Oferta dla Przyjaciół

Czytaj teksty współczesnych autorek i autorów wcześniej niż inni. Ty decydujesz, ile płacisz!

Zadeklaruj stałą wpłatę i dołącz do Towarzystwa Przyjaciół Wolnych Lektur.

TAK, chcę dołączyć!
Nie, rezygnuję z tej oferty
Informacje o nowościach

Informacje o nowościach w naszej bibliotece w Twojej skrzynce mailowej? Nic prostszego, zapisz się do newslettera. Kliknij, by pozostawić swój adres e-mail.

x

Spis treści

      Uwspółcześnienia:

      Pisownia łączna/rozdzielna, np.: niema -> nie ma, nie zdrowo -> niezdrowo, nie mądrze -> niemądrze, poco -> po co, dla czego -> dlaczego, zdaleka -> z daleka, napróżno -> na próżno, powtóre -> po wtóre, jabym -> ja bym, któżby -> któż by, jakiejby -> jakiej by, coby -> co by, z pod -> spod.

      Pisownia wielką literą: amazonki -> Amazonki

      Pisownia joty, np.: Antjopy -> Antiopy, Troizena -> Trojzena, Pandjon -> Pandion, Ojchalji -> Ojchalii, Heljos -> Helios.

      Pisownia spółgłosek dźwięcznych i bezdźwięcznych: shańbiwszy -> zhańbiwszy, z pod -> spod

      tem, czem -> tym, czym (z wyjątkiem pozycji rymowej)

      Fleksja: -em, -emi -> -ym, ymi.

      Inne: j. w. -> jw. Pozejdon, Posejdon -> Posejdon (ujednolicenie)

      Poprawione błędy źródła: Zeusza -> Zeusa, swtyd -> wstyd

      EurypidesHippolytos uwieńczonytłum. Jan Kasprowicz

      OSOBY DRAMATU:

      1. Afrodyte, bogini miłości
      2. Hippolytos, syn Tezeusa i Amazonki Antiopy
      3. Służba
      4. Chór kobiet trojzeńskich
      5. Piastunka
      6. Fedra, małżonka Tezeusza, córka Minosa, króla Krety
      7. Tezeusz, król Aten, syn Ajgajosa (Egeusa)
      8. Poseł
      9. Artemis, bogini łowów

      Rzecz dzieje się w mieście Trojzenie przed pałacem króla Pitteusza.

      Na scenie jawi się

      AFRODYTE

      Me imię na niebiesiech niepomiernie słynie
      I ludzie znają dobrze kipryjską władczynię.
      A jacy są mieszkańcy od ponckich wybrzeży
      Po fale Atlantyku, ten, kto we mnie wierzy,
      Doznaje mojej łaski, zaś poniżon będzie
      Pod słońcem, kto śmie deptać me święte orędzie.
      I bóstwa bowiem lubią, jeśli człek jest skory
      Oddawać przynależne niebianom honory.
      Wykażę ja tu zaraz prawdę mego słowa.
      Hippolit, amazonki syn, Tezeuszowa
      Latorośl, wychowaniec cnego Pitteusza,
      Jedyna śród trojzeńskiej ziemi żywa dusza
      Najlichszą mnie śród bogów mianuje i dumnie
      Miłosnym gardzi łożem. Nie znajdując u mnie
      Radości, Artemidę, siostrzycę Fojbosa,
      Uważa za najpierwszą śród tych, co niebiosa
      Zajmują, i z Zeusa tą córą dziewiczą
      Na łowy, tępić zwierza, wyrusza z swą smyczą —
      Za wielka to zażyłość dla śmiertelnych ludzi.
      Zazdrości przecież we mnie zaszczyt ten nie budzi,
      Bo po cóż? Tylko jeszcze dzisiaj zobaczycie,
      Że zemszczę się za krzywdę swą na Hippolycie.
      Rzecz dawna, pójdzie łatwo, nie będzie zawodu:
      Na obchód gdy świąteczny z Pitteusza grodu
      Pojawił się ten młodzian w ziemi Pandiona,
      Ujrzała go cna Fedra, ojca jego żona,
      I straszną się ku niemu rozpaliła żądzą —
      Przeze mnie to się stało. Jeszcze nim zabłądzą
      Jej kroki do Trojzeny, na znak swej miłości
      świątynię zbudowała śród ateńskich włości,
      Na zboczu Palladyjskim, skąd widać te łany —
      Przybytek ten, w Kiprydy cześć ufundowany.
      Ma zwać się od tej pory na zawsze kościołem
      Bogini Hippolyta… Potem, kiedy społem
      Z małżonką porzuciwszy mury Kekropsowe,
      Tezeusz tu zawitał, aby swoją głowę
      Od klątwy uratować, i roczną pokutę
      Odprawiać jął z daleka od domu za lute
      Wylanie Pallantydów krwi, od onej chwili
      Na próżno się nieszczęsna ta kobieta sili
      Uwolnić się od cierpień: wzdycha, jęczy, ginie
      Z miłości, ale milczy. Jakiej by to winie
      Przypisać, z domowników nie wiada nikomu.
      Lecz długo tak nie można kochać po kryjomu:
      Wyjawię Tezejowi i ojciec młodziana
      Zabije, mego wroga. Tak więc wykonana
      Zostanie obietnica, jedna z trzech, którymi
      Obdarzył Tezeusza władca, nad morskimi
      Falami władający, Posejdon. I żona
      Paść musi, acz chwalebnie. Bo juścić mi ona
      I los jej nie oznacza znów tyle, bym miała
      Poniechać swojej zemsty na wrogach, jak chwała,
      Jak cześć moja wymaga… Lecz oto me oczy
      Spostrzegły Hippolyta: Z łowieckiej-ci kroczy
      Wyprawy syn Tezejów. Ustąpię mu z drogi.
      Pospiesza tu z nim razem służby orszak mnogi
      I głośną składa pieśnią hołdy Artemidzie:
      On nawet nie przeczuwa, że ku śmierci idzie,
      Że słońce mu przyświeca już po raz ostatni.

      HIPPOLYTOS

      Za mną, szeregu mój bratni,
      Hymny nam trzeba wznieść
      W cześć Artemidy, w córki Zeusa cześć!

      CHÓR STRZELCÓW

      O pani dostojna, o pani!
      Zeusa ty córo i Latony,
      Z dziew najpiękniejsza,
      Z dziew, zajmujących gmach złocony
      Twego rodzica, nieboskłony
      Zeusa promienne: tobie w dani,
      Tobie jedynej hołd składamy:
      Niech się twa cześć nie umniejsza,
      O Artemido bez plamy,
      O dziew olimpijskich królowo!

      HIPPOLYTOS

      Ten wieniec tobie składam, zioła woniejące,
      Zerwane, o władczyni, na dziewiczej łące,
      Na którą żaden pasterz nie pognał swych owiec
      I z sierpem nikt nie zaszedł. Nietknięty manowiec!
      Tu tylko skrzętna pszczoła pobrzękuje w wiośnie,
      Dziewicza rosa łan ten orzeźwia, kwiat rośnie
      Jedynie dla wybrańców, co nie wyuczoną,
      Lecz szczerą wstydliwością w swoim sercu płoną —
      Kto podły, temu wara! Więc, pani niebiosów,
      Racz przyjąć tę ozdobę twych złocistych włosów
      Z mej ręki nieskalanej. Ja jeden na ziemi
      Zażywam takiej łaski, że mogę się z swemi
      Do ciebie zwracać słowy, żeśmy towarzysze,
      Że głos twój, o władczyni, każdej chwili słyszę,
      Choć lic twoich nie widzę! Chciałbym w takiej mierze
      Przez życie przejść, aż grób mnie w swe mroki zabierze.
      Odwraca się od ołtarza w kierunku domostwa. W tej chwili występuje z chóru i zachodzi mu drogę

      STARY SŁUGA

      O książę! — gdyż li boga władcą zwać wypada —
      Czy raczysz mnie wysłuchać? Dobra moja rada.

      HIPPOLYTOS

      I owszem, boć niemądrze postąpiłbym przecie.

      STARY SŁUGA

      A wiesz ty, jaki zwyczaj panuje na świecie?

      HIPPOLYTOS

      Nie, nie wiem. W jakiej sprawie twa się warga trudzi?

      STARY SŁUGA

      Nikt pychy i uporu nie lubi śród ludzi.

      HIPPOLYTOS

      Rzecz prosta, bo i któż by lubił pychę człeka?

      STARY SŁUGA

      Że nikt zaś na uprzejmą grzeczność nie narzeka.

      HIPPOLYTOS

      Na uprzejmości ludzie nigdy źle nie wyśli.

      STARY SŁUGA

      Czyż bóstwa, powiedz, nie są takiej samej myśli?

      HIPPOLYTOS

      Gdy życie ich w ten sposób, jak i nasze, płynie.

      STARY SŁUGA

      A jednak pokrzywdziłeś dostojną władczynię.

      HIPPOLYTOS

      Ja? Kogo? Strzeż się, proszę, by kłamcą nie zostać.

      STARY SŁUGA

      wskazując na posąg Afrodyty
      Masz oto przed swym domem cną Kiprydy postać.

      HIPPOLYTOS

      bijąc przelotny pokłon posągowi
      Jam czysty, nieskalany, pozdrawiam ją z dala.

      STARY SŁUGA

      Dostojna jej potęga ludzką moc obala.

      HIPPOLYTOS

      Nie wszystkim hołd się składa, ludzie to czy bogi.

      STARY SŁUGA

      O, mędrszyś niż potrzeba! Szczęsnej życzę drogi!

      HIPPOLYTOS

      Nie znoszę bóstw, co w nocy spełniają swą władzę.

      STARY SŁUGA

      Daj bogom co boskiego, to ci, synu, radzę.

      HIPPOLYTOS

      szybko się odwracając
      Odejdźcie, moi słudzy; do domu pospieszcie,
      Zgotujcie nam śniadanie; dobrze jest nareszcie
      Posilić się po łowach przy obfitym stole.
      I konie oporządzić potrzeba; mam wolę
      Pohasać po śniadaniu, zabawa się przyda.
      do starego sługi
      Niech dobrze tu się miewa ta twoja Kipryda.
      Znika. Scena się opróżnia. Pozostaje

      STARY SŁUGA

      przed ołtarzem Afrodyty
      Nie pójdę-ci ja drogą, jaką chodzą młodzi,
      Co myślą tak, jak o tym mówić się nie godzi
      Człekowi służebnemu, lecz do twej dostojnej
      Świętości się pomodlę, Kiprydo!… Niech wojny
      Nie będzie między wami! Jeżeli, jak słyszę,
      Zbyteczne prawi głupstwa w swej młodzieńczej pysze,
      Ty zamknij na to uszy, boć przecież bogowie
      Winni mieć rozum większy, niż ma człek w swej głowie.
      Znika.
      Z drugiej strony zjawia się

      CHÓR KOBIET

      Okeanosa wiecznie świeży zdrój
      Płynie wiadrami z opoczystych ścian,
      Rzeźwością życia nalewając łan.
      Tam krok wypoczął mój,
      Tam też mojemu zjawiła się oku
      Dawna ma druha, mocząca w potoku
      Lśniste purpury, by potem,
      Słonecznym oblane złotem,
      Na skalnej suszyć je zboczy.
      Od niej to pierwszej jam się dowiedziała,
      Jak cierpi ma pani wspaniała,
      Jaka to boleść ją tłoczy.
      Nie pozwalając wychodzić za próg,
      Do łoża przykuł okrutny ją los.
      Przepaska jasny zaciemnia jej włos.
      Strasznie zwalona z nóg,
      Trzy dni odtrąca wszelkie dary boże,
      Do ust niczego wziąć już dziś nie może,
      Dar Demetery jej na nic!
      Tak do ostatnich granic
      Złamana, nie widząc słońca,
      Spoglądać musi w milczeniu, jak skrycie
      Ucieka młode jej życie,
      Jak prędko zdąża do końca.
      Jakież to bóstwo, o pani,
      Tak twoje zmysły tumani?
      Któż taką ci daje zapłatę?
      Zali to Pan, czy Hekate?
      Zali to Macierz gór,
      Czy Korybantów chór?
      A może tak cierpisz bez miary,
      Że, poskąpiwszy ofiary,
      Zraniłaś świętą Łowczynię?
      Ona-ć to bowiem, ta królowa boża,
      Przebiegać umie lądy, a i morza
      Ona przepłynie!
      Czyżby miłosna zawieja
      Wtargnęła w gród Erechteja?
      Czyżby od twoich się progów
      Odwrócił potomek bogów,
      Małżonek twój i pan,
      Na żądzę przewrotną zdan?
      A może z twej Krety rodzinnej
      Do tej przystani gościnnej
      Przybyli jacyś żeglarze
      I, straszne z domu przyniósłszy ci wieści,
      Zadali pani mojej te boleści,
      Te męki wraże?
      Dola rodzącej kobiety
      Niejednokrotnie tak nieszczęsna bywa,
      Że drogą, którą kroczy jej nadzieja żywa,
      Spieszy wraz obłęd i szał!
      I ja, niestety,
      Tych samych doznałam losów,
      Lecz na królowę niebiosów,
      Na Artemidę, co grozą swych strzał
      Szafuje według swej woli,
      Duch się mój zdał!
      I nie zawiodły
      Moje żarliwe modły:
      Wyrwała mnie z ciężkiej niedoli!

      PRZODOWNICA CHÓRU

      Lecz patrzcie! Na dworze
      Stara piastunka się jawi!
      Wynoszą, patrzcie! naszej pani łoże!
      Dusza się moja powstrzymać nie może,
      By nie zapytać, co tak gnębi ninie,
      Co tak boleśnie dziś trawi
      Tę naszą biedną kniahinię?
      Służebnice wnoszą Fedrę, leżącą na łożu, towarzyszy im i nadzoruje orszak stara

      PIASTUNKA

      po krótkiej pauzie
      Ach! ta nędza człowieka!
      Ach! ten ból, co go czeka!
      Ach! te straszne choroby!
      Cóż mam czynić tej doby,
      Cóż poniechać ja mam?
      Wyniosłyśmy twe leże
      Na to słońce, na świeże,
      Na rzeźwiące powietrze,
      A tu coraz są bledsze
      Twoje lica! Twe oczy
      W coraz głębszej omroczy!
      Ach! odpowiedz-że nam?
      Wszak ciągnęła cię wola
      Do światłości, do pola,
      Za pałacu bramami
      Pożądałaś być z nami,
      A patrz, teraz na nowo,
      O ty chwiejna ma głowo,
      Chcesz powracać w pokoje!
      Wielce zmienne są twoje
      Pożądania i chęci!
      Coś cię ledwie przynęci
      I odpycha cię wraz!
      Twoje serce, o pani,
      Tego tylko nie gani,
      Co ukryte jest oku:
      To ci tylko uroku
      Jest przepełne i kras!
      odwracając się
      Tak! Ja sama bez mała
      Chorować bym wolała,
      Niż tak siedzieć, niżeli
      Czuwać obok pościeli
      Chorych ludzi! Wszak wtedy
      Mniej doznaje się biedy —
      To cielesne li męki!
      A tu z znojem tej ręki
      I znój duszy się para!
      Męczarń, cierpień niemiara
      Oto ludzkie jest życie!
      A gdzież, gdzież zobaczycie
      Kres i wyzwolenie?!
      Są! Lecz mroczne tu cienie
      Ukrywają z daleka
      Przed oczami człowieka
      Oną przystań… Więc ludzie,
      Ulegając ułudzie,
      Wzdyć żądzami wszystkiemi
      Lgną co siły do ziemi
      I to dzięki przyczynie,
      Że im znan jest jedynie
      Żywot ziemski… Zaiste!
      Nikt nie wniknął w te mgliste,
      W te umarłych dzierżawy,
      Więc też błądzi człek prawy,
      Bo niepewne są wieści,
      Co za nimi się mieści.

      FEDRA

      Wyprostujcie mą postać!
      Trudno mi tak pozostać:
      Głowa zbytnio opadła,
      Członków moich wiązadła
      Rozluźniły się w męce.
      Wznieście w górę te ręce —
      I ta chustka na czole
      Zbyt mi cięży… Ja-ć wolę,
      By tych włosów korona
      Na me spadła ramiona.

      PIASTUNKA

      Męstwa, ciszy, spokoju!
      Nie rzucaj się! Toć w znoju
      Łatwiej wytrwać i trudzie,
      Gdy odważni są ludzie:
      Zresztą na to my przecie,
      Aby cierpieć na świecie!

      FEDRA

      Ajaj!
      A niechże mnie tej chwili
      świeży trunek posili,
      Z jasnych krynic czerpany!
      Na kwieciste mnie łany,
      Na murawy ponieście!
      Przy topoli szeleście
      Czemuż spocząć nie mogę?

      PIASTUNKA

      Szał cię opadł, niebogę!
      Snać majaczysz w chorobie!
      Nie my same tu obie,
      Tłum nas słucha! Strzeż-że się!

      FEDRA

      Być mi w górach! W tym lesie
      Śród tych jodeł, gdzie w zwierza
      Psów zajadłych uderza
      Rozszczekany rój.
      Z jakim ja bym zachwytem
      Szczuła sforę! Z dzirytem
      Tessalijskim w tej dłoni
      Za jeleniem w pogoni,
      Jakże ja bym śmigała
      Jego grotem! Jak strzała
      Mknąłby oszczep, rzucony
      Obok włosów korony
      W ten myśliwski bój…

      PIASTUNKA

      O dziecino ma chora,
      Na co-ć łowy i sfora?
      Żądza twoja się ciska,
      Chcesz górskiego źródliska?
      Za tą bramą jest wzgórze,
      Tam ci wodą usłużę.

      FEDRA

      Artemido, ty pani
      Słonej, morskiej przystani,
      Władająca na torze,
      Który stado twe orze
      Kopytami! O święta!
      Jakżeż ja bym źrebięta
      Chciała kiełzać weneckie!

      PIASTUNKA

      Co za myśli zdradzieckie!
      Co za szał to niezdrowy!
      To chcesz w góry, na łowy,
      To znów chętka cię bierze
      Na piaszczyste wybrzeże,
      By dosiadać rumaki!
      Wieszcz-li zgadłby dziś, jaki
      Bóg cię z toru wytrącił,
      Kto twe zmysły zamącił!

      FEDRA

      Co ja biedna zrobiła?
      Co za straszna mi siła
      Wzięła rozum? Zaiste,
      Zły opętał mnie duch!
      Zakryj twarz mi! Rzęsiste
      Pod spuszczoną powieką
      Łzy ja czuję! Łzy cieką
      Z ócz ze wstydu i bólu!
      Zakryj-że mnie, matulu!
      Wstyd mi tego, com rzekła!
      Ach! Prawdziwe to piekła
      Stracić zmysły! Źle z nowa,
      Gdy odzyszcze je głowa!
      Umrzeć juści najlepiej,
      Zanim rozum się skrzepi!

      PIASTUNKA

      Już zakrywam. Lecz kiedy
      Grób mnie wyrwie z tej biedy,
      Kiedyż ciało me skryje?
      Długo, długo-ć ja żyję,
      Wiem niejedno i powiem:
      Źle ze serca jest zdrowiem,
      Jeśli przyjaźń zawiera,
      Która nazbyt jest szczera,
      Która w duszę zapada
      Zbyt głęboko. Ma rada
      Żyć pod uczuć tych władzą,
      Które zawsze się dadzą
      Czy rozluźniać do woli,
      Czy też ścieśniać! Zbyt boli,
      Nazbyt ciężar ugniata,
      Jeśli człek się tak zbrata,
      Że się troska za dwóch,
      Jak ja dzisiaj. Toć przecie
      Rzecz wiadoma na świecie,
      Że gdy człowiek przesadzi,
      Częściej bólu, a rzadziej
      Dozna szczęścia! I zdrowie
      Też nie wieczny jest zuch —
      Cierpi na tym… Przysłowie
      Przypomnąć się ośmielę,
      Że gdy czego za wiele,
      To niezdrowo!… W tym właśnie
      Mądry człek mi przyklaśnie.

      PRZODOWNICA CHÓRU

      Staruszko, naszej Fedry opiekunko wierna!
      Widzimy, że jej boleść dolega bezmierna,
      Lecz czym jest ta choroba, tego nikt nie zgadnie,
      Więc racz-że nam powiedzieć, wyjaśnić dokładnie!

      PIASTUNKA

      Jać sama tego nie wiem — ukrywa przede mną.

      PRZODOWNICA CHÓRU

      Przyczyna tych tajemnic również ci tajemną?

      PIASTUNKA

      Nic zgoła tutaj nie wiem, toć milczy zawzięcie.

      PRZODOWNICA CHÓRU

      Zmarniała ponad wyraz, zwiędła nad pojęcie.

      PIASTUNKA

      Bo jakoż? Dzień już trzeci bez żadnego jadła!

      PRZODOWNICA CHÓRU

      Z choroby, czy też myśl ją o śmierci opadła?

      PIASTUNKA

      Nie wiedzieć, lecz to jasne: na śmierć się zagłodzi.

      PRZODOWNICA CHÓRU

      Mężowi jej — rzecz dziwna — wcale to nie szkodzi?

      PIASTUNKA

      Ukrywa przed nim wszystko, mówi, że jest zdrowa.

      PRZODOWNICA CHÓRU

      Czy z ócz jej nie wyczyta, co się w wnętrzu chowa?

      PIASTUNKA

      Zdarzyło się, że teraz poza krajem bawi.

      PRZODOWNICA CHÓRU

      A ty nie masz potrzeby dotrzeć jak najżwawiej,
      Co niszczy tak jej ciało i umysł rozprzęga?

      PIASTUNKA

      Zrobiłam już, co można i żadna potęga
      Nie zrobi tu nic więcej. Lecz i dziś nie spocznę
      W staraniach najgorętszych… Wy, świadki naoczne,
      Widzicie, jak zabiegam w nieszczęsnej chorobie
      Mej pani… do Fedry Córko droga! Zapomnijmy obie
      Poprzednie nasze słowa. Popatrz się wesoło,
      Pochmurne brwi te wygładź, rozjaśnij to czoło,
      I ja się zwrócę z drogi poprzedniej, na której
      Nie pięknie-m się sprawiła, biorąc ciebie z góry,
      I lepszą dam ci radę… Jeśli masz z chorobą
      Tajemną do czynienia, pogadają z tobą
      Niewiasty — są tu obok, a jeśli mężczyzna
      Posłyszeć o tym może, niech się lekarz wyzna
      W tym wszystkim, przywołamy co prędzej lekarza.
      Co? Milczysz? Nie trza milczeć! Niech dziecię me zważa:
      Źle radzę, więc mi przygań, lecz słuchać wypada,
      Jeżeli się w mych słowach dobra mieści rada;
      Mów, spojrzyj! Nieszczęśliwa jest istota ze mnie!
      Niewiasty! My się wszystkie trudziły daremnie!
      Jesteśmy, gdzieśmy były! Moich rad nie słucha,
      A wiedz — chociażbyś była nad morskie bałwany
      Nieczulsza — ani jeden syn twój ukochany
      Nie będzie gospodarzem w swym ojcowskim domu,
      Jeżeli ty ich zdradzisz, niepamiętna sromu,
      Pragnąca teraz umrzeć!… Tak! Na Amazonę,
      Co dzieciom twoim pana zrodziła, nie płone
      Wzdyć plemię, acz bękarcie — znasz je, Hippolita
      Nazwisko ma — —

      FEDRA

      O rety!

      PIASTUNKA

      Takeś tym przybita?!

      FEDRA

      Zabijasz mnie, matuchno! Ból mi serce ściska!
      Na boga, nie powtarzaj mi tego nazwiska!

      PIASTUNKA

      A widzisz! Mądra jesteś, lecz ci nie przeleci
      Przez myśl dbać o swe życie i o szczęście dzieci.

      FEDRA

      Ja kocham je!… Mną teraz dola miota inna.

      PIASTUNKA

      A wszak bez krwawej zmazy jest twa dłoń niewinna?

      FEDRA

      Bez zmazy dłoń, lecz w sercu moim plama krwawa!

      PIASTUNKA

      Azali to jest wroga zawziętego sprawa?

      FEDRA

      Wbrew woli mej i swojej druh do zguby zmusza.

      PIASTUNKA

      Czy może jaką krzywdę masz od Tezeusza?

      FEDRA

      Bodaj-żeby on krzywdy nie doznał z mej strony!

      PIASTUNKA

      I cóż cię pcha ku śmierci? Jaki grzech spełniony?

      FEDRA

      Nie przeciw tobie grzeszę, więc niech grzeszę sobie.

      PIASTUNKA

      padając jej do kolan
      Ustąpię, gdy mnie zmusisz — li wówczas to zrobię.

      FEDRA

      Co czynisz? Pragniesz zmusić, chwytając za ręce?!

      PIASTUNKA

      Za ręce i za nogi! Mów o swej udręce!

      FEDRA

      Gdy powiem, jeszcze większe sprawię ci boleści.

      PIASTUNKA

      Największy ból się dla mnie w twej utracie mieści.

      FEDRA

      Utracisz mnie! Lecz dla mnie zaszczyt jest w tej doli.

      PIASTUNKA

      O rzeczy więc zaszczytnej pani milczeć woli?

      FEDRA

      Nie powiem, aż na cnotę mój występek zmienię.

      PIASTUNKA

      Mów! Cnota twa tym większe mieć będzie znaczenie.

      FEDRA

      Ach! Odejdź! Puść tę rękę! Błagam cię, na nieba!

      PIASTUNKA

      Nie puszczę, póki nie dasz tego, czego trzeba.

      FEDRA

      O, daję ci! Cześć we mnie budzą ręce twoje!

      PIASTUNKA

      Więc mów, na ciebie kolej: ja w milczeniu stoję.

      FEDRA

      O jakież to cię, matko, rozpierały żądze!

      PIASTUNKA

      Czy byka masz na myśli? Chyba to, tak sądzę — —

      FEDRA

      O siostro nieszczęśliwa, Dioniza żono! —

      PIASTUNKA

      Co mówisz, dziecko moje?! Lżysz swe gniazdo pono!

      FEDRA

      Jam trzecia… Tak haniebnie tu ginę, nieboga!

      PIASTUNKA

      Co znaczą twoje słowa? Lęk mnie zdjął i trwoga.

      FEDRA

      Tak, stamtąd me nieszczęście! Nie od dziś ni wczora!

      PIASTUNKA

      Nic nie wiem, chociaż wiedzieć bardzo jestem skora.

      FEDRA

      Ach!
      Tyś winna to powiedzieć, co ja rzec mam tobie!

      PIASTUNKA

      Nie jestem wieszczka, nic ja z zagadką nie zrobię!

      FEDRA

      Co czuje człowiek, powiedz, gdy, jak mówią, kocha?

      PIASTUNKA

      Rozkosze same czuje, lecz i bólu trocha.

      FEDRA

      Ból moim jest udziałem. Dojmuje mi srogo…

      PIASTUNKA

      Co mówisz, dziecko moje? Ty kochasz? I kogo?

      FEDRA

      A jakie on się zowie, ów syn Amazony?

      PIASTUNKA

      Hippolytos?

      FEDRA

      Tyś rzekła, nie ja!

      PIASTUNKA

      O stracony
      Mój losie!… Co ty mówisz? Gubisz mnie na zawsze!
      Niewiasty! Nie wytrzymam! O dni me najkrwawsze!
      O życie! Gardzę życiem! Wstrętny blasku słońca!
      Umieram!… Idę sobie!… Blisko jestem końca! —
      Na wieki bądźcie zdrowe!… Że też tak się dzieje,
      Iż człowiek najzacniejszy wybiera koleje
      Występku — wbrew swej woli! Wie, że to ohyda,
      A idzie!… O, nie tylko bóstwem jest Kipryda —
      Czymś więcej jest niż bóstwem! Ona, co dziś zniszczy
      I ją, i mnie, i dom ten zmienia w kupę zgliszczy…

      PRZODOWNICA CHÓRU

      Czyście słyszały, o!
      Czyście słyszały,
      Kobiety,
      Jakie straszliwe, niesłychane zło
      Padło z warg naszej królowej?
      Raczej mi zginąć, niż patrzeć na cały
      Ból twój, co zmysły ci miesza! O rety!
      O gorze! O biada mnie biednej!
      O jakiż to los był gotowy
      Takie ci sprawić męczarnie?!
      Przemarnie
      Gnębi was dola, o ludzie,
      W łzach wychowani i trudzie!
      Zło-ś wyjawiła — czyż w jednej
      Nie zginiesz chwili? Ach, jaki
      Czekać cię może czas?!
      Dom swój ty gubisz i siebie, i nas,
      Boć już wiadomo, które sobie szlaki
      Wybrała Kiprys, o Krety
      Nieszczęsna córo ty!

      FEDRA

      wstaje spokojna i podchodzi ku chórowi.
      Trojzeńskie me niewiasty, wy, co zajmujecie
      Najdalszy zrąb ziemicy Pelopsa! Na świecie
      Żyjąca, noc niejedną strawiłam w zadumie
      Nad gorzką nędzą świata i, jak to rozumie
      Mój umysł, wraz wam powiem: więc mi się wydaje,
      Że człek nie z przyrodzenia grzeszne ma zwyczaje,
      Boć przecie ludziom wcale nie braknie rozsądku —
      Nie! Cała ona sprawa takiego jest wątku:
      My wiemy, co jest dobre, znamy wartość złego,
      A tylko postępujem inaczej. Dlaczego?
      Bo jedni są leniwi, a drudzy przenoszą
      Nad cnotę jakąś rozkosz, zaś człek się z rozkoszą
      Spotyka rozmaitą. A potem te wczasy,
      Te puste pogawędki, to zło, pełne krasy,
      I wreszcie wstyd… A wstydu dwa rodzaje mamy:
      Godziwy wstyd i drugi, co haniebne plamy
      Na domy nasze ściąga, tak, że gdyby chciano
      Właściwie je określić, te dwa wstydy, miano
      Odmienne dać by trzeba temu i tamtemu.
      Tak patrzę na te rzeczy i dziś nie wiem, czemu
      Miałby się znaleźć środek, co by moje zdanie
      Przemienił… Nie!… Już przy tym duch mój pozostanie!
      A teraz w własnej sprawie: Kiedy mnie swym grotem
      Zadała ranę miłość, myślałam li o tem,
      Jak znieść to najgodziwiej… Więc powzięłam sobie
      Zamilczeć, nic nie mówić o swojej chorobie,
      Albowiem na języku oprzeć się nie można.
      Boć umie karcić bliźnich jego siła zdrożna,
      A sobie zaś największą snać wyrządza szkodę.
      Po wtóre znosić chciałam tę moją przygodę
      Z odwagą, chciałam męstwem zmóc ten szał. A wreszcie,
      Po trzecie, gdym spostrzegła, iż serce niewieście
      Nie zdoła się okiełzać, że ma sił za mało,
      By żądzę pohamować, więc mi się wydało,
      Że umrzeć jest najlepiej, i nikt mi nie powie,
      Iż błądzę… Tak! Czci mojej niech będą świadkowie
      Chociażby najliczniejsi, ale hańbić siebie
      Przy świadkach?! Raczej hańbę w mogile zagrzebię!…
      A przy tym, żem kobieta, wiem-ci zbyt dokładnie,
      Iż wieczna zawsze hańba na kobietę spadnie,
      Co łoże swe bezcześci z cudzymi mężami!
      Tą hańbą, tak się stało, pierwsza dom swój splami
      Niewiasta cnego rodu: Bo gdy się dopuszcza
      Występku ktoś z najpierwszych, od razu i tłuszcza
      Rzecz dobrą w tym dostrzega, wielce sobie chwali
      Jakoby jakąś cnotę. Nienawidzę, dalej
      Tych, co są skromne w słowie, dla których obłuda
      Jest wszystkim, tak, że grzeszą, skoro im się uda,
      Kryjomo zdradzieckiego poszukując łoża.
      Przed posągiem Afrodyty.
      Kiprydo! Wałów morskich ty władczyni boża!
      Że one patrzeć mogą swym małżonkom w oczy,
      Że ścian się nie lękają i tej nocnej mroczy,
      Wspólniczek ich występków, by nie przemówiły!
      Mnie zasię, przyjaciółki, trzeba do mogiły,
      Bo nie chcę, aby mogło wydawać się komu,
      Żem winna sromu męża i mych dzieci sromu.
      Swobodnie, z dumnym czołem niech kroczą po ziemi
      Chwalebnych naszych Aten, niech się w nich nie pleni
      Poczucie hańby matki! Najzuchwalszy człowiek
      Nie będzie mógł do góry podnieść swoich powiek,
      Lecz spuści je jak sługa, jeśli ma w pamięci
      Srom matki lub też ojca… Jedno niech się święci
      Na zawsze: tylko to się równa życia cenie,
      Gdy duch jest sprawiedliwy, szlachetne sumienie,
      Bo przyjdzie dzień, co grzesznym postawi zwierciadło
      Przed oczy, jak dziewczynie. Oby tak nie padło,
      Bym ja się kiedy tego doczekać musiała.

      PRZODOWNICA CHÓRU

      Hej! Cnota to dla wszystkich największa jest chwała,
      Czcigodne imię ludziom na zawsze zdobywa.

      PIASTUNKA

      O pani, gdy przede mną stanęła, jak żywa,
      Twa boleść, lęk uczułam od razu i trwogę,
      Lecz całkiem niepotrzebnie. To powiedzieć mogę,
      Bo gdy się ludzie czemu raz wtóry przypatrzą,
      Sąd bywa rozumniejszy, a pomyłka rzadszą.
      Cóż stało się dziwnego? Sprawa całkiem prosta:
      Bogini cię nawiedza, swym cię gniewem chłosta —
      Miłujesz… Żaden dziw to… Wielu innych ludzi
      To samo przecież czyni. Więc skądże się budzi
      Ta chęć utraty życia dla miłości?… Powiedz!
      Na jakiżby to świat nasz zbłąkał się manowiec,
      Jeżeliby ci wszyscy, co kochali kiedy,
      I ci, co kochać będą, musieli z tej biedy
      Umierać! Nie drobnostka to budować tamy
      Przeciwko naporowi miłości. My znamy,
      Że kto się jej poddaje, ten ją znosi łatwo,
      Lecz jeślibyś zuchwale zechciała, ma dziatwo,
      Opierać się jej mocy, źle byś wyszła na tem:
      Pognębi cię, wysmaga, nie wiem jak, swym batem.
      W powietrzu ona władnie i w morskiej powodzi
      I wszystko, co tu żyje, li przez nią się rodzi.
      Kipryda nam zaszczepia ową żądzę w łonie,
      Co naszym jest początkiem na ziemskim zagonie.
      A komu nie są obce starodawne dzieje,
      Kto w pieśni się wczytuje, ten się nie zdumieje,
      Ten wie, jak się — bywało — Zeus ongi zapala
      Miłością do Semeli, ten wie, jak Kefala
      Uniosła zakochana Jutrznia złotowłosa
      W dziedzinę swych współbogów. I dzisiaj niebiosa
      Ci wszyscy zamieszkują i, tak mi się zdaje,
      Kontenci są zapewne, iż w te boże kraje
      Zawiodła ich przemożna namiętność… Ty zasię
      Sprzeciwiać chcesz się temu?… Opór nie na czasie,
      Gdyż ojciec spłodził ciebie na tych samych przecie
      Podstawach i ci sami rządzili na świecie
      Bogowie, więc się trzeba poddać pod te prawa.
      Co myślisz? Czyż nieznaną mężom jest niesława?
      Czyż nawet i najmędrszy nie widzi, iż łoże
      Bezcześci mu małżonka, a tai, jak może,
      Swą hańbę? I niejeden też ojciec pokrywa
      Miłosne uchybienia swych synów… Boć, żywa
      To prawda, człek rozumny zataja przed światem
      Wszelaką, mówię, brzydkość; nie trzeba, poza tem,
      Na życie swoje patrzeć zbyt ciemno. Nie tędy
      Prowadzą ludzkie drogi: miewa-ci swe błędy
      I dach ten, co nam domy osłania. Z tej doli
      Czy myślisz, że cię jaka potęga wyzwoli?
      Człowiekiem tylko jesteś, więc niech będzie rada
      Twa dusza, jeśli więcej dobrego posiada,
      Niż złego… Daj-że spokój, moja córko miła,
      Tej pysze bezrozumnej! Pychy-ć to jest siła,
      Gdy człek chce być mocniejszy od bogów. Bogowie
      Chcą tego, przeto miłuj. A jeśli masz zdrowie
      Odzyskać, szukaj środków godziwych. Są słowa
      Zaklęcia, czarodziejskie są pieśni: i zdrowa
      Ty będziesz, lek się znajdzie jakowyś… Mężczyzna
      Przepysznie by wyglądał — każdy mi to przyzna —
      Jeżeliby go sztuki nie wsparły niewieście.

      PRZODOWNICA CHÓRU

      Tak, Fedro, to, co ona ci mówi, jest wreszcie
      W twej doli może milsze, ale ja cię chwalę,
      Choć chwalba ma w tej chwili nie może ci wcale
      Brzmieć słodko ani twego rozradować serca.

      FEDRA

      A cóż tu szczęście ludzi i ludów uśmierca,
      Co niszczy byt nas wszystkich, jeśli nie te mowy
      Zbyt słodkie, te pochlebstwa? Pożytek gotowy
      Ma być, a nie przyjemność, z ludzkich rad: nauka,
      Jak zacnie żyć należy. Tego człek niech szuka!

      PIASTUNKA

      I cóż ta się rozwodzić? Mowa tu jest na nic.
      Tu młodzian ów potrzebny. Marniejesz bez granic,
      Co prędzej więc należy rozstrzygnąć, co prędzej
      Właściwy znaleźć środek, by ulżyć twej nędzy.
      Tak, gdyby nie ważyło tu się życie twoje
      I ty gdybyś rozumnie znosiła te znoje,
      Czyż doszłoby do tego, aby cię, o pani,
      Namawiać do rozkoszy? Nikt mi nie przygani,
      Bo tutaj się o byt twój walka toczy sroga.

      FEDRA

      Poprzestań! Zamknij usta! Raz wtóry, na Boga!
      Niech taka mnie z twej wargi nie razi ohyda!

      PIASTUNKA

      Ohyda? Tak, lecz ona bardziej ci się przyda
      Niż cnota. Trzeba działać, by twą dolę lichą
      Naprawić, a nie ginąć z pięknie brzmiącą pychą.

      FEDRA

      Na Boga!… Nie!… To prawda! Ale to są rzeczy
      Ohydne! Jeszcze-ć miłość mojej duszy człeczej
      Nie hańbi! Lecz gdy zbrodnię upiękniasz, przesadnie
      Ma noga w omijaną kałużę popadnie.

      PIASTUNKA

      Gdy takiej jesteś myśli, na cóż było grzeszyć?
      Lecz teraz bądź posłuszna! Pragnę cię pocieszyć:
      Są czary w moim domu — przypomniałam sobie
      Tej chwili — co ci mogą pomóc w twej chorobie,
      Na srom nie narażając i szkody najmniejszej
      Twym zmysłom nie przynosząc, bylebyś w dzisiejszej
      Opresji nie stchórzyła. Od twego kochanka
      Potrzebny znak — pęk włosów albo jakaś tkanka
      Z odzieży: zdobyć muszę koniecznie, w ten sposób
      Połączę jednym węzłem dwoje drogich osób.

      FEDRA

      Czy maść to, czy też napój? Cóż to są za środki?

      PIASTUNKA

      Pomocy-ć, nie nauki trza, mój skarbie słodki.

      FEDRA

      Czy abyś nie za mądra? Tego ja się boję.

      PIASTUNKA

      Zanadtoś bojaźliwa! Skąd te twoje lęki?

      FEDRA

      Ja nie chcę, byś co rzekła synowi Tezeja.

      PIASTUNKA

      Daj spokój! Już to wszystko dobrze się poskleja.
      przechodząc obok posągu Afrodyty
      A tylko ty mnie wspieraj, morskich fal królowo!…
      Poza tym wiem ja dobrze, gdzie kierować słowo…
      znika.

      CHÓR

      Erosie! Erosie!
      Ty, nawiedzając ludzi,
      Wzrokiem swym budzisz tęsknotę,
      Do serc rozkosze przelewasz im złote!
      Na złe niech ku mnie twa się moc nie trudzi,
      Niech mnie ominą niepomierne żądze!
      Ogień ni gromów tych strzały,
      Tak sądzę,
      Nigdy tej siły palącej nie miały,
      Co one bełty, które rzucać może
      Z rąk Afrodyty
      Żarów niesyty
      Eros, dzieciątko to boże!
      Daremnie, daremnie
      Nad Alfejeskimi brzegami
      I w gajach pityjskich Hellada
      Setki ofiarnych swoich wołów składa,
      Gdy do Erosa, co władnie nad nami,
      My się nie modlim. On-ci to ma klucze
      Od słodkiej łożnicy miłości,
      A tucze
      Straszliwych zniszczeń napływają w gości
      Do naszej biednej, nieszczęśliwej ziemi,
      Jeżeli po niej
      Bóg ten pogoni,
      Tknie się jej stopy swojemi.
      Wszak ona z Ojchalii
      Nieujarzmiona dziewica,
      Której dotychczas w jej lica,
      Żaden nie spojrzał młodzieniec,
      Musiała oddać swój wieniec.
      Z grodu Euryta,
      Gdy dom ojcowski się pali,
      W krwi brodząc i kurzem okryta,
      Niby bachantka biegła oszalała.
      Śród mordów i jęków fali
      Biegła coraz to dalej —
      Tak-ci Kipryda ją gnała,
      By rzucić Alkmeny synowi:
      Straszne to zaślubiny!
      Tebańskie wy mury,
      I wy, Dyrcejskie źródliska!
      O, wy to wiecie, jak ciska
      Kiprys swe gromy! Wy wiecie,
      Jak się skradają po świecie
      Jej stopy boże!
      Oto w godzinie ponurej,
      śród grzmotów i łysków w przestworze,
      Na oblubieńcze posłanie upada,
      Rażona pociskiem z góry,
      Matka Bakchusa! Wtóry
      Jest-ci to świadek nie lada,
      Że miłość jest słodka i groźna,
      Krążąca wokół, jak pszczoła.

      FEDRA

      nadsłuchująca pod drzwiami
      Uciszcie się, niewiasty! Zmilknijcie! Już po mnie!

      PRZODOWNICA CHÓRU

      Cóż dzieje się w tym domu, że tak drżysz ogromnie?

      FEDRA

      Ha! Cicho!… Chcę posłyszeć, co mówią za drzwiami.

      PRZODOWNICA CHÓRU

      Już milczę… Coś strasznego zawisło nad nami.

      FEDRA

      O biada mi! O jej!
      Nieszczęsna ja niewiasta! Tyle cierpieć muszę!

      PRZODOWNICA CHÓRU

      Jakiż to słyszysz głos
      W tej domowinie swej?
      I cóż to ci, niewiasto, tak znów szarpie duszę?
      Jakiż to nowy cios?

      FEDRA

      Zginęłam… Chodźcie bliżej, podejdźcie pod bramę —
      Te krzyki! Te hałasy! Posłuchajcie same!

      PRZODOWNICA CHÓRU

      Jeśli już jesteś tam,
      Sama baczenie miej,
      Co dzieje się w twym domu, co za zgiełk się wszczyna,
      I powiedz, ach! powiedz nam!

      FEDRA

      O, słyszę Hippolita, Amazonki syna,
      Jak rzuca na mą sługę obelżywe słowa.

      PRZODOWNICA CHÓRU

      I ja też słyszę gwar,
      Ale w zamieszce tej
      Rozeznać mi się trudno, co się za tym chowa,
      Co znaczy zgiełk, co ku nam przez te drzwi się wdarł.

      FEDRA

      Rajfurką zwie ją, słyszę, i że jest jak złodziej,
      Co żonę swego pana zdradziecko uwodzi.

      PRZODOWNICA CHÓRU

      O dniu okrutnych zdrad!
      Zgubionaś!… W doli złej
      Czym pomóc ci? Zdradziła cię służebna! Strach!
      Winę twą zna już świat!
      Ojej!
      Ach! Ach!
      Szkoda twych młodych lat!

      FEDRA

      Zgubiła mnie, zdradziła mimo własnej woli,
      Chcąc znaleźć środek na to, co tak strasznie boli.

      PRZODOWNICA CHÓRU

      A teraz co zamierzasz? Znasz-li jaką drogę?

      FEDRA

      Prócz śmierci, nic innego wymyśleć nie mogę —
      Jedyny to mój lekarz, jedyny obrońca!
      Na scenę wpada

      HIPPOLYTOS

      O matko moja, ziemio! O wy blaski słońca!
      I cóż ja słyszeć muszę?! Straszliwe wyznanie!

      PIASTUNKA

      która wpadła bezpośrednio za nim
      Bo jeszcze kto usłyszy! Cicho, słodki panie!

      HIPPOLYTOS

      Być cicho, takiej świadom ohydy i zguby?!

      PIASTUNKA

      chwytając go za rękę
      Na gładką twą prawicę zaklinam cię, luby!

      HIPPOLYTOS

      Precz! Precz stąd! Puść tę rękę! Nie tykaj odzieży!

      PIASTUNKA

      padając na kolana
      Litości! Na kolanach ta, co w ciebie wierzy!

      HIPPOLYTOS

      Powiadasz, że twe słowa cne są i szlachetne?!

      PIASTUNKA

      wstając
      Nikt wiedzieć nie powinien, o me dziecię setne!

      HIPPOLYTOS

      Nie! O tym, co jest dobre, świat ma wiedzieć cały!

      PIASTUNKA

      Chcesz łamać to, co usta twe poprzysięgały?

      HIPPOLYTOS

      Tak! Usta, lecz nie serce! Przysięgi te na nic!

      PIASTUNKA

      Mordujesz swych najdroższych, krzywdzisz ich bez granic.

      HIPPOLYTOS

      Najdroższych? Od zbrodniarzy ja zawsze z daleka.

      PIASTUNKA

      O nie bądź tak surowy! Grzech to rzecz człowieka.

      HIPPOLYTOS

      odwracając się
      O Boże! Przecz niewiastęś sprowadził na ziemię,
      Na blaski te słoneczne?! Fałszywe to plemię!
      Jeżeliś chciał ród ludzki zaszczepić po świecie,
      Nie trzeba było tego powierzać kobiecie.
      Nie! lepiej było złoto przynosić ci w darze,
      Lub miedź albo żelazo składać na ołtarze
      I za to drogą kupna dostawać chłopięta
      Stosownie do ich ceny. Rzecz byłaby święta
      Swobodnie żyć, bez kobiet, w swym domu! [Niestety!
      Dziś hańbę człek na dom swój ściąga przez kobiety!]
      Tu przykład, jakim dla nas złem jest białogłowa:
      Sam ojciec, co ją spłodził i który ją chowa,
      Dodaje jeszcze wiano, chcąc się zbyć tej plagi.
      A ten, który ją bierze, mając dość odwagi,
      To ziele jadowite, cieszy się i pieści
      Fałszywym swoim skarbem, przystraja niewieści
      Jej urok klejnotami, w piękne zdobi szaty,
      Nie bacząc, że w ten sposób niweczy bogaty
      Dobytek swego domu. [Dobrze, gdy krewniacy,
      Ci nowi szwagierkowie, jeszcze jacy tacy!
      Z uśmiechem znosi człowiek to gorzkie przymierze.
      Lecz jeśli żona zacna, zaś krewieństwo świeże
      Jest podłe, to ich podłość bardziej mu dopieka
      Niż cieszy zacność żony!]. Szczęściem jest dla człeka,
      Jeżeli w jego domu niewiasta zasiędzie
      Nie zła ani też dobra, martwa w każdym względzie.
      Przemądre są mi wstrętne. Nie dajcie mi, nieba,
      Kobiety, co ma więcej rozumu, niż trzeba
      Niewieście! Nazbyt mądra z większym Afrodycie
      Oddaje się szelmostwem. Zaś te, którym życie,
      Nie dało zbyt rozumu, nie pójdą do błota
      Tak łatwo jako tamte: chroni je głupota…
      A one powiernice! Ta służba przeklęta!
      Nie! Raczej porozmieszczać im nieme zwierzęta
      W komnatach, by nie miały odpowiadać komu
      I kogo zagadywać… Przedsię teraz w domu
      Haniebne knuje plany haniebna niewiasta,
      A służba je załatwia, wynosi do miasta.
      I ty mi oto radzisz, przeplugawy tworze,
      Bym skalał mego ojca nieskalane łoże!
      O, pójdę ja do zdroju i uszy wymyję,
      Co taką rzecz słyszały! Nie! Usta niczyje
      Nie rzekną mi, żem podły! I to już jest dla mnie
      Hańbiące, żem to słyszał. Mówię ci niekłamnie,
      Że moja li pobożność was zbawi!… Kobieto!
      Przysięgę-m lekkomyślnie złożył… Gdyby nie to,
      Wyznałbym wszystko ojcu… Idę i nie wrócę,
      Dopóki nie ma tutaj Tezeja; zarzucę
      Wędzidła na me usta i zmilknę. Lecz potem
      Zobaczę, jakże wy to za ojca powrotem
      Spojrzycie mu w oblicze — ty i twoja pani.
      Już widzę ja twą czelność, o tak znam się na niej!…
      A bodajbyście sczezły! Czyńże mi wyrzuty
      Ktokolwiek chcesz, że jestem aż nazbyt zatruty
      Przemożną nienawiścią do kobiet: przemożna
      Jest także ich nikczemność!… Dopóki ich zdrożna
      Nie skończy się nieprawość, lżyć ich nie przestanę.

      FEDRA

      O, opłakane, o!
      O, opłakane
      Są losy
      Nieszczęsnych kobiet!… By usunąć zło,
      Gdzież na to jest środek i rada?
      Któż to rozwiąże? Ukoi tę ranę?
      Wyrok już na mnie wydały niebiosy!
      O ziemio ty moja! O słońce!
      Cóż mi dziś czynić wypada?
      Jakąż wytężyć mam siłę,
      O miłe
      Drużki wy moje, by zbrodnię
      Ukryć przed światem? Czyż godnie,
      Abym znalazła obrońcę?
      Czyż jaki bóg się tu zjawi
      Albo jakowy człek,
      Co by od hańby ohydnej mnie strzegł?
      Zbyt to mnie gniecie! Na śmierć to mnie dławi!
      Nie do zniesienia te ciosy
      Dla najnędzniejszej z żon!

      PRZODOWNICA CHÓRU

      Tak! Tak! Służebna twoja, miłościwa pani,
      Zawiodła się w swej sztuce, źle wychodzisz na niej!

      FEDRA

      do piastunki
      Przepodła! Zabójczyni najdroższych ci osób!
      I cóżeś ty zrobiła?!… W ten mnie zniszczyć sposób!
      Niech Zeus, mój rodzic możny, sprzątnie cię swym gromem
      Z powierzchni na wiek wieków! A czyż mi wiadomem
      Nie było, co się stanie? Czym ci nie kazała
      Zamilczeć mojej hańby? Oto moja chwała:
      Nie mogę nawet umrzeć uczciwie. Lecz ninie
      Szukajmy innej rady. Dzięki twej przewinie
      On, wściekły, ojca swego przeciw mnie poruszy
      I świat złorzeczeniami napełni! O, z duszy
      Klnę ciebie i każdego, co nam, niewezwany,
      Wrzekomo dobrze czyniąc, złe zadaje rany.

      PIASTUNKA

      O pani, lżysz mnie za to, że me plany prysły,
      Że mi się nie udało; ból ci miesza zmysły,
      Lecz pozwól, że i ja ci na to coś odpowiem:
      Chowałam cię i dzisiaj, z bolu nad twem zdrowiem,
      Pragnęłam znaleźć środek, alem cię zawiodła.
      Znalazłszy, zyskałabym pochwałę, boć modła
      Na świecie jest dziś taka: mądra-ś, jak niewielu,
      Szczęśliwie jeśliś doszła do swojego celu.

      FEDRA

      Godziwe-ż to są rzeczy, tak skrzywdzić mnie wprzódy,
      Tak zranić mnie, a potem takie prawić cudy?

      PIASTUNKA

      Za dużo o tym mówić. Źlem ja postąpiła…
      Jest jeszcze na to środek, moja córko miła.

      FEDRA

      Ni słowa o tym więcej. Złe były twe rady
      I czyn twój był niedobry. Zatrzyj wszelkie ślady
      Za sobą! Odejdź precz stąd! Myśl tylko o sobie!
      Co dla mnie jest potrzebne, już ja sama zrobię…
      Wy zasię, cne mieszkanki trojzeńskiego grodu,
      Spełnijcie moją prośbę jedyną — zawodu
      Nie doznam: co tu zaszło, o tym ani słowa!

      PRZODOWNICA CHÓRU

      Tak chroń mnie, Artemido, córko Zeusowa,
      Że nic o tym nieszczęściu nie powiem nikomu!

      FEDRA

      Dziękuję. Znam ja środek, by od mego domu
      Odwrócić to nieszczęście. Tak jest! Tak się sprawię,
      Że dzieci nie pogrążę w hańbiącej niesławie
      I sama też dla siebie największe stąd zyski
      Wyciągnę: mej ojczyzny kreteńskiej, kołyski
      Rodzimej nie pokalam! Jedno życie skona,
      Bym mogła być w Tezejan oczach niesplamiona.

      PRZODOWNICA CHÓRU

      Chcesz spełnić coś, co nigdy odwrócić się nie da?

      FEDRA

      Chcę umrzeć. W jaki sposób, to już moja bieda.

      PRZODOWNICA CHÓRU

      Mów mądrzej!

      FEDRA

      A ty lepszą wynaleź mi radę!
      Kiprydę-ć ja weselę, jeśli życie kładę
      Tej chwili — jej w ofierze! To są gorzkie sprzęty
      Miłości!… Lecz mym skonem będzie strasznie wzięty
      I inny ktoś, ten właśnie, co w nadmiernej dumie
      Urągał moim losom! Tak, on to zrozumie,
      Oduczy się przemawiać z taką pychą o mnie,
      Nieszczęście mu nakaże zachować się skromnie.

      CHÓR

      Czemuż mnie gęsty nie urodził las?
      Czemu nie jestem jak skrzydlaty ptak,
      Który gromadą mknie w niebieski szlak,
      Bo tak mu każe Bóg!
      Nad Adrię wówczas leciałabym wraz,
      Do erydańskich smug,
      I z Heliosa cór promiennym gronem
      Gorzkie bym lała łzy nad Faetonem,
      A łzy te, z rzeczną zlewając się falą,
      W złoty się bursztyn krysztalą!
      Gdzie hesperyjski leciałabym gaj,
      Gdzie złote jabłka lśnią się, do tych dziew
      Jać bym frunęła, co słodki swój śpiew
      Szlą nad głębiny mórz;
      Gdzie na swe barki nieb ostatni skraj
      Wziął Atlas, nieb tych stróż;
      Gdzie oceanu pan zamyka drogi
      Wszelkim okrętom, gdzie Zeus chłonął błogi
      Napój miłości! Gdzie bóstwom z rąk ziemi
      Wieczna szczęśliwość się pleni.
      O białoskrzydły okręcie,
      Ty, coś od Krety wybrzeży
      Niósł moją panią po świeżej,
      Po słonej fali wód,
      Po morskim, spienionym odmęcie!…
      Dobrze jej było w ojczystej dziedzinie,
      A tu w małżeństwie snać ginie
      Ten nieszczęśliwy płód!
      Azali z Krety jeszcze
      Towarzyszyły wam wróżby złowieszcze?
      Azali was przywitały
      Na pełnej chwały
      Ziemi ateńskiej tej chwili,
      Gdyście kotwiczne liny wyrzucili,
      Wysiedli na brzeg Munichos?
      Oto patrzajcie! W jej łonie
      Strasznego gniewu niesyta
      Rozżegła dziś Afrodyta
      Grzesznej miłości żar:
      W bolu nadmiernym tonie!
      Z niepokonanej ponadludzkiej nędzy
      W łożnicę biegnie co prędzej,
      By ciężar strząsnąć z bar:
      Patrzcie, na białą szyję
      Zakłada stryczek, przed hańbą się kryje!
      Cierpiąca ponad miar srodze,
      W lęku i trwodze,
      By nie pokalać swej sławy,
      Wybiera honor i serce od krwawej
      Uwalnia dzisiaj męczarni.

      PIASTUNKA

      z wnętrza domu
      Ojej! O jej!
      Ratunku! Powiesiła się królowa! Żona
      Tezeja już nie żyje! Stracona! Stracona!

      PRZODOWNICA CHÓRU

      Ach! Stało się! O rety! Nie ma naszej pani!
      Znalazła sobie pętlę i zawisła na niej.

      PIASTUNKA

      jw.
      Dlaczego nie spieszycie? Dajcie miecz dwusieczny!
      Musimy rozdąć stryczek na tej szyi mlecznej.

      PRZODOWNICA CHÓRU (I PÓŁCHÓRU)

      Co czynić, przyjaciółki? Iść tam i od sznura
      Uwolnić naszą panią? Niech mi powie która!

      JEDNA Z CHÓRU (II PÓŁCHÓRU)

      Dlaczego? Czyż tam nie ma dość służebnej młodzi?
      Wiadomo, że skwapliwość zbytnia zawsze szkodzi.

      PIASTUNKA

      jw.
      Połóżcie na posłaniu to nieszczęsne ciało!
      O, gorzko nam w tym domu służyć dziś przystało.

      PRZODOWNICA CHÓRU

      Nie żyje już nieszczęsna kobieta! Słyszycie?
      Już zwłoki układają!… Skończyło się życie!…
      Na scenę z wieńcem na głowie, otoczony świtą zbrojnych wchodzi

      TEZEUSZ

      Niewiasty! Czy nie wiecie, co te krzyki znaczą?
      Słyszałem głos służebnych, pomieszan z rozpaczą,
      I bramy nie otwarte, a wszak się godziło,
      Ażeby przywitano świątecznie i miło
      Człowieka, który wraca z pielgrzymki. Czy może
      Staruszek nasz Pitteusz tu zasłabł? Broń Boże!
      (Wiek juścić go pochylił, lecz to los zbyt srogi,
      Ażeby miał już dzisiaj opuszczać me progi).

      PRZODOWNICA CHÓRU

      Nie starzec cię opuszcza! Młoda poszła dusza,
      By strasznym przejąć bólem serce Tezeusza.

      TEZEUSZ

      O biada! Czym utracił które z mojej dziatwy?

      PRZODOWNICA CHÓRU

      Nie! Żyją! Ale żywot bez matki niełatwy.

      TEZEUSZ

      Co? Żona? W jaki sposób? Umarła?! Nie żyje!?

      PRZODOWNICA CHÓRU

      Tak! Sama zarzuciła sobie sznur na szyję.

      TEZEUSZ

      Spotkało ją co złego? Czy z jakiej zgryzoty?

      PRZODOWNICA CHÓRU

      Nie wiemy. Myśmy same przyszły właśnie o tej
      Godzinie opłakiwać, Tezeju, twe losy.

      TEZEUSZ

      zdzierając wieniec z głowy
      Ach! Po cóż te wawrzyny mają wieńczyć włosy
      Pielgrzyma nieszczęsnego! Otwórzcie wierzeje!
      Odsuńcie mi te rygle! Ujrzę, co się dzieje
      W mym domu! Prędzej, służbo! Chcę zobaczyć żonę!
      Przez śmierć jej i me szczęście na zawsze zniszczone!
      Otwierają się drzwi środkowe, na marach zwłoki Fedry, otoczone żałobnicami.

      CHÓR

      Ojej! O jej!
      Co za straszliwy krok!
      Czyn popełniłaś — niestety! —
      Co niszczy królewski nasz dom!
      Któż ci dostarczył podniety?
      Jakiż to zmusił cię grom,
      Żeś sama swemu życiu położyła kres?
      Przyczyno naszych łez,
      Któż cię tak strącił w mrok?

      TEZEUSZ

      O moja dolo! Ach!
      O wy rodzinne me niwy!
      Dziś mnie największe spotyka nieszczęście!
      Na dom mój ciężkie upadły dziś pięście —
      Wali się cały gmach!
      Duch jakiś mściwy
      Przekleństwo rzucił złe, niewysłowione,
      Że już w mym życiu życie się nie mieści!
      Przed mymi oczy
      Fala się toczy,
      Ogromne morze boleści,
      I ja w tym morzu na wieki już tonę,
      Już się z tych głębin wydostać nie mogę!
      Zali odgadnę,
      Kto cię, mą żonę,
      Pchnął na tę drogę?
      Jakie potęgi sprawiły to zdradne,
      Że niby ptaszę, co wyrwie się z rąk
      I gdzieś już ginie bez śladu,
      Sfrunęłaś nagle do Hadu?
      O bolu bolów! O męko ty mąk!
      Z pradawnych lat
      Grzech na mnie jakiś padł,
      Spełniony przez mego praszczura,
      I stąd dziś ta moja dola!

      PRZODOWNICA CHÓRU

      Nie sam ty, książę, znosisz tę okrutną zgubę:
      Niejedni potracili swe małżonki lube.

      TEZEUSZ

      W mogilny zejść mi dół,
      Pomiędzy umarłych cienie,
      Odkąd straciłem towarzystwo twoje!
      Większe, niż sobie, mnie sprawiłaś znoje,
      Zawsze to będę czuł!
      Co za cierpienie,
      Co za nieszczęście, powiedz, ukochana,
      Tę samobójczą myśl zrodziło-ć w duszy?
      Z was, pachołkowie,
      Nikt mi nie powie —
      Nikt z was językiem nie ruszy?
      Czyście na darmo w domu swego pana?…
      O mój ty losie! O szczęścia pogrzebie!
      Biada mi! Biada!
      Okrutna rana!
      Mam ją przez ciebie!
      Patrzeć, jak dom mój w gruzy się rozpada!
      Giniemy wszyscy już po wieczny czas!
      Gmach cały pustką mi świeci,
      Osierocone me dzieci —
      Tak, opuściłaś, opuściłaś nas,
      Najlepsza z żon!
      Słońcem oblany skłon
      I miesiąc, świecący nocą,
      Czyż lepszą widział niewiastę?

      CHÓR

      O ty znękany człowiecze!
      Prawda, zburzone jest domostwo twoje,
      Los twój wyciska łzę, co twarz mi piecze —
      Ale-ć ja jeszcze o przyszłość się boję!

      TEZEUSZ

      zbliżywszy się do zwłok Fedry
      Patrz! Patrz!
      Ta ręka ukochana trzyma list! O Boże!
      Czy może coś nowego w tym piśmie? Czy może
      Zanosi jeszcze jaką prośbę na ostatek
      W ożenku mego sprawie i w sprawie mych dziatek?
      O niech się uspokoi twoja biedna dusza!
      Nie stanie druga żona obok Tezeusza,
      Nie wejdzie już w dom jego!… jakież słodko nęci
      Ten odcisk jej pierścienia tu na tej pieczęci!
      Rozłamię ją! Otworzę tę kopertę drogą,
      Zobaczę, jakie wieści być w tym liście mogą!

      CHÓR

      Ach! Ach!
      Świeży znów cios
      Śle na nas Bóg!
      Niczym me życie! I mnie ból ten zmógł,
      I ja podzielę zły los!
      Królewski bowiem zdruzgotany gmach —
      Nie ma go, nie ma na świecie.
      [O dolo! Jeśli można, niech twa dłoń nie zgniecie
      Na wieki tego domu! Słuchaj próśb mych! Wieszcze
      Mam oczy; świeża klęska budzi we mnie dreszcze].

      TEZEUSZ

      O gorze mi! gorze! Oto groza nowa!

      PRZODOWNICA CHÓRU

      Co jest? Mów, jeślim godna jest twojego słowa.

      TEZEUSZ

      Ten list! ten list!
      O pomstę woła do nieba!
      Ratunku! Ratunku mi trzeba!
      Jak się wydobyć z tych zgliszczy?
      Jak zrzucić nieszczęsne to brzemię?
      Ginę już, padam na ziemię!
      W uszach to wszystko mi świszczy —
      Straszny, straszliwy świst!…

      PRZODOWNICA CHÓRU

      Okrutny to początek! Ach, cóż będzie dalej!?

      TEZEUSZ

      Mózg mi się pali,
      Język mnie bodzie,
      Nie mogę powstrzymać już
      Mych warg!
      Słuchaj mnie, grodzie:
      Syn mój Hippolit znieważył mą leżę,
      Niepomny, że Zeus jej strzeże.
      Cnych ślubów stróż…
      Trzyś mi życzenia, ojcze Posejdonie,
      Spełnić obiecał!… Nie wchodzący w targ
      Jedno mi spełnij, jeśli żywisz w łonie
      Chęć dotrzymania: W tej samej godzinie
      Niech syn mój tu zginie,
      Niech dnia nie dożyje mój syn!

      PRZODOWNICA CHÓRU

      Odwołaj to życzenie, błagam cię, o panie!
      Żal będzie-ć po niewczasie, gdy syna nie stanie.

      TEZEUSZ

      Przenigdy! Ja go z ziemi wydalę rodzinnej
      Ponadto! Los go czeka ten albo też inny.
      Posejdon, szanujący przyrzeczenia swoje,
      W Hadesu głąb go strąci, lub tułacze znoje
      Czekają go śród obcych — sprawa to ubita!

      PRZODOWNICA CHÓRU

      W sam czas twój syn nadchodzi; przyjmij Hippolita
      Spokojnie, uśmierzywszy ten swój gniew, o książę!
      Ty wiesz, co się najlepiej z waszym dobrem wiąże.
      W otoczeniu świty wchodzi

      HIPPOLYTOS

      Twe krzyki usłyszawszy, przybiegam do ciebie,
      Mój ojcze! Wprawdzie-ć nie wiem, w jakiej-ś jest potrzebie,
      Lecz rad bym się dowiedzieć! A! Cóż to się stało?
      Małżonka twa nie żyje! Na marach jej ciało!
      Dziw dla mnie to największy! Widziałem ją bowiem
      Przed chwilą, jak najlepszym obdarzoną zdrowiem.
      A teraz… W jaki sposób zginęła?… Czyż mogę
      Dowiedzieć się od ciebie, mój ojcze?… Złą drogę
      Wybierasz, jeśli milczysz. Nieszczęść nie wypada
      Milczeniem kryć; wszak dusza ludzka dyszeć rada
      Cokolwiek, a najbardziej ciekawa jest złego.
      Źle zatem postępujesz — i nie wiem, dlaczego? —
      Gdy wobec swych przyjaciół — a jam tu dla ciebie
      Czymś więcej! — chcesz zataić, co cię w smutku grzebie.

      TEZEUSZ

      nie patrząc na Hippotylosa
      O ludzie, śmieszni ludzie! Całe wy się życie
      Przeróżnych sztuk, przeróżnych wymysłów uczycie,
      Pragniecie wszystko wiedzieć, wciąż coś majstrujecie,
      To jedno wam się tylko nie udaje w świecie,
      Ażeby nierozumnym wlać rozumu krztynę.

      HIPPOLYTOS

      O, wielki byłby mędrzec, zjawisko jedyne,
      Co mógłby do rozumu głupich zmusić ludzi!
      Lecz, zda mi się, nie w porę twój się język trudzi
      Na takie subtelności, mój ojcze! Przesadza
      Twa warga! Tak cię mąci twej boleści władza.

      TEZEUSZ

      jw.
      O, czemuż nie istnieje w dziedzinie przyjaźni
      Znak jakiś, aby człowiek mógł jak najwyraźniej
      Przekonać się, kto szczery między przyjacioły,
      A kto z pośród ich grona wyszedł z kłamstwa szkoły.
      Języki też powinien człek mieć dwa: najszczerszy
      I zwykły; fałsz drugiego odkrywałby pierwszy
      I my byśmy nie czuli rozczarowań w duszy.

      HIPPOLYTOS

      Czy który z mych przyjaciół oszukał twe uszy,
      Szkalując mnie, choć winy-m nie popełnił żadnej?
      Nie mogę wyjść z podziwu! W sposób bezprzykładny
      Zdumiewa mnie twój język. Gdzieżeś podział zmysły?
      Czy wyszły z swoich karbów? Czy się w nic rozprysły?

      TEZEUSZ

      jw.
      O Boże! Dokądże to ludzka czelność sięga?
      Gdzie rada na zuchwalstwo? Gdzież jest ta potęga,
      Co wstrzyma jego napór? Gdy pójdzie tak dalej,
      Gdy jeden się w drugiego będziem prześcigali
      W podłościach w miarę wzrostu pokoleń, o wtedy
      Dla nędznej, dla tak bardzo występnej czeredy
      Nie starczy chyba miejsca, wtedy nową ziemię
      Bogowie muszą stworzyć, by przewrotne plemię
      Osadzać na jej łanach.
      Zwracając się nagle do Hippolytosa
      Patrzcie! Oto stoi
      Przede mną mój rodzony, co łożnicy mojej
      Zbezcześcił święte progi! Zmarła świadczy o tem
      Dobitnie, jak plugawym jest mój syn pomiotem.
      Hippolytos się odwraca
      Ja, przez cię pohańbiony, nie lękam się lica
      Twojego, i ty spojrzyj w oblicze rodzica!
      Dlaczego się odwracasz? Więc tyś to ten święty
      Kochanek bóstw, ten zacny, ten grzechem nietknięty
      Wybraniec? Nie! Chełpliwość mnie twoja nie zwiedzie!
      Nie stracił Bóg rozumu, by ciebie na przedzie
      Postawić! O, tak bluźnić ja się nie ośmielę!
      Ty chwal się, ile zechcesz, gadaj aż za wiele,
      Że żywisz się li strawą roślinną, żeś cały
      Orfejskiej oddan służbie! W spleśniałe szpargały
      Zatapiaj się! Ja znam cię! Od takiego człeka
      Niech każdy jak najdalej uchodzi, ucieka!
      Albowiem pełne usta ma pobożnych zwrotów,
      A zawsze jakąś podłość popełnić jest gotów.
      Nie żyje, więc to, myślisz, wybawić cię może?
      To właśnie przeciw tobie świadczy, ty potworze!
      Czym mogą być przysięgi? Czym wszystkie dowody,
      Co miałyby ocalić ten twój żywot młody,
      Nad dowód tej — nieboszczki! Przytoczysz mi siła
      Przerozmaitych kruczków, powiesz, że się mściła
      Na tobie z nienawiści, albowiem bękarci
      Wrogami dzieci prawych, zełżesz najotwarciej,
      Że złą była szafarką żywota, jeżeli
      Tak łatwo na śmiertelnej legła dziś pościeli
      Jedynie, aby tobie dokuczyć; że dalej,
      Mężczyzna każdy mniej się namiętnością pali
      Od kobiet! A ja-ć powiem: znam ja młodzieniaszki,
      Tak samo nieodporne na żądzy igraszki,
      Gdy miłość ją rozbudzi, jak każda niewiasta.
      Nie wpada to nam w oczy u mężczyzn: wyrasta
      Z ich stanu ta im korzyść… Ale dosyć na tym!
      Nie myślę zwalczać słów twych: świadectwem bogatym,
      Świadectwem najpewniejszym jest zmarła. W te tropy
      Opuścisz kraj rodzinny i nigdy twe stopy
      Nie spoczną na ateńskiej, uświęconej ziemi,
      Ni w żadnym innym kraju, co z dzierżawy swemi
      Podlega memu berłu. Gdybym ci to płazem
      Chciał puścić, wówczas Synis istmijski, żelazem
      Przeze mnie powalony, miałby świadczyć prawo,
      Żem pustym jest chełpiszem, a nie tym, co krwawo
      Zapłacił mu za winy, i morskie opoki
      Skirońskie również przeczyćby mogły bez zwłoki,
      Czy kiedykolwiek byłem straszny dla zbrodniarzy.

      PRZODOWNICA CHÓRU

      Szczęśliwym kogoż język nazwać się odważy,
      Gdy to, co było górą, dzisiaj w proch się kładzie!

      HIPPOLYTOS

      Mój ojcze, straszna moc jest w twojej gniewnej zwadzie.
      Zbadawszy jednak sprawę, spowitą w twe słowa,
      Zobaczym, że na dnie jej prawda się nie chowa.
      Nie umiem-ci szermować zręcznie wobec tłumu.
      Lecz w gronie mych rówieśnych nie brak mi rozumu?
      Nie może być inaczej… To, co razi uszy
      Rozumnych, dla motłochu pospolitej duszy
      Rozbrzmiewa najcudniejszą muzyką. A przecie,
      Gdy takie się nieszczęście zdarzyło na świecie,
      Rozwiąże się mój język, bo musi… Rozpocznie
      Od tego, czymś ty zaczął, myślący widocznie,
      Że u mnie twa zasadzka nie znajdzie odprawy.
      Widzisz słońce i ziemię? Nie ma tu, łaskawy
      Mój ojcze, dziś człowieka, co byłby ode mnie
      Cnotliwszy, choć przekonać pragnę cię daremnie —:
      Czcić umiem naprzód bogów, potem żyję w gronie
      Przyjaciół, w których żądza występku nie płonie,
      Co, sami będąc czyści, nigdy chcieć nie mogą,
      Ażeby ich druhowie szli nieczystą drogą,
      I brudnych im też usług nie świadczą, albowiem
      Cny wstyd im nie pozwala. I to jeszcze powiem,
      Że, żyjąc z przyjaciółmi, z daleka czy z bliska
      Jednaki jestem dla nich, nigdy pośmiewiska,
      Przedmiotem ich nie czynię… Jestem i w tej mierze
      Niewinny, w której, ojcze mój, chętka cię bierze
      Przyłapać mnie tej chwili: dotychczas ja nie wiem,
      Co miłość — jestem czysty; z miłości zarzewiem
      Spotykam się li w mowie, znam-ci jej ponęty
      Li z słuchu i z obrazów, choć wstręt mam w nietkniętej,
      Niepokalanej duszy, bym mógł patrzeć na nie.
      Nie wierzysz w to, i owszem! Wyjaw więc swe zdanie,
      Dlaczego miałbym upaść? Czyż ta, na tych marach
      Leżąca, przewyższała w swych niewieścich czarach
      Ród wszystkich innych niewiast? Lub czy wraz z jej łożem
      Mniemałem tron twój posiąść? Rzec tego nie możem,
      Gdyż byłbym bez rozumu! Czyż w swej odpowiedzi
      Zaznaczysz, że i mędrzec rad na tronie siedzi?
      Nieprawda! Chyba tych on pociąga i nęci,
      Co zmysły utracili, ponad miar przejęci
      Pragnieniem samowładztwa. Jeśli o zapasy
      Helleńskie by chodziło, chciałbym po wsze czasy
      Być pierwszym, ale w państwie? Syn twój rad tu będzie,
      Gdy zajmie drugie miejsce, by w przyjaciół rzędzie
      Pracować najgodniejszych. Nic zaś nie przeszkadza
      Tej pracy. Przyjemniejsze poza tym, niż władza,
      Jest własne bezpieczeństwo… Racz wysłuchać jeszcze
      To jedno — resztę wiesz już: A więc ci obwieszczę,
      Że gdyby mi świadkował taki, jak ja człowiek,
      Lub gdyby ta nie miała zamkniętych już powiek
      Na spór nasz, wówczas dowód miałbyś tu prawdziwy,
      Kto winien. Lecz na Zeusa, który każe mściwy
      Krzywoprzysięstwo wszelkie, na tę świętość ziemi
      Przysięgam, że ni czynem, ni myślami swemi
      Ni chęcią nie dotknąłem się nigdy twej żony.
      Niech umrę bezimienny, wzgardzon, zniesławiony,
      [Wywołan z własnych dziedzin, tułacz w świat wygnany]!
      Niech zwłok mych ani morze, ani ziemskie łany
      Nie przyjmą, skoro umrę, jeśli łotr jest ze mnie.
      Czy z strachu poszła precz stąd, dociekać daremnie,
      I mnie to nie przystoi… [Słusznie postąpiła,
      Słuszności nie mająca; u mnie zaś jest siła
      Słuszności, a niesłuszność moim jest udziałem].

      PRZODOWNICA CHÓRU

      Dowiodłeś, żeś niewinny w tym nieszczęściu całem!
      Na bóstwa-ś się zaprzysiągł! Trudno nie dać wiary!

      TEZEUSZ

      Czy nie jest-że to kuglarz? Nie istne-ć to czary?
      Dobrocią mitygować chce ojcowską duszę,
      Zhańbiwszy go nasamprzód.

      HIPPOLYTOS

      A ja wyznać muszę,
      Iż serce me nad miarę wszelaką zdziwione.
      Bo gdybyś ty, mój ojcze, pohańbił mi żonę,
      Będący moim synem, ja bym za tę zbrodnię
      Nie karał cię wygnaniem, a śmiercią!

      TEZEUSZ

      O, godnie
      Przemawiasz! Lecz nie umrzesz, tak jak życzysz sobie:
      Dla łotrów dobrodziejstwem w rychłym spocząć grobie.
      Wypędzę cię z ojczyzny, na życie tułacze
      Do obcej pójdziesz ziemi! Tym ja cię uraczę!
      To kara najwłaściwsza dla takich nędzarzy.

      HIPPOLYTOS

      Wypędzasz, nie czekając, aż ci czas nadarzy
      Dowodów, żem niewinny? O gorze! mi gorze!

      TEZEUSZ

      Za krańce Atlantowe, za dalekie morze
      Gnałbym cię z nienawiści, gdybym mógł, niezwłocznie.

      HIPPOLYTOS

      Przysięgi, poręczenia, wróżby i wyrocznie
      To na nic? Precz wyrzucasz na mocy bezprawia?

      TEZEUSZ

      Dowody tu zbyteczne! Wszystko mi wyjawia
      Ten list! A jak tam ptactwo szybuje mi w górze
      Nad głową mą, o tym się ja chyba nie zdurzę!

      HIPPOLYTOS

      Bogowie! Po co milczę, jeśli wy niszczycie
      Człowieka, co was wielbi, co wam oddał życie?
      Nie! On się nie przekona! Nie uwierzy we mnie!
      Nie będę łamał przysiąg! Byłoby daremnie!

      TEZEUSZ

      Dobijasz mnie, świętoszku, słowy cnotliwemi!
      Dlaczego nie uchodzisz? Precz z ojczystej ziemi!

      HIPPOLYTOS

      Ach! Dokąd mam się zwrócić? W czyim-że dziś domu
      Gościnę znajdzie człowiek z takiem piętnem sromu?

      TEZEUSZ

      A może kto i lubi kobiet hańbicieli
      I chętnie się domostwem z zbrodniarzem podzieli?

      HIPPOLYTOS

      Ach! Serce mi się kraje, łzy wyciska smutek,
      Żem taki w twoich oczach haniebny wyrzutek.

      TEZEUSZ

      Nie! Wówczas trzeba było pokumać się z troską
      I łzami, gdyś szedł hańbić łożnicę ojcoską.

      HIPPOLYTOS

      Przemówcie głosem wielkim, o wy, nieme ściany,
      Powiedzcie, czym naprawdę człowiek pokalany?

      TEZEUSZ

      O, skrzętnie wzywasz świadków, co mówić nie mogą!
      wskazując na zmarłą
      To dzieło twe dowodem, jakąś chodził drogą.

      HIPPOLYTOS

      Ach! Chciałbym stać przed sobą, w własne patrzeć oczy
      I płakać nad tą nędzą, co mi duszę tłoczy!

      TEZEUSZ

      Samego się uwielbiać było-ć zawsze miło,
      Miast czcić rodziców swoich, jak by się godziło.

      HIPPOLYTOS

      O matko nieszczęśliwa! O losie bękarta!
      Nie życzę cię mym druhom, ty hańbo niestarta!

      TEZEUSZ

      Schwyćcie go, pachołkowie! Słyszeliście przecie,
      Że dawno mu już każę tułać się po świecie.

      HIPPOLYTOS

      Precz! Wara! Dam naukę, gdy się zbliży który!
      Ty sam, jeśli masz śmiałość, wyrzuć mnie za mury.

      TEZEUSZ

      Jeżeli nie posłuchasz, będzie mi najprościej
      Uczynić to bez żadnej dla ciebie litości.

      HIPPOLYTOS

      Snać los się mój rozstrzygnął… Wiem, jak to się stało.
      Lecz jak to wypowiedzieć, tego nie wiem. Mało
      Jest równie nieszczęśliwych! O najmilsza z bogów,
      Ma druho, towarzyszko śród leśnych rozłogów,
      Na łowach! A więc muszę, ty córko Latony,
      Opuszczać gród ateński, chwałą otoczony!
      Ach! Żegnaj mi, mój grodzie! Żegnaj Erechteja
      Ziemico! Już ostatnia rzuca mnie nadzieja,
      Ostatni raz cię widzę, Trojzeno, przemile
      Dająca w swoich murach spędzać młode chwile —
      Więc żegnaj!… Do mnie, do mnie, towarzysze młodzi!
      Wszak godzi się pożegnać, odprowadzić godzi
      Za miasto!… Już czystego ty człeka, młodzieży,
      Nie ujrzysz, choć w to własny mój rodzic nie wierzy.
      Odchodzi wraz z świtą

      CHÓR

      Prawda, gdy myśleć zaczynam
      O bóstwach, władnących na niebie,
      Wszelakiej zbywam się trwogi.
      Lecz dusza ma w smutku się grzebie,
      Na zawsze już tracę nadzieję,
      Gdy widzę drogi,
      Życia ludzkiego koleje:
      Jeden znój!
      Tak się twój
      Codzienny wciąż żywot wlecze,
      O biedny, ścigany człowiecze!

      *

      Bodajby z ręki mi bożej
      Los nie poskąpił tej doli:
      Niech szczęści mi się na ziemi,
      Niech nie znam tego, co boli!
      Zbyt się ja nisko nie nagnę
      Pomiędzy swemi,
      Ale i piąć się nie pragnę;
      Wszystko wraz,
      Czym mnie czas
      Czy dziś, czy jutro obdarzy,
      Niech przyjmę z uśmiechem na twarzy.

      *

      Mózg mi się zmącił nad miarę.
      Wszelką straciłam już wiarę,
      Albowiem patrzę, ach! patrzę,
      Jak światło helleńskie najrzadsze,
      Jak on, śród wszystkich wybrany,
      Gniewem ojcowskim ścigany,
      Rodzinne opuszcza już łany!
      O wy ojczyste wybrzeża,
      Górska dąbrowo ty świeża,
      Gdzie z sforą polował na zwierza
      On, łowiec przesłynny,
      Goniący śladem Diktynny!

      *

      Nigdy on już nie pogoni
      Z zaprzęgiem weneckich koni
      W wyścigu na brzegach Limny!
      Dom jego ojca dziś zimny
      I głuchy: Nie zabrzmią w nim lutnie,
      Co głos swój tak słały rozrzutnie
      Za progi pałacu i wrótnie!
      Leżysko córki Latony,
      Łan trawy przemiękkiej, zielonej,
      Nie będzie już nigdy wieńczony!
      Twe życie tułacze
      Niejedno dziewczę opłacze.

      *

      I ja oblewać chcę łzami
      Los, co na ciebie dziś padł —
      Źle z nami!
      O biedna ty matko! Na świat
      Wielkie wydałaś nieszczęście!
      Ach! Pięście
      Rada bym wznieść przeciw bogom
      Za gniew ich niesyty!
      O wy siostrzane Charyty!
      Czemuż ku obcym rozłogom
      Z ojczystej iść ma dziedziny
      Człowiek bez winy?!

      PRZODOWNICA CHÓRU

      Ktoś z służby Hippolyta przyspiesza tu kroku —
      Co tchu do zamku pędzi z przerażeniem w oku.
      Na scenę wpada

      GONIEC

      Gdzież jest nasz król Tezeusz! Gdzież go spotkać mogę?
      Niewiasty! Jeśli wiecie, pokażcie mi drogę!
      Czy w zamku jest tej chwili? Czy gdzie indziej może?

      PRZODOWNICA CHÓRU

      Wychodzi właśnie z domu, patrzaj, jest na dworze!

      GONIEC

      Przynoszę ci wiadomość i w smutku pogrążę
      Was wszystkich, w smutku wielkim: i ciebie, mój książę,
      I grodu ateńskiego szlachetne mieszkańce
      I tych, którzy zajmują ziem trojzeńskich krańce.

      TEZEUSZ

      Cóż stało się? Cóż mają oznaczać twe słowa?
      Na miasta dwa sąsiednie spada-ż klęska nowa?

      GONIEC

      Już nie ma Hippolyta! Albo też — słyszycie? —
      Na włosku, że tak powiem, wisi jego życie.

      TEZEUSZ

      Dlaczego? Czyżby jaki wróg mu nie przebaczył,
      Iż żonę mu, jak ojcu, podle uwieść raczył?

      GONIEC

      Przez własny Hippolytos zginął zaprząg, dalej
      Przez klątwę, którąś przesłał władcy morskiej fali,
      Swojemu rodzicowi, na własnego syna.

      TEZEUSZ

      Niebiosa! Posejdonie! Ucieczko jedyna!
      Tyś rodzic mój prawdziwy! Klątwy, którą we mnie
      Zrodziła moja krzywda, nie słałem daremnie
      Ku tobie! Wysłuchałeś!…
      Do posła
      Mów, na jakiej drodze
      Dosięgnął go miecz prawa, iżby pomścić srodze
      Mą hańbę? Jak go zmogła sprawiedliwość boża?

      GONIEC

      Staliśmy nad wybrzeżem spienionego morza,
      Zgrzebłami czyszcząc konie, wszyscy zdjęci smutkiem,
      Albowiem wieść nam przyniósł posłaniec, iż skutkiem
      Rozkazów twych już nigdy na ojcowskiej ziemi
      Nie spocznie Hippolytos stopami swojemi.
      Za chwilę i on nadszedł, a za nim gromada
      Przyjaciół i rówieśnych, aby krzyczeć „biada!”
      Wraz z nami. Ale w końcu przerwie narzekanie
      I powie: „Na co płakać? Łez mi już nie stanie.
      A ojca słuchać trzeba. Przygotować konie,
      Zaprzęgnąć je da wozu!… Już ja precz pogonię
      Z tej ziemi!” Nie czekając drugiego rozkazu,
      Zerwaliśmy się wszyscy co tchu i od razu,
      O, prędzej, niż kto słowo wypowiedzieć zdoła,
      Przed okiem królewicza zaryły się koła.
      I on, schwyciwszy lejce, z rydwanu krawędzi
      W myśliwskich wskoczy butach nań, lecz nim popędzi,
      Ku niebu wzniesie ręce i takiemi modły
      Rozpocznie wzywać Zeusa: „Jeśli jestem podły,
      Racz życie mi odebrać, ty Boże! A zasię
      Niech ojciec się przekona dziś czy po niewczasie,
      Po śmierci mej, jak strasznie mnie skrzywdził i jaki
      Zgotował los mi dzisiaj!” I biczem rumaki
      Smagnąwszy, ruszy w drogę, w Epidauru stronę
      I Argu, obok siebie mając zgromadzone
      Swe sługi, tuż przy wozie i cuglach, na dolę
      Spieszące wraz z swym panem. A kiedyśmy w pole
      Wjechali już pustynne, w kraj, który swe wzgórza
      Nadbrzeżne w głębiach morza sarońskiego nurza,
      Spod ziemi jakiś huk się wydobył straszliwy,
      By Zeusa grzmot, co trwogę rozbudza i dziwy.
      Od razu konie jęły z strachu strzyc uszami,
      Dziecinna również trwoga wstrząsnęła i nami.
      Skąd huk się ten dobywał? I oto swe oczy
      Zwróciwszy przerażone ku skalistej zboczy
      Wybrzeża, smaganego szumną pianą morza,
      Spostrzegliśmy od razu, jak się jakaś boża,
      Niezwykła zerwie fala ku niebu, opoki
      Skirońskie zatapiając w swojej mgle głębokiej.
      Z widowni znikł nam Istmos, Asklepiosa skały
      Tak samo gdzieś się oczom zdumionym podziały.
      A potem ten kłąb wody, rosnąc coraz szerzej
      I wyżej, runął z hukiem na zbocze wybrzeży,
      Ku czwórce mego pana. W tejże samej chwili
      Wśród bryzgów, wirów, syków bałwan się wysili
      I, z mocą się trzykrotną spiętrzywszy do góry,
      Na brzeg wyrzuci byka. Straszny dziw natury!
      Zaryczał i w krąg ziemia zatrzęsła się z trwogi:
      Snać rykiem odpowiada na ten ryk przesrogi!
      O, nie dla ludzkich oczu bywa widok taki!
      I czwórkę on przeraził. Stropione rumaki
      Zerwały się, lecz pan mój, świadomy rzemiosła,
      Od razu ściągnął lejce i, jak człek od wiosła,
      Potężnie w tył się przegiął i, rzemienie w ręku
      Dzierżący, nie popuścił, ażeby go z lęku
      Nie poniósł straszny zaprząg. Wszystko przecież na nic!
      Rumaki, oszalałe do ostatnich granic,
      Wędzidła gryząc twarde, mkną jak burza dzika,
      Nie troszcząc się o lejce ni dłoń kierownika.
      Hamulce nie pomogły ani tęgie spójnie
      Rydwanu. A gdy pan mój popróbował, czujnie
      Patrzący, zwrócić wóz swój na piaszczystą ziemię,
      Zastąpi koniom drogę to potworne plemię
      I zmusi je, by wstecz się cofnęły… A potem,
      Gdy one ku skaliskom strasznym pędzą lotem,
      Byk skrada się za nimi w milczeniu, dopóki
      Rydwanu nie wywróci i strzaska na sztuki,
      Kołami go przyparłszy do kamiennej ściany.
      Na drzazgi poszło wszystko, wóz był zdruzgotany:
      Do góry poleciały i buksy i sworznie.
      A on, ten nieszczęśliwiec, zawikłan niezbożnie
      W rzemienie lejc splątane, wlókł swą drogą postać
      Po ziemi, nie mogący z więzów się wydostać.
      O głazy rozbił głowę, pogruchotał kości.
      Jął krzyczeć wniebogłosy: „O, trochę litości!
      Nie gubcie mnie tak marnie! Powstrzymajcie kroku
      Wy, klacze, wychowane na moim obroku.
      O straszna klątwo ojca! Któż się tutaj zjawi
      I człeka niewinnego od śmierci wybawi?!”
      Niejeden z nas chciał pomóc, ale nazbyt z dala
      Byliśmy… Wtem, patrzymy, z więzów się wyzwala,
      Nie wiedzieć, w jaki sposób, i pada bez siły,
      Bez tchu, zaledwie żywy… Konie pogoniły
      Wraz z strasznym tym potworem między skał krawędzie
      I znikły, lecz gdzie znikły, trudno zgadnąć będzie.
      Ja-ć tylko jestem sługą w twoim domu, książę,
      Lecz w to ja nigdy w życiu uwierzyć nie zdążę,
      Iż syn twój mógł być podły. To się nie pomieści
      W mej głowie. Niech się wiesza cały ród niewieści,
      Niech cały las idajski zapełni listami,
      Królewicz się nie splamił i nigdy nie splami.

      PRZODOWNICA CHÓRU

      O rety! Świeże znowu nieszczęście mnie boli!
      Nikt losom się nie wymknie, nikt nie ujdzie doli.

      TEZEUSZ

      Cieszyłaby mnie wieść twa, gdyż żywię do człeka,
      Którego to spotkało, nienawiść, daleka
      Jest przecież moja dusza wszelkiej bezbożności:
      Czczę bogów i wiem o tym, że to kość z mych kości
      Ten syn mój, więc mi obce jest dzisiaj wesele,
      Lecz swoim go współczuciem również nie obdzielę.

      POSEŁ

      Co czynić? Mamy-ż zgodnie z twoimi zamiary
      Sprowadzić tu biedaka? Pomyśl! Gdybyś wiary
      Nie skąpił mi, nie ścigałbyś tak swego syna.

      TEZEUSZ

      Sprowadźcie go, sprowadźcie! Chwila to jedyna
      Przekonać się naocznie, iż zrządzenie boże
      Dowiodło, jak zbeszcześcić śmiał ojcowskie łoże.
      Posłaniec odchodzi.

      CHÓR

      Nieprzemożone wykonujesz rządy
      Nad wszystkim, cypryjska ty pani!
      Twoi poddani
      Mieszkańcy ziemi i niebieskiej góry,
      Za tobą Eros śpieszy krasopióry.
      Przez lądy
      Niedoścignionym mknie lotem
      I poprzez słone, rozśpiewane morze…
      A kogo muśnie swoim skrzydłem złotem
      Ta postać boża,
      Tego miłosny wraz ogarnie szał.
      Wszystko, co żyje w pustyniach, śród skał
      I pośród leśnej dziczy,
      Na lądzie i w głębiach wód,
      Wszelki pod słońcem gnieżdżący się płód,
      Człowiek i zwierz,
      Do twych poddanych się liczy:
      Świat cały wzdłuż i wszerz
      Podlega twej władzy, królowo!

      ARTEMIS

      zjawiwszy się niespostrzeżenie
      Z zacnego ojca Ajgeja zrodzony,
      Bacz na me słowo!
      Artemis, córka Latony,
      Mówi do Tezeusza:
      Przecz się raduje twa dusza?
      O zaślepiony!
      Bezbożnie zabiłeś syna!
      Rękojmia jedyna
      Kłamne świadectwo twej żony —
      Dowód niepewny! Pewnikiem twój czyn,
      Którego ofiarą padł syn.
      Z wstydu bezmiaru
      Skryć się pod ziemię, w pomroki Tartaru,
      Albo na skrzydłach uciec ci najgodniej
      Od miejsca zbrodni!
      Już nigdy bowiem danym ci nie będzie,
      Ażebyś stanąć mógł w szlachetnych rzędzie.
      Wysłuchaj, Tezeuszu, jak jest z twoją dolą.
      Choć na nic moje słowa, jeno cię zabolą.
      Lecz po to właśnie przyszłam, by pokazać tobie,
      Że syn twój był niewinny, że się może w grobie
      Położyć niezhańbiony. Pragnę ci i żądzę
      Małżonki twej wyjawić, a przy tym, jak sądzę,
      I jakąś jej szlachetność. Ugodzona strzałą
      Bogini, wstrętnej dla mnie i dla tych, co całą,
      Największą widzą rozkosz w dziewictwie, rozsądkiem
      Pragnęła przed miłosnym uchronić się wrzątkiem.
      Zgubiła ją piastunka, która się zakręci
      Od razu i synowi twemu, wbrew jej chęci,
      Objawi jej namiętność, zmusiwszy go przy tym,
      By milczał, pod przysięgą. On-ci, należytym
      Kierując się uczuciem, nie uległ namowie.
      Przysięgi tej dotrzymał, jako że bogowie
      Są w czci u tego męża — wiernie jej dochował,
      Choć ojciec taką krzywdę przeciw niemu knował.
      Zaś ona, pełna trwogi, aby ktoś jej skazy
      Nie odkrył, te kłamliwe skreśliła wyrazy,
      Mające zgubić syna. I tyś im uwierzył.

      TEZEUSZ

      O biada!

      ARTEMIS

      Zraniły cię me głowa! Ale nie uderzył
      Ostatni cios w twe serce! Milcz i słuchaj dalej:
      Nieszczęście jeszcze większe na ciebie się zwali!
      Wiedziałeś, że ci przyrzekł spełnić trzy życzenia
      Twój rodzic. On-ci swoich obietnic nie zmienia,
      Lecz ty, najgorszy z ojców, miast jednego użyć
      Na wroga, tyś się wolał synowi przysłużyć!
      Twój ojciec, władca morza, on nie mógł inaczej
      Postąpić, swych przyrzeczeń zawsze ci on raczy
      Dotrzymać, jak się godzi, szczerze a nie kłamnie.
      Zaś ty zbrodniarzem jesteś dla niego i dla mnie,
      Albowiem, nie czekając na święte wyrocznie,
      O czas się też nie troszcząc, co mógłby naocznie
      Przekonać się o prawdzie, rzuciłeś co prędzej
      Przekleństwo, własne dziecko w takiej grzebiąc nędzy!

      TEZEUSZ

      O pani! Chciałbym umrzeć!

      ARTEMIS

      Zgrzeszyłeś, lecz przecie
      Jest jeszcze przebaczenie dla ciebie na świecie.
      Kipryda to sprawiła, ażeby tak krwawo
      Nasycić swoje gniewy. Jest śród bogów prawo,
      By sobie nie przeszkadzać wzajemnie; jeżeli
      Chce czegoś ten lub tamta, nikt się nie ośmieli
      Krzyżować ich zamiarów… Mówię ci też szczerze,
      Że tylko wzgląd na Zeusa winien w pełnej mierze,
      Iż mogłam, na swą hańbę, tak spoglądać ninie,
      Jak z wszystkich mi najdroższy i najlepszy ginie.
      Zgrzeszyłeś, niewiedzący, i to grzech twój maże.
      A potem śmierć małżonki, to nieszczęście, wraże
      Dla prawdy, odebrało ci ustne dowody.
      Największej ty doznałeś boleści i szkody.
      Lecz niemniej i ja cierpię, twojej klęski świadek,
      Gdyż bogów nie raduje szlachetnych upadek.
      Na złych my tylko ludzi rzucamy swe gromy,
      Niwecząc ich ze szczętem, ich dzieci, ich domy!

      PRZODOWNICA CHÓRU

      Nieszczęsny ten człowiek, patrz! zbliża się k'nam!
      Włos potargany,
      Na ciele rany
      Śród krwawych plam!
      Jakaś podwójna to klęska,
      Strasznie zwycięska,
      Spadła na dom ten z rąk bożych!
      Na scenę służba wnosi z wolna Hippolytosa; Artemis staje w tyle, tak, że on jej nie widzi, Tezeusz z świtą i chórem po drugiej znajduje się stronie.

      HIPPOLYTOS

      O jej! O jej!
      Niesprawiedliwe wyroki
      Niesprawiedliwy wydał ojciec mój,
      I oto mięso z mych kości opada!
      Ginę! O biada!
      O biada doli mej!
      Ból się głęboki
      Wrył w moją głowę,
      Męczarnie surowe
      Żrą mózg!
      Stój!
      Dość już! Ach, dość tych rózg,
      Niech spocznie znużone me ciało!
      Ach!
      Strach, mój zaprzęgu, strach!
      I cóż ci się stało
      Żeś mi tak dzisiaj śmiertelnie dogodził?!
      Jam cię tą ręką wodził,
      Ja cię żywiłem tą ręką,
      A ty mi taką odpłaciłeś męką!
      Ach! Ach! Uważać! Na Boga!
      Służbo, litości!
      Nie dotykajcie obolałych kości!
      Dłoń wasza nazbyt jest sroga!
      Któż to prawego dotknął mi się boku?
      Zwolnijcie kroku!
      Ostrożnie podnieść mnie trzeba!
      Złożyć łagodnie
      Potępionego przez nieba,
      Mnie, ściganego klątwy ojcowskiemi!
      O Zeusie! Zeusie! Czy widzisz tę zbrodnię?
      Zali nagroda polega li na tem,
      Że człek najczystszy na ziemi,
      Człek bogobojny,
      Cnotą nad całym górujący światem,
      Takiej się doli doczekałem znojnej,
      Iż muszę ginąć bez śladu?
      I schodzę do Hadu,
      A w nikim się z ludzi
      Wdzięczność nie zbudzi
      Za zbożne to życie moje!
      Ajaj! Ajaj!
      O bole! O znoje!
      Już ja się nie ostoję!
      Puść-że mnie, puść!
      O śmierci, zbawczyni, przyjdź!
      Mają-ż katusze me róść?
      Nie chcę już żyć!
      Miecz obosieczny mi daj!
      Tnij na kawały,
      Niech zginę już cały,
      W snu wieczystego niech już zejdę kraj!
      Nieszczęsna klątwo rodzica,
      Zło, urodzone z pradawnej przewiny!
      Krwią namazane twe lica,
      Krwią, co spłynęła w mym rodzie!
      Nic cię nie wstrzyma w pochodzie?
      Nie spoczniesz ani godziny?
      Dlaczego w swoim pośpiechu
      Dosięgłaś człeka bez grzechu?
      O wy męczarnie, wy bole!
      Jakżeż się dzisiaj wyzwolę
      Z tych mąk?
      Niech mnie nareszcie w swój krąg
      Raz już sprowadza
      Hadu posępna władza!…

      ARTEMIS

      O, w jakim-ż ja nieszczęściu ciebie widzieć muszę!
      Z twej własnej szlachetności płyną twe katusze.

      HIPPOLYTOS

      Ach!
      Dech boży mnie owiewa! Czuję przez męczarnie,
      Że z ulgą się jej postać ku mym ranom garnie!
      Ty-żeś to, Artemido, drogie bóstwo moje?

      ARTEMIS

      Ja, z bogiń ci najmilsza, przy tobie tu stoję.

      HIPPOLYTOS

      Królowo, patrz! Na jaką zeszedłem ja drogę!

      ARTEMIS

      Płakałabym gorąco, lecz płakać nie mogę.

      HIPPOLYTOS

      Twój druh, towarzysz łowów, w twych oczach umiera.

      ARTEMIS

      Umiera, lecz ma łaska zawsze dlań jest szczera.

      HIPPOLYTOS

      Posągów twoich strażnik, kierownik twych koni.

      ARTEMIS

      Kipryda to sprawiła, od jej giniesz broni!

      HIPPOLYTOS

      Wiem teraz, kto tę zgubę przynosi mi w darze.

      ARTEMIS

      O cześć swoją zazdrosna, za czystość cię karze.

      HIPPOLYTOS

      Nie mnie samego gubi, troje przez nią pada.

      ARTEMIS

      Ty, ojciec, jego żona — okrutna biesiada!

      HIPPOLYTOS

      Żałować mam i ojca, którego zgubiła?

      ARTEMIS

      Podeszła go jej rady niwecząca siła.

      HIPPOLYTOS

      Ach! Ojcze! Straszne losy zdarzyły się tobie!

      TEZEUSZ

      Tak straszne, że wolałbym położyć się w grobie.

      HIPPOLYTOS

      Ta wina bardziej w ciebie godzi, niźli we mnie.

      TEZEUSZ

      Ach! Umrzeć zamiast ciebie! Żyć mi już daremnie!

      HIPPOLYTOS

      Nie wyszły ci na dobre dary Posejdona!

      TEZEUSZ

      Ta klątwa! Ach! Dlaczego z warg mych wyszła ona?!

      HIPPOLYTOS

      Jeżeli nie twa klątwa, twój miecz by mnie zabił.

      TEZEUSZ

      Ach! Jakiż bóg ze zmysłów zdrowych mnie ograbił?!

      HIPPOLYTOS

      O, gdybyż klątwa ludzi dosięgała bogów!

      ARTEMIS

      Daj spokój! Do podziemnych schodzisz teraz progów,
      Lecz wiedz, iż gniew Kiprydy, który się tak miota
      Jedynie tylko za to, że w twej duszy cnota
      Została nieskalana, nie ujdzie podzięki!
      Ja pomszczę cię! Pociskiem niechybnym z tej ręki
      Powalę najdroższego jej z ludzi, zaś ciebie
      Największą czcią otoczę na trojzeńskiej glebie.
      Dziewice, zanim pójdą do ślubu, po czasy
      Wieczyste będą swojej pozbywać się krasy,
      Warkocza, aby tobie złożyć go w ofierze.
      I łzy żałobne spadną obficie i szczerze,
      Na cześć twą będą pieśni nuciły dziewczęta,
      Nie przebrzmi miłość Fedry, świat to zapamięta,
      Że ona cię kochała… Synu Ajgejowy,
      Ty zbliż się do nieszczęsnej twego dziecka głowy,
      Obejmij ją, uściskaj! Mimo swojej chęci
      Zabiłeś go! Zgrzeszyłeś, lecz niech grzech się święci,
      Gdy taka wola bogów. A ty, Hippolycie,
      Do ojca nie miej żalu! Tracisz oto życie,
      Bo musisz. Teraz żegnaj. W twoje to oblicze
      Spoglądać już nie mogę, z tym się bowiem liczę,
      Że oddech konających znieważa niebiany,
      A widzę, iż niebawem kres ci będzie dany.
      Znika.

      HIPPOLYTOS

      I ty mi żegnaj, czysta dziewico, na zawsze!
      Z łatwością ci odchodzić, stopy najłaskawsze
      Z łatwością opuszczają tak dawnego druha.
      Przebaczam rodzicowi — druh twój ciebie słucha
      I teraz, tak jak zawsze wiodła go twa rada!
      O Boże! Mrok już ciężki na me członki pada!
      O schwyć mnie, ojcze drogi! Opuszczam te niwy!

      TEZEUSZ

      Co czynisz, dziecko drogie? O ja nieszczęśliwy!

      HIPPOLYTOS

      Już ginę! Już przed sobą widzę śmierci bramy!

      TEZEUSZ

      Odchodzisz? Nie oczyścisz ręki mi z tej plamy?

      HIPPOLYTOS

      Zdejmuję z ciebie, ojcze, krwawą mordu winę.

      TEZEUSZ

      Wyzwalasz moją duszę? Powiedz mi, nim zginę.

      HIPPOLYTOS

      Łowczynię Artemidę biorę tu na świadka!

      TEZEUSZ

      O dziecię me najdroższe! O dobroci rzadka!

      HIPPOLYTOS

      Pociechę miej tę samą z twych synów, mych braci.

      TEZEUSZ

      O duszo przeszlachetna! Któż ci to zapłaci?

      HIPPOLYTOS

      Bądź zdrów, bądź zdrów na wieki, ty mój ojcze luby!

      TEZEUSZ

      Nie umrzesz, wyjdziesz z tego, wszak nie chcesz mej zguby!?

      HIPPOLYTOS

      Wyszedłem już prawdziwie! Wnet mnie śmierć zamroczy.
      Już koniec! Ojcze drogi, zasłoń-że mi oczy.
      Umiera.

      TEZEUSZ

      opuszcza zwłoki na ziemię, przysłania powieki zmarłego, po czym służba bierze mary i zanosi je wraz z zwłokami do zamku.
      Ateny święte, Pelopsa dzierżawy!
      Jakiż to człowiek uchodzi wam prawy!
      A ja, któremu smutny żywot idzie,
      Będę pamiętał wiecznie o Kiprydzie!
      Odchodzi za zwłokami.

      CHÓR

      odchodząc
      W nas wszystkich uderzył ten cios
      Niespodziewanie!
      Skargi popłyną w głos
      I spłyną rzeki łez,
      Bo gdzie żałości jest kres,
      Któż płakać przestanie,
      Jeżeli grom
      W najlepszy bije dom?!…
      Close
      Please wait...
      x