Skąd się biorą wolne lektury?


Nasza biblioteka, do której zaraz trafisz, działa dzięki stałemu wsparciu osób takich jak Ty! Dorzuć się, żebyśmy mogli ją dalej rozwijać i dodawać kolejne książki!

TAK, wpłacam
Nie, tym razem nie pomogę
Znajdź nas na YouTube

Audiobooki Wolnych Lektur znajdziesz na naszym kanale na YouTube.
Kliknij, by przejść do audiobooków i włączyć subskrypcję.

x

Spis treści

    1. Marzenie: 1

    Zmodernizowano interpunkcję oraz, w miejscach, gdzie nie naruszało to struktury wiersza, również pisownię (blizko -> blisko, nizko -> nisko; melodyi -> melodii; niem -> nim; żóraw -> żuraw, nie ma -> nie ma). Poprawiono błędy źródła: piosnką -> piosnkę, wsześniej -> wcześniej.

    Kazimierz Przerwa-TetmajerMuszla

    MarzenieNiewielka, stara muszla na mym stole leży,
    jest to jeden z mych skarbów, choć warta tak mało;
    nie wiem, z jakiego morza pochodzi wybrzeży,
    ni jak dawno jej morze szumieć już przestało.
    Odkąd siebie — i muszlę tę pamiętam starą,
    i dziś, ilekroć tylko spojrzę na nią razy:
    owiane jakąś smętną, głęboką mgłą szarą,
    stają mi przed oczyma dawnych lat obrazy.
    Ale najlepiej lubię[1], przymknąwszy powieki,
    przyłożyć ją do ucha i słuchać jak szumi:
    wtenczas całą mą duszą wracam w świat daleki,
    w toń wspomnień, które życie zaciera i tłumi.
    Przypominają mi się pola i ogrody,
    dom pośród ciemnych smreków i różanych krzewów,
    pastwiska i wikliny, bystre górskie wody,
    jasność kamyków na dnie albo męt wylewów.
    Przypominają mi się tajemnicze mroki
    wśród szpalerów wieczorem, gdym pełen obawy
    szedł, słysząc czyjeś szepty, słysząc jakieś kroki,
    ciche, lotne, zaledwo tykające trawy.
    Przypominają mi się dziwne baśnie, dziwy,
    które mi szły z gór ciemnych przez lasy i łany,
    i groza, kiedy wichry, rozpuściwszy grzywy,
    wiozły z nich chmury gradu lub śniegu tumany.
    Przypominają mi się me pierwsze marzenia:
    amerykańskie bory i dzicy Indyanie[2],
    bezludne wyspy, pełne palmowego cienia,
    lwy w sitowiach i śmieszne małpy na platanie.
    Przypominają mi się te białe okręty
    płynące w wyobraźni gdzieś morską bezdenią[3];
    błękitna, straszna cisza albo burzą wzdęty
    ocean, gdy się fale pod obłoki pienią.
    Przypominają mi się pierwsze uczuć świty,
    pierwsze miłości moje z bajek Andersena;
    pierwszy ten nieświadomy pociąg do kobiety,
    która nęci jak w falach niewidna[4] syrena.
    Pierwszą moją miłością była świtezianka,
    zakochana w młodzieńcu pięknym z okolicy,
    co, by zawsze być blisko swojego kochanka,
    stratą głosu kształt ziemski kupiła kobiecy.
    I ta mała dziewczynka wśród śniegów i lodu,
    na stepie renifery karmiąca rogate,
    co miała wał śniegowy za mur do ogrodu,
    w nim lodowe zarośla i lodową chatę.
    Inna, kędyś łabędzi powieziona parą,
    nie wzięła nic ze sobą, tylko piosnkę rzewną:
    spotkała w lesie smoka, czarownicę starą,
    i wróżka ją cudowna zrobiła królewną.
    Tym wszystkim wyobraźni kochankom dziecin
    dawałem duże, jasnoszafirowe oczy,
    białe ciało o linii falistej i płynnej,
    blond włosy i głos pełen melodii uroczej.
    Jeszcze słyszę, jak mówią, jak dźwięczą nade mną
    kryształem tego głosu, co o srebro trąca —
    spotkałem głos ten później — i dziś nocą ciemną
    zda mi się, że na szybie zabrzmiał w łzach miesiąca.
    Zdaje mi się, że głos ten sam do mnie przylata
    powiedzieć mi te słowa, które słyszeć miałem — —
    zabrzmiał i jak jaskółka odbiega skrzydlata,
    i martwy blask po oknie pełznie oniemiałem…
    Zdawało mi się niegdyś — i któż z nas tak nie śni? —
    zdawało mi się niegdyś, żem szedł w toń różaną;
    człowiek się ze snu budzi, tym lepiej im wcześniej,
    i taki sam zostaje — z jedną tylko zmianą.
    Dusza jego na pozór zostaje jednaka,
    jak kwiat, stuliwszy liście, znowu je roztula,
    tylko będzie jak skrzydło postrzelone ptaka:
    wygoiło się wprawdzie, ale tkwi w nim kula.
    Więc nie ma już ptak taki odwagi do lotu,
    a jeśli to był żuraw, przeraża go morze;
    lęka się ciemnych głębi głuchego łoskotu
    i długiej nad niezmierne wędrówki bezdroże…
    Zdawało mi się niegdyś… Dziś, kiedy do ucha
    przytknę tę starą muszlę: gdzieś w dalekie kraje
    wiedzie mnie, kędy[5] pustka rozciąga się głucha
    i gdzie nigdy od wschodu słońce nie powstaje.
    Błąkam się kędyś w lasach i puszczach dziewiczych,
    w jakichś górach przepastnych, w jakichś pieczar sklepach,
    po jakichś zadumanych wodach tajemniczych,
    niezmierzonych jeziorach, bezgranicznych stepach.
    Jakie tam dziwne świecą na niebie księżyce — —
    po kilka naraz, błyszczą nad ziemią tak nisko,
    odbijają się w wodzie i w srebrne źrenice
    obejmują milczących pustek uroczysko.
    Rosną tam dziwne drzewa, jodły tak olbrzymie,
    że sięgają gór wierzchów, a niebo nad niemi
    w wilgotnych, szarych mgławic falującym dymie,
    jakby martwe, zmarłej przygląda się ziemi.
    Tam nic nie ma… Pustynia, stepy, góry, morze
    i duszy mojej smętna, zadumana mara;
    patrzę wokoło i nieraz sam w sobie się trwożę —
    gdzie jestem?!… To mi szepce moja muszla stara.
    Jestli to ten świat dawny, który przed milionem
    wieków ona pamięta? Sąż to urojenia
    obłąkanej fantazji, co w oku szalonem
    ma jakieś dziwne, nigdy niebyłe widzenia?…
    Tam jednak w tej pustyni, tam jest mi najlepiej,
    tam dusza moja siada na omglonym głazie,
    i gdy się cała w sobie skupi i zasklepi,
    tonie w ogromnych milczeń i głębin ekstazie.
    Lubię tonąć w otchłaniach bezgranicznej głuszy,
    w abstrakcyjnym pojęciu żywego bezbytu,
    gdzie wszystko się jednoczy i jest w jednej duszy,
    gdzie w duszy ma się wieczność, ziemię, sklep błękitu.
    Lubię patrzeć oczyma wewnątrz zwróconemi
    w świat, co się niezmierzony sam w człowieku stwarza,
    tak wielki, tak odległy, tak różny od ziemi,
    świat bez wrzawy, bez zgiełku, bez krwi i cmentarza.
    Ale najlepiej lubię, gdy szumiąca głucho
    stara muszla mię wiedzie w wspomnień kraj daleki;
    szumi mi, jak me serce — — gdy doń przytknę ucho,
    słyszę, jak smutno szepce: na wieki, na wieki…

    Przypisy

    [1]

    najlepiej lubię — dziś popr.: najbardziej lubię. [przypis edytorski]

    [2]

    Indyanie — dziś popr. Indianie; tu: pozostawiono pierwotną, przestarzałą formę ze względu na rytm wiersza. [przypis edytorski]

    [3]

    bezdenia — przepaść; otchłań bez dna. [przypis edytorski]

    [4]

    niewidny — niewidoczny. [przypis edytorski]

    [5]

    kędy (daw.) — gdzie. [przypis edytorski]

    Close
    Please wait...