Spis treści

    sobota, 7 marca 1970
  1. niedziela, 8 marca
  2. poniedziałek, 9 marca
  3. wtorek, 10 marca
  4. środa, 11 marca
  5. czwartek, 12 marca
  6. piątek, 13 marca
  7. sobota, 14 marca
  8. niedziela, 15 marca
  9. poniedziałek, 16 marca
  10. wtorek, 17 marca
  11. środa, 18 marca
  12. piątek, 20 marca
  13. sobota, 21 marca
  14. poniedziałek, 23 marca
  15. poniedziałek, 23 marca
  16. wtorek, 24 marca
  17. czwartek, 26 marca
  18. piątek, 27 marca
  19. sobota, 28 marca
  20. niedziela, 29 (Wiel­kanoc)
  21. poniedziałek, 30 marca
  22. Część 1. Przygotowanie
    1. wtorek, 31 marca
    2. wtorek, 31 marca
    3. środa, 1 kwietnia
    4. piątek, 3 kwietnia
    5. sobota, 4 kwietnia
    6. poniedziałek, 6 kwietnia
  23. Część 2. Prolog
    1. wtorek, 7 kwietnia
    2. czwartek, 9 kwietnia
    3. piątek, 10 kwietnia
    4. poniedziałek, 13 kwietnia
    5. wtorek, 14 kwietnia
    6. sobota, 18 kwietnia
    7. Nowe opowiadania Adama Nagórskiego
  24. W Dzień Zwycięstwa wieczorem
  25. Modlitwy
  26. Narodziny
  27. Dużo piasku i mało
    1. niedziela, 19 kwietnia
  28. Zapis
  29. Gdy na chwiejnej krawędzi
  30. Przesłanie
    1. poniedziałek, 20 kwietnia
    2. wtorek, 21 kwietnia
    3. środa, 22 kwietnia
    4. czwartek, 23 kwietnia
  31. Nie cofa się ten, kto związał się z gwiazdą
    1. piątek, 24 kwietnia
    2. sobota, 25 kwietnia
    3. niedziela, 26 kwietnia
    4. poniedziałek, 27 kwietnia
    5. wtorek, 28 kwietnia
    6. środa, 29 kwietnia
    7. czwartek, 30 kwietnia
    8. piątek, 1 maja
    9. sobota, 2 maja
    10. niedziela, 3 maja
    11. poniedziałek, 4 maja
    12. wieczorem
    13. wtorek, 5 maja
    14. środa, 6 maja
    15. piątek 6 maja
    16. sobota 9 maja
    17. niedziela, 10 maja
    18. wtorek, 12 maja
    19. środa, 13 maja
    20. sobota, 16 maja
    21. niedziela, 17 maja
    22. poniedziałek, 18 maja
    23. środa, 20 maja
    24. czwartek, 21 maja
    25. wtorek, 26 maja
    26. piątek, 29 maja
    27. sobota, 30 maja
    28. piątek, 5 czerwca
    29. poniedziałek, 8 czerwca
    30. środa, 9 czerwca
    31. czwartek, 10 czerwca
  32. Intermedium czyli Życiorysy alla polacca
  33. ***
  34. Część 3. Non consummatum
    1. PLAN
  35. MSZA ZA POETĘ
    1. czwartek, 18 czerwca
    2. poniedziałek, 22 czerwca
    3. środa, 24 czerwca
    4. czwartek, 25 czerwca
    5. piątek, 26 czerwca
    6. sobota, 27 czerwca
    7. wtorek, 30 czerwca
    8. środa, 1 lipca
    9. wtorek, 7 lipca
    10. środa, 8 lipca
    11. czwartek, 9 lipca
    12. sobota, 11 lipca
    13. niedziela, 12 lipca
    14. poniedziałek, 13 lipca
    15. wtorek, 14 lipca
    16. sobota, 18 lipca
    17. niedziela, 19 lipca
    18. poniedziałek, 20 lipca
    19. wtorek, 21 lipca
    20. piątek, 24 lipca
    21. poniedziałek, 27 lipca
    22. wtorek, 20 lipca
    23. środa, 29 lipca
    24. czwartek, 30 lipca
    25. sobota, 1 sierpnia
    26. wtorek, 4 sierpnia
    27. piątek, 7 sierpnia
    28. wtorek, 11 sierpnia
    29. czwartek, 13 sierpnia
    30. wtorek, 18 sierpnia
    31. środa, 19 sierpnia
    32. czwartek, 20 sierpnia
    33. piątek, 21 sierpnia
    34. sobota, 22 sierpnia
    35. poniedziałek, 24 sierpnia
    36. niedziela, 30 sierpnia
    37. środa, 2 września
    38. środa, 9 września
    39. czwartek, 10 września
    40. sobota, 12 września
    41. poniedziałek, 14 września
    42. środa, 16 września
    43. sobota, 19 września
  1. Alkohol: 1 2 3 4
  2. Ambicja: 1 2
  3. Antysemityzm: 1 2
  4. Artysta: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16
  5. Błądzenie: 1 2
  6. Błoto: 1
  7. Bóg: 1 2
  8. Bunt: 1 2 3 4
  9. Buntownik: 1
  10. Burza: 1 2
  11. Choroba: 1 2 3 4 5 6 7 8 9
  12. Ciało: 1 2 3 4 5 6 7
  13. Cień: 1
  14. Cierpienie: 1 2 3 4
  15. Cnota: 1 2
  16. Córka: 1 2
  17. Czary: 1 2 3
  18. Czas: 1 2 3 4 5 6 7
  19. Duch: 1 2
  20. Duma: 1
  21. Dusza: 1 2
  22. Dzieciństwo: 1 2
  23. Dziecko: 1 2 3
  24. Dźwięk: 1 2
  25. Emigrant: 1 2
  26. Erotyzm: 1
  27. Fałsz: 1 2 3 4 5
  28. Filozof: 1 2 3
  29. Gospodarz: 1
  30. Gospodyni: 1
  31. Gość: 1
  32. Gra: 1 2 3
  33. Grzech: 1
  34. Historia: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14
  35. Idealista: 1 2 3
  36. Jedzenie: 1 2
  37. Kara: 1 2
  38. Kat: 1
  39. Katastrofa: 1
  40. Klęska: 1 2 3 4 5
  41. Kłamstwo: 1 2 3 4
  42. Kłótnia: 1
  43. Kobieta: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11
  44. Kochanek: 1 2
  45. Kondycja ludzka: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12
  46. Konflikt: 1 2
  47. Konflikt wewnętrzny: 1
  48. Korzyść: 1
  49. Ksiądz: 1
  50. Książka: 1 2 3
  51. Kwiaty: 1
  52. Lato: 1
  53. Literat: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12
  54. Lud: 1 2
  55. Małżeństwo: 1 2 3 4 5
  56. Marzenie: 1
  57. Matka: 1 2 3 4 5 6 7 8
  58. Mąż: 1
  59. Mężczyzna: 1 2 3 4 5 6 7
  60. Miasto: 1
  61. Miłość: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14
  62. Mizoginia: 1
  63. Młodość: 1 2 3 4 5 6 7 8
  64. Morderstwo: 1 2
  65. Nacjonalizm: 1
  66. Nadzieja: 1 2 3
  67. Narodziny: 1
  68. Naród: 1 2
  69. Natura: 1 2 3
  70. Nauczyciel: 1 2
  71. Nauka: 1 2
  72. Niebezpieczeństwo: 1 2 3
  73. Niemiec: 1 2
  74. Nieśmiertelność: 1
  75. Niewola: 1 2 3 4 5 6 7 8 9
  76. Noc: 1 2
  77. Nuda: 1 2
  78. Obcy: 1
  79. Obraz świata: 1 2 3 4 5
  80. Obyczaje: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16
  81. Obywatel: 1
  82. Odrodzenie: 1 2
  83. Odwaga: 1 2
  84. Ofiara: 1
  85. Ojciec: 1 2 3 4 5
  86. Ojczyzna: 1 2 3
  87. Oko: 1
  88. Pamięć: 1 2
  89. Pan: 1 2
  90. Panna młoda: 1
  91. Państwo: 1 2 3 4 5 6 7 8
  92. Patriota: 1
  93. Piekło: 1
  94. Pieniądz: 1
  95. Piękno: 1 2
  96. Piętno: 1 2 3
  97. Pijaństwo: 1 2
  98. Podróż: 1
  99. Pogarda: 1 2
  100. Polak: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13
  101. Polityka: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12
  102. Polska: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18
  103. Potwór: 1
  104. Pozory: 1 2 3
  105. Pozycja społeczna: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11
  106. Praca: 1 2
  107. Prawda: 1 2 3
  108. Przekleństwo: 1
  109. Przemiana: 1 2 3 4 5 6 7 8
  110. Przemijanie: 1 2 3 4 5 6 7 8
  111. Przemoc: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10
  112. Przyjaźń: 1 2 3
  113. Przywódca: 1 2
  114. Ptak: 1
  115. Pycha: 1
  116. Religia: 1 2 3 4
  117. Rewolucja: 1 2 3 4
  118. Robotnik: 1 2
  119. Rodzina: 1
  120. Rosja: 1 2 3 4 5 6
  121. Rosjanin: 1 2 3
  122. Rozczarowanie: 1
  123. Rozkosz: 1
  124. Rozstanie: 1 2 3
  125. Ruiny: 1
  126. Samotnik: 1
  127. Samotność: 1 2
  128. Sąd: 1
  129. Sąsiad: 1
  130. Seks: 1 2 3 4
  131. Sen: 1 2 3
  132. Siła: 1 2 3
  133. Słowo: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11
  134. Sługa: 1
  135. Służalczość: 1
  136. Spotkanie: 1
  137. Starość: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14
  138. Strach: 1 2 3 4 5
  139. Sumienie: 1 2
  140. Syn: 1 2 3 4 5
  141. Szczęście: 1 2
  142. Szlachcic: 1 2
  143. Sztuka: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24
  144. Ślub: 1
  145. Śmiech: 1 2
  146. Śmierć: 1 2 3 4 5 6 7 8
  147. Światło: 1
  148. Święto: 1 2 3 4
  149. Tchórzostwo: 1
  150. Teatr: 1
  151. Tęsknota: 1 2
  152. Twórczość: 1 2 3 4 5 6 7 8
  153. Ucieczka: 1 2 3
  154. Uczeń: 1
  155. Upadek: 1 2 3 4 5
  156. Uroda: 1 2
  157. Urzędnik: 1 2 3 4 5
  158. Walka: 1
  159. Warszawa: 1
  160. Wesele: 1
  161. Wiara: 1
  162. Wiedza: 1 2 3 4 5
  163. Więzienie: 1 2
  164. Więzień: 1 2 3
  165. Wina: 1 2 3
  166. Wino: 1
  167. Wiosna: 1 2 3 4 5 6
  168. Wizja: 1 2
  169. Władza: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40
  170. Wojna: 1 2
  171. Wolność: 1 2 3 4 5
  172. Wróg: 1 2 3 4 5
  173. Wspomnienia: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13
  174. Wygnanie: 1
  175. Wyrzuty sumienia: 1
  176. Wzrok: 1 2
  177. Zabawa: 1 2
  178. Zabobony: 1
  179. Zagłada: 1
  180. Zaświaty: 1
  181. Zazdrość: 1 2 3 4
  182. Zdrada: 1
  183. Zdrowie: 1 2
  184. Zło: 1
  185. Zwątpienie: 1
  186. Zwierzę: 1 2
  187. Zwierzęta: 1
  188. Zwycięstwo: 1
  189. Żart: 1 2 3 4
  190. Żołnierz: 1 2
  191. Żona: 1
  192. Żyd: 1 2

Poprawiono błędy źródła, m.in. sprządzała > sporządzała; wysterelizowany > wysterylizowany; wszechładza > wszechwładza; kilokoma > kilkoma; naczelenemu > naczelnemu; podrażenieniem > podrażnieniem; odłosnięty > odsłonięty; koncenturje > koncentruje; w jakiejkolwiek ciemne obszary > lub w jakiekolwiek (…); ciężkego > ciężkiego; uzawanych > uznawanych dosniosłe > doniosłe przytołoczoną > przytłoczoną; którego nie tylko bardzo osobiście lubią, lecz i wysoko (…) cenię > którego nie tylko bardzo osobiście lubię (…) cenię utalenowanym > utalentowanym; opowidałem > opowiadałem; ucharakrteryzowanych > ucharakteryzowanych; wnosi się brama > wznosi (…); poblsku > poblasku; wtrokowym > wtorkowym; współprzymkniętych > wpółprzymkniętych; zanałam > znałam; konstrukcją specyfikę schodów > konstrukcyjną specyfikę schodów; prycypilaność > pryncypialność; ostatniach > ostatnich; przyzanie > przyznanie; obowisłą > obwisłą; halumcami > hamulcami; społoszone > spłoszone; kryształtowych > kryształowych z i jej > i z jej; zawdzwonić > zadzwonić dorodze > drodze; nadwińslański > nadwiślański Boechme > Boehme; punktutalna > punktualna usposobiają > usposabiają; dawano > dawno z wyjątkiem > z wątkiem; kotona > korona; Phenianiu > Phenianu; prawdobne > prawdopodobne; rozprysując > rozpryskując migącoce > migocące; wielowiekowe doś­wiadczenie przodków wspierały > (…) doś­wiadczenia (…) wspierały; antykwariantów > antykwariatów; niewiadomą mocy > niewiadomą mocą lapmę > lampę; zmarwtwienia > zmartwienia; dowiedziłem > dowiedziałem; dfukarni > drukarni; warunkek > warunek; że na jak wiele > na jak wiele; ściągnówszy > ściągnąwszy; bety > boty; parogodziny > parogodzinny; smamemu > samemu; chwyły > chwały; zatęskniesz > zatęsknisz; wywiozłem > wywiozłam (mówi Halina); dać co do zrozumienia > dać ci do zrozumienia; odlegąej > odległej; wie, i nie chcą > wie, i nie chcąc; bezepieczeństwo > bezpieczeństwo; że wszystkie nieszczęścia, jakie > że wszystkim nieszczęściom, jakie; Monisuszki > Moniuszki; sytucji > sytuacji; Drobizag > Drobiazg; nundna > nudna; jak państwie wiecie > jak państwo (…); uś­mierzać gorycz, zwątpienia i samotnia > (…) samotność; szczodra przez naturę obdarowana > szczodrze (…); pojęcie nie mam > pojęcia nie mam; kominiku > kominku; oczym > ojczym; usposobnieniem > usposobieniem; Flannery O'Conmor > (…) O'Connor; przedzień > przeddzień tradycajna > tradycyjna Doktra > Doktora; W latach 1955 > W roku 1955; rozwietlanego > rozświetlanego; Mańka > Maćka; Barclay > Berkeley; Drug Story > Drug Store; u zjazdu na rozległy dziedziniec > u wjazdu (…) Thornwaldsena > Thorvaldesena; że Życiorysy zostały zredagowane > te Życiorysy (…) mało efektywne > mało efektowne; Przepraszam, że przykro… > Przeprosisz, że przykro…; Uprościłem > Uprościłbym; Stuart Pigott > (…) Piggott; miesięcu > miesiącu; san > sam Się > się; ani mi się podoba ani nie niepodoba > ani mi się podoba ani nie podoba; bo ja lepiej od siebie wiem, > bo ja lepiej od ciebie wiem; To smutne, co pani mówi — powie Celina > To smutne, co pan mówi (…); zniknienie skojarzył się > (…) skojarzyło się; bardziej przerażające i ohydny > (…) ohydne; rozpaczliwie, zawstydzające mało > (…) zawstydzająco mało; czyniąc wiele wybiegów, aby w nią wejść > (…) aby w nią nie wejść; jedynym z ostatnich > jednym (…); W lustrze się przyjrzyj > (…) przejrzyj; Krzyżówka „rwa” > Krzyżowa „rwa”; kruchym cieniem przeszłości > (…) cieniom przeszłości; Miritaja > Miritsja (zniekszt. ros.); widzenia rzeczywistości > widzenie (…); prócz kilku wątków > prócz kilku wyjątków; Karlsrue > Karlsruhe; tronu dla Eurydyki > trenu (…); lecz gdy się już nie doczekał > lecz gdy się nie doczekał; czcigodnie przybytkiem > czcigodnym (…); od trzech i pół lat > od trzech i pół roku; południową stronę > południową stroną; obejrzawszy się za siebie, odsuwa się za siebie, odsuwa się nieco na bok > obejrzawszy się za siebie, odsuwa się nieco na bok; Claude Gallimars > Claudem Gallimardem; przekreśla > przekreśliła; Występuje > Występowała; pozos­tawiając Wiesława > pozos­tawiając syna Wiesława; zdobywając > zdobył; W 1951 rodzi się syn > W 1951 urodził mu się syn; wyszła Anna > Anna wyszła; żeni się > ożenił się; zaczyna zaocznie studia > zaczął zaoczne studia; ginie > zginął; studiował wydział prawny > (…) na wydziale prawnym; Zagrożona dodatkowo swoim żydowskim pochodzeniem > Zagrożona dodatkowo ze względu na swoje żydowskie pochodzenie; Janisiejsku > Jenisiejsku; kwadransach, towarzyszące > kwadransach towarzyszących; ani żalu do osamotnienia > ani żalu, ani osamotnienia; coś nie coś > coś niecoś; przypisuje > przepisuje; lodowatą zimną wodą > lodowato zimną (…); czegoś by ty chciał > czego byś ty (…);

Ponadto porównano wersję tekstu z innymi wydaniami i uzupełniono brakujący fragment; zmieniono podziały na akapity, niektóre nagłówki postaci w częściach dialogowo-dramatycznych itp.

Uwspółcześnienie pisowni: nie ukazujących > nieukazujących; nie pozbawiony > niepozbawiony itp.; Hefaistos > Hefajstos; Mackbeth > Makbet; lizusowstwo > lizusostwo; totaliźmie > totalizmie; nienajlepszej > nie najlepszej; rikoszetem > rykoszetem księżycu > Księżycu (nazwa planety) ziemią > Ziemią itp. (nazwa planety); Niekołajewna > Nikołajewna; self-servicu > self-service'u; ujednolicenie zapisu; m.in. ciągów zwielokrotnionych myślników; oraz: X-owi > Iksowi; 50-tych > 50.; 16-ego > 16.; 50-ym > pięćdziesiątym; 56-ym > pięćdziesiątym szóstym; zapis godzin o 19.24 > o 19:24; st. > °C; ilość myślników w ciągach; 50-tych > 50.; 19-ego > 19; zgniło-zielonym > zgniłozielonym; grappfruitowym > grapefruitowym; mizogynizmu > mizoginizmu; ofenzywy > ofensywy; Spikier > Spiker; katz > kac; oxyteracyny > oxyterracyny; Aischylosa > Ajschylosa; Ygreka > Igreka; tonic > tonik; Mercedesów i Wołg > mercedesów i wołg; „Paxu” > „Paksu”; instynkta > instynkty; 10-tą > dziesiątą; prawie 10 cm warstwa > (…) dziesięciocentymetrowa warstwa;

ujednolicenie zapisu: zachodnio-niemieckiego > zachodnioniemieckiego; Dnie > Dni; II Wojnie Światowej > II wojnie światowej;

Uwspółcześniono interpunkcję, np. Lecz cokolwiek złego mówię o istocie, zwanej człowiekiem, lub w jakiekolwiek ciemne obszary (…) > Lecz cokolwiek złego mówię o istocie zwanej człowiekiem lub w jakiekolwiek (…); jaki tekst Prometeusza ma być ostatecznie wystawiony! oryginalny, czy w przeróbce Adama Nagórskiego? > (…) ma być ostatecznie wystawiony! Oryginalny czy w przeróbce Adama Nagórskiego?; aby nie widzieć tamtych, oczywiście!, mogłem szukać (…) > aby nie widzieć tamtych, oczywiście! mogłem szukać (…); bardziej wzruszająco niż kiedy cię słyszałem w Rzymie > bardziej wzruszająco, niż kiedy (…); jakby się naraz, w tym oto histo­rycznym gabinecie, pokazał na golasa? > (…) na golasa.; itp.

Jerzy AndrzejewskiMiazga

sobota, 7 marca 1970

1

Wiosna, Nadzieja, Przemiana, NaturaPo dniu słonecznym i prawie przedwiosennym wieczorem znów gwałtowna śnieżna zawieja. Wszyscy już bardzo zmęczeni tegorocz­ną zimą, jej uporczywym trwaniem wśród kapryśnych zmian, których tak wiele było w ostatnich miesiącach, gdy ciągu jednego dnia temperatura z kilkunastu stopni mrozu podnosiła się nagle w okoli­ce zera, a potem równie gwałtownie odwilż z ciepłymi podmuchami wiatru przemieniała się w ostry mróz. Jeszcze chyba nigdy nie byłem tak bardzo, jak teraz, spragniony ciepła, słońca i zielenie­jących drzew. Wiem aż nadto dobrze, że to może być tylko złudze­niem, lecz wydaje mi się, że wraz z wiosną i w mojej półmartwej wegetacji coś się odmieni.

2

W ostatnim (10) numerze „Polityki”, w redakcyjnym artykule Po wyroku, obszerne cytaty z orzeczenia sądu w niedawno zakończo­nym procesie pięciu młodych intelektualistów, zwanym potocznie „procesem taterników”. Czworgu z nich (Maciej Kozłowski, Jakub Karpiński, Maria Tworkowska oraz Krzysztof Szymborski) akt oskar­żenia zarzucał „wejście w porozumienie z występującym w imieniu obcej organizacji Jerzym Giedroyciem w celu działania na szkodę Państwa Polskiego, a następnie w ramach tego porozumienia uczest­niczenie w inspirowanej przez imperialistyczne ośrodki ideologiczno-dywersyjnej działalności kierowanego przez tegoż Giedroycia Instytutu Literackiego w Paryżu zmierzającej przez szkalowanie us­troju i naczelnych organów PRL do podważenia socjalistycznych za­sad ustrojowych”, natomiast piątej oskarżonej, Małgorzacie Szpa­kowskiej, iż „w celu rozpowszechniania opracowała, sporządzała, a następnie kolportowała teksty i ulotki zawierające fałszywe wiado­mości, nawołujące do przeciwstawienia się władzom państwowym i ad­ministracyjnym, mogące wyrządzić istotną szkodę interesom Państwa Polskiego”. Jak stwierdza „Polityka” — określenie roli paryskiej „Kultury” oraz Instytutu Literackiego zajęło znaczną część uzasad­nienia wyroku Sądu Wojewódzkiego w Warszawie. Sąd po przeprowadze­niu przewodu sądowego i wysłuchaniu głosów stron uznał winę wszy­stkich oskarżonych, wymierzając im wyroki od czterech i pół lat do trzech lat[1], działalność bowiem na rzecz Instytutu Literackiego w Paryżu uznał sąd za wysoce szkodliwą dla interesów naszego pań­stwa, przeprowadzając zarazem następującą jej analizę. „W ostat­nich latach »Kultura« paryska i jej naczelny redaktor Jerzy Giedroyć rozwinęli szczególnie ożywioną działalność. Zdając sobie sprawę, iż próby obalenia ustroju socjalistycznego siłą nie mają żadnych szans powodzenia, starają się rozkładać obóz socjalisty­czny od środka, lansując slogany o ulepszaniu socjalizmu i socja­lizmie demokratycznym. Aktywność »Kultury« na tym polu wzrosła szczególnie po wypadkach marcowych i wydarzeniach w Czechosłowa­cji. »Kultura« ma ambicje, aby stać się czołowym ośrodkiem antysoc­jalistycznym, a biblioteka »Kultury« jest głównym zapleczem wydaw­niczym antysocjalistycznej i antyradzieckiej literatury paszkwilanckiej… W »Kulturze« nie ukazał się ani jeden artykuł życzliwy socjalizmowi. Pismo to udostępniło swoje łamy kolaborantom i rene­gatom. Warunkiem działalności »Kultury«, jak każdego ośrodka dywer­syjnego, było powiązanie z krajem. Oto tło kontaktów Jerzego Gie­droycia z oskarżonymi… Prawo do krytyki w Polsce ma każdy oby­watel. Oskarżeni nie chcieli jednak skorzystać z tego prawa. Wy­brali sianie fermentu, a na krytykę taką nie ma miejsca w naszym kraju. Krytyka musi bowiem budować, a nie burzyć. Oskarżeni mieli możność wypowiadania się w prasie krajowej, której łamy są zawsze otwarte dla ludzi pragnących zaprezentować swoje poglądy. Zamiast legalnej dozwolonej krytyki wybrali jednak współpracę z paryską »Kulturą«. Dziś ponoszą konsekwencje takiego postępowania”.

3

W ciągu dnia próby, zresztą mało skuteczne, umknięcia od rze­czywistości, przy lekturze Podboju Peru Williama Prescotta oraz no­wego wydania Nie tylko piramidy Kazimierza Michałowskiego. Rewolucja, SztukaIntere­sujące uwagi prof. Michałowskiego o przełomie, jaki się dokonał w sztuce egipskiej za panowania XVIII dynastii, gdy młody Amenhotep IV nie tylko zerwał z religią Amona tebańskiego i związanym z nim wielobóstwem świątyń egipskich, ale nawet przeniósł swoją stolicę na północ, gdzie na pustyni wybudował nowe miasto, nazwa­ne przez niego „Horyzontem Atona”. Aton, czyli tarcza słoneczna, był odtąd jedynym bogiem, któremu należało oddawać cześć, a sam król zmienił swoje imię z Amenhotepa, co tłumaczy się jako „Amon spoczywa” na Ach-en-Aton, co znaczy „wspaniały jest Aton”. Echnaton, jakbyśmy dzisiaj imię jego wymawiali, kazał zacierać ślady innych bóstw i niszczyć kult Amona. Zerwał również z obowiązują­cym dotychczas hieratycznym rytuałem dworu królewskiego i uwolnił sztukę z odwiecznych więzów reguł i przepisów, którymi była spętana, każąc artystom portretować się wiernie: z jajowatą głową, opadającymi ramionami i wydatnym brzuchem. „Możemy sobie łatwo wyobrazić — pisał Michałowski — że pomimo przyzwolenia i inspira­cji królewskiej, artystom przywykłym do pewnych schematów kompozycyjnych, do utrwalonego w kanonie kształtu postaci ludzkiej, nie mogło przyjść łatwo podporządkowanie się życzeniom króla. Całkowi­ta swoboda w stosowaniu dowolnej formy przedstawiania nie była ułatwieniem, lecz znacznym utrudnieniem ich pracy. Taki ekspery­ment mógł się udać tylko dzięki biegłości i umiejętności, jaką osiągnęły wówczas stołeczne warsztaty rzeźbiarzy i malarzy. Na pewno najzdolniejszych zabrał z Teb Echnaton do swej nowej stoli­cy… W krótkim czasie artyści amarneńscy stworzyli całą serię pomników zgodnie z nowym duchem czasu. Powstały wielkie rzeźby faraona z całym niedostatkiem jego powłoki cielesnej. Jajowata czaszka, nieomal końska szczęka, chuda szyja, wąskie, opadające ramiona, wydatny brzuch — oto obraz tego niewątpliwie genialnego człowieka, który potrafił skruszyć tysiącletnią skorupę narosłych zwyczajów, przyzwyczajeń i konwenansów swego społeczeństwa, odważ­nie przeciwstawiając się potędze kleru i innych dostojników. Do największych arcydzieł zaliczyć jednak należy płaskorzeźby i kompo­zycje malarskie przedstawiające bardziej intymne sceny z życia dworu, np. król z królową Nefertiti na tronie w otoczeniu małych księżniczek, córeczka przy spożywaniu pieczonej kaczki lub malowi­dło przedstawiające dwie nagie księżniczki siedzące na poduszkach w swojej pałacowej komnacie”. Z dalszych jednak wywodów znakomi­tego egiptologa wynika, że rewolucja dokonująca się w sztuce usz­tywnionej nie jest sprawą prostą i wolność nie załatwia wszystkie­go: oto motyw jajowatych głów, wydłużonych szczęk i obwisłych brzuchów poczyna się pojawiać w sztuce tego okresu we wszystkich nieomal rzeźbach i malowidłach. Anatomicznymi defektami faraona-reformatora zostają obdarzeni nie tylko najbliżsi członkowie jego rodziny, lecz również słudzy niosący dary czy ofiary. „Tak silne było u artystów przywiązanie do istoty kanonu — komentuje to zja­wisko prof. Michałowski — że stworzywszy raz naturalistyczny obraz władcy, cechy jego ułomnej budowy ciała poczę­li nadawać wszystkim postaciom. Tworzyli więc nowy kanon, będący wyrazem nowej maniery, w jaką sztuka amarneńska popadła… ksz­tałtowanie w sztuce postaci ludzkich na wzór anatomii ciała ludz­kiego da się pojąć wyłącznie na tle odwiecznych przyzwyczajeń przedstawiania obrazu człowieka w ramach kanonu”.

4

Myśli, jakie mnie obległy w związku z tą lekturą, nie chce mi się relacjonować. Przeglądając dopiero co u nas wydaną książkę pu­blicysty zachodnioniemieckiego, Joachima Festa Oblicze Trzeciej Rzeszy, natrafiłem we wstępie do rozdziału końcowego na zdanie z Tacyta: „nigdy nie było lepszych niewolników, nigdy gorszych panów”. Wydaje mi się, że w odniesieniu do rzeczywistości współ­czesnej cytat ten powinien brzmieć: „Nigdy nie było gorszych niewolników, nigdy gorszych panów”.


5

Dowiaduję się z radia zachodniego, iż prezydent Nixon zło­żył oświadczenie, w którym stwierdził, że amerykański plan lotów kosmicznych na najbliższe dziesięciolecie przewiduje pod koniec tego okresu wysłanie pojazdów bezosobowych do wszystkich planet układu słonecznego.

niedziela, 8 marca

6

Jeden glimid i jeden phanodorm już od bardzo dawna zapewnia­ją mi nie więcej niż trzy do czterech godzin twardego snu, reszta nocy upływa na wielokrotnym budzeniu się, owszem, zasypiam prze­ważnie ponownie, lecz w coś, co jest snem jakby rozrzedzonym, co jest płytkie i kruche, i nie daje pełnego odpoczynku. Jak zwykle na przedwiośniu, nawet tak złudnym jak obecne, rozbudzam się ostatecznie wcześniej niż porą zimową, dzisiaj wstałem zaraz po szóstej, lubię zresztą tę ranną godzinę, kiedy wszyscy domownicy jeszcze śpią i sam robię śniadanie, parząc w filiżance mocną her­batę i przygotowując kilka grzanek. Na dworze krajobraz zimowy, ale słońce.


7

M., który zawsze przynosi kupę krążących po Warszawie kawa­łów, opowiedział wczoraj, kiedy przyszedł na obiad, jeden wart utrwalenia. Ksiądz, Władza, ObyczajeDo wiejskiego proboszcza przychodzi sekretarz groma­dzkiego komitetu Partii z prośbą o wypożyczenie kościelnych ławek na partyjne zebranie. „Nie dam wam ławek — odpowiada ksiądz — ostatnim razem, jak wam pożyczyłem, wszystkie były zarzygane”. Na to sekretarz: „Nie da ksiądz ławek? To my w niedzielę na mszy żadnych datków nie będziemy dawać”, „A ja wam przemówień nie bę­dę pisać” — krzyczy ksiądz, „Ach tak? — odpowiada sekretarz — w takim razie gówno się ksiądz od nas dowie na spowiedziach, co się w Partii dzieje”.


8

Całe popołudnie i wieczór przy lekturze Dziennika André Gide'a[2], pobieżnie przerzucając fragmenty z różnych okresów, a za­trzymując się tym razem dłużej na latach 1928–39. Okazało się, że nie pamiętałem dość dokładnie wielu stronic pisanych przez Gide'a bezpośrednio po powrocie z Konga i w okresie pracy nad Edypem. Jak zawsze, gdy sięgam po ten Dziennik — przejrzałem również Ainsi soit-il[3], niezmiennie poruszony kilkoma zdaniami końcowymi, ostatnimi (na sześć dni przed śmiercią), jakie Gide napisał:

9

„Nie! Nie mogę obiecać, że wraz z ukończeniem tego zeszytu wszystko będzie zamknięte: będzie po wszystkim. Może zechcę je­szcze coś dorzucić. Dorzucić nie wiem co. Dorzucić. Może. W ostat­niej chwili jeszcze coś dorzucić… Tylko, że kleją mi się powie­ki. Ale spać mi się nie chce. Wydaje mi się, że mógłbym być jeszcze bardziej zmęczony. Późno już, nie wiadomo która godzina nocy czy rana… Czy mam jeszcze coś do powiedzenia? Do powiedzenia jeszcze nie wiem co.

10

Moje własne położenie na niebie wobec słońca nie powinno sprawiać, bym mniej się zachwycał świtaniem”.


11

Wydaje mi się, że mój typ charakteru w większej mierze ani­żeli odmiennie ukształtowane rodzaje ludzkich osobowości potrzebuje mocnych doznań, owych znaków życia manifestujących się nagląco i w różnorodny sposób, niekoniecznie przyjazny, bowiem gwałtow­ne ciosy oraz stan zagrożenia mogą mną poruszyć równie skutecznie, jak dobrodziejskie dary losu. Konflikt wewnętrzny, TwórczośćJestem ulepiony z samych nieomal sprzeczności, wszystkim moim skazom i cnotom towarzyszą ich prze­ciwieństwa, pozostawiony samemu sobie nie potrafię korzystać z bodźców jednolitych, zdany jestem na nieustannie ścieranie się elementów sprzecznych i zawsze tak się ze mną działo i dzieje na­dal, że skoro żywioł istnienia stygnie wokół mnie — samotna gra przeciwieństw mojej natury pogrąża mnie w obezwładniającą inercję, w stan martwej wegetacji. Kto wie, czy całe moje pisarstwo nie wy­nika z tej właśnie kondycji mego charakteru, ono bowiem było i jest jedyną wewnętrzną rzeczywistością, która moim sprzecznościom potrafi nadać twórczy sens, uniezależniając mnie od trucizn zew­nętrznych. Gdybym nie pisał, mógłbym przy sprzyjających, burzli­wych okolicznościach zostać awanturnikiem albo hochsztaplerem, bez nich tylko szmatą.

poniedziałek, 9 marca

12

Literat, Sztuka, Błoto, KwiatyPogarda dla szmiry treściowej i artystycznej wydaje mi się równie niedorzeczna, jak niedorzeczną byłaby np. pogarda dla nawozu, który — być może — nie jest przyjemny w wyglądzie i w zapachu, jednak sprawia, że dzięki niemu świat roślinny uzyskuje bujną płodność. Zaryzykowałbym twierdzenie, iż większość dzieł wybit­nych i uznanych za arcydzieła, zawdzięcza w pewnej mierze swoją znakomitość właśnie elementom szmiry, szmiry wczorajszej i współ­czesnej, bowiem to ona — łatwa, niecierpliwa i przypodchlebcza nawet w buntach — w sposób najbardziej bezpośredni reaguje na roz­ległe manifestacje życia. Spłyca je, trywializuje i upraszcza! Oczywiście! Lecz w ostatecznym rozrachunku bywa dobroczynnym na­wozem, bowiem tak zawsze było i tak dzieje się nadal, iż sztuka, ta z wysokich rejonów, żywi się nie tylko życiem, i nie tylko oso­bą samego artysty, żywi się także sztuką i to w jej najróżniej­szych przejawach, także tych płaskich, jarmarcznych i durnych, chociaż do tych powinowactw wielcy twórcy nie lubią się zazwyczaj przyznawać. Powiedziałbym nawet więcej, powiedziałbym, iż nie do­mierzam arcydziełom, które nie pozwalają mi, dzięki ich skamienia­łej doskonałości, odnaleźć zanikających ech oraz cieni natrętnej i wulgarnej szmiry. Wielki talent robi wszystko, co chce; geniusz tyle tylko, co może. Obawiam się, że to ostatnie zdanie komuś ukradłem, pojęcia jednak nie mam komu. Żeby jednak otrzymać rozgrzeszenie z tego przewinienia sięgnąłem do dzieł najlepszego mego spowiednika, ponieważ uwielbiam go z ironiczną czułością, sięgnąłem zatem do książki Tomasza Manna Jak powstał „Doktor Faustus”, i w niej bez trudu odnalazłem fragment, w którym Mann, relacjonując udział Schönberga oraz Adorna w kształtowaniu się jego koncepcji muzycznej twórczości Adriana Leverkühna, pisze (polskie wyd. s. 40): „Przedstawienie muzyki seryjnej i jej w dialogu zawarta krytyka, tak jak występuje w XXII rozdziale Faustusa, oparte są całkowicie na analizach Adorna, jak również i nie­które uwagi na temat późnych utworów Beethovena, występujące już wcześniej w powieści, w wynurzeniach Kretzschmara, mianowicie o duchowej zależności, jaką śmierć ustanawia pomiędzy geniuszem a konwencją. Te również myśli wydały mi się w rękopisie Adorna ja­koś »osobliwie« znajome, a na temat — jakby to rzec? — czystego sumienia, z jakim włożyłem je, trochę zaledwie zmieniając, w usta memu jąkale, mogę powiedzieć tyle tylko: z chwilą, gdy już przez długi czas uprawia się działalność intelektualną, zdarza się bar­dzo często, że myśli, które się niegdyś rozsiało na wiatr, powra­cają do autora, ukształtowane inną, młodszą już ręką, i przynie­sione w inne okoliczności, przypominają artyście jego samego i własne jego sprawy. Sama myśl jako taka nigdy nie będzie mieć w oczach artysty wielkiej wartości jako własność! Zależy mu bo­wiem przede wszystkim na jej funkcjonalnej przydatności w duchowym mechanizmie jego dzieła”.

wtorek, 10 marca

13

Po cóż się oszukiwać? Te zapiski z ostatnich trzech dni były robione na siłę, są czymś w rodzaju uniku. Krążą wokół sprawy naj­ważniejszej, lecz jej nie dotykają. Strach? Zapewne. Ten sam para­liżujący strach, który od wielu tygodni wstrzymuje mnie przed zajrzeniem do teczek z maszynopisami Miazgi.

14

Od końca grudnia, gdy po trzech miesiącach pracy szczególnie intensywnej Twórczość, Literat, Zwątpienie, Pracawątpliwości i rosnące z dnia na dzień zniechęcenie po­częły niszczyć wszystko, co napisałem i wówczas, i przed tym — mo­je życie jest nędzną wegetacją, jest nią pod każdym względem in­telektualnym, moralnym, także i fizycznym. Tylokrotnie w życiu doświadczając podobnych załamań i upadków, znając dość dokładnie mechanizm zniszczenia, który z pełni zapału i przekonania, że to, co robię jest dobre, spycha mnie w ciągu kilku krótkich dni w drę­czące zwątpienie, tak wiele, jak nieraz sądzę, o sobie wiedząc — nie umiem przecież tym klęskom zapobiec, ani do rozsądnej pauzy skrócić ich trwania. Gdybym chociaż potrafił wypełniać ów pusty czas zatrudnieniami sensownymi! Niestety, rozkład i zanik moich pisarskich kwalifikacji paraliżuje mnie całkowicie. Staję się do­kładnie wysterylizowany i całkowicie bezbronny wobec rzeczywistoś­ci, w której egzystuję, zarówno mojej prywatnej, jak i tej drugiej: publicznej, nieporównanie od pierwszej rozleglejszej i zjadliwiej atakującej. W tych złych okresach są to jedyne sfery, na które jestem otwarty, a ponieważ obydwóm nie mam w sobie nic do przeciw­stawienia — obie są koszmarne, ranią i trują. Nie mając ludziom nic dobrego do dania, unikam ludzi, przecież nieraz nieomal się modlę, aby ktoś z tych, których lubię i cenię, zadzwonił i wyrwał mnie z udręczonej samotności, lecz gdy się to staje, rzadko, lecz się staje — szukam natychmiast kłamliwych pretekstów, aby się od spotkania uchylić albo je odłożyć. Każdy na ziemi ma takie niebo, czyściec i piekło, na jakie zasługuje. Moje martwe tygodnie i mie­siące są moimi martwymi tygodniami i miesiącami. Jedyny blask urodzajnego życia, który mnie wśród nich nie opuszcza, to nawet w chwilach najgorszych z najgorszych przytomna świadomość, iż nigdy, w żadnych okolicznościach i pod żadnym względem nie jestem ofiarą. Trzeba mieć tyle skaz, ile mam ich ja, i tak wiele słabości, ile ich we mnie jest, aby nie chcąc utonąć i nie pójść na dno — zacho­wać tę szczyptę dumy. Zresztą nie kosztuje mnie ona wiele, nie mu­szę o nią walczyć. Ta duma zawsze we mnie w sposób naturalny była i nadal jest. Być może jest również w tej świadomości coś z poko­ry? Być może. W moim jednak przypadku wolę mówić o dumie. Z dumy? Być może.

środa, 11 marca

15

Od paru dni drobna odwilż, szaro, brudno, pryzmy śniegu ciąg­nące się wzdłuż krawężników trotuarów skurczyły się i pociemniały, niektóre, jak np. ta przed naszymi oknami, po drugiej stronie uli­cy, zwały torfu lub koksu raczej przypomina aniżeli śnieg.

16

Wczoraj wieczorem przyobiecywałem sobie, że zacznę dzień od lektury maszynopisu Miazgi. Od początku. Zdaję sobie aż nadto dob­rze sprawę, że jeśli mam ruszyć dalej, muszę wpierw niejako na nowo przyswoić sobie to wszystko, co zrobiłem do tej pory. Przyswoić sobie? Ależ tak! Dosłownie. Wiele szczegółów, a również i ca­łych scen, napisanych przed trzema czy czterema miesiącami zupełnie już w tej chwili nie pamiętam, inne zarysowują mi się w pamięci w takich kształtach, jakby były odbitkami prześwietlonymi lub niedoświetlonymi, lepiej widzę to, co miało być, albo ok­reślając w oparciu o pewną nadzieję: co ma być. Mogę w tej chwi­li powtórzyć za Adamem Nagórskim, gdy rozmyśla, słuchając na pią­tkowym koncercie symfonicznym Pieśni wędrowca w wykonaniu Haliny Ferens-Czaplickiej: Choroba, Zdrowiechory już nie jestem, lecz zdrowy też nie jestem.


17

Pod wieczór sympatyczna Natalia B., która w czasie swego os­tatniego pobytu w Helsinkach podpisała z wydawnictwem Kirjahtyma umowę na przekład Miazgi. Będzie to jej pierwsze tłumaczenie z polskiego, mam jednak zaufanie do jej inteligencji i językowej intui­cji. Rosjanin, RosjaTa młoda dziewczyna, urodzona i wychowana w Finlandii, nie ma w sobie ani kropli krwi fińskiej, oboje jej rodzice są Rosjana­mi, zresztą urodzonymi z małżeństw mieszanych: rosyjsko-angielskiego i rosyjsko-francuskiego. Ona sama, przy całym naturalnym przywiązaniu do Finlandii, czuje się raczej Rosjanką, reprezentując sobą, o ile mogę sądzić przy znajomości tak krótkiej — zespół cech szczególnie interesujących i sympatycznych, a tak charakterys­tycznych dla Rosjan, których rosyjskość bez tradycyjnych oporów i zahamowań otwarta została na wpływy zachodnie. Udzielając wszak­że tym cechom pełnej sympatii, na jaką z punktu widzenia ludzkie­go zasługują, niepodobna nie pamiętać, że wszystko, co w kulturze rosyjskiej było naprawdę ważne i twórcze, stworzone zostało z ele­mentów wyłącznie rosyjskich. Gogol i Szczedrin, Dostojewski i Toł­stoj. A Iwan Groźny, Piotr Wielki, Katarzyna i Stalin.

18

W czasie dłuższej rozmowy o rosyjskim modelu komunistycznym, tak bardzo całą dialektyką polityczno-społeczną przypominającym reakcyjny i zaborczy model caratu, sięgnąłem do dawnych notatek, aby zapoznać Natalię B. z fragmentami kilku starych tekstów.

19

Hr. Aleksander Benkendorf, który brał udział w stłumieniu pow­stania dekabrystów i był szefem żandarmerii Mikołaja I, z końcem roku 1829 (a może z początkiem roku następnego), po konferencji z carem, wystosował do generał-gubernatora moskiewskiego, ks. Golicyna następującą odezwę, której tekst w aktach został opatrzony własnoręczną oceną carską „bardzo dobrze”.

20

„W ostatnim numerze wydawnictwa »Teleskop« umieszczony został artykuł pod nazwą Listy filozoficzne, którego autorem jest zamiesz­kujący Moskwę pan Czaadajew. Artykuł ten, naturalnie już znany księciu, wzbudził w mieszkańcach Moskwy powszechne zdumienie. Mo­wa tu jest o Rosji, o narodzie rosyjskim, jego pojęciach, wierze, historii z taką pogardą, iż niepojętym jest, jak mógł Rosjanin poniżyć się do tego stopnia, czy coś podobnego napisać. Lecz mie­szkańcy naszej starożytnej stolicy, zawsze odznaczający się czystym, zdrowym rozsądkiem, a przepełnieni uczuciem godności narodu rosyjs­kiego, od razu pojęli, że podobny artykuł nie mógł być pisany przez ich rodaka, który zachował w pełni zdrowe zmysły i dlatego — jak doszły nas wieści — nie tylko nie skierowali swego oburzenia prze­ciwko panu Czaadajewowi, lecz przeciwnie, wyrażają swe szczere ubo­lewanie z powodu rozstroju nerwowego, jaki go dotknął, a który jedynie mógł być przyczyną napisania podobnych niedorzeczności. Otrzymano tu wiadomości, że współczucie z powodu nieszczęśliwego stanu pana Czaadajewa jednomyślnie podzielane jest przez ogół moskiewski. Jego Cesarskiej Mości podobało się, aby Książę przedsię­wziął należyte środki ku dostarczeniu panu Czaadajewowi wszelkiej pomocy i opieki lekarskiej. J. C. Mość rozkazuje, aby Książę pole­cił jego leczenie umiejętnemu medykowi, zobowiązując tego ostat­niego do odwiedzania pana Czaadajewa koniecznie co rano, i aby wydane zostało rozporządzenie, iżby pan Czaadajew nie naraził się na szkodliwy wpływ obecnego, wilgotnego i chłodnego powietrza; jednym słowem, aby były zastosowane wszystkie środki ku poprawie jego zdrowia. J. C. Mość życzy sobie, aby Książę co miesiąc dono­sił Mu o stanie Czaadajewa[4]”.

21

Nikołaj Karamzin[5], na którego Historii państwa rosyjskiego uczyło się wiele pokoleń, występując przeciwko reformatorskim po­czynaniom Aleksandra I, w memoriale O starej i nowej Rosji z ro­ku 1811, złożonym siostrze cara, Katarzynie, skonstruował tezę, iż car nie ma prawa ograniczać swego samowładztwa.

22

Władza„Gdyby Aleksander natchniony wielkoduszną nienawiścią do na­dużyć samowładztwa jął pióro do przepisania sobie innych praw oprócz praw boskich i własnego sumienia, to istotnie cnotliwy oby­watel rosyjski ośmieliłby się zatrzymać jego rękę i rzec: Cesa­rzu! Przekraczasz granicę twej władzy. Rosja nauczona długotrwa­łymi klęskami wręczyła przed świętym ołtarzem samowładztwo twemu przodkowi i zażądała, byś rządził nią w sposób suwerenny i nie­podzielny. Testament ten jest podstawą twej władzy, innej nie masz, możesz wszystko, lecz nie możesz prawnie jej ograniczyć”.

23

Z przyczyn dialektycznie podobnych nie może obecnie ulec jakimkolwiek ograniczeniom wszechwładza partyjna, bowiem Partia otrzymała władzę z rąk przodującej klasy robotniczej, reprezen­tującej interesy całego narodu i w imię tych interesów najbardziej postępowych jest przez cały naród popierana. Ciasny krąg łańcucha się zamyka. Każde ogniwo tego łańcucha szczelnie przylega do są­siednich, żadnej szczeliny.

24

I wreszcie notatka na marginesie zjazdu Słowianofilów w Mos­kwie, w roku 1867. Jeszcze na pierwszym zjeździe wszechsłowiańskim w Pradze w 1848 roku Rosjan prawie nie było. Na 341 uczestni­ków było 237 Czechów i Słowaków, 42 Jugosłowian, 60 Polaków i 2 zaledwie Rosjan, jeden z nich, Bakunin, przyłączył się do sekcji polskiej. Natomiast zjazd moskiewski odbywał się pod protektora­tem rządu rosyjskiego, a Polacy nieobecni na zjeździe (od upadku powstania styczniowego trzy lata zaledwie ubiegły), wyklinani by­li przez delegatów rosyjskich jako odstępcy sprawy słowiańskiej. Na bankiecie wydanym w Petersburgu wielki poeta rosyjski, Fiodor Tiutczew[6], powiedział w swoim przemówieniu:

25

„Zachód zdjęty jest trwogą, drży na widok zebranej całej ro­dziny słowiańskiej… A między nami, o bracia, co za hańba! Spoś­ród naszej słowiańskiej rodziny ten tylko uszedł nienawiści tylu sprzysiężonych przeciw nam nieprzyjaciół, kto względem swoich wszędzie i zawsze był zdrajcą i ohydnym zbrodniarzem. Tylko jego, tego naszego Judasza, zaszczycają oni swymi pocałunkami”. (Julian Klaczko[7] w „Revue de Deux Mondes” z 1 września 1867).

26

Tiutczew nie był w swych poglądach odosobniony. Tacy wyznaw­cy i propagatorzy ruchu słowianofilskiego, jak Michał Pogodin[8] al­bo Jurij Samarin[9], tworząc koncepcję o przeciwieństwach dzielących świat słowiański i łaciński, upadek Polski tłumaczyli jej wielo­wiekowym związaniem z „duchem latynizmu” („Jak dwie dusze, zawar­te w jednym ciele, słowiańskość i latynizm wiodły i wiodą ze sobą dotychczas zaciętą walkę na śmierć i życie” — pisał Jurij Samarin w studium Współczesne ujęcie polskiego zagadnienia), natomiast w inspirującym udziale Rosji w rozbiorach Polski dopatrywali się cech wielkoduszności, Rosja bowiem — według nich — nie mogąc pa­trzeć obojętnie na zabłąkanie narodu słowiańskiego musiała mu po­dać pomocną dłoń.

27

Rosja, Polak, HistoriaNa podstawie moich osobistych kontaktów z lat ostatnich, a rów­nież i relacji o poglądach ludzi zajmujących nieraz dosyć ekspono­wane stanowiska, wydaje mi się, że rozumienie ciągłości w dzie­jach Rosji carskiej i porewolucyjnej staje się w Polsce coraz powszechniejsze. Ta właśnie ciągłość, stworzona i umocniona geniu­szem Stalina, zrodziła fenomen bez precedensu w dziejach ludzkoś­ci. Historia zna wiele tyranii, despotyzmów i tryumfów reakcji. Ani jednak one same nie występowały wobec świata z hasłami demo­kracji i postępu, ani nikt się w nich nie dopatrywał symbolu wol­ności. Na przestrzeni minionego półwiecza Związek Radziecki może się poszczycić obu osiągnięciami. Nigdy w dziejach powszechnych nie udało się oszustwo na miarę tak ogromną i trwałą, nigdy też najbrutalniejsza przemoc, egoizm i cyniczne kłamstwo nie przybra­ły tak pięknych i wzniosłych masek, nigdy wreszcie tak ogromna ilość ludzi na całym świecie, w tym również i wielkich umysłów, nie uległa tak ślepym złudzeniom i nadziejom.

czwartek, 12 marca

28

Rosja, Władza, Przywódca, Państwo, Rosjanin, PolakWspomniałem wczoraj o geniuszu Stalina. Przez dłuższy czas jed­ną z najbardziej niewytłumaczalnych cech tej osobowości równie niezwykłej, jak przerażającej, wydawała mi się precyzyjna nieomylność, z jaką ten Gruzin (ale urodzony w prawosławiu i wychowanek prawos­ławnego seminarium) zrozumiał i zrealizował rosyjską rację stanu. Nie istnieją wskazania dość wiarygodne i rozsądne, aby wątpić w szczerość oraz autentyczność komunistycznych poglądów Stalina. Więcej, gdyby Stalin nie był komunistą z najgłębszego przekonania — niepodobna byłoby go zrozumieć jako twórcy nowoczesnego imperium rosyjskiego, tworzył je bowiem w zgodzie z dialektyką marksistowską, prawidłowo przyjmując za punkt wyjścia dla swoich poczynań ścisłe rozpoznanie wszystkich okoliczności, w jakich się znalazła Rosja porewolucyjna. To komunizm uczynił ze Stalina rosyjskiego męża stanu miary z pewnością nie mniejszej niż był nim niegdyś Iwan Groźny, a potem Piotr Wielki. Nie łudząc się, jak Trocki — i słu­sznie — iluzorycznymi perspektywami światowej rewolucji, Stalin po śmierci Lenina był jedynym bodaj spośród ówczesnego kierownictwa, który doskonale rozumiał, że zdobycze Rewolucji Październiko­wej dadzą się utrzymać wtedy tylko, gdy Związek Radziecki stanie się mocarstwem. Myślę, że wielu z wybitnych skądinąd przywódców partyjnych z owych lat dwudziestych i trzydziestych rozpieprzyło­by ten cały interes, gdyby doszli do władzy. Stalin stworzył (a może raczej odrodził) rosyjskie imperium. Cena, jaką trzeba było za to zapłacić, okazała się oszałamiająco wielka, lecz na dobro Stalina, jako męża stanu, trzeba zapisać, iż nigdy się nie wahał, aby owe wysokie koszta płaciły najwartościowsze jednostki, całe warstwy społeczne, bratnie partie, całe narody, rosyjskiego nie wyłączając. Lecz chyba nie brutalne i nieludzkie koszta przeraża­ją przede wszystkim w tym gigantycznym przedsięwzięciu. Cała his­toria ludzkości spływa krwią i napiętnowana jest bezmiarem znisz­czeń i cierpień. W dziele Stalina przeraża złowrogi stwór, który z tych ponad wszelką miarę kosztownych poczynań powstał. Nie zaw­sze mi się to udaje, lecz staram się na całokształt tych spraw patrzeć możliwie chłodno, nie rzucając na szale wagi losu mojej własnej ojczyzny. Szala z podbitymi i uciemiężonymi jest dostate­cznie obciążona. Naród rosyjski również na tej szali wegetuje. Siedzimy w jednej klatce.

piątek, 13 marca

29

Mimo monotonnej szarości i braku słońca, poprzez tę szarość i bezsłoneczność wciskać się jednak poczynają podmuchy wiosny.

sobota, 14 marca

30

Notatki do Miazgi. W jednym z brulionów, najstarszym, prawie w całości zapisanym, pod datą 12 stycznia 1963, więc w okresie, kiedy pisałem jeszcze w Oborach Idzie skacząc po górach, znajduję dość niejasny w tej chwili dla mnie tytuł: Delegacja służbowa. Lakoniczne zapiski poniżej: wesele w Jabłonnie, zgubienie delega­cji służbowej, wszystkie zjawy w noc w Jabłonnie pokazują się Iksowi, w bocznym saloniku przypadkowo w towarzystwie dygnitarzy.

31

Nie umiem już w tej chwili zrekonstruować wydarzeń, które chcia­łem wówczas zgotować owemu Iksowi, gubiącemu delegację służbową i trafiającemu na jakieś przyjęcie weselne w Jabłonnie.

32

Lecz na stronie sąsiedniej, pod datą 28 marca tego samego roku (również w Oborach) widzę notatkę: porzucenie pomysłu Delegacji służbowej na rzecz Wesela — 1) Zapowiedzi 2) Ślub cywilny 3) Ślub kościelny 4) Wesele w Jabłonnie. Wyraźnie cieplej, jak w zabawie: ciepło, ciepło… zimno, zimno… Ale tylko cieplej, bo dokładnie nie potrafię wszystkich szczegółów złożyć. Andrzej Wajda dopiero pod koniec roku 1963 wystawił w Krakowie Wesele (byłem na tym przedstawieniu ze Stefanami Otwinowskimi przed samym Sylwestrem), lecz możliwościami teatralnymi, a także i filmowymi Wesela interesował się o wiele wcześniej, rozmawialiśmy na ten temat w sta­romiejskiej kawiarni „Gwiazdeczka”[10], nie mógł to być jednak marzec, bo już było dostatecznie ciepło, żebyśmy mogli siedzieć na świeżym powietrzu, na dziedzińcu, pamiętam dobrze, że w trakcie jednej z rozmów właśnie na dziedzińcu „Gwiazdeczki”, powiedziałem Wajdzie, że po co zastawiać się nad ekranizacją Wesela, kiedy motyw wesela można umieścić we współczesności. Chyba dokładnie pamiętam, że w tym moim ówczesnym pomyśle Panną Młodą miała być dziewczyna z „Mazowsza”[11], a Panem Młodym — najpierw młody człowiek z rodziny arystokratycznej, później syn wysoko postawionego dygnitarza rządowego. Tytuł Miazga pojawia się po raz pierwszy przy dacie 28 sierpnia 1963, nie był jednak jedynym, ponieważ już później poja­wiają się inne tytuły, zaczerpnięte z ludowych porzekadeł: Gorzki pląs i Ta wierzba jest moja[12]. Ostateczny powrót do Miazgi ozna­czony jest datą 30 listopada 1964, więc gdy po wyjątkowo intensyw­nej pracy w lipcu i w sierpniu roku poprzedniego miałem obraz po­wieści opracowany w ogólnym zarysie, a i większość postaci już z biografiami. Pierwotnie akcja miała się rozgrywać w sobotę 16 ma­ja 1964, skoro jednak niecierpliwy czas począł pomykać szybciej niż moja od początku oporna książka wśród różnych utrudnień i kło­potów — przeniosłem czas trwania akcji na sobotę 15 maja roku 1965. Jak się później okazało, nie było to ostatnie ściganie się z czasem. Niestety, nie potrafię już teraz odtworzyć pierwszych etapów Miazgi, jak powstawała, w jakim tempie i dokładnie kiedy. W moim posiadaniu jest tylko rękopis kontynuowany od schyłku ro­ku 1965, kiedy ostatecznie zniechęciłem się do pisania na oddziel­nych kartkach, przekładając nad ich zbyt obszerny format skromne i jakby intymniejsze stroniczki zwykłego brulionu.

33

Wyjeżdżając z początkiem listopada 1966 do NRF i przewidując, że spędzę później kilka tygodni w Paryżu (te tygodnie przeciągnę­ły się do czterech miesięcy) — zabrałem ze sobą wszystkie materia­ły do Miazgi. Już pod koniec parotygodniowego pobytu w Niemczech Zachodnich, gdy w drodze z Kolonii do Monachium zatrzymaliśmy się na obiad w Stuttgarcie, wydarzyła się przygoda, oględnie mówiąc: nieprzyjemna. Podczas kiedy jedliśmy obiad w rozległej restaura­cji mieszczącej się na wysokim piętrze nowoczesnego gmachu, z na­szego auta zaparkowanego w pobliskim garażu podziemnym wykradzio­no część bagaży, m.in. moją maszynę do pisania oraz torbę, w któ­rej obok przyborów toaletowych i podręcznych drobiazgów znajdowa­ła się teczka z rękopisem i maszynopisem Miazgi. Mimo licznych anonsów w prasie i przez radio nigdy już tej teczki nie odzyska­łem. Pewnie skończyła swój żywot w jakimś śmietniku. Brulion z no­wym rękopisem oraz dwa bruliony z notatkami znajdowały się na szczęście w walizce w bagażniku. Lecz los w tej nieoczekiwanej przygodzie i tak wykazał dla mojej książki wiele życzliwości: gdy­bym przed kilkoma miesiącami przed tym, ulegając wreszcie namo­wom Stryjkowskiego, nie dał dla „Twórczości” kilkudziesięciu stro­nic maszynopisu — strata poniesiona w Stuttgarcie nie ograniczyła­by się do trzydziestu czy czterdziestu stronic, więc tych tylko, których nie było w maszynopisie złożonym bezpiecznie w „Twórczo­ści”. Byłaby to katastrofa całkowita. Nie potrafiłbym zagubionego tekstu zrekonstruować, a wątpię, czy starczyłoby mi sił i umiejęt­ności, aby jeszcze raz zaczynać wszystko od nowa.

34

Ponieważ Maryli W., która w charakterze tłumaczki (ale jak nie­porównanie znakomitej!) towarzyszyła mi w podróży, również ukra­dziono torbę z podręcznymi rzeczami, pierwszy dzień w Monachium musieliśmy zacząć od najniezbędniejszych zakupów, byliśmy dosłow­nie bez niczego, bez szczotek do zębów, grzebieni, nocnych koszul, proszków nasennych. Maryla bez swoich kosmetyków, a ja bez maszy­nki do golenia. Nigdy jeszcze w ciągu równie krótkiego czasu nie zakupiłem tak wielu przedmiotów. Wracaliśmy do hotelu bardzo roz­bawieni, lecz i leciutko zażenowani, bo obładowani rozlicznymi pa­czkami wyglądaliśmy na typowych obywateli kraju socjalistycznego, łapczywie zaspokajających swoje tęsknoty za luksusem zachodnim.

35

Jeszcze w czasie pobytu w Monachium dotarł do mnie październi­kowy numer „Twórczości” z fragmentami Miazgi.

36

Oto kilka słów wyjaśnienia, którym poprzedziłem tekst:

37

„Gdy przed wieloma miesiącami, jeszcze w połowie roku ubiegłego, zgłosiłem naczelnemu redaktorowi »Twórczości« chęć wydrukowania fragmentów powieści, nad którą pracowałem parę lat — nie przypusz­czałem, że z tej dobrowolnie podjętej obietnicy nie będę się mógł wywiązać, i to w sposób, oględnie się wyrażając, cokolwiek żenujący. Jeśli powiem, że autor książki bardzo zaawansowanej i rozbudo­wanej, z solidnym zapleczem materiałów i notatek, znalazł się w pe­wnym momencie w ślepym zaułku i przebywał w nim dość długo, aby zwątpić w podjętą pracę, a wybrnął z tej nieprzyjemnej sytuacji wówczas dopiero, gdy znalazł dla powieści nową zasadę kompozycyjną (w konsekwencji chyba i myślową również) — powiem, prawdopo­dobnie, akurat tyle, aby został wyjaśniony ów przykry fakt, iż za­powiedź Miazgi utrzymywała się na okładkach »Twórczości« przez kilkanaście miesięcy. Doprawdy, trudno mi nie wyrazić moim przyjacio­łom z »Twórczości« wyrazów podziwu i wdzięczności, iż w tej sytuacji, wywołującej sporo nie najprzyjemniejszych komentarzy, wykazali w stosunku do mnie i moich pisarskich kłopotów tyle wielkodusznej cierpliwości.

38

Miazga składa się z trzech części: Przygotowanie, Prolog oraz Consumatum non est. Część I pisana jest w czasie przyszłym, przeważnie w trybie warunkowym, odwołuje się zatem do sytuacji o tyle ryzykownych, iż tylko prawdopodobnych, bowiem niesprawdzo­nych, niestety, w rzeczywistości, która w częściach następnych, przede wszystkim w III, ułoży się całkiem odmiennie od wszelkich zamierzeń i projektów. Krótko mówiąc: do ślubu Konrada Hellera z Moniką Panek nie dojdzie, przyjęcie weselne w Jabłonnie się nie odbędzie. Ten krótki komentarz wydaje się w tym wypadku szczególnie potrzebny, ponieważ sprezentowane[13] fragmenty (z konieczności ograniczona ilość powieściowych wątków jest w nich ukazana) nie zapowiadają jeszcze owej cokolwiek niedorzecznej i zawstydzają­cej katastrofy. Myślę, że przyzwoiciej będzie, jeśli już teraz oszczędzę czytelnikom zbędnych złudzeń. Trudno, wesela nie będzie!”.

39

Wieczorem z dużym zainteresowaniem lektura Wyznań uspra­wiedliwionego grzesznika Jamesa Hogga. Nie umiem ograniczyć pale­nia, choć kaszel dokucza mi coraz bardziej. O innej zmorze, o wie­le dotkliwszej, wolę nie myśleć, przynajmniej dzisiaj, teraz. Dziewiąta zaledwie dochodzi, a czuję się tak znużony i rozbity, jakbym cały dzień ciężko pracował fizycznie.

40

Sołżenicyn podobno w jednej z ostatnich swoich wypowiedzi: „Przeczyśćcie swoje zegary, bo nawet nie wiecie, jak świt jest blisko”.

niedziela, 15 marca

41

Życiorysy, i to dość dokładne, niektórych postaci występujących w Miazdze, sięgają jeszcze końca lat 50., kiedy robiłem notat­ki do powieści, która miała być rodzajem biografii wybitnego i nie­dawno zmarłego pisarza, obecny Adam Nagórski występował wówczas ja­ko Adam Ossowski, lecz zarówno jego pochodzenie, jak powiązania rodzinne, młodzieńcza miłość do zmarłej młodo na gruźlicę Elżbiety Kubiak, również i ogólna charakterystyka poszczególnych jego dzieł (np. książka o śmierci Leonarda da Vinci) już w tamtych odległych latach były ustalone. Rodziny Wanertów i Heryngów mają żywot jesz­cze dłuższy, pochodzą z pierwszych lat po wojnie. Pamiętam dobrze, że pewnej nocy lipcowej w 1963, gdy miałem bardzo silną gorączkę, w ciągu kilku godzin niezwykłej jasności umysłu wszystkie te daw­niej wymyślone postacie poczęły mi się łączyć z nowo zarysowanymi, była to bardzo niezwykła noc, może tylko kilka razy w życiu danym mi było przeżyć podobnie gwałtowne rozbudzenie i sprawne działanie kreującej wyobraźni.

poniedziałek, 16 marca

42

Dokuczliwy kaszel, spowodowany podrażnieniem krtani (chyba nie tylko na skutek papierosów), budził mnie w nocy kilkakrotnie, a gdy nad ranem rozbolał mnie ząb, nadający się już tylko do wyr­wania, wstałem przed szóstą i po śniadaniu dokończyłem ostatnich kilkunastu stronic Wyznań usprawiedliwionego grzesznika, cał­kowicie podbity tym fascynująco groźnym i okrutnym arcydziełem. Cóż to za niezwykła książka! I jej autor: w młodości szkocki pas­terz, samouk, współczesny Byrona, Walter Scotta i Wodswortha, au­tor romantycznych wierszy wywodzących się z folkloru szkockiego, a również i wielu szmirowatych, podobno, powieści historycznych opartych na ludowych przekazach, przez przeszło sto lat zbywany w historiach literatury i biograficznych słownikach, jako kontynua­tor i naśladowca Roberta Burnsa, bez jednej wzmianki o Wyzna­niach usprawiedliwionego grzesznika. Według informacji Anny Trze­ciakowskiej, do której zadzwoniłem, żeby jej podziękować i za wy­bór tej zdumiewającej książki i za znakomity przekład, Wyznania usprawiedliwionego grzesznika uzyskały pewien rozgłos dopiero po II wojnie, gdy ukazały się w Anglii z przedmową André Gide'a.

43

U nas przekład Hogga ukazał się pod koniec ubiegłego roku, bodaj w październiku, i jak dotąd, nikt w prasie literackiej nie zasygnalizował tego wydarzenia, a niesprzedanych egzemplarzy Wyz­nań pełno, jak mi mówiono, w księgarniach.

wtorek, 17 marca

44

Wczoraj cały dzień uporczywy i męczący kaszel, uniemożliwiają­cy pracę, a również i lekturę wymagającą skąpienia, sięgnąłem więc po Królewską Wysokość Tomasza Manna, książkę, którą zawsze odczytuję z łatwą satysfakcją, jakbym popijał młody i osobliwie rozkoszny (jedno z ulubionych określeń Manna) riesling. Nato­miast nasilający się niebezpiecznie ból zęba udało mi się samemu zlikwidować, przeczyszczając igłą odsłonięty kanalik. W kwadrans po tym zabiegu, dokonanym przy pomocy środków cokolwiek prymityw­nych, ból całkowicie przycichł, a niebawem i lekka opuchlizna dziąsła poczęła ustępować.


45

Sztuka, Kondycja ludzka, PrawdaDokumentalna warstwa dzieła literackiego nie ma zazwyczaj wię­kszego wpływu na jego wartość i trwałość. Jeśli nie posiada cha­rakteru historycznego od początku, nabiera go szybko i jakkolwiek czytelnik obdarzony inteligentną wyobraźnią zawsze potrafi przys­woić sobie w sposób naturalny realia (a również i problemy) obce jego egzystencji osobistej — „bajkowy” w najlepszym wypadku cha­rakter owej obcości nigdy w dziele sztuki nie bywa na tyle atrakcyjny, by, poza zaciekawieniem, nawet bardzo żywym, mógł rozbu­dzić w czytelniku głębsze oraz trwalsze wzruszenia i refleksje. Może się natomiast zdarzyć, iż wspomniana warstwa dokumentarna (np. tragedii greckich, Don Kichota, szekspirowskich tragedii, czy Anny Kareniny) stałaby się w odczuciu odbiorcy prawie całkowi­cie martwa, gdyby piękno artyzmu oraz siła przeżyć ukazanych po­staci, wplątanych w konflikty również dalekie od naszych doświadczeń współczesnych, nie była tak pasjonująca, iż sfery same w so­bie obojętne odsłaniać poczynają wstrząsający obraz ludzkiej kondycji, zawsze — mimo ograniczeń historycznego kontekstu — odwo­łując się do naszych doświadczeń własnych, rozgrywanych w kontek­ście nawet skrajnie odmiennym.

46

Nic, zdawałoby się, bardziej obcego dla czytelnika drugiej połowy XX stulecia od materii dokumentarnej Wyznań usprawie­dliwionego grzesznika. Religia, SztukaWyłącznie w charakterze historycznego fe­nomenu możemy przyjmować surową, a przede wszystkim skrajnie pyszną i okrutną w swej fanatycznej bezwzględności koncepcję prezbiteriańskiej predestynacji, która w tajemniczej głębi jeszcze przed dziełem Stworzenia umieszcza nieodwołalne wyroki Stwórcy wyznaczające wszystkim ludziom z góry, na zawsze i bez względu na ich wolę oraz uczynki los potępienia lub zbawienia. A jednak niebywała artystyczna siła oraz psychologiczna wymowa, dzięki którym tak dramatycznie narasta i zagęszcza się ponura historia „wybrańca”, Roberta Colvana, sprawiają, że obca nam i niejako za­stygła materia purytanizmu poczyna się na naszych oczach oży­wiać i tak kształtować w trakcie lektury, a nade wszystko, gdy po przeczytaniu, pełni ciężkiego zamyślenia, książkę zamykamy, iż wymowa owej materii przekształca ją sama, odradza i zadziwia­jąco modeluje, odsłaniając te sfery fanatyzmu, nietolerancji, py­chy, nienawiści i pogardy, które pod różnymi maskami istnieją i działają hic et nunc[14].


47

W jednej z teczek z materiałami do Miazgi znalazłem następu­jącą notatkę, spisaną przed kilkoma laty na marginesie lektury Kronik Stanisława Orzechowskiego:

48

„W roku 1551 Katedralna Kapituła krakowska, wbrew zwyczajowi ostatnich dziesięcioleci, a nawiązując do obowiązującego w śre­dniowieczu prawa ścigania heretyków przez Kościół, wytoczyła pro­ces niejakiemu Konradowi Krupce-Przecławskiemu, szlachcicowi, który szlachectwo niedawno otrzymał był od Zygmunta Starego, oskarżając owego Krupkę o trwanie w błędach religijnych, co zresztą było prawdą, wieś oskarżonego Przecławice w ziemi proszowickiej była jednym z ośrodków polskiego protestantyzmu. Wokół tego niebywałego, jak na owe czasy, procesu, rozpętała się gwałtowna burza, i gdy wreszcie dzięki uporowi biskupa krakowskiego, Andrze­ja Zebrzydowskiego, zapadł wyrok skazujący Krupkę na wyłączenie ze społeczności chrześcijańskiej oraz infamię i utratę majątku, sprawa oparła się o króla, Zygmunta Augusta, a gdy ten pod wpły­wem stronnictwa szlacheckiego wykonanie wyroku wstrzymał, cała afera stanęła na sejmie w roku 1552. Religia, Wolność, Kara, SądNa tym to sejmie hetman Jan Tarnowski, żarliwy katolik, potępił sądowe ingerencje kościelne i wymierzanie szlachcie kar przez sądy biskupie.

49

Między hetmanem i biskupem Zebrzydowskim doszło w senacie do ostrej wymiany zdań. Stanisław Orzechowski w swych Kronikach dokładnie tę scenę opisał. W pewnym momencie Zebrzydowski zawołał:

50

— Czemże więc, Tarnowski, w Polsce będę, jeśli około kacerstwa, biskupem będąc, zaradzać nie będę? Woźnym li, czy biskupem?

51

Na to odpowiedział Tarnowski:

52

— Przyzwoiciej by zapewne było, Jędrzeju Zebrzydowski, tobie w Polsce być woźnym niż mnie niewolnikiem”.

53

W związku z tą notatką: pani P., z pierwszego małżeństwa pani H., przed wieloma laty Polska, Historia, Rewolucja, Obyczaje, Politykasekretarka Stanisława Mikołajczyka, podów­czas premiera emigracyjnego Rządu w Londynie, opowiadała mi w swoim czasie, że gdy w październiku roku 1944 toczyły się na Krem­lu rozmowy pomiędzy przedstawicielami Rządu Londyńskiego i Komite­tu Lubelskiego, Stalin, zapytany przez biorącego udział w pertrak­tacjach Churchilla, czy zamierza narzucić Polsce ustrój komunis­tyczny, kategorycznie zaprzeczył, a po chwili dodał: „Komunizm Polsce akurat pasuje, jak krowie siodło” (idiot jej kak karowie siedło).

54

Relacja pani P. wydaje się wiarygodna. Zresztą niedawno pot­wierdził mi ją Iks, który jest dość dobrze zorientowany w polity­cznych kulisach; Iks, stary przedwojenny komunista, zanim w Polsce Ludowej robił karierę, a potem anty-karierę, przebywał był przed wojną w Związku Radzieckim i osiem lat przesiedział w jed­nym z najcięższych łagrów syberyjskich. Pomijając w sformułowaniu Stalina ironiczny akcent w stosunku do Polski, jest ono pod jednym względem niezwykle charakterystyczne: Stalin, co mu się zresztą często przytrafiało, w jednym lapidarnym zdaniu powiedział prawdę i skłamał.

55

Stalin miał rację mówiąc, że ukształtowany przez niego model komunizmu Polakom nie odpowiada. To prawda. Ten rosyjski model był i jest sprzeczny z najlepszymi tradycjami Polaków. Stalin po­gardzał zapewne tymi tradycjami, lecz je rozumiał. Natomiast wiel­komocarstwowe interesy rosyjskiego imperium wymagały, aby jego wpływy przesunęły się jak najdalej na Zachód i w osiągniętych gra­nicach poczęły się utrwalać i umacniać. W warunkach politycznych, jakie się wytworzyły w Europie po II wojnie brutalny proces poli­tycznej rusyfikacji zwasalizowanych narodów (wśród nich również, a nawet przede wszystkim polskiego) musiał nastąpić nieuchronnie.

56

Władza, Polska, Historia, Rewolucja, Idealista, Polityka, RosjaWydaje mi się, że ludzi, którzy z mandatu rosyjskiego objęli Polsce władzę w 1945, nie można osądzać z perspektywy roku 1970. Myślę, że w przeważającej większości (i mimo braku kwalifikacji) byli to ludzie uczciwi, rzetelnie przejęci dobrem Polski, skoro jednak sfera polityki wymaga m.in. umiejętności trafnego przewi­dywania, stwierdzić by należało, że nie co innego, jak komunis­tyczna ideowość uniemożliwiała tym ludziom podjęcie trzeźwej oce­ny politycznej. Nie przewidywali przede wszystkim, jak mogę są­dzić z wielu dawniej przeprowadzanych rozmów, że zarówno w Polsce, jak i w innych krajach tzw. demokracji ludowych, będzie się musiał powtórzyć stalinowski model. Nie przewidywali roku 1948, rozumu­jąc — zdawałoby się poprawnie z punktu widzenia marksizmu — że w nowym układzie historycznym będzie można uniknąć bezwzględnego działania mechanizmów, związanych z układem historycznym minionym. Istotnie, obóz socjalistyczny po II wojnie światowej reprezentował pod każdym względem układ odmienny od sytuacji Związku Radzieckie­go w dwudziestoleciu międzywojennym. Lecz jądro rzeczy było to samo. Tego wszakże ponurego i groźnego jądra ludzie, kierujący ówcześnie Polską, przyjąć do wiadomości nie mogli, byłoby to bo­wiem równoznaczne ze zdradą podwójną: obiektywną i subiektywną. Cóż zresztą mówić o tamtych latach odległych? Jeszcze dzisiaj, gdy tyle tabu zostało obnażonych i tak wiele najlepszych wiar sta­rtych na miazgę, jeszcze dzisiaj i jakże wielu ludzi oczadzająca magia Rosji poraża ślepotą, deformując ich mózgi w sposób bez­względny i często nieodwracalny.


57

Wieczorem Dickensa Nasz wspólny przyjaciel.

środa, 18 marca

58

Z Naszego wspólnego przyjaciela:

59

— Czyż moje opierzenie wygląda aż tak nieszczególnie? — zapytał Eugeniusz spokojnie, podchodząc do lustra. — Rzeczywiście, jest trochę nie tego… Ale pomyśl tylko: czy to noc dla pió­ropuszy?

piątek, 20 marca

60

Władza, Religia, Polityka, Przywódca, Upadek, Zło, PaństwoWedle ludowego przysłowia ryba psuje się od głowy. Mimo akcesoriów, towarzyszących kultom jednostek, proces odczłowieczenia dwudziestowiecznych totalizmów też się koncentruje u samej góry. Trudny wybór, lecz gdybym wybierać musiał — wolałbym Kserksesa i Kaligulę od Hitlera i Stalina. Nieograniczony despotyzm pierw­szych wsparty był władzą sakralną, dyktatura drugich — ideologią. Z dwojga złego wolę sakralność od totalnej ideologii. Kondycja ludzka, Polityka, Religia, Władza, UpadekWiele ele­mentów złożyło się na ubóstwienie jednostki, lecz wśród tych zło­żonych przyczyn można również dostrzec pierwiastki ludzkiej tęs­knoty i dumy, podobne egzystencjalnie rygorom, które skłoniły Prometeusza do uczłowieczenia się. Maksym Gorki łudził się w od­niesieniu do swoich czasów, wołając, że „człowiek, to rzecz dum­na”. Myślę, że pod koniec życia zrozumiał tę szlachetną pomyłkę. Przywódcy nowoczesnych totalizmów pozbawieni są sakralności, tego kreującego niegdyś elementu ludzkiego. Swoją zmitologizowaną nad­rzędność zawdzięczają ideologii, ściślej: antyludzkim elementom ideologii. Siedem grzechów głównych totalizmu: nietolerancja, ła­manie ludzkich praw, egoizm, pycha, zaborczość, kłamstwo, cynizm. Wbrew swoim transparentom totalizm brutalnie człowieka poniża, a gdy czyni z niego zdobywcę — czyni go również gwałcicielem i zbrodniarzem. Głęboka niewiara w człowieka spoczywa u podłoża tzw. kultu jednostki.


61

Na marginesie książki publicysty zachodnioniemieckiego Joachi­ma Festa Oblicze Trzeciej Rzeszy.

62

Strach, Przemoc, Władza, Państwo, Przemiana, Upadek, Historia, Ofiara, KatTerror jest jedną ze szczególnie drastycznych sprzeczności totalizmu. Najsprawniej działa totalizm przy pomocy terroru. Terror paraliżuje społeczeństwo. Równa ludzi w dół, paraliżuje bowiem wszystkich (choć na inną modłę), zarówno katów, jak ofiary, poten­cjalnie każdy obywatel w reżimie totalnym może się stać ofiarą lub oprawcą, nieraz jeden krok wystarcza, aby znaleźć się wśród oprawców, a żaden oprawca nie może być pewien, iż nie zostanie pew­nej nocy rozbudzony w charakterze ofiary. Lecz terror nie może działać ad infinitum[15]. Miecz, który ścina, wyszczerbia się i tępie­je. W pewnym momencie przychodzi katastrofa od zewnątrz lub pod naciskiem okoliczności wewnętrznych terror musi zelżeć i przeksz­tałcić się w ucisk. Lecz z chwilą, gdy groza terroru przestaje społeczeństwo paraliżować, gdy rozluźnia się sztuczne napięcie, a rzeczywistość w porównaniu z poprzednią staje się mdła, nijaka i rozrzedzona — ludzie, wyzwoleni od strachu, wyprostowują się i choć płytko oddychają, ich oprzytomniałe oczy jaśniej poczynają dostrzegać zwyrodniałą konstrukcję ustroju oraz jego potężne wią­zania przeżarte rozkładem. Wtedy zaczyna się początek nieuniknio­nego końca, choć błędem byłoby przypuszczać w podobnej sytuacji, iż koniec musi nastąpić w najbliższej przyszłości. Nie musi. Proces obumierania może być długi. Lecz u niewiadomego kresu agonii zawsze stoi i czeka śmierć.

sobota, 21 marca

63

Wiosna, PolskaKalendarzowa wiosna i rano, po kilku dniach szarej, bezsłonecznej odwilży, jeszcze raz w tym roku zimowy krajobraz, drobny, spokojnie padający śnieg, drzewa gęsto oszronione.


64

Sztuka, Słowo, ArtystaNie piszę, aby życie uporządkować i gładko wyjaśnić, przeciwnie! Piszę, żeby życie skomplikować i pokazać je trudniejszym i cięższym aniżeli się to wielu ludziom wydaje. Tylko trudny świat zmusza do oporu. Kondycja ludzka, Twórczość, WolnośćLecz cokolwiek złego mówię o istocie zwanej człowiekiem lub w jakiekolwiek ciemne obszary pogrążam ludzką dolę, a losom na tej ziemi odejmuję kuszące wartości, sam sens istnienia podda­jąc nieraz w wątpliwość — fakt, iż zadaję sobie trud, aby podobne myśli utrwalić, dowodzi, iż wbrew temu, co o życiu mniemam, jestem po jego stronie, ponieważ wolność wyboru, bez której nie istnieje inspiracja twórcza i w ogóle twórczość, więc wolność wyboru, owa trudna i szczodra niepodległość duchowa jednostki, w samej swojej esencji wyraża akceptację życia.


65

Niewola, Więzienie, KłamstwoJałowa, lecz lepka nuda kłamstw, fałszerstw i przemilczeń, które dzień po dniu, z natrętnym uporem leją się ze wszystkich środ­ków masowego przekazu. Przed wieloma laty mówił mi ktoś, nie pamię­tam już kto, iż obóz koncentracyjny, więzienie oraz szpital zrozu­mieć mogą tylko ci, którzy w nich przebywali. Prawdopodobnie tak, a mówię: prawdopodobnie, ponieważ moje doświadczenia osobiste w tej mierze są żadne, nigdy nie byłem ani w obozie, ani w więzieniu, nigdy też nie przebywałem w szpitalu z powodu ciężkiej, unieruchomiającej choroby. Domyślam się jednak, iż mój współrozmówca chciał zaakcentować przede wszystkim zamknięty charakter rze­czywistości obozowej, więziennej i szpitalnej oraz szczególne reguły, które tymi sferami rządzą. Niewola również należy do rzeczy­wistości zamkniętych i nikt, kto jej osobiście nie zaznał, nie jest w stanie pojąć mechanizmu zakazów i ograniczeń oraz rozlicznych deformacji, którym ludzie żyjący w niewoli nieuchronnie podlegają. Wprawdzie charakter tych skrzywień i zniekształceń w różny sposób się manifestuje, zależnie od osobowości jednostki, przecież żałosnej degradacji uniknąć nie może nikt. W warunkach niewoli nawet najlepsi coś tracą, nie mogąc siebie realizować wszechstronnie i na miarę swoich możliwości. I myślę, że właśnie ci najlepsi po­winni nie zatracać świadomości tego stanu rzeczy.

poniedziałek, 23 marca

66

Pierwszy naprawdę przedwiosenny dzień, sporo słońca, lecz podmuchy wiatru wciąż jeszcze chłodne. Andrzej M., z którym wi­działem się po południu, opowiedział mi historyjkę wymyśloną po­dobno przed trzema laty przez Leszka Kołakowskiego. Żyd, ŻartWiele zaba­wek dziecięcych, składających się z drewnianych lub metalowych elementów konstrukcji, posiada na pudełku napis: „Zrób to sam”. Otóż w takim właśnie pudełku „Zrób to sam” — opowiadał Kołakows­ki — znajdowały się: dwie deseczki, młotek, gwoździe oraz 33-letni Żyd.

poniedziałek, 23 marca

67

Wieczorem w radio pierwsze wykonanie III Symfonii Zygmunta Mycielskiego[16]. Słuchaliśmy razem z Marysią[17], przejęci i wzruszeni pięknem tej muzyki. Żałowaliśmy, że Zygmunt nie ma u siebie w do­mu telefonu, abyśmy mogli natychmiast przekazać mu nasze wrażenia. Musieliśmy poprzestać na kilku słowach, które wyślemy jutro.

wtorek, 24 marca

68

Ostatni rozdział monografii Askenazego o Walerianie Łukasiń­skim z dokładnym opisem 46 lat spędzonych przez niego w najcięż­szych więzieniach. Ten major 4 pułku piechoty liniowej Księstwa Warszawskiego od roku 1811, gdy miał lat zaledwie dwadzieścia pięć, należał do masonerii, w roku 1819 był współzałożycielem Wolnomu­larstwa Narodowego, a po rozwiązaniu tej organizacji stał się w ro­ku 1821 współorganizatorem Narodowego Towarzystwa Patriotycznego, którego celem miało być przyłączenie do Królestwa Polskiego dawnych wschodnich ziem Rzeczypospolitej oraz obrona nadanej w 1815 roku przez Aleksandra I konstytucji. Aresztowany w 1822 skazany został przez sąd wojenny na 9 lat ciężkiego więzienia w Zamościu. Po zorganizowaniu buntu w więzieniu zamojskim podwojono Łukasińs­kiemu karę, a po wybuchu powstania listopadowego został wywiezio­ny do twierdzy Szlisselburskiej, gdzie w nieprawdopodobnie cięż­kich warunkach, w całkowitym odosobnieniu pozostał do końca życia w roku 1868.

69

Dwa fragmenty z Askenazego:

„Nadeszła noc 29 listopada 1830 roku, wybuchła rewolucja w Warszawie. Zbudzić musiały Łukasińskiego płynące z miasta coraz bliżej, coraz potężniej, huki, strzały, dzwony na trwogę; zerwać się on musiał w ciemności i uciszając brzęk kajdan i bicie własne­go serca, z zapartym oddechem chwytać te głuche odgłosy rozpętanej dokoła burzy; a jakież tej długiej nocy miotać się musiały uczu­cia, strach narodowej klęski, nadzieja zwycięstwa, przedsmak swo­body, rozpacz bezsilności. Rozpacz tępa, śmiertelna, dopieroż przytłoczyć go musiała, kiedy nazajutrz 30 listopada Wołyńscy w szyku bojowym, w widocznym już odwrocie przed rewolucją, wystąpi­li z koszar, i wziąwszy go przemocą w środek szeregów, uprowadzi­li z sobą za miasto. Stąd, przy wyjściu wojsk rosyjskich z W. Księ­ciem Konstantym z Królestwa, zabrano go, cofając się drogą okólną na Puławy i Włodawę. Po raz ostatni widziano Łukasińskiego we Włodawie, w nędznej siermiędze, z brodą po pas, ciągnionego pie­szo na postronku, pod strażą konną z dobytymi pałaszami, jak go prowadzono precz z kraju, za Bug”.

70

I potem:

„Twierdza Szlisselburg, wznosząca masywne swe baszty tuż opodal rwistej Newy na nieprzystępnej skalistej wyspie burzli­wej Ładogi, miała już wtedy sławę ponurą jako historyczne miej­sce niewoli. Tutaj więzioną była pierwsza małżonka Piotra Wiel­kiego, carowa Eudoksja Fiodorowna, tutaj jego siostra, carewna Maria Aleksiejowna w mękach zakończyła życie, tutaj car Iwan Antonowicz zgładzony został. Tutaj inne jeszcze głośne w dzie­jach rosyjskich XVIII wieku przesunęły się postacie, Golicyn za Anny Iwanówny, Biron za Elżbiety Piotrowny, a obok nich mnogość niezliczona ofiar pośledniejszych szlacheckiego, mieszczańskie­go, chłopskiego stanu, zawsze jednak w uznawanych za doniosłe, niebezpieczne i tajne w materiach czysto politycznych. To było schowane cmentarzysko polityczne par excellence[18], gdzie grzeba­no winowajców o winy stanu w najobszerniejszym znaczeniu słowa, i takim pozostało aż do końca, do swego zwinięcia w czasach naj­nowszych. Podówczas, za Mikołaja I, przed paru dopiero laty, przeszło tędy wielu najwybitniejszych dekabrystów, bracia Bestu­żewowie, Pogodin, Juszniewski i inni. Nierównie jednak cięższy los od nich wszystkich czekał tutaj Łukasińskiego.

Na tydzień jeszcze przed dostawieniem Łukasińskiego do Szlisselburga, komendant tej twierdzy, generał-major Kołotyński, ode­brał rozkaz sekretny naczelnika Sztabu Głównego J.C.M., hr. Czernyszewa, o tym najpierwszym, tak niezwykłym jeńcu polskim. Komunikował tu Czernyszew do ścisłego wykonania następującą wo­lę Najwyższą: mającego nadejść z Bobrujska »przestępcę z Króle­stwa Polskiego, Łukasińskiego, przyjąć i trzymać w twierdzy szlisselburskiej jako przestępcę stanu, jak najtajniejszym sposobem i tak, iżby oprócz komendanta twierdzy nikt nie wiedział nawet o jego nazwisku ani też skąd do więzienia przysłany został«. Skut­kiem tego, po przybyciu Łukasińskiego do Szlisselburga w stycz­niu 1831 roku, przedsięwzięto nadzwyczajne środki ostrożności i zastosowano do niego najsurowszą, nawet tutaj względem nikogo niepraktykowaną już wtedy formułę zamknięcia. Umieszczono go mia­nowicie w podziemiu tzw. »Sekretarza Zamku«. Tak nazywała się starożytna masywna wieża, datująca się jeszcze z czasów szwedz­kich, położona w pośrodku twierdzy szlisselburskiej, dziś zwana basztą Świetliczną i po części zamurowana, a już podówczas nigdy prawie nieużywana, opustoszała zwykle i szczelnie zamknięta. »Sekretny Zamek«, otwierany niechętnie, gdyż zbyt ponuro po nim tułały się widma, obejmował trzy kondygnacje kazamatowe. W kamie­nnej kazamacie górnej trzymana była ongi carowa Eudoksja, w dol­nej męczył się i zginął car Iwan, a jeszcze niżej mieściła się kazamata podziemna, dość obszerna, a bardzo niska, przytłoczona granitowym sklepieniem, na ubitej gołej ziemi, chłodna, cmentar­nie zaciszna: tutaj zamknięty, pogrzebany został Łukasiński. Trzymając się najściślej carskiego nakazu odcięto go zupełnie od świata i ludzi. Pilnującym go żołnierzom wzbroniono najsurowiej wszelkiej z nim rozmowy, w milczeniu podawano mu strawę, a w wy­padkach koniecznej potrzeby wejścia do jego lochu nie inaczej jak w kilku razem wpuszczano tam strażników”.

71

Czternastoletni wyrok, jaki ciążył na Łukasińskim kończył się w październiku 1838 roku. Żadna jednak zmiana w jego losie nie nastąpiła. Pod koniec lat pięćdziesiątych rozpatrywano możli­wość zesłania wieloletniego aresztanta na Syberię, wkrótce jednak ten projekt został zaniechany. Stan, w jakim znajdował się ten straszliwie wynędzniały i zgrzybiały starzec nie nadawał się nawet na zesłanie. Dopiero w ostatnich latach życia nastąpiła w losie Łuka­sińskiego pewna poprawa. Przeniesiono go do jednej z izb dolnej kazamaty, otrzymał stół, przybory piśmienne, książki, czasem ga­zety, dowiadywał się powoli, co się stało na świecie i w Polsce w ciągu długiego czterdziestolecia, kiedy nie należał do żywych. Z trudem wysławiając się po polsku, już prawie półobłąkany, lecz z przebłyskami olśniewającej jasności, wciąż przepełniony żarli­wym patriotyzmem przystąpił Łukasiński we wrześniu 1863 roku do spisywania rodzaju pamiętnika, będącego po części zbiorem luźnych wspomnień, po części wywodem rozmyślań politycznych, po części tes­tamentem”.

72

„27 lutego 1867 roku — pisze Szymon Askenazy — nowy komendant twierdzy szlisselburskiej, generał-major von Grunbladt, złożył Aleksandrowi II raport następujący: „W.C.M. najpoddaniej donoszę, iż trzymany w powierzonej mi twierdzy sekretny aresztant Łukasiń­ski dnia dzisiejszego z woli Bożej pomarł”.


73

Bliskość Świąt wydaje się wobec samego siebie dość wiarygod­nym pretekstem, aby jeszcze trochę odłożyć rewizję tekstu Miazgi. Rewizję? Coś w tym rodzaju. Przede wszystkim sprawdzić posiadany maszynopis i na podstawie notatek ustalić porządek oraz ogólny za­rys scen brakujących lub niedokończonych.


74

Na kolacji (doskonała zapiekanka z surowych kartofli i tarte­go sera, mocno przesycona czosnkiem, do tego bułgarskie czerwone wino) Markowie, Andrzej M. i Antek L. Uwzględniając, że my oboje z Marysią przekroczyliśmy sześćdziesiątkę, a Janusz (już oficjal­nie od paru tygodni usynowiony) dopiero za pół roku kończy lat piętnaście, natomiast Markowie i M. coraz odleglej mają poza sobą trzydziestkę, Agnieszka i Andrzej znajdują się z różnych stron po­łowy lat dwudziestych, a Antek w przyszłym miesiącu skończy dwa­dzieścia jeden — stół, przy którym siedzieliśmy, miał charakter nieomal patriarchalny. Trochę Marysi i moich dawnych wspomnień, więc o zmarłych i jeszcze żywych (sporo o Leopoldzie Staffie), zaw­sze znakomite i równie znakomicie opowiadane historyjki Marka, An­drzej, którego nie tylko bardzo osobiście lubię, lecz i wysoko, dla jego niepokojów, ambicji, wiedzy i pokręconej po polsku inteligen­cji, cenię, w dobrej chyba formie, wewnętrznie rozluźniony i otwarty, w ciągu kilku godzin ożywiona, choć naturalnie chaoty­czna rozmowa, ani razu nie zeszła na manowce polityczne. Na osta­tek puściliśmy przedostatni long-play Beatlesów The Abbey Road i Antek, który potem wziął ze sobą tę płytę, żeby ją w domu prze­grać na magnetofon, tak się rozochocił, iż przez całą prawie godzi­nę zabawiał nas, przegrywając na fortepianie i śpiewając stare pio­senki z lat pięćdziesiątych. Miły Boże, jak bardzo ten niezwykły chłopiec przypomina mi Krzysztofa Baczyńskiego! To samo połącze­nie spontanicznego dziecięctwa z przedwczesną dojrzałością, ta sa­ma skłonność do radosnej groteski, łudząco zbliżona nawet w przesadnych i nieskoordynowanych ruchach drobnej postaci, te same mo­menty nagłego zamyślenia i wejścia w siebie, chęć podobania się, szukanie towarzystwa starszych, obaj ukochani jedynacy, w pełni świadomi, że wysoko ponad miarę zwykłości różnią się od swoich ró­wieśników, Krzysztof miał olśniewający talent, Antek — szokującą w jego wieku wiedzę, ostrą i czujną inteligencję, lecz również niepokojącą potrzebę kształtowania siebie wedle wzorów swoich ado­racji. Powiedział mi przed paroma dniami, że przed rokiem, gdyś­my się spotkali po raz pierwszy, napisał kilkadziesiąt stron mojego dziennika osobistego. Tak chciałbym go utrwalić w Miazdze jako młodziutkiego Antka Raszewskiego, boję się jednak, że mi się to nie uda, ponieważ pod każdym względem przeznaczo­ny, aby stać się ośrodkiem zainteresowania — spełnić ma w Mia­zdze tylko rolę epizodu. Domaga się rozbudowania, lecz ze wz­ględu na całość nie mam prawa tego uczynić. Chyba musi w tym tekście pozostać ograniczony i niespełniony. Więc w rezultacie nijaki? Wolę odpowiedź odłożyć na potem.

czwartek, 26 marca

75

Do wczesnego popołudnia, przy ostrym wietrze, częste nawroty śniegu i deszczu ze śniegiem. Potem prawie pogodnie.

76

Na umówione przed paroma dniami spotkanie Irenka Sz. (bardzo dawno niewidziana) przyniosła egzemplarz Przygód człowieka myślącego. Ta ostatnia powieść Marii Dąbrowskiej, ukazująca się w pięć lat po jej śmierci, pisana przez wiele lat i ostatecznie nieskończona (ponad 800 stronic dużego formatu), rozeszła się w kilka dni. Ma razie odkładam lekturę na potem, ale wieczorem przeglądałem przypisy wydawcy, Ewy Korzeniewskiej, szczególnie z dużym zainteresowaniem i wzruszeniem fragmenty z Dziennika Dąbrowskiej, związane z powolnym, a także i mozolnym powstawa­niem powieści. Dobra odtrutka po uprzedniej lekturze propagando­wej broszury Witolda Fillera o naszej literaturze emigracyjnej. Kłamstwo, Władza, Wróg, Słowo, UpadekTen małoduszny paszkwil, zatytułowany Literatura Małej Emigra­cji pomijając wiele błędów rzeczonych, nieświadomych lub tenden­cyjnych, skrojony jest dokładnie według modelu, obowiązującego w krajach bloku rosyjskiego, gdy na użytek propagandy wewnętrznej podejmuje się tzw. polemikę ideologiczną. Polemikę? To chy­ba zbyt wiele powiedziane, słowo (choć pochodzi od greckiego: polemikos — wojowniczy) nie wydaje się użyte właściwie. Jakże o polemice mówić, gdy wszelkie fakty niewygodne ocenia się jako kłamliwe i oszczercze, krytykę reżimu komunistycznego oraz ludzi reżim ten reprezentujących uznaje się za jednoznaczną z postawą antypatriotyczną i za zdradę narodową, a intencje ludzi, którzy nie chcą się pogodzić ze zwyrodnieniami systemu, sprowadza się do karierowiczostwa lub do wysługiwania się za pieniądze obcym, imperialistycznym agenturom? Broszurę Fillera można opatrzyć wie­loma przymiotnikami, świadomie przecież określiłem ją jako mało­duszną, ponieważ mimo krzykliwej napastliwości, tak charakterys­tycznej dla komunistycznej walki ideologicznej, właśnie tchórzli­wa małoduszność rodzi owo żenujące słowolejstwo, kształtujące formułki, które automatycznie, jak przy odruchach warunkowych wy­latują spod piór lub z maszyn do pisania. Małoduszność, ta mie­szanina bojaźliwości, lizusostwa i nienawiści, wprawia w ruch mechanizm kłamstwa, fałszów, przemilczeń, a przede wszystkim, żelazną regułę rosyjskiego imperializmu, iż wróg nigdy nie ma racji i przeciwnik musi być przewrotnym nikczemnikiem, w najlep­szym razie powolną kukłą. Nie miałbym żadnych trudności, aby uru­chomić w sobie ożywione działanie owego nieskomplikowanego mecha­nizmu, łatwym piórem mógłbym nieomal na poczekaniu sporządzić „demaskującą” i „druzgoczącą” krytykę moich własnych wypowiedzi.

77

Być może ludzie pokroju Fillera (a jest takich aż nazbyt wielu) przeżywają w związku ze swoją publiczną działalnością wie­le trudnych i ciężkich konfliktów. Być może. Jeśli ich jednak gnę­bią takie czy inne zmory i nie zawsze im bywa słodko i łatwo — prace, które wykonują, nie wymagają od nich większego wysiłku umysłowego. Tania cena, jaką posiada w totalizmie wiele ludzkich wartości, stanowi — być może — dla wielu jednostek siłę szczegól­nie atrakcyjną, choć do charakteru tej atrakcyjności nawet przed samymi sobą nie śmieliby się przyznać. Soldy[19] handlowe odbywają się na świecie, jak wiadomo, dwa razy do roku. Wyprzedaż wartoś­ci humanistycznych po zniżonych cenach trwa w totalizmie okrągły rok.

piątek, 27 marca

78

Mimo zaostrzającego się od paru dni podrażnienia nerwu kulszowego i związanych z tym kłopotów z poruszaniem się, musiałem wyjść rano z domu, żeby zobaczyć się z panią G. Bardzo piękna po­goda, słońce, ciepło, a pod staromiejskimi murami, gdy szedłem na rynek Starego Miasta, prawie gorąco. Okazało się, czego się zresztą domyślałem, iż pani G. chodzi o pewne, tutaj wynikłe kom­plikacje w związku z jej prawami autorskimi po Marku H. Doradzi­łem, jak potrafiłem, nie przeceniając zresztą wagi owych komplika­cji, łatwych, jak mi się wydaje, do załatwienia. Oczywiście, za­równo całej osobowości Marka, jak i jego książkom, wydanym poza krajem, daleko jeszcze do ułaskawienia, którego rozliczne oznaki mnożą się u nas ostatnio w prasie w stosunku do twórczości Gom­browicza, coraz częściej określanego jawnie jako wielki pisarz. Jeśli jednak surowa ocena Marka nadal publicznie obowiązuje, przy­bierając niekiedy formy drastycznie brutalne i kłamliwe (Filler w swojej broszurze pisze o nim na s. 32: „zbiegły w roku 1958 z kraju”, podczas gdy wiadomo dobrze, że Marek wyjechał z Po­lski legalnie, otrzymawszy stypendium zagraniczne), nie wydaje mi się, aby mogło to mieć wpływ negatywny na realizowanie w kra­ju praw spadkowych jego matki.

79

Zawsze, gdy widywałem panią G., uderzało mnie fizyczne po­dobieństwo Marka do niej. Dzisiaj tak samo, choć to podobieństwo nie budzi we mnie różnych, dość sprzecznych uczuć, jak niegdyś, przed wieloma laty, gdy Marek miał dwadzieścia lat i jeszcze nie był sławny, był na razie mało komu znanym autorem paru opowiadań, porywająco utalentowanym i mimo wszystkich swoich okropnych wad urzekającym urodą, sposobem bycia, fantazją, nadmiarem oszałamia­jącej w zetknięciu osobistym bujności. Nigdy w życiu nie spotka­łem człowieka równie jak on w swojej młodości fascynującego (a tylko bardzo młodym go znałem), chociaż, zapewne dzięki tym swoim zadziwiającym czarom i kuglarstwom potrafił ludzi sobie bliskich przyprawiać o najczarniejszą rozpacz.

80

Przemiana, WspomnieniaNawet bez chłodnego zdziwienia obserwowałem samego siebie w czasie dość długiej rozmowy z panią G. Nic z dawnych uniesień, niepokojów i udręk, choć wtedy, dawno, prawie całkowicie wypełni­ły mi trzy lata życia, wszystko się gdzieś zapadło, rozsypało i obumarło, czasem tylko wspomnienia, lecz jeśli wspomnienia, to ścięte wrażeniem, że ja wspominający nic prawie nie mam wspólnego z tamtym wspominanym. Miłość, KlęskaMiłość, miłosna choroba bywa zazwyczaj na­miętnym miotaniem się pomiędzy przeciwnościami szczęścia i klęsk, lecz ze wszystkich klęsk miłosnych klęską najdotkliwszą jest ta, którą przynosi zagłada miłości. Tylko ta klęska ostateczna już nie rani.

81

Wracając do domu wstąpiłem do księgarni i kupiłem kilka wy­danych ostatnio książek; Margarete Riemschneider Od Olimpii do Niniwy w epoce Homera, dwa tomy szkiców Konstantego Grzybows­kiego, Mariana Serejskiego Europa a rozbiory Polski oraz nowe powieści Romana Bratnego i młodego Piotra Wojciechowskiego, które­go wydane przed paroma laty Kamienne pszczoły zrobiły na mnie do­bre wrażenie.

sobota, 28 marca

82

Wczoraj, po całym pięknym dniu, wieczorem zaczął padać deszcz, a wkrótce, gdy temperatura z 10°C spadła nagle aż do 0°C — zaczę­ła się zawieja i dzisiaj rano znów krajobraz zimowy. Krzyżowa „rwa” czyni mnie cokolwiek zniedołężniałym przy poruszaniu się, a siedzenie też po pewnym czasie staje się niewygodne i męczące.

83

Lektura książki Margarete Riemschneider Od Olimpii do Niniwy w epoce Homera ukazującej w sposób bardzo interesujący i inteligentny, jak różnorakie elementy kultury hetyckiej prze­nikały z Azji Mniejszej do Grecji, znajdując odbicie w wielu rea­liach Iliady i Odysei, chociaż bowiem akcja obu poematów rozgrywa się gdzieś w głębokościach XII wieku p.n.e., w istocie odzwiercie­dlają one, właśnie w rozlicznych realiach, świat drugiej połowy VIII wieku, współczesny Homerowi.


84

Twórczość, KorzyśćNaturalną cechą ludzkiej działalności jest dążność, aby przy minimum wysiłku osiągnąć maksimum korzyści. Jedynie działalność twórczą, zarówno naukową jak artystyczną, ożywia i kształtuje ins­piracja odmienna. Twórca, zdążając do celu nie zawsze jasnego, nie tylko siebie nie oszczędza, lecz przeciwnie: dobrowolnie stwarza swoim poszukiwaniom trudności, w przekonaniu, iż oddalając osią­gnięcie efektu końcowego oraz wikłając drogi dojścia i mnożąc przeszkody — uzyska ostatecznie więcej, aniżeli mógłby to dać wy­nik zdobyty w oszczędnie wykalkulowanym pośpiechu. Bez względu na odmienność ludzkich zatrudnień, wszystkie je charakteryzuje inte­resowność, jedynie interesowność twórcza nie liczy się z kosztami, znajdując niekiedy zadośćuczynienie wówczas nawet, gdy w wyniku maksymalnych wysiłków osiągnięte zostaje minimum korzyści.

niedziela, 29 (Wiel­kanoc)

85

Przy wczesnym śniadaniu (zawieja, a śniegu napadało więcej aniżeli nocy wczorajszej), nie umiem już powiedzieć: drogą ja­kich skojarzeń zacząłem myśleć o Joasi O. i w związku z tym przy­szedł mi do głowy pomysł opowiadania o dziewczynie (później już dojrzałej kobiecie), której całą młodość kształtował nieustanny bunt przeciw opiekuńczemu despotyzmowi dwóch bardzo silnych osobowości: babki i matki. Pamiętam jeszcze sprzed wojny jedną z glinianych rzeźb słynnego w tamtych latach świątkarza w Iłży: przedstawiała ona Trójcę Świętą i zapewne echo dawnych wyobrażeń ariańskich sprawiało, iż postacie Trójcy Świętej zostały skompo­nowane hieratycznie, na samym dole Chrystus, nad nim przygniata­jący go Bóg Ojciec, i na szczycie tej piramidy Duch Święty. W podobnym układzie: córka, matka, babka wyobrażam sobie te trzy kobiety. Bezustannie zagrożona w swoim „ja”, lecz równocześnie kształtująca się w tych codziennych zmaganiach — młoda dziewczyna całkowicie się odpręża, gdy, wyszedłszy za mąż, w nowym swoim do­mu, przede wszystkim dzięki łagodnemu charakterowi zakochanego w niej męża znajduje zupełnie nową atmosferę. Wkrótce jednak po­czyna sobie uświadamiać, że w tym bezkonfliktowym klimacie bez zgrzytów, spięć, a więc również i bez potrzeby zachowywania czuj­ności — natura jej stopniowo przygasa i wysycha. Wreszcie Iks opu­szcza męża, którego na swój sposób kocha, lecz który nie daje jej okazji do buntu. A może jeszcze później owa Iks spotka mężczyznę, który we wszystkim narzuci jej swoją wolę? I ona, niegdyś istnie­jąca tylko przez bunt, w uległości odnajdzie zaspokojenie? Przeciętność i nijakość, które właśnie poddania się potrzebują?

86

Twórczość, Miłość, WiaraPrzeglądając wczorajszą notatkę o działalności twórczej, wyróżniającej ją spośród innych sfer ludzkiego działania, od­niosłem wrażenie, że bardzo tę diagnozę uprościłem. Czyż w działaniu miłosnym strona zakochana nie jest również gotowa do maksymalnych wysiłków, aby osiągnąć bodaj minimum korzyści? I jak często kochający, dążąc do zrealizowania swych pragnień, dobrowolnie utrudnia sobie osiągnięcie tego celu! A doświadcze­nia i poszukiwania świętych? Wydaje się zatem, że ową szczegól­ną specyfikę rodzaju twórczego należy odnieść do każdej ludz­kiej działalności, jeśli kształtuje ją żywioł kreacyjny.

poniedziałek, 30 marca

87

W VII pieśni Odysei, we fragmencie z opisem wspaniałego pałacu króla Feaków, Alkinoosa, Homer podaje m.in. wygląd świe­czników, znajdujących się we wnętrzu, gdzie wzdłuż ścian są sie­dzenia przykryte pięknymi narzutami: „A na dobrze ociosanych cokołach stali młodzieńcy trzymający w rękach pochodnie i przyświecali biesiadnikom przy nocnych ucztach” (przekład prozą Ja­na Parandowskiego).

88

W związku z tym szczegółem Margarete Riemschneider pisze w swojej książce: „Młodzieńcy, trzymający w rękach pochodnie, przypominają piękne urartyjskie świeczniki, których trzon ufor­mowany bywał niekiedy w kształt dziewczęcych figur, niosących na głowie kapitel zdobny w liście… Wprawdzie przedmioty z brązu płynęły podówczas masowo ze wschodniej Anatolii do Grecji i Etrurii, wydaje się jednak, że Homer zna te świeczniki jedynie z opowiadań, których autorzy mają przesadnie bujną fantazję. Zgodnie z naszą wiedzą jest bowiem zupełnie wykluczone, by mło­dzieńcy trzymali pochodnie w rękach. Dźwigali na głowie czarę lub postumencik z kolcem, na który zakładało się świecę lub pochodnię”.

89

Zafascynowany tym obrazem świeczników chciałem zadzwonić do Andrzeja Wajdy, przyszło mi jednak do głowy, że podobny pomysł mógłby wykorzystać odpowiednik Andrzeja w Miazdze, więc Eryk Wanert, przygotowując dla telewizji spektakl Prometeusza Ajschylosa z Konradem Kellerem w roli tytułowej i młodym Łukaszem Hali­ckim jako Hermesem. W kształtach homerowskich świeczników mógłby występować wieloosobowy Chór: młodzi mężczyźni z ciałami spatynowanymi na brąz lub złoto i może nie ze świecami albo pochodnia­mi wbitymi na kolce, lecz z czarami wypełnionymi płonącą oliwą, ten ostatni pomysł podsunął mi Andrzej S., kiedy o tym wszystkim mu opowiadałem. Ponieważ z wielu względów ważna scena (nienapi­nana) rozmowy telefonicznej Konrada Kellera z Moniką Panek, za­kończona (na parę godzin przed ślubem) zerwaniem ma się rozgrywać w studio telewizyjnym, podczas próby generalnej Prometeusza — podobny Chór w dalszym tle mógłby nieźle, jak mi się wydaje, wspó­łgrać z płaskim dialogiem telefonicznym, Keller-Prometeusz powi­nien go prowadzić jeszcze nierozcharakteryzowany, więc prawie cał­kiem nagi i z ciężkimi łańcuchami u rąk i stóp. Halicki-Hermes ze swoim kaduceuszem (nie zgubić wątku tego złotego kaduceusza!) też się powinien w tym momencie znajdować w dekoracji, ponieważ po skończonej rozmowie Keller ma mu powierzyć dość ważne zadanie.

90

W związku z tym pomysłem Chóru ogarnęły mnie wątpliwości, jaki tekst Prometeusza ma być ostatecznie wystawiony! Oryginalny czy w przeróbce Adama Nagórskiego? Do dzisiaj trzymałem się wersji pierwszej. Tylko raz jeden miał być w Miazdze wyeksponowa­ny Prometeusz Ąjschylosa Nagórskiego, napisany prozą i znacznie odbiegający od tekstu oryginału, mianowicie w części II (scena nienapisana), kiedy po powrocie z Filharmonii, z koncertu Hali­ny Ferens-Czaplickiej, Eryk Wanert u siebie w domu czyta z ma­szynopisu pierwszą scenę (Prometeusz, Hefajstos, Przemoc i Siła od dawna mam tekst tej sceny) dramatu Nagórskiego, żałując, że ze względów cenzuralnych nie mógł wystawić Prometeusza w tej właśnie wersji.

91

Chór młodzieńców, ucharakteryzowanych na starożytne świe­czniki, z płomieniami rozświetlającymi półmrok górskiego pustkowia oraz skałę, do której przykuty jest nagi Prometeusz, taki Chór lepiej, jak mi się wydaje, pasowałby do unowocześnionej wersji Nagórskiego. Przewidywałem, że oryginalny (okropne tłumacze­nie!) tekst Ajschylosa dwukrotnie, nie! trzykrotnie byłby w Miazdze cytowany: w scenie, w której Łukasz Halicki po pewnym nieporozumieniu z Beatą Konarską wyskakuje nagle z łóżka i własnym kaduceuszem przepowiada przed lustrem jedną kwestię Hermesa; dru­gi raz, gdy Konrad Keller, rozbudzony w noc przedślubną bólem zęba, rozmyśla o swojej roli; wreszcie po raz trzeci w części III (w ogóle jeszcze nienapisanej, a zarysowanej tylko w notatkach i w pamięci), z okazji próby generalnej w telewizyjnym studio, cytat miałby się w tym wypadku ograniczyć do fragmentu dialogu Prometeusza z Hermesem. Gdybym się zdecydował na wersję Nagórskiego, musiałbym dopisać brakujący tekst. Ale to drobiazg, ostatecznie. Z realistycznego punktu widzenia ważne są wspomniane już obiekcje Wanerta, ze względów cenzuralnych Prometeusz Ajschylosa Adama Nagórskiego absolutnie nie mógłby się znaleźć na scenie lub w telewizji w kwietniu roku 1969. Pojęcia nie mam, jak z tych sprzeczności wybrnąć. Muszę jeszcze o tym pomyśleć. A przede wszystkim sprawdzić, czy jest coś wart tekst owej pierwszej sceny Prometeusza Nagórskiego, pisany latem ubiegłego roku, nie zaglą­dałem do niego od tamtej pory, więc słabo go pamiętam, właściwie prawie wcale.

Część 1. Przygotowanie

92

Rzecz ma się dziać w Warszawie Jabłonnie, w sobotę 19 kwietnia 1969 roku oraz w nocy z 19 na 20.


93

Sceny najważniejsze:

94

godz. 12:00 — ślub cywilny Konrada Kellera z Moniką Panek w Urzędzie Stanu Cywilnego na Nowym Świecie. Świadkiem pana młodego jest Adam Nagórski, panny młodej — Eryk Wanert

95

godz. 13:30 — Adam Nagórski podejmuje nowożeńców obiadem u siebie w domu. Oprócz państwa młodych oraz Eryka Wanerta tyl­ko Halina Ferens-Czaplicka i jej młody akompaniator, Aimo Immonen

96

godz. 17:00 — ślub kościelny u św. Marcina na Piwnej

97

godz. 18:00 — coctail u rodziców panny młodej

98

godz. 20:30 — przyjęcie w Jabłonnie

wtorek, 31 marca

99

Na obiad u Nagórskiego zaproszona jest jeszcze jego matka, Maria Nagórska-Sołtanowa. Zastanowić się natomiast, czy w tym rodzinnym obiedzie może uczestniczyć Aimo Immonen. Raczej nie. Wprawdzie Nagórski, doskonale orientując się w intymnym charak­terze związku, jaki łączy jego siostrzenicę z młodym Finem, mógł, żeby jej zrobić przyjemność, zaproponować zaproszenie Immonena, wydaje się wszakże, że w tym wypadku znakomita śpiewaczka sprzeciwiłaby się podobnej propozycji. A może nie? Może względy rodzinno-towarzyskie uległyby w niej pragnieniu, aby przez te parę go­dzin mieć Aimo blisko, oszczędzając sobie w ten sposób dręczących domysłów, co — korzystając z wolnego czasu młody kochanek — może robić?

100

Ze szkicu Stanisława Lorenza Jabłonna (1961) oraz z przewodnika Kołodziejczyka i Werdy Okolice Warszawy:

101

Jabłonna, wieś w odległości niespełna 20 km od Warszawy, na prawym brzegu Wisły, 5000 mieszkańców.

102

W XVIII wieku Jabłonna, w poprzednich stuleciach letnia re­zydencja biskupów polskich, przeszła w ręce rodziny Poniatowskich. Miejscowość ta związana jest z osobą księcia Józefa Poniatowskiego. Z drugiej połowy XVIII wieku pochodzi pałacyk, wybudowany według planów Dominika Merliniego, twórcy Łazienek. Budowlę, spaloną w sierpniu 1944 roku przez cofające się wojska niemieckie, odbudowano według planów inż. arch. Mieczysława Kuźmy, przywracając jej dawny wygląd. Od 1953 reprezentacyjny Ośrodek Pols­kiej Akademii Nauk. (Od 1964 w lewym pawilonie, który nosił nazwę Królewskiego, bo tu miał się zatrzymywać Stanisław August w czasie pobytu u swego brata, Prymasa — ekskluzywny Klub Dyplomatów Ministerstwa Spraw Zagranicznych).

103

Szlachcic, LudPałacyk położony jest w pięknym i rozległym parku, gdzie w alei głównej wznosi się brama tryumfalna w formie wysmukłego łuku, ozdobiony figurami i z napisem Poniatowskiemu, wystawiona po jego śmierci przez jego siostrę, Marię Teresę Tyszkiewiczową. Po śmierci hr. Tyszkiewiczowej właścicielami Jabłonny aż do ostatnich czasów byli Potoccy. Park sosnowy o powierzchni 30 hektarów, z domieszką jaworu, dębu, świerku, klonu, wiązu, modrzewia, grabu (rezerwat przyrody), a na łąkach pojedynczo rosnącej topoli nadwiślańskiej zawiera 200-letnie okazy drzew. Poza pałacykiem godna obejrzenia oranżeria oraz budynki dawnych stajen.

104

Główne wejście do parku zdobią dwie granitowe kolumny, pochodzące z zamku w Malborku. Na terenie samego osiedla zasługu­ją na uwagę stara karczma klasycystyczna z końca XVIII wieku oraz budynek poczty z początku wieku XIX”.

105

Natomiast drugi świat obok: wieś, rozciągniętą na przes­trzeni paru kilometrów, przecina dość ruchliwa szosa na Gdańsk, na północnym skraju wsi rynek z przystankiem autobusowym, kioskiem Ruchu, restauracją, cukiernią i paroma sklepami spółdziel­czymi, pejzaż ukształtowany z ubóstwa i z brzydoty, charakterystycznych dla większości miasteczek i osiedli Mazowsza.


106

Według projektów pierwszych, zgodnych zresztą z sugestiami matki narzeczonej, prezesowej Zofii Panek, ślub Konrada i Moni­ki zaplanowany był na 15 maja. Skoro jednak z trzech filmo­wych scenariuszy, składanych w ostatnich miesiącach przez Eryka Wanerta, żaden nie został skierowany do produkcji i Wanert, nie mając na razie w filmie nic do roboty zaproponował Teatrowi Sto­łecznemu Makbeta we własnej scenografii i reżyserii, z Kelle­rem w roli tytułowej — Monika najoczywiściej pewna, że otrzyma rolę Lady Makbet, doszła do przekonania, że z wielu racji dowcipniej będzie i zgrabniej, jeżeli już na pierwszej próbie, a nawet przed nią objawi się światu w charakterze ślubnej małżon­ki Makbeta. Tak więc, zanim projekt Eryka Wanerta został os­tatecznie zaakceptowany, zrezygnowano z miesiąca zakochanych, a także z dnia św. Zofii i w przewidywaniu, że próby z Makbeta rozpoczną się z końcem kwietnia, wyznaczono ślub na sobotę 19. Uwzględniając charakter oraz położenie pałacyku w Jabło­nnie, gdzie wieczorem miało się odbyć wielkie przyjęcie ślubne na paręset osób, natura maja z pewnością lepiej aniżeli kwietnia sprostałaby wszystkim propozycjom oraz układom towarzysko-dekoracyjnym, zwłaszcza tym w nocnym plenerze. Jakże to na przykład byłoby zgrabnie i dowcipnie — jeszcze raz posłużmy się ulubiony­mi określeniami Panny Młodej — gdyby taki oto zeszłoroczny komu­nikat meteorologiczny z 15 maja powtórzył się i w roku obecnym:

„Nad Polską utworzyła się bruzda niskiego ciśnienia. Spowo­dowała ona dużą skłonność do burz, z których trzy przeszły wczo­raj nad Warszawą. W rejonie Starego Miasta, Mariensztatu i na Powiślu obserwowano przy tym grad wielkości dużej fasoli. Wiele burz przeszło nad centralną i południową częścią kraju.

W Warszawie w godzinach rannych i południowych będzie dziś zachmurzenie umiarkowane, a po południu skłonność do burz i opa­dów pochodzenia burzowego. Temperatura około 22°C. Wiatry słabe o kierunkach zmiennych.

Słońce wzeszło dziś o godz. 3:42, zajdzie o 19:24. Imieniny obchodzą Zofia i Izydor”.

107

Wówczas:

108

krótka, lecz gwałtowna burza, która przeszłaby nad Warszawą i Jabłonną dopiero późnym wieczorem, a więc podczas weselnego przyjęcia, okazałaby się z wielu względów pożyteczna, odświeżyła­by przede wszystkim powietrze, po południu, a zwłaszcza pod wie­czór bardzo parne, zatem towarzyskie wesołości, gry, gesty i miny, także pryncypialne dialogi, zwierzenia, plotki, aluzje, wspomnie­nia, wieloznaczne nastroje, wszystko rozegrałoby się w odświeżo­nym powietrzu znowu pięknej nocy majowej, w historycznych salonach pałacyku, ponieważ dzięki pootwieranym oknom mogłoby swobodnie napływać powietrze pachnące młodą zielenią i ziemią, również z parku, zrazu wilgotnym, szeleszczącym rosą oraz kroplami spływającymi ze starych dębów, grabów, wiązów i nadwiślańskich topoli, słowiki, które by przed burzą przycichły, znów podjęłyby swoje kląskania, mocniej zapachniałyby bzy, księżyc w kiczowa­tej pełni powróciłby na wypogodzone i gwiazdami przyozdobione niebo, wtedy to właśnie, akurat przed północą, gdy prawie wszyscy goście wylegliby na dwór, zaczęłyby się rozgrywać owe szcze­gólnie dekoracyjne a nieodzowne na wielkim polskim weselu koro­wody z duchami, oczywiście, gdyby nie lunął przed tym gwałtowny deszcz — rozległy trawnik rozpościerający się w dole, na tyłach pałacyku, niegdyś w ubiegłym stuleciu po prostu sadzawka, nie nasiąkłby jak gąbka wilgotnością, a znów bez połączenia księżycowej poświaty z trawiastą wilgocią, więc bez wzajemnego prze­niknięcia się dwóch realnych elementów natury nie powstałyby warunki przyjazne dla elementu cokolwiek fantastycznego, nie wyłoniłby się więc najpewniej z owej topieli kształt nieruchomo i na wznak spoczywającego młodziutkiego żołnierzyka w hełmie, żołnierzyka z twarzą Krzysia Czaplińskiego, głęboka dziupla wielowiekowego dębu nie przemówiłaby nagle głosem Jana Nagórskiego, zmarłego w dramatycznych okolicznościach w Moskwie w roku 1937, wówczas, gdy po zaklęciu wypowiedzianym na tarasie przez samego Adama Nagórskiego:

ancki, ewancki gorzki pląs,

ede lipki, ele mąs,

yki, byki gramatyki,

klekaty nos.

ciele mele myć

gdzie się mamy skryć?

czy pod słomę, czy pod dach?

wszędzie jednakowy strach.

109

więc, gdy na to dziecięce porzekadełko część szczególnie żwawo usposobionych gości rozbiegłaby się po parku, przenikniętym tajemniczymi cieniami i poblaskami, wszyscy bowiem chcieliby gonić wszystkich i wszyscy musieliby uciekać przed wszystkimi, wówczas —


110

Któż jednak mógł w marcu przewidzieć, jaką będzie druga połowa kwietnia? Kwitnienia bzów nikt się oczywiście, nie spodziewał, lecz młodej wiosny ze wszystkimi jej uroczymi a towarzysko dogodnymi akcesoriami — tego na pewno (albo prawie na pewno) można było oczekiwać. Zatem wydawało się, że ze strony natury nie zagrażają nowej ślubnej dacie szczególniejsze niebezpieczeństwa. Wiosna, PrzemianaI rzeczywiście wraz ze świętami Wielkanocy, więc w pierwszej dekadzie kwietnia, przyszło nagłe ocieplenie, Konrad i Monika z tygodniowego pobytu w Zakopanem, czy, jeśli kto woli, z ostatniej swojej podróży przedślubnej wrócili opaleni i promienni, jak bogowie, w Warszawie też było w miarę ciepło, ludzie szybko i z ulgą rozstawali się z ciężką zimową odzieżą, jeszcze parę dni takiego słońca, wspartego łagodnymi deszczami, a z krzepkiej witalności ziemi, niecierpliwie wezbranej płodnymi sokami, trysnęłaby obfita zieleń. Lecz oto nagle, akurat w połowie mie­siąca, na skutek skomplikowanych i nie całkiem jasno przez meteorologów przewidzianych ruchów powietrznych prądów, ufnie się budzącą wiosnę ścięły chłody, gwałtowne zimne wiatry, potem śnieżne zawieje. W ten sposób przyroda złośliwie zakwestionowała obie starannie przemyślane toalety Moniki, zarówno tę, w której miała wystąpić w Urzędzie Stanu Cywilnego, jak i drugą przewidzianą na kościelny ślub u św. Marcina. Ostatecznie wątpliwości Panny Młodej w tej delikatnej materii rozwiał po męsku Pan Młody, zgrabnie się powołując na zasadę kontrastu w sztuce, głoszoną przy wielu okazjach przez Eryka Wanerta. Nikt natomiast wolał nie kwestionować racji, które w swoim czasie skłoniły by­ły prezesową Panek do opowiedzenia się za majową datą ślubu. Zresztą ona sama w przededniu uroczystości, spoglądając na śnie­żną kurniawę na dworze, powiedziała wspaniałomyślnie: trudno, stało się!, po czym dodała: zresztą teraz i w maju można się spodziewać wszystkiego najgorszego.

111

W „Życiu Warszawy” z 19 kwietnia komunikat meteorologi­czny zatytułowany Nowy niż atakuje doniósł:

„Nadzieje na ocieplenie, które wiązaliśmy z ciepłym frontem nasuwającym się od wschodu — upadły. Front ten zamiast na za­chód powędrował na północ i dotarł wczoraj w rejon Finlandii. Nad Polską przeważnie nadal chłodna cyrkulacja północna. Efek­tem tego była m.in. burza śnieżna nad Krakowem i obfite śniegi w Karkonoszach, gdzie spadło w ciągu dwóch dni prawie pół metra śnieżnego puchu.

Nowe nadzieje na ocieplenie budzi następny niż wędrujący od południa na północ przez Ukrainę. Ma on przynieść ocieplenie już dziś na krańcach południowo-wschodnich, ale z opadami desz­czu. Na pozostałym obszarze będzie chmurno, chwilami przejaśnie­nia i rozpogodzenia oraz przelotne opady śniegu lub deszczu ze śniegiem.

W Warszawie pogoda ma być dziś lepsza od wczorajszej — więcej słońca, ale chwilami zachmurzenie wzrastające. Temperatu­ra do plus 6°C. Wiatry słabe, północno-zachodnie.

Słońce wzeszło o godz 4:51, zajdzie o godz. 18:41. Imieniny obchodzą Apoloniusz i Bogumiła”.

112

Lecz złudność nadziei na lepszą pogodę wyjaśniło nazajutrz to samo „Życie Warszawy”, donosząc o kwietniowym nawrocie zimy w spo­sób zwięzły, lecz jednoznaczny:

„Obfite opady śniegu, a miejscami śnieżyce i zawieje śnieżne wystąpiły w sobotę na wschodzie kraju i w centrum. W Warszawie, Lublinie, Włodawie oraz wielu innych miejscowościach prawie 10 cm warstwa śniegu i błota poważnie utrudniała ruch kołowy i pie­szy. Temperatura spadła w wielu rejonach do około 0°C. Olbrzymie opady śniegu wystąpiły w górach. Na Kasprowym Wierchu notowa­no 11°C mrozu oraz pokrywę śnieżną grubości 155 cm”.


113

Tak więc, ze względu na powyższe okoliczności, wątki pewnych sytuacji towarzysko-dekoracyjnych będą się musiały najprawdopo­dobniej ukształtować nie całkiem po myśli niektórych weselników, już zjazdowi gości, więc owej tak ważnej na wszystkich dużych przyjęciach uwerturze wprowadzającej nieomal równocześnie mister­nie zinstrumentowaną mnogość tematów-postaci, na razie tylko na moment wyeksponowanych, aby później mogły rozwijać swoje wątki w duetach, triach, kwartetach, a również w partiach chóralnych, więc już owemu momentowi, gdy pomiędzy godziną 20:30 a 21:00 zajeż­dżać będą w smugach reflektorów przed pałac w Jabłonnie rozlicz­ne auta i limuzyny i z ich wnętrz, na gęstą zawieję, wirującą przy podmuchach wichury w nieco nierzeczywistym poblasku latarni wyodrębniających z ciemności fronton pałacyku oraz podjazd na podobieństwo trochę niedbale ustawionej dekoracji, wychodzić będą zaproszeni, aby natychmiast w nieskoordynowanym popłochu dopaść wnętrza, jednak też natychmiast ze wszystkich stron oblepieni mo­krym śniegiem, a od skrawka ziemi, który będą musieli pieszo prze­być i od kamiennych stopni zagrożeni zdradziecką gołoledzią, więc w ostatecznym efekcie cokolwiek zadyszani i przepłoszeni, niezupełnie pewni swych koafiur i obuwia, o tak! niewątpliwie tym chwilom wieloinstrumentalnej uwertury, w warunkach, jakie zgotowała przewrotna natura, odjęta zostanie twa radosna lekkość, której wszystkim przybyszom aż w nadmiarze użyczyłby ciepły i wschodzącym księżycem rozjaśniony wieczór majowy; nieco później, gdy rozświetlone kryształowymi żyrandolami sale wchłaniać będą weselników i ogarniać ich przyjaznym ciepłem, jas­nością i gwarem, a długie stoły, pełne zimnych mięs, ryb, sałatek, sosów, wiosennych nowalijek i przemyślnych zakąsek, sporządzonych w podziemnym królestwie mistrza Kubickiego, użyczą tłumnie się gromadzącym wokół jadła i napojów wspomagających kalorii — skażony w swym kształcie moment towarzyskiej uwertury szybko zostanie zapomniany, więc zanim się w te pożywne sfery czasu przyszłego niedokonanego ufnie zanurzymy, wypada choćby z kronikarskiego obowiązku wspomnieć, że ze względu na wiadome warunki atmosferyczne nie najlepiej chyba wypadnie również i scena od dawna, choć w tajemnicy opracowana przez prezesową Panek, mia­nowicie powitanie nowożeńców przez rodziców Panny Młodej, powitanie w pałacowym hallu chlebem i solą, złożonymi na srebrnej tacy, specjalnie w tym celu zakupionej w Desie, a sprzedanej przez pewnego arystokratę skoligaconego dość blisko z ostatnimi właścicielami Jabłonny, skomplikowane procesy myślowe doprowadziły eks-ambasadorową w Holandii do decyzji, aby dla wyekspono­wania owej starej, ludowej tradycji wybrać nie dom własny, gdy państwo młodzi przybyli zaraz po ślubie w kościele u św. Marcina, lecz pałac w Jabłonnie, należy przypuszczać, że Monika, która nie lubi sytuacji nieprzewidzianych, bowiem w teatrze podobne sceny nie istnieją, a poza tym płatki śniegu będą jej topnieć na czole, rzęsach i policzkach, więc nie będzie szczególnie wzruszona ani zachwycona tą formą powitania, również faktem, że w pustym na razie hallu i ona z mężem, a zwłaszcza jej rodzice, znajdą się pod obstrzałem spojrzeń bezczynnych na razie szatniarzy, lecz z drugiej strony Pan Młody z pewnością umiejętnie —


114

— Moje dzieci… — powie prezesowa, a jeśli nie dosłownie tak, to coś w tym rodzaju.

115

Na to Monika:

116

— Och, mamo! naprawdę jesteś wspaniała i wzruszająca, ale pozwól, że zanim się pożywimy, pójdziemy jednak do szatni.

117

Wówczas Pan Młody do obojga teściów:

Udziałem Waszej Miłości przyjmować

Naszą powinność. A nasza powinność

Jest wobec tronu i państwa jak dziecko,

Jak sługa, który, czyniąc to, co obroni

Waszą Cześć, Waszą Miłość — czyni tylko

To, co mu każe obowiązek.[20]

Po czym najpewniej sięgnie po kromkę spoczywającą skromnie w cieniu rumianego bochenka, poda ją oblubienicy do przełamania i nie jest wykluczone, że, chcąc się utrzymać w podjętej konwencji, powie na swoim słynnym szepcie:

Pozostań niewinna

Poprzez niewiedzę — najdroższe pisklątko,

Póki czynowi temu nie przyklaśniesz[21].

Duch, PolitykaJednak wszystkie te wstępne cienie muszą się drobiazgami wydać wobec nieuniknionego zachwiania i zamącenia treści sięgają­cych w wyższe sfery, wydaje się bowiem mało prawdopodobnym, aby śnieg i temperatura poniżej zera sprzyjały igraszkom i celebracjom w plenerze, stąd i słaba nadzieja na intymniejszą współpracę żywych z umarłymi, jakkolwiek pewne subiektywne dyspozyc­je takiej choćby osobowości, jak Adam Nagórski, pozwalają przy­puszczać, że gdyby porą nieco późniejszą, więc dostatecznie fi­zycznie i duchowo rozgrzany, znakomity pisarz zdecydował się opuścić salony i wejść na pusty i kruchą warstewką śniegu pokryty taras, wówczas, wobec zimowego pejzażu niewydarzonej wiosny, cokolwiek dygocąc i wsunąwszy wrażliwe dłonie do kieszeni spodni, mógłby, lekko — być może — się chwiejąc, złożyć w swojej nie najlepszej niemczyźnie następującą deklarację:

Ja wunderschönen Monat Mai,

Als alle Knospen sprangen[22].

118

a skoro by zaryzykował zejście z tarasu i znalazł się na skraju płaskiego i omszałego basenu martwej fontanny, wtedy jej zar­dzewiały kikut, ulegając natarczywej sferze subiektywnej auto­ra Natchnienia świata mógłby przemówić, bo dlaczego nie? I wówczas:

FONTANNA

119

Na niektórych frontach walki z siłami wrogimi socjalizmowi…

NAGÓRSKI

120

To pan? Cóż za niespodziewane spotkanie! Przyszedł pan podyskutować?

FONTANNA

121

…przeciwnik jest łatwy do rozpoznania, jest oczywisty — np. w polityce międzynarodowej. O wiele bardziej skom­plikowany jest układ frontów ideologicznych, gdzie przeciwnik żeruje na trudnościach, jakie napotyka budowa socjalizmu i wys­tępuje pod postacią reformatora.

122

Wówczas Nagórski, z tęsknoty ku zwięzłej jasności, odwołałby się, być może, do łaciny. I stwierdziłby:

NAGÓRSKI

123

Novare cupio, ergo non sum[23].

FONTANNA

124

Jeśli mówimy o zaangażowaniu, to mamy na myśli mię­dzy innymi również zaangażowanie na tym froncie walki ideologi­cznej, na którym jedyną busolą może być więź z partią, poczucie solidarności z jej polityką.

NAGÓRSKI

125

Nego, ergo sum[24].

126

Po czym, jeśli by wciąż odczuwał twórczy nadmiar subiektyw­nych dyspozycji, a ziąb wiosennej nocy nie nazbyt zdąży mu dokuczyć, mógłby zgodnie zresztą z dobrowolnie podjętą grą — zakończyć i niejako podsumować cykl prelekcji o swoich miłościach, zapoczątkowany ubiegłej nocy, gdy w oczekiwaniu na sztuczny sen cofnął się był w odległe wspomnienia. Zatem z tarasu pałacyku księcia Pepi[25], a wobec nagiego pejzażu w drętwej poświacie księ­życowej, mgliście przenikającej spoza niskiego pułapu chmur, przemówić może mniej więcej tak:

127

— Proszę państwa! Jeśli raz jeszcze pozwalam sobie zabrać państwu kilka chwil cennego czasu, to jedynie dlatego, iż w mojej opowieści, być może przydługiej i nie zawsze dość przejrzys­tej, zbliżam się, a nawet — można to powiedzieć — osiągam koniec. Czy ostateczny, nie wydaje mi się to szczególnie ważne. A może? Kto wie? Przyznaję, że chciałbym żyć długo, a nawet je­szcze dłużej. Więc może właśnie, że żywy i jeszcze, jak się zda­je, na fizyczny kres życia nieskazany w trybie doraźnym, może właśnie, jeśli żywy, sięgnąłem po słowo „koniec”, może ono jest najważniejsze? Ale koniec czego? Koniec miłości ku dziewczynie o dwuznacznym imieniu Nike? Czy koniec kochania w ogóle? Proszę wybaczyć takie nagromadzenie znaków zapytania, myślę, że nie powiem nic nowego, jeśli powiem, że gdyby ludzie szczerze wyra­żali swoje myśli, większość ich musiałaby się kończyć znakiem zapytania. Jednak gdybym chciał powtórzyć za szekspirowskim Antoniuszem: „Tylko w uścisku znajdziesz godność życia” — nie musiałbym tego ciężkiego słowa przywoływać. Nie musiałbym? To też nie całkiem odpowiada prawdzie, proszę państwa. I w ogóle w moich prelekcjach oszukiwałam państwa, tak wiele opowiadając o miłościach, iż można by mniemać, że istotnie one stanowią dla mnie „godność życia”. Może się wydam państwu cokolwiek trywialny, muszę jednak stwierdzić, że niestety, a może na szczęście, miłość jest jak mydło, ubywa jej przy używaniu. Chcąc zatem z należnym dla państwa respektem, znaczy — chcąc sprezentować państwu prawdę rzeczywistą, nagą, jak cię to potocznie mówi, powinienem był potraktować niektóre szczególnie sekwencje, zwłaszcza te ostatnie związane z osobą o dwuznacznym imieniu Nike, hic et nunc[26], powinienem był te miłosne parawany odsunąć, żeby nie przysłaniały, raczej nie tyle parawany, proszę państwa, nie naj­szczęśliwiej się wyraziłem, powinienem był tak to państwu sprezentować[27], jak w pewnym kawałku prozy, który popełniłem, kiedy Nike po raz pierwszy, lecz nie ostatni ode mnie odeszła, tam w tym kawałku prozy mówi Orfeusz: „Więc stojąc przed murem, który nie istnieje dla świata, ponieważ mnie przydzielony, we mnie tylko i bez trzech sprawdzalnych wymiarów istnieje…”, zatem, w dążeniu do nagiej prawdy, powinienem był usunąć ten mur, przekroczyć ścianę mego życia, ponieważ dopiero poza nią, dookoła i ponad nią wznoszą się ściany prawdziwe, a ja schroniłem się w cień własnej, aby nie widzieć tamtych, oczywiście! mogłem szukać innej ucieczki, mogłem znaleźć inną ścianę mego życia, urojoną wolność, mogłem, ile mogłem, lecz to, co mogłem, mogłem dobrowolnie, więc dobrowolnie zachorowałem na miłość, żeby nieuleczalnie chorować na wszystkie rzeczywiste i urojone przejawy miłosnej choroby, przywiązany klęczącymi kolanami do podnóża ściany mego życia, aby tamtych ścian nie widzieć, bo tamtymi otoczeni, wszyscy się gdzieś, proszę państwa, skrywamy, czy pod słomę, czy pod dach, a tamte ściany, proszę państwa, rzeczywiste, chociaż wzniesione z elementów irracjonalnych, tabu i demony, sakralne kłamstwa i oszustwa —

128

Wydaje się, że skomplikowane wątki, eksponowane przez Nagórskiego z niewątpliwym zaangażowaniem, lecz i z widocznym wysiłkiem, powinny się w tym momencie tak zagmatwać, iż mówca, nie znajdując dla nadmiaru treści odpowiedniej formy, a może i wśród nerwowych falowań treści cokolwiek bezradny, poczuje się po prostu zmuszony do zamilknięcia, a wówczas cisza cennego rezerwatu przyrody, jaką usłyszy, powinna go wyrwać litościwie z dręczącego kręgu subiektywnych dyspozycji, skłonić do kilku głębszych wdechów i wydechów oraz do przetarcia chustką lekko spoconego czoła. Byłby zatem, przynajmniej na razie, koniec weselnego intermezza w plenerze, autor Karolinki oraz Ostatniej godziny najrozsądniej chyba by postąpił, gdyby, nie narażając się dłużej na możliwość ciężkiego przeziębienia, wrócił na salo­ny do społeczności. Tak też najpewniej i uczyni, być może nawet nie pamiętając, lub pamiętając mgliście, że przed kilkoma zaled­wie minutami rozmawiał z zardzewiałym kikutem martwej fontanny.

129

A na salonach, szczególnie w tym największym, spiętym u szczytu kopułą niebiańską z gwiazdami, skąd z okrągłej galeryjki na niebiańskich wysokościach widać za dnia Wisłę luźno i leniwie płynącą u niskiego horyzontu wśród płaskich piasków i wiklin, więc na salonach historycznego pałacyku, w uśmierconą wiosnę-niewiosnę, skoro się ma dalej odbywać ryzykowna pene­tracja wieloznacznych możliwości czasu przyszłego, Adam Nagórs­ki, na podobieństwo szklanego spodka, służącego niegdyś jego starzejącemu się ojcu do przywoływania duchów, nagle i mediumicznie w podobną grę wprowadzony, przywoła prawdopodobnie cień zapomnianego poety baroku i z myślą o tytule przyszłej powieści, bo zafascynowany magią słów, nie odmówi sobie satysfakcji:

I my, co ziemię małą, małe morze mamy,

A myślą górnolotną nieba się tykamy,

Cień niestetyż i marę zostawim po sobie.

Cień z nami w grób, cień wiecznie stróżem w naszym grobie.

Ale próżno wspominać cień naszego wieka

I igrzysko niestałej fortuny człowieka:

Ten, który z cienia powstał, świat nieogarniony,

Będzie z nami w cień drugi znowu obrócony —[28]

130

więc z należnym respektem oczekując, iż z doświadczeń znakomitego pisarza, z doświadczeń koniecznie związanych z młodziutką osobą o dwuznacznym imieniu Nike, wyniknie kiedyś, być może, romans zatytułowany Cień drugi, skoro zatem chwiejne wkraczanie w sfery cienia drugiego ma się z pleneru przenieść na salony — może się na salonach zdarzyć, że wśród ponad rzeczywistą miarę rozlicznych scen oraz sytuacji odbędą się i następujące:

131

prezes Polskiego Instytutu Prasowego (PIP), Leopold Panek, już po kilku kieliszkach i głodny, bo mimo paru lat ambasadorowania i uczestniczenia w minionym dwudziestopięcioleciu w wielu przyjęciach oficjalnych nigdy nie zdołał przywyknąć do jedzenia na stojąco, a poza tym trochę zagubiony w tłumie ludzi, spośród których mało kogo zna osobiście bliżej, więc głodny i z podgęszczonym szmerkiem w skroniach przystąpi do Nagórskiego powracają­cego akurat z tarasu, wydaje się bowiem rzeczą mało prawdopodob­ną, aby u siebie w domu, na coctailu urządzonym zgodnie z ustalo­ną chronologią uroczystości zaraz po ślubie u św. Marcina, podjął, jako gospodarz, podobną rozmowę, mógł ją sobie co najwyżej wyobrazić. A teraz powie:

132

— Wie pan, panie Nagórski, że my się znamy bardzo dawno, szmat czasu.

133

Nagórski, ponieważ zostanie tą kwestią zaskoczony, strzepnie z rękawa marynarki resztki skroplonego śniegu i odpowie raczej z dystansem:

134

— Czy tak?

135

Polska, Pozycja społeczna, Historia, Przemiana, Mężczyzna, Kobieta, Zazdrość— Pan, oczywiście, nie pamięta. To był rok trzydziesty, może trzydziesty pierwszy.

136

— Rzeczywiście dawno. Bardzo mi przykro, panie prezesie, moja pamięć nie jest najlepsza.

137

— Pan mi wtedy położył rękę na ramieniu.

138

— Ja?

139

— Obaj mieliśmy po dwadzieścia lat i bujne włosy, ale pan był ten lepszy i jak mi pan położył rękę na ramieniu, to właśnie dlatego, że się pan uważał za lepszego, chciał mi pan dać do zrozumienia, że dziewczyna, z którą tańczyłem, nie jest dla mnie odpowiednią partnerką.

140

— Czy pan się przypadkiem nie myli, panie prezesie?

141

— Ja się na pewno nie mylę, położył mi pan rękę na ramieniu, podszedł pan do nas, kiedy tańczyliśmy, i położył mi pan rękę na ramieniu.

142

— Gdzie to było?

143

— Nie pamięta pan, panie Nagórski?

144

— Niestety.

145

— Pan miał rację, bo to faktycznie była partnerka nie dla mnie. Pan miał rację, że pan mi położył rękę na ramieniu.

146

— Jeśli istotnie tak było, jak pan mówi, panie prezesie, chyba racji nie miałem. To nie było zbyt uprzejme.

147

— Panie Nagórski, co się będziemy po tylu latach bawić w uprzejmości? Starczy, że panu mówię, że pan miał rację. A wie pan, czemu pan miał rację?

148

— Słucham.

149

— Dziewczyna, z którą tańczyłem, nazywała się panna Wanert.

150

— Alicja.

151

— A ja byłem w czarnym pożyczonym garniturze i rękawy miałem za krótkie i koszulę przynajmniej o dwa numery na dużą.

152

— To było w towarzystwie?

153

— Pan był we fraku, wszyscy panowie studenci byli we frakach albo smokingach. Bal Politechniki.

154

— Rzeczywiście czasy prehistoryczne.

155

— Dla mnie tylko historyczne, a ja historię dobrze pamiętam.

156

— Cóż, jeśli po tylu latach znaczy cokolwiek przeproszenie…

157

— Teraz pan sobie przypomniał, że mi pan położył rękę na ramieniu?

158

— Niestety, bardzo mi przykro, ale nie.

159

— Widzi pan, a ja pamiętam! Bo to pan położył mi rękę na ramieniu, a nie ja panu.

160

— Słusznie. Ale, jeśli jak pan mówi rzeczywiście popełniłem ten gest niezbyt uprzejmy i położyłem pana rękę na ramieniu, może usprawiedliwi mnie trochę fakt, że Alicja Wanert była wówczas moją narzeczoną.

161

— A, i pan był zazdrosny o mnie, panie Nagórski!

162

— Wkrótce potem Alicja została moją żoną. Naprawdę, bardzo dawne czasy.

163

— No, widzi pan, panie Nagórski, jak się to wszystko jedno z drugim albo łączy albo nie łączy. Pan mi położył rękę na ramieniu, pan był we fraku, pan się ożenił z panną Wanert…

164

— Dość szybko się rozeszliśmy.

165

— A ja u jej ojca, wielkiego przemysłowca, pana Karola Wanerta…

166

— Karol Wanert był stryjem Alicji.

167

— Wszystko jedno. A ja u jej stryja, wielkiego przemysłowca, pana Karola Wanerta, głupiej posady za trzysta z czymś złotych nie mogłem dostać, choć miałem dyplom magistra chemii w kieszeni i dziury w butach. Pan miał rację, panie Nagórski, że mi pan położył rękę na ranieniu.

168

— Jeśli pan tak uważa.

169

— To nie ja uważam, to jest obiektywna prawda historyczna.

170

— Jeśli tak, to muszę stwierdzić, panie prezesie, że ma pan teraz tę wyższość nade mną sprzed trzydziestu kilku lat, że gdy pan kładzie obecnie ludziom rękę na ramieniu, są to gesty w duchu jak najbardziej demokratycznym.

171

I chyba po tej kwestii znajdzie sposobność, aby rozejrzawszy się po sali powiedzieć:

172

— Przepraszam, panie prezesie, ale właśnie widzę, że pani Frens-Czaplicka przywołuje mnie niecierpliwie.

173

— Ta słynna śpiewaczka?

174

— Właśnie. Zresztą dość bliska moja kuzynka.

175

— Ba! My teraz z panem też jesteśmy poniekąd rodziną. Nie wiedział pan, panie Nagórski, kogo pan poklepywał.

176

— Niestety, z klepaniem zwykle tak bywa, panie prezesie.

177

Halina Ferens-Czaplicka i Adam Nagórski.

178

— Jestem.

179

— Nie gniewaj się…

180

— Ależ skąd! przeciwnie, jestem ci wdzięczny, marzyłem, żeby zakończyć tamtą rozmowę.

181

— Polityka, jak zawsze u was?

182

— Gorzej, wspomnienia.

183

— Przykre?

184

— Głupie.

185

— Więc przykre.

186

— Prawdziwe. Jak się bawisz?

187

— Wiesz, przed przyjazdem tutaj byłam u mamy pożegnać się.

188

— Dawno nie byłem u twojej mamy, nie jestem dobrym bratem. Jak się czuje?

189

— Fizycznie chyba nieźle. Ale odniosłam wrażenie, że ona w ogóle nie pragnie ludzi widywać, nawet najbliższych.

190

— Myślisz?

191

— Nie wiem, może się mylę, tyle lat się nie widziałyśmy. Przywiozłam jej adapter i kilka moich najlepszych nagrań, leża­ły tam, gdzie je położyłam, adapter też nienaruszony. A kiedyś, pamiętam, bardzo lubiła muzykę. I mój śpiew też lubiła. Jedyny człowiek, o którym mówi z ożywieniem, to profesor Wnuk.

192

— To zrozumiałe, Halinko. Ostatecznie Wnuk, żeby zebrać i wydać twórczość Krzysztofa poświęcił wszystkie swoje najlepsze umiejętności, nawet coś więcej, bo serce, a serce uczonego, wiesz, co to jest serce profesora?

193

— Ja to rozumiem, kochany, ale trochę było mi przykro. Dla mamy czas się zatrzymał ze śmiercią Krzysia. Dla niej Krzyś jest wciąż młodziutkim chłopcem.

194

— Dziwisz się? Pamiętasz, kiedy spotkaliśmy się w Rzymie w czterdziestym ósmym roku, opowiadałem ci dużo o Krzysztofie i jak bardzo go w czasie okupacji pokochałem.

195

— Pamiętam.

196

— Myślę, że on dla mnie też miał wiele najlepszych uczuć. Chyba też mnie po swojemu kochał. I popatrz, nigdy nie byłem na Powązkach na jego grobie. I żadnego wspomnienia nie napisa­łem i nie napiszę.

197

— Czemu to mówisz?

198

— Powiedziałaś, że dla twojej mamy pozostał chłopcem.

199

— Ja też nie mogę sobie wyobrazić, że gdyby Krzyś żył, miał­by teraz prawie pięćdziesiąt lat.

200

— A widzisz! O której nasz samolot?

201

— Wcześnie. Ósma z minutami.

202

— Szkoda, że cię tu mieliśmy tak mało.

203

— Muszę, we wtorek śpiewam w Hamburgu.

204

— A potem?

205

— Oslo i Helsinki.

206

— I dalej?

207

— Na razie nie ma dalej. Nie wiem, może się zabiorę do pisa­nia pamiętników.

208

— Już ci to mówiłem parę razy, Halinko, ale wczoraj wieczorem naprawdę śpiewałaś cudownie. Chyba jeszcze lepiej, a może po prostu bardziej wzruszająco, niż kiedy cię słyszałem w Rzymie. Nigdy nie zapomnę twoich Pieśni wędrowca, zwłaszcza tej czwartej o niebieskich oczach.

209

— — — — — po wtorkowym recitalu 15 kwietnia, w piątek drugi występ Haliny Ferens-Czaplickiej. W pierwszej części koncertu symfonia g-moll, 183 Mozarta, Halina śpiewa Lament Ariadny Monteverdiego oraz arię z drugiego aktu Orfeusza Glucka[29], w drugiej części: Pieśni wędrowca Mahlera oraz druga suita z Daphnis i Chloe Ravela. Artysta, KobietaTłumy, owacje, kamery telewizyjne, błyski fleszów, kwiaty i ów szczególny nastrój (na tym koncercie należy być: jak wygląda słynna na całym świecie rodaczka, tu znana tyl­ko z nagrań?; jaką będzie miała toaletę?; bardzo już stara?; pewnie się kończy i dlatego zdecydowała się zaśpiewać w kraju; och, znałem ją jeszcze, kiedy zaczynała śpiewać, Didur wrażał ją za najlepszą ze swoich uczennic, widziałem ją w '39. roku w Carmen, już wtedy była fantastyczna; doskonale znałem jej ojca, Olgierda, to był wielki internista, ale nigdy nie przypuszczałem, że z tej małej, chuderlawej Halinki wyrośnie taka duża Ferens; widziałaś tego jej akompaniatora, śliczny chłopak, mógłby być jej synem, nie?), jaki zazwyczaj panuje w Filharmonii na gościnnych występach największych sław światowych. Na bis Halina Ferens śpiewa Bacha Komm süsser Tod i Händla Begrüssung.

210

Nagórski siedział z matką w dziewiątym rzędzie. Artysta, Kobieta, Starość, UrodaW odpowiednim momencie usiłował wytłumaczyć jej, że podobny wieczór może się okazać nazbyt męczący, zwłaszcza wobec jutrzejszych obowiązków towarzyskich, ale starsza pani (rocznik 1884) postawiła jak zwykle na swoim i sprawiła, że sławny syn przyjechał po nią na Krakowskie Przedmieście, wsparł męskim ramieniem, gdy trzeba się było wspiąć przy wejściu po marmurowych schodach, troskliwie w szatni wyłuskał z futra i nawet z pewnym rozrzewnieniem się uśmiechnął, gdy wyprostowana, z dostojnie siwą głową, drobna i wzruszająco krucha w wieczorowej sukni z czarnego aksamitu i z zalotnie staroświecką aksamitką na szyi kroczyła przez rozległy hall prawie dziewczęcymi kroczkami u jego boku, krokami chyba nie nazbyt odmiennymi od tych, którymi niegdyś, bardzo, bardzo niegdyś obdarowywała była Ofelię, Rozalindę i Norę, i w pewnym momencie w jej oczach, już na co dzień wyblakłych i zmatowiałych, zapalił się naraz ów ciepły, wibrujący blask, który w pradawnych czasach przysparzał jej, słynnej Kellerce, ulubienicy Warszawy, tyle hołdów i uwielbień. I ten sam blask rozjaśnił jej pomarszczoną, drobną jak piąstka twarz, gdy Konrad Keller, oczywiście w towarzystwie Moniki, prezentując podobny, tyle że autentyczny gatunek oczu, pochylił się, aby wbrew swym zwykłym obyczajom ucałować rękę ciotki, jeszcze mimo pewnych zniekształceń artretycznych przechowującą kształt dawnej urody.

211

Nagórskiemu źle się słuchało, w ostatnich czasach odwykł od koncertów publicznych. Za to ze względu na wyjątkowość wielu elementów, które złożyły się na ten wieczór, nie mógł się nie poddać wspomnieniom, luźno i leniwie kojarzonym. WspomnieniaLecz tylko raz, kiedy w drugiej części koncertu Halina zaczęła śpiewać czwartą z Pieśni wędrowca, ową skargę miłosną: „Błękitne oczy mojej najdroższej, które wysłały mnie w daleki świat” (Die zwei blauen Augen von meinen Schatz, Die haben mich in die weite Welt geschickt), więc tylko raz jeden podczas tego śpiewu, gdy głos Haliny w sposób szczególnie przejmujący wzniósł się w szepcie ponad przyciszony akompaniament orkiestry, wyniknęło w nim wspomnienie Nike, prawie bezosobowe, bo bezkształtne i bezgłośne, niezwiązane z jakąkolwiek sytuacją, musiał się przez moment skupić, aby spośród minionych nocy i dni, głosem Haliny jak smugą światła w ciemnościach prowadzony, wyszukać cielesną formę dla zjawy; szukał jej po omacku, wciąż przy miłosnej skardze Haliny-wędrowca, potykając się o niewykończone, zbyt słabo lub tylko fragmentarycznie wywołane strzępy, cień uśmiechu, ramion, cień przymkniętych powiek, cień szeptu, cień oddechu, echo zani­kające, aż wreszcie, gdy skuszony ciekawością sprawdzenia mechanizmów własnej pamięci-niepamięci zdołał uśmierzyć ów chaos, Nike ukazała mu się taką, jaką zapamiętał, kiedy się przed paroma zaledwie tygodniami, w drugi dzień Wielkanocy, rozstali w Kazi­mierzu, w gniewie, który w obojgu wybuchnął gwałtownie i brutal­nie, lecz narastał był powoli, żywiąc się nimi jak ukryty pasożyt, więc ujrzał naraz maskę zniekształconą złością i nienawiścią (kiedy z końcem roku ubiegłego Nike zniknęła nagle na kilka tygodni, napisał fragment pracy, który później głęboko ukrył na spodzie biurka:

„Mówi Orfeusz: więc stojąc przed murem, który nie istnieje dla świata, ponieważ mnie przydzielony, we mnie tylko i bez trzech sprawdzalnych wymiarów istnieje, stojąc zatem przed murem nierzeczywistym, lecz dla mnie jak najbardziej prawdziwym, stojąc, a raczej klęcząc, aby przydać obrzędowego charakteru tej mojej skardze, skardze trenu dla Eurydyki, klęcząc zatem liturgi­cznie u podnóża mego muru, ściany mego życia, wiem, że kiedy po­przedzone powolnym stygnięciem powietrza spełzną z niej, z tej ściany mego życia, ostatnie poblaski zachodzącego słońca — przyj­dą Furie, zwane za czasów mego dzieciństwa Bachantkami lub Menadami, przyjdą i rozszarpią mnie. Nie wiem dokładnie, kiedy się to stanie, za sekundę, godzinę, miesiąc czy rok. CzasCzas, jaki mi pozostał, nie należy do mnie. Korzystam z niego, lecz nad nim nie panuję. Wiem tylko tyle, że w pewnym, niewiadomym momencie, gdy poprzedzone powolnym stygnięciem powietrza ostatnie poblaski zachodzącego słońca spełzną z muru, u którego niewidzialnego pod­nóża klęczę, aby przydać obrzędowego charakteru tej mojej skardze, skardze mego trenu dla Eurydyki, przyjdą Furie i rozszarpią mnie. To się stanie gdziekolwiek, może wśród głuchych drzew nadwiślań­skiego parku, może w zaułku ciemnej staromiejskiej uliczki, mo­że dla odmiany w oślepiających reflektorach obcego krajobrazu, a najpewniej w scenerii bardzo zwykłej, więc po prostu w moim po­koju teraz pustym, niegdyś pełnym Eurydyki. Również obojętne, w jakich kształtach Furie się wyłonią, gdy chłód i mrok nastaną, mogą, na przykład, spaść bezszelestnie z nieba w kombinezonach komandosów albo otoczyć mnie nagle półnagimi ciałami chłopów trackich, pijanych winem i dmących w podwójne piszczałki, może to być również specjalny pluton mimów w cielistych trykotach, z twarzami białymi, jak gipsowe maski, obojętne czas i miejsce eg­zekucji, obojętny kształt Furii, wiem bowiem, że jakikolwiek czas mi pozostał, nigdy nie zdołam wypowiedzieć rzeczy najważniejszej, mojej miłości do ciebie, Eurydyko!”) — pomyślał: te gusła, te czasy już się skończyły i nigdy nie powrócą, już mnie nie ra­nią i nie niepokoją, już nie jestem chory, lecz chyba i zdrowy nie jestem — — — — —

212

Nagórski po chwili:

213

— A swoją drogą o pamiętnikach powinnaś rzeczywiście pomyś­leć serio.

214

— Też tak sądzisz?

215

— To egoizm przemawia przeze mnie, Halinko. Im się staję starszy, tym mniej mnie książek pociąga, ale pamiętniki zawsze. Chciałbym przeczytać twoje.

216

— Ja nie o tym myślałam. Och nie, nic nie mów, to niepotrzebne. Nie jestem szczególnie mądra, ale zawsze miałam i nadal mam bardzo dobry słuch. Siebie też słyszę. Słyszę przede wszystkim wysiłek…

217

— Twoi słuchacze go nie słyszą.

218

— Ale ja go słyszę, Adam. To wystarcza. Nie widziałeś Aima?

219

— Poszukać go?

220

— Chciałabym już wrócić.

221

— Zawołam go zaraz.

222

— Nie, po co? Niech się bawi.

223

— O ile się nie mylę, młodzież okupowała bar w piwnicy.

224

I nie jest wykluczone, że przyjdzie mu w tym momencie myśl całkiem prawie niedorzeczna, że któryś z młodych przywiózł ze so­bą Nike. Więc poblednie, lekkie pulsowanie serca poczuje w krtani i chociaż będzie wiedział, że niezupełnie może być pewien swego głosu, powie:

225

— Jeżeli byś miała ochotę, możemy zejść razem. To może być zabawne.

226

Na to Halina Ferens, jakby się znalazła na estradzie wobec szczelnie wypełnionej widowni, lekkim i trochę niecierpliwym gestem odrzuci głowę do tyłu i w tej postawie zastygnie, ponieważ głęboki ukłon, jaki dopełniał zazwyczaj ten inicjujący gest, tu, w rozmowie intymnej, nie znajdzie zastosowania, pozostanie zatem w tej pozie trochę nienaturalnej dzięki niedokończeniu i powie o wiele za głośno, jakby w osobie znakomitego pisarza miała przed sobą nie kuzyna, lecz rozległą salę koncertową:

227

— Zabawne? Myślisz? Obawiam się, że tylko dla nich.

228

A po chwili już zwyczajnie, chyba nawet z akcentem serdeczności:

229

— Nie kochany, co cesarskie, zostawmy cesarzowi, a co bos­kie Bogu.

230

Natomiast Nagórski, wciąż niedorzeczną nadzieją usztywniony, więc trochę bez sensu:

231

— Cóż my wiemy o bogach?

232

— Twój Leonardo z Ostatniej godziny

233

— On też nie wiedział, może nawet mniej w tej materii wie­dział niż inni. Tak już zdaje się jest, Halinko, że im więcej wie człowiek o życiu, tym mniej w nim rozeznania w miłości, czy, jak ładnie powiedziałaś, w sprawach boskich. Natura, Kondycja ludzkaNatura jest przewrotna i lubi się manifestować poprzez gwałtowne skrajności, lecz w istocie natura zawsze dąży do równowagi i gdy bywa dla człowieka szczodra aż w nadmiarze, bogacąc jego umysł i świado­mość, bierze równocześnie zawistny, a może po prostu roztropny odwet, mącąc intymną kondycję wybrańca służebnym rozkładem, ba! nawet zawstydzającym niewolnictwem.

234

— Nie wiem, Adam…

235

— Ja też wielu rzeczy nie wiem.

236

— Nie wiem, czy mogę ci to powiedzieć.

237

— Że mówię jak zakochany?

238

Spadkobierczyni międzynarodowej glorii, uświęconej nazwiskami Patti, Melby, Sembrich-Kochańskiej i Callas, z pewnością roześmieje się w tym momencie bardzo głośno i bardzo szczerze, jakby to była dziesiąta rano i w jej paryskim mieszkaniu na avenue Marceau, Aimo Immonen, w zgniłozielonym golfie i w dżinsach z czarnego sztruksu, ale bosy siedział przy fortepia­nie, a ona lekkomyślną i przewiewną, poranną tkaniną owinięta od ramiom aż po stopy, z głową lekko do tyłu przechyloną, lecz spod czujnie wpółprzymkniętych powiek (trochę obrzmiałych) dostrzegając nagość tych młodzieńczych stóp, których kształt oraz gatunek skóry poznały na pamięć jej wargi, wyrzuciła z nie dość jeszcze po nocy rozluźnionego gardła pierwszą partię przedćwiczebnych tonów — — — — —

239

W głębi sali z niebiańską kopułą z gniazdami u szczytu, przy stole z trunkami, Stefan Otocki, Beata Konarska oraz Łukasz Halicki.

240

Stefan Otocki (ogromny, zwalisty, z twarzą tapira):

241

— Dzieci, ona ma siły kosmonauty, ta Ferens!

242

Beata Konarska (drobna, z bardzo jasnymi włosami opadającymi na ramiona, podłużne, zielonkawe oczy):

243

— Myśli pan, dyrektorze, że poleci na Księżyc?

244

Stefan Otocki:

245

— Daj wam, boże, takie siły na stare lata, moje dziatki.

246

Łukasz Halicki (wysoki, wysportowany brunet):

247

— Nie damy rady, panie dyrektorze, my jesteśmy sfrustrowani, szybko wysiądziemy, sumienia mamy wilgotne.

248

Beata:

249

— Buty mnie bolą.

250

Łukasz:

251

— Pan rozumie, panie dyrektorze, nic się nie dzieje spontanicznie i przyszłość nie rodzi się automatycznie.

252

Beata:

253

— A mnie życie obrzydło, słońce mi obrzydło, czuję się, jak w beczce nabitej gwoździami.

254

Otocki:

255

— To wszystko głupstwa, moje dziatki! Nie martwcie się, ja z was zrobię wielkich aktorów.

256

Łukasz:

257

— A co by pan zrobił, panie dyrektorze, gdyby pan miał milion dolarów?

258

— Milion?

259

— Też nie wiem, może bym muchy głodził między oknami? — — — — —


260

Leopold Panek:

261

skoro prezes Panek, opuszczony przez Adama Nagórskiego, zostanie sam i w bliskim sąsiedztwie tróki: Otocki, Beata Konarska oraz Łukasz Halicki, Wspomnieniajeszcze się wzmocni paroma koniakami (a chyba to uczyni), wówczas w blasku kryształowych żyrandoli, w tłumie i w gwarze, naraz się znajdzie — być może — w małej i już pustej o tej późnej wieczornej godzinie salce taniej mleczarni przy placu Teatralnym (teraz tym miejscu stoi nowoczesny blok, w któ­rym mieszka Konrad Keller), za oknem śnieg i mróz, siedzą przy stoliku na wprost siebie, on w cienkim paletku z Kercelaka, duże i zsiniałe z zimna dłonie chowając pod marmurowym blatem stolika, ona w brajtszwancach z szerokim kołnierzem skunksowym, obca i daleka, prawie nieosiągalna w pochmurnej, gniewnej urodzie, milczą oboje nad szklankami stygnącej herbaty, a w obrotowe drzwi wejściowe wplątuje się akurat człowieczek w podniszczonej bekieszy, o twarzy smutnego gryzonia wyłaniającej się mizernie spod wymiętego kapelusika, jest tak pijany, iż ledwie się na nogach trzyma i skoro raz wprawił w ruch owe zdradzieckie drzwi wejściowe, już się nie może z ich coraz szybszego obrotu wyślizgnąć, nie może ani do środka wejść, ani na ulicę wyjść, i tak dobrych kil­ka minut kołuje tym zamknięciu ogłupiały, z przerażeniem w szklistych oczach, drobnymi rączkami wykonując niedokończone gesty, aż wreszcie, prawdopodobnie przypadkiem, silniejsze zachwianie się wyrzuca go na ulicę, za zaśnieżony i pusty trotuar, i tam, jakby się ostatecznie poddał niewidzialnej sile, jeszcze chwilę obraca się wokół własnej osi drobnymi kroczkami, mówi półgłosem: panno Zosiu, chce pani zostać moją żoną? i po chwili milczenia Zofia mówi z odległej przeszłości, przy stoliku mleczarni „Nadświdrzańskiej” z obrotowymi drzwiami, odgradzającymi to miej­sce, tutaj, od śnieżycy wirującej na dworze, na placu Teatral­nym, mówi: pan, panie Leopoldzie, chce mnie poślubić? i mówi: będę szczęśliwy, panno Zofio, a ona: dobrze, ja się zgadzam, ale jeżeli kiedykolwiek wypomni mi pan, nigdy — przerywa żarli­wie — przysięgam, że nigdy, lecz ona, jakby go nie słyszała i tylko w swoje wnętrzności, wypełnione hrabiowskim pomiotem była wsłuchana: ja panu chcę zaufać, ale gdyby mi pan to powiedział za rok, czy za trzydzieści lat, odejdę, to będzie nasze dziec­ko, panno Zosiu — mówi i może się zdarzyć, że gdy to mówi za­cierając pod stolikiem zmarznięte dłonie, przechodzący obok Stefan Raszewski, kto wie, czy nie w mundurze generalskim, aby w okolicznościach weselnej zabawy raczej przeszłość bojową i pa­triotyczną ofiarność przypomnieć zebranym, na drugi niejako plan usuwając swe obecne funkcje sekretarza KC, więc w mundurze gene­ralskim (choć nie jest to całkiem pewne), korzystnie podkreśla­jącym jego mocną, męską sylwetkę, zatrzyma się i przyjacielsko klepnie go po plecach.

262

— I co, stary! — powie — kiedyśmy siedzieli w lipskich bag­nach, nie wyobrażałaś sobie, że twoja córka będzie miała takie wesele? szkoda tylko, że ci takiego zięcia wyszukała.

wtorek, 31 marca

263

Ponieważ już po ukończeniu Przygotowania, w trakcie pracy nad częścią II wyłoniła się potrzeba stworzenia kilku postaci związanych zarówno ze Stefanem Raszewskim, jak i z Leopoldem Pankiem — nie zapomnieć, żeby te osoby wystąpiły w części I, trudno przypuścić, aby Panek nie zaprosił na przyjęcie weselne najbliższych przyjaciół, nawet uwzględniając, że pani Zofia nie obdarza tych ludzi żywszą sympatią.

264

Więc: Antoni Formiński — prezes Komitetu do Spraw Radia i Telewizji, Józef Halicki — sekretarz KC, ojciec Łukasza, Kazi­mierz Jaśko — redaktor „Panoramy Tygodnia”, Wojciech Konopka — pisarz, Marian Krystek — sekretarz KW w Warszawie oraz pułkownik Władysław Pasieka z MSW.

265

Niestety, nie widząc tych ludzi dość wyraźnie, znając jedy­nie wykonywane przez nich funkcje, a mało co o nich wiedząc od strony ludzkiej — pojęcia na razie nie mam, w którym miejscu i w jaki sposób wprowadzić ich na weselne przyjęcie. Mgła na mózgu, żadnego pomysłu. Wydaje mi się, że poza Formińskim, który z racji swego stanowiska zna większość zaproszonych gości, pozostali (a Wojciech Konopka?) powinni się trzymać raczej razem. Stefan Raszewski z wielu względów, zarówno osobistych (bo zajęty Panną Młodą), jak politycznych z pewnością nie będzie swym wier­nym przyjaciołom poświęcać nazbyt wiele czasu. Co najwyżej jedną wódkę z nimi wypije. Formiński i Krystek, a szczególnie Jaśko znani są ze swoich brutalnych wystąpień zeszłorocznych w czasie wypadków marcowych i po nich. Zdają sobie sprawę, że większość zebranych odnosi się do nich w najlepszym razie z rezerwą. Podej­rzewam, że Wojciech Konopka, zdając sobie z tego stanu rzeczy sprawę, w ogóle w Jabłonnie się nie zjawi. Możliwość spotkania obu Halickich: ojca i syna? A dyrektor Otocki? W zasadzie Otocki lubi podobne kontakty, nawet ich szuka, lecz w obecnym układzie towarzyskim raczej wolałby się nie afiszować z ludźmi tak jedno­znacznymi politycznie. Stefan Raszewski to co innego, Raszewski jest sekretarzem KC. Trudno, nic w tej chwili nie wymyślę.

266

Kłopoty, jakie sprawiają postacie epizodyczne pozostające w tle, bywają nieraz większe od trudności związanych z osobami pierwszoplanowymi, te drugie bowiem działając — określają się i kształtują w działaniu. Przypomina mi się znakomite powiedzenie naszego dawnego znajomego właściciela mydlarni na Bielanach, Bieńka, który, gdy w czasie Powstania trudno było nieraz powziąć jakąś decyzję, mawiał: „Trzeba wyjść i zobaczyć, czy jest sytuacja, czy nie ma, a kiedy nie ma sytuacji, trzeba wyjść sytuacji naprzeciw”. Zauważyłem niejednokrotnie, że nawet najlepszy dialog, jeżeli nie jest związany z określoną sytuacją i z sytuacji nie wynika staje się sztuczny, zaprogramowany.

267

Więc zapamiętać, aby dla całej szóstki przyjaciół Raszewskiego i Panka (dla niektórych może z osobna) wymyślić konkretne sytuacje. Choćby uboczne, peryferyjne, lecz sytuacje. Wykorzystać postaci już ukształtowane, gdy wiadomo, kto jest kto. W zet­knięciu z taką postacią, z jej wypowiedziami i odruchami postać słabo jeszcze zarysowana musi z konieczności ujawnić własne cechy charakteru. WiedzaTylko ludzie o dużej samoświadomości potrafią rozszyfrowywać i rozumieć innych. Stąd pozorny paradoks: intro­wertycy w sposób bardziej czujny i chłonny aniżeli typy ekstrawertyków otwarci są na ludzi i świat.


268

Mimo nie najlepszego samopoczucia (dla odmiany znów, po paru dniach śniegów i zimna, wspaniała pogoda słoneczna, a temperatura podniosła się do 12°C) cały ranek, od dziesiątej do drugiej, nad maszynopisem Miazgi, z wyobraźnią raczej leniwą i ospałą, zresztą na razie działając przy samym brzegu, więc dość powierzchownie wciągnięty w nurt fikcji, co sprawia, że bez żywszego zadowolenia natomiast solidnie, jak mi się wydaje, wykonuję strona po stronie to, co jest od paru tygodni zaplanowane, świadomie sprowadzając pracę do drobnych poprawek stylistycznych oraz wynotowywania w Dzienniku stron i sytuacji brakujących, a także momentów notorycznie wątpliwych. Skoro gnuśna wyobraźnia drzemie, trudno przewidzieć, co by zdziałała w stanie ożywionej pobudliwości. Nastroje skrajne nie towarzyszą zazwyczaj sprawności rzemieślniczej. Do tekstu, który na nowo odczytuję po kilku miesiącach, kiedy do niego nie zaglądałem, nie mam właściwie żadnego stosunku: ani mi się podoba ani nie podoba.

pod wieczór

269

Jednak zbyt zaabsorbowany myśleniem o Miazdze, żebym się mógł zdecydować na którąś z współczesnych, czekających na prze­czytanie książek. Ostatecznie sięgnąłem po Iliadę, którą chyba po raz pierwszy od czasów uniwersyteckich przeglądałem przed paroma dniami w związku z lekturą książki Margarete Riemschneider.

270

W pieśni XXI wspaniały opis rzezi, gdy Achilles, mszcząc śmierć Patroklesa, pustoszy szeregi Trojan. I przejmująca śmierć syna Priama, młodego Likaona. Nie dość rozwścieczonemu Achillesowi, że w okrutny sposób morduje bezbronnego i błagającego o litość młodzieńca, miecz topiąc w jego brzuchu, jeszcze do trupa wrzuconego w rzekę woła:

Leż pomiędzy rybami w wilgotnej krainie!

Niech piją krew bezpiecznie, która z rany płynie.

Nie złoży cię na marach matka rozkwilona

Skamander do morskiego zaniesie cię łona,

Gdzie z czarnych wyskoczywszy wałów potwór wodny,

Twym ciałem, Likaonie, nasyci brzuch głodny.

271

Wszystko, co w oparciu o greckie mity stworzyła sztuka późniejszych wieków, wydaje się mdłe i pozorne w porównania z gwałtownymi namiętnościami, krwawością i okrucieństwem starożytności. Może jeden Pasolini osiągnął tę surową prawdziwość w Edypie. Jak szkoda, że nie mogę zobaczyć jego Medei!

środa, 1 kwietnia

272

Jeszcze w związku z zanotowanymi wczoraj kłopotami: Literat, Sztukapokusa, zresztą nie nowa, aby się nie krępować (nie jest to w tym kontekście czasownik najwłaściwszy) i wykorzystać do własnych potrzeb postacie autentyczne. Nie miewam na ogół żadnych złudzeń wobec „złodziejskiego” charakteru pisarstwa, mało też skrupułów, gdy w sposób mniej lub bardziej jawny korzystam z realiów, związanych z ludźmi żyjącymi. Właściwie w ciągu wielu lat, gdy pi­szę i publikuję, dwie tylko osoby poczuły się przeze mnie dotknięte: nieżyjący już dyplomata, który w swoim czasie, obrażony za żonę, wystosował do mnie dość ostry list, sądził bowiem, że świadomie i w złośliwej intencji obdarzyłem jego nazwiskiem mało sympatyczną postać kobiecą w Popiele i diamencie i drugim był Witold Gombrowicz, sądząc po listach, które otrzymałem od niego z początkiem roku 1967 (byłem wtedy we Francji), głęboko dotknięty pewnym fragmentem Idzie skacząc po górach, fragmentem — przyznaję to — świadomie z mojej strony prowokującym go, a poza tym naprawdę zrozumiałym tylko dla niego samego i bardzo małego grona szczególnie bystrych czytelników. Sprawdziłem i przed nieporozumieniem z Gombrowiczem, i również po nim, że nawet ludzie bardzo dobrze znający Dziennik tego wielkiego pisarza nie zorientowali się, że pewna kwestia wypowiedziana przez jedną z postaci mojej powieści jest dosłownym cytatem z Dziennika. Sprawa wydaje się ostatecznie dość błaha, wciąż jednak tkwi we mnie przykra zadra, że Gombrowicz tak bardzo poczuł się dotknięty moim sztubackim figlem i że nigdy w cztery oczy nie będę już mógł wyjaśnić mu zarówno moich intencji w tym wypadku, jak i mojego stosunku do jego osoby i jego twórczości. Nic już nie odmieni faktu, że moje stosunki z pisarzem, którego z żyjących polskich pisarzy najbardziej podziwiałem (ale równocześnie jak często mnie drażnił i irytował!), zawsze, jeszcze przed wojną, układały się niedobrze.


273

Wracając do skrupułów: ogarniają mnie one wówczas, gdy wchodzę w sferę polityki. Cóż prostszego — dać się beztrosko ponieść zabawowemu żywiołowi sztuki i np. Formińskiego ukształtować na „obraz i podobieństwo” Iksa, o którym jeden z jego przyjaciół mawiał przed kilkoma laty, iż tak się przyzwyczaił do pływania, że nawet pierdoli pływając. Lecz Formiński, ulepiony z zawiłej i dramatycznej (jak nieomal wszystkie życiorysy polskich komunistów) biografii Iksa, także z jego towarzyskich uroków, i z jego rozbrajającego cynizmu, i z jego wielokrotnych małżeńskich związków z dziewczynami, które mogłyby być jego córkami (ostatnia jest nawet młodsza), zawsze nie na samych szczytach, lecz niezmiennie od dwudziestu pięciu lat na wysokim, kierowniczym stanowisku — taki Formiński jako postać epizodyczna, sprezentowany[30] tylko w swych życiowych realiach, więc od zewnątrz, musi być odczytany jako wyraz łatwej satyry, ponieważ w takim powierzchownym skrócie odjęte mu zostaną te wszystkie elementy, które równolegle do działania, a nieraz przeciw niemu kształtują najbardziej intymne życie jednostki. Czy Iks posiada niekiedy świadomość, że mimo zewnętrznych pozorów przegrał w istocie życie? A jeśli tak, co wtedy odczuwa i myśli? Ugniata go zbliżająca się starość? Czuje wstręt do frazesów, które tak często wygła­sza i publikuje? Nie obmierzła mu konieczność owego bezustannego „pływania”, aby się nie potknąć, nie poślizgnąć, nie popaść w niełaskę, nie zlecieć z wysokiej drabiny?

274

Władza, Służalczość, FałszW ubiegłym tygodniu, na pewnym dosyć licznym, choć prawie w ostatniej chwili zaimprowizowanym przez gospodarza zebraniu towarzyskim spotkałem Igreka, którego widuję rzadko, lecz znam od wielu lat, lubiąc go i ceniąc. Doskonale zdawałem sobie spra­wę, że jego poglądy osobiste nie zawsze się pokrywają z wypowia­danymi publicznie, nie przypuszczałam jednak, że aż tak radykal­nie. Nawet dla mnie, tak świadomego rozdwojenia rozczepiającego miliony Polaków, prawie półgodzinna rozmowa z Igrekiem była rewelacją. Nie chciałbym tego zjawiska, powszechnego w ustroju totalnym, nazywać dwulicowością lub oportunizmem. Korzystając z maksymalnej niezależności, jaką w obowiązujących tutaj warun­kach może jednostka osiągnąć, niezależny przede wszystkim finan­sowo, więc niezmuszony do zarabiania na życie wbrew przekona­niom, niezmuszony do brania udziału w życiu publicznym wbrew sobie — nie czuję się uprawniony do bezkompromisowego osądzania tych wszystkich, którzy z takich czy innych względów muszą (nieraz chcą) żyć i działać w ściślejszym przymierzu z przymusem, aniżeli ja. Nie byłbym zresztą pisarzem, lecz kamiennym tłukiem, gdybym — dostrzegając ogrom zniszczeń trawiących naszą egzysten­cję narodową w jej społecznych i moralnych przede wszystkim war­tościach — nie potrafił jednocześnie i nie umiał dostrzec, ja­kie konflikty wewnętrzne prowokuje owo godne pożałowania roz­szczepienie świadomości, ile goryczy osiada na kłamiących war­gach, i jak trudne i ciężkie mogą być (choć nie zawsze muszą) samotne godziny nawet tych, których opatrzone do znudzenia twarze znamy z pierwszych stron dzienników, z kronik filmowych i z transparentów.

275

Naprawdę, wielką bym miał ochotę ubrać Formińskiego w kos­tium Iksa, a dla redaktora Panoramy Tygodnia. Kazimierza Jaśko, wypożyczyć odzież u dr K.K. Może tak i zrobię, lecz nie wcześ­niej niż znajdę dla nich szansę.

276

I gdy odejdzie blaskiem orderów rozświetlając blask sali z niebiańską i rozgwieżdżoną kopułą u szczytu, prezes Panek powtórzy zapewne, lekko mamrocząc: to będzie nasze dziecko, nie — ona na to blisko przy chłodnym stoliku z marmurowym blatem, w brajtszwancach, nad szklanką wystygłej herbaty, pochmurna i ob­ca, a trochę dalej: w głębi salonu, wielka i tęga, w nazbyt wy­dekoltowanej sukni, otoczona kilkoma młodymi aktorami (wśród nich Łukasz Halicki?, a może raczej nie młodzi aktorzy, lecz red. Jaśko i sekretarz KW, Krystek?), mówi przy zimnej herbacie: Leopold, to nie jest i nigdy nie będzie nasze dziecko, więc on zacierając pod stołem zmarznięte dłonie: kochasz go?, i gdy ona, ciemna i pochmurna, milczy, on mówi z żalem: mnie nigdy nie pokochasz, jak jego, wówczas ona: bo pana, panie Leopoldzie, nie umiałabym znienawidzić, i po chwili: panem mogła­bym gardzić, ale nie nienawidzić, teraz — będzie mógł w tym mo­mencie pomyśleć Panek — teraz to zrobię, tak, zrobię to, muszę to zrobić, i skoro wypije jeszcze parę koniaków (młodzi: Beata oraz Łukasz z bliskiego sąsiedztwa już najpewniej znikną), wów­czas cokolwiek niespodziewanie dla samego siebie brnąc po kola­na w grząskim błocie, z ciężko dyszącym Stefanem (pseudonim w Gwardii Ludowej „Feliks”, po Dzierżyńskim) na plecach, brnąc przez ciężkie błoto w ciemności skamieniałej puszczy, chrzęszczącej chrapliwymi oddechami, pójdzie poszukać Ksawerego, brnąc po kolana w ciężkim trzęsawisku, i ostrożnie stąpając po gład­kiej i śliskiej tafli pałacowej posadzki, nie wydaje się wszak­że, żeby go odnalazł, Ksawery w tym stadium weselnego przyję­cia, znudzony salonami i podążając kapryśnymi śladami Marka Kurana, poszuka zapewne towarzystwa młodych, a ci już od dość dawna — jak to zdążył zauważyć Adam Nagórski — ściągną do piwnicy, przyozdobionej freskami z czasów księcia Poniatowskiego, gdzie normalnie funkcjonuje jadalnia dla gości pensjonatowych, a dzi­siaj bar obsługiwany przez pana Edka z nocnego „Bristolu”, nie­gdyś w prehistorycznych czasach zaufanego lokaja Karola Wanerta, więc gdy prezes Panek, nigdzie na salonach syna nie znajdując, zdoła się wydobyć z ciemnych bagien i trzęsawisk, aby zejść krę­tymi schodkami na dół (a uwzględniając stan ducha, w jakim się znajdzie, wchodziłby równocześnie po szerokich, marmurowych scho­dach, pałacu królewskiego w Hadze, usztywniony tużurkiem, z gardłem wyschniętym i z dłońmi spotniałymi, aby złożyć za chwilę listy uwierzytelniające królowej Julianie) i tam, w piwnicy, od razu ogarnięty rozwydrzonym zgiełkiem big-beatu (zespół „La Da Co” w komplecie: Leszek Bogucki — kierownik zespołu, śpiew, Krzysztof Lazarowicz — śpiew, Michał Otocki — gitara i śpiew, Jacek Lasota — gitara, Marek Soja — gitara basowa, Ryszard Pająk — perkusja; poza tym wokół baru m.in. Ksawery, Marek Kuran, dziewczyny Michała Otockiego: Jola, Magda, Zula i Mirka, o których mówi zwykle „moje zwierzęta”, także Aimo Immonen, Beata Konarska, Łukasz Halicki i Maciek Zaremba, ulubiony aktor Wanerta, chociaż ostatnio znakomity reżyser część swych sympatii i nadziei przeniósł na Halickiego) —

piątek, 3 kwietnia

277

Wczoraj mimo dwóch kaw i pierwszego z serii zastrzyków (wit. B plus tenofosphan), zbyt cały dzień ospały, żeby pracować. Wcześnie się położywszy, spałem prawie dziesięć godzin, co mi się już od dawna nie zdarzyło. Całą noc musiał padać śnieg, bo rano, wciąż przy gęstej śnieżycy, świat dosłownie zasypany, drzewa uginają się pod szadzią, Boże wielki, kiedy się ta zima wreszcie skończy?


278

Zastanowić się, czy wśród młodych nie powinien się również znaleźć Antek Raszewski. Ale chyba nie. W skorzystaniu z zapro­szenia przeszkadzałaby mu przede wszystkim świadomość, że byłby na tym przyjęciu gościem głównie w charakterze syna swego ojca, poza tym nazbyt jeszcze świeże są w nim przeżycia związane z Ma­gdą Jackowską po wczorajszym koncercie w Filharmonii; na tej scenie z części II potknąłem się jeszcze w styczniu, mdło mi się robi na myśl, że za ileś tam dni będę musiał do niej dotrzeć i coś z nią zrobić. Nie mogłem się również do tej pory zdecydować, w którym momencie umieścić tekst eseju Antka o Ostatniej godzi­nie Nagórskiego (Nie cofa się ten, kto związał się z gwiazdą):

279

w części II, kiedy Celina Raszewska po powrocie z koncertu czyta ten tekst? czy raczej dopiero w części III, gdy otrzymuje go Adam Nagórski? Ale to sprawa do rozstrzygnięcia na potem.

280

Natomiast nie zapomnieć, że jako postać zupełnie się zagubił najmłodszy syn Panków, Gustaw. W Życiorysach mam tylko krótką informację: ur. 12 IX 1949 w Białymstoku, syn Leopolda Panka i Zofii z Motylów. W notatkach także żadnych bliższych informacji. O ile mnie pamięć nie zawodzi, w maszynopi­sie straconym w Stuttgarcie, była scena, w której Gustaw późną nocą z piątku na sobotę wraca pijany do domu i rozmawia z Moniką, która akurat odebrała telefon od Konrada Kellera, rozbudzonego dotkliwym bólem zęba, zupełnie jednak wyleciały mi z głowy szczegóły tej sceny. Ponieważ tamta wersja rozgrywała się w roku 1965, Gustaw miałby zaledwie lat szesnaście, wydaje mi się jednak, że był urodzony wcześniej i akurat zdawał maturę. Teraz ma lat prawie dwadzieścia, brakuje mu do dwudziestki pięciu miesięcy. Co z nim zrobić? Udany, wykolejony? A jakieś dzieci powinni też mieć Furmiński, Jaśko i pozostali prócz Halickiego, który ma Łukasza. Nie jestem w nastroju do „rodzenia”.


281

— chyba się cofnie, spłoszony widokiem rozochoconej młodzie­ży, a jeśli nie zdąży uczynić tego w porę i zostanie zauważony, z pewnością Marek Kuran dostrzeże go pierwszy i w takim razie, choćby dla zrobienia na przekór Ksaweremu, nie odmówi sobie wygrania tak nieczęstej sytuacji i zawoła dość głośno, aby przekrzyczeć wrzawę big-beatu:

282

— Prosimy, panie prezesie, do nas!

283

Wówczas Panek wobec tych młodych, rozognionych twarzy i ciszy, jaka naraz w piwnicy zalegnie, nie będzie się już mógł wycofać, będzie zatem musiał ociężałemu ciału, z trudem się wydobywającemu z gęstych lipskich bagien, nadać niejaką godność, a twarzy ojcowsko-koleżeńską swobodę i powiedzieć głosem, które­go brzmienie jemu samemu będzie się musiało wydać nieco fałszy­we:

284

— Cześć! jak się panowie bawicie?

285

Who's it, Luke[31]? — spyta Aimo Immonen, obejmując Łukasza Halickiego za szyję.

286

— Jeden z bohaterskich twórców naszej ludowej ojczyzny — odpowie Halicki.

287

Go with me to Paris, Luke. Madame Ferens will make a great artist of you[32]

288

— Prometeusz, panimajesz[33]? A Hermes eto ja[34].

289

— Słuchaj, stary — wepchnie się pomiędzy nich Maciek Zarem­ba — moja żona od trzydziestu godzin rodzi i nie może urodzić. Co ja mam robić?

290

Natomiast Marek Kuran, lekko swymi ładnymi, choć trochę nie­spokojnymi, oczami zezując w stronę wyraźnie zażenowanego eks-asystenta przy katedrze historii filozofii współczesnej, a i z uśmiechem chłopięco przymilnym powie coś w tym rodzaju:

291

— Wie pan, panie prezesie, co się stało?

292

— Gdzie? — spyta niechybnie Panek.

293

Na to młody poeta:

294

— W autobusie pospiesznym D, dzisiaj o dziesiątej rano.

295

— Niestety — wówczas prezes PIP-u — komunikacja to nie mój resort.

296

Marek Kuran:

297

— Wiem, panie prezesie, ale w potężnym królestwie socjalistycznej prasy, która też jest swego rodzaju zaplanowaną komuni­kacją, a nawet komunią, dobrze jest wiedzieć, co się dzieje u sąsiada, nie? Otóż to było tak: pewien czteroletni chłopczyk, bawiąc się dziś rano w żołnierza, wsadził sobie na głowę nocnik, ale manewrował nim tak nieostrożnie, iż niebawem cała jego głowa w hełmie uwięzła, wtedy przerażona matka, gdy jej wysiłki uwolnienia syna okazały się daremne, owinęła nocnik ręcznikiem i po­śpiesznym autobusem D pojechała z dzieckiem do Ubezpieczalni. W autobusie, panie prezesie, chłopczyk, wyglądający na ofiarę ciężkiego wypadku, przez całą drogę, choć w odstępach przerywa­nych ciszą, skarżył się głosem głucho, lecz i donośnie się wydobywającym spod zamaskowanego naczynia: dusno mi, ciemno mi, pić mi się chce!

298

Nie wydaje się, aby Panek, gdy po momencie ciszy, rozlegną się wokół śmiechy i chichoty, przyłączył się do ogólnej wesołoś­ci, raczej z kamienną twarzą, jakby siedział za swym biurkiem w Polskim Instytucie Prasowym lub na akademii, za stołem pre­zydialnym, powie:

299

— Mam nadzieję, że w Ubezpieczalni poradzono sobie z tym przykrym wypadkiem, nasze szpitalnictwo stoi na wysokim poziomie, mamy wielu dobrych i ofiarnych lekarzy.

300

Wtedy młodociany autor Leukocytów (rocznik 1946) czując wokół atmosferę wzrastającego napięcia, spyta:

301

— Ile forsy, panie prezesie, wyciąga teraz miesięcznie fa­cet w randze ministra, ale tak ze wszystkim, z dodatkiem?

302

I nim Panek zdąży odpowiedzieć, tamten:

303

— Chyba jednak mniej niż pewien czteroletni ogier francuski imieniem Match, kupiony niedawno w Anglii przez British Bloostock Agency za 250 000 funtów, już nie mówię o tu obecnych, my jesteśmy młodzi, dwulatki, ale kogo z tych na górze i w ogó­le w Polsce kupiono by za taką cenę? A wie pan, panie prezesie, ile ten ogier wygrał forsy w czasie swojej kariery na torach? Prawie dwa miliony nowych franków, znaczy czterysta tysięcy do­larów!

304

— Ten gówniarz, Kuran, ma podobno talent — powie później Panek, gdy ponownie zetknie się ze Stefanem Raszewskim.

305

Na to Raszewski:

306

— Talent to nie wszystko, zresztą i z oceną talentu le­piej zaczekać.

307

— Właśnie, gówniarz za dużo sobie pozwala.

308

— Wiem, nie on jeden, ale całe zagadnienie na tym stoi, że oni nie są tacy mądrzy, jak o sobie myślą, a my nie tacy głupi, jak oni sobie wyobrażają. Gdzie są te młode geniusze, w piwnicy?

309

Panek:

310

— Mówię ci, Stefan, gówniarz za dużo sobie pozwala.

311

— Nie szkodzi — odpowie Raszewski — im więcej narozrabia, tym prędzej podpadnie. Nie bądź naiwny, Poldek. Wróg, jak już nic nie może, mobilizuje gówniarzy, znamy to.

312

A ponieważ Panek wciąż nie będzie pewien partyjnej oceny przyjęcia w Jabłonnie, z pewnością zapragnie, aby ktoś bardziej od niego w tej drastycznej i skomplikowanej sprawie autorytatyw­ny całą rzecz przyjaźnie naświetlił, zatem zgodne byłoby z je­go stanem ducha, gdyby właśnie teraz, w owej żmudnie, a i cokolwiek niefrasobliwie kształtującej się przyszłości, Stefan Raszewski zechciał się okazać dobrym starym kumplem i szczerze, jak w partyzantce, z własnej inicjatywy w sedno sprawy wszedł i męsko stwierdził:

313

— Powiem ci, Poldek, w zaufaniu, że z twoim weselem były kłopoty.

314

— Nie? — z nieszczerym zdziwieniem zaniepokoił się Panek.

315

Raszewski:

316

— Dobrze wiesz, stary, że towarzysze z kierownictwa nie lubią takich historii. Jak mnie pierwszy raz powiedziałeś o Ja­błonnie, ja na to nic, ale pomyślałem sobie, że to może nie przejść.

317

— Jak to nie przejść?

318

— Tobie! O ciebie, Poldek, chodzi. Rany boskie, jesteś jak ślepa kura, naiwniak, nawet nie wiesz, ile ryje dokoła cie­bie i świnię chcieliby ci podrzucić. Takie jest życie, Poldek, naprostuj się!

319

— To moja żona wymyśliła, wiesz, jaka ona jest. Mnie te szopki nie bawią.

320

— Wiem.

321

— No więc?

322

— Mówię ci, ślepa kura jesteś. Gówno widzisz. Towarzysze z kierownictwa dobrze wiedzą, jaki jesteś. Ale co z tego? Co im miałem powiedzieć, kiedy spytali, ile wesele twojej córki będzie kosztować! No!

323

— Keller wszystko płaci, ja grosza nie dałem.

324

— Nie dałeś, powiadasz?

325

— Przysięgam, Stefan!

326

— Ty mi nie przysięgaj, bo ja lepiej od ciebie wiem, co dałeś, a czego nie dałeś. Po to jestem, żeby wiedzieć. Ty isto­tę zagadnienia zrozum!

327

— Niby co?

328

– Ech, ty! zmendziałeś, stary, co ci w tej starej głowie chlupie? Gdybym nie był twoim starym kumplem, to bym ci dał w dupę takiego kopa, że byś się, stary, do końca życia nie pozbie­rał. Co ty mi bajesz, kto za to wszystko zapłacił? Z takimi, jak ty, ja mam robić politykę? Pierdolę was wszystkich. Wiem, kto zapłacił. I co z tego?

329

— Rany boskie, Stefan, czego się gniewasz?

330

— Nie płacz, ja jestem spokojny, jak drut. A ty sobie zała­duj w tę zrogowaciałą łepetynę: dla towarzyszy z kierownictwa sprawa tak stoi, że na wesele córki starego i zasłużonego towarzysza urządza się przyjęcie w Jabłonnie, czort z tobą, kto płacił, kto nie płacił! Jest przyjęcie? Jest. Duże przyjęcie. I kto ma być na tym zasranym kiblu? Gówno, artystyczno-intelektualne gówno. Ale nie tylko. Jeszcze towarzysz Panek z małżonką i kilkunastu przyjaciół z aparatu i z rządu. Przede wszystkim ja! Stefan Raszewski! Nie wygłupiaj się, stary! Znasz mój telefon! No! Kto cię dzień po dniu ustawia? Jeżeli jesteś durniem, nie rób z siebie większego i nie preparuj takich historii jak ta, za moimi plecami.

331

— Stefan! — jęknie najpewniej w tym momencie Panek — ja już czasem wysiadam, już nie mogę, sił nie starcza.

332

— Siedź na dupie, póki siedzisz, i mądrzejszych od siebie słuchaj.

333

— Siedzę, Stefan, ale co ja takiego zrobiłem? To nie moja wina.

334

— Przestań pierdolić!

335

— Zmęczony jestem, Stefan.

336

— Chcesz w mordę?

337

Więc się najpewniej w tym momencie Panek, jeszcze przed chwi­lą osłabły i w sobie sflakowaciały, wyprostuje.

338

— Bij, Stefek — powie z determinacją — bij!

339

Wówczas Raszewski całkiem spokojnie:

340

Władza, Robotnik, Pieniądz, Polityka— Słuchaj, stary, ile miesięcy musiałby pracować robotnik, nauczyciel albo urzędnik z twego resortu, żeby takie wesele córce zafundować?

341

— Czy ja wiem? Rok, może więcej?

342

— No więc! Elita się bawi, taka gadka pójdzie na Polskę, a jak elita się bawi, znaczy szasta forsą, a jak szasta forsą, znaczy łatwo jej forsa przychodzi i łatwo leci, a to nie może zrobić dobrego wrażenia i słusznie nie zrobi dobrego wrażenia, zwłaszcza teraz, zastanów się, stary, dwudziestopięciolecie, wybory do sejmu, trudności ekonomiczne i w ogóle cała złożona sytuacja międzynarodowa, w naszym obozie też, co ci zresztą bę­dę mówić, sam chyba wiesz.

343

— Jasne.

344

— Więc ci krótko powiem, owszem, były w kierownictwie opo­ry, nawet duże, słuszne opory, ale ja, zanim miałem referować całą sprawę, gruntownie wszystko sobie przedyskutowałem, i tak, i tak, no więc obiektywnie: ocena strat, szum dokoła tego, gada­nina, przesadna gadanina, jak zawsze, dobra! szum jest, pokisi się, poskwierczy i wygaśnie, sprawa znów nie taka pryncypialna, żeby swąd i smród długo pozostał, ale oczywiście samego faktu szkodnictwa negować ani nie doceniać nie należy. A drugie pyta­nie: czy tylko szkodnictwo może z tego wyniknąć, może i jakieś pozytywne elementy dadzą się znaleźć? I przy wnikliwszej anali­zie okazało się, że owszem, takie pozytywne elementy są, trzeba je tylko umieć rozpoznać. Wiesz, stary, jaka jest sytuacja w tej całej zasranej kulturze? Niedobra, wciąż niedobra. Daliśmy im w marcu w dupę, ale poniektórzy z nich mają twarde tyłki, du­żo za twarde, jak na budowę socjalizmu. Otóż obiektywnie ocenia­jąc sytuację, trzeba sobie jasno powiedzieć, że w pewnych oko­licznościach korzystniejszy bywa koniak niż wielogodzinna dys­kusja. Teraz, stary, już nie te czasy, żebyśmy potrzebowali ko­gokolwiek przekonywać, w obecnej sytuacji interesuje nas przede wszystkim dokładne rozpoznanie, informacja, pogłębienie naszej wiedzy o środowisku, o tych czy innych osobnikach ze środowis­ka, a ratować, zbawiać, na siłę wyciągać z błędnych albo wręcz wrogich poglądów, to już nie ten etap, dwadzieścia pięć lat ciężkiej orki mamy za sobą, to coś znaczy, teraz samym talentem nikt nam nie zaimponuje, to już nie jest dla nas legitymacja, stać nas na to, żeby zrezygnować z różnych panów Nagórskich i kilkunastu innych, którzy sobie wciąż wyobrażają, że w tym kraju można swobodnie uprawiać ideowe sobiepaństwo, rzecz więc w tym, żeby wiedzieć, jak głęboko i gruntownie kto jest chory, owszem, wiemy dużo, ale nie zaszkodzi, jak będziemy wiedzieć jeszcze więcej. Kiedy wróg pije i się bawi, władza się umacnia. Kapujesz teraz, stary, dlaczego wesele twojej córki przeszło?

345

— Ty masz głowę, Stefan!

346

— Każdy ma głowę, trzeba tylko głową myśleć w sposób pra­widłowy, co poniektóre tutaj znakomitości mają w głębokiej po­gardzie. No, stary, można powiedzieć, że nagadaliśmy się za wszystkie czasy, ale teraz koniec, kropka! jesteśmy na weselu, a nie na konferencji, trzymaj się! aha, jeszcze jedno przy okazji. Jak się układają twoje stosunki ze starszym synem?

347

— Prawie go nie widuję.

348

— Wiesz, mnie on osobiście ani grzeje, ani ziębi, ale ty jesteś moim starym kumplem, zajmujesz odpowiedzialne stanowis­ko, powiedz mu więc kiedy przy okazji, żeby on na siebie uważał, po marcu tylko ze względu na ciebie nie wyciągnęliśmy wobec niego wszystkich konsekwencji i tylko zdjęliśmy go z asystentury.

349

Panek (z pewnością cokolwiek blednąc lub czerwieniejąc):

350

— Znów robi coś nie tak?

351

— Co on robi nie tak, jak robią normalni mężczyźni, to ty, jeżeli nie jesteś ślepy, powinieneś wiedzieć najlepiej. Ale to mnie nie obchodzi, to nie mój resort. Powiem ci nawet więcej: jak on już taki jest i lubi się otaczać chłopaczkami, to zamiast prowadzić z nimi tak zwane dyskusje ideowe, niech lepiej gada z nimi o dupie. Przekaż mu to.

352

— On mnie ma za nic, Stefan.

353

— To sprawa jego i twoja. Ale niech uważa, żebyśmy go nie musieli ciachnąć po jajach. Byłoby mi przykro, stary, ze względu na ciebie. Cześć stary! poszukam panny młodej.


354

W związku z tym, co o działalności Ksawerego Panka mówi Raszewski, zwrócić uwagę, że ten wątek ważny w obecnej egzysten­cji Ksawerego całkiem został zagubiony, dzięki czemu obraz Ksa­werego, usuniętego po marcu na margines życia publicznego, za­węził się jednostronnie do utrapień erotycznych, co zresztą Raszewski chętnie by widział. Nie zapomnieć zatem, że jeśli nie w części I; to koniecznie w części II trzeba będzie wyekspono­wać bliskie powiązania Ksawerego (również jego rolę inspirują­cą) z młodzieżową grupą poetycką „Atentat”, która gromadzi młodych zamieszanych w wypadki marcowe, usuniętych przeważnie z wyższych uczelni, a również i mających poza sobą w kilku przypad­kach wielomiesięczne śledztwo w więzieniach. Koniecznie wrócić do tej sprawy przy scenach w części II, w których występuje Ksa­wery Panek.


355

Więc Panek, z samym sobą w tym momencie pozostawiony, już prawie trzeźwy, choć daleki od wewnętrznego opanowania, raczej żony niż pierworodnego poszuka i dzięki podobnemu układowi sy­tuacji w sposób niejako ostateczny nie odbędzie się owa zamierzona pierwotnie w podjudzających oparach alkoholu intymna rozmowa ojca z synem, ów trochę szokujący dialog, który zgodnie z ryzykownymi i desperackimi intencjami ojca przebiegłby, gdyby mógł przebiec, zapewne tak:

356

Ojciec:

357

— I cóż, mój synu, bawisz się, jak widzę.

358

Syn:

359

— Przy pewnym nadużyciu fantazji można to nazwać zabawą.

360

Tutaj powinieneś się świetnie bawić, jesteś prze­cież u siebie.

361

— O ile się nie mylę, to w świetle światopoglądu naukowe­go każdy obywatel Polski Ludowej w każdym miejscu jest u siebie w charakterze gospodarza.

362

— Zostaw te niewybredne kpinki dla swoich studentów.

363

— Zapomniałeś, że już od roku nie zatruwam studenckich umysłów.

364

— Moje informacje, niestety, tego nie potwierdzają.

365

— Towarzysz Raszewski?

366

— O tym później, nie tutaj i nie teraz, na razie przyjmij do wiadomości, że ja mówię poważnie, ponieważ tu, w Jabłonnie, jesteś u siebie w sensie dosłownym, chociaż jeśli chodzi o praw­ną stronę, to dosłowność jest trochę nadpsuta. Jeszcze nie rozu­miesz? Niesłychane! A podobno mówią o tobie, że jesteś taki in­teligentny.

367

I chcąc bezbłędnie osiągnąć zamierzony cel, powiedziałby krótko, lecz za to dobitnie:

368

— Hrabia!

369

Syn:

370

— Upiłeś się!

371

Ojciec:

372

— Jasne: dlatego powierzam ci rodzinną tajemnicę. Trzydzieści parę lat temu twoja matka powiedziała, że gdybym kiedykolwiek tę tajemnicę zdradził, to mnie porzuci, a ja wówczas przysiągłem, że nigdy tego nie uczynię. Jak widzisz, nie dotrzymałem przysię­gi, przekonamy się teraz, co twoja matka uczyni.

373

A cóż Syn? Najprawdopodobniej, tak nieoczekiwanie w trzydziestym trzecim roku życia podłączony do arystokratycznego rodowo­du, nagle w skomplikowanych elementach dziedziczności odmieniony i mglistą magią historycznego podmuchu objęty, z zastępem hetmanów, biskupów, kanclerzy, wojewodów i kasztelanów u ramion, więc z zastępem wygłuszającym swym szumem i blaskiem pogłos baniek z mlekiem przetaczanych każdego ranka do sklepiku ulicy Zielnej prostackimi rękoma ojca matki, dziadka Motyla, a równocześnie i ku obiektowi swojej miłości biegnący pospieszną myślą, świadomy wrażenia, jakie ta uszlachetniająca odmiana uczyni na Marku Kuranie, powiedziałby zapewne tak:

374

— Szkoda, że nie złamałeś przysięgi wcześniej, oszczędziłbyś mi w ten sposób wielu lat wstydu i odrazy.

375

Że jednak ze wspomnianych już przyczyn trudno przypuszczać, aby ta melodramatyczna scena mogła dojść do skutku, prezes Panek, skoro go opuści Stefan Raszewski, odszuka, jak to zamierzył, żonę, a chyba nie przyjdzie mu to trudno, bowiem jej monumentalną sylwetkę w wieczorowej sukni o cokolwiek nazbyt ryzykownym dekolcie łatwo będzie mógł dostrzec nawet wśród gęstego tłumu, więc, gdy się to stanie i po takich czy innych poczynaniach na­tury towarzyskiej znajdą się w naturalnie dyskretnej małżeńskiej intymności, ona, objąwszy go uważnym spojrzeniem swych ciemnych i pochmurnych oczu, spyta:

376

— Co się stało?

377

— To był twój pomysł z tą hecą tutaj — powie. — Nigdy się nie liczyłaś z moim zdaniem.

378

— Raszewski ci zmył głowę? Nie bój się, nic ci się nie sta­nie, jemu na tobie zależy, potrzebuje takich oddanych przyjaciół, jak ty.

379

— Ciszej! — syknie.

380

— A cóż w tym złego, że Raszewski potrzebuje przyjaciół? Wszyscy o tym wiedzą.

381

— Dzieci też pięknie wychowałaś, trójka reakcjonistów.

382

— Ach tak? A ja zawsze myślałam, że na ich światopogląd, jak wy to nazywacie, wpłynęło przede wszystkim to, że od dziecka pa­trzyły na ciebie i na różnych twoich towarzyszy i koleżków.

383

— Jeżeli tak sprawę stawiasz, to muszę ci przypomnieć, że i one, a przede wszystkim ty, tak, przede wszystkim ty raczysz zapominać, że właśnie moim towarzyszom i mnie zawdzięczasz wszystko! Od tej kiecki począwszy, a na tytule prezesowej kończąc, żadne zwierzę nie pluje do miski, z której żre.

384

— Jednak zawsze musi wyleźć z ciebie cham!

385

— Jasne! a największy cham, wiesz, kiedy ze mnie wyszedł? Kiedy ci zaproponowałem małżeństwo i temu jaśnie bękartowi dałem swoje chamskie, robotnicze nazwisko.

386

Gdy zapadnie pomiędzy nimi milczenie, on rzuci po chwili krótkie i wyzywające:

387

— No!

388

— Wydaje ci się, Leopoldzie…

389

— Teraz możesz dotrzymać swojej przysięgi. Nie pamiętasz? W „Nadświdrzańskiej”, na placu Teatralnym, miałaś na sobie brajtszwance, pożegnalny prezent jaśnie pana hrabiego.

390

A ona rzeczywiście niczego nie pamiętając:

391

— Wydaje mi się, Leopoldzie, że w nastroju, w jakim się znaj­dujesz, najlepiej zrobisz, wracając do domu. Nie powinieneś w tym stanie pokazywać się ludziom.

392

— Naprawdę nie pamiętasz? Kłamiesz!

393

— I nie zapomnij wozu odesłać z powrotem.


394

Czegoś mi w tym miejscu brakuje. Ale czego? Może Leopold Pa­nek, rzeczywiście mając tego całego wesela dość i czując się źle, powinien, zanim odjedzie, natknąć się na swoich przyjaciół, sam, w towarzystwie żony? A może sytuacja tak się powinna ułożyć, iż gdy go jeden z kelnerów zawiadomi, że auto już zajechało — zre­zygnuje z wyjazdu i zostanie? Ale co z nim potem robić? Gdyby został, nie mógłby całkiem zniknąć, nawet uwzględniając, iż wszystko to nie dzieje się, lecz tylko mogłoby się dziać w kapryśnie płochych sferach czasu przyszłego niedo­konanego. Kłopot.


395

A w innych rejonach salonów dojdzie najpewniej do spotka­nia Celiny Raszewskiej z Adamem Nagórskim i chyba zbędny byłby wysiłek, zmierzający do sprecyzowania okoliczności, w jakich się to stanie, wystarczy wyrazić przypuszczenie, że spotkania poszuka Celina i również ona, skoro się znajdą sami, odniesie wrażenie, że Nagórski albo zupełnie nie będzie sobie zdawać spra­wy, z kim rozmawia, albo — jeśli nawet dotrze do niego jej nazwisko — nie zdąży w związku z tym dokonać paru istotnych skoja­rzeń, wciąż jeszcze pod wrażeniem rozmowy z Haliną Ferens-Czaplicką. Więc gdy po wymianie kilku obojętnych zdań Raszewska utwierdzi się w tym przeświadczeniu, powie wprost:

396

Wspomnienia, Czas— Pan się jednak nie domyśla, kim jestem. Nazywam się Raszewska, Celina Raszewska.

397

Po czym, wciąż w jego spojrzeniu nie dostrzegając rozezna­nia, dorzuci nieco ciszej:

398

— Siostra Elżuni.

399

I w tym momencie tak się chyba z Nagórskim stanie, iż na ułamek sekundy wpadnie jakby w ogromny lej, w obszar wirują­cych ciemności, i nawet trudno przewidzieć, jakie w trakcie owe­go zanurzenia, względnie spadania, jakie obrazy zarysują się w jego świadomości tak nagle i niespodziewanie zmąconej i czy, na przykład, w miejsce opornej wskrzeszeniu twarzy Elżbiety nie wyłoni się nim twarz Nike, w każdym razie to gwałtowne poruszenie obszarów ciemności, to zanurzenie, względnie spadanie po­ruszy go dostatecznie mocno, aby przybladł lekko i szepnął:

400

— O Boże! więc to pani?

401

Lecz gdy wreszcie z owego zamącenia, zanurzenia, względnie spadania, z głębokości bezkształtnych mroków wyłonią się w czys­tej jasności wiosennego przedpołudnia krzyżyki zakopiańskiego cmentarza i bezosobowe cienie kilkunastu ludzi, i jeszcze może gwizd wilgi, lecz bezgłośny, wówczas nową falą bezkształtnych mroków ogarnięty i słysząc w dalszym planie muzykę oraz pogłos tanecznego szumu — w szczupłych rysach siwiejącej kobiety, któ­ra, nie zdając sobie zapewne sprawy, iż dokonała tak chaotycz­nego poruszenia zastygłych obszarów czasu, więc wpatrując się w tę twarz, nie odnajdzie w niej śladów intymnego powinowactwa z twarzą młodej dziewczyny, która — — —

402

— Cóż za spotkanie! — powie — tyle lat, prawie całe życie. Więc to pani jest tą młodą dziewczyną, która przyjechała z bratem na pogrzeb Elżbiety?

403

— Trzydzieści cztery lata.

404

— Trzydzieści cztery — powtórzy.

405

— Dzisiaj akurat przypada rocznica śmierci Elżuni.

406

— Tak — powie — pani brata, pana Edka, widuję od czasu do czasu, ale myśmy się rzeczywiście trzydzieści cztery lata nie widzieli.

407

— Raz się spotkaliśmy podczas okupacji, pamięta pan?

408

— Tak, oczywiście — odpowie szybko, lecz zbyt gorliwie, aby Raszewska nie zdała sobie sprawy, że mówi nieprawdę.

409

Mimo to ponowi próbę, jakby chcąc zatrzeć przykre uczucie, że Nagórski, wbrew wspomnieniom, jakie o nim przechowała, sprawia wrażenie człowieka oschłego i nieszczerego:

410

— Umówiliśmy się na spotkanie, obiecałam panu przynieść fotografię Elżuni.

411

— Oczywiście! — teraz akcent ulgi zabrzmi w głosie Nagórskiego — umówiliśmy się w „Znachorze” na Boduena, ale pani nie przyszła.

412

— Więc jednak pan sobie przypomniał! rzeczywiście nie przyszłam, ale to nie z mojej winy, mieliśmy właśnie z mężem duże kłopoty, Stefan musiał się ukrywać, musieliśmy zmienić mieszkanie.

413

Prawdopodobnie dopiero teraz Nagórski uświadomił sobie, kim jest mąż Celiny, i aby zatrzeć cień, który mu przemknie po twarzy, albo może się odbije w wyrazie oczu, powie pośpiesznie:

414

— To był czterdziesty pierwszy?

415

— Drugi, jesień.

416

— Pamiętam, padał deszcz, ale miałem parasol i pod paraso­lem szliśmy placem Wareckim w stronę Świętokrzyskiej. Wspomnienia, PrzemijanieA wie pani, że po Elżbiecie nie mam żadnej pamiątki, ani jednej fotografii, listu, niczego.

417

— Ja też.

418

— Wydaje mi się, że moja pamięć byłaby sprawniejsza, gdyby mogła do czegoś z przeszłości zachowanego przylgnąć, doszedłem już do wieku, kiedy się ma poza sobą więcej czasu przeszłego aniżeli przyszłego przed sobą. I czasem ogarnia mnie przerażenie, że tak niewiele z tej przeszłości pozostaje żywego, rany się zas­klepiają, potem nawet świadomość blizn zanika, zacierają się twa­rze, głuchną głosy, czy wie pani, że już nie potrafiłbym wywołać w sobie głosu Elżbiety, nigdy już go nie usłyszę, i wielu innych głosów, a powstają poza tym przestrzenie tak doszczętnie puste i martwe, jakby ich w ogóle nigdy nie było.

419

— Może to znaczy, że nie zdarzyło się wówczas nic naprawdę ważnego?

420

— Myśli pani? Czy ja wiem? Pamiętam, kiedy odwiozłem Elżbie­tę do Zakopanego i potem po kilku dniach wróciłem do Warszawy, żyłem prawie wyłącznie czekaniem na jej listy, raz, chyba tydzień, a może i dłużej nie miałem żadnej wiadomości, byłem unieruchomiony w domu, chory, grypa, angina, nie pamiętam dokładnie co, z pewnością nic ważnego się w tym tygodniu nie stało, ale to był tydzień męczarni, najokropniejszych myśli, przypuszczeń, domysłów, leków, nieskończenie długie godziny prócz tych rannych, kiedy zbliżała się pora, kiedy przychodził listonosz, więc parę godzin nadziei, wtedy to było na pewno ważne, jedynie ważne, a po trzydziestu kilku latach, co się z tych dni da wycisnąć? mglistą świadomość, że się coś takiego przeżyło, nic więcej.

421

I być może tym momencie zblednie i serce w nim zamrze, a z pewnością tak się stanie, jeśli wyobrazi sobie (a tak o to nietrudno), że Nike leży w tej chwili w ramionach nieznanego męż­czyzny, i nie będzie musiał przymknąć oczu, aby tuż obok, w drę­czącym zbliżeniu ujrzeć jej twarz bezwstydnie nagą, a też i bo­leśnie napiętą pod wpływem rozkoszy wnikającej w jej ciało ot­warte ulegle i pożądliwie, otwarte dla męskości, otwarte dla każdej męskości obiecującej brutalną i długą rozkosz, więc mo­że podejmie wysiłek, aby tak podstępnie zaatakowanej wyobraźni nadać inny bieg, rozpustną uległość Nike przeobrażając w miłosne oddanie, a męskości przypadkowej ofiarowując kształt własnej?

422

— To smutne, co pan mówi — powie Celina Raszewska, przypuszczając, że zmętnienie oczu Nagórskiego wynika z zamyślenia się nad przeszłością — ale chyba nie zawsze i nie ze wszystkim tak bywa. Jednak wiele z przeszłości zostaje, dobrego i złego. Po tylu latach można się już zdobyć na szczerość, wie pan, że był okres, kiedy ja pana bardzo nie lubiłam?

423

Więc Nagórski, jeszcze w intymnym zbliżeniu z Nike, spy­ta z akcentem roztargnienia:

424

— Mnie?

425

— Wydawało mi się, że to przez pana Elżunia oddaliła się od nas, od domu, to znaczy od rodziców i ode mnie, bo Edward właściwie się nie liczył, odkąd pamiętam, zawsze miał osobne życie . A Elżunia, zanim pana poznała, była czuła, serdeczna, bar­dzo często przychodziła. Potem wszystko się zmieniło, pan tylko dla niej istniał, nikogo poza panem nie widziała.

426

— Ja też — powie Nagórski kruchym cieniom przeszłości.

427

— Wiem, ale wtedy, kiedy pana jeszcze nie znałam, myślałam o panu tylko jak o człowieku, który mi zabrał najbliższą istotę. Literat, Wiedza, SztukaPan jest pisarzem, pan na pewno potrafi zrozumieć, co mogła wów­czas przeżywać taka naiwna i głupiutka dziewczyna.

428

— Rozumiem, ale naprawdę myśli pani, że pisarz musi rozu­mieć więcej niż inni?

429

— Ależ tak! Gdyby nie rozumiał więcej, po cóż by pisał?

430

— Czasem może dlatego, żeby powiedzieć, że nie rozumie. Ale w tym wypadku, oczywiście, doskonale rozumiem, że mogła pani czuć do mnie niechęć, nawet nienawiść.

431

— Tylko do momentu, kiedy pana poznałam. Pan wtedy, przez te trzy dni po pogrzebie Elżuni, był dla mnie bardzo dobry, bar­dzo wiele się przez te trzy dni nauczyłam i zrozumiałam, takich rzeczy się nie zapomina. I właściwie to chciałam panu powiedzieć.

432

Niestety, Nagórski, wartościową i z odległej przeszłości nadaną przesyłką obdarowany, z pewnością nie będzie mógł odgad­nąć, na czym rzeczywista cenność owego daru polega. Trzy dni? Chyba sobie przypomni, że istotnie, mała Celinka została w Za­kopanem po pogrzebie Elżbiety, lecz czy był to dzień, trzy lub więcej i czym ten nieokreślony czas był wypełniony — tego chyba nie skleci. Natomiast w Celinie ten odległy czas zachowa swoje kształty nieomal pierwotne, a nawet wraz z pośpiesznym nawarst­wianiem się niełatwych lat późniejszych, pamięć, podobnie jak mrok gęstniejący wyodrębnia i zaostrza blask migocącego w głę­bi światła, przyda owym trzem dniom kwietniowym szczególnej przejrzystości, owym trzem dniom najpiękniejszej tatrzańskiej wiosny (w istocie tylko jeden dzień był słoneczny, ten ostatni, dwóm pierwszym, przy chwilowych tylko rozjaśnieniach, towarzyszyło niebo pochmurne, drobne deszcze i mżawki, zacierające zarysy gór), kiedy we dwoje, każde na swój sposób osierocone, odbywali długie spacery pod regle i w głąb pustych o tej porze dolinek, i ten obcy, prawie znienawidzony człowiek stawał się jej coraz bliższy, gdy szedł obok i mimo swych dwudziestu pięciu lat sprawiał wrażenie prawie jej rówieśnika, tak młodzieńczo wyglądał, szybkie i trochę nerwowe kroki uważnie dostoso­wując do jej drobnych i niepewnych, bo wychowanych w mieście i tylko z miejską ulicą oswojonych, i jak brat siostrze albo przy­jaciel przyjacielowi zwierzał się z najbardziej osobistych prze­żyć, i to, co mówił, sprawiało, że sąd, jaki sobie o nim wyro­biła, powoli się zacierał i rozpadał i na jego miejsce zaryso­wywał się obraz człowieka zupełnie nowego i nieprzeczuwanego, zwłaszcza, gdy w długich monologach, jakby myślał głośno, opo­wiadał dzieje miłości z Elżunią, wcale nie tak egoistycznie szczęśliwej, jak sądziła, miłości burzliwej i ciemnej, wciąż roz­dzieranej gwałtownymi rozstaniami, lecz związanej wzajemną nie­możnością rozstania, obustronnie zaborczej i zatrutej zazdrością, i nawet w chwilach pełnego pojednania, gdy wszystkie podejrze­nia i oskarżenia ustępowały, zacienionej śmiercią, która powoli, lecz nieustępliwie dojrzewała w płucach Elżuni, więc mówił na tych długich spacerach do Kuźnic, do Doliny Białego i Strążys­kiej, mówił o wszystkich cierpieniach rzeczywistych i urojonych, a przede wszystkim mówił, bo wciąż do tego powracał, mówił o pew­nej swojej winie, może niechcianej i nieświadomej, lecz jednak winie niezaprzeczalnej, bowiem u samych początków ich miłości jedno jego kłamstwo sprawiło, iż rozrosło się ono później w El­żbiecie jak złośliwa pleśń, rozwinęło się w nieustanną podejrz­liwość, podsycaną jego zdrowiem i jej chorobą, w podejrzliwość maniakalną i uporczywą, w momentach nasilenia przeobrażającą się w stany halucynacyjnych urojeń, których gorączkowe czary, wspomagane rzeczywistą gorączką ciała, odmieniały rzeczywistość, stwarzając nową podstępną i zdradliwą, przeczącą wszelkiej wier­ności — — —



433

Ten motyw kłamstwa, trującego i rozkładającego miłość, był przed wojną moją obsesją i wielokrotnie powracał w utworach, których nie dokończyłem i po których ślad nie pozostał, przepa­dły bowiem po Powstaniu, kiedy przed opuszczeniem Warszawy w po­łowie września zakopałem je wraz ze wszystkimi moimi papierami i pamiątkami w ogródku przy domu na Bielanach. Myślę, że i teraz ten motyw jeszcze we mnie żyje. Gdyby wygasł i nic już dla mnie nie znaczył, nie napisałbym tego epitafium dla G. B., nieżyjące­go od trzydziestu prawie lat. I niemal wszyscy bliscy świadko­wie tej pradawnej historii nie żyją, wszyscy prócz Ewy O. i Marysi B., które znają ją zresztą z lat późniejszych, kiedy cho­roba umysłowa poczęła zaciemniać i zniekształcać udręczony umysł G., doprowadzając go wreszcie do koszmarnej śmierci w okolicach Powsina, pod kołami wąskotorowej kolejki dojazdowej, w miejscu, koło którego później wielokrotnie przejeżdżałem, znaj­duje się ono bowiem tuż przy szosie wilanowskiej, prowadzącej do Obór. Wtedy, jesienią roku 1941 (a może na przedwiośniu roku następnego?), gdy w przeddzień śmierci G. zjawił się u mnie nies­podziewanie przed samą godziną policyjną, nie chce mi się o tym pisać. Może kiedyś później?



434

Być może, chcąc przerwać przedłużające się milczenie, Celi­na Raszewska powie:

435

Młodość, Nadzieja— Byłam wtedy bardzo młoda, zupełnie niedoświadczona i naiwnie sobie wyobrażałam, że miłość musi być jednym, wielkim i niekończącym się szczęściem.

436

Na to Nagórski:

437

— Gdyby tak miało być, w takim razie nigdy naprawdę młody nie byłem.

438

I kto wie, czy nie pomyśli: może młodość dlatego tak mnie urzeka i dlatego młodości szukam, iż łudzę się, że w niej znajdę…

439

Celina Raszewska:

440

— Pan przecież wciąż jest młody.

441

— Trochę zmęczony.

442

— Młodość chyba wcale nie znaczy to samo, co wiara. Wiara może być naiwna, jak moja kiedyś w wyidealizowaną miłość, albo…

443

— Albo?

444

— Młodość to jest przede wszystkim potrzeba poszukiwania, nie sądzi pan?

445

— Nadzieja?

446

— Chyba tak.

447

— Mało jej dokoła.

448

— Nie, nie, niech pan tak nie mówi, właśnie pan tak mówić i myśleć nie powinien. Ludziom potrzebna jest nadzieja.

449

— Ba! wiele rzeczy ludziom jest potrzebne.

450

— Panie Adamie, czy jedno rozczarowanie, nawet najboleśniej­sze, może przekreślić wszystko?

451

— Czytam właśnie od kilku dni, pani Celino, pasjonującą monografię Richarda Friedenthala o Goethem. Na niedługo przed wybuchem Rewolucji Francuskiej, w liście do mistycyzującego pi­sarza i pastora, Lavatera, napisał Goethe: „pod naszym moralnym i politycznym światem ciągną się podziemne korytarze, piwnice i kloaki”.

452

Wtedy Celina Raszewska powie po chwili nieco ciszej:

453

— Wielu ludzi, panie Adamie, zdaje sobie z tego sprawę.

454

WspomnieniaI może się zdarzyć, że w tym ściszeniu głosu albo w towa­rzyszącym mu wyrazie oczu czy poruszeniu warg Adam Nagórski odnajdzie nagle twarz młodziutkiej Celinki, nawet jej drobną syl­wetkę, tak wzruszająco podobną wówczas do sylwetki Elżbiety, i może jeszcze strzęp ciężkich drewnianych kloców, przerzuconych ponad białym i buczącym w dole potokiem, także zarys twarzy Elżbiety zamajaczy, być może, w ciasnej przestrzeni, aby szybko jak oddech, jak lot światła zniknąć, wówczas Celinę Raszewską z pewnością poruszy, również jakby z tamtego czasu tu nagle przeniesiony, ciepły i serdeczny akcent, jaki zabrzmi w jego głosie, gdy powie:

455

— Droga pani Celinko, moje życie całkiem inaczej się ukła­dało niż życie pani i wielu pani bliskich i znajomych, moje za­angażowanie, jak się to określa, także w pewnym okresie miało charakter nieco inny, to była tylko jedna z moich życiowych ra­cji albo po prostu ról podejmowanych i porzucanych, może więc i nie mam prawa mierzyć cudzych doświadczeń miarą własnych, wy­daje mi się jednak, że od najcięższych rozczarowań stokroć trud­niejsze i wyniszczające człowieka jest poczucie bezsilności.

456

I to byłoby chyba wszystko, co z okazji tak niespodziewanego spotkania po trzydziestu kilku latach i w sytuacji tak pod każdym względem odmiennej będą sobie mieli wzajemnie do powiedzenia, bowiem oboje zdadzą sobie z pewnością w tym momencie sprawę, na jak zawiłe i śliskie tory zaprowadzić by ich musiał dalej w tym duchu prowadzony dialog, może ona jeszcze powie:

457

— Takim ludziom, jak pan, nie wolno mówić o bezsilności. Pan może nawet nie zdaje sobie sprawy, panie Adamie, jak wielu ma pan przyjaciół.

458

On natomiast, cokolwiek ona powie, bo to już będzie bez znaczenia, może zechce bezsilności obywatelskiej przeciwstawić żywotność towarzyską, mówiąc coś w tym rodzaju:

459

— No, i widzi pani, droga pani Celino, w jak bardzo inne aniżeli przez trzydziestu laty zabrnęliśmy tematy! Ciekawe, o czym będziemy rozmawiać przy spotkaniu następnym, o miłości czy o Pol­sce?

460

Wówczas ona, wiedząc, że nawet przy najłagodniejszym rozwo­ju choroby pracowicie wyniszczającej jej wnętrzności pozostał jej nie więcej niż rok życia i uświadomiwszy sobie naraz, że naj­pewniej nigdy tego jedynego człowieka, którego raz pokochawszy, pokochała na całe życie, nigdy nie zobaczy, powie z uśmiechem:

461

— Pewnie o jednym i drugim. Jak dzisiaj!

462

Nie wydaje się bowiem, aby nawet w sytuacji tak wyjątkowej udzieliła sobie zuchwałego przyzwolenia i mogła powiedzieć, co następuje:

463

— Powiedziałam, panie Adamie, że wtedy, w Zakopanem, dużo się dzięki panu nauczyłam i wiele panu zawdzięczam. Nauczył mnie pan trudnego rozumienia miłości i całe życie, choć tylko na włas­ny wyłącznie użytek, pozostałam temu rozumieniu wierna. Nieraz, w różnych okolicznościach myślałam, w jaki sposób i czym mogła­bym się panu za ten wielki dar odwdzięczyć. Może to zabrzmi banalnie, a nawet nieco śmiesznie w ustach starzejącej się kobie­ty, lecz kiedy słuchałam teraz pana mówiącego z takim smutkiem i goryczą, pomyślałam sobie, jak bardzo byłabym szczęśliwa, gdy­by było w mojej mocy tyle panu ofiarować rozumienia nadziei, ile pan mi dał rozumienia miłości. Siła, KlęskaNiestety, nie mam panu nic do da­nia, czuję się równie bezsilna, jak pan, a może jeszcze słab­sza, bo mniej pragnęłam i mniej umiałam wziąć z życia niż pan i dlatego straciłam więcej.

464

Że jednak to wyznanie nigdy nie zostanie wypowiedziane, pozostając na zawsze niespełnionym urojeniem wśród gier rów­nież spełnienia lub niespełnienia oczekujących, należy ze wzglę­du na okoliczności — — — — —


465

W tym mało prawdopodobnym wyznaniu Celiny Raszewskiej (zresztą w tym, co mówi poprzednio) nie został uwzględniony fakt, iż Celina już zna od wczorajszego wieczoru esej swego syna o Ostatniej godzinie Nagórskiego, posiada więc świadomość, że uczucie jej, choć ukształtowane w Antku w sferze literackiego urzeczenia, doczekało się niejako kontynuacji, pamiętać, żeby ten moment uwypuklić w części II. Wydaje się, że Celina Raszew­ska, już zorientowana w tak bardzo osobistym stosunku Antka do twórczości Nagórskiego, wspomniałaby w rozmowie o synu, raczej nie dlatego, żeby się nim chwalić, lecz żeby Nagórskiemu zrobić przyjemność. Natomiast Nagórski może nawet nie wiedzieć, że teczka, którą pod jego nieobecność (w południe, kiedy ma się odbyć ślub cywilny Konrada i Moniki) doręczył Urszuli Jaskólskiej nieznajomy chłopiec, zawiera esej młodego Raszewskiego, nie miał­by bowiem, najprawdopodobniej, czasu, aby do pakietu zajrzeć.

466

Chyba nie wprowadzać tego wątku do dialogu Raszewska-Nagórski. Niepotrzebne komplikacje.

467

— — — więc tak się też najpewniej stanie, iż jeden z kel­nerów, przywołany przez prezesową Panek, zbiegnie na dół w ku­chenne rejony, podległe władzy oraz kunsztom mistrza Wiktora Kubic­kiego, i z korytarza otwierającego się na pomieszczenie, gdzie przy dużym stole posilać się będą szoferzy, zawoła:

468

Pogarda, Pozycja społeczna— Kierowca pana prezesa Panka proszony jest do samochodu!

469

Wówczas Wacek Gawlik niechętnie odburknie:

470

— Dobra, dobra, zaraz idę.

471

I do kolegów:

472

— Człowiek nawet zjeść spokojnie nie noże przez takiego za­srańca.

473

— Wszedł na orbitę twój stary.

474

Na to Gawlik z akcentem pogardy:

475

— Stara mu pewnie kazała zjeżdżać do chałupy, żeby się nie kompromitował w dobrym towarzystwie, to ćwok, gdzie jemu na ta­kie salony?

476

Natomiast Pan Młody do Panny Młodej, ponieważ znajdą się obok, w rozległej kuchni, zeszli przed chwilą oboje, aby osobiś­cie podziękować mistrzowi Kubickiemu za najwyższą doskonałość jego sztuki kulinarnej:

477

— Słyszałaś?

478

Monika do mistrza Kubickiego, który zakończy wprawdzie na dzisiaj pracę, lecz że po dokonanych trudach nie lubi zbyt szyb­ko opuszczać terenu swych suwerennych poczynań, będzie właśnie odpoczywać, spokojnie paląc papierosa, jeszcze w obrzędowym kit­lu i czepku:

479

— Nie wiem doprawdy, jak panu dziękować, wszystko było tak oszałamiające, więcej niż wspaniałe! Zgrabne i dowcipne!

480

Konrad Keller:

481

Gospodarz, Gospodyni, Gość, Obyczaje, Pozycja społeczna, Szlachcic, Urzędnik— Zdaje się, twoi rodzice wyjeżdżają.

482

Monika:

483

— To co?

484

— Wypadałoby ich pożegnać.

485

— Czy tak? Zawsze mi się wydawało, że skoro ktoś z gości chce przyjęcie opuścić, to albo czyni to dyskretnie, albo sam szuka gospodarzy, żeby się pożegnać, nie odwrotnie. Nie mam ra­cji, panie Kubicki?

486

Na to mistrz:

487

— To zależy, proszę łaskawej pani. Księżna Róża Sulemirska z Białego Potoku, u której pracowałem w Rzymie po pierwszej woj­nie, kiedy gościła u siebie osobistości spokrewnione z domami panującymi, znaczy książąt krwi, to chociaż sama bardzo wysoko urodzona i z Burbonami spokrewniona, zawsze osobiście takie per­sony odprowadzała aż do drzwi wejściowych.

488

Keller:

489

— Widzisz, mistrz Kubicki lepiej od ciebie zna wielkoświatowy savoir vivre.

490

— Wielkoświatowy!

491

— Ostatecznie twój papa jest prezesem w randze ministra i był ambasadorem.

492

— Ale nie księciem krwi, a to chyba jest pewna różnica, czy nie tak, panie Kubicki?

493

Mistrz Kubicki:

494

— A owszem, owszem, różnica jest.

495

— Przepraszam — na to Keller — w naszym ustroju tytuł amba­sadora albo ministra odpowiada mniej więcej randze księcia krwi, a w każdym razie księcia. Nie sądzi pan, mistrzu?

496

— I tak, i nie, proszę łaskawego pana. Minister, owszem, wysokie stanowisko, ambasador też, nie powiem, ale ministrem, łaskawy panie, można być i potem przestać, a jak się kto księ­ciem urodził, to trudno, księciem umiera.

497

— Rozumiem! — wykrzyknie Keller, ujawniając swoją słynną, bo jemu tylko właściwą akcentację — przekonał mnie pan, mistrzu. Moniko, nie pójdziemy żegnać i odprowadzać do drzwi twoich ro­dziców. A panu, mistrzu, składając wszystkie należne dzięki, chcielibyśmy się chociaż skromnym drobiazgiem odwdzięczyć za chwile niezapomnianych doznań sztuki kulinarnej, jakie stały się udziałem i naszym, i naszych gości dzięki pańskiemu nieporów­nywalnemu artyzmowi. Słyszeliśmy, że ceni pan sobie szlachetny trunek zwany koniakiem, będziemy więc szczęśliwi, moja żona i ja, jeżeli przyjmie pan od nas na pamiątkę tę skromną butelczynę.

498

Alkohol, Obyczaje, Pan, Sługa, Jedzenie— A dziękuję, bardzo dziękuję łaskawym państwu. Napoleon, owszem, znam, wysoka marka, a koniak w ogóle trunek bogaty. Ksią­żę Białozierski-Biełosielski z rodziny Rurykowiczów, pracowałem u niego w Petersburgu jeszcze przed pierwszą wojną, zawsze kie­dy się obudził rano, kazał podawać filiżankę mocnej kawy i kieliszek koniaku, mawiał przy tym: jak zaczniesz dzień od czarnej kawy i kieliszka koniaku, to go skończysz, nie obawiając się następnych. Dziękuję łaskawym państwu, owszem, zawsze sobie ce­niłem i cenię dobry koniak, kilka lat temu świętej pamięci pan Cocteau, tak mu do smaku przypadł mój sposób przyrządzania san­dacza, że i tutaj nie mógł się dość nachwalić, i potem z Francji przysłał mi trzy butelki Martela, kulturalny pan, znał się na wykwintnej kuchni.

499

— Słyszeliśmy coś o tym słynnym sandaczu — powie niechyb­nie Monika, której w swoim czasie opowiadał był o przyjęciu dla Cocteau w Jabłonnie Stefan Raszewski.

500

— O, to bogate danie — uśmiechnie się mistrz Kubicki — pełne finezji!

501

— Niech pan nam opowie, mistrzu, jak się to robi? — Moni­ka dziewczęco złoży obie dłonie, jak do modlitwy — umieramy z ciekawości, to musi być szalenie dowcipne!

502

— Z pewnością — dołączy się i Pan Młody, choć bez szczegól­niejszych gestów, świadomy autonomicznych zalet swego głosu — będziemy szczęśliwi, jeśli zechce pan nas, profanów, wprowadzić bodaj na moment w tajemnice swojej sztuki. Wiemy, że przepis, to jeszcze nie wszystko, że i w sferach służących radościom oczu, a przede wszystkim subtelnym uciechom smaku i powonienia, o efekcie końcowym decyduje sprawność duchowa, element inwen­cji, nowości, natchnienia…

503

— Konrad! — zniecierpliwi się prawdopodobnie Panna Młoda.

504

— Przepraszam, już się zamieniam w słuch.

505

JedzenieMistrz Kubicki:

506

— To jest danie, jak państwu wspomniałem, bogate i pełne finezji. Bierze się sandacza i wycina z niego długie wąskie paski mięsa. Następnie paski zwija się w ruloniki i układa na masło, po czym wkłada się je pod parę i polewa białym winem. Resztę ryby, po usunięciu ości, przeciera się w maszynce, a nas­tępnie przez jedwabne sito. Tak otrzymaną masę rozciera się ze śmietanką, aż powstanie puch. Do puchu dodaje się masła rako­wego. Bierze się włoski makaron, i tnie na mniejsze kawałki. Tymi kawałkami wykłada się garnek po bokach i na spodzie, przy­klejając makaron, aby się trzymał ścianek. Do środka wkłada się przygotowaną masę i ugniata po bokach, w środku zostawiając otwór. Do środka wsypuje się szyjki radowe i pieczarki, po czym zakleja się otwór, wszystko razem znów idzie pod parę. Nas­tępnie wyjmuje się tę konstrukcję, która znajduje się jakby w koszyku z makaronem — i kładzie na półmisku. Naokoło okłada się rulonikami z sandacza i szyjkami rakowymi, smaruje ją masłem rako­wym i polewa rakowym sosem. To wszystko!

507

— Fantastyczne! — zwołała Monika, dla podkreślania stopnia podziwu kładąc mocny i przeciągle śpiewny akcent na pierwszą sy­labę — tego się słucha, jak najpiękniejszej poezji.

508

Natomiast Konrad Keller tak najprawdopodobniej sformułuje swoje wrażenie:

509

— Ja też jestem wstrząśnięty. Dziękujemy, mistrzu. Szkoda tylko, że moja żona, nawet gdyby się jej przydarzyła podobna oka­zja, nie mogłaby nawiązać intymniejszego kontaktu z tym arcydziełem.

510

— Ja? A to dlaczego?

511

— Nie znosisz raków.

512

— Kto ci to powiedział?

513

— Jesteś uczulona na raki. Moja żona, mistrzu, ma dyspozyc­je alergiczne.

514

— A owszem, owszem, to się zdarza. Siostrzeniec księżnej Róży Sulemirskiej, Gucio, nie mógł dotknąć śledzia, a ambasador włoski w Paryżu, Toracci, po ananasie dostawał pokrzywki.

515

— Właśnie! — na to Keller — moją żonę po rakach wysypuje.

516

— No wiesz! — odpowie Monika, chyba z trudem hamując wście­kłość — raz mi się zdarzyło, to niczego nie dowodzi.

517

— Jednak wstręt ci pozostał, przynajmniej tak kiedyś twierdziłaś.

518

— Och, zaraz wstręt! Ty zawsze niemożliwie przesadzasz! Poza tym wcale nie jestem pewna, czy te raki były wtedy całkiem świeże.

519

Mistrz Kubicki:

520

— O, raki nieświeże, to bardzo niebezpieczne danie.

521

Monika:

522

— W każdym razie jestem przekonana, że raki i to pod każdą postacią przez pana, mistrzu, przyrządzone, nie tylko nie mogły­by mi zaszkodzić, ale i na pewno musiałyby mi smakować. Pan jest prawdziwym czarodziejem, drogi mistrzu.

523

I skoro po ceremonii pożegnania, dzięki wspaniałości ruchu, z jakim poda staremu kucharzowi (rocznik 1885) dłoń do pocałowania, coś w rodzaju wykrzyknika kończącego długie i misternie zbudowane zdanie, Kobieta, Mężczyzna, Mizoginia, Seksopuści kuchenne pomieszczenie, jednak zosta­nie zmuszona do przedefilowania pod uważnymi spojrzeniami kilkunastu szoferów, więc przejdzie pod tymi ciężkimi spojrzeniami młodych przeważnie mężczyzn, doskonale piękna i równie doskona­le nieosiągalna, z głową może nie dumnie, lecz w każdym razie śmiało wzniesioną, co i do wyeksponowania smukłej szyi się przy­czyni i olśniewające kształty wydekoltowanych ramion uwypukli, skoro się już zatem dokona owa defilada, wprawdzie krótka, lecz w treści i w formie mocna.

524

— Ale dupa! — tak chyba powie półgłosem i z akcentem szcze­rego podziwu młody kierowca prezesa Formińskiego.

525

— Nie dla ciebie — odpowie drugi z Komitetu Centralnego.

526

— Załóżmy się?

527

— Przymknij się, Rysiek — powie trzeci i nie jest wykluczo­ne. że tym trzecim będzie kierowca Stefana Raszewskiego. — Ty myślisz, że każda jest kurwa.

528

— A może nie? Jak babka to lubi, to musi być kurwa, a że ona lubi, starczy spojrzeć.

529

Wtedy kierowca Raszewskiego rozważnie:

530

— Widzisz, Rysiek, ty jesteś młody i sprawa wcale nie tak stoi, jak ty sobie wyobrażasz.

531

— Do mnie nie masz po co trzymać chińskiej mowy — na to Rysiek — u mnie ta sprawa stoi, jak rakieta, tylko twój, stary, stoi chudo i babskiej dupy ideologicznie nie czuje.

532

Więc, gdy Monika, oczywiście nieświadoma kontrowersji spo­wodowanych swoją kobiecością, znajdzie się na przyciasnych schodach wiodących na salony, skąd dobiegać będzie muzyka oraz po­głos tanecznego falowania — Ślub, Małżeństwo, Panna młoda, Mężczyzna, Kobieta, Grazatrzyma się prawdopodobnie w połowie schodów, dzięki czemu Pan Młody, zachowując w tej powrot­nej drodze z kuchennych rejonów skromny, choć nie nadmierny dystans, znajdzie się w stosunku do Panny Młodej o dwa, lub trzy stopnie niżej, zatem w sytuacji, w której ona, już ku niemu całą swoją pięknością zwrócona, spokojna, prawie anielska, choć i cokolwiek wyniosła — w oczywisty sposób będzie nad nim górować, kto wie, czy tak całkiem nieświadomie stwarzając sytuację często w ostatnich czasach eksponowaną w zachodnich filmach, cóż bowiem prostszego, a zarazem i wizualnie przekonywającego nad wykorzystanie konstrukcji schodów dla wywyższenia elementu kobiecego kosztem upokorzenia męskiego?, więc powie:

533

— Byłeś niebywale zgrabny i oszałamiająco dowcipny.

534

A on z pewnością jak najbardziej świadomy wszystkich roz­licznych kombinacji wynikających na schodach:

535

— A ty piękna i czarująco inteligentna. Jak zawsze.

536

— Jeżeli myślisz, że mało wybrednymi złośliwostkami uda ci się zepsuć mi ten wieczór, to muszę cię zapewnić, że jesteś w błędzie.

537

— Ale chyba nie popełnię błędu, jeżeli powiem, że czujesz się szczęśliwa?

538

— Raczej popełnisz.

539

— Niemożliwe, Moniko, nie czujesz się szczęśliwa? Dzisiaj?

540

— Usatysfakcjonowana.

541

— Ach tak? To by oznaczało, że nasze intymne doznania nie­co się rozmijają.

542

— Nieco?

543

— Ja osobiście czuję się szczęśliwy, ale bynajmniej nieusatysfakcjonowany.

544

— Szczęśliwy z powodu?

545

— Że jesteś moją żoną, kochanie.

546

— A nieusatysfakcjonowany?

547

— Przyczyna ta sama.

548

I chociaż Monika sama ten dialog sprowokuje, chyba w tym momencie, jakkolwiek konstrukcyjną specyfikę schodów będzie mog­ła zaliczyć na swoją korzyść, zbraknie jej riposty dość zgrab­nej i dowcipnej, lecz że to będzie moment, to nie ulega wątpli­wości, moment nie dłuższy od oddechu, wie bowiem, a raczej in­tuicyjnie posiada rozeznanie, że skoro się zabrnie w sytuację sztuczną, a też i niebezpiecznie podszytą ryzykownymi podteks­tami, należy szybko taktykę zmienić i sztuczności przeciwstawić atakującą naturalność. Tak zatem, zarówno swoją sylwetkę (ekspozycja schodów okaże się w tym wypadku raczej utrudniona), jak i brzmienie głosu nasilając pożywną szczerością powie:

549

— Konrad, możesz mi szczerze odpowiedzieć na jedno pytanie, ale naprawdę szczerze i uczciwie?

550

Pan Młody oczywiście wyrazi pełną w tym względzie goto­wość, choć nie jest wykluczone, że z wielu racji wygodniej mu to będzie uczynić w konwencji dotychczasowej:

551

— Szczerze na pewno, ale uczciwie? To konieczne?

552

Jednak Monika mężnie sprosta ciemnym wirom, jakie nią niewątpliwie szarpną, uciszy owe dumne żywioły, domagając się pod nieobecność morderczego sztyletu co najmniej spoliczkowania wy­brańca, i powie:

553

— Dlaczego ty się właściwie ze mną ożeniłeś?

554

I oto zgodnie z intuicyjnym rozpoznaniem Moniki naturalność rzeczywiście zatriumfuje nad sztucznością, lojalna pryncypialność pokona pozę, lecz również na moment nie dłuższy od oddechu, a w najgorszym dla Konrada rozstrzygnięciu — z dołączeniem wydechu. Pan Młody, jakkolwiek czujnością jak rycerską zbroją osłoniony, albo współcześniej: jak bokser na ringu czujnie wewnętrznie skupiony wobec poczynań przeciwnika, tego ciosu nie przewidzi, o ścierwo! — pomyśli niechybnie i chociaż ani drgnie, ani blaskiem swych ciemnych i wilgotnych oczu nie umknie na stronę, przecież w koniuszkach uszu poczuje wzbierające ciepło, o ścierwo! — chyba jeszcze raz pomyśli i aby zyskać na czasie, spyta:

555

— Mam powiedzieć szczerze i uczciwie?

556

— Tak — na to ona i tylko tyle, bowiem w sekundzie ciszy, jaka po tym stwierdzeniu zapadnie, zrezygnuje z dodania: żądam tego.

557

Zatem Panu Młodemu chyba tylko naturalność pozostanie i rzeknie:

558

— Nie wiem.

559

I na miłość boską, ktoś się w tym momencie powinien pojawić na tych nieszczęsnych schodach, kładąc kres żenująco bezwstydnemu dialogowi nowożeńców, nie może to być, niestety, jak w teatrze chór komentujący wydarzenie przy pomocy harmonijnie uporządkowa­nych strof, ani Goniec przybywający z pola bitwy z ważnymi wiado­mościami, i także nie żadna z głównych person rozgrywanego na salonach przedstawienia, trudno bowiem nawet wśród tak rozlicz­nych możliwości, jakie przechernie w swych rozluźnionych przestrzeniach przechowuje czas przyszły niedokonany, wyobrazić sobie, że tu i teraz objawi się w swym kształcie cielesnym Stefan Raszewski, Nagórski, mama Pankowa, czy choćby Eryk Wanert albo dyrektor Otocki, nie! to prawie wykluczone, po cóż by mieli zła­zić po tych schodach prowadzących w kuchenne rejony?, jakkolwiek trzeba stwierdzić, że wśród tych chwiejnych projekcji w przyszłość, wprawdzie nie nazbyt odległą, jednak w przyszłość, więc wśród tych tych projekcji chwiejnych i wieloznacznych zatarł się właś­nie tu i teraz obiektywny układ pałacowych pomieszczeń, a przede wszystkim fakt, że schody, na których w drodze powrotnej z pielgrzymki hołdowniczej do mistrza Kubickiego znajdą się Pan Młody oraz Panam Młoda, owszem, rzeczywiście wiodą do kuchennych rejonów, lecz również tylko nimi się posługując można się z salonów przedostać do baru w owej zabytkowej piwnicy ze starymi freskami Antonia Tarelli, gdzie — jak to już zostało zaprojektowane — bawić się będzie młoda generacja przy fachowej obsłudze pana Edka Kubiaka (rodzonego brata Celiny Raszewskiej, tego, co to „zawsze miał osobne życie” i lokajował — choć nie tylko — Karolowi Wanertowi) zatem nie tylko któryś z kelnerów mógłby się na tych niefortunnych schodach zjawić, może to być i ktoś z weselników śpieszących ku świeżym źródłom życia, lub odwrotnie: ktoś z podziemi ba­ru nagle spenetrowania salonów, czyli świata dojrzałości sprag­niony, wybór zatem bogaty, jakby powiedział sędziwy kuchmistrz, lecz i wybór konieczny, jeśli ów słowny pojedynek nowożeńców ma się nie przeciągać, wiodąc zbyt daleko w gąszcze, w chaszcze ryzykownych podtekstów, a zatem? niech by się może Ariel na schodach zjawił, oczywiście Marek Kuran, wydaje się bowiem, że jeśli kto­kolwiek z tych w barze zechciałby przekornie nawiedzić salony, to właśnie ruchliwy i przedsiębiorczy autor Leukocytów, Kory­tarzy i Akromegalii, z pewnością Ksawery Panek będzie go usiłował zatrzymać, lecz jego próby osiągną najpewniej efekt odwrotny, mo­że nawet z owych sprzeczności pomiędzy zakochanym i pozwalającym się adorować wyniknąć w półmorcznym korytarzyku krótka szarpani­na, może również okazja do ponowienia wyznań oraz próba pocałun­ku, a może, jeśli się sytuacja dramatycznie zagęści, zaklęcia i błagania w pozycji klęczącej wraz z całowaniem nieco wulgar­nie ukształtowanych rąk adorowanego, lecz jakkolwiek owa scena przebiegnie — Ksawery Panek sromotnie, jak zwykle, przegra, nato­miast Ariel z błyszczącymi oczami i krawatem z lekka przekrzywio­nym wkroczy na schody akurat w tym momencie, gdy z ust Konrada padnie krótkie i akcentem szczerości oraz uczciwości podbudowa­ne: „nie wiem!”.

560

— A ja wiem! — wykrzyknie młody poeta.

561

Nietrudno przewidzieć, że uczyni to w samą porę, rozładowując napiętą do ostateczności sytuację, a równocześnie w sposób niezamierzony stwarzając całkiem nowy układ inscenizacyjny z Pa­nną Młodą, jak posąg piękności u szczytu, z Panem Młodym we fra­ku, nad którego czernią tym wyraziściej zaznaczy się nasilająca czerwień uszu i z samym sobą, duszkiem, którego krawat będzie co prawda nieco przekrzywiony, ładne oczy trochę nazbyt bezczel­ne, choć i umykające na bok, lecz cała aparycja schludna i miła, ujmująca chłopięcą młodością. I być może nie tyle właściwa mu skłonność do póz i zgryw, ile raczej instynkt kompozycji podszepnie pomysł, aby majestatycznej dumie reprezentującej szczytowy niejako element tej konfiguracji przeciwstawić tu, w dole, pier­wiastek pokory, zatem pierwiastek, którego sens istotny najplastyczniej wyraziłaby postawa klęcząca, a może i świeże reminis­cencje ze sceny, która mogła się dopiero co rozegrać w korytarzu, wpłyną na decyzję warszawskiego Ariela z roku 1969, dość, że Marek Kuran istotnie klęknie na schodach i gdy kształtną głowę, znajdującą się mniej więcej na poziomie dolnych partii frako­wych spodni Pana Młodego, podniesie ku wyższym rejonom znakomi­tego aktora, wówczas — trudno! — sympatie ku harmonijnej kompozycji będzie musiał wzbogacić, rozbudować i przyozdobić, I powie żarliwie:

562

— Konrad, ty jesteś największy aktor, a ja jestem największy poeta!

563

Po czym rzeczowo stwierdzi:

564

— Ale uszy trzeba ci obciąć.

565

— Koniecznie? — spyta łagodnie Keller.

566

— Mówię ci, Konrad, ty jesteś największy aktor, a ja najwię­kszy poeta. Tylko uszy trzeba ci obciąć.

567

Wówczas, cóż się wówczas może stać? Chyba jednak posągowe piękno u szczytu tej konfiguracji zamanifestuje swą żywą obecność i na krótkich falach wysokiego śmiechu nada następujący ko­munikat:

568

— Och, Marek, jesteś cudowny, zrób to, błagam cię, to będzie szalenie dowcipne!

569

Po czym, mimo długiej i obcisłej sukni, wykona na stromych wysokościach zadziwiająco zręczny piruet i kiedy za moment ta sama nieporównywalna zwinność stóp uniesie ją ku sferom, skąd wciąż dobiegać będzie muzyka oraz pogłos tanecznego falowania, pozostawi po sobie tu w dole wrażenie, jakby nagle wniebowstąpiła, chociaż sama z pewnością by wolała, aby to odejście i zniknienie skojarzyło się raczej z dramatycznym majestatem Lady Makbet, wchodzącej po schodach zamkowej baszty.

570

A osamotnieni: mężczyzna i chłopiec?

571

— Zepsuła zabawę — zmartwi się Keller.

572

Marek Kuran podniesie się z klęczek i starannie strzepnie ze spodni kurz.

573

— Solistka! — powie z akcentem litościwej pogardy — twoja żona, Konrad, interesuje się tylko sobą, a mnie to nie intere­suje.

574

— Ja też się tylko sobą interesuję.

575

— Tobie wolno, bo ty jesteś wielki skurwysyn. Pochwal się, że jesteś.

576

— Przeważnie.

577

— Zawsze!

578

— Jeśli ci na tym zależy.

579

— Nie mendź, Sen, Ucieczkamnie na niczym nie zależy, ja bym się najchęt­niej położył jak dolina i spał.

580

— A góry?

581

— Mogą mnie pierdolić. Albo ja góry, mnie wszystko jedno. Bo ja, Konrad, skurwysynie, Wzrokjestem krótkowidz, rozumiesz?

582

— Ty?

583

— Podwójny, również na umyśle, tylko na ten drugi defekt nie mogę sobie, kurwa, dobrać szkieł, rozumiesz!

584

— Domyślam się.

585

— Łżesz, Konrad, gówno się domyślisz. Skurwysyn jesteś, ale mnie nie przyłapiesz, bo ja jestem skurwysyn większy. Cześć!

586

I pewnie się moment zawaha, czy na tym wyprawy w świat doj­rzałości nie zakończyć i nie wrócić do baru, jednak ciekawość rozlicznych możliwości oczekujących go na salonach chyba mu ka­że ku tamtym sferom podążyć, co też i uczyni, z pewną wszakże ociężałością wchodząc po schodach, nawet nieco przygarbiony, więc też jego kolejne zniknienie nie będzie miało nic z wniebowstąpienia, co Keller ze swego punktu obserwacyjnego z pewnoś­cią odnotuje, lecz bez komentarzy, bo według wszelkiego prawdo­podobieństwa prawie natychmiast powinien się zjawić Ksawery Panek i wówczas pomiędzy szwagrami taki się wywiąże dialog:

587

— Widziałeś Marka?

588

— Jak najbardziej.

589

— Dawno?

590

— Właśnie odfrunął.

591

— Na górę?

592

— Dokładnie.

593

— Bardzo pijany?

594

— Niee, nie robił wrażenia. Może leciutko.

595

— A co mówił?

596

— Był bardzo miły.

597

— Oczywiście! jak chce, potrafi być miły i dobrze wychowany.

598

— Ba! któż z nas zawsze chce być miły i dobrze wychowany?

599

— Boję się, że narozrabia.

600

A ponieważ szwagier nie znajdzie dość szybko kojącego pocie­szenia, Ksawery Panek wyjmie z kieszonki smokinga białą chuste­czkę i przetrze zwilgotniałe czoło.

601

— O Boże! żeby się to już wszystko skończyło.

602

Wszystko co? Weselne przyjęcie, niewolnicza miłość, rzeczy­wistość polska? Lecz Konrad Keller nie należy do tych, którzy lubią dotykać ran. Zamilczy więc dyskretnie.

603

A Ksawery:

604

— Idziesz na górę?

605

— Byliśmy z Moniką podziękować mistrzowi Kubickiemu, dużego formatu kucharz, prawda? I pomyśl, on ma osiemdziesiąt sześć lat!

606

— Najchętniej bym się zalał.

607

— I spał jak dolina?

608

Z pewnością Ksawery się ocknie ze swojej dręczącej, jak senna zmora turbacji.

609

— Kto ci to powiedział?

610

— To wszystko przez pogodę, Ksawery. Gdyby była normalna wiosna…

611

— Kto ci powiedział: spał jak dolina?

612

— Ksawery, Ksawery! — powie Konrad Keller, wchodząc na wyż­szy stopień ciasnych i krętych schodów — Wiosnawszystko byłoby inaczej, gdyby była wiosna, ciepło, bzy…

613

— Bzdura!

614

— Oczywiście — roześmieje się Pan Młody.

615

I gdy obaj znajdą się w blasku sali, gdzie pod ogromną ko­pułą, ucharakteryzowaną na niebo usiane gwiazdami, tańczyć bę­dzie kilka par, trochę samotnych i zagubionych wśród niewspół­miernie rozległej przestrzeni, a w dalszej perspektywie rzęsiś­cie oświetlonych salonów zarysują się grupki poszczególnych goś­ci, Ksawery Panek, mrużąc oczy oślepione jasnością, poszuka syl­wetki Marka Kurana, skoro zaś jej nie odnajdzie, jeszcze mocniej oczy przymruży i powie z akcentem pogardy:

616

— Małpi cyrk!

617

Chyba Pan Młody nie podejmie wątku, dla samego siebie za­chowując ocenę sytuacji.

618

Natomiast usunięty karnie z Warszawskiego Uniwersytetu eks-asystent katedry historii filozofii współczesnej, uczuje wzmożo­ną potrzebę humanistycznego porozumienia:

619

— Tylko moi starzy mogli wpaść na pomysł, żeby urządzić coś takiego, oni plus moja siostrzyczka. Wybacz, Konrad, inten­cje mojej miłej rodziny doceniam, ale nie mogę pojąć, dlaczego ty się zgodziłeś na podobną szopkę.

620

Prawdopodobnie Pan Młody, wyżywając się humanistycznie w innej konwencji, ucieknie się do uniku:

621

— Czy nie przesadzasz? Ostatecznie to są wszystko przyjacie­le, koledzy, znajomi, stale się widujemy, tyle, że dzisiaj wszys­cy są akurat razem.

622

— Właśnie!

623

— A poza tym, gdzie znajdziesz w Warszawie mieszkanie z metrażem, który by mógł pomieścić tylu ludzi?

624

— Słusznie, kliniki psychiatryczne i więzienia też są prze­pełnione. Wesele, Zabawa, Potwór, Ciało, Dusza, Obraz świata, Obraz świata, Fałsz, UpadekSpójrz tylko! gdyby ciała tych ludzi były ukształtowa­ne na podobieństwo ich życia, myśli i pragnień, to byśmy ujrze­li potwory, strzygi i maszkary stokroć bardziej przerażające i ohydne od tych z Boscha i Goyi. Nas nie wyłączając.

625

— To uprzejmie z twojej strony.

626

— Przepraszam cię, tu wszyscy są chorzy, jedni na cynizm, tępą głupotę albo po prostu na nikczemność, a inni dali się wrobić, pozwolili, żeby im spreparowano pokraczne garby, żałos­ne grymasy, wykrzywione ryje, tu się w cztery oczy bełkocze albo skomli, drwi, szydzi, plotkuje i obmawia, zgnojone uciechy lo­kai i niewolników, śmichy-chichy kastratów, to jest nasza pols­ka szczerość, odwaga, fantazja i ukochanie swobody, ale za to sprawnie i bezwstydnie zaczyna się kłamać, gdy liczba oczu i uszu wzrasta, tu już nie ma żadnych konfliktów, żadnej zadry w brzuchu, kiedy się kłamie i co innego myśli na użytek własny, i co innego publicznie deklaruje. Konrad, to jest najokropniej­sze, że tutaj prawie wszyscy stają się coraz gorsi, wzrasta oświata, podnosi się poziom cywilizacyjny i upowszechnienie tzw. wartości — kulturalnych, budujemy się, ludzie są chłonni, żywi, inteligentni i uwrażliwieni, otwarci na tysiąc zagadnień i z tym wszystkim stajemy się coraz gorsi. StarośćAdam powtarza przy każdej okazji, że Polska, Polak, Historia, Kondycja ludzka, Przemijanie, Błądzeniew Polsce ludzie się kończą przedwcześnie i nie ma u nas znakomitych starców, naprawdę wciąż żywych i twórczych, że polską starość można tylko na piedestale ustawić i czcić w charakterze narodowego bóstwa, gdy już jest skamieniałe, wystyg­łe i nie ma obawy, aby się pewnego dnia nagle ocknęło, tak chyba rzeczywiście jest, ale sam nie wiem, czy to i w ogóle wszystko inne wynika z naszej pokręconej historii, czy też po prostu już tacy jesteśmy, urodzeni i ukształtowani na krótki oddech, efektowne, lecz szybko wygasające eksplozje, rozumiesz? nie to, że historia, ta przez duże H, gniecie nas, wysysa i wypacza, a my jesteśmy ofiarami i osiągnęlibyśmy niebotyczne szczyty, gdyby nie to albo tamto, sam nie wiem, ale wydaje mi się coraz częściej, że to wcale nie historyczne fatum wpędza nas w głupie sytuacje, w jałowość, nudę, beznadziejność, w owe mętne pustkowia, gdzie diabeł mówi dobranoc i gdzie tyle wysiłków, zamierzeń, planów i nadziei przypomina górę, która urodziła mysz, lecz my sami nie potrafimy historii tworzyć i społeczeństwa rozumnie kształtować, bo wszystko — inteligencja, wrażliwość, fantazja, uzdolnienia — wszystko wydaje się w nas wspaniałe, żywe i ponad przeciętną miarę bujne — tylko że tego jest mało, rozpaczliwie, zawstydzająco mało, starcza tego na błysk, na zryw, stumetrówkę, olśniewający wyczyn, błyskotliwą improwizację, Starość, Klęskaa potem klops, brak­nie paliwa, wulkany wygasają, źródła się kurczą, ziemia jałowieje, najpiękniejsze drzewa próchnieją albo się je bezmyślnie ścina, i tak pokolenie po pokoleniu zaczyna się w tym kraju brawurowo, bohatersko, fajerwerki, pioruny i błyskawice, wielkie zapowiedzi i nadzieje, a potem „wiek męski, wiek klęski”, bezcenne energie już się wyczerpały, były diamenty, został popiół, „ostał ci się ino sznur”, tyle że potem trzeba żyć, natura nie udziela ludziom owej wspaniałomyślnej i litościwej łaskawości, dzięki której efe­merydy pustynne, spełniwszy swój przyśpieszony byt roślinny, umie­rają i giną, ludzie muszą żyć, zresztą chcą żyć bez względu na to, czy mają ku temu dostateczne racje i zasoby, wydaje mi się nawet, że tylko wewnętrzne bogactwo pozwala ludziom godzić się na śmierć albo śmiercią płacić, nędzarze kurczowo życia się trzy­mają, chcą się urządzać, stabilizować, podnosić stopę życiową — bawić się, ubierać, kochać, rozmnażać, kupować auta, lodówki, telewizory, adaptery, magnetofony i motocykle, wspinać się po śliskich szczeblach kariery, rozkazywać, reprezentować, choć już w głowach pusto i ciemno, i dwa razy dwa jest pięć…

627

I chyba zmęczony tym trochę nazbyt gwałtownym potokiem słów (jeśli takie lub w podobnym duchu utrzymane kwestie rozpowszech­nia Ksawery Panek w swojej kawalerce na Mokotowskiej wobec mło­dzieżowego audytorium — Stefan Raszewski, odpowiedzialny przed Biurem Politycznym za odcinek kultury i ideologii, czyż nie mu­siał, powodowany starym koleżeństwem, ostrzec ojca?), niepokojąco chaotycznych, jak na utalentowanego adepta filozofii, chyba poczuje się zmuszony do ponownego sięgnięcia po białą chusteczkę i przetarcia wilgotnego czoła, a nie jest też i wykluczone, że w tym właśnie momencie, gdy delikatną, o długich, kobiecych pal­cach dłoń podniesie do czoła, łagodząc tym ruchem nazbyt dla swych wrażliwych oczu ostry blask kryształowych żyrandoli — Polska, Miłośćdostrzeże gdzieś w głębi wdzięczną sylwetkę Ariela, i wówczas zblednie, dłoń mu zadrży, serce mocniej zabije, a Polska, jak stary, wyleniały orzeł, ciężko znad skalnego urwiska podrywający się do lotu, wyfrunie mu z głowy. Będąc jednak pewny, że i szwagier dostrzega Marka Kurana, bowiem oczadzeni miłością nie tylko sami widzą świat w zarysach zniekształconych, lecz i bliźnich w magiczny krąg tego szaleństwa muszą wciągać, więc tak przejęty nagłym odnalezieniem Ariela, będzie przekonany, że musiało się ono stać udziałem również Konrada, zatem opanuje pierwszy odruch, aby pobiec ku wybranemu natychmiast, realizując w ten sposób starożytną potrzebę połączenia się z drugą swą połową stanowiącą niegdyś wespół z nim, przed okrutnym odcięciem, jednolity żywioł, stłumi zatem to metafizyczne wzruszenie i wciąż z białą chusteczką przy czole i uwrażliwionymi oczyma związany z wiadomym dalszym planem powie:

628

Polska, Historia, WładzaWiesz, co powiedział Jan Kazimierz, kiedy po abdykacji do­wiedział się o elekcji Michała Wiśniowieckiego? „Dlaczego wy­brali tę beczkę piwa?” I rzeczywiście, wybrali najgorszego. Churchil miał rację, kiedy napisał, że Polacy są „najdzielniejsi spośród dzielnych, ale zbyt często prowadzeni przez najnikczemniejszych z nikczemnych”.

629

Być może Keller, akurat dostrzegłszy Monikę rozmawiającą ze Stefanem Raszewskim na progu tzw. pokoju ze schodami (garni­tur czeczotowy z kanapą, stołem, fotelami i krzesłami, intarsjowany ciemnym drzewem, Polska około 1820; świecznik empirowy, drewniany, złocony, Polska około 1810; kopia obrazu Januarego Suchodolskiego — ks. Józef Poniatowski, skaczący na koniu w nurty Elstery), zaryzykuje i z zachowaniem wszelkich ostrożnoś­ci wkroczy na tę śliską ścieżkę:

630

Polska, Władza, Państwo, Naród, SztukaBywają rządy narzucone.

631

— Owszem — na to Ksawery — tylko najpierw trzeba doprowa­dzić do sytuacji, w której rządy mogą być narzucone. Kto wi­nien? Zawsze wolę powiedzieć: ja! Konrad, my jako społeczeństwo jesteśmy czymś w rodzaju skały, której zbrakło nagle lepiszcza, wiesz, to jest rodzaj skalnego spoiwa, dlatego stajemy się co­raz gorsi. A zresztą po co to wszystko? To tylko gadanie, słowa, słowa, i tak nic nie zmienimy. Ty masz sytuację trochę inną.

632

— W sensie?

633

— Konrad, Konrad, taki inteligentny i chyba nic nie rozu­miesz albo zrozumieć nie chcesz. Nawet nie wiem, czy zdajesz so­bie sprawę, że gdy wchodzisz na scenę albo się pojawiasz na ekranie czy w telewizji, od razu zaczynasz wytwarzać pomiędzy zbiorowością widzów owo zanikające lepiszcze. Władza nieudolna i dyktatury mają absolutną rację, że w stosunku do sztuki są podejrzliwi.

634

I gdy wraz z tym mało odkrywczym stwierdzeniem odejmie dłoń od czoła (i tak zbyt długo wykonywać będzie te manipulacje, świadczące o zmęczeniu i nerwowym wyczerpaniu) i białą chusteczkę z powrotem umieści w kieszonce smokinga, a potem, już pod drażniącym blaskiem świateł, niespokojnie wzrokiem podąży w wia­domym kierunku — chyba tak się stanie, że ruchliwy Ariel znika­nie z pola jego widzenia i wówczas Ksawery poczuje się tak śmiertelnie znużony, iż zaproponuje szwagrowi:

635

— Napijemy się?

636

— Chętnie, ale może za chwilę — odpowie Keller — nie zapo­minaj, że gram rolę gospodarza, tekst mam wprawdzie nie najlepszy, mimo to nie chciałbym, aby to była moja rola najgorsza, całkiem uniemożliwiająca wytwarzanie się społecznego lepiszcza.


637

Na progu pokoju ze schodami Stefan Raszewski:

638

— Nie miałem jaszcze okazji złożyć pani moich najlepszych życzeń. Cieszę się, że mogę to uczynić teraz.

639

Trudno wobec dwuznacznej sytuacji apodyktycznie zadecydować, co Panna Młoda odpowie i jaki kierunek zechce rozmowie nadać, czy zachowa się konwencjonalnie, pamiętając wszakże, że życzenia składa nie tylko przyjaciel ojca, lecz również osobistość w pew­nym sensie oficjalna, zajmująca w hierarchii partyjnej wysokie stanowisko, czy zatem swoją kwestię utrzyma na płaszczyźnie czysto towarzyskiej z uwzględnieniem okoliczności oraz personaliów, a z pominięciem wszelkich akcentów natury osobistej, zamykając w ten sposób nieodległą przeszłość niejako ostatecznie, a i z dru­giej strony dając do zrozumienia, że co było — nie powróci, czy też odwoła się do aluzyjnej gry, aby dać temu bezwzględnie męs­kiemu żywiołowi szansę nawiązania intymniejszego dialogu, bowiem, najprawdopodobniej, po świeżych emocjach figuralnej sceny na schodach, skoro pewnie natychmiast podejdzie do niej Stefan Raszewski, nie zdąży sobie uświadomić, że w jakiejkolwiek manierze skwi­towałaby uprzejme życzenia eks-kochanka, on i tak pokieruje rozmo­wę, jak zechce. Przecież biorąc pod uwagę charakter Panny Młodej, a również przebieg rozmowy z Panem Młodym uwzględniając, wreszcie i inne, może jeszcze mgliste, a może i nie tak bardzo mgliste plany życiowe oblubienicy włączając do ogólnego podsumowania elementów istniejących, nie popełni się chyba wobec tajemnic czasu przyszłego szczególniejszego nadużycia, jeśli się podejmie pewne ryzyko i na życzeniową deklarację Raszewskiego zostanie Monice podrzucone pytanie:

640

— Zna pan pewne przysłowie?

641

— Zależy jakie?

642

— Kto przychodzi ostatni…

643

— Ten zjada ostatki?

644

— Ten jest piękny i gładki!

645

Po tak błyskotliwej intradzie Monika z pewnością zwycięsko wytrzyma uważne, choć bynajmniej nie natarczywe spojrzenie Rasze­wskiego. On zaś po chwili napiętego milczenia:

646

— Nie znam się na przysłowiach, ale pani się pomyliła.

647

— Doprawdy?

648

— Kto zjada ostatni, ten jest piękny i gładki.

649

— Rzeczywiście, ma pan rację! Ale to właściwie na to samo wychodzi, sens podobny.

650

— Niezupełnie. Zjadać ostatki potrafi byle dureń. A przyjść ostatnim…

651

— Znaczy zwyciężyć?

652

— Zależy kto przychodzi ostatni. I kiedy.

653

— Mówi pan jak polityk.

654

— Na razie jak mężczyzna.

655

Znów chyba nastanie moment ciszy. Lecz gdyby się zdarzyło (a dlaczego miałoby się nie zdarzyć?), że dyrektor Teatru Stołecznego i Eryk Wanert znaleźliby się gdzieś nieopodal, Monika z pew­nością by to zauważyła i zawołała w ich stronę:

656

— Halloo, chłopcy! Jak się bawicie?

657

A skoro chłopcy podejdą, na progu pokoju ze schodami utworzy się grupa — natychmiast przez wiele osób dostrzeżona, szybkimi komentarzami podstemplowana i podana dalej.

658

Monika:

659

— Jak wam leci?

660

— Świetnie — odpowie dyrektor Otocki — pracowaliśmy.

661

Po czym wewnętrznym i chyba automatycznie działającym magne­tyzmem poruszony zwróci się ku Raszewskiemu:

662

— Kolega Wanert przedstawił mi właśnie, towarzyszu Raszewski, swoją koncepcję Makbeta. Wydaje mi się bardzo interesująca i odkrywcza.

663

Raszewski, który w ubiegłym roku ostro skrytykował ostatni film Wanerta Zagubieni i sprawił, że to wybitne działo znakomi­tego reżysera nie weszło na ekrany, teraz, jak się zdaje, słowem ani spojrzeniem nie zachęci dyrektora Teatru Stołecznego do dal­szych wyjaśnień. Natomiast niewątpliwie uczyni to Monika:

664

— Szalenie dowcipni jesteście! Dlaczego mnie nie było przy tej rozmowie, zdaje się, że i ja jestem w tej historii zaintere­sowana?

665

— Wybacz, Moniczko — na to Otocki — ale rozmowa po prostu się zaimprowizowała. Wiecie oczywiście, towarzyszu Raszewski, że kolega Wanert ma u mnie robić Makbeta?

666

— Słyszałem — odpowie krótko Raszewski.

667

Otocki:

668

— To bardzo obecnie typowe zjawisko, że wybitnych filmowców pociąga i interesuje teatr. Kazan i Bergman zaczęli co prawda od teatru, ale Visconti, Peter Brook…

669

Wanert:

670

— Peter Brook…

671

— Oczywiście! — Otocki wyminie łatwo i tę mieliznę — ale zjawisko jest typowe. Jestem jak najdalszy od niedoceniania filmu, ale mimo wszystko teatr pozostanie teatrem, teatr daje artyście inne możliwości, przede wszystkim bezpośredni kontakt z widzem, a to z punktu widzenia psychologii twórczej…

672

Wanert:

673

— Nie wiem, czy w moim wypadku można mówić o psychologii twórczej, poprzez moje filmy też mam kontakt z widzem. A jeżeli te­raz chcę coś robić dla teatru, to po prostu dlatego, że w filmie nie mam na razie nic do roboty.

674

Po tym mało samokrytycznym i nieprzemyślanym do końca stwier­dzeniu Wanerta sytuacja mogłaby się stać cokolwiek drastyczna, gdyby dyrektor Otocki dzięki swemu wewnętrznemu magnetyzmowi nie zareagował bezbłędnie. Całym ogromnym i ciężkim ciałem zwrócony ku swemu biegunowi, przecież Monice przekaże niniejsze oznajmienie:

675

— Wiesz, Monika, Eryk uważa, że pani Makbet powinna być blondynką.

676

— Nie! — wykrzyknie Monika — chcecie mi zmienić upierzenie? To straszne! Jak ja będę wyglądać w jasnej peruce?

677

— Cudownie! — uspokoi ją Otocki, wciąż jak igła busoli, owej przewodniczki zbłąkanych, ustawiony właściwie. — Nic się nie martw, nowe perspektywy otworzą się przed tobą, jak się zmienisz w blon­dynkę.

678

Lecz Monika nazbyt jest sobą, aby tak łatwo zaakceptować zmia­nę kolorytu.

679

— Nie, to koszmarne! Eryk, nie możesz mi tego zrobić, napra­wdę uważasz, że to konieczne?

680

— Bardzo wskazane — odpowie grzecznie Wanert. — To wynika po prostu z tego, jak ja widzę postać Lady Makbet.

681

Chyba jednak Stefan Raszewski uzna za wskazane zaznaczyć, że jest.

682

— Mam nadzieję, panie Wanert, że na tekście szekspirowskim nie zamierza pan dokonać równie ryzykownych zabiegów, jak na wło­sach naszej utalentowanej artystki?

683

Otocki:

684

— Mogę was zapewnić, towarzyszu Raszewski…

685

Lecz Wanert mu przerwie:

686

— Reżyserowanie zawsze jest pewnego rodzaju zabiegiem.

687

Raszewski:

688

— Słusznie, zależy tylko, czemu, względnie komu, podobny za­bieg służy. W ostatnich latach dokonywano u nas na tekstach Szek­spira i nie tylko Szekspira różnych zabiegów, niektóre były nawet bardzo efektowne, a ich wymowa ideowa i polityczna budziła poważ­ne zastrzeżenia. Wszelkie próby tak zwanej aktualizacji Szekspira, próby odczytywania problemów historycznie odległych, jakby doty­czyły naszej współczesności i naszych konfliktów są obiektywnie błędne, niezgodne z właściwym, naukowym rozpoznaniem rzeczywistoś­ci, a wykorzystywane bywają przede wszystkim przez naszych wrogów.

689

— Niestety, tak jest — westchnie Otocki.

690

— Oczywiście, rozwoju twórczości nie można pobudzać przy po­mocy rozkazu, twórczość nie toleruje podejścia formalno-biuro­kratycznego, drobiazgowej kurateli i reglamentacji. Owocny roz­wój nauki, literatury i sztuki wymaga występowania różnych szkół i kierunków, różnych stylów i rodzajów współzawodniczących mię­dzy sobą, ale jednocześnie złączonych jednością ideową i świato­poglądową.

691

— No, dobrze! — powie Monika, nagle w naiwne dziewczątko przeobrażona. — Ja jestem tylko aktorką i nie znam się na polity­ce, ale, powiedzcie, tylko, błagam, poważnie, czy dla jedności ideowej i światopoglądowej konieczne jest, żebym grała Lady Makbet z utlenionymi włosami? Dlaczego się śmiejecie? Okropni jesteście! Gdyby o coś podobnego spytał Konrad, to byście cmo­kali z zachwytu, jaki on jest intelektualista, natychmiast chwy­tający istotę każdego problemu, nowoczesny, już sama nie wiem co. A jak pytam ja, to myślicie, że jestem idiotka i śmiejecie się.

692

Chyba jednak w tym momencie Owocki, korzystając ze swoich ojcowskich niejako uprawnień, jako starszy pan oraz dyrektor, obejmie Monikę i ojcowski pocałunek złoży na jej czole.

693

— Cudowna jesteś, Moniczko!

694

Monika nadąsana, jak mała dziewczynka:

695

— Czy ten pocałunek ma oznaczać przyznanie się do winy?

696

Otocki:

697

— Więcej, podziw i zachwyt.

698

I do Raszewskiego:

699

— Mogę was, towarzyszu Raszewski, zapewnić całym moim doś­wiadczeniem teatralnym, że pani Monika Panek w roli jasnowłosej Lady Makbet będzie jedną z największych rewelacji artystycz­nych dwudziestopięciolecia.

700

Potem, gdy znów będą sami i jeden krok Raszewskiego do tyłu sprawi, że znajdą się oboje wewnątrz pokoju — Monika:

701

— Myśli pan, że on to serio powiedział?

702

Zamiast odpowiedzi Panna Młoda poczuje na szyi gorący od­dech, a gdy spojrzy, na swego partnera — dostrzeże w jego po­ciemniałych oczach aż nadto dobrze znany poblask. Więc chyba się jednak zlęknie i szepnie:

703

— Uważaj, widać nas.

704

— Nie wymkniesz mi się — powie.

705

— Patrzą na nas.

706

— Nie wymkniesz mi się — powtórzy głosem nieco schrypniętym.

707

I nie jest wykluczone, że plecami do sali, zasłaniając w ten sposób Monikę, chwyci jej rękę i mocno w przegubie ściśnie.

708

Wówczas ona:

709

— Puść, będę miała siniak.

710

— Jutro o szóstej, tam, gdzie zawsze, tak?

711

— Nie wiem.

712

— Kłamiesz, dobrze wiesz, że przyjdziesz, bo też tego chcesz. Chcesz?

713

— Może.

714

— Nie może, na pewno. Tak?

715

Wiedząc, że to tak powie — zmusi się jednak, aby ten moment jeszcze odwlec, lecz to, czego będzie pragnąć, okaże się w niej silniejsze. I dopiero, gdy powie: tak — usłyszy je.

716

Wówczas Raszewski puści jej rękę i cokolwiek się cofnie.

717

— No, widzisz! Wiedziałem, że dojdziemy do porozumienia. Po co to wszystko zrobiłaś, idiotko!

718

Bardzo prawdopodobne, że odpowie słowami męża:

719

— Nie wiem.

720

Lecz w przeciwieństwie do niej samej z figuralnej sceny, on uzna tę wypowiedź za wysoce zadowalającą, przywoła bowiem prze­chodzącego kelnera i do gabinetu, który dawniej był sypialnią brata królewskiego, Księcia Prymasa, każe podać butelkę szampana.


721

Ponieważ dyrektor Otocki opuści wraz z Wanertem pokój ze schodkami w krzepiącym przeświadczeniu, że Raszewski, akceptując Monikę w roli dziewczęcej i jasnowłosej Lady Makbet, udziela tym samym swego placet również i sztuce, a przede wszystkim kontrowersyjnej osobowości Wanerta, a jemu samemu ze względów prestiżowych szczególnie będzie zależeć, aby sławny reżyser filmowy sprezentował[35] swój debiut teatralny właśnie w Teatrze Stołecznym za jego dyrektury, nieobdarzanej, jak dotąd, w środowiskach ar­tystycznych sympatią i poparciem — pochyli swoje ogromne ciało ku drobnemu Erykowi i kładąc ciężką dłoń na jego ramieniu, spyta konfidencjonalnie:

722

— Napijesz się?

723

Co zabrzmi, jakby chciał powiedzieć: musisz przyznać, że jestem porządny chłop.

724

— Chyba nie — odpowie najpewniej Wanert — mam dość.

725

Na to Otocki:

726

— To ja się napiję.

727

I pociągnie go ku najbliższemu bufetowi.

728

— Może jednak? Jedną whisky?

729

Jeśli Wanert dojrzy w tym momencie w głębi sali wysmukłą, wciąż jeszcze, mimo siwiejących włosów młodzieńczą sylwetkę Ada­ma Nagórskiego, z pewnością przygryzie nerwowo dolną wargę, ponie­waż widok pisarza odświeży w nim jeszcze niezasklepioną ranę: ostateczne przed paroma miesiącami odrzucenie scenariusza według ostatniej powieści Nagórskiego Ostatnia godzina — już od kilku lat marzył, aby ten film nakręcić i choć ów długi i wielopłasz­czyznowy monolog umierającego Leonarda stawiał przed nim, jako reżyserem, trudności, przekraczające niemal wszystkie możliwości ekranizacyjne, wiedział, posiadał pewność, choć niepozbawioną dreszczy niepokoju, że nakręciłby film naprawdę wielki.

730

— No? — skusi jeszcze raz Otocki. — Może jednak?

731

Wanert przestanie na moment przygryzać wargę i odpowie:

732

— Niech będzie.

733

— No widzisz! — ucieszy się Otocki. — Z wodą?

734

— Wszystko jedno.

735

Potem Otocki:

736

— Zdrowie twego Makbeta, Eryk!

737

Wanert bez entuzjazmu podniesie szklankę, natomiast Otocki wypróżni zawartość swojej łapczywie, jakby to był orzeźwiający tonik.

738

— To prawda, że Raszewski zatrzymał twoich Zagubionych?

739

— Prawda.

740

— Rozmawiałeś z nim?

741

— Rozmawiałem.

742

— Kiedy?

743

— Dawno, jeszcze w październiku.

744

— No, moment nie był najlepszy. Czechosłowacja, Zjazd Par­tii…

745

— A znasz taki moment, który byłby dla nich dobry?

746

Otocki raczej uchylił się od odpowiedzi i aby zastąpić niewypowiedzianą kwestię pożyteczną treścią, zażąda od kelnera czu­wającego przy bufecie jeszcze jednej whisky.

747

Szybko i sprawnie obsłużony, wróci do przerwanej rozmowy:

748

— I co ci powiedział?

749

— Mniej więcej to samo, co oni zwykle mówią, kiedy ma być na nie. Peryferyjne problemy, nietypowe, pesymizm, jednostronny, subiektywny obraz rzeczywistości, niedostrzeganie głównego nurtu historii, potem krótki wykład o podziale świata, o toczącej się walce i potrzebie zaangażowania po stronie postępu i wolności, no, co jeszcze? Przecież ty to dobrze znasz.

750

— Nie martw się, stary, Raszewski nie jest najgorszy.

751

— Możliwe. Byłaby to nawet pewna pociecha, gdyby ci najgor­si byli odrobinę lepsi.

752

Wina, Praca, Przemiana, Władza, Idealista— Raszewski nie jest przede wszystkim głupi facet, tylko musi dbać o linię Partii. A ciebie w gruncie rzeczy bardzo ceni, wiem to na pewno.

753

Wanert wstrząśnie kostkami lodu.

754

— Wolałbym, żeby i mnie mniej cenił, i o linię Partii mniej dbał.

755

— Myślisz, że to od niego zależy?

756

— Wiem, że nie od niego, ale, wybacz, mnie już od tego wszy­stkiego mdli. U nas są winni tylko ci, którzy robią rzeczy napraw­dę wartościowe i usiłują coś zmienić na lepsze. A reszta? Sami niewinni!

757

— Nie irytuj się, szkoda nerwów, i tak nic nie zmienisz.

758

— Wiem — odpowie Wanert i chyba tym razem wypije swoją whisky do dna.

759

Może pomyśli: nic nie zmienię i dlatego, że tak myślę, nigdy nie zrobię nic wielkiego.

760

A Otocki naraz:

761

— Poczekaj, Eryk, coś ty przed chwilą powiedział?

762

— Że wiem, że nic nie zmienię. Niestety!

763

— Nie, nie to, przed tym! Że wolałbyś, żeby Raszewski mniej cię cenił i mniej dbał o linię Partii. Powiedziałeś tak?

764

— Możliwe.

765

— Człowieku! Przecież gdyby on rzeczywiście mniej dbał o li­nię Partii, ciebie musiałby cenić jeszcze wyżej. Napijesz się?

766

Wanert, przygryzając dolną wargę, potrząśnie głową. I gdy dostrzeże nieopodal znajomą twarz, powie szybko:

767

— Przepraszam cię, muszę się z kimś przywitać.

768

Porzucony tak nagle Otocki podąży wzrokiem za odchodzącym i z pewnością od razu się zorientuje, że Wanert zmierza ku Roma­nowi Gorbatemu, który samotnie będzie stać pod ścianą, tuż obok popiersia z białego marmuru przedstawiającego ks. Józefa Poniatowskiego. Stwierdziwszy to, Otocki szybko odwróci głowę i zajmie się swoją whisky, po czym bardziej niż zazwyczaj ociężały, z obwisłą twarzą i nazbyt długimi rękoma kołysząc jak wiosłami, odejdzie w przeciwną stronę, a ponieważ poczuje się cokolwiek pi­jany, więc z przesadną starannością będzie nawiązywać swymi ogro­mnymi stopami kontakt z posadzką.

769

Zatem Eryk Wanert przywita się z Gorbatym.

770

— Jak się masz, Roman? Dawno się nie widzieliśmy.

771

Być może pierwszym odruchem Gorbatego byłaby odpowiedź: nie szukałeś mnie, lecz z pewnością nie powie tego, może tylko jego niebieskie, bardzo słowiańskie oczy lekko pociemnieją i nerwowym ruchem lewej dłoni odgarnie z czoła niesforną grzywę ciemnych, prawie granatowych włosów, pewnie powie:

772

— Nigdzie nie bywam.

773

Władza, Choroba, Piętno, WygnanieChwilę będą prawdopodobnie milczeć, obaj trochę zakłopotani, bo rany, jakie zadaje ludziom zdeprawowana władza, czynią niekie­dy jednostkę równie osamotnioną i cokolwiek wstydliwą, jak osamot­nionym i wstydliwym staje się człowiek, gdy jego organizm zatruwa i rozkłada śmiertelna choroba.

774

Wreszcie Gorbaty, znów odgarniając włosy z czoła, spyta:

775

— Kręcisz co?

776

— Mam robić Makbeta w Stołecznym.

777

Gorbaty ożywi się:

778

— Z Konradem?

779

— Oczywiście.

780

— A Lady Makbet?

781

— Pewnie Monika.

782

Gorbaty skrzywi się.

783

— To gorzej.

784

— Wiem.

785

I znów zamilkną. Wreszcie Wanert:

786

— A ty, Roman?

787

— Ja? Jem, trawię, chodzę na długie spacery, czytam kryminały.

788

Emigrant, Twórczość, Teatr, Władza, Przemoc— To prawda, że chcesz wyjechać?

789

— Moja żona i syn chcą.

790

— A ty?

791

— Nie wiem. To znaczy wiem, ja wyjechać nie chcę, ale chyba będę musiał.

792

I po chwili:

793

— Zrozum, człowieku, bez teatru nie potrafię żyć, muszę mieć scenę, aktorów, dekoracje, światła, tylko to jedno umiem robić, bez tego staję się suchy i drętwy, jak patyk. Przecież mam czter­dzieści pięć lat, najlepszy wiek, mam siebie dobrowolnie skazać na wegetację? Jeszcze rok, dwa takiego życia, jak ten rok ostatni, i będę trupem.

794

— Może się coś zmieni — powie Wanert bez przekonania.

795

— Wierzysz w to?

796

— Nie — odpowie Wanert.

797

Gorbaty:

798

— Miałem ostatnio kilka propozycji, z Oslo, z Kolonii.

799

— I co?

800

— Nic, dano mi wyraźnie do zrozumienia, że owszem, mogę wyje­chać, ale tylko na papierach emigracyjnych.


801

Chyba tylko moment alkoholowego zamroczenia sprawi, że Ksawery Panek, poszukujący na salonach swego Ariela, nie wycofa się roztropnie, gdy w nadziei odnalezienia drogocennej zguby przekro­czy próg dawnej sypialni brata królewskiego, Księcia Prymasa. Po­za tym, gdyby wiedział, że z pociemniałego obrazu na ścianie spo­glądają na niego oczy książęcego protoplasty, nie powiedziałby prawdopodobnie: przepraszam, czy nie przeszkadzam?, jakkolwiek — nie należy tego drobiazgu zbagatelizować — w głosie jego zabrzmi akcent ironiczny, nawet impertynencki, jak gdyby duchy dawnych panów tego domostwa, nie mogąc jawnie zalegalizować potomka z nieprawego łoża, zrodzonego z manikiurzystki od „Ewarysta”, córki drobnego sklepikarza z ulicy Zielnej, chociaż w ten sposób, zasilając pańską intonację głosu, pragnęły go wspomóc. Oczywiście, bez odwoływania się do źródeł tak mglistych, można wytłumaczyć arogancki ton Ksawerego chwilowym, jak już wspomniano, zamroczeniem, ową zaczepnością tak często ujawnianą pod wpływem alkoholu przez ludzi delikatnych i wrażliwych, tak też niewąt­pliwie odczują to Monika i Stefan Raszewski, właśnie dla speł­nienia wiadomego toastu podnoszący do ust kieliszki z pieniącym się trunkiem. Wielki Boże! Gdzież tu miejsce na fluidy arystokratycznych przodków?

802

Monika spod portretu księcia Poniatowskiego:

803

— Czemu miałbyś przeszkadzać?

804

— Pytasz? Tu wszyscy przeszkadzają wszystkim.

805

Stosunki pomiędzy rodzeństwem nigdy nie były dobre, wzajem­nie i szczerze sobą pogardzali, nawet z domieszką obopólnego obrzydzenia, więc może właśnie dlatego, uwzględniając szczegól­ny charakter sytuacji, Monika zdecyduje się odegrać rolę kochają­cej siostry:

806

— Napijesz się z nami? — spyta z miłym uśmiechem.

807

A Stefan Raszewski, jakkolwiek z nieco innych powodów, z pewnością ją poprze i jak uprzejmy gospodarz naleje szampana do wolnego kieliszka, po czym — z własnym w ręce prawej, ten drugi poda dłonią lewą i z gościnnym gestem Ksaweremu.

808

— Prosimy — powie.

809

Na tak sielski, zgoła familiarny nastrój Ksawery Panek nie będzie, jak się zdaje, przygotowany. Stojącemu na progu, z wro­gim i nienawistnym tłumem poza plecami, przestrzeń paru metrów lśniącego parkietu, jaka go będzie oddzielać od siostry i Rasze­wskiego (też szwagra?), wyda się naraz zbyt trudna, prawie niemożliwa do przebycia, poślizgnę się — pomyśli, i sięgnie do kie­szonki smokinga, aby chustką przetrzeć zwilgotniałe czoło, lecz i ten zabieg — dla osób postronnych naturalnie niedbały — nie przyniesie mu ulgi. Boże — pomyśli — niechby zginął, na zawsze przepadł ten przeklęty chłopak, Boże, jakbym go chciał zobaczyć w trumnie, rozgrzanymi od potu oczyma patrzeć będzie na parę stoją­cą w niebezpiecznym oddaleniu przy czeczotowym stole, na te zna­ne sylwetki, teraz groteskowo zniekształcone, z twarzami wydłu­żonymi jak pyski zwierząt i z rękoma ciężko zwisającymi wzdłuż nieforemnych ciał, i nagle, jakby ów obraz wydzielał ostrą woń amoniaku, otrzeźwieje, a przynajmniej wyda mu się, że wytrzeź­wiał.

810

— Wasze zdrowie! — powie, podnosząc kieliszek podany gospoda­rską dłonią Raszewskiego.

811

— Strasznie to zgrabnie z twojej strony, Ksawery — na to Monika. — Szkoda, że nie ma Konrada.

812

Ksawery:

813

— On wytwarza teraz społeczne lepiszcze. Wasze zdrowie!

814

Raszewski trochę nieopatrznie, a może i świadomie, żeby wilka wywołać z lasu:

815

— Co wytwarza?

816

— Społeczne lepiszcze.

817

Monika:

818

— Co to jest? Coś do jedzenia?

819

— Wyłącznie — na to Ksawery. — Niestety, dzięki trudnościom obiektywnym jest to produkt bardzo rzadki i trudny do nabycia. Choroba, Polityka, Żołnierz, PaństwoA wie pan, co to jest kamptokormia?

820

Tym razem Stefan Raszewski zachowa chyba postawę wyczekującą, może co najwyżej ostrzegawczy chłód pojawi się w jego oczach i uprzejmy rodzinny uśmiech zniknie z twarzy, co sprawi, że mimo fizycznej bliskości spojrzenie jego ogarniać będzie Ksawerego uważnie i czujnie, lecz z dystansu bardzo odległego. Wówczas Ksawery, może znów za wstawiennictwem opiekuńczych przodków, poczuje w sobie dreszcz siły, jaki musi odczuwać pogromca w ob­liczu niebezpiecznego drapieżnika. Jednym haustem, po polsku, wy­próżni kieliszek i trzymając go w dłoni, jak buławę, powie:

821

Kamptes znaczy po grecku krzywy, zgięty, a kormos: ka­dłub, tułów.

822

Raszewski:

823

— Domyślam się, że chodzi o terminologię naukową związaną ze schorzeniem kręgosłupa.

824

Ponieważ słowo kręgosłup skojarzy się w umyśle Moniki z krę­gosłupem ideowym, szybko zareaguje:

825

— Mam nadzieję, że nie będziecie mówić o polityce. Ostatecz­nie, to jest moje wesele.

826

Ksawery:

827

— Wszystko jest polityczne, moja droga, twoje wesele też.

828

— Brawo! — zawoła Raszewski. — Widzę, że młodsi adepci fi­lozofii zaczynają rozumować prawidłowo. Więc co z tą, jak powie­działeś? Kampto…

829

— Kamptokormia. Czytałem niedawno w jednym ze specjalistycz­nych pism angielskich, że wśród młodych rekrutów amerykańskich, powołanych do wojska i przed wysłaniem do Wietnamu szkolonych w bazie lotniczej w Lackland, w Teksasie, zanotowano w ostatnich miesiącach kilkanaście wypadków szczególnego schorzenia. Dotknię­ci nim skarżą się na potworne bóle kręgosłupa, nie mogą się wy­prostować i poruszają się jak małpy, o tak!

830

Wciąż z kieliszkiem zegnie się i z wzrokiem wbitym w lustrza­ną posadzkę, kołysząc opuszczonymi wzdłuż ciała rękoma, a również trochę podekscytowany wizją młodych, półnagich żołnierzy, zade­monstruje, jak chodzą owi amerykańscy rekruci. Niewykluczone, że i rysy twarzy się mu wykrzywią, jakby naprawdę straszliwie cierpiał.

831

— Przestań! — wykrzyknie Monika. — To okropne. Biedni chłopcy.

832

Raszewski:

833

— Nie dziwiłbym się, gdyby symulowali.

834

— Ba! — na to Ksawery, już w pozycji normalnej. — To byłoby proste. Ale oni wcale nie symulują. Wszystkie możliwe testy i zastrzyki na prawdomówność wykluczają symulację.

835

— Więc są chorzy?

836

— Zależy, co się przez chorobę rozumie. Kręgosłupy mają zu­pełnie normalne, tyle tylko, że się nie mogą wyprostować i napra­wdę cierpią.

837

Chyba w eks-sypialni Księcia Prymasa zalegnie cisza, więc bardzo wyraźnie dotrze „Sto lat”, zaintonowane chóralnie fałszy­wymi głosami kilku mężczyzn w którejś z odległych sal.

838

Ksawery z błyszczącymi oczami:

839

— Jedynie pozycja leżąca, czy horyzontalna, jak by powiedział pan Settembrini, przynosi im pewną ulgę, natomiast, gdy któryś z tych młodych rekrutów zostaje z wojaka zwolniony, jego cierpienia i w ogóle wszelkie objawy chorobowe znikają. Ciekawe, prawda? Pan by, oczywiście, wolał, żeby to była symulacja?

840

Raszewski:

841

— Jeśli cię interesuje, co ja bym w tym wypadku wo­lał, to ci odpowiem: wolałbym, żeby żaden żołnierz na świecie nie musiał ani choroby symulować, ani w chorobę urojoną uciekać. Jasne?

842

Monika:

843

— Przestańcie! Już nie mogę tego słuchać, chcecie mnie, zdaje się, zmusić, żebym zaczęła chodzić jak małpa?

844

Ksawery:

845

— Nie krępuj się, ostatecznie jesteś na swoim weselu. A pana nigdy nie boli kręgosłup?

846

Raszewski:

847

— Raczej plecy, zwłaszcza przy zmianach pogody.

848

Ksawery:

849

— Reumatyzm?

850

Raszewski:

851

— Właśnie.

852

Być może Monice się przypomni: skąd to masz? — pyta, gdy pod palcami, muskającymi barczystą nagość męskich pleców, wyczuje chropawe zgrubienie skóry, on: co?, ona: strasznie tego dużo, on: hitlerowcy nie oszczędzali amunicji, ona: byłeś ranny?, on: gdy­by nie twój ojciec nie leżałbym przy tobie, tylko zupełnie gdzie indziej i od dawna, ona po chwili: żartujesz, on: dźwigał mnie na plecach nieprzytomnego kilka kilometrów, ona: nie? nie mogę sobie wyobrazić, żeby mego papę stać było na coś podobnego, on: byłem wtedy szczupły, tego też pewnie nie możesz sobie wyobra­zić, ona: nie muszę, jesteś cudowny!

853

Natomiast Ksawery, czując, że sytuacja rozpływa się w nija­kiej (oportunistycznej?) ugodowości, jeszcze raz pozwoli się za­garnąć natarczywej, nieomal zmysłowej potrzebie wychylenia się. Naleje zatem szampana do kieliszka i powie:

854

— Przy tego rodzaju dolegliwościach reumatycznych wiatry wschodnie bywają szczególnie dokuczliwe, prawda?

855

Lecz tu, nim Raszewski zdąży odpowiedzieć, wyręczy go Pan­na Młoda:

856

— Wstydź się — powie, odwołując się do najniższych, prawie kontraltowych rejestrów swego głosu, a delikatnie perłowa karna­cja jej twarzy lekko pociemnieje. — On jest prawdziwym mężczyzną.

857

— Nigdy w to nie wątpiłem.

858

— Wolał cię zbyć reumatyzmem niż się chwalić, że całe plecy ma w bliznach po wojennych ranach. Oceń to, jak uważasz za właś­ciwe.

859

— Ach tak? — Ksawery na to. — Jesteś doskonale zorientowana w topografii pleców pana Raszewskiego.

860

— Owszem, jestem! — Monika lekko odeprze atak. — Papa nie raz opowiadał, jak kilka kilometrów niósł pana Raszewskiego na plecach nieprzytomnego.

861

— To naprawdę niepotrzebne, Moniko — odezwie się Raszewski.

862

Monika gwałtownie:

863

— Owszem, bardzo potrzebne, nie pozwolę, aby byle…

864

ŚmiechLecz dalsze jej słowa przytnie głośny, trochę histeryczny śmiech Ksawerego. Będzie to tego rodzaju śmiech, którego nie spo­sób pohamować, chwyta bowiem człowieka nagle i wbrew jego woli, wylewa się z piersi i z brzucha, jak gęsty krwotok, ciśnie się lepkim strumieniem do krtani i podobny nawiedzeniu, opętaniu lub atakowi epilepsji musi swoją ofiarą potrząsnąć i targać, od samego początku obcy wesołości, natarczywy, bełkotliwy, dręczący. Tak więc Ksawery podobnym śmiechem przyłapany, odruchowo uwolni się od zawadzającego w tej sytuacji kieliszka, odstawi go na stolik, a sam zachłystując się spienionym chichotem przejdzie chwiejnie kilka kroków po niepewnej linii przypominającej pętlę, niezdarnie przy tym, jakby się opędzał przed rojem złośliwych szerszeni, wymachując rękoma… okropność, i jaki wstyd!

865

Na szczęście zarówno Monika, jak Raszewski będą milczeć, trochę zaskoczeni, a pewnie i stropieni tą nieprzyzwoitą mani­festacją byłego starszego asystenta przy katedrze historii filo­zofii współczesnej. Więc z braku nowych bodźców zewnętrznych zgaśnie najpewniej śmiech Ksawerego równie nagle, jak się był nagle objawił. Spostrzeże wówczas Ksawery, iż zgotował sobie sy­tuację nieomal tak drastyczną, jakby się naraz, w tym oto histo­rycznym gabinecie, pokazał na golasa. Coś podobnego zachrobocze prawdopodobnie w jego umęczonej głowie. Przybierze zatem — tak można przypuścić — wiadomą pozycję i kołysząc rękoma opuszczony­mi wzdłuż zgiętego ciała, spojrzy spode łba na stojącą nierucho­mo w głębi parę i wystęka bełkotliwie:

866

— Przepraszam.

867

Po czym, ciężko poruszając stopami wykona zniekształconym ciałem pełny obrót i zgięty, kołysząc się prawidłowo wedle obja­wów kamptokormii, z twarzą wykrzywioną cierpieniem opuści miejsce swoich ryzykownych przedsięwzięć.

wieczorem

868

Po całym dniu pracy, bez zmęczenia i znudzenia, dobrnąłem do 77 strony maszynopisu. WiosnaWciąż pada śnieg, lecz temperatura cały dzień utrzymuje się w okolicach zera, więc skrzyżowanie ulic, które widzę z okna mego pokoju, tonie w kałużach i w bło­cie, leje się z dachów, z okiennych parapetów i z balkonów.

869

Pod wieczór przyszedł Zygmunt, który, jak mi się wydaje, z zainteresowaniem słuchał, kiedy po kolacji czytałem mu duże fragmenty Dziennika. Potem trochę notatek w związku z pewnym projektem na przyszłość oraz lektura opowiadań Jerzego Gierałtowskiego Wakacje kata, debiut, jak na prozę, dość późny (autor ur. w 1931), lecz dojrzały i interesujący.


870

Matka i syn. Chwila niezupełnie zrozumiałej szczerości Adama Nagórskiego.

871

Na piątkowym koncercie Haliny Ferens-Czaplickiej:

872

…kiedy wyprostowana, z dostojnie siwą głową, drobna i wzruszająco kru­cha w wieczorowej sukni z czarnego aksamitu i z zalotnie staroświecką aksamitką na szyi kroczyła przez rozległy hall Filharmo­nii prawie dziewczęcymi kroczkami u boku swego znakomitego syna, krokami chyba nie nazbyt odmiennymi od tych, którymi niegdyś, bardzo, bardzo niegdyś obdarowywała Ofelię, Rozalindę i Norę, Oko, Wzrok, Światłoi w pewnym momencie w oczach jej, na co dzień już starczo wyblak­łych, zapalił się naraz prawie ten sam gorący, wibrujący blask, który w pradawnych czasach, bo jeszcze w pierwszych latach stule­cia, przysparzał jej, słynnej Kellerce, ulubienicy Warszawy, tyle hołd ów i uwielbień — — — — —

873

Ów gorący i wibrujący blask oczu z pewnością będzie odmła­dzać starszą panią również i na weselnym przyjęciu siostrzeńca, który na skutek zawiłych procesów dziedziczenia nie od rodziców, lecz od ciotki otrzymał urodę oczu oraz bogactwo talentu, więc że ten blask spojrzenia ogarnie Adama, gdy ten wśród poruszeń i zamąceń czasu przyszłego podejdzie do matki, prezentującej tę samą wdzięcznie staroświecką toaletę, co wczoraj na koncercie — to prawie pewne. I, być może, Adam Nagórski podobnie jak wczo­raj także się uśmiechnie.

874

— Przepraszam cię, mamo — powie — chciałem ci zadać jedno pytanie.

875

— Nawet dwa! — ona odpowie i w jej głosie zadrga zadziwia­jąco czysta, prawie dziewczęca nuta, jakby ona sama, jednak mimo blasku wilgotnych oczu — staruszka, przeistoczywszy się nagle w młodziutką Mirandę, miała zawołać: „O cudzie! Jak wiele wspania­łych istot! Jak piękna jest ludzkość! Nowy, wspaniały świat z takimi ludźmi!”.

876

Kto wie, czy ta perlista nutka w głosie matki nie podrażni syna.

877

— Nigdy cię o to nie pytałem, sam doprawdy ale wiem, skąd mi to przyszło do głowy właśnie teraz, musisz jednak przyznać, że ani ja tobie, ani, co ważniejsze, również i ty mnie, nigdyś­my sobie nie utrudniali życia nadmierną ilością pytań.

878

— Gniewasz się?

879

— Chyba już za późno na gniew.

880

— Wiem, o co ci chodzi. Gniewasz się, że wypiłam dwa kielisz­ki koniaku. Jeden młody aktor mi dotrzymywał towarzystwa, nie pa­miętam już, jak się nazywa, ale bardzo sympatyczny.

881

— Łukasz Halicki?

882

— Możliwe. Zapewniam cię, że te dwa koniaki nic a nic mi nie zaszkodzą, świetnie się czuję.

883

— Więc aż dwa wypiłaś?

884

— Dwa! — odpowie z akcentem dziewczęcego tryumfu. — A gdybym cię teraz poprosiła o trochę szampana?

885

— Oczywiście, już ci służę.

886

I skoro niebawem wróci z dwoma kieliszkami:

887

— Twoje zdrowie, mamo, bardzo ładnie wyglądasz.

888

— Naprawdę?

889

— Z pewnością zbierasz same komplementa?

890

— Przesadzasz, jak zawsze.

891

— Trudno, mamo, to mój zawód. Ale wracam do mego pytania. Kobieta, Matka, Syn, Artysta, Dziecko, ObyczajeDlaczego ty właściwie porzuciłaś scenę?

892

— Nie rozumiem — odpowie — jaką scenę?

893

— Teatr. Dlaczego przestałaś grać?

894

— Ach, to! No, wiesz, zabawne pytanie.

895

— Po raz pierwszy ci je zadaję, nigdy nie pytałem.

896

— Chciałbyś, żeby matka znakomitego pisarza była starą, eme­rytowaną aktorzycą?

897

— Mam nadzieję, że kiedy rzucałaś teatr, tej ewentualności nie brałaś pod uwagę? Nie było mnie jeszcze na świecie.

898

— To co z tego?

899

— Ojciec żądał, żebyś rzuciła scenę?

900

— Grzegorz? Ależ, Adam…

901

— Mamo, ja mówię o ojcu, a nie o panu Sołtanie.

902

— Przepraszam, oczywiście, ale tak dziwnie pytasz, nie rozu­miem, o co ci chodzi?

903

— Spytałem, czy ojciec żądał, żebyś rzuciła scenę, co w tym dziwnego?

904

— Bo tak pytasz, jakbyś miał do mnie pretensję, tylko o co?

905

— Ależ o nic, mamo, po prostu pytam, po raz pierwszy po kilkudziesięciu latach, dlaczego przestałaś grać, byłaś młoda, piękna, sławna.

906

— Ale gdybym nie wyszła za twojego ojca za mąż, ciebie by nie było.

907

— Rozumiem — powie wówczas, ostatecznie tracąc panowanie nad hamulcami wewnętrznymi, ponieważ zacznie tę rozmowę tylko w tym celu (choć niekoniecznie w pełni tego świadomy), aby w pew­nym momencie ulegle ją poddać karkołomnemu skrętowi — rzuciłaś teatr i zostałaś panią rejentową, żebym ja się mógł zjawić na świecie, przewidziałaś prawdopodobnie nawet moją przyszłość, a może duch któregoś z wieszczów wystukał ojcu spodeczkiem moją przyszłość? W każdym razie potem, oczywiście, wyszłaś drugi raz za mąż, żebym nie był sierotą bez tatusia, potem oddałaś mnie na wiele lat do internatu, żebym otrzymał odpowiednie kształ­cenie i wyrobił sobie charakter, wszystko teraz rozumiem… że też mi to wcześniej nie przyszło do głowy! Rozumiem teraz, dla­czego porzuciłaś teatr.

908

I gdy wreszcie zamilknie (wszelkie komentowanie jego odczuć w tym momencie byłoby chyba zbędne) — chwila upłynie, zanim star­sza pani udzieli swemu dziwacznemu synowi repliki następującej:

909

— Dobrze, mogę wrócić do domu, i to zaraz, jeśli sobie tego życzysz, wiesz dobrze, że nikomu, zwłaszcza tobie, nie lubię prze­szkadzać.

910

— Ależ mamo, wcale mi nie przeszkadzasz, przyznaję, niepo­trzebnie się uniosłem…

911

— Nie zauważyłam, żebyś się uniósł. Może nie zawsze rozumiem, co mówisz, trudno, nie dorosłam do twego poziomu, ale intencję czuję doskonale. Odprowadź mnie do szatni, dalej sobie sama po­radzę, mogę wrócić autobusem.

912

— Mamo, przecież to nie ma sensu!

913

— Ja chcę być w domu.

914

— Posłuchaj, pozwól sobie wytłumaczyć.

915

— Nie ma nic do tłumaczenia, dzieci i stare kobiety powinny o tej porze spać. Nie fatyguj się, Konrad mi pomoże — dojrzy bo­wiem siostrzeńca, akurat nieopodal przechodzącego, i przywoła go lekkim ruchem ręki jeszcze smukłej, choć zniekształconej da­leko posuniętym artretyzmem.

916

A skoro Konrad Keller natychmiast podejdzie do matki i syna, starsza pani powie:

917

— Cieszę się, że cię widzę, Konradku, pożegnaj ode mnie swoją śliczną żonę…

918

— Cioteczka chce już nas opuścić? Dlaczego, dziecinna pora.

919

— Właśnie powiedziałam Adamowi, że dzieci i stare kobiety po­winny już iść spać. Było pięknie, uroczo, strasznie ci za wszyst­ko dziękuję, ale wszystko ma swój koniec. Bądź tylko tak dobry i odprowadź mnie do szatni, bo Adam jest bardzo zajęty.

920

— Mamo! — powie znakomity syn.

921

Ona wciąż tylko do Konrada:

922

— I jeszcze ten kieliszek weź, kochanie, dobrze? Zachciało się starej szampana, ale straciłam ochotę. Nie tylko starość bywa egoistyczna.

923

— Źle się cioteczka czuje?

924

— Ależ nie, dlaczego? Powiedz mi, Konradku, tylko szczerze, tobie i twojej żonie moja obecność chyba nie przeszkadzała?

925

— Cioteczko!

926

Prawdopodobnie Adam Nagórski pośpieszy w tym momencie z wyjaśnieniem:

927

— Mama sobie wyobraziła, że mnie przeszkadza, rozumiesz?

928

— Nie do końca.

929

Adam:

930

— Ja też!

931

Wówczas Konrad Keller blaskiem swych ciemnych i wilgotnych oczu obdarzy kuzyna, potem ciotkę i powie z akcentem ulgi:

932

— Już zrozumiałem. Nareszcie czuję, że jestem w rodzinie.


933

Tymczasem Marek Kuran, wbrew obawom Ksawerego, krążyć będzie po salonach w charakterze skromnego i dobrze wychowanego młodego człowieka. Nawet przekrzywiony krawat doprowadzi do porządku, gdy mijając weneckie lustro w sali pod niebiańską kopułą dostrzeże ten nonszalancki drobiazg, malowniczy na tle dwuznacznych półmro­ków zadymionej piwnicy, lecz całkiem, jak uzna, nie na miejscu tutaj, w świecie dojrzałości i w pełnym blasku ośmiu ogromnych, kryształowych świeczników, będących, niestety, tylko współczesnymi kopiami polskich świeczników z XVIII wieku. Chyba też i włosy nadto potargane przygładzi swymi cokolwiek wulgarnymi dłońmi, dbając przecież, by pozostawić im młodzieńczą niedbałość. Wkrótce jednak, gdy dokona pobieżnego przeglądu sal, uświadomi sobie, iż większość obecnych jest mu nieznana, wszędzie, poza nielicznymi nazwiskami, napotykać będzie obce twarze, nie wiadomo do kogo należące, poczuje się więc zagubiony, wyobcowany i niedo­ceniony, i ten posmak goryczy, zrazu łagodnie smętny, prawie li­ryczny, wnet w nim stężeje i sprawi, że chłopięca twarz Ariela zblednie i grymas złości ją zeszpeci.

934

Z głębi sali, przy stole z mizernymi i nieporządnie rozbabranymi resztkami arcydzieł mistrza Kubickiego — Halina Ferens-Czaplicka, Adam Nagórski i Eryk Wanert. Skoro oczy Ariela bardziej niż zazwyczaj umykające na boki dostrzegą tę trójkę… och, tak! z pewnością Ariel dozna olśnienia: podejść do nich teraz, zaraz, zręcznie wciągnąć w rozmowę, a potem, potem? — rozpracować, rozbabrać, ośmieszyć ich wszystkich i zgnoić całą trójkę, a przede wszystkim tę podstarzałą babkę, to kurwiszcze zadbane i wypielęgnowane jak kurwa dolarowa (nie będzie zorientowany, kim jest towarzysząca mężczyznom kobieta, grunt, że z nimi jest na ty). Nie będzie oczywiście wiedział, co ma uczynić, aby cel osiągnąć, zawsze jednak wie w podobnych okolicznościach, że to musi wynik­nąć w odpowiednim momencie samo, równie spontanicznie, jak nieu­chronnie. I to musi być takie, jakim być powinno. Więc głębiej odetchnie i o wydech dłuższą chwilę się oprze, aby wzorem bokserów zaczynających rundę rozluźnić napięcie mięśni, koniuszkiem języka zwilży wyschnięte wargi, ku weneckiemu lustru (bo w tych jałowych wędrówkach po salonach wróci do miejsca startu) spojrzy, sprawdzi siebie uważnie i niejako ostatecznie, chłopięcy uśmiech wywoła i już gotowy, już tylko poszukujący wzrokiem najdogodniej­szej drogi, którą powinien przebyć, aby kosztem najmniejszego wy­siłku dotrzeć do znakomitych przyjaciół — nie wykona tej przedwstępnej, jakże łatwej akcji, strach go naraz obleci, lęk, że może nie sprostać tercetowi z jedyną kurewską niewiadomą, zaplątać się i samemu zbłaźnić, nim tamtych zdąży na błaznów przerobić. Przez moment, znów zwilżając koniuszkiem języka wargi, pewnie po­żałuje, że tercet nie jest kwartetem, a tym czwartym Ksawery, przy nim i w atakowaniu czułby się mocniej i w razie potknięcia bezpieczniej. Gdzież się ten złamany chuj podziewa? — pomyśli, całkiem nieświadomy ostatnich przedsięwzięć Ksawerego w gabine­cie ze schodami. Pogarda, Pozycja społecznaI nową falą lirycznej samotności ogarnięty cofnie się pod ścianę, na chłodny skraj wysokiego okna, odsłaniającego w ośnieżonej głębi półksiężycowej poświaty widmowy pejzaż nagiej i martwej wiosny-niewiosny, obcy straszny świat, obcy straszni ludzie, przed którymi, aby całkiem nie stracić twarzy, trzeba twarz skrywać poza maski i grymasy, parszywe knajpy, wódka, wód­ka, kac, bełkoty i kwiki, głupie, wredne dziwki, zdebilali przy­jaciele, świńskie ryła redaktorów srających ze strachu w koloro­we portki kupione na ciuchach albo przywiezione ze służbowej de­legacji na Zachód, i ci wyżej, ważniejsi, którym w nosach musi cią­gle gówno śmierdzieć, pływacy, zawsze pływacy, nawet przy żarciu i pierdoleniu pływacy w mętnej wodzie, tłuste tyłki wycierające wnę­trza mercedesów i wołg, zawistni grafomani z kontami wzdętymi jak brzuchy topielców, wapniaki, sprzedajne, wyorderowane i utytułowane kurwy zawsze gotowe usłużnie dupę podstawić, gnój, gnój, kupa gnoju… i gdy prawie do łez wzruszony tym ogromnym, metafizycznym żalem spojrzy wedle swego obyczaju na boki — z odległości nie wię­kszej aniżeli cztery, pięć kroków dostrzeże starszą, dość obfi­tych kształtów kobietę, siedzącą tuż pod ścianą, w fotelu ze złoceniami, Ludwik XVI (produkt francuski z końca XIX wieku). W jedwabnej sukni koloru bordo, cokolwiek ryzykownie wydekoltowanej, wyprostowana obyczajnie, lecz również jakby oklapła w sobie i sflaczała, z nogami wylewającymi się spod przykusego skraju toa­lety nadmiarem mięsa bladego i zdradzającego skłonności do opuch­liny, patrzeć będzie przed siebie ciemnymi oczami, kiedyś praw­dopodobnie ognistymi i uwodzicielskimi, teraz przesadnie natar­czywą wypukłością wyzierającymi z twarzy, której bujny ciężar bezpiecznie, choć z pewnym wysiłkiem wtopiony w przykrótką szyję skojarzy się Arielowi trochę z królową Wiktorią, a trochę z wyimaginowanym biustem podstarzałej i zmęczonej Hery, gdy opuś­ciwszy grono bogów, wesoło się zabawiających przy biesiadnym sto­le, usiadła samotnie na stronie, uznojona, och! jak bardzo uz­nojona wystawnym życiem, niewiernością męża, kłótniami w rodzi­nie, a nade wszystko młodością zwycięskich rywalek, więc oczy­wiście także młodością Ganimedesa, a tutaj, w tej zasranej Ja­błonnie, któż by miał prawo uznać siebie za chłopca porwanego przez boskiego orła? Leonardo też coś pieprzył o orle — przypom­ni mu się w związku z ostatnią książką Nagórskiego. Tak więc, dopiero wyplątawszy się z tych bujnych skojarzeń, Ariel-Ganimedes uświadomi sobie, że ma przed sobą prezesową Zofię Panek. Teściowa — pomyśli prawie czule.

935

I gdy do samotnie na uboczu siedzącej podejdzie, ukłoni się jak licealista profesorce.

936

— Przepraszam, nie przeszkadzam pani?

937

W jakich rejonach Zofia Panek będzie w tym momencie prze­bywać? Chyba w odległych, lecz na pewno własnych, bo choć lu­dziom postronnym będzie się mogło zdawać, iż z dobrowolnego od­dalenia nieprzerwanie bierze udział w życiu towarzyskim, jedno­cząc się z gośćmi wyprostowaną czujnie kibicią oraz cokolwiek nazbyt wypukłymi oczami — sympatyczny i wyraźnie nieśmiały głos, który tuż obok niej zabrzmi, zaskoczy ją i zamąci owe niewiado­me, własne afery.

938

— Ależ nie, oczywiście — odpowie z akcentem całkiem innym aniżeli ten, do którego przywykła w odległych czasach, gdy była ambasadorową w Hadze, w każdym razie nieco dziwnie brzmiący w jej przywiędłych i uszminkowanych wargach tak przecież oddalo­nych od czasów, gdy popijały były mleko z rodzicielskiego sklepiku przy ulicy Zielnej; tam gdzie teraz stoi Pałac Kul­tury.

939

A Ariel przypomniawszy sobie, że tytuł ambasadora jest do­żywotni:

940

— Pozwoli pani ambasadorowa, że się przedstawię. Jestem Marek Kuran.

941

W jakiejś mierze prezesowa Panek powinna poczuć wdzięczność dla nieznajomego młodzieńca, bowiem zwrot „pani ambasadorowo”, na podobieństwo nadawczego systemu radiowo-radarowego, sprowadzi ją natychmiast z mętnych przestrzeni, przywracając miejsce na ziemi, w tym momencie posadzkę pałacową pod nieco obrzmiałymi nogami i kopułę niebiańską wysoko ponad głową.

942

— Bardzo mi miło — powie, podając młodemu człowiekowi rękę.

943

Oczywiście Kuran z szacunkiem należnym osobom najwyżej postawionym pochyli się i na tłustej, obficie w pierścionki przystrojonej dłoni złoży nieśmiały pocałunek. Jednocześnie jego ład­ne oczy umkną niespokojnie na bok, natychmiast jednak przywróci im wyraz szczerej młodzieńczości, a lekkie opuszczenie powiek, uwydatniając długość jego dziewczęcych rzęs, uczyni go tak wzruszająco niewinnym, iż Zofia Panek z pewnością życzliwie się uśmiechnie.

944

Wówczas Kuran:

945

Matka, Syn, Seks, Obyczaje— Już od dawna marzyłem, żeby być pani przedstawionym, pani ambasadorowo. Wiele razy prosiłem o ten zaszczyt Ksawerego.

946

— To pan zna Ksawerego?

947

— O tak! To jest mój w pewnym sensie mistrz, bardzo wiele mu zawdzięczam. Bo muszę pani wyznać, pani ambasadorowo, że mia­łem strasznie trudne dzieciństwo, mój ojciec zginął w Powstaniu, kiedy ja się jeszcze nie urodziłem, a moja matka umarła przy po­rodzie i wychowałem się w sierocińcu. Zawsze mi bardzo brakowało i nadal brakuje matki.

948

— Biedne dziecko — szepnie wzruszona kobieta — pan jest jeszcze strasznie młody.

949

— W stosunku do matki zawsze się jest dzieckiem, pani ambasadorowo. I gdyby pani raczyła, gdyby pani zechciała, nie, naprawdę nie mam odwagi, ale trudno, powiem, bo mi to już od dawna leży na sercu, a pani jest na pewno dobra i mądra, więc pani może mnie zrozumie. Chciałem panią prosić, bardzo, bardzo panią prosić, żeby pani i teraz, i na przyszłość pozwoliła mi mówić do siebie: mamo, mamusiu…

950

Chyba Zofia Panek lekko się zmiesza.

951

— Ależ moje dziecko… — powie niezdarnie.

952

Wówczas Marek Kuran podniesie rzęsy, jego oczy błysną nie­bezpiecznie.

953

Seks, Matka, Syn, Obyczaje, Kochanek— Dlaczego ależ? Mam prawo mówić do pani: mamusiu, bo w pewnym sensie mam prawo do tytułu pani synowej, przepraszam, źle się wyraziłem ja jestem pani zięciem, pani ambasadorowo, bo to ja, trzeba pani wiedzieć, Ksawerego pierdolę, on jest w łóżku za kobietę, a ja go, proszę mamusi, pierdolę, on w łóżku wyłącz­nie lubi, żeby go chędożył chłopak z dużym kutasem, Ksawery mówi, że ja wam bardzo dobrego, pojęcia mamusia nie ma, jaka to jest kurwa ten Ksawery, ciekawy jestem, czy w młodości mamusia też tak lubiła…

954

Lecz mimo wzrastającego podniecenia, chyba zdania nie do­kończy, ekscytujący dreszcz, który w miarę przyśpieszenia słów będzie go wypełniać coraz bardziej się zagęszczającym mrokiem, nagle w nim zastygnie, i wówczas Marek Kuran, rzuciwszy na boki spod opuszczonych rzęs szybkie, spłoszone spojrzenie, cofnie się krok do tyłu, coś może jeszcze wymamrocze, lecz w każdym razie coś bardzo niewyraźnego, i w tym samym momencie, najzupeł­niej pewien, że za chwilę, za sekundę stanie się jakaś rzecz nieprzewidziana i okropna, choć nie zdąży zdać sobie sprawy, na czym ta nieprzewidziana okropność będzie polegać, wiedząc jednak, że w tym, co się stanie, nie wolno mu wziąć udziału — więc zniknie, po prostu zniknie, nieomal dosłownie roztopi się w powietrzu, jakby naprawdę był Arielem-Ganimedesem i posiadał boską umiejętność dematerializowania się.

955

A ledwie się to nadprzyrodzone zniknienie, a raczej ulot­nienie młodego poety dokona — Zofia Panek, całkiem nieświadoma, co się wokół niej dzieje, jedynie pod wrażeniem zalewającej ją ciemności, jakby się ogromna kopuła, ucharakteryzowana na niebo z gwiazdami rozpękła i poprzez otwartą wysoko w górze przepaść lać począł ciężki pomrok, gasząc światła kryształowych żyrandoli i w miarę obsuwania się zmętniałych ciemności wypełniając przestrzeń złowrogim szumem, któremu natychmiast zawtóruje szum wzrastający w jej skroniach, wtedy zdjęta przerażeniem, unieruchomiona w wielkim fotelu imitującym styl Ludwika XVI, wypełniając cały jego obfity obszar swoim ciałem opiętym jedwabną i nazbyt wydekoltowaną suknią koloru bordo, z nogami wyprężonymi, więc jeszcze natarczywiej wylewającymi się spod przykusego skraju toalety, a z twarzą posiniałą i z zamkniętymi powie­kami, głowę sztywno oparłszy o sztywną i złoconą poręcz fotela, wtedy Zofia Panek zacznie krzyczeć, jej obnażona szyja nabrzmie­je, uszminkowane wargi zaokrąglą się i z jej porażonych wnętrz­ności wydobywać się będzie przez ten obramowany krwawą czerwie­nią otwór, niby z jamy prowadzącej z głębi piekieł, wrzask prze­nikliwy i jednostajny, przerażający krzyk ex profundis — — — — — cisza się nagle stanie na sali, zespół „La Da Co” urwie w poło­wie taktu, potem ci, którzy znajdą się najbliżej, podbiegną do krzyczącej, także zaraz potem i inni z przyległych salonów — więc już zbiegowisko, tłum wylękniony i bezradny, zanim Pan Mło­dy — — — — —

956

I chyba niech ten krzyk Zofii Panek, ten krzyk w pełnym świetle kryształowych żyrandoli i pod kopułą z gwiazdami, niech to wycie, ten wrzask szalony przerażenia i wołania o pomoc — — — — niech ten krzyk wyzwolonego nieszczęścia zakończy chwiejną wędrówkę wśród zawiłych labiryntów czasu przyszłego niedokonanego, chyba już nic tu po nas, moglibyśmy tak błądzić w nieskoń­czoność, naprawdę, chyba nic tu po nas, zaplątanych w czasie przyszłym, penetrującej ciekawości stało się zadość i to tak dalece, że zazdrosne życie poczyna już nas wzywać — — — — — oto poprzez krzyk prezesowej Panek przebija się (więc z czasu teraźniejszego) dźwięk strojonych instrumentów, także pogwar publiczności wypeł­niającej szczelnie salę Filharmonii, za moment ucichnie stroje­nie instrumentów, cisza stanie się na sali, a ogromna wrzawa oklasków wypełni ją wówczas dopiero, gdy w głębi ukaże się Halina Ferens-Czaplicka — — — — —


sobota, 4 kwietnia

957

Czy istotnie „penetrującej ciekawości stało się zadość”? Nie jestem tego pewien. Raczej odnoszę wrażenie, że wyczerpała się moja wyobraźnia penetrująca czas przyszły. Lecz równocześnie mu­szę się zgodzić, że jeśli w samej zasadzie zamysłu istnieje nie­ograniczona prawie mnogość sytuacji, takie bowiem możliwości po­siada czas przyszły — nie sposób podobnego zamysłu pokazać w kształcie skończonym. Skoro zatem sam zamysł zakłada niemożność skończenia — po co, stwarzając coraz to nowe i nowe sytuacje udawać, że się w ten sposób osiąga niedokończenie mniejsze albo się przybliża ku skończeniu?

poniedziałek, 6 kwietnia

958

Wczoraj, zbyt niechętny wszystkiemu, co napisałem, nie mia­łem odwagi zabrać się do lektury części II, dzień zupełnie jało­wy i jak zawsze przy takim nastroju o wiele za długi.

959

Dzisiaj w nastroju nie lepszym, na siłę zabieram się do pra­cy. Na dworze wiosennie, widać jeszcze gdzieniegdzie płachetki śniegu pozostałe po ostatnich śnieżycach, szybko jednak na słońcu zanikają. W wyjątkowo wczesnej rannej poczcie egzemplarz węgierskiego wydania Idzie skacząc po górach oraz list z Agencji Autorskiej z zawiadomieniem, iż Radio Japońskie chce w swoim programie słuchowisko oparte na Wielkim Tygodniu.

960

Trochę mnie ta nieoczekiwana propozycja rozbawiła, bo i grotes­kowe, i nieco żałosne jest zestawienie faktów: utwór tak bardzo związany z okupacyjną Warszawą i z walkami w getcie w 1943 roku rozpowszechniany będzie w egzotycznej Japonii (z jakimi aktorami? japońskimi? w roli Ireny Lilien aktora japońska?), podczas gdy tu, na miejscu, nie zgodzono się pod koniec lata 1967, aby na podstawie gotowego już scenariusza (napisaliśmy scenariusz razem z Andrzejem Żuławskim) i w kooperacji z producentem zachodnio-niemieckim Andrzej Wajda nakręcił Wielki Tydzień dla telewizji w związku z przypadającą na rok następny dwudzies­tą piątą rocznicą powstania w warszawskim getcie. O ile wiem, żadne konkretne argumenty nie zostały wówczas Wajdzie zakomunikowane. Słowo, Sztuka, Państwo, WładzaDość częsty mechanizm cenzury: anonimowość instancji decydującej o zakazie oraz staranne unikanie podania motywacji. Do tej pory pojęcia np. nie mam, kto i dlaczego sprzeciwił się wydaniu mojej Apelacji, jedyny argument negatywny, jaki do mnie dotarł, zawarty był w liście z wydawnictwa „Czytelnik” (z dn. 28 XII 1967) informujący mnie, iż „uprzejmie zawiadamiany, że złożonej nam powieści pt. Apelacja. (ca 5 ark. aut), nie mo­żemy uznać za wykonanie umowy nr 625/59 ustalonej na 15 ark. aut.”. To wszystko. Polska, Czary, DuchW wypadkach ingerencji z zewnątrz A. M., któ­ry przed kilkoma laty był przez dłuższy czas sekretarzem jed­nego z tygodników kulturalno-literackich, zwykł był przy podo­bnych okazjach mówić w redakcji: zadzwoniło i powiedziało. W miazdze, jaką jest publiczne życie w Polsce, pełno duchów i zjaw, strzyg równie bezkształtnych i anonimowych, jak oni, którymi zasłaniają się nieraz w niezręcznych dla siebie sytuacjach nawet ministrowie. Wszechobecne działanie magii, zaczarowani lu­dzie, zaczarowany świat.

Część 2. Prolog

961

Na piątkowy koncert symfoniczny w Filharmonii, 18 kwietnia 1969 roku, wszystkie bilety zostały wyprzedane, a wejściówek, o które przede wszystkim się dobijała młodzież szkół muzycznych, wydał sekretariat Filharmonii nie mniej niż z okazji gościnnych występów Rubinsteina, Richtera albo Kleckiego. Program nie zapowiadał sensacji muzycznych. Orkiestra Filharmonii pod dyrekc­ją Andrzeja Markowskiego miała wykonać symfonię g-mol, K.V. 183 Mozarta oraz drugą suitę z Daphnis i Chloe Ravela. Ale po wtorkowym recitalu był to drugi i zarazem ostatni występ Haliny Ferens-Czaplickiej. Wielka śpiewaczka, występująca w kraju po raz pierwszy od swego debiutu w Carmen w roku 1939, miała śpiewać Lament Ariadny Monteverdiego, arię z drugiego aktu Orfeusza Glucka oraz Pieśni wędrowca Mahlera.

962

Na poranną próbę, zgodnie z życzeniem śpiewaczki, nikogo na salę nie wpuszczono. Halina Ferens nie była w dobrej formie głosowej. Wyglądała poza tym na zmęczoną i jakby trochę zagubio­ną na tle orkiestry i wobec pustej widowni, Markowski, chociaż udawał dobry humor, z niepokojem myślał o koncercie wieczornym.

963

Zaraz po próbie Halina Ferens powróciła w towarzystwie Ai­mo Immonena do „Europejskiego” i zamknęła się w swoim apartamen­cie, zlecając młodemu akompaniatorowi zawiadomić recepcję, iż żadnych telefonów nie będzie przyjmować. Immonen, w czarnych dżinsach welwetowych i w zgniłozielonym golfie, nie zdążył jeszcze zrzucić kożucha. Dość przestro­nny salon, przylegający do sypialni, przypominał wnętrze kwia­ciarni, tak gęsto go wypełniały wielkie kosze oraz liczne wazony z kwiatami ciętymi. Halina Ferens przeszła do sypialni, lecz po chwili, już bez futra, stanęła we drzwiach.

964

— Zdaje się, że cię prosiłam, żebyś zszedł do recepcji? Nie chcę żadnych telefonów, żadnych!

965

— Po co mam schodzić? — powiedział, uważnie się jej przy­glądając — mogę stąd zadzwonić.

966

— Nie! — zawoła z akcentem zaciętej stanowczości, jakby nie prośbą Orfeusza, którą przed godziną śpiewała, była przepeł­niona, lecz nagle wcieliła się w kształt Furii, owych cieni bu­dzących grozę, które wrogim i wielokrotnym „nie” zagradzają Orfeuszowi drogę do piekieł. — Chcę być sama.

967

Aimo rzucił kożuch na najbliższy fotel i podszedłszy do telefonicznego aparatu podniósł słuchawkę.

968

Reception? Here's Aimo Immonen. Yes… Mrs. Ferens wishes her apartament to be not connected with any telephones… Yes… Without exceptions… no incoming calls… Thank you[36].

969

I do Haliny:

970

— Załatwione, będziesz miała spokój.

971

— Powiedziałam, że chcę być sama.

972

Podszedł do niej i obiema dłońmi ujął delikatnie jej łokcie.

973

— Połóż się, darling[37] — powiedział miękko — ja się tylko ogolę i wezmę prysznic.

974

Chwilę milczała, nie usiłując jednak uwolnić ramion. Jasny, gęsty zarost pokrywał jego policzki i brodę, pod oczami miał sińce.

975

— Musisz wieczorem pięknie wyglądać i pięknie śpiewać.

976

Potrząsnęła głową.

977

— Tak — powiedział, lekko ją do siebie przyciągając.

978

— Nie ma cudów!

979

— Ja zrobię ten cud — powiedział tuż przy jej twarzy — po to mnie masz.

980

Słynna śpiewaczka, jakby się znalazła na estradzie wobec szczelnie wypełnionej widowni, nagłym, trochę niecierpliwym gestem cofnęła głowę do tyłu.

981

— Co robiłeś w nocy?

982

Uśmiechnął się.

983

— Gniewasz się?

984

— Piłeś?

985

— Na dole, w barze. Do czwartej, może nawet dłużej.

986

— A potem?

987

— Nie chciałem cię budzić, zresztą byłem pijany.

988

— Masz sińce pod oczami.

989

— Z niewyspania.

990

— Kłamiesz.

991

— Z nikim, darling, nie spałem. Ale przyznaję, dużo kobiet, a także mężczyzn miało na mnie ochotę. Twój Aimo cieszył się wiel­kim powodzeniem.

992

— Nie lubię, jak mówisz o sobie w ten sposób.

993

— Wolałabyś, żeby nikt na mnie nie spojrzał?

994

— Czasem sama nie wiem, co bym wolała. Na próbie byłam okropna.

995

— Wieczorem będziesz wspaniała.

996

— Jestem zmęczona, Aimo.

997

— Połóż się, a ja tylko skoczę do siebie po maszynkę do golenia. Przy mnie zapomnisz o zmęczeniu. Potem każemy podać lunch tu, na górę.

998

— Nie mam apetytu.

999

— Będziesz miała, zobaczysz! Potem będziemy odpoczywać, ściemni się, na dworze będzie śnieg, wiatr i zimno, a nam będzie ciepło i zacisznie, i będziemy się kochać, kochać i jeszcze raz kochać, a potem wypoczęta i piękna zabierzesz się do swojej gran­de toilette[38]… jaką suknię włożysz?

1000

— Pojęcia nie mam. Może tę wielką, czarną?

1001

— Cudownie w niej wyglądasz! Więc zrobisz swoją grande toi­lette, ja się przez ten czas też przebiorę, ale szybko, żeby ci towarzyszyć przy ostatnich pociągnięciach pędzla, i potem zej­dziemy na dół, podjazd jest tutaj tak dobrze urządzony, że gdy będziesz wsiadała do auta, nie muśnie cię ani jedno skrzydełko wiatru, ani kropelka śniegu na ciebie nie spadnie, po drodze dasz mi monetę, a ja, jak zawsze, wyskoczę z auta, żeby w twoim imie­niu i na intencję twego powodzenia wrzucić pieniądz do puszki kościelnej… w Warszawie jest dużo kościołów.

1002

— Możemy przejechać koło św. Krzyża, tam jest serce Chopina.

1003

— Wspaniale! Więc zrobię, co do mnie należy, podrzucę mone­tę św. Antoniemu, wrócę do ciebie, a potem? Potem będzie twój wielki wieczór, będziesz śpiewała najpiękniej w świecie, prześci­gniesz samą siebie, będziesz dla mnie śpiewała, tak?

1004

Gdy to mówił, kołysząc ją w ramionach, przyglądała się z wzrastającym wzruszeniem jego jasnej i młodej, choć trochę zmę­czonej twarzy, a ponieważ pod sam koniec poczuła się przez moment małą i bezbronną dziewczynką, znów odrzuciła głowę do tyłu i powiedziała cokolwiek ironicznie:

1005

— Opowiedziałeś ładną bajkę, Aimo.

1006

Potem, gdy już była w łóżku i jej ciało jeszcze nie zdążyło rozgrzać chłodnej i nieco sztywnej pościeli, a w sypialni, po zsunięciu zasłon panował półmrok i leżała na wznak, z jaśniej­szym w głębi od półcienia dokoła prostokątem drzwi otwartych do salonu, skąd wraz z matową poświatą pochmurnego dnia napływał aromat kwiatów, róż przede wszystkim i goździków, wówczas, po­przez odgłosy dobiegające z niezamkniętej łazienki, więc naj­pierw poprzez jednostajne brzęczenie elektrycznej maszynki do golenia, a potem poprzez szum silnego natrysku błądziła niespo­kojnie dokoła samej siebie, stojącej przed godziną na estradzie Filharmonii i aż nadto dobrze słyszącej własny głos, z trudem wydobywający się z krtani i bez blasku, płasko się przebijający przez nazbyt dla niego gęsty akompaniament orkiestry, Wspomnieniadreszcz nią wstrząsnął, więc podciągnęła kołdrę, aby okryć nagie ra­miona i wtedy nagle, jakby tym ruchem udzieliła hotelowej kołd­rze lotności czarodziejskiego dywanu, znalazła się w małej i zadymionej salce pewnego nocnego lokalu w Paryżu, przy obskurnej uliczce des Canettes, sinawy od dymu półmrok rozświetlały nie­liczne lampy, okryte ciężkimi, ciemnoczerwonymi abażurami, w tej tandetnej kolorystycznie scenerii jasne włosy młodego pia­nisty, który przygrywał na fortepianie, nie patrząc na klawiatu­rę, sprawiały wrażenie pokrytych patyną starego złota, a mło­dzieńcza twarz pod tym ciężkim hełmem, oglądana z daleka i pra­wie en face[39], twarz mężczyzny z północy, blada, o rysach dość grubo ciosanych, z rozchylonymi wargami i oczyma półprzymkniętymi zdawała się swoją egzotyczną obecnością wywoływać z zamierzchłych czasów twarz barbarzyńskiego gladiatora, oczekującego śmierci lub ułaskawiającego gestu cezara, dopiero po chwili zda­ła sobie sprawę, że to, co pianista gra, to są swobodnie i ka­pryśnie, jakby do atmosfery lokalu przystosowane, wariacje wys­nute z jej ulubionej Pieśni wędrowca, tej czwartej: „Błękitne oczy mojej najdroższej, które wysłały mnie w daleki świat”, pomyślała, że ten chłopak o przyciężkiej twarzy barbarzyńcy musi mieć silne, piękne i zdrowe ciało, i że chciałaby się znaleźć w jego ramionach i poczuć w sobie jego ciężką męskość, akurat szum prysznica przycichł, słyszała, wciąż marznąc w nazbyt nakrochmalonej pościeli, chciała jeszcze raz wywołać pod powieka­mi twarz Aima taką, jaką ją była ujrzała przed półtora rokiem w nocnym lokaliku przy ulicy des Canettes, lecz ten obraz, tak przed sekundą wyraźny i bliski, nagle się w niej rozpadł, sły­szała, że Aimo wyszedł z wanny i wyciera się grubym, włochatym ręcznikiem i nagle ogarnął ją strach równie przerażający, jak ten, który przytłaczał ją nieraz, gdy w różnych, lecz zawsze najmniej oczekiwanych momentach dopadała ją znienacka myśl o śmierci, obraz własnego ciała nieruchomo, jak kukła, spoczywa­jącego w trumnie, fala chłodu podpłynęła jej pod piersi i wyżej aż ku krtani, chciała usiąść, żeby rozpędzić ten dławiący kosz­mar, lecz uczynić tego nie zdążyła, nagi Aimo, w jednej ręce trzymając szklankę, a w drugiej butelkę whisky, stanął właśnie we drzwiach, w owym prostokącie światła, który zdawał się nale­żeć do świata całkiem innego aniżeli ten, który w półcieniu trwał tutaj, skóra Aima, jeszcze nie utraciwszy zimowej opale­nizny uzyskanej pod promieniami alpejskiego słońca, była wil­gotna, włosy opadały mu ciężkim złotem na nieco zbyt niskie czoło.

1007

— Jestem — powiedział.


1008

Ksawery Panek kupił na koncert dwa bilety, jeden dla sie­bie, drugi w intencjach pedagogicznych dla Marka Kurana. Lecz Marek przepadł gdzieś od trzech dni i Ksawery daremnie go poszu­kiwał po różnych lokalach, pojechał nawet wczoraj po południu do Pruszkowa, gdzie mieszkała matka Marka, urzędniczka miejscowej poczty, okazało się jednak, że pani Kuran, niska i otyła kobie­ta, której przedwcześnie podstarzałe rysy przekazywały dość bezwzględnie i okrutnie, szczególnie w odczuciu Ksawerego, ja­kie się w przyszłości mogą stać chłopięce rysy Marka, otóż oka­zało się, że pani Kuran od wielu tygodni nie widziała syna. Ksa­wery musiał wysłuchać rozlicznych żalów tej samotnej i zgorzk­niałej kobiety i sam był zbyt udręczony i niespokojny, aby swo­je wywody o niezwykłym talencie pisarskim Marka i wspaniałej przy­szłości, jaka czeka młodego poetę, aby zatem te zapewnienia i prognostyki podać w formie przekonywającej, skończyło się na tym, że on się z kolei począł na charakter Marka uskarżać i zabrnął w te ciemne i śliskie sfery tak daleko, że pani Kuran, pełna res­pektu dla jego naukowych kwalifikacji oraz pozycji ojca i siostry, poczuła się niejako zobowiązana, aby wystąpić ze słowami pocie­szenia, błagając równocześnie, by się nie zniechęcał i nie rezy­gnował z pedagogicznego opiekuństwa nad jej zabłąkanym synem.

1009

Ksawery Panek słuchał nieuważnie i wreszcie powiedział:

1010

— Ja już jestem bezsilny, proszę pani, zupełnie bezsilny.

1011

Na to pani Kuran:

1012

— Marek ma złote serce, panie doktorze, czasem udaje, że jest niedobry, ale to tylko poza, młodzieńcza poza, ja wiem, że wbrew pozorom on ma złote serce.

1013

Ksawery Panek, spoglądając na dużą fotografię przedstawiającą Marka jako kilkuletnie dziecko: pucołowatego aniołka z au­reolą jasnych, wesoło się kręcących włosów:

1014

— To prawda.

1015

— On się jeszcze kiedyś odwdzięczy za wszystko, co pan dla niego zrobił i robi, panie doktorze. Zobaczy pan! Żeby on tylko tak nie pił.

1016

— Właśnie!

1017

— Myślę sobie nieraz, dlaczego on pije? Ani mój mąż, ani ja nie mieliśmy żadnych nałogów. I nikt w rodzinie. Jak Marek pier­wszy raz przyszedł do domu pijany, miał wtedy czternaście lat, myślałam, że zwariuję, takie to było straszne, mąż był wtedy na delegacji, więc nie widział, potem, jak Marek coraz częściej przychodził nietrzeźwy, ukrywałam przed ojcem, może i dobrze, że biedak nie żyje, umarł w samą porę, żaby nie patrzeć, jaki z jego synem dramat.

1018

Rozkosz, Zazdrość, Ciało, Kochanek, WizjaW tym momencie w Ksawerym skrystalizowała się pewność, któ­ra w kształtach nie całkiem klarownych udręczała go jak niewi­dzialna strzyga od pierwszej nocy z wtorku na środę (po recita­lu Haliny Ferens-Czaplickiej), kiedy Marek nie wrócił do domu, pewność, że spotkawszy w którymś z lokali przypadkowych znajo­mych, odprawia z nimi wielodniowy balet. A ponieważ posiadał pobudliwą wyobraźnię, natychmiast wyroiły się przed nim nie da­lej niż na wyciągnięcie ręki, a nawet bliżej przeróżne konfigu­racje erotyczne, w których wśród rozpasanego splątania obojnackich członków, piersi, brzuchów, wilgotnych i otwartych warg, i ud rozpustnie rozchylonych lub wzniesionych na kształt skrzydeł w górę, i genitalii nabrzmiałych, spotniałych i ośli­nionych, wszystkie uroki szczególnie ruchliwe i przedsiębiorcze stawały się udziałem Marka, jego zezujących niespokojnie a i bezczelnie oczu, ocienionych dziewczęcymi rzęsami i jego chło­pięcego ciała, ofiarowującego się gorliwie wszelakim gwałtom i natychmiast chętnego do gwałtu. Zaatakowany tą natarczywą wizją wyciągnął z kieszeni welwetowych spodni chustkę, przetarł nią czoło oraz dłonie i powiedział:

1019

— Ja wiem, że Marek ma dobre serce.

1020

— Pan go przecież równie dobrze zna, jak ja, panie dokto­rze, może nawet lepiej. Dla młodego chłopca matka nie jest naj­ważniejsza.

1021

— On ma fantastyczny talent, proszę pani, za to ręczę. Ale nie wolno mu rozmieniać się na drobne.

1022

— Ja panu bezgranicznie ufam, panie doktorze, ufam panu, bo pan kocha Marka. Wszystko, co pan dla niego zrobi, będzie dla jego dobra.

1023

Ksawery Panek (polityka, to nie jest praca, to są zajęcia, polityka stwarza sytuacje, a nie wartości, lecz co jest dobre? „Lepiej zatem we dwóch być razem, mają bowiem pożytek ze swego towarzystwa. Jeśli jeden upadnie, drugi go podeprze. Biada samemu, bo jeśli upadnie, nie ma nikogo, kto by go podniósł. Jeś­li dwaj spać będą, zagrzeje się jeden od drugiego, A jeden, jak się zagrzeje?”), więc Ksawery, poruszony tak niespodziewanie wywołanym w pamięci tekstem Eklezjasty, powie podnosząc się z krzesła:

1024

— Myślę, że Marek pod moją nieobecność wrócił do domu. Jak go tylko zobaczę, każę, żeby się do pani zgłosił — — — — —


1025

Teraz, więc nazajutrz do rozmowie z panią Kuran, jest tro­chę po piątej po południu. Ksawery przy biurku. Z szerokiego ok­na jego dewizowej, dwupokojowej kawalerki na dziesiątym piętrze nowej kamienicy na ulicy Mokotowskiej rozległy widok na dachy Śródmieścia aż po bizantyńsko-nadwiślański Pałac Kultury, w tej chwili zatarty w zmierzchu, lecz istniejący w odległej głę­bi mroku dzięki czerwonym światłom wyznaczającym kontury jego ogromnych, choć niewidzialnych kształtów. Na biurku pedantyczny porządek: po lewej stronie, w wąskiej czarnej ramce siedemnasto­wieczny sztych z podobizną Jakuba Boehme (kupiony przed kilkoma laty w Kolonii, więc w okresie, kiedy Ksawery Pa­nek pisał swoją pracę doktorską Kategorie czasu w teozofii Jakuba Boehme), obok srebrny kubek z kilkoma długopisami i ko­lorowymi flamastrami (te ostatnie Marek szczególnie sobie upo­dobał), pod starą wenecką mozaiką ostatnie listy, a po prawej stronie mały lew z kopenhaskiej porcelany (podarunek Andrzeja Wajsa) i cynowa miska, w niej: dwie paczki Carmenów, zapałki, kostki do gry oraz morska muszla pełna bilonu; po środku parę arkuszy papieru z notatkami. Ksawery usiłuje pracować. Polityka, Nauka, Pozycja społecznaMniej więcej od roku, to znaczy od kiedy został usunięty z asysten­tury i nie może poza tym liczyć na prasę i radio, a również na prelekcje popularno-naukowe, głównym źródłem jego zarobków sta­ło się opracowywanie lub po prostu pisanie prac magisterskich dla ludzi na kierowniczych stanowiskach, którzy z uwagi na sprawowane funkcje, a również i z myślą o awansach chcieliby się wylegitymować naukowym tytułem, samodzielnie zaś, ze wz­ględu na brak czasu lub niedostatek kwalifikacji naukowych, po­dobnej pracy nie byli w stanie podjąć, Ksawery za tego rodzaju usługi, korzystając z ojcowskich koneksji, w zależności od włas­nego wkładu, otrzymuje od sześciu do dziesięciu tysięcy złotych, poświęca zaś zwykle jednej pracy magisterskiej cztery, pięć tygodni, zarabiając w ten sposób o wiele więcej niż na Uniwer­sytecie i wybitnie poza tym, w charakterze „murzyna”, poszerza­jąc zakres swojej wiedzy, przy wielu bowiem okazjach, szczegól­nie w zakresie ekonomii oraz nauk społecznych, musiał uzupeł­niać i pogłębiać wykształcenie dotychczasowe.

1026

Spogląda bezmyślnie w okno. Zawieja, szyba oblepiona wil­gotnymi płatkami śniegu. Aby nie przeoczyć telefonu Marka, sie­dział od rana w domu, tylko około drugiej wyskoczył na obiad do pobliskiego SPATiF-u[40], zresztą również w nadziei, że spotka tam kogoś, kto w ostatnich dniach Marka widział lub coś o nim sły­szał. Lecz nikogo takiego nie spotkał. Gości nie było dużo, trochę podstarzałych aktorów i aktorek, spożywających swoje skromne posiłki z powolnym skupieniem, lecz również z oczami nieobecnymi, jakby zniszczonymi ciałami uwiązani do stolików, talerzy, noży i widelców, duchami, wolnymi od fizycznych znie­kształceń, odwiedzali inne, doskonalsze sfery egzystencji. W pie­rwszej sali pod oknem, za bufetem z zakąskami, w towarzystwie sportowych działaczy, bardzo czerwonych i głośno rozprawiających, siedział popularny satyryk, Józef Sanecki, ale był tak pijany, iż Panek wolał się do niego nie zbliżać. W pewnym momencie wpadł Antek Raszewski, długowłosy, w obszernej, prawie kostek sięgają­cej pelerynie, zajrzał do sal sąsiednich, a potem zaraz wrócił do pierwszej i z ostentacyjną serdecznością przywitał się z ofia­rą politycznych przedsięwzięć własnego ojca, odsłaniając dzięki niedbałemu rozsunięciu mokrej peleryny pomarańczowy szalik oraz obcisłe, jak trykot, spodnie koloru bordo wpuszczone w wysokie, czarne kalosze, niestety i on, choć z Markiem się przyjaźnił, nic o nim nie wiedział, młody i barczysty Rysio z szatni, bardzo niedawno wprowadzony na zastępstwo przez swego starszego brata, wszystkowiedzącego pana Bronka, zbyt słabo się jeszcze orientował w zawiłych personaliach gości, aby móc udzielić sen­sownych informacji, kelnerki, które usługiwały dzisiaj, wczoraj miały dzień wolny, więc ostatecznie Ksawery, bez smaku zjadłszy żurek oraz zrazy wołowe z kaszą gryczaną, wypiwszy jedną dużą wódkę i butelkę piwa, wracał do domu nie wiedząc, czy ubiegłej nocy (poprzednie sprawdził) Marek nie zawadził o SPATiF. PErotyzm, Tęsknota, Zazdrość, Marzenie, Alkoholotem, kupując w sklepie monopolowym na Mokotowskiej butelkę jarzębia­ku, ponieważ ostatni alkohol, jaki był w domu, wykończył był sa­motnie wczoraj późnym wieczorem, więc zakupując to państwowe lekarstwo na wszelkie udręki natury psychicznej, pomyślał, że gdyby Marek był w SPATiF-ie, byłby niechybnie pijany i dostate­cznie by rozrabiał, aby o jego najnowszych wyczynach poinformo­wał go telefonicznie jeszcze przed południem ktoś z przyjaciół lub znajomych. Lecz w tym przeświadczeniu nie znalazł pociesze­nia, przeciwnie: fakt, że z publicznych lokali nie docierało nic, co by sygnalizowało obecność Marka — sprawił, że pokrętna, bo całkiem anonimowa sfera prywatna natychmiast powróciła i Ksa­wery Panek z butelką jarzębiaku w kieszeni płaszcza wjechał na swoje dziesiąte piętro windą wypełnioną sabatem nagich, obojnackich ciał, więc przez moment, ciężko się wśród tej zbiorowej i prócz nagości Marka anonimowej kopulacji wznosząc ku swemu pustemu niebu, pomyślał, aby zawrócić i z pisuaru lub z najbliż­szych okolic pisuaru na Placu Trzech Krzyży sprowadzić do siebie pierwszego lepszego chłopaka, lecz ledwie to pomyślał, wiedział już, że tego nie uczyni, mimo to jednak począł sobie wyobrażać, jak by się ten sprowadzony z ulicy chłopak szybko i sprawnie roz­bierał, jak by zrzucał gruby sweter, z przemokniętych pantofli wysuwał stopy i z zawodową rutyną ściągał z siebie tanie, zni­szczone dżinsy, wówczas wyłoniłoby się mocne, prostaczo ukształ­towane ciało, z tym obrazem nagiego chłopaka wszedł do mieszkania, lecz gdy zapalił światło i zdejmował płaszcz, chłopak z placu Trzech Krzyży, nie całkiem prócz dużego członka we wszyst­kich szczegółach sprecyzowany, zmienił się w Marka, wziął więc jarzębiak i w kuchni wypił duszkiem pół szklanki, przez moment wydało mu się, że zwymiotuje, ale nie zwymiotował, wstawił ja­rzębiak do lodówki, a potem w pokoju tak jak stał, w ubraniu i w obłoconych butach zwalił się na tapczan i prawie natychmiast zasnął, ściemniało się już, gdy zbudził go telefon, poderwał się całkiem trzeźwy, jest Marek? — spytał męski głos, nie ma go — powiedział — a kto mówi?, lecz zamiast odpowiedzi usłyszał od­głos odłożonej słuchawki, położył więc i swoją, nie odchodził jednak od aparatu, wydało mu się bowiem, że zaraz znów się roz­legnie sygnał, stał parę minut wyczekując, potem przeszedł do łazienki, aby umyć ręce i odświeżyć twarz, wykonywał te czynnoś­ci, machinalnie unikając lustra, aby nie ujrzeć własnej twarzy, a gdy się odwrócił z mokrą twarzą, chcąc wilgotnymi dłońmi sięgnąć po ręcznik, trafił nie na własny, lecz Marka, niedbale wciśnięty pod samą prawie ścianę, ściągnął go i wtedy spadły spod ręcznika na bidet czerwone slipki, schylił się, żeby je podnieść, były brudne, z wyraźnymi śladami zaschniętej spermy, przyłożył je do wilgotnej twarzy, chcąc w nich odnaleźć zapach Marka — — — — —

1027

Telefon milczał, więc kilkakrotnie podnosił słuchawkę, aby się upewnić, czy aparat nie jest zepsuty. Sygnał był. Pomyślał zatem, że — być może — awaria jest jednostronna, wielokrotnie zdarzało się w ostatnich miesiącach, że z jego aparatu można by­ło dzwonić, natomiast z miasta nie sposób było uzyskać połącze­nia. Postanowił sprawdzić. Przez dłuższą chwilę zastanawiał się, do kogo zadzwonić, wreszcie wykręcił numer Andrzeja Wajsa, z któ­rym był blisko kilka lat temu, lecz którego lubił nadal. Ale w mieszkaniu Wajsa nikt telefonu nie odbierał. Zadzwonił do Adama Nagórskiego.

1028

Nagórski prawie natychmiast słuchawkę podniósł.

1029

— Tak, słucham.

1030

Ksawery wyjaśnił swoje wątpliwości. Na to Nagórski:

1031

— Już do ciebie dzwonię.

1032

Sygnał odezwał się niebawem.

1033

— Adam? Dziękuję i przepraszam, jeżeli przeszkodziłem.

1034

— Co u ciebie?

1035

— Nic ciekawego.

1036

— Wybierasz się na koncert?

1037

— Mam bilety.

1038

— To się zobaczymy. Okropna pogoda. Słuchaj, Ksawery, może się po koncercie spotkamy na St. Germain i pójdziemy na ostrygi?

1039

— Chętnie.

1040

— To świetnie! Pochwalimy się jutro na weselu twojej siostry.

1041

Dochodziło pół do szóstej. Wiedział, że jeśli do siódmej Ma­rek się nie zjawi lub nie zadzwoni — zrezygnuje z koncertu, aż wreszcie, gdzieś pomiędzy dziewiątą i dziesiątą — już nie mając sił dłużej bezczynnie czekać, wyruszy na miasto, na obchód loka­li i to niedalekie, lecz chyba nieuchronne wędrowanie tylekroć wydeptaną trasą Nowego Świata i Krakowskiego Przedmieścia aż po rynek Starego Miasta skojarzy mu się z procesją, tyle że samotną, Drogi Krzyżowej, której poszczególne stacje na podobieństwo bo­gato przyozdobionych ołtarzy prezentować będą mimo odmiennych dekoracji ten sam zagęszczony motyw tłoku, pijaństwa, zgiełku i dymu. Lecz równocześnie przerazi go i perspektywa godzin najbliż­szych, więc, żeby się przeciw ich ciemnym czarom i gusłom uodpor­nić, wstanie od biurka, na którym we wzorowym porządku spoczywają notatki do pracy magisterskiej dyrektora pewnego Zjednoczenia, całkiem jak dotąd niewyklarowany zarys naukowej dysertacji za dziesięć tysięcy złotych, przejdzie, zapalając po drodze wszyst­kie światła, do kuchni i wydobywszy z lodówki jarzębiak — — — — —


1042

Adam Nagórski cały dzień spędził w domu. Z płytkiego i przerywanego snu nad ranem, gdy nasenny proszek przestał działać, więc ze snu, który był mało pożywny, rozbudził się ostatecznie przed siódmą, w mieszkaniu podobnie jak wczoraj było chłodno, ka­loryfery na skutek lokalnej awarii zaledwie grzały, został więc w łóżku, zapalił światło i sięgnąwszy po pasjonującą monografię Richarda Friedenthala o Goethem, którą czytał był od kilku dni, ulokował gruby tom na piersiach, przytrzymując go obiema dłońmi — — — — —

1043

Z wyjątkiem niedziel oraz świąt gospodyni Nagórskiego, pa­ni Jaskólska przychodziła za kwadrans ósma. Jest punktualna (ma własne klucze od mieszkania) i o ósmej śniadanie dla Nagórskiego (woda mineralna, mocna herbata oraz dwa kawałki bułki z miodem, z których zazwyczaj rezygnuje, jeśli poprzedniego wieczora pił) jest gotowe. Na śniadanie Nagórski przechodzi prawie zawsze do kuchni. Część okien dwupokojowego mieszkania Nagórskiego w najbliższym sąsiedztwie Rynku Nowomiejskiego wychodzi na zaciszny dziedziniec (okna sypialni oraz kuchni), natomiast z dużego po­koju (od strony ulicy Starej), w którym Nagórski pracuje, roz­tacza się rozległy widok na Wisłę i praski brzeg. Kiedy nocowała Nike, Nagórski, który zawsze się budził pierwszy, śniadanie ja­dał w kuchni, a później sam zanosił do sypialni śniadanie dla Nike, nieporównanie obfitsze od własnego, czuła się bowiem po przebudzeniu wygłodniała — — — — —

1044

Po śniadaniu, gdy Nagórski szedł do łazienki, pani Jaskól­ska sprzątała gabinet, potem resztę mieszkania, następnie wycho­dziła na zakupy (ze względu na wciąż występujące trudności aprowizacyjne zakupy te zabierają zwykle czasu do dwóch godzin), a po powrocie przygotowywała obiad na drugą i za kwadrans trzecia kończyła swoje zajęcia, pozostawiając zazwyczaj zimną kolację w lodówce (rzadko się zresztą zdarza, aby Nagórski jadał wie­czorny posiłek w domu) — — — — —

1045

Pani Jaskólska lubiła Nike, która, jeśli chciała, umiała zjednywać sobie ludzi, poza tym kłopoty, jakie Jaskólska ma z wnukiem, usposabiają ją życzliwie i wyrozumiale do wszelkich komplikacji młodzieńczych — — — — —


1046

Przy śniadaniu Nagórski omawia ostatnie szczegóły jutrzejszego obiadu, na którym po ślubie cywilnym mają być: oboje pań­stwo młodzi, Halina Ferens-Czaplicka, Eryk Wanert oraz matka Adama; matka Haliny, Emilia Czaplicka, wymówiła się od tej ro­dzinnej uroczystości. Podstawowy kłopot z daniem mięsnym został już przed paroma dniami pomyślnie rozwiązany, pani Jaskólskiej udało się kupić w Jeziornej ogromnego, sześciokilowego indyka, któremu teraz za oknem doskonale służy gwałtowny nawrót zimy.

1047

Nagórski:

1048

— A co było na pani weselu, pani Urszulo?

1049

— Na moim? A czy ja pamiętam? Tyle lat! Ale wszystkiego było w bród, trzy dni, proszę pana, trwała zabawa, cała Jezior­na się bawiła, nawet pani hrabina Potulicka z Obór była z syna­mi parę godzin, mój mąż, pan wie, jak był młodym chłopakiem, praktykował u ogrodnika w Oborach, to były czasy!

1050

— Myśmy byli młodzi, pani Urszulo.

1051

— Pewnie, że młodzi. Ale mój Wiesiek, proszę pana, też jest młody i co ma z tej młodości?

1052

— Wciąż chuligani?

1053

— To jego wina, proszę pana, że taki jest, jak jest? Chło­pak bez ojca, to jak dziczka przy rowie, mój mąż zawsze mówił, że o dziecko, jak o drzewo, trzeba dbać, żeby nie zdziczało i dobrze rosło i obradzało.

1054

— Ja też, pani Urszulo, ojca prawie jakbym nie miał, był bardzo stary, miałem dziesięć lat, kiedy umarł.

1055

— O, pan to co innego!

1056

— Myśli pani?

1057

— Pewnie, pan pisze książki, to panu wszystko uchodzi — — — — —

1058

Poza ogólnikową wzmianką o chuligaństwie siedemnastoletniego wnuka Urszuli Jaskólskiej żadnych na razie o nim informacji, sprawdziłem w Życiorysach, życiorys Jaskólskiej jest, ale Wiesława Dominika nie ma, tyle tylko z informacji o Jaskólskiej, że urodził się w 1952, oboje jego rodzice zginęli w katastro­fie motocyklowej w 1961, wychowuje się więc przy babce, która jeszcze po swoim mężu, poległym w kampanii wrześniowej, posiada domek w Jeziornej i lokatorami jej są Kubiakowie: Edward z żoną Jolą i osiemnastoletnim synem, Robertem. Pamiętam, już kiedyś dość dawno planowałem w związku z Wieśkiem, iż ukradnie babce klucze od mieszkania Nagórskiego, aby później (w sobotę wieczorem, kiedy miało być przyjęcie w Jabłonnie) ograbić wraz z pa­roma kolegami puste mieszkanie, ponieważ jednak na skutek odwołania Wesela — Nagórski byłby u siebie, to rabunkowe przedsięwzięcie trzech wyrostków miało się kończyć zamordowaniem Nagór­skiego. Nie umiem już powiedzieć, czy ten pomysł (chyba bez sensu!) łączył mi się czy nie z fragmentem prozy Nagórskiego o Or­feuszu, z wizjami różnych jego śmierci. Chyba jednak musiało mi chodzić o akcent młodości, zawarty w takiej przypadkowej i bez­sensownej (?) śmierci. Odnotowuję zresztą ten stary i porzucony pomysł (trochę przecież kuszący), aby samemu sobie uświadomić różne błądzenia po omacku. Nie wydaje mi się, żeby postać Wieś­ka Dominika domagała się jakichś uzupełnień i aby on (podobnie jak młody Kubiak) musiał czynnie wejść w krąg Miazgi. Obraz świata, SztukaWbrew pewnym moim ciągotom do ładu kompozycji zamkniętych, muszę wciąż siedzieć i pamiętać, że rzeczywistość Miazgi jest ze wszystkich stron otwarta, a od wewnątrz miazgowata, więc w pewnym sensie niewydolna i niewykończona. Wydaje mi się, że większość rozlicznych trudności oraz zahamowań, tak mi dokuczających w ciągu ostatnich lat, właśnie z tych sprzeczności mojej natury wyrasta, bowiem tylko miłośników ładu i konstrukcji nieudanych (nieuda­nych, niezawiedzionych) rzeczywiście kuszą gąszcze chaosu i nie­spełnienia. Kłamałbym przecież przed samym sobą, gdybym tym obu sprzecznym tendencjom chciał udzielić jednakowej siły. Może kie­dyś dawno i jeszcze dawniej? Możliwe. Może nawet było i tak, że prawie wyłącznie potrzeba ładu mnie wypełniała i ona była siłą inspiracyjną. Nawet na pewno tak. Lecz powtarzam, to było dawno i jeszcze dawniej. Od lat dość wielu nawet nie tęsknię za ładem. Coś z dążeń dawnych z pewnością nadal we mnie żyje, mogę im niekiedy ulegać, mogą mnie niekiedy zwodzić, lecz nie więcej, ponie­waż ani w samym sobie, ani w świecie nie mogę (nie umiem?) doj­rzeć nawet słabych śladów konstrukcji pozwalającej mniemać, iż dostępny mojemu zrozumieniu ład ją przenika i kształtuje. Im sta­ję się starszy — tym mniej wiem i rozumiem, natomiast coraz tru­dniej otaczają mnie znaki zapytań, na które nie znajduję odpowie­dzi. Przestrzenie pełne cieni i ech, obumarłe plamy i gęstnieją­ce zacieki, wszystko w bezkształtnej, bo wciąż się zmieniającej kipieli. Nie! to wyznanie nie jest wyznaniem kapitulacji i klęski.


1059

Skuszony piękną pogodą, wcześniej niż zamierzałem skończy­łem pracę, lecz gdy się znalazłem na Krakowskim Przedmieściu — szybko się poczułem zmęczony i rozleniwiony wiosennym powietrzem, więc żeby jakoś „konstruktywnie” to przedwczesne, lecz nieudane wymknięcie się z domu zakończyć, wstąpiłem do fryzjera w Bris­tolu, okazało się jednak, że pan Sylwester pracował dzisiaj ra­no, wobec tego, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić, poszedłem do baru, było pusto, żadnych znajomych — już przed tym, gdy szedłem Krakowskim Przedmieściem, pewnie w związku z umówionym na jutro spotkaniem z przedstawicielem wiedeńskiej telewizji, przy­szło mi na myśl, co bym powiedział, gdyby mnie zapytano o antysemityzm w Polsce, potrzeba skonkretyzowania takiej odpowiedzi na­tychmiast mi się powiązała ze sceną z I części Miazgi: Eryk Wanert — Roman Gorbaty, a również z wątkiem Magdy Jachowskiej i Antka Raszewskiego.

1060

Wspomniałem na którejś z poprzednich stronic tego Dziennika o stratach, jakie w ustroju totalnym ponoszą wszyscy. Władza, BuntownikWydaje mi się, że jednym z niebezpieczeństw, deprawującym w sensie intele­ktualnym ludzi opozycji, jest naturalna niejako skłonność tych jednostek zepchniętych na margines życia publicznego, aby swoje poglądy upodobniać do „obowiązujących” w kołach opozycji, opo­zycja — odwołując się do określenia Ksawerego Panka — także po­szukuje swego lepiszcza. Ponieważ w systemie totalnym opozycja oficjalna nie istnieje i istnieć nie może, ludzie opozycji dobierają się przede wszystkim na zasadzie środowiskowej, a w określonym środowisku zawsze na ogół działa prawo mimikry, na­wet w tak zindywidualizowanych, jak środowiska intelektualno-artystyczne.

1061

Wracając do sprawy antysemityzmu w Polsce. Jest już bardzo późno, więc na razie przepisuję tylko z podręcznej kartki notat­kę bardzo ogólnikową, wrócę do niej przy innej okazji.

1062

Antysemityzm, Polska, HistoriaWydaje się, że antysemityzm, pojawiający się w ustrojach socjalistycznych w różnych sytuacjach i w różnym napięciu, jest w dziejach antysemityzmu zjawiskiem zupełnie nowym i z wielu względów w ogóle bym się wahał, czy można go określić jako antysemityzm. Ta dyskryminacja obywateli pochodzenia żydowskiego (nie tylko ich!) nie ma ani charakteru religijnego, ani nie jest dyskryminacją rasistowską, nie kształtują jej również uprzedze­nia natury obyczajowo-fizycznej, tak silnie się manifestujące w problemie murzyńskim w USA, a i w Polsce dziewiętnastowiecznej i później, charakterystyczne dla szlachecko-chłopskiego modelu antysemityzmu (niechęć i pogarda do Żyda karczmarza, pośrednika, handlarza, lichwiarza, kupca, bankiera, przekonanie, że Żyd nie może być dobrym rolnikiem i dobrym żołnierzem).

1063

Antysemityzm w krajach socjalistycznych ma charakter ideo­logiczny, jednak z chwilą, gdy ta dyskryminacja na skutek okreś­lonej sytuacji (np. w Polsce po sześciodniowej wojnie w 1967) poczyna natężać się i przybierać charakter masowy — na niższych szczeblach aparatu partyjno-rządowego ujawniają się i to w spo­sób szczególnie brutalny i podły tradycyjne elementy antysemityzmu.

1064

Żydzi-komuniści. Dlaczego w ostatnich latach (trzech) dyskryminacja ideowa dotknęła tak znaczną ilość ludzi pochodzenia żydowskiego? Wielu, nie znajdując dla siebie możliwości pracy, rzeczywiście musiało Polską opuścić, lecz wielu emigrowało przede wszystkim dlatego, że okoliczności stwarzały im dogodną okazję. Nie wydaje mi się, aby dobrymi przyjaciółmi Żydów byli ci, którzy ich zawsze i ryczałtem usprawiedliwiają.

wtorek, 7 kwietnia

1065

Zbyt pięknie na dworze, żeby pracować, poza tym i rano, i po południu różne sprawy do załatwienia.

1066

Przyjaciele i znajomi, którzy pytają mnie od dawna: „Kiedy skończysz Miazgę?”, powinni raczej pytać: „Kiedy nie skoń­czysz Miazgi?”.

czwartek, 9 kwietnia

1067

W ostatniej, marcowej „Twórczości”, w artykule Tomasza Burka o Korzeniach Jerzego Zawieyskiego fragment, jakby dosłownie (lecz niedosłownie stylistycznie) wyjęty mi spod pióra:

„To, czego szukaliśmy dotąd w literaturze i co w niej po­dziwialiśmy, to były »kwiaty« i »korony«: dzieła, które osią­gały własną idealną granicę, spełniały się w bujności i w szu­mie nieprzeliczonego listowia, znajdowały końcowy wyraz we wspaniałej równowadze trwania i ruchu, w tak zwanej skończonej formie. Model wrażliwości zmienił się jednak. Formą, która dzi­siaj najwięcej przyciąga uwagę i zahacza o nasze fermenty zagadnieniowe, jest to, co z punktu widzenia »korony« zdawać się musi niedokonaniem, zaledwie jej stadium wstępnym, w którym się nawet nie rozpoznaje, jakby złośliwą parodią pojęcia całości i skończoności: czy nie tym są »korzenie«? »Forma: korzenie« za­miast »forma: korona« to nowa perspektywa, w jakiej załamuje się nam świat i w jakiej go przeżywamy najbardziej naturalnie, autentycznie, bez wmówień i sentymentalnej akrobatyki i bez dopingu, który daje sfałszowane zwycięstwa. Zagadnieniem bowiem prawdzi­wym współczesnego świata i nas, którzy mamy w nim swe miejsca, jest klęska. Nieustająca klęska świadomości, która musi godzić się z rzeczami, z jakimi nie powinna się pogodzić ze stanowiska swych fundamentów moralnych, rozwierająca się przepaść między realnymi możliwościami człowieka a jego powinnościami, którym nie jest w stanie sprostać, cień, który kładzie się w poprzek drogi od »korzeni« do »kwiatu«, rozrywa związki pomiędzy ludźmi i ludźmi, ludźmi i rzeczami, przecina niewidzialne kanały, którymi płynie niewymienialna na nic innego krew miłości i sympa­tii, to one spychają sztukę ku »korzeniom« i znajdują swój wy­kładnik w formach »niedociągniętych«, otamowanych, zatrzyma­nych w stadium wstępnym, »brulionowym«”.

piątek, 10 kwietnia

1068

Wczoraj prawie upał, dzisiaj pada deszcz i temperatura spadła do 4°C.

1069

Z minionego tygodnia: Karl von Spreti, ambasador NRF w Gwatemali został porwany przez członków Rewolucyjnych Sił Zbroj­nych i po kilku dniach zamordowany. Porywacze w zamian za życie ambasadora żądali wypuszczenia 25 więźniów politycznych oraz 700 tysięcy dolarów okupu. Rząd gwatemalski, mimo energicznych naci­sków rządu bońskiego odrzucił warunki terrorystów. — W Brazylii usiłowano porwać konsula USA. Został on ranny w czasie ucieczki samochodem. — Pasażerski samolot japońskich linii lotniczych z ponad 100 ludźmi na pokładzie uprowadzony został do Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej przez grupę 15 studentów należą­cych do skrajnie lewicowej Czerwonej Gwardii. Przez trzy dni sa­molot wraz z pasażerami przebywał na lotnisku w Seulu, gdzie trwały pertraktacje pomiędzy władzami południowo-koreańskimi i porywaczami. Ostatecznie porywacze zwolnili pasażerów w zamian za japońskiego wiceministra transportu Yaramurę z którym odle­cieli do Phenianu. Władze KRL-D zwróciły samolot, załogę i wi­ceministra. — Na Bliskim Wschodzie toczyły się walki powietrzne nad deltą Nilu oraz lądowo-powietrzne na froncie izraelsko-syryjskim. — Przebywający w Pekinie b. szef Kambodży, książę Sihanouk wezwał ponownie swoich rodaków do walki zbrojnej przeciw rządowi kambodżańskiemu. Moskiewska „Krasnaja Zwiezda” obszer­nie informuje o chińskich przygotowaniach wojennych na terenach graniczących ze Związkiem Radzieckim. — Ponowny wzrost napię­cia pomiędzy ekstremistami protestanckimi i katolickimi w Pół­nocnej Irlandii. — Na zjeździe w Budapeszcie z okazji 25-lecia Węgierskiej Republiki Ludowej Leonid Breżniew oświadczył w swoim przemówieniu, że „kraje socjalistyczne nie powinny realizować swych interesów narodowych kosztem interesów międzynarodowego socjalizmu”. Agencja TASS o publicznych, pokazowych procesach w Chinach: „Skazanych na śmierć nazywa się »klasowymi wrogami«, co jest przyklejaną obecnie etykietą wszystkim przeciwnikom maoistów; skazanym przypisuje się często przestępstwa kryminalne. Ten chwyt maoiści wykorzystują już od kilku lat, likwidując fizycznie swych przeciwników politycznych, starają się oni wie­lu z nich oszkalować w oczach narodu”. — Jeszcze nie wiadomo, czy zapowiedziany na jutro start statku kosmicznego Apollo-13 na Księżyc dojdzie do skutku, ponieważ nie zadecydowano dotych­czas, czy zagrożonego różyczką jednego z członków załogi bę­dzie mógł zastąpić kosmonauta z ekipy zapasowej.


1070

Obraz świata, SztukaDrobny argument na korzyść przeświadczenia, iż zdarzenia X nie określa i nie wyznacza element konieczności, przeciwnie: nieskończenie mnoga ilość przyczyn doprowadzających do zdarze­nia X może się w czasie swego działania układać w różny, nieo­mal dowolny sposób i efekt końcowy (zdarzenie X) wcale nie musi być jeden.

1071

W „Życiu Warszawy” dłuższa notatka na pierwszej stronicy o eksplozji granatu, która wczoraj w godzinach przedpołudniowych nastąpiła na ulicy Klonowej tuż przy placu Unii Lubelskiej. Kiedy pracownicy Zarządu Dróg i Mostów układali płyty chodniko­we nad przekopem do podświetlonego znaku drogowego, jeden z robotników uderzył kilofem w coś, co wyglądało, jak mały kamień. Jak się okazało, był to niewypał granatu ręcznego, pozosta­wiony w ziemi od czasów wojny. Gdy granat zaczął syczeć, jeden z robotników zdążył odskoczyć. Dwóch zostało rannych, jeden cię­żko w brzuch i w pierś. Eksplozja nastąpiła w momencie, gdy przejeżdżał pośpieszny autobus B. Wybuch był tak silny, że odłamki strzaskały tylną szybę autobusu i poraniły kobietę sie­dzącą na końcu wozu. Jeden z odłamków przebił podwójną szybę w mieszkaniu na piątym piętrze pobliskiej kamienicy, uderzył rykoszetem w ścianę i upadł na podłogę, tylko dlatego nie raniąc przebywającej w pokoju kobiety, iż ta akurat się schyliła, żeby podnieść spod biurka jakiś przedmiot, który jej wypadł z rąk.

1072

W całym tym wydarzeniu jedno tylko wydaje się pewne: nie­wypał granatu musiał kiedyś albo wybuchnąć, albo zos­tać zabezpieczony. Wszystko inne wydaje się dziełem przypadku, wynikiem ruchu nieskończenie mnogich elementów, ruchu, który mógł doprowadzić do sytuacji całkiem odmiennych, parę sekund róż­nicy w czasie (normalnej w ruchu wielkomiejskim) i autobus B znajdowałby się w innej w stosunku do eksplozji pozycji, żaden z pasażerów mógłby nie zostać ranny albo ofiar mogłoby być wię­cej. Element improwizacji w kształtowaniu się rzeczywistości.

1073

Przeciwnie sztuka. Jej uporczywa dążność do tworzenia kon­strukcji jedynie możliwych.

poniedziałek, 13 kwietnia

1074

Ostatnie dwa dni, a również i dzisiejszy — zerowe. Nagły, mimo serii zastrzyków, nawrót dolegliwości ischiasowych stał się tak dokuczliwy, że wczoraj cały dzień przeleżałem w łóżku, dzisiaj także pozycja siedząca sprawia mi nazbyt wiele kłopotu, żebym mógł pracować.

1075

Lektury dla wypełnienia dłużącego się czasu: trochę Toma­sza Manna, kilka fragmentów z Choroby na śmierć Kierkegaarda, przeglądanie pierwszego tomu Nowej księgi przysłów polskich, środkowe rozdziały Dziejów Bizancjum Ostrogorskiego.

1076

Lot Apolla-13, który wystartował w sobotę wieczorem, odby­wa się normalnie. Chłodno, koło zera. Przygnębienie, a jeszcze większy niepokój z powodu tej przedłużającej się przerwy w pracy. Obawa, żeby się znowu w tym wszystkim nie zgubić. I ten wciąż oddalający się ode mnie koniec, perspektywa, że w najpiękniejszy czas wiosny (kiedyś wreszcie chyba będzie?) i lata będę przywiązany do biurka.

wtorek, 14 kwietnia

1077

Rano wiadomość przez radio, że lądowanie Apolla-13 na Księżycu zostało odwołane z powodu poważnej awarii, jaka nastąpiła w nocy z poniedziałku na wtorek, z nieustalonych jeszcze przy­czyn przestały działać baterie zasilające urządzenia elektrycz­ne kabiny macierzystej pojazdu. W chwili, gdy nastąpiła awaria, Apollo-13 znajdował się w odległości 324 000 km od Ziemi. Gdyby statek pozostał na torze, na którym się znajdował, po przeleceniu nad Księżycem na wysokości około 250 km, rozminąłby się z Ziemią o przeszło 30 000 km i nigdy by na nią nie powrócił. W tej sytuacji najważniejszym zadaniem było dokonanie takiej ko­rektory lotu, aby po okrążeniu Księżyca statek ponownie wszedł na orbitę wokółziemską. Ponieważ ze względu na defekt źródeł energii elektrycznej w pojeździe macierzystym nie można było uruchomić głównego silnika statku, Lobell i Haise przeszli do pojazdu księżycowego i przeprowadzili ten manewr za pomocą silni­ka tego pojazdu, manewr udał się i Apollo-13 wszedł na tor zapewniający powrót na Ziemię. Wodowanie ma nastąpić na Pacyfiku, w piątek o 18:47 czasu warszawskiego między wyspami Samoa i Nową Zelandią.


1078

Koło południa niespodziewany telefon Alicji Singer (Alicja Singer, ur. w 1934 w Moskwie, córka Jana Nagórskiego i Julii Singer. Gdy w roku 1936 Jan Nagórski, pracujący w Kominternie, został aresztowany i w rok później rozstrzelany, a Julię Singer zesłano na osiem lat do łagru — małą Alicją zaopiekowała się rosyjska rodzina zaprzyjaźniona z Janem Nagórskim. W roku 1945 Julia Singer, zwolniona z obozu, wróciła z córką do Polski. Urodzona w roku 1900, w środowisku zamożnej żydowskiej plutokracji, studiowała na Uniwersytecie Warszawskim romanistykę oraz filozofię, należała do Komunistycznej Partii Polski i na tym te­renie zetknęła się z Janem Nagórskim, zresztą o wiele od siebie starszym. W roku 1930 wyjechali oboje do Związku Radzieckiego. Po powrocie do Polski Julia Singer zajmowała się przede wszyst­kim krytyką literacką, pozostając przez wiele lat autorytetem w zakresie estetyki marksistowskiej. latach 1949–1954 była naczelnym redaktorem jednego z dużych wydawnictw. Nieomylna w tropieniu oraz demaskowaniu wszelkich błędów i odchyleń ideologicznych. 1954–1956 w Rzymie w charakterze attaché kulturalnego. Powrót do kraju i powolny i bolesny proces rozpadania się i kru­szenia ideologii. W roku 1967, po wojnie izraelskiej i później w roku 1968, po wypadkach marcowych i agresji na Czechosłowację, wielokrotnie wzywana przez Komisję Kontroli Partii, wreszcie dobrowolnie, mając poza sobą czterdzieści lat przynależności partyjnej, oddaje swoją legitymację. Natomiast życie Alicji Singer potoczyło się całkiem inaczej. Kiedy w roku 1955 Jan Nagórski wraz z innymi straconymi w Rosji czołowymi komunistami polskimi, jak Leński, Warski i Kostrzewa został pośmiertnie rehabi­litowany — Alicja, studiująca handel zagraniczny w Szkole Głów­nej Planowania i Statystyki, poza sobą już miała okres młodzień­czego fideizmu. W roku 1959 wychodzi za mąż za korespondenta zachodnioniemieckiego, Klausa Sommeringa. Gdy ten w rok później ginie w katastrofie lotniczej, Alicja za duże odszkodowanie w dewizach sprowadza z Holandii urządzenia pralni chemicznej i otwie­ra własne przedsiębiorstwo na Kruczej oraz urządza sobie luksuso­we mieszkanie, również dewizowe, na Miejskiej. Jest zamożna, a jeśli nie piękna, to na pewno bardzo interesująca. Lubi się bawić, lecz tylko u siebie w domu, a uprzywilejowanymi jej gośćmi są przede wszystkim młodzi mężczyźni i to ze środowisk bardzo róż­nych. Lubi muzykę, malarstwo, film, mniej literaturę. Chodzi na imprezy sportowe, szczególnie na mecze bokserskie. Często wyjeż­dża za granicę. Przed paroma laty, wyłącznie dla własnej satys­fakcji, skończyła historię sztuki na Uniwersytecie).

sobota, 18 kwietnia

1079

Zastanowić się, czy zostawić tę notatkę biograficzną, jej miejsce właściwe w formie cokolwiek rozszerzonej jest przecież w Życiorysach, a tutaj znalazła się tylko dlatego, że gdy pisa­łem tę scenę — nie miałem jeszcze całkiem jasnej koncepcji, w ja­ki sposób włączyć do Miazgi życiorysy poszczególnych postaci. Więc chyba skreślić tę notkę. Jeśli czytelnik zainteresuje się tą książką — nie będzie się, jak myślę, niecierpliwić, gdy natrafiwszy w tekście na postać, o której nic nie wie, poszuka informacji w Życiorysach.


1080

Rozmowa telefoniczna Adama Nagórskiego z Alicją Singer.


1081

— Adam?

1082

— A kto mówi?

1083

— Zdziwisz się. Alicja Singer.

1084

— Jak się masz! Nie poznałem cię po głosie.

1085

— Nic dziwnego, rzadko mnie słyszysz.

1086

— To prawda. Już bardzo dawno, droga Alicjo, skończyłem dwa­dzieścia lat.

1087

— A ja osiemnaście.

1088

Roześmiał się.

1089

— Co u ciebie?

1090

— Żyję.

1091

— Mam nadzieję, że dobrze?

1092

— Nie narzekam. A ty?

1093

— Mój zawód wymaga narzekania.

1094

— A przy nadmiarze?

1095

— Gnije, droga Alicjo.

1096

— O Boże! — na to Alicja — jak to dobrze, że moja pralnia nie jest tak uwrażliwiona.

1097

— Za to ja mam zaniżone podatki. Córka, Matka, RodzinaCo u twojej mamy?

1098

— Nie wiem, nie widujemy się.

1099

Po chwili:

1100

— Pomyślałeś, że jestem potworem?

1101

— Wcale nie. Pomyślałem tylko, że prawdopodobnie jesteście w gruncie rzeczy bardzo do siebie podobne, tylko swoje niespo­żyte zasoby energii ku całkiem innym sprawom kierujecie.

1102

— A wiesz, że to dość inteligentne, co mówisz. My z mamą rzeczywiście nie mamy wspólnego języka. Myślę, że to dlatego, że ona w dwustu procentach wykonała plan ideowy, a ja sobie już bardzo dawno powiedziałem stop, dosyć tej zabawy.

1103

— Rozumiem.

1104

— Powiedz mi Adam, bo właściwie w tej sprawie pozwoliłam sobie do ciebie zadzwonić. Znasz może takiego młodego poetę, który ma na imię Marek?

1105

— Kuran?

1106

— Właśnie!

1107

— Zdemolował ci mieszkanie?

1108

— Co to za jeden?

1109

— Bardzo zdolny poeta.

1110

— Nie słyszałam. On moich przyjaciół poznał gdzieś przypadkiem i przyciągnęli go tutaj. Nie wiesz, czy ma jakąś rodzi­nę, przyjaciół, gdzie on mieszka?

1111

— Pojęcia nie mam — skłamał — — — — —


1112

W swoim czasie myślałem o scenie u Alicji Singer (potwier­dzającej najgorsze przypuszczenia Ksawerego Panka), nie wydaje mi się jednak, żeby ten wątek warto było ciągnąć dalej. Niech zostanie, jak jest — w niedomówieniu. Tak łatwo się domyślić, co się mogło dziać w mieszkaniu Alicji! Także obojętne, kiedy się tam Marek Kuran zjawił: wczoraj wieczorem czy wcześniej. Nie wiem natomiast, czy jest dość jasne, że Alicja Singer kłamie, gdy na informację Nagórskiego: bardzo zdolny poeta, odpowiada: nie słyszałam. Musiała o Kuranie słyszeć, szczególnie o jego różnych wyczynach skandalizujących. Bardzo jest nawet prawdopodobne, że znajomi na jej własne życzenie ściągnęli młodego poetę.


1113

Po południu Nagórski, który od kilku tygodni unikał swego biurka, zabiera się do porządkowania zaległej korespondencji, lecz cokolwiek zdeprymowany ilością listów, na które nie odpo­wiedział, porzuca tę robotę, czyta, jednak nie dłużej niż kwa­drans monografię Friedenthala (rozdział o starczej miłości Goet­hego do szesnastoletniej Ulryki von Leevetzov), potem robi so­bie mocną kawę i wróciwszy do biurka wyjmuje z bocznej szuflady teczkę z nieopublikowanymi opowiadaniami (na teczce napis Nowe opowiadania) i zabiera się do ich lektury, co w stosunku do ut­worów napisanych czyni tylko wówczas, gdy w sposób jeszcze bardzo mglisty, lecz natarczywy poczyna się w nim kształtować nowy pomysł, a raczej atmosfera wokół pomysłu. Tego rodzaju zabieg jest dla Nagórskiego czymś w rodzaju sprawdzenia samego siebie.

Nowe opowiadania Adama Nagórskiego

W Dzień Zwycięstwa wieczorem

1114

Zdarzenie to miało miejsce dawno, a w moim odczuciu osobistym nawet bardzo dawno, prawie w innej epoce, choć licząc lata by­ło to tylko dwadzieścia dwa lata temu, Warszawa, Wojna, Ruinydokładnie 9 maja 1945 roku, więc w dzień ogłoszony Dniem Zwycięstwa.

1115

Podobnie jak milion warszawiaków nie mieszkałem wówczas w Warszawie, która w ten pierwszy czas powojenny była po Powsta­niu jednym wielkim obszarem ruin i zgliszcz, życie polityczne oraz gospodarcze stolicy koncentrowało się przede wszystkim po stronie praskiej, dotkniętej niewielkimi stosunkowo zniszczeniami, natomiast w Warszawie właściwej, lewobrzeżnej, tylko uparci śmiałkowie ryzykowali powrót do pojedynczych, także okaleczonych domów, samotnie tkwiących wśród martwych gruzów i potrzaskanych barykad. Właśnie do takich nielicznych, ocalonych w Śródmieściu kamienic należał ośmiopiętrowy gmach hotelu „Polonia”, w nim dzięki służbowej delegacji udało mi się znaleźć pokój, gdy z po­czątkiem, maja, w związku z pewnymi projektami filmowymi znalazłem się w Warszawie.

1116

Co robiłem 9 maja, gdzie byłem i z kim się widziałem, pojęcia nie nam, wielkie dni historyczne spędzamy zazwyczaj mało odświętnie, więc też z biegiem czasu, jak i z innych, życie po­woli się z nich ulatnia, nasze wielkie daty osobiste rzadko się zbiegają z historycznymi. Pamiętam jedynie, że pod wieczór, gdy po stronie praskiej rozległy się zwycięskie salwy armatnie, i ciężko i samotnie, jak leniwe grzmoty, przetaczały się ponad wymarłym miastem, pod niebem już prawie nocnym, a mnie z bliskich lat wojny pamiętnym z bomb, z gęstych łun i z reflektorów penetrujących ciemności, i gdy naraz potem, też ku uczczeniu Zwycięstwa, kolorowe rakiety poczęły się wzbijać ku niebu, rozpryskując się wysoko w górze w migocące wachlarze bezgłośnie opadających lampionów, wtedy, zapewne w drodze powrotnej z dalekiej Pragi do hotelu Polonia, znajdowałem się w samym Śródmieściu w okolicy placu Napoleona, obecnie Powstańców Warszawy, szedłem po kamie­nistym i pełnym zdradzieckich wertepów dnie ulicy Mazowieckiej, to był wąwóz z wąską ścieżką wtłoczoną pomiędzy twarde usypiska z ziemi i z gruzów, z nich wyrastały czarno-rude ściany wypalo­nych domów, miałem buty według wojennej mody podkute, więc sły­szałem każdy swój krok, a gdy się zatrzymywałem — wpadałem w ciszę, jak w głęboki lej i wtedy jedynym świadectwem życia na tej ulicy pełnej niegdyś ruchu, księgarń, kawiarni i restauracji były owe odległe igraszki i pląsy rakiet wystrzelonych znad pras­kiego brzegu ku miastu bez ludzi i świateł. Jeszcze nie byłem zarażony chorobą, którą nieco później nazwałem nudą ruin, z ostateczną, jak się wtedy mogło zdawać, zagładą rodzinnego miasta zetknąłem się po raz pierwszy, ale nie pamiętam, co wówczas myś­lałem, nie musiały to być myśli lekkie, raczej ugniatające, jak kamienie spiętrzone po obu stronach mojej ciemnej i też kamienistej ścieżki.

1117

Także nie pamiętam, ile czasu zabrało mi przebrnięcie przez Mazowiecką, rakiety rozjaśniające szybko ciemniejące niebo nie­przerwanie mi w tej wędrówce towarzyszyły, dobrze natomiast pamiętam moment, gdy znalazłem się na skraju placu Napoleona wobec pejzażu, jak z dręczącego snu o ostatecznym zagubieniu i zatra­cie, wypalone domy, które na Mazowieckiej tworzyły niemal jedno­litą konstrukcję zwartych prostopadłych ścian, tutaj na rozległym i niegdyś dość kapryśnie zabudowanym placu, ukształtowały się w groźne strzępy, w dziwacznie poskręcane turnie, obszar placu po­głębiał pustkę oraz zniszczenie, szedłem przed siebie trochę z takim uczuciem, jakbym był jedynym i ostatnim żyjącym człowiekiem na Ziemi, nawet poblask rakiet słabiej tu docierał, niebo było ogromne, ciężkie i czarne, gwiazdy martwe, a cisza wokół też martwa, czasem tylko trzaskał pode mną odłamek szkła, wte­dy cieniutki jak struna dźwięk wibrował w ciszy, aby prawie zaraz zaniknąć.

1118

Prawdopodobnie, idąc placem w ten wieczór Dnia Zwycięstwa, usiłowałem wywołać obrazy przeszłości; wtedy tak w czasie blis­kie, iż mogło się wydawać, iż by ich dotknąć — starczy wyciąg­nięcie ręki, tam, zaraz na prawo, wznosił się smukły, wielo­piętrowy drapacz „Prudentialu”, na lewo ciężki gmach Poczty Głównej, po środku zielone skwery, w głębi dwupiętrowy, żółta­wy budynek Lombardu Miejskiego, Pamięć, Przemijanie, Śmierć, Kondycja ludzkaniestety, po dwudziestu paru la­tach, jakie od tamtego wieczoru minęły, już nie umiem pamiętać, co pamiętałem wówczas, coraz częściej dręczy mnie świadomość, z jak rozległymi obszarami martwej pamięci i z własnym istnieniem jakże zubożonym żyję, zbliżając się do kresu życia. Zagrożeni zagładą i niepamięcią ostateczną, zapominamy w obliczu wieczystej ciemności, iż wśród powszechnej zagłady żyjemy, ku niej zmierzamy i ona zachłannie drąży, kruszy i niszczy życie czasów minionych. Tak więc, skoro nie umiałem w porę oprzeć się ruchomej fali mnie samemu niosącej nieuchronnie spustoszenie, skoro tak wielu własnych godzin nie umiałem ocalić, teraz pogodzić się muszę, że gdy się ku przeszłości zwracam, poruszać się w niej mogę tylko po omacku, niepewnie mętnych mroków dotykając, bardzo rzadko odzyskując wiarygodny kształt przeżytego świata.

1119

Moment, kiedy się zatrzymałem, pamiętam bardzo dobrze. Pra­wie całą przestrzeń placu miałem za sobą, przede mną, na tle wyżej i ciasno spiętrzonych zgliszcz, rysowały się ruiny Miejs­kiego Lombardu, w głębi czarna czeluść otwierała ulicę Szpitalną. Pamiętam nawet, że choć wieczór nie był ciepły, było mi gorąco, czoło miałem lekko spocone, płaszcz przedtem rozpiąłem. WalkaDźwięki, które mnie skłoniły do przystanięcia, wydobywały się z mroku, z odległości nie większej niż kilkanaście kroków, były niskie, chrapliwe, w pierwszej chwili zupełnie się nie mogłem zoriento­wać, co to jest, w każdym razie w rozpościerającej się dokoła pustce i ciszy brzmiały dość niesamowicie, podniosłem rękę do czoła i pot, jaki pod palcami wyczułem, już nie był tylko oznaką zmęczenia. Gdybym poszedł za pierwszym odruchem, prawdopodobnie zawróciłbym lub próbował którąś z bocznych ulic dotrzeć do Mar­szałkowskiej. Jeśli tego nie uczyniłem, to chyba też z lęku, wiedziałem bowiem, że zarówno Boduena, jak Moniuszki doznały szczególnie dotkliwych zniszczeń, na Moniuszki mieściła się w czasie Powstania kwatera dowództwa. Więc stałem niezdecydowany, w mroku pod zgliszczami Lombardu coś się wyraźnie kotłowało i kłębiło, i właśnie z tego bezkształtnego mocowania wydobywały się dźwięki przyduszone i gardłowe, nagle przycichły — głodne psy, pijacy? — i wówczas ciężkie oddechy i posapywania całkiem ludzkie było sły­chać, potem głuche odgłosy przypominające uderzenia, zrobiłem kilka kroków do przodu, szkło trzasnęło pod butem, znów przysta­nąłem i w tym momencie nowy snop zwycięskich rakiet rozprysnął się po niebie, drugi, trzeci i natychmiast następne, całe ogromne niebo ponad ruinami i gruzami placu rozświetliło się nagle od tych kolorowych, rozpadających się jak fontanny rakiet, i wówczas, w zimnym poblasku fajerwerków zobaczyłem pod sczerniały­mi kikutami Lombardu dwie ludzkie sylwetki, dwóch mężczyzn z zapamiętałą furią okładających się pięściami, obaj byli w zimo­wych waciakach i walonkach, obaj krępi, średniego wzrostu, to oni, tłukąc się zaciekle, wydobywali z siebie owe dziwne, gardłowe i nieartykułowane dźwięki, przechodzące od groźnych pomruków w skowyty prawie zwierzęce.

1120

Stałem bez ruchu, porażony tą zaciekłą walką i dopiero, gdy ostatnia seria wystrzelonych rakiet zagasła i mrok z powro­tem zaciemnił postacie walczących, zrozumiałem, że byli to głuchoniemi.

Modlitwy

1121

W roku 1943 miała osiemnaście lat, wyglądała na młodszą, lecz jej doświadczenie należało mierzyć wiekami. Była Żydówką z północnych kresów przedwojennej Polski, dzięki pozycji ojca, właściciela tartaku i handlarza drzewem, była królewną małego miasteczka, ale oto na rok 1943 los ją zagnał do Lwowa, bogaci rodzice jej odpoczywali w ziemi, w płytkim zbiorowym grobie, który wraz z innymi spółziomkami musieli sobie byli przed śmier­cią wykopać, małe miasteczko, gdzie była królewną, na skutek wo­jennych działań i akcji antysemickich, prawie znikło z powierz­chni ziemi, strzępy zgliszczy i ruin tam były, nawet kamieni nie, bo domy w miasteczku były drewniane, więc nagie i puste placyki pozostały, drzewa z poutrącanymi konarami i w tym okaleczeniu zwęglone.

1122

Żyd, Kobieta, Wojna, Zagłada, UcieczkaWówczas, w swoich osiemnastu latach, nie robiła wrażenia Żydówki, miała jasne, bujne włosy, oczy niebieskie, a cerę białą, bardzo aryjską. Niemcy szczególnie lubili ten typ dziewczyny, przypominała im zdrową rodaczkę z północy, tylko oko wyczulone za zawiłe sprawy pochodzenia mogło jej błękitne, lecz cokolwiek nazbyt wypukłe oczy i jasne, lecz przecież lekko się kręcące włosy skojarzyć z rodzajem semickim. Pewnie dzięki tym jasnym włosom i niebieskim oczom ocalała. Lecz w miarę posuwania się czasu ognisty krąg wokół Żydów się zacieśniał, ziemia się trzęs­ła i paliła pod ich przeklętymi stopami, Czerwone Morze nie otwierało przed nimi nieruchomych głębi, ściany, w których szuka­li schronienia, stawały się nagie i przeźroczyste, sami śmiercią napiętnowani, także wokół siebie, gdziekolwiek się znaleźli, za­gładę ściągali. Ale miała osiemnaście lat, już doświadczona wie­kiem, kiedyś, w zagubionych obszarach czasu przeszłego, była królewną, była zdrowa i silna, więc walczyła o życie uporczywie, nauczyła się być chytrą, uległą i bezwzględną, wielowiekowe doś­wiadczenia przodków wspierały ją w tej walce, nie chciała się poddać i ulec.

1123

Tylko raz jeden wśród tych zmagań opuścił ją instynkt samo­zachowawczy, a stało się to pewnej nocy marcowej we Lwowie, kie­dy nagle zbudzona z pierwszego snu musiała, na wpół ubrana, uciekać przez parterowe okno, skoro przed kamienicę, w której po ciężkich poszukiwaniach znalazła schronienie, zajechały o pierw­szej w nocy dwie kryte brezentem ciężarówki i niemieccy żandarmi poczęli się dobijać do bramy. Była senna, śmiertelnie znużona, chciała spać. Ale ludzie, którzy jej tak wiele ofiarowali, siłą ją zmusili do ucieczki. Dom nie został, na szczęście, otoczony, więc pod brutalnym przymusem mogła się wyśliznąć z parterowego okna na rozmiękłą, wilgotną ziemię, w koszuli tylko i w jakiejś przypadkowej wiosennej, bardzo kolorowej sukience, cały dom już był pełen zaciemnionych świateł, stała pod murem w tych cienkich i kruchych smugach dygocąc z zimna, z niewyspania i z braku chęci życia, wysoko w górze roztrącały ciszę chrapliwe krzyki Niemców, miała na nogach nazbyt luźne, wieczorowe pantofle na wysokich obcasach i te obcasy od razu się zanurzyły w wilgotną i rozmiękłą ziemię, już przy pierwszym kroku musiała się schylić i wydobyć je z ziemi, a przy każdym kroku następnym też się w ziemię zapadała, aż wreszcie niezdolna do dalszej walki, pozostawiła jeden pantofel ugrzęźnięty w wilgotnej glinie i dalej szła śmiesznie kulejąc, wreszcie, gdy już poza sobą pozo­stawiła tamten dom w ciemnościach pełnych przekleństw i lamentów i gliniasta ziemia pod nią zmieniła się w twardy trotuar, strą­ciła ze stopy i ten drugi pantofel i szła przed siebie, w obcą noc, boso, ulice były puste, domy umarłe, jak po przejściu zara­zy, niebo bez gwiazd, żadna różdżka nie poruszyła przed nią ma­rtwych wód Czerwonego Morza, gdzie zatem iść, gdzie być i u ko­go się schronić?, aż wreszcie, gdy się w tej kolorowej, jaskrawo wiosennej sukience i bosa znalazła na skrzyżowaniu pustych i nieznanych ulic, stanęła i na pewno wspomożona duchami przod­ków powiedziała w ciemnościach na głos:

1124

— Boże, odwróć ode mnie decyzję, czy mam iść w prawo, czy w lewo!

1125

W którąkolwiek stronę poszła wtedy, we Lwowie w marcu roku 1943 — ocalała. Od lat prawie dwudziestu żyje w Paryżu, skoń­czyła wbrew licznym przeciwnościom Szkołę Filmową i to z wysokim odznaczeniem, ale jak dotąd nie dotarła do wyższych regionów tej sfery, pod pseudonimem Françoise Martin pracuje w krótkim metrażu, kręci komercjalne filmy reklamowe, ociera się o sztukę, lecz sama jej robić nie może. Posiada w ósemce, w nowoczes­nej kamienicy, własne biuro, sekretarkę i asystenta, z których wyciska ostatnie poty, ma futro z lamparta, MG 1100, mieszkanie w Neuilly i wiejski dom pod Paryżem w małej kamiennej, wyludnio­nej wsi, czterdzieści kilometrów od Paryża, dom z siedemnastego wieku, który w stanie ostatecznej ruiny kupiła za niedużą sumę, aby później kosztem wielu tysięcy franków oraz niewyczerpanej energii przekształcić tę rozpadającą się ruderę w nowoczesne wnętrze, w którym rozległa sieć z kominkiem i długim renesanso­wym stołem, wyłożona płytami kościelnymi z siedemnastego wieku, sąsiaduje z suteryną wyposażoną w najnowocześniejszą aparaturę do centralnego ogrzewania, z kuchnią urządzoną według wymagań „Expressu” i podobnie funkcjonalną łazienką na półpiętrze, prócz sieni dwa pokoje na dole ma ten dom i trzy na piętrze, poza tym ogród kamiennymi tarasami spadający w dół, tego wszystkiego, więc biura w ósmej dzielnicy, mieszkania w Neuilly i domu wiej­skiego pod Paryżem, oraz wielu innych rzeczy wymaga od dawnej królewny, Frani Goldberg, jej obecna sytuacja i jako Françoise Martin musi o tę swoją miarę walczyć z uporem i z energią nie mniejszymi od zaciętości, która przed wieloma latami-wiekami kazała jej walczyć o życie. Jak na małą królewnę z małego mias­teczka na kresach Polski i też jak na dziewczynę, która w mro­czną noc marcową znalazła się na rozstajach ulic Lwowa w niedo­rzecznie kolorowej, wiosennej sukience i boso — osiągnęła nie­prawdopodobnie wiele, choć dużo mniej, niżby pragnęła jej gwał­towna, zaborcza i namiętna natura. Jest jeszcze piękna, nosi się od kilku lat na rudo, co interesująco podkreśla nieskazitelną biel cery, jej niebieskie oczy jak gdyby lekko przyciemniały, lecz wciąż zachowują wilgotny, wspaniale lśniący poblask, w tro­sce o linię wypowiedziała stanowczą wojnę łakomstwu, a szczegól­nie upodobaniu do potraw tłustych, ciężkich i mącznych, jada pra­wie wyłącznie ryby i mięsa z rusztu, czasem tylko w przystępie dojmującego głodu jedzie na Marais i tam w którejś z żydowskich restauracji pożera kapiącą tłuszczem gęś, stara się też używać ruchu i gdy tylko czas jej pozwala, parkuje swego MG 1100 gdzieś na St. Germain i w towarzystwie czarnego pudelka wyrusza pieszo na obchód małych antykwariatów, dla zdrowia, ale też w poszukiwaniu starych fajansów, świeczników lub interesujących naczyń z miedzi albo cyny. A jednak, mimo tylu zachodów i wyrzeczeń — starość powoli, lecz nieustępliwie poczyna się zadomawiać w lustrach jej łazienek w Neuilly i pod Paryżem.

1126

Gdy choruje, nikt się o nią nie zatroszczy i nie zaniepokoi, bywa niekiedy równie samotna, jak w tamtą wiadomą noc, choć jest to samotność innego gatunku, mniej na oko dramatyczna, za to ugruntowana aż po kres życia. Nie zna siebie i to tak dalece, iż naprawdę szczerze nie zdaje sobie sprawy, że siebie nie zna. Si­ła, która nią targa i trzęsie, a kiedyś pozwoliła przetrwać, teraz bywa jej kulą u nogi, choć ona o tym nie wie i wiedzieć nie chce. Na swój sposób jest istotą wspaniałą i wielkoduszną, o czym wie dobrze, ale też potworkiem despotyzmu, o czym wiedzieć nie chce i nie wie rzeczywiście. Chciałaby być małą, słabą kobietką noszoną przez mężczyzn na rękach, ale życie ją przyzwyczaiło, że za wszystko trzeba płacić, więc też płaci wszystkie rachunki i tych, za których płaci, uważa za swoją własność. Chciałaby słu­żyć, ulegle się poddawać, ofiary składać, natura zmusza ją do kupowania i trzeźwego obliczania strat i zysków. Przeżyła jed­ną wielką miłość i kilka miłości pomniejszych, wszystkie je jed­nak niszczyła, stając się w swoim najgłębszym poczuciu ofiarą małych i pozbawionych skrupułów egoistów, dużo by o tym pisać, widać życie nie dla miłości i dla kochania ją stworzyło.

1127

Lecz jakkolwiek się potoczą losy Frani Goldberg, duchy przo­dków chyba wciąż przy niej wiernie czuwają, bo tak, jak jest teraz, a nie jest całkiem dobrze, ocalona z najstraszliwszych pogromów i morza krwi i łez, i zadomowiona w świecie, w którym nigdy nie była, nie jest i nie będzie królewną, po nocy nie zaw­sze lekko przespanej, gdy rano udaje się do łazienki w Neuilly, czy tej drugiej w wiejskim domu pod Paryżem, czy w razie podróży związanych z interesami: do hotelowej w Londynie, w Kolonii al­bo w Rzymie, zawsze wśród bogatej kolekcji szczotek, kremów, ręczników, gąbek, kredek, perfum i wód, otóż gdy znajdzie się w którejś z tych łazienek i przysiądzie na sedesie, niezmiennie dzień w dzień odmawia na głos następującą dziękczynną modlitwę:

1128

— Boże, dziękuję ci, że mi to dobrze funkcjonuje,

1130

Boże, dziękuję ci, że mam co włożyć, aby miało co wyjść,

Boże, dziękuję ci, że mam dach nad głową i jest mi ciepło,

Boże, dziękuję ci, że mam telefon.

1133

Ale nie byłaby sobą, nie byłaby królewną z miasteczka na dalekich kresach, gdyby opowiadając niekiedy przyjaciołom tę historyjkę, nie dodawała: popatrzcie, wszyscy Boga o coś pro­szą, a tylko ja jedna dziękuję!

Narodziny

1134

Jak było naprawdę, tego nikt się nie dowie, obaj mężczyźni, którzy w pewną kwietniową noc w roku 1937 rozmawiali przez tele­fon, nie żyją, lecz według relacji dość wiarygodnej — jakkolwiek wszelką wiarygodność czasu przeszłego należy dopełnić znakami zapytań — mogło być tak:

1135

W środku nocy, gdzieś około drugiej w nocy, w podmoskiews­kiej daczy Piotra Worotowa zadzwonił telefon. Worotow od wielu miesięcy cierpiał na bezsenność. W pierwszych tygodniach, gdy nastały noce czujnego napięcia i nadsłuchiwania, próbował pracować. Potem przestał się interesować martwymi papierami i żadnej lektury na półkach bibliotecznych nie szukał. Tylko, aby stworzyć pozory pracującego pisarza, rozkładał na biurku kartki z luźnymi notatkami i na podręcznym stoliku, w skupionym poblasku wysokiej lampy z ciężkim abażurem, kładł niemiecki egzemplarz Fausta. Jeszcze potem dokonał w dekoracjach drobnej, lecz, jak mu się zdawało, bardzo istotnej poprawki, wśród notatek umieszczał ołó­wek, a egzemplarz Fausta kładł otwarty, autentyczność atmosfery pracy wydawała mu się szczególnie ważna, gdyby to miało się stać. Wiedział, że się rozbraja bezczynnością, lecz również wiedział, że bronią, jaką ma do rozporządzenia, nie potrafi wal­czyć skutecznie i jest nagi i nagim musi pozostać wśród samot­nych godzin aż wreszcie pewnej, niewiadomej nocy to się dokona.

1136

Gdy po wieczornej herbacie wracał do gabinetu, z początku, kiedy trudny czas nastał, Olga Nikołajewna mówiła: połóż się Piotr, jesteś zmęczony, i wtedy odpowiadał: trochę jeszcze po­pracuję, Oleńka, niedługo przyjdę, śpij spokojnie, i kiedy ona wbrew swoim latom w plecach przygarbiona i w ogóle mniejsza, aniżeli była jeszcze w roku ubiegłym, jak gdyby na skutek wewnętrz­nego napięcia zmalała, szła na górę (zaśnie, pocieszał się, na pewno zaśnie, jest silniejsza ode mnie) — on przechodził do pra­cowni na parterze i gdy stawał na progu rozległego pokoju, wypeł­nionego po sufit spiętrzonymi książkami i z dwoma wysokimi oknami otwartymi na ogród, więc kiedy stawał tam na progu, nie zapalając światła, aby bez sztucznych iluminacji natychmiast nawią­zać kontakt z niewiadomą mocą, wydawało mu się nieraz, że gdyby się położył, zasnąłby natychmiast. Nie szybko rozpoznawał kru­chość tego złudzenia — ktoś musi czuwać, aby spać mógł ktoś — wiedział, że skoro czeka na nie­przyjaciela, musi być sam i samotnie musi czuwać, ponieważ nawet we dwoje czuwać nie można, trzeba się wyrzec wszystkiego, co bliskie i drogie, więc przede wszystkim oddechu śpiącej i ciepłej bliskości jej uciszonego ciała, kto czuwa, musi być sam i taką musi mieć ciszę, aby móc w głębi nocy natychmiast i nieomylnie wychwycić odgłos wrogich poczynań, w tym wypadku skupionych w odgłosach nadjeżdżających samochodów. Rzadko przez osiedle prze­jeżdżały, jednak co noc. Nigdy nie wiedział, skoro z głębi ciem­ności, najpierw letnich, potem jesiennych i już zimowych, a te­raz wiosnę przynoszących, docierał do niego aż nadto dobrze znajomy warkot samochodu, czy ten powoli, lecz uporczywie przy­bliżający się dźwięk, ogromniejąc i nacierając, przy jego domu się zatrzyma i nagle stanie się cisza, sekunda ciszy, i potem obok, pod oknami roztrącą ciszę ludzkie głosy i w ciszy trzeba będzie słuchać odgłosu ciężkich kroków, aż po moment gwałtownego łomotu do drzwi wejściowych, czy też dźwięk, mącący noc, prze­toczy się obok i będzie się oddalać komuś innemu przeznaczony, oddalać się, ginąć i zanikać w tym samym powolnym tempie, w ja­kim był nadchodził.

1137

W głębokim dziewiętnastowiecznym fotelu i w półcieniu, bo stojącą obok lampę tak ustawiał, aby jej blask zatrzymywał się na krawędzi krzesła, opatrzony w wysokie nagie okna, za którymi, zależnie od pory roku, śnieżyca się kłębiła, padał deszcz, księżyc krwawo wznosił się w odległej głębi, ciemności były zwarte lub lekko rozrzedzone, nagość kasztanów i lip zarysowywała się ciemnymi konturami, czy gęstowie zieleni wypełniało przestrzeń za oknami, więc tak trwając bez ruchu, duże i ciężkie dłonie złożywszy na udach, czujny, by nie zamknąć oczu, choć mu powieki niejednokrotnie bardzo ciążyły, tak zatem trwając i wyczekując mógł myśleć:

1138

Kondycja ludzka, Śmierć, Strachnie wiem, czy się śmierci boję, pewnie tak, nie byłbym ciałem, skórą, wzrokiem i słuchem, nie byłbym zdolny do myślenia i do rozkoszy, nie cierpiałbym i radości nie przeżywał, gdybym się nie bał zagłady, ale na pewno wiem, tak, to wiem, że się śmiertelnie boję, co moją ostateczną zagładę poprzedzi, boję się samego siebie, ponieważ nie wiem, jak tym niewiadomym chwilom podołam, boję cię, że mogę dopuścić do poniżenia samego siebie wtedy, gdy mi już nic nie pozostanie prócz świadomości ostatecznej zagłady, boję się samego siebie, boję się próby, kim jestem naprawdę, boję się niewiadomego, które moją zagładę poprzedzi, Bo­że! wiem, że jestem dumny i pyszny, lecz również wiem, że nie tylko z dumy i z pychy chciałbym do końca pozostać sobą, a może kłamię i samego siebie chcę oszukać?, może właśnie z dumy i pychy chcę do końca pozostać sobą?, jakkolwiek jest, daj mi Panie, żebym się nie stał szmatą, od zeszmacenia ocal mnie, Boże, od wstydu tchórzostwa ochroń, pozwól, żebym mógł umrzeć nie gardząc sobą i siebie się nie wstydząc, spraw, Boże miłosierny i wielkiego serca i litości, żebym mógł umrzeć świadomie i na własną miarę, której nie znam i znać nie nogę, dopuść Boże, żeby moja miara ostatecznie nie była nikczemna

1139

Na spoczynek udawał się nad ranem. Lecz szedł nie na górę do sypialni (sam się przed sobą usprawiedliwiając, że nie chce zbudzić Olgi), tu, w gabinecie, na staroświeckiej kanapie ze sprężyną kłującą jak żądło, u stóp spiętrzonych pod sufit książek, ścielił sobie legowisko, nigdy jednak wcześniej póki się nie upewnił, że świta i na dworze staje się jasno, wiedział z roz­licznych relacji, że światło dzienne nie sprzyja tym sprawom, działającym zazwyczaj pod osłoną ciemności. Więc skoro ciemność powoli, prawie niedostrzeżenie ustępowała przed światłem, zaliczał sobie jeszcze jeden dzień ocalony, nagie wysokie okna osła­niał ciężkimi, bo z pluszu, ciemnozielonymi portierami, gasił lampę na podręcznym stoliku, na którym leżał otwarty egzemplarz Fausta, rozbierał się w półmroku, dbając przecież, aby części garderoby zostały złożone w porządku, i potem nago, ponieważ wbrew zwyczajom swego kraju zawsze sypiał nago, kładł się w chłodną i cokolwiek wilgotną pościel, wiedział, że gdzieś koło ósmej, naj­dalej dziewiątej zbudzi się z krótkiego i ciężkiego snu, lecz go­towy do sumiennego wypełniania wszystkich dziennych obowiązków, i też wiedział i z tą krzepiącą świadomością usypiał, że ani on, ani ona, zachowując pełną swobodę i naturalność, nigdy za dnia nie uczynią żadnej aluzji do minionych, a także przyszłych godzin nocnych, wiedział, że każde z nich zachowa to szczególne wtajem­niczenie wyłącznie dla siebie, ponieważ jest świat, jest życie, są obowiązki, jest praca, nawet zamiary, projekty i nadzieje, niech się zatem kończy noc, skoro kresu dobiegła i należną jej ofiarę wyczerpała.

1140

Tak więc dni Piotra Worotowa były w ten trudny czas normalne. Po mocnej rannej herbacie i zimnym natrysku zabierał się jak zawsze do pracy i pracował równie intensywnie, jak w latach poprzednich. Tak samo nawiedzały go krótkie chwile zachwytu i wzru­szenia, i tak samo oplątywały godziny zwątpienia i nieświadomości. Telefonowali i przyjeżdżali w odwiedziny przyjaciele z Moskwy, w rozmowach unikano spraw, które wszystkich truły i zżerały, mówiło się o sztuce, literaturze i malarstwie, sięgano do wspom­nień związanych z dawnymi podróżami na Zachód, dzielono się drobnymi plotkami. On też do Moskwy niekiedy jeździł, poczta funkcjonowała normalnie, o jedenastej przynosił ją w wielkiej torbie młody listonosz, Aliosza, zawsze w uśmiechu pokazujący bia­łe zęby, ciemny i smagły, ale niebieskooki, z wilgotną kropel­ką miodu w tych niebieskich oczach, przynosił więc miły Aliosza listy od wielbicieli i wielbicielek geniuszu znakomitego poety, zaproszenia na autorskie wieczory, korespondencję wydawniczą. Zauważył przecież, że im głębiej w tajemniczej sferze zagospoda­rowywał się trudny czas, tym mniej zaproszeń nadsyłano, sprawy wydawnicze kurczyły się wstydliwie, listów prywatnych też uby­wało, a chyba i uśmiech skąpiej odsłaniał białe zęby Alioszy, gdy otwierając torbę mówił młody chłopak: dzień dobry Piotrze Antonowiczu.

1141

Aż wreszcie trudny czas sprawił, iż telefon Worotowa zami­lkł, nikt z Moskwy nie przyjeżdżał, Aliosza przestał się zatrzymywać przed daczą Piotra Antonowicza.

1142

Noc, NiebezpieczeństwoDo popołudnia Worotow potrafił o tym wszystkim nie myśleć, lecz skoro wieczór się zbliżał, wszystko tak proste i zrozumia­łe za dnia, poczynało ciążyć ku wiadomym dołom mroku. Noce wyła­niały się wcześniej niż im to kalendarz zalecał. Jeszcze nie nadsłuchiwał i pracy nie porzucał, lecz już wiedział, że tylko cząs­tką siebie przynależy do dnia. Przygotowywał się do nocnych go­dzin równie pilnie i uczciwie, jak będąc chłopcem przygotowywał się był do komunii. Mógł myśleć: wy mną pogardzacie i chcecie mnie zniszczyć, ja się was boję i nienawidzę was, ale nasze złe myśli i uczucia zamiast nas rozłączyć, kojarzą nas w parę prawie miłosną. Daj mi, Boże, słuszne i godziwe rozeznanie. Nie jestem pustą dziuplą próchniejącą w umierającym drzewie, mam wszystko, nawet ponad miarę, wiem, moje drzewo też żyje i ja jestem w je­go zimowym śnie, w jego powoli nawarstwiających się słojach, jestem w jego potężnym pniu i w korzeniach, i w pokracznych ko­narach, w gęstych sokach budzących się wiosną i w kleistej zie­leni pierwszych liści, i w szumie letniego gęstowia, jesteśmy: ja i moje drzewo… Proszczaj niemytaja Rosija, Strana rabów — strana gospod[41]… jestem i chcę być, więc dopomóż mi, miłosier­ny i litościwy Boże, żebym siebie mądrze chronił, ponieważ chcę być…

1143

Tak więc wśród podobnych poczynań i wiar, rozdzielonych sprawiedliwie na dzienne i nocne, minęło lato Piotra Worotowa, jesień, także sroga zima, aż wreszcie nastał kwiecień, który na rosyjskiej ziemi pierwsze poruszenie wiosny budzi, lecz dzięki nieodmiennie nieosłoniętym i lekko niedomkniętym nagim oknom trochę z tych pierwszych podmuchów wiosny wnikało do pokoju, zapach wilgotnej ziemi, krzepiąca wilgoć powietrza, cisza, może tylko kruche szelesty kasztanów i lip pod wilgotnym oparem nocy, ale cisza.

1144

Bóg, Wróg, Noc, Spotkanie, SłowoWedług zwyczaju Worotow siedział w głębokim, staroświeckim fotelu, z rękoma złożonymi na udach, czujnie wpatrzony w nagie okna, w półmroku, bo światło stojącej obok lampy, zgodnie z prze­jętym rytuałem, tak było nakierowane, aby się zatrzymywało na poręczy fotela, a tuż obok, na podręcznym stoliku leżał otwarty egzemplarz Fausta — wtedy, około drugiej w nocy, zadzwonił te­lefon. Aparat stał na biurku, więc trzeba było wstać. Uczynił to bez pośpiechu, trochę zdziwiony, a nawet rozbawiony, że od tej strony niewinnej, nieomal płochej noc go przyzywa. Tak mu­siał to określić w myśli: przyzywa, nie atakuje. Zawsze miał słuch bardzo dobry, a ostatnio szczególnie wyostrzony, więc pod­chodząc do telefonu miał absolutną pewność, że na razie cały rozległy obszar nocy jest pusty i wyciszony. Był, chyba, w tej chwili jak najdalszy myślami od nieprzyjaciela. Podniósł słuchawkę i spokojnie, jak zwykł to był czynić za dnia, powiedział:

1145

— Tak, słucham.

1146

Odpowiedział, prawie obok, niski, męski głos:

1147

— Towarzysz Worotow?

1148

— Tak, słucham — powtórzył.

1149

— To ja.

1150

Więc jednak! Spełniło się, consumatum est! Zatem nie za pośrednictwem najemnych zbirów, podrzędnych siepaczy i pachołków od brudnej roboty, lecz osobiście z tajemnych pieczar na Kremlu przemówił nieprzyjaciel. Gość w dom, Bóg w dom, zwłaszcza, jeśli prawdziwe bóstwo nawiedziło chatę. Pod jak licznymi i zmiennymi postaciami bogowie śmiertelnym się objawiali! Mówili z głębi ognistego krzaka, zstępowali z nieba w kształtach byka, łabędzia i chmury, wyłaniali się z oceanów, z piekielnych czeluści, z dzikich górskich szczytów, z ołtarzy i świątyń, byli ziemią, powietrzem, ogniem i wodą, mieli tysiące masek i kostiumów, nigdy się jednak, chyba, nie przydarzyło, aby bóstwo, prawdziwe i wiarygodne, przemówiło przez telefon. Poczuł się uświęcony, lecz również wystrychnięty na dudka. Na Boga! Po cóż wyczekiwał, nie spał i tyle nocy się dręczył, jeśli to objawiło się tak prosto?

1151

Zatem spytał:

1152

— Czym wam mogę służyć, towarzyszu Stalin?

1153

Przyjaźń, Władza, Strach, Artysta, Państwo, Sztuka— Nie obudziłem was?

1154

— Nie, towarzyszu Stalin, późno zwykle się kładę.

1155

— Tak, jak ja. Słusznie! Noc jest przyjacielem człowieka. Jednym daje sen po pracy, drugim właśnie pracę najlepszą. Pracu­jecie?

1156

— Czytam, robię notatki.

1157

— To dobrze, bardzo dobrze. Przyjaciele o was pamiętają?

1158

— Tak, bywają goście.

1159

— A wasze zdrowie, towarzyszu Worotow?

1160

— Dziękuję, nic mi na razie nie dokucza.

1161

— Kłopotów nie macie, zmartwień?

1162

— Jak każdy człowiek, towarzyszu Stalin.

1163

— Wy nie jesteście każdy. Wy jesteście Piotr Worotow, człowiek na świeczniku, więc i wasze zmartwienia są na świeczniku. Słyszycie mnie?

1164

— Tak, towarzyszu Stalin.

1165

Mógł, lecz nie musiał pomyśleć: do czego on zmierza, czego chce?

1166

— Olga Nikołajewna zdrowa?

1167

— Dziękuję, tak.

1168

— Też nie śpi i czuwa?

1169

— O nie, śpi na pewno, ona ma dobry, zdrowy sen, nigdy nie zarywa nocy.

1170

— Słusznie robi, bardzo słusznie, od czuwania wy jesteście, starczy. A tam u was na wsi więcej już pewnie czuć wiosnę niż u mnie, pomiędzy murami? Kwiecień, piękny miesiąc na rosyjskiej ziemi.

Ja poniał żyzni cel i cztu

Tu cel, kak cel, i eta cel

Priznat, czto mnie niewmogotu

Miritsja z tiem, czto jest apriel[42].

1171

Nie od razu w tych twardo akcentowanych słowach rozpoznał własne sprzed lat dwudziestu, lecz gdy to sobie uświadomił, uświadomił sobie i to również, że za chwilę, jak po błyskawicy pada piorun — musi z tamtego odległego i ciemnego brzegu, z kremlowskich pieczar, wyniknąć cios decydujący, uderzenie, cios, chyba zagłada.

1172

Więc powiedział, czując, że mu gardło wysycha i sztywnieje:

1173

— Macie znakomitą pamięć, towarzyszu Stalin.

1174

Na to niski i spokojny głos:

1175

— No tak, zatem zdrowie wasze, towarzyszu Worotow, dobrze, pracujecie, szczególnych trosk nie macie, cieszę się, szczerze się cieszę. A wiecie, że pisarz Żylin został aresztowany?

1176

Prawie na pewno musiał pomyśleć: teraz się rozstrzygnie. I chociaż miał gardło wyschnięte i zesztywniałe, powiedział moż­liwie wyraźnie:

1177

— Tak, słyszałem.

1178

— To był wasz bliski przyjaciel?

1179

Powiedział:

1180

— Raczej kolega, znajomy, towarzyszu Stalin.

1181

— Ale poeta był wielki? Wielki artysta?

1182

Wielki? Chcąc pomniejszyć znaczenie najbliższego przyjaciela powiedział:

1183

— Zdarzały mu się niekiedy udane utwory.

1184

— Udane, powiadacie. Więc Żylin nie był, jak zrozumiałem, ani waszym przyjacielem, ani wybitnym poetą?

1185

— Przyjacielem nie, a wybitnym poetą? Czy ja wiem? Zdarzały mu się wiersze interesujące, niezłe.

1186

— A ja myślałem, że artystycznie wybitne. Cóż, wy się le­piej na poezji znacie aniżeli ja. Ja mogę tylko powiedzieć, że z punktu widzenia oceny ideowej wiersze Żylina były błędne, obce narodowi radzieckiemu, szkodliwe, antypartyjne, oszczercze.

1187

Musiał się zdobyć na duży wysiłek, żeby powiedzieć:

1188

— Towarzyszu Stalin, o ile wiem, Aleksy Fiodorowicz nie zaj­mował się polityką?

1189

— Sądzicie zatem, że nasze organa bezpieczeństwa nie miały podstaw, żeby aresztować waszego przyjaciela?

1190

Wtedy Worotow ciężką dłonią ścierając pot z czoła, chyba cokolwiek piskliwym głosem krzyknął w słuchawkę, w noc, w odle­gły ciemny brzeg:

1191

— To nie był mój przyjaciel, towarzyszu Stalin!

1192

Na to Stalin:

1193

— No tak, rozumiem. Źle mnie poinformowano. Ja myślałem, że Żylin jest waszym bardzo bliskim przyjacielem i w sensie ar­tystycznym wybitnym poetą. A oto się okazuje, że ani wasz przy­jaciel, ani wybitny poeta. Po prostu kontrrewolucjonista. No cóż? Nie będę wam więcej zabierać czasu. Czytajcie, Piotrze An­tonowiczu, róbcie notatki i spokojnie śpijcie. Dobranoc, Piotrze Antonowiczu.

1194

Prawdopodobnie chwilę stał ze słuchawką w ręku, a potem ją odłożył i wrócił na fotel, ciężkie dłonie złożył na udach i pa­trzył na wysokie, nagie okna, za którymi cisza była i spokój, być może myślał: teraz wiem o sobie wszystko, ponieważ, ponie­waż…

1195

I wówczas prawie na pewno Olga Nikołajewna zeszła na dół. Odwrócony do drzwi plecami i osłonięty wysokim oparciem fotela mógł nie słyszeć jej wejścia.

1196

— Pietia! — powiedziała cicho.

1197

Chwilę milczał i nie poruszał się, ścieżki prowadzące od bezpośredniego kontaktu z bóstwem do ukochanej kobiety nie są proste. Więc nie zmieniwszy pozycji, dopiero po chwili powie­dział głosem możliwie codziennym:

1198

— To ty, Oleńka? Czemu nie śpisz?

1199

— Kto dzwonił?

1200

— Słyszałaś?

1201

Podeszła bliżej, lecz nie na tyle blisko, aby wejść w krąg światła pozwalający dojrzeć twarz męża.

1202

— Piotr — powiedziała — złe wiadomości?

1203

Roześmiał się szczerze, prawie śmiechem z młodzieńczych lat.

1204

— Ależ nie, Oleńka! Przeciwnie, wiadomości można uznać za dobre.

1205

— Pietia, Pietia! Co dla nas dobrego może się stać?

1206

— Nie przesadzaj, miła moja — odpowiedział, patrząc na swoje duże i ciężkie dłonie. — Wyobraź sobie, zadzwonił Siergiej Fiodorowicz.

1207

— Siergiej Fiodorowicz?

1208

— Nie pamiętasz? W trzydziestym roku pracował u nas w ogro­dzie parę miesięcy. Zapomniałaś? Mały, chudy, miał zabawny długi nos i uszy jak u nietoperza. Miły był, chyba nas polubił. Zadz­wonił, żeby oznajmić, że jego Żuczka urodziła szczenięta.

1209

— O drugiej w nocy?

1210

Znów się roześmiał.

1211

— Chłopak ma fantazję. Nawet nie był pijany, trochę sobie może tylko podpił. Żuczka oszczeniła się według jego relacji o dziesiątej, coś niecoś pewnie pod tę okazję wypił, przypomniał nas sobie i zadzwonił, żeby się podzielić dobrą nowiną.

1212

— Pietia, nigdy nie kłamałeś!

1213

— O Boże! Dlaczego myślisz, że mówię nieprawdę? Po cóż bym miał kłamać? Zastanów się, pomyśl. Polubił nas, przypomniał so­bie i zadzwonił, że się jego Żuczka oszczeniła. Dobrze zresztą zrobił, bardzo mnie ucieszył. Każde narodziny mają coś pokrze­piającego.

1214

I podniósł się z fotela, wiedział bowiem, że ma twarz w po­rządku i bezpiecznie może spojrzeć żonie w oczy.

1215

— Chodźmy spać, Oleńka — powiedział czule. — Bardzo chce mi się spać. Czuję, że będę spać.

Dużo piasku i mało

1216

Zimą z sześćdziesiątego szóstego na sześćdziesiąty siódmy, a także wiosną, mieszkałem w Paryżu, w studio na stromym piątym piętrze starej kamieniczki przy ulicy Guisard, więc często i o różnych porach wstępowałem do pobliskiego bistra przy placu St. Sulpice, na rogu des Canettes, uliczki tak za dnia spokojnej i na oko skromnej, iż nikt niespoufalony z tą dzielnicą nie mógłby przypuścić, że późnymi wieczorami, gdy plac z ciężką fasadą kościoła i z rozlicznymi sklepami z dewocjonaliami w sen zapada, ją z drzemki budzą dwuznaczne atrakcje i pokusy nocnego życia.

1217

Moje bistro wiodło żywot dzienny, z machinacjami ulicy des Canettes nie miało, chyba, nic wspólnego, poza godzinami po­łudniowymi oraz wczesnowieczornymi było nietłoczne i zaciszne, sprzyjało samotnym rozmyślaniom i spotkaniom intymnym, dzięki oszkleniu od frontu było, prócz salki w głębi, całe otwarte na rozległy plac z fontanną i z platanami, i z wysoką i ciemną ścianą kościoła, lubiłem stać przy barze, popijać kawę, piwo, vin rouge[43] albo koniak i patrzeć na ten pejzaż, szczególnie piękny, gdy spomiędzy stalowych chmur, lecących ponad placem na wie­trze przedwiosennym, wyłaniało się nagle słońce i drzewa i ka­mienie natychmiast bardzo ostro się rysowały w zimnym poblasku, a przy kontuarze było ciepło i zacisznie, posykiwał w kłębach pary ekspres, obok w grającej szafie Adamo śpiewał Tombe la neige.

1218

Zamykano bistro w soboty i nie powiem bardzo, ale trochę nieswojo się czułem, kiedy było w soboty zamknięte, czegoś mi w pewnych porach dnia brakowało, obce miasta, nawet nieźle poz­nane i przyswojone, żyją dla mnie naprawdę realnie tylko w kil­ku uporczywie wydeptanych ulicach i w kilku stale odwiedzanych lokalach, już się nie uganiam za ilością wrażeń, przygód szukam w dobrowolnym ograniczeniu i powtarzaniu.

1219

Ostatni raz na St. Sulpice byłem z początkiem kwietnia, w przeddzień wyjazdu, wstąpiłem rano na jednego martela i wtedy, przy następnym, od patrona, tęgiego mężczyzny w staroświeckim cwikierze, dowiedziałem się o śmierci Kolendy, umarł dokładnie 1 kwietnia na serce, na które często się uskarżał, choć dolegli­wości, które mu przysparzały tylu kłopotów i zmartwień, nie tłuma­czył był chorobą, lecz przyczynami mglistymi, wyższej niejako na­tury, sięgającymi w odległą i wciąż niezasklepioną przeszłość. Podobno umarł nagle, przy pracy.

1220

Poznałem Kolendę na pewno przy barze i chyba któregoś popo­łudnia jeszcze przed Sylwestrem, ale w jakich dokładnie okolicz­nościach — nie pamiętam, bo ani w spotkaniu w Paryżu rodaka nie było nic szczególnego, ani on sam niczym specjalnym się nie wyró­żniał, szary był, płaski i niepozorny, a twarz też miał nijaką, od dnia poznania przynajmniej raz w tygodniu spotykaliśmy się w bistro, on popołudniu zawsze pijał casis, a wieczorami drobnymi łyczkami miętę, wychodziliśmy niekiedy razem i ja go wtedy pod­prowadzałem na ulicę Mabillon, gdzie jako metrampaż[44] pracował w niedużej drukarni, ryczałtem licząc sporo słów się między nami uzbierało, a jednak twarzy Kolendy nie pamiętam, sylwetkę jeszcze jako tako, ale twarz całkiem mi w pamięci zanikła, nawet nie pa­miętam, czy był brunetem czy blondynem, łysym na pewno nie, chy­ba siwiejącym szatynem, chyba zawsze miał beret na głowie, jedne jego oczy zapamiętałem, bo miał podczerwienione i łzawiące, oprócz dotkliwych bóli i skurczy serca uskarżał się na chroniczne zapa­lenie spojówek, dlatego jego oczy zapamiętałem: małe, wyblakłe i wiecznie załzawione, z zaczerwienionymi powiekami, chyba też i mordkę miał króliczą, ale nie jestem pewien, naprawdę nie pamiętam.

1221

Nie był mi Kolenda specjalnie sympatyczny, lecz i niechętnych uczuć nie budził, wiele wówczas czasu spędzałem samotnie, ludzi nie szukałem, za mną ludzie też nie gonili, spotkanie Kolendy w bistro było okazją do wymiany kilkunastu nieobowiązujących zdań, bo też zupełnie nieobowiązujące były nasze rozmowy, później się dopiero zorientowałem, że Kolenda z pewnością świadomie, choć okrężnie i po omacku zmierzał w naszych luźnych kontaktach do okreś­lonego celu, niepotrzebnie zresztą mówię: z pewnością, bo nie jest wykluczone, że wcale tak nie było, w każdym razie nie zaraz uchwy­ciłem, że o czymkolwiek mówił, poruszał się jakby w dwóch czasach równocześnie: w teraźniejszym i przeszłym, może dlatego sprawiał wrażenie człowieka bardzo siebie niepewnego, trochę jakby po przymarzniętej ziemi stąpał i ta ziemia za każdym jego krokiem wyśliz­giwała mu się spod nóg, ale, jak powiadam, z początku i to z począ­tku dość długiego nie wychwyciłem tego chwiejnego rozkojarzenia, więc też zachowywałem się wobec Kolendy jak człowiek, który dopie­ro po otrzymaniu kluczy dostrzega istnienie drzwi, zjawisko dosyć częste w stosunkach między ludźmi.


1222

Już za pierwszym spotkaniem mogłem się zorientować…

1223

Telefon Ksawerego Panka. W pewnym momencie Nagórski chce po­wiedzieć Ksaweremu o telefonie Alicji Singer, rezygnuje jednak i wtedy właśnie (trochę bez sensu) mówi o spotkaniu na St. Germain.

1224

Po telefonie, w zeszycie z bieżącymi notatkami zapisuje zas­łyszany przed paroma dniami wierszyk, swoiście przerobiony ze znanego porzekadełka:

wlazł na gruszkę

trząsł pietruszkę,

cebula urodziła,

on się śmiał,

przyszedł właściciel tego banana

i mówi „złaź pan z tego kasztana!”

a ta wierzba jest moja.

1225

Po czym wyłącza elektryczny piecyk i wraca do przerwanej lek­tury:

1226

Już za pierwszym spotkaniem mogłem się zorientować, że Kolen­da nie jest emigrantem z wyboru politycznego, polityka zupełnie go nie interesowała, zresztą wiele innych rzeczy również, chyba bardzo rzadko chodził do kina i do teatru, nigdy mi przynajmniej o czymś podobnym nie wspominał, do książek też, nie sądzę, żeby zaglądał, kilka razy widziałem w kieszeni jego płaszcza „Paris Soir”, z Paryża znał tylko dzielnicę, w której pracował oraz tę drugą, gdzie mieszkał, reszta miasta była dla niego jak z odle­głej i obcej planety. Był rodowitym warszawiakiem, urodził się, wychował i mieszkał na Marymoncie aż do jesieni roku 1942, kiedy wprost z ulicznej łapanki dostał się do Oświęcimia, potem pod koniec wojny był w Buchenwaldzie i na ostatek krótko w Dachau. Po wyzwoleniu przez Amerykanów myślał o powrocie do kraju, ale kiedy się dowiedział, że wszyscy jego bliscy: rodzice, rodzeńs­two, również młodziutka żona zginęli w Powstaniu, począł powrót odkładać, miał fach łatwy do sprzedania, więc najpierw pracował w Monachium, potem się przeniósł do Francji, do Paryża, zarabiał nieźle, ożenił się z Francuską, kelnerką z self-service'u przy bul­warze St. Michel, dorobił się z nią dwojga dzieci oraz skromnego mieszkania w okolicy Bastylii, co wszystko razem było wcale nie mało, zważywszy, że zaczął po wojnie od zera, nie sprawiał przy tym wrażenia, jak wspomniałem, człowieka obarczonego nazbyt wie­loma przeżyciami i problemami, świat, który sobie stworzył i w którym się obracał: dom, drukarnia, bistro i chyba niewiele więcej, nie dostarczał mu szczególnie zawiłych konfliktów, miał pra­wo, takie odniosłem wrażenie, uważać się za człowieka, któremu na tyle się powiodło, aby być z życia zadowolonym.

1227

Właśnie coś w tym sensie powiedziałem jednego razu, to było za drugim, może trzecim spotkaniem, gdy już zdążył mi opowiedzieć o sobie, co najważniejsze. Wtedy powiedział:

1228

— Zadowolony? Satisfait. Ah, oui, oui, je comprands[45]. Zadowo­lony. Czy ja wiem? Zastanawiam się nieraz. Dawniej się nie zas­tanawiałem.

1229

— Dawniej?

1230

Avant la guerre[46].

1231

— Ileż pan miał, kiedy wojna wybuchła?

1232

Dix neuf ans[47]. Dziewiętnaście.

1233

— Niewiele.

1234

— Faktycznie niewiele. Ale nie dlatego się nie zastanawiałem, czy jestem zadowolony z życia.

1235

— Pewnie pan był?

1236

— Serce miałem zdrowe.

1237

Pierwszy raz wspomniał o sercu, więc spytałem, co mu dolega.

1238

— Nadciśnienie mam — odpowiedział.

1239

— Duże?

1240

— Sypiać nie mogę, ale to nie z nadciśnienia.

1241

— Był pan u lekarza?

1242

— Na moje serce nie ma lekarstwa.

1243

Pomyślałem, że typowy hipochondryk, a on dopił swoje cassis, to była godzina popołudniowa, i spojrzał na zegarek.

1244

Il faut travailler[48] — powiedział. — Pan jeszcze długo w Paryżu?

1245

— Trochę — odpowiedziałem, bo nie wiedziałem dokładnie, ile zostanę.

1246

Tak się złożyło, że z początkiem Nowego Roku wyjechałem na parę tygodni na wieś, do przyjaciół aż pod Arles, wróciłem w dru­giej dopiero połowie stycznia i bodaj tego samego dnia odnalazłem Kolendę w bistro, kończył cassis, gdy wszedłem, ale odmówił, kie­dy mu dla towarzystwa zaproponowałem następne.

1247

Je ne peux pas boire[49] — powiedział — Moja żona pije do obia­du wino, mais moi non[50], jedno cassis, to moja norma, i to nie co dzień.

1248

— Z powodu nadciśnienia?

1249

— Dawniej mogłem pić, miałem mocną głowę, ale teraz nie. A w Polsce zawsze dużo piją?

1250

— Raczej tak.

1251

— Mój ojciec, pamiętam, kiedy pił, to szklanką po musztardzie.

1252

— Musztardówką.

1253

— Właśnie, musztardówką. A ja, jak byłem młody, mogłem wypić litr czystej i więcej, za okupacji bimber, ale pijakiem nie by­łem, sam nie piłem nigdy, z kolegami chętnie. Mais apres la guerre c'est fini[51]! Po wojnie już nie mogłem. A pana dawno nie by­ło, myślałem, że pan wyjechał.

1254

Wyjaśniłem, gdzie byłem. Zamyślił się i zamrugał podczerwienionymi powiekami.

1255

— Wieś. Ja już nawet nie pamiętam, jak prawdziwa wieś wyglą­da.

1256

— A urlopy gdzie pan spędza?

1257

— Ja nie biorę urlopów.

1258

— Jak to? — nie bardzo zrozumiałem.

1259

— Dawniej brałem, jeszcze po wojnie brałem, ale teraz od wielu lat nie biorę. Moi, je dois travailler[52], bo jak nie pracuję, zaraz czuję się gorzej z sercem. Żona z dziećmi zawsze w lecie wyjeżdża, w zeszłym roku byli Bretanii, teraz się wybierają do Hiszpanii, mamy Deux Chevaux, żona prowadzi, pas mal, moi non[53], refleks mam słaby, skupić się nie potrafię.

1260

— Pewnie jest pan przemęczony?

1261

— Dlaczego przemęczony?

1262

— Pracą, brakiem odpoczynku.

1263

Ah, non, non[54]! Ja się najwięcej męczę, kiedy nic nie robię.

1264

— A co pański lekarz na to?

1265

Le docteur[55] Cortot? O, on by mnie najchętniej widział w charakterze dożywotniego rentiera. Kiedy byłem u niego ostatnio przed paru miesiącami, wprost mi powiedział: pan monsieur[56] Kolen­da, gdyby był pan roządnym człowiekiem, sprzedałby pan czym prę­dzej mieszkanie i kupił gdzieś w ładnie położonym miasteczku nie­wielką kafejkę, żonie kazał interes prowadzić, a sam ryby łowił, na małe spacerki chodził, z sąsiadami gawędził, a wieczorami te­lewizję pooglądał albo ze dwa, trzy robry rozegrał.

1266

— Może ma rację?

1267

— Germaine też tak mówi.

1268

— No, widzi pan!

1269

Na to odpowiedział:

1270

Non, non, cher monsieur[57], to nie byłoby dla mnie życie, ja muszę pracować. Jakie serce mam, to mam, dobre nie jest, bo jakie ma być? Ale jeszcze chodzi, a gdybym rzucił pracę i nic nie robił, tylko ryby łowił i spacerował, to pewnego dnia serce by mnie zadusiło, non, non, cher monsieur, ce n'est pas la vie pour moi[58].

1271

Poza ostatnią jest to bodaj jedyna rozmowa z Kolendą, którą prawie dosłownie zapamiętałem, inne, następne, a było ich ciągu zimy i przedwiośnia sporo, rozmazały mi się w pamięci, jak zaciek na suficie, tyle pamiętam, że stale w nich powraca­ło serce niedomagające na skutek jakichś tajemniczych zagrożeń, wynikających nie tylko z chronicznej choroby, również chwiejne rozkojarzenie wśród dwóch czasów, także uskarżanie się na dole­gliwości oczu, drobne sprawy domowe też się pojawiły; najwięcej chyba mówiliśmy o pogodzie i paryskim klimacie. Myślę, że gdyby nie ostatnia z Kolendą rozmowa, choć nie przypuszczałem wówczas, że będzie ostatnią, cały w ogóle Kolenda rozpłynąłby mi się po niedługim czasie w zapomnieniu, w pejzażu innym niż plac St. Sulpice nie byłoby dla niego miejsca, ostatecznie większość prze­lotnych i przypadkowych kontaktów z ludźmi dzieli los prześwie­tlonych klisz.

1272

Był wieczór, pamiętam: ciepły i wilgotny, z drobną mgiełką, już pełen podmuchów wiosny, miałem się spotkać z kilkoma znajo­mymi na St. Germain, ale nie poszedłem, bo nie chciałem dużo pić, a w tym okresie trudno mi było z ludźmi współżyć bez większego alkoholu, chciałem wcześnie wrócić do domu i poczytać monogra­fię Pintera o Prouście, więc z małej restauracyjki u początku ulicy Grenelle, gdzie często jadałem i skąd z zamkniętymi oczami mogłem trafić na plac St. Sulpice, bo to była jedna z owych wydeptanych przeze mnie ścieżek ogromnego labiryntu, przeszedłem w drobnej mżawce kilkaset kroków zupełnie machinalnie, prawie z uczuciem ulgi, że po krótkim, także rytualnym postoju w bistro i wypiciu dwóch, najwyżej trzech koniaków wrócę do siebie, na strome piąte piętro. Nie myślałem o Kolendzie, nie byłem usposo­biony do rozmów nawet nieobowiązujących, więc gdybym go jeszcze z ulicy zdążył wypatrzeć przy barze, pewnie poszedłbym dalej albo zawrócił, aby w najbliższym bistro spełnić samotnie swoje wieczorne koniaki, lecz gdy wszedłem, już było za późno, żeby się wycofać, przywitaliśmy się w milczeniu, beret na pewno miał na głowie, u patrona zamówiłem podwójnego martela, Adamo śpiewał w grającej szafie, dopiero kiedy rozpiąłem płaszcz pokryty kru­chą wilgocią, spostrzegłem, że przed Kolendą stoi nie wieczorna mięta, lecz duże cassis.

1273

— O! — powiedziałem, żeby coś powiedzieć — odstąpił pan od swoich przyzwyczajeń.

1274

On wtedy podniósł do ust pękaty kieliszek, wypił cassis drobnymi łyczkami, kieliszek odstawił i mrugając bardziej niż zwykle zaczerwienionymi powiekami powiedział:

1275

— Ja się w ogóle nie mogę przyzwyczaić.

1276

— Do Paryża? — spytałem bezmyślnie.

1277

— W ogóle. Chcę się przyzwyczaić i nie mogę. Dwadzieścia dwa lata z tym chodzę i przyzwyczaić się nie mogę. Jak pan myś­li, nie mam już szans, żeby się przyzwyczaić?

1278

Było to dość nieoczekiwane, lecz jak najbardziej prawdziwe: Kolenda był podchmielony, nie pijany, lecz na silnym rauschu na pewno. A oto, co mi w tym stanie rozluźnionej samokontroli powiedział:

1279

Śmierć, Morderstwo, Wina, Wyrzuty sumienia, Więzienie, Przemoc, Więzień, PiętnoNiech pan powie, za co mnie to spotkało? Czemu Pan Bóg mnie tak pokarał? Nie urodziłem się przecież na męczennika, zwykłym jestem człowiekiem, więc dlaczego tak się ze mną stało? Przysięgam, tysiące ludzi gorsze rzeczy ma na sumieniu niż ja i się przyzwyczaili, normalnie żyją, serce im nie dokucza, sen ma­ją dobry, a ja się przyzwyczaić nie mogę, dlaczego, proszę pana, za co? Ja panu wtedy, kiedy się poznaliśmy, nie powiedziałem prawdy, że w czterdziestym piątym chciałem wrócić do kraju, a nie wróciłem, bo się dowiedziałem, że wszyscy moi bliscy nie ży­ją. Prawda jest taka, że ja bym mimo to wrócił, bo ojczyzna, na­wet kiedy w niej nie ma bliskich, zawsze jest ojczyzną. Ja nie wróciłem, słowo panu daję, teraz Kolenda najszczerszą prawdę mówi, bo się bałem, że w kraju będę miał większe wyrzuty sumienia, a jak osiądę między obcymi, to się wszystko powoli zasklepi, wygładzi i ja się przyzwyczaję. I widzi pan, ojczyznę straciłem, cudzoziemską mam żonę, dzieci już francuskie, i wszystko na nic, bo ja się przyzwyczaić nie mogę, wciąż tylko myślę i myślę o jed­nym, chodzi to za mną jak złe oko, posłuchaj pan, to mnie dopad­ło pod sam koniec, kiedy mnie z Buchenwaldu przewieźli do Dachau, trzy lata lagrów już w sobie miałem, ładowaliśmy piasek na lory, była wielka kupa piasku do ładowania, ja stałem ze słońcem, ale wszystkie siły ze mnie uciekły, żadnej siły nie miałem, ledwo się na nogach mogłem utrzymać, pięć, może dziesięć łopat wysypałem, czy ja wiem?, a z drugiej strony ładował Ruski, młody silny chło­pak, wołaliśmy na niego: Wania, on ładował i ładował, jak maszy­na, kupa piasku leżała po jego stronie, chociaż ładował pod słoń­ce. Nagle z daleka widzę, idzie Aufseher[59], więc mówię do Ruskiego: ty Wania, ładujesz pod słońce, oczy cię na pewno bolą, chcesz, to się możemy zamienić, uśmiechnął się na to, przeszedł na moją stronę, spasibo[60], powiedział, i dalej ładował. Po chwili nadszedł Aufseher, stanął, popatrzył, że przede mną wielka kupa piasku, a po stronie Ruskiego malutka, więc podszedł do mnie, wyjął mi z rąk łopatę i tą łopatą dwoma uderzeniami zatłukł Wanię, potem znów wrócił do mnie, łopatę oddał, poklepał po plecach, że dob­rze pracuję i poszedł dalej, a ja przez to na serce choruję, mę­czę się, nie śpię i do życia przyzwyczaić się nie mogę. Pan może myśli, że ja nie wiedziałem, że Aufseher Wanię zatłucze? Dobrze, proszę pana, wiedziałem, że to zrobi, przecież gdybym nie wie­dział, nie zamieniłbym się na miejsce.

1280

Było to, jak wspomniałem, ostatnie moje spotkanie z Kolendą, od tego wieczora omijałem plac St. Sulpice, popołudniowe i wieczorne koniaki pijałem w innych bistrach, a do mojego starego, chcąc się pożegnać z patronem, wstąpiłem dopiero w przeddzień wy­jazdu i na wszelki wypadek w porze południowej. Dowiedziawszy się o śmierci Kolendy, zrobiłem zmartwioną twarz, powiedziałem do patrona akurat tyle, co w podobnej sytuacji powiedzieć nale­żało, lecz w głębi duszy odczułem ulgę, że już nigdy i nigdzie nie spotkam mego przypadkowego znajomego z bistra przy placu St. Sulpice.

1281

Tych czterech opowiadań nie napisałem specjalnie dla Nagórskiego. Wszystkie utwory, jakie wymyśliłem Nagórskiemu, są ukształtowane na mój własny obraz. Bardzo dobrze zrozumiał to Antek L. pisząc dla Antka Raszewskiego esej o Ostatniej godzinie, gdzie w związku z utworami Nagórskiego pełno dosłownych cy­tatów z utworów moich. Właściwie dopiero teraz (dość późno!) przychodzi mi do głowy, że z wielu względów zarówno obiektywnych, jak i subiektywnych lepiej by było, gdyby Nagórski jako pisarz nie był moim powtórzeniem, lecz moim przeciwieństwem, przezwyciężeniem samego siebie. Byłoby lepiej? Prawdopodobnie. Lecz, żeby było w tym sensie „lepiej” — nie stać mnie po prostu. Czy oznacza to, że zdając sobie sprawę z własnych niedostatków nie chciałbym być innym, aniżeli jestem? Innym, więc z innymi braka­mi i innymi przymiotami? Lecz jakimi? Nie umiem odpowiedzieć precyzyjnie na to: jakimi? Rzeczywiście, odkąd sięgam pamięcią — nigdy nie pragnąłem być kimś innym, aniżeli byłem, nawet w chwili szczególnie natrętnego zmęczenia samym sobą i obrzydzeniem ku własnemu „ja”. Nie, to było niemożliwością, abym ulepił Na­górskiemu inny model twórczości. Musiało być tak, jak jest.


1282

Ukończywszy lekturę ostatniego opowiadania, Nagórski wyrów­nuje starannie stronice maszynopisu, składa je do teczki, a tę chowa do biurka, wyjmując równocześnie inną teczkę z tekstem zaczętej w ubiegłym tygodniu Mszy za poetę. Zanim się jednak zabierze do lektury, telefon matki.

1283

— Pamiętasz, że przed siódmą masz po mnie przyjechać?

1284

— Oczywiście, mamo.

1285

— Tylko się nie spóźnij.

1286

— Dopiero dochodzi szósta.

1287

— I uważaj, jak będziesz jechać, na pewno jest ślisko.

1288

Nagórski, spoglądając na zimowy krajobraz za oknem:

1289

— Jak się czujesz?

1290

— Doskonale!

1291

— Pogoda okropna. Nie gniewaj się, ale czy to ma sens, że­byś wychodziła z domu na taką zawieję?

1292

— A co mi się stanie? Nie jestem z cukru.

1293

— Mógłbym ci przywieźć parę płyt Haliny.

1294

Starsza pani po chwili milczenia:

1295

— Dobrze, możesz nie przyjeżdżać, wolę zostać w domu, niż ci przeszkadzać.

1296

— Ależ mamo, kto mówi o przeszkadzaniu?

1297

— Wiem, że jestem starą kobietą i nie należy do przyjemnoś­ci pokazywać się ze mną publicznie.

1298

— Mamo — powiedział stanowczo — najdalej za trzy kwadranse jestem u ciebie. Mogę liczyć na filiżankę herbaty?

1299

Znów chwila ciszy, po czym rozległ się głos (z akcentem lekkiej obrazy) starszej pani:

1300

— Właśnie zaparzyłam świeżą herbatę.

1301

Nagórski już nie wraca do Mszy za poetę. Wprawdzie Maria Nagórska mieszka na Krakowskim Przedmieściu, zaraz za Miodową, więc po drodze do Filharmonii, lecz przed wyjazdem Nagórski musi się ogolić i przebrać.


1302

Na godzinę przed koncertem symfonicznym Witold Otocki opuś­cił gmach Komitetu Centralnego, a ponieważ poczuł głód — kazał kierowcy podjechać na Foksal, do „Kameralnej”.

1303

Urzędnik, Władza, Szczęście, StrachOtocki był w znakomitym humorze. Od przeszło miesiąca bez skutku się dobijał, aby Stefan Raszewski zechciał go przyjąć, kilkakrotnie wyznaczane spotkania były w ostatnich nieomal chwi­lach przez sekretarkę Raszewskiego odwoływane. Otocki gryzł się tym i niepokoił, nie miał bowiem pewności, czy przyczyną owych komplikacji był rzeczywiście brak czasu, czy też rozliczne obowiązki sekretarza KC nie miały w tym wypadku na celu zasygnalizo­wanie pierwszych objawów niełaski. Chociaż rok minął, od kiedy objął dyrekcję Teatru Stołecznego, zdawał sobie sprawę, że w opinii większości aktorów, a również i dla personelu technicznego wciąż pozostaje dyrektorem mianowanym odgórnie i to w okolicz­nościach szczególnie drastycznych, bo związanych z nagłym i bru­talnym zdjęciem z dyrektorstwa Romana Gorbatego. Bywał już w swo­im życiu wielokrotnie dyrektorem różnych instytucji kulturalnych, nigdy się nie zdołał wykazać poważniejszymi osiągnięciami, jeśli w ogóle w jego działalności o jakichkolwiek osiągnięciach można było serio mówić, wiedział w gruncie rzeczy, że jest miernotą, lecz i to wiedział, iż właśnie dlatego, że jest miernotą — może zawsze liczyć na kierownicze stanowisko, przecież ta świadomość mogła w nim trwać umocniona wówczas tylko, gdy czuł wokół siebie, a raczej ponad sobą krzepiące poparcie czynników nadrzędnych. W ciągu wielu minionych lat zmieniali się ludzie w Ministerstwie i w Komitecie Centralnym, w wydziale kierującym resortem, jedni wylatywali z orbity i gaśli nagle lub powoli, wśród rozległych i głębokich falowań codzienności, pamięć o nich, kiedyś wszech­mocnych i groźnych, głuchła i stygła, inni wzlatywali wyżej, osiągając wysokości już niedostępne dla istoty w randze dyrekto­ra, jeszcze inni znikali w głębi labiryntów również wypełnionych władzą, lecz władzą kształtującą regiony życia niemające nic wspólnego z tzw. odcinkiem kultury, konstelacje gwiezdne na par­tyjnym niebie wciąż się odmieniały, Otocki trwał, umiejętnie z każdym układem nawiązując życiodajny kontakt. Swoje trudności miewał, owszem, znał ich cierpki smak, znał owe niespodziewane telefony, gdy odległy, dobrze znajomy i zawsze z początku spokoj­ny i zrównoważony głos pytał: co się tam u was dzieje, towarzy­szu Otocki?, wiedział, że po takim niewinnym wstępie za chwilę, za ułamek sekundy rozpęta się burza i w jego duże, mięsiste ucho, lepkim potem zwilżające rozgrzewający się ebonit słuchawki, wle­je się natychmiast spotworniały ryk, gwałtowny potok słów, grzmiących i szczękających, jak lawina głazów obsuwająca się ze zbo­cza góry, tego ryku nawet się nie bał, bał się, że ryk może się przekształcić w pewnym momencie w zarządzenie, w prawny akt — lecz nigdy strach nie dopadał go tak natarczywie, jak ostatnio, gdy nie mógł u Stefana Raszewskiego uzyskać posłuchania. Budził się nocami w ciemnej głębi koszmarnych i niezapamiętanych snów, leżał w ciemnościach zlany potem, obezwładniony sflaczałym ogro­mem własnego ciała, pod ciężkimi dłońmi skrzyżowanymi na brzuchu czuł obrzmiałą wypukłość brzucha, twarz mu w ciemnościach puchła, ogromniały uda i stopy, a skurczona i spotniała męskość przypo­minała mu złośliwie o doczesnej nędzy erotycznych przedsięwzięć, był zbyt znużony, aby spod kołdry wyciągnąć ramię i zapalić światło, więc dalej leżał w ciemnościach szepcząc: Jezu Chryste, za co człowiek się tak męczy? — — — — — i oto dzisiaj Stefan Raszewski go przyjął. Przyjął w swoim gabinecie w Komitecie Centralnym, ale w godzinach pozaurzędowych, popołudniu, poświęcił mu całą godzinę, był w dobrym humorze, prawie nieoficjalny, od razu opuś­cił swoje miejsce za biurkiem, rozmawiali w wygodnych fotelach przy okrągłym stole, na którym zjawiła się niebawem mocna, gorą­ca kawa, za oknem dęło i wirowała kwietniowa śnieżyca, lecz tu było cicho i przytulnie, złe nocne zmory wyparowały powoli z Otockiego i wyparowały już chyba całkiem, gdy dyrektor Teatru Stołecznego, zrelacjonowawszy zwięźle nastroje w teatrze, prze­szedł do sprawy najważniejszej, a mianowicie do sprawy Makbeta w reżyserii i scenografii Eryka Wanerta.

1304

Zrazu Raszewski się skrzywił.

1305

— Wanert? Dlaczego akurat Wanert? Nie za dużo tego Wanerta?

1306

Otocki ostrożnie:

1307

— O ile wiem, towarzyszu Raszewski, Wanert nic na razie nie kręci.

1308

— A dlaczego nie kręci? Bo nie chce robić takich filmów, jakich my potrzebujemy.

1309

— Interesuje się teatrem, ma ciekawe i ambitne pomysły.

1310

— Wyobrażam sobie! Musicie sobie ten majdan brać na plecy, towarzyszu Otocki?

1311

Przez moment Otocki chciał skapitulować, wycofując się z całej sprawy, lecz w ostatniej chwili powstrzymało go od tego kroku uświadomienie sobie, jak złe wrażenie wywoła podobna de­cyzja w teatrze. Zatem zwięźle i starannie dobierając słowa, po­czął wyjaśniać, na czym polega Wanertowska koncepcja Makbeta.

1312

Raszewski słuchał uważnie i gdy Otocki skończył, spytał:

1313

— A kogo chcecie obsadzić?

1314

— Kellera jako Makbeta, a jako Lady Makbet Monikę Panek.

1315

— Nie za młoda?

1316

— Przy koncepcji Wanerta, to raczej plus.

1317

— Ja miałem na myśli, że aktorsko młoda.

1318

— W pewnym sensie tak — przyznał Otocki — ale bardzo am­bitna.

1319

— Podobno — mruknął Raszewski i Otocki uważnie odnotował, że pomiędzy Raszewskim i Moniką wszystko już chyba skończone. — Zresztą to nie moja sprawa. No tak! Cóż wam powiedzieć, towa­rzyszu Otocki? Próbujcie! My z pana Wanerta nie mamy zamiaru robić męczennika, niech pokaże, czy chce i potrafi wyjść poza swoje subiektywne widzenie rzeczywistości, poza swój pesymizm i temu podobne. Damy mu szansę. Ale pod jednym warunkiem, towa­rzyszu Otocki. Wy osobiście będziecie odpowiadać przed Partią, jeżeli Wanert pójdzie śladami tych naszych różnych speców od uwspółcześniania Szekspira i zamiast rzetelnie zrobionej trage­dii historycznej sprezentuje nam jeszcze jedną wersję tzw. dra­matu władzy, rozumiecie, co mam na myśli?

1320

— Oczywiście, towarzyszu Raszewski. Możecie być pewni, że nic podobnego nie pojawi się w Teatrze Stołecznym.

1321

— Mam nadzieję. A gdyby jednak, to pamiętajcie, co powie­działem, żebyście potem nie mieli do nas pretensji. Jeśli cho­dzi osobiście o mnie, to wolałbym się z wami nie rozstawać, towarzyszu Otocki, Partia ma do was zaufanie.

1322

— Dziękuję, towarzyszu Raszewski, postaram się nie zawieść tego zaufania.

1323

I pod wpływem ciepłej i pożywnej słodyczy, jaką w sobie poczuje:

1324

Urzędnik, Władza, Obcy, Wróg, Emigrant, Piętno, Polityka, Sztuka— Jeszcze jedną sprawę chciałbym nam, towarzyszu Raszewski, zreferować, sprawę, przyznaję, trochę kontrowersyjną…

1325

— Mianowicie?

1326

— Chodzi o Gorbatego.

1327

— Tak, słucham.

1328

— Wydaje mi się, że z wielu względów, również i politycz­nych, byłoby wskazane, żeby w najbliższym czasie, no, może nie w najbliższym terminie, ale gdzieś w nowym sezonie dać Gorbate­mu jakąś sztukę, może coś z klasyki rosyjskiej…

1329

— Nie, towarzyszu Otocki — przeciął ostro Raszewski — ten numer nie przejdzie, na to nie pójdziemy ani dzisiaj, ani jutro. Pan Gorbaty w różnych swoich wystąpieniach dał się poz­nać jako ktoś obcy, niemający nic wspólnego z interesami narodu polskiego i terenem jego przyszłej działalności może być każ­dy kraj prócz Polski. Sprawę trzeba postawić jasno: my się nie podobamy panu Gorbatemu, jego sprawa, my się więcej nie będziemy wtrącać w sumienie pana Gorbatego, ważne jest, że pan Gorbaty nam się nie podoba, a kto się nie podoba nam, ten musi iść won! Dziwię się wam towarzyszu Otocki, że określiliście tę bru­dną sprawę jako kontrowersyjną. Ona wcale nie jest kontrowersy­jna. Jest jasna jak stół!

1330

I dla zaakcentowania owej jasności uderzył pięścią w stół, zadrżały leciutko filiżanki, a Otocki poczuł w tym momencie nieprzyjemną mdłość w okolicach serca. Lecz Raszewski natychmiast się rozpogodził.

1331

— No tak! — powiedział — tak by ta sprawa wyglądała na pła­szczyźnie politycznej, a to jest jedyny punkt widzenia, jaki ja mogę zająć. Trudno, towarzyszu Otocki, ja muszę brać rzeczywis­tość taką, jaka jest, i muszę podchodzić do niej pryncypialnie. Ale wasze sugestie rozumiem. Rozumiem przede wszystkim waszą sy­tuację w Teatrze Stołecznym, nacisk środowiska nieumiejącego myś­leć kategoriami politycznymi i państwowymi, łatwo też ulegające­go bałamutnym nastrojom i różnym plotkom i oszczerstwom rozsiewa­nym przez naszych wrogów z wewnątrz, a przede wszystkim z zewnątrz, rozumiem to wszystko. I wasze poczucie lojalności koleżeńskiej też rozumiem i doceniam. Nie myślcie, że my, ludzie z aparatu, jes­teśmy bezdusznymi maszynami, każdy z nas ma także serce, i to czasem duże serce, chodzi tylko o to, dla kogo to serce bije. Ja bynajmniej nie przeczę, że Gorbaty był wybitnym artystą i w rozwo­ju polskiego teatru posiada pewne niewątpliwe zasługi, niestety, nie wytrzymał naporu historii, wypadł na zakręcie i boleśnie się potłukł, jego talent przestał służyć naszej sprawie, słusznej sprawie. Jak to mówi poeta: „Daremne żale, próżny trud, bezsilne złorzeczenia”… Jak to idzie dalej? Wy na pewno jesteście w poe­zji silniejsi ode mnie…

— „Przeżytych kształtów żaden cud

Nie wróci do istnienia”.

1334

— No właśnie!

1335

Rozstali się jak przyjaciele i ze względu na szczególnie ludzki oraz intymny akcent, jakim się ta rozmowa zakończyła, niebezpiecznie w pewnym momencie nachylona ku katastrofie, Wi­told Otocki, spoglądając w drodze do pobliskiej „Kameralnej” na zawieję szalejącą na dworze i na lepkie płaty śniegu ścierane z przedniej szyby wołgi rytmicznymi ruchami wycieraczki, a także wi­dząc ludzkie pokurczone mrowie, wypełniające chodniki na ruchli­wym skrzyżowaniu Nowego Światu z Alejami Jerozolimskimi, mógł się w kojącym cieple auta poczuć czysty i wewnętrznie obmyty nieomal jak młody chłopiec jeszcze prostodusznie wierzący po przyjęciu pierwszej komunii (et super nivem dealbabor[61]), nie mu­siał również wobec tak pomyślnego finału żałować, że sprawę Gor­batego poruszył, przeciwnie — poczuł się wzruszony własną odwagą oraz koleżeństwem, i podbudowany tą świadomością, a też ożywiony bliską perspektywą koncertu, na którym w czasie przerwy będzie mógł co najmniej kilku osobom ze środowiska zakomunikować swoją dobrą wolę, wszedł do „Kameralnej”, strząsnął z jesionki śnieg, który zdążył na niej osiąść, gdy wychodził z auta, rozebrał się w szatni, życzliwym uśmiechem kwitując ukłon i słowa powitania znajomego szatniarza, po czym, poprawiwszy przed lustrem cokol­wiek przekrzywiony krawat, zszedł na dół do toalety, żeby zrobić siusiu.

1336

Przy barze, jak zwykle o tej wczesnej wieczornej godzinie, było tłoczno, znalazł jednak wolne miejsce u końca kontuaru i gdy się usadowił na wysokim stołku, zawsze, ilekroć wstępował do barów, kojarzących mu się, nie wiedzieć czemu, z Szymonem Słupnikiem, i rozejrzał się za kartą — w młodym człowieku siedzącym obok rozpoznał bez entuzjazmu Andrzeja Wajsa, siostrzeńca Jolanty, któ­ry po ukończeniu ekonomii politycznej, na Uniwersytecie pracował w dziale planowania i statystyki w Państwowym Instytucie Pracy, u Leopolda Panka. Natomiast Wajs, przystojny brunecik z baczkami i fryzurą cokolwiek przydługą jak na urzędnika państwowego, bar­dzo się wujem ucieszył.

1337

— Dawno cię nie widziałem — Otocki bardzo po dyrektorsku przyhamował wylewność siostrzeńca — co u ciebie słychać?

1338

Na to młody człowiek:

1339

— Zależy, wuju, gdzie się ucho przyłoży. A u wuja?

1340

— W porządku, wszystko w porządku

1341

— Michał się robi sławny, fajnie śpiewa.

1342

Otocki nie lubił tematu syna, który od roku występował w big-beatowym zespole „LA DA CO”, pozostawił więc ten wątpliwy kom­plement bez komentarza i u barmanki, która akurat podeszła, zamó­wił pieczarki w kokilce[62] oraz kieliszek jarzębiaku. Przed Andrzej­kiem stała setka czystej i jasne piwo.

1343

— Rzadko się wuja widuje w „Kameralnej”.

1344

— Nie mam czasu, mój drogi, na włóczenie się po knajpach. Teraz miałem po drodze, więc wpadłem, żeby coś przekąsić przed koncertem. Halina Czaplicka dzisiaj śpiewa.

1345

— Ona chyba do siedemdziesiątki dociąga, nie?

1346

— Przesadzasz, ma najwyżej pięćdziesiąt, może pięćdziesiąt dwa i wciąż jest w znakomitej formie. To wielka śpiewaczka!

1347

— Wolę Beatlesów.

1348

— Kwestia gustu.

1349

— To zdrowie wuja! — powiedział Wajs, podnosząc szklaneczkę.

1350

Otocki odwrócił się i zajął własnym jarzębiakiem, żeby nie widzieć, jak tamten jednym haustem opróżnia swoją setkę. Jednak nie wytrzymał.

1351

— Czy u was młodych to już taki obyczaj, że się pije, nie jedząc?

1352

Andrzejek dość długo i na jednym oddechu leniwie sączył piwo.

1353

— Nie do uwierzenia, wuju — powiedział wreszcie — jak długi czas żółwie mogą żyć bez jedzenia, ba! nawet nie oddychając. Od pradawnych czasów żółwie lądowe bywają trzymane w niewoli, niektóre przeżywały w niewoli 70, 100, a nawet 150 lat. Żółwie lą­dowe piją rzadko, ale dużo naraz. To z Brehma[63], wuju.

1354

— Nie wiedziałem, że się interesujesz zoologią.

1355

— Żółwiami, wuju. Żółwie, to moje hobby.

1356

Otocki:

1357

— Na „Batorym”, kiedy jest wieczór kapitański, zawsze dają zupę żółwiową.

1358

— Nie jadłem.

1359

— Znakomita!

1360

— Pozbawione głów, żółwie poruszają się jeszcze przez wiele tygodni.

1361

— Rzeczywiście?

1362

— Tak Brehm pisze. Może wuj ma przypadkiem w swojej biblio­tece coś o żółwiach, ja zbieram wszystko, co jest o żółwiach.

1363

Otocki, podnosząc do ust porcję pieczarek, zastanowił się poważnie.

1364

— Nie, nie przypuszczam, żebym coś podobnego miał u siebie. Żółwie to nie moja specjalność.

1365

— Szkoda — westchnął Andrzej Wajs i wyraźnie posmutniał.

1366

Aż nagle spytał:

1367

— To prawda wuju, że Teatr Stołeczny ma od nowego sezonu zmienić nazwę?

1368

Otocki podniósł swoją wielką głowę znad opróżnionej kokil­ki.

1369

— Zmienić nazwę? Pierwszy raz słyszę, nikt mi podobnego wnio­sku nie przedstawiał. Po co Teatr Stołeczny miałby zmieniać naz­wę?

1370

— Ja nie wiem, może żeby się odciąć?

1371

— Od czego?

1372

— Tak w ogóle.

1373

— Brednie!

1374

— Pewnie brednie, ale wszyscy mówią.

1375

— Co znaczy wszyscy?

1376

— Różne typy, wie wuj, u nas w PIP-ie się przewijają, takie różne dzwony, lichtarze i organki. Ale, jak wuj o niczym nie sły­szał, to na pewno plotka. A jeszcze wczoraj wieczorem, tu przy tym samym barze, jeden aktor przysięgał się, że to prawda.

1377

— Ze Stołecznego?

1378

— Chyba tak, tak przynajmniej konfabulował[64].

1379

— Jak się nazywa?

1380

— Wyleciało mi. Młody, młodszy ode mnie.

1381

— Halicki?

1382

— Nie, chyba nie Halicki, Halickiego znam od Hopfera, ten był młody, wysoki brunet.

1383

— To by się zgadzało.

1384

— Ale to nie Halicki.

1385

— A, wszystko jedno! — zirytował się Otocki. — Co więc mówił?

1386

— Że od nowego sezonu Teatr Stołeczny ma się inaczej nazy­wać.

1387

— Mówił jak?

1388

— Mówił, ale to beznadziejnie głupie.

1389

— Wydaje mi się, że kto jak kto, ale ja mam prawo znać plotki o moim teatrze.

1390

— Zapewne, zapewne — powiedział Andrzejek Wajs ze współczu­jącym zrozumieniem. — Napije się wuj?

1391

— Pięćdziesiątkę mogę ci postawić. Ale jedną.

1392

— Dziękuję, wuju — na to Wajs — prześlę wujowi pocztówkę z żółwiem, żółwie przynoszą szczęście. Pani Lalu, dla mnie setkę i, jasne, pan dyrektor Otocki za wszystko płaci.

1393

Otocki chciał zaprotestować, lecz spojrzawszy na zegarek (dochodziła siódma, a musiał jeszcze wstąpić po żonę, która w „Sygnałach” miała zebranie partyjne), zażądał rachunku.

1394

— Wszystko razem? — spytała tęga utleniona blondyna.

1395

— Razem — zgodził się.

1396

I do siostrzeńca:

1397

— Więc?

1398

— Kiedy naprawdę, wuju, to koszmarnie głupie.

1399

— Mam nadzieję.

1400

— Więc mówią, że od nowego sezonu teatr wuja będzie się nazy­wać Teatr KaKa.

1401

— KaKa?

1402

— Rzekłem, że głupie, nie?

1403

— Nie rozumiem dowcipu.

1404

— Teatr Konrada Kellera. KaKa.

1405

— Ach tak!

1406

— Beznadziejnie płaskie.

1407

— Powiedzmy! KaKa!

1408

— Wuj się na mnie nie gniewa?

1409

— Przeciwnie, jestem ci wdzięczny.

1410

— To zdrowie wuja!

1411

— Dziękuję. No, na umie już czas, muszę zmykać. Trzymaj się!

1412

— Cześć, wuju. Ucałowanie rączek dla cioci.


1413

Gdy Otocki podjechał na Smolną do „Sygnałów”, okazało się, że partyjne zebranie jeszcze się nie skończyło. Jola Otocka, wywołana na korytarz, oświadcza, iż postara się przyjechać na drugą część koncertu, na razie jako członek egzekutywy[65], nie mo­że zebrania opuścić, ponieważ trwa dyskusja w sprawie usunięcia z Partii jednej z redaktorek, oskarżonej o rozpowszechnianie poglądów syjonistycznych i antypatriotycznych. Wprawdzie usunięcie owej pracowniczki zostało już zadecydowane przez Komitet Miejski, lecz dyrektywie tej towarzyszyło zalecenie, aby w dys­kusji nad tym punktem porządku dziennego wzięła udział możliwie największa ilość członków POP-u[66], stąd przedłużanie się dyskusji. Otocki krótko referuje żonie przebieg rozmowy z Raszewskim i już przy wyjściu, jakby mimochodem, pyta Jolę, czy nie obiła się jej o uszy taka głupia plotka o zmianie nazwy Teatru Stołeczne­go. Otocka śmieje się. Teatr KaKa? Oczywiście! Wszyscy to za­bawne powiedzonko znają.

1414

— Zabawne? — mówi Otocki z akcentem goryczy. — Tobie się to wydaje zabawne?

1415

— Bardzo! — odpowiada Otocka. — A biorąc pod uwagę twój silny, męski charakter, nawet prawdziwe.

1416

Na to Otocki:

1417

— Ach tak? Tak sądzisz?

1418

— Owszem, tak sądzę. Uważasz, że się mylę?

1419

Ta nieprzyjemna rozmowa rozwiewa ostatecznie wahania Otockiego. Dyrektor Teatru Stołecznego, głęboko dotknięty w miłoś­ci własnej, postanawia zadziałać i to natychmiast. Skoro więc przybędzie do Filharmonii na kwadrans przed rozpoczęciem kon­certu i w rozległym hallu na dole, już pełnym ludzi, dostrzeże Eryka Wanerta, natychmiast do niego podejdzie.

1420

— Cześć, stary! Mam dla ciebie dobre wiadomości, w ponie­działek możesz zaczynać próby Makbeta. Raszewski bardzo życz­liwie się ustosunkował do twojej koncepcji, właśnie od niego wracam.

1421

Wanert zwięźle:

1422

— Cieszę się. Chciałbym zrobić dobre przedstawienie.

1423

— Zrobisz! Jest tylko jedno „ale”.

1424

— Raszewskiego?

1425

— Nie, moje. To, oczywiście, nie jest warunek, tylko su­gestia. Otóż, stary, po rozmowie z Raszewskim jeszcze raz so­bie przemyślałem całą sprawę, twoja koncepcja jest nowa i twór­cza, ale właśnie dlatego, że taka jest, doszedłem do przekona­nia, że z tej historii należy bezwzględnie wyeliminować Moni­kę. Mówmy otwarcie, ty wiesz dobrze, jakie ona ma możliwości, ja też wiem, co się będziemy obcyndalać? Cudów nie ma, położy­łaby spektakl.

1426

Eryk Wanert:

1427

— Zdaje się, że to nie ja upierałem się przy Monice? Twier­dziłeś…

1428

— Masz rację, mój błąd, przyznaję. Dlatego chcę to napra­wić.

1429

— Obawiam się, trochę za późno.

1430

— To już mnie zostaw.

1431

— Wszyscy wiedzą, że Monika ma grać.

1432

— Więc się dowiedzą, że grać nie będzie, dość się już nagrała w tym sezonie. Dopóki ja jestem dyrektorem, Teatr Stołe­czny nie jest i nie będzie teatrem KaKa.

1433

— Już do ciebie doszło?

1434

— Co byś powiedział na Beatkę Konarską?

1435

— Mnie odpowiada, świetna dziewczyna. Proponowałem ją w swoim czasie.

1436

— W takim razie załatwione! Ja Beatkę sam zawiadomię. Pojęcia nie masz, stary, jak się cieszę, kamień mi spadł z serca. Ale to na razie między nami, dobrze?

1437

— A Konrad? Ze względu na niego nieprzyjemna sytuacja.

1438

— Pozornie. Ty, stary, nie doceniasz Konrada. On jest prze­de wszystkim wielki aktor.

1439

— Wiem, ale…

1440

— Po sobie nie pokaże, ale zaręczam ci, że kiedy się dowie, że Monika nie będzie jego partnerką, w głębi ducha będzie zado­wolony, on dobrze wie, jaka z niej aktorka. Ale uwaga, o wilku mowa…

1441

Bo akurat w tej chwili, dość nieoczekiwanie wyłoniwszy się z zagęszczającego się wokół tłumu, podejdą Monika i Konrad. Otocki, który nie zdążył ustalić, kiedy i jaki sposób powiado­mi Monikę o powziętej decyzji (przed ślubem czy po?), na widok tej pary, wyniesionej przez złośliwą plotkę na uzurpatorskie i suwerenne wyżyny, zdecyduje się natychmiast.

1442

— Jak się macie — mówi, witając się serdecznie — świetnie, że cię widzę, Moniczko, zadzwoń do mnie jutro rano do teatru, tak koło dziesiątej, mam do ciebie jedną sprawę.

1443

Monika trochę zdziwiona:

1444

— Jutro?

1445

— Rozumiem, będziesz zajęta, możesz zapomnieć. Ja do ciebie zadzwonię.

1446

— Nie możesz powiedzieć teraz?

1447

— Chodźmy na salę, już dzwonią.

1448

Eryk Wanert, aby nie okazać wewnętrznego zmieszania, do Kellera:

1449

— Jak się czuje Prometeusz?

KONRAD

1450

Na ogół nieźle, choć, jeśli mam być szczery, to nagość tego osobnika, ponieważ, niestety, ma być nagością moją, wciąż mi trochę zawadza.

MONIKA

1451

Jak na jutrzejszego oblubieńca nie jestem pewna, czy to wyznanie jest specjalnie dowcipne.

KONRAD

1452

W każdym razie mało boskie, to przyznaję.

WANERT

1453

Nic się nie martw, zaręczam ci, że na ekranach bę­dziesz wyglądać właśnie tak, jak bóg wyglądać powinien.

MONIKA

1454

Bóg zdegradowany!

KONRAD

1455

Dziękuję, kochanie. Ta świadomość będzie mi bar­dzo pomocna, muszę jednak pamiętać, że na tym etapie degrada­cji moje ciało musi pozostać boskie, a więc doskonałe.

WANERT

1456

Na dużych zbliżeniach będzie boskie.

KONRAD

1457

Nie jest wykluczone, zresztą niech się operator martwi. Zawsze mi się wydaje, że zostałem aktorem przede wszyst­kim dlatego, iż zbrakło mi tupetu i fantazji, aby się stać ho­chsztaplerem — — — — —

Monika Panek i Konrad Keller, gdy są na schodach:

MONIKA

1458

Konrad?

KONRAD

1459

Tak?

MONIKA

1460

Jaką on może mieć do mnie sprawę?

KONRAD

raz po raz kłaniając się i odkłaniając
1461

Kto?

MONIKA

1462

Otocki.

KONRAD

1463

Po to go zrobiono dyrektorem, żeby miał różne spra­wy.

MONIKA

1464

Już ci się uszy zaczynają czerwienić.

KONRAD

1465

Rzeczywiście?

MONIKA

1466

Niestety!

KONRAD

1467

To jedyna ich możliwość, żeby zamanifestować uczu­cia dla ciebie.

MONIKA

1468

Szalenie jesteś dowcipny!

KONRAD

1469

Bądź wyrozumiała, kochanie, wiesz, z jaką trudnoś­cią przychodzi mi redagowanie tekstów dla samego siebie — — — — —


1470

Beata Konarska i Łukasz Halicki już na sali, po brzegi wy­pełnionej publicznością, poszukują swych miejsc: ona w szerokich, pyjamowych spodniach z czarnego jedwabiu i takiej samej rubaszce[67], ściśniętej w pasie złotym łańcuchem, jasnowłosa, bardzo dziewczę­ca, pobrzękująca licznymi pierścieniami i łańcuchami, on — w cienkim żółtym golfie pod długą i na modłę staroświeckiego surduta skrojoną kurtką z czarnego welwetu, i w wąziutkich, także z welwetu spodniach. Mijając rząd dziewiąty, w którym dwa miejsca przy przejściu zajmują Adam Nagórski i jego matka, Łukasz Halicki kłania się z rzadkim przy jego niezależnych manierach szacunkiem, ponieważ jednak nieczęsto podobną atencję w życiu uprawia, ukłon jego w czujnym sprężeniu całego ciała i w pośpiesznym i głębokim pochyleniu korpusu wyraźnie odwołuje się do czasów sztubackich młodego aktora i całkiem w stylu uczniowskim wypada.

BEATA

1471

Kto to jest?

ŁUKASZ

1472

Nie poznałaś? Nagórski.

BEATA

1473

Ta staruszka obok niego?

ŁUKASZ

1474

Matka.

BEATA

1475

On ma jeszcze matkę?

ŁUKASZ

1476

Wiesz, kto to jest? Słynna Kellerka!

BEATA

oglądając się do tyłu
1477

O Boże, ona jeszcze żyje?

ŁUKASZ

1478

Keller jest jej rodzonym siostrzeńcem, mówił mi kie­dyś, że urocza staruszka.

BEATA

1479

Staruszki mogą być urocze?

ŁUKASZ

1480

Ja lubię staruszki.

BEATA

1481

Bo ty lubisz wszystko, co lubi ciebie.

ŁUKASZ

1482

Nieprawda, nie lubię pcheł.

BEATA

1483

Ile ona może mieć lat?

ŁUKASZ

1484

Osiemdziesiąt kilka.

BEATA

1485

Mów wyraźniej!

ŁUKASZ

1486

Osiemdziesiąt dwa, trzy, nie pamiętam dokładnie.

1487

Właśnie oboje, aby zająć swoje miejsca w głębi dwunastego rzędu, zmuszają już siedzących do podnoszenia się. Beata zatrzy­muje się i skupienie oraz pewien wysiłek odmalowują się na jej twarzy.

ŁUKASZ

szeptem
1488

Przechodź, Beata!

BEATA

głośno
1489

To jak ona się urodziła, ja miałam minus sześćdziesiąt lat!

A ponieważ dopiero teraz zauważa, że jakaś starsza kobieta (Celina Raszewska) stoi, aby ją i Łukasza przepuścić, mówi szyb­ko, pobrzękując swymi łańcuchami i ujmująco się uśmiechając:
1490

Przepraszam panią bardzo — — — — —


1491

Celina Raszewska, dopiero gdy się podniosła, zauważa profil Adama Nagórskiego, akurat pochylonego ku matce. I jak zawsze, gdy go widzi z daleka w miejscach publicznych lub na ulicy, ogarnia­ją ją dawne wspomnienia: pogrzeb Elżbiety i wciąż w niej jeszcze żywe trzy dni spędzone po pogrzebie w towarzystwie młodego Adama, lecz patrząc na tę oddaloną o kilka rzędów siwiejącą głowę, nie może znaleźć żadnego powiązania pomiędzy nią i ksz­tałtem szczupłego wysokiego chłopca, z którym w tamtych zamie­rzchłych czasach, wśród czystej przejrzystości tatrzańskiej wiosny (w istocie tylko jeden dzień był słoneczny, ten ostatni, dwóm pierwszym, przy chwilowych tylko rozjaśnieniach, towarzy­szyło niebo pochmurne, drobne deszcze i mżawki zacierające za­rysy gór) odbywała długie spacery pod regle i w głąb pustych o tej porze dolinek i ten obcy, prawie znienawidzony człowiek, stawał się coraz bliższy, gdy szedł obok i mimo swych dwudzies­tu pięciu lat sprawiał wrażenie prawie jej rówieśnika, tak mło­do wyglądał, szybkie i trochę nerwowe kroki uważnie dostosowu­jąc do jej drobnych i niepewnych, bo wychowanych w mieście i tylko z miejską ulicą oswojonych — gdy usiadła, lu­dzie przed nią przysłonili sylwetkę Nagórskiego, przez moment, wciąż wśród wspomnień i jakby z podobnego oddalenia słysząc od­głosy strojonych instrumentów, zastanawia się, czy w czasie przerwy nie podejść do Nagórskiego, lecz prawie równocześnie myśli, że to by nie miało żadnego sensu, nic, a w najlepszym ra­zie prawdopodobnie nic nie mieliby sobie do powiedzenia, szczególnie on, z pewnością niechętnie, a może nawet wrogo usposobio­ny do jej męża, Wspomnieniai w tej chwili, gdy nagle strojone instrumenty milkną, a potem rozlegają się oklaski, bo w głębi estrady ukazu­je się sylwetka Andrzeja Markowskiego, Celina słyszy krótki, gwałtowny dzwonek, biegnie drzwi otworzyć i nie dalej niż o krok, w cieniu ciasnej i mrocznej klatki schodowej stoi młody Stefan, spod nasuniętego głęboko na czoło kaszkietu ledwo wi­dać jego twarz i dopiero, gdy wsuwa się do środka i drzwi za so­bą zamyka, w pożółkłym poblasku słabej żarówki oświetlającej przedpokój, dostrzega, jak Stefan jest przemoczony i blady, chwilę stoi bez ruchu, ciężko oddychając, z jego płaszcza spły­wa na podłogę woda, wreszcie mówi: „gonią mnie” i w tym momencie Celina Raszewska, poprzez przyśpieszone bicie serca, a dłoń wspartą o poręcz fotela podniósłszy do czoła, aby przed siedzącą obok jasnowłosą dziewczyną, pobrzękującą cichutko łańcuszka­mi, osłonić oczy nagle wypełnione łzami, słyszy pierwsze takty Mozartowskiego allegra — — — — —

1492

Halina Ferens Czaplicka sama w pokoju dla artystów, nawet Aimo Immonen, świadomy wszystkich faz przedkoncertowego rytuału, na parę minut przed rozpoczęciem symfonii, wymknął się dyskretnie i prawie równocześnie z wejściem dyrygenta zajął swoje miej­sce w pierwszym rzędzie na balkonie, Halina zawsze wymagała, aby słuchał jej śpiewu z odległości nie nazbyt bliskiej, a rów­nież mógł jej sylwetkę oglądać z perspektywy, całą i na tle orkiestry.

1493

Jest zatem sama. Siedzi nieco sztywno, wyprostowana i na krawędzi fotela, aby nie pognieść sukni, z której jej drobna kibić wyłania się jak z czarno-srebrnego kielicha rozszerzone­go lekko u dołu. Na stole leży tom Utworów Zebranych Krzysztofa Czaplickiego. Ten tom, wydany na cienkim, biblijnym papierze, liczy ponad tysiąc stron, a ukazał się przed paroma zaledwie miesiącami, profesor Kazimierz Wnuk, który wiele lat poświęcił odszukiwaniu i gromadzeniu rozproszonych po ludziach utworów młodego poety, wstąpił po południu do hotelu Europejskiego, aby osobiście ofiarować książkę słynnej śpiewaczce, lecz skoro mu zakomunikowano w recepcji, że pani Ferens nikogo nie przyj­muje, zostawił tom, skreśliwszy na pierwszej stronie kilka słów dedykacji: „Wielkiej śpiewaczce — siostrze wielkiego poety”. Halina, wzruszona podarunkiem, kazała Aimowi wziąć ze sobą ksią­żkę i oto ma ją teraz przed sobą. Nieliczne, ocalone z wojen­nych zniszczeń fotografie brata widziała parę dni temu u matki, gdy nazajutrz po przyjeździe odwiedziła ją w skromnym mieszka­niu na Mariensztacie, była jednak wówczas pod tak silnym wraże­niem starości i osamotnienia matki, którą pożegnała była przed trzydziestu laty, iż mało co z tych zdjęć zapamiętała. Teraz poruszyły ją dwa szczególnie: na jednym Krzysztof, nie więcej niż sześcioletni, na tle jesiennych lub przedwiosennych, bo je­szcze albo już bezlistnych krzaków stał na dużym płaskim głazie, w krótkim ciemnym płaszczyku, w skarpetkach, więc z gołymi kola­nami i w wysokim ułańskim czaku, obie dziecięce dłonie wspierając o rękojeść szabli sięgającej mu do ramienia; zdjęcie drugie pocho­dziło z lat nieco późniejszych, lecz i na nim utrwalony Krzysz­tof z włosami przyciętymi na chłopaka, w szkolnym fartuchu z bia­łym, pikowanym kołnierzykiem może tylko pięknem poważnie zamyś­lonych i już trochę smutnych oczu kojarzy się Halinie z przym­glonym wspomnieniem drobnego i delikatnego maturzysty z wczes­nej wiosny roku 1939 — — — — — wie, że ma przed sobą co najmniej pół godziny, lecz przez cały ten czas ani razu nie spojrzy na ze­garek, również nie śledzi symfonii rozwijającej się gdzieś w od­ległej głębi uciszonego gmachu, wie, że w momencie odpowiednim uśmiechnięty pogodnie Andrzej Markowski stanie we drzwiach gar­deroby, a wówczas ona się podniesie, czując w piersiach skupio­ną lekkość, a w gardle rozluzowane ciepło, które całe jej ciało nasyci świadomością, że gdy znalazłszy się za chwilę na estra­dzie odrzuci w pewnym momencie głowę do tyłu, a potem ją wypros­tuje — wtedy na lekkie skinienie dyrygenta i wraz z akompania­mentem orkiestry jej pierwsze „Lasciate mi morire…” wypełni skargą i cierpieniem, aby potem się wznosiło, trwało i opadało, i znów się wznosiło, wciąż jak strumień światła wibrującego w ciemnościach rozdzielając owe mroki miłosnym lamentem błagają­cym o śmierć. Lecz na razie, gdy siedzi na krawędzi szczupłego fotela i trzyma w dłoniach niedużą książeczkę oprawioną w zielo­ny safian (jest to prezent Aima, który w rocznicę ich związku własnoręcznie swoim okrągłym, trochę szkolnym pismem wypisał w kilku językach teksty arii oraz pieśni stanowiących repertuar śpiewaczki), nie zdążył się do niej jeszcze przybliżyć ów nieu­nikniony moment, gdy po koncercie Aimo, przez pierwszą godzinę wciąż opiekuńczy i czuły, wiernie w ten sposób dopełniając os­tatnich obrządków szczególnego nabożeństwa, potem zacznie się od niej oddalać, coraz bardziej niespokojny i nieuważny, aż wre­szcie zniknie jej z oczu i na długie godziny gdzieś się zagubi wśród spraw nigdy do końca niewyjaśnionych, a wiadomych tylko jemu. Smutek oraz żal, które na razie Halinę wypełniają, są nie­określone, wzbierają w niej w swych czystych kształtach, wsłu­chuje się przecież w tę nienazwaną boleść bardzo czujnie, pra­wie z takim samym żarliwym skupieniem, z jakim niegdyś przed wieloma laty, będąc małą dziewczynką i na wakacjach, lubiła kłaść się na ziemi i ucho do ziemi przykładać, aby uchwycić od­głosy tajemniczych drżeń i westchnień podziemnych, słyszy już w sobie lament, zanotowany przed kilkoma wiekami przez włos­kiego kompozytora, lecz jeszcze nie wie, co ten tren ma wyra­zić; jej życie własne, czy może raczej skargę młodziutkiego chłopca czuwającego w noc sierpniową i nie o dziecięcą szablę wspierającego delikatne dłonie, lecz o męski automat?


1494

Z powodu wyjazdu do Wrocławia na jedną z rozlicznych w tym jubileuszowym roku sesji naukowych profesor Wnuk nie był na wtor­kowym recitalu Haliny Ferens-Czaplickiej, a ponieważ z wiadomych przyczyn nie mógł się popołudniu zobaczyć ze śpiewaczką osobiś­cie — teraz, na koncercie, ma ją ujrzeć i usłyszeć po raz pierw­szy. Jest do pewnego stopnia oswojony z jej twarzą, dzięki foto­grafiom, jakie mu na jego prośbę pokazywała pani Czaplicka, fo­tografiom nadsyłanym w różnych latach i z różnych miast i krajów, również nie jest mu obce szczególnie wzruszające piękno zadzi­wiającego mezzosopranu Haliny Ferens, ma bowiem kilka jej płyt, wśród nich Pieśni Wędrowca Mahlera, Schuberta Die Winterreise oraz arie Bacha i Haendla, wie jednak, że zarówno podobizny (zwłaszcza artystki), jak nagrania, nie mogą zastąpić kontaktu bezpo­średniego, prawie zawsze w stosunku do autentyku ofiarowując wię­cej lub mniej. Zatem w oczekiwaniu na występ siostry Krzysztofa Czaplickiego nieuważnie i bez satysfakcji słuchał Mozarta, nieco zmęczony dniem wypełnionym rozlicznymi obowiązkami, niechętny tłokowi, jaki panował na sali, od czasu do czasu pocierał wska­zującym palcem lewej dłoni koniuszek nosa, co zawsze było u nie­go oznaką niejakiego zamącenia równowagi. W pewnym momencie, gdy fotel, który zajmował w dziesiątym rzędzie, wydał mu się szcze­gólnie ciasny i twardy, poruszył się w nim w poszukiwaniu pozycji dogodniejszej tak ciężko i gwałtownie, iż spowodował głośne pod sobą skrzypnięcie, sapnął więc z irytacji, a siedząca przed nim kobieta potrząsnęła głową i ramionami gestem zniecierpliwienia, na szczęście akurat w tym momencie ostatnia część symfonii dobie­gła końca, zabrzmiały oklaski, mógł zatem, już się nie krępując, wygodniej się usadowić, lecz w trakcie tych czynności przypomnia­ła mu się nieudana wizyta w „Europejskim”, „nieznośne musi być babsko!” — pomyślał i znów krótko czmychnął przez nos, ten nastrój irytacji trwał w nim jeszcze przez całą przerwę, a nawet się na­silił, gdy na uciszonej sali rozległy się nagle oklaski, zrazu pojedyncze, jakby przypadkowymi wiązankami wyrzucone z różnych stron parteru i balkonów, natychmiast się jednak poczęły łączyć i kiedy Halina Ferenc-Czaplicka, nieomal dziewczęco drobna i krucha w swojej ogromnej sukni podpłynęła w niej lekko, jak na czarno-srebrnym korabiu, na skraj estrady i wyprostowawszy się głowę odrzuciła na moment do tyłu — entuzjastyczne brawa wypełni­ły salę, natomiast profesor Wnuk poczuł gwałtowne szarpnięcie serca i wzruszenie ścisnęło mu krtań, ponieważ poprzez ten gest znakomitej śpiewaczki ujrzał twarz Krzysztofa — — — —

1495

Do prototypu (w sensie bardzo zawężonym) profesora Kazimie­rza Wnuka, który akurat dzisiaj obchodzi uroczyście w Krakowie jubileusz sześćdziesięciolecia, wysłałem przed paroma dniami krótki list z życzeniami:

Drogi Kazimierzu,

bardzo żałuję, że nie mogę przyjechać na Twój Jubileusz, aby osobiście Cię uściskać i wypić z Tobą Twoje zdrowie. Mam nadzieję, że powetuję to sobie w roku 1990 na Twoim osiemdziesięcioleciu, i jeśli i wtedy się okaże, że właś­nie kończę Miazgę — zostanie nam jeszcze rok 2000 szczegól­nie przychylny takim uroczystościom.

Bardzo, bardzo serdecznie Cię ściskam i wszystkiego możli­wie najlepszego życzę. Marysia i cała moja rodzina przyłą­czają się do tych życzeń.

1496

O dziewiątej wieczorem, w mieszkaniu Stefana Raszewskiego (Raszewski zajmuje połowę bliźniaczej willi na dolnym Mokotowie), a ściślej: w jego obszernym gabinecie na wysokim poddaszu zbie­ra się kilku przyjaciół: Antoni Formiński, prezes Komitetu do Spraw Radia i Telewizji, Józef Halicki sekretarz KC[68], Kazimierz Jaśko, redaktor „Panoramy Tygodnia”, Wojciech Konopka, pisarz, Marian Krystek, sekretarz KM[69] w Warszawie, Leopold Panek oraz pułkownik Władysław Pasieka z MSW[70]. Żadnej kolacji. Koleżeńskie wieczory u Raszewskiego mają już swoją tradycję: czysta wyboro­wa, sucha kiełbasa, podwędzona słonina i boczek, kiszone ogór­ki, chleb, piwo, to wszystko.

1497

— Towarzysze! — mówi Raszewski — porządek dzienny dzisiej­szego zebrania przewiduje trzy punkty. Punkt pierwszy: zagaje­nie, drugi: część artystyczna, trzeci: dyskusja oraz wolne wnio­ski. Kto chce zabrać głos w sprawie porządku dziennego? Nikt. Słusznie. Wobec tego uważam porządek dzienny za przyjęty przez aklamację i przystępuję do punktu pierwszego, czyli zagajenia. Otóż w pierwszych słowach zagajenia muszę wam, chłopcy, powie­dzieć, że jesteście dupy!

1498

Ogólne zainteresowanie i rozbawienie. A Raszewski:

1499

— Nie ma się z czego śmiać, towarzysze. Dupy jesteście. A dlaczego jesteście dupy? Bo nikt z was nie wysunął demokratycz­nego wniosku, że jak jest zebranie, to należy wybrać przewodni­czącego.

1500

Ryk śmiechu. Raszewski:

1501

— Dziękuję towarzysze. Uważam, że wybór przewodniczącego został dokonany przez aklamację.

PUŁKOWNIK PASIEKA

1502

Stefan, wódka się zagrzewa!

RASZEWSKI

1503

Alkohol jest przewidziany w trzecim punkcie ze­brania, dyskusja oraz wolne wnioski.

PUŁKOWNIK PASIEKA

1504

To zmień porządek.

RASZEWSKI

1505

Poddaję wniosek towarzysza Pasieki pod głosowa­nie.

Wszyscy podnoszą ręce. Pułkownik Pasieka oraz Konopka obie naraz.

RASZEWSKI

1506

Uważam wniosek towarzysza Pasieki za uchwalony. Wojtek, ty jesteś najmłodszy.

KONOPKA

1507

Rozkaz, towarzyszu generale!

1508

Po zadziwiająco szybkim i zręcznym rozlaniu wódki przez ociężałego zazwyczaj Konopkę Raszewski podnosi kieliszek:

1509

— No to chlup w ten głupi dziób!

KONOPKA

1510

Gdyby nie gorzoła, byłaby stodoła.

HALICKI

1511

Najlepsza zagrycha, słonina i kiszony ogórek.

PREZES FORMIŃSKI

1512

Mnie się zaraz bimber przypomina.

KONOPKA

1513

Dobry bimber nie jest zły.

PREZES FORMIŃSKI

1514

Pamiętasz, Stefan, bimber w takiej jednej leśniczówce koło Biłgoraja, cholera, zapomniałem, jak się nazywa­ła, spiliśmy się na trupa…

RASZEWSKI

1515

Zarepetuj, Wojtek.

KONOPKA

1516

Wedle rozkazu.

RASZEWSKI

po chwili
1517

Znaczy zagajenie, towarzysze, mamy z głowy i przystępujemy do części artystycznej. Poważnie teraz mówię, chłopcy. Chcę, żebyście przesłuchali jedną płytę. Nie bójcie się, żadnych przemówień, same stare rewolucyjne pieśni, nasze partyzanckie i takie, wiecie, różne te nowe. To jest, wie­cie, płyta na razie wzorcowa, na Zjazd Partii, trzecia z kolei, kurwa jego mać! Kłopoty były różne. Najpierw była koncepcja, na­wet słuszna, żeby nagrać i pieśni, i żywe słowo, ale wiecie, jak jest z żywym słowem, czasami bywa za żywe, towarzysze z Biura mieli różne zastrzeżenia, i co do wyboru nazwisk, i też do wydźwięku, jakiego mogą nabrać teksty przedwojenne, nawet Broniewskiego. Więc wreszcie stanęła decyzja, że pójdą tylko pieśni, żadnej poezji.

REDAKTOR JAŚKO

1518

Towarzysze z Biura już znają tę płytę?

RASZEWSKI

1519

Jak by znali, to ja bym was nie prosił na prze­słuchanie.

PREZES FORMIŃSKI

1520

Jasne!

KONOPKA

1521

Puszczać, Stefan?

PUŁKOWNIK PASIEKA

1522

Na sucho igła będzie zgrzytać.

Spojrzenia wszystkich zebranych zwracają się ku Raszews­kiemu, a ten już ma powziąć decyzję, gdy rozlega się telefon, podchodzi więc do biurka i podnosi słuchawkę.
1523

Raszewski… kto?… cześć!… nie, jestem zajęty… jutro też… w przyszłym tygodniu?… może, zadzwońcie do mnie do KC… nie, lepiej do KC… to przy okazji obgadamy, teraz nie mam czasu… cześć!

Jest wyraźnie zirytowany. Po chwili do redaktora Jaśko:
1524

Słuchaj, Kazik, ja się w to wolę nie mieszać, ale ty zdziałaj, żeby go trochę odstawić.

REDAKTOR JAŚKO

domyślnie
1525

Heniek Orlik dzwonił?

RASZEWSKI

1526

Dość mam tego gówniarza, za dużo go wszędzie.

PREZES FORMIŃSKI

1527

W marcu był niezły

RASZEWSKI

1528

Rok ma dwanaście miesięcy i nie każdy miesiąc jest marzec.

PREZES FORMIŃSKI

1529

Ja to załatwię, Stefan.

RASZEWSKI

1530

Nie za wysoko?

PREZES FORMIŃSKI

1531

Jednak moje na wierzchu. Kto ci rok temu mówił, żeby Orlika nie popychać zanadto do przodu?

RASZEWSKI

1532

Łatwo ci mówić! Ty na brak ludzi nie musisz się uskarżać. A ja, jak się robi gorąco i jakąś dużą akcję trzeba zmontować, muszę brać prócz kilku wyjątków same szmaty i gnoje, takich gówniarzy, jak ten twój zasrany Orlik.

PREZES FORMIŃSKI

1533

Fakt, że mój i zasrany, ale mnie to nie szkodzi.

KONOPKA

1534

Dziękuję, Stefan, że nie powiedziałeś „mój”.

RASZEWSKI

1535

Jaki on twój? Ty jesteś swój chłopak i pisarz z jajami…

PREZES FORMIŃSKI

1536

Więc jak, Stefan, zdjąć go z radia i te­lewizji?

RASZEWSKI

1537

Po co? On po rozmowie z Władkiem sam swoje usłu­gi kulturalne ograniczy. Wiersze niech pisze.

PREZES FORMIŃSKI

1538

Zrobi się.

RASZEWSKI

1539

No, chłopcy! Zejdźmy już z tego śmierdziela. Wojtek, szkło się rozsycha!

1540

(Płyta nagrana na V Zjazd Partii jest zatytułowana CZEŚĆ PARTII. Na jednej stronie: 1) Międzynarodówka, 2) Mazur kajdaniarski, 3) Warszawianka 1905, 4) Pieśni więzienne: a) Przez błota poleskie, b) Idą, 5) Gdy naród do boju, 6) My ze spalonych wsi, 7) Oka, 8) Cześć Partii; na drugiej stronie: 1) Nad Donem i Wisłą, 2) Kiedyśmy wracali, 3) Po ten kwiat czerwony, 4) Polonez warszawski, 5) Na prawo most, na lewo most, 6) Dzień dobry, Nike, 7) Pieśń o Wiśle, 8) Ukochany kraj.

1541

Wykonawcy: chór i orkiestra Polskiego Radia, zespoły: „Mazowsze”, „Śląsk” i „No To Co[71]”, soliści: Tadeusz Bartosik, Mieczysław Czechowicz, Bernard Ładysz, Kazimierz Pustelak, Joanna Rawik, Józef Wojtan).

1542

Lektura tej sceny potwierdza wszystkie moje wątpliwości i zastrzeżenia, zanotowane jeszcze przed kilkoma tygodniami, 31 marca i dnia następnego. Zresztą w tej chwili nie ta scena mnie niepokoi. Niepokoi mnie scena jeszcze nienapisana, dalszy nie­jako ciąg obecnej, lecz rozgrywająca się w parę godzin później, już po powrocie Celiny Raszewskiej z koncertu, także po powrocie Antka. Na razie zupełnie tej sceny nie widzę. Pijani? Ale czy wszyscy? A jeśli pijani, to co z każdego z nich wyłazi? Z jaki­mi garbami chodzą? Co ich gryzie? Naprawdę są przyjaciółmi? Jakie wspomnienia natrętnie wokół nich krążą?

1543

Przed paroma dniami, gdy rozmowa na moment i zupełnie mar­ginesowo zeszła na Wacława K. — Irena bardzo trafnie go okreś­liła jako rzadkie na ogół połączenie nienawistnictwa z lizusostwem. Redaktor Jaśko? Człowiek, dla którego głównym motorem działalności publicznej jest zastarzała nienawiść do rówieśnika, również dziennikarza, niegdyś przyjaciela?

1544

Na razie się niepokoję i martwię, za dwa, trzy dni będę musiał coś z tym fantem zrobić. Dla Raszewskiego mam jego „sza­nsę”, ale dopiero w części III, kiedy w sobotę wieczorem Rasze­wski zawiadomiony telefonicznie o wypadku swego ojca (przy zbie­gu Krakowskiego Przedmieścia i Miodowej, zupełnie przypadkowym świadkiem tego wypadku jest Julia Singer znająca Zygmunta Ra­szewskiego jeszcze sprzed wojny) jedzie do szpitala i spędza pa­rę godzin przy łóżku umierającego starca.


1545

Jak było do przewidzenia, Ksawery Panek nie poszedł na kon­cert, a i z domu wyszedł wcześniej, niż był zaplanował, już przed dziewiątą zaliczył swoją drogę kalwaryjną od SPATiF-u po rynek Starego Miasta, w żadnym jednak lokalu nie znajdując Mar­ka.Wiosna, Miasto, Polak Pogoda skiksowanej wiosny wciąż jest podła: chodniki i jez­dnie toną w błocie, ziąb, przenikliwy wiatr, od czasu do czasu miecie gęsty, wilgotny śnieg. Ksawery, przemarznięty i udręczony, wstępuje na jedną wódkę do baru „Bazyliszek”, tej mętnej spelunki, zawsze pełnej pijaków, teraz też zatłoczonej, wyzie­wy wódki, piwa, bigosu i papierosów, przesycone wilgocią parujących w gorącu mokrych ubrań, wypełniają wnętrze baru ciężkim odorem. Ksawery szybko wypija setkę i wychodzi. Akurat nie pada. Dłuższą chwilę stoi na chodniku, trochę oszołomiony ciepłem, które skupiło się w nim poniżej mostka i nie chce się rozejść, stoi całkiem zagubiony, jakby się znalazł w nieznanej dzielni­cy miasta, nie wie, co ze sobą zrobić dalej, gdzie iść, gdzie być? Nieopodal mały podstarzały pijaczek, podpierając plecami słup latarni, śpiewa na nutę starego hymnu narodowego: „Boże, coś Polskę zawsze trzymał w krzakach…” — — — — — w dro­dze powrotnej, wciąż zresztą bez sprecyzowanego planu na naj­bliższe godziny, Ksawery spotyka na Świętojańskiej Romana Gorbatego, a ponieważ trotuar na Świętojańskiej jest wąski, a te­raz dzięki kupkom odgarniętego śniegu jeszcze bardziej zacieś­niony, obaj się zatrzymują i chwilę przy witrynie księgarni „Paksu[72]” rozmawiają, starannie jeden i drugi unikając jakichkolwiek akcentów osobistych, związanych z pracą zawodową, wprawdzie w pewnym momencie Panek, czując, że mu stopy zaczynają marznąć, ma ochotę zaproponować Gorbatemu wspólną wódkę, wydaje mu się nawet, że Gorbaty też o czymś takim myśli, lecz natychmiast so­bie uświadamia, że podobne przedsięwzięcie uniemożliwiłoby dal­sze poszukiwania Marka, więc szybko, prawie w połowie zdania żegna się z Gorbatym i odchodzi w stronę Placu Zamkowego, tam, na rozlegle od strony Wisły otwartej przestrzeni porywisty wiatr, znów zaczyna padać śnieg, w świetle latarń ukośnie zacinający, Ksawery podnosi kołnierz płaszcza, zatrzymuje się przy autobuso­wym przystanku, gdzie długa kolejka ludzi czekających na autobu­sy, szarych i przemarzniętych, skulonych pod zamiecią i przydreptujących w rozpapranym błocku, Ksawery znów nie wie, a raczej nie może się zdecydować, co zrobić: wsiąść w 125 albo w 144 i pojechać do SPATiF-u czy jeszcze raz podążyć wiadomą trasą, nawiedzając po drodze rozliczne stacje ciemnych nabożeństw, a ponieważ żadne racje rozumowe nie mogą rozstrzygnąć, który z tych dwóch wyborów może się okazać korzystniejszy, postanawia zdać się na los przypadku i wsiąść do autobusu tylko wówczas, gdy ten w swojej numeracji będzie posiadać cyfrę 9, staje zatem w kolejce i teraz dopiero w stojącym tuż przed sobą chłopcu w krótkiej ortalionowej kurtce i z gołą głową poznaje Włodka Lewickiego, jednego z najlepszych swoich studentów, uwięzionego w ubiegłym roku po marcu i relegowanego z Uniwersytetu, pierwszym odruchem Ksawerego jest radość, że Włodek znajduje się na wolnoś­ci, i już się chce z wciąż tylko z profilu widocznym chłopcem przywitać, gdy nagle strach go paraliżuje, strach przed rozmową, która może, a nawet musi między nim a Włodkiem wyniknąć, czuje się pusty i bezradny wobec cudzych trosk, nie chce dotykać nie swoich ran, lecz nie jest pewien, czy Włodek już przedtem go nie dostrzegł, zaraz jednak dochodzi do przekonania, że to mało prawdopodobne — tego rodzaju manewry nie pasowały do impulsywnego charakteru Włodka, chyba więzienie go zmieniło? — lecz zupełna obojętność chłopca na otoczenie, zajętego najwidoczniej tylko wypatrywaniem autobusów wciąż się nieukazujących w odległej per­spektywie Krakowskiego Przedmieścia, uspokaja Ksawerego, jeszcze chwilę stoi w kolejce, a potem ostrożnie się z niej wycofuje, po­trącając przy tym jakąś starszą kobietę, mówi półgłosem „prze­praszam”, i szybko się od przystanku oddala w kierunku Świętojań­skiej, aby przejść przez plac stroną przeciwną aniżeli ta, po której jest przystanek, idzie coraz szybciej z pochyloną głową, ponieważ wiatr wieje coraz gwałtowniej i śnieg też ostrzej zacina, chwilami brak mu tchu i mimo przenikliwego zimna czuje, że plecy i piersi ma spocone, o niczym nie myśli, i dopiero, gdy fasada kościoła św. Anny osłoni go przed wiatrem dmącym od Wisły, zatrzymuje się, a następnie już wolnym krokiem podchodzi do podcieni przy gmachu Biblioteki Rolniczej, aby zapalić papierosa, zdaje sobie sprawę z własnego tchórzostwa, więc nagle chce to naprawić, rzuca papieros w błoto i prawie biegnąc wraca na plac Zamkowy, lecz w kolejce oczekujących przy przystanku nie odnajduje Włodka, brak mu natomiast sił i odwagi, aby go poszukać w autobusie, akurat zapełnianym przez tłoczących się pasażerów — — — — —


1546

Po arii z Orfeusza rozentuzjazmowana publiczność czterokrot­nie wywołuje Halinę Ferens, wreszcie, chociaż oklaski wciąż na sali nie milkną, Andrzej Markowski odprowadza śpiewaczkę do poko­ju dla artystów. Na progu zatrzymuje się.

1547

— Nie będę mówić pani komplementów…

1548

Spojrzała na niego z uśmiechem.

1549

— Bardzo się pan o mnie bał?

1550

— Jest pani najniezwyklejszą śpiewaczką, jakiej miałem za­szczyt akompaniować.

1551

— Na próbie byłam okropna?

1552

— Nie była pani sobą.

1553

Na to Halina:

1554

— Ale byłam, drogi panie Andrzeju, rano też byłam sobą.

1555

W tym momencie podchodzi Aimo Immonen, szczery zachwyt i podziw, a nawet coś w rodzaju wzruszenia rozpromienia jego twarz. Całując Halinę w rękę, mówi półgłosem:

1556

Wasn't I right saying a miracle was going to happen[73]?


1557

Maria Nagórska, obawiając się nadmiernego tłoku, woli na czas przerwy pozostać na sali, jednak nie chce, aby syn się poświęcał, więc Nagórski, rzeczywiście spragniony papierosa oraz rozprostowania kolan, korzysta z tego przyzwolenia i schodzi do hallu. StarośćZatem starsza pani pozostaje na prawie pustej sali sama, mimo pewnego znużenia muzycznym zgiełkiem siedzi w swoim fotelu wyprostowana, lecz że powieki jej ciążą, a poza tym razi zbyt ostry blask świateł, siedzi przymknąwszy oczy, więc jakby w półmroku, z twarzą rozluźnioną, co upodabnia ją cokolwiek do drzemiącej sowy, mile ogarnięta ściszonymi odgłosami pogwaru dobiegającego spoza sali, i być może kruchy półsen by ją na moment zmorzył, gdyby nagle nie ogarnął ją niepokój, czy Gienia Kordysówna (rocznik 1900), towarzyszka lat ostatnich, spełniająca rozliczne obowiązki damy do towarzystwa, pielęgniarki oraz pomocy domowej, niegdyś wieloletnia krawcowa w „Rozalindzie”, dogadzając swym lękom, kiedy sama zostaje w mieszkaniu, nie zapaliła wszystkich świateł, łącznie z dwiema stuświecowymi żarów­kami w łazience. Wizja tarczy wirującej w liczniku z zawrotną szybkością i złośliwie przemieniającej swoje obroty na złotówki, natychmiast się kojarzy starszej pani z podejrzeniem, że herbata, świeżo przed koncertem dla Adama zaparzona, została przez niepoprawnie lekkomyślną Gienię wyrzucona do kubła, a los kon­serwowej szynki, spoczywającej w lodówce, w związku z wiadomym starczym łakomstwem Gieni, też się wydaje starszej pani bardzo wątpliwy. Wszystkie te zagrożenia, już spełnione albo właśnie się spełniające w mieszkaniu przy Krakowskim Przedmieściu, spra­wiają, że starsza pani, całkowicie wytrzeźwiona, poczyna się poważnie zastanawiać, czy ze względu na tak się komplikujące okoliczności nie powinna natychmiast powrócić do domu i już się chce w pewnym momencie podnieść, gdy zdaje sobie sprawę, na jak wiele komplikacji ta decyzja jest narażona: numerek od szatni ma Adam, musiałaby go zatem odszukać, co już nastręczało moc trudności, a gdyby się to nawet udało, nie mogąc po­dać przyczyn prawdziwych, musiałaby kłamać, że źle się czuje, wówczas Adam, jak go zna, nie z ochoty, lecz z niemiłego mu obowiązku z pewnością by się uparł, żeby ją odwieźć i nie omieszkałby przy okazji mentorsko, jak do dziecka zrzędzić, że miał słuszność doradzając, aby pozostała w domu, zatem wobec podobnie nieuniknionych inwigilacji i pouczeń rezygnuje ze swego zamiaru, jednak już sobie nie zezwala na stan kojącego rozluźnienia, oczy mimo jaskrawego światła ma czujnie otwarte, domowe spustoszenia, poczynione przez Gienię, przestają ją in­teresować, natomiast niechęć do znakomitego syna ją wypełnia i wnet ta niechęć zwraca się również ku Halinie Czaplickiej, „mia­łam rację — myśli — że nigdy nie czułam sympatii do jej matki, zawsze była nieprzyjemna dziewczyna, skryta, nachmurzona i spode łba patrząca” — — — — —


1558

W czasie przerwy Monika Panek daremnie usiłuje odszukać Otockiego. Ze swego miejsca na parterze widziała, że siedzi w balkonowej loży rządowej obok wiceministra, teraz jednak w zatłoczonym hallu nigdzie nie może dostrzec jego zasobnej w ciało sylwetki. „Knuje coś” — myśli, intuicja jej podszeptuje, że w za­chowaniu Otockiego coś było nie tak, jak być powinno, nie potra­fi jednak dociec, co się za tym odchyleniem od normy kryje, jest przecież zbyt pewna siebie, aby się poczuć zaniepokojona, zresztą intuicja w ogóle wyklucza z tej niejasnej gry jej osobę, jest po prostu zła, nawet nie urażona, zwyczajnie zła.

1559

W przejściu do hallu zewnętrznego wpada na Beatę Konarską i Łukasza Halickiego.

1560

— Jak się macie, dziatki! — woła. — Ślicznie wyglądasz, Beatko.

1561

Na to Beata bardzo cieniutkim głosikiem pensjonarki:

1562

— Dziękuję. Czy mam się zrewanżować?

1563

— Nie musisz! — śmieje się cokolwiek nienaturalnie Monika. — ja wiem, jak wyglądam.

1564

— Ona — mówi Łukasz Halicki — zaraz się łamie, jak jej nie komplimentują.

1565

Beata:

1566

— Bo ja mam kompleksy.

1567

— Kompleksy? — pyta ze zdziwieniem Monika. — Co to jest kom­pleksy? Wszyscy ciągle mówią o jakichś kompleksach, a ja zupeł­nie nie mogę zrozumieć, co to takiego i o co chodzi?

1568

Łukasz Halicki:

1569

— Bo ty masz kompleks, że nie masz kompleksów.

1570

Przez chwilę Monika mruga swymi długimi rzęsami, jakby tym motylim trzepotem chciała odzyskać zachwianą leciutko równowagę. I wreszcie:

1571

— Myślisz? Ciekawe. To by mogło być interesujące, muszę się nad tym zastanowić. Pa, dziatki! Jak wam się koncert podoba?

1572

Beata cieniutko:

1573

— Strasznie dowcipny!…..

1574

— Prawda? — na to Monika. — Aha, nie widzieliście przypadkiem Otockiego?

1575

Łukasz Halicki:

Wino życia jest scedzone

I tylko marne męty pozostały

Pod tym sklepieniem i udają wino — — — — —

1576

Adam Nagórski pali papierosa w większym towarzystwie (Eryk Wanert, Konrad Keller, Zygmunt Mycielski i Krzysztof Penderecki, akurat na krótko w kraju; nieopodal Jarosław Iwaszkiewicz, Roman Jasiński i Artur Taube; nieco dalej profesor Kotarbiński i Stefan Kisielewski), skoro jednak dostrzega Pawła Jackowskiego, stojącego samotnie w głębi hallu, opuszcza przyjaciół, chcąc się przywitać z dawno niewidzianym dyrygentem. Jak było do przewi­dzenia, Jackowski specjalnie przyjechał z Poznania, żeby usły­szeć Halinę Ferens.

1577

— Niebywała! — mówi, lecz Nagórski od razu zauważa, że mówi to bez charakterystycznej dla siebie młodzieńczej energii. — To jest u was chyba rodzinne: te niespożyte siły i fantastyczna żywotność. Ostatni raz słyszałem Halinę przed dwoma laty w Düsseldorfie, znakomicie śpiewała, ale dzisiaj wydała mi się jeszcze lepsza. Co u ciebie?

1578

— Różnie.

1579

— Bardzo ci dokuczają?

1580

— Nie, właściwie wcale, tyle tylko, że nie ma moich książek, no, i mnie też. Ustalił się, wiesz, taki sposób bycia, który tro­chę przypomina stosunki pomiędzy skłóconymi kochankami, oni nie dostrzegają mnie, a ja staram się nie widzieć ich.

1581

— Pracujesz?

1582

— Dość mizernie to wygląda ostatnio.

1583

— Pisz, Adam koniecznie pisz, tylu ludzi czeka na twoje książki.

1584

— Ba, ja też na nie czekam. Słyszałem, że zrobiłeś świetne­go Tristana.

1585

— Podobno, taka jest na ogół opinia. Ale to już koniec pięk­nej zabawy.

1586

Nagórski przyjrzał mu się uważniej.

1587

— To znaczy?

1588

— Rezygnuję z Opery, a właściwie już zrezygnowałem. Dzisiaj.

1589

Nagórski po chwili:

1590

— Musiałeś?

1591

Grymas, jaki się w tej chwili pojawia na twarzy Jackowskie­go, w sposób zaskakująco przykry źle przylega do tej pociągłej i męskiej twarzy podróżnika raczej albo sportowca aniżeli artysty.

1592

— Wiesz, Adam, że nie należę do ludzi łatwo się łamiących, wszyscy mnie uważają za uosobienie energii…

1593

— Słusznie.

1594

— Pewnie słusznie, ale nawet mnie już brak sił i cierpliwoś­ci, i nerwów, żeby się użerać na co dzień z tą całą monstrualną i w gruncie rzeczy absurdalną machiną dużych i drobnych szykan, świństw i świństewek, niedorzecznych zarządzeń i restrykcji, dość mam tego, mam pięćdziesiąt jeden lat, jestem w pełni moich możliwości, nie chcę się stać rozstrojonym wrakiem, wiesz, czym dla mnie była i jest ta poznańska Opera, ostatecznie ja z niej coś zrobiłem, ale w tych warunkach nic nie mogę, co najwyżej mogę położyć teatr i siebie, trudno! Okazało się, że jestem paskudnym syjonistą, elementem niepotrzebnym, przestałem się podobać rząd­com folwarku nazywanego Polską Ludową, można i tak!

1595

Nagórski po chwili:

1596

— Co będziesz robić?

1597

Rosja, Polska, Władza, Polityka, Historia, Obraz świata— Mam propozycję objęcia opery w Karlsruhe, na razie na trzy lata.

1598

— Zgodzą się?

1599

Jackowski roześmiał się.

1600

— Już się zgodzili! Marzą, żebym więcej nie wrócił.

1601

— A wrócisz?

1602

— Nie wiem, zobaczę. Chciałbym wrócić, ale jeżeli się nic nie zmieni…

1603

— Słaba nadzieja — na to Nagórski i jak zawsze, gdy rozmowa schodzi na tematy polityczne szczególnie drastyczne, mechanizm uczuleniowy poczyna w nim nieomal automatycznie działać. — Dopóki się nic nie zmieni w Rosji, nie może się nic zmienić i u nas. A jak wierzyć w jakieś zasadnicze tam zmiany? To imperium, Paweł, może istnieć i funkcjonować tylko przy takim systemie, jaki jest, żadnych radykalnych zmian, musi być stary rosyjski carat, tyle że unowocześniony i przemalowany na czerwono, więc precyzyjniej­szy w metodach ucisku, tak samo zaborczy, natomiast nieporówna­nie bardziej zakłamany. Oni nawet, gdyby chcieli coś zmienić, nie mogą. W swoim rodzaju ta budowla stalinowska jest genialna, ale jak każdy system reakcji jest tak doskonale w swoim mechaniz­mie działania utrwalona, iż nie dopuszcza jakichkolwiek możliwoś­ci zmian, zakwestionujesz jeden z elementów konstrukcji lub zechcesz go wymienić na inny, wszystko wówczas zaczęłoby się walić, okazałoby się, że jeden nowy element absolutnie nie pasu­je do pozostałych, całą machinę trzeba by było wymieniać. Nie, mój drogi, Rosja może się rozpaść, nigdy zmienić.

1604

Paweł Jackowski, który słuchał uważnie ściągnąwszy swoje czarne, gęste brwi:

1605

— Ale jednak mimo wszystko, gdybyśmy mieli u siebie ludzi trochę lepszych, a przede wszystkim mądrzejszych…

1606

Nagórski:

1607

— Paweł, a jacyż oni mogą być? Prowincjami imperium nie no­gą zarządzać ludzie większego formatu. Był Dubczek, Smrkowski, był cały naród, i co? Mierność i skostnienie naszych wielkorządców jest jedyną gwarancją tych żałosnych pozorów, które składa­ją się na naszą niepodległość — — — — —


1608

W związku z dwiema ostatnimi kwestiami Adama Nagórskiego zastanowić się, czy są one rzeczywiście potrzebne, czy nie są po prostu w tym kontekście natrętne. Natrętne? Właśnie! Władza, Sztuka, ArtystaMoje skrupuły mają charakter wątpliwości artystycznej. Wokół spraw najistotniejszych dla naszej egzystencji, lecz o których to wła­śnie sprawach nie można w Polsce mówić publicznie od dwudziestu pięciu lat, nagromadziło się tyle wstydliwości, zahamowań, za­drażnień i uprzedzeń, iż z chwilą, gdy pisarz decyduje się je powiedzieć — nie lęk polityczny go ogarnia, lecz artystyczny, obawa, czy to, co mówi i co jest jego najgłębszym przekonaniem, posiada dostatecznie przekonywującą nośność artystyczną. Jest to coś w rodzaju niepewności wynikającej z braku doświadczenia, co oczywiście potknięcia artystycznego w niczym nie usprawiedliwia.

1609

Magda Jackowska i Antek Raszewski pozostali w czasie przer­wy na balkonie drugiego piętra, tyle tylko że ze stopni, na których siedzieli, ponieważ dostali się na koncert za wejściów­kami, przenieśli się do opustoszałych teraz foteli. On jest w tym samym nieco ekscentrycznym i bardzo kolorowym stroju, w ja­kim w południe wpadł do SPATiF-u, sądząc, że z okazji przyjazdu ojca Magdy znajdzie ich tam oboje na obiedzie, ona w spodniach i w grubym, żółtym golfie, podkreślającym smagłość jej cery i czerń włosów. Sami jedni na opustoszałym balkonie, milczący i oboje trochę skuleni, jakby im było zimno, sprawiają wrażenie zatroskanych i zagubionych dzieciaków.

1610

Antek od pierwszej chwili, kiedy się na parę minut przed rozpoczęciem koncertu spotkali przed gmachem Filharmonii, czuje, że się coś stało, ta myśl nie pozwala mu skupić się, nawet wys­tęp Haliny Ferens-Czaplickiej minął dla niego bez większego wrażenia i teraz, choć stara się na Magdę nie patrzeć, niepokój ogarnia go coraz większy. Wreszcie mówi półgłosem:

1611

— Magda! — a gdy się nie odzywa, powtarza — Magda!

1612

— Przecież słyszę — odpowiada niechętnie.

1613

— Co ci jest?

1614

— Nic.

1615

Po chwili:

1616

— Głowa mnie boli.

1617

— Stało się coś?

1618

Ponieważ wciąż unika spojrzenia na Magdę i porusza nerwowo szyją, jakby go uciskał pomarańczowy szalik, widzi tylko dłoń Magdy opartą o poręcz fotela i widok tej ręki o dziecięco przykrótkich palcach i krótko przyciętych paznokciach, nieco roz­płaszczonej od gry na fortepianie, sprawia, że delikatnie jej dotyka.

1619

— Magda — mówi cicho — nie bądź taka, proszę cię.

1620

Magda gwałtownie rękę cofa.

1621

— Przestań, bo się rozpłaczę.

1622

Dłuższą chwilę siedzą w milczeniu, wreszcie Magda kładzie rękę na dłoni Antka.

1623

— Przepraszam cię.

1624

— Miałaś jakąś przykrość?

1625

Magda potwierdza skinieniem głowy.

1626

— Na uczelni?

1627

Znów tylko ruchem głowy zaprzecza.

1628

— Więc co? Dlaczego nie chcesz powiedzieć? Magda!

1629

Magda siedzi z głową pochyloną, lekko przygryzając górną wargę, jakby się rzeczywiście bała, że się rozpłacze. Wreszcie mówi:

1630

— Ojciec wyjeżdża.

1631

W pierwszej chwili nie zrozumiał.

1632

— Jak to wyjeżdża?

1633

— Wyjeżdża. Mam ci tłumaczyć, co to znaczy?

1634

Antek po chwili:

1635

— A Opera?

1636

— Zrezygnował.

1637

Antek dłuższą chwilę siedzi bez ruchu. Potem pyta:

1638

— A ty?

1639

— Co ja?

1640

— Też chcesz wyjechać?

1641

— Nie wiem, Ancik, nic nie wiem, to wszystko jest takie okro­pne — — — —


1642

Adam Nagórski wraca na salę z Pawłem Jackowskim, jeszcze w przejściu zamienia kilka słów z profesorem Wnukiem, na swoje miej­sce wraca tuż przed rozpoczęciem drugiej części koncertu, a Starość, Matkaponie­waż wciąż jest pod wrażeniem niedawnej rozmowy, nie zauważa obrazy malującej się na twarzy matki, czym z kolei starsza pani czuje się dotknięta, chcąc zatem natychmiast syna ukarać, otwiera z ostentacyjnym hałasem torebkę i odszukuje w niej miętowego cukierka, aby wyłuskiwaniem go z szeleszczącego papierka zirytować uczulone­go na podobne manipulacje Adama, jednak te jej zabiegi giną wśród braw witających ponowne ukazanie się na estradzie Haliny Ferens-Czaplickiej.

1643

Podobnie jak w części pierwszej, Nagórskiemu nadal słucha się źle, w ostatnich czasach odwykł od koncertów publicznych, lecz teraz, Wspomnienia, Cieńkiedy Halina zaczęła śpiewać czwartą Pieśń wędrowca, ową skargę miłosną: „Błękitne oczy mojej najdroższej, które wys­łały mnie w daleki świat” (Die zwei blauen Augen von meinem Schatz, / Die haben mich in die weite Welt geschickt) — więc, gdy głos Haliny w sposób szczególnie przejmujący wzniósł się w samot­nym szepcie ponad przyciszony akompaniament orkiestry, wyniknęło w nim wspomnienie Nike, prawie bezosobowe, bo bezkształtne i bez­głośne, niezwiązane z jakąkolwiek sytuacją, musiał się przez moment skupić, aby wśród minionych dni i nocy, głosem Haliny jak smugą światła w ciemnościach prowadzony, wyszukać cielesnej formy dla tej zjawy, szukał jej po omacku, wciąż przy miłosnej skardze Haliny-wędrowca, potykając się o niewykończone, zbyt słabo lub tylko fragmentarycznie wywołane strzępy, cień uśmiechu, cień ra­mion, cień przymkniętych powiek, cień szeptu, cień oddechu, echo zanikające, aż wreszcie, gdy skuszony ciekawością sprawdzenia mechanizmów własnej pamięci, zdołał uśmierzyć ów chaos, Nike uka­zała mu się taka, jaką był zapamiętał, kiedy się przed paru tygodniami, w drugi dzień Wielkanocy, rozstawali w Kazimierzu, w gniewie, który obojgu wybuchł gwałtownie i brutalnie, lecz na­rastał powoli, żywiąc się nimi, jak ukryty pasożyt, więc ujrzał naraz maskę zniekształconą złością i nienawiścią (gdy z końcem ubiegłego roku Nike zniknęła na kilka tygodni, napisał fragment prozy, który później ukrył głęboko w biurku:

1644

„Mówi Orfeusz: więc stojąc przed murem, który nie istnieje dla świata, ponieważ mnie przydzielony, we mnie tylko i bez trzech sprawdzalnych wymiarów istnieje, stojąc zatem przed murem nie­rzeczywistym, lecz dla mnie jak najbardziej prawdziwym, stojąc, a raczej klęcząc, aby przydać obrzędowego charakteru tej mojej skar­dze, skardze mego trenu dla Eurydyki, klęcząc zatem liturgicznie u podnóża mego muru, ściany mego życia, wiem, że kiedy poprzedzo­ne powolnym stygnięciem powietrza spełzną z niej, z tej ściany me­go życia, ostatnie poblaski zachodzącego słońca — przyjdą Furie, zwane za czasów mego dzieciństwa Bachantkami lub Menadami, przyj­dą i rozszarpią mnie. Nie wiem dokładnie, kiedy to się stanie, za sekundę, godzinę, miesiąc czy rok. Czas, jaki mi pozostał, nie zależy ode mnie. Korzystam z niego, lecz nad nim nie panuję. Wiem tyle tylko, że w pewnym, niewiadomym momencie, gdy poprzedzo­ne powolnym stygnięciem powietrza ostatnie poblaski zachodzącego słońca spełzną z muru, u którego niewidzialnego podnóża klęczę, aby przydać obrzędowego charakteru tej mojej skardze, skardze mego trenu dla Eurydyki, przyjdą Furie i rozszarpią mnie. To się sta­nie gdziekolwiek, może wśród głuchych drzew nadwiślańskiego parku, może w zaułku ciemnej, staromiejskiej uliczki, może dla odmiany w oślepiających reflektorach obcego krajobrazu, a najpewniej w scenerii bardzo zwykłej, więc po prostu w moim pokoju, teraz pus­tym, niegdyś pełnym Eurydyki. Również obojętne, w jakich kształ­tach Furie się wyłonią, gdy chłód i mrok nastaną, mogą na przy­kład spaść bezszelestnie z nieba w kombinezonach komandosów al­bo otoczyć mnie nagle półnagimi ciałami chłopców trackich, pijanych winem i dmących w podwójne piszczałki, może to być również specjalny pluton mimów w cielistych trykotach, z twarzami biały­mi jak gipsowe maski, obojętne czas i miejsce egzekucji, obo­jętny kształt Furii, wiem bowiem, że jakikolwiek czas mi pozos­tał, Miłość, Choroba, Zdrowie, Zabobony, Czarynigdy nie zdałam wypowiedzieć rzeczy najważniejszej, mojej miłości do ciebie, Eurydyko!”) — pomyślał: te gusła, te czary już się skończyły i nigdy nie powrócą, już mnie nie ranią i nie nie­pokoją, już nie jestem chory, lecz chyba i zdrowy jeszcze nie jestem — — — — —

1645

Ta diagnoza, a również i pewne intencje profilaktyczne spra­wiają, że gdy po dwóch bisach (Bacha Komm süsser Tod oraz Haendla Begrüssung) i po wielokrotnych wywoływaniach Halina Ferens-Czaplicka, przytrzymując oburącz naręcze ciemno pąsowych róż, odpłynęła wreszcie za kulisy w swym srebrno-czarnym korabiu, Adam Nagórski zwraca się do matki:

1646

— Możemy sobie chyba darować Ravela, nie sądzisz mamo?

1647

— Jak sobie życzysz — odpowiada starsza pani chłodno i wy­niośle.

1648

Lecz i ten akcent nie zostaje przez egocentrycznie w tej chwili usposobionego syna zauważony, także jak woda po kamieniu spływa z niego odmowa, gdy już po opuszczeniu sali na propozy­cję odwiedzenia Haliny starsza pani odpowiada krótko, lecz sta­nowczo: „Wolałabym nie”. Dopiero w aucie, ciężko sobie torującemu drogę poprzez ślizgawicę i zamieć, gdy Wspomnieniana pytanie, jak się Hali­na podobała, starsza pani po chwili zamysłu odpowiada, iż według jej rozeznania klaka była bardzo dobrze zorganizowana, zna­komity syn leciutko się uśmiecha, ponieważ jest przekonany, że dzięki koncertowej scenerii i atmosferze ocknęła się w matce daw­na aktorka, a to go tak rozbawia i wzrusza, iż więcej się nie od­zywa, nie chcąc matce przeszkadzać w snuciu pradawnych wspomnień. W tym przekonaniu utwierdza go lekkie drżenie matczynej głowy, lecz sfera wspomnień, nawet cudzych, wydaje mu się nazbyt ryzy­kowna, aby skupić na nich uwagę, zatem pośpiesznie się z tych po­dejrzanych kręgów wyłącza i cały się skupia na prowadzeniu auta.

1649

— No, to i jesteśmy! — stwierdza z ulgą, gdy zatrzymuje simkę na Krakowskim Przedmieściu, przy tym w synowskiej rycerskoś­ci posuwa się tak daleko, iż szybko wysiada i przechodzi na chod­nik, aby otworzyć drzwiczki i dopomóc matce przy wyjściu.

1650

— Odprowadzę cię — mówi, wyjmując z palta kluczyki od samo­chodu.

1651

— Dziękuję ci — odpowiada na to starsza pani — ale nie fa­tyguj się, jeszcze, chwała Bogu, potrafię wejść na schody o włas­nych siłach.

1652

I chcąc upokorzyć egocentrycznego syna wspaniałomyślnością, dodaje:

1653

— Złóż Halinie ode mnie podziękowanie za piękny wieczór.

1654

Nagórski, zadowolony, że nie musi towarzyszyć matce na dru­gie piętro, nie chwyta wieloznacznych akcentów, jakimi matka, chyba naprawdę odnajdując pomoc w swoich prehistorycznych kunsz­tach aktorskich, wyeksponowała słowo: „piękny”.

1655

— Na pewno to zrobię, mamo — mówi — zresztą jutro, na ślu­bie Konrada, będziesz miała okazję zrobić to osobiście.

1656

Starsza pani już wyczerpała swój zasób wspaniałomyślności.

1657

— Będzie jej na pewno milej, jeżeli to uczynisz ty — odpo­wiada ozięble i drobnymi, lecz zadziwiająco lekkimi kroczkami, jakby ją unosiła parasolka rozpostarta dla ochrony przed śniegiem i wiatrem, zmierza ku bramie swego domu.

1658

Niestety, nie udaje się jej, jak to sobie zamyśliła, wkro­czyć do mieszkania niepostrzeżenie. Nawet nie zdążyła przekręcić klucza w zamku, gdy Gienia, najpewniej dzięki nieczystemu sumie­niu przyczajona w korytarzu, natychmiast drzwi na roścież otworzy­ła. Drzwi do obu pokojów i do kuchni były otwarte, lecz poblask światła docierał tylko z pokoju Gieni. Niemniej starszej pani się wydaje, że na czerstwej i z chłopska zażywnej twarzy Gieni, sprawiającej zawsze, dzięki gładko przyczesanym, siwym włosom, wrażenie jeszcze większej, niż w istocie jest, więc że na jej twa­rzy, a szczególnie w wyblakłych i nieco nazbyt wypukłych oczach maluje się wyraźne zmieszanie:

1659

— Coś ty taka czerwona? — pyta.

1660

Równocześnie wciąga powietrze nosem.

1661

— Gaz chyba czuć, pewnie się w łazience ulatnia.

1662

I nie dając Gieni dojść do słowa, wchodzi do swego pokoju i woła:

1663

— Co tu tak ciemno, jak w grobie?

1664

Energicznie zapala górne światło i chociaż Gienia natychmiast za nią przydreptała i stanęła w progu, udaje się jej, gdy zamierza zaświecić również i lampę przy zaścielonym na noc tapczanie, dotknąć przed tym dyskretnie żarówki: okazuje się zimna.

1665

— Wiesz, że nie znoszę ciemności — mówi — i nigdy ciemności nie lubiłam, od czasu, kiedy podczas powstania przesiedziałam całą dobę w zasypanej piwnicy, wstręt mam do ciemności. Były ja­kieś telefony?

1666

— Żadnych, proszę pani, kto by w taką pogodę dzwonił? Ale niechże pani futro zdejmie, i boty, bo się pani przegrzeje.

1667

Lecz starszą panią roznosi potrzeba działania.

1668

— Moja Gieniu, co też ty opowiadasz? Przecież tu ziąb, jak w lodówce.

1669

I biegnie sprawdzić kaloryfer: jest bardzo gorący.

1670

— Oczywiście! — stwierdza zapominając, że przed chwilą wy­tropiła zapach gazu. — Musiałaś wietrzyć przez cały czas. Dziew­czyno, dziewczyno, kiedy ty wreszcie wydoroślejesz? Kobieta ni­by dojrzała, a wciąż się zachowuje jak dziecko.

1671

— Napije się pani herbaty? — pyta Gienia.

1672

Na to starsza pani:

1673

— O tej godzinie? Chcesz, żebym całą noc nie spała? Albo dob­rze, niech ci będzie, napiję się, bo mnie jednak trochę trzęsie.

1674

I chcąc swoje zziębnięcie podkreślić, w futrze i w botach, pocąc się z przegrzania, podąża za Gienią do kuchni i gdy towa­rzyszka jej życia napełnia czajnik wodą, sprawdza imbryczek z ese­ncją, stwierdzając z pewnym zawodem, że pod jej nieobecność nie zmienił swojej zawartości.

1675

— Tylko zaparz świeżą — mówi, kiedy Gienia, nieuleczalnie in­fantylna, zapala gaz i ustawia na czajniku imbryk — wiesz, że nie znoszę takich popłuczyn — — — — —


1676

Pożegnawszy matkę, Adam Nagórski ma zamiar wrócić do Filhar­monii, lecz po drodze rozmyśla się i parkuje samochód przed hote­lem Europejskim, gdzie o dwudziestej drugiej trzydzieści ma się odbyć bankiet, wydany dla Haliny przez Związek Kompozytorów Pols­kich. Ponieważ na razie nie ma jeszcze dziesiątej, Nagórski, ro­zebrawszy się szatni, przechodzi do baru w rozległym hotelowym hallu, zamawia tzw. harcerzyka, czyli podwójną wódkę z sokiem grapefruitowym, przez moment, gdy barmanka przygotowuje trunek, prześlizguje się w nim, a trochę jakby poza nim wspomnienie jesie­nnego popołudnia, kiedy umówiony z Nike czekał na nią w tym samym barze, aż wreszcie po godzinie, nie doczekawszy się, wyszedł i już na ulicy ujrzał Nike akurat wysiadającą z czerwonego volvo, to wspomnienie dosłownie się w nim, a trochę jakby poza nim prze­ślizguje, i jak nagle się pojawiało, nagle się urywa i znika — — — — — zaledwie znalazł miejsce w głębi hallu przy jednym z wolnych sto­łów, dostrzega, że nieopodal, prawie wpół leżąc w głębokim fote­lu siedzi Henryk Orlik, który chociaż sprawiał wrażenie drzemią­cego, musiał go już przedtem dojrzeć, bo skoro ich spojrzenia spot­kały się na moment, Nagórski nie zdążył się odwrócić, gdy tamten natychmiast się poderwał i trochę się chwiejąc, złożył w jego kie­runku głęboki ukłon, po czym, już wyraźnie się zataczając i wep­chnąwszy po drodze do kieszeni spodni obie dłonie, jakby mu zawa­dzały w zachowaniu równowagi, podszedł do Nagórskiego. Oczy miał zmętniałe, białą koszulę pod wizytowym ubraniem rozpiętą przy szyi, krawat zsunięty na bok.

1677

— Uszanowanie mistrzowi — powiedział głosem schrypniętym, lecz nadspodziewanie trzeźwym — mogę się na chwilę do mistrza przysiąść?

1678

Nagórski:

1679

— Niestety, jestem umówiony.

1680

Wówczas Orlik:

1681

— Rozumiem, to ja postoję, nawet wypada, żeby prosty szere­gowiec stał przed generałem, bo ja wobec pana, mistrzu, jestem zwykły ciura i choć, ja wiem, pan mnie nie lubi i gardzi, ja pa­na, niech tu trupem padnę i skonam, jeżeli to nie jest najszczer­sza prawda, ja pana czczę jak rodzonego ojca, przyznaję, pisałem o panu źle, podle o panu pisałem, ale przysięgam, to nie było z serca, bo moje serce kocha pana — tu się zachwiał, jakby z nadmia­ru wzruszenia, oczy mu zaszły łzami, a gdy oślepłymi dłońmi domacał się fotela, opadł na niego ciężko i odgarniając z czoła zlepione potem włosy, pochylił się ku Nagórskiemu — szesnaście lat miałem, mistrzu, kiedy się biłem w Powstaniu, na Starówce walczy­łem, kanałami szedłem do Śródmieścia, taki byłem chłopak!, potem mnie zeszmaciły te skurwysyny, szmatę ze mnie zrobili, ścierkę do brudnych robót, ale nikt Heńka Orlika nie zapyta, przez jakie piekło przeszedł, pan patrzy na wszystko z wysoka, bo pan może sobie pozwolić, pan jest wielki pan, wielki pisarz, a co ja? bu­tów nawet czyścić panu nie jestem godzien, bo jestem szmata! jes­tem, kurwa jego mać! ale człowiek też jestem — głowa mu na piersi opadła, więc ją objął oburącz, szeroko rozstawionymi łokciami wsparłszy się o krawędź stołu, chwilę trwał nieruchomo w tej pozycji, niewyraźnie coś mamrocząc, aż nagle ciężko i głośno się rozpłakał — taki skurwysyn, taki skurwysyn — mamrotał, łkając i pochlipując przez nos — jak mnie skurwysyn potrzebował, to kumplem byłem, ty mi mówił, Heniek, Heniuś, a teraz: nie mam czasu, za­dzwońcie… skurwysyn taki!

1682

Nagórski, cofnąwszy cokolwiek fotel do tyłu, jakby stwarza­jąc ten pozorny dystans, chciał się od towarzystwa Orlika odciąć, popijał swojego harcerzyka, w pewnym momencie odstawił opróżnioną szklankę na stół i już miał zamiar podnieść się i odejść, gdy Or­lik podźwignął głowę, przetarł wierzchem dłoni załzawione oczy, włosy odgarnął z czoła, a skoro spojrzał na Nagórskiego, wyraz je­go oczu, jeszcze zaczerwienionych i zwężonych, lecz przytomnych, stał się ostry i nieprzyjemny.

1683

— Przepraszam, że przeszkodziłem — powiedział z krzywym uś­mieszkiem — już pana uwalniam od swego towarzystwa. A na pożegna­nie powiem panu: pan też jest skurwysyn, tylko skurwysyn na szla­chetno.

1684

Czekał chwilę na reakcję Nagórskiego, lecz gdy się nie doczekał, podniósł się i odszedł w kierunku baru. Nagórski nie patrzył za nim. Zapalił papierosa, zaciągnął się dymem, a gdy pod­niósł głowę — Orlika już w barowym hallu nie było. „No tak!” — po­wiedział do samego siebie półgłosem i był to jedyny komentarz, na jaki potrafił się zdobyć. Jeszcze po chwili podniósł się, aby — wbrew temu, co podszeptywał rozsądek — zamówić następnego harce­rzyka — — — — —

wieczorem

1685

Prawie dziesięć godzin nad maszynopisem, dotarłszy pod wie­czór do fragmentu o tyle krytycznego, iż od tego miejsca zaczynają pojawiać się w tekście szczeliny i dziury, nawet miejsca puste, tylko część zaprojektowanych scen jest napisana, a spośród nich te, które przed kilkoma laty były drukowane w „Twórczości”, wymaga­ją obecnie wielu korektur. Tylko przypadek sprawił, że znalazłem się w tym punkcie, pełnym niepokojących niewiadomych, akurat w pierwszą rocznicę dnia, w którym — wedle chronologii czasowej — zaczyna się Miazga. Pogoda lepsza niż w roku ubiegłym. Od kilka dni pochmurnie, lecz ciepło, sporo deszczu, w mieszkaniu — ponie­waż wciąż jeszcze grzeją kaloryfery — zaczyna być duszno.

1686

Zbyt po całym dniu pracy zmęczony, żeby ożywić wyobraźnię i wybiec wraz z nią ku oczekującym mnie kłopotom, chciałbym prze­cież jedno jeszcze zrobić: przepisać mianowicie — z notatki z października roku ubiegłego plan nieopracowanych fragmentów II części Miazgi. Później się zastanowię, czy ten plan rzeczywiście wyczerpuje wszystkie wątki.

1687

Na razie przedstawia się to tak:

1688

1) Antek Raszewski i Magda Jackowska wychodzą po koncercie z Filharmonii.

1689

2) Maciej Zaremba po spektaklu Orfeusza zstępującego w Teatrze Popularnym. Jego żona rodzi.

1690

3) Bankiet w hotelu Europejskim wydany dla Haliny Ferens-Czaplickiej przez Związek Kompozytorów Polskich.

1691

4) Antek Raszewski wraca do domu. Matka i syn.

1692

5) Koleżeńskie spotkanie u Stefana Raszewskiego (cd.)

1693

6) Beata Konarska w obecności Łukasza Halickiego odbiera telefon dyrektora Otockiego, powiadamiający ją, że ma grać Lady Makbet.

1694

7) Wróciwszy z koncertu, Eryk Wanert u siebie w domu czyta pierwszą scenę Prometeusza Ajschylosa Adama Nagórskiego.

1695

8) Bankiet w „Europejskim” (cd.)

1696

9) Po bankiecie Adam Nagórski odprowadza Halinę Ferens-Czaplicką do jej hotelowego apartamentu. Ich długa rozmowa.

1697

10) Konrada Kellera rozbudza z pierwszego snu gwałtowny ból zęba. Telefon do Moniki, już dobrze po północy.

1698

11) Adam Nagórski w nocnym barze „Bristolu”, z nim: Ksawery Panek, Marek Kuran i wciąż oczekujący narodzin syna Maciej Zarem­ba.

1699

12) Noc profesora Henryka Wanerta w Jabłonnie.

1700

13) Adam Nagórski u siebie w domu wspomina przed zaśnięciem przeszłość.

1701

Jedno, co mi w tej chwili przychodzi do głowy: zastanowić się, czy po punkcie 8 nie powinna być jakaś scena: Ksawery Panek — Marek Kuran, ponieważ nic nie wiadomo, kiedy i gdzie się spotkali po tak długim (a dla Ksawerego dręczącym) rozstaniu. Gdzie Kuran tego wieczoru spotkał Nike? W mieszkaniu Alicji Singer? Mało prawdopodobne. Bujał, żeby podrażnić Nagórskiego? Lepiej, żeby ją naprawdę spotkał.

1702

I jeszcze: kiedy w środku nocy Konrad Keller dzwoni do Moniki w sprawie uśmierzającej tabletki — ograniczyć się do niego (pamiętać, że Konrad obolały i niepewny, co będzie jutro na pró­bie generalnej Prometeusza, jest wciąż zaniepokojony sprawnością fizyczną Halickiego-Hermesa, a szczególnie swobodą, z jaką ten początkujący aktor daje sobie radę z banalnym kaduceuszem), czy też przejść do mieszkania Moniki: rozbudzona, lecz trzeźwa matka, powrót od Raszewskiego podpitego ojca, a co z Gustawem?

1703

Chyba jednak na dzisiaj dosyć. Jedyne, na co mnie jeszcze stać, to dokończyć lekturę pasjonującej monografii Ostrogorskiego o Bizancjum. Erykowi Wanertowi wymyśliłem całą jego filmową twórczość, dziecięco-młodzieńczą biografię także, lecz jego życie prywatne w latach ostatnich zupełna mgła. Już nie chcę nawet myśleć, jakie luki w życiorysie posiada Adam Nagórski. Artysta, Literat, TwórczośćWyobraźnia, kształtując określoną postać, jeśli się u samego początku zwiąże z postacią autentyczną — czerpie z owej postaci ogromne korzyści, lecz w pewnym momencie, gdy się chce od niej odbić: czuje się bezradna i sparaliżowana materią, która była do pewnego momentu pożywna, i nagle, jakby biorąc odwet, odejmuje wyobraźni wszyst­kie przynależne jej kondycje. Tylko wszystko wymyślając, jest się swobodnym i suwerennym.

1704

Magda i Antek zeszli po koncercie na dół jedni z ostatnich, pierwsze piętro, gdy je mijali, było już opustoszałe, a w hallu i w szatni tłum też się przerzedził, Paweł Jackowski w palcie i z podręczną torbą czekał przy schodach prowadzących do wyjścia, byliby jednak przeszli obok, nie zauważywszy go, gdyby nie zawo­łał: „Magda!”, wówczas dopiero się zatrzymali i równocześnie odwrócili, oboje z twarzami nieobecnymi, jakby nagle wywołani ze snu. „Boże, jacy oni młodzi!” — pomyślał i serce ścisnęło mu się z żalu, że swoją decyzją musiał i tę parę dzieci wciągnąć w sprawy zbyt na ich wiek oraz doświadczenia brutalne i trudne, zaczął więc ze sztucznym ożywieniem mówić o koncercie i o Halinie Ferens-Czaplickiej, lecz młodzi nie podjęli tego tematu.

1705

— O której masz pociąg? — spytała Magda.

1706

— Za pół godziny — odpowiedział — muszę się śpieszyć.

1707

— Odprowadzimy pana — rzekł Antek.

1708

— Oczywiście — dodała Magda.

1709

Lubił ich widzieć razem, lecz teraz wolał, aby mu nie towa­rzyszyli.

1710

— Nie, nie ma sensu — powiedział — innym razem.

1711

Od razu zdał sobie sprawę, że to „innym razem” będzie miało charakter całkiem odmienny, chciał tę niezręczność zatrzeć, lecz poczuł się zbyt zmęczony, aby wykrzesać z siebie jakiś żart, za­wiodła go umiejętność rozładowywania trudnych sytuacji, więc tyl­ko objął córkę, żeby ją na pożegnanie ucałować i powiedział:

1712

— Pa, kochanie, jutro wieczorem zadzwonię. Cześć, Antek!

1713

Antysemityzm, MiłośćPo koncertach piątkowych wstępowali zwykle na kawę do małej kawiarni „Lucynka” na Sienkiewicza, teraz ją jednak minęli bez słowa, zacinał drobny śnieg, podmuchy wiatru wciąż były ostre i mroźne, szli w milczeniu, a równocześnie młodsi o dwa lata, zale­dwie osiemnastoletni, szli w upalną noc lipcową Alejami Ujazdows­kimi, naprawdę nie wiedziałeś? — pyta Magda, nie — odpowiada — nie wiedziałem, ale to nie ma żadnego znaczenia, ma — mówi po chwili Magda — dzisiaj po południu, kiedy wyszłam po egzaminie z Konserwatorium, szłam zamyślona i na Ordynackiej wpadłam na ja­kiegoś przechodnia, to był młody chłopak, tylko trochę ode mnie starszy, okropnie się speszyłam i nawet nie zdążyłam przeprosić, kiedy spojrzał na mnie z taką złością i pogardą, że dosłownie za­niemówiłam, wiesz, co powiedział?, co? — pyta cicho, Magda: jak leziesz, Żydówo? lepiej byś do Dajana pojechała zamiast tu się pod nogami plątać, Antek czuje, że mu krew napływa do twarzy i dłonie się zaciskają, łobuz! — mówi zdławionym głosem — nie przej­muj się, zawsze się może trafić jeden łobuz, to nie był łobuz — mówi Magda — i nie jest jeden, i nagle, przytuliwszy się do Ant­ka, zaczyna płakać równie żałośnie i bezradnie, jak rozpłakała się kiedyś dawno, jeszcze w II klasie szkoły Chopina, kiedy się skaleczyła w palec, płakała nie z bólu, lecz że przez kilka dni nie będzie mogła ćwiczyć, pocieszał ją wówczas i od tego skaleczonego palca i płaczu zaczęła się ich przyjaźń, teraz jednak nie umie znaleźć w sobie żadnych słów pocieszenia, więc tylko dotyka drob­nej i drżącej dłoni Magdy, ponieważ nowe uczucie, które go wów­czas przed paroma laty przeniknęło, trwało w nim od owej letniej nocy lipcowej w stanie czujnego i wyostrzonego pogotowia, skupia­jąc w sobie wszystkie jego instynkty tkliwości i opiekuństwa, gdy wciąż milcząc idą w zadymce mroczną ulicą Sienkiewicza, — — — — — dopiero na placu Powstańców Warszawy, już pustym w martwej poś­wiacie jarzeniowych lamp, Antek szczelniej się owijając peleryną — — — — —

niedziela, 19 kwietnia

1714

Przy tej niedużej rozmiarami scenie męczyłem się dokładnie miesiąc (od 18 grudnia do 18 stycznia), porzucając ją kilkakrotnie dla innych epizodów, wreszcie bezsilność, jaka mnie wobec tego tekstu ogarnęła, przemieniła się w bezsilność o cha­rakterze i ogólniejszym, i głębszym, paraliżującą wszelką dalszą pracę.

1715

Nie wydaje mi się, aby wątpliwości wobec wierszy Adama Nagórskiego: umieścić je, czy też z nich zrezygnować? — stanowiły istotę wspomnianych kłopotów. Scena pomiędzy Antkiem i Magdą tak była pomyślana, iż Antek, chcąc przerwać przedłużające się milczenie, a nie znajdując równocześnie żadnych słów, którymi mógłby Magdę wspomóc, w pewnym momencie zaczyna recytować pół­głosem wiersze Nagórskiego; jeszcze zimą maszynopis tych wierszy pokazał mu Ksawery Panek, Antek zrobił sobie wówczas odpis. Już po napisaniu tego epizodu opowiedziałem go przy jakiejś okazji Antkowi L. Okazało się wtedy, że Antek (akurat dzisiaj kończy dwadzieścia jeden lat), znalazłszy się kiedyś z dziewczyną w sy­tuacji dość podobnej, zareagował w sposób identyczny, z tą tylko drobną poprawką, iż tekst, który przez pół godziny pewnej dziew­czynie recytował z pamięci, był tekstem Bram raju[74]. Miałbym zatem pewne podstawy sądzić, iż ten mój pomysł z wierszami nie jest z punktu widzenia psychologicznego fałszywy. A przecież wyczuwałem w nim i nadal wyczuwam pewną sztuczność. Lecz czy sztucz­ność nie może być psychologicznie prawdziwa? Ba! chyba tu tkwi kłopot. Zdaje się, że kształtując postać Antka, przeoczyłem pewną cechę jego dość złożonego charakteru, mianowicie próżność i po­trzebę podobania się, nawet swoistą kokieterię, swoistą, bo wy­nikającą przede wszystkim z pobudek intelektualno-artystycznych, nie bez głębszych przyczyn Antek w pewnym momencie swego niedłu­giego życia myślał o karierze artystycznej i po maturze, zanim się zdecydował na studia filologiczne, zdał egzamin do PWST. Otóż ten element sztuczności (niekoniecznie śmiesznej w sensie pejo­ratywnym, przecież w zestawieniu z rzeczywistym dramatyzmem sy­tuacji wprowadzającej niezamierzony przez Antka pierwiastek zaba­wy, ironii) zupełnie mi się wymknął, moja pełna sympatia dla postaci Antka zamiast uczynić ją wieloznaczną i barwną, uczyniła ją mdłą. Nie demaskując „sztuczności” Antka, zrobiłem go sztucz­nym. Podszepty tzw. dobrych uczuć rzadko dają w sztuce dobre wy­niki. Sięgając tak często po ironiczne ingrediencje przy kształ­towaniu innych postaci, jak mogłem się w tym wypadku tak pomylić?

1716

Lecz nawet świadomość tej mojej pomyłki nie całkiem mnie uspokaja. Czy błąd nie sięga głębiej? Bo gdybym z całą, na jaką mnie stać, umiejętnością wyeksponował ironicznie ów akcent kokie­teryjnej zgrywy Antka, czy już same rozmiary recytowanych wier­szy (a również i ich charakter) nie usunęłyby w cień komentarza? Wydaje mi się, że tak. Chyba sam pomysł był po prostu niedo­bry, sprzeczny z wymaganiami narracji, bez względu na to, w ja­ki sposób narrację się prowadzi. Więc co z tym niewydarzeńcem zrobić dalej? Odjąć Antkowi Raszewskiemu okazję do zabłyśnięcia talentem deklamatorskim, inaczej milczenie między dwojgiem mło­dych poprowadzić, rezygnując ze sprezentowania[75] wierszy Nagórskiego? Prawie na 100% przechylam się ku takiemu rozwiązaniu.

Zapis

Wtedy jeśli mnie pamięć nie myli

do oślepiającej nagości powietrze było obnażone

lecz niebo ciemne

1720

sczerniałe słońce

z gęstych zlepione popiołów

nie tylko w dzień konało

lecz i w noce

gdy białe gwiazdy wyprowadzało na teatr

1725

i chwiejny smug księżyca budził ptaki na płonących wierzbach

wtedy wzdłuż horyzontu

tak mi powtarzano

pochody szły kamienne

i suchy wiatr

1730

starczymi zmarszczkami

fałdował twarze dziewcząt i chłopców

pomruki głuchoniemych szarpały niezoraną ziemię

wśród salw egzekucyjnych plutonów

przy kioskach z piwem

1735

i w nieruchomych cieniach karuzel

mimowie w białych maskach i cielistych trykotach

wygłaszali kazania

o życiu i śmierci

a potem

1740

tak donosili kolejni posłańcy

zawsze pod słońca ciemną spiekotą

opustoszałymi wąwozami ulic

wśród dwuszeregu drzew

krzyżujących zwęglone konary jak szpady

1745

galopowali srebrzyści husarze

furgocząc blaszanymi skrzydłami

a na ogromnym stadionie

wypełnionym aż po zgliszcza nieba

ciężkim oddechem ludzi

1750

w więziennych i szpitalnych pasiakach

ktoś krzyczał

rozbijając powietrze, jak szklany posąg bohatera —

w tych głębokich warstwach czasu

zanikających jak dźwięk i jak dźwięk wibrujących niezniszczalnie

1755

w kamiennej i czarnej przepaści

gdy w zastygłych warstwach lawy

sztywny pod ciężką liturgiczną szatą

zdobywałem kamienną ścianę

i przy oklaskach płaczących kurewek i trąbkach wojskowych straży

1760

w uścisku niemiłosno-miłosnym

przenikałem białym strumieniem

poza czarną ścianę

i w wielkim mieście

wśród tanich neonów

1765

w kręgu chłopców tańczących oberka

myślałem

że jestem natchnionym ognikiem pełznącym wzdłuż czarnej ściany

wtedy byłem ślepy

z wyrokiem bezterminowej ciemności

1770

więc nie mogłem zobaczyć fałszywego końca świata.

Gdy na chwiejnej krawędzi

Gdy na chwiejnej krawędzi nocy i poranka

oddech blasku rozprasza kruche cienie snu

i nasze nagie ciała obmyte z ciemności

trwają wiernie złączone wspólnym rytmem krwi

1775

i na miłosnej ziemi aż po wzgórza nocy

objęte czarnym gąszczem trwa początek dnia —

świat który był umarły i w zastygłem czasie

w zimny sopel się zmieniał przedwiosenny śpiew

i sztywne gesty dłoni wzywające echa

1780

zamierały w powietrzu jak zmarznięty dźwięk

ktokolwiek zaś podnosił czarodziejską różdżkę

płomieniem wytryskała lecz natychmiast gasła

wtedy w ten niespełniony i samotny czas

tajemnice też były przemieniane w kamień —

1785

teraz skoro przestały działać ciemne moce

i ciężar ślepej pustki już nas nie ugniata

poznać możemy wszystko — odrodzonym oczom

kamienie odsłoniły najtajniejsze warstwy

obumarły krajobraz nagle w drżeniu światła

1790

gwałtownie począł krążyć ten radosny blask

potwierdził nam obojgu że za oknem orzech

wypełniający przestrzeń wilgotną zielenią

gniewne noce oznacza kłótnie i rozłąkę —

śnieżyca wirująca nad białą równiną

1795

prowadząc spragnionego w spragnione ramiona

tęsknoty jest symbolem żądzy i spełnienia

zmięty strzępek biletu kłamstwa jest świadectwem

czuwanie nocną porą pod zagasłym oknem

cierpką zazdrość oznacza wśród miłosnych kart

1800

zatajony telefon mrok zdrady porusza

gdy w gorących podmuchach wieje halniak z Tatr

przypadkowe spotkanie jest końcem niezgody

natomiast wspólna podróż radość zapowiada

a zbieranie kaczeńców na podmokłych łąkach

1805

jest najszczęśliwszą wróżbą dla najbliższych lat.

Nic nie zapowiadało że nagle rozstanie

wstrząśnie murami miasta i zimowa noc

nigdy nas nie uwolni ze swych ciężkich gruzów

i jasnej smugi światła znów zmienionej w kamień

1810

nigdy już nie przekroczy nasz kamienny krok.

Przesłanie

Tylko pocałunkiem mogłem poznać usta

umykające cienie

tylko ślepą dłonią mogłem poznać ciało

nagie lecz okryte sztywnym płaszczem snu.

1815

Kiedy na cmentarzach w ciemnych gąszczach ziemi

bieleją posągi zastygłe w kamieniu

my choć oddychamy — powoli stygniemy

aż w zimny sarkofag zakuje nas czas

i pamięć przeszłości krążyć w nas przestanie

1820

warg naszych nigdy nie poruszy uśmiech

spod powiek kamiennych nie wypłynie łza.

Przechodniu obcy zlituj się nad nami.

1823

Recytowanie wierszy Nagórskiego trwa dostatecznie długo, aby przez ten czas, idąc Warecką, a potem po przecięciu Nowego Świa­tu Ordynacką, młodzi doszli do Kopernika, gdzie Magda Jackowska od wielu lat mieszka u ciotecznej babki, Ireny Kwileckiej, słynnej w latach międzywojennych skrzypaczki, obecnie kobiety bar­dzo już sędziwej.

1824

Skreślam scenę, w której Magda i Antek, schroniwszy się przed wiatrem i zamiecią w głąb bramy, nie mogą się zdecydować na rozstanie. Trzeba to napisać na nowo, to, co jest, jest zbyt liryczne. Magda i Antek nigdy się jeszcze ze sobą nie przespali. W ich miłości więcej jest wzajemnej idealizacji niż erotyzmu. Antek przy całej wrażliwości i kobiecym instynkcie opiekuństwa jest w istocie spragniony, aby go podziwiano i adorowano! Nawet jeśli jego esej o Ostatniej godzinie był rezultatem rzeczywis­tego przejęcia się twórczością Nagórskiego, to, choć Antek może w pełni sobie tego nie uświadamiał — napisał tę rozprawkę w na­dziei, że kiedy Nagórski przeczyta ją, nie skwituje jej milczeniem i że ze znajomości ze znakomitym pisarzem wyniknie podziw i żywa sympatia dla młodego i tak utalentowanego wielbiciela. Nie wydaje się, aby Antek czuł się szczególnie pewny siebie jako mężczyzna. Może dlatego właśnie imponuje mu cokolwiek Marek Kuran?

1825

Kobieta, Mężczyzna, Seks, Młodość, Obyczaje, UcieczkaTego wieczoru, w momencie pożegnania Magda po raz pierwszy o tak późnej porze chce, aby Ancik poszedł z nią do mieszkania. Antek nie ma żadnych wątpliwości co do jej intencji. Czy prag­nie tego samego? Prawdopodobnie i tak, i nie, bo nie jest pewien, czy okaże się w łóżku dostatecznie atrakcyjny. Lecz to, co go przede wszystkim w tej chwili paraliżuje, to świadomość, że skoro Magda akurat dzisiaj chce mu się oddać — jej postanowienie ozna­cza, iż zdecydowała się na wyjazd z Polski. Oczytanie w litera­turze natychmiast podsuwa mu skojarzenie, że tym nagłym prag­nieniu Magdy jest coś z ofiarnej determinacji młodych dziewcząt oddających się swoim chłopcom, gdy w czasie wojny powołani zos­tają do wojska. Ogarnięty popłochem, przerażeniem i rozpaczą ucieka.


1826

W hallu hotelu Europejskiego Ksawery Panek od razu dos­trzegł Nagórskiego, moment się zawahał, czy nie podejść i nie zasięgnąć wiadomych informacji, lecz ostatecznie, przypomniawszy sobie, że Adam był na koncercie, wycofał się niezauważony przez tamtego, a ponieważ przed chwilą przeprowadził już był inspekcję baru, restauracji oraz kawiarni „Bristolu” — pierwszy etap swo­jej kalwaryjnej drogi ma z głowy, choć nie całkiem, nie może się bowiem wesprzeć pewnością, że właśnie teraz lub za chwilę, gdy zmierzać będzie w kierunku Nowego Światu, Marek nie pojawi się na którymś z terenów już spenetrowanych. Więc w miarę zapuszcza­nia się w głąb regionów jeszcze dziewiczych, wątpliwości owe zawiązują się w Ksawerym w supeł tak nieprzyjemnie uwierający, iż przed pomnikiem Kopernika zwalnia kroku i poczyna się zasta­nawiać, czy nie zawrócić i raz jeszcze nie sprawdzić opuszczo­nych dopiero co lokali. „Koszmar!” — mruczy do samego siebie, wraż­liwe na chłód ręce ma całkiem zgrabiałe, wargi i policzki dręt­we, oczy załzawione.

1827

— Ksawery! — słyszy nagle obok znajomy głos.

1828

Andrzej Wajs w rozpiętym kożuchu i z gołą głową wydawał się tym spotkaniem uszczęśliwiony.

1829

— Co z tobą? Od godziny czekamy w „Kameralnej”, Marek mówił, że się umówił z tobą na dziewiątą.

1830

Mimo przemarznięcia Ksawery Panek czuje, że blednie.

1831

— Coś mi wypadło — mruczy niewyraźnie.

1832

— Marek chyba jeszcze czeka, bo jest bez forsy, a ja też na zero.

1833

— Głupstwo! — Ksawery nagle się ożywił — mam pieniądze. Chodź!

1834

Ale Wajs potrząsnął głową.

1835

— Wykluczone, na dziś mam dość, piję od szóstej.

1836

— Nie jesteś pijany.

1837

Na to Wajs:

1838

CierpienieŻółwie są wysoce wrażliwe na, zdawałoby się, zgoła niegroź­ne wpływy zewnętrzne, tylko że cierpią, nie okazując tego, co sprawia wrażenie, że mogłyby znieść wszystko.

1839

Zatem Ksawery Panek, chociaż w sytuacji na taką modłę skrystalizowanej wolałby się podeprzeć towarzystwem Andrzejka, sam ulicą Kopernika podąża w kierunku „Kameralnej”, lecz w miarę zbliżania się do celu, do owej stacji kalwaryjnej, gotującej mu tak beznadziejnie długo wyczekiwane i poszukiwane spełnienie — stan ekscytującego ożywienia powoli w nim przygasa, nawet się nie niepokoi, że Marek mógł lokal opuścić, jest pewien, że go przy barze odnajdzie i nim się zdecyduje wejść do „Kameralnej”, właśnie ta świadomość każe mu przystanąć i pomyśleć, że powinien odtrącić to bliskie spełnienie, lecz gdy to myśli, stojąc pod murem z półprzymkniętymi powiekami, znów pobladły mimo zesztywnia­łych z zimna policzków i warg, wie, że tego nie uczyni, ponieważ — — — — —


1840

Dopiero dzisiaj w brulionie z tekstami Miazgi odnalazłem tę scenę. Zupełnie o niej zapomniałem, nie było jej w planie, który wynotowywałem wczoraj. Koniecznie przejrzeć wszystkie bru­liony oraz teczki z notatkami gromadzonymi od wielu lat. Moja pamięć bywa tak zawodna!


1841

W Teatrze Popularnym dobiega końca przedstawienie dramatu Tennessee Williamsa Orfeusz zstępujący, już osiemdziesiąte siód­me i jak wszystkie poprzednie przy pełnej widowni, ponieważ rolę młodego wykolejeńca, wędrownego grajka i śpiewaka, Vala Xaviera, gra rzadko występujący na scenie Maciej Zaremba, najpopularniej­szy gwiazdor filmowy ostatniego dziesięciolecia. W tej chwili Zaremba w czarnej koszuli i w dżinsach, bowiem towarzysząca mu przez całą sztukę kurtka ze skóry węża pozostała na podłodze sce­ny, teraz przyciemnionej, a przedstawiającej wnętrze prowincjo­nalnego sklepiku, więc Zaremba stoi za kulisami, czekając na ostatnią kwestię Basi Stępińskiej, na razie, po raz osiemdziesią­ty siódmy, lecz prawie zawsze czując w tym kulminacyjnym momen­cie mrowienie się dreszczy wzdłuż pleców, słucha nagranej na taśmę wrzawy rozjuszonego tłumu, kastrującego i rozszarpującego Vala na drodze przed sklepem, pod oliwnym drzewem, myśli, że po przedstawieniu wróci natychmiast do domu, jednocześnie widzi, że Andrzej Wnuk przystanął nieopodal, więc w jego stronę woła głośno, aby się przebić przez tumult wypełniający kulisy: „jak było?”, tamten kiwa głową, że dobrze, i oto scena się rozjaśnia, zgiełk w głośnikach powoli przycicha. Krwawe przeznaczenie Vala już się dopełniło i Basia Stępińska, grająca rolę Carol, z dłu­gimi, prawie białymi włosami, w zmiętym, przybrudzonym trenchu, w dłoniach ściskając kurtkę z wężowej skóry, woła nieprzytomnie, jakby tym histerycznym krzykiem usiłowała wydobyć z banalnej kwe­stii najgłębszą tajemnicę życia, woła: „Dzikie istoty zawsze pozostawiają po sobie skórę, pozostawiają poza sobą suchą skórę, zęby i białe kości i to są pamiątki przechodzące z pokolenia na pokolenie, tak jak pokolenia zstępujące zastępowane są przez następne”, jeszcze chwila i kurtyna powoli opada, a z widowni po momencie ciszy, owej wymownej pauzy przedłużającej trwanie fikcji, dobiega szum oklasków i te nasilające się brawa nagle, jak wilgotna gąbka kredowy napis, zmywają w Zarembie parogodzinny stan napięcia, czuje się zmęczony i pusty, i gdy ma wyjść na scenę, chociaż wie, że jego ukazanie się natychmiast podniesie temperaturę braw, musi się przezwyciężyć, aby swemu już przyciężkiemu na co dzień ciału nadać lekkość wibrującą podskórnym niepokojem i siłą, a więc ten kształt i gest, których żądają od niego niezliczone rzesze wielbicielek i wielbicieli, bowiem je­szcze przed dziesięcioma laty, gdy w filmie Wanerta Natchnie­nie świata grał legendarną już teraz postać Krzysztofa Gaszyc­kiego, młodziutkiego akowca z czasów okupacji, taką właśnie fas­cynującą cielesnością zaraził tysiące młodych, naśladujących je­go nieco nieskoordynowane ruchy, taneczny krok i przyciemnione okulary (wychodząc po skończonym przedstawieniu na scenę zawsze ma moment żalu, iż zgodnie z zaleceniem reżysera nie może na siebie włożyć wężowej kurtki) — — — — —

1842

Zarembę, ciężko i powoli zmierzającego ku garderobie, za­trzymuje Andrzej Wnuk.

1843

— Maciek, był do ciebie telefon.

1844

Tamten bez zainteresowania:

1845

— Od kogo?

1846

— Tylko się nie denerwuj…

1847

— Czego się mam denerwować?

1848

— Na pewno wszystko jest w porządku.

1849

— Dobry byłem?

1850

— Bezbłędny! Słuchaj, dzwonili, że Grażyna jest w szpitalu.

1851

W pierwszej chwili Zaremba zdaje się nie bardzo rozumieć, o co chodzi.

1852

— Jak to? — bąka niepewnie.

1853

— Nie gniewaj się, stary, ale naprawdę tylko ze względu na ciebie i przedstawienie wolałem ci tego nie mówić wcześniej.

1854

Wówczas Zaremba:

1855

— O rany! Kiedy dzwonili?

1856

— Zaraz po siódmej. Poczekaj! Powiedzieli, że do szpitala przyjechała koło drugiej, tylko nie mogli się nigdzie do ciebie dodzwonić.

1857

Zaremba spojrzał na zegarek i chwycił się za głowę.

1858

— Jezus Maria! To ja już jestem ojcem!

1859

Lekkość, z jaką się poderwał i pomknął ku garderobie, wskrze­siła najlepsze jego czasy. Wrócił prawie natychmiast, z notat­nikiem w ręku.

1860

— Co to za szpital?

1861

— Dzieciątka Jezus. Zaraz ci dam numer centrali. 29–60–21.

1862

Zaremba wykręcił numer.

1863

— Zajęty! Akurat teraz kogoś przypiliło.

1864

A Ojciecponieważ dla swego podniecenia i niecierpliwości musi znaleźć jakieś ujście, otwiera notes i pod datą 18 kwietnia wypisuje dużym i pośpiesznym pismem: URODZINY TOMASZA.

1865

— Skąd wiesz, że to jest syn? — pyta Andrzej Wnuk.

1866

Zaremba spogląda na niego ze zdumieniem.

1867

— Zwariowałeś? Cudów nie ma! Grażyna może mieć różne wady, ja też nie jestem doskonałością, ale jedno jest pewne, jej można zaufać.

1868

Dopiero za trzecim razem udaje mu się uzyskać połączenie, jest jednak tak podniecony, że skoro przy pomocy nieskoordy­nowanych i przeraźliwie głośno wykrzyczanych informacji zdołał się wreszcie połączyć z oddziałem położniczym, głos (ten sam, którym od wielu lat uwodził i czarował z ekranu) mu się załamał, jak gdyby w tym doniosłym momencie męskiej dojrzałości zwagaro­wał w okres chłopięcej mutacji. Zatem rozpaczliwymi gestami wol­nej dłoni począł na pomoc przywoływać Wnuka, który z właściwą so­bie dyskrecją w sprawach intymnych stanął bezpiecznie przy oknie.

1869

— Andrzej! — krzyknął wreszcie Zaremba wysokim dyszkantem, przysłaniając słuchawkę dłonią. — Nic nie rozumiem, co ta idiot­ka mówi, chodź!

1870

Więc Andrzej Wnuk ujął sprawę w swoje precyzyjne, reżyser­skie dłonie.

1871

— Hallo! siostra dyżurna? dobry wieczór siostrze, tu mówi Andrzej Wnuk z Teatru Popularnego… tak, ten sam… dziękuję siostrze, bardzo mi miło… na oddziale siostry leży, o ile się nie mylę, pani Grażyna Zarembina, żona… właśnie… tak… tak… rozumiem… oczywiście, powtórzę i dziękuję… to świet­nie… a kogo prosić?… siostrę… siostrę Dobrowolską, tak, oczywiście, wszystko dokładnie powtórzę… dziękuję… proszę przekazać pani Zarembinie najlepsze pozdrowienia od męża i rów­nież ode mnie…

1872

Podczas rozmowy Zaremba krąży wokół Wnuka na palcach, jak­by tańczył.

1873

— I co?

1874

— Na razie nic.

1875

— Jak to nic?

1876

— Jeszcze nie urodziła.

1877

— Co ty mi stary lejesz wodę! Żartujesz!

1878

Reżyserskie milczenie Wnuka okazuje się dobrym argumentem.

1879

— O której, mówiłeś, przyjechała?

1880

— Koło drugiej.

1881

Zaremba szybko poczyna liczyć na palcach.

1882

— Trzecia, czwarta, piąta, szósta, siódma, ósma, dziewiąta, dziesiąta… osiem godzin! Jezus Maria, to co ona robi? Ile trzeba, żeby kosmonauta okrążył Ziemię?

1883

Na to Wnuk:

1884

— Siostra Dobrowolska, ta, z którą rozmawiałem, bardzo miła, powiedziała, że widziała wszystkie twoje filmy i jest twoją wielbicielką.

1885

— Nie pieprz, stary! Pewnie była pijana.

1886

— Kazała ci poza tym powiedzieć, żebyś się nic nie niepo­koił, ale to pierwsze dziecko…

1887

— To co z tego?

1888

— Poród może dłużej potrwać, tak powiedziała.

1889

— Ale dlaczego? — wrzasnął Zaremba. — Sprawozdania się im nie zgadzają? Budżet przekroczyli? Remanent? Dlatego mój syn nie może się urodzić?

1890

Andrzej Wnuk, nie odnajdując w sobie dostatecznie trafnej riposty, przywołuje na pomoc starego Flauberta, którego kores­pondencję czytał akurat ostatniego wieczora. Spokojnie zatem wypowiada zdanie z listu (zapomniał do kogo):

1891

Rewolucja, ObywatelCzepia się pan szczegółów, a trzeba zaatakować całość. Pierwiastek brutalny jest w głębi, a nie na powierzchni.

1892

Na to Zaremba:

1893

— Dziękuję, ta przynęta już nie chwyci. Dwa razy robiłem rewolucję, przepraszam, mam dość. Nie jestem wieża ani król czy królewna, laufer też nie jestem. Pionek, rozumiesz? To kogo mam atakować, jaką kurewską całość? Sondą też nie jestem, żeby macać głębokości. Aktor jestem!

1894

— Ona ma dzisiaj nocny dyżur — mówi Wnuk — i powiedziała, że możesz dzwonić o każdej porze.

poniedziałek, 20 kwietnia

1895

Pochmurno, ale 18°C, zielonawa mgiełka poczyna się już zawiązywać wśród drzew parku po drugiej stronie alei Świerczews­kiego. Wysłałem dzisiaj list do prof. Waltera Davy, naczelnego reżysera austriackiej telewizji z prośbą, abym otrzymał oficjal­ne zaproszenie na przyjazd do Wiednia w drugiej połowie sierp­nia w związku z jesienną premierą Ciemności kryją ziemię w wiedeńskiej telewizji.

1896

Bankiet w hotelu Europejskim wydany dla Haliny Ferens-Czaplickiej przez Związek Kompozytorów Polskich. Koszmar z tym przeklętym bankietem! To wieczorne po koncercie przyjęcie dla Haliny Ferens-Czaplickiej wlecze się za mną od wielu lat tym cięższe, że niezmiennie puste. Kogo i co upchać w ten worek? Kłopot największy, że w podobnej kolacji musi brać udział co najmniej ze dwadzieścia osób (powiedzmy: około piętnastu), a ze znanych są tylko: Halina, Adam Nagórski, Aimo Immonen, dyry­gent (trochę kłopotliwy, bo autentyczny Andrzej Markowski), może na osobiste życzenie Haliny prof. Kazimierz Wnuk. To wszy­scy. A reszta? Aha! jeszcze Witold Kalecki, kompozytor i kolek­cjoner starych zegarów i pozytywek oraz grających szaf, o tyle tutaj użyteczny, ponieważ dzięki niemu Adam Nagórski poznał przed kilkoma laty Nike, późnym wieczorem lipcowym na Nowym Świecie. Już od dawna było zaplanowane, że na bankiecie Kalecki, orientując się doskonale, zresztą jak wszyscy, w związku Nagórskiego z Nike, lecz nic o ich ostatnim, niedawnym rozstaniu nie wiedząc, podejdzie do Nagórskiego i zapyta o Nike. To potrzeb­ne, aby motyw Nike kilkakrotnie w ciągu tego długiego piątkowe­go wieczoru powracał. Lecz na miłość boską, krótka rozmowa Nagórskiego z Kaleckim nie robi jeszcze bankietu, który musi trwać co najmniej ze dwie godziny. Aimo? Wszystko już wiadomo! Nie dłużej niż godzinę nienagannie wychowany i ożywiony towarzysko (przy kim siedzi?), lecz zgodnie z rytuałem obowiązującym przy koncertowych nabożeństwach wielkiej śpiewaczki przesyłający jej z oddalenia czułe, choć dyskretne spojrzenia i uśmiechy — potem zacznie się od swej kochanki i protektorki oddalać, coraz bar­dziej niespokojny i nieuważny, aż wreszcie zniknie jej z oczu i na długie godziny gdzieś się zagubi (na dole, w barze?), wśród spraw nigdy do końca niewyjaśnionych, a wiadomych tylko jemu.

1897

Cóż zatem zostaje? Prawie na pewno dłuższa rozmowa Haliny Ferens z prof. Wnukiem, oczywiście o Krzysztofie Czaplickim. Może się do takiej rozmowy przyłączyć Adam Nagórski, odpowied­ni moment (bo już po alkoholu, przed bankietem przecież wypił w barze dwa harcerzyki) dla jego wynurzeń na temat Krzysztofa. Muszę koniecznie sprawdzić tekst już przejrzany, wydaje mi się bowiem, że w pewnym miejscu Halina Ferens-Czaplicka została nazwana cioteczką siostrą Nagórskiego, tymczasem ona i Krzysztof, będąc dziećmi przyrodniej siostry Adama, Emilii Czaplickiej, są jego siostrzeńcami.

1898

Pomysł, żeby gdzieś koło północy wtargnął na bankietową sa­lę podpity Marek Kuran — natrętny i niepotrzebny. Ewentualne roz­mowy o sztuce i polityce też do bani. Mógłby Nagórski, o którejś tam porze schodząc do toalety, spotkać w hallu albo w szatni Alicję Singer, która po koncercie poszła na kolację w towarzys­twie młodego i przystojnego, powiedzmy: sportowca (bokser, oszczepnik, krótkodystansowiec?). Ale po co? Żeby się dowiedzieć, co to była za historia z Markiem Kuranem? Albo żeby Nagórski, nie bez pewnej satysfakcji, mógł stwierdzić, że jego kuzynka (także siostrzenica!), mimo wielkiego o siebie zadbania, trochę się podstarzała? Zastanowić się, może to miałoby jakiś sens, Alicja Singer przynajmniej raz jeden pokazałaby się w swoim kształcie cielesnym.

1899

Nieźle by pasowali do bankietu jutrzejsi nowożeńcy, a Kon­rad, jako powinowaty Haliny, mógłby wraz z narzeczoną figurować wśród zaproszonych. Byłaby to okazja, aby Konrad w przystępie pew­nego rozluźnienia (lecz czy dopuściłby do takiego stanu?) poczynił zwierzenia na temat swego nie całkiem zrozumiałego małżeńs­twa z Moniką. A jutrzejsza Panna Młoda samą swoją obecnością też by wniosła element ożywienia, to mogłoby wypaść nieźle, lecz obec­ność obojga na bankiecie psuje cokolwiek i mąci ową historię z bó­lem zęba, która w sposób bezwzględny i ostateczny została od daw­na Kellerowi zaplanowana. A może jednak? Gwałtowny ból zęba (wyleczonego i zaplombowanego) budzi Konrada z pierwszego snu gdzieś koło drugiej w nocy. A ponieważ znakomity aktor usypia łatwo i szybko, wystarczy, jeśli się położy między północą i pierwszą. Ze względu na jutrzejszą ranną próbę generalną Prometeusza i w ogóle cały dzień dla obojga męczący (choć jakże radosny!) nie mu­szą uczestniczyć w przyjęciu do końca, przed północą mogą się w sposób dyskretny ulotnić, Konrad odwozi Monikę na Saską Kępę i natychmiast wraca do siebie, wszystko razem nie zabierze więcej niż około piętnastu, dwudziestu minut. Owszem, to jest kuszące. Warto by może także dopisać scenę w aucie, kiedy Konrad odwozi Mo­nikę. Przy willi, w której mieszkają Pankowie, mogliby, wysiadając z auta, akurat natknąć się na moment powrotu do domu Leopolda Panka (wraca od Raszewskiego), oczywiście starego, nieźle podpi­tego, odwozi kierowca, ten sam, który o swoim szefie dość pogar­dliwie się wyrażał w części I. Takie nocne i nieoczekiwane spot­kanie ojca z córką i już prawie zięciem może być interesujące, możliwość dobrych podtekstów, śmieszne poza tym i także trochę ża­łosne, szczególnie dla Panka. Także po drodze, w aucie jeszcze je­den dialog narzeczonych: Konrad całkowicie pochłonięty swoim Pro­meteuszem, Monika rozgadana na temat Lady Makbet (z pewnością po­ruszała ten temat na bankiecie), a równocześnie wciąż niezdecydo­wana, w jaki sposób ułożyć swoje dalsze stosunki ze Stefanem Ra­szewskim. Bo chyba jednak jeszcze ostatecznie nie zerwali?

1900

Wspomniane przed chwilą zwierzenia Konrada Kellera. W Filhar­monii przed koncertem Keller mówi, że jeśli został aktorem, to być może dlatego, iż zbrakło mu fantazji i tupetu, aby stać się hochsztaplerem. Przepadła mi, niestety, wtedy w '66 roku w Stuttgar­cie, scena (właśnie ta nocna z bólem zęba) w której Konrad słu­cha wywiadu ze sobą nagranego na taśmę. Został mi jednak w notatkach fragment tego dialogu:

1901

— Jeżeli zostałem aktorem, jestem aktorem i chyba nim pozos­tanę, to nie dlatego, żebym nie potrafił robić czegoś innego. Myślę np. że mógłbym być niezłym architektem, może chirurgiem.

1902

— Więc?

1903

— Jestem aktorem, żeby się nie pozwolić przychwycić.

1904

— Przez kogo?

1905

— W ogóle. Na tym polega gra. Jeżeli w poniedziałek jestem dla kilku milionów odbiorców telewizji Tartuffem, tego samego dnia w iluś tam kinach oglądają mnie ludzie w pontyfikalnych sza­tach papieskich, a nazajutrz w teatrze jestem Jagonem albo Edypem… rozumie pan, nie umiem tego wyrazić inaczej, bo to jest właśnie tak: nie można mnie dopaść i przychwycić.

1906

Wydaje się, że Keller jest źle przystosowany do wszystkich rzeczywistości prócz tych, które stwarza grą i w kostiumie, a jeśli stosunkowo nieźle czuje się w towarzystwie Moniki, to dlatego przede wszystkim, iż wie, że ta piękna kobieta i kiepska ak­torka jest dostatecznie kabotynką, aby nie wymagała od niego na­turalności. Przy niej może grać, a nawet zgrywać się. Czy ma świadomość tego? Chyba tak, jest zbyt inteligentny, żeby tego nie musiał wiedzieć. Ale tego, oczywiście, w rozmowie na bankiecie (z kim? może z którymś z kompozytorów), nie powie, to znaczy: nie powie do końca. Natomiast zdania z przytoczonego przed chwi­lą wywiadu na pewno wygłosić może. A może się i tak zdarzyć, że Monika, choć siedzi po drugiej stronie stołu, dosłyszy ostatnie zdanie i wówczas niewątpliwie się nie powstrzyma, aby swego zna­komitego narzeczonego nie spytać, czy jej się także nie pozwoli dopaść i przychwycić. Wówczas:

KONRAD

1907

Och, ty jesteś wyjątkiem! Ty mnie już przychwyciłaś, kochanie. Przepraszam, źle się wyraziłem. Myśmy się wzajemnie przychwycili.

MONIKA

1908

Jesteś tego pewien?

KONRAD

1909

Więcej, przypuszczam.

1910

W innej sytuacji:

MONIKA

1911

Gdybym miała tak cudowny głos, jak pani, chyba bym się bała śpiewać.

HALINA FERENS

1912

A pani na scenie nie boi się grać?

MONIKA

1913

Och nie! Oczywiście, że nie (i bardzo pewna przewa­gi, jaką posiada dzięki urodzie i młodości), ale to co innego, ja nie jestem tak cenna. Konrad, powiedz, odczuwasz lęk, kiedy jesteś na scenie?

KONRAD

1914

Staram się to zostawić za kulisami, kochanie.

MONIKA

1915

Coś nowego! Przecież ty nie masz tremy?

KONRAD

1916

Mówiłaś o lęku.

MONIKA

1917

To lepiej czy gorzej?

KONRAD

1918

Zależy w stosunku do czego.

MONIKA

1919

Słyszeliście? On na żadną kwestię nie odpowie wprost, zawsze gdzieś z boku.

KONRAD

1920

Czasami z dołu, kochanie.

MONIKA

1921

Oni to nazywają nowoczesnym dialogiem.

NAGÓRSKI

1922

Oni?

MONIKA

1923

Intelektualiści.

NAGÓRSKI

1924

Nie uważasz siebie za intelektualistkę?

KONRAD

1925

Monika jest skromna.

MONIKA

1926

Nic mi o tym nie wiadomo. Ale jestem prostą dziewczyną, która, kiedy o co zapyta, to lubi, żeby jej odpowiedziano po pros­tu, tak albo nie, a nie żeby jej podawano na ozdobnej tacy nowe pytanko z zieloną wstążeczką.

KONRAD

1927

Musi być zielona, kochanie?

MONIKA

1928

Och, ty swoje odpowiedzi-pytania zawiązujesz czasem zwykłym sznurkiem. Wybacz, ale to nie jest moja cup of tea.

1929

Pozostańmy na razie Monice ostatnie słowo. Po przepracowa­niu całości Miazgi trzeba będzie i do tej zabawy powrócić. Może się coś da zrobić z tego bankietu. Zgodnie z planem (chyba słu­sznym) scena tego wieczornego przyjęcia, w pewnym momencie przerwana, ma się pojawić raz jeszcze, tyle że później, gdzieś przed północą, kiedy na sali bankietowej nie ma już Aima Immonena, wszyscy są dość pomęczeni i rozluźnieni, a Konrad i Monika dys­kretnie się ulatniają. Może wtedy rozmowa Nagórskiego z dawnym jego, bo jeszcze sprzed wojny przyjacielem, prof. Wnukiem? Kusi mnie trochę, żeby jeszcze raz wywołać pewne moje wspomnienie z lat wojennych, kiedy w sierpniu roku 1942 znaleźliśmy się z Czes­ławem Miłoszem w Krakowie, przedtem parę dni zatrzymaliśmy się w Chrobrzu u Józka Mortona, a potem wąskotorową kolejką dobrnę­liśmy po całym dniu podróży do Kocmyrzowa, do Krakowa szliśmy piechotą, było już dość późno, kiedy znaleźliśmy się w mieście, bo — pamiętam dobrze — był zmierzch i słabo się tliły zaciemnio­ne światła, piliśmy tani rum w knajpie koło dworca, i chyba ostatnim pociągiem w doskonałych humorach pojechaliśmy do Kazika Wyki, do Krzeszowic. Nazajutrz rano wybraliśmy się we trójkę do Krakowa, było akurat jakieś święto hitlerowskie, bodaj święto Hitlerjugend, cały Kraków dosłownie tonął w sztandarach i w swa­stykach, więc przytłoczeni tą obcą wrogością opuściliśmy stło­czone śródmieście bez oddechu i Grodzką poszliśmy w kierunku Wa­welu, zaszliśmy aż na Skałkę, tam martwa cisza była, żywej duszy i właśnie z tego dość długiego błądzenia wokół kościoła z groba­mi zasłużonych Polaków wyniknął w wiele lat później fragment mo­jej przedmowy do Lorda Jima Conrada, któremu kiedyś, gdy był mło­dym chłopakiem i rwał się do świata, krakowska Skałka mogła się wydać czcigodnym przybytkiem równie skostniałym i bez życia, jakim się wydała nam już nie tak wprawdzie młodym, lecz jeszcze młodym w tamten upalny dzień sierpniowy w okupowanym Krakowie. Lecz wspomnienie, o którym przed chwilą napomknąłem, dotyczy nie tego dnia, lecz poprzedniego wieczora. Może warto coś z tego zrobić?

1930

Koniecznie napisać scenę Monika-Konrad w drodze na Saską Kępę i również scenę spotkania z powracającym od Raszewskiego Leopoldem Pankiem.

wieczorem

1931

Po prawie dziesięciu godzinach pracy jestem tak zmordowany fizycznie, ale tylko fizycznie, że brak mi sił, aby się zabrać do powrotu Antka Raszewskiego do domu i jego rozmowy z matką. Też scena nienapisana, sporo jednak do niej dawnych pomysłów, trzeba je tylko będzie uporządkować i zdecydować ostatecznie, czy tekst eseju Antka o Ostatniej godzinie ma być w tym miejscu, czy przełożyć go do części III. Już kilkakrotnie rozpatrywałem wszystkie argumenty, przemawiające na korzyść lub nieko­rzyść każdego z tych dwóch rozwiązań. Na razie bardziej mi trafia do przekonania, aby tekst eseju (jutro, to znaczy w sobotę, są urodziny Antka, kończy dwadzieścia lat i nie bez głębszych racji wybrał sobie ten właśnie dzień, aby zanieść w południe swoją pracę Nagórskiemu, tekst w schludnej teczce leży na biurku) przeczytała jeszcze tego wieczoru Celina Raszewska. Ale to do jutra.

1932

Żeby nie zapomnieć, bo mi to dzisiaj, gdy krótko odpoczywa­łem po obiedzie, przyszło do głowy.

1933

1) W przeciwieństwie do męża i syna Celina Raszewska nie ma jeszcze wykończonej biografii. Więc do jej danych dodać: jeszcze przed wojną skończyła stomatologię, nie prowadząc praktyki prywatnej, pracuje do dzisiaj w Klinice Stomatologicznej Akade­mii Medycznej. Nikt, nawet najbliżsi, nie wie, że jest śmier­telnie chora i ma przed sobą nie więcej niż rok życia (rak wą­troby, żołądka?). Jej wieloletnie zaangażowanie partyjne. Jej miłość do młodego Stefana, w tych dawnych latach, gdy był rzeczy­wiście wspaniałym chłopcem i jak nikt inny precyzyjnie i bezbłędnie wykonywał wyroki na prowokatorach i zdrajcach. Ten motyw zabijania musi wrócić w scenie części III, gdy Stefan Ra­szewski spędza parę godzin w szpitalu, przy łóżku umierającego ojca, starego i zasłużonego komunisty, przed wojną tramwajarza.

1934

2) W związku z powyższym: w sobotę wieczorem (19 kwiet­nia) Zygmunt Raszewski wraca z partyjnego zebrania Komitetu Miejskiego Śródmieście, więc nie może wpaść wśród zadymki pod auto u zbiegu Miodowej i Krakowskiego Przedmieścia, Zygmunt Raszewski mieszka w jednym z bloków Muranowa, jest po śmierci żo­ny sam, Komitet Miejski Śródmieście ma swój lokal w tej właśnie dzielnicy, można przypuścić, że po zebraniu stary Raszewski, chcąc być sam, odłącza się od swoich towarzyszy i idzie w stro­nę placu Dzierżyńskiego, żeby w barze mlecznym, który się mieś­ci kilkadziesiąt metrów za placem, coś zjeść. Wpada pod auto na placu Dzierżyńskiego. Tuż obok, w jednym z wieżowców w najbliż­szym sąsiedztwie placu Dzierżyńskiego i baru mlecznego miesz­ka Julia Singer. Ona to właśnie w przeniesionym na chodnik starym i prawie martwym mężczyźnie rozpozna ojca Stefana Raszewskiego. Powie to, roztrzęsiona, milicjantowi, który jest bardzo młody i najoczywiściej jeszcze niedoświadczony, lecz te jego braki nie umniejszają wrażenia, jakie na nim robi stwierdzenie starszej kobiety, iż ofiarą tragicznego wypadku jest ojciec Sekretarza KC. Ponieważ nikt spośród spanikowanych lekarzy szpitala Przemienie­nia Pańskiego na bliskiej Pradze, dokąd karetka pogotowia prze­wozi starego Raszewskiego, nie zna domowego telefonu jego wysoko postawionego syna, jeden z dyżurujących akurat doktorów (kto?) postanawia… zatelefonować do Komitetu Centralnego. Jest dziewią­ta wieczór, może trochę wcześniej, żeby się to akurat zbiegło z najazdem członków Bractwa Żółwiowego (Andrzej Wajs i jego kumple z różnych Ministerstw) na Jabłonnę, gdzie mimo odwołania przyję­cia ślubnego wszystko jest przygotowane na przybycie gości i Łu­kasz Halicki, zgodnie z życzeniem niedoszłego Pana Młodego, wi­tać będzie w charakterze Hermesa (koniecznie z kaduceuszem) niewydarzonych gości. Funkcjonariusz przyjmujący w KC telefon ze szpitala nie może podać domowego telefonu sekretarza, skoro jed­nak dociera do jego świadomości, o co chodzi — oświadcza, że sam tę sprawę załatwi. I to on dzwoni do Raszewskiego. Raszewski jedzie natychmiast. Od wielu miesięcy myślę o tej scenie: partyjny dygnitarz spędza dwie długie godziny w zaimprowizowanej naprędce separatce (jakieś pozostałości po poprzednim pacjencie?) przy umierającym, lecz zupełnie przytomnym ojcu. Całe dzieciństwo, cała młodość. I mówi do konającego: tato!


1935

Dochodzi teraz ósma. Bardzo jeszcze wcześnie. Gwałtownie się w godzinach popołudniowych oziębiło, ale w mieszkaniu, ponieważ wciąż grzeją kaloryfery, bardzo duszno. Mam do przeczytania dwa ostatnie rozdziały monografii Ostrogorskiego.

wtorek, 21 kwietnia

1936

Mało prawdopodobne, aby Antek Raszewski, przybiegłszy krótki odcinek Kopernika i skręciwszy w ulicę Foksal, dostrzegł Ksawerego Panka. Możliwe zresztą, że Ksawery już zdołał przełamać chwilę rozsądnej słabości, oderwał się od pokutniczego muru kamieni­cy i wszedł do „Kameralnej”, aby odnaleźć przy barze swój mozol­ny los uosobiony w niezmiennie kuszącym, chłopięcym kształcie i w ładnych i bezczelnych, a też trochę na boki umykających oczach.

1937

Również mało prawdopodobne, aby Antek Raszewski w samotnej wędrówce piechotą przez pustoszejące o tej porze miasto poszukał uspokojenia dla swych potarganych uczuć i myśli. To nie on. Pogoda jest zbyt podła. Antek źle znosi chłód. Więc na Nowym Świecie wsiada w autobus 122.


1938

Musiałem się zatrzymać w tym momencie, kiedy Antek wsiada do autobusu i zabrać się do pracy niewymagającej szczególniej­szego skupienia wyobraźni: przeczytałem esej Antka Raszewskiego, wprowadzając trochę poprawek dotyczących niektórych szczegółów twórczości Nagórskiego, potem przejrzałem kilkadziesiąt pierw­szych stron Dziennika. Musiałem, bo w pewnym momencie, gdy mia­łem podprowadzić Antka pod jego dom, zaczął mi przeszkadzać so­botni pomysł opowiadania o aktorze, grającym w wielu sztukach, słuchowiskach i filmach rolę Lenina. W wywiadzie dla Radia i Telewizji aktor M. mówił, że już pod koniec roku 1944, kiedy występował w wyzwolonym Rzeszowie, „ktoś zwrócił uwagę na moje zewnętrzne podobieństwo do Lenina, a ja zrozumiałem, że to bę­dzie miało reperkusje w mojej aktorskiej przyszłości. Od tego momentu zacząłem więc gromadzić materiały ikonograficzne, czytać to, co napisał Lenin i co napisano o nim. Potem przyszła kolej na filmy dokumentarne z okresu Rewolucji i filmy fabular­ne z doskonałymi rolami radzieckich kolegów, wreszcie na oglą­danie radzieckich sztuk podczas gościnnych występów radzieckich teatrów w Polsce”.

1939

„Ktoś zwrócił uwagę…”, właśnie! Ale kto? Przyszło mi na myśl, że mogliby to być dwaj żołnierze radzieccy, którzy gdzieś, załóżmy prowizorycznie: jesienią roku 1945, w którymś z miast wojewódzkich (Kraków, Wrocław?), późnym wieczorem znaleźli się w pijanym widzie za kulisami teatru akurat w momencie, kiedy się skończył spektakl Hamleta, pełno pracowników technicznych oraz aktorów częściowo już rozcharakteryzowanych, Iks, grający w tym przedstawieniu Poloniusza, byłby już bez kostiumu, lecz jeszcze w peruce i z krótką bródką, jeden z żołnierzy (starszy, drugi jest całkiem młody), gdy go ujrzy — oniemieje i po chwili, wyprężywszy się na baczność, zamelduje się: „towarzyszu Lenin, taki to a taki melduje się wam posłusznie”. Wśród duńskiego dwo­ru zrazu konsternacja, potem jednak Fortynbras krzyczy: on ma rację! i wszyscy stwierdzają, że Iks-Poloniusz jest rzeczywiś­cie łudząco do Lenina podobny. Zjawia się wódka. Starszy żołnierz wciąż rozmawia z Iksem jak z Leninem, młody też wreszcie tej sugestii ulega, a aktorzy szybko, każdy na swój sposób, podejmu­ją tę fikcję.

1940

Dalsze losy Iksa: cała jego kariera opiera się na podobień­stwie do Lenina. W gruncie rzeczy nie lubi tej postaci, ale musi się w nią wcielać. Z biegiem lat niechęć przeradza się w niena­wiść, lecz wbrew niej coraz częściej się przychwytuje, że również w życiu codziennym poczyna wykonywać ruchy charakterystyczne dla Lenina.

środa, 22 kwietnia

1941

Więc Antek Raszewski wsiada na Nowym Świecie do autobusu 122. I oto nie później niż po kwadransie, oburącz zaciskając pelerynę na piersiach, aby się osłonić przed podmuchami wiatru, idzie pustą, zaśnieżoną ulicą w kierunku domu, jest to bliźniacza willa, której jedną połowę zajmują Raszewscy, a drugą: może pułkownik Pasieka z MSW z rodziną (ale jaką?), a może ktoś z Rady Państwa, może Haliccy, oczywiście bez Łukasza, który już przed paroma laty pokłócił się z ojcem i wyprowadził z domu, mieszkając rozmaicie, przeważnie u swoich dziewczyn, ostatnio u Beaty Konarskiej.

1942

Podchodząc do willi, Antek od razu dostrzega, że w pokoju matki świeci się, nie może natomiast wiedzieć, czy ojciec jest w domu, ponieważ okna obszernej mansardy, którą Raszewski prze­robił na swój gabinet oraz sypialnię, wychodzą na stronę prze­ciwną, na ogród. Skoro jednak Antek otworzy drzwi frontowe i znajdzie się w hallu — natychmiast dotrą do niego odgłosy hałaś­liwej pijatyki na górze. Jeszcze nie zapaliwszy światła i nie zdjąwszy mokrej peleryny, powinien się chyba przez moment zawahać, czy nie wyjść z domu. Nienawiść do ojca. Lecz gdzie pójść i do kogo? Zaczyna żałować, że nie został z Magdą. Lecz nie dłu­żej niż przez moment. Ksawery Panek? Też natychmiast ten pomysł porzuca. Poczucie bezdomności. Równocześnie, choć bardzo chciał­by się znaleźć poza domem, zdaje sobie sprawę, że jest zbyt zmęczony i rozbity, aby jeszcze raz wyjść na dwór i jechać do miasta w poszukiwaniu noclegu. Więc nie zapalając światła wciska swoją pelerynę na wieszak pełen męskich płaszczy, ściąga gumo­we wellingtonki, chwilę się waha, czy nie pójść do kuchni, aby napić się herbaty i coś zjeść, jest głodny, a przede wszystkim spragniony gorącego napoju, skoro jednak przychodzi mu na myśl, że gdy się znajdzie w kuchni, może się niespodziewanie zjawić ktoś z góry, choćby ojciec — rezygnuje z posiłku i z herbaty, i w wełnianych skarpetkach, ostrożnie stąpając, aby odgłos je­go kroków na schodach nie dotarł do matki, wchodzi na górę, u dołu drzwi do pokoju matki, tuż przy podłodze, światło prześ­wituje wąziutką smugą. Antek stoi bez ruchu, nie mogąc się zde­cydować na przebycie kilku kroków, jakie go dzielą od pokoju, sąsiadującego z pokojem matki, hałasy z góry właśnie nagle przy­cichły i Antek jest pewien, że w tej nagłej ciszy i w ciemnoś­ciach podłoga bardzo głośno zaskrzypi pod jego krokami, chciał­by pójść do łazienki, lecz nie ma odwagi poruszyć się i dopiero gdy wrzawa męskich głosów znów się rozlega — dociera do swego pokoju, możliwie najostrożniej odmykając i zamykając drzwi, a potem nagle osłabły, jakby miał za sobą ogromny wysiłek fizyczny, opiera się plecami o framugę drzwi, czoło ma spocone i dłonie wilgotne, w głębi na wprost, w słabym poblasku niezbyt od domu odległej latarni widać suchy i delikatnie podczerniony za­rys wysokiej topoli, drobne, na wietrze wirujące pyłki śniegu, prawem kontrastu może się ten smutny i swojski pejzaż skoja­rzyć na moment Antkowi z kolorytem światła jakby sączącego się przez płynącą wodę albo gęste listowie, więc z kolorytem, któ­ry dzięki soczystej wiosennej zieleni za oknem i drobnemu deszczowi stwarzał szczególnie osobliwe piękno i towarzyszył udręczonym rozmyślaniom umierającego Leonarda, chyba pod wpływem tego przelotnego obrazu Antek głębiej odetchnie i być może dopiero teraz, gdy stan napięcia nagle się w nim rozluźni, poczu­je się rozpaczliwie sam i beznadziejnie nieszczęśliwy, tak os­tatecznie nieszczęśliwy i samotny, jak może nim być chłopiec dwudziestoletni, którego po raz pierwszy w życiu przygniata pra­wdziwe cierpienie, a jeszcze nie wie, że czeka go w przyszłości wiele samotności i wiele ciężkich nieszczęść.

1943

Zdaje się, że przy tym nowym zetknięciu z Antkiem znów mnie poniosło, i to tak dalece, że jakaś cząstka wzruszenia tego chłopca mnie samemu się udzieliła. Trudno, śpij ironio! Zresztą na razie tylko projektuję, staram się sytuacyjnie zor­ganizować i uporządkować puste miejsca.

1944

Ten moment, kiedy Antek w ubraniu rzuca się na pościelony na noc tapczan i płacze, przyciskając twarz do poduszki, aby jego łkania nie dosłyszała ze swego pokoju matka — tę scenę mam już od dawna wymyśloną. Celina Raszewska mimo zmęczenia jeszcze się nie położyła. Do koleżeńskich przyjęć męża zdążyła się już przyzwyczaić, minęły również dość dawno czasy, kiedy Stefan, wracając do domu z pijaństwa na mieście lub u siebie odpro­wadziwszy do drzwi ostatnich gości, bez względu na godzinę i czy już spała, czy jeszcze nie — zachodził do jej pokoju, aby w długich i chaotycznych monologach zwierzyć się przed nią z róż­nych swoich politycznych kłopotów i wątpliwości. Te nocne pijac­kie spowiedzi musiały ją męczyć, lecz z drugiej strony były dla niej w jakiejś mierze dowodem, że Stefan, w codziennym domo­wym współżyciu coraz dalszy, coraz bardziej obcy i w sobie się zamykający, przecież pod wpływem rozluźnienia, jakie daje al­kohol, właśnie u niej szuka schronienia i przed nią szczerze (choć z pijacką przesadą) siebie odsłania. Teraz wie, że nic podobnego się nie stanie i stać nie może. Stefan od dobrych kilku lat przestał się u niej zjawiać w stanie alkoholowego po­dekscytowania lub załamania. Ostatni raz, i to po długiej przer­wie, przyszedł we wrześniu ubiegłego roku, w okresie zbrojnej interwencji na Czechosłowację, wrócił do domu po północy, był bardzo pijany, lecz jego gwałtowne potępienie współudziału wojsk polskich w tej brutalnej agresji wydawało się całkiem trzeźwe, wówczas pod wpływem przygnębienia własnego i jakby w nadziei, że właśnie teraz odnajdą oboje zagubione wśród minionych lat porozumienie, zaczęła mówić szczerze i nie tylko o Czechosłowa­cji, lecz o wszystkim, o wszystkich udręczających ją schorze­niach zniekształcających i degenerujących życie tego kraju, o zwyrodnieniu Partii przede wszystkim, tej Partii usztywnionej i zakłamanej na zewnątrz, obcej narodowi, a od wewnątrz przeżar­tej strachem, służalstwem, cynizmem i krecimi intrygami, mówi­ła z takim przejęciem, ku niemu siedzącemu w fotelu przy tapczanie pochylona, iż nie zauważyła, jak z początku słuchał jej osłupiały, z niedowierzającym zdumieniem, a potem, w miarę jak ona się ożywiała, on chłódł, jego rozogniona od alkoholu twarz stygła i kamieniała, aż wreszcie w pewnym momencie, gdy zaczęła mówić o Związku Radzieckim — ciężko się podniósł, chwilę stał bez ruchu wyprostowany i już zupełnie trzeźwy, po czym odep­chnąwszy nogą zawadzający fotel, wyszedł bez słowa, trzasnąwszy z całej siły drzwiami. Nazajutrz wyjechał z domu bardzo wcześ­nie, przed śniadaniem, i później nigdy do tej nocnej sceny nie wrócili, ani on, ani ona.

1945

Więc jeśli teraz Celina Raszewska mimo zmęczenia i złego samopoczucia jeszcze się nie położyła, to przede wszystkim dla­tego, iż wie, że nawet po zażyciu nasennego proszka pijackie hałasy na górze nie pozwolą jej zasnąć. Antek, jeżeli powracał do domu późniejszym wieczorem, a w jej pokoju świeciło się je­szcze światło, zawsze, bodaj na chwilę zaglądał, żeby opowie­dzieć, gdzie był i co robił, i powiedzieć dobranoc. Dzisiaj wolałaby prawdopodobnie, aby Antek wrócił później, gdy goście ojca już się rozejdą. Jednak Antek był w błędzie, przypuszcza­jąc, że matka jego powrotu nie dosłyszała. Przeciwnie, wracała właśnie do siebie z łazienki, więc słyszała, jak otwierał i zamykał drzwi frontowe.

1946

Trochę ją pewnie zaniepokoi, że nie poszedł do kuchni cze­goś zjeść i nie wstąpił do łazienki, on, który tak zawsze dba o czystość i tyle czasu poświęca zabiegom toaletowym. Czy podobnie jak Stefana (bo jego bardzo) drażnią ją i rażą długie włosy oraz trochę ekscentryczny sposób ubierania się syna? Chyba raczej nie. W nazbyt wiele prawd i wartości towarzyszących jej życiu w latach minionych zwątpiła, aby nie być wyrozumiałą i tolerancyjną. Zresztą Antek z niewymuszonym wdziękiem obnasza swoje długie, starannie pielęgnowane włosy, i jak w tym sezonie: jaskrawe szaliki, obcisłe spodnie koloru bordo oraz staroświecką pelery­nę. Jeśli ją coś w tym stylu niekiedy dziwi, a może nawet w sposób nieco niepokojący zdumiewa, to fizyczne podobieństwo syna do ojca, tak uderzające, iż w pewnych momentach, gdy widzi Antka na ulicy lub poruszającego się z ożywieniem po mieszkaniu — wyda­je się jej nagle, że to Stefan sprzed wielu lat, tylko w wypoży­czonych teatralnych rekwizytach, jakby się wybierał na maskaradę.

1947

W oczekiwaniu na koniec zebrania na górze, zresztą dopiero jedenasta dochodzi, siedzi najprawdopodobniej w swoim ulubionym, głębokim fotelu z wysokim oparciem, czy z książką? chyba tak (może Lord Jim?), nie wydaje się jednak, żeby czytała, jest zbyt zmęczona i zbyt wiele różnych myśli ją oblega, może ją np. jesz­cze raz zastanowić ów zbieg okoliczności, że akurat dzisiaj zobaczyła z daleka Nagórskiego, w przeddzień nie tylko urodzin syna, lecz i rocznicy śmierci Elżbiety, akurat jutro minie trzy­dzieści pięć lat, miałaby pięćdziesiąt osiem, gdyby żyła, kim mogłaby być? żoną Nagórskiego, sławną pianistką, matką nie­wiadomych dzieci — a może tylko starą i schorowaną, zawiedzioną w wielu nadziejach kobietą, bez śladów dawnej urody, może jakąś podrzędną nauczycielką muzyki w szkole powszechnej, oczekującą bliskiej emerytury? Lepiej nie ubierać umarłych w urojone maski, wszystkie im pasują i żadna. O czymkolwiek jednak będzie rozmyślać — cisza w pokoju syna z pewnością ją zastanowi. Żadnego od­głosu, jakby nikogo w pokoju obok nie było. Pomyśli więc najpew­niej, że musiała nie dosłyszeć, kiedy Antek przechodził do ła­zienki. I gdy uspokojona podniesie leżącą na kolanach książkę — usłyszy płacz za ścianą. Być może w pierwszej chwili się jej wyda, że się musiała przesłyszeć. Lecz nie, po długiej minucie, gdy szloch będzie przycichać i znów, chociaż wyraźnie tłumiony, zza ściany dotrze, nie może mieć wątpliwości.

czwartek, 23 kwietnia

1948

Wczoraj wieczorem, przeglądając notatki do części III Non consummatum, ostatecznie się zdecydowałem, żeby esej Antka Raszewskiego umieścić teraz, to znaczy po rozmowie Celiny z synem, kiedy Antek z początku oporny (też chyba jak każdy słaby zaw­stydzony, że dał się przyłapać w momencie słabości) i w sobie zamknięty, rezygnuje wreszcie z milczenia i chaotycznie, dając pełny upust swojej egzaltowanej uczuciowości, zwierzy się matce z ostatnich przeżyć. Lecz rozżalenie z powodu utraty Magdy łączy się w jego świadomości z zadawnioną niechęcią do ojca, wyolbrzymia ją i nieomal się nią upaja, uważając, że przede wszystkim ojciec ponosi odpowiedzialność za wszystko, co jest w Polsce złe. Siedząc na tapczanie z nogami podwiniętymi pod siebie (Celina już chyba przed tym zaświeciła lampę umieszczoną na stoliku obok), rozgorączkowany i z oczami pociemniałymi, już bez śladu niedawnego płaczu, powinien w pewnym momencie powiedzieć (na przytłumionym, aktorskim szepcie) coś w tym rodzaju: mamo, ja go nienawidzę, zawsze go nienawidziłem!, co jest nie­prawdą, ponieważ w dzieciństwie i jeszcze jako wyrostek ubóstwiał ojca, który w jego czułych oczach był uosobieniem męskiej siły i odwagi. Wydaje mi się jednak, że Antek, boleśnie zraniony w swo­ich uczuciach, powinien w tej zadrażnionej niechęci do ojca po­sunąć się jeszcze dalej: zdając sobie sprawę, że fizycznie jest do ojca podobny (tu oczywista sprzeczność, bo przenosząc swoją nienawiść również i na wygląd ojcowski, siebie samego raczej lu­bił, starannie swoją urodę pielęgnując), lęka się, że w przysz­łości także i psychiczne cechy ojca mogą w nim dojść do głosu, czuje się więc niejako wszechstronnie zagrożony przez wrogi ży­wioł, co z kolei w jego własnym odczuciu czyni z niego ofiarę, spychaną wbrew woli ku mrocznej przepaści.

1949

Najprawdopodobniej Celina dzięki wrodzonej intuicji orientu­je się w skomplikowanym mechanizmie tej uczuciowo-intelektualnej rozterki syna, nie wydaje się jednak, żeby uważała za właściwe przeciwstawić się jej akurat w tym momencie, gdyż Antek jest tak rozdrażniony i nieszczęśliwy, wie, że rozsądne perswazje nie bywa­ją w podobnych sytuacjach lekarstwem skutecznym.

1950

Przychodzi mi w tej chwili na myśl, że teczka z maszynopi­sem eseju Antka powinna leżeć nie na biurku, jak to sobie do tej pory wyobrażałem, lecz bliżej, na podręcznym stoliku przy tapczanie, przy takiej „scenerii” Celina, która siedzi na tapczanie, może w pewnym momencie skierować wzrok właśnie na teczkę, Antek, chociaż pochłonięty złowrogą wizją swojej przyszłości, natych­miast to spojrzenie przychwyci i niechybnie skorzysta z okazji, aby schronić się w lepszą i niejako suwerenną cząstkę swojej oso­bowości. Pracował nad esejem w tajemnicy przed matką, powodowany trochę wstydliwością pisarską, a także i z tych samych pobudek, które skłaniają zakochanego do skrywania uczuć, aby nic ze świa­ta mniej doskonałego nie mogło zamącić zamkniętego i tajemnicze­go kręgu adoracji. Teraz wszakże, w sytuacji zupełnie nowej, od­czuje potrzebę, aby ową lepszą swoją cząstkę przekazać matce, zapewne trochę i w nadziei, że zostanie przez nią zrozumiana i zaakceptowana. Opowie zatem o swoim eseju, może nawet przeczyta list skierowany do Nagórskiego i dołączony do tekstu. A może tak zrobić, żeby Antek przeczytał matce całość? Młodzi chłopcy lubią na ogół czytać swoje utwory, zwłaszcza, jeśli czytają je dobrze i wiedzą o tym, a Antek z pewnością o tym wie. Celina z wielu względów może sama zaproponować synowi, żeby przeczytał esej, za­pewniając go, że wcale nie jest zmęczona. I Antek również z wielu względów chyba się zgodzi. Zeskoczywszy z tapczana, przysunie matce fotel, żeby mogła wygodnie się rozgościć, po czym wróci na tapczan, a ponieważ w pokoju jest bardzo ciepło — pozbędzie się pomarańczo­wego szalika, ściągnie gruby golf i podkurczywszy pod siebie nogi zacznie czytać.

1951

Jeszcze i ta przy podobnej sytuacji korzyść, że gdy przed północą (więc mniej więcej za pół godziny do trzech kwadransów) Stefan Raszewski odprowadzać będzie na dół gości, wracając dos­trzeże uchylone drzwi do pustego pokoju żony i usłyszy głos sy­na, nie będzie więc miał żadnych wątpliwości, że Celina i Antek są razem. Raszewski w przeciwieństwie do swoich przyjaciół (prócz płk. Pasieki) nie powinien być pijany, natomiast w nastroju złym, zwłaszcza gdy zamknie drzwi za wychodzącymi i zostanie w uciszo­nym domu sam. Prawdopodobnie chwilę zostanie jeszcze w hallu, słu­chając pijackich nawoływań przyjaciół oraz odgłosów odjeżdżających aut (kierowcy otrzymali polecenie, żeby przyjechać po swoich szefów na jedenastą), potem powinien przejść do kuchni, żeby po­szukać w lodówce czegoś do zjedzenia. Może znajdzie „rezerwową” butelkę wódki? Ale o tym później. Nie zapomnieć jednak, że gdy Raszewski wróci do siebie — poczucie osamotnienia oraz różne ciężkie myśli powinny go tak przytłoczyć, iż w pewnym momencie się­gnie po słuchawkę i wykręci numer telefonu swego starego ojca.

wieczorem

1952

Dzień imienin, których zresztą od kilku lat nie obchodzę, więc jednak poza paroma wczesnymi godzinami rannymi, dzień roz­bity: ciągle telefony (wśród nich jeden szczególnie mi miły od Zygmunta H. z Paryża), po południu parę niezapowiedzianych wizyt, ostatecznie musiałem przerwać w połowie przepisywanie z bru­lionu tekstu początkowej sceny Prometeusza Ajschylosa Nagórskie­go; nie umiem więc w tej chwili ocenić, co to jest warte i czy jest sens wprowadzać ten fragment do Miazgi. Czy nie za dużo tych lektur? Nagórski czyta. Antek Raszewski czyta, bo już się zdecydowałem, że to on powinien czytać swój esej matce. Wreszcie Eryk Wanert czyta. Za dużo? Trochę to wszystko sztuczne? Sytuacje wymyślone tylko w tym celu, żeby zamaskować natarczywość, z jaką autor chce wyeksponować teksty już przygotowane? Być może. Ale tylko — być może.

1953

Sztuka, SłowoWe współczesnej literaturze polskiej (i nie tylko polskiej) rzeczywiście mało się czyta, istnieje film, radio, telewizja, płyty, jazz i big-beat, literatury prawie wcale. Lecz literatu­ra zawsze miała i nadal ma, jakby była w pewnych zakresach na życie uodporniona i zarażała się tylko w zetknięciach z własnym gatunkiem, posiada zatem literatura pewną szczególną tendencję, aby stwarzać i powielać nie tyle egzystencję autentyczną, lecz pewien jej model. W literaturach powstających w ustrojach total­nych ów wzorzec życia musi być z konieczności zawężony do małych realiów, jest w pewnym sensie odpowiednikiem kroniki wypadków oraz rubryk: skargi i zażalenia.

1954

Poza tym: jeśli mi się w wyniku rozlicznych przemian uksz­tałtowała forma, w którą włożyć można wszystko — czemu miałbym z tego dobroczynnego luzu nie korzystać? To ma być miazga.

1955

List Antka Raszewskiego do Adama Nagórskiego

Warszawa, 19 kwietnia 1969 r.

Szanowny i Drogi Panie,

chcąc wyrazić swą wdzięczność, jaką żywię dla Pana za Jego postawę i twórczość, które pomagają mi teraz — teraz, gdy zaczę­ła się dla mnie pierwsza noc — trwać i żyć, a jednocześnie czując, że wszelkie tego typu deklaracje — choćby i najgorętsze — zawsze są ubogie i płaskie, pozwalam sobie przekazać Panu szkic, jaki napisałem o Ostatniej godzinie, by uporządkować sobie przy­najmniej część z wielu myśli, jakie towarzyszą mi od chwili, gdy po raz pierwszy sięgnąłem po tę książkę. Wierzę, że może w ten sposób uczynię zadość mojemu pragnieniu.

Łączę wyrazy szacunku i serdecznych uczuć

Antoni Raszewski

Nie cofa się ten, kto związał się z gwiazdą

1956

Czy to, iż ktoś stał się pisarzem, było swego czasu kwestią wyboru? Czy też zawsze w takiej sytuacji mamy do czynienia z pewną koniecznością? A może zadecydował o tym po prostu przypadek? Jakkolwiek jest, jakkolwiek może być, zawsze jednak, w jakimś trudnym do określenia momencie życia, trzeba wybrać pomiędzy miłością a sztuką, tymi dwiema możliwościami, które rywalizując ze sobą, wykluczają się wzajemnie.

1957

Artysta, Twórczość, SłowoPierwszym zwiastunem artystycznej świadomości bywa zazwyczaj uczucie, aby przeżycia, których się doznało: przeżycia ułomne i chaotyczne, uczynić czystszymi i jaśniejszymi i w takim kształcie utrwalić na zawsze. Z biegiem czasu uczucie to przeradza się w nieustanną potrzebę przetwarzania rzeczywistości, ta zaś staje się wreszcie czymś dominującym — głównym sposobem istnienia. Można to jeszcze inaczej określić: artysta to człowiek, którego świadomość żąda sublimacji świata przeżywanego; taką sublimacją jest pieśń, którą tworzy.

1958

Kiedy jednak stajemy w obliczu wyboru? W którym momencie decydujemy się uczynić własne dyspozycje i wrażliwość przedmiotem życiowej działalności i przyjąć na siebie ciężar konsekwencji, jakie wynikają z tego postanowienia? Co sprawia, że rezygnujemy z miłości, by tęsknić za nią całe życie? Co powoduje, że wolimy żyć pośród wyrzeczeń i cierpienia? Ilość tych pytań i tkwiący w nich niepokój zdają się zapowiadać, że tym, co po nich nastąpi, może być tylko milczenie. Artysta, Nieśmiertelność, Przekleństwo„Nie cofa się ten, kto związał się z gwiazdą” — powiada Leonardo, i zdanie to jest chyba jedyną odpo­wiedzią, jakiej można udzielić „Związać się z gwiazdą” zaś to ty­le, co pragnąć nieśmiertelności, co chcieć żyć dłużej niż zezwala na to biologia. Namiętność ta domagając się zaspokojenia, pcha swego nosiciela w otchłanie przeróżnych żywiołów. Człowiek nią opętany zawiera pakt z diabłem, czyli jedna się z własnym złem, albowiem wówczas tylko ma szansę zostać przeklętym i potępionym, by później przekleństwem i potępieniem okupić nieśmiertelność. Przekleństwo zaś spada na niego, gdy staje się nieludzki i ponad­ludzki.

1959

W naszej, dość zubożałej literaturze, Adam Nagórski jest jednym z niewielu pisarzy, którzy piszą sobą i o sobie i dla których dumne marzenia o pieśni wyrażającej człowieka i zbioro­wość nie straciły na świeżości i blasku. Jego pielgrzymka w głąb siebie jest jednocześnie wędrówką ku wyniesieniu i sławie. Skom­plikowane to jednak drogi i wymagają dłuższej refleksji.

1960

W Notatkach Nagórskiego, wszystkich, którzy po nie sięgają, uderza jeden wciąż powtarzający się motyw: oto pisarz prawie obsesyjnie powraca do wyznania, że jego oblicze prawdziwe zasad­niczo różni się od tego, jakie mu się przypisuje, z jakim funkcjonuje w społeczeństwie. „Kim jestem? — pyta. — Czego chcę? Jaka jest moja wartość, ale ta prawdziwa, nie ta mojej tzw. pozycji, mojego nazwiska? Ci, którzy mnie nie znają, mogą sądzić, że moja egzystencja jest znakomita i po prostu jestem jednym z rzad­kich dzieci szczęścia. Słabość i samotność, tylko tyle”.

1961

Albo w innym miejscu: „Jestem spragniony głosów uznania, lecz gdy do mnie dochodzą, pogłębia się we mnie zwątpienie we włas­ne siły i możliwości. Ileż razy we własnym poczuciu kończyłem się jako pisarz!”. Motyw ten pojawia się także w utworach, ale i tam ma on charakter wybitnie osobisty. „Ja? ja silny i szlachetny? — demaskuje się bohater Pragnień — wierz mi, tylko złu­dą, złudą i pozorem jest moja siła, nawet domyślić się nie możesz, jak bardzo inny jestem od tego, który istnieje w twojej wyobraźni”. Wydaje się, iż odnalezienie i zrozumienie źródeł tych myśli może naprowadzić na pewien trop do wyjaśnienia i pojęcia całej złożonej osobowości Nagórskiego.

1962

Pragnienie wyniesienia nad innych i przedłużenia swego ziemskiego życia o życie w pamięci potomnych osiągnęło u Nagórskiego moc szczególną. Autor Karolinki tak zawsze fascynował się zjawiskiem wybitności i ludźmi, którzy za życia stali się historią i tę historię bezpośrednio tworzyli, że kiedy niepostrzeżenie sam stał się kimś uznanym i wywyższonym, poczuł się zaskoczony tą okolicznością. „Jak to? A więc to już? A więc to wygląda tak? Niemożliwe! To chyba nieporozumienie! Jakże bym ja mógł osiągnąć to, co stanowiło dla mnie krąg zaczarowany? Ja, który jestem nie­przerwanym zwątpieniem w siebie, słabością i rozpaczą? Ja, który znam wszystkie swoje myśli i wiem o nich, jaka jest ich wartość? Czyżby zatem ci wszyscy, których podziwiałem, wcale tajemnicą nie byli, będąc jedynie takimi, jakim ja jestem teraz? Nie, to niemożliwe! To, co osiągnąłem, jest zaledwie żałosną namiastką”.

1963

Oto chyba i powód, dla którego w kilku utworach Nagórskiego pojawiają się postacie ludzi wielkich. To bardzo charakterystycz­na cecha tej twórczości: pokazywać siebie takiego, jakim by się chciało być; samym faktem obcowania z opisywanymi postaciami czy­nić siebie im równego, wznosić się do nich, utożsamiać się z nimi.

1964

Oto przykład: opowiadanie o Mickiewiczu. Wielki poeta, ten, który jak nikt spośród sobie współczesnych poznał wszystko, decy­duje się przed wyjazdem do Turcji na zniszczenie swych rękopisów. Temat ten hipnotyzuje i pochłania Nagórskiego bez reszty. Oto on sam — chce się odtworzyć jego motywy — może na chwilę przybrać kształty „mistrza” i wywołać w sobie jego stany i uczucia. W opo­wiadaniu krąży niespokojne pytanie: dlaczego On, świadomy swej wielkości i chwały, zdecydował się na tak desperacki krok? W ciekawości jednak, z jaką autor opowiadania próbuje dociec przyczyn tego niepojętego aktu, natrętnie rzuca się w oczy niepokój oso­bisty, ściśle prywatny. Czy warto więc dążyć do boskości? — wyczuwa się w podtekście dręczące pytanie. — Czy jest ona rzeczywiście harmonią i mocą, wyzutą z udręki, strachu i bezradności?

1965

W pełni problem ten zarysowuje się w opowiadaniu Nagroda Nobla, lecz zanim zatrzymamy się przy nim, spróbujmy najpierw odtworzyć pewne przemiany, jakie nastąpiły w świadomości Nagórs­kiego. W tym miejscu znów trzeba przywołać Notatki. Oto któregoś dnia odnotowuje wojenne sny: „są pełne Niemców, ucieczek, strachu człowieka śmiertelnie zagrożonego. Zabawne, że wtedy, kiedy to by­ło, naprawdę się nie bałem, i nie dlatego, żebym posiadał odwagę, lecz po prostu wierząc, że mnie nic stać się nie może”. Można by tu zapytać: skąd u człowieka o tak silnym poczuciu zwątpienia w siebie tyle miłości własnej, typowej, jak wiadomo, dla osobowości szczególnych, dotkniętych błogosławieństwem? Na innej stronie pada nawet takie wyznanie: „nie potrafię wyobrazić sobie własnej śmierci; to, że kiedyś ona nastąpi, uważam za coś wprost nieprzyzwoite­go”. Jak można wytłumaczyć ten zwrot w świadomości autora Natch­nienia świata? Zwrot? Czy Nagórski rzeczywiście uwierzył w ja­kąś nadprzyrodzoną moc, którą jakoby posiadał? Nie ma na to jas­nej odpowiedzi. Autor Ostatniej godziny nie spełnił przecież warunków paktu, o jakim wspomniałem na wstępie, a w każdym razie wypełniał je dosyć szczególnie. Przecież chłód nie zamieszkał w jego duszy, przecież nie wyrzekł się miłości, przeciwnie — nieusta­nnie ulegał jej, co raz to zatracał się w występnych przygodach zmysłów albo w szalonych, na przemian czułych lub gwałtownych namiętnościach. Ale pragnienie nieśmiertelności nie ustępowało potrzebie kochania. Dlatego też z każdej burzy swych uczuć wychodzi rozbity, pełen pogardy do siebie i ze wstrętem do swego ciała. Wtedy z pomocą przychodziła sztuka, słowa, w których z jednej strony można było wyśpiewać swój żal i ból, a które — z drugiej — wznosiły kolejną kondygnację przyszłej wielkości i sławy. Lecz i wtedy, gdy wydawałoby się, że jest już dobrze, że porządek jest przywrócony i dzieje się to, co ma się dziać, zjawiała się obsesja wątpliwości. Pisał: „Chwile entuzjazmu, wzruszenia i pewnej mglistej świadomości, że osiąga się właśnie to, co się osiągnąć pragnęło, chwile rzadkie i zawsze okupowane rozczarowa­niem, nie rozjaśniają pogodniejszym światłem ponurego i dręczą­cego niewolnictwa, jakim jest powolne zapisywanie stronicy za stronicą”.

1966

Nagórski pojął wkrótce inspirującą wartość swej pękniętej osobowości. Zrozumiał, że słabość i niezadowolenie z siebie mo­gą być źródłem natchnienia. Stąd właśnie zrodził się kult wąt­pliwości i cała mitologia przemijania i zapomnienia. Jako kon­sekwencja słabej pamięci. Stąd też wywodzi się idea nadziei, bę­dącej odbiciem tęsknoty za nieosiągalną w danym wypadku kondyc­ją boską. Znów rozlega się wewnętrzny głos pisarza: nie jestem nic wart, skoro nie zdobyłem się na konieczne wyrzeczenia; powi­nienem był wszystkie pragnienia zabić, wypalić do korzeni, żeby być wielkim naprawdę, ale czyż bez pragnień warto żyć w ogóle?

1967

Niechęć do siebie, owa choroba pogardy do samego siebie, stanie się wkrótce całym mechanizmem, swoiście masochistycznym: im bardziej odbiegnę od siebie takiego, jakim bym siebie prag­nął, tym zwiększę w przyszłości własną inwencję; im więcej bę­dę cierpiał ze swego powodu, tym lepiej. Dlatego też historia twórczości Nagórskiego jest w istocie historią wznoszenia się przez upadki. Jest obrazem formowania się dojrzałej wielkości poprzez stałe i niepoprawne trzymanie się niedojrzałego dziecięctwa. Obraz ten, jak się wydaje, wyraża nie tylko jego indywidualny przypadek, wyraża on pewną ogólną prawdę o człowie­ku. Jest więc nie tylko osobistym świadectwem, jest wartością artystyczną, która współtworzy kulturę. To właśnie sprawiło, że Nagórski pojął, iż zdobył coś, w czego osiągnięcie nigdy nie wierzył. Oto stanął w obliczu faktu, że należy do świata urzeczywistnionej kultury, że jest jednym z tych, którzy wznoszą gmach zaklęć i modlitw, jakimi się żywi wspólnota. Wtedy też napisał Nagrodę Nobla.

1968

Bohater tego opowiadania, Hermann Euler, wielki szwajcarski pisarz, po otrzymaniu nagrody Nobla w Sztokholmie, przyjeżdża do Paryża, aby w kilka dni później wyruszyć na Sycylię, gdzie zamierza wypocząć, Euler czuje się stary i jak sam mówi w pew­nym momencie: „potrzebuje słońca”. W Paryża sensacja. Tłumy dziennikarzy, radio, telewizja polują na laureata, on jednak ucieka przed tą nagonką i skrywa się w małym hoteliku przy ulicy Vaneau, gdzie zatrzymywał się w młodości. Następnego dnia idzie na rue de Seine do niewielkiej galerii, aby odwiedzić starą przyjaciółkę jeszcze z czasów po I wojnie światowej i tam pozna­je młodą malarkę Laurine. Oczarowany jej młodością i inteligen­cją zaprasza ją do pobliskiego bistra, a w końcu umawia się z nią na wieczór. Kiedy idą razem ku Saint-Germain, spotykają młodego chłopca, znajomego Laurine, który słysząc nazwisko Eulera, nic o nim nie wie. Wkrótce potem pisarz zostaje schwytany w sidła dziennikarzy i wywiadom oraz rozmowom nie ma końca. On jednak myśli wyłącznie o wieczornym spotkaniu i gdy tylko nadarza się sposobność, wymyka się zgrai żądnych sensacji reporterów. W ho­telu, mając jeszcze godzinę czasu, bierze kąpiel, jest więc zmuszony widzieć swą nagość. Szczególną uwagę zwraca na paznokcie i skórę: „jest stara — myśli — wygląda jak zwiotczała szmata”. W tym momencie z radioodbiornika, wmontowanego w ścianę łazien­ki, dobiegają dźwięki fragmentu z Orfeusza Glucka, kiedy to schodzący do podziemi Orfeusz zostaje zatrzymany przez Furie i na jego wstrząsające lamenty chór odpowiada twardym: „Nie!”. W tym momencie Hermann Euler czuje nagle, że jest śmiertelnie znużony i skończony. Wciąż przyglądając się swemu staremu ciału, rezygnuje ze spotkania z Laurine. Rozproszony wewnętrznie idzie sam do bistra na róg ulicy Vaneau i de Sévres, i tam, w „Figaro”, czyta tekst przemówienia, jakie wygłosił w Sztokholmie, przyo­zdobiony pokaźnym zdjęciem zamieszczonym obok. Siedzący obok dobrze ubrany Anglik w jego wieku z młodym chłopcem są całkowi­cie zajęci rozmową i dopiero w chwili, gdy zjawia się nagle tłum dziennikarzy i fotoreporterów — tamci zwracają na Eulera uwagę.

1969

Tak kończy się opowiadanie. Aby wyświetlić jego sens, trze­ba przytoczyć kilka fragmentów przemówienia, które — niczym centralne ogniwo — wiąże całość utworu. Czytał więc Hermann Euler w swojej wypowiedzi: „Stało się zwyczajem, potwierdzonym przez rozliczne epoki odwiecznych doświadczeń, iż człowiek w jakikol­wiek sposób wywyższony w stosunku do swoich współczesnych, po­winien składać w tym szczególnym momencie podziękowania swojemu czasowi, ponieważ, choćby sam był wątły, zdradziecki i ze sobą samym skłócony — czas, jaki mu przypadł w udziale, zrodził go, wychował i ukształcił. Nie chciałbym tym słusznym i czcigodnym uczuciom przeczyć. Jeśli widzę siebie i słyszę, to tylko wśród głosów i kroków czasów przeszłych. Dałem z siebie mniej, niż pragnąłem. I gdy w tym momencie wywyższony ponad miarę, mam mojemu, mnie na zawsze danemu czasowi złożyć hołd — staję nieomal bezradny i zagubiony, jedynie zdolny, by wywołać chwilę naj­piękniejszą w świecie urojeń, gdy doświadczony Prospero porzu­ca wszystkie swoje czary. (…) Myśl, że moje prace, dzieła moich rąk i umysłu, moje wysiłki i pragnienia mogą przyszłość ulepszyć lub pokoleniom nadchodzącym stworzyć warunki sprzyjają­ce postępowi, wydaje się wprawdzie szlachetna, na pewno bardzo ludzka i potrzebna, lecz to, co ludzkie, to, co szlachetne i potrzebne, bywa często tylko złudzeniem. Historia przeczy moralnemu prawu przyczynowości. Nie mamy żadnych podstaw, aby twier­dzić, że dobry czyn wywołuje dobre skutki i odwrotnie: zły czyn — złe następstwa. (…) Dzieją się bowiem na ziemi rzeczy, których nędza i boleść niczym ziemskim nie mogą być okupione”.

1970

Nawet w tych kilku fragmentach przemówienia widać zasadni­cze i stałe niepokoje Nagórskiego. Znów można dopowiedzieć jego myśli, które płyną podskórnym nurtem: zawsze marzyłem o wielkoś­ci i oto osiągnąłem ją wreszcie, ale drogą, którą zawsze uważałem za niemożliwą. Oto z własnych klęsk, upadków i rozczarowań wznio­słem sobie pomnik. Własne rozdarcie uczyniłem treścią mojej pra­cy; stworzyłem pewien mit o sobie i okazało się, że ta legenda przyjęła się, co więcej, że wyraziła nie tylko niepokój mój, ale i niepokój mojego czasu. Jestem powszechnie znany, moje ut­wory znajdują się w szkolnych podręcznikach. Czy to nie paradoksalne, że mówi się o moim talencie i niezwykłości, podczas gdy naprawdę każde słowo, które napisałem, wynikało ze słabości i strachu? W istocie, jest to niezwykłe! Rzeczywiście, szczególną umiejętnością musi być demonstracja cierpienia i nędzy w taki sposób, by wzbudzały one zachwyt i podziw. Lecz cóż mi teraz po tym może nawet zasłużonym uznaniu, kiedy jestem już bliski starości? A poza tym czymże jest cała moja twórczość wobec zniszczeń i cierpień, które drążą świat? Moje nadzieje kiełkowały we mnie i wzrastały za cenę swoistego egoizmu i zapomnienia. Wszystko przecież, o czym mówi się teraz, że ofiarowywałem ludziom, przeznaczone było w istocie tylko dla mnie. Pisarstwo było zawsze moją sprawą ściśle prywatną, jakże więc mam się zachować teraz, kiedy tak wielką odpowiedzialnością zostałem obarczony? Może porzucić godności, a wraz z nimi ciężki i dręczący bagaż niepo­koju? Lecz czy jest to możliwe? Oto zgłaszają się Furie ze swoim bezwzględnym „Nie!”. Nie ma powrotu w krainę niewinności, odwrót jest odcięty. Jeżeli całe życie czarowało się innych, oszukiwało się ich, mamiło słowami i iluzjami, jeżeli nawet robiło się to na pół świadomie, lecz jeśli ludzie iluzjom zawierzyli i stały się one dla nich nadzieją i podporą — nie można uciec teraz, usprawiedliwiając się brakiem, siły potrzebnej do dźwigania konsekwencji magicznej działalności.

1971

Dlatego też Hermann Euler czuje się bezradny i zagubiony, dlatego przekłada spontaniczność, urodę i wdzięk Laurine nad sławę i zaszczyty. Dlatego wreszcie, widząc prawdziwe przyczyny, dla których ludzie wyróżniają go czy choćby zwracają uwagę, a więc snobizm lub żądza sensacji, rozumie swoją bezsilność pisa­rza. Cóż mu więc pozostaje? Radość, jakiej się przez całe życie spodziewał po najwyższej z możliwych form potwierdzenia jego pracy, okazała się kolejnym i jakby ostatecznym już rozczarowaniem. Miłość zaś? Niestety kochać go już nie można — można naj­wyżej podziwiać, ale i o podziwie tym nie wiadomo, czy wywołuje go sama osoba czy też jedynie literacki wizerunek, ów czarująco-uwodzący autoportret. Owszem, warto zbliżać się do osoby, ale o tyle tylko, o ile kontakty z nią mogą przynieść jakiś okruch ewentualnej nieśmiertelności. Wywyższony zostaje więc zupełnie sam, a wierności dochowuje mu jedynie przeszłość, szczególnie młodość, kiedy to właśnie żył w świecie urojeń i marzeń, gdy rozpierała go nadzieja przyszłości i mógł jeszcze wierzyć w pię­kno chwili wielkiego zwycięstwa.

1972

Czym była Nagroda Nobla dla Nagórskiego? Czy rzeczywiście zwierzył się on w opowiadaniu z opisanego powyżej doświadczenia? Czy też próbował je sobie wyobrazić, przewidzieć — na podstawie przeczuć? Sądzę, że Nagórski umyślnie miesza tu dwa przeżycia: dojrzałą wiedzę o rozczarowaniu i klęsce z wciąż młodzieńczym (niedojrzałym) marzeniem o takiej sytuacji, gdy będzie mógł na oczach całego świata pozostać sam ze sobą i odegrać ostatnią (boską?) scenę dramatu — gest pożegnania ze sztuką. Stawszy się kimś ponad własną miarę — wciąż i na nowo czuć się nikim, posiadłszy wszystko — wszystko odrzucić. Sprawy takie zdają się wciąż absorbować jego myśli, a typowe wątpienie, że nigdy nie stanie się to jego udziałem, powołuje do życia utwór literacki, w którym może siebie w takiej sytuacji umieścić.


1973

Flaubert w jednym z listów do Luizy Colet pisze o Szekspi­rze: „To był nie człowiek, lecz kontynent — mieścili się tam wielcy ludzie, całe tłumy, pejzaże…”. Określenie to kojarzy się z postacią Leonarda da Vinci — człowieka, którego natura ob­darzyła z niepohamowaną wprost hojnością. Nic więc dziwnego, że geniuszem tym Nagórski interesował się od dawna, a wreszcie oś­mielił się uczynić go bohaterem swego utworu. Była to bowiem postać, która, jak żadna inna, nosiła w sobie piętno boskości.

1974

Autor Natchnienia świata od dawna myślał o utworze poświę­conym Leonardowi. W roku 1958 w listopadowym numerze „Miesięcznika Artystycznego” znajduje się opowiadanie pod tytułem Za­mek snów, które za fabularny pretekst bierze na razie jedno tylko wydarzenie z życia Leonarda. Opowiada ono mianowicie o katastrofie, która zniszczyła wielki fresk Bitwa pod Anghiari. Jak widać, nie wystarczyło to Nagórskiemu. W Notatkach ogłaszanych w owych latach w „Przeglądzie Literackim” wciąż pojawiają się jakieś refleksje związane z osobą Leonarda. Ciekawe, że spośród obszernych i tak różnorodnych materiałów Nagórskiego interesowały te jedynie ustępy, w których odnajdywał cechy własne i myśli zbliżone do swoich. „Artysta — przepisuje Nagórski w jednej z Notatek słowa Leonarda — odtwarza nieprzeparcie myśl swoją, więcej nawet, rysy swej własnej twarzy; dochodzi tak daleko, że obdarza modelów swych własnymi wadami i zaletami… najlepiej niechaj z oczu danej osobistości wyziera sam artysta i niechaj w ten sposób daje coś z własnego ducha tworzonym przez się postaciom”. W innych Notatkach wiele uwagi poświęca relacjom, wedle których rysem stałym i niezmiennym było u Leonarda niedoprowadzanie własnych zamierzeń do końca. Wypisuje sobie nawet interpretację tej właściwości dokonaną przez Vasariego: „I dlate­go pozostało po nim rzeczy mało, gdyż to, że tak dobrze znał błędy, wstrzymywało go od roboty”. Przytacza wreszcie wypowiedź samego Leonarda: „Najgorszy to znak, jeśli dzieło przewyższa sąd, jak zdarza się wówczas, gdy ktoś się dziwi, że osiągnął tak do­bre wyniki, ale kiedy sąd przewyższa dzieło, znak to doskonały” — i opatruje ją komentarzem: „nad własnym, genialnym dziełem sąd Leonarda dominował zawsze?”. Nietrudno zauważyć pewne podo­bieństwo pomiędzy tymi uwagami a wyznaniami Nagórskiego. W ksią­żkowym wydaniu Notatek na przykład: „nie czerpię żadnej pomocy z pochwał, jakimi obdarzono i mnie samego, i te utwory, które dotąd napisałem. (…) Zaledwie widzę kształt tego, co bym napi­sać pragnął, ale ponieważ pragnę nazbyt wiele — kształt ów przerasta moje siły i dostrzegam go jedynie jako mglisty zarys moich pragnień. (…) Zam swoje braki, natomiast nie jestem równie pe­wien swoich cnót. (…) Zwątpienie w siebie przewyższa wszystko, co o nim powiedzieć można. Odrętwienie, które wydaje się zupeł­ne i ostateczne. Dno rozpaczy, zniechęcenia i znużenia. Wszyst­ko, co piszę, wydaje mi się nędzne i nikłe. (…) Z jednego może tylko jestem rad: noszę w sobie trudną i gorzką, lecz jakże owocującą jednocześnie cnotę zwątpienia. (…) Miara, jaką człowiek szacuje samego siebie, ważniejsza bywa niekiedy od ludzkich są­dów. Gdybym wśród minionych lat aż po dzień, który przeżywam obecnie, policzył godziny zwątpienia — mnogość ich dość znacznym ciężarem położyć by się musiała na tych nielicznych chwilach, w których danym mi było przeżyć celność własnych myśli, osiągnięć i zamierzeń”.

1975

Również i inne myśli Leonarda zacytowane przez Nagórskiego w Notatkach przywołują na pamięć wiadome cechy osobowości autora Ostatniej godziny.

Leonardo: „Zważcie tylko! Nadzieja powrotu do siebie i do swego dawnego stanu przypomina urzeczenie ćmy światłem; człowiek, który z ciągle się odradzającym pożądaniem tęskni do nowej wios­ny, nowego lata, każdego nowego miesiąca i nowego roku, czując, że to, co upragnione, nadejdzie jeszcze nieprędko, nie zdaje sobie nawet sprawy, że pożąda tylko własnej zguby”.

Nagórski: „Wypełnia mnie tęsknota, która własnego spełnie­nia się lęka”.

Leonardo:Czas, Przemijanie, Historia, Starość „O czasie, szybko niszczący rzeczy stworzone, iluż królów, ile ludów zniweczyłeś! O czasie, pożerco rzeczy, o zawistna starości, przez które wszystko się trawi”.

Nagórski: „Godziny szczęścia, niepokoju, niepewności, jakże różnych kształtów nabierają w bezpośrednim przeżyciu i później we wspomnieniu. Obrazy wywoływane z przeszłości już nie podle­gają prawom niepowtarzalnego czasu”.

Leonardo: „Myśli zwracają się ku nadziei. Odkrycie zawsze nas rozczarowuje”.

Nagórski: Nadzieja„Wiem, że kresem oczekiwań jest rozczarowanie, ale wolę choćby złudny cień nadziei od jej nieuchronnej śmierci. Każda zdobycz jest grobem nadziei, każde osiągnięcie jest grobem nadziei. Ostatnią nadzieją nie jest ona, lecz potrzeba jej posiadania i łatwiej wszystkie nadzieje pogrzebać, łatwiej pa­trzeć na konanie wszystkich nadziei, niż potrzebę posiadania nadziei w sobie uśmiercić”.

Leonardo: „Pragnienie jest kwintesencją, duchem żywiołów, który czując, że jest zamknięty przez duszę w ciele ludzkim, pragnie ciągle wrócić do tego, który go wysłał”.

Nagórski: „Przyszłość wciąż mnie porywa najgwałtowniejszy­mi nadziejami i pragnieniami. Ponad pewność posiadania silniej mnie pociąga niepewność poszukiwań. Zawsze kusiły mnie i wciąż kuszą niewiadome obszary czasu i przestrzeni, jakie się przede mną mogą otworzyć i jakie się niekiedy przede mną otwierają, one mnie niecierpliwie i nagląco wabią, ponieważ mogą zawierać w sobie wszystko”.

Leonardo: „Miłość przezwycięża wszystko. Człowiek wszakże głęboko kocha jedynie rzeczy nieuchwytne, a swe pragnienia zapa­la jedynie u krzosu przeciwieństw”.

Nagórski: „Miłością nawet głód można uciszyć. Miłość wiel­kich rzeczy może dokonać, góry może przenieść. Miłość jest poszu­kiwaniem i odkrywaniem, dążeniem i niepewnością, pośpiechem i oczekiwaniem, niecierpliwym, ale zawsze oczekiwaniem, jest onym szczególnym stanem pragnień i pożądań czystych i mrocznych, szczególnym i jedynym stanem pragnień i pożądań, które dążąc do zaspokojenia, domagają się nieprzekroczenia ostatecznej granicy ostatecznego zaspokojenia, bowiem miłość, cała z racji swej na­tury będąc gwałtowną potrzebą zaspokojenia, nie jest nim, nie jest zaspokojeniem i nigdy nim stać się nie może, miłość jest wołaniem i poszukiwaniem, jest zaborcza, ale wszelkie zaspokoje­nie pragnień zabija ją, jest bezustannie spragniona, ale wszel­kie zaspokojenie uśmierca ją, jest rozpaczą pomiędzy sprzecznymi żywiołami, jest samotnością pomiędzy sprzecznymi żywiołami, ale jest także nadzieją”.

1976

Podobne przykłady można by mnożyć dalej. Te chyba jednak w sposób wystarczający pokazują pewne pokrewieństwo, jakie wiąże Nagórskiego z Leonardem. Autor Karolinki długo przygotowywał się do ostatecznego zmierzenia się z wymarzoną postacią. Przygotowy­wał? Raczej odkładał je, bo, jak się za chwilę okaże, w Ostatniej godzinie zbiegły się prawie wszystkie doświadczenia pisarza, a wiadomo przecież, że taka okoliczność bywa zazwyczaj symptomem jakiejś sytuacji granicznej, przełomowej, kiedy jest się w apo­geum swoich możliwości, kiedy ma się nareszcie ulotne poczucie pełni. W Notatkach obok rozważań o Leonardzie prowadzone są rów­nolegle refleksje poświęcone ostatniemu dramatowi Szekspira, Burzy, a w szczególności postaci Prospera. Jak pamiętamy, postać ta pojawiła się już wcześniej, w Nagrodzie Nobla, w przemówieniu Hermana Eulera, teraz jednak, gdy występuje w określonym kontekście (osoba Leonarda), nabiera ona innych, nowych znaczeń, zresztą będzie jeszcze o tym mowa, ale nie teraz… teraz spójrz­my na początek Ostatniej godziny.

1977

Jest ranek 2 maja 1519 roku, pada drobny deszcz, wokół roz­brzmiewają żabie rechoty i cykanie świerszczy, Leonardo leży w niewielkim pokoiku, w swoim domu w Amboise, poniżej zamku wznie­sionego na wzgórzu; soczysta zieleń drzew za oknem; białe, nagie ściany; Leonardo przywołuje Francesca, swojego ucznia i jedynego wiernego przyjaciela, i mówi o świetle tego poranka.

1978

Jeżeli dobrze się wczytać w opis tej sytuacji, a jednocześ­nie będzie się miało świeżo w pamięci wszystkie utwory Nagórskie­go — zauważy się, że ma ona w sobie coś z kolorytu pierwszego bodaj opowiadania Nagórskiego pt. Zdrada. Podobieństwa bowiem uderzają nawet w drobnych szczegółach. Powstaje teraz pytanie, czy owa analogia jest dziełem przypadku lub zdradza najwyżej pew­ne ulubione obrazy i nastroje autora? Czy też jest ona zabiegiem świadomym, który posiada, być może, jakieś znaczenie? Mam wraże­nie, że jest to zbieżność umyślna.

1979

Oto Nagórski, rozpoczynając myślami Leonarda wielką spowiedź, przywołuje swą pierwszą próbę literacką, dając w ten sposób do zrozumienia, że spowiedź przeprowadza od samego początku, od za­rania swej historii jako pisarza. Zaraz potem Leonardo zapada się w sobie, milknie i milczy tak aż do ostatnich słów, które znowuż wypowiada na głos. Pamiętamy je wszyscy. Wypowiedziane po włosku mają dla naszego ucha moc zwielokrotnioną: „Non si debbe desiderare lo impossibile. La ricerca dell'impossibile ha come castigo la malinconia e la disperazione. Il vouto nasce, quando la speranza more”. (Nie należy pragnąć niemożliwości, bo kto szuka rzeczy nieosiągalnych, płaci rozpaczą i śmiercią nadziei, a tam, gdzie umiera nadzieja — rodzi się próżnia). Co oznaczają te zaklęcia i jakimi drogami doszedł do nich bohater Ostatniej godziny?

1980

Dwusetstronicowy monolog umierającego Leonarda to dzieje pewnego nienasycenia, historia niepokonanej nadziei. „Związany z gwiazdą” za jedyny godny sens swej egzystencji uznał dążenie do boskości. Odtąd poświęcił wszystko: szczęście osobiste, miłą zwykłość codzienności, doczesne radości i przyjemności. W wyrze­czeniu i samotności tworzy dzieła, które wzbudzając podziw przy­noszą mu sławę i oddanych bez reszty wielbicieli. Boskiego wy­brańca pociąga jednak co innego niż zwykłe i choćby największe wywyższenie przez innych. Chodzi mu o zmierzenie się z samą natu­rą. Pragnie wiedzieć, czy kiedy osiągnie niespotykaną dotąd wła­dzę nad przedmiotami martwymi, nad tworzywem, z którego lepił swe dzieła, oraz nad własnym duchem, który stanie mu się posłuszny i całkowicie poddany jego woli, otóż czy wtedy natura ugnie się przed nim? Czy, krótko mówiąc, człowiek jako wyodrębniona cząst­ka może zapanować nad substancją, z której się składa? I czym będzie ta władza, jeżeli jest osiągalna? Do czego doprowadzi? Co spowoduje?

1981

Nagórski zezwala swemu bohaterowi dowiedzieć się o tym. Leo­nardo osiąga ową nadludzką wiedzę i moc, która pozwala mu widzieć i czuć o wiele dalej niż dane to jest pięciu zmysłom. I cóż się wówczas dzieje? Co ta szczególna kondycja objawia? Objawia ona pewną prawdę, która jest nie do ujawnienia. Zaklęty krąg boskoś­ci dopełnia się ostatnim ogniwem — aktem miłosierdzia. Ludzkość nie może wiedzieć, czym jest i po co jest, i gdzie jest, i w jaki sposób jest. Ta wiedza byłaby dla niej zgubna. Trzeba jej tego oszczędzić. Błogosławieństwem jest nieświadomość. To ona jest dźwignią życia.

1982

I Leonardo myśli: „Wiedząc wszystko, kłamię, ponieważ wiedząc wszystko, nie wiem, co mam uczynić z tą wiedzą, a więc nie kłamstwa, lecz prawda niszczy nadzieję”. Cóż mu więc pozostaje? Jedno tylko: odrzucić czarodziejską pałeczkę, wyrzec się magii, stać się na powrót zwykłym, niewiedzącym, śmiertelnym. Rozpo­cząć wszystko od nowa, od początku. Czy jednak szansa taka je­szcze istnieje? Nie! — po raz wtóry odpowiadają Furie. Jeżeli szukało się prawdy i odnalazło się ją, pada się jej ofiarą, takie jest prawo. Powrotu nie ma. Trzeba odtąd żyć jak ktoś zwy­kły z niezwykłą wiedzą. Taka jest cena. Myśli Leonardo: „Ja, którego ciała już nikt nie może pożądać, ale również i ja, któ­ry w swoim dogasającym ciele, w ciele okrytym usychającą skórą — wciąż odczuwam błogosławione i rozpaczliwe dreszcze pożądania, ja, którego nikt nie zapragnie wziąć w ramiona, aby na moich usychających wargach złożyć pocałunek i ustami młodości objąć moje usta już usychające, ja, oszukujący samego siebie i oszu­kujący tych, których muszę oszukiwać, aby oszukać mego siebie, śmiercią przywoływany, a wciąż pogrążenia w młodości spragniony, nigdy niezaspokojony, bowiem ściganie uciekającej młodości nig­dy nie może być zaspokojone, ja, któremu nie jest obcy żaden grzech i który zna do ostatniego oddechu wszelkie zbłąkanie, ja, który mimo mojej usychającej skóry i moich starczych warg, które są obrazą radości i harmonii, znam równie dobrze dno ciemnych przepaści, jak urojone blaski tęsknot, ja, który w py­sze fałszywej pokory… ja wziąłem na swoje ramiona ciężar ponad moje siły”. Jednakże i w tym szczególnym momencie nie opuszcza­ją go sprzeczne uczucia. Oto po tym dramatycznym wyznaniu poja­wia się bluźnierstwo przeciwko Bogu. Leonardo przypomina sobie, jak zdarzyło mu się kiedyś wykonać obraz treści religijnej, za którym jął szaleć pewien młody książę, jak kupił go wreszcie i chciał zniszczyć to, co wskazywało boskość postaci, aby móc całować ją bez wyrzutów sumienia. „Osiągnąłem taką władzę nad duchem tego człowieka — myśli — że zdolny byłem rozkochać go w kobiecie malowanej, nie mniej niż w żywej. W tym, Boże, poprzed­nika nie miałem. Zdołałem stworzyć piękno, jakiego nikt dotąd nie oglądał! I ja miałbym teraz umrzeć? Nie! Ja pójdę dalej…”. Rzeczywiście, Leonardo do ostatnich słów nie wierzy w możli­wość własnej śmierci. Wydaje mu się, że to, co wkrótce nastąpi, przyniesie po prostu kolejne doświadczenie, okaże się jakąś szczególną, jemu tylko daną przemianą. Wiara ta wzbudza ostat­nią nadzieję Leonarda. Lecz cóż w tej sytuacji oznaczają zda­nia ostatnie? Czyżby jednak zwątpienie w obliczu zjawiającej się pustki? A może tylko przestroga? Lecz jeśli przestroga, to dla kogo? Bo przecież nie dla stojącego obok Francesca Melciego, wyłącznego spadkobiercy jego ziemskiego dorobku. Może więc dla ludzkości w ogóle, a zwłaszcza dla tych, których potrzeba dąże­nia ku rzeczom nieosiągalnym już opętała?

1983

Ostatnia godzina pod względem kompozycyjnym jest dziełem zbudowanym misternie. Każdy szczegół, wszelkie podteksty są tu starannie dobrane i posiadają określone znaczenie. W sumie ca­łość kojarzy się z kołem, z ciągłą linią zamkniętą. Oto Leo­nardo rozpoczyna opowieść o swoim życiu, aby przeprowadziwszy rachunek sumienia, wywód burzliwy i narastający jak same kole­je życia, powrócić na koniec tam, skąd wyruszył, do punktu wyj­ścia. Pomiędzy poszczególnymi fazami życia a stadiami monologu zachowana jest swoista symetria. Każdemu przeżyciu Leonarda zawsze odpowiada jakiś inny ton i jakaś nowa myśl, która dalej popycha jego spowiedź. Ale i to jeszcze nie wszystko: Nagórski bowiem w kolejnych stadiach „choroby” Leonarda widzi okresy i tendencje własnych poszukiwań. Najbardziej wyrazisty przykład tej zależności znajduje się mniej więcej w połowie (wybór tego właśnie miejsca również nie wydaje się przypadkowy), kiedy to Zwierzę, Miłość, Ptak, SzczęścieLeonardo przypomina historię hodowanego przez siebie ptaka, małej kawki imieniem Mezzanotte. Oswojony ptak, trzymany przez swego opiekuna na wolności, spędzał całe dnie w ogrodzie i oko­licy. Któregoś dnia, po gwałtownej burzy, nie wrócił i wszelki słuch o nim zaginął. Nie zjawiał się przez wiele tygodni, aż wreszcie pewnego słonecznego poranka zastukał dziobem w okienni­ce. „Nigdy do tej pory nie przeżyłem wzruszenia równie dławią­cego — myśli na to wspomnienie Leonardo — i szczęścia tak bez­granicznie czystego, jak w owej chwili, kiedy poczułem w dło­niach drobne i drżące ciało Mezzanotty, a pod wargami ciepłe, puszyste pióra”. I w chwilę potem, komentując przypływ czułoś­ci, stwierdza: „Wówczas mogłem jeszcze zawrócić…”.

1984

Opisy podobnej tkliwości tworzą w utworach Nagórskiego ca­ły motyw, jednak szczególnie często występują w pewnym cyklu opowiadań, który powstał — przy zachowaniu wszelkich proporcji — w środkowym okresie twórczości. Czytając Natchnienie świata, natrafiamy w pewnym momencie na scenę następującą: „Już scho­dził z werandy, gdy na wilgotnej, z lekka omszałej balustradzie dojrzał malutką, nieruchomo przycupniętą biedronkę. Schylił się i delikatnie przesunął ją sobie na dłoń. Przestraszona nie rusza­ła się dłuższą chwilę, dopiero gdy podniósł rękę do ust i chuch­nął na nią parę razy ciepłym oddechem, biedronka ożyła i zaraz potem pośpiesznie poczęła wędrować po otwartej dłoni. Gdy doszła do końca wskazującego palca, zatrzymała się na moment, potem rozwinęła drobniutkie skrzydełka i lekko sfrunęła”.

1985

W opowiadaniu Francek, napisanym w tym samym mniej więcej czasie, bohater utworu na widok wiewiórki reaguje takim wspom­nieniem z dzieciństwa: Zwierzę, Śmierć, Dziecko, Morderstwo„Nie wiem dokładnie, ile miałem wtedy lat, ale musiałem być bardzo mały, może trzy lata miałem albo cztery, i jednego dnia brat wystrzelił z wiatrówki do wiewiórki, jesz­cze teraz słyszę odgłos strzału i jak przymknę powieki, widzę, jak małe, rude stworzonko, które dopiero co zwinnie po gałęziach skakało i życiem się cieszyło, spada, jak kamień z wysokiego drzewa i kiedy leżała na ziemi, ja do niej podbiegłem i miała podkurczone pod siebie łapki i oczka otwarte, jakby spała, tylko z pyszczka ciekł strumyczek czerwonej krwi i po tym zastrzeleniu wiewiórki całą noc nie spałem i miałem wysoką gorączkę”.

1986

Przytoczenie tych dwóch przykładów unaocznia, że Nagórski, tak jak początkiem — do Zdrady, tak epizodem z kawką — do tej swojej pisarskiej przygody tu nawiązuje. A że miała ona miejsce mniej więcej w połowie twórczego życia — więc i w Ostatniej godzinie jej echo odzywa się po środku utworu. Owe przypływy tkli­wości mają niewątpliwie charakter erotyczny, a to, że nie ludzie je wywołują — to tylko oznaka samotności bohaterów. Albowiem ktoś, kto nie potrafi otworzyć się na ludzi, ktoś, kogo trawi paraliżujący wstyd wobec innego człowieka, ten jest istotą wygnaną, tkniętą piętnem nieodwracalnego wyobcowania. Taki ktoś — skaza­ny wyłącznie na siebie — przeżywa wszystkie ludzkie odczucia i odruchy „zastępczo”, w wyobraźni lub pośród przedmiotów i istot, które są martwe, głuche lub ślepe, lub które nie rozumieją ludz­kiej mowy.

1987

Taki właśnie jest Leonardo: kawka Mezzanotte jest dla niego ucieleśnieniem tego wszystkiego, do czego jako człowiek z krwi i kości nie mógł czy nie potrafił był się zbliżyć. Jest więc wszel­kimi formami kobiecości — jest matką, kochanką i córką. Sens tego epizodu wydaje się jasny. SamotnikNatury szczególnie wrażliwe, błogosła­wione, z gwiazdą wreszcie związane — potrafią przeżywać tylko różne kształty swej samotności; zdolne jedynie do kochania „w sobie”, mogą się sobą tylko zajmować i z siebie tylko uczynić obiekt miłości. Dlatego też Leonardo wraca później do tego, co pomyślał był po wywołaniu w sobie uczucia sprzed lat, zatem do owego „wówczas mogłem jeszcze zawrócić” i przeczy temu przekonaniu. Niewinna tkliwość, radosna czułość i ciepło były złudą, której uległ Leonardo dwukrotnie, wówczas, przed laty, i teraz, pod bezpośrednim wpływem wspomnienia. Powrót nie istniał już wtedy, choć organizm wciąż jeszcze był bardzo żywotny. Był on niemożliwy, bo dusza była już zatruta poznaniem. „Nigdy nie byłem młody, tak naprawdę młody — skarży się Leonardo — chociaż urządzałem najwspanialsze maskarady i najznakomitsze festyny, chociaż rozbawiałem najbardziej zgorzkniałych i pochmurnych”.

1988

Czym jest Ostatnia godzina? Jak można ją widzieć na tle całego dorobku twórczości Nagórskiego? Mam wrażenie, że wszelka jednoznaczna odpowiedź spłaszczyłaby zagadnienie. Ostatnia godzi­na jest pieśnią starości i pieśnią życia, jest testamentem i pożegnaniem, a jednocześnie świadectwem harmonijnego spełnienia — harmonijnego oczywiście na ludzką, ułomną miarę. Jest to rapsod o bujnym i burzliwym istnieniu, o niebezpieczeństwie nadmier­nych namiętności, o zgubnej magii ludzkich kuglarstw i o cenie, jaką trzeba zapłacić za iluminację, jakiej się doznawało.

1989

Pchany jakąś niejasną siłą — po raz ostatni słyszymy wew­nętrzny głos Nagórskiego — pragnieniem wiedzy i wolą poznania, a jednocześnie nie chcąc porzucić ludzkiej, prostej miary — cierpiałem, lecz z tego cierpienia urządziłem widowisko. Każde przeżycie, najintymniejsze doznanie chwytałem jak złodziej i gromadziłem je, gromadziłem, aby je później scalić i wystawić na pokaz. Myślałem, że w ten sposób uwolnię się od tego, co we mnie jest złe, myślałem, że przezwyciężę to i wyzwolę się z tej niedobrej, dręczącej kondycji, z jaką przybyłem na ten świat. Teraz, gdy jestem nareszcie u kresu tej drogi, gdy dobrnąłem w końcu tu, skąd odzywam się teraz, widzę, że wszystko to było daremne. Moje przekleństwo wyśpiewane, ale ja nieuwolniony od niego. Starość, RozczarowanieOto — starzec — stoję stopami w trawie mojego dzieciń­stwa, mojej niepoprawnej młodości, mojej spapranej dojrzałości. Wciąż taki sam, niezmiennie. Stoję i śpiewam mój płacz nad so­bą, który nie mogłem być na taką miarę, jakiej dla siebie pra­gnąłem. Stoję i śpiewam. Mogę jeszcze śpiewać. Ale co będzie, gdy przestanę móc? Gdy moja czarodziejska pałeczka wypadnie mi z rąk? Gdy stracę głos i słuch? Chciałbym wtedy zamilknąć. Chciałbym umieć zamilknąć. Chciałbym, aby mój ostatni śpiew nie zabrzmiał fałszywie. Wolałbym, żeby był ciszą.

piątek, 24 kwietnia

1990

Już dwunasta dochodzi i poza przejrzeniem porannej prasy oraz paru tygodników nic do tej pory nie zrobiłem. Obezwładniająca senność i pustka w głowie, na dworze pochmurno, ale 18°C, ka­loryfery wciąż grzeją i w pokoju mimo uchylonego okna jest tak duszno, iż nie ma czym oddychać. Chyba będzie burza.

1991

Dość dokładnie sobie wyobrażam, jakie powinno być zakończe­nie sceny Celina Raszewska — Antek, ale myśli mam tak poklejone, iż żadnej z nich nie potrafię sformułować w zdania. Przy podobnej bezsilności natychmiast wszystko przestaje mi się po­dobać i wszystkie wątpliwości powracają.

1992

Burzy nie było, tylko po południu przez kilka godzin padał deszcz i pod wieczór trochę się odświeżyło. Ale dzień stracony, choć bardzo długi, cały w nastroju skretynienia: sam ze sobą grałem w kości i z miernym zainteresowaniem, żeby się czymś za­jąć, przeczytałem kiepski kryminał.

sobota, 25 kwietnia

1993

Trochę, lecz niewiele lepiej niż wczoraj. Czytanie eseju Antka musi trwać co najmniej godzinę i kwadrans, może nawet dłu­żej, więc w pewnym momencie lektury oboje, i Celina, i Antek mu­szą usłyszeć, jak goście schodzą na dół, nie ma chyba jednak sensu zaznaczać tego w tekście. Natomiast, kiedy Antek przeczy­ta ostatnie zdanie i pocznie starannie wyrównywać niedbale w trakcie lektury odkładane na bok kartki, aby je z powrotem wło­żyć do teczki — wolałbym w tym momencie uniknąć wypowiadania przez Celinę jakichś bezpośrednich ocen i sądów. Zamyślona i po dłuższym milczeniu powinna powiedzieć raczej tak:

CELINA

1994

Jutro jest rocznica śmierci ciotki Elżbiety.

ANTEK

1995

Ciotki Elżbiety?

CELINA

1996

Trzydzieści pięć lat.

ANTEK

1997

Skąd ci to przyszło do głowy?

CELINA

1998

Na pogrzebie Elżuni, w Zakopanem, poznałam pana Nagórskiego. Możesz sobie wyobrazić, że miałam wtedy siedemnaś­cie lat?

ANTEK

1999

Nagórski też chorował na gruźlicę?

CELINA

2000

Ależ nie! Był zdrowy.

ANTEK

2001

Więc skąd się wziął na pogrzebie?

CELINA

2002

Oni się bardzo kochali, to była wielka miłość.

ANTEK

po chwili
2003

Nigdy mi o tym nie powiedziałaś. znów po chwili Jaki on był?

CELINA

2004

Pan Nagórski?

ANTEK

2005

Zabawne, że mówisz o nim „pan”.

CELINA

2006

Dla mnie był pan.

ANTEK

2007

Więc jaki był?

CELINA

2008

Czy ja wiem? po dłuższej chwili To było tak daw­no, nie bardzo już pamiętam. Byłam taka młoda i głupiutka, na pewno nawet do głowy mi nie przyszło, że spotkałam sławnego w przyszłości pisarza.

ANTEK

2009

Niesłychane! Poczekaj, urodził się w dziewięćset dziewiątym, a to było?

CELINA

2010

W trzydziestym czwartym.

ANTEK

2011

To znaczy miał? Nieprawdopodobne! Dwadzieścia pięć, tylko cztery lata był starszy ode mnie.

Po ściągniętych brwiach i zmarszczonym czole widać wysi­łek (chyba jednak daremny), jaki wkłada, aby wyobrazić sobie tak odległą i niespodziewanie wywołaną przeszłość. Natomiast bez większych trudności natychmiast sobie uświadamia, że w ja­kiejś mierze, może nawet istotniejszej i głębszej od formalne­go powinowactwa, jest dzięki owej przeszłości związany z obie­ktem swojej adoracji.

ANTEK

2012

Naprawdę nic nie pamiętasz?


2013

Trzeba tak jakoś zrobić, żeby czytelnikowi musiało się w tym momencie nasunąć skojarzenie z dwukrotnie już eksponowanym motywem pogrzebu Elżbiety, w części I podczas rozmowy Celiny z Nagórskim i w części II, w czasie koncertu w Filharmonii, kiedy Celina dostrzega Nagórskiego, siedzącego kilka rzędów przed nią.


CELINA

2014

Prawie nic. Pogoda była, zdaje się, bardzo piękna. Przedwiośnie.

ANTEK

2015

A potem go nie widywałaś?

CELINA

2016

Czasem, z daleka. Dzisiaj na przykład.

ANTEK

2017

Był na koncercie? No, widzisz, jaka ty jesteś! Nigdy mi jednym słowem nie powiedziałaś, że znasz Nagórskiego.

CELINA

2018

Bo cóż to za znajomość? Ja go nie pamiętam, on mnie na pewno też.

ANTEK

2019

On lubi nie pamiętać! A ciotka?

CELINA

2020

Elżunia?

ANTEK

2021

Jaka była?

CELINA

2022

Bardzo ładna.

ANTEK

2023

Nie masz jej fotografii?

CELINA

2024

Żadnej.

ANTEK

2025

Podobna była do ciebie?

CELINA

2026

Czy ja wiem? Myślisz, że ja siebie pamiętam, jak wtedy wyglądałam? Rodzice mówili, że byłyśmy do siebie trochę podobne.

ANTEK

2027

I co jeszcze?

CELINA

2028

Zapowiadała się na znakomitą pianistkę.

ANTEK

2029

To wiem! I zachorowała na gruźlicę.

CELINA

2030

Strasznie młodo umarła. Miała… Poczekaj, żebym nie poplątała, była ode mnie starsza siedem lat, to znaczy miała dwadzieścia dwa, kiedy umarła.

ANTEK

2031

Nie wiesz, jak się poznali?

Celina bardzo dobrze to pamięta, bo na jednym z długich spacerów w głąb pustych o tej porze dolinek Nagórski wśród wielu zwierzeń opowiedział i o pierwszym spotkaniu z Elżbietą, gdy po powrocie z podróży poślubnej jesienią trzydziestego drugiego roku, w salonie stryjenki żony, Julii Wanertowej, bę­dąc zresztą w towarzystwie Alicji, poznał młodziutką pianistkę nagrodzoną wyróżnieniem na dopiero co zakończonym II Międzynarodowym Konkursie Chopinowskim.

ANTEK

2032

Nie wiesz?

CELINA

2033

Poczekaj, coś sobie przypominam, tylko nie jestem pewna…

ANTEK

prawie z tą samą rozgorączkowaną ciekawością, z jaką przed laty słuchał partyzanckich opowiadań ojca
2034

No, no! Przypomnij sobie.

CELINA

2035

Już wiem, kiedyś mi Elżunia opowiadała, ale kiedy to było i przy jakiej okazji, pojęcia nie mam… chyba w trzy­dziestym drugim.

ANTEK

2036

Boże!

CELINA

2037

Pan Adam…

ANTEK

2038

O, to już brzmi lepiej.

CELINA

2039

Nie przeszkadzaj, Ancik, bo wszystko poplączę.

ANTEK

2040

Pocałuję cię i nie poplączesz.

CELINA

zaniepokojona gorącością warg syna
2041

Coś ty taki rozpalony? Nie masz przypadkiem gorączki?

ANTEK

2042

Opowiadaj!

CELINA

2043

Wrócił właśnie do Warszawy z poślubnej podróży…

ANTEK

2044

Wiem, z Alicją z domu Wanert, córką tego starego i wielkiego Wanerta.

CELINA

2045

Wtedy nie był jeszcze taki stary. Ale skąd ty to wiesz?

ANTEK

2046

Wiem! No tak! Teraz rozumiem. To z powodu ciotki Elżbiety Nagórski rozszedł się z żoną. Tak?

CELINA

2047

Zdaje się. A spotkali się w domu stryjenki żony pana Adama. To był bardzo bogaty dom, pani Wanertowa przyjmowała wielu artystów, opiekowała się młodymi talentami…

ANTEK

2048

Na pewno lepiej niż Komitet Centralny.

CELINA

2049

Ancik!

ANTEK

2050

Nie lepiej?

CELINA

2051

Elżunia otrzymała akurat wyróżnienie na konkursie Chopinowskim i dlatego grała w salonie pani Wanertowej.

ANTEK

2052

Nie pamiętasz co?

CELINA

2053

Za dużo od mojej pamięci wymagasz. Pewnie Chopina.

ANTEK

2054

Ale co Chopina?

A Celina, idąc w tym momencie wąską i dość stromo wspina­jącą się pod górę ścieżynką, gdy w dole szumi gwałtownie wez­brany potok, idąc obok Nagórskiego, który mimo swych dwudziestu pięciu lat sprawia wrażenie jej rówieśnika, tak młodo wygląda, szybkie i trochę nerwowe kroki uważnie dostosowując do jej drobnych i niepewnych, bo wychowanych w mieście i tylko z miejską ulicą oswojonych — mówi, przesuwając równocześnie fotel co­kolwiek do tyłu, aby znaleźć się poza kręglem światła padają­cym od lampy:

CELINA

2055

Nie jestem pewna, czy dobrze pamiętam, ale tak mi się wydaje, iż Elżunia wspomniała, że grała także jakąś etiudę Skriabina…

ANTEK

2056

Którą? Może tę?

Wciąż siedząc na tapczanie z podwiniętymi pod siebie noga­mi, powinien w tym momencie zanucić początkowy temat jednej z etiud Skriabina, markując jednocześnie grę na swych udach obciśniętych spodniami z welwetu koloru bordo. I nagle, jakby doznał olśnienia, uderza się ręką w czoło.

ANTEK

2057

Jasne! Teraz rozumiem, skąd się wzięły Pragnienia. Oczywiście! Wszystko się zgadza! I motyw kłamstwa, i pragnień, które nie mogą być spełnione. Wspaniałe! Zawsze o sobie, tylko o sobie! Och, mamo! Że też mi tego wszystkiego wcześniej nie opowiedziałaś.

CELINA

2058

Nie cieszyłbyś się teraz.

ANTEK

2059

To prawda. Ale gdybym wiedział, mógłbym to wyko­rzystać. Ani słowa nie napisałem o Pragnieniach. Głupi jestem, nie mam żadnej intuicji.

CELINA

2060

I co jeszcze? Nie masz inteligencji, wyobraźni…

Antek śmieje się, lecz nagle poważnieje.

ANTEK

2061

Powiedz, mamo, czy to nie dziwne i właściwie nie okropne, że kiedyś jacyś ludzie się kochali, cierpieli i przeży­wali chwile szczęścia, wreszcie śmierć to wszystko przygniotła i pokruszyła, a potem, po latach, ktoś taki, jak na przykład ja, dowiaduje się o tym i zdaje sobie sprawę, dociera do niego z dalekiej przeszłości echo jakiejś prawdziwej ludzkiej tragedii, a on się tylko potrafi tym cieszyć, jest zachwycony, że coś takiego było, to właściwie nieludzkie, nie, mamo? — — —

niedziela, 26 kwietnia

2062

Wczoraj wieczorem na imieninach u Marka N. Dzisiaj od rana duszno i parno, ale krótka burza dopiero po południu. Jurek Sko­limowski kręci w Monachium nowy film dla producenta belgijskiego.

2063

Niepokój, co znajdę we fragmentach opublikowanych w swoim czasie w „Twórczości”, od tego czasu, więc od trzech i pół roku, nie zaglądałem do nich i nie pamiętam dokładnie tekstu. Także niepokój, żebym znów nie popadł w nastrój zniechęcenia. Prawdopodobnie z tych właśnie przyczyn chodzi za mną od paru dni podszept, aby na razie, przy tej pierwszej korekcie całego materiału, zrezygnować z dokładniejszego opracowania dwóch scen wypunktowanych w planie pod liczbami 5 i 8: Koleżeńskie spotkanie u Stefana Raszewskiego (cd.) oraz Bankiet w Europejskim (cd.). Mimo kilku pomysłów zanotowanych w ubiegłym tygodniu w związku z tymi scenami — obie mają wiele pustych miejsc i wiele ele­mentów niewyjaśnionych. Może jednak uciec się do uniku, na po­tem odłożyć rozwikłanie tych komplikacji, nie tracąc na nie w tej chwili czasu, a przede wszystkim energii wyraźnie słabnącej? Może poczucie porządku trochę się przed podobnym wybiegiem wz­draga. A może jednak?

poniedziałek, 27 kwietnia

2064

Nie całkiem przekonany, że postępuję słusznie, postanowi­łem mimo wszystko wyminąć wiadomą przeszkodę.

2065

W związku z nocnym telefonem Stefana Raszewskiego do ojca: nie zapomnieć, że Raszewski, gdy tylko wykręci numer i usłyszy sygnał, natychmiast słuchawkę odłoży.


2066

Beata Konarska w obecności Łukasza Halickiego odbiera tele­fon dyrektora Otockiego, powiadamiający, że ma grać Lady Makbet.

2067

Gdy zadzwonił telefon, dochodziło pół do dwunastej i Beata Konarska i Łukasz Halicki, jeszcze w owym początkowym okresie intymności, kiedy wieczorne posiłki chętnie się spożywa w domu, leżeli.

2068

— Odbierz — powiedziała Beata — jeżeli do mnie, to mnie chyba nie ma.

2069

Na to Łukasz:

2070

— Dziewczyna w twoim wieku nie ukrywa, że spędza wieczór z ładnym chłopcem.

2071

— Dziewczyna w moim wieku spędza wieczór z ładnym chłopcem nie po to, żeby tracić czas na rozmowy telefoniczne.

2072

Łukasz zastanowił się.

2073

— Pewna racja w tym jest, owszem, trudno zaprzeczyć. Ale telefony mogą mieć…

2074

— Odbierz, bo ten ktoś gotów odłożyć słuchawkę.

2075

Łukasz, leżąc na wznak i z męskością wciąż w stanie silnej erekcji, podniósł słuchawkę:

2076

— Tak, słucham?

2077

— Łukasz? Mówi Witold Otocki.

2078

— Dobry wieczór, panie dyrektorze.

2079

— Jest Beata?

2080

— Oczywiście. Podać ją panu?

2081

— Bądź tak dobry.

2082

— Już podaję — i półgłosem do Beaty — stary KaKa.

2083

Ponieważ leżał po zewnętrznej stronie tapczana, ułożyła się wygodnie w poprzek jego ciała i dopiero wtedy wzięła słucha­wkę.

2084

— Jestem.

2085

— Dobry wieczór, Beatko. Przepraszam, że dzwonię tak późno, mam nadzieję, że was nie obudziłem.

2086

— Oczywiście, że nie.

2087

— Mam dla ciebie wiadomość, która powinna ci sprawić przy­jemność.

2088

— Wiem.

2089

— Jak to wiesz? Skąd wiesz? Dzwonił może Eryk?

2090

— A miał dzwonić?

2091

— Jeżeli nie dzwonił, to skąd wiesz, że mój telefon cię ucieszy?

2092

— Przecież nie dzwoniłby pan o pół do dwunastej w nocy, żeby zrobić Beatce przykrość.

2093

Otocki roześmiał się.

2094

— To prawda, masz rację. Więc słuchaj dobrze, Beatko.

2095

— Cała jestem słuchaniem.

2096

— W najbliższy poniedziałek Eryk zaczyna próby Makbeta.

2097

Prawa dłoń Beaty, zabawiająca się gęstym owłosieniem na podbrzuszu Łukasza, przesunęła się w tym momencie nieco niżej ku jego męskości. Nie poruszył się, leżał w poblasku nocnej lampy z półprzymkniętymi powiekami, a jego członek, już zmalały i miękki, nie drgnął pod dotknięciem jej palców. Zacisnę­ła je mocniej.

2098

Otocki:

2099

— Słyszysz mnie, Beatko?

2100

— Ależ tak, bardzo dobrze słychać, panie dyrektorze. Czy Monika już wie?

2101

— Monika?

2102

— Czy już wie, że ja będę grać Lady Makbet?

2103

Przez moment Otocki zaniemówił.

2104

— No, wiesz! Ależ ty masz cholerną intuicję, dziewczyno! Niech cię diabli! Zaimponowałaś mi.

2105

— To wcale nie intuicja, panie dyrektorze.

2106

— Tylko co?

2107

— Podobno bardzo dobrze prowadzę auto. Mam bezbłędny refleks.

2108

— Niech ci będzie, ja już należę do wapniaków i nazywam to staromodnie intuicją. Domyśliłaś się bezbłędnie. Grasz pa­nią Makbet. Dzisiaj wieczorem uzgodniłem to a Erykiem. Jest zadowolony. A ty, cieszysz się?

2109

Beata, coraz mocniej ściskając martwą męskość Łukasza:

2110

— Ponieważ ma to być dla mojego dobra, postaram się, żeby to dobro było jak największe. Więc Monika jeszcze nie wie?

2111

— To nie ma znaczenia. Dowie się. Nie przejmuj się tym, Beatko.

2112

— Ależ ja się wcale nie przejmuję, chcę tylko wiedzieć.

2113

Potem, gdy odłożyła słuchawkę, a Łukasz wciąż leżał bez ruchu, z przymkniętymi powiekami:

2114

— No?

2115

— Winszuję.

2116

— Dlaczego nie patrzysz na mnie?

2117

— Kontempluję na razie twój sukces.

2118

Wówczas Beata, siedząc z podkurczonymi pod siebie nogami tuż obok nieruchomo kontemplującego, wyciągnęła prawą dłoń ku światłu lampy, chwilę się ze skupioną uwagę przypatrywała się swoim smukłym i krucho-dziewczęcym palcom, delikatnie podświetlonym zielonkawą barwą abażuru, i powiedziała:

2119

— Teraz już rozumiem, dlaczego cała krew odpłynęła ci do głowy.

2120

Na to Łukasz, jakby pod nim petarda wybuchła, poderwał się nagle i, odbiwszy się piętami, tak gwałtownie z tapczana wysko­czył, iż znalazł się nieomal na środku pokoju, wylądował prze­cież, zachowując doskonałą równowagę, chwilę stał bez ruchu, z prawą nogą lekko ugiętą w kolanie i cały też cokolwiek ku przodowi wychylony, co go upodabniało do gorliwego posłańca bo­gów, mającego za moment oderwać się od ziemi i chyżo wzlecieć w powietrze, jednak się nie poderwał do lotu, obrócił się tyl­ko zwinnie na palcach i sięgnął po spoczywający nieopodal na fotelu drewniany, pozłacany kaduceusz — — — — —

2121

Kiedy jesienią roku ubiegłego wróciłem po długiej przerwie do Miazgi i zabrałem się do uzupełniania części II — od tej właśnie sceny zacząłem pracę, pojęcia jednak nie mam, dlaczego nie dopisałem wówczas kilku zdań końcowych.

2122

Tekst z Prometeusza (jednak powinien pozostać oryginalny tekst Aischylosa, przekład Stefana Srebrnego, zakalcowaty i na­szpikowany archaizmami, trochę poprawiłem), który Łukasz Halic­ki ze swoim „roboczym” kaduceuszem wygłasza przed lustrem:

Daremne będą, widzę, wszelkie moje słowa,

daremnie zwracać prośby do twardego głazu.

Jak młody rumak, nie chcąc zgodnie biec w zaprzęgu,

kąsasz wędzidło, wierzgasz i nie znosisz cugli.

Szarpiesz się, ciskacz z furią, lecz myśl twoja słaba:

jeśli komu rozsądku brak, upór i pycha

w niczym pomóc nie mogą, siły nie dodadzą.

Pomyśl, Prometeuszu, jak gwałtowna burza

klęsk zwali się na ciebie, jeśli mnie, Hermesa,

nie zechcesz wysłuchać…

2123

W tym momencie Beata miała chwycić z nocnego stolika popielni­czkę i z rozmachem cisnąć ją w Łukasza, ten jednak posiada dos­tatecznie szybki refleks, aby się uchylić w porę i popielniczka z hałasem roztrzaskuje się o ścianę. Chyba tak zostawić? I nic więcej nie dodawać. Bo po co? Jeśli ktoś pożałuje, iż brak opisu, jak się potem Beata i Łukasz kochają, niech to sobie wyo­brazi.


2124

Wróciwszy z koncertu, Eryk Wanert czyta u siebie w domu pierwszą scenę Prometeusza Aischylosa Nagórskiego.

Skały, niebo, pustkowie. Wchodzą: Prometeusz, Hefajstos, Przemoc i Siła.

HEFAJSTOS

2125

Stój, Prometeuszu! Doszliśmy do kresu, mój stary, albo, jeżeli wolisz, po długiej i żmudnej wędrówce jesteśmy u celu. Skraj świata, jak widzisz. Dzikie turnie, nagie szczyty, niebo, z którego leje się żar. Żaden człowiek nie dotarł do te­go bezludzia i wieki przeminą, nim zabrzmi tutaj ludzki głos. Wybacz mi, Prometeuszu, wprawdzie cię prowadzę, lecz nie czynię tego, czego chcę, przeciwnie: czego nie chcę, to czynię. Z rozkazu mego ojca, wszechpotężnego Zeusa, muszę wykonać to, co mu­szę.

PRZEMOC

2126

Musisz?

HEFAJSTOS

2127

Jesteś Przemocą, więc czemu pytasz?

SIŁA

2128

Musisz?

HEFAJSTOS

2129

Jesteś Siłą, nie powinnaś pytać.

PRZEMOC

2130

Pomyśl — Hefajstosie.

SIŁA

2131

Zastanów się, Hefajstosie.

HEFAJSTOS

2132

Czego chcecie?

PRZEMOC

2133

Świadomości.

SIŁA

2134

Słusznej oceny.

HEFAJSTOS

2135

Wypełniam posłusznie rozkazy mego ojca, wszechpotęż­nego Zeusa. Czynię, co mi nakazał.

PRZEMOC

2136

Musisz?

SIŁA

2137

Masisz?

HEFAJSTOS

2138

A wy?

PRZEMOC

2139

Wyrok jest słuszny. Każdy wyrok wszechpotężnego Zeusa jest słuszny.

SIŁA

2140

Kara jest słuszna. Każda kara wszechpotężnego Zeusa jest słuszna.

HEFAJSTOS

2141

Wielkie moje siostry!

PRZEMOC

2142

Siostry?

SIŁA

2143

Siostry?

HEFAJSTOS

2144

Jestem posłuszny i spełniam, co mi nakazano.

PRZEMOC

2145

Musisz?

SIŁA

2146

Chcesz?

HEFAJSTOS

2147

Prometeuszu!

PRZEMOC

2148

Pomyśl, Hefajstosie!

SIŁA

2149

Zastanów się, Hefajstosie!

HEFAJSTOS

2150

Wyrok nakazuje, żebyś był nagi, Prometeuszu. Sam będąc bogiem, wiesz najlepiej, kim się staje bóg, gdy traci władzę. Nie sprzeciwiaj się więc, Prometeuszu, i dobrowolnie zrzuć swoje szaty.

PRZEMOC

2151

Chcesz tego?

SIŁA

2152

Chcesz tego?

HEFAJSTOS

2153

Spełniam wiernie i dokładnie rozkaz mego ojca, wszech­potężnego Zeusa.

PRZEMOC

2154

Który widzi wszystko.

SIŁA

2155

Który słyszy wszystko.

PRZEMOC

2156

I którego wszechwiedzę wspieram ja, Przemoc.

SIŁA

2157

I którego nieomylność potwierdzam ja, Siła.

PRZEMOC

2158

Który zatem i o tobie, Hefajstosie, wie wszystko.

SIŁA

2159

I nieomylnie, twoje myśli i pragnienia, Hefajstosie, ocenia.

HEFAJSTOS

2160

Moje myśli? Moje pragnienia?

PRZEMOC

2161

Boisz się swoich myśli?

SIŁA

2162

Lękasz się swoich pragnień?

HEFAJSTOS

2163

Mylicie się, moje wielkie siostry.

PRZEMOC i SIŁA

2164

My tylko pytamy.

HEFAJSTOS

2165

Wszystkie moje myśli…

PRZEMOC i SIŁA

2166

Twoje myśli?

HEFAJSTOS

2167

Wszystkie moje myśli i wszystkie moje pragnienia są zgodne z wolą wszechpotężnego Zeusa.

PRZEMOC

2168

Powiedz to Prometeuszowi.

SIŁA

2169

Niech Prometeusz zna twoje prawdziwe myśli i twoje prawdzi­we pragnienia.

HEFAJSTOS

2170

Macie słuszność, moje wielkie siostry. Wysłuchaj mnie więc, Prometeuszu, wysłuchaj uważnie, bo chociaż będąc bogiem wiesz, jaki cię wyrok czeka, musisz go wysłuchać, jak byś był tylko człowiekiem. Z woli wszechpotężnego Zeusa, z którą to wolą jednoczę się ja: ramię karzącej sprawiedliwości, rozkazuję ci, Prometeuszu, żebyś przede mną i przed moimi wielkimi siostrami, Przemocą i Siłą, stanął nagi.

PRZEMOC

2171

Bracie!

SIŁA

2172

Bracie!

Prometeusz zdejmuje z siebie wolno odzież pasterza.

HEFAJSTOS

2173

Jestem!

PRZEMOC

2174

Bracie!

SIŁA

2175

Bracie!

HEFAJSTOS

2176

Chciałeś, Prometeuszu, samowolnie wywyższyć ludzkie plemię i oto jesteś nagi najnędzniejszą człowieczą nagością. Się­gnąłeś zuchwałą dłonią po ogień, który jest przywilejem bogów, i oto będzie ci odjęta wszelka sposobność działania. Widzisz tę samotną skałę, Prometeuszu?

PRZEMOC

2177

Bracie!

SIŁA

2178

Bracie!

HEFAJSTOS

2179

Idź do niej, ona będzie twoją wiecznością. Ona i żelazne łańcuchy, którymi cię do niej przykuję.

PRZEMOC

2180

Chwała wielkiemu Zeusowi!

SIŁA

2181

Sława wielkiemu Zeusowi!

HEFAJSTOS

2182

Ale wieczność jest pojęciem nawet dla bogów cokolwiek mglistym.

PRZEMOC

2183

Hefajstosie!

SIŁA

2184

Hefajstosie!

HEFAJSTOS

2185

Więc skoro w wieczności, będącej zarazem skończonością, narodzi się dziecię odkupienia, zwane Heraklesem — — —



2186

Dwie możliwości: 1) Eryk Wanert mieszka na Powiślu, w wieżowcu wzniesionym niedawno na rozległym terenie założonego już po wojnie Parku Kultury, a ponieważ ma mieszkanie na ostatnim piętrze, widok z jego okien roztacza się bardzo rozległy na park w dole i bieg Wisły, płynącej w tej części miasta wśród krajobrazu leśno-łąkowego, całkiem jak na wsi; 2) z powodu komplikacji rodzinnych (rozejście się z żoną, której oddał mieszkanie?) Eryk Wanert jest od pewnego czasu bezdomny, w ubiegłym roku korzystał z mieszkania kogoś, kto na kilka miesięcy wyje­chał z Polski, a po powrocie tego kogoś przeprowadził się do stryja, stary profesor Henryk Wanert mieszka samotnie (podobnie jak Nagórski posiada dochodzącą pomoc domową) na Karowej, w ka­mienicy wzniesionej na skraju wiślanej skarpy, mieszkanie jest obszerne i wygodne, Eryk mógłby posiadać własny, zupełnie niekrępujący pokój, jego stosunki ze stryjem zawsze układały się i nadal układają bardzo dobrze. W tej chwili profesora Wanerta nie ma w domu, od paru dni przebywa w Jabłonnie.

2187

Wybrać chyba tę drugą wersję. Nie zapomnieć, że do Eryka powinien zadzwonić Maciej Zaremba, który z wiadomych przyczyn jest zbyt podekscytowany, aby wrócić po przedstawianiu do domu, poszedł więc najpierw najprawdopodobniej do SPATiF-u, a gdzieś koło północy zawędrował do nocnego Bristolu, gdzie zoriento­wawszy się, że Eryk mieszka tuż obok, koniecznie chce go odwie­dzić. Mimo całej przyjaźni i wciąż żywej sympatii, jakie żywi w stosunku do Zaremby, nie wydaje się, aby nawet dla niego i w sytuacji tak wyjątkowej Eryk Wanert pozwolił sobie na wplątanie się w męczący klimat niepokojów przyjaciela, zwłaszcza że jutro czeka go ciężki dzień.

ZAREMBA

2188

Eryk? Cześć, to ja. Co robisz, stary?

WANERT

2189

Idę spać.

ZAREMBA

2190

W grobie się wyśpisz. Stary, słyszysz mnie?

WANERT

2191

Słyszę, ale wyspać się muszę dzisiaj.

ZAREMBA

2192

Poczekaj, nie przerywaj, cholernie źle słychać. Słuchaj, stary, ja jestem obok, w Bristolu, koniecznie muszę się z tobą widzieć. Koniecznie, słyszysz? Cholernie ważna sprawa.

WANERT

2193

Co się stało?

ZAREMBA

2194

Wszystko ci powiem, za pięć minut będę. Słyszysz mnie?

WANERT

2195

Wybacz, Maciek, bardzo mi przykro, ale naprawdę nie mogę cię w tej chwili przyjąć.

ZAREMBA

2196

Przestań, stary, pieprzyć. Nie mogę! Myślisz, że ja mogę? Też nie mogę, ale muszę. Sprawa jest, mówię ci, choler­nie, ale to cholernie ważna. Słyszysz mnie?

WANERT

2197

Jaka sprawa?

ZAREMBA

2198

Rany boskie, co z ciebie za uparty facet! ściszając głos, ponieważ dzwoni z szatni Grażyna nie może urodzić, rozumiesz? Słyszysz mnie?

WANERT

2199

Gdzie jest Grażyna? W szpitalu?

ZAREMBA

2200

A gdzie ma być?

WANERT

2201

Zastanów się, Maciek, w czym ja jej mogę pomóc?

ZAREMBA

2202

A czy ja cię proszę, żebyś jej pomógł? Mnie masz pomóc! Jesteś moim przyjacielem czy nie?

WANERT

2203

Jestem, Maciek, wiesz, że jestem, ale zrozum…

ZAREMBA

2204

Nic nie słyszę, mów głośniej.

WANERT

2205

Przykro mi, Maciek, okropnie przykro, ale tak się składa, że w tej chwili nie jestem sam, bardzo cię przepraszam.

ZAREMBA

po chwili milczenia
2206

Rozumiem. Nie wiedziałem. To ja cię, stary, przepraszam. O key! Nie gniewaj się, stary. Cześć! Ale zobaczysz, zapamiętaj sobie, przyjdzie jeszcze taka chwila, że do mnie zatęsknisz. I wtedy mnie nie będzie. Zobaczysz!

wieczorem

2207

Przed i po kolacji przeglądanie oraz uzupełnianie notatek do części III. Trochę rozterki, czy w przedostatniej scenie Maciek Zaremba ma zginąć czy nie. Wydaje mi się, że musi zginąć. Pijaństwo, Mężczyzna, Ojciec, Narodziny, Śmierć, Wspomnienia, Wizja, KatastrofaBierze oczywiście udział w „dzikim” przyjęciu w Jabło­nnie (wraz z członkami Bractwa Żółwiowego z Andrzejem Wajsem na czele), wciąż, jak przez cały miniony dzień, wydzwaniając kli­nikę ginekologiczną, ponieważ poród Grażyny niepokojąco się przedłuża. Obowiązki gospodarza, co było od dawna przewidzia­ne, spełnia Łukasz Halicki (ze swoim kaduceuszem?). Zaremba sporo pije. Jest bardzo zmęczony i czuje się stary. Gdzieś u schyłku nocy, gdy jeszcze raz dzwoni, dowiaduje się, że właśnie przed paroma godzinami poród odbył się szczęśliwie, Grażyna urodziła zdrowego chłopca. Zaremba postanawia natychmiast je­chać do Warszawy. Biegnie do toalety i zimną wodą przemywa twarz, potem szuka Halickiego, żeby pożyczyć od niego auto. Ponieważ sprawia wrażenie zupełnie trzeźwego, Halicki godzi się. Na dwo­rze już szarawo, popaduje drobny śnieg, szosa jest bardzo śliska W półmroku chłopskie furmanki z warzywami, wolno ciągnące ku miastu. Zaremba nigdy nie był dobrym kierowcą i nie lubił prowadzić auta. Jedzie dość wolno, uważnie wymijając furmanki, czuje jednak, że nie panuje nad wozem, kierownica dąży mu w kurczowo zaciśniętych i spotniałych dłoniach. W pewnym momencie czuje, że dłużej nie da rady. Zjeżdża na bok szosy, zatrzymuje auto i wysiada. Chłodne powietrze trochę go otrzeźwia. Głęboko oddycha, zwilża skronie śniegiem. I wówczas z dość bliska, z półmroku zanikającej szosy, dociera do niego popularna melodia bigbeatowa (może Beatlesów Ob-La-Di-Ob-La-Da), wygrywana na zwykłej fujarce. Słucha. Po chwili słychać skrzypienie kół, wy­łania się wiejska furmanka, zaprzężona w jednego konia, powo­zi stary, półsennie drzemiący chłop, obok niego jasnowłosy chło­piec, nie więcej niż dwunastoletni, to on właśnie wygrywa na prostej fujarce tę bigbeatową melodię. Nie widać ich obu bardzo wyraźnie, lecz gdy furmanka przejeżdża obok stojącego przy aucie Zaremby, wydaje mu się nagle, że tym chłopcem jest on sam z dawnych lat, jakieś mgliste wspomnienie go przenika, nieomal pewność, że kiedyś także jechał o wczesnym świcie na wiejskim wozie i przygrywał na fujarce. Niebawem furmanka ginie w szaroś­ci, a melodyjka też powoli zanika. Zaremba czuje, że wróciły mu siły, chce teraz jednego: jak najszybciej znaleźć się w Warszawie i zobaczyć syna. Gdy wraca do auta i rusza, ma absolutną pewność, że bezbłędnie panuje nad oporną maszyną. Mijając furmankę opu­szcza szybę i macha jadącym ręką. Ma przed sobą pustą szosę. Przyśpiesza. Czuje, jak go wypełnia i rozpiera młodzieńcza spra­wność fizyczna. I wtedy auto wpada w poślizg i roztrzaskuje się o przydrożne drzewo.


2208

Na krótko przed północą Adam Nagórski odprowadza Halinę do jej apartamentu na pierwszym piętrze. Już w przedpokoju ogar­nia ich ciężki aromat kwiatów, a gdy Nagórski, wyprzedzając Ha­linę, przyciska kontakt elektryczny i otwiera drzwi do salonu, zagęszczenie kwiatów wyłania się przed nim tak bujne i obfite, bo do kwiatów poprzednich przybyły kosze oraz bukiety z koncer­tu dzisiejszego, przede wszystkim róże, tulipany i goździki, trochę cieplarnianych, nazbyt wydelikaconych bzów, wobec tego wielokolorowego i nienaturalnie obfitego gęstowia przeżywa moment wahania, czy wejść do środka. I mówi:

2209

— Jednak nadmiar bywa niekiedy niepokojący.

2210

— Nadmiar czego? — pyta Halina, wchodząc do środka.

2211

Nagórski znów z nie całkiem ukształtowanym w otwartych oczach zarysem twarzy Nike:

2212

— Jeżeli nie jesteś bardzo zmęczona…

2213

— Trochę jestem, ale to przyjemne zmęczenie. Napijesz się?

2214

— Chętnie.

2215

— Koniak? Whisky?

2216

— Raczej whisky. Władza, Robotnik, Alkohol, Pozycja społecznaWiesz, co to jest koniak?

2217

— Już słyszałam, ktoś mi opowiadał, koniak to jest trunek, zapomniałam jak jest dalej…

2218

— Który klasa robotnicza pije ustami swoich najlepszych przedstawicieli.

2219

— Zabawne!

2220

— Myślisz? To jest dowcip, ale dowcip realistyczny.

2221

Polska, Polak, Żart, Pozory— Wy tutaj wszyscy opowiadacie dowcipy.

2222

— Czemu się dziwisz? Służba zawsze lubi się nabijać ze swo­ich panów, ale oni na swój sposób bywają arystokratyczni i lu­bią się niekiedy pobratać ze służbą, opowiadając kawały o sa­mych sobie.

2223

— Dziwne to wszystko.

2224

— Egzotyczne?

2225

— Nie, właśnie dziwne.

2226

— Cóż? Żyjemy.

2227

— Wciąż patrzę i słucham, i nie mogę się napatrzyć i nas­łuchać.

2228

— Polski?

2229

— Wszystkiego. Znów ten ironiczny uśmiech?

2230

— Przepraszam, to odruchowo.

2231

— Wy prawie wszyscy tak się uśmiechacie. A już kiedy zaczynam mówić, co mi się tu podoba…

2232

— A co ci się podoba?

2233

— Wciąż sprawiacie takie wrażenie, jak byście chcieli przy­byszowi stamtąd, z Zachodu, dać do zrozumienia, że w porównaniu z wami jest mało doświadczonym, głupiutkim dzieckiem. Czy nie tak?

2234

— Mów dalej, Halinko.

2235

— Cóż mam mówić? Wiem, że nie jestem specjalnie mądra, ale kto wie, czy na wiele spraw nie mam świeższego spojrzenia od was. Mniej przeżyłam, mniej widziałam okropności, nie musiałam walczyć z tyloma trudnościami, ale może dlatego potrafię widzieć i więcej, i ostrzej. Mnie się naprawdę wiele rzeczy tutaj podoba, pamiętam, jak było przed wojną, i też może lepiej pamiętam od was, bo to, co było, stało się dla mnie ostatnim i jedynym obrazem Polski, jaki wywiozłam z kraju. Bardzo się bałam tego przyjazdu.

2236

— Ale nie żałujesz?

2237

— Jeszcze nie wiem, wszystko jest za świeże. Prócz jednego.

2238

— Mianowicie?

2239

— Was!

2240

— Przybyszom z Zachodu na ogół się podobamy.

2241

— Ja nie jestem przybyszem z Zachodu.

2242

— Wiem i wcale nie miałem zamiaru dać ci do zrozumienia, że uważam cię za przybysza z Zachodu. Chciałem tylko powiedzieć, że prawdziwi przybysze z Zachodu nie są w stanie uchwycić wielo­znaczności różnych naszych gestów i manifestacji. Nie znają zasad.

2243

— Ja się też w tych zasadach gubię. I w samej grze.

2244

— Bo wyszłaś z wprawy. Ale gdybyś tu posiedziała dłużej, szybko byś doszła do formy. A raczej, żeby być ścisłym, do antyformy, do czegoś, co jest zaprzeczeniem formy klarownej i jed­noznacznej.

2245

Odrzuciła głowę do tyłu, jakby stojącego tuż obok, przy stole, chciała lepiej widzieć.

2246

Nagórski uśmiechnął się.

2247

— Boże, jaka ty jesteś w tej chwili podobna do Krzysia!

2248

— Już mi to kiedyś powiedziałeś w Paryżu i teraz, zaraz na lotnisku. Naprawdę jestem podobna?

2249

— Każdy szczegół twojej twarzy wydaje się inny, a w całości, zwłaszcza w tym tak dla ciebie charakterystycznym odrzuceniu gło­wy trochę do tyłu, Krzyś prawie żywy.

2250

— Mama mi tego ani razu nie powiedziała. Wiesz, trochę tych kwiatów zawiozę przed odjazdem mamie. Twojej także.

2251

— Będzie zachwycona.

2252

— Trochę mi przykro, że mama nie przyszła na koncert. We wtorek też nie była.

2253

— Zlituj się, Halinko, sama widziałaś, jaka jest pogoda, a Starośćtwoja mama przekroczyła osiemdziesiątkę, w Polsce ludzie szyb­ciej się zużywają niż tam, u was.

2254

— A twoja matka?

2255

— Ba! Moja jest szczególnie przemyślnym kaprysem natury.

2256

— Pięknie dzisiaj wyglądała. Gdybym miała żyć długo, chcia­łabym się zestarzeć, jak ona. Ale wolałabym nie. Podziwiać można starość drugich, własna jest nieprzyzwoita. Nie uważasz?

2257

— Owszem, uważam.

2258

— Wiesz, Adam, ile my się znamy?

2259

— Długo.

2260

— Pamiętasz, kiedy zobaczyliśmy się po raz pierwszy?

2261

— Raczej nie.

2262

— Ja pamiętam. Już mieszkaliśmy w Warszawie, to był dwudzies­ty trzeci.

2263

— Boże!

2264

— Przyszedłeś do nas, a właściwie do mamy z wizytą. Pamiętam, że w głowie nie mogło mi się pomieścić, w jaki sposób mama może mieć takiego niedorosłego brata. Miałam wtedy sześć lat, a Krzyś był zupełnie malutki i miał złote, kędzierzawe włoski. Ty byłeś bardzo ładnym chłopcem.

2265

— To rzeczywiście była Wielkanoc?

2266

— Na pewno, Wielki Piątek albo Wielka Sobota, bo, jak przysze­dłeś, mama zawołała mnie z kuchni, kiedy się piekły babki i mazurki.

2267

— Zabawne!

2268

— Babki i mazurki?

2269

— Wydawało mi się do tej pory, że wszystkie świąteczne fe­rie spędzałem poza domem, przeważnie w gościnie u kolegów. Mia­łem w Jeleniu sporo kolegów z tzw. sfer ziemiańskich. Ale pocze­kaj, może nasz rację, to by się zgadzało, w dwudziestym trzecim roku byłem w trzeciej klasie, oczywiście, przyjechałem wtedy na Wielkanoc do domu, bo oni spędzali święta we Włoszech. Strasz­nie to było dawno.

2270

Chwila milczenia. Wreszcie Halina:

2271

— No widzisz, i zrobiło się prawie smutno.

2272

— Pozwolisz, że wezmę jeszcze trochę whisky?

2273

— To może i mnie kapkę koniaku. Ale dosłownie kapkę. Nie uważasz, że mój polski jest dosyć dobry?

2274

— Bezbłędny! Taką kapkę?

2275

— Może być ciut, ciut podwójna.

2276

I znów po chwili:

2277

Ojciec, Matka, Syn, Starość, Uroda, Obyczaje, Dziecko— Byłeś o matkę zazdrosny?

2278

— Ależ nie, skąd? Ojczyma ubóstwiałem, pułkownik Abgar-Sołtan był przedmiotem mojej ówczesnej adoracji, choć wkładałem wiele wysiłków, aby i jemu, i matce mogło się zdawać, że go nie­nawidzę. O, to długa i wówczas piekielnie dla mnie zawiła his­toria. Pojęcia nie masz, Halinko, jak strasznie się w dzieciń­stwie wstydziłem, że mam starego ojca. Najpierw myślałem, że wszyscy ojcowie muszą być bardzo starzy. Dopiero kiedy zaczą­łem chodzić do przedszkola, otworzyły mi się oczy. Ojciec, jadąc rano do Hipoteki, podrzucał mnie po drodze autem na Bracką i już chyba drugiego czy trzeciego dnia spotkałem w bramie przedszkola jedną z koleżanek, kiedy się całowała na pożegnanie z młodym mężczyzną. Spytałem ją, czy to jej braciszek, wtedy ona wybuchnęła śmiechem, strasznie długo chichotała, ten śmiech dopadał mnie później przy różnych okazjach przez wiele lat, jeszcze te­raz wydaje mi się, że go słyszę gdzieś tak daleko, tak bardzo daleko, jak pogłos w ciemnym, długim korytarzu. Od razu wtedy poczułem, że palnąłem potężne głupstwo, to był, oczywiście, oj­ciec, ten gołowąsy szczeniak. I jeszcze, żeby mnie do końca po­grążyć, spytała, zresztą chyba w najniewinniejszej intencji, czy staruszek, który był ze mną w aucie, to mój dziaduś. Z po­błażliwej perspektywy tylu lat uważam, iż okazałem pewne męstwo, poprzestając na potwierdzeniu tej wersji, mogłem się przecież powołać na pradziadka, prawdopodobnie bardzo bym w ten sposób koleżance zaimponował.

2279

— Twój ojczym był, zdaje się, bardzo pięknym mężczyzną?

2280

— Zdaje się, w każdym razie ja go za takiego uważałem. Twoje zdrowie, Halinko, byłaś dzisiaj naprawdę wspaniała, kto wie, czy nawet o ułamek dziesiętny nie lepsza niż w recitalu.

2281

— Naprawdę?

2282

— Sama wiesz.

2283

Znów odrzuciła głowę do tyłu.

2284

— Wiem! Ale zawsze jest przyjemnie słyszeć potwierdzenie.

2285

— Bardzo bym chciał posłyszeć jeszcze kiedyś twego Mahlera, wiesz którego? Die zwei blauen Augen von meinem Schatz, błękit­ne oczy mojej najdroższej…

2286

— Lubisz to?

2287

— Bardzo! Kiedy przyjedziesz do Polski?

2288

Zawahała się.

2289

— Nie wiem, Adam.

2290

I po chwili:

2291

— Chyba nigdy.

2292

Nagórski dolał whisky na dwa palce.

2293

— Masz Pieśni Wędrowca nagrane?

2294

— Przyślę ci płytę, dyryguje Eduard Beinum. Ale lepiej do mnie przyjedź.

2295

— Ba! To nie takie proste.

2296

Halina po chwili:

2297

— Wybacz, Adam, może nie powinnam stawiać takich pytań…

2298

— Chodzi ci pewnie o to, czy nie za bardzo utrudniłem so­bie życie, tak? Cóż ci powiedzieć, miła moja? Oczywiście, w pew­nym sensie rzeczywiście życie sobie utrudniłem, ale dobrowolnie i świadomie. Jednak w rozrachunku ostatecznym, kto wie, czy żyć tutaj w sposób trudny nie znaczy żyć lżej i łatwiej, przynaj­mniej dla pewnego gatunku ludzi.

2299

— Niezależnych?

2300

— Raczej dumnych. Zasady naszych narodowych gier bywają bar­dzo różne, Halinko. A i gracze różni.

2301

I naraz, wbrew dotychczasowej wstrzemięźliwości, a może właś­nie z powodu niej, zbyt długo sobie narzuconej, lub może również dzięki przypływowi ożywienia spowodowanego alkoholem, odczuł po­trzebę mówienia:

2302

— Zrozum, Halinko, Polska, Polakskoro tak, jak u nas, źle funkcjonuje cała rozległa sfera polityczno-społeczna i zły, z gruntu niemo­ralny i powodujący najdotkliwsze zniekształcenia ucisk nie omi­ja żadnej dziedziny życia, wówczas wszyscy ponoszą straty, za­równo ci, którzy rządzą lub rządom biernie ulegają, jak i ci, którzy wyrażają sprzeciw. W tych warunkach nikt nie może podjąć żadnej decyzji, którą mógłby uznać za bezwzględnie słuszną lub niesłuszną, zawsze bowiem wokół każdego wyboru mnożyć się poczy­nają rozliczne zastrzeżenia i wątpliwości, nic nie jest czyste i klarowne, w każdym człowieku, nawet jeśli sobie z tego nie zdaje sprawy, dokonuje się bezustanne zazębianie racji i niera­cji, słuszności i niesłuszności, okruchy dobra odbarwiają zło, a szczypta zła zamąca dobro, zamiast osądu jednoznacznego pow­staje w każdym z nas i przy każdym wyborze zlepek, jak przekła­daniec, ukręcony z różnych sprzecznych ingrediencji, tak nie­stety jest i chyba inaczej być nie może, ludzie są ludźmi i ludzie chcą żyć. Gdybyś mnie zatem spytała, co w podobnej sytu­acji robić i jakie decyzje podejmować, mógłbym ci odpowiedzieć jedno: postępuj tak, aby to, co zamierzasz lub chcesz uczynić, było w możliwie największej zgodzie z twoją osobowością i cho­ciaż nie całkiem ją wyrażało, przecież było w jakiś sposób zbie­żne z twoją naturą, przylegało do niej możliwie ściśle, to wszystko! A gdybyś mnie z kolei spytała, czy ta miara…

2303

W tym momencie telefon. Halina podnosi słuchawkę.

2304

— Słucham?

2305

Nagórski, wciąż ze szklanką whisky, stoi zbyt blisko, aby nie usłyszeć męskiego głosu: here's Aimo, good night, darling[76].

2306

Halina:

2307

Where are you[77]?

2308

Nie słychać żadnej odpowiedzi, tylko odgłos położonej słu­chawki. Po chwili Halina też słuchawkę odkłada.

2309

— Przepraszam cię, Adam — mówi.

2310

A gdy nakręca numer recepcji, Nagórski dyskretnie się co­fa, przez co natychmiast ogarnia go gęstowie róż, pnących się wokół w ogromnych koszach.

2311

Halina trochę nazbyt głośno i rozkazująco:

2312

— Poproszę pokój osiemnaście.

2313

Moment ciszy i zaraz potem odgłos pobrzmiewającego natarczywie w odległej głębi sygnału. Nagórski pochyla się, aby pową­chać róże i gdy przymyka oczy, jeszcze raz tego wieczoru, po­przez rytmicznie ponawiany sygnał, wyłania się przed nim twarz Nike z rozchylonymi wargami i jej nagie ciało, nie — myśli — to nie jest powrót choroby, to nie jest choroba, już nie jestem chory, to tylko zwykłe wspomnienie choroby, ale wspomnienie, które nic we mnie nie porusza i pozostawia mnie obojętnym, jakbym to nie ja tęsknił do tego zanikającego teraz ciała i nie ja przeżywał — — — — — ponieważ słyszy, jak Halina słuchawkę odkłada, jeszcze raz pochyla się nad różami i odwra­ca się, odruchowo podnosząc do ust szklankę, aby ukryć w ten sposób nagły popłoch, lecz szklanka jest pusta, więc udając, że pije, myśli: czyste i jasne oczy Krzysia, gdyby żył, byłyby również zmęczone i puste, jak jej, a jego dziecięce wargi uksz­tałtowałyby podobny grymas goryczy.

2314

I mówi:

2315

— Jeżeli chcesz, Halinko, zejdę na dół do baru.

2316

— Myślisz, że tam jest?

2317

— Przyślę ci go.

2318

— Nie! — i znów sprzeciw ciasnych poczwar, piekielnych Furii zagradzających drogę Orfeuszowi, zabrzmi w jej głosie.

2319

I już ciszej:

2320

— Po co?

2321

Zatem Nagórski:

2322

— Więc jutro o dwunastej spotykamy się na rodzinnym ślubie, a potem intymny obiad u mnie.

2323

Halina, jednak mimo ostatecznego znużenia, przechylając gło­wę do tyłu:

2324

— Dziękuję ci za wszystko, kochany.

2325

— Za co?

2326

Miłość, Czas, Starość, Przemijanie, Natura, Śmiech— Jestem śmieszna, prawda?

2327

— Ty?

2328

Chce powiedzieć: „miłość nigdy nie jest śmieszna”, myśli: „jeśli się dawno przestało być młodym, zawsze jest śmiesznością podszyta”.

2329

— Miła moja, mogę ci tylko z całego serca życzyć, aby ów stan śmieszności służył ci przyjaźnie jak najdłużej. Gdyby natu­ra istnienia stale nam ukazywała jednolicie ukształtowaną maskę dostojnej powagi, powinna by wówczas swoje duże dzieci, skoro przekroczą pewną granicę wieku, zwalniać wspaniałomyślnie i mi­łosiernie od wszelkich miłosnych pragnień, sprawiedliwie w sensie humanistycznym rozumując, iż nie należy narażać ludzkiej powagi na próby oraz doświadczenia tak bardzo kompromitujące wstydliwości, wynikające z powolnych, lecz nieuchronnych zmian w strukturze protoplazmy. Skoro jednak szczodrobliwa natura jest wieloznaczna, więc również szydercza, frywolna, grotesko­wa i błazeńska… każ mi przestać gadać, Halinko, zdaje się, że twoja znakomita whisky cokolwiek nadmiernie pobudziła moje niewyżyte skłonności oratorskie, więc niech cię twój dobry Anioł Stróż wspomoże, żebym nie rozpoczął teraz nocnych zwie­rzeń i nie sprezentował ci w rytmie „alla polacca” wszystkich własnych kolczastych sfer miłosnych śmieszności. Wyrzuć mnie po prostu za drzwi, a jeśli dobre wychowanie nie pozwala ci tego zrobić, ja siebie sam wyrzucę i to natychmiast. Dobrej nocy, Halinko, bądź śmieszna, błagam cię. Gdybyś nią nie była, twoje „wenn mein Schatz Hochzeit macht” brzmiałoby płasko jak plas­terek tektury! Do jutra!

wtorek, 28 kwietnia

2330

Niedopatrzenie: Halina Ferens-Czaplicka nie noże mówić do Nagórskiego, że jego matka wspaniale wyglądała na koncercie, ponieważ nie miała okazji jej widzieć. Błąd z tego wynikający, iż planowałem pierwotnie, że po skończonym koncercie Nagórski wraz z matką odwiedzają Halinę. Osobowość starej Kellerki uk­ształtowała się później, w trakcie pisania scen rozgrywających się w czasie koncertu, dopiero wtedy stało się oczywiste, że starsza pani popadnie w zły humor i o żadnych z jej strony serdecznościach w stosunku do córki jej pasierbicy (a również i rówieśnicy) nie może być mowy.

2331

Pominięty w maszynopisie fragment rozmowy, kiedy pod ko­niec Nagórski mówi, że nazajutrz mają się spotkać na rodzinnym ślubie i potem na obiedzie u niego. Zastanowić się, czy tego fragmentu jednak nie wprowadzić do tekstu.

HALINA

2332

On jest naprawdę wielkim aktorem?

NAGÓRSKI

2333

Konrad? Tak, to znakomity aktor.

HALINA

2334

Twarz ma bardzo interesującą. I głos.

NAGÓRSKI

2335

On jest w ogóle interesujący. Choć, prawdę mówiąc, znam go bardzo dobrze i właściwie nie znam, nigdy na przy­kład nie umiem sobie jednoznacznie odpowiedzieć, czy on jest rzeczywiście inteligentny, czy to tylko błyskotliwe pozory in­teligencji. A może dlatego jest fascynujący.

HALINA

2336

A ona?

NAGÓRSKI

z akcentem rozbawionego upomnienia
2337

Halinko!

HALINA

2338

Nie robią wrażenia zakochanych

NAGÓRSKI

2339

Ba!

HALINA

2340

To po co się żenią?

NAGÓRSKI

2341

Myślisz, że ja wiem?

HALINA

2342

A może to należy do gry?

NAGÓRSKI

śmiejąc się
2343

Widzę, że się szybko aklimatyzujesz. Owszem, wcale nie jest wykluczone, że ten związek można traktować jak swoistą grę. Nasze gry narodowe mają niekiedy zabarwienie całkiem prywatne.


2344

Zastanowić się również, czy, a jeśli tak, to w jaki sposób, wykorzystać fragment z „Twórczości”, który jest dalszym ciągiem rozmowy Haliny Ferens z Nagórskim, ale którego nie włączyłem później do tekstu. W tym fragmencie Nagórski po pożegnaniu Haliny schodzi na dół i natychmiast udaje się do nocnego baru, w pierwotnej wersji znakomita śpiewaczka oraz Aimo Immonen mieszkali w „Bristolu”, później przeniosłem ich do „Europejs­kiego”, znajdującego się dosłownie na przeciw „Bristolu”, po przeciwnej stronie Krakowskiego Przedmieścia, ponieważ w ostat­nich latach wybitni goście z Zachodu raczej w „Europejskim” są umieszczani, aniżeli w „Bristolu”, który stał się hotelem prze­de wszystkim dla obcokrajowców ze Związku Radzieckiego i z Demokracji Ludowych. Te subtelne rozgraniczenia bardzo są prze­strzegane w obyczajach hotelowych państw socjalistycznych. Stąd i bankiet zorganizowany dla Haliny Ferens-Czaplickiej przez Związek Kompozytorów Polskich odbywa się nie w „Bristo­lu” (tam zbiorowe przede wszystkim wycieczki), lecz w „Euro­pejskim”, zatem Nagórski, chcąc się udać do nocnego „Bristolu”, musi najpierw opuścić „Europejski”, może zresztą, powodowany zrozumiałą ciekawością, powinien zajrzeć do „Kamieniołomów” (nocny lokal w hotelu Europejskim) i tam spotkać pijanego Aimo Immonena, Miłość, Młodość, Starośćpodobieństwo miłosnych powikłań, dotykające kogoś drugiego, zawsze bywa pewną pociechą, tylko we wczesnej młodości uważa się własne przeżycia za jedyne i niepowtarzalne, starość dostrzega powinowactwa i poszukuje powinowactw.

2345

Więc wspomniany tekst:

2346

Znalazłszy się w hotelowym hallu (przedtem dostrzega Aima schodzącego z wyższego piętra), Nagórski postanawia podążyć za głosem rozważnego rozsądku i natychmiast wrócić do domu. Że jed­nak ów głos dojrzałej, męskiej rozwagi, szczególnie obowiązujący kogoś, kto i w lata, i w sławę jest zasobny, złożył oficjalną wizytę zaledwie w przedpokoju świadomości znakomitego autora Pragnień oraz Ostatniej godziny — Nagórski, zamiast roztropnie o siebie zadbać i udać się do pobliskiej szatni po odbiór jesiennego impermeabla, przechodzi przez opustoszałą i wygaszoną salę restauracyjną, po czym, wprost z rozległych obszarów pobo­jowiska, jakim zazwyczaj bywa lokal publiczny już nieczynny i przez gości opuszczony, a jeszcze do nowych, codziennych świad­czeń nieprzygotowany, wnika do nocnego baru, gdzie tłok, skłę­bienie ciał, pijacka wrzawa w dusznym półmroku, jak w łodzi pod­wodnej unieruchomionej w głębi ciężkich i wiecznie ciemnych wód — — — — — za barem Edward Kubiak.

2347

Wspomnienia, Sen, CzasWspomnienie prawie stale i od wielu lat towarzyszące Na­górskiemu przy spotkaniach z Edwardem:

2348

Krakowskie Przedmieście (jest rok trzydziesty drugi), sze­roki trotuar przy rogu ulicy Traugutta, z kamienicą inną niż obecna, wówczas mieścił się w niej magazyn konfekcji męskiej „Old England”, niespodziewane przy jednej z witryn tego sklepu natknięcie się na młodziutkiego Edka Kubiaka, w owym czasie zau­fanego lokajczyka u Karola Wanerta, i jakby się to wszystko roz­grywało według praw snu (wówczas minuta, aby spełnić swoje trwa­nie, musiała trwać sześćdziesiąt sekund; niczego, co się stało, nie można wiernie, to znaczy w trwaniu czasu odtworzyć) naty­chmiast, właśnie jak we śnie Elżbieta, jej łamiący się, chropawy cokolwiek głos, i znów, prawie równocześnie, we dwoje z Elżbie­tą, idący jakimiś ulicami (jakimi? i jaka była wtedy pogoda, padał deszcz, świeciło słońce, był może wiatr albo niebo niskie i pochmurne, czy też ruchliwe, postrzępione szybkimi obłokami?) — więc i teraz, kiedy nie pijany, lecz w stanie przyjaznego ludziom i naturze rozluźnienia, stanął w wejściu do baru (szklis­ta jaskinia ze stalaktytami zamrożonych lamp, wnętrze wielory­ba przechowującego w swych mętnych trzewiach tłum znieruchomiałych w różnych pozach Jonaszów), nawiedził go na moment ów odle­gły strzęp czasu, czary, czarowanie, czarodziejstwo, czarnoksięstwo, czary i czarty — pomyślał, dostrzegając za barem krę­pą sylwetkę oraz wyłysiałą głowę Edka Kubiaka — pamiętam miej­sce, pamiętam rok, pamiętam witrynę „Old England”, ale twarzy nie pamiętam ani jednej, mnie w ogóle jakby nie było, jestem gdzieś obok, a oni oboje, Elżbieta i Edek, nie mają głów, st­wierdził to zresztą bez większego przejęcia, także bez zdziwie­nia, przecież, podobnie jak na koncercie, zaintrygowany mechanizmami pamiętania i zapominania, zamierzał pośród innych rezerw wspomnieniowych poszukać wiadomych głów, aby dokleić je, jak w fotomontażu, gdy tuż obok objawia się naraz Maciek Zaremba: ze zmierzwionymi włosami opadającymi na czoło, w czarnym golfie, przesadnie rozluźnionym i postrzępionym przy szyi, w zszarganej kurtce zamszowej i w spodniach sztruksowych tak wymyślnie pomię­tych — — — — —

2349

Z dalszego ciągu (bo został całkowicie przerobiony i wszedł częściowo do sceny, kiedy Zaremba po przedstawieniu dowiaduje się, że Grażyna jest w szpitalu) tylko ten dialog ewentualnie wy­korzystać:

ZAREMBA

2350

Cześć, Adam! Słuchaj, stary, ty wszystko wiesz, powiedz, ktoś mi dopiero co klarował, że dzieci najczęściej się rodzą nad ranem, to prawda?

NAGÓRSKI

2351

Maciek, to wspaniale! Czekasz na Tomasza?

ZAREMBA

2352

Czekam! Masz pojęcie, stary? Ta zabawa już trwa dwanaście godzin.

NAGÓRSKI

2353

Nic się nie martw, wszytko będzie dobrze.

ZAREMBA

2354

Stary, tobie też się ręce pocą, jak jesteś zde­nerwowany?

NAGÓRSKI

2355

Gorzej, mnie się mózg przestaje pocić.

ZAREMBA

2356

Nie pieprz, chciałbym, żeby mi się mózg tak nie pocił, jak tobie.

2357

Przychodzi mi w tej chwili na myśl, że gdybym te fragmen­ty wykorzystał, należałoby ulokować Nagórskiego za barem, żeby mógł trochę porozmawiać z Edkiem Kubiakiem, który całkiem w cieniu do tej pory pozostał, przegapiłem odpowiedni moment w części I, wówczas (a właściwie w niespełnionym czasie przyszłym) Kubiak, pełniący na weselnym przyjęciu funkcje barmana w piwnicznym barze, mógłby zamienić kilka słów z Erykiem Wanertem, pamięta go przecież, jako całkiem jeszcze małego chłopca, gdy przyjeżdżał na wakacje z Anglii, mógłby spytać Eryka, kie­dy i jakie miał ostatnie wiadomości od ojca. Czy Eryk może so­bie zdawać sprawę z charakteru intymnych stosunków, łączących przed wojną jego ojca z Kubiakiem? Tylko wakacje spędzał w kraju, a i wówczas przebywał poza Warszawą, w górach albo nad morzem, wątpliwe, czy w ogóle kiedykolwiek widział Edka, a jeś­li nawet tak, to obecny wygląd Kubiaka, zażywnego starszego pa­na z brzuszkiem i łysiną, z trudem mógłby się kojarzyć z mło­dzieńczym seksem dwudziestoletniego chłopaka. Całkiem więc swobodnie i z właściwą sobie, mało kosztującą grzecznością mógłby Eryk wypytywać dawnego lokaja swego ojca o jego obecne sprawy rodzinne. Jak mogłem o tym zapomnieć?

2358

Nagórski, rzecz oczywista, musi posiadać wiedzę o Kubiaku o wiele rozleglejszą aniżeli Eryk. Widuje go często i od wielu lat, zna jego sytuację rodzinną, również się orientuje, w jakim charakterze młody Edek mieszkał u Karola Wanerta. Znów dla Ku­biaka Adam Nagórski jest trochę jakby członkiem rodziny, bo najpierw mężem siostrzenicy jego kochanka, a potem kochankiem rodzonej siostry. Stąd, wystrzegając się w stosunku do Nagórs­kiego jakiejkolwiek poufałości, jest bowiem zbyt dobrym barma­nem (a przedtem kelnerem), przecież pewien odcień ciepłej i niejako prywatnej intymności można wyczuć, gdy się zdarza, że Nagórski siedząc za barem sam, chętnie rozmawia, bo ze swojej strony Nagórski doskonale wie, co o nim Edward Kubiak wie, i nie chcąc uchodzić za dumnego i nieprzystępnego — sam swojemu współrozmówcy wychodzi naprzeciw.

2359

Coś w tym rodzaju:

NAGÓRSKI

2360

Co słychać w domu, panie Edku?

KUBIAK

2361

Dziękuję, jakoś leci. Żona od paru dni na zwol­nieniu.

NAGÓRSKI

2362

Grypa?

KUBIAK

2363

Lumbago. Podać, co zawsze?

NAGÓRSKI

2364

Tylko czystą i mineralną.

KUBIAK

2365

Kawy nie?

NAGÓRSKI

2366

Piłem już. A co syn? Maturę ma za miesiąc?

KUBIAK

2367

A owszem, ma.

NAGÓRSKI

2368

Nie cieszy się pan?

KUBIAK

2369

Cieszę się, owszem, ale tak prawdę mówiąc więcej sercem niż rozumem. Bo, proszę pana, gdyby chłopak nie był uda­ny… Ale udany jest, ładny, zdolny, głowę ma otwartą…

NAGÓRSKI

2370

To czego się pan martwi?

KUBIAK

2371

Ja uważam, proszę pana, że jak młody człowiek jest w dzisiejszych czasach na poziomie, to powinien taki fach wybrać, żeby złapać mocny grunt pod nogami i żeby świat stał otworem. Ekonomia polityczna, proszę pana, a jeszcze lepiej inżynier, to rozumiem, skończy chłopak elektronikę na Politech­nice, to jako inżyniera dźwięku wszędzie go wezmą z pocałowa­niem ręki, nie tylko u nas, w Ameryce też może zarabiać cięż­kie dolary, wszędzie, gdzie tylko zechce!

NAGÓRSKI

2372

A on?

KUBIAK

2373

A, szkoda do niego gadać, proszę pana. W zeszłym roku chciał iść na filozofię…

NAGÓRSKI

2374

Nie ma na razie zapisów na filozofię.

KUBIAK

2375

No właśnie! Ucieszyłem się nawet, myślałem, że chłopak pójdzie po rozum do głowy, a wie pan, co on sobie ubrdał?

NAGÓRSKI

2376

No?

KUBIAK

2377

Leśnictwo! Na SGGW się zapisuje. Żona też się za­martwia. No, bo tylko pomyśleć, proszę pana: jedynak i, jak powiedziałem, żeby nie był udany, ale udany! Chłopak na pozio­mie i w jakimś lesie zakopie najlepsze lata życia, co on będzie miał z życia? Las na dzień dobry i las na dobranoc — — — — —

2378

Koniecznie umieścić w planie części III scenę, kiedy na­zajutrz w południe, z komunikatu radiowego, Edward Kubiak dowia­duje się u siebie w domu o śmierci profesora Henryka Wanerta. Żona, syn i może wnuk pani Jaskólskiej.

wieczorem

2379

Parę pomysłów z ostatnich dni, ewentualnie do wykorzysta­nia kiedyś potem:

2380

Pisarz po czterdziestce, autor wielu powieści i opowiadań, cieszących się dużą poczytnością, również autor kilku filmowych scenariuszy, według których nakręcone zostały filmy, znane zarów­no w kraju, jak za granicą. Nie należy do Partii, ale w zasa­dzie mógłby, nie jest pozbawiony krytycyzmu w sprawach drugo­rzędnych, lecz w zasadniczych popiera przemiany dokonane i dokonywujące się w Polsce. Gwałtowny przełom przeżywa w latach 1967–1968: Izrael, Czechosłowacja. W ciągu jednego roku staje się zupeł­nie innym człowiekiem, więc również i innymi oczami poczyna pa­trzeć na otaczającą go rzeczywistość. A ponieważ nie będąc pisa­rzem na wielką miarę, jest przecież konstrukcją autentycznie pisarską, wszystko go skłania, aby ów świat ujrzany na nowo opisywać i utrwalać. Pisze z pasją, jakiej do tej pory nie doświadczał. Nie może oczywiście liczyć, aby któryś z tych jego no­wych utworów mógł się ukazać w kraju. W tych warunkach decyduje się na publikowanie na Zachodzie, lecz ze względu na własne bezpieczeństwo — postanawia ogłaszać swoje nowe rzeczy pod pseudonimem. Niebawem parę jego znakomitych opowiadań drukuje pa­ryska „Kultura”, zdobywają rozgłos, są tłumaczone i publikowane w zachodnich miesięcznikach. Później ukazuje się jego powieść, stając się niebawem bestsellerem w NRF, w Anglii i w USA. W kra­ju również nowe nazwisko polskiego pisarza poczyna budzić coraz większe zainteresowanie, wszyscy się domyślają, że to jest pseu­donim, nikt jednak nie wie, kto się pod nim ukrywa, choć ze względu na klimat tych utworów wydaje się niemal pewnym, że mu­si je pisać człowiek przebywający w kraju. W związku z tym ca­łym zamieszaniem Iks popada w sytuację bardzo szczególną: im większym rozgłosem cieszą się jego zakonspirowane utwory, tym bardziej pilnuje się, aby ze swoim autorstwem przed nikim się nie zdradzić. Nawet żona i dorastające dzieci o niczym nie wiedzą, lecz z drugiej strony Iks, dręczony strachem, przeżywa dotkliwe cierpienia jako pisarz, ponieważ nie może się przyznać do naj­lepszych swoich dzieł. Gnębi go nieustanny wyrzut, że zapiera się samego siebie, lecz równocześnie wie, że gdyby się ujawnił — zniszczyłby egzystencję własną oraz rodziny, nawet gdyby mu się udało uniknąć procesu i więzienia.

2381

Urzędnik, Sztuka, WładzaRedakcja tygodnika filmowego (pismo ma charakter popularny), w której liczny (jak wszędzie) zespół redakcyjny składa się pra­wie wyłącznie z ludzi niemających nic z filmem wspólnego, a skierowywanych do tej pracy, gdy w różnych latach i z różnych powodów, zawsze jednak politycznych, byli usuwani z wyższych stanowisk i przestawiani na tzw. boczny tor. Dawny ubek, nau­kowiec-socjolog usunięty z Partii za rewizjonizm, wybitny w swo­im czasie (w okresie Października) aktywista partyjny, wykolejo­ny politycznie działacz młodzieżowy, podstarzały arystokrata zaplątany w jakieś źle widziane kontakty z zachodnimi dzienni­karzami, były cenzor, były instruktor rolniczy i z ostatniej fali „czystek”: wieloletnia na odpowiedzialnym stanowisku pracowniczka Filmu Polskiego, z pochodzenia Żydówka oraz jeden z kierowników produkcji filmu, również uznany za syjonistę.

2382

Konrad Keller rozbudzony z pierwszego snu bólem zęba.

środa, 29 kwietnia

2383

Ten przed kilkoma laty napisany fragment, w całości prze­padł w Stuttgarcie. U ubiegłym tygodniu w poszukiwaniu jakichś śladów tej sceny przeglądałem oba bruliony ze starymi notatkami, ale znalazłem tylko strzępek dialogu z nagranego na taśmę wy­wiadu Konrada Kellera. O ile pamiętam, były jeszcze na tej taś­mie utrwalone różne drobne notatki Nagórskiego (osobiście przez niego czytane) i na koniec przegrany z płyty Albinoni, chyba Adagio na smyczki i organy, nie mogę sprawdzić, bo płytę już dość dawno ktoś (Jarek S.?) pożyczył i nie oddał, zresztą to nie takie ważne. Konrad przesłuchuje tę taśmę już po zażyciu proszka przeciwbólowego, aby skrócić wyczekiwanie na uśmierze­nie bólu zęba i sen. Właśnie ten proszek!

2384

W przeciwieństwie do Moniki, która jest zdecydowaną farmakomanką i przy różnych okazjach, kiedy trzeba i nie trzeba, ły­ka (przeważnie zagraniczne) środki uspokajające albo podnieca­jące — Konrad od najdawniejszych lat żywi do wszelkich leków wstręt, jest bowiem najgłębiej przekonany, że ich działanie ubo­czne nie tylko może, lecz musi osłabiać pamięć. Stąd jego roz­terka, kiedy gdzieś koło godziny drugiej silny ból zęba rozbu­dza go z pierwszego snu. W pierwszej chwili, gdy leży z zamknię­tymi oczyma, wydaje mu się, że to tylko przykry sen, lecz ból nasilający się w dolnej szczęce uświadamia mu niebawem prawdziwy stan rzeczy. Wynik swoistej obdukcji, ostrożnie dokonanej przy pomocy wskazującego palca (aaa! jęknął w tym momencie), nie pozostawia żadnych wątpliwości: jądro bólu, rozpalone i promieniś­cie się iskrzące, mieści się dolnym zębie trzonowym, który w ubiegłym roku był wyleczony i wzorowo zaplombowany. Najgorsze myśli oblegają Kellera, już siebie widzi z twarzą opuchniętą, groteskowo zdeformowaną. Prometeusz z taką twarzą! Pan Młody! Spanikowany opuszcza tapczan i w pyjamie z czarnego jedwabiu (podarunek Moniki przywieziony w ubiegłym roku z Festiwalu Fil­mowego w Cannes), zapalając po drodze wszystkie światła, bieg­nie do łazienki. Lecz jego ulga, gdy widzi w lustrze, że na ra­zie twarz ma w porządku, jest połowiczna, ból, zapewne pobudzo­ny nazbyt gwałtownymi ruchami, nagle się nasila i znakomity ak­tor, skoro kilkakrotnie, jak duża ryba pozbawiona wody, otwiera i zamyka usta, spostrzega, że przy każdym ruchu rwący ból prze­nika aż do warg. Zaprzestaje więc ryzykownych prób, lekko zmętniałymi, bo załzawionymi oczami bada z rosnącym niepokojem swo­je odbicie w lustrze, koniuszki uszu ma wyraźnie zaczerwienione. Wreszcie się decyduje i wprost do lustra, zrazu na przytłumio­nym szepcie mówi fragment swojej roli:

Jak na pachołka bogów nazbyt dumnie mówisz.

Skąd w tobie ta wyniosłość, dostojność i pycha?

Nowi panowie — nową cieszycie się władzą,

Mniemając, że bezpiecznie rządzicie z Olimpu.

A ja przecież widziałem, jak z owej wyżyny

Dwóch mocarzy runęło…

2385

Niestety, końcowa kwestia, wypowiedziana pełnym głosem, po­tęguje ból i twarz, jaką Konrad widzi w tej chwili w lustrze nie ma nic z boskiej wielkości Prometeusza. Tego nie było w za­ginionym tekście, lecz wydaje mi się, że w tym momencie Konrad, zupełnie złamany, powinien przysiąść na sedesie i wtedy właś­nie może sobie wyobrazi jutrzejszą próbę generalną: siebie pół­nagiego i przykutego do skały, z twarzą wykrzywioną cierpiętni­czym grymasem, niewyraźnie bełkocącego tekst, i naprzeciw — bez­wstydnie i prowokacyjnie urodziwego Hermesa, jak suwerenny w mło­dzieńczej nagości, z jedną dłonią wspartą na biodrze, a drugą, w sposób bezbłędnie niedbały i płynny poruszając złocistym kaduceuszem mówi swoją kwestię pełnym, jasnym głosem:

Biedny Prometeuszu, nie umiesz się zmieniać,

Chociaż zuchwały upór pogrążył cię w nędzy.

2386

Niewykluczone, że Keller będzie słyszeć i dalsze kwestie te­go dialogu, oczywiście wyraźniej słysząc głos Łukasza Halickiego:

Prometeusz

W mojej nędzy śpi wolność, miałbym ją zamienić

Na twój los niewolnika butnego tyrana?

Hermes

Sądzisz, Prometeuszu, że niewolnik skały

2390

Jest kimś lepszym niż zwiastun boskiego przesłania?

Prometeusz

Bóg, PychaMój wstręt do wszystkich bogów jest równy ich pysze.

Hermes

Ciało twe poskromione, ale dusza chora.

2393

Myśl o doraźnej uldze (a ulga, to także sen), jaką mogłoby spowodować zażycie proszka uśmierzającego, chyba już w łaziance powinna się pojawić, gdzieś na peryferiach świadomości Konrada. Lecz podobnego podszeptu, równającego się brutalnemu gwałtowi na włas­nej naturze, Konrad nie może przyjąć bez oporu. Więc w ostrożnym przepłukaniu obolałej jamy ustnej zimną wodą spod kranu szuka wsparcia dla swojej odrazy do lekarstw. Niestety, zarówno woda zimna, jak gorąca okazują się nieprzydatne. Tak więc, wobec kosz­marnej perspektywy bezsennej nocy (bo nie wcześniej niż przed ósmą rano będzie się mógł skomunikować z dentystką), uśmierzający proszek wydaje się jedynym ratunkiem. Lecz, na Boga! Skąd wziąć proszek o drugiej w nocy? Ubrać się i szukać apteki z nocnym dy­żurem? Nie, nawet od samego siebie nie można się domagać, aby człowiek w stanie tak ciężkiej obolałości prowadził auto po no­cy i w ślizgawicę, Keller powinien pamiętać, jak bardzo się zmę­czył odwożąc przed paroma godzinami Monikę na Saską Kępę i po­tem, wracając do siebie. Więc może zejść do któregoś ze znajomych sąsiadów? Konrad przebiega w myśli nazwiska aktorów mieszkają­cych w tej samej, co on, kamienicy, są to aktorzy nie najwyższej rangi, zawistni i złośliwi, jutro pół znajomej Warszawy będzie opowiadać za kulisami, po kawiarniach, w Radio i w Telewizji, jak wielki Keller w przeddzień swego ślubu zjawił się w środku nocy, z bolącym zębem, błagając o ratunek. Odpada. Lepiej cierpieć. Ba, cierpieć! („Nie! Pycha i wzgarda każą mi dziś milczeć — Niemy ból mnie przygniata, gdy pamiętać muszę, jak poniżono we mnie to, co żyć powinno”). I jutro być do niczego? Cóż za przeklęty dzień! Długi, jak maraton wymagający skon­centrowania wszystkich dyspozycji fizycznych i psychicznych, gorzej niż maraton, bo pełen wilczych dołów, karkołomnych prze­szkód i grząskich trzęsawisk: dentystka wprowadzająca piekielne żądło w bezbronną i obolałą jamę ustną; wątpliwe w wynikach uda­wanie Prometeusza w demaskującym i dla chorego zęba z pewnością szkodliwym świetle jupiterów; ten idiotyczny ślub cywilny z tłu­mem przyjaciół, znajomych i ciekawych, gdy bez taryfy ulgowej trzeba będzie robić twarz, uśmiechać się, czarować i szczerzyć zęby do kamer i fotograficznych obiektywów, a potem stojąc w mał­żeńskiej wspólnocie przy nazbyt wyperfumowanej Monice wysłuchiwać chrypiącego przez głośnik marsza Mendelssohna; rodzinny obiad u Adama?, może by i mógł przynieść parę godzin odpręże­nia, ale Monika z pewnością się postara, aby swoje płaskie i pretensjonalne gierki narzucić wszystkim, i wszyscy, ze wzglę­du na niego, do tego stylu się dostosują, on pierwszy; i już trzeba będzie gnać do kościoła, jakby to całe zbiegowisko i tak­że rytuał organizował kapryśny i niezdecydowany reżyser, gdy po nakręceniu sceny wpadł naraz na przekorny pomysł, aby powtórzyć ją w nowej wersji i w zmienionych dekoracjach; przyjęcie u sta­rych na Saskiej Kępie, lepiej o tym nie myśleć, kto jednak wie, czy akurat wówczas nie uda się wykroić choćby kwadransa dobro­czynnego relaksu, może w pokoju Moniki? och, zdjąć marynarkę, rozpiąć koszulę przy szyi i kwadrans poleżeć bez ruchu, zamknąwszy oczy, poleżeć; ale już czas zadziała i trzeba się będzie znaleźć w tej koszmarnej Jabłonnie i znów robić twarz, gadać, gadać, brnąć i wygłupiać się, wygłaszać kwestie, od których język po­winien drętwieć, wielki Boże! po co to wszystko? komu potrzebna ta grafomańska farsa?, czemu wielki aktor ma się zgrywać na tak kiczowatym tekście i demonstrować siebie w sytuacjach tak wątpli­wych?

2394

Z ustami półotwartymi, aby ułatwić sobie płyciutkie, niezadrażaniające oddychanie, a uszy mając całkiem czerwone, Konrad Keller poczyna krążyć bezradnie po mieszkaniu rozświetlonym wszy­stkimi lampami, w pewnym momencie, gdy nagła erupcja bólu zmusi go do stłumionego jęku (Król Lear, Edyp?), wydaje mu się, że wszystkim nieszczęściom, jakie go złośliwie dopadły i obiegły, w perspektywie nieuniknionego jutra urastając do wymiarów żywio­łowego kataklizmu, winna jest Monika, a ponieważ zdaje sobie sprawę, że tego przeświadczenia nie może podeprzeć argumentami rzeczowymi — zezwala w przystępie sympatycznej słabości, aby się w nim poczęła zagęszczać i rosnąć nienawiść, och, prawie ulga!, i naraz wśród tego kłębiącego się życiodajnie żywiołu odkrywa ratunek! oczywiście Monika!

wieczorem

2395

Myślałem rano, gdy zabierałem się do pracy, że uda mi się dzisiaj zrekonstruować całą tę scenę. Ale okazało się, co jest zresztą oczywiste — że rekonstrukcja w sferze twórczości nie istnieje i istnieć nie może. Można kopiować, lecz nie rekonstru­ować, wiernie odtwarzać. Wiedza i świadomość w momencie czaso­wym Y już nie są tymi samymi, jakimi były wcześniej: w momen­cie X. W ogólnym zarysie wyjątkowo dobrze zapamiętałem zagubio­ną wersję tej sceny, lecz teraz, gdy ją chciałem w sensie propozycji odtworzyć — działać we mnie poczęły całkiem nowe inspi­racje, wszystko, co się wiąże z rolą Kellera jako Prometeusza, wymyśliłem dopiero dzisiaj, ale to zrozumiałe, bo przed kilkoma laty, gdy ten fragment komponowałem, jeszcze nie istniał Łukasz Halicki, a i sam Konrad nie był tak wyraźny.

2396

Sporo czasu zabrała mi praca przy tekstach Aischylosa, wydaje mi się jednak, że brzmią teraz po polsku nieźle i dobry aktor mógłby je mówić.


2397

Od wielu tygodni więzień tych stronic, mało co wiedziałbym z tego, co się dzieje dokoła, gdyby nie moja rodzina, która tak, jak jest, w różnych latach i na różnych etapach doświad­czenia, znosi mi z miasta wiele realiów. Dzisiaj przy kolacji M., która zaraz po obiedzie pojechała do miasta, aby dopomóc swojej siostrze przy zakupach garderobianych, opowiedziała, że gdy się znalazła w Śródmieściu, przy rogu dokładnie od wielu miesięcy rozkopanej Marszałkowskiej i ulicy Moniuszki, tam — w związku z bliskim świętem 1 Maja — leżały na trotuarze i opar­te o ściany kamienic olbrzymie płótna kolorowe z fragmentami twarzy Marksa, Engelsa, Lenina i Gomułki, więc jedno wielkie płótno tylko z ustami i brodą Marksa, drugie z powiększonymi oczami Lenina, inne jeszcze z czołem Gomułki, coś w rodzaju rupieciarni albo rekwizytorni, jeszcze martwej, w przeddzień święta, gdy niebawem, przy sztucznym świetle, bo nocą, obojęt­ni ludzie poczną w zwolnionym tempie łączyć te wycinki w całość. Opowiadała też M., że w tym właśnie miejscu — bo przecież o kilkadziesiąt kroków dalej odbywała się na Marszałkowskiej, przed Pałacem Kultury doroczna manifestacja pierwszomajowa — wypróbowywano akurat działanie głośników i nad tym zagęszcze­niem ćwierć- i pół-twarzy twórców socjalizmu unosiły się hałaś­liwe zgrzyty i piski, a potem nagle wybuchała melodia Międzyna­rodówki.

2398

Gra, NacjonalizmPrzed ósmą wyszedłem, żeby trochę odetchnąć powietrzem, a też żeby kupić w Domu Towarowym butelkę wina, czułem się tak śmiertelnie po całym dniu zmęczony i wypompowany, że do niczego, prócz wypicia paru szklanek wina niezdolny, ulice były wylud­nione i w Domu Towarowym, o tej ostatniej przed zamknięciem go­dzinie zazwyczaj pełnym ludzi śpieszących się z zakupami, też było pusto — właśnie o pół do ósmej zaczął się w Wiedniu fina­łowy mecz piłki nożnej w rozgrywkach o Puchar Zdobywców Pucha­rów, mecz między naszym śląskim Górnikiem i angielską drużyną Manchester, zadziwiające mechanizmy, które na całym świecie przy podobnych sportowych imprezach pobudzają i rozgrzewają patriotyzmy (szowinizmy?) milionów kibiców, doprowadzając w przypadkach skrajnych do konfliktów zbrojnych, jak to się wyda­rzyło w ubiegłym roku w wojnie pomiędzy Salwadorem i Hondurasem.

2399

Rzeczywiście po tylu trudnych i ciężkich doświadczeniach lat minionych świat drugiej połowy XX wieku jest światem nacjo­nalizmów? Zdrowa obrona wobec niebezpieczeństwa zatarcia różnic? Lecz w istniejących okolicznościach obrona odmiennoś­ci z konieczności musi się odwoływać do szukania wsparcia i pomocy właśnie u tych potęg, które — choć na inny sposób i w imię odmiennych celów — zdążają do ujednolicenia. Trochę zamknięty, zaczarowany krąg. Bierność jest popychana ku zależności, lecz u kresu buntu także jedyną perspektywą jest zależność. Literat, Wolność, Sztuka, Ojczyzna, KsiążkaCóż jeden człowiek? Nie mam większych złudzeń. Myś­lę, iż jest to z mojej strony pewnym osiągnięciem moralnym, jeś­li w tych warunkach, w jakich żyję, mogę i chcę pisać tak, jak chcę i mogę, bez czujnego i przechernego cenzora wewnętrznego i nie zważając na cenzurę oficjalną. Lecz zdaję sobie bardzo dob­rze sprawę, że moja, patetycznie mówiąc: suwerenność twórcza — w spełnieniu dociera do granic, które są od moich pragnień bardzo różne. Żyję w tym kraju od urodzenia i nie chcę go opuścić. Zbyt wiele mnie łączy z przeszłością i z dniem dzisiejszym tej ziemi, a zbyt jestem stary i wieloma rodzinnymi obowiązkami związany, abym z lekkim sercem mógł się zdecydować na wątpliwy los emigranta politycznego. Chciałbym jeszcze jednego: żeby Miazga mogła się ukazać w kraju. Ale wiem, że to prawie niemożliwe. Więc wydam książkę w wydawnictwie emigracyjnym, będzie tłumaczo­na, może nawet trochę mi przysporzy rozgłosu, i cóż z tego? Tu, gdzie jestem i gdzie żyję, książka będzie nieznana, przeczyta ją stu, powiedzmy: tysiąc ludzi, może nawet więcej, to prawie bez znaczenia, głucha cisza wokół niej zapadnie. Cóż zatem zna­czy ta moja suwerenność?

2400

Nie myśleć na razie o tym. Sprawdzić, poprawić, zaprojek­tować, dokończyć.

czwartek, 30 kwietnia

2401

Cały ranek porządkowanie i poprawianie Życiorysów. Z wyno­towanych nazwisk wynika, że przy pięćdziesięciu życiorysach już gotowych (dwa z nich: Eryka Wanerta i profesora Wanerta wymaga­ją uzupełnień) brakuje jeszcze trzydziestu kilku, zresztą wszy­stkie — prócz życiorysu Nagórskiego — raczej peryferyjne.

po południu

2402

Nie jestem pewien, w jaki sposób zakończyć tę nocną scenę z Konradem Kellerem. W wersji zaginionej Konrad dzwonił do Pan­ków i rozmawiał z Moniką, ponieważ, ponad miarę udręczony bó­lem, uświadamia sobie nagle, że właśnie Monika musi posiadać jakieś proszki uśmierzające i jeśli jej zależy (a zależeć musi), aby jutro był w dobrej formie, być może zdobędzie się na odruch swoistego poświęcenia i zbawczą (choć także obmierzłą) pigułkę przywiezie. Wynikało wszakże z rozmowy, że Monika nie musi się poświęcać, Konrad nie wiedział, że tuż pod ręką, bo w szafie własnej łazienki, posiada bardzo bogaty zestaw najróżniejszych proszków, od dawna przechowywany przez Monikę na wszelki wy­padek. Ta informacja w sposób najprostszy, choć nieoczekiwany, wybawia Konrada z ciężkiej opresji, lecz równocześnie znakomi­ty aktor czuje się nią cokolwiek wstrząśnięty, prawie tak, jakby się dowiedział, że w jego łazience, z najbliższym sąsie­dztwie jego przyborów toaletowych, znajduje się słoik z nitro­gliceryną.

2403

Może niechęć do jeszcze jednego dialogu Konrad — Monika sprawiła, iż ogarnęły mnie wątpliwości, czy właśnie tak powinno być. Jedno wydaje się konieczne: komplet proszków Moniki musi się znajdować w łazience i Konrad musi się o tym dowiedzieć. Lecz czy koniecznie od Moniki? Wydaje się, że Monika, chcąc dob­rze przed jutrzejszym dniem wypocząć, położyła się wcześnie i prawie na pewno ubezpieczyła się proszkiem nasennym, więc śpi mocno i chyba nie ona powinna usłyszeć telefon. Leopold Panek? Pijany po zebraniu u Raszewskiego, też powinien spać twardo. Więc Zofia Pankowa? A może Gustaw?

2404

Z tym ostatnim kłopot, bo (prócz swych dwudziestu lat) wciąż jest nikim i żaden w związku z nim sensowny pomysł nie przychodzi mi do głowy. Może jedyny z rodzeństwa powinien się wdać w ojca? Przeciętny, praktyczny, pracowity, bez większych ambicji, zbyt słaby w przedmiotach humanistycznych, żeby zdać do liceum ogólnokształcącego, wcale zresztą tego nie chciał, skończył jakieś technikum (mechaniczne, energetyczne, samocho­dowe?), wcześnie się ożenił i ze swoją „zwariowaną” rodziną nie chcąc mieć nic wspólnego, osiedlił się gdzieś poza Warszawą, w Olsztynie na przykład albo w Szczecinie. Więc skoro tak, to w sytuacji obecnej by odpadał.

2405

Zatem, jeśli nie Monika, to tylko Pankowa mogłaby odebrać telefon, lecz gdyby Konrad Keller usłyszał w słuchawce głos przyszłej teściowej, chyba by jednak nie zdobył się na rozmowę i słuchawkę odłożył. A nawet gdyby do rozmowy (trochę zabaw­nej) doszło — nie wydaje się prawdopodobnym, aby Pankowa wie­działa, że Monika przechowuje w łazience Konrada podręczne proszki. Więc?

2406

Mogłoby jeszcze być i tak, że Konrad po nieudanym telefo­nie wraca do łazienki, szuka czegoś w szafce (np. wody kolońskiej, żeby zwilżyć skronie), a ponieważ ruchy na skutek bólu ma cokolwiek nieskoordynowane — jakieś blaszane pudełko spada z półki na posadzkę, właśnie w nim przechowywana jest podręczna apteczka Moniki. Trochę to jednak naciągnięte. Poza tym, nawet gdyby Konrad przypadkiem dokonał podobnego odkrycia, to będąc całkowitym ignorantem w dziedzinie lekarstw, nie mógłby się zorientować, co jest na co. Posiadając skarb, nie umiałby z niego skorzystać. Mógłby — powiedzmy — zadzwonić w tej sytua­cji do Eryka Wanerta. Może? Ale nie bardzo mi się to wszystko podoba. Więc chyba na razie zostawię, jak jest, niech się to odleży, potem do tego wrócę.

wieczorem

2407

Lektura inteligentnie ironicznego opowiadania Heinricha Bölla Doktor Murke zbiera milczenie.

piątek, 1 maja

2408

Na wypadek, gdybym się zdecydował wykorzystać dawny po­mysł: Konrad Keller po zażyciu przeciwbólowego proszka prze­słuchuje taśmę magnetofonową — przejrzałem stare notatki, że­by wybrać z nich teksty dla Nagórskiego.

2409

Do wyboru:

2410

Obłąkana kobieta. Czarna, o śniadej twarzy i wielkich, ciemnych, tragicznych oczach. Mówi prawie bezustannie, przechodząc od rozwlekłego zawodzenia do akcentów radości i uniesie­nia. Chwilami, gdy wpada w nasiloną egzaltację, rozkłada zni­szczone, niewspółmiernie do twarzy starcze dłonie, wykonując nimi ruchy naśladujące gesty kapłana odprawi