Wolne Lektury potrzebują pomocy...



Wolne Lektury są za darmo i bez reklam, bo utrzymują się z dobrowolnych darowizn i dotacji.

Na stałe wspiera nas 376 czytelników i czytelniczek.

Niestety, minimalną stabilność działania uzyskamy dopiero przy 1000 regularnych darczyńców. Potrzebujemy Twojej pomocy!

Tak, dorzucę się do Wolnych Lektur!
Tym razem nie pomogę, przechodzę prosto do biblioteki
Znajdź nas na YouTube

Audiobooki Wolnych Lektur znajdziesz na naszym kanale na YouTube.
Kliknij, by przejść do audiobooków.

x

Spis treści

    1. Dusza: 1
    2. Kondycja ludzka: 1
    3. Melancholia: 1
    4. Miłość: 1
    5. Miłość spełniona: 1
    6. Sztuka: 1
    7. Śmierć: 1
    8. Zmysły: 1
    9. Życie jako wędrówka: 1

    Pisownia łączna / rozdzielna: zwolna > z wolna; po społu > pospołu.

    Pisownia poszczególnych wyrazów: oh > och.

    Interpunkcja — dodano kropkę na końcu strofy: spokojem.

    Maciej SzukiewiczSielanka

    Życie jako wędrówkaSzli oparci o siebie ramieniem i twarzą — —
    Niepomni świata, ludzi, czasu i przestrzeni,
    Nie słyszeli, co świerki nad głową ich gwarzą,
    Nie widzieli, że słońce gór szczyty rumieni,
    Nie czuli, że chłód bagien, snując się już w lesie,
    Białą, wilgotną zmorą pada na pierś ziemi
    I że to mech puszysty pod ich stopą gnie się,
    Tłumiąc odgłosy kroków pieszczoty miękkiemi[1],
    I że oto na niebie, z wolna i nieśmiało,
    Noc błysnęła skrą złotą, drobniuchną i małą,
    I majestat swój mnożąc wciąż większym gwiazd rojem,
    Przestwory napełniła ciszą i spokojem.
    Szli oparci o siebie ramieniem i twarzą,
    A jak ważki złociste nad wodą się ważą,
    Miłość spełnionaOni, oczy swe jasne zwróciwszy do wnętrza,
    Badali, która chwila dla duszy jest świętsza:
    Czy gdy jeszcze pożądań roi sny najsłodsze?
    Czy gdy już śnieżne pióra o krwi pożar otrze?
    Czy może kiedy rozkosz dreszczem przejmie ciała,
    A ona precz odchodzi, powiewna i biała?…
    Nad tym oni dumali jak u bliźniąt we śnie
    Każde dla siebie tylko, jednak tak współcześnie,
    Że gdy szyszka z szelestem upadła na chrusty,
    A oni przystanąwszy ust szukali usty,
    I wzajemnie na licach opierając lico,
    W sercach sobie czytali zwiększoną źrenicą —
    Byli, jak przeciw sobie stawione zwierciadła,
    Między które płomienna pożoga upadła
    I jasno się w nich pali i po tysiąc razy
    Tysięcznymi w obudwu odbita obrazy
    Idzie w bezmiar, z bezmiaru niezmienna powraca
    I znów mknąc tam, skąd przyszła, blasku nie zatraca,
    Jeno w nieskończoności mamiącym półmroku
    Coraz większą i czystszą wydaje się oku.
    Mówiła, przytulając się do piersi jego:
    Dziwne… lecz ja tak czuję… — MelancholiaZmysłyOch, powiedz, dlaczego
    Jak cień z światłem, łza z śmiechem pospołu się noszą
    Niewysłowiony smutek z bezbrzeżną rozkoszą?
    Czemu dla tych upojeń, co ciałem kołyszą
    I są napiętym nerwom ochłodą i cisza,
    A dla mniszych umysłów skalaniem i grzechem,
    Tęskność i melancholia koniecznym są echem?
    Jak to tłumaczyć, powiedz? Czy może w tym leży
    Upragnienie rozkoszy nowej, innej, świeżej?
    Czy może jest w tym smutek błędnego motyla,
    Co płacząc startych skrzydeł, nad lilie się schyla?
    Może to brzóz żal niemy, co z rozwianej wici
    Sączy się niewidzialny, a kogo pochwyci,
    Temu najrańszy ranek, najzłocistsze słońce
    Zamienia na wieczory tęskne i płaczące? —
    Czyżby mogła natura karcić twór bezmyślnie
    Za to, że pierś do piersi chciwie się przyciśnie,
    Do warg przytulą wargi i do duszy dusza?
    I czymże jest natura? i cóż ją to wzrusza?
    Snadź inna moc to sprawia… Oto, odkąd pomnę,
    SztukaIle razy patrzyłam na dzieła ogromne,
    Czy była to z Apollem pędząca kwadryga[2],
    Czyli Komedia Danta, czy dzika pieśń Griega[3],
    Czy też nimfa zaklęta geniuszem Böcklina[4],
    Co na słońcu swe ciało różane wygina
    I w paluszkach zagniata perły z fali miękkiej
    I jak piasek wciąż sypie je z ręki do ręki —
    Zawsze, zawsze i wszędzie marmur, ton, rym, płótno,
    Zostawiały mnie z twarzą jednakowo smutną…
    I nie mógł to być refleks tych drgnień i tych skurczy,
    Przez które wykonawców przechodził duch twórczy,
    Bo to samo przymglenie czucia, woli, myśli,
    Miałam, gdyśmy na szczytach nad chmurą zawiśli,
    Poglądali w dal siną, rozmiarem tak mroczną,
    Że zda się oczy nigdy i nigdzie nie spoczną —
    Więc w czymże tkwi ten smutek i kędy ma leże
    I skąd tak niespodzianie, tak nagle się bierze,
    Że w drodze do dusz naszych nic go nie oszuka,
    Ni szał zmysłowych uciech, ani boska sztuka?
    Gdzie szukać jego źródeł? A może… wiesz? może…
    Tylko się nie śmiej ze mnie! — ja, widzisz, wciąż tworzę
    Zawrotne hipotezy, dziwaczne teorie,
    Na przykład: skąd błękitne, przydrożne cykorie,
    Niemal całkiem bezlistne, jak często je widzę,
    Mają kwiat tak ogromny na wątłej łodydze?
    Albo — skoro w wszechświecie nic nie ginie marnie —
    Gdzie spojrzenia, którymi ktoś mrący ogarnie
    Świat cały, nim odetchnie po raz już ostatni?
    Albo — czy chmurka może obawiać się matni?
    Albo gdy na niebiosach księżyc się zapali
    I na wody upadnie, jak dobyć go z fali?
    Albo… i tak bez końca, jak w bajkach Szeheraz[5].
    Otóż widzisz, ja myślę, myślałam już nieraz,
    ŚmierćŻe wszystko, co za «wielkie» wieki wiekom głoszą,
    Czyli[6] to będzie sztuką, czy ciała rozkoszą,
    Przypomina nam zawsze stan ów, który czeka
    Prędzej, później, lecz pewnie każdego człowieka —
    Ów stan, którego żadne słowa nie upiększą,
    Ów stan, co jest rozkoszą z wszystkich snadź największą,
    Ku któremu twór wszelki ciągłe, w nocy, we dnie
    Dąży z woli lub z musu, z wiedzą lub bezwiednie,
    Ów stan, co niepodzielnie zawładnąwszy światem,
    Cel bytu kiedyś spełni i…
    «Śmierć myślisz zatem?»
    Cicho, cicho na Boga! — mój złoty, mój drogi,
    Nie wymawiaj imienia tej Pani złowrogiej,
    Nie wymawiaj go nigdy, nigdy, nigdy głośno!
    Za pusto tu, za ciemno, za smutno łzą rośną
    Gęstwiny płaczą wokół… A jeśli to licho
    Czyha tu kędy z kosą? a jeśli? Więc cicho,
    Nie igrajmy z tą mocą podstępną i wrażą.
    Szli oparci o siebie ramieniem i twarzą,
    Z oczyma w mrok wbitymi, z płonącymi czoły.
    Ona cała istnością w jego istność wrosła,
    On na poły jej więzień, Prometej[7] na poły.
    Wielkich pragnień go burza za świat zjawisk niosła,
    A choć milczał, blask taki ze źrenic mu padał,
    Że tym blaskiem duch jego cały się spowiadał
    I mówił do jej myśli: dlaczego? dlaczego
    Miłości naszej smutek i tęsknica strzegą?
    Dusza, MiłośćOto gdy pocałunkiem usta się nam spoją,
    Oto gdy pierś mą złożę na białą pierś twoją,
    Oto gdy tak bez woli, bez czucia, pamięci,
    Czerpiemy z siebie słodycz uściskiem objęci,
    Dusza z uwięzi zmysłów swobodnie ulata
    W obcą dla nas, mistyczną krainę zaświata.
    Co tam robi? czy słońca tam widzi, czy nowie?
    Nie zgadnąć, tego ona nigdy nam nie powie
    I tylko, gdy z wędrówki swej do nas powróci,
    Niedobrze jej tu z nami i tak się wciąż smuci
    Jak kędy na wygnaniu zbłąkana królewna.
    Bo dla niej za powrotem jednia rzecz jest pewna:
    Że nad żar ust łaknących, nad ciał lube sploty
    Istnieją śluby ducha i ducha pieszczoty
    Stokrotnie rozkoszniejsze i lepsze daleko —
    Coś, jak kiedy się rzeka spotka z drugą rzeką,
    Coś, jak gdy się dwie chmury ciągnąc nieba krajem
    Zetkną i aż do drobin przenikną nawzajem,
    Coś, jak kiedy dwa światła rozszczepione tęczą
    Znów w jeden biały promień wspólnie się zaręczą,
    Coś, co nie ma określeń w naszej mowie lichej,
    Kondycja ludzkaCoś, co bije blaskami z cudnych liców Psychy,
    Gdy szałem z nas wyparta pławi się w eterze
    I dziwną kąpiel z światła, woni, dźwięków bierze
    I oboje nas potem, po swoim powrocie
    Rzuca na pastwę strasznej, bezbrzeżnej tęsknocie
    Za tą kąpielą dziwną, za szczęsnością oną
    Przeczuwaną zaledwo, a tak upragnioną…
    Szli oparci o siebie ramieniem i twarzą
    Jak anioły, gdy w niebie ziemską miłość marzą,
    Szli, nie wiedząc u kogo, u dnia czy u nocy,
    Na to swe utęsknienie szukać im pomocy?
    Szli oparci o siebie, cisi…
    A tymczasem
    Jakiś zbłąkany powiew zakołysał lasem.
    Za nich i za podobnych im całe miliony
    Wyrwał się z mroków leśnych jakiś jęk stłumiony
    Jakby całej ludzkości bolesne westchnienie
    Szło rozbić bramy nieba… A tam — wciąż milczenie…

    Przypisy

    [1]

    pieszczoty miękkiemi — dziś popr. forma N. lm: miękkimi pieszczotami. [przypis edytorski]

    [2]

    kwadryga (z łac.) — rydwan zaprzężony w cztery konie „w poręcz”, tj. jeden przy drugim. [przypis redakcyjny]

    [3]

    Grieg Edward (1843–1907) — kompozytor norweski. [przypis redakcyjny]

    [4]

    Böcklin Arnold (1827–1901) — malarz szwajcarski, zażywający kultu w epoce Młodej Polski. [przypis redakcyjny]

    [5]

    Szeheraz — Szeherazada, bohaterka Księgi tysiąca i jednej nocy, co noc opowiadała sułtanowi inną historię. [przypis redakcyjny]

    [6]

    czyli (tu daw.) — czy. [przypis edytorski]

    [7]

    Prometej — dziś raczej: Prometeusz. [przypis edytorski]

    Close
    Please wait...