Krystyna Miłobędzka (ur. 8 czerwca 1932 w Margoninie koło Chodzieży) — poetka, autorka scenariuszy przedstawień teatralnych dla dzieci (teatrem dla dzieci zajmowała się również naukowo). Rozgłos zdobyła tomikami wydawanymi na początku XXI wieku, co przypieczętowała Nagroda Literacka Nike w roku 2005. Sięgała wówczas do rozwiązań bliskich poezji konkretnej, w których graficzny kształt wiersza współtworzył jego znaczenie.

    Krystyna MiłobędzkaPokrewne

    Roślinne

    1

    Pcha się w górę, tłoczy, tędy przepływa, odkąd urodziło, co

    miało wykarmić, odkąd karmiło, co miało urodzić — na-

    rodzenie przed narodzeniem schwytane w zielony miąższ.

    Wyrwie się ziemi (tam zaczajone, wygięte do biegu cze-

    5

    kają korzenie świszczące), wyjdzie naprzeciw, siebie wtuli

    w drgający kłąb. Przez pnie i gałęzie wtargnie w ciemne bryły

    poczęcia, będzie szło coraz głębiej i szerzej, aby odrodzić

    przyczynę.

    Oddane pulsowaniu, krążeniu, odpływom, powrotom — tym

    10

    tylko są — gospodarzami w sobie: co daje ziemia, co daje

    światło, co daje powietrze.

    Chlorofil

    Jak to powtórzyć? Pień może być inny, trzeba tylko wyrwać

    włosy, przewiązać łykiem. Tu oddychają w ciasnocie szybko,

    krople potu i śliny moczą przygotowane miejsca. Wysoko pod

    15

    szkłem głowy na sprężynach, reszta została zjedzona. Życie

    powtórzone sztucznie, pewnie nie dość wielkie, ale straszne.

    To rośnięcie płaskie na boki, jakie to męczące. Ciągłe zgina-

    nie łodyg w łuki niepodtrzymujące niczego. Od urodzenia

    przygotowywane kołyski na ramionach. Łódki, połowy łódek

    20

    zbudowane z ciała, ślady po odeszłych nigdy niedopłynięte

    do brzegu siebie, do końca liścia, jak to można powtórzyć?

    Śpiew

    Idą skośnie, lecz nie wiedzą, że zsypują się w dół — mają proste

    laseczki, parasolki i światło pada z góry. Cienkie druty trzy-

    mają tych ludzi, mimo to idą, tylu ich, nie można rozpoznać.

    25

    To są kobiety zaduszone przez lisy i suknie, teraz szeptem

    bez ubrania idą. Uduszeni krawatami. To są mężczyźni, idą

    równo, śpiewają, niosą ostrza albo karabiny. Cienkie druty

    zadusiły tych ludzi, za głęboko weszły w gardła, żeby mogli

    mówić o śmierci, więc o śmierci idą: idziemy w równych

    30

    rzędach, nie możemy wyjść ze stołów i ławek, mieszkamy

    w ścianie, nocami wirują domy, w dzień koło staje i wszystko

    wraca znowu, dobre oczy przygotują cię znowu do mijania

    rzędów ludzi pionowych, ukośnych i płaskich, dobre ręce

    wydźwigną cię znowu, dobre nogi poniosą cię znowu i zno-

    35

    wu życie ślimaka otwierane powoli specjalnym nożem. Tak

    płyną. Przepływają przez powietrze wymawiane, wypluwane,

    wyśpiewywane, wykrzyczane.

    Ogród

    Kto tu oddzieli, komu potrzebne nazywanie, splecione kryją

    się w sobie, owijające owijane, dławione jednych oddechem,

    40

    podają sobie pokarm wielkimi przełykami. Nie ma żadnych

    ścieżek, nie ma dojścia, jest tylko kawałek uległego podłoża

    na ogrody w tobie, zawsze ten sam powrót, ten sam cień

    wysyłany spod najniższych roślin, wyrastanie powoli od

    stóp, uderzenie ciepła w ciasne objęcia tkanek. Tu ogień,

    45

    kiedy się otworzą.

    Galapagos

    Przezroczyste krajobrazy o kształtach drzew, niebolesne

    miniatury w kolorze seledynowym i złotym nałożone na

    siebie niezbyt szczelnie. Zapach przechodzi przez ramiona,

    wyspa odpływa od oczu albo jest tak bliska, że widać tylko

    50

    rude liście. W jakiejś chwili ciemnieje i pęka. Czerwony żar,

    blask, olbrzymie ciała pokryte łuską, trą o siebie, trzeszczą,

    nie można wydobyć głosu, rozrywają oddechem. To nie są

    smoki z bajek, skąd to jest, podarta kora drzew, strzępy skóry.

    Jak z rozciętego ciała może nie wytrysnąć krew, jak sprawić,

    55

    żeby była biała, nie wiem.

    Krwi nie ma. Suchy krajobraz obserwuje siebie. Wzgórza

    drążone ręką, odsłaniane do rdzenia. Białe odlewy. Białe,

    pośpiesznie zaszyte kikuty rąk. Matowa biel, krajobraz

    z kredy.

    Gra

    60

    Naprzeciw siebie, zamknięte w piórach, zbyt miękkie jeszcze,

    żeby rozpocząć. Coraz ciemniej znaczy coraz bliżej. Zaczyna

    kolor czarny. Oczy wbiegają na siebie, chłód występuje z brze-

    gów, powietrze zastyga na chwilę, bieleje. W ciepły czerwony

    wir wbito — umarłe, kruche, powykręcane, ostre.

    65

    „Jesteś moim dobrym ptakiem. Jesteś miękką klatką z moich

    piór. Przez ciebie przechodzę, w tobie zostaję schwytany”.

    Kołysanka

    Palmy z blaszanej puszki skręcone w pień, cięte po liściach,

    w liście, i te drugie, niedokładne, te zniszczone odległością,

    bez przewodów pokarmowych — w ciemności wracają do

    70

    siebie w zielone światło fosforu. A na otwartej dłoni jest

    dom. Płomień ogrzewa wnętrze, dłoń zgina się miękko — są

    narodziny muszli, w której szumi krew. Razem z krwią pły-

    nie światło. Nie tknięte światłem czekają ukrycia ryb, ziemie

    pereł. Pasma roślin, kłącza rozwijane w zamkniętych oczach.

    75

    Odebrane ciemności, pną się na drgający brzeg. Co przyjmu-

    je, co oddala, nie jest głębią, nie jest ruchem, kołysaniem — to

    są przyjścia i odejścia w wielką ciszę.

    Rozpięty pomiędzy ścianami kawałek syczącej zieleni.

    Narodzenie z oczu

    Spojrzenie po spojrzeniu rozgina wejścia coraz głębsze:

    80

    trawa dzieli się trawą, liść łamie się liściem, gną się i strzę-

    pią, wplątane w ziemię biją powietrze drzewami. Spadający

    las, pochylona woda, dookoła, w kole podzielonym między

    drzewa drzewami pocięte, między wody, które nie potrafią

    dopędzić brzegu; drzewo nabiega drzewem, woda nakrywa

    85

    wodę, pęka szklisty krąg.

    Krajobraz w bezruchu obdzielany coraz mniejszymi tęcza-

    mi.

    *** (Oczy nie widzą głęboko)

    Oczy nie widzą głęboko, widzą daleko albo blisko, dlatego

    tyle brzegów, tyle zgniecionych mórz — czy myśleniu wystar-

    90

    czy oczu na zatopienie świata? Za dużo razy poznane przez

    siebie, żeby mogło zapuścić korzenie. Przesuwane przez

    wszystkie pory roku. Zbliżało się do siebie nieustannie zbyt

    lekkie, aż zmieniło się w wiatr.

    Jaskółki

    Białe, czarne błyski — walczące i pochłonięte: przez powie-

    95

    trze, z powietrzem. Przyciskają do ziemi skrzydłami prze-

    zroczyste chwiejne góry. Po czarnym kole, puste koło — tak

    odchodzą.

    Cały nasz dobytek

    Kawałek dnia podsunął się do połknięcia, jedzą go, obgryzają,

    liżą w świetle. Tyle co widzę, tyle co upływam.

    *** (Za mały schowek)

    100

    Za mały schowek, już mnie nie pomieści. Matkujesz mym

    ucieczkom przez zdyszany ogród, w przejrzyste zaniki,

    w co-było-słyszane. Tam jesteś — dochowanie moje niewyro-

    śnięte, zatrzymanie nagłe w pół trzepotu serca. Moje naraz

    wszystko żywe.

    ***(Już senni jesteśmy)

    105

    Już senni jesteśmy, wydobyci bezładnie, chociaż nie do szczę-

    tu, każde z nas osobne, w ucieczce zmieniamy miejsca. I to

    jest zawsze: kto kogo ogarnie? Czy polne to co mnie z polem

    łączy, czy to co się polnego we mnie dopomina? Kiedyśmy

    się rozstali, choć posiani razem?

    ***(Moje wśród ciebie oczekiwanie)

    110

    Moje wśród ciebie oczekiwanie — nie donoszone, nie takie, za

    prędko, bo co więcej wytarguje głodny od głodnego, prócz

    — że się powtórzy, pomnoży, zachłyśnie?

    Wycinanka na jesień

    Zapaść na zawsze w gniazdo snu, zmieścić się w jedno zwi-

    nięcie spopielałych nitek — jest taka droga jesiennych śmierci,

    115

    tędy przechodzą oszalałe, rozmiękłe kolory wezwane wia-

    trem. Płatek po płatku w ordynku barw, najpierw żarłoczne,

    potem cichnące, aż po ostatnią, najniższą zieleń — schnące

    arterie, krople bólu w ciemnych tkankach. Rośnie w ramio-

    nach, rozwija się popielate gniazdo, już sięga miękko w liście

    120

    między szelest, pulsujące soki obejmuje ciaśniej — ciasno —

    drżącymi kręgami. Aż głuchną.

    Malejące

    jeżeli maleję cierpliwie z dnia na dzień

    jeżeli za dużo mi do panowania przychylili świata, kto bądź

    dodawał swoje dobra kiedy

    125

    jeżeli może raz ubędzie, czego nadto nie czuję a gdzieś sły-

    szałam jakby powtórzone widziane dłużej

    jeżeli co rozpoznaję za nie dość płynne w niepewnym wnę-

    trzu domu zawsze mi groźnym nagłą ciemnością, chociaż

    tak lekko dotykam przedmiotu pełniącego światło wśród

    130

    innych

    jeżeli nawet ćmie bliska przez ślad ćmy na palcach

    Wycinanka na liście

    Aureole szczerbione w wieczny znak rodzaju, rozpalone,

    wezbrane, żegnające owoc, zrównane z ogniem w komorze

    jesieni, czy potrafię je zmówić nim zgasną? Niebo rdza-

    135

    mi zachodzi, cień wyżera grube łyki trawy, karmi ziemię

    w ostatnich olejach. Chłodne odpoczywanie świętych nie

    nazywanych, w wielkim bezimieniu gorącymi strzałami

    przez śmierć trafionych. A mnie ledwo czerwień.

    Tak mi w ucieczce przybywa

    Niby las, niby płot, niby wojsko, niby zboże, chwiejne i wyso-

    140

    kie nazywanie świata, co ciągle inaczej zwołuje swą przemoc

    nade mną. Tyle siły, żeby ledwo nie zaznać schronienia pod

    rękami i liśćmi, tyle odwagi co brudu za paznokciem, którym

    skrobię pracowicie odpoczynek w ziemi, a Bóg mnie jeszcze

    na tyle nie spotkał, na zawadzie nie miał, żebyśmy mogli

    145

    polegać na sobie. Którędy wraca bezpowrotne — przed sobą

    gubiąc ślady, nie o drogę pytam, ale o wydrążone miejsce

    wśród małego życia, o mój dołek w piasku, czy nie zasypany.

    Tak mi przybyło na wróbla przez podwórze.

    Dom

    Trzyma mnie w swoim wnętrzu, nisko od korzeni do ciem-

    150

    ności drzewa mój cień jego ruchem cieniem, a pory roku

    pędzą w gęstwinę. Dotykam pierwszych ścian przez grubość

    lat, przez życia ubiegłe do kory, między kołyską i drzwiami

    w twarde drewno wryty przypływ. Ze skraju, z drgnienia ma

    wejście jedyne: wysoko po skórze drze płomień do szumu

    155

    w kołowrót zieleni, aż skrzypią ramiona. Gdzie dotknie po-

    lany, wyrębu w pamięci?

    Nie udźwignie ten kraj człowieka, nie wysyła znaków

    Mówią o nim, pokazują palcem to miejsce, a ja ciebie do dziś

    z klocków ustawiam. Do rozsupływania się dałeś, w gardle

    czuję twój węzeł, do ciebie drogi prowadzę szare, kruche.

    160

    Wyciągam z poplątanego — i to jest proste. Kładę proste na

    prostym — i znów się plącze.

    Ta jabłoń we mnie odkąd się zaczyna

    Z białości ponad ogród czarną słyszę jabłkami zawęźloną

    w kwiaty, przez śnieg nagłe odbywam zielenie. Liści się

    bezwiedna mojej obecności, zbyt jawna jeszcze, zbyt jabłoń,

    165

    aż nasycone wspólnym oddaleniem ramionami plączemy

    ciemność. „Zdarzyłaś mi ogród, w którym jestem dzieckiem,

    w śniegu cała, jabłek pełna i zakwitająca”.

    Matka

    Jesteś — moje gniazdo na pamięć, naszej ciemności trawa

    wspólna, z siebie tajemnej dałaś mi wyjść, okruch mroczny

    170

    w wirowanie światła.

    Ty nie znasz swej wielkości, twoje ziarno niepojęte, nam na

    kiełek w głębi ciebie porzucone. Jesteś — między nasieniem

    i głodem, jesteś — ogród przybywający tobą bez tchu.

    Stworzenia twoje znaczysz żarem, w siebie nachylasz czarne

    175

    złoża, nimi spłonęłaś do sosen do sarny, teraz wybuchają

    z ciebie, pierwszym ogniem liżą twoje ślady, w pióropuszach

    stajesz i w skrzydłach.

    Jesteś — drzewem w owocu zanim pąkiem, kwiatem jeszcze

    korzeniem, zaczynem, pęknięciem w kamieniu, własnym

    180

    chwytem z dna. czy czułaś wszystko?

    Jesteś wokół mnie, kiedy nazwać cię nie potrafię, pierwszy

    liść pokazałaś, rozwarłaś lato na upał i cień a we mnie były

    złączone, jesienie swoje dźwigasz, a mnie lęk o czerwie

    o czerwienie, coraz ciaśniej w serce. I nie umiem ciebie

    185

    z mojej zimy wyprowadzić.

    Biegło uwięzło Twoje w Tobie zaplątane. Ty Ciebie moje

    w krąg swój rozpoczynasz, nieustający krąg swój zataczasz

    we mnie, wieczny szelest.

    Pojemne

    mówię oczy, patrzę zapach, pachnę las, czyimi płucami

    190

    oddycham

    słyszę gorzkie coraz ostrzej sosnom do igieł, wyłaniam kraje

    kory pękate, drzewa nie swoje — czym dla nich jestem, ziemią

    ich czy śmiercią, jakby śmiertelnym urodzajem siebie

    one też z bieli formują w skok zielony

    *** (Gnieździ się żarłoczne w oddechu)

    195

    Gnieździ się żarłoczne w oddechu, męczy się do mnie po

    omacku, gdzie ja w głuszy, w skorupie równie pisklę schronio-

    ne co ziarno, nasza ku sobie udręka żywienia, kiełkowania,

    wyklucia, nigdy nie dość własna — to w ptaku, co ziarno pcha

    w kłosy czy w jabłoń.

    Na dwu i na czterech łapach

    200

    po co ta przytulność, którą widać przez palce

    mało wzięłam a przecież i temu nie wybrzęczę, nie dojrzę,

    nie dosłucham, ledwo się o mnie otarło i już już własne, kwili

    dawnym wilkiem, całym matecznikiem odbrzęknie

    zawsze nie moje, moje co? zawsze to moje, nie moje co? tak

    205

    zdaje się na człowieka

    Tyle mi do niej włókien

    Dług ci spłacam, dużo tego, wszystko, a ciągle za mało, bo

    jest jedna cena: świat za świat wydać. Kto wydany, ten goni,

    dopóki siebie nie zaklepie w twarde. Ja dziecko w Tobie

    dziewczynce z lalką, zanim wspólnie nad Tobą, nade mną

    210

    w mojej córce się pochylimy. Z tego kłębka — ile nici ile włó-

    kien ile kroków, i znowu z piskiem do dziecka się turla.

    Rdzenne

    Donikąd nie chce, uwięzło w swoim, do progu po psiemu

    przywarło, żeby chociaż cień wygrzać, skomli o szczodre

    poszycie, o dach nad głową — z czego mu wezmę, kiedy każdą

    215

    słomką przepłacam rozstaje, niech ominą ten kąt, gdzie ra-

    zem pulsujemy w jedno. Tarmosi o byle przeszłe kroki, prze-

    budzenia, o piłkę — tu, wśród bliskich, zawsze mu dłużna.

    Kawałek ziemi pewnej

    co ja się nachodzę, żeby okryć to kochane zawcześnie

    ile gniazdo okrąglę od czerwonej wstążki z warkocza, /a już moszczę siwym

    220

    ile czekam na pisklę piórko za piórkiem

    ile ciasto zaczyniam — usta ręce w popłochu, gruda ścierp-

    nięta po grudzie

    coraz zostaję, zatrzymana sobie, wśród

    ani wiem, kiedy to nasze przeleci, zakręci się w oczach

    225

    nasz kawałek ziemi pewnej, tylko dokoła po drzewach

    i dzieciach się starzejemy

    Pokrewne

    w co porzucają ziemię, że tak wynosi swoje małe z brzuchów

    skorup do wielkiej misy, boję się tego nic, co głodne siedzi

    w oczach

    230

    co tak pulsuje w palcach kiedy chcemy ujść przed pości-

    giem

    co to za kołujące wędrowanie, ten głodny we mnie ruch

    ziemi kiedy zanurza kły po śmiertelne nic —

    zamyka, otwiera, jest zajęte, kurczy, rozmyka, jakiegoś szme-

    235

    ru jeszcze zapominam, uderzenie, zlizuję krew z rozciętej

    ręki

    co tak kołu kołu w koło roku, co tak czujemy to własne coraz

    bardziej ciszej zmęczona, łakome wybiegi ścieżki krwio-

    ścieżki krwi do przedsionków serca

    240

    ja domu serca kołatanie czerwone

    Sobie na urodziny

    Za wiele powietrza zabieram bliźnim, oni tacy nadęci z głodu

    i ząb na ząb trafia pusto, miejsca też podobno za wiele odkąd

    się przechadzam i samowtór z siebie do siebie przesypuję

    cukier, a choćby o stół jaki zadrzeć, po swojemu zbiorę — tak

    245

    co więcej, gdzie milej, komu ciszej ustępować z drogi? Kiedy

    wreszcie dobijamy targu, znowu zaczną, znowu połknę za

    wiele, za słodko.

    *** (Śpij tu śpij nie zmruż oka!)

    Śpij tu śpij nie zmruż oka! Nie moje, nie moje słowa meble

    ozdoby, czyszczą. Dom chwieją raz do mnie raz do słuchu,

    250

    wkiwnęli. Oko w oko na siebie mnie biorą, przedstawiają

    żywe obrazy. Aż się zapadnie na głucho rozkruszy niezdo-

    byta forteca.

    *** (Wykołowali mnie na człowieka i dalej kołują)

    Wykołowali mnie na człowieka i dalej kołują, a ja im się

    dziwię. Tacy biedni rodzice, tacy rozrzutni, mogli mieć ze

    255

    mnie nie wiedzieć co jeszcze.

    Kogut

    Przyniosło mnie na pustkowie, tu się rzeczy dzielą: głos,

    ostrogi, mięso, grzebień. Bardzo pięknie wystygliśmy, do

    czego te dokładnie osobne szpargały będą mi potrzebne?

    Nie posiądę więcej, choć jeszcze zobaczę. Wierzę sobie, tu

    260

    nie ma innego koguta, tylko ten: czerwone drgnienia w za-

    ciśnięciu powiek rozłuskane pozłotą na dreszcze zieleni. Tyle

    mojego.

    Odpisane na straty

    Nie dotykać kiedy włazi w oczy ani uszu przykładać do tego

    co roi, niech się nasyci zagarniętym ciałem, niech się napu-

    265

    szy w rozgadane zdziebko i potrzęsie domem, a skąd samo

    nie wie, nawet skóry nie ma — skądeś, mimo, niechcąco aż

    moje.

    ***(Krzesło to krzesło)

    Krzesło to krzesło — strugali je inni a mnie nie bolało. Ogród

    ma się dobrze, co mi do gałęzi, same się szacują. Nie wchodzę,

    270

    nie wychodzę. Ogłuchłam na wszystkie drzwi, którymi by

    dziać się mogło, witać się zaczęło.

    W gospodarstwie

    Jak to w gospodarstwie, raz wzejdzie, raz uschnie. Głupie

    się urodzi, chociaż dwie głowy widać, do latania niezdatne

    ma pióra jak ulał, nie po myśli, nie po naturze. Rok po roku

    275

    przychówek niby jest, niby nie ma, ale liże ręce. Zadanie moje:

    NIC przygotować dla wszystkiego stworzenia,

    co w tak lichą skorupę zechce.

    Wilk

    Dużo po lasach wymowy, którą lekceważy ucho leśnego.

    Teraz, odkąd jestem w mieście, winszuję sobie. Wydawało

    280

    mi się kiedy indziej byle nie ludzkim głosem udane i wyło.

    Lżej się to udaje we znaki nad stołem.

    A to sztuka

    Przeszłam? przeskoczyłam ile metrów czasu i jak to się sły-

    szy — górę wysoko, a dolinę nisko? Mierzę tętno, składam go-

    dzinę, w której mi się dzieje pomaleńku po cichu zapodziewa

    285

    między sobą, między sobą i tobą, i krwią, krwią wydźwignię-

    tą i krwią spadającą, krwią zużytą i znowu wtłaczaną między

    nas, tak nuci się metr po metrze.

    Wszystkiemu można rodowód

    Za gładko nam idzie. Byle prędzej do wyzwolin, żeby majstra

    ugłaskać. Strużemy tu każdy swoje w przywleczonym klocu,

    290

    namknie się kto zaraz inny staje na niepewnych nogach, jesz-

    cze mchem obrosły, jeszcze od lasu nie odrósł. Do kogutków,

    do niedźwiedzi, do dłubania świata. Darz bór trocinom,

    a znajdzie się może ostrużyna Boga. To na co ją jeszcze roz-

    skubać, gdzie popchnąć?

    Po ciemku trafić do swego

    295

    Tyle różnych mocno żyje po świecie, gdy wypatrzę, chudną.

    Ten kogut niedooglądany, nieodnowiony ptakiem, wypiał

    więcej, niż ogarnął skrzydłami: ogromne, brzuchate na

    mgnienie — i zapadł. Inne moje nie dają echa. Źdźbło po

    źdźble rudzieje, tyle gorzkich co słodkich, w ciasnych pętlach

    300

    krtani tylko lis mógłby się przegryźć, dokąd pójdzie? Roz-

    pierzcha się to na marne sierści, rozfruwa na pierza. Każdy

    pan na swoim, do nikogo podegnać.

    Proces konia

    Do mnie nigdy całe zwierzę nie wychodzi z konia, za nic ma

    mój wysiłek, a tu jeszcze — dzień rozpoznać rozrzucony pod

    305

    pozorem suszenia siana

    a tu jeszcze — rozsądzić przyjście na świat pierwsze i powtór-

    ne. Płochliwe źrebię podejrzane w koniu? kasztan, który

    spadł w dzieciństwo i pogalopował? Obiecać drzewo, jeśli to

    był kasztan, przynęcić cukrem, jeśli wdał się w zwierzę. A tu

    310

    jeszcze mam nie płakać nad swym niedołęstwem.

    Nie bój się, trochę siły, już cię wyłaniam z zachodzącej łąki.

    Znak zniżony do szmeru, do niedowidzenia, cofnięcie w na-

    głe to samo: zielone zwierzę! Ale był jeszcze głos chrapliwy —

    i tak po kole karuzeli, od kasztana do konia, w zawrotach

    315

    do mdłości, martwe konie, ruch we mnie, plama skacząca

    z pastwiska w pastwisko.

    A gdyby mu teraz nienazwanym dopiec? Bawić się tak lek-

    ko jak wtedy — nitką? postronkiem? zwidzeniem, co usidli

    konia?

    320

    Cały przyjść nie może, zaświadczam tylko, że był spodzie-

    wany.

    Porządek rzeczy

    Poezja, ta chwila, gdy nuży się stoły, gdy spiętrza się groźba

    jeszcze nie ochrzczona, cudak z wysiłku do natury smoka

    — z wierzchu żywe liście, a wewnątrz zapałka. Jeśli zrosły

    325

    siebie, już w sobie zamilkły.

    Kuźnia

    mieć ją żeby rozkuć co od lat się toczy

    mieć ją gdyby raz nawet cicha i zbadać skąd głos uderza

    z tych oczu co swoje wypatrzyły w ogniu

    nadstawić bolące od pola brać ulgę

    330

    mieć ją żeby z niej poręczyć duszę, poręcznie wygiąć rzecz

    polną — zapamiętam się w progu i ani rusz dalej, a w ręce już

    chłodem z wczesnych stron ciągnie

    przed czarnym mnie zostawili

    rozeznaję co żelazne co polne

    335

    kiedy mignie co w co, we wszystkie pola stąd stłoczone po-

    chwytane między między, mam z nich pociechę, czasami

    się zdarzą

    W dwa ognie jedna, tu i tam przegrywam

    tu sama ta sama a przecież się dwoję, odstęp między nami,

    odstępstwo od kogo?

    340

    świadek koronny własnego wybiegu, ciemnego pokoju, wy-

    trzeszczonej politury mebli i wielkie uszy strachu do dziś

    żeby cichsze słyszeć

    dzwoni chrapie zaspało, gdzie kogo het dobudzę — a tu mi

    ucho przesyła swoje przypuszczenie straszne do tajemnicy,

    345

    do żywego ocknięcia

    Ja i ta którą śledzę obecna

    trudno mieć cię całą z ciebie dowieść każde poruszenie

    w tobie rosnąć rozcapierzać stokrotnieć

    kręcić się do mnie dzień po dniu z zabawy w zabawę coraz

    szybciej sięgać

    350

    i tylko wierzyć, że cię wydobędę wypiastuję wspólnym szcze-

    biotem jeszcze

    czy już obcym

    Pamiątka po mnie, pamięć po rodzicach

    jej moje małe duże ręce?

    siebie jej dziecko matka

    355

    najmniejsze ogromne zagubione znalezione uczepione piasku

    ze śmiechem zasypuje małe oczy małe uszy małe nogi

    co to kogo to kokon kulka jajko matko dziecko

    Podzielne

    Dokładnie, ostrzem, po skrajach — zrywa związek ręki

    z trawą, zaręczyny ramion z ciągłym we śnie pofruwaniem,

    360

    po kołataniu rozstrzyga to drzwi domu, to serce, to będzie

    śmierć dziecinnie własna, przecina sprawę stołu w lesie

    zrównanym do wspomnienia, i wszystko jest po naszej

    stronie podzielne, i dalej naprzykrzamy się sobie — źdźbło

    oku, nożyce trawie, piła drzewu, do nóg naszych krzywo

    365

    poślubiona łąka.

    Pobyt mój taki piskliwy w nieustannym głosie

    To, co zasiałam: teraz boli wzeszłe przede mną. To, co pła-

    kałam: coraz więcej pustych krzeseł, moje wysokie do ma-

    my na mleku puste. To, co osiadłam: to zabrane zwierzętom,

    to zabrane roślinom, huczna spiżarnia a wszystkiego mało

    370

    żeby dojść smaku. To, co dorosłam: dziecinnieje, coraz

    innym szczebiotem zbywa. To, co płynęłam, te dźwięki.

    Z rozległych powołana — skąd?

    bez wykrętów siebie tu powołam nad sobą

    nie odmierzaj mnie dreptaniem przez i przez a w kółko

    drobną kaszą

    375

    nie sądź pomąceniem statecznych, wirującym podwórzem

    gdzie dach do ręki leci, głowa psa spada z kolan

    wysoko chciałam

    odmawiam tę górę za ojca kiedy o nim nic nic, ani się prze-

    konać, czy wtedy był drzewem, a ile było chodzenia dziecin-

    380

    nienia po lesie — ale jak wyżej góry wołać gdzie listku gdzie

    lekko?

    więc to tyle widać z gorącego, że dotknięte i nikt nie prosi

    o więcej? tyle co powiedziane na chrzcie?

    nie sądź mnie tym pytaniem

    Umieszczona sobie dnia tego i tego między rodzicami

    385

    ni stąd ni zowąd napomknięta na świadka bez dnia i godziny

    o słuch wzrok dotyk

    moje, moje to samo naoczne po tylu zmarszczkach: więc

    jesteś duża, więc jesteś mała, dwie krople wody

    w jadalni chłód tamtejszy, ja na furkocie bielizny bielinek

    390

    przysiadł a tu niżej i już biało

    gdzieś mnie niosą ćwierkającą zaćwierkaną tu. tu, ja, ja

    to nie pamięć, tylko dyszący motyl motor turkot walczy

    o mnie — którą? uchyla się. dopóki żywe

    Dzięcioł

    Sytuacja dzięcioła w moim opukiwaniu — z głodu ale bez

    395

    pamięci do drzew

    ta przegroda na przegłosy, uszy nie do tej sprawy

    od czułków dziobów szczypiec za cicha zacicha, siebie

    w siebie przelotnie donosi

    ja dzięcioł i za przegrodą ja odstuka na głos na głód

    400

    na stracenie błyszczy czerwoną pręgą, tam uderzę zasłyszę

    za słyszę

    na głos na głód na śmierć, bo co żywe, ledwo smaczne. Po-

    żyjesz, zobaczysz.

    Tu tak łatwo oddalić, odbiec

    Dudni jedno o drugie o drugim. W domu z krwi i kości

    405

    jak ci tam, pogruchotane? Ludzkie. Dokąd się tłuczesz? Na

    pole drabiniastym wozem po więcej niż się rodzi. Smuży się

    smyk smyk pole od słońca do oczu, od oczu w śnięte niebo

    po przedsennych wybojach, co słomka to miedza, z jesieni na

    zimę którąś tam już po mnie smyk smyk śpiącej w grudzie.

    410

    Przełkniesz? Tylko oczy bolą z powrotem do ziemi.

    Zamknij
    Proszę czekać…