Wolne Lektury potrzebują pomocy...



Wolne Lektury są za darmo i bez reklam, bo utrzymują się z dobrowolnych darowizn i dotacji.

Na stałe wspiera nas 376 czytelników i czytelniczek.

Niestety, minimalną stabilność działania uzyskamy dopiero przy 1000 regularnych darczyńców. Potrzebujemy Twojej pomocy!

Tak, dorzucę się do Wolnych Lektur!
Tym razem nie pomogę, przechodzę prosto do biblioteki
Oferta dla Przyjaciół

Przyjaciele Wolnych Lektur otrzymują dostęp do specjalnych publikacji współczesnych autorek i autorów wcześniej niż inni.
Kliknij, by przejść do strony płatności. Zadeklaruj stałą wpłatę i dołącz do Towarzystwa Przyjaciół Wolnych Lektur.

x

    Poprawiono błędy zgodnie z Erratą ze źródła: mi -> im, zaćągńęli -> zaćągnęli, krzyk -> kszyk, ekranie -> ekrańe, jacśy ludźe -> ludźe jacyś, mami -> mamy.

    Bruno JasieńskiPieśń o głodźe

    REŃI
    W ROCZŃICĘ ŚMIERĆI
    7 — V — 1922
    ZAMIAST KWIATUW
    libres de tous liens
    donnons-nous la main

    apollinaire

    Prolog

    w wielotyśęcznyh, stuulicyh miastah
    wyhodzą codźenńe tyśące gazet,
    długie, czarne kolumny słuw,
    wykszykiwane głośno po wszystkih bulwarah.
    piszą je mali, starśi ludźe w okularah.
    ńeprawda,
    pisze je Miasto
    stenografją tyśąca wypadkuw.
    rytmem. tętnem. krwią.
    długie czterdźestoszpaltowe poematy.
    wystukują je stutyśęczne aparaty,
    kture słyszą puls świata za miljony mil,
    agencje reutera, havasa, paty,
    długie, kilometrowe papierowe zwitki.
    komuńikaty.
    miasto słyszy wszystko.
    wie za kogo wyhodźi kśężńiczka hiszpańska
    i co spiskują w gdańsku ńemcy wćąż ńesforńi,
    o budowie w himalajah nowego wiaduktu,
    radiodepesze z kaliforńji
    i stan pogody w timbuktu.
    o wszystkim pisze miasto w swoih 40-szpaltowyh poematah:
    strajki w elektrowńah. pszejehańa. samobujstwa.
    oto jest prawdźiwa gigantyczna poezja.
    jedyna. dwudźestoczterogodźinna. wieczńe nowa.
    ktura dźała na mńe, jak śilny elektryczny prąd.
    jak śmieszne są wobec ńej wszystkie poezje.
    poeći, jesteśće ńepotszebńi!
    ja ńe czytam strinberga, ańi norwida,
    ńe pszyznaję śę do żadnego spadku.
    czytam świeże, pahnące farbą dźenńiki,
    z bijącym sercem pszeglądam rubryki wypadkuw,
    kture mńe kłują, jak ostre pilńiki.
    o, nadzwyczajne wypadki.
    samobujstwa. podżuceńa. katastrofy.
    krutkie spięća. tajemńicze pożary.
    czarne strajki. rozstszelańa. napady.
    jaka ogromna kryje śę w was tajemńica.
    ńepszetłumaczalna.
    tajemńica pulsującyh miast.
    kszyczy w was ukszyżowana ulica.
    żywe, odpreparowane od naskurka mięso.
    ja,
    ktury śpię,
    kiedy otello morduje desdemonę,
    czuję, jak mi śę nogi pszerażone tszęsą,
    gdy na rogu, otoczony gawiedźą
    zdyha ślepy, zajeżdżony koń.
    oto jest prawdźiwy, ńemalowany teatr.
    wielobarwne, heraklitowskie wszystko,
    walące konkretnośćą, jak obuhem, z nug.
    wie o tem dobże i motłoh,
    kiedy gapi śę na bezpłatne widowisko.
    ńe wiedzą tego pańe i panowie
    z taktem
    pszehodzący na drugą stronę, gdy na płytah
    wśrud grobowej, naprężonej ćiszy
    idźe ćężki, pszedśmiertelny balet.
    panowie ńe mogą pogodźić śę z faktem
    że teatr ten ma wiele ńewątpliwyh zalet.
    piszą o tym wszystkim gazety.
    piszą więcej.
    w rubryce nadzwyczajnyh wypadkuw
    są małe, ńewyraźne wzmianki
    o śmierćah
    jakihś ńewiadomyh ludźi,
    kture śę kończą słowami:
    «… zawezwany lekaż pogotowia skonstatował śmierć głodową…»
    o ńewiadomi, bezimienńi ludźe
    zagłodzeńi w saharah miljonowyh miast,
    kturym ńe miał kto podać nawet bułki z masłem.
    o wasze śine, popuhńęte trupy,
    jak o własne,
    upomńi śę żarłoczne, wszystkożerne Miasto.
    czarne, natłoczone prosektorja
    wyeksploatują wasze zwłoki,
    rozdłubią resztki waszyh ćał od kośći.
    wy jesteśće pszedźiwnym nawożącym sokiem
    wielkiej, ńeobliczalnej, wspańałej Ludzkośći!

    I

    daj tważ do kolan swoih pszytulić.
    krew z twoih palcuw zliżem.
    z odżuconymi bezwładńe
    rękami
    ulic
    leżało Miasto kszyżem.
    pszybili go do źemi ćwiekami lamp
    jażące białe gwoźdźe wżarły śę,
    jak kszyki.
    pszyszła noc
    i pszylgnęła do krwawyh ramp
    palącą hustą werońiki.
    okropna,
    lepiej deszczem po tważy tłuc,
    jak tyh
    ukszyżowanyh na bramah rajuw.
    krople czarne,
    maleńkie,
    natrętne,
    wyżucone z krwią razem zpowrotem
    z płuc
    po czarnej pooranej szynami tważy
    spłynęły łzami tramwajuw.
    jeszcze i jeszcze
    bezkształtne, wypukłe
    domy czarne, obślizgłe, karmione deszczem
    napęczńały, jak gąbki,
    napuhły,
    rozlały śę, rozpełzły rozdęte, stulice
    wystąpiły ńa hodńiki z ćemnośći,
    zsunęły śę,
    pszyćęły kszyczącą ulicę
    — ludźe!
    — pomużće!
    — rozgńotą!
    wypłynęły w uśćisku skrwawione wnętsznośći
    i bez jęku wylały śę w błoto.
    a czarne śćany rosną,
    ćągną śę do gury.
    zasłońiły całe ńebo,
    zakryły szczyty,
    jakby ogromne ołowiane hmury
    na źemi użądźiły meeting.
    ńe będę żył, jak kato, ńi walczył, jak samson.
    głud, ktury rośńe we mńe, ćiska mną w gorączce.
    był człowiek, ktury ńe jadł, nazywał śę hamsun
    i zrobił na tym puźńej sławę i pieńądze.
    na wytartej kanapie, skręcony w sześć
    leżę prężąc do gury zśińały profil.
    dźeń odhodząc wył długo zjeżywszy szerść,
    a teraz noc mi śpiewa swe dźiwne strofy…
    zaraz sufit bez szmeru zsuńe śę w pokoju.
    pszygńeće pomaleńku
    ćiho i jasno.
    wolno tynk śę na śćanah rozdwoił,
    jakby pokuj wargami mlasnął.
    śćan rozmokńętyh bezzębne dźąsła
    poruszyły śę wolno.
    żują cmokając.
    nagle stuł po podłodze zapląsał
    i piec podskoczył, jak pajac.
    coraz bliżej i bliżej zsunęły śę śćany.
    ńe odephnąć rękami pełznącyh tapet.
    ćiho…
    na palcah…
    jak pies śćigany…
    już tylko za parapet…
    TERAZ!!
    a ku ku!
    głową w duł.
    cztery okna
    i
    trrrah!
    o miękki asfaltowy materac.
    polećało.
    zatańczyło.
    upadło.
    i jeszcze
    odbity, jak od gutaperkowej posadzki
    lecę.
    odskakuję od gzymsuw, jak piłka,
    z deszczem
    i w gurę wystszelam świece.
    gumową czaszką o bruk
    i wyżej
    hop!
    odbijam śę zpowrotem.
    do gury i na duł.
    z rozpostartymi rękami lecę pod strop
    i znowu na źemię spadam.
    już myśli, jak kobiety, walą śę z nug,
    oćężałe,
    jak kłęby w zbużonym ruszće.
    jeszcze hwila i czaszka tszaśńe o bruk.
    — pomużće!
    — pomużće!!
    — pomużće!!!
    pszybiegli wystraszeńi.
    otoczyli kołem.
    w rozpostartego wparli pszerażone oczy.
    — ńe bujće śę.
    — ńe kszyczće.
    — ńic ńe zwihnąłem.
    — pszyćiśńijće mńe.
    — mocńej!
    — odskoczę!!
    pohylili śę.
    pszygńetli.
    zagrali na trąbce.
    blizkie zmieszane tważe, pszestraszone trohę.
    dwuh wyśadło z karetki i wsadźić mne w głąb hce!
    na skołataną głowę wćągną mi pończohę!!
    położyli na miękkie.
    … daleko.
    … pszyszłość.
    … długie źelone palmy kołyszą śę w czaszce.
    Reńu!
    to ty?
    jak dobże że pszyszłaś.
    aksamitnymi rękami po tważy mńe głaszczesz.
    pamiętasz wtedy wieczur…
    deszcz za oknem śpiewał.
    słuhałem czy hoć jeden nerw Twuj jeszcze drży mną.
    na źelonym cmentażu teraz skomlą dżewa
    i jest tak bezlitośńe, pszejmująco źimno.
    teraz sam, jak podżutek pszez pusty pszytułek,
    pujdę pomiędzy ludźi daleki i obcy.
    w maleńkim gńazdku serca ńema już jaskułek,
    zabili mi ostatatńą źli, ńegżeczńi hłopcy.
    hlipiący skowyt z krtańi na wieżh śę wyspinał.
    czepia śę Twojej sukńi, pełzńe ku dłońom.
    ućekać ńe mam śiły.
    nadhodźi finał.
    zajadli mali ludźe z psami mńe gońą.
    ogromny tłum
    z laskami
    czarny,
    jak powudź
    rośńe,
    wije śę za mną
    długi,
    jak ogon.
    zamknęli dżwi!
    zapuźno!
    ńe mam gdźe śę shować!
    malutki prosty człowiek podstawił mi nogę!!
    już.
    już.
    dopadli.
    stratowali.
    zmięli.
    podeptanego trupa podńeśli, jak sztandar
    wysoko
    i na pszedźe,
    nad tłumem
    obok kapeli
    pońeśli.
    śńeg padał gruby i w oczah narastał.
    szli ludźe ńezliczeńe, bezładńe i tłumńe,
    kiedy zakrepionymi ulicami miasta
    pońeśli mńe w ogromnej ołowianej trumńe.
    szli kśęża z kadźidłami, jeden długi gest rąk
    i związek literatuw w cylindrah i krepie
    i cehy z horągwiami,
    w tużurkah,
    z orkiestrą,
    a potem tłum śę czarny na rogah doczepiał.
    na placu teatralnym tłum rozlał śę w mrowie.
    dzwony dwońiły w dzwony i w dzwonah ih kszyk ńikł,
    gdy nagle
    straszny,
    obandażowany
    człowiek
    podńosłem śę ogromny,
    groźny,
    jak wykszykńik!
    panowie!
    jestem wzruszony.
    widźiće, zbladłem.
    żegńaće mńe tak piękńe i tyle tu kobiet,
    ale zapominaće, że ńic dziś ńe jadłem
    i muszę iść zaraz na obiad.
    o!
    cisza.
    i ryk jeden!
    kszyki. spazmy. płacze.
    hałas powstał i tumult.
    kszyczeli: «zmartwyhwstał»!
    jakby na pszedstawieńu opery w teatsze
    nagle zaśpiewał statysta.
    panowie!
    ńe klękajće.
    ńe płaczće.
    ńe kszyczće.
    widźiće, stoję zdrowy, cudowny i prosty!
    ah, skurcz śę w sobie,
    wyksztuś na bruk swoje żyće
    i idźće z ńim pod ręce tańcować na mosty.
    ńe będźemy już odtąd umierać więcej,
    ktużby nas takih pięknyh i olbżymih gżebał.
    roześmiejće śę wszyscy,
    weźće śę za ręce
    i prosto marszałkowską pujdźemy do ńeba.
    jak może każdy z nas,
    co dźiśaj tańczą,
    stać sę martwym,
    śmierdzącym,
    po kturym śę skrupulatńe wykadza zakrystję.
    nas,
    z kturyh każdy sam jest żyjącą monstrancją
    na serca swego białą euharystję.
    pozdejmujće ih z kszyżuw!
    ńeh źemią kroczą
    ći,
    co hćeli pszez wieki umierać za nas.
    żyće cudownym sokiem trysnęło nam w oczy,
    jak pod nożem dojżały ananas!
    … z pszyczajonyh zaułkuw w noc ku spelunkom
    czarna zmowa wypełzła,
    wije śę, jak skorek.
    pohwyćili mńe z tyłu!
    wiążą!
    ratunku!!
    na głowę mi wćągają straszny czarny worek!
    pszyszła noc głuhońema i w głowah śadła,
    małe kaszlące serce pszyćisnęła ręką.
    słyszę!
    źemia już dudńi od stup, jak kowadła.
    tszymajće!
    tętna mi pękną!
    z daleka jeszcze.
    słońce głowy im paży.
    olbżymi głodńi ludźe, czarńi od maszyn!
    idźeće,
    wiem.
    ńe patszće!
    ńe tszeba tważy!
    każdy z was będźe mesjaszem! !
    o wyksztuś śę z twyh piwńic,
    wywal śę na wieżh,
    jak krew buhńij pszez okna i wszystko zalej
    tłumie hamuw,
    co ńebo głowami dźurawisz!
    jakie ogromne może wyobrażeń!
    jakie cudowne dale!
    serce olbżymie w krtańi stanęło i skacze.
    wypluję pod nogi, w piah wam.
    idźeće!
    kszyczeć ńe mogę!
    ogromńi w zoży pożodze.
    trup muj
    krwawy,
    stratowany,
    czerwony,
    jak łahman,
    z kturego może szmatę na swuj sztandar udrą,
    w śmiertelnym zapatszeńu leży wam na drodze,
    po kturej pszehodźiće
    w JUTRO!

    II

    w maju,
    w zaźeleńonej słonecznej stolicy
    spacerowały po trotuarah kobiety dźeći i żołńeże,
    gdy nagle
    z buhającej aorty pszeczńicy
    bęben udeżył.
    szli kolumnami,
    za rogiem ginęli
    szereg za szeregiem rytmiczny i twardy
    na pierśah szarych, żołńerskih szyneli,
    jak kwiaty,
    czerwieńały czerwone kokardy.
    za szeregami uliczńicy
    z kszykiem i świstem
    gońili tańczący,
    wyżucali czapki.
    ulice śę kłańały białe i czyste.
    w wypiekah słońca opadały kwiatki.
    pszehodźiły kompańje ruwno, jak na mustsze,
    bez komendy tszymały swuj cudowny krok,
    wszyscy porwańi jednym
    miljonowym
    spazmem.
    i w tłumie błysk bagnetuw odbił śę,
    jak w lustsze
    i zahłysnął śę cały dźikim entuzjazmem.
    na ulice tłumy jasnyh roześmianyh ludźi
    wyżygały na słońce obdrapane domy.
    panny. służące. prostytutki
    uśmiehają śę do śebie,
    jak znajome,
    i serca pod bluzkami tłuką im,
    jak gongi.
    na gmahu poczty i telegrafu
    rozwińęta
    olbżymia czerwona horągiew
    na wszystkih piętrah stukające aparaty
    wyżucają podłużne papierowe świstki:
    wieść na cztery końce świata
    wszystkim. wszystkim. wszystkim.
    w tokio zdenerwowany japoński mikado
    odbiera rozedrgane, dzwońące depesze
    i rozmawia iskrami z londynem
    że wyrosły już, zagrażając zagładą
    światu
    czerwone ręce proletorjatu.
    a wieczorem
    z czarnego oszalałego miasta,
    z katedry,
    ćemnymi zaułkami wśrud śpiewuw i świstu
    w pole płaszcza kryjąc tważ
    ućekał hrystus,
    gdy nagle tłum go na placu
    dopadł.
    pohwyćili ze ręce.
    zawlekli.
    czarńi obdarći ludźe od kielńi i łopat.
    zaćągnęli kszyczącego,
    boso,
    na rug,
    na miejscu samosąd.
    kuharki zahrypńęte podnośiły pięśći:
    — za naszą kszywdę!
    — za nasze curki, co śę poszły po hotelah łajdaczyć!
    — za nasze stare, sharowane matki!
    — za naszą hańbę pszepłakanyh mąk,
    — kturąś dzwonkiem zagłuszał i karmił opłatkiem!
    kułakami, laskami zabili, zatłukli.
    poturbowane, umęczone ćało
    upadło pod razami spracowanyh rąk.
    w tym samym czaśe,
    kiedy dusza moja w kaloszah «treugolnik»
    w warszawie,
    w natłoczonym kińe,
    śćiśnęta
    prużno czekała zbawieńa.
    w środku detektywicznego włoskiego dramatu
    odńehceńa zerwała śę lenta
    i na płutńe wśrud śmiertelnej ćiszy
    ukazała śę ta sama scena.
    kszyk powstał na sali i pańika.
    żućili śę w popłohu do dżwi.
    mężczyźńi tratowali kobiety.
    prużno ćiskał śę pszy aparaće mehańik,
    a gdy wreszće zapalono kinkiety
    na ekrańe zostały czarne plamy krwi.
    po ulicah snują ludźe jacyś,
    ćeńe prawie
    i giną zańim słowo śę głośno wymuwi,
    a w oświetlonej sali tow. hygieńicznego
    histeryczne studentki i gawiedź
    oklaskują źewającą estradę,
    z kturej kłańał śę glinka i kohał śę tuwim
    tważe krwią im zahwytu nabiegły
    nalane.
    czekajće, tważe te, skądś znam!
    to tłum ten sam,
    ktury we mńe w zakopanem
    rozjuszony w bezbronnego ćiskał jajka i cegły.
    i kiedy żegnany oklaskami shodźił ostatńi błazen,
    wszedłem wolno na estradę
    i powiedźałem prawie ze smutkiem.
    — panowie,
    — ńic ńe wieće.
    — dostałem depeszę.
    — dźiśaj wyjeżdżam.
    zdaję śę że ńikt śę ńe rozpłakał.
    było ćiho.
    ktoś zaczął bić brawo.
    wyszedłem wolno na ulicę.
    dorożka odwiozła mńe na dwożec.
    kłańały śę latarńe ńewiadomo po co;
    gdy poćąg szyby okien hustką dymu czyśćił.
    shyleńi pod piecami
    majową nocą
    śpiewali na zwrotńicah czarńi maszyńiśći.

    Śpiew maszyńistuw

    słońce pszygńutłszy kolanem, skury dymiące śę połće
    długo do mięsa obdźerał nasz pokrwawiony scyzoryk.
    w noce bezgwiezdne majtkom na świata płonącym drednouće
    tważ wylizały do krwi nam zoży czerwone ozory.
    nam-li wyrosłym w trudźe pod wśćekłą zdażeń ulewą
    błądźić po możah uńeśeń w gwiezdne wsłuhanym kapele?
    zgodnym wyśiłkiem twardyh rąk rozhuśtamy w lewo
    czarńi, maleńcy ludźe źemi olbżymi propeller.
    patszył na wszystko z gury nasz bezpartyjny pan bug.
    płakał nad nami deszczem, aż wreszće krwią śę wysmarkał.
    gdy walec wiekuw gńutł nas, krwi naszej twardyh jambuw
    słuhało stare słońce łyse, jak łeb bismarka.
    długo świećiło w ślepia nam, purpurowym mużynom,
    w mordy zwęglone w hutah, do kturyh pszyrusł kopeć.
    gdy go, zwleczone na źemię, nuż robotńiczy zażynał,
    tłum śę na trupa żućił krew buhającą żłopać.
    z żyćem rozgranym pod ręce na świata szerokie trakty
    wyszliśmy rano, śpiewając, z płahtą koloru flamingo.
    paszcz wytoczonyh mitraljez suhe rytmiczne antrakty
    w krtań zabijemy z powrotem kulą wyplutą z brauninga.
    kto nam, kto nam teraz drogę zagrodźi samym?
    wszystko zmiażdżymy butami piękńi, ogromńi i ludzcy.
    miejsca! gromada idźe. proletarjacki samum!
    czapkami drogę wymośćił taneczny krok rewolucji.
    świat postawiony pod śćanę, jak mały, blady człowieczek,
    mrugał bezradńe oczkami, gdy kolbyśmy wzńeśli do ramion.
    płakał zmartwiony hrystus o dusze swoih owieczek
    gdy salwą gruhnęły lufy i śńeg śę krwią poplamił.
    nam-li dźiś skomleć nad trupem, gdy hymnem tętńi nerw,
    czaszką o źemię gżmoćić i kszyczeć: ńe pszeklinaj! ?
    do wszystkih okien i dżwi już wali kolbami mauzeruw
    w łunah wshodzącej żoży wielka świetlana NOWINA!
    robotńikom warszawy i łodźi, czyje
    uśmiehy zawsze oślepiają.

    III

    a potem pszyszły dńi,
    dńi dźiwne,
    pełne purpurowej grozy
    i krutkie, blade, pszerażone noce.
    ulicami pędźiły ćężkie autowozy
    naładowane ludźmi, od bagnetuw ostre
    i pełno było wszędźe lepkiej, skszepłej krwi,
    jakby kto rozdarł wielką, zaropiałą krostę.
    hodńikami wałęsali śę bladźi, dźiwńi ludźe
    z błyszczącymi ńesamowiće, wklęsłymi oczyma
    i wszystko był dźiwńe mętne,
    jak w gorączce.
    czas śę zatszymał.
    dńi pszyhodźiły śpiące
    i noce koloru khaki.
    nad pustymi ulicami żażyły śę lampy,
    żucając długie ćeńe białe i czerwone.
    po nocah, pod eskortą, zawsze w jedną stronę
    wywoźili żołńeże długie, czarne paki.
    jednego rana żeki wygłodńałyh ludźi
    korytami zaułkuw spłynęły na plac
    i kszyk miasto obudźił:
    te śćerwy!
    oszukją nas władzą, kturej ńe hcą dać.
    mamy ih władzę gdźeś!
    nam praw ńe potszeba!
    ńeh nam dadzą hleba!
    my — hcemy — jeść! !
    — — — — — — — —
    na możu białym ćiho z dołu,
    gdy pszypływ okręt muj kołysze
    pszykładam ręce tubą do ust
    i kszyczę:
    SŁYSZĘ!!
    coś śę wyrwało z pętuw tam,
    kszyk zbuntowanej czarnej załogi.
    czekajće, sprute mam wyłogi.
    powiodę wszystkih dźiśaj sam!
    na cztery strony cztery drogi,
    rozkładam ręce, wszystkie tam!
    hodźće tu,
    wołam was, jak gustaw,
    kturyh zapadłe w głąb policzki
    pozwolą jasno mi policzyć
    ileśće dńi ńe mieli w ustah.
    czarńi, brązowi, biali braća!
    zgrajo obdarta i wyhudła!
    gdy nocą kśężyc wyjży z hmur,
    jak szczury wyłaźiće z nur.
    pełzńeće,
    wlokąc nug swyh szczudła,
    pod okna, gdźe pszy stołah żrą
    za szybą natłoczonyh baruw
    sterty kompotuw i homaruw
    drańe spaśone waszą krwią
    i dźiwńe oczy wam śę lśńą,
    aż was ńe spłoszy kszyk zegaruw.
    gdy wiatr pułnocny dżewa czesze,
    pszez taśmy gur po nocy widnej
    od śńeżnyh tundr do portu w sidney
    widzę rozlane wasze żesze.
    gdy w polah czarne ćeńe tańczą,
    splątane w jeden długi łańcuh,
    do miast spełzaće śę szarańczą,
    śadaće ćiho w progah dżwi
    czuwać nad zdrowym snem mieszkańcuw,
    kturym śę wtedy w snah
    majaczą
    kałuże czarnej, tłustej krwi.
    o braća moi wszystkih ras
    z europy, azji i ameryk,
    ilu was jeszcze jest gdźe więcej,
    armje zgłodńałe!
    nowe stany!
    nastąpił czas
    i świat, jak kleryk
    pszyjmuje hszest czerwonyh święceń.
    pujdźeće za mną dźiśaj tam,
    gdźe żrą zamorskie mangustany!
    — — — — — — — —
    opadała na miasto mgła jeśennej słoty.
    był dźeń hłodny, bezbarwny, wilgotny, jak kanał.
    w mokrej mgle po zaułkah do rana
    kasłały kulomioty.
    — — — — — — —
    — — — — — — —
    — — — — — — —
    — — — — — — —
    — — — — — — —
    — — — — — — —
    — — — — — — —
    — — — — — — —
    — — — — — — —
    bżuhy nasze źelone, granatowe, śine,
    takie lekkie pszedźiwńe, ćężą nam, jak więzy.
    w dźeń żujemy ńesmaczną słodkockliwą ślinę,
    a w nocy śśemy własny zskorupiały język.
    w głowie huczą nam ćągle jakieś dźiwne szmery
    i straszna czczość w żołądku okropńe nas nudźi,
    widźimy tylko w guże pszez okna suteryn
    nogi szybko ulicą pszehodzącyh ludźi.
    a nocą gdy zaśńemy strawieńi bezruhem,
    poskręcawszy wyhudłe, popuhńęte członki,
    śńi nam śę taki słodki prawdźiwy baumkuhen
    na dźedźińcu słonecznym sąśedńej ohronki.
    wyćągamy do ńego ręce pszez sztahety,
    węsząc palcami prużńę, jak ssawkami macek,
    a małe, czyste dźeći i białe kobiety
    kładą nam w ńe pahnący ukrajany placek.
    pożeramy ksztusząc śę, kawałami, gwałtem
    dobre, słodkie, pszedźiwne, wypieczone ćasto…
    gdźeś blizko słyhać trąbki…
    … to mięćutkie auta
    pszysyła po nas wielkie, dobroczynne MIASTO.

    Finał

    na miękkiej trawie tważą do hmur
    leżę ogromny hiński bogdyhan.
    ńe tknął mńe żaden piorun ńi mur,
    a jednak czuję, że zdyham.
    i kiedy z estrad płonącyh jaśńej
    ćiskam swoje ohłapy brutalny i wielki,
    śmierć moja może dogryza już właśńe
    moje ostatńe cukierki.
    ńe będę pisał wierszy. — jak pusty kłos są,
    lecz wiem, że ći, co raz słyszeli je,
    jak zarazę za sobą wszędźe pońosą
    kaprysuw moih ewangelje.

    ortografja według mańifestu
    autora z dńa 25 marca 1921
    «w sprawie ortografji uprosz-
    czonej» («1-a jednodńuwka fu-
    turystuw. mańifesty futuryz-
    mu polskiego. czerwiec 1921.»
    Close
    Please wait...