Oferta dla Przyjaciół Wolnych Lektur...

Przyjaciele Wolnych Lektur otrzymują dostęp do specjalnych publikacji współczesnych autorek i autorów wcześniej niż inni. Zadeklaruj stałą wpłatę i dołącz do Towarzystwa Przyjaciół Wolnych Lektur.

TAK, chcę dołączyć!
Nie, rezygnuję z tej oferty
Oferta dla Przyjaciół

Przyjaciele Wolnych Lektur otrzymują dostęp do specjalnych publikacji wcześniej niż inni. Zadeklaruj stałą wpłatę i dołącz do Towarzystwa Przyjaciół Wolnych Lektur. Kliknij, by przejść do strony płatności!

x
← Emancypantki, tom pierwszy

    Tekst jest publikowany jako: „po korekcie”. Dodatkowo wprowadzono częściowe uwspółcześnienie interpunkcji oraz w kilku wypadkach zmieniono pisownię, dokonano korekty błędów źródła (zmiany opisano w nocie redaktorskiej).

    Poprawiono błędy źródła: wykonowcom -> wykonawcom; jakaś nieziemskie przywiązanie -> jakieś nieziemskie przywiązanie; zabiegła jej drogą -> zabiegła jej drogę; przeprościć -> przeprosić; im -> nim (dzięki im znamy kolor); (oraz zgodnie z erratą:) do rozmiarów iskierek -> do rozmiaru iskierek; wychodzi za Branisława -> wychodzi za Bronisława; z sobą -> ze sobą; przez mnie -> przeze mnie; szokłę -> szkołę; dla tej tej -> dla tej; ściśnięcie -> ściśnienie; Pan Kazimierz zerwał się z krzesła. -> Pan Kazimierz umilkł i otarł spocone czoło.

    Uwspółcześniono: branzoletę -> bransoletę, branzolet -> bransolet; Saskim placu -> Saskim Placu.

    Wskazane jest dalsze opracowanie tekstu: uwspółcześnienie pisowni „nie” z imiesłowami przymiotnikowymi oraz przeanalizowanie i zmodernizowanie zapisu wtrąceń nawiasowych w akapitach dialogowych (część z nich należy do wypowiedzi, część zaś to wtrącenia narracyjne). Niektóre terminy, wyrażenia, słowa obce wymagają opatrzenia przypisami.

    Bolesław PrusEmancypantki

    Tom II

    1. Powrót

    1

    Panno Magdaleno, czas wstawać!…

    2

    Te wyrazy, a jednocześnie — turkot pociągu, dźwięczenie łańcuchów i szybki oddech lokomotywy usłyszała Madzia. Ale nie mogła jeszcze otworzyć oczu, odurzona kołysaniem wagonu.

    3

    Wtem stuknęło okno i na Madzię wionął orzeźwiający prąd powietrza. Westchnęła i przetarła oczy.

    4

    Sen uciekł, Madzia zaczyna rozumieć rzeczywistość. Oto siedzi w kącie przedziału pierwszej klasy, a naprzeciw — jej towarzyszka, pani naczelnikowa, przeglądając się w małym lusterku, obmywa twarz kolońską wodą i gładzi włosy. Na świecie jest pogodny ranek.

    5

    — Dzień dobry pani naczelnikowej…

    6

    — Dzień dobry… dzień dobry, kochana panno Magdaleno… Doskonale pani spała!… Po łaźni i po płaczu zawsze się dobrze śpi.

    7

    — Daleko jeszcze do Warszawy?… — pyta Madzia.

    8

    — Wyjechaliśmy z ostatniej stacji.

    9

    Madzia chwiejnym krokiem zbliża się do okna i zaczyna oglądać okolicę.

    10

    Pola zżęte; na ścierniach zapalają się i gasną krople rosy; drzewa uciekające w tył mają niezdrową zieloność, jakby w tym miejscu jesień zaczynała się wcześniej aniżeli w Iksinowie. Niekiedy między polami zabieli się chata otoczona płotem z żerdzi; z daleka widać parę wysokich kominów.

    11

    A na granicy horyzontu rozpiera się olbrzymi szary obłok przecięty trzema poziomymi smugami dymów. Najniższa smuga oznacza Powiśle, średnia — stoki, najwyższa szczyty Warszawy, która wygląda jak tajemnicze pasmo wzgórz zębatych z wyskakującymi tu i owdzie skałami.

    12

    — Piękne macie powietrze w tej Warszawie — odezwała się naczelnikowa. — Jestem pewna, że za dwa dni będę miała czarne płuca… Ach, Boże, jak wy tu żyć możecie?…

    13

    — Ale widzi pani, że im bliżej podjeżdżamy, tym bardziej rozpraszają się dymy… O! wieża kościoła ewangelickiego… na lewo Święty Krzyż… na prawo kościół Panny Marii… Coraz wyraźniej!…

    14

    — Już ja dziękuję za taką wyraźność. Panie Boże!… W rok umarłabym tutaj… A pani niech wraca do Iksinowa z początkiem przyszłych wakacyj… Ot, już gwiżdżą… zaraz wysiadamy… Odwiozę panią, gdzie trzeba.

    15

    To mówiąc naczelnikowa zaczęła śpiesznie wyjmować z siatki wagonu torby, pudełka, parasole. Pociąg zwalnia, słychać gwar rozmów, konduktorzy otwierają drzwi…

    16

    — Warszawa…

    17

    — Ej, człowieku!… a zamów wygodną dorożkę… — woła naczelnikowa podając tragarzowi stos rupieci.

    18

    Ponad ramieniem tragarza Madzia spostrzega szczupłą osóbkę w ciemnych sukniach, której zafrasowana twarz wydaje się jej znajomą.

    19

    — Madziu! — nagle odzywa się zafrasowana osóbka wyciągając ręce.

    20

    — Żanetko!… — odpowiada Madzia. — Co tu robisz?

    21

    — Przyjechałam na dworzec po ciebie…

    22

    — A ty skąd wiesz, że ja miałam wrócić?…

    23

    — Przecież telegrafowałaś do panny Malinowskiej i ona mnie tu przysyła w zastępstwie…

    24

    Obie panny tak gwałtownie padają sobie w objęcia, że robi się z nich jedna bryła tamująca ruch na peronie. Zaczepił je wózek, potrącił konduktor, wreszcie wpadł na nie tragarz i niechcący rozdzielił parasolem naczelnikowej.

    25

    — Takim sposobem ja już niepotrzebna pani? — mówi naczelnikowa i — ona znowu chwyta Madzię w objęcia. — Więc do widzenia, panno Magdaleno, najpóźniej w końcu przyszłego czerwca. Mówię: do widzenia nie tylko od siebie, ale od całego miasta i od mego męża, któremu pani także głowę zawróciła… Oj! będziemy się kłócić w Iksinowie…

    26

    Tragarz zajął się odebraniem rzeczy Madzi, i obie panny weszły do sali pasażerskiej.

    27

    — Boże, jak ty ślicznie wyglądasz, Madziu — mówiła panna Żaneta — a tu ktoś rozpuścił plotkę, żeś w kwietniu umarła!… Od kwietnia do sierpnia zrobiłaś sobie wakacje, winszuję!… Dopiero musiałaś używać?…

    28

    — Nie widziałam nawet mojej siostrzyczki — wtrąciła Madzia. — Cóż u was?…

    29

    — Nic. Na pensję taki natłok, że panna Malinowska nie chce przyjmować uczennic… Ale co za zmiany!… W dawnym mieszkaniu Ady Solskiej i pani Latter są dziś sypialnie; gospodaruje matka panny Malinowskiej, a ona sama oprócz salonu do przyjęć ma tylko jeden pokój… Słyszałaś?… Przełożona w jednym pokoju!…

    30

    — Musi mieć mniejsze dochody aniżeli pani Latter?

    31

    — Wątpię — odparła panna Żaneta. — Choć, wyobraź sobie, bierze po pięćdziesiąt i po sto rubli taniej od pensjonarek, nam popodwyższała pensje, no… i stół jest lepszy… O, lepszy…

    32

    — To doskonale.

    33

    Panna Żaneta westchnęła.

    34

    — Straszny ucisk!… Pensjonarkom nie wolno wychodzić na wizyty; nam wolno przyjmować gości tylko w ogólnym salonie… O dziewiątej wieczór wszystkie musimy być w domu… Joasia nie miałaby co robić u nas. To klasztor!…

    35

    Wyniesiono rzeczy, panny wsiadły w dorożkę.

    36

    — Jak te wasze dorożki trzęsą… ach, wylecę!… — zawołała Madzia. — Kurz… zaduch…

    37

    — A mnie się zdaje, że dziś jest cudowne powietrze — uśmiechnęła się panna Żaneta. — Tak dawno już nie byłam na wsi, że chyba nie potrafiłabym tam oddychać — dodała z westchnieniem.

    38

    — Panna Howard jest u was? — pyta Madzia.

    39

    — Co też ty mówisz?… U nas nie ma miejsca dla progresistek wobec panny Malinowskiej.

    40

    — Gwar… hałas!… Nieznośna Warszawa… A nie słyszałaś czego o Solskich, o… Helenie Norskiej?… pytała Madzia rumieniąc się.

    41

    — Wszyscy siedzą za granicą, ale niedługo mają wrócić — mówiła panna Żaneta. — Ada chce doktoryzować się z nauk przyrodniczych, a Helenka podobno jest zaręczona z Solskim. Tylko że oni ciągle to — godzą się, to — zrywają ze sobą… Hela ma być taka despotyczna jak pani Latter, a Solski zazdrosny… Nic tego nie rozumiem. Proszę skręcić w bramę i wjechać na dziedziniec!… — zawołała panna Żaneta do woźnicy.

    42

    W kilka minut później Madzia z biciem serca wstępowała na dobrze znane jej schody pensji. Uderzyła ją cisza panująca w korytarzach i brak pensjonarek, które dawniej ciągle kręciły się między salami.

    43

    — Pani przełożona u siebie? — zapytała panna Żaneta szpakowatego mężczyznę, który w czarnym surducie, zapiętym pod szyję, stał przy schodach, wyprostowany jak żołnierz.

    44

    — Pani przełożona… — odparł, lecz nagle umilkł.

    45

    Otworzyły się drzwi i jakiś pan wśród ukłonów cofał się tyłem z pokoju, w głębi którego słychać było łagodny głos panny Malinowskiej:

    46

    — …bo od chwili gdy sprowadzi się na pensję, wychodzić do miasta nie może…

    47

    — Nieodwołalnie?… — zapytał ciągle kłaniający się pan.

    48

    — Tak.

    49

    Pan zbiegł ze schodów i Madzia ujrzała przed sobą pannę Malinowską. Miała taką samą ciemną suknię, taką samą spokojną twarz, jak przed pół rokiem. Tylko jej piękne oczy nabrały koloru stali.

    50

    — Aaa… panna Brzeska jest?… — rzekła przełożona i pocałowała Madzię w czoło. — Czy będziesz mogła pojechać ze mną dziś o piątej do twoich panienek?

    51

    — Owszem, proszę pani.

    52

    — Panno Żaneto, zajmij się Brzeską…

    53

    — Czy mogę przywitać się z dawnymi uczennicami?… — nieśmiało zapytała Madzia.

    54

    — Owszem. Piotrze, śniadanie dla panny Brzeskiej… Potem może Piotr wysłać list, który mu dziś dałam…

    55

    — Do pani Korkowiczowej — wtrącił wyprostowany mężczyzna.

    56

    — Właśnie zawiadamiam w nim panią Korkowiczowę, że przyjechałaś i że będziemy u niej o piątej — rzekła do Madzi panna Malinowska i poszła na górę.

    57

    Madzia w osłupieniu patrzyła na pannę Żanetę, która zobaczywszy, że przełożona znikła już w korytarzu drugiego piętra, pokiwała głową i szepnęła:

    58

    — Tak, tak!…

    59

    Teraz uchyliły się inne drzwi i w wąskim otworze ukazał się cień dziewczynki, która dawała znaki ręką szepcząc: „Pst!… pst!… panno Magdaleno!…”.

    60

    Madzia z Żanetą weszły do sali, gdzie zebrała się gromadka mniejszych i większych panienek.

    61

    — Pani przełożona pozwoliła przywitać się — rzekła panna Żaneta.

    62

    Wtedy dziewczynki otoczyły Madzię ze wszystkich stron, zaczęły ją całować i mówić jedna przez drugą.

    63

    — Widziałyśmy oknem, jak pani zajechała… Pani do nas?… Nie, do Korkowiczówien… Ach, gdyby pani wiedziała, jak nas ostro trzymają!… Wie pani, że Zosia Piasecka w lipcu umarła…

    64

    — Ja miałam wszystkie celujące i dostałam pierwszą nagrodę… — mówiła głośniej od innych piękna brunetka z aksamitnymi oczyma.

    65

    — Moja Malwinko, nie chwal się tak…

    66

    — A ty nie przeszkadzaj, moja Kociu. Ja przecież byłam uczennicą panny Magdaleny, więc przyjemnie jej będzie dowiedzieć się, że jestem najzdolniejsza z całej pensji…

    67

    — Wie pani, że biedna Mania Lewińska nie skończyła szóstej klasy?…

    68

    — Ach, Łabęcka, jak się masz! — zawołała Madzia. — Dlaczego nie skończyła?…

    69

    — Musi siedzieć u swego wuja Mielnickiego… Pamięta pani: taki gruby pan… Sparaliżowało go po śmierci pani Latter, a Mania go pielęgnuje…

    70

    — O mnie już pani zapomniała… A ja tak tęsknię za panią…

    71

    — Ależ nie… Zosiu…

    72

    — Tyle mam do powiedzenia… Niech pani ze mną pójdzie do okna…

    73

    Zaprowadziła Madzię we framugę i zaczęła szeptać:

    74

    — Jeżeli pani zobaczy go… bo on ma tu niedługo wrócić…

    75

    — Kogo, Zosiu?…

    76

    — No… tego pana… Kazimierza Norskiego…

    77

    — I ty jeszcze o nim myślisz?… W szóstej klasie!… — rzekła zgorszona Madzia.

    78

    — Właśnie, że już wcale nie myślę… Sto razy… tysiąc razy wolę pana Romanowicza… Ach, pani, jaka jemu śliczna broda urosła od wakacyj…

    79

    — Dziecko jesteś, Zosiu…

    80

    — O, wcale nie, bo już umiem pogardzać… Niech się żeni z tą Mongołką…

    81

    — Kto z kim?… — zapytała Madzia blednąc.

    82

    — Kazimierz z Adą Solską… — odparła Zosia.

    83

    — Któż ci znowu mówił o takich dzieciństwach?…

    84

    — Nikt nie mówi, bo nikt nie wie, tylko… moje serce przeczuwa… O, nie na próżno oni siedzą w Zurychu…

    85

    Zapukano do drzwi. Dziewczynki rozpierzchły się jak wróble przed jastrzębiem. Ukazała się pokojówka zapraszając Madzię na śniadanie.

    86

    W pokoju przełożonej Madzia zetknęła się ze staruszką białowłosą i szczupłą, ale bardzo ruchliwą.

    87

    — Jestem tutejsza gospodyni — rzekła wesoło staruszka — i w zastępstwie córki proszę panią…

    88

    Staruszka była podobna do doktorowej Brzeskiej, więc wzruszona Madzia ucałowała jej ręce.

    89

    — Niechże pani siada… przepraszam, ale nie pamiętam nazwiska?…

    90

    — Magdalena…

    91

    — Niechże pani siada, panno Magdaleno… Ja pani naleję kawę, bo musi pani być zmęczona… I bułkę nasmaruję… Ja się na tym znam…

    92

    — Bardzo dziękuję, ale… nie jadam z masłem — szepnęła Madzia pragnąc jak najmniej narażać na koszta swoje protektorki.

    93

    — Nie chce pani masła?… — zdziwiła się staruszka. — A niechże Bóg broni, ażeby o tym dowiedziała się Felunia!… Według niej pieczywo bez masła nic niewarte… Tu wszyscy musimy jadać masło.

    94

    Więc i Madzia jadła bułkę z masłem, a w sercu jej odezwała się cicha tęsknota. U rodziców na podwieczorkach w altance także jadano do kawy bułki tylko z masłem… Co teraz robi major… proboszcz… rodzice?… Ach, jak to ciężko dom opuścić!…

    95

    Staruszka może przeczuwając jej smutne wspomnienia odezwała się:

    96

    — Pewnie pani znowu kilka lat posiedzi w Warszawie jak my?… Felunia już bardzo dawno nie była na wsi.

    97

    — O nie, proszę pani! — zaprotestowała Madzia. — Ja może za rok wrócę, bo mam zamiar otworzyć pensyjkę — dodała ciszej.

    98

    — W Warszawie?… — spytała żywo staruszka patrząc na Madzię wylęknionymi oczyma.

    99

    — O, nie… w Iksinowie…

    100

    — Iksinów?… Iksinów?… Nie mamy żadnej uczennicy z Iksinowa… Ha, może to i dobrze… Przysyłałaby nam pani panienki do wyższych klas.

    101

    — Ależ naturalnie, że tylko tutaj… — odparła Madzia.

    102

    Staruszka uspokoiła się.

    103

    Do obocznego saloniku, do którego drzwi były uchylone, weszła przełożona, a za nią jakaś dama.

    104

    — Zdecydowałam się na czterysta rubli — mówiła dama. — Trudno, cóż robić?…

    105

    — Już nie mam miejsca dla córeczki pani, wczoraj zostało zajęte — odpowiedziała przełożona.

    106

    Chwila milczenia.

    107

    — Jak to?… przecież… Przecież zmieści się jeszcze jedno łóżeczko w tak obszernym lokalu — mówiła dama, w której głosie czuć było zmieszanie.

    108

    — Nie, pani. U nas liczba uczennic stosuje się do obszerności mieszkania… Dziewczynki muszą mieć powietrze albo blednicę, a ja nie chcę u siebie blednicy.

    109

    Dama widocznie podniosła się do wyjścia i rzekła tonem irytacji:

    110

    — Pani Latter nigdy nie była tak bezwzględną… Żegnam panią…

    111

    — I bardzo źle na tym wyszła. Żegnam panią — odparła przełożona wyprowadzając damę na korytarz.

    112

    Madzia była zadziwiona stanowczością panny Malinowskiej, a jeszcze więcej fizjognomią jej matki. Przez czas rozmowy w saloniku na twarzy staruszki kolejno malowała się obawa, duma, gniew, zachwyt.

    113

    — Ona taka zawsze… Felunia!… — mówiła matka składając ręce i trzęsąc głową ze wzruszenia. — Co to za wyjątkowa kobieta!… Prawda, panno… przepraszam, ale?

    114

    — Magdalena… — przypomniała jej Madzia.

    115

    — Tak… panno Magdaleno… bardzo przepraszam. Ale prawda, że Felunia jest nadzwyczajną kobietą?… Drugiej takiej ja przynajmniej nie spotkałam na świecie.

    116

    W progu ukazała się przełożona.

    117

    — Cóż, mamo — rzekła — bielizna Gniewoszówny zgadza się z rejestrem?

    118

    — Bielizny ma dosyć — odparła staruszka — ale żadnego rejestru.

    119

    — Jak zwykle!… Gniewoszówna nie pójdzie dziś na spacer, tylko z mamą porachuje bieliznę i robi rejestr, który da do podpisania ojcu, gdy ją odwiedzi. Wieczny nieład!…

    120

    Teraz panna Malinowska zwróciła na Madzię spokojne oczy.

    121

    — Proszę cię, panno Magdaleno. Rzeczy twoje są w dawnym pokoju Solskiej, który możesz zająć do piątej. Do tej godziny jesteś wolna.

    122

    Madzia podziękowała staruszce za śniadanie i przeszła do wskazanego pokoju. Znalazła tam swój kufer i pudełka, ogromną miednicę wody, ręcznik śnieżnej białości, ale z ludzi — nikogo. Widocznie wszyscy byli zajęci i nikt nie myślał jej bawić.

    123

    Brr!… jak tu chłodno… Madzi jeszcze huczał w głowie turkot pociągu, jeszcze odurzał ją dym lokomotywy, jeszcze nie mogła oswoić się z myślą, że jest w Warszawie. Stojąc na środku pokoju przymknęła oczy, ażeby mieć złudzenie, że ona jeszcze nie opuściła Iksinowa. Za drzwiami słychać szelest… może idzie matka?… Ktoś odchrząknął — to pewnie ojciec albo major?… A to co?… Ach, słychać przeraźliwe granie katarynki!…

    124

    Jakże pragnęła w tej chwili przytulić się do kogo, całować i być całowaną… Gdyby przynajmniej odezwał się do niej kto, gdyby wysłuchał, jak jej w domu było dobrze, a jak dziś tęskno… Żeby choć jedno słówko otuchy… Nic, nic!… Po korytarzu cicho biegają ludzie bez głosu; niekiedy chrząka woźny stojący przy schodach; przez otwarty lufcik napływa duszne powietrze, a z daleka na drugiej ulicy gra katarynka…

    125

    „O mój pokoiku, mój ogrodzie… moje pola!… Nawet nasz cmentarzyk nie jest taki smutny jak ten dom; nawet mogiła biednego samobójcy nie jest tak pusta jak ten pokój…” — myśli Madzia, z trudnością powstrzymując wybuch płaczu.

    126

    Gdyby w tym gabinecie została jaka pamiątka po Solskiej! Nie ma nic! nawet zdarto obicia i pomalowano ściany na stalowy kolor, który przypomina spokojne oczy panny Malinowskiej.

    127

    Kiedy Madzia przebrała się, wpadła do niej panna Żaneta.

    128

    — Ach, nareszcie!… — zawołała Madzia wyciągając ręce do zafrasowanej osóbki, która dawniej nic ją nie obchodziła, lecz w tej chwili wydawała się najdroższą.

    129

    — Przyszłam się z tobą pożegnać, bo zaraz wychodzimy z klasą do Botanicznego Ogrodu, a później możemy się nie zobaczyć…

    130

    — Nie przyjdziesz do mnie?… — zawołała Madzia z żalem.

    131

    — Nie mogę… dziś mój dyżur…

    132

    — A ja z wami nie mogłabym pójść na spacer?… — zapytała tonem prośby.

    133

    — Czy ja wiem?… — odparła panna Żaneta robiąc jeszcze bardziej zafrasowaną minkę. — Poproś panny Malinowskiej… może pozwoli…

    134

    — To już do widzenia się… — rzekła Madzia ze smutkiem.

    135

    Bardzo jej było źle w tym jasnoniebieskim pokoju, ale jeszcze gorzej bała się prosić przełożonej. Ona taka zajęta… a jeżeli odmówi albo pozwoli z niechęcią?…

    136

    — Możeś ty chora?… — spytała nagle panna Żaneta. — Powiem, a doktór zaraz przyjdzie…

    137

    — Na Boga, Żanetko, nie mów nic!… Mnie nic nie jest…

    138

    — Bo masz taką dziwną minę?… — rzekła panna Żaneta i pożegnała Madzię, lekko wzruszając ramionami.

    139

    Po wyjściu koleżanki Madzia znowu została sama ze swymi myślami, które ją tak dręczyły, że zdobyła się na krok bohaterski. Opuściła pokój, przebiegła korytarz na palcach, oglądając się jak człowiek, który ma spełnić przestępstwo, i znalazłszy w garderobie matkę przełożonej rzekła zarumieniona:

    140

    — Proszę pani, mam teraz czas, może bym pani w czym pomogła?…

    141

    Staruszka, która właśnie rachowała bieliznę w towarzystwie pensjonarki z zaczerwienionymi powiekami, podniosła na Madzię zdziwione oczy.

    142

    — Droga panno… przepraszam… panno Magdaleno, w czymże mi możesz pomóc?… Prędzej chyba u Feluni coś by się znalazło… Ona teraz jest w kancelarii…

    143

    I zaczęła znowu rachować bieliznę mówiąc do pensjonarki:

    144

    — Chusteczek piętnaście… napisałaś, moje dziecko?…

    145

    — Napisałam — szepnęła dziewczynka trąc oczy palcami zawalanymi atramentem.

    146

    — Trzeba wyraźnie pisać, kochanko… bardzo wyraźnie…

    147

    Madzia opuściwszy garderobę, z wielkim strachem weszła do kancelarii, gdzie pochylona nad biurkiem panna Malinowska pisała listy.

    148

    Usłyszawszy szelest kroków przełożona odwróciła głowę.

    149

    — Może, proszę pani… czy nie mogłabym w czym pomóc?… — cicho zapytała Madzia.

    150

    Panna Malinowska popatrzyła na nią uważnie, jakby usiłując zgadnąć, w jakim celu Madzia oświadcza chęć pomożenia jej — i odparła:

    151

    — No, no!… Korzystaj, moja droga, z tych kilku godzin swobody, które ci zostały… Pracy będziesz miała dosyć…

    152

    Po tej odprawie zawstydzona i rozżalona Madzia czym prędzej wróciła do swego pokoju i ażeby nie poddać się desperacji, wydobyła z kufra wszystkie rzeczy, książki, kajety i zaczęła je układać.

    153

    Zajęcie to, pomimo że nie wymaga zbyt wielkich wysiłków umysłu, uspokoiło Madzię. Dziś dopiero zrozumiała różnicę pomiędzy rodzinnym domem, gdzie wszyscy mieli czas na to, ażeby ją kochać, a domem obcym, gdzie nikt nie miał czasu nawet rozmawiać z nią.

    154

    Około trzeciej zrobił się ruch w korytarzach: pensjonarki wróciły ze spaceru, następnie poszły na obiad. Z odgłosów dochodzących ją Madzia wywnioskowała, że dziewczynki maszerują parami, a rozmawiają po cichu. Za czasów pani Latter w podobnej chwili było dużo śmiechu, skoków, bieganiny… dziś nic z tego!

    155

    „Zapomniano o mnie… — nagle pomyślała Madzia spostrzegłszy, że jej nikt nie prosi na obiad.

    156

    Krew uderzyła jej do głowy, łzy zakręciły się w oczach i uczuła niepokonaną chęć powrócenia do domu.

    157

    „Do domu!… do domu!… nie chcę już ani panny Malinowskiej, ani jej protekcji, ani nade wszystko jej gościnności… Przecież moja mama nie postąpiłaby w podobny sposób z żebrakiem, który znalazłby się u niej w porze obiadu… Mam dziewięćdziesiąt rubli papierami, złoto od majora, więc wrócić mogę… A w Iksinowie, choćbym tylko zapracowała piętnaście rubli miesięcznie, nikt nie zrobi mi impertynencji…”.

    158

    Tak sobie mówiła Madzia chodząc po pokoju rozgorączkowana… ale na palcach. Bała się, ażeby kto usłyszawszy kroki nie przypomniał sobie o niej. Pragnęła, ażeby wszyscy o niej zapomnieli, ażeby rozstąpiły się mury i uwolniły ją z tego dziwnego domu bez zwrócenia niczyjej uwagi.

    159

    — Boże, Boże!… po co ja tu przyjechałam?… — szeptała załamując ręce.

    160

    Okropność jej położenia zaostrzał jeszcze smutny fakt, że Madzi — jeść się zachciało.

    161

    „Nie mam ambicji!… — myślała z rozpaczą. — Jak można w podobny sposób być głodną?…”.

    162

    Wtem ogarnęło ją zdziwienie: na górze zrobił się ruch, rozległy się śmiechy, bieganina, dźwięki fortepianu… Bodaj nawet, czy kilka par nie tańczyło…

    163

    „Cóż to znaczy?… — mówiła do siebie. — Więc i tu wolno się bawić?…”.

    164

    Jednocześnie zapukano do drzwi i weszła panna Malinowska uśmiechnięta.

    165

    — Teraz nasza kolej — rzekła — bądź łaskawa.

    166

    Wzięła Madzię pod rękę i zaprowadziła do pokoju matki, gdzie był stół nakryty na trzy osoby i dymiła się waza.

    167

    „Boże, ja nigdy nie będę mieć rozumu!” — pomyślała Madzia śmiejąc się w duchu z samej siebie..

    168

    Rozpacz już ją opuściła, ale apetyt spotężniał.

    169

    — Zaczynam oddychać — odezwała się panna Malinowska po sztuce mięsa. — Doprawdy, mam czasami ochotę zazdrościć, że ci się nie udała twoja pensyjka w tym jakimś Iksinowie…

    170

    — O, ja wrócę tam i założę choć dwie klasy: wstępną i pierwszą — odparła Madzia chcąc uspokoić swoją gospodynię.

    171

    — I dwie klasy dadzą ci się we znaki, szczególniej w początkach. My coś wiemy o tym, prawda, mamo?

    172

    — O!… — westchnęła staruszka chwytając się oburącz za głowę. — Bo też dostałaś pensję, Chryste elejson!… Mówię pani — zwróciła się do Madzi — ile ja łez wylałam, ile nocy nie przespałam w tamtym kwartale!… Ale Felunia żelazna kobieta… O!…

    173

    — Pani mi pozwoli czasem przyjść do siebie i popatrzeć na gospodarstwo?… — zapytała nieśmiało Madzia przełożonej.

    174

    — Owszem, ale… co tu zobaczysz, moja droga? Trzeba najwcześniej wstawać, najpóźniej kłaść się spać, wszystkiego pilnować, a co najważniejsza — każdemu od razu wyznaczyć obowiązki i… żadnych ustępstw!… Latterowa, kiedy nie wydaliła pierwszej pensjonarki za spóźniony powrót od rodziców, już była zgubioną. Od tej chwili zaczęły się wizyty studentów u panny Howard, spacery panny Joanny… No, ale mniejsza o to… Znasz panią Korkowiczowę, u której obejmujesz miejsce?

    175

    — Dziewczynki znam… Panią, zdaje mi się, raz widziałam… — odparła Madzia.

    176

    — I ja jej nie znam. Słyszę, że są to ludzie bogaci, dorobkiewicze, a pani dba o wychowanie córek. Rozumie się, że gdyby ci tam było źle, znajdziemy inne miejsce, a może nawet u mnie otworzy się jaka posada…

    177

    — Ach, to byłoby najlepsze!… — zawołała Madzia składając ręce.

    178

    Panna Malinowska pokiwała głową.

    179

    — No, no!… Zapytaj twoich koleżanek: czy one się tak zachwycają?… — rzekła przełożona. — Ale trudno… ja nie chcę iść za panią Latter…

    180

    Po obiedzie przełożona pobiegła na górę, gdzie mimo jej obecności nie zmniejszył się gwar pensjonarek. Zaś na kwadrans przed piątą wpadła do Madzi.

    181

    — Ubierz się — rzekła — jedziemy. Kufer odeszlę ci za godzinę.

    182

    Madzię, gdy została sama, ogarnął strach. Jak ją przyjmie pani Korkowiczowa?… — może i u niej jest taki rygor jak u panny Malinowskiej?… Blada, drżącymi rękoma włożyła na siebie okrywkę, a ponieważ była sama w pokoju, więc przeżegnała się i uklękła prosząc Boga, ażeby ją pobłogosławił w tak ważnym momencie życia.

    2. Dom z guwernantką

    183

    Przełożona uchyliła drzwi i wywołała Madzię. Wyszły na ulicę, wsiadły w dorożkę, a w kilka minut były na pierwszym piętrze wykwintnego domu. Panna Malinowska pociągnęła kryształową rączkę dzwonka przy drzwiach, które otworzył lokaj w granatowym fraku i czerwonej kamizelce.

    184

    — Kogo mam zameldować? — spytał.

    185

    — Dwie panie, które miały tu być o piątej — odpowiedziała panna Malinowska wchodząc do przedpokoju.

    186

    Przybyłe nie zdążyły jeszcze zdjąć okrywek, kiedy z salonu wpadła między nie dama niska, otyła i ruchliwa, w jedwabnej sukni z długim ogonem, w koronkowym kołnierzu, z koronkową chustką w jednej ręce, z wachlarzem ze słoniowej kości w drugiej. W jej uszach lśniły się dwa wielkie brylanty.

    187

    — Jakżem wdzięczna, że pani przełożona sama się fatyguje!… — zawołała dama ściskając pannę Malinowską. — Jakżem szczęśliwa, że nareszcie poznaję panią!… — zwróciła się do Madzi. — Niechże panie pozwolą do saloniku… Jan, powiedz panienkom, ażeby tu zaraz przyszły… Proszę, bardzo proszę… niech panie siadają… O, na tych krzesełkach…

    188

    I podsunęła dwa złocone krzesełka kryte amarantowym jedwabiem.

    189

    — Kiedyż przyjeżdżają państwo Solscy? — mówiła w dalszym ciągu dama patrząc na Madzię. — Pan Solski w sąsiedztwie mego męża ma majątek… co za majątek!… Lasy, łąki, a jakie grunta!… Dwieście włók, proszę pani… Mój mąż mówi, że tam można by postawić cukrownię za psie pieniądze, a mieć z niej ogromne dochody… Pani ciągle koresponduje z panną Solską?… — zapytała znowu Madzię.

    190

    — Tak, pisałam do niej parę razy… — odparła zmieszana Madzia.

    191

    — Co to parę razy!… — zawołała dama. — Kto ma szczęście posiadać przyjaciółkę z tej sfery, powinien do niej ciągle pisywać… Ja bo jestem zakochana w pannie Solskiej… Co za rozum, skromność, dystynkcja…

    192

    — Pani zna pannę Solską? — wtrąciła Malinowska, z właściwym sobie spokojem patrząc na tęgą damę.

    193

    — Osobiście jeszcze nie mam honoru… Ale pan Zgierski tyle mi o niej opowiadał, że nawet ośmieliłam się prosić ją o składkę na założenie szpitala w naszej okolicy… I wie pani co?… przysłała tysiąc rubli i odpisała jak najgrzeczniej!…

    194

    Pulchne policzki pani Korkowiczowej zaczęły drżeć.

    195

    — Darujcie, panie — mówiła mrugając powiekami — ale nie mogę przypomnieć sobie tego wypadku bez wzruszenia… Jest to jedyna osoba… jedyny dom, któremu pierwsza złożyłabym wizytę, tyle mam uwielbienia dla państwa Solskich… A przy tym tak bliskie sąsiedztwo…

    196

    Podczas długiego i szybkiego wykładu gospodyni domu twarz Madzi promieniała zachwytem. Cóż to za szczęście dostać się do rodziny, która tak kocha jej przyjaciółkę! A jak szlachetną musi być sama pani Korkowiczowa, skoro oceniła wartość Ady nie znając jej… Natomiast oblicze panny Malinowskiej nie wyrażało nic, choć równie dobrze mogło oznaczać znudzenie albo drwiny. Siedziała wyprostowana ustawiwszy wielkie oczy w ten sposób, że nie było wiadomo, na co mianowicie zwraca uwagę: czy na panią Korkowiczowę, czy na jej salon zapełniony kilkoma różnymi garniturami mebli, czy na dwa olbrzymie dywany na posadzce, z których jeden był ciemnowiśniowy, a drugi jasnożółty.

    197

    Kiedy gospodyni podniosła do ust koronkową chustkę jakby dając znak, że już wypowiedziała wszystkie uniesienia, panna Malinowska odezwała się:

    198

    — Jakież będą obowiązki panny Brzeskiej u pani?

    199

    Pulchna dama stropiła się.

    200

    — Obowiązki?… żadne!… Towarzyszyć moim córkom, ażeby nabrały pięknego układu, i pomagać im w naukach, a właściwie pilnować… Moje panienki biorą lekcje od profesorów, od renomowanych nauczycielek…

    201

    — A pensję jaką pani przeznacza dla panny Brzeskiej?… O ile sobie przypominam…

    202

    — Trzysta rubli rocznie — wtrąciła dama.

    203

    — Tak, trzysta rubli — powtórzyła panna Malinowska i zwróciwszy się do przerażonej i zaczerwienionej Madzi dodała:

    204

    — W ciągu roku masz jeden tydzień wolny na Boże Narodzenie, drugi na Wielkanoc i miesiąc na letnie wakacje, w czasie których możesz odwiedzić rodziców.

    205

    — Naturalnie!… — potakiwała pani Korkowiczowa.

    206

    — I rozumie się, że będziesz w domu państwa Korkowiczów traktowana jak starsza córka…

    207

    — Nawet lepiej!… wiem przecież, kogo biorę…

    208

    — A teraz może mi pani pozwoli zobaczyć pokój panny Brzeskiej — mówiła dalej przełożona podnosząc się ze złoconego krzesełka tak obojętnie, jakby chodziło o najzwyklejszy stołek.

    209

    — Pokój?… — powtórzyła pani Korkowiczowa. — A tak… pokój dla panny Brzeskiej… Proszę…

    210

    Madzia jak automat szła za panną Malinowską. Minęły pod przewodnictwem ruchliwej gospodyni długi szereg saloników i gabinetów i znalazły się w niewielkim, ale czystym pokoju z oknem wychodzącym na ogród.

    211

    — Łóżko zaraz każę przynieść — mówiła gospodyni. — Obok mieszkają moje panienki — a syn… na drugim piętrze…

    212

    — O, widzisz, masz tu i popielniczkę, gdybyś kiedy nauczyła się palić papierosy… — rzekła panna Malinowska do Madzi.

    213

    — Ach, to popielniczka mego syna, który tu czasem lubi zdrzem… czytać po obiedzie… — odparła zakłopotana gospodyni. — Ale on tu już nigdy nie przyjdzie…

    214

    — Żegnam panią — odezwała się nagle panna Malinowska ściskając rękę damie — i dziękuję za warunki. Bądź zdrowa, Madziu — dodała — pracuj, jak to ty umiesz, i pamiętaj, że mój dom jest w każdej chwili na twoje usługi. Rozumie się… dopóki nie przyjadą Solscy, których przyjaźń i opiekę ja tymczasowo zastępuję — kończyła z naciskiem.

    215

    — Ach!… — westchnęła pani Korkowiczowa patrząc na Madzię z wyrazem macierzyńskiej miłości. — Upewniam, że państwo Solscy będą zadowoleni…

    216

    Gdy po oględzinach panie wróciły do salonu, zastały tam dwie panienki wcale rozwinięte, ładnie ubrane, może zanadto ulegające naciskowi gorsetów. Obie były blondynki o okrągłych rysach, tylko jedna miała zmarszczone czoło jak osoba, która się gniewa, druga wysoko podniesione brwi i półotwarte usta, jakby lękała się.

    217

    — Panie pozwolą przedstawić sobie moje córki — rzekła gospodyni. — Paulina… Stanisława…

    218

    Obie dziewczynki dygnęły przed panną Malinowską według prawideł, przy czym brwi Stanisławy podniosły się jeszcze wyżej, a czoło Paulinki pofałdowało się jeszcze posępniej.

    219

    — Panna Brzeska… — mówiła gospodyni.

    220

    — O, my się znamy!… — zawołała Madzia całując zarumienione dziewczynki, które uśmiechnęły się życzliwie — jedna z odcieniem goryczy, druga z wyrazem melancholii.

    221

    — Żegnam panią — powtórzyła panna Malinowska. — Do prędkiego widzenia, Madziu… do zobaczenia, moje dzieci…

    222

    Madzia wyprowadziła przełożoną na schody i całując ją w ramię szepnęła:

    223

    — Boże, jak ja się boję…

    224

    — Bądź spokojna… — odparła panna Malinowska. — Znam ten gatunek chlebodawców i już wiem, o co im chodzi…

    225

    Kiedy Madzia wróciła do salonu, pani Korkowiczowa opuściwszy grupę mebli złoconych usiadła na aksamitnym fotelu, a Madzi wskazała miejsce na krześle.

    226

    — Pani dawno ma przyjemność znać państwa Solskich?… — zapytała dama.

    227

    W tej chwili dziewczynki schwyciły Madzię za ręce i jednocześnie odezwały się:

    228

    — Czy Wentzlówna jest jeszcze na pensji?…

    229

    — Czy pani słyszała o pani Latter?…

    230

    — Linka… Stasia!… — zgromiła je matka uderzając ręką o poręcz fotelu. — Ile razy mówiłam, że panienki dobrze wychowane nie powinny przeszkadzać starszym?… Zaraz… Ot, i już nie pamiętam, o co chciałam pytać pannę Brzeską!…

    231

    — Naturalnie, że o tych Solskich, których majątek sąsiaduje z browarem papy — odpowiedziała Paulinka z miną rozgniewanej.

    232

    — Linka! — pogroziła jej matka. — Linka, ty swoim postępowaniem wpędzisz mamę do grobu… Pamiętaj, że niedawno wróciłam z Karlsbadu…

    233

    — Ale już mama jada mizerię — wtrąciła Stasia.

    234

    — Mamie wolno wszystko jadać, bo mama wie, co robi — odparła dama. — Ale dobrze wychowane panienki nie powinny… Linka, ty niedługo siądziesz na kolanach pannie Brzeskiej…

    235

    — Albo to ja raz siedziałam na pensji…

    236

    — Na pensji co innego…

    237

    W przedpokoju rozległ się potężny bas:

    238

    — Mówiłem ci, błaźnie, ażebyś mi się nie stroił jak małpa…

    239

    — Jaśnie pani kazała… — odparł inny głos.

    240

    Drzwi otworzyły się i do salonu wszedł w kapeluszu na głowie mężczyzna z dużą brodą.

    241

    — Cóż to dziś za maskarada?… — wołał pan w kapeluszu. — Z jakiego, u diabła…

    242

    Umilkł i zdjął kapelusz spostrzegłszy Madzię.

    243

    — Mój mąż… — rzekła prędko gospodyni. — Panna Brzeska…

    244

    Pan Korkowicz chwilę przypatrywał się Madzi, a na jego dobrej twarzy odmalowało się zdziwienie.

    245

    — A… — odezwał się przeciągle.

    246

    — Najserdeczniejsza przyjaciółka państwa Solskich.

    247

    — Eh!… — odparł lekceważąco, a potem wziąwszy rękę Madzi w swoje ogromne dłonie dodał:

    248

    — To pani ma uczyć nasze dziewczęta?… Bądź dla nich miłosierna!… Głupiutkie to, ale poczciwe…

    249

    — Piotruś! — upomniała go pani, uroczyście poprawiając koronkowy kołnierz.

    250

    — Moja Toniu, kogo ty chcesz w błąd wprowadzić, panią nauczycielkę?… Pani nauczycielka od razu pozna się na twoich córkach jak szynkarz na młodym piwie… Cóż, ten wałkoń już wrócił?…

    251

    — Nie rozumiem cię, Piotrze… — odparła oburzona dama.

    252

    — Papo pyta się, czy Bronek wrócił — objaśniła Paulinka.

    253

    — Piękne panna Brzeska będzie miała wyobrażenie o naszym domu!… — wybuchnęła pani. — Tylko wszedłeś, zaraz prezentujesz się jak człowiek ordynarny…

    254

    — Przecież ja taki zawsze… — odparł pan, ze zdziwieniem rozkładając ręce. — Panna Brzezińska, czy jak tam, nie będzie płaciła moich weksli, choćbym się do niej krygował… A gałgan!… Nie waliłem za młodu, teraz on mnie wali…

    255

    — Co ty gadasz?… co się z tobą dzieje?… — wołała pani Korkowiczowa widząc, że Madzia jest przestraszona, a obie córki śmieją się.

    256

    — Co gadam!… ten hultaj nie zapłacił wczoraj wekslu w banku i gdyby nie poczciwy Switek, miałbym rejenta w kantorze… A, rozbójnik!…

    257

    — Ale przecież Bronek nie stracił tych pieniędzy, tylko spóźnił się!… — przerwała oburzona matka.

    258

    — Pięknie go bronisz, nie ma co mówić!… Gdyby choć grosz stracił z tych pieniędzy, byłby złodziejem, a tak jest wałkoniem… — krzyczał ojciec.

    259

    Na twarz pani wystąpiły fioletowe rumieńce. Zerwała się z fotelu i zadyszana rzekła do Madzi:

    260

    — Niech pani wyjdzie z dziewczynkami do ich pokoju… A, mój kochany!… taka awantura przy osobie, która nas nie zna…

    261

    Madzia, blada ze wzruszenia, opuściła salon. Lecz humor obu panienek nie zmienił się; gdy zaś znalazły się w swoim pokoju, Linka stanęła przed Madzią i patrząc jej w oczy rzekła:

    262

    — Pani boi się papy?… Pani myśli, że papuś jest naprawdę taki straszny?… — dodała pochylając głowę na bok. — Tu nikt nie boi się tatki, nawet Stasia…

    263

    — Widzi pani, papuś robi tak… — wmieszała się Stasia. — Jak papuś jest zły na mamę, to jej samej nic nie powie, tylko gniewa się na nią przed nami. A jak Bronek co zmaluje, to papuś znowu nic nie mówi jemu, tylko wygraża się na niego przed nami albo przed mamą…

    264

    — Teraz na wszystkich będzie skarżył się przed panią… — wtrąciła Linka. — O, ja wiem!… Pani bardzo podobała się papusiowi…

    265

    — I mamie — dodała Stasia. — Mama wczoraj mówiła, że gdyby pani miała rozum i potargowała się, to mogłaby dostać u nas z pięćset rubli rocznie.

    266

    — Moja Stasiu… pani i tak dostanie… — przerwała jej Linka.

    267

    — Dzieci, co wygadujecie?… — zawołała Madzia ze śmiechem. — Któż słyszał zdradzać tajemnice rodzinne?…

    268

    — Alboż pani nie należy do naszej rodziny? — rzekła Stasia rzucając się Madzi na szyję. — Jest pani u nas godzinę, a mnie się wydaje, że już od stu lat…

    269

    — Widzę, że pani będzie więcej kochała tego lizusa aniżeli mnie… Ale ja do pani jestem bardziej przywiązana, choć nie obrywam pani sukni… — odezwała się obrażona Linka tuląc się do ramienia Madzi.

    270

    — Będę obie kochała jednakowo, tylko powiedzcie mi, czego się uczycie? — odparła Madzia całując każdą po kolei. Naprzód Stasię i Linkę, potem Linkę i Stasię.

    271

    — Ja pani powiem! — zawołała Stasia. — Od kiedy wyszłyśmy z pensji — do wakacyj uczyłyśmy się wszystkiego: literatury, historii, algebry, francuskiego…

    272

    — Od wakacyj nie uczymy się niczego — wtrąciła Linka.

    273

    — Przepraszam… ja uczę się fortepianu… — przerwała Stasia.

    274

    — Kochasz się w panu Stukalskim, który wymyśla ci, że masz palce do obierania kartofli…

    275

    — Moja Linko!… Sama romansujesz z panem Zacieralskim i myślisz, że zaraz każdy musi się kochać!… — odparła zarumieniona Stasia.

    276

    — Cicho, dzieci! — uspokoiła je Madzia. — Kto jest pan Zacieralski?

    277

    — Malarz, uczy Linkę malować, a tatko pyta się, kiedy zaciągną nam podłogi, bo froterzy drogo kosztują…

    278

    — A Stasię pan Stukalski uczy grać na fortepianie i przez połowę każdej lekcji rozstawia jej palce na klawiszach… Nie bój się!… już mama spostrzegła, że podczas tych wykładów za mało słychać muzyki… Przysięgnę, że gdyby twój Kocio zamiast dwu rubli brał rubla, skończyłyby się czułości…

    279

    — Może ten twój Zaciereczka uczyłby cię darmo?… — wtrąciła Stasia.

    280

    — Właśnie, że uczyłby mnie darmo — odparła obrażona Linka — bo ja mam poczucie natury…

    281

    — O, tak!… Kiedy ci zadał do wymalowania koszyk wiśni, to wiśnie zjadłaś, liście wysypałaś za okno, a potem rozchorowałaś się na głowę…

    282

    — Dzieci!… ach Boże!… — uspakajała je Madzia. — Powiedzcie mi lepiej: gdzie odbywają się wasze lekcje?

    283

    — Fortepian na górze, ja maluję w oranżerii, a inne wykłady odbywają się czy mają się odbywać w auli — objaśniła Linka.

    284

    — Ja panią tam zaprowadzę — rzekła Stasia.

    285

    — I ja.

    286

    Schwyciły Madzię pod ręce i ze swego pokoju przez szereg gabinetów, korytarzy i sionek wyprowadziły do wielkiej sali.

    287

    Było już ciemno, więc Linka znalazłszy zapałki zapaliła cztery płomienie gazu mówiąc:

    288

    — Oto jest nasza aula, w której przez wakacje prasowała się bielizna…

    289

    — Przepraszam, bo stały kufry z futrami… — poprawiła ją Stasia.

    290

    Salon zadziwił Madzię. Było w nim kilka wyściełanych ławek przed eleganckimi stoliczkami, była wielka tablica jak na pensji, a nade wszystko — była szafa wypchanych zwierząt i druga pełna aparatów do wykładu fizyki.

    291

    — Po cóż tyle ławek? — zapytała Madzia.

    292

    — A… bo mama chce, żeby u nas zbierały się komplety panienek, którym mają wykładać najlepsi profesorowie — rzekła Linka.

    293

    — A na cóż te narzędzia?… Uczycie się fizyki?…

    294

    — Jeszcze nie — pochwyciła Stasia. — Ale, widzi pani, było tak: mama dowiedziała się, że panna Solska ma takie przedmioty, więc zaraz nam je kupiła.

    295

    — I to stoi bez użytku?

    296

    — Owszem — rzekła Linka — w machinie pneumonicznej, czy jak tam, Bronek dusił myszy; więc papuś rozbił klosz, Bronka wykrzyczał i szafę zamknął na klucz. Ale pani klucz odda…

    297

    Z pół godziny zeszło Madzi na oglądaniu naukowego salonu, aż wreszcie lokaj (już ubrany w surdut) dał znać, że będzie herbata.

    298

    — Chciałabym umyć ręce — rzekła Madzia.

    299

    — To pójdziemy do pokoju pani — zawołała Stasia. — Linka, pozakręcaj gaz, a ja wezmę zapałki…

    300

    Przeszły znowu sień, garderobę, oświetlony korytarz i zatrzymały się przed jednymi drzwiami. Stasia zapaliła zapałki, Linka popchnęła drzwi i nagle… Madzia poczuła silny zapach tytoniu, a jednocześnie usłyszała męski głos:

    301

    — Won stąd!… czego wy tu?…

    302

    Skrzypnęło, stuknęło i z szezlonga zerwał się młody człowiek, otyły, ubrany tylko w kamizelkę. Szczęściem zapałka zgasła.

    303

    — Czego wy tu, sikory?… — pytał zaspany młody człowiek.

    304

    — Co ty tu robisz?… To pokój panny Brzeskiej… — wołały obie dziewczynki.

    305

    — Na złamanie karku!… — mruknął młodzieniec usiłując zamknąć drzwi, czemu przeszkadzała Linka.

    306

    Teraz otworzyły się inne drzwi w głębi korytarza i wybiegła z nich pani Korkowiczowa, pan Korkowicz, a za nimi lokaj z kandelabrem.

    307

    — Co tu robisz, Bronek?… — pytała niespokojnie pani młodego człowieka, który chowając się za szafę wdziewał surdut. — A gdzie łóżko?… — dodała, gdy blask świec oświetlił wnętrze pokoju. — Jan, gdzie łóżko dla panny Brzeskiej?…

    308

    — A na górze, w pokoju młodego pana…

    309

    — Zwariowałeś?… — jęknęła dama.

    310

    — Przecie jaśnie pani kazała wstawić łóżko do tego pokoju, gdzie młodszy pan sypia…

    311

    — Ale gdzie sypia po obiedzie, głąbie jakiś… — mówiła zirytowana dama.

    312

    — Toteż pan Bronisław tam sypia po obiedzie, a tu dopiero nad wieczorem — tłumaczył się lokaj.

    313

    — Otwórz okno… przynieś stamtąd łóżko… a niegodziwiec…

    314

    — Ehe! widzę, że już dawno nie smarowałem maszyn w tej fabryce!… — odezwał się pan Korkowicz. Wyrwał służącemu z rąk kandelabr i ująwszy samego za kark wyprowadził do garderoby. W chwilę później rozległ się krzyk i parę tępych uderzeń.

    315

    — Chodźmy, moi państwo, do stołowego pokoju — westchnęła pani. — Strach, co się dziś wyrabia ze służbą!…

    316

    Gdy wszyscy usiedli przy stole, zwróciła się do Madzi:

    317

    — Mój syn, Bronisław… Przeprośże panią za swój nietaktowny postępek…

    318

    Tłusty młodzieniec ukłonił się Madzi bardzo nisko i rzekł mrukliwym głosem:

    319

    — Prze… przepraszam panią… Choć, jak Boga kocham, nie wiem za co?…

    320

    — Za to, że ośmieliłeś się spać w pokoju pani…

    321

    — Wszyscy mi oczy wykłuwają tym spaniem!… Przecie człowiek musi sypiać…

    322

    Wszedł starszy pan.

    323

    — No!… — zawołał do syna — powiedz no mi: jak to było wczoraj z tym bankiem?…

    324

    — Już tatko zaczyna awanturę!… — odparł syn. — Słowo honoru daję, że wyprowadzę się od rodziców…

    325

    — Proszę cię, Piotrusiu, daj mu spokój!… — wtrąciła matka. — Stasia, zadzwoń.

    326

    Wszedł Jan zakrywając nos chustką.

    327

    — Dlaczego nie usługujesz do herbaty? — zapytał pan.

    328

    — Bo ja już jaśnie państwu dziękuję za służbę.

    329

    — Co to znaczy?… — groźnie odezwał się pan domu.

    330

    — A tak!… — odparł służący. — Jaśnie pan tylko ciągle obraża człowieka, a potem się dziwi…

    331

    — No… no… no… nic nie gadaj… Nie stało ci się nic złego…

    332

    — Łatwiej jaśnie panu bić niż mnie brać — mruknął Jan.

    333

    Zdziwiona i przestraszona Madzia pomyślała, że dom państwa Korkowiczów jest bardzo oryginalny.

    3. Bodajeś uczył cudze dzieci

    334

    Pani Korkowiczowa posiadała dyktatorską władzę nad domem. Tylko jej lękała się służba, jej ustępował mąż, tylko jej rozkazy spełniały panienki, a nawet ukochany syn, który nie bardzo słuchał ojca.

    335

    Opanowała wszystkich z mniejszym lub większym oporem z ich strony. Toteż niemałym było zdziwienie pani Korkowiczowej, gdy po niejakimś czasie spostrzegła, że obok niej w domu zaczyna wyrastać nowa indywidualność — Madzi.

    336

    Ta Madzia wesoła, grzeczna nawet dla służby, nigdy nie opierająca się, a stanowczo posłuszniejsza od Linki i Stasi, z każdym dniem nabierała znaczenia. Wszyscy czuli jej obecność, a przede wszystkim sama pani, choć nie rozumiała, w jaki się to dzieje sposób.

    337

    Zaraz w kilka dni po przyjeździe pani Korkowiczowa uroczyście wezwała Madzię do salonu, ażeby zakomunikować jej swoją wolę co do kierunku, w jakim mają być kształcone panienki.

    338

    — Panno… panno Brzeska — zaczęła pani Korkowiczowa — rozsiadając się na kanapie — trzeba, żeby pani odwiedziła pannę Malinowską i spytała, jakich zaleci profesorów dla moich dziewczynek. W każdym razie… tak… sądzę, że mąż musi zaprosić pana Romanowicza, bo on w kwietniu miał odczyt w ratuszu i w jesieni także ma mieć… No i oprócz pana Romanowicza weźmiemy jeszcze kilku…

    339

    — Proszę pani — rzekła Madzia — na co naszym dziewczynkom profesorowie?

    340

    Pani Korkowiczowa drgnęła.

    341

    — Co?… jak to?…

    342

    — Rezultaty wykładów są dziś wątpliwe — mówiła Madzia — a koszt wielki. Gdybyśmy miały tylko dwie lekcje co dzień po dwa ruble godzinę, to już wyniesie około stu rubli na miesiąc. Moja pensja, lekcje muzyki i malarstwo już kosztują dziewięćdziesiąt rubli, więc razem około dwustu.

    343

    — Dwieście!… — powtórzyła pani zmieszana. — Nie myślałam o tym… Ależ będziemy miały komplet, z dziesięć panienek… więc na każdą wypadnie może dwadzieścia rubli, a może i taniej?…

    344

    — A czy pani już ma komplet?…

    345

    — Właśnie zajmuję się tym… Ale w tej chwili jeszcze nic… — mówiła pani Korkowiczowa wzruszonym głosem.

    346

    — Więc, proszę pani, zróbmy tak… Gdy pani zbierze komplet, dopiero wówczas zwrócimy się do profesorów, a tymczasem ja będę powtarzała z dziewczynkami to, co przeszły na pensji i czego trochę zapomniały.

    347

    — Dwieście rubli na miesiąc!… — szeptała dama ocierając twarz chustką. — Naturalnie, musimy poczekać… — Następnie chwilkę odpocząwszy dodała:

    348

    — Otóż mam myśl!… Ja zajmę się zebraniem kompletu, a pani zapyta pannę Malinowską o najodpowiedniejszych profesorów… Tymczasem będzie pani powtarzała z dziewczynkami to, co przeszły na pensji.

    349

    — Dobrze, proszę pani.

    350

    Pani Korkowiczowa była zadowolona, że ostateczny rozkaz wyszedł z jej ust i że Madzia bez opozycji podjęła się go wykonać. Była zadowolona, ale w jej duszy pozostało nieokreślone zakłopotanie.

    351

    „Dwieście rubli!… — myślała. — Że mi to od razu nie przyszło do głowy?… No, od tegoż ona jest guwernantką…”.

    352

    Był to dopiero początek.

    353

    W gorące dnie pan Korkowicz starszy od niepamiętnych czasów miał zwyczaj siadać do obiadu bez surduta. Otóż raz w końcu sierpnia zdarzył się tak silny upał, że pan Korkowicz zasiadł przy stole bez kamizelki. A nadto rozpiął gors koszuli, dzięki czemu doskonale uwydatniało się jego różowe łono pokryte bujnym meszkiem.

    354

    Obok matki uplasował się pan Bronisław, lokaj wybiegł prosić panny, i niebawem weszły do pokoju Linka, Stasia, a na końcu Madzia.

    355

    — Szacunek dla panny Magdaleny!… — zawołał gospodarz pochylając się naprzód, co wpłynęło na mocniejsze otworzenie się koszuli.

    356

    — Ach!… — krzyknęła Madzia i cofnęła się za drzwi.

    357

    Pan Bronisław zerwał się od stołu, a zdumiony pan Korkowicz zapytał:

    358

    — Co się stało?…

    359

    — Jakże, co się stało?… — rzekła Linka. — Przecież papuś jest rozebrany…

    360

    — A niechże cię najjaśniejsze!… — mruknął gospodarz chwytając się za głowę. — Poproścież tu pannę Magdalenę… Bodaj diabli…

    361

    Wybiegł do swego pokoju i w kilka minut wrócił ubrany jak ze sklepu artykułów mody. W tej chwili weszła powtórnie Madzia, więc przeprosił ją wśród ukłonów i zapewnił, że tak smutny wypadek nigdy się już nie powtórzy.

    362

    — W twoim wieku, Piotrusiu, dużo uchodzi… — odezwała się kwaskowatym tonem pani.

    363

    — Dużo… niedużo… — wtrącił pan Bronisław. — Anglicy do obiadu ubierają się we fraki.

    364

    — Panna Magdalena nie ma powodu gniewać się — mówiła pani — ale przypomnij sobie, Piotrusiu, ile razy prosiłam, ażebyś nie negliżował się przy obiedzie? Trzeba przestrzegać form towarzyskich, choćby ze względu na dziewczęta…

    365

    Gdy obiad skończył się, Madzia zawiadomiła panią, że pragnie odwiedzić Dębickiego.

    366

    — Dębicki?… Dębicki?… — powtarzała pani, lekko marszcząc brwi.

    367

    — To ten bibliotekarz i przyjaciel Solskiego — objaśnił gospodarz.

    368

    Oblicze pani Korkowiczowej rozpogodziło się.

    369

    — Ach — rzekła z uśmiechem — chce pani dowiedzieć się, kiedy przyjeżdżają państwo Solscy?… Ależ proszę, niech pani idzie…

    370

    — A ja panią odprowadzę!… — zawołał zrywając się z krzesła pan Bronisław.

    371

    — Dziękuję panu — odpowiedziała Madzia tonem tak chłodnym, że pani Korkowiczowa aż drgnęła.

    372

    — Hę!… wstydzi się pani?… — mówił pan Bronisław ze śmiechem. — Jak nas kto spotka, to powiem, że jestem trzecim uczniem pani…

    373

    — Na ucznia już pan za duży.

    374

    — To pani powie, że ja jestem pani guwerner.

    375

    — Na guwernera jest pan za młody — zakończyła Madzia. — Do widzenia się z państwem…

    376

    Za Madzią wybiegła Stasia, Linka zaś została i wygrażając pięścią bratu rzekła z gniewem:

    377

    — Słuchaj no… Jeżeli tak będziesz traktował pannę Magdalenę, oczy ci wydrapię…

    378

    — Dobrze mówi! — potwierdził ojciec. — Trzeba być cymbałem, ażeby narzucać się porządnej dziewczynie…

    379

    — Eh!… porządek… — odparł z lekceważeniem otyły młody człowiek. — Porządne panny nie mają zegarków wysadzanych brylantami…

    380

    — Co to bydlę mówi, co?… — zapytał ojciec.

    381

    — Naturalnie! — upierał się pan Bronisław. — Zegarek wart ze czterysta rubli, więc skąd może go mieć guwernantka…

    382

    — A ja wiem!… — zawołała Linka. — O, już będzie z tydzień, jak ze Stasią oglądałyśmy ten zegarek. Prześliczny!… nawet mama nie ma takiego… Stasia otworzyła kopertę i przeczytałyśmy napis: „Mojej najdroższej Madzi na pamiątkę lat 187… wiecznie kochająca Ada…”. Ada to panna Solska — zakończyła Linka.

    383

    — Taki napis?… rzeczywiście?… — zapytała pani Korkowiczowa.

    384

    — Jak rodziców kocham!… Obie umiemy go na pamięć…

    385

    — Ot, i masz zegarek z brylantami, jołopie!… — westchnął pan Korkowicz uderzając ręką w stół.

    386

    — Proszę cię, Bronku, ażebyś był uprzedzająco grzeczny dla panny Brzeskiej — rzekła uroczyście pani. — Ja wiem, kogo wzięłam do domu…

    387

    Pan Bronisław zasępił się.

    388

    — Głupi Bronek!… głupi Bronek!… — śpiewała skacząc i śmiejąc się Linka.

    389

    — Tylko, Linka… ani słowa pannie Brzeskiej o tym, co się tu mówiło — upomniała ją pani. — Wpędziłabyś mamę do grobu…

    390

    Kiedy gospodarz wyszedł za interesami do miasta, pan Bronisław na drzemkę, a Linka do Stasi, ażeby asystować jej przy lekcji fortepianu, pani Korkowiczowa przeniósłszy się do swego gabinetu usiadła na biegunowym fotelu i zaczęła rozmyślać.

    391

    „Czy mi się zdaje, czy nasza guwernantka już przekracza granice swego stanowiska?… Piotr ubiera się do niej przy obiedzie… No, powinien by się już odzwyczaić od swoich okropnych manier!… Linka broni jej jak lwica… Nic to złego… Zresztą Bronek ją lekceważy… Ale chłopak musi być dla niej grzeczny… i nawet ja, i my wszyscy. Takie stosunki za trzydzieści rubli miesięcznie… Złoty zegarek z brylantami!… Jeżeli teraz nie zaprzyjaźnimy się z Solskimi, to już nigdy…

    392

    Swoją drogą przy pierwszej okazji dam panience do zrozumienia: czym ja tu jestem, a czym ona…”.

    393

    Fotel bujał się coraz wolniej; głowa pani Korkowiczowej opadła na wiszącą poduszkę, z półotwartych ust wybiegało chwilami głośne chrapanie. Sen, brat śmierci, skleił powieki dystyngowanej damie.

    394

    Już pan Stukalski skończył wtajemniczać swoją uczennicę w trudną sztukę palcowania, przy czym nie zaniedbał przypomnieć jej, że powinna obierać kartofle; już panienki wybiegły do ogródka, gdzie gniewna Linka usiadła na trapezie, a łzami zalana Stasia huśtała ją — kiedy Madzia wszedłszy do gabinetu pani Korkowiczowej zastała ją na biegunowym fotelu, z głową odrzuconą w tył i rękoma splecionymi na łonie.

    395

    — Ach, przepraszam!… — mimo woli szepnęła Madzia.

    396

    — Co?… co to?… — zawołała pani zrywając się. — A, to pani?… Właśnie myślałam… Czegóż kochana pani dowiedziała się o Solskich?…

    397

    — Mają wrócić w końcu października. W początkach zaś przyjedzie do Warszawy pan…

    398

    Tu Madzia zatchnęła się.

    399

    — Pan Solski?

    400

    — Nie… pan Norski — odparła Madzia ciszej. — Syn nieboszczki pani Latter…

    401

    — Nieboszczki? — powtórzyła pani Korkowiczowa. — Czy to nie z jego siostrą ma się żenić pan Solski?

    402

    — Podobno.

    403

    — Muszę zapoznać się z panem Norskim, ażeby choć w części wynagrodzić mu mimowolną krzywdę… Obawiam się — wzdychając i kiwając głową mówiła dama — że odebranie moich córek z pensji było jedną z przyczyn samobójstwa nieszczęśliwej pani Latter… Ale Bóg widzi, nie mogłam zrobić inaczej, panno Brzeska!… Pensja w ostatnich czasach miała okropną opinię, a ja jestem matką… Jestem matką, panno Brzeska…

    404

    Madzia pamiętała dzień, w którym Linka i Stasia opuściły pensję; zdawało jej się jednak, że pani Latter nawet nie spostrzegła tego wypadku.

    405

    — Mam do pani wielką prośbę — odezwała się nieśmiało Madzia po chwili milczenia. — Czy nie pozwoli pani, ażeby siostrzenica profesora Dębickiego uczyła się razem z naszymi dziewczynkami?…

    406

    — Chce należeć do kompletu?

    407

    — Ona nie ma pieniędzy na lekcje z profesorami, więc uczyłaby się tylko ode mnie…

    408

    „Aha!… — pomyślała pani. — Teraz, panienko, zrozumiesz, co jestem ja, a co ty!…”.

    409

    Głośno zaś rzekła:

    410

    — Cóż ubogiej dziewczynce po takich wysokich naukach, jakie będą pobierały moje dzieci?…

    411

    Madzia patrzyła na nią zdziwiona.

    412

    — Ale… ale… — ciągnęła pani Korkowiczowa czując, że mówi coś nie do rzeczy. — Ten pan Dębicki, u którego pani bywa, to kawaler?

    413

    — Kawaler, ale bardzo stary… Ach, jaki to uczony człowiek, jaki szlachetny… Pan Solski bardzo go kocha i ledwie zmusił go do przyjęcia u siebie posady bibliotekarza…

    414

    — Przepraszam… — rzekła nagle dama. — Co to za prześliczny zegarek ma pani? Pamiątka?…

    415

    — Dostałam go od Ady Solskiej — odparła zarumieniona Madzia podając zegarek. — Ale czasami wstyd mi chodzić z nim…

    416

    — Dlaczego? — mówiła pani Korkowiczowa z trudem otwierając kopertę. — „Mojej najdroższej Madzi…”. Dlaczego ta dziewczynka pana Dębickiego nie chodzi na pensję?… Moglibyśmy przykładać się do płacenia za nią…

    417

    — Jej wuj miał przykre zajście z uczennicami i musiał opuścić pensję pani Latter… Zosię awantura tak przestraszyła, że już nie ma odwagi chodzić na żadną pensję, więc uczy się biedaczka sama, trochę przy pomocy wuja.

    418

    — Ha, jeżeli pani sądzi, że pan Dębicki jest taki dobry człowiek…

    419

    — Bardzo… bardzo dobry…

    420

    — A ta dziewczynka jest uboga, to… niech przychodzi… Byle moje panienki nie straciły na tym…

    421

    — Przeciwnie, zyskają… Współzawodnictwo zachęci je do pilności…

    422

    — Muszę jednak dodać, że robię to tylko dla utrzymania stosunków z Solskimi… Pana Dębickiego przecie nie znam!… — mówiła dama czując, że wobec Madzi zajmuje coraz fałszywsze stanowisko.

    423

    Przez parę dni pani Korkowiczowa była nieco cierpka w obejściu z Madzią; ale gdy Dębicki złożywszy jej wizytę przyznał, się, że oboje państwa Solskich zna od dzieci i co parę tygodni koresponduje ze Stefanem, pani Korkowiczowa udobruchała się.

    424

    Owszem, podziękowała Madzi za zawiązanie nowego stosunku.

    425

    „Dębicki — myślała — byłby niewdzięcznikiem, gdyby o nas dobrze nie mówił przed Solskimi. Brzeska także powinna mówić o nas dobrze; zresztą postaramy się o jej życzliwość…”.

    426

    Od tej pory było Madzi u państwa Korkowiczów jak w niebie. Pan Bronisław miał obowiązek witać ją i żegnać z największym uszanowaniem; starszy pan miał prawo okazywać, że Madzię lubi; wreszcie sama pani wyznaczyła Madzi miejsce przy stole obok siebie, a lokaj podawał jej półmiski zaraz po gospodyni domu.

    427

    Pomimo jednak najlepszych chęci pani Korkowiczowej Madzia nieustannie narażała się wobec swojej chlebodawczyni. Z właściwą sobie wyrozumiałością pani Korkowiczowa przyznawała, że niektóre czyny Madzi zdradzają dobre serce, ale zarazem — niesłychany brak taktu.

    428

    Raz na przykład Linka spostrzegła na podwórzu córkę praczki z tego samego domu. Dziecko było tak bose, w tak podartej koszuli, w tak połatanej sukience, że nieledwie prosiło się na model. Linka zawołała dziewczynkę i posadziwszy w oranżerii zaczęła ją malować w otoczeniu palm, kaktusów i innych roślin egzotycznych.

    429

    Studiom tym przypatrywała się Stasia, pani Korkowiczowa, pan Korkowicz, nawet pan Bronisław, który miał niejakie wątpliwości, czy jego siostra w danej chwili maluje kaktus czy nogę obdartej dziewczynki. Lecz dopiero Madzia zauważyła, że dziecko strasznie kaszle.

    430

    — Boże! — zawołała — ależ ona prawie naga… — a potem dodała po francusku:

    431

    — Jeżeli biedactwo nie będzie leczyć się i nie dostanie odzieży — umrze…

    432

    Linka przestała malować, a wylękniona Stasia już miała oczy pełne łez.

    433

    Obie siostry uważniej zaczęły oglądać dziewczynkę i odkryły, że kaszlące dziecko nie ma ani śladu trzewików, że oberwana do połowy koszulka nie zastąpi braku spódniczki, że wreszcie pełna łat sukienka raczej przypomna sieć pajęczą aniżeli ubranie…

    434

    Od tej chwili panienki przestały ją malować, a zaczęły się nią opiekować. W tajemnicy przed matką złożyły się sprowadzenie jej lekarza, kupiły małe trzewiczki i pończochy, a potem płótna i barchanu, z którego same zaczęły szyć ubranie przy pomocy panny służącej i Madzi.

    435

    — Widzicie, jak to dobrze, że u pani Latter uczyłyście się krawiecczyzny — przypomniała im Madzia.

    436

    Kiedy pani Korkowiczowa zobaczyła Linkę z trudem szyjącą barchan na maszynie, myślała (według jej własnych słów), że padnie trupem. Madzi w pokoju nie było, więc zacna dama ograniczyła się na przeprowadzeniu śledztwa i wziąwszy fatalny barchan, z zaciętymi ustami pobiegła do pokoju męża, a za nią Linka, która dosyć stanowczo prosiła matkę o niemieszanie się do jej interesów.

    437

    — Czyś widział, Piotrze?… — zawołała pani rzucając barchan na biurko męża. — Czy słyszałeś coś podobnego?…

    438

    Po czym na wyścigi z Linką zaczęły opowiadać historię obdartej dziewczynki, jej kaszlu i pomocy, jaką udzieliły jej panny. Linka kładła nacisk na nędzę dziecka, a pani Korkowiczowa na jego brudy, możliwą zaraźliwość kaszlu i emancypacyjne zachcianki Madzi.

    439

    Wyrozumiawszy, o co chodzi, pan Korkowicz pogłaskał bujną brodę i odezwał się tonem spokojnym, który bardzo zaniepokoił jego małżonkę:

    440

    — Czy to dziecko nie było brudne, kiedyś je malowała?

    441

    — Jak smoluch, papusiu! — odparła Linka.

    442

    — A nie kaszlało?

    443

    — O, kaszlało daleko gorzej niż teraz…

    444

    — Idź, Linko — rzekł ojciec tonem szkaradnie spokojnym — idź i ucałuj ręce pannie Magdalenie za to, że was zachęciła do uczciwego postępku…

    445

    — Ależ, Piotrze… tak być nie może!… — zawołała pani. — Ja nie pozwolę…

    446

    — Toniu — odpowiedział mąż, gdy Linka wyszła. — Toniu, nie bądź wariatką!… Przecież ja dopiero dziś widzę, że moje córki mają serce… Bóg nam zesłał tę pannę Brzeską…

    447

    — Wiem, wiem… — mówiła pani. — Wszystko ci się podoba, co robi panna Brzeska… I gdybym dziś zeszła do grobu…

    448

    — Miej rozum, Toniu. Jeżeli chwalisz Solską, że dała ci tysiąc rubli na szpital, nie gań własnych dzieci, gdy sprawią odzież sierocie…

    449

    — Ale one same szyją…

    450

    — Księżniczki angielskie także szyją odzienie dla ubogich dzieci — odparł mąż.

    451

    — Czy to tylko pewne?… — mimo woli zapytała pani czując, że gniew jej szybko ucieka.

    452

    W godzinę później pochwaliła córki za ich zajęcie się dziewczynką i podziękowała Madzi. W duszy jednak postanowiła przy pierwszej okazji wytknąć jej emancypacyjne nowatorstwa, które zasiewają niezgodę wśród najczcigodniejszych rodzin.

    453

    Najważniejszy w domowych stosunkach wypadek trafił się w sześć tygodni po przyjeździe Madzi.

    454

    Było to przy obiedzie. W czasie krótkiej pauzy oddzielającej befsztyk od kurcząt z mizerią Linka z gniewem odezwała się do lokaja:

    455

    — Zabierz ten talerz…

    456

    — Czysty, proszę panienki — odparł Jan stawiając na powrót talerz, który obejrzał.

    457

    — Bałwanie… bierz, kiedy mówię!… — zawołała Linka, rozdrażniona z powodu kłótni ze Stasią o to, czy pan Zacieralski jest większy od Lessera, czy tylko równy jemu.

    458

    — Kiedy panienka mówi, musi tak być — ostro odezwała się pani Korkowiczowa.

    459

    Lokaj zabrał talerz, podał inny; potem obniósł kurczęta i mizerię, wreszcie wyszedł do kuchni.

    460

    Wtedy Madzia pochyliła się do Linki i objąwszy ją ręką za szyję szepnęła:

    461

    — Drugi raz nie odpowiesz tak Janowi… prawda?…

    462

    Niewinne te słowa wywołały piorunujący efekt przy stole. Stasia podniosła brwi wyżej niż zwykle; pan Bronisław wyjął z ust widelec, którym wykłuwał zęby; pan Korkowicz zrobił się fioletowy i tak pochylił twarz, że powalał brodę w resztkach mizerii. Linka zaś kilka razy prędko odetchnąwszy rozpłakała się i wybiegła z jadalnego pokoju.

    463

    — A wracaj na leguminę, bo będzie krem! — zawołał pan Bronisław tonem szczerego współczucia.

    464

    — Bardzo dobrze… — mruknął ojciec.

    465

    Pani Korkowiczowa osłupiała. Ponieważ jednak była osobą niezwykle bystrego umysłu, więc szybko zorientowawszy się w sytuacji rzekła uroczystym głosem do Stasi:

    466

    — W domach arystokratycznych panienki z wyszukaną grzecznością odzywają się do służby.

    467

    Pan Korkowicz klapnął się w gruby kark jak gdyby mądre zdanie żony nie wydawało mu się wypowiedzianym w porę.

    468

    Pani także, pod pozorem pewności siebie, ukrywała zmieszanie. Czuła, że od tej chwili stosunek dzieci do służby zmieni się w domu, i to nie na skutek jej morałów, ale — odezwania się Madzi. Przypomniała też sobie z goryczą, że Jan chętniej usługuje Madzi, weselej z nią rozmawia aniżeli z panienkami, a przy obiedzie manewruje półmiskiem w taki sposób, ażeby guwernantce podsuwać najlepsze kawałki, których zresztą nie brała.

    469

    „Widzę, że to Bismarck-dziewczyna!… — myślała pani odkładając podwójną porcję kremu dla nieobecnej Linki. — Swoją drogą Bóg wie od ilu lat proszę Piotrusia, ażeby nie wymyślał służbie… Bardzo też dawno zbierałam się powiedzieć dziewczętom, ażeby były grzeczne w obejściu z ludźmi niższego stanowiska… No i ta… uprzedziła mnie!… Porachujemy się kiedyś, panienko… porachujemy…”.

    470

    Po obiedzie pani Korkowiczowa chłodno podziękowała guwernantce za towarzystwo i kazała Stasi, ażeby zaniosła Lince krem. Za to pan mówiąc Madzi: „dziękuję…”, trochę za długo trzymał jej rękę i dziwnie patrzył jej w oczy. Toteż gdy Madzia odeszła, zirytowana pani odezwała się do męża:

    471

    — Myślałam, że… pocałujesz pannę Brzeską…

    472

    Pan kiwał głową.

    473

    — Wiesz — odparł — rzeczywiście chciałem ją pocałować w rękę…

    474

    — W takich razach ja tatkę mogę wyręczać — wtrącił pan Bronisław odwracając się do okna.

    475

    — Żebyś ty, mój kochany, wyręczał mnie w kantorze — odparł ojciec.

    476

    — Musisz jednak przyznać, mój drogi, że Bronek od kilku tygodni zmienił się na awantaż… — zabrała głos pani. — Prawie nie wychodzi z domu i regularnie siada z nami do obiadu.

    477

    — Zapewne chce ode mnie wykpić kilkaset rubli… Znam ja go!… Cholera mnie bije, kiedy patrzę na jego łajdactwa; ale skóra na mnie cierpnie, kiedy zaczyna się poprawiać…

    478

    — Mylisz się — rzekła matka. — Bronek nic złego nie zrobił, tylko — uległ moim perswazjom. Wytłomaczyłam mu, że niewłaściwie postępuje włócząc się po nieodpowiednich towarzystwach, że wpędza rodziców do grobu i — on mnie zrozumiał…

    479

    — Eh! — mruknął ojciec — zawsze ci się coś zdaje… Z dziewczętami nie umiesz dać sobie rady, a myślisz, że taki birbant usłucha perswazji.

    480

    — Więc któż im daje radę?… kto kieruje ich edukacją?… — zawołała pani rumieniąc się jak rozpalone żelazo.

    481

    Ale pan Korkowicz, zamiast odpowiedzieć małżonce, zwrócił się do syna:

    482

    — Słuchaj no!… bo mnie doprowadzisz do kija i torby, wałkoniu… Albo weź się tutaj do roboty, ażeby Switek mógł jechać do korkowskiego browaru, albo sam ruszaj do Korkowa… Ja na dwie fabryki, o trzydzieści mil odległe, nie rozedrę się… Kiedy jestem w Warszawie, tam się coś psuje; kiedy jestem w Korkowie, tu nie ma dozoru… A ty wałęsasz się po restauracjach…

    483

    — Powiedziałam ci, że siedzi w domu — wtrąciła matka.

    484

    — Mnie nie o to chodzi, ażeby on wysypiał się w domu — ryknął ojciec — ale żeby choć parę razy dziennie zajrzał do fabryki i sprawdził, co robią…

    485

    — Zastępował cię przez kilka dni.

    486

    — Tak!… i połowy obstalunków nie wypełnili na czas… Bodaj to najjaś…

    487

    Nagle pan Korkowicz uderzył się ręką w usta i nie dokończył przekleństwa. Natomiast dodał spokojniej:

    488

    — Bądź tu łagodny… nie wymyślaj… kiedy wszyscy począwszy od rodzonego syna wbijają ci noże w wątrobę…

    489

    — Widzę, że i na ciebie wpłynęła lekcja panny Brzeskiej… — syknęła pani Korkowiczowa.

    490

    — Nie… to twoje morały!… — odparł ojciec i wyszedł z pokoju.

    491

    Przez ten czas pan Bronisław stał pod oknem i bębnił palcami w szybę, niekiedy wzruszając ramionami.

    492

    Pani Korkowiczowa załamała ręce i tragicznie patrząc na syna rzekła:

    493

    — Cóż ty na to?…

    494

    — A… no… że ładna, to ładna, nie ma co gadać — odparł rozwinięty młodzieniec.

    495

    — Kto?… co się tobie śni?…

    496

    — Magdzia ładna i dobrze tresuje dziewczęta, tylko… ma za dużo fochów. Solscy i Solscy!… a mama jeszcze jej podbija bębenka tymi Solskimi… Tymczasem cóż Solscy?… Ja się boję Solskich czy co?… — mówił z flegmatyczną gestykulacją pan Bronisław.

    497

    Potem ucałował skamieniałą matkę w obie ręce i wyszedł mrucząc:

    498

    — Cóż to stary myśli, że będę piwo rozwoził?

    499

    — Boże!… — jęknęła pani chwytając się za głowę. — Boże! co się tu dzieje?… na co ja zeszłam?…

    500

    Była tak zirytowana, że znalazłszy się w swoim gabinecie na biegunowym fotelu nie mogła od razu zasnąć po obiedzie.

    501

    „Z dziewczętami robi, co jej się podoba, a one tylko płaczą… — myślała pani. — Psuje służbę… do domu naprowadza dzieci rozmaitej hołoty… Sam Bronek zachwyca się, że ładna (co oni widzą w niej ładnego?…), a ten stary niedźwiedź nie dość, że zaprzecza mi wpływu na dom, ale jeszcze chce ją w rękę całować… Nie, ja muszę z tym zrobić jakiś koniec!…”.

    502

    Po chłodniejszej rozwadze zarzuty przeciw Madzi poczęły rozwiewać się w umyśle pani Korkowiczowej. Przecież Zosię do nauki ona sama przyjęła, ona, pani Korkowiczowa; a zrobiła to dla zawiązania ścisłych stosunków z Solskimi. Obdartą dziewczynkę ona w rezultacie pozwoliła ubierać swoim córkom; i nie stało się nic złego, gdyż o ich pięknym czynie mówią dziś w całej kamienicy. Nareszcie — dobrze wychowane panienki (a nawet mąż!…) nie powinny wymyślać służbie… Bo cóż by to był za cios dla jej macierzyńskiego serca, gdyby kiedy Linka przy Solskich albo w innym dystyngowanym towarzystwie nazwała lokaja bałwanem?…

    503

    Lecz im zupełniej rozgrzeszał Madzię umysł pani Korkowiczowej, tym — w jej sercu silniejszy żal budził do nauczycielki. Okropne położenie: czuć do kogoś niechęć i — nie mieć przeciw niemu zarzutów!

    504

    „Cóż jej powiem?… — z goryczą myślała dama. — Kiedy dziewczęta, mąż i nawet Bronek odpowiedzą, że panna Magdalena robi to, czego ja sobie życzę…”.

    505

    Niechęci także nie wypada okazywać. Bo nuż guwernantka obrazi się i opuści jej dom? Co na to powiedziałyby córki, Bronek, mąż — a nade wszystko jakby wyglądała upragniona znajomość z Solskimi?

    506

    „Dziwna ta panna Solska… — rzekła do siebie pani Korkowiczowa. — Przyjaźnić się z guwernantką!”.

    4. Niepokoje pani Korkowiczowej

    507

    W pierwszych dniach października dom pani Korkowiczowej stanowczo był przewrócony do góry nogami. Ona zaś sama czuła się w położeniu rozbitka, który siedząc na wąskiej skale widzi rozhukany ocean i tylko czeka, kiedy go fale pochłoną.

    508

    Córki jej, na których edukację tyle wydała pieniędzy, nie tylko przestały być opryskliwymi dla służby, ale jeszcze — weszły w zażyłość z panną służącą, kucharką, nawet z rodziną lokaja. Pani Korkowiczowa nieraz znajdywała obie panienki w garderobie, a przy stole widywała na własne oczy, że Jan uśmiecha się nie tylko do panny Brzeskiej, ale nawet do Linki i Stasi.

    509

    „Niechby kiedy zrobił taką minę do nich przy kimś z towarzystwa, a musiałabym umrzeć ze wstydu!…” — myślała pani.

    510

    Ale zgromić Jana za poufałość nie miała odwagi. Nie było też racji skarżyć się przed mężem, który od owego pamiętnego obiadu nie tylko nie „smarował maszyn” Janowi, ale nawet przestał mu wymyślać przy Madzi i córkach. Raz pan Korkowicz był zirytowany tak, że zsiniał z gniewu i wywijał ogromnymi pięściami, ale ciosy zamiast na kark Jana padały na stół albo na drzwi.

    511

    — Ciebie kiedy, Piotrusiu, apopleksja zabije, jeżeli tak będziesz się krępował!… — rzekła pewnego dnia pani widząc, że jej mąż, zamiast trzasnąć w ucho Jana, który przy kolacji oblał go sosem, uderzył pięścią w udo — samego siebie.

    512

    — Dajże mi spokój!… — wybuchnął pan. — Od czasu kiedy wyjeżdżasz do Karlsbadu, nazywałaś mnie ordynarnym; a dziś, kiedy wyeleganciałem, chcesz, żebym się znowu nie krępował… Przewracają ci się projekta w głowie jak w zacierowej kadzi…

    513

    — Za to z żoną nie robisz sobie subiekcji — westchnęła pani.

    514

    Mąż uniósł się na krześle, ale spojrzawszy na Madzię usiadł, aż podłoga skrzypnęła, i oparł głowę na rękach.

    515

    „Co to znaczy?… — pomyślała przerażona dama. — Ależ ta guwernantka naprawdę opanowała mego męża…”.

    516

    Pani Korkowiczowej zrobiło się tak źle, że wstała od stołu i wyszła do gabinetu. A gdy córki i nauczycielka wybiegły za nią, rzekła do Madzi lodowatym głosem:

    517

    — Niech się pani mną przynajmniej nie zajmuje… Nic mi nie jest…

    518

    Madzia cofnęła się, a pani Korkowiczowa zawołała z gniewem do córek:

    519

    — Idźcie sobie, idźcie… do waszej nauczycielki!…

    520

    — Co mamie jest?… Cóżeśmy winne?… — pytały z płaczem obie dziewczynki widząc irytację matki.

    521

    Jak wszyscy ludzie gwałtowni, pani Korkowiczowa prędko ochłonęła i usiadłszy na swym fotelu rzekła spokojniej:

    522

    — Linka, Stasia… patrzcie mi prosto w oczy!… Wy już nie kochacie mamy… wy chciałybyście mamę wpędzić do grobu…

    523

    Dziewczęta rozszlochały się.

    524

    — Co mama mówi?… A kogoż my kochamy?…

    525

    — Pannę Brzeską… Ona teraz wszystko znaczy w domu, ja nic…

    526

    — Pannę Brzeską kochamy jak przyjaciółkę, a mamę jak mamę… — odparła Linka.

    527

    — Chciałybyście, ażebym do grobu wstąpiła, a tatko ożenił się z guwernantką!…

    528

    Pomimo łez obficie twarz im zalewających obie dziewczęta zaczęły śmiać się jak szalone.

    529

    — A to by dopiero była para… cha!… cha!… cha!… Cóż by na to Bronek powiedział?… — wołała Linka chwytając się za boki.

    530

    — Błaźnice jakieś, nie śmiejcie się ze słów mamy, bo słowa mamy święte… Co za Bronek?… Jaki Bronek?

    531

    — Przecież Bronek kocha się w pannie Magdalenie i tak się do niej umizga, że wczoraj aż płakała, biedactwo… Cha!… cha!… cha!… Tatko i panna Magdalena… — śmiała się Linka.

    532

    Wiadomość o zalotach Bronka do reszty uspokoiła panią Korkowiczowę. Przyciągnąwszy obie córki do siebie, rzekła:

    533

    — Co gadacie o jakichś umizgach Bronka?… Panny dobrze wychowane nie powinny o tym nic wiedzieć… Stasia, Linka… patrzcie mi prosto w oczy. Przysięgnijcie, że lepiej kochacie mamę aniżeli pannę Brzeską…

    534

    — Ależ, jak mamę kocham, tak sto razy lepiej! — zawołała Linka.

    535

    — Sama panna Magdalena ciągle powtarza nam, że powinnyśmy mamę i tatkę kochać nad wszystko w świecie — dodała Stasia.

    536

    W ruchliwym sercu pani Korkowiczowej obudził się cień życzliwości dla Madzi.

    537

    — Idźcie kończyć kolację — rzekła do córek, dodając w duchu:

    538

    „Może i niezłe dziecko z tej Magdaleny, ale cóż to za despotyczny charakter… wszystkich chciałaby zawojować… No, ma takie stosunki!… Żeby już raz ci Solscy przyjechali… Co one znowu plotą o Bronku?… Umizga się do Brzeskiej?… Pierwszy raz słyszę coś podobnego!…”.

    539

    Po chwili jednak pani Korkowiczowa przypomniała sobie, że — może i nie pierwszy raz słyszy o czymś podobnym. Ciągłe przesiadywanie pana Bronisława w domu było niewątpliwie skutkiem jej macierzyńskich upomnień, ale mogła oddziaływać na syna i obecność pięknej guwernantki.

    540

    — Młody, nie ma się czemu dziwić!… — westchnęła i przyszło jej na myśl, jak pewnego wieczora znalazłszy się przypadkiem we framudze korytarza usłyszała następną rozmowę między synem a guwernantką:

    541

    „Panie Bronisławie, proszę, niech mi pan nie zastępuje drogi” — mówiła zirytowana Madzia.

    542

    „Bo ja chciałbym panią przekonać, że jestem bardzo życzliwy” — odparł błagalnym tonem pan Bronisław.

    543

    „Da pan najlepszy dowód życzliwości nie rozmawiając ze mną, kiedy jestem sama…”.

    544

    „Proszę pani, przy ludziach…” — zaczął pan Bronisław, ale nie mógł dokończyć, gdyż Madzi nie było.

    545

    — Drażni się z nim! — szepnęła pani Korkowiczowa, a następnie dodała w duchu:

    546

    „Chłopak młody, bogaty, no… i przystojny… Bronek jest wcale niczego na mężczyznę, i pannie muszą jego umizgi pochlebiać… Naturalnie powie o nim Solskiej, Solska zwróci uwagę i przez kobiecą zazdrość sama zacznie wabić Bronka do siebie… Boże, jak wszystko doskonale się układa!… A nie mogę zaprzeczyć, że Magdalena dużo mi ułatwi…”.

    547

    Przyszła tedy na panią Korkowiczowę epoka czułości dla guwernantki i niezawodnie od tej pory byłoby Madzi jak w niebie, gdyby jej emancypacyjne zachcianki nie napoiły duszy chlebodawczyni nową goryczą.

    548

    Od pewnego czasu Linka i Stasia coraz więcej zaniedbywały talentów. Linka rzadziej malowała, potulna Stasia zaczęła kłócić się z nauczycielem muzyki, nawet opowiadać, że pan Stukalski łysieje; obie zaś skracały lekcje: jedna muzyki, druga malarstwa.

    549

    Rozumie się, że zatrwożona matka przeprowadziła śledztwo i odkryła rzecz straszną. Panienki czas przeznaczony na edukację estetyczną obracały na uczenie Michasia, ośmioletniego syna lokaja. Stasia uczyła go czytać, a Linka pisać!…

    550

    Tego już było za wiele i pani Korkowiczowa postanowiła rozmówić się z nauczycielką.

    551

    „Panno Brzeska — miała jej powiedzieć — dom mój nie jest ochroną, a moje córki nie są ochroniarkami…”.

    552

    W tym celu zadzwoniła raz, po chwili drugi raz, gdyż Jan ociągał się. Wreszcie stanął we drzwiach.

    553

    — Dlaczego Jan nie przychodzi zaraz, kiedy dzwonię? — rzekła pani nastrajając się na ton surowy. — Poproś tu pannę Brzeską…

    554

    — Właśnie przyszedł jakiś pan do panny Magdaleny i czeka w sali — odparł lokaj podając bilet.

    555

    — Kazimierz Norski… — przeczytała pani. — Aha, daj znać pannie Magdalenie…

    556

    Zerwała się i ze swego gabinetu szybko przeszła do sali. Gniew ją opuścił, a natomiast opanowało silne wzruszenie.

    557

    „Norski!… — myślała. — Tak, miał przyjechać w początkach października… Może są i Solscy…”.

    558

    Nogi pod nią drżały, gdy otworzyła drzwi salonu, ale osłupiała na widok młodego człowieka, który ujrzawszy ją ukłonił się bardzo elegancko.

    559

    „Co za rysy… oczy… brwi!…” — pomyślała pani, a głośno rzekła:

    560

    — Mam zaszczyt powitać pana Norskiego?… Jestem… u nas właśnie bawi panna Brzeska… a ja jestem wielbicielką świętej pamięci mamy pańskiej… Boże, co za okropny wypadek!… Nie powinnam o nim wspominać, ale moje córki były ukochanymi pensjonarkami świętej pamięci mamy, którą tu wszyscy opłakujemy…

    561

    Tak mówiła pani Korkowiczowa kłaniając się i wskazując Norskiemu złocone krzesełko, na którym usiadł bez ceremonii.

    562

    „Prześliczny!…” — myślała pani, a ponieważ młody człowiek milczał i spoglądał na drzwi, odezwała się znowu:

    563

    — Jakże świętej pamięci mama?… To jest…

    564

    — Właśnie jeździłem na jej grób, gdzie chcemy postawić pomnik…

    565

    — Powinni państwo zwrócić się do społeczeństwa… — prędko przerwała mu pani. — A w takim razie ja i mój mąż, cały wreszcie nasz dom…

    566

    W tej chwili Norski podniósł się ze złoconego krzesełka patrząc ponad głowę uprzejmej gospodyni. Pani Korkowiczowa odwróciła się i zobaczyła bladziutką Madzię, która oparła się ręką o stół.

    567

    — Właśnie panna Brzeska… — znowu zaczęła gospodyni.

    568

    Ale Norski nie czekając na rekomendację zbliżył się do Madzi i wziąwszy ją za rękę rzekł pięknym aksamitnym głosem:

    569

    — Wiemy, że nasza matka z panią przepędziła ostatnie godziny… Chciałem podziękować i jeżeli kiedy będzie można, z ust pani usłyszeć szczegóły…

    570

    Madzia patrzyła na cieniutkie, białe sznureczki przyszyte do klap surduta pana Kazimierza i oczy zaszły jej łzami.

    571

    — Wszystko kiedy opowiem obojgu państwu — rzekła nie patrząc na pana Kazimierza. — Czy i Helenka wróciła?…

    572

    — Przyjedzie z Solskimi za tydzień… dziesięć dni… — odparł Norski nie mogąc oprzeć się zdziwieniu. — Ale jeżeli i ich przywita pani w podobny sposób…

    573

    — Obraziłam pana?… — zapytała wylękniona Madzia.

    574

    — Czy ja śmiałbym się na panią obrazić… — odparł ożywionym głosem i wziął ją znowu za rękę. — Ale niechże pani osądzi… — dodał zwracając się do pani Korkowiczowej. — Panna Magdalena, Ada Solska, moja siostra i ja byliśmy w domu nieboszczki matki jedną rodziną… Matka jadąc na śmierć przekazała pannie Magdalenie błogosławieństwo dla nas… i dziś, kiedy wracam po pożegnaniu mojej matki, ta jej druga córka przyjmuje mnie jak obcego… Niechże pani powie, czy godzi się tak…

    575

    Madzia spuściła głowę nie mogąc powstrzymać łez.

    576

    — Jaka pani szczęśliwa!… — rzekł Norski. — Mnie już łzy wyschły…

    577

    Przerwał i zmarszczył piękne brwi spostrzegłszy o parę kroków pana Bronisława, który cicho wszedł do salonu i od kilku chwil przypatrywał się to Norskiemu, to Madzi.

    578

    — Może mnie mama zapozna z tym panem — odezwał się pan Bronisław. — Jestem młody Korkowicz, czyli korkociąg, jak mnie nazywają dawni pańscy przyjaciele…

    579

    — Panowie się nie znają?… — rzekła zakłopotana gospodyni. — Mój syn… pan Norski…

    580

    — Właściwie to znamy się, a przynajmniej ja znam pana z opowiadań… Dużo się nieraz mówi o pańskich figlach u Stępka… — przerwał matce pan Bronisław wyciągając ogromną rękę do Norskiego.

    581

    Obaj młodzi ludzie uścisnęli się: pan Kazimierz z lekceważeniem, pan Bronisław z energią. Można było jednak poznać, że nie czują do siebie sympatii.

    582

    Norski posiedział kilka minut, nieco chmurny, krótko odpowiadając na pytania pani Korkowiczowej o Solskich. Wreszcie wstał, pożegnał się i obiecał częściej, jeżeli państwo pozwolą, odwiedzać Madzię.

    583

    — Tyle mamy z sobą do mówienia, panno Magdaleno, o mojej matce, że musi mi pani kiedy poświęcić godzinkę sam na sam, jak to kiedyś bywało… — rzekł pan Kazimierz na odchodne.

    584

    Gdy zamknęły się za nim drzwi przedpokoju, zmieszana i zamyślona Madzia odezwała się do pani Korkowiczowej:

    585

    — Jan mówił mi, że pani chciała się ze mną widzieć?…

    586

    — Tak… Chciałam ci podziękować, droga panno Magdaleno, że moje panienki zajęły się Michasiem… Piękna to zaleta miłosierdzie!… — żywo odpowiedziała pani Korkowiczowa kilkakrotnie ucałowawszy Madzię.

    587

    Wobec bliskiego przyjazdu Solskich i zażyłości, jaka łączyła guwernantkę z Adą Solską tudzież z Helenką, przyszłą panią Solską, gniew pani Korkowiczowej rozpłynął się. Niech już Madzia robi w jej domu, co chce, niech córki ubierają i uczą wszystkie dzieci z ulicy, byle zawiązać stosunki z Solskimi.

    588

    „Bronek nawet nie przeczuwa swego szczęścia!…” — myślała pani promieniejąc radością.

    589

    — Ale… ale!… — zawołała do odchodzącej Madzi. — Niechże pani przy sposobności oświadczy panu Norskiemu, ażeby był łaskaw odwiedzać nas jak najczęściej… Nasz dom otwarty dla niego zawsze… Boże! zapomniałam prosić go na obiad… Niech pani, panno Magdaleno, z całą delikatnością zaproponuje mu, ażeby u nas stale jadł obiady… A nawet jeżeli nie ma jeszcze urządzonego mieszkania, niech bez ceremonii sprowadzi się do nas… do przyjazdu państwa Solskich, nawet i dłużej… Zrobi pani to, kochana panno Magdaleno?… Całe życie będę wdzięczną, bo… wspomnienie nieboszczki Latterowej…

    590

    — Proszę pani, nawet nie wiem, czy mi wypadałoby mówić o tym z panem Norskim — odparła zakłopotana Madzia.

    591

    — Pani nie wypada?… — zdziwiła się dystyngowana dama. — Przecież w domu nieboszczki — on, Solscy i pani tworzyliście jedną rodzinę…

    592

    — Pan Kazimierz tak sobie powiedział… — rzekła smutnie Madzia. — Ja u jego matki byłam tylko damą klasową, niczym więcej.

    593

    — A wysadzany brylantami zegarek od panny Solskiej?… — badała zaniepokojona pani.

    594

    — Ada Solska lubiła mnie trochę, ale i na tym koniec. Cóż innego może łączyć ubogą jak ja dziewczynę z majętną panną?… Ada jest bardzo dobra dla wszystkich.

    595

    Po wyjściu Madzi pani Korkowiczowa zwróciła się do syna, który ogryzał paznokcie i, stuknąwszy się palcem w czoło, rzekła:

    596

    — Oho… ho!… Czyś ty uważał, jak ona się wykręca od pośredniczenia między nami i Norskim?… Coś w tym jest, nie uważałeś, Bronek?

    597

    — Dobrze robi!… — mruknął syn. — Po co ściągać do domu takiego drania.

    598

    — Bronek!… — krzyknęła pani uderzając ręką w stół — do grobu wpędzisz matkę, jeżeli będziesz wyrażał się jak cham… jak twój ojciec… Norski potrzebny mi do zawiązania stosunków z Solskimi… Rozumiesz?

    599

    Pan Bronisław machnął ręką i odparł ziewając:

    600

    — A już mama dobiera sobie pośredników… to Zgierski, to Norski!… Solscy także muszą być dranie, jeżeli się wdają z podobnymi facetami.

    601

    Rumieniec wystąpił na twarz pani.

    602

    — Słuchaj no — rzekła — jak mi jeszcze powiesz co złego o panu Zgierskim, to cię wyklnę!… Człowiek mądry, mający stosunki, nasz przyjaciel!…

    603

    — Przyjaciel, bo wtrynił staremu, diabli wiedzą po co, trzy tysiące rubli na dwanaście od sta… Śmiech powiedzieć, żeby Korkowicz pożyczał na dwanaście procent…

    604

    — Bo to jest delikatny prezent… Musimy Zgierskiemu wywdzięczyć się w jakiś sposób za jego serce dla nas… nawet dla ciebie… — odpowiedziała matka.

    605

    Przez kilka dni Norski nie pokazywał się w domu państwa Korkowiczów. Natomiast Madzia była z wizytą u Dębickiego i wróciła wzruszona.

    606

    Przypatrzywszy się jej oczom noszącym ślady łez, pani Korkowiczowa zapytała niby obojętnie:

    607

    — A pan Norski był u profesora Dębickiego?

    608

    — Właśnie… — odparła Madzia mocno rumieniąc się. — Mówiliśmy o jego matce… Powiedział mi, że z Ameryki przyjeżdża tu jego ojczym z rodziną.

    609

    — Co za ojczym?…

    610

    — Drugi mąż pani Latter. Służył w wojsku Stanów Zjednoczonych, a obecnie jest przemysłowcem czy sprzedaje machiny…

    611

    Wielomówstwo Madzi nie podobało się pani Korkowiczowej.

    612

    „Ta koteczka coś ukrywa!… — myślała pani. Czy ona aby nie intryguje przeciw nam? Panna Brzeska przeciw nam, i to jeszcze w domu Dębickiego, którego siostrzenicę przygarnęła do nauki… O, niewdzięczności ludzka!…”.

    613

    Za wiele rozumu miała pani Korkowiczowa, ażeby Madzię posądzić o intrygi. Dla zabezpieczenia się jednak i z tej strony postanowiła wydać duży raut i posłała męża z wizytą do Norskiego.

    614

    Gdy pan Korkowicz wrócił sapiąc i szybko rozbierając się ze świątecznego odzienia, pani zapytała z niepokojem:

    615

    — Cóż Norski, przyjdzie?…

    616

    — Dlaczego nie miałby przyjść?… Każdy przyjdzie tam, gdzie mu dobrze jeść dadzą.

    617

    — Ej… Piotruś!… Ty coś uprzedzasz się do Norskiego… A to taki piękny człowiek… i lada dzień zostanie szwagrem Solskiego.

    618

    — Ale musi być łobuzina!… — stęknął pan, z trudnością zdejmując ciasny kamasz za pomocą chłopca do butów w formie jelonka.

    619

    — Co z tobą gadać — rzekła pani. — Uczciwy jesteś człowiek, ale dyplomatą nie będziesz…

    620

    — Phi!… zesłał mi Bóg takiego Metternicha w spódnicy, że na dwa browary wystarczy…

    5. Raut z bohaterem

    621

    W najbliższą sobotę, jaka przypadała w drugiej połowie października, salony państwa Korkowiczów zajaśniały. Na schodach położono dywany i ustawiono kwiaty, przedpokój zapełnił się służbą, na czele której stał Jan wygolony, w granatowym fraku, czerwonej kamizelce i żółtych spodniach.

    622

    — Czysta małpa z wyspy szczęśliwości!… — mruknął patrząc na niego pan Korkowicz.

    623

    — Mój drogi, tylko nie powiedz tego głośno, bo ludzie poznają, że masz zły gust i gminne wysłowienia — odrzekła pani.

    624

    Około jedenastej wieczorem zebrało się ze sześćdziesiąt osób. Większość stanowiły zamożne rodziny mieszczańskie: piwowarów, kupców, jubilerów, powoźników. Panie poubierane w brylanty i jedwabie zasiadły wzdłuż ścian, aby zacząwszy rozmowę o teatrze zakończyć ją kwestią sług, które co roku są gorsze. Panienki rozbiegły się po kątach szukając towarzystwa literatów i artystów w celu dowiedzenia się najświeższych wiadomości o pozytywizmie, teorii Darwina, ekonomii politycznej i budzącej się podówczas kwestii kobiecej.

    625

    Młodzi fabrykanci i kupcy od razu wynieśli się na papierosa, ażeby tam drwić z uczonych panien i poetów, którzy nie mają całych spodni. Wreszcie ojcowie, ludzie tędzy i poważni, źle dopasowani do swoich fraków, potrącający złocone meble, obrzuciwszy posępnym wzrokiem swoje żony i córki przeszli do pokojów karcianych.

    626

    — Hrabskie przyjęcie! — rzekł fabrykant powozów do dystylatora. — Bekną kilkaset rubli.

    627

    — Albo ich nie stać? — odparł zaczepiony. — Każdy hrabia, kto ma pieniądze. Jakże, siadamy?… Ja z tamtym, a pan z nim…

    628

    Rozmieścili się; obok przy innych stołach zasiadły inne grupy i wkrótce — znikli wszyscy w dymie doskonałych cygar. Tylko od czasu do czasu odezwał się kto: pas!… trzy bez atu!… a niechże cię!… kiedy bo pan nie słuchasz licytacji!…

    629

    O wpół do dwunastej w salonach i pokojach karcianych zrobił się szmer. Jedni pytali: co się stało?… inni szeptali: już jest!… Mamy i ciocie od niechcenia zwróciły oczy ku drzwiom, nie dlatego, broń Boże, ażeby je ktoś zainteresował, ale — ot tak sobie. Córeczki i siostrzenice jedna po drugiej przerywały rozmowę o pozytywizmie i Darwinie i — spuszczały oczy, co nie przeszkodziło im wszystkiego widzieć. Poeci, literaci, artyści i w ogóle — inteligencja, poczuli się osamotnionymi; młodzi fabrykanci w dalszych apartamentach doznali niepokoju i zaczęli gasić papierosy.

    630

    Pani Korkowiczowa oderwawszy męża od kart wbiegła z nim do przedpokoju, gdzie pan Kazimierz Norski zdejmował palto, a pan Zgierski mówił do jednego ze służących:

    631

    — Uważasz, kochanku, nasze paltoty miej pod ręką, bo musimy wyjść…

    632

    — Jakiż zaszczyt!… jakżeśmy wdzięczni!… — zawołała pani Korkowiczowa i wyciągnęła do Norskiego obie ręce, które natychmiast pochwycił Zgierski zwracając wybuch radości pani domu na własną osobę.

    633

    — Co za zaszczyt!… Mężu… Jakże, czy państwo Solscy jeszcze nie przyjechali? — mówiła dama.

    634

    — Mają przyjechać w tych dniach — odpowiedział Norski.

    635

    Jan w pąsowej kamizelce i żółtych spodniach szeroko otworzywszy drzwi do salonu zawołał:

    636

    — Jaśnie wielmożny pan Norski…

    637

    — Pan Norski!… — powtórzyła pani Korkowiczowa, rozkosznie zawieszona u ramienia młodego człowieka.

    638

    — Szwa… to jest przy… — wtrącił oszołomiony pan Korkowicz.

    639

    Pani odwróciła głowę i przeszyła męża tak rozpaczliwym spojrzeniem, iż ten zaprzysiągł sobie milczeć.

    640

    — Musiałem palnąć jakieś głupstwo? — szepnął mimo to Korkowicz do Zgierskiego.

    641

    — Ach!… — oburzył się Zgierski słodko przymykając oczki.

    642

    W sali zrobiło się cicho, później — tu i owdzie zaczęto szeptać:

    643

    — Cóż to znowu?…

    644

    — Jeszcze nikogo nie prezentowano w taki sposób.

    645

    — Myślałby kto, że królewicza sprowadzili…

    646

    Lecz szmer umilkł. Norski był tak piękny, że mamy i ciocie przypatrzywszy mu się pohamowały wybuch oburzenia, a córki i siostrzenice były gotowe przebaczyć mu wszystko.

    647

    — Piękny jak grzech śmiertelny! — rzekła pełnoletnia emancypantka do osiemnastoletniej turkawki z szafirowymi oczyma.

    648

    Turkawka nie odpowiedziała nic, ale serce jej gwałtownie biło.

    649

    Po odbyciu szczegółowej prezentacji i wymianie grzeczności z najpoważniejszymi damami Norski nagle przeszedł w kierunku fortepianu. Obecnym zdawało się, że w tej chwili fortepian i grupa siedząca obok niego — rzucają blaski.

    650

    — Kto tam siedzi?…

    651

    — Linka i Stasia Korkowiczówny.

    652

    — A z kim on tak rozmawia?…

    653

    — Z guwernantką Korkowiczów.

    654

    — Kto ona jest?… Jak się nazywa?…

    655

    Kilkuminutowa rozmowa Norskiego wystarczyła do zwrócenia powszechnej uwagi na Madzię, której dotychczas nikt nie spostrzegł. Starsze panie zażądały, aby gospodyni przedstawiła im swoją guwernantkę, a młodsze panienki na wyścigi biegły witać się z Linką i Stasią i przy okazji zaznajomić się z Madzią.

    656

    Nawet młodzi fabrykanci ociężałym krokiem poczęli zbliżać się do nauczycielki albo obserwować ją z daleka.

    657

    — Pi!… pi!… — szepnął jeden. — Ależ to ładna dziewka…

    658

    — A zgrabna… Jak żywe srebro…

    659

    — Ponosiłaby…

    660

    — Jak kogo!… — mruknął młody dystylator mający opinię siłacza. — Co mówisz Bronek?…

    661

    — Eh! daj mi tam spokój… — odparł gniewnie młody Korkowicz.

    662

    — Psiakrew!… — westchnął czwarty.

    663

    — No, no, no… panowie młodzi, gębę na angielski zatrzask, bo to porządna dziewczyna — wtrącił półgłosem Korkowicz starszy.

    664

    — Cóż się tatko tak ujmuje?… — spytał gburowatym tonem pan Bronisław, spod oka patrząc na twórcę swoich dni.

    665

    Korzystając z chwili okrąglutki jak piłeczka pan Zgierski potoczył się do gospodyni domu i miłośnie patrząc na nią rzekł słodkim głosem:

    666

    — Wspaniały raut, daję słowo!… A ledwie wyciągnąłem Kazia, który gwałtem zabierał mnie do hrabiego Sowizdrzalskiego…

    667

    — Jak to, miałby nie przyjść do nas?… — spytała zdumiona pani.

    668

    — No, tego nie mówię… owszem… Tylko nie dziw, że rozpieszczony bywalec rwie się do towarzystwa lekkoduchów… Ma być tam książę Gwizdalski, hrabia Rozdzieralski… brylantowa młodzież — objaśniał Zgierski.

    669

    — Ale na kolacji panowie zostaniecie u nas — rzekła nieco zirytowana gospodyni.

    670

    Zgierski podkręcił ufarbowanego wąsika i pobożnie wzniósł oczy do nieba. Gdy zaś pani Korkowiczowa odeszła, zbliżył się do Madzi i tkliwie uścisnąwszy jej rękę rzekł głosem, w którym drgało uczucie:

    671

    — Przypominam się pani… Zgierski. Przyjaciel (tu westchnął) nieboszczki, a (ośmielę się uzurpować sobie ten honor) i — przyjaciel pani…

    672

    Madzia była tak wzruszona ogólnym zajęciem się nią, że chcąc choć na chwilę odpocząć wskazała przy sobie krzesło Zgierskiemu.

    673

    Zaproszony usiadł i pochyliwszy piękną łysinę, na której malowała się pogoda duszy, zaczął mówić miłym półgłosem:

    674

    — Cieszę się, że panią spotykam w tym domu… Od pół roku życzyłem państwu Korkowiczom towarzystwa pani i… z przyjemnością widzę, że projekt mój należy do tych, które się udały. Dawno pani miała wiadomości od panny Heleny?…

    675

    — O, bardzo dawno.

    676

    — Tak! — westchnął Zgierski — nie otrząsnęła się jeszcze biedaczka… Dzieci te, Kazio i Helenka (przy pani zawsze je tak będę nazywał), żywo mnie obchodzą… Dla ustalenia ich przyszłości muszę zbliżyć się do Solskich, a pani mi w tym pomoże. Czy tak?…

    677

    — Cóż ja mogę? — szepnęła Madzia.

    678

    — Wiele… wszystko!… Jedno słówko rzucone w porę, gdzie należy… jedno napomknięcie mi, o czym należy… Panno Magdaleno — mówił wzruszony — dzieci te, dzieci serdecznej przyjaciółki pani, bardzo mnie obchodzą… Oboje musimy zająć się ich przyszłością… Pani pomaga mnie, ja pani… Jesteśmy sprzymierzeńcy… A teraz — działanie i tajemnica…

    679

    Wstał z krzesełka i obrzucił Madzię takim spojrzeniem, jakby w jej ręce złożył przyszłość świata. Potem wymownie uścisnął ją i znikł w tłumie.

    680

    Od strony pieca niedźwiedzim krokiem zbliżył się do Madzi pan Bronisław i rzekł:

    681

    — Co znowu ten tam pani gitarę zawraca?… Niech mu pani nic nie wierzy…

    682

    Z drugiej strony krzesła znalazł się obok Madzi pan Korkowicz ojciec.

    683

    — Cóż to — spytał — za tajemnice opowiada pani Zgierski?… Nie radzę mieć z nim sekretów, bo to stary umizgus…

    684

    — A co ojcu do tego, kto się umizga?… — odezwał się pan Bronisław i krzywo spojrzał na ojca.

    685

    Madzia nie spostrzegła ich starcia myśląc o Zgierskim. Widziała go na pensji pani Latter po jej ucieczce i nieszczególne zrobił na niej wrażenie. Coś niezbyt pochlebnego słyszała o nim, zdaje się, że od gospodyni, panny Marty; dziś znowu obaj Korkowicze mówią o nim z przekąsem…

    686

    „Widocznie dobry człowiek — myślała — tylko ma nieprzyjaciół. Rozumie się, że zrobię wszystko dla Helenki i dla pana Kazimierza… Ale co ja mogę!…”.

    687

    Była rozrzewniona troskliwością Zgierskiego o dzieci pani Latter i dumna, że ją przyjął na powiernicę.

    688

    Pani Korkowiczowa mocno zajmowała się gośćmi: każdy obecny usłyszał od niej jakieś pytanie albo uprzejme słówko; każdego usiłowała zabawić albo obsłużyć. Była więc kolosalnie zajęta, lecz mimo to nie uszło jej uwagi powodzenie Madzi. Przed godziną nieznana, nikomu nie prezentowana, zapomniana w kącie guwernantka stała się nagle środkiem ciężkości rautu. Z nią najdłużej i kilkoma nawrotami rozmawiał bohater wieczoru — pan Norski; ją o coś prosił czy zwierzał się człowiek tak ustosunkowany jak pan Zgierski; dokoła niej krążyły panienki; z nią zapoznawały się damy poważne stanowiskiem i wiekiem; ją z przyzwoitej odległości bombardowali spojrzeniami młodzi panowie.

    689

    Nawet zdaje się, a pani Korkowiczowa rzadko myliła się w podobnych wypadkach, pomiędzy jej własnym mężem i jej rodzonym synem wynikła jakaś sprzeczka — z pewnością o Madzię. Toteż nie dziw, że na jasnym czole gospodyni domu utworzyła się zmarszczka wcale nie godząca się z dobrotliwym uśmiechem ust i blaskiem, policzków.

    690

    — Zainteresował się pan naszą nauczycielką… Prawda, że ładna?… — spytała pani Korkowiczowa Zgierskiego, który ciągle starał się być w pobliżu niej.

    691

    — O, znam ją od dawna — odparł. — Serdeczna przyjaciółka panny Solskiej…

    692

    — Miał pan przy niej minę skruszoną — rzekła pani.

    693

    — Bo też panna… panna… nauczycielka pani wiele może w tych sferach, w których ja zaledwie jestem… dobrym znajomym. Wiele może!… — dodał znaczącym tonem pan Zgierski.

    694

    Serce pani Korkowiczowej przeszyły w tej chwili dwa sztylety: jednym był żal do Madzi, że ciągle odnosi zwycięstwa, drugim — tkliwość, szczera tkliwość dla Madzi, że tak wiele może w pewnych sferach.

    695

    „Jeżeli tak wiele może — pomyślała pani — to musi zaznajomić nas z Solskimi… Bo wprawdzie panna Solska jest brzydka, ale Bronek ma zbyt wiele rozumu…”.

    696

    Podano kolację, w ciągu której ukazywały się i znikały misy kawioru, sterty ostryg, stosy dzikiej i hodowanej zwierzyny i omal że nie konewki szlachetnych trunków. Korki szampana strzelały tak często, że ogłuszony pan Zgierski zaprzestał słuchać swoich sąsiadek, a oddał się wyłącznemu badaniu treści półmisków i wnętrza butelek.

    697

    Około trzeciej wszyscy panowie znaleźli się w doskonałych usposobieniach, przy czym miało miejsce nadzwyczajne zjawisko psychologiczne. Jedni z biesiadników twierdzili, że pan Norski siedzi przy kolacji i że go widzą, drudzy — że tenże pan Norski zniknął przed kolacją. Potem pierwsi zaczęli twierdzić, że Norskiego wcale nie było, a zaś drudzy, iż — jest, ale w innym pokoju. Że zaś zapytany o rozstrzygnięcie sporu, gospodarz z równym przekonaniem godził się na obie opinie, więc w końcu nie było wiadomo, co jest prawdą: czy że Norski nigdy nie istniał na świecie, czyli też, że przy kolacji znajduje się kilku Norskich, którzy naumyślnie tak pokierowali rozmową, ażeby zakłopotać towarzystwo?

    698

    I już energiczniejsi panowie półgłosem zaczęli protestować przeciw niewłaściwym żartom, gdy — nowy wypadek skierował uwagę biesiadników w inną stronę.

    699

    Oto rozmarzony pan Bronisław ucałował pulchne ramię pełnoletniej emancypantki, która bawiła go traktatem o Szopenhauerze, a gdy ten przygotowawczy manewr został mile przyjęty, pan Bronisław oświadczył, że ją namiętnie kocha.

    700

    Przytomne dziewczę natychmiast uroniło łezkę szczęścia, a jej wuj (tęgi przemysłowiec), który znalazł się obok pana Bronisława, zaczął go ściskać i wyznał publicznie, że nie życzy sobie lepszej partii dla siostrzenicy.

    701

    Wówczas zdarzył się fakt niezwykły. Młody Korkowicz zerwał się z krzesełka, przetarł oczy, jak człowiek zbudzony ze snu, i bez ogródki wyznał tak pannie, jak jej wujowi, że… on omylił się, ponieważ afekta jego skierowane są do innej osoby, której na próżno upatrywał przy stole.

    702

    Szczęściem był to już koniec kolacji, dzięki czemu goście mogli wstać od stołu, a następnie — szybko rozjechać się do domów.

    703

    W przykrej chwili Opatrzność do ratowania honoru Korkowiczów powołała Zgierskiego. Roztropny ten człowiek nie tylko nie podniósł się od stołu razem z innymi, ale jeszcze w imię przyzwoitości głośno zaprotestował przeciw opuszczaniu biesiady. Co gorzej, nie tylko nie wyjechał z większością towarzystwa, lecz nawet nie chciał ruszyć się z krzesła. Dopiero ktoś ze służby znalazł jego palto, wsadził go w dorożkę i odwiózł do mieszkania.

    704

    Kiedy owionęło go świeże powietrze, pan Zgierski zapomniał o przygodzie młodego Korkowicza, ale przypomniał sobie rozmowę z Madzią.

    705

    „Miła, miła dziewczyna — myślał — muszę się i nią zająć. A nade wszystko muszę trafić przez nią do Solskich, bo mi Korkowiczowa urwie głowę, jeżeli ich nie zapoznam…”.

    706

    Natychmiast po wyjeździe gości pani Korkowiczowa zajęła się odbieraniem srebra od służby, a pan Korkowicz na pewien czas zamknął się w swoim gabinecie sam na sam z wodą sodową i cytryną. O czym rozmyślał, nie wiadomo, dość, że o piątej rano wezwał do siebie żonę i syna.

    707

    Pan Bronisław przedstawiał żałosny obraz, zdolny wzruszyć najmniej tkliwe serce macierzyńskie: miał twarz bladą i nalaną, mętne spojrzenie i rozczochrane włosy. Na jego widok pani Korkowiczowa z trudnością mogła wstrzymać się od łez, ale ojciec nie wyglądał na rozczulonego.

    708

    Spostrzegłszy na biurku życiodawcy wodę sodową pan Bronisław niepewną dłonią ujął szklankę i zbliżył ją do syfona. Ale ojciec wyrwał mu szklankę i krzyknął:

    709

    — Ręce przy sobie! Nie po to cię zawołałem, ażebyś mi wypijał wodę…

    710

    — Piotrusiu — błagalnie odezwała się matka — spojrzyj, jak on wygląda…

    711

    — Niech go diabli wezmą — odburknął starszy pan. — A ja jak będę wyglądał przez niego?… Coś ty, słuchaj, zrobił pannie Katarzynie?… Jak śmiałeś pocałować ją w ramię czy gdzie tam?…

    712

    — Ma też ojciec o co wyrabiać takie krzyki — odparł apatycznie pan Bronisław. — Pomieszało mi się w głowie, i tyle… Myślałem, że to Magdzia…

    713

    — Hę?… — zapytał ojciec podnosząc się z fotelu.

    714

    — No, myślał, że to guwernantka… — szybko wtrąciła pani Korkowiczowa.

    715

    — Guwernantka?… — powtórzył pan nadstawiając ucho.

    716

    — Przecież Bronek ma tyle taktu, że na trzeźwo nie zrobiłby nic podobnego pannie z towarzystwa — mówiła matka mrugając na młodego człowieka. — Jutro ją i jej wuja przeprosi i będzie po wszystkim. Sama wreszcie panna Katarzyna powiedziała mi żegnając się, że uważa to za żart.

    717

    — Nie ma o czym gadać!… — odezwał się pan Bronisław. — Ja przecie zaraz z miejsca powiedziałem jej wujowi, żem się omylił… Ja przecie nie pannę Katarzynę…

    718

    — Nie pannę Katarzynę chciałeś pocałować w żywe mięso, tylko kogo?… — badał dalej ojciec.

    719

    — No, Magdzię… Nie ma o czym gadać!… — odparł pan Bronisław zasłaniając ręką usta w celu ziewnięcia.

    720

    W tej chwili ojcu zsiniała twarz i tak uderzył pięścią w biurko, że syfon podskoczył, a szklanka spadła na dywan.

    721

    — A łajdaku!… — krzyknął Korkowicz. — A farmazońskie nasienie!… To ty myślisz, że ja w moim domu pozwolę kompromitować uczciwą dziewczynę?…

    722

    — Ale czego się irytujesz, Piotrusiu?… Przecież nic się nie stało guwernantce — reflektowała pani.

    723

    — Bo tatko o nią zazdrosny — mruknął pan Bronisław.

    724

    — O kogo?… co ty mówisz?… — zapytał zdumiony ojciec.

    725

    — A o Magdzię. Stawia się do niej tatko jak cietrzew… Ile razy widziałem.

    726

    — Widzisz, Piotrusiu! — wtrąciła pani. — Sam dajesz chłopcu zły przykład, a potem gniewasz się…

    727

    — Ja?… zły przykład?… — powtarzał Korkowicz chwytając się za głowę.

    728

    — Uśmiechasz się do niej… nadskakujesz… poufale rozmawiasz… — mówiła pani z ożywieniem.

    729

    — A ja przecie młodszy od tatki i mnie to prędzej uchodzi — dodał syn.

    730

    W tej chwili ojciec schwycił go za klapy fraka i prawie przyniósł do lampy.

    731

    — Toś ty taki?… — rzekł spokojnym głosem patrząc mu w oczy.

    732

    — Ja z uczciwą dziewczyną postępuję jak człowiek uczciwy, a ty, błaźnie, śmiesz mówić, że staję jak cietrzew?…

    733

    — Piotrusiu!… Piotrusiu!… — odezwała się przerażona pani usiłując drżącymi rękoma uwolnić syna z ojcowskich objęć. — Piotrusiu… przecie to był żart…

    734

    — E!… — mówił stary wciąż spokojnym głosem — widzę za wiele żartów w moim domu. Tobie uchodzą umizgi, boś młodszy?… Prawda. Umizgajże się do dziewczyny, ale… zaraz mi się oświadcz o nią…

    735

    — Piotruś!… — krzyknęła pani. — Tego już za wiele…

    736

    — Nie chcesz, ażeby się twój synek żenił z doktorówną?

    737

    — Do grobu mnie wpędzisz!… — odparła wstrząsając się pani.

    738

    — Aha!… nie podobało się pani małżeństwo… No to poczekajcie… Bronek… — mówił ojciec tonem stanowczym — jutro wyprowadzisz się z domu do fabryki… jest tam pokój… Zapędzę ja cię, kochanku, do roboty… dam ci dobry przykład… będziesz i ty stawał jak cietrzew, ale do kadzi…

    739

    — Ale, mężu…

    740

    — Nie zawracajcie głowy! — krzyknął ojciec. — Tak będzie, jak chcę, i basta… Już chłopca wychowałaś na łajdaka; jeżeli dziewczęta mają takie same zasady, to pójdą… wiesz gdzie?… Muszę ja i do tej fabryki zaglądać, bo ta chyba najgorsza… Jak przywiążesz fartuch do pasa i włożysz trepki na bose nogi, odechce ci się bałamuctw… — dodał zwracając się do syna.

    741

    Pan Bronisław był w tej chwili bledszy aniżeli na początku rozmowy, ale spojrzenie miał przytomne. Wziął ojca za rękę i ucałowawszy go w łokieć wymruczał:

    742

    — Przecie proszę tatki… przecie… ja mogę się oświadczyć Magdzi…

    743

    — Ani mi się waż!… — zawołała matka. — Po moim trupie…

    744

    — Naprzód, kochanku, weźmiesz się do roboty, a o żeniaczce później…

    745

    — Po moim trupie!… do grobu mnie chcecie wpędzić!… — mówiła z uniesieniem pani.

    746

    — Dosyć komedii — przerwał ojciec. — Ja muszę jechać do browaru, a wy idźcie spać. Bronek!… — dodał na pożegnanie — jeżeli mi kiedy zaczepisz nauczycielkę, to cię tak zbiję jak dwa lata temu… Pamiętasz?

    747

    — Przecie ja się chcę z nią ożenić…

    748

    — Wynoś się.

    749

    Gdy oboje z matką znaleźli się w korytarzu, pan Bronisław rzekł półgłosem:

    750

    — A widzi mama, że stary mi zazdrości!… No, dobranoc…

    751

    Wyszedł do sieni. Pani Korkowiczowa stanęła pod drzwiami Madzi i grożąc pięścią rzekła:

    752

    — Poczekaj, ty emancypantko… Niech no ja poznam się z Solskimi, a zapłacę ci za wszystko…

    6. Solscy przyjeżdżają

    753

    Pierwszego dnia po wspaniałym raucie ani starszy, ani młodszy pan Korkowicz nie zasiedli do stołu. Na drugi dzień pan Korkowicz, syn, kazał przynieść obiad do swego pokoju, a ojciec wprawdzie był przy stole, lecz nie miał apetytu i zwymyślał Jana. Dopiero na trzeci dzień pan Bronisław ukazał się w jadalni z miną obrażoną, starszy zaś pan nie śmiał synowi spojrzeć w oczy.

    754

    Przez te ciężkie dnie pani Korkowiczowa narzekała na migrenę, kłóciła się z córkami i ze służbą, hałaśliwie zamykała drzwi, z Madzią rozmawiała krótko, siląc się na uprzejmość.

    755

    — Piękne gospodarstwo! — rzekła w owej epoce Linka do Stasi. — Ze wszystkiego widzę, że rodzice musieli wydać dużo pieniędzy…

    756

    — A przy tym Bronek coś zmalował — odparła Stasia. — Podobno uszczypnął pannę Katarzynę przy kolacji…

    757

    — A brzydko!… — zgromiła ją oburzona Madzia. — Jak możecie powtarzać takie wyrazy, których wstydziłaby się służba w kuchni?

    758

    — O, proszę pani!… nam to powiedzieli w garderobie…

    759

    — No, moje drogie, nie powtarzajcie tego… — rzekła Madzia całując Stasię i Linkę.

    760

    W duchu zaś dodała:

    761

    „Biedni państwo Korkowiczowie! Ponieść tyle kosztów na raut, ażeby kupić migrenę i zmartwienie… Biedni ludzie…”.

    762

    I cierpliwie czekała na rozejście się złych humorów, jak ludzie wiejscy oczekują minięcia niepogody robiąc swoje.

    763

    Cierpliwość jej została wynagrodzona nawet prędzej, aniżeli można było przypuszczać. Pewnego dnia wpadła do sali wykładowej pani Korkowiczowa bez tchu, ale promieniejąca radością, i zawołała:

    764

    — Wie pani co?… Przed chwilą był u mnie Zgierski i powiedział, że państwo Solscy przybyli w nocy do Warszawy… Dzisiaj zaś pan Solski ma wyjechać na parę dni do swego majątku, który graniczy z naszą fabryką…

    765

    — Więc są?… — powtórzyła Madzia i ognie ją oblały. — Ach, jak to dobrze…

    766

    Pani Korkowiczowa nie mogła pohamować objawów czułości, które wezbrały jak górski potok po deszczu.

    767

    — Kochana panno Magdaleno — rzekła obejmując Madzię — przebacz mi, jeżeli zrobiłam ci przykrość w ciągu tych paru dni… Ale tak byłam zdenerwowana… tyle miałam przejść z mężem…

    768

    Zdziwiona tkliwością Madzia odpowiedziała, że w domu państwa Korkowiczów nie doznaje nic przykrego; owszem — pobyt w nim uważa za jedną z przyjemnych epok w życiu.

    769

    Pani powtórzyła uściski dodając:

    770

    — Zapewne panna Solska poprosi panią do siebie i sama panią odwiedzi. Proszę więc… niech się pani nie krępuje lekcjami… Może pani wychodzić i wracać, kiedy pani chce… A dla swoich gości ma pani do rozporządzenia nasz salon…

    771

    Wieczorem stary służący Solskich przyniósł do Madzi list dodając, że czeka na nią powóz. Pani Korkowiczowa straciła przytomność. Dała służącemu rubla, którego przyjął obojętnie, chciała go poczęstować szklanką wina, za które podziękował, a nawet — była gotowa sama odwieźć Madzię do panny Solskiej. Gdy zaś Madzia prędko ubrawszy się wybiegła z mieszkania, pani Korkowiczowa zawołała obie córki, Jana i pannę służącą do salonu i kazała im wyglądać przez okna.

    772

    — Patrzcie!… — mówiła gorączkowo — powóz panny Solskiej… Szkoda, że ciemno, choć zdaje mi się, że dosyć stary powóz, prawda, Janie?… O siada… O, już jadą… Konie nieszczególne…

    773

    Po szerokich schodach pałacu Solskich Madzia w towarzystwie kamerdynera weszła na piętro. Minęła kilka dużych komnat, zapełnionych meblami w pokrowcach, i znalazła się przy zamkniętych drzwiach, do których kamerdyner zapukał.

    774

    — Proszę!… proszę!…

    775

    W pokoju oświetlonym lampą z abażurem, naprzeciw kominka, na którym płonęło kilka polan, zawinięta w szal, siedziała na kozetce Ada Solska.

    776

    — Jesteś nareszcie, włóczęgo! — zawołała Madzia biegnąc do niej.

    777

    — Nie całuj mnie, bo dostaniesz kataru!… A, teraz to już całuj, tylko nie patrz na mnie — mówiła Ada. — Moja ty kochana… moje ty złotko… Okropnie wyglądam… Stefan wczoraj otworzył okno wagonu i zakatarzyłam się na wieki… Słyszysz, jaki mam głos?… sześćdziesięcioletniej baby!… No, usiądź tu… no, jeszcze mnie pocałuj… Tak dawno nikt mnie nie całował! Stefan robi to jak za pańszczyznę, a Helena nie lubi pieścić się i ma usta chłodne jak marmur. No, mówże co do mnie?… Jakaś ty śliczna!… Co robisz, co masz zamiar zrobić?… Przecie niedługo rok będzie, jakeśmy się nie widziały…

    778

    Tak mówiąc Ada objęła Madzię wpół i okryła ją swoim szalem.

    779

    — Cóż ja mogę robić, moja złota? — odparła Madzia. — Jestem nauczycielką u państwa Korkowiczów, a na przyszły rok założę pensyjkę w Iksinowie.

    780

    — Nieznośni muszą być ci Korkowicze?

    781

    — Znasz ich?… — spytała zdziwiona Madzia.

    782

    — Ach, czy znam!… Od pół roku zasypują nas listami, a dziś słyszałam o nich od pana Kazimierza, że to są niesmaczne pyszałki.

    783

    — Hela przyjechała?

    784

    — Została na kilka dni w Berlinie i przyjedzie ze swoim ojczymem.

    785

    — Moja kochana — rzekła Madzia — tu mówią o Heli i o panu Stefanie, że są zaręczeni?…

    786

    Ada wzruszyła ramionami i wzniosła oczy do sufitu.

    787

    — Cóż ja ci odpowiem? — odparła. — Byli po słowie, potem zerwali, znowu się zbliżyli, a teraz jest nie wiadomo co; podobno przyjaźń między nimi. Może pobiorą się, gdy Helena zdejmie żałobę… Gdyby jednak dziś wyszła za kogo innego, także nie zdziwiłabym się.

    788

    — Pan Stefan kocha ją?

    789

    — Prędzej uparł się, że ona musi wyjść za niego.

    790

    — A ona?

    791

    — Czy ja wiem?… — mówiła Ada. — Kiedy Stefek umizga się do innych kobiet, Helena nie ukrywa zazdrości; ale kiedy wróci do niej, traktuje go chłodno. Może go i kocha… Stefka można kochać, o można!…

    792

    — A ty?

    793

    — Ja już nie zachwycam się Heleną jak dawniej… pamiętasz?… Nie chcę rywalizować ze Stefkiem… Ale rada bym, ażeby się pobrali, i wiesz dlaczego?… Byłyby w domu dzieci — rzekła Ada ciszej — piękne dzieci… A ja tak lubię dzieci, nawet brzydkie…

    794

    I ucałowawszy Madzię mówiła dalej:

    795

    — Cała nasza rodzina, wszyscy znajomi oburzają się na Stefka za ten projekt. A to panna bez posagu, a to bez nazwiska… A to córka samobójczyni… — dodała cicho. — Ale im oni więcej gniewają się, tym Stefek bardziej kamienieje w uporze…

    796

    — Teraz pan Stefan wyjechał? — spytała Madzia.

    797

    — Wyjechał do majątku. Wyobraź sobie, że chce stawiać cukrownię!… Bardzom zadowolona z projektu, bo Stefan zawsze desperował, że nie ma celu w życiu. Dziś ma cel i mówi: albo uszczęśliwię jakąś gromadę ludzi, albo będę robił pieniądze, które także są coś warte…

    798

    — Jak nasz Zdzisław — wtrąciła Madzia.

    799

    — Twój brat? — spytała Ada. — Jakże jemu się powodzi?

    800

    Madzia machnęła ręką.

    801

    — Taki widać los, ażebyśmy nie rozumiały naszych braci! — rzekła. — Zdzisław jest dyrektorem jednej czy kilku fabryk pod Moskwą, gdzie malują perkaliki. A pisał do mnie (prosząc o sekret przed rodzicami), że powodzi mu się bardzo dobrze, ale że teraz nie powie mi nic więcej… Myśli widać o zrobieniu rodzicom niespodzianki, ale ja go nie rozumiem.

    802

    — Powiedzże mi coś o sobie, moja droga — zakończyła Madzia.

    803

    — Ach, o mnie!… — odparła z westchnieniem panna Solska. — Napisałam rozprawę o rozmnażaniu się grzybów, a teraz pracuję nad mchami… Poznałam kilku znakomitych botaników, którzy chwalą moje roboty, no… i nic więcej… Muszę mieć jakąś nerwową chorobę, gdyż pomimo usilnej pracy ciągle mi jest smutno, nawet straszno… Zanim przyszłaś, myślałam ciągle, że nasz dom jest za obszerny dla mnie… Czy ty sobie wyobrażasz, co to za męka mieć jedenaście pokoi dla takiej małej osóbki jak ja?… Boję się chodzić po nich… trwoży mnie ich ogrom i odgłos własnych kroków… Dziś, kiedy się zbliżył wieczór, kazałam je oświetlić, bo zdjął mnie strach, że nasi przodkowie opuściwszy portrety błąkają się po pustych salach. Lecz doznałam przerażenia na widok oświetlonych a pustych apartamentów i — kazałam pogasić światła… Te same uczucia trapiły mnie w weneckich i rzymskich pałacach… Oto moje życie… W Zurychu było stosunkowo najlepiej, gdyż miałam tylko dwa pokoiki jak u pani Latter. Ale te czasy już nie wrócą… Widzisz, jaki mam nieznośny katar?… — zakończyła panna Solska ocierając oczy chustką.

    804

    — Więc i tu przenieś się do małych pokoików — rzekła Madzia.

    805

    Ada uśmiechnęła się smutnie.

    806

    — Nie wiesz — odparła — że samotność rozszerza najmniejsze mieszkanie?… Gdziekolwiek pójdę, zawsze będę sobą i zawsze sama.

    807

    — Wybierz sobie towarzystwo.

    808

    — Jakie?… Czy z tych ludzi, którzy mi pochlebiają, czy z tych, co mi zazdroszczą?…

    809

    — Masz przecie familię, znajomych.

    810

    — Dajże spokój — odparła Ada, pogardliwie wzruszając ramionami. — Już wolę moje mchy aniżeli tych ludzi, z którymi nie jestem w stanie rozmawiać. Nade mną, a szczególnie nad Stefkiem ciąży klątwa: mamy arystokratyczne mózgi, a demokratyczne wychowanie, no… i trochę wiedzy… Owoc z drzewa wiadomości wypędza nie tylko z raju, ale przede wszystkim z eleganckiego towarzystwa…

    811

    Podano kolację i herbatę, przy której obie przyjaciółki zasiedziały się do północy rozmawiając o pensjonarskich czasach.

    812

    Kiedy Madzia wróciła do domu, zastała w swoim pokoju rozgorączkowaną panią Korkowiczowę.

    813

    — I cóż panna Solska?… — zawołała pulchna dama pomagając Madzi zdjąć okrywkę.

    814

    — Jest trochę chora, ma katar…

    815

    — Czy nie wspominała o nas?… Niech pani powie szczerze…

    816

    — Owszem — odparła zakłopotana Madzia. — Coś wspominała o listach państwa…

    817

    — Dobra… szlachetna kobieta!… Czy nie za gorąco pani w pokoju, bo kazałam napalić?… Jutro mąż jedzie do swej fabryki na prowincję, gdzie zapewne zbliży się z panem Solskim.

    818

    Madzia do trzeciej rano nie mogła zasnąć. Była wzruszona przyjazdem Ady, a nade wszystko jej smutkiem. Ciągle widziała bogatą pannę zawiniętą w szal i tulącą się do kozetki; właścicielkę jedenastu pokojów, które były straszne po ciemku, a jeszcze straszniejsze, gdy je oświetlono.

    819

    „Czy to możliwe — myślała — ażeby Ada nie była szczęśliwą?… Ma ogromny majątek i siedzi samotna; jest dobra… najlepsza dziewczyna i nie może znaleźć towarzystwa. Chyba że na świecie nie ma sprawiedliwości, tylko jakiś traf, który jednym daje dobroć, a innym zadowolenie?…”.

    820

    Przebiegł ją dreszcz. Jej przecie mówiono, że cnota otrzymuje nagrodę, i ona w to wierzyła. A jednak pani Latter i biedny Cynadrowski zostali ukarani śmiercią, podczas gdy bardzo wielu złych ludzi cieszy się życiem i powodzeniem!…

    821

    Przez kilka następnych dni powóz co wieczór przyjeżdżał po Madzię i zabierał ją do panny Solskiej. Pani Korkowiczowa była tym zachwycona, lecz nagle zmienił się jej pogląd.

    822

    Pan Korkowicz wrócił z fabryki zły jak diabeł. Właśnie trafił na obiad, przywitał rodzinę niedbale, a Madzię obojętnie i siadając do stołu odezwał się do żony:

    823

    — Było mnie też po co wysyłać!…

    824

    — Jak to… — spytała pani. — Więc nie dokonałeś twego zamiaru?…

    825

    — Dajże mi pokój z zamiarami! — wykrzyknął. — To nie był mój zamiar, tylko twój kaprys… Moje zamiary są: ażeby piwo było dobre i ażeby go jak najwięcej kupowali!… Nie szukanie znajomości z arystokracją…

    826

    — Dość, Piotrusiu!… — przerwała pani blednąc. — Zawsze jesteś niezręczny… Gdyby z tobą pojechał Zgierski…

    827

    — Zgierski łże… on ich także nie zna… Solski to jakiś narwaniec czy zajęty…

    828

    — Proszę cię, Piotrusiu, dosyć… — przerwała pani. — Pan Solski musiał być mocno zajęty…

    829

    Pomimo gniewu pan Korkowicz jadł za czterech, ale pani straciła apetyt. Po obiedzie wyszła z mężem do jego gabinetu i odbyła długą konferencję.

    830

    Kiedy wieczorem o zwykłej godzinie zajechał powóz po Madzię, Korkowiczowa zastąpiwszy jej drogę w korytarzu odezwała się z przekąsem:

    831

    — Co dzień jeździ pani do Solskich, a oni pani nie rewizytują?…

    832

    — Ada jest niezdrowa — odparła zmieszana Madzia. — Zresztą…

    833

    — Nie do mnie należy pani robić uwagi — mówiła szanowna dama — ostrzegam jednak, że z tymi panami z arystokracji trzeba się bardzo rachować. Jeżeli więc panna Solska nie odda pani rewizyty, nie wiem, czy wypada…

    834

    — Czyliż ja jestem w moim domu?… — odpowiedziała Madzia i aż drgnęła pomyślawszy, że pani Korkowiczowa może jej słówko wziąć za obrazę albo wymówkę.

    835

    Ale skutek małej impertynencji był wprost przeciwny: pani rozczuliła się.

    836

    — A, panno Magdaleno — rzekła biorąc Madzię za rękę — czy godzi się w podobny sposób odpowiadać takiej jak ja przyjaciółce?… Nasz dom to pani dom… jesteś jakby naszą córką… możesz przyjmować w salonie, kogo chcesz… możesz nawet zaprosić państwa Solskich na obiad, którego się nie zawstydzimy… Jeżeli zaś zrobiłam uwagę o rewizycie, kochana panno Magdaleno, to tylko dla twego dobra… Ja przecież nie mogę pozwolić, ażeby ktokolwiek lekceważył osobę, która zasługuje na miłość i szacunek…

    837

    Madzia doświadczała dwóch uczuć: braku wiary w troskliwość pani Korkowiczowej i obawy, że może być natrętną wobec Ady.

    838

    „Pani Korkowiczowa jest o coś rozgniewana na Solskich — myślała — ale z drugiej strony ma słuszność… Po co ja narzucam się Adzie, z którą przecie nie będę utrzymywała trwalszych stosunków?… Ja — guwernantka i ona — wielka dama!…”.

    839

    Kiedy w godzinę później znalazła się u panny Solskiej mniej śmiała niż zwykle, Ada spojrzawszy na nią rzekła:

    840

    — Tobie coś jest?… Wyglądasz, jakby cię spotkała przykrość. Może z domu?…

    841

    — Nic mi nie jest, kochanko — odparła Madzia spuszczając oczy.

    842

    W tej chwili wszedł do pokoju siostry Stefan Solski. Zobaczywszy Madzię zatrzymał się, a w skośnych oczach błysnęło mu zadowolenie.

    843

    — Oczywiście — rzekł — witam pannę Brzeską?… Ale wyznaję, że nie poznałbym pani…

    844

    Wziął ją za obie ręce, wpatrywał się w nią, a nozdrza grały mu jak rumakowi szlachetnej krwi.

    845

    — W Rzymie — mówił — malarze oblegaliby panią, ażebyś im pozowała… No, powiedz, Ada: czy to nie jest uosobienie dobroci?… No, powiedz: czy na tysiąc kobiet znajdzie się dziś jedna taka twarz?… Gdzie ja oczy podziałem, kiedym panią pierwszy raz widział… No, sama powiedz, Ada…

    846

    Ściskał ręce Madzi, pożerał ją wzrokiem i następował na nią tak, że zawstydzona cofać się musiała nie śmiejąc spojrzeć w jego czarne oczy, które rzucały iskry.

    847

    — Stefek!… — upomniała siostra, łagodnie odsuwając go od Madzi. — Obrazi się na ciebie… ona prawie cię nie zna…

    848

    Solski spoważniał.

    849

    — Chyba rozumiesz — rzekł do siostry — że wolałbym rękę stracić aniżeli obrazić twoją przyjaciółkę… I jeszcze taką!…

    850

    Szedł znowu do Madzi, ale Ada znowu go powstrzymała.

    851

    — Nie gniewaj się, moja złota — rzekła do Madzi — ale Stefek jest taki żywiec, że… Niech tylko co mu się podoba, zaraz… zaraz wyciąga ręce jak dziecko… Taki żywy i oryginalny, że nieraz wpędza mnie w kłopot… Wyobraź sobie, na audiencji u Ojca świętego tak podobała mu się statuetka Matki Boskiej, że nie odpowiadał na pytania…

    852

    Brat wyrwał się jej i znowu schwycił rękę Madzi.

    853

    — Przysięgam pani — zawołał — że jestem dobry chłopiec i Ada niepotrzebnie otacza mnie siecią konwenansów!… Wyznaję, że dopiero dziś przypatrzyłem się pani… Na twarzy pani jest jakiś dziwny wyraz, który kocham…

    854

    Madzia ukryła zarumienioną twarz na ramieniu Ady.

    855

    — Jeżeli pan będzie tak mówił, nigdy tu nie przyjadę… — odpowiedziała.

    856

    — Tak?… — zawołał. — Więc zostanę niemową, ale niech pani jak najczęściej odwiedza Adę. Zrobi pani uczynek miłosierny, bo moja biedna siostra jest zupełnie opuszczona… Ja rzuciłem się w interesa i bardzo być może, iż będziemy spotykali się z nią ledwie raz na tydzień…

    857

    Madzia milczała. Solski zrobił na niej wielkie wrażenie. Czuła w nim dziką siłę, wobec której nie ma oporu, ale którą on sam dobrowolnie spętał szacunkiem dla niej.

    858

    Solski posiedział jeszcze z pół godziny. Rozmawiali wesoło o Włoszech i Paryżu i Ada zapowiedziała Madzi, że gwałtem kiedy weźmie ją za granicę.

    859

    — Poznasz inny świat — mówiła. — Inaczej zbudowane miasta, inaczej uprawne pola, inne zwyczaje, nawet inne zasady…

    860

    — Inne zasady aniżeli gdzie?… — spytał Solski.

    861

    — Aniżeli u nas — odparła siostra.

    862

    — My nie mamy żadnych zasad! — rzekł ze śmiechem.

    863

    — Uchybiasz samemu sobie.

    864

    — Bynajmniej, tylko znam siebie i moje otoczenie… Sam nie mam zasad, ty ich nie masz.

    865

    — A pan Kazimierz? — spytała siostra.

    866

    — On najmniej.

    867

    — Czy i Dębicki? — dodała zarumieniona.

    868

    — Chyba on jeden. Ale to człowiek podobny do kursu jeometrii: wszystko w nim jest pewne, uporządkowane i oparte na kilku pewnikach. Lecz cały ten aparat jest siłą martwą, która wprawdzie daje cenne wskazówki choćby do poruszenia ziemi, lecz sama nie podniesie nawet szpilki.

    869

    Solski był w dobrym humorze, choć było widać, że krępuje się wobec Madzi. Co chwilę zbliżał się do niej, lecz wnet odstępował; niekiedy chwytał ją za rękę i zaraz puszczał. Zdawało się, że robi mu przyjemność choćby dotknięcie jej sukni; po twarzy przebiegały mu błyskawice, a w skośnych oczkach zapalały się i gasły iskry.

    870

    „Okropny człowiek…” — pomyślała Madzia czując, że wywiera na nią wpływ, któremu niepodobna się oprzeć.

    871

    Solski wyszedł, jeszcze ode drzwi spoglądając na przyjaciółkę swej siostry, a wkrótce i Madzia pożegnała Adę.

    872

    — Adziu — rzekła nieśmiało — mam do ciebie prośbę… Nie przysyłaj po mnie co dzień…

    873

    — Boisz się Stefka?… Obraził cię?… — zapytała Ada patrząc na nią wylęknionymi oczyma. — Ależ ty go nie znasz… to najszlachetniejszy człowiek!…

    874

    — Jestem pewna, że tak… Wreszcie nie o niego chodzi, tylko o… moją chlebodawczynię, która (chwilami tak mi się zdaje) zazdrości mi waszej znajomości… Ale ani słowa o tym, Ado… Mogę się mylić, nawet z pewnością mylę się… z tym wszystkim…

    875

    — Ach, jacyż to nieprzyjemni ludzie!… — odparła Ada marszcząc brwi. — Pan Kazimierz tyle mi naopowiadał o ich manierach, że prawie ich nie lubię… Gorsze jednak to, że pan Korkowicz robi formalną obławę na Stefka, który wrócił ze wsi zirytowany na niego.

    876

    — No, więc sama widzisz, że nie mogę bywać u was tak często — zakończyła Madzia.

    877

    Umówiły się, że Madzia odwiedzać będzie Adę co niedzielę przed wieczorem, powóz zaś już nie będzie przyjeżdżał.

    878

    — Bo wiesz co?… rzuć ich i sprowadź się do mnie — rzekła panna Solska.

    879

    — Czy ja mogę to zrobić?… Mam przecie z nimi umowę.

    880

    Ucałowały się jeszcze raz na połowie schodów.

    7. Słówko jasnowidzącej

    881

    Nadciągnęła jesień. Na niebie zasłoniętym chmurami, podobnymi do rzadkiego dymu, po kilka dni nie ukazywało się słońce. Bruki ledwie wynurzały się z powodzi błota; ściany domów nabrały brudnej barwy; powietrze nasyciło się wilgotną mgłą zamieniającą się w drobny deszczyk. Przemoknięte wróble uciekając z nagich drzew gromadziły się na gzymsach i zaglądały do mieszkań ciemnych i ponurych.

    882

    Solscy ani razu nie odwiedzili państwa Korkowiczów, a nawet tak gościnnie przyjmowany Norski wcale się nie ukazał. Pan Korkowicz od rana do wieczora siedział w browarze, niekiedy nawet zrywał się w nocy i biegł do fabryki potrącając czasem w bramie syna, który wracał z kolacji. Pani Korkowiczowa była zamyślona i pochmurna jak jesień, a raz zapytała Zgierskiego, który dość częstym bywał u nich gościem:

    883

    — Cóż się dzieje z Solskimi?… Pięknie pan dotrzymuje słowa!…

    884

    — Nie rozumiem — odparł rozkładając ręce. — Robiłem, co mogłem, ażeby zbliżyć państwa… Widocznie jednak są silniejsze wpływy od moich…

    885

    — Domyślam się!… — rzekła.

    886

    — O, tylko proszę niczego nie domyślać się! — zaprotestował Zgierski spoglądając na nią wzrokiem, który pozwala domyślać się wszystkiego.

    887

    „Poczekaj, panienko!… — rzekła do siebie pani Korkowiczowa. — Zobaczysz, co to znaczy: jak Kuba Bogu. tak Bóg-Kubie…”.

    888

    Pewnego dnia kazała Janowi poprosić Madzię do swego gabinetu.

    889

    — Panno Brzeska — zaczęła — chcę pomówić z panią o drażliwej kwestii…

    890

    Madzię oblał mocny rumieniec.

    891

    — Nie robię wymówek — prawiła dalej — ponieważ ja sama zaakceptowałam plan jej, co do kształcenia moich panienek. Widzę jednak, że obecny system jest zły. Dziewczęta zamiast grać na fortepianie i malować, co przystoi pannom z towarzystwa, spędzają większą część dnia w garderobie, szyją jakieś łachmany albo uczą lokajczyka… Co gorsze, na własne uszy słyszałam ich rozmowę o tym, że jedna już nie kocha się w panu Stukalskim, a drugiej obrzydł pan Zacieralski… Okropność!…

    892

    — Pani przypuszcza, że to z mojej winy?… — żywo przerwała Madzia.

    893

    — Za pozwoleniem… Ja nic nie przypuszczam, tylko zaznaczam brak dozoru. Panienki muszą mieć zbyt wiele czasu, skoro zajmują się podobnymi kwestiami. Dlatego, ażeby nieco więcej zaabsorbować ich uwagę, prosiłam o lekcje panny Howard. Panna Howard ma wykładać im trzy razy na tydzień i właśnie dziś przyjdzie…

    894

    To powiedziawszy pani kiwnęła głową na znak, że konferencja skończona.

    895

    — Ale… ale!… — dodała. — Obecnie panienki moje będą tak zajęte, że chyba uwolni je pani od szycia i pracy z Michasiem…

    896

    Biedna Madzia w korytarzu zalała się łzami; znalazłszy się zaś w swoim pokoju wypłakała się serdecznie.

    897

    „Mój Boże!… — myślała łkając — nie mogę być nauczycielką… Więc z czego będę żyła?… co powiedzą rodzice?…”.

    898

    Tego samego dnia przyszła panna Howard i po rozmowie z panią Korkowiczową odwiedziła Madzię.

    899

    — Kochana panno Magdaleno — rzekła właściwym sobie tonem nie dopuszczającym dyskusji. — Niech pani nie sądzi, że wdzieram się w jej prawa… Dziewczęta mogą z panią powtarzać kursa pensjonarskie, ja im wykładam co innego. Będzie to historia wpływu kobiet na rozwój ludzkości począwszy od mitycznej Ewy, której zawdzięczamy popęd do naukowych badań, a skończywszy na Alicji Walter, która kierowała armiami Stanów Zjednoczonych w czasie ostatniej wojny…

    900

    Nie krytykuję systemu pani — mówiła dalej. — Piękna to rzecz pielęgnować w dzieciach uczucie litości!… Zwracam jednak uwagę, że już za wiele mamy kobiet litościwych, a za mało samodzielnych… Ja więc będę kształcić ich samodzielność.

    901

    Następnie panna Howard prosiła o przedstawienie sobie Linki i Stasi i zaczęła wykłady.

    902

    W pierwszych dniach obie panienki niechętnie przyjęły nową mistrzynię. Mówiły, że jest brzydka i że musi być zła, ponieważ ma rudawe włosy. Narzekały też, że nic nie rozumieją z historii wpływu kobiet na rozwój ludzkości. Ale gdy po pewnym czasie panna Howard zaleciła dziewczynkom naukę konnej jazdy, były zachwycone.

    903

    I z tym samym zapałem, z jakim miesiąc temu uczyły Michasia, dziś zajęły się konną jazdą. Ubierały się w amazonki i wysokie kapelusze, wymieniały między sobą szpicrózgi i po całych dniach rozmawiały o nowych znajomych, o tym, jak która trzyma się na koniu albo jak to będzie pięknie, gdy na wiosnę urządzą spacer za miasto — wierzchem.

    904

    Pan Stukalski, mistrz fortepianu, i pan Zacieralski, malarz, poszli w kąt; ich miejsca w sercu Linki i Stasi zajęli panowie: Galopowicz i Wybuchowski, młodzi i przystojni pomocnicy właściciela tatersalu.

    905

    Madzia już nie mogła zadawać im lekcyj; obie panienki uczyły się tylko z nią i tylko przez miłość dla niej. Po skończeniu zaś wykładu książki i kajety zostawały na stole, a Linka i Stasia biegły do garderoby, ażeby przebrać się w amazonki.

    906

    Położenie Madzi w domu państwa Korkowiczów stawało się coraz trudniejsze. Niekiedy, zrozpaczona chciała podziękować chlebodawcom za pracę, a potem błagać pannę Malinowską o zajęcie na pensji albo o lekcje prywatne. Wnet jednak opamiętywała się.

    907

    „Cóż to — myślała — będę zmieniać miejsce co kwartał?… Wszędzie są jakieś przykrości, a obowiązkiem człowieka jest wytrwać. Zresztą moim dziewczynkom znudzi się konna jazda, a wówczas znowu mniej będę miała z nimi kłopotu… Za dobrze działo mi się w życiu i dlatego łatwo tracę odwagę…”.

    908

    Kiedy raz poskarżyła się przed panną Howard, że panienki coraz mniej mają ochoty do nauki i są zanadto śmiałe, panna Howard zdziwiła się.

    909

    — Jak to? — rzekła — więc pani nie cieszy się, że w dziewczętach rozwija się samodzielność?… Czyliż tylko chłopcy mają rwać się do ćwiczeń fizycznych?… Oni tylko mają posiadać przywilej głośnego mówienia i śmiałych ruchów?… O, panno Magdaleno, minęły czasy, kiedy obłudne rumieńce i spuszczanie ocząt stanowiło wdzięk kobiecy!… Nieustraszoność, umiejętność dawania sobie rady w najgorszym położeniu — oto zalety kobiet nowych.

    910

    Pewnego dnia pani Korkowiczowa znowu wezwała do siebie Madzię i rzekła:

    911

    — Uważam, że pani coraz dłużej odbywa lekcje z dziewczynkami… Taka praca nie może być korzystną ani dla panienek, ani dla samej pani, i dlatego oświadczyłam listownie panu Dębickiemu, że jego siostrzenica nie może już uczyć się u nas.

    912

    — Wysłała pani ten list?… — zawołała Madzia z przestrachem.

    913

    — Tak… I pan Dębicki zgodził się ze mną…

    914

    — A… na to chyba nie zasłużyłam!… — odparła Madzia. — Przecież to dziecko nie przeszkadzało naszym dziewczynkom… I co ja teraz powiem panu Dębickiemu?…

    915

    Rozpłakała się, a zaniepokojona pani Korkowiczowa od surowego tonu przeszła nagle do czułości.

    916

    — Ależ ja chciałam pani dogodzić, panno Magdaleno… mnie pani żal… — mówiła dodając w duchu, że jeżeli Madzia ją opuści, zniknie resztka nadziei zapoznania się z Solskimi. A tak, może ją przecież kiedy odwiedzą…

    917

    Raz wieczorem (był to dzień powszedni) przed dom państwa Korkowiczów zajechał znowu powóz Ady, a kamerdyner oddał Madzi list.

    918

    „Onegdaj — pisała panna Solska — Helenka wróciła zza granicy ze swym ojczymem i jego rodziną. Dziś wszyscy są u mnie na herbacie, więc przyjedź, gdyż pragną cię poznać.”.

    919

    Pani Korkowiczowa chętnie zgodziła się na wizytę Madzi, która z największym niepokojem, ubrawszy się w nową sukienkę, pojechała.

    920

    W przedsionku jeden ze służby zatrzymał kamerdynera i coś z nim szeptał. Po chwili wbiegła panna służąca Ady; poznawszy Madzię cofnęła się, lecz niebawem wróciła prosząc Madzię do pokoju.

    921

    — Tylko niech pani będzie łaskawa wchodzić bardzo cicho i zatrzyma się z daleka, bo tam jest jedna pani, która wywołuje duchy… — mówiła wzruszona panna służąca.

    922

    — Jaka pani?

    923

    — Żona ojczyma państwa Norskich… Może będzie z kwadrans, jak ta pani dostała spazmów, bo spadło na nią natchnienie…

    924

    Przez uchylone drzwi Madzia ostrożnie weszła do saloniku Ady i zatrzymawszy się u progu, zobaczyła dziwną scenę. Na środku, za stolikiem siedziała kobieta może trzydziestoletnia, z osłupiałymi oczyma, z włosami rozwianymi na kształt lwiej grzywy. Na jej twarzy malował się niezwykły wyraz: mieszanina zdumienia i groźby. Obok niej stał piękny brunet, który zdawał się pytać o coś. Reszta osób siedząc w różnych punktach saloniku przypatrywała się natchnionej.

    925

    Brunet powtórzył pytanie, ale kobieta nie odpowiedziała. Zwróciła oczy na Madzię i nagle wyciągnąwszy ku niej rękę zawołała dźwięcznym głosem po angielsku:

    926

    — Oto oblubienica!…

    927

    Przymknęła oczy, zmarszczyła brwi jak człowiek, który z trudnością rozmyśla, i dodała tonem zdziwienia:

    928

    — Szczególna rzecz… nie widzę oblubieńca?… Choć jest wielki i potężny… O, potężny!…

    929

    Głowa jej opadła na poręcz fotelu, na twarzy ukazał się wyraz znużenia.

    930

    — Nie chcę… Nie chcę!… — powtórzyła kilka razy, trąc oczy rękoma.

    931

    Brunet pochylił się i dmuchnął jej w twarz. Upłynęło tak kilka chwil…

    932

    — Czy ja spałam? — zapytała śmiejąc się, ale zmienionym głosem jasnowidząca.

    933

    Kiedy Madzia znowu spojrzała na nią, zdawało jej się, że za stolikiem siedzi inna kobieta: groźne przed chwilą oczy przygasły, twarz natchniona zmieniła się w dobrą, a potem figlarną. Powstała z fotelu i przeszła na kanapkę śmiejąc się i ocierając łzy.

    934

    — Ach, dajcie mi spokój — mówiła po angielsku. — Dawno tak nie zmęczyłam się…

    935

    Nastąpiły prezentacje i powitania. Ada zapoznała Madzię z pięknym brunetem, którym był ojczym Norskich pan Arnold Latter, potem z jego żoną, która jeszcze otrząsała się ze snu. Następnie przybiegł do Madzi Solski i powitał ją z zapałem, potem pan Kazimierz, który wyglądał na zakłopotanego, wreszcie Dębicki, jak zwykłe roztargniony i obojętny.

    936

    Tylko panna Helena Norska nie powstała z fotelu, a gdy Madzia uwolniwszy się od otaczających przyszła do niej, panna Helena z daleka podając jej rękę rzekła po polsku tonem delikatnej ironii:

    937

    — Moja droga, musisz chyba wyjść za Bismarcka, jeżeli twój oblubieniec ma być wielki i potężny, jak mówi wyrocznia.

    938

    Madzię stropiło powitanie. Lecz w tej chwili łamaną polszczyzną odezwał się pan Arnold do Heleny:

    939

    — Nie żartuj… Ta sama wyrocznia przepowiedziała śmierć twojej matki…

    940

    — Ale mnie i Kaziowi obiecała, że wszystko stanie się według naszych zamiarów — odparła Helena ze swobodnym uśmiechem, który nie godził się ani z jej czarną suknią, ani ze słowami ojczyma.

    941

    Do Madzi zbliżyła się Ada i wziąwszy ją pod rękę zaczęła szeptać ze śmiechem:

    942

    — No, no!… przyznaj się, kogo to potężnego zbałamuciłaś?… Jaka szkoda — dodała wzdychając — że twój przyszły musi być wielkim i potężnym!… Gdyby był tylko rozumnym i szlachetnym, myślałabym, że ci Stefek przeznaczony…

    943

    — Żartujecie ze mnie!… — odparła zmieszana Madzia, która w tej chwili zaczęła rozumieć, że pani Arnoldowa zrobiła jakąś przepowiednię, skutkiem której ona jest bohaterką zebrania. Przynajmniej na krótki czas.

    944

    — Chodźmy do profesora — rzekła Ada widząc, że jej brat rozmawia w kącie z Dębickim.

    945

    — Cóż pan profesor na tę wróżbę? — spytała zbliżywszy się do nich.

    946

    Dębicki zwrócił na nią niebieskie oczy i już wsadził rękę za klapę surduta mając zamiar odpowiedzieć, gdy wyręczył go niecierpliwy Solski.

    947

    — Wyobraź sobie, on nie wierzy w spirytyzm!… Mówi, że to jest szarlataneria albo specjalny rodzaj obłędu…

    948

    — Przecie pan wierzy w świat nadzmysłowy — zawołała Ada. — Owszem, pan nawet określa go za pomocą matematycznych formuł… Jak więc pan może wątpić o spirytyzmie?…

    949

    — Ostrzegam panią — odezwał się Solski do Madzi — że moja siostra jest skończoną ateistką. Słuchała Haeckla, to chyba dość!… Ateizm jednak nie przeszkodził jej wstąpić do Częstochowy, kiedyśmy wracali — no i uwierzyć w pukające duchy.

    950

    — Wątpię — rzekł po namyśle Dębicki — ażeby istoty świata nadzmysłowego mogły porozumiewać się z nami…

    951

    — Dlaczego?… — spytała Ada.

    952

    — Czy pani — mówił Dębicki profesorskim tonem — mogłaby porozumiewać się na przykład… z ostrygami?… Czy uważałaby pani za stosowne tracić czas na tłomaczenie im: co to jest świat, który my widzimy i słyszymy?… Czy nareszcie byłaby choć najsłabsza możność objaśnienia o naszym świecie istot, które ani wzroku, ani słuchu nie mają?… Otóż nam tak brakuje odpowiednich zmysłów do ujęcia świata nadzmysłowego jak ostrygom słuchu do zachwycania się naszymi operami, a wzroku do ocenienia piękności naszych krajobrazów…

    953

    Do rozmawiających zbliżył się uśmiechnięty pan Kazimierz Norski.

    954

    — Oho! — rzekł — widzę, że profesor wpadł na ulubiony temat: jak wygląda Królestwo Niebieskie?…

    955

    — Pan nie wierzy w to?… — z wahaniem zapytała Ada raz spoglądając na Kazimierza, to znowu na Dębickiego, który przy pięknym młodzieńcu wyglądał jak karykatura człowieka.

    956

    — Wierzę w to, co widzę…

    957

    — Amerykę widzi pan? — spytał Dębicki.

    958

    — Inni ją widzieli i widzą…

    959

    — A obrót ziemi naokoło słońca i osi widzi pan?…

    960

    — Na tym nie znam się — odparł wesoło pan Kazimierz.

    961

    Dębicki z Solskim spojrzeli po sobie.

    962

    — Nie mogę oprzeć się przypuszczeniu — mówił Norski do panien — że pozaświatowe teorie są obmyślone dla pociechy biedaków, przed którymi — świat jest zamknięty. Nadzmysłowość ma wynagrodzić głód, jakiego doznają ich zmysły… Ludzie jednak, dla których przystępne są powaby doczesności, okradają samych siebie, jeżeli tracą czas na podobnych spekulacjach… Jest to to samo, jak gdyby ktoś spragniony wzdychał do malowanej brzoskwini, zamiast zjeść świeżą z puszkiem…

    963

    — Poeta!… — roześmiał się Solski spoglądając na Madzię.

    964

    — Poeta obecnych czasów — dodał Dębicki.

    965

    — Myśli pan, że przyjdą inne? — spytała Ada.

    966

    — One są ciągle… Tylko ciągle stoją za drzwiami tych, którzy lubią brzoskwinie z puszkiem.

    967

    Do Madzi zbliżyła się panna Helena i odprowadziwszy ją na bok usiadła z nią na kanapie.

    968

    — Cóż to — rzekła patrząc na swój wachlarz — zaczynasz kokietować Solskiego?…

    969

    — Ja?…

    970

    — Jest tobą zachwycony… — Zwierzał mi się… Jesteśmy przecie przyjaciółmi…

    971

    — A powinna byś już być jego żoną — odparła Madzia tonem tak naturalnym, że panna Helena spojrzała na nią uważnie.

    972

    Nagle Madzia przysunąwszy się do niej zaczęła mówić ciszej:

    973

    — Po co ty tak robisz, Helenko?… Po co zwłóczysz i drażnisz człowieka, którego twoja matka bardzo… bardzo pragnęła dla ciebie…

    974

    — Czy tak?…

    975

    — Wierz mi, że tak… wierz mi… I bardzo ją martwiło, kiedy dowiedziała się o zerwaniu…

    976

    Panna Helena rzuciła się na kanapie.

    977

    — Ach, wiem coś o tym!… Matka, brat, nawet ojczym zawsze zalecali mi tę świetną partię… Im się nie dziwię, ale matka!… Prawie jedyną rzeczą, jaką odziedziczyłam po niej, jest to — że nie potrafię się sprzedać… Kto chce posiadać mnie całą, musi mi oddać siebie całego… Nie chodzi mi o piękność, ale o wzajemne posiadanie… Myślisz, że ja nie wiem, co to jest małżeństwo i jaka w nim rola przypada kobiecie?… Brrr!… Za te wszystkie wstręty niechże coś mam… Jeżeli więc komu zrobię to szczęście, że zostanę matką jego dziecka, niech ten ktoś ocenia, co mu daję…

    978

    — Więc chyba nie kochasz Solskiego?… — wtrąciła zdziwiona Madzia. — Jeszcze chyba kobieta nie mówiła w taki sposób o małżeństwie…

    979

    — Żadna u was… w kraju gąsek… Ale porozmawiaj z Amerykankami, Szwedkami… tam dopiero kobieta ceni swoją godność!… One zrozumiały, że mężczyzna jest przede wszystkim — łakome zwierzę… Jeżeli więc mam być zjedzona, niech mi zapłacą tyle, ile jest warte moje ciało… Ile zaś warte, oni sami ocenią między sobą — zakończyła ze śmiechem.

    980

    — A więc oblubieńcem pani musi być Bismarck — odezwał się nagle pan Kazimierz podając rękę Madzi.

    981

    Pani Arnoldowa pochwyciła Dębickiego, jej mąż wziął Adę, Solski Helenę i wszyscy przeszli do jadalnego pokoju.

    982

    — Założyłbym się, że mówiła pani z panną Magdaleną o kobietach — rzekł Solski.

    983

    — Zgadł pan — odpowiedziała panna Helena.

    984

    — A czy wolno wiedzieć — co?…

    985

    — Zawsze to samo, że — nie jesteście nas warci.

    986

    — Niekiedy zdaje mi się, że pani ma słuszność…

    987

    — Wyborne jest to: niekiedy!… — roześmiała się Helena. — O, wy się musicie zmienić… bardzo zmienić… Wreszcie niech tylko utworzy się związek kobiet…

    988

    — Na co to?

    989

    — Dla obrony jeżeli nie praw, to przynajmniej kobiecej godności przeciw wam… — odpowiedziała opierając się na nim.

    990

    Solski ścisnął ją za rękę i rzekł, namiętnie patrząc w oczy:

    991

    — Przysięgam, że pani ma w sobie coś ze lwicy… Piękna, a niebezpieczna… Gotowa ranić wśród pieszczot.

    992

    — Pieszczot!… cóż znowu?… — odpowiedziała obrzucając go spojrzeniem. — Nic dziwnego, że z waszych dawnych kotek powyrastały lwice. W tym wieku wszystko potężnieje.

    993

    W czasie kolacji pani Arnoldowa kilka razy potrącała kwestię nowej religii — spirytyzmu, który w Ameryce liczy już krocie tysięcy wyznawców.

    994

    — A jaki będzie pożytek z tej nowej wiary? — odezwał się pan Norski usiłując zachować poważną minę.

    995

    — Ileż razy muszę panu powtarzać?… — zawołała po francusku pani Arnoldowa. — Jest to religia nieustannie dostarczająca dowodów, że — istnieje świat zagrobowy, w którym szczęście każdej duszy zależy od postępowania jej na ziemi. Tym sposobem hamuje ona ludzi od złego, a zachęca do cnoty… Dalej spirytyzm uczy nas, że wszyscy ludzie i wszystkie żywe stworzenia stanowią jedną rodzinę, w której winna panować miłość…

    996

    — Na miłość — zgoda! — wtrącił pan Kazimierz.

    997

    — Czy i pani tak myśli? — zapytał Solski Helenę.

    998

    — Owszem, byle miłości dowodzono czynami.

    999

    — Dalej — mówiła pani Arnoldowa z rosnącym zapałem — spirytyzm pozwala utrzymywać stosunki ze zmarłymi…

    1000

    — Czy tak?… — spytała Madzia.

    1001

    — Ach, byle nie to!… — wtrąciła otrząsając się panna Helena. — Tak dalece brak mi zmysłu do rzeczy nadprzyrodzonych, że bałabym się…

    1002

    — A czy nie ma takich duchów, które pokazywałyby ludziom ukryte skarby? — odezwał się pan Kazimierz.

    1003

    — Owszem. One już powiedziały, że największe skarby człowiek nosi w sobie — odparła pani Arnoldowa..

    1004

    Dębicki uważnie spojrzał na nią i pokiwał głową.

    1005

    Kolacja była ożywiona. Tylko Dębicki, chociaż siedział naprzeciw panny Heleny, był posępny i patrzył w talerz. Madzia zaś, której sąsiadem był pan Norski, niekiedy mieniła się na twarzy, a czasami robiła wrażenie, że chce wstać od stołu.

    1006

    Po kolacji Solski, odprowadziwszy Dębickiego na stronę, rzekł śmiejąc się:

    1007

    — Już widzę, że profesor nie ma nabożeństwa do panny Norskiej.

    1008

    — Bynajmniej — odparł wzruszając ramionami. — Nie rozumiem tylko, jak mogłeś ty — szaleć za nią.

    1009

    — Lubię sport! — odpowiedział Solski. — Kiedy jest burza, coś mnie ciągnie na spacer… Kiedy widzę stromą górę, chciałbym się na nią wdrapać…

    1010

    — Sądziłbym, że strome góry powinny najmniej zachęcać do wycieczek…

    1011

    — Ale!… jest jednak coś, że właśnie przedmioty niedostępne i niebezpieczne wywierają na człowieka wpływ magnetyczny…

    1012

    — Jak na kogo… — wtrącił Dębicki. — Zresztą nie widzę, czym panna Helena może być niebezpieczna.

    1013

    — Ach, czym!… — odparł Solski. — Egoizmem, ubóstwieniem własnego ja, przed którym cały świat korzyć się powinien… W jej oczach każdy człowiek jest prochem… Satysfakcja posiąść taką kobietę!…

    1014

    — Czy to warte zachodu?…

    1015

    — Więc cóż jest warte?… — spytał z ożywieniem Solski. — Pojedynkowałem się i wyniosłem szramy albo wyrzuty sumienia. Pod Capri rozbiłem się z łódką w czasie burzy, alem nic nie doznał oprócz zwichnięcia nogi. Lew, do którego klatki wszedłem rozdarł mi pantalony… Ogniem ziejący Wezuwiusz o mało nie oślepił mnie popiołem i nabawił mnie kataru… I to się nazywają wrażenia?… Niech licho porwie! Tymczasem posiadanie pięknej i samodzielnej kobiety da mi chwilę szału, przy czym nie zmoknę, nie potłukę się i nie zostanę skaleczony… Niechże i ja czegoś zaznam w życiu… Po cóż bym wreszcie miał pieniądze?

    1016

    — Panowie wciąż mówią o spirytyzmie?… — zapytała Madzia, lękliwie zbliżając się do nich.

    1017

    — Gorzej — pochwycił Solski — mówimy o szczęściu. Myślała pani kiedy: co to jest szczęście?

    1018

    — Szczęście?… — powtórzyła Madzia. — Gdy wszystkim dokoła jest dobrze, wtedy człowiek czuje się szczęśliwym.

    1019

    — To cudze szczęście!… — rzekł Solski. — Ale jak sobie pani wyobraża swoje własne szczęście?

    1020

    — Największe własne szczęście jest wtedy, kiedy człowiek może robić dobrze… Chyba tak? — spytała Madzia patrząc zdziwionymi oczyma to na Dębickiego, to na Solskiego.

    1021

    — I pani wystarczyłoby takie szczęście?… — spytał Solski.

    1022

    — Ach, Boże! — zawołała Madzia. — Przecież nic nie ma lepszego na świecie i nawet człowiek nie potrzebuje nic więcej…

    1023

    — Owszem — odezwał się flegmatycznie Dębicki — człowiek jeszcze potrzebuje skakać w morze, staczać się ze spadzistych gór, pojedynkować się…

    1024

    — Co też pan mówi?… — reflektowała go Madzia. — To właśnie są nieszczęścia…

    1025

    — Nie rozumiemy się, moja pani — rzekł Dębicki ściskając ją za rękę. — Pani jesteś osoba normalna i zdrowa, a my — chorzy i zwyrodnieli. Nasze nerwy już tak stępiały, że nie tylko nie odczuwamy cudzej radości, ale nawet własnej… Dopiero ból fizyczny przypomina nam, że istniejemy…

    1026

    — No, no!… — wtrącił Solski. — Ani egoizm, ani potrzeba silnych wrażeń nie dowodzą stępienia nerwów.

    1027

    — Dowodzą… dowodzą!… — odparł Dębicki. — Doskonałe skrzypce nawet wówczas dźwięczą, gdy obok nich odezwie się jakiś ton… Ale ażeby zadźwięczał kamień, trzeba go zwalić młotem… Altruizm to są te doskonałe skrzypce, które każda zdrowa istota nosi we własnym sercu. Zaś te wasze silne wrażenia — to młot… młot, którym trzeba tłuc kamienie.

    1028

    — Nie wiem, o czym panowie mówią… — rzekła zarumieniona Madzia i cofnęła się do towarzystwa pań.

    1029

    — Cóż ty na to?… — spytał Dębicki wskazując głową w kierunku Madzi. — Nie lepsze to od stromych skał?…

    1030

    — Sen… objawienie! — odparł zamyślony Solski. — Jeżeli… nie dobrze odgrywana komedia — dodał po chwili. — Kobietki, gdy chcą, umieją stroić się w skrzydła i tęczę. Cała zaś mądrość polega na tym, ażeby udając, że im wierzymy, brać kochane aniołki za to, czym są w rzeczywistości.

    1031

    — A czymże one są?

    1032

    — Samicami słabszymi od samców, których skutkiem tego muszą ciągle wyzyskiwać za pomocą rozmaitych manewrów… Jedne pozują na anioły, inne na demony… w miarę zapotrzebowania.

    1033

    — A twoja siostra na co pozuje? — spytał Dębicki, surowo patrząc na Solskiego.

    1034

    — Ach!… — wybuchnął. — Ada jest święta… To wyjątkowa kobieta.

    1035

    — Więc bądź ostrożniejszy z teoriami, bo wyjątków może być więcej.

    1036

    Było już późno; rozmowa w salonie rwała się i goście zaczęli się żegnać.

    1037

    — Mogę panią odwieźć?… — zapytał Madzię pan Kazimierz.

    1038

    — Dziękuję. Może pan Dębicki zechce się mną zaopiekować — odparła Madzia.

    1039

    — Widzisz, profesorze, jak ci się opłaca twój optymizm — rzekł Solski.

    1040

    — Niepocieszająca zapłata!… — wtrącił pan Kazimierz.

    1041

    — Podziękujże, Madziu, pani Arnoldowej za dobrą wróżbę — rzekła Ada. — Choć zawsze wolałabym, ażeby ci przeznaczono mniej wielkiego oblubieńca…

    1042

    Wracając do domu, Madzia zaczęła tłomaczyć się przed Dębickim z usunięcia Zosi przez panią Korkowiczowę. Ale ten przerwał jej:

    1043

    — Posyłałem Zosię do tych państwa jedynie dla pani. Dzisiaj jestem kontent, że tak się stało, bo to… osobliwi ludzie. Zdaje mi się, że i pani niedługo ich pożegna.

    1044

    Domyślając się, że profesor musiał słyszeć o jej stosunkach z Korkowiczami, Madzia zmieniła temat rozmowy i zapytała go, co sądzi o dzisiejszym zebraniu.

    1045

    — Cóż?… — odparł krzywiąc się przy blasku latarni, obok której przejechali. — Przepędziliśmy czas w sposób mniej banalny niż na zwykłych rautach… A co się tycze ludzi…

    1046

    Potarł sobie koniec nosa i mówił:

    1047

    — Oboje Solscy to prześliczne charaktery (znam ich nie od dzisiaj), ale — brak im celu w życiu… Przydałaby się bieda!… Pan Arnold jest, zdaje się człowiek przyzwoity, a jego żona trochę sekciarka, trochę histeryczka. Kobiety zbyt pieszczone i swobodne łatwo wpadają w kaprysy, a potem w histerię.

    1048

    — Nie mówi pan nic o Norskich?… — odezwała się Madzia cichym głosem.

    1049

    — Cóż o nich powiedzieć?… — rzekł. — Chyba to, że mają skłonność do używania, obok braku poczucia jakichkolwiek obowiązków… Solskiego brak obowiązków dręczy i popycha do wymyślania sobie sztucznych celów, ale pan Norski podobnych cierpień nigdy nie dozna.

    1050

    — Nie lubi ich pan? — spytała Madzia przypomniawszy sobie dawne zajście Dębickiego z Heleną.

    1051

    Pokiwał głową i rzekł po namyśle:

    1052

    — Proszę pani, ja gdybym nawet chciał, nikogo nie lubić nie potrafię.

    1053

    — Nie rozumiem…

    1054

    — Widzi pani, każdy człowiek — składa się z dwóch części, jak nas uczył katechizm. Jedna jest bardzo skomplikowanym automatem, nad którym można litować się, pogardzać nim, czasem podziwiać… Druga — jest iskrą Bożą, która pali się jaśniej lub słabiej, lecz w każdym człowieku warta jest więcej aniżeli cały świat.

    1055

    Niech pani teraz doda, że obie części są ściśle połączone, że zatem człowiek jako całość wywołuje w nas jednocześnie pogardę i najgłębszy szacunek, a zrozumie pani, co z tych uczuć może wyniknąć.

    1056

    — Nic?… — rzekła Madzia.

    1057

    — Nie. Sympatia tam, gdzie góruje duch, a obojętność — gdzie przeważa automat. Nienawiści w żadnym razie nie można mieć do człowieka wiedząc, że prędzej czy później straci on zgangrenowaną powłokę i stanie się bytem nieskończenie szlachetnym.

    1058

    — Pan także wierzy w duchy?…

    1059

    — Pukające?… — spytał. — Nie!

    1060

    Powóz zatrzymał się, a Dębicki pomógł Madzi wysiąść i zadzwonił do bramy.

    1061

    Ledwie Madzia weszła do swego pokoju, ukazała się pani Korkowiczowa w krótkiej spódnicy, z włosami w papilotach, w nocnym kaftaniku, który uwydatniał jędrną obfitość jej biustu.

    1062

    — Już druga godzina!… — rzekła rozdrażnionym tonem. — Ciągle była pani u Solskich?

    1063

    — Tak.

    1064

    — Wesoło czas przepędzają wielcy panowie, nie tak jak ludzie pracujący… Czy to pan Solski panią odwiózł?…

    1065

    — Pan Dębicki.

    1066

    — Musieliście państwo… — Tu zacięła się, a potem dodała: — Pan Dębicki musi być niekontent ze mnie!…

    1067

    Madzia milczała. Ale że na jej zwykle dobrej twarzyczce ukazał się cień, więc pani Korkowiczowa powiedziała jej dobranoc.

    1068

    Kiedy Madzia zgasiła światło, przed jej oczyma zaczął przesuwać się niewyraźny obraz salonu Ady. Widziała lwią grzywę i groźne oczy pani Arnoldowej, a dokoła niej piękne postacie Arnolda i Norskich tudzież brzydkie twarze Solskich i Dębickiego. I — dziwna rzecz — dopiero w tej chwili, kiedy zatarły się rysy szczegółowe, każde oblicze przedstawiało jakiś charakterystyczny wyraz. Arnold był zajęty swoją żoną, Dębicki głęboko zamyślony, w Solskim coś płonęło i gotowało się. Na twarzy Ady było widać rezygnację, Helenę cechował gniew i duma, a pan Kazimierz — nie posiadał żadnego wyrazu, a raczej — wesołość, która na Madzi przykre robiła wrażenie.

    1069

    Nagle między cieniami ukazał się nowy: pani Korkowiczowej w nocnym kaftaniku, z włosami w papilotach, pretensją w oczach… Wyglądała tak zabawnie, że Madzię ogarnął wstyd za nią i litość.

    1070

    „Nierozdmuchana iskra Boża!…” — mówiła sobie usiłując nie patrzeć na pana Kazimierza, który ze swoim drwiącym uśmiechem, z całą pięknością i wykwintnymi ruchami wydawał się jej banalniejszym — nawet od pani Korkowiczowej i jej pretensji.

    1071

    O przepowiedni jasnowidzącej nie pamiętała uważając ją za jakieś nieporozumienie.

    8. Dola guwernerska

    1072

    Przez kilka następnych dni pani Korkowiczowa tłumiła gniew, półsłówkami nadmieniając o próżniactwie ludzi bogatych i późnym wracaniu do domu. Madzia udawała, że nic nie spostrzega.

    1073

    Panią drażniło to jeszcze mocniej. Więc raz przy obiedzie wziąwszy sobie potrawę z półmiska rzekła do służącego:

    1074

    — Teraz podaj panu…

    1075

    A gdy Jan, nawykły do innego zwyczaju, zawahał się, pani popchnęła go w stronę męża.

    1076

    — A panna Brzeska?… — zapytał zdziwiony pan domu.

    1077

    — Bierz, proszę cię…

    1078

    Korkowicz wzruszył ramionami, ale wziął. Był to bowiem sezon, w którym stanowczo triumfowała małżonka.

    1079

    — Teraz podaj pannie Brzeskiej — zakomenderowała pani.

    1080

    Linka patrzyła na matkę, rozżalona Stasia na Madzię, a pan Bronisław, ogromnie zadowolony, pokazał Stasi język. Ale Madzia spokojnie wzięła swój kawałek z półmiska, tylko — nieco pobladła i było widać, że zmusza się do jedzenia.

    1081

    To samo powtórzyło się przy innych potrawach.

    1082

    Natychmiast po obiedzie obie dziewczynki pobiegły za Madzią i zaczęły mówić jedna przez drugą:

    1083

    — Niech pani nic na to nie uważa… Za tydzień mama przeprosi panią, ale teraz przyszedł na nią taki humor, że sam tatko boi się jej… Nawet my… Teraz tylko mama i Bronek trzęsą domem, ale za tydzień…

    1084

    — A może mama już nie życzy sobie, ażebym was uczyła? — rzekła spokojnie Madzia.

    1085

    W tej chwili Stasia zaczęła płakać, a Linka uklękła przed Madzią.

    1086

    — Ach, pani!… — znowu mówiły obie. — Jak pani może coś podobnego przypuszczać?… Ja bym umarła… Ja bym uciekła z domu… Ach, bez pani cały świat na nic… Niech nam pani przyrzeknie, że pani nas nie opuści…

    1087

    Tak rzewnie płakały, tak ściskały Madzię, że ta rozpłakawszy się razem z nimi obiecała nigdy ich nie opuszczać.

    1088

    Lekcje z panną Howard odbywały się ciągle po kilka razy na tydzień; lecz zarówno sentymentalnej Stasi, jak i surowej Lince wydawały się coraz mniej zrozumiałymi. Panna Howard w żaden sposób ani jednej, ani drugiej uczennicy nie mogła wytłomaczyć, z jakiego na przykład powodu nieposłuszna Ewa, ciekawa żona Lota albo krwiożercza Judyta były kobietami wyższymi, a zaś Penelopa — wstrętnym typem niewolnicy…

    1089

    Nieraz Stasia mówiła do Linki:

    1090

    — Ciekawam, za co panna Howard gniewa się na Penelopę? Jeżeli jej mąż nie umarł, tylko wyjechał, to musiała na niego czekać. Zresztą nawet nie daliby jej ślubu z innym.

    1091

    — Ileż to razy mama czeka na ojca i nikt się temu nie dziwi! — wtrąciła Linka.

    1092

    — Wiesz co — rzekła Stasia ciszej — mnie się nawet nie podobają te bohaterki. Bo czy dobrze zrobiła Ewa, gwałtem dobijając się o mądrość, za którą dziś wszyscy pokutujemy?…

    1093

    — Co, ty wierzysz w mądrość Ewy! — odparła Linka — Cóż to, czy ona wstąpiła do uniwersytetu, jak panna Solska, czy co?… Ja myślę i zresztą Bronek mi wspomniał, że z tym jabłkiem było coś innego…

    1094

    — Albo Judyta — prawiła Stasia. — Ja, powiem ci otwarcie, nigdy bym Holofernesowi nie ucięła głowy.

    1095

    — Mógł się przecie obudzić — dodała Linka.

    1096

    Z powyższych racji obie panienki serdecznie nudziły się na lekcjach panny Howard: o dziejowej roli kobiety, począwszy od mitycznej Ewy, która dała ludzkości popęd do badań ścisłych, skończywszy na Alicji Walter, która dowodziła armią Stanów Zjednoczonych Północnych. Stasi ani Linki nie zajął nawet ten ważny fakt, że historycy mężczyźni tendencyjnie milczą o kierowaniu armią Stanów Zjednoczonych przez kobietę i że, według najnowszych doniesień, ową głównodowodzącą nie była Alicja Walter, tylko — Elwira Cook, a może jakaś inna.

    1097

    Stasia i Linka bez ceremonii ziewały na wykładach albo pod ławką trącały się nogami, najchętniej zaś rozmawiały z panną Howard o wypadkach bieżących i domowych.

    1098

    Toteż gdy po awanturze obiadowej przyszła do nich panna Howard z nowym rozdziałem (dowodzącym, że hetery były najsamodzielniejszymi kobietami Grecji), Linka i Stasia na wyścigi zaczęły opowiadać o złym humorze mamy, o porządku roznoszenia potraw, a najwięcej o dobroci panny Magdaleny, która jest świętą i aniołkiem.

    1099

    Panna Howard ze zgrozą wysłuchała opowiadania i — ograniczywszy na nim lekcję — udała się do pokoju Madzi mówiąc:

    1100

    — Czy to prawda, że pani Korkowiczowa każe wbrew przyzwoitości i zwyczajowi podawać pani półmisek po swoim mężu?…

    1101

    — Cóż to szkodzi? — odparła Madzia. — Pan Korkowicz mógłby być moim ojcem…

    1102

    — Aaa!… więc zapominasz pani o swojej płci i stanowisku…

    1103

    — Nie rozumiem…

    1104

    — W ciągu długiego pasma wieków — mówiła panna Howard z natchnioną miną — obdarta, wyzyskiwana, oszukiwana kobieta wywalczyła sobie wobec mężczyzny to, że przynajmniej w formach zewnętrznych uznawał jej wyższość nad sobą i — na ulicy, w salonie, przy stole ustępował jej pierwszeństwa. Moim więc zdaniem kobieta zrzekająca się tego przywileju dopuszcza się zdrady wobec żeńskiej zbiorowości, której cząstkę stanowi…

    1105

    — Cóż mam robić?… — spytała Madzia, zalana potokiem wymowy.

    1106

    — Walczyć… Zmusić pana Korkowicza, ażeby uznał swój błąd i zwrócił pani należne miejsce.

    1107

    — Ależ ja tu mam miejsce płatnej nauczycielki.

    1108

    Czoło, twarz, nawet szyja panny Howard zalały się krwią.

    1109

    — Tym większy powód!… — zawołała. — Pani chyba nie rozumiesz wzniosłości stanowiska nauczycielki, które o całe niebo góruje nawet nad stanowiskiem rodziców. Bo my tworzymy umysł dziecka, jego samodzielność, jego ja… podczas gdy rodzice dali mu tylko ciało. No, a chyba nie zawaha się pani w ocenieniu, które z tych zajęć jest trudniejsze…

    1110

    — Ja nie wiem, proszę pani… — odparła wylękniona Madzia.

    1111

    Ponieważ panna Howard przypomniała sobie, że i ona nie wie, które z tych zajęć jest trudniejszym, więc — wzruszyła ramionami i kiwnąwszy Madzi głową wyszła z jej pokoju.

    1112

    Upłynęło znowu parę tygodni. Spadł pierwszy śnieg i zamienił się w warstwę błota; potem nadciągnęły przymrozki, upadł drugi śnieg i pobielił dachy i ulice. Ale w sercu pani Korkowiczowej niechęć do Madzi nie ostygła, owszem rozgrzała się pod wpływem walki z obawą, że — trzeba będzie wyrzec się nadziei zawiązania stosunków z Solskimi i zbliżenia pana Bronisława do panny Ady.

    1113

    „A niegodziwa!… — myślała szanowna dama. — Za moje serce, za prerogatywy, jakie jej dałam, tak mi się wywdzięcza!… Przecież w jej interesie leży podszepnąć słówko Solskim… Przecież to chyba rozumie, że gdy zapoznam się z nimi, mogę jej podnieść pensję; w razie zaś przeciwnym będzie traktowana jak guwernantka… Nie wiem: głupia czy taka zła!…”.

    1114

    Pewnej niedzieli, gdy Madzia wróciła od Solskich w tak dobrym humorze, że aż śmiały się jej szare oczy, pani Korkowiczowa rzekła tonem lodowatym:

    1115

    — Jutro każę przenieść panią do innego pokoju… Na jakiś czas — dodała uląkłszy się zerwania stosunków.

    1116

    — Dlaczego, proszę pani?… — spytała Madzia, jeszcze nie mogąc pozbyć się figlarnego wyrazu w oczach, choć na czole już odmalował się niepokój.

    1117

    — Bo u pani musi być robactwo…

    1118

    — Skąd?… pani myli się…

    1119

    — Może być. W każdym razie chcę dać nowe tapety, a nawet… a nawet przebudować piec — dodała łagodniej, spostrzegłszy, że Madzi błysnęły oczy i rozszerza się mały nosek.

    1120

    — Zresztą — zakończyła pani — to tylko na jakiś czas… Nie mogę przecież pozwolić, ażeby mi pani zmarzła…

    1121

    Ostatnie wyrazy były powiedziane tak macierzyńskim tonem, że w Madzi zatlony gniew zgasł, a została tylko troska, czy jej ton i fizjognomia nie zrobiły przykrości pani Korkowiczowej. Madzia tak nie chciała nikomu robić przykrości, tak wolała sama cierpieć dla oszczędzenia innych, że cały wieczór rady dać sobie nie mogła. Była gotowa przeprosić panią, a nawet przyznać, że w jej pokoju jest zły piec i brzydkie tapety.

    1122

    Na drugi dzień przeniesiono rzeczy Madzi do nowego mieszkania. Był to pokój mały i ciemny nie tylko z powodu starych tapet, jakimi go wyklejono, ale jeszcze dlatego, że okno wychodziło na szczytową ścianę sąsiedniej kamienicy odległej o parę kroków. Żelazne łóżko, lakierowany stolik, dwa gięte krzesełka, a zamiast umywalni — miednica na żelaznym trójnogu — takie było umeblowanie. Garderobiana lepiej mieszkała w domu pani Korkowiczowej.

    1123

    Madzi łzy zakręciły się w oczach.

    1124

    „Chcą mnie się pozbyć — myślała — ale dlaczego robią w taki sposób?… czyliż nie zasługuję nawet na to, ażeby mi wprost powiedziano, że jestem zbyteczna?…”.

    1125

    Była zdecydowana pójść do pani Korkowiczowej i prosić, ażeby natychmiast uwolniła ją od obowiązków.

    1126

    „Mam przecie — mówiła sobie — sto kilkadziesiąt rubli z domu i od majora, a to mi przynajmniej na pół roku wystarczy… Przeprowadzę się choćby do panny Howard, a lekcje znajdę. Panna Malinowska i poczciwy Dębicki nie opuszczą mnie…”.

    1127

    Właśnie w tej chwili wbiegły do ciemnego pokoiku Linka i Stasia, obie zapłakane. Obie rzuciły się Madzi na szyję, oświadczyły, że zaczynają tracić serce do matki, i obie zaklinały Madzię na jej rodziców, na Boga i miłość dla nich (dla Linki i Stasi), ażeby się nie obrażała.

    1128

    — Tatko — zaczęła szeptać Linka — okropnie rozgniewał się na mamę za te przenosiny… Ale mama tłomaczy się, że tamten pokój trzeba odnowić i że tutaj zabawi pani tylko parę dni… Więc tatko trochę się uspokoił, ale powiedział, że wyjechałby z domu, gdyby mama nie oddała pani tamtego pokoju — odświeżonego…

    1129

    I znowu obie zaczęły błagać Madzię, ażeby się nie gniewała, ponieważ mama musi być w tych czasach chora na wątrobę, i dlatego jest w złym humorze.

    1130

    Cóż było robić? Madzia znowu przyrzekła dziewczynkom, że ich nigdy nie opuści, a w duchu zaczęła robić sobie wymówki:

    1131

    „Cóż to za pretensje budzą się we mnie?… Pokój nie jest taki zły, owszem, ma nawet coś przyjemnego… A gdyby mi przyszło siedzieć na poddaszu albo w suterynie?… O ileż lepszy i piękniejszy jest ten pokój aniżeli mieszkanie nauczycielowej w Iksinowie albo tego stolarza, u którego chciałam zamówić ławki, albo biednej Stelli w brudnej izbie zajezdnego domu… Wcale ładny pokoik!…”.

    1132

    Na drugi dzień w czasie wykładu o roli kobiety w dziejach, począwszy od mitycznej Ewy aż do tajemniczej nieznajomej, która dowodziła armią Stanów Zjednoczonych, Linka i Stasia opowiedziały pannie Howard o przenosinach do ciemnego pokoju i nowym dowodzie, że panna Brzeska jest aniołem i świętą. Ponieważ Madzi w pokoiku nie było, więc panna Howard kazała go sobie pokazać, a obejrzawszy miejscowość wyszła mrucząc przez zęby:

    1133

    — Ludzkości nie potrzeba aniołów, tylko kobiet samodzielnych i ceniących swoją godność.

    1134

    Tego samego wieczora do Madzi i do pani Korkowiczowej przyniósł posłaniec listy od panny Howard. Oba były dziwnie treściwe. Apostołka emancypacji oświadczyła Madzi, że nie może nadal utrzymywać przyjaznych stosunków z osobą nie szanującą kobiecej godności; pani Korkowiczowej zaś napisała, że nie myśli dłużej wykładać w domu, który nie rozumie wysokiego stanowiska nauczycielki i lekceważy kobietę pracującą.

    1135

    Pani Korkowiczowa odczytała nadesłany jej list raz i drugi. Nagle uderzywszy się w czoło krzyknęła:

    1136

    — Ona mnie chce do grobu wpędzić, ta wariatka!…

    1137

    Do późnej nocy trwały spazmy, wyrzekania na pannę Howard tudzież śledztwo: kto jej mógł powiedzieć o nowym pokoiku Madzi?… Nazajutrz zaś pani Korkowiczowa ze łzami oświadczyła Madzi, że nie miała zamiaru jej uchybiać i że jak najrychlej przeniesie ją do dawnego mieszkania, byle Madzia swoim wpływem pojednała ją z panną Howard, najznakomitszą nauczycielką w Warszawie.

    1138

    W odpowiedzi na to Madzia pokazała pani Korkowiczowej list otrzymany przez siebie od panny Howard.

    1139

    Pani Korkowiczowa przeczytawszy osłupiała.

    1140

    — Ależ ona panią buntuje… — zawołała. — Ona jest gorsza… — chciałam powiedzieć: gorętsza emancypantka od pani…

    1141

    A w godzinę później rzekła do męża:

    1142

    — Niedługo już garderobiane i kucharki, zamiast sprzątać i gotować, będą rozprawiały o godności kobiecej… Boże, co za okropna epidemia z tą emancypacją… Jeżeli mojej guwernantce nie dam salonów, to zaraz druga guwernantka robi mi impertynencję…

    1143

    — No, do panny Magdaleny nie możesz mieć pretensji… Cichutka… — odezwał się pan domu.

    1144

    — Twoja panna Magdalena jest gorsza od Howardówny! — wybuchnęła pani. — To dziewczyna podstępna… propagatorka, która naszym panienkom kazała uczyć lokajczyka i obszywać bębny z ulicy.

    1145

    — Więc rozstań się z nią.

    1146

    — Aha, jeszcze czego?… — odparła pani. — Przecież może się nareszcie domyśli, że gdyby ułatwiła nam znajomość z Solskimi, nie brakłoby jej ptasiego mleka…

    1147

    — A jak się nie domyśli albo oni nie zechcą zapoznać się z nami?…

    1148

    — To pójdzie precz!… — rzekła pani rozdrażnionym tonem. — Zresztą — dodała zamyśliwszy się — darmo u nas nie je chleba. A kiedy przytrę jej rogów, może być niezłą guwernantką.

    1149

    Pan rozpaczliwie schylił głowę i rozłożył ręce. Interesa fabryk tak go pochłaniały, że już nie miał siły do walczenia z żoną.

    1150

    — Róbcie, co wam się podoba!… — szepnął.

    1151

    Tymczasem panna Howard opowiadała znajomym i nieznajomym o arogancji pani Korkowiczowej i o braku kobiecej godności w pannie Brzeskiej. Wieści te, zataczając coraz szersze kręgi, dosięgnęły z jednej strony aż na pensję panny Malinowskiej, z drugiej — aż do ucha panny Solskiej.

    9. Nareszcie — złożyli wizytę

    1152

    Raz… (było to po Bożym Narodzeniu) około dwunastej z rana służący Jan wezwał pannę Brzeską i panienki do salonu.

    1153

    Poszły. Madzia chwilę zatrzymawszy się we drzwiach spostrzegła w lustrze dwie zakonnice w granatowych sukniach i białych kapeluszach, jak wielkie motyle. Był to widok tak niezwykły w salonie, że Madzia przestraszyła się.

    1154

    — Moje córki… panna Brzeska, przyjaciółka panny Solskiej — rzekła pani Korkowiczowa do zakonnic.

    1155

    Nastąpiły ukłony; panienki ucałowały ręce obu zakonnicom; Madzia usiadła przy młodszej z nich i w lustrze naprzeciw kanapy znowu zobaczyła ich odbicie, i — znowu drgnęła nie wiedząc dlaczego.

    1156

    — Dobrodziejki — rzekła uroczyście pani Korkowiczowa — jadąc do naszego szpitala w Korkowie były łaskawe odwiedzić nas…

    1157

    — Ażeby podziękować państwu za ich hojne dary na szpital — wtrąciła starsza zakonnica. — Bardzo przydał się, bo panuje tyfus w okolicy…

    1158

    — Doprawdy, aż mi wstyd… — mówiła pani Korkowiczowa. — Ale kiedy już siostry są z takim uznaniem dla fundatorów, to — daleko większy honor należy się pannie Solskiej, która na moja listowną prośbę odpowiedziała bardzo grzecznie i ofiarowała dla szpitala tysiąc rubli… Szlachetna kobieta!… Byłabym prawdziwie szczęśliwą, gdyby dobrodziejki ją przede wszystkim odwiedziły, nadmieniając, że nigdy nie zapomnę tego pięknego czynu, jaki za moim pośrednictwem…

    1159

    Madzia spojrzała na bok i w trzecim lustrze znowu zobaczyła kapelusze zakonnic. Zakonnice na kanapie, zakonnice z frontu, zakonnice z prawej i z lewej strony… Już widać ich nie cztery pary, ale dwa nieskończone szeregi odbijające się w lustrach bocznych!… Madzię zaczęły w końcu drażnić te białe kapelusze i ręce złożone na piersiach.

    1160

    — Pani dawno w klasztorze? — zapytała młodszej.

    1161

    — Siódmy rok.

    1162

    — Ale pani może opuścić zakon, kiedy zechce?

    1163

    — Nie myślę o tym.

    1164

    — Więc tak do końca życia?

    1165

    Zakonnica łagodnie uśmiechnęła się.

    1166

    — Paniom światowym — mówiła — klasztor wydaje się więzieniem… Ale my jesteśmy szczęśliwymi, że za życia dopłynęłyśmy do portu.

    1167

    Do rozmowy wmieszała się starsza zakonnica i rzekła patrząc na Madzię:

    1168

    — Znałam kiedyś u Wizytek matkę Felicissimę, która na święcie nosiła nazwisko Brzeskiej, choć ziemskiego jej imienia nie pamiętam. Czy pani nie była spokrewniona z jej rodziną?…

    1169

    Madzię prawie przeraziło to pytanie.

    1170

    — To była ciotka mego ojca… Wiktoria Brzeska… — odparła zdławionym głosem.

    1171

    — Naturalnie pani nie mogła jej znać, bo już od dwudziestu lat nie żyje — mówiła zakonnica. — Była to osoba niezwykłej pobożności, tak zatopiona w modlitwie i praktykach ascetycznych, że nieraz musiano jej zakazywać…

    1172

    Pani Korkowiczowa znowu skierowała rozmowę na szpital i szlachetność Ady Solskiej. Przy pożegnaniu starsza zakonnica ucałowawszy Madzię rzekła do niej:

    1173

    — Ja mieszkam stale w Warszawie. Jeżeli zechcesz mnie kiedy odwiedzić, kochane dziecko, będę ci wdzięczna. Babka twoja robiła mi wiele dobrego, bardzo ją kochałam.

    1174

    Po odejściu zakonnic Madzię ogarnął strach i smutek. Dzieckiem będąc słyszała opowiadania o obłóczynach babki Wiktorii, które porównywano do pogrzebu. Później kilka razy stykała się z zakonnicami, zawsze w przykrych warunkach: przy łóżku chorego albo przy trumnie.

    1175

    Dziś odżyły wszystkie żałosne wspomnienia, a nadto ciągle zdawało się jej, że z prawej i lewej strony widzi nieskończone szeregi zakonnic.

    1176

    „Cóż to za okropne życie!… — myślała. — Siedzieć w wiekuistym więzieniu, zerwać z rodziną, wyrzec się znajomych, patrzeć na świat tylko przez kratę… I nigdy żadnego celu, żadnej nadziei… Ach, lepiej od razu umrzeć…”.

    1177

    Ale pani Korkowiczowa była bardzo zadowolona, tak zadowolona, że zacierając ręce rzekła do Madzi:

    1178

    — Jeżeli tym razem państwo Solscy nie przypomną sobie o nas… No, byliby chyba ludźmi tak niedelikatnymi, że nie warto zbliżać się do nich!…

    1179

    W kilka dni później, na krótki czas przed obiadem do pokoju Madzi wpadła Linka wzburzona:

    1180

    — Pani!… — zawołała. — Przyszli państwo Solscy… mama prosi… Boże, a tu akurat wyjechał tatko…

    1181

    Madzia uściskała Linkę z radości.

    1182

    — Nareszcie — rzekła — spełniło się życzenie mamy i moje najgorętsze… Ach, jacyż oni dobrzy!…

    1183

    Pod zamkniętymi drzwiami salonu Stasia zaglądała przez dziurkę od klucza. Na widok Madzi zawstydziła się i uciekła do jadalnego pokoju, lecz po wejściu Madzi do salonu wróciła na poprzednie stanowisko i ciągnąc za sobą Linkę szepnęła do niej:

    1184

    — Co za szczęście!… jest i Bronek… Teraz już na pewno ożeni się z panną Solską… Ale jaka ona nieładna…

    1185

    Madzia trafiła na moment, kiedy rozgorączkowana pani Korkowiczowa prezentowała Solskim pana Bronisława.

    1186

    — Mój syn!… — mówiła z mocą. — Prawdziwe nieszczęście, że mąż musiał wyjechać do Korkowa, właśnie tam, gdzie pan hrabia (w tym miejscu skłoniła się obojgu) chce postawić cukrownię… Ale po powrocie mąż mój nie omieszka…

    1187

    — Hrabia to chyba wcale nie bywa u Stępka?… — odezwał się pan Bronisław.

    1188

    — Bardzo trafnie odgadł pan — uprzejmie odparł Solski.

    1189

    — Nie umiem opowiedzieć — mówiła deklamując pani Korkowiczowa — jak panna Magdalena tęskni za państwem.

    1190

    Madzia ze zdumieniem spojrzała na panią Korkowiczowę, a w tej chwili Solski odezwał się:

    1191

    — Słowa szanownej pani przypomniały mi, że przyszliśmy tu z prośbą.

    1192

    — Ależ niech hrabia rozkazuje!… — zawołała pani schylając głowę.

    1193

    — Nie śmiem prosić nie będąc pewnym skutku.

    1194

    — Spełnić każde życzenie hrabiostwa cały nasz dom uważa sobie za najświętszy obowiązek…

    1195

    Madzia siedziała jak na szpilkach, panna Solska rumieniła się, a pan Bronisław widząc jej rumieńce — również się zarumienił.

    1196

    „Nie taka ona brzydka, jak mówili!…” — pomyślał.

    1197

    — Siostra moja — mówił Solski — tak kocha pannę Magdalenę, że nie może obejść się bez jej towarzystwa…

    1198

    — Ależ co dzień… na cały dzień… — wtrąciła pani Korkowiczowa.

    1199

    — …że przyszliśmy z uprzejmą prośbą, ażeby pani raczyła — uwolnić pannę Magdalenę od dotychczasowych obowiązków — zakończył Solski.

    1200

    — Ależ… — zaprotestowała Madzia.

    1201

    — Moja droga… proszę cię o to!… — szepnęła panna Solska biorąc ją za rękę.

    1202

    Pani Korkowiczowa osłupiała.

    1203

    — Jak to?… Jeżeli rozumiem… — rzekła.

    1204

    — Tak jest — odparł Solski — o to właśnie prosimy panią…

    1205

    — Nie wiem, czy panna Magdalena, którą wszyscy tak kochamy…

    1206

    — Właśnie wiedząc o uczuciach państwa i pojmując wielkość ofiary, jakiej żądamy od pani, przyszliśmy tu z siostrą…

    1207

    — Ależ ja nie mogę… — wtrąciła Madzia.

    1208

    Panna Solska ścisnęła ją za rękę.

    1209

    — Czy zatem pani raczy uwzględnić naszą prośbę? — nalegał Solski w taki sposób, że aż siostra zgromiła go spojrzeniem.

    1210

    Pani Korkowiczowa była zdruzgotana.

    1211

    — Ha!… — rzekła zmienionym głosem — jeżeli hrabiostwo koniecznie tego sobie życzą…

    1212

    — Jesteśmy pani bardzo obowiązani — rzekł Solski i z ukłonem uścisnął rękę pani Korkowiczowej. — Teraz na ciebie kolej — zwrócił się do siostry.

    1213

    — Ty pojedziesz z nami, kochanko… Ty mi nie odmówisz tej łaski… Przecież jesteśmy spokrewnione… — błagała Madzię panna Solska.

    1214

    — Tak — potwierdził brat — przez Strusiów.

    1215

    — Więc ubierz się, moja ty jedyna, i kiedy pani tak łaskawa, że cię zwolniła, jedź zaraz z nami…

    1216

    — Naturalnie — rzekł Solski.

    1217

    W pięć minut później, w pysznym salonie została tylko pani Korkowiczowa bliska apopleksji i jej syn pełen zdumienia.

    1218

    — Cha! cha! cha!… — zaśmiał się pan Bronisław. — Kuzynka Solskich… A to się mamie udało z tym ciemnym pokoikiem!…

    1219

    — Będziemy ją odwiedzać u Solskich… — nagle odezwała się pani. — Mamy prawo, nawet święty obowiązek…

    1220

    — Albo oni nas tam przyjmą!… Przecież dawno mówiłem mamie, że to dranie… — zakonkludował pan Bronisław.

    1221

    Linka i Stasia wyrozumiawszy przez drzwi, o co idzie, nawet nie pożegnały się z Madzią. Zamknęły się w swoim pokoju na klucz i zanosiły się od płaczu.

    1222

    Stroskana matka na próżno dobijając się do nich usłyszała od Linki te wyrazy:

    1223

    — A co, nie mówiłam, że się mama dowojuje?…

    1224

    — Przecież będziemy pannę Brzeską odwiedzać u państwa Solskich — uspakajała ją pani Korkowiczowa, choć serce jej szarpały złe przeczucia.

    10. Dom przyjaciół

    1225

    Od chwili pożegnania pani Korkowiczowej Madzia prawie nie rozumiała, co się z nią dzieje.

    1226

    Pan Solski sprowadził ją ze schodów, pomógł wejść do eleganckiej karety (nie tej, która przyjeżdżała po nią zwykle); obok Madzi usadowił siostrę, sam usiadł naprzeciw pań i kareta ruszyła skrzypiąc po śniegu, który grubą warstwą bielił się na ulicach i dachach.

    1227

    Madzia w milczeniu spoglądała na Adę i pana Stefana. Czuła, że wypada przemówić do nich, lecz brakło jej wyrazów, nawet wątku myśli. Nigdy nie wyobrażała sobie tak dziwnego położenia: była faktycznie porwaną, jakkolwiek nie gwałtem, ale też i nie z jej wolą i wiedzą.

    1228

    Kareta stanęła przed domem Solskich. Pan Stefan wysadził swoje towarzyszki i znowu wziąwszy Madzię pod rękę skręcił z nią do prawej oficyny. Spostrzegłszy, że nie wchodzą do głównej sieni, Madzia zawahała się; ale Solski nie dał jej czasu do namysłu i stanowczo, choć delikatnie, pociągnął na górę.

    1229

    „Okropny człowiek” — pomyślała Madzia nie śmiąc stawiać oporu.

    1230

    Na pierwszym piętrze oczekiwała na nich młoda, nieładna panna służąca, wcale nie gorzej ubrana od Madzi.

    1231

    — Anusiu, oto twoja pani — rzekł do niej Solski wskazując na Madzię.

    1232

    — Postaram się, ażeby pani była ze mnie kontenta — odpowiedziała pokojówka odznaczająca się brakiem wdzięków i poważnym wyrazem twarzy.

    1233

    Mimochodem na jej widok Madzia zrobiła w duchu uwagę, że w domu Solskich wszyscy służący mężczyźni byli piękni, a wszystkie kobiety brzydkie.

    1234

    Teraz Solski zatrzymał się przy otwartych drzwiach, Madzi zaś Ada podała rękę.

    1235

    — Wejdź z nami, Stefek — rzekła siostra. — Madzia dziś wyjątkowo pozwala ci… Twoje mieszkanie, Madziu — mówiła wzruszonym głosem. — Widzisz… salonik… To pokój do pracy, a to sypialnia, która może łączyć się z moją, jeżeli zechcesz.

    1236

    Pokoje były duże, widne, wesołe, gabinet miał balkon wychodzący na ogród obecnie zasypany śniegiem.

    1237

    Pozwoliwszy rozebrać się pokojówce Madzia stała na środku saloniku bez ruchu. Zdumiona patrzyła na wielkie lustra w złoconych ramach, na adamaszkowe krzesła i fotele, na niebieskim tle ozdobione haftowanymi pasami, na ogromne wazony świeżych kwiatów…

    1238

    — Więc ja już nie jestem u państwa Korkowiczów?… — cicho spytała Ady.

    1239

    — Już nie — kochanko… na twoje i nasze szczęście — odpowiedziała panna Solska okrywając ją pocałunkami. — Rzeczy przywiozą dziś wieczór…

    1240

    — Więc czymże ja teraz jestem?…

    1241

    — Naszą przyjaciółką… naszym drogim gościem — mówiła Ada. — Pozwól mi — mówiła dalej — wynagrodzić ci choć cząstkę tych przykrości, jakie miałaś z naszego powodu…

    1242

    — Ja?…

    1243

    — No, tylko nie ukrywaj!… Dziś całe miasto wie, że pani Korkowiczowa kazała ci podawać obiad dopiero po swoim mężu, że ulokowała cię w jakiejś komórce i nawet nie pozwalała ci być litościwą. A wszystko z tego powodu, że nie umiałaś ściągnąć nas do jej salonów…

    1244

    — Do pałaców sterczących dumnie!… — deklamował pan Stefan.

    1245

    — Tylko nie wypieraj się — pochwyciła Ada obejmując Madzię i siadając z nią na kozetce. — Ja, wyznaję, jestem tak niedołężna, że oprócz łez (ale z gniewu!) nie umiem znaleźć rady, i już byłam zdecydowana na projekt panny Malinowskiej, która chciała cię wziąć do siebie. Ale Stefek, powiadam ci, zakipiał… No i widzisz, co się stało!… Mnie porwał na wizytę do pani Korkowiczowej, a ciebie wydarł stamtąd w imię zupełnie słusznej zasady, że nie możemy pozwolić na krzywdę wnuczki Strusiów, z których krwi pochodzimy sami.

    1246

    Madzia rozpłakała się. Solski rzucił się do niej zmieszany.

    1247

    — Panno Magdaleno — rzekł biorąc ją za rękę — przysięgam, że nie chciałem zmartwić pani… Ale powiedz sama: czy mogłem obojętnie słuchać o wybrykach pani Korkowiczowej i patrzeć na fontanny łez mojej siostry?… Przecież ona zmizerniała w ciągu kilku dni, rozpaczając…

    1248

    — Magduś… — szeptała Ada tuląc się do Madzi — przebacz mi mój egoizm… Ja taka samotna… mnie tak smutno… Już od dawna chciałam cię błagać, ażebyś zamieszkała u mnie, lecz znając twoją drażliwość nie śmiałam… No, ale twoja dobroć wobec pani Korkowiczowej nawet mnie uzuchwaliła. Ty nie gniewasz się, Magduś, prawda?… Przypomnij sobie, jak nam było pod jednym dachem… Czyliż nie warto choćby na kilka miesięcy odnowić takich wspomnień?…

    1249

    — Ale ja będę dawać lekcje u panny Malinowskiej… — rzekła nagle Madzia spostrzegłszy, że jej przyjaciółka jest zmartwiona i zakłopotana.

    1250

    — Rób, co chcesz, kochanko…

    1251

    — I… potem przeniosę się do panny Malinowskiej na stałą… Bo widzisz — usprawiedliwiała się Madzia — ja przecież muszę obeznać się z administracją pensji, bo… widzisz, ja muszę od wakacyj otworzyć szkółkę w Iksinowie…

    1252

    — Czy koniecznie w Iksinowie? — przerwała Ada. — Przecież tam, jak sama mówiłaś, nie było uczniów ani uczennic.

    1253

    — Więc gdzież, moja droga?… Tam, choćby nie opłacił mi się pierwszy rok, znajdę pomoc w domu, a później… jakoś pójdzie.

    1254

    — Moja kochana — rzekła Ada dając znak bratu — jeżeli szkoła koniecznie potrzebna ci do szczęścia, to my będziemy mieli szkołę przy cukrowni… Możesz ją wziąć, skoro się otworzy, nie narażając się na wydatki i ryzyko.

    1255

    — Ależ bardzo panią prosimy — wtrącił Solski — a ja specjalnie błagam, ażebyś nie opuszczała siostry… Co najmniej do czasu, w którym ukończę ważniejsze interesa… Ada naprawdę jest osamotniona i łaskę wyświadczy nam pani pozwalając choć raz na dzień spojrzeć na siebie i zamienić parę słów.

    1256

    — Psujecie mnie państwo… — szepnęła Madzia kryjąc twarz na ramieniu Ady.

    1257

    — Więc nie gniewasz się?… Zgadzasz się, złota, kochana!… — rzekła Ada.

    1258

    — Błogosławiona!… — zawołał śmiejąc się Solski i przyklęknąwszy ucałował rękę Madzi. — Teraz cały świat nie odbierze nam pani…

    1259

    Kiedy Solscy przeszli do swoich pokojów zostawiając Madzię samą, pan Stefan zatarł ręce i rzekł z zapałem do siostry:

    1260

    — Ach, cóż to za oryginalna kobieta!… Czy ty pojmujesz, Ada?… Zawsze gotowa do poświęcenia się… cierpi bez skargi i… wiesz co?… Ona może nawet nie wie o tym, że jest prześliczna… Takie robi wrażenie… Cóż to za prostota, naturalność…

    1261

    Chodził szybko po pokoju i zacierał ręce, a małe oczki rzucały iskry.

    1262

    — Podobała ci się? — zapytała siostra.

    1263

    — Oszalałbym dla niej, gdyby… Gdyby była taką, jak się wydaje.

    1264

    — Za to ci ręczę — rzekła Ada kładąc mu rękę na ramieniu i patrząc w oczy.

    1265

    — Za nikogo nie ręcz — odparł tym samym tonem i z tym samym ruchem. Następnie pocałowawszy ją w czoło dodał z westchnieniem:

    1266

    — Nasze szczęście, że wobec rozmaitych rozczarowań my przynajmniej możemy liczyć na siebie.

    1267

    — Znowu Helena?… — zapytała siostra.

    1268

    — Wszystko jedno — odparł, a potem dodał: — Widzisz, Helena, o ile znam kobiety, nie gorsza od innych; a ma pieprzyk!… Ale gdyby istniały takie kobiety, jaką ty jesteś i jaką wydaje się być Magdalena… Ach, Ada, mówię ci, świat byłby lepszy i — nam byłoby lepiej na nim.

    1269

    — Ręczę ci… ręczę, że Madzia jest taką.

    1270

    — Bodajbyś miała słuszność… Ale na wszelki wypadek już nie ręcz za nikim… Zresztą mądrość życia polega na tym, ażeby brać ludzi, jakimi są: podstępnymi bydlętami, bez których nie możemy się obejść.

    1271

    — Gdybyś znalazł taką żonę jak Madzia! — rzekła siostra.

    1272

    — Może bym się znudził nią?… — odparł z uśmiechem Solski. — Ja przecież także jestem dzieckiem czasu, które lubi nowość…

    1273

    Pożegnał siostrę i przez długi szereg pokojów przeszedł do swego gabinetu.

    1274

    Był to pokój o dwu oknach, obity ciemnym adamaszkiem, zastawiony szafami i stołami pełnymi książek i papierów. Meble były dębowe, obite skórą. Pod jednym z okien stało biurko zaopatrzone w guziki do dzwonków elektrycznych; za biurkiem na ścianie wisiał plan przyszłej cukrowni i jej zabudowań.

    1275

    Solski usiadł przy biurku zasypanym szkicami i raportami — i ziewnął.

    1276

    „Jest fakt — myślał — że inna na jej miejscu już od kilku lat wyzyskiwałaby Adę, a ona nie robiła tego… Może przez naiwność?…”.

    1277

    Solski dotknął jednego z guzików na biurku. Drzwi od przedpokoju cicho otworzyły się i wszedł lokaj z miną, jeżeli nie zaspanego, to przynajmniej zmęczonego człowieka.

    1278

    — Był, proszę jaśnie pana, ten z cegielni, był Niemiec i był adwokat. Położyłem bilety na stole.

    1279

    Solski od razu zauważył bilety we właściwym miejscu, ale nie chciało mu się odczytywać ich.

    1280

    — Listy odesłałeś?

    1281

    — Odesłałem, proszę jaśnie pana.

    1282

    — Do mnie korespondencji nie było?

    1283

    — Nie było, proszę jaśnie pana.

    1284

    — To dziwne!… — mruknął Solski i jednocześnie pomyślał, że wszystkie te jego listy i cudze listy, i wszystkie wizyty techników, ceglarzy i adwokatów nic a nic go nie obchodzą…

    1285

    — Możesz odejść — rzekł głośno.

    1286

    „Może dopiero teraz zacznie panna Magdalena korzystać z usług Ady, chociaż… Kto jej bronił zamiast do Korkowiczów od razu sprowadzić się do nas?… Więc ma ambicję. A jeżeli tam znosiła impertynencje tylko przez przywiązanie do dziewcząt, więc ma zdolność przywiązywania się…”.

    1287

    Patrzył na sufit i zobaczył cień Madzi w popielatej sukience, z półotwartymi ustami i nieopisanym zdumieniem w oczach na widok nowego mieszkania.

    1288

    „Jak ona się kapitalnie dziwiła!… — myślał. — Kto tak dziwić się umie, musi być szczerym…

    1289

    Zresztą — dodał po chwili — zobaczymy, jak postąpi z Korkowiczami. Panna Helena w podobnym wypadku zdobyłaby się na śmiertelną pogardę… No, także nie byle kto potrafi gardzić… Pyszna lwica… a jak ona się rozwinęła w towarzystwie!… Brak jej tylko pieniędzy i nazwiska, ażeby zabłyszczeć w Europie. Milion niesłychanie potęguje wdzięki kobiet…”.

    1290

    Tymczasem Madzia, kiedy Solscy opuścili ją, naprzód — schwyciła się rękoma za głowę, a potem zaczęła oglądać swój apartament ze wzrastającą ciekawością.

    1291

    „Pokój do pracy — myślała — co za biureczko… jakie książki… Szekspir, Dante, Chateaubriand?… Sypialnia… nie wiem, czy potrafię spać na tak ogromnym łóżku?…”.

    1292

    Był i bujający się fotel (jak w gabinecie pani Korkowiczowej) naprzeciw kominka. Madzia usiadła, zakołysała się parę razy, co jej wcale nie wydało się przyjemnym, i znowu zaczęła rozmyślać.

    1293

    „Jeżeli tutaj nie zwariuję, to już nie wiem, co zrobię! Jestem jak chłop, którego przemieniono na księcia… Ja bym jednak nie śmiała przerzucać ludźmi: z pokoju guwernantki do salonu wielkiej damy — ale panom to uchodzi… Nawet nie wiem, czy wypada mi od nich przyjąć szkołę przy fabryce?… Zresztą, może się jeszcze zmienić kaprys… Ach, mają pieniądze i sami nie wiedzą, co z nimi robić!…”.

    1294

    Madzię ogarniał coraz większy niepokój. Nie mogła wyobrazić sobie, że jej stosunki z Korkowiczami już są zerwane, a bała się myśleć: co o niej powiedzą? Wzięto ją jak obraz, jak sprzęt i przewieziono do innego mieszkania… Piękna rola!…

    1295

    Wnet jednak przypomniała sobie niekłamane objawy życzliwości ze strony Solskich. Obrazili się za nią na państwa Korkowiczów i odebrali ją, zupełnie jak gdyby była ich siostrą… Takich rzeczy niepodobna nie ocenić i Madzia oceniła je.

    1296

    „Boże… Boże — szepnęła — jaka ja jestem niewdzięcznica!… Przecież oni zrobili mi łaskę…”.

    1297

    „A może właśnie tu dopiero zaczną się moje obowiązki?… — myślała. — Ada nie jest szczęśliwa i może mnie Bóg przysłał…”.

    1298

    „Akurat!… — szepnęła. — Miałby się też Pan Bóg kim posługiwać…

    1299

    A jeżeli?… A może uda mi się namówić Helenę, ażeby wyszła za Solskiego… Przecież to było największe pragnienie jej matki, której tyle zawdzięczam… Nawet, że tu dziś jestem… To pewna, że nie jestem tu przez siebie ani dla siebie…”.

    1300

    Wejście Ady przerwało rozmyślania.

    1301

    Około szóstej podano obiad w ogromnym pokoju jadalnym i w asystencji dwu służących, ale przy małym stole, na którym były cztery nakrycia.

    1302

    W chwili gdy Madzia miała zapytać się: kto będzie czwartym biesiadnikiem, niewidzialna ręka szeroko otworzyła drzwi, przez które majestatycznie weszła ciotka Solskich, pani Gabriela. Była to osoba wysoka, szczupła i chorowita, ale ubrana z elegancką prostotą. Ledwie raczyła spojrzeć na zmieszaną Madzię, którą jej przedstawiła Ada, i usiadłszy na swym miejscu kazała podawać obiad.

    1303

    — Jakże ciocia spała dziś? — spytał Solski.

    1304

    — Jak zwykle nie zmrużyłam oka.

    1305

    — A nerwy?

    1306

    — Czy możesz o to pytać?… Od śmierci waszej matki nie opuszcza mnie bezsenność i niepokój.

    1307

    Następnie po raz setny w życiu i wśród głębokich westchnień (które jednak nie odstraszały jej apetytu) ciotka Gabriela zaczęła upominać Solskich, ażeby nie usuwali się od towarzystwa.

    1308

    — Dziczejecie — mówiła — odwykacie od widoku ludzi narażając się przy tym na opowiadanie dziwnych historii…

    1309

    — Pasjami to lubię — wtrącił Solski.

    1310

    — Wczoraj na przykład zaręczono mi u Władysławów, że Stefan ma zostać dyrektorem swojej własnej cukrowni… Dlaczegóż — odpowiedziałam — nie awansujecie go od razu na rządcę domu albo stangreta?…

    1311

    — Mówiono cioci prawdę — rzekł Solski — bo już kieruję przygotowaniem planów do cukrowni…

    1312

    — Ależ, na Boga! — zawołała ciotka Gabriela spoglądając w sufit. Następnie zapytała Ady, czy „tej panience” nie zrobi różnicy rozmowa po francusku, ze względu bowiem na służbę nie można wszystkiego wypowiadać po polsku. Odebrawszy zaś potwierdzającą odpowiedź zaczęła prawić:

    1313

    Że tryb życia, jaki Solscy obecnie prowadzą, w najwyższym stopniu dziwi całe towarzystwo. Że stosunki Stefana z panną Norską (której brat jest zresztą nieźle widziany w towarzystwie), że stosunki te są powodem dwuznacznych uśmiechów. I że Stefan powinien by się ożenić, choćby ze względu na swoją siostrę. Ożenić się zaś może tym łatwiej, że w towarzystwie jest kilka dobrych partyj, na które Stefan może liczyć, że będzie mile przyjęty, pomimo swojej oryginalności, a nawet z powodu tej oryginalności.

    1314

    — Stefan — kończyła ciocia Gabriela — ma opinię bałamuta, co w oczach kobiet światowych otacza go urokiem.

    1315

    — A czy te panie, na które rzucam urok, mają pieniądze? — zapytał Solski.

    1316

    — Nie mówiłabym ci o innych!… — zawołała ciocia Gabriela. Mają nazwiska, wdzięki, pieniądze i mimo to niejednej biedaczce grozi staropanieństwo tylko dlatego, że mężczyznom podoba się umieszczać uczucia poza właściwą sferą.

    1317

    Obiad kończył się, a przy leguminie służący półgłosem zawiadomił Adę, że przywieziono dla panny Brzeskiej rzeczy i listy. Jeden z pieniędzmi był od pani Korkowiczowej, drugi od jej dziewczynek.

    1318

    Przy kawie Ada, za nią pan Stefan i ciocia Gabriela uprosili Madzię, ażeby bez ceremonii przejrzała korespondencję, która może być ważna. Skutkiem tego Madzia zaczęła czytać listy, co chwilę rumieniąc się i blednąc. Solski, który patrzył na nią spod oka, spostrzegł, że pierś jej faluje coraz szybciej, usta drżą i że Madzia robi duże wysiłki, ażeby się nie rozpłakać.

    1319

    „Kto w taki sposób — myślał — umie czytać listy od swoich uczennic, nie może być złym… Chyba że popisali jej impertynencje…”.

    1320

    — I cóż? — zapytała Ada.

    1321

    — Nic… Choć wiesz, Adziu, że będę musiała tam pójść — odparła Madzia nie podnosząc rzęs, spoza których gwałtem zaczęły się łzy przeciskać.

    1322

    — Ale nie dziś, kochanko?…

    1323

    — Kiedy zechcesz, moja złota — rzekła cicho Madzia. Ale już nie mogła pohamować się i wybiegła z pokoju.

    1324

    Dwaj lokaje dyskretnie odwrócili się do okna, zaś ciocia Gabriela wzruszając ramionami zawołała:

    1325

    — Wiesz, moja Ado, że mogłaś między tymi pannami znaleźć weselszą towarzyszkę!… Chyba że lubisz nerwowe ataki, a w takim razie ja bez potrzeby ukrywam moje cierpienia…

    1326

    — Ciotko — odezwał się z niezwykłą powagą Solski — te łzy warte są więcej aniżeli nasze brylanty…

    1327

    — Zdumiewasz mnie, Stefanie — zdziwiła się ciotka Gabriela. — Ja co dzień wylewam potoki łez…

    1328

    — Jej, widać, jest bardzo przykro, że rozstała się ze swymi uczennicami — wtrąciła Ada.

    1329

    — Więc zamiast płakać, niech do nich wróci — rzekła ciotka Gabriela tonem rozstrzygającym wszelkie fizyczne i metafizyczne wątpliwości.

    1330

    Solski uderzył palcami w krawędź stołu.

    1331

    — Ach, ciociu, ciociu!… — odparł — ty nawet nie domyślasz się, jaką piękną rzecz widzieliśmy w tej chwili… Sama powiedz, czy płakał kto za tobą, za Adą albo za mną, i jeszcze tak serdecznymi łzami… Nas nigdy nikt nie opłakiwał, choć nikomu nie zrobiliśmy krzywdy. I może dlatego musimy wylewać potoki łez nad urojonymi cierpieniami… Powiedz, Ada: kochał nas kiedy kto, jak panna Brzeska swoje uczennice?…

    1332

    — Widzisz, a nie wierzyłeś mi… — wtrąciła siostra.

    1333

    — Święty dzień — mówił wzruszony Solski. — Święty dzień, w którym taka kobieta weszła do naszego domu… Będziemy mieli — dodał z ironią — widowiska wspanialsze od zórz północnych i wschodu słońca na Righi…

    1334

    — Jestem zbulwersowana! — rzekła ciocia Gabriela składając ręce. — Stefanie, mówisz jak zakochany… Jak wówczas, kiedy wróciłeś z pierwszego spaceru z tą panną… no z panną Norską.

    1335

    — Eh, co tam panna Norska!… — odparł wzburzony.

    1336

    — Aa… rozumiem!… Umarł król, król… Możemy wstać od stołu — zakończyła ciotka.

    1337

    Ponieważ rozmowa toczyła się w języku francuskim, więc lokaje udawali, że nic a nic nie rozumieją. Niemniej od tej pory ktokolwiek ze służących spotkał Madzię, schylał się przed nią do ziemi.

    1338

    — Nasi państwo — mówił w kuchni jeden z lokajów — zawsze lubią mieć coś nowego na stajni…

    1339

    — Minie i to… — odparł wiekowy kamerdyner.

    1340

    — Ale co pieniędzy wykosztuje? — wtrącił kucharz. — Za to, co się wydało dla Norskich, wziąłbym ze trzy takie restauracje jak w Europejskim Hotelu. Żaden wilk nie zje tyle co baba… A czy to warto?… My najlepiej wiemy, panie Józefie…

    1341

    Kamerdyner potrząsnął siwą głową.

    1342

    — Pan przynajmniej nie powinieneś narzekać na ten interes — rzekł powoli. — Z jednej Ewy tylu przecie narodziło się ludzi, że wszyscy kucharze mają za co pić do ukamienowanej śmierci…

    11. Na nowym stanowisku

    1343

    W taki sposób osiedliła się Madzia w domu Solskich. Oprócz cioci Gabrieli nie pojmującej, jak można przyjaźnić się z „tymi panienkami”, wszyscy byli jej życzliwi. Ada lubiła ją serdecznie, służba prześcigała się w grzecznościach, a władca tej kolonii, pan Solski, wahał się jak na huśtawce między bałwochwalczym ubóstwieniem Madzi i — nieufnością do ludzkiego rodu w jego żeńskiej połowie.

    1344

    Madzi jednak w nowych warunkach nie opuszczał niepokój. W nocy na rzeźbionym łóżku nie mogła spać: a ile razy zdrzemnęła się, budziło ją przywidzenie, że ona nie ma dachu na głową, lecz tuła się po ulicach miasta.

    1345

    Od czwartej rano nie zmrużyła oka, ale gdy około siódmej weszła pokojówka, Madzia udawała, że śpi. Wstyd jej było, że ta dystyngowana panna ma czyścić jej ubogą sukienkę.

    1346

    Zjadłszy pierwsze śniadanie w pokoju Ady Madzia poszła do Korkowiczów, gdzie przyjęto ją ze zdumieniem i zachwytem. Pani rozszlochała się, panienki od wczoraj płakały, a pan Korkowicz, który przed godziną wrócił ze wsi, uściskawszy Madzię rzekł swoim grubym głosem:

    1347

    — Wolałbym mieć w pani synowę aniżeli nauczycielkę, bo synowej nikt by mi nie odebrał…

    1348

    Pani Korkowiczowa westchnęła żałośnie. W ciągu pół doby straciła nadzieję ożenienia swego syna z Adą Solską, a natomiast wiele myślała o innej kwestii.

    1349

    — Proszę pani — wtrąciła wśród pocałunków — ci Strusie, o których mówili wczoraj państwo Solscy, to musi być rodzina zagranicznego pochodzenia?

    1350

    — Nie, pani, to polska rodzina.

    1351

    — Myślałam. Bo ród mego męża także pochodzi z Niemiec, gdzie nazywali się von Propfenberg. I dopiero edykt nantejski zmusił ich…

    1352

    — Dajże pokój tym bredniom! — oburzył się pan. — Któryś mój dziad musiał być w szynku parobkiem do korkowania butelek i stąd nasze nazwisko…

    1353

    — Ależ, Piotrusiu, nie zaprzeczaj mi!… Sama byłam nad Renem na pagórku Propfenberg, który, jak objaśnił mnie hrabia Przewracalski, musi być gniazdem naszych przodków… Nawet hrabia Przewracalski radził, ażebyśmy kupili to miejsce i zbudowali…

    1354

    — Trzeci browar? — wtrącił pan. — Niegłupim!…

    1355

    — Ależ nie… Ażebyśmy tam wznieśli zameczek.

    1356

    — Jak Boga kocham — zawołał Korkowicz bijąc się w piersi — czasami zdaje mi się, że mam więcej rozumu od ciebie. A przecież nie chodziłem na pensję i na starość nie uczę się po francusku…

    1357

    Wszedł do salonu pan Bronisław… Był nieco zmieszany obecnością Madzi, lecz odzyskawszy humor rzucił się na kanapę i zawołał:

    1358

    — Ten Kazik Norski ma diabelskie szczęście: wygrał od nas wczoraj ze sześćset rubli… Ale za to jego siostra!… Mówię ojcu, palce oblizywać…

    1359

    — Gdzieżeś ją widział? — niespokojnie zapytała matka.

    1360

    — Eh! to cała historia — odparł pan Bronisław machając rękoma i pomagając sobie w tej czynności jedną nogą. — Spotkałem ją koło Saskiego Placu… szła z tym swoim amerykańskim ojcem… Stanąłem, mówię mamie, jak bałwan i patrzę, a ona na mnie — łyp oczkiem… Idę za nią, wymijam… ta znowu łyp… Zgłupiałem do reszty, a ona delikatnie odwraca główkę i coś… jakby się uśmiecha… Ukrop mnie oblał… a ona szep, szep do ojca — i skręcają na wystawę sztuk pięknych, a ja za nimi…

    1361

    Nicem nie widział, tylko ją — prawił pan Bronisław ocierając spotniałą twarz chustką — ale i ona trochę na mnie oczkowała… Potem rozeszliśmy się… Ale że ja mam należność u Kazika, więc zaraz poprosiłem go, ażeby mnie przedstawił swojej siostrze. Obiecał — i dziś albo jutro poznam się z nią… Ale mówię tatce, kiedy o niej wspomnę, łydki mi drętwieją. W Warszawie jest dużo ładnych facetek, ale takiej jeszczem nie widział.

    1362

    — Słyszałeś?!… — zapytała pani Korkowiczowa, z rozpaczą spoglądając na męża.

    1363

    — Twój wychowanek — odparł mąż.

    1364

    Pan Bronisław zerwał się z kanapy.

    1365

    — Ale rodzony syn tatki i wdał się w tatkę!… — zawołał klepiąc ojca po brzuchu.

    1366

    — Ho! ho! ho!… — zaśmiał się pan Korkowicz.

    1367

    Wycałowana i zapraszana przez całą rodzinę Korkowiczów o najczęstsze wizyty Madzia pożegnała ich zdziwiona. Więc nawet i pan Bronisław zaciągnął się na listę wielbicieli Heleny, których już w Warszawie było kilku?… Co na to powie Solski, taki wyłączny i dumny?… W tenże to sposób Helenka stosuje się do przedśmiertnych życzeń matki?…

    1368

    Od Korkowiczów Madzia poszła do panny Malinowskiej, która powinszowawszy jej porzucenia dotychczasowych obowiązków zapytała: czy nie weźmie na pensji trzech godzin dziennie arytmetyki i jeografii w najniższych klasach?

    1369

    — Właśnie przyszłam o to prosić… — rzekła uradowana Madzia.

    1370

    — Czy tak?… Bardzo dobrze robisz zapewniając sobie rezerwę z własnej pracy — odparła panna Malinowska. — Bo względy wielkich panów mniej są pewne aniżeli gusta kobiet… Więc przyjdź jutro o dziewiątej i zaczynaj od razu. A teraz do widzenia, gdyż jestem zajęta.

    1371

    Pożegnawszy się z panną Malinowską Madzia spotkała oczekującą na schodach pannę Żanetę, która bez wstępu zapytała:

    1372

    — Cóż to, Madziu, chcesz u nas dawać lekcje?

    1373

    — A tak — odpowiedziała wesoło — i wyobraź sobie, już mam u was trzy godziny…

    1374

    Panna Żaneta wzruszyła ramionami i rzekła obojętnym tonem:

    1375

    — No, no… Ja mając takie stanowisko u Solskich nie myślałabym o niczym podobnym…

    1376

    — Dlaczego?

    1377

    — Tak sobie.

    1378

    Pożegnały się chłodno, a rozżalona Madzia mówiła do siebie:

    1379

    „Czy ona chce, ażebym ja dostała się na łaskawy chleb u Solskich?… Przecież wie, że muszę pracować, a mój pobyt u Ady skończy się za parę miesięcy…”.

    1380

    Od tej pory życie Madzi w domu Solskich płynęło bardzo systematycznie.

    1381

    Wstawała o siódmej i ubrawszy się mówiła pacierz. Była to ciężka chwila, często bowiem przychodziło jej na myśl, że Pan Bóg może nie wysłuchać modlitw tak wielkiej jak ona grzesznicy.

    1382

    Około ósmej przynoszono jej kawę, po wypiciu której ucałowawszy Adę, leżącą w puchach i koronkach, biegała na pensję, skąd wracała o pierwszej lub trzeciej.

    1383

    Przez jakąś godzinę, wesoła i uśmiechnięta, opowiadała pannie Solskiej o wydarzeniach na pensji, a następnie w swoim pokoju odrabiała lekcje z Zosią, siostrzenicą Dębickiego, który mieszkał w lewej oficynie na dole obok biblioteki.

    1384

    Pewnego dnia rzekła do Zosi:

    1385

    — Wiesz, Zochna, pójdziemy jutro na pensję do czwartej klasy… Przecież pensję trzeba skończyć, bo inaczej będzie martwił się wujcio.

    1386

    Dziewczynka zbladła i zaczęła drżeć.

    1387

    — Ach, pani — rzekła — ja tak się boję… One mnie będą wyśmiewały… Nawet panna Malinowska mnie nie przyjmie…

    1388

    — Nie bój się!… Przyjdź do mnie jutro o wpół do dziewiątej, ale — wujciowi nie mów nic…

    1389

    Jakoż nazajutrz rano prowadziła na pensję Zosię, która była blada ze strachu i miała czerwony nosek z zimna. Madzia jednakże tak wesoło rozmawiała z Zosią i tyle zadawała jej pytań w ciągu drogi, że dziewczynka ani spostrzegła się, kiedy stanęły w korytarzu pensji.

    1390

    Jedna z pokojówek zdjęła z Zosi krótką salopkę, a Madzia wprowadziła za rękę drżące dziecko do sali czwartej klasy.

    1391

    — Patrzcie — zawołała do uczennic — przyszła Zosia, którąście tak zapraszały… Kochajcież ją i bądźcie dla niej dobre.

    1392

    Dziewczynki otoczyły dawną koleżankę i tak życzliwie zaczęły z nią rozmawiać, że Zosię opuścił strach. Dopiero gdy Madzia wyszła z sali, dziewczynka znowu pobladła i zwróciła za nią rozszerzone źrenice.

    1393

    Madzia z korytarza weszła do klasy i ucałowawszy wylęknioną Zosię, jeszcze raz rzekła do jej towarzyszek:

    1394

    — Kochajcie ją, bardzo kochajcie… Ona boi się, żebyście jej nie zrobiły jakiej przykrości…

    1395

    Zosia została w sali. W czasie pauzy o dwunastej przyznała się przed Madzią, że jest jej wesoło w klasie, a wracając o trzeciej do domu powiedziała, że nie rozumie, jak mogła tyle miesięcy wytrzymać bez towarzystwa koleżanek.

    1396

    Zaniepokojony Dębicki czekał na podwórzu, a zobaczywszy mizerną, lecz uśmiechniętą siostrzeniczkę, pobiegł kilka kroków naprzeciw i zawołał:

    1397

    — Cóż to… wróciłaś na pensję?…

    1398

    — I już będzie chodziła aż do ukończenia! — szybko odpowiedziała Madzia.

    1399

    Dębicki podziękował jej spojrzeniem. Wprowadził zziębniętą Zosię do pokoju i zdejmując z niej wiotką salopkę pytał:

    1400

    — Cóż, bałaś się?… bardzo ci było przykro?…

    1401

    — Okropnie!… Ale kiedy panna Magdalena pocałowała mnie, zrobiło mi się tak na sercu!… Wie wujcio, tak mi się zrobiło, że weszłabym do najciemniejszego pokoju…

    1402

    Tego wieczora Dębicki opowiedział Solskiemu przygodę Zosi: jej przestrach, długą przerwę w naukach i dzisiejszy powrót na pensję dzięki Madzi, która w tajemnicy przed nim wszystko przygotowała.

    1403

    Solski słuchał wzruszony, biegając po gabinecie. Wreszcie kazał prosić do siebie siostrę.

    1404

    — Słyszałaś, Ada, o Zosi?… — zapytał.

    1405

    — Naturalnie. Madzia cały plan ułożyła w moim pokoju.

    1406

    — My byśmy tego nie umieli zrobić, Ada?…

    1407

    — Nam by to nawet na myśl nie przyszło — cicho odpowiedziała siostra.

    1408

    — Anioł w ciele kobiety albo… genialna intrygantka!… — mruknął Solski.

    1409

    — Ach, proszę cię — wybuchnęła Ada — możesz stosować swój pesymizm do całego świata, tylko nie do Madzi.

    1410

    Solski wpadł w rozdrażnienie i prostując swoją małą figurkę zawołał:

    1411

    — Dlaczegóż to, jeżeli łaska?… Czyliż panna Magdalena nie jest kobietą, a w dodatku ładną?… Poeci trafnie nazwali kobietę bluszczem, który aby się rozwinął i zakwitł, musi opasać drzewo i ssać… ssać… ssać!… A im lepiej ssie, im jego podpora jest bliższą śmierci, tym bluszcz bujniej rośnie i piękniej kwitnie…

    1412

    — Nie wiedziałam, że jesteś zdolny mówić tak o przyjaciółce siostry…

    1413

    — A panna Helena nie była twoją przyjaciółką? — odparł zasadzając ręce w kieszenie. — Uważałaś ją za istotę nadziemską!… No a dziś do tej niebianki modli się z tuzin pobożnych… na trzy miesiące przed zdjęciem żałoby po matce!… Przyznaj, Ada, że boginie, zanim staną się nieśmiertelnymi posągami, już mają kamienne serca — zakończył całując siostrę.

    1414

    Pogodzili się prędko; Ada wyszła, a Solski z wyrazem znużenia zabrał się do odczytywania papierów dotyczących jego fabryki.

    1415

    W początkach lutego, gdy Madzia wcześniej powróciła do pałacu Solskich z pensji, zobaczyła na schodach służbę w ruchu. Pokojówki biegały do góry i na dół z flaszkami i ręcznikami, a młodsi lokaje ustawiwszy się na różnych kondygnacjach pobierali od nich rogatkowe w sposób mniej lub więcej widoczny, któremu towarzyszyły lekkie okrzyki.

    1416

    Wobec Madzi — pokojówki przybrały powagę infirmerek, a lokaje zaczęli udawać, że to właściwie oni niosą na górę flaszki i ręczniki.

    1417

    — Co się stało? — zapytała przestraszona Madzia.

    1418

    — Pani hrabina zachorowała na migrenę — odparł jeden ze służby nisko kłaniając się i usiłując pohamować westchnienie, które rozsadzało mu piersi.

    1419

    Panią hrabiną nazywano tu ciocię Gabrielę, która mieszkała przy Solskich na drugim piętrze. Dama ta, niezła w gruncie rzeczy, miała sto tysięcy rubli w banku. Narzekając na nudy i samotność, całe dnie spędzała na wizytach, a wieczory w teatrze; do swoich zaś siostrzeńców przychodziła tylko na obiady, aby dowieść im, że jest przez cały świat opuszczona.

    1420

    Madzia dowiedziawszy się, że Ady i Solskiego nie ma w domu, pobiegła na drugie piętro i weszła do sypialni chorej. Zastała ją na fotelu jęczącą, z przymkniętymi oczyma, obłożoną plastrami i materacykami, które ustawicznie zmieniała panna Edyta, stara dama do towarzystwa, mająca w tej chwili również zawiązaną głowę.

    1421

    Przy wejściu Madzi chora dama rzekła jękliwym głosem:

    1422

    — Nareszcie… ukazał się ktoś z dołu!… A ja od godziny umieram… Czarne płatki biegają mi przed oczyma, zęby mam wysadzone, a skronie bolą, jakby kto wiercił rozpalonymi świdrami.

    1423

    — Ja to samo!… — wtrąciła dama dó towarzystwa.

    1424

    — Boże, skróć me cierpienia… — jęczała ciotka Gabriela.

    1425

    — Boże, zachowaj panią!… — szepnęła dama do towarzystwa kładąc jeszcze jeden materacyk na głowę dostojnej chorej.

    1426

    — Proszę pani — odezwała się Madzia naturalnym głosem — może ja w czym pomogę?…

    1427

    Chora otworzyła oczy.

    1428

    — Ach, to pani?… Bardzo jesteś dobra odwiedzając samotną kobietę, ale… cóż ty mi możesz pomóc?

    1429

    — Ojciec — mówiła Madzia — nauczył mnie jednego sposobu leczenia migreny, który niekiedy udaje się…

    1430

    Zdjęła ze siebie okrycie i kapelusz i stanąwszy za fotelem chorej zaczęła odrzucać wszystkie ręczniki i materace opasujące jej głowę.

    1431

    — Co pani robi? — krzyknęła dama do towarzystwa załamując ręce. — Ależ to zabójstwo…

    1432

    — Pozwól, Edyto… — odezwała się słabym głosem ciocia Gabriela poczuwszy miły chłodek. — Przecież pani jest córką doktora…

    1433

    W tej chwili Madzia zaczęła delikatnie ściskać i rozcierać rękoma czoło, skronie i kark chorej. Ciocia Gabriela zwróciła uwagę na te ruchy i nagle przemknęło w jej myśli pytanie:

    1434

    „Skąd ona ma takie ręce?… Aksamit!… Dziwne ręce…”. Madzia wciąż tuliła i rozcierała jej głowę; chora dama z natężoną uwagą odczuwała dotknięcie jej rąk.

    1435

    „Arystokratyczne ręce!…” — myślała dama przypatrując się jednym okiem długim palcom Madzi i różowym paznokciom.

    1436

    — Czy uwierzysz, Edyto, że mi lepiej?… — odezwała się głośno.

    1437

    — Nie do pojęcia!… — odparła dama do towarzystwa.

    1438

    — Czuję, jakby mi wchodził w głowę ciepły powiew… oczywiście strumień magnetyczny… A ból ustępuje…

    1439

    W minutę później ciocia Gabriela była już zdrowa.

    1440

    — Ojciec pani — rzekła na podziękowanie — musi być homeopatą albo uczniem hrabiego Mattei.

    1441

    — Nie wiem o tym, proszę pani.

    1442

    — Czy da pani wiarę — zawołała dama do towarzystwa — że mnie jest trochę lepiej na głowę, choć tylko patrzyłam na ruchy pani?… Istotnie czuję jakiś ciepły prąd powietrza w lewej skroni, a drugą stroną ból ucieka… Cudowne lekarstwo!… Pani musiała dowiedzieć się jakiegoś sekretu od pani Arnold…

    1443

    — Kto to jest pani Arnold? — spytała ciocia Gabriela.

    1444

    — Amerykanka, druga żona ojczyma panny Norskiej…

    1445

    — Ach, tej…

    1446

    — Ale ona jest sławną magnetyzerką i rozmawia z duchami — objaśniła dama do towarzystwa.

    1447

    Zanim Madzia zeszła z drugiego piętra do siebie, już w całym pałacu opowiadano o jej cudownych kuracjach wykonanych na pani hrabinie i damie do towarzystwa. Ledwie zaś Solscy powrócili z wizyty, natychmiast kamerdyner zakomunikował im wiadomość o nadzwyczajnych wypadkach, a ciocia Gabriela, wezwawszy ich do siebie, w dwu językach odmalowała barwny obraz swoich cierpień i sposób usunięcia ich przez Madzię. Kładła przy tym nacisk na delikatność jej dotknięcia dziwiąc się, skąd córka doktora może mieć tak piękne ręce.

    1448

    — Podoba mi się system panny Magdaleny — odezwał się Solski, któremu żółta twarz pociemniała. — Migrenę leczy ściskaniem, a brak odwagi pocałunkami…

    1449

    — Nie pleć!… — zawołała siostra.

    1450

    — No, przecież Zosię ośmieliła całując ją… Bardzo wierzę, że to pomaga!

    1451

    Kiedy pożegnawszy ciotkę oboje zeszli na dół, odezwała się Ada:

    1452

    — Tylko, Stefek, nie bałamuć Madzi. Ty, jak widzę, za często prawisz jej komplimenta.

    1453

    — Cóż to, nie wolno?

    1454

    — Nie wolno, bo jak się dziewczyna w tobie zakocha…

    1455

    — To się z nią ożenię — odparł Solski.

    1456

    — Aa… w takim razie…

    1457

    — Tylko zrób, ażeby się zakochała!… — dodał z westchnieniem.

    1458

    — Na to nie licz!… — stanowczo odpowiedziała siostra.

    1459

    — Nie pomożesz mi?… — spytał Solski zdziwiony.

    1460

    — Nie — odpowiedziała. — To już za poważna sprawa.

    1461

    — Jak chcesz.

    1462

    Ucałowali się, ale oboje byli podrażnieni. Ada mówiła sobie:

    1463

    „Widzę, że Stefek znowu zakochany… Piękna rzecz!… Albo ożeni się z Madzią, a wtedy zobojętnieją dla mnie oboje, albo — rzuci biedną dziewczynę, a wówczas ona będzie miała prawo znienawidzieć mnie…

    1464

    Gdybyż to były na świecie dwie Madzie, jedna do drugiej podobna jak dwie krople wody!… Nie, nawet jedna niechby sobie była daleko lepsza i piękniejsza od drugiej… W takim razie tamtą lepszą oddałabym Stefkowi, a sobie zostawiłabym tę zwyczajną. I wszyscy bylibyśmy szczęśliwi, a tak… nie wiadomo, co będzie…”.

    1465

    Solski z rękoma w kieszeniach szybko chodził po swoim gabinecie, manewrując spojrzeniami w ten sposób, aby jak najrzadziej spotykać się z rozwieszonymi na ścianach planami cukrowni.

    1466

    „Weszła do nas — myślał — jak iskierka i zapaliła płomień, który sięgnął aż na drugie piętro… Cha!… Cha!… — śmiał się — jeżeli pannie Brzeskiej za każdym razem uda się wypędzić migrenę z głowy mojej biednej ciotki, Gabriela zacznie podejrzewać swoją lekarkę bodaj czy nie o królewskie pochodzenie… Tylko francuscy królowie dotknięciem usuwali skrofuły… Zatem panna Brzeska… cha!… cha!… cha!… Już widzę ciotkę w naszym obozie!…

    1467

    Ale Ada!… Zawsze awantury z tymi babami… Ileż to razy mówiła mi: chciałabym, ażebyś znalazł żonę podobną do Madzi… A jak ją chwali, jak ją kocha!… I właśnie teraz, kiedy znajduję żonę najpodobniejszą do Madzi, ona mówi, że nie chce się mieszać do tego…

    1468

    Przecież z panną Heleną Norską moje rachunki są — jak nie można — czyste… Nie ja zerwałem, tylko ona radząc mi w dodatku, ażebym zdobywał ją na nowo wedle najświeższych zasad jeszcze nie wypróbowanych przez nikogo, ale które ona dopiero oceni!… Chwała Bogu!… Niechże ocenia nowe zasady na innych zwierzętach, a mnie — zostawi w spokoju…

    1469

    Będę miał żonę piękną, która mówi po francusku i gra na fortepianie, i która — mnie wszystko będzie zawdzięczać… Majątek, nazwisko, hołdy światowe… Wszystko — prócz anielskiego serca… które zresztą trzeba bliżej poznać… Może i ona wynalazła nowe zasady kochania?… Diabli wiedzą. Na kobiety padła jakaś umysłowa epidemia, zabawna w początkach, ale na dłuższą metę nudna…”.

    1470

    W tym samym czasie Madzia w swoim pokoiku czytała wypracowania uczennic. Ale zajęcie szło jej oporem. Co chwilę odkładała kajet i oparłszy głowę na ręku przymykała oczy, jakby odrywając się od zewnętrznego świata chciała głębiej spojrzeć we własną duszę, którą ugniatał nieujęty, ale dokuczliwy ciężar.

    1471

    W domu pani Latter czytanie wypracowań robiło jej przyjemność; nieraz zanosiła się od śmiechu z powodu zabawnych wyrażeń młodych autorek.

    1472

    Dziś nuży ją niewyraźne pismo, dręczą błędy, a treść nie zajmuje. I wydaje się jej, że lada chwila wejdzie ktoś i zapyta:

    1473

    „Skąd się pani tu wzięła?… Co pani tu robi?…”.

    1474

    Może nawet wejść jej własny ojciec, a byle spojrzał na nią, ona już zrozumie: co to znaczy?…

    1475

    „Jakże — więc rodzicom chciałaś płacić za pokoik i proste obiady, a u wielkich panów darmo zajmujesz salony i jadasz potrawy, jakich my przez cały rok nie widujemy?…”.

    1476

    Madzia schwyciła się za głowę.

    1477

    „Ja muszę coś robić dla nich, bo inaczej łaskawy chleb otruje mnie!… — szepnęła z desperacją. — Niepodobna, ażeby Bóg rzucił mnie tu bez celu… Przecież ci ludzie w swych wielkich salonach nie są szczęśliwi… Ada tak pragnęła, ażeby pan Stefan ożenił się z Heleną, toż samo nieboszczka pani Latter… Czy ja tu nie jestem jej zastępczynią?…”.

    1478

    Ona wskazałaby Adzie środek na rozpędzenie nudów, ona umiałaby poprawić stosunki między panem Solskim a Helenką… I wszyscy byliby szczęśliwi, a ja wywdzięczyłabym się za ich dobroć…

    12. W jaki sposób ożywia się pustka

    1479

    Przy mieszkaniu Ady Solskiej był rodzaj oranżerii, cały dzień oświetlonej przez słońce. Za życia matki Ady przynoszono tu osobliwe rośliny w czasie ich kwitnięcia. Później przez szereg lat altana stała pustką. Dziś przerobiono ją na botaniczne laboratorium Ady.

    1480

    Madzia bywała tutaj rzadko. Nie lubiła laboratorium. O ile bowiem szklana altana urządzona była elegancko, o tyle napełniały ją przedmioty brzydkie i dziwaczne.

    1481

    Ada prowadziła hodowlę mchów i porostów, więc wszystkie stoły i półki były nimi zarzucone. Znajdowały się tam płaskie skrzynie, napełnione piaskiem, torfem, błotem, gdzie rosły jedne gatunki. Były wielkie kawały strzechy, kamieni, cegły i kory drzewnej, na których niańczono inne gatunki. Były zielone, żółte, czerwone i szafirowe klosze dla pielęgnowania mchów i porostów pod wpływem światła różnej barwy. Były olejne lampy uzbrojone wklęsłymi zwierciadłami, za pomocą których oświetlało się rośliny przez całą noc. Były wreszcie duże skrzynie ze szklanymi ścianami, w których można było stosownie do woli badacza wytwarzać podzwrotnikową lub podbiegunową temperaturę, zwiększać ilość kwasu węglanego w powietrzu, dodawać tlenu albo azotu, słowem — grać na siłach i materiałach przyrody jak na klawiszach fortepianu.

    1482

    Madzia z litością i zgrozą przypatrywała się ledwie widzialnym roślinkom, które zastąpiły tu miejsce pomarańcz, kaktusów, storczyków… Jeszcze mchy były przynajmniej podobne do krzaczków, w najgorszym razie do młodych piórek ptasiego pisklęcia albo do aksamitu. Ale porosty były dziwolągami. Jeden wyglądał jak żółty albo zielonawy proszek skąpo rozsypany po cegle. Inny był siwą plamą na korze, inny jakąś łuską czy wysypką chorego drzewa.

    1483

    Madzi niekiedy zdawało się, że drobne te istotki były nieudanymi próbami natury usiłującej stworzyć normalną roślinę. Tu i zrobiła jakiś koszlawy listek, tam cudacki płatek korony, owdzie guzik owocowy. Było to niezgrabne, więc odrzucało się na bok, lecz o zgrozo!… żyło jakimś wyschniętym, trupim życiem…

    1484

    Że natura myliła się, trudno… Ale że kazała żyć ofiarom swych pomyłek, wyglądało to na okrucieństwo.

    1485

    W takim otoczeniu Ada spędzała po kilka godzin dziennie; mniej więcej ten odłam czasu, w ciągu którego młode kobiety z jej sfery poświęcają się wizytom i oglądaniu magazynów. Zazwyczaj niektóre ze swych porostów rozpatrywała Ada przez lupę; niekiedy coś zapisywała do specjalnych rejestrów, niekiedy rysowała. Trafiały się jednak i takie dnie, że odrzuciwszy głowę na tył fotelu siedziała bez ruchu z oczyma utkwionymi w przezroczysty sufit, z wyrazem głębokiego smutku na twarzy.

    1486

    Ożywiała się dopiero wówczas, gdy przyszła do niej Madzia i wzruszając ramionami zapytywała po raz dziesiąty:

    1487

    — Ja jednak nie rozumiem ani tego, co robisz, ani — po co to robisz?

    1488

    — Więc posłuchaj jeszcze raz — odparła Ada ze śmiechem — a zagustujesz w tej robocie.

    1489

    Biorę na przykład sześć, siedem kawałków kory z żółtymi plamkami: są to porosty tego samego gatunku. Wymierzam powierzchnię każdej takiej plamki i zapisuję: A — ma sto milimetrów kwadratowych, B — sto dwadzieścia, C — osiemdziesiąt i tak dalej. Potem jeden kawałek kładę — na przykład — pod klosz czerwony, drugi pod żółty, trzeci pod fioletowy, czwarty pod przezroczysty i — zostawiam to w spokoju.

    1490

    Po upływie tygodnia wydobywam moje kawałki spod kloszów, znowu mierzę powierzchnię żółtych plamek i znowu zapisuję. Porównanie zaś nowych cyfr z dawniejszymi pokazuje mi, jaki kolor światła sprzyja, a jaki nie sprzyja rozwojowi danego porostu.

    1491

    W podobny sposób badam wpływ ciepła, wilgotności, kwasu węglanego na porosty, i już mam dość bogaty rejestr spostrzeżeń.

    1492

    — Brr!… cóż to za nudy… — otrząsnęła się Madzia. — Zdaje mi się, że między tymi suchymi roślinami człowiekowi może serce uschnąć.

    1493

    — Ach, jakże się mylisz! — zawołała Ada z błyszczącymi oczyma. — Gdybyś wiedziała, ile uczuć rozbudza w sercu podobne zajęcie!… Ile razy niepokoiłam się: czy ta a ta plamka została dobrze zmierzoną? Ile razy wstawałam w nocy myśląc, że w lampie ogrzewającej zabrakło oliwy albo że jakiś kawałek leży w niewłaściwym kloszu. I wiesz, że niekiedy tak bywało…

    1494

    To dopiero jedna strona kwestii. Bo otóż pewnego dnia na badanym poroście ukazuje się nowa kropka, listeczek albo guziczek. Widziałam to już sto razy, lecz za każdym pojawieniem się nowej istoty doznaję dziwnego uczucia: ogarnia mnie obawa, radość i czy nie uwierzyłabyś, niby wstyd… Ze Stefanem na przykład nie rozmawiałabym o tym… Powiadam ci, każdy taki nowy utwór wydaje mi się czymś bliskim: cieszę się, gdy rośnie, lękam się, gdy spostrzegę objawy nienormalne, a gdybyś wiedziała, jak mi żal, gdy biedaczek umiera… Zdaje mi się, że jest to małe dziecko, które ja stworzyłam i nie umiem go utrzymać przy życiu.

    1495

    — Dziwne! — szepnęła Madzia. — I zawsze jesteś tak zajęta?

    1496

    Panna Solska zarzuciła ręce na głowę i przymknęła oczy.

    1497

    — Nie — odparła po chwili. — Czasami jest tu okropnie cicho, pusto. Wtedy myślę, że cały świat jest tak pusty i nagi jak moje laboratorium, a życie martwe — jak na kamieniach i korach. W tej zaś powszechnej martwocie i pustce nasz dom wydaje mi się najbardziej głuchym i martwym…

    1498

    Ach, Madziu, w podobnych chwilach oddałabym laboratorium, mieszkanie, nawet majątek, wiesz za co?… Za jednego małego siostrzeńczyka, który by na Stefana wołał: tato… a na mnie ciociu… Jakby tu było głośno, jaki ruch w tym naszym klasztorze!…

    1499

    Zasłoniła oczy ręką, ale między palcami przekradło się parę łez. Po raz nie wiadomo który Madzia powtórzyła sobie, że jednak jej bogata przyjaciółka — nie jest szczęśliwą.

    1500

    Od tej rozmowy laboratorium Ady zaczęło się zmieniać. W kątach pojawiały się co dzień nowe tuje, oleandry i palmy; pod ścianą — hiacynty, róże, doniczki z fiołkami i konwalią. Czy zmiany były nieznaczne, czy panna Solska roztargniona, dość, że nie spostrzegła ich.

    1501

    Pewnego dnia wchodząc do pracowni Ada usłyszała szelest. Stanęła na środku — szelest nie powtórzył się. Zbliżywszy się do stołu zaczęła oglądać przez lupę jeden z porostów i rysować. Znowu rozległ się szelest bardzo wyraźny.

    1502

    „Mysz w pułapce?…” — pomyślała patrząc.

    1503

    Zdawało jej się, że w jednym kącie jest bardzo dużo nagromadzonych roślin; spostrzegła też rozstawione tu i owdzie doniczki z kwiatami. Ale że szelest powtarzał się, więc pobiegła między tuje i oleandry.

    1504

    — Co?… co?… — zawołała zdzierając czarny pokrowiec. — Klatka?… Kanarki?…

    1505

    Istotnie były to kanarki: jeden żółty jak ciasto z szafranem, drugi nieco bledszy, ale za to z czubkiem na głowie. Ada przypatrywała im się zdziwiona, one jej — przestraszone.

    1506

    Na drucianej klatce była karteczka z napisem: „Dzień dobry pani!…”.

    1507

    „Prezent Madzi” — pomyślała Ada nie wiedząc, czy śmiać się, czy gniewać. Usiadła znowu przy stole, ale już bez ochoty do rysowania. Intrygowały ją różowe dziobki i ciemnoszarawe oczy, a nade wszystko błyskawiczne ruchy ptaków, które przypatrywały się, uciekały do kątów klatki, skakały po drążku, huśtały się na kółku robiąc przy tym miny bardzo poważne i kręcąc się na wszystkie strony, tak że co chwilę jakaś główka ukazywała się na miejscu ogona, a biaława pierś zamiast żółtego grzbietu.

    1508

    Lutowe słońce, które od rana kryło się lub ukazywało spoza chmur, oświetliło w tej chwili pracownię. Liście palm i oleandrów nabrały połysku, nieśmiałe kwiaty hiacyntów, róż i fiołków wysunęły się na pierwszy plan, kanarki zaczęły świergotać. Odezwał się czubaty, odpowiedział mu żółty, następnie czubaty usunął się w kąt klatki, a żółty parę razy wypróbowawszy głosu wyśpiewał taką melodię, że pracownia napełniła się jej dźwiękami, a klosze z cicha zaczęły jej wtórować.

    1509

    Zdumienie ogarnęło pannę Solską. Zwiesiła ręce i przypatrywała się niepojętym zmianom.

    1510

    Martwa altana miała w tej chwili barwy, życie, nawet zapachy. Naukowa pracownia stała się królestwem ptaków, gdzie tuje i oleandry były mieszkaniem, róże i fiołki dekoracją, a dotychczasowi władcy tej krainy — mchy i porosty, ledwie mogły przydać się na gniazdo dla śpiewaczej pary.

    1511

    Kiedy Madzia powróciła z pensji, Ada dziękując jej za niespodziankę rzekła:

    1512

    — Albo ja jestem niższa, albo ty jesteś wyższa od ludzi. Jakie na ciebie spadają natchnienia!

    1513

    — Żadne natchnienia — odpowiedziała Madzia. — Ty jesteś zajęta nauką, więc drobiazgi nie przychodzą ci do głowy. A jednak i one mają wartość…

    1514

    Ada podniosła palec do góry. Siedziały w trzecim pokoju od laboratorium i mimo to dochodziły ich perliste trele kanarka.

    1515

    — Jedno małe stworzonko pół domu ożywia — rzekła Ada. — Gdyby Stefanowi… — dodała zamyślona.

    1516

    — Daj mu Helę… — uśmiechnęła się Madzia.

    1517

    — Żonę on sam sobie znajdzie — odparła panna Solska. — Ja mu dam co innego.

    1518

    W parę dni, kiedy Madzia z powodu święta nie poszła na pensję, wbiegła do niej Ada ubrana w płaszczyk z kapturkiem.

    1519

    — Weź co ciepłego na siebie — rzekła panna Solska — i zejdźmy na dół. Zobaczysz coś…

    1520

    Przez kryte schody, sienie i korytarze obie panny poprowadziły się na drugi koniec pałacu do pralni, która w tej chwili niezwykły przedstawiała widok. Znajdowało się tam z dziesięciu mężczyzn i kilka kobiet, każda zaś z tych osób trzymała na sznurku psa.

    1521

    Był tam wystrzyżony pudel, z wąsików i bródki wyglądający na starego kawalera; był taks na krzywych nogach podobny do czarno-żółtej gąsienicy; były popielate mopsiki z aroganckimi pyszczkami, ponury buldog, angielski wyżeł odznaczający się łagodną fizjognomią i pieszczotliwymi ruchami. Po wejściu panien psiarze i psiarki, prowadzący dotychczas gwarną rozmowę, nagle umilkli; lecz psy pomimo targania ich za sznurki niewiele robiły sobie z nowo przybyłych. Jeden z mopsików umizgał się do czarnej szczurołapki, pudel zaglądał do pustej balii, angielski wyżeł usiłował zjednać dla siebie taksa, który ciągle stawał do niego bokiem.

    1522

    — Pst!… Parol tu!… Muszka do nogi!… — wołali psiarze.

    1523

    W tej chwili wysunął się z buldogiem mizerny chłopak w niebieskiej chustce, okręconej na szyi bez kołnierzyka, i zwracając się do Madzi mówił przeraźliwym dyszkantem:

    1524

    — Oto jest prawdziwy buldog angielski, żebym tak nogę złamał, proszę jaśnie panienki, urodzony z dzikiej krokodylicy…

    1525

    — Cicho!… — groźnie odezwał się kamerdyner z uszanowaniem stojący za Adą.

    1526

    — Rzeźnickie bydlę, proszę jaśnie pani — wtrąciła tęga jejmość patrząc na Adę. — Co innego moja Musia… o!… Musia, służyć… no, służyć, Musia…

    1527

    — Do sztuby ją, pani, oddaj, a nie do takiego pałacu — przerwał właściciel pudla. — Suka ani myśli służyć…

    1528

    — Bo ona się zawstydziła…

    1529

    — Karo, hop!… — zawołał pudlarz.

    1530

    Pies w jednej chwili porzucił balię i zaczął chodzić na przednich łapach jak pajac…

    1531

    — Hii!… czy ja tego komedianta nie widziałem w jesieni w cyrku?… — rzekł chłopak w niebieskiej chustce. — Moja pani — zwrócił się do jejmości z ratlerką — o kamienicę, co naprzeciw, założę się, że to emigrant z cyrku.

    1532

    — Sam widać kradniesz psy, kiedy posądzasz drugich — ofuknął go właściciel pudla. — Karo wychował się u mnie od szczenięcia… Ja go uczyłem…

    1533

    — A sama pani go wykarmiła — dodał chłopiec z buldogiem.

    1534

    — Cicho tam!… — znowu odezwał się kamerdyner lękając się awantury.

    1535

    Ale Ada nie uważała na kłótnię, pieściła bowiem psa, który kolorem i wspaniałą postacią lwa przypominał.

    1536

    — Patrz, Madziu — rzekła po francusku — takiego samego miał Stefan za studenckich czasów. Co to za mądre i łagodne spojrzenie!… Siła i spokój…

    1537

    — Ile ma lat ten pies? — zapytała po polsku jego właściciela.

    1538

    — Dwa lata.

    1539

    — A jak się nazywa?

    1540

    — Cezar.

    1541

    — Proszę za mną — rzekła kiwnąwszy głową pozostałym psiarzom.

    1542

    — A z nami co będzie, jaśnie pani? — zawołał chłopiec z buldogiem. — Taki uczony pudel zarobiłby przez ten czas na podwórkach ze dwa złote… Pani z ratlerką, żeby tu przyjść, zamknęła na pół dnia magazyn z paryskimi modami, a ja spóźniłem się na giełdę…

    1543

    Ada szepnąwszy coś kamerdynerowi szybko wraz z Madzią opuściła pralnię, a za nimi Cezar i jego właściciel.

    1544

    — Ten kawaler ma rację!… — zawołała dama z ratlerką.

    1545

    — Toteż dostaniecie państwo po rubelku za fatygę — rzekł kamerdyner.

    1546

    — Słyszane rzeczy!… — wrzasnął chłopak. — Ratlerka rubla i mój buldog rubla!… przecie taka wesz mogłaby za pchłę być u mojego i jeszcze by mu między zębami uciekła…

    1547

    W rezultacie wszyscy wzięli po rublu oprócz właściciela wyżła, który włożył czapkę na głowę i wyszedł mrucząc, że nie jest żebrakiem.

    1548

    — Widzieliście, państwo, coś podobnego?… — odezwała się z pogardą tęga jejmość. — Jaki elegant!…

    1549

    — Zatkaj sobie, pani, grzdykę — wtrącił chłopak — bo to prowizor od samego pana Dytwalda… Wiem, przecie byliśmy razem na Sylwestrze w Resursie Obywatelskiej. Ja wyciągałem damy z furgonów, a on patrzył, czy każdy idący na to wesele ma tabliczkę z magistratu.

    1550

    — Ech!… urodziłeś się na adwokata — rzekł właściciel pudla spluwając.

    1551

    — Namawiają mnie tam i dziś, ale ja wolę panu dotrzymywać sąsiedztwa.

    1552

    Ponieważ Solski miał niedługo wrócić z miasta, więc Ada szybko skończyła z właścicielem Cezara. Pies był łagodny i posłuszny, nigdy nikogo nie ugryzł, u obecnego właściciela bawił dopiero dwa miesiące, a oceniony został, jak obwarzanek za grosz, na sto pięćdziesiąt rubli.

    1553

    Kamerdyner chciał się targować, lecz Ada zapłaciła natychmiast, biorąc w zamian od sprzedawcy pokwitowanie tudzież papiery osobiste Cezara, gdzie znajdował się jego rysopis, genealogia i świadectwa dawniejszych właścicieli.

    1554

    Właśnie Ada karmiła psa cukrem, kiedy jego pan opuścił pokój nie okazując wielkiej czułości. Cezar spojrzał za nim, rzucił cukier i pobiegłszy do drzwi zaczął w nie skrobać. Przy tym z początku piszczał, potem skamlał, w końcu wył żałosnym głosem.

    1555

    — Cezar… Cezar!… chodź tu, piesku — mówiła Ada. — Teraz będziesz miał lepszego pana, który cię nikomu nie sprzeda…

    1556

    Pies spojrzał na nią pełnymi smutku oczyma, jeszcze skrobał do drzwi, wąchał. Widząc jednak, że nic nie pomaga, zbliżył się do Ady i oparł piękny łeb na jej kolanach. Lecz co parę chwil cicho skamlał lub wzdychał.

    1557

    — Wiesz — mówiła Ada do Madzi pieszcząc Cezara — zrobię tak: ubiorę go w czepek, owinę w kołdrę i położę na szezlongu u Stefka… Dopiero się zdziwi!…

    1558

    Nagle Cezar podniósł uszy i rzucił się kręcąc ogonem do drugich drzwi, w których niebawem ukazał się Solski. Pies pochylił ogon i przypatrywał mu się z uwagą.

    1559

    — Co?… Co?… — zawołał Solski. — Panna Ada zaczyna handlować psami… Ależ to cień mojego Hektora!… Pójdź no tu, mały…

    1560

    Poklepał psa, wziął go za mordę, wygłaskał wzdłuż ciała. Pies życzliwie przyjmował pieszczoty.

    1561

    — Masz, Stefek, to twój Cezar — rzekła Ada. — Ale podziękuj za niego Madzi, która swoimi kanarkami przypomniała mi, że u nas nie ma żywej istoty w domu. Jak to, nie cieszysz się?… Widzę, że ród męski składa się z samych niewdzięczników, bo nawet i niegodziwy Cezar już nie chce patrzeć na mnie.

    1562

    — Dziękuję ci, Adziuś — odparł całując siostrę.

    1563

    Usiadł przy niej i głaskał Cezara, który na jego kolanach położył głowę.

    1564

    — Jesteś jakiś nieswój?… Myślałam, że zrobię ci niespodziankę…

    1565

    — Gorzej, bo nie przywitałem się z panną Magdaleną — rzekł i ścisnął Madzię za rękę. — Ech! co za niespodzianka… Od wczoraj wiedziałem, żeś kazała naprowadzić psów do domu, i tylko ostrzegłem Józefa, ażeby nie pozwolił kupić jakiego kundla. Ale myślę w tej chwili o czym innym… Zaraz… zaraz… już wiem!

    1566

    Wybiegł do swego pokoju, posłał kamerdynera do miasta, sam poszedł na górę do ciotki i odbył z nią długą konferencję.

    1567

    Przy obiedzie zabrał głos.

    1568

    — Słuchajcie, panie, gdyż nie chcę was dłużej torturować. W dniu dzisiejszym… zgadnij, Ada co będzie?

    1569

    — Czwartek.

    1570

    — Co to czwartek!… — Dziś będzie teatr. Idziemy z ciocią na Zemstę za mur graniczny

    1571

    — Cudownie! — zawołała Ada klaszcząc w ręce. — W tym roku jeszcze nie byłam w teatrze…

    1572

    — To nie wszystko — przerwał Solski. — Zemstę bowiem dają w Teatrze Wielkim, gdzie mamy lożę parterową…

    1573

    — Aaa!… — zachwycała się Ada.

    1574

    — To jeszcze nie wszystko, albowiem — słuchajcie, słuchajcie!… po przedstawieniu idziemy na kolację do Stępkowskiego.

    1575

    Oparł ręce na kolanach i z triumfem spojrzał po obecynch. Ada rzuciła mu się na szyję.

    1576

    — Jesteś nadzwyczajny, Stefanie… Skądże ci to wszystko przyszło?…

    1577

    — Słuchaj! — odparł — i podziwiaj mądre urządzenie świata. Jak grudka śniegu staczając się z niebotycznej góry wyrasta w olbrzymią lawinę, tak w domu naszym drobne cnoty rodzą wielkie czyny. Panna Magdalena darowała ci parę kanarków ważących ledwie kilkanaście łutów. Była to owa grudka śniegu, która trafiwszy na ciebie już urosła w Cezara ważącego z pięćdziesiąt kilogramów. Cezar zaś trafiwszy na mnie przerodził się w teatr, który waży dziesiątki tysięcy centnarów.

    1578

    — Już teraz wiem, dlaczego u was miewam większe migreny, i aniżeli gdy mieszkałam sama — rzekła ciotka.

    1579

    — Ale ma ciocia i lekarza! — odparł Solski spoglądając na Madzię. — Pod takim warunkiem chętnie przejąłbym migreny cioci…

    1580

    — Stefek, nie pleć! — zgromiła go Ada.

    1581

    — Gdzie Cezar? — rzekł nagle Solski i gwizdnął.

    1582

    Mądre zwierzę odpowiedziało mu z trzeciego pokoju szczeknięciem, a za chwilę wbiegło susami.

    1583

    — Wielki Boże, cóż to za potwór! — jęknęła ciotka. — Proszę cię, Stefan, niech on na mnie nie patrzy…

    1584

    Powoli jednak uspokoiła się, a nawet pogłaskała Cezara, którego Solski zaczął karmić z ręki.

    1585

    — Straszne rzeczy dzieją się w naszym domu!… — mówiła ciotka. — W pokojach kanarki wrzeszczą tak, że trzeba zatykać uszy, pies szczeka, aż ściany drżą, a Stefan gwiżdże przy obiedzie. Zdaje mi się, że dostałam się na pustynię…

    1586

    — Przyznaj jednak, ciociu, że dzisiejsza nasza pustynia weselej wygląda od wczorajszego klasztoru — odpowiedział Solski. — Żyliśmy tu jak mnisi albo więźniowie; doszło do tego, że ja sam bałem się głośniej mówić. Słowem — marnowaliśmy życie. Ale już się to nie powtórzy. Jak promień słońca spłynęła do nas panna Magdalena; topi lód, który ugniatał nam piersi, i z zatęchłych kątów wypędza mary smutku…

    1587

    — Stefek!…

    1588

    — Nie przeszkadzaj, Ada, bo jestem w natchnieniu. Lekcja pani — zwrócił się do Magdaleny — trafiła na pojętnych uczniów. Precz z nudami!… Od tej pory nasze kółko stanie się ogniskiem rozrywek…

    1589

    — Co?… chcesz otworzyć dom? — spytała Ada.

    1590

    — Nie dla wszystkich. Chcę się tak urządzić, ażebyśmy nie rozdzierali płuc ziewaniem. Początkiem zaś nowej epoki będzie — dzisiejszy teatr.

    1591

    Ciotka Gabriela dała mu lekkie brawo.

    1592

    — Lubię cię takim — rzekła. — I jeżeli takim zostaniesz, gotowam pogodzić się z Cezarem, a nawet z kanarkami Ady.

    1593

    — Pogodzisz się z wieloma innymi rzeczami — odpowiedział całując ciotkę w rękę, która bystro spojrzała na niego.

    1594

    Madzia siedziała milcząca i zakłopotana. Nad wszelkie rozrywki lubiła teatr, tym razem jednak zamiast radości sprawiał on jej niepokój.

    1595

    „Po co oni mnie biorą?” — myślała czując odległość, jaka dzieli ubogą nauczycielkę od osób wyższej sfery.

    1596

    Wszystko ją raziło: prosty ubiór Ady i pani Gabrieli, które oczywiście pragnęły zastosować się do niej; doskonałe konie i piękna kareta, a nawet to, że ona z ciotką zajęły siedzenie tylne, a Stefan z Adą przednie.

    1597

    Ale dopiero w teatrze zaczęła się prawdziwa męka dla Madzi. Ledwie weszli do loży, wszyscy zaczęli przypatrywać się im. Nawet było słychać szept: „Solscy… Solscy…”, i pytanie: „A któż jest ta panienka?”

    1598

    „Kto?… — myślała Madzia. — Zwyczajna dama do towarzystwa, która znajduje się na niewłaściwym miejscu”.

    1599

    Siedziała zarumieniona, bez tchu, ze spuszczoną głową; ile razy musiała podnieść oczy, przerażał ją widok żywej ściany z kobiet i mężczyzn zapełniających loże, amfiteatr, balkony. Tu i owdzie błyszczały szkła lornet skierowanych na twarz Madzi, zaglądających jej w oczy.

    1600

    Ktoś stanął przed lożą i złożył głęboki ukłon. Po wielkiej, różowej łysinie Madzia poznała Zgierskiego i — odetchnęła. Przynajmniej jeden znajomy i życzliwy!… Znowu jacyś dwaj panowie… Kazimierz Norski i Bronisław Korkowicz od pewnego czasu złączeni węzłem nierozerwalnej przyjaźni. Może jeszcze jest kto? — myśli Madzia obrzucając wejrzeniem teatr. A naturalnie! W amfiteatrze pierwszego piętra siedzi towarzystwo, wśród którego Madzia poznaje swoją koleżankę z pensji, pannę Żanetę, i pana Fajkowskiego, prowizora z Iksinowa.

    1601

    Zawstydzona, spuszcza oczy i mimochodem trafia na olbrzymi kapelusz w krzesłach. To panna Howard — sama; nie, nie sama, piastuje bowiem w ręku artyleryjską lornetę, jak przystało na damę, która chce dorównać mężczyznom.

    1602

    Na domiar zbliża się do Ady stary, obrzydliwy baron Pantoflewicz i patrząc jednym okiem na bukiecik u jej stanika, drugim na Madzię, zapytuje:

    1603

    — Cóż to za cudny kwiatek?…

    1604

    — Zwykła konwalia.

    1605

    — A prawda! I nasze kwiatki bywają piękne, tylko je trzeba zmieniać…

    1606

    — Bo na tym świecie, mój baronie — pochwycił Solski — wszystko zmienia się oprócz peruki.

    1607

    Baron prędko odszedł, ale Ada pobladła, a Madzi pociemniało w oczach. To ona należy do tych kwiatków, które trzeba zmieniać!

    1608

    Teatr mimo doskonałej gry artystów nie udał się dla kółka Solskich. Panie były zmieszane i chmurne. Stefan zły. Przy końcu sztuki Ada powiedziała, że ją boli głowa i że zamiast do Stępkowskiego, chce wracać do domu na kolację.

    1609

    Kiedy znaleźli się w mieszkaniu, Ada rzekła do Madzi:

    1610

    — Widzę, że teatr już nie dla mnie. Drażni mnie gorąco, mnóstwo osób… Byłam dziś tak rozstrojona, że wam zepsułam zabawę… Stefan odczuł to i gniewa się na mnie. Nigdy nie pójdę do teatru! — dodała z żalem w głosie.

    1611

    Wobec jej zmartwienia Madzia zapomniała o własnych przykrościach. Objęła Adę za szyję i powiedziała śmiejąc się:

    1612

    — Otóż pójdziesz i będziesz chodzić do teatru, ale powiem ci, jak zrobimy. Weźmiemy lożę drugiego piętra…

    1613

    — Nie wypada…

    1614

    — Zobaczysz, że wypada, tylko nikomu nic nie mówiąc wymkniemy się we trójkę z panią Arnoldową na przykład — na operę włoską.

    1615

    — Wiesz, że podoba mi się ta myśl — zawołała Ada. — Pójdziemy incognito…

    1616

    — Rozumie się, że nie tak jak dziś karetami, z kamerdynerami.

    1617

    — Jesteśmy przecie kobiety samodzielne…

    1618

    — No, i pani Arnoldową stanowi poważną opiekę. Jaka szkoda, że Hela jeszcze nie bywa w teatrze! — dorzuciła Madzia.

    1619

    — Wolałaby to aniżeli flirt ze swoimi wielbicielami — odparła posępnie Ada.

    1620

    W tydzień później Ada i Madzia istotnie były na operze włoskiej z panią Arnoldową i bawiły się doskonale. Dowiedziawszy się o tym Solski machnął ręką i rzekł do siostry:

    1621

    — Chciałem zrobić ci przyjemność, ale mi się nie udało… Widzę z tego, że nasz dom może być szczęśliwym tylko przez pannę Magdalenę. Ona jedna ma ten przywilej!…

    13. Echa przeszłości

    1622

    Od pewnego czasu Madzi zaczyna się zdawać, iż w jej stosunkach z ludźmi zaszła jakaś zmiana.

    1623

    Jej uczennice podczas lekcji są spokojniejsze aniżeli dawniej, co Madzię cieszy; ale zarazem są jakby mniej śmiałe, co ją trochę dziwi. Widocznie ona sama musiała się zrobić poważniejszą, co zawsze zalecała jej nieboszczka pani Latter, niezapomniana…

    1624

    Podobny odcień nieśmiałości, a raczej delikatności, dostrzegła Madzia w obejściu swoich koleżanek. Przypisywała to jednak szacunkowi, jaki okazywali jej profesorowie wstając w jej obecności, rozmawiając z nią grzecznie lub unikając niewinnych żartów, na które dawniej niekiedy pozwalali sobie. Profesorowie zaś traktowali ją uprzejmie zapewne pod wpływem panny Malinowskiej, która także od pewnego czasu zaczęła wyróżniać Madzię z grona innych nauczycielek.

    1625

    Za co? Madzia tylko domyślała się. Przecież ona ma założyć szkołę; więc najpóźniej za rok będzie także przełożoną jak panna Malinowska, która już dziś traktuje ją na równi ze sobą. Całkiem niepotrzebnie, gdyż Madzia rozumie, że nigdy i pod żadnym względem pannie Malinowskiej nie dorówna.

    1626

    Prawda, że raz, kiedy Madzia zaczęła mówić o pensyjce, panna Malinowska przerwała ze śmiechem:

    1627

    — Jak to, jeszcze myślisz o szkole?…

    1628

    Madzia przecież rozumie dobrze, że przełożona powiedziała to żartem, ażeby ją zakłopotać.

    1629

    W innych znajomych kółkach Madzia także dostrzegła zmianę. Raz młody pan Korkowicz jadąc powozikiem wyskoczył z niego, ażeby przywitać się z Madzią, przy czym zachowywał się z elegancją, jakiej w nim nie dostrzegała dotychczas.

    1630

    Pan Arnold (co ją bardzo zdziwiło) parę razy rozmawiał z nią o cukrowni zachwalając angielskie kotły i maszyny, które choć drożej kosztują, są jednak trwalsze i lepiej opłacają się w praktyce.

    1631

    Pani Arnoldowa coraz częściej wtajemniczała Madzię w swoje domowe sprawy, a nawet opowiadała jej wiadomości z tamtego świata komunikowane przez duchy piszące lub pukające.

    1632

    Nawet Helena Norska, która ciągle mieszkała u państwa Arnoldów, pozbyła się wobec Madzi wyniosłego, a niekiedy ironicznego tonu. Ale poza chłodną uprzejmością Helenki kryło się jakieś uczucie, nad którym Madzia nie lubiła się zastanawiać.

    1633

    Tylko Ada Solska pozostała zawsze tą samą: dobrą i serdeczną, a pan Stefan — nieco spoważniał. Ile razy Madzia była w mieszkaniu jego siostry, przychodził tam ze swoim psem i słuchał w milczeniu rozmowy panien bawiąc się grzywą Cezara. Ale już nie umizgał się do Madzi, nawet nie dowcipkował; widać jeszcze kłopotało go zajście w teatrze, tak przynajmniej myślała Madzia.

    1634

    Drobna ta i zapewne tylko pozorna zmiana w stosunkach ludzi do niej zaniepokoiła Madzię. Nieraz zapytywała siebie: „Co to znaczy?… dlaczego to?…”. I odpowiedziawszy: „Ach, coś mi się tylko zdaje!” — wracała znowu do pytania: „A jednak co to znaczy?… bo przecież nie jestem dziś lepsza ani mądrzejsza aniżeli przed dwoma tygodniami…”.

    1635

    Pewnego dnia (było to w marcu) siedziała Madzia w swoim gabinecie patrząc na ogród Solskich, niezbyt wielki, ale pełen starych lip i kasztanów. Słońce mocno grzało. Białe szmaty śniegu leżące na szarej trawie topniały, parowały i zerwawszy się w górę odlatywały na północ niby stado srebrzystych ptaków. Ciepłe, a zarazem surowe podmuchy potrząsały gałęziami drzew strącając resztkę lodowych sopli.

    1636

    Mimo pogodnego nieba było parno i mokro. Mokro na ścieżkach, na gazonach, drzewach i dachach, skąd padał niby deszcz kroplisty.

    1637

    Spod białej skorupy śniegów wykluwała się wiosna jak pisklę, jeszcze wilgotna i naga.

    1638

    Z daleka za ogrodową kratą widać było na chodniku snujących się tam i na powrót przechodniów ruchliwych, ożywionych i ubranych już po wiosennemu.

    1639

    „Oto dlaczego — myślała Madzia — ludzie wydają mi się lepszymi… Bo są weselsi. Wiosna daje im radość jak drzewom młode listki; zielone drzewo jest piękniejsze od nagich konarów, a wesoły człowiek jest lepszy od ponurego…”.

    1640

    W jednym kącie ogrodu spostrzegła gromadę dzieci, które wynalazłszy suchy kawałek ziemi ogradzały ją patykami niby płotem. Był tam wnuczek kamerdynera, wnuczka szwajcara, dwóch synków lokaja, jeden kucharza, siostrzenica szafarki — drobna cząstka tej dzieciarni, której rodzice służyli Solskim.

    1641

    Madzia przypomniała sobie, że w tym pałacu służby z rodzinami jest kilkadziesiąt dorosłych i małych osób — i przyszła jej dziwna myśl. Wszyscy ci ludzie jedzą, śpią, bawią się lub smucą, żenią się i wychowują dzieci nie tylko bez pozwolenia, ale nawet bez wiedzy Solskich. Żyją całkiem odmiennie od Solskich, jak żyją oto te drzewa w ogrodzie nie troszcząc się o ziemię, która je karmi.

    1642

    Któż więc tu należy do kogo: drzewa do ziemi czy ziemia do drzew? służba do Solskich czy Solscy do swej służby?… Czy Solscy są naprawdę władcami tego pałacu, w którym każda rodzina ma własne troski, uciechy i cele niezależne od woli Solskich? I czym wreszcie są ci potężni Solscy, jeżeli nie biednymi niewolnikami, którym kucharz daje obiady, lokaje czyszczą i ogrzewają mieszkanie, garderobiane zmieniają bieliznę, a administrator dostarcza pieniędzy?

    1643

    Możnaż dziwić się, że oni nie są szczęśliwymi?…

    1644

    „Ojciec miał rację — pomyślała — mówiąc, że nie ma czego zazdrościć wielkim panom… Ale czymże ja tu jestem?…”.

    1645

    Spojrzenie jej pobiegło za kratę, kędy roili się przechodzący. „Oto czym jestem: przechodniem, który ukazuje się na jednym końcu ogrodu, przez chwilę patrzy na jego drzewa, oddycha jego powietrzem i za chwilę znika na drugim końcu ogrodu…”.

    1646

    Przykrość robiły jej podobne myśli, uważała je za pewien rodzaj niewdzięczności względem Solskich. Więc ażeby uwolnić się od drażliwych pytań, przeszła do saloniku.

    1647

    Tam okna wyglądały na dziedziniec. Pod kolumnadą pałacu siedział na krześle szwajcar z siwymi faworytami, w długim liberyjnym surducie i rozmawiał z jakąś kobietą czarno ubraną, tak zawiniętą w czarny welon, że jej twarzy nie można było poznać.

    1648

    Po chwili kobieta pożegnała szwajcara i chwiejnym krokiem poszła do bramy. Skręciła na chodnik i wnet rozpłynęła się w ruchliwym potoku przechodniów, który nie wiadomo dokąd płynął i na jakie brzegi wyrzucał swoje krople.

    1649

    „Może uboga z prośbą do Ady…” — pomyślała Madzia i serce ścisnęło się jej.

    1650

    Teraz szwajcar rozmawiał z młodym lokajem, a niebawem przyłączył się do nich froter.

    1651

    Madzi znowu nasunęło się pytanie: co robią ci ludzie w pałacu?… Dla siebie bardzo wiele: bawią się, smucą, odpoczywają, wychowują dzieci… Ale co robią dla Solskich?… Szwajcar pilnuje porządku w sieni, kamerdyner pilnuje porządku w garderobie pana Stefana, panna służąca pilnuje porządku w garderobie Ady, administrator pilnuje porządku w dochodach państwa.

    1652

    Tu nikt nic nie zmienia, nie tworzy, nie porusza, tylko wszyscy pilnują raz ustalonego porządku, w którym dwie szlachetne dusze: Ady i Solskiego, konserwują się jak przedpotopowe motyle w odłamie bursztynu. Cała ich służba, z której każdy człowiek żyje pełnym, indywidualnym życiem, cała ta służba pracuje tylko w jednym kierunku: ażeby ich panowie nie żyli, a nawet nie pomyśleli o tym, że jest jakieś życie trosk i radości, trudów i odpoczynków, walk, niepowodzeń i triumfów.

    1653

    „Ach, ja niegodziwa!… — szepcze Madzia. — Skąd mi znowu przyszło krytykować Solskich, z których dobroci korzystam?”.

    1654

    Zapukano do drzwi i weszła pokojówka z listem, mówiąc:

    1655

    — Jakaś kobieta dopiero co oddała go szwajcarowi…

    1656

    — Czarno ubrana?… w czarnym welonie?… — zapytała Madzia.

    1657

    — Tak, proszę pani. Ona nawet musi być niedaleko i pewnie czeka na odpowiedź. Niezamożna jakaś.

    1658

    Madzia szybko rozdarła kopertę i oto, co znalazła w liście pisanym nieznaną ręką:

    „Trzy razy byłam u Pani. Ale gdy stale mi odpowiadano, że Pani nie ma w domu, domyśliłam się, że Pani nie chce mnie przyjąć. Rozumiem to i już godzę się z myślą, że nie ma dla mnie miłosierdzia, bom go niewarta.

    Przepraszam za moje natręctwo, do którego skłoniła mnie dobroć, jakiej doznaliśmy od Pani w Iksinowie, a nade wszystko łzy, które widziałam w jej oczach, kiedy weszła Pani do naszego pokoju w oberży. Pamięta Pani? Płakałam wtedy, a przecież, Boże mój, to były nasze najlepsze czasy. Nędza nie jest nieszczęściem, nawet choroba: dopiero wówczas człowiek jest na prawdę nieszczęśliwym, kiedy zostaje sam ze swoją trwogą i boleścią, kiedy nie może wierzyć cudzym przysięgom, nawet łzom.

    Niech mi Pani daruje ten list bez sensu i ładu, ale tak strasznie cierpię, tak muszę pogadać z kimś bodaj w myśli, że prawie czułabym się szczęśliwą, gdybym miała choć kamień własny, który wolno by mi było całować i łzami oblewać. Wiem, że nikt mnie już nie uratuje, ale piszę — jak człowiek tonący, który woła o ratunek, chociaż go nikt nie słyszy.

    Może to ostatnie słowa moje na tej ziemi. Zwracam je do Pani, która byłaś moją ostatnią nadzieją. Przez kilka dni mówiłam sobie: ona mnie ocali, a przynajmniej doda otuchy, bo ona ma anielskie serce. Ale przekonałam się, że to jest niepodobieństwem: są występki, które człowieka usuwają spod wszelkiej litości.

    Żegnam Panią i zaklinam, ażebyś mnie nie poszukiwała. Rozumiem, że pomoc na nic mi się nie zda, bo nie ma siły, która mogłaby odwrócić to, czego się lękam. Jeżeli łaska, niech Pani czasem wspomni o mnie albo lepiej niech Pani nie wspomina, bo ta myśl, że jeszcze są serca życzliwe, rozpaczą by mnie napełniła. Albo niech przynajmniej westchnie Pani na moją intencję. Boże, Boże, ja taka samotna, taka opuszczona, że gdyby mi choć czyj pacierz towarzyszył, byłoby mi pełno — jak na najlepszym koncercie.

    Pamięta Pani nasz koncert w Iksinowie?… Ach, jeżeli ziemia nie otworzy się pode mną, to już nie ma miłosierdzia na świecie.

    Jeszcze raz błagam: nie szukaj mnie, Pani, bo zrobisz mi więcej krzywdy aniżeli dobrego. Dziś jedynym moim życzeniem jest, ażeby nikt o mnie nie mówił, nie słyszał, nie wiedział. Może ja zresztą nie jestem tak nieszczęśliwa, tylko bardzo rozdrażniona, a to przecież mija. My, artystki, naprawdę mamy nerwy rozstrojone…

    Stella”

    1659

    Spłakana Madzia pobiegła do pokoju Ady, pokazała jej list i w niewielu słowach opowiedziała historię swojej znajomości ze śpiewaczką. Panna Solska spokojniej oceniała położenie.

    1660

    — Przede wszystkim czy nie domyślasz się, co jej grozi? — spytała. — Samobójstwo?… chyba nie. Może porzucił ją ten towarzysz deklamator? A może ona jest?…

    1661

    Obie panny zarumieniły się.

    1662

    — Różne myśli przychodzą mi do głowy — odparła Madzia. — Może ona lęka się więzienia?…

    1663

    Ada sposępniała.

    1664

    — Stefan znalazłby ją — rzekła — przez policję. Gdyby jednak lękała się uwięzienia, nieszczególną oddalibyśmy jej usługę. W każdym razie… Czy znasz jej nazwisko?… Niech Józef jedzie przynajmniej do biura adresowego.

    1665

    Józef pojechał i wrócił w pół godziny z notatką, że Marta Owsińska, śpiewaczka, zamieszkała na Nowym Mieście, w maju roku zeszłego opuściła Warszawę.

    1666

    — Jeżeli teraz nigdzie nie jest meldowana — zauważyła Ada — więc ukrywa się. A w takim razie może i lepiej zrobiła nie zbliżając się do ciebie.

    1667

    — Czy ja wiem? — szepnęła Madzia czując, że jest to jeden z najsmutniejszych wypadków w jej życiu. Tajemnica Stelli była czymś, co mogło porównać się tylko ze śmiercią pani Latter i Cynadrowskiego.

    1668

    „Niby jest mi dobrze — myślała — a jednak od czasu do czasu pada obok mnie jak piorun cudze nieszczęście. Czy to przestrogi?…”.

    1669

    Strach ją ogarnął.

    1670

    W parę dni wracając z pensji spotkała pannę Howard. Znakomita bojowniczka o prawa kobiece zapominając wyrządzonych Madzi impertynencyj powitała ją serdecznie, nawet z wymówkami.

    1671

    — Zapomniała pani o mnie, a przecież byłyśmy w przyjaźni. Pamięta pani nasze wspólne troski o nieboszczkę Latterową i usiłowania, ażeby jej dopomóc?… Ale cóż to, widzę, że nie ma pani humoru? Może moje towarzystwo.

    1672

    Ażeby nie obrazić nowo odkrytej przyjaciółki i ulżyć sobie zmartwieniu, Madzia nie wymieniając nazwisk opowiedziała pannie Howard historię Stelli tudzież treść jej rozpaczliwego listu.

    1673

    — Nie rozumiem, co to jest — zakończyła Madzia — i nie wiem: szukać jej czy nie?…

    1674

    — Szukać, nigdy!… — wybuchnęła panna Howard. — Osoba, o której mówisz pani, jest kobietą, istotą świadomą i samodzielną; jeżeli więc pragnie zachować incognito, byłoby obrazą nie spełnić jej życzenia…

    1675

    — Przede wszystkim jednak nie wiemy: czy taka jest jej wola, czy może jej co grozi? Cała rzecz wygląda okropnie…

    1676

    — Zaraz okropnie! — powtórzyła lekceważąco panna Klara. — Przypuszczam, że chodzi o zwyczajne odbycie połogu. A że zapewne trafiło się jej to pierwszy raz, więc biedaczka robi wielką awanturę i wstydząc się obwoływać na rynku swój wypadek wynagradza sobie pisywaniem rozpaczliwych listów…

    1677

    Madzię jakby kto zimną wodą oblał. I biedna Stella z tragicznej bohaterki spadła w jej sercu na szczebel osoby nieprzyzwoitej, o której nawet nie bardzo wypada mówić.

    1678

    — W każdym razie — rzekła Madzia rumieniąc się i spuszczając oczy — nieszczęśliwa ta gorzko narzeka na opuszczenie i może być bez środków…

    1679

    W bladych oczach panny Howard zamigotała błyskawica natchnienia:

    1680

    — Aaa!… — zawołała — trzeba było od razu tak postawić kwestię… Kobieta, ofiara, okryta hańbą za to, że odradza ludzkość, porzucona przez swego wspólnika, co jest bardzo naturalne, i… opuszczona, odtrącona, kopnięta przez inne kobiety, co już jest podłością!… Takim językiem niech pani do mnie przemawia, a wtedy odpowiem, że od pięciu lat boleję nad tym stanem rzeczy, że od pięciu lat nawołuję kobiety do walki — wszystko na próżno. Niechże nam raz nareszcie otworzą się oczy, niech raz zrozumiemy, że stowarzyszenie kobiet jest najpilniejszą potrzebą moralną, cywilizacyjną i społeczną… Złączmy się, podajmy sobie ręce, a żadna nie będzie narzekać na brak dachu, opieki, chleba, żadna nie będzie potrzebowała kryć się przed opinią publiczną…

    1681

    Przechodnie zaczęli się tak oglądać, że Madzia przyśpieszyła kroku. Już dochodziły do pałacu Solskich, gdy panna Howard zapytała:

    1682

    — Więc cóż, nie mam racji zachęcać kobiet do zawiązania towarzystwa?

    1683

    — Prawda — rzekła Madzia.

    1684

    — A pani należałabyś?

    1685

    — Owszem i ja, i Ada…

    1686

    — A więc — rzekła z triumfem panna Klara — stowarzyszenie kobiet już jest!… Sesje co tydzień… Składka — złoty na miesiąc… Mam panie zapisać?… Chcecie być na sesji?…

    1687

    — Zapytam Ady, choć prawie jestem pewna, że zapisze się do towarzystwa.

    1688

    — Bodajby — odparła panna Howard tonem pełnym sceptycyzmu.

    1689

    Pożegnawszy zapalczywą apostołkę praw kobiecych Madzia swobodniej odetchnęła. Niemniej czuła w sercu radość na myśl, że istnieje stowarzyszenie kobiet, i podziw dla panny Howard, która pomimo dziwactw zdobyła się jednak na urzeczywistnienie szlachetnej idei.

    1690

    Od tej pory każda kobieta, a więc i Madzia, może śmiało myśleć o jutrze. Gdy znajdzie się bez zajęcia, towarzystwo da jej pracę; gdyby kiedy nie miała gdzie mieszkać, ofiarują jej dom, a na wypadek choroby — dozór. W takich warunkach nieszczęśliwe kobiety podobne do Stelli nie potrzebowałyby wpadać w nędzę i rozpacz. Towarzystwo udzieliłoby im pomocy, którą na wstępnie można by spłacić z zarobków.

    1691

    Kiedy Madzia zapytała Adę, czy chce należeć do towarzystwa, panna Solska aż zarumieniła się ze wzruszenia.

    1692

    — Wątpiłaś o tym?… — rzekła. — Ależ ja z największą chęcią poświęcę tak pięknemu celowi moją pracę i majątek! Bo i co lepszego — dodała z uśmiechem — może zrobić kandydatka na starą pannę? Tylko…

    1693

    I nagle ożywiona twarz Ady spochmurniała.

    1694

    — Nie lubisz panny Howard?… — wtrąciła Madzia.

    1695

    — Ach, nie! miałam przecie czas oswoić się z jej oryginalnością. Tylko… chciałabym wiedzieć: kto należy do towarzystwa? Bo powiem ci — mówiła po namyśle — że te towarzystwa kobiece, z jakimi zetknęłam się za granicą, wcale mnie nie pociągały. Widywałam, młode panny zaniedbane w ubiorze, z wyzywającymi minami, które paliły tytoń, piły piwo i kłóciły się jak mężczyźni. Tylko że mężczyźni nawet wśród awantur wyglądają dobrze, a te biedaczki były wprost obrzydliwe. Otóż ja z takimi nie chciałabym się spotkać.

    1696

    Skutkiem tej uwagi Madzia przez parę dni zasięgała między znajomymi paniami informacyj o stowarzyszeniu panny Howard. Odpowiadano jej rozmaicie. Jedne z pań uważały towarzystwo za stratę czasu, inne — za nieszkodliwą zabawkę, inne mówiły o nim z zapałem. Ogólna jednakże opinia była taka, że Madzia porozumiawszy się z Adą oświadczyła pannie Howard gotowość przystąpienia do jej kółka.

    14. Sesja

    1697

    W parę dni obie panny otrzymały wezwanie, ażeby w sobotę przyszły na tygodniową sesję do domu pani Zetnickiej, właścicielki magazynu ubiorów damskich. W sobotę zaś z rana do Madzi przyszedł list z Iksinowa dziwnie odpowiadający chwili i sytuacji.

    1698

    Pisała panna Cecylia, siostra aptekarza, z prośbą, ażeby Madzia wyrobiła jej miejsce nauczycielki przy jakiej pensji klasztornej w Krakowie albo Jazłowcu.

    1699

    Wprawdzie brat i bratowa — pisała panna Cecylia — tak są dobrzy i tak ją kochają, że będzie musiała stoczyć z nimi walkę, zanim jej pozwolą opuścić swój dom. Ale ona czuje się już zmęczoną życiem światowym, tęskni do spokoju i do jakiegoś kącika, gdzie mogłaby doczekać starości nie będąc dla nikogo ciężarem.

    1700

    „Otóż mam temat na dzisiejszą sesję” — pomyślała Madzia, z góry ciesząc się wrażeniem, jakie wywoła w pannie Cecylii, gdy doniesie, że — ma dla niej miejsce w klasztornej pensji, a to dzięki protekcji stowarzyszenia kobiet.

    1701

    Co za triumf dla towarzystwa i co za ulga dla biednej Cecylii, która zamiast dziękować jakiejś litościwej osobie, będzie korzystała z praw przysługujących każdej kobiecie!…

    1702

    A jak Madzi będą zazdrościły inne uczestniczki sesji, jak zdziwi się Ada!…

    1703

    Kiedy około ósmej wieczorem obie panny skromnie ubrane wymknęły się ze swych apartamentów, w dziedzińcu zetknął się z nimi Solski.

    1704

    — A to pięknie! — zawołał. — Wycieczka w niepogodną noc… Dokądże?

    1705

    — Nic mu nie mów, Madziu!… — odparła Ada. — Dowiesz się jutro.

    1706

    — Weźcież, panie, przynajmniej kogo ze służby…

    1707

    — Jeszcze czego?… Słyszałaś, Madziu: każe nam korzystać z opieki mężczyzny w podobnej chwili!… Adieu, mój panie — mówiła śmiejąc się Ada — i wiedz o tym, że masz do czynienia z kobietami samodzielnymi.

    1708

    Skoczyły w dorożkę i wesołe, choć wzruszone, zajechały na miejsce.

    1709

    Salonik pani Zetnickiej, duży, jasny, oświetlony przez lampę wiszącą pośrodku sufitu, był pracownią. Na jednym stole leżała góra tkanin zakrytych prześcieradłem; w kącie obok pieca tulił się druciany manekin do upinania sukien. Ściany były ozdobione sztychami Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, naprzeciw drzwi stało ogromne lustro. Wielka rozmaitość krzeseł wyściełanych i giętych świadczyła, że dom ten nie odznacza się bogactwem umeblowania.

    1710

    Pań zgromadzonych było ze trzydzieści. W tej liczbie kilka młodych i bardzo wesołych, kilka starszych i jakby rozdrażnionych najpierwej rzucało się w oczy. Ogół wyglądał spokojnie i bezpretensjonalnie, jak osoby, które mają dużo kłopotów, nie kryją się z nimi ani też ich okazują. Ada spostrzegła, że większość zebranych nie odznacza się wdziękami, i — odetchnęła. W towarzystwie pięknych kobiet czuła się skrępowaną.

    1711

    Prezentacja nowo przybyłych odbyła się krótko. W zagłębieniu jednego okna Madzia spostrzegła Manię Lewińską, siostrzenicę Mielnickiego, która pomimo nieukończenia szóstej klasy wyglądała na kobietę dojrzałą i stroskaną. A że obok niej było parę krzeseł wolnych, więc Madzia pociągnęła tam Adę i wszystkie trzy siedziały razem. Dzięki temu wypadkowi Ada miała sposobność dowiedzieć się niektórych szczegółów o uczestnikach zebrania.

    1712

    Sama gospodyni domu, mimo obfitości obstalunków robionych w jej pracowni, nigdy nie posiadała nawet dziesięciu rubli zaoszczędzonego kapitału; przypuściła bowiem swoje współpracowniczki do udziału w zyskach, a obok tego miała dwie wychowanice, zupełne sieroty. Panna Żetowska, introligatorka, ile razy nie miała roboty, chodziła pielęgnować ciężko chorych, za całe wynagrodzenie przyjmując tylko żywność. Panna Ulewska umiała szewctwo, hafciarstwo i malarstwo na porcelanie; pracowała od świtu do północy, miała początki suchot i brata, który na jej koszt chodził do gimnazjum.

    1713

    Natomiast panna Papuzińska grała na fortepianie jak Liszt, śpiewała jak Patti, malowała jak Siemiradzki, pisała powieści jak Wiktor Hugo i gniewała się na cały świat, który żadnego z jej talentów nie chciał ocenić.

    1714

    Pani Białecka, wdowa, od kilkunastu lat opiekowała się kobietami wychodzącymi z więzienia, które mieszkały u niej, przez nią dostawały służbę i — niekiedy okradały ją na podziękowanie. Panna Zielińska, nauczycielka, z własnej pracy utrzymywała rodziców i dwu braci, którzy ciągle szukali odpowiedniego dla siebie zajęcia, a panna Czerwińska, także nauczycielka, biorąca po złotówce za lekcję, odznaczała się niezwykłą zdolnością wyzyskiwania swoich znajomych na rozmaite dobroczynne cele. Jeden z jej pupilów był dyrektorem fabryki, drugi poszukiwanym adwokatem, trzeci ożenił się z majętną panną. Ale ich opiekunka, już zagrożona ślepotą, wciąż brała po złotówce za lekcje i chodziła w podartych trzewikach.

    1715

    Ukryta za firanką Ada słuchając tych objaśnień wypowiadanych szeptem przez Manię Lewińską doznała wstrząsających uczuć. W pierwszej chwili chciała wybiec na środek saloniku, upaść na ziemię i całować nogi tych świętych kobiet, które szły przez życie nikomu nie znane, ciche, proste, niekiedy lekceważone. Potem ogarnęła ją rozpacz, stało się bowiem dla niej jasnym, że cały majątek Solskich nie wystarczyłby na zaspokojenie tych potrzeb i niedostatków, których tu zaledwie drobną cząstkę poznała.

    1716

    Zdumiewało ją, że na te nadzwyczajne kobiety nikt w stowarzyszeniu panny Howard nie zwracał uwagi. One same nieśmiałe, jakby zawstydzone, kryły się po kątach; mówiła zaś najgłośniej i robiła najwspanialsze wrażenie albo panna Howard nosząca tytuł członka-założyciela towarzystwa, albo niezadowolona ze świata panna Papuzińska, jej antagonistka, albo antagonistka ich obu, panna czy pani Kanarkiewiczowa, która uczyła, się na pamięć encyklopedii większej Orgelbranda.

    1717

    Około kwadransa panował ruch i gwar. Uczestniczki przechodziły z jednego końca sali na drugi, przesiadały się, naradzały po kątach. Młode panny rozmawiając głośno, śmiały się, najczęściej bez powodu; starsze i ubogo ubrane szeptały. Ogół nie zwracał uwagi na Madzię i Adę, tylko panna Papuzińska w rozmaity sposób usiłowała okazać, że lekceważy Adę, a pani Kanarkiewiczowa co chwilę zbliżała się do framugi okna, jakby pragnęła bliżej poznać bogatą pannę.

    1718

    Przez ten czas panna Howard porządkowała papiery na stole, na którym gospodyni domu ustawiła karafkę wody, cukiernicę, parę szklanek i dzwonek ze szklaną rączką.

    1719

    — Proszę członków o zajęcie miejsc — odezwała się panna Howard — i przypominam, że członek bez upoważnienia zabierający głos płaci złotówkę kary. Raz nareszcie musimy się nauczyć parlamentaryzmu…

    1720

    Kilka ubogo ubranych pań chrząknęło, jedna westchnęła, jedna z młodych parsknęła śmiechem, lecz w tej chwili zatkała sobie usta chustką, a panna Papuzińska siadając tyłem do Ady rzekła:

    1721

    — Proszę na mnie zapisać złotówkę, a jednocześnie po raz już nie wiem który zapytuję pannę Howard: dlaczego ona sama kar nie płaci?

    1722

    — Bo ja kieruję dyskusją, więc muszę się odzywać.

    1723

    — Rozumie się — nieustannie. Bardzo wygodny przywilej…

    1724

    — Członkowi Papuzińskiej odbieram głos — przerwała chłodno panna Howard.

    1725

    — Nie podzielając przekonań panny Papuzińskiej protestuję przeciw dyktatorskiemu tonowi panny Howard — wtrąciła pani czy panna Kanarkiewicz.

    1726

    — I płaci pani karę — dodała w dalszym ciągu panna Howard zapisując.

    1727

    Potem zadzwoniła i w sali zrobiło się cicho.

    1728

    — Czytam protokół sesji poprzedniej — mówiła panna Howard. — Na ostatniej sesji członek Papuzińska przedstawiła zebraniu wyjątki ze swej pracy: Czy dla społeczeństw nie byłoby korzystniej zastąpić dzisiejsze małżeństwa wolną miłością

    1729

    Czytanie tych interesujących wyjątków — rzekła w nawiasie panna Howard — zostało przerwane… naturalnie z powodu braku czasu…

    1730

    — Zbyteczne objaśnienie — syknęła panna Papuzińska.

    1731

    — W dyskusji powstałej stąd — mówiła panna Howard — członek Kanarkiewiczowa postawiła wniosek (żądając uznania go za niecierpiący zwłoki), ażeby dziewczęta uwiedzione pobierały dożywotnią pensję. Przy głosowaniu wniosek został odrzucony trzydzieści jedną gałkami przeciw jednej…

    1732

    — A że wszystkich nas było trzydzieści, więc któraś uczestniczka rzuciła dwa głosy zamiast jednego — rzekła blada z gniewu pani Kanarkiewiczowa.

    1733

    — Członek Czerwińska — czytała panna Howard — postawiła wniosek o otworzeniu domu schronienia dla starych i chorych nauczycielek motywując go, że w tej chwili są trzy nauczycielki potrzebujące przytułku. Zgromadzone jednomyślnie uchwaliły nagłość wniosku, a członek-założycielka Howard zaleciła agitację między nauczycielkami w celu zebrania funduszów, rachując, że gdyby każda płaciła tylko po rublu miesięcznie, towarzystwo posiadałoby co najmniej sześć tysięcy rubli rocznie.

    1734

    Członek Papuzińska zaproponowała wysłanie kilku młodych kobiet do uniwersytetów zagranicznych…

    1735

    W jednym z okien szeptano. Nagle odezwała się Madzia:

    1736

    — A cóż dzieje się z tymi trzema nauczycielkami?

    1737

    — Nic — odparła panna Howard. I bystro popatrzywszy na framugę dodała:

    1738

    — Członek Brzeska płaci karę.

    1739

    — Dlaczego nic? — nalegała Madzia. — Więc one są bez opieki…

    1740

    — Opiekuje się nimi po trochu każda z nas. Ażeby im jednak zapewnić byt nieco pewniejszy, potrzeba z dziewięćset rubli rocznie, a takiej sumy obecnie nie posiadamy…

    1741

    — Owszem, taka suma będzie — odezwał się głosik zmieniony i drżący.

    1742

    — Skąd?… co?… — zaszemrano w sali.

    1743

    — Jest osoba, która dostarczy dziewięciuset rubli rocznie — już płaczliwym tonem dodał ten sam głosik.

    1744

    — Panna Solska płaci złoty za karę — odezwała się ze złością panna Papuzińska.

    1745

    — Członek Solska płaci karę — szybko powtórzyła panna Howard. — My zaś, szanowne uczestniczki, uczcijmy jej szlachetny dar przez powstanie…

    1746

    Rozległ się hałas rozsuwanych krzeseł i wszystkie panie (z wyjątkiem panny Papuzińskiej i pani Kanarkiewiczowej) powstały kłaniając się i uśmiechając w kierunku okna, gdzie kryła się za firanką panna Solska.

    1747

    — To nie ja… to mój brat… — protestowała Ada.

    1748

    — Niech się członek nie zapiera — zgromiła ją panna Howard. — Wreszcie nasze towarzystwo nie przyjmuje darów od mężczyzn…

    1749

    — Proszę o głos — nieśmiało odezwano się w sąsiedztwie manekina do upinania sukien.

    1750

    — Dyskusja zamknięta! — odparła panna Howard nie chcąc powiększać zakłopotania Ady. I czytała dalej:

    1751

    — Członek Papuzińska zaproponowała wysłanie kilku młodych panien do uniwersytetów zagranicznych…

    1752

    — Tego wymaga honor społeczeństwa!… — wykrzyknęła panna Papuzińska. — Bo podczas gdy w Ameryce kobiety już są lekarzami, adwokatami, pastorami, u nas nie ma nawet kobiety-lekarza…

    1753

    — Ani funduszów na wykształcenie — wtrąciła panna Howard.

    1754

    — Więc zamknijcie waszą bankrutującą pracownię kaftaników trykotowych — zawołała panna Papuzińska.

    1755

    — Zapewne!… I wypędźmy na bruk dwadzieścia dziewcząt, które wydarłyśmy rozpuście, ażeby im dać pracę — rzekła panna Howard.

    1756

    — Kosztują nas trzydzieści rubli tygodniowo…

    1757

    — Ale mamy już gotowych trzysta pięćdziesiąt kaftaników, co znaczy siedemset rubli kapitału.

    1758

    — Kaftaników, których nikt nie kupuje…

    1759

    — Jak to nikt?… — wybuchnęła panna Howard. — Niech powie członek Wyskoczyńska, ile w tym tygodniu sprzedaliśmy kaftaników?…

    1760

    — Dwa — cicho odezwała się spod ściany osoba w średnim wieku.

    1761

    Panna Howard zapaliła się.

    1762

    — Nie sprzedajemy kaftaników, bo w naszych kobietach nie wzbudziło się jeszcze poczucie solidarności ani nawet godności… Bo uczestniczki tego towarzystwa, zamiast propagować ideę, szkodzą jej złośliwymi krytykami. Jak to, w kraju mającym siedem milionów ludności nie może rozejść się kilkaset kaftaników trykotowych?…

    1763

    — Proszę o głos — odezwano się znowu spod manekina.

    1764

    — Czy w tej kwestii?

    1765

    — Nie.

    1766

    — No, niech więc członek nie zabiera nam czasu — opryskliwie odpowiedziała panna Howard.

    1767

    — Ja zawsze twierdzić będę — rzekła panna Papuzińska — że ważniejszym dla sprawy naszej jest wysłanie kilku kobiet do uniwersytetu aniżeli utrzymywanie jakiejś dobroczynnej pracowni…

    1768

    Wisząca lampa rzucała na salę krwawe blaski, ale nikt na to nie zważał.

    1769

    — Protestuję przeciw uniwersytetowi — odparła pani Kanarkiewiczowa — bo każda kobieta sama może kształcić się jak najwyżej…

    1770

    — Ucząc się na pamięć encyklopedii — wtrąciła panna Papuzińska.

    1771

    — Lepsze to aniżeli gra na fortepianie bez taktu albo śpiewanie, kiedy się nie ma głosu — rzekła pani Kanarkiewiczowa. — Ważniejszym od uniwersytetu jest zawiązać stosunki z kobietami wyższej cywilizacji. Dlatego proponuję, ażebyśmy wysłali kilka delegatek do różnych krajów Europy i Ameryki…

    1772

    — Słyszałyśmy już o tym — sucho przerwała panna Howard. — Członek Brzeska ma nam zakomunikować jakiś projekt praktyczny. Członek Brzeska ma głos.

    1773

    Kilka ubogich pań spod pieca zaczęło szeptać między sobą.

    1774

    Spoza firanki wysunęła się Madzia zarumieniona jak wisienka.

    1775

    — Proszę pań — mówiła jąkając się — znam jedną nauczycielkę w Iksinowie, pannę Cecylię… Panna Cecylia skończyła Instytut, nawet dostała cyfrę… Jest bardzo zdolna, ale… jest zniechęcona do świata.

    1776

    — I ja mam prawo być zniechęcona — rzekła półgłosem panna Papuzińska.

    1777

    — Więc, proszę pań, panna Cecylia chciałaby zostać nauczycielką pensji w Jazłowcu… I dlatego zwracam się do towarzystwa, ażeby towarzystwo przez swoje stosunki wyrobiło miejsce pannie Cecylii (nazwisko powiem kiedy indziej) w Jazłowcu.

    1778

    — Dzika pretensja! — zawołała panna Papuzińska. — Cóż my, kobiety postępowe, możemy mieć wspólnego z klasztornymi pensjami?…

    1779

    — Jestem jak najbardziej przeciwna podobnym pensjom — rzekła panna Howard.

    1780

    — Gdzie hołdują się przesądy! — dodała panna Papuzińska.

    1781

    — Należałoby raz na zawsze usunąć z naszych zebrań wnioski dotyczące metafizycznych hipotez!… — dodała pani Kanarkiewiczowa.

    1782

    Zawstydzona Madzia cofnęła się w głąb framugi.

    1783

    — Ach, ty niedobra!… — szepnęła do niej Ada. — Dlaczegożeś mnie nic nie powiedziała o tej pannie Cecylii?

    1784

    — Chciałam ci zrobić niespodziankę — odparła zmartwiona Madzia.

    1785

    — Wracając do funduszów naszej bankrutującej pracowni kaftaników trykotowych… — mówiła panna Papuzińska.

    1786

    — Chyba dlatego nazywasz ją pani bankrutującą, że powstała z mojej inicjatywy?… — ostro odparła panna Howard.

    1787

    — Mało zajmują mnie instytucje pani — ciągnęła panna Papuzińska — a nierównie więcej fundusze… Otóż po raz nie wiem który radzę podnieść miesięczną składkę członków…

    1788

    — Nigdy! — zawołała panna Howard. — Złoty na miesiąc może płacić każda kobieta, a przecież jesteśmy towarzystwem demokratycznym…

    1789

    — I posiadamy około trzydziestu złotych miesięcznie…

    1790

    — Ale gdyby wszystkie nasze kobiety należały do stowarzyszenia, miałybyśmy trzy miliony pięćset tysięcy złotych miesięcznie, czyli… zaraz, dwa razy trzydzieści pięć jest siedemdziesiąt, tak, miałybyśmy siedemdziesiąt siedem milionów rocznie…

    1791

    Nastała chwila ciszy.

    1792

    — Co?… co?… co?… — zawołała pani Kanarkiewiczowa przerabiając cyfry na papierze. — Miałybyśmy ledwie czterdzieści dwa miliony rocznie…

    1793

    — Cóż znowu pani pleciesz? Dwa razy trzydzieści pięć jest siedemdziesiąt i dwa razy…

    1794

    — Ależ panno Howard, pani nie umiesz mnożyć…

    1795

    — Ja nie umiem?… — zawołała panna Howard zrywając się od stołu.

    1796

    — Proszę, tu jest rachunek!…

    1797

    — Co mi tam pani rachunek!

    1798

    — Tak… tak… tylko czterdzieści dwa miliony… — odezwały się głosy z rozmaitych kątów sali.

    1799

    Panna Howard upadła na krzesło przygryzając wargi.

    1800

    — Pani chciałabyś narzucić swoją wolę nawet tabliczce mnożenia — wtrąciła panna Papuzińska.

    1801

    — Proszę o głos!… — odezwano się jeszcze raz spod modelu do upinania sukien.

    1802

    — Członek Siekierzyńska ma głos.

    1803

    — Lampa strasznie kopci — odparła cicho członek Siekierzyńska.

    1804

    Istotnie, krwawy płomień wiszącej lampy sięgał do połowy kominka, którego grzbiet ozdobił się aksamitnym grzybem. W całej sali unosiły się płatki sadzy podobne do czarnych muszek.

    1805

    — Ach, moja nowa suknia!…

    1806

    — Wyglądamy jak kominiarze!…

    1807

    — Pyszna rzecz te sesje!… Właśnie miałam wstąpić na raut…

    1808

    — Dlaczego pani nie powiedziała o tym wcześniej? — rzekła z gniewem panna Papuzińska do wystraszonego członka Siekierzyńskiej.

    1809

    — Regulamin zabrania.

    1810

    — Co mi tam jakiś niedorzeczny regulamin, przez który zniszczyłam nowe rękawiczki.

    1811

    — Członek Siekierzyńska — wtrąciła z mocą panna Howard — zasługuje na pochwałę, złożyła bowiem dowód, że zaczynamy uczyć się porządku…

    1812

    Kilka panien roześmiało się, inne uczestniczki zaprotestowały.

    1813

    — Ależ pani swoim pojęciem o porządku przerobi nas na gromadę pomywaczek!… — zawołała pani Kanarkiewiczowa.

    1814

    Tymczasem gospodyni przykręciła lampę, ale uczestniczki zaczęły się rozchodzić.

    1815

    — Za pozwoleniem — odezwała się skromnie panna Czerwińska — jakże będzie z naszymi pracownicami? Bo już na przyszły tydzień nie mamy dla nich ani na żywność, ani na dzienną płacę.

    1816

    — Cóż wielkiego — odparła panna Howard. — Na żywność wychodzi dwa ruble dziennie, a na płacę trzy. Złóżmy zaraz, co która może, a resztę zbierzemy w ciągu tygodnia u znajomych. Oto pięć rubli… Przecież kiedyś zaczną kupować kaftaniki.

    1817

    Panna Howard położyła na stole papierek, inne uczestniczki z rezygnacją zaczęły sięgać do portmonetek albo szeptać gospodyni:

    1818

    — Ja przyszlę jutro rubla…

    1819

    — Ja przyniosę pięć złotych we środę…

    1820

    Niektóre kładły na stole złotówki; było jednak widoczne, że ciężko rozstawać się im nawet i z tym małym grosikiem.

    1821

    Ada nieśmiało zbliżyła się do panny Howard i zarumieniona coś szepnęła jej do ucha.

    1822

    — Niech członek Solska mówi głośno — zawołała panna Howard. — Moje panie, możecie cofnąć składki, ponieważ członek Solska zakupuje wszystkie gotowe kaftaniki… Jest to wysoce pocieszający fakt, który dowodzi, że naszym kobietom nareszcie zaczynają się otwierać oczy…

    1823

    — Ciekawam, co panna Solska zrobi z trzystu pięćdziesięcioma kaftanikami? — zapytała drwiącym tonem panna Papuzińska.

    1824

    — Zapłaci siedemset rubli i na pół roku zapewni byt naszym pracownicom — odpowiedziała wyniośle panna Howard.

    1825

    — A sprzedażą kaftaników zajmie się sama?

    1826

    — Kaftaniki mogą zostać na składzie — cicho odezwała się Ada.

    1827

    — Wierzę pani, że wolałabyś dodać jeszcze siedemset rubli, byle cię nie obdarowano tym stosem rupieci, który nas do rozpaczy doprowadza — odparła zgryźliwie panna Papuzińska.

    1828

    Uczestniczki zaczęły zbierać ze stołu swoje pieniądze. Im zaś która miała mniej do wzięcia, tym większą radość było widać na jej twarzy. Tylko panna Howard nie tknęła swoich pięciu rubli, a gdy jedna z pań podała jej papierek, panna Howard rzekła obojętnie:

    1829

    — Niech to zostanie w kasie.

    1830

    Znalazłszy się z Madzią na ulicy Ada była zachwycona.

    1831

    — Ach, droga Madziu — mówiła ściskając ją za ręce — jakżem ci wdzięczna!… Bo gdyby nie ty, nigdy bym się tu nie wpisała, nawet nigdy by mi to na myśl nie przyszło… Dziś dopiero zaczynam żyć… widzę jakiś cel… jakąś uczciwą pracę. Cóż to za zacne kobiety, z wyjątkiem paru krzykaczek…

    1832

    — Nie podoba ci się panna Howard? — zapytała Madzia.

    1833

    — Ależ przeciwnie. Ona zawsze była dziwaczką, ale w gruncie dobra kobieta. Tylko te jej dwie pomocnice. Boże!… Ale, ale — dodała nagle — wiesz, Madziu, że gniewam się na ciebie? Jak mogłaś prosić obcych pań o poparcie dla twojej przyjaciółki nie wspomniawszy mi o niej ani słówka? Przecież my mamy w Jazłowcu takie stosunki, że ją natychmiast przyjmą. A tu, słyszałaś, jak ci odpowiedziano…

    1834

    — Nie śmiałam nadużywać twojej dobroci — odparła zmieszana Madzia.

    1835

    — Ach, nie śmiałaś nadużywać dobroci!… Więc w taki sposób przemawiasz do mnie?… Dajesz nam co dzień i co godzinę jałmużnę ze swej osoby, wniosłaś radość do naszego domu, a sama nie przyjmujesz najmniejszej usługi nawet dla twoich znajomych. Więc to tak?…

    1836

    — No, nie gniewaj się, Adziuś, już nigdy tego nie zrobię.

    1837

    Wsiadły w dorożkę, która lekkim truchtem odwiozła je do domu.

    1838

    — Pamiętaj, Madziu, pamiętaj i już nie rób z nami tak źle — mówiła Ada. — Ty nawet nie przeczuwasz, jaką to dla mnie było przykrością… Pamiętaj, że nasz dom to twój dom i że każdy człowiek, który ciebie obchodzi, nas obchodzi… Zapamiętaj to sobie, Magduś, bo inaczej krzywdę wyrządzisz ludziom, którzy wiele ci zawdzięczają i bardzo kochają.

    1839

    Uściskały się w dorożce i powróciła zgoda.

    1840

    — A do tej panny… jakże ona?…

    1841

    — Cecylia.

    1842

    — Do panny Cecylii napisz, że miejsce ma i tylko musi zaczekać parę tygodni…

    1843

    — A jeżeli nie wakuje teraz posada nauczycielki? — zapytała Madzia.

    1844

    — Moja droga — odparła Ada ze smutnym uśmiechem — wszędzie i zawsze znajdzie się miejsce dla tego, za kim przemawia Solski. Ja dopiero dziś zaczynam rozumieć potęgę stosunków i pieniędzy. Ach, straszna to siła!… A jeszcze Stefek mówi, że znajdują się ludzie gotowi padać na twarz przed każdym workiem pieniędzy, choćby z nich nie odnieśli pożytku.

    1845

    Madzia ze zdumieniem przysłuchiwała się przyjaciółce. Nigdy Ada nie była tak ożywiona, nigdy w jej głosie nie było tego tonu pewności, co dziś. Widać, że sesja otworzyła przed nią nowe horyzonty, a może tylko dała jej sposobność zakosztowania potęgi majątku.

    1846

    „Tysiąc sześćset rubli rzuciła w ciągu jednego wieczora… Stworzyła schronienie dla trzech starych nauczycielek i utrzymanie dla dwudziestu ubogich dziewcząt” — myślała Madzia i patrząc boku na twarz Ady, co chwilę oświetlaną błyskami latarni ulicznych, pierwszy raz wobec niej doznała uczucia bojaźni czy wstydu.

    1847

    „To naprawdę jest wielka pani… Ja naprawdę znam wielką damę, której jedno słówko zapewnia byt kilkudziesięciu osobom!… Ale co ja robię przy niej? Po co ja się tu dostałam, nauczycielka, córka lekarza?… Ha, zapewne po to, ażeby służyć innym… Chociaż wolałabym, ażeby to już się skończyło…”.

    1848

    Dotychczas Madzia w wyobraźni swojej stała na jednym poziomie z panną Solską: były przyjaciółkami od szkolnej ławy. Dziś uczuła, że ów grunt wspólny pomiędzy nią i Adą zaczyna pękać, a ich stanowiska rozchodzić się.

    1849

    „Może ona myśli — mówiła do siebie stroskana Madzia — że i ja upadnę na twarz przed workiem pieniędzy?…”.

    1850

    Dorożką stanęła obok bramy pałacu, do którego Ada weszła uradowana, Madzia smutna. Jeszcze nigdy ten gmach nie przygniatał jej, jak dziś, swoim ogromem; nigdy piękne pokoje nie wydały się bardziej obcymi; nigdy nie czuła tego wstydu wobec wygalowanej służby, co dziś.

    1851

    „Lokaje, pokojówki, salony ze złoconymi ścianami, palisandrowe sprzęty!… To nie mój świat, nie mój… nie mój…” — myślała Madzia.

    1852

    Na drugi dzień w południe ciocia Gabriela zaprosiła do siebie Madzię. Ady nie było, ale był pan Stefan.

    1853

    — Czy wie pani, co w tej chwili robi moja siostra? — zapytał.

    1854

    — Zdaje mi się, że wyjechała do miasta… — odparła Madzia.

    1855

    — Tak. Pojechała między naszych kuzynów i znajomych zbierać podpisy na założenie instytucji opiekującej się starymi nauczycielkami.

    1856

    Solski zająknął się, lecz po chwili mówił dalej:

    1857

    — Jeżeli projekt ten uda się, moja siostra będzie miała udział w utworzeniu szlachetnej instytucji… Spełni dobry czyn obywatelski… Ona to rozumie i czuje się bardzo szczęśliwą… Ani ciotka, ani ja nigdy nie widzieliśmy jej tak uradowanej.

    1858

    Wszystko to zawdzięczamy pani — ciągnął Solski. — Za granicą lekarze przepowiadali Adzie ciężką chorobę nerwową, jeżeli nie znajdzie celu w życiu… No i pani wprowadziła ją na tę drogę… Ada będzie szczęśliwa, a my — spokojni o nią. Wszystko to dzięki pani, która stajesz się opiekuńczym aniołem tego domu…

    1859

    Madzia słuchała bez tchu nie śmiejąc spojrzeć na niego.

    1860

    — Dziękuję pani, dziękuję… — rzekł, mocno ściskając jej rękę.

    1861

    — Ale nie przypuszczałam, że panna Brzeska jest tak gorącą apostołką emancypacji — wtrąciła ciotka Gabriela.

    1862

    — Ja?… — spytała Madzia.

    1863

    — Ludzie mówili to zawsze, a fakta choćby dziś… Powiedz, Edyto — zwróciła się ciotka do swej panny do towarzystwa — czy nie słyszeliśmy, że panna Brzeska jest zapaloną emancypantką?

    1864

    — Ależ tak — potwierdziła panna. — Tak utrzymuje cała Warszawa…

    1865

    — Mniejsza o to — przerwał Solski. — Jeżeli takimi są emancypantki, a choćby tylko trzecia część ich, zapisuję się do ich stronnictwa. Mam jednak z panią inny rachunek — zwrócił się do Madzi. — Wczoraj zrobiła pani przykrość mojej siostrze… Pani wie, o czym mówię… Otóż mamy prośbę do pani. Ile razy ktoś z bliskich albo choćby tylko znajomych pani będzie potrzebował zajęcia czy poparcia, niech pani zrobi nam zaszczyt i najpierwej — zwraca się z żądaniem o pomoc do siostry albo do mnie…

    1866

    — Proszę pana, czy ja mogę robić coś podobnego?… — odparła Madzia. — Ja przede wszystkim za mało znam ludzi… A po wtóre — dom państwa nie może być przytułkiem moich znajomych…

    1867

    — Szlachetna duma!… — szepnęła panna Edyta, z zachwytem patrząc na Madzię.

    1868

    Solski niecierpliwie machnął ręką.

    1869

    — Zaraz pani wytłomaczę moją prośbę ze stanowiska kapitalisty. My, ludzie majętni, nie zawsze mamy rozum, ale jedno wiemy, że gdy otaczają nas uczciwi, nasze majątki są pewniejsze i dają większy procent. Czy uznaje pani tę zasadę?

    1870

    — Zapewne… Zresztą nie znam się na tym — odpowiedziała Madzia.

    1871

    — Otóż widzi pani… Ja dzisiaj potrzebuję wielu ludzi do cukrowni, może nie zawsze fachowych, ale uczciwych. A wierzę niezachwianie, że jeżeli pani zarekomendowałaby mi kogoś ze swoich znajomych, byłby to z pewnością człowiek uczciwy, bo przed hultajem ostrzegłby dobry instynkt, który pani posiada w wysokim stopniu. Panno Magdaleno — kończył biorąc ją za rękę — mam parę… nawet kilka niezłych posad… Gdyby więc ktoś bliski pani potrzebował, zrób nam tę łaskę… i rozporządzaj nami…

    1872

    Madzi przyszedł na myśl własny ojciec lekarz i brat technolog. Ale jednocześnie uczuła, że tych ludzi nie może zalecać Solskiemu.

    1873

    Więc podziękowawszy za obietnicę odpowiedziała, że gdyby kto z jej znajomych zgłosił się z prośbą, nie omieszka zawiadomić Solskiego.

    1874

    Pożegnała ciocię Gabrielę, pana Stefana i starą damę i wróciła do siebie. W pół godziny później wpadła do niej zawinięta w szal z miną tajemniczą panna Edyta i oglądając się na wszystkie strony rzekła dramatycznym szeptem:

    1875

    — Nie ma nikogo?

    1876

    — Nie — odpowiedziała Madzia.

    1877

    Panna Edyta schwyciła ją w objęcia i tuląc do serca mówiła cicho, ciszej aniżeli szelest skrzydeł motylich:

    1878

    — Wybornie… cudownie postawiłaś się, drogie dziecię, wobec pana Stefana i ich wszystkich… Oszaleje… straci rozum!… Tak ciągle postępuj: niczego nie żądaj, wszystko przyjmuj chłodno, obojętnie, jakbyś robiła łaskę… Tym sposobem zdobędziesz niezachwiane stanowisko…

    1879

    Dajże mi twego rozkosznego buziaka i… pamiętaj o moich radach!…

    1880

    To powiedziawszy dama do towarzystwa wymknęła się z pokoju w sposób równie tajemniczy, jak do niego weszła.

    15. Odgłosy z innego świata

    1881

    Proszę pani, przyszła pani Arnold.

    1882

    — Dawno?

    1883

    — Czeka z kwadrans.

    1884

    Taką wiadomość na schodach udzieliła pokojówka Madzi powracającej z miasta.

    1885

    — A panna Ada jest?

    1886

    — Nie. Pani wyszła o jedenastej do tych tam robotnic…

    1887

    Madzia szybko wbiegła do swego mieszkania, ale ani w saloniku, ani w gabinecie nie zastała pani Arnoldowej. Dopiero gdy zajrzała do pokoju Ady, którego drzwi były otwarte, za portierą spostrzegła panią Arnold z notatnikiem i ołówkiem w ręku. Amerykanka przypatrywała się portretom rodziców Ady zawieszonym naprzeciw łóżka i — jak zdawało się Madzi — przerysowywała je.

    1888

    „Ci Amerykanie mają zwyczaj wszystko notować!” — pomyślała Madzia.

    1889

    Na szelest jej kroków pani Arnold odwróciła się i szybko zamknęła notatnik.

    1890

    Potem nie tłomacząc się z obecności w pokoju Ady przeszła do saloniku Madzi.

    1891

    — Chciałam z panią rozmówić się o ważnych rzeczach — rzekła pani Arnold po francusku. — Ale proszę nie szydzić ze mnie, co zresztą byłoby naturalne w kraju, gdzie ludzie nie wierzą w świat duchów albo wcale nie zajmują się nim.

    1892

    Madzia słuchała usiłując zapanować nad zdziwieniem. Pani Arnold usiadła na kanapce, schowała notatnik i mówiła dalej:

    1893

    — Od pewnego czasu weszłam w stosunki z nieboszczką… z matką Heleny i pana Kazimierza…

    1894

    Madzia otworzyła oczy. Wiedziała, że pani Arnoldową jest spirytystką; głośne to było w Warszawie. Ale dotychczas nie prowadziła z nią rozmowy o tych kwestiach.

    1895

    — Przykry to dla mnie stosunek duchowy — ciągnęła pani Arnold — nie dlatego, ażebym była zazdrosna o przeszłość mego męża, o nie!… Ale ta nieszczęśliwa bardzo cierpi i żąda czegoś ode mnie, czego zrozumieć nie mogę…

    1896

    — Cierpi?… — powtórzyła Madzia.

    1897

    Pani Arnold machnęła ręką.

    1898

    — Ach, jest to jeden z najokropniejszych stanów, w jakim może znaleźć się dusza… Wyobraź sobie pani: ona, biedaczka, nie zdaje sobie sprawy z tego, że umarła…

    1899

    Madzię dreszcz przebiegł.

    1900

    — Jak to?… Więc cóż może jej się zdawać?…

    1901

    — Zdaje się jej, że jest w domu zdrowia, gdzie nie tylko gwałtem ją zatrzymują, ale nawet nie przepuszczają wiadomości o dzieciach. Stąd wyrodził się w niej nadzwyczajny niepokój.

    1902

    Madzia przeżegnała się. Zdania przed chwilą wypowiedziane były tak nowe dla niej, że mogła posądzać panią Arnold o mistyfikację albo o obłąkanie. Lecz Amerykanka mówiła w sposób naturalny z odcieniem współczucia, jak osoba, która opisuje fakt nie mający w sobie nic dziwnego.

    1903

    — Pani odwoziłaś nieboszczkę w dniu opuszczenia przez nią pensji?… — spytała pani Arnold.

    1904

    — Ja… Ale tylko przez jedną ulicę… Mówiła, że wyjeżdża na parę dni… — Zresztą wszyscy o tym odprowadzeniu wiedzieli, nie kryłam się… — tłomaczyła się wylękniona Madzia.

    1905

    — Nieboszczka uważała panią jakby za drugą córkę, kochała panią…

    1906

    — Tak… dosyć lubiła mnie.

    1907

    — Nie wiem, czy nawet nie wspomniała kiedy, że pragnie, ażeby jej syn ożenił się z panią?

    1908

    Madzia zaczerwieniła się i zbladła. Tchu jej zabrakło.

    1909

    — Nigdy… nigdy!… — odparła zduszonym głosem.

    1910

    Pani Arnold przypatrzyła się jej z uwagą i mówiła dalej spokojnie:

    1911

    — Nie zrobiłaby pani świetnej kariery, ale mniejsza o to. Jak duży majątek zostawiła nieboszczka?

    1912

    — Żadnego… — odpowiedziała Madzia.

    1913

    — Czy tylko nie mylisz się, pani? Helena ma kilka tysięcy rubli złożonych w banku, a pan Kazimierz nie ma wprawdzie nic, bo stracił, ale znowu spodziewa się jakiejś sumy po matce. Tak przynajmniej mówi memu mężowi, od którego pożycza pieniądze. Więc majątek został…

    1914

    — Proszę pani, nic nie zostało — zaprzeczyła Madzia. — W jesieni zaprzeszłego roku pani Latter pożyczyła od Ady sześć tysięcy rubli… Wreszcie zdaje mi się, iż opuściła pensję z tego powodu, że brakło jej pieniędzy. Pozostałe długi uregulował pan Solski albo Ada…

    1915

    Pani Arnold sposępniała.

    1916

    — W takim razie — rzekła półgłosem — i mój mąż musiał im coś dać… No, dzieci jego żony…

    1917

    Potem biorąc Madzię za rękę rzekła podniecona:

    1918

    — Na moją wiarę zapewniam panią, że nie żałuję ani tego, co mąż zrobił dla nich, ani tego, że Helena mieszka u nas. Gdzież ma mieszkać — u brata?… Dochody nasze w tym kraju są tak znaczne, że możemy wiele wydawać, i jeszcze coś zostanie dla mego Henrysia. Ale rozumiem przyczynę niepokoju nieboszczki: jej dzieci są na łaskawym chlebie, a to musi ranić serce matki.

    1919

    Madzia uczuła na twarzy rumieniec.

    1920

    — I niech pani doda — mówiła Amerykanka — że nie widać końca tego stanu rzeczy. Pan Kazimierz jest próżniak i hulaka, nad którym wisi jakaś przykrość czy niebezpieczeństwo (ostrzegły mnie o tym duchy), a Helena mogąc zrobić świetną karierę burzy ją własnymi rękoma. Proszę pani, pan Solski, choć niedowiarek, ale człowiek nietuzinkowy. Bogaty, wysoka inteligencja (ma nawet zdolności do interesów, jak zapewnia mąż), a nade wszystko szalenie kochał Helę. Patrzyłam na to… wulkan!… Ale dziś widzę zmianę. Jeszcze i dziś, kiedy znajduje się przy niej, poszedłby za nią do piekła, niemniej — nie jest to już tamta miłość.

    1921

    — Hela niepotrzebnie drażni go kokietując innych panów — wtrąciła zmartwiona Madzia.

    1922

    — To jeszcze byłoby mniejsze — mówiła pani Arnold. — Ale pan Solski ma za dużo rozumu i uczucia, ażeby od swej żony nie żądał jakiejś wiary, miłości dla ludzi, ideału… Tymczasem dla Heleny podnioślejsze sprawy nie istnieją, ona drwi z nich. A ponieważ jest za dumna, ażeby chciała udawać, więc z panem Solskim postępuje nieledwie w cyniczny sposób. „Ja dam ci moją piękność, a ty mi dasz twój majątek i nazwisko” — oto jej dewiza!… Pan Solski niezupełnie wierzy w to, posądza ją o pozowanie, niemniej zniechęca się i może całkiem opuścić.

    1923

    — Pani nie zwracała jej uwagi na to? — zapytała Madzia.

    1924

    — Próbowałam, ale bez skutku. Zresztą nie śmiem przynaglać do małżeństwa, ażeby nie sądziła, że żałuję jej domu. A tu czas płynie i swoje robi. Jeszcze miesiąc, jeszcze dwa i pan Solski, który dziś, odpowiednio zachęcony, może by się ożenił, jutro straci do niej sympatię.

    1925

    — Oni już byli narzeczonymi i zerwali — rzekła Madzia.

    1926

    — Takie zerwanie nic nie znaczy. Piękne kobiety mogą się drożyć; na mężczyzn działa to zbawiennie. Tylko — nie należy przeciągać struny.

    1927

    Madzia patrzyła na nią pytającym wzrokiem. Pani Arnold spostrzegłszy to rzekła:

    1928

    — Otóż na czym polega moja prośba do pani. Ja Heli nie mogę mówić ani o zamążpójściu, ani o niepokojach jej matki. Niech więc pani rozmówi się z nią jako przyjaciółka…

    1929

    — Pani Latter bardzo życzyła sobie tego związku i bardzo cierpiała dowiedziawszy się o zerwaniu.

    1930

    — Otóż to. Może nawet zerwanie stało się jedną z pobudek jej śmierci… Zwracam nareszcie uwagę, że pani w delikatnej formie może Heli wspomnieć o tym, co Solscy zrobili dla nieboszczki… Gdy w sercu Heleny obudzi się wdzięczność i nieco obawy o jutro, wówczas inaczej zacznie traktować pana Stefana…

    1931

    Temat rozmowy został wyczerpany i pani Arnoldowa wróciła do kwestii spirytyzmu. Ubolewała, że w tym kraju klasy oświecone i majętne za mało dbają o świat duchów, a jako przykład postawiła Adę, która więcej zajmuje się rzeczą tak materialną, jak mikroskop, albo tak doczesną, jak stowarzyszenie kobiet, aniżeli przyszłością własnej duszy i obecnym położeniem swoich rodziców.

    1932

    — Niech ją pani przekona, a będzie z niej gorliwa apostołka — rzekła Madzia.

    1933

    Pani Arnold patrzyła w jakiś nieokreślony punkt i kiwała głową.

    1934

    — Droga pani — odparła — wiele ja myślałam, ażeby bodaj tę jedną rodzinę nawrócić do prawdziwej wiary, bo ludzie majętni, światli i wpływowi dużo dobrego mogliby zrobić bliźnim. Ale — jak ich przekonać?… Duchy nie są naszymi sługami i nie przychodzą na każde zawołanie. My, pośrednicy między tym a tamtym światem, nie zawsze rozumiemy ich głos, więc możemy się mylić. Nieraz potrzebne nam są środki czysto ziemskie, pomoc ludzi, a ci nie zawsze, o! nie zawsze godni są zaufania… Wierz mi, pani, że gdyby nie poczucie obowiązku, gdyby nie nadzieja, że religia nasza zmieni świat do gruntu, poprawi go i uszczęśliwi, wierz mi, pani, wyrzekłabym się mego powołania. Jakież ono ciężkie!… Same stosunki z duchami zadają dużo cierpień. Gdy zaś, jako istoty niedoskonałe, potkniemy się, ileż spada na nas drwin i obelg?… A jak to przeszkadza rozszerzaniu się wiary pomimo jej prawdziwości!

    1935

    Żegnając się pani Arnold zapytała Madzi:

    1936

    — Pani dawniej zna pana Zgierskiego: czy to jest dobry człowiek?

    1937

    — Czy ja wiem?… Zdaje się, że tak…

    1938

    — Człowiek zręczny i umiałby być użytecznym, ale… on tak prędko nawrócił się, że aż się waham… A pani Edyta, która mieszka u ciotki państwa Solskich, czy nie jest osobą interesowną?

    1939

    — Tego nie wiem.

    1940

    — Można ufać temu, co ona mówi?

    1941

    — Prawie że nie znam jej — odparła zakłopotana Madzia.

    1942

    — Oto widzi pani, jak trudno zebrać między ludźmi najprostszych informacyj! — westchnęła pani Arnold. — A przecież nie mogę zapytywać ducha Cezara o opinię o Zgierskim albo Marii Antoniny o panią Edytę…

    1943

    No, do widzenia — rzekła, mocno ściskając Madzię za rękę. — Sądzę, że nie mam potrzeby prosić panią o oględne posługiwanie się wiadomościami, których udzieliłam. Dzieciom nie wszystko można mówić o ich matce ani profanom o trudnościach, z jakimi musimy walczyć my, pośrednicy. Nie tracę też nadziei, że wkrótce i panią zobaczymy między poświęconymi. Duchy nieraz dawały mi to do zrozumienia. No — adieu!

    1944

    Po odejściu gadatliwej Amerykanki Madzi przez kilka chwil zdawało się, że ona jeszcze mówi. Pokój krążył jej przed oczyma i zaczęła się lękać, sama nie wiedząc, czy duchów, czy pustych salonów, które ją ze wszystkich stron otaczały.

    1945

    „Boże!… — myślała chwytając się za głowę. — Dusza, która nie wie o tym, że już opuściła ciało, i wyobraża sobie, iż jest w domu zdrowia!…”.

    1946

    Przypomniała sobie postawę i fizjognomię pani Arnoldowej. Obłąkana czy mistyfikatorka? Ale gdzież tam! Zwyczajna dobra kobieta, trochę wielomówna, która z najgłębszą wiarą opowiadała swoje przywidzenia czy widzenia…

    1947

    „Skąd znowu przyszło jej do głowy, że pani Latter chciała mnie wydać za swego syna?… Druga córka!… No, mogła jej coś powiedzieć Hela… W każdym razie dziwna ta apostołka przypomniała mi mój obowiązek. Hela musi… musi wyjść za pana Stefana…”.

    1948

    Gdy tak myślała, stanął jej w pamięci pan Stefan prawie piękny mimo swej brzydoty, a imponujący naturą energiczną, szlachetnością, zresztą uprzejmością dla niej.

    1949

    „Arnoldowa ma słuszność mówiąc, że gdy pan Stefan jest przy Heli, wówczas znajduje się pod jej wpływem. Ile razy sama to widziałam… Ach, nieznośny kobieciarz… Jak on nawet na mnie spogląda!… Zresztą Ada nie ukrywa tego, że on wybucha wobec każdej kobiety… Rozumie się, że gdy Hela zechce, będzie go miała. I tak stanie się najlepiej…”.

    1950

    Cicho westchnęła i usiłowała nie myśleć o panu Stefanie. Cóż ją obchodził pan Stefan? Szanuje go, podziwia i na tym koniec. Ale jaki on szlachetny, jaki wspaniały w swoich porywach, a jaki dobry, gdy hamuje się, ażeby nie umizgać się do Madzi, która jest przecie gościem jego siostry. Nie dziw, że arystokratyczne panny rade by go odciągnąć od Heleny. Ale on musi zostać mężem Heleny… Niczyim, tylko Heleny, na przekór wszystkim pannom z towarzystwa… Ona przecież także arystokratka z upodobań, z postawy, a nade wszystko z piękności. Któraż jej dorówna, choćby najbardziej utytułowana?

    16. Pan Zgierski wchodzi

    1951

    W kilka dni na rogu ulicy Marszałkowskiej i Królewskiej z ciężkiego szafirowego tramwaju wyskoczył pan Zgierski i jak duża piłka zatoczył się prawie pod nogi Madzi. Kłaniał się szeroko, ocierał pot z łysiny i mówił:

    1952

    — Jakie szczęście, że panią tu spotykam!… Już nawet chciałem złożyć pani w jej mieszkaniu najgłębsze uszanowanie… Czy nie idzie pani przez Saski Ogród?…

    1953

    — Owszem, mogę pójść.

    1954

    — Zawsze ta sama dobroć. Co za gorący dzień!… Nie chce się wierzyć, że dopiero jesteśmy w kwietniu. Ogród wydaje mi się chłodniejszym niż ulica; wreszcie wiosenny krajobraz jest dla pani najwłaściwszym otoczeniem. Czy uważa pani, że tu i owdzie już przezierają jasnozielone listki trawy?… I pączki… słowo honoru!… malutkie, zaledwie pączusiami nazwać je można, ale już są. A niebo?… Proszę pani — taki błękit… I tych kilka obłoków białych jak łabędzi puszek, którym panie zasłaniają szyjki podczas balów… Cudownie pani dziś wygląda, tak… jak zwykle, bo trudno mi o ściślejsze porównanie. Nie wiem, czy to wpływ wiosny, czy widok pani, ale czuję się odrodzonym…

    1955

    — Pan ma do mnie interes? — przerwała Madzia.

    1956

    — A zawsze ta sama skromność — mówił Zgierski, słodko uśmiechając się i pieszcząc ją bystrymi oczkami. — Tak, interes, i to niejeden…

    1957

    — Zaciekawia mnie pan.

    1958

    — Przede wszystkim osobisty. Ile razy widzę panią, choćby w przelocie, w pierwszej chwili doznaję czegoś przykrego, jakby uczucia wstydu, że jednak ja jestem zły… Ale wynagradzają mi to chwile następne: czuję bowiem, że stałem się jakby lepszy.

    1959

    Mówił tak gorąco a delikatnie, z tak głębokim przekonaniem, że zakłopotana Madzia nie mogła się na niego gniewać.

    1960

    — A ten drugi interes? — spytała z lekkim uśmiechem, dodając w myśli:

    1961

    „Zabawny komplimencista!…”.

    1962

    — Drugi interes jest nie mój i dlatego poważniejszy — odparł zmieniając ton. — Chodzi o kogoś, kto panią interesuje…

    1963

    — Domyślam się, o Helę… O, pan może przypuszcza, że ja zapomniałam naszej umowy!… Wtedy u państwa Korkowiczów.

    1964

    — Naszej umowy?… — zdziwił się Zgierski.

    1965

    — Mieliśmy pracować nad ustaleniem jej przyszłości, a ja zaraz zgadłam, że chodzi o nawiązanie małżeństwa z panem Stefanem, które Hela tak niebacznie potargała… Ale mam nadzieję, że to się zrobi…

    1966

    — Co?… małżeństwo panny Heleny… Z jakim panem Stefanem?… bo i ja jestem Stefan. Ale jeżeli mówi pani o małżeństwie panny Heleny z panem S…. to wybaczy pani, ale ja o tym nie myślałem.

    1967

    — Ależ pamiętam słowa pańskie: „musimy zająć się przyszłością tych dwojga dzieci, to jest Helenki i jej brata…”.

    1968

    — Ja?… — pytał zdumiony Zgierski stając w alei i kładąc rękę na piersi. — Z tych dwojga dzieci, jak pani je nazywa, panna Helena interesuje się teraz, naturalnie po swojemu, młodym Korkowiczem. A zaś pan Kazimierz jest to utracjusz, który potrzebuje tylko pieniędzy, i impertynent, który za przyjacielskie uwagi płaci… najniewłaściwszymi odpowiedziami. Ja do tego planu, o którym pani mówi, ani myślę należeć… Chciałem zaś zakomunikować pani wiadomość ważną dotyczącą naszego szlachetnego pana Stefana.

    1969

    — Prawda, jaki szlachetny!… — powtórzyła Madzia z zachwytem.

    1970

    — Ależ to nadzwyczajny człowiek!… To, pani, geniusz inteligencji, charakteru, energii… To człowiek, który — po prostu — robi uszczerbek ludzkości przez to, że nie zajmuje jak najwyższego stanowiska. Umysł — serce — wola, a wszystko w wielkiej potędze — to jest, moim zdaniem, pan Solski…

    1971

    Zdawało się, że Zgierski, mówiąc to, z nadmiaru uniesienia wzleci ponad Saski Ogród.

    1972

    — Ach, jak pan dobrze go ocenia!…

    1973

    — Ale ile ja walk muszę staczać o niego — odparł Zgierski, wymownie spoglądając na Madzię. — Jakie się to pod nim doły kopią… Jakie intrygi…

    1974

    — Co pan mówi?… — zawołała wylękniona Madzia. — W tej chwili — prawił Zgierski zniżonym głosem — tworzy się spółka kapitalistów, która chce użyć wszelkich środków, ażeby pana S… odsunąć od cukrowni, na której zbudowanie już kazał zwozić materiały… Powiadają, że zabrał im pomysł, gdyż to oni mieli zamiar budować w roku przyszłym cukrownię w tej okolicy, a z panem S… zrobić kontrakt o dostawę buraków…

    1975

    — Któż to są ci panowie?

    1976

    — Kapitaliści, no… i zależna od nich arystokracja. Ludzie tacy nie znoszą, aby im kto wchodził w drogę, i nie cofają się przed niczym!… — dodał ciszej.

    1977

    — Ależ to okropne — szepnęła Madzia, z przerażeniem wpatrując się w bystre oczki Zgierskiego, które w tej chwili skromnie przysłonił rzęsami.

    1978

    — Ja, choć obcy panu Solskiemu, zapobiegam i będę zapobiegał katastrofie, o ile mogę…

    1979

    — A cóż oni mu zrobią?

    1980

    — Będą psuli roboty, buntowali robotników, podstawiali złe materiały, burzyli przeciw niemu sąsiadów i w rezultacie — doprowadzą go do bankructwa. Niech więc pani ostrzeże pana Solskiego, zresztą… nie wspominając mu o mnie…

    1981

    — Co też pan mówi! — oburzyła się Madzia. — A któż lepiej może go informować aniżeli pan?

    1982

    — Jak się pani podoba — odparł lodowatym tonem pan Zgierski, ale czarne oczki jeszcze głębiej przysłonił rzęsami. — Pan Solski — dodał — o jednym nie powinien wątpić: że ma we mnie poświęconego człowieka, który choć nie znany, będzie czuwał nad jego interesami i doniesie o każdej intrydze.

    1983

    — Okropność! — westchnęła Madzia, zarówno przejęta niebezpieczeństwami grożącymi Solskiemu, jak i poświęceniem Zgierskiego.

    1984

    — Otóż i jesteśmy u kresu — rzekł jej towarzysz, znowu jak najniżej zdejmując kapelusz i schylając się do ziemi, o ile mu na ten wybryk pozwalały okrągłe formy. — Dziękuję pani za udzieloną mi chwilę szczęścia — westchnął — i polecam interes pana Solskiego.

    1985

    Potem biorąc ją za rękę i miłośnie patrząc w oczy dodał:

    1986

    — Panno Magdaleno, połączmy wspólne usiłowania, a nasz ukochany geniusz pokona wszystkie przeszkody…

    1987

    Jeszcze jedno spojrzenie, jeszcze jeden ukłon, jeszcze jedno odwrócenie głowy i — pan Zgierski potoczył się jak bilardowa kula gdzieś w nieznaną przestrzeń. Gdy zaś Madzia zniknęła mu z oczu, zawrócił w przeciwnym kierunku i filuternie oglądając się za damami poszedł na kawę do pewnej cukierni. Tam co dzień zgromadzali się panowie czuwający jak on nad cudzymi interesami, pośrednicy w kupnie i sprzedaży, w udzielaniu pożyczek, robieniu nowych znajomości i zbieraniu informacyj o wszystkim i o wszystkich, co tylko mogło przynieść dochód człowiekowi mającemu skromne fundusze.

    1988

    Wróciwszy do domu wzburzona Madzia wpadła do pokoju Ady i zażądała, ażeby przyszedł pan Stefan. Gdy wezwany ukazał się, opowiedziała mu rozmowę ze Zgierskim.

    1989

    — Ale czego pani taka wzruszona?… — odparł Solski patrząc na nią z uśmiechem.

    1990

    — Przecież grozi panu niebezpieczeństwo…

    1991

    — I panią to obeszło?… — spytał Solski.

    1992

    Madzia umilkła i zawstydziła się.

    1993

    Brat i siostra przelotnie spojrzeli po sobie.

    1994

    — Uspokój się, Madziuś — rzekła Ada. — Panowie ci nic nie zrobią Stefkowi… O ich pretensjach wiemy od dawna, zaś pan Zgierski widocznie ma do Stefana interes i dlatego cię nastraszył.

    1995

    — Ale on jest bardzo życzliwy dla pana Solskiego — żywo odpowiedziała Madzia. — On bardzo trafnie scharakteryzował twego brata i mówił, że choć nie znany i obcy, jednak będzie czuwał… Bo go obchodzi człowiek niepospolity…

    1996

    — Ach, ach!… — zawołał Solski klaszcząc w ręce. — Pan Zgierski doskonale trafił. Muszę się z nim zapoznać.

    1997

    — Czymże on jest? — spytała Ada.

    1998

    — Zręcznym aferzystą, może trochę lepszym od innych — odparł brat. — Będzie mi znosił plotki, z których może się coś przyda, a ja — dam mu z pięćdziesiąt rubli na miesiąc. Tyle, ile brał procentów od nieboszczki Latterowej, co mu się niestety urwało!

    1999

    Madzia słuchała nadąsana.

    2000

    — Czy to gniewa panią?… — zwrócił się do niej Solski.

    2001

    — Bo… pan nie ufa człowiekowi, który mówi o panu z największym uwielbieniem…

    2002

    — Ależ ufam, ufam! — odparł Solski. — Jeżeli zapewni mnie pani, że Zgierski ma skrzydełka cherubina, gotów jestem nawet i w to uwierzyć. — Zresztą — kiedyś poznamy go bliżej.

    2003

    Pożegnał obie panny i nucąc poszedł do swego gabinetu.

    2004

    Ada jakiś czas przypatrywała się Madzi. Potem usiadła przy niej i objąwszy ją wpół spytała:

    2005

    — Powiedz mi, ale szczerze, jak najszczerzej: co myślisz o Stefanie?

    2006

    — Myślę to, co dziś słyszałam od Zgierskiego, że twój brat posiada wszystkie zalety w najwyższym stopniu: umysł — serce — wolę… I jeszcze, że jest najszlachetniejszym człowiekiem, jakiego znam — odpowiedziała Madzia tonem głębokiego przekonania.

    2007

    Ada ucałowała ją.

    2008

    — Dobrze, bardzo dobrze, że tak myślisz — rzekła tłumiąc westchnienie.

    2009

    — I dlatego powiem ci — prawiła Madzia — taki człowiek powinien być szczęśliwym… My wszyscy mamy obowiązek pracować nad jego szczęściem… I powiem ci, że on — powinien się ożenić…

    2010

    — Masz słuszność — rzekła cicho Ada.

    2011

    — I my obie, a z nami pani Arnold, musimy zrobić to, ażeby oni pogodzili się z Helą… Ona ma wady, ale któż jest bez wad?… Tymczasem panu Stefanowi taka właśnie żona potrzebna.

    2012

    Ada cofnęła się i głęboko spojrzała w oczy Madzi.

    2013

    — Ty to mówisz?… — spytała.

    2014

    — Bo mam słuszność. Pan Stefan jest niepospolity człowiek, a i Helenka jest niepospolitą kobietą… Jaka ona piękna, zdolna, a jaka dumna!… Ja, powiem ci, nie kocham jej nawet tak jak Cecylię, tę, której wyrabiasz posadę w Jazłowcu. Ale mówię ci, że kiedy patrzę na Helenę, korzę się przed nią, bo czuję, że w tej kobiecie jest coś królewskiego. Prawda, że ona ceni tylko siebie, ale widocznie zna swoją wartość i ten czar, który bije od jej istoty.

    2015

    Ada wstrząsnęła głową. W słowach i oczach Madzi było tyle szczerości, że niepodobna było wątpić o tym, co mówi.

    2016

    — I nie przypuszczasz, że mogą być doskonalsze kobiety niż Hela? — spytała Ada.

    2017

    — Może w wyższych towarzystwach albo za granicą — naiwnie odpowiedziała Madzia.

    2018

    Panna Solska roześmiała się.

    2019

    — Oj ty, ty!… — rzekła i ucałowała ją po kilka razy.

    2020

    Potem zaczęła jej opowiadać o sprawach towarzystwa kobiet. Że zapewne będzie ufundowane schronienie dla nauczycielek, a może kiedy i przytułek dla biednych matek. Że w pracowni trykotowych kaftaników jest trzydzieści pracownic i że damy z towarzystwa, zachęcone przez nią, kupiły szesnaście kaftaników. Że nareszcie ją, Adę, dziś zajmują tylko pracujące kobiety i biedne dziewczęta i że ona doznaje niekiedy wyrzutów sumienia z tego powodu, iż nieco zaniedbała swoje mchy i porosty.

    2021

    — Wyobraź sobie, teraz nie robię nawet czwartej części obserwacyj co dawniej — zakończyła zmartwiona panna Solska.

    2022

    Minęły wielkanocne święta, pamiętne dla Madzi, bo w tym czasie poznała kilka osób z rodziny Solskich. Wszyscy panowie, starzy i w średnim wieku, więcej i mniej utytułowani, byli dla Madzi uprzedzająco grzeczni. Ale wiał od nich taki chłód, że dla biednej dziewczyny rozmowa z nimi była męką. Wyrzekłaby się bogactw i stanowiska, uciekłaby na pustynię, gdyby jej przyszło częściej widywać tych czcigodnych panów, którzy każdym słowem, spojrzeniem i ruchem okazywali, że jest im obcą, a nawet niemiłą.

    2023

    Młodsze damy z towarzystwa udawały, że nie spostrzegają Madzi; zaś witając się z nią lub żegnając patrzyły na ścianę lub sufit. Tylko jakaś wiekowa pani rozmawiała z nią dość łaskawie przez parę minut, ale po to, ażeby powiedzieć z uśmiechem, że przekonania jej, Madzi, mają wielki wpływ na Adę, gdyż panna Solska żadną miarą nie dała się namówić na przyjęcie udziału w wielkotygodniowej kweście.

    2024

    Trzeciego dnia Madzia powiedziała sobie, że jeżeli te wizyty i znajomości pociągną się dłużej, ona pomimo całego przywiązania do Solskich opuści ich dom. Jednocześnie przyszło jej na myśl: czy ci państwo w taki sam sposób postępowaliby z Heleną Norską i czy ona wytrzymałaby w ich towarzystwie? Wytłomaczyła sobie jednak, że panna Helena potrafi traktować ich z góry i właśnie między tak wyniosłymi ludźmi znajdzie się w swoim żywiole.

    2025

    — O, Helenka to nie ja!…

    2026

    Ale święta minęły, wizyty wielkich dam i panów skończyły się. Madzia wróciła do zajęć na pensji, gdzie ją otaczano coraz większym szacunkiem; Ada do towarzystwa kobiet, które dzięki jej wzrosło w liczbę członków i fundusze; pan Stefan do swoich narad nad cukrownią z przedsiębiorcami i technikami.

    2027

    Tymczasem słońce coraz wcześniej wschodziło, później zachodziło, coraz wyżej podnosząc się na niebie. Miasto obeschło, ludzie włożyli wiosenną odzież; na ulicach zaczęto sprzedawać niebieskie przylaszczki posypywane korzeniem fiołkowym; ogród Solskich pokrył się młodą trawą, a jego odwieczne drzewa pączkami, które tylko czekały na deszcz, ażeby się rozwinąć.

    2028

    Pewnego dnia Solski wszedł do pokoju siostry i zastawszy Madzię rzekł wesoło:

    2029

    — Nareszcie zrobiliśmy układ z wielbicielem panny Magdaleny.

    2030

    — Któż to taki? — spytała zarumieniona Madzia.

    2031

    — Nie jedyny, ale jeden z gorętszych. Pan Zgierski.

    2032

    — Jakież robi wrażenie? — wtrąciła Ada.

    2033

    — Salonowiec, gładki i do znudzenia grzeczny. Wreszcie jest to człowiek, któremu nie potrzeba otwierać drzwi, bo sam otworzy, gdzie zechce.

    2034

    Kręcił się po pokoju i strzelał z palców.

    2035

    — Jesteś zadowolony? — spytała Ada.

    2036

    — Jestem. To, zdaje mi się, gracz!… Wolę go mieć za sobą niż przeciw sobie… To jest — za sobą nierad bym go mieć; raczej obok siebie… W każdym razie rekomendacja panny Magdaleny jest bardzo szczęśliwa. I jeżeli pani ma jeszcze kogo do zalecenia mi, a nawet kilku czy kilkunastu, będę wdzięcznym.

    2037

    — Nie… Pan już coś musiał słyszeć… Jestem pewna, że pan słyszał!…

    2038

    — O kim? — spytał ciekawie.

    2039

    — O panu Fajkowskim…

    2040

    — Fajkowski?… Pyszne nazwisko. Czy ma skład tytoniu?…

    2041

    — Ale gdzież tam, to aptekarz… prowizor apteczny…

    2042

    — Niechże nam pani opowie o Fajkowskim, który tak chybił powołania — nalegał Solski.

    2043

    — Ach, to cała historia — mówiła Madzia. — Pana Fajkowskiego poznałam w Iksinowie, gdzie był w aptece. To jest, poznałam o tyle, że on kłaniał mi się, a ja jemu… Kłaniałam się, bo był dobry dla tej biednej Stelli, kiedy do nas przyjechała z koncertem, pamiętasz Ada?… (Ach, Boże, co się z nią dzieje… Pewnie biedaczka umarła…).

    2044

    — Nowa historia — wtrącił Solski. — Ale cóż z tym panem Fajkowskim?

    2045

    — Otóż — prawiła Madzia — pan Fajkowski przyjechał tu do apteki. (Wiesz, Ada, stracił tam miejsce, gdyż był lunatykiem i wyobraź sobie, na pierwsze piętro łaził po rynnie do kuchni!)

    2046

    — Aha — rzekł Solski — ale w Warszawie już nie jest lunatykiem?

    2047

    — Nie wiem. Ale tu poznał się z nauczycielką od panny Malinowskiej, znasz ją, Ada, z Żanetą…

    2048

    — Ona ma taką smutną minkę? — rzekła Ada.

    2049

    — Już nie… A raczej — była jakiś czas wesoła, ale teraz jest jeszcze smutniejsza. Bo, wyobraź sobie, że poznali się z panem Fajkowskim, no — i pokochali się…

    2050

    — To: no — jest paradne! Czy każda znajomość prowadzi do miłości, czy też tylko aptekarze mają taki przywilej?…

    2051

    — Nie przeszkadzaj, Stefek! — zgromiła go siostra.

    2052

    — Więc — mówiła Madzia — kochają się, ale pobrać się nie mogą, dopóki on nie będzie miał własnej apteki albo lepszego miejsca, które wystarczyłoby dla dwojga. Zresztą Żaneta mówi, że gotowa jest dawać lekcje, byle się to już raz skończyło…

    2053

    — Bah!… — wtrącił Solski.

    2054

    — Ach, Stefek, nie przerywaj…

    2055

    — Tymczasem, wyobraź sobie, co się dzieje. Onegdaj zaczepia mnie Żaneta zapłakana i mówi: „Moja Madziu, pdobno pan Solski przy swojej cukrowni będzie miał doktora i aptekę. Spytaj się więc, czy biedny Fajkowski nie dostałby tam miejsca? To ogromnie zdolny aptekarz (mówiła Żaneta), on sam robi analizy. A jaki cichy, pracowity…”.

    2056

    — Oczywiście już wyleczył się z lunatyzmu — mruknął Solski. — Rozumiem — dodał głośno — więc pani chce uszczęśliwić tę kochającą się parę?…

    2057

    — Cóż ja mogę? — odparła zmartwiona Madzia wzruszając ramionami.

    2058

    — A ja mam temu panu Fajkowskiemu (dlaczego on się nie nazywa — na przykład: Retortowski?), a ja temu panu mam oddać aptekę przy fabryce?

    2059

    — Ach, gdyby pan to zrobił! — zawołała Madzia. — Oni tacy smutni, tak się kochają…

    2060

    — Ada, siostro moja — rzekł uroczyście Solski stając na środku pokoju — Ada, powiedz pannie Magdalenie, że jej protegowany, pan Fajkowski, już ma aptekę przy naszej fabryce. Ale pod warunkiem, ażeby poślubił zapłakaną pannę Żanetę… No, i rozumie się, ażeby mnie nie wyrzucili stamtąd nasi antagoniści…

    2061

    Madzia zamiast odpowiedzi schwyciła Adę w objęcia i zaczęła całować ją po twarzy i rękach.

    2062

    — Ada — rzekła półgłosem — powiedz twemu bratu, że jest aniołem…

    2063

    I łzy zakręciły się w jej oczach, gdy spojrzała na pana Stefana. Solski zbliżył się i pocałował Madzię w rękę.

    2064

    — Pani to jesteś aniołem — odpowiedział — bo nie tylko dajesz nam możność przyczyniać się do szczęścia ludzi, ale jeszcze myślisz, że robimy im łaskę. A tymczasem jest odwrotnie… Tak, tak — dodał — niech pobierają się zakochani, a my im pomagajmy…

    2065

    — Właśnie Madzia i tobie chce pomóc do szczęścia — odezwała się Ada. — Przed świętami wciągnęła mnie do spisku, ażeby pogodzić cię z Heleną i naturalnie połączyć was…

    2066

    — Ach, Ada!… — zawołała przerażona Madzia zasłaniając oczy. — Jak mogłaś powiedzieć coś podobnego?…

    2067

    Na twarzy pana Stefana ukazał się wyraz przykrego zdziwienia.

    2068

    — Pani tak radzi? — spytał po chwili namysłu. — Ha, może pani usłucham i w tym wypadku…

    2069

    — Jakby to było dobrze! — szepnęła Madzia.

    2070

    — Może, może… — odparł Solski. — Zobaczymy, o ile rada pani jest słuszną… Tymczasem, pan Fajkowski dostanie aptekę przy fabryce.

    2071

    Kręcił się jeszcze po pokoju i wyszedł chmurny.

    2072

    — Czy pan Stefan obraził się na mnie?… — spytała Ady wylękniona Madzia.

    2073

    — Cóż znowu?… Tylko widać przyszedł mu na myśl jego stosunek z Heleną i zasępił go. Ale to minie — odparła Ada.

    2074

    — Jaki on dobry… jaki on szlachetny… jaki on święty!… — mówiła Madzia tuląc głowę na ramieniu Ady.

    17. Brat i siostra

    2075

    W domu Arnoldów panna Helena zajmowała duży, wesoły pokój urządzony jak niegdyś u matki. W oknach wisiały te same firanki, u sufitu ta sama lampa z niebieskim kloszem, na podłodze stały te same sprzęty i sprzęciki, między którymi najokazalej wyglądało lustro cieszące się największą sympatią właścicielki.

    2076

    Na schyłku kwietnia po południu w pokoju tym znajdowała się panna Helena z bratem. Ona, posępna, siedziała na niebieskiej kanapce przypatrując się swemu bucikowi, pan Kazimierz chodził rozgorączkowany.

    2077

    — Więc ojczym — rzekła siostra — nie chce pożyczyć ci pieniędzy?

    2078

    — Dałby mi, ale sam potrzebuje.

    2079

    Panna Helena smutnie uśmiechnęła się kiwając głową.

    2080

    — I sądzisz, że ja nigdy nie będę potrzebowała pieniędzy — odparła. — Mam wielki majątek i częścią jego dochodów mogę pokrywać twoje szalone wydatki?…

    2081

    — Daję ci słowo, Hela, że to ostatni raz. Przyjąłem miejsce na kolei i będę pracował… Niech licho porwie znajomości, które mnie kosztowały tyle czasu i pieniędzy, a nie przyniosły nic. Ale ten ostatni dług muszę spłacić dla przecięcia stosunków.

    2082

    — Tysiąc rubli — mówiła panna Helena. — Ja tyle nie wydałam za granicą.

    2083

    — No, już, moja droga!… — przerwał brat. — Wydałaś więcej choć nie potrzebowałaś niczego.

    2084

    Na pięknej twarzy panny Heleny zapłonął rumieniec.

    2085

    — Kiedy obejmujesz posadę? — spytała.

    2086

    — W przyszłym tygodniu.

    2087

    — A pensja?

    2088

    — Tysiąc pięćset.

    2089

    — Za cóż oni będą ci tyle płacić?

    2090

    — A to dobre! — wybuchnął pan Kazimierz. — Będą płacić za moją znajomość języków, za wiadomości ekonomiczne, wreszcie za stosunki…

    2091

    Pan Kazimierz musiał być mocno rozdrażniony, stanął bowiem przed siostrą i prawie drżącym głosem odparł:

    2092

    — Nie moja wina. Traciłem pieniądze, bo szedłem do czegoś lepszego. I z pewnością inaczej miałbym się dzisiaj, wszystko byłoby odzyskane z lichwą, gdyby — nie twój kaprys… Zrywając z Solskim mnie podstawiłaś nogę… Szwagier Solskiego inaczej byłby traktowany.

    2093

    — Byłeś przecie jego — przyszłym szwagrem — i cóżeś zyskał oprócz długów? Zresztą, o ile wiem, Solski trzyma się z daleka od tych panów, którzy rozdają posady…

    2094

    — On sam byłby coś dla mnie obmyślił, bo niejednokrotnie robił wzmianki o mojej przyszłości. Teraz zakłada cukrownię… Mógłbym zostać administratorem z pensją czterech… pięciu tysięcy…

    2095

    — Cha! cha! cha! — zaśmiała się panna Helena. — Ty administratorem i w dodatku — Solskiego!…

    2096

    — Tak, śmiej się, kiedyś mi zwichnęła karierę. Ja doprawdy pytam się nieraz: czy ciebie w życiu kto obchodził? Bo chyba nie ja, a nawet i nie matka…

    2097

    Panna Helena spoważniała i surowo patrząc na brata odparła:

    2098

    — Jak tobie nie wstyd rzucać podobne frazesy? A ciebie kto obchodzi? Czy matka, dla której o tyle byłeś sentymentalnym, o ileś potrzebował pieniędzy? Czy może ja, która zamiast mieć w tobie opiekuna, muszę przyjmować dom od ludzi obcych?

    2099

    — Ojczym nie jest obcym. Wreszcie on ma rodzinę, a ja jestem kawalerem.

    2100

    — Więc żeń się, zostań porządnym człowiekiem, a ułatwisz mi życie. Kto wie, czy to raczej ja nie straciłam kariery przez ciebie.

    2101

    W przedpokoju rozległ się głos dzwonka. Panna Helena umilkła, a pan Kazimierz, który gotował się do odpowiedzi, przygryzł usta.

    2102

    — Zdaje się, że któryś z twoich wielbicieli — mruknął.

    2103

    — Poprośże go o posadę administratora — odparła panna Helena.

    2104

    Weszła Madzia.

    2105

    Na jej widok po obliczu panny Heleny przemknął wyraz niechęci, a pan Kazimierz zmienił się. Nieśmiało przywitał Madzię, a w jego gniewnych przed chwilą oczach błysnęło tkliwe uczucie.

    2106

    Madzia również zmieszała się. Nie spodziewała się spotkać pana Kazimierza.

    2107

    — Jak się masz, Madziu — rzekła panna Helena oddając jej chłodny pocałunek. — Oto widzisz — zwróciła się do brata — jej poproś o posadę, a będzie lepsza niż ta na kolei.

    2108

    — Mnie?… — spytała Madzia.

    2109

    — No, droga Madziu, tylko nie udawaj — mówiła panna Helena. — Wszyscy wiedzą, że wyprotegowałaś Zgierskiego, potem narzeczonego Żanety… Aha… i jeszcze jakąś guwernantkę z prowincji…

    2110

    W tej chwili wbiegł w podskokach śliczny chłopczyk i zawoławszy po francusku:

    2111

    — Helenko, papa cię prosi…

    2112

    Schwycił ją za rękę i gwałtem wyciągnął z pokoju.

    2113

    — Nie przywitałeś się, Henryku — ostrzegła go panna Helena.

    2114

    — Ach, prawda, przepraszam! — odparł śmiejąc się.

    2115

    Podał rękę Madzi i znowu zaczął ciągnąć pannę Helenę.

    2116

    Gdy w dalszych pokojach ucichnął odgłos śmiechu chłopca i kroków panny Heleny, Madzia odezwała się do pana Kazimierza:

    2117

    — Czy Helenka jest na mnie rozgniewana?

    2118

    — Rozgniewana — tak, ale nie na panią, tylko na mnie — odpowiedział pan Kazimierz. — Trudno jej pogodzić się z myślą, że po takich nadziejach i tylu wydatkach zdecydowałem się objąć posadę, naturalnie biurową, na kolei żelaznej. Wyobrażam sobie — mówił z goryczą — jak zdziwią się moi wczorajsi przyjaciele, kiedy dojdzie ich nieprawdopodobna wiadomość, że Norski został kolejowym urzędnikiem za tysiąc pięćset rubli!

    2119

    Biedna moja matka — dodał po chwili — nie takiej spodziewała się przyszłości. A i ja sam, ledwie rok minął, uznałem za konieczne pożegnać się ze złudzeniem. Nie pod tym tylko względem…

    2120

    — Po cóż pan tak spieszy się z wyborem zawodu? — spytała Madzia patrząc na niego ze współczuciem.

    2121

    — Raczej spóźniłem się, proszę pani — odparł siadając obok niej. — Gdybym to samo zrobił przed rokiem, nie straciłbym pieniędzy na te obrzydłe stosunki — miałbym już ze dwa lub trzy tysiące pensji i… mógłbym pomyśleć o szczęściu rodzinnym — dodał ciszej, spuszczając oczy.

    2122

    — Ale skąd ten nagły zamiar?… Po co to? — mówiła zmieszana Madzia cofając rękę, którą ujął pan Kazimierz. — Dopiero wchodzi pan w świat, więc skąd to rozczarowanie?

    2123

    — Nie rozczarowanie, tylko logiczny wniosek. Całą moją zasługą, że pomimo młodości spostrzegłem, iż na nic się nie zdało walczyć z losem.

    2124

    — Alboż los pana prześladuje?… Ja myślałabym przeciwnie — zaprotestowała Madzia.

    2125

    Potrząsnął głową.

    2126

    — Kiedym był dzieckiem — mówił jakby marząc, a piękne jego oczy pociemniały — matka roiła dla mnie o karierze dyplomatycznej. Mówiła mi o tym często, kazała uczyć języków, gry na fortepianie, tańca, ukłonów i — bardzo obszernie historii powszechnej. Mając szesnaście lat prawie na pamięć umiałem Mommsena nie licząc mnóstwa dzieł ekonomicznych i prawnych.

    2127

    Bardzo prędko matka przekonała się, że o karierze dyplomatycznej nie mogę myśleć z powodu okoliczności zewnętrznych. Ale we mnie cel już był zasiany. Więc gdy musiałem pożegnać się z przyszłym tytułem ekscelencji, powiedziałem sobie: będę trybunem.

    2128

    Jak mi szło w tym kierunku, może pani słyszała. Gdziekolwiek byłem, młodzież widziała we mnie swego kierownika, a starsi nadzieję. „Ten coś zrobi…” — mówili. Wszedłem między arystokrację i plutokratów, raz — ażeby zdobyć odpowiednie stanowisko, drugi raz — ażeby poznać ich bliżej i wybrać między nimi narzędzia do mych celów. Bawiłem się z nimi, wydawałem pieniądze — prawda! — Ale nie robiłem tego na ślepo, lecz z zamiarem. To były szczeble dla mojej kariery, nie ideały.

    2129

    Madzia słuchała go jak proroka; pan Kazimierz zapalał się i z każdą chwilą piękniał.

    2130

    — Ale tam — ciągnął — w złoconych salonach, spotkało mnie najcięższe rozczarowanie. Byli tacy, którzy chętnie korzystali z mojej hojności, ale nie było takich, którzy potrafiliby mnie zrozumieć. Bawiono się moimi zaletami towarzyskimi i pod każdym względem wyciskano jak gąbkę.

    2131

    Muszę dodać, że nie tylko mitry i korony szlacheckie mają przywilej osłaniania tępych głów. Pod frygijską czapką demokracji jest nierównie więcej głupców, w dodatku źle wychowanych, wrzaskliwych i ambitnych. Młodzież demokratyczna, z którą wreszcie nie robiłem ceremonij, widząc że żyję wśród wyższego świata, w którym ich ojcowie zapełniali przedpokoje, ta młodzież — opuściła mnie. Niezdolni pojąć moich planów sądzili, iż zdradziłem ich sprawę, tym bardziej że nie mam zwyczaju spowiadać się z moich zasad przy piwie i kiełbaskach. Niemało także — dodał w nawiasie — u tych sankiulotów zaszkodziła mi wiadomość, że Helena wychodzi za Solskiego.

    2132

    Tak skończyła się moja kariera trybuna — mówił z ironią, z którą mu było bardzo do twarzy. — A ponieważ nie mam majątku, więc… cóż lepszego mogę zrobić, jeżeli nie dobijać się stanowiska w biurach kolejowych… Nie wątpię, że tam wypłynę, ale jest to nadzieja rozbitka, który z potężnego okrętu znalazł się na pustym brzegu, pewny, że choć nie umrze z głodu.

    2133

    Z dalszych pokojów doleciał głos panny Heleny, która po chwili weszła.

    2134

    — Kaziu — rzekła do brata, już stojącego w oknie — ojczym na ciebie czeka. Podziękuj!… — dodała wyciągając rękę.

    2135

    — Dajesz?… — spytał. — Ach, jakaś ty poczciwa… — i gorąco kilka razy pocałował ją w rękę, a potem w usta.

    2136

    — Ojczym daje pieniądze, ja tylko poręczam — odparła. Gdy zaś brat wybiegł z pokoju, panna Helena zwróciła się do Madzi.

    2137

    — Czymżeś tak zeszofowana? — zapytała patrząc na nią z ironią. — Mieliście jaką wzruszającą rozmowę z moim bratem?

    2138

    — Z tobą chciałam pomówić o ważnych rzeczach — odpowiedziała Madzia tonem, który ją samą zadziwił.

    2139

    — O, to coś musi być!… — rzekła panna Helena.

    2140

    Wygodnie zasiadła na kanapie i zaczęła przypatrywać się swej nóżce. Madzia zajęła miejsce obok na foteliku.

    2141

    — Wiesz — zaczęła Madzia — że ostatnią osobą, z którą przed śmiercią rozmawiała twoja matka, byłam ja…

    2142

    — No… no… no!… Cóż to za wstęp?… a jaki ton?… Przypomina mi się panna Howard!… — przerwała panna Helena.

    2143

    Ale Madzia z niezwykłym u niej chłodem mówiła dalej:

    2144

    — Posiadałam trochę zaufania u twej matki…

    2145

    — Aaa!…

    2146

    — Często od niej słyszałam o tobie. I powiem ci: nie masz pojęcia, jak matka pragnęła twego małżeństwa z panem Stefanem, a nie domyślasz się, jaki to był dla niej cios, gdy dowiedziała się o nieporozumieniach między wami… Wtedy… we Włoszech…

    2147

    — Cóż dalej? — spytała panna Helena. — Bo po takim prologu muszę spodziewać się dramatycznego zakończenia.

    2148

    — Nie mam prawa mówić ci wszystkiego, o czym wiem — ciągnęła Madzia. — Ale o jedno cię proszę: ażebyś do moich słów przywiązywała więcej znaczenia aniżeli do mojej osoby. Otóż — pogódź się z panem Stefanem i spełnij wolę matki.

    2149

    Panna Helena zaczęła dłonią uderzać się w ucho.

    2150

    — Czy ja dobrze słyszę?… — spytała patrząc na Madzię. — Ty, Magdalena Brzeska, grobowym głosem zalecasz mi w imieniu zmarłej matki, ażebym wyszła za Solskiego?… Wiesz, moja droga, że na tak zabawnej komedii jeszcze nie byłam!…

    2151

    — Któraż z nas gra komedię?… — spytała obrażona Madzia.

    2152

    Panna Helena skrzyżowała ręce na piersiach i płomiennym wzrokiem patrząc na Madzię odparła:

    2153

    — Ty przychodzisz swatać mnie z Solskim, ty, która od kilku miesięcy kokietujesz go z całej siły?…

    2154

    — Ja… pana Stefana?… Ja kokietuję kogokolwiek?… — zapytała więcej zdumiona aniżeli rozgniewana Madzia.

    2155

    Panna Helena zmieszała się.

    2156

    — Tak mówią… — rzekła.

    2157

    — Tak mówią!… Przebacz mi, ale… cóż mówią o tobie, o twoim bracie?… Co wreszcie mówiono o…

    2158

    Tu Madzia zamilkła, jakby przestraszyła się własnych słów.

    2159

    — Solski kocha się w tobie… I mówią, że się z tobą ożeni… Widocznie w jego sercu nadszedł twój sezon — rzekła panna Helena.

    2160

    Madzia roześmiała się tak szczerze, iż ten śmiech więcej przekonał pannę Helenę aniżeli wszelkie objaśnienia.

    2161

    — Może go nie kokietujesz — odparła coraz więcej zmieszana. — Ale jeżeli on zechce się z tobą ożenić, wyjdziesz z pocałowaniem ręki…

    2162

    — Ja?… Ależ o tym nigdy nie było mowy… Nigdy nie pomyślałam o tym i nie myślę, a nawet gdyby pan Stefan dostał (czego Boże broń!) bzika i oświadczył mi się, nigdy bym za niego nie wyszła. Ja ci się nawet nie tłomaczę — mówiła Madzia — bo nie rozumiem, jak można wierzyć w podobne brednie, będąc przy zdrowych zmysłach. Przecież gdyby był cień czegoś podobnego, nie mieszkałabym w ich domu. A tak — mieszkam teraz i będę mieszkała choćby dla zamknięcia ust plotkarzom, którymi doprawdy pogardzam. Jest to to samo, co gdyby powiedziano, że w tobie kocha się pan Arnold i że ty masz wyjść za niego!…

    2163

    — To inna rzecz. Za Solskiego wyjść możesz.

    2164

    — Nigdy! — zawołała Madzia.

    2165

    — Wybacz, ale nie rozumiem powodów — odparła panna Helena. — Nie jesteś przecie jego siostrą.

    2166

    — Szanuję pana Stefana, podziwiam go, życzę mu szczęścia, bo to najszlachetniejszy człowiek — mówiła Madzia z zapałem. — Ale wszystkie przymioty, jakie posiada, nie zasypałyby przepaści leżącej między nami. Boże!… — tu otrząsnęła się — a toż dla ubogiej dziewczyny lepszą jest śmierć aniżeli wdzieranie się do towarzystwa, które już dziś odwraca się ode mnie.

    2167

    Ja także mam dumę — zakończyła z uniesieniem Madzia. — I wolałabym być sługą w domu biedaków aniżeli członkiem rodziny, która traktowałaby mnie jak przybłędę.

    2168

    Panna Helena słuchała ze spuszczonymi oczyma, a na jej twarz wystąpił rumieniec.

    2169

    — No, w dzisiejszych czasach — rzekła — ukształcenie i wychowanie zaciera między ludźmi różnice majątkowe…

    2170

    — I dlatego ty możesz zostać żoną pana Stefana — pochwyciła Madzia. — Twój ojciec był bogatym obywatelem, miał wsie… Matka od stóp do głów była wielką damą… A i ty sama pomimo braku majątku jesteś wielką damą i możesz imponować rodzinie męża. Ale ja, córka lekarza w małym miasteczku, której najwyższym marzeniem jest mieć kilkuklasową pensję!… Naturalnie, że jestem przywiązaną do Solskich, boć oni obiecali mi dać szkołę przy swojej cukrowni. Będę uczyła dzieci oficjalistów i robotników, oto moja rola w ich domu…

    2171

    Zasępione dotychczas oblicze panny Heleny rozjaśniło się jak piękny krajobraz, kiedy spoza chmur wyjrzy słońce.

    2172

    — Przepraszam cię… — rzekła i pochyliwszy się do Madzi serdecznie ją ucałowała.

    2173

    — A widzisz… a widzisz, niedobra!… — mówiła Madzia tuląc ją. — Za wszystkie niesprawiedliwości, jakimi mnie obrzuciłaś, musisz… musisz pogodzić się z panem Stefanem. Pamiętaj — dodała ciszej — tego chce biedna matka twoja…

    2174

    — Przecież pierwszego kroku zrobić nie mogę — odparła zamyślając się panna Helena.

    2175

    — On zrobi… tylko go już nie odpychaj. O, ja coś o tym wiem… wiem!… — szepnęła Madzia.

    2176

    W drugim pokoju rozległo się ciche skrzypienie butów i na progu stanął pan Kazimierz. Był rozpromieniony: śmiały mu się usta, oczy, twarz, cała postawa… Ale na widok Madzi radosne objawy znikły, na czole ukazała się delikatna zmarszczka, a w oczach cień melancholii. Z takim wyrazem bywał najpiękniejszy, osobliwie, kiedy mu się włosy nieco powichrzyły.

    2177

    Panna Helena była tak zajęta sobą, że nie pytając brata o rezultat konferencji z ojczymem zawołała:

    2178

    — Wiesz, że to są plotki o Madzi i Solskim?…

    2179

    Pan Kazimierz wyglądał w tej chwili jak człowiek zbudzony ze snu. Patrzył na Madzię.

    2180

    — Ona pod słowem mówi — ciągnęła siostra — że nigdy nie wyszłaby za Solskiego i że zresztą Stefek ani myśli kochać się w niej…

    2181

    Madzia doznała jakby ukłucia w serce.

    2182

    — Przy tym — mówiła panna Helena — poczciwe Madzisko wybornie określiła swoją rolę w ich domu. Stefek obiecał oddać jej szkołę przy cukrowni, a ona mówi: będę uczyła dzieci ich służby i oficjalistów i dlatego jestem przywiązana do Solskich…

    2183

    Każde słowo pięknej panny, wypowiadane z drwiącym śmiechem, szarpało duszę Madzi.

    2184

    „Ach, jaka ona nielitościwa, jaka niedelikatna!…” — myślała.

    2185

    — Nic nie rozumiem — odezwał się pan Kazimierz.

    2186

    — Zrozumiesz, gdy ci dodam — rzekła poważniej — że Brzeska namawia mnie, ażebym najpierwej pogodziła się ze Stefkiem, a po wtóre wyszła za niego… Słyszysz: tak mi radzi Brzeska, przed którą oni prawie nie mają sekretów…

    2187

    — Wiwat!… — zawołał pan Kazimierz i zaczął skakać po pokoju. Jego melancholia pierzchła jak wystraszony zając z bruzdy. — W takim razie, moja Helu, nie zechcesz chyba upominać się o te tysiąc rubli…

    2188

    — Bądź spokojny — odparła z postawą triumfatorki — oddam ci i to, co mi jeszcze zostało.

    2189

    Madzia nigdy nie mogła zdać sobie sprawy z uczuć doświadczonych w tej chwili. Zdawało jej się, że wpadła w odmęt, z którego trzeba się wydrzeć.

    2190

    Podniosła się i podała rękę Helenie.

    2191

    — Idziesz? — spytała panna Norska nie uważając ani na milczenie Madzi, ani na jej bladość.

    2192

    — Do widzenia z panią — rzekł pan Kazimierz tonem, który przyniósłby zaszczyt najdumniejszemu kuzynowi Solskiego.

    2193

    „Co się to dzieje?…” — myślała Madzia, powoli zstępując ze schodów.

    2194

    W żaden sposób nie mogła pogodzić głębokich rozczarowań pana Kazimierza ze skokami ani czułości, jaką okazywał jej przed chwilą — z lekceważącym pożegnaniem. A ta Hela, która już nazywa ją Brzeską…

    2195

    Gdy jednak przeszła się po ulicy, na świeżym powietrzu, wśród wiosennego dnia i wesołych przechodniów, myśli jej przybrały inny kierunek.

    2196

    „Przecież ja sama, gdy ucieszę się, zapominam o obecnych. A jeżeli im to tak wielką sprawiło radość, mam dowód, że robię dobrze. Biedny pan Kazimierz nie będzie już potrzebował zabijać zdolności biurową pracą i prędzej urzeczywistni swoje wielkie zamiary… A Hela? — cóż?… Taka jak wszystkie damy z towarzystwa… Ona właśnie da sobie z nimi radę i pan Stefan będzie szczęśliwy.

    2197

    Kochana pani Latter gdyby mogła widzieć ich radość, niezawodnie powiedziałaby mi: „Madziu, jesteś dobrą dziewczyną, jestem z ciebie zadowolona… I dom Solskich ożywi się, do czego tak wzdycha Ada. I pan Stefan, ten szlachetny człowiek…”.

    2198

    Tu urwał się dalszy bieg myśli. Zabrakło jej odwagi do zastanawiania się nad przyszłym szczęściem pana Stefana.

    18. Co zrobił spirytyzm, a co ateizm?

    2199

    W końcu kwietnia państwo Arnoldowie zaprosili Solskich i Madzię na wieczór mający odbyć się w rocznicę ich ślubu. Oznajmili, że zgromadzi się nieliczne kółko znajomych, między którymi i znajdował się profesor Dębicki.

    2200

    Istotnie jedną z pierwszych osób, które spotkała na wieczorze Madzia, był Dębicki. Stał ze zmartwioną miną przy drzwiach wchodowych, tuż obok gospodarza. Można by go wziąć za lokaja, gdyby nie wytarty frak, który w dodatku nie pasował mu do figury.

    2201

    — Dlaczego profesor nie przyjechał z nami? — zawołał Solski, przywitawszy się z Arnoldem.

    2202

    — Ja tu już jestem od siódmej — mruknął skrzywiony Dębicki kłaniając się wszystkim wchodzącym, którzy go nie znali. Chciał pokazać, że nie są mu obcymi światowe zwyczaje.

    2203

    Na szczęście Ada Solska schwyciła go pod rękę szepcząc:

    2204

    — Mój profesorze, musi mi pan cały wieczór dotrzymać towarzystwa, nawet przy kolacji…

    2205

    — Doskonale! — odparł z dobrodusznym uśmiechem — bo nawet nie wiedziałbym, co robić w tym chaosie.

    2206

    Usiedli w kąciku rozmawiając. Niebawem jednak Dębicki utkwił niebieskie oczy w przestrzeń i zapomniał o panie Solskiej, co zresztą w jego życiu nie należało do niespodzianek.

    2207

    Tymczasem Madzia, wprowadzona przez Solskiego, oglądała się między zebranymi. Pomagał jej w tym zajęciu pan Kazimierz, który dziś był tak uprzejmy, jakby chciał zatrzeć w jej pamięci ślady ostatniego spotkania.

    2208

    „Jaki on dobry!… — myślała zachwycona Madzia. — Choć myli się, jeżeli przypuszcza, że byłam wtedy obrażona. Ja przecież widziałam, że radość zrobiła ich tak roztargnionymi…”.

    2209

    — Niech pani uważa, jacy tu są ludzie — mówił pan Kazimierz. — Ci panowie tędzy, w średnim wieku, to rozmaici przedsiębiorcy, którzy z moim ojczymem robią wielkie interesa. A ten między nimi Niemiec, z rudawym zarostem, będzie ustawiał maszyny w cukrowni pana Stefana.

    2210

    — Aha!… — szepnęła Madzia na znak, że ją bardzo interesuje Niemiec ustawiający maszyny.

    2211

    — Ci młodzi panowie, o ten blondynek ze znaczkiem przy klapie fraka, inżynier, tamten piękny brunecik, doktór, o… i znajomy pani — Bronisław Korkowicz, który wygląda, jakby uczył się roli Otella do teatrzyku na Pradze — to wszystko wielbiciele mojej siostry. Mogę panią zapewnić, że każdy ubóstwia ją bezinteresownie, gdyż każdy jest majętnym. Hela innych nie toleruje przy sobie.

    2212

    — Czy to potrzebne, proszę pana? — spytała Madzia.

    2213

    — Czy majątek potrzebny zakochanym?… Ja myślę, że tak; szczególniej przy pannach pięknych a wymagających.

    2214

    — Nie… Czy potrzebni są tu ci panowie przy panu Stefanie — rzekła Madzia ciszej.

    2215

    — A to już taktyka mojej siostry i w ogóle pań — odpowiedział pan Kazimierz. — Panie odkryłyście, że najsilniejszymi okowami dla mężczyzn jest zazdrość. Prawda?…

    2216

    — Nie wiem, proszę pana — odpowiedziała Madzia.

    2217

    Pan Kazimierz lekko przygryzł usta i objaśniał dalej:

    2218

    — A teraz niech pani uważa najciekawszą grupę. Te damy niemłode i nieładne, ten pan z siwymi faworytami i ten drugi z błędnymi oczyma… Widzi pani, jacy oni wszyscy poważni?… To są adepci spirytyzmu, uczniowie i uczennice pani Arnoldowej. Ruchliwa kobiecina!… Niedawno mieszka w Warszawie, a już w kilkunastu domach stołowe nogi i ekierki głoszą nadziemską mądrość. Gdybym nie wiedział, że moja macocha drugiego stopnia jest w najwyższym stopniu bezinteresowna, wróżyłbym jej, że zrobi majątek. Na nieszczęście zdaje się, że mój autentyczny ojczym grubo dokłada do stosunków z duchami. Pani, lepiej wydać bal na sto osób, aniżeli jeden pomyślny seans spirytystyczny!…

    2219

    — Pan żartuje z tego?… — zapytała Madzia.

    2220

    — Jeszcze jak!…

    2221

    Nagle ktoś odwołał pana Kazimierza i Madzia przysiadła się do panny Solskiej.

    2222

    Ada, zarumieniona, gorączkowo bawiła się wachlarzem.

    2223

    — Mówią, że pan Norski — rzekła do Madzi — jest wielki bałamut. Czy i do ciebie się umizga?

    2224

    — Nie — odparła Madzia czując, że dopuszcza się połowicznego kłamstwa. — W tej chwili opisywał mi zebrane towarzystwo i nielitościwie drwił ze spirytyzmu.

    2225

    — Kto wie, czy nie ma słuszności… Prawda, profesorze? — zwróciła się Ada do Dębickiego.

    2226

    — A o czym pani mówi? — spytał jak przebudzony.

    2227

    W tej chwili ubrana w białą suknię przybiegła do nich panna Norska i po raz drugi jak najczulej powitała Adę i Madzię. Potem wyciągając rękę do Dębickiego rzekła z filuternym uśmiechem:

    2228

    — Ja czuję, że u profesora nie mam łaski jeszcze od nieszczęsnego dwumianu Newtona… Jeżeli naprawdę gniewa się pan, to przepraszam… Dziś nie zrobiłabym tego, jestem inna — dodała z westchnieniem. — Własne cierpienia uczą, że nikomu nie trzeba robić przykrości…

    2229

    Była czarująca. Zbliżyła się tak, że Dębicki czuł zapach jej ciała, i patrzyła w niego wielkimi, ciemnymi oczyma. Ale stary matematyk odparł z kamiennym spokojem:

    2230

    — Proszę pani… bo i na co przydałby się pani dwumian Newtona?… Dobre to jako wstęp do szeregu Taylora, ale tak!…

    2231

    — Ach, potworze! — zawołała Ada. — Mówi do pana kobieta jak niebiańskie widzenie, a pan, zamiast wpatrywać się w jej oczy, myślisz o Taylorze?…

    2232

    Zmieszany Dębicki rozłożył ręce nie wiedząc, co odpowiedzieć. Zastąpił go Solski, który przysłuchiwał się rozmowie.

    2233

    — On cały swój zapał dla piękności panny Heleny mnie odstąpił — rzekł pan Stefan. — I dlatego ja mam przyjemność zachwycać się podwójnie….

    2234

    — Na dzisiaj?… — zapytała panna Helena podnosząc oczy.

    2235

    — Niekoniecznie — odparł Solski. — Pani Arnold prosi panią na gospodarską rozmowę.

    2236

    Podał jej rękę, na której z pełnym wdzięku zaniedbaniem oparła się panna Helena, i odszedł, przelotnie spoglądając na Madzię.

    2237

    Ale Madzia tego nie spostrzegła. Siedziała ze spuszczonymi oczyma wsłuchując się w ostry ból, który przeniknął jej serce.

    2238

    — Prześlicznie wygląda Helenka!… — szepnęła do Ady.

    2239

    — Jeżeli mam być szczerą — odparła tym samym głosem panla Solska — to… nie!… Jest w niej coś sztucznego…

    2240

    Madzię jeszcze mocniej zabolało serce.

    2241

    „Jak prędko zapominają o swych sympatiach wielcy panowie…” — pomyślała.

    2242

    Zbliżył się pan Kazimierz i zaczął bardzo elegancką rozmowę z Adą, tkliwie patrząc na nią, a ukradkiem rzucając spojrzenia na Madzię. Ale panna Solska bawiła się wachlarzem, odpowiadała obojętnie i skorzystawszy z pierwszej okazji odeszła z Dębickim poszukać chłodniejszego pokoju.

    2243

    — Nie rozumiem, co się stało pannie Adzie — rzekł zaniepokojony pan Kazimierz. — W Szwajcarii była dla mnie taka łaskawa…

    2244

    — Za rzadko odwiedza ją pan — odpowiedziała Madzia.

    2245

    — Bo już od pewnego czasu spostrzegłem w niej zmianę. A że nie cieszę się względami i pana Solskiego, więc… Wie pani, co stąd wynika?… Że zbyt rzadko na moje nieszczęście widuję panią…

    2246

    Gdy to mówił, twarz i oczy pałały mu. Madzia naprawdę wyglądała prześlicznie, a kilku panów zastanawiało się nad pytaniem, która piękniejsza: czy posągowa panna Helena, w której każdym ruchu było widać, że zna się na swojej wartości, czy łagodna i cicha Madzia, która myślała, że jest brzydką?

    2247

    W zebraniu powstał szmer. Szpakowaty adept pani Arnoldowej z wielkim przejęciem dowodził, że medium jest dziś usposobione jak nigdy i że należy ją poprosić, aby urządziła seans.

    2248

    — Założyłbym się — mówił do pana z błędnymi oczyma — że zobaczylibyśmy coś niezwykłego. Pani Arnold znajduje się w tym stopniu podniecenia, w którym wola mediów podnosi stoły, a nawet zmusza duchy do ukazania się w materialnej postaci.

    2249

    Na to pan z błędnymi oczyma odpowiedział, że w interesie nowej nauki leży, aby profani zobaczyli bodajby stół latający w powietrzu. Zaś pan Zgierski, który jak spod ziemi znalazł się obok nich, oświadczył gotowość poproszenia szanownej gospodyni o seans.

    2250

    — No — rzekł pan Kazimierz do Madzi — jeżeli pan Zgierski wmieszał się do tego, widowisko jest pewne… Przejdźmy tymczasem do dalszych pokojów…

    2251

    Przeszli i prawie otarli się o pana Bronisława Korkowicza, który ukrywszy się za futrynę drzwi, blady, z pobielałymi ustami wpatrywał się w pannę Helenę nie na żarty kokietującą Solskiego.

    2252

    — Oto, widzi pani — mówił pan Kazimierz do Madzi, gdy znaleźli się w zacisznym gabinecie — dziś można sprawdzić, w jaki sposób tworzą się religie. Znajduje się medium, o którym Charcot miałby dużo do powiedzenia; znajduje się kilku fanatyków, którzy tak muszą w coś wierzyć, jak po obiedzie wypijać czarną kawę; jest jakiś pan Zgierski gotów do pośrednictwa dla utrzymania swej pozycji, no — i jest gromada słabych głów, czyli ogół, który jeżeli przestanie myśleć o Bogu i życiu przyszłym, matychmiast oddaje się pijaństwu, kradzieży, rozbojom albo grze w winta…

    2253

    — Więc pan nie wierzy w duchy? — ciekawie spytała Madzia.

    2254

    — Ja?…

    2255

    — Ale w nieśmiertelność duszy…

    2256

    — Jakiej duszy i w jaką nieśmiertelność?

    2257

    — No, ale już w Boga musi pan wierzyć… — rzekła prawie z desperacją Madzia.

    2258

    Pan Kazimierz uśmiechnął się i wzruszył ramionami.

    2259

    — Musiałbym tu — odparł — wyłożyć pani cały kurs filozofii, jaki wykładałem kolegom uniwersyteckim, między którymi bywało wielu pobożnych. Nie łudźmy się, panno Magdaleno… Bierzmy życie, jakim jest, i troszczmy się przede wszystkim o to, ażeby nic nie tracić z jego rozkoszy… O goryczach pomyślą za nas ludzie… A gdy przyjdzie ostatni moment, będziemy mieli tę przynajmniej pociechę, żeśmy nie zmarnowali cennego daru natury…

    2260

    Madzia zaczęła się naprawdę niepokoić.

    2261

    — Ależ, proszę pana, jak można wątpić o duszy?… — mówiła. — Ja przecież czuję, ja myślę i… no, jestem pewna życia przyszłego…

    2262

    — Gdzie ona jest, ta dusza? — spytał pan Kazimierz. — Uczeni odkryli w mózgu tłuszcz, krew, fosfor, miliony komórek i włókien, ale duszy nie spostrzegli. A gdzie owa dusza kryje się podczas twardego snu albo zemdlenia i dlaczego przestaje wiedzieć o wszystkim, nawet o sobie, jeżeli do mózgu przypłynie o kilka kropel mniej krwi niż w stanie czuwania? Gdzie była nasza dusza przed naszym urodzeniem? Dlaczego nie było jej wówczas, gdy mieliśmy miękkie ciemiona; dlaczego dusze nasze rosły i dojrzewały razem z ciałem; dlaczego dosięgają szczytu w wieku dojrzałym, a słabną w starości? I czy owa dusza nie jest podobna do płomienia świecy, który w pierwszej chwili po zapaleniu ledwie błyszczy, potem rośnie, a gdy zabraknie stearyny, poczyna gasnąć? Mówić o nieśmiertelnej duszy jest to samo, co twierdzić że płomień trwa, choć świeca się wypali. Płomień jest tylko palącą się świecą, a dusza żyjącym ciałem.

    2263

    — Więc nie ma życia przyszłego?…

    2264

    — Gdzież by ono istniało? W grobie czy w tak zwanym niebie, które jest międzygwiazdową pustynią, zimniejszą i ciemniejszą aniżeli sam grób? Skąd zresztą te dzikie pretensje do wiecznego bytu? Czy nie byłaby komiczną iskra, która błyszcząc przez kilka chwil zakładałaby sobie życie stuletnie? Wszystko, co miało początek, musi mieć koniec…

    2265

    — Straszne to!… — szepnęła Madzia.

    2266

    — Dla chorej wyobraźni — mówił pan Kazimierz. — Ale człowiek normalny jest o tyle pochłonięty życiem, iż nie ma czasu myśleć o śmierci. Gdy zaś jej ulegnie, nawet nie wie, że go spotkała; śpi bez marzeń i zapewne bardzo by się gniewał, gdybyśmy go chcieli rozbudzić.

    2267

    — Co pan mówi… — zaprzeczyła Madzia wstrząsając głową. — Wiem, co jest ludzki organizm tak mądrze zbudowany. Lecz skądże on się wziął, kto go stworzył i w jakim celu? Jeżeli śmierć jest snem, to po co było budzić nas z niego? Przecież to niesprawiedliwość.

    2268

    — Znowu złudzenie — odpowiedział pan Kazimierz — bo nie możemy pozbyć się myśli, że natura została stworzona przez siłę podobną do człowieka, który ma jakieś cele, lubi swoje dzieła i lituje się nad ich zagładą.

    2269

    W naturze nie ma miejsca na żadną siłę tego rodzaju. Ziemia krąży naokoło słońca, bo pcha ją naprzód siła rzutu, a utrzymuje przy słońcu siła ciążenia. Tlen łączy się z wodorem i daje wodę nie dlatego, że ludziom chce się pić, lecz na mocy powinowactwa chemicznego; ziarno rzucone w ziemię wydaje roślinę nie dlatego, że tak chce jakiś anioł, ale pod wpływem ciepła, wilgoci i ciał chemicznych znajdujących się w gruncie…

    2270

    — Dobrze, ale… po co to?… po co?… — nalegała Madzia.

    2271

    Pan Kazimierz znowu z uśmiechem wzruszył ramionami.

    2272

    — A po co nad naszą głową chmury układają się niekiedy w formy wysp, drzew, zwierząt i ludzi? Czy i tamte kształty istniejące po kilka minut robią się w jakimś celu, czy i one chcą żyć wiecznie?…

    2273

    Madzia, rozgorączkowana, przestraszona, szarpała chusteczkę. Pan Kazimierz był dla niej genialnym człowiekiem i wątpić o prawdzie jego słów nie potrafiłaby; przynajmniej teraz, kiedy patrzy w jego cudowne oczy, głęboko rozumne a tak smutne.

    2274

    On, widać, już pogodził się ze strasznym losem człowieka, więc dlaczegóż by ona miała oburzać się przeciw nieugiętemu prawu?

    2275

    Ale jak jej było żal tych wszystkich, którzy pomarli, a których już nigdy nie zobaczy; jak było żal własnej duszy, która musi zgasnąć, pomimo że cały świat kocha!… I nikt nie ulituje się nad nią, nikt nie wyciągnie ręki z międzygwiazdowej pustyni okropniejszej od grobu.

    2276

    Ach, ciężki to był wieczór dla Madzi. Zdawało jej się, że pan Kazimierz w ciągu półgodzinnej gawędki prowadzonej wesołym tonem rozwalił niebo i ziemię, jej przeszłą wiarę i przyszłe nadzieje. I z całego tego pięknego świata nie zostało nic… nic; tylko — ich dwoje skazańców.

    2277

    Milczała nie wiedząc, co się dzieje dokoła niej, zasłuchana w burzę, która wybuchła tak nagle i tyle spustoszeń porobiła w biednej duszy. Wewnętrzna istota człowieka doznaje niekiedy wzruszeń podobnych do trzęsienia ziemi.

    2278

    Pan Kazimierz w tej chwili nie myślał o Madzi: patrzył na młodego Korkowicza, którego zachowanie zaczęło go niepokoić. Spostrzegłszy to pan Bronisław zbliżył się do nich, stanął przed Madzią i rzekł zmienionym głosem:

    2279

    — Dobry wieczór pani…

    2280

    Madzia zatrzęsła się, jakby koło niej runęło coś ciężkiego. Podniosła oczy i zobaczyła nad sobą bladą twarz pana Bronisława, okrytą potem i — włosy rozczochrane jak konopie.

    2281

    — Jak się masz, Kazik… — mówił Korkowicz nie patrząc na Madzię. — Ale z twojej siostry amazonka!… Nie wystarcza jej jeden koń, musi mieć całą stajnię i jeszcze lubi wracać do wyranżerowanych… Cha!… cha!… gust…

    2282

    Madzi zdawało się, że młody Korkowicz jest pijany. Ale on był zazdrosny.

    2283

    — Nie awanturujże się!… — szepnął do niego pan Kazimierz.

    2284

    — A… bo panna Helena tak się przypiła do tego Solskiego…

    2285

    — Przepraszam panią — rzekł do Madzi pan Kazimierz wstając.

    2286

    Wziął pod rękę Korkowicza, chwilę rozmawiał z ożywieniem, a następnie wyprowadził go do dalszych pokojów.

    2287

    „Może będzie pojedynek!…” — pomyślała Madzia i serce jej zaczęło bić niespokojnie.

    2288

    Lecz w tej chwili zrobił się ruch między gośćmi, a do Madzi zbliżyła się Ada z Dębickim.

    2289

    — Siądźmy razem — rzekła — będzie doświadczenie spirytystyczne. — O czymżeście tak gorąco rozmawiali z panem Norskim?

    2290

    — Ach, nieszczęśliwy on — szybko odparła Madzia. — Wyobraź sobie, przez cały czas tłomaczył mi, że nie ma duszy…

    2291

    Panna Solska przygryzła usta.

    2292

    — Tyle już razy wykładał to rozmaitym pannom — odpowiedziała — że mógłby wymyślić coś nowszego.

    2293

    — Dla mnie było to strasznie nowe!… — rzekła Madzia.

    2294

    Tłum gości rozdzielił ich i na chwilę zbliżył Madzię do stolika, przy którym stał Korkowicz i panna Helena z bratem.

    2295

    — Pan Bronisław musi być grzeczny — mówiła panna Norska wymownie patrząc na swego wielbiciela.

    2296

    — Dziś łatwiej na świecie o grzeczność aniżeli o uczciwość — odparł gniewnie Korkowicz.

    2297

    — Pan Bronisław musi i… powinien być spokojny — dodała panna Helena.

    2298

    Lekko uderzyła Korkowicza wachlarzem po ręku i rzucając mu jeszcze jedno spojrzenie odeszła szukać Solskiego.

    2299

    Korkowicz parę chwil patrzył za nią odurzony. Nagle twarz jego zmieniła się: gniew zniknął, a ukazała się radość.

    2300

    — Przepraszam cię, Kazik!… — zawołał pokazując w szerokim uśmiechu białe zęby. — Jak Boga kocham, że twoja siostra anioł… Ale ma ostre pazurki… Czasami tak drapie, aż serce się krwawi…

    2301

    W wielkim salonie Madzia znowu połączyła się z Adą i Dębickim, a jednocześnie cały tłum zebranych począł wychodzić do obocznego pokoju; ktoś bowiem powiedział, że tam odbędzie się posiedzenie. Na parę minut salon opustoszał.

    2302

    Wnet jednak wpadł Zgierski i jegomość z błędnymi oczyma, który zdawał się być zupełnie nieprzytomny. We dwu schwycili okrągły stoliczek i zaczęli ustawiać go na środku spoglądając kolejno na podłogę i sufit, jakby upatrywali szczelin, przez które duchy mają odwiedzić uprzejmy dom państwa Arnoldów.

    2303

    Ruch gości zaczął się na nowo. Weszły najpierwej, umieszczając się blisko drzwi, damy bardzo ciekawe duchów, gotowe natychmiast uwierzyć w nie, lecz — strasznie lękające się ich przybycia. Wnet jednak zostały popchnięte naprzód i rozmieszczone wzdłuż ścian przez falę już wtajemniczonych spirytystów i spirytystek. Gdy ci usiedli na miejscach, ukazała się promieniejąca panna Helena z Solskim pod rękę i wesoło rozmawiając zajęli miejsce tuż obok stolika.

    2304

    — Spojrzyj, Madziu — szepnęła z ironicznym uśmiechem Ada — czy Stefek i Helena nie wyglądają na państwa młodych?

    2305

    — Ślicznie im razem — odparła Madzia czując ściskanie w gardle.

    2306

    Potem zaczęli się przekradać przez tłum gości — wielbiciele panny Heleny: blondyn inżynier, brunet lekarz i młody Korkowicz. Na twarzy dwu pierwszych widać było jednakową troskę, obaj też z jednakową niechęcią patrzyli na Solskiego. Lecz nawet wspólna niedola nie zdołała ich zbliżyć i każdy umieścił się jak najdalej od rywala.

    2307

    W sali ucichło. Z bocznego pokoju wyszła pani Arnold wsparta na ręku siwego jegomości z orderem. Na jej bladej twarzy i w całej postaci uwydatniało się znużenie, jak gdyby ciężko chorą wydobyto z łóżka. Tylko w oczach niekiedy zatliła się iskra.

    2308

    Powstał szmer, który ciągle rosnął. Zebrani pobudzali się do uwagi, uspakajali się wzajemnie, mówili: „Prosimy!” lub „Dziękujemy!”, nawet ktoś klasnął, a ktoś drugi zawtórował mu. Ale ich uciszono.

    2309

    Pani Arnold usiadła przed stolikiem na drewnianym krześle. Natychmiast przybiegł do niej niezbędny Zgierski i spirytysta z błędnymi oczyma, a jegomość z orderem przeszedł między widzów z taką miną, jakby to on stworzył duchy i swoją władzę nad nimi przekazał pani Arnoldowej.

    2310

    Tymczasem gospodarz, wynalazłszy pod ścianą Adę z jej dwojgiem towarzyszów, przeprowadził ich na środek i usadowił obok Heleny i Solskiego. Tym sposobem Madzia znalazła się o parę kroków od medium.

    2311

    — Zdaje mi się — szepnął Solski do Arnolda — że te posiedzenia niezbyt korzystnie oddziaływają na zdrowie pani. Wygląda na kompletnie chorą.

    2312

    Arnold wzruszył brwiami i rękoma i odparł tym samym tonem:

    2313

    — Cóż ja poradzę, kiedy ona widzi w tym swoje szczęście?…

    2314

    Pani Arnold musiała coś usłyszeć, podniosła bowiem głowę i przelotnie spojrzała na Solskiego.

    2315

    Nowy szmer w sali; dwaj służący wnieśli parawan i postawili go obok stolika.

    2316

    Teraz pan siwy zbliżył się do Arnolda i zawiązała się krótka rozmowa. Jegomość nalegał, Arnold z widoczną niechęcią opierał się; w końcu jegomość ustąpił, zaś pan Arnold cofnął się w najdalszy od stolika kąt sali.

    2317

    Z kolei pan z obłąkanymi oczyma zwrócił się do medium i o coś zapytał po angielsku. Odpowiedziała głosem cichym i bezdźwięcznym, a jegomość położył jej rękę na czole i rzekł głośno:

    2318

    — Czy szanowni państwo są przygotowani do ujrzenia duchów, czy też wolą poprzestać na drugorzędnych objawach spirytystycznych?

    2319

    — Prosimy o duchy!… Nie!… Nie!… Nigdy!… Umarłabym!… — wołali zgromadzeni.

    2320

    Ogromna większość nie życzyła sobie widzieć duchów.

    2321

    — Muszę objaśnić — dodał jegomość — że moje śmiałe pytanie bynajmniej nie dowodzi, ażeby duchy koniecznie miały się ukazać. Znaczy ono tylko, że nasze szanowne medium jest dziś wyjątkowo dobrze usposobione.

    2322

    — To prawda!… — mruknął Solski spoglądając na Dębickiego, który założył ręce na brzuchu, wysunął dolną wargę i patrzył przed siebie tak obojętnie, jak gdyby zamiast świata duchów miał zobaczyć ser szwajcarski, którego nie jadał.

    2323

    Twarz medium zaczęła ulegać dziwnym zmianom. Z początku zdawało się, że pani Arnold zapadła w spokojny sen, w ciągu którego chorowita bladość ustąpiła miejsca zwykłej cerze, a na ustach ukazał się łagodny uśmiech. Potem otworzyła oczy, w których malowało się wzrastające zdziwienie. Nagle spostrzegła Solskiego i włosy jej zaczęły się jeżyć, twarz przybrała wyraz grozy, a wielkie oczy zamigotały żółtawą barwą jak u rozgniewanej lwicy.

    2324

    — Podajcie mi papier!… — rzekła po angielsku głosem silnym i metalicznym jak dzwon, nie spuszczając z oczu Solskiego.

    2325

    Jej spojrzenie było tak przejmujące, że Ada zaczęła drżeć, panna Helena cofnęła się z krzesłem do drugiego rzędu, a Madzia spuściła głowę, ażeby nie patrzeć. Solski sposępniał, a Dębicki wyprostował się zaciekawiony.

    2326

    Tymczasem pan Arnold wybiegł do gabinetu żony i po chwili z zakłopotaną miną przyniósł ołówek i kilka niedużych kartek brystolu, które podał jegomościowi z błędnymi oczyma.

    2327

    — Pani raczy wybrać jedną z nich — rzekł jegomość zbliżając się do Madzi.

    2328

    Wybrała. On kartkę i ołówek położył na stoliku obok medium, a resztę papieru zwrócił jej mężowi.

    2329

    — Zwiążcie mi ręce… — rzekła tym samym co pierwej potężnym kontraltem pani Arnold.

    2330

    Przyniesiono długą tasiemkę i lak.

    2331

    — Może panowie raczą związać i opieczętować medium — i zwrócił się jegomość o błędnych oczach do Dębickiego i Solskiego, który miał na palcu herbowy pierścień.

    2332

    Wezwani zbliżyli się do stolika.

    2333

    — Mogą panowie wiązać, jak im się podoba — rzekł jegomość.

    2334

    Dębicki złożył pani Arnoldowej ręce w tył, a Solski omotał ją we wszystkich kierunkach. Potem przywiązali medium do krzesła i przypieczętowali końce tasiemki do poręczy.

    2335

    Wtedy jegomość poprosił obu panów, ażeby pomogli mu otoczyć medium parawanem. Po chwili pani Arnoldowa była jak w szafie, ze wszystkich stron zasłonięta od widzów.

    2336

    — Proszę przygasić lampy — zakomenderował jegomość z błędnymi oczyma.

    2337

    Kilku panów rzuciło się do przykręcenia lamp gazowych, w których pozostały tylko niebieskie płomyki.

    2338

    — Panowie strasznie mocno wiązali… — szepnęła do Dębickiego wylękniona Madzia. — Cóż to będzie?…

    2339

    — Znana sztuka amerykańskich spirytystów — odpowiedział Dębicki.

    2340

    — Ach!… — krzyknęła w głębi salonu jedna z dam, obok której siedział pan Norski.

    2341

    Zaczęto odwracać głowy, pytać, lecz wnet ucichło. Za parawanem bowiem wyraźnie słychać było szelest piszącego ołówka. Po upływie paru minut ołówek zastukał o stolik, a jegomość dyrygujący posiedzeniem kazał rozświetlić lampy i zaczął odsuwać parawan.

    2342

    Pani Arnoldowa spała z głową opartą na poręczy krzesła, ręce jej znajdowały się w dawniejszej pozycji. Kiedy zaś Solski z Dębickim zbliżyli się, ażeby ją rozpętać, znaleźli pieczęcie nienaruszone, a na tasiemce nie brakło ani jednego węzła.

    2343

    — Rozumiesz pan co? — spytał Solski profesora.

    2344

    Ten wzruszył ramionami.

    2345

    — W czwartym wymiarze można by się tak rozwiązać albo…

    2346

    W tej chwili Solski spojrzał na kartkę leżącą na stoliku, pobladł i rzekł zmienionym głosem:

    2347

    — Ależ to rysy mojej matki!… Patrz, profesorze.

    2348

    Na kartce był napis po francusku:

    2349

    „Pragnę, ażeby dzieci moje częściej myślały o rzeczach wiekuistych…”.

    2350

    A zamiast podpisu znajdował się nakreślony także ołówkiem szkic bardzo wyrazistej twarzy kobiecej, otoczonej obłokami.

    2351

    Pan z błędnymi oczami zbudził panią Arnold, która wstała z krzesła uśmiechnięta. Wszyscy goście ruszyli się z miejsc pragnąc obejrzeć pisaną przez duchów kartkę, którą medium ofiarowało na pamiątkę pannie Solskiej.

    2352

    Ada w osłupieniu przyglądała się rysom swej matki. Wtem zwróciła się do brata:

    2353

    — Czy wiesz — rzekła — że to jest pismo naszej mamy?…

    2354

    — Czy nie zdaje ci się? — spytał pan Stefan.

    2355

    — Jakże!… Mam w książce do nabożeństwa modlitwę pisaną ręką mamy… Ależ tak… ten sam charakter…

    2356

    Obecni po raz drugi zaczęli oglądać kartkę, która wreszcie dostała się do rąk Madzi.

    2357

    Na kartce były rysy zmarłej matki Solskich zupełnie podobne do portretu, który wisiał w pokoju Ady. Nadto zdawało się Madzi, że kartka papieru jest inna. Na tamtej, którą wybrała, był w jedynym rogu ledwie dający się dojrzeć ciemny punkcik.

    2358

    „Może pan Kazimierz ma słuszność mówiąc, że ani dusza, ani duchy nie istnieją?…” — przemknęło jej przez myśl.

    2359

    Ale nikomu nie wspomniała o swym spostrzeżeniu. Mogła się mylić. Cóż wreszcie stracą Ada i pan Stefan, jeżeli będą wierzyć, że matka ich żyje i troszczy się o nich tak samo jak wówczas, gdy byli małymi dziećmi?

    2360

    Towarzystwo było wzburzone. Jedni otwarcie głosili się stronnikami spirytyzmu, inni po kątach usiłowali wytłomaczyć fakt magnetyzmem zwierzęcym, elektrycznością lub sztuką magiczną. Solski był zamyślony, Ada zirytowana, a Dębicki znowu obojętny. Niemniej jednak, gdy około północy zaproszono do kolacji, wszyscy znaleźli się na stanowisku i bodaj czy nie z większym zapałem i aniżeli podczas wywołania duchów.

    2361

    Madzia usiadła przy stole tuż obok Solskich mając z jednej strony Dębickiego, z drugiej jakiegoś spirytystę, który we wszystkich językach nawracał swoją dalszą sąsiadkę. Naprzeciw zaś miała starego pana z miną urzędową, który zawiązawszy serwetę na szyi brał na talerz wielkie porcje każdej potrawy i niszczył ją do ostatniego okruszka, od czasu do czasu potrząsając głową i jakby prowadził z kimś dysputę i nie zgadzał się na jego zdanie. Przykład ten, a może i głód tak oddziałał na Madzię, że i ona jadła wszystko, co jej podano: ryby, zwierzynę, kurczęta, lody… zapijając różnymi gatunkami wina, które ciągle nalewał jej Dębicki. Przy czym taka między nimi toczyła się rozmowa:

    2362

    — Może pani nalać wina? — pytał Dębicki.

    2363

    — Proszę — odpowiedziała Madzia.

    2364

    — A w który kieliszek?

    2365

    — Wszystko jedno.

    2366

    Dębicki nalewał w największy, zamyślał się i po krótkiej pauzi powtarzał pytanie:

    2367

    — Może pani nalać wina?

    2368

    W głowie Madzi szumiało jak pod wodospadem wezbranej rzeki, która zniszczywszy okolicę ciskała w odmęt szczątki rzeczy niegdyś pięknych i użytecznych, będących obecnie rupieciami. Co się przesunęło na rozhukanych falach jej duszy!… Pan Stefan z Heleną, całe posiedzenie spirytystyczne i portrety rodziców Solskich, wieczność i życie przyszłe podarte na miliony komórek i włókien mózgowych, starte na bezkształtną masę tłuszczu, fosforu, nawet żelaza w postaci zardzewiałych blach, gwoździ i zawiasów, które kiedyś widziała na Pociejowie.

    2369

    A na dnie tego chaosu wciąż uporczywie powtarzała się zwrotka: używać życia, bo przyjdzie długi sen!… używać życia, bo przyjdzie długi sen!…

    2370

    Więc Madzia jadła zwierzynę, ryby, kurczęta i piła różnych gatunków wino z jednego wielkiego kieliszka. Co jej tam nieboszczka pani Latter… już przecie śpi zamieniona na tłuszcz, fosfor i żelazo. Co białowłosy proboszcz, który kiedyś stojąc nad nią z opłatkiem mówił: „Panie, nie jestem godzien, abyś wszedł do przybytku mego…”. Co major, a nawet ojciec, skoro oni wszyscy prędzej lub później przemienią się w tłuszcz, fosfor i stare żelastwo!…

    2371

    — Podano kawę.

    2372

    — Może pani nalać likieru? — spytał Dębicki.

    2373

    — Owszem.

    2374

    — A w który kieliszek?

    2375

    W tej chwili Madzia uczuła brak tchu. Zdawało jej się, że umiera. Wstała od stołu, chwiejnym krokiem przeszła do dalszych pokojów i upadłszy na małą kanapkę zasłoniętą oleandrami wybuchnęła płaczem.

    2376

    Zaniepokojona Ada wyszła za nią, a ponieważ był już koniec kolacji, więc i Solski przeprosiwszy Helenę wybiegł za siostrą. Spotkał ją na progu pokoju, do którego nie dała mu wejść, i grożąc palcem szepnęła:

    2377

    — Widzisz, Stefek, ostrzegałam cię…

    2378

    Solski spojrzał w głąb pokoju. Zdawało mu się, że między drżącymi oleandrami słyszy ciche szlochanie. Odsunął siostrę, przypadł do kanapki i schwyciwszy za rękę płaczącą Madzię rzekł:

    2379

    — Więc to ja jestem winien?…

    2380

    Madzia podniosła na niego zdumione oczy.

    2381

    — Pan?… — spytała. — Pan za szlachetny jest na to, ażeby kto płakał z jego winy…

    2382

    A potem oprzytomniawszy dodała prędko:

    2383

    — To nic… Tyle dziś widziałam i słyszałam nadzwyczajności, że mnie to rozdrażniło… Jestem dziecinna!… — dodała śmiejąc się.

    2384

    Ada z uwagą przypatrywała się bratu, który stał obok Madzi wzruszony, z fizjognomią człowieka zdecydowanego na jakiś krok stanowczy. Już chciał przemówić, gdy wtem ukazał się pan Karzimierz i wesoło zapytał Madzi:

    2385

    — Cóż to, chce nam pani zemdleć?…

    2386

    — Ach, nie! jestem tylko rozdrażniona… Za dużo spadło na mnie wrażeń — odpowiedziała Madzia rumieniąc się i spuszczając oczy.

    2387

    — Może i naszą dzisiejszą rozmowę zalicza pani do tych wrażeń?… — spytał pan Kazimiera ze spojrzeniem triumfatora.

    2388

    — Do pewnego stopnia… tak…

    2389

    Solski usunął się z Adą do sąsiedniego pokoju i rzekł gniewnie:

    2390

    — Ciekawym, o czym rozmawiali?

    2391

    — Dałbyś wiarę, że o nieśmiertelności duszy — odparła Ada. — Pan Kazimierz dowodził, że dusza nie istnieje…

    2392

    — Nieśmiertelność duszy!… — powtórzył Solski. — Gdyby pod tym tytułem był jakiś nowy balet albo nowy rodzaj preferans uwierzyłbym, że pan Norski zajmuje się nieśmiertelnością duszy.

    2393

    — Trzeba zawsze wierzyć temu, co mówi Madzia — rzekła Ada. — Ona mówi prawdę…

    2394

    — Zobaczymy… zobaczymy…

    2395

    — A jednak przed chwilą miałeś minę, jakbyś chciał się jej oświadczyć.

    2396

    — I może zrobiłbym to… za wcześnie albo za późno…

    2397

    — O, widzisz — odparła Ada — tego zawsze bałam się w tobie… Jesteś gotów zbyt szybko działać i równie szybko porzucać…

    2398

    Weszła panna Helena z wymówką, że ją Solski na tak długo opuścił. Ale pan Stefan wytłomaczył się dość obojętnie. Więcej niż panna Helena zajmowała go myśl, że on, chcąc obudzić zazdrość w Madzi, sam pada ofiarą zazdrości. I to jeszcze o pana Kazimierza!

    2399

    Była blisko druga w nocy; goście państwa Arnoldów zaczęli się rozchodzić i rozjeżdżać.

    2400

    Wracając do domu Madzia znowu wpadła w chaos nieśmiertelności, nicości, żelaza, fosforu i tłuszczów; Ada przysłuchiwała się rozmowie brata z Dębickim.

    2401

    — Cóż profesor mówi o tym, na cośmy patrzyli? — spytał pan Stefan.

    2402

    — Takie węzły — odparł Dębicki — rozwiązywał podobno Slade, amerykański spirytysta, twierdząc, że robi to w czwartym wymiarze.

    2403

    — Rzecz możliwa?…

    2404

    — Moim zdaniem — mówił profesor — czwarty wymiar o tyle jest dostępny dla człowieka, o ile wysyłanie i odbieranie depesz telegraficznych dla ostrygi…

    2405

    — A rysunek naszej matki?

    2406

    — Jużci pani Arnold widywała w waszym domu portrety rodziców… W zwykłym stanie może ich nie pamiętać; podobno jednak są takie nerwowe podniecenia, w czasie których człowiek najdokładniej odtwarza sobie rzeczy mało znane lub zapomniane.

    2407

    — A szybkość, z jaką zrobiony został rysunek? — nalegał Solski.

    2408

    — Może w takim podnieceniu powstają i szybsze odruchy… Czy ja zresztą wiem? — odparł Dębicki.

    2409

    „Mówcie wy sobie, co chcecie — przemknęła Madzi myśl — ja, co wiem, to wiem… Portret nieboszczki przerysowała pani Arnold i nawet nie na tym papierze, który położono jej na stoliku…”.

    2410

    Była w tej chwili pod wpływem zupełnego sceptycyzmu, a raczej — wierzyła w świeżo upieczony dogmat, że duch ludzki jest produktem tłuszczu, fosforu, żelaza…

    19. Bogacz, który szukał pracy

    2411

    Gdy Stefan Solski był dzieckiem, dom jego rodziców odznaczał się pewną oryginalnością. Niekiedy we wszystkich pokojach i salonach głównego korpusu tudzież prawego i lewego skrzydła otwierały się drzwi na oścież, a zdziwiony gość słyszał odległy, lecz szybko zbliżający się tętent, następnie spostrzegał zadyszanego chłopczyka, który przebiegał salon jak źrebak. Po chwili znowu było słychać zbliżający się tętent, ale ze strony przeciwnej. Znowu otwartymi drzwiami wpadał chłopczyk, biegł nie zważając na gościa i niknął za drugimi drzwiami, gdzie stopniowo uciszały się jego kroki, ażeby znowu odezwać się w tym samym co pierwej porządku.

    2412

    Wówczas ojciec, a najczęściej matka, zarumieniona, ze spuszczonymi oczyma, mówiła do gości:

    2413

    — Państwo przebaczą, ale naszemu Stefkowi doktorzy zalecili ruch… A że do miasta nie możemy go posyłać, więc…

    2414

    Dzięki temu dom Solskich cieszył się rozgłosem niespokojnego, a mały Stefek opinią rozhukanego dzieciaka, którym Pan Bóg skarał rodzinę. Naprawdę Stefek był chłopcem chorym na nadmiar sił; a ponieważ krępowano go w najprostszych zabawach, więc wymyślał sobie nadzwyczajne.

    2415

    Gdy zaś wdrapał się na drzewo w ogrodzie, ojciec, matka, ciotka, bona i dwu guwernerów przez cały dzień tłomaczyli mu, że — łażąc po drzewach naraża się na wstyd, bo na drzewa włażą tylko dzieci najniższej klasy. Od tej pory Stefek omijał drzewa, ale za to łaził po żelaznych sztachetach, na widok czego truchleli uliczni przechodnie.

    2416

    Raz widząc, że syn lokaja zjeżdża z poręczy schodów na dół, zjechał i Stefek. Wnet jednak dowiedziano się o tym, a ojciec, matka, ciotka, bona i dwu guwernerów znowu zaczęli mu tłomaczyć, że plami nazwisko Solskich, gdyż po poręczy schodów zsuwać się mają prawo tylko dzieci lokajskie. Od tej pory Stefek nigdy nie zjeżdżał z poręczy, ale pewnego dnia uwiesił się rękoma na poręczy balkonu na drugim piętrze i w ten sposób z zewnątrz okrążył go dokoła.

    2417

    Gdy wybiegł na podwórze albo do ogrodu, lubił mocować się z dziećmi służby. Wytłomaczono mu, że hańbi się tego rodzaju stosunkami. Więc Stefek przestał bawić się ze służbą, a zaczął próbować swoich niezwykłych sił na hrabiątkach i baroniątkach.

    2418

    — Spróbujmy się!… — wołał spotkawszy takiego biedaka. Potem chwytał wpół (chłopczyka czy dziewczynkę, wszystko jedno!) i walił nim czy nią o ziemię. Jeżeli trafił na mocniejszego, wówczas wypuściwszy go z rąk odsadzał się na kilka kroków, schylał głowę i uderzał nią w brzuch zdumionego współzapaśnika, który najczęściej nie rozumiał, o co chodzi Solskiemu…

    2419

    Skutek był ten, że jeszcze za życia jego rodziców unikali Stefka dobrze urodzeni panicze i pięknie wychowane panienki. Nazywali go ulicznikiem, a on płacił im pogardą i rósł samotny nie wiedząc, ani za co nie lubią go panicze, ani dlaczego jemu nie wolno lubić lokajczuków w mieście, a pastuchów na wsi.

    2420

    Kiedy miał lat trzynaście i już żaden guwerner nie chciał podjąć się jego dalszej edukacji, ojciec oddał Stefka do szkół do trzeciej klasy. Ledwie tam pokazał się, mały, żółty, z ogromną głową i skośnymi oczyma, wybiegła naprzeciw niemu gromada chłopców wrzeszcząc:

    2421

    — Patrzcie, patrzcie… a to małpa japońska!…

    2422

    Solskiemu zaszumiało w głowie; rzucił się w tłum, zaczął wywijać pięściami, uczuł we włosach czyjeś ręce, na plecach kułaki i — rozhulał się na dobre.

    2423

    Nagle wszystko ucichło i rozbiegło się, a Stefek podniósłszy oczy spostrzegł, że jego pięść leży na brzuchu jakiegoś pana z nalaną twarzą i niebieskimi oczyma.

    2424

    — Za co ich tak rozbijasz?… — zapytał pan spokojnym głosem.

    2425

    — Niech pan zapyta się ich, jak mnie nazywają… — odparł zuchwały berbeć, gotów rzucić się i na starszego.

    2426

    Pan popatrzył na niego łagodnymi oczyma i rzekł:

    2427

    — Idź na miejsce. Masz dobre instynkta, ale nie uporządkowane.

    2428

    Był to nauczyciel matematyki, Dębicki. Stefek odurzony poszedł do ławki, ale — coś w nim drgnęło. Jemu nikt jeszcze nie powiedział, że ma dobre instynkta!…

    2429

    Od tej pory między nauczycielem i uczniem zawiązała się cicha sympatia. Stefek na lekcjach Dębickiego zachowywał się najspokojniej i uczył się najpilniej, a Dębicki niejednokrotnie ratował go od różnych nieprzyjemności w szkole.

    2430

    W piątej klasie (było to już po śmierci rodziców) Stefkowi strzelił do głowy projekt wypróbowania swojej wytrzymałości. Zamiast tedy do szkoły poszedł za miasto i — parę dni włóczył się nie jedząc i nie śpiąc. Wrócił nie bardzo zmizerowany, ale za tę próbę wyleciałby ze szkoły, gdyby nie gorące wstawiennictwo Dębickiego.

    2431

    W tydzień później główny opiekun Stefka przyszedł prosić Dębickiego, ażeby sprowadził się do pałacu Solskich i zajął się edukacją chłopca, nad którym on jeden ze wszystkich ludzi ma wpływ. Ale Dębicki odmówił, natomiast prosił Stefka, ażeby go niekiedy odwiedzał.

    2432

    Między kolegami szkolnymi młody Solski nie miał sympatii, chociaż wiedziano, że za niektórych płaci wpisy, a kilku zawdzięcza mu utrzymanie. Nie miał sympatii, ponieważ był szorstki i ambitny. Parę razy trafiło mu się grać z nimi w piłkę i grał doskonale. Na nieszczęście, jako „dusza” nikogo nie chciał słuchać: gdy zaś wybrano go na „matkę”, tak narzucał innym swoją wolę, że obrażeni — opuszczali zabawę.

    2433

    Po ukończeniu szóstej klasy zaproponował kilku kolegom na czas wakacyj pieszą wycieczkę do Ojcowa i Gór Świętokrzyskich. Większą część kosztów podróży wziął na siebie, zaopatrzył towarzyszów w laski i lornety, wynajdywał im najlepsze noclegi, zabrał dwie furmanki z żywnością tudzież kucharza i lokaja, słowem — był nieocenionym gospodarzem. Ale gdy nie słuchając żadnych przedstawień, zaczął wybierać najgorsze drogi, wymyślać marsze w nocy lub podczas deszczu i burzy, towarzysze pewnego poranku znikli bez pożegnania zostawiając mu lornety i laski na wozie.

    2434

    Dla ambicji Stefka był to cios tak bolesny, że chłopak nie wrócił do siódmej klasy, lecz wyjechał za granicę, z duszą pełną gniewu.

    2435

    Dębicki rozbudził w nim ciekawość wiedzy, ale młodzieniec, pozbawiony kierunku w życiu zapragnął poznać wszystko. Uczył się to filozofii i nauk społecznych, to fizyki i chemii; zawadzał o szkołę politechniczną i o akademię rolniczą nie troszcząc się, co mu przyjdzie z wysłuchania tylu kursów i zwiedzania tylu uniwersytetów, które objeżdżał przez dziesięć lat, gorączkowo szukając mądrości.

    2436

    Pod względem umysłowym dojrzewał prędko i szeroko, ale sercem odsuwał się od ludzi. Gardził arystokracją przez pamięć o swoich młodych latach, a może i dlatego, że nie znosił obok siebie równych. Czuł pociąg do klas niższych i ubogich, bo tym można było rozkazywać; ale ci znowu nie chcieli uznać jego władzy nad sobą, a nawet nie zawsze przyjmowali ofiary, których nie umiał dawać. Czas, rapiry burszów, kufle i pięści filistrów pohamowały nieco jego gwałtowny charakter potęgując gorycz.

    2437

    On przecież chciał robić dobrze! On przecież gotów był oddać majątek potrzebującym! A jeżeli narzucał swoją wolę, to z pewnością umiałby poświęcić życie za tych, którzy by go słuchali. Tymczasem nikt nie domyślał się jego uczuć. Owszem, niejednokrotnie przenoszono nad niego takich, którzy z ukłonem i uśmiechem ofiarowali swoje usługi, ażeby potem wyzyskać łatwowierność.

    2438

    Solski kłaniać się, uśmiechać ani wpraszać nie umiał, toteż między jego szorstką i posępną figurą a ludźmi wznosił się coraz wyższy mur nieufności. Nie odczuwano w nim gorącego serca, tylko ambicję; a gdy ofiarował komu skuteczną pomoc, czyn taki nazywano kaprysem.

    2439

    Kiedy raz wobec pruskich oficerów ujął się za podchmielonym burszem i z tego powodu miał ostry pojedynek, koledzy chcąc to uczcić wybrali go prezesem komitetu, który miał urządzić jubileusz jednemu z profesorów. Solski sypnął pieniędzmi na dar dla jubilata i ucztę dla kolegów, co jeszcze bardziej wzmocniło jego świeżą popularność.

    2440

    Przez parę dni noszono go na rękach, ale gdy przyszło do narad w komitecie, okazało się, że z Solskim nie można radzić, tylko — trzeba go słuchać. W tak szorstki sposób narzucał swoje poglądy, że na trzeciej sesji młody baron Stolberg cisnął o ziemię fajkę i uderzając pięścią w stół zawołał:

    2441

    — Ty, Solski, możesz być albo dyktatorem, albo pastuchem!… Ale na zwyczajnego prezesa nie posiadasz kwalifikacyj…

    2442

    Komitet jubileuszowy rozwiązał się, Solski znowu miał pojedynek i od tej pory zerwał stosunki koleżeńskie. Kiełkująca w nim gorycz tym silniej rozwinęła się, że czuł swoją winę, ale nie chciał jej uznać nawet przed samym sobą.

    2443

    Nadeszła epoka, która niezwykłe siły Solskiego zwróciła w innym kierunku: zaczął interesować się kobietami.

    2444

    Ale i w stosunku do kobiet zachowywał się szorstko i despotycznie. Traktował je z wyraźną niechęcią, ponieważ od dziecka mówiono mu, że jest brzydki. Za wzajemność ofiarowywał pieniądze albo kosztowne prezenta, a gdy poskutkowały pieniądze, pragnął miłości bezinteresownej. Porzucał swoje kochanki bez skrupułu, ale gdy sam został zdradzony, wpadał we wściekły gniew na cały rodzaj żeński i robił impertynencje najniewinniejszym kobietom.

    2445

    Pewną młodą magazynierkę, która okazywała mu dużo przywiązania, posądzał o interesowność i zniechęcił ją do siebie szyderstwem. Pewnej pannie z towarzystwa, która nim się zajęła, powiedział, że cnotliwe panny dzielą się na dwie kategorie: jedne chcą wyjść dobrze za mąż, a drugie chcą jakkolwiek wyjść za mąż. Pewna bogata wdowa kochała go bezinteresownie, ale wobec niej oświadczył, że najstalszymi są starzejące się damy. Nareszcie, gdy jakaś drugorzędna śpiewaczka opuściła go dla ubogiego, ale pięknego malarza, zdecydował, że wszystkie kobiety są podłe.

    2446

    Wtedy rzucił się w awanturnicze podróże. Był na Mont-Blanc, w Egipcie, w Algerii i na Saharze szukając przygód. Chciał popłynąć do Ameryki i Australii ale powstrzymał go wzgląd na siostrę Adę, która skończywszy pensję potrzebowała jego opieki. Widział burzę morską, słyszał ryk lwa w pustyni, puszczał się w krater Wezuwiusza i w rezultacie zaczął się nudzić, a nawet myśleć o samobójstwie, od którego znowu powstrzymała go pamięć o siostrze.

    2447

    Postanowił oddać się nauce. W tym celu pojechał do Anglii i złożył wizytę jednemu z najznakomitszych filozofów celem zapytania go o wskazówki.

    2448

    Mędrzec przyjął go uprzejmie, czym zachęcony Solski począł zasypywać go pytaniami: czym jest szczęście? jakie jest przeznaczenie człowieka i świata? — wynurzając przy tym mnóstwo wątpliwości i pesymistycznych poglądów.

    2449

    Anglik słuchał go gładząc faworyty. Nagle zapytał:

    2450

    — Mój panie, co pan właściwie robisz?… Jesteś uczonym czy artystą?…

    2451

    — Chcę poświęcić się filozofii — odparł Solski.

    2452

    — No, to dopiero kiedyś. Ale co pan dziś robisz? Pracujesz w przemyśle, w handlu czy w rolnictwie?…

    2453

    — Mam majątek…

    2454

    — Dobrze — majątek, on pozwala panu żyć wygodnie. Ale co pan robisz, ażeby mieć własny byt poza obrębem majątku. Może pan jesteś urzędnikiem albo posłem?…

    2455

    Ponieważ Solski milczał zdziwiony, więc Anglik podniósł się z fotelu i rzekł chłodno:

    2456

    — W takim razie wybacz pan, ale… ja nie mogę mu więcej czasu poświęcać, ponieważ mam zajęcie.

    2457

    Gdyby sufit upadł na biurko, nie zmieszałby więcej Solskiego aniżeli opryskliwa odpowiedź filozofa. Pan Stefan wyszedł upokorzony i pierwszy raz w życiu zawstydził się, że niczym nie jest i nic nie robi.

    2458

    Od tej pory na co spojrzał, wszystko przypominało mu jego upokarzającą rolę w świecie, na którym każdy coś robił. Woźnice przewozili podróżnych, tragarze dźwigali ciężary, policmeni strzegli porządku, kwiaciarki dostarczały ludziom kwiatów, kupcy towarów, restauratorzy jadła. Tylko on, Solski, nie robił nic i dlatego czuł się niezadowolonym.

    2459

    W pierwszej chwili uniesienia i skruchy chciał zostać tragarzem przy dokach londyńskich; ale gdy stanął na miejscu, opuścił go projekt zmniejszenia zarobku ludziom ubogim, którzy w dodatku spoglądali na niego niezbyt życzliwie. Potem umyślił wejść do spółki z jakim kupcem lub fabrykantem; lecz każdy z zaczepionych wymiarkowawszy, o co chodzi, nie chciał z nim dłużej gadać tłomacząc się brakiem czasu.

    2460

    Nareszcie po kilku miesiącach snucia fantastycznych projektów przyszła mu szczęśliwa idea, że trzeba wrócić do kraju i szukać zajęcia we własnych dobrach.

    2461

    I wrócił. Ale na wstępie ciotka Gabriela przypomniała mu, że Ada od dawna skończyła pensję, że mieszka w domu kobiety obcej, pani Latter, że on, Stefan, powinien zaopiekować się siostrą i wywieźć ją za granicę, ażeby biedne dziecko zobaczyło trochę świata.

    2462

    Projekt podobał się Solskiemu: przecież opieka nad siostrą była jakimś zajęciem! Uprosił ciotkę, ażeby im towarzyszyła w podróży, zapowiedział siostrze, że w ciągu tygodnia wywiezie ją za granicę i — pozwolił jej wziąć ze sobą pannę Helenę Norską, którą Ada w owej epoce ubóstwiała.

    2463

    Z początku Solski mało robił sobie z pięknej Heleny z góry posądzając ją, że chce się bogato wydać za mąż. Ale gdy w Wenecji otoczył pannę Helenę rój wielbicieli: Włochów, Francuzów, Anglików i Niemców, a wszystko ludzi dobrze urodzonych i majętnych, Solski zwrócił na nią uwagę. Wtedy spostrzegł, o czym inni głośno mówili, że panna Helena ma pyszne blond włosy, śliczną postawę, niezrównanej piękności rysy i elektryzujące spojrzenie. Imponowała mu jej duma w traktowaniu wielbicieli i pochlebiało, że niekiedy patrzy łaskawie na niego.

    2464

    Wnet jednak z tłumu wielbicieli zaczął wyróżniać się staraniami jakiś wicehrabia Francuz i hrabia Włoch, którym też panna Helena okazywała więcej życzliwości aniżeli innym. Wtedy Solski nie chcąc zdradzić się, że szarpie go zazdrość, wyjechał z Wenecji.

    2465

    Wiadomość o samobójstwie pani Latter silnie wstrząsnęła jej córką. Panna Helena przestała ukazywać się w towarzystwach, a gdy pierzchli jej najgorętsi wielbiciele, osiadła na parę miesięcy w klasztorze.

    2466

    Tu zobaczył ją Solski w czarnej sukni, białą jak marmur, z wyrazem smutku w oczach i — wspólnie z Adą namówił do nowej przejażdżki po Włoszech i po Szwajcarii.

    2467

    W tej epoce panna Helena unikała świeżych znajomości, całe dnie spędzając z Solskimi. Wówczas pan Stefan odkrył w niej ważne zalety: miała umysł bystry i logiczny, dużo oczytania i niezwykłą odwagę. Kiedy we troje wybrali się na Wezuwiusz, Ada widząc prawie u stóp szafirowe morze cofnęła się od połowy drogi, ale panna Helena weszła na szczyt piekielnej góry. A gdy brnąc po kolana w popiołach wdrapali się na brzeg krateru, gdy ziemia drżała pod ich nogami, dusił zapach siarki i cały świat zniknął za tumanami pary, wówczas panna Helena po raz pierwszy od kilku miesięcy uśmiechnęła się, a Solski uznał, że nie jest to zwyczajna kobieta.

    2468

    Odtąd zawiązała się między nimi bliższa zażyłość. Solski nie ukrywał się ze swoimi uczuciami, a panna Helena mówiła, że on musi mieć w sobie diabła. Całe dnie spędzali razem. Gdy zaś pewnego wieczora podczas morskiej przejażdżki zaskoczył ich wicher, który o mało nie zatopił czółna, a panna Helena zaczęła śpiewać, Solski — oświadczył się jej.

    2469

    Dowiedziawszy się o tym Ada posmutniała, a ciotka Gabriela chciała porzucić ich i wracać do kraju. Ulegając jednak prośbom siostrzeńców została, pod tym wszakże warunkiem, że znowu zaczną prowadzić dom otwarty.

    2470

    Starowina była dyplomatką. Wnet bowiem dokoła panny Heleny znalazł się tłum wielbicieli, wypłynął i wicehrabia Francuz, a niedługo Solski zaczął swojej narzeczonej robić takie sceny zazdrości, że panna Helena zaproponowała mu zerwanie umowy.

    2471

    — Za mało znamy się — powiedziała. — Pan nie znosi męskiego towarzystwa, a ja wolałabym śmierć aniżeli zazdrosnego męża.

    2472

    — Nie jestem zazdrosny! — oburzył się Solski.

    2473

    — W takim razie nie ufa mi pan.

    2474

    — Więc zrywa pani stanowczo?…

    2475

    Ostatni wyraz zastanowił pannę Helenę.

    2476

    — No, stanowczo!… — odparła drażniąc go spojrzeniem. — Pierwej przypatrzmy się sobie jako ludzie wolni, jak przyjaciele, a później… zobaczymy. Kobietę trzeba zdobywać nie tylko siłą, a pan jeszcze nie nauczył się tej sztuki.

    2477

    — A czy zechce pani być moją nauczycielką? — zapytał całując ją w rękę.

    2478

    — Owszem!… — odpowiedziała po namyśle. — Powinien pan dostać żonę elegancką… więc z chęcią pomogę panu w tej pracy. Ale będę surową nauczycielką…

    2479

    — Szykowniejszej od pani nie znajdę…

    2480

    — Zobaczymy.

    2481

    Panna Helena okazała dużo rozumu i taktu zrywając z Solskim. W owej bowiem epoce pan Stefan zaczął dostrzegać plamy na swoim słońcu. Jeszcze kochał ją, gdyż była piękna, uwielbiana, dumna, odważna i pełna niespodzianek; ale zaczął go razić egoizm i kokieteria. „Czy ona myśli — rzekł do siebie — że wychodzi za mój majątek osłoniony parawanem nazwiska?… I że mój dom stanie się zbiegowiskiem jej adoratorów?…”.

    2482

    Dopóki patrzył na narzeczoną i miał sposobność dotknąć ustami jej ręki, namiętność odurzała go. Ale gdy znalazł się bez niej, budził się krytycyzm, a nawet podejrzliwość.

    2483

    „Czy ja nie jestem dla niej narzeczonym od biedy?… — myślał. — Paradna historia! uciekać przed nimfami, które polują na mężów, i trafić na samą Dianę!…”.

    2484

    Ale panna Helena uwolniła go bez dramatycznych scen, owszem w żartobliwy sposób, nie cofając nadziei pod warunkiem, ażeby ją drugi raz zdobył. Była więc bezinteresowną, miała szlachetną dumę i jeżeli okazywała mu kiedyś uczucie, to szczere, bez wyrachowań.

    2485

    „A w takim razie, kto wie, czy nie należy zdobyć ją po raz drugi?… — myślał pan Stefan. — Dała mi lekcję w niewinnej formie i ja potrafię skorzystać… W tej kobiecie kryje się dużo skarbów, które dopiero odsłania konieczność; więc kto wie, co tam jest jeszcze?…”.

    2486

    I od tej pory wzrósł szacunek Solskiego dla Heleny. Wielki pan zrobił się przy niej pokornym, gwałtownik zaczął panować nad sobą i uczył się delikatności.

    2487

    Ciocia Gabriela i Ada były wdzięczne pannie Helenie, że tak zręcznie rozplątała węzeł, który im dużo robił zmartwienia. Ada nawet zaczęła żałować, że tak się stało, ale ciotka była sceptyczką.

    2488

    — Zobaczysz — mówiła do siostrzenicy — że to jest zręczna kokietka, która na Stefana zagięła parol!…

    2489

    — Więc cóż by było złego, ciociu, gdyby Stefek naprawdę z nią się ożenił?

    2490

    — Ach, dajże pokój, moja kochana!… — przerwała ciotka. — Dziewczyna uboga, żadne nazwisko i jeszcze córka guwernantki… Cóż by robiły panny dobrych rodów, gdyby ludzie z towarzystwa żenili się z takimi?…

    2491

    Tymczasem panna Helena nie rozpaczała. Zanadto ufała w swoją piękność, aby nie wyobrażać sobie, że Solski wróci do niej, kiedy ona zechce. W tej zaś chwili jeszcze nie chciała — z kilku powodów. Naprzód, miał do niej przyjechać i wziąć ją w nową podróż po Europie jej ojczym, pan Arnold, o którym, jako o Amerykaninie, chodziły wieści, że jest bardzo bogaty. Po wtóre, panna Helena sądziła, że ma prawo do najświetniejszej partii, a ponieważ obok wicehrabiego Francuza znowu znalazł się hrabia Włoch i jakiś baron niemiecki, i jeszcze jakiś dystyngowany Anglik, więc miała w czym wybierać.

    2492

    W Zurychu zdecydowały się losy wszystkich. Ciotka Gabriela wybierała się do Warszawy, Ada zaczęła chodzić na uniwersytet, pan Arnold przyjechał, ażeby zabrać Helenę, a pierwsze jego słowa były, że jej brat, Kazimierz, robi wrażenie lekkoducha i utracjusza.

    2493

    Kilka dni posiedzieli razem w Zurychu i przez ten czas zawiązały się bliższe stosunki między Solskim i Arnoldem, który nasunął panu Stefanowi myśl wybudowania cukrowni w majątku. Potem Solski wyjechał do Paryża, Arnold z Heleną do Wiednia, a wicehrabiowie, hrabiowie, baronowie i kandydaci na lordów przekonawszy się własnymi oczyma, że panna Helena ma rodzinę, znikli jak mgły w górach. Widocznie żaden nie myślał o sakramencie, co pannę Helenę trochę rozczarowało do mężczyzn, ale nie zmieniło opinii o sobie.

    2494

    Od tej chwili aż do powrotu do Warszawy Solski korespondował z panną Heleną i odwiedził ją, gdy była w Peszcie, znowu otoczona wielbicielami. Ale we wzajemnym ich stosunku nic się nie zmieniło. Pan Stefan z przyjemnością odczytywał jej listy, gdy byli razem, tracił głowę, ale stygnął, gdy się rozdzielili. Już wówczas nie był przywiązany do panny Norskiej, tylko — imponowała mu jej wiara w swoją wartość.

    2495

    — Mąż mój — mówiła — musi mi się oddać cały jak ja jemu. Wyszłabym za wyrobnika, który by mnie tak kochał, ale wolałabym umrzeć aniżeli zostać zabawką choćby najpotężniejszego człowieka.

    2496

    A Solski słuchając myślał:

    2497

    „Taką kobietę zdobyć!… To trudniejsze aniżeli podróż na Mont-Blanc…”.

    2498

    I dopóki patrzył na nią, myślał, ażeby ją zdobyć.

    2499

    Tak stały rzeczy, kiedy Solski w mieszkaniu siostry spotkał Madzię — i zdumiał się. Madzia była bardzo ładna, ale doświadczonym okiem poza wdziękami dostrzegł w jej rysach jakiś niezwykły wyraz.

    2500

    Była to dobroć, niewinność, radość czy miłosierdzie?… Nie umiał określić. W każdym razie było coś nadludzkiego, czego nie widział w żadnej kobiecie, chyba w obrazach albo posągach mistrzów.

    2501

    Ponieważ Ada kochała i chwaliła Madzię, więc w Solskim zagrał duch opozycji.

    2502

    „Taka jak inne… — myślał. — Pewnie zechce zrobić interes na życzliwości mojej siostry…”.

    2503

    Wnet jednak zdarzył się cały szereg drobnych faktów, które zdumiały Solskiego.

    2504

    Madzia nigdy o nic nie prosiła Ady; owszem, nie chciała przyjmować usług. Madzia z powodu znajomości z Adą była prześladowana w domu Korkowiczów, lecz nawet nie wspomniała o tym. Nie chciała porzucić swoich prześladowców, płakała za uczennicami i nie zrywała z nimi stosunków.

    2505

    Mogąc nie pracować wystarała się o lekcje u panny Malinowskiej i nie ulegało żadnej wątpliwości, że przyjmując mieszkanie w pałacu Solskich, robi to z pewnym poświęceniem, przez miłość dla Ady…

    2506

    Pobyt jej stał się prawdziwym błogosławieństwem dla ich domu. Madzia nie tylko leczyła migreny ciotki Gabrieli i obmyślała rozrywki czy zajęcia dla Ady, ale zajmowała się służbą i jej dziećmi: odwiedzała ich w razie choroby, wyjednywała dla pokrzywdzonych lepszą pensję.

    2507

    Nawet podwórzowe psy, wałęsające się koty i głodne podczas zimy wróble znalazły w niej opiekunkę. Nawet zaniedbane kwiaty budziły w niej współczucie.

    2508

    Za to — sama Madzia zdawała się nie mieć żadnych potrzeb, a raczej jedną, ale nienasyconą: dbać o innych, służyć innym. Przy tym ani cienia kokieterii, a raczej zupełna niewiadomość o tym, że jest ładna i że się może podobać.

    2509

    „Nieprawdopodobne!…” — myślał Solski.

    2510

    Madzię od razu oceniał każdy, kto się z nią zetknął: była to natura kryształowej przejrzystości. Ale dokładnie sformułował ją dopiero Solski, bystry i znający się na charakterach. W jego wyobraźni ludzkość przedstawiała się jako zbiór szarych kamieni, między którymi raz na tysiąc, jeżeli nie rzadziej, trafiał się klejnot. Zaś ponad tymi chłodnymi i bezświetlnymi bytami ukazywały się istoty nadzwyczajne, podobne do zapalonych lamp, które szarym kamieniom nadają fizjognomię, a klejnotom — blask, barwę i przezroczystość.

    2511

    Te nadzwyczajne istoty były to geniusze: rozumu, woli lub serca, i Madzia w oczach Solskiego była albo niesłychanie zręczną obłudnicą, albo — geniuszem uczuć.

    2512

    Solskiego dziwiło przede wszystkim, że Madzia wcale, ale to wcale nie spostrzegła, że on się nią zajął. Służba domowa wiedziała o tym, ciotka Gabriela robiła wymówki i zastrzeżenia, panna Helena okazywała jakby zazdrość, pan Zgierski rozpływał się w pochwałach dla Madzi, ludzie obcy szukali u niej protekcji, a tymczasem ona sama, z wyrafinowaną obłudą czy niepojętą naiwnością, jego — Solskiego — swatała z panną Heleną!…

    2513

    „A może ona kocha się w tym blagierze Norskim?” — myślał pan Stefan po spirytystycznym posiedzeniu, na którym asystował pannie Helenie, ażeby rozbudzić zazdrość w Madzi.

    2514

    Lecz zaprzeczył mu rozsądek. Madzia była wówczas rozdrażniona, nawet rozpłakała się, ale ani z miłości do pana Kazimierza, ani z zazdrości o Solskiego. Ją wcale nie zajmowali rzeczywiści czy domniemani wielbiciele; ją wzruszyły owe piszące i rysujące duchy, a nade wszystko traktat o nieistnieniu duszy, wypowiedziany przez pana Norskiego!

    2515

    Tak było naprawdę. Madzia przez cały tydzień nie mogła się uspokoić: rozmawiała o tym z Adą, nie sypiała po nocach, zmizerniała, a nareszcie wydobyła z Dębickiego słowo honoru, że — on wierzy w Boga i nieśmiertelność duszy.

    2516

    Uroczyste zapewnienie Dębickiego trochę uspokoiło Madzię. Niemniej Solski widział, że posiew ateizmu już był rzucony w niewinną duszę, i tym bardziej zainteresował się Madzią, a znienawidził pana Kazimierza, który zresztą nigdy nie cieszył się jego względami.

    2517

    „Jakim trzeba być bydlęciem — myślał — ażeby okradać z wiary, a choćby tylko ze złudzeń, biedne dziecko, które nic innego nie pragnie!… I czym on jej to wynagrodzi? On, a nawet cały świat, któremu to biedactwo poświęca wszystko, żądając dla siebie tylko Boga i nadziei?…”.

    2518

    Sam Solski miewał rozmaite wątpliwości i dużą skłonność do pesymizmu. Ale ateuszem nie był dzięki wpływowi Dębickiego, który od czasu do czasu ukazywał mu nowe, olśniewające horyzonty.

    2519

    Spokojny, wiecznie roztargniony matematyk stworzył sobie jakiś system filozoficzny. Ale dotychczas rozmawiał o nim tylko z Solskim, i to bardzo oględnie.

    20. Małe fundamenta dużych celów

    2520

    W tej epoce Solski miał prawo nazywać się szczęśliwym. Gdyby ów angielski filozof, któremu w Londynie złożył niefortunną wizytę, zapytał go dzisiaj: „Co pan robisz?”, Solski odpowiedziałby z dumą: „Buduję cukrownię, którą będę prowadził sam”.

    2521

    Solski z lekceważącym uśmiechem przypomniał sobie czasy, kiedy ziewając odbywał awanturnicze podróże bez celu albo kiedy pod wpływem nagłego wstydu, że nic nie robi, chciał zostać tragarzem w londyńskich dokach, lub kiedy gotów był prosić pierwszego lepszego fabrykanta o przyjęcie go do spółki.

    2522

    On sam jest dziś fabrykantem, i jeszcze jakim!… U niego pracuje kilkuset tragarzy, do niego jedni modlą się o posady, inni żebrzą go o tytuł wspólników. I on rozdaje posady, ale wspólników nie przyjmuje.

    2523

    Bo na co mu wspólnicy?… Ażeby go krępowali czy ażeby część gotówki jego leżała w banku? Solski pomocy nie potrzebuje; co posiada sam, wystarczy aż nadto; w razie zaś nieprzewidzianego wypadku ma do dyspozycji majątek siostry i — kapitały krewnych, którzy bez wahania pożyczą mu, ile zechce. Sama ciotka Gabriela w każdej chwili da sto tysięcy rubli nie pytając, co z nimi zrobi, byle miała dożywotni procent.

    2524

    Cukrownia w dobrach Solskiego była poważnym interesem. Naprzód, cukrownie przynosiły akcjonariuszom po kilkadziesiąt procentów rocznie, po wtóre, Solski miał doskonałą ziemię, z której setki morgów mógł obrócić na plantację buraków. Odpadkami cukrowni można było karmić wielką ilość bydła, co także wzięto w rachubę. Nareszcie — ażeby już nic nie brakowało temu dziecku szczęścia, Solski miał w majątku ogromny spadek wody, czyli — motor darmo, podczas gdy inne cukrownie wydawały sporą sumę na opalanie parowych machin.

    2525

    W rezultacie dla ludzi jako tako obeznanych z interesami było widoczne, że gdyby Solski po kilku kampaniach nawet spalił swoją cukrownię nie ubezpieczając jej, to jeszcze wyszedłby z majątkiem. Ale Solski palić jej nie myślał, owszem, zapowiadał, że pod każdym względem będzie wzorową.

    2526

    Poza tym budująca się fabryka stworzyła mu mnóstwo zajęć, musiał bowiem, choć w najogólniejszych zarysach, poznać kilka gałęzi pracy: uprawę buraków, hodowlę inwentarza, procesy cukrowarskie i handel cukrem. Zajmowały go także rozmaite urządzenia dla robotników, które miał zamiar wprowadzić przy fabryce.

    2527

    Nareszcie — i tu był szczyt jego marzeń: Solski rozkazywał… Rozkazywał takim, którzy go słuchali, a jego rozkazy przyoblekały się w żelazne i kamienne ciało. On decydował o rozmiarach i położeniu cukrowni; on na sesji rolniczej wskazał pola, które na przyszły rok miały pójść pod buraki; on wyznaczył liczbę sztuk opasowego bydła; on wysłuchawszy objaśnień Arnolda wybrał angielską fabrykę, która miała dostarczyć kotłów i mechanizmów wykonawczych.

    2528

    Był tak upojony władzą że, szczególniej w początkach, popełniał dzieciństwa wybierając na przykład projekta kosztowniejsze dlatego, ażeby przeciwważyć głosy fachowych jednym i niefachowym głosem, ale — swoim.

    2529

    Później Solski w naradach stosował się do głosów większości; wypróbował swojej władzy, więc mógł zostać praktycznym.

    2530

    Zapalały go też zewnętrzne oznaki czynności i panowania. Jego gabinet był zawieszony, założony i zastawiony planami budynków i maszyn, podręcznikami, próbami cukru, a jedno z głównych miejsc zajmowały słoiki z nasionami buraków i sacharymetr, który ciotka Gabriela uważała za nową broń albo za rodzaj lornety.

    2531

    Prócz tego w przedpokoju zawsze siedział na służbie lokaj zmieniający się co dwie godziny, w bramie stało kilku posłańców, którzy odnosili listy i depesze. Nareszcie Solski przez pewien czas co dzień odbywał sesje z adwokatami, rolnikami, technikami i agentami handlowymi, wyznaczał im godziny, wzywał ich nagle do siebie albo sam do nich jeździł.

    2532

    Później i to mu się sprzykrzyło i zwoływał sesje tylko w razie potrzeby. A jeszcze później brzydło mu niekiedy wszystko; nie mógł patrzeć na plany i próbki, odwracał się od sacharymetra. Wówczas po całych dniach czytywał francuskie romanse, pobudzał do szczekania Cezara albo tarzał się z nim na szerokiej sofie.

    2533

    Myśl o cukrowni już nie zapełniała mu życia. Owszem, niekiedy wydawała mu się nowożytną donkiszoterią, a on sam błędnym rycerzem, który mając byt aż nadto zabezpieczony, rwie się do pracy.

    2534

    „Po co to?… ażeby innym wydzierać chleb albo majątek?…” — myślał.

    2535

    Lecz do wydobycia go z podobnej apatii wystarczała niewielka pobudka. Niech tylko kto powiedział: to nie dla Solskiego interes! albo: zobaczycie, że on wszystko straci!… Niech który z kuzynów zrobił uwagę, że to niewłaściwe zajęcie albo — rozeszła się pogłoska, że powstaje towarzystwo akcyjne, które chce budować cukrownię w tej samej okolicy — natychmiast Solski budził się. Znowu czytał fachowe książki, badał plany, zwoływał sesje lub wyjeżdżał na wieś przypatrywać się robotom.

    2536

    Dzięki temu w majątku Solskiego w połowie maja urządzono wielki zbiornik wody, a jak na drożdżach rosły mury kilkunastu budynków. Cofać się było za późno, tym bardziej że robota toczyła się sama jak kamień pchnięty z góry. Nawet antagoniści Solskiego już nie mówili o budowaniu drugiej cukrowni, lecz naradzali się, czy nie można by odkupić obiecującej fabryki.

    2537

    Dowiedziawszy się o tym pan Zgierski (który ciągle kręcił się przy Solskim) słodko przymrużył oczki i odpowiedział:

    2538

    — Nikt nie zmusi Solskiego do sprzedaży, nikt pod słońcem, choćby mu dał tyle złota, ile pomieści się w kotłach cukrowni. Inna kwestia — dodał również poufnie — gdyby on sam znudził się tym interesem… Taką chwilę wypatrzyć, uderzyć w słabą stronę i natychmiast położyć na stół gotówkę, to co innego…

    2539

    — Sądzisz pan, że jest to możliwe?… — spytał ktoś.

    2540

    — Mój Boże — odparł skromnie Zgierski — na świecie wszystko jest możliwe… Ale z Solskim trudna sprawa…

    2541

    — Gdyby pan jednak chciał nam pomóc, bodajby… w upatrzeniu podobnej chwili… — wtrącił interesowany w tej sprawie.

    2542

    — Co też pan mówi! — oburzył się z przyjemnym uśmiechem pan Zgierski. — Jestem oddany Solskiemu do śmierci… A że widzę, iż zajęcie się cukrownią robi mu dużo satysfakcji, więc nigdy nie doradziłbym sprzedania jej…

    2543

    Interlokutor sposępniał, zaś pan Zgierski wyczekawszy chwilkę dodał z surową miną:

    2544

    — Inna rzecz, gdyby Solskiego zaczęło męczyć zajmowanie się cukrownią, psuć mu humor, podkopywać zdrowie… Ha, wówczas — bodaj położyłbym się na progu mieszkania i powiedziałbym: zabij mnie, ale porzuć nieszczęsną fabrykę, która skraca ci życie. To bym zrobił, jak honor kocham!… Bo ja, panie, dla tych, którzy mi nieograniczenie ufają…

    2545

    Interlokutorowi rozjaśniło się oblicze.

    2546

    — Więc przypuszcza pan taką ewentualność? — rzekł. — My ją ciągle widzimy jak na dłoni. Solski zamęczy się tą cukrownią… To nie dla niego praca… Prawda, kochany panie Zgierski?…

    2547

    — A zaraz, czy prawda? — wybuchnął Zgierski. — Co to jest, panie, prawda? — mówił podnosząc w górę palec. — Jeżeli sam Jezus Chrystus umilkł wobec podobnego pytania, więc jak można zadawać go nam, śmiertelnikom? Spytaj mnie pan: czy to jest możliwe lub niemożliwe?… Aaa… wtedy odpowiem: wszystko jest na świecie możliwym…

    2548

    Rozeszli się obaj pełni otuchy. Jeden z kandydatów do kupna jeszcze nie dokończonej cukrowni miał przekonanie, że w Zgierskim znalazł życzliwego orędownika swej sprawy; Zgierski zaś miał pewność, że jest najwierniejszym przyjacielem Solskiego, jak niegdyś był nim dla pani Latter.

    2549

    Uśmiechał się. W tej chwili w swojej ruchliwej wyobraźni widział siebie jako dyrektora dziwnej opery, w której Solski był tenorem, jego cukrowniani antagoniści orkiestrą, wszyscy zaś grali i śpiewali arię kompozycji jego, Zgierskiego.

    2550

    Tymczasem, czego nie przeczuł pan Zgierski, w duszy Solskiego, obok ambicji i — znudzenia, znudzenia i — ambicji, które jak dzień i noc kolejno następowały po sobie, zaczęła kiełkować całkiem nowa pobudka.

    2551

    Solski, hojny i szlachetny, miał jednak wstręt do filantropii. Na samą myśl o wyszukiwaniu nieszczęśliwych, pomaganiu potrzebującym, ocieraniu łez cierpiącym, na sam dźwięk podobnego frazesu Solski doznawał obrzydzenia. On, który ograniczał własne potrzeby, miałby jak miłosierna baba czuwać nad potrzebami innych?… On, który szukał cierpień, ażeby je pokonywać, miałby rozczulać się nad cierpieniami innych?… On, który chciał być człowiekiem ze stali i granitu, miałby przykładać się do ucierania nosów dzieciom albo łatania watówek ich matkom?… Cóż to za śmieszność!…

    2552

    Solski mógł rzucić dziesięć… sto tysięcy rubli na jakiś cel zgodny z jego wyobrażeniami, ale nie potrafiłby suszyć pieluszek. Do spełniania takich czynów są litościwe dusze, pięknie chowane panienki, goniący za popularnością aferzyści, nigdy on…

    2553

    W dniu jednak, w którym do ich domu sprowadziła się Madzia, Solski mimo woli zaczął troszczyć się o innych.

    2554

    Jego siostra ot tak sobie obiecała Madzi posadę nauczycielki w szkole, którą miano urządzić przy fabryce. Madzia przyjęła propozycję, a Solski ją zatwierdził.

    2555

    W parę dni później spadł na pana Stefana zwykły paroksyzm zniechęcenia. Solski nie mógł patrzeć na plany, nie chciał rozmawiać z technikami, lecz chodząc po gabinecie albo patrząc na kartki zaczętego romansu myślał:

    2556

    „Na co mi, u licha, ta cukrownia?… Niech budują cukrownie ci, którzy łakną trzydziestu procentów na rok, ale ja?… Oczywiście, jest to donkiszoteria!…”.

    2557

    Nagle przypomniał sobie, że obiecał Madzi posadę nauczycielki i — jego myśli przyjęły inny kierunek.

    2558

    „Jeżeli nie będzie fabryki, nie będzie szkoły, i ta poczciwa dziewczyna zawiedzie się… A jaka ona ładna!… — dodał odgrzebując w pamięci rysy Madzi. — Jakie ma szlachetne instynkta…”.

    2559

    Rzecz nie do uwierzenia, a jednak prawdziwa, że jeżeli Solski otrząsnął się z apatii, zrobił to pod wpływem obawy, ażeby Madzi nie narazić na zawód! Z jakim zdziwieniem ona spojrzałaby na niego dowiedziawszy się, że już nie dba o fabrykę, i — co by odpowiedział, gdyby go zapytała: „Więc pan już nie chce mieć cukrowni, dlaczego?…”.

    2560

    W jakiś czas później Madzia ulegając prośbom swojej koleżanki Żanety uprosiła pana Stefana, ażeby aptekę przy fabryce oddał Fajkowskiemu. Solski nie myślał o aptece, lecz — uznał jej potrzebę i obiecał posadę Fajkowskiemu.

    2561

    I otóż znowu przybył człowiek, z którym Solski rachował się w chwilach zniechęcenia. Sprzedać ledwie budującą się fabrykę — nic łatwiejszego. Ale co on odpowie Fajkowskiemu, gdyby ten go zapytał:

    2562

    „Dlaczego pan wyrzekłeś się cukrowni?… Przecież od niej zależy mój byt i małżeństwo z panną Żanetą, z którą sam powiedziałeś, ażebym się ożenił…”.

    2563

    Setki ludzi już pracujących przy budowie, zamówionych do przyszłej cukrowni lub starających się o posady, nic nie obchodziły Solskiego. Widział ich w wyobraźni jak niekształtną mgłę i zarówno nie dbał o ich opinię, jak o ich zawód. Ale nauczycielka Madzia i aptekarz Fajkowski byli osobami żywymi, które go obchodziły, wprawdzie można było znaleźć dla nich odszkodowanie ale — jak im wytłomaczyć, dlaczego on rzucił fabrykę…

    2564

    Potem Solski przestał wyobrażać sobie Madzię jako nauczycielkę dzieci jego oficjalistów, nawet wstrząsnął się na myśl, ażeby mogła zajmować podobne stanowisko. Natomiast oczekiwał, że Madzia poprosi go o jakąś techniczną posadę dla swego brata i o miejsce lekarza dla ojca. Naturalnie, że dałby im doskonałe warunki!

    2565

    Ale Madzia napomknęła mu, że nie myśli prosić za swoją rodziną, a Solski uczuł do niej za to pretensję. Zdawało mu się, że usunięto dwa filary, na których miała oprzeć się jeżeli nie cukrownia, to przynajmniej zapał Solskiego dla niej.

    2566

    Później uspokoił się. Znowu bowiem, nie wiadomo dlaczego, przyszło mu na myśl, że — ojcu Madzi nie odpowiadałoby tak skromne stanowisko i że jej brat powinien by co najmniej zostać dyrektorem cukrowni obeznawszy się z fabrykacją. A swoją drogą niecierpliwie czekał, ażeby Madzia znowu kogoś zaleciła mu na posadę. Miał bowiem przesąd, że każdy, kogo ona zarekomenduje, stanie się węzłem przymocowującym go do realnej działalności.

    2567

    Solski zaczął odgadywać w sobie brak zdolności, która by zbliżała go do ludzi. Zaczął rozumieć, że on sam jest istotą niekompletną i że Madzia w wysokim stopniu posiada te przymioty, których jemu nie dostaje. Wiedział, że tu chodzi o sferę uczucia, ale jeszcze nie zdawał sobie jasno sprawy, co to jest.

    21. Cukrownia widziana z góry

    2568

    Pewnego wieczora Solski z Dębickim przyszedł do siostry na herbatę. Czas był pogodny, więc usiedli na dużym balkonie, wychodzącym na ogród. Ada z zapałem mówiła o jasnowidzeniach pani Arnoldowej i o własnych postępach w spirytyzmie, już bowiem duchy zaczęły rozmawiać z nią za pomocą abecadła i ekierki przytrzymywanej ręką. Z nie mniejszym ogniem Madzia opowiadała o ostatniej sesji kobiecego towarzystwa, na której panna Howard zaprojektowała zbudowanie wielkiego domu dla samotnych kobiet.

    2569

    — Ciekawam, skąd wezmą na to pieniędzy — odpowiedziała Ada. — Bo mnie już nudzą projekta, na wykonanie których trzeba milionów…

    2570

    — Rodzona moja siostra!… — zawołał śmiejąc się Solski. — Przypominam ci jednak, że nie wypada dla stosunków z duchami zaniedbywać stowarzyszenia, które ma cele uczciwe, a niekiedy praktyczne.

    2571

    — Naprzód — odparła zarumieniona Ada — proszę nie żartować z duchów. A po wtóre… dlaczego mam chodzić na wszystkie sesje tych pań?

    2572

    — Co byś jednak powiedziała, gdybym ja również dla jakiegoś …izmu rzucił cukrownię?

    2573

    — Anibym się odezwała — rzekła Ada.

    2574

    — Pan rzuciłby cukrownię?… — zawołała Madzia patrząc na niego ze zdziwieniem.

    2575

    — Czy tylko damom wolno mieć upodobania?… Jeżeli moją siostrę po paru tygodniach znudziły sesje, dlaczego mnie po tylu miesiącach nie miałaby znudzić cukrownia? Upewniam — dodał śmiejąc się — że na waszych sesjach macie, panie, więcej rozmaitości.

    2576

    — Nigdy w to nie uwierzę!… — rzekła Madzia z przekonaniem.

    2577

    — Że moje zajęcia nie są zabawne?…

    2578

    — Nie, ale ażeby pan opuścił sposobność uszczęśliwienia kilkuset ludzi!…

    2579

    — Ależ ci ludzie nic mnie nie obchodzą, nie znam ich. Zresztą kto kiedy uszczęśliwił człowieka?

    2580

    — Ach, mówi pan tak, bo pan nie widział biedy i biednych — odparła Madzia z zapałem. — Gdyby pan zobaczył rodzinę nauczyciela w Iksinowie, którego żona jest w domu kucharką i praczką, a dzieci chodzą w starych sukienkach… Gdyby pan poznał stolarza, który żyje z robienia trumien, ma zapadnięte piersi i chyba dlatego nie umiera, że jemu nikt trumny nie zrobi… A gdyby pan kiedy usłyszał w brudnej izbie domu zajezdnego płacz kobiety, która przyjechała z koncertem, lęka się niepowodzenia i w dodatku jest głodna…

    2581

    Zatchnęła się ze wzruszenia, lecz po chwili mówiła dalej:

    2582

    — Łatwo panu wyrzec się cukrowni, bo pan nie widywał podobnych ludzi. Gdyby pan ich spotkał, jestem pewna, że nie zaznałby pan spokojności, dopóki nie wydobyłby ich z nędzy… Cudza nędza boli nas, chodzi za nami, nie pozwala usnąć… Jest jak rana, która dopóty nie zagoi się, aż pomożemy biedakowi wedle naszych sił…

    2583

    — Chyba nie przypuszcza pani, że będę zbierał niedołęgów i zapełniał nimi fabrykę — odparł rozdrażniony Solski. — Tam potrzeba pracowników…

    2584

    — I im należy się życzliwa opieka…

    2585

    — Przepraszam panią, ale w żadnej fabryce robotnik nie umiera z głodu!… — przerwał Solski.

    2586

    — Mój Boże, wiem coś o tym (prawda, Adziuś?); bo do naszego stowarzyszenia zgłaszają się rozmaite kobiety z prośbą o przyjęcie ich córek do roboty. Zwiedzałam mieszkania tych ludzi na strychach lub w suterynach, gdzie w jednym dusznym pokoju siedzą trzy małżeństwa i ze sześcioro dzieci… Kosztowałam krupnik, który parę razy tygodniowo gotują na obiad, przez resztę dni żywiąc się nieocukrzoną kawą i chlebem… Nawet widziałam w jednym łóżku dwoje dzieci, które nie mając odzienia muszą leżeć zamiast biegać po ulicy…

    2587

    — Pozwoli pani objaśnić sobie — rzekł cierpko Solski — że przy naszej fabryce już budują domy dla robotników, którzy mam nadzieję, nie będą żywili się kawą ani pakowali do łóżek nagich dzieci…

    2588

    — Bo właścicielem cukrowni będzie pan — odparła Madzia tonem przekonania. — I dlatego nie przypuszczam, ażeby pan rzucił fabrykę mogąc w niej robić tyle dobrego…

    2589

    — Jak ona zapala się!… — wtrąciła Ada, życzliwie patrząc na przyjaciółkę. — Bądź spokojna, Stefek nie wyrzeknie się swego dziecka…

    2590

    — Cukrownia nie jest moim dzieckiem — z niechęcią odpowiedział Solski. — To pomysł Arnolda, świetny, ani słowa, ale nie mój… Nie urodził się w moim mózgu, a dziś, gdy stał się faktem, czuję, że nie jestem do niego dopasowany… Naturalnie będę robił wszystko, co potrzeba, ale bez zapału… Nic mnie tam nie ciągnie — dodał ciszej — chyba te szarytkowskie obrazy, które tak wymownie przedstawiła panna Magdalena.

    2591

    Zaczął pogwizdywać i patrzył w niebo usiane gwiazdami. Madzia posmutniała, Ada rzekła:

    2592

    — Zwyczajny to paroksyzm u Stefka. Jak inni muszą przespać się po pracy, tak Stefek musi ponudzić się trochę i pomelancholizować dla nabrania sił. Ale jutro… pojutrze… przejdzie!…

    2593

    — Więc nie wierzysz, że mnie nie zajmuje cukrownia, a upokarza rola kandydata do kilkudziesięciu procentów rocznie?… — spytał rozdrażniony Solski. — Praca społeczna… ja ją rozumiem!… W pracy społecznej potrzeba być artystą i jak rzeźbiarz wyciosywać z ludzkich gromad — posągi… Waszyngton, Napoleon I, Cavour, Bismarck to artyści społeczni, to praca… Ale budowanie cukrowni i wyciskanie buraczanego soku… brr!…

    2594

    — Dziwna rzecz — odezwał się milczący do tej pory Dębicki. — Bismarck jest artystą, ponieważ należał do tych, co budowali państwo niemieckie; ale organizator fabryki nie jest artystą, ponieważ tworzy tylko — fabrykę. Wypadłoby stąd, że większy honor — złapać wieloryba aniżeli — stworzyć wróbla. Mnie się zaś zdaje, że drugie zadanie jest trudniejsze i że ten, kto zbudowałby porządnego wróbla, byłby artystą godniejszym podziwu aniżeli łowca wielorybów…

    2595

    Solski oparłszy się plecami o poręcz krzesła wyciągnął nogi i patrzył w niebo. Był obrażony, ale Dębicki nie zważając na to mówił dalej:

    2596

    — Tymczasem u nas nikt nie chce rozwijać swojej siły twórczej za pomocą budowania wróbelków, lecz koniecznie życzy sobie konstruować wieloryby, dla których tutaj nie ma ani miejsca, ani czasu, ani materiału. Ludziom zdaje się, że świat potrzebuje tylko — dzieł nadzwyczajnych, a choćby tylko — rojeń o nich; świat zaś przede wszystkim potrzebuje — twórców. Wynalazca nowego sztyfta do butów jest wart więcej niż stu marzycieli o perpetuum mobile; organizator rzeczywistej cukrowni wywołuje większy ruch między ludźmi aniżeli stu chronicznych kandydatów na Bismarcka.

    2597

    Spróbujcie stworzyć wzorową rodzinę, sklep, spółkę, warsztat, fabrykę, a przekonacie się, że i to jest posąg ułożony z ludzkich jednostek… Co to posąg!… raczej pełen życia organizm wyższego rzędu… Kto takie dzieła buduje z planem i świadomością, ten wznosi się ponad Fidiaszów i Michałów Aniołów i nie ma czego zazdrościć Bismarckowi.

    2598

    — A sens moralny tej prelekcji? — spytał Solski.

    2599

    — Ten, że — jeżeli naprawdę posiadasz instynkt organizatorski, to stworzenie tak skomplikowanej fabryki jak cukrownia powinno by cię zadowolić — odparł Dębicki.

    2600

    — Jak to znać, że profesor nie dotknąłeś się tej rzeczy praktycznie!… — zawołał Solski. — Gdybyś słuchał narad o cenie i dobroci wapna i cegły, o głębokości fundamentów, wyborze machin, wynagrodzeniu mularzy i gatunkach buraków, zapomniałbyś pan o swoich ideałach. A gdyby ci jeszcze dzień po dniu kładziono w głowę, że korzystniej zachęcić sąsiadów do plantacji buraków aniżeli uprawiać je samemu; gdyby ci skakano do oczu, że chcesz psuć robotników płacąc im lepiej; gdyby w kontraktach z przedsiębiorcą mularskim, ciesielskim i tak dalej podsuwano kruczki, przez które ludzie ci musieliby pójść z torbami, dopiero poznałbyś, co to jest interes przemysłowy… To nie jest żyjący posąg, ale machina do wyciskania dywidendy z buraków, robotników i rolników… To nie organizm, ale młyn, w którym mielą się ludzkie istnienia…

    2601

    Dębicki spokojnie wysłuchał mowy wypowiedzianej z ogniem, a gdy Solski umilkł, on zaczął:

    2602

    — Tysiączne szczegóły fabryki zasłaniają ci jej całość. Jesteś jak człowiek w lesie, który widzi tylko drzewa, a wcale nie myśli o tym, jaką ma formę sam las…

    2603

    Otóż jest pora, ażebyś zamiast zniechęcać się, spojrzał na te rzeczy z wysoka. Przez jakiś czas nie myśl o burakach i dywidendzie, ale raczej o tym, że z całą świadomością, wbrew przeszkodom, masz stworzyć organizm żywy, czujący i myślący, organizm z cegły, żelaza, buraków i — ludzi. Masz stworzyć istotę zdrową lub chorą, która będzie rosła i rozwijała się albo umrze i która będzie miała zupełną samowiedzę swojej pomyślności lub cierpień, swego rozwoju albo konania. I to nie jedną samowiedzę, ale kilkaset, kilka tysięcy; tyle samowiedz, ilu jest ludzi zainteresowanych w twojej cukrowni…

    2604

    — No… no…. no!… — przerwał Solski. — Siada profesor na wysokiego konia.

    2605

    — Przypominam, że są tu jeszcze dwie skromne słuchaczki, które także chciałyby coś zrozumieć — wtrąciła Ada.

    2606

    Dębicki machnął ręką w sposób wyrażający małe uszanowanie dla słuchaczek i mówił do Solskiego:

    2607

    — Przede wszystkim czy wierzysz, że twoja cukrownia będzie istotą żyjącą, ultraorganizmem?…

    2608

    — Zwietrzałe porównanie — rzekł Solski.

    2609

    — Ale my o nim nic nie wiemy… — zawołała Ada.

    2610

    — Przepraszam cię — odparł Dębicki — to nie alegoria, lecz — ten rodzaj podobieństw, które prowadzą do odkryć!…

    2611

    — No, no!…

    2612

    — Zacznijmy od dołu. Cukrownia będzie przekształcała materiały prawie tak samo, jak robią to zwierzęta i rośliny. Przez jedną bramę będziecie do niej wozić: buraki, węgiel, wapno i tak dalej. Te buraki opłuczecie wodą jak śliną, rozetrzecie je na miazgę żelaznymi zębami, wyciśniecie z nich sok… W innym aparacie, który, mówiąc nawiasowo, jak nasze płuca będzie pochłaniał mnóstwo tlenu, poddacie sok buraczany podniesionej temperaturze… Potem będziecie go łączyli z wapnem, węglem, będziecie przeciskali przez walce centryfugalne, a nareszcie odparujecie i odlejecie w formy cukier, który — wyjedzie na świat drugą bramą.

    2613

    Powiedz: czy cały szereg tych procesów nie jest podobny do — odżywiania się zwierząt i roślin? I czy twoja cukrownia nie przypomni ci — na przykład — wiśniowego drzewa, które wchłania kwas, węglany, tlen, wodę, amoniak, sole wapienne, przerabia je, rozprowadza po różnych zakątkach swego organizmu i w rezultacie wyrzuca na powierzchnię kory — klej wiśniowy poszukiwany przez dzieci.

    2614

    — Jadłam to — szepnęła Madzia.

    2615

    — I ja… — dodała Ada.

    2616

    — Dodam jeszcze — ciągnął Dębicki — że gdy w cukrowni znajdzie się za mało lub za dużo buraków, gdy w składach okaże się nadmiar cukru albo gdy w którym z budynków fabrycznych będą niedokładnie odbywały się właściwe procesy, cukrownia zacznie chorować. Robotnicy zmizemieją, liczba ich zmniejszy się, tętno ruchu osłabnie; potem mogą nawet opustoszeć budynki, pękać ściany i w końcu walić się jak konary spróchniałego drzewa. Możliwość śmierci jest także dowodem życia.

    2617

    — Ależ, kochany profesorze, mnie nic nie obchodzi takie życie, które polega na trawieniu i wydzielinach, w razie zaś najefektowniejszym — na śmierci… Ja, jeżeli mam być działaczem społecznym, chcę mieć do czynienia z duszą, i to duszą zbiorową. Słyszysz?… — nalegał Solski.

    2618

    — Z duszą? — powtórzył Dębicki. — Właśnie o niej będę mówił i przekonam cię, że nawet w dzisiejszych fabrykach już istnieją dwie kapitalne władze duszy: wola i myśl.

    2619

    Wola na najniższym szczeblu objawia się odruchami odsiebnymi i dosiebnymi, które już spotykamy u wymoczków. Czy zaś nie zgodzisz się na to, że — owi furmani i ich wozy, które będą zwozić buraki, a wywozić cukier, że oni przy twojej fabryce będą spełniali rolę tych rzęs i macek, które wyrastają z ciała pierwotniaka i schwyciwszy zdobycz znikają?…

    2620

    Wyższym szczeblem woli są nałogi. No, ale te muszą istnieć w każdej fabryce, gdzie mnóstwo ludzi spełnia swoje czynności nałogowo i gdzie jednostajne działanie machin również przypomina nałogi.

    2621

    Następnym piętrem woli jest praca twórcza, w której odruchy i nałogi porządkują się według pewnego celu. W fabryce przedstawicielami takich celów są specjalni majstrowie, pod których kierunkiem oddziały robotników płuczą buraki, rozcierają, wyciskają…

    2622

    Szczytem nareszcie woli jest cel fabryki, który streszcza się w jej dyrektorze technicznym.

    2623

    Przechodzę do myśli. Jej fundamentem są wrażenia świata zewnętrznego, a organami tych wrażeń dla was są: agenci dowiadujący się o cenach cukru, buraków, węgla, drzewa, robocizny… Wyżej wznosi się: pamięć, jej zaś organem będą w cukrowni spisy inwentarza, płacy roboczej, wydatków na materiały, wpływów za towar… Pracę twórczą myśli chyba pomieścisz w laboratorium, w biurze technicznym i administracyjno-handlowym. A nareszcie ideę panującą, która ogarnia całe życie fabryki, jej rozwój i wahania — może reprezentowałbyś ty sam, gdybyś w swojej cukrowni widział nie prasę do wyciskania dywidend, ale organizm, który ma spełniać jakieś cele na świecie.

    2624

    Dodaj, że każda z istniejących fabryk ma swoją indywidualność. Są fabryki logiczne i głupie, rzetelne i szachrajskie, wolne i spętane przez wierzycieli, moralne i niemoralne. Pomyśl o tym wszystkim i powiedz: czy poza burakami, wytłoczynami, melasą i dywidendą nie dostrzegasz konturów — ducha, który tym tylko różni się od ludzkiego, że zamiast jednej świadomości ma ich kilkaset?…

    2625

    — Stefku, profesor ma słuszność — rzekła Ada. — W fabryce istnieje duch zbiorowy…

    2626

    — Ale nie ma w niej miejsca na współczucie i litość panny Magdaleny — odparł Solski.

    2627

    — Mylisz się — wtrącił Dębicki. — Teraźniejsze fabryki są jeszcze bardzo niskimi organizacjami. Czy jednak nie sądzisz, że dzisiejsze zamęty w świecie pracy może nie istniałyby, gdyby w fabrykach tętniło żywe uczucie? Gdyby smutek spotykający jednego pracownika udzielał się innym; gdyby kierownicy troszczyli się o usuwanie przykrości, a nasuwanie przyjemności wykonawcom?

    2628

    Żyjemy zresztą w epoce, kiedy w fabrykach zaczyna kiełkować ów uczuciowy element. Bo czymże innym wytłomaczysz: szpitale, szkółki i ochrony dla dzieci, doroczne i tygodniowe zabawy, kasy zapomóg, nawet orkiestry?… — Żadne z tych urządzeń nie pomnoży ilości wydobytego cukru ani powiększy dywidendy; do czegóż więc je odnieść, jeżeli nie — do budzącego się uczucia w tym zbiorowym duchu, który unosi się nad robotnikami i machinami.

    2629

    Solski uderzył się w czoło.

    2630

    — Masz, profesor, rację!… — zawołał podniecony. — W tej chwili dopiero zrozumiałem pannę Magdalenę i… siebie… Ja mógłbym być rozumem i wolą organizmu fabrycznego, a ona — jego uczuciem…

    2631

    Madzia drgnęła na krześle, Ada i Dębicki spojrzeli. Solski opanował się i wziąwszy Madzię za rękę rzekł z uśmiechem:

    2632

    — Przepraszam za zestawienie pani i siebie… Ale w tej chwili przyszły mi na myśl szlachetne poglądy pani i moje odpowiedzi… Tak, pani ma słuszność; ja zaś nie miałem jej…

    2633

    Pożegnał obecnych i wyszedł. Z progu jeszcze odezwał się:

    2634

    — Tylko, profesorze, nie zbałamuć mi siostry i… panny Magdaleny.

    2635

    — Złoty, kochany profesorze! — zawołała Ada ściskając obie ręce Dębickiemu. — Znowu ożywiłeś Stefka…

    22. Spiritus fiat, ubi vult

    2636

    Każdemu człowiekowi zdarza się podczas zimowego dnia patrzeć na zapotniałe szyby. W widoku tym nie ma nic, na czym warto by zatrzymać uwagę: jest przezroczysta tafla, która dzięki parze wygląda jak muślin, a zresztą nic do zapamiętania, nic, co by poruszyło ciekawość.

    2637

    Wtem na dworze wionął wiatr chłodniejszy, temperatura spada o kilka stopni i — spotniała szyba zmienia się w jednej chwili. Muślin wilgoci zaczyna pokrywać się bogatym haftem, przedstawiającym liście dziwnych roślin albo pióra nieznanych ptaków; z mgły powstaje wyrazistość, z jednostajności rozmaitość i formy.

    2638

    Podobne zjawisko zaszło w duszy Solskiego. Od dzieciństwa patrzył na swój pałac wypełniony służbą, na folwarki rojące się ludźmi i bydłem, a od kilku miesięcy na budującą się cukrownię. Miał wyobrażenie: co każdy z tych ludzi robi w pokojach, w polu, na murarskim rusztowaniu; ile go kosztuje, a ile mu przynosi zysku? Wszystko to jednak wydawało mu się jak szara mgła, która nużyła go jednostajnością i gdzie niepodobna było dopatrzeć duszy ani fizjognomii. Dopiero dzisiejszego wieczora nagle zmieniło się to wszystko: skrystalizowało się jak rosa na szybach.

    2639

    Z początku na herbacie u Ady Solskiej był rozdrażniony na Madzię: jej litość nad stolarzami, bakałarzami, wędrownymi aktorkami wydawała mu się ślamazarnym sentymentalizmem, którego nie cierpiał. Działało to na niego jak wygrywanie na fleciku czułych i nudnych melodyj.

    2640

    „Gdybym ja raz mógł nie słyszeć o bladościach, łzach i niedolach!…” — pomyślał zniecierpliwiony.

    2641

    Potem zabrał głos Dębicki i jednostajnym, profesorskim tonem zaczął wykładać rzeczy, które Solski znał, setki razy czytał o nich i rozmyślał, lecz które nic go nie nauczyły. Rodzina, warsztat, praca w małym kółku, organizm społeczny, ach!… jakież to oklepane frazesy…

    2642

    Było jednak w tej prelekcji coś niezwykłego: oto — pewność, z jaką przemawiał Dębicki. Zdawało się, że ten człowiek, wpatrzony w próżnię, naprawdę widzi — duchy unoszące się nad pracującymi machinami i nad każdym ludzkim zbiorowiskiem, które skupia się w jakimś celu.

    2643

    „Gdzie dwu albo trzech zejdzie się w imię Moje — Ja tam będę…” — przemknęło Solskiemu przez myśl.

    2644

    I nagle w jego duszy zbiegły się: jego folwarki i cukrownia, wykład Dębickiego i opowiadania Madzi. Błyskawica rozświetliła jego wnętrze i zobaczył rzeczy, których dawniej nie widywał nigdy.

    2645

    Zdawało mu się, że jego pałacowa służba, złożona z kilkudziesięciu osób, stopiła się w jakimś cudownym kotle, skąd niebawem wyszedł jeden tylko, ale olbrzym. Każda jego ręka była odlana z kilkudziesięciu rąk, pierś — z kilkudziesięciu piersi, głowa — z kilkudziesięciu głów. Olbrzym ten, nieźle odziany i syty, siedział przed bramą pałacu, od czasu do czasu jednym palcem przesuwał sprzęty albo oddechem zdmuchiwał pyły z pokojów. Niekiedy spoglądał na Solskiego i spełniał rozkazy bez wahania, ale i bez zapału.

    2646

    Na wsi zdarzyło się to samo. Parobcy ze wszystkich folwarków spłynęli się w jednego parobka, którego żołądek wart był kilkaset zwyczajnych żołądków, ręka — kilkaset rąk, wzrost — kilkaset wzrostów. Tylko głowa wydawała się nieproporcjonalnie drobną na postaci ogromnej jak skała.

    2647

    Olbrzym ten, trochę bosy i trochę obdarty, powoli odrabiał swoje zajęcia, miał ociężałe ruchy, apatyczną twarz i nieufne spojrzenie.

    2648

    Szybko chodząc po gabinecie Solski wpatrywał się w te wizerunki własnej wyobraźni i poczuł dumę. Nie dość, że zrozumiał teorię Dębickiego, ale nawet — przyoblekł ją w ciało! Od tej pory już nie tylko będzie wiedział, że dom, folwark i fabryka są — organizmami, ale będzie — widział te organizmy w ich prawdziwym kształcie i rozmiarach.

    2649

    Teraz dopiero Solski rozumie, że jest władcą i czarodziejem, który przywiązał do siebie wielkoludy za pomocą talizmanu… klucza od kasy!… Tym kluczem porusza z miejsca, budzi ze snu, zachęca do pracy, wywołuje radość albo smutek w swoich ogromnych niewolnikach. Wprawdzie inni panowie robią to samo; ale oni nawet nie domyślają się tego, co robią, nie widzą — olbrzymów, lecz — drobne ich okruchy, niewarte spojrzenia.

    2650

    Solski wciąż chodzi po swoim gabinecie spoglądając od czasu do czasu za okno, gdzie widać księżyc w ostatniej kwadrze powoli wznoszący się nad dachami.

    2651

    Nareszcie!… Nareszcie znalazł to, czego pragnął: władzę nad czymś wielkim. Jeden wielkolud czuwa nad jego wygodami, drugi wielkolud uprawia pola, trzeci będzie pracował w fabryce. Każdy z nich może jeszcze urosnąć, nabrać lepszej cery i humoru, jeżeli tak podoba się jemu — Solskiemu; albo może zniknąć z powierzchni ziemi, gdy tak zechce on, Solski.

    2652

    Lecz któż by marnował takie istoty: chyba wariat albo człowiek, który ich nie widzi i nie cieszy się władzą nad nimi. Owszem, niech rosną i nabierają sił, niech będą dobrze odziani, syci i zadowoleni, niechaj leniwe ich ruchy nabiorą zręczności, apatyczne twarze — wyrazu. A nade wszystko niechaj porosną im zbyt drobne głowy, oni zaś sami niechaj — kochają Solskiego.

    2653

    Oto są żyjące posągi, które on ma kształtować! Oto praca, jakiej od tylu lat pożądał! Teraz dopiero zrozumiał, że folwarki i fabryki warte są jego zdolności i zajęcia.

    2654

    Ponieważ szczęście nie chodzi samotnie, więc w tym dniu Solskiemu trafił się jeszcze jeden pomyślny wypadek, może najpomyślniejszy. Te jego olbrzymy — mają jakieś potrzeby, które on nie zawsze odczuwa; nadto zaś, jeżeli pojmują ludzki język, to chyba język serca, którego Solski nie posiada. Ma on energię, ma twórczą myśl, ale… sentymentalnym być nie potrafi, to darmo!…

    2655

    I otóż w takiej chwili znajduje się pod jego dachem Madzia, istota wrażliwa, jakby utkana ze współczucia i miłości. Ona chwyta w lot każdą cudzą potrzebę, odczuwa ją i znajduje natychmiastową odpowiedź. Ona jedna potrafi rozmówić się nawet z tym wielkoludem, który obok żołądka złożonego z kilkuset żołądków posiada głowę wartą ledwie kilkanaście głów.

    2656

    Jest tedy trzy rzeczy: materiał na żywe posągi — rzeźbiarz, który chce je ciosać, i — pomost między materiałem a rzeźbiarzem — Madzia…

    2657

    Solski rzucił się na kanapę ściskając rozpalone czoło.

    2658

    „Uboga — myślał — ale na co mi pieniądze?… Żadne nazwisko, ale będzie miała moje… Żadne stosunki!… Nie, to nie są żadne stosunki… to są te, o które najwięcej chodzi mi w życiu… A gdzie ja znajdę podobną wrażliwość i taki bezmiar uczucia?… Przecież to posag, jakiego nie dostałbym za miliony!…”.

    2659

    Odgrzebywał w pamięci wszystkie kobiety, które kochał albo podziwiał. Były to osoby rozumne, dowcipne, piękne, eleganckie, oryginalne, ale — żadna taka!… Były to brylanty, szmaragdy, szafiry, które warto posiadać, ale żadna nie była tym, czym Madzia: promieniem światła, bez którego nawet klejnoty nie mają piękności.

    2660

    „Czy ożeniwszy się z nią — myślał Solski — nigdy bym jej nie zdradził?… Naturalnie, sto razy zdradziłbym ją dla każdej, która by mi się podobała… A czy mógłbym ją porzucić?… Nigdy!… jak nie mógłbym rzucić własnego serca…

    2661

    A może ona kocha Norskiego?… — przeleciało mu przez głowę. — Jej płacz u Arnoldów… rumieńce… unikanie jego spojrzeń…”.

    2662

    Solski zerwał się z kanapy.

    2663

    „Czyby to być mogło?… — szepnął. — Ależ to całe moje życie zrujnowane…”.

    2664

    Wyszedł do przedpokoju, włożył palto i wybiegł na pustą ulicę. Wrócił do domu, kiedy księżyc zaczął pochylać się ku zachodowi, a na wschodzie świtało.

    2665

    „Muszę to wyjaśnić i zakończyć — mówił rozbierając się. — Ada zgodzi się natychmiast, ciotka Gabriela podąsa się, ale także ustąpi. No — a w naszej rodzinie nie wszyscy przecież są tak źli, ażeby nie potrafili ocenić Magdaleny”.

    2666

    O tej samej godzinie, kiedy w duszy Solskiego rozegrywała się jej przyszłość, Madzia nie mogła zasnąć.

    2667

    Nagłe przerzucenie się Ady z towarzystwa kobiet pracujących do spirytyzmu przestraszyło Madzię. Cierpki zaś ton, jakim parę razy odezwał się do niej Solski, zranił jej dumę.

    2668

    „Wielcy panowie — myślała — łatwo zmieniają upodobania i… lekceważą ludzi!… Wolę stąd usunąć się pierwej, zanim mnie wypędzą…”.

    2669

    Potem zrobiło jej się żal Ady, która mogłaby sądzić, że Madzia porzuca ją przez kaprys, a nareszcie postanowiła — zaczekać parę tygodni, może parę dni…

    2670

    „Prawda, że pan Stefan odchodząc uznał swój błąd. Ale jakim tonem on mówił, że nie będzie zbierał niedołęgów, ażeby zapełnić nimi fabrykę!… A w jaki sposób odpowiadał Dębickiemu?…”.

    2671

    „To nie mój świat… nie mój… nie mój!… Trzeba stąd uciekać…” — myślała Madzia patrząc, że już świta na dworze.

    23. Znowu echo przeszłości

    2672

    Od kilku dni Ada Solska spostrzegła w bracie niepokój.

    2673

    Czytał i załatwiał majątkowe interesa, ale — nie miał apetytu, przesiadywał w nocy, unikał Madzi albo rozmawiał z nią krótko i oschle. Niekiedy wpadał do pokoju siostry i chodził milcząc, jak człowiek, który chce zwierzyć się z czymś, ale nie ma odwagi.

    2674

    Pewnego popołudnia, kiedy Solski o zwykłej porze nie przyszedł do siostry, Ada wziąwszy kłębek włóczki i szydełko udała się do gabinetu brata. Pan Stefan chodził bardziej rozgorączkowany niż zwykle. Ada siadła na skórzanej sofie i rozwinąwszy włóczkę zaczęła robić szalik dla ciotki, w czym zresztą nie okazywała wielkiej biegłości. Cezar powitał ją skokami i machaniem ogona; widząc jednak, że pani nie zajmuje się nim, legł na tygrysiej skórze i zasnął.

    2675

    Przez otwarte okna wpadały potoki słoneczne dzieląc gabinet na ciemne i jaskrawe pasy. Ile razy Solski chodząc ukazał się w oświetleniu, Ada widziała, że ma mizerną twarz i podsiniałe oczy; gdy wszedł w cień, wydawał się szary.

    2676

    — Dobrze, żeś przyszła — odezwał się pan Stefan.

    2677

    — Uważam to — odparła Ada nie odwracając oczu od roboty.

    2678

    — Domyślasz się, o czym chcę z tobą mówić? — spytał.

    2679

    — Nawet nie potrzebuję domyślać się. Widziałam to samo w roku zeszłym we Włoszech…

    2680

    — Zupełnie co innego…

    2681

    — I o Helenie mówiłeś, że jest inna aniżeli wszystkie kobiety.

    2682

    Solski zatrzymał się przed siostrą.

    2683

    — Czy to ma znaczyć, że stałaś się stronniczką panny Heleny?… — spytał.

    2684

    Ada złożyła ręce na kolanach i podniosła oczy.

    2685

    — Nie gniewaj się, mój kochany — rzekła — ale już nigdy wobec ciebie nie chciałabym odgrywać roli swatki… Idzie mi o co innego. Wiele osób z naszej rodziny są pewne, że ożenisz się z Heleną, choć po mieście krążą w tej chwili inne pogłoski…

    2686

    — Daj mi spokój z Heleną! — wybuchnął pan Stefan. — Sama zerwała i wszyscy o tym wiedzą…

    2687

    — Nie wszyscy, nie wyłączając jej samej i jej rodziny. W tych dniach Helena odrzuciła jakiegoś inżyniera, który oświadczył się… Pani Arnold, mimo że duchy powiedziały, iż Helena nie wyjdzie za ciebie, czasami wspomina mi o waszym małżeństwie. Zaś brat Heli…

    2688

    Tu głos panny Solskiej załamał się.

    2689

    — Zaś pan Kazimierz Norski — mówiła siląc się na spokój — nie przyjął ofiarowanej mu posady na kolei widocznie licząc na to, że… że zostanie twoim szwagrem… — zakończyła cicho Ada.

    2690

    Solski patrząc na siostrę nie stracił ani jednej zmiany na jej twarzy, ani jednego odcienia głosu. Oczy zatliły mu się, lecz po chwili zgasły i tylko niecierpliwie wzruszył ramionami.

    2691

    — Z panną Heleną — rzekł — moje rachunki skończyły się. Gdyby na świecie były tylko dwie kobiety do wyboru: ona i jakaś inna, wybrałbym tę inną…

    2692

    — Godna podziwu stałość… — szepnęła Ada.

    2693

    — Może ty potrafisz być stalsza!… — syknął brat i zaiskrzyły mu się oczy.

    2694

    Twarz panny Solskiej pociemniała.

    2695

    — Więc dlaczego umizgasz się do niej? — zapytała łagodniej.

    2696

    — Dlatego, że ona mnie kokietuje — odparł śmiejąc się. — Należysz do emancypantek, więc chyba uznajesz równe prawa…

    2697

    Ada przyciągnęła brata i pocałowała w rękę; potem objąwszy go za szyję pocałowała w czoło.

    2698

    — Rób, co chcesz, żeń się, z kim chcesz… ja cię kochać nie przestanę — szepnęła.

    2699

    — Ani ja ciebie… — odparł. — I dlatego nie powiem ci: rób, co chcesz… Zrobisz zawsze tylko to, co powinna zrobić kobieta twego dostojeństwa.

    2700

    — Zostanę starą panną, prawda? — spytała Ada z uśmiechem.

    2701

    — Zostaniesz starą panną Solską.

    2702

    — Wiem, wiem… — powtórzyła. — Mówmy o tobie: postanowiłeś ożenić się z Madzią… Przynajmniej tak myślisz dzisiaj…

    2703

    — Tak — i ty musisz mi pomóc — rzekł Solski.

    2704

    — Nigdy!… — zawołała Ada. — Wreszcie — na co tobie moja pomoc? Oświadcz się sam.

    2705

    — A jeżeli ona mnie nie kocha?

    2706

    — Na to ja nie poradzę. Jak również i na to, ażebyś ty jej nie rzucił, gdy ci się sprzykrzy.

    2707

    Solski usiadł obok siostry i wziął ją za rękę.

    2708

    — Słuchaj — zaczął.

    2709

    — Wiem, co powiesz — przerwała siostra. — Ona jest różna od innych kobiet… słyszałam to nieraz!…

    2710

    — Nie — rzekł — ale ja ją kocham inaczej. Dawniej, kiedy podobała mi się kobieta, budziło się we mnie zwierzę: żarłbym ją… Prawie czułem rozkosz kąsania… Ale z tą jest inaczej…

    2711

    — Prawda!… Ileż to razy, kiedy rozmawiałeś z Madzią, a choćbyś tylko patrzył na nią, wstydziłam się za ciebie… Ach, jacyż wy jesteście wstrętni z waszą miłością…

    2712

    — Bądź cierpliwa — mówił pan Stefan błagalnym tonem — czy wiesz, gdybyś mi kazała opisać jej rysy, przysięgam, nie potrafiłbym. Tak dalece w moich uczuciach dla niej nie ma nic zmysłowego. Wiem, że ma prześliczne ręce… nóżkę… szyję jak utoczoną z kości słoniowej… biust bogiń… Otacza ją szczególna woń… Ale rysów jej prawie nie pamiętam. Moje nerwy nie grają tu żadnej roli… Ale jak ja znam jej duszę!… A tego nie mógłbym powiedzieć o żadnej z kobiet, które mi się podobały.

    2713

    Ada wzruszyła ramionami.

    2714

    — Nie wierzysz, że to nie jest miłość zmysłowa, ale jakieś nieziemskie przywiązanie?… Słuchaj… Wiem, że to jest dziecko naiwne, nie zna życia; ale przy tym ma wielki rozsądek, a umysł jej rozwija się z dnia na dzień. Dziś jest dojrzalsza niż wówczas, kiedy sprowadziła się do nas.

    2715

    — Prawda.

    2716

    — Widzisz. Jest także bardzo energiczna, jest uosobieniem działalności i siły…

    2717

    — Prawda — wtrąciła Ada.

    2718

    — Ale to nie jest siła stali czy granitu, który albo łamie wszystko, albo druzgocze się sam. To raczej giętka siła płomienia, który faluje, ogarnia ze wszystkich stron, znika i ukazuje się w innym miejscu… A zawsze pełen wdzięku!…

    2719

    — Bardzo trafne porównanie.

    2720

    — Z tego powodu — mówił półgłosem Solski — przedstawia mi się ona jak duch w formie kobiety; działa, ale nie można jej schwycić. Więcej nawet: skutkiem braku egoizmu to dziecko wydaje się pozbawione cech ziemskich. Czy ona prosiła cię kiedy o co?… Dla innych tak, ale nigdy dla siebie. Jej nie potrzeba ani stanowiska, ani pieniędzy, niczego, za czym ubiegają się śmiertelni. A nawet, Ada, czyś ty uważała: w jaki sposób ona je?

    2721

    — Bardzo ładnie…

    2722

    — Bo robi to w taki sposób, jakby nigdy nie czuła głodu, nawet nie wiedziała, że potrawy mają smak. Ona jada tylko dlatego, ażeby ukryć swoje niebiańskie pochodzenie; ona udaje, że jada, jak udaje, że ma kształt ludzki, bez którego nie moglibyśmy wiedzieć o jej istnieniu.

    2723

    — Znowu poezja! — wtrąciła Ada.

    2724

    — Nazwijmy to poezją. Ale… przypomnij sobie jej humor. Czy to nie jest obraz pogodnego nieba?… Czy kiedy ona wejdzie do nas, nie robi się jaśniej i cieplej?… Czasami bywa smutna; ale i wtedy jest bożym słońcem chwilowo zasnutym chmurami… A jej łzy… bo widziałem i łzy u niej… Czy one nie są podobne do majowego deszczu, który spada na ziemię, ażeby rośliny zasypać brylantami, w których przegląda się niebo…

    2725

    Siostra patrzyła na niego zdziwiona.

    2726

    — Mój drogi — rzekła — powtórz jej to, coś mnie mówił, i proś o rękę…

    2727

    Solski zerwał się z sofy i zaczął chodzić po gabinecie.

    2728

    — Cóż to znaczy?… — spytała Ada.

    2729

    — Nie wiem… — odparł. — Zresztą… nie znam jej przeszłości ani rodziny!… — dodał gwałtownie.

    2730

    — Przeszłość Madzi?… — zawołała panna Solska śledząc oczyma brata. — Mój Stefku — przeżegnaj się!… Madzia nie ma żadnej przeszłości, którą można by się niepokoić. A co do jej rodziny… Pochodzi ze Strusiów, o tym wiesz… Jej rodzice pracują, ale nie potrzebują niczyjej łaski; mają zaś tak skromne wymagania, że kilkadziesiąt tysięcy rubli zabezpieczy ich do końca życia. Matka, zdaje się, trochę despotyczna, zrzędzi w listach na Madzię; ale ojciec przypomina Dębickiego… Przynajmniej pisząc do Madzi uroni od czasu do czasu taki frazes, jak gdyby podsłuchał profesora. No, a Dębickiego chyba przyjąłbyś na teścia?… Ostrzegam cię, że z tym ojcem musisz się rachować: bo choć to prowincjonalny lekarz, ale człowiek nietuzinkowy… On może postawić warunki co do szczęścia swego dziecka.

    2731

    Solski milczał. Nagle zatrzymał się przed Adą i rzekł:

    2732

    — A jeśli ona mnie nie kocha?…

    2733

    — Staraj się pozyskać jej serce. To chyba potrafisz — odpowiedziała siostra z dumą.

    2734

    — A jeżeli… a jeżeli ona — kocha innego… In-nego… — powtórzył pan Stefan.

    2735

    — Kogo?… — szeptem zapytała Ada.

    2736

    Solski pochylił się nad nią i również szepnął do ucha: — Pana Ka-zi-mie-rza… — słyszałaś?…

    2737

    Parma Solska spuściła oczy. Ręce jej opadły, twarz pociemniała, a potem pożółkła.

    2738

    Brat patrzył na nią… patrzył… nagle wyrzucił nad głową zaciśnięte pięści i zawołał chrapliwym głosem:

    2739

    — Podlec!… Zdepczę…

    2740

    Panna Solska podniosła się z kanapy i spokojnie patrząc na rozjuszonego rzekła:

    2741

    — Stefek… ty mu nic nie zrobisz.

    2742

    I wyszła z pokoju zostawiając brata, który pienił się, ale czuł, że nic nie zrobi Norskiemu, bo — tak chce jego siostra.

    2743

    Madzia wróciła z lekcji około czwartej. Na jej oczach znać było ślady łez, a w twarzy taki smutek, że panna Solska zdziwiła się.

    2744

    „Czy znowu mieli jaką rozmowę z Kazimierzem?…” — pomyślała i gniew zakipiał w niej. Chciała udać, że ma ból głowy, byle nie rozmawiać z Madzią; lecz po chwili szlachetne serce wzięło górę nad podejrzeniami i Ada tuląc do siebie przyjaciółkę spytała:

    2745

    — Co tobie jest?… Czy znów wysłuchałaś traktatu o duszy?…

    2746

    Madzia spojrzała na nią i wzruszyła ramionami. Ten ruch rozproszył niepokoje Ady. Jeszcze serdeczniej ucałowała Madzię i rzekła z naleganiem:

    2747

    — Tobie stało się coś przykrego?… Powiedz: co ci jest?

    2748

    — Nie mnie!… — odparła Madzia siadając na kanapie… — Znasz Manię Lewińską, w której jeszcze na pensji kochał się ten student Kotowski?

    2749

    — Porzucił ją?

    2750

    — Przeciwnie, od roku są narzeczonymi… Ale nie!… Opowiem ci od początku. Nie masz pojęcia, jaka to smutna historia.

    2751

    — Zaczekaj — przerwała Ada. Dotknęła dzwonka, a gdy ukazał się lokaj, rzekła:

    2752

    — Poproś do nas pana.

    2753

    — Ada, co robisz?… — zawołała Madzia ukrywając twarz w rękach. — Chociaż… czy ja wiem… Może będzie lepiej, jeżeli dowie się o tym pan Stefan.

    2754

    Solski przyszedł natychmiast. Wyglądał tak mizernie, że Madzia spojrzawszy na niego krzyknęła:

    2755

    — Pan chory?…

    2756

    Ale w tej chwili zmieszała się i spuściła oczy.

    2757

    — Nic mi nie jest — odparł Solski odzyskując dobry humor. — Z bezsenności bolała mnie głowa, ale to przechodzi.

    2758

    A ponieważ Madzia milczała zakłopotana, więc dodał:

    2759

    — Porozmawiam z paniami i będę zdrów.

    2760

    — Właśnie Madzia chce nam coś powiedzieć — wtrąciła Ada.

    2761

    — Ja tylko tobie chciałam opowiedzieć…

    2762

    — Zobaczysz, że będzie lepiej, gdy usłyszy Stefek — rzekła Ada. — My oboje bardzo jesteśmy ciekawi wszystkiego, co cię wzrusza.

    2763

    — Niedobra!… — szepnęła Madzia.

    2764

    Solski usiadł patrząc na siostrę, a Madzia zaczęła:

    2765

    W godzinę później przy obiedzie, na którym nie pokazał się Solski, ciotka Gabriela była bardzo sztywna: z góry patrzyła na Madzię, nie pytała jej o nic, a zaczepiona przez nią, odpowiadała niechętnie.

    2766

    „Pani Gabriela — myślała przestraszona Madzia — zapewne ma już kogoś na posadę lekarza cukrowni i obraziła się na mnie… Ale niech tam, byle im, biedakom, co z tego przyszło!… W każdym razie za długo tu mieszkam… Wkrótce cały świat zechce, ażebym prosiła Solskiego o posady, i w końcu obrzydnę mu tak, jak już dziś jego ciotce… Trzeba stąd uciekać czym prędzej…”.

    24. Student, który już został lekarzem

    2767

    Tymczasem Solski, wysławszy naglące wezwanie do Kotowskiego, z niecierpliwością oczekiwał młodego lekarza.

    2768

    Około siódmej zameldowano go.

    2769

    Wiele rzeczy zmieniło się od czasu, kiedy pan Władysław, jako student, pośredniczył w drukowaniu artykułów panny Howard o specjalnej opiece nad nieprawymi dziećmi. Przede wszystkim sama panna Howard zasadniczo zmieniła pogląd na kwestię nieprawych dzieci od chwili, gdy jej antagonistka, członek Kanarkiewiczowa, zajęła się protegowaniem uwiedzionych dziewcząt.

    2770

    Ale pan Władysław Kotowski zmienił się niewiele. Był to ten sam, co i przed półtora rokiem, młody człowiek z zapadłymi policzkami, głową nastroszoną jak jeżozwierz, zamknięty w sobie, niemowny, pochmurny. Tylko zamiast wytartego mundura miał czarny tużurek wytarty na szwach; ale spodnie były jak i wówczas wygniecione na kolanach.

    2771

    Do gabinetu pana Stefana Kotowski wszedł z głową zadartą, zaczesując włosy, z miną, którą miała oznaczać pewność siebie wobec magnata. Ale wielki pan jednym rzutem oka ocenił, że butny parweniusz jest mocno zmieszany i że serce w nim drży, miotane nieokreśloną nadzieją.

    2772

    — Pan hrabia raczył… Otrzymałem list od hrabiego… — zaczął Kotowski i zmieszał się jeszcze bardziej, gdy przypatrzył się tatarskiej twarzy, od której biła energia.

    2773

    — Kochany panie — rzekł Solski ściskając go za rękę — przede wszystkim nie tytułuj mnie hrabią… Siadaj pan — dodał podsuwając fotel — i pogadajmy.

    2774

    Kotowski upadł na fotel, a oczy zaszły mu mgłą.

    2775

    „Czego ode mnie chce ten diabeł?…” — myślał patrząc na małą figurkę Solskiego, która coraz potężniejsze robiła na nim wrażenie.

    2776

    Solski spostrzegł to. Odgadł, że młody lekarz podziwia go bezinteresownie, i — poczuł dla niego sympatię.

    2777

    „Podoba mi się ten kandydat na Brutusa…” — pomyślał, a głośno rzekł:

    2778

    — Panie Kotowski, słyszałem o panu wiele dobrego.

    2779

    — O mnie?… — zapytał tonem obrazy młody człowiek.

    2780

    — Od panny Magdaleny Brzeskiej…

    2781

    — Aaa!…

    2782

    — A ponieważ buduję cukrownię i chciałbym robotników otoczyć uczciwymi opiekunami, więc — proponuję panu miejsce lekarza przy fabryce.

    2783

    Kotowski nie podziękował za propozycję: patrzył na Solskiego nie wierząc własnym uszom.

    2784

    — Warunki są następujące: murowany dom z ogrodem, kilka morgów ziemi, konie, dla nich obrok, i tysiąc pięćset rubli rocznej pensji. Przyjmuje pan?…

    2785

    Kotowski był oszołomiony. Zaczął gestykulować rękoma, ale milczał.

    2786

    — A więc przyjmuje pan — rzekł Solski.

    2787

    — Za pozwoleniem!… — odparł młody człowiek podnosząc się z fotelu. — Bardzo… bardzo jestem wdzięczny… nigdy nie myślałem… Ale…

    2788

    — Ale co? — zapytał Solski i na czole zarysowała mu się zmarszczka.

    2789

    — Czy… czy pan Kazimierz Norski należy… czy należy do pańskiej cukrowni?…

    2790

    Solski cofnął się.

    2791

    — Nie należy — odparł szybko — i nigdy nie będzie należał… Z jakiego jednak powodu zadaje pan to pytanie?

    2792

    — Bo gdyby pan Norski był przy cukrowni, ja nie przyjąłbym tam miejsca — odparł Kotowski.

    2793

    Usłyszawszy to Solski doznał tak spotęgowanej sympatii dla młodego człowieka, że uściskałby go. Opanował się jednak i zrobiwszy poważną minę rzekł:

    2794

    — Daruje pan, że będę prosił o bliższe wyjaśnienia. Dlaczego nie przyjąłby pan miejsca w instytucji, do której należałby pan Norski?

    2795

    — Bo to jest, proszę pana, szubrawiec — odparł Kotowski i mocno zwichrzył sobie włosy. Nie był fizjognomistą, więc zdawało mu się, że wypowiadając tak ostry sąd o panu Kazimierzu ryzykuje posadę.

    2796

    — Użył pan silnego określenia, a teraz proszę o fakta…

    2797

    — Uważa pan, jest taka awantura arabska — mówił Kotowski, jeszcze nie mogąc zapomnieć knajpowego słownika. Niejaki szlachcic Mielnicki, wuj mojej narzeczonej, kiedy utopiła się pani Latter, zapisał dla jej syna, Kazimierza, cztery tysiące rubli na hipotece w Warszawie. Była to najpewniejsza suma, jaką posiadał stary… Płacono od niej regularnie procenta, których bardzo potrzebuje w tych czasach…

    2798

    Kotowski kręcił się na krześle, stękał, targał włosy, lecz mówił dalej:

    2799

    — I cóż się dzieje. Oto pan Norski na Nowy Rok wymówił dłużnikowi ofiarowaną mu sumę, a w kwietniu odebrał ją. Daremnie prosiliśmy, ażeby pan Norski wziął cztery tysiące rubli umieszczone na innej hipotece, skąd dopiero w jesieni będziemy mogli podnieść należność… Daremnie przedstawialiśmy, że stary Mielnicki, sparaliżowany, idiota, nie będzie miał co jeść… Nie chcieliśmy cofać darowizny, tylko przenieść ją… Ale pan Norski uparł się twierdząc, że ma długi honorowe… No, i zabrał pieniądze, a stary biedę klepie…

    2800

    Gdyby kto dał tysiące Solskiemu, nie zrobiłby mu tyle przyjemności, co Kotowski opowiedzeniem tej historii. Ale panował nad sobą i rzekł spokojnie:

    2801

    — Czy oprócz państwa wie jeszcze kto o tym wypadku?

    2802

    — Rejent… zresztą nasz dłużnik… Mielnicki nie ma dziś przyjaciół, którzy by interesowali się nim. Wreszcie… nie tylko akt darowizny był w porządku, ale nadto stary, ile razy odzyska przytomność, pyta się o zdrowie pana Norskiego i o to, czy już odebrał darowaną sumę. Mielnicki nie ma pojęcia o swoim położeniu: ciągle myśli, że jest majętnym i że wyzyskuje go — moja narzeczona.

    2803

    — Czy pan upoważnia mnie — spytał Solski — ażebym zrobił kiedy użytek z tej wiadomości? Może nigdy nie zrobię, ale… może trafić się taki wypadek.

    2804

    — Owszem. Mnie w rezultacie wszystko jedno. Wreszcie ten pan miał za sobą prawo…

    2805

    — Mniejsza o to — rzekł Solski. — Ale oświadczam, że pan Norski nie jest i nigdy nie będzie w żadnej instytucji, z którą ja jestem związany. A teraz — czy przyjmuje pan posadę lekarza przy cukrowni?

    2806

    — Oj… oj…

    2807

    — Do czasu puszczenia w ruch fabryki będzie pan naszym lekarzem tu, w Warszawie. Ktokolwiek z naszego domu zwróci się o poradę, jest pan obowiązany udzielić jej. Pensję ma pan tę samą i — pięćset rubli na mieszkanie. Obowiązki obejmie pan od pierwszego maja…

    2808

    — To już koniec maja — szepnął Kotowski.

    2809

    — Potrzebny mi jest ten termin do ujednostajnienia rachunków. Ale… ale!… — dodał Solski. — Naturalnie, ma pan długi: ile one mogą wynosić?

    2810

    — Z pię… z pięćset rubli — odpowiedział przestraszony Kotowski.

    2811

    — Administracja cukrowni spłaci pańskie długi i będzie strącać z pensji… No, i z gratyfikacji… Jutro około południa zechce pan zgłosić się do kancelarii zarządu i kasa załatwi z panem rachunki. A teraz dziękuję i do widzenia…

    2812

    Kotowski wstał, uścisnął podaną sobie rękę, znowu usiadł… Mruknął: „aha!”, i znowu podniósłszy się, zamiast do drzwi właściwych poszedł w stronę sypialni… Solski musiał go odprowadzić do przedpokoju.

    2813

    Tu młody człowiek nieco ochłonął i przypomniał sobie, że może wypadałoby trochę serdeczniej podziękować osobliwemu opiekunowi. Widząc jednak, że drzwi gabinetu już zamknięto, zeszedł na dół chwiejąc się.

    2814

    Dopiero na dziedzińcu, gdy owionęło go chłodne wieczorne powietrze, uczuł ściśnięcie w piersiach i rozpłakał się.

    2815

    Miał w tej chwili czterdzieści groszy majątku, a jego narzeczona — pół rubla.

    2816

    „Czy mi się śni… czym oszalał?… — myślał obcierając oczy podartą chustką. — Ale jeżeli to sen, o Boże, nie budź mnie z niego, bo już nie dam sobie rady z rzeczywistością…”.

    2817

    Ukryty za filarem podjazdu szwajcar zauważył nadzwyczajne zachowanie się młodego człowieka, a usłyszawszy jego płacz nie wierzył własnym uszom. Sceptycyzm nie przeszkodził mu jednak zawiadomić o tym wypadku kamerdynera, który natychmiast zameldował panu.

    2818

    Solski zrozumiał, co musiało zajść w duszy młodego lekarza. Zrozumiał jego ciężką biedę, nagłe przejście do lepszego bytu, łzy… I pierwszy raz doznał tak wielkiego, tak niezgłębionego szczęścia, że ono jedno mogłoby mu wypełnić całe życie.

    2819

    Majątek, pojedynki, pływanie po morzu, wdrapywanie się na góry, czymże to jest, co to warte wobec jednego człowieka, który zapłakał z radości…

    2820

    „Wszystko to jej zawdzięczam. A ile jeszcze mogę mieć podobnych dni?… — myślał Solski. — Ona i tylko ona… zawsze ona; przy każdym szlachetniejszym uczuciu!…”.

    2821

    Tu nasunęła mu się uwaga: jeżeli Madzia poleciła Kotowskiego, musi też wiedzieć o Norskim. A jeżeli wie, trudno, ażeby nim nie pogardzała!… Więc nie kocha go i on, Solski, bez potrzeby niepokoi się takim rywalem!…

    2822

    Chodził po gabinecie, wreszcie rzekł do siebie:

    2823

    „Czego ja się waham?… Trzeba raz skończyć, i to natychmiast…”.

    2824

    Zadzwonił na służącego.

    2825

    — Czy panna Brzeska jeszcze nie śpi?

    2826

    — Nie śpi, proszę jaśnie pana, czyta w swoim pokoju.

    2827

    — Idź do panny Ady i zapytaj, czy mogę ją odwiedzić.

    2828

    — Jaśnie pani położyła się… Głowa boli jaśnie panią…

    2829

    — Aaa!… — syknął Solski i dodał w duchu: „Znowu spóźnię się o kilkanaście godzin…”.

    2830

    Po namyśle jednak uznał, że takie obcesowe oświadczyny nie miałyby sensu. Trzeba przygotować Madzię, a z drugiej strony — własną rodzinę, z którą czuł, że stoczy ciężką walkę.

    2831

    „Stanowczo — ale powoli!…” — rzekł do siebie.

    2832

    Tymczasem Madzia, przy świetle lampy siedząc nad książką, od czasu do czasu przerywała czytanie i myślała:

    2833

    „Czy też pan Stefan da posadę Kotowskiemu?… Może mu się, biedak, nie podoba?… Bo u wielkich panów wszystko zależy od chwili i gustu…”.

    2834

    Potem przypomniała sobie zapał, z jakim Solski słuchał jej opowiadania, i — jego dziwne wyrazy…

    2835

    „Za co on tak całował mnie w rękę?… Ot, tak sobie… kaprys…”.

    2836

    Nagle zbudził się w niej gniew na samą siebie i wyrzucała sobie, że jest niewdzięczną względem Solskich. Ale uczucie to prędko zgasło ustępując miejsca podejrzeniom.

    2837

    Od pamiętnej rozmowy z panem Kazimierzem w duszy jej coraz częściej zrywały się lodowate podmuchy niewiary. Wszystko wydawało się jej niepewnym i podejrzanym, nawet to, co sama robiła, nawet jej własne życie.

    2838

    Cały świat stracił w jej oczach dotychczasowe znaczenie; wszystko w nim było tylko tłuszczem, fosforem i żelazem; wszędzie poczęła dopatrywać oznak trupiej zgnilizny…

    25. Niebezpieczne strony wdzięczności

    2839

    Nazajutrz na pensji około pierwszej przełożona wezwała Madzię do kancelarii. Tam, obok uśmiechniętej panny Malinowskiej, stała płacząca Mania Lewińska, która na widok Madzi złożyła ręce i — upadła jej do nóg łkając:

    2840

    — Ach, Madziu… ach, pani… tyle łaski!… Władek będzie miał ogród… dom murowany i tysiąc pięćset rubli… Niech panią Bóg błogosławi…

    2841

    Madzia w osłupieniu spojrzała na uśmiechającą się pannę Malinowską. Dopiero gdy Mania Lewińska zaczęła całować jej ręce, Madzia oprzytomniawszy podniosła ją.

    2842

    — Co tobie jest, Maniu?… — spytała. — Więc Kotowski dostał posadę? Chwała Bogu… Ale za co dziękujesz w tak dziwny sposób?…

    2843

    — Bo wszystko zawdzięczamy pani…

    2844

    — Pani?… — powtórzyła Madzia. — Dlaczego tak mówisz do mnie?…

    2845

    Lewińska, zmieszana, umilkła. Wyręczyła ją panna Malinowska:

    2846

    — No, panno Mario, choć będziesz tylko żoną lekarza, jestem pewna, że pani Solska nie zapomni o związkach koleżeńskich…

    2847

    Madzi rozszerzyły się źrenice; schwyciła się za czoło i kolejno spoglądała to na pannę Malinowską, to na Manię Lewińską widząc je jak przez mgłę.

    2848

    — Co wy mówicie?… — szepnęła.

    2849

    — Droga pani — rzekła panna Malinowska — przecie wobec nas nie potrzebujesz wypierać się stosunku, jaki cię łączy…

    2850

    — Stosunku, jaki mnie łączy?… Z kim?… — pytała Madzia.

    2851

    — Jesteś pani narzeczoną pana Solskiego…

    2852

    — Boże miłosierny… — zawołała Madzia łamiąc ręce. — I pani to mówi?… — zwróciła się do przełożonej. — Ależ to kłamstwo… potwarz!… Oni oboje, Ada i pan Stefan, obiecali mi dać szkołę przy swojej cukrowni… Moje stanowisko jest tam nieskończenie mniejsze aniżeli Mani Lewińskiej… Boże mój, co wy ze mną robicie!… Boże mój…

    2853

    Przerażenie Madzi zastanowiło pannę Malinowską.

    2854

    — Jak to… — spytała — więc nie jesteście jeszcze zaręczeni z Solskim?…

    2855

    — Ja?… ależ co pani mówi?… Ja mam być nauczycielką ich szkoły przy cukrowni… Któż ogłasza tak niegodziwe plotki?…

    2856

    — Słyszałam to od pana Zgierskiego — odparła obrażona panna Malinowska. — On przecież jest prawą ręką Solskiego.

    2857

    — Aaa… pan Zgierski? — powtórzyła Madzia. — Ależ to kłamstwo, które mnie naraża wobec państwa Solskich i ich rodziny… Mieszkam u Ady… rzadko widuję pana Stefana… mam być nauczycielką w ich szkole… O Boże, co wy mi robicie!… Nigdy o niczym podobnym mowy między nami nie było i nie będzie…

    2858

    — Moja droga, nie mów: nie będzie! — rzekła panna Malinowska obejmując Madzię.

    2859

    — Nie będzie!… — z mocą powtórzyła Madzia. — Pan Stefan powinien ożenić się z Heleną Norską… To było najgorętsze życzenie jej matki, a ja namawiam Helę do tego… Pomyślcie więc, panie, jak musiałabym być podłą, gdybym przyjmowała jakieś objawy — ze strony pana Solskiego…

    2860

    Mania Lewińska patrzyła na nią z przestrachem, panna Malinowska ze zdziwieniem. Wreszcie rzekła zakłopotana:

    2861

    — Kochana panno Magdaleno… wróć do klasy… Zaszło tu coś niejasnego, więc lepiej nie mówmy…

    2862

    Madzia chłodno pożegnała obie panie i wróciła do klasy; ale w niecały kwadrans wyszła czując, że nie panuje nad sobą. Każdy szept, każdy ruch, nawet widok siedzących w ławkach dziewczynek tak ją drażnił, iż zaczęła lękać się ataku szaleństwa. Widziała przed sobą klęczącą Manię, która mówiła jej „pani”, i uśmiechniętą pannę Malinowską, która nazwała ją „panią Solską”…

    2863

    — Otóż spełniły się złe przeczucia!… — szepnęła Madzia zbiegając ze schodów. — Co ja teraz pocznę?

    2864

    Na ulicy zaczęła odzyskiwać równowagę, więc postanowiła przejść się czując, że ją to uspakaja.

    2865

    Już łudzić się nie było można: publiczne plotkarstwo robi z niej albo kochankę, albo narzeczoną Solskiego!…

    2866

    Mniejsza o tytuł kochanki; Madzia była pewną, że każdy, kto ją zna, nie będzie wierzył temu. Nikt zresztą nie przypuści, ażeby panna Solska przyjaźniła się i dzieliła mieszkanie z kochanką brata.

    2867

    Ale co robić, jeżeli ją, Madzię, posądzają, że jest narzeczoną Solskiego, i to posądzają od dawna? Bo czym wytłomaczyć względy, jakimi otoczono ją na pensji, albo nadzwyczajną uprzejmość Zgierskigo dla niej, albo rozmowy z panem Arnoldem, który polecał — jej — maszyny z fabryk amerykańskich i angielskich!… Wreszcie dzisiejsza scena z Manią Lewińską i słowa panny Malinowskiej czy nie dowiodły, że nawet najbliżsi widzą w niej przyszłą panią Solską?

    2868

    Pomimo kojącego wpływu przechadzki Madzia uczuła zawrót w głowie. Co o niej pomyśli pan Stefan, który na jej prośby tyle dobrodziejstw wyświadczył obcym sobie ludziom?… Czy dla niej, która zalecała mu małżeństwo z Helą Norską, nie uczuje pogardy?… Bo naturalnie będzie miał prawo przypuszczać, że to ona jakimś nietaktownym odezwaniem się wywołała plotki. Tym bardziej że uwierzyli im najpierwej ci ludzie, za którymi wstawiała się do Solskiego.

    2869

    „Co robić?… co robić?…” — z rozpaczą myślała Madzia.

    2870

    Do Iksinowa nie ma po co wracać; już od kilku miesięcy napisała rodzicom, że pensji tam nie otworzy, ponieważ dostanie szkołę przy cukrowni. Teraz więc musi znaleźć miejsce w Warszawie, o co przy nadchodzących wakacjach nie będzie łatwo. Mniejsza jednak o miejsce, ma jeszcze kilkaset rubli gotówką, ale jak powiedzieć Adzie: wyprowadzam się od was!… Dlaczego?… Dlatego, że ludzie zrobili mnie narzeczoną pana Stefana…

    2871

    Jedno z dwojga: albo Ada roześmieje się z plotek, albo obrazi się. Czy zresztą Madzi wypada z kimkolwiek mówić o tej kwestii nie narażając się na podejrzenia; czy nawet wypada jej choćby tylko myśleć o pogłosce? Przecież dla Solskich, a nawet dla niej samej, jest to tak potworna niedorzeczność, że nie można zwracać na nią uwagi. Przecież to samo plotkarstwo, które ją dziś wydaje za pana Stefana, jutro może ogłosić, że zabrała komuś pieniądze.

    2872

    Dawneż to czasy, kiedy w Iksinowie przez chwilę mówiono, że Cynadrowski zabił się dla niej?… Zaś pani podsędkowa może i dziś twierdzi, że Madzia popychała pannę Eufemię do Cynadrowskiego, a przynajmniej — ułatwiała im schadzki.

    2873

    Trochę mimo woli, trochę świadomie Madzia skierowała się w stronę mieszkania państwa Arnoldów, a znalazłszy się przed bramą weszła na górę. Coś ciągnęło ją, ażeby w tej właśnie chwili zobaczyć pannę Helenę.

    2874

    Zastała ją w salonie, wesoło rozmawiającą z panią Arnoldową i panem Bronisławem Korkowiczem. Madzię zmieszał ten widok, ale panna Helena nie okazała ani śladu zakłopotania i przywitawszy się rzekła do Madzi:

    2875

    — Dobrze, że jesteś, moja droga, bo mam do ciebie interes.

    2876

    Przeprosiła pana Bronisława i wyszła z Madzią do gabinetu.

    2877

    — Zapewne wiesz — rzekła bez wstępu — że Kazio nie ma posady na kolei, o której mówił z tobą…

    2878

    — Cóż się stało?

    2879

    — Zwykła rzecz: pożyczyłam mu pieniędzy, a on stracił ochotę do pracy. Zatruje mi życie ten chłopak!… — zawołała panna Helena i dodała:

    2880

    — Moja Madziu, ty częściej widujesz Stefana, więc napomknij mu: czyby dla Kazia nie znalazł jakiego zajęcia? Jest to lekkoduch, ale chłopak ambitny i szanuje Solskiego. Założyłabym się, że gdyby Solski umieścił go przy sobie, Kazio weźmie się do roboty.

    2881

    „I ona to samo!” — pomyślała już z gniewem Madzia, a głośno rzekła:

    2882

    — Moja kochana, zdaje mi się, że właściwiej byłoby tobie wstawiać się za bratem…

    2883

    — Ja też pomówię z Solskim — przerwała panna Helena — ale że on nie lubi Kazia, więc chciałabym utorować sobie drogę… Moja Madziu, zrób mi to… Ty częściej widujesz się ze Stefkiem, zresztą tak lubisz Kazia…

    2884

    — Ja? — spytała zarumieniona Madzia.

    2885

    — No, nie zapieraj się… coś o tym wiemy!… — rzekła panna Helena całując ją. — Tylko załatw się prędko, bo chcę pomówić ze Stefkiem w tych dniach.

    2886

    „Więc przynajmniej ona nie przypuszcza, że jestem narzeczoną Solskiego!…” — pomyślała Madzia i odetchnęła.

    2887

    Już wracającą do salonu pannę Helenę Madzia zatrzymała.

    2888

    — Słuchaj, Helu… Przepraszam, że mówię ci o tym…

    2889

    — O czym?…

    2890

    — Czy sądzisz — ciągnęła Madzia — że pan Solski chętniej spełni twoją prośbę widując tu pana Bronisława?

    2891

    — Eh, moja droga!… — roześmiała się Helena. — Jesteś jeszcze bardzo naiwna…

    2892

    Popchnęła ją ku drzwiom i obie weszły do sali.

    2893

    Madzia posiedziała w towarzystwie akurat tak długo, ile było potrzeba, ażeby dowiedzieć się od pani Arnold, że Ada robi wielkie postępy w spirytyzmie, i — ażeby przekonać się na własne oczy, jak zakochany jest w Helenie pan Korkowicz i w jaki sposób ona podnieca go. Wyszła oburzona na Helenę, ale spokojniejsza o siebie.

    2894

    „Widocznie — myślała — plotki o panu Stefanie i o mnie nie muszą być tak głośne… Inaczej doszłyby do Helenki, która dałaby mi to uczuć… A może… i ona po raz drugi słyszała coś, ale uważa to za niedorzeczność, którą nie warto się zajmować…”.

    2895

    Wstyd ogarnął Madzię.

    2896

    „Jakaż ja jestem zarozumiała… nie mam rozumu!… — mówiła do siebie. — Jeżeli to — nawet Helence wydaje się nieprawdopodobnym, czy więc ja mogłam przypuszczać, ażeby Ada albo pan Stefan przywiązywali znaczenie do takich głupstw? Może i słyszeli o tym, ale z pogardą wzruszyli ramionami, podczas gdy ja robię dramat… chcę uciekać od nich!…”.

    2897

    Wśród tych uwag serce Madzi ściskało się boleśnie, ale już spokojniejsza wróciła do domu. Pomyślała na zakończenie, że Solski tyle robi sobie z pogłosek, ile robiłaby ona, gdyby kto mówił, że wychodzi — na przykład — za żonatego nauczyciela w Iksinowie.

    2898

    Jeszcze bardziej uspokoiła się przy obiedzie.

    2899

    Sztywnej ciotki Gabrieli nie było, a pan Stefan, od pewnego czasu rozdrażniony i pochmurny, znajdował się dziś w wyjątkowo dobrym humorze.

    2900

    Opowiadał Madzi o Kotowskim, który jak najprzyjemniejsze zrobił na nim wrażenie. Pod koniec obiadu kazał podać butelkę wina i zmusił panie do wypicia za zdrowie Mani Lewińskiej i jej narzeczonego.

    2901

    Gdy spełniły duszkiem, rzekł:

    2902

    — A teraz, Ada, za zdrowie protektorki zakochanych, panny Magdaleny… Pani zaś musi wypić na podziękowanie…

    2903

    Gdyby w sercu Madzi była jeszcze jakaś troska, ten drugi kieliszek odpędziłby ją. W tej chwili rozmowa z Manią Lewińską i przełożoną wydawała jej się komicznym nieporozumieniem, a własna irytacja dzieciństwem.

    2904

    „Czy można było niepokoić się taką bagatelą?… Myśleć o opuszczeniu Solskich… o wyrzeczeniu się szkoły przy cukrowni?… Ach, ja już nigdy nie będę miała rozumu!…” — mówiła do siebie Madzia śmiejąc się jak za pensjonarskich czasów.

    2905

    Kiedy Solski ucałowawszy Madzi ręce (na podziękowanie za znajomość z Kotowskim) poszedł do siebie, a obie panny znalazły się w gabinecie Ady, Madzia pod wpływem wesołego nastroju rzekła do przyjaciółki:

    2906

    — Wiesz, byłam dziś u Heleny… Powiedziała mi, że pan Kazimierz już nie ma posady na kolei, i prosiła… Ani domyślisz się!… Prosiła, ażeby twój brat dał panu Kazimierzowi u siebie jakie zajęcie.

    2907

    Panna Solska spojrzała na Madzię chłodno.

    2908

    — Któż ma mówić o tym Stefanowi? — spytała.

    2909

    — Naturalnie, że sama Helenka. Ale ona chce, ażeby utorować jej drogę…

    2910

    — A tego kto się podejmie?…

    2911

    — Może ty, Adziuś — zechcesz…

    2912

    — Ja… nie!…

    2913

    — W takim razie muszę chyba ja… — zawołała ze śmiechem Madzia.

    2914

    Ale w tej chwili zmroziło ją spojrzenie panny Solskiej. Ada pobladła, zarumieniła się i utkwiwszy skośne oczy w wylęknionej Madzi rzekła:

    2915

    — Ty?… A cóż ciebie obchodzi pan Kazimierz?…

    2916

    „Co to znaczy?… — przemknęło przez myśl Madzi. — Ona jeszcze nigdy taką nie była…”.

    2917

    Ale panna Solska opamiętała się. Schwyciła Madzię w objęcia, zaczęła całować jej usta, oczy, ręce i szeptać:

    2918

    — Nie gniewaj się, Madziuś… wino mnie tak rozstraja… Ale proszę cię, nie mów nigdy ze Stefkiem o panu Kazimierzu, nigdy, słyszysz… A tym bardziej nie wstawiaj się za nim… Stefan nie lubi go…

    2919

    „Już za nikim nie przemówię ani słówka” — pomyślała Madzia. Palił ją wstyd. Spojrzenie Ady i ton, jakim przemówiła do niej, odczuła jak obelgę. I znowu (jak wówczas, kiedy obie wracały z posiedzenia kobiet) między sobą i panną Solską Madzia zobaczyła przepaść.

    2920

    Ten drobny wypadek na tle poprzednich stał się punktem zwrotnym w życiu Madzi. W usposobieniu jej zaczęła się jakaś zmiana, z początku niedostrzegalna, która jednak szybko rosła.

    2921

    Madzia w ciągu kilku dni straciła humor; uśmiechała się coraz rzadziej i smutniej; w stosunkach z Adą i Solskim zaczęła ją ogarniać lękliwość. Rzadko kiedy wchodziła do pokojów Ady, w swoim zaś mieszkaniu przesiadywała tylko w gabinecie nie zaglądając do saloniku. Obiady u wspólnego stołu męczyły ją, zaczęła tracić apetyt.

    2922

    Sypiała gorzej, a gdy zaniepokojona Ada weszła raz do niej w nocy, znalazła Madzię ubraną, siedzącą przy biurku bez światła.

    2923

    Na próżno Ada, może poczuwając się do drobnej winy, spotęgowała czułość dla Madzi. Całowała ją po rękach, wieczorami czytywała książki przy jej łóżku, obmyślała rozrywki. Madzia okazywała jej serdeczną wdzięczność, robiła sobie wyrzuty, ale — nie mogła odzyskać dawnego humoru: była zakłopotaną i nieśmiałą.

    2924

    „Kocha się w Stefku… — pomyślała Ada wyczerpawszy cały zasób środków, które mogły rozweselić Madzię. — Ach, żeby się to już skończyło!…”.

    2925

    Z bratem jednak nie rozmawiała odgadując, że i on spostrzegł zmianę w Madzi i że robi jakieś kroki między familią. Czuła, że gotuje się w ich domu coś ważnego. Świadczyło o tym rozdrażnienie Solskiego, gniew ciotki Gabrieli i częste wizyty Stefana u rozmaitych krewnych, którzy nawzajem rewizytowali go, spędzając długie godziny na rozmowach.

    2926

    Ada domyślała się wszystkiego, lecz nie zdradziła się przed bratem ze swych przypuszczeń. Bała się odzywać w tej chwili.

    2927

    A tymczasem w Madzi już nie z dnia na dzień, ale z godziny na godzinę rozrastało się uczucie zgnębienia. Traciła wiarę. Wiarę w to, że Solscy ją kochają i szanują, wiarę w to, że ona może być komukolwiek potrzebna, a nareszcie — wiarę w ład i sprawiedliwość na świecie.

    2928

    W duszy jej snuły się najczarniejsze wspomnienia i wnioski. Zginęła pani Latter, kobieta pełna rozumu i energii; zginął Cynadrowsid, człowiek szlachetny, i biedna Cecylia, uosobienie miłości i dobroci, porzucała świat, aby ukryć się za kratami klasztoru!…

    2929

    Jeżeli tacy ludzie upadli w walkach z życiem, cóż ją może spotkać, ją, dziewczynę słabą, głupią i złą?… Przecież znała swoją wartość, a raczej nicwartość!… I przecie ona także zbliżała się krok za krokiem do jakiejś sytuacji bez wyjścia.

    2930

    Kiedyś zdawało się jej, że ma potężnych przyjaciół — Solskich. Przez pewien czas dom ich wydawał się nieprzebitą tarczą, a ich życzliwość opoką, na której z ufnością mogła oprzeć swoje drobne istnienie. Dziś na ten dom (z jej przyczyny!…) padają zatrute strzały plotek, a życzliwość… Co za życzliwość mogą mieć Solscy, magnaci, dla nędznej istoty jak ona?… Chyba litość, którą jej okazywali przez pół roku, i… pogardę, z którą mimo woli zdradziła się panna Solska.

    2931

    Zgnębienie i smutek nie przeszkadzały Madzi pełnić obowiązków. Co wieczór poprawiała kajety uczennic, co dzień odrabiała lekcje na pensji. Lecz stosunki z ludźmi, zamiast łagodzić, potęgowały jej rozdrażnienie.

    2932

    Gdy uczennice w klasie były spokojne, gdy przełożona serdeczniej powitała Madzię, gdy który z profesorów powiedział jej kompliment, myślała:

    2933

    „Pewnie znowu rozchodzą się plotki, że jestem narzeczoną…

    2934

    Lecz gdy jakaś pensjonarka roześmiała się głośniej albo który profesor odezwał się żartem do Madzi, albo wiecznie zajęta panna Malinowska w przelocie kiwnęła jej głową, zamiast uścisnąć rękę, Madzi zdawało się, że już wszyscy wiedzą o jej ciężkim położeniu w domu Solskich. Wówczas przypominała sobie dumne spojrzenie panny Solskiej i ton, jakim przemówiono do niej.

    2935

    „Ty?… A cóż ciebie obchodzi pan Kazimierz?…”.

    2936

    „Zapewne, że mnie obchodzi pan Kazimierz — odpowiadała Madzia w duchu — ponieważ tak samo jak i ja, jest przez was lekceważony…”.

    2937

    Była w takim nastroju czy rozstroju, że zatruwały jej spokój nie tylko stosunki z żywymi ludźmi, ale nawet filozoficzne rozumowania Dębickiego, jedynego człowieka, któremu ufała i którego wzniosłe poglądy rozświetlały jej duszę.

    26. Letni wieczór

    2938

    W początkach czerwca Ada zaprosiła na wieczór Dębickiego, ażeby porozmawiać z nim o świecie duchów. Przyszedł i pan Stefan spokojniejszy aniżeli w ciągu ostatnich dni i we troje usiedli na balkonie. Madzi spodziewano się, miała bowiem wrócić z sesji towarzystwa kobiet.

    2939

    Kiedy Ada ze srebrnego samowaru nalewała herbatę, brat zapytał:

    2940

    — Cóż, nie znudziły cię jeszcze posiedzenia spirytystyczne?

    2941

    Panna Solska o mało nie oblała sobie ręki gorącą wodą.

    2942

    — Jak możesz przypuszczać coś podobnego! — zawołała. — Zresztą… nie dziwię się twoim żartom… ale jestem pewna, że gdybyś przynajmniej w tym stopniu co ja poznał spirytyzm, rozpocząłbyś nową epokę w życiu. I ty, i profesor, i cały świat…

    2943

    — Uważacie, profesorze — wtrącił Solski — to mówi uczennica Haeckla… Ach, kobietki…

    2944

    Dębicki potarł ręką szyję i patrzył w ogród.

    2945

    Ada zarumieniła się. Podała obu panom filiżanki, nalała herbatę sobie i rzekła siląc się na filozoficzny spokój:

    2946

    — Moi panowie, czy nie uważacie rozdźwięku, jaki co najmniej od stu lat panuje między religią i wiedzą?

    2947

    — Uważamy — rzekł brat.

    2948

    — Pochodzi on stąd — mówiła Ada — że nauka nie może objaśnić pytań dotyczących ducha, a tradycje religijne nie godzą się z odkryciami naukowymi. Tymczasem spirytyzm dzięki swoim komunikacjom zniósł przyczyny nieporozumień. Z jednej strony, dowodzi faktami, że dusze istnieją po rozłączeniu się z ciałem, a z drugiej również dzięki komunikacjom z istotami nadzmysłowymi prostuje mnóstwo błędnych czy źle rozumianych tradycyj religijnych.

    2949

    — Oho!… — wtrącił Solski.

    2950

    — Ależ tak, mój kochany — prawiła zapalając się Ada. — Czytaj na przykład książkę Allana Kardeca o Genezie, cudach i przepowiedniach… To już nie Biblia!… to wykład astronomii, geologii, biologii i psychologii. Z jaką bystrością tłomaczy on cuda Nowego Testamentu… A jak pobłażliwym jest dla legend Starego Testamentu, które w dzisiejszym człowieku budzą uśmiech politowania.

    2951

    Ponieważ Dębicki zrobił ruch ręką, jakby chciał ukryć ziewanie, więc podrażniona Ada zwróciła się do niego:

    2952

    — Pan profesor nie zgadza się?… Więc dam panu Kardeca…

    2953

    — Proszę pani — odparł Dębicki — cały Kardec leży w naszej bibliotece, z której mówiąc nawiasem najrzadziej korzystają jej właściciele. Książkę, którą pani wymieniła, znam. Autor jest człowiekiem zdolnym i oczytanym. W rozdziałach poświęconych duchowi widać mieszaninę: metampsychozy, wierzeń chrześcijańskich i — ździebełko poglądów, jakie można wyprowadzić z nauk ścisłych. Cała część dotycząca Genesis jest popularnym wykładem dzisiejszej astronomii i geologii. Krytyka sześciu dni stworzenia jest… ot, taka sobie… Kardec niby to wskazuje podobieństwa między legendą biblijną i nowożytnymi badaniami, ale nie dostrzega w legendzie punktów ważnych, co zresztą trafiało się i jego poprzednikom.

    2954

    — Chyba ważnych niedorzeczności!… — zawołała Ada.

    2955

    — Kobiety zawsze są krańcowe!… — wtrącił Solski.

    2956

    Dębicki skrzywił się, znowu potarł kark i spytał:

    2957

    — Cóż pani nazywa niedorzecznościami w Genesis?…

    2958

    — Choćby to, że w drugim dniu było stworzone sklepienie niebieskie… Słyszysz, Stefek?… Rodzaj sufitu!… Choćby to, że słońce i księżyc urodziły się dopiero w dniu czwartym, podczas gdy — światło mieliśmy już w dniu pierwszym… — mówiła Ada ze wzrastającym zapałem. — Wreszcie to nie jest moje zdanie, ale wszystkich uczonych…

    2959

    Dębicki kiwał się na krześle i patrzył na czarne drzewa ogrodu, które światło lampy z balkonu malowało gdzieniegdzie zielonymi plamami. Wreszcie rzekł:

    2960

    — Rzecz szczególna, że to, co uczeni z obozu panny Ady uważają za niedorzeczność w Genesis, mnie najbardziej zadziwia.

    2961

    — Jako niedorzeczność?… — spytała Ada.

    2962

    — Nie, pani. Jako ciekawy, a nade wszystko niespodziewany komentarz do teorii Laplace'a o utworzeniu się naszej planety.

    2963

    — No, profesorze?… Chyba i ja zacznę się dziwić… — wtrącił Solski.

    2964

    — Według Laplace'a — mówił Dębicki — cały system planetarny formował kiedyś olbrzymią mgławicę, rodzaj subtelnego obłoku, który miał formę okrągłej bułki chleba o średnicy przechodzącej tysiąc dwieście milionów mil. Mgławica ta obracała się około swego środka w ciągu mniej więcej dwustu lat. Zaś od czasu do czasu odrywały się od niej mniejsze obłoczki, z których skutkiem zgęszczenia się powstawały planety: Neptun, Uran, Saturn i tak dalej…

    2965

    Według teorii Laplace'a ziemia przy swoich narodzinach była również takim obłokiem mniej więcej w formie kuli mającej przeszło sto tysięcy mil średnicy. Cóż zaś Biblia mówi o jej ówczesnej postaci?… Że — ziemia była pusta i próżna, a ciemność unosiła się nad przepaścią… Nic więcej.

    2966

    Wyobraź sobie, Stefku, że stoisz na powierzchni owej kuli gazowej i patrzysz ku jej środkowi odległemu od ciebie na pięćdziesiąt tysięcy mil… Zdaje się, że widziałbyś straszną przepaść pod nogami…

    2967

    — Spodziewam się!… — mruknął Solski.

    2968

    — W tamtym więc punkcie nie ma niedorzeczności, ale teraz zaczynają się rzeczy ciekawe — mówił Dębicki — Biblia nazywa ziemię w jej początkach „ciemną”, skąd można by wnosić, że nasza planeta nie była rozpaloną aż do świecenia, jak sądził Laplace i geologowie. Według nich, był czas, że ziemia miała przeszło dwa tysiące stopni temperatury, tymczasem według Biblii temperatura była niższą od pięciuset stopni… Można się z tym spierać, ale — trzeba dowieść, że było inaczej. W tym punkcie Genesis niby wskazuje geologom pole do badań…

    2969

    Dalej mówi Biblia, że już wówczas zaczęły się dla ziemi dnie i noce, czyli — według Laplace'a — mgławica ziemska zaczęła obracać się naokoło swej osi…

    2970

    — A światło?… — spytała Ada.

    2971

    — I to jest ciekawe — rzekł Dębicki — że według Biblii dopiero po utworzeniu się ziemi — mgławica słoneczna zaczęła świecić. To, co dziś nazywamy słońcem, owa kula rozpalona do białości, jeszcze wówczas nie istniała. Była tylko słabo świecąca mgławica w formie płaskiej bułki chleba, szeroka na kilkadziesiąt milionów mil. Widziana z ziemi musiała wyglądać jak olbrzymie wrzeciono zajmujące pół nieba. Gdy prawy koniec tego wrzeciona dosięgnął południka, lewy dopiero wschodził; gdy prawy zaczynał zachodzić, lewy ledwie zbliżał się do południka. Było więc jakieś blade światło w przestrzeni międzyplanetarnej, ale nie było słońca.

    2972

    — A sklepienie niebieskie, a ów sufit starożytny, który jest tylko dowodem ograniczoności naszego wzroku?… — nalegała Ada.

    2973

    — Będzie i sufit. Według Laplace'a, planety i satelity odrywając się od mgławicy centralnej miały z początku formę pierścieni. Pierścień tego rodzaju do dziś dnia otacza Saturna, a i nasz księżyc, gdy oderwał się od ziemi, miał formę pierścieniowatego obłoku… Czy sądzi pani, że gdyby ten kształt utrzymał się do naszych czasów, nie mielibyśmy prawa (mieszkając na przykład pod równikiem) mówić o sklepieniu zawieszonym nad głowami?… I czy to sklepienie w owych czasach nie rozciągało się od równika w stronę obu biegunów?…

    2974

    — No, mówi profesor jak adwokat teologów! — rzekł Solski.

    2975

    — Wcale nim nie jestem. Tylko bez uprzedzeń zestawiam teorię Laplace'a z Biblią, w której są jeszcze dwa orzeczenia ciekawe.

    2976

    Biblia twierdzi, że słońce — w dzisiejszym sensie: jako rozżarzona kula — i księżyc, jako ciało świecące, powstały w jednej epoce, przy czym słońce było większe niż księżyc. Dziś pozorne średnice obu tych ciał są prawie równe, ale że niegdyś średnica słońca była większą, to wynika z teorii Laplace'a. Co jednak bardziej zastanawia, że według Biblii lądy, morza i świat roślinny powstały wprzód, nim utworzył się księżyc i słońce!…

    2977

    — Jednym słowem — rzekła Ada — profesor utrzymuje, że między Biblią i nauką nie ma zbyt rażących odskoków?

    2978

    — Owszem — odparł Dębicki — nawet sądzę, że Biblia dzisiejszej astronomii i geologii stawia kilka ważnych pytań do rozwiązania. Czy prawda, że słońce i księżyc w tym znaczeniu, jak powiedziałem wyżej, powstały w jednej epoce? Czy prawda, że na ziemi już wcześniej istniała roślinność, i czy prawda, że ziemia nie była nigdy ciałem rozgrzanym aż do punktu świecenia?…

    2979

    — No — wtrącił Solski — przejście gazu w stan stały wywołuje podniesienie temperatury…

    2980

    — Tak, ale wysoka temperatura może zniżać się skutkiem promieniowania. Jest to kwestia ciekawa — mówił Dębicki — od niej zależy pojęcie o wieku ziemi. Gdyby ziemia w chwili utworzenia się miała temperaturę dwa tysiące stopni, to według Bischoffa, zanim ochłodła do dwustu stopni, musiało upłynąć trzysta pięćdziesiąt milionów lat, którym należałoby dodać ze trzydzieści pięć milionów lat na ostygnięcie ziemi do zera. Gdyby zaś w początkach ciepło ziemi wynosiło tylko pięćset stopni, na ochłodzenie jej obecne wystarczyłoby sto milionów lat. W tym zapewne stosunku można by zmniejszyć i długość okresów geologicznych i w rezultacie — przypuszczalny wiek ziemi i całego systemu planetarnego zniżyć o kilkaset milionów lat.

    2981

    — Nie myślałam, że profesor jest aż tak prawowierny! — rzekła półgłosem Ada.

    2982

    — Tylko ostrożny… — odparł Dębicki. — Nie lubię przenosić się ze starego domu do pałaców, z których dopiero istnieją plany, i to — niedokładne. Biblia jest starym domem, w którym wyhodowało się kilkadziesiąt pokoleń europejskich, no — i źle na tym nie wyszły… Ten odwieczny budynek ma swoje szczeliny, ale jest pewniejszym — na przykład — od legend indyjskich, według których płaska ziemia leży na słoniu, słoń stoi na żółwiu, a żółw pływa po mlecznym morzu. Jest również Biblia wyższą od mitologii greckiej, według której olbrzym Atlas podpierał niebo, a ród ludzki narodził się z kamieni rzucanych za plecy przez Deukaliona i Pyrrę.

    2983

    Dziś mamy nową mitologię — spirytyzm, który wchłonął w siebie astronomię i geologię, ale nie posuwa ich naprzód. Tymczasem prastara Biblia, choć także nie posuwa nauki, lecz — stawia jej zagadnienia wcale dorzeczne.

    2984

    Z wypiekami na twarzy słuchała panna Solska tych, jej zdaniem, bluźnierstw przeciw spirytyzmowi i nauce. Nagle rzekła:

    2985

    — Więc może pan profesor umiałby wytłomaczyć naukowo legendę o potopie…

    2986

    — Dziwna rzecz! — odparł z uśmiechem Dębicki. — Ojcowie i doktorowie spirytyzmu wyjaśniają wszystkie podania dawnych religij, a przede wszystkim biblijne; a tymczasem ich najmłodsi uczniowie już przeciwstawiają owym tradycjom nowożytne niedowiarstwo… Allan Kardec wierzył w kilka potopów, z których jeden zniszczył mamuta i mastodonta, a zostawił po sobie głazy narzutowe…

    2987

    — No — wtrąciła Ada, niedbale machając ręką — właściwie to nie był potop, ale epoka lodowcowa… Skorupa ziemska formowała się nie za pomocą gwałtownych kataklizmów, ale — stopniowego rozwoju, który dokonywał się w ciągu setek tysięcy i milionów lat.

    2988

    — Zatem nie wierzy pani nie tylko Biblii, ale nawet Kardecowi?…

    2989

    — Nie wierzę w kataklizmy! — odpowiedziała rozdrażniona Ada. — Nauka nie zna przyczyn, które w jednej chwili na całej powierzchni ziemi mogłyby tak wzburzyć wodę, ażeby wdarła się na najwyższe szczyty gór…

    2990

    — Nauka, proszę pani, pojmuje przyczyny zdolne do podniesienia wody bardzo wysoko…

    2991

    — Zastanów się, Ada — dorzucił Solski — że zdarzają się i dziś olbrzymie wylewy albo zapadanie całych terytoriów skutkiem wybuchów wulkanicznych.

    2992

    — To są drobne zjawiska — rzekł Dębicki. — W naturze istnieją czynniki mogące wywołać potop mniej więcej taki, jak opisuje Biblia…

    2993

    W tej chwili w saloniku rozległ się szelest i na balkon weszła Madzia. I teraz jej łagodna twarz miała wyraz nieśmiałości czy nieufności, który od kilku dni niepokoił Solskich.

    2994

    — Wracasz z sesji? — spytała Ada.

    2995

    — Tak.

    2996

    — Gniewają się na mnie, że nie przychodzę?

    2997

    — Przeciwnie, wspominają cię z wdzięcznością.

    2998

    — Cóż to jest, Madziuś?… W jaki spcsób odpowiadasz?… dlaczego nie siadasz?… — zawołała panna Solska. Zaczęła całować przyjaciółkę, posadziła ją na krześle obok brata i zajęła się przygotowaniem dla niej herbaty.

    2999

    Madzia zdawała się być zakłopotana bliskim sąsiedztwem Solskiego i co chwilę przysłaniała długimi rzęsami oczy, jakby ją raził blask. Solski był także wzruszony, więc ażeby nie zdradzić się, zaczął mówić:

    3000

    — Czy wie pani, czym się bawimy? Ada z profesorem kłócą się o to, co jest wyższe: podania biblijne czy objawienia spirytystyczne?…

    3001

    — Ach, ten spirytyzm… — rzekła Madzia.

    3002

    — Co?… — zawołał Solski — pani nie wierzy w spirytyzm?…

    3003

    Madzia delikatnie uniosła ramiona.

    3004

    — W co dziś można wierzyć?… — szepnęła. I w tej chwili strach ją ogarnął, ażeby Solscy nie wzięli tego za przymówkę.

    3005

    „Boże mój — pomyślała — jak mi tu źle… Jak ja tu nie chcę mieszkać…”.

    3006

    Wrażliwe jej ucho pochwyciło nienaturalny ton w głosie Solskiego, kóry wysilał się, ażeby być sobą, a czuł się zmieszanym wobec Madzi.

    3007

    Dębicki spostrzegł, że między trojgiem tych ludzi, bardzo sobie życzliwych, rodzi się jakiś zatarg. Więc skorzystawszy z chwilowego milczenia odezwał się:

    3008

    — Panna Ada nie wierzy w możliwość biblijnego potopu, ja zaś twierdzę, że istnieją potęgi mogące go wywołać…

    3009

    Madzia otrząsnęła się.

    3010

    — Tobie zimno?… Może podać ci szal, a może przeniesiemy się do pokoju?… — troskliwie zapytała Ada.

    3011

    — Nie, kochanko. Wieczór jest ciepły… Tylko śmierć zajrzała mi w oczy…

    3012

    — A może niemiło pani słuchać o potopie?… — spytał Dębicki.

    3013

    — Ależ owszem… taki ciekawy temat — rzekła Madzia.

    3014

    — Zresztą wypadek, o którym opowiem, może zdarzyć się raz na trzysta trzydzieści miliardów lat!… Ziemia nasza z pewnością go nie doczeka, tym bardziej że jakoby raz już trafił się jej za czasów Noego. W naturze nie powtarzają się niespodzianki.

    3015

    — Ale niechże pan zaprezentuje nam nareszcie tę potęgę, która przenosi morza na szczyty gór!… — zawołała Ada śmiejąc się.

    3016

    Dębicki podniósł rękę i wskazał granatowy płat nieba zawieszony nad sylwetkami drzew.

    3017

    — Stamtąd mogłaby przyjść — rzekł.

    3018

    Obie panny doznały uczucia chłodu. Solski podniósł głowę i wpatrywał się w Koronę Północną stojącą naprzeciw balkonu. Dębicki mówił:

    3019

    — Wyobraźmy sobie, że kiedyś pisma przyniosą następujący telegram: „W tych dniach astronom taki a taki dojrzał w konstelacji Byka, tuż obok Słońca, nowe ciało niebieskie, które zrobiło na nim wrażenie planety. Obserwacje w tej chwili są przerwane z powodu ukrycia się gwiazdy poza tarczą słoneczną”.

    3020

    W parę tygodni, gdy publiczność już zapomniała o zjawisku, telegram ogłosił o nim nieco pełniejsze wiadomości. „Nowe ciało niebieskie jest kometą, a raczej olbrzymim uranolitem, równym ziemi lub większym od niej; znajduje się poza orbitą Jowisza, ale szybko zbliża się ku słońcu w linii prostej. Co najważniejsze: droga jego zdaje się leżeć na płaszczyźnie ekliptyki. To ciało niebieskie można już widzieć gołym okiem na godzinę przed wschodem słońca”.

    3021

    Wiadomość ta, obojętna dla ogółu, od tygodnia zajmowała astronomów, a obecnie zaniepokoiła ludzi obeznanych z astronomią. Mówili oni: jeżeli ów uranolit toczy się ku słońcu po płaszczyźnie ekliptyki, więc koniecznie musi przeciąć drogę ziemi. Otóż kiedy on ją przetnie?

    3022

    Jeżeli kometa, właściwie uranolit, przetnie drogę ziemską przed grudniem albo po grudniu, możemy bezpiecznie przypatrywać się nadzwyczajnemu widokowi: Ale jeżeli przecięcie nastąpi w grudniu, sprawa stanie się straszną. Może bowiem trafić się zderzenie dwu ogromnych mas, z których jedna leci z prędkością trzydziestu wiorst na sekundę, a druga — nie powolniej. Łatwo zrozumieć, że obie masy przemieniłyby się w kłąb ognia.

    3023

    Nie trzeba wspominać, że w ciągu następnych tygodni posypałoby się mnóstwo artykułów i broszur roztrząsających kwestię: w którym dniu uranolit przetnie drogę ziemską? Naturalnie autorzy twierdzili, że o zetknięciu się ziemi z niespodziewanym wędrowcem nie ma mowy, choć już wszystkim było wiadomo, że przecięcie orbity ziemskiej nastąpi w grudniu. Przy czym optymiści twierdzili, że wówczas ziemia od przybłędy będzie oddalona na dziesięć milionów mil, a pesymiści przypuszczali, że będzie odległa na milion mil.

    3024

    „Ale i w tym wypadku — pisali pesymiści — tylko zobaczymy gwiazdkę kilka razy większą od Jowisza, która szybko przesunie się po niebie od zachodu na wschód”.

    3025

    „To jeszcze można wytrzymać!” — powiedziała sobie publiczność przechodząc do codziennych kłopotów.

    3026

    Roztropniejszych jednak uderzył fakt, że astronomowie nie zabierają głosu w tej kwestii, ale że w obserwatoriach trafiają się dziwne rzeczy. Rachmistrze ciągle mylili się w rachunkach: panowała bowiem niepewność co do prędkości biegu owego ciała niebieskiego. W końcu, co już ukrywano przed publicznością, jeden z astronomów powiesił się, drugi się otruł, a trzeci palnął sobie w łeb. Gdy zaś przejrzano ich rachunki, okazało się, że każdemu z nich wypadło, iż jeżeli uranolit pędzi z szybkością trzydziestu kilometrów i dwustu pięćdziesięciu metrów na sekundę, musi bezwarunkowo zetknąć się z ziemią.

    3027

    Nareszcie rządy ucywilizowane zabroniły pisać o nadchodzącym zjawisku, ponieważ wielu ludzi ze strachu wpadało w obłąkanie. Ogłoszono tylko notę kilku obserwatorów, że w połowie grudnia ukaże się podczas nocy ciało niebieskie podobne do księżyca w pełni, które w kilka godzin przybierze nieco większe rozmiary, lecz przed wschodem słońca zniknie.

    3028

    Była to prawda. Astronomowie jednak, którzy pisali ową notę, nie znając dokładnie szybkości uranolitu nie byli w stanie obrachować, jak wielkich rozmiarów dosięgnie ów chwilowy księżyc, czyli — w jakiej odległości przesunie się obok ziemi.

    3029

    Od czerwca do września nowa gwiazda przesunęła się do konstelacji Bliźniąt, wschodziła po północy i była tak dużą jak Mars. W październiku wyglądała jak Saturn, a jeszcze w listopadzie była mniej świetną aniżeli Jowisz. Wschodziła coraz wcześniej przed północą, rosła nieprędko, ale ciągle, i zbliżała się do konstelacji Raka.

    3030

    W tej epoce niebieski przybysz już zaczął oddziaływać na ziemię; wprawdzie nie na jej wody lub atmosferę, lecz na jej najbardziej wzniesione punkta, jakimi są — szczyty cywilizacji.

    3031

    Europejski chłop, wyrobnik, drobny mieszczanin słyszał coś o nowym zjawisku, lecz nie miał czasu zajmować się nim, pochłonięty troską o chleb, odzież i opał, czego mu ciągle brakowało. Czerwonoskórzy Amerykanie, Indusi i Chińczycy, wreszcie różne odmiany Murzynów nawet nie zwracali uwagi na drobne światełko sądząc, że jest to jedna z planet, które przez pewien czas błyszczą na niebie, potem znikają i znowu ukazują się w innych gwiazdozbiorach.

    3032

    Ale inaczej było z ucywilizowanymi a zdenerwowanymi klasami Europy. Miały one rozum, ażeby pojąć nadciągające niebezpieczeństwo, lecz nie były zdolne zapanować nad strachem, bo zabrakło im wiary. Wszyscy niby to drwili ze zbliżającego się końca świata, rozchwytywali odnośne karykatury, biegali na farsy i operetki skomponowane na ten temat; ale myśleli i mówili — tylko o komecie, a każdy dzień powiększał ich beznadziejność. Przy migotaniu złowrogiej gwiazdy widzieli pustkę życia i nicość swoich wierzeń.

    3033

    Opadły ręce genialnym przedsiębiorcom, którzy łączyli oceany i przekopywali góry: cała ich mądrość, wszystkie machiny nie mogły ani przyśpieszyć biegu ziemi, ani pohamować nadlatującej z boku komety. Struchleli mocarze giełdowi, gdy wytłomaczono im, że wobec możliwej katastrofy miliard nie jest lepszym zabezpieczeniem aniżeli łachman nędzarza. Rozpacz ogarnęła filozofów wykładających, że jedynym Bogiem jest ludzkość; widzieli bowiem własnymi oczyma, jak łatwo ludzkość traci głowę i jak łatwo zetrzeć ją może lada pyłek nieskończoności.

    3034

    Mędrcy szaleli, głupcy odurzali się ze strachu; alkohol, morfina i chloral były pochłaniane w nieprawdopodobnych ilościach.

    3035

    Skutkiem naturalnej reakcji ludzie, którzy rok temu reklamowali potęgę nauki, dziś odtrącili ją z pogardą przeklinając oświatę i zazdroszcząc prostakom. Największą popularnością cieszyła się broszura, w której jakiś obłąkaniec dowodził, że astronomia jest oszustwem, a ciała niebieskie iskrami, które ziemi zaszkodzić nie mogą, choćby wszystkie na nią spadły.

    3036

    Zaczęto odgrzebywać legendy o końcu świata, a bardzo uczeni mężowie dowodzili, że nic w roku bieżącym nie grozi nam, ponieważ — według Talmudu — jeszcze nie upłynęło sześć tysięcy lat od czasu stworzenia. Wyrodził się szczególny obłęd — podróżowania. Miliony ludzi zamożnych jeździło z pośpiechem bez kierunku i celu szukając bezpiecznego miejsca. Lecz gdziekolwiek zatrzymali się, nad morzem czy między górami, wszędzie przyświecała im straszna gwiazda, jaśniejsza aniżeli Jowisz.

    3037

    W początkach grudnia trwoga panująca między klasami oświeconymi udzieliła się ludowi. Ale chłop bez względu, czy się lękał, czy nie lękał, musiał młócić zboże, rąbać drwa, gotować jadło i karmić inwentarz. O ile mu zaś zbywało czasu, szedł gromadą pod kościół lub figurę i modlił się. On od dzieciństwa wiedział i wierzył, iż kiedyś musi nastąpić koniec świata; więc gdy nadszedł termin, prostacy bali się — nie zniszczenia, ale sądu. Toteż między ludem panował smutek, wzrosła pobożność, prawie znikły występki. Człowiek, dbały o zbawienie duszy, nie pił i nie awanturował się; nie potrzebował też kraść, bo zamożniejsi sąsiedzi oddawali mu swój nadmiar.

    3038

    Wśród powszechnego rozkołysania umysłów tylko dwie istoty pozostały spokojne: żołnierz pod bronią i szarytka. Tamten wiedział, że każdą śmierć powinien spotkać odważnie; ta poleciwszy ducha Bogu nie miała czasu myśleć o sobie, zajęta łagodzeniem cudzych cierpień, których liczba zwiększała się co dzień.

    3039

    Dębicki odpoczął, wypił herbatę, którą podsunęła mu Ada, i mówił dalej:

    3040

    — Wyobraźmy sobie na półkuli północnej kraj górzysty, wzniesiony o jakiś kilometr nad poziom, odległy o kilkaset mil od morza. Przypuśćmy, że w tym szczęśliwym miejscu chwila przejścia uranolitu czy komety przez drogę ziemi przypadałaby w nocy, i pomyślmy, co widzieliby tamtejsi mieszkańcy?

    3041

    Około ósmej wieczór, w połowie grudnia, razem z konstelacją Raka ukazałby się na wschodzie jasny krąg podobny do księżyca w pełni, tylko — większy. Oryginalny ten księżyc miałby dziwne własności.

    3042

    Przede wszystkim robiłby wrażenie, że — nie rusza się razem ze sklepem niebieskim, lecz ciągle stoi niezbyt wysoko nad wschodnim widnokręgiem, gdy poza nim przesuwają się konstelacje: Raka, potem Lwa, wreszcie Panny. Nieruchomy ten jednakże krąg wzrastałby bardzo szybko. O dziewiątej średnica jego byłaby dwa razy większą, o dziesiątej — cztery razy, a o północy — osiem razy większą niż średnica księżyca w pełni. W tej ostatniej porze byłby tak ogromny, że równałby się pięćdziesięciu lub sześćdziesięciu księżycom w pełni, gdyby jednocześnie nie zachodziły w nim szybkie zmiany lunacji. Nowy ten księżyc, który o ósmej był w pełni, już o dziewiątej wyszedłby z pełni, a o dwunastej byłby w kwadrze. W tej postaci jego połowa równałaby się dwudziestu lub trzydziestu księżycom. Wnet jednak kwadra zaczęłaby się zmniejszać tak szybko, że już o pierwszej widać by było na niebie ogromny sierp, który w kilkanaście minut później zgasłby.

    3043

    Zjawiska te oznaczałyby, że uranolit przeciął o północy drogę ziemską i poleciał dalej ku słońcu.

    3044

    Gdyby między mieszkańcami tego błogosławionego kraju znajdował się astronom, mógłby na mocy powyższych obserwacyj zrobić rachunek. I wypadłoby mu, że ów uranolit, wielki i ciężki jak ziemia, przeleciał obok niej w odległości — dwa razy mniejszej aniżeli księżyc.

    3045

    Mieszkańcy szczęśliwego kraju, a sąsiedzi astronoma, zobaczywszy, że potwór niebieski znikł i nie zrobił im szkody, zapewne oddaliby się radości. Ale astronom nie cieszyłby się, lecz z niepokojem odczytywałby depesze nadchodzące co kilka minut z innych obserwatoriów, położonych bliżej morza. Jego bowiem rachunki powiedziały mu, że to nie koniec, ale dopiero początek zjawiska, i że kometa, której zniknięcie tak uradowało współobywateli, przeszedłszy obok ziemi wywarła na jej powierzchnię wpływ siedemset razy większy aniżeli księżyc. Księżyc zaś, jak wiadomo, jest motorem przypływów i odpływów morskich.

    3046

    Otóż między depeszami przychodzącymi z punktów nadbrzeżnych najliczniejsze donosiłyby, że od szóstej wieczór spostrzeżono nagły i silny odpływ morza. Astronom wiedziałby, co to znaczy. Znaczy, że na oceanach Atlantyckim i Spokojnym zaczynają tworzyć się dwie góry wodne, które o północy wzniosą się do trzystu pięćdziesięciu metrów wysokości na podstawach mających przeszło po dziesięć tysięcy mil kwadratowych powierzchni.

    3047

    W kilka godzin po północy zaczęłyby nadchodzić depesze zawiadamiające o równie szybkim i niezwykłym przypływie mórz, zaś nad ranem… wcale nie przychodziłyby depesze!…

    3048

    Przyczynę tego zrozumie pani — mówił Dębicki zwracając się do Ady — jeżeli dodam objaśnienie, że w niektórych portach europejskich zwykły przypływ dosięga dziesięciu metrów wysokości. A ponieważ wpływ uranolitu na morze byłby siedemset razy większy niż księżyca, wnosić by można, że w portach tych woda miałaby siłę do utworzenia wału równego mniej więcej górze Mont-BlancL.

    3049

    Niech pani pomyśli, że wybrzeża morskie w najlepszym razie dosięgają paruset metrów wysokości. Niech pani doda, że to niesłychane rozkołysanie wód trwałoby nie kilka godzin, ale kilka tygodni — że towarzyszyłoby mu parowanie wody, o którego sile nie mamy pojęcia, i — niech pani odpowie, czy te niezmierne dcszcze i zalewy nie byłyby potopem, o którym mówi Biblia.

    3050

    Co wówczas stałoby się z Ameryką środkową, z Afryką od Gwinei Wyższej do Niższej, z północną Australią, z wyspami Oceanu Indyjskiego?… Po co wreszcie daleko szukać: czy sądzi pani, że resztki góry wodnej, która powstałaby na Oceanie Atlantyckim, nie zmyłyby Hiszpanii, Francji, Belgii z Holandią, a nade wszystko Wielkiej Brytanii?…

    3051

    Gdyby kto w rok po uspokojeniu się rozpętanych żywiołów zwiedził zachodnią Europę, zdumiałby się znalazłszy tylko szczątki niegdyś pełnych życia lądów. Ale ani miast, ani dróg, ani pól i lasów, ani ludzi…

    3052

    I czy po tym, fantastycznym zresztą opowiadaniu zechce pani twierdzić, że w naturze nie ma siły, która — mogłaby stworzyć powszechny potop i rzucić wodę na szczyty gór?…

    3053

    — Awantura arabska!… — mruknął Solski przypominając sobie wykrzyknik Kotowskiego.

    3054

    — Z tego widzę — odezwała się Ada — że profesor albo już jest spirytystą, albo nim zostanie. Bo właśnie spirytyzm zaleca nie negować dawnych tradycyj, ale — tłomaczyć je za pomocą faktów naukowych.

    3055

    Dębicki milcząc potarł sobie ucho, a jednocześnie Solski zapytał Madzię:

    3056

    — Może i pani jest już spirytystką?

    3057

    — Albo ja wiem, czym jestem! — odparła Madzia.

    3058

    W głowie jej panował zamęt. Nie pomyślała, w jakim celu Dębicki miał swój wykład o możliwości potopu, nie zwróciła uwagi na to, że według poglądu filozofa wiara robi ludzi odporniejszymi wobec niebezpieczeństw. Ją uderzyły inne strony opowiadania: niepewność życia i nietrwałość świata.

    3059

    Kiedy pożegnawszy się z towarzystwem przeszła do swojej sypialni, czuła pod stopami chwianie podłogi i przeraził ją blask latarni ulicznej wpadający przez okno do pokoju. Zdawało się jej, że już zagląda złowrogie widziadło niebieskie, które ma wydrzeć oceany ze starych łożysk i zalać ziemię.

    3060

    „Po cóż było wszystko to wydobywać z nicości!…” — pomyślała.

    27. Czego potrzeba do zerwania stosunków?

    3061

    Jak młode drzewo co roku wypuszcza gałązkę, która z biegiem lat staje się konarem i rodzi nowe gałązki, tak z młodej duszy co pewien czas wytryska nowa siła i staje się źródłem mnóstwa uczuć, uzdolnień i czynów. A jak na podciętym konarze usychają kwiaty i liście, tak w chorej duszy gorzknieją uczucia, słabnie energia i myśl rozwija się chaotycznie.

    3062

    Madzia doskonale pamiętała swój rozkwit duchowy; wywołał go pospolity wypadek: pieniężne kłopoty pani Latter.

    3063

    Do owej chwili świat przedstawiał się jej w sposób bardzo prosty. Niebo, niby tło Madonny Rafaela, było utkane ze skrzydeł i głów anielskich; na ziemi ludzie, jak na odpuście, tworzyli jeden tłum pogrążony w pracy i modlitwie. Że tam ktoś był lepiej czy gorzej odziany, że ktoś kogo mimo woli potrącił, że inny zapłakał — to drobiazg… Według ówczesnych przekonań Madzi były to tylko wypadki i pozory. W rzeczywistości — serca ludzkie przepełniała modlitwa i dobroć, a nad całym tłumem rozlewał się blask Boży czyniący podobnymi do siebie wszystkie pochylone głowy i zamyślone twarze.

    3064

    Wśród jednostajnej jasności osoba pani Latter stała się jakby nowym ogniskiem, z którego na duchowy widnokrąg Madzi padły dwa nie znane dotychczas promienie: purpurowy i czarny. Od tej pory w oczach Madzi ludzie zaczęli różnić się między sobą. Zrozpaczona pani Latter, wygnany przez uczennice Dębicki, stolarz, ubogi nauczyciel i jego rodzice, samobójca Cynadrowski, wszyscy cierpiący, stroskani i opuszczeni — przedstawiali się jej niby odziani w purpurę. Zaś na Joasię i pannę Howard, które martwiły panią Latter, na pannę Eufemię, która unieszczęśliwiła Cynadrowskiego, na aptekarza i rejenta, którzy obgadywali Stellę — w oczach Madzi padał cień więcej albo mniej czarny.

    3065

    Niebo jednak, pełne głów i skrzydeł anielskich, a na ziemi tłum modlący się o zbawienie zostały na swoich miejscach. Tylko na tle złotej jasności, która oblewała ziemię, widać było tu i owdzie czerwoną plamkę cierpienia albo czarną — krzywdy.

    3066

    W owym okresie czasu mądrość Madzi i jej dążenia streszczały się w słowach: pomagać potrzebującym, nieść pociechę strapionym. Hasło to, raz posiane w sercu, rozrastało się stopniowo, ogarniając ludzkość, cały świat żyjący i martwy.

    3067

    Stosunki z Solskimi, mianowicie w początkach, wzmocniły ekstazę Madzi. Ada była dla niej tęskniącym aniołem, a pan Stefan geniuszem dobrego, który dlatego jeszcze nie uszczęśliwił wszystkich cierpiących i nie pożenił wszystkich zakochanych, że — cukrownia nie była wykończoną. Z chwilą jednak odlania pierwszej głowy cukru w jego fabryce, na ziemi powinna obeschnąć ostatnia łza.

    3068

    Z biegiem czasu wiara Madzi w potęgę i poświęcenie Solskich dla ludzkości poczęła słabnąć. Ale obraz świata odbity w jej duszy w ogólnych zarysach pozostał ten sam: w górze chóry aniołów, na dole rozmodlony tłum; tu i owdzie cierpiący albo mniej dobry człowiek, zesłani po to, ażeby ludzie mieli kogo pocieszać i komu przebaczać.

    3069

    Ten rozwój duszy pełnej litości i marzeń przerwano w sposób tak brutalny, że porównać by go można z morderstwem. Z Madzią stało się jak z podróżnym, który pogrążony w myślach, czuje nagle cios topora, a po nim drugi. Gdy zaś potknął się zbroczony krwią, na biedną głowę spadają mu nowe ciosy.

    3070

    Pewnego wieczora na raucie u Arnoldów przyszła panu Kazimierzowi fantazja wyłożyć Madzi jego własny system filozoficzny, który nie był ani własnym, ani systemem. Wykład był tak zwięzły i jasny, wiara Madzi w geniusz pana Kazimierza tak wielka, że pod tym rozmachem jej idealny obraz świata popękał jak lód w chwili puszczenia rzeki. Nim zaś Madzia miała czas oprzytomnieć, spadł na nią drugi cios: mistyfikacja pani Arnoldowej z rysunkiem niby wykonanym przez duchy.

    3071

    I otóż w ciągu jednej godziny w tym samym salonie zaszły dwa wypadki wprost przeciwne. Ada Solska, sceptyczna uczennica Haeckla, uwierzyła w duchy rysujące, a pełna naiwnej wiary Madzia — przestała wierzyć nawet we własną duszę.

    3072

    Jej niebo zapełnione główkami i skrzydełkami aniołów w jednej chwili znikło jak teatralna dekoracja, odsłaniając pustynię okropniejszą aniżeli sam grób. Jasność padająca z góry na ziemię zgasła i świat okrył się kirem, na tle którego tym jaskrawiej płonęły ognie ludzkich cierpień.

    3073

    Od tej chwili dusza Madzi była jak zmiażdżone zwierciadło; wszystko odbijało się w kształtach potwornych mnożąc się i potęgując za każdym nowym wstrząśnięciem. Już w oczach Madzi Ada z anioła smutku stała się wielką damą znudzoną, która dziś bawi się duchami, wczoraj stowarzyszeniem kobiet, a onegdaj nią samą… Już pan Stefan z dobrego geniusza przerobił się w kapryśnego magnata, który nie tylko nie myśli zapełniać swojej fabryki niedołęgami, ale nawet — tolerować poglądów niezgodnych z jego chwilowym usposobieniem.

    3074

    Świat ducha zgasł dla Madzi, gorzej, bo rozpłynął się w nicość. Została ziemia kirem okryta, a na niej tłum ludzi cierpiących nie wiadomo za co.

    3075

    A ponieważ człowiek musi mieć jakiś cel, musi na czymś zahaczyć swoją uwagę, więc Madzia z energią rozpaczy poczęła zastanawiać się nad modnym hasłem: pracy dla przyszłych pokoleń.

    3076

    „Nam jest źle, więc niech przynajmniej im będzie dobrze — myślała. — My albo nie mamy środków do nasycenia się życiem, albo trujemy się widziadłami przesądów; niech więc choć oni znajdą środki, których nam brakuje, i niech nie spotykają się z przesądami”.

    3077

    Ale dziwnym zbiegiem wydarzeń, zanim idea ta mogła dojrzeć w duszy Madzi, już obalił ją mimo woli Dębicki fantastyczną opowieścią o potopie. I znowu stanęło przed nią pytanie: co warta ludzkość razem ze swą kruchą podstawą? Nie jestże ona leśnym mrowiskiem, które może rozbić przebiegające zwierzę albo spróchniała gałąź?

    3078

    W tej chwili z dawnych ideałów Madzia już nie posiadała żadnego: ani nieba, ani ziemi, ani wiary w bohaterów, ani modlitwy. Duszę jej rozbito, poszarpano i trzeba było długiego czasu, nim się to wszystko zabliźni. Tymczasem w Madzi potęgowało się rozdrażnienie i zaczął kiełkować egoizm cierpiących, których nic nie obchodzi prócz własnego cierpienia.

    3079

    Patrząc na nią w tym nastroju Ada Solska była pewna, że Madzia kocha się w Stefanie i — gniew ją chwytał na brata. Patrząc na Madzię Helena Norska posądzała ją o miłość dla pana Kazimierza, uśmiechała się i mówiła w duchu:

    3080

    „Cóż to za głupie stworzenie!…”.

    3081

    Żadnej z tych pań nie przyszło na myśl, że nieszczęśliwa miłość nie posiada wyłącznego przywileju do szarpania serc ludzkich i że w człowieku może wybuchnąć niszcząca burza z powodów nie erotycznych, ale raczej metafizycznych…

    3082

    Madzi potrzebny był odpoczynek, odpoczynek za wszelką cenę, odpoczynek w jakimś odludnym kącie, gdzie nie widywałaby panny Malinowskiej ani profesorów. Odpoczynek w takiej pustyni, gdzie nie mogłaby spotkać Mani Lewińskiej, która dziękując upadła jej do nóg; gdzie nie potrzebowałaby po kilka razy na dzień widywać sztywnej i zimnej pani Gabrieli, niespokojnych spojrzeń Ady, nade wszystko zaś — pana Stefana. Madzia czuła, że człowiek ten jest rozdrażniony, lecz wobec niej usiłuje nad sobą panować, i z największą trwogą domyślała się, że ona jest przyczyną tego stanu. Ona, ale dlaczego?… Więc plotki i tutaj sięgały!…

    3083

    „Ach, gdyby już nadeszły wakacje!…” — mówiła Madzia.

    3084

    Widok Solskiego stawał się dla niej nieznośnym. Zaczęła bać się go jak chory człowiek śmierci. Chwilami zdawało się jej, że gdyby zostawiono ją z nim w pokoju sam na sam, wyskoczyłaby oknem.

    3085

    Parę tygodni ciszy i samotności przywróciłoby równowagę w jej duszy. Ale ciszy nie było i być nie mogło. Nikt bowiem nie domyślał się nastroju Madzi, ona nie miała się przed kim zwierzyć, a fala życia toczyła się naprzód ze wszystkimi drobnymi niespodziankami i powikłaniami. Człowiek zdrowy i zadowolony nawet nie spostrzega tych codziennych wirów, wobec których rozstrojeni tracą głowę, a nieszczęśliwi toną.

    3086

    Pewnej niedzieli w połowie czerwca do pokoju Madzi przyszła Ada, a wkrótce po niej Solski. Witając się z nim Madzia spuściła oczy i zbladła; pan Stefan uważnie przypatrzył się jej i rzekł serdecznym tonem:

    3087

    — Niedobrze pani wygląda, panno Magdaleno…

    3088

    — Jestem trochę zmęczona.

    3089

    — Więc niech pani rzuci pensję!… — wybuchnął Solski.

    3090

    Ale opanowawszy się dodał:

    3091

    — Wreszcie… może być, że pani jest zmęczona, ale czasem wydaje mi się, że obok zmęczenia dostrzegam w pani coś innego… Aż boję się pomyśleć, że pani jest źle z nami…

    3092

    W głosie jego był tak wielki żal, że w Madzi drgnęło serce.

    3093

    — Gdzież mogłoby mi być lepiej?… — szepnęła rumieniąc się.

    3094

    — Więc może pani czuje się niezdrową? — nalegał Solski. — Nie godzi się kryć przed nami, panno Magdaleno… Co powiedzieliby rodzice pani dowiedziawszy się, że nie umieliśmy ustrzec cię… Co wreszcie ja sam byłbym wart — znowu wybuchnął — gdyby w naszym domu taki ukochany gość… cierpiał bez pomocy… Jeżeli pani pozwoli, Ada dziś jeszcze poprosi Chałubińskiego…

    3095

    Madzia podniosła na niego zdziwione oczy. Szorstki, ale namiętny ton Solskiego zrobił na niej wrażenie. Zdawało się, że zaczyna opuszczać ją nieufność…

    3096

    Nagle w przedpokoju zadzwoniono. Solski puścił rękę Madzi. Po chwili wszedł lokaj i podał Madzi bilet mówiąc:

    3097

    — Ten pan prosi… czy może się widzieć…

    3098

    Madzia spojrzawszy na bilet zmieszała się tak, że oboje Solscy zdziwili się. Następnie podała pannie Solskiej kartkę, na której olbrzymimi literami było napisane: Miętlewicz.

    3099

    — Któż to? — spytała Ada.

    3100

    — Mój… to jest znajomy moich rodziców z Iksinowa…

    3101

    — Wypada go przyjąć — rzekła Ada.

    3102

    — Gdybyśmy przeszkadzali… — wtrącił Solski gotując się do wyjścia i z ciekawą niespokojnością patrząc na Madzię.

    3103

    W jego zgorzkniałym sercu zbudziło się podejrzenie.

    3104

    — W czym państwo możecie mi przeszkadzać? — odpowiedziała Madzia. — Ale z góry przepraszam, jeżeli mój znajomy nie zrobi przyjemnego wrażenia. Jest to człowiek dobry, tylko… trochę znać na nim prowincję…

    3105

    Na znak Ady lokaj wyszedł, a po chwili ukazał się pan Miętlewicz. Był tak samo, jak niegdyś, krótko ostrzyżony, miał sterczące wąsiki, piękny garnitur wizytowy i zamaszyste ruchy.

    3106

    — Całuję rączki pani dobrodziejce!… — zawołał od progu, szastając się. — Uściśnienia od rodziców, ukłony od całego Iksinowa… Pani doktorowa dobrodziejka miała zamiar przysłać kopę szparagów…

    3107

    — Pan Miętlewicz — rzekła Madzia prezentując nowo przybyłego.

    3108

    — Solski — rzekł pan Stefan i podał mu rękę.

    3109

    Zrozumiał przyczynę zmieszania Madzi, tym bardziej że gość usłyszawszy jego nazwisko zesztywniał i stracił zdolność mówienia.

    3110

    — Jakże się pan miewa? — spytała Madzia ściskając Miętlewicza za rękę. — Cóż nowego w Iksinowie?

    3111

    Miętlewicz rzucił się na wskazane krzesło i kilka razy głęboko odetchnął. Potem ze spotęgowaną energią zaczął mówić jednym tchem:

    3112

    — Ha, cóż?… Czcigodni państwo doktorostwo oboje zdrowi, proboszcz i major także… Pan Zdzisław przysłał szanownym rodzicom dwa tysiące rubli…

    3113

    — Doprawdy?… — spytała uradowana Madzia.

    3114

    — Słowo honoru! — prawił Miętlewicz. — Pan Zdzisław ma doskonałą posadę pod Moskwą: dziesięć tysięcy rubli rocznie… Był trochę niezdrów, ale to już minęło…

    3115

    — Wiem, pisał do mnie. A jakże panu idą interesa?

    3116

    — Wcale nieźle. Jestem narzeczonym panny Eufemii…

    3117

    — Eufemii?… — powtórzyła Madzia.

    3118

    — Tak. Nawet przyjechaliśmy tu we troje: pani sędzina dobrodziejka, moja narzeczona i ja…

    3119

    — Czy tak?…

    3120

    — Robimy wyprawę. Moje panie miały zamiar złożyć dziś wizytę szanownej pani, ale że właśnie musimy być wszyscy na obiedzie u państwa Korkowiczów…

    3121

    — Korkowiczów?…

    3122

    — Tak — prawił Miętlewicz — bo to ja zorganizowałem panu Korkowiczowi sprzedaż jego piwa na całej naszej kolei, zatem…

    3123

    — Ach, tak… A cóż więcej w Iksinowie?

    3124

    — Wszystko stare, proszę pani dobrodziejki. Panna Cecylia w lipcu ma przejeżdżać do Jazłowca…

    3125

    — Niech pan będzie łaskaw przypomnieć jej, że obiecała zatrzymać się u nas — wtrąciła Ada.

    3126

    — Z całą przyjemnością — odparł Miętlewicz kłaniając się. — Cóż by tu więcej powiedzieć państwu?… Aha!… Stary Cynadrowski umarł…

    3127

    — Umarł?… — powtórzyła Madzia tak szczególnym tonem, że Solski znowu zaczął zwracać na nią uwagę.

    3128

    — Umarł podobno i ten aktor Sataniello — ciągnął Miętlewicz. — Zaś pan Krukowski — dodał patrząc na Madzię z figlarnym uśmiechem — mieszka z siostrą w Wiedniu i podobno pisuje do tutejszych gazet na pociechę…

    3129

    — Mówi pan o panu Ludwiku Krukowskim? — rzekł nagle Solski.

    3130

    — Tak jest — odparł zrywając się z krzesła Miętlewicz. — Miałem zaszczyt być znajomym szanownego pana Ludwika i pochlebiam sobie…

    3131

    — A rodzice spodziewają się mnie na wakacje?… — spytała Madzia z rosnącym zakłopotaniem.

    3132

    — Wcale nie!… — odpowiedział pan Miętlewicz z jeszcze milszym uśmiechem i miną, która wprost przeraziła Madzię, tym bardziej że Solski wciąż przypatrywał się jej z uwagą.

    3133

    Miętlewicz, któremu Madzia już nie zadawała pytań, ośmielony zachowaniem się Solskich, zaczął opowiadać o swym szczęściu. W ciągu ostatnich kilku miesięcy zakochał się na śmierć i życie w pannie Eufemii i przekonał się, że ona od dawna go kochała. W końcu zrobił wzmiankę, że interes z Korkowiczem przyniesie mu kilkaset rubli rocznie, że pani Korkowiczowa jest damą prawie tak dystyngowaną jak jego przyszła teściowa, pani sędzina, a nareszcie pożegnał naprzód Solskiego, potem Madzię, a potem Adę obiecując, że jego panie nie omieszkają złożyć jutro swego uszanowania.

    3134

    Gdy gość wyszedł wśród zamaszystych i niskich ukłonów, Solski nagle zapytał Madzię:

    3135

    — Pani znała Ludwika Krukowskiego?… Jest to trochę nasz kuzyn. Nie widziałem go od kilku lat, tylko… słyszałem o jakiejś jego miłosnej tragedii, gdzieś na prowincji… może nawet w Iksinowie?…

    3136

    Madzia patrzyła na niego jak zahipnotyzowana. W jej umyśle mieszały się wspomnienia panny Eufemii, śmierci Cynadrowskiego, oświadczyn pana Ludwika z dzisiejszą wizytą Miętlewicza i jej obecnym rozdrażnieniem…

    3137

    — Pani znała Krukowskiego?… — nalegał Solski.

    3138

    — Znałam go bardzo krótko — odparła Madzia.

    3139

    — Cóż to za dramat zdarzył mu się… zapewne w Iksinowie? — pytał Solski nie spuszczając oka z Madzi.

    3140

    — Jakieś… nieporozumienia… — cicho odparła Madzia wstydząc się za pannę Eufemię.

    3141

    — Jakież on na pani zrobił wrażenie?

    3142

    — Mnie się zdaje, że jest to dobry człowiek… szlachetny… Wiesz, Adziuś — zwróciła się do panny Solskiej — to właśnie od siostry pana Ludwika mam tę bransoletę z szafirem… Dała mi ją w dzień wyjazdu, ale gdzie ja się w nią ubiorę!…

    3143

    Dotychczas rozdrażniony Solski nagle ochłonął. Jeżeli jego kuzyn miał jakiś miłosny dramat w Iksinowie, to nie z Madzią. Inaczej siostra pana Krukowskiego (którą znał jako osobę surową) nie ofiarowałaby Madzi prezentu.

    3144

    Odzyskał dobry humor i zaczął żartować, że Madzia skazana jest na spędzenie z nimi całego lata, ponieważ rodzice wyrzekli się jej na wakacje. Żegnając się zaś z paniami dodał (za co siostra zgromiła go wzrokiem), że pojedzie do Iksinowa i taką zrobi intrygę, iż rodzice wyrzekną się Madzi na zawsze.

    3145

    — O, to się panu nie uda — odparła Madzia również nieco weselsza.

    3146

    — Zobaczymy!… — rzekł Solski całując ją w rękę.

    3147

    — Mój Stefku — przerwała żywo Ada — idź już do siebie i… myśl o załatwieniu spraw bieżących — dodała z naciskiem.

    3148

    Solski wróciwszy do siebie schwycił się oburącz za włosy.

    3149

    „Ależ ja szaleję!… — myślał. — Jeżeli kogo, to chyba jej nie powinien bym podejrzewać… Nie, to musi się skończyć!… Nasi krewni albo będą mieli mnie z nią, albo wcale nie będą mnie mieli…”.

    3150

    Podobne myśli nasunęły się i pannie Solskiej, gdyż po wyjściu brata rzekła:

    3151

    — Albo mnie psuje się coś w głowie, albo nasz dom składa się z samych bzików…

    3152

    Potem schwyciwszy Madzię za szyję zaczęła ją całować i szeptać z niezwykłą czułością:

    3153

    — Madziuś, ja widzę, że ciebie coś trapi… Otóż, jako doświadczeńsza, mówię ci, że… nie trzeba nigdy upadać na duchu… Nieraz człowiek sądzi, że jest w położeniu bez wyjścia, a tymczasem po kilku dniach rzecz wyjaśnia się i przybiera jak najlepszy obrót…

    3154

    Madzia patrzyła na nią zdziwiona. Ale panna Solska, zamiast wytłomaczyć zagadkowe słowa, prędko wyszła unikając jej spojrzeń.

    3155

    „Czego oni chcą?… Co oni ze mną robią?…” — pomyślała Madzia. Znowu ogarnął ją niepokój i nieprzeparta chęć opuszczenia domu Solskich.

    3156

    Przy obiedzie nie było ani pana Stefana, ani ciotki Gabrieli, tylko Madzia z Adą. Obie panny rozmawiały monosylabami, a służba odnosiła ze stołu nietknięte półmiski.

    3157

    Po kawie Ada znowu uściskała Madzię z jakąś gorączkową tkliwością i poszła na górę do ciotki Gabrieli. Spędziła z nią sam na sam godzinę, w ciągu której do uszu zawsze czujnej Edyty dochodził podniesiony głos jednej lub drugiej damy. Potem ciotka i siostrzenica rozpłakały się. Potem pani Gabriela kazawszy zapuścić rolety położyła się na szezlongu i opryskliwym tonem powiedziała Edycie, że chce być samą; Ada zaś z zaczerwienionymi oczyma, ale uśmiechnięta, wyjechała do miasta.

    3158

    Był to sądny dzień w pałacu. Służba szeptała kryjąc się po kątach. Rozdrażniona Madzia dla uspokojenia się zaczęła przeglądać stare kajety uczennic i poprawiać już poprawione ćwiczenia.

    3159

    Około siódmej w przedpokoju odezwał się niecierpliwy dzwonek elektryczny, potem szelest, rozmowa i — wbiegła panna Eufemia w jedwabnej sukni z długim ogonem. Była obwieszona mnóstwem bransolet i łańcuszków, z których przynajmniej połowa robiła wrażenie talmigoldu.

    3160

    Zdawało się Madzi, że panna Eufemia wypiękniała a przynajmniej utyła i urosła; tylko w kątach oczu ukazały się zmarszczki, ale bardzo delikatne.

    3161

    — Jak się masz, najdroższa Madziu!… — zawołała panna podsędkówna tonem, który nieco przypominał jej matkę.

    3162

    Kilka razy ucałowała Madzię z wielką czułością i upadłszy na kanapkę zaczęła mówić:

    3163

    — Cóż to, nie ma pana Solskiego… (tu obejrzała się po pokoju i rzuciła okiem na drzwi sąsiednie). Podobno ma być fatalnie brzydki, ale to nic nie szkodzi… Wyobraź sobie, zostawiłam mamę u pani Korkowiczowej (bardzo się te panie pokochały), a sama przyfrunęłam do ciebie na skrzydłach niecierpliwości… Wiesz, wychodzę za Miętlewicza… Nieszczególna partia, ale dobry chłopak i tak mnie kocha, że beze mnie żyć nie może. Ach, ci mężczyźni! formalnie tracą głowy wobec nas… Wyobraź sobie, że i u państwa Korkowiczów trafiliśmy na sercową epidemię… Ten młody pan Korkowicz, jakże mu tam?…

    3164

    — Bronisław — wtrąciła Madzia.

    3165

    — Tak, Bronisław, powiedział, że się zastrzeli, jeżeli ojciec nie oświadczy się w jego imieniu o rękę jakiejś panny…

    3166

    — Czy nie Heleny? — spytała Madzia.

    3167

    — Tak, tak właśnie. Pani Korkowiczowa jest zrozpaczona i nawet z tego powodu ma do ciebie pretensję…

    3168

    — O co?

    3169

    — Czy ja wiem?… — odparła panna Eufemia. — Tłomaczyła to obszernie mamie, ale Miętlewicz trzyma mię w takim oblężeniu, że nie mogę brać udziału w rozmowie. Ale… ale, moja Madziu, mam do ciebie prośbę…

    3170

    — Słucham cię.

    3171

    — Moja złota, może wyrobiłabyś Miętlewiczowi jaką dobrą posadę w cukrowni. Bo on wprawdzie ma dochody, ale ani wielkie, ani zbyt pewne… A nade wszystko musielibyśmy mieszkać tak daleko od Warszawy, no… i od was.

    3172

    — Jakimże ja sposobem mogę wyrobić posadę panu Miętlewiczowi?… — spytała trochę niecierpliwie Madzia.

    3173

    Panna Eufemia spojrzała na nią obrażona.

    3174

    — Przecież wyjednałaś miejsce Fajkowskiemu… Cecylii i jeszcze tam komuś…

    3175

    — Przypadkiem — rzekła Madzia.

    3176

    — Aaa… wiesz — odparła z godnością panna Eufemia — nigdy nie spodziewałam się, że mi odmówisz tej drobnostki… Byłybyśmy razem… No, ale widać nie życzysz sobie utrzymywać z nami stosunków dawnej przyjaźni… Szczęście ludzi zmienia… Zresztą nie mówmy o tym… Ja też mam dumę i wolałabym umrzeć aniżeli narzucać się…

    3177

    Madzia przygryzła usta; gadanina panny Eufemii sprawiała jej nieledwie ból fizyczny. Panna Eufemia także spostrzegła, że nie robi przyjemności swoją osobą, więc posiedziawszy kilka minut, ze źle ukrywanym gniewem pożegnała Madzię.

    3178

    — Boże, wyrwij mnie stąd… — szepnęła Madzia po jej odejściu.

    3179

    Zdawało jej się, że z odmętu wielkich zwątpień zaczyna spadać w błotnisty wir intryg i zawiści.

    3180

    „Już i do Iksinowa doszły plotki, że jestem narzeczoną Solskiego — myślała z rozpaczą Madzia. — Trzeba stąd uciekać… uciekać jak najprędzej…”.

    3181

    Gdy jednak przypomniała sobie, że o tym postanowieniu musi rozmówić się z Adą i objaśnić przyczyny, dla których opuszcza ich dom — znowu straciła odwagę. Siły jej już wyczerpały się i była jak listek na wodzie, który płynie tam, gdzie niosą go fale.

    3182

    Na drugi dzień Madzia od rana nie widziała Ady; gdy zaś około pierwszej wróciła z pensji, pokojówka przyniosła jej od pani Gabrieli list zapraszający na chwilkę rozmowy.

    3183

    Madzię oblały ognie, a potem chłód. Koniecznie zdawało jej się, że ta rozmowa dotyczyć będzie plotek, jakie krążą o niej i o panu Solskim, i że dziś — skończy się wszystko. Poszła na górę ze ściśniętym sercem, ale zdecydowana.

    3184

    Zastała ciotkę Gabrielę w towarzystwie tej samej wiekowej pani, która w czasie świąt wielkanocnych zrobiła jej słodkokwaśną wymówkę o to, że Ada nie chciała należeć do kwesty. Staruszka była w czarnej wełnianej sukni; przywitała Madzię z wielką powagą. Za to ciotka Gabriela, nie wiadomo z jakiej racji, pocałowała Madzię w czoło ustami zimnymi jak marmur.

    3185

    Kiedy Madzia usiadła naprzeciw obu pań, jak oskarżony naprzeciw sędziów, ciotka Gabriela zaczęła:

    3186

    — Chciałyśmy…

    3187

    — To jest, ja prosiłam… — przerwała staruszka.

    3188

    — Tak — poprawiła się pani Gabriela — hrabina chciała pomówić z panią o pewnej drażliwej kwestii…

    3189

    Madzi zaćmiło się w oczach, ale wnet odzyskała przytomność. Staruszka utkwiła w niej okrągłe oczy i skubiąc czarną suknię mówiła powoli:

    3190

    — Pani zna pannę Helenę… Helenę…

    3191

    — Norską… — podpowiedziała ciotka Gabriela.

    3192

    — Tak, Norską — ciągnęła staruszka. — Zna pani jej stosunek do naszego Stefana?…

    3193

    — Tak… — szepnęła Madzia.

    3194

    — I zapewne słyszała pani, że rodzina Stefana, a właściwie — ja, nie życzymy sobie, ażeby Solski żenił się… z panną Norską…

    3195

    Madzia milczała.

    3196

    — Otóż, droga pani — mówiła staruszka nieco łagodniejszym tonem — czuję potrzebę usprawiedliwić się przed panią, dlaczego byłam przeciwna wprowadzeniu do naszej rodziny panny Norskiej…

    3197

    — Czy pani życzy sobie, ażebym jej to powtórzyła?… — spytała zaniepokojona Madzia nie rozumiejąc powodu osobliwych zwierzeń.

    3198

    — Nic mi nie zależy… Znam tę panienkę tylko z fotografii, no… i z reputacji — odparła staruszka. — Chcę się tylko przed panią usprawiedliwić…

    3199

    — Ażebyś, drogie dziecko, nie miała fałszywego wyobrażenia o naszych stosunkach rodzinnych — wtrąciła ciotka Gabriela.

    3200

    Jakaś błyskawica rozświetliła umysł Madzi i przez chwilę zdawało się jej, że te kobiety nie mają względem niej nieprzyjaznych zamiarów. Objawienie to jednak minęło szybko, pogrążając Madzię w pomroce jeszcze głębszej. Nic nie rozumiała… nic — czego od niej chcą obie damy. Owszem, zaczęła lękać się, że z powodu owych plotek wyrządzą jej jakąś obelgę.

    3201

    — Pozwoli pani — mówiła staruszka, a sinawe usta niekiedy drgały jej i palce coraz szybciej skubały wełnianą suknię. — Pozwoli pani, że będę zupełnie szczerą… Szczerość, moim zdaniem, winna być podstawą ludzkich stosunków…

    3202

    — Proszę panią hrabinę — odparła Madzia, śmiało patrząc w okrągłe oczy, które mroziły jej serce.

    3203

    — Stefan — ciągnęła dama — jest dobrą partią. Nawet gdyby nie miał tego nazwiska i majątku, jaki posiada, jeszcze byłby mile widziany w naszym towarzystwie i mógłby tu znaleźć żonę. Bo i my także znamy się na zaletach rozumu i serca, których nieszczęściem jest zbyt mało…

    3204

    Otóż, panno Magdaleno, jeżeli Stefan zasługiwałby na nasz szacunek nawet będąc biednym i nieznanym, jeżeli nawet w tym wypadku miałby prawo znaleźć żonę w sferze właściwej, to chyba nie zdziwisz się, panno Magdaleno, że dla takiego, jakim jest dziś, chcielibyśmy znaleźć żonę niepowszednią…

    3205

    — Majątek nic nie znaczy — wtrąciła pani Gabriela.

    3206

    — Nie mów tak, Gabrielo, nie trzeba nikogo w błąd wprowadzać, nawet przez grzeczność — odparła staruszka. — Majątek, nazwisko i stosunki znaczą bardzo wiele. Jeżeli więc wybrana przez Solskiego kobieta nie posiada tych warunków bytu, musi je wynagrodzić zaletami osobistymi: rozumem, sercem, a nade wszystko — miłością i poświęceniem…

    3207

    — Toteż, która je posiada… — odezwała się pani Gabriela.

    3208

    — Ale panna Norską nie posiadała ich. O ile wiem, jest to egoistka, która chce zrobić karierę za pomocą piękności i kokieterii… Sama przecież mówiłaś mi, że nawet już zaręczywszy się ze Stefanem przyjmowała hołdy innych mężczyzn, co w ogóle jest nieprzyzwoite, a w tym wypadku było niegodziwe.

    3209

    — Och!… — westchnęła pani Gabriela.

    3210

    — Więc kończę — mówiła staruszka, wciąż patrząc na Magdalenę, a sine usta drgały jej coraz częściej. — Byłam przeciwną tej… pannie Helenie nie tylko dlatego, że nie miała majątku ani nazwiska, ale dlatego, że — nie kochała Stefana, lecz siebie. Żona Stefana, pojęta przez niego w tych warunkach, zawdzięczałaby mu wszystko, więc i wszystko powinna mu poświęcić… Wszystko — nie wyłączając własnej rodziny… Tylko taką kobietę moglibyśmy przyjąć…

    3211

    — No, to byłoby zbyt surowe żądanie — zaprotestowała pani Gabriela. — Stefan nie stawiałby takiego…

    3212

    — Ale my możemy — odparła energicznie staruszka. — Mielibyśmy prawo przyjmować u siebie panią Helenę Solską, a nie przyjmować jej brata, ojczyma i matki, gdyby żyła…

    3213

    Madzia nie zdawała sobie sprawy, w jakim celu mówią to do niej. Przeczuwała czy podejrzewała osobistą zniewagę i w jej gołębim sercu zakipiał gniew.

    3214

    — Czy więc uznaje pani moje powody, dla których… — spytała staruszka.

    3215

    — Uznaję, pani!… — przerwała Madzia. — Był czas, że radziłam Helence, ażeby wyszła za pana Solskiego… Zdawało mi się, że oboje znajdą w tym szczęście… Ale gdybym dziś miała prawo mówić z nią o tej kwestii, powiedziałabym: słuchaj, Heleno, dla ubogiej panny lepszą jest śmierć aniżeli świetne małżeństwo… Bo najgorszego człowieka, kiedy leży w trumnie, otacza szacunek… a tu… spotka cię tylko pogarda…

    3216

    Madzia wstała z krzesła i ukłoniła się obu paniom. Staruszka spojrzała na nią z niepokojem, a ciotka Gabriela zawołała:

    3217

    — Nie zrozumiała nas pani, panno Magdaleno… Moja kuzynka nie…

    3218

    — Owszem — odparła Madzia i wyszła z pokoju.

    3219

    Kiedy wzburzona znalazła się w swoich gabinecie, wybiegła do niej Ada mówiąc z uśmiechem:

    3220

    — Cóż, poznałaś bliżej naszą cioteczną babcię?… Prawda, — jaki to oryginalny zabytek!… Ale co tobie, Madziuś?…

    3221

    Madzia schwyciła ją za ręce i ściskając konwulsyjnie, rzekła:

    3222

    — Daj mi słowo, że nie rozgniewasz się. Daj słowo, to cię o coś poproszę…

    3223

    — Ależ daję ci słowo, że wszystko zrobię, co zechcesz — odparła zdziwiona panna Solska.

    3224

    — Adziuś… ja wyprowadzę się stąd… — szepnęła Madzia.

    3225

    Słowa te w pierwszej chwili nie zrobiły wrażenia na Adzie.

    3226

    Wzruszyła lekko ramionami i pociągnąwszy Magdalenę do kanapki, na której usiadły, zapytała spokojnie:

    3227

    — Co to znaczy?… Bo nie przypuszczam, ażeby kto obraził cię w naszym domu.

    3228

    — Nikt mnie nie obraził — mówiła gorączkowo Madzia — ale ja muszę… muszę stąd wyjść… Już dawno chciałam ci to powiedzieć, lecz brakło mi odwagi… Dziś jednak czuję, że dłużej…

    3229

    — Ależ, co to jest?… Ja ciebie nie rozumiem i… prawie nie poznaję… — odparła Ada, z niepokojem przypatrując się Madzi.

    3230

    — Czy myślisz, że ja sama siebie poznaję?… Coś się ze mną stało… Wszystko w mojej duszy połamane, poprzestawiane, zniszczone… Doprawdy, że nieraz budzę się w nocy i pytam: czy to ja jestem?…

    3231

    — Więc jesteś rozdrażniona albo chora… Ale cóżeśmy temu winni?

    3232

    — Wy — nic… Byliście dla mnie dobrzy jak nikt na świecie — mówiła Madzia klękając i opierając się na kolanach Ady… — Ale ty nie wiesz, ile ja tu przeżyłam, ile tu strasznych wspomnień zostało. Kiedy jestem w mieście, jestem spokojna… kiedy wrócę tu, zdaje mi się, że w każdym pokoju, w każdym zakątku widzę moje myśli, które mnie ranią jak sztylety…

    3233

    Więc pozwól mi stąd odejść, Adziuś… — szepnęła ze łzami. — Pomyśl, że błaga cię człowiek rozciągnięty na łożu ognistym…

    3234

    Panna Solska wstrząsnęła się.

    3235

    — Pozwól przynajmniej, ażebym cię odwiozła do rodziców — rzekła.

    3236

    — Po co? Mam tu robotę, której nie mogę porzucać… Zresztą, czy wzięłaś mnie od rodziców?… Przyszłam do was z miasta i powrócę do miasta.

    3237

    Ada zamyśliła się.

    3238

    — Nie rozumiem… nic nie rozumiem!… — mówiła. — Wskażże mi jakiś rozsądny powód twojej ucieczki…

    3239

    — Czy ja wiem? — odparła Madzia. — Zapytaj leśnego zwierzęcia: dlaczego ucieka z parku, albo sosnę, dlaczego usycha w oranżerii? Nie jestem w swoim otoczeniu, więc boli mnie każdy drobiazg… każda plotka…

    3240

    — Ach, plotka!… — przerwała Ada. — Moja droga, nie mamy prawa więzić cię, ale… musisz chyba pogadać jeszcze ze Stefanem…

    3241

    Madzia zakryła twarz rękoma.

    3242

    — Nie masz pojęcia, jakbym chciała uniknąć tej rozmowy… Ale wiem, że tak być musi…

    3243

    Panna Solska patrząc na Madzię pokiwała głową.

    3244

    — Zaraz ci go tutaj przyszlę — rzekła wychodząc.

    3245

    Była jednak spokojniejsza.

    3246

    W kilka minut ukazał się pan Stefan. Usiadł obok Madzi, która płakała, i zapytał łagodnym tonem:

    3247

    — Gdzież pani chce zamieszkać?

    3248

    — U panny Malinowskiej albo u której z pań należących do naszego stowarzyszenia — odparła Madzia obcierając oczy.

    3249

    — W tym tygodniu — mówił zniżonym głosem Solski — pojadę do rodziców pani prosić o jej rękę.

    3250

    Madzi oczy obeschły. Przytuliła się do kanapki i zawołała drżąc:

    3251

    — O… niech pan tego nie robi!… na miłość boską…

    3252

    Solski zaczął wpatrywać się w nią.

    3253

    — Chcę prosić o rękę pani — powtórzył.

    3254

    — To być nie może!… — odparła z przestrachem.

    3255

    — Nie chce pani zostać moją żoną?… Wiem, że jestem brzydki, mam wiele wad…

    3256

    — Jest pan najszlachetniejszy człowiek, jakiego znam — przerwała Madzia. — Tyle mi pan zrobił dobrego… tylem panu winna…

    3257

    — Ale żoną moją…

    3258

    — Nigdy!… — zawołała Madzia z wybuchem rozpaczliwej energii.

    3259

    — Więc chyba kocha pani innego? — spytał Solski ani na chwilę nie podnosząc głosu.

    3260

    Madzia oddychała prędko, szarpała chustkę w rękach, wreszcie rzuciwszy ją na kanapkę odparła:

    3261

    — Tak.

    3262

    Solski podniósł się.

    3263

    — W takim razie — rzekł zawsze tym samym tonem — przepraszam… Nigdy nie śmiałbym wdzierać się w cudze prawa…

    3264

    Ukłonił się i wyszedł spokojnie, równym krokiem, tylko pociemniały mu oczy i pobladły usta.

    3265

    Gdy stanął w swoim gabinecie, wybiegł naprzeciw niego Cezar; podskoczył i oparł mu potężne łapy na piersiach. Solski usunął się i kopnął psa.

    3266

    — Won!…

    3267

    Cezarowi zaiskrzyły się oczy, błysnęły zęby i groźnie warknął na pana. Solski stracił władzę nad sobą: porwał z biurka stalowy metr i z całej siły uderzył psa w głowę.

    3268

    Cezar upadł na dywan. Dreszcze wstrząsnęły ogromnym jego ciałem, z nozdrzy popłynęło nieco krwi. Skurczył łapy, wyprostował się i skonał.

    3269

    Solski zadzwonił. We drzwiach ukazał się dyżurny lokaj i na widok leżącego psa osłupiał.

    3270

    — Co się stało, jaśnie panie?… — wyjąknął.

    3271

    — Wynieś go stąd!…

    3272

    Blady ze strachu służący ujął za przednie nogi jeszcze ciepłego trupa i wyciągnął na schody, a potem na dół.

    3273

    W parę minut weszła do brata Ada.

    3274

    — Już rozumiem wszystko!… — rzekła zirytowana. — Wracam od ciotki Gabrieli, gdzie dowiedziałam się, że hrabina wyłożyła Madzi traktat o obowiązkach młodej panienki, która wychodzi za Solskiego… No, i mówi ciotka, że było to za jaskrawe… Cóż, widziałeś się z Madzią?…

    3275

    Solski trzymając ręce w kieszeniach patrzył w okno. Na pytanie zaś siostry odparł po chwili.

    3276

    — Już widziałem się i… dostałem kosza…

    3277

    — Ty?

    3278

    — Ja. Od panny Brzeskiej — dodał ciszej.

    3279

    — To jakieś nieporozumienie…

    3280

    — Wszystko jest jasne — odparł. — Ona kocha innego…

    3281

    — Kogo?

    3282

    — Nie namyślaj się, a zgadniesz.

    3283

    Panna Solska zatchnęła się i spuściła oczy…

    3284

    — Cóż to jest?… — spytała zmienionym głosem, spostrzegłszy krew na dywanie.

    3285

    — Zabiłem Cezara.

    3286

    — Ty zabiłeś?… — krzyknęła Ada.

    3287

    — Szczeknął na mnie.

    3288

    — Zabiłeś… za to, że szczeknął?… — powtórzyła Ada, z wolna zbliżając się do brata.

    3289

    Na chwilę skrzyżowały się ich spojrzenia. W oczach Solskiego tliła się jeszcze nieukojona wściekłość; w oczach Ady zapaliło się coś jak bunt.

    3290

    Pan Stefan odwrócił głowę i znowu patrzył w okno.

    3291

    — Wyjeżdżam dziś na wieś — rzekł. — Może i ty chcesz?…

    3292

    — Nie — odparła krótko i opuściła gabinet.

    3293

    Kiedy panna Solska wróciła do Madzi, zastała ją skuloną na kanapie w tym samym miejscu, gdzie pożegnał ją pan Stefan. Była bardzo blada, a z oczu wyglądał żal i trwoga.

    3294

    — Puścisz mnie, Adziuś?… — szepnęła Madzia, błagalnie patrząc na przybyłą.

    3295

    — Nie mam prawa sprzeciwiać się — odparła Ada. — Ale przynajmniej zostań u nas, dopóki nie znajdziesz mieszkania.

    3296

    — Dziś znajdę… jest dopiero trzecia…

    3297

    — Rób, jak chcesz — rzekła panna Solska nie podnosząc oczu.

    3298

    Madzia rzuciła się przed nią na kolana i całując jej ręce szeptała:

    3299

    — Gniewasz się?… pogardzasz mną?… O, gdybyś wiedziała, jak jestem nieszczęśliwa!…

    3300

    Panna Solska pocałowała ją w czoło i podniosła z klęczek.

    3301

    — Jestem tak odurzona — mówiła do Madzi — że nie mogę zebrać myśli. Nie śmiem w tej chwili robić ci żadnych propozycji… Gdybyś jednak kiedy potrzebowała moich usług… pamiętaj…

    3302

    Rozpłakały się obie. Potem Madzia przemyła oczy i ubrała się z zamiarem wyjścia do miasta.

    3303

    Kiedy jeszcze raz pożegnawszy Adę stanęła u drzwi, panna Solska, jak przebudzona, zapytała:

    3304

    — Powiedz mi… U Korkowiczów było ci bardzo źle, a jednak żałowałaś ich…

    3305

    — Tak… U Korkowiczów było mi źle, ale — tamto mogłam znieść… U ciebie było mi lepiej niż w domu, ale… już mi sił brakuje…

    3306

    Ukłoniły się sobie i Madzia znikła w przedpokoju.

    3307

    Około szóstej wieczór, kiedy kareta Solskiego wyjechała na ulicę, Madzia wróciła na swoje dawne mieszkanie. Spakowała rzeczy i opuściła dom Solskich z tą samą starą walizą, którą przywiozła z Iksinowa.

    3308

    Nikt jej nie pożegnał, służba ukryła się. Tylko stróż zawołał dorożkę, a szwajcar zniósł jej walizę z taką miną, jakby nigdy nie widywał Madzi.

    3309

    O ósmej wieczór do gabinetu Ady przyszła ciotka Gabriela ze staruszką hrabiną.

    3310

    — Cóż to — rzekła staruszka usiadłszy na fotelu — słyszę, że macie do mnie pretensję z powodu panny Brzeskiej?

    3311

    — Pretensji nie!… Ale nie stało się tak, jak być mogło, a mogło być dobrze — odparła Ada.

    3312

    — Moja Adziu — mówiła staruszka z miną spokojną, nawet zadowoloną. — Ty jesteś emancypantka, Stefan poeta, a Gabriela kocha was aż do słabości, więc we troje ułożyliście projekt, może bardzo ładny dla teatru, ale niepraktyczny w życiu. Pomyśl sama: czy miałoby sens małżeństwo — Solskiego z guwernantką?… Przez miodowy miesiąc byłoby im doskonale, potem — on znudziłby się nią, ona byłaby nieszczęśliwą, a na wasz dom spadłaby nowa rodzina, o której nie macie pojęcia…

    3313

    — Są to, o ile wiem, uczciwi ludzie — wtrąciła Ada.

    3314

    — Ależ, co to za odpowiedź… — mówiła staruszka. — Co innego uczciwi ludzie, a co innego sfera towarzyska, która nigdy by ich nie przyjęła do siebie. Tak, jak się stało, jest najlepiej i winszuję — sobie, że byłam szczerą, a tej panience, że okazała tyle ambicji… Jeżeli naturalnie poza tym wszystkim nie ukrywa się coś trzeciego.

    3315

    — Krzywdzi babcia podejrzeniami niewinną dziewczynę — zaprotestowała Ada.

    3316

    — Wcale nie, moje dziecko. Ale jestem już tak stara, że nie ufam ludziom, których nie znam od dzieciństwa. Wy zaś na przyszłość będziecie mieli naukę, że nie należy szukać nawet znajomości nie we właściwej sferze.

    3317

    I tak dalej prawiła staruszka, ale Ada nie słuchała. Z goryczą myślała, że jej brat zabił Cezara, a później… o tym człowieku, dla miłości którego Madzia wyrzekła się małżeństwa z Solskim!…

    3318

    „Jak ona go musi kochać…” — powtarzała w duchu.

    28. Co robi mędrzec, a co plotkarz?

    3319

    W ciągu tygodnia Solski wrócił ze wsi. Służba zebrała się na powitanie w przedsionku, kamerdyner wprowadził pana do pokojów.

    3320

    Przebierając się Solski pytał:

    3321

    — Panna Ada w domu?

    3322

    — Jest, jaśnie panie, w laboratorium.

    3323

    — A ciotka.

    3324

    — Panią hrabinę głowa boli.

    3325

    — Migrena?…

    3326

    — Tak, jaśnie panie.

    3327

    Solski pomyślał, że jednak ciotka musi żałować cudownej lekarki, która dotknięciem rąk usuwała migrenę.

    3328

    Ubrawszy się posiedział z kwadrans w gabinecie czekając na Adę. Ale ponieważ siostra nie pokazywała się, poszedł do niej.

    3329

    Schylona nad mikroskopem, panna Solska przerysowywała jakiś egzemplarz porostu. Zobaczywszy brata podniosła się i przywitała go, ale bez zwykłych uniesień.

    3330

    — Jakże się miewasz? — spytała robiąc w duchu uwagę, że brat opalił się i nabrał zdrowszej cery.

    3331

    — Doskonale — odparł. — Dziesięć godzin na dobę spałem, a przez czternaście nie zsiadałem z konia. Zrobiło mi to bardzo dobrze.

    3332

    — Dzięki Bogu.

    3333

    — Ale ty wyglądasz mizernie — mówił pan Stefan. — Wróciłaś, widzę, do dawnych robót… Zdaje mi się jednak, że twoje laboratorium jest jakby obdarte?… Aha, usunięto kwiaty… A gdzież kanarki?… — dodał z uśmiechem.

    3334

    Siostra surowo spojrzała na niego i wróciła do mikroskopu.

    3335

    — Słuchaj, Ada — rzekł Solski — nie rób takich min!… Wiem, o co ci idzie: o Cezara… Zrobiłem podłe głupstwo i dużo bym dał, ażeby wskrzesić hardego psa, ale… już za późno…

    3336

    Twarz Ady złagodniała.

    3337

    — Widzisz — rzekła siostra — jak to niedobrze unosić się!… Przecież ty byłbyś zdolny w gniewie zabić człowieka…

    3338

    — Oh… no!… Istotnie przez chwilkę zdawało mi się, żem zwariował!… Ale trzeba mieć moje szczęście… Odtrącony… odtrącony przez takiego gołąbka jak panna Magdalena… I jeszcze dla kogo?… Dla takiego hultaja jak pan Kazimierz. Kobiety stanowczo mają nienormalne mózgi…

    3339

    Pannie Solskiej upadł na ziemię ołówek. Podniosła go i rzekła:

    3340

    — Czy wiesz nowinę?… Hela Norska wychodzi za młodego Korkowicza.

    3341

    — Przecież za starego wyjść nie może, bo jeszcze żonaty — spokojnie odparł Solski. — Młody Korkowicz?… Wcale trafny wybór. Blondyn, tęgi chłop i ma głupią minę; powinien być dobrym mężem.

    3342

    — Cieszę się, że cię to nie wzruszyło.

    3343

    — Ani odrobiny. Powiadam ci: koń i świeże powietrze wywołują cudowne skutki. Wyjeżdżając byłem zdenerwowany jak histeryczka, a dziś tak jestem spokojny, że wszystko mnie bawi. Najgłośniej śmiałbym się usłyszawszy, że — na przykład — panna Magdalena wychodzi za Norskiego, który po odbyciu świętej spowiedzi nawrócił się i obiecał nie grywać w karty…

    3344

    Ada tak pilnie zajęła się swoim rysunkiem, że nie odpowiadała bratu. Pan Stefan okrążył stół, spojrzał siostrze w oczy i chmurny wysunął się z pracowni.

    3345

    Obszedł pokoje Ady, jakby szukając czegoś; na chwilę zatrzymał się przede drzwiami, za którymi tydzień temu mieszkała Madzia. Nawet dotknął klamki, ale cofnął się, a potem zbiegł na dół do biblioteki.

    3346

    Obok okna siedział w fotelu Dębicki nad notatkami.

    3347

    — Dzień dobry, profesorze!… Cóż nowego?…

    3348

    Matematyk podniósł niebieskie oczy, potarł czoło i po namyśle odparł:

    3349

    — Mamy nowy transport książek…

    3350

    — Ach!… — przerwał Solski, niecierpliwie machając ręką. — Jeżeli profesor zawsze takie będziesz miał nowości, to niedługo na tym fotelu zasnują cię porosty pielęgnowane przez moją siostrę!

    3351

    Cóż to za szczególny kryminał, ten nasz dom!… — mówił pan Stefan chodząc. — Jedno stęka na migrenę, drugie rozmyśla nad nowym transportem książek, a trzecia, najlepsza, bo dwudziestoletnia dziewczyna, zdobywa zeza przy mikroskopie w oranżerii, która w tej chwili przypomina piec ognisty…

    3352

    Ach, te baby… te baby!… Czy i za czasów profesora grasowała między nimi jaka epidemia podobna do emancypacji?…

    3353

    — Nie przypominam sobie — odpowiedział Dębicki. — Za moich czasów łatwiej było o mężów i o chleb; kobiety nie potrzebowały uganiać się za pracą zewnątrz domu; mniejsza liczba ich prowadziła życie nienormalne, więc rzadziej dopuszczały się ekscentryczności.

    3354

    — Zawsze były głupie i złe!… — mruknął Solski.

    3355

    — Trafiały się, trafiały!… — potakiwał Dębicki.

    3356

    — Ale nie trafiały się, tylko wiecznie i wszystkie były głupimi i złymi! — wybuchnął Solski. — Cóż to za podła rola na świecie! — mówił z rosnącą goryczą. — Handlarz, który chwyta cię za poły, obiecuje złote góry, byłeś wszedł do jego kramiku, a gdy chcesz wejść — słyszane rzeczy? — zaczyna się drożyć!… Robi takie miny, jakby wyświadczał ci łaskę, każe na kolanach błagać o swój towar, nakłada bajeczne ceny… A ledwie cię złapał na dobre, już zaczyna oglądać się za drugim nabywcą… To jest kobieta; nigdy nie zapełniona beczka Danaid, w której topią się szlachetne uczucia, wielkie rozumy, no — i grube pieniądze…

    3357

    Dębicki machnął ręką.

    3358

    — Wy także licha warci! — rzekł. — Jednego dnia jesteście najszczęśliwsi, gdy kobieta pozwoli wam całować nogi, a drugiego narzekacie, że pochłania wam rozum i pieniądze. Biegacie jak psy za mięsem i każdy chce ją posiadać, a gdy nareszcie odda się jednemu, warczycie na nią wszyscy.

    3359

    — Kochany profesorze — przerwał Solski — znasz się na formułach jak nikt inny, ale pozwól, że ja — lepiej znam się na kobietach. Widziałem dumne, które lekceważyły książąt, a sprzedały się piwowarczykom… Patrzyłem na dobre i bogate, które, zamiast oddać serce i majątek opłakiwanej przez siebie cierpiącej ludzkości, marnują pieniądze na doświadczenia naukowe, którymi uczony nie połata słomianki do butów… Znałem anioły niewinności i geniusze rozsądku, które zamiast podać rękę człowiekowi uczciwemu — wolały pójść za błaznem, który nie zdobędzie się nawet na tytuł kryminalisty… Natura stawia pełno zasadzek na człowieka, a jedną z nich jest kobieta; w chwili kiedy zdaje ci się, żeś znalazł lepszą połowę własnej duszy, spada ci zasłona i widzisz — co?… Manekin, któremu błyszczą oczy i śmieją się wilgotne usta… To już nie pańskie formuły, profesorze, którym można ufać jak słowu Bożemu… To wiecznie żywy fałsz, spowity w blaski i kolory mydlanych baniek. Zamiast klękać przed cudownym widzeniem, pluń, a poznasz, jaka zrobi się z tego rzeczywistość.

    3360

    — Nie rzucałbyś się tak — odparł Dębicki — gdybyś zamiast na niefortunnych doświadczeniach oparł się na faktach ogólnych. Wariatki i wariaci, kokietki i donżuanowie, handlarki wdzięków i handlarze honoru — wszystko to są przygodne zboczenia, nie zaś — prawo…

    3361

    — Ciekawym?…

    3362

    — Kobieta — mówił Dębicki — przede wszystkim jest i musi być matką. Jeżeli chce być czymś innym: mędrcem, za którym szeleści jedwabny ogon, reformatorem z obnażonymi ramionami, aniołem, który uszczęśliwia całą ludzkość, klejnotem domagającym się złotej oprawy, wówczas — wychodzi ze swej roli i kończy na potworności albo na błazeństwie. Dopiero gdy występuje w roli matki, a nawet wówczas, gdy dąży do tego celu, kobieta staje się siłą równą nam albo i wyższą od nas. Jeżeli cywilizacja jest godnym podziwu gmachem, kobieta jest wapnem, które spaja pojedyńcze cegły i robi z nich masę jednolitą. Jeżeli ludzkość jest siecią, która wyławia ducha z natury, kobiety są w tej sieci węzłami. Jeżeli życie jest cudem, kobieta jest ołtarzem, na którym spełnia się cud.

    3363

    — Za naszą pomocą — wtrącił Solski.

    3364

    — Nie ma się czym chwalić!… Gdzie jak gdzie, ale w tej sprawie jesteście aroganckimi dodatkami, które nawet nie rozumieją swojej roli. Kiedy trzeba wkopywać się o tysiąc metrów pod ziemię, żeglować o tysiące mil od lądu, kuć żelazne belki, pod deszczem kul wydzierać z gardła zwycięstwo, błąkać się jak sęp ponad zawrotnymi przepaściami natury i ducha — mężczyzna jest w swoim żywiole. Ale tam, gdzie chodzi o rodzenie, karmienie i wychowanie: górników, żeglarzy, wojowników i myślicieli, tam jednej delikatnej kobiety nie zastąpi legion pracowników, bohaterów i mędrców. Jej łono mędrsze od was wszystkich.

    3365

    Tu zaczyna się nieporozumienie, które byłoby komicznym, gdyby z jego powodu nie popełniono tylu krzywd. Od kilkuset lat nie ma sztubaka, który by wierzył, że — ziemia jest środkiem świata; ale jeszcze dziś najukształceńsi mężczyźni wyobrażają sobie, że — ich rozmaite apetyty są środkiem społeczeństwa.

    3366

    Mężczyzna — prawił Dębicki jednostajnym głosem — który zaprzągł ogień do swoich wozów, ujarzmił wołu, a z dzika zrobił domową świnię, idąc za rozpędem triumfów, wierzy w to, że i kobieta — powinna być jego własnością. Że jej myśl to nie — czyjaś myśl, ale — moja myśl; że serce kobiety to nie jakieś inne serce, ale — moje serce, które wolno mi ranić i deptać, ponieważ mam drugie na zapas — we własnej piersi.

    3367

    Dziecinne złudzenie!… Kobieta nigdy nie należała, nie należy i należeć nie będzie do mężczyzny; nigdy nie będzie oddaną mu całkowicie, czego od niej wymagamy; nigdy nie będzie jego własnością. Kobieta i mężczyzna to dwa światy, jak Wenus i Mars, które widzą się nawzajem, ciążą ku sobie, ale nigdy się nie przenikną. Wenus dla Marsa nie opuści swej drogi ani kobieta dla mężczyzny nie wyrzeknie się swoich przeznaczeń. I jeżeli kobiety są czyjąś własnością, to bynajmniej nie naszą; one należą do swoich rzeczywistych czy możliwych potomków.

    3368

    Gdyby świat męski zrozumiał, że kobieta nie jest dopełnieniem mężczyzny, ale — odrębną i samodzielną potęgą, która niekiedy łączy się z nim dla spełnienia odległych przeznaczeń, nie słyszelibyśmy wybuchów męskiej pretensji. Kobieta, mówiłeś, jest to kupiec, który ciągnie nas za poły do swego kramiku, a potem drogo każe sobie płacić… Mylisz się. Kobieta jest to siła, która posługuje się tobą do wyższych celów, no… i ma prawo żądać, ażebyś na spółkę z nią ponosił koszta skutków…

    3369

    Obłęd wasz — mówił po namyśle Dębicki — jest tak wielki, że nie tylko uważacie kobietę za rodzaj domowego zwierzęcia przeznaczonego do specjalnych waszych uciech; obłęd ten sięga dalej. Jest w kobietach siła, która pozbawia was rozumu, woli, godności osobistej… Siłą tą jest wdzięk wytryskający z natury kobiecej jak kwiat z drzewa albo światło z ognia. Wdzięk kobiecy jest jednym z najbardziej skomplikowanych zjawisk natury i obok mnóstwa warunków zewnętrznych wymaga przede wszystkim swobodnego rozwoju natury kobiecej.

    3370

    Wam się ten cud podoba; więc pomimo że żaden z was nie potrafi stworzyć tęczy ani kwiatu, macie jednak bezczelność wymagać, ażeby kobieta — była dla was pełną wdzięku w każdej chwili. Czy jest biedną aż do zimna i głodu, czy jest smutną aż do łez, czy jest chora, skrępowana, wylękniona — was to nie obchodzi, bo ona dla was zawsze powinna być pełną wdzięku!…

    3371

    A ponieważ łatwiej oszukać męską głupotę aniżeli zmusić naturę, więc stworzyliście sobie całe kategorie, całe dziedziny sztucznych wdzięków i mistyfikacyj. Gdy zaś kiedy przez niezręczność kobiet na chwilę odzyskujecie rozsądek, zaczynacie wrzeszczeć wniebogłosy: to manekin!… to mydlana bańka, na którą trzeba plunąć!…

    3372

    A ja, Stefku — kończył Dębicki grożąc palcem — radzę ci: nie pluj!… Bo, widzisz, między mydlanymi bańkami może naprawdę zdarzyć się promień tęczy, którego ślina nie dosięgnie…

    3373

    Solski chodził po bibliotece rozgorączkowany. Nagle zatrzymał się przed Dębickim i zapytał:

    3374

    — Profesor widziałeś się z panną Brzeską?…

    3375

    — Widziałem.

    3376

    — I cóż?

    3377

    — Nic. Mieszka tymczasem na trzecim piętrze, gdzie ledwom się wdrapał i dostałem bicia serca. Ale wygląda przytomniej aniżeli u was na pierwszym…

    3378

    — Dlaczego ona wyprowadziła się od nas? — spytał Solski.

    3379

    — Mój kochany, ja dziwię się, że ona tu tak długo siedziała — odparł profesor. — Przecież ta kobieta opuściła rodziców, ażeby darmo nie mieszkać i nie jadać u nich… Z jakiejże więc racji od was miałaby przyjmować dobrodziejstwa? Zresztą — nie znam powodu, tylko się domyślam… Mogę się mylić…

    3380

    — Przypuszczasz pan — mówił coraz więcej podniecony Solski — że dlatego bywała zirytowana w ostatnich czasach?…

    3381

    — I tego nie wiem, ale to jest prawdopodobne. Zdaje się też, że pewien wpływ na jej usposobienie wywarł ten… Norski swoim wykładem ateizmu…

    3382

    — Podlec!…

    3383

    — Nie ma się o co gniewać… Tacy apostołowie bywają niekiedy użyteczni jak proszek na wymioty.

    3384

    Solski kręcił się, strzelał z palców, pogwizdywał…

    3385

    Wtem znowu stanął przed Dębickim i rzekł:

    3386

    — A profesor wiesz, że oświadczyłem się pannie Brzeskiej?

    3387

    — Coś słyszałem od twojej siostry.

    3388

    — Odrzuciła mnie, wiesz pan o tym?

    3389

    — W podobnych wypadkach pannie służy prawo: albo przyjąć oświadczyny, albo odwlec z odpowiedzią albo odrzucić. Czwartej kombinacji nie widzę — odparł Dębicki.

    3390

    — Owszem, jest czwarta!… — wybuchnął Solski. — Mogła jeszcze kazać memu lokajowi, ażeby wyrzucił mnie za drzwi…

    3391

    — To byłaby forma nieprzyjęcia.

    3392

    — Paradny jest profesor ze swymi kategoriami!… Ja mówię, że mnie sponiewierano dla szulera i błazna, a on — wylicza, która to może być kombinacja!…

    3393

    — Co to za błazen? — spytał profesor.

    3394

    — Naturalnie, że Norski… Panna kocha się w nim do szaleństwa…

    3395

    Dębicki wzruszył ramionami.

    3396

    — Czy i o tym wątpi profesor?

    3397

    — Nie wątpię, ja wcale się tym nie zajmuję. Tylko — znam pannę Brzeską dwa lata i dotychczas nie spostrzegłem w niej warunków do zakochania się. Przypuszczam, że inni kochają się w niej. Ale ona!…

    3398

    Solski tarł czoło w zamyśleniu.

    3399

    — Ona nie kocha się w nikim?… — rzekł. — Istotnie byłoby to ciekawe! Ale na czym profesor opiera swoje przypuszczenie?

    3400

    — Na prostych faktach. Będąc pensjonarką, notabene wzorową uczennicą, panna Brzeska musiała pracować osiem do dziesięciu godzin na dobę. Ledwie skończyła pensję, została damą klasową, co odpowiada dziesięciu godzinom pracy umysłowej na dobę nie licząc zajęć obowiązkowych. Obecnie mieszkając w waszym domu pracowała na pensji albo dla pensji znowu z dziesięć godzin; prócz tego mocno interesowały ją sprawy towarzystwa kobiet, mnóstwo cudzych interesów, wreszcie… kwestia nieśmiertelności duszy. Młoda panna, która tak dużo pracuje, nie może rozwijać się pod względem erotycznym. A tym bardziej musi być zacofaną, jeżeli zajmuje się, a nawet martwi kwestiami religijno-filozoficznymi.

    3401

    — Cóż to przeszkadza?…

    3402

    — Bardzo przeszkadza. Siły ludzkie, fizyczne i duchowe, podobne są do kapitału, który możemy stale wydawać na rozmaite potrzeby. Jeżeli ktoś posiada trzydzieści rubli miesięcznie i wydaje takowe na żywność, mieszkanie, odzież, książki i wspieranie innych, to już nie ma na muzykę i teatr. Jeżeli więc młoda kobieta cały zasób rozporządzanej energii zużywa na wyczerpującą pracę umysłową, na troszczenie się o bliźnich, a nawet o systemy filozoficzne, więc skąd może mieć siły na kochanie się do szaleństwa?… Choćby ten ktoś był nie panem Norskim, ale aniołem.

    3403

    — Nie przyszło mi to na myśl!… — rzekł jakby do siebie Solski tonem żalu.

    3404

    — Muszę dodać — wtrącił Dębicki — że mój sąd odpowiada tym faktom z życia panny Brzeskiej, które znam. Kto inny, znający ją mniej dokładnie albo dokładniej aniżeli ja, mógłby wyrobić sobie inną opinię. W zjawiskach bardzo złożonych, jakimi są: biologiczne, psychiczne i społeczne, dziesięć punktów, czyli faktów, wyznacza zupełnie innego typu krzywą aniżeli pięć faktów. Z tego powodu w wymienionych naukach trzeba ciągle odwoływać się do obserwacji, gdyż czysta dedukcja prowadzi do fałszywych rezultatów.

    3405

    — Ach, cóż to za pedanteria!… — oburzył się Solski. — Kiedy we mnie serce zamiera z trwogi, że potępiłem niewinną, on wykłada logikę!… Bywaj zdrów, profesorze… Twoja mądrość robi wrażenie piły, która piłuje żywego człowieka.

    3406

    Uścisnął Dębickiemu obie ręce i wrócił do siebie rozdrażniony w wysokim stopniu. Profesor zaś poprawiwszy się na fotelu znowu zaczął przeglądać notatki.

    3407

    Od tej pory Solski nie zajmował się cukrownią: nie zwoływał sesyj, nie odbierał i nie wysyłał listów i depesz, nie rozmawiał z technikami. W przedpokoju pana Stefana drzemali lokaje, na próżno oczekując rozkazów; a tymczasem ich władca chodził tam i na powrót po wszystkich pokojach domu i — tęsknił.

    3408

    Dawniej kilka razy widział Madzię powracającą z pensji; więc teraz, między pierwszą i trzecią w południe, nie mógł oprzeć się manii spoglądania przez okna na podwórze. Co dzień o tej porze ogarniał go niepokój i zdawało mu się, że lada chwilę zobaczy Madzię, która może choć przez pomyłkę wbiegnie do dawnego mieszkania.

    3409

    Niekiedy zakradał się do pokojów, które niegdyś zajmowała; siadał na fotelu przed jej biurkiem, patrzył na drzwi wchodowe i słuchał: czy nie odezwie się dzwonek? Ale dzwonek milczał i Madzia nie ukazywała się na pałacowym dziedzińcu.

    3410

    „Dlaczego ona nie przychodzi do nas?” — myślał i natychmiast dawał sobie odpowiedź. Nie przychodzi — ponieważ w tym domu obrażono ją. Jego krewna, najpoważniejsza osoba w rodzinie, zamiast przygarnąć Madzię, o co ją prosił, zapowiedziała pannie, że dla związku z Solskim musi wyrzec się własnej rodziny!…

    3411

    A on sam czy lepiej postąpił? Żyd z chłopem o konia targują się godzinę, a tymczasem on chciał wytargować żonę, duszę ludzką — w ciągu paru minut. Bo dłużej nie trwała rozmowa z Madzią; a jakim on tonem przemawiał?…

    3412

    — Co ja zrobiłem?… co ja zrobiłem!… — powtarzał Solski chwytając się za głowę.

    3413

    Raz około drugiej po południu zerwał się i pobiegł w stronę domu, w którym mieściła się pensja panny Malinowskiej. Chodził z kwadrans po ulicy, minął gromadę pensjonarek powracających z lekcji, ale Madzi nie zobaczył.

    3414

    „Oszalałem? — myślał. — Żaden paź nie krążył tak nieśmiało około córki królewskiej jak ja około guwernantki!…”.

    3415

    Zakipiała w nim duma i przez jeden dzień znowu zajmował się cukrownią. Zwołał sesję, wysłał kilka listów, ale wieczorem — wymknął się pod dom, gdzie mieszkała Madzia.

    3416

    Pokój jej na trzecim piętrze był oświetlony, okno otwarte. W chwili gdy Solski patrzył tam z drugiej strony ulicy, muślinowa firanka wydęła się jak żagiel, w który wiatr uderzył.

    3417

    — Ktoś do niej wszedł — rzekł do siebie. — Ale kto?…

    3418

    I zazdrość szarpnęła go za serce.

    3419

    Nazajutrz cały ranek rozmyślał: dlaczego Ada nie była u Madzi? Posprzeczały się? Chyba nie. Więc co?… Były przecie najserdeczniejszymi przyjaciółkami…

    3420

    Nagle stanął na środku pokoju, zaciskając pięści.

    3421

    „Może Ada naprawdę kocha się w tym Norskim?… Kilka miesięcy mieszkali razem w Zurychu… Norski odwiedzał Adę prawie co dzień… Razem odbywali wycieczki… Potem coś zaszło między nimi…”.

    3422

    — Aaa!… — jęknął Solski.

    3423

    Na myśl, że jego siostra kocha się w panu Kazimierzu i może być rywalką Madzi, Solski uczuł, że chce bić głową o ścianę, wybiec na ulicę, krzyczeć… Wściekłość uderzała mu na mózg.

    3424

    Ten Norski… blagier… i karciarz zabierał mu i siostrę, i Madzię!…

    3425

    Po gwałtownym wybuchu równie nagle ogarnął pana Stefana spokój.

    3426

    — Zdaje się, że temu kawalerowi strzelę kiedyś w łeb — rzekł do siebie.

    3427

    Nad wieczorem zebrała się sesja techników i plenipotentów po to tylko, ażeby zaznaczyć, że budowa cukrowni idzie dobrze. Na murach lada dzień trzeba stawiać dachy; kotły i machiny już odpłynęły z Gdańska do Warszawy; koła wodne są gotowe i nie było nieprzewidzianych wydatków.

    3428

    Solski słuchał roztargniony, a gdy członkowie sesji zaczęli rozchodzić się, dał znak Zgierskiemu, ażeby został.

    3429

    Pulchny człowieczek uśmiechnął się zgadując, że będzie miał poufną konferencję. A jako dyplomata począł zastanawiać się, o co może być zapytany. O pannę Helenę Norską?… O Madzię?… Może o sprzedaż cukrowni?… Może o to, co w mieście mówią o Solskim?… Może o to, co mówią o przyczynach wyprowadzenia się Madzi z ich domu?… A może też o to, co publiczność sądzi o pannie Adzie Solskiej, która niedawno — była emancypantką, potem została spirytystką, a dzisiaj jest mizantropką i nie pokazuje się nikomu?…

    3430

    Solski usiadł na fotelu i podsunął gościowi pudełko z cygarami. Pan Zgierski wziął jedno, ugniótł w palcach, obciął, a spod oka wciąż patrzył na drzwi. Drżało w nim serce na myśl, że mogą przynieść cudowne wino Solskich, które pan Zgierski nadzwyczajnie lubił, i — bał się go. Lubił, gdyż było dobre, a bał się, gdyż bardzo rozwiązywało mu język, nawet za bardzo.

    3431

    Gdy tak wahał się między nadzieją i trwogą, Solski zapytał:

    3432

    — Cóż nowego?…

    3433

    Zgierskiemu czarne oczki zmniejszyły się do rozmiaru iskierek. Z miodowym uśmieszkiem pochylił głowę do ziemi i rzekł:

    3434

    — Panna Norska wychodzi za Bronisława Korkowicza… ślub ma odbyć się w Częstochowie za parę tygodni… Skutkiem tego pan Kazimierz zerwał z siostrą…

    3435

    — Ciekawym, czy panna Helena zaprosi mnie na wesele? Jest to jedyny wypadek, z powodu którego mógłbym ubawić się parę godzin w salonach pani Korkowiczowej.

    3436

    — Czy mogę jej o tym powiedzieć? — spytał z rozkoszną minką Zgierski. — Chociaż nie! — dodał. — Zanadto zmartwiłaby się panna Helena usłyszawszy, że jej mściwy cios tak mały zrobił efekt…

    3437

    — A za cóż ona się mści? — rzekł Solski ziewając.

    3438

    — Nieszczęsna pomyłka! — westchnął Zgierski. — Mówiono, że panna Helena wierzyła, do chwili wyprowadzenia się stąd panny Brzeskiej, że…

    3439

    — Że co?

    3440

    — Że pan odwrócił swoje względy od niej, to jest od panny Heleny, a zaszczycił… pannę Magdalenę…

    3441

    — Aaa!… — mruknął Solski, obojętnie wytrzymując migotliwe spojrzenia Zgierskiego. Po chwili zaś dodał:

    3442

    — Ambitne dziecko z panny Brzeskiej. Nie sypiała po nocach i chudła wyobrażając sobie, że moja siostra wyświadcza jej łaskę.

    3443

    Umilkł i znowu odezwał się:

    3444

    — Ambitne, ale dobre dziecko. Rozweselało nasz dom, nawiasowo mówiąc, nudny… Leczyło migrenę mojej ciotki… Miła dziewczyna… Szczerze byłbym zadowolony, gdyby moja siostra potra fila w sposób możliwy do przyjęcia zabezpieczyć jej przyszłość… Bo i cóż to za los biednych nauczycielek!…

    3445

    Zgierski stropił się.

    3446

    — Panna Magdalena — rzekł szybko — nie potrzebuje lękać się o przyszłość. Jej brat, dyrygujący kilkoma dużymi farbiarniami pod Moskwą, ma znaczne dochody i robi majątek. Ona zaś otrzymała zapis w Iksinowie wynoszący kilka tysięcy rubli…

    3447

    — Od kogo?…

    3448

    — Od jakiegoś majora…

    3449

    — Od majora?… — powtórzył Solski. — Za co?…

    3450

    Pan Zgierski podniósł brwi, spuścił oczy i wzruszył ramionami.

    3451

    Solski doznał uczucia, jakby mu ktoś odwrócił głowę i wskazał nowy widnokrąg. Prawie — zabolało go w szyi.

    3452

    — Skąd pan o tym wie? — zapytał Solski.

    3453

    — Bawiła tu jakaś pani sędzina z Iksinowa z córką i przyszłym zięciem.

    3454

    — Ach!… — szepnął Solski.

    3455

    — Poznałem te damy u państwa Korkowiczów i dowiedziałem się kilku szczegółów…

    3456

    — Ciekawe! — rzekł Solski. — Cóż jej mogły zarzucić?

    3457

    — Dzieciństwa!… Obie panie, no i pani Korkowiczowa, nie mogą darować pannie Brzeskiej niewinnej kokieterii…

    3458

    — Kokieterii?…

    3459

    — Och, któraż kobieta jej nie posiada!… — uśmiechnął się Zgierski. — W każdym razie z tego powodu panna Brzeska musiała opuścić dom państwa Korkowiczów…

    3460

    — Myśmy ją stamtąd siłą zabrali — wtrącił Solski.

    3461

    — Tak… tak… ale… Z tego też jakoby powodu panna Brzeska wyjechała z Iksinowa…

    3462

    — Aż takie szerzyła spustoszenia!… — roześmiał się Solski.

    3463

    — Naturalnie dzieciństwa… parafiańszczyzna… — mówił Zgierski. — Bądź jak bądź trafiło się, że jakiś urzędnik pocztowy w Iksinowie zastrzelił się… Nazywał się oryginalnie: Cynadrowski…

    3464

    — Cynadrowski?… Cynadrowski?… — powtórzył Solski już nie ukrywając wzruszenia. Oparł łokcie na poręczach fotelu, zasłonił rękoma oczy i szepnął: — Cynadrowski?… Aha!… aha!…

    3465

    Przypomniał sobie pomieszanie Madzi wówczas, kiedy zameldowano Miętlewicza. Przypomniał sobie ich rozmowę, w ciągu której gość z Iksinowa wspomniał i o majorze, i o śmierci jakiegoś Cynadrowskiego, co bardzo zmieszało Madzię…

    3466

    — Aha!… aha!… — powtórzył Solski odgrzebując w pamięci wizytę Miętlewicza, która już wówczas robiła na nim podejrzane wrażenie.

    3467

    Zgierski spostrzegł, że jego wiadomości może zbyt silnie podziałały na Solskiego. Ukłonił się nisko i na króciutkich nóżkach potoczył się za drzwi.

    3468

    „Więc panna Magdalena już ma przeszłość?… — myślał Solski. — Bah!… i nawet dramatyczną… Więc już było i strzelanie sobie w łeb?… To tak w rzeczywistości wygląda niewinne dziewczątko, które według Dębickiego nie miało czasu myśleć o sprawach erotycznych!… A to kochany profesor zna się na kobietach… Chociaż… Dlaczego on zakończył swój wyczerpujący odczyt frazesem, że kto by znał dokładnie pannę Brzeską, mógłby wyrobić sobie o niej inną opinię?… — Aha!… Sprytny staruszek…”.

    3469

    Solski zerwał się z fotelu i zaczął chodzić po gabinecie prawie wesoły. Niekiedy na mgnienie oka błysnęła mu myśl, że to, co Zgierski opowiadał o Madzi, wygląda niewyraźnie i może być plotką. Była nawet krótka chwila, że chciał to sprawdzić… Wnet jednak nasunął mu się cały szereg uczuć i powodów zagłuszających te zachcenia.

    3470

    Przede wszystkim jakim on sposobem sprawdzi i po co? Może ma zaprosić na pogawędkę pana Fajkowskiego, prowizora z Iksinowa, i klepiąc go po ramieniu, przy kieliszku wina ostrożnie wypytywać: jak to tam było z zapisem majora dla panny Brzeskiej?… Nie, pan Stefan Solski tego nie zrobi. On tego ani potrafi, ani chce rozszerzać koła demokratycznych znajomości, które już stanęły mu kością w gardle.

    3471

    Dzisiaj wszystko jest jasne. Urocza Madzia jak wszystkie kobietki oszukiwała ród męski bądź dla wyzyskania go, bądź — ot tak sobie. Dzięki temu zakłóciła spokój browarów pana Korkowicza, a w Iksinowie pchnęła kogoś do samobójstwa (zapewne bez zamiaru), no — i zdobyła kilka tysięcy rubli może już z zamiarem…

    3472

    Zamieszkawszy u Solskich wyprotegowała do cukrowni pana Fajkowskiego, który mógł zaszkodzić jej wzmiankami o iksinowskich historiach. Widząc zaś, że jej filantropia robi dobre wrażenie, zaczęła kokietować jego, Solskiego, litością i współczuciem. Praca na pensji, przywiązanie do Ady, leczenie migren ciotki, zajmowanie się służbą pałacową — wszystko to było kokieterią!…

    3473

    Nagle wpadł do Warszawy jakiś pan Miętlewicz, jego narzeczona z matką i — panna Brzeska poznawszy, że może być zdemaskowana — dramatycznie usuwa się z ich domu!… Czyn roztropny, gdyż w tydzień później może dano by jej do zrozumienia, że — powinna się usunąć.

    3474

    Solski chodząc przygryzał wargi i uśmiechał się. Świeża teoria o charakterze Madzi wprawdzie szwankowała na pewnych punktach, ale za to była jasna i odpowiadała jego poglądowi, że — kobiety są podłe.

    3475

    Więc uwierzył w nową teorię; zamykał oczy na wątpliwe szczegóły i wierzył. Za swoją miłość idealną, za zranioną dumę, za wszystkie dzieciństwa, jakich dopuścił się dla panny Brzeskiej, za tęsknotę, która żarła mu serce, musiał przecie mieć satysfakcję. Więc uwierzył, że Madzia — jest przewrotną kokietką.

    3476

    Nazajutrz poszedł do mieszkania siostry zmizerowany, ale i zdecydowany.

    3477

    — Ada — rzekł — pojedziesz ze mną za granicę?

    3478

    — Po co? — spytała siostra.

    3479

    — Rozerwać się… odetchnąć świeżym powietrzem… Już denerwują mnie warszawskie upały, no — i ludzie…

    3480

    — Gdzie chcesz jechać?

    3481

    — Wstąpię na kilka tygodni do Winternitzu, potem w góry… potem do morza… Jedź ze mną, Ada, bo i tobie dobrze zrobi hydropatia…

    3482

    — Ja wyjadę na wieś — chłodno odpowiedziała siostra.

    3483

    W parę dni później, a we dwa tygodnie po wyprowadzeniu się Madzi, pałac Solskich opustoszał. Ada z ciotką Gabrielą tudzież z kolekcją mchów i porostów przeniosła się na wieś, a pan Stefan wyjechał za granicę.

    3484

    Służba odetchnęła. W ostatnich dniach życie w pałacu było nieznośne. Państwo prawie nie widywali się ze sobą, a pan tak był rozdrażniony, że nawet stary kamerdyner drżał na jego widok.

    29. W nowym gnieździe

    3485

    W pewnym domu przy ulicy drugorzędnej, ale ruchliwej, bezdzietna wdowa, pani Burakowska, utrzymywała rodzaj pensjonatu dla kobiet. Zajęła połowę trzeciego piętra, na którym znajdowało się jedno większe mieszkanie złożone z kilku pokojów i kuchni tudzież kilku pokoików z osobnymi wejściami.

    3486

    Pani Burakowska pokoiki te wraz z usługą wynajmowała sublokatorkom, które stołowały się u niej. A ponieważ znała się na gospodarstwie i miała dużą kuchnię, więc jeszcze kilka osób z miasta przychodziło do niej na obiady.

    3487

    Tych lokatorek, stołowniczek i stołowników było razem ze dwadzieścia osób. Pani Burakowska miała ciężką pracę, ale miałaby też i niezły byt przy nich, gdyby nie drobna okoliczność. Oto Opatrzność pobłogosławiła panią Burakowską bratem, starszym o rok, i siostrą, młodszą o kilkanaście lat.

    3488

    Siostra, panna Klotylda Pasternakiewiczówna, posiadała sto jeden przemysłów. Umiała szewctwo, introligatorstwo, haft, malowała na porcelanie, grała na fortepianie, wyrabiała ramki z paciorków, wieńce ze skóry i — szyła bieliznę. Wszystkie te jednakże kunszta pomimo gorliwej pracy przynosiły jej ledwie dziesięć rubli na miesiąc.

    3489

    Znacznie starszy brat, pan Wacław, był praktyczniejszy: nie robił nic, ale za to ciągle szukał zajęcia, co zmuszało go do przepędzania czasu w cukierniach i restauracjach.

    3490

    Mąż pani Burakowskiej, obywatel ziemski, zmarł przed pięcioma laty i pozostawił dobra, z których wdowa otrzymała trzy tysiące rubli gotówką.

    3491

    Gdyby nie siostra posiadająca sto jeden kunsztów i nie brat, który znał tylko jeden kunszt: próżnowania, może pani Burakowska przy swoim pensjonacie utrzymałaby w całości owe trzy tysiące rubli, a może dołożyłaby coś do nich.

    3492

    Ale przy obowiązkach, jakie na nią spadły, majątek pani Burakowskiej nie powiększył się. Owszem, starannie prowadzone rachunki dowodziły, że w ciągu czterech lat samodzielnej pracy pani Burakowska utraciła ze swego kapitaliku tysiąc dwieście rubli. Pozostałe tysiąc osiemset rubli powinna była stracić w ciągu następnych sześciu lat, po czym…

    3493

    Potem — myślała, że dobry Bóg zeszle na nią śmierć, a sam zaopiekuje się młodszą siostrą, arcypracowitą i posiadającą sto jeden kunsztów, tudzież starszym bratem, który poszukiwał zajęcia.

    3494

    Gdyby kto wszedł do pokoju tej kobiety wówczas, gdy robiła wieczorny rachunek, gdyby zajrzał w jej mózg przepełniony gospodarskimi kombinacjami i w serce pełne trwogi, może pomyślałby:

    3495

    „O jakiż to nędzny los kobiety samodzielnej i w jak bezceremonialny sposób płeć zwana słabą jest wyzyskiwaną przez mężczyzn…”.

    3496

    Ale ponieważ nikt nie robił rachunków z panią Burakowską i nikt nie widział jej zalęknionego serca, więc wyobrażano sobie, że damie tej jest rozkosznie na świecie. Miała dobry humor, wynajdywała co tydzień inne potrawy na obiad, kręciła się po mieszkaniu, po kuchni i po pokojach z oddzielnymi wchodami od szóstej rano do północy, więc — czegóż było jej potrzeba?…

    3497

    U pani Burakowskiej od dwu lat mieszkała kasjerka ze składu aptecznego, która miała czterdzieści rubli miesięcznej pensji i pracę od ósmej rano do ósmej wieczór z wyjątkiem godziny na obiad. Po dziesięciu latach zajęcia, przy którym nie było czasu myśleć osobie, panienka ta jednego dnia uczuła, że jest jej jakoś niedobrze i…

    3498

    I kiedy otrzeźwiono ją (w pokoju za składem aptecznym), zobaczyła nad sobą jegomościa z siwymi wąsami, który tłomaczył jej, że musi na parę miesięcy wyjechać na świeże powietrze.

    3499

    Była zdziwiona tym, że zamiast przy kasie znalazła się w pokoju za składem aptecznym, że sam właściciel składu aptecznego prosił ją, aby wyjechała na świeże powietrze. A ponieważ dano jej urlop i obietnicę, że posady nikt nie zajmie, więc w początkach czerwca przeniosła się na wieś do swojej ciotecznej siostry, której nie widziała od jedenastu lat.

    3500

    Tam przyjęto ją życzliwie i oświadczono, że przed końcem lata nie wypuszczą jej do Warszawy. Kasjerka ze składu aptecznego nie mogła wydziwić się, że przez ten czas, kiedy ona za kantorkiem odbierała kwity i pieniądze lub wydawała reszty, cioteczna jej siostra nie tylko wyszła za mąż, nie tylko miała ośmio- i dziewięcioletnie dzieci, ale nawet — jakby postarzała się…

    3501

    Kasjerce zajętej od ósmej rano do ósmej wieczór przyjmowaniem pieniędzy i wydawaniem reszty podobne zmiany w życiu nigdy nie przychodziły na myśl. Nie mogła wykombinować: jakim sposobem tak nagle starzeją się ludzie i wyrastają dzieci? Chociaż od dziesięciu lat była kobietą samodzielną, a nawet urzędnikiem składu aptecznego!

    3502

    Skutkiem wyjazdu kasjerki na wieś, u pani Burakowskiej był w korytarzu jeden wolny pokój z osobnym wchodem. A ponieważ kobiety należące do stowarzyszenia panny Howard popierały się wzajemnie jak Żydzi, więc w kilka godzin po opuszczeniu Solskich Madzia za pośrednictwem pani Zetnickiej osiedliła się pod skrzydłami pani Burakowskiej.

    3503

    Z bijącym sercem nie ze zmęczenia, ale ze strachu, Madzia wdrapała się na trzecie piętro nowego mieszkania. W korytarzu uderzył ją zapach kuchennych przypraw; w przedpokoju usłyszała turkot maszyny do szycia, a w salonie będącym zarazem jadalnią zobaczyła — szczupłą szatynkę, samą panią Burakowską, której wręczyła kartkę pani Zetnickiej.

    3504

    — Pani chce u nas zamieszkać? — spytała pani Burakowska wycierając grubym fartuchem zatłuszczone ręce.

    3505

    — Tak, proszę pani.

    3506

    — Mamy tu jeden pokoik z osobnym wchodem, a także z usługą i całodziennym utrzymaniem za 33 ruble na miesiąc.

    3507

    — Owszem, proszę pani, jeszcze dziś zapłacę.

    3508

    — Doprawdy?… Co za szkoda!… — westchnęła pani Burakowska. — Bo ten pokoik (z meblami) będzie wolny tylko do sierpnia…

    3509

    — Trudno, proszę pani — rzekła Madzia.

    3510

    Maszyna do szycia nie przestawała warczeć.

    3511

    W tej chwili do salonu (który był zarazem pokojem jadalnym) wszedł przystojny brunet mogący mieć około czterdziestu kilku lat. Spojrzał na Madzię okiem znawcy i rzekł półgłosem do pani Burakowskiej:

    3512

    — Moja droga, nie masz pół rubla drobnych?… Bo ja mam sturublówkę, a muszę spotkać się w Saskim Ogrodzie…

    3513

    — Mój brat… Pasternakiewicz, panna Brzeska… — zaprezentowała ich pani Burakowska wydobywając ze starej portmonetki pół rubla małymi dziesiątkami i wielkimi miedziakami.

    3514

    Madzia zarumieniła się, pan Pasternakiewicz ukłonił się z miną człowieka, który idzie zmienić sturublówkę. W drugim pokoju maszyna do szycia wciąż warczała, a po mieszkaniu rozchodził się zapach kuchennych sosów.

    3515

    Madzia tego samego dnia sprowadziła się do pokoju z osobnym wejściem, a gdy otworzyła okno na ulicę, doleciał ją z sąsiedniego pokoju stłumiony szmer maszyny do szycia.

    3516

    Położyła się na krótkim łóżku, ale nie mogła zasnąć do drugiej w nocy. Skoro świt usłyszała, że pan Pasternakiewicz już wrócił z Saskiego Ogrodu do domu, choć z jego stąpania nie można było odgadnąć, czy zmienił sturublówkę.

    3517

    Wkrótce potem w sąsiednim oknie znowu zerwał się warkot maszyny do szycia, przy której panna Pasternakiewiczówna zarabiała dziesięć rubli miesięcznie, pomimo że znane jej było szewctwo, introligatorstwo i haft, że malowała na porcelanie, grała na fortepianie, wyrabiała ramki z paciorków tudzież wieńce ze skóry.

    3518

    Przez parę następnych dni Madzia była odurzona, ale w sposób przyjemny. Zdawało jej się, że wróciła z dalekiej podróży i że jej pobyt u Solskich skończył się bardzo, o! bardzo dawno. Nowy lokal, trochę ciasny, robił na niej wrażenie bezpieczniejszego. W pokoiku, za którego drzwiami biegali ludzie, dokąd z okna dolatywał szmer uliczny, Madzia mniej bała się komety, o której mówił Dębicki, i nie miała czasu myśleć o wiekuistym nicestwie.

    3519

    Pokoik ten leżał jakby w ognisku powszedniego życia. Od rana po korytarzu kręciły się służące albo przekupnie z koszami mięsa i jarzyn. Słychać było swąd samowaru, czyszczenie garderoby, roznoszenie kawy i herbaty. Potem lokatorki pani Burakowskiej wybiegały do swoich zajęć na miasto, a służące porządkowały ich mieszkania. Potem pani Burakowska krzyczała na kucharkę lub urywanymi zdaniami rozmawiała z nią o tym, co będzie na obiad.

    3520

    Na korytarzu zaczęły rozchodzić się swędy przedobiadowe, a od pierwszej do trzeciej zbierali się stołownicy i stołowniczki i znowu rozbiegali się do swych zajęć. Tymczasem o trzy piętra poniżej okna, na ulicy, słychać było nieustający szmer nóg, turkot dorożek, powozów, wozów piekarskich, rzeźniczych, transportowych… Czasem rozległ się głośniejszy okrzyk, czasami przejechał karawan, ale tak prędko, jak gdyby nieboszczyk nie był zimnym trupem i nicością, lecz interesantem, który spieszy na cmentarz.

    3521

    Co za różnica pomiędzy tym gwarnym zakątkiem a samotnymi salonami Solskich, gdzie milcząca służba ukazywała się i znikała jak cienie, gdzie człowiek lękał się szelestu własnych kroków i ze wszech stron oblany pustką, odczuwał śmierć i nicość.

    3522

    Trzeciego dnia Madzia będąc na pensji spostrzegła, że tym razem uczennice są bardzo zajęte jej osobą, a nauczycielki i profesorowie witają się i rozmawiają z nią w sposób niezwyczajny. Nawet panna Malinowska, w czasie pauzy, zabrała Madzię do swego pokoju i rzekła:

    3523

    — Cóż to, wyprowadziła się pani od Solskich?

    3524

    — Tak.

    3525

    — I odrzuciła pani oświadczyny Solskiego?…

    3526

    Madzia milczała.

    3527

    Panna Malinowska wzruszyła ramionami i dodała:

    3528

    — Jakiż ma pani zamiar na wakacje?

    3529

    — Zostanę w Warszawie.

    3530

    — Chce pani kilka dobrych lekcyj?

    3531

    — Bardzo byłabym wdzięczna…

    3532

    — Dam je pani… No, no!… nie każda kobieta zdobyłaby się na podobny heroizm… Odrzucić Solskiego… Doprawdy wygląda to jak sen… — mówiła panna Malinowska.

    3533

    Gdy około drugiej Madzia wracała do domu, na schodach zabiegła jej drogę panna Żaneta. Obejrzała się na wszystkie strony i schwyciwszy się za poręcz szepnęła z minką bardziej niż kiedykolwiek wystraszoną:

    3534

    — Coś ty, Madziu, zrobiła najlepszego?… Biedny Fajkowski teraz już z pewnością nie dostanie miejsca przy cukrowni!…

    3535

    — Dlaczego?… — spytała Madzia widząc, że pannie Żanecie zbiera się na płacz. — Czy za to, że ja wyprowadziłam się od Ady, ma pokutować twój narzeczony?… Zastanów się… Pan Solski jest tak szlachetny, że danego słowa nigdy nie cofnie.

    3536

    — Tak myślisz? — odparła cicho panna Żaneta i na jej wylęknionej twarzyczce ukazał się odblask radości. — Ale zrobiłaś głupstwo… Jak można nie wyjść za Solskiego!…

    3537

    „Nie mówiłabyś tak — pomyślała Madzia — gdybyś znała jego ciotkę, a nade wszystko babkę. Brr!… umarłabym między tymi kobietami…”.

    3538

    Na ulicy jednak ogarnął ją strach. Czy Solski nie zechce mścić się nad osobami, którym ona wyjednała posady?

    3539

    „Nie zrobi tego” — rzekła do siebie. I przyszło jej na myśl, że Solski jest naprawdę dobrym człowiekiem. A w takim razie, czy powinna była odrzucić go, jeszcze w taki szorstki sposób?…

    3540

    Obiad jadała Madzia u pani Burakowskiej z drugą serią stołownikóW. Było tam kilka nauczycielek, jedna buchalterka, stary urzędnik, wreszcie student, który kończył zdawać egzamina. Wszyscy ci ludzie jedli pełnymi łyżkami, a rozmawiali półgębkiem, każdy bowiem spieszył się do roboty. Tylko student, który z powodu braku pieniędy poprzestawał na półobiedzie, jadł powoli usiłując wielkimi ilościami chleba wynagrodzić małe porcje. Jego zapadnięte policzki i głęboko osadzone oczy odbierały Madzi apetyt. Nie mogła opędzić się przed myślą, że los biednego chłopca byłby może innym, gdyby ona nie zerwała stosunków z Solskimi!

    3541

    Madzia piła czarną kawę, gdy doniesiono, że w jej mieszkaniu czeka jakaś dama.

    3542

    „Ada…” — przebiegło jej przez głowę.

    3543

    Z biciem serca weszła do swego pokoju i zastała — pannę Howard, która na widok Madzi zerwawszy się z krzesła, szeroko otworzyła ramiona. Była podobna do krzyża przy drodze.

    3544

    — Witam!… — zawołała panna Howard — witam podwójną bohaterkę…

    3545

    Potem schwyciwszy Madzię w objęcia mówiła z wybuchem zapału:

    3546

    — Uwielbiam cię, panno Magdaleno… — Jednym zamachem zdeptałaś magnata i — mężczyznę… Tak, gdyby wszystkie kobiety postępowały w podobny sposób, sprowadziłybyśmy mężczyzn do właściwego poziomu… Zarozumiałe zwierzęta!… Twój piękny czyn godny jest demokratki i kobiety samodzielnej…

    3547

    Następnie uspokoiwszy się panna Howard opowiedziała Madzi, że Solski po jej odmowie wpadł w taką wściekłość, że zabił swego psa.

    3548

    — Zabił Cezara? — powtórzyła Madzia blednąc. — Skąd pani wie o tym?…

    3549

    — Był u mnie wczoraj plenipotent Solskiego… wie pani… Bardzo przyjemny człowiek, w średnim wieku…

    3550

    — On ma trochę nogi… — wtrąciła Madzia.

    3551

    — Tak — przerwała panna Howard — ma nieco… ekscentryczne nogi, ale — bardzo miły człowiek… Przyniósł dla naszego towarzystwa miesięczną składkę panny Solskiej, sto rubli…

    3552

    Przyznam ci się, panno Magdaleno — dodała po chwili widząc cień na twarzy Madzi — że sturublówki panny Solskiej upakarzają mnie… Szczególniej dziś, po twoim pięknym czynie… I powiem ci, że nigdy tak nie pogardzam magnatami jak wówczas, kiedy muszę przyjmować ich ofiary… Ale cóż zrobię?… Wydatki towarzystwa rosną…

    3553

    Panna Howard zamyśliła się posępnie. Po chwili jednak czoło jej zaczęło się rozchmurzać i mówiła dalej z uśmiechem.

    3554

    — Szczególny człowiek ten plenipotent Solskich… Pięknym nie można go nazwać, ale — ma coś w oczach… Jest wdowcem… Kiedy do mnie przyjdzie, przesiaduje po kilka godzin. Zaprowadził mi książki rachunkowe i udziela pożytecznych wskazówek. Myślę, że jeżeli nad nami, kobietami, ciąży klątwa, ażebyśmy wychodziły za mąż, to powinny byśmy wychodzić tylko za takich…

    3555

    Ale ci dumni panowie, ci władcy świata — prawiła panna Howard podniesionym głosem — oni nie powinni nigdy zaznać słodyczy małżeńskiego pożycia… Ach, panno Magdaleno, doskonale zrobiłaś odtrącając Solskiego którego widok napełniał mnie obawą i wstrętem… Jakie to musi być zwierzę namiętne i ponure… Czysty inkwizytor!… Cha! cha! cha! Chciał zjeść ładną kobietę jak ostrygę, a tu — klap!… i dostał po łapkach… Zdawało mu się, że skromna nauczycielka wobec jego bogactw zapomni o godności kobiecej…

    3556

    Panno Magdaleno — zawołała zrywając się — postąpiłaś jak Joanna d’Arc z tym… nienasyconym triumfatorem. No, bądź zdrowa!… Jeżeli będziesz kiedy potrzebowała lekcyj, daj mi znać i pamiętaj, że masz przyjaciółkę, która cię podziwia… Podli mężczyźni!…

    3557

    Długo jeszcze po odejściu panny Howard Madzia czuła zamęt w głowie. Zdawało jej się, że gorliwa apostołka praw kobiecych składa się z dwu osób. Jedna nienawidzi magnatów, druga przyjmuje od nich ofiary; jedna pogardza mężczyznami i małżeństwem, druga — bodaj czy nie wyszłaby za mąż.

    3558

    „Cóż to za okrutnik ten Solski!… — rzekła do siebie Madzia. — Zabił Cezara…”.

    3559

    Potem przyszło jej na myśl, że jeżeli na pannie Howard krzywonogi plenipotent Solskich wywarł tak potężny wpływ, iż gotowa była wyjść za niego, to z jakiej racji Solski nie miałby zasługiwać na przywiązanie kobiety?

    3560

    „Nigdy nie powiedział, że mnie kocha!…” — szepnęła rozdrażniona Madzia.

    3561

    Lecz wnet przypomniała sobie, że Solski robił więcej, gdyż spełniał każde jej życzenie. A jak on z nią rozmawiał, jak patrzył na nią, jak całował ją w rękę…

    3562

    Teraz dopiero w sposób niejasny zaczęło budzić się w duszy Madzi pytanie: czy dobrze zrobiła odrzucając Solskiego?… Ale stłumiła je, oburzona sama na siebie.

    3563

    W korytarzu rozlegały się stąpania: trzecia seria stołowników pani Burakowskiej wracała z obiadu. W obocznym pokoju maszyna do szycia zaczęła warczeć, zapach przypalonego tłuszczu wzmocnił się, a jednocześnie Madzia usłyszała głos pani Burakowskiej lamentujący:

    3564

    — Patrzcie, kot zjadł cielęcy kotlet!… Mój Boże, mój Boże… czy tu podobna dojść do czego?… Gość stłukł talerz, Marianna złamała warząchew, kot zjadł mięso… Ach, nieszczęście… ach, nieszczęście z wami!…

    3565

    Madzi przyszło na myśl, że w tym domu wszystko obraca się naokoło cielęcego kotleta. Za tym kotletem biegają służące do miasta, na ten kotlet spieszą stołownicy, dla tego kotleta maszyna panny Pasternakiewiczówny warczy przez szesnaście godzin na dobę, na ten kotlet polują głodne koty, wreszcie z powodu tego kotleta pani Burakowska wpadła w rozpacz.

    3566

    Nic — tylko cielęce kotlety!… One tu panują, one zaprzątają wszystkie rozumy i zapełniają serca.

    3567

    Nie tak było u Solskich, gdzie wcale nie zajmowano się jedzeniem. Troszczono się o danie pracy ludziom potrzebującym, rozmawiano o duchach, o tym, czy fabryka jest istotą żywą, która myśli i czuje, rozprawiano o towarzystwie kobiet albo o możliwości powszechnego potopu…

    3568

    I stała się rzecz dziwna. Dom Solskich, z którego Madzia wydarła się jak z łoża tortur, po kilku dniach zaczął budzić w niej tęsknotę.

    3569

    Cicho tam było, przez okna zaglądały drzewa ogrodowe… A nade wszystko poza obrębem zajęć na pensji Madzia miała kogo otaczać swoją opieką. Przecież Ada, ta wielka pani, tuliła się do niej, szukała jej towarzystwa i pieszczot jak dziecko, które potrzebuje kochać i być kochanym…

    3570

    „Co ja zrobiłam?…” — szepnęła Madzia załamując ręce.

    3571

    A ten Solski, szorstki, dziwak, ale kipiący nadmiarem sił… Burza w ludzkiej postaci, która jednak łagodniała wobec niej… Prawda, że rozniecał trwogę zupełnie jak burza, kiedy człowiek dostanie się między jej wichry i pomroki… Jakież to jednak wydaje się piękne dziś, kiedy przeszło na zawsze!…

    3572

    W tej chwili Madzia jasno zrozumiała, czym dla niej był dom Solskich. Był to świat, w którym nie istniały materialne interesa. Tam po raz pierwszy spotkała ludzi poważnie zajmujących się kwestiami społecznymi, zagadnieniami ducha i natury. Tam znalazła serdeczną przyjaciółkę w kobiecie i mężczyznę, który lubił ją naprawdę bezinteresownie. Tam nareszcie miała wyraźny cel na przyszłość: szkołę przy fabryce.

    3573

    I pomyśleć, że ona sama własnymi rękoma rozwaliła taki gmach szczęścia, odtrąciła los trafiający się jednemu człowiekowi na miliony.

    3574

    Po wylewie tęsknoty za tym, co minęło, w Madzi zbudziła się refleksja. Czy Solski, gdyby do niej wrócił, nie przejmowałby ją trwogą, której nie mogła opanować? Czy potrafiłby lepiej i wyraźniej przemówić do jej uczuć i przykuć ją do siebie nie tylko podziwem i wdzięcznością? Czy Ada nigdy nie obrzuciłaby jej spojrzeniem wielkiej damy, nigdy nie powtórzyłaby słów, których sam ton ranił serce Madzi? A ciotka Gabriela i staruszka hrabina, i ci wszyscy krewni Solskich, których poznała w czasie Wielkiejnocy, czy inaczej traktowaliby ją niż dotychczas?

    3575

    Nie. A więc nie mogła żyć w tym zaczarowanym świecie, który karmił ją goryczą, choć zostawił żal po sobie.

    3576

    Powoli zapadł wieczór; swędy, bieganie po korytarzu, turkot na ulicy osłabły. Madzia przymknęła okno, zapaliła lampę i zaczęła pisać list do ojca. Opowiadała mu wszystko, co trafiło się jej, pytając o zdanie i radę. Skończywszy doznała ulgi.

    3577

    Przygoda panny Brzeskiej w domu Solskich głośną stała się w Warszawie, a przez kilka następnych dni Madzia odebrała mnóstwo wizyt. Odwiedzały ją pojedynczo i parami ubogie panie z towarzystwa kobiet dopytując się nieśmiało: czy nie ma jakich potrzeb?… czy nie brak jej pieniędzy?… i ofiarowując swoje usługi. Odwiedzały ją nieznane, czasem bardzo eleganckie damy oświadczając, że pragnęłyby mieć w niej nauczycielkę dla swych córek czy kuzynek. Przy czym w sposób nie zawsze zręczny kierowały rozmowę na stosunki Madzi z Solskimi, a nie odebrawszy odpowiedzi wychodziły obrażone.

    3578

    Był i Dębicki. Przepraszał Madzię, że nie złożył jej dotychczas wizyty; ale w tych czasach miał znowu atak sercowy i musiał unikać schodów. Następnie z miną zakłopotaną zapytał, czy Madzia nie chciałaby przez wakacje udzielać lekcyj jego siostrzenicy, Zosi, godzinę na dzień za dwadzieścia rubli miesięcznie.

    3579

    Madzia przyjęła profesora z radością i nawzajem prosiła go, ażeby pozwolił jej dawać lekcje Zosi, ale darmo. Po rozprawach i błaganiach Dębicki zgodził się na projekt Madzi; widocznie chciał z nią utrzymać stosunki.

    3580

    Ale o tym, co się dzieje z Solskimi, nie wspomniał i wyszedł powtarzając obietnicę, że o ile pozwolą mu siły, będzie ją odwiedzał. Po jego odejściu smutek opanował Madzię: zrozumiała, że jej przyjaźń z Solskimi już zerwana.

    3581

    Na drugi dzień po Dębickim wsunął się do pokoju Madzi pan Zgierski. Kręcił się, uśmiechał, strzelał oczkami po pokoju, niby od niechcenia wypytując Madzię, kto obok niej mieszka i kto ja odwiedza? Lecz żadnym ruchem, żadnym słówkiem nie zdradził się z tym, że swoją posadę przy Solskim zawdzięcza Madzi.

    3582

    Owszem, pod koniec wizyty zrobił minę protekcjonalną i czule ściskając rękę Madzi, a wymownie patrząc w oczy oświadczył gotowość — wspierania jej radami i stosunkami.

    3583

    — Będę panią częściej odwiedzał… Myślę, że najlepiej wieczorkiem, nieprawdaż?… Możemy kiedy pójść albo pojechać na spacerek…

    3584

    Mówiąc to, w tak dziwny sposób manewrował swoją aksamitną ręką i tkliwymi spojrzeniami, że w Madzi zakipiał gniew. Odpowiedziała, że nie chce go fatygować w żadnej porze dnia i — odwróciła się do okna.

    3585

    Zgierski wydał jej się wstrętnym. Nie mogła mu przebaczyć ani plotek, jakie o niej rozgłaszał, ani dowodów czułości, którymi chciał ją uszczęśliwić.

    3586

    Pan Zgierski szybko opuścił mieszkanie Madzi. Miał zaś tak wzniosły umysł, że nie tylko nie rozgniewał się na nią, ale nawet nie stracił zimnej krwi w ocenianiu jej wartości.

    3587

    „Ładna dziewczyna — myślał, ostrożnie tocząc się ze schodów. — Obraża się po królewsku, no… i nie wiadomo jeszcze, co z niej będzie”.

    3588

    Wprawdzie w kilka dni później złożył o niej bardzo niekorzystny raport Solskiemu, lecz w istocie opowiedział tylko to, co słyszał w domu państwa Korkowiczów od pani podsędkowej. W ogóle w stosunkach z Solskim pan Zgierski pod pewnymi względami odznaczał się nieposzlakowaną prawdomównością.

    3589

    Ze wszystkich objawów współczucia, jakie w owej epoce spotkały Madzię, najważniejszą była propozycja panny Malinowskiej. Przełożona nie tylko wyszukała jej wyborne lekcje na czas wakacyj, ale oświadczyła, że po wakacjach przyjmie ją do siebie na stałą nauczycielkę.

    3590

    Madzi spadł ciężar z serca: miała spokój przynajmniej na kilka lat.

    3591

    Prawie jednocześnie pani Burakowska wspomniała Madzi, że może lokować się i stołować u niej bodaj do września. Powiedziano jej bowiem w składzie aptecznym, że kasjerka prosiła o dłuższy urlop.

    3592

    Wobec tylu dowodów życzliwości ludzkiej Madzia zaczęła odzyskiwać swój radosny humor. Postanowiła nie myśleć ani o Solskich, ani o śmierci i nicości, tylko — żyć z dnia na dzień pracując i wsłuchując się w to życie codzienne, które dokoła niej biegało, warczało, turkotało i swędziło.

    3593

    Wprawdzie niekiedy budziły się w niej wspomnienia wielkich komnat, gwiaździstego nieba nad ogrodem, wykładów Dębickiego, pieszczot Ady. Wprawdzie snuł się przed jej oczyma półdziki, szlachetny człowiek, który kochał ją w tak oryginalny sposób… Ale Madzia rozumiała, że te widziadła są tylko widziadłami, których nic nie wskrzesi, a czas zatrze. Byle prędzej!

    3594

    Moda interesowania się Madzią trwała około tygodnia. Stopniowo mniej składano jej wizyt, rzadziej ofiarowywano usługi, rzadziej pytano o stosunki z Solskimi. Nareszcie wszystko wróciło do zwykłego stanu, a na korytarzu, jeżeli rozlegały się czyjeś kroki, to chyba pani Burakowskiej albo jej służących i stołowników.

    3595

    Ale pewnego dnia ktoś energicznie zapukał do drzwi Madzi. Zaszeleściły jedwabie i do ciasnego pokoiku weszła strojna, wesoła i piękniejsza niż kiedykolwiek panna Helena Norska.

    3596

    — No, jak się masz, bohaterko! — zawołała ściskając Madzię z niezwykłą serdecznością. — Spóźniłam się z wizytą, bo nie lubię mieszać się z tłumem. Za to przychodzę dziś, ażeby oświadczyć ci, że popisałaś się doskonale… Powiem ci nawet, że zrobiłaś mi niespodziankę…

    3597

    — Czym? — spytała Madzia chłodno.

    3598

    — Naturalnie, że arbuzem, którego dałaś Solskiemu — mówiła panna Helena nie zważając na obojętne zachowanie się Madzi. — Ach, jakże on się złapał, ten Don Juan w skórze Satyra… Cha! cha! cha!… Chciał mnie upokorzyć i upadł nosem w błoto…

    3599

    — Wiesz, Helenko, że nic nie rozumiem… — przerwała Madzia rumieniąc się.

    3600

    — Zaraz zrozumiesz — ciągnęła panna Helena zawsze zajęta tylko sobą. — Na parę dni przed twoim wyprowadzeniem się od Solskich przyszedł do mnie pan Stefan…

    3601

    — Oświadczyć się?… — cicho spytała Madzia.

    3602

    — Nie dopuściłam do tego! — odparła panna Helena marszcząc brwi. — Chciałam załatwić interes Kazia i prosiłam Solskiego o jakąś posadę. Sądziłam, że jeżeli umieścił kilku twoich protegowanych…

    3603

    I wiesz, co mnie spotkało?… — prawiła z gniewem. — Pan Solski odmówił mi w tak szorstki sposób, że… Wiem, co wart mój braciszek, ale nigdy nie pozwoliłabym, ażeby pan Solski wypowiadał o nim opinie, których nie chcę słuchać…

    3604

    Policzki jej pałały.

    3605

    — Naturalnie pożegnałam go na zawsze. A gdy wieczorem, jak zwykle, oświadczył mi się pan Bronisław, przyjęłam go. Myślałam, że biedny chłopak oszaleje!… Zbladł, skamieniał… potem upadł mi do nóg jak długi i szlochając wyznał, że gdybym nie wyszła za niego, odebrałby sobie życie… Siedział u nas do drugiej po północy, a choć pani Arnoldowa kilka razy przypominała mu, że czas powiedzieć nam dobranoc, nie ruszył się z miejsca, do znudzenia patrząc mi w oczy. Nie miał odwagi odejść; lękał się, ażeby jaki czarnoksiężnik nie wykradł mu jego skarbu… Ach, ci mężczyźni!

    3606

    — Nie powinna byś z nich szydzić… — wtrąciła Madzia.

    3607

    — A któż ma do tego większe prawo ode mnie? — spytała ze śmiechem panna Helena. — Dosyć napatrzyłam się na te okazy!… Jeden brutal czy wariat, który gotów był mnie zabić albo leżeć u moich nóg — pan Stefan. Drugi od rana do wieczora powtarzał, że beze mnie żyć nie może — mój narzeczony. Nareszcie trzeci, najlepszy, gniewa się na mnie, że zwichnęłam mu karierę odtrącając Solskiego, a przyjmując Korkowicza!… Słyszałaś?… To mój braciszek ma do mnie taką pretensję… Po prostu zagroził, że zerwie ze mną stosunki!… Kazałam mu wyjść za drzwi i nie pokazywać się, aż po naszym powrocie z zagranicy. Ale pyszni są ci panowie świata, nieprawda?

    3608

    — Kiedyż twój ślub?

    3609

    — Za parę tygodni w Częstochowie. Ale kochany Kazio nie będzie na nim. Raz musi zrozumieć, że po śmierci matki głową rodziny jestem ja, która mu pożyczam pieniędzy, ja, która płacę długi, i w rezultacie ja — która potrafię zmusić go, ażeby pracował.

    3610

    — Będziecie państwo mieszkali za granicą? — spytała Madzia.

    3611