Poprawiono błędy źródła: pegzem > pegazem.
Zmiana tekstu za źródłem: Krzemiński > Krzymiński.
Uwspółcześnienia: niezaczęte > nie zaczęte, niezmąconej > nie zmąconej, dawno niewietrzonych > dawno nie wietrzonych itp.;
Jak barłog suki obłąkanej > Jak barłóg (…);
Zabił-ż > Zabiłż; wzion-byś > wzionbyś; po to-żeś > po to żeś
Rozwinięcie skrótu: itd. > i tak dalej [w wersie: „Więc gdyby nawet i tak dalej”, rym do „(…) owszem, ale”].
Uwaga: „pijany”, jak wynika z rytmu wiersza, u Tuwima czyta się jako słowo dwusylabowe: [pjany].
Julian TuwimKwiaty polskie
Próchno się w gwiazdy rozlata…[1]
Słowacki
И всюду страсти роковые…
И от судеб защиты нет…
[2]
Puszkin
Część pierwsza
Rozdział pierwszy
I
1
Bukiety wiejskie, jak wiadomo,
Wiązane były wzwyż i stromo.
W barwach podobne do ołtarza,
Kształt serca miały lub wachlarza
5 Albo palety. Z niej to, kwietnej,
Kolory brał bohomaz świetny,
Rafael Rawy
[3] i Studzianny
[4],
Kiedy ku czci Najświętszej Panny
Malował uczuć swoich kwiaty
10 W tonacji bladej, choć pstrokatej.
Ja nie o wiechciach z byle chwastu,
Stawianych na werandzie na stół,
Nie o wiązankach z kwiatów polnych,
Może i wdzięcznych, lecz dowolnych,
15 Nie o «naręczach», specjalności
Wiochen i starszych dam rozwianych,
Noszących je dla wykazania
Polskości swej lub niewinności;
20Z przewodnią myślą i układem,
O zaściankowych, niestołecznych,
Lecz ogrodniczych, lecz dorzecznych,
Z kwiatów ścinanych nożycami,
Ściąganych pasemkami łyka
25 Przez popękane, czarnoziemne,
Zgrubiałe ręce ogrodnika.
Spójrz, jak przejmuje i przetyka
Łodygi ich między palcami,
Jak coraz nową barwą plami,
30Przeplata, więzi i zamyka,
Znów kładzie, przewiązuje, ściąga,
Palcami jak na drutach robi —
I rośnie wizja półokrągła,
On wzmacnia ją, przystraja, zdobi,
35Śledzi spod gęstych brwi oczyma,
Jak pełznie w górę klombik pnący,
A taśmę łyka w zębach trzyma,
Milczek surowy — bo tworzący.
Patrz: znowu wybrał — odgryzł — wstawił,
40 Na przejmy chwycił i przewinął,
Łyczaną ścieśnił pępowiną
I świeżym rzutem pojaskrawił,
Tu tknął, tu trzepnął, tutaj prztyknął,
A bukiet zaraz się odezwał:
45Rezedą szepnął, różą krzyknął,
Westchnął, pokiwał się i przestał.
Więc on palcami po bukiecie
Przejechał się jak po szpinecie
[5],
Falistym musnął go pasażem
50 I wtem — do góry go nogami.
Łodygi chlasnął nożycami,
Że aż omdlały pod żelazem,
Aż dreszczem poszło przez ogrody,
Aż pobladł w grządkach lud pstrokaty…
55 Więc mistrz nabiera do ust wody
I opryskując cuci kwiaty.
Jakiż to bukiet? Zaraz służę
Opisem ścisłym. Najpierw róże.
Nie
Kwiatykarminowe, kosmetyczne,
60Róże królowe poetyczne.
Pragnące, pachnąc, uszczęśliwić,
Z łodygą jak balowa kibić:
Metr wysokości, płatki rżnięte
W krwawym koralu, zawinięte;
65Róże Hiszpanki feudalne,
Nieopisanie seksualne,
Przy których by sam rubin pobladł,
Z jakimi na bajeczny obiad
Przychodził bogacz pełnokrwisty,
70 Lawendą woniejący ogier,
Do giętkiej i wysokonogiej
Panny Anieli — smutnej, czystej,
Szarojedwabnej, no i z tymi
Wargami z lekka mięsistymi,
75Którymi, po koniaku ciemnym
I mocnej kawie na wanilii,
Chwytała róży płomień silny
I warg Alfreda smak korzenny.
Piękna Aniela, utrzymanka,
80Tańczyła na stołecznej scenie.
Przychodził do niej («po natchnienie»)
Ktoś inny jeszcze prócz amanta:
Marny wierszopis, neurastenik,
Z dziurami w płucach i w kieszeni.
85Jest właśnie teraz: zły, pijany
I patrzy w róże wzrokiem szklanym;
Patrzy nie widząc; pije koniak
I młotem żar mu wali w skroniach,
I wie — bez róż — że ją zabije,
90Czy dziś, czy jutro, czy za tydzień,
Choć nie wie nic i róż nie widzi,
I ciągle tamten koniak pije.
A róże niezauważone
Jak rany jątrzą się czerwone,
95Osypujące pierś kochanki,
Pięknej Anieli-utrzymanki.
I oto krwi morderczej kurzem
Już dymią gorejące róże…
Jak dziś, jak jutro, jak za tydzień,
100Żegna się i do «Adrii»
[6] idzie.
Ja też tam siedzę z moją żoną,
Bardzo daleko zapatrzoną;
I patrzy na nas krwisty, brwisty,
Pijący przy stoliku whisky,
105I puszcza z gęby kłęby dymne,
A w kłębach widać czerwonawe
Płatki odblasków, prawie krwawe,
I huczy noc pijackim hymnem…
Więc to nie takie róże. Inne.
110
KwiatyW bukiecie wiejskim, jak wiadomo,
Róże są skromne, bo po-domu;
Nie tkwią w kryształach na wystawie
Za lśniącą taflą szkła w Warszawie,
Nie sterczą swą łodygą długą,
115Jakby połknęły jedna drugą;
Bez aspiracji do salonu,
Bez wywodzenia się z Saronu
[7],
Bez dąsów, pąsów i purpury,
Nie zadzierają głów do góry;
120Jak porzucone narzeczone,
Trzymają główki opuszczone,
A oczy wznoszą — i tak trwają,
I spoglądając — przepraszają.
Owe z cieplarni emigrantki,
125Sztamowych
[8] biedne familiantki
[9],
Nie są wyniosłe ni zawistne,
Lecz dobroduszne, drobnolistne.
Gęste i niskie, krasne, kraśne.
Zawsze z żółtawym proszkiem w środku,
130Dobre przy bluzkach u podlotków
Lub w szklance. Takie róże właśnie.
A woń kwiatowej mają wody,
Świeżej jak w mojej Łodzi młodej
Kwietniowy dyngus na Piotrkowskiej
135I uśmiech Zosi Opęchowskiej
[10].
O dwu warkoczach wyzłoconych,
Na pierś, wzdłuż ramion, przerzuconych,
Smukła i smagła, i pszeniczna,
140Miodna, dysząca plonem pszczelnym
I wiatrem w zbożu pochylonem,
I wczesnym na wsi dniem niedzielnym,
Gdy kolorowe, krochmalone,
Krajkami szumiąc wzorzystymi,
145Ścieżką przydrożną idą z sioła
Kwietne dziewczęta do kościoła:
Z oczyma niebu odjętymi
I chabrom inowłodzkiej ziemi;
Choć wystrojone, idą boso,
150Trzewiki na ramionach niosą.
Wcześnie na świecie — i po łące
Świeżości płyną parujące.
Ja, siadłszy na zwalonym drzewie,
Patykiem w pniu żywicznym grzebię,
155Wyciągam bursztynowe pasmo
W nitkę wciąż cieńszą, aż pajęczą;
Las pachnie mocno, kwiaty brzęczą;
Zamykam oczy — jak w nich jasno!
Otwieram oczy — co to? o czem?
160Urwana nitka… Gdzie warkocze?
Gdzie echo napiętego rymu?
Gdzie wiersz? gdzie sen?
«Kłębami dymu
Niechaj otoczę się»
[11]… I płaczę.
165
Drobnomieszczańskie nasze róże,
Różyczki raczej lub różęta,
Tak jak je widzę i pamiętam,
Z barwy przyrównałbym tynkturze
[12]
Na siódmej wodzie po purpurze.
170Coś miały z barszczu i coś z malin
Rosnących dziko śród rozwalin,
Gdzie żużle, cegły, osypiska
I złom kredowy w słońcu błyska,
I rozpalony wielki kamień
175 (I błystki lśniącej miki na nim,
A pod nim wilgny, chłodny piasek
I panika spłoszonych mrówek:
Dla skarbów wymarzony schówek,
Więc ukrywałem je tam czasem…
180O, czarodziejstwo tych kryjówek!) —
Gdzie stary trzewik szpilki szczerzy,
Gdzie zardzewiały nocnik leży,
Gdzie na cykorii kwiat niebieski,
Falując, siada paź królewski
,
185 Progenitury
[13] półjaskółczej,
Skrzydełka składa i rozkłada
I w lot — i na dziewannę
spada:
Bardziej mu swojsko tam, bo żółciej;
Gdzie stare gonty, klepki z cebra
190 I smród, i żar, i końskie żebra
Albo zbielały kundla szkielet,
I potłuczone szkło butelek,
Przez które widać świat na piwno,
Gdzie rozeschnięte kół obręcze.
195 Gdzie chaos zielska i rozbrzęczeń,
Gdzie parzę się o dzicz pokrzywną
I siekę kijem, mały wariat.
Roślinny lumpenproletariat —
Tam zawsze w rumowisku owem
200Stał malinowy krzak
, przybłęda.
Sam nie wie, jak się tu przyszwendał,
Lecz rósł, lecz trwał — i malinowe
Grube łzy ronił… Jednym słowem,
Róż wiejskich czerwień rozcieńczona
205 Coś miała z malin, coś z buraków,
Coś z pomidorów i coś z raków,
Ot, jakaś niedoczerwieniona.
Ogrodnik, czuły na harmonię
I rozkład sił między barwami,
210Rezedę przypiął pod różami.
Poeta dałby tu piwonie,
Lewkonie albo pelargonie,
Żeby słuchowi była radość,
By rymem wzmocnić, tę harmonię —
215 Lecz on, kwiecistej znawca flory,
Patrzącym oczom czyniąc zadość,
Dbał nie o rymy, lecz kolory.
Posłuszny tedy barw naturze,
Kępką rezedy podparł róże.
220Bo jeśli czerwień róż naoczna
Jakaś barszczowa jest, uboczna
(Patrz wyżej, bo już nie powtórzę),
To zieleń, tutaj mu niezbędna,
Też musi w tonie być podrzędna,
225 Inaczej — zginą biedne róże…
Przez zieleń brnąć i jej odcienie
Można, jak wiemy, nieskończenie
(Patrz
Zieleń[14], bo już nie powtórzę),
Lecz gdy się pióro raz rozjedzie
230 (Rok nie pisałem, nawet dłużej),
To trudno! muszę o rezedzie.
Jak barszcz (pamiętaj i o uszkach!)
Przedstawił róże-prowincjałki,
Tak o rezedzie — ulęgałki
235 Niech barwą świadczą; owoc miałki,
Bękarty po karlicach gruszkach.
Zgniławe były i rudawe,
A gdy rozgryzłeś miąższ ich cierpki,
Fermentujący, ziarnkowaty,
240Widziałeś brąz — brąz taki prawie
Jak cukier umoczony w kawie.
A przysypane są te kwiaty
Rdzą bardzo świeżą lub przetartą
Pomarańczową skórką. Rosną — —
245 Nie wiem, jak rosną; lecz że mszyste,
Gąbczaste, wilgne i porzyste,
Jakby szczeliny w nich otwarto,
By chłód chłonęły i ciemń nocną —
I że są rdzawe, więc w pobliżu
250 Musi być woda zielonawa,
Staw zarzęsiony, zgniła trawa
I jar bedoński
[15] na Zakrzyżu
— I stąd ten przyrodzony wyrzut,
I leśność kwiatu stąd wynika
255 (Za pozwoleniem botanika,
Który mi tutaj racji nie da,
Bo — ogrodowa jest rezeda).
A pachnie — Właśnie! Jak opiszę
Woń, którą kwiat swobodnie dysze?
260 Ile słów trzeba i łamańców!
Jaki zawiły sprzęgnąć muszę
Metafor i porównań łańcuch!
Jak mózg utrudzę i wysuszę,
Zanim wykrętnie i wymyślnie
265 Pióro tę woń w wyrazy wciśnie,
W słowa bezradne i bezsilne,
W fałszywe słowa i omylne,
Co już, tuż-tuż, są niby blisko,
Już wlazły w kwietny pył jak osa —
270 I nic. A przytknąć kwiat do nosa,
Powąchać raz — i wie się wszystko.
Weź jaśmin. Choćbyś zamknął oczy,
On całą jaśmień mleczną leje
I żółtą farbką złociścieje,
275I blaski listków swoich toczy,
I pąki jak jajeczka ptasie,
I giętkich krzaków gąszcz i trzepot
— Wszystko na dłoni masz, głuptasie,
Gdy raz nim westchniesz choć na ślepo.
280 A róża, pachnąc samej sobie,
Sobie i głupiej twej osobie
(I niezawodnie innym różom,
Które na wyścig tamtej wtórzą),
Róża, wkrwawiona w dzień rozgrzany,
285 Składa ci paszport swój różany.
Ona w ogrodzie, ty w pokoju,
Ale ci całą siebie powie,
Jeśli na chwilę dzień u znoju
Wybłaga upragniony powiew:
290Ten aromatów wierny aliant
Przywionie przez otwarte okno
Nią jedną tchnący, oczywisty,
Cudowny dowód osobisty,
Zawierający personalia.
295Jak pachną niezapominajki
W glinianej misce pod kamieniem?
Jak narcyz, biały książę z bajki,
W kryzie, z zieloną długą szpadą?
Jakim wyrazić mam imieniem
300 Woń miękkiej mięty nad strumieniem?
Za aptekarską stanąć ladą
I poczęstować czytelnika
Pastą do zębów albo proszkiem?
A może pani dobrodzika
305 Pozwoli eliksiru troszkę?
A może podam na ochłodę
Bardzo orzeźwia zgrzanych gości,
A także, co do zieloności…
310Rzecz by to była niepojęta,
Gdyby po tylu porównaniach
Ktoś nie wyrobił sobie zdania,
Jak (najdokładniej) pachnie mięta.
Z tym zastrzeżeniem i pointą
315 (Niechaj czytelnik się nie żachnie),
Że to nie mięta nimi pachnie,
Lecz wprost przeciwnie: one miętą.
Stwierdziwszy tedy niewątpliwie,
Że z «opisami» wielka bieda,
320 Należy uznać, że właściwie
Rezeda pachnie — jak rezeda.
A polski bez jak pachniał w maju
W Alejach
i w Ogrodzie Saskim
,
W koszach na rogu i w tramwaju,
325 Gdy z Bielan
wracał lud warszawski!
Szofer nim maił swą taksówkę
Frajerów wioząc na majówkę,
Na trawkie, pifko i muzykie;
Gnał na sto jeden, na rezykie;
330A wiózł śmietankie towarzyskie:
Kuchtę Walercię, tę ze Śliskiej,
Burakoszczaka z Czerniakowskiej
I Józia Gwizdalskiego z Wolskiej.
Byli spocone i zziajane
335 I wszystka trzech w drebiezgi pjane,
I jak jechali bez Pułaskie,
Fordziak w latarnię wyrżnął z trzaskiem,
I przybiegł (tyż pod gazem krzynkie)
Flimon szarpany za podpinkie.
340Szofer czarował go natralnie,
Że on zapychał leguralnie
I «Niech ja skonam, niech ja skonam
(Zawsze dwa razy! rzecz stwierdzona),
Skoro jeżeli znakiem tego
345 Nie jest to wina bzu danego,
Któren cholernie się uwietrzniał
I mocny zapach uskuteczniał;
Ciut, ciut mnie z niego zamroczyło
I właśnie bez to się zdarzyło».
350Policjant mówił: «Ja nie frajer
I pan nie weźmiesz mnie na bajer,
Pan się zatrudniasz ankoholem» —
I nagle krzyk: «To ja chromolę!»
I «Nie bądź pan tu za szemrany!»
355A kuchta w pisk: «Zabiją! Rany!»
A Józio w pysk, a Józia w mordę,
I już w powietrzu pachnie mordem,
I wszyscy do komisariatu,
A z winy — majowego kwiatu.
360Potem to ślicznie Wiech
[18] uwieczniał,
Z daleka więc do pana Wiecha
Pełen wdzięczności się uśmiecham…
I cóż pan teraz uskutecznia?
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
365
…Więc jak pachniałeś, bzie warszawski,
Kiedy, rażąca i nieznośna,
Przyszła, ruiny strojąc w blaski,
Nowej niewoli pierwsza wiosna?
Gdy szafirami cię uświetnił
370Bezwstydnie piękny strop niebieski,
Ty, znad ogrodzeń
[19] wzdłuż Królewskiej
,
Z zarośli przy Teatrze Letnim
,
I ty, od Żabiej, od Niecałej
I z tego wzgórza ponad stawem,
375Na którym, w owym wrześniu krwawym,
Ptaki, od huku oszalałe,
Przed śmiercią — jeszcze pożegnały
Łabędzią pieśnią swą Warszawę!
Jakżeś się wstydem nie zapłonił,
380Kiściami pachnąc obfitymi?
Nic nie mów. Nie chcę znać tej woni.
Lecz już chrapami rozdętymi
Węszę twój mokry, chłodny zapach,
Gdy znów nurtować będę w krzakach
385 Świeżego bzu na wolnej ziemi.
O, jakie salwy aromatu
Zagrzmią z gałęzi twych kwitnących,
Z pąków na wiwat pękających.
Na zazdrość i na dziw armatom,
390Armatom tobą umajonym.
Grzmocącym hordy rozgromione
Tych zbirów, łotrów, szuj, psubratów,
Swołoczy, bydła, ścierw, szubrawców.
Łajdaków, chamów, szelm, plugawców,
395 Kanalii, drani, nikczemników,
Opryszków, hyclów, rozbójników,
Zdzierców, pijawek, włamywaczy.
Oszustów, kłamców, podpalaczy,
Bandytów, chciwców, kieszonkowców,
400 Świń, hijen, wściekłych psów, nożowców,
Rabusiów, szantażystów, katów,
Tych zbirów, łotrów, szuj, psubratów
(Proszę powtórzyć znów
da capo[20]…),
405O hitlerowcach czy «rasistach»
Ta komplementów długa lista…
Nie! To katalog synonimów
(Ozdobny garstką kiepskich rymów)
Do słowa «Niemiec». Nie w szczególe
410 Do Volksdeutsch, ale Deutsch w ogóle.
A że «Dichtery» i «Denkery»
[21],
To nie pomoże. Będę szczery:
Bo «
Dichtung»
[22] jedno, «
Wahrheit»
[23] drugie.
Nie wdając się w dyskusje długie
415 Przyznam, że wielbię ich poetę
Nazwiskiem Goethe. Goethem Goethe,
Bach Bachem i Dürerem Dürer,
A zbójem jest nie tylko Führer,
Lecz cały szczep — z babami, dziećmi,
420 Cały teutoński ród bezecny!
Miał Goethów czy ich nie ma właśnie,
To niech go jasny piorun trzaśnie,
Łączny: Wotana i Jehowy!
O, strzel najprędzej, bzie majowy!
425
I wy, warszawskie psy, w dniu kary
Psi obowiązek swój spełnijcie,
Zwyjcie się wszystkie i zbiegnijcie
Straszliwie pomścić swe ofiary.
Za psy bombami rozszarpane,
430Za zmarłe pod strzaskanym domem,
Za te, co wyły nad swym panem,
Drapiąc mu ręce nieruchome;
Za te, co z wdziękiem beznadziejnym
Łasiły się do nieboszczyków,
435Za śmierć szczeniaczków, co w piwnicy
Jeszcze bawiły się w koszyku;
Za biegające rozpaczliwie,
Pozostawione po mieszkaniach,
W dymie duszące się, półżywe,
440 Pamiętające o swych paniach;
Za nastroszone, za wierzące,
Że człowiek wróci — bo pies czeka:
I tak, w pozycji czekającej,
Siadł ufny pies na grób człowieka;
445Za wzrok błagalny, przerażony
Tumultem, trzaskiem, pożarami,
Za psy, co same pazurami
W ogrodach ryły sobie schrony —
Za wszystkie męki i niedole,
450Własne i tych, co was kochali
Śród wspólnych ścian i śród rozwalin,
Zwyjcie się, bracia, na Psie Pole!
Niechaj w was wściekłe piany wzbiorą
I hurmem w trop zdyszaną sforą,
455W trop, kiedy z Polski będą dymać
I tylko pludry w garści trzymać!
O cegły gruzów kły wyostrzcie
I o zbielałe ludzkie koście,
A gdy ich dopadniecie — skoczcie
460 Do grdyk, brytany, do gardzieli!
Ostrymi kłami wgryźć się, szarpnąć,
By nie zdążyli, hycle, charknąć!
Do grdyk, wilczyce! A pazury
W ślepia! by nawet nie mrugnęli.
465A powalonych niech opadną
Wojska pomniejszych psów-mścicieli.
Niech ich poszarpią na kawały.
Żeby i matki nie wiedziały,
Gdzie szukać rozwłóczonych cząstek!…
470
Bo nasze — też nie znajdywały
Główek swych dzieci, nóżek, piąstek…
II
Ero kamienia łupanego,
A jeśli bliżej — to Asyrio!
Prawieku, w który myśli biegą,
475 Wspomnień maligno i delirium!
Przedpotopowe czy kopalne,
Znieruchomiałe czasy ludów!
Panopticum prowincjonalne,
Jarmarczna kosmoramo cudów!
480(O, czarodziejskie widowisko:
Mekka, Wezuwiusz, chińskie mury,
Hamburg, Wenecja z gołębiami
I papież w lektyce — a wszystko
Z wychodzącymi za kontury
485 Bardzo rzewnymi kolorkami…)
O, kalkomanio sprzed lat tylu!
O, «Muchy», «Kolce» i «Bociany»
[24]!
Stary, poczciwy wodewilu,
Przez amatorów odegrany:
490Z kupletem o automobilu,
Z mężusiem, co kobitki lubi,
Teściową, która majtki gubi,
I jak ją podszedł chytry filut.
Słowem — letnisko tuż pod miastem
495 W dawnej «Gubiernji Pietrakowskoj»
[25],
I stuknął już, z pomocą boską,
Rok tysiąc dziewięćset dwunasty.
Był to na lato punkt inwazji
Drobnej żydowskiej burżuazji,
500 Tusculum
[26] skromnych i bez herbów
Rodzin Goldbergów i Grynbergów,
Abramowiczów, Jacobsohnów
I klanu gubernialnych Konów
(Tu, zawsze czuły na wspominki,
505Miłośnie wzdycham do Halinki
[27]).
Nie było tam potężnych szczepów,
Wsławionych w przemysłowym dziele,
Lecz tacy sobie właściciele
Mniejszych fabryczek, większych sklepów,
510 Bo księstwo o manierach dworskich,
Rody Rotwandów i Przeworskich,
Poznańscy ani Natansony
Nie zaglądały w tamte strony.
515
A moi łódzcy Goldbergowie
I co lepszego w Tomaszowie —
Zjeżdżali tu. I tu, nieśmiała,
Panieńsko smutna i nerwowa,
520Z Irą
[32] i Julkiem przyjeżdżała
Ojciec
[35] jest w mieście. Głowę wspiera
Na lewej dłoni, prawą pisze…
…Była uliczka od Piotrkowskiej,
525Od tego rogu, gdzie Roszkowski
[36],
Co zwała się «Pasaż Majera»
[37],
Potem Chopina (— a jak teraz
Przezwały ją piekielne zbiry.
Co z Łodzi Litzmannstadt zrobiły?
530Ale nam dawną ŁÓDŹ oddacie,
Po strasznej rzezi w Litzmannstadtcie!).
Na tej uliczce, tam gdzie krzaczki,
A naprzeciwko państwo Klaczkin,
Ojciec mój, ojciec nieumarły,
535W Azowsko-Dońskim Banku siedzi,
Pisze francuskie długie listy
I liczb sumuje ciąg spadzisty,
I siwiejącą głowę biedzi.
Setki tysięcy wstawia w kratki
540 Buchalteryjnych swoich rubryk,
A brak mu sześćdziesięciu rubli
Dla nas, tam na wieś, na wydatki.
A weksel… a krawcowi rata…
Znów się zadłuży i załata…
545Pisze i pisze w głównej księdze
Fortuny panów fabrykantów,
Zadowolonych posiadaczy
Pałaców, karet i brylantów.
Wybija pierwsza. Zamknął księgę.
550Wyjął lusterko kieszonkowe,
Małą szczoteczką i grzebykiem
Przyczesał krótki wąs i głowę —
I w marynarce czesuczowej
[38],
W słomkowym kapeluszu lotnym,
555Z laseczką w prawej; lewa z tyłu,
Wychodzi z banku.
Ja, markotny
Myślami o nim, biedą, plamą,
Złymi stopniami, sprzeczką z mamą,
560Nową miłością, dość zawiłą,
Idę na hamak — z nienawistną
Książką, bodaj ją dunder świsnął,
Mistyczną, apokaliptyczną,
Z abrakadabrą liter greckich,
565Szatańskich szyfrów, cięć zdradzieckich:
Z kabałą trygonometryczną.
Ojciec wstępuje do cukierni
Na swą partyjkę karambolu
[39].
Kładę się. Skwar niemiłosierny.
570Za łąką ogród. A na polu
Żniwiarze koszą. Ojciec stawia
Trzy ciężkie kule na zielonym
Suknie bilardu. Dwie są białe,
Jedna czerwona. Wonią zawiał
575 Gorący oddech. Skier miliony
Migocą w oczach ociężałych.
Cóż z tą miłością będzie, z biedą,
Z tą plamą, co mi życie truje
[40]?
Ach, zamalować by ją kredą!…
580 Cotangens
[41]… Ojciec kij smaruje,
Dwa sinus alfa do kwadratu.
Białość i czerwień na zieleni.
Patrzę na łąkę szmaragdową
W kulkach śniegułek, w plamach maków,
585O, nieszczęśliwa moja głowo,
Zasypiająca na hamaku!
Książka, na której cień gałązki
Buja migotem listków wąskich,
Wypada z rąk — i jedna zwisa,
590Gdy druga odwróconą dłonią
Zasłania oczy. Chwile dzwonią.
Już hamak w senność się wkołysał
I, skrzypiąc, sznur o korę trze się.
Słyszę cosecans
[42] cienki osy
595 I szorstki dźwięk ostrzonej kosy.
I recital kukułczy w lesie,
Metronomicznie odmierzany,
I, w senną sieć zasznurowany,
Wzdłuż ciała czuję złoty tangens
600I wraz z Pilicą wpływam w Ganges,
Który, indyjskim będąc wężem,
Kukaniem nakrapianym lśniąco,
Ruchami sprężeń i rozprężeń
Pełznie przez trawę, sen, gorąco
605I, jak kipiącym śniegiem, błyska
Upajającą pianą z pyska.
O, jak mi ciężko w tej podróży!…
Ojciec się schylił, złamał, zastygł
W wyraźny wykres, w kąt kanciasty
610 Dwa sinus beta. Oko zmrużył,
Drugim odmierza. Już odmierzył —
I łokciem w tył! i jak uderzył,
Obudził mnie stuknąwszy białą
W czerwoną, ta znów w białą stuknie,
615I w pojedynku bil po suknie
Szpadami barw zamigotało.
Otwieram oczy. Po zieleni
Barwa się z barwą w słońcu mieni
Na połyskliwej trawie gładkiej:
620I wiatrem zwiało, przemieszało
Białe i krwawe kwiatów płatki.
Ogrodnik, palacz i astmatyk,
Więc pokasływacz i chrząkała,
Z gęstą szczeciną, szpakowaty
625 (Rzekłbyś: sól z pieprzem przemieszana),
Siąknął nad wąsem tabaczanym
I znad cynowych okularów
Piwnymi patrzy się oczami
[43]
Na duet woni i kolorów,
630Na róż z rezedą dwugłos miękki
(Rzekłbyś: jak lody malinowe
Z pistacjowymi). Z lekkiej, cienkiej
Paprociej siatki koronkowej
Tło za kwiatami. Mistrz zapala
635 Szczątek zgasłego papierosa,
Przymruża oczy i z ukosa
Ogląda kwiaty — i pochwala.
Kaszlnął, pochrząkał, postanowił:
Ważkości doda bukietowi.
640Więc znowu parę muśnięć, prztyków
I wziął ze stołu garść goździków.
Najpierw śnieżyście białe, dzienne,
Potem czerwone — nocne, ciemne,
Głębokokrwawe albo ściślej:
645Bordo, jak małe czarne wiśnie,
Które w pękatej bani szklanej,
Obficie cukrem przysypane,
Stawiano w słońcu, robiąc wiśniak;
I on, i wiśnie — przedni przysmak.
650 Zapach ich także ciężki, ciemny,
Tyleż kwiatowy, co korzenny,
Razem aromat i przyprawa.
A woń i barwa, gdy ich cechy
Zespolić, łącząc dwa oddechy,
655Dadzą nam wyraz sangwaraba,
Które to drzewo rośnie w mroku,
Pnącz rubinowy je oplata,
I jest moc tajna w jego soku,
Gdy Rhodomelos nad nim lata,
660A kwitnie w piątej porze roku
I tylko w szóstej części świata…
Gdy on goździki w bukiet wwija,
Na ławce, obok, siada wnuczka:
Wysmukła, czysta, jak lilija,
665Z wargami z lekka mięsistymi,
Dziewczynka smutna, choć malutka;
Ma sześć lat może. Milcząc patrzy,
Znać, że ją przebieg sztuki zajął.
Ten bukiet bowiem to teatrzyk,
670Gdzie kwiaty za kukiełki grają.
Ogrodnik w bukiet białość wtrąca,
Która porankiem jest pachnąca,
Przedwakacyjnym w mieście czerwcem,
Kiedy zamierające serce
675W kolana lękiem zapadało,
Płynęło potem do przełyku,
Słabło po drodze, w dołku mdlało
I ćmiło markotnością słodką
Przelewów, ciągot i dreszczyków:
680Gdy do gimnazjum na egzamin
Piśmienny szło się — i dlatego
Z rulonem kancelaryjnego
Papieru — razem z narcyzami…
Z obłoków musującej pianki,
685Z narcyzów i lirycznej tremy
I z jakiejś struchlałości niemej
Brały swą białość te poranki.
Powiesz, że czerwiec czas zieleni,
Błękitu, złota, a mnie — biało…
690Nie wiem. Białością we wspomnieniu,
Białością ślubną pozostało,
Białością nieodżałowaną…
Na scenie dramat. Do ogrodu,
Gdzie pośród róż i rezed mieszka
695 Błękitnooka białośnieżka,
Królewna z lilijnego rodu,
Wdarł się gorący Murzyn krwawy,
Straszny, błyszczący król z Afryki,
Gdzie smok zamorski pełznie z sykiem
700 I kwitną dzikie sangwaraby.
Nabrzmiały krwią, jak czarne wiśnie,
Rzuca się na nią, w usta wpija,
Przygniata, pierś do piersi ciśnie!
Dygocą kwiaty, kłonią, gną się,
705I nagle — słodko, błogo, słabo…
W rozkoszy przejmującym wstrząsie
Anielka tonie w ciemnym pąsie,
Durzącym mroczną sangwarabą.
Za dziesięć lat — okrutniej, słodziej
710 W tym samym stanie się ogrodzie;
I w chwili gdy nią rozkosz targnie,
Gdy mu do krwi rozgryzie wargę,
Drgnie jasnym, ostrym przypomnieniem:
Murzyn i śnieżne. Jedno mgnienie.
715
Wstaję z hamaka, jeszcze w sennej
Zmorze widziadeł białodziennej,
Chmurzę się, gniewny, burzą wzbieram,
Kropiisty z czoła pot wycieram.
Cisza. Ta wielka — straszna prawie.
720 Skwarna martwota. Bezruch. Ale
Złowróżbny słyszę szum w upale,
Syczy jak żmija w suchej trawie…
Niby to prosty pejzaż polski.
Ten znany i widziany co dzień,
725Ale za łąką, już w ogrodzie,
Olśniewający gad zamorski,
Wężysko jakiejś opowieści.
Barwami czarów nakrapiane.
Pijaną z pyska tocząc pianę,
730Sunie przez życie i szeleści.
Ruchami sprężeń i rozprężeń
To ukazuje się, to znika,
I błyska, i owija wężem
Samotny domek ogrodnika.
III
735
Przed żółtą willą, dzikim stworem,
Z opasującą ją galerią,
Ze zwariowaną boazerią,
Zgniłym budulcem i kolorem,
O oknach, co szarzyzną zioną,
740O ścianach w sękach, szparach, piętnach,
Z drabiną schodów przystawioną
Na zewnątrz do górnego piętra;
O dachu w asfaltowe łaty,
Skwierczące w słońcu smolnym smrodem,
745Willą — mieszańcem kurnej chaty,
Bóżnicy, szopy i pagody
— Przy stole, przedobiednią porą,
Mężusiów brzuszkowatych czworo,
W rannych pantoflach, cyklistówkach
750 Na mniej lub więcej łysych główkach,
Bez marynarek, ale w szelkach,
Gra w «telefona» lub «mauszelka»,
Inaugurując letni salon…
(Gdzieżeś, Kostrzewski
[44]?) Grają, palą,
755Kto «Carski Diubek», kto «Renomę»,
A kto cygarko, które ścina
W takim breloczku-gilotynce.
W tymże salonie, tuż przed domem,
Kurczęta hurtem się zarzyna
760I lody kręci się w maszynce.
(Tradycja! Któż by nie pamiętał?
Niedziela: lody i kurczęta.)
Są to tak zwani «kominiarze»,
Opuszczający miejskie mury
765 Dla łona żony i natury,
I innych poetycznych wrażeń
Od piątku do niedzieli wieczór;
Więc grają, nucąc, głupek z głupkiem
770Za kilka lat — zagrają w skeczu
Mówiąc «pidginem
[50]», nie tym chińskim,
Lecz nie mniej dźwięcznym: tym z Piotrkowskiej,
Berlińsko-łódzko-berdyczowskim.
775Opodal — na leżakach — panie,
Kolorystyczne niesłychanie:
W szlafrokach kalejdoskopowych,
Pomidorowo-fioletowych,
W pstre kwiaty, ptaki, psy, komety
780 I azjatyckie alfabety.
Wygląda to, gdy spojrzysz na nie
I parę razy szybko mrugniesz,
Jak sen papugi zwariowanej
O pawiu, zwariowanym również.
785Przy nich na trawie dwaj młodzieńcy.
Jeden, wymokły i cielęcy,
Warszawiak — rzadki gość w tych stronach
W zaprasowanych pantalonach,
Z przedziałkiem, woniejący Pulsem
[51],
790W żółtych sztybletach
[52] i koszulce
«A la Słowacki»
[53]. Jest to pyskacz.
Dowcipniś, Chlestakow
[54] letniska,
Don Juan «zza Żelaznej Bramy»
,
Masowo uwodzący damy.
795
Lub, z frywolnością godną Reda
[57],
Kuplecik z
Krysi leśniczanki[58],
Omdlewa każda z nich jak Leda
800 I któraż się całować nie da
W mroku alejki lub altanki?
Pan Wacio właśnie opowiada,
Jak dobrze z bracią jest aktorską.
Łodzianka marzy, wzdycha z cicha
805 I sama czuje się Bogorską
[59]…
Drugi, pan Szura, jak maszkara:
W zgniecionych krągłych szarawarach,
W «kosoworotce»
[60] malinowej,
W trepkach, binoklach, a na głowie
810 Biała chusteczka z supełkami
Na czterech rogach. Ten marksista
Z pryncypialnymi zasadami,
Słuchając, obojętnie śwista.
Jest w ideowo obcym gronie,
815Więc gryzie źdźbło zerwanej trawy,
Żeby gryzącą swą ironię
Wyrazić tu dla ich Warszawy.
Patrzy na Wacia z wysokości
«Mieżdunarodnych otnoszenij»
[61]
820I gardzi nim — ale zazdrości,
To w uchu dłubiąc, to w kieszeni.
…Za kilka lat, po krachu carskim,
Zasiądzie w Kremlu komisarskim
(Car właśnie gra w ogrodzie spalskim
[62]
825 W tenisa). Za dwadzieścia parę,
Jako wróg ludu, zaprzedany
Faszystom — on, na równi z carem,
Pod Kremlem będzie rozstrzelany.
(Smashem
[63] wycięła rzut rakieta,
830Car woła: «Out!» — i wygrał seta.)
Takie letnisko. Jedno słowo:
Wypisz-wymaluj — Soplicowo.
Przechodząc krokiem Guliwera,
Zagarniam dłonią i zabieram
835 Papuzie damy, dwóch młodzianów
I willę, i grających panów.
Robię to błyskawicznym ruchem
(Jak się na stole łapie muchę)
I dalej idę. Oni, w garści,
840Bzykają, nudzą, więc ich gniotę
I, gniewny, rzucam gdzieś pod płotem,
Jak sforę biesów do przepaści.
Znowu się chmurzę, burzą wzbieram
I naprzód — krokiem Guliwera —
845 Do mej altany.
Altana była naturalna,
Uformowana z bzu, leszczyny
I jakiejś bujnej plątaniny,
Przez którą przeświecając, słońce
850 Przesypywało blaszki drżące,
Przeróżne złocistości, plamki
I cienkie liści wycinanki.
W altanie stół, jak młyński kamień,
Stojący na kamiennej osi,
855Upstrzony gęsto nazwiskami,
Inicjałami w dat chaosie,
Gdzie «Kuba bardzo kocha Zosię»,
Gdzie «R. K.» z «M. P.» w jednym sercu,
Przebici strzałą, razem sterczą.
860Gdzie «Staś jest świnia» («a ty większa»).
Gdzie «Frenkiel» podpis swój upiększa
Profilem wyrzezanym z boku
W tysiąc dziewięćset trzecim roku…
Runiczny kamień! Gdybyż mogli
865 Uczeni w piśmie serc klinowem,
Tych letnisk Champolliony
[64] nowe,
Odczytać nam ów głaz-hieroglif!
Zwyczajnych ludzi zwykłe dzieje,
Codzienne sprawy ich i troski.
870Nie mniej ciekawe niż koleje
Person tragedii Szekspirowskiej.
Tak kwiaty na zwyczajnej łące
Codzienne są, zwyczajne, znane,
A rosną z głębi wstrząsającej,
875Z walki żywiołów opętanej.
A potem — trzeba by Szekspirów,
By w wiekopomne zakuć słowa
Łódzkich Otellów, królów Learów
I was, Ofelie z Tomaszowa!
880Przy takim stole, otoczonym
Zmurszałej ławki ośmiokątem,
Siedzę, wzorzyście zaliściony
Słonecznym piątem-przez-dziesiątem,
I scyzorykiem na kamieniu
885 Drapiąc, uwieczniam nowe serce,
Ryję literkę po literce
I stawiam imię przy imieniu.
Przeszywam serce nową strzałą,
Strzepuję pył — i już gotowa
890 Wrzeźbiona w granitowe ciało
I miłość, i tragedia nowa.
Przede mną książka. Lecz już inna.
Wiersze, od których nie potrafię
Oderwać się od dwóch lat prawie,
895 Książka — rozpaczy mojej winna,
Rozkoszy, smutku i zachwytu,
Śmieję się nad nią, wzdycham, płaczę,
Książka — nowina pełna mitów
I starych słów, i nowych znaczeń.
900 Tytuł (litery są czerwone):
Wybór poezyj[65]. Fotografia
Autora w profil nam przedstaffia:
Wysokoczoły i brodaty,
Z opuszczonymi w dół oczyma,
905 Książkę — czy rękę na niej — trzyma,
Za nim, w wazonie, mgliste kwiaty.
Czytam, po stokroć już czytane,
Strofy liściami przeplatane.
Migot poezji i gałązek
910 Drżąc rozkołysał mą altanę.
Czytałem je pod ławką w szkole,
Czytałem w helenowskim parku
Warkoczykowym pensjonarkom
I Jej czytałem na przynętę,
915Lecz ich słuchała obojętnie.
Czytałem w łóżku i przy stole,
Gdzie każdy łyk rosołu złoty
Popijam haustem złotej strofy,
Nie mówiąc, nie słuchając rozmów…
920 Czytam, miotany. Dłoń na czole,
A druga na kamiennym stole
Gra werblem niecierpliwym, to znów
Grzebieniem palców po czuprynie
Od czoła aż po kark przepłynie;
925To oczy w strofie, to na niebie.
To nogi w węzeł, to pod siebie.
To się przebiegnę po altanie
I głośno powiem jakieś zdanie,
To znów na ławce klęknę — z książki
930 Ścierając błyskotliwe prążki.
Czytam: «Poezja starych studni»
[66] — —
Tak, to poezja: gdy głos dudni
W chłodnym spleśniałym mroku studni;
I to poezja: martwy zegar — —
935 Milczenie, śmierć, a czas ubiega.
Strych, nieme skrzypce, już bez grajka — —
I one martwe jak ten zegar:
Są, ale pieśń się nie rozlega.
Rupiecie strychów — marność, marność.
940 Znieruchomienie i umarłość…
«Księga, gdzie niezapominajka
Drzemie» — znów martwość, zaprzestanie,
Jak zegar, skrzypce: bezruch, trwanie. — —
Dzieciństwo pełne snów, oniemień…
945Znam to. Przychodzi chwila czasem,
Gdy znużę się hałasem gwarów
I nagle czuję, jak na ziemię
Śmierć spada. Osłupiały, drzemię — —
…«Były dzieciństwu memu lasem
950 Czarów… Zbierałem zardzewiałe
Klucze» — — I znów rupiecie, graty,
Jak zegar, skrzypce, księga, kwiaty
I strych, i studnia — wszystko stare,
Skazane śmierci na ofiarę;
955Tak od zarania do starości
Trwa niszczycielskiej mocy pościg
(I to poezja? Jak latarki
Magicznej cuda na tapecie?).
Wszystko jak ja: motyle, marki
[67],
960Odjazdy w wszystkie świata częście,
Sen niedorzeczny… sen jak szczęście…
Jak on wie wszystko, ten czarodziej…
We Lwowie
[68]? Nie. To było w Łodzi.
To było wszędzie i tak samo!
965Tak, to poezja, bo — to samo…
Raptem z altany mnie wygoni.
Idę jak ksiądz z modlitewnikiem,
Modlę się szeptem o jabłoni,
O srebrnych brzozach nad strumykiem,
970O deszczu sennej monotonii,
O rozhukaniu dzwonów dzikiem
I — «gdy mi wspomnień dzwon dziś dzwoni,
Stary żal moim jest dzwonnikiem»
[69].
Modlę się w słodkich i gorących
975 Ustach, gdy pachniał bez w ogrodzie —
Ach, i to także było w Łodzi,
Pod nocną burzą drzew szumiących!
Od wolnych ptaków i od włóczęg
Radosnej się mądrości uczę,
980Bez celu idę w świat, jak oni,
Przyszłość wesołym witam krzykiem
(I gdy mi wspomnień dzwon dziś dzwoni,
Stary żal moim jest dzwonnikiem…).
…I tak, w skrzydlaty prawie sposób,
985Na wierszach płynę przez letnisko…
Wtem szepty słyszę innych głosów,
Tak blisko!
I taka jasna dal za rzeką,
Taki na prawo bór ciemnieje,
990Na lewo tak się łąka śmieje
Pod białozłotą słońca spieką,
Taka tęsknota za daleką,
Za zbłękitnioną, legendarną,
Miłośnie wznosi się pod gardło
995 I przejmująco bzami dysze,
W rytmy uwodzi i kołysze
W takie tkliwości i bezkresy,
Że, bazgrząc książki marginesy,
W sąsiedztwie Staffa wierszyk piszę!
1000
Autor wyraża tam swój podziw
Dla dnia letniego i przyrody,
Oświadcza, że po polu chodzi,
Ubóstwia łąki i ogrody,
Prócz tego zaś — dla pewnej panny
1005 Odczuwa afekt nieustanny,
A widząc nieba wspaniałości
I kwiaty na rodzimej glebie,
Jak afekt ten wyrazić — nie wie,
Więc zapytuje w naiwności:
1010«Jakże ci powiem o miłości,
Jeżeli więcej kocham — ciebie!…»
…Kpisz sobie z niego, kpisz, poeto.
Nieładnie, mistrzu. Spójrz: biedaczek
Nieomal ze wzruszenia płacze.
1015Nie wolno, mistrzu. Kładę veto.
Nie umie tak jak ty, magiku
Spod ciemnej gwiazdy, strof budować,
Młody jest, trzeba mu darować,
Kocha się, zmartwień ma bez liku…
1020Niech sobie będą «szczęścia włości»,
Przepuść mu także «śnię jak w niebie»;
Jeszcze nie umie dobrnąć prościej
Do tego swego «…o miłości,
Jeżeli więcej kocham ciebie».
1025
…Chłopcze! przepraszam najgoręcej.
Doprawdy, już nie będę więcej…
Błogosławiącą rękę kłoni
Kpiarz stary nad tym biednym smykiem
I — gdy mi wspomnień dzwon dziś dzwoni,
1030 Stary żal moim jest dzwonnikiem.
IV
Spłakany, lekki i pokorny,
Zamykam książkę i odchodzę.
Wracam do willi. A po drodze
Był sad
[70].
BYŁ SAD. Zauważ plagiat,
1035Dwusłowy wprawdzie, lecz bezsporny.
Lecz jakaż poetycka magia
Ten fakt wczaruje w nowe formy,
Oryginalne, własne? Rad bym,
Ale nie będę usiłował
1040 Dwu słów ubierać w nowe słowa.
Piszę: «był sad», bo właśnie sad był:
Mizerny, rzadki i zwarzony,
Z ubogim sadownikiem-Żydem,
Co klepał w nim nie tylko bidę,
1045Lecz i obuwie rozłażone
Letników. Gdy owoce nie szły,
Podciągał budżet przez podeszwy
I jako tako w ciągu lata
Łatami nędzę swoją łatał.
1050Zgarbiony, z głową pochyloną,
Pod gruszą wapnem pobieloną,
Na niskim stołku, przed stolikiem,
W brudnej koszuli, zarośnięty,
Obdarty, siedzi nad trzewikiem
1055 Między kolana zaciśniętym,
Młotkiem zelówkę przybijając,
Drewienka szpilek w ustach mając.
Umorusani, zasmarkani,
W czapkach i brudnych tałesikach
[71].
1060 Łażą synkowie sadownika
Zbierając z trawy udeptanej
Twarde jak kamień, cierpkie gruszki,
Że na myśl samą biorą dreszcze;
Dziewczynka zaś, niemowlę jeszcze,
1065 Z trudem czołgając się po ziemi.
Chce rączynami ruchliwemi
Złapać tekturkę po pudełku
Od gilz — i ująć jej nie może,
Więc coś gaworzy i gaworzy…
1070 Skrzywione rozkraczyła nóżki
I widać wszystko. A na płocie
Czerwone wietrzą się poduszki,
Płowiejąc z wolna na spiekocie,
Gdy sadownica, znów brzuchata,
1075Wyżółkła, gniewna, w barwnych szmatach,
Do żelaznego wgląda garnka,
Parującego na trójnogu,
Jak razem Pitia
[72] i Cyganka,
Kradnąca tajemnice bogom.
1080
Mijam sad, to śmietnisko ludzkie,
I dalej idę, chmurny młodzik,
Dumając o fabrycznej Łodzi,
O rozpalonej nędzy łódzkiej.
Muskając dłonią falę pszenną,
1085Szumiącą sennie piosnkę wiejską,
Skąd chabry
śmieją się niebiesko,
Północną, Średnią, Nowomiejską
…
Tragarze, zgięci najokropniej,
1090 Apoplektycznie purpurowi,
Dźwigają, tępi i surowi,
Garby skrzyń ciężkich. Gdy przystaną,
Odsapną, wesprą się pod ścianą,
Z twarzy ich trądem żrących kropli
1095 Pot na pierś spływa rozchełstaną…
I ja, zziajany, w strugach potu,
Dnia 10 grudnia rano,
W Brazylii, w dusznym piekle roku
Tysiąc dziewięćset czterdziestego,
1100 Uginam się pod kamieniami
Przerażonego serca swego,
Gdy w Londyn, tony za tonami,
Kiedy to piszę, biją bomby
[73]
I syren jerychońskie trąby
1105O pomstę nieba groźnie wyją —
W maleńką Ircię moją biją,
Co teraz ścieżką inowłodzką
Idzie śród zboża i rwie chabry…
1110 Biegam zdyszany po Otwocku,
Szukam krzyczącej Matki mojej,
Żeby ją, biedną, uspokoić,
Że Ira żyje, zrywa chabry — —
I wtem pod bomb stalową młocką
1115 Wali się Dorset House
w Londynie,
Jęczą syreny łódzkich fabryk,
Że moja Ircia, Ircia ginie!
O, jak zawodzą! o, jak wyją!
O, jaki żar od rana w Rio
!
1120I jaki zaduch w czarnym tłoku
Dnia 15 lipca, roku
Tysiąc dziewięćset dwunastego,
Gdy kurzem sypie bies płomienny
W gardziele Wschodniej i Kamiennej!
1125
Z wyostrzonymi twarzyczkami
(Jakbyś z bibułki sinoszarej
Wyciął ich rysy nożyczkami),
Upiorki znad cuchnącej Łódki
,
1130Z zapadłą piersią, starym wzrokiem,
Siadając w kucki nad rynsztokiem,
Puszczają papierowe łódki
Na ścieki, tęczujące tłusto
Mętami farbek z apretury
[74] —
1135 I płyną w ślad nędzarskich jachtów
Marzenia, a za nimi — szczury.
Wiatr zawiał. A z szumnego wiewu
Napływa śpiew rozkołysany
Szaleńca: «J'ai heurté, savez-vous?
1140
D'incroyables Florides?»
[75] — — Pijany
Rozbujał statek oceany
Śród tłoku cudów, barw zalewu;
Tańcząc na pieśni fal — i nagle:
«Jeżeli jakiej wody pragnę
1145 Tam w Europie, to kałuży,
Gdzie dziecko schyla się nad bagnem
I puszcza o zmrokowej chwili
Statki wątlejsze od motyli»…
Ale wjechała na podwórze
1150 Kloaczna beczka z pompą ssącą;
Półkolem stają więc przy dziurze,
Wpatrzeni w gęstą ciecz chlupiącą,
Gdy wtem, przez obszarpaną zgraję
Dzieci z sąsiedztwa otoczony,
1155Zjawia się skoczek upragniony,
Niedościgniony wzór artysty;
Zdejmuje palto i zostaje
W trykocie, brudnym, bo cielistym,
Z pstrymi skrawkami szczęścia na nim.
1160 Rozkłada płowy swój dywanik,
Wyjmuje z worka trzy butelki
I — patrz! — w powietrzu pisze niemi
Nieustający bieg ósemki.
Dzieci są w niebie. A na ziemi —
1165 Na ziemi, gdy tak w polu stoję
(A dawno stoję, osłupiały),
Kłosy się wiatrem rozechwiały,
A z nimi — proste myśli moje:
Że też tym ludziom braknie chleba!
1170Że też się im tak męczyć trzeba!
Że też z tych łanów życiodajnych,
Ze szczodrych, tłustych, urodzajnych,
Ze złotych, srebrnych, takich cudnych,
I z blasku błękitnego nieba
1175 Życie odrzuca tym nędzarzom
Żebraczy kęs czarnego chleba,
Zaduch bałuckich «stancji» brudnych,
Wszy, co po bladych dzieciach łażą,
Samą brzydotę i ohydę
1180 Z kloaką i szczurami złemi!…
Tak sobie myśląc, dalej idę
Po niepojętej, pięknej ziemi,
Rozważający boże dzieło
Cudowne, nędzne i złowieszcze…
1185
Dwadzieścia osiem lat minęło,
Wciąż idę — i wciąż nie wiem jeszcze.
Staję, «gościńców król, włóczęga»
[76],
Przed chłopską chatą. Dach jej stromy,
Spadzista strzecha ziemi sięga
1190 Zwichrzoną brodą burej słomy.
Mech, szary liszaj spopielony,
W szczeliny powtykany, sterczy
Jak siwe kłaki starczej piersi
Dziadygi, co na progu sieni
1195 Siadł w gaciach, ćmiąc machorkę
[77] czarną…
Przedpotopowe w sieni żarno,
Prosiak pomyje z garnka siorba,
W izbie na stole jedna miska
Z jałową paćką dla sześciorga,
1200Baba wnukowi w główce iska,
Dzieci i kury na podłodze,
Dym, zaduch, kwaśny chleb razowy,
Gliniasty jak podłoga w izbie…
Wypijam mleko i wychodzę
1205 Od dobrej pani Michałowej
I dalej idę — a po drodze
Coraz gwałtowniej, coraz gęściej
Wyrywam z ziemi garście zboża.
Szarpię i depcę ziemskie — szczęście?
1210
Nieszczęście? Radość? Klęskę? — nie wiem!
Bunt, rozpacz, pasja, w piersi pożar,
Pędzę jak pocisk gnany gniewem!
Sad — łódzkie dzieci — chłopska nędza —
A ziemia żyzna, szczodra, tłusta,
1215A słońce czystym złotem chlusta!
Tak! pocisk, którym bunt popędza!
Uderzyć! rozbić! Zmiażdżę! zburzę!
Zbuduję nowy! Pomszczę nędzę!
Wyrwę zło! zetrę!
1220
Pisze i pisze w głównej księdze
Już nie jednego — wszystkich banków,
Fortuny panów fabrykantów,
Zadowolonych posiadaczy
1225 Pałaców, karet i brylantów.
«Ojcze!» — w dalekie krzyczę pole —
«Widzisz tę butlę na twym stole?
Chwyć ją! Syn każe! Podnieś! Przechyl!
Zalej majątki ich rozdęte!
1230Czerwonym chluśnij atramentem
W tę główną księgę, gdzie przeklęte
Wpisujesz zbrodnie ich i grzechy!»
Bruzdami ulic pooraną,
1235Z zapiekłą rewolucji raną,
Mordą o mętnych podwórz wzroku,
W którym gniew czasem błyskiem stali
Lub łuną ognia się zapali,
Ustach gotowych do krwotoku,
1240O zębach czarnych kół zębatych,
Mordą oknami dziur dziobatą,
W wypiekach fabryk, wągrach tłoku,
Zżartą kwasami chemikalii
[78],
Drgawiącą w epilepsji wrzecion,
1245 Gdy pasów, nici, kół zamiecią
Maszyna trzaskająca chlasta,
Nad kolosalną mordą miasta,
Którą niedawno pręgą przeciął
Kałmuk z kolczykiem, ciąwszy szablą —
1250 — Pychą kominów w chmury wrasta
Stumilionowa Wieża Scheibler
[79].
…………………………………………
W okrągłych lat dwadzieścia potem,
Już nie «włóczęga, król gościńców»,
1255 Lecz ważniak z własnym samochodem,
Wpadłem tam: wspomnieć lata młode,
Odwiedzić leśnych pobratymców,
Podumać nad kamiennym stołem,
Jak nad młodości świeżym grobem,
1260 Pożegnać starą wieś nad rzeką,
Powitać życie wolne, nowe —
I napić się zimnego mleka
U dobrej pani Michałowej…
Już jej nie było. Była inna.
1265 I inny dziad w zapadłej chacie
Te same zgrzebne nosił gacie,
Machorkę ćmiąc. Na starczej piersi
Kępami siwe włosie sterczy,
Jak mchu zeschłego liszaj szary
1270 W zapchanych szparach chaty starej,
Co brodą strzechy sięga ziemi…
Przedpotopowe żarno w sieni,
Prosiak pomyje z garnka siorba,
Babka wnukowi w główce iska,
1275 W izbie na stole jedna miska
Z jałową paćką dla… ośmiorga.
Dzieci z kurami na podłodze,
Dym, zaduch, kwaśny chleb razowy…
Wypijam mleko i wychodzę
1280 Od spadkobierców Michałowej…
V
Kurz — konie — powóz — i z powozu
Wysiada Mgła — Ułuda — Pozór —
Bzem wieje — srebrnym bzem z tumanu
Mglistego snu. «Dzień dobry panu».
VI
1285
Zabawa dzisiaj w Inowłodzu…
Weź duży szklany słój pamięci
I nasyp chciwych wpatrzeń swoich
W żywy za szybą sen dziecięcy,
Gdy przed Matiatki sklepem stoisz
1290 (Obok baptystów, na Andrzeja,
Tam gdzie przecina ją Aleja):
Gdzie kordelasy, strzelby, flasze,
Jelenie rogi, patrontasze
[80]
I głowa dzika, który kłami
1295 Ściska kopertę z celofanu…
W niej — tysiąc Sjamów, Kong, Tasmanij,
Boliwij, Sumatr i Sudanów.
Zamyśl się sypką mieszaniną
Marzeń o markach i wyprawach
1300 Myśliwskich — pstrych jak dźwięki imion
Onych Gwatemal i Nikaragw.
Wrzuć ją do słoja. Potem dodaj
Zmrużonych spojrzeń przez krysztalik
Żyrandolowy, gdzie się pali
1305 Bengalska i spektralna woda.
Ściągnij oczyma blask z motyli
I z «beija-florów» tej Brazylii
(Tak zwą kolibry: «całuj-kwiatki»,
Bo dziobkiem włażą między płatki).
1310 Wstrząśnij — i napuść w szkło pamięci
Iluminację Barwistanu,
Gdy dzień przymierza swego święcił
Z władcą Vangoghii i Cézannu.
Przysyp to szeptem ust subiekta
1315 (Ach, gdybyś wiedział, jak on szeptał!),
Co jest w klientce zakochany,
Gdy jej zachwala kreton tani
Na wyprzedaży wielokwietnych
Resztek, prześwietnych i tandetnych:
1320 Ceny zniżone, głos ściszony
W temperaturze podwyższonej;
Płyną metrami odwijane
Kwieciste łaszki nieprzebrane
I płyną nieprzerwane, miłe
1325 Szepty kwieciste i zawiłe.
Wrzuć i to niebo nad Czorsztynem
Po burzy apokaliptycznej
(Burzy, co miała dwie przyczyny:
Bożą i moją: narodziny
1330 Zdrady i rany, i zawycia);
I wywróć słownik stujęzyczny
Imperatrycy Katarzyny
(Płonne marzenie mego życia!
Zeszedłbym po tę księgę w Hades!
1335 I nie zastąpił mi jej nigdy
Adelungowy
[81] Mithridates).
Wpuść też tęczowy wspomnień balet
O widmach kwiatów zza witraży
I z najfantastyczniejszych palet
1340Wygnioty z tubek i rozmazy,
Przemieszaj wszystko kilka razy
I w słońcu postaw słój pamięci,
I patrz przez brylantową pryzmę —
— Jeśli chcesz ujrzeć pstrokaciznę
1345 Nowych w bukiecie naszym gości
W całej ich przekolorowości.
Patrz — właśnie na promieniach słońca
Wjeżdża, confetti barw sypiąca
W centrum bukietu, banda pijana
1350 Lwich pyszczków.
Przyjrzyj się tym pyszczkom.
Rozdziawiły się wszystkie i piszczą
Rozgardiaszem weneckiej zabawy
W lesie,
1355 Gdzie skaczące letniaczki się mizdrzą,
Gdzie się
Sypią pstre confettiowe kurzawy.
Galopada mieszczańska śród sosen,
Miotająca farbiarskim bigosem
1360 Strojów,
W bachanalii się wije i niesie
W znoju
Pod dyndaniem lampionów po lesie — —
Lampionów, festonów, kretonów, pomponów,
1365 Krawatów rozwianych, kolorowych balonów,
W girlandowym unosi się roju.
Już z lwich pyszczków — lwie pyski w orkiestrze:
To puzony mosiężne dmą w przestrzeń,
Wydymają balony, syfony,
1370Mnożą pstre kotyliony w miliony!
Dmą — i z trąb wyfruwają tancerze
(Z trąb, co lśnią jak kuchenne moździerze):
Płuc wydechem ich trębacz wyrzuca,
Potem wdechem znów wchłania ich w płuca,
1375 Więc latają jak ptaki na wichrze
Straszne pyszczki letników, wciąż dziksze…
…Już z lwich pyszczków — sto pysków (parzystych
Twarzy),
W wirującym kolisku mętnieją
1380 Pary,
Ze studentów, dentystek i apte-
karzy,
Z pań rozgrzanych, podlotków i «komi-
niarzy»
1385 Kołujący się zrobił karuzel
Szary.
Oczami po sali drewnianej —
I serce mi wali.
1390Pijany.
(Czy pamiętasz?)
orkiestra
powoli
opada
1395 przycicha
powiada,
że zaraz
(Czy pamiętasz, jak z tobą…?)
już znalazł
1400mój wzrok twoje oczy,
już idę —
po drodze
zamroczy —
już zaraz
1405 za chwilę…
(Czy pamiętasz, jak z tobą tańczyłem?…)
podchodzę
na palcach
i naraz
1410 nad głową
grzmotnęło do walca
i porywam — na życie i śmierć — do tańca.
Grande Valse Brillante
Panno, madonno, legendo tych lat?
1415 Czy pamiętasz, jak ruszył świat do tańca,
Świat, co w ramiona mi wpadł?
Wylękniony bluźnierca,
Dotulałem do serca
W utajeniu kwitnące, te dwie,
1420Unoszone gorąco,
Unisono dyszące,
Jak ty cała, w domysłach i mgle.
I tych dwoje nad dwiema,
Co też są, lecz ich nie ma,
1425 Bo rzęsami zakryte i w dół,
Jakby tam właśnie były
I błękitem pieściły,
Jedno tę, drugie tę, pół na pół.
Rośnie grom i strun, i trąb,
1430Rośnie krąg i zachwyt rąk,
Coraz więcej kibici
Chciwe ramię ochwyci,
Świętokradczo napełza
Drżąca ręka na pąk
1435drżący,
Huczą słońca grzmiących trąb,
Kołujący rośnie krąg,
Pędzi zawrót
kolisty
1440Po elipsie
falistej,
Jednomętnym rozpływem wiruje jak bąk.
Gdy przez sufit przetaczam —
Nosem gwiazdy zahaczam,
1445Gdy po ziemi młynkuję,
To udaję siłacza.
Wątłe mięśnie naprężam,
Pierś cherlawą wytężam,
Będziesz miała atletę
1450I huzara za męża.
Wniebowziętym bełkotem
O zabawie coś plotę,
Będziesz miała za męża
Skończonego idiotę,
1455Słuchasz, chłodna i obca,
Cudo-chłopca, co hopsa,
Żebyś miała za męża
Wytwornego światowca.
A tu noga ugrzęzła,
1460Drzazga w dziurze uwięzła,
Bo ma dziurę w podeszwie
Twój pretendent na męża.
Ale szarpnę się, wyrwę —
I już wolny, odeszło,
1465I walcuję, szurając
Odwiniętą podeszwą.
Z jakąś gracją diabelską,
Czardaszowo-węgierską,
Czarcie kręgi zataczam
1470 Tą przeklętą podeszwą,
Trzęsę tyłkiem łatanym
I na pysku mam łatę,
Sześć kopiejek w kieszeni
I nic więcej poza tem.
1475
Palce lewej mej dłoni,
Dziarsko w bok odrzuconej,
Między palce twe wchodzą
I znajdują pierścionek,
Zaciskają się kleszcze
1480 Choć krzyknęłaś, to jeszcze!
Niech cię boli, ty podła,
To kółeczko złowieszcze.
Ja ci inny dam pierścień:
Ja ci moim nieszczęściem
1485
Śliczną szyjkę owinę
Jeszcze przed tym zamęściem.
Mściwą pętlą zacisnę
Tę łabędzią, tę wonną,
Będziesz tańczyć na stryczku,
1490Wiarołomna madonno.
Krąży koło powroźne i podnosi się, zwęża.
Po wariacku wywija twój pretendent na męża,
A w to koło się wtańcza fabrykańcza szarańcza,
Pan właściciel, posiadacz, kareciarz, brylanciarz!
1495Jak z piekielnej czeluści wyskakują ci tłuści,
Odbijają cię, kradną, ci złodzieje, oszuści,
W pulchne łapska cię chwycą — żywo, w supeł, pętlico!
I ty w węzeł, berlińska tajemnicza ulico!
Sercem teraz (zmiłuj się, zmiłuj),
1500Echem teraz (miłuj mnie, miłuj),
Zlituj się, daruj, pożałuj,
Weź w ciemny las — i zacałuj,
Szeptem teraz, cichą namową,
Szeptem tajnym, żalem-żałobą,
1505Płynną melodią — zwolnioną —
W las cię wytańczam, madonno…
Tajnym szeptem,
żałobą,
Czy pamiętasz,
1510jak z tobą
W ciemny las mego życia wkroczyłem —
Czy pamiętasz, jak z tobą tańczyłem
walca —
Moja najbliższa
1515 i najdalsza
i najdalsza —
Tańczyłaś z obcym — z twoim mężem…
Z twoim mężem… z tamtym chłopcem
1520w ten las
na palcach
walca…
— I jak za nami, sunąc wężem,
Ruchami sprężeń i rozprężeń,
1525 Syczący, wieczny, niewidzialny,
Wśliznął się w leśne uroczyska,
Pijaną pianę tocząc z pyska.
On — nienawistnik, Gad Fatalny.
VII
A tam już rojno. Gości tyle
1530 Wtargnęło rozigraną zgrają,
Że już i pszczoły zaglądają,
Że przysiadają już motyle,
Aby pożywić się na nowym
Nieznanym klombie ogrodowym.
1535 Jak wypalane w aksamicie
Serduszka, w barwach pawiookie,
Kucnęły pęczkiem pod róż bokiem:
Gdy się im przyjrzysz, zauważysz
1540 Upiorkowaty wyraz twarzy,
Usłyszysz kazirodcze szepty,
Jak bratek uwiódł kwietną siostrę…
Już i mieczyki sterczą ostre
I są strzeliste jak afekty…
1545 Już pachnie groszek najwonniejszy,
Matki mej kwiat najulubieńszy,
I inne godne podziwienia,
Ale nieznane mi z imienia
Dzwoneczki, uszka, mordki, pyszczki,
1550 Miseczki, czarki i kieliszki,
A wszystko wita się, całuje,
Pozdrawia, gwarzy i plotkuje,
Zazdrośnie na ładniejsze łypie,
Błyszczy, dygoce, oczka sypie,
1555 Podzwania, mruga, zerka, wzdycha,
Na pierwsze miejsce się wypycha,
Trąca się, gada, opowiada
Okropne rzeczy o sąsiadach,
Po nogach depce się, uwija,
1560Przewagi cudzych barw wypija,
Woń własną wzmaga, inne tłumi,
Podkreśla wyższość swą w tym tłumie —
«
Vanity Fair»
[83] lub imieniny
Prowincjonalnej starościny!
1565
Mistrz mruczy, chrząka, zrzędzi, warczy,
Uśmiechem karci dobrodusznym
Niesfornych kwiatów zgiełk jarmarczny,
Rozkazom jego nieposłuszny,
Tutaj da klapsa, tu znów ręką
1570 Zgęszczenia barw rozluźnia miękko,
Kłąb dymu kwiatom puści w oczy,
Gdy się zanadto bractwo tłoczy —
Nic nie pomaga. Jak dzieciarnia,
Gdy rozkrzyczaną mitygujesz,
1575 Na złość zaczyna głośniej, gwarniej
I jeszcze język pokazuje,
Tak się kwiecista pepiniera
[84]
Rozzuchwaliła na wesoło…
Mistrz surowieje, marszczy czoło
1580I rozbiegane myśli zbiera.
Pociągnął cuga
[85]. Postanowił:
Swobody ujmie bukietowi.
Więc by go stłumić, ściszyć, przyćmić
(Rym podpowiada: «umistycznić»,
1585 Ale to byłaby przesada),
Ogrodnik mu obłoczność nada:
Otuli bukiet senną chmurką,
Która nazywa się «przybiórką».
Ona najśliczniej i najprościej
1590 Poskromi owe jaskrawości.
Jest to koronka, jest obsłona,
Mgiełka przez sito przepuszczona,
Perlisty dymek nikłych kwiecin,
Rośne, tiulowe oczka sieci,
1595 Gazowy welon, szron roślinny,
Drobniutka manna z kwiatów innych,
Maczek konwalii bardzo młodej,
Kaszka z kropeczek srebrnej wody.
Fontanny wonnej rozpylenie,
1600Sen przyprószony jasnym cieniem,
Kurzem świetlistym… prochem czasu…
Bukiet się mglistą złudą zasnuł…
Szepcąc ucicha… milknie… zasnął.
Zmierzch na ogrodzie — i mgła siwa
1605 Nisko po łąkach się rozpływa,
I siwa nad bukietem głowa
Chyli się… twarz śród kwiatów chowa
I już zostaje w nim straceńczo:
I grób ma z kwiatów, co ją wieńczą.
Rozdział drugi
1
O, siwa mgło! O, srebrna mgło!
O, szara mgło! O, mgło bez końca!
Jakbym przez zadymione szkło
Przyglądał się zaćmieniu słońca:
5Gdy się spacerem lekko szło —
O, gęsta mgło! wciąż gęstsza mgło! —
Sto razy tam i sto z powrotem
Pomiędzy Krótką
i Nawrotem
[86].
Przez welon łez, przez szary szron,
10 Przez mglistą gazę półwidomą
Znów widzę każdy sklep i dom,
I każde okno w każdym domu.
Najbliżej do rodzinnych stron,
15Bo gdy tak mgliście jest, to właśnie
Tęsknocie lżej, wspomnieniom jaśniej.
Dziś w Rio dżdżysty polski dzień
I polskie chmury niebo kryją.
Jak okręt-widmo, okręt-cień,
20 Dziś Łódź wylądowała w Rio.
Jak zawsze, deszcz wyciąga mnie
Od Krótkiej do Nawrotu. Potem
Sto razy tam i sto z powrotem.
I
25
Rozdział z dziecinnej «
Farbenlehre»
[87]:
W bramie robotnik usiadł stary,
Suche kartofle z miski je,
A kolor jego żółtoszary,
30 Bo głodno, chłodno, brudno, źle.
Na cmentarz żółta trójka
[88] wiedzie,
Do domu szóstka granatowa,
Zieloną czwórką się dojedzie
35Popatrz na usta tej dziewczyny,
Podręcznej
[89] z magazynu mód:
A kolor ich niebieskosiny,
Bo smutno, trudno, chłód i głód.
Piątka, spod lasu, też zielona,
40 Lecz białym pasem przedzielona;
W tryby maszyny rozpętanej
Robotnik rzuca resztki sił,
A kolor jego ołowiany,
Bo na nim metalowy pył.
45Dziesiątka jest niebiesko-biała,
Dwójka czerwienią fabryk pała,
W drukarni, znad zecerskiej
[90] kaszty
[91],
Rumieńcem płonie chuda twarz,
A kolor jego jest ceglasty —
50 — I całą «Farbenlehre» masz.
Już nie pamiętam, jak ósemka…
Żółta z niebieskim? Czy w pasemka?
Nic nie wiem… Przewrócona na bok
Na szynach leży barykadą
55 W poprzek przez jezdnię (gdzie był Zielke
[92],
A naprzeciwko Petersilge
[93]).
Za barykadą — tłum stłoczony,
A nad nią, w górę podniesiony,
Sztandar-wyzwanie, sztandar-gniew:
60 A kolor jego jest czerwony,
Bo na nim robotników krew
[94].
Tak (pod jarzębinowym drzewkiem)
Dróżnik, stojący przed szlabanem,
Czerwoną wznosi chorągiewkę,
65Gdy pędzi pociąg zasapany,
Łoskocąc w rozpalone szyny,
I maszynista osmalony,
Z lokomotywy wychylony,
Zwalnia powoli bieg maszyny
70 I pociąg w pustym polu staje…
Piotrkowska, w stronę Grand Hotelu
[95],
Jak wymieciona. Przed tramwajem
Beczki i skrzynie, a za niemi,
Z browningiem w ręku, przyczajeni
75 Klęczą bojowcy patrząc w szarą,
Bezludną przestrzeń trotuaru
I pustą jezdnię. Nic. Martwota.
Cisza i tam — bo z morza tłumu
Nic nie usłyszysz prócz poszumu
80 Przybywających gromad ludzkich,
Żeby na rynek iść bałucki
:
Z Głównej, Nawrotu i Przejazdu
[96]
Strugami się w Piotrkowską
wlewa
85 Burzliwy za przewałem przewał,
Zmierzając ku Staremu Miastu;
Ale się mało kto przepycha
Bo stamtąd, aż po barykadę,
90 W jedną się szczelną zbił gromadę
Milczący tłum, przy głowie głowa.
Jakby głowami wybrukował…
(Ten czarny tłok i nagła pustka
Są jak w dominie «mydło-szóstka».)
95
Ja, skamieniały na balkonie,
W to jedno oczy mam utkwione:
W owo czerwone na wagonie.
Wtem z krańca pustki w naszą stronę,
Od Benedykta
, od Zielonej
,
100 Sypnęło drobne, rozproszone…
Przed każdym ostry punkcik stali.
Truchcikiem sypią, mętni, mali,
Lecz rosną — już się ludźmi stali,
Sztykami
[99] prują pas martwoty,
105Już rotą stali się piechoty
W krasnych lampasach furażerek.
Stanęli. A na czele roty
Maleńki, skoczny oficerek.
Wysokie buty, błyszcząc glancem,
110 Drepcą bez przerwy drobnym tańcem,
Maleńka rączka w ciągłym ruchu:
To trąci wąsik małym palcem,
Jakby swędziło coś, to w uchu,
Jakby dzwoniło coś, to znowu
115 Przy rękojeści srebrnej «szaszki»
[100]
Maca wiszące fatałaszki.
Jak wryty stoi tłum. Nie dyszy.
A cisza taka, że w tej ciszy
Słyszysz, jak sypkim biegiem tyka
120 Szybka wskazówka sekundnika,
Za którą teraz śledzą oczy
Już spokojnego porucznika.
Już tylko one, zimne, szare,
Skaczą, drażnione tym sztandarem:
125 To spojrzą w tłum, to na zegarek.
I ciągle cisza… dech martwoty…
Jekaterynoburskie zuchy
Bezmyślnie patrzą w niemy, głuchy
130 Tłum.
Tylko czasami któryś zerknie
W bok,
Śledząc za małym oficerkiem.
I cisza, ciągle jeszcze cisza
135 Trwa.
Trzasnęło krótko. To koperta
Zegarka pana oficerka.
Właśnie minęło przed sekundą.
Więc chowa go, obciąga mundur,
140 Po szablę sięga dłoń malutka
I wtedy — nikły ruch podbródka,
A rota — jednym zamków szczękiem.
Jednym podrzutem — broń pod szczękę
I gdy wyświsnął szablę z brzękiem,
145 Gruchnęło nagle spod tramwaju.
Od skrzyń, od beczek poszło grzmotem.
Zagrało jak piorunem w maju,
Stalowym sypie się terkotem,
Płasnęła szabla ciętym lotem
150 I — «rota pli!
[102]» — i plunął z roty
Deszcz ołowiany, ale złoty.
Bo salwą blasków trysło z luf —
I zawył z bólu mur ponury,
Pękł, wzbił się w górę, stoczył z góry
155 I runął bruk stłoczonych głów.
Odchłysnął tłum rozbiegiem rojnym.
Mrowiskiem biega niespokojnym.
Wre jak kipiący kocioł smoły
I oszalałe czarne pszczoły:
160 Chmarami ulatuje w bramy
Lub miota wrzątku odpryskami
I kamienice szare plami
— I biją, trzeszczą, nie ustają
Celne browningi spod tramwaju.
165
Balkony i otwarte okna
Opustoszały. Nieszczęśliwa,
Jakaś krzycząca i okropna,
Matka z balkonu mnie porywa.
Ludzie biegają po pokojach,
170 Jak gdyby tamtych udawali,
A tam, choć głuszej, ciągle wali,
Lecz jakby naprzód… Jakby dalej…
Otwórzcie balkon! Niech zobaczę!
Matka zanosi się od płaczu!
175 Otwórzcie! Patrzcie, co się dzieje!
Patrzcie! Spęczniałe i spienione
Chlusnęły tłumy nad wagonem.
Czarna się fala środkiem leje!
Patrzcie! Porwała to czerwone
180 I płynie, płynie podniesione,
Czerwone płonie ponad czarnem!
Machają, włażą na latarnie!
Mamo! śpiewają, idą, rosną!
Niesie kobieta z twarzą groźną,
185 Usta szeroko… Mamo! Ona
Krzyczy, przeklina, pięścią do nas!
Mamusiu! Za co? Patrz! Wydarła,
O brzuch oparła kij — a na nim
Niesie czerwone z literami
190 Dwa P i S
[103]… Litery złote
I złota kielnia na krzyż z młotem.
Jakby się całe miasto wparło
Między dwa rzędy szarych domów,
195I z okien krzyk, i tłok z balkonów
W jedną się czarną wrzawę zlewa,
I domy, oblepione mrowiem,
Idą, dach w dach i głowa w głowę,
Dumnym pochodem trzypiętrowym,
200 I już kołysze się nasz dom,
I płynie, morzem uniesiony,
A za sztandarem ciągnie śpiew:
«Niesie on
zemsty grom,
205ludu gniew.
Przyszłości rzucając siew,
A kolor jego jest czerwony,
Bo na nim robotników krew,
Bo na nim robotników krew»
[104]…
210
Zwłoki bojowców i sołdatów.
Zostały po nich krwi kałuże:
Lepka purpura łódzkich kwiatów.
Najpierw je wodą polewano.
215Potem je piaskiem przysypano,
Nazajutrz zaś pędziły po nich,
Wprzężone w pary świetnych koni,
Powozy panów fabrykantów,
Panów prezesów i bogaczy,
220 Zadowolonych posiadaczy
Pałaców, banków i brylantów.
Padł tam i mały oficerek.
Śmierć mu przypięła na mundurze
Zapiekłą karminową różę
225 Barwy pułkowych furażerek.
Miał piękny pogrzeb. Pop na przedzie
Konstantynowską
kondukt wiedzie.
Za nim, z poduszką, szedł żołnierzyk,
Czapka i szabla na niej leży.
230Potem był wieniec od kamratów,
Jekaterynoburskich chwatów,
Dwóch go trzymało oficerów,
Miał szarfę: «Za caria, za wieru
I za otieczestwo»
[105]. Następnie
235 Rota miarowo i posępnie
Kroczyła w rytm warczących bębnów,
I sztyk za sztykiem, sztyk za sztykiem
Armiejskim
[106] połyskiwał szykiem,
Potem koledzy nieśli małą
240 Trumnę, kwiatami osypaną,
A wreszcie, dzwoniąc ostrogami,
Brzęcząc szablami, orderami,
Wolno, żałobnie szli panowie
245Przez pułkownika prowadzona,
Idzie wysmukła oficersza
[107]:
Żona.
Idzie — a idąc nienawidzi:
Wszystkich, wszystkiego, ich i siebie,
250 Najwięcej siebie nienawidzi,
Pompy się wstydzi, kwiatów wstydzi
I tych Moskali na pogrzebie,
Tego welonu żałobnego…
I nawet trupa nienawidzi:
255Jego — biednego, kochanego,
W tej bliskiej trumnie niesionego.
Jezu, niewinnie umęczony,
Najświętsza Matko Boleściwa,
Sprawcie, by tak nie pobrzękiwał
260 Ten tłum w ordery przystrojony!
Nie dzwońcie, szable i ostrogi,
Nie warczcie, bębny, psy żałobne!
Zmiłujcie się nade mną biedną,
Wyrwę się, pójdę, wszystko jedno,
265 Ucieknę! Kostia, miły, drogi!
Matko Najświętsza i jedyna!
(«O, matko Polko!» — przypomina —
«O, matko Polko! gdy u syna
Twego na czole…
[108]») — i urywa,
270I pod welonem, który spływa
Z czoła na łono — gładzi ono
Dzieciątkiem napęczniałe łono,
Błogosławiącą głaszcze dłonią
I z niewinnego czółka ściera
275 Straszliwe piętno, znak Kaina…
Brzęczą ostrogi, szable dzwonią,
Zły z trotuarów tłum spoziera,
Pod welon się oczyma wdziera
I milcząc grozi i przeklina:
280«O, matko Polko! gdy u syna
Twego na czole…!!» Matko Boża,
Nieszczęścia się mojego pożal!
Brzęk—brzęk—brzęk w oficerskim tłumie.
Bębny żałobne grochem drobnym
285 Biją… Szesnaście pójdzie trumien
Przez miasto… Pójdzie długi szereg
Sierot i wdów… A zamordował
Kto? On, jej mały oficerek…
Przystaje oficerska wdowa,
290Przystaje tłum — i brzęk ustaje…
Pułkownik twarz nachyla chmurną
Do ucha Zofii: «Szto? Wam durno
[109],
Sofia Ignatiewna?» — «Niet… tolko…»
[110]
I dalej idzie matka-Polka.
295
W drodze z cmentarza napotkała
Szesnastokrotny, wydłużony,
Gęsto policją otoczony
Pogrzeb tych przedwczorajszych ofiar…
Nie drgnęła. Zimna i zuchwała,
300Wprost w oczy wdowom spoglądała.
Nazajutrz rano biedna Zofia
Do ojca na wieś pojechała.
Przez trzy miesiące, smutna, dzika,
Chodziła, modląc się, śród kwiatów,
305Aż legła — córkę dając światu
W samotnym domku ogrodnika.
Jeszcze szepnięto jej: «Pannica!»
Jeszcze szeroko otworzyła
Oczy (zdumione? zawiedzione?
310 Szczęśliwe?), jeszcze się toczyła
Łza przez śmiertelnie blade lica,
Jeszcze coś chciała szepnąć tymi
Wargami, nieco mięsistymi,
Kiedy na pierś opadła głowa
315 I zmarła oficerska wdowa:
†
Zofia z Dziewierskich Iłganowa
zm. dnia 7 października
r. 1905
320
przeżywszy lat 21.
Prosi o westchnienie do Boga.
II
Na chrzcie dziewczynce imię dano
Aniela. Tak chciał dziadek. «Bo to
Anielskie jest powiedział, miano,
325A ona właśnie… pod tym względem…»
Pochrząkał, mruknął… «…Co tam będę
Tego… I jeszcze to, że lubię…»
Tu chrząknął znów, i znacznie grubiej.
Różni na świecie są dziwacy,
330Więc dla porządku dobrze wiedzieć,
Że po sezonie pan Ignacy,
Gdy ogrodniczej nie miał pracy
(A bez roboty nie chciał siedzieć),
Malarstwem świętym się zatrudniał…
335 Najlepiej znał się na aniołach:
Złocił im skrzydła po kościołach,
Niebieścił, srebrzył je, wycudniał,
Rzeźbił im z gipsu trąbki śliczne,
Odznaki dawał hieratyczne,
340Pucołowatym serafinom
Podkrążał oczki farbką siną,
Kędziory z gliny na cherubie
Powlekał lekkim tchem pozłótki
— Więc przez to właśnie i że lubię
345 Anielcia będzie tej malutkiej.
Nie, czytelniku… Całkiem płonne
Są twe obawy, że rozpocznę
Na temat imion snuć przestronne
Poetyczności zaobłoczne.
350Nie podejrzewaj, że Anielę
W związku z imieniem wyanielę,
Że wdam się,
à la Iłła
[111] miła,
Co z tego wierszy tom zrobiła,
W sprawy magiczne i wróżebne;
355Są one tutaj niepotrzebne…
Nie sądź też, chytry czytelniku,
Że zaraz zrobi się «cudownie»…
Nie myśl o naszym ogrodniku
Pochopnie zbyt i powierzchownie.
360
Posłuszny ustalonym kształtom,
W «świątkowe» zabrnie mistycyzmy,
Tak dobrze znane nam z ojczyzny,
Gdy ze świętkami, jak na hasło,
365 Świętoszkowano ile wlazło,
Gdy frasobliwość wystruganą
Za wykapaną polskość miano…
«Łot, wicie, gazdo, beło, beło
I, tak jak syćko, pseminęło»…
370O, jakże łatwo z ogrodnika
Sporządzić można by «mistyka»,
Którego by kościelne lalki
Drabiną wzniosły Jakubową,
Aby o gwiazdy stuknął głową
375 I z Bogiem wiódł zażarte walki…
Jak łatwo mógłbym puścić w górę
Te rawskie i studziańskie kukły,
Żeby, zrobiwszy w niebie dziurę,
W zaświatach się z Ignacym tłukły.
380Już w kwiatach dużo było pokus,
By rozprowadzić fantastyczny,
Psychologiczno-botaniczny,
Bardzo wygodny hokus-pokus.
Lecz pan Dziewierski, człowiek trzeźwy,
385 Nie wierzył w malowane rzeźby,
W tajemniczościach się nie gubił,
Lubił anioły — no bo lubił.
Z gustami bowiem — jak popadnie:
Kto woli popa, kto popadię,
390Ja — za popadią, jeśli ładna…
Nie lubię zaś motorów, radia,
Wycieczek, sportów, generałów,
Szparagów, wodzów i upałów,
Dyskusji, energicznych twarzy,
395Mycia żyletki, prasy, plaży,
Jajek, żelaznych charakterów,
Galerii sztuki, biusthalterów
[112],
Wielkoświatowych poliglotów,
Truskawek z kremem, samolotów,
400 Wizyt, szpinaku, wszechtalentów,
Historiozofów, monumentów,
Młodzieży, kiedy nazbyt dziarska,
Potęgowiczów, gosudarstwa
[113],
Dowcipów niedowcipnych osób,
405 Opiumowanych papierosów,
Babskich pazurów purpurowych,
Balów, a także ich królowych,
Mówców, czekania, histeryczek,
Deklamatorów, zapalniczek,
410Pieczeni, jeśli nie jest krucha,
Prawników, świąt i Króla Ducha.
A lubię: milczeć, deszcz, słowniki,
Ilustrowanych pism roczniki
(«Kłosy», «Wędrowce», «Tygodniki»),
415 Grochówkę z boczkiem, bzy, jarmarki,
Łacinę, las, pocztowe marki,
Fachowe gwary, psy, Cyganów,
Kolekcjonerów, szarlatanów,
Etymologię, aptekarzy,
420Ungra warszawskie kalendarze
[114],
Wiek dziewiętnasty, bibliografię,
Lawendę, stare fotografie,
Dyliżans, burzę, ozór z chrzanem,
Koniak, gorący barszcz nad ranem,
425 Walce i stare wodewile,
Miłostki, Litwę, wiatr, motyle,
Nie wstawać cały dzień z kanapy,
Krościenko, zegarmistrzów, mapy,
Piwo (choć Niemiec) Haberbusza
[115]
430 I kocham Pana Tadeusza.
By w związku z nieszczęśliwą córką
Na konia wsadzić ogrodnika,
Nie, nie na konia! — na konika,
435Co, kłusem lekkich jambów gnany,
Wystukałby nam podkówkami
Starą piosenkę o małżeństwie
Polki z «Moskalem» — i męczeństwie
Ojca, prawego Polonusa…
440Przepraszam — nie ruszymy kłusa!
Nie będzie pan Dziewierski kiczem
Z obliczem wielce cierpiętniczem.
On zięcia lubił. On z czułością
Cieszył się młodą ich miłością,
445 Uśmiechał się, gdy zięć wesoły
Przynosił z miasta kwiaty Zońce
I wołał śmiesznie: «Zońka-słońce,
Masz od Moskala polskie kwiaty,
Za to mu ruskiej daj herbaty!»
450Syczeli ludzie: «Hańba! Zdrada!»
I była racja w tym syczeniu.
Milczała Zosia zakochana
I była racja w tym milczeniu.
PrawdaDwie racje były.
Dwa oblicza
455 Prawdy, jak dwie są w prawdzie zgłoski,
Aż jedną — kula robotnicza
Trafiła w serce na Piotrkowskiej.
A druga prawda — czarna fala,
Te tłumy, trupa tratujące,
460I czarny blask, co nagle zalał
Jasne twe oczy, Zońka-słońce!
III
Jan Mergiel zwał się tkacz ze Zgierza
,
Który w ów dzień pamiętny zabił
Ojca Anielki. Pozostawił
465 Synka w pieluszkach, Kazimierza.
Sam bowiem padł pod barykadą.
«Kazinku!» krzyknął, kiedy padał.
IV
Niewola była obojętna,
470Nie miał wspólnego z Polską tętna;
Kraj cierpiał — on nie cierpiał z krajem,
Kraj żył nadzieją — on jej nie miał,
Kraj broczył krwią, a on kamieniał
I w myślach mruczał swym zwyczajem:
475 «Powstanie robią… cóż, powstanie…
Śmierć przyjdzie, nic nie pozostanie.
Mój ojciec w lasy chodził bić się.
Ja nic nie mówię… chcecie, idźcie…
Tak czy inaczej, tu czy indziej,
480A ona po każdego przyjdzie.
Ojca złapała na Sybirze,
A tu by miała jeszcze bliżej.
Wy powiadacie: dla wolności…
Ni ma jej, proszę jegomości.
485Dla dzieci, wnuków, dla pokoleń…
A jaką wy im dacie wolę,
Kiedy niewola i tak skosi,
Tak dobrze u nas, jak i w Rosji.
Szczyrka dopadła w Port Arturze
,
490 Galotkę, jak na saksy
[116] chodził.
Bielskiego, kiedy śpiewał w chórze,
A moją Andzię w mieście Łodzi».
(Na myśl o żonie, choć umarła,
Posępna złość mu dech zaparła;
495Westchnął, łzę połknął, jakby kawał
Nieszczęścia, w gardle uwięzłego.
Lecz o tym później. Jest to sprawa
Zupełnie inna.) «No więc… tego…
Chcesz — bij się z carem, nie chcesz — nie bij…
500
Czy Polak jesteś, czy Japoniec,
Zwali Japońca, cara, ciebie,
Ot tobie wolność: klaps i koniec».
Nieustającej śmierci w duszy.
505Ciągnęła się tam dal olbrzymia,
Na którą bezustannie prószył
Śmiertelny popiół znikomości,
Skazania, beznadziejnej czczości;
Jak wiatr w kominie zawodziło,
510Bezkresnym zatroskaniem ćmiło
Natrętne, słotne, bezforemne
I mżące rozrzedzeniem ciemnem
Swej uprzykrzonej obecności…
Pamięta: spadło to wszechmocne
515 Popołudniową pustą porą,
Jak szary i bezgłośny piorun.
Szedł w drugie święto wielkanocne
Ewangelicką. Obok żona
Wlokła się, jak się wszystko wlokło:
520On — czas — ulica wyludniona —
Dorożkę koń ciągnący stępa
[117] —
Myśli tej żółtej, co przez okno
Patrzyła na ulicę tępo —
I tacy sami jak i oni,
525Wlokący się po drugiej stronie
Z chłopcem w ubranku granatowem —
Wszystko, powolne i matowe,
Wlokło się przykro i markotnie…
I coraz było niepowrotniej,
530Głuszej i martwiej, i samotniej;
Co myśl się zjawi, to obwiśnie…
Szedł coraz wolniej i bezmyślniej…
Pustoszał czas. Dręczyło zmorą.
Upodobniło się upiorom.
535To były widma: żony — konia —
Tej żółtej — tamtych z chłopcem — — widma…
I nagle cichy, pusty piorun —
I świat śmiertelnie znieruchomiał
W pustynię, co go w nieskończoność
540 Poniosła — i popiołem smętnym
Zamżyła. W ten to dzień pamiętny
Śmierć powziął, rozpacz i znikomość.
Gdy legła przed nim pustka sroga
Żarłocznym mrokiem, siłą ciemną,
545
Dokąd z pustyni prosta droga?
O, nie wymawiaj nadaremno
Imienia-echa! Nie do Boga
Pognała go rosnąca trwoga,
550Nie w starodawne Niewiadome,
Pochłaniające swym ogromem.
Bo znienawidzi «wielkie», «wieczne»,
Bo właśnie puścił się w ucieczkę
Przed tą potęgą przeraźliwą…
555Więc dokąd?
W bliską, ziemską żywość
W radości sztuki — w Dom Zbawienia:
Dla osaczonych szarą zgrozą…
Sztuki, powiadam…. no, bo sztuki.
560 Łaskawy bowiem Srebrnołuki
[118]
(Tutaj: Smintejski
[119], co, jak wiecie,
Szarą mysz śmierci stopą gniecie)
Sprzyja nie tylko arcydziełom,
Michel Angelom (lub Anhełłom,
565 Jak go Słowacki zwie), nie samym
Chopinom, w gwiazdach zapisanym,
Dantom astralnym i Horacym,
Lecz i Dziewierskim, tym Ignacym,
I tworom sztuki ich ubogiej:
570Apollo bowiem lubi ogień
Nie tylko gorejących krzaków,
Ale i świeczek na choince,
I fajerwerków barwne młyńce;
Nie same z ponadludzkich szlaków
575 Eurypidesy i Szekspiry,
Ale i szopkę wiejskich żaków;
Nie tylko psalmy złotej liry
I orle nad skałami skwiry
Czy «huczny lot olbrzymich ptaków»
[120],
580 Ale i kosa, który śwista
U szewca na Podwalu
w klatce,
I skromny, przepisany czysto,
Prowincjonalny wiersz w szufladce,
I fotoplastikonu cuda,
585I śmieszną zwrotkę, gdy się uda,
I kicz jarmarczny nieporadny,
I bukiet wiejski, jeśli ładny.
Tak poszedł w kwiaty i anioły,
Tak zaczął lepić chimeryczne
590 Zwierzyńce, armie egzotyczne,
Indiany, Turki i Mongoły,
Tak się zaczęły obrazeczki
Techniką «kolorowej sieczki»:
Bój pod Cuszimą[121],
Smok wawelski,
595 Jarmark w Łowiczu, Krąg anielski,
Kolumb pomiędzy tubylcami,
Dno morskie, Sklepik z zabawkami…
(W tym czasie także namalował
Śmierć porucznika Iłganowa,
600Gdzie szereg sztywnych manekinów,
Wszystkie z profilu, z dymiącymi
Rewolwerami w rękach sztucznych
— Przy czym lecące widać kule —
Tyka piersiami wypiętymi
605 Luf nastawionych karabinów;
Za serce trzyma się porucznik
I całą we krwi ma koszulę.)
Tak na kółeczku kartonowym.
Co się w zegarku mogło zmieścić,
610 Kaligraficzny cud wypieścił:
Psalm Dawidowy, przepisany
Czarnym i srebrnym atramentem
«W sprężynkę», dośrodkowo, kręto,
Z mikroskopijną lutnią w centrum:
615
«Jak jeleń krzyczy do strumieni,
Tak dusza moja Ciebie wzywa,
Żywego Boga pragnie żywa!
O, kiedyż przed oczyma Twemi
Stanie spragniona, nieszczęśliwa?
620Łzy moje są mi zamiast chleba.
Gdy mi codziennie słyszeć trzeba:
Kędyż ten Bóg twój? gdzie przebywa?
Gdy prześmiewają się szyderce.
Wylewam w siebie własne serce:
625Nie chadzałżem
[122] do Twej świętynni
Z weselem, z chwałą, jako inni?
Czemu się, duszo moja, smucisz?
Nie trwóż się sobą, lecz się ucisz:
Dostąpisz Boga, który zbawia.
630O, jakże będę go wysławiał!…
…Powiem ja Bogu, mojej skale:
Przeczżeś
[123] zapomniał o mej trwodze?
I gdy się uciśniony żalę,
Czemu bez łaski Twojej chodzę?
635Jest jako rana na mym ciele,
Gdy sobie kpią nieprzyjaciele:
»Kędyż ten Bóg twój? Gdzie przebywa?«
Ozwij się, skało, gdy cię wzywam!…
[124]»
……………………………………………….
640
Obiecał nawet ksiądz Komoda,
Że o tym do «Kuryera» poda:
«Chwalebne bowiem w tym to dziełku
Zdólności widać; osóbliwie
W powinkszajoncym widzunc szkiełku…
645 A kto ma talent, niech pamienta,
Od kogó wszystkie som talenta.
Cóż, kiedy w tobie »zgryźluk« siedzi…
Jak dawno byłeś u spowiedzi?»
Tak — w sposób ludziom niepojęty —
650 W butelce zjawił się zaklęty
Ogródek — z błystków, koralików,
Paciorków, szkiełek i kamyków…
Tak w słojach zamieszkały żabki,
Jaszczurki, żuki i trytony;
655Tak napełniły się szufladki
Aromatami ziół suszonych;
Tak mała izba przy sklepiku
(Na zimę bowiem do miasteczka
Przenosił się i z wnuczką mieszkał
660 W zacisznym, ciepłym pokoiku
Przy sklepie pani Tekli Bielskiej,
Której mąż miał «zdólności» duże:
Basem w kościelnym śpiewał chórze,
Po czym powiększył chór anielski)
665 Przybrała wygląd tajemniczej
Wesołej groty czarodzieja:
Pułap gwiazdami powyklejał
Z kołem zodiaku i księżycem;
Pod lampą, prawie Aladyna,
670Bajeczne żagle swe rozpinał
Korsarski statek holenderski —
Sam go zbudował pan Dziewierski
Według ryciny z kalendarza
«Czytelnia stanu włościańskiego».
675 Kalendarz był od aptekarza
Kamila Rozpędzikowskiego,
Który miał prawe oko szklane
(Na noc podobno wyjmowane),
Szpicbródkę oraz wąsik rudy;
680Schylony był, wysoki, chudy,
Olejkiem goździkowym pachniał
I koralowa kulka krwawa
Zdobiła biały jego krawat;
Prócz aptekarstwa drugi fach miał:
685 Manipulował tak palcami,
Że cienie ich niezwykle wiernie
Imitowały menażerię;
Gdy palce puszczał w ruch pan Kamil,
Królik uszami strzygł pociesznie,
690 Garbaty wielbłąd klękał śmiesznie,
Kozioł rogaty brodą kiwał,
A pan aptekarz pobekiwał
Wpadając w tony czysto koźle;
Ten jeszcze robi żart, że oto
695 Zakryje dłonią zdrowe oko
I samym szklanym patrzy groźnie
Na wątłą żonę Antoninę,
Jęczącą walce przy pianinie.
Mieszkali w domku «pod lipami»,
700Więc byli Bielskiej sąsiadami.
Nie wspomnę już o innych w grocie
Zabawkach, fraszkach i igraszkach,
Wiatraczkach, samodziobach-ptaszkach —
I różnych cackach, większych, mniejszych,
705 Którymi półki ponastawiał…
Sto niespodzianek i sto pociech…
Słowem — nie zawiódł się Smintejczyk
(«O, jakże będę go wysławiał!»).
V
TeatrLecz nad czym się najbardziej czulił,
710 Najbardziej srożył jednocześnie,
Co najmiłośniej w sercu tulił
I nad czym cierpiał najboleśniej;
Co majster-klepka nasz magiczny
Najwięcej kochał w czas zimowy —
715 To teatr, teatr swój tragiczny,
Przybytek duchów tekturowy.
Było to wnętrze starej sali
Sellina
[125] w Łodzi. Tam przed laty
On z Andzią na galerii stali,
720Zaczarowani, skamieniali,
Kiedy ów czarny i zębaty
Przewracał błyskające oczy
I z warg mięsistych pianę toczył,
Gdy chytry judził go i kusił,
725Aż wódz uwierzył — i zadusił.
Sklecił z deseczek i tekturki
Widownię, scenę i figurki
Przedstawiające, tak jak widział,
Wściekłego Negra, generała
730 Weneckich wojsk, i jego żonę,
Pod stropem zaś, na paradyzie
[126],
Andzię i siebie. Świeczka stała
Przed teatrzykiem — i drżącymi
Blaskami dramat oświetlała.
735
Trzy razy, wieczór po wieczorze,
Musiał z nią chodzić — tak ciągnęła…
I tak do serca sobie wzięła
Tę smutną bajkę o potworze
Z Afryki i o białej pani,
740Że była jakby urzeczona
Prześliczna jego narzeczona…
A już na zapowiedzi dali.
Pisze w kronikach starodawnych,
Że gościł w mym rodzinnym mieście
745 Pewien murzyński aktor sławny
[127].
Bóg raczy wiedzieć — czy w przejeździe
Skądś dokądś — czy go przeznaczenie,
Posłuszne czarnej jego gwieździe,
Ku łódzkiej skierowało scenie,
750Dość, że nad Łódkę zawędrował,
Tam na teatrze występował,
Tam zmarł na jakieś zapalenie
Z dala od Afryki-macierzy
I na cmentarzu łódzkim leży.
755A mieszkał u «Klukasa»
[128] — tam gdzie
Pan Ignaś poznał swoją Andzię.
Bo gdy był jeszcze, w czasy tamte,
U pana Salwy
[129] praktykantem,
MiłośćOdnosił kwiaty do hotelu,
760Gdzie Andzia była pokojówką.
I, jak to bywa, uśmiech, słówko,
Mała przejażdżka w karuzelu
— I byli w sobie zakochani:
765On więcej, ona mniej; tak bywa
I często miłość jest szczęśliwa,
Jeśli nie wtrąci się nieszczęście.
Lecz ono wtrąca się najczęściej.
CieńTutaj — dziwacznym, smutnym cieniem
770 Weszło za nimi do kościoła.
Cień echem po imieniu wołał
Za księdzem; cień przyklękał, wstawał,
Ślubne obrączki im podawał,
Ciemniał w bukiecie białych lilii,
775 Sprawnie drużbował im żałobą,
A gdy z kościoła wychodzili,
Cień welon niósł za panną młodą.
A kiedy przyszła na świat Zosia,
Ulżyło im — i cień się rozsiał,
780Jak gdyby po raz drugi umarł.
Lecz wkrótce wrócił czarny tuman:
Z kumą spiknęła się kumosia,
Z kumosią się zmrugnęła kuma
I pochylone nad kołyską
785Patrzyły w dziecko bacznie, blisko,
Badając biel małego ciałka,
Świdrując jasnych oczu białka —
Aż przeniknęły tajemnicę
Genialne antropolożyce:
790«A nie mówiłam? Widzi pani?
Usta, jak żywe, z Afrykanii».
I trzeba przyznać — miały rację…
Była w nich lekka hipertrofia
[132].
Zosieńka — Zosia — potem Zofia
795 Miała te wargi nie po matce
I nie po ojcu. Po kim? Nie wiem.
Nie wierzę, żeby tam coś «było»…
Nie wierzę, lecz nie jestem pewien…
Ale niestety uwierzyło
800
Stugłowa hydra — podejrzenie…
I tu — o, jaka chęć mnie bierze,
By w związku z fantastyczną fauną
Znowu zabawić się uczenie:
805Opisać hydrę fabularną!
Po uszy zabrnąć w rygor srogi
Erudycyjnej mikrologii,
W wykazy źródeł, bibliografie,
Tak jak to lubię i potrafię…
810O, jaki wilczy mam apetyt
Zapuścić się w przypisów petit
[133],
W owe p., ib., por., cf., l. c.
[134]
Itp. drobiazg ważny wielce.
Odezwał się wrodzony nałóg
815 Zgłębiania kuriozalnych nauk,
Szperania po foliałach grubych,
By dwuwierszową złowić wzmiankę,
Gubienia się w drobnostkach lubych,
Z których nie będzie mieć korzyści
820 Ani współczesność, ani przyszłość,
Lecz tacy są już specjaliści:
Im mniejsza rzecz, tym większa ścisłość;
Czytania mądrych traktacików:
O mumiach u Asyryjczyków,
825
De carminibus figuratis[139],
830
De matrimoniis incantatis[146],
De bibliotheca Adami[147],
O św. Jacku z pierogami,
835
Lecz
Monstra Fabulosa[150], postrach
Mediewalnych
[151] mrocznych katedr
(Niejeden średniowieczny frater
[152]
Biesa się uczył na tych monstrach),
Lecz zoologia legendarna,
840 Teratologia
[153] fantastyczna,
Z nauką o demonach styczna,
Dziwy zamorskie i bestiaria
[154],
Wysnute z wyobraźni mnichów
I «do Indyey» podróżników,
845Gnanych cudowną żądzą cudów
W bajeczne kraje barwnych ludów —
— A pletli ci peregrynanci
[155]
Troje niewidy z tych awantur —
Te sprawy, czytelniku, znam ci
850 Nie gorzej niż profesor Jan Tur
[156].
Wiem z
Prodigiorum chroniconu[159]
O wszelkich bestiach i potworach
Antarktyki
i Septentrionu
[160],
855I wiem, co widział św. Brandan
[161]
Na wyspach oraz co w Brazylii
Czy św. Izydor z Sewilii
[164],
Znam
Singularitéz Théveta
[165]
860I
Miroir du monde Brunetta
[166],
Księgi Wielkiego Albertusa
[167]
Tudzież Olafa (też Magnusa
[168]),
Znam groźny i zaczarowany
Diabelskich stworów świat potworny,
865
Śród jednorożców
[173] nie pomieszam
Eglisseriona
[174] z monocerem —
Wszystko to znam jak własną kieszeń
870 I mógłbym tutaj, za Gesnerem
[175],
Hydrę
[176] opisać… Lecz «
referens
Gdy tylko wspomnę tę istotę…
Lecz wierz mi, wierz mi — wiem coś o tem —
875 Gorszą jest bestią Podejrzenie.
Tym gorszą, że to chytre zwierzę…
Wije się, łasi, do stóp ściele
I ani człowiek się spostrzeże,
Jak już jest wroga przyjacielem.
880Ten z piekła rodem zwierz stugłowy
Staje się wiernym psem domowym,
Co cię na krok nie odstępuje
I służąc panu — sam panuje…
…………………………………………….
885 Tak wrócił cień i szedł przed nimi,
I szeptał «Tak» ustami Zosi…
……………………………………………
Mówiły inne, mniej genialne,
Że się po prostu «zapatrzyła»
[178]…
890 ……………………………………………
VI
W głębokim śnie, w głębokim śniegu
Mieścina leży pogrążona.
Sennego księcia i śnieżnego
Twarz świeci, srebrnie zamrożona,
895 Uśmiechem białym nieruchoma.
ZimaPodpiera domki śnieg pierzasty,
W wysokie nawalony zaspy;
Czasem je wiatr napadnie dmący
I z puszystego wierzchu zwiewa
900 Pył roziskrzony, kołujący.
Dwa bratnie przed sklepikiem drzewa
Są jak śmietaną ochlapane
Lub jakbyś mydlin gęstą pianę
Rozrobił na zwichrzonej brodzie
905 Świętego Mikołaja, który
Śpi stojąc; w ręku ma latarnię:
To szyba okna, cała w lodzie.
A za nią światło planetarne
Mrugliwej lampy. Mróz-kwiatodziej,
910 Co brylantową ma kwiaciarnię,
Bystro tęczuje iskierkami,
Miotając ognik za ognikiem,
Diamencik goniąc diamencikiem
Z takim pośpiechem, że chwilami
915 Sam nie wie, czy jest ogrodnikiem,
Czy wielkomiejskim jubilerem.
Gdy przed witryną, rozigraną
Rozbłysków migających gamą,
Przystaje warszawianka śliczna
920I, przedgwiazdkowo elektryczna,
Napływem pragnień podniecona,
Klejnoty poleruje wzrokiem…
Oczy, porwane skier potokiem,
Z błyskami skaczą po kamieniach…
925 Rozpromieniona od olśnienia,
Gwiazdeczki mroźne ma na futrze,
A rzęsy w lodowatym cukrze.
Dwie perły po jej licu biegą:
Uriańska
[179] z noska zadartego,
930A z oczka — kałakucka perła
[180].
PiesTymczasem ziębnie psina wierna
I niecierpliwie chwile liczy,
Dygocąc na zielonej smyczy;
Więc, żeby skrócić to czekanie,
935 Dżoncio urządza się przy ścianie:
Robi ze siebie trójnóg wschodni
I nagle śnieg topnieje pod nim.
— Piesku najmilszy! Dżenteldogu,
Który umiałeś umrzeć w porę
940 I dziś nie tułasz się upiorem,
I obcych nie obijasz progów!
Nabrałbyś może złych nawyczek
Na tej żebrackiej «emigracji»…
Dżonciu mój luby! Masz pomniczek…
945 Wybacz, że w takiej sytuacji.
Mała w kołysce zakwiliła,
Ogrodnik wstaje i przewija.
Ułożył wnuczkę, uspokoił.
Śpi. On, schylony, dalej stoi
950 I patrzy, szuka wzrokiem szpiega
I zdaje mu się, że dostrzega…
Wtedy na białym tynku ściany
Cień się pojawia zapomniany
I trwa — choć pan Ignacy odszedł
955 I znowu siadł przy swym theatrum.
Coś szepcąc… A ze ściany odszept.
Za oknem cienka aria wiatru
Wtóruje tekstom dwóm szeptanym…
A prawda gdzie? Po wieki wieków,
960Póki odrzucasz cień, człowieku,
Tylko w Williamie opętanym,
Co wszystkie kręgi piekła obiegł!
«Nie» mówi cień… «Tak» mruczy człowiek…
I myślą, że trafili w sedno,
965A straszny William, co był na dnie,
Jak duch podnosi się z zapadni
I wyrokuje: «Wszystko jedno»…
…A noc wciąż wyższa i gwiaździstsza
I kręty wiatr wciąż wyżej śpiewa,
970I gwiezdny w okno pył nawiewa,
Gdy w smutnym teatrzyku mistrza
Barwne figurki tekturowe
Wiodą zmyślonych serc rozmowę,
Prawdziwszą niźli serc prawdziwych,
975Ach, i tak samo nieszczęśliwych!
Była to noc błogości. Poczuł
Napływające łzy do oczu
I ciepłą słodycz w zakochanym
Jak dawniej sercu…
980Była to może noc Przemiany
I cudu — wyraźnego cudu:
Bo ręką strącił cień ze ściany,
Na ziemię rzucił i podeptał…
I raptem, w mowie mu nieznanej,
985«Perdition catch my soul, wyszeptał,
But I do love thee…»
[181]
Lecz kto ona?
Usiadła przy nim martwa żona,
Dłoń położyła mu na dłoni
990I księżycowo wysrebrzona
Boleśnie trwała w ciszy wielkiej,
Potem podniosło się zjawisko
I pochylone nad kołyską
«Zosiu» szepnęło do Anielki…
995Potem zaczęło mętnieć, szarzeć,
I w bladą mroźność już się wrzynał
Amarantowy brzask zarzewiem…
«Było?» «Nie było?» — nic już nie wiem…
«Prawda?» «Nieprawda?» — wszystko jedno.
1000 Znów się zimowy dzień zaczynał,
Magiczne dekoracje bledną,
W sercu i w izbie coraz jaśniej,
Świeczka do dna dopływa… gaśnie…
Może i «było»… Choć nie sądzę…
1005Na wszystkim ślubnie śnieżny welon…
«I am declined, jak rzekł Otello,
Into the vale of years…»
[182] I błądzę.
VII
Tak jak rosła. Zimą w owej grocie,
W aptece wonnej i sklepiku,
1010A latem w lasach i w ogrodzie
Lub «na fabryce», śród letników.
Była jej matką pani Bielska
I wątła pani Kamilowa,
A czasem doglądała dziecka
1015 Moja poczciwa Michałowa.
I tak Anielkę Bóg uchował,
Że z sierocego wzrastał zielska
Kwiat polski — panna Iłganowa.
W sklepiku było ciepło, ciasno,
1020 Siedziało się śród worków z mąką
(Szczęśliwy, kto w dzieciństwie zasnął
Wtulony w taką białość miękką,
Gdy świerszcz za ścianą struga cienko,
Gdy w śniegu drzemie ciche miasto,
1025 Gdy jeszcze słychać: «łut rozenków,
Font cukru, mendel jaj, wanilii…»
A już rosnące pachnie ciasto,
A już zapadasz w sen Wigilii,
Już prawda się ze złudą miesza
1030 I ćmi z komina modrym dymkiem:
To Andersen senniki wiesza
Na planetarium twej choinki…
Ściągnąłem to z własnego wiersza
O Zasypianiu.)
1035Więc, jak mówię,
Siedziało się śród worków z mąką,
Tęczowe brało się landrynki
Z wysokiej cylindrycznej puszki,
Która się trudno otwierała,
1040Gryzło się «pestki» i «okruszki»,
Chleb świętojański zajadało,
A po szufladach — jak u dziadka:
Inny aromat co szufladka,
Suszone śliwki i migdałki,
1045 Muszkatołowe ciemne gałki,
Angielskie ziele, pieprz, cynamon,
Tłuste pręciki waniliowe,
I czarne, suche i z łebkami
Goździki… Tymiż goździkami
1050Pachniał z daleka już pan Kamil,
A pochodziło to z balsamu,
Który przepisał sobie sam — i
Polecał bardzo innym panom.
Sam też miksturę tę wyrabiał
1055 Pod nazwą «Balsam Sangwarabia»,
Że niby z jego stosowania
Krew ma się jak arabski ogier
(Tutaj palcami tak małpował,
Że koń na ścianie galopował):
1060«Browar, proszę ja pana! ogień!
I wiesz pan co? Kobietki skłania
Tak, że pan będziesz się oganiał!»
Lecz wątła pani Kamilowa
Innego o tym była zdania.
1065Aptekarz się z Anielcią bawił:
To groźne oko swe postawi,
To puści chiński cień z profilu
Z murzyńską wargą. Stary filut!
Oko straszyło, twarz bawiła.
1070Z tego sen pierwszy: zła, zawiła
Okotwarz jakaś, z kotem w środku.
Seledynowo mżącym, zmiennym
(W aptece był zielonooki
I narkotycznie zawsze senny);
1075Potem tę twarz miał zegar ścienny,
Pan nieprzyjemny i wysoki.
Wciąż «tak» i «nie» powtarzający
I w sen wchodzący sztywnym krokiem.
Na górze stało nieszczęśliwe
1080 Ogromne zwierzę połyskliwe.
Szczerzące czarno-żółte zęby;
Pani siadała, biła zwierzę.
Krzyczała coś — i od uderzeń
Brzęk drżący płynął z jego gęby.
1085
Najładniej było — i najsmutniej —
Gdy dziadek «figurkami ruszał»
Albo kwiatami… Kiedy plótł je
W powiastki i do życia zmuszał…
1090Gdy powolutku w tej malutkiej
Budziła się zdumiona dusza.
VIII
Dziewięć lat miała, kiedy z dziadkiem
Na cmentarz poszła. «Tutaj klęknij.
Paciorek zmów za duszę matki.
1095Połóż te lilie. Krzyża sięgnij.
Tak. Teraz mów, powtarzaj za mną:
»Opiece Twej, Najświętsza Panno,
Polecam duszę męczennicy,
Matki mej«. Dosyć. Jak usłyszy,
1100To starczy. A jak nie usłyszy,
To szkoda słów.
Teraz za ojca męczennika
To samo zmów.
Za Konstantina… Konstantego!
1105Przeżegnaj się. Tak. No i… tego…
Pójdziemy»… Lecz od wrót cmentarnych
Zawrócił nagle — i pod czarny
Matczyny krzyż ją znów skierował
I krzyknął, aż dziewczynka zbladła,
1110 Zatrzęsła się, na klęczki padła,
Tak szarpnął! Pierwszy raz tak krzyczał.
A krzyczał: «Teraz się wyliczaj
Z nie swoich grzechów! Teraz, mała,
Za Polskę módl się! Nie za »Polszę«
1115Lub, nie daj Boże, za najgorsze…
Rozumiesz?» Nic nie rozumiała,
Więc powtórzyła, co umiała:
«Opiece Twej, Najświętsza Panno,
Polecam duszę męczennicy,
1120Matki mej»… A on: «Nie płacz. Wstań no.
Już dobrze. Nie płacz! Wstyd pannicy
Być taką beksą»… A sam szlochał
I tulił ją… jak ja tę powieść.
Nie wiedział dotąd, jak ją kochał!…
1125 Kogo? Ach — kogo! — — —
Po odpowiedź
Pojechał autor w antypody.
Wiedział i w Polsce oczywiście,
Lecz że tak mocno go to ściśnie,
1130 O tym nie wiedział, wolny, młody.
Po tamtej stronie Wielkiej Wody,
Daleko — z tamtej strony Wisły,
Gdzie «kąpałásie» wrona,
A pan kapitan myślał,
1135Że to jego żona;
Panie kapitanie,
To nie twoja żona,
To jest taki ptaszek.
Nazywa się wrona…
1140 Bo ta piosneczka — to też ona,
Jedyna i nieunikniona,
Dokąd poniosą wszystkie żagle.
Chociaż daleka — zawsze bliska…
Ojczyzna jest to Węch — i nagle:
1145 Swąd dymu w polu, choć ogniska
Nie widzisz. + Biała chata niska
W sadku wiśniowym. + Na mokradle
Ognik wieczorem. + Róg Traugutta
I Mazowieckiej
. Jak tam zdrowie,
1150 Kochana pani kwiaciareczko? +
— Daleko, panie, do Rdułtowej?
— Pół mili będzie, niedaleczko.
+ Zapach uprzęży mokrej. + Konie
W mróz parujące. + «Moja pani!
1155Jakie to ludzie są!…» + W wagonie
Nad ranem, zżółkli, niewyspani
Pasażerowie. + Zamek we mgle
Przymrozku. + «Skropić weżetalem
[183]?»
+ W podwórko nasze wozy z węglem
1160 Wjechały. Sypią. + W karnawale
Świt przed «Oazą»
[184]. + Targ na Rynku
Zielonym w Łodzi. + Koper w słoju
Ogórków. + Pod Simonem
[185] stoją
Taksówki. + Dróżką pogrzeb wiejski;
1165Śpiewają. + Autem przez Aleje
Piłsudski
siwy i niebieski.
+ Noc. W szronie książę Józef
[186]. + Dnieje
Nad Wisłą. + Pobekują owce
Na Kalatówkach
. + Wielkanocne
1170 Baranki na wystawach. + W Wilię
Ci, co ostatni drzewka niosą
Do domu. + Żółte wodne lilie
Na zzieleniałej wodzie. + Boso,
Z płachtą na głowie, pastuch moknie
1175 W polu. + Trumienka srebrna w oknie,
Na niej «klapsydra». + Małe kartki
Ręcznie pisane, przyklejone
Do muru: «Pokój przy rodzinie»…
+ Hortensja. Wedel
[187]. + Mięsa ćwiartki,
1180Sino ołówkiem poznaczone,
Na haku. + «Wielka rewia» w kinie
Na Woli. + Drobne ogłoszenia
«Kuriera Warszawskiego»
(każde:
Nowela Prusa; wnętrza mieszkań).
1185
W dorożce. + Imieniny Leszka
[190];
Przyrynek
, Freta
. + Pod Halami
Baby sprzedają na chodniku
Suszone zioła. + «Moniuszkami
[191]
1190 Nie przejadzie»… + Park wilanowski
W słoneczny ranek, w październiku;
Miedziany pożar liści. + Ryby
W kramach na rogu Mokotowskiej
I Hożej
. + «Szyby — szyby — szyby!»
1195 (Szklarz, stary Żyd.) + Kościół Wizytek
W księżycu. + Nina Morsztynowa
[192].
Wódka w południe w Pławowicach.
+ Kwietnik w Sikorzu
. + Giętkość witek
Brzozowych (można w supeł). + Kowal
1200 Podkuwa konia, a chłop trzyma
Za uzdę. + Migające ognie
W chatach, gdy jedzie się pociągiem
W zimowy wieczór. + Konik ciągnie
Masztową sosnę leśną drogą;
1205 Skrzypienie kół; chłop zwiesił nogi.
+ Na Solcu
«destrebucja». + «Kogo
Szanowny pan uważa?» + Magle.
(Szyld: trup w surducie kręci koło.)
+ «Poprosz-sze o bilety»… + Nagle
1210 Z mariackiej
wieży rój gołębi
Sfrunął. + «Choć goło, to wesoło»,
«Grunt nie przejmować się», «Te, wariat,
Wisła się pali». + Smak jarzębin
Cierpki. + Kościołki na Podhalu
1215 Ciemne, drewniane. + Komisariat
W sobotę wieczór. + «To wypada
Dla kurwy tak?» + «Do Malinowskich
Nie chodzę: cugi
[193]!» + «Czekolada!
Brukowce, piwo, lemoniada!»
1220 + «Ta gówno, panie» (akcent lwowski).
+ Śliwki węgierki łamać. + Sztuczne
Kwiaty i wieńce makartowskie
[194].
+ Obrzękła z płaczu twarz Wieniawy
[195],
Gdy na tańczącym koniu wiedzie
1225Pogrzeb marszałka
[196]. + Zwiedzam Wawel
Na parę dni przed wojną…
……………………………………………….
………………………………………………
Potem — —
1230 Potem to wszystko i mnie przedziel
Atlantykiem tęsknoty. Potem
Przez ten Atlantyk i tęsknotę
Sto razy pomnóż? Tysiąc! Mało!
1235 Szeherezady, którą niegdyś
Co dzień się żyło, oddychało,
Nie wiedząc wcale, że mitami
Na każdym kroku oddychamy!
Że Łódź Bagdadem jest bajecznym
1240 Albo La Manczą manczesterską,
Tomaszów — ach! Tobosem
[197] wiecznym,
Warszawa — Troją bohaterską
I Jeruzalem, której murom
Śpiewają, płacząc, dwa narody
1245 Jednej niedoli pieśń ponurą…
Któż wtedy wiedział, że daleką
Stanie się Kraków świętą Mekką,
A góra Giewont — Siódmą Górą,
A rzeka Wisła — Siódmą Rzeką?
1250
My country is my home. Ojczyzna
Jest moim domem. Mnie w udziele
Dom Polski przypadł. To — ojczyzna,
A inne kraje są hotele.
1255A w nim (pamiętasz?) ta szuflada,
Do której się przez lata składa
Nieużywane już portfele,
Wygasłe kwity, wizytówki,
Resztki żarówki, ćwierćołówki…
1260Leży tam spinka, fajka, śrubka,
Syndetikonu
[198] pusta tubka,
Jakaś pincetka czy pipetka,
Stara podarta portmonetka,
Kostka do gry, koreczek szklany,
1265Bilet na dworcu nie oddany,
Szary zamszowy futeralik,
Zeschły pędzelek, lak, medalik,
Przycisk z jaszczurką bez ogona,
Legitymacja przedawniona,
1270Brązowe pióro wypalane
Z białym napisem «Zakopane»,
Korbka od czegoś, klucz do czegoś,
Lecz już oboje «do niczegoś» —
Słowem, wiesz, jaka to szuflada…
1275A gdy jej wnętrze dobrze zbadasz,
Znajdziesz tam małe, zasuszone
Serce twe, w gratach zagubione…
Więc nie wyrzucaj nic, nie sprzątaj…
Przyda, nie przyda się — niech leży.
1280 Oszczędzaj graty przy «porządkach»
W takich szufladach i zakątkach,
Boś z każdym cząstkę życia przeżył
I trwasz, nie wiedząc, z tą starzyzną…
Jak z tą szufladą, tak z ojczyzną:
1285 Nic nie wyrzucisz. Coś ci wzbrania
Przetrząsnąć lamus przywiązania
I «niepotrzebne», «nieużyte»
Usunąć. Niech zostanie z tobą.
Zabobon, mówisz? Tak, zabobon…
1290 Ludzie uczeni zwą to — mitem.
Nagłych, z zaułka, zjawień, olśnień,
To z barwy, z linii, to z melodii
Chwila ojczyzną ci wyrośnie.
1295Zjawi się taka niewątpliwa,
Wyłączna, nie do podrobienia,
Że poznasz z echa, zwęszysz z cienia:
To ona — twoja, własna, żywa.
A to silniejsze niż potęga
1300 Batorych, Chrobrych, Jagiellonów,
Niż pompatyczna dziejów księga,
Niż namaszczona rozbajęda
Bombastów, bardów, fanfaronów!
O, te histriony
[199] historyczne!
1305O, ci histerycy historii,
Rymarze «glorii» i «wiktorii»,
Gęsi skrzeczące na zapłotkach
O swych kapitolińskich przodkach!
O, historyczne rymochlasty,
1310«Patosem dziejów» rozegżone,
Skrzydlate szkapy, zaprzężone
W dziejowy rydwan drabiniasty!
Dalej będziecież Polskę włóczyć
Po «szlakach», «misjach», «przeznaczeniach»?
1315 Znowu się będzie byle szczeniak,
Fuks
[200] gazeciarski i codzienniak
Tłustością dawnej chwały tuczyć?
A szlag niech raz te «szlaki» trafi!
Zamiast historii rozbuchanej,
1320Może by trochę, dla odmiany,
Botaniki lub geografii?
A kysz, bajczarzu bałamutny,
Plotący szumne historyzmy!
Nie okryć matejkowskim płótnem
1325 Nędzy, nagości, ran ojczyzny!
Na wielkość będziesz ją skazywał,
Na przeznaczenia, orły, szczerbce,
A lud ci będzie pokazywał
Łatane portki, zdarte kierpce?
1330Będziesz swym piórkiem naród wodził
Na historyczne dęte szlaki,
A on o głodzie i o chłodzie
Po kurnych chatach będzie smrodził
I pasem ściskał puste flaki
1335 Albo pogubi je, wyprute,
Na krwawych drogach ku «wielkości»…
Legną kurhany białych kości
Na polach… To jedyny skutek
Arcydziejowych wspaniałości.
1340Historia! «Historyczne prawa»!
Patrz — «
die Geschichte»
[201] jest u celu!
Patrz — leży stara kurwa krwawa
W spalonym własnym swym burdelu,
Ofiara własnych swych nakazów,
1345 Przeznaczeń, szlaków, drogowskazów,
Które wbił w rdzeń germańskich mózgów
Jej pierwszy alfons oraz uczeń:
W prościutkiej linii miłe wnuczę
Herulów
, Wolsków
i Cherusków
!
1350Patrz — drugi! rzymski kipiszczyna
[202],
Il grande storico gridore[206],
Antycznych małpujący Rzymian!
Pokazał jeden jak i drugi
1355 Wielkodziejowe swe zasługi
I — trzeba przyznać — zdał egzamin:
Do czego kurwę swą dokurwił
Historycznymi przesłankami.
1360Nie chcemy milionowych czeków,
Płatnych na Marsie za sto wieków!
Drobne, lecz na stół! Dzień zwyczajny,
Dzisiejszy dzień strapionym dajmy!
Banknot radości — nie numizmat —
1365 I bilon szczęścia — nie brakteat
[209] —
A piękny historyczny teatr
W muzeum może mieć ojczyzna!
O, spekulanci! O, rzeźnicy;
Którzy na ladzie swojej jatki
1370 Padlinę macie dla ulicy,
Kości pradziadów i odpadki,
A Dzień Dzisiejszy — tłusty, świeży —
Pod ladą wielkim połciem leży:
To — dla was. To wynagrodzenie
1375 Za patriotyzm i natchnienie.
O, telewizjonerzy świetni!
Zapowiadacze szczęśliwości,
Propagujący «wyścig», «pościg»,
Wszystko dla Jutra, dla Przyszłości,
1380A dzisiaj — bankiet dla proroka:
Za bystrość przezierczego oka,
Za śmiałość przenikliwych wejrzeń,
Za wiarę, ufność i za «hejże!»…
A innym — generalny pościk.
1385
Moi mocarni i dziejowi
Nieraz wzdychali, zazdrościli:
«Gdybyż to nam… w dziejowej chwili..
Gdybyż naszemu narodowi
Takiego wodza i geniusza!…
1390Wróg? Niemiec? Owszem, proszę pana,
Ale uchylam kapelusza.
Szatan? Bodajby i szatana
Takiego mieć, proszę ja pana,
Bo to potęga — a nam trzeba
1395 Potęgi, jeszcze raz potęgi —
I naprzód, ufni w pomoc nieba,
Naprzód — po nasze ideały!
Czytał pan przecież wieszczów księgi,
Więc wie pan: wiara wzrusza skały,
1400 Słowo jest czynu testamentem
[210]…
A Chopin! Gdyby naród cały
Zapalił się tym ogniem świętym
Wiary w potęgę! Gdyby znalazł
Taką jednostkę — oczywiście
1405 Polaka, Piasta, proszę pana —
I zrzucił z nas niewiary balast,
O, wtedy zobaczylibyście,
Co może naród twardy, karny,
Gotowy, zwarty i mocarny!»…
1410— Znam, proszę pana, te «zwycięskie
Narody». Wiem też, ku przestrodze,
Co taki naród z takim wodzem
Na «historycznej» swojej drodze
Potrafi zdziałać.
1415Wolę — klęskę,
Niż żeby w Polsce miał być panem
I zaprowadzić ład pogański
Antychryst zmotoryzowany
I chmurnych durniów rząd tyrański.
1420A cóż to, panie, za ideał:
Ten sam szubrawiec w polskim sosie?
Pięknie by wieszczów polskich wcielał!
(Chopina sądziłby po nosie.)
I gdyby nawet był Polakiem,
1425Z całą wyższością swego rodu
Nad owym, germańskiego chowu,
Dichterem
[211] z nożem za kubrakiem,
Denkerem
[212] z jaskiniowym przodkiem,
Jeszcze by wtedy był łajdakiem,
1430 Jeszcze by większym był wyrodkiem.
Żadni nadludzie ni olbrzymy,
Boga o inną moc prosimy,
O inną drogę do wielkości:
1435
Chmury nad nami rozpal w łunę,
Uderz nam w serca złotym dzwonem,
Otwórz nam Polskę, jak piorunem
Otwierasz niebo zachmurzone.
Daj nam uprzątnąć dom ojczysty
1440 Tak z naszych zgliszcz i ruin świętych,
Jak z grzechów naszych, win przeklętych:
Niech będzie biedny, ale czysty
Nasz dom z cmentarza podźwignięty.
Ziemi, gdy z martwych się obudzi
1445 I brzask wolności ją ozłoci,
Daj rządy mądrych, dobrych ludzi,
Mocnych w mądrości i dobroci.
A kiedy lud na nogi stanie,
Niechaj podniesie pięść żylastą:
1450Daj pracującym we władanie
Plon pracy ich we wsi i miastach,
Bankierstwo rozpędź — i spraw, Panie,
By pieniądz w pieniądz nie porastał.
Pysznych pokora niech uzbroi,
1455Pokornym gniewnej dumy przydaj,
Poucz nas, że pod słońcem Twoim
«Nie masz Greczyna ani Żyda».
Puszącym się, nadymającym
Strąć z głowy ich koronę głupią,
1460A warczącemu wielkorządcy
Na biurku postaw czaszkę trupią.
Biegłymi zrób łacinnikami
Ministrów naszych, by wiedzieli,
Że są sługami, nie panami,
1465A księży naucz ewangelii.
Piorunem ruń, gdy w imię sławy
Pyszałek chwyci broń do ręki,
Nie dopuść, żeby miecz nieprawy
Miał za rękojeść krzyż Twej męki.
1470Niech się wypełni dobra wola
Szlachetnych serc, co w klęsce wzrosły,
Przywróć nam chleb z polskiego pola,
Przywróć nam trumny z polskiej sosny.
Lecz nade wszystko — słowom naszym,
1475 Zmienionym chytrze przez krętaczy,
Jedyność przywróć i prawdziwość:
Niech prawo zawsze prawo znaczy,
A sprawiedliwość — sprawiedliwość.
Niech więcej Twego brzmi imienia
1480 W uczynkach ludzi niż w ich pieśni.
Głupcom odejmij dar marzenia,
A sny szlachetnych ucieleśnij.
Spraw, byśmy błogosławić mogli
Pożar, co zniszczył nasz dobytek,
1485Jeśli oczyszczającym ogniem
Będzie dla naszych dusz nadgnitych.
Każda niech Polska będzie wielka:
Synom jej ducha czy jej ciała
Daj wielkość serc, gdy będzie wielka,
1490I wielkość serc, gdy będzie mała.
Wtłoczonym między dzicz niemiecką
I nowy naród stu narodów —
Na wschód granicę daj sąsiedzką,
A wieczną przepaść od zachodu.
1495
WarszawaDłonie Twe, z których krew się toczy.
Razem z gwoździami wyrwij z krzyża
I zakryj, zakryj nimi oczy,
Gdy się czas zemsty będzie zbliżał.
Przyzwól nam złamać Zakon Pański,
1500Gdy brnąć będziemy do Warszawy
Przez Tatry martwych ciał germańskich,
Przez Bałtyk wrażej krwi szubrawej.
…A gdy będziemy, Nekropolu,
Przybliżać się do twych przedmieści,
1505Klękniemy kwarantanną w polu,
Nadziei pełni i boleści:
Nadziei — że nam przyjaciele
Naprzeciw wyjdą z Miasta Krzyżów,
Niosący w oczach przebaczenie
1510 I łzy radości, a nie wyrzut.
Boleści — że nam nie pomogą
Te łzy ni łaska, ni witanie…
MILCZĄCE między nami stanie
Zjawą złowrogą.
IX
1515
Po tym rozdziale — huczny wystrzał
Oklasków: «Prawda to najczystsza!
Mistrzu! Niech żyje demokracja!
Mam zastrzeżenia, ale racja,
Ja zawsze uwielbiałem mistrza,
1520Zawsze mówiłem, że ten Tuwim — —»
…Cóż to za jeden, co tak mówił?
A to siurpryza
[213]! Popatrz, popatrz!
Zamordębierca, totalista,
Podjudzacz, hecarz, dołków kopacz
1525 Do «zgniłej demokracji» przystał!
Co się to stało? Proszę, proszę,
Me diga, faz favor, amigo[214],
Jakżeś z faszyzmu się wymigał
I w Rio aż do tego doszedł,
1530Że mówisz «łajdak Mussolini»,
Że «bydlę» mówisz o Hitlerze,
Z radości liżesz się i ślinisz,
Gdy Grek albańskie miasta bierze.
W Warszawie — Berlin był ci Mekką,
1535A Rzym — Betlejem niewątpliwem,
Londyn i Paryż — Tel Avivem,
A Hradczyn — Kremlem. Jakżeś lekko
W drodze wykręcić się potrafił
Z tej politycznej geografii!
1540 Już «w innym świetle» rzeczy widzisz.
Zmieniłeś «w pewnej mierze» zdanie,
Niewiele brak, a powiesz: Żydzi
To także ludzie. (Czyżby, panie?)
Co do przyszłości — to na czele
1545Zwycięskich wojsk z Sikorskim
[215] wkroczysz
I «razem, starzy przyjaciele,
Ludu włościański i roboczy»
(Bo choć w zakresie jak najwęższym,
Aleś socjalizm w Polsce zwęszył).
1550 Słowem: pobita dzicz germańska,
Niech tam kto skoczy Rosję pobić,
A my na piwo, proszę państwa,
I gdzie tu można coś zarobić?…
— Mój demokrato, któryś z wtorku
1555 Na środę tak się zmył do czysta,
Że, myślę, z Rio do New Yorku
Pojedziesz jako… komunista.
Mój anglofilu i zelancie
[216]
Wolności, tolerancji, prawa,
1560Co ze mną jesteś dziś w aliansie.
Za dobrze, mój figlarzu, znam cię…
Kawa na ława!
Gdy zwiądł rozmaryn, kwiat prześliczny
Polskiej paproci romantycznej
1565 (Pamiętasz? «O, mój rozmarynie…»
[217]
I pierwsza łza gorąca spłynie,
Że zakwitł… jest… więc ty do kwiecia:
«Rozwijaj się» — i druga, trzecia,
A ty przynaglasz, szerzej, głośniej,
1570I płynie: «O, mój rozmarynie,
Rozwijaj się!…» I tak miłośnie,
Tak rzewnie kwiat na oczach rośnie,
I coraz więcej łez i wiosny
Na rozmarynie, na miłosnym,
1575I ciągniesz: «Pójdę do dziewczyny» —
I śpiewasz: «Pójdę do jedynej,
Zapytam się…») —
Zapytaj się:
O podeptane butem kwiecie,
1580Choćby o jedno pięciolecie —
Kiedy się Wilk Żelazny rozpadł
Na setki piesków skocz-hitlerków,
Kiedy jak trąd, jak czarna ospa,
Pokryła Polskę dzicz burszowska
[218]
1585
Gdy generalskie Kaffeepflanze
[221]
Złapały faszystowską francę
[222]
I matkowały bogom nowym:
Pierwszej Kohorcie czy Falandze
[223]
1590 Ostatnich mętów i szumowin;
Kiedy ministrom wystraszonym
Na murach pisał epitafium
Wódz, młokos, gówniarz «prześwietlony»,
Z mistyczną misją wprost z Monachium;
1595Gdy panowali na ulicy
Drobnomieszczańscy drobni dranie,
Już znakomici «katolicy»,
Tylko że jeszcze nie chrześcijanie;
Gdy się szczycili krzepą pustą,
1600A we łbie grochem i kapustą,
Gdy bili Żydów z tej tężyzny,
Tak bili, rozjuszeni chwaci,
Że większy wstyd był za ojczyznę
Niż litość dla mych bitych braci;
1605 Gdy groził «nocą długich noży»
[224]
Liryk, deliryk, satanista
[225],
Gdy ksiądz Charszewski
[226], sługa boży,
W stolicy sławił Antychrysta,
1610
A księdza Pudra
[231] o tym czasie
Policzkowano przed ołtarzem;
Gdy cham i nieuk, jeden z drugim,
1615 Znieważał «Żyda» Mickiewicza
I — nie bał się Jaroszewicza
[235],
W dupie miał rząd, opinię, prasę,
Bo szefa miał — na Wilhelmstrasse
[236];
Gdy Wielki Łowczy
[237] w Polsce gościł
1620 I wielkopańskie pił szampany,
Gdy zesrywały się z radości
Ozońskie
[238] błazny i bałwany,
Że podejmują Ribbentropa
[239]
(A wyrok był już podpisany,
1625 Na śmierć skazana Europa);
Gdy wielki grzmiał w obozie jubel
[240],
1630 O, danse macabre! Gdy wbijali
Tym tańcem gwoździe w naszą trumnę
I — dobra nasza! A już w dali
Trepakiem
[247] przytupywał Stalin
I słusznie mrużył oczko «umne»
[248];
1635 Kiedy berlińskich biesów szajka
Ze śmiechu się tarzała, patrząc,
Jak się przyjaźnią z nimi paprzą,
Jak Polskę toczy rak marszałka
[249];
Gdy było «byczo» i rząd «amcił»
[250],
1640
A olrajtnicy
[253], adiutanci
Stukali obcasami dziarsko;
Gdy się u stóp głuptasa wili
Ten w «szczerym hołdzie», ów na żołdzie,
1645 Gdy honor dziejów plugawili
Nikczemnym marszem na Zaolzie
[254];
Miedziński
[257] składał ukłon dworski,
A Słonimskiego
[258] bił w cukierni
1650 Plagiografoman Ipohorski
[259];
Gdy arsenałów nie doglądał
Buławy legendarnej dziedzic,
A dla mnie szubienicy żądał
Poeta polski Pierd-Piertkiewic
[260];
1655 Kiedy za rządów twych ozońców
[261]
Kto żyw, ten błotem mnie smarował:
Bandyci z rozwrzeszczanych «Gońców»
[262],
Klechici z Niepokalanowa
[263],
«Myśl (do złudzenia) Narodowa»
[264],
1660
(A jak słyszałem — Żyd po prostu,
Co sarmackiego majufesa
[267]
Na muzykę Goebbelsa tańczył,
Wnuk krakowskiego handełesa
[268],
1665
Z «Polski (na pozór) Zbrojnej»
[271] młokos,
Marsz, marsz, Dąbrowski
[272], herbu Kokos,
Hula-babula Hulewica
[273],
Kontryfałowa hitlerzyca
[274],
1670
Rydzowi «bierkamraci»
[279] mili
(Razem warzyli, razem pili),
Ksiądz Miłaszewski
[280] z « Podbipięty»
1675 Z samopiszącą żoną Jentys
[281],
Stahl
[282], miglanc, śmiglanc i odmieniec,
Co za tasiemcem rżnął tasiemiec
I fetorysta Młodorżeniec
[283],
Item[284] — postawię je osobno —
1680
Jak i tajniaki z «Merkuriusza»
[287]);
Kiedy im, głupim, rosła dusza,
Że będzie getto (już jest getto),
Że będą mogli bić po mordzie
1685 «Konstytucyjnie»; gdy
in petto[288]
Marzyli o germańskiej hordzie,
Wiernie oddani duszą całą
Tym samym w końcu ideałom,
Bliźniaczym draństwom i ohydzie;
1690Kiedy w żurnalii
[289] robaczywej
Nic, tylko wrzało i migało:
Żydy parchate czy parszywe.
Żyd jest największym naszym wrogiem,
1695 Żyd z nożem czyha przed twym progiem,
Przez Żyda głód, przez Żyda nędza.
Żyd okradł, Żyd znieważył księdza.
Białego orła Żyd podeptał,
Żyd z niemowlęcia krew wychłeptał.
1700Żyd otruł, zgwałcił, zdradził, wydał.
Zbezcześcił Żyd, splugawił, splamił,
I znowu: Żyd, Żydowi, Żyda,
Żydom, o Żydach i Żydami;
Gdy zaprawiony w drobnym kancie
1705 Byle kto w łydki mi się wgryzał —
— Gdzie wtedy byłeś, mój aliancie?
Gdzie pies ci wtedy mordę lizał?
«A sio!», jak mówią. «A ze szkody!»
1710 I ogień wiary mojej młodej,
Że się w tej Polsce ucieleśni
Sen z czarodziejskiej opowieści,
Jeśli się ziścił sen wiekowy…
Ale się prześnił… prędko prześnił.
1715«A sio!» powtarzam. «A ze szkody!»
Nie ma «aliansu»… «NIE MA ZGODY,
Taki koniec pieśni.
Część druga
Rozdział pierwszy
I
1
Tworząca? Cóż ty tworzysz? Siebie.
Krzesiwem jesteś — ogniem — dymem —
Żniwem się złocisz w samym siewie.
5 Sypiesz się w ciemność gwiazdospadem,
Więc biegnę w noc na gwiazdobranie.
Nie ma ich. Tylko mi zostanie
Świetlisty w oczach ślad — spadanie:
Ty gwiazdą jesteś i jej śladem.
10O, czaro, która sama przez się
Już winem jest i upojeniem,
I pieśnią pijaną jednocześnie,
A potem samą sobą we śnie,
A potem — o tym śnie wspomnieniem,
15 Podnoszę cię, kielichu tajny,
Ogniu, gwiazd siewie urodzajny,
Ty, któryś cel jest i przyczyna,
Ty, pierwszość oraz ostateczność!
I winem pijąc zdrowie wina,
20Tobą wysławiam twoją wieczność.
Poezjo! to na jubileusz
Ten toast. Mija lat trzydzieści,
Jak mi przyniosłaś pierwsze wieści
W tę noc promienną — dziś we mgle już.
25
W raju czy w piekle — w twojej mocy —
Wyżyny zwiedzam i przepaście…
Dziesięć tysięcy dni i nocy
Lub, bądźmy ściśli: jedenaście.
30 Bo komuż tysiąc podaruję?
Godziny jednej nie ustąpię,
Chwila — i chwili też poskąpię:
Tak w ciebie wierzę, gdy całuję,
Tak słodko męczę się, gdy wątpię.
35
Było to gdzieś na przesileniu
Zimy i wiosny nierychliwej,
W porze zamyśleń, rozleniwień
(Leniuch był ze mnie, straszny leniuch);
Było to w pierwsze dni smętnienia,
40Za miłosnego bezkrólewia,
KońW czas ewangelii, czas Chopina
I — KONIA, co na dachu rdzewiał.
Tak. Z okna widać było konia
Metalowego. Stał bez jeźdźca
45I dawno nęcił mnie, wałkonia,
By wskoczyć — i galopem z miejsca.
A był to także czas zapatrzeń
W dym, szarość, nudę, czad ponury
I w gwiazdy, słabsze wciąż i rzadsze…
50Więc się zbuntujmy i ożyjmy,
Rumaku weterynaryjny
[291],
I wzlećmy nad ten Kominogród
W pełen astralnych zwierząt ogród,
W świętego Jana sny prorocze!
55Do pierwszej dowieź mnie mgławicy,
A kiedy się na zodiak wtoczę,
Tam cię już puszczę, tam przeskoczę
Na grzbiet Gwiaździstej Niedźwiedzicy.
Lecz stał jak wryty. Zziąbł i przemókł.
60Dym gryzł go w oczy, żarła rdza,
A nie odwrócił nawet łba,
Nawet nie zarżał. Trudno. Nie mógł.
MgłaRzucony na posępne tło,
Szarości dżdżystej, dni bez słońca
65 (O, gęsta mgło! o, ćmiąca mgło!
O, dymna mgło! o, mgło bez końca!),
Czekał mój Pegaz bez zajęcia
Na cud, na dziw, na czar odklęcia,
Na właśnie TĘ: znającą Słowo.
70Na właśnie TO: czyniące Słowo.
I przyszła TA, i przyszło TO
(O, modra mgło, złotawa mgło,
Mgło opalowa, mgło od słońca,
Ta od polany parująca,
75Gdy się po deszczu lasem szło
I dygotały rozelśnione
Liście zarośli, przystrojone
W kropliste diamentowe szkło…).
Kto dał ci adres, dobra mgło,
80 Z której się Ona wyłoniła?
Między przymrozkiem a przedwiośniem,
Między północą a półświtem,
W czas niedomówień i niedośnień,
Mglistą złożyła mi wizytę,
85
SłowoBezdźwięczne wymówiła imię
I słowa, które szczęście znaczą,
A równą szczęściu są rozpaczą…
Za szybą, w księżycowym dymie,
Koń obudzony skrzydleć zaczął.
*
90
«Do Prześwietnego Magistratu
Miasta Bagdadu, czyli Łodzi
(Niegdyś, przejściowo, Litzmannstadtu,
W pień wyrżniętego, jeśli chodzi
O Niemców). Niżej podpisany
95 Tamtejszy uczeń, pętak, mikrus,
Znany obibok i drapichrust,
Zawalidroga i łachmytek,
KońMa zaszczyt prosić, żeby oną
Cudowną szkapę uskrzydloną
100 Uznało Miasto za zabytek.
Niech zawsze ma swój obrok gwiezdny,
Kastalską
[292] wodę z rzeki Łódki,
A jeszcze lepiej wiadro wódki;
Niechaj ogląda ją przyjezdny,
105Kiedy do Łodzi się wybierze
(Trzy gwiazdki z nieba w baedekerze).
A na stajennych dla konika
Proszę przeznaczyć honorowo
Gryzmołów od »Orędownika«
[293]
110 I miejską frakcję narodową».
*
PoezjaPoezjo! lampo czarnoksięska
I lampo laboratoryjna!
Misterna wraz i misteryjna
Jak ceremoniał nabożeństwa.
115O, matematyko anarchii,
Nieubłagana w rozrachunku,
Chemiczko w masce kabalarki.
Trzeźwa szynkarko pijanych trunków!
Znam cię: półnaga, sprośna, bujna,
120Pod niebo skoczną bijesz nogą,
Gdy własny cię upoi haszysz —
Lecz przedtem, farmaceutko czujna,
W białym fartuchu, z miną srogą,
Każdą dziesiątą uncji zważysz.
125Wiem: w planetarnym lunaparku
Jak piłką rzucasz wiecznościami,
Lecz najpierw sprawdzisz każdy kamyk,
Każde kółeczko w swym zegarku.
Tak dwujedyny, Faust
z Einsteinem
,
130 Widzenie do probówki bierze,
Pod światło patrzy w gusła tajne,
A liczby stawia na papierze.
Tak mgiełki srebrne i błękitne,
Tak nawałnice snów i buntu
135 Mierz cyrklem, wagą, logarytmem
I dyscypliną kontrapunktu.
*
KońJa w szkole — koń w ogrodzie szkolnym
Wiosenną ziemię nóżką grzebie,
Ja wódkę piję — koń swawolny
140 Harcuje, robiąc dziury w niebie,
Ja w poetyckich dymów kłębach,
A wrący koń pode mną dęba,
Ja do dorożki, koń trabantem
[294],
Ja do łaciny, koń się śmieje,
145A wkrótce został Rosynantem
[295]
I zarżał widząc Dulcyneję
[296].
Mój druh skrzydlaty i grzywiasty
Gorącą wtedy miał naturę,
Aż w tysiąc dziewięćset czternastym
150 Wspaniałym skokiem wziął maturę,
Stąd gadka między łódzkim ludem:
«Koń raczy wiedzieć, jakim cudem».
Onże, mój rumak bohaterski,
Gdy sobie z wiadra zdrowo łyknął,
155Raz mnie w warszawskim szynku spiknął
Z owym cyganem szwoleżerskim
[297],
A gdy bywaliśmy pod gazem
(To znaczy zawsze) — koń promieniał,
Mieliśmy bowiem stworzyć razem
160 Pierwszy Pegazów Pułk — imienia
Pięknej Legendy… Mówię o tej
Błękitnej, Siwej, nie o Złotej.
Lecz co za pech! Nieszczęście chciało,
Że się dowódcy pomieszało
165 I pokiełbasił wszystko razem:
Obie legendy, gaz z pegazem,
Konia z rumakiem, rum z koniakiem,
Italską figę z polskim makiem,
Babińską karczmę z Rzymem, Krymem,
170A wreszcie i Warszawę z Rzymem…
Jeszcześmy (wracam do bachmata)
Zdążyli skoczyć nad Pilicę
,
Pijani złotą pieśnią świata,
Miłością, słońcem i księżycem,
175Jeszcze zwiedziliśmy Rzeczycę
,
Liciążnę
, Rawę
, Żądłowice
,
Studziannę
i Królową Wolę
(Z tej wsi na przełaj idąc polem
Spotkaliśmy pana Ignaca,
180 Właśnie z cmentarza z wnuczką wracał);
Jeszcześmy pędem na Toboso
[298]
Zrobili romantyczny nalot
Dwa serca w jeden łącząc galop —
A tam już popłoch… Tam już grozą
185 Niebo ciemnieje tego dnia,
Wicher spęczniałe chmury gna,
Drży serce jeźdźca i rumaka.
Legendo! —
A na murze plakat:
190
ГЕРМАНИЕЙ НАМЪ ОБЪЯВЛЕНА ВОЙНА[299]!
II
Dwanaście dni, dwanaście nocy
Artyleryjski ogień walił,
Rzucając miastem z rąk do rąk;
To mieli Niemców, to Moskali,
195Kryli się w lesie, w kartoflisku,
Na pamięć znali jęk pocisków
Przelatujących nad głowami,
Padali plackiem i modlitwę
W gwiżdżące niebo wszeptywali,
200Aż trzynastego dnia nad ranem
Głuchy zza rzeki łoskot zamilkł
I rozwłóczone nad zgliszczami
Dymy kurzyły się rumiane,
W których to trzaśnie, to zaskwierczy,
205To belka zsunie się zwęglona,
A jeśli wiatr silniejszy wionął,
OgieńWidać płomyków bieganinę:
Pełgiem przyziemne żmijki płoną
I podgryzają wierny komin,
210Co do ostatka domu broni
I kościotrupem nagim sterczy…
Deszczyk szatkuje swą kapustkę
I szarą siatką dal zasnuwa.
215Lecz spójrz: ze słoty się wykluwa
Tłumek schylonych zmokłych człeczków
I sadzi z lasu ku miasteczku:
Od leśnych widm, skaczących w błocie,
Roi się pole; zbiegów krocie,
220Skulone, chyłkiem biegną w strachu,
Czy znajdą dom? czy są bez dachu?
Wpadli na rynek. Już na płocie
Przykleja Niemiec
Bekanntmachung[300].
225 Wpatrzone dzieci kołem stoją.
Więc swoi zgliszczom, nie intruzy,
Ludzie gramolą się na gruzy
I, potykając, ostępując się,
230W duszącym swądzie i kurzawie,
Co krok z rumowisk wzbijającej się,
Omackiem błądzą śród zamętu,
Ratują szczątki nędznych sprzętów,
Zawodzą w jednostajnej wrzawie.
235Ten wydarł krzesło wyplatane,
Ów deski dębowego łóżka,
Ten tlący stolik o trzech nóżkach,
Inny okienną ramę taszczy,
Ten drzwi od szafy swej lustrzanej.
240 Gdzie rynek huśta się pijany,
Jakby go nosił szał hulaszczy,
Na kupę walą garnki, stołki,
Miednice, lampy i tobołki,
Wiaderka pełne szklanek, spodków,
245 Lanszafty, fotografie przodków,
Fuksje
w doniczkach, pelargonie
—
Wszystko na rynek. A pośrodku
Pluszowa otomana płonie
I kłaki włosia gorejące,
250Jak przerażone złote ptaki,
Na obnażone, osmalone
Dwa bratnie przed sklepikiem drzewa.
Są one jak dwaj obłąkani
255 Zastygli w histerycznej pozie
Pokory i megalomanii;
Przed chwilą jeszcze rozmiotani
I wtem zdrętwieli w martwej grozie:
Kaftany w strzępach, oczy w słup,
260Szyja i usta wykrzywione,
Ramiona sztywne, palce — szpony:
Konwulsjonista poskromiony.
Pionowo postawiony trup.
Już z dala, przez tę bramę śmierci,
265Ignacy widział, co się święci…
«Nic… Dobrze…» — szeptał do Anielci,
Na ręku niosąc śpiące dziecko…
«Spokój, pani Tekluniu, spokój,
Nie płakać» — mitygował Bielską,
270
StrachA czując, że w nim trwoga rośnie,
«Spo-kój!» — powtarzał coraz głośniej
I w górę, w górę — aż do krzyku
Na zgliszczach «groty» i sklepiku.
O, jakim się zaniosła płaczem,
275Od tego krzyku obudzona!
O, jak wyrwała mu się z ramion
I w gruzy, w dym — i znów w ramiona:
«Dziadziu! — szlochała — Babciu! Mamo!»
(Do pani Bielskiej tak), a ona
280 Z popiołu jakimś pogrzebaczem
Puszkę landrynek wyciągała:
Maź lepko-gęsta z puszki ciekła…
Pochlipywała cichym płaczem
Nad tym syropem pani Tekla.
285
JedzenieTutaj, żer dając ludzkim kpinkom,
Uwaga na ten temat drobna:
Landrynka lubi być landrynką,
Landrynka jest to rzecz OSOBNA;
Landrynki prawem jest normalna
290 Odrębność indywidualna;
Gdy się w nią ktoś ustami wessie,
Chce mieć walory sama przez się;
Schrupana pragnie być, schrupana!
Ona nie syrop, proszę pana!
295
W pokoju pana Dziewierskiego
Sufitem było szczere niebo,
W wyrwie podłogi — deszcz kałużą…
I burtą na bok przechylony,
Przegrzmiałą obłąkany burzą,
300Korsarski statek krążył po niej,
Jakby go ciągnął kto magnesem…
Sprawdziło się przysłowie stare,
Że «vivere non est necesse,
Sed est necesse navigare»
[301].
305Żeglujcie tedy, przyjaciele:
Okrętem, gdy wam okręt przypadł,
A jeśli nie — jest barka, krypa,
Jest korab, galar, czółno, koga
[302],
310Prom albo tratwa — co kto woli…
Wsiadać i jazda! Lecz ostrzegam:
Nie trzecią klasą na «Angoli»
[307].
Tam pcheł jak gwiazd, a gwiazd nad głową
Myrias myriadum[308] w noc lipcową,
315Tam szefem kuchni jest Belzebub,
Tam na pokładzie straszy… Przebóg!
To ja, ten upiór w białej płachcie.
Noc w noc, a było ich piętnaście.
Tłukłem się chwiejnie po okręcie.
320Nurzany w gwiazd i fal odmęcie…
Pięść własna była mi poduszką,
A kołdrą futro Niedźwiedzicy,
I piłem mleko Niedźwiedzicy
325 Kipiała rozchełb ołowiana,
Stadniną srebrną tratowana,
I chlupot barw pod kopytami
Bryzgał na zieleń wysp — kwiatami.
A zwinni chłopcy z kwietnej wyspy
330 Małpio skakali w nurt barwisty,
Gdy się rzuciło im eskuda
[311],
I wyfruwali z fali lśniącej
Z pieniążkiem w zębach — a tak chybko
Jak mgliste rybki fruwające
335 (Bryzg piany mknie za taką rybką).
A inna wyspa — czarnoluda,
Tam się dziewczyny biją w uda,
Śpiewając: Wamba negro mbamba
Somba ubumba ay aé!
340Ay tamba tamba tamba tamba
Yamba mulata yambambé
[312]!
A potem woda — nuda — woda —
Nudą i wodą płyną dnie…
Ay, whisky whisky whisky-soda,
345Yamba, «Angola», yambambé!
Cyrkowy cud, nowiny, zmiany:
Na głowie stanął zwierz gwiaździany,
Ciemieniem na księżyca łbie…
350Ktoś z nas na pewno jest pijany…
Leżę na wznak, rozkołysany…
Ay, tamba? yamba? yambambé?
Trudno atoli stać na głowie
Takiej niezgrabie przysłowiowej
355 Pośród zawrotu planet, komet,
Sławnych Kasjopej i Andromed,
I tak wysoko. Bo na oko
Była nade mną o kilometr…
Więc już nazajutrz (yamba, kniaziu!
360Yamba, Leszuniu, yambambé!)
Spadła i wpadła… w whisky, kniaziu?
W niebo, Leszuniu? Kto ją wie…
Bo już ocean jest nad nami,
A gwiezdna noc — pod statkiem wre,
365I płynie na dół kominami
Nasza «Angola» yambambé!
Trzymaj się, Leszku, mocno trzymaj,
Bremzuj
[313], kniaziuniu! Nadszedł czas.
Tu glob najbardziej brzuch wydyma
[314],
370Tu go ten słynny ściąga pas.
I gdyśmy, jak ze skoczni śliskiej,
Zjechali w dno Astralnej Miski —
— Krzyż Południowy pięciobłyskiem
Na obalonym niebie stał,
375
Viva Cruzeiro[315]!
Viva Whisky!
Viva Bandeira Nacional[316]!
A jeszcze przedtem (na wyjezdnym
Z północnych niebios, mórz i ziem)
Klepsydrę czasu z piaskiem gwiezdnym
380 Przekręcił sen do góry dnem.
Krążyła statkiem zamieć złota.
Odwrotne wiry morskich trąb,
I wicher lat jak liśćmi miotał
Drzeworytami starych ksiąg.
385I oto płynie w ślad «Angoli»
Armady mojej tren korsarski,
A ja na dziobie przy busoli —
Ja, ów admirał portugalski,
Pedro Alvarez Cabral
[317], z woli
390 Monarchy mego, Manuela
Ku Indiom sterujący sławnym,
Niczym ów Jazon
starodawny,
Gdy się po złote wybrał runo…
Ale za aury niefortuną
395 Poniósł nas srogi wiatr przeciwny
Na ląd Brazylu wielodziwny,
Co w słońcu mienił się i świetniał
Jak blask korony luzytańskiej
[318].
Dzień był dwudziesty drugi kwietnia
400 W tysiąc pięćsetnym roku Pańskim.
DzikiMiedzianoskóry, długowłosy,
W pstrych piórach powplatanych w kosy
[319],
Z gębami w pręgach barwnych szczeżuj,
Dziwolud nagi na wybrzeżu
405 Papuzio skrzeczy wniebogłosy.
W podrygach, trzęsąc oszczepami
Z nasadzonymi czerepami,
Wojennym następuje pląsem,
A łuków brzęk i chrzęst bransolet,
410I naszyjników kły bawole
Grzechocą śmiercią z każdym wstrząsem.
To się ku ziemi w pałąk zegną,
Czają się, pełzną na czworakach,
To trysną z trawy i pobiegną,
415Za rzutem dzidy migną w krzakach,
Z wrzaskiem wyskoczą i znów legną
Węsząc zwierzęcych skoków ślady…
Zwabiony wrzawą niepowszednią,
Wyszedł z kryjówek swych na zwiady
420 Zastęp stworzenia wieloraki:
Na dziwoskały — dziwogady,
Na dziwodrzewa — dziwoptaki.
I wtem okropna rzecz się stała…
Niech mnie monarcha mój rozstrzela!
425 Manuel stracił admirała,
Admirał zdradził Manuela!
Bo nie przystoi w takiej chwili
Groźnemu konkwistadorowi,
Żeby rozrzewnił się, rozmilił
430I zachwyconym wzrokiem krowim
W żywe wpatrywał się ryciny
Cudnej powieści z lat dziecinnych:
Młody wygnaniec[320] (…do Brazylii).
Hańba takiemu
almirante[321]
435Niezwyciężonej Luzytanii,
Gdy woła: «Serwus, ukochani!
Bracia tubylcy, dzikie ludy,
Piękni Tamoje i Guarani,
Tupi, Tapuje, Botokudy!
440Witaj, szlachetny Moxicambu
Znad rzeki Urucuricara,
Zwany Wątrobą Jaguara!
W hołdzie do twoich stóp się ścielę
I Portugalię składam w darze
445 Razem z monarchą Manuelem.
Hej, na kolana, Blade Twarze!
A ty, potęgo ludożercza,
Spełń najtajniejsze z moich marzeń:
Niech nad ogniskiem raz usmażę…»
450 …Już wiesz:
«Po chwili w ogniu skwierczał
Udziec tapira smakowity,
I zapach smażonego tłuszczu
Podniecał wilcze apetyty
455 Naszych znużonych podróżników…»
…Dym nad ogniskiem… dym nad puszczą…
I w dymie zgiełk wojennych krzyków
Przechodzi w gwar wielojęzyczny:
To port w zatoce Guanabara
[322],
460Przede mną Murzyn atletyczny,
Koloru kawy i cygara,
Białkami błyska i zębami:
«Taxi? Hotel?» i do hotelu
Wzdłuż oceanu, pod palmami…
465A mój rym o czym? O Otellu.
Dziewierski tylko oczy mrużył
Od łez. Z popiołów teatrzyku
Sterczała główka tekturowa:
Murzyn
470Tknął palcem. Tak się nieboszczyka,
Czując i lęk, i wstręt, dotyka,
Wziął w garść popiołu i pochował.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
475A miałby ogień używanie!
Tam by pokazał, tam zadziałał,
Gdyby te słoje, butle, banie
Lwią łapą zaczął czule głaskać,
Krwawym jęzorem mlaskać po nich…
480 Niechby najmniejszy pękł flakonik,
A wszystko by zaczęło trzaskać,
Rozsadzać, pękać w kanonadzie
Piorunujących karamboli.
Niejeden by się tam wyzwolił
485 Więzień w butelce lub w szufladzie,
Pokazałby niejeden proszek,
Jakim jest prochem-dynamitem,
Jakie w nim siły są ukryte,
Choć go sprzedają za trzy grosze.
490 Wyrwałyby się w niebo swoje
Z chemicznych ciał chemiczne dusze:
Wy, utajonych barw geniusze,
Wy, symbolicznych elfów roje!
Niejeden by się tam rozwiązał
495 Zawiły związek, splot, kompleksik:
O, błyskawiczna analizo
W drgawkach ogniowej epilepsji!
O, ile zerwań, złączeń, strąceń
W eksplodujących sekund trzasku!
500I wyzwolone ognia łaską
Żywioły dymnym słupem — w słońce.
Żywioły— Pamiętaj, mała, co od teraz
W aptece będziesz usługiwać,
Butelki nosić, słoje dźwigać,
505Pamiętaj: pasja je rozpiera.
Z dala od ognia! by czasami
Jeniec płomieniem się nie zajął.
Ostrożnie, mała, z żywiołami,
Bo — wyzwolone — zabijają.
510
Rano odwiedził dwie mogiły:
Córki i kwiatów. Córkę kryły
JesieńPożółkłe, zmokłe liście klonu:
Świeży się zapach z nich ulatniał,
Jesiennie rześki, choć przegniły.
515Druga mogiła była bratnia.
Gniły tam w lejach od granatów
Skoszone bataliony kwiatów
I trupy w rowie, który wił się
Wężyskiem wklęsłym po ogrodzie,
520A drżąc na chłodzie, moknąc w wodzie,
Do pobliskiego lasu zmykał…
I kupą cegieł, gontów, belek
Jeszcze się w wilgnym tlił popiele
Samotny domek ogrodnika…
525
Wracał do miasta twardym krokiem,
Raz — dwa — trzy — cztery.
Dumy głębokie, dumy wysokie
Niosły go naprzód rwącym potokiem,
Wiatr — dwa — trzy — cztery.
530Kładła się zwiędła trawa-bylica
W polu szerokiem,
Tęsknie szumiała rzeka-Pilica
Rokiem-Wyrokiem.
Wiatr pogwizdywał ostro i cienko,
535W uszach dzwoniło starą piosenką:
«Ach, moja droga, ach, moja miła,
Cóżeś ty z sercem moim zrobiła?»
Raz — dwa — a resztę wiatr
Porwał i poniósł w daleki świat…
III
540
Przed Grand Hotelem w mieście Łodzi
Z trzaskiem parademarsz
[323] odchodzi.
Brodaty landszturm
[324], w lewo łby,
A karną linią za feldfeblem
[325]
Wyrzuca sztywno i uparcie
545 Podkute stopy. Trzeszczy werblem
Grzmot pruskich bębnów. A na warcie,
Wpatrzone w marsz jak wierne psy,
Giętkie lejtnanty
[326], adiutanty:
Czerwony kołnierz, monokl, trzcinka,
550 Cienka jak ostry gwizd piszczałek:
«Za Ren, za Ren, niemiecki Ren»
[327],
I gość dostojny — feldmarszałek
[328],
Szkarłatno-siwy Mackensen
[329].
A pośród tłumu gapiów łodzian
555 Miota się gniewnie chudy młodzian.
Kapelusz na nos, kołnierz sztorcem,
Wściekłością trzepie jak proporcem,
Oczami krzyczy
Marsyliankę[330]
I ostrzem wbija w pruski szyk
560 Nienawiść młodą, mściwy krzyk:
Za Łódź, za wolność, za kochankę,
Z którą umówił się na randkę
W cukierni naprzeciwko. Toć
Nie puści szucman
[331], rudy pałkarz,
565W obliczu sztabu, feldmarszałka
I krajskomendy
[332] miasta «Lodz».
Nie wiedzą, jaka to męczarnia,
Nie słyszy Foch
[333], nie wierzy Bóg!
I wciąż, i wciąż cesarska armia
570 Paradą rąbie łódzki bruk,
I wciąż rozdyma przez piszczałki
Sekundy w wieki jak balony,
Butami bębnów bataliony
Druzgocą serce na kawałki.
575Narody! Zaraz koniec! Stąd,
Z armaty w gardle, cios ugodzi
I pęknie front, ostatni front
Przed Grand Hotelem w mieście Łodzi.
Zachód od lewej, wschód od prawej
580 W boki sprężyny wparły dwie —
Rwij! Wyskocz z łuku! Oczy lwie
W powietrze wrył — i skacze, rwie,
Drze uroczysty marsz plugawy,
Między chorążym i doboszem
585 Prześliznął się zwycięskim Fochem
I w tłum po drugiej stronie — szast!
I wtedy jakby tysiąc miast
Runęło za nim. Jakby globus
Pękł wrzaskiem Niemca: «Sie, Mikrobus!
590 Kreuzsappermentrebelle Sie!»
[334]
…Wpadł do cukierni. Śmiech i łzy.
Jak sen o Wenus snem o fali.
Co chwila topniejąca w dali
595 I o brzeg życia rozbijana
W rozbryzgi piany i konwalii
(Konwalią bowiem upłynnioną
Kipiała białośnieżna piana),
Jeszcze sekunda — a upiorna:
600Tak niemożliwa, nieprawdziwa,
Wymykająca się, oporna
Spragnionym oczom, trudna słowom
— Siedziała święta i pozorna
I jadła babkę śmietankową.
605«Pół czarnej, panie Madaliński!
Dolna połowa…» Bez wrażenia.
«Wiesz — mówię — taki zbir berliński…»
I opowiadam. Ani cienia
Uwagi. Mgławi się, odpływa
610 W pienną ojczyznę swej urody
I wraca sztormem konwaliowym,
Wtedy o stolik marmurowy
Druzgoce się kwiecista grzywa…
List przed nią kładę. W liście skowyt
615 Rozpaczy, uwielbienia, modlitw,
Płonę w nim, krwawię się, wyżalam,
Niebo rozdzieram, gwiazdy kradnę —
…Napływa czysta, chłodna fala
I świat zalewa: «Bardzo ładne».
620
W tej to cukierni staromodnej,
Do której i ocean wpełzał,
Czuły się mity najswobodniej,
Powiedzmy: jak u pana Dzeusa
Za piecem. Nieraz się wałęsał
625 Duch błędny w zadymionej sali…
Zwłaszcza wieczorem, gdy kelnerzy
Rachunki w kasie już zdawali,
Gdy światła gasły, gdy ucichał
Brzęk szklanek, ludzi i talerzy,
630Gdy salę już zamiatał Michał
I na stolikach stawiał krzesła,
A jeszcze wołał pan Bolesław:
«Dwie herbat czarna raz!» — i rzucał
Blaszane na stół kontramarki
[335],
635I tym wołaniem swym zakłócał
Szept czuły zakochanej parki
I mój samotny. Ja — do ściany.
Samotnie byłem zakochany.
W takie wieczory nieraz zawiał
640 Po pustej sali gość z zaświatów,
Marą się zjawiał i rozmawiał
Pukaniem w chłodny marmur blatów,
Jak na seansie… Ja po cichu
Odstukiwałem na stoliku
645 Sylaby przyszłych poematów.
Lecz w biały dzień? Przy pełnej sali?!
I nawet papierosa pali?
Sen? Jawa?
Blaskiem baśni trysnął,
650
Srebrnym orzełkiem czapki błysnął
I siwą zamajaczył kurtką,
Sumiasty wąs, krzaczaste brwi miał,
Przy szabli lewą rękę trzymał,
Prawą zasalutował krótko
655 I szedł przez salę, pochylony,
Jakiś rogaty, nastroszony,
A przecież rześki i żołnierski…
Tak zjawił się w cukierni łódzkiej
Duch w niewątpliwym kształcie ludzkim,
660 On właśnie — stary nasz Dziewierski.
Zdrętwieli ludzie. «Legionista!»
I zaraz poszło szeptem, szmerem,
Ten tego trąca, ten z kelnerem
Półgłosem dyskutuje, tamten
665 Klaruje tej, więc ta brylantem
W talerzyk stuka: «Płacić! płacić!»
Spode łba patrzy wielki przemysł:
Pan prezes z panem fabrykantem
Spurpurowieli — «Nie możemy
670 Rosyjskich rynków przez nich tracić!»
Gestykulują adwokaci,
Zdenerwowani kupczykowie
Guziki sobie wyrywają:
«Nieprawda! Pan mi to nie powie!»
675 Pruskiego Szwaba pyta łódzki:
«
Wer ist das eigentlich Piłsudski?»
[336]
Endecka
[337] morda nienawistna
Dyskretnie a wzgardliwie śwista,
A pannie Krysi błyszczą oczy,
680Ledwo ze skóry nie wyskoczy:
«Ach, legionista! legionista!»
Tutaj wzruszenie, a tam trwoga,
Ten patrzy z dumą, ów z nadzieją,
A wszyscy niczym na raroga,
685A gdy się napatrzyli — wieją.
«Ostrożnie, panie, nasi blisko,
Jutro tu będą, głowę kładę,
W Strykowie
słychać kanonadę,
A my w cukierni z legionistą
[338]».
690I w nogi.
Słucham nieprzytomny,
Co opowiada pan Dziewierski,
Ach, nie Dziewierski — zjaw rycerski
Stworzony przez fantasmagorię…
695 Przegalopował przez historię,
A pędząc nadział na miecz złoty
Same świetności, same cnoty
I wieszczów pałające strofy,
Więc w dziwny portret się układa:
700Chrobry
en face[339], Anhelli
w profil,
Ma coś z Kościuszki
i Konrada
,
A jednocześnie jest Batorym
Z cechami Piasta
, Wernyhory
,
Księcia Józefa
i Kordiana
…
705Taka to postać zawikłana,
Taki to Mąż (czterdziesty czwarty),
O szablę-miecz rycersko wsparty,
Wiódł swą opowieść: «…no więc właśnie…
Jak się to stało, nie objaśnię,
710Bo nie wiem. Trzasło i gotowe.
U mnie tak zawsze. Jednym słowem:
Mus, proszę Julcia… Gadać szkoda…
Taka już nasza polska moda,
Że trach i mu-si! No, a tego…
715(Popatrzył na mnie dobrotliwie,
Jak gdyby mówił: »Śmiało, śmiało!
Powiedz mi: co cię powstrzymało?
Zrozumiem cię, usprawiedliwię«) —
…Julcio dlaczego nie w legionach?
720Zdrów, młody, byłby przystał do nas…
(Ginę, zapadam się pod ziemię,
Stolika się kurczowo chwytam)
Bo przecie, choć Izraelita,
To Polak… Znam od dziecka. No więc…»
725 (Umilkł — i znowu tym spojrzeniem:
«Nie bój się, chłopcze, powiedz, powiedz…»)
Ja gniewem się i wstydem mienię,
Ciemnym zalewam się rumieńcem —
I mocnym szeptem: «Bo wy z Niemcem…
730 Wy — z Niemcem, a ja nigdy z Niemcem…
Nigdy! I nawet gadać szkoda.
Taka znów moja polska moda…»
Uśmiechnął się. «Gorączka z Julcia…
Z Niemcem tam, z Niemcem!… Ano zychier
[340].
735 Jak mówił kapral Francek Cieślik,
Jeżeli Niemcem jest manlicher
[341].
To z Niemcem… A ta szabla, jeśli
Ona Tatarka
, to z Tatarem…
Kto z kim, nie moja rzecz, nie Francka,
740Ani nie Julcia. — Komendancka
[342]!
My się bijemy z ruskim carem.
Z Mosk…». Nie dokończył i sposępniał.
Po chwili, chociaż nie pytany,
Jak gdyby na pytanie odrzekł:
745«A mała — owszem, wszystko dobrze.
Radość popatrzyć… Będzie piękna
Dziewczyna. Smukłe to jak brzózka…»
I najniespodziewaniej w świecie.
«Bie-rio-zień-ka…»
[343] pociągnął z ruska:
750 «Krasotka
[344]… Biriuzà bieriozka»
Z ironią ciągnął pieszczotliwą…
«Jak Julcio sądzi — Iłganowska,
Dobre? Co? Czy Dziewierska lepiej?
Bo… tego… nuż się ktoś przyczepi?
755Więc może by zawczasu lepiej?»
I nie czekając na odpowiedź,
Snuł dalej nieświadomą spowiedź:
«Śliczności, mówię, ta dziewczyna.
Nic z ojca, całkiem poszła w Zochę
760 I te usteczka już ma trochę —
(Pokazał) nawet coraz więcej…».
Pochrząkał, ręką machnął. «I, tam!
Bóg z nią. Nie będę przypominał.
Lecz jak już przyszło, to zapytam:
765 Grają tam jeszcze u Sellina
[345]?
Już nie? A gdzie? Na Cegielnianej
[346]…
To tam, gdzie »Klukas«
[347]…» Zadumany,
Do myśli swoich mówił: «No i
Dym, popiół… Trudno. Niech się Julcio
770 W razie by czegoś nic nie boi:
Pokipi, potem się ustoi».
(I to do własnych mówił myśli.)
«Tak to jest… Może byśmy wyszli?»
Nasunął czapkę z miną diablą
775 I szedł Piotrkowską, włócząc szablą,
On, żołnierz polski, żołnierz polski,
Mój pierwszy w życiu żołnierz polski.
Idziemy milcząc. A po drodze:
Najpierw fotograf Tyraspolski
[348],
780Tuż kwiaciarenka, potem bankier
Hieronim Schiff
[349]: z łysiną, duży.
Przez długą, długą pipkę kurzył;
Z bramy wychodzi Sergiusz Hofman,
Brunet w cylindrze, córka Stefcia
785 Otruła się; w tym samym domu
Wuj Henryk mieszka. Dalej — mętnie…
Sunę przez szarość niewiadomą.
Migają sklepy niepamiętne —
Tapety? lampy? skład papieru?
790Sto kroków ginie ze spaceru
(Uzupełnijcie go, łodzianie,
Rówieśni moi!) — i dopiero
Przy «Luwrze»
[350] (tam Dziewierski stanie)
795 Płomieniem bucha jasnozłotym:
Tam zalewałem żar tęsknoty
Wymyślną wódek mieszaniną
(Tak pożar gasi się benzyną),
Tam na bufetu ślizgawicy
800 Objawił mi się, schylonemu.
Odblasków metalicznych demon,
Duch wiecznie czynnej tajemnicy
W głębi przedmiotów: duch-alchemon…
Tak, nurek den i dziejów rzeczy,
805A żeglarz sinych alkoholów,
Zwątpiłem w ważność spraw człowieczych
I popłynąłem, nowy Kolumb,
Wstecz — w chaos — w źródła tysiącwieczy.
Przy «Luwrze» (tam gdzie Petersilge,
810A naprzeciwko, lecz przed laty,
Sklep z zabawkami miał pan Zielke)
Dziewierski stanął; chmurnym wilkiem
Na jezdnię patrzy; ja — na balkon
(Osiemdziesiąty ósmy numer):
815Zakotłowało czarnym tłumem,
Czerwienią, strzelaniną, walką…
«Myślę, że rychtyk tu… Lecz Julcio
Był mały, to nie może wiedzieć,
A mnie to krew zalewa żółcią…
820Bo ona… zresztą, co tam bede…»
(Nic nie rozumiem, ale o nic
Nie pytam.) «Mówią, że tu jeden
Adwokat, co ich wtedy bronił,
Poradzi, jak i co, bo muszę
825Ratować. Muszę! Prawda?…» Tutaj
Wyciągnął zza cholewy buta
Nagryzmolony karteluszek.
«Piotr Kon
[351]. Zna Julcio? Mówią — głowa
I gruba adwokacka ryba…
830Piotr Kon — powtórzył. — Będzie chyba
Naszego Mocia z Tomaszowa
Brat abo swat. On też mecenas».
(Tu, zawsze czuły na wspominki,
Miłośnie wzdycham do Halinki.)
835«Przejazd sześć. Czołem». Skręcił w Przejazd.
IV
Dwie sprawy miał do adwokata.
Pierwsza, powiedział, «narodowa»,
Druga «dla duszy i dla świata»:
Czy wnuczka jego, Iłganowa,
840Sierota, córka oficerska,
Mogłaby (tu powody podał)
Zmienić nazwisko na Dziewierska.
Następnie: szuka prawdy, faktów,
Naocznych, wiarogodnych świadków
845 Tej demonstracji i wypadków
Sprzed lat dziesięciu. Czy widzieli,
Kto «zaczął», tj. kto wystrzelił
Pierwszy? Kto zabił Iłganowa?
Jak zachowywał się oficer,
850Nim salwę zakomenderował?
Czy jest możliwe, że to szpicel,
Ochrannik, wszystko sprowokował?
Czy można uznać, że Iłganow
Działał w obronie własnej? Moskal,
855 Ale też człowiek. Dostał rozkaz.
Więc musiał. Czy tą salwą splamił
Swój oficerski honor? Wreszcie:
Kto jest «Kazinek»? «Bo na mieście
Mówili potem, że jakoby
860 Prowodyr między bojowcami,
Co pierwszy zginął — blondyn, młody.
Jasny garnitur, cera śniada —
Może by pan mecenas zbadał
Co do zdarzenia i osoby?
865Mnie jeden letniak opowiadał —
Więc, jak słyszałem, ten prowodyr
»Kazinku!« krzyknął, kiedy padał».
Gdy klient całą rzecz wymruczał,
Mecenas w grubym aktów tomie
870 Odnalazł stare «dieło… nomier»
[352],
Stronę po stronie je przerzucał;
Wreszcie, sięgając do binokli
Palcami w szczyptę zebranymi,
Wypalił: «Co będziemy mogli,
875Zrobimy, panie dobrodzieju».
Mówił mniej więcej jak Franc Fiszer
[353],
Dziś jeszcze jak żywego słyszę:
Co słowo, to soczysta wiśnia,
W miąższ dźwięku wpijał się i wmyślał,
880 Rzecz wartko tocząc jednocześnie
(Łakomy był na te czereśnie).
Po punkcie punkt, po kwestii kwestię
Kładł na stół, ufny w swą maestrię,
To — tak, to — nie, a tamto — może,
885To da się zrobić, z tamtym gorzej.
Świadkowie — słaba to nadzieja,
«Proszę ja pana dobrodzieja,
Można poszukać — owszem, ale
Świadek — to zawsze łeb zakuty,
890Więc gdyby nawet» i tak dalej,
I — «
solche Stiefel[354], takie buty».
…«Co do Kazinka zaś, to nas tu
Najsroższy zawód spotka, sądzę.
Podsądnych było stu dwunastu,
895Zginęli zaś następujący:
Bednarek, Łuczak, Hanc, Kiełpiński,
Stępień, Chajmowicz, Witusiński,
Kozłowski Jan, Kozłowska Wanda,
Włodarczyk, Mergiel, Mróz, Olanda,
900 Szejnman, Kleinówna i Kołodziej,
Więc, jak pojmuje pan dobrodziej,
Trudno dziś dociec, czyj to synek,
Bo syn, przypuszczam, ten Kazinek…
A czy… śmiem spytać, w jakim celu
905 Wielce szanowny pan dobrodziej
Chce znaleźć chłopca? O co chodzi?»
Dziewierski chrząknął… «Niby… w celu…
Jak by powiedzieć? Niby… że ja…
I! co tam bede… Bardzo długa
910 Historia… Uniżony sługa».
— «Najniższy pana dobrodzieja».
V
Co praczka robi, rzecz wiadoma,
Nie sekret też, co zbieracz znaczy.
Matka chodziła prać po domach,
915A Kazek przystał do zbieraczy.
Co zbierał? Nie angielskie sztychy
I nie Courbety, Renoiry,
Nie porcelanę, nie zegary,
Ikony stare lub kielichy,
920Nie owe obrazeczki szklane,
Barwiczką cudnie malowane,
Które wozili ochweśnicy
[355]
(Ach, moja wdzięczna panieneczko,
Janosikowa freireczko
[356],
925Co mi cię przysłał ksiądz z Niedzicy!),
Nie perskie arcytwory tkackie —
W innym zaprawiał się zbieractwie.
930 Węgiel na furze, on za furą —
Wróci do domu z pełną czapką;
Mąka się z worka sypie dziurą —
I mąki nie pogardzi kapką;
W rynsztoku jabłko — a on cap go!
935Ukraść — broń Boże! to nieładnie,
Lecz łap, co pada, bo kto skradnie.
Co upolował, przyniósł matce.
A gdy bywało (oj, bywało!),
Że jej się pranie nie trafiało,
940To tyle jedli, ile w czapce.
Jak każdy z sensem kolekcjoner,
Po pewnym czasie zmienił system:
Rzucił zbieranie rozproszone
I poczuł w sobie specjalistę.
945Zrobił («
mark registered[359]») «śpikulec»
(Szpilka wszczepiona w koniec pałki)
I, znów do czapki, zbierał z ulic
Papierosowe niedopałki,
Czyli «kumety» lub «podulce».
950Z tego powodu chłopcy potem
Nawet przezwali go «Śpikulcem».
W południe chodził pod Grand Hotel,
Gdzie kupcy ćmili i śmiecili,
Latem pod teatr lub do parku,
955Czasem trafiło się cygarko,
Słowem, nie brakło mu surowca.
W domu to suszył i wykruszał,
Przesiewał, wietrzył na arkuszach
Papieru — i maszynką ojca,
960Zziębnięty nieraz, głodny, bosy,
Po nocach robił papierosy.
Po pierwszą setkę gilz «Fortuna»
Poszedł na piechtę do Nachuma,
Do Zgierza. NACHUM MAŁOPALNY.
965 RÓŻNYCH TOWARÓW KOLONIALNYCH.
Przyjaciel ojca nieboszczyka,
Nachum od pieluch znał Kazika;
A gdy do Łodzi się przenieśli
(Przez mamę — «żeby bliżej grobu»),
970 Ojca towarzysz i rówieśnik,
Gdy bywał w mieście, to zachodził
I opowiadał, jak ich obu
Jak ojciec stał w ten wtorek czarny
975 Pod barykadą… jak «poruczyk
Skakał i tańczył jak ten kucyk,
Śmich było patrzyć! Jeszcze buty
Pamiętam… wszystko! No, a potem
Postawił termin: tri
[362] minuty;
980To ja myślałem, że minęło
Trzy wieki tam i trzy z powrotem.
Potem z tą szablą — o tak — w górę
I z brodą machnął. Tu gruchnęło…
Szkoda tatusia! A szwarc jure
[363]
985Na tych podleców! Żeby znałeś
Jaśka Mergiela, jak ja znałem,
Toby im kiedyś pokazałeś!
Ty powinieneś być ten mściciel!!
Pani Merglowa, nie płacz pani…
990Tu sprawuneczek jest dla pani…
No, a w ogóle co robicie?»
Interes nieźle prosperował,
Bo szwarcowane
[364] były w modzie
Za okupacji. Więc się co dzień
995 Tych parę groszy zarobiło.
Kazek solidny dawał towar,
Więc chętnie cały dom kupował,
Potem i inni. «Bida z nędzą,
Mówili, niech choć tym opędzą
[365]».
1000
Gdy się wewnętrzne ciemne głosy
W wyraźny, jasny wiersz przemienia.
Uwagi trzeba i skupienia,
Kiedy się robi papierosy.
1005Zaduma czoło twe ocienia,
Przecina bruzdą zasępienia,
Bo zapatrzony, ważysz losy
Bibułki wątłej. Więc uwaga!
Umiejętności rzecz wymaga.
1010Nakładać musisz równomiernie,
Blaszany rowek zamknąć szczelnie,
Oskubać wystające kłączki,
Paznokciem jeszcze je wygładzić,
Gilzę na ścięty szpic nasadzić
1015 I pchać ostrożnie pręcik «rączki»,
W pierś ją wpierając słabowitą,
Póki papieros nie wyskoczy…
I gdy sterczący z gilzy tytoń
Pręcikiem znów do wnętrza wtłoczysz
1020 Razem z koniuszczkiem bibułkowym,
Wtedy dopiero jest gotowy
«Prawdziwy przedwojenny prima
Ruski papieros! Lepszych nima!
Pali go Szajbler i Poznański,
1025A także cały dwór sułtański,
Kajzer Wiluś
[366] i jego piesek Miluś,
Cesarz Mikuś
[367] i jego piesek Pikuś,
Maks Linder
[368] i jego cylinder,
Proszę na ligę popierania
1030 Żołądka!
Paczka, dwaeścia sztuk, dziesiątka!
Pan da zarobić, panie legun
[369]!»
Zagadnął Kazek Dziewierskiego…
Wziął. Dał dziesiątkę. Kazek w piąstkę
1035«Na szczęście» chuchnął i poleciał.
A pan Ignacy szedł na dworzec
I tak rozmyślał: «Kto wie… Dzieciak
Może głoduje, chory może…
Sierota z grzechu mego zięcia…
1040 Przygarnąć by to… zetrzeć winę…
»Kazinek«… A jak nie Kazinek,
To inny… Ale go pokażcie…
Kto? Gdzie? Jak znaleźć go? Szesnaście
Rodzin… I dziesięć lat minęło…
1045Mówi, że trudno… Mądra głowa…
Lecz gdyby coś… z pomocą boską…
Toby się chłopca przygarnęło…»
A chłopiec sobie szedł Piotrkowską,
Gdy pociąg ruszał do Piotrkowa.
1050
SenW wagonie sen: że bukiet robi,
A kwiatów nie ma. Wprawne palce
Jakby z powietrzem były w walce…
Nic — niczym, pustkę pustką zdobi,
Manipuluje pełnym kunsztem,
1055Nie pofolguje drobiazgowi,
Już go w przybiórkę mglistą spowił,
A źdźbła lichego nie miał w ręce;
I coraz zwinniej, coraz prędzej
Latają nieomylne ręce,
1060Bo jakieś, których nie znał nigdy,
Niewidy, Nieistoty, Nikty
Gwałtują, naglą, krzykiem, stukiem:
«Nasz bukiet na wyjezdne! Bukiet
Pociąg odchodzi za minutę!»
1065Więc on na koniu widziadlanym
Pędzi z bukietem-niebukietem,
Wpada na rynek, pod aptekę,
A tam aptekarz, ten i nie-ten,
Z utkwionym w ścianę okiem szklanym,
1070 Palcami wężowymi lata,
Zwija, rozwija, skręca, splata,
Spektaklem nad spektakle łudzi:
Cwałują chmary zwierząt, ludzi,
Gwiazd, czartów, kwiatów, wiedźm na mietle
1075 W zielono-balladowym świetle
Kociego wzroku i księżyca…
Wicher w miasteczku — i śnieżyca
Zalepia ociężałe oczy.
Wtem wstrząs. Aż na sąsiada wskoczył.
1080«Bukiet! Gdzie bu — —? fet» dopowiedział
Wstydliwie. Przecież dobrze wiedział,
Gdzie jest w Koluszkach bufet.
Wyszedł.
Był zły. Gdy wrócił, zmienił przedział.
VI
1085
Śledzące z lękiem za bibułką,
Czy pełna, cała na stół skoczy,
Wcześnie zaczęły chmurnieć oczy,
Wcześnie dziecinne gładkie czółko
Przecięła bruzda zasępienia,
1090I tak, jak wiosna za jaskółką,
Za sępem jesień przyszła wczesna —
Tęsknota chłopcu twarz ocienia
I ta, co rzeźbi zamyślenia:
Zaciętość smutna i bolesna.
1095Bo całe noce, trudne noce,
Bezsenne, twarde i robocze,
Gdy z gilz na stół wystrzeliwanych
Nie spuszczał wytężonych oczek —
— O ojcu myślał… Tak jak gdyby
1100
Przez dłonie ojca zostawione.
Są takie siły utajone
W najniewinnjejszych przedmiocikach.
«Synowie! Strzeżcie się zegarków
1105 Po waszych ojcach nieboszczykach!»
Rósł ojciec. Rosła noc chłopczyka
I ciężar życia rósł na karku.
Syn za nim wspinał się i badał:
1110Któż to był — Ten — Nieznany, który
«Kazinku!» krzyknął, kiedy padał?
Bo to nie on, ten młody, cienki
I nawet (dziwne) uśmiechnięty,
Co na nich z «fotegrafii» zerka,
1115Gdy mama wyjmie ją z kuferka
I nosem pociągając, patrzy,
Fartuchem najpierw ją obtarłszy.
Nie! To nie tatuś z barykady…
Tamten był chyba wyższy, starszy,
1120Z marsem na czole, z «lewerwerem»
(Tu jeszcze srożej czółko marszczył).
Tamten był groźnym bohaterem
Jak ubóstwiani półbogowie
Z makulatury zeszytowej:
1125 Nick Carter
, Sherlock Holmes
, który
«Ręce do góry! — krzyknął, mierząc
W zbrodniarza. — Mam cię, stary łotrze!
Ha, ha! Myślałeś, żeś mnie podszedł!» —
Doktor Moriarty
, wściekle rzężąc,
1130Wił się pod wzrokiem detektywa…
I tutaj zeszyt się urywa.
Macistes, Jacek Texas — oto
Jak mu się rysy ojca plotą
W nadprzyrodzony stwór wyśniony,
1135 W oblicze nie do uwierzenia,
W posąg z tęsknoty i marzenia…
To on, obrońca uciśnionych,
On — Sprawiedliwość zło miażdżąca,
Miecz kary, ludzkich krzywd pogromca…
1140 Tak Wielki Ojciec się wydźwignął,
Ten, co nad życiem mu zaciążył,
Ten, co «Kazinku!» jeszcze krzyknął,
A «pomścij ojca!» — już nie zdążył.
Lecz nakaz zamarłego głosu
1145 Syn spełni kiedyś. Z woli losu
Na rozpacz swoją i nieszczęście.
Tymczasem — ćwicz się, synku, w zemście,
Niech bije mocniej, celniej, gęściej
Kartaczownica papierosów!
VII
1150
Awans maszynki na armatę
Automatycznie spowodował,
Że i «Śpikulec» awansował:
Już z mieczem chodził nasz bohater.
Okleił kijek glansowanym
1155 Złotym papierem — i na sznurku
Przy boku nosił, niesłychany
Szacunek budząc na podwórku,
Tym większy, że na dumne czoło
Nacisnął trójgraniasty pierog
1160 Z «Gazety Łódzkiej» — więc dopiero
Napoleon (przed Waterloo!).
Potęga była w nim monarsza…
I patrz: na front pieroga siadła
Czereda wielkich liter: WARSZA
1165 I z boku dalszy ciąg: WAPADŁA
[370].
A na nim trawa, kępy chwastów,
Baterie beczek, deski, cegły,
Dół z wapnem, śmiecie i żelastwo.
1170Plac miał własności czarodziejskie:
Gdy trzeba było, zmieniał miejsce,
Wysoko wznosił się do góry,
Jak ów z arabskiej bajki dywan,
I w obce ziemie ulatywał;
1175Był więc, zależnie od lektury,
Czym Kazek chciał. Meksykiem bywał,
Pampasem, puszczą, wsią indyjską,
Kopalnią srebra w Argentynie,
Chińską dzielnicą w San Francisco
1180 Lub sławną Baker Street w Londynie
[371].
Tym razem… Lecz poznajmy wprzódy
Świtę naszego Bonaparta:
Czesiek — «Cybula», Gieniek — «Rudy»,
Edek — «Mysz», drugi Edek — «Tartak»
1185 (Chwalił się wujem, co miał tartak
W Kaliszu; z tego poszło); wreszcie
Biedaczek Tadzik, zwany «Kulos»
(«Te, Kulos, dużaś dzisia ulozł?»),
Bo kiedyś mu na Starym Mieście
1190 Tramwaj ściął nogę po kolano
I przyprawiono mu drewnianą
(Nawiasem: nieszczęśliwe dziecko
Z dumą znosiło swe kalectwo,
«Przywilej» czując w sztucznej nodze…
1195 Po prostu zazdroszczono mu jej).
Tych pięciu, ze «Śpikułą» wodzem,
Na plac wkroczyło w pełnej gali
Co lepszych strzępów, jakie kto miał,
I rozpoczęto ceremoniał:
1200Najpierw do dołu nasikali
I, pluszcząc w obrzędowej ciszy,
Popatrywali, który dalej
I kto wytoczy łuk najwyższy.
Potem obsiedli dół, popluli,
1205 Strzykając plwiny
[372] rekordowe,
Kredową rozbełtując wodę,
Kto brudną nogą, a kto kijem,
Kto kamyk ciśnie rzutem ciętym
Tak zręcznie, że wapienne męty
1210 Podskakującym ściegiem szyje.
Na tym im zeszło. Ani pluć tam,
Ani już sikać. — «Nie marudźta!»
Dał znak śpikulcem. Odmarsz. Rozkaz.
Ważny dziś, że niech ręka boska…
1215
Cygańskim truchtem, drobnym chodem
Gęsiego idą, a on przodem.
JesieńNa niebie jesień wstrząsająca,
Obłoczne bory we krwi słońca.
Idą pod zachód jak pod górę.
1220Żarzą się szyby fabryk burych.
Idą, trzepocąc łachmanami
Jak dzień świąteczny chorągwiami.
Przy stercie desek i żelastwa
Zwolniła nieco krok hałastra.
1225
Ten gmera, ten by się pohuśtał
Na deskach… A on: «Nie marudźta!»
Od blasku zasłaniają oczy.
1230 Pożogą rdzawi kępy trawy.
Do beczek doszli. Obstukali.
Gdzie woda była, wypluskali.
On — nic. On nie tknie. Milczy, patrzy
I czeka, na kamieniu siadłszy.
1235
Czegoś mu pilno. Coś wymyślił.
Przywidział sobie coś czy wyśnił.
Aż go podrywa od tych widzeń
I niecierpliwie: «Idziem! Idziem!»
1240Ze snu wyłowił to tęsknotą.
Więc gania, pili, bo to właśnie
Zaczyna na tym niebie dziać się.
Na niebie i na placu razem
Zabudowuje się obrazem.
1245
Do warg śpikulec. Dmie w tę pałkę
Jako szczurołap w swą piszczałkę.
Na wzgórek wiedzie. Oni za nim,
Wpatrzeni w dal, zaczarowani.
A z tego wzgórka — podziwienie:
1250Niebo zwaliło się na ziemię.
W gruzach czerwone leżą skały,
Złote lodowce i kryształy.
Złomy niebieskie potrzaskane,
W pokrwawie świeżej unurzane.
1255Zamki srebrzyste i zwierciadła — — —
Aaa! — —
To tak, to tak WARSZAWA PADŁA!
Spadła jak szklana kula z wieży
I w cud rozbita — na placu leży.
1260
I pokazuje miasto Warszawę:
«Patrzta — stolica».
Patrzy Cybula, Tartak, Mysz,
Rudy i Kulos. — «Tam… Widziiisz?
1265 Polska stolica».
Ulice tam jak błyskawice
W żmijowe wiją się pętlice,
Rozruch w stolicy! Słońca młoty
W kowadło grodu ogniem walą,
1270 Tęczową taflą dachy wstają,
Gmachy padają w drobiazg złoty,
Domy w rozłomy, barwy falą
Biją, druzgocąc gród ruchomy,
Palą się garby zwalisk jarkie,
1275 Lawiną farb nieboskłon nawisł
Nad karkiem ziemi! Dudni ziemia
I bezustannym hurmem przemian
Dźwiga, przemiażdża się i kruszy
Polska stolica!
1280Strop się obruszył — A znów śmiga
Czerwiennych murów roztrzęsieniem.
Żagwią się, pędzą chmur płomienie,
1285 Tam na rzoncego
[375] skargę podam,
Na strupla
[376] tyż. Nie bedom, psiamać,
Z podwyrka wont chłopaków ganiać.
A co? Kot sro. Nie jego wydział.
Dracha
[377] robiłem. Rudy widział.
1290Co, nie? Widziałeś? Rudy świadek,
To co mie kiszka? Całpsa w zadek.
Poliwasz, to poliwaj sobie,
A ja przy pompie dracha robie.
Jak jemu w gumie dziurka sika,
1295To ja? Że ja mam scezoryka?
Ja patyk rznę, bo robie dracha,
To co ja bede kichę
[378] ciachał?
Jak woda z kichy bokiem bije,
To co takiego, że ja pije?
1300A rzonca do mnie: A ty śkrabie!
I śturga
[379]…»
Surmy grzmią w Warszawie.
Ze szkarłatnymi oknami,
Siedzi na tronie Warszawski Król
1305 I wiedzie rzecz z dworzanami:
«Jakże się miewa mój łódzki naród?
Co porabiają chłopaki z Bałut?»
Otwiera wrota królewski mistrz
I wchodzą przed tron miłosierny
1310 Śpikuta, Tartak, Cybula, Mysz,
Rudy i Kulos kuterny.
«Moje
[380]!» — zawoła król łódzką mową,
«Twoje!» — odkrzyknie chór przepisowo.
«Jak tam, chłopaki? — tak zaczął król —
1315 Dobrze czy źle wam się wiedzie?
Kto ma żal jaki, skargę czy ból,
Niech powie, zaradzę biedzie».
Sześciu ich było. Pięciu mówiło;
Szósty — jak niemy głaz nad mogiłą.
1320
Zatrajkotali w tronowej sali,
Aż ministrowie pouciekali.
Oświergotali królewską głowę,
Jak wiecujące wróble marcowe.
Pięciu gadało, jak pięćset gada,
1325 Gdy o przedwiośniu na drzewo siada.
Szósty — duch szklisty, cień nadmogilny,
Stoi jak wryty, krzyknąć bezsilny.
Nic — tylko patrzy, KTO ich tu wita…
Wreszcie zgiełk ucichł. Król dekret czyta:
VIII
1330
Margraf Bałucki, Książę Łódzki,
Aleksandrowski, Lutomierski,
Brzeziński, Radogoski, Zgierski,
Hrabia na Chojnach, Pabianicach,
1335 Rogowie, Rudzie, Żakowicach,
Wiśniowej Górze i Kraszewie,
Strykowie, Głownie i Widzewie
I innych łódzkich okolicach,
Dokąd pamięcią Swą sięgamy —
1340 CHŁOPACKIE PRAWA ogłaszamy:
I) Podwórza wolne. Stróż ni rządca
Nie będzie się do zabaw wtrącał.
II) Chłopcom dajemy we władanie
Swobodne ulic polewanie
1345 Z gumowych wężów. III) Do wychodka,
Kto chce, ma wolny wstęp do środka,
Choćby z innego był podwórza.
Precz z obyczajem »Klucz u stróża«.
IV) Wolna żegluga na rynsztokach
1350 I na kałużach. V) Każdy chłopak
Ma prawo schodzić do piwnicy
I, jak się trafi, skarb zakopać.
VI) W mróz dozwolone: 1) Siadać w sieni
Pod szóstym. Tam jest ciepła ściana
1355 I chlebem pachnie; 2) od Grynśpana
Rogoże
[381] brać i spać pod niemi;
3) Z chłopskich furmanek ściągać słomę,
I z bawełnianych bel »wydziorki«,
1360By opatulać się jak w mieszek;
5) Gdy zbiorą, palić koks przed domem
I kucać. Wszystko dozwolone,
Włączając: 6) wyrywanie desek
Ze skrzyń i płotów na podpałkę.
1365 VII) Gdy ogród murem otoczony.
Zabrania się, by szkłem tłuczonym
Osypywano go po wierzchu.
Od dzisiaj hyca się bez przeszkód.
VIII) Wolno, gdy wjedzie wóz w podwórze,
1370 Na kozioł wliźć i trzymać lejce;
Kulosa zaś, co sam nie może,
Podsadzi furman na to miejsce.
IX) Kto drzewo trzęsie, tego owoc,
Tak jakby zrywał wlazłszy na nie.
1375X) Jeżeli klipa
[384] sztorcem stanie,
Liczyć zaczyna się na nowo.
XI) W grze »w klasy« — linia, choć zatarta,
O-bo-wią-zu-je skaczącego!
(»A nie mówiłem!« syknie Tartak,
1380Z tryumfem patrząc na Rudego.)
XII) W sprawie chowanki: 1) Blincowanie
[385]
Giltuje
[388], gdy się w szkło zaklepie.
Gwarantujemy to ustawą.
1385 XIII) Gdy drach (latawiec) się zaczepi
O balkon z frontu, ma się prawo
Przejść na ratunek przez mieszkanie.
XIV) Co do guzików, to rzecz oną
Zdecydujemy po zbadaniu,
1390Albowiem Nam ją przedstawiono
W niedostatecznie jasnym zdaniu:
»Zrówniać palice niemożliwość
I bez to je niesprawiedliwość:
Jak duży rękie rozczapierzy,
1395 Wiency zachwaci jak odmierzy,
To jemu for i kontrol dany,
A maleńciejszy wykiwany«.
XV) W sprawie kaftanów, czyli kapot,
Wniesionej przez chłopacki raport,
1400To wysuniętym argumentom
Musimy przyznać rację świętą:
Że kiedy chłopak mały wzrostem
Dziedziczy surdut rodziciela,
Strój ten, sięgając mu do kostek,
1405 Ośmiesza go i onieśmiela
Wobec przechodniów. Przyznajemy,
Że to »tyjater
[389]«, »naśmichanie«,
Jak zaznaczyli wnioskodawcy.
Będą więc odtąd Nasi krawcy
1410 Obcinać poły przy kaftanie.
XVI) Kurs oficjalny na stalówki
:
Jedna grajbera = dwie rondówki.
XVII) Co do chrabąszczów — radzi byśmy
Zmienić obyczaj ich kapryśny,
1415 Lecz prośba, »żeby gęściej niosły«,
Przekracza Naszą kompetencję…
Zwrócimy się do Panny Wiosny,
By ich puszczała jak najwięcej.
XVIII) Z woli Naszego Majestatu
1420 Najuroczyściej się stanowi
Poniższy Tramwajowy Statut:
1) Pasażerowie wysiadając
Dzieciom bilety swe oddają
Tudzież gazety przeczytane.
1425 2) Gdy tramwaj na »końcówce« stanie,
Chłopaki mają dostęp wolny
Do maszynerii na »placformy«;
Nikt nie ma prawa im zabronić
»Poruchać korbkie« i »podzwonić«.
14303) Zakazujemy najsurowiej:
a) Jazdy przyczepnej, b) buforowej,
c) Na stopniach, d) »z nogom nawieszonom«
(I o to bowiem Nas proszono),
e) »Skikania« w każdej formie, f) zabaw
1435 I gier na szynach, g) figlów z prądem —
I nie zgadzamy się z poglądem,
Że »śmyrgnąć na bok zawsze zdążem«
(Tu Kulos, przyświadczając wtórem,
W podłogę stuknie swym kosturem),
1440Jak również mamy wątpliwości
Co do opinii Naszych gości,
Że »pod tranwajem elekstryka
W złoto kwardzieje, jak zapstryka«.
XIX) Z wielkim Naszego serca żalem,
1445 Lecz troską o was kierowani,
Z próśb innych nie spełnimy dalej:
1) Tej, żeby was ze strażakami
Na pożar wozić. 2) By murarze
Odnawiający kamienice
1450 W pustych wiaderkach was spuszczali
Z desek rusztowań na ulicę.
A jak król chce, to my pokażem«
Niedostatecznym jest rezonem.
1455 Nie chcemy patrzyć — i skończone.)
3) Z decyzji Naszej prawomocnej
Nieodwołalnie się zabrania
Ulicznej palby wielkanocnej,
Owego »kalafiorkowania«.
1460
Tym punktem zamykając rejestr
Potężnych praw i nieodzownych
Paru zakazów, zresztą drobnych,
Żywimy wiarę i nadzieję,
Że udzielone przywileje
1465 Wykorzystacie bez nadużyć
I że staraniem waszym będzie
Na szereg nowych praw zasłużyć,
Które wam z góry tym orędziem
Najuroczyściej przyrzekamy
1470 W szczodrobliwości Naszej łaski.
Podpisujemy własną ręką:
Jan IV Dobry, Król Warszawski,
Pieczętujemy zaś Jutrzenką
Swobody, już nadciągającej,
1475Za którą przyjdzie, rosnąc w blaski,
Teraz, Młodości, bądź szczęśliwa!
Teraz, chłopaki, hura! wiwat!
Niech troski idą w zapomnienie!
1480Niech żyje radość!» — — —
Nic. Milczenie.
Stoją złamani, osowiali,
W posadzkę wbili smutne oczy,
Żyć im się nie chce, świat się mroczy…
1485 Nie! Tego się nie spodziewali!…
Na głowę by włożyli worki,
Popiołem by się osypali —
Taki ich straszny cios przywalił:
Te «kalefiorki».
1490
Wzdycha Cybula, Tartak, Mysz,
Rudy i Kulos: «Masz ci… Tyż!…
I jakże teraz?…
W święta nie pukać? To co ze świąt?
Jak kalefiorki mają iść wont,
1495Co za interes?»
Sześciu ich stało, pięciu biadało,
A szósty — marą znieruchomiałą,
Nic, tylko patrzy…
A król na niego jak na szklanego,
1500Nie widzi, nie wie; samym kolegom
Te prawa świadczy.
Przymrużył oczko okrutny król,
Spod wąsa się chytrze uśmiecha:
«Ha, cóż! Na taką klęskę i ból
1505 Przydałaby się pociecha…
A dziś zabawa w królewskim lesie!
Cisowe wrota, otwierajcie się!»
IX
Po błyszczącej trawie,
Po pachnącej świeżo,
1510 Chodzą panny ulubione,
Spódniczkami śnieżą.
Nie byle dziewczyny,
Panów majstrów córki!
Pochrzęstują na staniczkach
1515 Koralików sznurki.
Zobaczyły chłopców,
Otoczyły mgiełką,
Nawionęło, zawoniało
Różowe mydełko.
1520
Prosimy, prosimy
Panów kawalerów!
Na murawie obrus biały,
Tkany przez szpinerów
[393].
1525Serdelki, ogórki,
Jak zaczęli wtrajać
[394],
Nie zostało skórki;
Po bajgiełkach, obwarzankach
Połykali dziurki.
1530Maczali w musztardzie
Kaszanki, blutwurszty
[395],
Jak zajadą w pełny słoik,
To on zaraz pusty.
Chrupali, chrustali
1535 Chrząskie korniszonki,
A w kapuście skwarki były
I kawał golonki.
Oj, śledzie, piklingi,
Oj, wędzone ryby!
1540Żebyście wy nóżki miały,
Nie zostawiliby!
Nie poodlepiają
Szprotek pozlepianych,
A w rolmopsach nie darują
1545 Zatyczek drewnianych.
Czereśnie-kraszanki
I kwaskowe «szklanki»
[396]
Panny z drzewa otrząsały.
Napełniały dzbanki.
1550
Przyfrunęły wróble,
By odziobać resztki,
A na trawie wokoluśko
Ani jednej pestki.
Potem im nosiły
1555 Panów majstrów córki
Wielkie pączki z powidłami
I kremowe rurki,
Rąbały toporkiem
Białomiodu kamień:
Jak go zagryźć, to się w zębach
1565 «Ciąga» pasemkami.
Wreszcie jabłka na patykach
Dostał każdy smakosz
I ledzieńce do lizania,
Na drewienkach takoż.
1570
Zapijali chlebnym kwasem
I sodową z sokiem:
Malinowy, cytrynowy
Płynęły potokiem.
Jak tę wodę łyżką mieszać,
1575To ciareczki syczą,
Pęcherzyki pod nos biją
I jest bardzo byczo.
*
«Teraz gońcie nas, szukajcie, gdzieżeśmy!»
1580 Zabiegały, zamigały wiewem białym;
Białe sarny tak by w borze biegały.
Z drzew wynurzą się, oczyma zaświecą,
Zaobłoczą i w zadrzewie ulecą.
Byłoż tam mocowań, łaski, zadyszania,
1585Kiedy chłopak skoczną pannę doganiał!
Byłoż tam całowań, pisku, zamierań,
Gdy do drzewa chłopak pannę przypierał!
A łoskotu, a chichotu, przeciwień!…
Bo majstrówny były bardzo łechczywe.
1590I mówiły im na ucho sekrety,
I szeptały rozemdlałe: «Oj, rety!…»
Szeleściły panny po mchu, po chruście,
Upraszały ich najmilej: «Oj, puść mie!»
Cycki u nich gumiaste jak graca
[401]:
1595Jak nacisnąć, to wklęśnie, potem wraca.
To sięgali, nagniatali: może strzeli?
Z mlecznych czasów pamiętali. Pragnęli.
A to były już wiedzące dziewczyny,
Miały one tej lubości przyczyny.
1600A ci chłopcy byli jeszcze bez wieści,
Witkom w kwietniu nierozwitym rówieśni.
Jeszcze byli w domyśle; nie wiedzieli,
Czemu łomot w piersi i zachłyst w gardzieli.
Kto przyciśnie swoją pannę do drzewa,
1605 Temu serce tajna trwoga zalewa.
Jak się która z chłopcem w krzakach szamoce,
On zębami, kolanami dygoce.
Słodko było mówić pannom z imienia:
Erna, Fryda, Olga, Wanda, Terenia.
1610A i one grzecznie do nich i gładko:
«Ach, prawdziwie, panie Edek, to zanadto!»
«Ach, i cóż pan, panie Czesiek, wyrabiasz?»
«Ależ z pana, panie Gieniek, niezgrabiasz!»
A te panny były wielkie chytrusy:
1615Tak gadały, a wodziły w pokusy.
Bo tam stało jezioreczko lustrzane,
Otaczały je skały omszałe:
To te panny nogi w wodzie pluskały,
Osrebrzone wychodziły na skały,
1620A te nogi w jeziorze zostały —
Panny srebrnym ogonem chlastały.
Śmiechu było między chłopakami —
Śpiewające widzieć ryby z cyckami.
Było śmiechu, lecz i łez gorących,
1625Od tych ślicznych piosenek smucących.
A najsłodziej śpiewała ta Erna,
Tadzikowi-kaleczkowi wierna.
Że on kulos nie mógł ganiać po lesie,
To go sama w swoje gniazdo zaniesie.
1630 Było ono na drzewie-rozłogu,
W leśnym niebie, w liściastym obłoku.
Było ono koszem i łonem,
Gdzie są w matkach dziecięta noszone.
To ten Tadzik w tym gnieździe się skulił,
1635 A ta Erna miłosierna go tuli.
Tuli w ciepłych, pachnących oplotach,
A on płacze, że jest wielki sierota.
Przy chłopakach odstawia chojraka,
A jak sam jest, toby tylko płakał.
1640W ośmiu latach dziadyga ubogi:
Ani ojca, ani matki, ani nogi.
To ta Erna niebo roztworzyła,
A tam jego noga chodziła.
To on złapał tę nogę, przystawił,
1645Skoczył z drzewa i z chłopcami się bawił.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
X
Gasł i zapadał Dwór olbrzymi,
Potem z przepaści tylko dymił.
1650
Zamknęło niebo usta złote
Na klucz marzenia, na tęsknotę.
Już gęsty wieczór plac zacienił,
A jeszcze stali zapatrzeni.
«Chodźta, bo zimno», mówi Tadzik
1655 I kuśtykając ze wzgórka sadzi.
Mówi Cybula: «Te, Śpikuła,
Bier siable, bo ci sie opsnuła».
Podnosi. Drży rycerska szpada
W zsiniałej rączce. I wtem — w ciemię
1660 Cios mroku — głuchy. Padł na ziemię.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
«Tatusiu!» krzyknął, kiedy padał.
XI
Przed domem stało Pogotowie,
Dzieci do środka zaglądały,
1665Stróż się użerał z chłopakami,
Merglowa głośno zawodziła,
Na schodach było pełno ludzi,
Kumy stawiały diagnozy,
Piskliwe odprawiały
neniae[402]
1670 I obliczały koszt pogrzebu
(Czy znacie słowo «szterbekasa»?
[403]).
Pachniało octem, amoniakiem
I walerianą. W smutnej stancji.
Wyglądającej jak banalny
1675 Drzeworyt ekspresjonistyczny
W organie «komunizującym».
Doktor Cybulę wypytywał,
Jak się to stało, więc Cybula
W natchnieniu bujnej pseudologii
1680 Nieopisane plótł androny
(O, wielka żądzo zabłyśnięcia
Własną ważnością, bohaterstwem!
Wieczny «kalifie na godzinę»!).
1685Leżał bledziutki i pogodny.
Doktor mu mówił «kawalerze»,
Kazał oddychać, nie oddychać,
W kościste plecy młotkiem stukał,
Uderzył też w kolano zgięte
1690 I noga sama odskoczyła
(Cybula parsknął na ten widok),
Wreszcie powiedział: «Poleż sobie
Dzień, dwa w łóżeczku, kawalerze,
I będzie dobrze, a mamusia» — —
1695 Pani Merglowa, uwieszona
Oczyma u doktorskich ust,
Czekała, biednie uśmiechnięta,
To jest pokornie i poddańczo,
Aby powiedział, co mamusia.
1700«Mamusia, rzekł westchnąwszy, niech się
(Powiesi!!! — ryknął w duchu)… niech się
Nie niepokoi. Do widzenia.
Trzymaj się ciepło, kawalerze».
Zadowcipkował, grzęznąc w błocie
1705
Jakiegoś nikczemnego smutku.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Lekarz z trzeciego piętra schodził
Po słotnych stopniach. Stęchłe worki
1710 Ze zmarzniętymi kartoflami
W piwnicy szczurzej — oto zapach
Tych łódzkich schodów. I sam także
Był workiem mgły, niewiedzy, nudy,
Szatanów, troski i tęsknoty,
1715Żeby tam wrócić, oddać wszystko,
Klęknąć i modlić się.
Nie wrócił.
Wszedł do karetki słotny lekarz,
1720 Dzieci do środka zaglądały,
A gdy odjechał, długo jeszcze
Gromadka frasobliwych istot
Przed domem stała, komentując,
Klarując, wspominając… Wreszcie
1725 Ludzie po domach się rozeszli
I dalej dziwne dumy snuli…
Bo dla biedoty staromiejskiej,
Od kurzu troski poszarzałej
W jarzmie nudnego niedostatku,
1730 Jest Pogotowie wehikułem
Z krainy zdarzeń czarodziejskiej:
Karocą, którą Grimm powozi,
I w sześć Pegazów zaprzężoną.
A słotny lekarz (mój znajomy)
1735 Powrócił do centrali nieszczęść,
Gdzie już na biało-ceratowej
Wąskiej kanapce leżał bredząc
Niejaki Leon Szulc, perukarz,
Rzymski katolik, lat trzydzieści
1740 Dziewięć, Wólczańska 70,
Mieszkania dziewiętnaście. Leon,
Bez kołnierzyka, świecąc spinką
I medalikiem w formie serca,
Walił się pięścią w brzuch i wołał:
1745 «Ja tobie dam aktora, małpo.
Ja tobie dam aktora!» — Lekarz
Odpiął świecącą spinkę. Potem
Szarpnął koszulę w lewą stronę
I zaczął podsłuchiwać serce.
1750
Ludzie siedzieli na krzesełkach
I wąski złoty pas wszechświata
Ukazał się korytom ulic.
Gwiazdy, niebiańskie zalotnice,
1755 Pomrugiwały na ubogich.
XII
Nie miałem serca dla Warszawy,
Gdy opuszczałem miasto Łódź,
Polami sunął zmierzch zmurszały,
Pogrzebem w mgłę się pociąg wlókł,
1760 Drogę mą w przyszłość zawieszały
Kotary ciężkich, starych dum,
Strach stukał we krwi, przemieszany
Z usypiającym stukiem kół,
A powróz wspomnień, mokry, szary,
1765 Taszczył za sobą miasto Łódź,
Szedł brzęk żałosny przez obszary,
Nie Łódź — łódeczkę ciągnął sznur,
I pociąg trząsł się jak blaszany,
Dziecinny śród dorosłych dróg,
1770
Maleńki światek snów i zmór:
Te dwie, olbrzymie, niegdyś, szafy,
Gobelin płowy, zegar, stół
I gimnazjalnych klas koszary,
1775I ulic kurz, i fabryk mur,
I nieba łachman strupieszały,
I złote na nim gwiazdy złud,
I po podwórzach bieg zdyszany
W poszukiwaniu gór i burz —
1780 I już mnie z Łodzi do Warszawy
Nie pociąg, lecz karawan wiózł,
I jak żałobnych wieńców szarfy
Zwisały strzępy trosk i trwóg:
Że jestem biedny i myszaty
1785 I że w mieszkaniu będzie szczur,
Że ojciec coraz dalszy, starszy,
I jak ja przejdę przez ten grób?
Że matka roi swe koszmary
I wciąż nad biedną krąży kruk;
1790Że siostra płaszczyk ma zwiotczały
I kreskę krzywdy w kątku ust;
Że nie podołam sam wierszami,
Kamienie lepiej w Łodzi tłuc,
I po co jechać do Warszawy?
1795Ach, wrócić, wrócić na twój próg
I w świętych oczu twoich szafir
Wtopić swój los i ból, i trud —
I oto żalu depeszami
Telegraficzny szarpię drut,
1800A tobie w kinie lśniący szatyn
Wgaduje w uszko rychły ślub,
Silnymi łudzi rozkoszami
I rwie płaczące druty strun,
A szyby dziobie deszcz szurszawy
[404]
1805 I pociąg sapie w szumie chmur,
I oszalałe widm orszaki
Podnoszą się ze słotnych pól…
Tak dojechałem do Warszawy,
Gdy opuściłem miasto Łódź.
Część trzecia
Rozdział pierwszy
I
1
Gdyś z mroków wykrzesywał świat.
Chaosu świadek i rówieśnik,
Wiatr Tobie, Boże, huczał pieśni,
5 Wodami wstrząsający wiatr.
Wiatr — gniew otchłani zbuntowanej,
Potęgi Twojej pierwszy bard,
Homer Genezis opętany,
Co w chwiejbę wprawił oceany
10 Rytmicznym rykiem swoich skarg.
I taki był ów zryw stworzenny,
Taki prawichru Tobie hymn,
Że wód wzburzonych ogrom pienny
Do dziś w kołysie trwa bezsennym,
15 Pomrukiem w brzegi bijąc złym.
Początku chmurobrody dziad,
Pierwotnej wojny wiarus ślepy —
Wspomnienia szumne lubi wiatr…
20
Tak aktor, tragik starej szkoły,
Co w rolach królów grzmiał przed laty,
Wspomina młodych dni żywioły:
Pięcioaktowe swe dramaty.
A ten najczęściej: gdy w zamęcie
25 Rozpaczy starczej, w noc burzliwą,
Przy gromów akompaniamencie
Łbem skołatanym dziko trzęsie,
W chłoszczące niebo wznosi pięście
I klnie swą dolę nieszczęśliwą…
30 Lub gdy, przedśmiertnie obłąkany,
Trupowi córki ukochanej
Żale swe szlocha, klęski, krzywdy,
Rzęzi chwytając się za szyję
I — «Nigdy! nigdy! nigdy! nigdy!»
35I po raz piąty «Nigdy!» wyje.
Potem umierał. Potem brawa.
Huragan braw. Więc zmartwychwstawał.
Wreszcie na wódkę szli z Gloucesterem,
Edgarem, Kentem
[407] i suflerem.
40 Dziś nie Szekspiry i nie Liry…
Dziś za pięć złotych i kolację
Da w Starym Sączu w restauracji
«Wieczór humoru i satyry».
W palcie, z kołnierzem podniesionym,
45 Jeden jedyny w zimnej sali,
Czeka na gości. Blask się sączy
Pomarańczowy i przyćmiony
Wątłego prądu w Starym Sączu
(Pamiętasz chyba, jak się pali
50 Żarówka na prowincji…).
WiatrHuczną
Wicher na rynku sztukę gra,
Afisz mu zrywa, strzępy gna…
Słowem, miał rację Gogol: «Skuczno
Na etom swietie, gospodà
[408]!»
55
I wszystko jest jak Bóg przykazał:
—
Panneau[409] na ścianie, malowane
Przez daltonistę-farbomaza;
Czekoladowo-ciemnolila
Nimfa nad wodą się pochyla,
60 Opodal widać wiatrak w polu,
A w głębi gruzy greckich kolumn…
— I lustro jest jak Bóg przykazał,
Bo co odbicie, to obraza,
I mętnie szkli się śród miraży
65 Półtora wydłużonej twarzy…
Jedzenie— I, jak przykazał Bóg, jest obrus,
Co geografią potraw obrósł:
Sumatrą szczawiu, Grecją marchwi
I czarnej kawy Morzem Martwym…
70— Przykazał także Bóg, by w karcie
Wodniście hektografowanej
[410]
Był barszcz, zraziki, sznycel z jajkiem,
Zupa rosolnik i sztukamięs
(Które to danie, przy atencji
75 Kelnera dla wybranych gości,
Słup szpiku tłusty miało w kości
Mastodontycznej proweniencji)…
— A bufet! Mógłbym Bufetiadę
Napisać polską! Tuzin pieśni!
80Lecz zakrakaliby współcześni
(A o potomnych marzyć nie śmiem)
Ten temat… Więc pokrótce wspomnę
Delicje przednie, chociaż skromne:
Słoninki różowawe plastry
85 Pod pudrem papryki ceglastej;
Przez pół na długość przekrajane
Czółenka twardych jajek z chrzanem;
Rolmopsy; owczy ser w talarki;
Myśliwskich kabanosów parki
90 (Probierczy kamień wędliniarski);
Chrzanowy sos i sos tatarski;
Kiełbasa w kabłąk — żmija śpiąca,
Własny swój ogon całująca;
W pieprzonym occie ulik
[411] w dzwonka
95 I wokół garnir z korniszonka;
Cielęce nóżki w galarecie
(Biedactwa! Jeszcze się trzęsiecie?)
I wreszcie on, srebrzystej wódki
(Koniecznie dużej, zimnej, czystej)
100 Najulubieńszy druh srebrzysty,
Kawior ubogich, ust pokusa,
Bezsenne noce Lukullusa
[412],
Modły kartofli parujących,
W niebo podniebień dym wznoszących,
105 Brat mleczny żwawych rybich panien:
Marynowany śledź w śmietanie!
…Jest i w New Yorku ten specyjał
I wódkęm
[413] już pod niego pijał,
Lecz wódka nie ta i śledź nie ten,
110 I nie ta aura nad bufetem,
I nie ja nawet… Mówiąc krótko:
Nam w Polsce, śledziu! w Polsce, wódko!
Tam sobie wami człek dogadzał,
Tam bufet był jak Bóg przykazał!
115
StarośćI Bóg przykazał, by na starość
Siąść i obrastać śmiercią szarą.
Siąść, czekać — i, na drzwi zerkając,
Łyżeczką bawić się blaszaną
(Pamiętasz chyba tę odwieczną:
120Bezblaską, lekką i bezdźwięczną)…
I taki los, i już nie sposób
Inaczej, bo tak przykazano,
By wgniatać resztki papierosów
W kawę na spodku rozchlapaną;
125Czekać na lichy strzęp gotówki.
Kolację zjadłszy już à conto;
Śledzić zegara twarz z rozpaczą,
Kiedy kwadransem na dziesiątą
[414]
Przepołowiły ją wskazówki,
130 A miało się o ósmej zacząć;
Znosić kelnera wzrok litosny,
A w uśmiech stroić się żałosny,
Gdy bufetowa, dość obfita,
Przelotnie trąci go oczyma
135I znów w warszawskim «Kinie»
[415] czyta
Wywiad z fryzjerem Igo Syma[416];
Liczyć minuty coraz pustsze
I oko w oko ze swą krzywdą
Przenicowane widzieć w lustrze
140 Litery ZCIWONIWDUL KIWDUL
YRYTAS I UROMUH RÓZCEIW:
Afisz nieszczęścia, nędzy, włóczęg…
Już nikt nie przyjdzie, bo wichura
W rozłopotanym płaszczu hula,
145Pustosząc miasto. Ciemne poły
Kołują śmieciem po ulicach,
Rękawy dmą się nad kościołem,
A w kapiszonie
[417] — twarz księżyca.
Wiatr…Więc bywa tak, że wiatr przedwieczny,
150 Wiatr przedczłowieczy śpiewa pieśni
O Jakimś — Jednym — Biednym — Śmiesznym
O Nudnym — o Bezużytecznym —
O Zawiedzionym najboleśniej
Wiatr Tobie, Boże, huczy pieśni.
*
155
WiatrNie w Sączu i nie tamtej nocy,
Lecz inny wiatr prowincjonalny,
Choć nad Pilicą
, dął jak halny,
W ataku żalu i nostalgii
Za mocą równą bożej mocy;
160Biblijnie wył wysokie psalmy,
Szlochał i smagał jak prorocy.
I takie brał tonacje wieszcze,
Takim chorałem grzmiał dantejskim,
Że gdyby stał się tekstem, wierszem,
165Rzekłbyś, że pisał go Ujejski
[418]:
Szlachetnie cierpiał ów Jeremi,
Skowytał, skarżył się i żalił,
Lecz w polskiej poetyckiej skali
Nie znajdziesz go między wielkiemi.
170 I wiatr był taki — jako klasa,
Styl, poziom, efekt i tonacja…
Wybaczcie, Wietrze i Poeto,
Że was zestawiam. Wierzcie, że to
Nie zarzut, lecz klasyfikacja.
175
WiatrPod niebem górnolotnie biadał,
W maczugi tężał, hordą spadał,
Lecz gdy rozbijał się o ziemię,
Po ludzku syczał, ględził, zrzędził
I dni ostatnie listopada
180 Jak liście w stronę grudnia pędził.
Co jeszcze robił? Głupie psoty.
Bo cóż na ziemi do roboty?
Z pułapów tynk otrząsał kruchy,
Naporem wgniatał w izbę szyby,
185W dygot wprawiając je brzękliwy,
I jakimś kubłem przewróconym
Z jazgotem rzucał w próg sadyby
Lub zatkniętymi w kołki płota
Garnkami glinianymi miotał…
190
W tę noc Anielka —
Witaj, mała,
Trzynastoletnia już! Pamiętasz
Goździki, grotę, pożar, cmentarz?
Jakżeś wyrosła, wypiękniała!
195 Pamiętasz «oko»? Zegar-zmorę?
A dziadek, dziadek gdzie najmilszy?
Co z panią Bielską? Z prowizorem?
A co w aptece słychać?
Milczy
200I coś tam sobie szepce tymi
Wargami z lekka mięsistymi,
Schylona chmurnie nad… A to co?
Książka? Ukradkiem? Późną nocą?
Pokaż!
205Nieufna i surowa
Podnosi oczy, książkę chowa;
Wyrywam. Zerwie się i krzyknie,
Złymi zabłysły płomykami
Szarotki oczu aksamitne:
210«A panu co?…» I w płacz. Niech beczy.
«A tobie co się stało, że ty
Zaczęłaś czytać takie rzeczy?
Zawsze się bałem, że tak będzie,
Że to odezwie się, nadejdzie,
215I widać przyszło… Jak? Dlaczego?
I właśnie dziś, w tę noc upiorów,
W noc polską wiatru ujejskiego,
Co rapsodycznie dmie przez szpary?
Anielko!!»
220(Tytuł: Krótki zarys
Dziejów narodu rosyjskiego.
Obok pieczątka: «Z księgozbioru
Kamila Rozpędzikowskiego».)
*
Skończenie świata nad parafią,
225Urwanie głowy i księżyca!
Podrywa śpiących dmuchawica,
Stękną, pomruczą i znów chrapią.
Młyn nocy trzęsie się i miele
Lament pustego kotłowiska,
230Najsrożej gwiżdżąc przy kościele,
Jakby się bies w igrzysko wświstał.
Spójrz w okno: po kościelnych ścianach
Wędruje blada światła plama,
Błąka się, szuka, a gdy znajdzie
235 Szczerbę lub rysę na obrazie,
Ręka w blask wchodzi — i na skazie
Malarskim pędzlem barwę kładzie.
Owa świetlista plama mglista
Z latarki elektrycznej strzela.
240Na ludzkiej piersi zawieszonej
Jak szkaplerz. Czujny i wzruszony.
Stary ogrodnik, legionista,
Krąży tej nocy po świątyni
I generalny przegląd czyni;
245Fryzuje męczennikom włosy,
Nadrabia im przytarte nosy,
Przykrwawia ciernie Zbawiciela,
Maryjne lilie zaś wybiela…
A zwłaszcza stan aniołów sprawdza
250 Przysięgły niebian rzeczoznawca.
Wysoko stojąc na drabinie,
Dziewierski pośpiewuje z cicha:
«O mój rozmarynie!»
A jest przy wątłym cherubinie
255 I dziurę w oku mu zapycha
Srebrzystą glinką — ślad po kuli —
I znów fałszywie, lecz najczulej:
«O mój rozmarynie!
O mój rozmarynie!
260Rozwijaj się!»
I nawet w stęchłej, mrocznej wnęce,
Gdzie krzyż żelazny zardzewiały
Pół wieku rósł z omszałej skały,
Pootrzepywał z kurzu wieńce,
265 Zszarzałe wrzosy, niegdyś miodne,
Skurczone kępki macierzanki,
Nieśmiertelników żółte wianki,
O grobach oschle szeleszczące
(O, kwiaty-mumie, śmierć wieszczące!
270O, złudne życia prochowisko!
O, bezcelowe i bezpłodne,
Jak ja, jak wszyscy i jak wszystko!),
Więc nawet tam, w grobowcu prawie,
Przy głuchym głazie, skąd czas wyżarł
275 Nazwisko fundatorki krzyża:
«Ewa Dziewierska» — ach, tam nawet,
Gdy przed śladami liter klęknął
I czule je pogłaskał ręką,
I święte ucałował imię,
280Powtórzył: «O mój rozmarynie! —
Rozwijaj się!»…
I długo, długo tak we dwoje
Pośpiewywali, każdy swoje:
Wiatr jerychońsko-bohaterski
285O wiecznym śpiewał i ogromnym,
A człowiek prosty, pan Dziewierski,
O rozmarynie, kwiatku skromnym.
Świtem umilkły obie pieśni
I nastał Wielki Dzień powieści.
*
290
Na ziemi, wymiecionej skrzętnie,
Był suchy ziąb listopadowy,
Cichutko było i odświętnie.
Dął wicher, dął, aż płuca wydął
295 I dzień sprowadził jasnooki,
Oszklone słońce zimną dzidą
Mierzyło w ziemię przez obłoki.
Zwolniła biegu rzeka sina,
Stwardniało błocko w koleinach,
300Więc miło stawiać prężne kroki
I słyszeć chrzęst przymrozku raźny,
Gdy smacznie chrupią pod stopami
Świeże placuszki kruchych zmarźlin.
I miło, gdy w ten ostry chrzęścik
305 Spod stąpających butów ciężkich
Wdzwania się szabli brzęk i ostróg
I wydłużony krok miarowy
Nóżek w płóciennych pantofelkach,
Strzelistych, młodych nóg… Anielka
310 Dotrzymać kroku chce dziadkowi.
Choć całą noc przy pracy spędził,
Dziewierski wesół jest i rześki,
Burczy coś wprawdzie, lecz nie zrzędzi,
I siwe oczy w strop niebieski
315 Dziękczynnie wznosi, że dzień piękny
Po takiej nocy. Dziś w kościele
Msza uroczysta — pierwsza w wolnej
Ojczyźnie. Jakiś ptaszek polny
Na poczerniałej siadł drzewinie,
320Pokręcił główką swym zwyczajem,
Zaświstał: «O mój rozmarynie!»
I pierzchnął. Zapachniało majem.
Idą krok w krok i z dłonią w dłoni,
Brzęczą ostrogi, szabla dzwoni.
325
«Dziadziu, odzywa się dziewczyna,
A tatuś…» (ciarki go przebiegną,
Jak zawsze, kiedy mu zaczyna
O ojcu mówić «…tatuś toby
Już generałem był na pewno.
330Musiałby dziadzio generała
Rozkazów słuchać. Prawda? Musiał!
Szkoda, że nie ma dziś tatusia,
Szedłby tu z nami…» — «Nie pleć, mała».
Ale uparła się i dalej:
335«A co mnie, dziadziu, powiadali,
Że ja Moskiewka? Gdulów Ewka,
Ta ruda… Ja dla śmiechu wczoraj:
»Zyg, zyg, marchewka!« — a ta zmora:
»Zyg, zyg, Moskiewka!« do mnie…»
340Stanął,
Zdjął czapkę, otarł pot. — «Mówiłem,
Żeby nie… tego!… A ty, panno,
Wciąż o tym… Przecież tłumaczyłem,
Uczyłem… Dam ja twojej Ewce!»
345 — «Bo tatuś…» — «Dosyć! Słuchać nie chcę!
Ty żaden tatuś! Ty nie ONI!
(Na usta spojrzał) Mama! Mama!»
…Brzęczą ostrogi, szabla dzwoni.
Jakąś gałązkę podniósł, złamał,
350Cisnął, podeptał. — «No już… dobrze…»
I idzie brzęcząc. I wspomina,
Bo chrzęst, bo brzęk mu przypomina
Straszną opowieść… Zosia sama
Opowiadała… Jak ten pogrzeb…
355 Jak szła… jak szła z tą małą w łonie,
Też taki pochrzęst był i pobrzęk…
A ona — wargi w półuśmiechu
Zagryzła chytrze — i sprężyściej,
Gniewniej nogami, jakby chciała
360 Świetnością kwitnącego ciała
Zemścić się. Bliska nienawiści,
Żołniersko kroki wybijała
I wciąż w tym drwiącym półuśmiechu
Rzucała szare bratki oczu
365W profil staremu: «Też mi piechur!
O — tak się chodzi!» Wreszcie poczuł,
Co ten złośliwy znaczy wyścig.
— «Gadiuka
[419]!» — syknął. — «Szatan w ciele!»
— «Co, dziadziu?» — «Nic». Już są w kościele.
370 (Stary miał rację, przyjaciele!)
II
W pijaną młodą noc zimową
Słyszałem w Łodzi na ulicy
Krzyk rozjuszonej ulicznicy:
«Garrradowoj
[420]! Jezusie święty!
375 Ratujcie kurwę!»
Potem nóg tupot, odzew, świstek…
Oszołomiony, wniebowzięty,
Słuchałem w rzymskiej Bazylice
380 Mszy wstrząsająco niepojętej,
Gdy kameowe, smagłolice,
Marquesy
[421] wykoronkowane
Wznosiły oczy zapłakane,
Twej krwi przyjmując tajemnicę.
385
W Rio, na szczycie Corcovado
,
Stoisz kamiennym wielkoludem
Z ramiony rozkrzyżowanemi;
W dzień jesteś krzyżem, w nocy — cudem:
Bóg, Krzyżo-Człowiek świeci ziemi
390 Jasnością fosforycznie bladą.
Z Brazylii płynąc na Manhattan
,
Byłem na groźnym widowisku:
Na statku mszę odprawiał szatan
(W dzieciństwie bies o takim pysku
395 Wyłaniał się z sennego czadu…).
A to był czarny arcybiskup
Z conradycznego Trynidadu.
Wołał: «O, Lamb of God! Redeemer!
O, Lord!»
[422] A potem — Twoje imię,
400I co wymówi je — przyklęknie.
Ale co więcej i co piękniej:
W ojczyźnie — samym «pochwalony»
Sławiły Cię co dzień miliony!
Więc bezimiennieżeś WIADOMY
405 Imieniem podrozumiewanem!
I jak! «Na wieki wieków amen!»
Chwało ogromna, straszna chwało!
To że się imię Twe na co dzień
Westchnieniem, wykrzyknikiem stało
410 I dźwiękiem pustym trwa w narodzie!
O, czci cudowna! Stać się brzmieniem
O zapomnianej dawno treści!
Być bezpamiętnym przypomnieniem
I bohaterem bez powieści!
415
Lecz zaszczyt rośnie. Gwiazd dosięgnął.
Już w aureoli gwiezdnych legend
Zajaśniał sfer nieziemskich Regent…
Więc, zdałoby się, kres zaszczytom,
Kres wspaniałościom i potęgom,
420Gdy się na każdym Twoim słowie,
Na kroku każdym — klechdy lęgną.
Bo jedną znam prawdziwą sławę:
Tę doskonałą, znamienitą,
Kiedy CZŁOWIEKA — a Tyś człowiek —
425 Myśl odda we władanie MITOM
I puści w fantastyczny obieg,
W kręgi tajemne, w baśń, w legendę…
Tak pamięć staje się obrzędem.
Więc — mówię — zdawać by się mogło,
430 Zdobywco chwały niedościgłej,
Że nic Cię wyżej nie podźwignie
Niż cudowności złoty obłok:
Niepokalane Twe poczęcie,
Astrologiczne narodziny
435 Znachorsko-czarnoksięskie dziwy
I wzlot bajeczny — wniebowzięcie,
A potem — tajna mszy alchemia,
Sakramentalna teofagia
[423],
Spektakl ofiary, święta magia,
440 Codzienna cudów akademia.
To nic, to wszystko nic. Bo ludzie,
My, świat, w malignie uwielbienia,
Uczciliśmy Cię w większym cudzie,
W zawrotnym, nie do pomyślenia!
445 Bo ponad wszystkie chwały inne,
Należne Tobie i powinne
Za Twą naukę i męczeństwo,
Przypadło Ci bezkresne, wieczne,
Już najszczytniejsze, ostateczne,
450 Upajające Dostojeństwo:
ABSURD.
Bo oto na opoce szarej,
Na twardym złomie prostej wiary
455 URZĄD namioty swe rozbijał
URZĄD uświęca bogożerstwo!
Ratyfikuje go w dekrecie!
URZĄD i SZEF! O, Ministerstwo
Spraw Zaświatowych! MSZ-cie!
460O, łasko wiary objawionej!
O, Gabrielu w Nazarecie!
O, watykańskie remingtony
[425]!
O, kartoteki! O, budżecie!
O,
Rosa Mystica[426]! O, Mario,
465Schylona słodko nad dziecięciem!
O, buchalterio! Kancelario!
O, konto w banku! O, pieczęcie!
O, ciężki krzyżu męki Pańskiej!
O, Talleyrandzie
[427] watykański!
470
Skroś Babel ksiąg wielojęzyczny,
Skroś pychę katedr niebotycznych,
Mozaiki rzymskie i marmury,
Przeziera blask wiecznego Oka
475 Z nawisłej nad urzędem chmury,
Oka w Trójkącie. Widzisz, Piotrze,
Promienia rozpalone ostrze?
Widzisz, jak spada i przeszywa
Dyplomatyczne twe archiwa,
480Strzeliste wieże, skarbce, włości,
Nabożeństw lśniące obfitości,
Ksiąg, bulli i encyklik góry
Zuchwale wyższe niż Oliwna?
Spójrz: skroś ten przepych — żar spojrzenia
485 Na dno przebija się, w podziemia,
Do NAUKI, do SŁÓW proroka,
I pisze: «Piotrze! gdzie
OPOKA?»
[428]
Ubi haec Petra?
[429] Gdzie ta skała,
Na której wzniósł się malowniczy
490 Wyrodny urząd namiestniczy,
Brednia wymyślna i wspaniała?
Gdzie głaz węgielny? Gdzie testament
Wyraźny nakaz? W ziemię wryty,
Porosły w tajemnice, mity,
495Pleśnieje w mroku. Lecz to NA NIM,
Na fundamencie zapomnianym,
Władztwo rozparło się wielebne,
To wypiętrzone, to podniebne
Olśniewające Magic City!
500
Lecz ja Twej świętej krwi nie przyjmę
W cienkuszu sakralnego wina,
Ani mi biskup ni kardynał,
Sprawując gusła tragedyjne,
Istoty Twojej nie opowie.
505I nie w tym winie ani chlebie
Znalazłem Ciebie, kocham Ciebie,
Lecz w Skale — w buntowniczym Słowie.
CO krzyczy pogrzebany kamień.
Lat przywalony dwutysiącem?
510
CZYJ jest ten krzyż, to gniewne ramię,
Ogień skroś wieki miotające?
KOMU On przyszedł? Ślepym, chromym,
Hołocie, nędzy, pokrzywdzonym,
On, w szopie lichej urodzony
515 Rebeliant, Rewolucjonista!
I grzesznej ziemi grożąc niebem,
CO wam przykazał pod tym chlebem,
Wam, możnym i rozwielmożnionym?
Wam, żywcem go pożerającym?
520
KTO jest ten Bóg w pochodach czczony.
Pod baldachimem obnoszony
Przez Tłustych, Zbrojnych, Wyfraczonych,
Przez Chciwych, Pysznych i Rządzących?
525Pod rozjątrzonym gniewnym słońcem,
Procesję wiedli tragedianci,
A żądło ognia pałające
Blasków mieniło się tysiącem
W centrum monstancji;
530I w ten peryskop tajemnicy
Nos utkwił Książę-Arcybiskup
(Nie nos — ogórek fioletowy);
Szedł, niosąc Ciało dla ulicy…
Dla teatralnej niepoznaki
535 W magicznym stroju był godowym
Ów pałacowy Arcyfakir
I wschodni kołpak miał na głowie,
Kołpak-niewidkę: by zataić,
Że ziemska prawda — w ziemskim słowie,
540 Zataić, że człowieka — człowiek
Wielbi w ulicznym widowisku;
Szedł z myślą: «Patrzcie, prostaczkowie,
To Boga niesie Arcybiskup».
A któż to w kornej adoracji
545 Prowadzi ciebie? Arcyżandarm,
O czarowniku z nominacji
Watykańskiego Talleyranda!
Małpa cezarów! Dzierżymorda!
Kto jego moc? Stalowa horda!
550Kto jego «lud»? Pochlebców banda!
A kto sług jego i statystów
Pogromca wieczny? Jezus Chrystus.
Jakże to, książę? Herodianin
[430]
Pod baldachimem? Pod tym samym?!
555 Szepnij mu w ucho, którym strzyże
Przy
sacrosanctum[431] swojej wiary,
On — czciciel hostii i ofiary,
Guseł celebrant i wielbiciel,
Nie krzyż męczeństwa dźwigający,
560Lecz złote na mundurze krzyże,
Szepnij mu — niech się tak nie liże
Do onej z krwią niewinną czary!
Niech raczej skrzyknie swe janczary,
Paktuje z pękatymi Żydy,
565Nowy krzyż ciosa, ostrzy dzidy,
Supły na biczach niech zaciąga,
Niech uczy szydzić, plwać, urągać
I gorzką żółcią gąbkę poi!
Tam jego miejsce i ochota,
570W katowni, nie przy boku Twoim.
Bo niechby tej procesji Sprawcę,
Wiekuistego Światłodawcę,
Mógł w łapy dostać… Książę! Magu!
Wierz mi: znów rozdziałby do naga,
575Zbił, skopał, oplwał — i rózgami,
Rózgami liktorskimi smagał
Do krwi! do krwi! Tak! DO TEJ SAMEJ!
I ukrzyżowałby! I dobił!
On, on, wiodący cię pod ramię
580 Zbir, wierny tylko cezarowi…
… Książę! I wiedziałby, co robi…
*
Że… Zresztą nie czytałem listu.
To tylko wiem, że zaraz po nim
585 Zapisał sobie: «Jezus Chrystus
Agit. wywr. Zbadać. Żyd. Syn cieśli»
(Dwa razy słowo «Żyd» podkreślił.)
Potem się nadął — i zadzwonił,
By Ewangelię mu przynieśli.
590 (Pierwszy raz w życiu ją zobaczył…)
Nie dał się greckim zwieść tytułem,
Długo studiował tę «bibułę»,
Czerwonym ją ołówkiem znaczył,
I taki z niej wyciągnął morał:
595 «Nowina — niebezpieczna raczej…
Szengajsty
[432] i żydokomuna…
Zadzwonię chyba do cenzora…»
Trzeba mu przyznać, że zrozumiał…
I gdzieś w tym racja jest głęboka,
600 Gdy mocarz wzywa przed trybunał
Pieśniarza ludu lub proroka:
Bo oto strzała mściwej kary
Przebijająca pierś ofiary
Na wskroś przebija mrok prastary,
605 Błyskiem wskazując, gdzie OPOKA.
III
Wyziewy nędzy; para bucha
Z modlących ust i coraz mgławiej
Na ołtarz patrzeć. Obłok dymny
610 Rozsnuwa się po świętej nawie.
A ona w tym tumanie płynnym
Jeszcze na domiar oczy mruży…
A że są popielato-mgliste,
Więc gdy tak patrzy coraz dłużej,
615 Zanurza ołtarz w sennej chmurze
I widzi pole świec gwiaździste,
Zagon migotem kołysany,
Przez łzy mieniący się rzęsiście
Łubinowymi płomykami.
620Dlaczego łzy? Bo ją opływa
Miłosność słodka, tęskność tkliwa,
Dziwność i żałość… (To nie ona
Te słowa myśli, zamyślona,
Wpłakana ciepłym zapatrzeniem
625 W mgłę, mżącą złocistością świateł:
To ja wyręczam ją uczenie
W doborze brzmień i słów ocenie;
Nie ona rządzi poematem.)
630 Jak nazwać tęskność tę i tkliwość,
Tę miłosierdzia błogą falę?
Miłożal… Rzewność bez przyczyny…
Miłożal — tak już zostawimy.
Bądź więc słowiańskim miłożalem,
635O, sprawco słodkich łez dziewczyny!
Dziewanna ocalała stoi,
Tak ona — prężna, smukła, hoża,
Kwieciście sterczy wśród nabożan
640 I łan łachmanów sobą stroi.
Wyprostowana i bezwiedna,
W cekiny świeczek zapatrzona,
Mgłą miłożalu otulona,
Nad tłokiem chłopskich głów się wznosi
645 I szeptem parnym Boga prosi…
O swoje modli się dziewczyna:
«Za muczenika Konstantina».
Trąca ją dziadek: «Klęknij». — Klęka,
By w swym paletku wyświechtanem
650 Jeszcze się jednym stać łachmanem…
Modlą się ciemni, dobrzy, prości
Błagają Postać umęczoną
Niby o łaskę nieskończoną,
655Niby o cud, o blask wieczności,
Bełkocą pozmieniane nazwy
Zapadłych wiosek w Mniejszej Azji,
Imiona groźnych wojewodów,
Rzymskich żołdaków i łajdaków,
660 Żydowskich cieśli i rybaków,
Bo w głębi serc, u dna, u spodu,
Wierzą, że TO, i nic innego,
Że TO wybawi ich od złego,
Od wojny, ognia, moru, głodu…
665 Wybawi — i niechybnie sprawi
Cud urodzaju i przypłodu.
Brzęk dzwonka rozległ się — i senne
Wzdrygnęły się aniołki ścienne.
TłumJak biedne zwierzę w wór zaszyte
670 W ciemności pełznie ślepym torem,
Tak nagle tłum ku ołtarzowi,
Jednym łachmanem, jednym worem
Raz naprzód pełznął, o krok jeden,
O nową nędzę i pokorę.
675I tak jęknęli przy tym zrywie,
I tak opadli żałościwie,
A na ich twarzach, w bruzdach troski,
Taka czerniała moc surowa,
Jakby to wyśnił Rostworowski
[433],
680A Schiller
[434] wyreżyserował.
Więc teatr. Tak. To gra Piotrowy
Ubogi zespół starodawny…
Chwała bożemu teatrowi!
Mistycznym przejmujący mrowiem,
685 Dramat zaczyna się przesławny.
Zgroza na scenie. Syn Józefa
I Marii — Marii z Dłuskich — krągły,
Różowy, dobroduszny blondyn,
Czterdziestoletni Adam Stefan
690 Komoda: znawca starych kolęd,
Szachista, ziolarz i abonent
«Kuriera Warszawskiego» (nawet
I współpracownik: raz w niedzielnym
Numerze, przed dziesięciu laty,
695Artykuł był: Co mogą kwiaty?
Pod pseudonimem «Adam Zielny».
Dowodził w nim, że wyciąg z bratków
Oczyszcza krew. Aptekarz na to
Wykropił replikę zjadliwą:
700Że tak, że owszem, jako żywo,
Że milion takich zna wypadków,
Lecz, że to sprawa «od Adama
[Złośliwy, bestial!] taka znana,
Wypróbowana i stwierdzona,
705 Że szkoda czasu i atłasu,
By nowy Adam…» i tak dalej.
A tytuł był: Królowa Bona
Umarła czyli świat się wali.
Ale mu nie wydrukowali.
710Tak się zaczęła waśń złowroga
I pokłócili się na wieki:
Aptekarz przestał wierzyć w Boga,
A ksiądz nie chodził do apteki.)
I oto — z niepojętych przyczyn,
715Bo z ludzkich ksiąg, bo własnym trudem —
Wzorowy teologii student
Przywilej zdobył tajemniczy:
Adam Komoda pośredniczy
Między Zarządem Bóstw i ludem.
720Ach, prawda! Przecież mu święcenia
Na sprawowanie aktów boskich
Biskup Kuczyński w Płocku dawał,
Syn palestranta Stanisława
I Apolonii z Woźniakowskich;
725A temu — inny. A znów tamten…
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
I oto w mroku lat zamierzchłych
W podziemiach klęczy pierwszy zwierzchnik,
Obdarty rybak galilejski,
730Przed promienistym Rebeliantem.
Na scenie dziwy. Ksiądz Komoda,
Odziany w ciężki płaszcz chaldejski,
Odgrywa z Szymkiem ministrantem
Dramat judejski — po łacinie.
735Rzecz ma charakter symboliczny,
Ucudowniony wątek ginie
W błękitach mgiełki poetycznej,
W oparach ciał… w kadzideł dymie…
Rzecz o morderstwie politycznem.
740 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
OgieńBo to są ognia zwykłe dzieje,
Że o nim wieść tajemniczeje:
Że gwiazda staje się zwiastunem,
Że piorun staje się Perunem,
745A buntowniczy ducha ogień,
Ludzkiego serca żar najświętszy,
Srożeje, wzmaga się i rośnie
W poezji burzę i pożogę —
I tak się człowiek staje Bogiem,
750I tak się kościół nad nim piętrzy.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Dobiega końca adoracja
I dialog księdza z ministrantem.
755 Zawiedli basem i dyszkantem.
KsiądzKsiądz w zachwyceniu głowę kłoni,
A potem — zamiast w twarz zabójcy
Z ołtarza rzucić krzyk i płomień —
«
Placeat tibi»
[437] rzekł do Trójcy,
760 Pokornie prosząc tę Ideę,
Aby dramatu wykonanie
(«Obsequium servitutis meae»)
Znalazło święte jej uznanie…
Błaga też,
manibus prostratis[438]
765 (Jak już łacina, to łacina),
«Ut sacrificium, quod oculis
(= Przed oczy) tuae maiestatis
Indignus (= nie wart jej) obtuli
(= Złożyłem lub przyniosłem) tibi
770 Sit acceptabile; mihique
Et omnibus, pro quibus illud
Obtulit, sit, te miserante,
Propitiabile»…
Tak w cezarów mowie
775 Korzył się Adam, płatny człowiek,
Przed wiekuistym Rebeliantem.
*
W kościele coraz duszniej, gęściej…
Kadzidło nędzy — zaduch parny —
Udaje stary dym ofiarny,
780A ludzki duch, rozgrzany ciałem
I modłów żarem, i zapałem,
Przez pory lotnie się uwalnia.
Parują łachy odtajałe
I kościół kłębi się jak pralnia.
785Już i epilog przecudowny
(Niedoceniony na widowni).
Przebrzmiał… «
Et verbum caro factum»
[439]
I — koniec mistycznego aktu;
Już Actor poszedł do zakrystii.
790Po jego ciele pot kroplisty
Strumieni się pod szatą mszalną,
Więc zdjął opończę orientalną
I siadł zziajany, wietrząc ciało
I rozgorączkowaną duszę.
795Kiedy ochłonął, w rzewnej skrusze
Westchnął i szepnął: «Mój Jezusie!»
I znów «O mój Jezusie!» — jakby
W zdumieniu słodkim, w dziwie nagłym
I jakby w coś uwierzyć nie mógł…
800 Uszczypnął się, w policzek trzepnął,
Nie, to nie sen. «O mój Jezusie!…»
Czy nic nie słyszysz w tym westchnieniu,
O, muzykalny czytelniku?
Bądź łaskaw i przysłuchaj mu się…
805Bo dla mnie ono echem płynie:
Myślę o starym ogrodniku
I słyszę: «O mój rozmarynie,
Rozwijaj się…»
Ocknął się ksiądz i rzekł do Szymka,
810Co z namaszczeniem należytym
Sceniczne czyścił rekwizyty:
«Skocz no, chroboczku, do Herślika
I przyniś ksiendzu śklanke mlika.
Zimnegó. I niech w Tómaszowie
815O »Kuryer« się kóniecznie dowie.
Spamiętasz? To się spiesz, bom ochrypł.
»Kuryer«! I mlika mi nie rozchlip».
Potem, zapałką dłubiąc w uchu,
Jakoś się tępo zaniemyślił
820Wpatrzeniem w pole spustoszone,
W okienną ramę oprawione.
Dzień w uroczystym trwał bezruchu,
Wyraźny, duży, osowiały,
Jak pomnik zapomnianej chwały.
825 Ksiądz rzekł: «I cóż ty, boże dzieło?»
Smutne pramgnienie go musnęło
I znikło, jeszcze niezaczęte.
Gdzieś w polu kozy zabeczały
O swoim, kozim, niepojętem.
830
Już lud wykichał się, wysiąkał,
Wykasłał hucznie i wychrząkał
(W koncercie tym, rzecz oczywista,
Świetny odznaczył się solista,
Kto? Wiemy). Już się gospodynie
835 Łez do sytości nałykały,
Głowami gorzko nakiwały,
Już gospodarze: Drozdy, Binie,
Galotki, Stępnie, Kłosy, Braccy,
Mizery, Kwiatki, Sałagaccy,
840Rękawem wycierając wąsy,
Ponaszeptali sobie wzajem.
Gwarowym swoim obyczajem,
Moc przygaduszek i
parlance'ów
[440],
Wątłych, z półsensem, asonansów,
845 Tych różnych «oci gorunc», «jogzez?»,
«Aćcie go jagun», «to i dobze»,
Lub «tyloz tego», «no i cóz wy?»
(Są to właściwie macki
drużby[441],
Próbne haczyki konwersacji);
850Już niepojęty drobiazg żwawy,
Wszędzie ochoczy do zabawy,
Dość się śród ławek nauwijał,
Nazbijał bąków i nawiercił,
A ów drobniejszy, ów przy piersi,
855 Dosyć po chińsku nagaworzył
I smacznie śpi w przybytku bożym
W błogości niczym niezmąconej…
Ksiądz Adam wchodzi na ambonę.
860 Z górnego okna w głąb się wbiło,
Miriadyzując mgły gołębie,
I promienisty słup wybuchu
W panicznym roi się rozruchu
Tęczowych dążeń i zakłębień.
865 Olśnienia ciepłe ją oprzędły…
Gorąco. Zdjęła płaszczyk zwiędły,
Siwy sweterek swój obciąga
I wczesne wzgórza piersi prężnych,
Dumna z nich, ślicznie wyokrągla;
870 Gromniczny ogród poza mgłami
Topazowymi kapie łzami…
Tam są jej oczy zachwycone,
Przywarte do sennego lśniwa.
Z uśmiechem żalu je odrywa
875 I wzrok podnosi na ambonę.
Wiotka a rosła, wyśmienita,
Stoi zuchwała Sulamita
[442].
I gdy w czerwcowym blasku rzeki
880 Pluskała przebudzone ciało,
Lubiła, że owocowało,
Zagłaskiwała, przemieniona,
Złocony atłas morelowy,
Smukłości nóg, krąglenie łona,
885A widząc w zielonawej wodzie
Uwodną kształtów miłościwość,
Potakiwała swej urodzie,
Krzyczała szeptanymi słowy
(Zapamiętajmy tę właściwość)
890 Niepowiązany hymn zmysłowy,
Bezładny potok żarliwości,
Obietnic, błagań i zaprosin —
I rzekłbyś, że to smagłolica
Salomonowa miłośnica
895 Znów swej urody ogród głosi,
Miłego woła pieszczotami,
W ramiona go spragniona garnie:
«Piersi me jak bliźnięta sarnie
Pasące się między liliami!
900 Źródła ogrodne, żywe zdroje
Już się z Libanu gór wybiły,
Wnijdź między wonne drzewa, miły,
Rozkoszne jedz owoce moje!»
Nie taka brzmiała pieśń nad rzeką,
905Nie tymi słowy śpiew jej dzwonił,
Ale jej było niedaleko:
Tyle, co jabłku od jabłoni,
Z której się teraz z cichym świstem
Gad wypłomieniał, gad ziejący…
910 Ołtarz się nagle stał złocistym.
Dzwoniącym drzewem gałęzistym,
A z drzewa giętkim spełzał wężem
Febryczny, fosforyzujący
Pomiot pamięci podnieconej.
915Plamami gęstych barw spocony:
Gad gorączkowych zjaw i przejrzeń.
Rozkwitów nagłych i rozbłyskań,
Ruchami sprężeń i rozprężeń,
Pijaną pianę tocząc z pyska.
920Wił się i drgawił w prochu ziemi
Zwycięskim rytmem nieomylnym
I w susach naprzód bił wszechsilny
Jambami żądz napastliwemi.
DrzewoJak brzoza, gdy ją księżyc rzeźbi
925 Palcami nocy i magnezji,
Wynika w całej srebrnobiałej
Swej brzozowości okazałej,
Tak ona — nagle urzeźbiona,
Kurzawą blasku wyróżniona,
930 Zabłysła księdzu.
— «W imię Ojca
I Syna, i świętego Ducha…»
Szybko przed sobą zawiązała
Kokardkę krzyża w pyle słońca
935 I słucha — cała dygocąca.
IV
Mijanie. Mijam. Śnię i pędzę.
Mknę sekundami, co mnie dzieją.
Sekunda: cięcie. Stań! Ktoś rozciął
940 Ten pęd na dwoje, a ja — między:
Między wspomnieniem a nadzieją,
Między przeszłością a przyszłością.
Jak to już dawno! czy powróci?
Wróciło, raptem, na debiucie
945 I przemieniło teatr w kościół.
Kiedy reflektor z góry rzucił
Snop seledynu przydymiony,
Kiedy zaczęła dziwnie nucić,
Szeptać stopami i ramiony
[443],
950
ErotyzmGdy, niepokojąc chciwe zmysły,
Oddała panom na domysły
Skrzydlate piersi swych bliźnięta
I przepływała, zawinięta
W jedwab perłowy i obcisły,
955Jak tlący platynowy płomień —
— O, jak wyraźnie i widomie
Zaiskrzył w zjawie czarodziejskiej
Ów sprzed lat ośmiu ołtarz wiejski
I ksiądz mdlejący na ambonie,
960I chłopska ciżba parująca!…
Szelest ze sceny. Sala słucha
I nie wie, że to «W imię Ojca
I Syna, i świętego Ducha…»
Nie z pobożności lub przesądu
965 (Co u aktorów nie nowina)
Tę inkantację wymówiła,
Lecz jakby z uderzenia prądu
Błyskawicowej tożsamości:
Że tak już było — właśnie wtedy —
970 Gdy padło «W imię Ojca, Syna»
I że tak wspięła pierś dziewczyna,
Jak dziś «The Whisper Dancing Lady,
Nelly Devera»… (U Brücknera
[444]
Powinno być pod hasłem «dziewierz»
[445],
975 Jedyny wywód, innym nie wierz.)
TaniecSwój taniec wzruszająco-śliczny
Anielka sama wynalazła…
«Szeptańcem» Hemar
[446] trafnie nazwał
Ten pomysł choreograficzny.
980Gdy się rzucała wpław melodii,
Z prądem jej płynąc lub pod prąd jej,
Gdy od muzycznej kropli każdej
Drżała jak liście i jak gwiazdy,
Wtedy ten srebrny dygot ciała
985 Drobniutkim szeptem dosrebrzała,
Doszeptywała przejmujący
Niedosłyszalny wtór gorący…
Tak morskiej pod księżycem fali
Danym jest, gdy napłynie z dali,
990I blaskiem, i pluskaniem nęcić.
Lecz to nie była, jak pisali
Entuzjastyczni recenzenci,
«Pantera» lub «Niesamowita
Kapłanka chuci», «Demonita»,
995 «Sfinks oddający się bezbrzeżnie»,
«Psyche ze żmij i żądz uwita»,
Ani nie «wiła się lubieżnie»…
Czy była «tajemnicza»? Też nie.
Była po prostu — znakomita.
1000Kto «marzycielkę» by z niej zrobił,
Zrobiłby krzywdę autorowi:
Bo jakże trzeźwy i surowy,
Jak ostro był wypunktowany
Ten atak rytmu opętany!
1005Jak precyzyjne, wierne, skrzętne,
Uczuciem bujne, a oszczędne
Były akcenty jej, gdy celnie
Stopami na posadzce sceny
A ust szelestem na przestrzeni
1010 Stawiała punkty nut namiętne!
Oto w mazurku teraz bije
Rtęciową strugą słów a niesłów,
Bryzganych na sekundy gestów:
Syrena w biegłych łuskach tętna,
1015 Promienna, a nie uśmiechnięta,
A gdy na moment uśmiech przemknie
Między rzęsami i ustami,
To zamiast krzyku: «O, jak pięknie!»
I rozsypuje się szeptami.
1020 TaniecTo nie mazurek — to algebra,
Rozwiązująca go zachwytem,
Nie pląs — febryczne ciarki srebra.
Natchnienie ciała w dreszcz rozbite!
I gdy z widowni przyciemnionej
1025 Tysiąc strzał oczu ją przeszywa,
Napływa na nią czas miniony,
Pamiętna wizja natarczywa:
Z ambony patrzy sługa boży
(Jak teraz ten we fraku, z loży)
1030 I woła: «Oto zmartwychwstała!»
I załkał kościół — czy załkała
Sala teatru? Słyszy z bliska
Szloch dziadka wcięty w szloch mazurka,
Cień tańczy z nią, strzelecka burka,
1035Więc szuka trzepoczącą dłonią.
Chwyciła — dziadziu! — rękę ściska
I, wibrująca w drobnych błyskach
Nut, tańca, rampy i ołtarza,
Głos grzmiący słyszy — a powtarza
1040 Najcichszym szeptem: «…I znów słowo
Ciałem się stało…»
«I zmiłowałaś się, Królowo
Koróny Polskiej… W prochu ziemi
Mócarze legli zwycinżeni,
1045A myźma wolni!» Chłopi w lament,
Co tak nią wstrząsnął, że na sali
Widzowie się zakołysali,
Jak zboża łan przez wiatr porwany
I poniechany:
1050W taki się nagle rozbieg wdała,
Jak gdyby ze scenicznej ramy
W morze lamentu miała skoczyć,
Samobójczyni oszalała.
Lecz wnet uśmiechem lotnym zbywa
1055I rozpęd swój, i tłumu odruch;
I gdy śród widzów się rozpływa
Podziwu i zachwytu pomruk
(Tak luby teatralnej szmirze
«Szmerek na sali») — słyszy groźny
1060 Głos księdza, brzmiący wciąż donośniej:
«Za mynczenników tyj wólności,
Co poginęli na Sybirze,
Za owe bezimienne krzyże,
Za bójowników, za ófiary
1065 Carskich siepaczy» — o, pamięta,
Jak ręka dziadka, spazmem tknięta,
Boleśnie rączkę jej ścisnęła
I zabełkotał żołnierz stary:
«Jezzusie! Zocha! Matko święta!» — —
1070 Pamięta… Tańczy. Wir ją niesie,
Wichura w huczny las poniosła!
W mazurku Polski, jak drzew w lesie,
Czerwieni się w mazurku jesień,
Zieleni się w mazurku wiosna!
1075Śród drzew więdnących, drzew kwitnących
Liści i kwiecia szumna zamieć,
I szept, i szept, i szept gorący
Popędza krew i rytm, i pamięć.
Gdybyż tak wtedy mogła uciec
1080 Od owych spojrzeń litościwych,
Łez jej ciekawych, wstydu chciwych,
Gdy zapłakani parafianie
Westchnęli i spojrzeli — na nią!
Z gniewem? Nie. Raczej ze współczuciem,
1085 Lecz co spojrzenie, to ukłucie.
O, gdybyż wtedy w bór muzyczny,
W skrzypiący chór znajomych sosen,
I rzucić się na ziemię zimną,
I wspólnym z nimi leśnym głosem
1090
SierotaWypłakać krzywdę swą dziecinną,
Sieroctwo trudne i tęsknotę
Za czymś głęboko niedoznanym,
Co przyszło jej utracić, zanim
Poznała imię utracenia:
1095
RODZICE, żal za RODZICAMI…
To ci, o których świadczy ziemia
Wzgórzami nadmogilnej darni,
Dwa legendarne nieistnienia
Z ciemnym początkiem: że umarli.
1100Czy ich kochała? To zagadka.
Nie wiem. A jeśli — to jak matka
Swe dziecko martwo urodzone…
(Tutaj by mógł nastąpić traktat
O bezdzietności odwróconej
1105 Czyli o prasieroctwie dzieci…
Lub może tak: Czy słońce świeci
Od urodzenia niewidomym?)
Lecz ją korciły te niewidy,
Tęskniła i marzyła o nich,
1110Jak patriota Atlantydy
O kontynentach zaginionych.
«Umarli». Rosło w niej to słowo
Woskową różą i żałobą,
Marą i bielą, i gromnicą;
1115Sterczało obok niej pionowo,
Poważne, ciału równoległe,
Z latami pięło się na szczeble
Chłodną i smutną tajemnicą.
«Umarli». A we wczesnym brzmieniu:
1120 «U-mal-li» — blade trzy sylaby
Widemkiem zapełgały bladym,
Jak zbłąkanemu leśne próchno,
I długo we wspomnieniu trwały
Przedmiotem… Był to dźwięk stężały.
1125 (Daleka Irciu! Czuła druhno
Instynktu mego i sumienia!
Prawdziwa siostro moich widzeń,
Zasłyszeń, doznań, nagłych zdumień!
Kto, oprócz ciebie, to zrozumie?)
1130 Umarli. Szkoda. Trudno. Smutno.
I cisza — pokąd obraz słowa
Nieskazitelną biel zachował.
Aż wtem — czerwone plamy na nim,
Jakby go nożem ktoś poranił…
1135Umarli — dotąd cisi — krzyczą!
Krew na ekranie. Dramat wtargnął
W balladę sylab oswojoną,
Rozsadził słowa prawdą twardą:
Umarli? Nie! Zamordowani!
1140
Kto ją w tę krwawą mgłę wprowadził?
Kto tajemnicę zdradził? Otóż — — —
V
Otóż tańcząca (co w kościele
Kazania słucha jednocześnie)
Wspomnieniem wpełza pod wspomnienie…
1145 SenSą takie sny: sen śni się we śnie.
Trzy kondygnacje: 1) Wiatr się wzmaga
W muzycznym lesie. Jęk mazurka
Porywa myśli, jak huragan,
I w szopenowym listopadzie
1150 Wiruje oficerska córka.
2) Gdy ksiądz «moskiewskich zbirów» gromi
I «rzundy carskich sług mordercze»
Gniewnie zaczyna tłuc w niej serce,
Na twarz gorące biją pąsy;
1155Powolnym półobrotem głowy
Wymierza prosto w twarz dziadkowi
Wzrok groźnie o coś pytający…
Bez odpowiedzi. — 3) W tym momencie
Kościół w jej wizji zaczął mętnieć,
1160Maleć i ściemniać się. Noc duszna
W komórce przy aptece. W sen jej,
W oddech, karmiony zapachami
Leczniczych ziół i mdlącej chemii,
Wdziera się nagle mroczna, dzika,
1165 Przygnębiająca woń goździków,
A gawiedź dźwięków nieposłuszna,
Rojny tłum gwaru, gna głuchymi
Słoworodami strzępiastymi —
W chaosy leci kwiatów ambra,
1170Zmieszana z sennym dialektem;
Maszynka snu obrabia szeptem
Męczący wyraz: sombra — sangra —
Warga — agawa — arbia — angwa —
Aż wyrzuciła go w okrzyku!
1175 Patrzy struchlała: zwid się wcielił…
Chuda, wysoka postać w bieli
Mątwi się w ciemnym pokoiku.
Ze scenicznego reflektora
Kościelne słońce w oczy świeci.
1180Dwa snopy blasku. Nagle — trzeci.
Trzy w jednym: ciemnię jej alkowy
Rozśnieża promień księżycowy.
Wysoki jak bocianie gniazdo
I sam jak bocian tokujący,
1185W dreszczykach, gestach i ukłonach
Aptekarz w długich kalesonach
Stoi w poświacie. Szklane oko
Tkwi w oczodole martwą gwiazdą.
Posępny balsam Sangwarabia
1190 Był to płyn ciemnorubinowy,
Ciężki i gęsty. Gdy magister
Warzył go w tyglu nad ogniskiem,
Zapach wywaru ją przyprawiał
O mętny lęk i zawrót głowy.
1195Szef, sypiąc z oka cętki iskier,
Specjalnie stawał się nerwowy.
To nowej cieczy w syrop strzyknie,
To proszku drobną doda szczyptę,
To schyli się i okiem lata
1200Nad starożytnym manuskryptem
Z napisem
Magia Venerea[447]
I powie: — «Ósmy cudzie świata!
Podaj »Cyanus Centaurea«
[448]
Lub »Menyanthes Trifoliata«
[449]».
1205
Daremny trud! Choć biedny Kamil
Coraz innymi składnikami
Udoskonalał swą tynkturę,
Nic nie pomogły zioła, które
Z miłosnej brał farmakopei.
1210Nic nie wskórały po kolei
Wszelkie sposoby, sposobiki
Ani paryskie specyfiki.
I machnął ręką owczarz Plicha
I królowolska kowalicha,
1215Gdy go zawiodły «suche mrówki
I we krwi koźlej ikra żabia»…
I nie pomogli mu w Warszawie
Profesorowie ni «fretówki»
[450]…
Więc w desperację popadł prawie
1220 Twórca balsamu Sangwarabia,
Któremu własny wynalazek,
W najlepszym razie — nie zaszkodził…
Wiadomo: szewc bez butów chodzi.
1225 Oślepiający, słodki pomysł:
Że ona… że to giętkie ciało,
Co tak znacząco dojrzewało…
Że tam zbawienie i ratunek!
Zaczął zaloty. Sprośnym cieniem
1230 Puścił na ścianę zaproszenie,
Ruchami podnieconej małpy
Galanteryjnie wił się, skręcał.
Zerkając na jej smukłe kształty,
I, zmysły jej młodziutkie trwożąc,
1235 Niezgodą oczu ją zadręczał:
Żywym błagając, sztucznym grożąc.
Lecz szklaną groźbę dawno znała,
Przyzwyczaiła się od dziecka;
Prośba ją raczej przerażała…
1240Pokorna niby i nieśmiała,
A rozpaczliwa i zdradziecka.
Na ogół, choć nieswojo było,
Było ciekawie, dziwnie, miło.
Nie mówił nic, nie napastował,
1245Tylko tym oczkiem gorączkowo
Wgarniał się, wsysał w nią i wklejał,
W fantazji rosła mu w ideał,
W jedyną, cudotwórczą łaskę,
O którą wzywał, zapatrzony…
1250W imaginacji rozjątrzonej
Świętym stawała się obrazkiem,
Madonną, czczoną przez parafię —
By wtem powalić ją, rozrzucić
I wcielić sen jałowej chuci
1255 W pornograficzną fotografię.
(Miał całe stosy tych arcydzieł
I marzeniami się wyżywał
W nieosiągalnym ich bezwstydzie.
Z równą tęsknotą, głodną, chciwą,
1260 Niegdyś przyglądał się rycinom
W dziecinnych książkach podróżniczych
Lub dziwolągom nazw na mapach;
Patrząc, w wyprawach uczestniczył,
Pławił się w słońcu tropikalnym,
1265Na kokosowe właził palmy
Lub słyszał złotej, gibkiej lwicy
Stąpanie na sprężystych łapach.)
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
1270Gdy już (jak muzealny szkielet:
Z rozluźnionymi wiązadłami)
Osypał się, osunął kośćmi
I siedząc w kącie łóżka szarzał
Garbatą stertą znikomości;
1275Gdy ręce, dotąd rozbiegane,
Ręce karciarza i kuglarza,
Przestały mlaskać po jej ciele,
Tylko je smutnie załamywał,
Gdy klęskę swą rozpamiętywał —
1280 Diabli go wiedzą, co go naszło,
Że wlepił w nią źrenicę straszną
I zdradził sekret… «Ale, mała,
Jeżeli komu słowo piśniesz,
Pamiętaj, będziesz żałowała…»
1285Tu łypnął ślepiem. Obiecała.
Nie wiem, rozmyślnie czy bezmyślnie,
Czy chciał doznany pomścić zawód
I przykrość zrobić, dopiec, dociąć,
Czy rozczulony jej dobrocią
1290 Chciał się odwdzięczyć opowieścią,
Czy też, po prostu, że bałamut,
Fontanna plotek, gawęd, ramot,
Wpadł z ekscytacji w trans gadulstwa
I zamiast pleść swe zwykłe bzdurstwa
1295 Skierował rzecz na łódzki dramat:
«Ty, nimfo, jesteś pogrobówka»
(Miał takie swoje różne słówka:
Wypęklak, szpunt, niedocof, boczniak,
Którymi z odpowiednim gestem
1300 Rodzaje dzieci uwidoczniał),
«Sierota kwadratowa jesteś…
Korzonki w ziemi… A rodzice» — — —
No i wypaplał tajemnicę.
I dowiedziała się dziewczyna,
1305Że ojciec «padł od polskiej kuli,
A mamę na śmierć ci zaszczuli
Patriotniki w pejlerynach…
A twój dziadunio z nimi trzyma!
Teść porucznika Iłganowa
1310 Z hersztem bandytów spod Rogowa
[451]!
Hańba, kniaziówno!» Tu się zerwał
I w patos: «Iłganowa! Krewna
Mieszczerskich!» (zmyślił to). «O! Ty
Bogopodobnaja cariewna
[452]
1315 Kirgiz-Kajsackija Ordý!»
Wreszcie zabredził o Drewlanach
[453],
Nawet o runach i Swarogu
[456]…
«Dam ci książeczkę, to przeczytasz…
1320Wam — carstwowat'
[457], kniażnà, jej Bogu!
Gardź! Stroń, Sławianko, od swołoczy
[458]!
Krew twego ojca na ich łapach…
Nu, a tiepier pakojnoj noczi
[459]…
Wybacz wujkowi, że fajtłapa…
1325Pocałuj… Nie bądź taka dzika…
Pakojnoj noczi, Anżelika
Konstantinowna»… I poczłapał
Ku drzwiom, przybity, zdruzgotany…
Ale po drodze — oczywiście,
1330Mrocznego kozła sprezentował
Na popękanym wapnie ściany.
Ważna to była noc. Pomyślcie:
«Dorosły» («z brodą»!), «szef», «mężczyzna»,
«Bogaty» (ona była «biedna»),
1335 Upokorzony klęczał przed nią,
W nikczemnych płaszczył się umizgach,
W tańcu komicznych podrygiwań,
Bełkotem nieprzytomnym bryzgał
I jak kościelny dziad w łachmanach
1340 Jałmużnę jakąś wybłagiwał:
«Królowo!», skamlał, «ukochana,
Uratuj, przytul, dobra, święta,
Jedyna, twój niewolnik, wszystko!»…
I patrzał w nią jak stare psisko,
1345Co jakieś grzechy ma rzekome
Na psim sumieniu przerażonem,
Więc pysk do ziemi przywarł, leży
I boi się, że pan uderzy,
I tylko oczy, zapłynięte
1350 Łzawiącą urojoną winą,
Spode łba czasem wzniesie smętnie,
Żeby zobaczyć, czy gniew minął.
Z początku dreszcz nią wstrząsał zmienny:
Ze wstydu — żar, ze strachu — zimno,
1355Lecz gdy dostrzegła wzrok przyziemny,
Wzrok żądzy, ostrej a daremnej,
Gdy się poniżył, unicestwił
I stał się z napastliwej bestii
Bestią bezsilną, nieszczęśliwą,
1360Wstąpiła w serce ciepła tkliwość,
Poczuła nagle niedziecinną
Litość… łaskawość miłosierną:
Jak ziemia ojca jej bezmierną,
Jak dusza tamtych stron — głębinną.
1365I była w świecie Wielka Chwila,
Nieznana jak Nieznany Żołnierz,
Bez-sławna… ale w takich Chwilach
Niebo uśmiechem się rozchyla
I w wiecznej światła z mrokiem wojnie
1370 Zwycięska dobroć zło przesila:
Na tę sekundę, na tę jedną,
Niezapisaną, bezimienną.
Ewangeliczna była Chwila,
Gdy, słodką łaską uskrzydlona,
1375W gołębie wzięła go ramiona
I litościwie przytuliła,
I nagle — warg soczystym spazmem —
Litość mu w usta wcałowała.
Zrozumiał: że się zmiłowała
1380 Nad grzesznym, zrozpaczonym błaznem.
Sposępniał, zgasł. I zapadł, niemy,
Szkieletem w kąt. A dalej wiemy.
VI
Szept — maczkiem dotąd się sypiący.
Usypiającym siewem ciszy,
1385Tak że go sala ledwo słyszy —
Zaczyna groźnieć i wyraźnieć,
Zaczyna śrutem siec żelaźnie:
Tancerka szepce jak szalona.
Kulomiot zemsty. Cel — ambona.
1390Za krzywdę, za niesprawiedliwość!
Bo jakże to, na święte rany
Chrystusa!? Podli, podli, podli!
Siepaczem jest — zamordowany,
A ksiądz się za morderców modli!?
1395 Nie krzyknie, ale całą moc swą
Wytęży — odwetowi zadość:
Za pamięć ojca, za sieroctwo,
Za wstyd przed ludźmi, za nieprawość!
Ta moc napina nóg cięciwy
1400 I łuk kwitnących biódr napręża,
Unosi piersi miłościwe
Rozkołysanej krwi napływem,
Rozchyla wargi, źrenice zwęża.
Ta moc jest w Ciepłem, Tajnem, Żeńskiem,
1405 W onem, choć własne, podglądanem
W świtaniu rzeki zwierciadlanej…
O, Mądre! Piękne! O, Zwycięskie!
Przedwczoraj właśnie, duszną nocą,
Unicestwiony ową mocą,
1410Sam pan magister jęczał, kwiczał,
Na klęczkach trząsł się niewolniczo,
Z modlitwą wspinał się do ust jej…
Więc zaufana w swej potędze,
Chytrze — spokojnie a rozpustnie —
1415 Ciałem zaczyna walczyć z księdzem.
Szept coraz bardziej się nasila
I metalicznym pulsem wali,
Jędrnieją celne rzuty sylab,
W poemat rosną — i na sali
1420 Po widzach ciarki. W loży — trwoga.
Bo w lożę, jak w pozycję wroga,
Jakby to była kazalnica,
Niewiarygodne bije słowa
Zrewoltowana tanecznica.
1425
Loża jest sześcioosobowa,
A jedna siedzi w niej osoba.
VII
Szyby plebanii nad Pilicą.
Rozklekotała się mieścina,
1430Rozchlupotała się mieścina,
Rozsepleniła się mieścina
Listopadową chlustawicą.
I znany, smutny rozszept ciszy
Pluskowi deszczu towarzyszy:
1435Szemrzące sączy się milczenie,
Czas ciurkiem monotonnie ciecze
I świerszcz nakręca niestrudzenie
Mikroskopijny zegareczek.
Wszystko jak echo. Ksiądz Komoda,
1440 Wsłuchany w noc i niepogodę
Jak w muszlę jeszcze mokrą — słyszy
Jakby stłumiony stuk klawiszy
W struny martwego fortepianu;
Szybkie to, sypkie i dalekie
1445 I klapie pod zamkniętym wiekiem
Młoteczkującą pieśń drewnianą.
Ksiądz znów zagląda do «Kuriera»
I czyta, jak sto razy przedtem:
«Teatr Alhambra… Dziś premiera…
1450Nelly Devera… Taniec szeptem…»
Stołowej lampy blask się pluszcze,
Rozwidnia kręte dżdżu strumienie,
Rozwadnia ognie złotodrżące
1455 W płynne iluzje i desenie,
Jakbyś przez szkła oddalające
W uciekającą patrzał scenę…
Pod głuchy, tępy werblik rytmu,
Pod echo słów płynących z dala,
1460 Tętniąca pieśnią starożytną
Alhambra wspomnień się zapala.
I widzi ksiądz kościółek wiejski
Z trybunem bożym na ambonie
I ręce swoje roztańczone,
1465Opadające, wzlatujące,
Załamywane, błagające,
Kiedy w ekstazie kaznodziejskiej
O Polsce mówi. O Niej, o Niej,
Którą w mistyczny obłok spowił,
1470I niebo widzi, gdy ludowi
O zmartwychwstaniu jej obwieszcza,
Bo ją wyśnioną odziedziczył
Po fantastycznych naszych wieszczach;
Bo nierozumnie, ale święcie,
1475Jak w Boga wierzy w to widziadło
(Cudoż bo cudo nam przypadło
W owym genialnym testamencie!) —
Więc: gdy w serdecznym uniesieniu,
Płacząc ze szczęścia, myśli o Niej,
1480Że jest Tęczowa, Chrystusowa,
Ojczyzna Wcielonego Słowa,
«Ty, Co Myśl Boga Nosisz W Łonie
I Losy Świata W Swym Zakonie…
[460]
Kościele Widomego Czynu
1485Ucieleśniony W Bożym Synu…» —
Kiedy w natchnieniu i zapale
Wznosi się ku Niej Wywróżonej,
W Niebiesiech Ducha Zawieszonej
Mesjanistycznym epinalem
[461],
1490I już ma krzyknąć z całej mocy:
«Witaj, Błękitna Jeruzalem!» —
Wzrok— Szare, wilgotne, ciepłe oczy
Mrużkiem muskają jego lica.
Przestały. Potem znów. Na dłużej.
1495 Znikło. I znów. I miga, mruży,
Już źrenicami drga w źrenicach…
Tak, czasem, blada błyskawica
Zwiastunką bywa krwawej burzy.
Zamiera ksiądz. Bo moc niezwykła
1500 To z ziemi w niebo go uwodzi,
To z nieba ściąga go najsłodziej.
(Tu — apropoetycznie — wykład
O przyrodniczym rodowodzie
Tych grzesznych «oczu nad oczami».
1505 Tej «pieśni nad pieśniami». Otóż:
Między gwiazdami i kwiatami
Są, jak wiadomo, silne błyski.
Prąd nieprzerwanie promienisty
Wzajemne rozprowadza iskry
1510 Między gwiazdami i kwiatami.
I właśnie, kiedy na bankiecie
Botaników i astronomów
Śródgwiezdne omawiano kwiecie,
Śledząc świetlany bieg atomów,
1515Gdy obłyskano toastami
Nokturny urojonych zjawisk,
A Książę-Prezes srebrnorogi,
Wstępując po drabinie, zawisł
Mniej więcej na połowie drogi
1520 Między gwiazdami i kwiatami —
Wtedy to pewien kwiat przeźroczy
Oczyma stał się… etc.
Taka jest moja hipoteza…
Nie będę przy niej się upierał.)
1525
Wyrzuca ksiądz w Błękitne Tam
Pociski modłów, próśb, dziękczynień,
A z nimi — siebie i świątynię,
I z całą Polską w niebo płynie
1530 Za rakietami rąk i zdań!
Ale raz po raz z drogi zboczy,
Gdy nieodstępnie patrzą nań
Zmrużone, ćmiące, mądre oczy.
Tropią go — drwiące, prześladowcze,
1535 Kuszą — tumanne, obietnicze,
Ścigają każde jego słowo,
Myśli czepiają się zmysłowo,
Chciałby oślepić je, przekrzyczeć,
A one w grząską topiel ciągną,
1540Pokusą wabią go nierządną,
Ach, nie przekrzyczy, nie oślepi!
I coraz częściej a ciekawiej
Szuka ich, łowi, wzrok w nich pławi…
A one: pająk aksamitny
1545 Omotujący go kokonem…
Ratuj mnie, ratuj, śnie błękitny!
Ratuj, mocarstwo objawione!
Utrąć te oczy! zgaś! A one:
Dwie ćmy nadciągającej nocy,
1550Miękko skrzydłami łopocące,
Szept jakiś wzięły do pomocy,
Szept — echo pieśni starożytnej…
I oto do psalmodii szczytnej,
Do niebosiężnych wzlotów księdza
1555 Żmijkami przebiegłymi wpełza
Pieśń Najprzedniejsza, pieśń orężna:
A oręż jej — nie zbrojne armie
Z rozwiniętymi chorągwiami,
Lecz piersi jak bliźnięta sarnie
1560 Pasące się między liliami!
Lecz wino gęste i gorące
Zdobywczych warg, gdy krwią spływają,
Wino cudownie sprawujące,
Że usta śpiących przemawiają!
1565Lecz żądnych nozdrzy wonność, świeża
Jak jabłek miazga rozgryziona!
I biódr, i ramion wzniosła wieża,
Rozwierająca się na ścieżaj
Rozkoszom króla Salomona!
1570I słyszy ksiądz, choć nikt nie słyszy,
Wysoki śpiew śród trwożnej ciszy:
«Źródła ogrodne, żywe zdroje
Już się z Libanu gór wybiły,
Wnijdź między wonne drzewa, miły,
1575 Rozkoszne jedz owoce moje!»
Wątleje głos bożego sługi
I słabną ręce wojujące,
Ksiądz jąka się, wyrazy plącze…
Już Tutivillus
[462], księżych błędów
1580 I przejęzyczeń kolekcjoner,
Co na kazaniach jest z urzędu,
Zagarnia słowa zniekształcone,
Poprzepuszczane, przekręcone:
To dar dla Biesa Jegomości,
1585Co nimi salon w piekle mości…
Krztusi się ksiądz, nabrzmiewa pąsem,
Cały w jej oczach, w grzesznej gędźbie.
Ostatnie słowo w krtani więźnie
Jak czasem jabłka ostry kąsek.
1590Ksiądz zachłystuje się, bełkoce,
A głos rozkazy słodkie śpiewa:
«Wejdź, miły, między wonne drzewa,
Rozkoszne ze mnie rwij owoce!»
Jeszcze resztkami sił się zrywa,
1595 Odsieczy archanielskiej wzywa,
Parafian wreszcie wzrokiem błaga — —
Na próżno! Już w oplotach księżych
Drga, bije, wije się i pręży,
Króluje, beznadziejnie naga!
1600I wtedy taka rzecz się stała
Jakiej od wieków nie pamięta
Żadna w Koronie diecezja…
I wrzasnął: «Za drzwi! Precz, przeklęta!
1605 Precz, pokuśnico! Milcz, zuchwała!
Taceat mulier in ecclesia!
[463]
Striga es!
Striga!
Vas daemonum!
[464]»
I palcem wskazał potępioną,
I wiódł tym palcem i oczyma
1610 W świat…
Nie zdziwiła się dziewczyna.
Westchnęła, poszła. Dwa strumyczki
Ściekały ciepło przez policzki.
A za dziewczyną, przerażony
1615 Hańbą niewinnej czarowniczki,
Biegł dziadek, błędny i pobladły,
Potykający się, bezradny,
Niczym w łeb pałką uderzony…
Już przy drzwiach byli, gdy jak kłoda
1620 Zwalił się biedny ksiądz Komoda.
Padł twarzą naprzód. Długie ręce
Przed siebie rzucił z balustrady
I zawisł na niej. Tak na scence
Marionetkowej Pierrot blady,
1625Przez krawędź ramy przewieszony,
Śpi, głową na dół.
Dosyć. Nie lubi ksiądz Komoda
Tych wspomnień. Wprawdzie to już osiem
Minęło lat, a wciąż na nosie
1630 Znak po wypadku… I to dodam:
Że autorytet podważony,
Gdy się tak zwala ksiądz z ambony…
«Gorunc go wziun», mówili chłopi,
A inni, że «musowo popił»,
1635A trzeci, że «z ckliwości dusy,
Od tyj galówki… Bo un tsymo
Z legionem, to sie kapkę zrusył…
A w tyj Dziewierce winy ni mo».
Baby mądrzejsze: «Nie inacy,
1640Ino zadała mu pokusy».
Tegoż wieczora pan Ignacy
Wyruszył z wnuczką do Warszawy.
Co dalej — czytaj, kto ciekawy.
Rozdział drugi
I
1
Loża jest sześcioosobowa,
A jedna siedzi w niej osoba—
Fryderyk Alfred Folblut
[465]. W skrócie:
Faf, Fafik, Fafa. Syn Artura
5 I «Muszki» z ***onów — która,
Nawiasem mówiąc, wycierpiała
Gehennę mąk przy swym Folblucie;
Pan Artur bowiem, lew salonów,
Kankana bujny entuzjasta,
10Z niewiarogodną werwą szastał
Rublami starych ***onów:
W szampitrze
[466] topił je, w węgrzynie,
W zawrotnych redutowych
[469] salach,
15 Na wszystkich balach i bazarach,
A śród «koryntek» nasz Arturek
Używał jak w haremie Turek.
Ach, te śniadanka, kolacyjki,
Cyrkówki płoche, kamelijki,
20Te lumpki, bibki, Ziutki, diwy,
Nimfy z «ogródków» i syfildy,
Szelmutki, bałamutki!… Słowem,
Postanowiła pani «Muszka»,
By mu w sypialni na Miodowej
25W ogóle nie ścielono łóżka.
Przebirbantował ćwierć miliona
Pod
fin de siècle[470]. Ale po śmierci
Anastazego ***ona
Zostało jeszcze siedem ćwierci.
30
Zwany powszechnie Artiszokiem,
Dał nagle susa w raj lampartów,
Rażony erotycznym szokiem,
Tj., gdy z ramion pewnej Ziutki
35Zwalił się martwy w słodkich drgawkach
Rzewnie żegnała go Warszawka:
Szum żalu poszedł przez «ogródki».
Chlipały, w trykot obciągnięte,
Skoczne szelmutki i filutki
40I żałowały go namiętnie
Panny od Wedla
[471] waniliowe,
Dziecinnych naszych lat królowe,
Kwiaciarki i kwiaciarze z Alej,
Co zwinnie nocą wskakiwali
45 Na stopnie drynd
[472] dwukonnych w biegu,
I subiekt Piotr od Krzymińskiego
[473],
I subiekt Leon od Fukiera
[474],
I Schmandtke, agent Roederera
[475],
I dwaj posłańcy spod Bristolu
[476],
50Bajeczne wspominając «kursa»,
I cwani pikolacy
[477] w hallu,
I babcia w katakumbach Lursa
[478],
I zmarkotnieli, osowiali
Kelnerzy z Malinowej sali
[479],
55A ober
[480], który od Karowej
Prowadził raj gabinetowy
(Umysł sceptyczny i głęboki).
Zapisał w swoim pamiętniku:
«Artiszok klapł. Cios dla epoki».
60
Pstrokaty melanż majątkowy:
Pieniądze (dużo), domy (duże),
Folwark (olbrzymie, tłuste krowy).
Ogród (ogromne, duszne róże,
65 Z których spleciono mu z mozołem
Wieniec, co mógł być młyńskim kołem;
Czterech musiało nieść przez miasto
Tę zgrozę ciężką i kolczastą;
Nieśli, pocili się, sapali,
70Zranione palce wysysali);
Sad (słynne śliwki «folblutówki»,
Soczyste, tłuste, słodkie, duże);
Akcje ( — nirwana dla gotówki,
Pieniądze na emeryturze —),
75Akcje — na mocnym, szeleszczącym,
Na znakowanym, żyłkowanym,
Na prężnym, na «opiewającym»,
Lśniącym papierze drukowane.
Przy nich — kupony, co z macierzy
80 Ciągnęły złoty sok pyszczkami:
Tak z przyssanymi prosiakami
Bezczynna Świnia w gnoju leży;
«Pakiety» akcji — kupy takich
Kopert pakownych i pękatych:
85Węgiel «Buzowo», szkło «Jaskółka»,
Stal «Rumpel, Loevenherz i Spółka»,
Cukrownia «Ćmierz», garbarnia «Góral»,
Drożdże «Małeczno», cement «Ural»,
Browary «Słód», żegluga «Fala» —
90 Akcje przedsiębiorstw złotodajnych,
Niosących zyski z bliska, z dala,
Akcje kolei, nafty, lasów,
Nawet metalów Hondurasu
I banków, banków… Spamiętajmy
95 Banco Ciudad de Guatemala.
Zostały chytre cyrografy
Przewidujące wszystko w świecie,
Pełne pułapek jak na szczury,
Zasadzek pełne, kruczków, sieci,
100Haczyków (spójrz na §§§ paragrafy) —
Kontrakty, weksle (dojne z góry),
Złodziejskim prawem prawomocne,
Kładące areszt na waszeci
[481],
A nieraz z izby robotniczej
105 Na mróz «eksmitujące» dzieci…
Zostały jakieś tajemnicze
«Salda dywidend» i «rozliczeń»,
To z «conta tantiem», to z «udziałów»,
Z «wkładów», «odsetków», «kapitałów»,
110 Z sum «wierzytelnych» i «podzielnych»,
Z «nadzorczych rad» i «rad naczelnych»,
Z jakichś «zarządów» i «prezesur»
Czterdziestu fabryk i byznesów —
Czterdziestu kolosalnych ssawek,
115 Wytresowanych, karnych nawet,
W imię «wspólnoty interesów»…
Czyich? Familii. Bo familią
Stał Koncern Pomp, co ruble doił,
A każdy grosz i każdy milion
120 Rozdymał wspólne brzucho «swoich».
Siecią pokrewieństw oplątane,
Spółżyły w kazirodztwie wiecznem
Banki braterskie i siostrzane,
Akcje cioteczne i stryjeczne,
125Akcje-kuzynki, akcje-szwagry,
Firmy-synowe, firmy-teście —
Tak cielska banków, biur i fabryk
W rojnym płodziły się inceście
[482].
Wzmagało się rodzinne tarło
130 I oto trzecie pokolenie
Narybek swój kosztowny żarło
I znów miotało grudki złota
Jak jesiotr, który ikrę miota:
Więc astrachańską
[483] smarowali
135Bułeczki grubo namaślone.
Od polskiej słoty uprzykrzonej
Luxami
[484] się prześlizgiwali
W lazury adriatyckiej fali
,
Łatwiej im było o Riwierę
140 Niż mamie do Bedonia
z nami,
Krócej mówili z jubilerem
Niż ona ze sklepikarzami,
Łatwiej im było o szynszyle
Niż jej o kostium od Maszkowskiej
[485],
145A Fafikowi o… mantylę
[486]
Niż mnie o nowy płaszcz uczniowski.
W ośmiu pokojach, w jedenastu,
Było się tedy gdzie rozhulać
150 Złośliwym mieszkaniowym zmorom:
Latały niewidzialną sforą,
Bezczelnie wskakiwały na stół
I w fałdach zblakłych aksamitów
Pełzły od podłóg i z sufitów,
155Właziły gęsto i powoli
Pod szklane dzwony żyrandoli,
W całun pokrowców otulone,
Na wachlarzowe parawany
Z samurajami i smokami,
160Na etażerki ufrędzlone,
Na gobeliny idylliczne,
Na meble — raczej Meblozaury
Z samopoczuciem muzealnym —
Znieruchomiałe dynastycznie
165 W zaduchu milionerskiej aury.
Całym ciężarem smutnych istnień
Wpierały nogi w dąb posadzek,
By wrócić — wrosnąć w swoje, bliskie,
I wspominały las dębowy,
170Zielone wieki wielolistne
I palmom w ziemi doniczkowej
Przypatrywały się zawistnie.
Na wszystkim, w ciężkim śnie, leżała
Nuda żałobna i stężała.
175Była tu cnotą i nakazem.
Za dawnych lat, gdy się utrudził
Hulanką i do domu wracał,
Artiszok ją czasami budził
I płoszył arią z operetki,
180Nucąc «Kobietki! ach, kobietki!…»
Potem już nikt. Już była głazem.
Od razu wszyscy są i razem.
Ubóstwo płytkim jest obrazem.
185Bogaci — zawsze w głębi, w głębi,
W ramie masywnej i głębokiej,
W domyśle, w perspektywie mrocznej.
Dalecy są i niewidoczni,
Zaszyci w ciszę jak w wojłoki.
190Idzie się do nich, do bogatych,
Po matach miękkich, po włochatych,
Po pluszach, po dywanach grząskich,
Po śliskich idzie się, po gładkich.
Przez szereg uroczystych komnat,
195Drogą amfilad i kolonnad,
Aż gdzieś, wgnieżdżeni w ciepłe ściany,
Za siedmią dźwierzy wyściełanych,
Siedzą i trwają, i dumają…
Bogaci nie są — przebywają.
200Kołem zaklętym otoczeni,
W zawiłej kryją się przestrzeni,
Którą architekt, niczym pająk,
W labirynt uformował kręty.
Tam za pokojem goni pokój,
205A tajne pokoiki z boku,
Tam korytarze, schodki, schówki,
Nieokreślone przybudówki,
Tam nagłe ciemne zakamarki,
I gubisz się, i błądzisz po nich,
210Jak po wróżebnych liniach dłoni
Błąka się palec kabalarki.
W centrum królował Arcysalon
W lwich, płowych tonach. Lew był stary
I naśladował piach Sahary.
215Salon — pustynna instytucja —
Był owej nudy głuchoniemej
Tronową salą i centralą.
Na sofie o piaskowej barwie,
220Jak Arab na wielbłądzim garbie
Rozmyślający o Koranie,
Siedział Faf — krwisty, brwisty, czarny,
Żelaznoudy, muskularny,
Barczysty, z atletycznym torsem,
225Jakby stalowy nosił gorset
Na rozłożystej piersi skalnej;
Siedział w szlafroku orientalnym,
Piękny, dwudziestoczteroletni,
Ciepły z kąpieli i gimnastyk,
230W obłoku aromatów kwietnych
Z flakonów swych wielograniastych;
Pił mocną parującą kawę
I puszczał z ust obrączki mgławe
Dymków błękitnych i pierzastych.
235
Dzień był trzydziesty listopada,
A rok — o, roku ów!
[487] — przypadał
Tysiąc dziewięćset osiemnasty.
II
Czerwoną kresą wielkiej daty
240 Na dwie epoki, na dwa światy.
Już wiek ubiegły, Wiek Nadziei,
Wrośnięty w młody trzon stulecia
Starymi osiemnastu laty,
Dał za wygraną. Już się zwalił.
245 Podmyty nurtem krwawej fali,
A nasz, skrzydlaty, w przyszłość leciał.
Już, przeskakując przez okopy,
Gęstymi ciągnąc się rzędami,
Krzyże na polach Europy
250 Szły krzyżowymi pochodami
Zdobywać nową ziemię świętą,
Nasiąkłą krwią, trupami wzdętą.
Kolczastym drutem pozszywana,
Goiła się olbrzymia rana:
255Ziemia, rozdarta i popruta
Rydwanem «wiekopomnej chwały»…
…
KrewDzikie różyczki krwi zrudziałej
Już więdły na cierniowych drutach.
260 Padłe w męczeństwie dobrowolnem
Za grzech i pychę ludzkiej hordy
(Było ich kopnąć, bracia-konie,
W zębate bohaterskie mordy!)
Leżały, śmiercią usztywnione
265 I puste wewnątrz. Ptaki polne
W prętach ich żeber gniazda wiły.
Kruki z pikielhaub
[488] wodę piły…
Zwabione ukończoną rzezią
Szakale kłusa wyruszyły
270 Dogryzać ludzkość. Gdzieś, z mogiły,
Na cześć zwycięstwa, na znak święta,
Pięść wystawała zaciśnięta,
Tryumfująca zapowiedzią
Rewolucyjna czarna pięść…
275
Sześć — siedem — osiem — dziewięć — dziesięć — — —
— Dziesięć milionów trupów w ziemi
Miesiła epokowa jesień.
Żercy podziemni, rozjątrzeni,
280Już dobierali się do kości.
Dziesięć milionów czaszek trupich,
Pustymi ziejąc w mrok oczyma,
Szczerzyło zęby ku wieczności.
(O, królewiczu duński! głupi!
285Tyś jedną tylko w ręce trzymał!)
Szum przemieszanej z marszem pieśni,
A czasem trzask ostatnich kul
Zaszczeka krótko od przedmieści.
290Ktoś jeszcze gdzieś — wspanialszą pieśń
Dogrywa hardo swym naganem:
O lepszy świat, o większy cud —
I w partyturę srebrnych nut
Bemole wbija ołowiane.
295Za oknem zgiełk: sztandarów las,
Okrzyków grom, bagnetów blask,
I szloch, i śmiech — i Duchów Tren
Z pochodem zgodnie w dal płynący:
Pod rękę z «prawdą» idzie «sen»,
300Ach, noce snów z wyśnionym dniem
Na spacer wyszły pierwszy raz,
Na spacer oszałamiający!
To wielkie dni. Na zwykły bruk
Misterium zeszło — maszeruje —
305 I każdy łyk dmie w «złoty róg»!
Cudowne dni! To słowu «Bóg»
Za słowo «wolność» lud dziękuje.
I modli się o słowo «moc»,
I w obieg rusza zgłoska pusta,
310 Otwierająca puste O,
Jak głupi tenor głupie usta.
Za nią «potęga» pędzi w ślad
I «miecz», i «rubież», i «do czynu»,
I sto upojnych synonimów…
315…On jeden milczy: symbol, znak.
Totem Sarmatów, Biały Ptak,
Dumny, samotny — i bez rymu.
Do jego śnieżnych piór dorwali
320 «Dziejowej misji» misjonarze,
Kpy, szarlatani rozchełstani,
Wróżbici, nekrofile, beksy;
Już je nurzali w kałamarze
I tęczowymi inkaustami
325 Pluskali w przyszłość dzikie kleksy.
Już wyciągali ze słowników
Kleiste taśmy przymiotników
I szły gromadnie na ten lep
Ćmy «wielkich idej» z mgły wysnutych…
330
I woli ów zakuty łeb
Czasownik «jeść», rzeczownik «chleb»,
Czasownik «mieć», rzeczownik «buty».
Z gapiami, z muzyką wojskową
335 I z epitetów gminem czczym
Przez miasto kroczy wyraz «Czyn»,
Co dotąd był wyrazem «Słowo».
W zorzę przezłaca się jutrzejszą:
340To pospolita ciemna rzecz
Zmienia się nam przez «czyn» i «miecz»
W Rzeczpospolitą Najjaśniejszą.
Rodzi się trudne, biedne państwo…
Od Pińska po Zatokę Gdańską,
345Od Wilna do Zakopanego
Dreszcz serc i iskry depesz biegą
[489].
III
Partyzant z twarzą nietzscheańską
Z politykami pertraktuje,
A nocą czyta Słowackiego:
350 «…Kto dziś nie wstąpi w święte ognisko,
Jeno przez oczy ciekawe,
Taki dziś, bracia, pójdzie na sławę,
Jutro na urągowisko.
I to mieć będzie, że gdy my wstajem
355
Zrzucić głaz, co ducha obarczał,
On siedział, głupi, kłamstwa lokajem
I widział prawdę — i warczał».
[490]
W salonach dawno nie wietrzonych
Gniewne hrabiny i matrony
360 Contrecoeur[491] przyznawać zaczynają,
Że piękny ten jakobin polski,
A Książę Regent
[492] — zachwycony…
Mówi, że wprawdzie krnąbrny, szorstki,
Lecz cóż? — «w powiecie mejszagolskim
[493]
365 Jeszcze nie rodzą się Burbony».
Nieswojo lekkim warszawiaczkom…
Obsiedli stolik — i w perory
[494],
W domysły, plotki, dąsy, spory
Nad niebywałą do tej pory
370 Figurą żmudzko-austriacką.
Burza u Lursa. Z brzękiem, jękiem
Wali się, rzekłbyś, strop niebieski!
Grzmotami ciska Niemojewski
[495],
Błyskawicami gestów Frenkiel
[496].
375
Na Czerniakowskich
, Orlich
, Kruczych
Łażą po schodach ludzkie troski,
Drobne żałostki i radostki,
Ten stęka, tamten sobie nuci,
380 Ten kicha, temu w brzuchu kruczy,
A oprócz tego… oprócz tego
«Dzwon dziejów» uroczyście huczy.
W pokoju gęsto nakłębionym
Dymem i «mgłami wyspiańskimi»
,
385Co przytaszczyły się z Łazienek
[497]
Udekorować skromną scenę,
Tak tutaj masek, widm, potworów…
Zaduszki dziejów, raut upiorów,
390Roją się, pchają, jeszcze, jeszcze!
Rycerze, króle, dziady, wieszcze,
Duchy wisielców, męczenników,
Ludzie katorżni, ludzie leśni,
Echa wystrzałów, modłów, pieśni
395I cienie łódzkich robotników…
Hej, panie stróżu, zamknij bramę,
Nie wpuszczać! zaduch! dosyć! amen!
[498]
Nie, nie ustąpią… — «Jak już, to już!
Jeśli się stało i spełniło,
400To pozwól krzyczeć nam, mogiłom,
To z szkieletami zawrzyj sojusz,
To słuchaj, co grzechocą kości,
I na tę mszę wielkością zarób,
Uczniu cmentarzysk, rocznic, żałób,
405 Wielkości chcemy!…»
Ba! wielkości…
Widzieliście ją czy wyśnili?
…Na to z kościotrupiego grona
Wychodzi Dama ugreczona,
410Z krakowskiej sceny przywleczona,
Odziana w powłóczysty chiton,
Z mieczem, puklerzem, w kasku z kitą
[499],
I najpierw cudowności kwili,
A potem woła: «Czyn zwycięski!»
415(Pół życia oddałby w tej chwili
Za Słownik Chimerycko-Ziemski…
Mają
volapük[500] swój Chimery
I swój rachunek, dziwny wielce:
Na ziemi dwa i dwa jest cztery,
420U Chimer — o czterdzieści więcej
[501].)
Tyle już nocy tak! Do świtu
Te schadzki natarczywych mitów,
Serdecznych, ukochanych widm…
A świt otwiera się jak rana
425 I pięknie ścieka krew zorzana
Na żółty piach wiślanych wydm…
Wąziutką strugą purpurową
Strzyka przez mózg wspomnienia żmijka…
Jakiś moskiewski «stich
[502]»… Linijka:
430
Горит восток зарею новой[503]…
Горит восток… I któż to ziścił?
Зарею новой… Każde słowo
Przeszywa ostrzem nienawiści,
Zawiści — że na dziejów szaniec,
435Z pożarem w łapie, jak z chorągwią,
Wszedł obszarpaniec, dzikus, Mongoł,
Nie on — zułowski hardy panicz!
Ach, śnie młodości! śnie przeklęty!…
O, z jaką pasją i rozkoszą
440 Rzuciłby prosto w twarz truposzom
Nie tylko tej wielkości imię,
Ale i adres nienawistny:
«Wschód wszechświatowy! Wschód ognisty!»
Lecz nic nie powie. Zdusi w sobie
445 Ten wściekły żal na całe życie…
I mściwa gorycz całe życie
Będzie go dręczyć.
Po błękicie
Już się jesienny brzask rozpostarł…
450 Wschód… wschód… Zostanie w mózgu wizja:
Wyraźna i błyszcząco-ostra
Jak nóż — jak gwiazda — jak decyzja.
IV
—
PANOWIE SZLACHTA!
BIJE GROM!
[504] — — —
Faf dopił kawę. Gęsty cukier
455 Wygarnął z dna. Oblizał usta.
Stłumionym wirującym stukiem
Cwałuje w głowie noc rozpustna.
Fruwają kołem majtki, kiecki,
Pończochy, szklanki, tyłki, łydki
460I pijany Wicek Jałowiecki,
I szafirowa kołdra Litki.
A, byczo było. Wprawdzie sotern
[505]
Był siarkowany… za to potem
Dziewczyna — klasa! Jak ta lalka.
465…Z portretu Lenca
[506], z ramy złotej
Artiszok mruga na synalka.
PANOWIE SZLACHTA! BIJE GROM!…
A przedtem — przedtem byli z Wickiem
W nowej kawiarni poetyckiej
[507]
470 Wymalowanej zwariowanie
W półtwarze, nuty, ostrokąty,
Ukośne domy i afronty,
A na estradę wskakiwali
Jacyś nieznani i zuchwali,
475Poezje swe wykrzykujący…
PANOWIE SZLACHTA! BIJE GROM!…
I malarz z gębą jak Indianin
[508]
Znieważał gości rykiem pijanym…
480«Kubizm
, uważasz… Siewierianin
[509]…
Sztuka żydowsko-bolszewicka…
Wybacz mi»… — «Co ci mam wybaczyć?»…
«Że niby Żydzi»… «To co?»… «Widzisz,
Jest tak: że gdyby wszyscy Żydzi
485 Byli jak ty, to co innego…»
«Ja? Przecież ja katolik rzymski
Od dziecka»… «Tak… Ale… to znaczy…
Widzisz… jak ci to wytłumaczyć?…»
— «No powiedz…» «Potem. Patrz — Słonimski
[510]»…
490
(Antoni! Oto po ćwierćwieczu,
Zza Atlantyku martwych czasów,
Na którym mnie, rozbitka, trzyma
Poezji ratowniczy prom —
Rozognionymi w dal oczyma
495 Widzę nasz brzask, ten pierwszy wieczór,
Gdy razem z nami się zaczynał
Historii Polski nowy tom:
Gdy się na przestrzał nam otworzył,
Może i w nędzy, ale w zorzy,
500Rozstajny nasz, przydrożny Dom…)
Na karuzeli, obwieszonej
Strzępami kawalerskiej fety,
Krąży przed Fafem twarz poety,
Brzmi głos podniosły i wzruszony:
505 «Panowie szlachta! bije grom!»
Za oknem chór, za oknem szum…
Burzliwy bełkot… Wczoraj tłum
Przeciągał nocą pod kawiarnią,
A dziś pod jego przyszedł dom —
510 Hołota ciągnie groźną armią…
PANOWIE SZLACHTA! BIJE GROM!…
Co dalej? W głowie dymno, gwarno…
Jak w mocnej klatce silny zwierz,
Drapieżny miota się w nim wiersz,
515 Błyskają rymów kły jak noże,
A w ślepiach krew, a rytmy w skok
I biją w pamięć łapy strof,
A ona związać ich nie może.
Jak w mocnej klatce silny ptak,
520
Skrzydlaty wiersz łopoce takt,
Szamoce się, skrwawiony orzeł…
I strząsa strzępki rymów-piór,
Słów rozproszonych słychać wtór,
A myśl zestawić ich nie może…
525Na karuzelę tyłków, majtek,
Klozetów, pończoch, łóżek, knajpek,
Toastów, ryków «Stolat! Stolat!»,
Koniaków, brzuchów, melb
[511], czekolad,
Rachunków, trunków, mord pękatych,
530 Ryb w majonezie, prezerwatyw,
Syfonów, piersi, zrazów, kolan —
Wskoczyła groźna i wesoła,
Z szarfą szkarłatną, w burzy, w łunie,
Pierwsza Wolności Carmagnola
[512] —
535 I co przefrunie, w pysk go lunie
I jazda! i na alarm woła:
PANOWIE SZLACHTA! BIJE GROM!
I oto w karuzeli głowy,
Jak w mrocznej wieży silny dzwon,
540 Wiersz się rozlega metalowy,
Już przypomniany, już gotowy:
«Niebo się wali, płonie dom,
Chamy się rządzą, chłopy, łyki!
Słyszycie wokół krwawy plusk?
545To wąż się wije! ogniem łusk
Noże w nim płoną! Bolszewiki!…»
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Aksamit twarzy wygolonej,
550Z włosem… pod włos… Zadowolony.
Przed lustrem staje. Miny stroi:
Wzgardliwą. Dumną. Tajemniczą.
Sceptyczną. Dziką. Wszystko byczo.
Bicepsy maca. Pierś wypina.
555Pięścią uderza się po biodrze.
Żelazobeton. Bardzo dobrze.
Stan kasy sobie przypomina…
Konta w Zurychu i w Londynie…
A New York pies? All right. Nie zginie.
560
«Panowie szlachta!» —? Gówno! Słowem:
«
L'ordre règne à Varsovie[513]», panowie!
A że ten czad i wirwar
[514] w głowie,
To sotern… Czuje zgagę żrącą…
Pan Folblut dzwoni na służącą.
V
565
W tych czasach autor tej gawędy
Dla różnych swoich wad i przywar,
Których mu Stwórca nie poskąpił,
KuchniaSalonów jeszcze nie dostąpił,
A w kuchni już nie wysiadywał.
570Bo dawniej, w swem chłopięctwie lubem,
Gdy spleen dziecinny go ogarniał,
Kuchnia mu była pierwszym klubem,
Jak potem knajpa i kawiarnia.
Następnym był już Pen-Club… Sorry,
575 Wolę ten łódzki do tej pory.
Kuchnia«Od kuchni» było wejście życia —
Wrywało się to obce, rzadkie,
Nowiną nęcąc i przypadkiem…
Otworzyć było drzwi kuchenne
580 I wpadał wiatr innością tchnący
W szary nasz dzień, balansujący
Pomiędzy biedą i dostatkiem.
(Tak między «Słotą» i «Pogodą»,
Niepewna, czy się niebo przetrze,
585Waha się igła w barometrze…
Nasza domowa, w Łodzi mrocznej,
«Pochmurno» miała w średniej rocznej.)
Tam i z powrotem wiodły drogi
590 Mieszczańskiej naszej socjologii
I tak się węch klasowy budził —
Zdecydowany podział ludzi:
Od frontu «pan» przychodził, «pani»,
Od kuchni — «człowiek» lub «kobieta»,
595 Tutaj — «znajomi», tam — nieznani,
Tu — my, tam — oni, jacyś, skądsiś,
Którym zakazał ktoś przez front iść.
Po wyproszony chleb powszedni,
600W mróz sine ręce rozgrzewali
Nad czerwonymi fajerkami,
Chciwie gorącą zupę jedli,
Grochową, gęstą, z zacierkami. —
605Muzyce maszyn nierówieśnej,
Półfantastyczny, jak z Nestroya
[515],
Wędrowny zjawiał się rzemieślnik,
Ostatni świata obywatel,
Dumny, że jest obieżyświatem. —
610 Tam zdun mogilny w piecu gmerał
I z białych kafli go odzierał
Do czerwonego mięsa cegieł;
Chrapał jak we śnie, rzęził, sapał,
Z trudem, jak piec, powietrze łapał.
615 Patrzyłem, jak się paprze, grzebie,
Rękoma grzęznąc w glinnej mazi;
A kiedy za głęboko właził,
Grabarzem był samego siebie. —
Tam czarny handlarz chałatowy
620 Wzrokiem skupionym i surowym
Pod światło badał spodnie stare
I tak je wznosił przed oczyma,
I rozpostarte w rękach trzymał,
Jak kantor, kiedy w nabożeństwo
625 Podnosi Torę znad ołtarza…
Gdyby wypadły z rąk handlarza,
Zostałoby — błogosławieństwo. —
KuchniaPrało się w kuchni. Dzień parował,
Pienił się, syczał. W balii puchła
630 Mydlana burza kolorowa;
Bajeczne pieśni bulgotała
Mirażem opłynięta kuchnia.
Nad balią baśni zgięta stała
Domowa nasza praczka stara,
635 Wróżka tych dni, Teodorowa.
O karbowaną blachę pralki
«Kolory» tarła — lub «kawałki»
Chabrową spłukiwała farbką;
640 Chudziutka, krucha i maleńka,
Tak czule żyje we wspomnieniu,
Gdy mamie mówi po imieniu,
A na bieliznę — bieliźnieńka.
Zwano ją u nas «Kociołeczek»
645I zawsze dostawała w kuchni
«Tyciusienieczki» «naparsteczek»
Swej ulubionej «cytryniuchny».
Musi być w raju dziś. I wierzę,
Że tam aniołom suknie pierze,
650A czasem krochmalony duch jej
Odwiedza starą łódzką kuchnię. —
Po gałganiarzu. Twarz jak ziemia.
Bogini Nędzy i Cierpienia,
655Godna, by wszędzie, gdzie się zjawia,
Antyczny chór się w krąg ustawiał
I wieszcze rozpoczynał pienia.
Biegła przez miasto, jakby pomór
Ją gnał. A gnał. Na dzieci czyhał.
660Od jego tchnienia i pogromu
Pędziła za zarobkiem — dzika,
Zaciekła, trwogą oszalała
O «kindełach» — o dzieci. Miała
Jedno przy piersi roztarganej,
665Dwoje przy sukni uszarganej,
A czworo czekających «w domu»:
W kącie wysłanym zgniłą słomą.
Byłem tam z mamą; zanosiłem
Tłumok starzyzny i posiłek.
670Leżała chora na barłogu,
Zmierzwionym, stęchłym i skopanym
Jak barłóg suki obłąkanej,
Niemiłej, widać, psiemu bogu…
Po kobiecemu zawstydzona,
675Starała się uśmiechać do nas,
Zgarniała słomę koło siebie,
Lecz widać było, że myślami
Pędzi po piętrach z kurczętami,
Chleb zdobywając dla swych dzieci,
680I marzy tylko o tym chlebie;
«Kindełach» zbiły się w gromadkę,
To na nas patrząc, to na matkę…
Byliśmy u niej po raz drugi,
Byliśmy u niej po raz trzeci,
685Nie byliśmy na jej pogrzebie. —
Antosia, wieszczka ze wsi, saga,
Indyjska księżna spod Konina
(Gmina Golina). Bunt, odwaga,
690 Hardość z wesołych oczu tryska.
Ach, te jej oczy, gorejące
Jak hebanowe dwa ogniska!
Koścista, żółtozęba, ciemna
(Takie są noce u Mongołów,
695Takie Cyganki u aniołów)
Przyszła — mędrczyni niepiśmienna…
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
VI
A teraz — trafem czy nie trafem —
700 (Traf, zresztą, to reguła ziemska
Rządząca życiem bez pardonu)
Na dzwonek zjawi się przed Fafem
Znajoma nasza — pani Bielska.
Przeszło dwa lata jest w tym domu…
705 Dostała się tu przez protekcję
Pani dziedziczki Jałowieckiej,
Kiedy kucharza wyrzucono
Za pijaństwo. Fafcio jest gastronom,
JedzenieA Bielską, prócz kupieckiej weny
710 I szczerozłotych serca zalet,
Cechował kulinarny talent.
(Jej zrazy z kaszą! Boże! Zjesz tych
Tłuściochów tuzin — prosisz więcej.
A barszcz jej! A tatarski befsztyk!
715A gęś! a klops! a stek cielęcy!…)
Mówiąc przegląda «Porannego»
[516],
Nie patrzy na nią, oczy biegą
Po szpaltach depesz, wzmianek, reklam…
720— «Niech Tekla…» Pauza. Czyta. Zwleka.
Oręż i Duch. A Tekla czeka.
«Niech Tekla»…
Miraż. Dziś premiera[517].
«Niech Tekla»… Chaos w Rosji… Premier
725 U Piłsudskiego[522]…
Rząd angielski…
E. Wedel… «Niech mi»… Bunt w haremie…
A Tekla stoi… Tekla czeka…
«Niech… tego…» Wreszcie ją spostrzega,
Odkłada pismo — i do Bielskiej:
730«Niech Tekla da mi… Nie ma Jana?»
«Nie wrócił, proszę jaśnie pana,
W pochodzie…» — «A, w pochodzie»… Ziewnął.
«Co z Lodzią?» — «Kiepsko. Byłam z rana
W szpitalu, proszę jaśnie pana,
735To znacznie gorzej… Z tą otrzewną
Jakieś coś… Nie wyżyje pewno».
«Biedactwo», ziewnął. «Trudno, Teklo,
Wypadek… kula…» «Chryste Panie,
I co się tak te ludzie pieklą,
740Żeby to takie zamieszanie
Na mieście robić! Taki przedział
Między narodem na tym świecie!
Dziewczyna jak ta sarna przecie…
Jaśnie pan wie…» Faf dobrze wiedział.
745
Dygresje i wskazania zbawcze:
Że jaka korzyść dla ojczyzny?
Że u Polaków to tak zawsze,
Że za ruskiego było lepiej,
750Że jeden się drugiego czepi,
Że każdy w swoją stronę ciągnie
I stąd te niepokoje ciągle,
Że grunt wszystkiego jedność, zgoda,
Że niech brat bratu rękę poda,
755
I to zysk dla nich w tym rozruchu…
Faf słuchał — i o Lodzi dumał
Z markotnym, mdlącym żalem w brzuchu.
«Tak. Święta prawda», rzekł, «i szkoda,
760Że nie ma zgody… Czy jest soda?
Proszę mi przynieść trochę sody
I wody z lodem… Syfon wody…».
«Już daję». Lecz nie odchodziła.
Coś ją korciło. Widać było,
765Że «o skutecznym rad sposobie»
[525]
Mówiła, by zaskarbić sobie
Sympatię pana, zaufanie.
Wreszcie chlipnęła, łzę otarła:
«I co rzec chciałam, jaśnie panie,
770Że gdyby, nie daj Bóg, umarła,
Albo, jak bywa po chorobie,
Tej siły już nie miała w sobie,
To chciałam jaśnie pana prosić,
Żeby się jaśnie pan przyczynił,
775Bo mi się trafia zastępczyni,
Sierota, z dziadkiem, są tu właśnie
W kuchni, wprost ze wsi, proszę jaśnie…»
I potoczyła się zawiła
Historia dziadka, ojca, matki
780 (Z powieści znamy te wypadki)
I że dziewczyna grzeczna, miła,
Mądra, a jaka pracowita,
Po polsku i po rusku czyta.
Nocami sama się uczyła…
785«I jeszcze, proszę jaśnie pana,
Że z aptekarstwem obeznana,
Więc nada się przy medycynach
Dla jaśnie pani»… Znów chlipnęła.
(Jaka przezorna dyplomatka,
790 Wczorajszy skandal pominęła.)
Zastąpił go potężny pean
I panegiryk na cześć dziadka…
I wyszły z tego arcydzieła,
Że pan Dziewierski, jako wojak,
795 Cebrami krew przelewał w bojach,
Batalie wiódł, prowadził armie,
Sam ruszał przeciw stu w zapasy…
(Muszę poczciwca odbrązowić:
Nie wyszedł poza kancelarie,
800Gdzie pismem, zdobnym w zawijasy,
Przepustki pisał i «siupasy».
Wieczorem siądzie i wspomina…
Zanuci, pochrząkując z lekka,
Fałszowanego rozmaryna,
805I, niepoprawny majster-klepka,
Łódeczki zgrabne struga z drzewa.
Chrzci je żeńskimi imionami:
«Aniela», «Anna», «Zofia», «Ewa»,
Lub — mówiąc między nami — «Tekla».
810 Gdzie znajdzie kwiatów parę grządek,
Wnet zaprowadzi w nich porządek,
I chociaż lasy płoną w dali,
Dogląda róż
[526]. Co mu się chwali.)
«A jaki kwiaciarz i ogrodnik!
815Co Urlich, Hozer! Większy od nich!
Gdzież im do niego, tym Hozerom!
Sam Nowakowski
[527] przy nim zero!
Więc, proszę jaśnie pana łaski,
Naszym ogrodem na Puławskiej
820Mógłby się zająć, bo już zarósł.
Artysta, mistrz, ten stary wiarus!
Układa kwiaty w takie wzory,
Że zgadnij, komu je uwije,
Gdzie tu zapachy, gdzie kolory;
825Takie potrafi fantazyje!»
(Ach, pani Teklo, pani Teklo!
Choć go tak kocham, tobym przeklął
Za pewien bukiet!… Zabiłż mi on
Ćwieka na starość! Prosto w duszę
830 Zajechał nienasytną żmiją!)
«No cóż», rzekł Faf, «sam nie wiem… Muszę
Pomyśleć… Może… Zobaczymy…
Niech wejdzie…» (Ciekaw był dziewczyny.)
VII
835 Potęgą jej. Zdumionym wzrokiem
Anielka wodzi po wysokiej,
Szerokiej, z ogromniastym piecem;
A szafy wyższe niż w aptece,
Pod sufit sam. A w nich dopiero
840 Jakie serwisy! Sześciokrotne,
Dwunasto i dwudziestocztero.
Na ścianach — dziwy niewidziane:
Aluminiowe i miedziane
Patelnie lśniącym rzędem wiszą
845 I przypatrują się przybyszom…
Jak wielki pan, co dla poddanych
Wyniosłą ma w spojrzeniu wzgardę,
Tak one z góry patrzą na nich —
Bezczynne, ważne, chłodne, twarde…
850 I czajnik nadął się jak pasza,
Fumy zadartym puszcza nosem
I mruczy nieprzychylnym głosem,
Jak gdyby z kuchni ich wypraszał…
I te na półkach rondle, dzbany
855 Puszą się niby jaśniepany
I brzuchy wystawiają miejskie…
Tylko gliniany, wsiowy, drobny
Dwojaczek na jagody, zdobny
W pstre kwiatki ( — ba! to pan Dziewierski
860 Malował go dla pani Bielskiej!)
Życzliwie patrzy. Ten jest dobry.
Piją herbatę z pańskich szklanek,
Nie byle jakich! powpuszczanych
W srebrne podstawki do połowy,
865Z rączką, by palców nie parzyły…
Chytre to głowy wymyśliły.
A na łyżeczkach («na platerach»,
Powiada dziadzio) F litera,
Rzadka i obca… mniej ją lubi…
870(«Własność oznacza», dziadzio mówi.)
F na widelcach, nożach, łyżkach,
F na kieliszkach, F na miskach,
F na talerzach, salaterkach,
F na serwecie, F na ścierkach,
875F na tej szklance i na spodku,
F — F — od ziemi do sufitu…
I (wybacz żarcik, czytelniku!)
Sufit ma także F pośrodku.
Nieswojo tutaj, choć u chrzestnej…
880Gdzie dom? gdzie kąt? dlaczego tak nią
Poniewierają jak ostatnią?
Za co ta hańba? co miał do niej?
Dziadzio ma szablę — nie obronił…
A kto z parafian się sprzeciwił?
885To oni tacy sprawiedliwi?
O, gdyby tatuś był w kościele,
Gdyby się tatuś do nich zabrał,
Pokazałby im, co jest szabla,
Gdy się dziewczynce krzywda dzieje…
890 Wzdycha zmęczona… W główce sennej
Krzyk księdza jeszcze brzmi przeciągle
I tej Warszawy huk kamienny,
Jakby kowale młotem tłukli,
895 I szurgot ludu, tupot domów
I grom tramwajów-iskrodzwonów…
Dudni jak kiedyś, gdy ukradkiem
Łyknęła
vinum rubrum[528] z butli…
«Dziadzio da rękę»… I na szorstkiej,
900Sękatej dłoni wspiera piąstki,
Sypią się znane złote prążki,
Świetlątka, skierki, ćwieczki, krążki —
To szybkie i usłużne mrowie,
905Co w mroku snom rozświetla drogę…
I dzicz napływa w smutne oczki
Bezdomnej oficerskiej doczki:
Noc — bójka — żagwie — nabożeństwo —
Chorały — wicher — czarny sztandar —
910 Matka żałobna — powódź czarna —
Tłum wali nieprzebytą gęstwą.
Żagwiami trzęsie — zdrada! zdrada!
A tam gdzie ołtarz (zemsto! zemsto!)
Piorunująca barykada.
915Tam ojciec zza sztandaru strzela,
Tak, ojciec! ale mundur dziadka…
Aniela, krzyczy, hej, Aniela!
Aniela! gdzie jest twoja matka?
I gdy się wzmaga huk orkanu
920 I ludzi wrzask, i jęk organów —
Za Polskę — ach! za Polskę ginie
Porucznik Konstantin Iłganow…
Co jest nieprawdą oczywistą,
925Lecz może przydać się freudystom.
VIII
A o czym pan Dziewierski dumał?
O różnych rzeczach. — Czy też kuma
[529]
Z pomyślną wróci odpowiedzią?
— Że na ogrodzie bardzo chętnie,
930A w wojsku już by nie usiedział.
— Że mają ziemię dawać. Może
I jemu dadzą. Część zaorze,
A część pod kwiaty i pod owoc;
Dużo, niedużo, zawsze pomoc.
935 — Że mała pójdzie na pokoje,
To i ogładzi się po troszku…
A żeby jeszcze mogła do szkół!…
Śpij sobie, śpij, biedactwo moje…
940Jak arbuz jędrna i różowa,
A jak obliczyć, no to przecie
Ślub był w dziewięćdziesiątym trzecim,
To znaczy… siedem… osiemnaście…
Dwadzieścia pięć… a miała… Iii tam!
945Miała, nie miała — zuch kobita.
(Tutaj się przejrzał w srebrnej tacy,
Co stała sztorcem na kredensie:
Wcale niczego! «Zuch, Ignacy!
Jeszcze i z ciebie się wytrzęsie!»)
950— Że jutro (albo czemu nie dziś?)
Kościoły co przedniejsze zwiedzi,
Świętych obejrzy… To go korci.
«Zobaczy się, czy moi gorsi»…
— I jeszcze: sklepik był po drodze:
955«Radża Svengali, Mistrz Czarodziej»,
Dziwy tam, złudy, zmyślne sztuki…
Musi zaczerpnąć tej nauki.
— Że jak się trafi parę setek,
Otworzy teatr marionetek,
960Skromny… dla dzieci… dla uboższych…
Za darmo… Lub za parę groszy…
Lalki sporządzi sam. A słowa…
Może Różycki z Tomaszowa?
A może Julcio? Bo to chyba
965 Ten sam, co «na fabryce» bywał…
Co za «Pikador»
[530] taki? Czytał
Ulotkę na ulicy… Czy to
Ten łódzki chłopak? rymy składa?
Wstąpi tam kiedy i pogada.
970— Ba! parę setek… Parę marek!
Popsuty kupiłby zegarek,
Rozebrałby — i na drucikach
Wpuścił mechanizm do słoika;
Pajac na korku — i przez korek
975Pajacem ruszałby motorek…
Człowiek miał środki na potrzeby?
Lub, na ten przykład, z tym zegarkiem…
Albo gdy pragnie mieć tokarkę…
980Nie że on tokarz… On amator…
Dla przyjemności, dajmy na to…
(Lud prosty — prawnik z krwi i kości,
Nie z praw pisanych, lecz z prawości,
985Chłop, żywe radło ziemnej głębi,
Mistycznie Sprawiedliwość wielbi
I kiedy mówi: sprawiedliwie,
To więcej w tym przysłówku Prawa
Niż w waszych sądach i ustawach.
990A kiedy powie: krzywda, to z niej
Prawdziwa krzywda krzyczy groźniej
Niż z waszych więzień i katowni,
Gdzie zwykle za wielmożne szuje
Nędza wyroki odsiaduje…
995
A chłopu w Polsce sądy sądzić.
Sąd idzie. Wstać! To ludzie prości
Podnoszą Pięść Sprawiedliwości
Przeciwko pięści krzywdy starej!
1000I ja cię przyjmę, prawo ciemne…
Koślawych twoich słów posłucham,
Choćbyś mnie miało zgnieść, mieszczucha,
Półpanka, tchórza, co uboczem
Wygodnie przeszedł po epoce,
1005I choć bez winy — przyjmę karę…
Przyjdź, Sprawiedliwe! Rządź, Robocze!
Pieczętuj wyrok, Czarnoziemne!)
— Może i będzie sprawiedliwość…
Powinna… Wszystko przez tę chciwość…
1010Na co bogatym tyla tego?
Posiadać lubią. I dlatego.
Ruski im teraz daje wnyki…
Kto oni są, te bolszewiki,
Te towariszcze? Kto ich najął?
1015Pisało, że to Żydków paru,
Co z Niemcem jakieś siuchty
[531] mają…
Znaczy, że oni dobry naród,
Jeśli bezrolnym ziemię dają…
Może tej małej na trzewiki,
1020Na płaszczyk dadzą bolszewiki?
Nie dadzą… «Wasz papasza strzelał
W łódzkich raboczych, marmuzela
[532]»…
—
ŻydŻydki są różne. Stary Zelman
Poczciwość sama, a Śmul — szelma…
1025 I u nas tak: Kołodziej złodziej,
A Gdulę to choć maczaj w miodzie.
Żyd je cebulę. Ja, katolik,
Kapustę lubię. Co kto woli.
(Jeden u Żydów brak i feler:
1030Świętych nie mają w swym kościele.)
Bądź ty, człowieku, Tatar, Greczyn,
Bądź Murzyn — nie ma nic do rzeczy.
Z krzywdy bliźniego. Bądź człowieczy.
1035
Na myśl o Czarnym odruchowo
Zacisnął pięść — obudził śpiącą,
Ojcu odpowiedź swą krzyczącą
Przez chmury, motłoch i chorały,
Przez żagwie, czarne wodozwały
1040 Na tamten brzeg… Podniosła głowę
I coś dopowiadała tymi
Wargami grzesznie mięsistymi,
A w oczach blaszczek pełgał przykry:
Smutny i drwiący, zły i chytry…
1045Znał go. Nie lubił. Och, nie znosił!…
Tu — Bielska weszła: «Już! Pan prosi!»
IX
Co najpierw oczy jej przykuło
(Jak nieraz punkt świecący z boku,
Na który wcale nie patrzymy,
1050 Przyciąga nieuwagę wzroku),
To F wyszyte na szlafroku,
Wypukłe, bordo, połyskliwe.
Jej — pełne jeszcze snu i cienia,
1055Jego — zdumione i życzliwe.
Od razu, migawkowym zdjęciem,
Zdarł wszystko, co na sobie miała.
Przewidział nieomylnie: stała
Naga i piękna nad pojęcie.
1060Więc z miejsca powziął plan. Nazwijmy
Rzecz po imieniu, komercjalnie —
«Cielesny plan inwestycyjny»:
Za dwa-trzy lata (dziś za wcześnie
I dla skrupułów prawnych nie śmie)
1065 Chce tę dziewczynę mieć w sypialni,
Wyhodowaną idealnie.
Wypielęgnuje ją, odkarmi
Na swoje gusta i apetyt,
Dozując klimat jak w cieplarni,
1070 Wzmagając komfort i podniety;
Kosmetykami pańskiej łaski
I kalotechniką
[533] dobroci
Uaksamitni ją, dozłoci,
Przystroi w należyte blaski,
1075Aż świetne ciało, małym kosztem,
Procenty zacznie nieść rozkoszne.
W myślach ją pieszcząc obnażoną,
Płonął. A z miną niby chłodną
Na dziadka patrzył, drgawiąc drobno
1080 Nogą na nogę założoną.
Ogrodnik. A panienka? Imię?
Anielka? Mam kuzynkę w Rzymie
Za hrabią Galeazzo Scoda,
1085Także Anielka»… Plótł, pozował,
Chwalił się, zgrywał, imponował,
I ciągle: «Niech mi Tekla poda
Zapałki… Niech mi Tekla poda
Chusteczkę… Niech mi Tekla poda
1090 To album»… (gdzie im pokazywał
Rzym i palazzo Galeazza
Na piazza Santa Materazza
Czy innej… byle szumieć, dzwonić,
Rozdymać pompą «wspaniałości»
1095Puste pęcherze swej próżności,
Byle prostaczków oszołomić…)
«Pan legionista? Znał pan może
Majora Sępa-Białynicza?
Nie słyszał pan? Majątek Zworzeń,
1100W Czerskiem, sto włók»… Dziewierski milczał.
…«Zapali pan? Khedive, prawdziwy,
Z Kairu… Lubi pan khediwy?
Pyszne, nie? Co pan o tym myśli?
Mam zapas, przywiózł mi kapitan
1105 De Chantilly, z francuskiej misji.
A dla panienki? Czekoladki?
Niech Tekla poda czekoladki.
Ta z maraskinem
[534] wyśmienita,
To —
crême brûlée[535], a to pralinka…
1110Mój ojciec z Wedlem
[536] grywał w winta»…
Po co czarował, dął się, puszył?
Nie wiem. Bezdenne są otchłanie
Nawet najpłytszej ludzkiej duszy.
1115 Tam — raj, potworny Raj Idiotów,
Imperium pragnień utajonych,
Ziszczonych i zaspokojonych,
Tam cyrk tyranów opętany,
Tam władzy gniją lewiatany,
1120Tam sobie siebie użyj, bracie!
Tam płonie Rzym! Tam Chamów Syjon!
Biesy odwetu na sabacie
Zwycięstwo trąbią, w bębny biją!
Tam szczurza zgraja hitlerydów
1125 Podgryza krzyż paszczęką głodną,
Tam stosy z ksiąg, pogromy Żydów,
Tam — rzezie za rumieniec wstydu,
Masakry za urazę drobną!
Tam — w przepełnionym trzęsawisku
1130 Nędznych tryumfów, szybkich zysków —
Za wszystkie czasy się odbili,
Dorwali się do siebie samych,
Oni — z gnębionych, wyszydzanych
Sami dziś władcy i szydercy
1135 Z opuchłym słodką pychą sercem,
Ze szczeniąt — lwy, a orły z gadzin!
Tam Boska Farsa! Tam, Wergili,
Kolegę było zaprowadzić
Na połów infernalnych tercyn!
1140
Lecz on? Fryderyk Alfred Folblut?
Tak, nawet on się wdał w igrzysko
Nienasyconych żądz «wielkości»…
Zdawałoby się: młody, zdrowy,
Tak górujący «towarzysko»
1145Nad ludkiem małomiasteczkowym,
Bogaty, piękny! Słowem — wszystko.
A jednak, wciąż sukcesów głodny,
I tutaj, szelma, nie darował:
Czarował. Wreszcie — oczarował.
1150 Szastając szarmem, krągłym, chłodnym,
Barwionym gładko w różne tony
(Tak nonszalancki krupier rzuca
Szczęśliwym graczom śliskie sztony,
By już za chwilę — osowiałym —
1155 Zagrabić tryumf krótkotrwały),
Mój dureń-buffo czarujący
Czadem otaczał ją trującym.
Werbeny zefir, dech wanilii,
Khediwów dym, opary kawy,
1160Łaskawych słówek wiew słodkawy
(Nawet jej raz powiedział: «Pani»…),
Dywanu miękkość pod stopami,
Pańskość, jedwabiem słów pokryta,
I lepkich oczu dotyk chwytny
1165 (Tak w czułe łapki różę chwyta
Motyl, żałobnik aksamitny),
I zdań stołecznych nowe rytmy,
Dziwne słuchowi prowincjałki,
Gesty, którymi ich kadencje
1170 Serwował, jak rakietą piłki,
I zawsze trafiał bez pomyłki —
Wszystko to w nerwy jej dziewczęce
Wpływało jak morfina w żyły,
I słodkie, ciepłe prądy szczęścia
1175 Nieszczęsną główkę odurzyły,
Kiedy tokował: «Jak panience
Podoba się Warszawa? Szkoda,
Że taka dzisiaj niepogoda
I te pochody… Wziąłbym państwa
1180 Na mały spacer samochodem.
Więc kiedy? Niech mi Tekla poda
Kalendarz… Zaraz: wtorek… środa…
We czwartek, dobrze? Zapisuję:
«Dziewierski (tak?)… Dwunasta… Spacer…
1185 Zamówię słońce…
A jeśli chodzi o tę pracę,
To jeszcze się poradzę matki,
Ale co do mnie — owszem, zgoda,
Na pewno… Niech mi Tekla poda
1190 Mój szary portfel… ten z szufladki…
Proszę… tymczasem… na wydatki,
Zaliczka…»
Pan Dziewierski przyjął
I popłynęły przed oczyma:
1195Laubzega, komplet farb, tokarka
I wymarzony werk zegarka,
Słoiki pełne barwnych cieczy,
Magiczne sztuczki i latarka,
I dużo innych miłych rzeczy…
1200Zaczął dziękować mu (swoiście),
Że… zawsze… tego… rzeczywiście…
Że… chrząk, bąk… bardzo… i że właśnie…
(Tutaj na wnuczkę rzucił okiem,
Westchnął i zamilkł. Tak «wyjaśnił»
1205Dwa życiorysy i epokę.)
X
W sypialni «Muszki», oddalonej
O pięć pokojów od salonu,
Jeszcze się nocna lampka świeci.
O pięć pokojów… A już w trzecim
1210
I duszą na wpół obłąkaną.
A kto przez czwarty pokój szedł, ten
Na palcach szedł, jak do zmarłego,
I milkł, i nawet myślał szeptem,
1215Bo idąc, już wyczuwał przedtem
Z zaduchu zalatującego,
Że dalej, za piątymi drzwiami,
Z żywego jeszcze ciała, w ciszy,
Umarły duch uparcie dyszy,
1220Umarłe oczy blask udają,
Umarłe serce w pustkę bije…
Tak niewidomy, wrót szukając,
Uderza w nic żebraczym kijem.
…Na piątych drzwiach, tych do sypialni,
1225 Majaczył napis niewidzialny
(Węchem czytałeś go): «Lasciate
Ogni speranza voi ch'entrate…
[539]»
Ileż się nad nią nawzdychały
Kuzynki, ciotki i bratowe,
1230Bardzo poczciwe, ale… zdrowe
Na żółć, na serce ostatecznie…
Lecz cóż to są «sercowo chorzy»
Dla tych, co chorzy są serdecznie?),
1235Ileż zbawiennych dla jej serca
Każda z nich rad gotowych miała!
To znów Landaua, a nie Hertza.
Mówiły: Ems
, mówiły: Karlsbad
,
1240Albo mówiły: rzuć to wszystko,
I tych doktorów, i lekarstwa,
Tobie potrzebne towarzystwo…
Pytały: tutaj cię nie boli?
1245Mówiły: trochę silnej woli,
Mówiły: weź na przeczyszczenie,
Stwierdzały: jesteś zbyt wrażliwa,
Myślały: stara histeryczka — — —
A ona, trupia i tragiczna,
1250Była po prostu nieszczęśliwa
Najgorszym z nieszczęść: bezimiennym…
A z duszą wraz nieszczęśliwiało
Zdumione swym przetrwaniem ciało,
I prawem połączonych naczyń
1255 Równy był poziom ich rozpaczy.
Wrośnięte w ziemię i kamienne,
Nagrobki takie są… A tutaj
Wrósł w duszę ów nadgrobny kamień.
1260Już nieczytelny — nawet dla niej.
Pod konterfektem Marii Panny,
Nubijsko czarnej, ozłoconej
Poblaskiem lampki całonocnej,
Klęczy złamany cień niemocny,
1265Już o nic nawet nie proszący,
Niepomny siebie, zatracony.
A przecież niegdyś — dwa imiona
Miało jej szczęście i nieszczęście.
Oba umarłe w jednej klęsce.
1270
Jak przez Apolla nawiedzona.
Ledwo się zalągł i ukleił,
Wdała się w czary macierzyńskie,
W magię tęsknoty i nadziei.
1275Wpatrzona wiosną w niebo rzymskie,
Ściągała je oczyma w trzewia:
Żeby w lazurze płód dojrzewał.
Mimozom kradła czułość złotą,
Ogołacała z kwiatów drzewa,
1280Noc — z gwiazd i pieśni, świat — z urody,
I wszystko w brzuch z rosnącym płodem.
Przed posągami, obrazami
Zastygłych muzeów i wystaw
Stała, złodziejka, godzinami,
1285Świadoma celu, uroczysta,
I, jak rentgenem, naświetlała
Zamknięty sezam swego ciała
Cnotami piękna tajemnymi:
By to pokraczne, wczesne brzemię
1290 Duchem przepoił Bóg-Artysta.
A kiedy, wstrząsający sławą
I rudą grzywą, i Warszawą,
Republikański i królewski,
Głaskał fortepian, jak kobietę,
1295Rycerz muzyczny, Paderewski
[542] —
— Siedziała z rozchylonym sercem
(I lekko, lekko kolanami…)
I wzbogacała płód koncertem,
Rytmem, harmonią, melodiami,
1300Wierząc w magiczny prąd, płynący
Ze strun — w jej krew: w prąd kształtujący,
Czując, że się aż tam przedostał,
Pewna, że «przyjmie się», jak ospa.
Pisała listy. Oto próbka:
1305«Czcigodna i łaskawa Pani!
Pod moim sercem, jeszcze młodym,
Może naiwnym, ale szczerym,
Dojrzewa owoc mej miłości.
Dodaj mi wiary i nadziei,
1310Ty, która w księdze dusz kobiecych
Tak cudne zapisałaś karty,
Ty — w której święty znicz się pali,
Błogosławiące rzuć mi słowa!…
Tusząc, że Pani»… i tak dalej;
1315Podpis: Amelia Folblutowa.
Oto odpowiedź: «Droga Pani!
Wzruszona poetycznym listem,
Szlę… Niech otucha… Instynkt matki…
Najzaszczytniejszym posłannictwem…
1320 Dobrobyt i oświata kraju…
Wspólne ogniwa… Społeczeństwo…
Ziarna przyszłości… Hartem stali…
Siew dobra… Wierzę… Wiosna nowa…
Więc oby dziecię»… i tak dalej;
1325Podpis: Eliza Orzeszkowa
[543].
Czytała wiersze. W owych czasach,
W przededniu «purpurowych szałów»,
A tuż po orgii czarnych żałób,
Nauczycielem serc kobiecych
1330 Był Asnyk
[544], bukiet «ideałów»;
Dziś — zielnik, wtedy — bukiet świeży.
Błogosławiony wiek, co wierzył!
«Płomienie prawdy», «walki ducha»,
1335 Hasła «porywów» i «zapału»,
Modlitwą nasycała płód,
Błagając Boga, by wysłuchał…
Daremne modły, próżny trud,
Bezsilne sny, marzenia. Embrion
1340 W folbluta rasowego zjędrniał,
I oto z sacrosanctum
[545] biódr
Cesarskim cięciem wydobyty,
Rósł — trzeźwy, sprytny, głupi, syty,
Zakusom czartów i aniołów
1345 Jednako w duszy niedostępny —
Straszny!… Dla ludzi obojętny,
Pełen pogardy dla żywiołów,
Przedmioty cenił — trwałe rzeczy
Z trudu najemnych rąk człowieczych.
1350 Wielbiciel zysku i wygody,
Korzyści i pożytków łowca,
Jeżeli wglądał w treść przyrody,
To jak w nabity skład surowca:
W żywocie miazgi, w masie bryły
1355 Przedmioty niewydarte tkwiły
I dywidendy przemysłowca.
…………………………………………..
Ani synowi, ani Bogu.
1360I dzień za dniem karała obu:
Syna — ironią dramatyczną
(Patosem rażąc go i dręcząc),
Boga — milczeniem. Ale klęcząc.
XI
1365 Przy łóżku nieszczęśliwej pani,
W smutek wysoki oprawiona,
W nieszczęściach jak w żałobnej ramie —
Jak obraz — jak anioła obraz —
Milczała, gorejąco dobra,
1370
Nieuśmiechnięta. To jej cecha.
Wiedzcie, że trudno się uśmiecha.
Zastygła w nieprzebytej nudzie:
W cierpliwym, beznadziejnym trudzie.
Wpatruje się w kamienną panią
1375 I działa — wynajęty anioł.
Oto jej praca za pieniądze.
Oto jak spełnia obowiązek.
Oto jak czynem oczywistym
Uprawia trud swój promienisty:
1380
Rozkazująco i świadomie
Wpaja w nią za promieniem promień.
I tu jest światło tych promieni,
Wyraźne i bardzo ważne,
Mówione słowami żelaznemi,
1385Żeby zostały żelazne.
Żeby były żywcem widziane
I gorąco pamiętne.
A kto rękę po nie wyciągnie —
Żeby były dotknięte!
1390
Bo jeżeli jaką zaletą
Błyśnie ta Kwiatów księga,
To tą jedną: że prądów skrytych
Końcami palców sięgam.
1395 Dłubię jak monter w ścianie.
Ciągnę w mroku druty żelazne,
Ciągnę druty miedziane.
Jedną sprawę ten wiersz utwierdza,
Jednym blaskiem się złoci:
1400Sławię techników miłosierdzia,
Elektromonterów dobroci!
Neonową zorzą arktyczną
Świecę, slogan-reklama:
«Instalujcie, jak elektryczność,
1405 Miłosierdzie w mieszkaniach!»
Epilog tomu pierwszego
1
Wierszu mój, dziwne twoje dzieje…
Bo pomyśl:
KwiatyRio de Janeiro
Było tych kwiatów oranżerią,
A tam ( — pamiętasz orchideje
,
5Flor de Ipé
, Jasmin de Cabo
,
Sześciopiętrowe drzew giganty,
Kwiatami osypane krwawo?),
A tam, powiadam, mało trzeba,
10 By z ziemi, jeśli łaska nieba,
Trysnęło, co ci się zamarzy,
I jeszcze więcej, nad marzenia —
Takie tam niebo, taka ziemia.
I nagle — jakbym wonne żniwo
15 Garściami z miodnej łąki zgarniał —
Z Tijuca
, z Botafogo
, z Leme
[546]
Wybucha polskich słów kwiaciarnia,
I grzmi po Rio de Janeiro
20 Zgiełkliwa, pstra jak jarmark perski
I jak karnawał cariocański
[547],
A w niej — ogrodnik, nie floreiro,
Nie jardineiro brasileiro,
Lecz nasz przyjaciel, pan Dziewierski.
25 O, Rio Barw! O, Colorio,
Mozaik migające żmiją
Na wielkim łuku Avenidy!
Cudem na globie ocalała
30 I trzymająca się lazuru
Masztami palm, linami lian,
Zębami wzgórzy i skał stromych!
Rio kolibrów wibrujących
Za oknem, w wilię, mgławym lotem!
35 MiastoO, Rio nocy nieruchomych
I brzasków z rozpalonej miedzi,
Przezłacającej się w spiekotę!
Kto cię wymyślił? Kto wybredził?
Chyba ocean swym bełkotem
40 Wmówił cię brzegom łatwowiernym
I wrzeźbił w ziemię cud bezmierny…
A inni mówią — i uwierzę —
Że to Stworzyciel na spacerze
Pijanym krokiem cię wytańczył,
45 Gubiąc po drodze palmy, skały,
Murzynów, kwiaty i upały…
Błogosławiona eskapado!
Dziękuję.
Muito obrigado[548]
Za Rio i za wiersz wygnańczy.
*
50
Wierszu mój, w klęsce, w bólu wszczęty,
Wężysko zamorskiego chowu!
Z kwiatów żeś powstał, pstry i kręty,
I w kwiaty się obrócisz znowu.
Cokolwiek w tej powieści długiej
55 Za ludzi mówię, czynię, czuję.
Gdy czule dzieje ich wierszuję.
Gdy piórem w obcych duszach dłubię
Lub czegokolwiek nie domówię,
Gdy w krzakach wierszy przyczajony
60 Podglądam los ich nieznajomy
(Jak uczniak, z żądzy dygocący,
Nagim przygląda się służącym,
Wieczorem w rzece się kąpiącym:
Ciemnawozłotym, połyskliwym,
65Gdy wakacyjny księżyc pływa
W rozcieku miodu i oliwy —
I bulgocący słychać tercet:
Chichot i wody plusk, i serce);
Gdziekolwiek tę gromadkę ludzką
70 Zapędzam poetycką rózgą,
Na jakiekolwiek przeznaczenia
Skazuję ją, kapryśny rodzic —
— Zawsze na pamięć mi przychodzi
Jej tajne, kwietne pierworództwo.
75Jak sztukmistrz, co z cylindra głębi
Wyciąga wielobarwne wstęgi,
Wiązanki róż, rzucane damom,
Królików parkę lub gołębi
I szklankę wina — ja tak samo
80 Pod słów zaklęciem czarodziejskiem,
Spod podwójnego dna pamięci,
Z głębi serdecznej i letejskiej
Dobywam pasma dni kwieciste…
…Był sobie niegdyś bukiet wiejski…
85 («Bukiety wiejskie, jak wiadomo,
Wiązane były wzwyż i stromo»…
Już mi ten dwuwiersz mży legendą,
Już się śród jego liter przędą
Słoneczne nitki żalu, marzeń…)
90 Był jakiś ogród snów szumiących
I róż jak wróżb… I to rozjarzeń,
To gaśnień znów… I wzruszeń drżących…
Ach, tak się kocha po raz pierwszy!
Był sobie…
95Nagle wzrok przezierczy
Śród kwiatów dostrzegł ludzkie twarze…
I patrz — zza gęstych sztachet wierszy
Rozbłysły wielkie oczy zdarzeń…
Tam są już ludzie!… Ach, nieszczęsny,
100 Gorliwy uczniu czarnoksięski!
Przebrałeś czarodziejstwa miarkę…
Ach, wierszodzieju zatracony,
Coś ty rozpętał swym szalonym
Magicznym drążkiem firmy Parker
[549]!
105
Grzmi burza losów, serc, pożądań…
Patrz!
Patrzę. Tak do raju wglądał
Ciekawy swoich stworzeń Pan Bóg.
110Tam, z kwietnych narodzeni przyczyn,
Ludzie swe losy wróżą z kwiatów
I liczą wiersze poematu,
Jak więzień dni zostałe liczy.
Przypadli niespokojną zgrają
115 Do wierszowanych prętów lśniących
I trwogą oczu, głosów wrzawą
O życie się dopominają,
O łatwy dzień, o noc łaskawą,
Jak pod balkonem wielkorządcy
120 Wzburzony tłum o chleb i prawo.
Chcą szczęścia. Proszą, by im, żywym,
Szczęście na wichrze wierszy przywiać —
Jednym to małe: «Być szczęśliwym»,
Innym to wielkie: «Uszczęśliwiać».
125
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Wierszu z tęsknoty, jak dom z cegieł!
Syrena nad wiślanym brzegiem
130 Cichutko jednostajnie śpiewa,
Że Wisła płynie, Wisła płynie
I co ma przetrwać — trwa w głębinie.
Wierszu mój, ścisły jak zaploty
Srebrnostrunnego jej warkocza!
135Z twardej wybiłeś się tęsknoty
Jak źródło z kamienistej ziemi…
O, wierszu z gruzów i kamieni
Ojczyzny mojej i młodości!
Płyń, wzbieraj, nurcie namiętności,
140Łzami grający tęczowemi!
Wydłużaj się — wyciągaj — sięgnij
Dnia-Tam, Dnia-Domu, Dnia w krainie,
Gdzie (słuchaj! słuchaj!) Wisła płynie,
Z płynącą Wisłą bieg swój sprzęgnij,
145Rozchyl spragnione wargi rymów
I pij — i chłoń — i czule wymów
Te dwa wyrazy godne księgi!
Polsko, matczyne moje słowo,
150Matko, dla której żadnych nigdy
Słów nie znalazłem prócz modlitwy,
Matko, co swemu niemowlęciu
Śliczności wśpiewywałaś tkliwe,
Do dziś szumiące w głowie siwej,
155A chłopcu mazurkowe zwrotki,
Gdzie dźwięk z oddźwiękiem się sprzymierzał,
Wprawiając serce w podziw słodki,
I nauczyłaś go pacierza,
A potem «ty jesteś jak zdrowie» —
160 — A wszystko było w jednej mowie,
W tej samej, którą dziś, struchlały,
Nadziei pełen i rozpaczy,
Śpiewam dwusłowy hymn prostaczy,
Jakby to był poemat cały:
165Że Wisła płynie… Wisła płynie…
Matko i wierszu, i ojczyzno,
Umiłowani trójjedynie!
Płonę i dzwonię: «Wisła płynie!»
Poszum jej gonię: «Wisła płynie!»
170I przed Poezją zasłuchaną
Że ja, co mowy tej caliznę
[550]
Do dna miłością przeorałem
I znam jej żwir i piasek złoty,
175Czarnoziem, węgiel i klejnoty,
I jak jagody do kobiałki
Zbierałem rośne jej rozbłyski
I dźwięków samorodny kruszec
Z mięsistych kwiatów brazylijskich,
180Z drzew w White Plains
[551], z trawy w Massachusetts
;
Ja, wdany w żywot jej korzeni,
Pnia i gałęzi, i zieleni,
Jak pszczoła w plastry barci leśnej,
Ja, co jej prawdę chwytam bystrzej
185 Niż usta świeży miąższ czereśni,
Ja — radośniejszej i srebrzystszej
W polszczyźnie nie słyszałem pieśni…
Rzeko, co wiernie w swojej fali
Warszawskie powtarzałaś gwiazdy
190 I każdy świt, i każdy zmierzch,
Jak się powtarza piękny wiersz
(Płynnie i drżąco — a czasami
Głos ze wzruszenia się załamie
Jak światło w strumienistej wodzie,
195Lecz jeszcze wdzięczniej, jeszcze słodziej
Toczy się wtedy razem z łzami),
Niebieskie nieba poematy
I strofy chmurek na wyrywki,
200I sagi burz, i zórz Iliady,
I Pismo Święte naszych gwiazd —
Aż przyszło ci, pieśniarko szara,
Ogniem stolicy swej zapałać
I wyć, gdy wycie usłyszałaś
205 Warszawy, Hioba polskich miast!
Gdy się nad tobą strop roztrzaskał,
Płynęłaś w purpurowych blaskach
Tym samym prądem niewzruszonym,
Płynęłaś dumnie i swobodnie,
210A domy miasta, jak pochodnie,
Lecz odwrócone w dół żałobnie,
Pochodem w tobie szły czerwonym…
Wrócimy, Wisło, po tę czerwień,
W głębinie twej chowaną wiernie,
215 Wrócimy z wichrem, zbrojnym w gniew
I w nową młodość, wiarę nową…
Ten wicher — naszą pięść poderwie
I blask, i krzyk, i wiersz, i krew!
Rio de Janeiro, listopad 1940
— New York, lipiec 1944
Fragmenty osobne
Dwa fragmenty spoza I tomu poematu
ogłoszone za życia poety[552]
1
WiosnaBył kwiecień-plecień hiacyntowy.
Hiacyntów
tłuste, wonne świeczki
Barwnymi olejkami ciekły,
Płynęły aromatem ciepłym,
5 Różowym, białym, fioletowym;
Po świeżym niebie się turlały
Ni to baranki, ni owieczki —
Pełne wełnianych, krętych loków,
Biegły, trącając się i trąc się,
10Jakby owczarek je zaganiał
Szczekając, zabiegając z boków,
Na zlot obłoków — w dom świtania
Na hiacyntowym horyzoncie.
Szybko i skocznie było wokół.
15 Nawet ponura głąb mieszkania
Zaczęła sypać niespodzianie
Słoneczne żarty i figliki,
Z luster na ściany umykały
Ni to zajączki, ni króliki,
20Tęczowe plamki i promyki
I śliskie pląsy wyprawiały.
A jeden taki plusk zajęczy
Dał w obraz holenderski nura
(Martwa natura) — i roztęczył
25 Cytrynę i bażancie pióra.
I na ulicach chyżym lotem
Słoneczne gonią się latawce:
Z okien do okien i z powrotem,
Jak piłki i jak kule złote,
30 Szyby rzucają sobie w darze
Przebłyski porozumiewawcze —
Szybko i skocznie, i przelotnie,
Jak w lustrze ptaków, snów i świateł,
Lekko-umkliwe i skrzydlate
35 W drodze mijają się stokrotnie.
Gdy właśnie Mazowiecką kroczy
Z sercem bijącym jak fontanny
Bijące w lustro zakochania:
40W strop hiacyntowy, w niebo głowy,
W wysoki sufit lazurowy —
Szybko i skocznie, i przelotnie
Mkną po przechodniach szare oczy,
Powiew wiosenny ją pogania,
45Czasem przystanie przed wystawą,
Poprawi włosów prządź złotawą.
Rozchyli wargi afrykańskie
I doda dniowi nowych błysków:
Zęby w czerwonym ust ognisku,
50Lśniące jak w słońcu śnieg tatrzański.
Oto wpatruje się w witrynę
Kwiaciarni «Złocień»
[553], przy «Ziemiańskiej»
[554].
Rzekł do koleżki-gazeciarza
55 Wesoły Maniek («Szprotka»), z paką
Grubych niedzielnych pism pod pachą:
«Taką na ksiuty
[557] zabrać sobie
I łabadiù!… Uszanowanie,
Panie Antolku!» wrzasnął Maniek
60 I pędem za Słonimskim pobiegł —
Który siekanym, drobnym kroczkiem,
W brązowej kurtce z wełny szkockiej,
Trzcinką-chaplinką wywijając,
Sypie poważny, krótkowzroczny,
65Z lekka wyniosły a wstydliwy.
Dobiera w myśli słów do wiersza:
Dla spraw nieziemskich — słów potocznych,
A chłodnych słów dla spraw żarliwych.
«Express? Warszawski? Dać? Zarobię!
70Poranny, Ikac, Wieczór, Goniec?
Nic? Znaczy kryzys. Marny koniec.
Co i raz gorzej i mizerniej…
Te, Cypruś! nie denerwuj! Pcha się
Nie do swojego interesu!
75Wszystkie panowie już w cukierni:
Hrabia Sobańszczak
[558], pan profesór,
Pan Leszek, pan Grydzewski
[559]… Czego?!
Mówiłem: nie denerwuj! Zmykaj!»…
(Tu łokciem Szprotka pchnął Kazika.)
80…«Pan Tuwin z panem pułkownikiem
Do Wróbla
[560] poszli na jednego…
Jak dawno? Bedzie pół godziny…
Skoczyć? Nie?… My takie chapliny
Z panem Antolkiem… Express!… Wieczór!…»
85
Anielka siebie wzrokiem wchłania;
Z przenikań światła i załamań
Sama kwiatami jest gdzieniegdzie
W wiosennym lustrze zakochania,
90A kwiaty znowu, w ten sam sposób,
To tu, to ówdzie, podchwytują
Momenty ust jej, oczu, włosów…
Któremu uśmiech się dostanie,
Ten myśli, że go motyl ujął
95W czerwone skrzydeł trzepotanie.
Miga: to kwiat to jej osoba,
I bardzo jej się to podoba.
W kwitnącym lustrze zakochania
Majaczy obok niej na kwiatach
100
Wyrostek. Dasz mu lat trzynaście…
(A osiemnaście ma już prawie)
Cherlawy jakiś i bezbronny,
Jakby się w duszy zmarszczył, skulił
105 Przed ciosem życia nieuchronnym.
Spodnie przypięte do koszuli
Agrafką; surdut przydługawy,
W dziurach nogawki i rękawy.
(Cały strój spadkiem był po Kosym,
110Po Józku Kosym, co przed pocztą
Zachwalał niskim, grubym głosem
«Najnowszy plan miasta Warszawy».
A buty? Butów nie zostawił,
Przeto i Kazek nasz był bosy.
115Znałem Kosego. Pijak, «wojak»,
Gracz — specjalista w «moja-twoja»…
A przygadywał, wpadłszy w hazard:
«Ech, taka moja, taka-i twoja,
Taka-że nasza tam i nazad»)
120
W kwiatach przecięły się spojrzenia
I na hiacyntach, na złocieniach,
W jeziorze róż, śród […] zawiłych
Odnajdywały się, gubiły
125 Jego — tropiące, napastliwe,
Jej — nieświadome tej pogoni:
Patrząca ani myśli o nim,
Tylko się wzrokiem w szczęściu pluszcze
I woń ubiegłej nocy wchłania,
130I nurza się w kwitnącym lustrze
Swego sennego zakochania.
I już ją z lekka niepokoi
Ten ktoś, co o pół kroku stoi
I nosem siąka. Nie wie sama,
135Czy odejść? Ale odejść szkoda
Od róż, złocieni i hiacyntów…
A może wierny głos instynktu
Coś szepce pod dyktando losu?
Może to rozkaz zmarłych osób
140 Z dwu starych grobów w mieście Łodzi? — — —
Nie wie, dlaczego… Nie odchodzi.
I oto nikną spojrzeń smugi
W kwitnącym zakochania lustrze,
I tu zaczyna się przeciągły,
145 Powolny, długi, bardzo długi
Ruch głowy w stronę tamtej głowy
(Lata w powieści tej opuszczę;
Gdybym wiekami operował,
Wieki bez żalu bym darował,
150 A takim chwilom nie daruję:
Rozciągnę, na sekundy potnę,
Na cząstki sekund wielokrotne,
Utrwalę każdą jak mikrofilm,
Przemieniający Czas na Przestrzeń).
155 Anielka, ciągle jeszcze w profil,
Wolno, wolniutko, jeszcze, jeszcze,
Cedzi ów ruch, ostrożnie sączy,
Jak farmaceuta płyn trujący.
Aż — twarzą w twarz.
160Więc po to, Boże,
Rozjaskrawiłeś dzień warszawski,
Kazałeś błyszczeć mu urodą
I tą ulewą lazurową?
I w centrum świata złocień-jaskier
165 Po to kipiącym miota blaskiem?
I po to się, wiosenny Boże,
Przebiłeś pięścią przez niebiosa,
By uwydatnić i obnażyć
Te krosty na wylękłej twarzy
170 I gęsty smark cieknący z nosa,
I jedną po trzech zębach szczerbę,
I oczu złych króliczą czerwień…?
Po to się tarzasz w świetle, Boże,
By zobaczyła taką
ROŻĘ[561]
175 (To właśnie słowo pomyślała)
I po to żeś dyszące drzewa
Aromatami ponalewał
I kadzielnice kwiatów rozgrzał,
180 Zaduch uderzył: woń sparciała
Łachmanów i brudnego ciała.
I na to w taki dzień kwietniowy
Zrywały się, za wiatrem wiosny,
Z gęstych zarośli polskiej mowy
185 Skrzydlate stada słów miłosnych
I otrząsnąwszy pył słowników
Siadały na gałązkach wierszy,
I nuż dopiero tkliwić, czulić,
Rytmem trzepotać, w rym się tulić
190 I niepokoić serca dziewczyn —
Na to? By w dniu takiego nieba,
W obliczu kwiatów — w dniu spotkania,
W kwitnącym lustrze zakochania
Nagle usłyszeć — po raz pierwszy:
195 «Hrabini poprze na font chleba,
E-Tatuś w śpitalu, e-Mamusia w grobie,
Mortus! Tak się chce jeść… Zaroooobię…»
I tu ( — aż ją zakłuło mrowie —)
ZAŚPIEWAŁ:
200
«Siedziała pod cyprysem,
Bawiła się z tygrysem,
A potem miała syna,
Titina, ach, Titina…
[562]»