Wesprzyj

Wspieraj Wolne Lektury

x

Spis treści

    I
  1. II
  2. III
  3. IV
  4. V
  5. VI
  6. VII
  7. VIII
  8. IX
  9. X
  10. XI
  11. XII
  12. XIII
  1. Anioł: 1
  2. Bunt: 1
  3. Burza: 1
  4. Chłop: 1 2 3 4 5 6 7 8
  5. Duch: 1
  6. Grzech: 1
  7. Interes: 1
  8. Jedzenie: 1
  9. Kara: 1
  10. Kobieta: 1 2 3
  11. Kochanek: 1
  12. Kondycja ludzka: 1 2
  13. Koń: 1
  14. Kozioł ofiarny: 1
  15. Ksiądz: 1 2
  16. Mąż: 1 2 3
  17. Mężczyzna: 1
  18. Miłość: 1 2
  19. Natura: 1
  20. Obraz świata: 1
  21. Obyczaje: 1
  22. Pan: 1 2
  23. Pogrzeb: 1
  24. Polska: 1
  25. Pozycja społeczna: 1
  26. Pożar: 1
  27. Przemoc: 1 2
  28. Ptak: 1
  29. Sąsiad: 1
  30. Sprawiedliwość: 1
  31. Starość: 1
  32. Szlachcic: 1
  33. Śmierć: 1 2
  34. Urzędnik: 1
  35. Wieczór: 1
  36. Wieś: 1 2 3
  37. Zabawa: 1
  38. Zdrada: 1
  39. Zemsta: 1
  40. Zło: 1
  41. Żona: 1 2 3

Władysław Stanisław ReymontChłopiCzęść czwarta — Lato

I

1

I tak się ano było zmarło[1] Maciejowi Borynie.

2

Zaś w chałupie zaspali ździebko z powodu niedzieli, jaże[2] dopiero Łapa przebudził ich szczekaniem, bo tak ujadał, tak wył, tak ciskał się do drzwi, a kiej[3] mu otworzyli, tak szarpał za przyodziewy[4] i wylatywał obzierając się[5], czy za nim lecą, że Hankę jakby cosik[6] tknęło.

3

— Wyjrzyj no, Józka, czego ten pies chce.

4

Poleciała za nim w dobrej myśle[7], swywoląc[8] po drodze.

5

Doprowadził ją do ojcowego trupa.

6

Wrzask ci straszny podniosła, zbiegli się wnet wszyscy na pole do starego, ale już całkiem widział się być zeskrzytwiałym, leżał na twarzy, jak był padł[9] w skonania czasie, a rozkrzyżowany kieby[10] w tym ostatnim dusznym i gorącym pacierzu.

7

Zniesiono go do chałupy, probując jeszcze ratować.

8

Ale na darmo poszły starunki[11], próżne już były wszelakie pomoce i zabiegi, trup ci to był jeno[12], zimny trup człowieczy.

9

Srogi lament powstał w chałupie, Hanka rozkrzyczała się wniebogłosy, Józka z rykiem tłukła się o ściany, Witek buczał wraz z dziećmi, nawet Łapa wył i szczekał w opłotkach, tylko jeden Pietrek, co się był pokręcił[13] tu i owdzie, wyjrzał na słońce i spać poszedł do stajni.

10

A Maciej leżał na swoim łóżku, rozciągnięty i sztywny, z rozdziawioną i uwalaną w ziemi gębą, podobien zgoła do zeschłej na słońcu grudy ziemi lebo[14] pnia spróchniałego; w zesztywniałych garściach zaciskał piach; zaś oczy otwarte szeroko patrzyły z takim zachwyceniem, a tak kajś[15] daleko, jakoby w niebo już na ścieżaj[16] wywarte.

11

Ale taka straszna groza śmierci biła od niego i taka przejmująca lutość[17], jaże[18] go płachtą przykryli.

12

Że zaś w mig rozniesło się po wsi, to ledwie co słońce wyniesło się chyla tyla nad chałupy, a już ludzie lecieli na przewiady; raz po raz wchodził ktosik, unosił płachty, zazierał mu w oczy, przyklękał i pacierz mówił, zaś drudzy łamiąc rozpacznie ręce przystawali w żałobnej cichości, do cna w sobie struchleli z onej Bożej przemocy nad człowiekowym żywotem.

13

Jeno te żałosne lamenty sierot nie ścichały ani na chwilę, roznosząc się na całą wieś.

14

Dopiero kiej Jambroż nadszedł, wypędził wszystkich przed dom, a izbę zamknął, by wespół z Jagustynką i Jagatą, która się była przywlekła z tym ochfiarnym pacierzem, wziąć się do obrządzania umarlaka. Ochotnie on to zawdy[19] robił i z niemałymi przekpinkami, ale dzisia było mu czegoś na sercu ciężko.

15

Kondycja ludzka— Tyla ano człowieczej szczęśliwości! — mamrotał rozdziewając zmarłego. — Kostucha, kiej się jej spodoba, ułapi cię za grdykę, praśnie w pysk, zadrzesz giry na księżą oborę i oprzej się!

16

Nawet Jagustynka była jakaś markotna, bo wyrzekła żałośnie:

17

— Tyrał się jeno chudziaczek po świecie, to lepiej, co i pomarł.

18

— A juści, bo mu to jaka krzywda była!

19

— Ale i dobrości też nażył niewiela.

20

— Któż to jej zażywa do syta! Coby największy dziedzic, coby nawet sam król, a kłopotał, a zabiegał, a cierzpiał będzie.

21

— Tyle jeno było jego, co głodu nie zaznał a chłodu.

22

— Co to głód, matko. Turbacje gryzą barzej wszystkiego[20].

23

— Prawda, czym to sama nie praktyk! A jemu Jagusia zapiekała do żywego mięsa, dzieci też nie żałowały.

24

— Dzieci miał dobre i nijakiej krzywdy od nich nie zaznał — wtrąciła Jagata, przerywając głośne modły.

25

— Pilnujcie lepiej pacierza. Hale, żałoście wyciąga za nieboszczyka, a uszów dobrze nadstawia na nowinki — warknęła Jagustynka.

26

— Bo złe dzieci tak by się nie biadoliły. Posłuchajcie ano…

27

— Bych[21] się waju[22] tylachna ostało po kim, to byście się do siódmego potu wydzierali, nie żałując gardzieli.

28

— Cichajta! Jagusia bieży! — przyciszył Jambroż.

29

Jaguś wnet wpadła do izby i stanęła w pośrodku kiej[23] wryta, nie mogąc wykrztusić ani słowa.

30

Właśnie byli Macieja przyodziewali w czystą koszulę.

31

— Pomarli! — jęknęła wreszcie, wtapiając w niego zestrachane, nieprzytomne oczy. Strach ją chycił[24] za gardło i serce jakby się zakrzepło na lód, że ledwie dychać poredziła[25].

32

— Nie wiedzieliście to? — pytał Jambroż łagodnie.

33

— U matki spałam, a Witek co ino przyleciał powiedzieć. Nie żyje to naprawdę? — zapytała nagle, przystępując do niego.

34

— Juści, co nie do ślubu go rychtujem[26], a jeno do trumny.

35

Nie mogła jeszcze zrozumieć, wsparła się o ścianę, gdyż się jej widziało, jakoby ją morzył ciężki śpik i zmora dusiła, a ona nie poredzi się przebudzić, jeno się kala cała w potach i w męce strachu. I co trochę wychodziła z izby i powracała nie mogąc oderwać oczów od trupa, i co trochę zrywała się kajś uciekać, a ostawała, i co trochę leciała za dom, na przełaz i nic nie widzący patrzyła po polach albo siadała na przyzbie w podle[27] Józki, która buczała, drąc włosy i krzycząc żałośnie:

36

— O mój tatulu jedyny! O mój tatulu!

37

Juści, co wszystko obejście i dom pełne były tych płaczów i lamentliwych szlochań, a ona tylko jedna, chocia się w niej trzęsła każda kosteczka i jakieś ciężkie bolenie spierało pod piersiami, nie puściła ni jednej łzy, nie poredziła krzyczeć, a jeno chodziła błędna, świecąc oczami zapiekłymi w zgrozie.

38

Szczęściem, że Hanka wrychle[28] się opamiętała i chociaż jeszczech popłakujący, a już dawała baczenie na wszystko i rządziła jak zwykle, że kiej[29] przylecieli kowalowie, całkiem była ostygła.

39

Magda wybuchnęła płaczem, a jeno kowal rozpytywał.

40

Opowiedziała po porządku, jak się to stało.

41

— Dobrze, co mu Pan Jezus dał lekką śmierć! — szepnął.

42

— Tylachna wycierzpiał, to mu się należała.

43

— Chudziaszek, na pole jaże uciekał przed kostuchą!

44

— A z wieczora zaglądałam do niego, to leżał se cicho jak zawdy[30].

45

— I nie przemówił, co? — pytał, trąc suche oczy.

46

— Ani tego słowa, ogarnęłam mu pierzynę, dałam pić i poszłam.

47

— I sam wstał! Może by jeszczech nie pomarli, żeby go kto pilnował — jęknęła Magda przez głębokie szlochania.

48

— Jagusia sypiała u matki, bo stara ciężko chora, zawdy tak.

49

— Tak już miało być, to i tak się stało! Tyla się nachorzał, jakże, toć więcej niźli kwartał! A komu nie do zdrowia, to lepsza prędka śmierć. Trza Panu Bogu dziękować, co się już nie morduje — wyrzekł.

50

— Juści[31], a sami wiecie, co to zrazu kosztowały dochtory, co leki, a na nic poszło wszystko.

51

— Bo jak kto na śmierć chory, temu nie pomogą dochtory.

52

— Taki gospodarz, taki mądrala, mój Jezu! — biadoliła Magda.

53

— A mnie jeno żal, co Antek nie zdążył do żywego.

54

— Nie dzieciuch, to płakał nie będzie. O pochowku pilniej pomyśleć.

55

— Prawda, a tu jakby na złość i Rocha nie ma.

56

— Poredzimy se sami. Nie frasujcie się, już ja wszystko wyrychtuję[32].

57

Odpowiadał kowal, któren chociaż twarz pokazywał frasobliwą, a w sobie cosik drugiego taił, gdyż niby to wzdychał, niby to żałował i łzy obcierał, a w oczy nie patrzył. Wziął się Jambrożowi pomagać i ubiery ojcowe szykować, a długo myszkował w komorze pomiędzy motkami przędzy i w rupieciach, to po kątach szukał, to jaże na górę właził niby to po buty, które tam wisiały. Wzdychał jucha kiej miech, pacierze trzepał głośniej niźli Jagata i wypominał dobroście nieboszczyka, ale oczy mu cięgiem szukały czegoś po izbie, a same ręce lazły pod poduszki lebo we słomie łóżka chciwie bobrowały.

58

Aż Jagustynka ozwała się kąśliwie:

59

— Byście tam czego uschniętego nie naleźli… a najdziecie, to trzymajcież, bo waju uciecze z garści, ślizgie[33]

60

— Kogo nie piecze, temu nie uciecze! — mruknął i już szukał otwarcie, kaj[34] jeno mógł, nawet nie bacząc na organistowego Michała, któren przyleciał zziajany po Jambroża.

61

— Chodźcie do kościoła, przywieźli do chrztów czworo dzieci.

62

— Niech poczekają, nie ostawię rozbabranego.

63

— Wyręczę was, idźcie, Jambroży — namawiał kowal, jakby chcąc się go pozbyć.

64

— Ochfiarowałem się, to i zrobię. Nieprędko trafi mi się drugi taki gospodarz. Zrób w kościele, co potrza[35], Michał, wyręcz mnie, a niech chrzestni ołtarz obejdą z zapalonymi świecami, to ci grosz jaki kapnie. Na organistę się uczy, a przy głupim chrzcie jeszcze usłużyć nie poredzi — ozwał się za nim wzgardliwie.

65

Hanka przywiedła Mateusza, bych wziął miarę na trumnę.

66

— Jeno mu domowiny nie żałuj, niechta chudziak rozeprze się choćby po śmierci — powiedział Jambroż smutnie.

67

— Mój Jezu, za życia to ciasno mu było i na włókach, a teraz i we czterech deskach się zmieści — szepnęła Jagustynka, zaś Jagata przerywając pacierze jąkała płaczliwie:

68

— Gospodarzem se był, to i gospodarski pochówek miał będzie, a biedny człowiek to nawet nie wie, pod jakim płotem tę ostatnią parę puści. Bych ci światłość wiekuista! Bych ci… — zaniesła się znowu.

69

A Mateusz jeno głową pokiwał, odmierzył trupa, pacierz zmówił i wyszedł, a chociaż to była niedziela, zabrał się wnet do roboty; wszelaki porządek stolarski znajdował się w chałupie, a suche dębowe deski już z dawna na górze czekały.

70

Wnet ci wyrychtował warsztat w sadzie i robił, poganiając ostro Pietrka przysłanego mu do pomocy.

71

Dzień się już był wyniósł dawno, słońce świeciło wesołe i palące, że gorąc zaraz od śniadania jął przypiekać galancie[36], jaże wszystkie sady i pola jakby się z wolna pogrążały w tym rozbełkotanym, białawym wrzątku rozprażonego powietrza.

72

Pomdlałe drzewiny poruchiwały niekiej[37] listkami, kieby[38] tym skrzydłem ptak tonący w spiekocie, świąteczna cichość objęła całą wieś, jedne jaskółki, co świegoliły zajadlej, śmigając nad stawem kiej[39] oszalałe, zaś po drogach w szarych tumanach kurzawy jęły turkotać wozy i ludzie ze wsi pobliskich ściągali ku kościołowi, że co trochę ktosik zwalniał koni lub przystawał przed Borynami, kaj siedziała rozpłakana rodzina, pochwalił Boga i westchnął żałośnie, zazierając do środka przez wywarte drzwi a okna.

73

Jambroż uwijał się i śpieszył aż do potu z obrządzaniem umarłego, już byli łóżko wynieśli do sadu i pościele porozwieszali po płotach, gdy jął wołać na Hankę, aby przyniesła jałowcowych jagód do wykadzenia izby.

74

Jeno nie dosłyszała i ocierając te jakieś ostatnie łzy, co same skapywały, cięgiem już patrzyła na drogę, spodziewając się leda chwila Antka.

75

Godziny jednak przechodziły, a jego nie było, w końcu chciała już posyłać do miasta Pietrka na przewiady.

76

— Konia jeno zmacha i niczego się nie przewie… juści — tłumaczył Bylica, któren był właśnie nadszedł z Weronką.

77

— Przeciech urzęda cosik wiedzą?

78

— Juści… wiedzą… ale raz, co dzisia zamknięte, bo niedziela, zaś po drugie, co się przez smarowania nikaj nie dociśnie[40].

79

— Dyć już nie wstrzymam — skarżyła się przed siostrą.

80

— Jeszcze się nim nacieszycie, jeszcze się wama da we znaki — syknął kowal, poglądając na Jagusię, siedzącą pod ścianą.

81

— By ci ten zły ozór skołczał — mruknęła.

82

— Po dybkach ciężą kulasy[41], to niełacno pośpieszać — dorzucił urągliwie, zeźlony daremnym poszukiwaniem pieniędzy.

83

Nie odrzekła, wyglądając znowu na drogę.

84

Właśnie przedzwaniali na sumę i Jambroż zbierał się do kościoła, przykazując Witkowi wysmarowanie sadłem Borynowych butów, gdyż się tak zeschły, co nie sposób było wzuć mu je na nogi.

85

Kowal wraz z Mateuszem ponieśli się kajś na wieś, a Weronka zabrawszy ojca i Hanczyne dzieci też poszła, w chałupie ostały się jeno same kobiety i Witek, któren ociągliwie smarował buty, sielnie je nagrzewając przed kominem, a co trochę leciał spojrzeć na gospodarza lub na Józkę chlipiącą coraz ciszej.

86

Na drogach ustał wszelki ruch, ludzie już przeszli do kościoła, zaś u Borynów zrobiło się całkiem cicho, tyle jeno, co przez wywarte drzwi a okna głos Jagaty, odmawiającej litanię za umarłego, roznosił się kiej[42] to ptasie ćwierkanie wraz z kłębami jałowcowego dymu, jakim Jagustynka wykadzała izby i sienie.

87

Pokrótce i nabożeństwo snadź[43] się rozpoczęło, gdyż od kościoła jęły się rozkrążać w przypołudniowej cichości śpiewy a organowe granie tym jakimś górnym, dalekim, a słodkim trzepotem.

88

Hanka, nie mogąc sobie nikaj naleźć miejsca, poszła jaże[44] na przełaz, bych odmówić pacierze.

89

— I pomarli se ano, pomarli! — rozmyślała żałośnie, przesuwając ziarna różańca, ale pacierz jeno niekiedy przychodził na wargi, boć w głowie i sercu miała jakoby ten kołtun zwity zmyśleń przeróżnych a strachań niemałych.

90

— Trzydzieści dwie morgi, a paśniki, a las, a budynki, a lewentarze[45], tylachne gospodarstwo! — westchnęła, ogarniając z lubością szerokie pola i ten cały świat boży.

91

— Żeby tak pospłacać i ostać na wszystkim! Być, jak ociec byli! — Pycha ją rozparła z nagła, hardo spojrzała w samo słońce, prześmiechnęła się znacząco i z sercem pełnym słodkich nadziei jęła szeptać słowa różańca.

92

— Ale od półwłóczka nie ustąpię; pół chałupy też moje i tych krów mlecznych nie popuszczę z garści — wyrzekła nieco żalnie.

93

Zamodliła się znowu na długą chwilę, powłócząc rozełzawionymi oczami po ziemiach, stojących we słońcu kieby w tej złotawej przyodziewie; wykłoszone, bujne żyta gmerały rdzawymi wisiorami, czarniawe jęczmiona polśniewały kiej ta woda głęboka, zaś jasnozielone owsy, gęsto przerosłe żółtą ognichą, pławiły się trzepotliwie w cichym, nagrzanym powietrzu. Jakiś ptak wielgachny ważył się nad rozkwitłą koniczyną, co niby okrwawiona chusta leżała na skłonie wyżni. Kajś niekaj boby tysiącami białych ślepiów stróżowały przy ziemniakach, a tu i owdzie na dołkach lny niebieściły się bledziuśkim kwiatem, niby te przymrużone od blasków dziecińskie oczy.

94

Bardzo cudnie było na świecie, słońce ogrzewało coraz barzej i ciepło, sycone zapachem kwiatów, co tliły się nieprzeliczone we zbożach i wszędy, zwiewało z pól taką lubą, żywiącą mocą, jaże dusze rozpierało radością i same łzy cisnęły się do oczów.

95

— Świętaś ty i rodzona! Święta — wyrzekła pochylając głowę.

96

Sygnaturka zaświergotała w powietrzu kiej[46] ten ptaszek.

97

— Za Twoją to sprawą wszyćko[47] na świecie, mój Jezu kochany! Za Twoją! — szepnęła gorąco, bierąc[48] się z powrotem do pacierza.

98

Kajś[49] w pobliżu cosik[50] zatrzeszczało, obejrzała się uważnie; pod wiśniami o płot pleciony wsparta stojała[51] Jagusia, jakoś smutnie wzdychająca.

99

— Że to ni minuty spokoju! — zabiadała Hanka, gdyż przypominki chlasnęły ją kiej[52] te parzące pokrzywy. — Prawda, dyć[53] ona ma zapis! — przypomniała sobie. — Całe sześć morgów! Złodziejka jedna! — Aż ją w dołku sparło[54] ze złości. Odwróciła się plecami, jeno co już nie poredziła[55] zebrać się na modlitwę, bo dawne urazy i żale opadły ją kiej te złe, rozszczekane psy.

100

Południe już przechodziło, chude cienie jęły wypełzać spod drzew i domów, a we zbożach, co się ździebko kłoniły za słońcem, zagrały z cicha koniki polne, bąk też kajś niekaj[56] zahuczał i przepiórki odzywały się po swojemu.

101

Ale upał wzmagał się coraz barzej i prażył już niemiłosiernie.

102

Suma się wnet skończyła i nad stawem jęły gęsto przysiadać kobiety do zezuwania trzewików, zaś drogi tak się zamrowiły ludźmi, wozami a gwarem, że Hanka spiesznie powróciła do chałupy.

103

Boryna już był całkiem wyrychtowany[57].

104

Leżał w pośrodku izby, na szerokiej ławie, nakrytej płachtą i obstawionej płonącymi świecami, juści, co wymyty był, wyczesany i ogolony do czysta, jeno na policzku miał długą zadrę od Jambrożowej brzytwy, zalepioną papierem. Ubier[58] też miał wdziany co najlepszy: białą kapotę, którą se był sprawił na ślub z Jagusią, portki pasiate i buty prawie całkiem nowe.

105

W spracowanych, wyschłych rękach trzymał obrazik Częstochowskiej, pod ławą stała balia z wodą, bych przechładzać powietrze, zaś na glinianych pokrywach dymiły jałowcowe jagody zapełniając izbę kieby[59] tą mgłą modrawą, w której wynosił się straszliwy majestat śmierci.

106

I leżał se tak paradnie w onej trupiej cichości Maciej Boryna, człek sprawiedliwy i mądry, chrześcijan[60] prawy, gospodarz z dziada pradziada i pierwszy bogacz we wsi.

107

Pod dachem ojców przyłożył se po raz ostatni głowinę strudzoną, kiej ten ptak na wyraju, nim weźmie lot podniebny, a poniesie się tam, kaj[61] od wiek wieka wszystkie odlatują.

108

Gotowy ci już był do pożegnań znajomków a powinowatych i gotowy do onej drogi dalekiej.

109

Już mu się ano dusza korzyła przed sądem Pańskim, a jeno ten jego trup lichy, ta człowiecza zewłoka, próżna żywiącego dechu, leżała jakby prześmiechając się leciuśko wśród świateł, dymów i modłów nieustannych.

110

A ludzie szli już a szli tym ciągiem nieskończonym; kto wzdychał żałośnie, kto się bił w piersi i modlił gorąco, kto zaś medytował kiwając smutnie głową i obcierając tę ciężką, żalną łzę, że szmer pacierzy, ściszone szlochy i pogwary wzdychliwe trzęsły się kiej te przejmujące siąpania deszczów jesiennych. A ludzie wchodzili i wychodzili bez przerwy; szli gospodarze i komornicy, szły kobiety i dzieuchy[62], szli starzy i młodzi, całe Lipce tłoczyły się w izbie i w sieniach, zaś do okien cisnęło się tyla[63] dzieci i tak swywoliły, jaże Witek nie poredząc ich rozegnać poszczuł psem, ale Łapa go nie posłuchał, trzymał się dzisiaj Józki, a niekiedy biegał dokoła chałupy i wył kiej ten głupi.

111

Nad całą wsią zaciężyła ta śmierć Borynowa; dzień był przeciek[64] śliczny, rozsłoneczniony, pachnący zwiesną[65] i luby[66], że nie wypowiedzieć, a dziwny smutek owiewał chałupy i dziwna cichość zaległa wszystkie drogi. Ludzie chodzili osowiali, markotni a srodze strapieni, każdy jeno[67] wzdychał żałośnie, rozwodził ręce i zadumywał się nad człowieczą smutną dolą.

112

Wielu, którzy żyli z nieboszczykiem w przyjacielstwie[68], ostało przed chałupą, kaj już poniektóre gospodynie pocieszały Hankę, Magdę i Józkę, poczciwie popłakując wraz z nimi, a sielnie[69] się wyżalając nad sierotami.

113

Jeno do Jagusi nikto[70] nie przystępował z tym dobrym, pocieszającym słowem, juści, co ta była niegłodna użalań się nad sobą, ale zawdy tak ją zabolało to opuszczenie, że uciekła do sadu i zaszywszy się w gęstwę, siedziała tam całe godziny, nasłuchując jeno Mateuszowej roboty kole trumny.

114

— Że to się jeszcze śmie pokazywać na oczy! — syknęła za nią wójtowa.

115

— Poniechajcie[71]! Nie pora na takie wypominki! — wyrzekła któraś.

116

— I niech ją tam Pan Jezus sądzi — dodała Hanka łagodnie.

117

— Wójt ta wasze docinki dobrze jej wynadgrodzi! — zaśmiał się kowal. Szczęściem, że przysłali po niego od młynarza, gdyż wójtowa rozczapierzała się kiej indyczka, gotowa zrobić kłótnię.

118

Kowal jeno gruchnął rechocącym śmiechem i poleciał, a one ostały, pogadując już mało wiele[72] o różnościach, a coraz ciszej i senniej, jakby z tych ciężkich turbacji[73] albo samego gorąca, co już doskwierało zgoła nie do zniesienia. Parno się przy tym robiło i dziwnie duszno, nie powiał wiater bych najlżejszy, że ni jeden listek i ni jedno źdźbło się nie zaruchało, a chociaż przeszło już spory kawał czasu od południa, to jednak słoneczny war lał się jeszcze żywym ogniem i tak przypiekał, jaże ściany płakały żywicą i więdły pomdlałe chwasty i kwiaty.

119

Ryk się naraz wydarł przeciągły i tęskliwy; jakiś chłop prowadził krowę po drugiej stronie stawu.

120

— Pewnikiem do księżego byka! — ozwała się Płoszkowa, goniąc oczami krowę, szarpiącą się na postronku.

121

— Młynarz do niego jeszczek[74] lepiej ryczy, jeno co przez złość! — podjęła Jagustynka, ale żadnej już się nie chciało mówić.

122

Siedziały rozczapierzone kieby[75] te kwoki w piasku, ledwie już dysząc z gorąca. Rozbierał je upał, cichość i ten płakliwy, nieustający głos Jagaty modlącej się przy umarłym.

123

Dopiero kiej[76] przedzwonili na nieszpory[77], rozeszły się do domów, a Hanka posłała za kowalem, bych szedł z nią do proboszcza ugodzić się o pogrzeb ojcowy.

124

Witek rychło[78] powrócił, ale sam.

125

— Hale, kiej się bojałem przystąpić, bo Michał se siedzą z dziedzicem u młynarza i piją arbate[79] — powiadał zziajany.

126

— Z dziedzicem?

127

— A juści, przeciek go znam! Arbate se piją i placek pojadają, dobrze widziałem. A ogiery stoją w cieniu i jeno kulasami[80] przebierają.

128

Zdziwiła się temu, ale po nieszporach, nie doczekawszy się kowala, ogarnęła się świątecznie i poszła z Magdą na plebanię.

129

Proboszcza nie było na pokojach, choć wszystkie drzwi i okna stały powywierane[81]; przysiadły czekać, ale po jakimś czasie dziewka powiedziała, że ksiądz w podwórzu i kazał je zawołać.

130

Siedział se w cieniu pod płotem, a w pośrodku podwórza, kole niezgorszej krowiny, którą chłop trzymał krótko na postronku, kręcił się z rykiem tęgi, srokaty byk, że ledwie go parob utrzymał na łańcuchu.

131

— Walek! Poczekaj jeszcze, niech nabierze większej ochoty! — krzyknął proboszcz i wycierając spoconą łysinę, przywołał do siebie kobiety i jął wypytywać o wszystko, pocieszać i krzepić miłosiernie, a kiej go zagadnęły o pogrzeb i koszty, przerwał im ostro i niecierpliwie:

132

— O tym potem. Nie zdzieram skóry z ludzi. Maciej był pierwszym we wsi gospodarzem, to i pogrzeb musi mieć nie lada jaki. No, mówię, nie lada jaki! — powtórzył groźnie, po swojemu.

133

Za nogi jeno go obłapiły, nie śmiejąc się już w niczym przeciwić[82].

134

— Ja wam tu dam! Widzicie ich, zbereźniki! — krzyknął na organiściaków, zazierających[83] spoza płotów. — Cóż, jak się wam podoba mój byczek, he?

135

— Śliczności! Lepszy od młynarzowego! — przytakiwała Hanka.

136

— Tak mu do mojego, jak wołu do karety! Przyjrzyjcie mu się! — podprowadził je bliżej, klepiąc z lubością byka, któren[84] rwał się już do krowy jak wściekły. — Co za kark! A jaki grzbiet, jakie to ma piersi! Smok, nie byk! — wołał, jaże przysapując z radości.

137

— Juści, jeszczem takiego nie widziała.

138

— He, prawda! Czysty holender, trzysta rubli kosztuje.

139

— Tylachna[85] pieniędzy! — dziwowały się zdumione.

140

— Ani grosza mniej! Walek, puszczaj go… ostrożnie ino, bo krowa nietęga… Od jednego razu pokryje… Pewnie, że drogi, ale biorę tylko po rublu i dwadzieścia groszy postronkowego, żeby się Lipce dochowały porządnych krów. Młynarz się gniewa na mnie, ale już mi obmierzły te koty, jakie macie po jego stadniku. Trzymajże, gapo, krowę przy samym pysku, bo ci się wyrwie! — wrzasnął na chłopa. — No, to idźcie z Bogiem — zwrócił się do kobiet, widząc, że przywstydzone odwracały się ździebko na stronę. — A jutro eksporta do kościoła! — wołał jeszcze za nimi, biorąc się pomagać chłopu, że to krowy nie mógł utrzymać.

141

— Podziękujesz ty mi za cielę, będzie, jakiegoś jeszcze nie widział. Walek, a przeprowadź go, niech się przechłodzi, chociaż co tam takiemu smokowi znaczy jedna mucha! — przechwalał.

142

Kobiety zaś poszły do organisty, boć to i z nim też było trza się godzić z osobna o pogrzeb, ale że organiścina przyjęła je kawą, przy której się nieco zagwarzyły, to było pod sam zachód, i już bydło spędzali z pastwisk, kiej[86] powróciły do chałupy.

143

Przed gankiem stojał[87] pan Jacek z Mateuszem i pykając fajeczkę godził go do rznięcia drzewa na Stachową chałupę.

144

Mateusz jakoś nie bardzo był rad, bo się wykręcał.

145

— Drzewo porznę, niewielka obrada, ale czy chałupę postawię, a bo ja wiem?… Może kaj we świat pójdę… Cni mi się już we wsi… Bo ja wiem, co pocznę… — mówił, spoglądając na Jagusię dojącą krowę pod oborą. — Z rana skończę trumnę, to się jeszcze rozmówimy — dokończył prędko i poszedł.

146

A pan Jacek wszedł do nieboszczyka i mówił długi, serdeczny pacierz obcierając rzęsiste łzy.

147

— By chociaż synowie wdali się w niego — wyrzekł potem do Hanki. — Dobry to był człowiek i prawy Polak. Był z nami w powstaniu, przystał do partii dobrowolnie i gnatów nie żałował. Widziałem go przy robocie. A zmarnował się przez nas… Przekleństwo ciąży nad nami… — gadał jakby do siebie, a chociaż nie rozumiała wszystkiego, to jednak z wdzięczności za dobre słowa wspominek podjęła go za nogi.

148

— Dajcie spokój! Takim człowiek jak i wy! — zakrzyczał gniewnie. — Głupia! dziedzic nie święty! — popatrzył jeszcze na Borynę, zapalił od świecy fajeczkę i wyszedł, nie odpowiadając na powitanie kowala, któren[88] był właśnie wchodził do sieni.

149

— Coś harny dzisiaj! Dziadak jucha! — rzekł za nim z przekąsem, ale że był jakiś rozradowany, to przysiadł do żony i jął szeptać. — Dobra nasza! Wiesz, Magduś, dziedzic szuka zgody ze wsią. Namawia, cobym mu pomagał. Juści, co musi się nam dobrze okroić. Jeno ani mru-mru, kobieto, o wielgie[89] rzeczy idzie.

150

Zajrzał do zmarłego, pokręcił się tu i owdzie i na wieś poleciał, wyciągając chłopów do karczmy na naradę.

151

Zmierzch się już był czynił, zorze ostygły kiej te ordzewiałe[90] blachy przysypywane popiołem, że jeno niekajś co[91] się ta świeciła jakaś chmurka nabrana złocistą światłością zachodu.

152

A kiej się już do cna[92] zrobił wieczór i pokończyli gospodarskie obrządki, to cała rodzina znowu się zebrała przy zmarłym. U Borynowego wezgłowia było coraz widniej od świec jarzących, Jambroż raz po raz obcinał knoty i śpiewał z książki, a za nim powtarzali wszystkie, popłakując niekiej na przemian i biadoląc.

153

Drudzy zaś, sąsiedzi, że w izbie było ciasno i zaduch, to przyklękali na dworze, pod oknami i ciągnęli tę długą i żałosną nutę litanii, jaże się widziało, co wszystek sad śpiewa.

154

Noc się z wolna ściągała na świat, więc już do cna przycichło, gdzie spać się kładli, po sadach bieliły się pościele i chałupy gasły jedna po drugiej, jeno co kokoty[93] piały jakoś niespokojnie, a taka parna i duszna cichość stanęła, jakby się miało na odmianę.

155

Do późna w noc śpiewali przy Borynie, a kiej się rozeszli, ostał jeno Jambroż i Jagata, bych już czuwać do rana.

156

I śpiewali zrazu rozgłośnie, ale kiej ustał wszelki ruch i zwaliła się niezgłębiona cisza nocy, wnet jął ich morzyć śpik[94], tęgo wodząc za łby, że wyciągali coraz ciszej i mamrotliwiej, nie przecykając nawet wtedy, kiej Łapa przychodził i z cicha skamlący polizywał nasadlone[95] buty nieboszczyka.

157

Prawie o samym północku gęsta ćma przywaliła ziemię, pogasły gwiazdy, schmurzyło się całkiem i jakby jeszcze barzej ścichło, że tylko niekiedy zatrzęsło się jakieś drzewo i posypał się cichuśki, lękliwy szmer albo wydarł się skądciś głos jakiś dziwny, ni to krzyk, ni to huk, ni to wołanie dalekie, i przepadał też nie wiadomo kaj…

158

Wieś leżała w głębokim śpiku i jakby na samym dnie ciemnicy, tylko jedna Borynowa izba świeciła blado w tej mrocznej topieli, a przez wywarte okna widniał Maciej leżący wśród żółtych świateł, owiany dymami kadzideł niby tym modrawym obłokiem. Jambroż z Jagatą, wsparłszy się o niego głowami, zadrzemali już na dobre, chrapiąc, jaże się rozlegało.

159

Zaś ta letnia, krótka noc przechodziła szybko, jakby się jej kajś śpieszyło zdążyć, nim pierwsze kury zapieją, świece też dopalały się posobnie i gasły niby te oczy strudzone patrzeniem w umarłego, iż na świtaniu ostała jeno co najgrubsza, migocąc się kiej to złote ostrze.

160

Aż szary, przemglony świt, zwlókłszy się leniwie z pól, zajrzał do izby, prosto w Borynową twarz, która jakby się ździebko ożywiła, jakby się budził z ciężkiego snu i nasłuchując tych pierwszych świergotań po gniazdach, patrzał skroś poczerniałych powiek w dalekie jeszcze zorze wschodów.

161

Świt już gęstniał, roztrząsając się kieby[96] ta zamieć śniegowa.

162

Niebo zajaśniało jak płótno na bielnikach, gdy je słońce przygrzeje, z pól powiało chłodem, staw westchnął kolebiąc się sennie, a spod mrocznych próchnic nocy jawiły się obrazy borów, kieby te czarne chmury wynoszące się ze ziemi, zaś poniektóre drzewiny, samotnie stojące, puszyły się czubami w rozbielonym powietrzu niby pęki czarnych piór; już nawet przyleciał pierwszy wiater, zatarmosił sadami i jął przedmuchiwać we śpiące pod przyźbami[97].

163

Ale jeszcze mało kto przecknął i ozwierał oczy. W słodkim dośpiku leżało wszystko leniąc się ździebko[98], jak to zwyczajnie bywa po święcie czy jarmarku.

164

A wrychle[99] i sam dzień się podniósł, jeno co jakiś mgławy i smutny, słońca jeszcze nie było, ale skowronki już przedzwaniały swoje pacierze, głośniej zabełkotały wody i poruszyły się zboża, bijąc chrzęstliwymi kłosami o miedze i drogi, już niegdzie po zagrodach rwały się tęskliwe beki owiec, kajś[100] znowu jazgotliwie zagęgały gęsi, to koguty się wydzierały rozgłośnie, gdzie nawet wołania się rozlegały, skrzypy wrótni[101], końskie rżenia, ruch i skrzęt wstawań, że cała wieś się budziła imając się[102] z wolna pracy codziennej, jeno u Borynów wciąż było jeszcze cicho i spokojnie.

165

Zaspali ano z onych smutków i ciężkich turbacji, jaże na dwór roznosiły się chrapania.

166

Wiater buchał co trochę w otwarte drzwi a okna i tłukł się po izbach, świszcząc przeciągle i na darmo rozwiewał nieboszczykowi włosy i targał światłem ostatniej świecy.

167

Nie poruszył się juści Boryna, nie przecknął, nie porwał się do roboty, ni drugich do niej zapędzał, leżał se martwy, cichy, na kamień już zakrzepły i na wszystko już głuchy.

168

Wiatr już z niemałą mocą zawiał i rymnął w sad, że wszystko wokół jęło się chwiać, szeleścić, trząchać, kołysać i jakby zaglądać w Borynową siną twarz; patrzył w niego dzień mgławy, zaglądały rozchwiane drzewa, zaś one wysmukłe, gibkie malwy kiej[103] dzieuchy[104] chyliły się przez okna w pokłonach głębokich, a ze dworu raz po raz wpadała z brzękiem pszczoła, to motyl leciał wprost na światło, to jaskółka zbłądziła świergocąc lękliwie, to niesły się[105] muchy, przypełzały żuczki i wszelaki boży stwór, a wraz z nimi spływał do izby cichy brzęk i szum, i trzepot, i ćwierkania, kieby[106] ten jeden głos żywej, serdecznej żałości:

169

— Pomarł! Pomarł! Pomarł!

170

I co jeno żyło, trzęsło się, łkało i zanosiło, jakby w przytłumionym, srogim lamencie; aż ścichło z nagła i trwożnie, wiater ustał, wszystko przytaiło dech i padło na twarz w proch ziemi, bo oto ze świtowych szarości wzeszło słońce czerwone i ogromne, wyniesło[107] się nad świat, ogarnęło go władnym, żywiącym okiem i skryło się w skołtunione chmurzyska.

171

Poszarzało na świecie, a nie wyszło i Zdrowaś, jął sypać drobny, ciepły deszcz rzęsistymi kroplami, że wnet wszystkie pola i sady rozdzwoniły się sypkim, nieustającym szmerem.

172

Ochłodło znacznie, zapachniały drogi, ptaki zaczęły śpiewać z całej mocy, a w tej szarej, rozdrganej[108] kurzawie, jaka przysłoniła świat, piły spragnione zboża, piły liście pomdlałe, piły drzewa, piły wyschnięte gardziele strug i ziemie spieczone, piły długo i z lubością, dysząc jakby z dziękczynieniem.

173

— Bóg zapłać, bracie deszczu! Bóg zapłać, siostro chmuro! Bóg zapłać!

174

Właśnie ten deszcz zacinający przebudził Hankę śpiącą pod samym oknem, że się pierwsza zerwała na nogi.

175

Pobiegła z krzykiem do stajni.

176

— Pietrek! Wstawaj! Deszcz pada! Koniczynę trza lecieć kopić[109], bo na nic przemięknie! Witek, wałkoniu jeden, krowy wyganiaj! Na wsi już przepędzili! — wołała ostro, wypuszczając z chlewów gęsi, które z radosnym gęgotem leciały taplać się w kałużach.

177

Zajrzała do krów i świnie wypędzała na podwórze, gdy przyleciał kowal; ułożyli, co było potrza[110] kupić na jutrzejszą stypę, wziął pieniądze i miał zaraz jechać do miasteczka, ale już z bryczki przywołał ją i rzekł cicho:

178

— Hanka, dajcie mi połowę, to ni pary nie puszczę, żeście starego podebrali. Zróbmy po dobremu.

179

Rozczerwieniła[111] się kiej[112] burak i krzyknęła porywczo:

180

— A pyskuj sobie choćby przed całym światem; widzisz go, sam gotów do złego, to myśli, co i drugie takie same.

181

Jeno błysnął ślepiami, poskubał wąsów i zaciął konie.

182

Hanka zaś wzięła się ostro do roboty, tyla bowiem gospodarka[113] czekała na nią, że trza było dobrze kulasy[114] wyciągnąć i głowić się niemało, bych[115] wszystkiemu wydolić, toteż pokrótce[116], jak co dnia, rozlegał się po całym obejściu jej głos rozkazujący.

183

Borynie zapalili dwie nowe świece i przykryli go prześcieradłem. Jagata mamrotała przy nim pacierze, przysypując raz po raz na węgliki jagód jałowcowych.

184

Jagusia przyszła od matki dopiero po śniadaniu, ale że ją strachem przejmował nieboszczyk, to się jeno błędnie kręciła po obejściu, często gęsto wyglądając na Mateusza, któren[117] przeniósł się z robotą na klepisko; kończył już trumnę i właśnie był malował na niej biały krzyż, kiej Jagna stanęła we wrotniach stodoły.

185

Milczała spozierając trwożnie na czarne wieko.

186

— Wdowaś teraz, Jaguś, wdowa! — szepnął ze współczuciem.

187

— A juści — odparła łzawo i cichuśko.

188

Patrzał na nią poczciwie, zmizerowana ci była i blada kiej ten opłatek, a tak żałośliwa, jak to pokrzywdzone dzieciątko.

189

— Taka to już człowiekowa dola — powiedział smutnie.

190

— A wdowam! wdowam — powtórzyła i łzy napełniły jej modre oczy, a ciężkie wzdychy dziw piersi nie rozerwały, że uciekła za chałupę i nie bacząc na deszcz, płakała tam długo i tak rzewliwie, jaże ją sama Hanka sprowadziła do izby, próbując uspokoić a pocieszyć.

191

— Płakaniem nie zaradzisz. Nama[118] też nieletko, ale już tobie, sieroto, pewnikiem, co barzej ciężko — mówiła z dobrością.

192

— Płacz płaczem, a rok nie przejdzie i zaśpiewam jej takiego chmiela nowego, co się wścieknie — ozwała się po swojemu Jagustynka.

193

— Nie pora na przekpinki — skarciła ją Hanka.

194

— Powiedam szczerą prawdę, abo to nie młoda, nie urodna, nie bogata! Kijem się będzie musiała oganiać przed chłopami.

195

Jagna nie odrzekła, Hanka zaś wyniesła w opłotki żarcie la[119] prosiąt i wyglądała na drogę.

196

— Co się tam stało? — myślała strapiona. — Mieli go puścić w sobotę, a tu już poniedziałek i ani widu, ani słychu.

197

Ale nie było czasu na frasunki, bo musiała pomagać kopić[120] resztę siana i wszystką koniczynę, gdyż deszcz rozpadał się już na dobre, nie przestając ani na chwilę.

198

Zaś wkrótce po południu nadszedł proboszcz z organistą, przyszli braccy[121] ze światłem i ludzi zebrało się też coś niecoś, włożyli Borynę do trumny, Mateusz zabił ją kołkami, ksiądz odprawił modlitwy, skropił wodą święconą i powieźli go, z cicha przyśpiewując, do kościoła, kaj już Jambroż bił we dzwon żałobny.

199

A kiedy wrócili z eksporty, to w chałupie widziało się tak jakoś pusto i strasznie cicho, jaże Józka buchnęła płaczem, a Hanka ozwała się do Jagustynki oprzątającej izbę:

200

— Chociaż od tyla czasu trupem był jeno, a zawdy czuć było gospodarza w chałupie.

201

— Antek wróci, to i gospodarz będzie — przypochlebiała stara.

202

— Bych jeno prędko powrócił — westchnęła tęskno.

203

Ale że szare, wilgotne przesłony obtulały ziemię i deszcz padał nieustannie, to obtarła łzy, westchnęła raz i drugi i dalejże poganiać swoich.

204

— A chodźcież, ludzie! Żeby pomarł i ten największy, to jak ten kamień w morze głębokie, już go nikto nie wyłowi, a ziemia nie poczeka i trza kole[122] niej robić.

205

I powiedła wszystkich za przełaz do okopywania ziemniaków, jeno Józka ostała pilnować dzieci, a i bez to, co była jakaś chora i nie mogła się jeszcze utulić w żałości, Łapa też przy niej warował nieodstępnie i ten Witkowy bociek, któren stojał w ganku na jednej nodze kieby na stróży[123].

206

Zaś deszcz nie przestawał ani na chwilę, padał drobny, gęsty i ciepły, że ustały śpiewać ptaki, a wszelaki stwór przyległ w cichości, cały świat z wolna oniemiał i jakby się zasłuchał w ten trzepot rosisty, brzękliwy i nieustanny, a jeno kajś niekaj[124] zawrzeszczały gęsi, taplające się po sinych, spienionych kałużach.

207

Dopiero o samym zachodzie wyjrzało rozognione słońce i zapaliło czerwone ognie w rosach i kałużach.

208

— Pogoda na jutro pewna! — powiedali[125], ściągając z pól.

209

— Niechby jeszcze padało, czyste złoto, nie deszcz.

210

— Ziemniaki były już na ostatnich nogach.

211

— A bo to owsów nie przypiekło!

212

— Wszystkiemu pójdzie na zdrowie.

213

— Żeby se tak popadał chociaż ze trzy dni — wzdychał któryś.

214

Jakoż i padał tak równo, rzęsiście i spokojnie do samej nocy, że z lubością wystawali pod chałupami, na przechłodzonym, pachnącym powietrzu, zaś Gulbasiaki skrzykiwały dzieuchy i chłopaków, bych lecieć za wieś, na wyżnie, palić sobótkowe ognie, gdyż to była wigilia świętego Jana, ale co ćma była i plucha, to mało kto dał się pociągnąć, że tylko kajś niekaj co tam pod lasem rozbłysnął jakiś słaby ogieniek.

215

Witek już od zmroku przyniewalał[126] Józkę, aby z nim leciała na Sobótki, ale mu powiedziała żałośnie:

216

— Nie polete, co mi tam zabawy, co mi tam już wszystko…

217

— Dyć ino zapalim, przeskoczym ogień i przylecim — prosił gorąco.

218

— Siedź w chałupie, bo powiem Hance! — zagroziła.

219

Ale poleciał i powrócił dopiero po kolacji, głodny i utytłany w błocie jak nieboskie stworzenie, gdyż deszcz nie ustawał ani na chwilę i padał przez całą noc, aż dopiero przestał nazajutrz o dużym dniu, właśnie kiedy już ludzie ciągnęli na żałobne nabożeństwo.

220

Słońce się jednak nie pokazało; świat się był omglił szarawą kurzawą, w której jeszczek barzej rozzieleniły się pola i sady, a wody wlekły się niby te srebrnawe przędziwa. Powietrze było rzeźwe, chłodnawe i pachnące, rosy kapały obficie za leda powiewem, ptaki darły się kieby oszalałe, psy ujadały wesoło, przeganiając się po drogach wraz z dziećmi, a wszelaki głos leciał górnie i radośnie, nawet ziemie, opite wodą i nabrzmiałe mocą, zdały się wrzeć niepowstrzymanym rostem.

221

Zaś w kościele ksiądz odprawił żałobną wotywę i wraz z proboszczem słupskim i organistą, zasiadłszy naprzeciw siebie w ławach przed wielkim ołtarzem, jęli wyciągać łacińskie pieśnie.

222

Boryna leżał wysoko na katafalku, obstawiony w biały las świec płonących, a dokoła klęczała kornie cała wieś, zamodlona i zasłuchana w te długie, lamentliwe pieśnie, co nabrzmiewały niekiedy takim strasznym krzykiem, jaże[127] włosy powstawały i bolesna lutość[128] ściskała serca; to niekiedy cichły w przejmujących, żalnych jękach, aż dusze mdlały struchlałe i same łzy ciekły z oczów; albo też znowu podnosiły się jakieś cudne i niebosiężne, kieby te głosy śpiewań janielskich[129] i wiecznej szczęśliwości, że naród wzdychał ciężko, obcierał oczy, a często gęsto i poniektóre płaczem buchały serdecznym.

223

Ciągnęło się to z dobrą godzinę, a kiej skończyli, rumor powstał, podnosili się z klęczek i Jambroż jął[130] brać świece od katafalku i rozdawać je ludziom, ksiądz też jeszcze prześpiewał przy trumnie, okadził ją, aż zrobiło się niebiesko od dymów, skropił wodą święconą, wyciągnął jakąś nutę i ruszył ku drzwiom za krzyżem.

224

A kościół aż się zatrząsł od krzyków, płaczów i szlochań, bo trumnę już brali co najpierwsi gospodarze i zanieśli na wóz, w półkoszki wymoszczone słomą, zaś Jagustynka tajnie, bych księża nie spostrzegli, wraziła pod nią bochen chleba, obwinięty w czyste płótno, Pietrek zebrał krótko lejce, zacinał batem i obzierał się[131] niecierpliwie na księży.

225

Zajęczały żałobnie dzwony, wynieśli czarne chorągwie, rozbłysnęły światła, Stacho poniósł krzyż, a księża zaśpiewali:

226

— „Miserere mei Deus”.

227

I straszna pieśń, pieśń śmierci załkała nad głowami smutkiem bezbrzeżnym i grozą.

228

Ruszyli z wolna na topolową drogę ku smętarzowi[132].

229

Czarna chorągiew z kościotrupem załomotała na wietrze kiej ten ptak straszliwy i poniesła się przodem, a za nią dopiero błyskał srebrzysty krzyż i otwierała się długa ulica brackich[133] z zapalonymi świecami, i szli księża w czarnych kapach.

230

Trumna jechała w pośrodku, ułożona na słomie wysoko, że ją cięgiem[134] i wszystkie[135] mieli na oczach, a tuż za nią wlekła się rodzina srodze zawodząc płaczem i jękami, zaś pobok i kaj gdzie kto wziął miejsce, ciżbiła się cała wieś, w niemałym smutku a cichości idąca.

231

Że nawet chore i kalekie nie ostały w chałupach.

232

Przemglone, szare niebo wisiało nisko, jakby wsparte na tych wielgachnych topolach, pochylonych nade drogą. Wszystko stojało bez ruchu, przygięte i kieby zasłuchane w te pieśnie żałobne, a kiedy powiał wiater i rozruchał[136] pola i drzewa, to posypały się rosy niby tym żalnym, cichym płaczem, zaś rozchwiane zboża kolebały się z wolna ciężkimi kłosami, chyliły się coraz niżej, jakby do nóg przypadając gospodarzowi w tym kornym, ostatnim pokłonie.

233

Księża pieśń rozpłynęła się kajściś w powietrzu, że sroga cichość zwaliła się na dusze, jeno dzwony jęczały wciąż, biły ponurym głosem, wołały cosik w niebo pochmurne, ku lasom i w dale zamglone, skowronki śpiewały nad polami, wóz niekiej[137] zaskrzypiał, szarpały się chorągwie, chlupało błoto pod nogami, a te bólne, sieroce płacze kwiliły nieustannie.

234

— „Miserere mei Deus” — zaśpiewał znowu proboszcz, przywtórzył mu słupski wraz z organistą i kowalem, któren trzymał parasol nad dobrodziejami, gdyż deszcz z nowa pokrapiał.

235

I śpiewali tak strasznie, tak rozpacznie i tak jękliwie, jaże łzy się cisnęły, zamierało serce, a oczy strwożone, oczy pobłąkane w niemocy niesły się we świat i u tego nieba chmurnego żebrały zmiłowania. Twarze bladły, dusze jęły się zwierać w męce i luty[138] dygot przejmował, że wzdychali coraz ciężej, a już poniektóry łzy obcierał, to szeptał pacierz posiniałymi wargami, w piersi się bił i kajał skruszony, zaś wszystkich omroczył ciężki, beznadziejny smutek i przywaliła bezgraniczna żałość, że kiej te dymy gryzące snuły się po nich bolesne medytacje i jęki zakrzepłe w trwodze.

236

Jezu, bądź nam grzesznym miłościwy! Jezu!

237

O dolo człowiekowa, dolo nieustępliwa!

238

A cóże są te wszystkie znojne trudy? Cóże ten żywot człowieczy, co jako śniegi spływa bez śladu, że o nim nawet dzieci rodzone nie przypomną?

239

Żałością jeno, płakaniem jeno, cierzpieniem jeno…

240

I cóże są one szczęśliwości, dobroście, nadzieje?

241

Czczym dymem, próchnicą, mamidłem i zgoła niczym…

242

A cóżeś to ty sam, człowieku, który się puszysz, a dmiesz, a wynosisz hardo ponad wszelkie stworzenie?

243

Tym wiatrem jeno jesteś, co nie wiada[139], skąd przychodzi, nie wiada, po co się miecie, i nie wiada, kaj[140] się rozwiewa…

244

I ty się masz panem wszystkiego świata, człowieku?…

245

A bych ci kto raje dawał — opuścić je musisz.

246

Bych ci kto wszystkie moce dawał — śmierć ci je wydrze.

247

Bych ci kto rozum przyznał największy — próchnem ostaniesz.

248

I nie przemożesz doli, mizeroto, nie przezwyciężysz śmierci, nie…

249

Boś ano bezbronny, słaby i płony jako ten listeczek, którym wiater żenie[141] po świecie.

250

Boś ano, człowieku, w pazurach śmierci, jako ten ptaszek z gniazda podebrany, co se piuka radośnie, trzepoce, przyśpiewuje, a nie wie, że go wnet zdradna ręka przydusi za gardziel i lubego żywota zbawi[142].

251

O duszo, po cóż dźwigasz człowieczego trupa, po co?

252

Tak ci ano czuł naród, tak ci medytował i w sobie rozważał, a patrzył smutnie po ziemiach zielonych, włóczył tęsknymi oczami po świecie i wzdychał ciężko z onych niewypowiedzianych boleń, aż twarze kamieniały i dusze się trzęsły.

253

Ale i to zarówno wiedzieli, co jedyna człowiekowa dufność w Panajezusowej łasce, a jedyna ucieczka duszy w Jego świętym miłosierdziu.

254

— „Secundum magnam misericordiam Tuam…”

255

Ciężkie, łacińskie słowa padały kiej grudy przemarzłej ziemi, jaże bezwolnie pochylali głowy, jakby pod nieubłaganą kośbą[143] śmierci, ale szli niepowstrzymanie; szli kwardzi[144] a zrezygnowani, szarzy i mocni kiej te głazy widne na miedzach, gotowi już na wszystko a nieulękli, ugorom i zarazem tym bujnym, okwieconym polom podobni, i tym drzewom równi w sile i kruchości — drzewom, w które piorun mógł trzasnąć leda chwila i w ręce śmierci podać, a one hardo pną się ku słońcu i śpiewają głęboką, radosną pieśń życia…

256

Szli wsią całą ciżbiąc się[145] i przepychając, ale każden tak był zatopiony w smutkach, że jakby szedł sam w pustce niezmiernej i opuszczeniu, a każden zapatrzył się gdziesik i jakby widział przez oczy zaszklone łzami ojców swoich, dziadów i pradziadów, niesionych tam, na smętarz, już widny przez grube pnie topoli…

257

Dzwony wciąż biły i ponura pieśń huczała coraz jękliwiej, smętarz już był niedaleko, wyrastał ze zbóż kępami drzew, krzyżów i mogił, a zdawał się otwierać, kieby ten straszny, nigdy nie zapełniony dół, w któren z wolna a niepowstrzymanie spływa cały świat, że już niejednemu się widziało, jako w tym zadeszczonym powietrzu i ze stron wszystkich biją dzwony, jarzą się światła, czernieją rozwiane chorągwie i płyną śpiewania, że z każdej chałupy wynoszą trumny, że wszystkimi drogami ciągną żałobne pochody, a każden człowiek płacze kogoś, zawodzi, a tak szlocha, jaże wszystkie niebo i ziemia wzbiera żałosnym jękiem i spływa szmerem nieustannych, gorzkich jak piołun łez…

258

Pochód już skręcał na dróżkę ku smętarzowi, kiej go dopędził dziedzic, wysiadł z powozu i poszedł pobok trumny w srogiej ciasnocie, gdyż dróżka była wąska, gęsto brzózkami obsadzona i zboża stały ze stron obu.

259

A kiej księża skończyli śpiewać, Dominikowa trzymająca się Jagny, zgarbiona i na wpół ślepa, zawiedła po swojemu: „Kto się w opiekę”.

260

Juści, co przywtórzyli skwapnie i gorąco, jakby czepiając się zestrachanymi duszami tej pieśni serdecznej.

261

I już tak rozśpiewani, a pełni jakowejś dufności weszli na smętarz.

262

Co najpierwsi gospodarze dźwignęli trumnę, a nawet sam dziedzic jął wspierać w pośrodku, i ponieśli ją żółtymi drożynami wskroś okwieconych mogił, traw i krzyżów, za kaplicę, kaj w gąszczach leszczyn i bzów czekał już grób świeżo wybrany[146].

263

Straszne płacze i krzyki zatargały powietrzem.

264

Chorągwie i światła okoliły jamę głęboką, naród się skłębił i cisnął, spozierając trwożnie w ten dół żółtawy i pusty…

265

A kiedy prześpiewali jeszcze coś niecoś, proboszcz stanął na kupie wywalonego piachu, odwrócił się i rzekł grzmiąco:

266

— Narodzie chrześcijański! Narodzie!

267

Przycichło z nagła, jeno dzwony jęczały z oddali, a Józka, opasawszy rączynami ojcową trumnę zawodziła rzewliwie, na nic nie bacząc.

268

Zaś proboszcz pociągnął nosem z tabakiery, kichnął raz i drugi, a potoczywszy załzawionymi oczami, rzekł donośnie:

269

— Bracia, a kogóż to chowacie dzisiaj, kogo?

270

„Macieja Borynę!” — powiadacie.

271

A ja wam mówię, że i pierwszego gospodarza, i poczciwego człowieka, i prawego katolika chowacie… Znałem go bowiem od lat i zaświadczam, jako żył przykładnie, Boga chwalił, spowiadał się i komunikował, a biedotę wspomagał.

272

Mówię wam: wspomagał! — powtórzył ciężko dychając.

273

Płacze jęły kwilić dokoła i wzdychy rwały się coraz gęściej, gdy nabrawszy powietrza ozwał się znowu, jeno co żałośliwiej:

274

— I pomarł chudziaczek, pomarł!

275

Śmierć go sobie wybrała, jako wilk wybiera ze stada najtłustszego barana i w biały dzień na wszystkich oczach, a nikt mu nie przeszkodzi.

276

Jako piorun bije w drzewo wyniosłe, że pada rozłupane, tak on padł pod srogą kosą śmierci.

277

Ale pomarł nie wszystek! — jak mówi Pismo święte.

278

Bo oto stanął se ten wędrownik przed wrotami raju, puka i skamle żałośnie, aż święty Pietr zapyta:

279

— Któżeś to i czego potrzebujesz?

280

— Borynam z Lipiec i miłosierdzia Pańskiego proszę…

281

— Tak ci to już braty dopiekły, żeś się zbył żywota, co?

282

— Wszystko powiem — rzecze Maciej — jeno ozewrzyjcie[147] wrotnie, święty Pietrze, bych mnie ozgrzało choć ździebko Pańskie zmiłowanie, bom przemarzł na lód w onej tułaczce ziemskiej.

283

Święty Pietr ozwarł nieco, ale nie puszcza go jeszcze i rzecze:

284

— A jeno nie łżyj, bo tu nikogo nie ocyganisz. Mów, duszo, śmiało, czemuś to uciekła ze ziemie[148]?…

285

A Maciej rymnął na kolana, że to śpiewania janielskie dosłyszał i dzwonki, jakby na Podniesienie, a odrzecze[149] z płaczem:

286

— Prawdę powiem kiej na spowiedzi; a to nie poredziłem dłużej wytrzymać na ziemi, bo tam już ludzie jako te wilki nastają na siebie, bo tam już jeno swary, kłótnie, a obraza boska… Nie ludzie to, święty Pietrze, nie boskie stworzenia, a jeno te psy wściekłe i te swynie[150] smrodliwe. I tak jest źle na świecie, że i nie wypowiedzieć wszystkiego…

287

Zaginął wszelki posłuch, zaginęła poczciwość, zaginęło miłosierdzie, brat powstaje na brata, dzieci na ojców, żony na mężów, sługa na pana… nie uszanują już niczego, ni wieku, ni urzędu, ni nawet księdza…

288

Zły zapanował w sercach, a pod jego przewodem rozpusta a pijaństwo, a złoście krzewią się coraz barzej.

289

Wszędy łajdus na łajdusie, a łajdusem pogania…

290

Wszędy jeno chytroście[151], oszukaństwa, srogie uciski a złodziejstwa, że co masz, z garści nie popuść, bo ci wydrą.

291

Bych najlepszą łąkę, a wypasą i stratują.

292

Bych chociaż tę skibkę, a z cudzego przyorzą.

293

Byś nawet kurę puścił z obejścia, przychwycą kiej te wilki.

294

Kawałka żelaza nie przepomnij[152] ni postronka, choćby były księże, bo nie przepuszczą i ukradną.

295

Gorzałkę jeno piją, rozpustę czynią i w służbie bożej całkiem się opuszczają, pogany te pieskie i chrystobije, że drugie żydy, a stokroć poczciwsze i bogobojniejsze.

296

— I to w lipeckiej parafii tak się dzieje? — przerwał mu święty Pietr.

297

— Indziej też nie lepiej, ale już w lipeckiej najgorzej.

298

A święty Pietr jął w palce trzaskać, brwie[153] srożyć, oczami toczyć i rzekł, wytrząchając pięścią ku ziemi:

299

— Takieśta to, Lipczaki? Takie! A zbóje obmierzłe, a poganiny gorsze od Niemców! A to roki macie dobre, ziemie rodzajne, a paśniki, a łąki, a boru po kawale i tak się to sprawiata!… Chleb was ano roznosi, łajdusy jedne! Powiem ja o tym Panu Jezusowi, powiem, a on już wama[154] cugli przykróci…

300

Maciej jął swoich poczciwie bronić, ale święty Pietr rozgniewał się jeszcze barzej i kiej nie tupnie nogą a krzyknie:

301

— Nie broń takich synów! A to ci jeno rzeknę: Niech mi się te judasze poprawią do trzech niedziel i pokutę czynią, a jak nie posłuchają, to tak ich przycisnę głodem, pożogą i choróbskami, że mnie popamiętają łajdusy jedne.

302

Mocno proboszcz powiadał, do serca i tak napominająco, i takim gniewem bożym groził, i tak pięściami wytrząchał, że szlochy się podniesły dokoła, naród zapłakał i bił się w piersi a kajał…

303

Zaś ksiądz, odsapnąwszy nieco, jął znowu mówić o nieboszczyku, jako to padł za wszystkich… I wołał do zgody. Wołał do sprawiedliwości. Wołał do pomiarkowania się w grzechach, bo nie wiada[155], komu z brzega wybije ta ostatnia godzina i przyjdzie stanąć przed strasznym sądem Pana…

304

Że nawet sam dziedzic, a obcierał kułakiem oczy.

305

Pokrótce jednak księża skończyli swoje i odeszli wraz z dziedzicem, a kiej spuścili w dół trumnę i jęli na nią sypać piasek, jaże zadudniało, wrzask ci, mój Jezu, buchnął, a krzyki, a takie lamenty, coby i najkwardszego skruszyło.

306

Ryczała Józka, ryczała Magda, ryczała Hanka i stryjeczne, płakały bliskie i dalekie, powinowate i zgoła obce, a już może najrzewliwiej zanosiła się Jagusia, którą tak cosik sparło pod piersiami, jaże się prosto zapamiętała w krzyku.

307

— Hale, teraz skowyczy, a co to wyprawiała z nieboszczykiem! — mruknęła któraś z boku, zaś Płoszkowa obcierając oczy dodała:

308

— Tak se łaskę wypłakuje, bych ją nie wygnali z chałupy.

309

— Myśli, że kto głupi a uwierzy! — powiedziała głośno organiścina.

310

Ale Jagna nie wiedziała już o bożym świecie, padła kajś w piasek i zanosiła się takim żałosnym płaczem, jakby to na nią sypały się te ciężkie, sypkie strugi ziemi, jakby to nad nią huczały te posępne głosy dzwonów, jakby to nad nią płakali…

311

A dzwony wciąż biły, jakby skarżąc się niebiosom, zaś znad świeżej mogiły te wszystkie płacze, te szlochy i biadania też się skarżyły na dolę nieubłaganą i na tę wieczną krzywdę człowieczą.

312

Zaczęli się wnet rozchodzić z wolna, kto tam jeszcze gdziesik po drodze przyklękał, kto i ten pacierz mówił za pomarłe, kto zaś jeno się błąkał wśród mogił i smutnie deliberował[156], a drugie ruszali ociągliwie ku chałupom, obzierając się[157] wyczekująco, gdyż kowal z Hanką spraszali poniektórych na ten chleb żałobny, jak to zwyczajnie bywa po pochowku.

313

I kiej[158] oklepali mogiłę, a nad nią wkopali czarny krzyż, wzięli pomiędzy siebie sieroty i pociągnęli sporą gromadą poredzając z cicha, a wyżalając się nad nimi, a popłakując niekiedy…Pogrzeb, Jedzenie, Obyczaje

314

W Borynowej izbie już było wszystko urządzone do potrzeby, wzdłuż ścian ciągnęły się stoły, obstawione długachnymi ławami, że skoro się jeno rozsiedli, zaraz podano gorzałkę i chleby.

315

Przepili godnie, w cichości a powadze, przegryźli coś niecoś i organista zaczął czytać z książki sposobne modlitwy, a potem zaśpiewali litanię za umarłego; wtórowali mu ochotnie i gorąco, przerywając jeno wtedy, kiej kowal puszczał flachę w nową kolejkę, a Jagustynka chleb roznosiła.

316

Kobiety zebrały się po drugiej stronie u Hanki; piły herbatę, pojadały słodki placek i pod przewodem organiściny zaśpiewały tak rzewnie i przejmująco, jaże kury zagdakały po sadzie. I tak ano wspominając poczciwie nieboszczyka naród pojadał, popijał, popłakiwał i śpiewał za jego duszę pobożne pieśnie[159], jak przystało w taką porę i za takiego gospodarza…

317

Stypa była suta, Hanka zapraszała serdecznie, nie żałując jadła ni napitku, gdyż w południe, kiej już niejeden jął się oglądać za czapą, podali kluski z mlekiem, a potem prażone mięso z kapustą i groch szczodrze omaszczony.

318

— Drudzy takiego wesela nie wyprawiają! — szepnęła Bolesławowa.

319

— A mało nieboszczyk ostawił, co?

320

— Mają się czym pocieszać, mają.

321

— Gotowych pieniędzy[160] też sporo chapnąć musieli…

322

— Kowal wyrzeka, co były i pono się kajś podziały.

323

— Narzeka, a dobrze je musiał schować.

324

Pogadywały z cicha między sobą kobiety, wyskrzybując miski do czysta i strzegąc się Hanki, która nieustannie baczyła, bych której czego nie zbrakło; zaś po chłopskiej stronie organista, napity już ździebko[161], dźwignął się nad stołem i z kieliszkiem w garści jął wypominać nieboszczyka tak górnie i z takimi łacińskimi przepowiadkami, że chocia nie bardzo wyrozumieli, ale płakać się wszystkim chciało kiej na tym kazaniu.

325

Gwar się już podnosił i gęby czerwieniały, że to flacha często krążyła i szkło galanto brząkało, to już niejeden omackiem szukał kieliszka i drugą ręką kuma obejmował za szyję, bełkocząc skołczałym ozorem. Zaś poniektóry jeszcze niekiedy wyciągnął tę żałobną nutę i wypominać próbował, ale już nikto[162] nie wtórował ni słuchał, wszyscy bowiem gwarzyli stowarzyszając się do upodoby, świarcząc sobie przyjacielstwa i raz wraz przepijając, a co skorsi do kieliszka wymykali się chyłkiem i wiedli ku karczmie. Tylko jeden Jambroż był dzisia zgoła niepodobny do siebie. Juści, co pił tyla co i drugie, a może i więcej, gdyż sam się przymawiał o gorzałkę, ale siedział kajś w kącie srodze zwarzony, oczy cięgiem przecierał i ciężko wzdychał.

326

Trącił go któryś i na ucieszne powiadki wyciągał.

327

— Nie ruchaj[163][164], bom żałosny! — odburknął — pomrę wnet, pomrę… Psi[165] po mnie jeno zawyją i baba w garnek rozbity zadzwoni — mamrotał płaczliwie. — Jakże, toż przy chrzcie Macieja byłem!… Na jego weselu tańcowałem! Ojców jego chowałem! Dobrze pamiętam! Mój Jezu, i tylachno już różnego narodu oklepałem, tylum już przedzwaniał… A teraz pora na mnie!…

328

Podniósł się nagle i wyszedł prędko do sadu; Witek potem powiedział, jako stary siedział za chałupą do późna i płakał…

329

Juści, co się nim nikto nie zaturbował[166], każden bowiem miał dosyć swoich turbacji, a przy tym już na samym zmierzchu przyszedł najniespodzianiej ksiądz wraz z dziedzicem.

330

Proboszcz pocieszał łaskawie sieroty, głaskał dzieci, a zgwarzając się z gospodyniami chętliwie nawet popijał herbatę, którą mu Józka podała, zaś Pan, Chłop, Pozycja społeczna, Interesdziedzic pogadawszy z tym i owym o różnościach, wziął od kowala kieliszek, przepił do wszystkich i powiedział do Hanki:

331

— Jeśli komu żal Macieja, to mnie z pewnością najwięcej, bo żeby teraz żył, to bym się ze wsią ugodził dobrowolnie. Może i dałbym, czegoście pierwej chcieli!… — ozwał się głośniej, tocząc dokoła oczami. — Ale mam to z kim pomówić? Przez komisarza nie chcę, a ze wsi nikt pierwszy się nie zgłasza!…

332

Słuchali w skupieniu, rozważając każde jego słowo.

333

Mówił jeszcze coś niecoś i zagadywał, ale jak do tego muru, żaden bowiem nie dał się za ozór pociągnąć i nawet pyska nie ozwarł, jeno przytakiwali, skrobiąc się po łbach a spozierając po sobie znacząco, że widząc, jako nie poredzi[167] przełamać tej czujnej ostrożności, wywołał księdza i poszli odprowadzeni całą hurmą aż w opłotki.

334

Po ich odejściu jęli[168] się dopiero dziwować a głowić wielce.

335

— No, no, żeby sam dziedzic przyszedł na chłopski pogrzeb.

336

— Potrzebuje nas, to bakę świeci — powiedział Płoszka.

337

— A czemu to nie miał przyjść z dobrego serca, co? — bronił Kłąb.

338

— Lata masz, aleś rozumu nie nabrał. Kiedyż to dziedzic przyszedł do wsi z przyjacielstwem, kiedy?

339

— Coś w tym być musi, że tak zgody szuka!

340

— Ano co, że mu jej potrza barzej niźli nam.

341

— A my możemy se poczekać, możemy! — wołał pijany Sikora.

342

— Wy możecie, ale drugie nie mogą! — wrzasnął zeźlony Grzela, wójtów brat.

343

Jęli się już kłócić a przemawiać, bo jeden prawił swoje i drugi też swego dowodził, a trzeci obu się przeciwił, zaś insi mamrotali:

344

— Niech odda bór i ziemię, to zrobim zgodę.

345

— Nie potrza zgody, nowe nadziały przyjdą, to i tak wszystko będzie nasze. Niech psiachmać z torbami pójdzie za krzywdę naszą.

346

— Żydy go duszą, to chłopów o pomoc skomle.

347

— A przódzi to ino wiedział krzyczeć: z drogi, chamie, bo batem!

348

— Mówię wama, nie wierzta dziedzicowi, bo każden z nich jeno zdradę chłopskiemu narodowi gotuje — wołał któryś barzej napity.

349

— Słuchajta no, gospodarze! — zakrzyknął naraz kowal. — Powiem wam mądre słowo: jak zgody dziedzic chce, to potrza z nim tę zgodę zrobić i brać, co się da, nie czekając gruszków na wierzbie.

350

Na to powstał Grzela, wójtów brat, i zawołał:

351

— Święta prawda! Chodźta do karczmy, tam się naradzim.

352

— A ja stawiam la[169] całej kompanii — dodał ochotnie kowal.

353

Wywiedli się pokrótce całą kupą w opłotki. Zmierzchało się już ździebko, bydło szło z pastwisk i po całej wsi roznosiły się poryki, gęgoty, fujarek piskające przebierania i te dziecińskie śpiewy i wrzaski.

354

A chłopi mimo kobiecych jazgotań i sprzeciwiań poszli całą gromadą ku karczmie, tylko jeden Sikora, co ostawał nieco za drugimi, chytał się płotów i cosik długo przy nich grdykał.

355

Długo ich było słychać, tak się prowadzili szumnie, ile że to już niejeden, bych sobie ulżyć, piosneczką huknął albo i krzykał z gorącości.

356

Zaś u Borynów, skoro uprzątnęli po gościach i przyszedł ciemny wieczór, zrobiło się jakoś dziwnie cicho, pusto i smutnie.

357

Jagusia tłukła się po swojej izbie kiej ten ptak po klatce i co trocha leciała do Hanki, ale widząc, jako wszyscy chodzą osowiali a strapieni, uciekała bez jednego słowa.

358

Juści, co w chałupie było jak w grobie, a kiej obrządzili gospodarstwo i zjedli kolację, to chocia śpik morzył każdego, a nikt się z izby nie kwapił ruszać. Siedzieli przed kominem zapatrzeni w ogień i trwożnie nasłuchujący każdego szmeru.

359

Duch, WieczórWieczór był cichy, tylko niekiedy wiater przegarnął i zaszumiały drzewa, czasem zatrzeszczały płoty, brzęknęły szyby lub Łapa zawarczał, jeżąc się groźnie, a potem wlekły się długie, nieskończone, zgoła grobowe cichoście[170].

360

Oni zaś siedzieli rozdygotani coraz barzej, a tak strwożeni, że raz po raz ktoś się żegnał i pacierz zaczynał roztrzęsionymi wargami, bo już wszystkim się widziało, jako cosik się gdzieś rusza, że chodzi po górze, jaże belki trzeszczą, że słucha pode drzwiami, że w okna zagląda i obciera się o ściany, to jakby ktoś klamki zatargał i ciężko stąpający obchodził całą chałupę.

361

Słuchali bledzi[171], z zapartym tchem, zgoła nieprzytomni.

362

Naraz koń zarżał we stajni, Łapa ostro zaszczekał i rzucił się ku drzwiom, Józka nie mogąc już wstrzymać krzyknęła:

363

— Ociec! Laboga, ociec! — i zapłakała strachliwie.

364

Na to Jagustynka strzepnęła palcami trzy razy i rzekła ważnie:

365

— Nie bucz, przeszkadzasz duszy odejść w spokoju; płacze ją ano trzymają przy ziemi. Wywrzyjcie drzwi, niech se ta wędrownica odleci na Jezusowe pola… Niech się poniesie w spokojności.

366

Otwarli drzwi, w izbie przycichło i jakby zamarło, nikt się nie poruszył, tylko rozpalone oczy latały, Łapa jeno przewąchiwał kąty, skamlał niekiej[172], kręcił ogonem i jakby się do kogoś przyłaszał, że już teraz wszyscy czuli najgłębiej, jako to gdziesik pomiędzy nimi błąka się dusza zmarłego.

367

Aż Hanka zaśpiewała rozdygotanym, zduszonym głosem:

Wszystkie nasze dzienne sprawy!

368

Przywtarzali gorąco i z niezmierną ulgą.

II

369

Dzień był bardzo cudny, prawdziwie latowy[173].

370

Może szła dziesiąta rano, bo już słońce wisiało w pół drogi między wschodem a południem i wynosiło się coraz bardziej palące, kiej[174] lipeckie dzwony, ile ich jeno[175] było, zadzwoniły rozgłośnie i ze wszystkiej mocy[176].

371

A ten, co go to przezywali Pietrem, huczał najgłośniej i śpiewał całym gardzielem[177], jak kiedy to chłop ździebko[178] napity[179] drogą idzie, kolebie się ze strony na stronę i zawodzący całemu światu radoście[180] swoje grubachnym głosem powiada…

372

Zaś drugi, nieco pomniejszy, o którym Jambroż rozpowiadał, że go ochrzcili na Pawła, wydzierał się też nie ciszej, a jeno żarliwiej wtórował, wysoką nutę brał, przeciągał górnie, a czystym głosem zawodził i kieby[181] się zapamiętał, tak dzwonił, jakoby ta dziewka poniektóra, kiej[182] ją rozeprze kochanie lebo[183] ten dzień zwiesnowy[184], że w pola leci, skroś[185] zbóż się przebiera i śpiewa ze wszystkiego serca[186] wiatrom, polom, niebu jasnemu i swojej duszy weselnej.

373

A na trzeciego — sygnaturka jako ten ptaszek świergoliła, na darmo chcąc tamte prześpiewać, nie mogła jednak, chocia[187] jazgotała siekającym, prędkim głosem, kieby[188] te dziecińskie sprzeciwy. Że już dzwoniły czyniąc galantą[189] kapelę, bo to i bas pobękiwał, i zawodziły skrzypice, i ten bębenek z brzękadłami drygał wesoło, i rznęły wraz od ucha, uroczyście a rozgłośnie.

374

Na odpust ci one tak radośnie zwoływały, boć to był dzień świętego Piotra i Pawła[190], zawdy[191] w Lipcach uroczyście obchodzony.

375

A czas się też był zrobił wybrany, cichy i wielce słoneczny, na galantą spiekę się miało, ale mimo to już od samego świtania na placu przed kościołem handlarze zaczęli stawiać budy przeróżne, a kramy, a stoły, płóciennymi dachami nakryte.

376

Zaś skoro dzwony zabimbały, skoro ich głos radosny rozlał się po świecie, to i pokrótce na wyschniętych drogach i w tumanach kurzawy jęły[192] coraz częściej turkotać wozy, a i piesi też gęsto ciągnęli, że jak jeno[193] było sięgnąć okiem, na wszystkie strony, po drogach, ścieżkami, na miedzach, czerwieniły się kobiece przyodziewy[194] i bielały rozwiane kapoty.

377

Ciągnęli rzędami, podobnie kiej[195] te gęsi, mieniąc się jeno w upale i wśród zbóż zielonych.

378

Słońce niesło[196] się wyżej a wyżej i płynęło kiej ptak złocisty po modrym, czystym niebie, jarząc się coraz barzej[197] i nagrzewając tak szczodrze, że już powietrze trzęsło się nad polami; jeszcze ta niekiej[198] od łąk chłód luby powiał i zakolebał bielejącymi żytami, jeszcze i owsy zachrzęściły cichutko i potrzęsły się młode pszeniczne kłosy, zaś rozkwitłe lny spłynęły rozniebieszczoną strugą kiej[199] wody, ale już z wolna grążyło się wszystko w słonecznym wrzątku i cichości.

379

Hej, radosny ci to był dzień i prawdziwie odpustowy. Dzwony bimbały długo i te głosy jękliwe leciały we świat tak rozgłośnie, aż chwiały się źdźbła, aż płoszyły się ptaki, ale spiżowe serca biły wciąż, biły miarowo, mocno i górnie, wynosząc się ku słońcu tą przejmującą pieśnią i wołaniem:

380

— Zmiłuj się! Zmiłuj! Zmiłuj!

381

— Matko Przenajświętsza! Matko! Matko!

382

— I ja proszę! I ja! I ja! I ja!

383

Śpiewały serdecznie, obwołując zarazem uroczyste święto.

384

Jakoż i czuło się w powietrzu święty dzień odpustowy; święto było po chatach, przystrojonych zielenią, w dalach przebłyskujących kieby zapalonymi świecami, w radosnych głosach i w tym cosik[200], czego nie wypowiedzieć, a co się unosiło nad polami rozpierając serca lubą cichością i weselem.

385

A naród śpieszył tłumnie na owe święto i walił ze wszystkich stron. Kłęby kurzawy toczyły się nieustannie nad wszystkimi drogami, turkotały wozy, rżały konie, leciały głosy przeróżne, wiązały się głośne rozmowy, czasem ktosik[201] wychylał się z półkoszków i krzykał[202] do pieszych, gdzie znowu śpieszył zapóźniony dziad jękliwie przyśpiewując, a po wozach niektórych szeptano pacierze, pozierając dokoła z niemym podziwem, gdyż ziemia stojała[203] przystrojona kieby[204] na te gody weselne, cała we kwiatach i zieleni i cała w ptasich śpiewaniach, w chrzęstach zbóż i brzęku pszczół, a taka cudna, nieobjęta, weselna i przenajświętsza w onej mocy żywiącej, jaże[205] piersi zapierało.

386

Drzewa po miedzach stojały[206] kieby[207] na stróży[208], zapatrzone w słońce, a dołem jak okiem sięgnąć leżały pola zielone, szumiące jak wody wzburzone, i jak wody przewalały się niekiedy ze strony na stronę, bijąc o wszystkie drogi, miedze i rowy, co migotały kiej[209] te wstęgi kwietne szczodrze przeplecione puszystą bielą, żółtością i fioletem; kwitnęły już bowiem owe ostróżki przeróżne, kwitnęły powoje patrzące z żytnich gąszczów przytajonymi, pachnącymi oczami, kwitnęły modraki, miejscami, kaj[210] ździebko[211] wymiękło, tak gęsto, jakby tam niebo się kładło, kwitnęły wyczki całymi kępami, a one jaskry, a mlecze i krwawe osty, a ognichy i koniczyny, a stokrotki, a rumianki dzikie, a tysiąc inszych, o których jeno[212] sam Jezus pamięta, boć jemu tylko kwitną i tak pachną, że prosto czad bił od pól kieby w kościele, gdy jegomość[213] okadza Sakramenta.

387

Ten i ów pociągał nosem z lubością, a konia batem okładał i pośpieszał, gdyż słońce prażyło coraz ogniściej, jaże[214] śpik[215] morzył, że już niejeden srodze łbem kiwał.

388

To i pokrótce[216] Lipce napełniły się narodem po wręby.

389

Jechali bowiem i jechali bez przestanku, że już wszędy[217] na drogach, dokoła stawu, pod płotami, w podwórzach i kaj[218] jeno[219] było można zachwycić nieco cienia, ustawiały się wozy i wyprzęgano konie, bo na placu przed kościołem była już taka gęstwa i tak wóz stojał[220] przy wozie, że ledwie się przecisnął.

390

Lipce prosto[221] ginęły w tej nawale ludzi, wozów i koni.

391

Rwetes[222] też był coraz większy, gwary i krzyki podnosiły się nad całą wsią. Naród szumiał kiej[223] bór rozkolebany. Kobiety obsiadały staw moczyć nogi, wzuwać trzewiki, a ogarniać się przystojnie do kościoła, chłopi rajcowali kupami zmawiając się ze somsiady[224], zaś dziewuchy[225] i chłopaki cisnęły się łakomie do kramów i bud, a głównie do katarynki grającej, na której jakiś zwierz zamorski, czerwono przystrojony i z pyska podobny do starego Miemca[226], czynił takie pocieszne skoki a figle, jaże[227] się za boki brali ze śmiechu.

392

Katarynka przygrywała zawzięcie i na taką nutę, jaże[228] niejednemu kulasy[229] drygały, a jakby do wtóru i dziady usadowieni we dwa rzędy, od kruchty do placu, jęły[230] wyciągać swoje pieśni proszalne, zaś w samych wrotniach[231] cmentarza siedział ślepy, tłusty dziad, co go to zawdy[232] pies prowadzał, i śpiewał najżarliwiej i najcieniej wyciągał.

393

Ale skoro jeno zasygnowali[233] na sumę[234], naród porzucił zabawy i kiej[235] wezbrany potok lunął do kościoła i tak go napchał, jaże[236] żebra trzeszczały, a cięgiem jeszcze przybywali nowi gnietąc[237] się, a nawet swarząc[238], ale większość musiała ostać[239] na dworze, tuląc się pod mury i drzewa.

394

Przyjechało też paru księży z drugich[240] parafii, zasiedli zaraz w konfesjonałach pod drzewami słuchać spowiedzi, nie bacząc zgoła na tłok ni na spiekę[241].

395

A wiater[242] był całkiem ustał[243] i gorąc[244] podnosił się już nie do wytrzymania, żywy ogień lał się prosto na głowy, ale naród cierpliwie gniótł się przy konfesjonałach i roił po smętarzu[245], na darmo wyszukując cienia lub jakiej bądź osłony.

396

Proboszcz był właśnie wychodził[246] ze mszą, kiej dopiero Hanka z Józką nadeszły, ale że nie sposób się było docisnąć choćby nawet do drzwi kościelnych, to stanęły na szczerym słońcu pod parkanem, rozglądając się w ciżbie, a Pochwalonym witając znajomków.

397

Zaraz też huknęły organy i zaczęła się suma, przyklękli wszyscy, poprzysiadali a jęli się[247] żarliwie pacierzy.

398

Rychtyk[248] i południe stanęło, słońce zawisło prosto nad głowami, lejąc warem[249] straszliwym i wszystko jakby pomdlało z onej[250] spieki[251], że ni liść nie zadrgał, ni ptak przeleciał, ni jaki bądź głos powiał z pól. Niebo wisiało w martwej cichości kiej[252] ta szklana tafla rozpalona do białego, a roztrzęsione niby wrzątek powietrze ślepiło[253] wyżerając oczy. Parzyła ziemia, parzyły rozgrzane mury, że klęczeli bez ruchu, ledwie już zipiąc i jakby się z wolna gotując w tym ukropie słonecznym.

399

Naród się modlił w głębokiej cichości, kto na książce, kto na różańcu, a kto jeno[254] tym szczerym słowem Boga chwalił i wzdychem[255] serdecznym. Uroczyste głosy organów lały się brzękliwym, rozmodlonym pacierzem, a niekiedy śpiew buchał od ołtarza, czasem zajazgotały dzwonki, a czasem zahuczał grubachny głos organisty, zaś potem ciągnęły się długie, jakby oniemiałe z żaru chwile i dymy kadzideł płynęły przez wywarte[256] drzwi kościoła oprzędzając w niebieskawą i wonną mgłę pochylone głowy klęczących.

400

Szmer pacierzów rozdzwaniał się nikłym i sypkim chrzęstem w rozbielałej ciszy gorącego przypołudnia i grały w słońcu barwiste chusty, kapoty i wełniaki, że cały smętarz widział się kieby[257] przytrząśnięty[258] kwiatami, co się chyliły kornie w onej świętej godzinie przed Panem, jakoby utajonym w tym słońcu rozgorzałym i we wszystkiej cichości świata…

401

Że tylko niekiedy co tam ktoś grzbiet prostował, rozwodził[259] ręce i wzdychał głęboko, to gdziesik[260] zapłakało dziecko albo kwik koński roznosił się od wozów.

402

Nawet dziady pocichły, tyle jeno[261], co poniektóry przez śpik[262] wyrywał się niekiej[263] z głośniejszym Zdrowaś i o wspomożenie zaskamlał.

403

A upał jeszcze się wzmagał i tak prażył, jaże[264] pola i sady zalane pożogą rozżarzyły się kiej[265] ogień migocąc białawymi płomieniami.

404

Cichość była coraz senniejsza, że już niejeden zachrapał na dobre, niejeden kiwał się klęczący, zaś drudzy wychodzili się rzeźwić, gdyż raz po raz skrzypiały kajś[266] studzienne żurawie.

405

Dopiero w czas procesji, kiej[267] kościół zatrząsł się od śpiewań, kiej jęły[268] walić chorągwie, a za nimi wychodził ksiądz pod czerwonym baldachem z monstrancją w rękach, prowadzony przez samych dziedziców, naród przecknął i ruszył wraz z procesją.

406

Zadzwoniły dzwony, śpiew buchnął ze wszystkich gardzieli i bił jaże[269] kajś[270] ku słońcu, mocny, ogromny, serdeczny, a procesja opływała z wolna białe, rozpalone mury kościoła kiej[271] ta rzeka wezbrana. Czerwony baldach płynął na przedzie, cały w dymach kadzielnych, że jeno chwilami błyskała złota monstrancja, migotały rzędy świateł, rozwinięte chorągwie niby ptactwo łopotało nad mrowiem głów, chwiały się obrazy przystrojone w tiule a wstęgi, i biły radośnie dzwony, i grzmiały organy, a naród śpiewał z uniesieniem, całym sercem i wszystką duszą tęskliwą wynosił się kajś jaże w niebiosy, jaże ku temu słońcu przenajświętszemu.


407

Zaś po procesji, kiej[272] znowu wzięli odprawiać nabożeństwo i kiej znowu głosy organów zahuczały przejmująco, na smętarzu zrobiło się cicho jak przódzi[273], ale już nikto[274] nie drzemał, wzmogły się jeno szepty pacierzów, rozgłośniały wzdychy, dziady już pobrzękiwały w miseczki, a tu i owdzie jęli z cicha pogwarzać.

408

Dziedzice powyłazili z kościoła, na darmo szukając cienia i kaj by przysiąść, dopiero Jambroż wygnał ludzi spod jakiegoś drzewa i naznosił im stołków, że zasiedli poredzając[275] między sobą.

409

Był i ten z Woli, ale nie usiedział w miejscu, a jeno cięgiem[276] się kręcił po smętarzu i co dojrzał znajomego Lipczaka, przystawał do niego i przyjacielsko zagadywał, że nawet Hankę zobaczył i zaraz się do niej przecisnął.

410

— Wrócił to już wasz?

411

— Hale, zaśby ta wrócił!

412

— A podobno jeździliście po niego?

413

— Juści[277], zarno[278] po ojcowym pochowku pojechałam, ale powiedzieli w urzędzie, co go puszczą dopiero za tydzień, to niby we środę.

414

— Jakże tam z kaucją, zapłacicie?

415

— Dyć tam o to już Rocho zabiega — wyrzekła ostrożnie.

416

— Jeśli nie macie pieniędzy, to ja za Antka poręczę…

417

— Bóg zapłać! — schyliła mu się do nóg. — Może Rocho jakoś se[279] poredzi[280], a jakby nie, to musi się szukać inszego[281] sposobu.

418

— Pamiętajcie, że jak będzie potrzeba, poręczę za niego.

419

Poszedł dalej do Jagusi, siedzącej w podle[282] pod murem wraz z matką i wielce zamodlonej, ale nie nalazłszy sposobnego słowa, to jeno prześmiechnął się do niej i zawrócił do swoich.

420

Poleciała za nim oczami, pilnie przepatrując dziedziczki, tak wystrojone, jaże[283] dziw brał, a takie bieluśkie na gębie i tak wcięte w pasie, że Jezus! Pachniało też od nich kieby[284] z tego trybularza[285].

421

Chłodziły się czymsić[286], co się widziało niby te rozczapierzone ogony indycze. Paru młodych dziedziców zaglądało im w oczy i tak się cosik[287] śmiali, jaże[288] ludzie się tym niemało gorszyli.

422

Naraz kajś[289] w końcu wsi, jakby na moście przy młynie, zaturkotały ostro wozy i kłęby kurzawy wzbiły się ponad drzewa.

423

— Jakieś spóźnione — szepnął Pietrek do Hanki.

424

— Świece juchy będą gasili — dorzucił ktosik.

425

A drudzy jęli się przechylać przez mur ogrodzenia i ciekawie zazierać[290] na drogi obiegające staw.

426

A pokrótce, wśród wrzaskliwych jazgotów i naszczekiwań, ukazał się cały rząd ogromnych bryk, nakrytych białymi budami.

427

— To Miemcy[291]! Miemcy z Podlesia! — wykrzyknął ktosik[292].

428

Jakoż i prawda to była.

429

Jechali w kilkanaście bryk, zaprzężonych w tęgie konie; pod płóciennymi budami widniał wszelki sprzęt domowy i siedziały kobiety i dzieci, zaś rude, opasłe Miemce z fajami w zębach szły pieszo. Wielkie psy leciały pobok[293], szczerząc niekiedy kły i odszczekując lipeckim, które raz wraz zajadle docierały.

430

Naród rzucił się patrzeć na nich, a wielu przełaziło ogrodzenie i leciało spojrzeć z bliska.

431

Miemce przejeżdżały stępa, ledwie się przeciskając przez gęstwę wozów i koni, ale żaden nawet przed kościołem nie zdjął kaszkietu[294] ni kogo pozdrowił. Jeno oczy się im jarzyły i brody trzęsły, jakby ze złości. Poglądali w naród hardo, kiej[295] te zbóje.

432

— Pludraki ścierwie!

433

— Kobyle syny!

434

— Świńskie podogonia!

435

— Sobacze[296] pociotki!

436

Posypały się wyzwiska kiej[297] kamienie.

437

— A co, na czyjem stanęło, Miemce? — krzyknął ku nim Mateusz.

438

— Kto kogo przeparł?

439

— Strach wam chłopskiej pięści, co?

440

— Poczekajta, dzisiaj odpust, zabawimy się w karczmie!

441

Nie odzywali się zacinając jeno konie i wielce śpiesząc.

442

— Wolniej, pludry, bo portki pogubita.

443

Jakiś chłopak śmignął na nich kamieniem, a drugie też jęły cegły rwać, bych przywtórzyć, ale w porę ich przytrzymali.

444

— Dajta spokój, chłopaki, niech odejdzie ta zaraza.

445

— A żeby was mór nie ominął, psy heretyckie.

446

A któraś z lipeckich wyciągnęła pięście[298] i zakrzyczała za nimi:

447

— Bych was wytracili co do jednego kiej[299] psy wściekłe…

448

Przejechali wreszcie ginąc na topolowej, że jeno z cieniów i kurzawy szły słabnące naszczekiwania i turkoty wozów.

449

Wtedy taka radość rozparła Lipczaków, co już nie sposób było się komu brać do pacierzów, bo jeno kupili się coraz gęściej kole[300] dziedzica. A on rad temu wielce, pogadywał wesoło, częstował tabaką i w końcu rzekł przypochlebnie:

450

— Tęgoście podkurzyli, cały rój się wyniósł.

451

— A bo im nasze kożuchy śmierdziały — zaśmiał się któryś, a Grzela, wójtów brat, wyrzekł niby to z frasobliwością:

452

— Za delikatny naród na chłopskich somsiadów[301], bo niech jeno[302] któren[303] wzion[304] przez łeb, to zaraz na ziem[305] leciał…

453

— Pobił się to kto z nimi? — pytał rozciekawiony dziedzic.

454

— Zaśby ta pobił, Mateusz ta jednego tknął, że mu nie odrzekł na Pochwalony, to zaraz juchą się oblał i dziw duszy nie zgubił.

455

— Do cna miętki[306] naród, na oko chłopy kiej dęby, a spuścisz pięść, to jakbyś w pierzynę trafił — objaśniał z cicha Mateusz.

456

— I nie szczęściło się im na Podlesiu. Krowy im pono padły.

457

— Prawda, nie wiedli za sobą ani jednej.

458

— Kobus mogliby powiedzieć! — wyrwał się któryś z chłopaków, ale Kłąb krzyknął ostro:

459

— Głupiś kiej[307] but! Na paskudnika pozdychały, wiadomo…

460

Jaże[308] się pokurczyli z tajonej uciechy, ale nikto już pary nie puścił, dopiero kowal przysunąwszy się bliżej rzekł:

461

— Że się Miemce wyniesły, to już pana dziedzicowa łaska.

462

— Bo wolę sprzedać swoim, choćby za pół darmo — zapewniał gorąco, prawiąc różnoście[309] a rozpowiadając, jak to on i jego dziady, i pradziady zawsze jedno trzymali z chłopami, zawsze szli razem…

463

Na to Sikora prześmiechnął się i powiedział z cicha:

464

— Tak mi to stary dziedzic kazali wypisać na plecach batami, że jeszcze dobrze baczę[310].

465

Ale dziedzic jakby nie dosłyszał powiedając właśnie, co to zażył kłopotów, aby się jeno Miemców pozbyć; juści, co go słuchali przytakując politycznie, a swoje myśląc o tych jego dobrościach la[311] chłopskiego narodu.

466

— Dobrodzieje, znaku nie zrobi, choć z jajka uleje! — mamrotał Sikora, jaże go Kłąb trącał, bych[312] zaprzestał.

467

I tak se społecznie basowali, kiej jakiś księżyk w białej komży i z tacą w ręku jął się ku nim przepychać.

468

— Cie, widzi mi się, że to Jasio organistów — zawołał któryś.

469

Juści, co[313] to był Jasio, jeno[314] już ubrany po księżemu, i zbierał na kościół, co łaska. Witał się ze wszystkimi, pozdrawiał i sielnie kwestował; znali go bowiem i nijako było się wykręcać od ochfiary[315], to każden supłał z węzełków ten grosz jakiś, a często gęsto i ta złotówka zabrzęczała o miedziaki; dziedzic rzucił rubla, zaś dziedziczki sypnęły srebrem, a Jasio, spocony, czerwony ze zmęczenia i radosny wielce, zbierał niestrudzenie po całym smętarzu, nie przepuszczając nikomu i nikomu też nie żałując tego dobrego słowa, a natknąwszy się na Hankę pozdrowił ją tak poczciwie, jaże[316] całe czterdzieści groszy położyła; zaś kiej[317] przystanął przed Jagusią i zabrzęknął w tacę, podniesła[318] oczy i jakby zdrętwiała ze zdumienia, on też ździebko się pomięszał, rzekł ni to, ni owo i prędko poszedł dalej.

470

Nawet zapomniała dać ochfiarę, a jeno patrzała za nim i patrzała, boć prosto wydał się jej jako ten świątek, co go wymalowali w bocznym ołtarzu, takusi młody, smukły i śliczny, jakby ją urzekł tymi jarzącymi ślepiami, że próżno tarła oczy i żegnała się raz po raz, nie pomogło.

471

— Organiściak jeno, a jak się to wybrał galancie.

472

— Matka się też puszy kiej[319] ten indor.

473

— Już od Wielkiej Nocy jest w tych księżych szkołach.

474

— Proboszcz go sprowadził na odpust do pomocy.

475

— Stary sknerzy i z ludzi zdziera, ale na niego nie żałuje.

476

— Juści, bo to nie honor, jak księdzem ostanie?

477

— Ale i profit miał będzie.

478

Szeptali dokoła, jeno[320] co Jaguś niczego nie słyszała wodząc za nim oczami, kaj[321] się tylko poruszył.

479

Właśnie i suma się skończyła, jeszczech[322] ta z ambony ksiądz wygłaszał zapowiedzie[323] i wypominki, ale już naród z wolna odpływał i dziady podniesły[324] jękliwe głosy, a całym chórem jęły[325] wyciągać skamląc proszalne pieśni.

480

Hanka też ruszyła ku wyjściu, gdy przecisnęła się do niej Balcerkówna z wielką nowiną.

481

— Wiecie — trzepała zaziajana — a to spadły zapowiedzie[326] Szymka Dominikowej z Nastusią.

482

— No, no, a cóż na to powiedzą Dominikowa!

483

— A cóż by, udry na udry pójdzie ze synem.

484

— Nie poredzi, Szymek w swoim prawie i lata też ma.

485

— Niezgorsze się tam zrobi piekiełko, niezgorsze — wyrzekła Jagustynka.

486

— Mało to i tak swarów, mało obrazy boskiej! — westchnęła Hanka.

487

— Słyszeliście to już o wójcie? — zagadnęła Płoszkowa niesąc[327] pobok niej swój brzuch spaśny i tłustą, czerwoną gębę.

488

— Dyć[328] tyle miałam z pochówkiem i tylachna cięgiem[329] nowych turbacji[330], że ani wiem, co się tam na wsi wyprawia.

489

— A to starszy mówił mojemu, jako w kasie brakuje dużo. Wójt już lata po ludziach i skamle o pożyczki, aby choć chyla tyla zebrać, bo leda[331] dzień przyjedzie śledztwo…

490

— Jeszczech ociec mówili, co na tym skończyć się musi.

491

— Wynosił sie, puszył, przewodził, a teraz zapłaci za swoje państwo!

492

— To mogą mu zabrać gospodarkę?

493

— A mogą, zaś kiejby[332] nie chwaciło[333], to se[334] resztę odsiedzi w kreminale — gadała Jagustynka — używał jucha, niechże teraz pokutuje.

494

— Dziwno mi też było, co nawet na pogrzebie sie[335] nie pokazał.

495

— Cóż mu ta Boryna, kiej[336] on z wdową przyjacielstwo trzyma.

496

Przycichły, bo tuż przed nimi jawiła się Jaguś prowadząca matkę; stara szła przygarbiona i z przewiązanymi jeszcze oczami, ale Jagustynka nie przepuściła okazji.

497

— Kiedyż Szymkowe wesele? Ani się kto spodział, co dzisiaj spadną z ambony! Juści, trudno chłopakowi wzbronić, kiej mu już obmierzły dziewczyne roboty. Nastusia go teraz wyręczy… — dojadała z prześmiechem.

498

Dominikowa sprostowała się nagle i twardo rzekła:

499

— Prowadź, Jaguś, prędzej prowadź, bo me[337] jeszczek[338] ugryzie ta suka.

500

I poszła śpiesznie, jakby uciekając, a Płoszkowa zaśmiała się cicho:

501

— Niby to ślepa, a niezgorzej obaczyła…

502

— Ślepa, ale jeszcze trafi do Szymkowych kudłów.

503

— Boże broń, bych się i do drugich nie dorwała…

504

Jagustynka już nie odrzekła, ścisk przy tym zapanował przed wrótniami, że Hanka się zgubiła ostając kajś[339] za wszystkimi, ale nawet była temu rada, gdyż obrzydły jej te niepoczciwe dogryzania, jęła też spokojnie rozdawać dziadom po dwa grosze, nie przepuszczając ani jednego, zaś temu ślepemu z psem wetknęła całą dziesiątkę i rzekła:

505

— Przyjdźcie do nas na obiad, dziadku! Do Borynów!

506

Dziad podniósł głowę i wytrzeszczył ślepe oczy.

507

— Antkowa, widzi mi sie! Bóg zapłać! Przyletę[340], juści, co przyletę.

508

Za wrótniami było już nieco luźniej, ale i tam siedziały dziady we dwa rzędy, czyniąc szeroką ulicę i wykrzykując na różne sposoby, a na samym końcu klęczał jakiś młody z zielonym daszkiem na oczach, przygrywał na skrzypicy i śpiewał pieśnie o królach i dawnych czasach, że całą kupą stali dokoła niego, a częsty grosz sypał mu się do czapy.

509

Hanka przystanęła pod smętarzem, rozglądając się za Józką i najniespodziewaniej natknęła się oczami na swego ojca.

510

Siedział se[341] w rządku między dziadami, rękę wyciągał do przechodniów i jękliwie skamłał o wspomożenie.

511

Jakby ją kto pchnął nożem, ale myślała zrazu, że się jej przywidziało, przetarła oczy raz i drugi; on ci to był jednak, on!…

512

— Ociec[342] między dziadami! Jezus! — dziw, że się nie spaliła ze wstydu.

513

Nasunęła chustkę barzej[343] na czoło i przebrała się do niego z tyłu od wozów, pod którymi siedział.

514

— Co wy robicie najlepszego, co? — jęknęła przykucnąwszy za nim, bych[344] się chronić od ludzkich oczów.

515

— Hanuś… a dyć ja… a dyć…

516

— Chodźcie mi zaraz do domu! Jezus, taki wstyd! Chodźcie!…

517

— Nie póde[345]… Już to sobie z dawna umyśliłem… Co wama[346] mam ciężyć, kiej dobre ludzie[347] wspomogą… We świat se pociągnę z drugimi… święte miejsca obacze… co nowego się przewiem[348]… Jeszczech wama spory grosz przyniese[349]… Naści złotówkę, kup jakiego cudaka la[350] Pietrasia… kup…

518

Chyciła[351] go ostro za kołnierz i prawie wywlekła między wozy.

519

— Zaraz mi do domu. Że to wstydu nie macie!

520

— Puść me, bo się ozgniewam!

521

— Rzućcie te torbeczki, prędko, żeby kto nie obaczył.

522

— To zrobię, co mi się jeno spodoba, juści… wstydał się bede… komu głód kumą, temu torba matką — wyrwał się naraz, wpadł pomiędzy wozy a konie i przepadł.

523

Nie sposób było go szukać i naleźć w takim tłoku, jaki się uczynił na placu przed kościołem.

524

Słońce przypiekało, jaże się człowiek łuskał ze skóry, kurz zapierał piersi, a naród, chociaż zmęczony i zgrzany do ostatniej nitki, miętosił się radośnie i kotłował jakoby w tym rozbełkotanym wrzątku.

525

Katarynka wygrywała rozgłośnie na całą wieś; dziady wyciągały po swojemu, dzieci gwizdały na glinianych kuraskach, naszczekiwały psy i konie gryzły się i kwiczały, że to muchy były dzisia barzej[352] naprzykrzone, zaś każden[353] człowiek gadał z osobna, przekrzykiwał do znajomków, stowarzyszał się i cisnął do kramów, przy których wrzało jak w ulu i podnosiły się dzieuszyne[354] piski.

526

Budy ze świętościami jaże[355] się chwiały od babiego naporu. Nie mniejszy był tłok, kaj[356] przedawali kiełbasy, wiszące na drążkach niby te grubachne postronki. Gdzie znów kupczyli chlebem a kukiełkami. Kajś Żyd nawoływał do cukierków, zaś jeszcze indziej nawet wstęgi wiewały spod płóciennych daszków i bicze przeróżnych paciorków, a wszędy[357] był niepomierny gniot[358], harmider i wrzaski kieby[359] w jakiej bóżnicy.

527

Przeszło dobrych parę pacierzów, nim naród jął[360] się nieco spokoić[361] i przycichać; kto pociągał do karczmy, kto już zabierał się do domu, a drudzy, zmożeni spiekotą i utrudzeniem, rozkładali się w cieniu wozów, nad stawem, to w sadach i podwórzach, bych se podjeść i odpocząć.

528

Rozprażone przypołudnie tak już doskwierało, że dychać nie było czym, a pokrótce i gwarzyć nie chciało się nikomu ni nawet ruchać[362], jako tym drzewom pomdlałym w żarze, a że przy tym i wieś zasiadła do misek, to się już prawie całkiem uspokoiły, jeno co tam dzieci podniesły[363] wrzaski kajś niekaj[364] i konie szarpnęły się przy wozach.

529

Zaś na plebanii proboszcz wyprawiał obiad la[365] księży i dziedziców, przez wywarte okna widniały głowy, płynął gwar rozmów i roznosiły się brzęki, śmiechy a takie zapachy, jaże[366] niejeden ślinkę łykał z onych smaków.

530

Jambroż, wystrojony odświętnie, w mentalach na piersiach, kręcił się cięgiem w sieniach, a często gęsto na ganek wybiegał z krzykiem:

531

— Nie pódziesz, jucho, stąd! A to kijem cię złoję, że popamiętasz.

532

Ale nie mogąc się ognać zbereźnikom, które jako te wróble obsiadały sztachety, a śmielsze nawet już pod okna się przebierały, to jeno przygrażał księżym cybuchem a wyklinał.

533

Nadeszła na to Hanka przystając przy furcie.

534

— Szukacie to kogo? — zapytał kusztykując do niej.

535

— Nie widzieliście kaj mojego ojca?

536

— Bylicy! Gorąc, że niech Bóg broni, to pewnikiem śpi se kajś w cieniu… Te! jedrona pałka! — krzyknął znowu i pogonił za chłopakiem.

537

A Hanka strapiona wielce poszła już prosto do domu i rozpowiedziała o wszystkim siostrze, która przyszła na obiad.

538

Ale Weronka jeno wzruszyła ramionami.

539

— Korona mu ze łba nie spadnie, że przystał do dziadów, a co nam będzie lekciej[367], to lekciej. Nie takie ano skończyły pod kościołem.

540

— Jezus, taki wstyd, żeby rodzony ociec na żebrach! A co Antek na to powie? Dopiero ludzie wezmą nas na ozory i powiedzą, żeśmy go wygnały po proszonemu.

541

— A niechta szczekają, co im się spodoba. Pyskować na drugiego każdy poredzi[368], ale do pomocy nikto nieskory.

542

— Ja nie dopuszczę, żeby ociec mieli dziadować.

543

— To go se sprowadź do chałupy i żyw, kiejś taka honorna[369].

544

— A sprowadzę! Już mu tej łyżki strawy żałujesz! Juści, teraz miarkuję, coś go do tego sama przyniewoliła.

545

— Przelewa się to u mnie czy co? Dzieciom to pewnie odejmę od gęby, a jemu dam?

546

— Należy mu się wycug[370] od ciebie, nie baczysz?

547

— Jak nie mam, to z jelit sobie nie wypruję.

548

— A wypruj i daj, ociec pierwszy. Nieraz mi się skarżył, że go głodem morzysz i o świnie więcej dbasz niźli o niego.

549

— Prawda była, juści, ojca morzę głodem, a sama to se używam kiej dziedziczka. Tak się ano wypasłam, co mi już kiecka z bieder[371] zlatuje i ledwie kulasami powłóczę. Na borg[372] jeno żyjemy.

550

— Nie pleć, myślałby kto, że i prawda.

551

— A prawda, żeby nie Jankiel, to by nawet tych ziemniaków ze solą zabrakło. Juści, syty głodnemu nigdy nie zawierzy! — gadała na wpół z płaczem, a coraz żałośniej, gdy wtoczył się w opłotki dziad, prowadzony przez pieska.

552

— Siadajcie se pod chałupą — zwróciła się doń Hanka krzątając się kole[373] obiadu.

553

Przysiadł na przyźbie[374], kule odłożył, pieska puścił na wolę i pociągał nochalem, miarkując, żali[375] już jedzą i w której stronie.

554

Właśnie byli zasiadali do obiadu pod drzewami, Hanka wyłożyła jadło na miski, że szeroko rozniesły się posmaki.

555

— Kasza ze słoniną, dobra rzecz. Niech wama pójdzie na zdrowie — mruczał dziad wietrząc zapachy i oblizując się łakomie.

556

Pojadali z wolna, przedmuchując każdą łyżkę strawy: Łapa kręcił się z cichym skowytem, a dziadoski piesek ziajał z wywieszonym ozorem pod ścianą, spiekota bowiem była straszna, nawet cienie nie ochraniały, dziw się wszystko nie roztopiło, a w tej nagrzanej i sennej cichości jeno łyżki skrzybotały, a niekiedy kajś[376] pod strzechą zaświegotała jaskółka.

557

— By tak z miseczkę kwaszonego mleka la ochłódy! — westchnął dziad.

558

— Zarno[377] wam przyniesę! — spokoiła go Józka.

559

— Dużoście dzisiaj wykrzyczeli? — zapytał Pietrek ciągnąc ospale łyżkę.

560

— Zmiłuj się, Panie, nad grzesznymi, a nie pamiętaj im dziadowskiej krzywdy! Bogać ta wiele! któren dziada obaczy, to w niebo pilnie patrzy albo skręca o staje. Zaś inszy wysuple ten grosz jaki, a rad by wziął resztę z dziesiątki! Z głodu przyjdzie zdychać.

561

— La[378] wszystkich latoś[379] ciężki przednówek[380] — szepnęła Weronka.

562

— Prawda, ale na gorzałkę to nikomu nie zbraknie.

563

Józka wetknęła mu w garść michę, jął skwapliwie pojadać.

564

— Powiedali na smętarzu — ozwał się znowu — co Lipce mają się dzisiaj godzić z dziedzicem, prawda to?

565

— Dostaną, co im się należy, to może się i ugodzą — rzekła Hanka.

566

— A Miemce się już wyniesły, wiecie? — wyrwał się Witek.

567

— Żeby ich morówka zdusiła! — zaklął wytrząsając pięścią.

568

— To i was pokrzywdzili?

569

— Zaszedłem do nich wczoraj z wieczora, to me psami wyszczuli. Heretyki ścierwy, psie nasienia. Pono Lipczaki tak im dopiekali, że musiały uciekać! Ze skóry bym takich obłupiał, do żywego mięsa — pogadywał, sielnie wygarniając z miski, a skończywszy napasł swojego pieska i jął się dźwigać z przyźby.

570

— Żniwna pora, to pilno wam do roboty — zaśmiał się Pietrek.

571

— A pilno; łoni[381] było nas na odpuście sześciu wszystkiego, a dzisia ze trzy mendle sie wydziera, jaże uszy puchną.

572

— A przyjdźcie na noc — zapraszała Józka.

573

— Niech ci Jezus da zdrowie, co pamiętasz o sierocie.

574

— Sierota jucha, a kałdun to już ledwie udźwignie — przekpiwał Pietrek patrząc, jak się toczył środkiem drogi, grubachny kiej[382] kłoda, i kijaszkiem macał przeszkody.

575

Chałupa też wkrótce opustoszała, kto przyległ w cieniu, bych się przespać, to już chrapał, a reszta poszła na odpust.

576

Przedzwonili na nieszpór. Słońce się już galancie kłoniło ku zachodowi, upał jakby ździebko[383] sfolżał[384], to chociaż jeszcze sporo wypoczywało pod chałupami, ale już coraz więcej ludzi schodziło się na plac przed kościołem, pomiędzy kramy i budy.

577

Józka poniesła się z dzieuchami kupować obrazki, a głównie, bych się napatrzyć do syta owym wstęgom, paciorkom i drugim cudom odpustowym.

578

Katarynka znowu zagrała, dziady jęły posobnie wyciągać, brzękając w miseczki, a gwary podnosiły się z wolna, przepełniając całą wieś, że huczało jakoby w tym ulu przed wyrojem.

579

Każden bowiem był syty i wypoczęty, to rad[385] się stowarzyszał a cieszył spółecznie; kto poredzał z przyjacioły, kto jeno ślepie na wszyćko[386] roztwierał szeroko, kto się aby cisnął, kaj się drugie cisnęły, kto i na ten kieliszek pociągał z kumami, któren zaś szedł do kościoła lebo[387] i siedział gdziesik[388] w cieniu deliberując[389] o różnościach, a wszystkich zarówno rozpierała jednaka radosna lubość odpustowania. I nie dziwota, jakże, toć każden wymodlił się i nawzdychał do woli, napatrzył onym pozłotom, światłom, obrazom i innym świętościom; wypłakał się rzetelnie, nasłuchał organów i śpiewań, a jakby się cały wykąpał w onym święcie, duszę oczyścił a skrzepił[390], narodu różnego zobaczył, wspominków nazbierał i zbył się chociaż na ten dzień jeden wszelakich turbacji[391]!

580

To i obycznie, co gospodarze najpierwsze czy biedota, komorniki czy proste dziadygi, a wszystko się weseliło pospólnie, czyniąc taki rozgwarzony i rozkolebany gąszcz kole kramów, że i przecisnąć się tam było niełacno[392]. A juści, co najrozgłośniej gadały kobiety gnietąc[393] się jedna przez drugą do bud, abych chociaż się dotknąć i napatrzyć onych śliczności.

581

Szymek był właśnie kupił Nastusi bursztyny, wstęgów i chustkę czerwoną, przystroiła się zaraz, i chodzili od kramu do kramu trzymając się wpół, radośni wielce i jakoby pijani uciechą.

582

Łaziła z nimi Józka, targując jeno i oglądając różnoście porozkładane na stołach, a coraz i z żałosnym wzdychaniem przeliczała tę swoją mizerną złotówczynę.

583

Jagusia plątała się kajś[394] niedaleko od nich, udając, że nie spostrzega brata. Chodziła sama, dziwnie smutna i zgnębiona. Nie cieszyły jej dzisiaj ni te rozwiane wstęgi, ni granie katarynki, ni ten ścisk i wrzaski. Szła z drugimi, porwana tłokiem, i tam stawała, kaj insi stawali, tam dreptała, kaj ją pchali, nie wiedząc całkiem, po co przyszła i dokąd idzie.

584

Przysunął się do niej Mateusz i szepnął pokornie:

585

— Dyć mnie nie goń od siebie.

586

— Hale, odpędzałam cię to kiedy?

587

— Abo raz! Nie sklęłaś me to, co?

588

— Niepoczciwie rzekłeś, to i musiałam. Któż me… — przymilkła nagle.

589

Jasio przeciskał się z wolna przez tłumy w jej stronę.

590

— I on na odpust! — szepnął Mateusz wskazując księżyka, któren się bronił ze śmiechem, aby go nie całowali po rękach.

591

— Kiej dziedzicowy syn! Jak się to wybrał! Dobrze baczę[395], jak to jeszcze niedawno wyrywał[396] za krowimi ogonami.

592

— A juści, gdzieby zaś taki krowy pasał — przeczyła niemile dotknięta.

593

— Rzekłem. Pamiętam, jak go to raz organista sprał, że krowy puścił w Pryczkowy owies, a sam se spał kajś pod gruszą…

594

Jaguś odeszła i chociaż nieśmiało, przepychała się ku niemu, roześmiał się do niej, ale że patrzeli w niego kiej w tęczę, odwrócił oczy i nakupiwszy w kramie obrazików, zaczął je rozdawać dzieuchom i kto chciał.

595

Stanęła naprzeciw kiej wryta, zapatrzona w niego rozgorzałymi oczami, a z warg czerwonych polał się cichy, lśniący pośmiech, słodziuśki niby te miody.

596

— Naści, Jaguś, swoją patronkę — wyrzekł wtykając jej obrazik, ręce się ich spotkały i rozbiegły kiej sparzone.

597

Wzdrygnęła się, nie śmiejąc ust otworzyć. Mówił jeszcze cosik[397], ale jakby utonęła w jego oczach i nic prawie nie pomiarkowała[398].

598

Rozdzieliła ich gęstwa, że schowawszy za gors obrazik, długo toczyła oczami po ludziach. Nie było go już nikaj, poszedł do kościoła, gdyż przedzwonili na nieszpór, ale ona cięgiem go miała na oczach.

599

— Widzi się kiej ten świątek! — szepnęła bezwolnie.

600

— Toteż dzieuchy dziw ślepiów za nim nie pogubią. Głupie, nie la[399] psa kiełbasa.

601

Obejrzała się prędko, Mateusz stał pobok.

602

Mruknęła ni to, ni owo, chcąc się od niego odczepić, ale szedł nieodstępnie, długo coś sobie ważył, aż zapytał:

603

— Jaguś, a co matka rzekli na Szymkowe zapowiedzie?

604

— A cóż, kiej chce się żenić, to niech się żeni, jego wola.

605

Skrzywił się i pytał niespokojnie:

606

— Odpiszą mu to jego morgi, co?

607

— Ja ta wiem! Nie wyznała mi się. Niech się jej spyta.

608

Przystąpił do nich Szymek z Nastusią, nalazł się skądściś i Jędrzych, że przystanęli całą kupą, a pierwszy Szymek zaczął:

609

— Jaguś, matki strony nie trzymaj, kiej się mnie krzywda dzieje.

610

— Juści, co za tobą stoję. Ale odmieniłeś się przez te czasy, no, no… Całkiem kto drugi z ciebie! — dziwiła się, bo stojał[400] przed nią sielnie[401] wyelegantowany, prosty, wygolony do czysta, w kapelusie[402] na bakier i w kapocie bieluśkiej kieby[403] mleko.

611

— A bom się wyrwał z matczynego stojaka.

612

— I lepiej ci teraz na woli? — prześmiechała się z jego hardości.

613

— Wypuść ptaszka z garści, to obaczysz! Zapowiedzie słyszałaś?

614

— Kiedyż ślub?

615

Nastusia przygarnęła się tkliwie, obejmując go wpół.

616

— A za trzy niedziele, jeszcze przed żniwami — szeptała spłoniona.

617

— I choćby w karczmie wyprawię, a matki prosił nie będę.

618

— Masz to już kaj[404] zawieźć kobietę?

619

— A mam. Jakże, na drugą stronę do matki się wprowadzę. Szukał po ludziach komornego nie będę. Niech mi jeno mój gront odpiszą, to radę sobie dam! — przechwalał się sierdziście.

620

— Pomogę mu, Jaguś, we wszyćkim pomogę — przytwierdzał Jędrzych.

621

— Przeciech i my Nastusi we świat gołkiem nie dajemy. Tysiąc złotych dostanie gotowymi pieniędzmi — wyrzekł Mateusz.

622

Kowal odciągnął go na bok, cosik mu szepnął i poleciał.

623

Pogadywali jeszcze co niebądź, szczególniej Szymek roił se, jak to gospodarzem ostanie, jak se to grontu przykupi, jak się to chyci ziemi, że pokrótce obaczą, kto on taki, jaże[405] Nastusia patrzała w niego z podziwem. Jędrzych przytwierdzał, jeno Jagusia chodziła oczami po świecie, słysząc piąte przez dziesiąte. Zarówno jej tam było jedno.

624

— Jaguś, przyjdź do karczmy, będzie dzisiaj muzyka — prosił Mateusz.

625

— I karczma la[406] mnie już nie zabawa — odparła smutnie.

626

Zajrzał w jej oczy przemglone, zacisnął kaszkiet i poleciał roztrącając ludzi. Przed plebanią natknął się na Tereskę.

627

— Kaj cię to niesie? — zagadnęła lękliwie.

628

— Do karczmy! kowal zwołuje na narady.

629

— Poszłabym z tobą.

630

— Nie odganiam cię, miejsca nie zbraknie, zważ jeno, by cię nie wzieni[407] na ozory, że tak cięgiem za mną uważasz.

631

— I tak me[408] już noszą kiej psy tę zdechłą owcę.

632

— To czemu się im dajesz! — zły już był i zniecierpliwiony.

633

— Czemu? nie wiesz to bez[409] co? — zaskarżyła się cichuśko.

634

Szarpnął się i poszedł przodem, że ledwie za nim zdążyła.

635

— Już buczysz[410] kiej to cielę! — rzucił odwracając się nagle.

636

— Nie, nie… jeno mi proch[411] wleciał do oka.

637

— Jak widzę płakanie, to jakby me kto nożem żgnął!

638

Zrównał się z nią i rzekł dziwnie serdecznie:

639

— Naści parę groszy, kup se co na odpuście, a potem przyjdź do karczmy, to potańcujemy.

640

Spojrzała oczami, co to jakby mu do nóg leciały z podzięką.

641

— Co mi ta pieniądze, takiś dobry… takiś… — szeptała rozpłomieniona.

642

— A z wieczora przychodź, przódzi[412] czasu miał nie będę.

643

Obejrzał się na nią jeszcze z proga, uśmiechnął i wszedł do sieni.

644

W karczmie już była ciasnota i gorąc nie do wytrzymania. W głównej izbie tłoczyło się wiela[413] różnego narodu, przepijając a gwarząc, zaś w alkierzu[414] zebrali się co młodsi z lipeckich, z kowalem i Grzelą, wójtowym bratem, na czele. Przyszli też i poniektórzy gospodarze, jak Ptaszka, sołtys, Kłąb i Adam, stryjeczny Borynów, a nawet się wcisnął Kobus, choć go nikto nie zapraszał.

645

Kiedy Mateusz wszedł, właśnie był Grzela prawił gorąco i kredą cosik pisał po stole.

646

Szło o zgodę z dziedzicem, któren obiecywał za morgę lasu dać chłopom po cztery na podleskich polach, a drugie tyle ziemi puścić na spłaty; chciał nawet borgować drzewo na chałupy.

647

Grzela wykładał wszystko podrobnie[415] i kredą znaczył, jak by się to podzielili ziemią i co by wypadło na każdego.

648

— Dobrze rozważcie, co mówię! — wołał — sprawa czysta jak złoto.

649

— Obiecanka cacanka, a głupiemu radość! — mruknął Płoszka.

650

— Szczera prawda, nie obiecanki. U rejenta wszyćko[416] nam odpisze. Weźta[417] ino sobie dobrze do głowy! Tylachna[418] ziemi la[419] narodu. A toć każdemu w Lipcach wykroi się nowa gospodarka. Miarkujta[420] ino[421] sobie…

651

Kowal raz jeszcze powtórzył, co mu był kazał dziedzic powiedzieć.

652

Wysłuchali uważnie, ale nikto się nie ozwał, patrzeli jeno w te białe krychy na stole i głęboko deliberowali[422].

653

— Prawda, sprawa kiej złoto, ale czy na to komisarz pozwoli? — ozwał się pierwszy sołtys, orząc frasobliwie[423] pazurami po kudłach.

654

— Musi! Jak gromada uchwali, to się urzędów o przyzwoleństwo pytała nie będzie! Zechcemy, to i on musi! — zagrzmiał Grzela.

655

— Musi, nie musi, a ty się nie wydzieraj. Obacz no który, czy aby starszy nie wącha kaj pod ścianą?

656

— Dopierom go widział przed szynkwasem! — objaśniał Mateusz.

657

— A kiedy to dziedzic obiecuje nam odpisać? — zagadnął któryś.

658

— Mówił, co gotów choćby jutro. Zgodzimy się na jedno, to zaraz odpisze, zaś potem omentra[424] rozmierzy, co komu.

659

— To już po żniwach można by chycić[425] się tej ziemi.

660

— A na jesieni obrobić, jak się patrzy.

661

— Mój Jezus, dopiero to pójdzie robota, no!

662

Pogadywali gwarnie, wesoło, jeden przez drugiego. Radość już ponosiła wszystkich, oczy strzelały mocą, hardość prostowała grzbiety i same ręce się wyciągały do brania tej ziemi upragnionej.

663

Niejeden już podśpiewywał z uciechy i krzykał na Żyda o gorzałkę, niejeden plótł trzy po trzy o działach[426], a każdemu roiły się nowe gospodarki, bogactwa i radoście[427]. Bajdurzyli też kiej pijani, śmiejąc się, bijąc pięściami w stoły a przytupując ogniście.

664

— Dopiero to w Lipcach nastanie święto!

665

— Hej, a jakie zabawy pójdą, a jakie muzyki!

666

— I wiela to weselisk odprawi się w zapusty[428]!

667

— Dzieuch[429] we wsi zabraknie!

668

— To se miesckich[430] przykupiemy, nie stać to nas?!

669

— Psiachmać, w same ogiery jeździł będę.

670

— Cichota no — zawołał stary Płoszka bijąc pięścią w stół — a to krzyczą kiej[431] żydy[432] w szabas! Chciałem jeno[433] pedzieć[434], czy aby w tej dziedzicowej obietnicy nie ma jakowego podejścia? Miarkujeta, co?

671

Przycichli, jakby ich kto z nagła oblał zimną wodą, dopiero po chwili ozwał się sołtys:

672

— Ja też nie mogę wyrozumieć, laczego[435] taki hojny?

673

— Juści, w tym musi być jakieś podejście, bo żeby dawać tylachna ziemi prawie za darmo — ciągnął któryś ze starych.

674

Ale na to porwał się Grzela i zakrzyczał:

675

— To wam powiem, żeśta głupie barany i tyla!

676

I znowu jął tłumaczyć i przekładać zapalczywie, jaże się spocił kiej mysz, kowal też sielnie mełł ozorem i każdemu z osobna rychtował, ale stary Płoszka nie dał się przekabacić, głową jeno kiwał i prześmiechał tak kąśliwie, aż Grzela przyskoczył do niego z pięściami, ledwie już powstrzymując złość.

677

— Rzeknijcie swoją prawdę, kiej nasza widzi się wam cygaństwem.

678

Chłop, Pan— A rzekę! Znam dobrze to pieskie nasienie, znam i mówię waju[436]: nie wierzta[437] dziedzicowi, póki nie bedzie czarno na białym. Zawżdy się naszą krzywdą pasły, to i tera chcą się na nas pożywić!

679

— Tak miarkujecie, no to się nie gódźcie, ale drugim nie przeszkadzajcie! — krzyknął na niego Kłąb.

680

— Chodziłeś z nimi do boru, to ich stronę i tera trzymasz!

681

— A chodziłem, a jak będzie potrza[438], to i jeszczek[439] pódę[440]! A trzymam nie za nim, jeno za zgodą, za sprawiedliwością, za całą wsią. Bo jeno[441] głupi nie widzi w tym dobrego la[442] Lipiec. Jeno głupi nie bierze, jak dają.

682

— Wyśta[443] wszystkie głupie, bo pilno wama[444] sprzedać za obertelek[445] całe portki. Głupie, skoro dziedzic tyle daje, to może i więcej.

683

Zaczęli się przemawiać[446] coraz zapalczywiej, a że i drugie wspomagały Kłęba, to zrobił się taki gwar, jaże przyleciał Jankiel i sielną[447] flachę gorzały postawił na stole.

684

— Sza, sza, gospodarze! Niech będzie zgoda! Żeby Podlesie były nowe Lipce! żeby każdy był pan! — wołał puszczając kieliszek kolejką.

685

Juści, co wzięli pić, a jeszcze barzej[448] się ugwarzać, wszyscy już bowiem skłaniali się do zgody oprócz starego Płoszki.

686

Kowal, któren musiał w tym mieć jakiś gruby profit, najgłośniej rozmawiał rozwodząc się o dziedzicowej poczciwości, a raz po raz stawiał la[449] całej kompanii to gorzałę, to piwo, to nawet arak[450] z esencją.

687

Cieszyli się tak galancie[451], co już niejeden jeno oczy bałuszył i ozorem ledwo ruchał[452], zaś Kobus, któren cały czas pary z gęby nie puścił, jął naraz chybać[453] ludzi za orzydla[454] i krzyczeć:

688

— A komorniki to co? Psi pazur? I nam się należy ziemia! Nie dopuścim do zgody! Po sprawiedliwości być musi! Jakże, to jeden ledwie już spaśny kałdun udźwignie, a drugi ma zdychać z głodu? Po równo musi być ziemi la[455] wszystkich! Dziedzice ścierwy! Niejeden gołym zadem łyska[456], a nos drze[457] do góry, jakby cięgiem[458] kichał! Kołtuniarze zapowietrzone! — krzyczał coraz głośniej i tak nieprzystojnie wszystkim przymawiał, jaże[459] go wyciepnęli[460] za drzwi, ale jeszcze przed karczmą klął i wygrażał.

689

Kompania też niezadługo zaczęła się rozchodzić do domów, jeno co łapczywsi na uciechę ostali w karczmie, kaj[461] już pobrzękiwała muzyka.

690

Właśnie i wieczór się był robił[462], słońce zapadło za bory i całe niebo stanęło w zorzach, aż czuby zbóż i sadów jakby się pławiły w czerwieni a złocie. Zawiewał wilgotny, pieściwy wiater, żaby jęły[463] rechotać, odzywały się przepiórki, a granie koników roztrząsało się po polach kiej[464] ten nieustający chrzęst dojrzałych kłosów, rozjeżdżali się już z odpustu, że jeno wozy turkotały, a kajś niekaj[465] ktosik[466] dobrze napity[467] wyśpiewywał rozgłośnie.

691

Przycichły Lipce, pusto się zrobiło przed kościołem, ale jeszcze pod chałupami siedzieli gęsto ludzie zażywając chłodu i wczasów.

692

Cichy zmierzch stawał się na świecie, mroczniały pola, dale stapiały się już z niebem, wszystko się spokoiło[468], śpik[469] z wolna morzył ziemię i obtulał ją ciepłą rosą, zaś ze sadów tryskały kiej niekiej[470] ptasie głosy, jakoby tym wieczornym pacierzem.

693

Bydło wracało z pastwisk, raz po raz buchały długie, tęskliwe ryki, a rogate łby pokazywały się nad stawem, rozgorzałym ogniami zachodu jakoby krwawym zarzewiem. Kajś[471] pod młynem baraszkowały z wrzaskiem kąpiące się chłopaki, zaś po obejściach trzęsły się dzieuszyne[472] piesneczki[473], to beki owiec, to gęsie gęgoty.

694

Jeno u Borynów było cicho i pusto. Hanka poniesła[474] się z dziećmi do którejś z kum[475], Pietrek się też kajś[476] zapodział, a Jagusia nie pokazała się jeszcze od nieszporów, że tylko Józka zwijała się kole[477] wieczornych obrządków.

695

Ślepy dziad siedział w ganku, nastawiał gęby na chłodnawy wiater, mruczał pacierz, a pilnie nasłuchiwał Witkowego boćka, któren kręcił się w podle[478] rychtując przyczajonym dziobem w jego nogi.

696

— Cie… Żebyś skisł, zbóju jeden! A to me[479] kujnął! — mruczał zbierając pod siebie kulasy[480] i machał wielkim różańcem, bociek odleciał parę kroków i znowu zachodził przemyślnie z boku z wyciągniętym dziobem.

697

— Słyszę cię dobrze! Już ci się nie dam. Jaka to jucha zmyślna! — szeptał, ale że w podwórzu rozległo się granie, to oganiając się kiej niekiej[481] różańcem zasłuchał się w muzyce z lubością.

698

— Józia, a kto tak szczerze rzępoli?

699

— A Witek! Wyuczył się od Pietrka i teraz cięgiem[482] dudli, jaże uszy puchną! Witek, przestań, a załóż koniczyny źrebakom! — wrzasnęła.

700

Skrzypki umilkły, zaś dziad cosik[483] se[484] umyślił, bo skoro Witek przyleciał pod chałupę, rzekł do niego wielce dobrotliwie:

701

— Weź tę dziesiątkę, kiej[485] tak galancie wyciągasz nutę.

702

Chłopak uradował się ogromnie.

703

— A zagrałbyś to i pobożne pieśnie, co?

704

— Co ino posłyszę, to wygram.

705

— Hale, każda liszka[486] swój ogon chwali. A taką nutę wygrasz, co? — i beknął po swojemu piskliwie a zawodzący.

706

Ale Witek nawet nie dosłuchał, skrzypki przyniósł, zasiadł pobok[487] i przegrał rychtyk[488] to samo, a potem rznął insze, jakie tylko słyszał w kościele, i tak sprawnie, jaże[489] się dziad zdumiał.

707

— Cie, na organistę byłbyś zdatny!

708

— Wszyćko[490] wygram, wszyćko, nawet i takie dworskie, i takie, co je śpiewają po karczmach — przechwalał się rozradowany, wycinając od ucha, jaże[491] kury zagdakały na grzędach, gdy Hanka nadeszła i zaraz go przepędziła, bych[492] Józce pomagał.

709

Do cna[493] już ściemniało na świecie, ostatnie zorze gasły, a wysokie, ciemne niebo rosiło się gwiazdami, wieś już kładła się spać, jeno[494] od karczmy zalatywały dalekie pokrzyki i brzękliwe głosy muzyki.

710

Hanka siedziała przed gankiem, karmiąc dziecko i pogadując z dziadkiem o tym i owym; cyganił[495] jucha, jaże[496] się kurzyło, ale nie przeciwiła mu się, myśląc swoje i tęsknie w noc poglądając.

711

Jagna nie wróciła jeszcze, nie siedziała również i u matki, bo zaraz z wieczora poszła na wieś do dzieuch, jeno co nikiej[497] nie wysiedziała, tak ją cosik[498] ponosiło. Jakby ją kto za włosy wyciągał, że w końcu już sama jedna łaziła po wsi. Długo patrzyła we wody pogasłe i drżące od powiewów, w rozruchane[499] ździebko[500] cienie, we światła, co leciały z okien na gładź stawu i marły nie wiada[501] kaj[502] i przez co! Rwało ją gdziesik[503], że poleciała za młyn, aż na łąki, kaj już leżały ciepłe kożuchy białych mgieł i czajki śmigały nad nią z krzykiem.

712

Słuchała wód padających z upustu w czarną gardziel rzeki, pod olchy wyniosłe i jakby śpiące, ale ten szum zdał się jej jakimś żałosnym wołaniem i skargą nabrzmiałą płaczem.

713

Uciekła i patrzała w młynarzowe okna, buchające światłem, gwarami a brzękiem talerzy.

714

Tłukła się od brzega wsi do brzega jak ta woda obłędna, co ujścia na darmo szuka i w nieprzebyte wręby bije żałośnie.

715

Żarło ją cosik, czego by i wypowiedzieć nie sposób, ni to był żal, ni to tęsknica, ni to kochanie, a oczy miała pełne suchego żaru i w sercu wzbierał wrzący, straszny szloch.

716

Nie wiada[504], laczego[505] znalazła się przed plebanią, jakieś konie pod gankiem biły niecierpliwie kopytami, świeciło się tylko w jednym pokoju, grali w karty.

717

Napatrzyła się do syta i poszła opłotkami, które dzieliły Kłębową gospodarkę od proboszczowskich ogrodów. Przesuwała się lękliwie pod żywopłotem, obwisłe gałęzie wisien muskały ją po twarzy zrosiałymi listeczkami. Szła bezwolnie, nie wiedząc, kaj[506] ją niesie, aż niski dom organistów zastąpił jej drogę.

718

Wszystkie cztery okna świeciły i stały otwarte.

719

Przytuliła się w cień pod płot i zajrzała do środka.

720

Organistowie wraz z dziećmi siedzieli pod wiszącą lampą popijając herbatę, zaś Jasio chodził po pokoju i cosik rozpowiadał.

721

Słyszała każde jego słowo, każdy skrzyp podłogi, nieustanne cykanie zegaru i nawet ciężkie przysapki organisty.

722

A Jasio takie cudeńka prawił, że niczego nie rozumiała.

723

Patrzyła jeno w niego niby w ten obraz święty, pijąc kiej[507] miody najsłodsze każdy dźwięk jego głosu. Chodził wciąż i co trochę ginął w głębi mieszkania, i co trochę jawił się znów w kręgu światła; czasem przystawał przy oknie, że wciskała się w płot strwożona, bych jej nie dojrzał, ale on jeno[508] w niebo patrzył pokryte gwiazdami, to cosik rzekł la[509] uciechy, że śmiali się, a radość błyskała w twarzach kiej to słońce. Przysiadł wreszcie pobok[510] matki, a małe siostry jęły[511] mu się drapać[512] na kolana i wieszać na szyi, tulił ci je poczciwie, huśtał i łaskotał, jaże[513] izba zatrzęsła się dziecińskimi śmiechami.

724

Zegar wybił jakąś godzinę i organiścina rzekła powstając:

725

— Gadu, gadu, a tobie czas spać! Musisz do dnia[514] wyjechać.

726

— A muszę, mamusiu! Boże, jaki ten dzień był krótki! — westchnął żałośnie.

727

A Jagusine serce jakby kto ścisnął i tak boleśnie, jaże[515] same łzy pociekły po twarzy.

728

— Ale niedługo wakacje! — ozwał się znowu — ksiądz regens obiecał, że mnie na jakiś czas zwolni, jeśli nasz proboszcz napisze o to do niego.

729

— Nie bój się, napisze, już ja go uproszę! — powiedziała matka zabierając się do słania mu na kanapie wprost okna. Pomagali jej wszyscy, a nawet sam organista przyniósł sporą doinkę i wsunął ją ze śmiechem pod kanapę.

730

Długo się z nim żegnali na odchodnym, a już najdłużej matka, która go z płaczem tuliła do piersi a całowała.

731

— Śpij, synu, smacznie, śpij, dzieciątko.

732

— Pacierze zmówię i zaraz się kładę, mamusiu.

733

Rozeszli się wreszcie.

734

Jaguś widziała, jak w sąsiedniej izbie chodzili na palcach, ściszali głosy, przymykali okna i pokrótce cały dom oniemiał i migiem pogrążył się w cichości, aby jeno[516] nie przeszkadzać Jasiowi.

735

Chciała i ona do domu, już się była nawet nieco uniesła[517], ale ją cosik jakby przytrzymało za nogi, że nie poredziła[518] oderwać się z miejsca, więc jeno[519] mocniej przywarła plecami do płota, barzej[520] się skuliła i ostała kieby[521] urzeczona, wpatrując się w to ostatnie wywarte[522] i jaśniejące okno.

736

Jasio poczytał nieco na grubej książce, zaś potem przyklęknął pod oknem, przeżegnał się, złożył ręce do pacierza, podniósł oczy ku niebu i zamodlił się przejmującym szeptem.

737

Noc była głęboka, niezgłębiona cichość obtulała świat, gwiazdy mżyły się na wysokościach, nagrzany, pachnący zwiew pociągał z pól, a niekiedy zaszemrały liście i ptak jakiś zaśpiewał.

738

A Jagusię zaczęło cosik[523] rozbierać[524], serce się tłukło kiej[525] oszalałe, paliły ją oczy, paliły usta nabrane i same ręce wyciągały się ku niemu, a chociaż się kurczyła w sobie, roztrząsał nią taki dziwny, niezmożony dygot, że wpierała się w płot bezwolnie i z taką mocą, jaże[526] trzasnęła żerdka.

739

Jasio wychylił głowę, popatrzył dokoła i znowu się zamodlił.

740

Zaś z nią działo się już coś niepojętego; takie ognie chodziły jej po kościach i oblewały warem, że dziw nie krzyczała z tej lubej męki. Zabaczyła[527], kaj[528] jest, i ledwie już zipała, tak się w niej wszystko trzęsło i płonęło. Była cała w dreszczach, kiej[529] błyskawice kłębiły się w niej jakieś nabrzmiałe, szalone krzyki, jakieś wichry palące ją ponosiły, jakieś straszne pragnienia rozprężały i wyginały… Już chciała się czołgać tam, bliżej niego, bych[530] chociaż tknąć ustami tych jego białych rączków[531], bych jeno klęczeć przed nim a patrzeć z bliska w te gębusie[532] i modlić się kiej do tego cudownego obrazu. Nie poruszyła się jednak, bo obleciał ją jakiś dziwny strach i zarazem zgroza.

741

— Jezu mój, Jezu miłosierny! — wyrwał się jej z piersi cichy jęk.

742

Jasio powstał, wychylił się cały i jakby patrząc na nią zawołał:

743

— Kto tam?

744

Zamarła na chwilę, przytaiła dech, serce przestało bić i jakby zdrętwiała w jakimś świętym strachu, dusza uwięzła kajś[533] w gardle i pełna szczęsnego niepokoju chwiała się w oczekiwaniu.

745

Ale Jasio jeno[534] popatrzył w opłotki, a nie dojrzawszy zamknął okno, rozebrał się prędko i światło zgasło…

746

Noc padła na jej duszę, ale jeszcze długo siedziała wpatrzona w czarne i nieme okno. Przejął ją chłód i jakby operlił srebrną rosą jej duszę wniebowziętą, gdyż wszystko, co w niej wrzało z krwie[535] pożądliwej, przygasło rozlewając się po niej nieopowiedzianą błogością. Spłynęła na nią uroczysta, święta cichość, jakby to zadumanie kwiatów przed wschodem słońca, że rozmodliła się pacierzem szczęścia, któren[536] nie miał słów, a jeno[537] dziwną słodkość zachwytów, przenajświętsze zdumienie duszy, niepojętą radość budzącego się dnia zwiesnowego[538] i przeplatał się grubymi ziarnami błogich łez niby tym różańcem łaski Pańskiej i dziękczynienia.

III

747

— Pójdę już, Hanuś! — prosiła Józka pokładając głowę na ławkę.

748

— A zadrzyj ogona kiej[539] cielak i leć! — zgromiła ją odrywając oczy od różańca.

749

— Kiej[540] me[541] tak cosik[542] spiera w dołku[543] i tak me mgli[544]

750

— Nie przeszkadzaj, zaraz się skończy.

751

Jakoż proboszcz już kończył cichą, żałobną mszę za duszę Boryny, zamówioną przez rodzinę w oktawę[545] jego śmierci.

752

Wszyscy też co najbliżsi siedzieli w bocznych ławkach, a tylko Jagusia z matką klęczały przed samym ołtarzem; z obcych nie było nikogo, tyla co kajś[546] pod chórem Jagata głośno trzepała pacierze.

753

Kościół był cichy, chłodny i mroczny, jeno[547] na środku mrowiła się wielgachna struga jarzącego światła, bo słońce biło przez wywarte[548] drzwi rozlewając się jaże[549] po ambonę.

754

Michał organistów służył do mszy i jak zawdy[550], tak trząchał dzwonkami, że w uszach brzęczało, wykrzykiwał ministranturę, a latał ślepiami za jaskółkami, które kiej niekiej[551] śmigały po kościele zbłąkane i trwożnie świegolące.

755

Kajś od stawu rozlegały się klapiące trzaski kijanek[552], wróble ćwierkały za oknami, zaś ze smętarza raz po raz jakaś rozgdakana kokosz wwodziła[553] do kruchty całe stado piukających kurczątek, aż Jambroż musiał wyganiać.

756

A skoro ksiądz skończył, wyszli zaraz wszyscy na smętarz.

757

Już byli kole[554] dzwonnicy, gdy zawołał za nimi Jambroży:

758

— A to poczekajcie! Dobrodziej chce wam cosik[555] powiedzieć.

759

Nie wyszło i Zdrowaś[556], kiej[557] przyleciał zadyszany z brewiarzem pod pachą i obcierając łysinę przywitał dobrym słowem i rzekł:

760

— Moiście, a to wam chciałem powiedzieć, że zrobiliście po chrześcijańsku zamawiając mszę świętą za nieboszczyka. Ulży to jego duszy i do wiecznego zbawienia pomoże. No, mówię wam, pomoże!

761

Zażył tabaki, pokichał siarczyście i wycierając nos zapytał:

762

— Dzisiaj pewnie będziecie radzili o działach, co?

763

— Juści, tak je niby we zwyczaju, co dopiero w oktawę — przytwierdzili.

764

— Otóż to! Właśnie o tym chciałem z wami pomówić! Dzielcie się, ale pamiętajcie: zgodnie i sprawiedliwie. Żeby mi nie było swarów ni kłótni, bo z ambony wypomnę! Nieboszczyk w grobie się przewróci, jeśli zobaczy, że jego krwawicę rozrywacie jak wilki barana! I broń Boże, krzywdzić sieroty! Grzela daleko, a Józka jeszcze głupi skrzat! A co się komu należy, oddać święcie, co do grosza. Jak rozrządził majątkiem, tak rozrządził, ale trzeba spełnić jego wolę. Może on tam chudziaszek w tej chwili patrzy na was i myśli sobie: na ludzim ich wywiódł[558], gospodarkęm niezgorszą ostawił[559], to się przecież nie pogryzą kiej[560] psy przy podziale. Mawiam ciągle z ambony: zgodą stoi wszystko na świecie, kłótnią jeszcze nikt niczego nie zbudował. No, mówię, niczego, kromie[561] grzechu i obrazy boskiej. A o kościele pamiętajcie. Nieboszczyk był szczodrym i czy na światło, czy na mszę, czy na inne potrzeby grosza nie żałował i dlatego Pan Bóg mu błogosławił…

765

Długo przemawiał, jaże[562] się kobiety spłakały i jęły[563] mu w podzięce obłapiać kolana, zaś Józka przypadła mu nawet z bekiem do rąk, to ją przygarnął do piersi, a pocałowawszy w głowę rzekł z dobrością:

766

— Nie bucz[564], głupia, Pan Bóg ma sieroty w szczególnej opiece.

767

— Że i rodzony nie powiedziałby barzej[565] do duszy — szepnęła rozrzewniona Hanka. Snadź[566] i dobrodziej był wzruszony, bo wytarłszy ukradkiem oczy, częstował kowala tabaką i prędko zagadał o innym.

768

— A cóż, będzie zgoda z dziedzicem?

769

— Będzie, już dzisiaj pojechało do niego piąciu[567]

770

— To chwała Bogu! Już za darmo mszę świętą odprawię na intencję tej zgody!

771

— Widzi mi się, co wieś powinna się złożyć na wotywę z wystawieniem! Jakże, to jakby nowe nadziały i całkiem darmo!

772

— Masz rozum, Michał, mówiłem o tobie dziedzicowi. No, idźcie z Bogiem, a pamiętajcie: zgodą i sprawiedliwością! Ale, Michał! — zawołał za odchodzącym — a zajrzyj ta później do mojego wolanta, prawy resor przyciera się nieco do osi…

773

— To pod łaznowskim dobrodziejem tak się zmaglował.

774

Ksiądz już nie odrzekł, a oni poszli prosto ku domowi. Jagusia wiedła[568] matkę na ostatku, gdyż stara wlekła[569] się z trudem odpoczywając co chwila.

775

Dzień był powszedni, robotny, to i pusto było na drogach dokoła stawu, jeno[570] dzieci bawiły się kaj niekaj[571] w piasku i kury grzebały w porozrzucanych łajnach. Było jeszcze wcześnie, ale już słońce niezgorzej przypiekało, szczęściem, co wiater[572] nieco przechładzał, zawiewał bujny, iż kolebały się sady, pełne już czerwieniejących wiśni, a zboża biły o płoty kiej[573] wody wzburzone.

776

Chałupy stały wywarte[574], wrótnie[575] wszędy[576] porozwierane[577], na płotach kajś niekaj[578] wietrzyły się pościele, a wszystko, co się jeno ruchało, pracowało w polach. Jeszcze ktosik[579] zwoził ostatnie zapóźnione pokosy siana, że zapach jaże[580] wiercił w nozdrzach, a na obwisłych nad drogą gałęziach, pod którymi przejeżdżały kopiaste wozy, trzęsły się przygarście ździebeł kiej te powyrywane brody żydowskie.

777

Szli z wolna i w cichości, deliberując[581] o działach.

778

Skądciś[582], jakby z pól, kaj[583] ludzie osypywali ziemniaki, zrywała się niekiedy piosneczka i szła z wiatrem nie wiada[584] kaj, zaś pod młynem jakaś baba tak prała kijanką, jaże[585] się rozlegało i szumnie huczały wody spadające na koła.

779

— Młyn teraz cięgiem[586] robi! — ozwała się[587] pierwsza Magda.

780

— Przednówek to żniwa la[588] młynarza!

781

— Cięższy on latoś[589] niźli łoni[590]. Wszędzie bieda aż piszczy, zaś u komorników to już prosto głód — westchnęła Hanka.

782

— Kozły też penetrują po wsi, jeno czekać, jak komu co grubszego ukradną — rzucił kowal.

783

— Nie bajcie! Ratują się, biedoty, jak mogą, wczoraj Kozłowa przedała organiścinie kaczęta, to się ździebko[591] wspomogła…

784

— Rychło[592] przechlają. Nie powiadam na nich nic złego, ale mi dziwno, że piórka mojego kaczora, co mi zginął w ojcowy pochowek, nalazł mój Maciuś za ich obórką — wyrzekła Magda.

785

— A któż to wtenczas wzion[593] nasze pościele? — wtrąciła Józka.

786

— Kiejże[594] to ich sprawa z wójtami?

787

— Nieprędko, ale Płoszka ich wspiera, to już wójtom dobrze zaleją sadła za skórę.

788

— Że to Płoszka lubi zawdy[595] nos wrażać[596] w cudze sprawy.

789

— Jakże, przyjaciół se kaptuje[597], bo mu pachnie wójtostwo!

790

Przeszedł im drogę Jankiel ciągnący za grzywę spętanego konia, któren[598] bił zadem i opierał się ze wszystkich sił.

791

— Załóżcie mu pieprzu pod ogon, to rypnie z miejsca kiej ogier.

792

— Śmiejcie się na zdrowie! Co ja już mam z tym koniem!

793

— Wypchajcie go słomą, przyprawcie mu nowy ogon i powiedźcie na jarmark, to może go kto kupi za krowę, bo na konia już niezdatny! — żartował Michał i naraz wszyscy gruchnęli śmiechem, gdyż koń się wyrwał, skoczył do stawu i nie zważając na Janklowe prośby i groźby, najspokojniej począł się tarzać.

794

— Mądrala jucha, musi być od Cyganów!

795

— Postawcie mu wiadro gorzałki, to może wyjdzie! — zaśmiała się organiścina, siedząca nad stawem przy stadzie kacząt pływających kiej[599] te żółciuśkie pępuszki; rozczapierzona kokosz gdakała na brzegu.

796

— Śliczne stadko, to pewnie od Kozłowej? — pytała Hanka.

797

— Tak, i ciągle mi jeszcze uciekają na staw. Tasiuchny! taś, taś, taś, taś! — zwoływała rzucając na przynętę przygarściami jagły[600].

798

Ale kaczki szorowały na drugi brzeg, że poleciała za nimi.

799

— Chodźcie prędzej, kobiety — przynaglał kowal i gdy weszli do chałupy, a Hanka zakrzątnęła się kole[601] śniadania, jął[602] znowu penetrować w izbach i w obejściu, nawet nie przepomniał[603] ziemniaczanym dołom, aż Hanka powiedziała:

800

— Oglądacie, jakby co ubyło!

801

— Nie kupuję kota we worku!

802

— Lepiej wy znacie wszyćko[604] niźli ja sama! — wyrzekła z przekąsem, rozlewając kawę w garnuszki. — Dominikowa, Jaguś, a chodźcież do kupy! — zawołała na drugą stronę, kaj[605] się obie zawarły.

803

Obsiedli ławę i popijali przegryzając chlebem.

804

Nikto[606] się nie odzywał, nijako było zaczynać, każden[607] się wagował[608] oglądając na drugich. Hanka też była dziwnie powściągliwa, juści, co niewoliła do jadła przylewając każdemu, ale prawie nie spuszczała oczów z kowala, któren się wiercił na miejscu, śmigał ślepiami po izbie i chrząkał raz po raz. Jagusia siedziała czegoś chmurna i wzdychliwa, oczy miała połyskliwe jakby od niedawnego płaczu, a Dominikowa czapirzyła się kiej kwoka i cosik[609] poszeptywała do niej, tylko jedna Józka, co ta po swojemu pletła trzy po trzy zwijając się kole garów, pełnych perkoczących ziemniaków.

805

Dłużyło się już wszystkim, aż pierwszy kowal zaczął:

806

— Więc jakże zrobimy z działami?

807

Hanka drgnęła i prostując się powiedziała spokojnie, snadź[610] po dobrym namyśle:

808

— A cóż ma być! Ja tu jeno stróżuję mężowego dobra i stanowić o niczym prawa nie mam. Antek wróci, to się podzielita.

809

— Kiej[611] tam on wróci, a tak przeciech[612] ostać nie może.

810

— Ale ostanie! Mogło tak być przez cały czas ojcowej choroby, to może być, póki Antek nie powróci.

811

— Nie on jeden jest do podziału.

812

— Aleć on najstarszy, to jemu się po ojcu należy objąć gospodarkę.

813

— Hale, takie ma prawo jak i drugie dzieci.

814

— Może weźmiecie i wy, jak się tak z Antkiem ułożyta. Kłóciła się przeciech z wami nie będę, nie moja w tym wola stanowi.

815

— Jaguś! — podniesła[613] głos Dominikowa — przypomnijże o swoim.

816

— A po co, przeciech dobrze pamiętają…

817

Hanka poczerwieniała gwałtownie i kopiąc Łapę, któren[614] się nawinął pod nogi, wyrzekła przez zęby:

818

— Juści, co krzywdę dobrze pamiętamy.

819

— Rzekliście! Tu idzie o sześć morgów, jakie nieboszczyk zapisał Jagusi, a nie o głupie słowa!

820

— Jak macie zapis, to wama[615] nikt nie wydrze! — mruknęła gniewnie Magda, siedząca cały czas cicho z dzieckiem u piersi.

821

— A mamy, w urzędzie zrobiony i przy świadkach.

822

— Wszyscy czekają, to i Jagusia może.

823

— Pewnie, że musi, ale co ma swojego, to zaraz zabierze, a ma przeciek krowę z cielęciem, a świnię, a gąski…

824

— To wspólne i pójdzie do działów — powstał twardo kowal.

825

— Do działów! Chcielibyście! Co dostała we wianie[616], tego jej nikt mocen odebrać! A może chcecie i kiecki a pierzyny też podzielić między siebie, co? — podnosiła głos coraz silniej.

826

— La[617] śmiechu rzekłem, a wy zaraz z pazurami…

827

— Juści[618]… przeglądam ja was dobrze, juści…

828

— Bo i co tu będziem po próżnicy klektać. Prawdę rzekliście, Hanka, że trza[619] poczekać na Antka. Mnie się śpieszy do dziedzica, bo tam już na mnie czekają — wstał, a dojrzawszy ojcowy kożuch rozwieszony w kącie na drążku jął[620] go ściągać.

829

— W sam raz zdałby się na mnie.

830

— Nie ruchajcie[621], niech się suszy — broniła Hanka.

831

— A już te buciary oddacie. Cholewy jeno[622] całe, a i to już raz podszywane — tłumaczył, chytrze ściągając je z drążka.

832

— Niczego tknąć nie pozwolę! Weźmiecie co niebądź, a potem powiedzą, żem pół gospodarki zatraciła. Niech przódzi spis zrobią. Nawet kołka z płotu ruszyć nie dam, póki wszystkiego urząd nie opisze!

833

— Spisu nie było, a już się kajś[623] zadziały ojcowe pościele…

834

— Mówiłam ci, co się stało! Zaraz po śmierci rozwiesili na płocie i ktosik[624] w nocy ukradł. Nie było głowy baczyć[625] na wszystko.

835

— Dziwne, co tak zaraz nalazł się złodziej…

836

— To niby jak? Ja wzienam[626], a teraz cyganię, co?

837

— Cichota, kobiety! Tylko przez kłótni, poniechaj, Magduś! Kto ukradł, niech miał będzie na śmiertelną koszulę.

838

— Sama pierzyna ważyła bez mała ze trzydzieści funtów.

839

— Mówię ci, stul pysk! — wrzasnął na żonę i wywiódł Hankę w podwórze, niby to la[627] obejrzenia prosiąt.

840

Poszła za nim, ale dobrze się miała na baczności.

841

— Chciałem wam cosik[628] poredzić[629].

842

Nastawiła ciekawie uszów, miarkując nieco, kole[630] czego kręci.

843

— Wiecie, a to trzeba, abyście jeszcze przed spisem którego wieczora przepędzili do mnie ze dwie krowy. Maciorę można zawierzyć stryjecznemu, a co się jeno da, pochować u ludzi… Już wam powiem kaj… O zbożu powiecie przy spisie, że dawno przedane Janklowi, on przytwierdzi ochotnie, da mu się za to jaki korczyk. Źrebkę weźmie młynarz, podpasie się na jego paśnikach. A co z porządków można by schować w dołach, to po żytach. Ze szczerej przyjaźni wam radzę! Wszystkie tak robią, które jeno[631] rozum mają. Wyście harowali kiej[632] wół, to sprawiedliwie należy się wama[633] więcej. Mnie ta z tego dacie co niebądź, jakąś kruszynę. I nie bojajcie się niczego, pomagał wam będę we wszystkim. A już w tym moja głowa, byście ostali przy gruncie. Jeno mnie posłuchajcie, nikto[634] jeszcze nie dołożył do mojej rady… Sam dziedzic a rad[635] me[636] słucha. No, cóż powiecie?…

844

— A jeno to, co swojego nie popuszczę, ale cudzego nie łakomam! — odrzekła z wolna, wpierając w niego wzgardliwe oczy. Zakręcił się, jakby kijem dostał przez ciemię, polatał po niej ślepiami i syknął:

845

— Już bym nawet nie wspomniał, żeście niezgorzej podebrali ojca…

846

— A wspominajcie! powiem Antkowi, niech z wami pogada o tej radzie.

847

Ledwie się wstrzymał od klątw, plunął jeno, a odchodząc prędko, krzyknął przez wywarte okno do izby:

848

— Magda, miej ta oko na wszystko, bych znowu czego nie wynieśli złodzieje.

849

Hanka patrzyła na niego ze szydliwym[637] prześmiechem.

850

Poleciał kiej[638] oparzony i natknąwszy się na wójtową, wchodzącą między opłotki, długo jej cosik[639] prawił wytrząchając pięściami.

851

Wójtowa przyniesła[640] jakiś urzędowy papier.

852

— To la[641] was, Hanka, stójka przyniósł z kancelarii.

853

— Może o Antku! — szepnęła z trwogą, biorąc papier przez zapaskę[642].

854

— Pono o Grzeli. Mojego nie ma, pojechał do powiatu, a stójka jeno powiadał, że tam stoi napisane, jakoby Grzela pomarł czy coś…

855

— Jezus Maria! — krzyknęła Józka.

856

Magda też się zerwała na nogi.

857

Wszyscy patrzyli na ten papier ze zgrozą i strachem, obracając nim bezradnie w roztrzęsionych rękach.

858

— Może ty, Jaguś, poredzisz[643] rozebrać[644] — prosiła Hanka.

859

Stanęły nad nią pełne niepokoju i trwogi, ale Jagna po długiej chwili sylabizowania odparła zniechęcona:

860

— Hale, kiej to nie po naszemu pisane i nie poradzę wymiarkować[645].

861

— Nie przy niej pisane! Za to co inszego potrafi najlepiej — syknęła wójtowa wyzywająco.

862

— Idźcie no swoją stroną i ludzi nie zaczepiajcie, kaj was obchodzą z daleka jak to śmierdzące — warknęła stara.

863

Ale wójtowa, jakby rada z okazji, ciepnęła[646] ją na odlew:

864

— Przykarcać drugich to poredzicie, a czemu to nie wzbraniacie córusi, bych cudzych chłopów nie zwodziła, co!

865

— Dajcie no spokój, Pietrowa! — wtrąciła się Hanka miarkując już, na co się tutaj zanosi, ale wójtową ponosiło coraz barzej[647].

866

— Choć raz muszę se[648] dać folgę[649]! Tylam się przez nią natruła, tylam przecierpiała, że swojej krzywdy nie daruję, pókim żywa!

867

— A pyskuj! Pies cie ta przeszczeka! — mruknęła stara dosyć spokojnie, zaś Jaguś rozczerwieniła się kiej burak i chociaż palił ją wstyd, ale i jakaś mściwa zawziętość nabierała w sercu, że coraz bardziej podnosiła głowę i jakby na przekór, z rozmysłem wpierała w nią szydliwe oczy, a judzący prześmiech wił się na wargach.

868

Wójtowa wywarła już gębę kiej wrótnię i zjątrzona do żywego jej ślepiami, pomstowała wywodząc zajadle jej przewiny.

869

— Pyskujesz bele co, boś sie opiła złością! — przerwała jej stara — ale twój ciężko odpowie przed Bogiem za Jagusine nieszczęście.

870

— Juści, odpowie, bo ano zwiódł niewinowate dzieciątko! Juści, dzieciątko, co z każdym rade szuka krzaków!

871

— Zawrzyjcie gębę, bo chociem ślepa, ale jeszczech zmacam drogę do waszych kudłów — groziła zaciskając kij w garści.

872

— Spróbujcie! Tknij me[650] jeno, tknij! — wrzeszczała wyzywająco.

873

— Hale, spasła się na cudzej krzywdzie i będzie się tera czepiała ludzi kiej rzep psiego ogona.

874

— W czym cię to ukrzywdziłam, w czym?

875

— Jak twojego wsadzą do kreminału[651], to się dowiesz!

876

Wójtowa skoczyła z pięściami, szczęściem, co Hanka zdążyła ją odciągnąć i ostro powstała na obie:

877

— Loboga[652], kobiety, a toć karczmę robicie z mojej chałupy.

878

Przymilkły na to oczymgnienie[653], sapiąc jeno[654] a dysząc, Dominikowej jaże[655] łzy pociekły spod szmat, jakimi miała przewiązane oczy, i lały się ciurkiem po wynędzniałej twarzy, jeno co pierwsza się opamiętała i przysiadłszy westchnęła, rozwodząc ręce:

879

— Jezu, bądź miłościw mnie grzesznej!

880

Wójtowa wyleciała z chałupy kiej[656] oszalała, ale zawróciwszy już z drogi wraziła głowę przez okno i zaczęła wołać do Hanki:

881

— Mówię ci, wypędź z chałupy te lakudre[657]! Wygoń ją, póki jeszcze pora, abyś potem nie pożałowała! Ani godziny nie ostawiaj pod swoim dachem, bo cię stąd wygryzie ta zaraza piekielna! Radzę ci, broń się, Hanka! przez[658] litości bądź la[659] niej i przez miłosierdzia! Ona jeno[660] czeka na twojego, obaczysz, co ci ona wystroi! — przechyliła się barzej na izbę i grożąc pięściami Jagusi wrzeszczała ze wszystkiej złości:

882

— Poczekaj, ty piekielnico jedna, poczekaj! Nie zamrę spokojnie, do świętej spowiedzi nie pójdę, póki się nie doczekam, że cię ze wsi kijami wyświecą! A do sołdatów[661], suko jedna! Tam twoje miejsce, świński pomiocie, tam!

883

I poleciała, w izbie zrobiło się cicho jakby w grobie.

884

Dominikowa jaże się trzęsła od tajonego płaczu, Magda huśtała dziecko, Hanka zapatrzyła się w komin srodze zamedytowana, zaś Jaguś, chociaż jeszcze miała w twarzy hardość i zły prześmiech na wargach, ale pobielała na płótno, bo ją te ostatnie słowa ugryzły w samo serce; poczuła, jakby ją naraz sto nożów przebiło i wszystkie rany spłynęły krwią serdeczną i wszystką mocą, ostawiając jeno nieopowiedziany żal, jakiś zgoła nieczłowiekowy żal, że chciała bić głową o ścianę i krzyczeć wniebogłosy, jeno co[662] się przemogła i szarpiąc matkę za rękaw zaszeptała gorączkowo:

885

— Chodźmy stąd, matko! Chodźmy prędko! Uciekajmy!

886

— A dobrze! całkiem już osłabłam, ale ty musisz tu wrócić i przy swoim warować do ostatka.

887

— Nie ostanę tutaj. Tak mi to wszystko obmierzło, że już dłużej nie ścierpię! Bodajem była nogi połamała, nim weszłam tutaj!

888

— Tak ci to źle z nami było, co? — szepnęła Hanka.

889

— Gorzej niźli temu psu na łańcuchu, że i w piekle musi być lepiej.

890

— Dziwne, coś wytrzymała tak długo, przeciek[663] cię nie przywiązywali za kulasy[664]. Mogłaś se iść! Nie bój się, za nogi cię nie ułapię i prosiła nie będę, byś ostała!…

891

— A pójdę i niech was ta zaraza wytraci, kiejśta[665] takie!

892

— Nie pomstuj, bym ci swoich krzywd nie ciepnęła we ślepie!

893

— Bo już wszystkie przeciwko mnie, cała wieś, wszystkie!…

894

— Żyj poczciwie, a nikto[666] ci nie rzuci i marnego słowa!

895

— Cichoj, Jaguś, dyć[667] Hanka ci nie przeciwna. Cichoj!

896

— A niechta i ona pyskuje! A niechta! Mam gdzieś te szczekania. Cóżem to takiego zrobiła? Ukradłam? Zabiłam kogo, co?

897

— Masz to jeszcze śmiałość pytać, co? — wyrzekła zdumiona Hanka stając przed nią. — Nie ciągnij mnie za język, bym ci czego nie rzekła!

898

— A mówcie! A pyskujcie! zarówno mi jedno! — wrzeszczała coraz zapalczywiej, złość się w niej rozsrożyła kiej[668] pożar, już była gotowa na wszystko, nawet na najgorsze.

899

Hance naraz łzy zalały oczy, pamięć zdrad Antkowych tak boleśnie wgryzła się w serce, że ledwie już zabełkotała:

900

— A coś to z moim wyprawiała, co? Jeszcze cię Pan Bóg za mnie pokarze, obaczysz!… Spokoju mu nie dawałaś… goniłaś za nim kiej ta rozciekana suka… kiej ta… — tchu jej zbrakło, tak się zaniesła[669] szlochem.

901

A Jaguś spięła się niby wilk napadnięty w barłogu, gotowy już drzeć kłami, co mu się jeno[670] nawinie, nienawiść buchnęła jej do głowy, a mściwość sprężyła pazury, aż skoczyła na izbę i, rozwścieklona do ostatka, jęła chlastać przyduszonymi słowami kiejby[671] tym biczem świszczącym:

902

— To ja za nim latałam, ja! Cyganisz kiej[672] ten pies! Wszyscy ano wiedzą, jak się przed nim oganiałam! Dyć[673] kiej piesek skamlał pode drzwiami, abym mu chocia trep swój pokazała! To on me[674] niewolił! To on me otumanił i robił z głupią, co chciał! A tera powiem ci prawdę, jeno byś jej nie pożałowała. A to me miłował, że już nie wypowiedzieć! A tyś mu obmierzła kiej ten stary, utytłany łach, że miał już chudziak po grdykę twojego kochania, jaże[675] mu się odbijało kiej po starym sadle, że jeno[676] pluł wspominając o tobie. Nawet gotów był sobie zrobić co złego, abych cie jeno nie widzieć więcej na oczy. Chciałaś, to masz prawdę. A zapamiętaj, co ci jeszczek[677] dołożę: jak zechcę, to żebyś mu całowała nogi, kopnie cię, a za mną poleci w cały świat! Wymiarkuj to sobie i ze mną się nie równaj, rozumiesz, co?

903

Wołała zjadliwie, władna już sobą i bez lęku, a tak urodna jak nigdy. Nawet matka słuchała jej z podziwem i strachem, tak wynosiła się inna jakaś, zgoła obca i zarazem tak jakoś straszna, zła i groźna kiej ta chmura trzaskająca piorunami.

904

Zaś Hankę słowa te poraziły jakby na śmierć; biły ją do krwie[678], smagały bez litości ni miłosierdzia i rozgniatały kiej tego mizernego robaka; waliła się, kiej drzewo podarte piorunami, bez sił już i bez pamięci. Ledwie już poredziła[679] nabrać powietrza zbielałymi wargami, opadła na ławę, a od tego bolu to wszystko się w niej rozsypywało w miałki a płony piasek, że nawet łzy przestały cieknąć po twarzy, spopielałej od męki, chociaż ciężki, wzburzony szloch rozrywał jej piersi. Z lękiem patrzała przed siebie, kieby w jakąś głąb nagle rozwartą, i drżała niby to źdźbło, które wiater żenie[680] na zatratę…

905

Jaguś już dawno przestała i poszła z matką na swoją stronę, Magda się też wyniesła[681] nie mogąc się z nią dogadać, nawet Józka poleciała nad staw za kaczętami, a ona wciąż siedziała na jednym miejscu kiej ta zmartwiała ptaszka, której wybierą pisklęta, że ni krzyczeć, ni bronić, ni uciekać już nie poredzi[682], a jeno czasem zabije skrzydłem i żałośnie zapiuka…

906

Aż Pan Jezus zlitował się nad nią, dając folgę umęczonej duszy, że przecknąwszy padła przed obrazami, buchnęła rzęsistym płaczem i ochfiarowała[683] się iść do Częstochowy, byle to wszystko, co usłyszała, było nieprawdą!

907

A do Jagusi nie czuła nawet złości, tylko brał ją strach przed nią i żegnała się niby przed złym, dosłyszawszy jej głos…

908

Wreszcie zabrała się do roboty i wezwyczajone[684] ręce robiły prawie same, gdyż myślami była kajś[685] daleko, nawet nie wiedząc, że dzieci wyprowadziła do sadu, że uprzątnęła izbę i nałożywszy jadłem dwojaki pędziła Józkę, bych[686] je prędzej poniesła[687] w pole.

909

A kiej ostała sama i uspokoiła się nieco, jęła rozważać i medytować nad każdym słowem. Mądra była kobieta i dobra, to łacno[688] przepuściła wszystkie swoje obrazy i krzywdy, ale zadraśniętego ambitu[689] nie poredziła[690] zapomnieć, że raz po raz biły na nią ognie i serce się kurczyło od męki, a po głowie latały zamysły krwawej odemsty[691], aż w końcu i to przemogła, bo szepnęła:

910

— Juści, że mi się z nią nie równać w urodzie, trudno! Alem mu ślubna i matka jego dzieci! — duma ją rozparła i pewność siebie. — A poleci za nią, to i powróci! Przeciech się z nią nie ożeni! — pocieszała się gorzko, wyglądając na świat.

911

Południe się już podnosiło, słońce zawisło nad stawem, upał się tak wzmógł, że już parzyła ziemia i rozpalone powietrze zawiewało kieby[692] z pieca, ludzie już wracali z pól, a od topolowej niesły[693] się wraz z tumanami kurzawy porykiwania spędzanego bydła, gdy naraz Hankę jakby tknęło jakieś postanowienie, wsparła się o ścianę i pomyślawszy jeszcze jakieś Zdrowaś[694] obtarła oczy, przeszła sień, otworzyła drzwi do Jagusinej izby i powiedziała mocno, a całkiem spokojnie:

912

— Wynoś mi się zaraz z chałupy!

913

Jagna uniesła[695] się z ławy i stanęły naprzeciw mierząc się ślepiami przez długą chwilę, jaże[696] Hanka cofnęła się nieco od proga i powtórzyła przychrzypniętym głosem:

914

— Wynoś mi się w ten mig, a nie, to cię każę parobkowi wyrzucić… W ten mig! — dodała nieustępliwie.

915

Stara rzuciła się do niej przekładać i tłumaczyć, ale Jaguś jeno wzruszyła ramionami:

916

— Nie gadajcie do tego pomietła! Wiadomo, o co jej idzie.

917

Wyjęła ze spodu skrzynki jakiś papier.

918

— O zapis ci chodzi, o te morgi, a to je weź sobie i nachlaj się nimi!

919

Rzekła wzgardliwie, rzucając jej w twarz papierem:

920

— Udław się nimi choćby na śmierć!

921

I nie bacząc na matczyne sprzeciwy jęła[697] spiesznie wiązać toboły i wynosić je w opłotki.

922

Hankę zemgliło[698], jakby ją kto trzasnął między oczy, ale papier podniesła[699] i zagadała z pogrozą[700]:

923

— A prędzej, bo cię psami wyszczuję! — dławiło ją zdumienie, nie mogło się jej pomieścić w głowie, że to prawda. Jakże, całe sześć morgów pola rzuciła kiej[701] ten pęknięty garnek! Jakże! Musi być, co ma źle w głowie! — myślała wodząc za nią oczami.

924

Jagna zaś, nie zważając na nią, już się wzięła do zdejmowania swoich obrazów, gdy Józka przyleciała z wrzaskiem:

925

— A korale mi oddajcie, moje są po matce, moje…

926

Jagna zaczęła je odwiązywać ze szyi, ale się nagle powstrzymała.

927

— Nie, nie oddam! Maciej mi dali, to już są moje!

928

Józka poczęła piekłować, jaże[702] Hanka musiała ją skrzyczeć, bych dała spokój, bo Jaguś jakby ogłuchła na zaczepki, a wyniósłszy wszystko swoje, poleciała po Jędrzycha.

929

Dominikowa nie przeciwiła się już niczemu, lecz i nie odpowiadała na zagadywania Hanki ni na Józczyne jazgoty, dopiero kiej[703] zabrali rzeczy na wóz, podniesła[704] się i wyrzekła grożąc pięścią:

930

— Bych cię nie minęło co najgorsze!

931

Hanka jaże[705] ścierpła, ale puszczając te słowa mimo uszów zawołała:

932

— A przypędzi bydło Witek, to ci twoją krowę zagna do chałupy, a po resztę niech kto przyleci wieczorem, to się pozgania.

933

Odeszły milcząco, skręciły na drogę i szły, z wolna okrążając staw samym jego brzegiem, jaże[706] się odbijając w wodzie.

934

Hanka długo patrzała za nimi z jakąś dziwną zgryzotą i markotnością, a że nie miała czasu na rozważania, bo najemnicy ściągali z pola, to schowała zapis do skrzynki pod klucz, zawarła ojcową stronę i zabrała się do obiadu, całe jednak przypołudnie chodziła struta i milcząca, nawet niechętnie dając ucho przypochlebnym słówkom Jagustynki.

935

— Dobrzeście zrobili! Już dawno trza[707] ją było wygonić. Rozpuściła się kiej[708] dziadowski bicz, bo któż jej co zrobi, kiej stara z proboszczem za pan brat! Drugą to by już dawno wyklął z ambony!

936

— Pewnie, juści! — przytwierdzała odsuwając się, aby już więcej nie słuchać, a gdy wszyscy rozeszli się znowu do roboty, zabrała Józkę i poszły pleć[709] len, bo się miejscami tak gęsto puszczała złotucha, jaże[710] niektóre zagony żółciły się już z daleka.

937

Skwapnie się wzięła do pielenia, lecz mimo tego męczyły ją pogrozy[711] Dominikowej i przejmowały niemałym lękiem, a głównie jednak rozmyślała, co Antek powie na to wszystko.

938

— Jak mu pokażę zapis, to się rozchmurzy. Głupia! sześć morgów, toć prawie gospodarka! — myślała spoglądając po polach.

939

— Wiecie, a do cna przepomniałyśmy o tym papierze o Grzeli.

940

— Prawda! Przerywaj, Józia, a ja poletę[712] do księdza, on przeczyta.

941

Nawet rada była, że pójdzie między ludzi, a przewie się, co na to wszystko powiedają[713].

942

Przyogarnęła się nieco w chałupie, a wyjąwszy papier zza obraza poszła z nim na plebanię. Nie zastała jednak księdza, był w polu przy swoich najemnikach przerywających marchew; dojrzała go już z dala, bo stojał[714] prawie całkiem rozdziany, w portkach jeno[715] a w słomianym kapelusie, ale bliżej nie śmiała podejść obawiając się, że musi już wiedzieć i jeszcze gotów ją wykrzyczeć przy ludziach. Zawróciła więc do młynarza, któren[716] właśnie był wraz z Mateuszem puszczał na próbę tartak.

943

— Przed chwilą żona mi opowiadała, jakżeście to wykurzyli macochę! Ho, ho, pliszka się widzi, a ma jastrzębie pazury! — zaśmiał się bierąc[717] się do czytania owego papieru, ale jeno[718] rzucił okiem, zawołał: — Zła nowina! Grzela wasz się utopił! Jeszcze na Wielkanoc! Piszą, że rzeczy po nim możecie odebrać u naczelnika w powiecie…

944

— Grzela nie żyje! Laboga! Taki młody i zdrów! A to mu było dopiero na dwudziesty szósty. Miał już wrócić we żniwa. Utopił się, we wodzie! Jezu miłosierny! — jęknęła załamując ręce, srodze bowiem strapiła ją ta wiadomość.

945

— Coś letko wama idą schedy[719], letko! — ozwał się drwiąco Mateusz. — Teraz jeno wygońcie Józkę, a już wszystko będzie wasze a kowalowe…

946

— Skończyłeś to z Tereską, co już o Jagusi zamyślasz? — odcięła się, jaże młynarz gruchnął śmiechem, a on coś pilnie jął majdrować[720] kole piły.

947

— Nie da się zjeść w kaszy, chwat baba — powiedział za nią młynarz.

948

Wstąpiła po drodze do Magdy, która usłyszawszy nowinę rozpłakała się i chlipiąc rzewliwie, mówiła przez łzy:

949

— Wola boska, moi drodzy. Juści, chłop jak dąb, jak mało któren w Lipcach, o dolo człowiekowa, dolo nieszczęsna! Dziś żyjesz, a jutro gnijesz. To już Michał pojedzie po te rzeczy po nim, co mają przepaść. Chudziaszek, a tak się darł do domu!…

950

— Wszystko w boskim ręku. A do wody to zawdy szczęścia nie miał, baczycie to, jak się topił we stawie, co go to ledwie Kłąb wyratował? Snadź[721] już mu było pisane zginąć od niej!

951

Wyżaliły się, spłakały i rozeszły, boć każda miała dosyć swoich codziennych turbacji[722] a zabiegów, zwłaszcza Hanka.

952

A po wsi w mig się rozniesły[723] te nowiny, że schodząc z pól o zmierzchu, już sobie o tym rozpowiadali; juści, że Grzeli sielnie żałowano, co zaś do Jagusi, wieś się rozpołowiła, wszystkie bowiem kobiety, zwłaszcza starsze, wzięły stronę Hanki, zajadle powstając na Jagusię, za którą, chociaż nieśmiało, opowiadali się chłopi, że już z tego miejscami przychodziło do swarów…

953

A nim wieczór zapadł, już na wsi huczało kiej[724] w ulu, kumy leciały do kum na poredę[725], poniektóre krzykały[726] do się przez płoty i sady, to dojąc krowy w opłotkach raiły[727] z przechodzącymi. Zmierzch się czynił luby, pachnący bowiem a chłodnawy, niebo wisiało jeszcze całe w bladym złocie zachodu, z pól niesły[728] się strzykania koników i głosy przepiórek, a po rowach i bagnach sennie nukały żaby. Dziecińskie wrzawy, śpiewki, to poryki bydła, rżenia, beki, gęgoty i turkotania wozów trzęsły się nad wsią, zaś po drogach, nad stawem i kaj[729] się kto z kim zetknął, rajcowano zawzięcie o wypadkach, to o tym, z czym chłopi powrócą od dziedzica.

954

Mateusz wracający z tartaku nasłuchiwał tu i owdzie, ale jeno spluwał, klął z cicha i wymijał rozgadane kumy, dopiero pyskujące przed Płoszkami tak go rozeźliły, że się już wstrzymać nie poredził[730] i powiedział wzburzony:

955

— Hanka nie miała prawa jej wyganiać, na swoim siedziała. Antkowa może za taką śtukę dobrze posiedzieć i zapłacić!

956

Zakrzyczała go gruba, rozczerwieniona Płoszkowa:

957

— Hanka grontu[731] jej nie zapiera, wiadomo! Ale że Antek leda[732] dzień wróci, to czego inszego się bojała[733]! Hale, upilnuje to domowego złodzieja! A może miała patrzeć przez sitko, co?

958

— I… grał, a trawy się dzierżał, wiecie! Gadacie, co wama[734] ślina przyniesie, ale nie ze sprawiedliwości, a jeno[735] przez czystą zazdrość!

959

Jakby wraził kij między osy, tak się wszystkie rzuciły na niego.

960

— A czegóż to mamy jej zazdrościć, co? Czego? Że latawica i tłuk, że ganiacie za nią kiej[736] te psy, że każdy by do niej rad pod pierzynę, że wstyd i obraza boska przez nią idzie na całą wieś, co?

961

— Może i tego wam żal, pies ta was wyrozumie! Pomietły juchy, strach im słońca. A bych[737] była kiej[738] Magda z karczmy i robiła co najgorsze, to byście jej przepuściły, ale że urodniejsza nad wszystkie, to każda by ją z osobna utopiła w łyżce wody.

962

Rozjazgotały się nad nim, jaże[739] musiał uciekać.

963

— Żeby wam, psiekrwie, poodpadały jęzory! — klął i przechodząc mimo domu Dominikowej zajrzał w otwarte okna. W izbie się świeciło, Jagusi jednak dojrzeć nie mógł, a wejść się wagował[740], więc westchnął jeno[741], zawracając ku swojej chałupie, ale jakoś pokrótce natknął się na Weronkę, idącą do siostry.

964

— Dopiero co byłam u was. Stacho drzewo obrobił i dół wykopał, można by rznąć, kiedy przyjdziecie?

965

— Kiedy? A może na święty nigdy! Tak mi już wieś mierznie, że cheba[742] prasnę[743] wszystko o ziem[744] i pójdę, kaj[745] mnie oczy poniesą[746] — zakrzyczał gniewnie i poleciał.

966

— Dobrze go cosik ugryzło, kiej[747] się tak bzdycy[748]! — myślała zwracając się do Borynów.

967

Hanka sprzątała już po kolacji, ale zaraz ją wzięła na bok, opowiadając wszystko, jak było. Weronka z rozmysłem pominęła Jagusiną sprawę, a tylko rzekła o Grzeli:

968

— Kiej pomarł, to wam jego część przychodzi do działu.

969

— Prawda, jeszczech o tym nie pomyślałam.

970

— A z tym, co dziedzic musi dać za las, to po jakie półwłóczku wypadnie na każdego, troje was jeno! Mój Boże, bogatym to i cudza śmierć na profit się obraca — westchnęła żałośnie.

971

— Co mi tam bogactwo! — broniła się Hanka, lecz skoro się porozchodzili spać, wzięła rachować po swojemu i skrycie się cieszyć.

972

Zaś potem klękając do pacierzów szepnęła z rezygnacją:

973

— A skoro już pomarł, to już taka była wola boska. — I szczerze westchnęła za jego duszę.

974

Nazajutrz kole[749] południa wszedł do izby Jambroży.

975

— Kajżeście to chodzili[750]? — spytała rozpalając ogień na kominie.

976

— U Kozłów byłem, dziecko się im oparzyło na śmierć. Wołała mnie, ale tam już jeno[751] trumny potrza i pochowku.

977

— Któreż to?

978

— A to mniejsze, co je na zwiesnę przywiezła[752] z Warsiawy[753]. Wpadło do grapy[754] z ukropem i prawie się ugotowało.

979

— Cosik[755] nie wiedzie się jej z tymi znajdami.

980

— A nie wiedzie. Nie traci ona na tym, dają na pochowek! Ale nie z tym do was przyszedłem.

981

Podniesła na niego niespokojne oczy.

982

— Wiecie, Dominikowa pojechała z Jagusią do sądu, pono[756] skarżyć was będzie o wygnanie córki…

983

— A niech skarży, co mi ta zrobi!

984

— Były z rana u spowiedzi, a potem długo radziły z dobrodziejem, nie podsłuchiwałem juści, a mówię, co me jeno doszło piąte przez dziesiąte; tak się na was skarżyły, jaże[757] proboszcz pięścią wygrażał.

985

— Ksiądz, a wsadza nos w cudze sprawy! — wyrzekła porywczo, tak jednak zgryziona tą wiadomością, że cały dzień chodziła kiej[758] błędna, pełna trwóg i najgorszych przypuszczeń.

986

O samym mroku jakiś wóz przystanął przed opłotkami.

987

Wyleciała z chałupy zestrachana i dygocąca, wójt siedział na bryce.

988

— O Grzeli już wiecie! — zaczął. — No, nieszczęście i tyla! Ale mam la[759] was i dobrą nowinę: oto dzisiaj abo[760] najdalej jutro powróci Antek!

989

— Nie zwodzicie mnie aby? — nie śmiała już zawierzyć.

990

— Wójt wama[761] mówi, to wierzcie! w urzędzie mi powiedzieli…

991

— To i dobrze, kiej[762] wraca, największa pora! — mówiła chłodno, jakby całkiem bez radości, a wójt pomedytował cosik[763] i pomówił wielce przyjacielsko:

992

— Źleście sobie poczęli z Jagusią! Już na was wniesła[764] skargę, mogą was pokarać za samowolę i gwałt. Nie mieliście prawa jej ruchać[765], siedziała na swoim. Dopiero to będzie, jak Antek wróci, a was wsadzą! Z czystego przyjacielstwa wam radzę, załagodźcie tę sprawę! Zrobię, co jeno[766] będę mógł, aby skargę odebrały ze sądu, ale krzywdę musicie sami odrobić.

993

Hanka wyprostowała się i rzekła prosto z mostu:

994

— Kogóż to bronicie, pokrzywdzonej czy swojej kochanicy?

995

Sypnął koniom takie baty, jaże[767] z miejsca poniesły[768]!

IV

996

Ale przez takie przeróżne a ciężkie przejścia Hanka całkiem nie mogła zasnąć tej nocy, a przy tym cięgiem[769] się jej widziało, że słyszy czyjeś kroki w opłotkach, to na drodze, to nawet jakby pod samą chałupą. Nasłuchiwała z bijącym sercem, ale cały dom spał głęboko, nawet dzieci nie matyjasiły, noc była głucha, chociaż widnawa, gwiazdy zaglądały w okna i niekiedy poszumiały drzewa, gdyż jakoś od samego północka podniósł się wiater[770] przedmuchując kiej niekiej[771].

997

W izbie było duszno i gorąco, zły fetor zalatywał od kacząt nocujących pod łóżkami, ale Hance nie chciało się otworzyć okna, śpik[772] już ją całkiem odszedł, parzyła ją pierzyna i poduszki zdały się rozpalone kiej[773] blachy, że jeno przewracała się z boku na bok, coraz barzej[774] niespokojna, boć te przeróżne pomyślunki roiły się we głowie kieby[775] mrowisko, obłażąc ją całą gorącymi potami, a przejmując takim dygotem, że już nie mogąc zapanować nad strachem porwała się nagle z łóżka i boso, w koszuli, a ze siekierą w garści, która się jakoś sama nawinęła, poszła w podwórze.

998

Wszyćko[776] tam stojało[777] na rozcież[778] wywarte[779], ale wszędy[780] leżała niezgłębiona cichość śpiku[781]. Pietrek[782] chrapał rozciągnięty pod stajnią, konie gryzły obroki pobrzękując łańcuchami uździenic, zaś krowy niepowiązane na noc w oborze porozłaziły się w podwórzu, leżały przeżuwając i glamiąc oślinionymi gębulami, podnosząc ku niej ciężkie, rogate łby i czarne, niepojęte gały ślepiów.

999

Powróciła do łóżka i leżąc z otwartymi oczami, znowu trwożnie nasłuchiwała, gdyż przychodziły takie chwile, w których byłaby dała głowę, jako[783] wyraźnie roznoszą się jakieś głosy i głuche, dalekie kroki.

1000

— A może w którejś chałupie nie śpią i poredzają[784]! — próbowała sobie wyrozumieć, lecz skoro jeno[785] chyla tyla[786] poszarzały okna, podniesła[787] się i narzuciwszy Antkowy kożuch wyszła przed dom.

1001

W ganku Witkowy bociek spał na jednej nodze i ze łbem podwiniętym pod skrzydło, zaś w opłotkach bieliły się pokulone stadka gęsi.

1002

Czuby drzew już się wypinały z nocy, rosa kapała obficie z wierzchołków, trzepiąc o liście i trawy, zawiewał rzeźwy, krzepiący chłód.

1003

Niskie, sinawe opary obtulały pola, z których jeno[788] kajś niekaj[789] rwały się co wyższe drzewa buchając w górę niby te czarne, gęste dymy.

1004

Staw polśniewał jak to ślepe, wielgachne oko zasute pomroką, olszowe wysady gwarzyły nad nim cichuśko i trwożnie, gdyż wszystko jeszcze dokoła spało, zatopione w szarym, nieprzejrzanym mącie i cichości.

1005

Hanka przysiadła na przyźbie[790] i przytuliwszy się do ściany zadrzemała, ani się tego spodziewając, na jakie dobre parę pacierzów, bo kiej[791] przecknęła, noc już była zbielała[792] do cna i na wschodzie rozpalały się czerwone zorze jako te łuny dalekie.

1006

— Jak wyszli o chłodzie, to ani chybi, co ino[793] ich patrzeć! — myślała wyzierając na drogę, tak się czuła skrzepioną tym krótkim śpikiem, że nie wróciła już do łóżka i aby łacniej[794] doczekać się słońca, wyniesła[795] dziecińskie szmaty i poszła je przeprać we stawie.

1007

A dzień podnosił się coraz chybciej[796], że pokrótce zapiał kajś[797] pierwszy kogut, a wnet po nim jęły[798] trzepotać skrzydłami drugie i przekrzykiwać się rozgłośniej na całą wieś, zaś potem zaśpiewały skowronki, ale jeszcze z rzadka, i z przyziemnych mroków wyłaniały się z wolna bielone ściany, płoty a puste, orosiałe[799] drogi.

1008

Hanka prała zawzięcie, gdy naraz kajś[800] niedaleko rozległy się ciche stąpania, przywarła w miejscu kiej[801] trusia, pilnie przezierając dokoła, jakiś cień przedzierał się z obejścia Balcerkowej i sunął czająco pod drzewami.

1009

— Juści, co od Marysi, ale kto? — ważyła nie mogąc rozpoznać, gdyż cień przepadł nagle i bez śladu. — Taka harna, taka zadufana w swoją urodę, a puszcza na noc chłopaków! kto by się to spodział!

1010

Myślała zgorszona, spostrzegając znowu, że młynarczyk przemyka się z drugiego końca wsi.

1011

— Pewnikiem z karczmy, od Magdy! A to jak wilki tłuką się po nocy. Co się to wyprawia! — westchnęła, lecz ją samą przejęły jakieś ciągotki, gdyż raz po raz przeciągała się z lubością, ale że woda była chłodnawa, to prędko przeszło, i wzięła nucić ściszonym, a tęsknością nabranym głosem:

Kiedy ranne wstają zorze!

1012

Pieśń leciała nisko po rosie, wsiąkając w zróżowione świtania.

1013

Pora już była wstawać, po wsi zaczęły się rozlegać brzęki otwieranych okien, klekoty trepów i przeróżne głosy.

1014

Hanka, jeno[802] rozwiesiwszy przeprane szmaty na płocie, poleciała budzić swoich, ale tak byli jeszcze śpikiem[803] zmorzeni, że co która głowa się uniesła[804], to zaraz padała ciężko, niczego nie miarkując[805].

1015

Zeźliła się niemało, gdyż Pietrek krzyknął na nią z góry:

1016

— Psiachmać! Pora jeszcze, do słońca spał będę! — i ani się ruszył.

1017

Dzieci też jęły się mazać, a Józka skarżyła się żałośnie:

1018

— Jeszcze ździebko, Hanuś! Dyć dopiero co się przyłożyłam…

1019

Przyciszyła dzieci, powypędzała drób z chlewów, a przeczekawszy jeszcze z pacierz, już przed samym wschodem, kiej[806] wyniesione niebo całkiem rozgorzało, a staw sczerwienił się od zórz, narobiła takiego piekła, jaże[807] musieli się pozwlekać z barłogów. Wsiadła też z miejsca na Witka, któren[808] łaził zaspany cochając się[809] jeno o węgły i drapiąc.

1020

— Jak cię czym twardym zleję, to przeckniesz! Czemuś to, pokrako jedna, krów nie powiązał do żłobów! Chcesz, aby se w nocy kałduny popruły rogami?

1021

Odszczeknął cosik[810], aż skoczyła do niego, szczęściem, co nie czekał, więc zajrzawszy do stajni czepiła się Pietrka.

1022

— Konie dzwonią zębami o pusty żłób, a ty się wylegujesz do wschodu!

1023

— Wydzieracie się kiej sroka na deszcz. Cała wieś słyszy! — mruknął.

1024

— A niech słyszy! Niech wiedzą, jakiś to wałkoń i próżniak! Czekaj, wróci gospodarz, to ci da radę, obaczysz! Józka — zakrzyczała znów w drugiej stronie podwórza — krasula ma twarde wymiona, ciągnij mocno, byś znowu pół mleka nie ostawiła! A śpiesz z udojem, na wsi już wyganiają krowy! Witek! bierz śniadanie i wypędzaj, a pogub mi owce, jak wczoraj, to się z tobą rozprawię! — rozrządzała zwijając się sama jak fryga; kurom podrzuciła przygarście ziarna, świniom kwiczącym pod chałupą wyniesła cebratkę z żarciem, cielęciu odsadzonemu od matki sporządziła picie, sypnęła kaszy gotowanej kaczętom i wygnała je na staw. Witek dostał pięścią za plecy i śniadanie do torby, nie przepomniała[811] nawet boćka, stawiając mu w ganku żeleźniak z wczorajszymi ziemniakami, że przyczajał się, klekotał, a kuł w niego i wyjadał. Była wszędy[812], o wszystkim pamiętała i na wszyćko[813] miała sposobną radę.

1025

A skoro Witek pognał krowy i owce, zabrała się do Pietrka, nie mogąc ścierpieć, iż się wałęsa bez roboty.

1026

— Wyrzuć gnój z obory! krowom w nocy gorąco i tytłają się kiej[814] świnie.

1027

Słońce właśnie co jeno[815] wyjrzało z dalekości, ogarniając świat czerwonym, gorącym okiem, gdy zaczęły się schodzić komornice, robiące w odrobku za ziemię pod len i ziemniaki.

1028

Zapędziła Józkę do obierania ziemniaków, dała piersi dziecku i okrywszy się w zapaskę rzekła:

1029

— Miej ta baczenie[816] na wszystko! A jakby Antek wrócił, daj znać na kapuśniki. Chodźta, kobiety, póki rosa a chłodniej, okopiemy nieco kapusty, a od śniadania wrócim do wczorajszej roboty.

1030

Powiedła[817] je poza młyn, na niskie łąki i mokradła siwe jeszczek[818] od rosy i mgieł opadających. Torfiaste ziemie uginały się pod nogami kiej[819] rzemienne pasy, zaś gdzieniegdzie tak było grząsko, że musiały obchodzić, w bruzdach głębokich niby rowy stały spleśniałe wody, pokryte zieloną rzęsą.

1031

Na kapuśniskach nie było jeszcze nikogo, jeno[820] czajki kołowały nad zagonami, a boćki chodziły kiwający, pilnie bobrując[821]. Pachniało bagnem i surowizną tataraków a trzcin, co poobsiadały kępami stare, zapadłe doły torfowe.

1032

— Piękny czas, ale widzi mi się, na spiekę[822] idzie — ozwała się któraś.

1033

— Dobrze, co[823] wiater przechładza.

1034

— Bo rano, barzej[824] on suszy niźli słońce.

1035

— Dawno nie pamiętają tak suchego lata! — pogadywały stając do roboty na wyniesionych zagonach kapusty.

1036

— Jak to wyrosła, już się poniektóre skłębiają na główki.

1037

— Żeby jeno nie objadły robaczyska. Susza, to mogą się jeszcze rzucić.

1038

— A mogą. Na Woli obżarły już ze szczętem.

1039

— W Modlicy zaś wyschła do cna, musiały sadzić na nowo.

1040

Poredzały[825] dziabiąc motyczkami ziemię i kopiasto obsypując grzędy, galancie[826] wyrosłe, ale i sielnie[827] zachwaszczone, mlecze bowiem szły w kolano[828], a kacze ziela i nawet osty puszczały się gęsto kiej[829] las.

1041

— Czego człowiek nie sieje ni potrzebuje, to się bujnie rodzi — zauważyła któraś otrzepując ze ziemi jakiś chwast wyrwany.

1042

— Jak każde złe! Grzechu ano nikt nie posiewa, a pełno go na świecie.

1043

— Bo plenny! Moiściewy! póki grzechu, póty i człowieka. Przeciech[830] powiadają: bez grzechu nie byłoby śmiechu, albo to: kiejby[831] nie grzech, to by człowiek dawno zdechł! Potrzebny musi być na coś, jako i ten chwast, bo oba stworzył Pan Jezus! — prawiła po swojemu Jagustynka.

1044

— Pan Jezus by ta stworzył złe! Juści! Człowiek to jak ta świnia, wszyćko musi swoim ryjem pomarać! — rzekła surowo Hanka, iż pomilkły.

1045

Słońce już się było wyniesło[832] galancie[833] i mgły opadły do znaku[834], kiej[835] dopiero ode wsi zaczęły nadchodzić kobiety.

1046

— Robotnice! Czekają, aż im rosa przeschnie, żeby se nie zamoczyć kulasów[836] — szydziła Hanka.

1047

— Nie każdy tak łasy na robotę jako wy!

1048

— Bo nie każdy tak musi harować, nie każdy! — westchnęła ciężko.

1049

— Wasz wróci, to se odpoczniecie.

1050

— Już się do Częstochowskiej ochfiarowałam[837] na Janielską, bych jeno[838] powrócił. Wójt obiecował[839] go na dzisia[840].

1051

— Z urzędu wie, to musi być, co i prawda. Ale latoś[841] sporo narodu wybiera się do Częstochowy. Organiścina pono[842] idzie i powiadała, co sam proboszcz poprowadzi kompanię!

1052

— A któż mu to poniesie brzucho! — zaśmiała się Jagustynka. — Sam go nie udźwignie bez tylachny[843] karwas[844] drogi. Obiecuje, jak zawdy.

1053

— Byłam już parę razy z kompanią, ale bym co roku chodziła — westchnęła Filipka zza wody.

1054

— Na próżniaczkę[845] kużden[846] łakomy.

1055

— Jezu! — ciągnęła gorąco, nie bacząc na przycinki. — A dyć to człowiek jakby szedł do nieba, tak mu jest w tej drodze lekko i dobrze. A co się napatrzy świata, a co się nasłucha, co się namodli! Jeno[847] parę niedziel, a widzi się człowiekowi, jakoby na całe roki zbył się[848] bied a turbacji. Jakby się potem na nowo narodził!

1056

— Prawda, to łaska boska tak krzepi! Juści[849] — przytwierdzały niektóre.

1057

Od wsi, ścieżką nad rzeką, między szuwarami a gęstą, młodą olszyną, przemykała się ku nim jakaś dziewczyna. Hanka przysłoniła oczy od słońca, ale nie mogła rozeznać, dopiero z bliska poznała Józkę, która leciała, jak jeno mogła, już z dala krzycząc i wytrząchając rękami:

1058

— Hanuś! Antek wrócili! Hanuś!

1059

Hanka prasnęła motyczką i porwała się kiej[850] ptak do lotu, ale się w mig opamiętała, opuściła podkasany wełniak i chocia[851] ją ponosiło, chocia serce się tłukło, że tchu brakowało i ledwie poredziła[852] przemówić, rzekła spokojnie jakby nigdy nic:

1060

— Róbcie tu same, a na śniadanie przychodźta do chałupy.

1061

Odeszła z wolna, bez pośpiechu, przepytując Józkę o wszystko.

1062

Kobiety poglądały na się, do cna stropione jej spokojnością.

1063

— Jeno la[853] oczów ludzkich taka spokojna. Żeby się nie prześmiewali, co jej pilno do chłopa. Ja bym ta nie wytrzymała! — mówiła Jagustynka.

1064

— Ani ja! Bych się jeno Antkowi nie zachciało nowych jamorów[854]

1065

— Nie ma już na podorędziu Jagusi, to może mu się odechce.

1066

— Moiście! Jak chłopu zapachnie kiecka, to za nią w cały świat gotów.

1067

— Oj prawda, bydlę się nie tak łacno narowi do szkody jak chłop niektóry…

1068

Plotły, ledwie się już ruchając przy robocie, a Hanka szła wciąż jednako i jakby z rozmysłu pogadując z napotkanymi, chocia i nie wiedziała, co mówi ni co odpowiadają, bo w głowie miała to jedno, że Antek wrócił i na nią czeka.

1069

— I z Rochem przyszedł? — pytała jedno w kółko.

1070

— A z Rochem! Dyć[855] już wam mówiłam!

1071

— A jaki, co? Jaki?

1072

— Wiem to jaki? Przyszedł i zaraz z progu pyta: kaj[856] Hanka? Powiedziałam i zarno[857] w te pędy[858] po was, no i tyla!

1073

— Pytał o mnie! Niech ci Pan Jezus… Niech ci… — zaniesła[859] się radością.

1074

Dojrzała go już z daleka, siedział z Rochem w ganku, a uwidziawszy ją wyszedł naprzeciw w opłotki.

1075

Szła ku niemu coraz wolniej i coraz ciężej, chytając[860] się po drodze płota, gdyż nogi się pod nią gięły, brakowało tchu, dusiły łzy i w głowie miała taki mąt, co ledwie zdoliła wyjąkać:

1076

— Ty żeś to! Tyżeś! — łzy zalały resztę słów nabranych radością.

1077

— A ja, Hanuś! Ja! — przygarnął ją mocno do piersi, a przytulał z dobrością i z całego serca. Cisnęła się też do niego zgoła już bez pamięci, a jeno te szczęsne łzy spływały ciurkiem po twarzy zbladłej i wargi się trzęsły, dawała mu się w ramiona wszystka, kiej[861] to utęsknione dzieciątko.

1078

Długo nie poredziła przemówić, ale cóż to mogła rzec i jak wypowiedzieć, co się w niej działo! Dyć byłaby klękała przed nim, dyć byłaby prochy zmiatała, więc jeno niekiedy rwało się jej z piersi jakieś słowo, padając kiej to ważne ziarno i kiej ten kwiat pachnący weselem i oroszony krwią serdeczną, a oczy wierne i oddane, oczy pełne bezgranicznego miłowania kładły mu się pod stopy kiej psy, zdając się na wolę jego i na jego łaskę.

1079

— Zmizerowałaś się, Hanuś! — szepnął gładząc ją pieściwie po twarzy.

1080

— Jakże… tylam przeniesła[862], tylam się wyczekała…

1081

— Zapracowała się kobieta — ozwał się Rocho.

1082

— To i wy jesteście! Całkiem o was przepomniałam! — jęła go witać i całować po rękach, on zaś rzekł żartobliwie:

1083

— Nie dziwota. Obiecałem go wam przywieść, to go sobie macie…

1084

— A mam! Mam! — zawołała stając w nagłym podziwie przed Antkiem, wybielał bowiem, wydelikatniał i taki się widział[863] urodny, mocarny, pański, jakby zgoła kto drugi, pojąć tego nie mogła.

1085

— Przemieniłem się to, co tak po mnie ślepiasz?

1086

— Niby nie, ale całkiem jesteś jakiś zgoła inakszy.

1087

— Poczekaj, pójdę w pole do roboty, to zarno będę jak przódzi[864].

1088

Skoczyła naraz do izby po najmłodsze dziecko.

1089

— Jeszczech go nie widziałeś! — wołała wynosząc rozkrzyczanego chłopaka — popatrz jeno, podobny do cię jak dwie krople.

1090

— Sielny[865] parob! — zawinął go w róg kapoty i pohuśtywał.

1091

— Rocho mu na imię! Pietras[866], a chodźże i ty do ojca — podsadziła starszego, że jął się gramolić na ojcowe kolana bełkocąc cosik[867]. Antek objął obydwóch z dziwną czułością.

1092

— Robaki kochane, kruszyny najmilsze! Jak to już Pietras wyrósł, no, i po swojemu coś rajcuje.

1093

— Przecie, a taki sprzeciwny, a taki zmyślny, dorwie się jeno bata, to zara trzaska i gęsi wygania — przykucnęła przy nich. — Pietras, powiedz: tata! powiedz.

1094

Juści, co zamamrotał i nawet jeszcze więcej cosik gwarzył po swojemu, ciągając ojca za włosy.

1095

— Józka, czemu się to na mnie boczysz? Chodźże — zauważył.

1096

— A bo to śmię — pisknęła wstydliwie.

1097

— Chodźże, głupia, chodź! — przygarnął ją tkliwie, po bratersku. — Tera[868] już me[869] we wszyćkim słuchaj kiej[870] ojca. Nie bój się, srogi la[871] ciebie nie będę i krzywdy ode mnie nie zaznasz.

1098

Rozpłakała się dziewczynina żalnie[872], wypominając ojca i brata.

1099

— Jak mi wójt pedział[873] o jego śmierci, to jakby me kto kłonicą zdzielił, jaże[874] me zamroczyło. Taki parob kochany, taki brat najmilejszy. I kto by się to spodział. Jużem sobie układał w głowie, jak się to grontem podzielim, nawet już o kobiecie la niego myślałem — wyrzekał cicho, z głęboką boleścią, jaże Rocho, aby odwrócić smutne myśle[875] od wszystkich, zawołał podnosząc się z miejsca:

1100

— Dobrze wam gadać, a mnie już kiszki marsza grają.

1101

— Laboga, do cna przepomniałam. Józka, łap no te żółte kogutki. Cipuchny! cip, cip, cip! A może jajków przódzi, co? A może chleba? świeży i masło wczorajsze! Urżnij łby i sparz wrzątkiem! Wnet je wam sprawię. To gapa ze mnie, żeby zabaczyć[876]!

1102

— Ostaw, Hanuś, kogutki na potem, a sporządź cosik po naszemu. Tak mi się już przejadło to miesckie[877] jedzenie, co[878] ochotnie[879] siędę przed miską ziemniaków z barszczem — śmiał się wesoło. — Jeno la[880] Rocha zgotuj co inszego.

1103

— Bóg zapłać. Właśnie na to samo mam smaki!

1104

Hanka rzuciła się szykować, ale że ziemniaki już parkotały w garnku, to jeno wyniesła z komory kiełbasę do barszczu.

1105

— La ciebiem ostawiła, Jantoś. To z tej maciory, coś to ją kazał zaszlachtować przed Wielkanocą.

1106

— No, no, niezgorsze pęto, ale da Bóg, że je zmożemy. Hale, Rochu, a kajże[881] to nasze gościńce[882]?

1107

Stary podsunął spory tobół, z którego Antek jął wyjmować różności, a podawać każdej z osobna.

1108

— Naści, Hanuś, to la ciebie, jak ci kaj droga wypadnie — podał jej wełnianą chustę, takusieńką, jaką miała organiścina, całkiem czarna i w czerwone i zielone kraty.

1109

— La mnie. Żeś to pamiętał, Jantoś — jęknęła z niezgłębioną wdzięcznością.

1110

— Ba, żeby nie Rocho, to bym był zabaczył, ale przypomnieli i poszlim razem wybierać i kupować.

1111

A sporo nakupił, gdyż dodał żonie jeszcze trzewiki i chusteczkę na głowę jedwabną, modrą[883] w żółte kwiatuszki. Józce dał taką samą, jeno co[884] zieloną, oraz fryzkę i parę sznurków paciorków z długachną wstęgą do zawiązywania, zaś la dzieci przywiózł pierników i organki, nawet miał la kowalowej, bo cosik odłożył obwiniętego w papier, a nie zapomniał Witka ni też o parobku.

1112

Jaże[885] krzyknęły z podziwu na coraz nowe cudności, oglądając je i przymierzając z taką radością, że Hance łzy kapały po zrumienionej twarzy, a Józka za głowę chytała się w podziwie.

1113

Rocho się uśmiechał zacierając ręce, Antek zaś jeno pogwizdywał.

1114

— Zarobiliśta sobie na gościniec. Rocho powiadał, jak to wszyćko szło składnie w gospodarce. Dajcie no spokój, nie la dziękowań przywiezłem[886] — wołał broniąc się, bo rzuciły się go ściskać i całować.

1115

— Ani mi się kiej[887] śniły takie cudności — szepnęła łzawo Hanka siadając przymierzać trzewiki. — Ciasne ździebko, nogi mi nabrzmiały od bosaka, ale na zimę będą w sam raz.

1116

Rocho jął się rozpytywać o wieś i różne sprawy, opowiadała jeno[888] piąte przez dziesiąte krzątając się tak pilnie kole jadła, że pokrótce zastawiła przed nimi ziemniaków szczodrze omaszczonych tęgą michę i nie mniejszą barszczu, w którym kieby[889] koło pływała kiełbasa.

1117

Skwapnie się przypięli do śniadania.

1118

— To mi dopiero jadło — pokrzykiwał wesoło — kiełbasa galancie czujna. Po tym to człowiek poczuje jakąś wagę w żywocie. A to me paśli w tym kreminale, żeby ich wciorności.

1119

— Dopieroś to się, chudziaku, namorzył głodem.

1120

— Jakże, toć w końcu już nic jeść nie mogłem.

1121

— Powiadali chłopy, jak tam żywią, że pono pies jeno z głodu chyciłby się takiego jadła, prawda to?

1122

— Juści, co prawda, ale najgorsze, że trza było siedzieć zawarty[890]. Póki było zimno, to jeszcze, ale skoro dogrzało słońce i zaleciało mi ziemią, to myślałem, co się już wścieknę. Pachniała mi wola[891] lepiej niźli ta kiełbasa. Jużem kraty próbował rwać, jeno co[892] przeszkodziły.

1123

— Prawda, co tam biją? — spytała lękliwie.

1124

— A biją! Są tam bowiem i takie zbóje, które już z czystej sprawiedliwości powinny co dnia brać kije. Mnie się ta nie ważono tknąć ni palcem. Niechby jucha spróbował który, dałbym mu tabaki, no!

1125

— Juści, kto by cię ta przemógł, mocarzu, kto? — przyświarczała[893] radośnie, wpatrzona w niego i czuwająca na najlżejsze skinienie.

1126

Rychło[894] się jednak uwinęli z jadłem i zaraz poszli spać do stodoły, kaj[895] już naniesła im Hanka do sąsieka[896] pierzyn i poduszek.

1127

— Bójcie się Boga, toć stopimy się na skwarki — zaśmiał się Rocho.

1128

Już nie odrzekła, ale zawarłszy za nimi wrota, wtedy dopiero całkiem osłabia i uciekła na ogród do pielenia pietruszki. Rozglądała się chwilę dokoła i buchnęła płaczem. Płakała z radości, płakała, że słońce przygrzewało ją w plecy, że zielone drzewa chwiały się nad głową, że ptaki śpiewały, że pachniało wszystko i kwitnęło i że jej było tak dobrze, tak cicho i tak błogo na duszy, jakby po tej świętej spowiedzi abo i jeszcze lepiej.

1129

— Żeś to wszystko sprawił, mój Jezu! — jęknęła podnosząc łzawe oczy ku niebu, w najszczerszej, zgoła niewypowiedzianej podzięce za tyle dobra, jakie ją spotkało.

1130

— I że się to już przemieniło! — wzdychała zdumiona, szczęsna, prawie wniebowzięta, że już cały czas, dopóki spali, chodziła ledwie przytomna ze szczęścia. Czuwała nad nimi kiej kokosz nad pisklętami. Wyniesła dzieci daleko w sad, bych czasem nie zakrzyczały. Przepędziła z podwórza wszelką gadzinę[897] nie bacząc nawet, że świnie pyskają wczesne ziemniaki, a kury rozgrzebują wschodzące ogórki. Już o całym świecie przepomniała[898], cięgiem[899] zazierając[900] do śpiących.

1131

A dzień tak się przykro dłużył, co[901] już nie mogła sobie poredzić. Przeszło bowiem śniadanie, przeszedł obiad, a oni wciąż spali. Porozpędzała wszystkich do roboty, ani dbając, co się tam bez niej wyrabia, stróżując jeno, a cięgiem drepcąc od stodoły do chałupy.

1132

Sto razy wyjmowała gościniec przymierzać, oglądać i wołać.

1133

— A kaj to drugi taki dobry i pamiętliwy, kaj?

1134

Aż w końcu poleciała na wieś do kobiet, a kogo jeno dostrzegła, to mu już z dala krzyczała:

1135

— Wiecie, a to mój powrócił, śpi se tera w stodole.

1136

I śmiały się jej oczy i twarz i tak wszystka tchnęła rozradowaniem i weselem, jaże kobiety się dziwowały.

1137

— Urzekł ją ten wisielec czy co? Do cna zgłupiała.

1138

— Zarno[902] się ona pocznie wynosić a nos zadzierać, obaczycie!

1139

— Niech jeno Antek wróci do dawnego, to jej rura zmięknie — poredzały.

1140

Juści, co nie słyszała tych pogadek, ale przyleciawszy do chałupy wzięła się na ostro do sporządzania sutego obiadu, lecz dosłyszawszy gęsi krzyczące na stawie wypadła je przyciszać kamieniami, że ledwie z tego kłótnia nie wyszła z młynarzową.

1141

Właśnie co ino była podwieczorek posłała ludziom na pole, gdy chłopy przyszły ze stodoły. Narządziła im obiad pod domem w cieniu i na chłodzie, podając nawet gorzałkę i piwo, zaś na dojadkę postawiła z pół sitka dobrze źrałych[903] wisien, które była przyniesła od księżej gospodyni.

1142

— Obiad suty jakby na weselu — żartował Rocho.

1143

— Gospodarz wrócił, małe to jeszcze wesele? — odparła zwijając się kole nich i mało wiele[904] sama pojedając.

1144

Po skończeniu Rocho zaraz poszedł na wieś obiecując się na wieczór, zaś ona spytała nieśmiele[905] męża:

1145

— Chcesz to obejrzeć gospodarkę?

1146

— A dobrze! Święto się już skończyło, trza się będzie brać do roboty! Mój Boże, anim się spodział, co mi tak rychło przyjdzie ojcowizna!

1147

Westchnął i poszedł za nią; powiodła go najpierwej do stajni, kaj parskały trzy konie, a w zagrodzie kręcił się źrebak; potem do pustej obory, zaś jeszcze potem do stodoły do tegorocznego siana; zaglądał nawet do chlewów i pod szopę, gdzie stały różne narzędzia i porządki.

1148

— Bryczkę trza będzie przetoczyć na klepisko, bo się do cna rozeschnie.

1149

— A bo to raz przykazywałam Pietrkowi? Cóż, kiej me nie słuchał.

1150

Zaczęła zwoływać prosięta i drób, sielnie się przechwalając dużym przychówkiem, a kiej i to obejrzał, rozpowiedała szeroko o polnych robotach, gdzie co posiane i wiela[906] każdego z osobna, pilnie przy tym naglądając mu w oczy i wyczekująco, ale on sobie wszyćko poukładał w głowie po porządku, przepytując jeno[907] o to i owo, a dopiero w końcu rzekł:

1151

— Jaże[908] uwierzyć trudno, żeś to wszystkiemu sama uredziła[909]!

1152

— La ciebie to bym i więcej zmogła — szepnęła gorąco, strasznie rada z pochwały.

1153

— Chwat z ciebie, Hanuś, chwat! anim się spodział, coś taka.

1154

— Było potrza, to juści[910], co człowiek kulasów nie pożałował.

1155

Obejrzał nawet sad, pełen wiśni już przez pół czerwonych, i grzędy, kaj[911] rosły cebule, pietruszka i kapuściane wysadki.

1156

Wracali już z powrotem, gdy przechodząc kole ojcowej strony zajrzał do środka przez wywarte okno.

1157

— A kajże[912] to Jagna? — latał zdumionymi oczami po pustej izbie.

1158

— A kaj! u matki! Wygnałam ją! — rzekła twardo, podnosząc na niego oczy.

1159

Ściągnął brwie[913], przedeliberował[914] czas jakiś i zapalając papierosa rzucił spokojnie, jakby od niechcenia:

1160

— Dominikowa zły pies, nie przepuści nam bez precesu.

1161

— Już pono wczoraj latały ze skargą do sądu.

1162

— Od skargi do wyroku droga szeroka. Ale trza to będzie wziąć dobrze na rozum, bych nam nie wystroiła jakiego figla.

1163

Opowiadała, z czego to wszystko poszło i jak się stało, wiele juści pomijając, nie przerywał ni pytał, brwie jeno marszcząc i łyskając oczami, dopiero kiej mu zapis podała, ośmiał się kąśliwie:

1164

— Tyle wart, co możesz z nim bieżyć za ścianę[915].

1165

— A juści, przeciek to ten sam, co go jej dali ociec.

1166

— I stoi właśnie złamany patyk! Jakby się odpisała u rejenta, to by co znaczyło. La śmiechu go rzuciła!

1167

Cisnął ramionami, zabrał Pietrusia[916] na ręce i ruszył do przełazu.

1168

— Obaczę pola i wrócę! — rzucił za siebie, iż ostała, chociaż dziwnie pragnęła z nim poleźć, on zaś mijając bróg, już odnowiony i pełen siana, przyglądał mu się spod oka.

1169

— Mateusz go wyporządził. Samej słomy na dach wykręcili ze trzy kopy — wołała za nim stojąc na przełazie.

1170

— A dobrze, dobrze — mruknął, nie był ta ciekaw bele czego. Przeszedł ziemniakami i puścił się miedzą.

1171

Latoś[917] na polach z tej strony wsi były prawie same oziminy i bez to[918] niewiela ludzi spotykał po drodze, a z kim się zeszedł, tego witał krótko i prędko przechodził. Zwalniał jednak coraz bardziej, gdyż Pietruś mu ciążył i jakoś dziwnie rozbierało go nagrzane, ciche powietrze. Przystawał, to siadał, nie przestając oglądać prawie każdego zagona z osobna.

1172

— Ho, ho! żółtocha dusi len! — wykrzyknął stając przy zagonach niebieskich od kwiatów, ale gęsto poprzerabianych żółciznami — kupiła siemię[919] zapaskudzone i nie przewiała!

1173

Wstrzymał się potem przy jęczmieniu, który był mizerny i już przypalony, a ledwo widny spod ostów, rumianków i szczawiów.

1174

— Na mokro siali! Spyskał[920] rolę kiej[921] świnia! A żeby cię, jucho, pokręciło za taką uprawę! A jak to ścierwo zbronował! sam perz i kotyry!

1175

Splunął rozeźlony i wszedł na ogromny łan żyta, co niby wody spławione we słońcu kolebały mu się do nóg, bijąc chrzęstliwymi, ciężkimi kłosami. Rozradował się głęboko, gdyż było pięknie wyrośnięte, słomę miało grubą i kłosy niby baty.

1176

— Kiej bór idzie! Ojcowego to jeszcze siania! We dworze nie lepsze! — wykruszył kłos, ziarno było dorodne i pełne, ale jeszcze miętkie[922] — za dwa tygodnie czas mu będzie pod kosę! Byle jeno grady nie zbiły.

1177

Ale nad pszenicą najdłużej się cieszył i napasał oczy, bo chociaż szła nierówno, kłębami a zatokami, lecz z czarniawych, lśniących piór już się łuskały gęste i wielkie kłosy.

1178

— Sypnie niezgorzej. Trzeba jeszcze miejscami przysiec, za bujna. Na górce, a nic ją nie przypaliło! Czyste złoto idzie!

1179

Był coraz dalej, wspinając się z wolna pod łagodne wzgórze, na którym wyrastała czarna ściana boru. Wieś ostała za nim jakby na samym dnie, pławiła się w sadach, a przez przerwy między chałupami polśniewał staw lub jakieś okno zagrało w słońcu.

1180

Kajś[923] pod smętarzem[924] cięli koniczynę i kosy migotały nad ziemią niby te sine błyskawice, gdzie znów czerwieniały kobiece przyodziewy[925] i stada białych gęsi pasły się na wąskich ugorach, a za wsią, w zielonych polach ziemniaków ruchali[926] się ludzie kiej[927] mrówki, zaś jeszcze wyżej, w nieprzejrzanych dalekościach majaczyły jakieś wsie, domy samotne, drzewa pogarbione nad drogami, wielgachne pola i widziały się jakoby potopione w modrawej i wrzącej wodzie.

1181

Głęboka cichość szła górą nad ziemiami, rozpalone powietrze jaże[928] ślepiło[929] migotem, ziejąc takim skwarem, że skroś tych białawych, roztrzęsionych płomi[930] jeno[931] niekiej[932] przeleciał bociek ważąc się ciężko na omdlałych skrzydłach i zaziajane[933] wrony przefrunęły.

1182

Skowronki śpiewały kajś[934] niedojrzane, niebo wisiało wysokie, rozpalone i czyste, że tylko gdzieniegdzie warowała na tych niebieskich polach jakaś biała chmurka, kieby[935] ta owca zbłąkana.

1183

Zaś po ziemiach baraszkował suchy i gorący wiater[936], przewalając się jak pijany, czasem podrywał się z prześwistem, jaże[937] płoszyły się ptaki, albo gdziesik[938] przyczajony buchał z nagła we zboża i skłębiał je, mącił, wzburzał do dna i przepadał znowu nie wiada[939] kaj[940], a rozkolebane zagony długo jeszcze gędziły[941] i cichuśko, jakby się skarżąc na wisusa[942].

1184

Antek przystanął pod lasem na ugorze i znowu się ozgniewał[943].

1185

— Jeszczek[944] nie podorany! Konie stoją przez[945] roboty, gnój spala się na kupie, a ten ani się zatroszczy! A żeby cię! — zaklął ruszając pod borem ku krzyżowi na topolowej drodze.

1186

Zmęczony się czuł, w głowie mu szumiało i kurz zapierał gardziel, przysiadł pod krzyżem w cieniu brzózek, ułożył na kapocie śpiącego Pietrusia i obcierając rzęsisty pot zapatrzył się we świat i zamedytował[946].

1187

Słońce skłoniło się nad bory i pierwsze lękliwe cienie wyłoniły spod drzew, czołgając się ku zbożom. Bór cosik[947] gwarzył[948] z cicha czubami płonącymi w słońcu, a gęste podszycia leszczyn i osik trzęsły się jakby w zimnicy. Dzięcioły kuły zawzięcie i kajś[949] daleko skrzeczały sroki. Czasem między omszałymi dębami zamigotała żołna, jakby kto cisnął kłębkiem zwiniętej tęczy.

1188

Chłód zawiewał z omroczonych, cichych głębin, tylko kajś niekaj[950] podartych słonecznymi pazurami.

1189

Zalatywało grzybami, żywicą i rozprażonym bajorem[951].

1190

Naraz jastrząb wyprysnął nad las, zatoczył krzyżem nad polami, ważył się chwilę i spadł kiej[952] piorun we zboża…

1191

Antek porwał się bronić, ale już było za późno, posypała się kurzawa piór, zbój uciekł, jękliwie zakrzyczały kuropatki, a jakiś zajączek zestrachany gnał na oślep, jeno mu bielało podogonie.

1192

— Jak se to wypatrzył! Rabuś jucha! — szepnął siadając z powrotem — cóż, kiej[953] i jastrząb musi się pożywić i choćby ta glista najmarniejsza. Takie już urządzenie na świecie! — medytował okrywając Pietrusiową gębusię, gdyż pszczoły brzęczały nad nią zawzięcie, a jakiś kosmaty trzmiel buczał nieustannie.

1193

Spomniał[954] sobie, jak to jeszczek[955] niedawno wydzierał się na wolę[956], do tych pól, jak mu to dusza dziw nie uschła z tęsknicy!

1194

— Wymęczyły me[957], ścierwy! — zaklął nie ruchając się już z miejsca, bo tuż przed nim z żyta wyściubiały lękliwe głowy przepiórki nawołując się po swojemu, ale w mig się pokryły, gdyż cała banda wróblego narodu spadła na brzozy, stoczyła się w piach jazgocząc zapamiętale, tłukąc się a bijąc i swarząc, aż ścichły nagle przywierając do miejsc, jastrząb znowuj[958] zakołował i tak nisko, jaże[959] cień leciał po zagonach.

1195

— Dał wam radę, pyskacze! Akuratnie bywa takusieńko z ludźmi! Więcej zrobi z niejednym pogrozą[960] niźli skamłaniem — rozważał.

1196

Pliszki się pokazały pobok[961] na drodze, trzęsły ogonami szwendając[962] się tak z bliska, iż skoro poruszył ręką, odleciały za rów.

1197

— Głupie! Mało co, a byłbym którą chycił[963] la[964] Pietrusia!

1198

Wrony wylazły z lasu, maszerowały koleinami wydziobując, co się dało, ale poczuwszy człowieka, jęły ostrożnie, z przekrzywionymi łbami zazierać[965] w niego i obchodzić, podskakując coraz bliżej, a stopercząc[966] obmierzłe, zbójeckie dzioby.

1199

— Nie pożywita[967] się mną — rzucił grudkę, uciekły cicho jak złodzieje.

1200

Zaś potem, że siedział jakby w odrętwieniu, zapatrzony we świat i całą duszą zasłuchany w jego głosy, to wszelaki stwór jął zuchwale ciągnąć na niego; mrówki łaziły mu po plecach, motyle raz po raz przysiadały we włosach, boże krówki szukały czegoś po twarzy, a zielone, spasłe liszki pięły się skwapnie na buty, to leśne ptaszki cosik[968] mu zaświergoliły nad głową i wiewiórka przewijając się od boru zadarła rudy ogon, ważąc się przez mgnienie, czyby nie chycnąć na niego, ale on ani już o czym wiedział, grążył[969] się bowiem w czymściś[970], co buchało z tych ziem nieobjętych, sycąc mu duszę upojną i zgoła niewypowiedzianą słodkością.

1201

Zdało mu się, jakoby z tym wiatrem przewalał się po zbożach; jakby polśniewał mięciuśką, wilgotną runią traw; jakby toczył się strumieniem po wygrzanych piachach skroś łąk przejętych zapachem sianokosów; to jakby z ptakami leciał kajś[971] wysoko, górnie[972] nad światem i krzykał[973] z mocą niepojętą do słońca; to znowu jakby się stawał szumem pól, kolebaniem się borów, siłą i pędem wszelakiego rostu[974] i wszystką potęgą tej ziemi świętej, rodzącej w śpiewaniach i weselu. I sobą się wiedział, wszyćkim[975] się wiedząc zarazem, bo i tym, co się obaczy i poczuje, czego się dotknie i co się wyrozumie, ale i tym, czego nie sposób nawet pomiarkować[976], a co jeno[977] poniektóra dusza w godzinę śmierci przejrzy i co się w człowiekowym[978] sercu tylko kłębi, wzbiera i ponosi ją w jakąś niewiadomą stronę, i łzy słodkie wyciska, i nieukojną tęsknicą kieby[979] kamieniem przywala.

1202

Szło to przez niego niby chmury, że nim co pojął, już inne następowały, już nowe i barzej jeszcze niepojęte.

1203

Był na jawie, a śpik[980] sypał mu w oczy makiem i wodził kajś[981] ponad dole i stronami zachwyceń prowadził, że już w końcu poczuł się niby w czas Podniesienia, kiej[982] dusza gdziesik[983] się wzniesie i płynie klęczący na jakieś janielskie[984] ogrody, na jakieś nieba i raje pełne szczęśliwości.

1204

Kwardy[985] był przeciek[986] i do tkliwości nieskory, ale w tych dziwnych minutach gotów był paść na ziem[987], przywrzeć do niej gorącymi ustami i obejmować cały ten świat kochany.

1205

— Nic, jeno[988] me[989] tak powietrze rozbiera[990]! — bronił się trąc oczy kułakiem[991] i srożąc brwie[992], ale bo to poredził[993] się przemóc, bo to mógł zdusić w sobie kuntentność[994], która go przepalała?

1206

Na ziemi się bowiem znowu poczuł, na ojcowej i praojcowej grudzi, między swoimi, to i nie dziwota, co[995] radowała mu się dusza i każde bicie serca zdało się wołać na świat cały mocno i radośnie:

1207

— Dyć[996] znowu jestem! Jestem i ostanę!

1208

Prężył się w sobie, gotów dźwignąć się na to nowe życie, którym już szedł ociec, jakim przeszły dziady i pradziady, i tak samo jak oni pochylał bary, by wziąć ciężki trud i ponieść go nieulękle i niestrudzenie, aż póki Pietruś nie zastąpi go z kolei…

1209

— Tak już być musi! Młody po starym, syn po ojcu, a posobnie[997], a cięgiem[998], dopóki Twoja wola, Jezu miłosierny — dumał surowo.

1210

Wsparł głowę na rękach i pochylał nisko ociężałą głowę, gdyż nawiedziły go całą ciżbą przeróżne myśle[999] i spominania[1000], zaś jakiś głos kwardy[1001] i karcący, jak gdyby głos sumienia, jął mu prawić swoje gorzkie i bolesne prawdy, przygiął się przed nim i ukorzył wyznając się ze wszystkich przewin i grzechów…

1211

Ciężką mu była ta spowiedź i zgoła niełacnym[1002] pokajanie[1003], ale przemógł hardość, zdusił w sobie ambit i pychę patrząc w całe swoje życie nieubłaganymi oczami opamiętania; każdą sprawę swoją przezierał[1004] tera[1005] do dna, bierąc[1006] ją na rozum i na srogi sąd.

1212

— Głupi byłem i tyla! Na świecie musi iść swoim porządkiem! Juści, mądrze powiedzieli ociec: jak wszystkie jadą w jedną stronę, źle takiemu, któren z woza spadnie, pod koła zleci! Koni na piechotę się nie zgoni! Że to kużden[1007] człowiek musi wszyćko[1008] dochodzić swoim rozumem! Drogo niejednemu wychodzi! — myślał smutnie i cierpki prześmiech okolił mu wargi.

1213

Z boru zaczęły klekotać kołatki a porykiwania ciągnących stad.

1214

Podniósł Pietrusia i ruszył bokiem topolowej przepuszczając stada, idące z leśnych pastwisk.

1215

Kurz się wznosił spod kopyt i bił ponad topole kiej[1009] chmura, w zaczerwienionych od zachodu tumanach chwiały się rogate, ciężkie łby i raz po raz skłębiały się owce, obganiane przez pieski, gdyż cięgiem[1010] się rwały w przydrożne zboża, pokwikiwały świnie prażone batami, cielaki z bekiem szukały pogubionych matek; paru pastuchów jechało na koniach, a reszta szła ze stadami trzaskając z batów; gwarząc a pokrzykując, któryś zawodził, jaże[1011] się rozlegało.

1216

Antek ostawał już za wszystkimi, kiej go dojrzał Witek i przyleciał całować w rękę na powitanie.

1217

— Niezgorzej, widzę, podrosłeś! — ozwał się łaskawie do chłopca.

1218

— Prawda, bo już te portki, com dostał jesienią, są mi po kolana.

1219

— Nie bój się, da ci nowe gospodyni, da! Mają to krowy co jeść?

1220

— Bogać ta mają, do cna już trawę wypaliło, żeby im gospodyni nie podtykała w oborze, to by całkiem zgubiły mleko. Dajcie mi Pietrusia przewieźć go ździebko na koniu — prosił.

1221

— Hale, jeszcze się nie utrzyma i zleci!

1222

— A mało go to już woziłem na źróbce! Przeciek trzymał go będę, chłopak jaże piszczy do konia. — Zabrał go i usadził na jakiejś starej szkapie, wlekącej się ze łbem opuszczonym, Pietruś chycił się rączynami grzywy, zabił gołymi piętami końskie boki a krzykał radośnie.

1223

— Jaki to chwat! parobek mój kochany! — szepnął Antek, skręcił zaraz w pole i miedzami dobierał się drogi biegnącej za stodołami.

1224

Słońce tylko co zaszło i całe niebo stanęło we złocie i bledziuśkich zieleniach, wiater ustał, zboża zwiesiły ociężałe kłosy, a po rosach leciały wsiowe[1012] wrzawy i jakieś dalekie przyśpiewki.

1225

Szedł z wolna, jakby ociężony spominkami, gdyż Jagusia przychodziła mu na pamięć, raz po raz widział przed sobą jej modre oczy i lśniące zęby, i te czerwone nabrane[1013] wargi, tchnące tak jakoś z bliska, jaże[1014] się wzdrygał i przystawał. Jak żywa mu stawała, przecierał oczy odganiając ją z pamięci, ale kieby[1015] na przekór szła pobok[1016], biedro w biedro jak niegdyś i jak niegdyś zdało się od niej buchać lubym żarem, aże[1017] krew uderzała mu do głowy.

1226

— A może i dobrze, co[1018] ją wypędziła z chałupy! Kiej[1019] ta zadra mi uwięzła, kiej ta boląca zadra. Ale co było, to i nie wróci — westchnął z dziwnie ściśniętym sercem. — Nie sposób. — I prostując się rzucił ostro sam sobie:

1227

— Skończyło się psie wesele! — wszedł już w obejście.

1228

W podwórzu gwarno było i ludnie, krzątali się kole[1020] wieczornych obrządków, Józka krowy doiła pod oborą wydzierając się piskliwą nutą, zaś Hanka kluski zagniatała na ganku.

1229

Antek przerzekł[1021] cosik[1022] do Pietrka, pojącego konie, i wszedł oglądać ojcową stronę, przyleciała za nim Hanka.

1230

— Trza[1023] będzie wyporządzić i przeniesiemy się tutaj. Jest to wapno?

1231

— Kupiłam jeszcze w jarmarek, zaraz jutro zawołam Stacha, to wybieli. Juści, co na tej stronie będzie nam sposobniej.

1232

Medytował cosik obchodząc wszystkie kąty.

1233

— Byłeś w polu? — spytała nieśmiało.

1234

— Byłem, wszyćko dobrze, Hanuś, że i sam bym lepiej nie zarządził.

1235

Pokraśniała strasznie, rada pochwale.

1236

— Jeno Pietrkowi świnie pasać, a nie robić w groncie[1024]! Paparuch!

1237

— Abo to nie wiem! Jużem się nawet przewiadywała o nowego parobka.

1238

— Wezmę ja go w garście, a nie posłucha, to wygonię na cztery wiatry!

1239

Chciała jeszcze coś pedzieć[1025], ale dzieci zakrzyczały i poleciała do nich, zaś Antek ruszył w podwórze przepatrując wszystko bacznie, a tak surowo, że choć tylko niekiedy rzucił jakie słowo, a Pietrkowi jaże skóra cierpła i Witek bojąc mu się nawijać na oczy przemykał się jeno[1026] z dala, stronami.

1240

Józka doiła już trzecią krowę śpiewając coraz rozgłośniej:

Stój, siwulo, stój!

Skopkę[1027] mleka dój!

1241

— A to się drzesz, jakby cię kto ze skóry obłupiał! — krzyknął na nią.

1242

Urwała z nagła, ale że była harda i nieustępliwa, to zaśpiewała dalej, jeno co[1028] już ciszej i jakby lękliwiej:

Kazała cię matka prosić,

Żebyś mleka dała dosyć,

Stój, siwulo, stój!

1243

— Zawarłabyś[1029] ano gębę, gospodarz w chałupie! — skarciła ją Hanka dźwigając picie la[1030] ostatniej krowy — zaraz tu będzie posłuch — dodała.

1244

Odebrał jej cebratkę[1031] i stawiając ją krowie powiedział ze śmiechem:

1245

— Drzyj się, Józia, drzyj, a to szczury prędzej uciekną z chałupy…

1246

— A zrobię, co mi się spodoba! — warknęła harno i zaczepnie, ale skoro odeszli, przycichła zaraz, bocząc się[1032] jeno[1033] na brata i pyrchając nosem.

1247

Hanka zwijała się teraz kole[1034] świń, tak skwapnie[1035] dygując[1036] ciężkie cebrzyki z żarciem, jaże[1037] jej pożałował, bo rzekł:

1248

— Niech chłopaki zaniesą[1038], za ciężko, widzę, na ciebie! Poczekaj, zgodzę[1039] ci dziewkę, bo Jagustynka tyla ci pomaga, co ten pies napłacze. Kajże[1040] to ona dzisia[1041]?

1249

— Do dzieci poleciała, na zgodę idzie z niemi[1042]! Dziewka juści, coby się zdała[1043], jeno co[1044] tylachny[1045] koszt. Poradziłabym sama, ale jak każesz… twoja wola… — dziw go w rękę nie pocałowała z wdzięczności, ale jeno dorzuciła radośnie: — I gąsków można by więcej przychować, a i drugiego karmika mieć na przedanie[1046]!

1250

— Na gospodarce siedlim, to i po gospodarsku trza nam poczynać, jak to przódzi bywało, za ojców! — powiedział po długim deliberowaniu.

1251

A po kolacji wyniósł się pod chałupę, gdyż zaczęli się schodzić znajomkowie a przyjacioły, witając i ciesząc się jego powrotem.

1252

Przyszedł Mateusz z Grzelą, wójtowym bratem, przyszedł Stacho Płoszka, Kłąb ze synem, stryjeczny Adam i drugie[1047].

1253

— Wyglądalim[1048] cię jak kania deszczu! — rzekł Grzela.

1254

— A cóż, trzymały me[1049] i trzymały kiej[1050] wilki! Ani sposób było się wydrzeć!

1255

Zasiedli na przyźbie w cieniu, jeden Rocho siedział pod oknem we świetle, lejącym się szeroką smugą aż w sad.

1256

Wieczór był cichy, nagrzany i sielnie[1051] rozgwiaździony[1052], skroś drzew błyskały światełka chałup, staw mruczał niekiedy jakby wzdychając, a wszędy[1053] pod ścianami przechładzali się ludzie.

1257

Antek rozpytywał się o różnoście[1054], gdy Rocho mu przerwał:

1258

— Wiecie, naczelnik zapowiedział, że za dwa tygodnie mają się zebrać Lipce i uchwalić na szkołę!

1259

— Co nam do tego, niech se ojcowie radzą! — wyrwał się Płoszka, ale Grzela wsiadł na niego:

1260

— Łacno zwalać na ojców, a samemu wylegiwać się do góry pępem! Bez to, co żadnemu z młodych nie chce się głowy niczym poturbować, to się tak dobrze we wsi dzieje.

1261

— Odpiszą mi gront, to się kłopotał będę.

1262

Zaczęli się o to mocno sprzeczać, aż wtrącił się Antek:

1263

— Nie ma co, szkoła w Lipcach potrzebna, jeno na taką naczelnikową nie powinno się uchwalać ani grosika.

1264

Poparł go Rocho, strasząc ich a podmawiając do oporu.

1265

— Uchwalicie po złotówce, a potem każą wam dodać po rublu… A jak to było z uchwałą na dom la[1055] sądu, co? Dobrze się podpaśli za wasze pieniądze. Niezgorsze kałduny[1056] im porosły!

1266

— Już ja w tym, aby gromada nie uchwaliła — szepnął Grzela przysiadając się do Rocha, któren[1057] go wzion[1058] na stronę[1059] i dając jakoweś pisma i książeczki cosik[1060] z cicha i ważnie[1061] nauczał.

1267

Tamci zaś pogadywali jeszcze o tym i owym, jeno co[1062] jakoś ospale i bez wielkiej chęci, nawet Mateusz był dzisia[1063] smutny, mało się odzywał, a tylko bacznie chodził oczami za Antkiem.

1268

Mieli się już rozchodzić, boć trza[1064] było wraz ze dniem dźwignąć się do roboty, kiej[1065] przyleciał kowal skarżąc, że dopiero przyjechał ze dwora, i klął na wieś i na wszystkich.

1269

— Co to was znowu ukąsiło? — spytała Hanka wyzierając oknem.

1270

— A co? wstyd powiedzieć, ale trąby są nasze chłopy, i tyla[1066]! Dziedzic z nimi jak z ludźmi, jak z gospodarzami, a te kiej[1067] pastuchy od gęsi! Już się ugodzili z dziedzicem, już wszyscy byli za jednym, a kiej[1068] przyszło się podpisywać, to jeden drapie się po łbie i mruczy: „a ja wiem!”, drugi powieda[1069]: „baby się jeszcze poredzę[1070]”; zaś trzeci zaczyna skamłać[1071], abych mu jeszcze dołożyć tę przyległą łączkę. I zrób co z takimi. Dziedzic tak się zagniewał, że ani już chce słuchać o zgodzie, a nawet przykazał nie dopuszczać lipeckiego bydła na leśne paśniki, a kto wpędzi, fantować[1072].

1271

Strwożyli się tą niespodzianą nowiną, klnąc winnych a swarząc[1073] się między sobą coraz zawzięciej, gdy Mateusz ozwał się smutnie:

1272

— Wszyćko[1074] bez to, co naród[1075] pobłąkany i zgłupiały kiej[1076] barany, a nie ma go komu przywieść do rozumu!

1273

— Mało to jeszcze Michał się natłumaczy każdemu?

1274

— Co tam Michał! Za swoim profitem[1077] gania i z dworem trzyma, to juści[1078], co[1079] mu naród nie zawierza. Słuchają, ale za nim nie pódą[1080]

1275

Porwał się kowal, gorąco przedstawiając, jako tylko chodzi mu o dobro wsi, jako jeszcze dokłada swojego, bych jeno[1081] tę zgodę przeprowadzić.

1276

— Żebyś w kościele przysięgał, a też ci nie uwierzą — mruknął Mateusz.

1277

— No, to niech kto drugi spróbuje, obaczymy, czy poredzi[1082]! — wołał.

1278

— Pewnie, że kto drugi musi się zabrać do tego.

1279

— Ale kto? Może ksiądz albo młynarz? — rozlegały się szydliwe[1083] głosy.

1280

— Kto? Antek Boryna! A jakby i on nie przywiódł wsi do rozumu, to już trza wypiąć plecy na cały jenteres[1084]

1281

— Cóż ja? Któż to me[1085] posłucha, co? — jąkał zmieszany.

1282

— Masz rozum, pierwszyś teraz we wsi, to cię wszystkie[1086] posłuchają.

1283

— Prawda! Juści! Ty jeden! My pójdziem za tobą! — mówili skwapliwie, ale kowalowi było to cosik[1087] nie na rękę, bo zakręcił się niespokojnie, skubał wąsy i zaśmiał się zjadliwie, skoro Antek powiedział:

1284

— Przeciek[1088] nie święci garnki lepią, mogę i ja poprobować, poredzimy se[1089] o tym którego dnia.

1285

Zaczęli się rozchodzić, ale jeszcze każden z osobna brał go na stronę namawiać, przyobiecując pójść za nim, zaś Kłąb mu rzekł:

1286

— Nad narodem[1090] zawdy[1091] musi ktoś górować, co ma rozum i moc, i poczciwe baczenie.

1287

— A poredzi, jak potrza, i kijem ziobra zmacać! — zaśmiał się Mateusz.

1288

Rozeszli się, ostał jeno pod oknem Antek z kowalem, bo Rocho klęczał na ganku zatopiony w pacierzach.

1289

Długo deliberowali w głębokiej cichości. Że słychać było jeno[1092] Hankę krzątającą się po izbie; strzepywała pościele, obłócząc[1093] w czyste poszewki, to myła się długo jakby na jakie wielkie święto, a potem rozczesując włosy pod oknem wyzierała[1094] na nich coraz niecierpliwiej, pilnie nadstawiając uszów, gdy kowal zaczął mu cicho odradzać, aby sprawy poniechał[1095], gdyż z chłopami nie trafi do ładu, a dziedzic jest mu przeciwny.

1290

— Nieprawda! poręczył za nim w sądzie! — rzuciła przez okno.

1291

— Kiej lepiej wiecie, to mówmy o czym drugim… — zły był jak pies.

1292

Antek powstał przeciągając się sennie.

1293

— To ci jeno rzeknę na ostatku: puścili cię jeno[1096] do sprawy, prawda? zwiążesz się w cudze jenteresa[1097], a wiesz to[1098], jak cię zasądzą?…

1294

Antek przysiadł z powrotem i tak się srodze[1099] zamedytował, że kowal nie doczekawszy się odpowiedzi poszedł do domu.

1295

Hanka kręciła się kole[1100] okna, raz po raz wyglądając na niego, nie dosłyszał, że ozwała się w końcu lękliwie a prosząco:

1296

— Pódzi[1101], Jantoś[1102], pora spać… Utrudziłeś się dzisia niemało…

1297

— Idę, Hanuś, idę… — podnosił się ociężale.

1298

Jęła się prędko rozdziewać[1103] szepcąc pacierz roztrzęsionymi wargami.

1299

— A jak me[1104] zasądzą na Syberię, to co? — myślał frasobliwie, wchodząc do izby.

V

1300

— Pietrek, przynieś no drewek — krzyknęła sprzed domu Hanka, rozmamłana była całkiem i omączona przy wyrabianiu chleba.

1301

W szabaśniku[1105] huczał już tęgi ogień, przegarniała go raz po raz i leciała obtaczać bochny i wynosić je w ganek, na deskę ździebko[1106] wystawioną w słońcu, bych[1107] prędzej rosły. Zwijała się siarczyście, gdyż ciasto prawie już kipiało z wielkiej dzieży[1108], przyokrytej[1109] pierzyną.

1302

— Józka, dorzuć do pieca, bo trzon jeszczek[1110] czarniawy!

1303

Ale Józki nie było, a Pietrek też się nie kwapił[1111] z posłuchem, nakładał w podwórzu gnój, oklepując czubaty wóz, bych[1112] się nie roztrzęsał[1113] po drodze, i spokojnie poredzał[1114] ze ślepym dziadem, któren[1115] pod stodołą wykręcał[1116] powrósła[1117].

1304

Popołudniowe słońce tak jeszcze przypiekało, że ściany popuszczały żywicą, parzyła ziemia i powietrze prażyło kiej[1118] żywym ogniem, że już ruchać się[1119] było ciężko. Muchy jeno[1120] kręciły się z brzękiem nad wozem i konie dziw nie porwały postronków i nóg nie połamały szarpiąc się i oganiając od ukąszeń.

1305

Nad podwórzem wisiała senna, przygniatająca spieka[1121], przejęta ostrym zapachem gnoju, że nawet ptaki w sadzie pocichły, kury leżały pod płotami kieby[1122] nieżywe, a prosiaki z pojękiwaniem rozwalały się w błocie pod studnią, gdy naraz dziad zaczął srogo kichać, bowiem z obory zawiało jeszcze barzej[1123].

1306

— Na zdrowie wama[1124], dziadku!

1307

— Nie z trybularza wieje, nie, a chociem[1125] i tego zwyczajny[1126], ale zawierciło w nosie gorzej tabaki.

1308

— Kto czego zwyczajny, to mu smakuje!

1309

— Głupiś, cóż to, łajno jeno[1127] wywąchuję po świecie!…

1310

— Rzekłem, bo mi się przybaczyło[1128], co tak mi pedział[1129] mój dziadźka we wojsku, kiej[1130] me[1131] przy uczeniu pierwszy raz sprał po pysku…

1311

— I wzwyczaiłeś się do tego, co? Hi! hi! hi!…

1312

— Hale, bogać ta, kiej[1132] rychło[1133] sprzykrzyła mi się taka nauka, że przycapiłem ścierwę w jakimś kącie i tak mu pysk wyrychtowałem, jaże[1134] spuchnął niby bania. Już me[1135] potem nie bijał[1136]

1313

— Długoś to służył?

1314

— A całe pięć roków! Nie było się czym wykupić, to i musiałem rużie dźwigać. Jeno[1137] zrazu, pókim był głupi, to potyrał[1138] mną, kto chciał, i biedym się najadł, ale kamraty me[1139] nauczyły, że jak czego brakowało, tośwa[1140] zworowali abo dała jedna dzieucha[1141], służanka, bom obiecał się z nią ożenić! A jak me[1142] przezywały od kartoszków[1143], jak się śmiały z mojej mowy i naszego pacierza…

1315

— A poganiny zapowietrzone, śmiały się z pacierza.

1316

— Tom każdemu z osobna pomacał żebra i poniechały[1144]!

1317

— Cie, takiś to mocarz!

1318

— Mocarz, nie mocarz, ale trzem radę dam! — przechwalał się z uśmiechem.

1319

— Byłeś to na wojnie, co?

1320

— Jakże, przeciem z Turkami wojował. Pokorzylim[1145] ich do cna!

1321

— Pietrek[1146], kajże[1147] to drzewo? — zawołała znowu Hanka.

1322

— A tam, kaj było przódzi[1148]! — odburknął pod nosem.

1323

— Dyć[1149] gospodyni cię woła — upominał nasłuchujący dziad.

1324

— Niech woła, a juści[1150], może jeszczek[1151] statki[1152] mył będę!

1325

— Głuchyś czy co? — wrzasnęła wybiegając przed dom.

1326

— W piecu palił nie będę, nie do tegom się godził! — odkrzyknął.

1327

Wywarła na niego gębę po swojemu.

1328

Ale parob bardzo hardo odszczekiwał, ani myśląc posłuchać, a kiej[1153] go jakimś słowem barzej dojena[1154], wraził[1155] widły w gnój i zawołał ze złością:

1329

— Nie z Jagusią macie sprawę, nie wygonicie me[1156] krzykiem.

1330

— Obaczysz, co ci zrobię! Popamiętasz! — groziła dotknięta do żywego i już rozeźlona tak zwijała się kole chleba, jaże[1157] tuman mąki zapełnił izbę i buchał przez okna. Mamrotała jeno na zuchwalca wynosząc chleby w ganek, to dorzucając drewek do pieca albo i wyzierając[1158] za dziećmi. Strudzona już była z pracy i spieki[1159], bo w izbie gorąc[1160] jaże dusił, a w sieniach, kaj[1161] się buzowało w szabaśniku, też ledwie odzipnął[1162], że przy tym i muchy, od których roiły się ściany, brzęczały nieustannie i cięły wielce dokuczliwie, to prawie z płaczem oganiała się gałęzią i tak już była spocona i rozdrażniona, że robiła coraz wolniej i niecierpliwiej.

1331

Właśnie ostatni nabier[1163] ciasta wygniatała, gdy Pietrek wyjechał z podwórza.

1332

— Poczekaj, dam ci podwieczorek!

1333

— Prrr! A zjem, niezgorzej już mi kruczy[1164] w brzuchu po obiedzie.

1334

— Mało to ci było?

1335

— I… płone[1165] jadło, to przelatuje przez żywot[1166] kiej bez sito.

1336

— Płone! widzisz go! Cóż to, mięso będę ci dawała? Sama po kątach też nie chlam[1167] kiełbasy. Drugie[1168] na przednówku i tego nie mają. Obacz no, jak to żyją komornicy.

1337

Postawiła w ganku dzieżkę[1169] zsiadłego mleka i bochen.

1338

Przysiadł łakomie do jadła i z wolna się nadziewał[1170] podrzucając niekiej[1171] glonki chleba boćkowi, któren[1172] przygrajdał się ze sadu i warował przy nim kiej[1173] pies.

1339

— Chude, sama serwatka — mruczał podjadłszy już nieco.

1340

— A może byś chciał samej śmietany, poczekaj.

1341

Zaś kiej[1174] się nałożył do syta i brał za lejce, dorzuciła uszczypliwie:

1342

— Zgódź się do Jagusi, ona ci tłuściej będzie dawała.

1343

— Pewnie, bo póki tu ona była gospodynią, nikto[1175] głodem nie przymierał — zaciął konie batem, wóz wsparł ramieniem i ruszył.

1344

Utrafił ją w słabiznę[1176], ale nim się zebrała odpowiedzieć, odjechał.

1345

Jaskółki zaświegotały pod strzechą i stado gołębi opadło z gruchaniem na ganek, a kiej[1177] je spędzała, doszedł ją ze sadu jakiś kwik, zlękła się, że świnie pyszczą[1178] po cebuli, ale na szczęście to jeno[1179] sąsiedzka maciora ryła się pod płot.

1346

— Wsadź jeno ryj, a spyszcz, to już ja cię przyrychtuję[1180].

1347

A ledwie wzięła się znowu do roboty, kiej[1181] bociek hycnął na ganek, przyczaił się ździebko[1182] i popatrzywszy to jednym, to drugim okiem, jął kuć w bochny łykając ciasto wielkimi kawałami.

1348

Wypadła na niego z wrzaskiem.

1349

Uciekał z wyciągniętym dziobem robiąc gwałtownie gardzielem, a kiej go już doganiała, bych zdzielić drewnem, poderwał się i frunął na stodołę i długo tam stojał[1183] klekocąc a wycierając dziób o kalenicę[1184].

1350

— Czekaj, złodzieju, jeszcze ja ci kulasy[1185] poprzetrącam — groziła obtaczając na nowo podziurawione bochenki.

1351

Przyleciała Józka, więc na niej wszystko się skrupiło.

1352

— Kaj[1186] się to nosisz[1187]? Cięgiem[1188] ganiasz jak kot z pęcherzem! Powiem Antkowi, jakaś to robotna[1189]! Wygarniaj z pieca, a żywo[1190]!

1353

— Byłam jeno u Płoszkowej Kasi. Wszystkie[1191] w polu, a chudzinie[1192] nawet wody nie ma kto podać.

1354

— Cóż to jej, chora?

1355

— Pewnikiem[1193] ośpica[1194], bo czerwona i rozpalona kiej[1195] ogień.

1356

— A przynieś ze sobą chorobę, to cię dam do śpitala[1196].

1357

— Juści, bom to już przy jednej chorej siadywała! Nie baczycie[1197], jakem to przy was dulczyła[1198], kiejście leżeli[1199] w połogu[1200]. — I już trajkotała dalej po swojemu, spędzając muchy z ciasta i bierąc[1201] się do wygarniania węgli z pieca.

1358

— Trza[1202] będzie ludziom ponieść podwieczorek — przerwała Hanka.

1359

— Zaraz poletę[1203]. Usmażyć to jajków Antkowi?

1360

— A usmaż, jeno słoniną nie szafuj.

1361

— Żałujecie to?

1362

— Zaśby[1204]. Ale co za tłusto, to może być i Antkowi niezdrowo.

1363

Dzieusze[1205] chciało się lecieć, to w mig uwinęła się z robotą i nim Hanka zalepiła piec, zabrała troje dwojaków[1206] z mlekiem, chleby we fartuszek i poleciała.

1364

— Spojrzyj ta na płótno, czy wyschło, a z powrotem pomocz, jeszcze do zachodu przeschnie — zawołała oknem, ale Józka już była za przełazem, jeno piesneczka[1207] leciała za nią i ze żyta mignęła kiej niekiej[1208] konopiasta głowina.

1365

Na podorówce pod lasem komornice rozrzucały gnój, jaki Pietrek dowoził, a przyorywał Antek.

1366

Że zaś ziemia gliniasta, mimo niedawnego zbronowania, była spieczona i twarda, to skiby łupały się niby skały, a konie ciągnęły pług z takim wysiłkiem, jaże[1209] rwały się postronki.

1367

Antek, jakby wrośnięty w imadła, orał zawzięcie zapomniawszy o całym świecie, czasem chlastał biczem po końskich portkach, a częściej jeno cmokaniem je przynaglał, gdyż do cna ustawały, robota bowiem była ciężka i znojna, ale kwardą[1210] i czujną ręką prowadził pług i rżnął skibę za skibą, kładąc posobnie[1211] szerokie, proste zagony, boć rola szła pod pszenicę.

1368

Wrony łaziły bruzdami wydziobując glisty, zaś gniady źrebiec, szczypiący trawę po miedzy[1212], rwał się raz po raz do klaczy łakomie, sięgając matczynych wymion.

1369

— Co mu się to przypomina, cycoń jeden — mruknął Antek śmigając go po kulasach[1213], że zadarł ogona i skoczył w bok, on zaś orał dalej cierpliwie, tyle jeno przerywając skwarną cichość, co się ta niekaj[1214] ozwał do kobiet, ale tak już był umęczony pracą i spiekotą, że skoro Pietrek nadjechał, krzyknął w złości:

1370

— Kobiety czekają, a ty wleczesz się kieby[1215] szmaciarz!

1371

— A juści, droga ciężka i koń ledwie już kulasami rucha.

1372

— A po cóżeś tyla czasu stojał[1216] pod lasem? Widziałem.

1373

— Możecie obaczyć, piaskiem kiej kot nie zagarniam.

1374

— Pyskacz ścierwa. Wio, stare, wio!

1375

Ale konie ustawały coraz barzej, całe już okryte pianą, a i jemu, chocia był rozdziany do białych portek i koszuli, pot też zalewał twarz i ręce mdlały od pracy, że dojrzawszy Józkę zawołał radośnie:

1376

— W sam czas przyszłaś, a to ostatnią parą dygujemy[1217].

1377

Dociągnął skibę pod bór, konie wyłożył i rozkiełznawszy je puścił na trawiastą, podleśną drogę, a sam rzucił się w cień na kraju lasu i kiej[1218] wilk zgłodniały wyjadał z dwojaków, a Józka jęła mu trajkotać nad uszami.

1378

— Ostaw me[1219], nie ciekawym twoich nowinek — warknął gniewnie, że odszczeknęła gniewnie i poleciała w las na jagody.

1379

Bór stojał cichy, rozprażony, pachnący i kieby[1220] ździebko[1221] przymglały w słonecznej ulewie, że jeno[1222] niekiedy zaruchały się cichuśko zielone podszycia i z głębin buchał ciąg przejęty żywicą abo i jakieś pobłąkane głosy i ptasie śpiewania.

1380

Antek rozciągnął się na trawie i kurzył[1223] papierosa, ale jakby przez coraz głębszą mgłę widział dziedzica skaczącego na koniu po podleskich polach i jakichś ludzi z tykami.

1381

Wielgachne chojary[1224], kieby z miedzi wykute, wynosiły się nad nim rzucając po oczach chwiejny i morzący śpikiem[1225] cień. Już się był całkiem zapadł w cichość, gdy zaturkotał jakiś wóz.

1382

— Organistów parobek na tartak wozi, juści — pomyślał unosząc ciężką głowę i opadł z powrotem, ale już nie zasnął, gdyż ktosik[1226] wyrzekł: Pochwalony!

1383

Komornice wychodziły posobnie[1227] z lasu z brzemionami drzewa na plecach, zaś w końcu wlekła się Jagustynka, zgarbiona pod ciężarem prawie do ziemi.

1384

— Odpocznijcie, a to wama[1228] już oczy na wierzch wyłażą.

1385

Przysiadła w podle[1229], wspierając brzemię o drzewo i ledwie zipiąc.

1386

— Nie la[1230] was taka robota — szepnął ze współczuciem.

1387

— Juści, co już całkiem opadłam ze sił.

1388

— Pietrek, a gęściej kupki, gęściej! — krzyknął do parobka. — Czemuż to waju[1231] nie wyręczą?

1389

Jeno się skrzywiła odwracając zaczerwienione, bólne[1232] oczy.

1390

— Takeście jakoś zmiękli, że ani was tera poznać.

1391

— I krzemień puści pod młotem — jęknęła zwieszając głowę — bieda chybciej przeżre człowieka niźli rdza żelazo.

1392

— Ciężki latoś[1233] przednówek nawet la[1234] gospodarzy[1235].

1393

— Kto ma jeno lebiodę[1236] z otrębami, temu nie potrza[1237] mówić o biedzie.

1394

— Bójcie się Boga, dyć przyjdźcież wieczorem, a znajdzie się jeszcze w chałupie jaki korczyk[1238] ziemniaków. Odrobicie we żniwa.

1395

Zapłakała rzewliwie, nie mogąc wykrztusić tego słowa podzięki.

1396

— A może ta i co więcej najdzie Hanka — dodał z dobrością[1239].

1397

— Żeby nie Hanka, to byśwa[1240] już byli pozdychali — zaszeptała łzawo. — Juści, co odrobię, kiedy jeno będzie potrza. I nie za siebie mówię. Bóg ci zapłać! Cóż ta ja, ten śmieć jeno, co się go trepem następuje, ani wiedząc o tym, i do głodu niezgorzej wezwyczajonam, ale jak te moje robaki kochane zapiskają: babulu, jeść! a nie ma czym zatkać głodnych brzuchów, to powiedam, cobym se te kulasy odrąbała abo i z tego ołtarza zdarła i poniesła do Żyda, bych się jeno najadły.

1398

— To znowuj siedzicie z dziećmi?

1399

— Matkam przeciek. Ostawię to samych w takiej biedzie! A latoś[1241] jakby wszystko złe zwaliło się na nich. Krowa im padła, ziemniaki zgniły, że trza[1242] było kupować do sadzenia, wiater[1243] obalił stodołę, a do tego synowa po rodach ostatnich cięgiem[1244] chorzeje i wszyćko[1245] ostało na tej boskiej Opatrzności.

1400

— Juści, bo Wojtkowi jeno gorzałka[1246] pachnie i pilno do karczmy.

1401

— Z biedy się niekiej[1247] napijał, z czystej biedy, ale jak dostał w boru robotę, to ani już zajrzy do Żyda, niech drugie[1248] zaświadczą — broniła syna gorąco. — Biedocie to kużden[1249] kieliszek policzą! Pofolgował[1250] se Jezusiczek we złości, pofolgował, no, żeby się tak zawziąć na jednego głupiego chłopa. I za co? Cóż to złego zrobił? — mamrotała podnosząc w niebo groźne, pytające oczy.

1402

— Małoście to na nich pomstowali? — rzekł z naciskiem.

1403

— Hale, wysłuchałby to Jezus głupiego szczekania! Juści — ale dodała jakby trwożniej i niespokojniej — kiej matka nawet wyklina dzieci, to i tak w sercu nie pragnie im krzywdy. We złości to i ozór nie pości. Jakże…

1404

— Wypuścił to już Wojtek łąkę, co?

1405

— Młynarz przynosił na nią całe tysiąc złotych, ale ja wzbroniłam, bo jak temu wilkowi wpadnie co w pazury, to mu już sam zły nie wyrwie. A może się jeszcze trafi kto drugi z pieniędzmi?

1406

— Śliczna łąka, jak amen tak pewne dwa pokosy w rok, żebym tak miał grosz zapaśny! — westchnął oblizując się kiej kot do mleka.

1407

— Już i Maciej chcieli ją kupować, że to rychtyk przylega do Jagusinego pola.

1408

Drgnął na to imię, lecz dopiero w jakieś Zdrowaś[1251] zapytał niby niechcący, wlekąc[1252] oczami po polach, daleko.

1409

— Co się to wyrabia u Dominikowej?

1410

Ale przejrzała go w lot, prześmiech jeno[1253] wionął po zwiędłych wargach, rozjarzyły się oczy i przysunąwszy się jęła[1254] mówić bolejąco:

1411

— A co! Piekło tam i tyla. W chałupie kiej[1255] po pochowku, jaże mrozi od smutku, a pociechy znikąd ni poratunku! Jeno oczy wypłakują i boskiego zmiłowania czekają! A już najbarzej Jagusia…

1412

I kieby[1256] przędzę rozsnuwała różnoście[1257] o Jagusinych smutkach, żalach i opuszczeniu. Mówiła gorąco, przypochlebiając mu się i jakby ciągnąc za język, ale milczał uparcie, gdyż z nagła rozparła go taka żrąca tęsknica, jaże[1258] się cały rozdygotał.

1413

Szczęściem, co powróciła Józka niosąc z pól zapaski czernic[1259], nasypała mu jagód w kapelusz i zebrawszy dwojaki pobiegła w dyrdy[1260] ku chałupie.

1414

A Jagustynka nie doczekawszy się od niego ani słowa odpowiedzi jęła się dźwigać stękający.

1415

— Poniechajcie! Pietrek, zabierz ich na wóz! — rozkazał krótko.

1416

Chycił[1261] się znowu pługa i jakiś czas cierpliwie krajał spieczoną, twardą ziemię, przyginał się w jarzmie kiej[1262] wół, dawał się wszystek tej pracy, ale i tak nie zdusił tęsknicy.

1417

Już mu się dłużył dzień, że raz po raz spozierał[1263] na słońce i niecierpliwymi oczami mierzył pole, spory kawał leżał jeszcze do zaorania. Jurzył się[1264] też w sobie coraz barzej i nie wiada[1265] laczego[1266] prał konie, a ostro krzykał na kobiety, bych[1267] się prędzej ruchały[1268]! Tak go już cosik[1269] ponosiło, że ledwie ścierpiał, i takie myśle[1270] kłębiły się po głowie i przyćmiewały oczy, że coraz częściej pług mu się w rękach chybotał zadzierając[1271] o kamienie, zaś pod lasem tak się był zarył[1272] pod jakiś korzeń, aż krój[1273] się oberwał.

1418

Nie było sposobu dalej orać, zabrał więc pług na sanice i założywszy wałacha pojechał do dom[1274] po nowy.

1419

W chałupie było pusto i wszystko leżało rozbabrane i zamączone, a Hanka kłóciła się z kimś w sadzie.

1420

— Paparuch! Na sprzeczki to czas ma! — mruczał idąc w podwórze, ale tam zeźlił się barzej, gdyż i ten drugi pług, któren[1275] wyciągnął spod szopy, zarówno był do niczego. Długo koło niego majstrował coraz niecierpliwiej, nasłuchując kłótni, bo Hanka już wykrzykiwała rozwścieklona:

1421

— Zapłać szkody, to ci maciorę wypuszczę, a nie, to podam do sądu! Zapłać za płótno, co mi je zwiesną[1276] podarła na bielniku, i za te spyskane[1277] ziemniaki. Mam świadków na wszystko! Widzisz ją, jaka mądra, będzie se świnie wypasała na moim! Nie daruję swojego! A na drugi raz to twojej maciorze i tobie kulasy[1278] poprzetrącam! — jazgotała zajadle, że zaś i sąsiadka dłużną nie ostawała, to już kłóciły się na zabój, wytrząchając do się przez płoty zaciśniętymi pięściami.

1422

— Hanka! — krzyknął zakładając se[1279] pług na ramiona.

1423

Przyleciała rozwrzeszczana i rozczapierzona kiej kokosz.

1424

— A to wydzierasz się, jaże[1280] na całą wieś słychać!

1425

— Swojego bronię! Jakże, pozwolę to, bych[1281] mi cudze świnie pyskały po zagonach! Tyla szkody robią, to mam być cicho? Niedoczekanie, nie daruję! — wykrzykiwała, jaże[1282] przerwał jej ostro:

1426

— Ogarnij się, a to wyglądasz kiej[1283] nieboskie stworzenie!

1427

— Hale, do roboty będę się przybierała kiej do kościoła, juści[1284].

1428

Popatrzył na nią wzgardliwie, boć wyglądała, jakby ją kto wyciągnął spod łóżka, i rzuciwszy ramionami poszedł.

1429

Kowal był przy robocie; już z dala szczękały brzękliwe, mocne głosy młotów, a w kuźni huczał ogień i było gorąco kiej w piekle. Michał właśnie był odkuwał z pomocnikiem jakieś grubachne sztaby, pot mu zalewał twarz umorusaną, ale kuł niestrudzenie i jakby z zajadłością.

1430

— Komuż to takie sielne[1285] osie?

1431

— Do Płoszkowego woza! Będzie woził na tartak!

1432

Antek przysiadł na progu skręcając sobie papierosa.

1433

Młoty wciąż biły zajadle, trzaskając nieustannie raz, dwa, raz, dwa, i czerwone żelazo bite ze wszystkiej mocy robiło się powolne[1286] kieby[1287] ciasto, ugniatali go też na swoją potrzebę, jaże[1288] cała kuźnia dygotała.

1434

— Nie chciałbyś to wozić? — rzekł Michał wsadzając żelazo w ognisko i poruchując[1289] miechem.

1435

— A bo to me[1290] młynarz dopuści, ponoć wzion[1291] wożenie na spółkę z organistą i ze Żydami jest za pan brat.

1436

— Konie masz, porządek[1292] wszystek gotowy, a parob jeno się wałęsa kole[1293] chałupy. Niezgorzej płacą — szepnął zachętliwie.

1437

— Juści, co[1294] przydałby się jakiś grosz na żniwo, ale cóż, młynarza przeciech[1295] o pomoc prosił nie będę.

1438

— Trza[1296] by ci pomówić z kupcami.

1439

— Abo to je[1297] znam! Byś to chciał wstawić się za mną!

1440

— Kiej prosisz, to pomówię, jeszcze dzisia[1298] do nich poletę[1299].

1441

Antek cofnął się prędko przed kuźnię, gdyż znowuj[1300] zagrały młoty i iskry sypnęły się deszczem ognistym i parzącym.

1442

— Zaraz przyjdę, obaczę jeno[1301], jakie to drzewo zwożą.

1443

I na tartaku robota wrzała kiej[1302] w ulu, traczka[1303] już szła bez przerwy, piły z głuchym zgrzytem przeżerały długachne kloce, a woda z krzykiem waliła się z kół w rzekę i spieniona, zmordowana, gotowała się bełkotliwie w ciasnych brzegach. Z wozów zwalali chojary, ledwie okrzesane z gałęzi, aż ziemia jęczała, zaś sześciu chłopa obciesywało[1304] je do kantu, a drugie wynosiły deski na słońce.

1444

Mateusz prowadził całą fabrykę, że co trochę widać go było w innej stronie, dzielnie zwijał się rządząc i bacznie wszystkiego doglądając.

1445

Przywitali się przyjacielsko.

1446

— A kajże[1305] to Bartek? — pytał Antek rozglądając się po ludziach.

1447

— Zmierziły mu się Lipce[1306] i pociągnął za wiatrem.

1448

— Że to poniektórych tak cięgiem[1307] telepie po świecie! Roboty widać masz na długo, tylachna[1308] drzewa!

1449

— A chwaci[1309] na jaki rok abo[1310] i dłużej. Jak dziedzic ugodzi się ze wszystkimi, to z pół boru wytnie i przeda.

1450

— Na Podlesiu znowuj[1311] dzisiaj rozmierzają ziemię.

1451

— Bo już co dnia zgłasza się ktosik[1312] do zgody! Barany juchy, nie chciały cię słuchać, żeby gromadą się ugodzić, to dziedzic da więcej, a tera[1313] robią w pojedynkę, cichaczem, byle prędzej.

1452

— Niektóren[1314] człowiek to jak ten osieł: chcesz, bych[1315] ruszył naprzód, to ciągaj go za ogon! Pewnie co barany, dziedzic obrywa każdemu coś niecoś, bo z osobna się godzą.

1453

— Odebrałeś to już swoje gronta[1316]?

1454

— Jeszczek[1317] nie wyszedł czas po śmierci ojcowej i nie można robić działów, alem se[1318] już upatrzył pole.

1455

Za rzeką pomiędzy olchami mignęła jakaś twarz, zdało mu się, że to Jagusia, więc chociaż pogadywał, ale już coraz niespokojniej latał oczami po gąszczach nadrzecznych.

1456

— Taki gorąc, trza się iść wykąpać — rzekł wreszcie i poszedł w dół rzeki, niby to wybierając sposobne miejsce, ale skoro go skryły drzewa, puścił się pędem.

1457

Juści, że ona to była. Szła z motyczką do kapusty.

1458

— Jagusia! — zawołał zrównawszy się z nią.

1459

Obejrzała się bacznie i rozeznawszy głos i jego twarz, wychylającą się ze szuwarów, przystanęła trwożnie, nie wiedząc zgoła, co począć, bezradna całkiem i spłoszona.

1460

— Nie poznajesz me[1319] to? — szepnął gorąco, próbując przejść do niej na drugą stronę. Ale rzeka w tym miejscu była głęboka, choć wąska zaledwie na jakieś parę kroków.

1461

— Jakże, nie poznałabym cię to? — oglądała się lękliwie za siebie na kapuśnisko, kaj[1320] czerwieniały jakieś kobiety.

1462

— Kajże[1321] się to kryjesz, że ani sposobu cię uwidzieć?

1463

— Kaj? Wygnała me twoja z chałupy, to siedzę u matki…

1464

— Dyć i o tym rad bym z tobą pomówił. Wyjdź, Jagno, wieczorkiem za smętarz. Powiem ci cosik, przyjdź! — prosił gorąco.

1465

— Hale, żeby me kto jeszcze obaczył! Dosyć mam już za dawne… — odrzekła twardo. Ale tak molestował, tak skamlał, że skruszało jej serce, zaczynało jej być żal.

1466

— A cóż mi to nowego powiesz? po cóż to me wołasz?

1467

— Czym ci to już taki całkiem cudzy[1322], Jaguś?

1468

— Nie cudzy, ale i nie swój! Nie w głowie mi takie rzeczy…

1469

— Jeno przyjdź, a nie pożałujesz. Bojasz[1323] się za smętarz, to przyjdź za księży sad, nie baczysz[1324] to kaj[1325]? Nie baczysz, Jaguś?…

1470

Jaże odwróciła głowę, takie pąsy na nią uderzyły.

1471

— Nie pleć, dyć[1326] mi wstydno… — zesromała[1327] się wielce.

1472

— Przyjdź, Jaguś, choćby do północka czekał będę…

1473

— To poczekaj… — odwróciła się nagle i poleciała na kapuśnisko.

1474

Patrzył za nią łakomie i przejęły go takie luboście[1328] i takie płomia[1329] wzburzyły krew, że gotów był lecieć za nią i brać ją choćby na oczach wszystkich… Ledwie się już pohamował.

1475

— Nic, jeno ta spieka[1330] tak me[1331] rozebrała[1332]! — pomyślał rozdziewając się spiesznie do kąpieli.

1476

Przechłodził się galancie[1333] i jął deliberować[1334] nad sobą.

1477

— Że to człowiek słaby kiej[1335] ten paździerz[1336], bele[1337] co go poniesie…

1478

Wstyd mu się zrobiło, rozejrzał się, czy aby go kto z nią nie widział, i usilnie rozważał wszystko, co mu o niej powiadali.

1479

— Takaś to ty, jagódko, taka! — myślał ze wzgardą i jakby z żalem, ale naraz przystanął pod jakimś drzewem i stojał[1338] z przywartymi[1339] powiekami, bo jawiła mu się na oczach w całej swojej cudności.

1480

— Cheba[1340] takiej drugiej nie ma na wszystkim[1341] świecie! — jęknął i strasznie zapragnął jeszcze raz ją widzieć, jeszcze raz ogarnąć ramionami, przycisnąć do serca i napić się z tych warg czerwonych, pić na umór ten miód słodki, pić do dna…

1481

— Jeno ten ostatni razik, Jagusiu! ten ostatni! — szeptał błagalnie, jakby do niej. Długo potem przecierał oczy wodząc nimi po drzewach, nim się pomiarkował i poszedł do kuźni. Michał był sam i właśnie już się zabierał do pługa.

1482

— A strzyma twój wóz takie ciężary? — spytał.

1483

— Bylem jeno miał co kłaść…

1484

— Kiej obiecuję, to jakbyś już miał na wozie.

1485

Antek jął pisać kredą na drzwiach i rachować.

1486

— Jeszczek[1342] do żniw zarobiłbym ze trzysta złotych! — rzekł radośnie.

1487

— Akuratnie miałbyś na sprawę — ozwał się kowal od niechcenia.

1488

Antek schmurzył się nagle i oczy zaświeciły mu ponuro.

1489

— Zmora ta moja sprawa, co ją wspomnę, to mi wszyćko[1343] z rąk leci, że nawet żyć się odechciewa…

1490

— Nie dziwota, jeno[1344] to me[1345] zastanawia, że się za nijakim poratunkiem jeszcze nie rozglądasz.

1491

— A cóż to poredzę?

1492

— Trzeba by jednak coś zrobić! Jakże, dać się to pod nóż, kiej[1346] ten cielak rzezakowi[1347]?

1493

— Głową muru nie przebiję! — westchnął boleśnie.

1494

Michał kuł znowu z zajadłością, zaś Antek pogrążył się w niepokojące i strachliwe dumania i takie myśle[1348] go nawiedzały, jaże[1349] mienił się na twarzy i zrywał się z miejsca, bezradnie latając oczami po świecie; ale szwagierek dał mu się długo trapić szpiegując go jeno[1350] chytrymi ślepiami, aż w końcu rzekł cicho:

1495

— Kaźmirz z Modlicy umiał se[1351] poredzić[1352]

1496

— Ten, co to uciekł do Hameryki[1353]?

1497

— A ten sam! Mądrala, jucha, przewąchał pismo nosem.

1498

— A bo mu to dowiedły[1354], że zabił tego strażnika?

1499

— Nie czekał, jaże[1355] mu dowiedą[1356]! Nie głupi zgnić w kreminale[1357]

1500

— Łacno[1358] mu było, kawaler.

1501

— Ratuje się, któren[1359] musi. Ja cię ta do niczegój[1360] nie namawiam, abyś nie pomyślał, że mam w tym cosik swojego na widoku, a jeno[1361] powiedam[1362], jak to w przypadku robiły drugie[1363]. Jak ci się żywnie podoba, tak zrób. Wojtek Gajda z Wolicy też ano wrócił z kreminału w same świątki. Cóż, dziesięć roków[1364] toć jeszczek[1365] nie życie, można przetrzymać…

1502

— Dziesięć roków, Jezus kochany! — jęknął chytając się za głowę.

1503

— A tyle odsiedział w ciężkich robotach, juści, co karwas[1366] czasu.

1504

— Wszystko gotówem[1367] przenieść[1368], bele[1369] jeno nie siedzenie. Jezus! siedziałem te parę miesięcy, a już me[1370] się dur chytał[1371]

1505

— A za trzy niedziele[1372] byłbyś już za morzami, niech Jankiel powie…

1506

— Strasznie daleko! Jak to iść, wszyćko[1373] ciepnąć[1374], ostawić dom, dzieci, ziemię, wieś i w tyli[1375] świat, na zawdy[1376]! — Zgroza go przejęła.

1507

— Tyla poszło dobrowolnie i ani komu w głowie wracać do tych rajów.

1508

— A mnie nawet pomyśleć o tym straszno!

1509

— Juści[1377], ale obacz Wojtka i posłuchaj, co rozpowiada o tym kreminale, to cię jeszczek barzej[1378] zafrasuje! Jakże, chłop ma niespełna czterdzieści roków, a do cna już posiwiał i zgarbaciał, żywą krwią pluje i kulasami[1379] ledwie powłóczy. Jeno patrzeć, jak pójdzie na księżą oborę[1380]. Ale po co ci gadać, masz swój rozum, to się jego posłuchaj.

1510

Przycichł w porę, zmiarkowawszy, że już w nim posiał niepokój, więc resztę zostawił czasowi, skrycie się jeno[1381] ciesząc z plonów, jakie spodziewał się zebrać. Ale skończywszy pług ozwał się wesoło:

1511

— Poletę[1382] tera[1383] do kupców, a wóz gotuj na jutro, bo woził będziesz. O sprawie nie myśl, nie warto se[1384] psuć głowy, to ano będzie, co będzie i co Bóg miłosierny pozwoli. Przyjdę do cię wieczorem.

1512

Ale Antek nie zapomniał tak zaraz; połknął te jego przyjacielskie powiadki[1385] kiej[1386] ryba przynętę i dławił się nią, darło mu ano wątrobę, jaże[1387] ledwie się ruchał pod grozą męczących pomyślunków[1388].

1513

— Dziesięć roków! Dziesięć roków — szeptał niekiedy, drętwiejąc w strachu.

1514

Mrok już zapadał, ludzie ściągali z pól, w obejściu podniósł się niemały rejwach[1389], gdyż Witek przygnał stado, a kobiety kręciły się kole[1390] udojów i obrządków, zaś na wsi jaże[1391] się trzęsło od przedwieczornych pogwarów i wrzasków dzieci, kąpiących się we stawie.

1515

Antek wyciągnął wóz za stodołę, aby go przyrychtować i opatrzyć na jutro, ale wnet odechciało mu się wszystkiego, że jeno[1392] krzyknął na Pietrka, pojącego konie pod studnią:

1516

— Nasmaruj wóz i wyporządź, będziesz od jutra woził na tartak.

1517

Parob zaklął siarczyście. Nie szła mu w smak taka robota.

1518

— Zawrzyj gębę i rób, co ci każą! Hanuś, daj trzy miarki owsa na obrok, a koniczyny przynieś im z pola, Pietrek, niech se podjedzą…

1519

Hanka próbowała go rozpytywać, ale cosik[1393] jeno[1394] mruknął i pokręciwszy się po obejściu poszedł do Mateusza, z którym teraz żył w wielkim przyjacielstwie.

1520

Mateusz tyle co jeno[1395] był wrócił[1396] z roboty i właśnie chlipał pod chałupą zsiadłe mleko la[1397] ochłody.

1521

Skądciś, jakby ze sadu, sączyło się ciche, żałosne płakanie.

1522

— Któż to tam tak skwierczy?

1523

— A Nastusia. Urwanie głowy mam z tymi jamorami[1398]: zapowiedzie[1399] już wyszły, ślub ma być w niedzielę, a Dominikowa wczoraj zapowiedziała przez sołtysa, jako gospodarka na nią zapisana i Szymkowi nie udzieli ani zagona, i do chałupy go nie puści. I święcie to zrobi, znam ja dobrze to sobacze nasienie.

1524

— Cóż na to Szymek?

1525

— A co, jak usiadł w sadzie rano, tak i dotąd tam siedzi kiej[1400] ten słup, że nawet Nastusi nie odpowiada, już się nawet bojam[1401], żeby mu się rozum nie popsuł.

1526

— Szymek! — krzyknął w sad — a pódzi[1402] no do nas; przyszedł Boryna, to może ci co poredzi[1403]

1527

Zjawił się po jakiejś minucie i usiadł na przyzbie nie witając się z nikim. Juści, co chłopak do cna był zmizerowany i wyschnięty kieby[1404] ta osinowa deska; jedne oczy mu gorzały, zaś w wychudzonej twarzy taiło się jakieś twarde postanowienie.

1528

— I cóżeś umyślił? — pytał łagodnie Mateusz.

1529

— A co, że wezmę siekierę i zakatrupię ją kiej[1405] psa!

1530

— Głupiś! bajanie ostaw do karczmy.

1531

— Jak Bóg na niebie, tak ją zakatrupię. Cóż mi to ostaje, co? Grontu mi po ojcach zapiera, z chałupy me goni, spłaty nie daje, to cóż pocznę? Kaj się, sierota, podzieję, kaj? I żeby to me rodzona matka tak krzywdziła! — jęknął ocierając rękawem łzy, ale naraz porwał się i zakrzyczał: — Nie daruję, psiachmać, swojego, żebym miał za to zgnić w kreminale, a nie daruję!

1532

Uspokoili go na tyla, co przymilkł i siedział chmurny, a tak nasrożony, że nawet nie odpowiadał na Nastusine łzawe szepty. Oni zaś deliberowali, jak by mu pomóc, ale cóż, kiej[1406] nic z tego nie wychodziło, nie było bowiem sposobu na Dominikową. Aż dopiero Nastka odciągnąwszy na stronę brata cosik[1407] mu przełożyła.

1533

— Kobieta i nalazła[1408] mądrą radę! — zawołał radośnie, wracając pod chałupę. — A to powieda[1409], bych[1410] kupić od dziedzica na Podlesiu ze sześć morgów na spłaty! Co, dobra rada? A matce można będzie pokazać starą panią, niech się wścieknie ze złości…

1534

— Rada juści dobra jak każda rada, jeno gdzie pieniądze?…

1535

— Nastusia ma swoje tysiąc złotych, na zadatek chwaci[1411]

1536

— A kajże[1412] to jeszcze chałupa, lewentarz[1413], porządki[1414], zasiewy?

1537

— Kaj[1415]? A tu! A tu! — wrzasnął naraz Szymek wyskakując przed nich a trząchając zaciśniętymi garściami…

1538

— Tak się to mówi, ale czy uredzisz[1416]? — mruknął Antek niedowierzająco.

1539

— Dajcie mi jeno ziemię, a obaczycie, dajcie! — zakrzyczał z mocą.

1540

— To nie ma się co głowić, a jeno iść do dziedzica i kupować!

1541

— Poczekaj, Antek, zaraz, niech no se wszyćko[1417] w myślach ułożę…

1542

— Obaczycie, jak sobie radę dawał będę! — gadał prędko Szymek. — A kto u matki orał? Kto siał? Kto zbierał? Dyć jeno ja sam! A źle to w roli robiłem, co? Wałkoń to jestem, co? Niech cała wieś powie, niech matka zaświarczy[1418]! Dajcie mi jeno[1419] grunt, spomóżcie, braty rodzone, a to już wama[1420] za to do śmierci się nie odsłużę. Pomóżcie, ludzie kochane, pomóżcie! — wołał śmiejąc się i płacząc na przemian, zgoła jakby pijany radosną nadzieją.

1543

A kiej[1421] się ździebko[1422] uspokoił, zaczęli już wspólnie rozważać i deliberować nad tymi zamysłami.

1544

— Bych[1423] się jeno[1424] dziedzic zgodził na spłaty! — westchnęła Nastka.

1545

— Poręczymy z Mateuszem, to widzi mi się, co i da.

1546

Nastusia jaże[1425] go chciała całować po rękach za tyla[1426] dobrości.

1547

— Zażywałem niezgorszej biedy, to wiem, jak drugim smakuje! — rzekł cicho, powstając do odejścia, bo się już było całkiem zmroczało nad ziemiami, jeno co niebo było jeszcze jasne i zorze dopalały się na zachodzie.

1548

Antek stał czas jakiś nad stawem wagując się[1427] w sobie, w którą stronę pójdzie, lecz po chwili ruszył ku domowi.

1549

Szedł jednak z wolna kieby[1428] pod przymusem, przystając co trocha ze znajomymi, na drogach bowiem było pełno ludzi, wałęsających się gadzin[1429] i dzieci. Przyśpiewki trzęsły się po opłotkach, kajś[1430] zakrzyczały przepłoszone gęsi, pod młynem wrzeszczały kąpiące się chłopaki, jakieś kumy kłóciły się po drugiej stronie stawu, jakby przed Balcerkami, a przenikliwy głos piszczałki przewiercał uszy.

1550

Chociaż Antkowi nie było pilno i rad przystawał na drodze a z bele[1431] kim pogadywał, to w końcu stanął przed swoją chałupą. Okna stały wywarte[1432] i oświetlone, dziecko płakało pod ścianą, zaś z podwórza rozlegał się wrzaskliwy głos Hanki, a kiej niekiej[1433] jazgotliwe odszczekiwanie Józki.

1551

Zawahał się znowu, ale kiej[1434] Łapa zaskomlał przy nim i jął wyskakiwać z radości, kopnął go w nagłym gniewie i zawrócił z powrotem na wieś. Dopadł dróżki proboszczowskiej, przemknął się kole[1435] organistów tak cicho, że go nawet psy nie poczuły, i wsunął się pod księży sad, zaraz przy szerokiej miedzy, dzielącej Kłębową ziemię od księżych.

1552

Nakrył go głęboki cień drzew galancie[1436] rozrośniętych.

1553

Księżycowy sierp zawisł już był na pociemniałym niebie i gwiazdy jęły się rozjarzać coraz migotliwiej; wieczór czynił się rosisty a silnie nagrzany, prawdziwie latowy[1437]. Przepiórki wołały ze zbóż, od łąk dalekich leciały grubaskie[1438] pohukiwania bąków, zaś nad polami wisiała taka rozpachniona cichość, jaże[1439] w głowie się mąciło.

1554

Ale Jagusia jakoś nie przychodziła.

1555

Ksiądz, Koń, SąsiadNatomiast o jakieś pół stajania[1440] od Antka po miedzy spacerował proboszcz w białym obleczeniu i z gołą głową, tak pogrążony w odmawianiu pacierzy, iż jakby nie widział, co[1441] jego konie, pasące się na chudym, wytartym ugorze, przeszły miedzę i łakomie wżerały się w Kłębową koniczynę, która niby bór czerniała spaniale[1442] wyrośnięta i pokryta kwiatem.

1556

Ksiądz cięgiem[1443] chodził mamrocąc pacierze, po gwiazdach włóczył oczami, a niekiej[1444] przystawał, pilnie nasłuchując, i gdy się jeno ruszyło co niebądź kajś[1445] pod wsią, zawracał spiesznie, gderząc niby gniewnie na konie.

1557

— A gdzieżeś to polazł, siwy? W Kłębową koniczynę, co? Widzicie ich, jakie to łajdusy! Smakuje wam cudze, co? A batem chceta po portkach? No, mówię, batem! — pograżał wielce srogo.

1558

Ale koniska tak smacznie chrupały, jaże[1446] księdzu zbrakło serca na wypędzenie ze szkody, więc jeno[1447] rozglądał się a prawił z cicha:

1559

— No żrej jeden drugi, żrej… już się za to zmówi jaki paciorek za Kłębową duszę albo i wynagrodzi czym szkodę! Nygusy, jak się to przypinają do świeżej koniczyny!

1560

I znowu chodził tam i z nawrotem, pacierze mówił i stróżował ani się spodziewając, jako Antek patrzy w niego, słucha i z coraz większą niespokojnością wyczekuje na Jagusię.

1561

Przeszło tak z parę dobrych pacierzów, gdy naraz Antkowi przyszło na myśl podejść do niego a wyznać się ze swoich frasunków.

1562

— Taki nauczony, to może prędzej najdzie jaką radę! — rozważał cofając się cieniami pod stodołę i dopiero za węgłem śmiało wyszedł na miedzę i głośno zachrząkał.

1563

A ksiądz posłyszawszy, że ktoś nadchodzi, zakrzyczał na konie:

1564

— Szkodniki paskudne! To ani z oczów spuścić, zaraz w cudze jak te świnie! Wiśta kasztan! — I uniesłszy[1448] ubieru[1449] wypędzał je z pośpiechem.

1565

— Boryna! Jak się masz? — wołał rozpoznawszy go z bliska.

1566

— Dyć[1450] szukam dobrodzieja, byłem już na plebanii.

1567

— A wyszedłem zmówić pacierze i przypilnować konisków, bo Walek poleciał do dworu. Ale takie znarowione szkodniki, że niech Bóg broni, rady nie mogę sobie dać z nimi. Patrz, jak się Kłębowi wysypało koniczyny, jak bór! Z mojego nasienia… Za to moją tak wymroziło, że został się tylko rumianek i osty! — westchnął żałośnie, przysiadając na kamieniu. — Siadajże, to sobie pogadamy! śliczna pora! Za jakie trzy tygodnie zadzwonią kosy! No, mówię ci!…

1568

Antek przysiadł w podle[1451] i zaczął z wolna rozpowiadać, z czym był przyszedł. Proboszcz słuchał uważnie, tabakę zażywał i na konie krzyczał raz po raz, kichając przy tym siarczyście.

1569

— A gdzie! Ślepyś, że cudze? Widzisz je, świntuchy znarowione!…

1570

Antkowi szło jakoś niesporo, zająkiwał się i plątał.

1571

— Widzę, że ci coś ciężkiego dolega. Wyznaj się szczerze, to ci ulży, wyznaj! Przed kimże duszę wyżalisz, jak nie przed księdzem? — Pogładził go po głowie i uczęstował tabaką, że Antek nabrawszy śmiałości rozpowiedział mu wszystkie swoje frasunki.

1572

Ksiądz długo ważył jego słowa, wzdychał i w końcu rzekł:

1573

— Ja bym ci za borowego naznaczył pokutę kościelną: stawałeś w ojcowej obronie, a że był łajdus i luter, to niewielka stała się szkoda! Ale sądy ci nie darują. Najmniej posiedzisz ze cztery lata! I co ci tu radzić? Mój Boże, i w Ameryce ludzie żyją, i z kryminału też wracają. Ale jedno złe i drugie też nie lepsze.

1574

Był za tym, żeby Antek uciekał choćby jutro, to znowu radził pozostać i odsiedzieć karę, a na ostatku powiedział:

1575

— Jedno, co pewna: zdać się na Opatrzność i czekać zmiłowania Bożego.

1576

— Hale, i wezmą me[1452] w dybki[1453], w Sybir pognają…

1577

— Wielu jednak powraca, sam znałem niejednego…

1578

— Juści, jeno[1454] co to po latach zastanę w chałupie, co? A bo to kobieta da sama radę? Zmarnuje się wszystko! — szeptał bezradnie.

1579

— Z duszy serca rad bym ci pomógł, ale cóż ja mogę… Czekaj, mszę świętą odprawię do Przemienienia Pańskiego na twoją intencję. Zapędź mi konie do stajni, późno! No, mówię ci, późno, czas spać!

1580

Antek tak był przejęty turbacjami[1455], że wyszedłszy z księżego podwórza dopiero przypomniał sobie Jagusię i spiesznie do niej poleciał.

1581

Juści, co już czekała skulona pod stodołą.

1582

— Czekałam i czekałam!

1583

Głos miała jakby schrypnięty od rosy.

1584

— Mogłem się to księdzu wymówić? — Chciał ją objąć, odepchnęła go.

1585

— Nie figle mi ta w głowie, nie ceckania!

1586

— Dyć cię całkiem nie poznaję! — Czuł się dotknięty.

1587

— Jakąś me ostawił, takusieńką i jestem…

1588

— A niepodobna do się… — Przysunął się bliżej.

1589

— Nie zafrasowałeś się o mnie bez[1456] tyla czasu, a teraz się dziwujesz?

1590

— Że już i barzej[1457] nie sposób, ale mogłem to przylecieć do cię, co?

1591

— A ja ostałam jeno z trupem a ze zgryzotami! — Zatrzęsła się z zimna.

1592

— I ani ci w głowie postało zajrzeć do mnie, co inszego miałaś w myślach!…

1593

— Czekałeś to me[1458], Jantoś[1459], czekałeś? — wyjąkała niedowierzająco.

1594

— I jak jeszcze! A to kiej[1460] ten głupi co dnia wisiałem u kraty i oczy wypatrywałem za tobą, i co dnia cię czekałem! — Nagły żal nim zatrząsł.

1595

— Jezu kochany! A tak me skląłeś tam za brogiem! A takiś przódzi[1461] był zły! A kiej cię brali, to aniś spojrzał na mnie, aniś przemówił… Dobrze baczę[1462], miałeś to dobre słowo la[1463] wszystkich, nawet la psa jeno[1464] nie la mnie! To już myślałam, że się wścieknę!

1596

— Nie miałem złości do cię, Jaguś, nie. Ale jak się dusza człowiekowi zapiecze w zgryzocie, to by i siebie, i wszystek świat wytracił…

1597

Milczeli stojąc tuż przy sobie, biedro w biedro. Księżyc świecił im prosto w twarze. Dyszeli ciężko, szarpani gryzącymi spominkami[1465], oczy im pływały w zakrzepłych łzach żalów i udręki.

1598

— Nie tak to me[1466] kiedyś witałaś! — rzekł smutnie.

1599

Rozpłakała się nagle i rzewliwie kiej[1467] dzieciątko.

1600

— Jakże cię to mam witać, jak? Małoś to me już pokrzywdził i sponiewierał, że tera[1468] ludzie patrzą na mnie kiej[1469] na tego psa…

1601

— Ja cię sponiewierałem? To przeze mnie? — Gniew go przejął.

1602

— A przez ciebie! Przez ciebie wygnała me[1470] z chałupy ta flądra, to świńskie pomietło! Przez ciebie poszłam na pośmiech całej wsi…

1603

— A wójta to już nie baczysz[1471]? a drugich, co? — buchnął groźnie.

1604

— Wszyćko[1472] bez ciebie! Wszyćko! — szeptała coraz bardziej rozżalona. — A czemuś me do się zniewolił jak tego psa? Miałeś przecież swoją kobietę. Głupia byłam, a tyś me tak opętał, co już świata Bożego za tobą nie widziałam! I czemuś me potem ostawił samą, na pastwę?

1605

Ale i on porwany żalami zasyczał przez zaciśnięte zęby:

1606

— To ja ci kazałem ostać moją macochą? Ja cię też pewnie niewoliłem, byś się tłukła z każdym, kto jeno chciał, co?

1607

— To po coś mi nie wzbronił? Byś me miłował, to byś me nie dał na wolę, nie ostawiłbyś me samej, a jeno strzegł przed złą przygodą, jak to drugie robią! — skarżyła się boleśnie i tak pełna niezgłębionego żalu, że już nie poredził[1473] się bronić. Odpadły go wszystkie złoście[1474], a serce się rozdygotało kochaniem.

1608

— Cichoj, Jaguś, cichoj, dzieciątko! — szeptał z tkliwością.

1609

— I taka krzywda mi się stała, to i ty powstajesz na mnie jak wszystkie, i ty, i ty! — szlochała wspierając głowę o stodołę.

1610

Usadził ją przy sobie na miedzy i jął przygarniać do serca a tulić, a głaskać po włosach i obcierając jej twarz zapłakaną, całował jej wargi roztrzęsione i te oczy zalane gorzkimi łzami, te kochane a tak przesmucone oczy. Pieścił ją, przyhołubiał[1475] i spokoił[1476], jak jeno poredził, że już płakała coraz ciszej przywierając doń i z taką dufnością uwiesiła mu się na szyi a kładła głowę na jego piersiach jakby na tym matczynym sercu, kaj[1477] tak lubo jest wypłakiwać wszystkie boleście a smutki…

1611

Ale Antkowi już się mąciło w głowie, bo takie luboście biły od niej i tak go rozprażało jej ciepło, że coraz zajadlej całował i coraz mocniej ogarniał ją sobą…

1612

Zrazu ani miarkowała[1478], do czego idzie i co się z nią wyrabia. Dopiero kiej[1479] się już całkiem poczuła w jego mocy i kiej jął rozgniatać jej wargi rozpalonymi całunkami, zaczęła się szarpać a prosić lękliwie, prawie z płaczem:

1613

— Puść me[1480], Jantoś! Puść! Loboga, bo bede[1481] krzyczeć!

1614

Ale mogła się to już wydrzeć smokowi, kiej ściskał, jaże tchu brakowało i całą przejmował war i dygotania.

1615

— Ostatni raz pozwól, ostatni! — skamlał ledwie już zipiąc.

1616

Aż świat się z nią zakręcił i poleciała jakby na dno jakowegoś raju, a on ją wzion[1482], jak to kiedyś brał, zapamiętale, przez lubą moc kochania, i dawała mu się też jak kiedyś, w słodkiej udręce niemocy, na niezmierzone szczęście, na śmierć samą…

1617

Jak kiedyś, mój Jezu! Jak dawniej! Jak zawdy[1483]!

1618

Noc stała rozgwiażdżona, księżyc wisiał wysoko w pół nieba; nagrzane, rozpachnione powietrze obtulało pola pośpione w niezgłębionej cichości; cały świat leżał bez tchu w upojnym zapomnieniu i w słodkiej pieszczocie niepamięci.

1619

A i w nich nie było już pomiarkowania o niczym, nic, kromie[1484] ognia i burzy, i nic, kromie wiecznie żądnej i wiecznie nienasyconej tęsknicy. Jak kiedy uschnięta drzewina ożeni się z pierunem i buchnie w niebo płomieniami, że już wraz giną hucząc weselną pieśń zatraty, tak i oni przepadali w jakichś nienasyconych żarach. Ożyły w nich dawne miłoście i zwarły się, strzelając bujnym, radosnym ogniem na to jedno mgnienie zapamiętania, na tę jedną tylko minutę ostatniej radości.

1620

Bo kiej znowu siedli przy sobie, już im tak cosik[1485] omroczyło dusze, że spozierali[1486] na się trwożnie, ukradkiem, rozbiegając się oczami kieby ze wstydem i żalem.

1621

Na darmo szukał wargami jej warg głodnych całunków, jak kiedyś: odwracała się z niechęcią.

1622

Na darmo szeptał przezwiska co najsłodsze: nie odpowiadała, pilnie zapatrzona w księżyc; więc burzył się w sobie i chłódł, przejęty dziwną markotnością i żalami.

1623

Siedzieli, nie wiedząc już, co mówić, niecierpliwiąc się jeno a wyczekując, które się pierwej ruszy i pójdzie sobie precz.

1624

A w Jagusi jakby już wszystko wygasło ze szczętem i rozsypało się w popiół, bo ozwała się z przytajoną złością:

1625

— Aleś me[1487] zniewolił, kiej[1488] ten zbój, no!

1626

— Nie mojaś to, Jaguś, nie moja? — Chciał ją przygarnąć, odepchnęła go gwałtownie.

1627

— Anim twoja, anim niczyja, rozumiesz? Niczyja!

1628

Rozpłakała się znowu, ale już jej nie spokoił ni utulał, lecz po jakim czasie powiedział ważnym[1489] głosem:

1629

— Jaguś, poszłabyś ze mną we świat?

1630

— Kajże[1490] to? — podniesła[1491] na niego zapłakane oczy.

1631

— A choćby do samej Hameryki! Poszłabyś za mną, Jaguś?

1632

— A cóż to poczniesz ze swoją kobietą?

1633

Zerwał się, kieby[1492] go kto biczem trzasnął.

1634

— Prawdę pytam! Trutkę to jej zadasz czy co?

1635

Pochwycił ją wpół, przygarnął krzepko i całując namiętnie po całej twarzy jął prosić a molestować, bych[1493] z nim jechała we świat, kaj[1494] by już ostali razem i na zawsze. Sporo czasu mówił o swoich zamysłach i nadziejach, czepił się bowiem nagle tej myśle[1495] uciekania z nią kiej[1496] pijany płota i kiej pijany też plótł, ogarnięty gorączkowym wzburzeniem. Wysłuchała wszystkiego do końca i odrzekła z przekąsem:

1636

— Zniewoliłeś me[1497] do grzechu, to rozumiesz, com już do cna zgłupiała i uwierzę ci w bele[1498] bzdury…

1637

Przysięgał na wszystko, jako[1499] świętą prawdę powieda[1500]; nie chciała już nawet słuchać i wyrwawszy się z jego rąk szepnęła:

1638

— Ani mi się śni uciekać z tobą. Po co? Abo mi to źle samej? — Obtuliła się zapaską rozglądając się uważnie. — Późno, muszę już bieżyć[1501]!

1639

— Kajże[1502] ci pilno, nikto[1503] przeciek[1504] z chałupy za tobą nie patrzy?

1640

— Ale na ciebie pora. Już tam Hanka pierzynę wietrzy a wzdycha…

1641

Rozżarł się na te słowa kiej[1505] pies i syknął urągliwie:

1642

— Ja ci nie wypominam, kto tam na ciebie po karczmach wyczekuje…

1643

— A jakbyś wiedział, co niejeden gotów czekać choćby do słońca, jakbyś wiedział! Sielnieś[1506] zadufany w siebie i rozumiesz, co jeno[1507] ty jeden jesteś! — gadała prześmiechając się zjadliwie.

1644

— A to leć, choćby nawet do Żyda, leć! — wykrztusił.

1645

Ale się nie ruszyła z miejsca; jeszcze stali przy sobie dysząc jeno[1508] ciężko a poglądając na się rozsrożonymi ślepiami, a kieby[1509] szukając w sobie tych jakichś słów najbarzej[1510] bolących.

1646

— Miałeś coś pedzieć[1511], to mi rzeknij, bo więcej już do cię nie wyjdę…

1647

— Nie bój się, nie będę cię wywoływał, nie…

1648

— Bo choćbyś mi nawet u nóg skamlał, to nie wyjdę.

1649

— Juści, czasu ci nie starczy, do tylu musisz co noc wychodzić…

1650

— A żebyś skapiał kiej ten pies! — skoczyła w pola na przełaj.

1651

Nie pogonił jednak ni nawet zawołał za nią, widząc, jak leciała przez zagony kiej cień i przepadła pod sadami; przecierał tylko oczy kieby[1512] ze śpiku[1513] a wzdychał markotnie.

1652

— Zgłupiałem już do cna! Jezu, dokąd to baba może zaprowadzić.

1653

Było mu czegoś dziwnie wstyd, gdy wracał do chałupy; nie mógł sobie darować tego, co się stało, i srodze się tym gryzł i męczył.

1654

Pościel gotowa już czekała na niego w sadzie, w półkoszkach, gdyż w izbie nie sposób było wyspać z powodu gorąca i much.

1655

Ale nie zasnął; leżał wpatrzony w dalekie migoty gwiazd i nasłuchując cichych stąpań nocy rozważał se o Jagusi.

1656

— Ni z nią, ni przez[1514] niej! A żebyś! — zaklął z cicha i wzdychał żałośnie, i przewracał się z boku na bok, i odrzucał pierzynę, stawiając nogi na chłodnej, orosiałej trawie, ale śpik nie przychodził i myśle[1515] o niej nie ustawały ni na to oczymgnienie[1516].

1657

Któreś dziecko zapłakało w chałupie i zamamrotała cosik[1517] Hanka; uniósł głowę, ale po chwili przycichło i znowu opadły go deliberacje[1518] i szły przez niego kiej[1519] te wiośniane, pachnące zwiewy kolebiące duszę słodkimi spominkami[1520]; ale już się im nie dał w niewolę, a na sprzeciw, rozglądał się w nich trzeźwo, że w końcu przyszedł do tego, co[1521] sobie rzekł uroczyście, jakby na świętej spowiedzi:

1658

— Raz temu musi być koniec! Wstyd to i grzech! Co by to znowu ludzie pedzieli[1522]! Dyć ociec dzieciom jestem i gospodarz! Musi być koniec.

1659

Postanawiał, ale było mu jej żal, nieopowiedzianie żal.

1660

— Niech se[1523] jeno[1524] człowiek raz jeden pofolguje[1525], a już się tak pokuma ze złem, co go i śmierć nie rozdzieli! — medytował gorzko i górnie.

1661

Świt się już robił, całe niebo przyodziewało się kieby[1526] w te zgrzebne gzło[1527], ale Antek jeszcze nie spał, zaś kiej biały dzień jął mu zazierać w oczy, przyleciała go budzić Hanka. Podniósł na nią schmurzoną twarz, lecz taki dziwnie był la[1528] niej dobry, że skoro mu opowiedziała, z czym to wczoraj przychodził kowal późnym wieczorem, pogłaskał ją po nieuczesanych włosach.

1662

— Kiej się udało ze zwózką, to ci już cosik kupię na jarmarku.

1663

Rozradowała się taką łaską i dalejże molestować, aby też kupić oszkloną szafę na talerze, jaką miały organisty[1529].

1664

— Pokrótce to se zamyślisz o dworskiej kanapie! — zaśmiał się, przyobiecując jednak, co jeno[1530] prosiła, i wstał prędko, robota bowiem czekała i trza było kark podać w jarzmo i ciągnąć jak co dnia.

1665

Rozmówił się jeszcze z kowalem i zaraz po śniadaniu Pietrka wyprawił do wożenia gnoju, a sam pojechał w parę koni do lasu.

1666

W porębie jaże[1531] huczało od roboty; sporo narodu kręciło się przy obróbce drzewa naciętego zimą, że kieby[1532] to nieustanne kucie dzięciołów, tak rozlegało się bicie siekier i trzeszczenie pił; zaś w bujnych trawach poręby pasły się lipeckie stada i dymiły ogniska.

1667

Spomniał, co się tu kiedyś wyrabiało, i pokiwał głową widząc, jak to już zgodnie robią razem Lipczaki z rzepecką szlachtą i drugimi.

1668

— Bieda ich doprowadziła do rozumu. I potrza to było wszystkiego, co? — wyrzekł do Filipa, syna Jagustynki, okrzesującego chojary.

1669

— A kto temu był winowaty, jak nie dziedzic a gospodarze! — mruknął ponuro chłop, nie przestając obrąbywać gałęzi.

1670

— Ale może już najbarzej złoście[1533] i głupie podjudzania.

1671

Przystanął w miejscu, kaj[1534] był zakatrupił borowego, i tak go cosik[1535] złego sparło[1536] pod piersiami, jaże zaklął:

1672

— Ścierwa, przez niego cała moja marnacyja! Bym poredził[1537], to bym ci jeszczek[1538] dołożył! — splunął i wziął się do roboty.

1673

I już całe dnie woził na tartak, przypinając się do pracy z taką zapamiętałością, jakby się chciał zarobić na śmierć, lecz mimo tego nie zabił pamięci o Jagusi ani o tej sprawie nieszczęsnej.

1674

Któregoś dnia powiedział mu Mateusz, że kupili grunt na Podlesiu, dziedzic dał na spłatę i jeszcze przyobiecał zrzynów i łat, zaś ślub Nastusi odłożyli, póki Szymek jako tako się nie zagospodaruje.

1675

Co go ta obchodziło cudze, mało to jeszcze miał swoich turbacji[1539]? A do tego kowal już prawie codziennie i na różne sposoby straszył go sprawą i z wolna, ostrożnie, a wielce chytrze napomykał, że gdyby mu było pilno potrza, to ten i ów dałby pieniędzy…

1676

Antek już sto razy gotów był prasnąć wszystko i uciekać, ale co spojrzał na wieś i co sobie wziął w myśle, jako pójdzie stąd na zawsze, to go taki strach ogarniał, iż wolałby kryminał, wolałby wszystko najgorsze, bele[1540] nie to.

1677

Ale i o kryminale myślał z rozpaczą w duszy.

1678

Więc z tego bojowania ze sobą zmizerował się, zgorzkniał i stał się w chałupie srogi a niewyrozumiały. Hanka w głowę zachodziła, na darmo próbując się wywiedzieć, co mu się stało. Nawet zrazu podejrzewała, jako znowu spiknął się z Jagusią; ale co oko miała bystre, a odpasiona Jagustynka też za nimi patrzała i drugie potwierdzali, że wyraźnie stronią od siebie i nikaj[1541] się nie schodzą, to się już uspokoiła z tej strony. Cóż z tego, że mu służyła jak mogła najwierniej, że już jadło miał wybrane i na porę, w chałupie ochędożny[1542] porządek, że gospodarka szła jak najlepiej, kiej[1543] cięgiem był zły, chmurny, o bele[1544] co poniewierał i dobrego słowa jej nie dawał.

1679

A już było najciężej, kiedy chodził cichy, strapiony, smutny kiej noc jesienna i ani się gniewał, ani uprzykrzał, a jeno ciężko wzdychał i na całe wieczory szedł do karczmy pić ze znajomkami.

1680

Pytać otwarcie nie miała śmiałości, a Rocho klął się, że też nie wie o niczym, co mogło być prawdą, gdyż stary przychodził teraz jeno[1545] na noc, a całe dnie wędrował po okolicy ze swoimi książeczkami, a nauczając pobożne nabożeństwa do Serca Jezusowego, którego urzędy wzbraniały odprawować po kościołach.

1681

Aż któregoś wieczora, kiedy siedzieli jeszcze w izbie przy miskach, bo wiater[1546] się był zerwał[1547] po zachodzie, psy całą hurmą zaszczekały nad stawem. Rocho położył łyżkę pilnie nasłuchując.

1682

— Ktoś obcy! Trza[1548] wyjrzeć.

1683

A tyla co jeno[1549] wyszedł, powrócił blady i rzekł prędko:

1684

— Pałasze brzęczą na drodze! Jakby pytały, na wsi jestem!

1685

Skoczył w sad i zginął.

1686

Antek zbladł śmiertelnie i skoczył na równe nogi. Psy już docierały w opłotkach, na ganku rozległy się ciężkie stąpania.

1687

— A może to już po mnie? — jęknął w trwodze.

1688

Wszyscy jakby zmartwieli ujrzawszy na progu strażników.

1689

Antek nie mógł się poruszyć, a jeno[1550] latał oczyma po wywartych[1551] oknach i drzwiach. Szczęściem, co Hanka całkiem przytomnie zapraszała ich siedzieć podsuwając ławę.

1690

Grzecznie się przywitali, tak się zarazem przymawiając o kolację, że musiała im nasmażyć jajecznicy.

1691

— Kajże[1552] tak późno? — zapytał wreszcie Antek.

1692

— Po służbie! Dzieło u nas niemałe! — odrzekł starszy wodząc oczami po zebranych w izbie.

1693

— Pewnie za złodziejami? — dorzucił Antek śmielej, wynosząc flachę z komory.

1694

— I za złodziejami, i za drugim! Przepijcie do nas, gospodarzu!

1695

Napił się z nimi. Przypięli się do jajecznicy, jaże[1553] łyżki dzwoniły.

1696

Wszyscy siedzieli cichuśko kiej[1554] te przytrwożone trusie[1555].

1697

Strażnicy wymietli miskę do czysta, przepili jeszcze gorzałką i starszy obcierając wąsy rzekł uroczyście:

1698

— Dawno was wypuścili z turmy, a?

1699

— Niby to pan starszy nie wiedzą!

1700

Rozdygotał się ździebko[1556].

1701

— A gdzież to Rocho? — spytał nagle starszy.

1702

— Któren[1557] Rocho? — zrozumiał w mig i znacznie się uspokoił.

1703

— Podobno u was żyje, kakoj[1558] to Rocho?

1704

— A może pan starszy mówią o tym dziadku, co to chodzi po wsi? Prawda, dyć[1559] go Rochem wołają!

1705

Strażnik rzucił się niecierpliwie i rzekł groźnie:

1706

— Nie róbcie szutek[1560], przecież mieszka u was, wiadomo!

1707

— Pewnie, co nieraz siedział u nas, ale siedział i u drugich. Proszalny dziadek, to kaj mu popadnie, tam i na noc głowę przytuli. Dziś w chałupie, indziej w obórce, a niekiedy i prosto pode płotem. Cóż to pan starszy upatrzył se na niego?

1708

— Tak cóż by, nic, po znajomości pytam…

1709

— Poczciwy człowiek, wody nikomu nie zamąci — wtrąciła Hanka.

1710

— Nu, my znamy[1561], kto on taki, znamy! — mruknął znacząco, próbując różnymi sposobami wypytywać o niego. Nawet już tabaką częstował, ale wszyscy tak gadali cięgiem[1562] jedno w kółko, że nie mogąc niczego przewąchać podniósł się z ławy ze złością: — A ja mówię, że mieszka u was w chałupie!

1711

— Przeciek[1563] go w kieszeń nie schowałem! — odburknął Antek.

1712

— Ja tu po służbie, ponimajcie[1564], Boryna! — cisnął się groźnie starszy, ale jakoś się udobruchał dostawszy na drogę mendel jajków[1565] i sporą osełkę świeżego masła.

1713

Witek poszedł za nimi trop w trop, rozpowiadając potem, jako wstępowali do sołtysa i próbowali zazierać[1566] do poniektórych okien jeszcze oświetlonych, jeno co[1567] pieski tak naszczekiwały, że nie poredziwszy nikaj zajrzeć kryjomo[1568], z niczym odeszli.

1714

Ale to zdarzenie tak jakoś dziwnie rozebrało Antka, że skoro jeno[1569] został sam na sam z żoną, zaczął się wyznawać z utrapień.

1715

Słuchała z bijącym sercem, uważnie, nie przepuszczając ani jednego słowa, dopiero kiej[1570] w końcu zapowiedział, jako[1571] im już nic nie pozostaje, jeno[1572] przedać[1573] wszystko i uciekać we świat, choćby do Hameryki, stanęła przed nim pobladła kieby[1574] ściana.

1716

— Nie pódę[1575] i dzieci na zatratę nie pozwolę! — wyrzekła groźnie — nie pódę! A jak mnie przyniewolisz, to siekierą łby dzieciom porozbijam, a sama choćby do studni! Prawdę mówię, tak mi, Panie Boże, dopomóż! Zapamiętaj to sobie! — krzyczała klękając przed obrazami jakby do uroczystej przysięgi.

1717

— Cichoj! Dyć[1576] jeno[1577] tak mówię!

1718

Wytchnęła nieco i rzekła ciszej, ledwie już łzy powstrzymując:

1719

— Odsiedzisz swoje i wrócisz! Nie bój się, dam se radę… nie uronię ci ni zagona, jeszcze me[1578] nie znasz… nie popuszczę z pazurów. Pan Jezus pomoże, to i taki dopust udźwignę — płakała cicho.

1720

Medytował długo i w końcu powiedział:

1721

— To bedzie[1579], co Bóg da! Trza[1580] poczekać na sprawę.

1722

Że na nic się zdały chytre kowalowe zabiegi.

VI

1723

— Uwal się już raz i nie przeszkadzaj! — mruknął zgniewany Mateusz, przewracając się na drugi bok.

1724

Szymek przywarł na chwilę, a skoro tamten znowu zachrapał, jął[1581] się cicho przebierać ze sąsieka[1582], gdyż mu się przywidziało, jako[1583] do stodoły, kaj[1584] spali, już się wdzierają mąty pierwszych świtań.

1725

Omackiem zbierał po klepisku narzędzia, jeszcze wczoraj nagotowane, i tak się śpieszył, że mu raz po raz cosik leciało z rąk z przeraźliwym brzękiem, jaże[1585] Mateusz klął przez śpik[1586].

1726

Ale nad ziemiami leżały jeszcze ciemnice, jeno[1587] gwiazdy były już bladawe, na wschodniej stronie ździebko[1588] się przezierało i pierwsze kury biły skrzydłami krzykając zachryple.

1727

Szymek zebrał w taczki, co jeno[1589] miał, i skradając się cichuśko kole[1590] chałupy wydostał się nad staw.

1728

Wieś spała kiej[1591] zabita, nawet pies nie zaszczekał, a w cichości słychać było jeno bulgotanie wody przeciskającej się przez zapuszczone stawidła[1592] młyna.

1729

Na drogach, przycienionych sadami, było jeszcze tak ciemno, że ledwie kajś niekaj[1593] zamajaczyła bielona ściana, zaś staw tyla jeno przezierał z nocy, co tym lśnieniem odbijających się gwiazd.

1730

Ale dochodząc matczynej chałupy zwolnił kroku, pilnie nasłuchując, gdyż w opłotkach jakby ktosik chodził z cichym a nieustającym mamrotem.

1731

— Kto tam? — posłyszał naraz głos matki.

1732

Zdrętwiał i stał z zapartym oddechem, nie śmiejąc się poruszyć, zaś stara nie doczekawszy się odpowiedzi znowu jęła chodzić.

1733

Widział ją kieby[1594] cień snującą się pod drzewami; macała sobie drogę kijaszkiem i chodziła odmawiając półgłosem litanię.

1734

— Tłuką się po nocy kiej Marek po piekle — pomyślał, ale westchnął jakoś żałośnie i cichuśko, strachliwie przemknął się dalej. — Gryzie ich moja krzywda! Gryzie! — powtórzył z głęboką uciechą, wychodząc na szeroką, wyboistą drogę za młynem i naraz pognał, jakby go cosik popędzało, nie bacząc już na doły ni kamienie.

1735

Wstrzymał się dopiero pod krzyżem, na rozstajach dróg podleskich. Za ciemno było jeszcze stawać do roboty, więc se przysiadł pod figurą odzipnąć nieco i poczekać.

1736

— Złodziejska godzina, nie sposób rozeznać zagona od boru — mruczał brodząc oczyma po świecie. Pola stały jeszcze potopione w rozmrowionych ciemnościach, ale na niebie już się coraz barzej jarzyły złociste smugi świtania.

1737

Dłużył mu się czas, że jął się pacierza, ale co jeno[1595] tknął ręką orosiałej ziemi, to gubił słowa i spominał se z lubością, jako już idzie na swoje, na gospodarkę.

1738

— Mam cię i nie popuszczę — myślał hardo, radośnie i z niezmierną zapamiętałością kochania wżerał się rozgorzałymi ślepiami w skołtunione pod lasem ciemnoście, kaj już czekały na niego te sześć morgów kupione od dziedzica.

1739

— Przygarnę ja was, sieroty kochane, i nie opuszczę, póki życia! — mamrotał ściągając kożuch na rozmamlane piersi, bo go był chłód ździebko przejmował, i wsparłszy się w krzyż plecami, zapatrzony w świtania zachrapał rychło zmorzony śpikiem.

1740

Już pola szarzały kiej[1596] wody szeroko rozlane, a siwe od rosy zboża trącały go rozruchanymi kłosami, gdy zerwał się na nogi.

1741

— Dzień kiej wół, pora na robotę — szepnął przeciągając koście[1597] i klęknął pod krzyżem do pacierza, ale nie trzepał na pytel[1598], jak to zawdy[1599] robił, bele[1600] jeno zbyć, a dużo nawzdychać, a w piersi się nagrzmocić i tyla się nażegnać, jaże[1601] kulas[1602] zdrętwieje: dzisiaj było inaczej, o wspomożenie bowiem Pańskie zabłagał rzewliwie i tak ze wszystkiej duszy, jaże mu łzy pociekły, i obejmując Jezusowe nóżki zaskamlał wpatrzony wiernymi ślepiami w Jego twarz umęczoną i świętą:

1742

— Dopomóż, Jezu miłosierny! Rodzona mać[1603] me[1604] ukrzywdziła, Tobie się jeno oddawam[1605], sierota! pomóż! Dyć[1606], kiej[1607] ten ostatni, na ciężki wyrobek staję! Juści, com grzeszny, ale me spomóż, Panie miłosierny, to już na mszę dam abo i na dwie! Świec nakupię, a jak się dorobię, to nawet baldach sprawię! — prosił i przyobiecywał, serdecznie przywierając wargami do krzyża, obszedł go na kolanach, ucałował pokornie ziemię i wstał wielce skrzepiony i dufny w siebie.

1743

I mocnym się poczuł, i gotowym już na wszystko, i tak dobrej myśle[1608], że ująwszy ciężkie taczki pchał je kiej[1609] piórko, hardo tocząc oczami po Lipcach leżących niżej, a całych jeszcze we mgłach, z których jeno kościelna wieża biła wysoko, grając w zorzach pozłocistym krzyżem.

1744

— Obaczycie! Hej! obaczycie! — krzykał radośnie, wchodząc na swoje gronta. Leżały tuż pod lasem, jednym bokiem przywarte do pól lipeckich, ale Boże się zmiłuj, co to były za gronta! Kawał dzikiego ugoru, pełen dołów po cegielni, szutrowisk[1610] i kamionek obrosłych cierniami. Dziewanny, psi rumianek i końskie szczawie bujnie się pleniły po wzgórkach, a kaj niekaj[1611] z trudem wynosiła się pokręcona sosenka, to kępa olch lub jałowców, zaś po dołkach i młakach[1612] sitowia i trzciny burzyły się kiej młode bory. Słowem, ziemia była taka, co pies by nad nią zapłakał, że nawet sam dziedzic odradzał, ale chłopak się uparł.

1745

— W sam raz la mnie! Uredzę i takiej!

1746

I Mateusz go odwodził, ze strachem spoglądając na to dzikie wywieisko, kaj jeno pieski folwarczne odprawiały swoje wesela, ale Szymek cięgiem prawił swoje, a w końcu twardo powiedział:

1747

— Rzekłem! Każda ziemia dobra, jak się jej człowiek dołoży!

1748

I wziął ją, bo dziedzic sprzedał tanio, po sześćdziesiąt rubli morgę, i jeszcze przyobiecał pomoc w drzewie i różnościach.

1749

— Hale, co bym ta nie miał poredzić! — wykrzyknął oblatując ją rozgorzałymi oczyma i złożywszy taczki na miedzy jął obchodzić swoje granice, znaczone nawtykanymi gałęziami.

1750

Chodził z wolna i w takiej cichej a głębokiej radości, jaże[1613] serce biło mu kiej[1614] młotem i gardziel zatykało. Chodził układając sobie w głowie po porządku, co robić i od czego zaczynać. Przecież to miał robić la siebie, la Nastusi, la przyszłego rodu Paczesiów, to się tak był sprężył w mocy i srogiej ochocie, jako ten głodny wilk, gdy przychwyci barana i dorwie się żywego mięsa.

1751

I obszedłszy całe pole jął rozważnie wybierać miejsce pod chałupę.

1752

— Rychtyk najlepsze, wieś naprzeciw i bór pod bokiem, łacniej będzie o drzewo i ciszej na zimę — rozważał i oznaczywszy kamieniami cztery węgły ściepnął[1615] kożuch, przeżegnał się i splunąwszy w garście wziął się do równania ziemi a karczunków.

1753

Dzień się już był podniósł złocisty, od wsi leciały porykiwania stad wypędzanych na paszę, skrzypiały żurawie, ludzie wychodzili do roboty, turkotały po drogach wozy i niesły się przeróżne głosy wraz z leciuśkim wiaterkiem, któren zaswywolił we zbożach, wszystko szło jak co dnia, tylko Szymek, nie bacząc na nic, jakby się zapamiętał w pracy, niekiedy jeno prostował grzbiet, odzipiał, przecierał oczy zalane potem i znowu przypinał się do ziemi kieby ta pijawka nienasycona, mamrocząc cięgiem wedle swego zwyczaju do każdej rzeczy, jakby do czegoś żywego.

1754

Jął się był właśnie wyważania wielgachnego kamienia i prawił:

1755

— Wyleżałeś się, odpocząłeś, to mi teraz możesz chałupę podeprzeć.

1756

A wycinając krze tarniny, mówił ze szydliwym prześmiechem:

1757

— Nie broń się, głupie! myśli, co mi się oprze! Hale! ostawie cię to, byś portki ozdzierało, co?

1758

Zaś do kamionek odwiecznych rzekł:

1759

— I was ruszę, ciężko gnieść się na kupie! Bruk z waju wyrychtuję kole obory, jak u Borynów!

1760

A niekiedy nabierając oddechu ogarniał swoją ziemię miłującymi oczami a szeptał gorąco:

1761

— Mojaś ty! Moja! Nikto mi cię nie wydrze!

1762

I współczując tej biedocie zachwaszczonej, płonej, nieurodzajnej i opuszczonej, dodawał pieszczotliwie kieby[1616] do dzieciątka:

1763

— Poczekaj ździebko[1617], sieroto, uprawię cię, napasę, wyceckam, że rodzić będziesz jak i drugie[1618]. Nie bój się, dogodzę ci, dogodzę.

1764

Słońce się podniesło[1619] na pola i zaświeciło mu prosto w oczy.

1765

— Panie Boże zapłać! — wyrzekł przymrużając oczy. — Na gorąc znowu idzie i suszę — dodał, bo wynosiło się srodze rozczerwienione.

1766

Pokrótce ozwała się i sygnaturka na kościele, a nad lipeckimi kominami podnosiły się z wolna modrawe słupy dymów.

1767

— Podjadłbyś se tera, gospodarzu, co? — przyciągnął pasa — jeno ci już matka dwojaków nie przyniesą, nie — westchnął smutnie.

1768

I na podleskich rolach zaroiło się od ludzi, stawali, jak i on, do roboty na co dopiero nabytych ziemiach; dojrzał Stacha Płoszkę, orzącego w parę tęgich koni.

1769

— Mój Jezu, kiedy to dasz choćby jednego — pomyślał.

1770

Wachnik Józef zwoził kamienie na fundamenta chałupy, Kłąb ze synami okopywał rowem swoją ziemię, a Grzela, wójtów brat, przy samym krzyzie[1620] nade drogą coś długo rozmierzał tyką.

1771

— Miejsce jakby wybrane pod karczmę — zauważył Szymek.

1772

Grzela oznaczywszy kołkami wymierzony plac przyszedł z pozdrowieniem.

1773

— Ho, ho! robisz, widzę, za dziesięciu! — podziw miał w oczach.

1774

— A bo mi to nie potrza? Cóż to mam? Jedne portki a te gołe pazury! — mruknął nie odrywając rąk od roboty.

1775

Grzela poradził mu to i owo i wrócił do swojego, a po nim zachodziły i drugie, kto z dobrym słowem, kto na pogwarę, a kto jeno wykurzyć papierosa i zębów naszczerzyć, ale Szymek odpowiadał coraz niecierpliwiej, że już w końcu ostro krzyknął na Pryczka:

1776

— Robiłbyś swoje i drugim nie przeszkadzał! Świątki se juchy robią!

1777

I ostał sam, bo go już omijali.

1778

Słońce podnosiło się coraz wyżej, wisiało już nad kościołem, niesło się niepowstrzymanie zalewając świat ślepiącą jasnością i żarem, wiater się był kajś zadział, że już gorąc bez przeszkody ogarniał ziemię rozmigotaną przysłoną, w której zboża pławiły się kieby w tym rozbełtanym, cichuśkim wrzątku.

1779

— Mnie ta rychło nie spędzisz — rzekł jakby przeciw słońcu i dojrzawszy Nastusię ze śniadaniem wyszedł naprzeciw, łapczywie zabierając się do dwojaków.

1780

Nastusia jakoś markotnie spozierała po polach.

1781

— A bo się to co urodzi na takich zdziarach i mokradłach!

1782

— Wszystko się urodzi, obaczysz, co i pszenicę miała będziesz na placki.

1783

— Czekaj tatka latka, jak kobyłę wilcy zjedzą.

1784

— Nie zjedzą, Nastuś! Gront jest, to i łacniej przeczekać, dyć całe sześć morgów nasze — prawił pojedając z pośpiechem.

1785

— Juści, to ziemi pewnie ugryzie! A jak to przezimujemy?

1786

— Moja w tym głowa, nie turbuj się[1621]! O wszyćkim[1622] deliberowałem[1623] i wszyćkiemu najdę[1624] zaradę! — Odsunął puste dwojaki, przeciągnął koście i powiódł ją pokazując i tłumacząc.

1787

— W tym miejscu stanie chałupa! — zawołał radośnie.

1788

— Stanie! Z błota ją pewnie ulepisz kiej[1625] jaskółka!

1789

— A z drzewa i gałęzi, i z gliny, i z piasku, i z czego się jeno da, bele tylko w niej przetrzymać z jakiś roczek, póki się nie wspomożemy.

1790

— Sielny[1626] dwór, widzę, zamyślasz! — warknęła niechętnie.

1791

— Wolę w budzie niźli u kogo na komornym.

1792

— Mówiła Płoszkowa, żeby się do nich sprowadzić na przezimowanie, i sama się ochfiarowała dać nam izbę, z dobrego serca.

1793

— Z dobrego serca. A juści, pewnikiem chce zrobić na złość matce, dyć się żrą ze sobą kiej te psy. Torba zapowietrzona, nie potrzebuję jej dobrości. Nie bój się, Nastuś, wyrychtuję ci taką chałupę, że i okno będzie, i komin, i wszyćko, co ino potrza. Obaczysz, że jak ament w pacierzu[1627] tak za trzy niedziele[1628] stanie gotowa, żebym se miał kulasy[1629] urobić, a stanie.

1794

— Hale, sam to pewnie postawisz!

1795

— Mateusz mi pomoże, przyobiecał!

1796

— Nie dałaby to matka jakiego wspomożenia? — powiedziała lękliwie.

1797

— Żebym skapiał, a prosił ich nie będę! — wykrzyknął, ale widząc, co jeszcze barzej posmutniała, wielce się sfrasował i kiej przysiedli pod żytem, jął jękliwie tłumaczyć:

1798

— A mogę to, Nastuś? Jakże, wygnała me i na ciebie pomstuje.

1799

— Mój Boże, żeby choć jaką krowinę dali, a to jak te najgorsze dziadaki, przez[1630] niczego, jaże[1631] strach pomyśleć.

1800

— Będzie i krowa, Nastuś, będzie, jużem se jedną upatrzył.

1801

— Bo to ani chałupy, ani bydlątka, ani nic! — zapłakała przytulając się do niego, obcierał jej oczy, głaskał po głowinie, ale że i jemu robiło się żałośnie, co dziw sam nie beknął[1632], to porwał się na nogi, chycił[1633] za łopatę i krzyknął jakby srodze zgniewany.

1802

— Bój się Boga, kobieto, tylachna[1634] roboty, a ty jeno[1635] wyrzekasz?

1803

Podniesła[1636] się, pełna ciężkich turbacji[1637] a trosk niemałych.

1804

— Bo jeśli z głodu nie pomrzem, to nas wilki zjedzą na tym wywieisku.

1805

Rozgniewał się na dobre i bierąc[1638] się do roboty rzekł twardo:

1806

— Masz buczeć i pleść bele[1639] co, to lepiej ostań se[1640] w chałupie.

1807

Chciała się przygarnąć do niego i udobruchać, ale ją odepchnął.

1808

— Hale, pora tera na jamory[1641], juści[1642]! — dał się jednak ugłaskać, choć się ta jeszcze sierdził[1643] na babie gadanie, że odeszła spokojna i nawet wesoła.

1809

— Loboga! Dyć i kobieta człowiek, a po człowieczemu nie wyrozumie. Płacze jeno a lamenty, samo z nieba nie spadnie, jak się kulasami nie wyrobi. Kieby te dzieci, to śmiech, to płacz, to złoście i wyrzekania! Loboga!

1810

Mamrotał przypinając się do roboty, że wnet zapomniał o całym świecie.

1811

I już tak pracował dzień w dzień, o pierwszym świcie się zrywał i wracał późnym wieczorem, że często gęby nie ozwarł[1644] do nikogo przez cały dzień, jadło przynosiła mu Tereska albo kto drugi, gdyż Nastusia odrabiała przy księżych ziemniakach.

1812

Zrazu zaglądał do niego ten i ów, ale że nierad był pogwarom, to jeno z dala poglądali dziwując się jego niestrudzonej pracy.

1813

— Kwarda[1645] jucha! Kto by się to był spodział — mruknął Kłąb.

1814

— A bo to nie Dominikowe nasienie! — wykrzyknął ze śmiechem ktosik drugi, ale Grzela, któren go od samego początku pilnie obserwował, rzekł:

1815

— Prawda, że haruje kiej[1646] wół, ale trza by mu ździebko ulżyć.

1816

— Juści, sam nie uradzi, trza by, wart tego! — przytwierdzali, jeno[1647] co nikto[1648] się nie pokwapił[1649] na pierwszego, wyczekując, jaże sam poprosi.

1817

Ale Szymek nie prosił, ani mu to w głowie postało, więc też któregoś dnia srodze się zdumiał dojrzawszy jakiś wóz jadący ku niemu.

1818

Jędrzych powoził i już z dala krzyczał wesoło:

1819

— Pokaż, kaj[1650] mam podorywać! Dyć to ja!

1820

Szymek dopiero po długiej chwili uwierzył oczom.

1821

— Żeś się to ważył, no, spierą cię, chudziaku, obaczysz.

1822

— A niechta! a jak me spierą, to już całkiem do ciebie przystanę.

1823

— I sameś to umyślił mi pomagać?

1824

— A sam! Dawno chciałem, jenom się bojał, pilnowali me[1651] i zrazu Jagusia też odradzała — rozpowiadał szeroko, bierąc się do roboty, że już razem orali cały dzień, a odjeżdżając obiecał przyjechać jeszcze i nazajutrz.

1825

I przyjechał równo ze słońcem, a Szymek zaraz obaczył jego poliki ździebko posinione, ale spytał się dopiero przed wieczorem:

1826

— Silne piekło ci zrobili?

1827

— I… ślepi, to im niełacno me zmacać, a sam przeciek pod pazury nie wlezę — powiadał jakoś markotnie.

1828

— A Jagna cię nie wydała?

1829

— Jagusia przeciek nie stoi nam na zdradzie.

1830

— Póki jej cosik do łba nie strzeli, kto to wyrozumie kobiety! — westchnął żałośnie i wzbronił mu więcej przyjeżdżać.

1831

— Sam se już dam radę, pomożesz mi później przy siewach.

1832

I znowu ostał sam, i robił niestrudzenie kiej ten koń w kieracie, nie bacząc na utrudzenie ni na żar, dnie bowiem szły takie gorące, rozprażone a duszne, że ziemia pękała, wody wysychały, trawy żółkły, a zboża stały ledwie już żywe w owej piekielnej pożodze, pola robiły się puste i głuche, gdyż nie sposób było wytrzymać przy robocie, prosto żywy ogień lał się z nieba i słońce wyżerało ślepie. Zbielałe, mętne niebo wisiało kieby[1652] ta ognista, rozdrgana płachta, obtulająca wszystką ziemię taką spieką, że ni wiater się poruszył, ni zaruchały się drzewa, ni ptak zaśpiewał lebo[1653] głos ludzki się kaj[1654] zerwał, a co dnia jednako ze wschodu na zachód wędrowało słońce siejąc nieubłaganie ogień i posuchę.

1833

A i Szymek co dnia jednako stawał do roboty, nie dając się spędzić upałom, że nawet już noce przesypiał na polu, bele jeno czasu nie mitrężyć[1655], aż go Mateusz hamował w onej zajadłości, ale mu rzekł krótko:

1834

— W niedzielę se odpocznę!

1835

Jakoż w sobotę wieczorem przyszedł do chałupy, ale tak przemordowany, iż zasnął przy misce, a nazajutrz spał prawie cały dzień, bo dopiero na odwieczerzu zwlókł się był z barłogu i przybrawszy się odświętnie zasiadł przed kopiastymi michami; chodziły też kole[1656] niego kobiety kieby[1657] kole tej ważnej osoby, często dokładając i bacząc na każde skinienie, on zaś, nałożywszy się[1658] do syta, pasa popuścił, kości rozprostował i huknął wesoło:

1836

— Bóg zapłać, matko! A tera[1659] chodźma[1660] się ździebko[1661] poweselić!

1837

I ruszył z Nastusią do karczmy, a za nimi Mateusz z Tereską.

1838

Żyd kłaniał mu się w pas, gorzałkę stawiał bez wołania i gospodarzem przezywał, z czego Szymek niemało się puszył i podpiwszy se galancie[1662], darł się między najpierwsze i swoje o wszyćkim powiedał[1663].

1839

W karczmie było ludno i muzyka przygrywała la[1664] większej ochoty, ale nikto się jeszcze nie brał do tańców, a jeno przepijali do się, biadoląc na gorąc, to na przednówek, jak to zwyczajnie w karczmie.

1840

Przyszły nawet Boryny z kowalami, ale powiedli się do alkierza i musi co[1665] se[1666] niezgorzej używali, bo Żyd raz po raz nosił im gorzałkę[1667] a piwo.

1841

— Antek patrzy dzisia w swoją kobietę kieby gapa w gnat, że nawet człowieka nie poznaje — wyrzekał markotnie Jambroż, na darmo zazierając do alkierza, skąd się roznosiły brzękliwe, lube głosy.

1842

— Bo mu lepszy swój trep niźli buciary, co na każdy kulas[1668] idą — rzekła z prześmiechem Jagustynka.

1843

— Ale w takich nóg se człowiek nie urazi! — dorzucił ktosik, a cała karczma gruchnęła śmiechem rozumiejąc, co Jagusię mają na myślach.

1844

Jeno Szymek się nie śmiał, bo ułapiwszy Jędrzycha za szyję całował go, a prawił dobrze już napiłym głosem:

1845

— Słuchać me[1669] powinieneś, pomiarkuj[1670] jeno[1671], kto do cię mówi.

1846

— Dyć[1672] wiem, juści… jeno matula przykazali — jąkał płaczliwie.

1847

— Co tam matula! mnie się posłuch należy, gospodarz jestem.

1848

Muzykanty wyrznęły chodzonego, podniósł się wrzask, rypnęły obcasy, zaskowyczały dyle, zaśpiewały piosneczki, zakręciły się pary, to i Szymek ułapił wpół Nastusię, kapotę rozpuścił, czapę zbakierował, da dana gruchnął, wysforował się na pierwszego i najgłośniej krzykał, najzapamiętalej bił w podłogę, najostrzej zawracał i toczył się bujnie, wesoło, rozgłośnie, kiej ten potok nabrany zwiesnową[1673] mocą.

1849

Ale kiej przetańcował raz i drugi, dał się kobietom wywieść z karczmy i już galancie przetrzeźwiony siedział z nimi pod chałupą, przylazła też Jagustynka i tak se wraz pogadywali, bo chociaż późno było i Szymek zbierał się do powrotu, ale było mu jakoś niesporo, ociągał się, zwłóczył, do Nastki się przygarniał i czegoś wzdychał, jaże[1674] matka rzekła:

1850

— Ostań w stodole, kaj[1675] ta będziesz się tłukł[1676] po nocy.

1851

— Kiedy pościele ma już tam, w budzie — tłumaczyła Nastusia.

1852

— A to go puść pod swoją pierzynę, Nastuś — ozwała się Jagustynka.

1853

— Co wam też w głowie! Hale, jeszcze czego! — broniła się zesromana[1677].

1854

— Dyć[1678] to twój chłop! Że ta ździebko[1679] przódzi[1680], nim ksiądz poświęci, nie grzech, a chłopak haruje kieby[1681] wół, to mu się należy nadgroda[1682].

1855

— Święta prawda! Nastuś! Nastuś! — skoczył kiej[1683] wilk do dziewczyny, przycapił[1684] ją kajś[1685] w sadzie i nie popuszczając z garści, całował i skamlał:

1856

— Wygonisz me[1686] to, Nastuś? wygonisz, najmilsza, w taką noc?

1857

Matka nalazła se jakąś sprawę w sieni, a Jagustynka rzekła na odchodnym:

1858

— Nie broń mu, Nastuś! Mało dobrego na świecie, a zdarzy się kieby[1687] to ziarno ślepej kurze, to je z pazurów nie popuszczajta[1688].

1859

Rozminęła się w opłotkach z Mateuszem, któren[1689], dojrzawszy przez okno, co się w izbie święci, krzyknął do Szymka:

1860

— Na twoim miejscu już bym to dawno zrobił!

1861

I pogwizdując leciał na wieś szukać uciechy.

1862

Ale nazajutrz o świtaniu Szymek stanął na robotę jak zawdy[1690] i pracował niestrudzenie, tylko kiedy mu Nastuś przyniesła śniadanie, to łakomiej sięgał jej warg czerwonych niźli dwojaków.

1863

— A zdradź me[1691] ino, to ci łeb wrzątkiem obleję — groziła wpierając się w niego.

1864

— Mojaś, Nastuś… samaś mi się dała… już cię nie popuszczę — bełkotał gorąco i zazierając jej w oczy dodał ciszej: — Chłopak musi być pierwszy.

1865

— Głupiś! Hale, jakie mu to zberezieństwa we łbie! — odepchnęła go i zapłoniona uciekła, gdyż niedaleczko ukazał się pan Jacek, fajeczkę se kurzył, skrzypki ściskał pod pachą i pochwaliwszy Boga rozpytywał o różnoście. Szymek rad przechwalał się z tego, co to już dokonał, i z nagła oniemiał i ślepie wybałuszył, bo pan Jacek skrzypki odłożył, kapotę ściepnął i zabrał się do przerabiania gliny.

1866

Szymek jaże łopatę wypuścił i gębę rozdziawił.

1867

— Czegóż się dziwujesz, hę?

1868

— Jakże? to pan Jacek będą ze mną robili?

1869

— A będę, pomogę ci przy chałupie, myślisz, że nie poradzę? Zobaczysz.

1870

I robili już we dwóch, wprawdzie stary wielkiej mocy nie miał i chłopskiej robocie był niezwyczajny, ale miał takie przemyślne sposoby, że praca szła znacznie prędzej i składniej. Juści[1692], co Szymek skwapliwie słuchał go we wszystkim, mrucząc jeno kiej niekiej[1693]:

1871

— Loboga, tego jeszcze nie bywało na świecie… Żeby dziedzic…

1872

Pan Jacek jeno się prześmiechał i jął pogadywać o takich różnościach i takie cudeńka prawił o świecie, jaże[1694] Szymek dziw mu do nóg nie padł w podzięce a zdumieniu, jeno co nie miał śmiałości, ale wieczorem poleciał rozpowiedzieć o wszystkim Nastusi.

1873

— Mówili, co głupawy, a on ci kiej ten ksiądz najmądrzejszy! — zakończył.

1874

— Drugi mądrze powieda i głupio robi! Juści, żeby miał dobry rozum, to by ci może pomagał, co? Albo pasałby Weronczyne krowy?

1875

— Prawda, że tego ani sposób wymiarkować!

1876

— Nic, jeno mu się w głowie popsuło.

1877

— Ale też lepszego człowieka nie naleźć na świecie.

1878

I był mu niezmiernie wdzięczny za tę dobroć, ale chociaż razem pracowali, z jednych dwojaków jedli, a pod jednym kożuchem sypiali, to jednak nijakoś mu się było z nim podufalej[1695] stowarzyszać.

1879

— Zawdyć to dziedzicowy gatunek — myślał z głębokim uważaniem i wdzięcznością, bo przy jego pomocy chałupina rosła kieby na drożdżach, zaś kiedy Mateusz przyszedł z pomocą, a Kłębowy Adam nawiózł z boru, co było jeno potrza, to buda stanęła taka galanta, jaże ją było widać z Lipiec. Mateusz prawie cały tydzień harował sielnie, drugich poganiając, i kiej skończyli w sobotę po południu, zieloną wiechę zatknął na kominie i poleciał do swojej roboty.

1880

Szymek jeszcze wybielał izbę a uprzątał wióry i śmiecie, zaś pan Jacek przybrał się, skrzypki wziął pod pachę i rzekł ze śmiechem:

1881

— Gniazdko gotowe, nasadźże sobie kokosz…

1882

— Dyć jutro ślub po nieszporach — rzucił mu się dziękować.

1883

— Nie robiłem za darmo! Jak mnie ze wsi wypędzą, to przyjdę do ciebie na komorne — fajeczkę zapalił i polazł w stronę lasu.

1884

A Szymek, chociaż wszystko pokończył, łaził jeszcze czegoś, przeciągał strudzone koście i patrzył na chałupę z niespodziewaną uciechą.

1885

— Moja! Juści, co moja! — gadał i jakby nie wierząc oczom dotykał ścian, obchodził dokoła i zaglądał przez okno wciągając z lubością skisły zapach wapna i surowej gliny, że dopiero o zmierzchu ruszył do wsi szykować się na jutro.

1886

Juści, co już wszystkie[1696] wiedziały o ślubie, więc i Dominikowej doniesła któraś ze sąsiadek, ale stara udała, iż nie miarkuje, o czym powiedają.

1887

Zaś nazajutrz w niedzielę już od wczesnego rana Jagusia raz po raz wymykała się z chałupy ze sporymi tobołami, cichaczem, przez ogrody, dygując je do Nastusi, lecz stara, chociaż dobrze czuła, co się wyrabia, nie przeciwiła się niczemu, łaziła jeno milcząca i tak chmurna, co Jędrzych dopiero po sumie ośmielił się do niej przystąpić.

1888

— A to już pódę[1697], matulu! — szepnął trzymając się z daleka, ostrożnie.

1889

— Konie byś lepiej wygnał na koniczysko…

1890

— Dzisia[1698] Szymkowe wesele, nie wiecie to…

1891

— Chwała Bogu, co nie twoje! — zaśmiała się urągliwie. — A spij się, to obaczysz, co ci zrobię! — pogroziła ze złością i kiej chłopak wziął się przybierać odświętnie, powlekła się kajś[1699] na wieś.

1892

— A spiję się, na złość się spiję! — mamrotał biegnąc przez wieś do Mateuszowej chałupy, rychtyk już wychodzili do kościoła, jeno że cicho, bez śpiewań, bez krzyków i bez muzyki. Ślub się też odbył całkiem biednie przy dwóch jeno świecach, że Nastusia rozpłakała się rzewliwie, a Szymek bzdyczył się czegoś i hardo, zaczepliwie patrzył w ludzi i po pustym kościele. Szczęściem, co na wychodnym organista zagrał tak skocznie, jaże[1700] nogi zadrygały, i stało się jakoś raźniej i weselej na duszach.

1893

Jaguś zaraz po ślubie wróciła do matki, a jeno później zaglądała niekiedy do weselników, bo Mateusz zagrał na skrzypicy, Pietrek Borynów przywtórzył na fleciku, a ktosik srodze przybębniał, że zatańcowali w ciasnej izbie, a poniektóre, co ochotniejsze, to prosto przed chałupą między stołami, kaj się porozsadzali godownicy[1701] jedząc, przepijając a gwarząc z cicha, że to nijako było się wydzierać za dnia i po trzeźwemu.

1894

Szymek cięgiem[1702] łaził za żoną, w kąty ją ciągał, a tak siarczyście całował, jaże przekpiwali z niego, a Jambroż rzekł posępnie:

1895

— Ciesz się, człowieku, dzisia, bo jutro zapłaczesz! — i gonił ślepiami kieliszek.

1896

Co prawda, to i ochoty wielkiej nie było, i na większą zabawę się nie zanosiło, gdyż niejedni, podjadłszy ździebko i posiedziawszy obyczajnie czas jakiś, gdy słońce zaszło i niebo stanęło w ogniach zórz, jęli się już zbierać do domów. Tylko jeden Mateusz srodze się rozochocił, grał, przyśpiewywał, dzieuchy do tańców niewolił, gorzałką częstował, a skoro się pokazała Jagusia, sielnie się z nią stowarzyszał, w oczy zazierał i z cicha, gorąco cosik prawił, nie bacząc na rozjarzone łzami oczy Tereski stróżujące nieodstępnie.

1897

Jaguś nie stroniła od niego, bo ni ją ziębił, ni parzył, słuchała cierpliwie, zważając jeno pilnie, czy nie nadchodzą Antkowie, z którymi za nic spotkać się nie chciała. Na szczęście, nie przyszli, nie było też żadnego z większych gospodarzy, chociaż zaprosinom nie odmówili, a wspomogę na wesele, jak to było zwyczajnie, przysłali, więc skoro ktosik o tym wspomniał, Jagustynka wykrzyknęła po swojemu:

1898

— Żeby ta smaków nagotowali, a zapachniała kufa okowitki, to by się kijem nie opędził od najpierwszych, ale na darmo nie lubią brzuchów trząchać i suchymi ozorami mleć.

1899

Że zaś już była ździebko napita, to dojrzawszy Jaśka Przewrotnego, jak kajś w kącie wzdychał żałośliwie, nos ucierał i ogłupiałymi oczami spozierał w Nastusię, pociągnęła go do niej la prześmiechów.

1900

— Potańcuj z nią, użyj se choć tyla, kiej ci matka wzbronili żeniaczki, a zabiegaj kole[1703] niej, może ci co z łaski udzieli, ma chłopa, to już jej zarówno, jeden czy więcej.

1901

I wygadywała takie trefności[1704], jaże uszy więdły, zaś kiedy i Jambroż dorwał się kieliszka i jął po swojemu gębę rozpuszczać, to już oboje rej wiedli pyskując do śmiechu, aże się trzęsły wszystkie kałduny ani się spostrzegając w onej zabawie, jak im przeszła ta krótka noc.

1902

Że w mig ostał z obcych jeno Jambroż sączący flachy do sucha, zaś młodzi postanowili zaraz przenieść się na swoje, Mateusz przyniewalał[1705] do pozostania w chałupie na jakiś czas, ale Szymek się uparł, konia pożyczył od Kłęba, skrzynie a pościele i statki[1706] upakował na wozie, Nastusię z paradą usadził, matce padł do nóg, szwagra ucałował, famieliantom[1707] pokłonił się w pas, przeżegnał się, konia śmignął i ruszył, a pobok szli odprowadzający.

1903

I wiedli się w milczeniu, właśnie słońce co jeno było się pokazało, pola stanęły w roziskrzonych rosach i ptasich śpiewaniach, zaruchały się[1708] ciężkie kłosy i wszystkim światem buchnęła weselna radość dnia, co jak ten święty pacierz wionął z każdego źdźbła i unosił się wraz ku niebu jasnemu.

1904

Dopiero za młynem, gdy dwa boćki jęły kołować wysoko nad nimi, ozwała się matka strzepując palcami:

1905

— Na psa urok! Dobra wróżba, będą się wama[1709] dzieci darzyć[1710].

1906

Nastusia ździebko poczerwieniła się, a Szymek, wspierając wóz na wybojach, zagwizdał zuchwale i hardo potoczył ślepiami.

1907

Zaś kiej[1711] już sami ostali, Nastusia rozejrzawszy się po swoim nowym gospodarstwie rozpłakała się żałośnie, aż Szymek krzyknął:

1908

— Nie bucz, głupia! Drugie i tyla nie mają! Jeszcze ci będą zazdrościły — dodał, a że był wielce strudzony i nieco napity, uwalił się w kącie na słomie i wnet zachrapał, a ona zasiadła pod ścianą i popłakiwała spozierając na białe ściany Lipiec, widne ze sadów.

1909

I nieraz jeszcze płakała na swoją biedę, jeno co[1712] już coraz rzadziej, gdyż wieś jakby się zmówiła na ich wspomożenie. Najpierwej przyszła Kłębowa z kokoszką pod pachą i stadem kurczątek w koszyku i snadź[1713] dobry zrobiła początek, bo prawie każdego dnia zaglądała do niej któraś z gospodyń, a nie z próżnymi rękami.

1910

— Ludzie kochane, a czymże się ja wam odsłużę — szeptała wzruszona.

1911

— A choćby dobrym słowem — odparła Sikorzyna dając jej kawał płótna.

1912

— Jak się dorobisz, to oddasz biedniejszym — dodała rozsapana Płoszkowa wyciągając spod zapaski niezgorszy kawał słoniny.

1913

I nanieśli jej tyla, że mogło starczyć na długo, a któregoś zmierzchu Jasiek przywiódł im swojego Kruczka i uwiązawszy go pod chałupą uciekał jakby oparzony.

1914

Śmiali się niemało rozpowiadając o tym Jagustynce wracającej z boru, stara skrzywiła się wzgardliwie i rzekła:

1915

— W przypołudnie zbierał la[1714] cię, Nastuś, jagódki, ale matka mu odebrała.

VII

1916

Pociągnęła do Borynów niesąc[1715] czerwonych jagód la[1716] Józki, a że właśnie Hanka doiła krowy przed chałupą, przysiadła pobok[1717] na przyźbie[1718], rozpowiadając szeroko, jak to Nastusię obdarzają.

1917

— Hale, na złość Dominikowej to robią — zakończyła.

1918

— Nastce to zarówno, ale trza by i mnie co ponieść — szepnęła Hanka.

1919

— Narychtujcie[1719], to zaniesę[1720] — nastręczała się skwapnie, gdy z izby rozległ się słaby, proszący głos Józki:

1920

— Hanuś, dajcie jej moją maciorkę! Zamrę pewnikiem, to Nastuś za to zmówi za mnie jaki pacierz.

1921

Trafiło to Hance do myśli, bo zaraz kazała Witkowi wziąć prosię na postronek i pognać do Nastusi, gdyż iść samej czegoś się wagowała[1721].

1922

— Witek, powiedz ino, co to maciorka ode mnie! A niech przyleci rychło, bo ja się już ruchać[1722] nie poredzę[1723]! — zaskarżyła się boleśnie, chorzało bowiem biedactwo od tygodnia, leżała po drugiej stronie chałupy spuchnięta, w gorączce i cała obwalona krostami, zrazu wynosili ją na dzień do sadu pod drzewa, bo skamlała o to żałośnie.

1923

Ale cóż, kiej się tak pogarszało, że Jagustynka wzbroniła ją wynosić na powietrze.

1924

— Musisz leżeć po ciemku, bo w słońcu wszystkie krosty padną na wątpia[1724].

1925

I leżała samotnie w przyćmionej izbie pojękując jeno[1725] i skarżąc się cichuśko, że nie dopuszczają do niej dzieci ni żadnej z przyjaciółek, gdyż Jagustynka, mająca ją w opiece, kijaszkiem odganiała każdego.

1926

A teraz, skoro ugwarzyła się z Hanką, podetknęła chorej jagód i wzięła się do wygniatania maści z czystej gryczanej mąki zarobionej obficie świeżym niesolonym masłem i samymi żółtkami, obwaliła nią grubo twarz i szyję Józki, a na to nakładła mokrych szmat, dziewczyna cierpliwie poddawała się lekom, jeno trwożnie rozpytując:

1927

— A nie będzie dziobów na polikach?

1928

— Nie zdrapuj, to przejdzie ci bez znaku, jak Nastusi.

1929

— Kiej tak swędzi, mój Jezu! To mi już lepiej przywiążcie ręce, bo nie wytrzymam! — prosiła łzawo, ledwie wstrzymując się od darcia skóry, stara wymruczała nad nią jakąś zamowę, okadziła wysuszonym rozchodnikiem i przywiązawszy jej ręce do boków odeszła do roboty.

1930

Józka leżała cicho, zasłuchana w brzęki much i w ten dziwny szum, co się jej cięgiem przewalał po głowie, słyszała jak przez sen, że niekiedy ktosik z domowych zaglądał do niej i odchodził bez słowa, to się jej widziało, że ciężkie od rumianych jabłuszek gałęzie zwisają nad nią tak nisko, a ona próżno się zrywa i dosięgnąć ich nie poredzi[1726], to znowu, że owieczki cisną się dokoła z jakimś żałosnym bekiem, ale skoro Witek wsunął się do izby, zaraz go rozeznała.

1931

— Zapędziłeś maciorkę? Cóż pedziała[1727] Nastusia?

1932

— Taka była rada prosiakowi, że dziw go w ogon nie całowała.

1933

— Widzisz go, będzie się z Nastusi prześmiewał!

1934

— Prawdę mówię! I kazała pedzieć, co jutro do cię przyleci.

1935

Zaczęła się nagle rzucać na łóżku i trwożnie wołać:

1936

— Odpędź je, bo me[1728] zatratują, odpędź! Basiuchny! Baś! Baś!

1937

I jakby zasnęła, tak leżała spokojnie, Witek odszedł, ale zaglądał do niej co trochę. Spytała go niespokojnie:

1938

— Czy to już połednie[1729]?

1939

— Kole[1730] północka być musi, wszystkie śpią.

1940

— Prawda, ciemno! Wybierz wróble spod kalenicy[1731], piszczą jak wypierzone!

1941

Jął cosik[1732] rozpowiadać o gniazdach, gdy zakrzyczała usiłując się podnieść.

1942

— A gdzie siwula! Witek, nie puszczaj w szkodę, bo cię ociec[1733] spierą!

1943

Któregoś razu kazała mu bliżej przysiąść i szeptem rozpowiadała:

1944

— Hanka mi wzbrania na wesele Nastusi, ale na złość pódę[1734] i przybierę[1735] się w modry[1736] gorset i w tę kieckę, com to w niej była na odpuście. Oczy za mną wypatrzą, zobaczysz! Witek, narwij mi jabłek, niech cię ino Hanka nie przychwyci! Juści, że jeno z parobkami będę tańcowała! — przymilkła nagle i zasnęła, zaś Witek już całymi godzinami przy niej siadywał, gałęzią bronił od much i wody podawał, czuwając nad nią kiej[1737] kokosz, bo Hanka ostawiła go w chałupie do pomocy, a bydło pasał za niego wraz ze swoim Kłębów Maciuś.

1945

Zrazu przykrzyło się chłopakowi za lasem i swawolą, ale tak go strasznie rozżaliła Józina choroba, że rad był jej nieba przychylić i cięgiem jeno[1738] przemyśliwał, czym by ją zabawić i przywieść do śmiechu.

1946

Któregoś dnia przyniósł całe stadko młodych kuropatek.

1947

— Józia, pogładź ptaszki, to ci zapiukają, pogładź.

1948

— Jakże, mam to czym — jęknęła unosząc głowę.

1949

I gdy odwiązał jej ręce, wzięła trzepoczące się ptaszki w zdrętwiałe, bezsilne dłonie cisnąc je do twarzy i oczów.

1950

— Tak się w nich dusza tłucze, tak się bojają[1739], biedoty! Puść je, Witek!

1951

— Sam wytropiłem i będę to puszczał — bronił się, ale je wypuścił.

1952

A znowu kiedyś przyniósł młodego zajączka i trzymając go za uszy posadził przed nią na pierzynie.

1953

— Trusia kochana, trusiuchna, od matuli cię wzieni[1740], sieroto, od matuli.

1954

Szeptała cisnąc go do piersi kiej[1741] dzieciątko, a głaszcząc i upieszczając, ale zając beknął[1742] jakby rozdzierany i wyrwał się z rąk, skoczył do sieni w całe stado kur, że rozpierzchły się ze srogim wrzątkiem, buchnął na ganek i przez Łapę drzemiącego w sieni rymnął do sadu, pies pognał, a za nimi Witek z krzykiem niemałym, z czego uczynił się taki harmider, jaże[1743] Hanka przyleciała z podwórza, zaś Józka śmiała się do rozpuku.

1955

— Może go pies złapał, co? — pytała potem ździebko[1744] niespokojnie.

1956

— A juści, obaczył mu jeno podogonie, zając wpadł we zboże, jak kamień we wodę, tęgi wywijacz! Nie markoć się, Józia, przyniesę ci co drugiego.

1957

I znosił, co jeno[1745] mógł: to przepiórki jakby złotem oprószone, to jeża, to oswojoną wiewiórkę, która strasznie do śmiechu[1746] skakała po izbie, to młode jaskółki, tak żałośnie piukające, że stare z krzykiem wdzierały się do izby, aż mu Józka kazała oddać, to insze[1747] różnoście, nie spominając już, co jabłek i gruszek nanosił tyla[1748], ile mogli zjeść kryjomo[1749] przed starszymi, ale już ją to nie bawiło, bo często patrzała, jakby nie miarkując[1750], i odwracała się znużona i niechętna.

1958

Ptak, Zabawa, Chłop— Nie chcę, przynieś co nowego! — matyjasiła[1751] odwracając oczy i nawet nie patrząc na boćka, któren się grajdał po izbie, kuł po wszystkich garnkach i na darmo przyczajał się pod drzwiami na Łapę, dopiero kiej[1752] pewnego razu przyniósł jej żywą żołnę, rozchmurzyła się nieco.

1959

— Jezu kochany, a to śliczności, kieby[1753] malowanie!

1960

— A pilnuj się, bych cię w nos nie dziobnęła, zła kiej pies.

1961

— Cie, nawet się nie rwie uciekać, oswojona czy co?

1962

— Skrzydła ma i kulasy spętane, a ślepie zalałem jej smołą.

1963

Bawili się ptakiem czas jakiś, ale żołna wciąż była nieruchoma i smutna, nie chciała jeść i zdechła ku wielkiemu strapieniu całego domu.

1964

I tak im schodziły dnie.

1965

A na świecie cięgiem[1754] prażyło, zaś czym bliżej ku żniwom, tym jeszczek[1755] barzej[1756] wzmagała się spiekota, że już w dzień nie sposób się było pokazać w polu, a noce też nie przynosiły ochłody, szły bowiem duszne i nagrzane, że nawet w sadach nie można było wyspać z gorąca, prosto klęska waliła się na wieś, trawy już tak wypaliło, że bydło głodne wracało z paśników i ryczało w oborach, ziemniaki więdły, zawiązały się kieby[1757] orzeszki i tak ostały[1758], przypalone owsy ledwie odrosły od ziemi, jęczmiona pożółkły, zaś żyta schły przed czasem, bielejąc płonnymi[1759] kłosami. Trapili się tym niemało, ze smutnawą nadzieją spozierając w każden zachód, czy nie idzie na odmianę, ale niebo wciąż było bez chmur i całe jakby w szklanej, białawej pożodze, a słońce zachodziło czyste i by[1760] najlżejszym obłoczkiem nie przyćmione.

1966

Niejeden już skamlał serdecznie przed obrazami do Przemienienia Pańskiego, nic jednak nie pomagało, pola mglały[1761] coraz barzej, uwiędły, a niedojrzały owoc opadał z drzew, studnie wysychały, a nawet w stawie ubyło tyle wody, co[1762] tartak nie mógł już robić[1763] i młyn również stał zawarty[1764] na głucho, więc naród przywiedziony do rozpaczy złożył się na wotywę z wystawieniem, na którą zebrała się cała wieś.

1967

A modlili się tak gorąco i ze wszystkiego serca, co[1765] i kamień by się ulitował.

1968

Burza, PożarI snadź[1766] Pan Jezus pofolgował swemu miłosierdziu, chociaż bowiem nazajutrz zrobiło się tak gorąco, znojnie, duszno i parno, jaże[1767] ptactwo padało zemglone, krowy żałośnie ryczały po paśnikach, konie nie chciały wychodzić na świat, a ludzie, przemęczeni do ostatka, bez sił, tułali się po spiekłych sadach bojąc się wyjrzeć choćby do ogrodu, ale jakoś w samo przypołudnie, gdy wszystko zdało się już puszczać ostatnią parę w tym białym, rozmigotanym wrzątku, przyćmiło się nagle słońce i zmętniało, kieby[1768] weń kto rzucił przygarścią popiołu, a pokrótce zahuczało kajś[1769] wysoko, jakoby stado ptactwa wielgachnymi skrzydłami, a napęczniałe sinością chmury nadciągały ze wszystkich stron, opuszczając się coraz niżej i groźniej.

1969

Strach wionął, wszystko przycichło i stanęło w przytajonym dygocie.

1970

Zahurkotały dalekie grzmoty, zerwał się krótki wiatr, po drogach wzniosły się skłębione tumany, słońce rozlało się kieby[1770] żółtko w piasku, ściemniało raptem i na niebie zaroiły się roje błyskawic, jakby kto zamigotał ognistymi postronkami, i pierwszy piorun trzasnął kajś[1771] blisko, jaże[1772] ludzie powybiegali przed chałupy.

1971

Naraz skotłowało się wszystko do dna, słońce zgasło, uczynił się dziki mąt i rozszalała się taka zawierucha, że w skołtunionych mrokach lały się jeno[1773] strugi oślepiających jasności, biły pioruny, grzmoty przewalały się po niebie, szumiała ulewa i jęczały wichry i drzewa.

1972

Pioruny już biły jeden za drugim, jaże oczy ślepiło, i spadała ulewa, że świata nie można było dojrzeć, zaś stronami poszły grady.

1973

Burza trwała może z godzinę, aż zboża się pokładły i drogami pociekły całe rzeki spienionej wody, a co przestało na chwilę i zaczynało się wyjaśniać, to znowu grzmiało, jakby tysiące wozów pędziło po zmarzłej grudzi, i nowy deszcz lał jak z cebra.

1974

Z trwogą wyzierano na świat, tu i owdzie już pozapalano lampki śpiewając: „Pod Twoją obronę”, gdzie znów powynoszono na przyźby[1774] obrazy la[1775] obrony przed nieszczęściem, ale dzięki Bogu burza przechodziła nie wyrządziwszy większych szkód, dopiero kiej[1776] się już prawie do cna uspokoiło i padał deszcz coraz drobniejszy, z jakiejś ostatniej chmury zwieszającej się nad wsią trzasnął piorun w stodołę wójtową.

1975

Buchnęły płomienie a dymy i w mig cała stodoła stanęła w ogniu, na wsi zerwał się strachliwy wrzask i kto jeno mógł, leciał do pożaru, ale ani mowy było o ratowaniu, paliła się od góry do dołu kieby[1777] ta kupa zwalonych szczap, to Antek z Mateuszem i drugie bronili jeno zawzięcie Kozłowej chałupy i inszych budynków; szczęściem, co[1778] nie brakowało wody i błota na drodze, bo już poniektóre dachy zaczynały się kurzyć i gęsto leciały skry na najbliższe obejścia.

1976

Wójta doma nie było, pojechał był[1779] jeszcze rano do gminy, zaś wójtowa srodze lamentowała biegając dokoła kiej[1780] ta rozgdakana kokosz[1781], więc kiedy już minęło niebezpieczeństwo i zaczynali się rozchodzić, przysunęła się do niej Kozłowa i ująwszy się pod boki zakrzyczała urągliwie:

1977

— Widzisz, dał ci Pan Jezus radę, pani wójtowa, dał! Za moją krzywdę!

1978

I byłoby doszło do bitki, gdyż wójtowa skoczyła do niej z pazurami, ledwie Antek zdążył je rozdzielić i tak przy tym skrzyczał Kozłową, że kiej pies kopnięty wróciła pod swoją chałupę warcząc jeno[1782] a doszczekując:

1979

— Dmij się, pani wójtowo, dmij, odbiję ja ci swoje z precentem[1783].

1980

Ale nikto[1784] jej nie słuchał, stodoła się dopaliła, przywalili błotem dymiące się zgliszcza i porozchodzili się do domów, ostała jeno wójtowa biadoląc przed Antkiem, który wysłuchał cierpliwie, co mógł, na resztę machnął ręką i poszedł.

1981

Burza się już przetoczyła na bory i lasy, pokazało się słońce, po modrym niebie przeciągały stada białych chmur, zaśpiewały ptaki, powietrze było rzeźwe i chłodnawe, ludzie zaś wychodzili spuszczać wody i równać wyrwy.

1982

Antek prawie przed samą chałupą natknął się niespodzianie na Jagusię, szła z koszykiem i motyczką, pozdrowił ją skwapnie, ale spojrzała wilczymi ślepiami i przeszła bez słowa.

1983

— Cie, jaka harna[1785]! — mruknął rozgniewany i spostrzegłszy Józkę w opłotkach powstał na nią srogo, że łazi po wilgoci.

1984

Dziewczynie bowiem było o tyle lepiej, że mogła całe dnie leżeć w sadzie, krosty się już podgoiły galancie[1786] i przyschły, nie ostawiając żadnych śladów, toteż jeno ukradkiem Jagustynka smarowała ją maścią, gdyż Hanusia krzywiła się na wielki rozchód masła i jajek.

1985

I leżała se tak dobrzejąc z wolna i prawie samiutka dnie całe, Witek bowiem wrócił do krów, czasem jeno przyleciała która przyjaciółka na krótką pogwarę, to Rocho posiedział jaką chwilę, to stara Jagata rozpowiedziała jedno i to samo: jako z pewnością zamrze we żniwa w Kłębowej izbie i po gospodarsku; a głównie przestawała z Łapą nieodstępnie warującym i z boćkiem, któren przychodził na wołanie, i z ptakami, co się były zlatywały do kruszyn chleba.

1986

Któregoś dnia, gdy w chałupie nie było nikogo, zajrzała do niej Jagusia przynosząc całą garść karmelków, ale nim Józka zdążyła dziękować, rozległ się kajś[1787] głos Hanki, a Jagna pierzchnęła spłoszona.

1987

— Niech ci będzie na zdrowie! — zawołała przez płot i zniknęła.

1988

Leciała do brata niosąc mu cosik[1788] w zanadrzu.

1989

Zastała Nastusię przy krowie chlipającej z cebratki[1789], Szymon stawiał jakąś przybudówkę i sielnie[1790] gwizdał.

1990

— Macie już krowę? — zdumiała się niezmiernie.

1991

— A mamy! Co, nie śliczna? — mówiła z pychą Nastusia.

1992

— Sielna krowa, musi być z dworskich, kiedy kupiliśta?

1993

— Juści, co krowa nasza, choć nie kupowalim[1791]! Jak ci wszystko rozpowiem, to się złapiesz za głowę i nie dasz wiary! A to wczoraj jakoś na świtaniu poczułam, że cosik tak się cocha o węgieł, jaże[1792] się buda zatrzęsła, myślę sobie, pędzą na paśniki i świnia jakaś podeszła wytrzeć się z błota. Przyłożyłam się i jeszczek[1793] nie usnęłam, a tu znowu cosik[1794] porykuje z cicha. Wychodzę, patrzę, krowa stoi przywiązana do drzwi, kłak koniczyny leży przed nią, wymiona ma wezbrane i wyciąga do mnie gębulę. Przetarłam oczy, bo mi się zdało, że mnie jeszcze śpik[1795] mroczy, ale nie, żywa krowa stoi, porykuje i liże me[1796] po palcach. Juści[1797], byłam pewna, że się odbiła od stada, Szymek też powiada: zaraz tu po nią przylecą! To mnie jeno[1798] korciło[1799], że była przywiązana. Jakże, sama się przeciek[1800] na postronek nie wzięła. Ale przeszło południe i nikto[1801] po nią nie przyszedł, wydoiłam, żeby jej ulżyć, bo już mleko gubiła z cycków. Przeszedł wieczór, przeszła i noc, rozpytywałam się na wsi, pytałam nawet dworskiego pasterza, nikto[1802] nie słyszał, żeby komu krowa zginęła. Stary Kłąb powiedział, że to może być jakaś złodziejska sprawa i lepiej krowę zaprowadzić do kancelarii! Żal mi juści[1803] było, ale trudno, w przypołudnie przychodzi Rocho i mówi:

1994

— Poczciwaś i potrzebnicka[1804], to cię Pan Jezus krową pobłogosławił.

1995

— Juści, krowy pewnie z nieba spadają, nawet głupi nie uwierzy.

1996

Ośmiał się na to i na odchodnym powieda[1805]:

1997

— Krowa wasza, nie bójcie się, nikt jej wam nie odbierze!

1998

Zrozumiałam, co od niego, padłam mu do nóg dziękować, ale się wyrwał.

1999

— A jak spotkacie pana Jacka — powieda z prześmiechem — to mu za krowę nie dziękujcie, bo was jeszcze kijem przeleje, nie lubi dziękowań!

2000

— To niby pan Jacek dał wam krowę!

2001

— Zaśby[1806] się nalazł kto drugi taki poczciwy la[1807] biednego narodu!

2002

— Prawda, dał przeciek[1808] Stachowi drzewa na chałupę i tyla[1809] wspomaga!

2003

— Święty prosto[1810] człowiek, że już co dnia pacierz za niego mówię!

2004

— Byle ci jeno kto nie wyprowadził bydlątka.

2005

— Co mieliby mi ukraść krowę! Jezu, ady[1811] bym ślepie wydarła, ady bym w cały świat poszła za nią! Pan Jezus nie pozwoli na taką krzywdę! Do izby wprowadzę ją na noc, póki Szymek nie wystroi obórki. Jaśkowy Kruczek też dopilnuje bydlątka! Moja pociecha kochana, moja najmilejsza! — szeptała obejmując ją za szyję i całując po gębule, jaże[1812] krowa zajęczała, pies jął naszczekiwać radośnie, kury się rozgdakały zestraszone, a Szymek gwizdał coraz głośniej.

2006

— Widno z tego, co wam Pan Jezus błogosławił — westchnęła Jagusia, jakby z cichym żalem, przyglądając się uważniej obojgu. Wydali się jej nie do poznania przemienieni, zwłaszcza Szymek najbarzej ją zastanawiał, dyć[1813] go znała kiej[1814] niedojdę, któren trzech zliczyć nie poredził[1815], w chałupie był popychadłem i pomiatał nim, kto jeno chciał, zaś teraz jawił się całkiem drugim, poczynał sobie przemyślnie, nosił się godnie i prawił kieby[1816] mądrala.

2007

— Któreż to wasze pole? — spytała po długich rozważaniach.

2008

Nastusia jęła pokazywać powiedając, gdzie będą co sieli.

2009

— A skądże to weźmie nasienia?

2010

— Szymek powiedział, co będzie, to musi być, na darmo słowa nie puści.

2011

— Brat mój, a słucham kieby zgoła o obcym.

2012

— A taki poczciwy, taki zmyślny i taki robotny, że chyba drugiego takiego nie ma na świecie — wyznawała z gorącością Nastusia.

2013

— Pewnie — powtórzyła smutnie — czyjeż te okopcowane role?

2014

— Antka Boryny! Nie robią na nich, bo pono czekają działów po Macieju.

2015

— Będzie tego z półwłóczek, no! Wiedzie się im niezgorzej.

2016

— A niech im Pan Jezus da z dziesięć razy szczodrzej, toć Antek zaręczył u dziedzica za nasz grunt, a i w niejednym nas wspomógł.

2017

— Antek wziął się za Szymkiem! — aż przystanęła ze zdumienia.

2018

— Hanka też nie gorsza od niego, dała mi maciorkę, prosię to jeszczek[1817], ale będzie z niego pociecha, bo idzie z plennego gatunku.

2019

— Cudeńka prawisz, Hanka dała ci maciorkę, prosto nie do wiary.

2020

Wróciły pod chałupę i Jagusia wysupławszy z chusteczki dziesięć rubli wetknęła je w rękę Nastusi.

2021

— Weź te parę groszy, nie mogłam przódzi, bo mi Żyd za gąski nie oddał.

2022

Dziękowali jej ze wszystkiego[1818] serca, więc im powiedziała na odchodnym:

2023

— Poczekajta, udobrucha się matka, to wam jeszcze coś niecoś udzieli.

2024

— Nie potrzebuję, niech se moją krzywdą trumnę wyścieli! — wybuchnął Szymek tak nagle i z taką zapamiętałością, że już odeszła bez słowa.

2025

Wracała do domu srodze zadumana, smutna i jakaś roztęskniona.

2026

— A ja co? ten badyl suchy, o któren nikto nie stoi[1819] — westchnęła sieroco.

2027

Kajś[1820] w pół drogi spotkała Mateusza, leciał do siostry, ale zawrócił z nią i uważnie słuchał rozpowiadania o Szymkach.

2028

— Nie wszystkim tak dobrze — powiedział jeno chmurnie.

2029

Nie szła im rozmowa, on czegoś wzdychał drapiąc się frasobliwie po głowie, a Jagusia zapatrzyła się na Lipce, całe w łunach zachodu.

2030

— Hej, duszno też na tym świecie i ciasno — rzekł jakby do siebie.

2031

Zajrzała mu pytająco w oczy.

2032

— Cóż ci to? krzywisz się kieby[1821] po occie.

2033

Jął wyrzekać, jako mu się mierzi[1822] życie i wieś, i wszystko, i że pewnikiem pójdzie we świat, gdzie go oczy poniosą.

2034

— To się ożeń, a miał będziesz odmianę — żartowała.

2035

— Żeby to me[1823] chciała, którą mam w myślach — zajrzał jej w oczy natarczywie, odwróciła głowę niechętna jakoś i wraz pomieszana.

2036

— Spytaj się jej! Każda za cie[1824] pójdzie, a niejedna już wygląda swatów.

2037

— A jak odmówi! Wstyd będzie i zgryzota.

2038

— To poślesz z wódką do inszej.

2039

— Ja nie z takich, upatrzyłem se jedną, to me do drugiej nie bierze.

2040

— Chłopu to każda jednako pachnie i z każdą rad by przyjść do poufałości.

2041

Nie bronił się, a jeno zaczął z innej beczki.

2042

— Wiesz, Jaguś, a to chłopaki czekają jeno pory, żeby do cię słać z wódką.

2043

— Niech se sami wychlają, nie pódę[1825] za żadnego! — wyrzekła z mocą, jaże się zastanowił, a szczerze powiedziała, gdyż żaden nie widział się jej milszym nad drugiego, juści kromie[1826] Jasia, ale Jasio…

2044

Westchnęła ciężko, z lubością oddając się spominkom o nim, że Mateusz, nie mogąc się dogadać, zawrócił z powrotem do siostry.

2045

Ona zaś wlekąc lękliwymi oczami po świecie pomyślała:

2046

— Co on tam teraz porabia, co?

2047

Zatargała się gwałtownie, ktosik[1827] ją objął znienacka i przyciskał.

2048

— Nie ucieczesz mi teraz — szeptał namiętnie wójt.

2049

Wyrwała mu się z pazurów rozzłoszczona.

2050

— Jeszczek[1828] raz me tkniecie, to wam ślepie wydrapię i takiego narobię piekła, jaże[1829] się cała wieś zleci.

2051

— Cichoj, Jaguś, dyć[1830] gościńca[1831] ci przywiozłem — i wtykał jej w ręce korale.

2052

— Wsadźcie je sobie gdzieś, stoję[1832] o wasze podarunki co o ten patyk złamany!

2053

— Jagusiu, co ty wyrabiasz, co — jąkał zdumiony.

2054

— A to, żeście świntuch i tyla! I ani ważcie się mnie czepiać.

2055

Odbiegła go rozsrożona i kiej burza wpadła do chałupy, matka obierała ziemniaki, a Jędrzych doił krowy w opłotkach, zabrała się więc żwawo do wieczornych obrządków, ale trzęsła się ze złości i nie mogąc się uspokoić, skoro się jeno ściemniało, zebrała się znowu bieżyć[1833].

2056

— Zajrzę do organistów — powiedziała matce.

2057

Często tam teraz chodziła, wysługując się im na różne sposoby, aby choć niekiedy posłyszeć jakie słowa o Jasiu.

2058

Leciała też spragniona o nim wieści, a z jakąś cichą nadzieją usłyszenia dzisiaj czegoś nowego.

2059

I pokrótce zajarzyły się w mrokach oświetlone okna Jasiowego pokoju, kaj[1834] teraz Michał pisał cosik[1835] pod wiszącą lampą, zaś organisty[1836] siedziały przed domem na chłodzie.

2060

— Jasio przyjeżdża jutro po południu! — przywitała ją organiścina nowiną, od której dziw trupem nie padła, nogi się pod nią ugięły, serce zakotłowało aż do utraty tchu, cała stanęła w ogniach i dygocie, że posiedziawszy la[1837] nieznaki jakąś chwilę, uciekła jakby goniona, aż kajś[1838] na topolową, pod las…

2061

— Jezus mój kochany! — buchnęła dziękczynnie, wyciągając ręce, łzy pociekły jej z oczów i tak się w niej rozśpiewała radość, że chciało się jej śmiać i krzyczeć, i kajś lecieć, i całować te drzewa, i tulić się do tych pól pośpionych w księżycowej poświacie.

2062

— Jasio przyjeżdża, przyjeżdża — szeptała niekiedy, porywając się nagle jak ptak i leciała, porwana wszystką mocą oczekiwań i tęsknic, jakoby naprzeciw doli swojej i nieopowiedzianemu szczęściu.

2063

Był już późny wieczór, kiej[1839] się znalazła z powrotem, w oknach było już ciemno, świeciło się tylko u Borynów, kaj się zebrało sporo narodu, i poszła do domu czekać tego jutra i śnić o Jasiowym powrocie.

2064

Ale na darmo się przewracała z boku na bok, więc skoro matka zachrapała, podniesła się cichuśko i przyokrywszy się w zapaskę siadła pod domem czekać snu albo świtania.

2065

W chałupie Borynów, za stawem, świeciło się jeszcze po jednej stronie i niekiedy szły stamtąd ściszone odgłosy rozmów.

2066

Wpatrzyła się zrazu w drżące na wodzie odblaski światła i zapomniała o wszystkim grążąc się w mgławych i rozmigotanych dumaniach, co ją oprzędły kiej[1840] pajęczyny i wraz poniesły w jakiś cichy podwieczór, sczerwieniony od zórz, we wszystek świat nieukojonej tęsknicy.

2067

Księżyc już był zaszedł, płowy mrok obtulał pola, gwiazdy świeciły wysoko i niekiej[1841] spadała któraś z taką chyżością i tak gdzieś strasznie daleko, jaże[1842] dech w piersiach zapierało i mróz przechodził kości; niekiedy nagrzany leciuśki powiew muskał pieściwie kieby[1843] te umiłowane ręce, a czasem z pól podnosił się upalny, rozpachniony wzdych i przejmował serce, jaże się prężyła rozwierając ramiona. To siedziała w dumaniu jeno[1844] wszystka i w czuciu niewypowiedzianej słodkości, jak pęd, któren[1845] się pręży i wzbiera w sobie… a noc stąpała przez nią cicho i ostrożnie, jakby nie chcąc płoszyć człowieczego szczęścia.

2068

U Borynów cięgiem[1846] się świeciło i na drodze stróżował czujnie Witek, by ktoś nieproszony nie podsłuchał, gdyż zeszli się na cichą, przyjacielską naradę przed jutrzejszym zebraniem w kancelarii, na które wzywał wójt wszystkich gospodarzy lipeckich.

2069

W izbie było ciemnawo, jakiś ogarek słabo się ćmił na okapie, że jeno poniektóre głowy można było rozeznać w gęstwie, zeszło się bowiem ze dwadzieścia chłopa, wszyscy, którzy trzymali z Antkiem i Grzelą.

2070

Rocho, siedzący kajś[1847] w mroku, tłumaczył szeroko, co by to wyszło la wsi, jeżeli się zgodzą na postawienie szkoły w Lipcach; a potem Grzela nauczał każdego z osobna, co ma powiedzieć naczelnikowi i jak głosować.

2071

Długo w noc radzili, boć nie obeszło się bez kłótni a sprzeciwieństw, ale w końcu zgodzili się na jedno i nim zaświtało, rozeszli się śpiesznie, gdyż nazajutrz trza[1848] było dość wcześnie wyruszać.

2072

Tylko Jagusia została jeszcze na przyźbie, jakby już do cna zagubiona w dumaniach i nocy, siedziała ślepa i głucha na wszystko, szepcąc jeno niekiedy niby te gorące słowa nieskończonego pacierza:

2073

— Przyjedzie, przyjedzie!

2074

I kłoniła się bezwolnie, jakby nad jutrem, jakby chcąc dojrzeć, co la niej niesie ten świt szarzejący nad ziemią, z lękiem a radością dając się temu, co miało się stać.

VIII

2075

Przypołudnie dochodziło, skwar czynił się coraz większy i naród[1849] już się wszystek zgromadził przed kancelarią, a naczelnika jeszcze nie było. Pisarz raz po raz wychodził na próg i przysłoniwszy dłonią oczy, wyzierał na szeroką drogę obsadzoną pokrzywionymi wierzbami, ale tam się jeno lśniły kałuże, ostałe po wczorajszej ulewie, toczył się z wolna jakiś zapóźniony wóz i kajś niekaj[1850] między drzewami zabielała chłopska kapota.

2076

Gromada czekała cierpliwie, a tylko jeden wójt latał kiej[1851] oparzony, wyglądał na drogę i coraz głośniej przynaglał chłopów zasypujących wyrwy i doły na placu przed kancelarią.

2077

— Prędzej, chłopcy! Laboga, żeby jeno zdążyć, nim nadjedzie.

2078

— A nie popuśćcie jeno ze strachu — ozwał się z kupy[1852] jakiś głos.

2079

— Ruchajta się[1853], ludzie! Ja tu po urzędzie[1854], nie pora na przekpinki.

2080

— Wójcie, a to jeno Boga się bójcie — zaśmiał się któryś z rzepeckich.

2081

— A któren[1855] jeszcze pysk wywrze[1856], do kozy[1857] każę wsadzić — zakrzyczał srogo wójt i poleciał wyjrzeć ze smętarza[1858], że to leżał na wzgórku, do którego szczytem była przywarta kancelaria.

2082

Wielgachne, prawieczne drzewa wynosiły się nad nią, kościelna wieża szarzała skroś gałęzi, zaś czarne ramiona krzyżów wychylały się spoza kamiennego ogrodzenia na dachy i drogę wiodącą przez wieś.

2083

Wójt nie wypatrzywszy niczego postawił przy ludziach jednego ze sołtysów, a sam wszedł do kancelarii, kaj[1859] cięgiem[1860] ktoś wchodził i wychodził, że to pisarz co trochę wywoływał któregoś z gospodarzy, z cicha przypominając zaległe podatki, niezapłaconą składkę na sąd albo jeszcze i coś lepszego. Juści, co ta nikomu nie szły w smak takie wypominki, ale słuchali wzdychający, bo cóż było robić teraz na ciężkim przednówku? Mogli to płacić, kiej[1861] niejednemu już i na sól nie starczyło, to mu się jeno[1862] w pas kłaniali, jaki taki nawet go w rękę całował, zaś poniektóry i tę ostatnią złotówczynę w nadstawioną garść wtykał, a wszystkie jednako skamlały o poczekanie do żniw lub do najbliższego jarmarku.

2084

Z pisarza chytra była sztuka i przemądrzała, łupił też naród[1863] ze skóry, jaże[1864] trzeszczało, niby to wszystko obiecywał, a kogo strachał[1865] strażnikami, komu bakę w oczy świecił[1866], z kim był za pan brat, a od każdego cosik wycyganił, to owsa mu zbrakło, to potrza było młodych gąsek la[1867] naczelnika, to przymawiał się o słomę na powrósła[1868], że radzi nieradzi przyobiecali, co jeno chciał, on zaś na odchodnym brał co znajomszych na stronę i radził im niby to z przyjacielstwa:

2085

— A uchwalcie na szkołę, bo jak się będziecie sprzeczali, to naczelnik może się rozgniewać i gotów wam jeszcze popsuć zgodę z dziedzicem o las — przestrzegał lipeckich ludzi.

2086

— Jakże to, zgodę robim z dobrej woli! — zdumiał się Płoszka.

2087

— Prawda, ale nie wiecie to: pan z panem zna się, a chłopu zasię[1869].

2088

Płoszka odszedł wielce sfrasowany[1870], pisarz zaś dalej wywoływał ludzi, a coraz to z drugich[1871] wsi, każdego strasząc czym innym, a do jednego niewoląc, że w mig się o tym rozniesło[1872] między gromadą.

2089

A niemała kupa zebrała się narodu, zeszło się bowiem przeszło dwieście chłopa, którzy zrazu stojali wsiami, swojaki przy swojakach, że łacno rozeznał, które są z Lipiec, które z Modlicy, a które z Przyłęka lub z Rzepek, bo każda wieś znaczyła się jenszymi[1873] ubierami[1874], ale skoro się jeno[1875] rozeszło, jako[1876] trzeba głosować na szkołę, gdyż tak chce sam naczelnik, jęli[1877] się mieszać, przechodzić z kupy do kupy i stowarzyszać wedle upodoby[1878], że tylko jedna rzepecka szlachta trzymała się z osobna, zadzierzyście a hardo spozierając na chłopów, choć to biedota była taka, że jak się z nich prześmiewali, trzech wypadało na jeden krowi ogon; reszta zaś narodu, splątana kiej[1879] grochowiny, poroztrząsała[1880] się po placu, sporo chroniło się w cieniu smętarza i przy wozach.

2090

Głównie cisnęli się pod wielką karczmę, stojącą naprzeciw kancelarii w kępie drzew jakoby w tym gaju cienistym, tam się najskwapniej ciżbiąc[1881], bo chociaż chłodnawy wiater niezgorzej kolebał polami, spieka[1882] jednak podnosiła się okruteczna, dogrzewało, że już niejeden ledwie zipiał i w piwie szedł szukać ochłody. Bez[1883] to i karczma była przepełniona, i pod drzewami stali kupami gwarząc z cicha i deliberując[1884] nad ową nowiną, wraz też dając pilne baczenie na kancelarię i na pisarzowe mieszkanie po drugiej stronie domu, kaj[1885] rwetes[1886] i krętanina[1887] były coraz większe.

2091

Od czasu do czasu pisarzowa wytykała oknem spaśną[1888] gębę i krzyczała:

2092

— Śpiesz się, Magda! A żebyś kulasy[1889] połamała, tłumoku jeden!

2093

Dziewka przelatywała co trochę przez pokoje, jaże[1890] dudniało i brzęczały szyby, jakieś dziecko jęło[1891] się wydzierać wniebogłosy, kajś[1892] za domem gdakały wystraszone kury, a zziajany stójka jął ganiać kurczątka rozpierzchające po zbożach i drodze.

2094

— Widzi mi się, co[1893] będą ugaszczali naczelnika — rzekł któryś.

2095

— Pono[1894] wczoraj pisarz przywiózł cały półkoszek[1895] napitków.

2096

— Schlają się jak łoni[1896].

2097

— Abo to nie mogą, mało to im naród składa podatków, a przeciech[1897] nikto[1898] im na ręce nie patrzy — wyrzekł Mateusz, ale ktosik[1899] zakrzyczał:

2098

— Cichojta, strażniki ano przyszły.

2099

— Jak wilki się włóczą, że ni pomiarkować, kiedy i którędy.

2100

Przycichli jednak trwożnie, gdyż strażnicy zasiedli pod kancelarią, otoczeni przez kupę ludzi, między którymi był wójt, młynarz, a nieco z dala kręcił się kowal pilnie nasłuchujący.

2101

— Młynarz się łasi kieby[1900] ten głodny pies!

2102

— Bo go się boją, ten mu najmilejszy!

2103

— Kiej[1901] są strażniki, to naczelnika ino patrzeć! — zawołał Grzela, wójtów brat[1902], i odszedł na stronę, kaj[1903] stał Antek, Mateusz, Kłąb i Stacho Płoszka, poredziwszy[1904] ze sobą, rozeszli się między ludzi prawiąc im cosik a przekładając coś ważnego, że słuchali w wielkiej cichości, tylko niekiedy co tam ktoś westchnął, podrapał się frasobliwie albo strzygnął ślepiami ku strażnikom kupiąc się[1905] zarazem coraz ciaśniej.

2104

Antek, wsparty plecami o węgieł karczmy, gadał krótko, mocno i jakoby przykazująco, zaś w drugiej kupie pod drzewami Mateusz prawił z przekpinkami, jaże[1906] ośmiał się niejeden, a w trzeciej gromadzie przy smętarzu Grzela przemawiał tak mądrze, jakoby z otwartej książki czytał, że ciężko było wyrozumieć.

2105

A wszyscy trzej przyniewalali[1907] do jednego: aby nie słuchać naczelnika ni tych, które z urzędami zawdy trzymają, i szkoły nie uchwalać.

2106

Naród przysłuchiwał się w skupieniu kolebiąc się to w tę, to w drugą stronę, właśnie jako ten bór, kiej[1908] zamietliwy wiater[1909] powieje.

2107

Nikto[1910] głosu nie zabierał, kiwali jeno[1911] przytakująco głowami, gdyż najgłupszy rozumiał, jako z nowej szkoły tyla jeno będzie pociechy, co każą na nią płacić nowe podatki, a do tego nikomu się nie śpieszyło.

2108

Niepokój jednak ogarniał gromadę, przestępowali z nogi na nogę, jęli[1912] chrząkać a pokasływać, a nikt jeszcze nie wiedział, co począć.

2109

Prawda, mądrze prawił Grzeła, prosto do serca trafiał Antek, ale i strach było się przeciwić[1913] naczelnikowi a zadzierać z urzędami.

2110

Jeden oglądał się na drugiego, każden[1914] się głowił z osobna, zaś wszystkie[1915] obzierali[1916] się na bogatszych, ale młynarz i co najpierwsi z drugich wsi trzymali się jakoś na uboczu, stojąc jakby z rozmysłem na oczach strażników i pisarza.

2111

Podszedł do nich Antek z przełożeniem, ale młynarz odburknął:

2112

— Kto ma rozum, ten sam wie, jak ma głosować — i odwrócił się do kowala, któren przyświarczał wszystkim, ale kręcił się niespokojnie między gromadą przewąchując, co się święci, a do pisarza zachodził, z młynarzem pogadywał, Grzelę częstował tytuniem i tak się taił ze swoimi zamysłami, że do końca nie było wiadomo, za kim trzyma.

2113

Ale większość już się skłaniała głosować przeciw szkole, rozsypali się po placu i nie bacząc na przypołudniowy skwar poredzali coraz gwarniej i hardziej, gdy pisarz zawołał przez okno:

2114

— A pójdź[1917] no tu który!

2115

Nikt się jednak nie poruszył, jakby nie dosłyszeli.

2116

— Niech no który skoczy do dworu po ryby, mieli rano jeszcze przysłać, a jakoś nie przysyłają! Tylko prędzej! — grzmiał rozkazująco.

2117

— Nie przyszlim tu na posługi — ozwał się jakiś hardy głos.

2118

— Niech sam leci, żal mu przetrząsnąć kałduna[1918] — zaśmiał się któryś, że to pisarz miał brzucho kiej[1919] bęben.

2119

Pisarz jeno zaklął, a po chwili wyszedł wójt od podwórza, przebrał się[1920] za karczmę i pognał tyłami wsi ku dworowi.

2120

— Dzieci pani pisarzowej przewinął i obtarł, to się ździebko[1921] przewietrzy.

2121

— Juści, pani pisarzowa nie lubi takich fetorów na pokojach.

2122

— Pokrótce to i porcenele[1922] wynosić mu każą — przekpiwali.

2123

— Hale, że to dziedzica jeszcze nie widać — dziwował się któryś, ale na to rzekł kowal z chytrym prześmiechem:

2124

— Niegłupi się pokazywać!

2125

Spojrzeli na niego pytająco.

2126

— Juści, kto mu każe zadzierać z naczelnikiem, a przecież za szkołą głosować nie będzie, mało by to musiał płacić za nią! Mądrala!

2127

— Ale ty, Michał, z nami trzymasz, co? — przytarł go natarczywie Mateusz.

2128

Kowal skręcił się kiej[1923] przydeptana glista i odmruknąwszy cosik[1924] jął się przeciskać do młynarza, któren przystąpił do chłopów i mówił do starego Płoszki głośno, by i drugie słyszały:Szlachcic, Chłop, Bunt, Urzędnik, Polska

2129

— A ja wam radzę, głosujcie, jak chcą urzędy. Szkoła potrzebna i żeby była najgorsza, to będzie lepsza od żadnej. A o jakiej zamyślacie, nie dadzą. Trudno, głową muru nie przebodzie. Nie zechcecie uchwalić, to i bez waszego przyzwoleństwa postawią.

2130

— Jak nie damy pieniędzy, to za cóż postawią? — ozwał się któryś z kupy.

2131

— Głupiś! Sami wezmą, a nie dasz z dobrej woli, to ci ostatnią krowę sprzedadzą i jeszcze do kozy pójdziesz za opór! Rozumiesz! To nie z dziedzicem sprawa — zwrócił się do Lipczaków — z naczelnikiem nie ma żartów. Mówię wam, róbcie, co każą, i dziękujcie Bogu, że nie jest gorzej.

2132

Przytwierdzali mu tak samo myślące, zaś stary Płoszka po długim rozważaniu wyrzekł niespodzianie:

2133

— Prawdę mówicie, a Rocho naród zbałamucił i do zguby popycha.

2134

A na to wystąpił jakiś gospodarz z Przyłęka i powiedział głośno:

2135

— Bo Rocho z panami trzyma i latego[1925] podjudza przeciw urzędom!

2136

Zakrzyczeli go ze wszystkich stron, ale chłop się nie ulęknął i skoro się jeno przyciszyło, znowuj[1926] głos podniósł.

2137

— A głupie mu pomagają! rzekłem! — potoczył mądrymi oczami — a komu to nie w smak, niech stanie, to mu w oczy przywtórzę, głupie! Bo nie wiedzą, iż zawdy[1927] tak było, że panowie się buntują, naród judzą, do nieszczęścia prowadzą, ale jak przyjdzie za to płacić, to kto płaci? chłopi! A jak wam kozaków po wsiach zakwaterują, to kto będzie brał baty? kto będzie cierpiał? kogo do kreminału powleką? A jeno was, chłopów! Panowie się za wami nie upomną, nie, wyprą się wszystkiego kiej judasze i jeszcze starszyznę będą ugaszczali po dworach.

2138

— Bo co im ta naród znaczy, tyla, żeby za nich gnaty wyciągał.

2139

— A żeby mogli, to by jutro wrócili pańszczyznę! — podniesły się wołania.

2140

— Grzela powieda — zaczął znowu — niech uczą po naszemu, a nie chcą, to nie uchwalać szkoły, nie dawać ani grosza, przeciwić się, a juści, tylko parobkowi łacno krzyknąć na gospodarza: robił nie będę, całuj me gdzieś, i uciec przed skarceniem. Ale naród nie ucieknie i za bunt kije wziąć weźmie, bo nikto drugi pleców za niego nie podstawi… To wama[1928] mówię, taniej wam wypadnie postawić szkołę niźli przeciwić się urzędom. A że po naszemu nie nauczają, prawda, ale i tak na Rusków nas nie przerobią, boć żaden pacierza ni między sobą nie będzie mówił inaczej, a jeno jak go matka nauczyła! Zaś na ostatku to wam jeszcze rzeknę: swoją ano stronę trzymajmy! A drą się między sobą panowie, nie nasza sprawa, niech się ta kłyźnią i zagryzają, takie nam braty jedne i drugie, że niechta ich morówka[1929] nie minie.

2141

Zwarli się kole niego gęstwą i zakrzyczeli kiej na wściekłego psa, na próżno młynarz brał go w obronę, na próżno i poniektóre za nim się ujmowały. Grzelowe stronniki już mu zaczęły pięściami wytrząchać, że może by i do czego gorszego doszło, ale stary Pryczek zakrzyczał:

2142

— Strażniki słuchają!

2143

Przycichło nagle, a stary wystąpił i jął prawie gniewnie:

2144

— Świętą prawdę powiedział, swojego dobra patrzmy! Cichojta, hale, powiedziałeś swoje, to daj i drugiemu rzec swoje! Wydzierają się i myślą, co największe głowacze! Juści, żeby jeno w krzyku był rozum, to bele pyskacz miałby go więcej niźli sam proboszcz! Prześmiewajta się, juchy, a ja wam rzeknę, jak bywało pod te roki, kiej się to panowie buntowały; dobrze baczę, jak nas tumaniły a przysięgały, że jak Polska będzie, to i wolę[1930] nam dadzą, i gronta z lasami, i wszystko! Obiecywały, mówiły, a kto drugi dał, co tera mamy, i jeszczek musiał ich pokarać, co nie chciały w niczym ulżyć narodowi! Słuchajta panów, kiedyśta głupie, ale mnie na plewy nie weźmie, wiem ja, co znaczy ta ich Polska: że to jeno bat na nasze plecy, pańszczyzna i uciemiężenie! Jeszcze me…

2145

— A dajże mu ta który w pysk, niech przestanie — wyrwał się jakiś głos.

2146

— A tera — ciągnął dalej — ja taki sam pan jak inni, prawo swoje mam i nikt me palcem tknąć nie śmie! Tam mi Polska, kaj mi dobrze, kaj mam…

2147

Przerwały mu szydliwe głosy, bijące ze wszystkich stron niby gradem:

2148

— Świnia też pokwikuje z kuntentności, a chwali se chliw[1931] i pełne koryto!

2149

— I za to przykarmianie dostanie pałą w łeb i nożem po gardzieli!

2150

— W jarmarek sprał go strażnik, to powieda, że nikto go tknąć nie śmie.

2151

— Plecie, a tyle miarkuje, co ten koński ogon!

2152

— Sielny[1932] pan, ma wolę, juści, wszy go same niesą po wolności!

2153

— Rychtyk[1933] i wiechcie z butów tak samo by nauczały!

2154

— Kury zmacać nie poredzi, a będzie tu występował! Gnojek jucha! Baran!

2155

Stary zeźlił się srodze, ale jeno powiedział:

2156

— Ścierwy! Już nawet siwych włosów nie poszanują!

2157

— A to i każdą siwą kobyłę trza by uważać jeno[1934] za to, co siwa, hę?

2158

Gruchnęły śmiechy i wraz zaczęli się odwracać podnosząc oczy na dach kancelarii, kaj[1935] wlazł stójka i chyciwszy się komina patrzył w dal.

2159

— Józek, a zamknij gębę, bo ci jeszcze co wleci! — krzyczeli z prześmiechem, gdyż całe stado gołębi kołowało nad nim, ale on naraz zawrzeszczał:

2160

— Jedzie! Jedzie! Już na skręcie z Przyłęku!

2161

Gromada jęła[1936] się ściągać pod dom i zwierać coraz gęściej, cierpliwie spozierając[1937] na pustą jeszcze drogę.

2162

Rychtyk[1938] i słońce przetoczyło się ździebko[1939] na bok, za kalenicę[1940], że spod okapu wysuwał się coraz większy cień, w którym ustawili stół nakryty zielono, z krzyżem w pośrodku. Rudy, pucołowaty pomocnik wynosił papiery na stół i cięgiem[1941] cosik[1942] w nosie majstrował.

2163

Pisarz jął[1943] się na gwałt[1944] przebierać w świąteczny ubier[1945], a w całym domu znowu podniosły się wrzaski pisarzowej, brzęk talerzów, rumor przesuwanych sprzętów i bieganina, zaś w jakieś Zdrowaś[1946] zjawił się i wójt. Stanął w progu czerwony jak burak i spocony, ledwie zipiący, ale już w łańcuchu, i powlókłszy ślepiami po gromadzie zakrzyczał srogo:

2164

— Cicho tam, ludzie, dyć to nie karczma!

2165

— Pietrze, a chodźcie ino, cosik wama[1947] rzeknę! — zawołał do niego Kłąb.

2166

— Hale, nie ma tu żadnego Pietra, a jeno[1948] urzędnik! — odburknął wyniośle.

2167

Wzięli na ozory[1949] to powiedzenie, jaże[1950] się kałduny zatrzęsły z uciechy, gdy naraz wójt zakrzyczał uroczyście:

2168

— Rozstąpta się, ludzie! Naczelnik!

2169

Jakoż powóz ukazał się na drodze i podskakując na wybojach zakręcił przed kancelarią.

2170

Naczelnik podniósł rękę do czoła, chłopi pozdejmowali kapelusze, zaległo milczenie, wójt z pisarzem przypadli wysadzać go z powozu, a strażnicy stanęli przy drzwiach wyprostowani kieby[1951] kije.

2171

Naczelnik dał się wysadzić i rozebrać z białego obleczenia i odwróciwszy się powlókł oczami po gromadzie, przygładził żółtawą bródkę, nasrożył się, kiwnął głową i wszedł do mieszkania, kaj[1952] go zapraszał pisarz w pałąk przygięty.

2172

Powóz odjechał, chłopi znowu się zwarli dokoła stołu rozumiejąc, iż zaraz rozpocznie się zebranie, ale przeszło dobre Zdrowaś[1953], przeszedł może i cały pacierz, a naczelnik się nie pokazywał, jeno[1954] z pisarzowych pokojów roznosiły się brzęki szkła, śmiechy i jakieś smaki wiercące w nozdrzach.

2173

A że mierziło się[1955] już czekanie i słońce przypiekało coraz barzej[1956], to jaki taki jął się chyłkiem przebierać ku karczmie, aż wójt zakrzyczał:

2174

— Nie rozłazić się! A którego zbraknie, ten się zapisze do sztrafu[1957]

2175

Juści[1958], co się jeszczek[1959] wstrzymali klnąc jeno[1960] coraz siarczyściej a niecierpliwie spozierając na pisarzowe okna, bo ktoś je przymknął ze środka i zasłonił.

2176

— Wstydzą się chlać na oczach!

2177

— Lepiej, bo każden jeno grdyką robi, a po próżnicy ślinkę łyka! — pogadywali.

2178

Z aresztu, stojącego w rząd z kancelarią, wyrwał się żałosny i długi bek, a po chwili wylazł stójka[1961] ciągnąc na postronku sporego ciołka[1962], któren[1963] się opierał ze wszystkiej mocy, ale naraz grzmotnął go łbem, jaże[1964] chłop rymnął na ziemię, zadarł ogona i pognał, ino się za nim zakurzyło.

2179

— Łapaj złodzieja! Łapaj!

2180

— A posyp mu soli na ogon, to się wróci!

2181

— Jaki to zuchwały, uciekł z kozy i jeszczek ogon zadarł na pana wójta!

2182

Dogadywali przekpiwając się ze stójki, któren ganiał za ciołkiem i dopiero przy pomocy sołtysów napędził go w podwórze. A jeszcze nie odzipnęli, kiej wójt przykazał wziąć się do wymiatania aresztu i sam doglądał, pilił[1965] i niemało pomagał bojając się[1966], bych[1967] się czasem nie zachciało tam zajrzeć naczelnikowi.

2183

— Wójcie, a trza[1968] wykadzić, bych nie zwąchał, co to był za aresztant.

2184

— Nie bójcie się, po gorzałce do cna straci wiater[1969].

2185

Rzucał kto niekto jakie słowo kolące, jaże[1970] wójt błyskał ślepiami a zęby zacinał, ale w końcu zbrzydły im nawet przekpinki, a tak dokuczyło czekanie na słońcu i głód, że całą hurmą ruszyli pod drzewa, nie bacząc na wójtowe zakazy, któremu jeno Grzela powiedział:

2186

— Hale, naród to pewnie pies, nie przyjdzie ci do nogi, choćbyś krzyczał do wieczora! — i rad, iż zeszli ze strażnikowych oczów, jął znowu kręcić się wśród ludzi przypominając każdemu z osobna, jak ma głosować.

2187

— Jeno się nie bójta! — dodawał — prawo za nami! Co uchwalimy, będzie, a czego nie chce gromada, nikto[1971] ją do tego nie przymusi.

2188

Ale nie zdążyli się jeszcze ludzie porozkładać w cieniach ni przegryźć co niebądź, gdy sołtysi jęli nawoływać, a wójt przyleciał z krzykiem:

2189

— Naczelnik wychodzi! Chodźta prędzej! zaczynamy!

2190

— Nawąchał się dobrego jadła, to go ponosi! Nama[1972] niepilno! Niech poczeka!

2191

Mamrotali gniewnie, zbierając się ociężale przed kancelarią.

2192

Sołtysi stanęli na czele swoich wsi, zaś wójt zasiadł za stołem, mając pobok[1973] pisarzowego pomocnika, któren[1974] przedłubując w nosie gwizdał na gołębie, co zestrachane gwarem porwały się z dachu krążąc roztrzepotaną białą chmurą.

2193

— Mołczat'[1975]! — zakrzyknął naraz jeden ze strażników prężących się u proga.

2194

Wszystkie oczy zwróciły się na drzwi, ale wyszedł z nich jeno[1976] pisarz z papierem w ręku i wcisnął się za stół.

2195

Wójt zatrząsł dzwonkiem i rzekł uroczyście:

2196

— Zaczynamy, ludzie kochane! Cicho tam, Modliczaki! Pan sekretarz przeczyta niby o tej szkole! A słuchajta pilnie, bych[1977] każden wyrozumiał, o co idzie!

2197

Pisarz założył okulary i zaczął czytać z wolna i wyraźnie.

2198

Czytał już może z pacierz wśród zupełnej cichości, gdy ktosik wrzasnął:

2199

— Kiej[1978] nie rozumiemy!

2200

— Czytać po naszemu! Nie rozumiemy! — zerwały się mnogie głosy.

2201

Strażnicy jęli[1979] się pilnie rozglądać w gromadzie.

2202

Pisarz się skrzywił, ale już czytał przekładając na polskie.

2203

Zrobiło się cicho, słuchali w skupieniu, rozważając każde słowo i patrząc się w niego kieby[1980] w obraz.

2204

Pisarz ciągnął powoli:

2205

— …jako przykazano postawić szkołę w Lipcach, która by była i dla Modlicy, Przyłęka, Rzepek i drugich pomniejszych wsi.

2206

Potem długo wywodził, jaki to z tego będzie profit, jakie to dobrodziejstwo oświata, jak to urzędy jeno myślą dzień i noc, bych tylko narodowi przyjść z pomocą, bych go wspierać, oświecać i bronić przed złem. Zaś w końcu wyliczał, ile potrza na plac z polem, ile na sam budynek i na całe utrzymanie szkoły wraz z nauczycielem, i że na to wszystko trzeba będzie uchwalić dodatkowy podatek po dwadzieścia kopiejek z morgi. Umilkł, przetarł okulary i rzekł jakby do siebie:

2207

— Pan naczelnik powiedział, że jak dzisiaj uchwalicie, to pozwoli zacząć budowę jeszcze w tym roku, a na przyszłą jesień dzieci już pójdą do szkoły.

2208

Skończył, ale nikt się nie odezwał, każden coś ważył w sobie, kuląc się jeno, jakby pod ciężarem nowego podatku, aż dopiero wójt się ozwał:

2209

— Słyszeliście dobrze, co pan sekretarz przeczytał?

2210

— Słyszelim! Juścik[1981], przeciek[1982] nie głusim! — ozwali się tu i owdzie.

2211

— A któren ma przeciw temu, niech wystąpi, a swoje rzeknie.

2212

Jęli się trącać łokciami, wypychać naprzód, drapać, spozierać na się i na starszych, lecz nikto[1983] nie miał śmiałości wyrywać się pierwszy.

2213

— Kiej tak, uchwalmy prędko podatek i do domu! — zaproponował wójt.

2214

— Więc cóż, wszyscy jednogłośnie zgadzacie się? — zapytał uroczyście pisarz.

2215

— Nie! Nie chcemy! Nie! — wrzasnął Grzela i za nim kilkudziesięciu.

2216

— Nie potrza nam takiej szkoły! Nie chcemy! Dosyć już mamy podatków! Nie! — wołano już ze wszystkich stron, a coraz śmielej, głośniej i hardziej.

2217

Na ten wrzask wyszedł naczelnik i stanął w progu, przycichli na jego widok, a on poskubał bródkę i rzekł wielce łaskawie:

2218

— Jak się macie, gospodarze?

2219

— Bóg zapłać! — odparli pierwsi z brzega kolebiąc się pod naporem gromady pchającej się naprzód, aby posłuchać naczelnika, któren wsparty o futrynę jął[1984] cosik[1985] mówić po swojemu, ale mu się cięgiem[1986] odbekiwało.

2220

Strażnicy skoczyli w naród i dalejże wołać:

2221

— Szapki dołoj[1987]! szapki!

2222

— Poszedł ścierwo i nie plącz się pod nogami! — zaklął ktoś na nich.

2223

A naczelnik, choć prawił słodziuśko, skończył nakazująco i po polsku:

2224

— Uchwalcie zaraz podatek, bo nie mam czasu.

2225

I srogo patrzał w twarze, strach przejął niejednego, tłum się zakołysał, poszły trwożne i ściszone szepty.

2226

— No co, głosujemy na szkołę? Mówcie, Płoszka! Jakże zrobim?… Kajże to Grzela? Przykazuje głosować! Głosujmy, ludzie, głosujmy!

2227

Wrzało coraz głośniej, gdy Grzela wystąpił i powiedział śmiało:

2228

— Na taką szkołę nie uchwalimy ani grosza.

2229

— Nie uchwalimy! Nie chcemy! — wsparło go ze sto krzyków.

2230

Naczelnik zmarszczył się groźnie.

2231

Wójt struchlał, a pisarzowi jaże[1988] spadły z nosa okulary, jeno[1989] Grzela się nie strwożył, wparł w niego harde ślepie chcąc jeszcze cosik[1990] dodać, gdy stary Płoszka wystąpił i skłoniwszy się nisko zaczął pokornie:

2232

— Dopraszam się łaski wielmożnego naczelnika, co rzeknę, jako to po swojemu miarkuję[1991]: szkołę juścić uchwalić uchwalim, ale widzi się[1992] nama[1993], co[1994] za dużo złoty i groszy dziesięć z morgi. Czasy teraz ciężkie i o grosz trudno! To jeno chciałem rzec.

2233

Naczelnik nie odpowiedział zatopiony w jakowychś dumaniach, że jeno kiej niekiej[1995] kiwnął głową jakby przytakująco i oczy przecierał, więc ośmielony tym wójt siarczyście przemawiał za szkołą; po nim i jego kamraty parły do tego samego, młynarz zaś pyskował najżarliwiej, nie zważając na ostre przycinki Grzelowych stronników, aż wreszcie zgniewany Grzela zawołał:

2234

— Przelewamy jeno z pustego w próżne — i upatrzywszy sposobną porę przystąpił i śmiało spytał:

2235

— A niby jaka to ma być ta nowa szkoła?

2236

— Jak i wszystkie! — wyrzekł otwierając oczy.

2237

— To my akuratnie takiej nie potrzebujemy!

2238

— Na swoją uchwalim i pół rubla z morgi, a na inszą[1996] ni szeląga.

2239

— Co nam taka szkoła, moje uczyły się bez[1997] trzy roki, a też ni be, ni me.

2240

— Ciszej, ludzie, ciszej!

2241

— Rozbrykały się barany, a wilk jeno patrzeć, jak skoczy na stado.

2242

— Pyskacze juchy, nową biedę wypyskują la[1998] wszystkich.

2243

Pokrzykiwali jeden przez drugiego, że uczynił się srogi[1999] gwar, każden[2000] bowiem dowodził swojego i przepierał drugich, rozgrzewali się coraz barzej[2001], rozbili się na kupy i wszędy[2002] zawrzały spory a kłótnie, zwłaszcza Grzelowe stronniki pyskowały najgłośniej i najzawzięciej, powstając przeciw szkole. Na próżno wójt, młynarz i gospodarze z drugich wsi przekładali, prosili, a nawet i strachali Bóg wie czym, większość srożyła się coraz zuchwałej, wygadując, co jeno[2003] komu ślina przyniesła[2004].

2244

Zaś naczelnik siedział, jakby nie słysząc niczego, szeptał cosik[2005] z pisarzem, dając się im wygadać do woli, a kiej[2006] mu się widziało, co[2007] mają już dosyć płonego[2008] szczekania, kazał zadzwonić wójtowi.

2245

— Cicho tam! cicho! słuchać! — spokoili[2009] sołtysi.

2246

A nim się do cna przyciszyło, rozległ się jego głos rozkazujący:

2247

— Szkoła być musi, rozumiecie! Słuchać i robić, co wam każą!

2248

Srogo przemówił, jeno co[2010] się nie ulękli, a Kłąb chlasnął na odlew:

2249

— Nie przykazujem nikomu chodzić na łbie, to niechże i nama[2011] pozwolą się ruchać[2012], jak komu wyrosły kulasy[2013].

2250

— Zawrzyjcie[2014] gębę! Cicho, psiekrwie! — klął wójt, na darmo dzwoniąc.

2251

— Co rzekłem, to przywtórzę, że w naszej szkole muszą się uczyć po naszemu.

2252

— Karpienko! Iwanow! — ryknął na strażników, stojących w pośrodku ciżby, ale chłopi w mig ich ścisnęli między sobą, a ktosik[2015] im szepnął:

2253

— Niech jeno[2016] któren tknie kogo… nas tu ze trzystu… miarkujcie[2017]

2254

I wraz się rozstąpili czyniąc wolne przejście, a tłocząc się za nimi przed naczelnika z głuchą, rozjuszoną wrzawą, przysapując jeno, a klnąc i wytrząchając pięściami, zaś raz po raz ktoś wyrywał się z kupy z ozorem:

2255

— Każde stworzenie ma swój głos, a jeno nam przykazują mieć cudzy.

2256

— I cięgiem[2018] przykazy, a ty, chłopie, słuchaj, płać i czapką ziemię zamiataj.

2257

— Pokrótce[2019] to bez pozwoleństwa nie puszczą i za stodołę.

2258

— Kiej takie wielmożne, to niech przykażą świniom, bych zaśpiewały kiej skowronki! — huknął Antek, zatrzęsły się śmiechy, a on wołał rozjuszony:

2259

— Abo niech im gęś zaryczy. Jak to zrobią, to uchwalim szkołę.

2260

— Każą podatki, płacim; każą rekruta, dajem, ale wara od…

2261

— Cichocie, Kłębie. Sam Najjaśniejszy Cysarz nadał ustawę i tam stoi kiej wół, co szkoły i sądy mają być po polsku! Tak przykazał sam Cysarz, to jego słuchać będziem! — wrzeszczał Antek.

2262

— Ty kto takoj[2020]? — spytał naczelnik wpierając w niego oczy.

2263

Zadrżał, ale rzekł śmiało wskazując papiery, leżące na stole:

2264

— Tam stoi napisane. Nie sroka me[2021] zgubiła — dodał zuchwale.

2265

Naczelnik pogadał cosik z pisarzem, a ten pokrótce ogłosił: jako[2022] Antoni Boryna, pozostający pod śledztwem karnym, nie ma prawa brać udziału w zebraniu gminnym.

2266

Antek poczerwieniał z gniewu, lecz nim się zebrał na słowo, naczelnik wrzasnął:

2267

— Poszoł won[2023]! — i wskazał go oczami strażnikom.

2268

— Nie uchwalajta, chłopcy! prawo za nami! nie bójta się niczego! — krzyknął zuchwale Antek.

2269

I odszedł wolno ku wsi, spozierając na strażników kiej[2024] wilk na kondle[2025], że ostawali coraz dalej.

2270

Ale w gromadzie zagotowało się z nagła kieby[2026] w tym kotle, wszyscy naraz zaczęli prawić, krzyczeć i sprzeczać się zajadle, że już nie dosłyszał nikogo, a jeno[2027] pojedyncze słowa klątw, pogróz[2028] i przekpiwań latały nad głowami kiej[2029] kamienie. Jakby ich zły[2030] opętał, tak się wydzierali zapalczywie, a nikto[2031] nie poredził[2032] wyrozumieć, skąd to przyszło i laczego[2033]?

2271

Spierali się o szkołę, o Antka, o wczorajszy deszcz, kto zeszłoroczne szkody przypominał sąsiadowi, kto folgę[2034] jeno dawał wątrobie, kto zaś la[2035] samego sprzeciwu się kłyźnił[2036], że powstał taki męt, taki wrzask i zamieszanie, co[2037] się już widziało, jako[2038] leda[2039] chwila wezmą się za łby i orzydla[2040]. Próbował spokoić Grzela, próbowali drugie[2041], nie przemogli jednak opętania. Wójt dzwonił, jaże[2042] mu drętwiały kulasy[2043], przywołując do porządku, i takoż na darmo. Kiej te rozjuszone indory skakały sobie do oczów, ślepe już i głuche na wszystko.

2272

Dopiero któryś ze sołtysów jął walić kijem w pustą beczkę, stojącą pod okapem, jaże zahuczała kiej[2044] bęben, wtedy ludzie oprzytomnieli nieco, ściszając się nawzajem.

2273

Naczelnik, nie mogąc się doczekać cichości, zakrzyczał zgniewany:

2274

— Cicho tam! Dosyć tej narady! Milczeć, kiedy ja mówię, i słuchać. Szkołę uchwalcie.

2275

Ścichło, jakby makiem posiał, strach padł na wszystkie, mróz przeszedł kości, że stali jakby podrętwieli spozierając po sobie niemo i bezradnie, ani w myślach postały sprzeciwy, gdyż on stał groźnie, tocząc oczami po wylękłych twarzach.

2276

Przysiadł znowu, a wójt, młynarz i drugie rzucili się między ludzi przyniewalać do posłuszeństwa i strachać.

2277

— Głosować za szkołą, głosować.

2278

— Może być źle. Słyszeliśta[2045]?

2279

Pisarz tymczasem sprawdzał obecnych, że co trochę ktoś odkrzykiwał:

2280

— Jest! Jest!

2281

Zaś po sprawdzeniu wójt wlazł na stołek i zakomenderował:

2282

— Kto za szkołą, niech przejdzie na prawą stronę i podniesie rękę.

2283

Sporo przeszło, ale dużo więcej narodu ostało na miejscu, naczelnik się zmarszczył i przykazał, aby la[2046] sprawiedliwości głosowali imiennie.

2284

Strapił się tym Grzela, dobrze rozumiejąc, że skoro każden z osobna pójdzie głosować, to nie będzie śmiał się przeciwić.

2285

Ale już nie było nijakiej zarady. Pomocnik zaczął wywoływać i każden szedł koleją, posobnie[2047], a pisarz przy nazwisku znaczył kreskę, jeśli był za szkołą, lub robił krzyżyk, gdy się jej przeciwił.

2286

Długo się wlekło, gdyż ludzi było chmara, lecz w końcu ogłosili:

2287

— Dwieście głosów za szkołą, osiemdziesiąt przeciw.

2288

Grzelowi podnieśli wrzask.

2289

— Na nowo głosować! oszukali!

2290

— Ja mówiłem: nie, a postawił mi kreskę! — wydzierał się któryś, a za nim wielu świarczyło[2048] to samo, zaś gorętsi jęli się skrzykiwać.

2291

— Nie dać, podrzeć papiery, podrzeć!

2292

Szczęściem, co[2049] dworski powóz zajeżdżał przed kancelarię, więc ludzie, chcąc nie chcąc, musieli się poodsuwać na boki, zaś naczelnik przeczytawszy list, jaki mu podał lokaj, oznajmił uroczyście:

2293

— Tak, bardzo dobrze, szkoła w Lipcach będzie.

2294

Juści, co[2050] nikto[2051] i pary z gęby nie puścił, stali kiej[2052] mur patrząc w niego spokojnie.

2295

Podpisał jakieś papiery, wsiadł do powozu i ruszył.

2296

Kłaniali mu się pokornie, ani spojrzał na kogo, ni kiwnął głową, a pogadawszy jeszcze ze strażnikami, skręcił na boczną drogę ku modlickiemu dworowi.

2297

Patrzyli za nim czas jakiś w milczeniu, aż któryś z Grzelowych rzekł:

2298

— Jagniątko, do rany go przyłóż, a nie spodziejesz się, jak udrze cię kłami gorzej wilka i weźmie pod kopyta.

2299

— A czymże by to głupich trzymali, jak nie pogrozą?

2300

Grzela jeno westchnął, spojrzał po gromadzie i szepnął cicho:

2301

— Przegralim dzisia, trudno, naród jeszcze nie wezwyczajony[2053] do oporu.

2302

— Boja się[2054] bele[2055] czego, to i niełatwo się wezwyczai.

2303

— Moiściewy, a jaki to człowiek, nawet prawo ma se za nic.

2304

— Juści, przeciek prawo pisali la[2056] nas, a nie la siebie.

2305

Jakiś chłop z Przyłęka podszedł skarżąc się przed Grzelą:

2306

— Chciałem z wami, ale jak me[2057] prześwidrował ślepiami, tom języka zapomniał i pisarz zapisał, jak mu się spodobało.

2307

— Tyla było oszukaństwa, że można by zaskarżyć uchwałę.

2308

— Chodźta do karczmy. Niechta siarczyste zatłuką — zaklął Mateusz i odwróciwszy się do gromady zakrzyczał: — Wiecie, ludzie, czego wama naczelnik zapomniał powiedzieć? A tego, żeśta kundle i barany. I dobrze zapłacita za posłuch, ale niech was łupią ze skóry, kiejśta głupie[2058].

2309

Zaczęli się odcinać, ktoś nawet pysk wywarł na niego, lecz zmilkli, bo jakaś żydowska bryka przejeżdżała, w której siedział Jasio organistów.

2310

Otoczyli go Lipczaki, a Grzela rozpowiedział o wszystkim. Jasio wysłuchał, pogadał o tym i owym i kazał jechać.

2311

Wszyscy zaś poszli do karczmy i po drugim kieliszku Mateusz huknął:

2312

— A ja wam powiedam, że wszystkiemu winien wójt i młynarz.

2313

— Prawda, najwięcej namawiali a straszyli — przyświarczył Stacho Płoszka.

2314

— A że naczelnik groził, to jakby wiedział już o Rochu — ktoś szeptał.

2315

— Jak nie wie, to mu powiedzą. Znajdą się takie!

2316

— Kaj strażniki? — zapytał Grzela niespokojnie.

2317

— Poszli jakby w stronę Lipiec.

2318

Grzela zakręcił się po karczmie i ani spostrzegli, jak się wyniósł i szedł ku wsi miedzami rozglądając się pilnie dokoła.

IX

2319

Antek obzierał[2059] się za gromadą kieby[2060] ten kot odpędzony od miski, a rozważał, czyby nie zawrócić, lecz widząc następujących strażników powziął nagle jakąś myśl, bo wyłamał po drodze sporą gałąź i wsparłszy się o płot obstrugiwał, pasując do ręki a zważając na burków, którzy chociaż szli jak mogli najpowolniej, zrównali się z nim pokrótce.

2320

— Kajże to pan starszy, na prześpiegi? — zagadał urągliwie.

2321

— Po służbie, panie gospodarzu, a może nam w jedną stronę, co?

2322

— Rad bym z duszy, ale widzi mi się, co nam kaj indziej[2061] drogi wypadną.

2323

Rozejrzał się prędko, na drodze ni żywej duszy, jeno co[2062] kancelaria była jeszcze za blisko, więc ruszył z nimi trzymając się kole[2063] płota i pilnie bacząc[2064], bych[2065] go z nagła nie obskoczyli.

2324

Zmiarkował się starszy i dalejże pogadywać z przyjacielstwa i srodze wyrzekać, jako od samego rana jeszcze nic nie miał w gębie.

2325

— Naczelnikowi pisarz nie żałował, to pewnikiem i la[2066] pana starszego ostawił jakie ochłapy. Na wsiach przeciek smaków nie postawią; cóż, kluski a kapusta nie la takich panów — przekpiwał z rozmysłem, jaże[2067] młodszy, sielny parob o rozlatanych ślepiach, cosik zamamrotał, ale starszy nie popuścił ni słowa.

2326

Antek się jeno prześmiechał wyciągając coraz lepiej kulasy[2068], że ledwie za nim nadążyli, nie bacząc już na wyboje ni kałuże. Wieś była pusta, jakby wymarła, i słońce tak doskwierało, że jeno[2069] niekiedy co ta ktoś wyjrzał za nimi lub kajś[2070] w cieniach zabielały dziecińskie głowiny, a tylko jedne pieski przeprowadzały ich wiernie z niemałym jazgotem i docieraniem.

2327

Starszy zakurzył papierosa i strzyknąwszy przez zęby jął się użalać, jak to on nie zazna nigdy spokojnej nocy ni dnia, bo cięgiem[2071] służba i służba.

2328

— Pewnie, co niełacno tera[2072] wyciągnąć choćby co niebądź od chłopów…

2329

Strażnik jeno zaklął sięgając jaże do maci, ale Antek, że mu się to już zmierziły te kluczenia, ścisnął mocniej kijaszek i rzekł całkiem zaczepnie:

2330

— Prawdę powiem, a to z waszej służby tyla[2073] jeno[2074] jest profitu[2075], co się po wsiach naszczekają pieski, a jaki taki zbędzie ostatniej złotówki.

2331

I to jeszcze starszy ścierpiał, chociaż już pozieleniał ze złości, a za pałaszem macał, ale dopiero kiej doszli ostatniej chałupy, rzucił się z nagła na Antka i krzyknął kamratowi:

2332

— Bierz go!

2333

Źle się jednak wybrali, bo nim poredzili go przytrzymać, odciepnął ich precz kiej kondle, uskoczył w bok pod chałupę, wyszczerzył zęby kiej wilk i trząchając kijem zawrzał przyduszonym, urywanym głosem:

2334

— Idźcie swoją drogą… ze mną nie wygracie… nie dam się i czterem… a kły powybijam kiej[2076] psom. Czego chcecie ode mnie?… w niczym nie winowatym[2077]… A szukacie bitki, dobrze… zamówta[2078] se[2079] jeno[2080] przódzi[2081] podwody[2082] na swoje kości… A podejdź który i tknij me[2083] jeno[2084], spróbuj! — zakrzyczał wygrażając kijem i gotów już choćby do zabijania.

2335

Strażnicy stanęli kiej[2085] wryci, gdyż chłop był ogromny, rozwścieklony i kij jaże[2086] mu warczał w garściach, więc starszy widząc, że to nie przelewki, sprobował wszystko obrócić w żart.

2336

— Ha! ha! sławno, a to się nam udała szutka! — i trzymając się za boki, niby to od śmiechu, zawrócił z powrotem, ale uszedłszy kilkanaście kroków pogroził mu pięścią i zgoła już inaczej zawrzeszczał:

2337

— My się jeszcze zobaczym, panie gospodarzu, i pogadamy.

2338

— A niech cie ta przódzi[2087] zaraza spotka! — odkrzyknął na odlew. — Hale, strach go sparł, to się żartem wykręca, pogadam i ja z tobą, niech no cię jeno[2088] kaj[2089] zdybię na osobności — mruczał bacząc, póki mu z oczów nie zeszli.

2339

— Tamten poszczuł na mnie, głupi, myślał, co[2090] me[2091] wezmą kiej[2092] psy zająca. To za mój opór, juści[2093], prawda mu nie w smak — rozmyślał i doszedłszy pod dworski ogród, kawał za wsią, przysiadł w cieniu, abych odpocząć nieco, gdyż trząsł się jeszcze cały i spotniał kiej mysz.

2340

Przez drewniane ogrodzenie widniał biały dwór, stojący w wyniosłym zagaju modrzewi, powywierane[2094] okna czerniały kiej jamy, a na słupiastym ganku siedziało jakieś państwo i snadź[2095] przy jadle, bo służba cięgiem[2096] się kręciła kole[2097] nich, szczękały statki[2098], a niekiedy długi, wesoły śmiech dochodził.

2341

— Takim niezgorzej! Jedzą, piją i zarówno im wszystko — myślał dobierając się do chleba ze serem, jaki mu była Hanka wetknęła[2099] w kieszeń.

2342

Pojadał wodząc oczami po wielgachnych lipach brzeżących drogę i całych we kwiatach i pszczelnym brzęku, słodki, sprażony w słońcu zapach przejmował go lubością; kajś ze sadzawki zakwakała kaczka i rozchodziło się senne nukanie żab, z gąszczów trzęsły się cichuśkie pogłoski stworzeń przeróżnych, a na polach muzyka koników podnosiła się raz po raz i przycichała, ale po jakimś czasie jęło[2100] wszystko głuchnąć, jakby zalane słonecznym ukropem. Świat oniemiał, a co jeno[2101] było żywe, przytaiło się w cieniach przed pożogą, że tylko jedne jaskółki śmigały nieustannie.

2343

Przypołudnie kipiało już takim warem, że oczy bolały od blasków i spieki[2102], nawet cienie parzyły, ostatnie kałuże wyschły, a do tego od zbóż prawie dojrzałych i ze spieczonych ugorów pociągało niekiedy jakby z wywartego pieca.

2344

Antek wytchnąwszy galancie[2103] ruszył raźno ku lasom niedalekim, ale skoro się wysunął z cieniów na drogę zatopioną w słońcu, jaże[2104] go ciarki przeszły, i już szedł jakby przez wrzące, białawe płomienie. Zewlókł kapotę, lecz i tak koszula mu przywierała do spotniałych boków niby rozpalona blacha, zezuł i buciary, grzęznąc w piasku jakby w tym gorącym popiele.

2345

Pokręcone brzezinki stojące kaj niekaj[2105] nie dawały jeszcze cienia, żyta chyliły nad drogą ciężarne kłosy i poślepłe w żarach kwiaty zwisały pomdlałe.

2346

Upalna cichość leżała w powietrzu, a nikaj[2106] nie dojrzał człowieka ni ptaka, ni żadnego stworzenia i nikaj nie zadrgał listek ni trawka choćby najmarniejsza, jakby w oną godzinę Południca zwaliła się na świat i wysysała spieczonymi wargami wszystką moc ze ziemi omglałej[2107].

2347

Antek szedł coraz wolniej, rozmyślając o zebraniu, że raz wraz porywały go złoście[2108], to śmiech spierał, to przejmowało zniechęcenie.

2348

— I poradź co z takiemi! Bele[2109] strażnika się ulękną… jakby im przykazali posłuchać naczelnikowego buta, to by go słuchali. Barany, juchy, barany! — myślał z politowaniem i złością. — Prawda, że każdemu źle, każden[2110] wije się kieby[2111] nadeptany piskorz i każden ledwie już z biedy zipie, to gdzie im się ta kłopotać o takie sprawy. Naród ciemny i zabiedzony, to nawet i nie miarkuje[2112], co mu potrza[2113] — zafrasował się wielce za wszystkich i serdecznie zatroskał.

2349

Kondycja ludzka— Człowiek to jak świnia, niełacno[2114] mu ryja unieść do słońca.

2350

Głowił się i wzdychał, a tyla[2115] mu jeno[2116] przyszło z tych rozważań i turbacji[2117], że poczuł, jako[2118] i jemu jest źle, a może nawet gorzej niźli drugim.

2351

— Bo jeno tym dobrze, które o niczym nie mają pomyślenia!

2352

Machnął ręką i szedł tak srodze[2119] zadeliberowany[2120], że omal nie wlazł na Żyda szmaciarza, siedzącego pod zbożem.

2353

— Ustaliście, juści, taki gorąc — ozwał się pierwszy przystając nieco.

2354

— To jest piec, to jest boskie skaranie, a nie gorąc — wybuchnął Żyd i powstawszy, założył szleje[2121] na stary, przygarbiony kark, przypiął się do taczki niby pijawka, pchając ją przed sobą z niezmiernym wysiłkiem, gdyż była naładowana workami gałganów i drewnianymi pudłami, a na nich stał jeszcze kosz jaj i klatka z kurczętami, zaś w dodatku droga była piaszczysta i srogi upał, to chociaż się wydzierał ze sił do ostatka i szarpał, a co trochę musiał odpoczywać.

2355

— Nuchim, ty się spóźnisz na szabes! — upominał się płaczliwie. — Nuchim, ty pchaj, ty jesteś mocny jak kuń! — mamrotał zachętliwie. — Nuchim, nu, raz… dwa… trzy… — i rzucał się na taczkę z krzykiem rozpaczy, pchał ją kilkanaście kroków i znowu stawał.

2356

Antek skinął mu głową i przeszedł, ale Żyd zawołał błagalnie:

2357

— Pomóżcie, panie gospodarzu, dobrze zapłacę, już nie mogę, już całkiem nie mogę — opadł na taczki, blady kiej trup i ledwie dyszący.

2358

Antek zawrócił bez słowa, zwalił na taczki kapotę i buty, ujął je krzepko i pchał tak wartko, jaże[2122] koło zapiszczało i kurz się podniósł. Żyd dreptał pobok[2123] łapiąc powietrze zadyszaną piersią i gadał zachętliwie:

2359

— Tylko do lasu, tam dobra droga, już niedaleko, dam wam całą dziesiątkę.

2360

— Wsadź se ją w nos! Głupi, stoję[2124] to o twoją dziesiątkę! No, jak to te Żydy myślą, że wszystko na świecie jeno za pieniądze.

2361

— Nie gniewajcie się, to ja dam śliczne kuraski la[2125] dzieci, nie? to może nici, igły, jakie wstążki? Nie! Może być bułki, karmelki, obarzanki albo jeszcze co? Ja mam wszystko. A może pan gospodarz kupi paczkę tytuniu? A może dać kieliszek fajnej gorzałki? Ja mam dla siebie, ale po znajomości. Na moje sumienie, tylko po znajomości!

2362

Zakasłał się, jaże[2126] mu ślepie na wierzch wylazły, a kiej[2127] Antek zwolnił nieco kroku, chycił[2128] się taczek i wlókł się poglądając[2129] nań łzawie[2130].

2363

— Będzie dobry urodzaj, żyto już spadło — zaczął z innej beczki.

2364

— A jak nie urodzi, też mniej płacą. Zawdy[2131] na stratę gospodarzom.

2365

— Piękny czas dał Pan Bóg, ziarno już suche — kruszył kłosy i pojadał.

2366

— Juści, tak se[2132] folguje[2133] Pan Jezus, co już jęczmiona przepadły.

2367

Pogadywali z wolna o tym i owym, aż zeszło na zebranie, o którym Żyd wiedział, bo rzekł rozglądając się trwożliwie dokoła:

2368

— Wiecie, jeszcze zimą naczelnik zrobił kontrakt z jednym majstrem na postawienie szkoły w Lipcach. Mój zięć im faktorował[2134].

2369

— Jeszcze zimą? Przed uchwałą? Co wy też powiadacie?

2370

— Może się miał pytać o pozwolenie? Czy to on nie dziedzic na swój powiat?

2371

Antek jął[2135] rozpytywać, gdyż Żyd wiedział różne ciekawe rzeczy i rad odpowiadał, zaś w końcu rzekł pobłażliwie:

2372

— Tak musi być. Gospodarz żyje z tej ziemie[2136], kupiec z handlu, dziedzic z folwarku, ksiądz z parafii, a urzędnik ze wszystkich. Tak musi być i tak jest dobrze, bo każdy potrzebuje trochę żyć. Czy nieprawda?

2373

— Widzi mi się, co[2137] nie o to idzie, aby jeden drugiego łupił ze skóry, a jeno[2138], bych[2139] każden żył sprawiedliwie, jak Pan Bóg przykazał.

2374

— Co na to poradzić? każdy żyje, jak może.

2375

— Ja wiem, że każdy sobie rzepkę skrobie, ale i bez[2140] to jest źle.

2376

Żyd jeno[2141] głową pokiwał, ale swoje myślał.

2377

Doszli właśnie lasu i twardszej drogi, Antek odstawił taczki, kupił za całą złotówkę cukierków la[2142] dzieci, a kiej[2143] mu Żyd jął[2144] dziękować, burknął:

2378

— Głupiś, pomogłem ci, bo mi się tak spodobało.

2379

Ruszył ostro ku Lipcom, błogi chłód go ogarnął, rozłożyste drzewa tak przysłaniały drogę, że jeno[2145] środkiem widniał pas nieba, zaś po ziemi skrzyła się rozmigotana rzeka słońca. Bór był stary i wyniosły, dęby, sosny i brzozy tłoczyły się gęstą, pomieszaną ciżbą, a dołem tulił się do grubachnych pni drobny naród leszczyn, osik, jałowców i grabów, zaś miejscami świerkowe zagaje rozpychały się hardo, pnąc się chciwie ku słońcu.

2380

Na drodze jeszcze gęsto połyskiwały kałuże po wczorajszej burzy i walały się połamane wierzchoły i gałęzie, a kaj niekaj[2146] smukła drzewina wyrwana z korzeniami zalegała w poprzek kiej[2147] trup. Cichuśko było, rzeźwo i mroczno, pachniało pleśnią a grzybem, drzewa stojały[2148] bez ruchu jakby zapatrzone w niebo, a przez zwarte korony jeno gdzieniegdzie przedzierało się słońce, pełzając niby te złociste pająki po mchach, po czerwonych jagódkach, rozsypanych jak stężałe krople krwi, po trawach bladych.

2381

Antka tak rozebrał chłód i głęboki spokój lasu, że przysiadłszy kajś[2149] pod drzewem zadrzemał się niechcący. Przebudził go dopiero koński tupot i parskanie, a dojrzawszy dziedzica jadącego konno podszedł do niego.

2382

Przywitali się zwyczajnie, po sąsiedzku.

2383

— Ależ to piecze, co? — zagadał dziedzic głaszcząc niespokojną klacz.

2384

— A dopieka, za jaki tydzień trza[2150] będzie wychodzić z kosą.

2385

— Na Modlickiem kładą już żyto aż miło.

2386

— Tam piachy, ale latoś[2151] wszędy żniwa rychlejsze[2152].

2387

Dziedzic zapytał go o zebranie w kancelarii, a usłyszawszy wszystko, jak się odbywało, jaże[2153] oczy szeroko otworzył ze zdumienia.

2388

— I wyście się tak głośno, otwarcie o polską szkołę upominali?

2389

— Rzekłem, przeciek[2154] nie robię z gęby cholewy.

2390

— A żeście się to ważyli z tym wystąpić przy naczelniku, no, no!

2391

— W ustawie stoi o tym jak wół, to prawo miałem.

2392

— Ale skąd wam przyszło do głowy upominać się o polską szkołę?

2393

— Skąd! Przecieśma Polaki, a nie Niemcy czy to jakie drugie.

2394

— Któż to was tak namówił? — pytał ciszej pochylając się ku niemu.

2395

— Dzieci też i bez nauczyciela przychodzą do rozumu — odrzekł wykrętnie.

2396

— Widzę, że Roch nie na próżno kręci się po wsiach — ciągnął tak samo.

2397

— A wespół z panowym stryjaszkiem, jak mogą, tak naród nauczają.

2398

Wtrącił z naciskiem, patrząc mu bystro w oczy, dziedzic zakręcił się jakoś niespokojnie, zagadując o czym innym, ale Antek z rozmysłem wracał do tej sprawy i do różnych chłopskich bolączek, wyrzekając cięgiem[2155] na ciemnotę i opuszczenie, w jakim naród żyje.

2399

— A bo nikogo nie słuchają! Wiem przecież, jak księża pracują nad nimi, jak nawołują do pracy, ale to wszystko groch na ścianę.

2400

— Hale, kazaniem tyle pomoże co umarłemu kadzidłem.

2401

— Więc czymże? Zmądrzałeś, widzę, w kryminale — rzucił z przekąsem, aż Antek poczerwieniał, łypnął ślepiami, ale odrzekł spokojnie:

2402

— A zmądrzałem, bo wiem, że wszystkiemu złemu winni panowie.

2403

— Duby smalone pleciesz, a cóż ci to złego zrobili?

2404

— A to, że za polskich czasów tyle jeno[2156] dbali o naród, żeby go batem popędzać i ciemiężyć, a sami se[2157] tak balowali, jaże[2158] i przebalowali cały naród, że tera[2159] wszystko trza[2160] zaczynać od początku, na nowo.

2405

Dziedzic, że to był prędki[2161], ozgniewał się[2162] i krzyknął:

2406

— A wara ci, chamie jeden, do tego, co panowie robili, pilnuj lepiej gnoju i wideł, rozumiesz! A język trzymaj za zębami, by ci go nie przycięli!

2407

Świsnął szpicrutą i pognał, jaże[2163] w klaczy zagrała wątroba.

2408

Antek zaś poszedł w swoją stronę, a również zły i wzburzony.

2409

— Psie nasienie! — mamrotał gniewnie. — Jaśnie pany, psiekrwie! Jak mu było potrza[2164] chłopskiej łaski, to z każdym się bratał, ścierwo! Sam niewart i wszy pieczonej, a drugich przezywa od chamów! — srożył się kopiąc ze złości muchary stojące mu na drodze.

2410

Już wychodził z lasu na topolową, gdy naraz posłyszał jakby znajome głosy, rozejrzał się uważnie: pod krzyżem tuliła się w cieniu brzózek jakaś bryka zakurzona, zaś na kraju boru stał Jasio organistów z Jagusią.

2411

Przetarł oczy, całkiem pewny, jako[2165] mu się przywidziało, ale nie, stojali[2166] zaledwie o kilkanaście kroków od niego, zapatrzeni w siebie i dziwnie roześmiani.

2412

Zdziwił się niemało nastawiając przy tym uszy, ale chociaż słyszał głosy, nie mógł jednak złożyć i wymiarkować[2167] ani jednego słowa.

2413

— Wracała z boru, on jechał i spotkali się — pomyślał, ale w tym oczymgnieniu ukąsiło go cosik[2168] w serce, sposępniał i głuche, kolące podejrzenie zatargało kajś[2169] we wątpiach[2170].

2414

— Nic drugiego, jeno się zmówili! — lecz dojrzawszy Jasiowe księże obleczenie i jego twarz taką jakąś świętą, uspokoił się odetchnąwszy z niezmierną ulgą, nie poredził[2171] se[2172] jeno[2173] wyrozumieć Jagusi, dlaczego się tak była wystroiła[2174] do boru? i czemu tak modrzały[2175] jej ślepie roziskrzone? czemu jej tak latały czerwone wargi, a biło od niej taką radością? Obiegał ją wilczymi, głodnymi ślepiami, gdy wypinając się naprzód wzdętymi piersiami, podawała króbkę[2176], z której Jasio wybierał jagody, sam jadł i jej wtykał do ust…

2415

— Prawie ksiądz, a chce mu się zabawiać kiej[2177] dzieciak — szepnął z politowaniem i wartko[2178] ruszył ku domowi miarkując[2179] sobie po słońcu, jako[2180] musiało już być kole[2181] podwieczorka.

2416

— Póki nie tknę tej zadry, póty i nie boli! — myślał o Jagusi. — A jak to w niego łakomie patrzała, dziw go nie zjadła. A niechta, a niechta…

2417

Próżno się jednak otrząchał, zadra i tak dolegała mu do żywego.

2418

— A ode mnie to ucieka kieby[2182] od tej zarazy. Juści[2183], nowe sitko na kołek, szczęściem, co z Jasiem nic nie wskóra — rozjątrzał się coraz barzej — poniektóra to jak suka, poleci za każdym, kto zagwizda.

2419

Leciał prędko, ale nie poredził[2184] zgubić tych gorzkich wspominków, jacyś ludzie go wymijali, ani spostrzegł kogo; uspokoił się dopiero pod wsią, gdyż dojrzał organiścinę siedzącą nad rowem z pończochą w ręku, najmłodszy tarzał się przed nią w piasku, a stadko podskubanych gęsi szczypało trawę między topolami.

2420

— Aż tutaj pani zawędrowała z gęsiami? — przystanął obcierając spotniałą twarz.

2421

— Wyszłam naprzeciw Jasia, tylko go patrzeć, jak nadjedzie.

2422

— Dyć ino co wyminąłem go pod lasem.

2423

— Jasia! to już jedzie? — zakrzyczała zrywając się na nogi. — Pilusie, pilu, pilu, a gdzie, szkodniki, a gdzie? — wrzasnęła, bo gęsi jakoś niespodzianie dopadły do żyta stojącego nad drogą i wzieny je zajadle młócić.

2424

— Bryka stała pod figurą, zaś on rozmawiał se z jakąś kobietą.

2425

— Pewnie spotkał znajomą i pogadają. To on tu zaraz nadjedzie. Poczciwa chłopczyna, on nawet obcego psa nie przepuści bez pogłaskania. A którąż to spotkał?

2426

— Nie rozeznałem dobrze, ale zdało mi się, co Jagusię — a widząc, że stara skrzywiła się jakoś niechętnie, dorzucił ze znaczącym prześmiechem: — Nie rozeznałem, bo zeszli mi z oczów kajś w zagaje… pewnikiem przed gorącem…

2427

— Święci Pańscy! co też wam w głowie, Jasio zadawałby się z taką…

2428

— Taka dobra jak drugie, a może i lepsza! — rozgniewał się srodze.

2429

Organiścina chybciej zaruchała[2185] drutami wpatrując się jakoś pilnie w pończochę. — A żeby ci ozór odjęło, pleciuchu jeden — myślała głęboko dotknięta — Jasio miałby z taką dziewą… prawie już ksiądz… — Ale się jej spomniały[2186] różne księżowskie historie i ogarnął ją niepokój, poskrobała się drutem po głowie, postanawiając rozpytać się obszerniej, lecz Antka już nie było, natomiast na drodze od lasu podniósł się tuman kurzawy i toczył się ku niej coraz prędzej, a nie wyszło i Zdrowaś[2187], już Jasio ściskał ją z całej mocy i skamlał serdecznie:

2430

— Mamusiu kochana! Mamusiu!

2431

— Święci Pańscy! Ady mnie udusisz! Puść, smoku, puść! — i kiedy puścił, sama wzięła go ściskać, całować a wodzić po nim rozkochanymi oczyma.

2432

— A to cię wychudzili, kruszyno! Takiś blady, synaczku! Takiś mizerny!

2433

— Rosoły na święconej wodzie nie pasą! — śmiał się pohuśtując brata, któren[2188] jaże[2189] piszczał z radości.

2434

— Nie bój się, już ja cię odpasę — szeptała gładząc go pieściwie po twarzy.

2435

— To jedźmy, mamusiu, prędzej będziemy w domu.

2436

— A gęsi? Święci Pańscy, znowu w szkodzie!

2437

Skoczył wyganiać, gdyż się były dorwały żyta łuskając kłosy aż miło, potem brata usadził w bryce i zapędzając przed sobą gęsi szedł środkiem drogi rozpowiadając o podróży.

2438

— Patrz no, jak się bęben umazał! — zauważyła wskazując na małego.

2439

— Dobrał się do moich jagód. Jedz, Stasiu, jedz! Spotkałem w lesie Jagusię, wracała z jagód i trochę mi usypała… — zrumienił się wstydliwie.

2440

— Właśnie przed chwilą mówił mi Boryna, że was spotkał…

2441

— Nie widziałem go, musiał gdzieś bokiem przechodzić.

2442

— Moje dziecko, na wsi ludzie widzą przez ściany nawet i to, czego wcale nie było! — wyrzekła z naciskiem, spuszczając oczy na rozmigotane druty.

2443

Jasio jakby nie zrozumiał, gdyż dojrzawszy stado gołębi lecące nisko nad zbożami, śmignął za nimi kamieniem i zawołał wesoło:

2444

— Zaraz poznać po wypasionych brzuchach, że to proboszczowskie…

2445

— Cicho, Jasiu, jeszcze kto usłyszy! — skarciła go łagodnie, rozmarzając się myśleniem, jak to on zostanie kiedyś proboszczem, a ona usiędzie przy nim na stare lata dożywać dni swoich w spokoju i szczęśliwości.

2446

— A kiedyż to Felek przyjedzie na wakacje?

2447

— To mama nie wie, że go aresztowali?

2448

— Święci Pańscy! Aresztowany! i cóż to zbroił? A zawsze mówiłam, a przepowiadałam, że źle skończy! Taki łajdus, w sam raz było mu iść na jakiego pisarka, ale młynarzom zachciało się zrobić z niego doktora! A tak się nim pysznili, tak nosy zadzierali, a teraz synek w kryminale, mają pociechę! — aż się trzęsła z jakiejś mściwej radości.

2449

— Ależ to zupełnie co innego, siedzi w cytadeli.

2450

— W cytadeli, a to musi być coś politycznego? — zniżyła głos.

2451

Jasio nie umiał odpowiedzieć czy też nie chciał, zaś ona szepnęła trwożnie:

2452

— Moja kruszyno, tylko ty nie mieszaj się do niczego.

2453

— U nas nawet mówić nie wolno o takich rzeczach, zaraz by wypędzili.

2454

— A widzisz! Wypędziliby cię i nie zostałbyś księdzem! Ady bym umarła ze wstydu i zgryzoty! Boże mój, zmiłuj się nad nami!

2455

— Niech się mama o mnie nie boi.

2456

— Przecież rozumiesz, jak harujemy i zabiegamy, aby chociaż wam było trochę lepiej. Sam wiesz, jak ciężko, tyle nas w domu, a przychody coraz mniejsze i żeby nie te trochę ziemi, to byśmy przy naszym proboszczu musieli nieraz głodem przymierać. Wiesz, proboszcz się teraz sam godzi z chłopami o śluby i pogrzeby, sam, słyszane to rzeczy! powiada, że ojciec z ludzi zdzierał! Jaki mi dobrodziej z cudzej kieszeni.

2457

— A bo naprawdę zdzierał! — wykrztusił nieśmiało.

2458

— Co ty! Na ojca będziesz powstawał? na rodzonego ojca! A jeśli zdzierał, to dla kogo? Przecież nie dla siebie, a tylko dla was, dla ciebie, na twoją naukę — zaskarżyła się boleśnie.

2459

Jasio zaczął ją przepraszać, ale mu przerwało jakieś jazgotliwe dzwonienie, płynące gdzieś od stawu.

2460

— Słyszy mama? pewnie ksiądz idzie do chorego z Panem Jezusem.

2461

— Prędzej to dzwonią na pszczoły, żeby nie uciekły, musiały się wyroić na plebanii. Proboszcz więcej teraz pilnuje swojego byka i pasieki niźli kościoła.

2462

Dochodzili właśnie smętarza[2190], gdy naraz sypnął się na nich brzękliwy szum, że Jasio ledwie zdążył krzyknąć na furmana:

2463

— Pszczoły! trzymajcie konie, bo się spłoszą.

2464

Jakoż nad placem kościelnym huczał ogromny rój, niósł się górą kieby[2191] rozbrzęczana chmura, kołował upatrując sposobnego miejsca, to zniżał się przepływając między drzewami, a za nim leciał ksiądz w portkach jeno[2192] i koszuli, bez kapelusza, zaziajany i nieustannie machający kropidłem, zaś Jambroż skradając się bokami, w cieniach, przydzwaniał zajadle i wrzeszczał; obiegli plac parę razy nie zwalniając ani na chwilę, gdyż pszczoły opadały coraz niżej, jakby zamierzając opaść na który z domów, że już dzieci pierzchały spod ścian, ale naraz poderwały się ździebko[2193] i szły prosto na Jasiową brykę; wrzasnęła organiścina i zadarłszy kieckę na głowę przycupła kajś[2194] w rowie, konie zaczęły się rwać, aż furman skoczył zakryć im ślepie, gęsi się rozleciały, a jeno Jasio stał spokojnie z zadartą głową, rój zakręcił z nagła tuż nad nim i poszedł prosto na dzwonnicę.

2465

— Wody! — ryknął proboszcz puszczając się w cwał za nimi, dopadł z bliska i tak je skropił, że nie mogąc już ruchać przemiękłymi skrzydłami, zaczęły się osadzać w dzwonnicznym oknie.

2466

— Jambroż! drabina, sitko, a prędzej, bo uciekną! Ruszaj się, kulasie! Jak się masz, Jasiu, zrób no ognia w trybularzu[2195], trzeba je podkurzyć, to się uspokoją! — wrzeszczał zgorączkowany, nie przestając skrapiać opadającego roju, a nie upłynęło i Zdrowaś, drabina stała pod dzwonnicą, Jambroż przydzwaniał, Jasio dymił z trybularza niby z komina, zaś ksiądz piął się w górę i dosięgnąwszy pszczół gmerał między nimi wyszukując matki.

2467

— Jest! Chwała Bogu, już nie uciekną! Podkurz, Jasiu, od spodu, bo się rozłażą! — rozkazywał zgarniając gołymi rękami pszczoły; nic się bowiem nie bojał[2196], chociaż obsiadły mu głowę i łaziły po twarzy, jeno[2197] pogadując cosik do nich zbierał je do sitka i zbierał, gdyż rój był ogromny.

2468

— Uważać! burzą się, mogą ciąć! — ostrzegał schodząc z drabiny, otoczony całą chmarą wirującą nad nim z brzękiem i szumem, a zeszedłszy na ziemię poniósł sito przed sobą tak ważnie i uroczyście kieby[2198] tę monstrancję, Jasio go okadzał kołysząc trybularzem, Jambroż dzwonił pokrapiając raz po raz i w takiej ano procesji walili do pasieki za plebanią, kaj[2199] w osobnym zagrodzeniu stało kilkadziesiąt uli rozbrzęczanych, jakby w każdym się roiło.

2469

A kiedy ksiądz zajął się obsadzaniem pszczół, Jasio, dobrze już głodny i utrudzony, wysunął się cichaczem do domu.

2470

Juści, co[2200] ucieszyli się nim niezmiernie, a co tam było pisków, całowań i pytań, tego i nie wypowiedzieć, zaś skoro przeszła pierwsza radość, usadzili go za stołem i dalejże znosić przeróżne smaki a podtykać, a molestować i zachęcać do jadła, jaże[2201] cały dom się trząsł od wrzasków i bieganiny, gdyż wszyscy naraz pragnęli mu usłużyć i być jak najbliżej.

2471

Właśnie na taki rejwach[2202] wpadł zziajany Grzela, wójtów brat, rozpytując się niespokojnie, czy nie widzieli Rocha? Ale nikt go nie widział na oczy.

2472

— Nie mogę go nikaj[2203] naleźć — wyrzekał frasobliwie i nie wdając się w rozmowy poleciał dalej szukać po chałupach, a zaraz po jego odejściu zawołano Jasia na plebanię. Ociągał się, zwłóczył, ale iść musiał.

2473

Proboszcz czekał w ganku przy podwieczorku, wycałował go po ojcowsku i usadziwszy przy sobie rzekł wielce łaskawie:

2474

— Rad jestem, żeś przyjechał, będę miał z kim odmawiać brewiarz! Ale wiesz, ile mam tegorocznych rojów? Piętnaście! A mocne, jak stare, już niektóre zarobiły miodem po ćwierć ula! Wyroiło się więcej, Ambrożemu kazałem pilnować pasieki, ale usnęła trąba, i pszczółki fiut… na bory i lasy. A jeden rój ukradł mi młynarz! No, mówię ci, że ukradł! Uciekły na jego gruszę, zabrał jak swoje i ani chciał słuchać o oddaniu! Zły o byka, to mści się na mnie, jak może, rabuś jeden. Słyszałeś to już o Felku? Te gałgany to tną jak osy, a sio! — zajęczał opędzając się chusteczką od much, padających mu cięgiem[2204] na łysinę.

2475

— Tylko tyle, że siedzi w cytadeli.

2476

— Żeby się choć na tym skończyło! Doigrał się, co? A mówiłem, a przekładałem, nie słuchał osieł jeden i ma teraz bal! Stary ryfa[2205] i bufon[2206], ale Felka szkoda, zdolna szelma, po łacinie umie ekspedite, że i biskup lepiej nie potrafi. Cóż, kiedy we łbie pstro i dalejże wybierać się z motyką na słońce… A powiedziano: jakże to… aha! czego nie wolno, nie rusz, a co zakazane, obchodź z daleka. Pokorne cielę dwie matki ssie… tak… — ciągnął ciszej i już coraz słabiej, opędzając się przed muchami. — Zapamiętaj to sobie, Jasiu! No, mówię, zapamiętaj! — zwiesił głowę zapadając w głęboki fotel, ale gdy Jasio powstał z krzesła, otworzył oczy i zamamrotał: — Zmęczyły mnie pszczółki! A przychodź wieczorami na brewiarz. Ale uważaj na siebie i nie spoufalaj się z chłopami, bo kto się zada z plewami, tego świnie zjedzą! No, mówię, zjedzą i basta! — przysłonił łysinę chustką i zachrapał już na dobre.

2477

Snadź[2207] tak samo myślał organista, albowiem kiedy parobek wyprowadzał konie na pastwisko i Jasio skoczył na jednego, stary zakrzyczał:

2478

— Zleź mi zaraz! Nie pasuje, żeby ksiądz jeździł na oklep i zadawał się z pastuchami!

2479

Strasznie chciało mu się jechać, ale zlazł jak niepyszny i ponieważ mrok już zapadał, poszedł za ogrody odmówić wieczorne pacierze, ale mógł się to zebrać w sobie, kiedy jakaś dzieuszyna[2208] piesneczka[2209] dzwoniła gdzieś niedaleko i baby rajcowały w jakimś sadzie, że każde słowo leciało po rosie, i wrzeszczały dzieci kąpiące się w stawie, kajś[2210] znów śmiechy się zatrzęsły, to ryki krów, to księże perliczki darły się przenikliwie i cała wieś huczała przeróżnymi pogłosami niby ten ul rozbrzęczany, że cięgiem[2211] mu się myliło, a gdy nareszcie uchwycił wątek i przyklęknąwszy pod żytem wtopił rozmodlone oczy w to niebo rozgwiażdżone i poniósł duszę kajś w zaświaty, Mąż, Żona, Przemoc, Wieś, Chłopbuchnęły od wsi takie przeraźliwe krzyki, lamenta i przeklinania, że poleciał ku domowi wystraszony wielce i niespokojny.

2480

Matka właśnie wyszła go wołać na kolację.

2481

— Co się tam stało? Biją się czy co?

2482

— Józef Wachnik wrócił z kancelarii trochę pijany i pobił się ze swoją. Dawno się już babie należała porządna frycówka. Nie bój się, nic jej nie będzie.

2483

— Ależ krzyczy, jakby ją ze skóry obdzierał.

2484

— Zwyczajne babskie wrzaski, żeby ją prał kijem, to by była cicho! Odbije mu ona jutro za swoje, odbije! Chodź, kruszyno, bo kolacja przestygnie.

2485

Ledwie tknął jadła i czując się wielce zdrożony, zaraz położył się spać. Ale rano, jak tylko słońce zaświeciło, już był na nogach. Obleciał pole, przyniósł koniom koniczyny, podrażnił księże indory, jaże[2212] się rozbulgotały, przywitał pieski, że dziw łańcuchów nie pozrywały z radości, sypnął ziarna gołębiom, pomógł młodszemu wypędzać krowy, narąbał drzewa za Michała, spenetrował w sadzie dojrzewające małgorzatki, pofiglował ze źrebakiem i był wszędy i wszystko witał całującymi oczami, jak przyjacioły serdeczne, jak braty rodzone, nawet te malwy osypane kwiatem, nawet te prosięta grzejące się na słońcu, nawet pokrzywy i chwasty, przytajone pod płotami, aż matka biegająca za nim rozkochanymi spojrzeniami szeptała z pobłażliwym uśmiechem:

2486

— Wariacie jeden! wariacie!

2487

A on snuł się i promieniał jako ten dzień lipcowy, jasny, roześmiany, rozsłoneczniony, wezbrany ciepłem i ogarniający wszystek świat duszą miłującą, ale skoro zadzwoniła sygnaturka, rzucił wszystko i poleciał do kościoła.

2488

Proboszcz wyszedł z wotywą[2213], poprzedzał go Jasio w nowej komży, przybranej świeżo czerwonymi wstęgami, organy zagrały przebieraną, hukliwą nutą, z chóru podniósł się grubachny głos, od którego zadrgały światła, kilkanaście osób przyklękło przed ołtarzem — i zaczęło się nabożeństwo.

2489

Jasio, chociaż służył do mszy, a w przerwach żarliwie się modlił, jednak dostrzegł Jagusię klęczącą nieco z boku i co podniósł głowę, to widział jej modre, błyszczące oczy wlepione w siebie i jakiś przytajony uśmiech na rozchylonych, czerwonych wargach.

2490

Zaraz po kościele zabrał go ksiądz na plebanię i zasadził do pisania, że dopiero po południu wyrwał się na wieś odwiedzać znajomków.

2491

Najpierw zaszedł do Kłębów, gdyż siedzieli najbliżej, przez dróżkę jeno, w chałupie jednak nie zastał nikogo, a tylko w sieniach, wywartych[2214] na przestrzał, Śmierć, Starość, Wieś, Chłopcosik[2215] zaruszało się w kącie, a jakiś głos zachrypiał:

2492

— Dyć[2216] to ja, Jagata! — uniesła[2217] się rozkładając ręce ze zdumienia — Jezu, pan Jasio!

2493

— Leżcie spokojnie. Chorzyście, co? — pytał troskliwie i przysunąwszy se[2218] pieniek przysiadł blisko, ledwie rozpoznając jej twarz wyschniętą kiej[2219] ziemia.

2494

— Jeno[2220] już Pańskiego miłosierdzia czekam — głos jej zabrzmiał uroczyście.

2495

— Cóż to wam jest?

2496

— A nic, śmierć se we mnie rośnie i na żniwo czeka. Kłęby me[2221] ano przytuliły, bym se u nich pomerła[2222], to pacierz mówię i wyglądam cierpliwie onej[2223] godziny, kiej[2224] kostucha zapuka i powie: pódzi[2225], duszo umęczona.

2497

— Czemuż do izby was nie przeniosą?

2498

— Hale, póki nie pora, to co ta bede[2226] im zabierała miejsce… i tak cielaka musiały ze sieni wyprowadzić. Ale mi przyobiecały, że na tę ostatnią moją godzinę to me[2227] przeniosą do izby, na łóżko pod obrazy, i świecę mi zapalą… i księdza sprowadzą… a potem we świąteczne szmaty me przyobleką i pochowek sprawią gospodarski. Juści, dałam na wszystko… a ludzie poczciwe sieroty może nie ukrzywdzą. Niedługo przeciek[2228] bede im tu zawalać, nie… i przy świadkach mi przyobiecały, przy świadkach.

2499

— A nie przykrzy się wam samej? — głos mu nasiąkł żałością i łzami.

2500

— Całkiem mi dobrze, paniczku. A mało to świata dojrzę se[2229] przez drzwi? kto przejdzie drogą, kto gdziesik[2230] zagada, kto i zajrzy, kto nawet rzuci to poczciwe słowo, że jakbym se po wsi wędrowała. A pójdą wszystkie do roboty, to kokoszki pogrzebią w śmieciach, gadzina[2231] pochrząka za ścianą, pieski zajrzą, wróble wpadną do sieni, słońce ździebko[2232] poświeci przed zachodem, a niekiej[2233] wisus jaki ciepnie[2234] pecyną i dzionek zleci, ani się człowiek spodzieje. A nocami też do mnie przychodzą, juści… a niejedne…

2501

— Któż taki? kto? — zajrzał z bliska w jej otwarte, a jakby niewidzące oczy.

2502

— A te moje, co się im już dawno pomarło, a te powinowate i znajome. Prawdę mówię, paniczku, przychodzą… A kiedyś — szeptała z uśmiechem nieopowiedzianego szczęścia i słodyczy — to przyszła do mnie Panienka i powieda[2235] cichuśko: „Leż se, Jagato, Pan Jezus cię wynagrodzi!…” Sama Częstochowska, zaraz poznałam… w koronie ano była, w płaszczu, a cała we złocie i koralach. Pogładziła me[2236] po głowie i rzekła: „Nie bój się, sieroto, gospodynią se będziesz pierwszą na niebieskim dworze, panią se będziesz, dziedziczką…”

2503

I tak se gaworzyła starucha kiej[2237] ta zasypiająca ptaszka, zaś Jasio przychylony nad nią słuchał i patrzał kieby[2238] w jakąś nieodgadnioną głąb, kaj[2239] cosik[2240] tajnego bulgoce i gada, i błyska, i coś takiego się dzieje, czego już zgoła człowieczy rozum nie rozbierze. Zrobiło mu się jakoś strasznie, ale nie poredził[2241] się oderwać od tej kruszyny ludzkiej, od tego zetlałego źdźbła, co drgając, kieby ten promień gasnący w mroku, jeszcze se[2242] śnił o dniach nowego żywota. Pierwszy raz w życiu tak z bliska zajrzał w człowieczą, nieubłaganą dolę, to i nie dziwota, że przejął go luty[2243] strach, żałość ścisnęła duszę, łzy zatopiły oczy, współczująca litość przygięła go do ziemi, a gorąca, proszalna modlitwa sama się już rwała z warg roztrzęsionych.

2504

Stara przecknęła się i unosząc głowę szepnęła w zachwycie:

2505

— Janioł przenajświętszy! księżyczek mój serdeczny!

2506

On zaś potem długo stał pod jakąś ścianą grzejąc się w słońcu i ciesząc oczy tym dniem jasnym i życiem, jakie wrzało dokoła.

2507

Bo i cóż, że tam jakaś dusza człowiekowa skamlała w pazurach śmierci.

2508

Słońce nie przestało świecić, szumiały zboża, białe chmury przepływały wysoko, wysoko, dzieci bawiły się po drogach, rumieniły się po sadach jabłka dojrzewające, w kuźni biły młoty, jaże[2244] rozlegało się na całą wieś, ktoś wóz rychtował, ktoś kosę nakuwał sposobiąc się do żniw, pachniał chleb świeżo upieczony, rajcowały kobiety, chusty suszyły się po płotach, ruszali się po polach i obejściach, jak co dnia było, jak zawdy[2245], gmerał się rój ludzki wśród trosk i zabiegów ani nawet myśląc, kto tam pierwszy stoczy się z brzega.

2509

Zaśby ta komu przyszło co z tego.

2510

Więc i Jasio prędko się otrząsnął ze smutku i poszedł na wieś.

2511

Posiedział czas jakiś przy Mateuszu, któren[2246] Stachową chałupę wyciągał już do zrębu; postał nad stawem z Płoszkową bielącą płótno; odwiedził chorą Józkę; nasłuchał się wyrzekań wójtowej; przyjrzał się w kuźni, jak kowal stalił kosy i nacinał ostrza sierpów; zajrzał i na ogrody, kaj[2247] pracowało najwięcej dzieuch[2248] i kobiet, a wszędy[2249] wielce byli mu radzi, witając przyjacielsko i patrząc na niego z niemałą dumą: boć lipeckie to było dziecko, więc jakby w krewieństwie ze wszystkimi.

2512

A dopiero na samym ostatku wstąpił do Dominikowej; stara siedziała przed domem i przędła wełnę, dziwił się temu, gdyż oczy miała przewiązane.

2513

— Palcami zmacam i też wiem, jaka nitka, cienka czy ogrubnia — tłumaczyła i bardzo ucieszona z jego odwiedzin, zawołała na Jagusię zajętą kajś[2250] w podwórzu.

2514

Przyleciała zaraz, nieco ino rozdziana, bo tylko we wełniaku i w koszuli, ale dojrzawszy Jasia przysłoniła piersi rękami i sczerwieniwszy się kiej[2251] wiśnia uciekła do chałupy.

2515

— Jaguś, a wynieś no mleka, to może pan Jasio się przechłodzi!

2516

Wyniesła[2252] pokrótce[2253] pełną doinkę[2254] i garnuszek[2255], przybrana już w chusteczkę na głowie, lecz tak jakoś zesromana[2256], że kiej[2257] wzięła nalewać mleko, ręce jej latały i bladła, to czerwieniła się na przemian, nie śmiejąc podnieść oczów.

2517

I cały czas nie odezwała się do niego ani słowa i dopiero kiej poszedł, odprowadziła go na drogę, patrząc za nim, póki jej z oczów nie zginął.

2518

Niewypowiedzianie parło ją cosik[2258] za nim i tak strasznie ponosiło, że aby się nie dać pokusić, wpadła do sadu, chyciła[2259] się oburącz jakiegoś drzewa i przytulając się do niego stanęła bez tchu prawie i przytomności, nakryta, niby płaszczem, gałęziami, zwisłymi od jabłek; stała z przywartymi[2260] powiekami, z uśmiechem zatajonym w kątach warg, pełna szczęśliwości, a zarazem lęku, i pełna jakowychś łez słodkich i lubego dygotu, jak wtedy, kiej patrzała na niego przez okno, w tamtą noc wiośnianą.

2519

Ale i Jasia jakby ciągnęło za nią, bo chociaż bezwolnie, a zaglądał do nich niekiedy na krótką chwilę i odchodził dziwnie rozradowany, a już co dnia widywał ją w kościele, klęczała zawdy[2261] przez całą mszę, a tak wielce rozmodlona i jakby wniebowzięta, że spoglądał na nią ze słodkim wzruszeniem, opowiadając kiedyś o jej pobożności.

2520

Matka tylko wzruszyła ramionami.

2521

— Ma za co przepraszać Pana Boga, ma…

2522

Jasio miał duszę czystą kieby[2262] ten najbielszy kwiat, to i nie zrozumiał przytyku, a że przychodziła do nich, że ją wszyscy w domu lubili, że widział, jaka była pobożna, to mu ani postało w głowie jakie niebądź posądzenie; zdziwił się tylko teraz, że od jego przyjazdu nie była jeszcze ani razu.

2523

— Właśnie posłałam po nią, bo mam dużo do prasowania — odrzekła matka.

2524

I przyszła wkrótce tak wystrojona, że Jasio aż się zdumiał.

2525

— Cóż to, idziecie na wesele?

2526

— A może przysłali do was z wódką? — zapiszczała któraś z dziewczyn.

2527

— Zaśby ta kto śmiał, dyć bym go przepędziła na cztery wiatry! — ośmiała się kraśniejąc[2263] kieby[2264] róża, że to wszyscy na nią patrzeli.

2528

Stara zapędziła ją zaraz do prasowania, poleciały za nią organiścianki wraz z Jasiem i tak się im wkrótce zrobiło wesoło, tak gruchali śmiechem z bele[2265] głupstwa i wrzeszczeli, jaże[2266] organiścina musiała przykarcać:

2529

— Cichocie, sroki! Jasiu, idź lepiej do ogrodu, nie wypada ci tu suszyć zębów.

2530

Kobieta, Miłość, Ksiądz, AniołTo rad nierad wziął książkę i powlókł się jak zwykle w pole, i tam kajś[2267] daleko za wsią, na miedzach, pod gruszami, na granicznych kopcach, przesiadywał zagłębiony w czytaniu albo jeno[2268] se[2269] medytujący.

2531

Ale Jagusia dobrze już znała te samotne schroniska, dobrze wiedziała, kaj[2270] go szukać utęsknionymi oczami, kaj się nieść do niego choćby jeno tą myślą radosną; krążyła bowiem kole[2271] niego kieby[2272] ten motyl w kręgu światła i krążyć musiała, parło ją za nim niepowstrzymanie i wlekło tak nieprzeparcie, że się już dała bez pamięci na wolę tej jakiejś lubej mocy, dała się jakby wodom spienionym, co ją ponosiły w jakoweś wyśnione światy szczęśliwości, dała się wszystką duszą i sercem, ani nawet myśląc, na jaki brzeg ją wyniesą[2273] ni na jaką dolę.

2532

I czy się późną nocą kładła do snu, czy się rankiem zrywała z pościeli, to zawdy[2274] jednym pacierzem dygotało jej serce:

2533

— Obaczę go znowu! obaczę!

2534

A nieraz, kiedy klęczała przed ołtarzem i ksiądz wyszedł ze mszą, i zagrały przejmującą nutą organy, i wionęły kadzielne dymy, i roztrzęsły się gorące szepty pacierzy, i kiedy zapatrzyła się rozmodlonymi oczami w Jasia, któren[2275] biało przybrany, smukły, śliczny, ze złożonymi rękami snuł się w tych dymach i kolorach, jakie biły z okien, to się jej widziało, co żywy janioł[2276] zestąpił z obrazu i oto płynie ku niej ze słodkim prześmiechem… idzie… że raje otwierały się w jej duszy, padała na twarz w proch, przywierając wargami do miejsc, kaj[2277] przeszły jego stopy, i porwana zachwyceniem, śpiewała wszystką mocą człowieczej szczęśliwości:

2535

— Święty! Święty! Święty!

2536

A nieraz i msza się skończyła, i ludzie się porozchodzili, i Jambroż już w pustym kościele przedzwaniał kluczami, a ona jeszcze klęczała, zapatrzona w puste po Jasiu miejsce, rozmodlona przenajświętszą cichością upojenia, tą radością nabrzmiałą do bólu, tymi jeno[2278] łzami, co jej same spływały z oczów, kiej[2279] ziarna pełne, ważkie i przeczyste.

2537

Że już dnie były dla niej jako te ciągłe święta, jako te uroczyste odpusty w nieustannej radości nabożeństwa, jakie się cięgiem[2280] odprawiało w jej duszy, bo kiedy wyjrzała w pole, to dzwoniły jej tym samym dojrzałe kłosy, dzwoniła spieczona ziemia, dzwoniły sady przygięte pod ciężarem owoców, dzwoniły bory dalekie i te wędrujące chmury, i ta przenajświętsza hostia słońca, wyniesiona nad światem, a wszystko śpiewało wraz z jej duszą jeden niebosiężny hymn dziękczynienia i radości:

2538

— Święty! Święty! Święty!

2539

Hej, jaki to świat śliczny, kiej[2281] się nań patrzą rozmiłowane oczy!

2540

A jaki to człowiek mocen w onej świętej godzinie! Z Bogiem by się zmagał, śmierci by się nie dał, nawet doli by się przeciwił. Życie mu jednym weselem, a bratem choćby i ten stwór najmarniejszy! Przed każdym dniem by klękał w podzięce, każdej nocy by błogosławił i na każdym miejscu wszystek by się rozdawał między bliźnie[2282], a bogaczem ostaje, a cięgiem[2283] mu jeszcze przybywa mocy, kochania i dni barzej[2284] cudnych.

2541

Światami dusza się jego nosi, górnie we gwiazdy patrzy z bliska, nieba zuchwale sięga, o wiecznej śni szczęśliwości, bo się jej widzi, że nie ma już kresu ni zapory la[2285] jej mocy i kochania.

2542

Tak się to i Jagusi widziało w tę porę miłowania.

2543

Dnie szły zwyczajne, dnie znojonych przygotowań do żniw, a ona uwijała się przy robotach rozśpiewana niby skowronek, niestrudzenie radosna i weselnie rozkwitła, kieby[2286] ta róża w jej ogródku, kieby te malwy smukła i kieby ten kwiat na bożym zagonie najśliczniejsza i tak ciągnąca oczy, tak wabiąca jarzącymi ślepiami, tak cięgiem[2287] roześmiana, że nawet starzy chodzili za nią oczami, zaś parobcy zaczęli się znowu kole[2288] niej kręcić i wzdychający wystawać pod jej chałupą, ale odprawiała każdego.

2544

— Żebyś nawet wrosnął w ziemię, to i tak niczego nie wystoisz — szydziła.

2545

— Z kużdego[2289] się już prześmiewa! A harna[2290] kieby[2291] dziedziczka! — skarżyli się przy Mateuszu, który jeno westchnął żałośnie, gdyż nawet on tyla jeno wskórał, co mógł niekaj[2292] o zmierzchu pogadywać z Dominikową a patrzeć za Jagusią zwijającą się po izbie i słuchać jej prześpiewek. Patrzał też i nasłuchiwał tak gorąco, że odchodził coraz chmurniejszy i coraz częściej zaglądał do karczmy, a potem w chałupie wyprawiał różne brewerie. Juści, co już najbarzej dostawało się Teresce, że już chodziła ledwie żywa ze zgryzoty, toteż spotkawszy kiedyś Jagusię odwróciła się od niej plecami i splunęła.

2546

Ale Jagusia, zapatrzona kajś[2293] przed się, przeszła nawet jej nie widząc.

2547

Tereska rozgniewana zwróciła się do dzieuch[2294], pierących[2295] nad stawem.

2548

— Widziałyście, jak się to pawi! A to przejdzie i ani już spojrzy na kogo.

2549

— A wystrojona jakby na odpust.

2550

— Jakże, do samego połednia[2296] przesiaduje przy czesaniu.

2551

— I cięgiem[2297] se[2298] kupuje wstęgi a stroiki — dogadywały zawistnie, bo znów od jakiegoś czasu, niech się jeno[2299] pokazała na wsi, chodziły za nią babie spojrzenia ostre kiej[2300] pazury i jadowite kieby[2301] żmije. Brały ją też na ozory przy leda sposobności, a nicowały, że niech Bóg broni, nie mogły jej bowiem darować, że się stroiła jak żadna i że była ponad wszystkie urodniejsza, żeby już nie spominać, co wyprawiała z chłopami.

2552

— Wynosi się nad drugie, jaże[2302] trudno ścierpieć!

2553

— I przystraja się kieby dziedziczka i skąd to na to bierze!

2554

— Cie, a za cóż to wójt ma u niej łaski?

2555

— Powiadają, jako i Antek nie skąpi — przepowiadały se na ucho gospodynie zebrawszy się w opłotkach Płoszkowej.

2556

— Antek dba tyla o nią, co pies o piątą nogę — wtrąciła Jagustynka — tam jest w przygodzie ktoś drugi! — zaśmiała się tak domyślnie, że jęły[2303] ją molestować na wszystkie świętości, ale się nie wygadała, jeno[2304] im w końcu rzekła:

2557

– Ja to plotów nie roznoszę. Macie oczy, to wypatrzcie same.

2558

Jakoż od tej chwili sto par ślepiów jeszcze zacieklej poszło na prześpiegi trop w trop za Jagusią, kiej te gończe za zajączkiem.

2559

Ale Jagusia, chociaż na każdym kroku spotykała te przyczajone, stróżujące ślepie, nie domyślała się niczego; co ją tam zresztą obchodziło, kiej[2305] mogła w każdej porze obaczyć Jasia i topić się w jego oczach na śmierć.

2560

Na organistówkę zaglądała prawie już co dnia i zawdy[2306] w takim czasie, gdy Jasio był w domu, że nieraz kiej[2307] zasiadał z bliska i kiej poczuła na sobie jego spojrzenie, to dziw nie omdlewała z lubości, oblewał ją war, nogi się trzęsły i serce łomotało kieby młotem, zaś indziej, gdy w drugim pokoju nauczał siostry, to jaże[2308] dech przytajała zasłuchana w jego głosie niby w tym słodkim dzwonieniu, aż organiścina spostrzegła:

2561

— Co tak pilnie nasłuchujecie?

2562

— Bo pan Jasio tak prawi naucznie[2309], że niczego nie poredzę[2310] wyrozumieć!

2563

— Chcielibyście! — zaśmiała się pobłażliwie. — Abo to w małych szkołach się uczy — przyrzuciła z dumą, wdając się w szeroką pogawędkę o synu, lubiła ją bowiem i rada zapraszała, że to Jagusia chętna była do pomocy przy każdej robocie, a przy tym często gęsto i przynosiła co niebądź; to gruszek, to jagódek, to nawet niekiej[2311] i osełkę świeżego masła.

2564

Jagusia wysłuchiwała zawdy[2312] tych opowiadań z jednaką żarliwością, lecz skoro Jasio ruszył się z domu, i ona śpieszyła się niby to do matki; strasznie bowiem lubiała naglądać za nim z daleka i nieraz przyczajona we zbożu lub za jakimś drzewem patrzała w niego długo i z taką tkliwością, że nie mogła się powstrzymać od płaczu.

2565

Kobieta, NaturaAle już najmilsze były la[2313] niej te krótkie, nagrzane, jasne noce, że kiej[2314] jeno[2315] matka zasnęła, wynosiła pościel do sadu i leżąc na wznak, zapatrzona w niebo migocące przez gałęzie, zapadała w jakieś przenajsłodsze niezmierzoności marzenia. Upalne wiewy nocy muskały ją po twarzy, gwiazdy zaglądały w oczy szeroko otwarte, nabrane zapachami głosy ciemnic, głosy pełne niepokojącego żaru i lubości, zadyszane szepty liści, senne, urywane szmery stworzeń, jakby stłumione westchnienia, jakby wołania, idące kajś[2316] spod ziemi, jakby chichoty strwożone, lały się w nią dziwną muzyką i przejmowały warem, dygotem, zapierały dech i prężyły w takich ciągotkach, że staczała się na chłodne, oroszone trawy, padając ciężko jak owoc dostały[2317]… i leżała bezwładnie wezbrana jakąś świętą, rodną mocą, niby te pola dojrzewające, niby te gałęzie owocem ciężarne, niby ten łan źrałej pszenicy, gotów się dać sierpom, ptakom czy wichrom, bo już na każdą dolę zarówno tęsknie czekający.

2566

Takie to miała Jagusia te krótkie, nagrzane, jasne noce i takie to te skwarne, rozprażone dnie lipcowe, że mijały kieby[2318] sen słodki, cięgiem pragniony.

2567

Chodziła też jak we śnie, ledwie już miarkując, kiedy był dzień, a kiedy noc.

2568

Dominikowa czuła, że się z nią wyrabia cosik[2319] dziwnego, ale nie mogła wyrozumieć, więc tylko się radowała jej niespodzianej i żarliwej pobożności.

2569

— Powiem ci, Jaguś, że kto z Bogiem, z tym Bóg! — powtarzała z dobrością[2320].

2570

Jagusia jeno się uśmiechała, pełna cichej, pokornej szczęśliwości a czekania.

2571

I któregoś dnia całkiem niechcący natknęła się na Jasia, siedział pod kopcem granicznym z książką w ręku, nie mogła się już cofnąć i stanęła przed nim, okryta rumieńcem i mocno zesromana[2321].

2572

— Cóż wy tu robicie?

2573

Jąkała się strwożona, czy aby się czego nie domyśla.

2574

— Siadajcie, widzę, żeście się zmęczyli.

2575

Wagowała[2322] się nie wiedząc, co począć, pociągnął ją za rękę, że przysiadła pobok[2323], spiesznie chowając bose nogi pod wełniak.

2576

Ale i Jasio był zmieszany, rozglądał się jakoś bezradnie dokoła.

2577

Pusto było na polach, lipeckie dachy i sady wynosiły się ze zbóż jakoby wyspy dalekie, wiater ździebko przegarniał kłosami, pachniało rozgrzaną macierzanką i żytem, jakiś ptak przeleciał nad nimi.

2578

— Strasznie dzisiaj gorąco! — zauważył, aby jeno[2324] zacząć.

2579

— I wczoraj przypiekało niezgorzej! — chycił[2325] ją za gardziel jakiś radosny lęk, że ledwie mogła przemówić.

2580

— Lada dzień zaczną się żniwa.

2581

— Pewnie… juści… — przytwierdzała wlepiając w niego ciężkie oczy.

2582

Uśmiechnął się i spróbował mówić swobodnie, prawie żartem:

2583

— Jagusia to co dzień ładniejsza…

2584

— Kaj[2326] mi tam do ładności! — stanęła w pąsach, pociemniałe oczy buchnęły płomieniami, a wargi zadrgały w przytajonym prześmiechu radości.

2585

— I naprawdę Jagusia nie chce iść za mąż?

2586

— Ani mi się śni, abo mi to źle samej!

2587

— I żaden się wam nie podoba, co? — nabierał coraz więcej śmiałości.

2588

— Żaden, nie żaden! — trzęsła głową patrząc w niego rozmarzonymi słodko oczami, nachylił się i zajrzał głęboko w te modre przepaście; modlitwę miała w spojrzeniu, najgłębszą i najsłodszą, i najdufniejszą, żarliwy krzyk serca rwący się w czas Podniesienia. Dusza się w niej trzepotała kiej[2327] te skry słońca nad polami, kiej ptak rozśpiewany wysoko nad ziemią.

2589

Cofnął się jakoś dziwnie niespokojnie, przetarł oczy i wstał.

2590

— Muszę już iść do domu! — skinął głową na pożegnanie i poszedł szeroką miedzą ku wsi czytając kiej niekiej[2328] książkę, to błądząc oczami, ale w jakiś czas obejrzał się i przystanął.

2591

Jagusia szła za nim o parę kroków.

2592

— Bo i mnie tędy najbliżej — tłumaczyła się jakoś spłoszona.

2593

— To pójdźmy razem — mruknął, nie bardzo rad z towarzystwa, wlepił oczy w książkę i z wolna idąc czytał se półgłosem.

2594

— O czym to napisane? — spytała lękliwie, zazierając[2329] w karty.

2595

— Jak chcecie, to wam trochę poczytam.

2596

Że akuratnie niedaleczko miedzy stało rozłożyste drzewo, to przysiadł w cieniu i zaczął czytać, Jagusia kucnęła naprzeciw i wsparłszy brodę na pięści zasłuchała się całą duszą, nie spuszczając z niego oczów.

2597

— Jakże się wam podoba? — rzucił po chwili, unosząc głowę.

2598

Sczerwieniła się i uciekając z oczami bąknęła wstydliwie:

2599

— Bo ja wiem… To nie o królach historia, co?

2600

Jeno się skrzywił i wziął znowu czytać, ale już wolno, wyraźnie i słowo po słowie: o polach i zbożach czytał, o jakimś dworze, stojącym we brzozowym gaju, jakby o dziedzicowym synu, któren do dom wrócił, i o dworskiej panience, co siedziała se z dziećmi na ogrodzie… A wszyćko było utrafione do wiersza, rychtyk[2330] kieby[2331] w tych pobożnych śpiewaniach, jakby je kto wypominał z ambony, że nieraz chciało się jej westchnąć, przeżegnać i zapłakać, tak szło do serca.

2601

Ale strasznie gorąco było w tym zaciszu, kaj[2332] siedzieli, kręgiem stała gęsta ściana żyta przepleciona modrakiem, wyczką i pachnącym powojem, że ani jeden powiew nie przechładzał, a jeno[2333] w tej upalnej cichości sypał się niekiedy chrzęst obwisłych kłosów, czasem wróble zaćwierkały wśród gałęzi, bzyknęła przelatująca pszczoła i dzwonił Jasiowy głos, wezbrany dziwną słodyczą, lecz Jagusia, chociaż wpatrzona była w niego jakby w ten obraz najśliczniejszy i nie straciła ani jednego słowa, kiwnęła się raz i drugi, bo ją rozbierało gorąco i morzył śpik[2334], że ledwie już mogła wytrzymać.

2602

Na szczęście, przerwał czytanie i zajrzał jej głęboko w oczy.

2603

— Prawda, jakie śliczne, co?

2604

— Juści, co śliczności… jakbym tego kazania słuchała.

2605

Jaże oczy mu rozbłysły, a na twarz wystąpiły kolory, gdy zaczął rozpowiadać, czytając raz jeszcze te miejsca, kaj[2335] było o polach i lasach, ale mu przerwała:

2606

— Przeciek[2336] i dziecko wie, co[2337] w borach rosną drzewa, w rzekach jest woda i sieją na polach, to po co ta drukować o tym wszyćkim[2338]?…

2607

Jasio aż się cofnął ze zdumienia.

2608

— Mnie to się jeno[2339] spodobają takie historie o królach, o smokach albo i o strachach, co to jak się o nich słucha, to jaże[2340] mrówki człowieka obłażą i jakby zarzewia nasuł[2341] do piersi. Jak Rocho nieraz powiedają takie historie, to bym go słuchała dzień i noc. A czy pan Jasio ma o tym książki?

2609

— A któż by czytał takie bajdy! — buchnął wzgardliwie, głęboko zgorszony.

2610

— Bajdy! Hale, przeciek[2342] Rocho czytał o tym i z drukowanego.

2611

— Głupstwa wam czytał i same cygaństwa!

2612

— Jakże, to by se ino[2343] la[2344] cygaństwa umyślali takie cudeńka?…

2613

— A tak, wszystko bajki a zmyślenia.

2614

— To nieprawda i o południcach[2345], i o smokach? — pytała coraz żałośniej.

2615

— Nieprawda, mówię wam przecież! — odpowiadał zniecierpliwiony.

2616

— To i o tym też nieprawda, jak to Pan Jezus wędrował ze świętym Piotrem, co?…

2617

Nie zdążył odrzec, bo nagle jakby wyrosła spod ziemi Kozłowa i stając przy nich patrzała naśmiechliwymi ślepiami.

2618

— A to pana Jasia szukają po całej wsi — rzekła słodziuśko.

2619

— Cóż się tam stało?

2620

— Jaże[2346] trzy bryki ziandarów przyjechało na plebanię.

2621

Zerwał się niespokojnie i poleciał prawie w dyrdy[2347].

2622

Jagusia też poszła ku wsi, ale dziwnie czegoś markotna.

2623

— Pewnikiem przerwałam waju[2348] pacierze, co? — syknęła Kozłowa idąc pobok[2349].

2624

— Zaśby ta pacierze! Czytał mi z książki takie historie, ułożone do wiersza.

2625

— Cie… a ja miarkowałam całkiem co drugiego. Organiścina pchnęła[2350] me[2351] go szukać… lecę w tę stronę, rozglądam się… pusto… tknęło me cosik[2352], bych[2353] zajrzeć pod gruszkę… patrzę… siedzą se jakieś turkaweczki… gaworzą… Juści, miejsce sposobne… z dala od ludzkich oczów… juści…

2626

— Żeby wam ten paskudny ozór pokręciło — buchnęła wyrywając się naprzód.

2627

— I będzie cie[2354] miał kto rozgrzeszyć! — krzyknęła za nią urągliwie.

X

2628

Jagusia zaraz na wstępie pomiarkowała, że na wsi dzieje się cosik ważnego, psy jakoś zajadlej naszczekiwały w obejściach, dzieci kryły się po sadach wyzierając jeno zza drzew i płotów, ludzie już ściągali z pól, chociaż słońce było jeszcze wysoko, gdzieś znów zbierały się rajcujące cicho kobiety, a na wszystkich twarzach widniał srogi niepokój i wszystkie oczy pełne były lęku i oczekiwań.

2629

— Co się to wyrabia? — spytała Balcerkówny, wyglądającej zza węgła.

2630

— Nie wiem, toć pono[2355] wojsko idzie od boru.

2631

— Jezus, Maria! wojsko! — nogi się pod nią ugięły ze strachu.

2632

— A Kłębiak co ino mówił, że kozaki ciągną od Woli — dorzuciła lecąca kajś Pryczkówna.

2633

Jagusia przyśpieszyła kroku, w niemałej już trwodze dopadając chałupy, matka siedziała w progu z kądzielą, a przy niej parę rozgadanych kobiet.

2634

— Widziałam jak was, siedzą w ganku, a starsze u proboszcza na pokojach.

2635

— A po wójta posłali Michała organistów.

2636

— Po wójta! Moiściewy, to nie przelewki. Ho, ho, wyjdą z tego historie, wyjdą…

2637

— A może jeno[2356] przyjechały ściągać podatki.

2638

— Hale, to by jaże[2357] w tyla narodu[2358] przyjeżdżały, co? Musi być co drugiego.

2639

— Pewnie, ale nic dobrego z tego nie wyjdzie, obaczycie, spomnicie moje słowa.

2640

— To ja wam rzeknę, po co przyjechały — zaczęła Jagustynka przystępując do nich.

2641

Zbiły się w kupę i kiej gęsi powyciągały szyje nasłuchując z chciwością.

2642

— A to będą was zapisywały do wojska — zaśmiała się skrzekliwie, ale żadna nie zawtórzyła, tylko Dominikowa rzekła z przekąsem:

2643

— Cięgiem[2359] się was trzymają psie figle.

2644

— A bo z igły robita[2360] widły! Wszystkie dziw zębów nie pogubią ze strachu, a każda by rada jakiej przygodzie. Wielka mi rzecz ziandary[2361].

2645

Płoszkowa wtoczyła swój spaśny[2362] kałdun[2363] w opłotki i dalejże rozpowiadać, jak to ją zaraz cosik tknęło, kiej[2364] dojrzała bryki, jak to…

2646

— Cichojta! Ano Grzela z wójtem lecą na plebanię.

2647

Poniesły[2365] oczy na drugą stronę stawu, przeprowadzając idących.

2648

— Cie, to i Grzelę wołają.

2649

Ale nie zgadły, bo Grzela puścił brata naprzód, a sam obejrzał bryki, stojące przed plebanią, wypytał furmanów, przyjrzał się żandarmom siedzącym w ganku i jakoś mocno zaniepokojony poleciał do Mateusza zajętego przy Stachowej chałupie; właśnie był siedział okrakiem na zrębie zacinając łuzy la[2366] osadzenia krokwi[2367].

2650

— Nie odjechały jeszcze? — pytał nie przestając rąbać.

2651

— A nie, to jeno bieda, że nie wiada, po co przyjechały.

2652

— I w tym się cosik[2368] tai niedobrego! — zająkał stary Bylica.

2653

— A może o zebranie! Naczelnik się wygrażał, a strażniki już się tu i owdzie przewiadywały, kto Lipce buntuje — rzekł Mateusz zesuwając się na ziemię.

2654

— To by rychtyk wypadało, że przyjechały po mnie! — szepnął Grzela rozglądając się niespokojnie, przybladł i ciężko robił piersiami.

2655

— A mnie się widzi, co prędzej by po Rocha! — zauważył Stacho.

2656

— Prawda, przeciek[2369] się już o niego przepytywali! Że mi to nawet w myślach nie postało! — odetchnął z ulgą, lecz srodze zatroskany o niego, rzekł smutnie:

2657

— Ani chybi, że jeśli mają kogo wziąć, to tylko Rocha!

2658

— Jakże, możemy go to dać, co? Rodzonego ojca, co? — krzyczał Mateusz.

2659

— Hale, nie sposób się im przeciwić, ani mowy o tym…

2660

— Niechby się kaj schował, trza go przestrzec, juści… — jąkał Bylica.

2661

— A może to co drugiego, może to z wójtem sprawa — wtrącił nieśmiało Stacho.

2662

— Na wszelki przypadek lecę go przestrzec! — zawołał Grzela i buchnął we zboża, przebierając się ogrodami do Borynów.

2663

Antek siedział w ganku nakuwając sierpy na kowadełku i porwał się strwożony, dowiedziawszy się, o co idzie.

2664

— Właśnie, co jeno przyszli. Rochu, a chodźcie no do nas! — krzyknął.

2665

— Co się stało? — pytał stary wyściubiając głowę przez okno, ale nim mu rzekli, przyleciał srodze zaziajany Michał organistów.

2666

— Wiecie, a to do was, Antoni, walą żandarmy! Już są nad stawem…

2667

— To po mnie! — jęknął Rocho zwieszając smutnie głowę.

2668

— Jezus, Maria! — krzyknęła Hanka stając w progu i uderzyła w płacz.

2669

— Cicho! Trza zaradzić jakoś — szeptał Antek tężąc myślą.

2670

— Skrzyknę wieś i nie damy was, Rochu! — srożył się Michał, wyłamując sielną[2370] gałąź i groźnie tocząc oczami.

2671

— Nie bajdurz! Rochu, za bróg[2371] i w żyta, prędzej ino! Przywarujcie kaj[2372] w bruździe, póki was nie zawołam. A chybko[2373], bych[2374] nie nadeszli…

2672

Rocho zakręcił się po izbie, cisnął jakieś papiery Józce leżącej na łóżku i zaszeptał:

2673

— Schowaj pod siebie, a nie wydaj!

2674

I jak był, bez czapki a kapoty, rzucił się w sad i przepadł jak kamień we wodzie, że jeno[2375] kajś za brogiem zaruchało się[2376] żyto.

2675

— Odejdź, Grzela! Hanka, do swojej roboty! Uciekaj, Michał, i ani mrumru! — rozkazywał Antek zasiadając do przerwanej roboty i jął znowu nacinać sierp tak równiuśko i spokojnie jak przódzi[2377], tylko że co trochę podnosił ostrze pod światło, a strzygł ślepiami na wszystkie strony, gdyż naszczekiwania psów były coraz bliższe, i wnet rozległy się ciężkie stąpania, brzęki pałaszów i rozmowy…

2676

Zatłukło mu serce i zadygotały ręce, ale ciął równo, akuratnie, raz za razem, nie odrywając oczów, aż dopiero kiej przed nim stanęli.

2677

— Rocho doma[2378]? — pytał wójt, wielce zalękniony.

2678

Antek obrzucił spojrzeniem całą kupę i odrzekł wolno:

2679

— Musi być na wsi, bo nie widziałem go od rana.

2680

— Otworzyć! — rozkazał grzmiąco jakiś starszy.

2681

— Przeciek[2379] wywarte[2380]! — odburknął Antek dźwigając się z ławy.

2682

Urzędnik wraz z żandarmami wszedł do chałupy, zaś strażnicy rozlecieli się pilnować sadu i obejścia.

2683

Na drodze zebrało się już z pół wsi, przyglądając się w milczeniu, jak przetrząsali dom kieby[2381] kopę siana. Antek musiał im wszystko pokazywać i otwierać, a Hanka siedziała pod oknem z dzieckiem przy piersi.

2684

Juści, co[2382] szukali na darmo, ale tak penetrowali wszędy[2383] nie przepuszczając zgoła niczemu, że nawet któryś zajrzał pod łóżka.

2685

— A siedzi tam i właśnie czeka na waju[2384]! — mruknęła.

2686

Starszy dojrzał na stole jakieś książeczki przyciśnięte Pasyjką, skoczył do nich kiej[2385] ryś i jął[2386] je pilnie przeglądać.

2687

— Skąd je macie?

2688

— Musi być, co[2387] Rocho je położył, to se[2388] i leżą.

2689

— Borynowa niegramotna! — tłumaczył wójt.

2690

— Kto z was umie czytać?

2691

— A żadne, tak nas uczyli we szkole, że tera[2389] nikto[2390] nie rozbierze[2391] nawet na książce do nabożeństwa! — odpowiedział Antek.

2692

Starszy oddał książeczki drugiemu i ruszył na drugą stronę domu.

2693

— Cóż to, chora? — podszedł nieco do Józki.

2694

— A juści, już od paru niedziel[2392] leży na ospę.

2695

Urzędnik śpiesznie cofnął się do sieni.

2696

— To w tej izbie mieszkał? — wypytywał wójta.

2697

— I w tej, i kaj mu popadło, zwyczajnie jak dziad.

2698

Przejrzeli wszystkie kąty, szukając nawet za obrazami, Józka chodziła za nimi rozpalonymi oczami, a tak rozdygotana ze strachu, że gdy któryś zbliżył się do niej, zaskrzeczała nieprzytomnie:

2699

— Schowałam go pewnie pod siebie, co? Szukajcie!…

2700

A kiedy skończyli, Antek przystąpił do starszego i kłaniając mu się w pas zapytał pokornym głosem:

2701

— Dopraszam się, czy to Rocho zrobił jakie złodziejstwo?…

2702

Urzędnik zajrzał mu jakoś z bliska w twarz i rzekł z naciskiem:

2703

— A wyda się, że go ukrywasz, to już razem powędrujecie, słyszysz!…

2704

— Dyć[2393] słyszę, jeno[2394] nie poredzę[2395] wymiarkować[2396], o co sprawa! — podrapał się frasobliwie, urzędnik spojrzał ostro i poniósł się[2397] na wieś.

2705

Chodzili jeszcze po różnych chałupach, zaglądali tu i owdzie, przepytując, kogo się jeno[2398] dało, że już słońce zaszło i drogi zapchały się stadami pędzonymi z pastwisk, gdy odjechali nic nie wskórawszy.

2706

Wieś odetchnęła i naraz przemówili wszyscy, każden bowiem rozpowiadał, jak to szukali u Kłębów, jak u Grzeli, jak u Mateusza, i każden widział najlepiej, i najmniej się bojał[2399], i najbarzej[2400] im dopiekał.

2707

Jaż[2401] Antek, kiedy już ostali sami, rzekł cicho do Hanki:

2708

— Sprawa widzę taka, co już nie sposób trzymać go w chałupie.

2709

— Jakże, wypędzisz go! taki święty człowiek, taki dobrodziej!

2710

— A żeby to wciórności! — zaklął, nie wiedząc już, co począć, szczęściem, iż pokrótce przyleciał Grzela z Mateuszem i żeby cosik[2402] pewnego uradzić, zamknęli się w stodole, gdyż do chałupy cięgiem[2403] ktoś wpadał na wywiady.

2711

Mrok już do cna[2404] przysłonił świat, Hanka podoiła krowy i Pietrek przyjechał z boru, kiej[2405] dopiero wyszli; Antek wziął zaraz rychtować[2406] brykę, zaś Grzela z Mateuszem, la[2407] zamydlenia oczów, poszli szukać Rocha po chałupach.

2712

Dziwowali się temu, boć każden byłby przysiągł, jako siedzi schowany kajś[2408] u Boryny.

2713

— Zaraz po obiedzie gdziesik się zapodział i ani słychu! — rozgłaszali przyjaciele.

2714

— Ma szczęście, już by se ano w dybkach[2409] wędrował!

2715

I w mig się rozniesło, jak chcieli, że Rocha już od południa nie ma we wsi.

2716

— Przewąchał i zwiał, kaj pieprz rośnie! — pogadywali radzi.

2717

— Niech jeno[2410] nie powraca więcej, nic ta po nim! — rzekł stary Płoszka.

2718

— Przeszkadza wama[2411]? A może was ukrzywdził, co? — zawarczał Mateusz.

2719

— A mało to narobił mątu? Mało to was nabuntował? Jeszczek[2412] przez niego cała wieś ucierpi…

2720

— To go złapcie i wydajcie!

2721

— Żebyśta mieli rozum, to by go już dawno mieli…

2722

Sklął go Mateusz i chciał pobić, ledwie ich rozdzielili, więc jeno mu nawytrząchał pięścią, nasobaczył i odszedł, a że już było do cna pociemniało[2413] na świecie, to i naród porozchodził się po chałupach.

2723

Na to właśnie czekał Antek, bo skoro jeno drogi opustoszały i ludzie zasiedli przed wieczerzami, a po wsi rozwiały się zapachy smażonej słoniny, skrzyboty łyżek i ciche pogwary przy miskach, przyprowadził Rocha na Józiną stronę, nie pozwalając rozniecać ognia.

2724

Stary przegryzł naprędce coś niecoś, pozbierał, co miał swojego, i jął[2414] się żegnać z kobietami. Hanka padła mu do nóg, a Józka buchnęła skomlącym, rzewliwym płaczem.

2725

— Zostańcie z Bogiem, może się jeszcze zobaczymy! — szeptał łzawo, przyciskając je do piersi a całując po głowinach kiej[2415] ten ociec rodzony, ale że Antek przynaglał, to pobłogosławiwszy jeszcze dzieciom i domowi przeżegnał się i ruszył do przełazu pod bróg.

2726

— Konie zaczekają u Szymka na Podlesiu, a Mateusz was powiezie.

2727

— Muszę jeszcze zajrzeć do kogoś na wsi… Gdzie się spotkamy?…

2728

— Przy figurze pod borem, zarno[2416] tam pociągniemy…

2729

— A dobrze, bo z Grzelą mam jeszcze dużo do pomówienia.

2730

I przepadł w mrokach, że nawet kroków nie było słychać.

2731

Antek zaprzągł konie, włożył w brykę jakąś ćwiartkę żyta i worek ziemniaków, pogadał cosik długo z Witkiem na stronie i rzekł głośno:

2732

— Witek, zaprowadź konie do Szymka na Podlesie i wracaj! Rozumiesz?

2733

Chłopak jeno błysnął ślepiami, dorwał się koni i ruszył z kopyta tak ostro, jaże[2417] Antek za nim krzyknął:

2734

— Wolniej, bo mi, jucho, szkapy zmordujesz!

2735

Tymczasem zaś Rocho przebrał się chyłkiem do Dominikowej, kaj miał jakieś rzeczy, i zamknął się w alkierzu.

2736

Jędrzych pilnował na drodze, Jagusia cięgiem wyzierała w opłotki, a stara siedząc w izbie nasłuchiwała niespokojnie.

2737

Wyszło dobre parę pacierzów, nim wyszedł, pogadał jeszcze na stronie z Dominikową i zarzuciwszy toboł na plecy chciał iść, ale Jagusia naparła się ponieść[2418] za nim choćby do boru. Nie sprzeciwiał się temu i pożegnawszy starą ruszyli przez sad na pola.

2738

Szli miedzami z wolna, ostrożnie i w milczeniu.

2739

Noc była widna i sielnie roziskrzona gwiazdami, pośpione ziemie leżały w cichościach, tylko kajś[2419] na wsi ujadał pies…

2740

Dosięgali już borów, gdy Rocho przystanął i wziął ją za rękę.

2741

— Jaguś! — szepnął dobrotliwie — posłuchaj mnie uważnie.

2742

Słuchała pilnie, rozdygotana jakimś złym przeczuciem.

2743

Prawił kieby ksiądz na spowiedzi, wypominając jej Antka, wójta i już najbarzej Jasia! Prosił i zaklinał na wszystkie świętości, by się opamiętała i zaczęła żyć inaczej!

2744

Odwróciła zesromaną[2420] twarz, oblały ją palące ognie wstydu, a serce spięło się męką, ale kiej spomniał Jasia, podniesła[2421] hardo głowę.

2745

— A cóż to złego z nim wyrabiam, co?

2746

Jął wywodzić po swojemu, a przedstawiać łagodnie, na jakie to pokusy się dają i do jakiego to grzechu i zgorszenia może ich zły[2422] doprowadzić…

2747

Nie słuchała, wzdychając jeno i niesąc się myślami do Jasia, że już same wargi lśniące i nabrane krwią szeptały słodko, gorąco i zapamiętale:

2748

— Jasiu! Jasiu! — A rozjarzone oczy rwały się gdziesik[2423] kieby[2424] ptaki radośnie rozśpiewane i krążyły nad jego głową najmilejszą…

2749

— Dyć bym poszła za nim we wszystek świat! — wyrwało się jej bezwolnie, że Rocho zadrżał, spojrzał w jej oczy szeroko otwarte i zamilkł.

2750

Na skraju boru pod krzyżem zabielały jakby kapoty.

2751

— Kto tam? — wstrzymał się niespokojnie.

2752

— Jesteśma[2425]! Swoi!

2753

— Nogi mi się już plączą, że odpocznę nieco — rzekł rozsiadając między nimi. Jagusia zwaliła toboł i przysiadła nieco z boku, pod krzyżem, w głębokim cieniu brzóz.

2754

— Żebyście ino nie mieli jakich nowych kłopotów…

2755

— I… gorsze, że ano idziecie już od nas! — powiedział Antek.

2756

— Być może, iż kiedyś powrócę, być może!…

2757

— Psiekrwie, żeby człowieka gonić jak tego psa zepsutego! — buchnął Mateusz.

2758

— I za co, mój Boże, za co? — jęknął Grzela.

2759

— Że chcę prawdy i sprawiedliwości la[2426] narodu! — ozwał się uroczyście.

2760

— Każdemu jest na świecie źle, ale już najgorzej sprawiedliwemu.

2761

— Nie martw się, Grzela, przemieni się jeszcze na dobre, przemieni…

2762

— Tak se i miarkuję, bo ciężko by pomyśleć, że wszystkie zabiegi na darmo.

2763

— Czekaj tatka latka, jak kobyłę wilcy zjedzą! — westchnął Antek, wpatrzony w cienie, kaj[2427] mu bielała Jagusina gębusia.

2764

— Powiadam wam, że kto chwasty wyrywa i posiewa dobrym ziarnem, ten zbierał będzie w czas żniwny!

2765

— A jak nie obrodzi? Przeciek[2428] i to się przygodzi[2429], nie?

2766

— Tak, ale każdy sieje z wiarą, że w dwójnasób mu zaplonuje.

2767

— Juści, chciałby się to kto mozolić na darmo!

2768

Zadumali się głęboko nad tymi rzeczami.

2769

Wiater powiał, zaszeleściły nad nimi brzozy, zaszumiał głucho bór i polami poszedł chrzęstliwy szmer zbóż. Księżyc wypłynął i leciał po niebie, jakby ulicą białych chmur postożonych[2430] rzędami, drzewa rzuciły cienie przesiane światłem, lelki cichym, krętym lotem przewijały się nad ich głowami, a jakiś smutek przejmował serca.

2770

Jagusia zapłakała cichuśko, nie wiadomo laczego[2431].

2771

— Co ci to, co? — pytał dobrotliwie Rocho gładząc ją po głowie.

2772

— A bo to wiem, markotno mi jakoś…

2773

Ale i wszystkim było markotno i jakaś żałość rozpierała dusze, że siedzieli osowiali, powiędłymi oczami ogarniając Rocha, któren[2432] się im teraz widział kiej[2433] ten święty Pański. Siedział pod krzyżem, z którego ciężko obwisły Chrystus jakby błogosławił okrwawionymi ręcami[2434] jego siwej, umęczonej głowie, on zaś jął mówić głosem pełnym dufności:

2774

— A o mnie się nie trwóżcie, kruszynam tylko, jedno źdźbło z bujnego pola, wezmą mię i zagubią, to i cóż, kiedy takich zostanie jeszcze wiela i każden tak samo gotów dać żywot dla sprawy… A przyjdzie pora, że jawi się ich tysiące, przyjdą z miast, przyjdą z chałup, przyjdą ze dworów i tym ciągiem nieprzerwanym położą głowy swoje, dadzą krew swoją i padną jeden za drugim, stożąc[2435] się jak te kamienie, aż póki się z nich nie wyniesie ów święty, utęskniony Kościół… A mówię wam, że stanie i trwał będzie po wiek wieków, i już go żadna zła moc nie przezwycięży, bo wyrośnie z ochfiarnej[2436] krwie[2437] i miłowania…

2775

I opowiadał szeroko, jak to ni jedna kropla krwi, ni łza jedna, ni żaden wysiłek nie przepada na darmo, jak to ciągiem, kieby[2438] te zboża na ziemi nawożonej, rodzą się nowe brońce, nowe siły, nowe ochfiary, aż nadejdzie ów dzień święty, dzień zmartwychwstania, dzień prawdy i sprawiedliwości la całego narodu…

2776

Mówił gorąco, a chwilami tak górnie[2439], że nie sposób było wyrozumieć wszystkiego, ale przejął, ich święty ogień, serca sprężyły się uniesieniem i taką wiarą, mocą i pragnieniem, jaże[2440] Antek zawołał:

2777

— Jezu… prowadźcie jeno… a choćby na śmierć pódę[2441], pódę…

2778

— Wszystkie pójdziemy, a co stanie na zawadzie — stratujem!

2779

— A kto się nam sprzeciwi, kto nas przemoże[2442]? Niech jeno[2443] spróbuje…

2780

Wybuchnęli jeden po drugim, a coraz zapamiętalej, aż musiał ich przyciszać i przysunąwszy się jeszcze bliżej zaczął nauczać, jaki to będzie ów dzień upragniony i co im trzeba robić, aby go przyśpieszyć…

2781

Mówił tak ważkie i zgoła niespodziane rzeczy, że słuchali z zapartym tchem, z trwogą i radością zarazem, przyjmując każde jego słowo z dreszczem wiary serdecznej, jakoby tę komunię przenajświętszą… Niebo im bowiem otwierał, raje pokazywał, że dusze im poklękały w zachwyceniu, oczy widziały cudności niewypowiedziane, a serca się pasły janielskim[2444], przesłodkim śpiewaniem nadziei…

2782

— We waszej to mocy, aby się tak stało! — zakończył niemało już utrudzony. Księżyc schował się za chmurę, poszarzało niebo i zmętniały pola, bór cosik[2445] zagadał z cicha i trwożnie zachrzęściły zboża, i kajś od wsi dalekich niesły[2446] się psie naszczekiwania, oni zaś siedzieli niemi, dziwnie cisi, jeszcze zasłuchani, a jakby opici jego słowami i tak jakoś uroczyści jakby po wielkiej przysiędze.

2783

— Czas mi już odejść! — rzekł powstając i brał każdego w ramiona, ściskał i całował na pożegnanie. Dziw się nie popłakali z żalu, on zaś przyklęknął, odmówił krótką modlitwę i padł na twarz, i zapłakał obejmując ziemię rękami kieby[2447] tę mać[2448] żegnaną na zawsze.

2784

Jagusia jaże[2449] się zaniesła szlochaniem, chłopy ukradkiem wycierali oczy.

2785

I zaraz się rozeszli.

2786

Do wsi wracał tylko Antek z Jagusią, tamci zaś przepadli kajś[2450] pod borem.

2787

— A nie mówże przed nikim o tym, coś słyszała! — rzekł po długiej chwili.

2788

— Czy to ja latam z nowinami po chałupach! — warknęła gniewnie.

2789

— A już niech Bóg broni, żeby się wójt dowiedział — upominał surowo.

2790

Nie odrzekła, przyśpieszając jeno kroku, ale nie dał się wyprzedzić, trzymał się pobok zazierając raz po raz w jej twarz zapłakaną i gniewną…

2791

Księżyc znowu zaświecił i wisiał prosto nad drogą, że szli jakoby tą srebrzystą miedzą obrzeżoną pokrętnymi cieniami drzew, naraz zadrgało mu serce, tęsknica wyciągnęła nienasycone ramiona, przysunął się ździebko, bliżej, tak blisko, że jeno[2451] sięgnąć ręką i przyciągnąć ją do siebie, ale nie sięgnął, zbrakło mu bowiem śmiałości i powstrzymywało jej zawzięte, wzgardliwe milczenie, więc jeno rzekł z przekąsem:

2792

— Tak lecisz, jakbyś chciała uciec przede mną…

2793

— A bo prawda! Obaczy nas kto i gotowe nowe plotki.

2794

— Albo ci spieszno do kogo drugiego!

2795

— Juści, abo mi to nie wolno! Abom to nie wdowa!

2796

— Widzę, co nie darmo powiadają, że kierujesz się na księżą gospodynię…

2797

Porwała się jak wicher i łzy potrzęsły się jej z oczów rzęsistymi, palącymi strugami.

XI

2798

Już stronami, na piaskach i lżejszych gruntach wychodzono ze sierpem, już nawet kaj niekaj[2452] po wyżniach[2453] błyskały kosy, ale we wsiach, gdzie były mocniejsze ziemie, dopiero imano się[2454] przygotowań i żniwa leda dzień miały się rozpoczynać.

2799

Więc i w Lipcach, jakoś w parę dni po ucieczce Rocha, jęto[2455] się ostro sposobić do żniwa, rychtowano[2456] na gwałt drabiny i moczono we stawie wozy co barzej[2457] rozeschnięte, oprzątano stodoły, że już stojały[2458] wywarte[2459] na przestrzał, gdzie w cieniach sadów wykręcano powrósła[2460], zaś prawie pod każdą chałupą brząkały rozklepywane kosy, kobiety zwijały się przy pieczeniu chlebów i sposobieniu zapasów, a z tego wszystkiego zrobiło się tylachna[2461] skrzętu[2462] i rwetesów[2463], że wieś wyglądała jakby przed jakimś wielkim świętem.

2800

A że przy tym zjechało się z drugich wsi sporo narodu, to na drogach i pod młynem wrzało kieby[2464] na jarmarku, głównie bowiem ściągali ze zbożem do mielenia, ale jakby na utrapienie, tak mało było wody, że robił tylko jeden ganek, a i to zaledwie się ruchając[2465], czekali jednak cierpliwie swojej kolei, boć każden chciał zemleć jeszcze na żniwa.

2801

Niemało też cisnęło się do młynarzowego domu kupować mąkę, kasze przeróżne, a nawet i po chleb gotowy.

2802

Młynarz leżał chory, ale snadź[2466] nic się nie działo bez jego przyzwoleństwa, gdyż krzyknął do żony siedzącej na dworze, pod wywartym[2467] oknem:

2803

— A rzepeckim nie dawaj ani za grosz, prowadzali swoje krowy do księżego byka, to niechże im proboszcz zaborguje[2468] i co innego.

2804

I nie pomogły żadne prośby ni skamłania, na darmo też wstawiała się za biedniejszymi, zaciął się i żadnemu, któren[2469] ino[2470] wodził krowę na plebanię, nie pozwolił zborgować ani pół kwarty mąki.

2805

— Spodobał im się księży byk, to niech go sobie doją! — wykrzykiwał.

2806

Młynarzowa, też jakoś kwękająca, spłakana i z obwiązaną twarzą, wzruszała ramionami, ale jak mogła, ukradkiem zborgowała niejednemu.

2807

Nadeszła Kłębowa prosząc o pół ćwiartki jaglanej kaszy.

2808

— Płacicie zaraz, to bierzcie, ale na bórg[2471] nie dam ani ziarnka.

2809

Zafrasowała się wielce, bo juści[2472], że przyszła bez pieniędzy.

2810

— Tomek z nim trzyma za jedno, to niechaj uprosi o kaszę.

2811

Obraziła się i rzekła wyzywająco:

2812

— Juści, co trzyma z księdzem i trzymał będzie, ale tutaj już więcej jego noga nie postoi.

2813

— Mała szkoda, krótki żal! Spróbujcie mleć gdzie indziej.

2814

Odeszła wielce skłopotana, bo w domu nie było już ani grosza, lecz natknąwszy się na kowalową, siedzącą pod zawartą[2473] kuźnią, rozżaliła się przed nią i zapłakała na młynarza.

2815

Ale kowalowa ozwała się[2474] z prześmiechem:

2816

— To wam jeno[2475] rzeknę, co już niedługie to jego panowanie.

2817

— Hale, a któż to da radę takiemu bogaczowi, kto?

2818

— Jak mu wiatrak postawią pod bokiem, to mu i radę dadzą.

2819

Kłębowa jaże[2476] oczy wytrzeszczyła ze zdumienia.

2820

— A mój wiatrak postawi. Co ino poszedł z Mateuszem do boru wybierać drzewo, na Podlesiu będą stawiać kole figury.

2821

— Cie… Michał stawia wiatrak, śmierci bym się prędzej spodziała, no, no. Ale dobrze tak temu zdzierusowi, niech mu kałdun[2477] spadnie.

2822

Tak jej ulżyło, że śpieszniej szła ku domowi, ale dojrzawszy Hankę pierącą[2478] pod chałupą wstąpiła podzielić się tą niespodzianą nowiną.

2823

Antek majdrował cosik[2479] kole[2480] woza[2481] i posłyszawszy rozmowę rzekł:

2824

— Prawdę wam powiedziała Magda, kowal już kupił od dziedzica dwadzieścia morgów na Podlesiu, zaraz przy figurze, i tam wystawi wiatrak! Młynarz się wścieknie ze złości, ale niech mu rura zmięknie! Tak się już wszystkim dał we znaki, że nikto go nie pożałuje.

2825

— Nie wiecie to niczego o Rochu?

2826

— Nic a nic — odwrócił się od niej jakoś spiesznie.

2827

— To dziwne, trzeci dzień i nie wiada[2482], co się z nim wyrabia.

2828

— Przeciek[2483] nieraz już tak bywało, że poszedł kajś[2484], a potem znowu się zjawił.

2829

— Któż to od was idzie do Częstochowy? — zagadnęła Hanka.

2830

— A idzie moja Jewka z Maciusiem. Latoś[2485] mało wiela[2486] się ze wsi wybiera.

2831

— I ja pójdę, właśnie przepieram na drogę co lżejsze