Oferta dla Przyjaciół

Czytaj teksty współczesnych autorek i autorów wcześniej niż inni. Ty decydujesz, ile płacisz!

Zadeklaruj stałą wpłatę i dołącz do Towarzystwa Przyjaciół Wolnych Lektur.

TAK, chcę dołączyć!
Nie, rezygnuję z tej oferty
Oferta dla Przyjaciół

Przyjaciele Wolnych Lektur otrzymują dostęp do specjalnych publikacji wcześniej niż inni. Zadeklaruj stałą wpłatę i dołącz do Towarzystwa Przyjaciół Wolnych Lektur. Kliknij, by przejść do strony płatności!

x

    Elżbieta LipińskaKamienie

    Rodzinie Sztutmanów

    Nie ma do kogo się odezwać, bo wokół jest pusto. Odziedziczona pustka.

    (ze wstępu Anki Grupińskiej do książki Mikołaja Grynberga Oskarżam Auschwitz)

    Nie ma grobu, nie ma pomnika, niech będzie nim ta książka.
    Dużo czasu zabrało mi wydobycie się z szarego kartonu.
    Ale o tym najlepiej napisała moja córka.

    autorka

    Aleksandra Lipińska. Karton

    1

    Kiedy byłam mała, jednym z moich ulubionych rytuałów podczas wizyt u babci było ściąganie z ostatniej półki wysokiego regału rodzinnych albumów ze zdjęciami. Był wśród nich taki z namalowanym na oprawie chińskim pejzażem i pozytywką, która tylko cichutko pobrzękiwała, bo zepsuliśmy ją częstym nakręcaniem. Drugi, mniejszy, miał drewnianą okładkę z tańczącym juhasem. Oglądałam w nich zdjęcia mojej malutkiej mamy, młodych dziadków, ich rodziców, braci i sióstr. Dziesiątki razy babcia i mama opowiadały nam o nich różne historie.

    2

    Na tej samej półce regału stał też zawsze szary karton z napisem: „Zdjęcia Ireny”. Babcia zniechęcała mnie do ściągania go z góry: „Rozsypiesz, pogubisz, to dla ciebie nic ciekawego…”. Ale czasami, zwłaszcza gdy byłam już starsza, udawało mi się zajrzeć do tego kartonu. Był wypełniony szarymi kopertami, opisanymi (jak mówiła mama) przez Dziadka — wielkiego nieobecnego, który zmarł, gdy miałam cztery lata.

    3

    O zdjęciach, które były w szarych kopertach, nie opowiadano nam wiele. Oglądano je raczej w milczeniu, czasem dodając uwagi typu: „Ależ ta Irena miała WYGLĄD! Jakże ten Staszek mógł uchodzić w czasie wojny za hrabiego P., od razu widać, że Niemcy się na TYM nie znali”. Była też historia o małym chłopcu ze zdjęć — Mareczku. Podobno kiedy zawracał głowę starszemu bratu i siostrze, ci, żeby się go pozbyć, odpowiadali: „Dobrze, pobawimy się. Zacznijmy od tego, czym się różnią Plantageneci od ichtiozaurów…”. Wtedy się śmialiśmy. I jeszcze z tego, że Irena i Tadzik wygrali przed wojną konkurs charlestona w Adrii. Ale te opowieści nie składały się w całość. Bardziej wymowne niż te skąpe komentarze były spojrzenia starszych, które pozwalały mi się domyślać, że jest coś, co oni wiedzą, a czego ja wiedzieć nie mogę. Od pewnego momentu do tego kręgu znaczących spojrzeń włączony został mój starszy brat. Chociaż nikt nigdy tego nie powiedział wprost, wiedziałam od zawsze, że o zdjęciach z szarych kopert się nie rozmawia, w każdym razie z nikim obcym. A potem, kiedy miałam 12 lat, mama zabrała mnie do Warszawy i opowiedziała o rodzinie mojego dziadka Tadeusza: jego ojcu Henryku (Chaimie), matce Felicji (Fejgele), siostrze Irenie, młodszym braciszku Marku, pierwszej żonie Mali i córeczce Noemi, której dziadek nigdy nie zobaczył. Na tych zdjęciach są ONI.

    4

    Witajcie w naszym szarym kartonie!

    Milczenie

    wkrótce po urodzeniu
    rodzice nieudolnie naśladując Boga
    zawiązali nam języki
    długo nie wiedzieliśmy że może być inaczej
    bezskutecznie próbowaliśmy
    pozbyć się niewygodnego węzła
    zadzierzgnęli go mocnym
    nie mów za dużo
    nie pytaj
    dlaczego tak niewiele wiesz
    nie rozumieją moje dzieci
    chociaż rozwiązałam supeł
    nie ma kogo spytać

    Tam i z powrotem

    Postanowiłeś zdobyć Palestynę,
    choć właściwie od razu było wiadomo,
    że to się nie może udać.
    W naszej rodzinie zawsze było więcej skrzypków niż kupców.
    W dodatku zabrakło prawnika, który ostrzegłby cię,
    że superficies solo cedit[1].
    No i wróciłeś na tarczy ku wielkiej radości babci,
    która nie mogła żyć bez polskiej jesieni.
    Na zdjęciu wyglądasz jak zdobywca.
    Jeszcze nie wiesz, że tych jesieni tak niewiele.

    Wołomin 1935

    Wyglądasz tutaj całkiem niby tatko-pająk
    z mojej dziewczyńskiej książki. To przez długie nogi,
    które jeszcze wyciągnął fotograf amator,
    co „zdejmował” cię z dołu, tam, na jakiejś łące.
    A może fotografka, co na innym zdjęciu
    tak się tuli do ciebie w śmiesznych okularkach
    grzecznego buchaltera z sepiowym uśmiechem.
    Taki tam jesteś inny — obcy tata-blondyn,
    mól książkowy z wąsikiem, którego za chwilę
    trzeba się będzie wstydzić za paskudny kształt.

    Sztuka magika

    Markowi Sztutmanowi

    z tą biedną krótszą nóżką
    był z siebie taki dumny,
    gdy udał mu się skok,
    wołał: patrz, sztuka magika!
    a potem trzeba było
    zamieszkać w miedzianym kotle
    hej, udajemy pranie!
    chowaj się! sztuka magika,
    a teraz — mówiła mama —
    bawimy się w chowanego
    z tamtym sąsiadem z przeciwka
    nie znajdzie nas: sztuka magika,
    a gdy ich wyprowadzali,
    mówiła: nie bój się, synku,
    to wcale nie będzie bolało,
    zniknęli
    sztuka magika.

    historia

    fabryczka gwoździ która pozwalała im żyć
    kazała mu zapomnieć o pisaniu kryminałów
    i czułych wierszy
    wiersze szeptał już tylko córce rabina
    przykładając ucho do jej małego brzucha
    w którym ktoś słabo kopał
    żaden z jego kolegów socjalistów nic z tego nie rozumiał
    a on nie rozumiał sensu uczenia się skomplikowanych wzorów matematycznych
    skoro na świecie byli Tuwim Leśmian i Rodziewiczówna
    fabryczka gwoździ wpadła w ręce Niemców
    a potem ubekowi w ucho
    na szczęście już nie istniała
    można więc było zostać synem pracującego inteligenta
    zapomnieć syna fabrykanta gwoździ
    to pozwalało na zupełnie nową jakość życia
    solidnie zakonserwowanego w mrozie
    córka rabina dawno rozwiała się z dymem
    cały naród budował swoją stolicę
    do drzwi pukał nowy wspaniały świat

    Wyrwana kartka

    Niewiele brakowało,
    a moja matka mogłaby poślubić
    pana Zbigniewa B. ze Zduńskiej Woli.
    I gdyby mieli córkę — nie ja bym nią była.

    Wisława Szymborska

    Niewiele brakowało,
    a mój ojciec nigdy
    nie spotkałby mojej matki
    tak wielka dzieliła ich czasoprzestrzeń.
    Zanim do mojego urodzenia
    przyczynił się niechcący nieudany malarz,
    ojciec balował w Adrii, a matka z wahaniem odrzucała
    propozycje wiejskiego nauczyciela.
    Córka mojego ojca, o pięknym imieniu,
    z nieurodzoną córką mojej matki
    nigdy by się nie spotkały,
    nie chodziłyby do jednej szkoły,
    nie usłyszałyby nigdy o sobie.
    Ostatecznie wychodzi na to,
    że jestem wytworem
    szczęściem zajeżdżonej na śmierć
    kobyły historii.

    Stacje

    I stacja — róg Koszykowej i Ujazdowskich

    Już jestem. Wojskowy chirurg klnie,
    rzuca igłami, bo tępe i brudne.
    Z tego rzucania wyrasta dzikie mięso.
    Potem już nic nie wyrasta.
    Zostaję jedynaczką.

    II stacja — Słupsk

    Nigdy, panie kapitanie, nigdy za chrzest.
    Ksiądz kapelan Hilchen uśmiecha się —
    jak już raz dorwiemy owieczkę, buli całe życie.

    III stacja — Strachów (dziś Pstrąże)

    Na bocznicy grzyby,
    w ogrodzie pigwy. Ciocia,
    narażając się na posądzenie o sabotaż,
    kradnie domek z makiety wojskowej.
    Kocham ją na zawsze.

    IV Stacja — Kraków

    Dobra siostra oświęcimska
    bawi się w Pierścień i różę.
    Zła pani oświęcimska bije
    dziecko po buzi.
    Zwierzę mariackie nie istnieje.

    Stacja końcowa — Wrocław

    Widnokrąg szerszy od innych,
    jak zwykle, gdy patrzysz na morze.
    Tym razem gruzów.
    Poczciwa ciuchcia nie daje rady.
    Sapie i zdycha. Kwitną magnolie.
    Coś się kończy i zaczyna.

    Ahaswer[2] osiadły

    sercu, jakie miałem, kazałem wierzyć

    Paul Celan, Zurych, Zum Storchen

    czy nocami przychodziła do ciebie Noemi,
    której nie zdążyłeś przytulić?
    O czym myślałeś,
    gdy twoja polska żona
    I twoja polska córka
    spały spokojnie obok?
    powiedz,
    czy szczęście może wymazać inne szczęście?

    Pożegnanie z czerwienią

    pani ma takie zagraniczne dziecko
    słyszała wciąż mamusia śniadoskórej buzi
    tak bardzo orientalnej w łazienkach alejach
    gdzie buź takich niewiele doprawdy zostało
    kiedy się przepychała z wózeczkiem przez gruzy
    jaka śliczna Chineczka słyszała w Krakowie
    spacerując po plantach radośnie wpatrując
    się w środek szkolnej sceny kiedy jej córeczka
    sadziła ryż schylona w jedwabnej piżamie
    tak bardzo była dumna do dnia gdy wariatka
    uderzyła Chineczkę bo głośno śpiewała
    piosenkę o Chińczykach i małych Murzynkach
    na zachodzie uznała że najlepiej będzie
    podszyć się pod Hiszpankę na drogę do źródła
    wiedzy dała Chineczce czerwone pończochy
    budrysówkę i szalik buzia była piękna
    chociaż pończochy w biegu koniecznie na czarne
    trzeba było wymieniać w brudnym szkolnym kiblu
    ale w końcu musiała spytać mamę w domu
    co też pan miał na myśli gdy na lekcji stwierdził
    że tak czerwone ciuchy noszą tylko kurwy
    bogiem a prawdą użył słowa które brzmiało
    dostojniej ale dla niej było bez różnicy
    śniada buzia na szczęście ukryła rumieńce
    po wyjaśnieniach piękna czerwień jakoś zbladła
    i wtedy zrozumiała chyba po raz pierwszy
    za to po wszystkie czasy że trzeba uciekać
    lubi czernie zielenie popiele granaty
    usta maluje wiśnią zgaszoną ugrami
    oczy łagodzi brązem ożywia uśmiechem
    który płoszy przez wieki utrwalony smutek
    i wyszła za blondyna do niej nikt nie mówi
    ma pani takie zagraniczne dziecko

    Patchwork

    nigdy nie uda mi się złożyć w całość
    za mało mam danych baza nie istnieje
    składam się z ułamków godzin i miejsc
    jak uszkodzony kalejdoskop
    nie sposób dopasować tyle się wykruszyło
    niektóre fragmenty nigdy do siebie nie przystawały
    ale dziwnym trafem tworzyły całość
    rozpadła się ze zużyciem spoiwa
    skazana jestem na fragmentaryczność
    w jednym odłamku nieudana
    pielgrzymka do ziemi ojców
    w drugim krzyż ufundowany przez pradziadka
    z wybujałym ego
    tu babcia w kreacjach od pani Jankowskiej
    najlepszej z najlepszych krawcowych Warszawy
    tam buty w ręku w drodze do kościoła
    i sztywna babka Haźbietka w koralach
    której wiejski fotograf ukradł duszę
    fruwające na wietrze zdjęcia
    babci Felicji w eleganckim kapeluszu
    utracone na zawsze
    z wyrzuconą przez ruskiego żołnierza walizką

    Kamienie

    dziadkowi

    Od kiedy dowiedziałam się, że tak się robi
    (późno, tak późno, że trudno uwierzyć),
    chciałam ci położyć kamyk na grobie.
    Potem pojechałam tam, gdzie leżysz,
    a raczej wsiąkłeś w ziemię pyłem,
    z ośmiuset tysiącami innych,
    i zobaczyłam tyle kamieni,
    że nie miałam już serca dokładać.

    Klamra

    W 1934 roku pani Wacława Mossakowska, córka dziedzica Wołomina, wydzieliła ze swych posiadłości 3 ha gruntu z przeznaczeniem na boisko sportowe dla Huraganu, przy końcu ulicy Długiej, przy obszarze leśnym Nasfetra.

    8 stycznia 1941 roku rabin Beniamin Michelson aktem darowizny przekazał działką gruntu o powierzchni 1 morgi i 20 prętów na rozszerzenie cmentarza rzymsko-katolickiego w Kałuszynie.

    W cegielni dziadka jakiś „wariat” zrobił muzeum.
    Znosi pamiątki. To taka Izba Pamięci Nienarodowej.
    Pracowicie odkurza fotografie i maszyny.
    Niektóre wykopali obok boiska.
    Wypadły z rąk, walizek, portfeli, utonęły w piasku.
    Zaprowadzili ich na piachy, a ten mały Moniuś to tak płakał,
    mówi pani Maria i pociąga nosem, chociaż zna to
    tylko z opowieści pani Józefy.
    A w sąsiedztwie omal nie zlinczowali księdza.
    Bo i kto to widział, żeby wprawiać
    jakieś żydowskie kamienie w ściany Domu Pańskiego?
    Przez takich niektóre antychrysty nawet twierdzą,
    że nasz Pan Jezus był Żydem, niech im Pan Bóg odpuści.
    W 1991 Kałuszyn przystąpił do Stowarzyszenia Miast Pokoju.
    W latach 90. powstał gang wołomiński, odłam mafii pruszkowskiej.

    Wygnanie

    1. Kiedyś byłam zwykłą małą dziewczynką.
    Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że jestem zagraniczna,
    egzotyczna i jak tam jeszcze eufemistycznie
    określano obcość. Ani że powinnam kogoś zastąpić.
    2. Kiedy moi przodkowie opuszczali Hiszpanię,
    Kolumb właśnie dopływał do Ameryki,
    ale wtedy nikt jeszcze o tym nie wiedział.
    Cyprysy i kobiety płakały, a agawy zakwitały
    jedyny raz w życiu. Potem usychały.
    3. Nie chcieli zostać marranami i mieli rację:
    ani wtedy, ani potem nikt niczego nie zapominał.
    O tym dowiedziałam się, kiedy nadal byłam
    małą dziewczynką i też nie chciałam być marranką.
    To znaczy w istocie nią byłam, bo kto pyta niemowlę,
    kim chce zostać? Ale odmówiłam uczestnictwa w fikcji.
    Wtedy okazało się, że istnieje coś takiego, jak tożsamość.
    O wiele wygodniej było żyć bez niej.
    4. Ale zanim do tego doszło, babki z rzadka mieszały się
    z Aszkenazyjczykami, bo nie gustowały w rudzielcach,
    wciąż mając przed oczami synów hiszpańskiego słońca.
    Więc dostały po nich głównie nazwisko, niechciany prezent,
    budzący niechciane skojarzenia. I poszły dalej.
    5. Zamieszkały na piaskach, tych samych,
    na które trzysta lat później wyprowadzili ich wnuki,
    likwidując skutecznie linię przekazu na zawsze, choć,
    jak się okazało, niedokładnie,
    mimo niemieckiej skrupulatności.
    6. Kiedy dziewczynka wygnana z siebie dorosła,
    okazało się, że maski nie kryją niczego,
    choćby się zrosły z twarzą. I choćby w istocie
    nie były maskami.
    7. Więc wróciłam do siebie.
    Kiedy wnuk dziwi się, że to jakiś problem,
    czuję, że mogę wszystko:
    śpiewać kadysz, chociaż jestem kobietą,
    albo mantry po koreańsku. Jestem w domu.

    (Na ulicach…)

    Ojcu

    Na ulicach zostali tylko ci, którzy nie boją się
    wiatru i chmur. Kiedy wieje, tracę czujność.
    Wraca milczenie. Znów rozmawiamy w ciszy
    i rozumiemy się bez słów. Może nawet trochę lepiej
    niż wtedy. To nie był czas na rozmowy o bólu,
    nigdy nie jest, nie da się go objaśnić.
    Ból wchłania się jak cysta,
    czasem tylko jeszcze uwiera jak przyciasne buty.

    Sól ziemi

    Nie na darmo to morze jest martwe. Lecz ślady,
    co powinny utrwalić się w soli, odcisnąć
    swoje piętno, zgubione na zawsze. Odpadło
    tyle skojarzeń, myśli, imion i miłości,
    sukienek, wstążek, perfum, miękkich rękawiczek,
    surdutów i fularów, kapeluszy, spinek,
    książek, obrazów, pieśni, papierów nutowych,
    huśtawek i kołysek, pajacyków, lalek,
    że nawet gęsta woda śliska jak oliwa
    nie mogła ich udźwignąć, wszystkie poszły na dno.
    Nowe czytanie z soli, zapomniana sztuka,
    wynurza się znienacka, dociera powoli
    do wnuka, który umie sprawnie zeskanować
    i odczytać na nowo zamoknięte zdjęcia.

    Czas zawsze wygrywa

    Pustynia była płowa i cicha. Leżał tam tylko ten kamień w objęciach piasku.
    Jakby czekał właśnie na mnie. Od wieków czekał, aż go gdzieś położę.
    Wydawał się dziwnie lekki. Ciekawe, jak ciężki jest w rzeczywistym czasie,
    myślałam. Gdzie go położyć? Przecież nie ma grobu.
    Przez sen przesączał się duch
    dość silny, żeby pomóc szukać.
    Odeszłam. Pustynia była znów cicha i płowa bez skazy.
    Znaki musiały się dopiero urodzić.

    Przepisywanie

    Myślicie, że można opowiedzieć czułość?
    Myślicie, że można opowiedzieć piękno?
    Myślicie, że można opowiedzieć miłość?
    Tak, że gardło się zaciska, bez słów
    o krwawiących ranach, pomnikach,
    pocie i łzach?
    Tamte słowa pochowano na skałkach,
    a serca krwawią po kościołach. Nasze rany
    chowamy pod grubymi warstwami bandaży
    i udajemy, że się zagoiły.

    Per adulti[3]

    Pamiętasz? Posłuchaj. Odwróć głowę.
    Ta melodia. Ta książka. To zdjęcie.
    Niegdysiejsze śniegi stopniały
    i znikły. Nawet mokra plama wyschła.
    Power. Jeszcze nie musi się czekać
    na czerwoną czy ciemną gwiazdę,
    żeby ją złapać za ogon.
    Patrz. Żarzy się. Jest blisko.
    Na razie dźwięk. Szumna szybkość
    przemieszczeń. Ruch. Radość.
    Nic z kamienia. Pomniki na potem.

    Przypisy

    [1]

    superficies solo cedit (łac.) — dosł.: „to, co jest na powierzchni, przypada gruntowi”; zasada prawa rzym. stanowiąca o tym, że budynki, drzewa i inne elementy trwale związane z gruntem stanowią własność właściciela tegoż gruntu. [przypis edytorski]

    [2]

    Ahaswer — Żyd Wieczny Tułacz, bohater legendy popularnej w Europie szczególnie w XVII, XVIII oraz XIX w. (por. m.in. powieść Eugène'a Sue), z zawodu miał być szewcem, człowiekiem, który zgubił swoją śmierć i przez to stał się nieśmiertelny; w niektórych wersjach legendy Ahaswerus wiecznie wędruje dlatego, że znieważył Chrystusa i został obarczony klątwą tułaczki. [przypis edytorski]

    [3]

    per adulti (wł.) — dla dorosłych. [przypis edytorski]

    Close
    Please wait...
    x