporze zatoczyłem się do bocznego pokoju.

    191

    Trup, Kobieta, MężczyznaW ponurym świetle jarzących się gromnic leżał w trumnie trup kobiecy.

    192

    Gromnice dogorywały; światło było niespokojne, pryszczało i drżało, i rzucało dziwne cienie na twarz kobiety.

    193

    Przykucnąłem, a w rdzeniach włosów poczułem kłucie jak od szpilek na całej głowie.

    194

    Było coś w jej twarzy, co mnie przyciągało i do ziemi przykuwało. Na twarzy, grą światła pocętkowanej jak skóra tygrysia, ujrzałem nagle straszną wizję: szeroko rozdziawiona paszczęka grzechotnika, z dziwnie latającym, długim językiem. Słyszałem dokładnie jadowity syk — a może ja sam syczałem.

    195

    Przypadłem do ziemi jak zwierzę na śmierć zranione; chciałem się sam w siebie przepaść, chciałem się pod ziemię skryć — ale oczu oderwać nie mogłem: musiałem patrzeć.

    196

    Połączenie pomiędzy trupem a mną było tak silne, że czułem, jak mi potężne galwaniczne strumienie wyżerały oczy, z krtani mej rwały się zwierzęce ryki, w strasznej męce, w potwornych porodach.

    197

    Usta moje ułożyły się w dziwny sposób, począłem parskać, wiedziałem, że naśladuję trupa.

    198

    To gazy pośmiertne, krzyknęło coś we mnie.

    199

    Nie, nie! ona mówi — mówi — mówi — Boże ukrzyżowany — rzeczywiście mówi.

    200

    I mówiła.

    201

    I w tej samej chwili padłem omdlały na ziemię.

    202

    Słyszałem jej głos, płynący ku mnie z nieziemskich oddali.

    203

    Siedziałem z nią w jakiejś kawiarni, gdzieś w kącie w przytłumionym świetle.

    204

    — Boże, Boże, jak ja Cię kocham. Wszystko, wszystko kocham u Ciebie, Twoje powłóczyste, zmęczone spojrzenia, Twoje wytworne ruchy, Twoje nogi arystokratyczne i Twoje ręce, takie inteligentne, długie i wąskie ręce.

    205

    O Twoje usta kocham i Twoje czoło — wszystko, wszystko.

    206

    A kiedy grasz, to masz czasami takie wściekłe uderzenia. Rzucasz rękę na klawisze z taką mocą i zaciekłością, jakby w nich tkwiło to wszystko, co w Tobie zamiera.

    207

    Tylko włosy zawsze w nieporządku — musisz je szczotkować.

    208

    Spojrzała na mnie z figlarnym uśmiechem, ale ja byłem zmęczony, syty i wstręt przegryzał mi duszę.

    209

    — Co ci jest? — spytała nagle.

    210

    — Nic!

    211

    Patrzała na mnie wylęknionymi oczyma i przytuliła się do mnie.

    212

    — Kochasz mnie? — pytała i przesuwała lekko swą piękną rękę po mej głowie.

    213

    — Może być; nie wiem.

    214

    Odsunąłem z wolna moje krzesełko.

    215

    Patrzała na mnie z tym samym przerażeniem i przestrachem, z jakim patrzał na mnie mój stary pies, gdym go musiał zabić.

    216

    Oparłem głowę na rękach, patrzałem w szklankę, by nie potrzebować spotykać się z jej oczami.

    217

    Widzisz, jeżeli ktoś jest tak zdegenerowany i chory jak ja, to nie wie nigdy, co się z nim dzieje. Stany duszy zmieniają się z przerażającą szybkością, popadają z jednej krańcowości w drugą. Co teraz miłością, za chwilę przemienia się w obrzydzenie i nienawiść.

    218

    Chciałem na nią spojrzeć, ale nie miałem odwagi.

    219

    — Ty!

    220

    — Co?

    221

    Dźwięk jej głosu był w tej chwili zgrzyt pękniętego dzwonu.

    222

    — Jesteś przecież rozsądna, nie jesteś dzieckiem, mogę Ci przecież wszystko powiedzieć.

    223

    Milczała.

    224

    Pamiętasz sonatę Kreutzera Tołstoja? To, co mówi o tym wstręcie i płciowej nienawiści — rozumiesz mnie?

    225

    Czułem, jak drżała na całym ciele, wyprężyła się, a potem nagle opadła.

    226

    I teraz stałem się brutalnym parobkiem.

    227

    Pastwiłem się nad nią z dziką, krzyczącą rozkoszą kata.

    228

    — Męczę się, od samego początku się męczyłem. Pamiętasz, jak pierwszą noc pozostałaś u mnie i strasznie zmęczona natychmiast usnęłaś? Wiesz, com wtedy robił? Boże najdroższy — ciało Twoje było mi tak obojętne, tak obojętne — wstałem i zacząłem robić z Tobą eksperymenty snu. Wziąłem dzbanek wody i począłem ją lać do miednicy. Ciekaw byłem, co będziesz śnić. Lałem coraz silniej, aż się przelękniona obudziłaś. Pytałem Ci się czule, coś śniła i cieszyłem się, że mózg Twój z taką dokładnością odpowiada na podrażnienia zewnętrzne.

    229

    Pamiętasz? Śniłaś, że w Twoim mieście rodzinnym wybuchł ogień i ze wszech stron zlatują się ludzie z fasami i kubełkami, by ogień gasić.

    230

    Jej spojrzenie czułem teraz cieleśnie na całej skórze — straszne, na śmierć gotowe spojrzenie.

    231

    Teraz nadeszła chwila ostatniego ciosu.

    232

    — Trudno, nie mogłaś mi dać szczęścia, a teraz, teraz… Słuchaj, wiem, że jestem brutalny, ale nie mogę dłużej żyć z Tobą, stałaś mi się ciężarem…

    233

    W tej samej chwili zniknęła za kotarą przy wyjściu.

    234

    Opadłem ze sił i patrzałem bezmyślnie w szklankę…

    235

    A więc poszła, poszła…

    236

    Poczęło widnieć w mej głowie.

    237

    Zdjął mnie straszny lęk, przeraźliwy strach; zerwałem się, by biec i szukać ją…

    238

    I w tej samej chwili oprzytomniałem, znowu ujrzałem trumnę, wizja prysła.

    239

    Na trumnie leżał trup kobiecy.

    240

    Chwilę szukałem przyczynowego związku między trumną a sceną w kawiarni; na próżno.

    241

    Tylko rosnący, pieniący się lęk połączony z straszliwą tęsknotą, pragnącą, dziką tęsknotą za tą, co ot tu martwa leżała.

    242

    A martwa twarz mówiła obłąkaną mową gromnicznego, niespokojnego światła i patrzała na mnie lubieżnymi, przymrużonymi oczyma.

    243

    I coraz gwałtowniej rwało się we mnie pożądanie hieny, a w strasznej potędze wyzwalającej się bestii zmógł[54] się mój mózg.

    244

    Wiedziałem teraz, że muszę się jej dotknąć, czekałem tylko sankcji mózgu.

    245

    I mózg ulitował się nade mną.

    246

    Oko, WierzeniaPrzypomniałem sobie nagle, że podług starego podania odbija i utrwala się na martwej źrenicy ostatnia walka przedśmiertna.

    247

    Otóż to to, to, to, co widzieć musiałem, straszną zagadkę życia na dnie martwego oka, piekielną noc poślubną, w której życie z śmiercią się parzy.

    248

    Miałem tylko tę jedną myśl, co wybiegła poza mój mózg, ostrym końcem wwierciła się w martwe oko i tam na jego dnie połączyła się z drugim biegunem; połączenie było dokonane. W oczach moich pryskały iskry, trzeszczące, zielone iskry elektrycznego światła.

    249

    Druty połączenia spopielały się na końcach, skracały się coraz więcej, musiałem się przysuwać.

    250

    Coraz bliżej; jak pantera czołgałem się ku trumnie — teraz już stałem tuż, tuż przy niej.

    251

    Drżącymi, dyszącymi palcami starałem się podnieść powieki; drżałem i latałem na całym ciele; straszliwy, wykrzywiony uśmiech ohydnej lubieży[55] przeczołgał się po jej twarzy.

    252

    A nagle począłem skrzętnie pracować. Podniosłem wreszcie powiekę, ale palce moje zsunęły się po twarzy, błąkały się po niej, zdjął mnie paroksyzm gorączki, pracowałem obcymi rękoma, miałem uczucie, że głowa mi się oderwała i wyleciała za okno, śmiałem się i krzyczałem, a wyrazy moje odbijały się od ściany i zasypywały mnie gradem kamieni — całowałem jej twarz, kąsałem ją, wssałem się w jej ciało i nagle wgryzłem się wściekłymi zębami, z krwawą pianą na ustach w jej pierś.

    253

    Szarpałem, gryzłem trupie ciało, straszliwy śmiech, w którym się każdy nerw w konwulsjach bólu szarpał i kurczył, rozpierał mi piersi — a naraz potoczyłem się i padłem wznak.

    254

    Stało się coś straszliwego.

    255

    Umarła kobieta powstała w trumnie w upiornym majestacie i z szerokim ruchem rąk uderzyła mnie z gwałtowną, przerażającą siłą obydwiema pięściami w piersi.

    256

    Odleciałem daleko bez — przytomności.

    *

    257

    Zewnątrz stało się wnętrzem, jawa — snem, — rozkosz obrzydłym jadem, a ból wstrętną pijawką, co się do serca przypiła i krew z niego wysysa.

    258

    A Ty? Gdzie jesteś? Żyjesz jeszcze? Umarłaś? Nie wiem. W mózgu moim pełno przerw i tam, a pomiędzy pojedynczymi, świadomymi stanami braknie połączenia przyczynowego.

    259

    A zresztą — to wszystko drobnostka, rzecz nic nieznacząca.

    260

    Wiara, ZwątpienieTeraz jedno mnie tylko obchodzi. Cóż teraz?

    261

    Ale rzeczywiście, z całą straszną grozą powagi i pewności śmierci, pytam się: cóż teraz?

    262

    A jeżeli Bóg rzeczywiście istnieje? Jeżeli dusza rzeczywiście nieśmiertelna, a w jednym kościele katolickim można naprawdę osięgnąć[56] zbawienie?

    263

    Ale brak mi wiary, wiary, wiary.

    264

    Wiara w Charcota[57] i w boskie dopuszczenie przy opętaniu. —

    265

    Wiara w Kant-Laplace[58] i Darwina, a równocześnie w stworzenie świata w siedmiu dniach. —

    266

    Wiara w bóstwo Chrystusa i w bluźnierstwa Straussa lub Renana. —

    267

    Wiara w niepokalane poczęcie Maryi Panny i w najpierwotniejsze fakta embriologii. —

    268

    Nie! to nie da się połączyć!

    269

    Nie ma ratunku!

    270

    Wstręt i obrzydzenie…

    271

    Gdyby[59] dwa ogniska gangreny wżerały się coraz bliżej ku sobie — moja bezsiła, niewiara i to straszne obrzydzenie ku wszystkiemu i wszystkim, a teraz złączyły się w swym ropiącym się[60] dziele zniszczenia.

    272

    Gdyby[61] podziemne źródła, powstałe z ustawicznej ulewy, przesiąkają bezustannie najgłębsze pokłady mej duszy, rozsadzają i kruszą je.

    273

    Jak brutalne światło skwarnego lata, zatruwają mi pokarm ziemi, w której tkwię, z której siłę moją czerpię, wysuszają i rozsadzają chlorofil we wszystkim, co z tej ziemi bujnym kwieciem wytrysło.

    274

    I tak zmieniło złoto swą wartość na miedź, rozprysły wszystkie nadzieje, myśli i uczucia, straciły swoje napięcie, stały się prostymi odruchami; pełen szczęścia i rozkoszy świat rzeczy stał się niepewnym, bezistotnym symbolem, szarą mgłą nachuchaną na szklistą szybę — a Ty, ach Ty stałaś się piekielną córką, szatańską Lilith z głową Sfinksa, bujną grzywą włosów, co ci głęboko w czoło wrastają, i z delikatnymi, szlachetnymi rysami mej matki.

    275

    I chwyciłaś mnie w Twe ramiona, spętałaś mnie ciężkimi zwojami Twoich włosów, jedną ręką zerwałaś gwiazdę, że spadła i z sykiem zatonęła w Cichym Oceanie, drugą zdajesz się chwytać krańce ziemskiego globu, by mnie ponieść Czasw kosmiczną nieskończoność, gdzie przestrzeń staje się głupim urojeniem, a czas sam siebie w ogon gryzie, bo się rozpostrzeć nie może.

    276

    I objąłem żelaznymi kleszczami Twoją szyję, wssałem się[62] rozpalonymi ustami w Twoją pierś dziewiczą i piję z Twoich żył mleko matczyne z krwią zmięszane[63].

    277

    O ponieś mnie, ponieś, gdzie roztrzaskane światy błądzą samotnie i same o siebie się roztrzaskują.

    278

    O ponieś mnie, ponieś, gdzie gęste snopy gwiezdnych promieni w dół spływają, gdyby[64] struny o siebie trącają i z nieskończenie cichą, drżącą, gdyby pierze edredonowe[65], miękką harmonią świat cały zapełniają —

    279

    Ponieś na jakiś punkt, gdzie siły przyciągające wszystkich słońc się znoszą, a ja stracę i ciężar, i wagę, i wszystkie stosunki do czasu, przestrzeni i środka —

    280

    Och ponieś, ponieś z skrzydły[66] krzyczącymi radosne fanfary, skrzydły, co w dzikiej tęsknocie rwą się ku gwiazdom, ponieś tam, gdzie cała ma wielkość skurczy się w maleńki, głupi atom —

    281

    Gdzieś w bezatmosferyczne światy, gdzie kształty moje stopnieją, jak młody śnieg na południowym słońcu, gdzie się z wszechświatem zleję i jak lejąca się lawa meteora[67] w kosmiczny ocean spłynę:

    282

    Rwij, szarp, nieś na przekór głupiemu prawu ciężaru i materii —

    283

    Ponieś na rozkołysane morze rytmów eteru —

    284

    Na jakąś gwiazdę o miliardy lat od ziemi odległą, gdzie mógłbym spocząć, a tysiące stuleci nie dłużej żyć jak jeden moment, a oddalenie od ziemi nie dalej jak ostrze dogmatu o protoplazmie, ostrze, na którym, gdyby[68] na rożnie ziemię nasadzę i w słońce rzucę, by się tam z swego kału oczyścić mogła i zbawić w złotym nic słonecznym.

    285

    Ale nawet tego nie zdoła — nawet w żarach słońca pozostanie plamą błota.

    286

    Tylko nieś, szarp, rzuć poprzez wszystkie krańce, bym sam siebie niszczyć nie potrzebował.

    287

    Jak blask światła, połamany przez tysiąc szkieł, odrzucony od tysiąca zwierciadeł, chcę powrócić do pierwotnej idei, z której powstałem.

    288

    Jak promień słońca, co padł na błotną ulicę i syty i pijany jej brudnym ciepłem, chcę powrócić do pra-słońca, co mnie tu wysłało, by sobie i ludziom przynieść szczęście i radość, i wielki Pokój…

    289

    Tylko nie z powrotem do ziemi jako marny żer dla robactwa, do wstrętnej, ohydnej kopulacji anorganicznych i organicznych pierwiastków, do nowego, piekielnego życia poprzez szereg głupiego rozwoju.

    290

    Jakież to straszne!

    291

    A jednak — stać się musi.

    292

    Boć tak mi stało napisane.

    *

    293

    Teraz rozpoczyna się agonia — koniec nadchodzi.

    294

    Jakżeż to było?

    295

    Leżałem w łóżku; a w tyle głowy czułem jak gwoźdźmi przybitą, nieskończenie szeroką świadomość, że teraz muszę koniec zrobić.

    296

    Było, jakby w głowie mej kołował jakiś poplątany węzeł, wirował coraz silniej, zataczał coraz wścieklejszy kręgi w strasznym pragnieniu, by się rozplątać i rozwinąć w długie, delikatne nitki myśli.

    297

    A potem naraz jak dzika fala przypływu w drganiach konwulsji, a poprzez nią wężykowata linia chorego niepokoju, co się ku górze wiła, coraz gęstsza, czarniejsza, coraz szybsza i niespokojniejsza, aż naraz uczułem jakąś dziką gonitwę, szum, jak gdyby tabun złych duchów powietrze przerywał, i jakiś nadludzki strach śmierci, w którym mózg pęka, pragnie sam przed sobą uciec i, jak popękany pierścień zapadającego się świata, obtańczyć słońce olbrzymimi kręgi[69] w opętanej taranteli.

    298

    I znowu cisza.

    299

    Cicha, miękka, letnia błogość. Upojona rozkosz, co się kołysała na ciemnoniebieskiej, zwiewnym złotem obszytej toni.

    300

    Zgrzyt, piekło, wybuch tysiąca gejzerów.

    301

    W głowie rozszalał się obłąkany taniec Wita i gdyby[70] obcą siłą gwałtownie poderwany, stanąłem wyprężony jak w skurczu.

    302

    Czułem, że mięśnie twarzy boleśnie się skurczyły, tak że czułem głębokie kłucie rozpalonych szpilek, a szeroką męką rozwarte oczy zdawały się z orbit wypływać:

    303

    Stałem w rogu pokoju, z rewolwerem przy skroni i dyszałem.

    304

    Nie rób tego, nie rób tego! nie, nie! Na Boga nie! tylko tego nie!

    305

    Odetchnąłem głęboko:

    306

    Boże, jakżeż można się tak przerazić, to przecież nie ja, to czarny paletot[71], co wisiał w rogu, na ścianie.

    307

    Wyciągnąłem się znowu w łóżku, strasznie wyczerpany, objąłem głowę obiema rękoma, znowu siadłem, przycisnąłem dłonie z taką siłą do skroni, że jeszcze ból uczuwam.

    308

    Jakieś nieświadome, głupie skojarzenia myśli przewłóczyły się po mej głowie, — owa groźna fala przypływu rozbiła, skropliła się w pojedyncze perły, co się wydłużały, jak gdyby kazano im przeciekać przez jakiś cieniuteńki otwór, widziałem krople w długich sznurach, co się raz po raz urywały — raz — dwa — trzy — cztery… a za każdą razą[72] słyszałem, jak się rozbijały gdzieś w głębi o jakąś szklistą toń.

    309

    Jedno tylko rozlewało się błyskawicą poprzez czarną noc spienionych fal myśli:

    310

    Nie zrobisz tego!

    311

    A myśl ta poczęła łowić i wędki zastawiać w błotnistej sadzawce, wabiła tak długo, aż inna myśl wędkę pochwyciła.

    312

    Tak, a potem — potem właśnie to zrobisz!

    313

    I obydwie myśli zbliżały się coraz ku sobie, objęły się, siadły jak żmije wyprężone na ogonach, prężyły się coraz wyżej, splotły się — i patrzały długo z łepkami w tył wygiętymi na siebie — patrzały długo, przenikliwie, a potem rozśmiały się cicho ku sobie.

    314

    Spełniło się to, co mi było przeznaczonym.

    315

    Tak będę stał, tak pistolet przyłożę do skroni i tak, zupełnie tak będę krzyczał i dyszał — nie zrobisz tego! nie zrobisz tego! — a równocześnie jedno pociągnięcie: straszne światło sądu ostatecznego zatańczy mi w oczach — teraz posłyszę huk, gdyby[73] grzmot walącego się łańcucha skał w bezdenne przepaści:

    316

    Stało się.

    317

    Drżałem na ciele jak osika, serce chciało klatkę piersiową rozbić, a w skroniach biła krew o moje dłonie w dzikich podrywach i szałach.

    318

    Niepokój wzrastał, straszliwy lęk rozszarpywał do reszty kłębek mych myśli, rozstrzępiał ich związki i połączenia gdyby[74] nasienny pył jesiennych kwiatów na wszystkie strony, coś mnie wgniatało przemocą w poduszki, kurczyłem i giąłem się, by nie ulec temu pchaniu i nagle zerwałem się i znowu — całkiem z sił opadłem. Wkucnąłem w siebie.

    319

    Oczy wlepiłem w podłogę bezmyślny, oszołomiony straszną pustką i nocą.

    320

    To tylko wiedziałem, że muszę coś wreszcie załatwić, coś do końca przemyśleć, coś, przed czym miałem śmiertelny strach.

    321

    I nagle chwyciłem oburącz krawędź łóżka: na podłodze czołgała się rozwiewna jaśń[75] światła.

    322

    Przerażenie było tak okropne, że na chwilę straciłem przytomność.

    323

    Kiedym przyszedł do siebie, zrozumiałem, że prawdopodobnie zapalono lampę w domu przeciwległej ulicy.

    324

    I rozbiegło się po mnie uczucie nieskończonego ukojenia; byłem prawie wesół.

    325

    Ale naraz pomyślałem, że dlatego jestem tak zadowolony, bo ten szeroki promień światła odwrócił i rozproszył moją uwagę, którą przecież na czym innym, na czymś nieskończenie strasznym skupić miałem.

    326

    Zimny pot wystąpił mi na czoło; wiedziałem, że od nowa muszę się tej strasznej męce poddać i ta pewność wżerała się ostrym, trującym językiem w mój mózg.

    327

    Teraz siadłem znękany na krawędzi łóżka, pochyliłem głowę zbolałą, ująłem ją w dłonie i myślałem, myślałem.

    328

    Uczułem bezmierną litość nad sobą samym. Gorące, wielkie łzy ściekały mi z oczu. Wtedy nie wiedziałem, że płaczę — ach, cóż mnie wtedy to obchodzić mogło.

    329

    Nie płakałem łez wyzwolenia, płakałem pogrzebowym śpiewem indyjskiego kacyka, co własny grób opłakuje.

    330

    Nie wiem, jak długo tak siedziałem.

    331

    Gdym ocknął[76], uczułem ziębiący lodowaty ból.

    332

    Więc stałem w pośrodku pokoju i szukałem czegoś.

    333

    Aha! Papierosa.

    334

    Zdawało mi się, że wszystko minęło.

    335

    Zapaliłem papierosa, ubrałem się, otwarłem okno i stałem długo przy oknie w nieziemskim, majestatycznym spokoju.

    336

    Nie myślałem o niczym, wyprężałem się tylko coraz wyżej, rosłem, potężniałem w straszliwym majestacie mego spokoju i ciszy, w groźnym, ponurym, przemożnym pragnieniu śmierci.

    337

    Jakieś dalekie wspomnienie prześlizgło się[77] cichym jaśnieniem przez moją głowę.

    338

    Ujrzałem się naraz w kościele wiejskim. Ponury pół-zmrok. Gromnice jarzyły się tępym blaskiem, jak płonące oczy, co na próżno starały się przedrzeć woniejące mgły kadzidła, co z trybularza[78] w szerokich pasmach płynęły ku monstrancji[79]. Wżerały się do połowy w gęste tumany, a potem rozlewały się i syciły mgły kadzideł jasnym złotem, tak jak pierwsze promienie słońca sycą blaskiem opary powstające z dymiących się łąk jesiennych.

    339

    Zaraźliwa choroba wyniszczyła połowę ludności i co wieczór zbierał się lud w kościele, rzucał się na krzyż i ryczał, i wył w śmiertelnych potach trwogi i rozpaczy:

    340

    „Od powietrza, głodu, ognia i wojny zachowaj nas Panie”.

    341

    A pieśń rwała się dzikim rykiem, co serce wśród bolesnych drgań z ciała wyszarpywał, to znowu w bełkoczących jękach, co wszelkie słowo w krtani dławią, to znowu w stękach i rozpacznych krzykach, że żyły w mózgu pękały — i pieśń przestała być pieśnią, stała się piekielnym pragnieniem życia, olbrzymią lawiną, rozpostartą na nieskończonym obszarze, co się lada chwilę stoczyć miała — stała się chmurą, co już, już się obrywała i cały świat potopem zalać miała.

    342

    A w tym cielesnym straszliwym refrenie „Wybaw nas Panie!” jęczały dzwony, ryczały strachem wielkiego sądu organy i zwierzęce rżenie konających, i przerażony krzyk dzieci, — włosy dębem stawały i mózg się mącił, kirem obłędu się zakrywał.

    343

    A naraz straszny ryk płaczu, płaczu obłąkanej rozpaczy i przeraźliwej grozy — ręce gdyby[80] las szkieletów podrzucały się ku ołtarzowi — lud rzucał się, szalał w konwulsjach płaczu, bił się pięśćmi[81] w piersi, walił czołem o posadzkę i krzyczał bezustannie:

    344

    Wybaw nas Panie!

    345

    A gdy stary siwy kapłan objął ołtarz obiema rękoma, kiedy straszny kurcz płaczu rzucał go na wszystkie strony, kiedy on, który z pogardą patrzał na oprawców, co go w powstaniu żywcem zakopać chcieli, jęczał i bełkotał ku Bogu w obłąkanym śmiechu — wtedy naród oszalał.

    346

    Słyszę tylko dziki ryk, szatański skowyt, jakby się całe piekło rozpętało.

    347

    Zdjęła mnie straszna groza przed tą bolesną, przerażającą chucią ku życiu, groza przed tym konwulsyjnym strachem śmierci i bezmyślnie, w febrycznych drganiach powtarzałem bezustannie:

    348

    Wybaw nas Panie!

    349

    A ponad ludem tronował anioł śmierci z błędnym uśmiechem na ustach, straszny i okrutny, i znaczył tych, co umrzeć mieli, swym płomienistym mieczem.

    350

    Czyż i ja byłem pomiędzy nimi?

    351

    A z mej krtani rwie się przemocą, bolesne, żarliwe, ostatnią iskrą życia drgające:

    352

    Wybaw nas Panie!

    353

    Pomnę: znowu przebłyskujące wspomnienia:

    354

    „Patrzę na niebo, a niebo ciche, patrzę na ziemię, a ziemia śpi”…

    355

    Śpi ziemia, niebo tak ciche i tak głębokie, i tak gwiazdami obsiane…

    356

    Niewypowiedziana cisza ujęła me serce w swe chłodne dłonie — cisza grobów i szerokich, zadumanych smętarzy[82].

    357

    Była chwila, kiedy niewidzialne ręce pomazańca Bożego wyjęły Przenajświętszy Sakrament z Tabernaculum[83] wszechnatury i pokazały go światu całemu. A świat padł na oblicze swoje w grozie i strachu: pełen oczekiwania, drżący i świętą czcią przejęty czuł, że nadchodzi tajemna chwila, w której chleb w ciało, a wino w krew się przemieni.

    358

    Teraz powinny zadzwonić dzwonki w długich odstępach po trzykroć razy, teraz powinien rozbiec się żarliwy szmer przygłuszonego nabożeństwa, co serca ludu rozpiera, drżenie cudu przeniknąć świat cały, jak gdyby miliony w piersi się uderzały:

    359

    Sanctus, Sanctus, Sanctus[84]!

    360

    I ziemia cicha, niebo zieje strumienie srebrnego światła gwiazd i wszystko spoczywa w kornej, głuchej ciszy, bo Ja Pan, który wszystko z siebie wyłonił — Ja Pomazaniec, Ja Arcypasterz przyjmuję ostatnią, świętą komunię.

    361

    Głęboka błogość, niebieska błogość świtów i przeczuć przyszłego życia rozlała się świętym strumieniem w mych żyłach; czułem, że skrzydła mi wyrastają, że się rozpościerają, gdyby[85] dwa olbrzymie żagle, że rwą się do lotu; — pienie oswobodzenia i tęsknoty za wieczną przyszłością wytrysnęło z mej piersi — byłem szczęśliwy, jak słońce południa, gdy się morzem światła na niebieskie morze oceanu położy i doń się przytuli — a otóż nagle schwycił mnie obłęd w swe upiorne szpony — obłęd, z którym tak długo walczyłem.

    362

    Noc dławiła, dusiła dzień w śmiertelnych, miażdżących uściskach, krwawą czerwień zmartwychpowstania zalewała szatańska czerń potępienia.

    363

    Strach i groza prężą się, gdyby[86] dwa węże w sól przemienione, pnące się z odętymi cielskami ku straszliwej Sodomie nieba.

    364

    W oczach moich prysnął grad deszczu siarczanego.

    365

    Szeroka, płomienna bruzda rozdarła niebo na dwoje, jakieś słońce zagasło, spurpurowiało jak czarna, zgangrenowana rana — drży, trzęsie, obrywa się, spada i rwie za sobą cały łańcuch gwiazd.

    366

    A z rozdartego nieba widzę w obłokach siarki i ognistej lawy rozpustną twarz z przymkniętymi, mrugającymi oczyma; usta otwarte jak w krzyku najwyższej lubieży[87], a włosy rozwarkoczone poprzez niebo jak wściekłe komety ogniste. —

    367

    A z rozdartego nieba wydzierają się kobiece ręce, straszne, bezcielesne ręce, co ku mnie się wyciągają. —

    368

    I z rozdartego nieba wyrasta apokaliptyczna nierządnica — okrąża mnie w szerokich kołach — już chwyta, obejmuje mnie; wyrywam się, padam na ziemię, walczę, szarpię się z nią — piana krwi burzy się na moich ustach:

    369

    Astarte[88]!

    370

    Przyszła po swoją ofiarę:

    371

    Ta, która się upaja najstraszliwszymi męki[89]. —

    372

    Ta, co kazała Onanowi szukać nowej orgii płciowej, by go oddać na pastwę strasznej śmierci ukamienowania. —

    373

    Ta, co wierny lud poprowadziła do wyzwolenia świętego grobu, by mu za nagrodę owieńczyć czoło męczenniczą koroną syfilitycznych wrzodów. —

    374

    Ta, co wysysa samicę mężowi z krwi i rzuca go w sodomicznej chuci na męża —

    375

    Ta, która silniejszą jest od porządku rzeczy, bo przewraca wszystkie instynkty i maże swe oblicze kazirodczym nasieniem, —

    376

    Astarte, Szatanie!

    377

    Na moich ustach czuję Twój lodowaty, z rozpusty spłodzony pocałunek śmierci —

    378

    Tak! jestem śmierci poświęcony.

    379

    Duszo, Ty moja silna, wielka duszo, coś mi mą płeć pożarła, gdzież jesteś teraz?

    380

    Mózgu, ty biedny, chory mózgu, coś się miał stać moim bogiem, moim ojcem, gdzie żeś się ukrył, teraz, kiedy na Golgothę i krzyż idę, w jakąś norę się wczołgał?

    381

    Jak czarna głucha plama wisi słońce przylepione na niebie…

    382

    Eli, eli, lama sabachthani[90]

    *

    383

    Przez okna moje wpływa strumień żądnego, parnego gorąca, płodzącego szału nocy, rozpustnego krzyku mężczyzn, co na ulicach samiczki nawołują.

    384

    Widzę całą naturę jako apokaliptyczną apoteozę wiecznie drgającego phalosa[91], co w brutalnej, bezgranicznej rozrzutności leje nasienne strumienie na świat cały.

    385

    Na mym biurku wazon z kwiatami, których całe życie rozgrywa się w płci; z bezwstydną niewinnością pną się ku zapładniającemu nasieniu.

    386

    Czuję lubieżne drgania tworzenia, słyszę bełkoczące szepty miłosne ziemi — hermaphrodyty, świętej, samczej dziewicy, otulonej w ślubne zwoje nocy.

    387

    A jak bogato obsiana złotymi plennikami. Jak ciemna jest i głęboka!

    388

    Ale ponad tym bezwstydem chuci i żądz, ponad tą potworną apokalipsą płciowości, tą szatańską ewangelią zmysłów —

    389

    wysoko ponad zapładnianiem i rodzeniem, oksydacją i redukcją zatronował mój wyniosły, głęboki, królewski spokój bezpłodu.

    390

    Obraz świata, NaturaNatura się wyczerpuje; już oszczędza. Już nie może tak się rozrzucać jak ongi, kiedy się jeszcze żadne oko ludzkie nie rozkoszowało obłąkańczym przepychem flory z okresu węgla kamiennego, fauny czasu kredowego; teraz pracuje, jak to biedne robactwo ludzkie — po ludzku, chciwie i ostrożnie według prawa najmniejszego zużycia sił.

    391

    Nie tworzy już ichtiozaurów ani ichtiodontów, nie tworzy ani stygmarii ani lepidodendronów. Biedne, śmieszne zwierzęta, co w trzodzie żyją — to cały jej płód; wyczerpuje się w mikrokosmie, w bakteriach na to tylko, by stoczyły i pożarły jej marny twór — a z ziemi pędzi w górę chore kwiaty, w które na uwiąd starczy chora ziemia wpluwa truciznę.

    392

    Ponad tą nędzą, nad tą oszczędnością i skąpstwem, ponad tą całą filisterską biedotą, panuje wolna, nieokiełznana, rozrzutna, jak obłoki gazu rozlewna,

    393

    moja wielka, pańska, dusza w całej potędze swej niepłodności.

    394

    I dlatego zginąć musi, bo jest za wielka i święta, i królewska, aby się łączyć z nędzną plebejuszowską płcią i płodzić dzieci — znowuż według prawa najmniejszego wysiłku.

    395

    Ponad całym światem, ponad tą śmieszną gonitwą za nową orgią chuci, by się w coraz to nowych formach rozwoju objawić —

    396

    ponad ohydnym okrucieństwem płci, co człowieka z gęsią skojarza[92]

    397

    ponad zbrodniczą niesumiennością Boga-Natury, co ludzi tworzy, na to by w rozpacznym obłędzie zawodzili opętany taniec bytu —

    398

    ponad tym wszystkim panuje moja wolna, bezpłodna dusza z swym spokojem bezpoczątkowej wieczności.

    399

    Ona, święty zwyciężony zwycięzca —

    400

    Ona, wszystko obejmująca, początek i koniec.

    401

    Ona, najwyższy, najpotężniejszy wyraz mego rodu.

    402

    Ona, co umrzeć musi, bo sama tego pragnie, bo nie może żyć w wstręcie i ohydzie, bo tęskni za czystością wyzwolenia.

    403

    I idę.

    404

    A ty bądź mi zdrowa.

    405

    Zniknęłaś z mego mózgu, wyrwałem Cię z mego serca. —

    406

    Miałaś być mistyczną syntezą, w której pan i chłop we mnie mieli spocząć w bratnim uścisku, miałaś zebrać i skupić moje najtajniejsze siły płciowe i spotęgować je w pragnieniu nowej przyszłości, —

    407

    miałaś zlepić to, co od początku było we mnie złamane, żelazny rdzeń wbić w krzyż pacierzowy mego bytu, —

    408

    najdelikatniejsze struny miałaś we mnie potrącać, w których może drżał kawałek duszy w ślubnym uścisku z moją płcią.

    409

    Tego wszystkiego nie zdołałaś i dusza ma Cię odtrąciła.

    410

    Ale teraz: w tej wielkiej chwili, w której się może z Tobą połączę i w jedno zleję,

    411

    teraz, ukochana moja, położę głowę na Twym łonie, będę całował Twoje długie, piękne ręce — u Twych stóp rzucam krwawy ciężar mego panowania ponad światem i wszystkim jego płodem —

    412

    teraz daję Ci moją duszę z powrotem.

    413

    Ty moja, ukochana, oblubienico śmierci, Ty ukochana całą bezgraniczną głębią mej pustki.

    414

    Słyszę coś, co jest głębokie jak świat, ciemne jak noc, a panuje ponad wszelkim bytem.

    415

    To tęsknota za tą syntezą, której rozkosze wywyższyły mnie nad wszystkich ludzi — syntezą, którą na próżno przez Ciebie osięgnąć[93] pragnąłem.

    416

    I weź, weź moją duszę, niech się rozleje w kształtach Twego ducha i powróci razem do praidei, z której Ja Ciebie stworzyłem.

    417

    Zimny dreszcz poranny czołga się po mym ciele:

    418

    Nadszedł już mój czas.

    419

    A gdy wzejdzie młody, czysty, święty dzień ponad ślubnym łożem natury, ten biały młody dzień, który Ja, władca bytu, Ja, w którym i przez którego wszystko istnieje — wtedy mnie już nie będzie.

    420

    Wsteczna metamorfoza może się rozpocząć…

    Zielone Świątki [18]90.

    Przypisy

    [1]

    requiem aeternam (łac.) — odpoczynek wieczny; formuła rozpoczynająca modlitwę za zmarłego. [przypis edytorski]

    [2]

    Pentateuch (z gr.) — dosł. pięcioksiąg; tradycyjne określenie pierwszych pięciu ksiąg Biblii, zw. Mojżeszowymi, w judaizmie składających się na Torę; są to: Księga Rodzaju, Wyjścia, Liczb, Kapłańska i Powtórzonego Prawa. [przypis edytorski]

    [3]

    Anaksymander z Miletu (ok. 610–546 p.n.e.) — filozof gr., przedstawiciel szkoły jońskiej; twierdził, że początkiem, prazasadą (arche) wszechświata, determinującą całą rzeczywistość, jest nieskończoność (apeiron). [przypis edytorski]

    [4]

    Heraklit z Efezu (ok. 540–480 p.n.e.) — filozof gr., zaliczany do jońskiej szkoły filozofii przyrody; za zasadę pierwotną (arche) wszechświata uważał ogień, za cechę bytu zaś zmienność, nieustanne zanikanie i stawanie się (co wyraził w sławnym zdaniu „wszystko płynie”). [przypis edytorski]

    [5]

    Duch Boży, co się unosił nad wodami — nawiązanie do opisu stworzenia świata w Biblii: „Ziemia zaś była bezładem i pustkowiem: ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód, a Duch Boży unosił się nad wodami” (Rdz 1,2). [przypis edytorski]

    [6]

    mięszać (daw.) — dziś: mieszać. [przypis edytorski]

    [7]

    lubież — dziś: lubieżność. [przypis edytorski]

    [8]

    ukajać — dziś: ukoić; może też gra znaczeń z czasownikiem: pokajać się (tu: kogoś), czyli ukorzyć. [przypis edytorski]

    [9]

    wssać — dziś: wessać. [przypis edytorski]

    [10]

    trochita — dziś: trochity; szkielety skorupiaków kopalnych z okresu triasu. [przypis edytorski]

    [11]

    lubież — dziś: lubieżność. [przypis edytorski]

    [12]

    jednę — dziś: jedną. [przypis edytorski]

    [13]

    karmny — stanowiący pokarm; pożywny. [przypis edytorski]

    [14]

    ognisko soczewne — soczewka; ognisko skupiające promienie (tu: w znaczeniu przenośnym). [przypis edytorski]

    [15]

    rozpaczny — dziś: rozpaczliwy. [przypis edytorski]

    [16]

    lubież — dziś: lubieżność. [przypis edytorski]

    [17]

    najwyuzdańszy — dziś: najbardziej wyuzdany. [przypis edytorski]

    [18]

    gdyby — tu: jakby, niby, jak. [przypis edytorski]

    [19]

    niepojętymi barwy — daw. forma N.lm; dziś popr.: (…) barwami. [przypis edytorski]

    [20]

    logos — dla staroż. stoików gr. (Heraklita i in.) idea tłumaczona jako „rozum świata”, w którym uczestniczą wszystkie istoty obdarzone duszą (czyli rozumem, zdolnością rozumienia); sam wyraz gr. oznacza zarówno rozum (por. logika), jak słowo, a także prawo; do pojęcia logosu odwoływał się Platon, a następnie filozofowie chrześcijańscy, próbujący łączyć je z wywodem z Ewangelii św. Jana rozpoczynającym się od słów „Na początku było Słowo”. [przypis edytorski]

    [21]

    Kâma — Kāmadeva, bóstwo hinduskie będące uosobieniem pożądania, szczególnie miłosnego; pojmowane, podobnie jak Eros w mit. gr., jako pierwotna, boska i stwórcza siła kosmosu. [przypis edytorski]

    [22]

    Jan — tu: Ewangelista; początek Ewangelii wg św. Jana brzmi: „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. (…) A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas” (J 1,1 i J 1,14). [przypis edytorski]

    [23]

    niebosięgny — dziś: niebosiężny. [przypis edytorski]

    [24]

    gdyby — tu: jakby, niby, jak. [przypis edytorski]

    [25]

    zejrzały — dziś: dojrzały. [przypis edytorski]

    [26]

    Mitra — imię staroindyjskiego boga ładu i światła, którego kult rozprzestrzenił się w staroż. Persji, Grecji i Rzymie, łącząc się z miejscowymi wierzeniami, gł. dotyczącymi bóstw solarnych. [przypis edytorski]

    [27]

    rassurez-vous (fr.) — uspokójcie się; bądźcie spokojni. [przypis edytorski]

    [28]

    O qualis artifex pereo (łac.) — O, jakiż artysta umrze w mej osobie (słowa przypisywane Neronowi). [przypis edytorski]

    [29]

    zgło (daw.) — koszula; szczególnie: koszula nocna. [przypis edytorski]

    [30]

    gdyby — tu: jakby, niby, jak. [przypis edytorski]

    [31]

    Ave Maria (daw.) — Zdrowaś Mario; początek modlitwy w kościele rzymskokatolickim, tzw. pozdrowienie anielskie; na Ave Maria: tzn. w południe, o tej bowiem porze zwyczajowo dzwoniono w dzwony kościelne i odprawiano nabożeństwo ku czci Marii, matki Jezusa Chrystusa. [przypis edytorski]

    [32]

    rozkwituje — dziś: rozkwita. [przypis edytorski]

    [33]

    protuberancje — struktury plazmy wznoszące się i poruszające tysiące kilometrów nad powierzchnią Słońca, podlegające jego polu magnetycznemu, widoczne z Ziemi nad brzegiem tarczy słonecznej podczas całkowitych zaćmień Słońca. [przypis edytorski]

    [34]

    gdyby — tu: jakby, niby, jak. [przypis edytorski]

    [35]

    gdym (…) uderzał — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: gdy uderzałem. [przypis edytorski]

    [36]

    gdyby — tu: jakby, niby, jak. [przypis edytorski]

    [37]

    gdyby (daw.) — jakby, niby, jak. [przypis edytorski]

    [38]

    zaprzepadać się — dziś: przepadać a. zaprzepaszczać się. [przypis edytorski]

    [39]

    służebnę — dziś forma B.lp: służebną. [przypis edytorski]

    [40]

    czołg — tu: czołganie (odczasownikowa nazwa czynności). [przypis edytorski]

    [41]

    Saïs — miasto w staroż. Egipcie, w zach. części Delty Nilu, stolica państwa za panowania XXIV (740–714 p.n.e.) oraz XXVI dynastii (664–525 p.n.e.); ośrodek kultu bogini Neit, wojowniczki i matki bogów, przedstawianej z łukiem i strzałami, patronującej tkactwu, związanej również z kultem zmarłych. [przypis edytorski]

    [42]

    agens (z łac.) — podmiot czynny; siła czynna. [przypis edytorski]

    [43]

    Walpurgis — noc Walpurgii; obchodzone nocą z 30 kwietnia na 1 maja święto zmarłych (a także noc złych duchów) u daw. Germanów, patronowała mu surowa bogini nocy i śmierci Hel; później: noc sabatu czarownic na górze Brocken (szczególnie w literaturze romantycznej); nazwa pochodzi od imienia św. Walburgi, która wraz ze św. Bonifacemu brała udział w nawracaniu Germanów na chrześcijaństwo w VIII w. [przypis edytorski]

    [44]

    straszne Mene-Tekel — aluzja do słów mene, tekel, ufarsin (a. mene tekel fares), które wg biblijnej Księgi Daniela zostały wypisane ognistymi zgłoskami przez tajemniczą rękę na ścianie podczas uczty Baltazara, króla babilońskiego i w szczytowym momencie jego triumfów stanowiły zapowiedź upadku i śmierci władcy; słowa zwyczajowo są tłumaczone: „policzone, zważone, podzielone” i odnoszą się do sądu Boga, na którym podsumowane zostaje w sposób ostateczny życie ludzkie. [przypis edytorski]

    [45]

    herma — element dekoracyjny w architekturze: zwężający się ku dołowi czworokątny słupek ozdobiony rzeźbą głowy boga (pierwotnie Hermesa, w połączeniu z wyobrażeniem fallusa). [przypis edytorski]

    [46]

    lubież — dziś: lubieżność. [przypis edytorski]

    [47]

    Ofelio, idź do klasztoru — cytat z Hamleta Shakespeare'a. [przypis edytorski]

    [48]

    δοσ μοι που στω (dos moi pou sto; gr.) — daj mi miejsce, bym stanął; pierwsza część sentencji, której dokończenie brzmi καὶ τὰν γᾶν κινάσω (kai tan gan kinaso), czyli: a poruszę ziemię. [przypis edytorski]

    [49]

    z zawias — dziś popr.: z zawiasów. [przypis edytorski]

    [50]

    tarcz — dziś: tarcza. [przypis edytorski]

    [51]

    delirii — dziś popr. forma D.lm: deliriów. [przypis edytorski]

    [52]

    tysiąc ocząt figlarnych aniołków poczęły się uśmiechać — dziś popr.: tysiąc ocząt (…) poczęło (…). [przypis edytorski]

    [53]

    apokaliptycznymi skrzydły — daw. forma N.lm; dziś: (…) skrzydłami. [przypis edytorski]

    [54]

    zmógł — dziś: przemógł a. wzmógł. [przypis edytorski]

    [55]

    lubież — dziś: lubieżność. [przypis edytorski]

    [56]

    osięgnąć — dziś: osiągnąć. [przypis edytorski]

    [57]

    Charcot, Jean-Martin (1825–1893) — fr. lekarz neurolog, w szpitalu w Salpêtrière zajmował się przypadkami epilepsji i histerii, tam też przeprowadzał sławne publiczne pokazy wywoływania poprzez hipnozę napadów histerii u swych pacjentek; należał do prekursorów psychiatrii. [przypis edytorski]

    [58]

    Kant-Laplace — chodzi o teorię stworzoną niezależnie przez filozofa Immanuela Kanta (1724–1804) i astronoma Pierre'a Simona Laplace'a (1749–1827), dowodzącą samoistnego (tj. nie przez akt stwórczy Boga) powstania, wskutek prawybuchu, Układu Słonecznego. [przypis edytorski]

    [59]

    gdyby — tu: jakby, niby, jak. [przypis edytorski]

    [60]

    ropiący się — dziś: ropiejący. [przypis edytorski]

    [61]

    gdyby — tu: jakby, niby. [przypis edytorski]

    [62]

    wssałem się — dziś popr.: wessałem. [przypis edytorski]

    [63]

    zmięszany (daw.) — dziś: zmieszany. [przypis edytorski]

    [64]

    gdyby — tu: jakby, niby, jak. [przypis edytorski]

    [65]

    pierze edredonowe — niezwykle delikatne pierze gatunku kaczki, zw. edredonem zwyczajnym, kaczką edredonową, a także miękkopiórem. [przypis edytorski]

    [66]

    z skrzydły — dziś popr. forma N.lm: ze skrzydłami. [przypis edytorski]

    [67]

    meteora — dziś popr. forma D.lp: meteoru. [przypis edytorski]

    [68]

    gdyby (daw.) — tu: jakby, niby, jak. [przypis edytorski]

    [69]

    olbrzymimi kręgi — dziś popr. N.lm: (…) kręgami. [przypis edytorski]

    [70]

    gdyby — tu: jakby, niby, jak. [przypis edytorski]

    [71]

    paletot — palto. [przypis edytorski]

    [72]

    za każdą razą — dziś: za każdym razem. [przypis edytorski]

    [73]

    gdyby — tu: jakby, niby, jak. [przypis edytorski]

    [74]

    gdyby — tu: niby, jakby, jak. [przypis edytorski]

    [75]

    jaśń — jasność. [przypis edytorski]

    [76]

    ocknął — dziś popr.: ocknął się. [przypis edytorski]

    [77]

    prześlizgło się — dziś popr.: prześlizgnęło się. [przypis edytorski]

    [78]

    trybularz — ozdobna kadzielnica używana w czasie uroczystości religijnych w kościele katolickim. [przypis edytorski]

    [79]

    monstrancja (z łac. monstrare: pokazywać) — ozdobne naczynie, w którym podczas uroczystości w kościele katolickim umieszcza się i pokazuje publicznie (stąd nazwa) hostię, stanowiącą zgodnie z wiarą katolików i członków niektórych innych kościołów chrześcijańskich ciało Boga, Jezusa Chrystusa. [przypis edytorski]

    [80]

    gdyby — tu: jakby, niby, jak. [przypis edytorski]

    [81]

    pięśćmi — dziś popr. forma N.lm: pięściami. [przypis edytorski]

    [82]

    smętarz (daw. reg.) — dziś: cmentarz. [przypis edytorski]

    [83]

    tabernaculum — miejsce w ołtarzu kościoła służące do przechowywania hostii, stanowiącej zgodnie z wiarą katolików i członków niektórych innych kościołów chrześcijańskich ciało Boga, Jezusa Chrystusa. [przypis edytorski]

    [84]

    sanctus (łac.) — święty. [przypis edytorski]

    [85]

    gdyby — tu: niby, jakby, jak. [przypis edytorski]

    [86]

    gdyby — tu: jakby, niby, jak. [przypis edytorski]

    [87]

    lubież — dziś: lubieżność. [przypis edytorski]

    [88]

    Astarte — fenicka bogini miłości, płodności i wojny, utożsamiana z babilońską boginią Isztar. [przypis edytorski]

    [89]

    najstraszliwszymi męki — dziś popr. N.lm: (…) mękami. [przypis edytorski]

    [90]

    Eli, eli, lama sabachthani (aramejski) — Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił; wg. Ewangelii Mateusza i Marka ostatnie słowa Jezusa wypowiedziane przed śmiercią na krzyżu (Mt 27, 46 oraz Mk 15, 34). [przypis edytorski]

    [91]

    phalos — chodzi o fallus; członek męski. [przypis edytorski]

    [92]

    skojarza — dziś: kojarzy. [przypis edytorski]

    [93]

    osięgnąć — dziś popr.: osiągnąć. [przypis edytorski]

    Close
    Please wait...