Wolne Lektury potrzebują pomocy...



Wolne Lektury są za darmo i bez reklam, bo utrzymują się z dobrowolnych darowizn i dotacji.

Na stałe wspiera nas 376 czytelników i czytelniczek.

Niestety, minimalną stabilność działania uzyskamy dopiero przy 1000 regularnych darczyńców. Potrzebujemy Twojej pomocy!

Tak, dorzucę się do Wolnych Lektur!
Tym razem nie pomogę, przechodzę prosto do biblioteki
Znajdź nas na YouTube

Audiobooki Wolnych Lektur znajdziesz na naszym kanale na YouTube.
Kliknij, by przejść do audiobooków.

x
  1. Arkadia: 1
  2. Artysta: 1
  3. Bóg: 1 2 3 4
  4. Bunt: 1 2 3
  5. Chrystus: 1
  6. Cud: 1
  7. Czarownica: 1
  8. Czas: 1
  9. Czyn: 1 2
  10. Dusza: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10
  11. Erotyzm: 1
  12. Filozof: 1
  13. Głupota: 1
  14. Historia: 1
  15. Idealista: 1 2
  16. Klejnot: 1 2
  17. Klęska: 1
  18. Kochanek: 1 2
  19. Konflikt: 1
  20. Konflikt wewnętrzny: 1
  21. Koniec świata: 1 2 3
  22. Krew: 1
  23. Lud: 1 2 3 4
  24. Marzenie: 1
  25. Maszyna: 1 2
  26. Mądrość: 1
  27. Mędrzec: 1
  28. Miłość: 1 2 3 4 5
  29. Miłość niespełniona: 1
  30. Muzyka: 1
  31. Naród: 1
  32. Natura: 1
  33. Nieśmiertelność: 1
  34. Niewola: 1 2 3
  35. Noc: 1
  36. Obraz świata: 1 2 3 4 5 6 7
  37. Pieniądz: 1
  38. Pijaństwo: 1
  39. Pocałunek: 1
  40. Pokusa: 1
  41. Przemijanie: 1
  42. Przywódca: 1
  43. Rewolucja: 1 2 3
  44. Robotnik: 1
  45. Rodzina: 1
  46. Rośliny: 1
  47. Rozstanie: 1
  48. Siła: 1
  49. Słońce: 1 2
  50. Słowo: 1
  51. Sprawiedliwość: 1
  52. Starość: 1
  53. Strach: 1
  54. Stworzenie: 1 2
  55. Szlachcic: 1
  56. Śmierć: 1 2
  57. Tajemnica: 1
  58. Tęsknota: 1 2 3
  59. Trucizna: 1
  60. Upadek: 1
  61. Walka: 1 2
  62. Wieczór: 1
  63. Wiedza: 1
  64. Więzień: 1
  65. Wino: 1
  66. Władza: 1 2 3 4 5
  67. Wolność: 1 2 3
  68. Wzrok: 1 2
  69. Zabawa: 1 2
  70. Zbawienie: 1
  71. Zdrada: 1
  72. Zemsta: 1
  73. Żebrak: 1
  74. Życie jako wędrówka: 1 2 3

Uwspółcześniono interpunkcję, m.in. poprzez usunięcie zbiegu przecinka i pauzy oraz zastąpienie w didaskaliach przecinkami pauz występujących w roli przecinków.

Pozostałe uwspółcześnienia dotyczą fleksji (oprócz pozycji rymowych), np.: tym > tym; czem > czym; czemże > czymże; którem > którym; któremi > którymi; niem > nim; niemi > nimi; twojem > twoim; łagodnem > łagodnym; trawiastem > trawiastym itp.; pisowni łącznej/rozdzielnej, np. poczem > po czym; z za > zza; zdala > z dala; zwolna > zwolna; zdaleka > zdaleka; oddawna > od dawna; odemnie > ode mnie; przezemnie > przeze mnie; gdzieindziej > gdzie indziej; śnieżno biały > śnieżnobiały; jakież-to > jakież to; prawda-li > prawdali itp.; pisowni joty, np. lilji > lilii; Aleksandrji > Aleksandrii; Charmjon > Charmion; warjatka > wariatka; wikarja > wikaria; furtjanka > furtianka; oraz ortografii, np. pomięszana > pomieszana; puhar > puchar; przewódca > przywódca; nieokreślny > nieokreślony; jest napisano > jest napisane.

Poprawiono błędy źródła: stare dzielnicy > starej dzielnicy; nieco brudnej > nieco brudne; wiatrz > wiatr; Co mówisz > Co mówisz?; masza > masz.

Jerzy ŻuławskiEros i PsychePowieść sceniczna w siedmiu rozdziałach

ὁδὸς ἄνω κάτω μία[1]

Heraklit

Tuum fac nec respicias finem[2]

I. W Arkadii

  1. Psyche, arkadyjska królewna
  2. Arete
  3. Hedone, Kallone, Melike, Hagne, służebne dziewki Psychy
  4. Blaks, parobek
  5. Eros, bóg
  6. Hermes, poseł bogów

ArkadiaRzecz działa się w kraju szczęśliwym, w czasie, kiedy bogowie chodzili po ziemi.

Łąka przerznięta[3] strumieniem, płynącym pośród traw i kwiatów. Za strumieniem drzewa, a za nimi w głębi skały ogromne, strome i czarne, wyglądające jak mur, który kwiecistą i cichą łąkę oddziela od świata. Po skałach tu i ówdzie pną się bujne bluszcze. Na lewo w dali, na łagodnym trawiastym wzgórzu widno[4] zamek królewski, do greckiej świątyni podobny. — Nad strumieniem rozłożyste drzewo i wielki kamień pod nim. Widać też głazy, z rzadka po łące porozrzucane. W głębi wiedzie przez strumień kładka z obalonego pnia. Krajobraz pełen zachodniego słońca, ciszy i wesela.

SCENA I

Arete rozwiesza na głazach i gałęziach nad strumieniem świeżo wyprane białe szaty.
Blaks leży na wznak z rękoma pod głową i śpi.

DZIEWKI SŁUŻEBNE

trzymając się za ręce, pląsają dokoła stojącej w pośrodku Psychy i śpiewają:
Razem z wiatrem, co rozwiewa
nasze śnieżnobiałe szaty,
między strojne, wonne drzewa,
z których w słońcu kapią kwiaty,
po równinie,
co tak płynie,
— od skał płynie
traw puszystych słodką falą:
dalej w pląsy! w pląsy! W pląsy!
stopy się nam palą! — O hej!

BLAKS

budzi się i wstaje
1

Zmierżone[5] dziewki! drą się, jakby sojki! ani się człowiek zdrzemnąć nie może!

Idzie w głąb i kładzie się znowu, zatykając uszy.

DZIEWKI SŁUŻEBNE

tańcząc, znów śpiewają:
Wiatr się z włosem naszym pieści
i tak śpiewa,
— jak ptak śpiewa;
ptasząt śpiewu pełne drzewa —
a złocisty liść szeleści,
a do wtóru
dzwoni strumień, gęśl z lazuru — o hej!
Dalej w pląsy! W pląsy! W pląsy — o hej!

ARETE

od pracy:
A sam, dziewczęta![6] W główkach wam pustoty,
a tu jest jeszcze tyle do roboty!
Dziewki służebne rozwiązują taneczne koło i biegną do Arety.
Psyche zbliża się z wolna ku strumieniowi.

KALLONE

do Arety tonem usprawiedliwienia:
Prałyśmy matko, od samego świtu
w strumyku pełnym srebra i błękitu
dziane odzieże i bieluchną wełnę…

HEDONE

WieczórCzyż nie czas teraz, gdy karoca chyża
słońca ku ziemi pod wieczór się zniża
a fale złota i purpury pełne,
potańczyć, ciesząc się słońcu i wiośnie,
i tak dzień pracy zakończyć radośnie?

ARETE

Praca nie wszystka jeszcze ukończona,
choć słońce długą już przebyło drogę.
Zwińcie się, dziewki!

HAGNE

Ja ci dopomogę!

ARETE

Pomóżcie wszystkie! SłońceZ szat wilgłego łona
niech wszystkie pary wyssie i wypije
wiatr i słoneczny boski żar, co bije
z niebios, spragniony woni i wilgoci —
i wełnę bieli, a twarz dziewcząt złoci.
Służebne wraz z Aretą krzątają się, rozwieszając wyprane szaty na głazach i gałęziach.
Psyche siada na przodzie nad strumieniem i zapatrzona w nurt, igra palcami po wodzie.

SŁUŻEBNE

śpiewają przy pracy:
Suszcie się rychło, białośnieżne szaty,
bo was przywdzieje pan nasz, król bogaty,
co mieszka w dworcu o smukłych kolumnach,
stad ma bez liku i moc[7] zboża w gumnach,
zbroje i złoto, i drogą purpurę,
a przenajdroższą bogolicą córę,
— a przenajdroższą bogolicą córę.

HAGNE

odłączywszy się od dziewcząt, podchodzi ku królewnie i z wolna osuwa się przed nią na kolana
Cóż bogolica, nie pląsałaś z nami
ani nie śpiewasz? Czy ci co dolega?
Czy tak twe oczy równe gwiazdom mami
lic twych odbitych obraz, co tak biega
z fali na falę po szybie strumyka
w błyszczących kropel świetlistej koronie?
Na białej dłoni białe wsparłaś skronie
i zapatrzona w nurt, jak w dal pomyka,
nie spojrzysz nawet na twoje służebne,
co wiodą pląsy i śpiewy gędziebne
dla ciebie — jeno na serca kądzieli
przędziesz zadumę…
Psyche z tęsknym uśmiechem kładzie dłoń na głowie Hagny i z wolna głaszcze jej włosy.

MELIKE

która się była odłączyła[8] od pracujących w głębi dziewcząt i zbliżyła się do Psychy podczas ostatnich słów Hagny, mówi:
Otośmy radosne,
że bogi słońce dały, młodość, wiosnę;
wszystko się w okrąg cieszy i weseli —
ty jedna — cicha — patrzysz na te skały,
na dworzec ojca twego okazały
i na wawrzynów gaj kwieciem różowy,
na ciemne, liściem szumiące dąbrowy,
na łąki, strumyk i to białe płótno
— i łzy masz w oczach, pani?

PSYCHE

po chwili:
Tak mi smutno…

MELIKE

Smutno? I o co?

HAGNE

Wszakżeśmy[9] przy tobie!

PSYCHE

Tęsknota, PokusaPójdźcie tu do mnie, pójdźcie bliżej, obie…
Czyście wy nigdy o tym nie myślały,
aby się wyrwać za te czarne skały —
tam! I zobaczyć, co tam jest za niemi?
Czy, jako tutaj, szmat zielonej ziemi,
czy też kraina jaka dziwna, złota, wyśniona…?
Nigdy o tym nie myślicie?

MELIKE

Nigdy!

HAGNE

Ja — nigdy!

MELIKE

Tu — tak słodkie życie,
cóż cię tam ciągnie, królewno?

PSYCHE

Tęsknota…

HAGNE

Co to?

MELIKE

Królewno, cóż to jest? Nie wiemy…

PSYCHE

Wiemże ja sama[10]?…

ARETE

w głębi:
Schną już w słońcu szatki
na białe głazy rzucone i kwiatki;
teraz już pora przynieść kosze z łozy[11]
i piękną, w wodzie wybieloną wełnę
znieść na wysokie, na koleśne[12] wozy,
aby do domu powróciły pełne,
jako tu pełne przyjechały z rana,
ciążąc leniwym mułom.

HEDONE

klaszcze w ręce
Hejże, dana!
Teraz już mogę oddać się zabawie,
pląsać, ach, pląsać po puszystej trawie
i echu rzucać pieśni, jako pragnę!
Zawołam tamte, Melikę i Hagnę.

ARETE

Zawołaj wprzódy jeszcze na parobka,
by przyniósł żwawo kosze wyplecione…

HEDONE

spostrzega Blaksa i biegnie ku niemu
Śpi tam! Dalibóg! Wstawajże, mazgaju,
rusz się nareszcie, szkaradny leniuchu!

BLAKS

przeciera oczy
Co tam?

ARETE

A wstawaj!

BLAKS

Jest co do roboty?

HEDONE

I on się pyta! Biegaj jeno[13] żwawo
i przynieś kosze, które tam za ławą
ponad strumykiem zostały od rana. —
Bielizna schnie już, od dawna wyprana!
Blaks podnosi się z wolna, przeciąga i ziewa.

KALLONE

wybucha śmiechem
Jeszcze po drodze drzemkę sobie utnie!

HEDONE

rzuca na Blaksa zerwane liście
Nuże[14]!

BLAKS

A idźcież[15], uprzykrzone dziewki,
bo pókim dobry, tom dobry okrutnie,
lecz jak się zgniewam — mówię — nie przelewki!
Odchodzi poza strumyk w stronę zarośli i szuka koszów wśród krzewin. Po chwili wraca, wlokąc kosze za ucha.

HEDONE

Teraz do tańca! Hejże! Pójdźcie do mnie!

KALLONE

Albo — dziewczęta — naprzód do kąpieli,
potem oliwą namaścim się złotą
i tak w wspaniałej, nieskażonej bieli
ciał naszych młodych staniemy tu wieńcem,
aż pląsy łona ubarwią rumieńcem!

HEDONE

Więc dalej, dziewy! Niechaj zabrzmią echa
zbudzone głosem pieśni i ochoty
naszej — niech złota zadzwoni uciecha —
dalej!…

ARETE

Hej, Blaksie, chodź tu do roboty!

BLAKS

idzie, mrucząc:
Tamte sroki mogą sobie skakać do woli, ale ty Blaksie, chodź do roboty!
Zbiera wraz z Aretą bieliznę do koszów i wychodzi z nią razem.

MELIKE

Ja pieśń zawiodę[16] — taneczną, rozlewną!

HEDONE

Królewna z nami! Królewno, królewno!

PSYCHE

Tańczcie wy same…

HAGNE

O, nigdy bez ciebie!

PSYCHE

Tańczcie… To słońce gasnące na niebie,
ta woń na ziemi dziwnie mnie rozmarza…
Z ziemi woń bije, jak gdyby z ołtarza,
na którym leży słońce, żertwa[17] krwawa…
Cóż to? Siadłyście wszystkie wkoło, ciche?
Tańczcie, dziewczęta, pozwala wam Psyche —
bawcie się, proszę!

KALLONE

Bez ciebie zabawa
jest dla nas niczym!

HEDONE

Słuchaj, bogolica,
czymże rozchmurzyć twoje jasne czoło?

MELIKE

Chcesz pieśni może? — Zaśpiewam — wesołą!
Lub… o potędze twojego rodzica,
tajemniczego pana mnogich włości,
albo… o wiośnie lub o twej piękności? —
Rozkazuj, pani!

PSYCHE

Czy słyszysz te drzewa?
Każdy liść na nich pieśń przedziwną śpiewa,
hymn uroczysty jakiś na przybycie
wieczornych, świętych, tajemniczych godzin…

MELIKE

nadsłuchuje
Pono[18] szum taki w dniu twoich narodzin
niósł się po świecie… Stara wieść tak prawi…

PSYCHE

Wieść…?

MELIKE

Czy jej nie znasz? Może cię zabawi…
Ta pieśń odwieczna, dziwna, która baje,
jak raz w wiosenne i słoneczne rano
dziki Człek, idąc przez rosiste gaje,
zobaczył zorzę na niebie świetlaną,
której nie widział do onejże pory,
po nocy jeno goniąc łup przez bory —
i nagle tknięty jakąś wielką mocą,
ten pan potężny, co dotąd żył nocą,
padł na kolana i podniósł ramiona:
— O zorzo, zorzo! O zorzo złocona!…
I wtedy pono wystrzelił mu z łona
kwiat tajemniczy, ukochanie świata,
motyl złocisty, co ku słońcu wzlata
i światłem żyje… W pieśni owej rymie
królewno, twoje powtarza się imię…

PSYCHE

I co pieśń mówi?

MELIKE

Mówi, że w tej porze
śpiewać poczęły drzewa i strumienie —
i hymn ogromny szedł przez wszechstworzenie:
śpiewały góry, śpiewał las i morze…

PSYCHE

A dalej? Dalej?

MELIKE

Prawi… o tęsknocie,
o jakimś wielkim, niebosiężnym locie,
któremu skrzydło motyle nie sprosta —
i o kimś, co ma przyjść po latach wielu…

PSYCHE

Ma przyjść?

MELIKE

…o bogu i poświęcicielu
jakimś, co zbawia i wznosi, choć chłosta…
Więcej nie pomnę…

PSYCHE

O moja tęsknoto!

HAGNE

To pieśń o tobie, o tobie, królewno!
Gdy wieczór słońcu twarz zakryje złotą,
na czole twoim widno jasność zwiewną,
a u twych ramion, jak dwie nikłe tęcze,
coś jakby barwne dwie błonki pajęcze
lub listki róży: skrzydełka motyle
z świateł utkane, co błysną na chwilę
i nikną znowu… i znów widne, rosą
ranną się mienią…

ARETE

zbliża się do grupy dziewcząt
Wstawajcie! Dziewczęta!
Oto zachodu już godzina święta
spływa na ziemię. Pokłon — po zwyczaju —
oddajmy bóstwom strumienia i gaju,
który nam w żarach dnia dał słodkie cienie —
i pójdźmy. Czas nam zejść z tej wonnej łąki,
gdzie pośród trawy skryte kwiatów pąki
czekają w ciszy na ożywcze tchnienie
tajnego bóstwa, co okrąża światy
i błogosławi nocą drzewa, kwiaty
i wszystko żywe a łaknące płodu.
Nam się nie godzi przeszkadzać mu w dziele,
które tu pocznie już za chwil niewiele;
do królewskiego zatem spieszmy grodu,
by do zamczystej poznosić komnaty
pracą dnia czysto wybielone szaty.
Dziewki służebne, powstawszy, odchodzą za idącą naprzód Aretą. Tuż za nią postępuje Hedone, potem Kallone, za nią Melike, a Hagne na końcu.

HEDONE

odwraca się
A ty czy z nami nie idziesz, królewno?

PSYCHE

Idźcie! Za chwilę podążę za wami!

MELIKE

My biegniem szybko! Możesz nie dogonić…

HAGNE

przypada do stóp Psychy
Zostanę z tobą!
Arete wychodzi wraz z trzema służebnymi.

PSYCHE

do Hagny:
Zostaniesz! — Czy długo?

HAGNE

Jak sama zechcesz, jestem twoją sługą…

PSYCHE

Tamte już poszły… Arete czcigodna
tak je odwiodła ode mnie do domu
rodzica mego, potężnego króla…
Hedone, w której złota radość płonie,
i bogom równa pięknością Kallone
poszła — i słodka Melike, ptak śpiewny…
Kiedyż je ujrzę? — Kiedy ujrzę znowu?

HAGNE

Możemy jeszcze podążyć za nimi…

PSYCHE

Nie, już za późno, już ich nie dognamy!
Patrz! Oto weszły na zielone wzgórze
i — białe — kroczą po schodach w marmurze
kutych, co wiodą do złocistej bramy —
zamku mojego ojca… Patrz! Przez wrota
rozwarte jasność wybuchnęła złota —
już je zamknięto…

HAGNE

Co tobie, królewno?

PSYCHE

Ta powieść stara tak mnie poruszyła,
powieść Meliki… Tęsknota, MarzenieTak śni mi się czasem,
żem to istotnie ja była, przed wiekiem,
zrodzona z człeczej ogromnej tęsknoty
za słońcem, pięknem, niebem i zaświatem…
Zda się, pamiętam jakieś złote gaje
i zawieszone na głazach ruczaje,
morza ogromne, niebosiężne szczyty
i w zórz uśmiechach rozlśnione błękity,
w które mię kiedyś szczęśliwą uniesie
On…

HAGNE

Kto?

PSYCHE

Ja nie wiem… On! mój nienazwany,
którego łąki czekają i łany,
uśpione ptaki po lasach i kwiaty
i ja — stęskniona, pragnąca, a pewna,
że przyjdzie w jakąś najsłodszą godzinę,
kiedy dokoła wszystko będzie ciche,
i po imieniu zawoła mnie: Psyche! —
i zbudzi we mnie coś, co jest mną samą…
Wtedy te skały otworzą się bramą
i ja na skrzydłach jego — bo skrzydlaty
będzie! — polecę na te jasne światy,
na czarodziejskie te ziemie i niwy,
na łąki, kędy lśni w brylantach rosa,
w kraj jakiś dziwny, szeroki, szczęśliwy,
w chmury — nad chmury — i w błękit, w niebiosa!

BLAKS

ukazuje się na ścieżce w głębi
2

Cienie Hadesu na tę głupią zorzę czerwoną, rozmazaną po niebie, jak rumieniec na pyzatej gębie! W ślepia mnie razi, a gdy się od niej odwrócę — wszystko czarne dokoła!

HAGNE

3

To Blaks się wlecze… Idzie w tę stronę…

BLAKS

4

Ho, hop! Królewno!

HAGNE

5

Czego tam, parobku!

BLAKS

do Psychy:
6

A! jesteście, dostojna panno! I ta dzierlatka z wami…

HAGNE

7

Po co tu przyszedłeś?

BLAKS

8

Nie z własnej ochoty, to pewna! Wysłała mnie Arete, zaniepokojona waszą nieobecnością. To jest — nieobecnością królewny. Mam was zaprowadzić do domu…

PSYCHE

9

Możesz odejść, sługo. Nie jesteś mi potrzebny…

BLAKS

odchodzi w stronę zarośli, mrucząc:
10

Możesz odejść!… A Arete wygarbuje mi skórę, żem nie przyprowadził królewny… Wolę tu w krzaku zaczekać, aż skończą swoje pogwarki. Prześpię się chociaż tymczasem.

Układa się w głębi na ziemi pod krzakiem, niespostrzeżony przez kobiety, które sądzą, że odszedł do domu.

HAGNE

A jednak może czas i nam, królewno,
iść już do domu?… Rosa już opada
i twarz miesiąca wypłynęła blada
z niknącej zorzy… Czekają nas pewno
w złotym pałacu twojego rodzica…

PSYCHE

Więc pójdziem w blaskach srebrzystych księżyca…
Patrz, ten ostatni rąbek krwawej zorzy
lśni pośród drzewin, jakby uśmiech boży,
przed nadchodzącym snem rzucony światu…
Tam, gdzie przed chwilą był namiot z szkarłatu,
teraz się błękit bezdenny rozpina
i mży gwiazdami… O, słodka godzina!
O, przenajświętsza godzina przemiany!
Czy słyszysz, jak się szmer strumienia szklany
zmienia w głęboki, cichy szept zachwytu?
Wiatr wstrząsnął szczytem drzew i z drzew tych szczytu
strącił pieśń jakąś… Czy słyszysz, jak liście
dźwięczą i szemrzą, szeleszczą srebrzyście
i wieszczą chwile przedziwne, jedyne?

HAGNE

Pójdźmy do domu…

PSYCHE

Widzisz, jak się krzewy
gną wawrzynowe? Rozkoszne powiewy
przeszły przez senną ciemnych krzów gęstwinę…
Nie! To krok jakiś! Słyszysz, jak się skrada
cicho, cichutko…

HAGNE

To Noc idzie blada…

PSYCHE

NocNoc bez szelestu płynie — czarna po dniu wdowa…
Czy słyszysz? — skrzydeł jakichś wielkich wianie —
i ten szept kwiatów, taki niesłychanie
słodki, jak jakieś w sercu śnione słowa…
Czy czujesz dziwną powietrza omdlałość
i tę gwiazd białych nadzwyczajną białość…?
Dreszcz przeszedł wszystkie drzewa, wszystkie kwiaty…

HAGNE

To Sen nad światem waży się skrzydlaty —
pójdźmy, królewno!

PSYCHE

O, Hagne! O, Hagne!
Wszak On jest tutaj! On jest tu gdzieś blisko,
On! Wszechpotężny, święty, nienazwany!
Wszak to pod jego stopą drży to kwiecie
i z jego skrzydeł wiew ten idzie lasem,
co daje drzewom zachwycone głosy
i do rozkosznych łkań przymusza strumień…
O, przybądź! Przybądź! Czekam cię! Przybywaj!

HAGNE

Królewno! Kogo ty wołasz? Mnie straszno!

PSYCHE

Jestem jak strumień, jak te drżące drzewa:
harfą jedynie, co pieśń wieczną śpiewa,
kiedy ją palcem tknie twa ręka święta!
Czekam posłuszna, pod twą dłoń ugięta:
przybywaj, panie! I połóż swe dłonie
na strunach, które napięte w mym łonie
z dawien czekają, byś je zmienił w dźwięki
jednym dotknięciem czarodziejskiej ręki:
niczym bez ciebie jestem, cichym listkiem
na drzewie świata — z tobą będę wszystkiem,
wichrze! Wioń!

HAGNE

Pani! Ja się ciebie boję!
Królewno moja!…
Wybiega.

PSYCHE

Oto jestem sama,
oto tęsknota moja cię przyzywa:
przybądź na skrzydłach, jako wichr szerokich,
o, ty potężny, ty nieznany boże,
któryś jest — czuję! — jak otchłań, jak morze,
jak niezgłębione powietrzne przestworze! —
Weź mię i pochłoń, jako morze sine:
niechaj utonę w tobie, niechaj zginę,
boże! Niech będę jeno ust twych tchnieniem,
echem twej piersi, twoich skrzydeł cieniem,
o, wielki! Święty! O, boże nieznany!
Od wieków śniony i oczekiwany!
po chwili:
Przez tę tęsknotę zaklinam cię moją
i przez te kwiaty, których woń się wzmaga
i ciężkie, słodkie kadzidła rozlewa
między rozkosznym szeptem drżące drzewa —
przez strumień, co mi twoją bliskość wieści,
od łkań serdecznych zanosząc się w ciszy —
przez rozmodlonych wiatrów szept namiętny —
i przez te gwiazdy, błogością pijane
co sennie patrzą z głębiny błękitu —
przez serce moje, które drży i pęka
z nadmiaru szczęścia — Panie! Łaknę płodu,
jak kwiat! Chcę skrzydeł! — przybądź — niech się stanie!
PocałunekNa ciemnym tle drzew, poza plecyma[19] Psychy ukazuje się w księżycowym obrzasku młodzieńcza, smukła, olbrzymimi opuszczonymi skrzydłami obarczona, boska i promienna postać Erosa i zbliża się z wolna do królewny.

PSYCHE

która nie widzi zbliżającego się boga:
Głos mi zamiera i lękiem drży łono:
jakież to wonie niewymowne wioną?…
Przedziwna jakaś rozkoszna muzyka
dźwięcznych mgieł srebrnych dreszczem mnie przenika…
wszystko mi w oczach ćmi się, drży, wiruje,
— jesteś tu blisko! Jesteś tutaj! Czuję… —
gwiazdy dokoła mnie krążą i dźwięczą
i skrzą się w oczach przesłoniętych tęczą —
mdleję ze szczęścia, z rozkosznego bólu:
panie mój! Panie! Mój panie i królu!
Osuwa się w tył i pada w ramiona stojącego już za nią Erosa.
Eros nachyla się nad nią i całuje w usta. Biała, gęsta mgła wstaje z łąki, spowija Erosa i zwieszoną w jego ramionach Psychę i zasłania cały krajobraz.

SCENA II

Mgła opada, niebo szarzeje świtem. Pod drzewami ściele się jeszcze gęsty cień, rozświetlony tylko nieco jaśnieniem, które bije od boskiego ciała Erosa.
Blaks w krzakach ukryty śpi. — Psyche leży uśpiona na darniowym wzniesieniu. — Eros klęczy pochylony nad nią.

PSYCHE

przez sen:
Tonią błękitu niesiesz mnie, skrzydlaty!
Na jakieś we snach widywane światy —
a wkoło gwiazdy — wonne, złote kwiaty…
o, nieś mnie! Nieś mnie…

EROS

Śnij, kochanko moja!
Całuje śpiącą i powstaje, aby odejść.

PSYCHE

budząc się:
Gdzieś ty?

EROS

Przy tobie…

PSYCHE

Czy to mi się śniło,
żeś chciał ode mnie odlecieć, kochany?

EROS

Dzień się już robi — moje skrzydła chyże
muszą doścignąć noc, która ucieka.

PSYCHE

Nie odchodź! — Pragnę widzieć twoje lica,
które mi teraz kryje cień niedobry:
muszą być jasne, jako twarz księżyca;
twe oczy muszą być jak ta krynica,
w której się niebo zwierciedli[20] bezbrzeżne;
czuję twych skrzydeł wiew — pewno są śnieżne
jak te obłoki, co się kąpią z rana
w toni błękitu…

EROS

Cicho, ukochana!
czy czujesz uścisk ramion mych miłosny?

PSYCHE

Tak mi jest dobrze — i już pragnę tylko
ujrzeć cię jeszcze, kochanku mój złoty!
Chociaż tak bliski, jesteś mi nieznany,
jakoś mi wczoraj był — oczekiwany.
Mam cię w ramionach, a mrę od tęsknoty…
Kto jesteś, panie?

Bóg, Stworzenie, Miłość, KochanekEROS

Nie pytaj! Ja schodzę,
jak złodziej nocny i jak sen ulatam,
aby znów wrócić… Moja twarz zakryta:
zna mnie ten tylko, kto mnie nie poznaje —
chociaż mnie zaznał. Tyś moja wybrana —
o tobiem marzył, zanim świat ten jeszcze
dźwignąłem z głębin mętnego chaosu!
Dla ciebiem ziemię zbudował zieloną —
gdyś jeszcze spała, jam na twe przybycie
w kwiaty ją stroił i pobudził ptaki,
aby ci o mnie śpiewały! I oto mojaś
jest, moja! Moja, moja — Psyche!
Na wieki moja!

Kochanek, Tajemnica, Rozstanie, Bóg, Wzrok, WiedzaBLAKS

który przed chwilą zbudził się był[21], stoi teraz za krzakiem i pogląda[22] ze zdumieniem na Erosa, mrucząc:
11

Czyżbym spał jeszcze? — Nie! Śniła mi się kasza ze słoniną, a tu widzę… Tfy! Jakiś chłystek gładki o cienkich łydkach i jak gęś skrzydlaty grucha sobie z królewną!

PSYCHE

Chcę być wiecznie twoja!

EROS

Więc nie otwieraj oczu na me lica!

PSYCHE

Dlaczego? — ktoś jest?

EROS

Jam jest Tajemnica!

PSYCHE

I czyż ja nigdy poznać cię nie mogę?

EROS

Owszem, lecz długą wpierw przejść musisz drogę,
zanim posiędziesz mnie już ostatecznie.
Będę przy tobie — niewidzialny — wiecznie!
Przeze mnie będziesz czuć radość i trwogę,
przeze mnie wzrastać w moc, przeze mnie wzlatać,
i błogosławić przeze mnie, i bratać
w sobie żywioły w wielkim, świętym hymnie,
ty, niewidząca mnie, a żywa przy mnie:
aż dzień nadejdzie, kiedy w blaskach słońca
twarz swą odkryję na szczęście bez końca —
kochanko moja, zorzy jasne dziecię,
gwiazdo zaranna, wonny świata kwiecie,
motylu złoty!

BLAKS

do siebie:
12

Dowcipny śmiałek! Chciałby się — widno[23] — ożenić z królewną i wziąć bogate wiano!

PSYCHE

Oto świt się zbliża
i ptak się ze snu budzi na gałęzi…
Włosami mymi cię zwiążę, w uwięzi
włosów zatrzymam, aż ta zorza chyża
lekkimi stopy wzejdzie i — rumiana —
ozłoci blaskiem twarz mojego pana,
bym ją ujrzała…

EROS

Stój! — gdy w nią przedwcześnie
spojrzysz — to szczęście zemrze i nie wskrześnie[24]!
Bądź zdrowa, słodka moja!
Pochyla się nad Psychą i całuje ją w usta, po czym zarzuca na twarz rąbek zawieszonej na ramieniu szaty.

BLAKS

mówi tymczasem do siebie:
13

Hola! Ptaszek chce odlecieć! Zakrywa gębę, aby go nie poznano! Zdaje się, że Arete mnie pochwali, jeśli go schwycę za te gęsie skrzydła i przywiodę do pałacu, aby mu dano chłostę!

Skrada się ku Erosowi.

PSYCHE

Jeszcze chwilę!
Dzień jest tak długi! I godzin w nim tyle,
które przepędzę w tęsknocie za tobą!
O, zostań! Zostań! Czekałam tak długo,
nim — król — stanąłeś przede mną, swą sługą!…

EROS

uchyla nieco zasłony z twarzy i jeszcze raz całuje Psychę
Gdy gwiazdy błysną, przyjdę znów, jak wczora…
całować usta twoje… Czas mi w drogę —
żegnaj! — Świt bliski…
Niebo rozwidnia się zorzą.

BLAKS

chwyta pochylonego Erosa za skrzydła
14

A tuś mi, urwiszu[25], nocny włóczęgo!

Eros odwraca się szybko. Zasłona opada mu z czoła. Widno twarz boską, promienną, straszną.

BLAKS

z krzykiem:
15

Bóg! Jakiś bóg straszliwy!

Pada na twarz, kilka kroków w tył uskoczywszy, jakby go piorun powalił na ziemię.

PSYCHE

rzuca się przed Erosem na kolana i jedną ręką obejmuje jego nogi, zaś drugą czepia się zasłony, nie pozwalając mu zakryć twarzy na nowo
Widzę cię, mój królu!
widzę, straszliwy, jasny, boski panie!
O! Jak płomienna włosów twoich grzywa!
Jakże twe oczy w błyskawicach płoną! —
Jak pożar usta twe! Jak burza wioną
twe skrzydła, panie!

EROS

Cóżeś, nieszczęśliwa,
zrobiła! Nie patrz!
Usiłuje twarz zasłonić.

PSYCHE

powstrzymuje mu rękę
Nie zasłaniaj lica!
Niech zginę, patrząc w nie, straszliwy boże,
któryś wszedł dzisiaj w me dziewicze łoże,
jak mąż — kochanku!

EROS

Nie zginiesz! — Lecz nigdy
już mię nie zoczysz! — Odchodzę — na wieki!
Ja jestem… Eros!
Uwalnia się z objęć Psychy i znika w leśnej gęstwinie.

PSYCHE

Eros! Ha! Eros!
Zakrywa oczy.

BLAKS

powstaje z wolna z ziemi
16

A to mnie powalił! Jakby mnie kto pięścią między oczy zajechał!… Bóg to był jakiś potężny, widocznie bóg! Gotów jestem ofiarować mu parę wróbli za to, że odszedł, ale niechże nie wraca!

Słońce wschodzi.

ŚPIEW SŁUŻEBNYCH

daleki:
O, witaj, witaj nam, zaranna jutrznio,
witajcie złote, promieniste zorze,
o, witaj słońce, niepojęty boże,
który przeszywasz noc płomienną włócznią!
O, witaj w blaskach i tęczach poranku —
o, witaj, słońce!

PSYCHE

z krzykiem:
Panie mój! kochanku!
Blaks ogląda się szybko, jakby w obawie, czy Eros nie wraca.

ŚPIEW SŁUŻEBNYCH

Błogosławiony bądź nam, dniu promienny!
Radości oczu naszych, dawco łaski,
co życie siejesz w krąg i złote blaski!
O, święty, święty, święty blasku dzienny,
napoju życia w nieb przeczystej czarze,
bądź błogosławion!

PSYCHE

Co to? Czy ja marzę?
Wszakże on był tu? — Odszedł już — na wieki?
Już go nie ujrzą nigdy oczy moje,
już nie obejmą ramiona — już nigdy…?
O, dniu! O, złoty dniu! O, bądź przeklęty!
O, nocy! nocy! Powróć mi się, nocy!

BLAKS

postępuje naprzód
17

Królewno…

PSYCHE

O, patrzcie na mnie, nieszczęsną, bogowie!
Patrzcie, czy sroższy los padł komu w dziale!
Zaledwie wargi moje, jako ptaki
spragnione rosy, przyszły pić z krynicy
żywej ust jego — już im zdrój zamknięto;
a są pragnące jeszcze wargi moje!
Ledwom w uścisku jego ramion drżąca
do boskiej piersi przytuliła głowę:
już go straciłam! Nim dość miałam czasu,
aby ukoić nim tęsknotę żrącą
mojej miłości!… I znowu tęsknota,
gorsza niż wprzódy, serce mi rozdziera!…
Oto błagalną dłoń podnoszę do was,
o, dobrzy, święci, potężni bogowie:
dajcie mi pomoc, nieszczęśliwej wdowie —
w szacie weselnej!

BLAKS

do siebie:
18

Gotowa znowu jakiego boga wywołać, a ja mam już dosyć tego! — Królewno!

PSYCHE

Precz idź! Precz ode mnie!

BLAKS

19

Nie masz się o co gniewać na mnie, królewno. Chciałem ci tylko powiedzieć, abyś nie płakała. Co ci tam po jakimś skrzydlatym bożku, którego nigdy nie można być pewnym… Wszak tylu bogatych młodzieńców ubiega się o twoją rękę…

PSYCHE

Święci niebianie! Czyż i to szyderstwo
z waszej mnie woli, nieszczęsną, spotyka!
do Blaksa:
Bądź mi przeklęty! Bądź przeklęty! Obyś
nigdy się nie był znalazł na mej drodze!
Ty, coś me szczęście spłoszył! Nienawistny!
Nie sługą moim jesteś, ale wrogiem!

BLAKS

20

Niechże i tak będzie! Pamiętaj tylko, żeś mnie ty sama przeklęła!…

PSYCHE

Obym dnia raczej nie znała jasnego!
Oby mię czarna ziemia pochłonęła! …
Litości, bogi, litości! Litości!
Oto tęsknota pożre mnie i strawi,
jako kierz suchy, rzucony w ognisko
tego strasznego słowa: już na wieki!
Na ciężkie próby skażcie mnie, najcięższe:
ja zniosę wszystko, sławiąc was, bogowie,
ale nadzieję dajcie mi! Nadzieję,
że go odzyskam, albo — śmierć mi dajcie!

BLAKS

do siebie:
21

Wywoła znów boga jakiego — ani chybi!

Słychać grzmot przeciągły.
22

Otóż macie! — wolę się ukryć zawczasu!

Ustępuje między zarośla.

PSYCHE

Dzięki, niebiescy! — Oto znak dajecie,
iżeście jęki moje usłyszeli!
O, dzięki! — Klęczę w szat swych ślubnych bieli,
zgięta przed wami jak to lilii kwiecie,
którym w burzliwy czas wicher pomiata:
o, dajcie pomoc! — Mówcie, władcy świata!
Ponowny grzmot i błyskawica; ukazuje się Hermes w skrzydlatych sandałach i z posochem[26] w ręku.

HERMES

Bóg, Wzrok, NieśmiertelnośćGłos twój przeniknął na Olimpu szczyty,
o, słodka Psyche, i litosne serca
bogów poruszył. Powiedz, czego żądasz?

PSYCHE

Kochanka mego wróć mi — lub daj umrzeć!

HERMES

Umrzeć nie możesz! Kto w twarz boga spojrzał,
jest nieśmiertelny! — Musi żyć na wieki!

BLAKS

do siebie, na uboczu:
23

Patrzcie! To i ja będę nieśmiertelny! Dobrze wiedzieć!

PSYCHE

Lecz ty wiesz, panie! Że ja żyć nie mogę,
odkąd straciłam jego! Wiesz, że płaczem
każde me słowo będzie, że myśl każda,
moja rozpaczą będzie i przekleństwem,
jeśli mi nie dasz nadziei, że winę
mogę odkupić i znów go odzyskać!

HERMES

Bogowie, którzy cię na to stworzyli,
ażebyś była jasną świata gwiazdą,
nie chcą rozpaczy twojej — i dlatego
przez usta moje ślą ci pełen łaski
wyrok: On wróci i znów będzie twoim!

PSYCHE

On wróci, panie? Ty powiadasz: wróci?

HERMES

To wola niebian. Ale żeś spojrzała
w twarz największego z bogów, który stworzył
wszystko i wszystkim bez wyjątku włada —
a tajemnicą jest niedocieczoną:
musisz za karę, zanim go odzyszczesz[27],
jako wygnanka przejść ten świat szeroki,
goniąc za szumem jego boskich skrzydeł;
musisz go szukać, wznosić się i padać,
i ręce łamać, i lać łzy, i biadać,
łudzić się, błądzić wśród burz i mamideł,
o ciernie stopy ranić i opoki —
aż się dopełnią odwieczne wyroki:
aż cię przepali ta święta pożoga,
którą on w łono twoje tchnął ustami,
i wyżre winę, co cię dzisiaj plami!
Bo kto śmiał spojrzeć w twarz zakrytą boga,
musi go poznać przez ból i męczarnie,
zanim go znajdzie — w szczęściu — i ogarnie!

PSYCHE

Jestem posłuszna…

HERMES

wznosi rękę; grzmot — wśród skał otwiera się szeroki wąwóz, przez który widno[28] dalekie kraje i morza.
Rozwarła się brama!
Powstań, wygnanko — oto twoja droga!
Stoi z wyciągniętą rozkazująco ręką, wskazując królewnie widny z daleka świat.

PSYCHE

cofa się strwożona
O, panie! Lęk mię ogarnia i trwoga…
Ja mam przez świat ten wielki iść… i sama?

HERMES

Pójdziesz z nadzieją! I z tym człekiem razem,
co winę twoją dzieli i wygnanie
ma dzielić także!
Wskazuje posochem Blaksa, kryjącego się wśród zarośli.

PSYCHE

O, litości, panie!
Byle nie z nim iść! Byle nie z tym płazem!

HERMES

To twój towarzysz! — Własną winą ciężką
tyś swoją rękę z jego dłonią skuła!
Nie wpierw się odeń uwolnisz, aż czynem
własnym, już czysta, zbawisz razem siebie!

BLAKS

upada strwożony na kolana przed Hermesem
24

Daruj, jasny boże, który nieustannie grzmisz bez potrzeby! Moja wina nie jest tak ciężka, jak ci się wydaje. Jeśliś jest wszechwiedny, to wiesz sam, że nie miałem zamiaru tamtemu czcigodnemu bogu skrzydeł połamać! Bardzo lekko je ująłem…

HERMES

do Psychy:
Wahasz się?

PSYCHE

Idę.

HERMES

do Blaksa:
Ruszaj za jej śladem!

BLAKS

powstaje
Ruszaj, to ruszaj! Ja i tak nie zginę!

PSYCHE

odwraca się jeszcze
Żegnajcie łąki arkadyjskie, ciche!
Żegnajcie kwiaty i przeczyste zdroje,
ty, ojcze, żegnaj! I wy, dziewy moje!
wygnanka — idę.

GŁOS ARETY

daleki:
Psyche! Gdzieś ty, Psyche!
Chmurzy się, przeciągły świst wichru.
Psyche zatrzymuje się na chwilę i ogląda, ale przynaglona rozkazująco wyciągniętą ręką Hermesową, z cichym jękiem idzie w stronę rozwartego wąwozu.
Blaks postępuje za nią.

II. Zmierzch bogów

  1. Blaks, prefekt rzymski w Aleksandrii
  2. Arystos
  3. Charmion
  4. Filozof
  5. Stary Grek
  6. Rycerz rzymski
  7. Jeden z biesiadników
  8. Laida
  9. Jedna z kobiet
  10. Psyche, wędrowna śpiewaczka
  11. Stary niewolnik
  12. Biesiadnicy, Kobiety, Niewolnicy, Harfiarze

Rzecz działa się w Aleksandrii, z początkiem naszej ery.

Portyk przed domem rzymskiego prefekta w Aleksandrii. W głąb kolumnada, za nią ściana z szerokim otworem drzwi, zasłoniętym do połowy sznurem podwiązaną, purpurową kotarą. Drzwi te wiodą do sali, z której dolatuje wybuchający co chwila gwar ucztujących biesiadników. — Po lewej stronie ciemna ściana drzew, z prawej kamienna balustrada i schody, wiodące do ogrodów nad brzegiem morza, widnego z dala. Portyk spada również ku przodowi trzema czy czterema szerokimi stopniami.
Pod kolumnami kilku nieruchomych Niewolników, przez uniesioną do połowy kotarę widno Biesiadujących.
Arystos stoi oparty o balustradę.
W sali pośród Biesiadników wybuch gwaru, słychać śmiechy i okrzyki:
Evohe, evohe! Vivat!

CHARMION

wchodzi ze sali i spostrzega Arystosa
Ty tutaj?

ARYSTOS

Widzisz.

CHARMION

Czemu nie na sali?

ARYSTOS

A ty?

CHARMION

Wyszedłem odpocząć, dać piersiom
trochę świeżego powietrza, a duszy
chwilę spokoju. — Nad czym dumasz, starcze?

ARYSTOS

Ha! Myślę, jak was spodliła niewola,
was, co przy stole rzymskiego prefekta
wznosicie okrzyk…

CHARMION

Myśmy ludzie wolni!

ARYSTOS

Znać, żeś pijany już, gdy bez rumieńca
śmiesz to powiedzieć! Ciężka ręka Romy
na karkach greckich wsparła się i gniecie,
lecz srożej jeszcze ciśnie — upodlenie!
W dzisiejszych czasach ten wolnym jedynie
może być, komu jest to obojętne,
zapatrzonemu w głąb własnego ducha,
że tam ktoś włada na świecie, ktoś słucha!
Trzeba być mędrcem, jak dawniej mawiano,
lub, jakby dzisiaj powiedzieć wypadło,
człekiem, co poznał marność tego życia
i marność wszystkich zabiegów jałowych
około tego, co jest do cna marne!
Dziś jedna mądrość i moc już jedyna,
na którą wy się zdobyć nie zdołacie,
to w własnym duchu znaleźć wielki spokój:
wolność — ginących!

CHARMION

Gorzka to jest mądrość!

ARYSTOS

Jeśli ci gorzka, idź do Lizychosa,
który ma słodką dla uczniów i — podłą!
Ja znam tę jedną! Schodzimy ze świata,
próżno się łudzić! Nasza dawna dusza
błąka się kędyś — wygnana — a my już
jesteśmy trupem, co tylko niekiedy,
budząc się, tęskni jeszcze za swą duszą —
lecz gdyby dzisiaj pośród nas stanęła,
już byśmy duszy własnej nie poznali!
Konamy długo, bośmy bujnie żyli,
lecz niemniej przeto śmierć jest nieuchronna…
Już tylko czasem, kiedy wiatr powieje
od morza, śnią się nam przepadłe dzieje —
śnią się nam jeszcze Maratonu błonia
i głuchy tętent tesalskiego konia —
i Kserksesowe zapalone promy —
i ponad Azją wielka łuna — krwawa —
pieśń naszych wieszczów, mędrców naszych sława
i tłum posągów… zwleczonych do Romy!
świątynie nasze, nasze bogi młode
i okrzyk jakiś: za piękno! swobodę!…
Zabawa, Śmierć, Siła, Naród, Historia, CzynLecz to sny tylko! Tą resztą rupieci
bawim się czasem, jak nieletnie dzieci,
i wrogom naszym — za oddechu prawo
płacimy dawną grecką naszą sławą!
Na własność mamy już tylko — tęsknotę,
która nam porze pierś, ubraną w złote
łańcuchy albo w winogradu liście,
i która po nas zostanie — wieczyście,
kiedy już, smutni, zstąpimy w mogiłę,
świat zostawiając tym, co mają siłę —
i żyć potrafią! — — Jestem gadatliwy
starzec… Ty śmiej się!

CHARMION

Co czynić? Przez żywy
bóg!…

ARYSTOS

Czynić? Nam już żaden nie pozostał
czyn — wszystkie za nas spełnili — ojcowie!
Nam — patrzeć w wieńcu uwiędłym na głowie,
jak za nas inni zdobywają kraje,
a dla rozrywki… liczyć owe zgłoski,
w których grzmiał chwałę naszą Homer boski.

CHARMION

I nic ponad to?

ARYSTOS

Owszem — wino, usta,
śpiew, rozkosz, marna jak wszystko i pusta —
i ta ostatnia jeszcze dzielność nasza:
z dobrą trucizną złota w ręku czasza…
Co do mnie — czas mi odejść.

CHARMION

Dokąd?

ARYSTOS

W nicość,
albo w to wielkie Coś, którego nie znam.
Zbyt długo żyłem…

CHARMION

Ależ — powód?

ARYSTOS

Mówię:
zbyt długo żyłem — umrę bez powodu…
Wielkiej przeszłości smutek na mnie woła,
co spał na białym księgi pergaminie,
ażem go zbudził, starzec — który zginie,
że zbudził smutek …
Nowy wybuch gwaru i śmiechu wśród biesiadników.

CHARMION

Straszno mi przy tobie!

ARYSTOS

wskazując na salę:
Więc idź tam — śmiać się!

CHARMION

Niepotrzebnie budzisz
tęsknoty dziwne i tę resztkę woli,
która się we mnie do życia wytęża,
łamiesz…

ARYSTOS

Mówiłem już: odejdź ode mnie!
Wiesz, żem w niełasce… Słyszysz, jak tam gwarno?
Idź tam i ciesz się!

CHARMION

I stamtąd uciekłem!

ARYSTOS

Powrócisz — wkrótce!

CHARMION

Nie wiem… może wrócę…
Strach, Niewola, Bunt, SłowoDusi mnie w gardle powietrze i wściekłość
pierś moją dławi, gdy patrzę, jak gruby
ten barbarzyńca, ten chłop o łbie byka,
przez Rzym nasłany tutaj z namiestnika
władzą — pomiata ludźmi; co są lepsi
od niego…

ARYSTOS

Ciszej!

CHARMION

Muszę ulżyć sercu!…

ARYSTOS

Ciszej! Powiadam. Tu są niewolnicy,
którzy prefekta powiadomić mogą
o twoich słowach!

CHARMION

z lękiem:
Myślisz, że słyszeli?

ARYSTOS

szyderczo:
Oto jest nasza sławna dzielność grecka!

CHARMION

po chwili:
Tak, miałeś słuszność! Jesteśmy zdeptani,
— gorzej: bezsilni — gorzej jeszcze: podli!

ARYSTOS

CzynZnam was, dziedzice zwiędłego wawrzynu!
Kajać się radzi, niezdolni do czynu!
— O miecz się dłoniom serce we mnie modli!

BLAKS

który podczas ostatnich słów Arystosa stanął był we drzwiach pod kotarą:
A cóż to, mili przyjaciele moi?
czyż wina nasze nie są dość wybredne,
żeście wzgardzili pucharem? Z achajskich
winnic są, wierzcie! z Cypru, gdzie rodacy
wasi winograd dla nas sadzą złoty!

CHARMION

z głębokim ukłonem:
Racz nam wybaczyć, panie, lecz gościnność
twoja przeciąga ucztę tak nad miarę,
że już znużenie owłada twych gości.
Wyszedłem tutaj odpocząć, by znowu
móc na cześć twoją wychylać puchary…

BLAKS

Wy Grecy słabe macie głowy! — Szkoda,
że wam bogowie takie wina dali…

CHARMION

Przyznaję panie…

BLAKS

Wam przy ucztach naszych
być za śpiewaków, grajków i tancerzy,
ale czasz w rękę nie brać, ni puklerzy,
te naszym dłoniom przystają!

ARYSTOS

głucho:
A jednak
z Grekami, panie, ucztujesz i walczysz!

BLAKS

do niewolników:
Hej! Przygotować mi statek w przystani!
Dziś z gośćmi mymi chcę zakończyć ucztę
na modrych falach morza! Niech purpurą
pokład okryją i ustawią stoły
w cieniu śnieżystych żagli!
zwraca się w głąb:
A tymczasem
przejdźcie, dostojni przyjaciele moi,
tu pod kolumny! Ustał żar południa
i wiatr od morza zawiewa łagodny…
Mężczyźni i Kobiety cisną się na taras, Niewolnicy wnoszą za nimi stoły i łoża.

BLAKS

Nalać puchary! Niech uczta, przerwana
na chwilę, znowu radosnym wybucha
gwarem! Zajmijcie miejsca, moi mili!

JEDEN Z BIESIADNIKÓW

Zdrowie prefekta!

STARY GREK

Zdrowie Rzymianina!
Niech żyje Roma, światowładna pani,
helleńskiej stawy przesławna dziedziczka!

BLAKS

Miecz nasz wyrąbał nam już sławę — własną!

FILOZOF

Marsową sławę, która stokroć lepsza
od naszej kruchej sławy filozofów.

RYCERZ RZYMSKI

Na cześć Marsowi strząsam krople złote!

LAIDA

Nie Marsa wielbim dzisiaj, lecz Erosa!
czyż nie wiesz o tym, żelazny bałwanie?
I ty uczony człowiecze, co pijesz
bardzo uczenie? Wielbim dziś Erosa!

JEDNA Z KOBIET

Tak, tak! Niech żyje nam Eros! figlarne
bóstwo rozkoszy!

STARY GREK

Rzymski pokój włada
okręgiem świata! Pod skrzydłami Romy
dobrze pić wino i rwać wonne róże!
Pochyla głowę na piersi Laidy.

LAIDA

Precz mi od łona! Cuchniesz winem, starcze!

STARY GREK

Ale mam złoto…

LAIDA

Więc czekaj do jutra,
aż potrzebować będę twego złota,
dziś — Eros włada!
Zwraca się do Charmiona.

BLAKS

Grajcie nam, harfiarze!
Muzyka.

KOBIETA

do Starego Greka:
Ja od Laidy nie mniej jestem piękna…
Siada obok niego na łożu.

LAIDA

do Charmiona, siedzącego pośród biesiadników:
Czemuś ty smutny, mów? Podobasz mi się…

CHARMION

Chciałbym zapomnieć o własnym istnieniu…

LAIDA

Więc skroń tu oprzyj… Czy czujesz, jak serce
bije mi w piersi? Daj mi jeszcze wina,
a potem…

CHARMION

Potem tobą się upiję,
o ty przepiękna, słodka, czarnooka…

BIESIADNIK

Wieńców, róż dajcie! Kędy[29] są śpiewacy?

BLAKS

I wina jeszcze! Wina! — Niewolnicy!

FILOZOF

Wina! Filozof woła: wina! — Lejcie
tę mądrość życia w czary nasze złote!

CHARMION

do Laidy:
Ust daj…

RYCERZ

Ci Grecy jednak dobrzy ludzie!
Pije się z nimi przyjemnie i gładko!

FILOZOF

Masz słuszność, panie! Grecy dobrzy ludzie,
umieją cenić waszą łaskę…

ARYSTOS

Podły! …

KOBIETA

do Arystosa, stojącego wciąż na uboczu:
A cóż ty, starcze? Stoisz na uboczu
i nie chcesz z nami dzielić wesołości,
jeno mlesz w zębach jakieś gorzkie słowa?

BIESIADNIK

Dajże mu pokój — wszak to jest filozof!

FILOZOF

Nie nadużywać proszę tego miana!

KOBIETA

Filozof, Zabawa, Wino, Starość, PijaństwoCzyż filozofia zabrania uciechy?

FILOZOF

Owszem, prawdziwa — nawet ją zaleca!
Dlatego właśnie godność filozofa
mnie nie pozwala zgodzić się, by człeka
tak mianowano, co uciechą gardzi!
Stary Sokrates tęgo pijał, wiecie.

BLAKS

Hejże, Arystos! Pójdź tu do nas, proszę!
Pójdź spełnić puchar za me zdrowie… Dalej!
niech się Lizychos przekona, że łeb twój
jest równie mocny, jak łeb Sokratesa —
co jest zaletą w moich oczach!

ARYSTOS

Daruj
prefekcie, ale mnie już odejść pora…
Życzę wam dobrej zabawy!

BLAKS

Więc… każę,
abyś pozostał! Patrz! — Są tu poeci,
tancerki, błazny — brak nam filozofa,
aby nas bawił!
Śmiech.

LAIDA

Wszak jest tu Lizychos!

BLAKS

On? — Tylko błaznem był, jest i zostanie!
Baw nas, Arystos! Błaznów mamy dosyć;
ciebie nam trzeba!

ARYSTOS

Ja mam siwe włosy…

STARY GREK

Włóż na nie wieniec! — I łysi szaleją!

ARYSTOS

Widzę. Wszak twoja czaszka jak kolano…

BLAKS

śmieje się:
Dzielnyś jest w pysku! Pójdź tu, zasiądź z nami.

ARYSTOS

Odchodzę, rzekłem. Lizychos zostanie —
dość go dla ciebie!

FILOZOF

do prefekta:
Czy ty słyszysz, panie?
On mną pomiata!

BLAKS

Wszak to jest obraza!
obraza Romy, która w mej osobie
włada nad wami!

CHARMION

do Arystosa:
Zamilcz! Prefekt gniewny!

ARYSTOS

Nie! Ty, prefekcie, nie władasz nade mną!
Rządź ty żelazną pięścią swą nad ciemną
tłuszczą, przestraszaj te spodlone Greki
i barbarzyńców, co na imię Romy
bledną: dla sług swych zachowaj swe gromy!
Wolnym był, wolny odejdę — na wieki!
Wychodzi.

CHARMION

półszeptem:
Poszedł się zabić…

LAIDA

I co ci o niego!

FILOZOF

Masz słuszność, piękna! Żywych nie powinni
obchodzić tacy, którzy już odchodzą.
Ich wina, jeśli zostać nie umieli…

RYCERZ

półgłosem do prefekta:
Pono Arystos ma znaczny majątek —
Mógłbyś go, panie, skazać na banicję…

BIESIADNIK

do Filozofa:
Patrz na prefekta… Zmarszczył brwi, lecz usta
ma do uśmiechu złożone…

BLAKS

A cóż to?
Dlaczegóż nagle takeście zamilkli?
Czy win już brakło w złotych stągwiach? Czyli
humor wam popsuł ten stary szaleniec?
Na skroń mi świeży z róż podajcie wieniec! —
Jestem dziś łaskaw! Pijcie, moi mili!
Kto zelżył Romę, jeszcze dzisiaj zginie!
Pijcie! Czas o nim zapomnieć przy winie!

GŁOSY

Niech żyje Roma! Niech żyje i włada!
W tej chwili grający harfiści nagle urywają.

BLAKS

Co to?

LAIDA

Muzyka…?

BLAKS

Niech grają!

NIEWOLNIK

O biada,
panie, ty wybacz… lecz harfiarzom w ręku
prysnęły struny…

BLAKS

Niech nawiążą nowe!
W tej chwili na szerokich stopniach tarasu pojawia się Psyche, wędrowna śpiewaczka, i wstępuje z wolna ku górze, trzymając małą lutnię w ręku.
Za nią postępuje nieśmiało Stary niewolnik.

BIESIADNIK

spostrzegłszy Psychę:
Kto to?

BLAKS

Skąd tutaj?!

STARY GREK

To jakaś żebraczka!

CHARMION

Cóż to za postać jasna! Złotowłosa!

STARY GREK

Masz grosz i ruszaj!

LAIDA

Obtargana, bosa!…

STARY NIEWOLNIK

Była w ogrodzie… wędrowna śpiewaczka…
Wpuściłem, myśląc, że gości zabawi…
do Psychy:
No, idź już! Widzisz, państwo niełaskawi…

BLAKS

Po coś tu przyszła! Tu ciebie nie trzeba!
tutaj ja władam!

PSYCHE

Nie drżyj, zbiegły sługo…
Ja ci nie zajrzę[30] władzy ani chleba. —
Wędrówką jestem umęczona długą,
spocznę i znowu pójdę dalej, dalej…

KOBIETA

Co ona mówi?

CHARMION

Czy to z morskiej fali
Kypryda[31] wstała?

STARY GREK

To jest obłąkana!

RYCERZ

— Sługo! — powiada do naszego pana!
Precz stąd! Do licha…

KOBIETA

Czekaj! Widzisz przecie,
że to szalona… No, nie bój się, dziecię —
skąd idziesz, powiedz?

PSYCHE

Z dala idę, z dala!
Wiodą mnie lądy, morska niesie fala,
idę…

LAIDA

Muzyka, Artysta, Żebrak, PieniądzNa lutni — widzę — trzymasz rękę;
jesteś śpiewaczką? Zaśpiewaj piosenkę!

BIESIADNIK

Dobra myśl! Śpiewaj, śpiewaj, dziewczę hoże!
Grosz ci rzucimy, nawet złoty może!

Miłość, Erotyzm, Bóg, Obraz świata, Tęsknota, Zbawienie, Miłość niespełniona, Dusza, Upadek, Życie jako wędrówkaPSYCHE

zaczyna mówić, przechodząc z wolna w śpiewny ton:
Mnie nie potrzeba srebra ani złota, —
sławna ja byłam z bogactw i piękności,
miałam ja kwietne i rozległe włości,
a dziś mnie nędzną gna przez świat tęsknota,
i oto idę ja, wygnanka bosa:
nieukojona gna mnie w świat tęsknota —
szukam Erosa!
Idę przez góry, przez ziemie i rzeki,
przez miasta złote, przez szumiące morza,
gdzie słońce gaśnie i skąd wstaje zorza;
przez ludy idę, wypadki i wieki,
królewna niegdyś, dziś wygnanka bosa —
przez wieki idę i przez długie wieki
szukam Erosa!
Walą się w oczach moich złote trony
i złote w proch się rozsypują kruże[32],
więdną wawrzyny i czerwone róże
i ludy giną, jako sen prześniony —
lecz ja wciąż idę, ja, wygnanka bosa,
gdzieżeś, gdzieżeś, gdzie! Mój śnie! Prześniony!
Szukam Erosa!
Zginął mi niegdyś w błękitów topieli —
na żadnej odtąd nie mogę go drodze
spotkać — i darmo w okrąg świata chodzę:
O! Czyście wy go kędy nie widzieli,
powiedzcie, proszę! — Ja, wygnanka bosa,
błagam was! — Czyście wy go nie widzieli?…
Szukam Erosa!

KOBIETA

ze śmiechem:
Znamy go! Dobrześ trafiła, dziewczyno!
My wszyscy tutaj u niego na służbie!

STARY GREK

Niektórzy nawet u niego na… żołdzie!

BIESIADNIK

Daj pokój zatem nierozsądnej tużbie[33]
i pij wraz z nami na cześć jego wino;
wieczór — o lepszym pomyślimy hołdzie!
Śmiech.

LAIDA

obejmując Charmiona, mówi do Psychy:
Widzisz! Nie trzeba błąkać się po świecie!
tu Eros włada, to figlarne dziecię,
co na przymknięte oczy sypie kwiecie!

PSYCHE

On nie jest dzieckiem! On jest bóg straszliwy,
najstarszy z wszystkich bogów, wiecznie żywy,
z promienną twarzą śród płomiennej grzywy!
On jest jak burza, jak wichr i pożoga,
wichrowe skrzydła w świat go niosą — boga;
za nim tęsknota leci, przed nim trwoga!
On pod swą władzę cały wszechświat garnie,
on uszczęśliwia i zsyła męczarnie —
a w twarz mu spojrzeć nie wolno bezkarnie!

LAIDA

Pleciesz, szalona!

FILOZOF

W orfickim sposobie
jest to pojęcie Erosa! — W tej dobie
już przestarzałe!

STARY GREK

Doskonała sobie!

PSYCHE

jakby tych uwag nie słyszała:
On — jeśli zechce — przepali i strawi,
lecz — jeśli zechce — ciszą się objawi,
i — jeśli zechce — podniesie i zbawi!
W nim ja — wygnanka — jestem zakochana,
przez niego w sercu mym się krwawi rana,
jego ja szukam, wszechwładnego pana!
Wierzę, iż przyjdzie… Chwytam głuche wieści,
słucham, czy skrzydło jego nie szeleści,
czy już nie zstąpił, by z mojej boleści
rozpalić słońce ogromnej miłości,
która przeniknie nawet zmarłych kości!
Przyjdzie on mocny — święty…

BIESIADNIK

Hej, wariatko,
gdy tak rozprawiasz o Erosie gładko,
powiedz, skąd znasz go tak dobrze?

PSYCHE

Jam w lice
jego spojrzała, gdy mię brał, dziewicę;
dziś noszę w sobie jego tajemnicę…
Szukam go…

STARY GREK

Patrzcie! Odżył znów świat bajek!
Oto dziewczyna, co z boga brzemienna
ojca dziecięciu szuka wciąż….

LAIDA

Promienna!
A nie był bogiem tym… wędrowny grajek?
Śmiech.

FILOZOF

Dajcie jej pokój! — To nie jest tak głupie,
co ona mówi… To jest odkupienia
nauka, szkoda tylko, że fałszywa
jak wszystkie inne…

BIESIADNIK

Więc i twoja także?

FILOZOF

A naturalnie! Prawdy z dawien nie ma!
Dla mnie do prawdy zbliżone najwięcej
to, co pozwala żyć w weselu złotym!

STARY GREK

Weź na naukę tę dziewkę szaloną!

LAIDA

do Psychy:
Pomysł cudowny! Chcesz do Lizychosa
iść na naukę? On w sprawach Erosa
jest mistrz nie lada! On cię wnet objaśni,
jakiej miłości trzeba, niebożątko,
by żyć rozkosznie! — Wtenczas może zdołasz
zająć nas pieśnią trochę mniej płaczliwą!

PSYCHE

Jedną pieśń tylko śpiewam wiecznie: żywą!

LAIDA

I dodaj: nudną! Kury tak śpiewają,
gdy bez koguta jaja znosić mają!

CHARMION

do Laidy:
Nie szydź z niej! Widzisz, jak jej czoło płonie!

LAIDA

Wolisz ją może niźli mnie, Charmionie?
skacze i odtrąca Psychę
Precz stąd! Ja śpiewam piosnkę o Erosie!
zrzuca z ramion zasłonę i do połowy ciała naga, wykonując lekkie ruchy taneczne, poczyna śpiewać:
Bóg skrzydlaty, Eros-dziecko,
luby łotrzyk złoty,
naciągnąwszy łuk — z pustoty
puścił mi w łono strzałę zdradziecką:
rannam w serce, mrę z tęsknoty —
o luby!…
Ach! Mdlejąca padam w łoże,
ranna z boskiej procy —
we dnie tęsknię, wzdycham w nocy;
i cóżeś zrobił, ty psotny boże?
Któż uleczy mnie z niemocy? —
O luby!…
Pójdź! I wargi złóż gorące
tu, gdzie w piersi rana,
przez Erosa mi zadana,
kiedym samotna rwała na łące
kwiat dla ciebie, mego pana —
o luby!…
O, dziecino boska, pusta!
przyjm za grot swój dzięki!
Słodki lek był na me męki.
O! Jakże słodkie są twoje usta
jak rozkoszny dreszcz twej ręki,
o luby! …
Zrywa się burza oklasków wśród biesiadników.

STARY GREK

Bosko! Cudownie! Pieśń warta nagrody!
Zdejmuje złotą przepaskę z ramienia i rzuca ją Laidzie. Za jego przykładem inni dają jej podarunki.

LAIDA

rzuca się rozpromieniona na łoże
Dajcie mi puchar wina dla ochłody!

STARY GREK

podaje jej wino, a odebrawszy puchar, pryska niedopitą resztą na Psychę.
A ty — za nudne piosnki masz zapłatę!

BIESIADNIK

Gdy niepotrzebne ci dary bogate,
weź, co dać możem!
Rzuca na nią ogryzkami.

KOBIETA

I opuść nas wreszcie!

PSYCHE

Odejdę od was już na wieki! — Wierzcie!
Przyklęka u stóp kolumny, zasłaniając się rękoma przed pociskami.

LAIDA

z szyderczym śmiechem:
Idź za Erosem!

NIEWOLNIK

wszedłszy od strony ogrodu, mówi do Blaksa:
25

Panie! Statek jest już gotowy, jakoś rozkazał, i czeka, kołysząc się lekko na modrych falach przystani. Purpurą okryto pokład i w cieniu śnieżystych żagli ustawiono stoły i łoża, na które z góry kapią róże, zwieszające się wieńcami z masztów i rejów…

LAIDA

Na morze! Na morze —

STARY GREK

Prefekcie! Statek! …

BIESIADNIK

Patrzcie na prefekta!
Co mu się stało? Siedzi niemy, blady,
z błędną źrenicą…

RYCERZ

Hej! Przez wszystkie piekła!
Co to ma znaczyć? Czyżby go urzekła
ta czarownica?!

STARY GREK

Precz z nią! Niewolnicy!
Wziąć ją pod rózgi!

RYCERZ

do Blaksa:
Panie mój!

BLAKS

obłędnie:
Nie wierzcie!
Jam nie był nigdy jej parobkiem! Kłamstwo!

KOBIETA

Co mówisz, panie?

BLAKS

Ja nie znam jej boga —
i jej też nie znam! Idź stąd, idź — królewno!…

CHARMION

Ależ dostojny panie! Zbierz swe myśli!
To jest wędrowna śpiewaczka!…

LAIDA

Szalona!

RYCERZ

Jeśli rzuciła na cię urok — zginie!

FILOZOF

powstrzymuje go
Dajcie jej pokój! Mogą w niej być moce,
których zaczepiać nie warto! My raczej
stąd się oddalmy… Tak mi mądrość radzi…

BIESIADNIK

do prefekta:
Na morze, panie! Statek już gotowy!
Tam cię orzeźwi wnet słone powietrze
i te uroki z twoich oczu zetrze!

BLAKS

przychodząc do siebie:
Tak, tak… na morze… Jakiś dur niezdrowy
myśl nam opętał… Nazbyt mocne wino…
Tak, tak… dur jakiś… Odejdź stąd, dziewczyno
jeżeli nie chcesz dać pod topór głowy! —
Darujcie, mili, tę chwilę słabości,
ale przysięgam na me twarde kości,
że się już nigdy więcej nie powtórzy!
Nigdy — za życia! A teraz na morze!
Dokończyć uczty!

OKRZYKI

Na morze! Na morze!
Biesiadnicy i Kobiety cisną się ku schodom, wiodącym do ogrodów.

CHARMION

zbliża się szybko w przechodzie do Psychy
Chcę znać twe imię…

LAIDA

Pójdź ze mną, Charmionie!
Wychodzą.

STARY NIEWOLNIK

zbliża się do Psychy, która klęczy wciąż z twarzą ukrytą w dłoniach
26

Dziewczyno, słuchaj… Nie bój się, tamci już odeszli. Przebacz mi, że cię tu przywiodłem… Chciałbym ci wynagrodzić tę mimowolną krzywdę…

po chwili:
27

Niewiele rozumiałem z tego, coś śpiewała, ale jedno utkwiło mi w pamięci… Ty szukasz jakiejś wielkiej, ogromnej miłości, która cały świat ogarnie, jak pożar… Czy dobrze słyszałem?

Psyche wznosi głowę.

STARY NIEWOLNIK

28

Mam dobrą wieść dla ciebie. Przynieśli ją tutaj feniccy żeglarze, którzy zawijali do portów Judei…

PSYCHE

29

Ktoś ty?

STARY NIEWOLNIK

30

Ja — mający nadzieję… Lecz słuchaj teraz, co ci powiem… W Judei objawił się podobno nowy bóg czy prorok. Tak mi opowiadano…

PSYCHE

31

Nowy bóg?…

STARY NIEWOLNIK

Zjawił się prorok tej wielkiej miłości,
której ty szukasz. Idzie przez doliny,
idzie przez góry — tam — nad Jordan siny,
i błogosławiąc światu i ludzkości,
odpuszcza wszystkie grzechy, gładzi winy —
a idą za nim maluczcy i prości…
Pono mu boża jasność bije z czoła,
pono lilie, kędy[34] stąpi, rosną,
pono on smutnym niesie wieść radosną,
pono umarli wstają, gdy zawoła,
i wszystko nową w krąg zakwita wiosną:
on — błogosławi wszystkiemu dokoła!
Kobiety idą za nim, idą dzieci —
i stada za nim biegną białorune,
a on je wiedzie z sobą w złotą łunę,
co tam jak uśmiech na błękitach świeci —
i tak ma serca w ręku, jakby strunę,
z której, gdy zechce, budzi pieśń, co leci…

PSYCHE

powstaje
32

Chrystus, MiłośćZjawił się! Zjawił się nareszcie! I w takiej postaci? I miłość niesie, powiadasz? Koi ból?…

STARY NIEWOLNIK

Nie ma już bólu, ani zła, ni pychy!
Dzieją się pono niepojęte dziwy:
nikt nie jest smutny ani nieszczęśliwy,
nikt nie jest mały i nikt nie jest lichy,
odkąd na łąki, na wzgórza i niwy
z dobrą nowiną zszedł on! Jasny, cichy…
Młodość on niesie na światy, jak zorzę;
w imię miłości przebacza, pociesza —
a kiedy mówi, to słucha go rzesza,
i wiatr go słucha, i szumiące morze,
pasterz od stada, rolnik od lemiesza —
a kędy[35] wnijdzie[36], witają go: boże!
Bo on tam pono niebiosa otwiera,
pokój i życie daje wiekuiste;
a które serce przeżegna — jest czyste,
a którą duszę wezwie — nie umiera!…
Chrystus — go zowią…

PSYCHE

wyciąga ręce i rzuca się naprzód z okrzykiem:
O Chryste! O Chryste!

III. Pod krzyżem

  1. Ksieni
  2. Siostra wikaria
  3. Siostra furtianka
  4. Psyche, zakonnica
  5. Hanna, wiejska dziewczyna
  6. Kapelan klasztorny
  7. O. Blaks, opat
  8. Błędny Rycerz Słońca
  9. Mniszki i dworzanie opata

Rzecz działa się na Południu w średnich wiekach.

Wirydarz[37] w średniowiecznym klasztorze mniszek. W głębi krużganek[38] pod arkadami, przerwany wielką bramą okutą, z małym, zakratowanym okienkiem u góry. Na prawo mury kościoła, na lewo zabudowania klasztorne, ciężkie i ponure. W pośrodku nieco zieleni, ku przodowi z lewej stoi kamienny krzyż z postacią Chrystusa, zwróconą w głąb ku wielkiej bramie. Pod krzyżem kamienny stopień, jakby ławka.
Jest noc, tylko z okien kościoła blask bije. Sygnaturka dźwięczy, zwołując mniszki na jutrznię.
Na odgłos dzwonka pojawiają się Mniszki w białych habitach i przechodzą długim szeregiem przez krużganek, spiesząc do kościoła. Każda z nich niesie w ręku kaganek. Przechodząc koło wielkiej bramy, przyspieszają kroku, niektóre z nich żegnają się. Furtianka, mała, zwiędła staruszka w zakonnym habicie, stoi pod krzyżem z pękiem kluczy w ręku i przypatruje się przechodzącym mniszkom. Tymczasem otwierają się bez szelestu drzwi w klasztornych zabudowaniach i pojawia się w nich Ksieni, wsparta na ramieniu Wikarii, wysoka, do widma podobna, w powłóczystych szatach, w wysokim sobolim kołpaku na głowie i w fioletowych rękawiczkach. W ręku trzyma pastorał, na piersiach ma złoty krzyż biskupi. Postępuje parę kroków i staje niepostrzeżenie za Furtianką.
Po przejściu mniszek sygnaturka milknie; z kościoła zalatuje przytłumiony dźwięk organów.
Ksieni dotyka dłonią ramienia Furtianki.

FURTIANKA

ogląda się z lękiem, a spostrzegłszy Ksienią, klęka pospiesznie i całuje rąbek jej habitu, po czym wstając, mówi:
33

Wasza Przewielebność… o tak wczesnej porze… już na nogach… i sama…

KSIENI

34

Pilnuj bramy, siostro! Pilnuj wielkiej bramy!

FURTIANKA

35

Ależ… Wasza Przewielebność… ja dniem i nocą…

KSIENI

do Wikarii:
36

Czy uważałaś, z jakim niepokojem przechodziły około tych drzwi siostry nasze? Ten krużganek w naszym klasztorze nie jest dobrze urządzony…

WIKARIA

37

Tędy najbliższe przejście do kościoła…

KSIENI

38

Tak… i codziennie te młode, Bogu poślubione dusze idą się modlić, mijając wielką bramę, która nas łączy ze światem. A szatan nie śpi, a pokusa czyha…

FURTIANKA

39

Brama jest mocna, dębowa i okuta żelaznymi sztabami. Jedyne zakratowane okienko zbyt jest wysoko, aby można przez nie wyjrzeć… Zresztą ja klucze zawsze mam przy sobie — i czuwam…

KSIENI

40

Są rzeczy, którym ty, siostro, wejścia wzbronić nie zdołasz, których nie powstrzymają żelazne sztaby, ani zamczyste okucia. Wschodzące słońce wpada tutaj przez zakratowane okienko, wiosną zalatuje woń kwiatów i wiatr… i wiatr, który wieje tam, na świecie.

FURTIANKA

41

Można by zamknąć okno szkłem, oprawnym w ołów albo zabić deskami…

KSIENI

42

I to nie wystarczy, siostro. Tuż za wielką bramą ciągnie się droga. Tędy przechodzą żeńcy z pól i śpiewają… Głos przez szkło i przez deski przeniknie. Wozy jadą tędy i przeciągają rycerze na parskających koniach, z szumiącymi proporcami w ręku. Hałas tutaj wpada i gwar świata przez tę wielką bramę, a to źle… U nas powinno być cicho, bardzo, bardzo cicho…

WIKARIA

43

Więc czemu Wasza Przewielebność nie rozkaże zamurować bramy? Zrobiliby to robotnicy z dóbr klasztornych w ciągu jednej doby… Jest przecież drugie, boczne wejście w murze od strony ogrodów.

KSIENI

44

Niestety, niepodobna zamurować wielkiej bramy. Tędy wchodzą uroczyście do klasztoru dziewice, chcące się poświęcić Chrystusowi, a nade wszystko tędy zajeżdża do nas opat, prawowity władca tych ziem dokoła. Dla niego wielka brama musi stać otworem.

WIKARIA

45

A prawda, prawda… I dzisiaj właśnie ma przybyć.

FURTIANKA

46

Dzisiaj? Opat!…

KSIENI

47

Tak jest.

WIKARIA

48

Jego Przewielebność opat nasz i pan dał znać przez posły, że objeżdżając swe dziedziny, wstąpi dziś tutaj, aby siostry pobłogosławić…

FURTIANKA

prawie szeptem:
49

Ostatni raz był tutaj, gdy siostrę Placydę na stosie palono…

Żegna się.

KSIENI

jakby słów tych nie słyszała:
50

Rozwidnia się już. Trzeba będzie przyrządzić wszystko na przyjęcie godne dostojnego gościa.

do Furtianki:
51

Ty, siostro, każ zamieść ścieżkę przed bramą. W szarym obrzasku świtania widzę na zawiasach rdzę i zwieszające się pajęczyny… Trzeba oczyścić wielką bramę.

do Wikarii:
52

A ty daj znać, niech ojciec kapelan przyjdzie do mnie po nabożeństwie. Będę go oczekiwała… Jedna ze sióstr służebnych pójdzie na dzwonnicę i uderzy w wielki dzwon, gdy zobaczy z dala zbliżający się orszak opata.

WIKARIA

53

Stanie się wszystko, jak Wasza Przewielebność każe. A na wieżę — czy mogę posłać siostrę Psychę? Miała przez ten tydzień spełniać prace służebne…

KSIENI

54

Nie, nie! Poślij którąkolwiek inną. Siostra Psyche jest zbyt młoda… Wyszedłszy na wieżę, patrzyłaby stamtąd na świat, co się rozciąga dokoła klasztoru, na bory, które przerąbali pracowici rolnicy, i na zamek, wznoszący się na sąsiednim wzgórzu.

WIKARIA

55

Jak każe Wasza Przewielebność…

KSIENI

56

Dobrze jednak, żeś mi o niej przypomniała.

do Furtianki:
57

Siostra Psyche przebywa często samotnie w tym wirydarzu?

FURTIANKA

58

Tak, przewielebna matko…

KSIENI

59

I nie spostrzegłaś u niej jakiego… niepokoju?

FURTIANKA

60

Nie, matko. Cicha jest zawsze. Opiera tylko czoło o podnóże krzyża i duma…

KSIENI

61

Modli się?

FURTIANKA

62

Nie wiem. Duma. Raz tylko widziałam, że płakała. Było to w ten dzień, kiedy opat, odbywając sądy, skazał byłą siostrę naszą Placydę na stos za czarnoksięskie praktyki.

KSIENI

63

Zakazałam o tym wspominać. A co do siostry Psychy: trzeba nad nią czuwać, trzeba czuwać! Zbyt młoda jest i serce w niej jeszcze nieuspokojone… A teraz odejdź, siostro, i czyń, co ci nakazałam. Słońce wnet wzejdzie —

Śpiew i przytłumiony dźwięk organów, który słychać było dotąd, urywa się.
Furtianka przyklęka i całuje znowu rąbek szaty Ksieni, po czym odchodzi.
Ksieni stoi jeszcze chwilę, patrząc na wielką bramę, a wreszcie odchodzi drzwiami, którymi była weszła, stukając pastorałem po schodach, oparta wciąż na ramieniu postępującej obok niej Wikarii.
Świtanie. Mniszki przechodzą, powracając tą samą drogą z kościoła.

PSYCHE

idąca na ostatku, ociąga się i pozostaje sama w wirydarzu. Staje przed wielką bramą i dotyka jej palcami wyciągniętej ręki, potem odwraca się szybko i idzie pod krzyż. Tutaj siada na kamiennym stopniu i opiera czoło o podnóże… Tymczasem na świecie robi się ranek. Słońce wschodzi i snopem promieni pada przez okienko w wielkiej bramie wprost na Chrystusowe stopy. Psyche podnosi głowę, jakby ze snu zbudzona, i patrzy w zdumieniu na płat jasnego światła.
Słońce!
Szybkim, prawie mimowolnym ruchem przypada ustami do kamiennych stóp, słońcem oświetlonych. Trwa to tylko chwilę, gdyż natychmiast odrywa usta i chyląc się z cichym jękiem, ukrywa twarz w dłoniach.

KAPELAN

siwy staruszek w zakonnym ubraniu, wchodzi, powracając z kościoła, a spostrzegłszy Psychę, zatrzymuje się i pyta:
64

Co tutaj robisz, moja córko? Codziennie, wracając z kościoła, spotykam cię… Czy masz może osobliwe nabożeństwo do tego wizerunku Chrystusa, pod którym cię zastaję?

PSYCHE

65

Tak, ojcze…

KAPELAN

66

Czyś łask znacznych od niego tu dostąpiła?

PSYCHE

67

Nie, ojcze, ale tu rośnie koło krzyża nieco zieleni, której gdzie indziej nie widuję nigdy. Nawet okno mej celi wychodzi na brukowany dziedziniec klasztorny…

KAPELAN

68

To grzech. Powinnaś być w celi i modlić się tam!

PSYCHE

69

Byłam w celi przez cały dzień i całą noc. Biczowałam się i leżałam krzyżem na kamiennej posadzce, własną krwią zbroczona, i prosiłam Chrystusa, aby mi pozwolił nie grzeszyć, a jednak… Mój ojcze, ja nowy, ciężki grzech mam na sumieniu…

KAPELAN

70

Słucham cię, córko…

PSYCHE

Padłam tu twarzą przed stopy Chrystusa —
i tu mnie naszła, pod krzyżem, pokusa…
Słońce tam jasne gdzieś na świecie wstało
i weszło tutaj przez żelazne kraty,
to samo słońce, co tam pieści kwiaty! —
i ozłociło stopę Chrysta białą,
i jam grzesznymi ustami przypadła
do złocistego na krzyżu widziadła!

KAPELAN

71

Pocałowałaś nogi Chrystusowe, córko…

PSYCHE

72

Nie, ojcze! Słońce na nich całowałam!

KAPELAN

73

Ale gdyś przylgnęła ustami do krzyża, uczułaś snadnie, że słońce jest ułudą, marą tylko złocistą i nieistotną: dotknęłaś usty stóp Chrystusowych, córko… mistycznych Lilij Łaski…

PSYCHE

74

Wargi me, ojcze, dotknęły… kamienia!

KAPELAN

75

Ty mi się z wielkiego grzechu spowiadasz, moje dziecię! — Powinnaś się starać o rozpalenie w sobie miłości ogromnej, która sprawia, że rzeczy nie wydają nam się tym, czym są zwyczajnie dla oka i palców, ale tym raczej, czym dla ducha być powinny… Kamień ten nie jest kamieniem, bo mistrz nadał mu wdzięczne kształty boskiego Ciała Chrystusa, we śnie mu snadź[40] ukazane — nie jest kamieniem, bo przez modlitwę i wodę święconą posiadł wartość wyższą, duchową… Zrozumiesz to i odczujesz, jeśli będziesz doskonale kochać Chrystusa, moja córko.

PSYCHE

Kocham Go, ojcze — lecz Go widzę we śnie
innym niż tutaj… Tu ma twarz boleśnie
skrzywioną kurczem, pełną grozy, męki —
a ja Go jasnym widzę, pośród dzieci,
jak błogosławi pasterzy i kmieci
i smutnych cieszy, i skinieniem ręki
odpuszcza winnym… Widzę Go na łące,
w słońcu! — U nóg ma morze głów szumiące…

KAPELAN

76

Pamiętaj córko, że Syn Boży zbawił świat nie błogosławieństwem cichym, ale straszną i krwawą męką swoją. Krzyż zatknął w pośrodku tarczy ziemskiej, jak sztandar zwycięski — i w cieniu krzyża jest tylko zbawienie!

PSYCHE

77

Ojcze! Dlaczego nie w promieniach krzyża?

KAPELAN

78

Za wiele rozumujesz, córko, za wiele! Pamiętaj, że szatan pozbawił człowieka raju, podszepnąwszy mu pierwsze: dlaczego… Bądź pokorna i cicha i módl się, módl się! Módl się!

PSYCHE

Ojcze! Ja grzeszna — modlić się nie mogę!
Dla Chrysta przeszłam te okute wrota —
dlaczego, ojcze, w sercu mym tęsknota?
czemu odczuwam, miast[41] pokoju, trwogę?

KAPELAN

79

Nie jesteś jeszcze doskonała. Pracuj nad sobą: to jedno rzec ci mogę…

PSYCHE

80

Ojcze…

KAPELAN

81

Zamilcz! Zbyt już długo rozmawiam z tobą! Nie powinnaś pytać, bo każde pytanie jest grzechem. Ja, odpowiadając, pomagam ci tylko do grzechu. Współwinnym twoim jestem — módl się za mnie i za siebie!

Wychodzi.
Wkrótce po odejściu Kapelana wbiega Hanna, młoda wiejska dziewczyna, prawie dziecię jeszcze. Wnosi wiadro wody, zydel i szmat grubego płótna i zabiera się do oczyszczenia wielkiej bramy. W ciągu roboty staje na zydlu i wygląda na świat przez zakratowane okienko.

PSYCHE

która, schylona pod krzyżem, nie zauważyła jej wejścia:
82

O Boże! O Boże…

HANNA

ogląda się z lękiem
83

A! To wy, siostro Psyche! Przestraszyliście mnie…

PSYCHE

podnosi głowę; dopiero teraz spostrzegła Hannę
84

Co tu robisz, dziecko?

HANNA

85

Kazano mi oczyścić i umyć wielką bramę. Jego Przewielebność opat dzisiaj przyjeżdża!

Powraca do roboty.

PSYCHE

jakby do siebie:
86

Opat… który skazał na śmierć siostrę Placydę za to, że tęskniła, że szukała…

Wstrząsa się.
87

Grzech! Grzech!

HANNA

wyglądając znów okienkiem:
88

Siostro… a jak tam pięknie na świecie!

PSYCHE

drgnęła, powtarza jak echo:
89

Na świecie!…

HANNA

90

Tak. Stąd nie widuje się świata prawie nigdy. Wszystkie okna wychodzą na podwórze, zamknięte ze wszech stron wysokimi murami… O! Tu nie jest wcale pięknie! — Ale przez to okienko w wielkiej bramie widno[42] łąki, takie szerokie, wielkie łąki pełne kwiatów! Jeszcze niedawno temu biegałam po nich. Siostro Psyche, czy wyście kiedy widzieli te szerokie łąki?

PSYCHE

91

Nam nie wolno patrzeć na świat, dziecię.

HANNA

92

A prawda! — Szkoda.

PSYCHE

po chwili, patrząc na Hannę:
93

Skąd się ty wzięła tutaj, ptaszyno? — Wśród czarnych murów klasztoru?…

HANNA

94

Ach! Ja… Mnie tu matka oddała do posług; za wiele nas było w domu… Ale wy!… Patrzę na was i zdaje mi się, że wy powinniście byli zamieszkać, jak ta złotowłosa kasztelanka — w tym zamku naprzeciw, który widać przez to okienko!.. O! Stąd dużo, dużo pięknych rzeczy widno[43]!

Zagląda.
95

Teraz jacyś ludzie przejeżdżają drogą, pewno kupcy, bo ciągną za nimi ładowne wozy… Skąd oni też mogą jechać, siostro Psyche, i dokąd?

PSYCHE

96

W świat! — I ze świata…

HANNA

97

Świat jest bardzo, bardzo wielki! — Aż straszno pomyśleć! I tylu na nim ludzi… Widziałam już pasterzy i rolników, i księży, i panów w złocistych szatach, którzy przejeżdżali tą drogą w towarzystwie pięknych pań, w pozłacanych kolasach… Ojciec kapelan mówi, że świat jest potępiony; czy ci wszyscy ludzie będą potępieni, siostro Psyche?

PSYCHE

98

Nie wiem.

HANNA

99

To któż mi to powie?… Ale raz… Nie, nie! Już parę razy! — W ostatnich dniach — widziałam tu jakiegoś rycerza na wielkim koniu, okrytego pyłem, jak gdyby jechał z daleka… Złote promienie miał na hełmie i złote słońce wymalowane na paiży[44] i wielkie, szumiące skrzydła u ramion. Myślałam, że jedzie na turniej do zamku, ale on, wjechawszy w dolinę rozdzielającą oba wzgórza, skręcił tutaj pod klasztorną bramę i stał, na białym koniu, złoty cały od słońca, taki podobny do świętego Jerzego w ołtarzu — i patrzył tu długo, długo…

PSYCHE

100

Zamilcz!

HANNA

101

Zamilczę, jeśli każecie, ale ciekawa jestem bardzo, co to za rycerz i czego szuka tutaj…

Wygląda okienkiem.
102

O, o! — Właśnie widzę go znowu! Tam w dole na drodze wiodącej do klasztoru…

PSYCHE

do siebie:
103

Więc naprawdę?… O Boże! zlituj się… — W snach go widziałam…

HANNA

104

Podobny jest z dala do orła z rozwiniętymi skrzydłami, który upatruje zdobyczy… Błyskają w słońcu jego blachy złote i świeci grot na długim drzewcu. O, siostro Psyche! — Ten rycerz może tutaj zajedzie?

PSYCHE

105

Nie! — Tutaj nikt nie zajedzie. Są mury grube i bramy okute, i jest ten krzyż przed bramą, wielki krzyż, broniący wstępu rozłożonymi ramionami. Widziałam go raz, przed laty, gdym tutaj wchodziła, i dotąd pamiętam. Wielki, wielki krzyż!…

HANNA

106

I ja go widzę, ten krzyż. Stoi tuż przed bramą i słońce mi zasłania grubym, drewnianym ramieniem…

GŁOS FURTIANKI

107

Hanno!

HANNA

108

Matka furtianka mnie woła!

zabiera sprzęty i wybiega, mówiąc jeszcze:
109

A nie mówcie, żem wyglądała przez okienko!

Znika wśród klasztornych zabudowań.

PSYCHE

O! Gdybym ja to — jak ty — wyjrzeć mogła, zobaczyć łąki i zobaczyć niwy…
rzuca się przed krzyżem na kolana
O Panie! Ukój tę wielką tęsknotę,
która mi piersi rozrywa, na złote
słońce wołając, na rosą
perliste łąki, na szumiące gaje,
gdzie się ptaszęta po zaroślach niosą
i srebrne płaczą ruczaje —
o Panie! Ukój tęsknotę…
Otom Ci miłość przyniosła moją,
młodość i sny me białe —
otom Ci życie oddała całe,
wierząc, że w burzy będzie mi ostoją
Twój krzyż —
a oto serce me niepokój troska:
o gdzież jest, gdzie Twa miłość boska?
Oczy ku Tobie podnoszę wzwyż —
o Chryste! Słysz!
We snach dziecięcych widziałam Cię, Panie,
jak błogosławisz na kwiecistym łanie
pośród pasterzy i dzieci, i owiec
rozkołysaną falę mórz — i zbóż…
Ach! Za takim, zda się,
ja szłam w zamierzchłym jakimś dawnym czasie
w słońca blask i w nieb lazury…
O Chryste! Odpowiedz,
czemu dokoła mnie dziś cień ponury?…
Błogosławieni pokorni i cisi,
błogosławieni…
O Panie! Panie! Broń mnie Ty przede mną,
bo mi tak trupio i ciemno…
W otęczy złocistych promieni
w celi mojej krzyż Twój wisi:
— pójdźcie pragnący! Ja was napoję… —
wisi czarny krzyż…
O serce, serce, o serce moje!
O Chryste! Słysz!
Grzesznam jest, Panie, kajam się przed Tobą,
— Ty słońce stworzyłeś na niebie —
grzesznam jest! — Łąki stworzyłeś kwieciste… —
grzesznam! — I morze rozlewne a sine…
O Chryste!
Gdy nie otrzymam pomocy od Ciebie,
któż mi dopomoże?…
Z weselem na świat szedłeś, nie z żałobą…
— grzesznam jest! Ginę! —
śnią mi się łąki i słońce, i morze,
— kajam się, grzeszna —
o Boże! O Boże, o Boże!
Grzechem jest wszystko! Grzechem radość, śmiech,
grzechem jest życie —
grzeszę, gdy słucham tych dalekich ech,
co tu wpadają z Twych wiatrów szelestem,
grzeszę, gdy patrzę na słońce w błękicie:
grzech! Grzech! I wszystko grzech!? — —
Zgubiona jestem…
Pada twarzą na ziemię. — Naraz wśród ciszy rozlega się za bramą

PIEŚŃ BŁĘDNEGO RYCERZA

Przez dziewięć gór i rzek, przez dziewięć lat
do ciebie dążę, jasna!
Z dalekich krajów tam! Znad sinych mórz: —
— o pójdź! Pójdź ze mną w świat!
Już nadto długi czas cię cela ciasna
więzi — zza krat
pójdź w słońca blask i w uśmiech zórz,
na łąki, lasy, na zielone smugi,
gdzie wiosną okrył kwiat
przewonny sad i kędy dzwonią pługi,
gdzie jasna
toń błękitu szumne srebrzy strugi —
na świat!

PSYCHE

zrywa się, pomieszana
110

Co to za głos? — Wyśniony… O Boże! Boże, ratuj mnie! Chryste!

Obejmuje krzyż rękoma.

PIEŚŃ BŁĘDNEGO RYCERZA

Od czarodziejów mam o tobie wieść,
ja Błędny Rycerz Słońca,
żeś jest więziona ty! Mój śniony cud:
więc wolność idę nieść —
orzeł skrzydlaty lecę, twój obrońca,
za twoją cześć
rycerski krwawy ponieść trud —
rozkruszyć mury i rozłamać kraty
i wieniec z róż ci spleść
na skroń i mieść[45] pod stopy twoje kwiaty!
Do słońca
wołam ciebie! Do życia! — na światy
chcę nieść!

PSYCHE

prawie nieprzytomna:
111

Miłosierdzia, litości — Boże! Ukryj mnie, ochroń! — O, jak strasznie patrzysz na mnie, Chryste! — Potępiona jestem, przeklęta! Przeklęta!

PIEŚŃ BŁĘDNEGO RYCERZA

O pójdź ze słodkich czar zdrój życia pić,
coś jest jak dzień, jak zorze! —
Korona czeka tam na twoją skroń:
pójdź władać, jaśnieć, żyć!
Ja tobie wrota więzienia otworzę —
już płonie wić
i rży, i rży mój rączy koń:
tam rozkosz, życie, pieśń, tam radość złota,
tam snów się przędzie nić,
by srebrem lśnić wśród barwnych tęcz żywota!
Pójdź w zorze!
Tutaj cienie, głusza, tu martwota —
pójdź żyć!
Furtianka pojawia się z wielkim pękiem kluczy podczas ostatnich słów pieśni Błędnego Rycerza.

PSYCHE

rzuca się ku bramie
O, żyć! O, żyć! — Na świat!
Weź mię, rycerzu, weź!
I nieś
zza krat —
gdzie jasne słońce w błękicie! —
Tu śmierć! — Ja kocham życie!

FURTIANKA

wydaje okropny krzyk zgrozy:
112

Och!

PSYCHE

ogląda się i spostrzega przybyłą
113

Dawaj klucze! Klucze!

FURTIANKA

114

O zgrozo! O zgrozo!

PSYCHE

115

Daj klucze! Prędko! Klucze!

FURTIANKA

uderza ją pękiem kluczy
116

Masz! Masz! Ty nikczemna! Wiarołomna! Niegodna świętej sukienki! Masz! Ty zakało! Ohydo szatańska, masz klucze, masz! Masz!

Bije ją.
Na dzwonnicy odzywa się dzwon, zwiastujący przybycie Opata. Wirydarz zapełnia się naraz, wchodzi Ksieni w uroczystym stroju w otoczeniu Mniszek z Kapelanem.

KSIENI

117

Siostro furtianko! Otwieraj wielką bramę!

KAPELAN

118

Jego Przewielebność książę opat nasz przybywa!

FURTIANKA

pada do nóg Ksieni
119

O matko! Matko!

KSIENI

120

Co tu się stało?

FURTIANKA

wskazuje Psychę
121

Ta nędzna! — Złapałam — przy wielkiej bramie — słuchała bezbożnego śpiewu, porozumiewała się! Wyjść stąd chciała, uciekać! Moja wina! — Odeszłam na chwilę…

WIKARIA

122

O zgrozo! Nieszczęsna!

KAPELAN

do Psychy:
123

Prawdali to[46]? Prawda?

PSYCHE

124

Tak…

FURTIANKA

125

„Na świat, na świat!” — wołała… Do słońca!

Szmer grozy pośród Mniszek, cofają się wszystkie, pozostawiając Psychę samą na uboczu.

KSIENI

powtarza głucho:
126

Do słońca!…

Słychać trzykrotne uderzenie w bramę.

KSIENI

do Furtianki:
127

Otwórz, siostro, wielką bramę!

Furtianka spełnia rozkaz. Przez otwarte wrota wchodzi O. Blaks, opat, w fioletowym płaszczu, przepasany mieczem. Za nim liczny orszak Dworzan, Księży i Pachołków.

KSIENI

128

Witam cię w progu, ojcze nasz łaskawy!

O. BLAKS

129

Bądź pozdrowiona, matko, w imię Boga. Znużony jestem daleką podróżą. Rozkaż, aby mi wskazano izbę, gdzie bym mógł odpocząć.

KSIENI

W żałobie, ojcze mój, przed tobą stoję —
i nie wpierw ci klasztorne otworzę podwoje,
aż sąd tu sprawisz.

O. BLAKS

130

A cóż tam nowego? Kto jest winny?

KSIENI

Szatan! Oskarżam przed tobą szatana,
iże się zakradł do stada
i białe owce moje bierze, panie!

O. BLAKS

131

Szatana mogę przekląć, ale na stos go nie poślę! Matko, mów, kogo oskarżasz?

KSIENI

Na wiatr się skarżę, który tu zawiewa
i dusze kusi,
na słońce jasne, które promieniami
grzeszne rozbudza tęsknoty,
na krew tę młodą, która tętni w żyłach
dzieci oddanych Bogu,
i na tę bramę okutą, co kłamie,
że za nią życie jest nie u stóp krzyża!
Skarżę się, panie, ja — matka tych dzieci!
— sądź ty!

O. BLAKS

132

Chcę znać przestępstwo i wiedzieć, kto jest winny! Wiatru, słońca ani bramy sądzić nie mogę!

KSIENI

Więc sądź me dziecię, które za pokusą
wiatru i słońca, i tej wielkiej bramy
wniosło zgorszenie
w ten Chrystusowy dom!
zwraca się do mniszek:
Przywieść nieszczęsną!

FURTIANKA

wlecze przed opata Psychę
133

Oto tu jest! Tu jest ta niegodna!

O. BLAKS

134

Co uczyniła?

FURTIANKA

135

Uciekać chciała! Opuścić święte klasztorne mury! Na świat uchodzić — z gachem!

MNISZKI

136

Ukarz ją, ojcze, ukarz ją! O zgrozo!

KAPELAN

137

Ojcze! Bądź dla niej miłościw! Młoda jest jeszcze…

O. BLAKS

138

Prawo nie zna miłosierdzia, a jam tu jest prawem!

zbliża się do Psychy; patrzy:
139

Tyżeś to jest… ty! Znam cię… Uciekać chciałaś?

FURTIANKA

140

Nie może zaprzeczyć! Nie może! Sama widziałam!

O. BLAKS

do Psychy:
141

Dlaczego? — Pytam się: dlaczego!

PSYCHE

podnosi głowę
Ty wiesz!
Do słońca chciałam iść! Do życia!
Tu cień! Tu śmierć! Tu grób!
Ja pragnę żyć!

KAPELAN

142

Zgubiona!

KSIENI

głucho:
143

Dziecię, biedne dziecię moje…

O. BLAKS

144

A tak… żyć pragniesz! Musimy cię na przyszłość uchronić od podobnych pokus szatańskich! Czas już najwyższy… Resztę dni, które ci jeszcze pozostają, przepędzisz w najgłębszym lochu klasztornym, nie widząc światła ani ludzkiej twarzy, nie słysząc innego głosu, prócz zastygającego tętna twej krwi i szelestu kropel wilgoci, spadających ze sklepienia. — Będziemy się modlić za ciebie.

KSIENI

do mniszek:
145

Wiedźcie skazaną! Dzisiaj dzień żałoby…

Mniszki wyprowadzają słaniającą się Psychę. Tymczasem wśród ponurej głuszy rozlega się jeszcze zza bramy

PIEŚŃ BŁĘDNEGO RYCERZA

Na świat, na słońce pójdź! W ogrody tam,
gdzie lśnią czerwone róże,
czekając twoich rąk, gdzie dla twych stóp
pod tęczą złotych bram
wykuto schody w różowym marmurze,
co wiodą w chram[47]
Życia i Światła…

IV. Na przełomie

  1. Psyche, udzielna księżna włoska
  2. Blaks, dowódca jej zaciężnych wojsk niemieckich
  3. Pietro, zaufany księżnej, historyk
  4. Lorenzo, dworzanin
  5. Giani, kapitan straży pałacowej
  6. Arminio, rzeźbiarz i architekt
  7. Girolamo, poeta i malarz
  8. Leta, Bella, Carmen, damy dworskie
  9. Poseł
  10. Żołnierze, Służba

Rzecz działa się we Włoszech z początkiem XVI wieku.

Sala renesansowa, przedzielona kolumnadą na dwie połowy. Druga połowa, w głębi, wzniesiona jest ponad przednią o parę stopni. Drzwi w głębi, z lewej strony dwoje drzwi: w górnej i dolnej połowie; z prawej w górnej połowie okno, w dolnej drzwi.

ARMINIO

biegnie za odchodzącą w głąb Psychą
Srogaś jest, pani!

PSYCHE

która wstępowała po schodach, zatrzymuje się i odwraca
Nie! Nie jestem sroga…
Pięknam jest tylko…
Podaje mu rękę.

ARMINIO

całując jej dłoń:
Bądź mi więc łaskawa!
Kocham cię, księżno!

PSYCHE

Kocham twoją sztukę,
mistrzu Arminio…

ARMINIO

Co mi sztuka znaczy!
Co marmurowy tłum posągów biały,
co sławę moją poszedł nieść na światy,
gdy moja miłość…

PSYCHE

Czy gotowy, mistrzu,
plan tej lodżetty[48]?

ARMINIO

Dzieckiem jesteś, dzieckiem
okrutnym, które igra z ludzkim sercem
i zmiany pragnie wciąż! Ty nic nie kochasz!

PSYCHE

Owszem, ja kocham sztukę, piękno — życie,
które jak ogni fontanna wytryska
i gdzieś pod niebem wysoko się spala
i — deszczem żużli opada na ziemię…

ARMINIO

Gorzko to mówisz!

PSYCHE

Cóż ja temu winna,
że nie jest takie to życie, jak pragnę?
że tej drapieżnej pustki w moim sercu,
tej głodnej pustki zapełnić nie mogą
krwawe triumfy mego kondotiera,
przepych, ni sztuka…

ARMINIO

A miłość!?

PSYCHE

Tak… pragnę
miłości, jednak ta, którą mi dajesz,
nie zdoła mojej tęsknoty ukoić…

ARMINIO

Życiem dać gotów[49]! Możnaż[50] kochać więcej?

PSYCHE

Choćby to prawdą było — mnie nie starczy!…
Chciałabym kochać jakąś rzecz ogromną,
straszliwą, wieczną! W oczach mi czerwono,
i wśród posągów, i przy lutni dźwięku
jakaś się czasem krew mym rękom marzy
i nowe życie — przez płomień i burzę…
Cóż to? Zadrżałeś? Kuj marmur, Arminio! —
jeśli wykujesz posąg burzy, wtedy…

ARMINIO

Będziesz mnie kochać?

PSYCHE

Dzieło twoje — kupię!
Odwraca się i wstępuje w głąb sali.

PIETRO

wchodzi drzwiami z lewej strony, w głębi
Dostojna pani…

PSYCHE

Co tam?

PIETRO

Poseł czeka…

PSYCHE

Jeszcze? — Niech wejdzie.

ARMINIO

Bywaj zdrowa, księżno!
Skłania się i wychodzi na lewo.
Pietro wpuszcza posła. — Poseł, w stroju oficera najemnych wojsk niemieckich, wchodzi.

PSYCHE

Wy jeszcze tutaj?

POSEŁ

Czekam odpowiedzi…

PSYCHE

O cóż to idzie?

POSEŁ

Księżna zapomniała?
Powtórzę zatem, chociaż wódz mój kazał
słowa poselstwa — raz tylko wygłosić!

PSYCHE

O cóż więc… prosi wódz moich żołnierzy?

POSEŁ

Wódz tych żołnierzy, którzy zza Alp przyszli
tutaj z nim razem i w stu krwawych bitwach,
miecz jego mając za drogowskaz chwały,
bogate łupy wzięli z jego łaski:
Niemiec Blaks, wódz mój, powrócił z wyprawy —
trzy miasta zdobył i — żąda nagrody!

PSYCHE

Żołd wypłaciłam!

POSEŁ

Żąda twojej ręki,
a z nią wraz — tronu książęcego, pani!

PSYCHE

zwraca się do Pietra:
Słuchaj, szlachetny Pietro, jeśli kiedy
będziesz doradcą jakiego książęcia,
daj mu tę radę moją: niechaj wodzów
swych wojsk najemnych trzyma jak ogary:
puścić na zwierza ze smyczy, a potem
rychło na łańcuch wziąć i skuć paszczękę,
by rozjuszone nie pożarły pana!

PIETRO

Dostojna pani…

POSEŁ

Czy to, jak odpowiedź,
mam nieść wodzowi?

PSYCHE

Powiedz mu, co zechcesz.

POSEŁ

Powiem, com słyszał!
Wychodzi.
Psyche zbliża się ku oknu.

PIETRO

postępuje za nią
Nierozważne słowa
z ust twoich, księżno, padły — nierozważne!

PSYCHE

Czyż zuchwalcowi mogłam dać odpowiedź
inną?

PIETRO

Zapewne — ale mądrość książąt
na tym polega, aby tylko wtedy
obrażać, kiedy można ubiec zemstę
obrażonego, to jest… zabić! Zatem…
jeśli masz kogo wiernego…

PSYCHE

Ach! Zabić,
zabić… Czyż mało zabijam? — Mój Pietro,
piszesz historię tych obecnych czasów,
napisz więc o mnie… Nie! Raczej nic nie pisz!
Albo… żem igrać lubiła z tym życiem,
niebezpieczeństwo wyzywać i patrzeć
z uśmiechem bogów na dnie i wypadki…

PIETRO

Napiszę, pani…

PSYCHE

…żem z wodzów najdzikszych
co najdzikszego miała, by mnie słuchał —
że z wstrętem patrząc na jego zwycięstwa
i na łeb jego straszny… skądś mi znany…
z dawna — niepewna życia wobec niego,
drżałam z rozkoszy, że mnie słuchać musi
ten nienawistny! Żem się otoczyła
artystów kołem w całej ziemi włoskiej
co najprzedniejszych, żem pobudowała
pałace złote — a jedną uciechą
w tym to mi było, żem widziała marność
wszystkiego wokół… I jeszcze… to jedno:
że tęsknię, Pietro.

PIETRO

Tak, i to napiszę,
że tęsknisz, pani, wśród przepychu życia,
pełna młodości, świetności i krasy,
pośród artystów, co głoszą twą sławę,
w pośrodku ludzi, którzy cię kochają —
i nie wiesz, czemu tęsknisz…

PSYCHE

Nie wiem, Pietro,
dlaczego tęsknię… Odzyskać bym chciała
coś, com straciła — jeno co? Nie pomnę…
Może sen jakiś? A może… ogromne
szczęście… przepadłe? Zresztą — to jest nuda;
nudzę się, Pietro. To wszystko!
Wychodzi drzwiami w głębi.

PIETRO

pogląda za nią
Ha! Może…
Zstępuje po schodach ku przodowi.

GIROLAMO

wchodzi z lewej od przodu
Jak się masz, Pietro!

PIETRO

Witaj, Girolamo…

GIROLAMO

Księżna tu była?

PIETRO

Odeszła w tej chwili…

GIROLAMO

Nie wiesz, czy będzie dzisiaj przy obiedzie
słuchała…

PIETRO

Czego?

GIROLAMO

Mego poematu,
Pieśń trzecią wzięła do przejrzenia; dzisiaj
przynoszę czwartą…

PIETRO

Czy jest równie długa?

GIROLAMO

Dłuższa jest jeszcze! Dłuższa — o dwadzieścia
oktaw! Dziś w nocy dopisałem. — Pietro!
Jeśli ją pieśń ta nie poruszy…

PIETRO

Może,
może ją wzruszy…

GIROLAMO

Słuchaj, czy to prawda,
com słyszał w mieście, że pono kondotier
w nagrodę zwycięstw żąda ręki księżnej?

PIETRO

Podobno…

GIROLAMO

Więc to stać się może? Piekła!
Co będzie wtedy?

PIETRO

Nic! — Nowego pana
tu dostaniemy, który będzie brudny
jak każdy Niemiec i jako kondotier
głupi…

GIROLAMO

Lecz ja ją kocham, kocham! Słyszysz?
Umrę u nóg jej!

PIETRO

Czy nie lepiej, mistrzu,
ażebyś o tym napisał poemat
lub wymalował tylko taki obraz?
Śmierć jest piękniejsza w sztuce niźli w życiu,
które nie znosi śmierci…

GIROLAMO

Obraz, mówisz?
Tak, to myśl dobra — obraz… lub poemat…
Zamyśla się.
Wpadają Giani i Lorenzo.

GIANI

Kędy[51] jest księżna?

PIETRO

Szlachetni panowie!
Cóż to za sprawa tak nagła?

LORENZO

Gdzie księżna?
Chcę mówić z księżną — i to zaraz, zaraz!
Biegnie ku drzwiom w głębi i uderza w nie rękojeścią szpady.

GIROLAMO

To nie przystoi!…

BELLA

staje na progu
Co za gwałt się dzieje!

LORENZO

Pani! Gdzie księżna? Muszę z nią natychmiast mówić…

BELLA

Zajęta miłościwa pani.
Czyta poemat.

GIROLAMO

Pietro, mój poemat…

GIANI

Więc raczcie pani oznajmić, że sprawy
nadzwyczaj ważne tutaj nas przywodzą…

GIROLAMO

Ależ panowie…

BELLA

Nie można przeszkadzać!

LORENZO

Per Baccho[52]! Muszę ją natychmiast widzieć!
Usuwa Bellę i chce wejść. — W tej chwili na progu pojawia się Psyche z manuskryptem w ręku.

PSYCHE

Cóż to za rozgwar?

LORENZO

Miłościwa pani…

PSYCHE

A! Girolamo! Witaj mi, poeto!
Od wczoraj ciebie nie widziałam jeszcze,
a jednak dzwonią mi twe słowa, mistrzu!
Wskazuje na trzymany w ręku papier. — Girolamo skłania się głęboko.

GIANI

Racz słuchać, pani…

PSYCHE

Witaj, kapitanie —
zechcesz dziś z nami zasiąść do obiadu?

LORENZO

Są ważne sprawy…

PSYCHE

Mówcie, mówcie — słucham…
zwraca się do Girolama:
Płyną twe strofy, jak strumień rozbity
w perły i tęcze na głazach z kryształu…
Poeto! Wieniec twym skroniom przystoi!

GIANI

Posłuchaj, księżno…

PSYCHE

z roztargnieniem:
Mówcie!

LORENZO

Rzecz zbyt ważna.
Ogląda się na obecnych.

PSYCHE

To przyjaciele…

PIETRO

Mamyż[53] się oddalić?

PSYCHE

Ależ…

LORENZO

Na Boga! — Tak! I prędko! Prędko!
Pietro i Girolamo wychodzą drzwiami na prawo. Bella cofa się w głąb.

PSYCHE

Cóż to za sprawa?
Pogląda w rękopis.

GIANI

Właśnie przychodzimy…

PSYCHE

Ach, słuchaj, Giani, słuchaj, co za strofa!
czyta:
„Jeśli chcesz życia — oddam! — Jeśli sławy,
pod stopy twoje rzucę ją, jak złoty
wieniec — a ty ją zdeptaj dla zabawy,
a jeśli…”

LORENZO

z wybuchem:
Pani! O twe życie idzie!
Rzuć te papiery i słuchaj!

PSYCHE

O życie?

GIANI

Tak jest! Niestety! — Wódz twoich żołnierzy…

PSYCHE

Ach! Blaks… Przysłał dzisiaj posły do mnie;
chciał mojej ręki!

LORENZO

Teraz żąda księstwa!

PSYCHE

wyniośle:
Czyście w poselstwie od niego przybyli?

GIANI

gwałtownym ruchem odsłania zranioną pierś
Patrz! Oto pismo, które ci przynoszę,
jego sztyletem ryte!

PSYCHE

Co to znaczy?

LORENZO

Blaks obiegł miasto i głośno ci grozi,
że nie dożyjesz do wieczora, księżno!

PSYCHE

A wojsko moje?

GIANI

Wszyscy za nim poszli
i ryczą: „Książę! Książę Blaks niech żyje!” —
Wszyscy! Z wyjątkiem tej garstki jedynie,
którą ja sprawiam… My na śmierć gotowi.

PSYCHE

Na śmierć? A lud mój? A moi poddani?

LORENZO

Księżno! I czymże ty swój lud kupiłaś,
by cię miał bronić? Daruj, że to mówię…
Poddani twoi płacili daniny,
patrząc z daleka na cudne pałace,
które twój kaprys wznosił — i jedynie
gadki wśród ludu twojego chodziły,
że jest tam przepych, że są tam obrazy
i marmurowy biały tłum wśród gajów
oliwnych, bogom pogańskim podobny —
a lud był głodny! — Tyś wojny toczyła
zwycięskie: lud twój oddał grosz ostatni,
by twoje włości rosły, twoja sława!
Teraz Blaks, srogi pies na twym łańcuchu,
którym świat szczułaś, urwał się i szczerzy
zęby przeciwko tobie, zaś ludowi
pieniądz przyrzeka! — I owe hołysze[54]

PSYCHE

Więc lud z nim razem? On lud wezwał, mówisz?

GIANI

Tak jest — i lud z nim idzie…

PSYCHE

Lud… Doprawdy,
teraz dopiero przypomniałam sobie,
że jest pode mną lud…

LORENZO

Czemuż nie wcześniej!
Póki był korny[55]

PSYCHE

A dziś wstał, jak fala?
I jest potężny? Burzy i obala?
I ze mną walczy? Przejdzie po mym tronie,
po księstwie moim przejdzie i koronie
i pójdzie… dokąd? Ja tam już nie zdążę…
chociażbym może chciała…

LORENZO

Nowy książę
lud twój powiedzie!

PSYCHE

zrywa się
Nie! Wspaniałość moja
oprze się jeszcze!

LORENZO

Nie łudź się, dostojna!
Lud chce swobody! Ty mu jej już nie dasz —
da ją… kto inny!…

PSYCHE

po chwili:
Więc nie ma ratunku?

LORENZO

Owszem — jeżeli to nazwać ratunkiem…

PSYCHE

Słucham cię.

LORENZO

Głos mi uwiązgł[56] w gardle…

PSYCHE

Powiedz!

LORENZO

Zdać się na łaskę i niełaskę Blaksa,
albo… uciekać.

PSYCHE

odwraca się z niechęcią
Co ty powiesz, Giani?

GIANI

Mój obowiązek — z setką moich dzielnych
umrzeć przed bramą twojego pałacu.
Spełnię go, księżno.

PSYCHE

Więc — zostanę tutaj.

LORENZO

Na śmierć twą patrzeć nie będę, bo póki…

PSYCHE

przerywa:
Dobrze, już dobrze, przyjaciele moi,
nie mówmy o tym! Jak wiele, myślicie,
upłynie czasu, zanim Blaks tu stanie?

LORENZO

Może godzina…

GIANI

Dwie! Ja za dwie ręczę!
Żyć mam ochotę jeszcze dwie godziny…

PSYCHE

Więc wy jedynie — wy dwaj jeszcze tylko…
Czemuście przy mnie zostali[57]? Powiedzcie!
Lorenzo i Giani skłaniają głowy w milczeniu.

PSYCHE

Wy mnie kochacie?

LORENZO i GIANI

Księżno!

PSYCHE

Dajcie ręce —
pogańska byłam nad wami władczyni,
tak zakochana w pięknie, blasku, życiu —
ale to przeszło. Pustka w moim sercu —
i do miłości innych już tęsknota
nowe przed stopą mą otwiera wrota,
i jeno uśmiech ten i liść ten z czoła…
Bez łez go rzucam. Przyszłość mnie już woła…
Tak rada jestem!

LORENZO

Co ty mówisz, księżno?
Twe słowa dziwne…

PSYCHE

Nic. Chcę być wesoła
przez dwie godziny. — Na ucztę was proszę,
mili…

LORENZO

Tam wróg twój już wywala bramy!

PSYCHE

Tutaj nie słychać! Odgłos walk w oliwnych
gałęziach moich ogrodów uwięzgnie[58]:
zdawać się będzie, że cyprysy szumią…
Gdy krzyk straszniejszy zabrzmi — to go stłumią
bluszcze na ścianach mojego pałacu
i te makaty… A więc — póki można —
nie chcę nic słyszeć. Wezwę swych przyjaciół —
wy im nie mówcie, że się księstwo moje
liczy na chwile… Chcę, aby tak zaszło,
jak dzień pogodny…

GIANI

Ucztuj! Zaręczyłem
za dwie godziny — oznacz na zegarze!
Czas trzymam w garści!
Zwraca się ku wyjściu.

PSYCHE

Idziesz?

GIANI

Sprawić straże…
Idzie ku drzwiom, jednak przed progiem zatrzymuje się.
Psyche!…
Psyche podaje mu dłoń. — Giani przyklęka i w długim pocałunku ciśnie rękę Psychy do ust, po czym wstaje szybko i nie oglądając się za siebie, wychodzi.

PSYCHE

do Lorenza:
A ty?

LORENZO

Ja? — Zostanę przy tobie,
dopóki…

PSYCHE

Dość już!
Arminio wchodzi.

PSYCHE

W poręś przyszedł, mistrzu!
Właśnie posyłać chciałam moje sługi,
aby cię prosić…

ARMINIO

Księżno, ja przychodzę,
by cię pożegnać!
podaje jej papier
Tu jest plan lodżetty,
którą wystawić chciałaś w swym ogrodzie.
Plan jest dokładny, wykonać go zdoła
każdy architekt.

PSYCHE

Cóż to? Więc mnie, panie,
chcecie opuścić?

ARMINIO

Jadę w świat!

PSYCHE

Lodżettę
nie wiem, czy będę stawiać, lecz was, mistrzu,
zatrzymam…

ARMINIO

Pani! Ja stąd odejść muszę! —
nazbyt cię… kocham.

PSYCHE

Przeto odejść chcecie?
Więc na dzień tylko, tylko do wieczora —
nie! — Dwie godziny pozostańcie jeszcze,
a potem idźcie, panie, za swą sławą,
gdzie los was woła…

ARMINIO

po chwili wahania:
Zostanę, gdy każesz…

PSYCHE

O tak! Dziękuję! — Dzisiaj was dotknęłam;
darujcie! Nigdy to się nie powtórzy…
do Lorenza:
Bądź gospodarzem, Lorenzo, tymczasem
i sproś przyjaciół moich. Ja na chwilę
odejdę, wydać rozkazy i szaty
przywdziać godowe.
Wychodzi.

ARMINIO

Cóż to?

LORENZO

Uczta!

ARMINIO

Wcześnie!

LORENZO

Już czas ostatni, wierzaj, sławny mistrzu!
Wyciąga miecz i ogląda klingę.

ARMINIO

Cóż to, szlachetny panie, miecz w twych ręku?

LORENZO

Oglądam brzeszczot…
Wsuwa miecz do pochwy.
Służba wnosi stół i zastawę.

LORENZO

idzie ku drzwiom z prawej i otwiera je na oścież
Proszę was, panowie —
księżna kazała was bawić, dopóki
nie zejdzie sama.
Wchodzą Pietro i Girolamo.

PIETRO

Długie były rady…

LORENZO

Drobna rzecz, ale pilna!

GIROLAMO

Ho! Arminio!
O łaski księżnej ubiegasz się ciągle?

ARMINIO

Jak ty…

GIROLAMO

Gdzież Giani?

LORENZO

Wyszedł, przygotować…
popis rycerski, którym księżna pani
chce swych przyjaciół po uczcie zabawić.

GIROLAMO

Cóż to za święto dzisiaj?

LORENZO

Wielkie święto!

ARMINIO

Zapewne ku czci zwycięskiego wodza,
który dziś wrócił. Widziałem na mieście
ruch nadzwyczajny. Do bram wszyscy biegą[59]

LORENZO

Przyjdą i tutaj.

PIETRO

do Lorenza:
Jestem niespokojny;
byłem obecny, gdy księżna mówiła
z posłem…

LORENZO

Ach! Głupstwo — rzecz już załatwiona!

PIETRO

Tak? — Czy pomyślnie?

LORENZO

Najpomyślniej w świecie!

PIETRO

do siebie:
A więc wesele pono[60] będziem[61] mieli!
Wchodzi Psyche; na sukni, w którą była poprzednio ubrana, ma narzucony bogaty płaszcz, na głowie jej błyszczy diadem książęcy. Obok niej postępują jej damy: Leta, Bella i Carmen. Służba wnosi potrawy, owoce i wina.

PSYCHE

Zasiądźcie, mili przyjaciele moi;
chcę być wesoła dzisiaj w waszym gronie!

GIROLAMO

Wyglądasz pani dziś jak dzień, jak słońce!

PSYCHE

Jeślim jest słońce — weselcież się słońcu!
Cóż to, Arminio! Ty jeszcze posępny?
Czyś nie zapomniał dotąd swej urazy?

ARMINIO

Już zapomniałem, gdyś mi błysła twarzą!

PSYCHE

zasiada
Ach! Tak to pięknie! — Lorenzo! Chcę śpiewu;
nad czymże dumasz? Chcę śpiewu! — Tam wisi,
patrz, mandolina — weź i graj… Lub raczej —
nie! Teraz będziem słuchać Girolama.
Poeto! Miałeś nam pieśń czwartą czytać…

GIROLAMO

Mam ją przy sobie, księżno.

PSYCHE

A więc proszę…
O czymże pieśń ta?

GIROLAMO

O czym? — O miłości!
Ta jedna, pani, struna teraz we mnie
drży…

PSYCHE

O miłości!… Wszak wy mnie kochacie?
Powiedzcie — bardzo? Kochacie mnie wszyscy?

PIETRO

Ja stary, księżno, a jeszcze cię kocham!

PSYCHE

Wierzę, mój Pietro. No a wy, artyści?

ARMINIO

Pani! Czyż słów mych dopiero ci trzeba?
Chciałem stąd uciec, lecz przyznam, że lżejsza
śmierć by mi była. Może ty byś wtedy
wierzyła wreszcie…

PSYCHE

A ty, Girolamo?

GIROLAMO

I cóż ci powiem, ja — poeta, który
żyję, by głosić twą sławę! Ja — malarz,
co twoją piękność uwieczniam jedynie!
Chciałbym, ażebym mógł kiedy okazać,
jak ja cię kocham! Aby los nadarzył
jaką sposobność…

LORENZO

Nie wyzywaj losu!

PSYCHE

Ach! Jak to dobrze, że wy mnie kochacie!
A więc beze mnie pusto by wam było?

GIROLAMO

Żyć bym nie zdołał!

ARMINIO

Śmierć bez ciebie, pani!

PSYCHE

zwraca się do Lorenza, z lekką ironią:
I cóż, Lorenzo? — Słyszysz, jak kochają
ci przyjaciele? I czy się nie wstydzisz
swego milczenia wobec onych przysiąg?
Ty mnie nie kochasz! Ty byś nie dał za mnie
życia! — Gdzież Giani? — On mnie też nie kocha,
kiedy nie przyszedł na ucztę…

GIROLAMO

lekceważąco:
Ach! Żołnierz…

LORENZO

Pewno…

PSYCHE

I słusznie! — Czymże byłam dla was? —
Władczyni tylko! — Podczas gdy artystom
dawałam złoto, łaski i natchnienie,
uśmiechy jasne, słoneczną pogodę! —
Lecz cóż to, mili? Czary jeszcze pełne?
Pijcie! Ja proszę, pijcie za me zdrowie!

PIETRO

wznosi kielich
Żyj nam i władaj, księżno, długie lata!

ARMINIO i GIROLAMO

Żyj nam! Dopóki…
Trącają się z Psychą, której kielich pęka.

LETA

Och! Puchar…

BELLA

Zła wróżba!

PSYCHE

Marne szkło! — Złoty mi dajcie! — Panowie,
złotym pucharem za toast dziękuję!…
Pije.
Lecz patrzcie! — nudzą się tu moje damy:
bawcież je, proszę! Wszak jam tu nie jedna.
Śmiejże się, Leto! — Lubię śmiech twój srebrny,
co brzmi jak jasna gdzieś w górach kaskada
Bello! Wznieś czoło! Niech twe oczy błyszczą!
Kocham urodę twoją, najpiękniejsza! —
Carmen! Zaśpiewaj! Lorenzo ci zagra…

CARMEN

Jak każesz, pani!

LETA

Podam instrumenty…
Przynosi mandolinę i daje Lorenzowi.

CARMEN

O czym mam śpiewać?

PSYCHE

O szczęściu! O szczęściu!

CARMEN

śpiewa przy wtórze gry Lorenza:
Szukałam szczęścia, o siostry moje!
goniąc przez lądy i morze —
a szczęście pono, o siostry moje!
kryło się w cichym klasztorze!…
Szukałam szczęścia, o siostry moje!
w cichym wśród borów klasztorze —
a szczęście pono, o siostry moje!
było u księcia na dworze!
Szukałam szczęścia, o siostry moje!
Na świetnym książęcym dworze —
a szczęście pono…

PSYCHE

przerywa:
Dosyć tej pieśni! — to jest pieśń tęsknoty,
a tu dokoła nas jest radość, życie…
Życie! — Wszak prawda?

GIROLAMO

Życie jest i — miłość!

ARMINIO

Wierna do grobu miłość!…

PSYCHE

Wierzę, mili!
Możnaż[62] nie wierzyć, gdy się zaklinacie,
mistrzowie sławni po wszej ziemi włoskiej?
Ale dość tego! — Teraz posłuchamy
poety. Mistrzu Girolamo, proszę,
czytajcie pieśń swą! Służba! Nalać czary!
Pietro! Uważaj! — Będziesz sędzią, jeśli
nazbyt wzruszona sądzić nie potrafię!
Arminio! Usiądź tu przy mnie, tak… blisko…
Słuchamy, mistrzu!

PIETRO

I ja słucham, słucham…

GIROLAMO

występuje i wsparty o kolumnę, rozpoczyna czytać:
„Dziś los Arnolda zajmuje mnie, przeto
rzucam Rodryga w jamie czarownika
i dążę za nim. Wielką to zaletą
rycerza mego było, że nie tyka
świętości; gdy więc spostrzegł, że z kobietą
walczyć mu padło: wnet zajadłość dzika
zgasła mu w sercu — rzuca miecz, przyklęka…
cios nad niezbrojnym żeńska wzniosła ręka.
On poznał Dorę… O święta miłości,
która zbroice[63] łamiesz i paiże[64],
przez pancerz w serce…”
Na dworze przed domem wybucha zmieszany gwar: coś jakby krzyki, jakby odgłosy bitwy… — Lorenzo biegnie ku oknu.

ARMINIO

zrywa się
Co to?

PSYCHE

Nic — moi poddani się cieszą!
Przyszli pod okna me wznosić okrzyki.
Czyście się zlękli?

PIETRO

To nie głos wiwatów!
Strzały!

PSH C

Z moździerzy biją na cześć wodza,
który dziś wrócił. Lorenzo, wszak prawda?

LORENZO

wraca do stołu
Tak jest, tak, pani.

PSYCHE

Czytaj, Girolamo!

GIROLAMO

czyta:
„…przez pancerz w serce ugadzasz i kości
przenikasz — gwiazdo na niebios szafirze!
Twój promień duszom mleczną drogę mości,
jeśli wzwyż zechcą iść, a ziemskie niże
rzucić: szczęśliwy, kto cię w życiu spotka,
miłości! — Nawet śmierć dla ciebie słodka!
Niechaj pieśń moja…”
Wołania i szczęk na schodach.

PIETRO

powstaje
Tu się coś dzieje! Szczęk u bram pałacu!
Księżno!

PSYCHE

Siadajcie. Mustrują się straże.
Giani je sprawia… O, mój wierny Giani!…

ARMINIO

Co to ma znaczyć? Tyś pobladła, pani!

PSYCHE

Pieśń Girolama tak mię wzrusza. Czytaj,
czytaj, mój mistrzu…
Ukrywa twarz w dłoniach.

GIROLAMO

czyta głosem cokolwiek niepewnym:
„Niechaj pieśń moja, która sławi ciebie,
trafi do serca mojej jasnej pani,
niech ją do marzeń złotych ukolebie…”
Urywa. — Lorenzo wstaje i zbliża się do drzwi.

PSYCHE

Słuchajże[65], Lorenzo!

LORENZO

wyciąga niepostrzeżenie szpadę
Słucham! Ja słucham — cały w słuch się zmieniam!
Nadsłuchując odgłosów z zewnątrz, opiera się lewym ramieniem o uszak[66] drzwi, szpadę trzyma na pogotowiu w prawej ręce.

PSYCHE

do Girolama:
Cudna pieśń wasza!

GIROLAMO

czyta z rosnącym niepokojem:
„… niech ją do marzeń złotych ukolebie
i niech jej powie, tej — która mię rani,
że bez niej nie chcę być zbawionym w niebie,
a z nią radosny pójdę do otchłani,
z nią, co jest wróżką dobrą moich wzlotów;
niechaj jej powie pieśń, żem umrzeć gotów
dla niej…”
Od jednego gwałtownego ciosu z zewnątrz rozlatują się drzwi: wpada Blaks, w zbroi. Wszyscy obecni Mężczyźni zrywają się z przerażeniem — Kobiety cisną się z krzykiem około Psychy, która stoi — dumna, nieruchoma, spokojna.
Lorenzo w chwili, gdy drzwi się rozwarły, rzuca się na Blaksa z dobytą szpadą.

BLAKS

Gadzino!
Powala go jednym ciosem ciężkiego dwuręcznego miecza i przeskoczywszy przez trupa, wpada na środek sali.
Gdzie księżna?!

PSYCHE

Ja jestem tutaj!

KOBIETY

O, pani! O, pani!

ARMINIO

Zdrada!

PIETRO

Do broni!

BLAKS

Niech się nikt nie rusza!
Kto miecz wyciągnął — zginie!

GIROLAMO

Daruj, panie…
myśmy…

PSYCHE

A cóż to, przyjaciele moi?
Ha, ha! Wszakżeście chcieli dla mnie — ginąć!
Arminio! Pietro! Mistrzu Girolamo!
— Wszak mię kochacie!

PIETRO

Tak… lecz życie więcej…
I przeto radzę…

PSYCHE

A! Kochacie życie!
Więc jeden tylko był — i tutaj leży
martwy — i drugi — tam, przed bramą, świeży,
piękny, młodzieńczy trup! — A ja, widzicie,
suche mam oczy…
do Blaksa:
Czego chcesz?

BLAKS

Książęcej
władzy — z twą ręką, albo twego życia!
Do mnie, żołnierze!

ŻOŁNIERZE

wpadają tłumnie z gromkim okrzykiem:
Książę Blaks niech żyje!

TŁUM LUDU

za oknem powtarza:
Niech żyje książę!

BLAKS

do obecnych:
A wy? Kto nie wzniesie
okrzyku: wróg mój!

PIETRO

po chwili wahania:
Niechaj żyje książę!

ARMINIO i GIROLAMO

powtarzają niepewnie:
Niech żyje…

BLAKS

do Psychy:
Słyszysz?

Władza, Klęska, Klejnot, TruciznaPSYCHE

Ha! Poddać się muszę.
Dajcie mi puchar, niech i ja wypiję
zdrowie nowego księcia!
Z pierścienia, który ma na palcu, wsypuje do złotej czary truciznę.
Niechaj żyje
książę Blaks, Psychy następca! — I włada!…
Pije.

PIETRO

Tak, to rozumnie!
do służącego:
Księciu czarę nalej,
niechaj wraz z nami…
Psyche zachwiała się, blednie…

KOBIETY

z krzykiem:
Otruła się! Biada!
Księżno! — Umiera!

PSYCHE

walcząc z ogarniającą ją śmiercią, zrywa się jeszcze raz i mówi, patrząc Blaksowi w oczy:
Nie! — Ja idę… dalej…
Słania się i opada na ręce podtrzymujących ją dam.

V. Przez krew

  1. Gospodarz
  2. Psyche, dziewczyna usługująca w kawiarni
  3. De La Roche, żołnierz Gwardii Narodowej
  4. I Gość, II Gość w kawiarni
  5. Młody
  6. Dowódca patrolu, Danton, za sceną
  7. Blaks, rzeźnik, przywódca tłumu
  8. Goniec
  9. Głosy z Ludu
  10. Tłum: mężczyźni i kobiety

Rzecz działa się w Paryżu, o świcie dnia 2 września 1792.

Kawiarnia, otwierająca się w głębi szeroką werandą na plac w starej dzielnicy Paryża. Wnętrze, urządzone po prostu i nieco brudne, oświetlają dwie lampy oliwne, zwieszające się na drutach z pułapu. Po lewej stronie szafa z napitkami i długi stół bufetowy; na prawo drzwi. Kilka stolików drewnianych, w części tylko przykrytych kolorowymi serwetami, obok nich ławy i stołki, słomą wyplatane. Późna noc. Plac przed kawiarnią jest zupełnie ciemny, kładą się po nim tylko żółte smugi słabego światła lamp kawiarnianych.
Niespokojna, pełna oczekiwania cisza.
Gospodarz stoi oparty plecami o bufet, za każdym szelestem pogląda ku placowi.
Jeden z gości siedzi z łokciami opartymi na stole i brodą na złożonych pięściach, mając przed sobą próżną szklankę, i patrzy tępo a uporczywie przed siebie.
Drugi gość zaklął z cicha, wstaje, przechodzi przez kawiarnię i siada na innym miejscu.
Młody, wtulony w kąt, szarpie nerwowymi ruchami porzuconą na stole gazetę, ogląda się, jakby chciał rozpocząć rozmowę, ale gdy wszyscy milczą, mruczy tylko coś niewyraźnego, po czym chwyta szklankę i wypija z niej resztę absyntu.
Psyche stoi oparta o słup werandy, zapatrzona w głąb.
Zegar wydzwania godzinę trzecią.

GOSPODARZ

146

Już trzecia…

I GOŚĆ

147

Do pioruna!…

II GOŚĆ

148

I nic jeszcze…

MŁODY

po chwili, nerwowo, podniesionym głosem:
149

Absynt!

Psyche zwraca się, idzie ku bufetowi, bierze flaszkę i nalewa mu kieliszek, po czym w milczeniu siada w kącie na prawo. Jedna z lamp zawieszonych u sufitu poczyna ćmić się i gasnąć.

II GOŚĆ

150

Lampy gasną…

GOSPODARZ

zdejmuje lampę i gasi zupełnie
151

Brakło już oliwy… Świeci się całą noc…

MŁODY

zrywa się gwałtownie, uderza pięścią o stół i mówi, chodząc niespokojnie po izbie:
152

To już można doprawdy oszaleć! Całą noc… i nic… i nic… i nic!…

Wchodzi De La Roche, w mundurze gwardzisty narodowego do pośrodka.

DE LA ROCHE

Witam.

GOSPODARZ

Dzień dobry…

MŁODY

odwraca się żywo:
A! To tyś jest, bracie!
Co słychać?

DE LA ROCHE

Głucho. Od przedmieścia idę;
lud nie śpi, czeka…
do Gospodarza:
Hej, obywatelu,
szklaneczkę grogu… Zimno jest diabelnie…
Spostrzega Psychę, która idzie mu grog przyrządzić.
Ty nie śpisz jeszcze?

PSYCHE

Czuwam. Czyż spać można
w taką noc?

I GOŚĆ

Prawda…

II GOŚĆ

Nie ma dotąd wieści?

DE LA ROCHE

patrząc na Psychę, mówi z roztargnieniem:
Jeszcze nie… Winny jednak przyjść nad ranem…

GOSPODARZ

Świt niedaleki…

I GOŚĆ

Oby jeno przyniósł
dobrą nowinę…

II GOŚĆ

A to co? Obawy?

MŁODY

porywczo:
Kto tu śmie wątpić?

I GOŚĆ

W głuchych cieniach nocy
myśli się ważą… Sześćdziesiąt tysięcy
Prusaków, z nimi pono drugie tyle
cesarskich ludzi…

GOSPODARZ

A dodaj: szesnaście
tysięcy szlachty naszej, królewszczyków,
co się z wrogami przeciw nam sprzysięgli…

PSYCHE

A nasze armie? Wolne armie ludu!

DE LA ROCHE

Sedańska armia bez wodza; północna
nie obroniła Longwy, które wzięto…

PSYCHE

Więc jeśli armie nie starczą, to pójdą
ludzie z tych ulic, z zaułków, z przedmieścia,
bosi, z kijami, z nagą piersią — ruszą
kamienie z bruku na bój…

DE LA ROCHE

Czy zwyciężą — !

MŁODY

Milcz! To jest zdrada! Tu wątpić nie wolno!
Na sąd zasłużył, kto nie wierzy silnie
w potęgę ludu…

PSYCHE

— i w tę wielką prawdę,
że wolni muszą zwyciężyć!

I GOŚĆ

Daj Boże!

GOSPODARZ

Bóg nam nic nie da, jeśli nie weźmiemy
sami! Ja mówię: dopóki tu żyje
król i dopóki te mydłki tam w Radzie…

II GOŚĆ

przerywa:
Obywatelu! Ty ich nie obrażaj!
W Radzie są ludzie, przed którymi głowę
schylić należy!

MŁODY

Przed nikim nie schyla
głowy człek wolny!

GOSPODARZ

A ja wam powtarzam,
że to są mydłki, którzy ciepłą wodę
mają w swych żyłach. Do dziś dnia w Paryżu
wszystko już winno było być zmienione:
król — na szafocie! Szlachta bez głów! Wszystka!
Lud — i nikt więcej! — Lud powinien władać!
Dość my cierpieli! Dość we krwi i trudzie
czekali wielkiej chwili wyzwolenia!
Równość prawdziwa…
Na placu przed werandą słychać głosy i ciężkie kroki.

II GOŚĆ

Co to?

MŁODY

wygląda
Patrol idzie!
Biegną wszyscy do drzwi werandy.

GOSPODARZ

woła:
Obywatelu! A co tam się dzieje?

GŁOS DOWÓDCY PATROLU

z zewnątrz:
Łapiemy ptaszków, ojcze Vaubas — w nocy
łapiemy!

DE LA ROCHE

Kogo?

GŁOS DOWÓDCY

Szlachtę! Są rozkazy,
aby uwięzić wszystkich podejrzanych…

GOSPODARZ

Nareszcie!

MŁODY

Pójdźmy!

GOSPODARZ

Psyche! Ty tu zostań
i pilnuj…

PSYCHE

Dobrze…
Wychodzą wszyscy oprócz De La Roche'a i Psychy. — Zegar wydzwania godzinę czwartą.
De La Roche siedzi zamyślony ze schyloną głową.

PSYCHE

postępuje ku werandzie i oparłszy się o słup, patrzy w ciemną głąb. Po chwili mówić zaczyna dziwnie zmienionym głosem:
Tętni krew… Noc ciemna,
a tam pod brukiem żyła krwie
podziemna
tętni i rwie…
O, krwi! O, krwi! Wybłyśnij zorzą!
O! Wzejdź nam, słońce!…

DE LA ROCHE

żywo:
Psyche!

PSYCHE

drgnęła, jakby nagle zbudzona
Tu jestem.

DE LA ROCHE

Głucho dookoła…
a tak się zdało, że krzyczy coś, woła…

PSYCHE

półgłosem do siebie:
Powiał wiatr wschodni…
Brzask się zatrzepał szarymi skrzydłami
pomiędzy rzędem kamienic
nad twardym brukiem ulicy…
O, słońce, wzejdź nam! Słońce!

DE LA ROCHE

153

Co mówisz?

PSYCHE

zmienionym tonem:
154

Nic. Matkę moją zasiekli batami; ojca zabito, kiedy krzyczał na ulicy: „Niech żyje wolność!”… Upadł twarzą na bruk i ciężkie buty żołdackie przeszły po jego ciele. Ale ja nic nie mówię. Wołam tylko słońca, ażeby wzeszło…

Patrzy znów w głąb.

DE LA ROCHE

po chwili:
155

Psyche!

PSYCHE

156

Słucham. Czy potrzebujesz czego?

DE LA ROCHE

157

Nie! Ty mnie nie słuchasz, nie widzisz mnie nawet! Spojrzałaś na mnie, ale myśl twoja jest gdzie indziej! Widziałem, jak dusza twoich oczu poszła tam — w ciemną głąb tej ulicy… ku gmachowi Komuny!

PSYCHE

158

Owszem. Widzę cię i słucham, obywatelu.

DE LA ROCHE

159

Obywatelu! — Nie maszże[67] dla mnie innego miana?

PSYCHE

160

Tym imieniem pozdrawiają się wszyscy wolni. Ale jeśli chcesz, mogę także nazywać cię inaczej…

DE LA ROCHE

161

Chciałbym…

PSYCHE

162

Mogę ci mówić: paniczu! Ładny jesteś — masz rumiane policzki i białe, wypieszczone dłonie — paniczu.

DE LA ROCHE

163

Dlaczego szydzisz ze mnie?

PSYCHE

164

Nie szydzę. To jest prawda.

DE LA ROCHE

165

Unikasz mnie, odpychasz… A wszakże ja dla ciebie, dla ciebie jedynie…

PSYCHE

166

Dla mnie?

DE LA ROCHE

167

Tak jest. Ty wiesz, że jestem potomkiem starej, szlacheckiej rodziny, wiesz, że wszyscy krewni moi są w więzieniach albo na wygnaniu…

PSYCHE

168

Albo w szeregach nieprzyjacielskiej armii, która idzie walczyć z nami…

DE LA ROCHE

porywczo:
169

A więc — tak jest! Nie przeczę! A ja — patrz! — Tutaj, z trójkolorową szarfą, w mundurze Gwardii Narodowej, na służbie… wolności! Na służbie ludu, tego ludu, który…

PSYCHE

170

Milcz! Jam z tego ludu wyszła! I kocham ten lud!

DE LA ROCHE

171

A ja ciebie kocham! — Słyszysz! — Ciebie jedną na świecie! Kocham ten błysk twoich oczu i głos twój płomienny, kocham cię całą! O! Czemu z rąk mi się wyrywasz? Powiedz, co mam jeszcze uczynić, co zrobić, ażebyś ty była moja?

PSYCHE

172

Żyję Wolnością…

DE LA ROCHE

173

Przeklęta! — Ona mi ciebie zabiera!

PSYCHE

174

Nie tak! — Wolność ukochaj, a zbliżysz się do mnie!

DE LA ROCHE

175

Ha! Wolność!… Rzuciłem się w ten wir — dla ciebie! Porywa mnie czasem i unosi, jak pożar snop słomy wydarty ze strzechy płonącego domu… Ale czyż można kochać ogień, który pożera?

PSYCHE

176

Tylko taki ogień wart ukochania! — Bo taki tylko oczyszcza i zbawia! — Czy to rozumiesz?

DE LA ROCHE

po chwili:
177

Dziwne są czasem twoje słowa… Niepodobna mi uwierzyć, abyś ty na tych ulicach i wśród tego ludu całe życie spędziła…

PSYCHE

zamyśla się:
178

Życie? — I kto wie, jakie ono długie naprawdę? Gdzie się zaczyna i gdzie kończy…

DE LA ROCHE

179

Coś niepojętego dla mnie jest w tobie…

po chwili, żywo:
180

Słuchaj! — Idę na oślep za tobą, służę twej sprawie, słucham twych rozkazów, opuszczam wszystko, wszystko poświęcam dla ciebie — a nie wiem nawet, kto ty jesteś?

PSYCHE

wzrusza ramionami:
181

Jak widzisz: prosta dziewczyna!

DE LA ROCHE

182

Nie! Ty jesteś czymś więcej!

PSYCHE

183

A więc tak! — Jestem obywatelką wolnego narodu!

DE LA ROCHE

Czymś więcej jeszcze! — Po raz pierwszy, pomnę,
jam cię zobaczył, kiedy lud Bastylię brał.
Tyś na czele ludu szła, płynęła —
nie! Tyś leciała wzniesiona rękami
tłumu, płomiennym zdając się aniołem:
z płomieniem krwawej chorągwi nad czołem,
z płomieniem w oku, w ustach, w wyciągniętej
ręce… — ze światła, z piorunu, czy z ciała,
nie wiem…

PSYCHE

To Wolność ci się ukazała!

DE LA ROCHE

Dusza!

PSYCHE

Ja!

DE LA ROCHE

Psyche! Odtąd żyję tobą!

PSYCHE

184

Nieprawda! Łudzisz się tylko. W istocie tobie obce jest to wszystko, czym ja oddycham… Odejdź!

DE LA ROCHE

185

Nie, nie! Tak mi się zdaje, że już raz minąłem cię kiedyś, może we śnie… tym razem…

PSYCHE

186

— miniesz znowu.

DE LA ROCHE

187

Ja nie chcę! — Psyche… Ja cię wezmę z sobą! Porwę, uniosę!

Gdzieś w głębi zrywa się nagle zmieszany gwar dalekiego tłumu, który milknie za chwilę.

PSYCHE

żywo:
Słyszysz gwar? Okrzyki!

DE LA ROCHE

drgnął
Miasto się rusza…

PSYCHE

To moja godzina!

DE LA ROCHE

nadsłuchuje
Przeszło, jak fala. Cicho znów i głucho…

PSYCHE

do siebie:
Sił! Sił! — Dziś tylko, tylko dziś zwyciężyć…

DE LA ROCHE

po chwili:
188

Twarz ci się mieni… Coś jak ból przemknęło po niej… Psyche!

Psyche zwraca się w milczeniu ku niemu.

DE LA ROCHE

189

Oczy ci błysnęły twardo połyskiem stali — usta masz zacięte… Jaka ty piękna jesteś! — O! Gdybyś ty wiedziała, jak ja cię kocham! Moja bądź!

PSYCHE

wybucha śmiechem
190

Ha, ha, ha! Ha, ha!

DE LA ROCHE

191

Śmiejesz się? — Ty się śmiejesz!

PSYCHE

poważnie:
192

Czy ty nie czujesz, obywatelu, jak fałszywie zazgrzytały twoje słowa o miłości w tej nocy oczekiwania, w tej dziwnej chwili, kiedy może tam się ważą losy wolnego narodu? Kiedy się z serca żywa leje krew? Gdy ma uderzyć wyzwolenia dzwon?

DE LA ROCHE

193

Dzwon uderzy, ale nie wiadomo jeszcze, na co wezwie lud! — Lęk mnie dziwny ogarnia. A i ty sama — widzę — że się boisz…

PSYCHE

194

Nie!

DE LA ROCHE

195

Nie zaprzeczaj!

po chwili:
196

Miłość, Dusza, Wolność, RewolucjaCzy wiesz, jak słodka jest miłość? Jakim głosem przejmującym woła? Jaki pokój daje bezbrzeżny?

PSYCHE

Nie chcę pokoju! — Na mnie jest klątwa łez,
wieków ból — i pot — i krew,
we mnie się pali straszny ludu gniew —
a wyzwolenie — to jest mój kres!

DE LA ROCHE

197

Miłość jedna wyzwolenie daje! — Ona odkupia i zbawia! — Posłuchaj, posłuchaj mnie tylko! — Ramiona stęsknione wyciągam ku tobie! Kocham cię, żyję tobą! — Psyche! Czyż nie drga nic w twoim sercu?

PSYCHE

po chwili:
A choćby drgało… choćby tam gdzieś na dnie
jaka tęsknota spała za… kochaniem,
za głupim cichym szczęściem — to cóż z tego?
Czy się ty łudzisz, że moje ramiona,
co krwawy sztandar wznieść chcą ponad ludem,
mogłyby pieścić? Że te usta moje,
drżące od krzyku płomiennej Wolności,
mogłyby kiedy — pokorne — całować!?

DE LA ROCHE

198

Ja cię nauczę! — Kochasz mnie! Pójdź ze mną!

PSYCHE

199

Nigdy! —

DE LA ROCHE

200

Pójdź! —

PSYCHE

201

Nigdy! — Pierwej bym musiała przekląć ten cud, to ukochanie moje, moje życie, co się tu rodzi z krwi: Wolność i Lud! —

DE LA ROCHE

202

Więc przeklnij! —

PSYCHE

203

Precz! —

DE LA ROCHE

204

To przecież jest nieuniknione, to przecież stać się musi! — Patrz tylko na ten tłum dokoła ciebie! Tobie się zdaje, że masz nad nim władzę, ale poczekaj, lada dzień obudzi się w nim podłe, złe, drapieżne zwierzę, a wtenczas… Słuchaj mnie, Psyche, tam na południu, pod Pirenejami, jest zamek mój rodzinny, wzniesiony ongi przez jednego z mych przodków, który pod imieniem Błędnego Rycerza Słońca objeżdżał ziemie z pieśnią na ustach a krzepkim mieczem w dłoni, za słuszność walcząc, nim upadł. Ale zamek stoi do dziś dnia. Słuchaj mnie, tam się można ukryć przed światem.

PSYCHE

205

Nie kuś!

DE LA ROCHE

206

Tam można — w zielonych wąwozach nad szumiącymi ruczajami — być wolnym naprawdę i szczęśliwym, z dala od tej zgiełkliwej a gorzkiej i krwawej komedii, która się tutaj rozgrywa! Co cię to wszystko obchodzi! O! Wysłuchaj mnie! Pójdź ze mną! — Zbytkiem cię otoczę, miłością, rozkoszą, przepychem!…

PSYCHE

mówi z wolna, patrząc mu w oczy:
207

Mnie się zdaje, że ty naprawdę nie wiesz, kto ja jestem!

DE LA ROCHE

208

Jesteś kobieta, którą ja kocham!

PSYCHE

Nie…
Ja jestem krzywda — i trud,
i żar — i moc — i ruch,
wstający z więzów duch!
Ja jestem — lud! —
Słychać nagle bicie dzwonów.

DE LA ROCHE

209

Dzwon!

PSYCHE

210

Na alarm biją!

DE LA ROCHE

Na trwogę! —

PSYCHE

Na bój!!
Kawiarnia wypełnia się zbiegającym zewsząd Ludem. — Niebo szarzeje świtaniem.

GŁOSY z LUDU

Co to?
Dzwonią!
Rada
kazała w dzwony uderzyć! —
Na alarm!

GONIEC

wpada
Wieść z pola bitwy! Ludu!

GŁOSY

Wieści! Wieści!
Co? Mów, co słychać!
Mów! Obywatelu!…

GONIEC

Niechaj tchu złapię… pędzę…

GŁOSY

Co się stało?

GONIEC

Verdun…

DE LA ROCHE

Zwycięstwo?

GONIEC

Verdun się poddało!
Prusak wziął miasto!
Wśród obecnych zalega nagle straszne, grobowe, pełne bezbrzeżnego zdumienia milczenie. Zaledwie ten i ów poruszy się, zagada z cicha do towarzysza. Wreszcie niepokój wzrasta — brak już tylko jakiegoś słowa, hasła…

PSYCHE

występuje na środek
Czyście słyszeli?

GŁOSY

wybuchają nagle, jak zrywająca się burza:
Na wroga! Na wroga!
Do broni, ludu!

PSYCHE

Tam! Przed gmach Komuny!
Wolności płomień przekuć na pioruny!
Wybiega na czele tłumu w głąb. W opustoszałej izbie pozostaje tylko De La Roche i rozgląda się wokoło zdumiony, jakby nie pojmował jeszcze, co się stało. Po chwili wbiega od ulicy Gospodarz.

GOSPODARZ

Już wiesz?

DE LA ROCHE

Niestety!

GOSPODARZ

Obłęd porwał ludzi!
Wszystko się wali…

DE LA ROCHE

Ona lud porwała…

GOSPODARZ

Kto taki?

DE LA ROCHE

Psyche.

GOSPODARZ

To nie dziewek sprawa,
tu trzeba męża…
Głosy zbierającego się na ulicy Ludu:
Rada temu winna!
To niedołęstwo!
Niech złożą urzędy!
Zmusić ich! — Łotry!

GOSPODARZ

Męża! Męża! Męża!

BLAKS

wbiega na czele tłumu
211

Hej, obywatele! — A wiecie już, co mówią po całym mieście, że wojska nasze w sposób łotrowski i zgoła niepatriotyczny dały się pokonać tym najemnikom królów?

GOSPODARZ

212

Tak jest, uległy podobno przewadze…

BLAKS

213

Ach, co to znaczy: uległy przewadze! To jest zdrada, kiedy pozwolili się pobić, podczas gdyśmy ich wysłali po to, aby zwyciężyli! Zdrada!

GŁOSY

zrazu nieliczne:
214

Tak jest! Zdrada, zdrada!

BLAKS

215

Kto tam dowodził? Rochambeau! — Powinien być oddany pod sąd ludu, za zdradę! Wszyscy powinni być sądzeni! — Od generała aż do szeregowca!

GŁOSY

coraz liczniejsze:
Dobrze mówi! Pod sąd! Za zdradę!
Niech żyje obywatel Blaks!

BLAKS

216

Dziękuję, obywatele. — Ale… cóż my teraz poczniemy? Ojcze Vaubas, co poczniemy? Nieprzyjaciel ma drogę otwartą, oblegnie Paryż… Zguba nam grozi!

GOSPODARZ

217

Między Verdun a Paryżem leży jeszcze ziemia Francuzów i wolni Francuzi mieszkają na niej, obywatelu!

GŁOSY

Wojska zawiodły!
Królom nas wydano!
To Rada winna! — —
Wywieszać ich wszystkich!
Poruszenie.

OKRZYK LUDU

wybucha nagle przed kawiarnią:
Niech żyje Danton!
Wszyscy cisną się naraz w głąb przez werandę; De La Roche i Gospodarz pozostają tylko wewnątrz przy drzwiach.

GOSPODARZ

pogląda w głąb
218

Danton… w sam czas się jawi! Czy widzisz?

DE LA ROCHE

patrzy również
219

Ciemno jest jeszcze — zaledwie mogę go dojrzeć… Zapalili teraz pochodnie… Tłum go obstąpił, ciśnie się dokoła niego, wznosi go…

GOSPODARZ

220

I co? I co?

DE LA ROCHE

221

Daje znak dłonią, będzie przemawiał…

GOSPODARZ

222

Czy słyszysz, co mówi?

DE LA ROCHE

223

Tłum burzy się i faluje; nie mogę słów pochwycić…

GOSPODARZ

224

Cicho!

Rewolucja, Lud, Przywódca, Wolność, WalkaGŁOS DANTONA

przemawiającego nieopodal na placu, dochodzi wśród chwilowego uciszenia się w pełnych, do uderzeń młota podobnych dźwiękach:
Króle na nas idą?
Tym lepiej, bracia! Nie trzeba ich szukać;
przychodzą sami! — Niechajże ta ziemia,
na którą stąpić śmieli i zbezcześcić
zbrojnych poddańców zgrają, ta kraina
wolności — niech się grobem dla nich stanie…
Dalsze słowa zagłuszają okrzyki tłumu.

DE LA ROCHE

225

Jak gdyby wicher przyniósł nad morze odgłosy dalekiej burzy — i utopił je znowu w łoskocie zwichrzonych bałwanów…

GOSPODARZ

Słuchaj tylko, słuchaj!

GŁOS DANTONA

brzmi znowu wśród chwilowej ciszy:
…dłonie wasze utrudzone,
te same dłonie, co Bastylii mury
w piarg miałki rwały — na ulicach miasta
tłukły spiżowe wizerunki królów,
które pod ludu oskardem jęczały,
jak dzwon! — Dziś, bracia, nie martwe posągi
macie obalać, ale kruszyć żywych
tyranów, którzy…

GŁOSY

226

Śmierć tyranom! Śmierć i zagłada!…

GŁOS DANTONA

Odwagi tylko…
Słychać wystrzał armatni, zwołujący pospolite ruszenie.
Słyszycie grom działa,
które was woła do broni? Hej, bracia!
To nie na trwogę strzał! — To grzmot pierwszego
kroku Wolności na drodze Zwycięstwa:
my zwyciężamy już!… bo myśmy wolni!…
Powstańcie wszyscy…

GŁOSY

zrywające się nagle ze wszech stron, jak burza:
Do broni, ludu! Za wolność! Na wroga!

GŁOS DANTONA

wybija się jeszcze raz z siłą grzmotu:
Niech drżą tyrany! Niechaj zadrżą króle!
I czekający ich przybycia zdrajcy!
Niech królewszczyki drżą! Niech drżą! — Słyszycie?!
Bo lud powstaje…

GŁOSY

W bój na śmierć i życie!
Niech żyje Danton!
Wolność niech nam żyje!
Tłum na placu rozprasza się wśród okrzyków; wielu ciśnie się do kawiarni, między innymi Blaks. — Rozwidnia się coraz więcej; słońce ma wzejść niebawem. — Fioletowy obrzask świtu, wpadając przez otwartą werandę, kłóci się z żółtym blaskiem lampy oliwnej.

BLAKS

wchodząc, mówi do cisnących się wokoło:
Czyście słyszeli? „Niech drżą królewszczyki!” mówił…

GOSPODARZ

Do broni wzywał lud…

BLAKS

Do broni —
tak… Lecz kto na nas przywiódł wroga? Mówcie!

GOSPODARZ

Król — i ci zdrajcy…

BLAKS

Dość ich między nami
jeszcze się plącze.

GŁOSY

Rodzina, Zdrada, Szlachcic, LudZdrajcy! Królewszczyki!
Śmierć zdrajcom! Wieszać!

BLAKS

Śmierć! Dobrze mówicie!

DE LA ROCHE

Jezu!

GOSPODARZ

Co tobie?

DE LA ROCHE

Tam moja rodzina!

GOSPODARZ

Nie ma rodziny, kto ludowi służy!
Zdrajcom śmierć!
Poskakuje naprzód.

BLAKS

Dalej! Szlachtę rznąć[68] jak byki!

DE LA ROCHE

wysuwa się naprzód
Obywatele! Myślcie o obronie
przed owym wrogiem, co od granic idzie!
Szlachtę zostawcie! Oni są pod strażą…
Dziś w nocy wszystkich podejrzanych księży,
arystokratów i przyjaciół króla
zamknięto — wszystkich! Więzienia są pełne!

BLAKS

Tym lepiej, bratku! Nie trzeba ich łapać!
Są ptaszki w klatce, jeno łby ukręcać!
Naprzód! Ja was powiodę! —

GŁOSY

Hej! naprzód!
Tłum, z Blaksem na czele, rusza się ku otwartym drzwiom, gdy naraz odzywają się na ulicy dźwięki Marsylianki; wśród okrzyków pojawia się na progu Psyche z trójbarwnym sztandarem w dłoni, wiodąc za sobą oddział Zbrojnych ochotników.

OKRZYKI

227

Niech żyje Wolność! Niech żyje Ojczyzna!

BLAKS

228

Patrzcie! To nowe ofiary! To młodzież nasza, które Rada pcha znowu w ogień, na łup wrogowi, by marnie ginęli! — Czyż pozwolicie na to, obywatele?

PSYCHE

Precz stąd, ty tchórzu! Ja ich w ogień wiodę,
ze mną — zwyciężą!

GŁOSY

Zwyciężą! Niech żyje
Psyche!

BLAKS.

A zdrajcy tymczasem nam ujdą!
Hej! Za mną!

PSYCHE

zagradza drogę tłumowi
Dokąd?

BLAKS

Lać krew zdrajców idziem!

PSYCHE

Nie tak! Wy nieście własną krew w ofierze
za wolność ludu! Własne nieście głowy
— na pole bitwy! —

BLAKS

Co za obłęd nowy?
My mamy ginąć? — A kto plony zbierze?

PSYCHE

I cóż wam o to, czyje będzie żniwo,
jeśli wam — szczęsnym — dano czynić siew?
Dla przyszłych wieków lać czerwoną krew,
serdeczną, płodną krew i żywą?
Za wolność, równość, za braterstwa cud,
za kraj, za lud!
Na krwawy oraczów znój,
kapłański siewców trud
ja wzywam was!
— Na bój!!
Niech bagnetów las
zieleniejący łan wolności osłoni —
o ludu mój!
— Do broni, do broni, do broni!

GŁOSY

Do broni!
Cisną się w głąb.

BLAKS

Obywatele! Wróg jeszcze daleko!
Wpierw trza porządek zrobić w własnym domu…
Jest król i u nas, są jego wspólnicy,
zdrajcy, co na nas sprowadzili wroga!

GŁOSY

229

Śmierć królewszczykom!

DE LA ROCHE

błagalnie:
Bracia! Nie plamcie rąk swych krwią bezbronnych!

BLAKS

odtrąca go
Precz stąd! Ty, widno[69], sam zdrajca! Precz! Mówię…
Wieszać! Łby ścinać! Wymordować wszystkich!
Niech ci królowie, którzy do nas idą,
usłyszą, jakie gotujem przyjęcie
dla królów oraz królewskich przyjaciół!

GŁOSY

Dalej do więzień! —

PSYCHE

Stójcie!

BLAKS

Kto nam każe,
gdy idziem spełniać krwawą zemstę ludu!

PSYCHE

Ja wam rozkażę! Ja — w imię Wolności
stojąca tutaj jak płomień nad wami!

DE LA ROCHE

do Psychy:

PSYCHE

Ja nie wstrzymuję! — Ja jeno podżegam! —
Ale chcę święte płomienie rozpalić!
Nie wolno brukać wam dłoni!
Rozlana przez was krew
niech zżera wieków zaśniedziałą rdzę,
której już dzisiaj nie zmyją łzy,
— ale niech rąk wam nie plami!

BLAKS

Co się tu wtrącasz! — Wiemy dobrze sami,
co mamy czynić!…

PSYCHE

Ojczyzna was woła!
Więc idźcie służyć Ojczyźnie!
W wawrzyn przystroić słoneczne czoła,
— a jeśli cierń się między wawrzyn wśliźnie,
to w cierń!
Zorza jest, zorza nad wami,
chce wzejść —
lecz ciężką pracą trza jej drzwi otwierać!…
Idźcie za miasto, umacniać okopy,
idźcie formować szeregi!
Za Wolność umierać!
Na wroga idźcie! Na wroga!
Wiekom służycie!

BLAKS

231

Wszystko po kolei! Pierwej musimy się uporać ze zdrajcami! Ja na pięknych słowach się nie znam, lecz jedno wiem: rzezać!

GŁOSY

232

Śmierć zdrajcom!

Poruszenie wśród tłumu.

PSYCHE

233

Bracia! Słuchajcie…

BLAKS

zagłusza jej słowa krzykiem:
234

Hej! Obywatele! Będziecież słuchać głosu szalonej dziewki, która chce wam zaprzeczyć wielkiego prawa ludu: prawa zemsty i wyroku? Dalej za mną! Na sąd!

PSYCHE

Stójcie! Bo ta krew zohydzi
niepokalany wieków płód!
Zohydzi lud!
Oni… są może… niewinni!

BLAKS

235

Słyszycie! Ona śmie urągać ludowi! Ohydę rzuca na was, którzyście cierpieli[70], padali od pracy, znoju i niewoli, a niewinnymi nazywa tych panków przeklętych, co się z naszymi wrogami sprzysięgli! Precz z nią!

GŁOSY

Precz! Precz!

BLAKS

do Psychy:
Widzisz! Tyś tu niepotrzebna! Ja powiodę lud!

PSYCHE

zastępuje mu drogę
Nie waż się! Stój!

BLAKS

Z drogi! Ten lud jest mój!
Powala Psychę uderzeniem pięści.
Hej! Za mną, ludu! Do więzień! Na sąd!

GŁOSY

236

Na sąd! Na sąd!

Wyjąc i rycząc, przewalają się wszyscy za Blaksem, idącym na przedzie.
W opustoszałej izbie pozostaje tylko Psyche zemdlona na zdeptanym sztandarze i De La Roche. — Wschodzące słońce ozłaca ich pełnym blaskiem.
De La Roche postępuje kilka kroków w głąb, patrzy — następnie z rozpaczliwym ruchem wraca. — Spostrzegłszy Psychę leżącą na ziemi, bierze wody i cuci ją.

PSYCHE

budząc się z omdlenia:
Co to? Ranek — i słońce, i sen jakiś… straszny…
milknie, potem zrywając się nagle:
Gdzie oni?!

DE LA ROCHE

237

Poszli w imię wolności… bez ciebie!

W głębi wybucha zmieszany, wściekły ryk motłochu.
Słyszysz!

PSYCHE

nadsłuchuje, jakby jeszcze nie rozumiała — i nagle z jękiem kryje twarz w dłoniach
Ach!

DE LA ROCHE

szarpie ją za rękę
Nie zakrywaj oczu! Patrz! Oto jest wolność!
Oto jest ten wieków siew!
Oto zbawienie przez krew!
238

Widzisz, wywlekli — kilku mężczyzn — i dwie kobiety — i starca… Słyszysz ten ryk? Ha, ha, ha! Sąd się odbywa! Sąd! Widzisz wzniesione kije, pałki, noże? Ha, ha, ha! Ha, ha, ha! Szybka sprawiedliwość — nawet kata nie potrzeba! Ha, ha, ha, patrz! Patrz! Wolność!…

Zrywa kokardę i czapkę i rzuca na ziemię.
239

Precz znaki służalstwa nowemu tyraństwu!

PSYCHE

z odrazą:
240

Krew!!

DE LA ROCHE

241

Wzdrygasz się przed nią? Wszak to twoje żniwo! Twój bujny plon!

PSYCHE

błędnie:
Co mnie się śniło?… Gdzież ten dzień? Zbawienie?
Gdzie miłość moja? Wszystko mi się w oczach
zaćmiło… Krew! Ohyda! Brud!
Przeklęty dzień! Przeklęty lud!
I ja przeklęta…

DE LA ROCHE

Klniesz? — A więc teraz już jesteśmy równi!
Oboje zdradą skalani jednako: —
Słyszysz! Tam giną moi przyjaciele
i towarzysze, których opuściłem
— dla ciebie!
I tyś przeklęła to, coć było życiem[71]!
Teraz ty — moja!
Pójdź ze mną!

PSYCHE

zrywa się
242

Nie, nie! — to jeszcze nie koniec! Ja znów ich porwę! Na słońce zwrócę ich na nowo! Zwyciężę jeszcze… Precz! — Idę…

Chwyta porzucony sztandar.

GŁOSY

rozżarte brzmią z dala:
Na śmierć! — Na śmierć!

DE LA ROCHE

Idź!…
Psyche stanęła, waha się — trójbarwna chorągiew Wolności wypada jej z dłoni.

DE LA ROCHE

Ha, ha, ha! Złudzenia!
Czyż ty nie widzisz, że to już — za późno?
Że się już dziki zwierz rozżarł w tym tłumie
i ty już mocy nie masz? — Krew na tobie!

PSYCHE

243

I na mnie?…

Patrzy błędnie wokół, a wreszcie osuwa się na ziemię.
244

Krew!

DE LA ROCHE

po chwili milczenia kładzie jej dłoń na ramieniu
245

Psyche…

PSYCHE

nieporuszona — z cichym jękiem:
246

Zapomnieć! Nie widzieć!

DE LA ROCHE

schyla się nad nią
247

Tam na południu pod Pirenejami jest zamek mój rodzinny…

Psyche wznosi głowę.

DE LA ROCHE

248

Pójdź ze mną. Niechaj się stanie. Tyś moja.

PSYCHE

249

Dasz zapomnienie?

DE LA ROCHE

250

Miłość ci dam…

Psyche wstaje.

DE LA ROCHE

251

Kwiaty nam wszystko zasnują… Modre i białe kwiaty kwitnąć nam będą… Chcesz?

PSYCHE

252

Tak.

DE LA ROCHE

253

A usta twoje będą całować?

PSYCHE

254

Tak, tak.

DE LA ROCHE

255

Twoje ręce pieścić mnie będą?

PSYCHE

256

Tak.

DE LA ROCHE

obejmuje ją ramieniem
257

Pójdź!

GŁOSY TŁUMU

w oddali:
258

Na śmierć! Na śmierć! —

VI. Dzień dzisiejszy

  1. Von Blaks, radca dworu, bankier
  2. Paweł, członek parlamentu
  3. Hr. Alfred, młody światowiec
  4. Hugo, porucznik
  5. Tolo, chłopak dwudziestoletni
  6. Stefan
  7. Psyche, kochanka Von Blaksa
  8. Lokaj

Rzecz dzieje się w jednej ze stolic europejskich, zawsze w chwili obecnej.

Salonik zbytkownie, nieco buduarowo urządzony. Na środku okrągły stolik, w kącie na prawo pianino, na którym pełno fotografii, album itp. Na lewo ku przodowi znowu stolik, obok fotele. W głębi drzwi z podniesionymi portierami, nieco uchylone. Meble, kwiaty, posążki, obrazy, dywany…
Pokój jest pusty; z drugiego pokoju, w głębi, dolatuje głośny śmiech kobiecy, jakieś głosy męskie i brzęk szkła. Nagle drzwi się otwierają: wpada Psyche w czarnej, jedwabnej, mocno wyciętej sukni, za nią Czterech mężczyzn z kieliszkami w ręku; Tolo ma oprócz tego dwie butelki szampana, jedną otwartą w ręku, drugą pod pachą.

PSYCHE

zaciskając rękoma około kolan suknię, ucieka przed goniącymi ją mężczyznami i śmiejąc się, woła:
259

Nie można, panowie! Nie można! Nie można!

HUGO

260

Ależ królowo!…

Mężczyźni dopadają uciekającą przed nimi Psychę, chwytają i wśród śmiechów unoszą na rękach w górę. Teraz Paweł, Hugo i Hr. Alfred, trzymając Psychę na ramionach, maszerują dokoła stołu; Tolo, który podał jej był kieliszek szampana, idzie na przodzie, dzwoniąc z powagą w butelkę.

MĘŻCZYŹNI

idąc, śpiewają:
Hura bracia, na tarczy
w górę nasza królowa!
Póki… wina nam starczy,
kielich zdzierży dłoń zdrowa,
ona nami władnie!

PSYCHE

śmiejąc się:
261

Ależ wariaci! Fałszujecie starą i piękną piosenkę! „Póki życia nam starczy” — śpiewa się — „oręż zdzierży dłoń zdrowa…”

HR. ALFRED

262

Tak się niegdyś śpiewało, ale to już bardzo dawno temu! Dzisiaj inaczej…

Na progu pojawia się Stefan w zarzutce i z kapeluszem w ręku.

STEFAN

263

A cóż to za nowe błazeństwo?

HUGO

264

Nie błazeństwo, jeno uczczenie nowo obranej pijackiej królowej naszej! Wiwat!

PSYCHE

na ramionach mężczyzn:
265

Spóźniłeś się, Stefku, a my tu… ha, ha, ha! Pijemy tymczasem…

PAWEŁ

266

Niech ucałuje za karę pantofelek królowej!

WSZYSCY

267

Tak! Tak!

STEFAN

268

Ależ chętnie…

Całuje stopę Psychy, którą ona wysuwa spod sukni ku niemu.

PSYCHE

broniąc się od przydługiego pocałunku:
269

No, już dosyć! Dosyć!

HUGO

270

Dosyć!!!

Psyche zsuwa się z ramion mężczyzn i rozbawiona rzuca się na fotel.

HR. ALFRED

271

Ale patrzcie! Ten młodzieniec wszedł sobie tutaj z kapeluszem i w płaszczu…

STEFAN

272

Przepraszam, ale posłyszawszy w przedpokoju…

PSYCHE

273

Tu nie ma usprawiedliwienia! Niech pije za karę!

PAWEŁ

274

Niech pije! Tolo! Kieliszek szampana!

TOLO

podaje Stefanowi nalany kieliszek
275

Już jest!

Stefan pije.

PSYCHE

276

A teraz za to, że się spóźnił — duszkiem!

HUGO

277

Tak! Jeszcze jeden kieliszek!

TOLO

spostrzegłszy, że butelka, którą trzymał, jest już próżna, rzuca ją w kąt i utrąciwszy drugiej szyjkę o poręcz krzesła, nalewa kieliszek.
278

Jest i drugi!

STEFAN

pije
279

To już dość będzie chyba…

PAWEŁ

280

Nigdy dość! My tu od południa pijemy!

PSYCHE

śmieje się
281

Oj, pijaki! Pijaki!

TOLO

282

Tak swych poddanych obrażasz, królowo?

PSYCHE

283

Ech, co tam! Pijmy, przyjaciele drodzy!

WSZYSCY

284

Pijmy! Pijmy!

Stuk kieliszków, śmiechy — piją.

PSYCHE

285

Tak mi wśród was dobrze, ha, ha, ha! — Tak mi wesoło…

PAWEŁ

286

Ależ to cudownie! — Niczego więcej nie pragniemy!

PSYCHE

287

Skromne macie wymagania, ha, ha, ha!

HUGO

288

Przepraszam. — Paweł mówił tylko za siebie…

TOLO

289

Naturalnie! — Bo co do nas…

PSYCHE

290

Idź, malcze! — A wiecie wy, że ja w tym cudownym człowieku, co dziś tak mało wymaga, kochałam się niegdyś na zabój?

HR. ALFRED

291

Królowo! Jak możesz zakrwawiać nam serca takim wyznaniem!

PSYCHE

292

Ale to już dawno… Ty, Pawełku, nawet o tym nie wiedziałeś…

PAWEŁ

293

Żałuję mocno, zwłaszcza, że musiałem być wówczas nieco młodszy — bo dzisiaj…

PSYCHE

294

Ha, ha! I ja byłam młodsza! — Ale to przeszło, przeszło, przeszło! — Jak tyle innych rzeczy…

zwraca się do Stefana:
295

IdealistaA czemuż ty, Stefku, milczysz tak uporczywie? Czemu nie pijesz wraz z nami? Czemu się nie śmiejesz?

HR. ALFRED

296

Daj mu pokój, królowo! Wszak wiesz, że on jest idealista! Zasępia go twoja wesołość!

PSYCHE

297

Ach! Zapomniałam! — Więc w imię ideałów patrzysz na nas z pogardą? Ha, ha, ha! Śmiej się z tego! I ja niegdyś miałam ideały — uwierzycie?

TOLO

298

Ideały? — To doskonałe! Pijmy!

PAWEŁ

299

Nieszkodliwa odra dziecięca — szybko przechodzi i bez śladu!

PSYCHE

300

Tak! — Szaleństwa! Szaleństwa! — Dajcie mi wina jeszcze! Stefku! Pij i kpij razem z nami z wszystkich ideałów! To gorycz jeno a zawód.

STEFAN

z ironią:
301

Ma pani słuszność: gorycz i zawód!

HUGO

wstępuje na krzesło
302

Panowie! Kiedy mowa o ideałach…

HR. ALFRED

303

Cicho! Hugo mówkę palnie!

HUGO

304

Tak jest. Otóż, panowie, to mi przypomniało, że piliśmy różne zdrowia, a zapomnieliśmy jeszcze o jednym, iż tak rzekę[72] — najważniejszym!

TOLO

305

Masz słuszność! — Nie wiem wprawdzie o jakim, ale z pewnością zapomnieliśmy!

Biegnie do drugiego pokoju i przynosi butelki.

HUGO

306

Proszę o uwagę! — Wznoszę zdrowie naszego nieocenionego, a tu nieobecnego radcy, właściciela tych win cudownych, które spijamy, kochanego i złotego — dosłownie! — złotego bankiera von Blaksa, barona! Zdrowie pochwalne i dziękczynne…

WSZYSCY

307

Wiwat!

HUGO

ciągnie dalej:
308

…jako że miał ten nadzwyczajny rozum i za przyjaciółkę wziął sobie — a raczej: nam — tę oto miłościwie nam panującą pijacką królowę naszą, uroczą Psychę!

WSZYSCY

309

Niech żyje!

Piją.

PSYCHE

zrywa się i rzuca kieliszek na ziemię
310

Nie macie mnie prawa obrażać!

HUGO

zmieszany:
311

Co to?

TOLO

312

Ależ królowo…

PAWEŁ

po chwili milczenia:
313

Obawiam się, czyśmy nie wypili dzisiaj za wiele szampana — wszyscy! Stajesz się, pani, niewytłumaczenie drażliwą…

PSYCHE

314

Niewytłumaczenie!…

HR. ALFRED

315

Voilà, ma chérie! Ce ne sont pas de bonnes manières[73], rzucać kieliszkami. Nikt cię nie miał zamiaru obrażać.

HUGO

316

Oczywista…

STEFAN

317

A jednak obraziłeś ją — ty!

HUGO

318

Hola! — Kto ci dał prawo?…

PSYCHE

319

Proszę się nie ujmować za mną! —

po chwili:
320

Ci panowie mieli słuszność, pijąc to zdrowie, bo przecież w rzeczywistości… ha, ha, ha! — Tak jest, to był najwłaściwszy toast ze względu na mnie — i na was, na was! Moi panowie…

HR. ALFRED

321

Tego nie pojmuję…

PSYCHE

322

A jednak — to takie proste, hrabio! Czyż nie znajdujesz się wraz ze mną w domu Blaksa? Nie jestżeś[74] jego… przyjacielem w tym — dzisiejszym tego słowa znaczeniu? Ha, ha! Zależysz od niego w sprawach majątkowych, niemalże i rodzinnych! Twoje hrabstwo wiekowe korzy się przed jego wczorajszym, ale złotym baroństwem! — Hrabio!

HR. ALFRED

dotknięty i zmieszany:
323

Pani…

PSYCHE

324

Albo ty, Pawle! Jesteś członkiem parlamentu, człowiekiem zasad, posłem i rzecznikiem ludu! A przecież za Blaksa pieniądze i z jego woli tam się dostałeś! Czynisz, co on ci każe, jego spraw bronisz, ty nieskazitelny człowiecze, któryś mi się niegdyś wydawał… ha, ha! I cóż wy lepszego jesteście ode mnie, któram jest[75] jego…

STEFAN

przerywa jej:
325

Psyche! Milcz…

PSYCHE

326

Tak jest, moi panowie! — I dlatego… przepraszam was, żem się mimo woli uniosła. Teraz ja sama z kolei wzniosę toast — pijcie go wraz ze mną! Niech żyje Blaks, wasz pan i…

Podnosi kielich, w tej chwili na progu pojawia się Von Blaks.
Psyche, zobaczywszy go, opuszcza wzniesioną rękę z kieliszkiem i opiera się tyłem o stół, schylając głowę.

VON BLAKS

po chwili, z uśmiechem:
327

Słyszałem moje nazwisko w twych ustach, najpiękniejsza… Nie dokończyłaś jeno…

HUGO

328

Rzeczywiście, piliśmy twoje zdrowie, baronie…

VON BLAKS

wita się z obecnymi
329

Wdzięczny jestem niesłychanie. Jak widzę, dobrze się panowie bawicie? Witam, panie Pawle! Rad jestem, że pana tu spotykam. Właśnie idę z parlamentu i chciałem parę słów… Czy mogę pana prosić, hrabio? I pan mi może być w tej sprawie pomocnym… Przepraszam cię, moja piękna.

HR. ALFRED

330

Służę panu, baronie.

HUGO

331

A ja — czy nie mógłbym być panu również użytecznym?

VON BLAKS

nieco lekceważąco:
332

Dziękuję ci, poruczniku. Chyba innym razem.

Odchodzi z Pawłem i Hr. Alfredem w głąb.

PSYCHE

pogląda po obecnych — krótki, półgłośny, pogardliwy śmiech
333

Ha, ha!

VON BLAKS

rozmawia w głębi żywo przyciszonym głosem z Pawłem i hr. Alfredem. — Hugo i Tolo, podszedłszy ku pianinu, przeglądają leżące tam fotografie. Na przodzie pozostaje tylko Psyche i stojący obok niej Stefan.

STEFAN

po chwili wahania, szybko:
334

Żegnam panią…

PSYCHE

niskim i przyciszonym głosem:
335

Przebacz mi…

STEFAN

pochyla się nad nią
336

Psyche! Dlaczego ty… dlaczego?

PSYCHE

337

Nie wiem. Może dla przekory… Tak mi strasznie… Ty jeden…

STEFAN

338

Powiedz!

HR. ALFRED

do Blaksa:
339

Zadziwiające! To trzeba zaraz…

VON BLAKS

340

Właśnie też mówię…

Dalej po cichu.

STEFAN

stłumionym głosem do Psychy:
341

Więc… więc?…

PSYCHE

342

Tęsknię za tobą…

STEFAN

343

Kocham cię… Kiedy?

PSYCHE

po krótkim wahaniu:
344

Dziś. Gdy odejdzie. — Cicho!

PAWEŁ

do Blaksa, który skończył był swą rzecz:
345

No, nigdy bym nie był przypuścił…

VON BLAKS

346

A jednak tak jest, moi panowie! I to się nazywa rozum polityczny! Gdybym ja tak nieoględnie postępował, nie miałbym tych milionów, które mam.

HR. ALFRED

347

Tak, ale też właśnie dlatego jesteś pan potężniejszy dzisiaj niż prezydent ministrów…

VON BLAKS

348

Tak… gabinet cały jest poniekąd ode mnie zawisły — myślę więc, że ta sprawa da się ostatecznie załatwić…

PAWEŁ

349

Niewątpliwie, panie baronie. Moją to już rzeczą będzie.

STEFAN

podchodzi do Blaksa
350

Żegnam pana, panie radco…

VON BLAKS

351

Cóż to, odchodzi pan?

zwraca się do obecnych z nieco złośliwym uśmiechem
352

Teraz dopiero spostrzegam, że popsułem państwu zabawę… Przepraszam, jeślim przeszkodził…

HUGO

353

Ależ, panie baronie, to myśmy raczej winni…

HR. ALFRED

354

I tak mieliśmy właśnie odchodzić…

VON BLAKS

355

Nie mam prawa zatrzymywać panów, chociaż doprawdy przykro mi… A raczcie, panowie, pamiętać, o co prosiłem…

Żegna się z Mężczyznami, którzy wychodzą. — Von Blaks bierze krzesło, stawia i siada na nim naprzeciw Psychy, wpatrując się w nią w milczeniu. Upływa długa chwila.

PSYCHE

zdenerwowana uporczywym wzrokiem Blaksa, porusza się niespokojnie, a wreszcie powstaje i pyta:
356

Masz mi co do powiedzenia?

VON BLAKS

357

Nic.

PSYCHE

po chwili:
358

Chcesz mi robić wyrzuty?

VON BLAKS

359

Nie.

PSYCHE

360

A więc czego chcesz ode mnie?

VON BLAKS

361

Nie chcę niczego. Póki ich wszystkich razem spotykam u ciebie… możesz się bawić.

PSYCHE

362

A gdybyś spotkał… jednego? To co?

VON BLAKS

363

Wtedy…

PSYCHE

364

Wtedy?

VON BLAKS

uśmiecha się
365

Nie mówmy o tym.

PSYCHE

366

Owszem! Mówmy — ja chcę…

VON BLAKS

367

A więc — podarowałbym cię temu, kogo bym tu zastał…

PSYCHE

368

Ty śmiesz… do mnie? Ha, ha, ha! Straszysz mnie! Mam się tego lękać? — Czyż nie wiesz o tym, że ja ciebie nienawidzę, że nie ma we mnie jednego nerwu, który by nie drgał na myśl o tobie wstrętem, obrzydzeniem, odrazą? — Że niczego nie pragnę więcej jak — wyzwolenia się od ciebie?

VON BLAKS

po chwili, spokojnie:
369

Wiem o tym, ale… cóż mi to szkodzi? Wszakże i ja nie z miłości trzymam cię tutaj. Nie! — Lubię tylko moją potęgę, nieodpartą potęgę złota, i dlatego… Byłaś najniedostępniejsza, więc cię zdobyłem; jesteś najkosztowniejsza, więc cię posiadam. Stać mnie na to. A co do wyzwolenia…

urywa, zapala cygaro i nalewa sobie kieliszek wina, po czym ciągnie z cynicznym spokojem dalej:
370

Nie wyzwolisz się, póki ja cię sam nie puszczę. Kupiłem cię — gruntownie!

PSYCHE

zrywa się
371

Och!

VON BLAKS

372

Czekaj. Mówmy spokojnie. I jakież mogłoby dzisiaj być wyzwolenie dla ciebie? Chcesz powrócić do dawnego życia? — Ależ ty wiesz dobrze, że to, co się stało, jest nieodwołalne… A zresztą — to dawne życie twoje! Znam je aż nadto dobrze! I czegóż sobie życzysz? Czy sielanki swego dzieciństwa? Nieokreślonych tęsknot i poszukiwań wieku dziewczęcego? Czy może późniejszych mistycznych uniesień albo nieopatrznego, ślepego zakochania się w tak zwanym pięknie, które zrujnowało twój majątek — boś ty przecie była bogata! — Lub też nierozumnego zapału dla ideałów ludzkości, które są — he, he — pustymi frazesami jeno? Czego chcesz? — Wszakże to wszystko — już było! I przywiodło cię tutaj, gdzie jesteś: do mojego domu i mojego złota. I przyznać musisz, że to najpewniejsza ostoja. Nie, nie! Moja kochana! Nie wyzwolisz się ode mnie — sama nie zechcesz! I cóż byś ty robiła? — Zbankrutowałaś na ideałach, zbankrutowałaś na miłości — ha, ha! Bo i tym pono chciałaś się bawić! A pozostało w tobie tylko to oszalałe pragnienie, głód, nie wiadomo ku czemu skierowany, z którego płyną wszystkie twoje nieobliczalne kaprysy. I przeto jesteś zbytkiem, na który ja jeden mogę sobie pozwolić. Tego, co ja ci daję — a wiesz, że potrzebujesz wiele, bardzo wiele! — nikt ci dać nie zdoła. Odszedłszy ode mnie, żyć byś musiała, jeśli nie w nędzy, to przynajmniej w ograniczeniu. Ha, ha! Nie obawiam się, abyś zapragnęła tego! Zanadto przywykłaś do wygodnego życia, do zbytku, rozrzutności i przepychu…

zatrzymuje się
373

A może ty się w kim… kochasz? Uczuciowo?

PSYCHE

374

Milcz!

VON BLAKS

375

Ha, ha! To by już było naprawdę zabawne! Trudno mi nawet przypuścić podobne… zaślepienie z twej strony. Zbyt mądra jesteś. Ha, ha! Ów szczęśliwy kochanek, otrzymujący za miłość te same pocałunki, które ja złotem płacę! I to by się może nazywało twoim wyzwoleniem się ode mnie? Mrzonki, moja pani, mrzonki! Kupiłem cię — gruntownie!

PSYCHE

376

Tak… kupiłeś mnie nieodwołalnie, ale nie złotem swoim, tylko tą hańbą moją, tym pokalaniem się…

VON BLAKS

wstaje
377

Nazwij sobie to, jak chcesz. Mnie dość, gdy widzę, że cię przekonałem.

PSYCHE

378

O, gdyby zginąć! Zapaść się w jaką otchłań razem z tym domem twoim przeklętym! Zapaść się lub… spłonąć?…

VON BLAKS

379

Tylko bez romantyzmów! Dom mój przetrwa wieki. Silny jest i na dobrych postawiony fundamentach. — A póki on stoi, i ty w nim żyć będziesz! No tak! — Mogę zatem odejść spokojnie. Darujesz, że cię nie bawię dłużej, ależ mnóstwo mam zajęć… A pamiętaj, że dzisiaj masz być ze mną w teatrze…

PSYCHE

380

Z tobą?…

VON BLAKS

381

Tak jest. Nie jestem przecież zazdrosnym kochankiem, który by cię przed światem zamykał. Owszem chcę, aby cię ze mną widziano i wiedziano, że Blaksa stać na to, aby miał Psychę u siebie. Przebierz się tedy; wieczorem przyślę powóz po ciebie. Do widzenia!

Wychodzi.

PSYCHE

po odejściu Blaksa siedzi jakiś czas na fotelu niema i bez ruchu. Oczy zapatrzone w jakiś punkt nieokreślony, usta ściągnięte boleśnie; znać, że gnębią ją myśli gorzkie i przypomnienia, czy wyrzuty… Nareszcie zrywa się; ogarnia ją nerwowy niepokój, poczyna chodzić szybko po pokoju, powtarzając z uporem:
382

Nie, nie, tak dłużej być nie może! — —

Nagle staje — krótki, nerwowy śmiech:
383

Ha, ha! — Nie może!…

Zwiesza głowę, opiera się dłonią o stół, a po chwili, prawie nieświadomie, osuwa się znów we fotel. Milczenie. Potem westchnienie, głębokie, spazmatyczne, jakby przemocą z piersi się wydzierające — i nagle wybuch płaczu. Płacze zrazu głośno, namiętnie, potem coraz ciszej — ostatnie łkania, do westchnień podobne, wstrząsają nią już bez głosu. — Długa chwila milczenia. — Stefan pojawia się na progu prawie bez szelestu.
Zmrok wieczorny poczyna padać.

STEFAN

stoi przez chwilę we drzwiach, potem postępuje parę kroków i pochyla się nad Psychą
384

Psyche!…

PSYCHE

podnosi z wolna głowę i patrzy przez chwilę na Stefana, jakby go nie poznawała.

STEFAN

osuwa się przed nią na kolana
385

Psyche! — to ja…

PSYCHE

powstaje
386

Wiem, wiem — to ty. Sama przyjść ci kazałam…

Odchodzi nieco w głąb.

STEFAN

podnosi się zmieszany
387

Co tobie się stało?

PSYCHE

388

Nic, nic… Zamyśliłam się…

zmieniając ton, z uśmiechem, nieco drwiącym:
389

Ale ty masz minę zupełnie zdziwioną — i zakłopotaną? Uważam, że popsułam ci nastrój. Ukląkłeś przede mną i chciałeś mi powiedzieć zapewne, że mię kochasz? Przerwałam ci — powiedz to więc teraz…

STEFAN

gorąco:
390

Tak jest, to chciałem powiedzieć, i mimo wszystko — powiem! Kocham cię, kocham do szaleństwa…

PSYCHE

z nienaturalnym śmiechem:
391

Ależ to cudownie! Lubię nadzwyczajnie takie wyznania! Pójdź, siadaj. Będziemy mówić o miłości. Może chcesz jeszcze wina? Piłeś dzisiaj tak niewiele…

STEFAN

zbity z tropu tonem słów Psychy
392

Dziękuję ci…

PSYCHE

393

No, zaczynaj — słucham! Opowiedz co wesołego. Albo chcesz może, abym ja opowiedziała? Właśnie słyszałam dzisiaj pyszną powiastkę od hrabiego — powiastkę, co prawda, nie dla małych dzieci… O szlachcicu i córce jego karczmarza… Nie wiem tylko, jakby ci to powtórzyć, bo rzecz jest trochę…

STEFAN

żywo:
394

Nie potrzeba. Znam.

PSYCHE

drwiąco:
395

O! Cóż to? Syknąłeś, jakby ci kto…

STEFAN

przerywa:
396

Słuchaj, Psyche, ja może nie rozróżniam rzeczy złych i dobrych, ale znam piękne i… Psyche! Po co ty mówisz… takie rzeczy?

PSYCHE

397

Ach! Więc to ci przykrość sprawiło? I za cóż mnie ty masz, mój kochany?

STEFAN

398

Ale po co? Po co!…

PSYCHE

399

Ha, chcę wywołać między nami właściwy nastrój. Nie jestem przecież panienką na wydaniu — jestem tylko… płatną przyjaciółką starego i bogatego bankiera, który… Och!

STEFAN

400

Ależ to jest ohydne, co mówisz!

PSYCHE

401

Ale prawdziwe — trudno! Nie chcę uchodzić za lepszą niż jestem!

STEFAN

402

Pozwól mi zapomnieć na godzinę bodaj, na chwilę, czym jesteś, a raczej — czym ciebie życie zrobiło… Nie wiem już sam, jak mam mówić… Słuchaj mnie,

w tobie jest jakieś piękno niepojęte
i dostojeństwo niesłychane, święte,
zadziwiające, które — dobrowolnie —
poniżasz w sobie i z takim bolesnym
uporem depcesz! Włosy twoje pachną,
jakby łąk jakichś arkadyjskich kwiecie —
twe stopy, zda się, chodziły po świecie
śladami boga jakiegoś — twe oczy
szukały w barwnych witrażów przeźroczy
zjawisk anielskich — lub diadem twe skronie
snadź wieńczył kiedyś… Coś się śni, żem pono
wtedy za ciebie miecz wziął w krwawe łono
i padł u stóp twych…

PSYCHE

jakby do siebie:
Myśl w przeszłości tonie —
jakiś sen… błyski — krew i wyzwolenie —
bóstwa jaw… Kwiaty miały kwitnąć… — Cienie!

STEFAN

KlejnotBóstwo najświętsze jest schowane w tobie,
jak czarnoksięski pierścień w wschodnim grobie…
403

I dlatego to, dlatego właśnie taki ból niezgłębiony mnie targa, gdy patrzę na ciebie pośród twych przyjaciół, gdy słyszę w twych ustach słowa… ach! —

Bo za to piękno, co przebłyska z ciebie
pomimo woli przez ohydę życia,
za tę królewskość twą sponiewieraną,
za zbezczeszczoną boską świętość twoją,
za to Coś, czego nazwać nawet nie umiem, a co ja
jeden może w twojej obecności odczuwam,
jak nutę hymnu, która się zbłąkała
w powszednim gwarze ulicy — jak lśnienie
monstrancji, którą świętokradzka ręka
gdzieś na śmietnisko porzuciła — Psyche!
ja ciebie kocham za to, kocham! Kocham…

PSYCHE

powtarza w zamyśleniu:
404

Kochasz…

STEFAN

405

Tak! I w imię tej miłości mojej zanoszę do ciebie prośbę za tobą samą; bądź dla mnie, chociaż dla mnie jednego, tym, czym jesteś w istocie, w głębi swej duszy — odrzuć ten pozór dręczący!…

W zapadającym tym wieczornym mroku,
tak mi się świętą wydajesz, tak czystą —
o! Bądź mi taką, bądź mi taką, Duszo!
— A jeśli się łudzę, to pozwól mi bodaj łudzić się dalej!…

PSYCHE

z wolna, prawie nieświadomie, chyli się ku niemu
406

Łudź się…

nagle drgnęła, prostuje się znowu
407

Tak! — Łudzić się… tylko się łudzić!

Wstaje, podchodzi sennie ku pianinu i w zamyśleniu poczyna grać melodię piosnki „Szukałam szczęścia, o siostry moje”. Naraz urywa i wybuchając gorzkim śmiechem, pada rękoma i czołem na klawisze.

STEFAN

408

Psyche! Co się z tobą dzieje!

PSYCHE

wznosi głowę, znowu spokojna
409

Nic. — Złudzenia!

STEFAN

po chwili milczenia:
410

Nie pojmuję już tego… Przyszedłem tu do ciebie z taką niewypowiedzianą miłosną tęsknotą, z takim bezmiernym pragnieniem… Wszak sama mnie przyzwałaś! Słuchaj! Przyniosłem usta pełne pocałunków… gorących, namiętnych.

PSYCHE

gorzko:
411

Ach, tak! — Więc pójdź i całuj. Masz ramiona moje odkryte, włosy i szyję… Masz usta i pierś — całuj! Czegóż chcesz więcej? Inni płacą za to, a ty… za miłość… ha, ha!

STEFAN

cofa się
412

Straszna, mrozem przejmująca gorycz drży w twoich słowach. Nigdy taka nie byłaś… Jeszcze wczoraj, jeszcze przed godziną… przed chwilą…

PSYCHE

413

Czas, PrzemijanieAch! Gdzież jest ta chwila, która była przed chwilą! Cóż chcesz… wszystko się z czasem musi przełamać…

STEFAN

klęka przed nią
414

Ty chora jesteś — o! Jakie ręce twoje gorące! Uspokój się, zapomnij o wszystkim, Psyche! Bądź moja, moja… niepodzielnie moja.

PSYCHE

415

Owszem — i czemużby nie? Wszakże należałam już do tylu… jeden mniej lub więcej — i cóż to znaczy? Dziś twoja, jutro znowu kogo innego, Freda lub Pawła — który przyjdzie…

STEFAN

zrywa się
416

Ach!

po chwili, głęboko:
417

Biednaś ty…

PSYCHE

418

O nie! Tylko nie żałuj! Nie proszę o to ciebie ani nikogo… Zresztą — dobrze mi z tym, co jest — lepiej niż wtedy, gdym się rwała… ku różnym… nieuchwytnym… Ha, ha, ha! Dobrze mi! Wesoło!…

STEFAN

znowu po chwili milczenia:
419

Nie dręcz mnie i siebie — i nie kłam! Źle ci jest, tak źle!… Ale ja cię kocham — i wyrwę cię, odkupię, wybawię…

PSYCHE

420

To znaczy, zrobisz mię — dla odmiany — swoją kochanką! Ha, ha, ha! Dość mam tych wybawień! Dość!

śmieje się gorzko, obłędnie i długo, aż nagle urywa
421

Tak. — Czas już światło zapalić.

Przyciska guzik na ścianie, gęsty mrok zapadającego wieczoru rozświetla się naraz jarkim[76] światłem lamp elektrycznych.

STEFAN

stoi przez długi czas w milczeniu, jakby ze snu wyrwany i jeszcze oszołomiony nagłym rozbłyśnięciem światła. Wreszcie podnosi głowę i oczy na Psychę; gorzki uśmiech.
422

Zdaje się jednak, że się istotnie… omyliłem. Zapomniałem na chwilę, gdzie jestem. Byłem śmieszny. — Żegnam panią — i… przepraszam.

Głęboki ukłon, wychodzi szybko.

PSYCHE

stoi przez pewien czas w milczeniu, aż nagle wydaje straszny, ostatecznej rozpaczy pełen jęk:
423

O, wyzwolenia! Wyzwolenia!!

Rzuca się na fotel, padając twarzą na oparcie. — Długie milczenie.

LOKAJ

w liberii, wchodzi z trójramiennym, zapalonym świecznikiem w ręku, którym sobie rozświetlał drogę, idąc przez ciemne pokoje
424

Wielmożna pani, powóz jaśnie pana barona czeka przed bramą.

PSYCHE

wznosi głowę, wstaje
425

Powiedz, że zejdę za chwilę…

Zwraca się na lewo.

LOKAJ

426

Słucham wielmożnej pani.

Idzie ku drzwiom.

PSYCHE

staje, odwraca się
427

Czekaj! —

Zbliża się do lokaja, znać, że waży jakąś myśl, wyciąga z wolna rękę i odbiera świecznik od niego.
428

Możesz już odejść.

Lokaj pogląda na nią ze zdziwieniem, rusza nieznacznie ramionami i wychodzi.
Psyche stoi znowu jakiś czas w milczeniu, ze świecznikiem w ręku, ze spuszczoną głową, jakby się namyślała. Nagle żywy ruch: powzięła ostatecznie postanowienie. Biegnie do drugiego pokoju, w głąb, za chwilę wraca, już bez świecznika. Stoi teraz na środku, ze skrzyżowanymi na piersiach rękoma i patrzy. Z drugiego pokoju dolatuje jakiś syk, trzask — nagle przez otwarte drzwi bucha łuna pożaru. Psyche niewzruszona — patrzy w ogień, śmiejąc się tylko z cicha. Pożar tymczasem wzrasta szybko, przeżarł już snadź przewodniki elektryczne, gdyż światła naraz gasną. Łuna jeno, coraz krwawsza, bijąc przez drzwi, oświetla nieruchomą wciąż Psychę.

GŁOSY

odzywają się za oknami:
429

Gore! gore!

VII. WYZWOLENIE

  1. Blaks, król świata
  2. Przemówiciel
  3. Mądry człowiek miejscowy
  4. Dwóch mądrych ludzi zagranicznych
  5. Dozorca więzienia
  6. Psyche, więziona buntownica — królewna
  7. Eros, bóg
  8. Hedone, Kallone, Melike, Hagne, dziewki służebne arkadyjskiej królewny
  9. Orszak króla Blaksa
  10. Lud

Rzecz dziać się będzie w czasie, który przyjdzie — gdziekolwiek.

Ponury, ciemny korytarz więzienny, bez okien, biegnący na poprzek sceny. Na lewo w końcu korytarza duża okuta brama. W głębi, w pośrodku muru szarego bez drzwi i okien, przykuta łańcuchami Psyche. Szata na niej ciemna, więzienna, na zsuniętym w tył kapturze lśnią włosy złote.

SCENA I

Mądrzy ludzie, jeden miejscowy i dwóch zagranicznych, w czarnych togach i w beretach na głowie, wchodzą z lewej strony. Prowadzi ich Dozorca z pękiem kluczy i małą latarką w ręku.

I MĄDRY CZŁOWIEK ZAGRANICZNY

430

Czy daleko jeszcze?

DOZORCA

stawia latarkę na ziemi
431

To tutaj. Jest to najgłębszy loch w całym gmachu.

MĄDRY CZŁOWIEK MIEJSCOWY

432

Dziękuję ci, dobry człowiecze. A czy można mówić z uwięzioną?

DOZORCA

wyjmuje z kieszeni jakieś kartki i przegląda
433

Macie panowie formalne pozwolenie zwiedzenia tych kazamat — ale o tym, byście mogli rozmawiać z więzioną, ani słowa! — Nie wolno mi dopuścić niczego więcej nad to, co tu jest napisane.

MĄDRY CZŁOWIEK MIEJSCOWY

434

Powinieneś mieć dla nas osobne względy; wiesz, że jesteśmy Mądrymi Ludźmi…

DOZORCA

435

Poznaję to po waszym stroju, ale ja znów jestem człowiekiem, co słucha tych, których jedynie słuchać powinien.

II MĄDRY CZŁOWIEK ZAGRANICZNY

436

Przyjacielu! Wszakże w twoich papierach nie ma wyrażonego zakazu, że mówić nam z uwięzioną nie wolno?

DOZORCA

patrzy znów w papiery
437

To prawda…

MĄDRY CZŁOWIEK MIEJSCOWY

438

A co nie jest zakazane, to wolno.

DOZORCA

439

Mnie się zdaje, owszem, że co nie jest dozwolone wyraźnie, tego nie wolno. Ale jeśli wy, Mądrzy Ludzie, tak mówicie…

MĄDRY CZŁOWIEK MIEJSCOWY

440

Niewątpliwie. Przynajmniej w odniesieniu do patentowanych królewskim dekretem Mądrych Ludzi. Wobec innych — twoje zdanie jest słuszne.

DOZORCA

441

Ha, próbujcie z nią rozmawiać tedy, jeśli wam odpowie. Bo odpowiadać nie chce nikomu. Patrzcie, ma wyraz dumy, zgoła niewłaściwej w jej położeniu. Przykuta jest, a nie chce się ukorzyć. Gdyby to nie było obrazą dla królewskości, powiedziałbym wprost, że jest w niej coś królewskiego. Ale ja tego nie mówię — powiadam raczej, że oszalała w samotności…

MĄDRY CZŁOWIEK MIEJSCOWY

442

Być może. Zwłaszcza, że szalona była zawsze.

DOZORCA

443

Tak. Kto jest szalony, temu bardzo łatwo oszaleć. Mówcie z nią. Ja jednak muszę odejść na swoje stanowisko. Pamiętajcie jeno[77], panowie, abyście nie przedsiębrali niczego, co by nie było zgodne z porządkiem, którego ja tu jestem przedstawicielem i stróżem. Będę stał zewnątrz tej bramy, na załomie schodów wiodących do górnych korytarzy, obok najbliższego posterunku żandarmów. Innego wyjścia stąd nie masz… ostrzegam!

MĄDRY CZŁOWIEK MIEJSCOWY

444

Bądź spokojny.

Dozorca wychodzi na lewo.

MĄDRY CZŁOWIEK MIEJSCOWY

Przemówię do niej.

I MĄDRY CZŁOWIEK ZAGRANICZNY

Owszem, mówcie, panie.

MĄDRY CZŁOWIEK MIEJSCOWY

zwracając się do Psychy:
Mądrość, Głupota, Dusza, Lud, Mędrzec, Dusza, Obraz świataSłuchaj, dziewczyno, zaszczyt cię spotyka.
Dwóch Mądrych Ludzi przyszło z zagranicy,
ażeby widzieć lichą twą osobę —
i za łaskawym króla pozwoleniem
ciekawi ciebie…

II MĄDRY CZŁOWIEK ZAGRANICZNY

przerywa:
Nie tak, nie tak, panie!
Wszak Mądrzy Ludzie nigdy nie ciekawi,
to wada tłumu! Myśmy przyszli oto,
aby się wielkiej głupocie podziwić…

I MĄDRY CZŁOWIEK ZAGRANICZNY

przerywa:
Źle mówisz, panie… My się nie dziwimy!
Ludzi niemądrych cechą jest zdziwienie.
To rzecz nie nasza.

MĄDRY CZŁOWIEK MIEJSCOWY

W każdym razie chcemy
zobaczyć ciebie i jasno ci dowieść,
że choć wzburzony tłum w szaleństwie dzikim
chce cię uwolnić, sądząc, żeś jest zdolna
świat obumarły ożywić na nowo:
my — mądrzy — króla Blaksa wierne sługi,
twierdzim stanowczo, żeś jest niepotrzebna
i że bez ciebie wszystko da się zrobić…
Czy zechcesz, ceniąc zaszczyt nader wielki,
wdać się w dysputę z nami?

I MĄDRY CZŁOWIEK ZAGRANICZNY

Tym się nie martw,
iż pokonaną musisz być. Jesteśmy
Mądrymi Ludźmi, a ty tylko — Duszą,
wyrazem, który z dawna nic nie znaczy.

II MĄDRY CZŁOWIEK ZAGRANICZNY

Mógłbym ci nawet udowodnić łatwo,
iż nie istniejesz wcale…

MĄDRY CZŁOWIEK MIEJSCOWY

po chwili:
445

Nie chce mówić…

I MĄDRY CZŁOWIEK ZAGRANICZNY

Ozwij się przecie! Jesteśmy łaskawi
i niekoniecznie z słów twych śmiać się będziem!
Psyche, wciąż milcząca i nieporuszona, jakby obecności ich zgoła nie spostrzegała.
Z zewnątrz dochodzi odgłos jakby wzburzonego morza.

II MĄDRY CZŁOWIEK ZAGRANICZNY

Próżnośmy tutaj przyszli[78]

MĄDRY CZŁOWIEK MIEJSCOWY

Owszem; zawszeć
rzecz to ciekawa, widzieć kazamaty,
gdzie jest więziona ta, co pono światy
ma od zagłady zratować. A zresztą
wkrótce tu zejdzie król. W jego orszaku
może by dla nas miejsca już nie było —
a więc przyszedłszy wcześniej, to zyskamy,
że obaczymy ową rzecz niezwykłą…

I MĄDRY CZŁOWIEK ZAGRANICZNY

Ja nie rozumiem onej całej sprawy,
mimo że jestem mądry.

MĄDRY CZŁOWIEK MIEJSCOWY

Snadź[79] jest głupia.

I MĄDRY CZŁOWIEK ZAGRANICZNY

Któż jest właściwie ta cudotwórczyni
i za co tutaj zamknięta?

MĄDRY CZŁOWIEK MIEJSCOWY

Nie wiem i pono nie wie nikt z tych czasów.
Z jakichś się dawnych przybłąkała wieków,
rzec by się chciało, z zapomnianych światów,
ażeby w państwa wszechwładnego króla
wnosić niepokój! To jej główna zbrodnia!

I MĄDRY CZŁOWIEK ZAGRANICZNY

Dlaczegóż król więc ściąć jej nie rozkaże?

MĄDRY CZŁOWIEK MIEJSCOWY

To nie pomaga. Stracona — na nowo
kędyś się rodzi, wieczna wichrzycielka,
i znowu mąci ład, przez króla Blaksa
tu ustanowion. Stąd też jest podanie
pomiędzy ludem, głupim jako zwykle,
że nieśmiertelna jest i moc ma przeto
odrodzić światy już zamierające,
póki pokłonu nie odda królowi
dobrowolnego i tym moc swą zniszczy.
Słyszycie, panie? Jako fale morza
tłum o więzienne grube ściany bije,
jej uwolnienia wołając!

I MĄDRY CZŁOWIEK ZAGRANICZNY

Zaiste!
Tłum należało od dawna wytracić.
Jużem to w książce mojej był napisał.
Słychać coraz silniej głosy szturmującego ludu.
Psyche wciąż nieporuszona.

MĄDRY CZŁOWIEK MIEJSCOWY

Zgoda. Robotnik nie jest nam już dzisiaj
potrzebny — wszystko zań sztuczne maszyny
robią. A jednak łatwiejszym się zdało
(nie wiem, czy słusznie?) zmusić oną wiedźmę,
by dobrowolnie pokłon dać zechciała
królowi. Wtedy byłby spokój. Ale
dotąd daremnie król tu co dnia schodzi
i przez sług swoich usta ją namawia
do uległości… Dziś jest źle — prawdziwie!
Więzienne mury, lubo[80] nader grube,
mogą naporu ludu nie wstrzymywać…

II MĄDRY CZŁOWIEK ZAGRANICZNY

Ja nie rozumiem, czemu tłum się burzy?
Czego mu trzeba? Wszakże jest dobrobyt
i jest porządek…

DOZORCA

wbiega
Idzie król! — Już idzie…
Pada na środku korytarza na kolana i twarzą zwrócony ku wejściu zaczyna czołem wybijać na ziemi pokłony, mimo że nie widno[81] jeszcze nikogo.

I MĄDRY CZŁOWIEK ZAGRANICZNY

Majestat króla schodzi w te piwnice!

II MĄDRY CZŁOWIEK ZAGRANICZNY

Serce drży we mnie…

MĄDRY CZŁOWIEK MIEJSCOWY

Ustąpmy na boki…
Cofają się, tymczasem przez roztwarte drzwi wchodzi Orszak królewski. Na przodzie postępuje Dwóch ludzi niosących pochodnie, za nimi niesiony jest na tronie Król Blaks, ubrany w ciemnopurpurową szatę, od której odcina się długa, czarna broda. Na ramionach ma narzucony czarny płaszcz. Na głowie wysoka złota tiara asyryjskiej formy, na piersiach złote łańcuchy, u pasa głownia sztyletu. Siedzi bez ruchu, jak posąg, z głową nieco ku przodowi pochyloną, jakby pod ciężarem ogromnej tiary; ręce z mnóstwem pierścieni na palcach wsparł o poręcze tronu. — Niosący stawiają tron tuż przy wejściu, zwracając króla twarzą ku miejscu, gdzie Psyche jest przykuta. Po lewej ręce króla obok tronu staje Przemówiciel, w tyle gromadzi się reszta Orszaku, wszyscy ciemno ubrani.
Blaks, po chwili grobowego milczenia, daje ręką znak Przemówicielowi, po czym wraca do poprzedniej nieruchomości.

PRZEMÓWICIEL

skłoniwszy się nisko przed królem, zwraca się do klęczącego wciąż z czołem przy ziemi dozorcy:
Jego Wszechmożność, ziemi król i władca,
Pan samowładny, Mocarz ostateczny —
raczy rozkazać, aby sprowadzono
tutaj więzioną przed jego oblicze.
Dozorca, wybiwszy jeszcze jeden pokłon, zrywa się, biegnie w głąb — i odpiąwszy żelaza, którymi Psyche jest do ściany przykuta, prowadzi ją przed króla, ciągnąc jak zwierza za koniec łańcucha. Na dany znak Przemówiciela usuwa się, rzucając z brzękiem na kamienną posadzkę łańcuch, od kajdan na rękach Psychy zwisający.

PRZEMÓWICIEL

do Psychy:
Na twarz upadnij!
Psyche stoi bez ruchu.

PRZEMÓWICIEL

Na twarz padnij, mówię!
Psyche wciąż nieporuszona, wśród obecnych przytłumiony szmer zgrozy.
Blaks porusza z lekka głową i daje znów ręką krótki znak Przemówicielowi.

PRZEMÓWICIEL

Łaska królewska, iście niepojęta,
raczy cię wezwać jeszcze po raz trzeci,
byś dobrowolnie pokłon jej oddała…
po chwili:
Wiesz, że więziona jesteś gwoli[82] temu,
iżeś[83] rozruchów wiecznych była żagwią
i ustawiczne niepokoje siała!
Uwodzicielką jesteś i kłamczynią,
praw gwałcicielką, buntowniczką zgoła
i morderczynią, podżegaczką ludu
i gorszycielką oraz podpalaczką!
To są twe winy — ale król łaskawy
gotów ci wszystko przebaczyć… gdy padniesz
na twarz przed jego świętym majestatem.
po chwili ciągnie dalej:
które w zasadzie są zgubne lub śmieszne,
jednak w ostatniej potrzebie godziwe
być gwoli dobru swego celu mogą:
zdolnaś ginący świat ożywić z nowa…
Król w to nie wierzy (wszakże to jest śmieszne)
i nie uznaje, by było potrzeba
wskrzeszać znów słońce gasnące na niebie
lub zieleń z ziemi wywodzić na powrót
gusłami dziewki jakiejś, kiedy mamy
ciepło i światło sztucznie wytworzone
przez elektryczne maszyny i dosyć
środków żywności, chemicznie dobytych.
Lecz król jest łaskaw, łaskaw jest nad miarę
i jeśli pokłon dasz mu dobrowolny,
on ci pozwoli dla uciechy tłumu
tak się zabawić próbowaniem cudu…
Psyche milczy.

PRZEMÓWICIEL

odzywa się znowu:
Na twarz upadnij! — Masz królewskie słowo,
że będziesz wolna i we czci na nowo!
Znowu zmieszane, głuche odgłosy szturmujących. Psyche wzniosła głowę, nadsłuchuje.

PRZEMÓWICIEL

Próżno tam słuchasz! Mocne są więzienia
twojego mury i bez woli króla
nikt tu nie wejdzie, ani ty wyjść możesz…
Raczej weź łaskę króla, na oblicze
padłszy…
po chwili milczenia:
Co znaczy twoja niewzruszoność?

PSYCHE

Niech sam król mówi, jeżeli chce czego…
Jemu odpowiem.

GŁOSY

Król?! — Co ona rzekła?
Szalona! Crimen laesae maiestatis[84]!…

PRZEMÓWICIEL

do Króla:
Iście szalona! — Lecz… o świat tu idzie…

BLAKS

odzywa się po długim milczeniu:
Mów, czego żądasz?

PSYCHE

Ty mów, o co prosisz?
Szmer grozy i przerażenia wśród obecnych.

Dusza, Obraz świata, Władza, Niewola, Koniec świataBLAKS

po chwili:
Pokłon mi oddaj… przynależny panu.

PSYCHE

Ha, ha! Więc tyle jeno żądasz, królu,
od tej nędzarki w więzach, która stoi
przed tobą, z twardych wywleczona żelaz!
Ty, król potężny, świata pan wszechwładny,
jedyny dziedzic starej ziemskiej kuli —
a ja? Wszak nie ma w świecie takiej krzywdy,
której od ciebie znieść bym nie musiała!
Tyś sen mój spłoszył dziecinny, wyszydził
tęsknoty moje, zdławił lot ku niebu,
tyś moją świetność zdeptał, moc mą złamał,
tyś mnie pohańbił i do zbrodni pchnąwszy,
zamknął, jak zwierza, a teraz przychodzisz,
abym ci pokłon oddała, mocarzu
ginący świata, który trupieszeje
pod twoją władzą! — Jakże ja ci pokłon
dam dobrowolny, kiedym jest zakuta?
Gdym jest w łańcuchach?
Potrząsa kajdanami. — Na znak Blaksa kilku ludzi, między nimi Dozorca więzienny, przystępują do Psychy i usiłują zdjąć krępujące jej ręce żelaza.

DOZORCA

Darmo się silimy!
stal wrosła w ciało; zamki zardzewiałe
nie chcą się poddać…

PSYCHE

Precz mi więc od dłoni!
Zwolnić się mogę snadź[85] ja sama tylko!
Jednym szarpnięciem rąk rozrywa żelaza i rzuca z brzękiem na obie strony.

I MĄDRY CZŁOWIEK ZAGRANICZNY

Jak nić zerwała stalowe ogniwa!

MĄDRY CZŁOWIEK MIEJSCOWY

To czarodziejstwo! — Ona będzie zdolna
świat z martwych wskrzesić!

GŁOSY

Zbaw nas! Zbaw nas! Pani!
Błagamy ciebie!

PSYCHE

Was — czyż zbawić można?
wznosi rękę
Lecz tamtych, tamtych, którzy tam — wołają…!

BLAKS

Bacz, bym cię w grubsze nie dał zakuć pęta!
Na twarz!

Dusza, Obraz świata, Władza, Śmierć, Niewola, Wolność, Życie jako wędrówkaPSYCHE

Moc twoja już się przesiliła,
cesarzu trupów! Zakuj mnie — i czekaj
swojej godziny! Słuchaj wycia głodnych,
których już złoto twoje nie nasyci!
Ciesz się mądrością, która nie jest zdolna
jednego listka wywieść z chłodnej ziemi!
Ciesz się spokojem, który wnet się stanie
już ostateczną i śmiertelną głuszą!
Ciesz się przewagą swoją, lecz pamiętaj,
że we mnie jednej jest pierwiastek życia,
iże mnie można zgnieść, lecz nigdy — zabić!
Każ mi na nowo okuć ręce, królu —
lecz to ci mówię: słabe twe żelaza
w wyrocznej chwili rąk mych nie wstrzymają!

GLOSY

po chwili głuchego milczenia, wybuchają nagle:
Władza, NaturaZmiłuj się, panie! Przemów do niej, przemów!
Niech nas ratuje! Dobrze pod twą władzą,
lecz chcemy słońca, chcemy życia, kwiatów!
zmiłuj się, panie!
Słychać coraz gwałtowniejszą walkę za murami.

PRZEMÓWICIEL

nachyla się do królewskiego ucha:
Boję się rozruchów…
Gdyby ci jeszcze w tym okropnym czasie
wierności stałej nie chcieli dochować,
wtedy…

PSYCHE

Grzmi fala! Słyszycie? Grzmi fala!
Pójdźcie wy, którzy wołacie mnie, Duszy!
Sercem w te mury biję i toruję
drogę przez kamień dla was! Pójdźcie do mnie!
Oto nadeszła godzina dosytu!
Otom ostatnią kaźnią odkupiona
zebrała moce: wołacie mnie wszyscy,
wszyscy mnie znacie, kiedy mnie zabrakło
wśród was! — O, pójdźcie! Dam wam wyzwolenie!
I wam, i sobie! Pójdźcie! Pójdźcie! Pójdźcie!
Nagle jakoby morze wdarło się do kazamat. Słychać łoskot na schodach i grzmot wyłamywanych żelaznych drzwi — jeszcze chwila i wpada do kaźni Lud. — Wpadli z okrzykiem gromkim, z młotami i oskardami w dłoniach, walką utrudzeni. Zoczyli króla — mimo woli głucha i nagła wśród nich zalega cisza; stoją i patrzą.

BLAKS

po chwili milczenia daje znak: dwóch ludzi z orszaku biorą go pod ręce i podnoszą. Powstawszy, postępuje kilka kroków, wlokąc długi płaszcz czarny za sobą, i staje przed Psychą. Naraz grzmiącym głosem woła:
Na twarz upadnij! —

PSYCHE

groźnie:
Ty upadaj, sługo!

GŁOSY Z ORSZAKU

pełne przestrachu i zgrozy:
Co to? Nieszczęsna! —

GŁOSY Z LUDU

O, Psyche! O, Psyche!

PSYCHE

rzuca się ku Blaksowi
Na twarz! — Mówiłam…
Szybkim ruchem wyrywa mu sztylet zza pasa i wzniósłszy, zatrzymuje na mgnienie oka nad głową.

GŁOSY

O zgrozo!

PSYCHE

uderza
Giń zwierzu!
Blaks, rażony w serce, wali się w tył, martwy.
Lud wybucha szerokim, radosnym okrzykiem i naraz milknie…

SCENA II

W tejże chwili dzieje się rzecz dziwna: Mur korytarza w głębi rozsuwa się i opada, jak szara mgła, otwierając widok na krajobraz tenże sam, który był na początku, w Arkadii. W pośrodku na opuszczającym się obłoku zstępuje Eros, bóg, tak jako był widny na początku, jeno że teraz ma wieniec z jodłowych gałązek na płomiennych kędziorach i skrzydła szeroko rozpostarte z obojego boku. Otaczają go, stojąc na łące, służebne dziewy arkadyjskiej królewny, po dwie z każdej strony: Hedone, Kallone, Melike i Hagne.
Lud patrzy w osłupieniu, cichy, zachwycony…
Psyche stoi w pośrodku, ze złotą falą swych włosów na więziennej szacie, twarzą do zjawiska, przedzielona od zstępującego ku niej boga leżącym na poprzek trupem Blaksa. Cały dawny Orszak królewski, w ciemnych swych płaszczach, stoi w milczeniu, cisnąc się do dwóch pozostałych bocznych ścian więziennego korytarza, jak skamieniały, zapatrzony w cudowną zjawę. — Krajobraz zalany jest jasnym światłem słonecznym, mrok jeno spowija ludzi tulących się pod resztkami murów więziennych i na przodzie sceny w milczeniu klęczących.

EROS

Psyche!…

PSYCHE

O, Eros! Eros!
Idzie ku Erosowi, zapatrzona w boskie jego zjawienie. — W chwili, gdy przestępuje przez trupa, który ją od niego dzielił, z ramion jej zsuwa się szara szata więzienna — i jasna już, w białym odzieniu, jako była na początku, klęka u nóg boga, obejmując rękoma jego kolana.

CHÓR DZIEWEK SŁUŻEBNYCH

Witaj, Psyche!
Eros pochyla się nad klęczącą i kładzie dłonie na jej włosach.

PSYCHE

Otoś znów przy mnie, pan, kochanek, król!

HEDONE

Otarte łzy twe, zapomniany ból!

PSYCHE

O! Niech mię sprzęgnie z tobą wieczny ślub!

KALLONE

Już zakończony czas twych gorzkich prób!

PSYCHE

Daruj mi pokój! Daj zmazanie win!

MELIKE

Zbawiona jesteś przez spełniony Czyn!

PSYCHE

Twoją chcę stać się już na wieków wiek!

HAGNE

Morze za tobą — tu szczęśliwy brzeg!

PSYCHE

Ciebie szukałam wiecznie i jedynie
przez życia piargi dążąc i bagniska:
jeśli to we śnie twe lico mi błyska —
niechajże nigdy sen mój nie przeminie!

CHÓR DZIEWEK SŁUŻEBNYCH

Szczęsną i piękną, niewinną i śpiewną
ze snu się budzisz ciężkiego, królewno!

HEDONE

Witaj przez słońce, na niebie płonące!

KALLONE

Witaj przez kwiaty wonne na tej łące!

MELIKE

Witaj przez chóry ptasząt w złotym gaju!

HAGNE

Witaj przez nurty srebrzyste ruczaju!

Miłość, Dusza, Obraz świata, Stworzenie, Koniec świata, Życie jako wędrówkaEROS

Czy słyszysz głosy one modlitewne,
które cię znowu witają, królewnę,
na złotych błoniach twej wiecznej ojczyzny?
Zamknięte rany twe, zgojone blizny,
które w twych białych stopach ryły ciernie,
kiedyś, za cieniem mym zdążając wiernie,
wygnanka bosa, przez życia bezdroże
szła w uciśnieniu, przez kał ziemi — w zorzę!
A iżeś[86] wszystek zniosła ból i trud,
a iż cię ziemi nie pokalał brud,
chociaż się czepiał twych pielgrzymich szat,
z których wykwitłaś oto — lilii kwiat,
biały, jak ongi[87], i jeno schylony
rosą łez, którą w przelocie Eony
płaczą nad nędzą bezdenną żywota:
prawdą się iści[88] twa wieczna tęsknota,
i coć snem było[89] jeno[90] w pierwszej dobie,
za czym łamałaś ręce swe w żałobie
— kiedy sen pierzchnął — błądząca śród cienia,
dziś ci się jawą złotą rozpromienia:
oto ja schodzę w jasnych blaskach słońca
na szczęście wielkie, ostatnie, bez końca!

PSYCHE

O Eros! Eros! Królu mój i panie!

EROS

Tak! — Jam jest EROS, iżem[91] nad otchłanie
Chaosu rękę ściągnąwszy, z bezruchu
wywołał Drgnienie i zakląwszy w duchu,
wywiódł zeń wszechświat stubarwny i złoty,
iżem[92] jest rodzic żądzy i tęsknoty,
która w głąb bije lub w strop niebios modry,
ofiarnik życia, bólu dawca szczodry — —
lecz iż jest we mnie, jako był początek,
i koniec wszystkim rzeczom, których wątek
w pierścień się splata, zapomnienie wieczne
i ukojenie tęsknot ostateczne,
i szczęście wielkie, nieprześnione, ciche:
zowią mnie także THANATOS, o, Psyche!
Pochyla się i składa pocałunek na ustach Oblubienicy.
Wszyscy obecni przyklękają, niektórzy padają na twarz.
Jest cisza ostateczna.

Pisałem w Podchybiu, w jesieni, 1903.

Przypisy

[1]

ὁδὸς ἄνω κάτω μία (gr.) — urwane zdanie przypisywane Heraklitowi, pełna sentencja brzmi ὁδὸς ἄνω κάτω μία καὶ ὡυτή i można ją tłumaczyć jako: „droga w górę i droga w dół są tą samą drogą”. [przypis edytorski]

[2]

Tuum fac nec respicias finem (łac.) — czyń swoje, nie myśl o końcu; rób swoje, nie patrz końca. [przypis edytorski]

[3]

przerznięty — dziś raczej: przerżnięty; przecięty. [przypis edytorski]

[4]

widno — tu: widać. [przypis edytorski]

[5]

zmierżony — uprzykrzony; por. mierzić (kogoś): budzić wstręt, odrazę. [przypis edytorski]

[6]

sam, dziewczęta (daw.) — chodźcie, dziewczęta; przykład wykorzystania daw. konstrukcji zdania przyzywającego, por. np. sam tu: chodź tu itp. [przypis edytorski]

[7]

moc (daw., gw.) — tu: mnóstwo, bardzo dużo. [przypis edytorski]

[8]

która się była odłączyła (daw.) — konstrukcja czasu zaprzeszłego stosowana dla wyrażenia czynności wcześniejszej, poprzedzającej inną, o której mowa dalej; znaczenie: „która się uprzednio odłączyła”. [przypis edytorski]

[9]

wszakżeśmy — skrócone od: wszakże jesteśmy. [przypis edytorski]

[10]

wiemże ja sama — konstrukcja z partykułą -że; znaczenie: czy ja sama wiem. [przypis edytorski]

[11]

łoza — gałązki wierzbowe. [przypis edytorski]

[12]

koleśny — poruszający się na kołach. [przypis edytorski]

[13]

jeno (daw., gw.) — tylko. [przypis edytorski]

[14]

nuże — okrzyk oznaczający poganianie: dalej, szybciej. [przypis edytorski]

[15]

idźcież — konstrukcja z partykułą wzmacniającą -że, skróconą do -ż. [przypis edytorski]

[16]

zawieść pieśń (daw.) — zanucić, zaintonować pieśń. [przypis edytorski]

[17]

żertwa (daw.) — ofiara; u daw. Słowian ofiara całopalna składana na cześć bóstwa. [przypis edytorski]

[18]

pono (daw., gw.) — ponoć, podobno. [przypis edytorski]

[19]

plecyma (daw. forma) — dziś popr. forma N.: plecami. [przypis edytorski]

[20]

zwierciedlić się — odbijać się. [przypis edytorski]

[21]

zbudził się był (daw.) — konstrukcja czasu zaprzeszłego stosowana dla wyrażenia czynności wcześniejszej, poprzedzającej inną, o której mowa dalej; znaczenie: „zbudził się uprzednio”. [przypis edytorski]

[22]

poglądać (daw.) — spoglądać. [przypis edytorski]

[23]

widno — tu: widać. [przypis edytorski]

[24]

wskrzesnąć — zmartwychwstać. [przypis edytorski]

[25]

urwisz — urwis, hultaj. [przypis edytorski]

[26]

posoch — laska z zakrzywioną rękojeścią; pastorał; tu: kaduceusz, atrybut Hermesa, posłańca bogów w mit. gr. [przypis edytorski]

[27]

odzyszczesz (daw. forma) — dziś popr. forma 2 os. lp: odzyskasz. [przypis edytorski]

[28]

widno — [przypis edytorski]

[29]

kędy (daw., gw.) — gdzie. [przypis edytorski]

[30]

zajrzyć a. zaźrzyć (daw.) — zazdrościć. [przypis edytorski]

[31]

Kypryda (mit. gr.) — przydomek Afrodyty. [przypis edytorski]

[32]

kruż (daw.) — puchar, waza. [przypis edytorski]

[33]

tużba — tęsknota; por. tużyć a. tążyć (stp.): tęsknić. [przypis edytorski]

[34]

kędy (daw.) — gdzie. [przypis edytorski]

[35]

kędy (daw.) — gdzie. [przypis edytorski]

[36]

wnijść (daw.) — wejść. [przypis edytorski]

[37]

wirydarz (z łac. viridarium: ogród, park) — ogród wewnątrz murów klasztornych, zwykle z fontanną a. sadzawką pośrodku. [przypis edytorski]

[38]

krużganek (łac. claustrum) — ciągnący się pod murami wewnętrzny, zadaszony korytarz (ganek) wokół dziedzińca a. wirydarza klasztornego, zamkowego itp. [przypis edytorski]

[39]

widno — tu: widać, widocznie. [przypis edytorski]

[40]

snadź (daw.) — widocznie, najwyraźniej. [przypis edytorski]

[41]

miast (daw.) — skrócone od: zamiast. [przypis edytorski]

[42]

widno — tu: widać. [przypis edytorski]

[43]

widno — tu: widać; można zobaczyć. [przypis edytorski]

[44]

paiż a. paiża — mała tarcza używana przez konnicę, u dołu prostokątna a. zaokrąglona, u góry skośnie ścięta, czasem z wykrojem na oparcie kopii. [przypis edytorski]

[45]

mieść — tu: miotać, rzucić. [przypis edytorski]

[46]

prawdali to — konstrukcja z partykułą pytającą -li; znaczenie: czy to prawda. [przypis edytorski]

[47]

chram (daw.) — świątynia. [przypis edytorski]

[48]

lodżetta — zdrobn. od: lodżia (wł. loggia), nazwa elementu architektonicznego stanowiącego wnękę w zewn. płaszczyźnie budynku, zwykle otwartą na zewnątrz (a. od zewn. strony przeszklona), oddzielona drzwiami i oknami od pomieszczeń wewnętrznych, używana jako miejsce widokowe, oranżeria itp.; w renesansie jedno- a. wielokondygnacyjne loggie stanowiły element architektury pałacowej; niekiedy wznoszono je jako osobne budowle. [przypis edytorski]

[49]

życiem dać gotów — przykład konstrukcji eliptycznej z przestawną końcówką czasownika; znaczenie: „życie [jeste]m dać gotów” a. „jestem gotów dać życie”. [przypis edytorski]

[50]

możnaż — konstrukcja z partykułą -że, skróconą do -ż; znaczenie: czy można. [przypis edytorski]

[51]

kędy (daw.) — gdzie. [przypis edytorski]

[52]

per Baccho (wł.) — na Bachusa! [przypis edytorski]

[53]

mamyż — konstrukcja z partykułą -że, skróconą do -ż; znaczenie: czy mamy. [przypis edytorski]

[54]

hołysz (z ukr., pogard.) — biedak. [przypis edytorski]

[55]

korny (daw.) — skrócone: pokorny; por. korzyć się przed kim. [przypis edytorski]

[56]

uwiązgł — dziś popr.: uwiązł. [przypis edytorski]

[57]

czemuście (…) zostali — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: czemu zostaliście. [przypis edytorski]

[58]

uwięzgnie — dziś popr.: uwięźnie. [przypis edytorski]

[59]

biegą (daw.) — dziś popr. forma 3.os.lm: biegną. [przypis edytorski]

[60]

pono (daw., gw.) — podobno; zapewne. [przypis edytorski]

[61]

będziem — skrócona forma 1.os.lm: będziemy. [przypis edytorski]

[62]

możnaż — konstrukcja z partykułą -że, skróconą do -ż; znaczenie: czy można. [przypis edytorski]

[63]

zbroica — zgrubienie od: zbroja. [przypis edytorski]

[64]

paiż a. paiża — mała tarcza używana przez konnicę, u dołu prostokątna a. zaokrąglona, u góry skośnie ścięta, czasem z wykrojem na oparcie kopii. [przypis edytorski]

[65]

słuchajże — konstrukcja z partykułą -że, tu: w funkcji wzmacniającej. [przypis edytorski]

[66]

uszak — architektoniczny element dekoracyjny, występ z linii obramienia w górnych narożach okien i drzwi; poszerzenie obramienia okiennego. [przypis edytorski]

[67]

nie maszże — konstrukcja z partykułą -że; znaczenie: czy nie masz. [przypis edytorski]

[68]

rznąć — dziś raczej: rżnąć. [przypis edytorski]

[69]

widno — tu: widać, widocznie. [przypis edytorski]

[70]

którzyście cierpieli — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: którzy cierpieliście. [przypis edytorski]

[71]

coć było życiem — inaczej: co ci było życiem; co było dla ciebie życiem. [przypis edytorski]

[72]

rzekę (daw.) — przestarz. forma 1.os.lp od: rzec; powiem. [przypis edytorski]

[73]

Voilà, ma chérie! Ce ne sont pas de bonnes manières (fr.) — Ot co, moja droga! To nie należy do dobrych manier. [przypis edytorski]

[74]

nie jestżeś — konstrukcja z partykułą -że pomiędzy tematem a końcówką, tu: w funkcji wzmacniającej i wprowadzającej pytanie retoryczne; znaczenie: czy nie jesteś; czyż nie jesteś. [przypis edytorski]

[75]

któram jest — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: która jestem. [przypis edytorski]

[76]

jarki — jaskrawy, żarki, jarzący się. [przypis edytorski]

[77]

jeno (daw., gw.) — tylko, jedynie. [przypis edytorski]

[78]

próżnośmy (…) przyszli — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: próżno przyszliśmy. [przypis edytorski]

[79]

snadź (daw.) — widocznie. [przypis edytorski]

[80]

lubo (daw.) — choć, chociaż. [przypis edytorski]

[81]

nie widno — tu: nie widać. [przypis edytorski]

[82]

gwoli (daw.) — dla, z powodu czegoś. [przypis edytorski]

[83]

iżeś (…) była — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: iż byłaś, że byłaś. [przypis edytorski]

[84]

crimen laesae maiestatis (łac.) — zbrodnia obrazy majestatu; termin z kodeksu prawa rzym. [przypis edytorski]

[85]

snadź (daw.) — widocznie. [przypis edytorski]

[86]

iżeś (…) zniosła — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: iż zniosłaś, że zniosłaś. [przypis edytorski]

[87]

ongi — kiedyś, dawniej. [przypis edytorski]

[88]

iścić się — ziszczać się, realizować się. [przypis edytorski]

[89]

coć snem było — inaczej: co ci było snem; co było dla ciebie snem. [przypis edytorski]

[90]

jeno (daw., gw.) — tylko. [przypis edytorski]

[91]

iżem (…) wywiódł — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: iż wywiodłem, że wywiodłem. [przypis edytorski]

[92]

iżem jest — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: iż jestem, że jestem. [przypis edytorski]

Close
Please wait...