Wolne Lektury potrzebują pomocy...



Wolne Lektury utrzymują się z dobrowolnych darowizn i dotacji.


Na stałe wspiera nas 374 czytelników i czytelniczek.
Niestety, minimalną stabilność działania uzyskamy dopiero przy 1000 regularnych darczyńców.


Dołącz do darczyńców! Przyjaciele Wolnych Lektur zyskują wcześniejszy dostęp do nowych publikacji!
Potrzebujemy Twojej pomocy!

TAK, wpłacam
Tym razem nie pomogę, przechodzę prosto do biblioteki
Znajdź nas na YouTube

Audiobooki Wolnych Lektur znajdziesz na naszym kanale na YouTube.
Kliknij, by przejść do audiobooków.

x
  1. Bogactwo: 1 2
  2. Bóg: 1 2
  3. Cnota: 1
  4. Córka: 1 2
  5. Grób: 1
  6. Grzech: 1
  7. Kłamstwo: 1
  8. Kobieta: 1
  9. List: 1 2
  10. Miłość: 1 2 3
  11. Muzyka: 1
  12. Niewola: 1
  13. Obowiązek: 1 2
  14. Ojciec: 1 2 3
  15. Patriota: 1
  16. Piekło: 1 2
  17. Pieniądz: 1 2
  18. Piękno: 1 2 3
  19. Pojedynek: 1
  20. Próżność: 1
  21. Przekleństwo: 1
  22. Przemijanie: 1
  23. Przysięga: 1 2
  24. Samobójstwo: 1
  25. Smutek: 1 2
  26. Szaleniec: 1
  27. Szczęście: 1
  28. Ślub: 1
  29. Śmierć: 1 2 3 4
  30. Trucizna: 1
  31. Wiosna: 1
  32. Zemsta: 1
  33. Żebrak: 1

Oddzielono ”nie” od czasowników, dostosowano interpunkcję do norm współczesnych, w szczególności wstawiono przecinki przed ”że” i ”który”. mię -> mnie, Ubezdźwięcznienia: zkąd->skąd, blizko->blisko. Fleksja: synie->synu, oczów->oczu ale czarny potwór zgnilizny ze śmiechem ściskamy w objęciach naszych! -> ale czarnego potwora zgnilizny ze śmiechem ściskamy w objęciach naszych! zamian-> zamianę swojemu sumieniowi wiecznego trzyma robaka? -> swojemu sumieniu wiecznego trzyma robaka? Błąd źródła: str. 253 (skan 73) MILLRE - MILLER bł. źródła: żarzące się lica radości białem śmierci powlec->żarzące się lica radości bielmem śmierci powlec

Fryderyk SchillerIntryga i miłośćTragediatłum. Michał Budzyński

OSOBY

  1. Pan Walter, prezydent na dworze niemieckiego książęcia
  2. Ferdynand, syn jego, major
  3. Kalb, marszałek dworu
  4. Lady Milford, faworyta księcia
  5. Wurm[1], prywatny sekretarz prezydenta
  6. Miller, skrzypek
  7. Jego Żona
  8. Ludwika, ich córka
  9. Zofia, pokojowa Lady Milford
  10. Pokojowy księcia
  11. StrażSłudzy

AKT I

SCENA I

Pokój w domu Millera.
Miller wstaje z krzesła i kładzie na bok basetlę. Przy stole Żona jego w rannym ubiorze pije kawę.

MILLER

w poruszeniu i przechadzając się po scenie
1

Dosyć już tego! To rzecz nie na żarty. Córka moja z majorem pójdzie na języki. Mój dom okrzyczą. Prezydent rzecz całą przewącha — i cóż? — oto krótko i zwięźle ja paniczowi zakażę tu bywać.

ŻONA

2

Wszakżeś go do domu twego nie namawiał — córki nie narzucał.

MILLER

3

Do domum nie namawiał, dziewki nie narzucał; a kto o tym wspomni? — Byłem tu panem i trzeba było córce mores[2] nakazać, szanownemu papie o synku dać wiedzieć — a tak, młodemu baronowi wytrą kapitułę, a cała burza spadnie na skrzypiciela.

ŻONA

popijając kawę
4

Koszałki, opałki! Co spaść może na ciebie? Kto ci za złe weźmie? Pilnujesz rzemiosła i zbierasz uczniów, gdzie ich znaleźć można.

MILLER

5

Ale racz mi powiedzieć, co z tego wszystkiego na końcu wypadnie? Dziewczynę na żonę wziąć nigdy nie może — o ożenieniu tu ani gadać — a jeśli ma być… Zlituj się Boże! — Dobry dzień Jejmości! — Przypuśćmy, że ten paniczyk, tu i tam się szastając, poradził już sobie — diabeł nie śpi! — tożby zasmakowało taką szklaneczkę słodkiej wody wypić. Pilnuj dobrze! Gdybyś do każdej szparki oko przytknęła, przed każdą krwi kroplą straż postawiła; on ci z przed nosa dziewczynę uchwyci, na swoje przerobi i córka zhańbiona, życie całe na koszu osiędzie[3], albo znudzona, przyczepi się do rzemiosła — grożąc pięścią. Jezu Chryste!

ŻONA

6

Boże nas zachowaj!

MILLER

7

Ty się tylko zachowaj. Za czym innym ten wietrznik[4] upędzać się może? Dziewka piękna i zgrabna i czysto się przybiera. Pod dachem niech co chce będzie. U was kobiet to fraszka, byle pieścidełko na świecie pokazać. Niech no mój wiercipięta ten artukuł zwietrzy, to mu aż jasno w oczach zaświeci i dopiero żagielki na wszystkie wiatry rozepnie. Cóż ja mam mówić? — Człowiek jest człowiekiem.

ŻONA

8

Gdybyś ty odczytał wszystkie piękne listy majora do naszej córki. Boże mój! Tam jak słońce stoi, że mu tylko idzie o jej piękną duszę.

MILLER

9

W tym właśnie jest sztuka — bić po worku, a osła ogrzmocić. Kto miłe ciałko chce tylko uraczyć, niechaj do serca w kumy posyła. A jaź jak robiłem? — Skoro się czarno na białym pokaże, że dwie dusze zawarły przymierze, to i dwa ciała niebawnie[5] pójdą za przykładem. Służba idzie za panem — a koniec zawsze wyjaśnia, że srebrny księżyc był tylko kusicielem.

ŻONA

10

Obacz no piękne książki, które pan major do domu poznosił. Córka nasza na nich odmawia modlitwy.

MILLER

świszcząc
11

Hej ha! ona się modli! — dobrześ odgadła. Prosta polewka za przykra dla brzuszka tuczonego makaronem, trzeba ją pierwej w zaraźliwej kuchni beletrystów przez szatana zaprawić. W ogień mi te brudy! Dziewczyna wysysa z nich tylko Bóg wie jakieś figle niebieskie, co po krwi biegają jak muchy hiszpańskie[6] i wywracają nauki Chrystusa, które zaledwie ojciec jako tako jeszcze utrzymać może. W ogień powiadam — panienka nabija sobie głowę piekła świecidłami, w czułych rozmowach próżniackiego świata nie obaczy swojego domu, zapomni, wstydzić się będzie, że ojciec tylko na skrzypcach umiał wygrywać i gotowa odmówić na końcu poczciwego zięcia, który by się chętnie z moim stanem pogodził. Nie! Na Boga, nie! Zaraz mi pasztety w żywy ogień rzucić — a panu majorowi ja sam pokażę, gdzie stolarz drzwi porobił.

Chce odejść.

ŻONA

12

Upamiętaj się, Millerze! Nie raz piękny grosz się zebrał z prezentów…

MILLER

wraca się i staje przed żoną
13

Krwawy grosz za córkę moją? — Do piekła ruszaj, przeklęta kuplerko[7]! Wolę na żebraczym kiju, z moją skrzypką za suchy kawał chleba piosenki wygrywać, wolę moją basetlę w kawałki roztrzaskać, gnój na rolę wozić, niźli używać grosza, na który jedyne dziecko moje zgubą honoru i zbawienia musiało zarabiać. Nie pij tej przeklętej kawy i nie zażywaj tabaki — a nie będzie potrzeby twarz dziecka twego na targowisko wynosić. Ja Bogu dzięki miałem dosyć strawy i białą koszulę na ciele nosiłem, choć ten szałaput w domu się moim jeszcze nie rozkochał.

ŻONA

14

Tylko się ze drzwiami twymi nie odgrażaj. Poczekaj, aż pierwszy zapęd gniewu minie. Powiadam ci, że nie można pana majora tak niegrzecznie traktować, choćby dlatego, że jest synem prezydenta.

MILLER

15

Otóż świrszcz w ukropie. Dlatego właśnie, dlatego dziś się wszystko skończy. Prezydent będzie mi wdzięczny, jeżeli poczciwym jest ojcem. Wyczyść mi mój ceglasty surdut bajowy — a zaraz się jemu przedstawię i powiem bez ogródki: Syn jaśnie oświeconego pana rzucił oko na moją dziewkę. Dziewka moja za niska jest na żonę dla jego syna, ale za wysoka na jego nałożnicę — i basta — nazywam się Miller.

SCENA II

Poprzedzający i Wurm.

ŻONA

16

Ach! Dobry dzień, panie sekretarzu! Przecież znowu mamy przyjemność oglądania jego.

WURM

17

Mnie się zdaje, pani kumo, że gdzie łaska szlachcica gości, tam moja przyjemność mieszczańska niewiele znaczyć może.

ŻONA

18

Co też nie powiecie, panie sekretarzu! Wysoka łaska pana majora sprawia nam zapewne wielki plezir[8] czasami; ale dlatego nikim wzgardzać nie będziemy.

MILLER

19

Żono! Krzesło podaj panu — racz się rozgościć.

WURM

kładzie laskę, kapelusz i usiada
20

No! jakże się miewacie, moi przyszli teściowie? — a może przeszli? — nie spodziewam się jednak. Czy można pannę Ludwikę powitać?

ŻONA

21

Dzięki za pamięć, panie sekretarzu! Ale moja córka nie jest wcale dumna.

MILLER

ze złością trącając ją łokciem
22

Kobieto!

ŻONA

23

Żałuję bardzo, że nie może mieć honoru pozdrowienia pana sekretarza. W tej chwili poszła do kościoła.

WURM

24

To mnie cieszy, cieszy nieskończenie! Będę z niej dobrą chrześcijankę, pobożną mieć żonę.

ŻONA

z uśmiechem głupkowatym
25

Tak! — ale, panie sekretarzu! …

MILLER

z widocznym pomieszaniem szczypie ją za ucho
26

Kobieto!

ŻONA

27

Jeśli mu w czym innym służyć możemy — to z wielką przyjemnością, panie sekretarzu!

WURM

z fałszywym spojrzeniem
28

W czym innym? — Pięknie dziękuję, pięknie dziękuję — hum, hum.

ŻONA

29

Ale pan sekretarz sam uzna…

MILLER

Pełen gniewu, silnie z tyłu uderzając żonę.
30

Kobieto!

ŻONA

31

Co dobre, to dobre, a co lepsze, to lepsze. Szczęściu własnego dziecka nie można na zawadzie stawać; sam to wyznasz, panie sekretarzu.

WURM

niespokojnie obraca się na krześle, skrobie się po głowie i poprawia żaboty[9] i manszetki[10]
32

Sam wyznam? Nie! — ale tak!… Jakże to rozumiecie?

ŻONA

33

No — ja myślę, mnie się zdaje, że kiedy Pan Bóg wybrał moją córkę na szlachciankę —

WURM

wstając z krzesła
34

Jak powiadacie? — jak? —

MILLER

35

Nie wstawaj! Siedź, panie sekretarzu! Moja żona to gęś głupia; skąd by się wziąć miała szlachcianka? Jakie tam diabeł rogi w tej gadaninie wyściubił?

ŻONA

36

Żartuj sobie, żartuj. Co wiem, to wiem — a co pan major mówił, to mówił.

MILLER

uniesiony porywa za skrzypce
37

Czy stulisz ty pysk twój przeklęty? Czy chcesz, ażebym wiolonczelę na twojej czaszce potrzaskał? Co ty wiesz? — co on mógł mówić? — nie zwracaj, kumie, uwagi na paplarstwo kobiece. — Marsz do kuchni. Nie jestem przecież tyle nierozsądnym, panie sekretarzu, ażebym dziewkę moją chciał przeć tak wysoko. O mnie zapewne tego nie pomyślisz?

WURM

38

I na to nie zasłużyłem u was, panie kapelmajstrze! Miałem cię zawsze za słownego człowieka — a moje prawa do twojej córki były tak święte, jakby podpisane. Mam urząd, który na opędzenie potrzeb domowych wystarczy. Prezydent łaskaw na mnie. Gdy zechcę wyżej się podnieść, pleców nie zabraknie. Widzicie więc, że moje zamiary są prawdziwe; chyba jakiemu szlachcicowi wiercipięcie…

ŻONA

39

Panie sekretarzu Wurm! Więcej uszanowania, jeżeli prosić można.

MILLER

40

Trzymaj język za zębami, raz ci powiadam. Nie gniewaj się, kumie! Z nami po dawnemu. Co wam przeszłego lata mówiłem, to i dziś powtórzę. Córki mojej zmuszać nie będę. Staraj się o jej serce, a ona obaczy, czy może być z tobą szczęśliwą, pokręci głową — tym lepiej — w imię Boże chciałem powiedzieć; od niej weźmiesz harbuza[11], ale z ojcem wypijesz butelczynę wina. Nie ja, ale dziewczyna musi żyć z tobą. Dlaczegóż bym miał jej narzucać człowieka, którego ona kochać nie może? — Żeby mnie w starych latach zły duch, jak pieczeń na rożnie obracał, żebym w każdej szklance wina, w każdej łyżce zupy przypominał, słyszał wyrzuty: jesteś niegodziwiec, który własne dziecko zgubił.

ŻONA

41

Krótko i zwięźle, ja mego zezwolenia zupełnie odmawiam; moja córka na coś lepszego stworzona — a choćby mój mąż dał się namówić, ja przed sądem stanę.

MILLER

42

Czy chcesz ty, wietrzna pętlico, ażebym ci nogi i ręce połamał!

WURM

43

Ojcowska rada u córki wiele znaczyć może — a wy mnie znacie, panie Millerze!

MILLER

44

Do piorunów! Dziewce, a nie mnie daj się naprzód poznać. Co ja, stary wyga, w tobie upatrzę, nie będzie łakociem dla młodej, wybrednej dziewczyny. Powiem ci, czy możesz przydać się do orkiestry — ale serduszko kobiece zanadto dla mnie figlarne. A potem kumie! Ot ci prawdę powiem, bom stary, poczciwy Niemiec. Córce mojej nikogo na męża doradzać nie będę — ale ciebie, panie sekretarzu, wręcz bym odradzał. Pozwól niech dokończę. Kochankowi, który ojca na pomoc musi przyzywać — daruj mi, ani na włosek wierzyć nie mogę. Jeżeli ma jakie uczucie, wstydzić by się powinien, swoje przymioty tą staromodną drogą do kochanki przyprowadzać — tam, za plecami ojca odbywa się konkurencja. Trzeba, żeby dziewka wolała ojca i matkę, aniżeli jego opuścić; żeby sama do nóg się rodzicom rzuciła i wypłakała sobie albo czarną śmierć, albo najdroższego. Taki u mnie zuch! To u mnie się kochać nazywa, a kto tego u kobiet nie może — ten woli na drewnianym jeździć koniku.

WURM

porywa za laskę i kapelusz i wychodząc
45

Wielce obowiązany, panie Millerze!

MILLER

powoli idąc za nim
46

Za cóż? — za cóż, panie sekretarzu! Przecieżeście niczego nie doznali. (Wracając). Nie słucha i odchodzi. — A to jakbym truciznę, denderę zażywał ile razy tego lisiego skribusa[12] obaczę — obrzydliwa istota, do ludzi niepodobna, jakby go przemycarz skąd inąd na świat Boży sprowadził. Małe mysie oczy, pełne chytrości — czerwone włosy, broda spiczasto zadarta — zdaje się, że natura z gniewu nad zepsutą pracą swoją, ten pień chropawy schwyciwszy, na rozdroże cisnęła. Nie — zanim bym córkę moją miał dać takiemu niecnocie, wolałbym ją — Boże odpuść!

ŻONA

47

Tak! — a każesz mi milczeć.

MILLER

48

Tyś także z twoim przeklętym paniczem gorącego sadła mi za kołnierz nalała. Co znaczyła ta gadanina o szlacheckiej pani i o córce twojej? To stary smyk! Połóż mu co na nosie, a jutro na targowisku obaczysz. Paniczyk należy do tych ludzi, co przeglądają wszystko, co się w domu dzieje; rozmawiają o piwnicy i kuchni, a przemknie się któremu przez język nieostrożne słowo — baff — książę, faworyta, prezydent i wszyscy wiedzą — a na ciebie pioruny i burze.

SCENA III

Ludwika z książką w ręku. Poprzedzający.

LUDWIKA

kładzie książkę na stole i ojca w rękę całuje
49

Dobry dzień, kochany ojcze!

MILLER

50

Brawo moja Ludwiko! — cieszy mnie, że tak pilnie o Stwórcy twoim myślisz. Bądź tak zawsze — a jego ramię wesprze cię w potrzebie.

LUDWIKA

51

Och! Jam wielce grzeszna, ojcze mój! — Był on tu, matko?

ŻONA

52

Kto, dziecię moje?

LUDWIKA

53

Zapominam, że oprócz niego i inni są ludzie. W mojej głowie taka pustynia. — Czy nie było Waltera?

MILLER

54

Rozumiałem, że moja Ludwika od dziś to imię w kościele zostawi.

LUDWIKA

patrząc w oczy ojca osłupiale
55

Pojmuję cię ojcze — czuję to żelazo, które zagłębiasz w sumienie moje; ale za późno. Pobożność mnie opuściła. Niebo i Ferdynand, mój ojcze! walczą w duszy mojej — lękam się, lękam — ale nie, ojcze kochany! Miłość, BógMistrz największą pochwałę odbiera, gdy o nim zapominamy, patrząc na dzieło jego. Radość moja nad Boga arcydziełem każe mi o Bogu zapomnieć. — Ojcze! Czyliż go to cieszyć nie powinno?

MILLER

ze smutkiem rzuca się na krzesło
56

Otóż mamy owoc bezbożnego czytania?

LUDWIKA

niespokojnie spozierając w okno
57

Gdzie on jest? Wysokie panie może go w tej chwili oglądają, słuchają rozmów jego — ja biedna opuszczona dziewczyna. Przestraszona własnymi słowami rzuca się w objęcie ojca. Ale nie! przebacz; nad losem moim nie płaczę — jedną mu tylko myśl poświęcę — to tak mała ofiara! Dostatecznym byłoby szczęściem dla mnie to trochę życia mojego wyzionąć w cichy, uśmiechający się zefirek, byle tylko lice jego ochłodzić — ten kwiatek drobny młodości mojej, w fiołek zamienić i umrzeć pod nogami jego. — Dumne, majestatyczne słońce nie ukarze muszki, co się w jego jasnych przegląda promieniach!

MILLER

wzruszony opiera się na poręcz krzesła i twarz sobie zakrywa
58

Słuchaj, Ludwiko! To trochę życia, które mi zostaje, dałbym chętnie, gdybyś ty nigdy majora nie znała.

LUDWIKA

59

Co mówisz, ojcze? — Nie — tak myśleć nie możesz! Czyż nie wiesz, że Ferdynand jest moim; dla mnie stworzonym, dla mojej rozkoszy od ojca miłości. Po krótkim namyśle. Gdym po raz pierwszy ujrzała jego — i krew mi na twarz biła, i radośniej pulsa uderzały — każde wzruszenie gadało, szeptał każdy oddech: to on, to on dawno marzony od serca twego — i głos ten był echem całej natury radującej się ze mną! Miłość, Wiosna, BógWtenczas, o wtenczas pierwszy ranek zawitał do duszy mojej. Tysiące młodych uczuć serce napełniło, rozwinęło się jak kwiatki za wiosny błyśnieniem. Jużem świata nie widziała — a jednak on nigdy nie był dla mnie piękniejszym. — Zapomniałam Boga na niebie — a jednak go nigdy więcej nie kochałam.

MILLER

zbliżając się do niej i przyciskając do piersi
60

Ludwiko! Drogie, szlachetne dziecię moje — weź tę starą pochyloną głowę — weź wszystko, wszystko — ale majora, Bóg moim świadkiem — majora dać ci nie mogę.

Odchodzi.

LUDWIKA

61

I ja go teraz nie żądam, mój ojcze! Jedno marzenie, marzenie o Ferdynandzie wypija rozkosznie tę kroplę skąpą czasu życia doczesnego. Tu, na tej ziemi, wyrzekam się kochanka. Tam, matko, tam, gdy stanów różnice przepadną — ludzie będą ludźmi — ja tylko z sobą niewinność przyniosę. Ale ojciec nie raz mi powiadał, że pyszne tytuły i marne ozdoby stracą wartość swoją, gdy Bóg przyjdzie i ceny serca podniesie. Tam będę bogatą, bo tam łzy za tryumfy, a piękne myśli za przodków rachują. Twoja córka, matko, będzie szlachcianką i on niczym nad nią nie zdoła się wznosić.

ŻONA

podskakując w górę
62

Ludwiko! Major! — skacze już przez kładkę — gdzie się ukryję?

LUDWIKA

ze drżeniem
63

Zostań tu, matko!

ŻONA

64

Boże! Jakże ja wyglądam! — muszę się wstydzić — dalibóg, tak się przed nim pokazać nie można.

Odchodzi.

SCENA IV

Ferdynand, Walter i Ludwika.

FERDYNAND

bieży do niej — Ludwika blada upada na krzesło — on w niemym wzruszeniu staje przed nią — chwila milczenia
65

Ty taka blada, Ludwiko!

LUDWIKA

wstaje i wiesza mu się na szyi
66

Nic mi nie jest — tyś się pokazał i wszystko już przeszło.

FERDYNAND

całując jej rękę
67

Miłość, SmutekKochasz mnie jeszcze, Ludwiko moja? Bo moje serce wczorajsze. Przylatuję, chcę widzieć, czy ty jesteś wesołą, i odejść, i z tobą wspólnie się radować. Tyś smutna, Ludwiko!

LUDWIKA

68

Nic — nic, mój kochanku!

FERDYNAND

69

Mów prawdę! Tyś smutna! Ja w duszy twojej tak jasno patrzę, jak w czystej wodzie tego brylantu pokazując na pierścień. Tu ja postrzegę skazkę najdrobniejszą, a na twojej twarzy każdą myśl grającą. Co ci jest? — mów prędko. Byle na twoim licu pogoda jaśniała, nie ma dla mnie chmurki na niebie całym. Co cię udręcza?

LUDWIKA

patrzy na niego czas niejaki w milczeniu, a potem z boleścią wymawia
70

Ferdynandzie! Gdybyś ty wiedział, jak śmiesznie w tej mowie wygląda córka mieszczańska.

FERDYNAND

71

Co to jest! — Dziewczyno! Skąd te myśli wzięłaś? Ty dla mnie jesteś Ludwiką moją! Kto mówi, że ci więcej jeszcze potrzeba? Fałszywa! Czy w tej zimnej rachubie mam cię spotykać? Gdybyś ty cała w miłości była, gdzieżby czas się znalazł na porównywanie. Przy tobie mój rozum w jeden wzrok się topi — bez ciebie w jeden sen o tobie — a ty w miłości rozsądku przyzywasz? Wstydź się! Tę nawet chwilę twego rozważania ukradłaś życiu twojego kochanka.

LUDWIKA

bierze go za rękę i wstrząsa głową
72

Chcesz mnie uśpić, Ferdynandzie! Odwrócić oczy od tej przepaści, do której runąć muszę niewątpliwie. Ja patrzę w przyszłości. — Głos sławy — twoje zamiary — twój ojciec — moje nic! — przestraszona spuszcza jego rękę. Ferdynandzie! Miecz wisi nade mną i nad tobą — rozdzielą nas!

FERDYNAND

73

Rozdzielą nas? Skąd to przeczucie, Ludwiko moja? Rozdzielą nas? kto może zniszczyć dwóch serc przymierze — dwa dźwięki jednej rozerwać harmonii. Ja szlachcic — ale czyż dyplom mój starszy niżeli zarys do wielkiej świata przestrzeni, ale czyż herb mój ważniejszy, niżeli w oczach Ludwiki napis niebiański: ta kobieta dla tego człowieka. Jestem prezydenta synem — cóż, jeżeli nie miłość, osłodzi przekleństwa, które mi zdzierstwo ojca mojego w testamencie przekaże?

LUDWIKA

74

O! Tego ojca — jakże ja się lękam.

FERDYNAND

75

Ja niczego — tylko granic miłości twojej. Choć przeszkody jak góry między nami staną — ja je wezmę za wschody[13] i po nich w Ludwiki objęcia polecę. Burze przeciwnego losu podniosą uczucia moje — niebezpieczeństwa w ponętniejszych kolorach malować cię będą. A więc nic nie mów o bojaźni twojej. Ja sam — sam nad tobą czuwać będę, jak smok nad podziemnym złotem. Mnie się powierz! Gdzie lepszego wynajdziesz anioła? Między tobą i losem piersi ja nastawię — za ciebie każdą ranę przyjmę — z kielicha radości każdą kroplę wezmę; w kubku miłości do ust twych zaniosę. Czule ją obejmując. Na tym ramieniu po drodze życia prowadzić cię będę, oddam niebu piękniejszą, niźli byłaś pierwej i zmuszę go wyznać: że tylko miłość może duszę wykończyć.

LUDWIKA

odpychając go
76

Nic więcej — błagam — ani słowa więcej — gdybyś wiedział, puść mnie, ty nie wiesz, że twoje nadzieje, jak furie biją w serce moje.

Chce odejść.

FERDYNAND

zatrzymując
77

Ludwiko? — jak to? — skąd te myśli przyszły?

LUDWIKA

78

Już te sny w mej duszy zapomniane były — Szczęście wróciło — a teraz, teraz — od tej chwili zginął pokój życia mojego. Dzikie pragnienia — już widzę — powstaną w piersi mojej. Idź — Bóg niech ci przebaczy. Zarzewie pożaru w moje ciche, młode serce rzuciłeś i nikt go nigdy nie ugasi.

Wybiega Ferdynand ją gont.

SCENA V

Sala w domu prezydenta.
Prezydent z orderem na szyi — gwiazdą na piersiach i Wurm.

PREZYDENT

79

Miłość prawdziwa? — mój syn? — Nie — temu nigdy wiary nie przydam.

WURM

80

Jaśnie oświecony pan niech każe dowody wyłożyć.

PREZYDENT

81

Ze się umizga[14] do miejskiej kanalii, pali koperczaki[15] — a wreszcie miłość udaje — to są rzeczy podobne, godne przebaczenia. Ale żeby — i to w córce kapelmajstra powiadasz?

WURM

82

Kapelmajstra Millera córce.

PREZYDENT

83

Czy piękna? — to się ma rozumieć.

WURM

żywo
84

Najdoskonalszy egzemplarz blondynki, który bez przysady[16] mógłby między najpierwszymi pięknościami dworu królować.

PREZYDENT

śmiejąc się
85

Mówisz, Wurmie, że sam o niej myślisz, to dobrze; ale uważ tylko, kochany sekretarzu, że syn mój pociąg ma do płci niewieściej, robi mi nadzieje, że go panienki nie będą odrzucać — to mu się przyda na dworze. Dziewczyna jest piękną, powiadasz — widać, że ma dobry gust. Kłamie jej zręcznie o wiernej miłości — tym lepiej — ma dowcip[17] kłamstwa za prawdę podawać — to go do prezydenckiego krzesła zaprowadzi. Dojedzie swojego! — wyśmienicie — pokaże, że szczęście mu się uśmiecha, a jeśli się cały figiel na zdrowym wnuku zakończy — nieporównanie! — wypiję więcej jedną butelkę malagi[18] na dobry znak rozrodzenia się mojego plemienia i zapłacę sądową karę za uwiedzenie dziewczyny.

WURM

86

Wszystko, cokolwiek życzyć mogę jaśnie oświeconemu panu, jest żebyś nie potrzebował butelki malagi na roztargnienie umysłu.

PREZYDENT

87

Pamiętaj Wurmie! że gdy raz wierzę, wierzę najuporniej — w szaleństwo wpadam, gdy mnie gniew ogarnie. Wiem, że byś rywala chętnie chciał się pozbyć. Pojmuję, że nie mogąc syna mego wyrugować, chcesz ojca biczyk naprowadzić. Filuterny twój dowcip cieszy mnie niewymownie. Tylko, mój Wurmie kochany, mnie nie oszukuj — żartami swymi, rozumiesz, nie waż się moich zasad naruszać.

WURM

88

Jaśnie oświecony pan raczy mi przebaczyć, ale gdyby istotnie zazdrość grać tu miała rolę — widziałbyś ją pan w oczach, a nie na języku.

PREZYDENT

89

Ślub, CnotaI stąd, i zowąd lepiej ją odrzucić. Głupi mazgaju — czy ci nie wszystko jedno dukat z mennicy, czy od bankiera otrzymać. Ciesz się przykładem szlachty tutejszej — widomo czy nie widomo — rzadko u nas małżeństwo się odbędzie, żeby najmniej półtuzina gości, albo usłużnych przyjaciół, przed ślubem jeszcze, raju narzeczonego geometrycznie nie odmierzyło.

WURM

kłaniając się
90

W tej mierze wolę, jaśnie oświecony panie, zostać mieszczaninem.

PREZYDENT

91

Oprócz tego, możesz w krótkim czasie mieć uciechę wypłatania rywalowi porządnej sztuczki. Właśnie teraz ułożono w gabinecie, na przyjazd nowej małżonki panującego księcia, Lady Milford pozornie pożegnać — a nawet dla lepszego udania rzeczy, męża jej wynaleźć. Wiesz Wurmie, jak wiele moje znaczenie na wpływie Lady się opiera, jak moje wszystkie sprężyny zależą na dogadzaniu chęciom książęcia. Szuka on małżonka dla Milford. Ktoś inny może się pojawić, kupno zawrzeć i z faworytą księcia stać się panującemu niezbędnym. Żeby więc książę w sieciach mojej rodziny pozostał, Ferdynand musi zaślubić Lady Milford. Czy jasno ci teraz?

WURM

92

Aż mi w oczach piecze. Prezydent dowodzi, że ojciec tylko początkującym jest uczniem; ale jeżeli major tak posłusznym okaże się synem, jak wy, panie, ojcem pełnym czułości, boję się, ażeby zamiar odrzuconym nie był.

PREZYDENT

93

Szczęściem, nigdy się nie troskałem o doprowadzenie zamiarów moich do skutku, skoro raz wyrzekłem: tak stać się musi. Otóż, Wurmie, jesteśmy znowu na punkcie, z któregośmy wyszli. Przed południem jeszcze oznajmiam synowi memu ożenienie. Jego twarz twoje podejrzenie usprawiedliwi, albo zupełnie zniweczy.

WURM

94

Łaskawy panie! — racz mi przebaczyć — ale smutną twarz, którą niewątpliwie syn ci pokaże, odnieść będzie można albo do oblubienicy, którą mu dajesz, albo do tej, którą mu wydzierasz. Ja żądam ostrzejszej próby. Racz mu przedstawić najlepsze w kraju małżeństwo — a jeżeli przyjmie, możesz na trzy lata Wurma do łańcucha skazać.

PREZYDENT

gryząc wargi
95

Piekło!

WURM

96

To nie może być inaczej. Matka, uosobione głupstwo, w prostocie mowy swojej zanadto mi wiele powiedziała.

97

PREZYDENT

w gniewie szybko się przechadzając
98

A więc dobrze — tego jeszcze rana.

WURM

99

Tylko, panie! Racz pamiętać, że major mojego dobrodzieja jest synem.

PREZYDENT

100

Nic się o tobie nie wspomni.

WURM

101

I że usługa uwolnienia cię od nieproszonej synowej…

PREZYDENT

102

Wyciąga wzajemnej usługi Wurmowi do żony dopomóc — nie zapomnę.

WURM

kłaniając się
103

Zawsze twój najuniżeńszy, mój łaskawy panie.

chce odejść

PREZYDENT

104

To, com ci powierzył grożąc jeżeli wydasz…

WURM

śmiejąc się
105

Jaśnie oświecony pan pokażesz wtenczas moje fałszywe podpisy.

Odchodzi.

PREZYDENT

106

O tom spokojny — trzymam cię na twojej zbrodni jak chrząszcza na nici.

LOKAJ

anonsując
107

Marszałek dworu pan Kalb.

PREZYDENT

108

Jakby zawołany! — przyjemnie mi go przyjąć.

Lokaj odchodzi.

SCENA VI

Marszałek Kalb w bogatej ale bez gustu sukni dworskiej, z kluczem szambelańskim, dwoma zegarkami, szpadą, stosowanym kapeluszem i ufryzowany. Bieży z głośnym tupaniem i śmiechem i ściska Prezydenta.

KALB

109

Dobry dzień ci mój najdroższy! Jakże spałeś, jak spoczywałeś — daruj, że tak późno mam przyjemność — ale naglące zatrudnienia: Cettel kuchenny, karty wizytowe — ułożenie par na dzisiejszą saniami przejażdżkę — ach — a potem przy wstawaniu musiałem być obecnym i Jego Książęcej Mości porę oznajmić.

PREZYDENT

110

Prawda, marszałku, nie tak łatwo mogłeś się uporać.

KALB

111

Jeszcze ten krawiec niegodziwy zabrał mi czasu.

PREZYDENT

112

I mimo tego na nogach i gotów?

KALB

113

To nie wszystko — nieszczęście za nieszczęściem idzie. Posłuchaj tylko.

PREZYDENT

z roztargnieniem
114

Czy podobieństwo?

KALB

115

Posłuchaj tylko. Zaledwie wysiadam z powozu, rumaki moje wierzgać i bić kopytami zaczynają — tak dalece — proszę cię, że błoto uliczne pada na spodnie moje. Co tu począć? Postaw się, na imię Boga, w położeniu moim, baronie! Stałem na progu! wszystko za późno — na dniu białym trzeba pokazać się jego książęcej mości. Boże mój sprawiedliwy! — wpadam na myśl — udaję omdlenie — na łeb na szyję niosą mnie do powozu — ja w całym pędzie koni jadę do domu, zmieniam odzienie, przyjeżdżam nazad[19] — i cóż powiesz? Jestem najpierwszy w przedpokoju — co myślisz?

PREZYDENT

116

Cudowne impromptu[20] ludzkiego dowcipu. Ale o tym potem, mój Kalbie. Mówiłeś więc z księciem?

KALB

z powagą
117

Dwadzieścia minut i pół.

PREZYDENT

Doprawdy? — wiesz więc zapewne o ważnej nowinie?

KALB

po niejakim milczeniu
118

Jego książęca mość wystąpił w Merde d'Oie[21] odzieniu bobrowym.

PREZYDENT

119

Proszę uniżenie! Nie, marszałku! Ja mam ci lepszą oznajmić wiadomość. Zapewne nie wiesz, że Lady Milford ma być majorową Walter?

KALB

120

Czy podobna[22]? I to zupełnie ułożone?

PREZYDENT

121

Podpisane, marszałku — a ty zobowiążesz mnie, jeżeli bez odwłoki uprzedzisz Lady o wizycie syna mojego, a całe miasto o jego postanowieniu uwiadomisz.

KALB

z zachwyceniem
122

Z największą przyjemnością, mój drogi przyjacielu! Cóż dla mnie może być więcej pożądanym? — lecę co prędzej ściskając go. Bądź zdrów — w trzech kwadransach całe miasto się dowie.

wyskakuje

PREZYDENT

śmiejąc się
123

Niechże mówią, że takie stworzenie na nic się światu nie przyda? — No, teraz mój Ferdynand musi się zgodzić, albo całe miasto skłamało dzwoni, wchodzi Wurm. Syn mój niech przyjdzie!

Wurm odchodzi, Prezydent zamyślony przechadza się.

SCENA VII

Ferdynand, Prezydent, Wurm.

FERDYNAND

124

Kazałeś, mój ojcze.

PREZYDENT

125

Musiałem, chcąc syna mojego choć raz obaczyć. Zostaw nas, Wurmie. Wurm odchodzi. Ferdynandzie, od dawna uważam i nie widzę już w tobie tej żywej, otwartej młodości, która mnie tyle zachwycała. Dziwna jakaś posępność zaległa twarz twoją — unikasz ojca, unikasz towarzystwa. Wstydź się. Wiekowi twojemu prędzej tysiąc uchybień niż jedno strapienie darować można. Strapienie mnie zostaw — ja sam, kochany synu, pracować będę nad szczęściem twoim, ty tylko podług moich postępuj zamiarów. Chodź, uściskaj ojca, Ferdynandzie!

FERDYNAND

126

Wielce jesteś łaskawym dzisiaj, mój ojcze!

PREZYDENT

127

Dzisiaj? — figlarzu! I to dzisiaj wymawiasz ze skrzywioną twarzą? surowo Ferdynandzie, dla kogo ja wstąpiłem na niebezpieczną drogę do serca książęcego? — dla kogo z sumieniem i Bogiem na wieki zerwałem? Komu otwarłem miejsce wydaleniem poprzednika mego? — Straszna historia, która tym krwawiej tnie głąb duszy mojej, im staranniej żelazo przed światem ukryte. Słuchaj — dla kogo to wszystko, Ferdynandzie?

FERDYNAND

z przerażeniem odstępując od ojca
128

Przecież nie dla mnie, mój ojcze? Na mnie odbicie strasznego występku spadać nie powinno! Przez Boga potężnego, lepiej było na świat nie przychodzić, aniżeli zbrodni za wymówkę służyć!

PREZYDENT

129

Co to jest? — co to znaczy? — Ale przebaczam twojej romansowej głowie. Ferdynandzie, nie chcę gniewem się unosić. Chłopcze gwałtowny! Także[23] mi płacisz za noce bezsenne, za nieustanne troski, za tego robaka, co wiecznie sumienie mi toczy? Na mnie spadnie ciężar odpowiedzialności, na mnie przekleństwo, na mnie piorun sędziego. Ty z drugiej ręki szczęście odbierasz — zbrodnia nie spada w dziedzictwie.

FERDYNAND

podnosząc prawą rękę do Nieba
130

Uroczyście, przed niebem zrzekam się dziedzictwa, które mi o zbrodni ojca przypominać musi.

PREZYDENT

131

Młodzieńcze! — słuchaj — nie obudzaj gniewu! — Gdyby cię własnej woli zostawić, całe byś życie czołgał się w prochu.

FERDYNAND

132

Lepiej w prochu niż przy tronie czołgać się, mój ojcze!

PREZYDENT

tłumiąc gniew
133

Zmusić cię trzeba, żebyś szczęście uznał. Gdzie dziesięciu innych w trudzie i pracy dojść nie zdołają, ty się podnosisz śpiąc słodko, igraszki pędząc dziecinne. W dwunastym roku chorążym, w dwudziestym majorem. Teraz za prośbą moją zrzucisz mundur i wejdziesz do ministerium. Książę mi mówił o tajnym radcy, o poselstwach, o łaskach nadzwyczajnych. Wspaniała przyszłość otwiera się przed tobą. Ubita droga do pierwszego miejsca po tronie — do tronu samego, jeżeli władza ma tyle ponęty, ile jej oznaki — i toż cię nie zapala?

FERDYNAND

134

Moje pojęcie o szczęściu i wielkości różne jest od twojego. Wasza szczęśliwość rodzi się zniszczeniem. Zazdrość, bojaźń, złorzeczenie — oto są smutne zwierciadła, gdzie się wysokość panującego przegląda. Łzy, przekleństwa, rozpacz — oto są potrawy strasznej uczty, przy której uderzeni szczęściem swym biesiadują, i kończą pijaństwem, żeby w tym stanie przed tron się Boga do wieczności zatoczyć. Marzenia moje o szczęściu we mnie się samym zbierają. W moim sercu wszystkie chęci leżą pogrzebane.

PREZYDENT

135

Mistrzowsko — wybornie — nie można lepiej! Po trzydziestu latach znowu pierwsze kazanie. Szkoda tylko, że pięćdziesiątletnia głowa moja za twarda do nauki. Ale żeby te rzadkie przymioty próżno nie rdzewiały, przydam do boku osobę, przy której mógłbyś się ćwiczyć do woli w twoim pstrofarbnym szaleństwie. Przygotuj się — dziś jeszcze — do ożenienia.

FERDYNAND

cofa się przerażony
136

Mój ojcze!

PREZYDENT

137

Posłałem w twoim imieniu kartę wizytową Lady Milford. Bez odwłoki masz się tam udać i oznajmić jej, że przychodzisz jako narzeczony.

FERDYNAND

138

Lady Milford, mój ojcze?

PREZYDENT

139

Jej samej, jeżeli ci znana.

FERDYNAND

140

Jakiemuż pręgierzowi w księstwie nie jest ona znana? Ale śmieszny jestem, żart twój za prawdę uważać. Chciałżebyś ojcem bezwstydnego być syna, który uprzywilejowaną zaślubia rozpustnicę?

PREZYDENT

141

Jeszcze więcej, starałbym się o jej rękę, gdyby nie pięćdziesiąt lat moich. Chciałżebyś synem być bezwstydnego ojca?

FERDYNAND

142

Nie! Jak Bóg żywy na niebie.

PREZYDENT

143

Zuchwałość — na mój honor — której dla[24] osobliwości tylko przebaczyć trzeba.

FERDYNAND

144

Proszę cię, ojcze, nie zostawiaj mnie dłużej w tej niepewności, gdzie by mi nieznośnie było synem się twoim nazywać.

PREZYDENT

145

Młodzieńcze! Czy szał cię napadł? Któryżby człowiek rozumny nie pożądał honoru w jednym się miejscu z panującym stykać?

FERDYNAND

146

Jesteś mi zagadką, mój ojcze. Nazywasz honorem — honorem dzielić się z panującym tam, gdzie panujący między ludźmi pełza.

PREZYDENT

głośno się śmiejąc

FERDYNAND

147

Możesz się śmiać — ale ja z tym odejdę. — Z jaką ja twarzą, mój ojcze, przed najnędzniejszym stanę wyrobnikiem, który przynajmniej niepodzielne ciało z żoną wziął w posagu? — z jaką twarzą stanę przed światem, przed księciem — z jaką przed tą nałożnicą, która skazę czci swojej w moim wstydzie obmyć usiłuje?

PREZYDENT

148

Gdzie znowu, młodzieńcze, język cię prowadzi?

FERDYNAND

149

Na Boga i ludzi zaklinam cię, ojcze! Przez poniżenie syna twojego nigdy tyle szczęśliwym nie będziesz, ile go nieszczęśliwym uczynisz. Dam ci życie moje, jeżeli cię to podnieść może. Życie mam od ciebie, nie będę się wahał jednej chwili twojej go wielkości poświęcić. Ale mój honor, ojcze! — jeżeli go zabierzesz, to życie mi dawać nazwę lekkomyślnym niegodziwca dziełem i będę zmuszony ojca jak kuplera[25] przeklinać.

PREZYDENT

przyjaźnie uderzając go po ramieniu
150

Brawo, kochany synu — widzę, że jesteś prawym człowiekiem i godnym najlepszej kobiety w tym księstwie. Otrzymasz ją, i tego południa jeszcze z hrabiną Ostheim będziesz zaręczony!

FERDYNAND

znowu pomieszany
151

Czy ta godzina przeznaczona na moje zniszczenie?

PREZYDENT

przenikające spojrzenie na niego rzucając
152

Tu honor twój zapewne nic nie zdoła zarzucić?

FERDYNAND

153

Nie, mój ojcze! Fryderyka Oslheim każdego innego uszczęśliwić by mogła. do siebie. Co złość jego w moim sercu zostawiła, dobroć jego niszczy.

PREZYDENT

nie spuszczając z niego oka
154

Czekam na twoje podziękowanie, Ferdynandzie.

FERDYNAND

całując jego ręce ze wzruszeniem
155

Ojcze! Łaska twoje zapala wszystkie moje uczucia — przyjmij moje najszczersze podziękowanie. Wybór twój najzacniejszy — ale — ja nie śmiem — nie powinienem — żałuj mnie, ojcze! — ja hrabiny nigdy kochać nie mogę.

PREZYDENT

cofając się
156

Hola! — mam cię w łapce, młody paniczu — wpadłeś w sidła, chytry pochlebniku. — Nie honor od Lady Milford oddalał ciebie. Nie osoby, ale małżeństwa nie chciałeś.

FERDYNAND

przez chwilę stoi niemy — potem chce odejść

PREZYDENT

157

Dokąd? Zaczekaj. Jestże to uszanowanie winne ojcu twojemu? Major wraca. Lady o twoim przyjściu już jest uprzedzona. Książę słowo moje otrzymał. Dwór i miasto wiedzą o moim zamiarze. Jeżeli mnie zrobisz kłamcą przed księciem — przed Lady — przed miastem, przed dworem kłamcą mnie zrobisz — słuchaj młokosie! — jeżeli ja wpadnę na pewne historyjki… poczekaj — hola, skąd ci naraz ten ogień do twarzy wystąpił?

FERDYNAND

zbladły i drżący
158

Jak to? — to nic — w istocie nic, mój ojcze!

PREZYDENT

groźnie patrząc na niego
159

A jeżeli jest coś? — a jeżeli ja ślad znajdę, skąd twój upór pochodził? Ha młodziku, samo podejrzenie szaleństwo sprowadza. Idź natychmiast — na placu zaczyna się przegląd. Po służbie zaraz udasz się do Lady. Skoro ja się pokażę, państwo drży całe. Zobaczymy, czy ta uporna głowa potrafi mną przewodzić — oddala się i wraca. Powtarzam ci jeszcze, musisz tam być albo uciekać przed gniewem moim.

Odchodzi.

FERDYNAND

obudzony z głębokiego zamyślenia
160

Czy już odszedł? — Byłże to głos ojca? Tak — pójdę do niej, będę jej mówić, przed jej oczy postawię zwierciadło. Bezwstydna! Jeżeli jeszcze wtenczas będziesz mojej ręki żądać — w obliczu zgromadzonej szlachty, wojskowych i ludu — o! przywołaj całą dumę twojej Anglii — w obliczu wszystkich odrzucę cię — ja, niemiecki młodzieniec.

AKT II

Sala w pałacu Lady Milford — po prawej ręce sofa, po lewej fortepian.

SCENA I

Lady w rannym pięknym stroju — włosy jeszcze nieułożone — przygrywa na fortepianie. Zofia od okna odchodząc zbliża się do pani.

ZOFIA

161

Oficerowie już się rozchodzą. Przegląd skończony — ale Waltera nie widać.

LADY

wstaje i z niespokojnością przechodzi wzdłuż sali
162

Nie wiem, gdzie dziś jestem? — jeszcze mi nigdy tak tęskno nie było. Więc go nie widziałaś. O! pewnie; nie spieszy się. Jak zbrodnia cięży na piersi mojej… Idź, Zofio! każ mi najdzikszego z mojej stajni osiodłać rumaka. Ja muszę na wolne — obaczyć ludzi i niebo błękitne, i sercu mojemu ulżenie wyjeździć.

ZOFIA

163

Jeśli wam niedobrze, Milady — trzeba zwołać assemblée[26], księcia do stołu zaprosić, albo przed waszą sofą kazać grać lombra. Mnieżby książę i dwór cały stali na rozkazy, a w głowie mojej miał szumieć kaprys niezaspokojony?

LADY

rzuca się na sofę
164

Zostaw mnie, proszę: dam ci diament za każdą godzinę, w której się ich pozbędę. Czyż ja tą ciżbą mam pokoje moje meblować? Ach! To są ludzie źli i godni politowania — przestraszają się jednego słowa, gdy go czułym, gorącym sercem wymówię — krzywią nos i usta, jakby upiora postrzegli. Niewolnicy skaczący po drucie wertepowym, którym ja łatwiej niźli szydełkiem kieruję. Co począć z ludźmi, których dusze tak jednakowe, jak ich zegarki? Jakąż przyjemność znajdę zapytywania ich o co, kiedy wiem naprzód, jaką dadzą odpowiedź? Albo prowadzenia rozmowy, kiedy im lękliwość w zdaniu różnić się nie pozwoli. Precz z nimi. — Przykro jeździć na koniu, który nawet uzdy kąsać nie umie.

zbliża się do okna

ZOFIA

165

Księcia przynajmiej wyłączysz, Milady — najpiękniejszego człowieka, najognistszego kochanka, w całym kraju głowę najdowcipniejszą.

LADY

wraca od okna
166

Bo to jego kraj się nazywa — a tylko księstwo, Zofio, może służyć gustowi memu za wymówkę. Mówisz, że mi zazdroszczą? O! raczej hołota żalić się nade mną powinna. Ze wszystkich ludzi, co się przy piersiach majestatów tuczą, faworyta kończy najgorzej, bo ona jedna o żebraczym kiju, bogaczowi drogę zachodzić będzie! Prawda — on może talizmanem swojej wielkości, każdej żądzy mojego serca, czarowny pałac z pod ziemi wywołać — mój stół sokami dwóch Indii[27] zastawić — w raj pustynię zamienić — w jednym fajerwerku spalić wszystek szpik poddanych swoich — ale swojemu sercu czyż rozkaże wspaniale i ogniście uderzać o moje serce ogniste i wspaniałe? Ubogi swój rozum zlać w jedno piękne uczucie? Przy szumnym zmysłów upojeniu ja noszę duszę spragnioną — co ja z tysiącem lepszych uczuć pocznę — tam, gdzie tylko dzikie namiętności ugasić się mogą?

ZOFIA

z zadziwieniem
167

Jak dawno, Milady, jestem w twojej służbie?

LADY

168

Że dziś mnie tylko poznajesz? — Zofio! Ja mój honor zaprzedałam księciu, chowam wolne serce, godne może człowieka, serce przez które zaraźliwy wiatr dworu przeszedł tylko jak dech po zwierciadle. Wierz mi, kochana, ja bym temu księciu dawno się oparła, gdyby moja duma pozwoliła innej oddać miejsce.

ZOFIA

169

I to serce tak łatwo dumie się poddało?

LADY

żywo
170

Czy się nie mściło, nie mści się jeszcze? Zofio! kładąc ręce na jej ramieniuKobieta, Niewola My kobiety tylko między panowaniem i służbą wybierać możemy; ale władzy rozkosz najwyższa nędzną jest tylko igraszką, gdy nam braknie większego szczęścia — szczęścia być niewolnicą człowieka, którego kochamy.

ZOFIA

171

Jest to prawda, Milady, którą od ciebie najpóźniej usłyszeć myślałam.

LADY

172

Dlaczego, Zofio? Czyż nie znać po tym dziecinnym wodzeniu berła, żeśmy tylko do paska dziecinnego stworzone? Czyś nie postrzegła po tej kapryśnej lekkości umysłu, po dzikich uciechach, żem tylko inne pragnienie w duszy mej zagłuszyć usiłowała?

ZOFIA

cofając się
173

Milady!

LADY

174

Ukój to pragnienie; daj mi męża, o którym marzę, którego ubóstwiam, którego posiadać lub umrzeć muszę. Niechaj posłyszę z ust jego własnych, że łzy miłości piękniej się w naszych oczach błyskają niż brylanty we włosach — a pod nogi księcia rzucę i berło, i serce jego; z tym mężem ucieknę, ucieknę w najdalszą świata pustynię.

ZOFIA

z przestrachem
175

Boże! Co robisz? Co wam jest, Milady?

LADY

pomieszana
176

Bledniejesz? — Zanadtom może powiedziała — O! Niech ufność moja zawiąże ci mowę — słuchaj dalej, słuchaj wszystkiego.

ZOFIA

177

Lękam się, Milady — lękam się…. słuchać cię dalej nie mogę.

LADY

178

Związek z majorem — ty i świat rozumiecie, że tylko jest dworu intrygą. Zofio! Nie czerwień się — nie pogardzaj mną — związek ten jest dziełem mojej miłości.

ZOFIA

179

Przez Boga! — ja przeczuwałam.

LADY

180

Dali się uwieść — słaby książę, chytry Walter — głupi marszałek — każdy z nich przysięgnie, że w tym małżeństwie jedyny jest sposób zachowania mnie księciu, umocnienia naszego węzła — Tak! Rozdzielenia nas na zawsze, rozerwania na wieki tych łańcuchów hańbiących. Okłamani kłamce! Dali się słabej oszukać kobiecie. Oni mi sami kochanka sprowadzą — tego potrzeba — skoro go otrzymam, skoro będzie moim — żegnaj na zawsze, wystawo ohydna!

SCENA II

Poprzedzający. Lokaj stary księcia z pudełkiem brylantów.

LOKAJ

181

Jego książęca mość poleca się łasce Milady, i na jej wesele przysyła brylanty właśnie teraz z Wenecji przywiezione.

LADY

otwiera pudełko i odskakuje przerażona
182

Człowieku! Co książę za te brylanty zapłacił.

LOKAJ

z posępnym wejrzeniem
183

Nie kosztują go ani złamanego szeląga.

LADY

184

Co? — nic? Czyś szalony? — i rzucasz na mnie wzrok — jakbyś chciał mnie przeszyć — nic nie kosztują te niezmierzenie kosztowne kamienie?

LOKAJ

185

Wczoraj siedm tysięcy młodzieży krajowej musiało jechać do Ameryki — te siedm tysięcy wszystko zapłaciło.

LADY

kładzie brylanty i przechadza się szybkim krokiem — po chwili zbliża się
186

Co ci jest, człowieku? — zdaje się, że płaczesz?

LOKAJ

ociera łzy — straszliwym głosem
187

Dwa brylanty, jak ten — ja mam dwóch synów między porwanymi.

LADY

188

Ale nie zmuszonych?

LOKAJ

189

O Boże! — nie — istni ochotnicy! Kilku z nich wprawdzie przed frontem pytało pułkownika jak drogo książę w jarzmo ludzi przedaje — ale łaskawy nasz pan kazał wszystkim pułkom na plac się zebrać i śmiałków rozstrzelać. Słychać huk było i widać, jak mózg ich bruk pofarbował, a wojsko krzyknęło — hejże do Ameryki!

LADY

rzucając się na sofę
190

Boże mój Boże! A jam nie słyszała, nie wiedziała o niczym?

LOKAJ

191

Tak — łaskawa pani! Czemu właśnie w tej chwili, gdy na czas do odjazdu w bębny uderzono, jechałeś z księciem na walkę niedźwiedzi — byłabyś świadkiem wspaniałego widowiska: jak jęczące sieroty za ojcem goniły; jak wściekła matka niemowlę od piersi na ostrze bagnetu wsadzała; jak szabli cięciami kochankę z kochankiem rozdzielali; jak starce ze siwymi włosami stali w rozpaczy i odjeżdżającym na pożegnanie rzucali szczudła drewniane do nowego świata — a pośród tego grzmiał łoskot bębnów, żeby Bóg modlitw naszych nie usłyszał.

LADY

powstając w wielkim wzruszeniu
192

Precz z brylantami — z nich piekielne blaski do mego serca wpadają. Utul żal twój, stary człowieku — oni powrócą, obaczą jeszcze ojczyznę.

LOKAJ

193

Bóg to raczy wiedzieć. U bramy miasta jeszcze się zwrócili i krzyknęli do nas — Bóg z wami żono i dzieci — niech żyje nas książę! Na strasznym sądzie znowu się obaczym.

LADY

194

Strasznie! Niegodziwie! Przekonać mnie chcieli, żem wszystkie łzy kraju otarła — okropnie — okropnie otwarły się oczy. Idź, mów panu, że mu osobiście przyjdę podziękować, rzucając worek do kapelusza a to weź dla siebie, żeś mi prawdę powiedział.

LOKAJ

rzucając kiesę na stół z pogardą
195

Schowaj to z tamtymi —

odchodzi

LADY

patrząc z podziwieniem za odchodzącym
196

Zofio! Leć za nim — pytaj o nazwisko, powiedz mu, że synów będzie miał na powrót. Zofia oddala się — Lady w zamyśleniu przechadza się chwilę — do Zofii, która przebiega z powrotem. Czy nie było wieści, że ogień niedawno zniszczył miasto pograniczne i cztery tysiące familii na żebraczym kiju posadził?

dzwoni

ZOFIA

197

Skąd to ci przyszło na myśl, Milady? Tak jest istotnie i większa część tych nieszczęśliwych służy wierzycielom swoim za niewolników, albo niszczeje w podziemnych srebra kopalniach.

SŁUŻĄCY

wchodzi
198

Co każe Milady?

LADY

dając mu brylanty
199

Niech te brylanty do miasta zaniosą, bez zwłoki na gotowe zamienią pieniądze i rozdadzą je między cztery tysiące ludzi ogniem zniszczonych.

ZOFIA

200

Zastanów się, Milady, że ci największa grozi niełaska.

LADY

201

Mamże ja przekleństwo jego poddanych W moich włosach nosić? na znak Służący oddala się Albo pod strasznym ciężarem ich łez upadać? — Lepiej, Zofio, fałszywe brylanty mieć na głowie a w sercu zadowolenie dobrego uczynku.

ZOFIA

202

Ale takie diamenty — mogłaś, Milady wybrać gorsze — prawdziwie, to nie do darowania.

LADY

203

Dziewcze nierozsądne! za ten czyn więcej na mnie w jednej chwili pereł i brylantów spadnie, niż się znajduje w dziesięciu królów koronach — i piękniejsze…

SŁUŻĄCY

wchodząc
204

Major Walter —

ZOFIA

205

Milady! — bledniejesz…

LADY

206

Pierwszy człowiek, którego się lękam. do Służącego Niedobrze mi jest Edwardzie, ale zaczekaj — mów — czy zagniewany? — czy się śmieje? — co powiada? O Zofio! Nieprawdaż, że ja okropnie wyglądam.

ZOFIA

207

Proszę cię, Milady!…

SŁUŻĄCY

208

Czy pani rozkażę wizytę odmówić?

LADY

209

Owszem — z chęcią go przyjmę.

Służący odchodzi.
210

Zofio! Co ja powiem jemu? Jak go powitam? Czuję, że zaniemieję — a on z mojej niemocy urągać się będzie — będzie — przeczuwam… Chcesz mnie opuścić? Zostań — albo nie, odejdź. Zostań jednakże.

Major ukazuje się z przedpokoju.

ZOFIA

211

Zbierz myśli, Milady! Major nadchodzi.

SCENA III

Poprzedzający — Ferdynand.

FERDYNAND

po zimnym ukłonie
212

Jeżeli przerywam, łaskawa pani?…

LADY

z widocznym pomieszaniem
213

W niczym, majorze, co by dla mnie ważniejszym było.

FERDYNAND

214

Przychodzę z rozkazu ojca mojego.

LADY

215

Wdzięczną mu jestem.

FERDYNAND

216

I mam ci oznajmić nasze ożenienie. Taka jest wola mego ojca.

LADY

drżąc i bledniejąc
217

A więc nie serca twojego?

FERDYNAND

218

Świat i minister serca nie zwykł się pytać.

LADY

zaledwie słowa wymawiając
219

Ty sam, majorze, nic nie masz do dodania?

FERDYNAND

spozierając na pokojową
220

Bardzo wiele, Milady!

LADY

dając znak Zofii aby się oddaliła
221

Czy mogę? — proszę — usiądź na tej sofie?

FERDYNAND

222

Krótko skończę, Milady.

LADY

223

A więc? —

FERDYNAND

224

Jestem człowiekiem honoru.

LADY

225

Umiem go szacować.

FERDYNAND

226

Szlachcicem.

LADY

227

Najzacniejszym w państwie.

FERDYNAND

228

I oficerem.

LADY

229

Dotykasz tych zalet, które wielu służą. Czemuż przemilczasz o piękniejszych — tobie tylko właściwych?

FERDYNAND

230

Bo tu mi nie są potrzebne.

LADY

z coraz miększą niespokojnością
231

Jak mam te słowa, majorze uważać?

FERDYNAND

232

Jako zarzut honoru, jeżeli rękę moją zmusić zechcesz.

LADY

w gniewie
233

Co to jest, majorze?

FERDYNAND

spokojnie
234

Mowa mojego serca — mojego herbu i tej mojej szpady.

LADY

235

Szpadę masz od księcia.

FERDYNAND

236

Przez ręce księcia ojczyzna ją dała. — Serce dał mi Bóg — a herb pół wieku.

LADY

237

Imię księcia…

FERDYNAND

238

Książę nie jest mocny prawa ludzkości wywracać, albo kuć czyny w mennicy jak proste trojaki? Nad honor on nie jest wyższym — głos tylko honoru może zapchać złotem, na hańbę rzucić swoje gronostaje. Nic więcej o tym, Milady! Zamilknę o moich widokach, o przodkach moich — nie wspomnę ani o szpadzie, ani o zdaniu światowym. To wszystko nogami gotów jestem zdeptać, skoro Milady dowieść mi zechcesz, że nagroda nie gorsza od ofiary będzie.

LADY

Z boleścią oddalając się kilka kroków
239

Na to, majorze! — na tom nie zasłużyła.

FERDYNAND

porywa ją za rękę
240

Przebacz mi. Mówimy bez żadnego świadka. Okoliczność, która mnie i ciebie, dziś i nigdy więcej, przed oczy sprowadza, daje mi prawo i zmusza najtajniejsze uczucia przed tobą wyjawić. Nie przyszłoby mi na myśl, Milady, że kobieta z tym sercem i tym rozumem — z tymi przymiotami, które by człowiek godny ocenić potrafił, oddała się księciu płeć jej tylko podziwiającemu — gdyby ta kobieta nie miała wstydu z ofiarą serca swego występować.

LADY

dumnie na twarz jego spoglądając
241

Dokończ zupełnie.

FERDYNAND

242

Mienisz się Angielką — przebacz, ja wierzyć nie mogę, żebyś ty Angielką była. Wolno urodzona córka najwolniejszego pod słońcem narodu, za dumna obcej cnocie hołdować, niezdolną by była obcej zbrodni się wynająć. Ty nie jesteś Angielką, albo serce u Angielki tym nikczemniej bije, im wspanialej i śmielej krew Anglii uderza.

LADY

243

Skończyłeś?

FERDYNAND

244

Można by na uniewinnienie przytoczyć tu: próżność — namiętność — żywą krew — skłonność do uciech — cnotę tyle razy honor przeżywającą. Można by wspomnieć o kobietach, które na tej drodze hańby szlachetnymi czynnościami z światem się pogodziły i bezwstydne rzemiosło uszlachetniły pięknym użyciem — ale skądże ten niesłychany ucisk kraju, który nigdy nie istniał? Skończyłem.

LADY

łagodnie i z grzecznością
245

Pierwszy raz, Walterze, taką mowę słyszę i ty jesteś jedyny człowiek, któremu odpowiem. Że moją rękę odrzucasz — szanuję ciebie; że moje serce obrażasz, przebaczam — ale że jak mówisz, tak myślisz istotnie, temu nie uwierzę. Kto się ośmiela w ten sposób znieważać kobietę, która nie więcej jak jednej nocy potrzebuje, aby go zniszczyć, zgubić zupełnie — musi tej kobiecie albo wielkość duszy przyznawać, albo być szalonym.Patriota Że kraju zniszczenie na pierś moją zwalasz — niechaj ci przebaczy Bóg wszechmogący, który kiedyś i mnie, i ciebie, i księcia przed sąd swój zawoła — aleś ty Angielkę we mnie zapozwał — na taki wyrzut ojczyzna moja musi odpowiedzieć.

FERDYNAND

opierając się na szpadzie
246

Jestem ciekawy.

LADY

247

Słuchaj więc, czego nikt jeszcze ode mnie nie słyszał, czego, prócz ciebie, nikomu z ludzi nie powierzę. Walterze! ja nie jestem awanturnicą, jaką mnie być mienisz — jestem krwi książęcej, z nieszczęśliwego rodu Tomasza Norfolka, który padł ofiarą przywiązania do Marii Szkockiej. Mój ojciec, kanclerz najwyższy króla, podejrzany o zmowę z Francją, wyrokiem parlamentu poniósł głowę na rusztowanie. Dobra nasze zabrano, my na wygnanie skazani. W dzień wyroku matka mi umarła, a ja, czternastoletnia sierota ,uciekłam do Niemiec z piastunką moją, ze skrzynką brylantów i z tym krzyżem, który mi matka umierająca z błogosławieństwem na pierś zawiesiła.

FERDYNAND

zamyślony czule spogląda na Lady

LADY

248

Słaba, bez imienia, bez majątku i opieki — sierota cudzego kraju, przybyłam do Hamburga. Trochę po francusku, haftować, grać na fortepianie — to była cała moja umiejętność — ale tym lepiej wiedziałam, jak na srebrze i złocie ucztować, jak pod adamaszkowym sypiać pawilonem, jednym skinieniem dziesięciu sługom kazać się uwijać, jak słuchać pochlebstw ludzi twojego stanu. Minęło sześć lat przepłakanych — zniknęła ostatnia spinka brylantowa — piastunka umarła i los waszego księcia do Hamburga sprowadził. W wieczornej przechadzce, nad brzegami Elby, patrzałam na rzekę i marzyć zaczęłam, czy jej wody czy moje cierpienia głębsze mają łoże? Książę mnie obaczył, ścigał, odkrył moje mieszkanie i u nóg moich wieczną miłość zaprzysiągł. Przestaje na chwilę, potem kończy ze łkaniem. Wszystkie obrazy szczęśliwego dzieciństwa obudziły się znowu w uwodzących blaskach — czarna jak groby straszyła mnie przyszłość — serce serca pragnęło — upadłam w jego objęcia. Teraz mnie potępiaj.

FERDYNAND

w poruszeniu zbliża się do niej
249

Milady! — o nieba — co słyszę? — cóżem ja uczynił? Widzę okropne moje zuchwalstwo — ty mi nie możesz nigdy przebaczyć.

LADY

250

Posłuchaj dalej. Książę napadł moją młodość bezbronną, ale krew Norfolków podniosła się we mnie: „Ty, Emilio, księżniczką urodzona, masz być księcia nałożnicą.” Duma i los walczyły w sercu moim — aż tu sprowadzona, przed oczami okropny obraz postrzegłam. Rozpusta możnych tej ziemi jest to nigdy nienasycona hiena w głodzie ofiar szukająca, straszliwe po tym kraju szpony zapuściła; narzeczoną parę rozdzielała, rozdarła nawet święty związek małżeństwa. Tu ciche szczęście rodziny podkopane; tam młode, niedoświadczone serce, wszystko niszczącą zarazą ujęte — umierające ofiary w przekleństwach i konwulsjach, pieniącymi się ustami wyjękiwały imiona zwodzicieli. Pomiędzy tygrysem i jagniątkiem ja stanęłam, Walterze! W namiętnej godzinie wymogłam przysięgę na księciu i okropne ofiary ustać musiały w kraju.

FERDYNAND

w najwyższej niespokojnośei przebiega salę
251

Nic więcej, Milady! Na Boga, nic więcej.

LADY

252

Smutna ta epoka smutniejszej jeszcze ustąpiła miejsca. Dwór i jego seraj[28] napełnił się rojem włoskich wyrzutków. Lekkomyślne paryżanki jak cackiem igrały berłem książęcym, a lud krwią się oblewał pod ich kaprysami. Wszystkie przeżyły własny upadek. Widziałam je w prochu przede mną padające; bom większą kokietą była niźli wszystkie. Odebrałam wodze tyranowi, który rozkosznie usnął w moim objęciu. Twoja ojczyzna, Walterze, po pierwszy raz rękę ludzką uczuła i z ufnością dziecka padła na łono moje. Po chwili. O, jak boleśnie sercu, że człowiek jedyny, któremu bym znaną być chciała, zmusza mnie samolubnie się chełpić, moją cichą cnotę światłem podziwienia zapalać. Walterze! Jam kraty więzień rozłamywała, zdzierała śmierci wyroki i nie jedną wieczność okropną galer skróciła. W niezagojone rany uśmierzający balsam wlewałam — w prochu potężnego zbrodniarza układłam, łzą nierządnicy zbawiłam przegraną już sprawę niewinności. Jak mi słodko było, młodzieńcze! Jak dumnie mogłam sercem każdy wyrzut książęcego urodzenia odeprzeć — a dzisiaj przychodzi człowiek, którego może los zmordowany prześladowaniem jako nagrodę przeszłych moich cierpień utworzył — człowiek, którego palącą tęsknotą w sennych marzeniach już obejmowałam —

FERDYNAND

na wskroś poruszony przerywa jej
253

Za wiele, za wiele! To nad umowę Milady! Miałaś się z zarzutów oczyścić — a chcesz występnego ze mnie uczynić. Zlituj się — zaklinam cię — zlituj się nad sercem moim, szarpanym wstydem i żałością.

LADY

trzymając jego rękę
254

Teraz lub nigdy! Dosyć już długo bohaterka walczyć musiała. Wagę łez tych bolesnych musisz uczuć, Walterze! — słuchaj: gdyby nieszczęśliwa, niewstrzymanie, potężnie ku tobie pędzona z piersią pełną ognistej, niewyczerpanej miłości do ciebie się cisnęła — a ty jej zimne słowo honoru wymawiał — gdyby ta nieszczęśliwa, przygnębiona uczuciem swojej zniewagi, zbrodnią przesycona, sławą cnoty bohatersko natchnięta — ot tak — w twoje się objęcia rzucała obejmuje go i przez ciebie zbawioną, przez ciebie niebu znowu chciała być oddaną — albo drżącym głosem i twarz odwracając dla uniknienia twojego obrazu, posłuszna strasznemu głosowi rozpaczy, jeszcze się w ohydniejszą głąb zbrodni zagrzebała…

FERDYNAND

wyrywając się jej z najżywszym uczuciem żalu
255

Nie! Przez Boga wielkiego, ja dłużej nie wytrzymam. Niechaj niebo i ziemia na moje piersi upadną — ja ci muszę, Milady, wyznanie uczynić.

LADY

256

Teraz nie! teraz nie — przez wszystko, co święte. Nie w tej straszliwej chwili, gdy serce moje rozdarte krwawi się pod razami tysiąca sztyletów. Śmierć czy życie — ja nie śmiem, ja nie chcę nic od ciebie słyszeć.

FERDYNAND

257

Ale — ty musisz, najlepsza Milady! Co ci powiem, umniejszy karygodną winę i przeszłej obrazy będzie przebłaganiem. Zwiodłem się na tobie. Myślałem — życzyłem znaleźć cię godną pogardy mojej. Z mocnym postanowieniem znieważenia ciebie, ściągnienia twojej nienawiści przyszedłem w to miejsce! Szczęśliwi bylibyśmy oboje, gdyby mój zamiar przyszedł był do skutku chwila milczenia — potem głosem cichszym i nieśmielszym — ja kocham, Milady — kocham mieszczankę, Ludwikę Miller, córkę kapelmajstra. Lady pobladła odwraca się od niego. Wiem, w jaką przepaść lecę — ale jeżeli rozsądek może milczenie nakazać namiętności, to obowiązek tym donośniejszym głosem przemawia. Przewiniłem. Jam najpierwszy rozdarł złotą spokojność jej niewinności, zuchwałymi nadziejami kołysałem jej serce i oddałem go na pastwę dzikim namiętnościom. Przypomnisz mi zapewne mój stan, moje urodzenie, zasady ojca mojego — ale ja kocham. Moje nadzieje tym wyżej się wznoszą, im głębiej natura w zimne przyzwoitości zapada. Moje postanowienie i przesąd! — Obaczę, czy moda, czy ludzkość zwycięstwo odniesie. Lady tym czasem oddaliła się do najdalszej części salonu i twarz sobie obciera, rękami zakrywa. Ferdynand idzie aż do niej. Miałaś mi coś mówić, Milady!

LADY

258

Nic, panie, Walterze! Nic — jak tylko, że siebie i mnie i trzecią jeszcze osobę do zguby prowadzisz.

FERDYNAND

259

I trzecią osobę?

LADY

260

My nie możemy być z sobą szczęśliwi — a jednak pośpiechu ojca twojego staniemy się ofiarą. Nigdy nie posiędę serca człowieka, który mi rękę swoją z musu tylko oddaje.

FERDYNAND

261

Z musu Milady? — z musu i oddaje? Czy ze chcesz rękę przymuszać bez serca, wydzierać kochanka dziewczynie, która w nim ma świat cały — kochankowi dziewczę, które mu świat cały stanowi? Ty, Milady? — przed chwilą godna podziwienia Angielka — Ty byś mogła?

LADY

262

Bo muszę. Moja namiętność, Walterze, ustąpi przywiązaniu dla ciebie, ale mój honor nigdy. Nasz związek na ustach jest całego kraju — wszystkie oczy, pociski dowcipu na nas są wymierzone. Zniewaga będzie niezatarta, gdy mnie poddany książęcia odrzuci. Urządź się z ojcem twoim — broń się, jak możesz — ja wszystkie miny w górę wysadzę.

Odchodzi spiesznie — Major zostaje czas jakiś w niemym osłupieniu, potem przez drzwi środkowe prędko wylatuje.

SCENA IV

Pokój w domu Millera.
Miller. Żona. Ludwika. wchodzą.

MILLER

szybko chodząc po pokoju
263

Wszakże przepowiadałem.

LUDWIKA

z niespokojnością idąc za nim
264

O czym? — Ojcze! O czym?

MILLER

rzucając się na wszystkie strony
265

Mój surdut niedzielny — prędko — muszę go uprzedzić. Białą z manszetkami koszulę. Zaraz tak myślałem.

LUDWIKA

266

Na imię Boga! Co?

ŻONA

267

Cóż się stało? Cóż się stało?

MILLER

268

Perukę do fryzjera — co się dzieje? idzie przed lustro i broda moja na palec już długa. Co się dzieje? — co się dziać będzie? — chcesz wiedzieć, ty ścierwo krucze — oto diabeł wyleciał, i wicher cię porwie!

ŻONA

269

Patrzajcie! Zaraz wszystko na mnie spaść musi.

MILLER

270

Na ciebie? — a na kogóż innego ty głupi pysku petliczy[29]. Dzisiaj rano z twoim szatańskim paniczem — czyżem zaraz nie mówił? — Wurm wszystko wypaplał.

ŻONA

271

Co? — ach! — jakże możesz wiedzieć?

MILLER

272

Jak mogę wiedzieć? — ot tam, pod drzwiami, stoi pachołek ministra i pyta się o muzykusa.

LUDWIKA

273

Ach! Ja śmierć czuję.

MILLER

274

I ty także, z twymi oczami niezapominajkowymi! śmieje się Prawda to jednakże: komu diabeł chce jajo w komorze posadzić, niechaj się piękna córka urodzi — ot czarno na białym.

ŻONA

275

Skąd wiesz, że to się Ludwiki dotyczy? Może cię księciu kto rekomendował i do dworskiej orkiestry chcą ciebie zamówić.

MILLER

biegając za laską
276

Ach! żeby cię siarczany deszcz Sodomy napadł — tak! do orkiestry, gdzie ty, kuplerko, dyszkantem wyciągniesz, a moje sine plecy będą kontrabasem. Rzuca się na krzesło. Ach — Boże na niebie!

LUDWIKA

jak śmierć blada pada na krzesło
277

Ojcze! Matko! Dlaczego taki strach mnie przejął?

MILLER

porywając się z krzesła
278

Ale niechże mi ten gryzmoła raz pod ręce wpadnie — toż mi będzie skakać — na tym czy na tamtym świecie — ja mu ciało i duszę w kosteczki połamię, dziesięcioro przykazań i siedm próśb ojczenaszu i wszystkie księgi Mojżesza, proroków na skórze wypiszę, tak że sine plamy przy ciał zmartwychwstaniu jeszcze widać będzie.

ŻONA

279

Klnij i hałasuj, to diabła nie wygna. Dopomóż, święty synu Boży. Co począć w tej bidzie? gdzie rady poszukać? Mówże, ojcze Millerze!

Biega po pokoju, głośno łkając.

MILLER

280

Zaraz idę do ministra — ja tu sam otworzę gębę, sam będę oskarżać. Wiedziałaś przede mną, trzeba było ostrzec, a dziewczyna by pewnie przekonać się dała. Był czas — ale nie! — coś się złowić, coś się udrzeć dało. Nawarzyłaś piwa. Pilnujże teraz skóry twej kuplerskiej, żryj, coś nagotowała. Ja pod rękę zabieram Ludwikę i marsz przez granice!

SCENA V

Ferdynand. Walter wpada przestraszony i bez oddechu Poprzedzający.

FERDYNAND

281

Był tu mój ojciec?

LUDWIKA

282

Jego ojciec? — przedwieczny Boże!

ŻONA

[mówi jednocześnie z dalszymi kwestiami Millera i Ferdynanda — Red.WL] załamując ręce
283

Prezydent! to już do nas!

MILLER

284

Chwała Bogu! chwała Bogu! mamy postrzyżyny.

FERDYNAND

bieży do Ludwiki i silnie ją do serca przyciska
285

Ty moją jesteś — choćby się nieba i piekło między nas rzuciły.

LUDWIKA

286

Moja śmierć nieuchronna — mów dalej — ty straszne imię wymówiłeś — twój ojciec?

FERDYNAND

287

Nic! Nic! Wszystko zwyciężone. Znowu cię posiadam — i tyś mnie odzyskała. Pozwól, niech odetchnę. To była straszna — straszna godzina!

LUDWIKA

288

Jaka? — Zabijasz mnie.

FERDYNAND

289

To była godzina, Ludwiko, w której się między sercem moim a tobą obca postać rzuciła — gdzie miłość moja przed sumieniem zbladła — gdzie Ludwika Ferdynandowi przestała być wszystkim.

LUDWIKA

pada na krzesło, zasłaniając twarz

FERDYNAND

bieży do niej, patrzy czas niejaki osłupiałym wzrokiem, potem opuszcza ją i z wielkim poruszeniem mówi
290

Nie! Nigdy Lady! Za wiele wyciągasz. Ja ci tej niewinności poświęcić nie mogę. Nie! Przez Boga nieskończonego, nie mogę złamać przysięgi, która mnie z jej martwego oka piorunem nieba głośno napomina. Patrzaj tu Milady — tu patrz ojcze. Mamże ja anioła tego zamordować? piekło cisnąć w tę niebiańską duszę? zbliżając się do niej Ja cię przed tron zaprowadzę Boga; niech przedwieczny osądzi, czy moja miłość jest zbrodnią. bierze ją za rękę i podnosi z krzesła Uspokój się, najdroższa! Przy tobie wygrana — jako zwycięzca z najniebezpieczniejszej walki przychodzę.

LUDWIKA

291

Nie! Nie, nic mi nie ukrywaj. Powiedz wyrok straszny. Wspomniałeś o ojcu, wspomniałeś o Lady? Dreszcz mnie śmierci przejmuje — mówią, że ma iść za mąż.

FERDYNAND

padając do nóg Ludwiki
292

Za mnie, nieszczęśliwa!

LUDWIKA

po chwili ze straszną niespokojnością
293

Ojciec, CórkaI czegóż się lękam. — Ot ten stary człowiek często mi powtarzał — ja wierzyć nie chciałam. rzuca się ze łkaniem w objęcia ojcowskie Ojcze, twoja córka powraca — daruj jej — dziecko twoje niewinne, że sen — był tak piękny — a takie straszne przebudzenie.

MILLER

294

Ludwiko! Ludwiko! O Boże, ona od zmysłów odchodzi. Córko moja? dziecię moje biedne! Przekleństwo na zwodziciela, przekleństwo na kobietę, co córkę zwodziła!

ŻONA

rzucając się z płaczem w objęcia Ludwiki
295

Czyż ja na tę klątwę, córko moja, mogłam zasłużyć? Niechaj ci Bóg przebaczy, baronie! Co ci to jagnię zrobiło, że go tak zabijasz?

FERDYNAND

296

Ale ja jego intrygi zniweczę — rozerwę wszystkie żelazne ogniwa przesądu. Wolno jak człowiek wybiorę i olbrzymim dziełem miłości mojej zawrócę głowy tym pełzającym owadom.

Chce odejść.

LUDWIKA

z drżeniem powstaje z krzesła
297

Zostań! Zostań, gdzie chcesz odchodzić? Ojcze! Matko! W tej strasznej godzinie on chce nas opuścić.

ŻONA

czepiając się Majora
298

Prezydent tu przyjdzie — znieważać będzie dziecko nasze — nas będzie znieważać — a ty nas rzucasz, panie Walterze?

MILLER

śmiejąc się wściekle
299

Rzuca nas? — Zapewne! Dlaczego nie? Ona mu wszystko oddała! Jedną ręką majora, drugą chwytając Ludwikę. Cierpliwości, mój panie — droga z mojego domu przez moją córkę przechodzi. Czekaj tu na ojca, jeżeli jesteś uczciwym człowiekiem. Opowiedz mu, jak się do jej serca wkradłeś — oszukańcze — albo na Boga! rzucając mu córkę musisz wprzódy podeptać tego jęczącego robaka, którego miłość dla ciebie wstydem okrywa.

FERDYNAND

powraca i w głębokich przechadza się myślach
300

Wprawdzie wielką jest władza prezydenta. Prawo ojcowskie ma szerokie znaczenie — zbrodnia nawet w jego się fałdy owinie — z nim on może wiele, wiele uczynić — ale do ostateczności miłość tylko prowadzi. Tu chodź, Ludwiko! dłoń w mojej dłoni bierze ją. Jak pragnę, żeby w ostatniej godzinie Bóg mnie nie opuścił — chwila, która te dwie dłonie rozerwie, rozerwie zarazem łańcuch pomiędzy mną i stworzeniem.

LUDWIKA

301

Mnie bojaźń przyjmuje — nie patrz na mnie — twoje usta drżą — twój wzrok zatacza się straszliwie.

FERDYNAND

302

Nie — Ludwiko! nie lękaj się. Nie szaleństwo ze mnie przemawia, dar to najkosztowniejszy nieba, postanowienie w ważnej chwili życia, gdzie pierś uciśniona tylko niesłychanym sposobem wciąga oddech do siebie. Kocham cię Ludwiko! będziesz moją — a teraz do ojca.

U drzwi wpada na prezydenta.

SCENA VI

Prezydent ze świtą sług. Poprzedzający.

PREZYDENT

303

Już tu jest!

FERDYNAND

304

W domu niewinności!

PREZYDENT

305

Gdzie syn się uczy posłuszeństwa ojcu.

FERDYNAND

306

Pozwól nam tylko…

PREZYDENT

przelewając mu i do Millera
307

Asan[30] jesteś ojciec?

MILLER

308

Kapelmajster miasta Miller.

PREZYDENT

309

Asani matka?

ŻONA

310

Ach! tak — matka!

FERDYNAND

do Millera
311

Ojcze! Wyprowadź córkę — jej niemoc grozi.

PREZYDENT

312

Zbyteczna troskliwość! — zaraz ją ocucę. Do Ludwiki. Jak dawno znasz asanna syna prezydenta.

LUDWIKA

313

Syna prezydenta nie znałam — Ferdynand Walter nawiedza mnie od listopada.

FERDYNAND

314

I ubóstwia.

PREZYDENT

315

Miałaś przyrzeczenia?

FERDYNAND

316

Przed niedawną chwilą najuroczystsze w obliczu Boga.

PREZYDENT

z gniewem do syna
317

Zawołają cię zaraz do spowiedzi twojego szaleństwa. Do Ludwiki. Czekam na odpowiedź.

LUDWIKA

318

Przysiągł mi miłość.

FERDYNAND

319

I dotrzyma.

PREZYDENT

320

Czy mam ci wyraźnie nakazać milczenie. — do Ludwiki Przyjęłaś przysięgę?

LUDWIKA

czule
321

Dałam wzajemną.

FERDYNAND

322

Związek zawarty!

PREZYDENT

323

Echo przez okno wyrzucić rozkażę, do Ludwiki Jednakże gotówką każdą razą płacił.

LUDWIKA

po namyśle
324

Tego pytania nie rozumiem wcale.

PREZYDENT

325

Nie? — no ja sądzę tylko, że każde rzemiosło ma złotą podstawę — i asanna bez wątpienia darmo faworów swoich nie rozdajesz — czy może sam skutek wszystko zaspokoił? — Co?

FERDYNAND

326

Piekło! — co to znaczy?

LUDWIKA

do majora z powagą i niechęcią
327

Panie majorze! Od dziś jesteś wolny.

FERDYNAND

328

Ojeze! W żebraczej nawet sukni cnota nakazuje szacunek.

PREZYDENT

z głośnym śmiechem
329

Zabawne żądanie! Ojciec ma szanować syna nałożnicę.

LUDWIKA

padając
330

Niebiosa i ziemio!

FERDYNAND

trzymając jedną ręką Ludwikę, drugą dobywa szpady na ojca — upuszcza ją jednak natychmiast
331

Ojcze! Miałeś raz prawo życia mego żądać — dług zapłacony. Kwit na obowiązek dziecka tu leży rozdarty.

MILLER

który dotąd przelękniony stał na boku, zbliza się do nrezydenta w iywem poruszeniu z gniewu zębami zgrzytając
332

Panie prezydencie! — dziecko jest dziełem ojca — z przeproszeniem pana — kto dziecko znieważa, ojca ciągnie za ucho. Szczutek za szczutek[31] — to u nas moneta, z przeproszeniem pana!

ŻONA

333

Ratuj nas, panie i zbawicielu — stary już zaczyna — na naszą głowę spadnie cała burza.

PREZYDENT

który mowę Millera na pół tylko słyszał
334

I kupler się rusza — zaraz pomówimy z sobą, kuplerze!

MILLER

335

Z przeproszeniem pana nazywam się Miller — jeżeli Adagio[32] wola posłyszeć… kuplerstwem się nie trudnię. Póki dwór podostatkiem ma tego towaru, liwerunek[33] do mieszczan tak prędko nie przyjdzie z przeproszeniem pana!

ŻONA

336

Na imię Boga, człowieku! Żonę i dziecko gubisz.

FERDYNAND

337

Grasz tu rolę, mój ojcze, przy której świadków przynajmniej nie trzeba było sprowadzać.

MILLER

zbliza się do prezydenta
338

Po niemiecku i wyraźnie, z przeproszeniem pana! Jego wielmożność rozkazuje i rządzi w kraju — a ja w mojej izbie. Uniżony mój ukłon, jeżeli kiedyś pro memoria[34] przyniosę — ale niegrzecznego gościa mam zwyczaj za drzwi wypychać, z przeproszeniem pana.

PREZYDENT

z gniewu bledniejąc
339

Jak to? Co to jest?

zbliża się ku niemu

MILLER

340

Takie moje zdanie — z przeproszeniem pana.

PREZYDENT

w wściekłości
341

Ha, niegodziwcze! Zdanie twoje do więzienia zaprowadzi — precz! przywołać tu straż. niektórzy ze sług odchodzą, prezydent w gniewie przebiega izbę Ojciec do więzienia, pod pręgierz matka z córką nierządnicą. Mojej wściekłości sąd ramienia użyczy. Za taką zniewagę muszę mieć straszne zadosyćuczynienie. Hołota ta będzie moje plany niweczyć, bezkarnie syna z ojcem rozdzielać. Ha, przeklęci! Moją nienawiść ja waszym upadkiem nasycę — cały płód — ojca, matkę i córkę palącej zemście mojej poświęcę.

FERDYNAND

idzie pomiędzy nich
342

Nie lękajcie się — ja tu jestem z wami. do prezydenta Żadnego pospiechu, mój ojcze! Żadnego gwałtu, jeśli sam siebie cenisz. Jest jedno miejsce w mym sercu, gdzie słowo Ojciec nie było jeszcze słyszane; do tego miejsca nie posuwaj ojcze!

PREZYDENT

343

Niegodziwy! Milcz! Mojego gniewu nie rozdrażniaj.

MILLER

obudzony z głuchego zamyślenia
344

Żono! pilnuj dziecka. Ja biegnę do księcia. Leibszneider — Bóg mnie natchnął — krawiec nadworny na flecie bierze lekcje u mnie — musi być przy księciu.

Chce odejść.

PREZYDENT

345

Do księcia, powiadasz? Zapominasz, że ja jestem progiem, przez który przeskoczyć potrzeba, albo szyję złamać. Do księcia, barania głowo? Spróbuj, ale gdy w podziemne więzienie, na wysokość wieży do głębi cię spuszczę i żywo-umarły obaczysz, jak piekło z nocą oczkują światło i głos przepada. Dzwoń wtenczas łańcuchem i skowycz: za wiele na mnie, za wiele!

SCENA VII

Straż — Poprzedzający.

FERDYNAND

bieży do Ludwiki, która na wpół umarła na ręce mu pada
346

Ludwiko! Pomocy! Ratunku — przestrach ją obalił.

MILLER

porywa swoją trzcinę hiszpańską, nadziewa kapelusz i chce wychodzić

ŻONA

pada na kolana przed prezydentem

PREZYDENT

do straży odchylając gwiazdę
347

Bierzcie w imieniu księcia! Młokosie, precz mi od dziewczyny. Niech no na szyi żelazną obrożę poczuje, kamieniami ją prędko ocucą z omdlenia.

ŻONA

na kolanach
348

Litości, jaśnie oświecony panie! Litości! Litości!

MILLER

podnosząc żonę
349

Przed Bogiem klękaj, stara czarownico, ale nie przed — że tak powiem — łotrem. Bo już w każdym razie pójdę do więzienia.

PREZYDENT

gryząc usta
350

Możesz się mylić, niecnoto! Szubienice stoją gotowe do straży. Czy mam powtarzać?

Straż chce się zbliżyć do Ludwiki.

FERDYNAND

bieży do niej i zasłania piersiami
351

Kto się waży? szpadą niedobytą z pochwy broni przystępu — Śmiej ją dotknąć, jeżeli z sobą i czaszkę sądowi wynająłeś do prezydenta. Szanuj siebie, mój ojcze! — nie zmuszaj mnie do ostateczności.

PREZYDENT

grożąc straży
352

Piecuchy! — jeśli wam chleb wasz drogi!

Straż bieży do Ludwiki.

FERDYNAND

353

Na śmierć i piekło! Precz stąd, powiadam! Zlituj się nad sobą, nie przyprowadzaj mnie do ostateczności, ojcze!

PREZYDENT

w gniewie do straży
354

Czy taka wasza służba, hultaje!

Straż z większą usilnością.

FERDYNAND

355

Gdy tak być musi, dobywa szpady i kaleczy kilku to przebacz mi, sądowa sprawiedliwości!

PREZYDENT

w wściekłym gniewie
356

Muszę obaczyć, czy na mnie także ta szpada uderzy.

porywa Ludwikę i oddaje straży

FERDYNAND

ze śmiechem rozpaczy
357

Ojcze! ojcze! Gryzący paszkwil wydajesz na Boga, który ludzi swych nie zna i z katów doskonałych złych robi ministrów.

PREZYDENT

do sług
358

Wynieście ją.

FERDYNAND

359

Ojcze! dziewczyna pod pręgierzem stanie, ale i major — syn prezydenta!… obstajesz przy swoim?

PREZYDENT

360

Tym zabawniejsze będzie widowisko. Precz!

FERDYNAND

361

Ojcze! Szpadę moją oficerską postawię obok dziewczyny. — Obstajesz przy swoim?

PREZYDENT

362

Przy twoim boku szpada poznała już pręgierz. — do sług Precz! Precz, znacie moją wolę.

FERDYNAND

oddala jednego ze straży, bierze Ludwikę jedną ręką, drugą szpadę
363

Ojcze! Nim moją małżonkę znieważysz — ja ją przebiję. Obstajesz przy swoim?

PREZYDENT

364

Przebij — jeżeli klinga jak twój język ostra.

FERDYNAND

opuszcza rękę Ludwiki i strasznym wzrokiem patrzy na niebo
365

Boże wszechmogący! Ty byłeś świadkiem, że wszystkich świadków ludzkich na próżno używałem — teraz się muszę do szatańskich udać. Prowadźcie ją pod pręgierz, ja tymczasem do ucha prezydenta opowiem całej stolicy sposób, w jaki można prezydentem zostać.

Odchodzi.

PREZYDENT

jak od pioruna rażony
366

Co to jest? — Ferdynandzie! Puśćcie ją wolno.

Spieszy za Majorem.

AKT III

Sala u prezydenta.
Prezydent i Wurm.

PREZYDENT

367

Plan przeklęcie zniweczony!

WURM

368

Tegom się obawiał, łaskawy panie! — gwałt rozdrażnia zapaleńca, lecz go nie poprawia.

PREZYDENT

369

Zupełną ufność w tym napadzie miałem. Zdało mi się, że skoro dziewczyna będzie znieważona, on jako oficer ustąpić musi.

WURM

370

Wybornie! Ale też zniewaga musiała nastąpić.

PREZYDENT

371

Jednakże, gdy rzecz całą z zimną krwią rozważam — nie powinienem był dawać baczenia na jego pogróżkę której by nigdy nie śmiał uskutecznić.

WURM

372

Nie myślisz tak, panie. Rozdrażnionej namiętności każdy szał ponętny. Mówisz panie, że major na rządy twoje zawsze krzywił głowę. Wierzę bardzo. Z akademii przejęte zasady w samych początkach nie mogły mi przystać; bo co znaczyć mogły te fantastyczne marzenia o wielkości duszy na dworze, gdzie największa mądrość spoczywa w umiejętności pokazywania się małym i wielkim z wymierzonym taktem i w sposób układny? Syn twój, panie, zanadto jest młody i zanadto gorący aby smakować mógł w powolnym i zwrotnym biegu intrygi — a jego dumę tylko to, co wielkie i połączone z niebezpieczeństwem może wznieść potężnie.

PREZYDENT

z nieukontentowaniem
373

Ale co twoje mądre uwagi w naszym dziele pomogą?

WURM

374

Wskażą ranę, a może i lekarstwo znajdą. Daruj, jaśnie oświecony panie, ale takiego człowieka nie trzeba było za powiernika wybierać, albo go nieprzyjacielem swoim robić. Dotychczas może syn tylko wiązał usta przeniewiercy. Daj mu powód zrzucenia tego tytułu, niech obrażona namiętność szepnie mu, że ty ojcem czułym nie jesteś — a obowiązki obywatela wystąpią naprzód. Sama myśl szczególna, zaniesienia na ołtarz sprawiedliwością nadzwyczajnej ofiary, mogłaby mieć dosyć ponęty w jego duszy własnego ojca poświęcić.

PREZYDENT

375

Wurmie! Wurmie! Nad okropną przepaść mnie zawodzisz.

WURM

376

Wyprowadzę cię stamtąd, łaskawy panie! Mogęż mówić śmiało?

PREZYDENT

siadając
377

Jak potępiony do potępionego.

WURM

378

Daruj więc, panie — ale mi się zdaje, że wiotkiej sztuce dworactwa winien jesteś prezydenturę — dla czegóż jej ojca nie zwierzysz. Przypominam sobie, z jaką szczerą otwartością namówiłeś poprzednika swego na rumel-pikietę[35] i pół nocy raczyłeś go przyjazną mową i szumnym burgundem[36], a jednak było to tej samej nocy, gdy wielka mina miała wybuchnąć i w powietrze gościa twego wysadzić. Dlaczego synowi twemu odkryłeś nieprzyjaciela? Nigdy on wpaść nawet nie powinien był na domysł, że ja wiem o jego miłości. Trzeba było romans z drugiej strony zręcznie podkopać i serca synowskiego nie tracić. Byłbyś tu mądrym generałem, który na czoło silnego nieprzyjaciela nie uderza, ale niszczy oddziały pojedyncze.

PREZYDENT

379

Jakże było robić?

WURM

380

W najprostszy sposób — i tej gry karty jeszcze niezupełnie rozdane. Zapomnij na czas jakiś, żeś jest ojcem, panie! Nie śmiej walczyć z namiętnością, którą przeszkody rozniecają tylko. Mnie pozwól — a ja z jej własnej piersi wykluję robaka, co ją roztoczy[37] zupełnie.

PREZYDENT

381

Jestem ciekawy!

WURM

382

Nie znałbym barometru duszy, gdybym nie był pewny, że pan major tyle jest straszny w zazdrości, ile w kochaniu. Wzbudź w nim podejrzenie — pozorne czy prawdziwe. Jeden gran[38] nieczystych drożdży w całej masie niszczący kwas zaszczepia.

PREZYDENT

383

Gdzież ten gran znaleźć?

WURM

384

Zaraz przyjdziemy. Przede wszystkim racz mnie, panie, oświecić, jak wiele ci szkodzić może dłuższy opór majora — jak dalece ważnym jest zerwanie miłości z mieszczańską dziewczyną a ożenienie syna twego z Lady Milford?

PREZYDENT

385

Możeszże, Wurmie, o to zapytywać? W niebezpieczeństwie stoi cały mój wpływ, jeśli małżeństwo z Lady spełznie na niczym — a moja głowa, jeżeli syna przymuszać zechcę.

WURM

wesoło
386

Racz mnie więc słuchać, łaskawy panie! Majora usiedlimy podstępem. Na dziewczynę użyjemy całej władzy twojej. Napisany jej ręką słodki bilecik do trzeciej osoby musi wpaść w ręce majora.

PREZYDENT

387

Pomysł szalony! Jakby ją tak łatwo nakłonić można do podpisania własnego wyroku śmierci?

WURM

388

Będzie zmuszona, jeżeli mi wolno działaś pozwolisz. Dobre jej serce znam ja aż do głębi. Dwie w nim są struny śmiertelne, po których do jej sumienia uderzać będziemy. Ojciec i major. Ostatniego gdy od gry wyłączymy — tym łatwiej z kapelmajstrem przyjdziemy do szturmu.

PREZYDENT

389

Na przykład?

WURM

390

Po tym, coś mi panie o twojej bytności w ich domu powiedział, nietrudno będzie ojcu kryminalnym pogrozić procesem. Osoba ulubieńca i stróża pieczęci jest w niejaki sposób cieniem książęcego majestatu. Jej więc obraza jest obrazą tronu. — Przynajmniej tą zręcznie uplecioną androną[39], biednego pachołka przez igle ucho przewlokę.

PREZYDENT

391

Na prawdę jednak nie trzeba posuwać.

WURM

392

O nie, zupełnie! — tylko o ile niezbędność wymaga całą rodzinę w kleszcze ułowić. Kapelmajstra więc tajemnie zamykamy w więzieniu, niebezpieczeństwo żeby powiększyć, można mu matkę dać za towarzyszkę — mówimy potem o kryminalnym zaskarżeniu, o szubienicy albo wiecznych galerach — a za jedyny warunek wolności podamy córce list do napisania.

PREZYDENT

393

Dobrze! Dobrze! — rozumiem.

WURM

394

Dziewczyna kocha ojca namiętnie, można powiedzieć. Niebezpieczeństwo jego życia, jego wolności przynajmniej — wyrzuty sumienia, że z jej powodu nieszczęście wynikło — niepodobieństwo[40] posiadania majora, na koniec zagłuszenie jej zmysłów, które na siebie biorę. — wszystko to niewątpliwie musi ją w sidła nasze nagnać.

PREZYDENT

395

Ale mój syn? Czyż się natychmiast nie dowie? — czy nie wpadnie w gniew wściekły?

WURM

396

Zostaw to, panie, mojemu staraniu. Ojciec i matka nie pierwej opuszczą więzienie, aż cała rodzina wykona przysięgę dzieło utrzymać w tajemnicy i oszukanie potwierdzić.

PrzysięgaPREZYDENT

397

Przysięgę! Co ona znaczy, nierozsądny?

WURM

398

Nic u nas — ale wszystko w tej klasie ludzi. Patrz teraz, łaskawy panie, jak pięknie tym sposobem obadwaj do celu dojdziemy — dziewczyna utraci miłość majora i dobre imię swej cnoty; matka i ojciec na cieńszych strunach grać będą i powoli zmiękczeni przygodami, uznają za szczęście oddać mi rękę córki i przez to jej dobre imię powrócić.

PREZYDENT

śmiejąc się
399

Tak! tak — widzę, żeś mnie zwyciężył, niecnoto! — plan szatańsko ułożony — uczeń przeszedł mistrza. Zachodzi tylko pytanie, do kogo musi być list posłany, z kim ją w podejrzenie wprowadzić?

WURM

400

Z takim koniecznie, który by przez postanowienie twojego syna albo wszystko zyskać, albo wszystko mógł stracić.

PREZYDENT

401

Takim jest tylko marszałek Kalb.

WURM

ruszając ramionami
402

Ten by nie był w moim guście, gdybym był Ludwiką Miller.

PREZYDENT

403

Czemu nie? Dziwnie! Śklniące[41] się ubranie. W koło niego atmosfera piżma i perfum, za każdym słowem garść pełna dukatów — i to by nie miało zwyciężyć skrupułów miejskiej dziewczyny? Mój przyjacielu! Zazdrość nie przebiera. Posyłam do marszałka.

WURM

404

Ja idę wiadomy list mu ułożyć — a wy, panie, rozkażcie uwięzić kapelmajstra.

PREZYDENT

idąc do sekretarza
405

List mi przyniesiesz do odczytania, skoro będzie skończony. Wurm odchodzi, prezydent po napisaniu oddaje papier lokajowi. Ten rozkaz uwięzienia zanieść do sądu bez zwłoki — listem tym proszę marszałka do siebie.

LOKAJ

406

Pan marszałek właśnie tu zajechał.

PREZYDENT

407

Tem lepiej. Uwięzienie powinno się odbyć z całą przezornością, żeby żadnego ruchu nie sprowadzić.

LOKAJ

408

Dobrze, jaśnie oświecony panie!

PREZYDENT

409

Rozumiesz? W cichości największej.

LOKAJ

410

Bardzo dobrze, jaśnie oświecony panie!

SCENA II

Prezydent i Kalb.

KALB

spiesząc się
411

En passant[42] tylko przychodzę, mój drogi! Jak się masz, co porabiasz? Dziś w wieczór grają operę Dido. Pyszny fajerwerk — całe miasto ma się palić. Przyjdziesz oglądać? — co?

PREZYDENT

412

Dosyć ja mam fajerwerków w własnym moim domu, tak że całe państwo może w górę wylecieć. Przychodzisz w porę kochany marszałku, poradzić mi, pomóc w jednej rzeczy, która nas obu albo podniesie, albo zgubi zupełnie. Siadaj.

KALB

413

Nie nabawiaj mnie strachu, mój najdroższy!

PREZYDENT

414

Jakem powiedział: podniesie albo zgubi zupełnie. Wiesz o moim zamiarze z majorem i Łady. Pojmujesz, jak nieodbitym było ustalenie szczęścia naszego. Kalbie! wszystko stracone; Ferdynand nie chce.

KALB

415

Nie chce, nie chce — ja po całym mieście rozniosłem. Małżeństwo na ustach każdego.

PREZYDENT

416

Za plotkę cię w całym mieście wezmą; Ferdynand kocha inną.

KALB

417

Żartujesz. Jestże to przeszkoda?

PREZYDENT

418

Przy tej upornej głowie nieprzezwyciężona.

KALB

419

Jak to? — syn twój śmiałby być do tyla[43] szalonym i sa fortune[44] odpychać? Co?

PREZYDENT

420

Pytaj go i posłuchaj, co ci odpowie.

KALB

421

Ale mon Dieu[45]! Cóż on odpowiedzieć może?

PREZYDENT

422

Że całej stolicy odkryje zbrodnię która nas wzniosła; że nas o listy i kwity fałszywe oskarży; że nas obu na ścięcie wyda — to ci może odpowie.

KALB

423

Czyś zmysły utracił?

PREZYDENT

424

To już odpowiedział — to już chciał wykonać i zaledwie go najnędzniejszym poniżeniem moim od tego odwiodłem. Co mówisz?

KALB

425

Mój rozum nic nie mówi.

PREZYDENT

426

To by jeszcze uszło — ale donoszą mi szpiegi, że wielki podczaszy Bok w myśli jest starania się o rękę Lady.

KALB

427

W szaleństwo mnie wprawiasz. Kto — powiadasz? Bok, mówisz? Wieszże, to mój główny nieprzyjaciel? — Wieszże dlaczego?

PREZYDENT

428

Pierwszy raz słyszę.

KALB

429

Mój drogi! Posłyszysz i ze skóry wyskoczysz. Pamiętasz o tym wielkim balu na dworze — dziś temu lat dwadzieścia jeden — pamiętasz: Wtenczas, gdy pierwszego Angleza tańczono i hrabiemu Merszaum gorąca kropla wosku z kandelabry na domino upadła? Boże mój! Przecież musisz o tym pamiętać?

PREZYDENT

430

Kto by mógł o takiej rzeczy zapomnieć?

KALB

431

Otóż uważaj: na tym balu księżniczka Amelia w zapale tańca podwiązkę zgubiła. Rzecz do pojęcia, że wszystko biegło w poruszeniu. Bok i ja (jeszcze wówczas byliśmy kamerjunkrami[46]) — czołgamy się po całej redutowej sali, szukając podwiązki; na koniec ja postrzegam — i Bok zauważył — ja biegnę — Bok wpada i z rąk mi wydziera — tylko proszę cię: wydziera, księżniczce zanosi i kradnie szczęśliwie podziękowanie dla mnie przeznaczone. Co myślisz?

PREZYDENT

432

Bezczelny!

KALB

433

Kradnie podziękowanie dla mnie przeznaczone. Myślałem upaść w niemocy — takiej malice[47] nikt jeszcze nie dożył. — Przychodzę jednak do siebie, zbliżam się do księżniczki i mówię: łaskawa pani! Bok był szczęśliwym podwiązkę w jej wspaniałe ręce oddać — ale ten, kto podwiązkę pierwszy wynalazł, nagrodzony jest w cichości i milczy.

PREZYDENT

434

Brawo, marszałku! brawissimo!

KALB

435

I milczy — ale ja Bokowi do dnia sądnego pamiętać będę — nikczemny, czołgający się pochlebnik! To jeszcze nie dosyć. Gdyśmy obadwa za podwiązką na ziemię upadli, Bok mi z prawej fryzury wszystek puder strząsnął — a ja na bal cały zrujnowany byłem.

PREZYDENT

436

Otóż jest człowiek, który Lady Milford za żonę weźmie, i pierwszą rolę zajmie na dworze.

KALB

437

Nóż w serce moje zagłębiasz. Zajmie? Ale gdzież konieczność?

PREZYDENT

438

Bo mój Ferdynand nie chce — a nikt się inny nie zjawia.

KALB

439

Nie znaszże jakiego sposobu, żeby majora nakłonić? Choćby był najdziwniejszy, najwięcej rozpaczający. Cóż na świecie może być przeciwnego, co nieupragnionego, byle przeklętego Boka wyparować[48]?

PREZYDENT

440

Jeden znam sposób i ten od ciebie zależy.

KALB

441

Ode mnie zależy? — a jaki?

PREZYDENT

442

Majora poróżnić z jego kochanką.

KALB

443

Poróżnić? — Jak to rozumiesz i jak ja to zrobię?

PREZYDENT

444

Wygramy, skoro się uda pannę podać w podejrzenie.

KALB

445

Że kradnie, na przykład.

PREZYDENT

446

Ale nie! Gdzieżby temu mógł major uwierzyć? Że się w innym kocha.

KALB

447

W kim innym?

PREZYDENT

448

Niby w tobie, baronie.

KALB

449

Co? — we mnie? — a czy z krwi szlacheckiej?

PREZYDENT

450

Do czego? — co za napad? — córka muzykanta.

KALB

451

Więc mieszczka? — to nie ujdzie. Co?

PREZYDENT

452

Czemu nie ujdzie? Dzieciństwo. Kto pod słońcem twarzyczki okrągłej o dyplom się pyta?

KALB

453

Ale rozważ — człek honoru — dobre imię na dworze.

PREZYDENT

454

To co innego — wybaczaj — nie wiedziałem, że więcej cenisz człowieka nienagannych obyczajów, jak człowieka wpływ mającego. Skończmy więc.

KALB

455

Bądźże wyrozumiały, baronie — ja nie to chciałem powiedzieć.

PREZYDENT

zimno
456

Nie — nie! Masz słuszność — ja także znudzony, wolę rzucić wszystko. Bokowi życzę szczęścia na krześle pierwszego ministra. Świat nie tylko w tym kraju. Natychmiast proszę księcia o uwolnienie od służby.

KALB

457

A jaż? — dobrze ci mówić — ty — ty człowiek uczony. Ale ja, mon Dieu, w co się obrócę, gdy mnie książę oddali?

PREZYDENT

458

W bon mot[49] wczorajsze, w modę przeszłoroczną.

KALB

459

Zaklinam cię, mój drogi, mój złoty baronku. Zapomnij tej myśli — ja już wszystko zrobię.

PREZYDENT

460

Pozwolisz użyć imienia twego do rendez-vous[50], które ci panna Miller prześle na piśmie?

KALB

461

W imię Boże! — pozwolę.

PREZYDENT

462

I list upuścisz w takim miejscu, gdzie by go major obaczył.

KALB

463

Upuszczę go na paradzie, niby razem z chustką.

PREZYDENT

464

I rolę kochanka przed majorem utrzymasz?

KALB

465

Mort de ma vie[51]! Już ja mu pokażę. Gustować w moim wyborze na zawsze oduczę.

PREZYDENT

466

Wszystko więc idzie dobrze. List dziś jeszcze musi być napisany. Przyjdziesz po niego wieczorem i ułożysz się ze mną, jak grać trzeba rolę.

KALB

467

Przyjdę tu, skoro oddam szesnaście wizyt największej wagi. Daruj więc, że cię natychmiast pożegnam.

wychodzi

PREZYDENT

dzwoniąc
468

Liczę na twoją przebiegłość.

KALB

za drzwiami
469

Ach! Mon Dieu! Wszak mnie znasz, prezydencie.

SCENA III

Prezydent i Wurm.

WURM

470

Kapelmajster i jego żona już są szczęśliwie i bez hałasu do więzienia zawiedzeni. Czy chcesz odczytać list, jaśnie oświecony panie?

PREZYDENT

przeczytawszy
471

Wybornie! Wybornie, sekretarzu! — i marszałek dał się schwycić na wędkę. Trucizna taka samo zdrowie w trąd zaraźliwy przemienić by mogła. Tylko natychmiast bież z warunkami do ojca i do córki.

Odchodzą w róine strony.

SCENA IV

Pokój w domu Millera.
Ludwika i Ferdynand.

LUDWIKA

472

Proszę cię, przestań! Ja w dni szczęśliwe nie wierzę — moje nadzieje wszystkie upadły.

FERDYNAND

473

Ale moje się wzniosły. Ojciec mój rozgniewany, wszystkie działa swoje przeciwko nas obróci. Zmusi mnie nieludzkim pokazać się synem. Nie zaręczam za obowiązki moje dziecięce. Wściekłość i rozpacz wycisną ze mnie tajemnicę krwawego zabójstwa i syn ojca w ręce sprawiedliwości wyda. Najwyższe niebezpieczeństwo grozi, skoro się miłość moja na krok olbrzymi odważy. Słuchaj, Ludwiko! Myśl wielka i zuchwała jak moja namiętność do duszy się ciśnie. Ty Ludwiko i ja i miłość nasza! Czyż w tej trójcy całe niebo nie spoczywa? — Czy potrzebujesz jeszcze czwartej rzeczy?

LUDWIKA

474

Przestań, nic więcej; blednieję na samo wspomnienie tego, co chesz mówić.

FERDYNAND

475

Do świata nie mamy żadnego żądania — po cóż się woli jego zapytywać? Po co ważyć, gdzie nic zyskać, a wszystko utracić można? Twoje oko jednako upajać mnie będzie, czy się ono w Renie, czy w Elbie, czy w Bałtyckim morzu odbije. Moja ojczyzna tam, gdzie mnie Ludwika kocha. Droższe dla mnie będą ślady stóp twoich na pustyniach piasku, niżeli wspaniała katedra miasta rodzinnego. Czy nam wystawy[52] zabraknie? — Gdziekolwiek pójdziemy, Ludwiko, wschód i zachód słońca przedstawiać się nam będzie — a przed tym widokiem natury blednieją najcudowniejsze sztuki arcydzieła. Jeżeli Boga nie uczcimy pod sklepieniami kościołów, to w nocy, w środku jej cieniów duchami się snujących, blady księżyc do pokuty napomni — a rozsiane gwiazdy na błękicie modlić się z nami będą. Rozmowy miłości naszej nigdy się nie wyczerpią — uśmiech na ustach mojej Ludwiki całego wieku jest treścią — a sen życia przeminie, za nim się w jej łzie rozpatrzę.

LUDWIKA

476

Ojciec, ObowiązekCzy oprócz miłości nie masz innych obowiązków?

FERDYNAND

477

Twoja spokojność jest mi najświętszym.

LUDWIKA

478

Milcz więc i opuść mnie — bo ja mam ojca ubogiego — który tę jedną tylką ma córkę — jutro 60 lat skończy i zemsty prezydenta stanie się ofiarą.

FERDYNAND

prędko
479

Ojciec twój z nami pojedzie — żadnej więc wymówki, droga moja! Idę moje brylanty na złoto zamienić, podniosę sumy na imię ojca mego. Wolno jest złodzieja okradać — a jego skarby czyż nie są krwawym groszem ojczyzny? O pierwszej po północy pojazd tu zajedzie — wsiądziesz do niego i wraz uciekamy.

LUDWIKA

480

PrzekleństwoA za nami ojca twego przekleństwo! — Nierozsądny! Przekleństwo, którego zbójca nawet nie wymawia, które zemsta nieba na kole wplecionemu złoczyńcy dotrzymuje, które jak upiór krwawy nas zbiegów gnać będzie od morza do morza. Nie, mój kochanku! Jeżeli tylko występek dać mi ciebie może, to dosyć czuję mocy stracić cię na wieki.

FERDYNAND

z spojrzeniem posępnym
481

Istotnie?

LUDWIKA

482

Stracić! — O! Bez granic straszna ta myśl moja! — zdolna przeszyć żelazem ducha nieśmiertelnego, żarzące się lica radości bielmem śmierci powlec. Ferdynandzie! Ciebie stracić! — Ale ach! Utracić może ten, co posiadał. Serce twoje twojemu należy stanowi. Moje prawo jest świętokradztwem i z drżeniem śmiertelnym wyrzekam się jego.

FERDYNAND

mieniąc twarz i gryząc wargi
483

Wyrzekasz się jego?

LUDWIKA

484

Nie, kochany Walterze! nie patrz na mnie, nie zgrzytaj tak gorzko zębami. Chodź — niech moim przykładem umierającą odwagę w duszy twej ożywię. Pozwól mi tej chwili być bohaterką, uciekającego syna ojcu powrócić — wyrzec się związku, który podstawy obywatelskiego podkopuje świata i wali wiekuisty porządek do szczętu. Jestem występną, bo zuchwałe, szalone chęci w piersi mej nosiłam — moje nieszczęście będzie mi karą — pozwól mi więc tym słodkim, pochlebnym cieszyć się złudzeniem, żem dobrowolną ofiarę poniosła. Czy mi tej wielkiej rozkoszy odmówisz?

FERDYNAND

w wściekłości i roztargnieniu porwał wiolonczelę — próbował kilka tonów wydać — w tej chwili zrywa struny, gruchocze instrument i w głośny śmiech wpada.

LUDWIKA

485

Walterze! Boże na niebie! — Co to znaczy. Upamiętaj się. Stałości wymaga ta godzina — godzina rozstania. Ty masz odwagę, Walterze kochany! Ja znam cię. Wrząca jak życie jest twoja miłość i bez granic jak nieskończoność. Daj ją szlachetniejszej, godniejszej kobiecie, a ona najszczęśliwszym płci swojej zazdrościć nie będzie. Tłumiąc łzy. Mnie już nie obaczysz. Próżna, oszukana dziewczyna przepłacze żałość swoją w samotnych murach. Nikt o jej łzy troszczyć się nie będzie — pustą i umarłą jest moja przyszłość — ale w wspomnieniach wonieć mi będą zwiędłe kwiaty przeszłości. z odwróconą twarzą drżącą dłoń mu podając Bądź zdrów — panie Walterze!

FERDYNAND

ocucając się z zamyślenia
486

Ja uciekam, Ludwiko! Czy istotnie nie chcesz iść za mną?

LUDWIKA

oddalona w głębi pokoju twarz obiema rękami zasłaniając
487

Moja powinność każe mi zostać i cierpieć.

FERDYNAND

488

Wężu! Ty kłamiesz. — Ciebie coś innego zatrzymuje.

LUDWIKA

489

Zostań przy tym mniemaniu — może ci żalu oszczędzi.

FERDYNAND

490

Stawiać zimną powinność naprzeciw ognistej miłości! — i mnież ta bajka uwiedzie? Kochanek cię wstrzymuje — ale biada jemu i tobie, jeśli mój domysł się sprawdzi.

Odchodzi szybko.

SCENA V

LUDWIKA

sama
Czas niejaki bez ruchu i niema — po chwili wstaje z krzesła i ze strachem ogląda się w koło.
491

Gdzie moi rodzice? Ojciec obiecał za kilka minut powrócić — a już pięć godzin strasznych minęło. Jeżeli jaki wypadek — jakże mi ciężko oddychać.

Wurm wchodzi i niepostrzeżony staje w głębi pokoju.
492

O! To nic prawdziwego — to tylko straszna mara krwi rozognionej. Skoro raz dusza okropnością się napoiła, to oko w każdym kącie widmo postrzeże.

SCENA VI

Ludwika i Wurm.

WURM

zbliżając się
493

Dobry wieczór, panno Ludwiko!

LUDWIK

494

Boże! kto tu przemówił? Obraca się, widzi Wurma i przestraszona cofa się. Okropnie, okropnie! Bolesnemu przeczuciu juz nienajszczęśliswsze wypełnienie zachodzi. Do sekretarza z pogardą Czy tu pan szukasz prezydenta — już odszedł.

WURM

495

Szukam pannę Ludwikę.

LUDWIK

496

Dziwi mnie, w takim razie, że się na rynek nie udasz?

WURM

497

Dlaczego tam?

LUDWIKA

498

Narzeczoną twoją z rusztowania sprowadzić.

WURM

499

Panno Miller! — niesłuszne masz podejrzenie.

LUDWIKA

500

Czem mogę służyć panu?

WURM

501

Przychodzę w poselstwie od twojego ojca.

LUDWIKA

502

Od mojego ojca? Gdzież jest mój ojciec?

WURM

503

Gdzie by chętnie być nie chciał.

LUDWIKA

504

Na imię Boga! spiesz się — mnie okropne ciśnie przeczucie. Gdzie jest mój ojciec?

WURM

505

W więzieniu — kiedy już powiedzieć muszę.

LUDWIKA

z oczami w niebo
506

To jeszcze! — i to jeszcze! W więzieniu? Za co?

WURM

507

Na rozkaz książęcia.

LUDWIKA

508

Książęcia?

WURM

509

Który obrazę majestatu w osobie swojego ministra…

LUDWIKA

510

Co? co? — o wieczna wszechmocności!

WURM

511

…Przykładnie ukarać postanowił.

LUDWIKA

512

Tego tylko nie stawało! tego! — Zapewne, zapewne, serce moje prócz majora miało jeszcze 'coś' drogiego — nie można było pominąć. Obraza majestatu — Opatrzności Boska, dźwignij, o dźwignij upadającą wiarę moją! — a Ferdynand?

WURM

513

Musi wybierać między Lady albo przekleństwem i wydziedziczeniem.

LUDWIKA

514

Straszny wybór! — a jednakże on jest szczęśliwym — nie ma ojca do stracenia, choć nie mieć żadnego jest już potępieniem. Mój ojciec za obrazę majestatu, mój kochanek Lady Milford albo przekleństwo i wydziedziczenie. Wybornie! Doskonale! Doskonałe łotrostwo jest także doskonałością. Doskonałością? Nie — do tego coś brakuje — gdzie jest matka moja?

WURM

515

W domu roboczym.

LUDWIKA

z bolesnym śmiechem
516

Teraz kielich jest pełny! — pełny i jaż sama jestem wolną? — odarta ze wszystkich świętych obowiązków — z łez — z uciech — sierota opatrzności! — Opatrzności już mi nie potrzeba — milczenie. Może jeszcze masz jaką wiadomość? Mów — wszystkiego słuchać mogę.

WURM

517

Wiesz, co się teraz stało.

LUDWIKA

518

Ale nie wiem, co się stać może. Milczenie, w którym spoziera na sekretarza od stóp do głowy. Biedny człowieku! Smutne twoje rzemiosło niepodobna, żeby zadowolniać miało. Okropnie to być sprawcą nieszczęścia, ale stokroć straszniej oznajmiać je, rozpowiadać puszczyka głosem; być świadkiem, patrzeć jak na żelaznej łodydze konieczności drga serce zakrwawione, słyszeć jak chrześcijanin o Bogu zwątpiewa! Niechaj mnie niebo zachowa! Choćby ci każda kropla krwi spadającej przed twymi oczyma miała być beczką złota ważona — ja bym nie chciała być tobą. Mów: cóż się stać może?

WURM

519

Nie wiem.

LUDWIKA

520

Nie chcesz raczej wiedzieć. Twoje światła lękające się poselstwo szmeru słów się boi — ale w grobowej ciszy twojego lica widzę już upiora. Co może nastąpić? Mówiłeś mi, że książę chce przykładnie ukarać. Co nazywasz przykładnie?

WURM

521

Nic więcej nie pytaj.

LUDWIKA

522

Słuchaj człowieku! Do katowskiej szkoły chodziłeś na nauki — bo inaczej jakżebyś umiał żelazo pierwej powoli, rozważnie, po chrapiących stawach prowadzić do góry, a potem serce drgające szarpać słowami litości? Mów co czeka ojca mojego? Śmierć jest w tym co głosisz śmiejącą się mową; jakże musi wyglądać to co wewnątrz. Wypowiedz! Zwal naraz cały ciężar druzgotający. Co czeka ojca mojego?

WURM

523

Proces kryminalny.

LUDWIKA

524

Cóż to znaczy? Ja nieumiejętna, ja prosta dziewczyna i nie pojmuję strasznych łacińskich słów waszych. Co znaczy proces kryminalny?

WURM

525

Sąd na śmierć i życie.

LUDWIKA

526

Dziękuję bardzo!

Spiesznie wychodzi do alkierza[53].

WURM

przerażony
527

Gdzie ona poszła? Szalona, czy by chciała?… Piekło! przecież nie — pójdę za nią — za jej życie muszę odpowiadać.

chce iść

LUDWIKA

wraca w salopie[54]
528

Daruj panie sekretarzu! — ja pokój zamykam.

WURM

529

Gdzież tak spiesznie?

LUDWIKA

chcąc wychodzić
530

Do księcia.

WURM

531

Co? Dokąd?

zatrzymując ją

LUDWIKA

532

Do księcia — czy nie słyszysz? Do tego samego księcia, który ojca na śmierć i życie chce sądzić. Nie! — nie chce, ale sądzić musi — bo kilku chce niegodziwców. On do całego procesu obrażonego majestatu nic nie daje, tylko swój majestat i podpis książęcy.

WURM

z głośnym śmiechem
533

Do księcia!

LUDWIKA

534

Wiem, dlaczego się śmiejesz — ale ja nie litości idę tam szukać. Boże mnie uchowaj! — wstręt tylko chce sprawić krzykiem mojej mowy. Mówili mi, że możni tego świata nie znają i znać nie chcą, co to nędza znaczy — ja im opowiem — wszystkimi farbami pochłaniającej śmierci malować będę — co nędza znaczy — rozdzierającymi tonami zajęczę im aż do kości i szpiku, co nędza znaczy — a gdy na mój opis włosy do góry staną, zakrzyczę do ich ucha: że w godzinie śmiertelnej płuca nawet ziemskich bożków chrapią straszliwie, i że na sądzie ostatecznym Bóg żebraków i królów przez jedno sito przesieje.

WURM

535

Idź — w istocie idź do księcia — nic rozsądniejszego nie możesz uczynić. Ja ci radzę — spiesz się — a wierz słowu, że książę wysłucha.

LUDWIKA

536

Jak mówisz? — sam mi radzisz? wraca Co tu począć? — coś okropnego musi być w moim zamiarze, kiedy ten człowiek doradza. Skąd wiesz, że książę wysłucha?

WURM

537

Bo bezpłatnie tego nie uczyni.

LUDWIKA

538

Bezpłatnie? — Jakąż za czyn ludzkości[55] można cenę nałożyć?

WURM

539

Piękna suplikantka[56] będzie mu dostateczną zapłatą.

LUDWIKA

jakiś czas w osłupieniu, potem głosem bolesnym
540

Boże sprawiedliwy!

WURM

541

Spodziewam się, że tę cenę za wykup ojca zbyteczną nie znajdziesz?

LUDWIKA

542

Tak! O tak! Wasi możni przed prawdą opasani są własnymi zbrodniami, jakby mieczem cherubinów. Niechaj ci Bóg potężny dopomoże. Ojcze! Córka twoja chce umrzeć za ciebie, ale grzechu nie popełni.

WURM

543

Przykro będzie biednemu, opuszczonemu człowiekowi. „Moja Ludwika, rzekł do mnie ciężko mnie dotknęła; ale moja Ludwika mnie dźwignie”. Idę odpowiedź mu zanieść.

Udaje, że ma wychodzić.

Ludwika

zatrzymując go
544

Zostań, zaczekaj! — cierpliwości! O, jak przebiegle umie ten szatan w szaleństwo wprowadzać. Ja go dotknęłam i ja go podźwignę. Mów — radź! Co ja mam zrobić, co ja zrobić mogę?

WURM

545

Jeden tylko sposób.

LUDWIKA

546

Jaki?

WURM

547

Ojciec nawet życzy.

LUDWIKA

548

I mój ojciec? Mów więc, jaki sposób?

WURM

549

Nietrudny dla ciebie.

LUDWIKA

550

Nie ma dla mnie trudnego, chyba hańba tylko.

WURM

551

Gdybyś chciała majora uwolnić.

LUDWIKA

552

Od miłości dla mnie? — Żartujesz? Zostawiać mojej woli, do czego mnie zmusili.

WURM

553

Ja to inaczej rozumiem, kochana pani! Major powinien pierwszy i dobrowolnie ustąpić.

LUDWIKA

554

Nie zechce.

WURM

555

Tak się zdaje. Nikt by do ciebie darmo nie przychodził, gdybyś nie ty jedna poradzić nam mogła.

LUDWIKA

556

Mogęż go zmusić, żeby mnie nienawidził?

WURM

557

Spróbujemy! Racz tylko usiąść.

LUDWIKA

przerażona
558

Człowieku! Jaki twój zamiar?

WURM

559

Racz usiąść — i pisać. Tu jest pióro, papier i atrament.

LUDWIKA

siada w największej niespokojności
560

Co ja mam pisać? Do kogo mam pisać?

WURM

561

Do kata ojca twojego.

LUDWIKA

562

Och! Ty znasz dobrze, jak dusze ciągnąć na tortury.

WURM

dyktując
563

„Łaskawy panie!” — Ludwika pisze drżącą ręką. „Trzy już nieznośnych dni upłynęło — a my się nie widzieli”.

LUDWIKA

zdziwiona kładzie pióro
564

Do kogo list ten?

WURM

565

Do kata ojca twojego.

LUDWIKA

566

O mój Boże!

WURM

567

„Wina w tym majora — majora — który mnie dzień cały jak Argus[57] pilnował.”

LUDWIKA

568

Niegodziwość, o jakiej jeszcze nie słyszano. Do kogo jest list ten?

WURM

569

Do kata ojca twojego.

LUDWIKA

wstaje i przechadza się, załamując ręce
570

Nie! nie! To po tyrańsku. Karz Boże ludzi po ludzku, jeśli cię obrażają, ale dlaczego mnie cisnąć pomiędzy dwie ostateczności? Dlaczego kołysać między śmiercią i wstydem? Dlaczego na moją głowę zsyłać tego krew ssącego szatana? Rób, co zechcesz — tego nigdy nie napiszę.

WURM

porywając za kapelusz
571

Jak się pani podoba? — w jej woli stoi.

LUDWIKA

572

W mojej woli powiadasz? W mojej woli? — Idź, barbarzyńco! — Wieszaj nieszczęśliwego nad przepaścią piekła, proś go o co i bluźnij Boga i pytaj, czy mu się podoba. O, ty wiesz, że nasze serca do związków natury łańcuchem przykute. Teraz mi wszystko jedno. Muszę się chytrości powodować[58] piekła.

Siada znowu do pisania.

WURM

dyktuje
573

„Dzień cały jak Argus[59] pilnował”. Masz to, pani?

LUDWIKA

574

Dalej, dalej!

WURM

575

„Mieliśmy wczoraj w domu prezydenta. Zabawnie było patrzeć, jak major o mój honor się spierał”.

LUDWIKA

576

O pięknie, pięknie! Doskonale! Idź dalej!

WURM

577

„Udałam omdlenie, żeby się głośno nie rozśmiać”.

LUDWIKA

578

O nieba!

WURM

579

„Ale ta rola wkrótce była mi nieznośną — nieznośną. — Gdybym go tylko prędzej pozbyć się mogła”.

LUDWIKA

zatrzymuje się, powstaje, przechadza się ze zwieszoną głową, jakby czegoś na ziemi szukała — po chwili usiada znowu i pisze dalej
580

„Pozbyć się mogła”.

WURM

581

„Jutro major ma służbę. Pilnuj skoro wyjdzie i pospiesz na wiadome miejsce”. Masz pani „wiadome miejsce?”

LUDWIKA

582

Wszystko mam.

WURM

583

„Na wiadome miejsce do twojej tkliwej Ludwiki”.

LUDWIKA

584

Brakuje tylko adressu.

WURM

585

„Do marszałka dworu pana Kalb.”

LUDWIKA

586

Przezorności nieskończona! Imię tak obce uszom moim, jak sercu memu obce to okropne pismo. Powstaje, patrzy długo i osłupiałym okiem na list napisany i oddaje go na koniec sekretarzowi. Weź go, panie! Moje dobre imię, Ferdynanda, całą rozkosz mojego życia, wszystko ci oddaję — jestem żebraczką.

WURM

587

O nie! Nie rozpaczaj, pani kochana! Mam litość dla ciebie. Może — kto wie? ja bym odrzucił niektóre okoliczności. Istotnie, na Boga, mam litość nad tobą.

LUDWIKA

588

Nie kończ, panie sekretarzu! Jesteś na drodze jakieś okropne dla siebie życzenie objawić.

WURM

chcąc jej rękę całować
589

A gdyby szło o tę piękną rączkę? Cóż na to kochana pani?

Ludwika

590

Żebym cię pierwszej nocy ślubnej zamordowała i z rozkoszą potem szła na rusztowanie? Chce odejść, ale wraca nazad[60]. Czyśmy skończyli? Ptaszek czy może już odlecieć?

PrzysięgaWURM

591

Jeszcze jedna drobnostka! Musisz przysiąc na Sakrament, że uznasz zawsze to pismo jako dobrowolne.

LUDWIKA

592

Boże! Boże! Ty sam musisz dać rękojmię[61], to piekła dzieło zachować.

Wurm wyciągają z pokoju.

AKT IV

SCENA I

Sala prezydenta.
Ferdynand z otwartym listem w ręku wpada gwałtownie do pokoju jednymi drzwiami — przez drugie wchodzi Lokaj.

FERDYNAND

593

Marszałka tu nie było?

LOKAJ

594

Pan prezydent pyta się o pana majora.

FERDYNAND

595

A ja, do piorunów, pytam się, czy tu marszałka nie było.

LOKAJ

596

Pan łaskawy siedzi przy stoliku faraonowym[62].

FERDYNAND

597

Pan łaskawy w imieniu całego piekła niechaj tu się stawi.

Lokaj odchodzi

SCENA II

FERDYNAND

sam, przebiegając list
598

To niepodobna[63]! To niepodobna! Ta boska powłoka tak piekielnego serca ukrywać nie mogła. A jednakże, gdyby wszyscy aniołowie na ziemię zstąpili, gdyby Stwórca i stworzenie naraz tu stanęli, za jej niewinność ręczyli — to jej ręka. Niesłychane, straszne oszukaństwo, takiego ludzkość jeszcze nie dożyła. Dlatego więc tak stale opierała się ucieczce? Dlatego? O Boże! Teraz się obudzam, teraz wszystko się odkrywa. Z takim bohaterskim sercem zrzekła się mojej miłości! — uwiódłby mnie sam niewinny rumieniec na licu.

Szybko przebiega pokój, potem znowu staje zadumany.
599

Mnie tak znała do głębi duszy — każdemu śmiałemu czuciu, każdemu cichemu, bojaźliwemu drżeniu, każdej ognistej namiętności umiała odpowiedzieć — wiedziała, jak objąć duszę moją za najdelikatniejszą nieopisaność przelatującego głosu. W każdej łzie policzyła myśli moje — ze mną biegła na każdy stromy szczyt namiętności, spotkała przed zawrotną drogą przepaści. — I wszystko to przelotnym było tylko kaprysem? — Kaprysem? — O, jeżeli kłamstwo takie prawdziwe przybierać może kolory, jakim sposobem szatan jeszcze do nieba się nie wkłamał?

600

Z jakim złudzeniem pociągającym zbladła ta fałszywa, gdym jej niebezpieczeństwa naszej miłości odkrywał! Z jaką godnością zwyciężającą odparła szyderstwo ojca mojego — a w tej chwili jednakże już się czuła występną. — Co? Niewytrzymałaż ognistej nawet próby prawdy — gdy w niemoc upadła zwodzicielka. Jaką mową dasz się teraz usłyszeć, uczucie niekłamane, kiedy nierządnice tak doskonale omdlewać umieją? Jakim sposobem usprawiedliwiać się będziesz, niewinności, kiedy rozpustna kobieta wpada w omdlenie?

601

Wie ona, co ze mnie zrobiła. — Och! Tak — przejrzała całą duszę moją. Moje serce w zarumienieniu się przy pierwszym pocałunku wystąpiło do oczu — a ona nic nie uczuła? Była może dumna tryumfem sztuki swojej. Gdy mój szał szczęśliwy rozumiał całe niebo do jej duszy sprowadzać — gdy moje najdziksze namiętności zmilkły — kiedy przed umysłem moim innej myśli nie było — tylko wieczność i dziewica! Wtenczas Boże! ona nic nie czuła? Nic nie czuła, tylko zamiar doprowadzony do skutku, tylko pochlebstwem zajęte wdzięki swoje? Zemsto śmiertelna — czuła tylko, że jestem oszukany?

SCENA III

Ferdynand i Kalb.

KALB

602

Oświadczyłeś chęć twoją, mój drogi!

FERDYNAND

na stronie
603

Kark skręcić łotrowi, głośno Marszałku! Ten list na przeglądzie wojskowym wypadł ci z kieszeni — a ja z bolesnym uśmiechem miałem szczęście go znaleźć.

KALB

604

Ty, majorze?

FERDYNAND

605

Zabawnym przypadkiem — dziękuj opatrzności.

KALB

606

Patrzaj baronie, jak jestem przerażony.

FERDYNAND

607

Czytaj go, czytaj odchodząc od niego. Jeśli się na kochanka przydać nie mogłem, może mi lepiej się uda być posłannikiem miłości.

w chwili, gdy Kalb zajęty jest odczytywaniem listu, Ferdynand zdejmuje ze ściany dwa pistolety.

KALB

rzucając list na stół
608

Przeklęta sprawa.

chce odchodzić

PojedynekFERDYNAND

609

Cierpliwości, kochany marszałku! Nowiny zdają się bardzo przyjemne — dla znalazcy potrzeba nagrody.

Pokazuje mu pistolety.

KALB

z przestrachem cofając się
610

Bądźże wyrozumiałym, mój drogi!

FERDYNAND

611

Więcej, aniżeli potrzeba, aby takiego łotra na drugi świat wyprawić. Wtyka mu w rękę pistolet i dobywa chustki. Weźże! — trzymaj koniec tej chustki! Mam ją od kochanki.

KALB

612

Przez chustkę? — czy szalejesz? Co myślisz, baronie!

FERDYNAND

613

Bierz za koniec, powiadam, bo chybisz, piecuchu! — Ot! jak drży lękliwie! Powinieneś, piecuchu, Bogu podziękować, że w twojej czaszce coś się dziś obraca. Marszałek chce uciekać. Powoli — o tym pomyślano.

Przyprowadza go i drzwi na rygiel zamyka.

KALB

614

W pokoju, baronie?

FERDYNAND

615

Jakby warto z tobą na wały wychodzić? Mój drogi! Głośniejszy strzał będzie — a tak pierwszego hałasu w świecie narobisz. Strzelaj!

KALB

ocierając czoło z potu
616

I tak chcesz twoje kosztowne życie wystawiać, młody, pełen nadziei człowieku?

FERDYNAND

617

Strzelaj, powiadam — nic na tym świecie nie mam do czynienia.

KALB

618

Mój najdroższy! Ale ja mam wiele.

FERDYNAND

619

Ty biedaku? — Co, ty? Żeby używanym być z potrzeby tam, gdzie ludzi nie staje. — W jednej minucie siedm razy się skurczyć, siedm wyciągnąć jak motyl na szpilce? Służyć za oślą skórę dowcipu twojego pana i pilnować strawności jego żołądka? — Lepiej, że cię jak niedźwiedzia powiodę za sobą. — Małpa przyswojona, będziesz tańcować po wyciu potępionych, służyć i podawać i dworskimi sztuczkami rozweselać rozpacz wiekuistą.

KALB

620

Wszystko, co każesz, baronie! Wszystko, co ci się podoba — tylko połóż pistolety.

FERDYNAND

621

Syn boleści! — na hańbę szóstemu dniu stworzenia stoi tu wyciągnięty, jakby go przedwiecznemu autorowi przedrukował księgarz w fałszywym wydaniu. Szkoda tylko — szkoda uncji mózgu, która w tej czaszce tak się licho objawia. Ta jedna uncja pawiana mogłaby w człowieka zamienić — a tobie na trochę rozumu nie starczy. I z nim podzielać serce swoje? Okropnie! Niewypowiedzianie!

KALB

622

Dzięki ci Boże! Na dowcip się zwrócił!

FERDYNAND

623

Ja z niego zrobię jakiś użytek. Łagodność obyczajów, która gąsienicę oszczędza, i jemu wyjdzie na dobre. Kto go spotka, wzruszy ramionami — podziwiać będzie mądrą opatrzność nieba, która nawet mętem i fusami wykarmia stworzenia — krukom na szubienicy, a dworakom w błocie majestatu do jadła nakrywa. Ale po moich kwiatach owad ten pełzać nie będzie: porywając go za barki obraca nim na wszystkie strony albo go tak — i tak i w miazgi rozduszę.

KALB

do siebie wzdychając
624

O Boże mój — gdyby stąd się wymknąć — na sto mil się wymknąć — do Bicêtre w Paryżu, byle nie tu przy nim!

FERDYNAND

625

Niecnoto! — jeżeli ona czystość swoją straciła — jeśliś ty używał, gdziem ja ubóstwiał — rozkoszował, gdziem czuł Boga. — Po chwili Lepiej by ci było iść do piekła niżeli w niebie ze mną się obaczyć. Jak daleko zaszedłeś z dziewczyną? — wyznaj.

KALB

626

Puszczaj mnie tylko — ja wszystko ci wydam.

FERDYNAND

627

O! do tej dziewczyny wzdychać tylko, jeszcze jest ponętniej jak z drugą rozpustne prowadzić życie. Gdyby ona zboczyć z drogi prawej chciała — w jej by mocy było zniżyć wartość duszy — rozkoszą cnotę sfałszować. Przytykając pistolet do serca marszałka. Jak z nią daleko zaszedłeś — wyznaj, albo strzelam.

KALB

628

Nic nie było — wszystko nic — miej tylko jedną minutę cierpliwości! Jesteś oszukany!

FERDYNAND

629

I to, złoczyńco, śmiesz mi przypominać? — Jak z nią daleko zaszedłeś? — wyznaj, albo cię trupem położę.

KALB

630

Mon Dieu[64]! Mój Boże — ja powiem, słuchaj tylko. — Jej ojciec — własny ojciec — jej ojciec rodzony.

FERDYNAND

631

Córkę swoją zaprzedał? Jakże daleko z nią byłeś — wyznaj, albo cię zabiję.

KALB

632

Szalejesz — nie chcesz słuchać. Ja jej nie widziałem — nie znam jej — nie wiem o niej.

FERDYNAND

cofając się
633

Nie widziałeś jej — nie znasz — nic nie wiesz o niej? Przez ciebie Ludwika przepadła — a ty za jednym oddechem trzy razyś się jej zaparł. Precz, niegodziwcze. Uderza go kolbą pistoletu i wypycha go za drzwi. Proch nie dla ciebie wynaleziono.

SCENA IV

FERDYNAND

po długim milczeniu
634

Zgubiony! — Tak, nieszczęśliwa! Zgubiony jestem i ty ze mną razem. Na Boga wielkiego! W mojej zgubie i twoja jest zguba. Sędzio świata! O nią nie będziesz mnie pytał — ona była moją. Świat ci cały za nią oddałem, zrzekłem się całej wspaniałości twojego stworzenia. Zostaw mi tę dziewczynę. Sędzio świata! Miliony dusz płacz tam wznoszą do ciebie — do nich zwróć oko politowania — mnie dozwól działać samemu, sędzio wielki świata! Ręce załamując. Miałżeby bogaty, wszechmogący stwórca skąpić jednej duszy, i to najgorszej z całego stworzenia? Dziewczyna jest moją. Ja jej niegdyś Bogiem — dziś szatanem będę.

Utkwiwszy oczy w kąt jeden.
635

PiekłoPrzez wieczność z nią razem na jedno koło potępienia wpleciony — wzrok we wzrok wkorzeniony — włosy naprzeciw włosów dębem stojące i jęki puste, grobowe z dwóch piersi w jeden jęk zlane — i tak powtarzać pieszczoty — i tak przysięgi jej przypominać — Boże, Boże! Straszny to ślub małżeński — ale wiekuisty.

Chce odejść.

SCENA V

Ferdynand i Prezydent.

FERDYNAND

cofając się
636

O! Mój ojcze!

PREZYDENT

637

Dobrze, że się spotykamy, mój synu. Przychodzę ci przyjemną nowinę oznajmić — nowinę, kochany synu, która cię zadziwi. Usiądźmy.

FERDYNAND

638

Mój ojcze! Z mocnym wzruszeniem zbliżając się ku niemu i całując jego ręce. Mój ojcze! — O mój ojcze!

PREZYDENT

639

Co ci jest, synu! Powstań, ręka twoja w ogniu i drży cała.

FERDYNAND

640

Przebaczenia błagam za moją niewdzięczność, mój ojcze. Jestem odrodkiem. Twojej dobroci nie poznałem — tyś po ojcowsku ze mną postępował. Twoja dusza przeczuwała — teraz już za późno. Przebacz mi, przebacz! Daj twoje błogosławieństwo.

PREZYDENT

641

Powstań, powstań, mój synu! Jesteś mi zagadką.

FERDYNAND

642

Ta Miller, mój ojcze! Och! Ty znasz ludzi. Twój gniew był tak sprawiedliwy, tak szlachetny, tak szczerze ojcowski! Tylko gorliwość twoja chybiła drogi — ta Miller!

PREZYDENT

643

Nie dręcz mnie, synu! Przeklinam moją surowość — przychodzę cię przepraszać.

FERDYNAND

644

Mnie przepraszać? Przeklinaj mnie raczej. Twoja pomyłka była prawdą — twoja surowość boskim miłosierdziem. — Ta Miller, ojcze…

PREZYDENT

645

Jest szlachetną, kochaną dziewicą. Odwołuję moje za prędkie podejrzenie — zasłużyła na mój szacunek.

FERDYNAND

cofając się
646

Co, i ty, ojcze? — i ty także? Nieprawdaż, dziewczyna sama niewinność? — i to tak ludzkim ją kochać?

PREZYDENT

647

Mów raczej, że zbrodnia ją nie kochać.

FERDYNAND

648

Niesłychanie — okropnie! Ty, ojcze, co tak serca na wskroś przezierasz i oczami nienawiści na nią poglądałeś. Oszustwo bezprzykładne! Ta Miller, ojcze!

PREZYDENT

649

Jest godną być moją córką. Jej cnotę uważam za przodków — jej piękność za majątek. Moje zasady ustępują twojej miłości. Niech będzie twoją.

FERDYNAND

w obłąkaniu wybiega z pokoju
650

Tego brakowało! — Bądź zdrów, mój ojcze!

PREZYDENT

idąc za nim
651

Zostań, zostań — gdzie bieżysz?

Odchodzi za nim.

SCENA VI

Pyszny salon w pałacu Lady.
Lady i Zofia.

LADY

652

A więc ją widziałaś? — czy przyjdzie?

ZOFIA

653

Natychmiast — była jeszcze w rannej sukni i naprędce chciała się ubrać.

LADY

654

Nic mi nie mów o niej — cicho! — ja drżę jak złoczyńca na myśl obaczenia tej szczęśliwej, co tak harmonijnie z moim sercem czuje! Jakże przyjęła moje zaproszenie?

ZOFIA

655

Zdała się przerażoną — zamyśliła się, po tym spojrzała na mnie wielkimi oczami i zamilkła. Już byłam gotowa zbijać jej wymówki, gdy naraz usłyszałem jej słowa: Twoja pani każe mi to, o com sama chciała prosić.

LADY

niespokojnie
656

Zostaw mnie, Zofio! Żałuj mnie — bo rumienić się muszę, jeżeli jest tylko zwyczajną kobietą — a rozpaczać, jeśli znajdę ją wyższą.

ZOFIA

657

Ale, Milady! To nie kaprys zapewne wiedzie cię do przyjmowania u siebie twojej rywalki — pamiętaj, kim jesteś! Przywołaj twoje urodzenie, twoją godność, twoją potęgę na pomoc. Dumniejszym sercem staraj się dumną wspaniałość lica twego podnieść.

LADY

roztargniona
658

Co plecie ta szalona?

ZOFIA

659

Może przypadkiem najkosztowniejsze dzisiaj wybrałaś brylanty, najbogatszą odziałaś się suknią — twoje przedpokoje liberlą i paziami napełnione, i miejska dziewczyna w książęcym salonie twojego pałacu ma być przyjmowaną.

LADY

przechadzając się nieukontentowana
660

Nieznośnie! że wszystkie kobiety mają ostrowidza[65] oczy na kobiece słabości — ale jak głęboko — jak głęboko musiałam ja upaść, że takie stworzenie odgadło myśl moją.

LOKAJ

wchodząc
661

Panna Miller!

LADY

do Zofii
662

Idź sobie — oddal się. Grożąc, gdy ta się ociąga Precz — ja każę. Zofia odchodzi, Lady przechadza się po salonie. Dobrze, żem rozdrażniona. Jestem, jaką być chciałam. do Lokaja Panna Miller wejść może.

Lokaj odchodzi — Lady siada na sojie opiera jącsię wygodnie o poręcz.

SCENA VII

Ludwika wchodzi nieśmiało i staje w niejakim oddaleniu od Lady. Lady obrócona do niej plecami ogląda ją w naprzeciw stojącym zwierciadle.
Po chwili.

LUDWIKA

663

Łaskawa pani! Czekam na jej rozkazy.

LADY

obraca się i obojętnie kiwa głową
664

A ha! Czy jest tu? — Bez wątpienia panna… niejaka… jakże ją nazywają?

LUDWIKA

nieco urażona
665

Miller nazywa się mój ojciec — a jaśnie oświecona pani posyłałaś po jego córkę.

LADY

666

Prawda, prawda! Przypominam sobie. — Biedna córka muzykanta, o której niedawno mowa była. Do siebie. Twarz zajmująca, ale wcale nie piękna. Głośno do Ludwiki. Przybliż się, moje dziecię. Do siebie. Oczy płaczu zaznały — jak ja lubię te oczy. Głośno. Bliżej tylko — tu do mnie. Zdaje się, dobre dziecię, że się mnie lękasz.

LUDWIKA

667

Nie, Milady! Ja pogardzam zdaniem świata.

LADY

do siebie
668

Patrzajże! Tę uporną głowę ma także od niego. Głośno. Polecono mi asannę. Chcesz się uczyć i umieć na życie zarabiać. Wierzę i za świat cały, nie chciałabym zadawać kłamstwa gorliwemu protektorowi.

LUDWIKA

669

Nie znam nikogo, Milady, który by trudu sobie zadawał wyszukiwania mi protektorki.

LADY

670

Trudu? — o protektorkę, czy o klientkę?

LUDWIKA

671

Tego nie rozumiem, łaskawa pani!

LADY

672

Więcej ma złośliwości, niżeli te rysy otwartego charakteru kazały się domyślać. Masz imię Ludwika. Jaki wiek, jeżeli się zapytać wolno?

LUDWIKA

673

Szesnaście lat.

LADY

powstaje gwałtownie
na stronie
674

Rzecz skończona! — Szesnaście lat! Pierwsze uderzenie tej namiętności! Na nietykanym klawikordzie pierwszy srebrny głos wydobyty. Nic ponętniejszego. Głośno. Siadaj, jam ci przyjazna kochana dziewczyno! na stronie I on pierwszy raz kocha — cóż dziwnego, że się spotkały dwa promienie jednego poranku? Biorąc ją za rękę, głośno. Rzecz więc ułożona — zajmę się szczęściem twoim. na stronie Miłość — to jest słodkie, prędko ulatujące marzenie. Klapiąc Ludwikę po twarzy, głośno. Zofia moja idzie za mąż. Ty jej miejsce weźmiesz. na stronie Szesnaście lat — to długo nie potrwa.

LUDWIKA

z uszanowaniem całując jej rękę
675

Wdzięczną jestem Milady za tę łaskę, jakbym ją przyjęła.

LADY

676

Patrzcie, jaka wielka pani! Dziewczyna twojego urodzenia uważać się powinna za szczęśliwą, gdy służbę znajdzie. Cóż poczniesz, moja droga! Cóż to? — czy masz za delikatne paluszki do roboty, czy ta twarzyczka tak cię dumną czyni?

LUDWIKA

677

Twarz moją, łaskawa pani, tak jak urodzenie, do zasług moich policzać nie można.

LADY

678

Piękno, PrzemijanieAlbo myślisz może, że ta piękność nigdy nie przeminie? Biedne dziecię! Ktokolwiek ci to mówił, żartował z was obojga. Lica twoje w ogniu nie pozłacane. Co ci zwierciadło za stałe, za wieczne podaje, jest tylko powierzchowna, cienka pozłota, która prędzej czy później wielbicielowi twojemu w rękach zostanie. Cóż poczniesz wtenczas?

LUDWIKA

679

Żałować będę wielbiciela, Milady, który dlatego diament kupował, że go widział w złoto oprawnym.

LADY

nie zważając na jej słowa
680

Dziewczyna twojego wieku ma zawsze dwa zwierciadła przed sobą. Prawdziwe i wielbiciela swojego. Niedelikatną otwartość pierwszego naprawia drugi pochlebstwem przyjemnym. Jedno zwierciadło brzydką ci kresę pokazuje — to dołek wdzięków, odpowiada ci drugie. Wy, młode dzieci tylko ostatniemu wierzycie, cokolwiek by pierwsze przedstawiało — a skaczecie od jednego do drugiego, aż zwierciadła rolę przemienią. Czegoś się tak we mnie wpatrzyła?

LUDWIKA

681

Bogactwo, PróżnośćWłaśnie w tej chwili, łaskawa pani, żal mi było twego błyszczącego, kosztownego rubinu, który zapewne nie wie, że jego właścicielka tak mocno przeciw próżności się oświadcza.

LADY

rumieniąc się
682

Żadnych uwag, zuchwała! Gdyby nie obietnice piękności twojej, cóżby cię na świecie miało zatrzymywać od przyjęcia służby, gdzie się manier światowych nauczysz i pozbędziesz się mieszczańskich przesądów.

LUDWIKA

683

I mojej mieszczańskiej niewinności, Milady.

LADY

684

Zarzut nierozsądny! Największy rozpustnik nie odważy się coś hańbiącego nam przypisywać, jeżeli same z zachętą nie wystąpimy. Pokaż się, kim jesteś. Nadaj sobie godność i przystojność, a ja zaręczam, że twoja miłość uniknie wszelkiej pokusy.

LUDWIKA

685

Daruj mi łaskawa pani, że śmiem o tym wątpić. Pałace kobiet niektórych są miejscem ulubionym najzuchwalszej rozpusty. Któż córce biednego muzykanta zawierzy moc duszy, uniknienia choroby wśród zarazy powszechnej? Kto przypuści, że Lady Milford swojemu sumieniu wiecznego trzyma robaka? Że złoto wydaje na to tylko, żeby się każdej chwili rumienić. Daruj mojej otwartości, łaskawa pani! ale spieszącej na uciechy, mój widok nie rozweseli ciebie. Powracającej nieznośnym będzie. O lepiej, lepiej, żeby nas strefy nieba rozdzielały, żeby morza płynęły pomiędzy nami. Zważ tylko na przyszłość, Milady! Gdy przyjdzie godzina rozwagi, gdy chwile wycieńczenia uderzą i węże żalu napadną piersi twoje, z jakąż męczarnią czytać będziesz na twarzy twojej służebnej tę spokojność wesołą, którą niewinność nagradzać zwykła serce nieskażone. Cofając się. Jeszcze raz, łaskawa pani, proszę o przebaczenie!

LADY

w mocnym poruszeniu
686

Nieznośnie, że mi to mówi — nieznośniej, że prawdę mówi. Zbliża się do Ludwiki i oko w oko jej patrząc. Dziewczyno! Ty mnie nie oszukasz! W tych zasadach kryje się interes osobisty — on ci służbę moją nienawistną czyni, on twoją mowę zapalił — ja go odkryję.

LUDWIKA

687

Choćbyś go odkryła, Milady! Choćbyś pogardliwie trącając nogą obudziła obrażonego robaka, któremu stwórca dał żądło przeciwko zniewagom — ja się twojej zemsty nie lękam, Milady! Biedna grzesznica na katowskim krześle tortur śmieje się ze świata zniszczenia. Moja nędza tak wysoko doszła, że ją mowa moja śmiała i otwarta powiększyć nie zdoła. Chcesz mnie, pani, z prochu mojego pochodzenia wydobyć? — zapytam cię naprzód, co ci dało powód brać mnie za ograniczoną istotę, która się wstydzi swego urodzenia? Co cię uprawnia do narzucania się za stwórcę szczęścia mojego, nie wiedząc, czy ja zechcę to szczęście z twoich rąk przyjąć? Prawo moje do uciech tego świata rozdarłam: szczęściu jego skwapliwość przebaczyłam — dlaczegóż mi stratę moją przypominasz? Gdy Bóstwo nawet przed okiem stworzenia zakrywa promienie swoje, żeby jego najwyższy archanioł własnej się ciemności nie przeląkł — dlaczego ludzie tylko tak są okrutnie litościwi? Skąd pochodzi, Milady, że twoje wsławione szczęście żebrze w nędzy zazdrości i podziwienia? — Czy ci rozpacz potrzebna do zaspokojenia kaprysów szczęśliwości? O, daj mi raczej ślepotę, jedyne dobro, które mnie z barbarzyńskim losem pogodzić może. Drobny owadzik raduje się życiem, w jednej wody kropelce — rzewny i szczęśliwy, dopóki mu o wielkim morzu nie opowiedzą, gdzie okręta wieją żaglami, igrają wieloryby. Ale ty mnie szczęśliwą chcesz widzieć? Po chwili przystępując do Milford. Jesteś ty szczęśliwą, Milady? Lady oddala się od niej co prędzej — Ludwika idzie za nią i na jej łono ręką wskazując. Powiedz, czy to serce nosi śmiejącą się postać twojego stanu? — I gdybyśmy dzisiaj łono za łono, los za los zamieniać mieli — gdybym ja w dziecinnej niewinności, ufna twojemu sumieniu, jak matkę pytała — czyżbyś mi radziła, Milady, zamianę uskutecznić.

LADY

żywo poruszona na sofę się rzuca
688

Rzecz nie do pojęcia! Nie, dziewczyno! Tę wielkość duszy na świat nie przyniosłaś — dla twego ojca jest ona za młodą — nie kłam, ja w twojej mowie słyszę innego nauczyciela.

LUDWIKA

689

Dziwi mnie, Milady, że tej chwili dopiero o nauczycielu wspominasz, a jednak przedtem uczyć mnie chciałaś.

LADY

wstając prędko
690

To nie do wytrzymania — a więc gdy ci się wymknąć niepodobna — wyznam, że go znam, że wiem o wszystkim, że wiem więcej, niżelibym wiedzieć chciała. Zatrzymuje się — potem z żywością, która w końcu do wściekłości przechodzi. Ale waż się tylko, nieszczęśliwa, waż się go kochać albo być kochaną. Co mówię? Chciej tylko myśleć o nim albo być jedną z myśli jego — ja mam potęgę, nieszczęśliwa! — straszną potęgę — jak Bóg żywy na niebie! — zgubioną będziesz.

LUDWIKA

691

Zgubioną będę bez ratunku, Milady, jeżeli go zmusisz, żeby cię kochał.

LADY

692

Szczęście, ZemstaRozumiem cię — on mnie kochać nie będzie, ja tę wstydliwą namiętność zwyciężę, powściągnę serce moje, ale i twoje rozbiję. Skały i przepaście pomiędzy was rzucę, jak furia chodzić będę przez środek nieba waszego; moje imię przestraszy wasze pocałunki jak widmo zbrodniarza i twoja kwitnąca postać w jego objęciu zwiędnie jak mumia i zniknie na zawsze. Ja z nim szczęśliwą nigdy być nie mogę — ale i ty nie będziesz. Wiedz, nędznico, że szczęście niszczyć jest także szczęśliwością.

LUDWIKA

693

Szczęśliwość, Milady, której sama byłaś ofiarą. Nie bluźń sercu twojemu, nie jesteś zdolną pogróżki twoje uskutecznić, nie jesteś zdolną dręczyć stworzenie, którego cała wina, że jednakie z tobą miało uczucie — a to właśnie uczucie, Milady, każe mi kochać ciebie.

LADY

obejmując ją
694

Gdzie jestem, gdzie byłam? — Com mówiła, komu ja zwierzałam się? — O Ludwiko! — Wielka, szlachetna, niebiańska duszo! Przebacz szalonej. Ja włosa twego nie dotknę, dziecię moje! Żądaj, rozkazuj — na rękach cię nosić będę — twoją przyjaciółką, twoją siostrą zostanę. Jesteś ubogą — patrzaj zdejmując brylanty ja sprzedam te brylanty, posprzedaję moje suknie, powozy i konie i wszystko ci oddam — tylko jego się wyrzecz.

LUDWIKA

na stronie
695

Czy się z rozpaczy mojej naigrawa — czy istotnie w okrutnym czynie nie miała żadnego udziału? Ha! — więc ja mogę jeszcze rolę bohaterki odegrać i niemożność moją za zasługę podać. Stoi czas niejaki w zamyśleniu — potem zbliża się do Lady i bierze jej rękę. Weź go, Milady — dobrowolnie ustępuję ci człowieka, którego od serca skrwawionego żelazem piekła oderwali. — Ty sama może nie wiesz, Milady — żeś niebo dwóch kochanków rozdarła, rozdarła dwa serca, które Bóg złączył: żeś zdeptała stworzenie jak ty Bogu miłe, jak ty do szczęścia zrodzone, stworzenie co jak ty Stwórcę uwielbiało — a od dziś go nigdy uwielbiać nie będzie. Lady! Ostatni kurcz rozdeptanego robaka jak krzyk donośny idzie do ucha przedwiecznego. Zimno on patrzeć nie może na zabójstwo dusz w jego opiece będących. Teraz on do ciebie należy — weź go Milady! — bierz w jego objęcia, prowadź go do ołtarza — tylko nie zapominaj, że w ślubnym pocałunku widmo samobójczyni wpadnie ci przed oczy! Bóg jest miłosierny — ja innego ratunku znaleźć sobie nie mogę.

Wychodzi.

SCENA VIII

Lady poruszona, stoi w nieprzytomności umysłu — wzrok osłupiały utkwiła we drzwi, przez które Ludwika wybiegła — po niejakim czasie jakby obudzona.
696

Jak to było? — com ja czuła? — co ta nieszczęśliwa wyrzekła? Jeszcze, o nieba! jeszcze rozdzierają ucho te straszne potępiające mnie słowa: Weź go. Co nieszczęśliwa? Podarunek ostatniego oddechu twojego? Boże mój, Boże! Także[66] ja nisko upadłam — także mnie gwałtownie ze wszystkich tronów mojej dumy strącili, że czekam zgłodniała na to, co mi wspaniałość żebraczki wyrzuci z ostatniej walki życia i śmierci. Weź go i te słowa wymawia takim głosem, patrzy takimi oczami! — Emilio! Na to żeś wybiegła za granice płci twojej? — walczyła o piękne imię dziewicy brytańskiej, ażeby bogaty gmach twojego honoru zapadł się przed wyższą cnotą wypieszczonej mieszczanki? Nie — o nie, biedaczko dumna! — Emilia Milford da się zawstydzić, ale nigdy zhańbić. I ja mam siłę zrzeczenia się go na zawsze. Upokorz się, miękka, cierpiąca niewiasto — uciekajcie ode mnie słodkie, złote obrazy miłości! Niechaj wspaniałomyślność będzie jedyną przewodniczką moją. Ta kochająca się para musi zginąć, albo Milford zrzec się prawa swego i zgasnąć w sercu książęcia. Po chwili z żywością. Stało się — usuwam straszną przeszkodę, rozrywam związki pomiędzy mną i księciem, wyrwę z łona mojego tę miłość wściekłą. W twoje objęcia rzucę się, o cnoto! Przyjm twoją żałującą córkę Emilię. Jakże mi błogo, jakże się lekką, jak podniesioną się czuję! Ze szczytu mojej potęgi zejdę dzisiaj wielka jak słońce zapadające — moje państwo razem z miłością przepadnie — i tylko z sercem moim pójdę na to dumne wygnanie, Idzie do sekretarza. Zaraz się stać musi — bez zwłoki, nim wdzięki lubego młodzieńca krwawą walkę serca na nowo sprowadzą.

Siada i pisze.

SCENA IX

Lady, Lokaj i Zofia, później Marszałek Kalb i Służba.

LOKAJ

697

Marszałek dworu pan Kalb z poleceniem od księcia przysłany, czeka w przedpokoju.

LADY

pisząc
698

Gubić się będą w domysłach wertepowe lalki książęcia. W istocie, wypadek dosyć dziwny, żeby te prześwietne mózgownice gwoździami pozabijać. Skręcą się granice dworskiej etykiety. Cały kraj się wzburzy.

LOKAJ i ZOFIA

699

Marszałek dworu, Milady!

LADY

obracając się
700

Kto? co? — Tym lepiej! Ten rodzaj stworzeń do posyłek tylko zdatny na świecie. Niech wejdzie!

Lokaj odchodzi.

ZOFIA

przystępując z troskliwością
701

Gdybym się nie lękała Milady, że weźmiesz za zuchwalstwo — Panna Miller wybiegła z sali w nieprzytomności zupełnej — ty pani, masz twarz rozognioną, mówisz sama z sobą. Lady zawsze pisze. Lękam się — cóż się tu stać mogło?

Marszałek i uchodzi, kilka ukłonów robi do pleców Milady — niepostrzeżony zbliża się, staje za krzesłem, stara się uchwycić połę jej sukni, którą całuje — i mówi bojaźliwie szeptając:
702

Serenissimus. —

LADY

przezierając list i posypując go piaskiem
703

Zwali na mnie ciężar czarnej niewdzięczności — byłam opuszczoną. — On dźwignął mnie z nędzy. Z nędzy? — Okropna zamiana! — Zedrzyj twój rachunek, zwodzicielu! Wieczny mój wstyd z lichwą[67] ci zapłaci.

KALB

na próżno do Lady ze wszystkich stron się zbliżając
704

Milady zdaje się trochę roztargnioną. Muszę się jednakże ośmielić. — Bardzo głośno. Serenissimus przysyła mnie do Milady, zapytując, czy tego wieczora bal, czy niemiecki ma być teatr?

LADY

powstając ze śmiechem
705

Jedno z dwojga, mój aniołku! — Tym czasem raczysz księcia na deser zanieść ten bilecik Do Zofii. Ty, Zofio, rozkażesz, żeby zaprzężono i zwołasz do tej sali całą moją służbę.

ZOFIA

oddalając się w poruszeniu żywym
706

O nieba! — co ja przeczuwam? — co to będzie, Boże!

KALB

707

Łaskawa pani jest trochę échauffée[68].

LADY

708

Tym mniej będzie udania. — Hura, panie marszałku nadworny! — miejsce jest do zajęcia. Wyborna pora dla swatów. Marszałek wątpliwym wzrokiem list przeglądając. Czytaj go, czytaj — ja chcę, żeby treść znano, nie tylko we cztery oczy.

KALB

czyta; tymczasem w głębi sceny zbiera się służba Milady
709

Najłaskawszy panie!

710

Ugoda, którą tak lekkomyślnie zerwałeś, dłużej mnie obowiązywać nie może. Szczęście twojego kraju było warunkiem mojej miłości. Trzy lata trwało oszukanie. Zawiązka spada mi z oczu i nienawidzić muszę te łaski, po których łzy twoich poddanych kroplami spadają. Daruj miłość, której ja podzielać nie mogę, płaczącemu krajowi twemu — i od angielskiej księżniczki ucz się litości nad niemieckim ludem twoim. Za godzinę przejadę granicę.

Joanna Norfolk.

WSZYSCY SŁUŻĄCY

711

Granice?

KALB

przestraszony kładzie list na stole
712

Niechaj mnie niebo strzeże, moja droga i łaskawa pani! — Poseł musiałby tak mało dbać o głowę, jak ta, co ten list pisała.

LADY

713

W tym twoja rzecz, mój złoty chłopczyku! Wiem, niestety! że ty i tobie podobni, duszą się przy powtarzaniu tego, co drudzy zdziałali — ale moja rada była, by zawinąć list w pasztet zwierzyny — Serenissimus znajdzie go na półmisku.

KALB

714

Ciel[69] taka zuchwałość — rozważ tylko, Milady, pomyśl, w jak wielką wpadniesz niełaskę.

LADY

do służby
715

Przerażeni jesteście, dobrzy ludzie moi, czekacie, jak się rozwiąże cała zagadka. Zbliżcie się do mnie, moi kochani! — Służyliście mi szczerze i poczciwie, więcej patrząc na oczy moje, jak na mój worek. Posłuszeństwo było waszą namiętnością, moja łaska waszą dumą. Smutny to los, że pamiątka wierności waszej jest razem wspomnieniem poniżenia mego — że moje dnie najczarniejsze dla was najszczęśliwszymi były! Ze łzami. Uwalniam was, dzieci moje! Nie ma już Lady Milford, a Joanna Norfolk za uboga, ażeby mogła długi płacić. Mój skarbnik niech całą szkatułkę pomiędzy was rozda. Pałac ten zostanie księciu — najuboższy z was odejdzie stąd bogatszym od swojej pani. Wszyscy ze szczerym uczuciem całują jej ręce. Rozumiem was, moi dobrzy ludzie! — Bądźcie mi zdrowi, bądźcie mi zdrowi na zawsze. Już słyszę powóz zajeżdżający. Chce wychodzić, marszałek zastępuje jej drogę. Biedny człowieku! Czy jeszcze tu jesteś?

KALB

który cały czas z podziwieniem najwyższej ograniczoności na list Lady spoziera
716

I list ten mam oddać do własnych wspaniałych rąk najjaśniejszego pana?

LADY

717

Biedny człowieku! Do własnych wspaniałych rąk i dodasz jeszcze własnym wspaniałym uszom, że ja nie mogąc pieszo do Loretty wędrować, zarabiać będę codzienną pracą na życie, żeby się oczyścić z tego wstydu, żem nad nim panowała.

Odchodzi, wszyscy za nią w poruszeniu.

AKT V

Zmrok. — Pokój Millera.

SCENA I

W ciemnym kącie pokoju Ludwika niema, nieruchoma, głowę swoją na ramieniu oparła. Po niejakiej chwili wchodzi Miller z latarnią — szuka po całym pokoju, nie postrzegając córki — na koniec stawia latarnię i zdejmuje kapelusz.

MILLER

718

I tu jej nie ma! I tam nie znalazłem. Przebiegłem wszystkie ulice — byłem u znajomych, w każdej się bramie pytałem — i nikt mojego dziecka nie widział. Po chwili. Cierpliwości, biedny, nieszczęśliwy człowieku! Poczekaj do ranka, a może twoja jedynaczka na brzeg wypłynie. Boże, Boże! Serce moje bałwochwalczo do dziecka się przywiązało — ale ty karzesz surowo. Nie będę narzekać, nie będę szemrać, ojcze niebieski! Ale ty karzesz surowo.

Pełen troski rzuca się na krzesło.

LUDWIKA

nie ruszając się z miejsca
719

Masz słuszność, biedny starcze, że się zawczasu do straty gotujesz.

MILLER

ze skokiem powstając
720

Jesteś tu, moje dziecię? Tu jesteś? — ale dlaczegóż samotnie i bez światła?

LUDWIKA

721

Samotną nie jestem — gdy wokoło ciemność mnie otoczy, najprzyjemniejsze wtenczas miewam odwiedziny.

MILLER

722

Bóg niechaj cię strzeże! — robak tylko sumienia za sowami pełza. Grzesznicy i złe duchy światła się lękają.

LUDWIKA

723

I wieczność, która wtenczas, ojcze, bez pośrednika z duszą rozmawia.

MILLER

724

Dziecię, dziecię! — jaka to jest mowa?

LUDWIKA

wstaje i zbliża się ku ojcu
725

Ty wiesz, ojcze! Ja w strasznej walce zwyciężyłam. Bóg dał siłę — i walka skończona. Ojcze! Płeć naszą zwykli wiotką i słabą nazywać — nie wierz im. Przed pająkiem, prawda, dreszcz wstrząsa nam ciało — ale czarnego potwora zgnilizny ze śmiechem ściskamy w objęciach naszych! — To dla wiadomości, bo dziś ojcze wesołą jest twoja Ludwika.

MILLER

726

Słuchaj córko — ja bym wolał — mnie by milej było — gdybyś ty jęczała.

LUDWIKA

727

Jak ja oszukam, jak ja podejdę tyrana. Miłość jest śmielsza, chytrzejsza od złości — nie wiedział o tym ten człowiek ze smutną gwiazdą na piersiach — domyślni oni, dopóki z głową do czynienia, ale skoro się z sercem zadadzą, tracą rozum złoczyńcy. Przysięgą chciał kłamstwo swoje zabezpieczyć. — Przysięga, ojcze, wiąże żyjących, ale przy śmierci żelazny nawet łańcuch Sakramentu musi się rozpryskać. Ferdynand pozna Ludwikę swoją. Mój ojcze, chcesz być tak dobrym i ten list doręczyć?

MILLER

728

Do kogo, córko moja?

LUDWIKA

729

Dziwne pytanie! Nieskończoność i serce moje nie mają dosyć miejsca na jedną tylko myśl o nim — do kogóż bym innego pisać miała?

MILLER

z niespokojnością
730

ListSłuchaj, Ludwiko — ja list ten otworzę.

LUDWIKA

731

Jak zechcesz, ojcze! — ale go nie zrozumiesz, głoski tam leżą jak trupy i tylko żyją dla oczu miłości.

MILLER

czyta
732

Oszukany jesteś, Ferdynandzie! Zbrodnia bezprzykładna rozdarła związek serc naszych, ale przysięga straszna kazała zamilknąć ustom moim i ojciec twój szpiegów wszędzie rozstawił: ale jeżeli masz odwagę, mój kochanku — ja znam trzecie miejsce, gdzie przysięga nie obowiązuje i nikt nie podsłucha.

Miller zatrzymuje się i spoziera na trwarz Ludwiki.

LUDWIKA

733

Dlaczego na mnie spozierasz — doczytaj wszystkiego, mój ojcze!

MILLER

czytając dalej
734

— Ale odwagę mieć musisz, żeby kroczyć po ciemnej drodze, gdzie ci tylko Bóg i twoja Ludwika przyświecać będą. Przyjdź samą tylko miłością przejęty, wszystkie nadzieje, wszystkie żądze burzliwe zostaw za sobą — serce tylko przynieś. Jeżeli chcesz — za uderzeniem dwunastej godziny czekam cię na wieży karmelitańskiego kościoła — ale jeśli bojaźń cię przejmie — wymaż słowo „mocny” płci twojej nadane — bo cię słaba dziewczyna zawstydzi. Miller kładzie list, spoziera bolesnym i osłupiałym wzrokiem przed siebie, a potem cichym dodaje głosem. — Gdzie to trzecie miejsce, córko?…

LUDWIKA

735

Nie znasz go? Istotnie nie znasz, mój ojcze! Dziwna rzecz — ręką go można namacać — Ferdynand znajdzie.

MILLER

736

Hum! — mów wyraźniej.

LUDWIKA

737

GróbNie znam na to pięknego słowa — ale nie strasz się, ojcze, gdy ci okropne wymienię. To trzecie miejsce — o, czemu miłość nazwy nie znalazła — ona by piękniejsze wyszukała imię — To trzecie miejsce, mój dobry ojcze! — pozwól mi wymówić — to trzecie miejsce — jest grób.

MILLER

upadając na krzesło
738

O mój Boże!

LUDWIKA

bierząc do niego
739

ŚmierćOch! Nie, mój ojcze! To przestrach tylko w słowie się gnieżdżący — odrzuć to słowo — a oczom twoim on się okaże, jak łoże ślubne, gdzie ranek swój złoty dywan rozściela — a wiosna sieje różnofarbne kwiaty. Grzesznik tylko jęczący w kościotrupie śmierć odmalował. Śmierć jest pięknym, pełnym wdzięków, kwitnącym chłopczykiem, do bożka miłości podobnym — nie tyle tylko zdradliwym. Cichy, usłużny geniusz, on duszy zmordowanego pielgrzyma podaje ramie uprzejme, przez grobowiec czasu przeprowadza. — Wiecznej szczęśliwości otwiera pałac czarowny — zaprasza tam przyjaźnie i znika potem.

MILLER

740

Co ty myślisz, córko! Zabójczą rękę chcesz podnieść na siebie.

LUDWIKA

741

Nie tak mów, mój ojcze! Samobójstwo, GrzechJa chcę towarzystwo porzucić, gdzie mi niedobrze — przeskoczyć do kraju, za którym tęsknię — i jestże to grzechem?

MILLER

742

Samobójstwo jest najstraszniejszym grzechem, moje dziecię! Jedynym grzechem, którego żałować nie można — bo zbrodnia i śmierć razem zapadają.

LUDWIKA

743

Okropnie! — ale tak się nie stanie — ja wskoczę do wody, mój ojcze — i na dnie przed śmiercią będę Boga wszechmocnego błagać o miłosierdzie.

MILLER

744

Złodziejstwa więc będziesz żałować, skoro twoją kradzież w bezpiecznym miejscu ukryjesz. Córko, córko! Nie naigrawaj się z Boga wtenczas, gdy jego pomoc najwięcej ci potrzebna — zapomniałaś modłów i miłosierny rękę swoją odciągnął od ciebie.

LUDWIKA

745

Jestże miłość zbrodnią, mój ojcze?

MILLER

746

Boga miłując — aż do występku kochać nie będziesz. Głęboko, moja jedyna, pochyliłaś głowę ojca — głęboko i może aż do grobu pochyliłaś. Ale nie chcę na twoje serce większego zwalać ciężaru. Córko, mówiłem do siebie, przed niedawną chwilą — myślałem, że sam jestem — ty słyszałaś i czemuż bym miał dłużej ukrywać? Ojciec, Córka, ObowiązekByłaś moim bożyszczem — słuchaj Ludwiko! Jeżeli masz jeszcze miejsce na uczucia dla ojca twego — ty mi jesteś wszystkim — nie twojej więc własności się zrzekasz z sobą — i ja wszystko utracę. Patrzaj, włos mój siwieć zaczyna; czas nadchodzi, gdzie ojciec odbiera wypłatę kapitałów, w sercu dziecięcia złożonych. Chceszże mnie oszukać, Ludwiko, i z całym majątkiem moim opuszczać ojca starego?

LUDWIKA

całując jego ręce
747

Nie — ojcze! Ja z tego świata jak wielka twoja dłużniczka odchodzę — i w wieczności wszystko z lichwą[70] ci wypłacę.

MILLER

748

Strzeż się, strzeż się, dziecię moje! Żebyś się w rachubie nie pomyliła. Uroczyście Pomyśl: czy my się tam znajdziemy? Patrz — jak zbladłaś. Moja Ludwiko! rzecz prosta, ja cię na tamtym świecie nie dogonię, bo ty wcześniej odchodzisz.

Ludwika upada w ojca objęcie — on ją przyciska do piersi i mówi potem smutnym głosem.
749

O, córko, córko nieszczęśliwa, córko, może już na zawsze stracona — pamiętaj na słowa ojcowskie. Ja cię upilnować nie mogę — nóż ci odbiorę, ty się igłą zabijesz — ustrzegę cię od trucizny, ty się zadusisz sznurkiem korali — przestrzec cię tylko, napomnieć jeszcze mogę. Ludwiko, Ludwiko! Chceszże przyjść do tego, że twój niewierny obraz zwodniczy na strasznym moście między czasem i wiecznością ucieknie od ciebie? Będzieszże mieć odwagę z kłamstwem przychodzić do tronu przedwiecznego i winnymi oczyma szukając lalki twojej śmiertelnej, wołać do Boga: przez ciebie, Stwórco, tutaj zachodzę? A gdy jeszcze ten znikomy bożek marzenia twojego, robak jak ty, u nóg sędziego kłamstwo zada bezbożnej pewności twojej — gdy twoje nadzieje zwiedzione odeśle do wiecznego miłosierdzia, którego dla siebie zaledwie wyżebrać zdolny — co poczniesz wtenczas — co poczniesz, nieszczęśliwa? Obejmuje ją silniej — patrzy przenikliwie i bezprzytomny na jej lica, potem opuszcza ją gwałtownie. Już nic więcej nie wiem. — Z wzniesioną ręką. Nie odpowiadam ci za tę duszę, sędzio najwyższy! Rób, co chcesz, córko, nieś ofiarę smukłemu młodzieńcowi twemu, na radość piekła, na strapienie aniołów twoich. Ruszaj — zabierz wszystkie grzechy twoje, przyłóż ten ostatni, najstraszniejszy — a gdy jeszcze ciężar będzie za mały, dołącz do wagi przekleństwo moje. Oto jest nóż — przebij serce twoje, łkając od płaczu i serce ojca twego.

LUDWIKA

spiesząc do niego
750

Wstrzymaj się, wstrzymaj, mój ojcze! Czułość okrutniej jeszcze zmusza, jak wściekłość tyrana. — Co ja pocznę? — Co ja mogę? — Co ja mam uczynić?

MILLER

751

Jeżeli pocałunki majora więcej cię palą, jak łzy ojca twojego — umieraj.

LUDWIKA

po chwili męczącej walki z sobą
752

Ojcze! oto masz rękę! ja — Boże, Boże! Co ja robię? Co ja myślę? Ojcze! Przysięgam — biada mi, biada! Występna, gdziekolwiek się zwrócę! Ale niech tak będzie. Ferdynandzie, Bóg patrzy na nas! — Oto niszczę ostatnią o nim pamiątkę.

Drze list.

MILLER

uradowany ściska ją serdecznie
753

Teraz jesteś córką moją! Patrz mi w oczy — pozbywasz się kochanka, za to ojca szczęśliwym czynisz. Śmiejąc się i płacząc. Dziecię, dziecię, ani jednego dnia w moim życiu ja ciebie godny nie byłem — Bóg wie jakim sposobem, mnie, złemu człowiekowi, dostał się anioł taki! Moja Ludwiko, moje niebiosa! Mało ja znam, co to kochanie; ale pojmuję męczarnie tego, kto kochać już przestał.

LUDWIKA

754

Tylko precz z tego miasta, z tej okolicy, mój ojcze, gdzie moje towarzyszki naigrawać się ze mnie mogą, gdzie moje dobre imię stracone na zawsze. Och! Precz, precz od miejsca, gdzie przeszłej szczęśliwości pamiątki silnie do mnie przemawiać będą. Och! Prędzej, jeżeli to podobna[71].

MILLER

755

Muzyka, Smutek, ŻebrakGdzie tylko zechcesz, córko moja! Chleb pański wszędzie rośnie i wszędzie znajdą się uszy, żeby moją skrzypkę uczcić. O! Choćbym wszystko utracił — ja twój smutek do lutni zawołam; zaśpiewam piosenkę o córce, która własne serce rozdarła, by ojca uszanować — i z piosenką ode drzwi do drzwi żebrać będziemy — a z rąk ludzi rozrzewnionych lepiej nam jałmużna smakować będzie.

SCENA II

Ferdynand, Poprzedzający.

LUDWIKA

postrzegłszy go, rzuca się z przestrachem na szyję ojca
756

Boże! On tu — zgubiona jestem!

MILLER

757

Kto? — gdzie?

LUDWIKA

z odwróconą twarzą wskazując ręką majora
758

On sam! — patrz za siebie, ojcze! — przyszedł mnie zamordować!

MILLER

postrzegając majora cofa się
759

Co? — wy tu, baronie?

FERDYNAND

zbliia się powoli, staje naprzeciw Ludwiki i przenikliwy wzrok w nią zatapia
760

Sumienie przerażone! Dziękuję! Twoje wyznanie jest straszne, ale prędkie i pewne oszczędza mi męczarnie. — Dobry wieczór ci, Millerze!

MILLER

761

Na imię Boga, czego żądasz, baronie? Co cię tu sprowadza? Co znaczy ten napad?

FERDYNAND

762

Był czas, pamiętam, gdy dzień na sekundy rozdrabniano; gdzie tęsknota za mną czepiała się wag leniwego zegara i czyhała na uderzenie pulsu, gdy ja się miałem ukazać. Jakimże sposobem dzisiaj was przerażam?

MILLER

763

Odejdź, odejdź, baronie! — jeżeli iskra ludzkości[72] w twoim sercu została, jeżeli zamordować nie chcesz tej, którą kochać udawałeś — uciekaj, jednej chwili nie przebywaj tutaj. Szczęście znikło z chaty mojej, od pory, jakeś w niej nogę postawił. Zawołałeś nędzę pod tę strzechę, gdzie tylko radość gościła. Jeszczeż ci nie dosyć? Czy chcesz rozdzierać ranę, którą twoja znajomość memu jedynemu dziecku zadała!

FERDYNAND

764

Szczególny człowieku! Właśnie przychodzę coś pocieszającego córce twojej powiedzieć.

MILLER

765

Zapewne nowe nadzieje do nowej rozpaczy. Idź, posłanniku nieszczęścia — rysy twoje towar zdradzają.

FERDYNAND

766

Przyszło na koniec spełnienie moich nadziei! Lady Milford, najstraszniejsza przeszkoda naszej miłości, tej chwili kraj opuściła. Ojciec wybór mój przyjmuje. Los więc przestał nas ścigać i gwiazdy szczęśliwe nad nami wschodzą. Przyszedłem słowa dotrzymać i moją narzeczoną zaprowadzić do ołtarza.

MILLER

767

Słyszysz go córko? Słyszysz, jak się naigrawa z twoich nadziei zwiedzionych. W istocie, baronie! Pięknie przystało zwodzicielowi ostrzyć swój dowcip na własnym występku.

FERDYNAND

768

ListMyślisz, że żartuję? Na mój honor, nie. Co mówię, jest tak prawdziwym, jak prawdziwa miłość mojej Ludwiki, i święcie dotrzymam — jak ona przysiąg swoich dotrzymała. Nie znam większego zaklęcia — wątpiszże jeszcze? Dziwna rzecz! — Kłamstwo w tym domu musi być kursującą monetą, kiedy prawda tak mało wiary znajduje. Nie wierzycie słowom moim, wierzcie więc świadectwu na piśmie.

Ciska na Ludwikę list jej do Kalba.

LUDWIKA

rozwija papier i pada na krzesło z twarzą pobladłą

MILLER

nie postrzegając Ludwiki do majora
769

Co to znaczy, baronie? — ja cię nie rozumiem.

FERDYNAND

prowadząc go do Ludwiki
770

Ale ona dobrze mnie zrozumiała.

MILLER

rzucając się na nią
771

Boże! Córko moja!

FERDYNAND

772

Blada jak śmierć! — teraz dopiero podoba mi się córka twoja! Tak piękną jeszcze nie była ta pobożna, poczciwa córka twoja — z tą trupią twarzą. Tchnienie sądu ostatecznego, co zedrze powłokę z każdego kłamstwa, zdmuchnęło z jej twarzy farbę, którą by kuglarka aniołów nawet światła oszukać mogła. To jej twarz najpiękniejsza — to jest twarz prawdziwa — pozwól, niech pocałuję.

Idzie do niej.

MILLER

wstrzymując
773

Precz, precz — nie tykaj ojcowskiego dziecka. Od twoich pieszczot ochronić jej nie mogłem, ale od zniewag zasłonię.

FERDYNAND

774

Czego chcesz tu głowo siwa! z tobą nic nie mam do czynienia, nie mieszaj się do gry zupełnie straconej — albo możeś ty mędrszy, niżeli mi się zdawało — możeś roztropność sześciudziesiąt lat twoich do romansu córki twojej wynajął i włos twój siwy rzemiosłem skalał hańbiącym. O! Jeśli tak nie jest — nieszczęśliwy, stary człowiecze, pochyl głowę i umieraj — jeszcze wsłodkim zaśniesz złudzeniu, że byłeś ojcem szczęśliwym. Chwila później — a strącisz jadowitą jaszczurkę do jej piekielnej ojczyzny, przeklinać będziesz dar i dawcę i z bluźnierstwem Boga zstąpisz do grobu. Do Ludwiki. Powiedz, nieszczęśliwa! Pisałaś list ten?

MILLER

napominając córkę
775

Na Boga, córko! Nie zapominaj, nie zapominaj.

LUDWIKA

776

O! Ten list, mój ojcze!

FERDYNAND

777

Szkoda, że nie we właściwe wpadł ręce? Pochwalony niech będzie przypadek; większe on zdziałał rzeczy niżeli rozum szperający — i więcej się na tym dniu przyda, niżeli dowcip uczonych. Co mówię — przypadek? O! Opatrzność, która czuwa nad wróblem padającym, czemuż by szatanowi nie miała zdjąć maski? — Odpowiedzi czekam — pisałaś ten list?

MILLER

778

Stałości, córko moja! — jeszcze jedno tak a wszystko zwyciężone.

FERDYNAND

779

Wybornie, wybornie! Ojciec oszukany — wszyscy oszukani. Patrzcie tylko na nią — oto stoi zhańbiona, język jej nawet wypowiada posłuszeństwa do ostatniego kłamstwa. Przysiąż na Boga, na strasznego i sprawiedliwego Boga — czy pisałaś ten list?

LUDWIKA

po długiej walce
780

Pisałam.

FERDYNAND

przerażony
781

Ludwiko! — nie — na byt duszy mojej, ty kłamiesz. Na łożu tortur niewinność nawet przyznaje się do występku, którego nigdy nie popełniła. Ja cię porywczo pytałem — nieprawdaż Ludwiko, wyznałaś bom cię pytał porywczo?

LUDWIKA

782

Wyznałam prawdę.

FERDYNAND

783

Nie, powiadam — nie! nie! — tyś go nie pisała. To nie twoja ręka — a gdyby nawet tak było, czyż trudniej rękę naśladować, jak serca zabijać? KłamstwoMów prawdę, Ludwiko! — albo nie, nie! — nie mów jej; mogłabyś domysł potwierdzić i mnie zgubić na wieki. Kłamstwa, kłamstwa wyszukaj! — O, gdybyś znała jakie i anielską twarzą mogła wymówić — tylko uszy i oczy przekonać, choćby serce oszukać. O, gdybyś mogła, Ludwiko! Niech prawda natenczas w tym jednym oddechu ze świata ucieka — niech dobra sprawa uporny kark swój do dworskiego schyla ukłonu. — Pisałaś ten list?

LUDWIKA

784

Przez Boga, przez strasznego i sprawiedliwego Boga — pisałam.

FERDYNAND

po chwili z wyrazem najżywszej boleści
785

Kobieto! Kobieto! Z tą twarzą, w której stoisz przede mną, gdybyś raje rozdawała, w krainie nawet potępienia nie znajdziesz nabywcy. Wiesz ty, czymeś mi była, Ludwiko? Niepodobieństwo — nie, ty nie wiesz, żeś mi wszystkim była. Wszystkim! Nędzne i ubogie słowo — a wieczność zaledwie obejść go zdoła. W tym słowie biegi światów kończą drogę swoją. Wszystkim! I tak zuchwale grać z tym wielkim słowem? — okropnie!

LUDWIKA

786

Masz moje wyznanie, panie Walterze. Potępiłam siebie — idź więc, opuść ten dom, gdzie tyle nieszczęścia doznałeś.

FERDYNAND

787

Dobrze! Dobrze! — Już jestem spokojny. Mówią, że i kraj spokojny, po którym przeszła zaraza — taki ja spokojny! Po chwili. Jeszcze jedna prośba, Ludwiko — ostatnia! Głowę moją pali gorączka — trzeba mi ochłody. Przyrządź mi, jeżeli wola, szklankę limonady.

Ludwika odchodzi.

SCENA III

Ferdynand i Miller.
Obaj po dwóch stronach izby przechadzają się czas niejaki, nie mówiąc i słowa.

MILLER

zatrzymuje się i smutnie spogląda na majora
788

Kochany baronie! — jeżeli to smutku może ci umniejszyć, to wierz, że cię szczerze żałuję.

FERDYNAND

789

Zostaw to — Millerze! Znowu się przechadza. Millerze! Zaledwie pomnę[73], jak ja do domu twego wszedłem. Z jakiego to powodu?

MILLER

790

Jakto, panie majorze? Chciałeś brać lekcje na flecie — czy już nie pamiętasz?

FERDYNAND

791

Obaczyłem córkę twoją! Po chwili. Nie dotrzymałeś mi słowa, przyjacielu! Ułożyliśmy się o spokój w moich samotnych godzinach — tyś mnie oszukał i przedał jaszczurkę. Nie przerażaj się, starcze! Wzruszony wiesza mu się na szyi. Ty nic nie wiesz!

MILLER

ocierając łzy
792

Bóg świadkiem wszechmogący!

FERDYNAND

przechadzając się
793

Dziwnie, niepojęcie gra z nami przedwieczny! Na cienkich niedojrzanych niciach straszne ciężary zawiesza. — Gdyby człowiek wiedział, że z tym jabłkiem truciznę pożywa. — Hum! Gdyby wiedział? W żywym poruszeniu bierze za rękę Millera. Człowieku! Ja ci za drogo flet twój zapłaciłem — a tyś nic nie zyskał — a może wszystko utracił. Odchodząc od niego. Nieszczęśliwe granie na flecie, bogdaj by mi nigdy do głowy nie przyszło.

MILLER

starając się ukryć swoje wzruszenie
794

Limonada za długo bawi[74]. Pójdę obaczyć, jeżeli mi za złe nie weźmiesz.

FERDYNAND

795

To nie spieszy, kochany Millerze! Do siebie. Ojcu przynajmniej nie spieszy. Głośno. Zostań: coś jeszcze miałem cię zapylać? — Ha! — Czy Ludwika jest twoim jedynym dziecięciem? Nie masz innych?

MILLER

796

Nie mam innych, baronie! — i nie chcę mieć innych. Dziewczyna całe serce ojcowskie zabrała. — Co mogę mieć miłości, to jej dałem wszystko.

FERDYNAND

797

Ha! — obacz poczciwy Millerze, czy napój gotowy.

SCENA IV

Ferdynand sam.
798

Dziecko jedyne! Czujesz to, zabójco? Jedyne, słyszysz? Jedyne dziecko, zabójco! — i człek biedny na tym świecie nic nie posiada, tylko skrzypce i swoją jedynaczkę. Chcesz ją zabrać, ukraść ostatni grosz żebraka — połamać szczudła i pod nogi rzucić kulawemu? I na toż serce moje pozwoli? A gdy przybieży i niespodzianie wszystkie swoje uciechy obaczy spadające z twarzy dziecięcia, wejdzie — a ona leży — kwiat zwiędły, umarły! Zdeptana jedyna — ostatnia nadzieja. Ha! I staje przed nią, i cała natura oddech mu wstrzymuje, i oko jego na próżno przebiega całą bezludną nieskończoność, Boga wzywa i Boga znaleźć nie może. — I mój ojciec jedynego tylko ma syna — jedynego syna — ale nie jedyne bogactwo. Po chwili. Cóż on straci? Dziewczyna, dla której najświętsze uczucia miłości igraszką tylko były, czyż może ojca uszczęśliwić? Nie! Nie! I mnie się nagroda należy, że depczę jaszczurkę, nim się z żądłem porwie na ojca.

SCENA V

Miller i Ferdynand.

MILLER

799

Natychmiast podadzą ci, baronie! Ot tam siedzi biedna dziewczyna i na śmierć się zapłacze. Z limonadą łzy ci swoje przyniesie!

FERDYNAND

800

Gdyby tylko łzy przyniosła! Ale ponieważ o muzyce mówić zaczęliśmy, Millerze! Dobywając kieski. — Przypominam sobie, że ci dłużny jestem!

MILLER

801

Co? Jak to? — daj pokój, baronie! Za kogo mnie trzymasz? Pieniądz mój w dobrym ręku. Nie rób mi wstydu — mam ufność w Bogu, że się nie ostatni raz widzimy.

FERDYNAND

802

Kto może wiedzieć? — Zabierz, Millerze — idzie o śmierć i życie.

MILLER

śmiejąc się
803

O! Jeżeli dla tego, baronie! to z tobą można ważyć bezpiecznie.

FERDYNAND

804

Ważyłbyś w istocie — czyżeś nie słyszał, że młodzieńce umierają — że umierają młodzieńce i dziewice, dzieci nadziei, zamki na lodzie zwiedzionych rodziców. Czego starość i robak nie dogryzie — obala piorun czasami. I twoja Ludwika śmiertelna.

MILLER

805

Mam ją od Boga!

FERDYNAND

806

Słuchaj — ja ci powiadam, że ona śmiertelna. Ta córka jest ci okiem w głowie; sercem się i duszą do niej przywiązałeś. Bądź ostrożny, Millerze! Rozpaczający gracz tylko na jedną kartę stawia swoje wszystko. — Szalonym jest kupiec, który na jeden okręt cały majątek ładuje. Pamiętaj na moją przestrogę. Ale dlaczego nie bierzesz twoich pieniędzy?

MILLER

807

Jak to, panie? — ta cała potężna kiesa? Co myślisz, baronie?

FERDYNAND

808

O moim długu. Rzuca worek na stół, tak że sztuki złota wylatują. Przecież go całe życie zatrzymać nie mogę.

MILLER

809

BogactwoCo to jest? Na Boga, to nie srebra dźwięk. Zbliża się do stołu. Na wszystkich świętych, baronie! Co się tobie stało? Co robisz? Może roztargnienie. — Oto leży — albo chyba czary! Dalibóg, to gotowe, żółte i wcielone złoto. Nie, szatanie! W sidła mnie nie złowisz!

FERDYNAND

810

Czyś ze starej, czy z nowej pociągnął butelki?

MILLER

811

Grzmoty i pioruny — patrzajże, majorze! Złoto!

FERDYNAND

812

I cóż więcej?

MILLER

813

Do kata! — ja mówię w imię Chrystusa Boga — złoto!

FERDYNAND

814

I cóż w tym dziwnego.

MILLER

po chwili zbliżając się do majora
815

Łaskawy panie! Jeżeli mnie do niegodziwego czynu chcesz użyć, wiedz, że jestem uczciwym, prawym człowiekiem — tak wiele złota, Bóg wie, dobrem się nie zarabia.

PieniądzFERDYNAND

816

Bądź spokojny, kochany Millerze — pieniądz ten zarobiłeś i Bóg niech zachowa, żebym sumienie twoje miał brać za zapłatę.

MILLER

skacząc w górę
817

Moje więc, z Boga wolą i pozwoleniem do mnie należy, Idąc do drzwi i krzycząc. Żono, córko — chodźcie tu — Wiktoria. — Ale Boże dobry, jakże ja przyszedłem do tego bogactwa, jak ja zasłużyłem, jak się wypłacę — he?

FERDYNAND

818

Nie lekcjami muzyki, Millerze! Pieniędzmi tymi płacę ci — przerażony urywa płacę ci — po chwili z boleścią trzymiesięczny sen o córce twojej.

MILLER

porywając go za rękę
819

Łaskawy panie! — gdybyś ty biednym, nędznym był mieszczaninem — a moja dziewka kochać cię nie chciała — przebiłbym ją — ale patrząc na pieniądze ja mam teraz wszystko, a tobie nic nie zostaje i z tym cała moja radość znika. — Co?

FERDYNAND

820

Pieniądz, ŚmierćNiech cię to nie obchodzi, przyjacielu — ja odjeżdżam do kraju, gdzie ta moneta nie kursuje.

MILLER

ciągle w pieniądze mając wzrok wlepiony
821

Niech więc będą moje — boli mnie tylko, że ty, panie, odjeżdżasz. Poczekaj, jak ja to teraz występować będę, jak pyski nadmę — nakłada kapelusz i pompatycznie przechadza się. Na wielkim placu naprzód na skrzypcach przegrywam, numer piąty drei-kenigu[75] palę — a niech mnie diabeł porwie, jeżeli kiedy na trzygroszowym targowisku usiędę.

Chce odchodzić.

FERDYNAND

822

Zostań tu, milcz i schowaj pieniądze. Ten wieczór tylko nie odzywaj się — dla mojej przyjemności zaniechaj na zawsze godzin twojej muzyki.

MILLER

z większym jeszcze zapałem trzymając go za kamizelkę
823

Panie! A moja córka? — Pieniądze człowieka bogatym nie robią — nie — ja kartofle pożywałem albo dziką ptaszynę, aby być sytym, ten surdut zawsze dobry, byle słoneczko pana Boga przez łokcie nie wejrzało — dla mnie to terefere. Ale dziewczyna musi mieć wszystkiego pod dostatkiem; z oczu jej wyczytam — natychmiast dostarczę.

FERDYNAND

824

Cicho — o cicho!

MILLER

825

I po francusku z reguł uczyć się będzie i menueta tańcować i śpiewać — tak, że aż w dziennikach o niej napiszą. Na głowie musi mieć piękny czypeczek, jak pani konsyliarzowa[76] i kidebari[77] — czy jak je nazywają — słuchaj — o córce muzykanta na cztery mile wokoło będzie co rozpowiadać.

FERDYNAND

porywając go za rękę i głosem przerażającym
826

Nic więcej — nic więcej. Na Boga, milcz, cicho. — Dzisiaj tylko bądź cicho. — To jedyne zawdzięczenie, jakiego żądam od ciebie.

SCENA VI

Ludwika niosąc limonadę i Poprzedzający.

LUDWIKA

z wypłakanymi oczami i drżącym głosem podając na tacy limonadę majorowi
827

Jeżeli niemocna — rozkażesz panie!

FERDYNAND

bierze szklankę, stawia na stole i obraca się do Millera
828

Prawie bym zapomniał — czy mogę cię Millerze, o jedną rzecz prosić — zrobisz mi maleńką usługę?

MILLER

829

Tysiąc, nie jedną! Co rozkażesz?

FERDYNAND

830

Będą mnie czekać przy stole — na nieszczęście w złym jestem humorze i niepodobna by mi było między ludzi wchodzić. Pójdź do ojca mego i wytłumacz mnie.

LUDWIKA

przerażona
831

Ja pójść mogę.

MILLER

832

Do prezydenta?

FERDYNAND

833

Nie do niego samego — powiesz w przedpokoju lokajowi. Na znak oto jest mój zegarek. Znajdziesz mnie za powrotem — zaczekaj tylko na odpowiedź.

LUDWIKA

z niespokojnością
834

Czy ja niemogłabym zastąpić.

FERDYNAND

do Millera
835

Czekaj! — jeszcze jedno. Tego wieczora list zapieczętowany przyszedł do mego ojca. — Może ważne sprawy.

Dając mu list.

MILLER

836

Dobrze, dobrze, baronie!

LUDWIKA

czepiając się ojca
837

Ale mój ojcze! — ja bym mogła to wszystko uczynić.

MILLER

838

Ciemną noc mamy — a ty sama, moja córko!

Odchodzi.

FERDYNAND

839

Poświeć ojcu, Ludwiko! Ludwika ze światłem odprowadza Millera, Ferdynand zbliża się do stołu i do limonady wsypuję truciznę. Musi, musi! Nadziemska potęga straszliwe tak z góry wymawia; zemsta nieba podpisuje, jej dobry anioł opuszcza ją.

SCENA VII

Ferdynand i Ludwika.
Ludwika wolnym krokiem powraca, stawia światło na stole i siada na stronie przeciwnej od majora z twarzą w ziemię spuszczoną. Kiedy niekiedy nieśmiało i ukradkiem spoziera na niego. Ferdynand wzrokiem obłąkanym patrzy w jeden punkt przed siebie.
Długie milczenie.

LUDWIKA

840

Czy chcesz mi towarzyszyć, panie Walterze, na fortepianie? Otwiera pantalon, Ferdynand nie daje żadnej odpowiedzi. Winieneś mi rewanż w szachy. Czy chcesz grać, panie Walterze? Żadnej odpowiedzi. Panie Walterze! Puliares[78], który mu wyhaftować obiecałam, już jest zaczęty. Może wola deseń zobaczyć? — Żadnej odpowiedzi O, jakże nędzną jestem!

FERDYNAND

841

To może być prawdą.

LUDWIKA

842

Nie moja w tym wina, że cię, panie Walterze, tak źle zabawiam.

FERDYNAND

ze śmiechem szyderczym
843

Zapewne, nie w tobie wina mojej lękliwej nieśmiałości.

LUDWIKA

844

Wiedziałam dobrze, że się razem znajdować nie możemy — i dlatego strach mnie przejął, gdyście ojca wysłali, panie Walterze! Zdaje mi się, że chwila ta dla nas obojga jest nieznośną. Jeżeli mi pozwolisz, zaproszę kilka towarzyszek moich.

FERDYNAND

845

Bardzo dobrze — a ja kilku moich towarzyszy sprowadzę.

LUDWIKA

patrząc na niego z zdziwieniem
846

Panie Walterze!

FERDYNAND

847

Na honor! To jest najwyborniejszy pomysł człowieka będącego w podobnym położeniu. Z tego tęsknego duetu zrobimy wieczór wesoły i w uciechach lubieżnych mścić się będziemy kaprysów miłości.

LUDWIKA

848

W dobrym humorze jesteś, panie Walterze.

FERDYNAND

849

W wybornym — mógłbym wszystkich chłopców za sobą pędzić po ulicy. Wsamej rzeczy, Ludwiko, twój przykład mnie nauczył — i odtąd będziesz moją przewodniczką. Głupi tylko gada o wiecznej miłości. Ciągła jednostajność nudzi — zmiana zaś jest perłą wszystkich przyjemności. Hej, Ludwiko! zgoda z tobą. Skakać będziemy od miłości do miłości — z błota w błoto się tarzać. Ja tu, ty tam — kiedyś straconą spokojność znajdziemy w domu uciechy. Może wtenczas po długiej na wyścig rozpuście, zdybiemy się niespodzianie, dwa wywiędłe szkielety, i znowu się poznamy z familijnych rysów, wspólnych dzieciom tej matki. Hańba i przesyt może ułożą w nas tę harmonię, której najczulsza niegdyś miłość utrzymać nie mogła.

LUDWIKA

850

Młodzieńcze! Młodzieńcze, nieszczęśliwym jesteś, chceszże jeszcze na nieszczęście zasłużyć?

FERDYNAND

851

Nieszczęśliwy jestem, kto ci powiedział? — Kobieto! Zanadto jesteś występną, żebyś sama czuć mogła, jakże innych ludzi osądzisz uczucia? Nieszczęśliwy, powiadasz? — to słowo z grobu zdolne wściekłość moją zbudzić. Wiedziałaś, że będę nieszczęśliwym! Śmierć i potępienie! Wiedziała, a zdradziła jednakże! Patrz, wężu! Tu była ostatnia nadzieja przebaczenia. Twoja mowa gubi cię na wieki. Dotychczas zbrodnię twojej przypisać mogłem prostocie; w pogardzie może byś zemsty unikła. Porywając napój. Lekkomyślną więc nie byłaś — ograniczoną nie byłaś — byłaś tylko szatanem. Pije. Limonada tak słaba, jak dusza twoja — spróbuj.

LUDWIKA

852

O, nieba! Nie darmo tej się sceny lękałam!

FERDYNAND

rozkazującym głosem
853

Spróbuj.

LUDWIKA

bierze niechętnie szklankę i pije

FERDYNAND

odwraca się pobladły. Skoro Ludwika napój do ust przytknęła, oddala się w tylną część pokoju

LUDWIKA

854

Limonada jest dobra.

FERDYNAND

855

I dobrze skutkuje.

LUDWIKA

stawiając szklankę
856

O! gdybyś wiedział, Walterze, jak okropnie duszę moją obrażasz!

FERDYNAND

857

Co?

LUDWIKA

858

Przyjdzie czas, Walterze!

FERDYNAND

859

Na czas niedługo czekać będziemy.

LUDWIKA

860

Przyjdzie czas, gdy wieczór dzisiejszy ciężko na twoje serce upadnie.

FERDYNAND

szybko się przechadzając, odpina szarfę i szpadę
861

Dobranoc służbie pańskiej.

LUDWIKA

862

Mój Boże! Co ci jest?

FERDYNAND

863

Ciasno i gorąco — to mi ulży trochę.

LUDWIKA

864

Napij się — napij jeszcze, napój cię ochłodzi.

FERDYNAND

865

Ochłodzi niezawodnie. Lubieżnica ma dobre serce — ale wszystkie one jednakowe.

LUDWIKA

z całą mocą miłości zbliża się do niego
866

I toż twojej Ludwice, mój Ferdynandzie?

FERDYNAND

odpychając ją
867

Precz, precz te oczy czułe, mógłbym jeszcze upaść. Przyjdź, wężu, w strasznej swojej postaci; skacz na mnie, gadzie! Wytężaj przede mną skrzypiące stawy, pnij łeb swój do góry — ukaż się przerażająco, jak cię przepaść widziała — ale anioła nie udawaj, anioła nie przybieraj już postaci — za późno — zdeptać cię muszę jak jaszczurkę albo zrozpaczać. Zlituj się nad sobą.

LUDWIKA

868

Och! Czemuż tak daleko zajść musiało?

FERDYNAND

z boku na nią spoglądając
869

To piękne dzieło niebieskiego rzeźbiarza — któż by uwierzył — któż by mógł uwierzyć? Biorąc jej rękę i wznosząc do góry Nie chcę cię, Boże, Stwórco nasz, obwiniać. — Ale dlaczego truciznę kładziesz w tak piękne naczynie? Jak zbrodnia może przebywać w tej strefie nieba łagodnej? — O! Dziwne przeznaczenie!

LUDWIKA

870

To słyszeć — i milczeć!

FERDYNAND

871

PięknoA jej głos słodki i melodyjny — jakże tyle harmonii z porwanych strun dobywać można? Z okiem upojenia spoglądając na nią. Wszystko tak piękne, tak kształtne, tak bosko doskonałe! Wszędzie dzieło pasterskich godzin Boga widoczne. Zdaje się, jakby świat tylko powstał na to, żeby Stwórcę tym jego arcydziełem rozweselić! — W duszy się tylko Bóg pomylił! Czy podobna, aby ten wyrodek w naturze bezkarnie się ukazał? Opuszczając ją. Albo może widział on spod dłuta swego wychodzące rysy anioła i pomyłce żeby zapobiec, szatańskie serce rzucił do jej łona?

LUDWIKA

872

O, zbrodnicza zarozumiałości! Zamiast wyznać porywczość twojego sądu, na niebo uderzasz.

FERDYNAND

z płaczem rzucając się jej na szyję
873

Jeszcze raz, Ludwiko! — jak na dniu pierwszym naszych pocałunków — gdyś nieśmiało imię Ferdynanda wymawiała i na ognistych ustach twoich pierwszy raz wyraz ty zabrzmiał. Wtenczas ziarno nieskończonych, niewysłowionych uciech w pełnym się kłosie do nas uśmiechało. Wieczność jak dzień majowy świeciła oczom naszym, złote stulata jak oblubienice skacząc, migały we wzroku dusz naszych. O, jakże w tej chwili ja byłem szczęśliwy! Ludwiko! Ludwiko! Na coś to uczyniła?

LUDWIKA

874

Płacz, płacz Walterze! — boleść twoja będzie sprawiedliwszą niźli zagniewanie.

FERDYNAND

875

Mylisz się — to łzy nie moje, to nie ta ciepła, ta rozkoszna rosa, co balsamem spływa po zranionej duszy i koło uczucia obraca na nowo, to tylko jednotne, zimne krople z oczu — ostatnie pożegnanie mojej miłości. — To łzy na twoją duszę, Ludwiko! — łzy na bóstwo, które nieskończonej dobroci w tobie chybiło, najwspanialsze arcydzieło swoje dobrowolnie zwichnęło. Sądem moim cała natura powinna żałobę nałożyć, przerażoną być wypadkiem, który wpośród niej zaszedł. Nic dziwnego, że człowiek upada, że raj traci grzechem — ale gdy zaraza morowa aniołów nieba dotyka, niech cała natura płaczem i zgrzytaniem zębów odezwie się do Boga.

LUDWIKA

876

Nie przyprowadzaj mnie do ostateczności, Walterze! I ja mam moc duszy — ale ludzką tylko mogę próbę wytrzymać. Walterze! To słowo tylko, a potem rozdział… Los okropny pomieszał serc naszych rozmowę. Gdybym ja mogła usta otworzyć, Walterze! odkryłabym rzeczy — rzeczy. — Ale straszne przeznaczenie związało mój język i miłość moją. — Milczeć muszę, Walterze, gdy mnie pospolitą rozpustnicą nazywasz.

FERDYNAND

877

Czy jeszcze ci dobrze, Ludwiko?

LUDWIKA

878

Do czego to pytanie?

FERDYNAND

879

Przykro by mi było z kłamstwem cię wyprawiać.

LUDWIKA

880

Zaklinam cię, Walterze!

FERDYNAND

w gwałtownym poruszeniu
881

Nie, nie! Zemsta byłaby piekielną, Bóg niech mnie strzeże! Na tamten świat nie chcę ją tak posłać. Ludwiko! Czy kochałaś marszałka? — Z tej izby nigdy nie wyjdziesz.

LUDWIKA

882

Pytaj, co chcesz — ja nic nie odpowiem.

FERDYNAND

883

Przygotuj twoją duszę nieśmiertelną. Ludwiko! Czy kochałaś marszałka? Z tej izby już nigdy nie wyjdziesz.

LUDWIKA

884

Nic nie odpowiem.

FERDYNAND

w okropnym poruszeniu upada przed nią
885

Ludwiko! powiedz: czy kochałaś marszałka? — zanim to światło dogore — staniesz przed Bogiem.

LUDWIKA

zprzestrachem powstając
886

Jezus! — co to znaczy? — i — słabą się czuję.

Upada na krzesło.

FERDYNAND

887

TruciznaJuż? — Bogdaj was kobiety! — i waszą wieczną zagadkę. Nerwy delikatne chwytają się zbrodni, która ludzkość w jej korzeniu toczy — a nędzne ziarno arszeniku w niemoc was obala.

LUDWIKA

888

Trucizna! trucizna! — o mój wielki Boże!

FERDYNAND

889

Tak myślę — twoja limonada w piekle przyprawiona. Zdrowie śmierci piłaś.

LUDWIKA

890

Umierać! — umierać! Boże miłosierny! trucizna w limonadzie i umierać trzeba! Zlituj się nad duszą moją, panie miłosierny!

FERDYNAND

891

To rzecz główna — i ja go o to prosić będę.

LUDWIKA

892

Moja matka — mój ojciec! — świata Zbawicielu, mój biedny, nieszczęśliwy ojciec! — Czy nie ma ratunku? Mój wiek młody, i nie ma ratunku — i tej chwili porzucać świat muszę?

FERDYNAND

893

Nie ma ratunku i tej chwili świat porzucić musisz — bądź jednak spokojną; razem w drogę idziemy.

LUDWIKA

894

Ferdynandzie, i ty? Truciznę od ciebie, Ferdynandzie? Boże, przebacz mu, Boże łaski! Zdejm z niego tę winę.

FERDYNAND

895

Przejrzyj twoje rachunki — bo zda mi się nie najlepiej stoją.

LUDWIKA

896

Ferdynandzie. Ferdynandzie! O, teraz nie chcę dłużej milczeć. — Śmierć rozwiązuje przysięgi. Ferdynandzie — na ziemi i w niebie nie ma nieszczęśliwszego od ciebie człowieka — ja niewinną umieram, mój Ferdynandzie!

FERDYNAND

897

Co ona mówi? Z kłamstwem nikt nie zwykł w tę drogę odchodzić.

LUDWIKA

898

Ja nie kłamię — nie kłamię. Raz w życiu skłamałam — Hu! Jakie zimno po kościach przechodzi — raz tylko, pisząc list do marszałka.

FERDYNAND

899

Ha! Ten list! — Bogu dzięki, jeszcze całą siłę czuję.

LUDWIKA

w poruszeniach umierającej
900

Ten list — przygotuj się straszne słowo słyszeć — moja ręka pisała, co potępiało serce — ojciec twój dyktował.

FERDYNAND

z obłąkaniem, martwym okiem pozierając, rzuca się jakby piorunem rażony

LUDWIKA

901

Nieszczęśliwe nieporozumienie! — Ferdynandzie! Zmusili mnie — Twoja Ludwika śmierć by przeniosła[79] — ale mój ojciec… Niebezpieczeństwo — chytrze to ułożyli.

FERDYNAND

902

Bóg niech będzie pochwalony — jeszcze trucizny w sobie nie czuję.

Porywa za szpadę.

LUDWIKA

coraz słabsza
903

Biada! Co myślisz począć? — To twój ojciec.

ŚmierćFERDYNAND

904

Zbrodniarz i zabójca — z nami iść musi — żeby sędzia przedwieczny winnego nie szukał.

Chce wyjść.

LUDWIKA

905

Umierając przebaczył Zbawiciel mój świata! — Błogosławieństwo tobie i jemu.

Umiera.

FERDYNAND

wraca szybko, patrzy na jej ostatnie poruszenia i przed zmarłą pada na kolana
906

Czekaj, czekaj! Jeszcze chwilę, o aniele nieba! Porywa za rękę i prędko opuszcza. Zimna, zimna, i spotniała — już jej duszy nie ma. Powstaje. Boże mojej Ludwiki! Przebaczenia najokropniejszemu zabójcy — przebaczenie było jej ostatnią modlitwą! Śmierć, PięknoJakże piękna i pociągająca nawet po zgonie! Śmierć wzruszona, łagodnie przeszła po cichych jej licach. Wyraz dobroci nie był jej maską. — Śmierci się oparł i został. Po chwili. Cóż to — ja nic nie czuję? — Czy siła młodości ma mnie zatrzymać? Niewdzięczny trudzie — tego ja nie ścierpię.

Porywa za szklankę

SCENA OSTATNIA

Ferdynand, Prezydent, Wurm i Służba ze strachem wpadają do pokoju — później Miller z Ludem i Strażą.

PREZYDENT

z listem
907

Synu! Czy być może — nigdy nie uwierzę.

FERDYNAND

dopija resztę trucizny i szklankę ciska ojcu pod nogi
908

To patrz, rozbójniku!

PREZYDENT

909

Synu mój! Na co, na coś to uczynił?

FERDYNAND

910

Zapewne! Trzeba było ministra się radzić, czy dzieło do jego planów przypadało. Wyborny, zadziwiający był pomysł, żeby związek naszych serc zazdrością rozerwać. Wyrachowanie godne było mistrza; szkoda tylko, że gniewna miłość nie powodowała się[80] ruchom druta, jak twoje lalki drewniane.

PREZYDENT

oglądając się w około
911

Czy nie ma tu nikogo, żeby nad niepocieszonym ojcem zapłakał?

MILLER

za sceną
912

Puszczajcie mnie — na Boga, puszczajcie.

FERDYNAND

913

Dziewica jest świętą — za nią kto inny modlić się powinien.

Otwiera drzwi Millerowi który z ludem i strażą wpada.

MILLER

914

Moje dziecię! Moje dziecię! Mówią tu o truciźnie. — Córko moja! Gdzie jesteś?

FERDYNAND

prowadzi go pomiędzy prezydenta i trupa Ludwiki
915

Jam niewinny! — Ot temu podziękuj.

MILLER

pada przy córce
916

O Jezu!

FERDYNAND

917

W krótkich słowach, ojcze! Zaczynają mi być drogimi. — Niegodziwie z życia zostałem okradziony — okradziony przez ciebie. Drżę o mój rachunek z Bogiem — ale złoczyńcą nigdy nie byłem. — Wiekuiste moje przeznaczenie jakiekolwiek będzie, na ciebie niech nie spada. Ale ja zabójstwo popełniłem, zabójstwo, które nie zechcesz, abym sam przed sąd Boga zanosił. Uroczyście zwalam większą i straszniejszą połowę na ciebie. — Jak się z nią ułatwisz, twoje w tym staranie. Prowadząc go do Ludwiki. Tu, barbarzyńco! Nad tym okropnym owocem dowcipu[81] twojego paś oczy twoje — na tej twarzy głoskami zniszczenia stoi wypisane imię twoje, i anioł śmierci głośno go odczyta kiedyś. Postać, jaką tu widzisz, odchyli zasłonę łoża twojego, gdy w śnie spoczniesz i poda ci lodowatą rękę. Postać, jaką tu widzisz, w godzinie śmierci stanie przed duszą twoją i z ust twoich strąci ostatnią modlitwę. Postać ta na twoim grobie się ukaże, gdy cię na zmartwychwstanie obudzą, i przy Bogu stanie, gdy ten cię sądzić będzie.

PREZYDENT

wznosząc rękę do góry
918

Nie mnie, nie mnie, sędzio świata! Ale jego pytaj o tę duszę.

WURM

919

Mnie?

PREZYDENT

920

Ciebie, przeklęty! — Ciebie, szatanie! Ty dałeś jadowitą radę — na tobie odpowiedzialność — ja umywam ręce.

WURM

921

Na mnie? Ze strasznym śmiechem. Wybornie! Wybornie! Wiem teraz przynajmniej, jak szatani dziękują. Na mnie, głupi złoczyńco? — Byłżeto mój syn? Ha! Przy tym widoku, co szpik w kościach zamraża, na mnie zwalasz odpowiedzialność? — Zgubiony jestem, ale i ty ze mną. Chodźcie — po mieście ogłoście zabójstwo, obudźcie sprawiedliwość. Zwiąż mi ręce, straży, i prowadź do sędziów — ja odkryję tajemnicę, która włosy słuchaczom najeży.

Chce wychodzić.

PREZYDENT

wstrzymując go
922

Przecież nie zechcesz, szalony?

WURM

bijąc go po ramieniu
923

Szaleniec, PiekłoZechcę, towarzyszu! Zechcę — szalonym mnie nazywasz — prawda, ale to twoje dzieło — i po szalonemu postąpię. Ręka w ręce z tobą pójdę na rusztowanie! Ręka w ręce z tobą pójdę do piekła. — Mojej miłości pochlebi, razem być z tobą potępionym!

Odprowadzają go.

MILLER

który cały czas miał głowę na łonie Ludwiki, powstaje i worek z pieniędzmi ciska pod stopy Ferdynanda
924

Przyprawiaczu trucizny! Zatrzymaj złoto twoje — czy chciałeś nim dziecko moje zapłacić?

Wypada z pokoju.

FERDYNAND

urywanym głosem
925

Bieżcie za nim — on rozpacza! Oddajcie mu złoto, straszliwą moją zapłatę. Ludwiko! Ludwiko! — idę — bądźcie zdrowi — przy tym ołtarzu, pozwólcie, niech umrę.

PREZYDENT

budząc się z głuchego osłupienia
926

Synu mój! Ferdynandzie! Nie rzuciszże jednego spojrzenia na ojca przygnębionego?

Majora kładą przy Ludwice.

FERDYNAND

927

Bogu miłosiernemu należy się to ostatnie.

PREZYDENT

klękając przy synu
928

Stwórca i stworzenie opuszczają mnie. Na ulgę sercu, czyż jednego nie rzucisz spojrzenia?

FERDYNAND

podaje mu rękę

PREZYDENT

wstając
929

Przebaczył mi! Do straży — teraz do więzienia.

Wyprowadzają go.

Przypisy

[1]

Wurm — nazwisko znaczące, w jęz. niem. oznacza robaka. [przypis edytorski]

[2]

mores (daw.) — posłuszeństwo. [przypis edytorski]

[3]

na koszu osiąść — spotkać się z odmową propozycji małżeństwa. [przypis edytorski]

[4]

wietrznik (daw.) — osoba niestała w uczuciach. [przypis edytorski]

[5]

niebawnie — dziś popr.: niebawem. [przypis edytorski]

[6]

mucha hiszpańska — afrodyzjak. [przypis edytorski]

[7]

kuplerka (daw.) — stręczycielka. [przypis edytorski]

[8]

plezir (z fr.) — przyjemność. [przypis edytorski]

[9]

żabot — ozdoba z marszczonej tkaniny umieszczana na przodzie bluzki. [przypis edytorski]

[10]

manszet — mankiet, zakończenie rękawa wzmocnione dodatkowym paskiem tkaniny. [przypis edytorski]

[11]

harbuz (daw., pot.) — odmowa na propozycję małżeństwa. [przypis edytorski]

[12]

skribus (z łac.) — pisarz (tj. urzędnik zajmujący się dokumentacją). [przypis edytorski]

[13]

wschody — dziś popr.: schody. [przypis edytorski]

[14]

umizgać się — zalecać się. [przypis edytorski]

[15]

palić koperczaki (daw., pot.) — zalecać się. [przypis edytorski]

[16]

przysada (daw.) — wada. [przypis edytorski]

[17]

dowcip (daw.) — rozum, spryt. [przypis edytorski]

[18]

malaga — gatunek słodkiego wina hiszpańskiego. [przypis edytorski]

[19]

nazad (daw.) — z powrotem. [przypis edytorski]

[20]

impromptu — improwizacja. [przypis edytorski]

[21]

merde d'oie (fr.) — kolor żółtozielony (dosł.: gęsie odchody). [przypis edytorski]

[22]

czy podobna (daw.) — czy to możliwe? [przypis edytorski]

[23]

także — tak z partykułą wzmacniającą -że. [przypis edytorski]

[24]

dla (daw.) — z powodu. [przypis edytorski]

[25]

kupler (daw.) — stręczyciel. [przypis edytorski]

[26]

assemblée (fr.) — zebranie. [przypis edytorski]

[27]

dwóch Indii — tj. Indii wschodnich i zachodnich. [przypis edytorski]

[28]

seraj — rezydencja sułtana. [przypis edytorski]

[29]

petliczy (daw.) — gadatliwy. [przypis edytorski]

[30]

asan (daw.) — waćpan, waszmość pan. [przypis edytorski]

[31]

szczutek (daw.) — prztyczek. [przypis edytorski]

[32]

adagio — utwór muzyczny w powolnym tempie. [przypis edytorski]

[33]

liwerunek (daw.) — podatek, zwykle w naturze, na utrzymanie wojska. [przypis edytorski]

[34]

pro memoria (łac.) — upominek (dosł.: dla pamięci). [przypis edytorski]

[35]

rumel-pikieta — gra w karty. [przypis edytorski]

[36]

burgund — gatunek francuskiego wina. [przypis edytorski]

[37]

roztoczyć — rozgryźć, zniszczyć. [przypis edytorski]

[38]

gran — niewielka jednostka wagi, por. ang. grain, tj, ziarno. [przypis edytorski]

[39]

androna (daw.) — bzdura, kłamstwo. [przypis edytorski]

[40]

niepodobieństwo (daw.) — niemożliwość. [przypis edytorski]

[41]

śklniący — błyszczący. [przypis edytorski]

[42]

en passant (fr.) — w przelocie. [przypis edytorski]

[43]

do tyla (daw.) — do tego stopnia. [przypis edytorski]

[44]

sa fortune (fr.) — swój los, swoje szczęście. [przypis edytorski]

[45]

mon Dieu (fr.) — mój Boże. [przypis edytorski]

[46]

kamerjunkier — młodszy szambelan. [przypis edytorski]

[47]

malice (fr.) — złośliwość. [przypis edytorski]

[48]

wyparować — wyprząc z zaprzęgu. [przypis edytorski]

[49]

bon mot (fr.) — dowcipne powiedzonko. [przypis edytorski]

[50]

rendez-vous (fr.) — spotkanie. [przypis edytorski]

[51]

Mort de ma vie! (fr.) — śmierć mojego życia. [przypis edytorski]

[52]

wystawa — wystawne wyposażenie. [przypis edytorski]

[53]

alkierz (daw.) — sypialnia. [przypis edytorski]

[54]

salopa — wierzchnie okrycie kobiece z pelerynką, podbite futrem. [przypis edytorski]

[55]

ludzkość (daw.) — miłosierdzie. [przypis edytorski]

[56]

suplikantka — osoba wnosząca prośbę. [przypis edytorski]

[57]

Argus (mit. gr.) — stuoki, zawsze czuwający olbrzym. [przypis edytorski]

[58]

powodować (daw.) — dać się kierować. [przypis edytorski]

[59]

Argus (mit. gr.) — stuoki, zawsze czuwający olbrzym. [przypis edytorski]

[60]

nazad (daw.) — z powrotem. [przypis edytorski]

[61]

rękojmia (daw.) — gwarancja. [przypis edytorski]

[62]

faraon — daw. gra w karty. [przypis edytorski]

[63]

niepodobna (daw.) — nieprawdopodobne, niemożliwe. [przypis edytorski]

[64]

Mon Dieu (fr.) — mój Boże. [przypis edytorski]

[65]

ostrowidz — ryś. [przypis edytorski]

[66]

także — tak z partykułą pytającą -że. [przypis edytorski]

[67]

z lichwą (daw.) — z procentem. [przypis edytorski]

[68]

échauffée (fr.) — rozgorączkowana. [przypis edytorski]

[69]

ciel (fr.) — niebo. [przypis edytorski]

[70]

z lichwą (daw.) — z procentem. [przypis edytorski]

[71]

podobna (daw.) — możliwe. [przypis edytorski]

[72]

ludzkość — tu: miłosierdzie. [przypis edytorski]

[73]

pomnieć (daw.) — pamiętać. [przypis edytorski]

[74]

bawić (daw.) — tu: zwlekać. [przypis edytorski]

[75]

drei-kenig — gatunek tytoniu. [przypis edytorski]

[76]

konsyliarzowa (daw.) — żona lekarza. [przypis edytorski]

[77]

kidebari — (z fr. cul de Paris) rodzaj torebki. [przypis edytorski]

[78]

puliares — portfel. [przypis edytorski]

[79]

przenosić (daw.) — woleć. [przypis edytorski]

[80]

powodować się (daw.) — dać się kierować. [przypis edytorski]

[81]

dowcip (daw.) — rozum, spryt. [przypis edytorski]

Close
Please wait...