Wolne Lektury potrzebują pomocy...



Wolne Lektury utrzymują się z dobrowolnych darowizn i dotacji.


Na stałe wspiera nas 380 czytelników i czytelniczek.
Niestety, minimalną stabilność działania uzyskamy dopiero przy 1000 regularnych darczyńców.


Dołącz do darczyńców! Przyjaciele Wolnych Lektur zyskują wcześniejszy dostęp do nowych publikacji!
Potrzebujemy Twojej pomocy!

TAK, wpłacam
Tym razem nie pomogę, przechodzę prosto do biblioteki
Informacje o nowościach

Informacje o nowościach w naszej bibliotece w Twojej skrzynce mailowej? Nic prostszego, zapisz się do newslettera. Kliknij, by pozostawić swój adres e-mail.

x
  1. Bieda: 1 2 3
  2. Bohaterstwo: 1
  3. Bunt: 1 2 3
  4. Duma: 1 2 3 4 5 6 7 8
  5. Dziecko: 1
  6. Gniew: 1
  7. Kara: 1
  8. Kłamstwo: 1
  9. Lud: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11
  10. Matka: 1 2 3 4 5 6 7 8 9
  11. Nienawiść: 1
  12. Odwaga: 1
  13. Państwo: 1 2 3 4
  14. Patriota: 1 2 3
  15. Podstęp: 1
  16. Pojedynek: 1
  17. Polityka: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13
  18. Przysięga: 1
  19. Pycha: 1 2
  20. Sąd: 1 2
  21. Sława: 1 2 3
  22. Syn: 1
  23. Tchórzostwo: 1
  24. Tłum: 1 2 3 4
  25. Walka: 1 2 3
  26. Władza: 1 2 3 4 5
  27. Wojna: 1 2
  28. Wygnanie: 1 2
  29. Zdrada: 1
  30. Zemsta: 1 2
  31. Żołnierz: 1 2 3 4 5 6 7 8
  32. Żona: 1

Poprawione błędy źródła: popomyślnym > pomyślnym; uzupatorskich > uzurpatorskich;

Uzupełnienia i zmiany w części wstępnej, niepochodzącej od autora, dodanej w późniejszych wyd.:

Dodano Nikanora oraz Adriana do spisu osób dramatu. Zmieniono opis miejsca akcji: w posiadłościach Wolsków i Ancjatów > w posiadłościach Wolsków na południu, z miastami Koriole i Ancjum.

Poprawki na podst. tekstu ang.:

ale oni powtarzają sobie, że nas trzeba krótko trzymać (but they think we are too dear) > ale oni sądzą, że jesteśmy za kosztowni; waszej biedy podczas tej drożyzny (Your suffering in this dearth) > …podczas tego głodu; Drożyznę bowiem zrządzają bogowie > Bo nieurodzaj zrządzają bogowie; podobno mam list przy sobie (I think I have the letter here) > jak myślę mam list przy sobie; czy to z gniewu, że się dał złapać (or whether his fall enraged him) > czy to z gniewu, że upadł; z częścią naszych falang (with one part of our Roman power) > z częścią naszych sił; Wśród waszych falang rozbitych (Amongst your cloven army) > Wśród waszych hufców rozbitych; Dość tego! (O, they are at it!) > Już walczą!; Inaczej byłbym tu był przed godziną (else had I, sir, Half an hour since brought my report) > Inaczej byłbym tu od pół godziny; jak widmo męża ległego w boju (as he were flay'd) > jak gdyby ze skóry go obdarto; Od wszelkich dźwięków znajomych (From every meaner man) > Od głosu lichszych ludzi; Bolałyby mnie, gdybym o nich słyszał (and they smart To hear themselves remember'd) > Bolą mnie wszakże, kiedy o nich słyszę; powinny by w tysiąc barw się przyodziać (let (…) Made all of false-faced soothing) > powinny by całe w fałsz się przyodziać; Śmielszy od niego, ale mniej subtelny (Bolder, though not so subtle) > …ale mniej przebiegły; mój obrót (on my journey) > mą drogę; kiedy głupie wymagania słyszy (upon too trivial motion) > z błahego powodu; chwytając się za brzuch (in roaring for a chamber-pot) > krzycząc o urynał; wypędzeniu Tarkwiniuszów > wypędzeniu Tarkwiniusza walczył opodal od reszty hufców (he fought Beyond the mark of others) > przewyższał innych w zaciętej walce; jedni z nas mają czarne głowy, inni siwe, a inni łyse (our heads are some brown, some black, some abram, some bald) > jedni z nas mają brązowe głowy, inni czarne, inni płowe, a inni łyse; wchodzi dwóch obywateli > wchodzi trzech obywateli; TRZECI OBYWATEL: Trzeba wam wiedzieć > PIERWSZY OBYWATEL: Trzeba wam wiedzieć [w konsekwencji zmieniono na o jeden wyższe numery kolejnych obywateli w następnych kwestiach tej sceny (akt II, sc.3)]; Zięć Numy (Numa's daughter's son) > Wnuk Numy; i wolicie raczej heroicznymi driakwiami chore / przesadzić ciało niż oddać je śmierci na pewną pastwę (and wish To jump a body with a dangerous physic That's sure of death without it) > a wolicie raczej niebezpiecznymi driakwiami ciało chore leczyć, niż bez nich dać je śmierci na pewną pastwę; Nie mógłże on trochę ustąpić? (Could he not speak 'em fair?) > Nie mógłże on mówić łagodniej?; o stratę tej pojedynczej jednostki, Marcjusza (this single plot to lose, This mould of Marcius) > o stratę tej jednej ziemi bryłki, Marcjusza; Idźmy, zadaliście mi rolę, której plamy nigdy w życiu zatrzeć nie zdołam (To the market-place! You have put me now to such a part which never shall discharge to the life) > Chodźmy już na rynek! Rolę mi taką dajecie, że nigdy dobrze jej zagrać nie zdołam; bez potwierdzenia albo odrzucenia masy głupoty ( of general ignorance) > …przez masę głupców; Na dożywotnie tułactwo, chociażbym o jedno ziarnko dnia chciał ten los odwlec (Vagabond exile, flaying, pent to linger But with a grain a day) > Na dożywotnie tułactwo, na zdarcie skóry czy nawet usychanie z głodu w lochu, o jednym nędznym ziarnku dziennie; Nie myśl na chwilę, by syn twego łona albo się kusił przejść dane granice, albo się kiedykolwiek dał uwikłać w sidła przewrotnych praktyk > Wiedz, że się wzniosę ponad pospolitość, jeśli zaś tego nie dokonam, padnę w sidłach zdradzieckich intryg; setnicy z centuriami swymi mają wyznaczone marszruty (The centurions and their charges distinctly billeted) > setnicy z centuriami swymi są zaciągnięci; I żyć bym nie mógł, jeno ku twej szkodzie (And cannot live but to thy shame) > Żyć bym mógł jeno ku twemu wstydowi; Sękatą moją maczugę, aż trzaski(My grained ash) > Mą jesionową włócznię, aż jej drzazgi; może nawet na samo miasto (Though not for Rome itself) > choć nie zaraz na samo miasto; Czyli też celem rzucenia postrachu (rudely visit them in parts remote To fright them ere destroy) > Czy postrach rzucić, zanim ich zniszczymy; błogosławi się ręką (sanctifies himself with's hand) > błogosławi go ręką; może zwać się nierządnicą (may be said to be a ravisher) > …gwałcicielem; pod księżyc (above the moon) > nad księżyc; Bierz go licho! Nasz wódz to mi człowiek! > Nasz wódz to mi człowiek!; szlachetna córo Publikoli (The noble sister of Publicola) > szlachetna siostro Publikoli; jak drugi Aleksander (as a thing made for Alexander) > jak posąg Aleksandra; Skoro zaś legnie, stosowna odezwa pogrzebie (When he lies along, after your way his tale pronounced shall bury) > …twoja wersja sprawy pogrzebie; tylko trud nam zostawić; zawierać układy (answering us with our own charge, making a treaty) > tylko zwracać nam nasze koszty; zawrzeć układ; W swojej siedzibie, o najnikczemniejszy (Boy! O slave!) > …„Dzieciuch”! O nędzniku! [etc.]; krzywdę waszą jakby na pośmiech przypominał? Niech zginie za to! ('Fore your own eyes and ears) > …stawiał przed oczy i uszy? Niech zginie;

W akcie V, sc. 2 kwestię: „No i cóż, mości panie, nazywasz się przecie Meneniusz?” przypisano pierwszemu wartownikowi zamiast drugiemu oraz zmieniono odpowiednie przypisania kolejnych kwestii aż do wypowiedzi Meneniusza.

Uzupełniono brakujące fragmenty:

MARCIUS: Come I too late? COMINIUS: Ay, if you come not in the blood of others, But mantled in your own. MARCJUSZ: Więc za późno? KOMINIUSZ: Tak, jeśliś przyszedł tu nie we krwi innych, Ale swą własną okryty.

PLEBEIANS: No, no, no, no, no. OBYWATELE: Nie, nie, nie!

Uwspółcześnienia:

Nie masz stąd mili > Nie ma stąd mili; poprzedzeni od liktorów > poprzedzeni przez liktorów; Siłaż kosztuje…? > Wiele kosztuje…?; serce mi się kraje, pomyślawszy > serce mi się kraje, gdy pomyślę; odbyt > pokup; Co żywie ślina mu poda > Co tylko ślina mu poda; w pośrodku > pośrodku; ten był zawsze dobrym dla ludzi > ten był zawsze dobry dla ludzi; bądź weselszą > bądź weselsza itp; Pisownia łączna „nie” z imiesłowami przymiotnikowymi, np.: nie poskromiona > nieposkromiona; nie stargane > niestargane.

Ograniczono użycie partykuły -ż w zdaniach pytających, np.: Zgadzacież się na to? > Zgadzacie się na to?; Postanowiliścież (…) raczej niż głód cierpieć? > Postanowiliście (…) raczej niż głód cierpieć?

Dostosowano interpunkcję do współczesnych zasad. Zamiast niemających podstaw w oryginale użytych w funkcji emocjonalnej wykrzykników i pytajników w środku zdania użyto przecinków.

William ShakespeareKoriolan[1]tłum. Józef Paszkowski

OSOBY

  1. Kajus Marcjusz Koriolan — Rzymianin szlachetnego rodu
  2. Tytus Larcjusz — dowódca wojsk przeciw Wolskom
  3. Kominiusz — dowódca wojsk przeciw Wolskom
  4. Meneniusz Agryppa — przyjaciel Koriolana
  5. Sycyniusz Welutus — trybun ludu
  6. Juniusz Brutus — trybun ludu
  7. Młody Marcjusz — syn Koriolana
  8. Nikanor — Rzymianin
  9. Rzymski herold
  10. Tullus Aufidiusz — wódz Wolsków
  11. Powiernik Aufidiusza
  12. Adrian — Wolsk
  13. Sprzysiężeni w zmowie z Aufidiuszem
  14. Jeden z obywateli Ancjum
  15. Dwóch wolscyjskich wartowników
  16. Wolumnia — matka Koriolana
  17. Wirgilia — żona Koriolana
  18. Waleria — przyjaciółka Wirgilii
  19. Jedna ze służebnic Wirgilii
  20. Rzymscy i wolscyjscy senatorowie, patrycjusze, edylowie, liktorowie, żołnierze, obywatele, gońcy, słudzy Aufidiusza i inne osoby.

Rzecz dzieje się częścią w Rzymie[2], częścią w posiadłościach Wolsków[3] na południu, z miastami Koriole[4] i Ancjum[5].

AKT PIERWSZY

SCENA PIERWSZA

Ulica w Rzymie.
Tłum zbuntowanych obywateli wchodzi z kijami, pałkami i inną podobną bronią.

PIERWSZY OBYWATEL

1

Posłuchajcie mnie, nim się dalej udamy.

OBYWATELE

jeden przez drugiego
2

Mów, mów!

PIERWSZY OBYWATEL

3

Postanowiliście nieodmiennie wszyscy umrzeć raczej niż głód cierpieć?

OBYWATELE

4

Nie inaczej, nie inaczej.

PIERWSZY OBYWATEL

5

Trzeba wam przede wszystkim wiedzieć, że Kajus Marcjusz jest hersztem nieprzyjaciół ludu.

OBYWATELE

6

Wiemy o tym, wiemy.

PIERWSZY OBYWATEL

7

Zabijmy go więc, a będziemy mieć zboże za dowolną cenę. Zgadzacie się na to?

OBYWATELE

8

Zgadzamy się, nie ma się nad czym rozwodzić: idźmy, idźmy.

DRUGI OBYWATEL

9

Słowo, zacni obywatele.

PIERWSZY OBYWATEL

10

BiedaMyśmy biedni obywatele, zacnymi nazywają nas patrycjusze. To, co przeładowuje ich uprzywilejowane kiszki, nas by postawiło na nogi. Gdyby przynajmniej dla własnego zdrowia chcieli nam odstąpić przewyżki od swych potrzeb, moglibyśmy przypuścić, że nas z ludzkości wspierają, ale oni sądzą, że jesteśmy za kosztowni. Nasza chudość, widomy skutek nędzy naszej, jest tabelą specyfikacyjną ich intrat[6], nasze cierpienia są dla nich lichwą. Zemścijmyż się za to, póki się nie obrócimy w szczapy, a bogom wiadomo, że mówię to, łaknąc chleba, nie zaś pragnąc zemsty.

DRUGI OBYWATEL

11

Nastajesz więc osobliwie[7] na Kaja Marcjusza?

PIERWSZY OBYWATEL

12

Najbardziej na niego, bo on jest najzawziętszym na lud brytanem.

DRUGI OBYWATEL

13

Zważ, jakie on ojczyźnie wyświadczył przysługi.

PIERWSZY OBYWATEL

14

Nie przeczę, moglibyśmy mu za nie wdzięcznością zapłacić, ale on sam sobie płaci za nie dumą.

DRUGI OBYWATEL

15

Być może, w każdym razie jednak nie godzi się źle o nim mówić.

PIERWSZY OBYWATEL

16

Powiadam wam, że co bądź dobrego zrobił, zrobił to jedynie dla zaspokojenia dumy. Niech tam ludzie delikatni, jak chcą, mówią, że on ojczyznę miał na celu; ja nie przestanę utrzymywać, że celem jego było przypodobanie się matce i wyniosłość, w którą rośnie w miarę zasług.

DRUGI OBYWATEL

17

Poczytujecie mu za występek to, co leży w jego naturze i czego tym samym nie może się pozbyć. Nie możecie jednak żadną miarą powiedzieć, żeby był chciwy.

PIERWSZY OBYWATEL

18

Jeżeli tego powiedzieć nie mogę, nie idzie za tym, żeby mi brakło zarzutów, znalazłoby się ich tyle, że człowiek zmordowałby się ich wyliczaniem.

Krzyki za sceną.
19

BuntCóż to za krzyki? Tamta część miasta powstała. Czegóż tu stoim i paplem? Dalej, do Kapitolu[8]!

OBYWATELE

20

Dalej! Dalej!

PIERWSZY OBYWATEL

21

Cicho, któż się zbliża?

Wchodzi Meneniusz Agryppa.

DRUGI OBYWATEL

22

Szanowny Meneniusz Agryppa, ten był zawsze dobry dla ludzi.

PIERWSZY OBYWATEL

23

On jeden jako tako poczciwy, niechby wszyscy byli tacy tylko!

MENENIUSZ

Cóż się to święci, moi współrodacy?
Gdzież to idziecie z kijmi i pałkami?
O co wam idzie? Powiedzcie mi, proszę.

PIERWSZY OBYWATEL

24

Zamiar nasz nie jest senatowi obcy; już go przed piętnastu dniami doszły słuchy o tym, cośmy mieli na myśli, a co teraz postanowiliśmy przywieść do skutku. Panowie senatory mówią, że biedni suplikanci[9] mają ciężki oddech, poznają teraz, że mają i ciężkie pięści.

MENENIUSZ

Moi panowie, łaskawcy, sąsiedzi,
Chcecie się sami o zgubę przyprawić?

PIERWSZY OBYWATEL

25

Nie boimy się tego, panie, bośmy już o nią przyprawieni.

MENENIUSZ

WładzaMogę wam ręczyć, moi przyjaciele,
Że patrycjusze mają o was pieczę.
Co się waszego tyczy niedostatku
I waszej biedy podczas tego głodu,
Za to zarówno moglibyście miotać
Kijami w niebo, jak i w rzymskie państwo,
Które iść dalej będzie swoją drogą,
Rwąc krocie twardszych wędzideł niż wszelkie
Mogące przez was stawić się zawady.
Bo nieurodzaj zrządzają bogowie,
Nie patrycjusze, a u tych schylone
Kolana raczej mogłyby coś wskórać,
Nie podniesione ramiona. Niestety!
Niedola rzuca was w większą niedolę;
I złorzeczycie sterownikom państwa,
I przeklinacie jako nieprzyjaciół
Tych, co się o was jak ojcowie troszczą.

PIERWSZY OBYWATEL

26

BiedaTroszczą się o nas! Ba, i bardzo! Pięknie się troszczą: pozwalają nam umierać z głodu, a magazyny ich pełne zboża; wydają ustawy o lichwie, aby wspierać lichwiarzy; kasują co dzień zbawienne jakie prawo, stawiające tamę bogaczom, i co dzień uciążliwsze ogłaszają postanowienia ku uszczerbkowi i ograniczeniu biedaków[10]. Jeżeli nas wojna nie zje, oni to zrobią. Taka to ich troskliwość o nas.

MENENIUSZ

Albo musicie przyznać, że nad miarę
Złe macie serca, albo ścierpieć zarzut,
Że macie bardzo źle w głowie. Opowiem
Wam jedną powieść, jużeście ją może
Słyszeli kiedy, gdy jednakże ona
W obecnej chwili wielce jest stosowna,
Spróbuję ją wam raz jeszcze przytoczyć.

PIERWSZY OBYWATEL

27

Słuchamy jej, panie; nie spodziewajcie się jednak otumanić dykteryjkami naszej biedy. Mówcież więc.

Państwo, WładzaMENENIUSZ

Onego czasu wszystkie członki ciała[11]
Zbuntowały się przeciw żołądkowi
I obwiniły go, że on jak przepaść
Spoczywa w ciele gnuśny i nieczynny,
Chłonąc pokarmy i nigdy nie dzieląc
Prac z resztą członków; gdy tymczasem one
Patrzą, słuchają, radzą, uczą, chodzą,
Czują i wzajem sobie pomagając,
Zaspokajają żądze i potrzeby
Całego ciała. Żołądek rzekł na to…

PIERWSZY OBYWATEL

Cóż on rzekł? Ciekawy jestem.

MENENIUSZ

Zaraz się o tym dowiecie. Z uśmiechem,
Nie takim jednak, co to idzie z serca,
Lecz oto takim (bo żołądek może
Nie tylko mówić, jak widzicie, ale
I śmiać się czasem) odparł on szyderczo
Niechętnym członkom, owym rozdąsanym
Organom, co mu zazdrościły bytu
Z równą słusznością, jak wy powstajecie
Na senatorów, że nie są takimi,
Jakbyście chcieli i jacyście sami.

PIERWSZY OBYWATEL

Niech wasz żołądek kpi sobie zdrów. Jak to?
Toż by król członków głowa, serce-radca,
Oko-stróż, ramię-żołnierz, koń nasz-noga,
Język-nasz herold, oprócz tylu innych
Ważnych narzędzi i pomniejszych cząstek
Naszej machiny, toż by to…

MENENIUSZ

Co? Cóż by?
Ten człowiek śmie mi przerywać! Co? Cóż by?

PIERWSZY OBYWATEL

Toż by to wszystko pasibrzuch żołądek….
Miał trzymać w klubach[12]; żołądek, ta istna
Kloaka ciała?

MENENIUSZ

Cóż dalej? Cóż dalej?

PIERWSZY OBYWATEL

Jakąż odpowiedź mógł dać ten pasożyt
Na zażalenie owych cnych[13] działaczów?

MENENIUSZ

Zaraz wam powiem, jeżeli się tylko
Zdołacie zdobyć przez parę chwil na to,
Na czym wam zbywa, to jest na cierpliwość,
Będziecie słyszeć odpowiedź żołądka.

PIERWSZY OBYWATEL

Za długo się z nią ociągacie.

MENENIUSZ

Uważ[14],
Mój przyjacielu, poważny żołądek
Nie tak był prędki jak strona skarżąca;
Zastanowiwszy się, tak odpowiedział:
„Prawda to, moi współwcieleni bracia,
Że ja karm[15] wspólną nam pierwszy odbieram.
I słusznie, bom ja spichrz, bom ja magazyn
Całego ciała. Pomnijcie[16] atoli[17],
Że ją strumieńmi[18] krwi waszej posyłam
Do dworu, w serce; do stolicy, mózgu;
I że rozliczną drogą różnych funkcyj
Najtęższe nerwy i najmniejsze żyłki
Biorą ode mnie swój dział pożywienia.
Skoro zaś, moi kochani — tak dalej
Mówił żołądek, uważajcie dobrze… —

PIERWSZY OBYWATEL

No, no, cóż dalej mówił pan żołądek?

MENENIUSZ

Skoro zaś wszyscy razem nie możecie
Widzieć naocznie, czego wam dostarczam,
Mogę wam moje rachunki pokazać,
Z których poznacie, że wszyscy ode mnie
Otrzymujecie sam ekstrakt wszystkiego,
Mnie zaś zostają gręzy[19]. — Cóż wy na to?

PIERWSZY OBYWATEL

Wzdyć[20] to odpowiedź. Radzi byśmy tylko
Usłyszeć teraz jej zastosowanie.

MENENIUSZ

Senat nasz jest tym poczciwym żołądkiem,
A wy jesteście krnąbrnymi członkami.
Bo zważcie tylko jego trudy, jego
Gorliwą czynność; rozpoznajcie bacznie
To, co się tyczy publicznego dobra,
A przekonacie się sami, że wszelka
Ogólna korzyść, jaka wam przypada,
Od niego tylko pochodzi, nie od was.
BuntCóż na to waszmość, waszmość, mój ty wielki
Palcu u nogi tego zgromadzenia?

PIERWSZY OBYWATEL

Ja wielki palec u nogi? Dlaczego?

MENENIUSZ

Bo będąc jednym z najnieokrzesańszych,
Najnikczemniejszych, najbrudniejszych cząstek
Tej mądrej zgrai, stajesz na jej czele.
Nędzny odrzutku, znam cię: tyś tu przyszedł
Podszczuwać innych, byś sam coś skorzystał.
Dalej, do pałek! Rzym z szczurami swymi
Staje do walki, jedna strona musi
Wziąć wnyki. Witaj, szlachetny Marcjuszu!
Wchodzi Kajus Marcjusz.

MARCJUSZ

Witaj! Cóż się tu dzieje? Co to znaczy?
Niesforne gbury, dlaczegóż to drapiąc
Litości godną świerzbę[21] swych mózgownic,
Chcecie powiększać swoje wrzody?

PIERWSZY OBYWATEL

Zawsze
Otrzymujemy od was dobre słowo.

MARCJUSZ

Kto by wam dobre dał słowo, ten byłby
Pochlebcą niższym nad wszelką pogardę.
Czegóż wy chcecie, trutnie, wy, co ani
Pokoju, ani wojny nie lubicie?
Jedno was straszy, drugie uzuchwala.
Kto wam zaufa, ten zamiast lwów znaleźć
Znajdzie zające, zamiast lisów — gęsi.
Statek wasz tym jest, czym iskra na lodzie,
Czym szron na słońcu. Cała wasza cnota
Na tym polega, aby pod niebiosa
Wynosić tego, kogo potępiły
Własne postępki, a potępiającą
Lżyć sprawiedliwość. Kto na cześć zasłużył,
Ten zasługuje na waszą nienawiść,
Życzenia wasze są jako apetyt
Chorego, który najbardziej pożąda
Tego, co może zwiększyć jego niemoc.
Kto wasze względy zyskuje, ten pływa
Płetwą z ołowiu, trzciną dęby rąbie.
Niech wam kat świeci! Wamże by zaufać?
Wam, co zmieniacie zdanie z każdą chwilą,
Szlachetnym zwiecie tego, co wam wczoraj
Był nienawistnym, a nikczemnym tego,
Co wczoraj jeszcze był ozdobą waszą?
Cóż się to znaczy, że się tu i owdzie
Włóczycie, wrzeszcząc, i wyszczekujecie
Na senat, który za przewodem bogów
Trzyma was w swoich opiekuńczych karbach,
Ażebyście się sami nie pożarli?
Czegoż oni chcą?

MENENIUSZ

Zboża i zniżenia
Jego wysokiej ceny, twierdzą bowiem,
Że miasto jest nim dobrze opatrzone[22].

MARCJUSZ

Obwiesie! Oni to twierdzą? Jak świerszcze
Siedzą za piecem i wmawiają w siebie,
Że wiedzą, co się dzieje w Kapitolu:
Kto pozyskuje wziętość, kto się wznosi
I kto upada. Popierają fakcje[23]
I domniemane kojarzą małżeństwa.
Jednym dodają splendoru, a drugich,
Których nie lubią, obryzgują błotem
Gorzej niż swoje dziurawe chodaki.
I oni twierdzą, że mamy dość zboża?
O, gdyby senat chciał na bok odłożyć
Litość i miecza użyć mi pozwolił,
Nagromadziłbym z tych głów kapuścianych
Stos tak wysoki, jak najwyżej mogę
Dosięgnąć szpicą[24] mej włóczni.

MENENIUSZ

Ci się już dali przekonać, bo chociaż
Na roztropności potężnie im zbywa,
Tchórzem są za to porządnie podszyci.
Bieda, BuntAle powiedz mi, proszę, co się stało
Z tą drugą tłuszczą, tam?

MARCJUSZ

Już się rozpierzchła.
Niech im kat świeci! Mówili, że głodni,
Stękali, plotąc przysłowia, jako to:
Że głód rozbija mury, że psy nawet
Dostają strawy, że chleb jest dla wszystkich,
Co mają gęby, że bogowie dają
Zboże nie tylko dla bogatych. W takich
I tym podobnych bzdurstwach wyzionęli
Swe użalania, którym czyniąc zadość,
Postanowiono, zgodnie z ich życzeniem,
Coś, co szlachetną myśl przejmuje zgrozą
I śmiałą władzę w bladą lalkę zmieni.
Zaczęli wtedy rzucać czapki w górę,
Jakby je chcieli zawiesić na obu
Rogach księżyca, i jak opętani
Wrzeszczeć z radości.

MENENIUSZ

Cóż postanowiono?

MARCJUSZ

Pięciu trybunów wedle ich wyboru[25],
Którzy praw szui strzec i bronić mają.
Jednym obrany został Juniusz Brutus,
Drugim Sycyniusz Welutus, kto więcej,
Nie wiem. Do kroćset siarczystych piorunów!
Prędzej byłoby to szubrawcze plemię
Z całego Rzymu pozdzierało dachy,
Niżby zdołało było coś takiego
Wymóc ode mnie. Wezmą oni wkrótce
Większą przewagę i, poparci buntem,
Przyjdą nam podać trudniejsze warunki.

MENENIUSZ

Rzecz dziwna.

MARCJUSZ

Precz stąd do domów, hultaje!
Goniec nadchodzi.

GONIEC

Gdzie Kajus Marcjusz?

MARCJUSZ

Tu, cóż mi obwieścisz?

GONIEC

To, że Wolskowie wzięli się do broni.

MARCJUSZ

Cieszę się z tego, będziem przecie mogli
Przewietrzyć trochę ten stęchły kram gminu;
Lecz oto nasza starszyzna.
Kominiusz, Tytus Larcjusz i inni senatorowie, Juniusz Brutus i Sycyniusz Welutus wchodzą.

PIERWSZY SENATOR

Marcjuszu,
Prawdę mówiłeś: Wolskowie istotnie
Podnieśli oręż.

MARCJUSZ

Przywodzi im sławny
Tullus Aufidiusz, z którym twarda sprawa.
Grzeszę, zazdroszcząc mu jego wartości,
Zaprawdę, gdybym nie był tym, czym jestem,
Nim tylko być bym chciał.

KOMINIUSZ

Jużeście kiedyś
Szczerbili z sobą miecze?

MARCJUSZ

Gdyby jedna
Połowa świata drugą wzięła za łeb,
A on stał na tej samej ze mną stronie,
Umyślnie bym wszczął bunt dlatego tylko,
Abym go mógł mieć przeciw sobie. On jest
Lwem, na którego polowanie łechce
Mą dumę.

PIERWSZY SENATOR

Zacny Marcjuszu, chciej zatem
Pod Kominiuszem wziąć udział w tej wojnie.

KOMINIUSZ

Wszakżeś nam to już przyrzekł?

MARCJUSZ

Nie inaczej.
I wiernym słowu. Tytusie Larcjuszu,
Będziesz więc jeszcze raz świadkiem mojego
Spotkania z Aufidiuszem; wszakże będziesz?
Jeszcześ nie stępiał?

LARCJUSZ

Nie, Marcjuszu, wolę
Choćby o kuli pójść z drugimi walczyć
Niż zostać z tyłu.

MENENIUSZ

Szlachetna krew!

PIERWSZY SENATOR

Idźmy
Do Kapitolu, tam na nas czekają
Najlepsi nasi przyjaciele.

LARCJUSZ

Idźmy.
Ty nam przewodnicz, panie, i ty także,
Cny Kominiuszu, my za wami pójdziem.
Wam wprzód przystoi.

KOMINIUSZ

Szlachetny Marcjuszu!

PIERWSZY SENATOR

do obywateli
Dalej, do domu!

MARCJUSZ

Nie, niech pójdą z nami.
Wolskowie mają dość zboża; pozwólcie
Tym szczurom napaść się w ich spichrzach. Nuże,
Przezacna zgrajo, pokaż swą waleczność!
Senatorowie, Kominiusz, Marcjusz, Larcjusz i Meneniusz wychodzą. Obywatele wynoszą się chyłkiem.

SYCYNIUSZ

Jestże kto bardziej dumny niż ten Marcjusz?

BRUTUS

Nie wiem, kogo by z nim porównać.

SYCYNIUSZ

Będąc obrani trybunami ludu…

BRUTUS

Czy uważałeś[26] jego wzrok i gesty?

SYCYNIUSZ

Nie, tylko jego przekąsy[27].

BRUTUS

Gdy go rozdrażnisz, z bogów szydzić gotów.

SYCYNIUSZ

Drwić z spokojnego księżyca.

PychaBRUTUS

Obecna wojna pożera go. Nie wie,
Jak się już nadąć, że tak jest waleczny.

SYCYNIUSZ

Tego rodzaju ludzie, połechtani
Bodźcem powodzeń, pogardzają cieniem,
Po którym chodzą w południe. Dlatego
Dziwi mnie, że on przy swej wyniosłości
Pod Kominiuszem nie wzbrania się służyć.

BRUTUS

Sławy, o którą mu idzie, a której
Nieskąpe względy już zyskał, nie można
Skuteczniej nabyć i łatwiej zarazem,
Jak stojąc za kimś będącym na czele,
Bo jeśli się co nie uda, powiedzą:
„Wódz temu winien” — choć wódz z swojej strony
Czynił, co tylko człowiek czynić może;
Głupia krytyka krzyczeć będzie wtedy:
„O, gdyby Marcjusz był tę rzecz prowadził!”

SYCYNIUSZ

Jeżeli się zaś powiedzie, opinia,
Która tak bardzo sprzyja Marcjuszowi,
Obierze z zasług Kominiusza.

BRUTUS

Z góry
Można przewidzieć, że połowa chwały
Kominiuszowej na Marcjusza spłynie,
Choćby ten na nią nie pracował. Wszystkie
Zaś jego chyby[28] podniosą wysokość
Zalet Marcjusza, choćby Marcjusz w gruncie
Bynajmniej na to nie zasłużył.

SYCYNIUSZ

Pójdźmy
Posłuchać, co tam o wyprawie radzą
I w jaki sposób weźmie się ten człowiek
Do obecnego przedsięwzięcia.

BRUTUS

Idźmy.
Wychodzą.

SCENA DRUGA

Koriole. Wnętrze senatu.
Aufidiusz i senatorowie.

PIERWSZY SENATOR

Jesteś więc tego zdania, Aufidiuszu,
Że Rzym przeniknął nasze tajne plany
I wie, co knujem?

AUFIDIUSZ

Inneż zdanie wasze?
Kiedyż to u nas co bądź umyślono
I wykonano, żeby wprzód do Rzymu
Nie doszły o tym słuchy? Przed czterema
Niespełna dniami miałem stamtąd wieści,
Których treść na to wychodzi; jak myślę,
Mam list przy sobie; oto jest, słuchajcie.
czyta
„Zbierają wojska, nie wiadomo jednak,
Czy je chcą wysłać na wschód, czy na zachód,
Drożyzna wielka, lud wichrzy i słychać,
Że wódz Kominiusz, a z nim Marcjusz, dawny
Wasz nieprzyjaciel, którego jednakże
Rzymianie bardziej niż wy nienawidzą,
I Tytus Larcjusz, waleczny Rzymianin,
Kierują we trzech przygotowaniami
Do tej wyprawy. Snadź[29] ona jest na was.
Pomyślcie nad tym”.

PIERWSZY SENATOR

Nasze wojska w polu.
Nie wątpiliśmy, że Rzym skory będzie
Dać nam odpowiedz.

AUFIDIUSZ

Ani się wam zdało
Stosownym plan nasz w tajemnicy trzymać
Tak długo, ażby śmiało mógł wyjść na wierzch;
Bo go Rzym w samym zarodzie przewąchał.
Przez to odkrycie zostajemy zbici
Z drogi do celu, który się zasadzał
Na wzięciu kilku miast, nimby się w Rzymie
O poruszeniach naszych dowiedziano.

DRUGI SENATOR

Dzisiaj niezwłocznie, zacny Aufidiuszu,
Nie tracąc czasu, śpiesz do swoich hufców;
My tu w Koriolach zostaniem ku straży
I ku obronie. Jeśli nas oblegną,
Przyjdź nam na odsiecz; nie sądzę jednakże,
Abyś ich znalazł przygotowanymi[30].

AUFIDIUSZ

O, nie uwodźcie się[31], mówię wam o tym
Jako o rzeczy pewnej, więcej powiem:
Liczne oddziały ich wojsk już są w marszu
I tu zmierzają. Żegnam was, panowie.
Jeśli się spotkam z Kajusem Marcjuszem,
Nie będzie żartów między nami, bośmy
Przysięgli sobie wzajem póty walczyć,
Póki jednemu z nas tchu nie zabraknie.

WSZYSCY

Niech cię bogowie wspierają!

AUFIDIUSZ

I w zdrowiu
Was utrzymują

PIERWSZY SENATOR

Żegnaj!

DRUGI SENATOR

Żegnaj!

WSZYSCY

Żegnaj!
Wychodzą.

SCENA TRZECIA

Rzym. Komnata w domu Marcjusza.
Wolumnia i Wirgilia siedzą na stołkach i szyją.

WOLUMNIA

28

MatkaProszę cię, córko, śpiewaj, a przynajmniej bądź weselsza. Gdyby mój syn był moim mężem, bardziej bym się czuła szczęśliwa w jego nieobecności, która mu jedna sławę, niż w jego objęciach, które by mi świadczyły o jego miłości. Gdy jeszcze małym był chłopięciem, jedynym owocem mego żywota; gdy jego młodość i uroda wszystkich pociągała oczy; gdy inna matka takiego dziecka na całodzienne prośby królów nie byłaby odstąpiła jednej godziny spoglądania na nie, wtedy ja, marząc o jego przyszłości, myśląc, że ta piękna postać bez wieńca chwały byłaby tym, czym marny obrazek zawieszony na ścianie, znajdowałam uciechę w wyszukiwaniu dlań niebezpieczeństw, wśród których mógł się dobić chwały. Wysłałam go na krwawą wojnę, z której wrócił ozdobiony wieńcem dębowym[32]. Zaprawdę, córko, nie bardziej zadrgałam z radości, słysząc po raz pierwszy, że mi się urodziło dziecię płci męskiej, niż widząc po raz pierwszy, że się to dziecię pokazało mężem.

WIRGILIA

29

Matka, PatriotaLecz gdyby był zginął, o pani, gdyby był zginął!

WOLUMNIA

30

Wtedy jego dobre imię zastąpiłoby mi było miejsce syna i w nim bym się była odrodziła. Szczerze ci wyznaję, że gdybym miała dwunastu synów, z których by każdy stał na równi w mym sercu i każdy był mi tak drogi jak twój i mój kochany Marcjusz, wolałabym, żeby jedenastu szlachetnie umarło za ojczyznę, niż żeby jeden poza bitwą zmarniał na łożu rozkoszy.

Wchodzi Domownica.

DOMOWNICA

Pani, szlachetna sąsiadka, Waleria,
Przyszła odwiedzić was.

WIRGILIA

Błagam cię, pani,
Pozwól mi odejść.

WOLUMNIA

Zostań. ŻołnierzZdaje mi się,
Że słyszę odgłos trąb twojego męża,
Że widzę, jak w tej chwili Aufidiusza
Targa za włosy, a przed nim Wolskowie
Jak dzieci przed lwem stronią; zdaje mi się,
Że jestem przy tym, jak tupie i woła:
„Za mną tu, tchórze! Was w trwodze poczęto,
Chociaż byliście w Rzymie narodzeni”.
I łuskokrytą[33] ręką obcierając
Skrwawione czoło, postępuje naprzód,
Na kształt żniwiarza, który postanowił
Zżąć wszystko albo utracić zarobek.

WIRGILIA

Skrwawione czoło! O, chroń go, Jowiszu[34]!

WOLUMNIA

Milcz, głupie dziecko! ŻołnierzKrwawe znamię bardziej
Ozdabia męża niż złote trofea.
Piersi Hekuby, karmiące Hektora[35],
Mniej były piękne niż Hektora czoło,
Gdy zeń krew ciekła pod ciosami Greków.
Powiedz Walerii, żeśmy ją gotowe
Przyjąć, jak zawsze.
Wychodzi Domownica.

WIRGILIA

O nieba, zasłońcie
Mego małżonka przed tym Aufidiuszem!

WOLUMNIA

Dziecinne modły! On zegnie zuchwały
Kark Aufidiusza i zdepce go nogą.
Domownica wprowadza Walerię i jej towarzyszkę.

WALERIA

Zacne niewiasty, bądźcie pozdrowione!

WOLUMNIA

Luba sąsiadko.

WIRGILIA

Miło mi widzieć was.

WALERIA

31

Jakże się macie? Zakute z was domatorki. Cóż to, szyjecie, widzę? Śliczne rąbki[36], na poczciwość! Jakże się miewa twój mały synek, Wirgilio?

WIRGILIA

32

Dziękuję wam, łaskawa pani, zdrów jest, do usług waszych.

WOLUMNIA

33

Wolałby patrzeć na połysk mieczów i słuchać odgłosu trąb niż siedzieć przy swoim ochmistrzu[37].

WALERIA

34

DzieckoWalny[38] chłopiec, prawdziwy syn swego ojca. Przeszłej środy przyglądałam mu się przez pół godziny, ma coś tak pewnego w sobie. Widziałam, jak pogonił za złotobarwnym motylem; schwytał go i puścił, dalejże znowu w pogoń za nim, i znowu go schwytał. Schwytawszy go znowu, czy to z gniewu, że upadł, czy to z innej jakiej przyczyny, zacisnął zęby i zgniótł go; powiadam wam, zgniótł go bez litości.

WOLUMNIA

35

To z ojca te raptusy.

WALERIA

36

Doprawdy, rzadkie dziecko.

WIRGILIA

37

Ladaco[39], pani.

WALERIA

38

Odłóżcie na bok robotę i pójdźcie ze mną: muszę was dziś rozpróżniaczyć.

WIRGILIA

39

Wybacz, kochana pani, nie wyjdę na krok z domu.

WALERIA

40

Ani na krok?

WOLUMNIA

41

Wyjdzie, wyjdzie.

WIRGILIA

42

Przepraszam cię, matko: nie wyjdę, nie przestąpię progu domu, dopóki mój pan nie powróci z wojny.

WALERIA

43

Wstydź się, nierozsądnie czynisz, więżąc się tak w domu. Pójdź, odwiedzimy leżącą połogiem przyjaciółkę.

WIRGILIA

44

Życzę jej prędkiego wydobrzenia i odwiedzę ją w modłach moich, ale do niej pójść nie mogę.

WOLUMNIA

45

Dlaczego? Powiedz dlaczego?

WIRGILIA

46

Nie dla oszczędzenia sobie fatygi ani dla braku życzliwości ku niej.

WALERIA

47

Chcesz być drugą Penelopą[40]; powiadają jednak, że wszystkie jej prace pod niebytność Ulissesa[41] posłużyły tylko do rozplenienia molów w Itace. Pójdź, chciałabym, żeby ten twój rańtuch[42] tak był czuły jak twoje palce, ażebyś go z litości kłuć przestała. Pójdź, pójdź z nami.

WIRGILIA

48

Nie, kochana pani, wybacz mi; doprawdy nie pójdę.

WALERIA

49

Daj się namówić, a ja ci za to udzielę wybornych nowin o twym mężu.

WIRGILIA

50

Jeszcze ich być nie może, pani.

WALERIA

51

Jako żywo, nie żartuję; tej nocy nadeszły wieści od niego.

WIRGILIA

52

O pani! Czy podobna?

WALERIA

53

Tak jest, rzeczywiście; słyszałam to od jednego z senatorów. Rzecz się ma tak: Wolskowie wysłali wojsko, przeciw któremu pociągnął Kominiusz z częścią naszych sił. Twój mąż i Tytus Larcjusz rozłożyli się pod Koriolami; nie wątpią bynajmniej o pomyślnym skutku wyprawy i spodziewają się położyć wkrótce koniec tej wojnie. Wszystko to, na honor, szczerą jest prawdą; a teraz, proszę cię, pójdź z nami.

WIRGILIA

54

Miej mnie za wytłumaczoną, łaskawa pani; będę ci we wszystkim posłuszna prócz w tym jednym.

WOLUMNIA

55

Daj jej pokój, w takim usposobieniu, jak jest teraz, popsułaby nam dobry humor.

WALERIA

56

W istocie, i ja tak sądzę. Bądź więc zdrowa. Pójdźmy, szanowna przyjaciółko. Proszę cię, jeszcze raz, Wirgilio, wypraw za drzwi posępność i pójdź z nami.

WIRGILIA

57

Nie, kochana pani; rzetelnie powiadam, że nie mogę. Życzę wam dobrej zabawy.

WALERIA

58

Kiedy tak, bądźże zdrowa.

Wychodzą.

SCENA CZWARTA

Pod Koriolami.
Przy odgłosie trąb wchodzą z chorągwiami Marcjusz, Larcjusz, dowódcy i żołnierze, ku nim nadbiega Goniec.

LARCJUSZ

Nadchodzą wieści stamtąd. O co idzie,
Że się już starli?

MARCJUSZ

Konia mego stawiam
Przeciw twojemu, że jeszcze nie.

LARCJUSZ

Zgoda.
Czy wódz nasz starł się już z nieprzyjacielem?

GONIEC

Stoją naprzeciw siebie, ale jeszcze
Nie przemówili do siebie i słowa.

LARCJUSZ

Koń twój należy do mnie.

MARCJUSZ

Przyjmij odkup.

LARCJUSZ

Ani go sprzedam, ani go daruję,
Pożyczyć ci go wszakże gotów jestem
Na jakie pół sta[43] lat. Wezwijmy miasto
Do poddania się.

MARCJUSZ

Dalekoż stąd stoją
Obydwa wojska?

GONIEC

O półtorej mili.

LARCJUSZ

Będziemy ich więc, a oni nas słyszeć.
A teraz, Marsie[44], dodaj nam szybkości,
Abyśmy mogli nie otarłszy mieczów,
Ruszyć na pomoc naszym braciom w polu.
Nuże, surmacze[45], dajcie znak.
Dają znak do rozmówienia się. Na murach ukazuje się kilku senatorów i mieszczan.
Tullus Aufidiusz jestli[46] w murach waszych?
Odpowiadajcie.

PIERWSZY SENATOR

Nie ma go i nie ma
Nikogo, co by się lękał was bardziej
Niż on, który się wcale was nie lęka.
Słyszycie odgłos naszych trąb?
Odgłos trąb w oddali.
Wzywają
One do walki dzielną naszą młodzież.
Zburzym te mury prędzej, niżby one
Miały nas zamknąć jak bydło. Te bramy
Zdają się wprawdzie zatarasowane,
Ale podparte są tylko trzcinami;
Otworzą się wnet same. Czy słyszycie?
Powtórny odgłos trąb i wrzawa w oddaleniu.
Tam jest Aufidiusz, słyszycie, jak hula
Wśród waszych hufców rozbitych?

WalkaMARCJUSZ

Już walczą!

LARCJUSZ

59

Niech ten zgiełk będzie nam hasłem. Hej, drabin!

Bramy Korioli otwierają się nagle i Wolskowie wchodzą na scenę.

MARCJUSZ

Nie boją się nas i wychodzą. Dalej!
Zasłońcie serca tarczami i walczcie
Przy serc pomocy, pewniejszej niż tarcze.
Naprzód, waleczny Tytusie! Te łotry
Wyraźną sobie igraszkę z nas stroją.
Czuję po całym ciele pot wściekłości.
Dalej, żołnierze! Naprzód! Kto się cofnie,
Będzie w mych oczach Wolskiem i poczuje
Smak mego miecza.
Hasło do bitwy. Rzymianie i Wolskowie wychodzą, walcząc. Rzymianie zostają odparci do swych przekopów. Marcjusz powraca.

MARCJUSZ

Walka, TchórzostwoNiech was tkną wszystkie zarazy południa!
Wy kały Rzymu, psy! Niech was okryją
Wrzody i trądy, byście wstręt budzili
Przed ukazaniem się, byście się wzajem
O milę z ciągiem wiatru zarażali!
O, gęsie dusze w powłoce człowieczej!
Jakżeście mogli uciec przed hałastrą,
Którą by małpy w puch rozbiły? Bodaj
Was Ereb[47] schłonął! Wszystkie rany z tyłu.
Plecy czerwone, a oblicza blade
Z trwogi i znoju. Wróćcie do ataku
Albo, do wszystkich piorunów, porzucę
Nieprzyjaciela, a rzucę się na was;
Podnieście głowy! Poprawcie się! Jeśli
Śmiało natrzecie, zagnamy ich nazad
Między ich baby, tak jak oni teraz
Do tych przekopów nas odparli.
WalkaPowtórne hasło do bitwy. Wolskowie i Rzymianie stają znowu naprzeciw siebie i walka znowu się wszczyna. Wolskowie cofają się do miasta. Marcjusz ściga ich aż do bram.
Bramy otwarte: wesprzyjcie mnie teraz!
Szczęście otwiera je idącym naprzód,
Nie tym, co podle tył podają. Za mną!
Wbiega w bramę, która w tejże chwili zostaje za nim zatrzaśnięta.

PIERWSZY ŻOŁNIERZ

Szalona śmiałość! Niegłupim pójść za nim.

DRUGI ŻOŁNIERZ

Ani ja.

TRZECI ŻOŁNIERZ

Patrzcie, zatrzasnęli bramę!
Szczęk broni nie ustaje.

WSZYSCY

Będzie mu ciepło! Przepadł, ani wątpić.
Wchodzi Tytus Larcjusz.

LARCJUSZ

Co się z Marcjuszem stało?

WSZYSCY

Zginął pewnie.

ŻołnierzPIERWSZY ŻOŁNIERZ

Zdążając krok w krok za pierzchającymi,
Wszedł z nimi razem do miasta, wtem nagle
Zamknięto bramy. Został się sam przeciw
Całej załodze.

LARCJUSZ

O szlachetny mężu!
W tobie jest lepszy hart niż w mieczu twoim,
Choć on ze stali; kiedy on się zgina,
Ty się wyprężasz. Opuszczono ciebie!
Rubin tak wielki jak ty obok ciebie
Straciłby wartość. Tyś był wojownikiem
Szkoły Katona[48], nie tylko prawicą
Dzielnym i strasznym, lecz i siłą wzroku,
I brzmieniem głosu do gromu podobnym.
Takeś przerażać umiał nieprzyjaciół,
Że się zdawało, jakby świat miał febrę
I trząsł się w swoich posadach.
Marcjusz wraca skrwawiony i ścigany przez nieprzyjaciół.

PIERWSZY ŻOŁNIERZ

Patrz, wodzu!

LARCJUSZ

To Marcjusz, idźmy mu pomóc lub zginąć!
Walczą i wszyscy wchodzą do miasta.

SCENA PIĄTA

Wewnątrz miasta. Ulica.
Kilku Rzymian wchodzi z łupami.

PIERWSZY RZYMIANIN

60

Zaniosę to do Rzymu.

DRUGI RZYMIANIN

61

A ja to.

TRZECI RZYMIANIN

62

Zjedzże kaduka![49] Wziąłem to za złoto.

Wrzawa wojenna ciągle się daje słyszeć w oddali.
Marcjusz i Tytus Larcjusz wchodzą z trębaczami.

MARCJUSZ

Patrz no, ci trutnie ważą czas na równi
Z złamaną drachmą[50]. Ołowiane łyżki,
Bety, żelazo niewarte obola[51],
Stare łachmany, które by kat pogrzebł
Razem z wisielcem: wszystko to zagarnia
Ta szuja jeszcze przed skończeniem bitwy.
Rzućcie mi zaraz precz tę drań[52]. — Słyszycie
Tę wrzawę, ten szczęk broni w tamtej stronie?
Tam wasz wódz, dalej do niego! Tam brodzi
W strugach krwi waszych współziomków Aufidiusz,
Cel nienawiści mojej. Cny Tytusie,
Weź pewną liczbę ludzi, ile trzeba
Do obsadzenia miasta; ja tymczasem
Z takimi, którzy mają szczyptę ducha,
Pospieszę w pomoc Kominiuszowi.

LŻołnierzARCJUSZ

Zacny człowieku, tyś ranny; po takiej
Gwałtownej pracy niepodobna[53] tobie
Przedsiębrać nowej wyprawy.

MARCJUSZ

Bez pochwał,
Tytusie, jeszczem się wcale nie rozgrzał.
Bądź zdrów, ubytek tych kilku krwi kropel
Na zdrowie będzie mi, a nie na szkodę.
Tak się ukazać chcę Aufidiuszowi
I walczyć.

LARCJUSZ

Oby nadobna bogini
Fortuna[54] chciała zakochać się w tobie,
I swymi czary odbijała miecze
Twych przeciwników! Dzielny wojowniku,
Niech szczęście będzie ci giermkiem!

MARCJUSZ

A tobie
Tak wiernym druhem, jak tym, których wznosi
Najwyżej. Bywaj zdrów.

LARCJUSZ

O wzorze mężów!
Wychodzi Marcjusz
Idź zadąć w trąbę na rynku, każ na nim
Zebrać się pierwszym urzędnikom miasta!
Tam im zamiary oznajmimy nasze.
Wychodzą.

SCENA SZÓSTA

W pobliskości obozu Kominiusza.
Kominiusz z wojskiem w odwrocie wchodzi na scenę.

KOMINIUSZ

Nabierzcie nieco tchu, jestem z was kontent[55].
Sprawiliście się, moi przyjaciele,
Tak, jak przystoi Rzymianom, w spotkaniu
Nielekkomyślnie, w odwrocie niepodle[56].
Będziemy jeszcze musieli wytrzymać
Nowe natarcie wrogów. W ciągu walki
Dochodziły nas od czasu do czasu
Wiatrem niesione wojenne odgłosy
Naszych współbraci. Oby ich orężom
Bogowie rzymscy tak błogosławili,
Jak tego tobie życzym; aby nasze
Obydwa wojska radośnie złączone
Dziękczynną mogły im ofiarę złożyć!
Goniec nadbiega.
Cóż tam nowego?

GONIEC

Mieszkańcy koriolscy,
Zrobiwszy z miasta wycieczkę, wydali
Wojskom Larcjusza i Marcjusza bitwę.
Widziałem naszych odpartych do szańców,
I z tym przychodzę.

KOMINIUSZ

Choćbyś mówił prawdę,
Nie zdaje mi się, abyś dobrze mówił.
Jakże to dawno się stało?

GONIEC

Nie dawniej
Jak przed dwiema godzinami, wodzu.

KOMINIUSZ

Nie masz stąd mili[57] do Koriol, dopiero
Cośmy słyszeli odgłosy ich kotłów.
Jakżeś mógł tyle czasu spotrzebować
Na przejście jednej mili i tak późno
Przybyć z tą wieścią?

GONIEC

Przednie straże Wolsków
W pogoń puściły się za mną, musiałem
Nadłożyć drogi trzy czy cztery mile;
Inaczej byłbym tu od pół godziny.
Wchodzi Marcjusz.

ŻołnierzKOMINIUSZ

Któż to jest, co się tu zbliża, jak gdyby
Ze skóry go obdarto? O, bogowie!
To twarz, to postać Marcjusza, widziałem
Go już tak kiedyś.

MARCJUSZ

Przychodzę za późno?

KOMINIUSZ

Pasterz nie mógłby dokładniej odróżnić
Odgłosu grzmotu od brzęku grzechotki,
Jak ja odróżniam dźwięk głosu Marcjusza
Od głosu lichszych ludzi.

MARCJUSZ

Więc za późno?

KOMINIUSZ

Tak, jeśliś przyszedł tu nie we krwi innych,
Ale swą własną okryty.

MARCJUSZ

O, pozwól
Mi się uścisnąć ramieniem tak zdrowym
Jak wtedy, kiedy chodziłem w zaloty:
Z równie radosnym uczuciem jak wtedy,
Kiedyśmy ślubny dzień nasz obchodzili
I blask jarzących pochodni nam świecił
Do łóż małżeńskich.

KOMINIUSZ

Kwiecie wojowników!
Mów, co się dzieje z Tytusem Larcjuszem?

MARCJUSZ

To, co z kimś urząd sędziego pełniącym:
Dekretującym jednych na wygnanie,
A drugich na śmierć, ułaskawiającym
Jednych, a drugich przejmującym trwogą.
W imieniu Rzymu trzyma on Koriole,
Jakby na sforze[58] ogara, którego
Puści, gdy zechce.

KOMINIUSZ

Gdzież jest ten niecnota,
Co mówił, że was odparto do szańców?
Niech się tu zaraz stawi.

MARCJUSZ

Daj mu pokój,
On prawdę mówił, bo te bohatery,
Co były ze mną (podła zbieranina!
Niech im kat świeci! Im dawać trybunów!),
Jak mysz przed kotem zemknęli przed zgrają
Gorszą od siebie.

KOMINIUSZ

Jakimże sposobem
Zwycięstwo przy was zostało?

MARCJUSZ

Zostawmy
Opowiadanie na później.
Gdzież nieprzyjaciel? Jesteście już pola
Bitwy panami? Jeśli nie, dlaczegoż
Stać się onymi zwlekacie?

KOMINIUSZ

Marcjuszu,
Ścieraliśmy się z niepomyślnym skutkiem
I cofnęliśmy się dla pomyślniejszej
Odmiany losu.

MARCJUSZ

Nie wiecie, jak stoją
Ich wojska i gdzie znajdują się ludzie,
W których swą ufność położyli?

KOMINIUSZ

Jeślim
Dobrze uważał, przednią straż trzymają
Ancjaci, czoło ich wojska, a wodzem
Ich jest Aufidiusz, jądro ich nadziei.

Żołnierz, OdwagaMARCJUSZ

Wodzu, zaklinam cię na wszystkie bitwy,
Któreśmy razem odbyli, na wszystką
Krew, którą obok siebie przeleliśmy;
Na ową przyjaźń, którąśmy przyrzekli
Sobie nawzajem — pozwól mi pójść przeciw
Aufidiuszowi i jego Ancjatom,
I to niezwłocznie. Napełniwszy przestwór
Podniesionymi mieczmi i włóczniami,
Doświadczmy szczęścia tej chwili.

KOMINIUSZ

Chociażbym
Wolał, ażebyś przede wszystkim innym
Pokrzepiającą wziął kąpiel i balsam
Pozwolił sobie przyłożyć na rany,
Nie śmiem się jednak opierać
Żądaniu twemu. Wybierz sobie ludzi,
Którzy najlepiej wesprzeć cię zdołają
W tym przedsięwzięciu.

MARCJUSZ

Są nimi ci, którzy
Najwięcej czują pochopu[59] do tego.
Jeżeli tu jest kto taki (a grzechem
Byłoby wątpić), co lubi ten pokost,
Którym widzicie mnie pomalowanym;
Jeżeli tu jest kto taki, co mniej się
Uszczerbku ciała niż złej sławy lęka,
Co myśli, że śmierć szlachetna ma stokroć
Więcej wartości niż jałowe życie,
I bardziej kocha ojczyznę niż siebie,
Niech taki, wespół z podobnymi sobie,
Poruszy ręką — tak:
podnosi rękę i wstrząsa nią
Na okazanie
Swej gotowości, i uda się za mną.
Wszyscy wydają okrzyk i potrząsają mieczami, podnoszą go na ramionach i rzucają czapki w górę.
Mnie tylko? Tylko mnie? Cóż to, czy chcecie
Miecz ze mnie zrobić? Bez tych zwierzchnich oznak!
Któryż z was w gruncie niewart czterech Wolsków?
Któryż w spotkaniu z Aufidiuszem tak się
Nie złoży tarczą, jak on się nią składa?
Przecież choć wszystkim wam dziękuję, muszę
Pewną część tylko spomiędzy was wybrać,
Reszta dopełni swego obowiązku
W innym spotkaniu, gdy się pora zdarzy.
Marsz, więc! Niech czterech setników oddzieli
Z komendy swojej tych, co się okażą
Najbardziej skłonni do boju.

KOMINIUSZ

Ruszajcie,
Moi waleczni, stwierdźcie[60] te oznaki
Męstwa czynami, a będziecie z nami
Dzielili wszelkie korzyści zwycięstwa.
Wychodzą.

SCENA SIÓDMA

Bramy Korioli.
Tytus Larcjusz, zostawiwszy załogę w Koriolach, idąc przy odgłosie trąb i kotłów na pomoc Kominiuszowi i Marcjuszowi, wchodzi na scenę z Namiestnikiem swoim, oddziałem żołnierzy i przewodnikiem.

LARCJUSZ

Niech bramy będą strzeżone, pełnijcie
Waszą powinność tak, jakem wam wskazał;
Jeżeli przyślę, wyprawcie natychmiast
Tamte centurie[61], reszta ich wystarczy
Do utrzymania się jakiś czas. Jeśli
Przegramy bitwę, będziemy musieli
Opuścić miasto.

NAMIESTNIK

Spuść[62] się na nas, wodzu.

LARCJUSZ

Idźcie i bramy zamknijcie za sobą.
Hej, przewodniku, postępuj przed nami —
I do rzymskiego prowadź nas obozu.
Wychodzą.

SCENA ÓSMA

Pole bitwy pomiędzy obozami Rzymian i Wolsków.
PojedynekWrzawa wojenna. Marcjusz i Aufidiusz wchodzą.

MARCJUSZ

Z tobą chcę tylko walczyć, boś ty dla mnie
Nienawistniejszy niż krzywoprzysięzca.

AUFIDIUSZ

Równieśmy sobie nienawistni. Nie ma
W Afryce węża, którym bym się bardziej
Brzydził niż twoją sławą i zuchwalstwem.
Trzymaj się krzepko!

MARCJUSZ

Kto się pierwszy cofnie,
Niech skona jako niewolnik drugiego
I niech go przeklną bogowie!

AUFIDIUSZ

Jeżeli ja ci tył podam, Marcjuszu,
Wolno ci będzie szczuć mnie jak zająca.

MARCJUSZ

Nie ma trzech godzin, Tullusie, jak w murach
Twojego miasta samopas walczyłem
I wyprawiałem, co chciałem. Nie moja
To krew, którą mnie widzisz tak upstrzonym.
W imieniu zemsty natęż swoje siły.

AUFIDIUSZ

Chociażbyś nawet był Hektorem[63] owym,
Gwiazdą twojego chełpliwego rodu,
Nie wymkniesz mi się stąd.
Walczą. Kilku Wolsków przychodzi w pomoc Aufidiuszowi.
Usłużni, ale niemężni! Przeklęta
Wasza gorliwość wstydem mnie okrywa.
Wychodzą, walcząc. Aufidiusz i Wolskowie ustępują przed Marcjuszem.

SCENA DZIEWIĄTA

Tamże.
Zgiełk bitwy. Sygnały do odwrotu. Muzyka triumfalna. Z jednej strony wchodzi Kominiusz z częścią wojska, z drugiej Marcjusz, z zawieszoną ręką na bindzie[64], na czele swego oddziału.

KOMINIUSZ

Gdybym ci zaczął opowiadać twoje
Dzisiejsze czyny, sam byś im, Marcjuszu,
Nie chciał dać wiary, ale zdam z nich sprawę
Tam, gdzie słuchając ich, senatorowie
Łzy mieszać będą z uśmiechem radości.
Gdzie znakomici patrycjusze, milcząc,
Słuchać mnie będą, wzruszać ramionami,
Wreszcie podziwiać, gdzie kobiety będą
Drżeć z przerażenia i w słodkim wzruszeniu
Z uwagą chwytać każde moje słowo.
Gdzie płytkogłowi trybunowie, wespół
Z cuchnącą zgrają niesfornych plebejan,
Nienawidzący twej wyższości, będą
Zmuszeni mówić: „Dziękujemy bogom,
Że Rzym takiego posiada żołnierza!”.
Aleś ty przyszedł na szczątki biesiady,
Sutą wprzód ucztę spożywszy.
Tytus Larcjusz, wracając z pogoni za nieprzyjacielem, wchodzi z wojskiem swoim.

LARCJUSZ

O wodzu!
Oto jest rumak, my tylko czapraki[65],
Gdybyś był widział!

MARCJUSZ

Przestań! Moja matka,
Posiadająca szczególny przywilej
Do wynoszenia zalet swego rodu,
Chwaląc mnie, przykrość mi sprawia. Zrobiłem
To, co wy, to jest, co mogłem; jednaki
Mieliśmy bodziec, to jest myśl, że przez to
Służym ojczyźnie. Kto wypełnił tylko
To, czego pragnął, ten w zasłudze stoi
Ze mną na równi.

KOMINIUSZ

Nie będziesz ty grobem
Twych cnót. Rzym musi znać wartość swych dzieci.
Występkiem by to było, i zaprawdę
Gorszym niż kradzież, gorszym niż oszczerstwo,
Kryć czyny twoje i przemilczać o tym,
Co podniesione do szczytu uwielbień
Skromnym by jeszcze się zdało. Dlatego
Pozwolisz, abym (w celu okazania,
Czym jesteś, nie zaś w dank[66] za to, coś zdziałał)
Przemówił do cię przed obliczem wojska.

MARCJUSZ

Rany me, chociaż same przez się błahe,
Bolą mnie wszakże, kiedy o nich słyszę.

KOMINIUSZ

Gdyby je raczej milczeniem pokryto,
Wtedy by słusznie mogły się rozgnoić
I zgangrenować; byłaby to bowiem
Niewdzięczność gorsza niż drażniący plaster.
Z wszystkich tych koni (którycheśmy wzięli
Niemałą ilość, i to dobrej rasy),
Z wszystkich tych skarbów, których nam dostarczył
Ich gród i obóz, wolno ci dziesiątą
Część wziąć na własność, oddajem ją tobie
Przed uczynieniem ogólnego działu[67]
I zostawiamy ci wybór.

MARCJUSZ

Dziękujęć[68],
Wodzu; nie mogę jednak w żaden sposób
Na sercu moim wymóc przyzwolenia,
Iżbym zapłatę przyjął za usługi
Miecza mojego. Uchylam się przeto
Od tej korzyści i pragnę pozostać
Na równej stopie z tymi, którzy byli
Świadkami moich usiłowań.
Przeciągły odgłos trąb. Wszyscy wykrzykują: „Marcjusz! Marcjusz!”, rzucają w górę czapki i włócznie.
Kominiusz i Larcjusz stoją z odkrytymi głowami.
Oby
DumaTe instrumenta[69], które znieważacie,
Nigdy już więcej nie zabrzmiały! Kiedy
Trąby i kotły na polu Bellony[70]
Mogą się zniżać do dworaczych pochlebstw,
Dwory i miasta powinny by całe
W fałsz się przyodziać. Kiedy się stal może
Stawać tak miękką jak jedwab gnuśnika,
Niechże z niej szyją kołdry wojownikom!
Przestańcie. Toż więc za to, żem jak baba
Nie otarł nosa, gdy mi krew szła z niego,
Żem kilku słabych powalił charłaków[71],
Co i niejeden z obecnych tu zrobił,
Chociaż nikt tego nie pamięta, za to
Hiperboliczne[72] odbieram oklaski,
Jak gdybym lubił karmić moją małość
Mdłą karmią[73] pochwał zaprawionych kłamstwem.

KOMINIUSZ

Za skromny jesteś, Marcjuszu, surowszy
Dla swoich zasług niż uprzejmy dla nas,
Którzy cześć prawdzie oddajemy. Wybacz,
Ale ponieważ sam chcesz krzywdzić siebie,
Musim cię pierwej (jak kogoś, co godzi
Na własne zdrowie) ująć w pęta, zanim
Będziem się mogli lepiej porozumieć.
Niech więc wiadomo będzie nam i światu,
Że Kajus Marcjusz zasłużył w tej wojnie
Na bohaterski wieniec; w dowód czego
Daję mu mego dziarskiego rumaka,
Wychowanego w obozach, z wszelkimi
Należącymi do niego przybory[74].
Za to zaś, co pod Koriolami zdziałał,
Niechaj nazwany będzie uroczyście,
Wśród wiwatowych ogólnych okrzyków:
Kajem Marcjuszem Koriolanem.
Noś ten dodatek godnie aż do śmierci!
Odgłos trąb i kotłów.

WSZYSCY

Niech żyje Kajus Marcjusz Koriolanus!

KORIOLAN

Idę twarz obmyć, zobaczycie potem,
Czy mnie ta nazwa rumieni. Przyjmijcie
Dzięki tymczasem. Konia twego, wodzu,
Rad[75] będę dosiąść i przez całe życie
jako pióropusz na szyszaku nosić
Na czele mych nazw ten drogi dodatek,
Który od ciebie otrzymałem.

KOMINIUSZ

A teraz idźmy do namiotów spocząć
Po trudach, wprzódy trzeba nam jednakże
Wysłać do Rzymu listy z doniesieniem
O odniesionym zwycięstwie. Larcjuszu,
Tobie wypada powrócić do Koriol;
Przyślesz nam stamtąd do Rzymu przedniejszych
Obywateli, celem traktowania
Z nimi o własnym ich dobru i naszym.

LARCJUSZ

Wypełnię, wodzu, co każesz.

KORIOLAN

Bogowie
Naigrawać się ze mnie zaczynają.
Ja, com przed chwilą odrzucił ofiarę
Książęcych darów, zniewolony jestem
Udać się z prośbą do mojego wodza.

KOMINIUSZ

Z góry już masz jej skutek. O cóż idzie?

KORIOLAN

Zdarzyło mi się w Koriolach przed laty
Nocować w domu pewnego biedaka,
Który mię[76] przyjął gościnnie. Ten człowiek,
Zostawszy dzisiaj pojmany przez naszych,
Zawołał na mnie, ale wzrok mój wtedy
Widział przed tobą tylko Aufidiusza,
I gniew zagłuszył litość w moim sercu.
Proszę cię teraz, wodzu, puść na wolność
Tego biedaka!

KOMINIUSZ

O, ta prośba godna
Jest ciebie! Choćby ten człowiek był mego
Brata zabójcą, zostałby natychmiast
Tak jak wiatr wolnym. Uwolń go Tytusie.

LARCJUSZ

Jakież jest jego miano?

KORIOLAN

Na Jowisza,
Nie mogę sobie przypomnieć — znużony
Jestem, nie jestem w stanie zebrać myśli.
Nie ma tu wina?

KOMINIUSZ

Idźmy do namiotu,
Krew ustąpiła z twych lic, czas w to wejrzeć,
Nie ociągajmy się dłużej.
Wychodzą.

SCENA DZIESIĄTA

Obóz Wolsków.
Odgłos trąb i rogów. Tullus Aufidiusz skrwawiony wchodzi z dwoma czy trzema żołnierzami.

AUFIDIUSZ

Wzięto więc miasto!

PIERWSZY ŻOŁNIERZ

Nie inaczej, wodzu;
Ale podobno ma być powrócone
Pod łagodnymi dla nas warunkami.

AUFIDIUSZ

Pod warunkami? O, trzeba mi było
Być Rzymianinem, kiedy będąc Wolskiem,
Nie mogę być tym, czym jestem. Warunki!
Jakież u kata łagodne warunki
Mogą się mieścić w układach dla strony,
Co się na łaskę zdała lub niełaskę?
ZemstaPięć razy z tobą walczyłem, Marcjuszu,
I tyleż razy pobity zostałem.
Spotkałoby mnie, rozumiem, toż samo
Za każdym razem, chociażbyśmy z sobą
Ścierali miecze tak często, jak jemy.
Na wszystkie nieba i piekła! Jeżeli
Kiedy bądź jeszcze przyjdzie mi się znowu
Broda o brodę zetknąć z tym człowiekiem,
Albo ja padnę, albo on. Szlachetne
Współzawodnictwo już mnie dziś nie łechce.
Dotąd myślałem go zgnieść w równej walce,
Miecz z jego mieczem skrzyżowawszy: teraz
Nie dbam o środki, byle się go pozbyć,
Siła lub podstęp, jedno z tego dwojga
Musi go dosiąc.

PIERWSZY ŻOŁNIERZ

To prawdziwy szatan.

AUFIDIUSZ

Śmielszy od niego, ale mniej przebiegły…
Moja waleczność nasiąkła trucizną
Przez to jedynie, że cierpiała plamę,
Którą ją okrył, gotowa dla niego
Zaprzeć się siebie. NienawiśćNic nie zdoła wstrzymać
Mej ręki, ani sen, ani modlitwa,
Ani choroba, ani nagość, ani
Próg Kapitolu, ani wnętrze świątyń,
Ani kapłanów pobożne obrzędy,
Ani czas ofiar: nic z tego wszystkiego,
Co wszelkiej stawia wściekłości zaporę,
Nie zdoła żadnym starym przywilejem
I zardzewiałym puklerzem[77] zwyczaju
Zasłonić piersi Marcjusza przed gromem
Mej nienawiści. Gdziekolwiek go znajdę,
Choćby to było w domu i pod strażą
Brata mojego własnego, utopię
Chciwą krwi dłoń w własnych jego wnętrznościach.
Idźcie do miasta, wywiedzcie się, co tam
Zaszło nowego i jacy do Rzymu
Posłani będą zakładnicy.

PIERWSZY ŻOŁNIERZ

Mamy
Sami iść, wodzu? nie pójdzieszże z nami?

AUFIDIUSZ

Czekają na mnie w gaju cyprysowym
(Ku południowi za młynami miasta).
Tam mi donieście, jak się świat obraca,
Abym do tego zastosować umiał
Dalszą mą drogę.

PIERWSZY ŻOŁNIERZ

Uczynim tak, wodzu.
Wychodzą.

AKT DRUGI

SCENA PIERWSZA

Rzym. Plac publiczny.
Metieniusz, Sycyniusz i Brutus.

MENENIUSZ

63

Augurowie[78] powiedzieli mi, że tej nocy będziemy mieli wieści.

BRUTUS

64

Dobre czy złe?

MENENIUSZ

65

Niezupełnie odpowiednie życzeniom ludu, bo lud nie lubi Marcjusza.

SYCYNIUSZ

66

Natura uczy zwierzęta poznawać nieprzyjaciół.

MENENIUSZ

67

Powiedzcie mi, proszę, kogo wilk lubi?

SYCYNIUSZ

68

Jagnięta.

MENENIUSZ

69

Ba, dlatego że rad by je pożreć, tak jak głodni plebejusze radzi by pożreć szlachetnego Marcjusza.

BRUTUS

70

To jagnię nie lada, mruczy jak niedźwiedź.

MENENIUSZ

71

To niedźwiedź nie lada, co żyje jak jagnię. Jesteście już starzy obydwa, odpowiedzcie mi, proszę, na jedno zapytanie.

OBAJ TRYBUNOWIE

72

Chętnie to uczynim.

Pycha, WładzaMENENIUSZ

73

Jakimiż to wadami upośledzony jest Marcjusz, których byście wy nie mieli pod dostatkiem?

BRUTUS

74

Nie upośledzony on jest żadną, owszem, sowicie każdą uposażony.

SYCYNIUSZ

75

Mianowicie dumą.

BRUTUS

76

Którą depcze drugich bez względu.

MENENIUSZ

77

To rzecz dziwna, wiecie wy, co o was mówią na mieście, to jest w naszych wyższego rzędu towarzystwach? Czy wiecie?

OBAJ TRYBUNOWIE

78

Cóż takiego o nas mówią?

MENENIUSZ

79

Ponieważ dopiero co wspomnieliście o dumie, nie będziecie urażeni?

OBAJ TRYBUNOWIE

80

Bynajmniej, panie, bynajmniej.

MENENIUSZ

81

Niewiele zresztą na tym zależy, bo maleńka doza pierwszej lepszej okoliczności zdolna wam będzie odjąć i bez tego wielką porcję wyrozumienia. Popuśćcie więc cugle cholerze[79] i gniewajcie się, jak chcecie. Zarzucacie więc Marcjuszowi, że jest dumny?

BRUTUS

82

Nie sami jedni to czynimy.

MENENIUSZ

83

Wiem ja, że sami jedni mało co możecie uczynić, macie licznych popleczników; inaczej czynności wasze wydałyby się dziwnie odosobnione. Zdolności wasze tak są drobne, iż niepodobna im wiele zrobić samym przez się. Mówicie o dumie? O, gdybyście mogli zwrócić oczy wasze na włos rosnący wam na karku i zrobić jaki taki przegląd wewnętrznej strony jestestw waszych! Gdybyście mogli!

BRUTUS

84

Cóż byśmy zobaczyli?

MENENIUSZ

85

Co? Oto parę lichych, nadętych, gwałtownych, drażliwych urzędników (alias[80] półgłówków), jedynych w swoim rodzaju na cały Rzym.

SYCYNIUSZ

86

Meneniuszu, waszmość także dokładnie jesteś znany!

MENENIUSZ

87

Znany jestem jako patrycjusz, mający swoje dziwactwa i lubiący czarę dobrego wina, w którego skład Tyber[81] nie wchodzi; o którym mówią, że jest cokolwiek za słaby, bo pierwszego lepszego skargi popiera, porywczy i do hubki[82] podobny z błahego powodu, że woli pośladek nocy niż czoło poranku. Co myślę, to i mówię; złość mą przelewam w słowa, kiedy spotkam dwóch takich jak wy dobroczyńców ludzkości (Likurgami[83] nazwać was nie mogę), a napój podany mi przez nich nie głaszcze mi podniebienia, to się krzywię. Nie mogę powiedzieć, że wasze miłoście dobrze rzecz rozważyli, kiedy widzę, że do większej części ich sylab wchodzi as-i-nus[84] a chociaż nie spieram się z tymi, co utrzymują, żeście poważni i szanowni, mniemam jednak, że kapitalnie kłamią ci, co mówią, że wam dobrze z oczu patrzy. Jeżeli to wszystko dostrzegacie na mapie mojego mikrokosmu[85], idzie za tym, że jestem znany dokładnie? I cóż by wasze ślepe przenikliwoście mogły sprostować, jeżeli dokładnie jestem znany?

BRUTUS

88

No, no, już my waćpana dobrze znamy.

MENENIUSZ

89

Nie znacie ani mnie, ani siebie, ani niczego zgoła! Dumni jesteście z tego, że czereda gnojków czapice zdejmuje przed wami i nogami wam uniżenie wierzga; marnujecie drogie przedpołudnie, słuchając sprawy między przekupką i tandeciarzem, a potem odraczacie mizerny spór o trzy grosze na drugi dzień audiencji. Jeżeli was przy słuchaniu stron kolka zażgnie, wykrzywiacie się jak maszkary, podnosicie czerwoną flagę ku zniecierpliwieniu najspokojniejszych, i krzycząc o urynał[86], zostawiacie spór zawikłany bardziej, niż był przed wprowadzeniem. Jedyna zgoda, do której przyprowadzacie strony, na tym zależy[87], że i tych, i owych zwiecie szelmami. Jesteście czworonożną szajką dziwnego nabożeństwa.

BRUTUS

90

No, no, no, wiadomo każdemu, że waszmość jesteś lepszym śmieszkiem u stołu niż potrzebnym sprzętem w Kapitolu.

MENENIUSZ

91

Kapłani nawet muszą się stać trefnisiami[88] w towarzystwie tak śmiesznych jak wy kreatur. Kiedy się wam zdarzy jako tako mówić w jakiej materii, to jeszcze i wtedy wasza mowa niewarta poruszenia bród waszych, a wasze brody nie zasługują na nic szlachetniejszego po śmierci, jak żeby nimi wypchać poduszki gałganiarza lub utkać z nich derę[89] dla osła. Mimo tego utrzymujecie, że Marcjusz jest dumny, on, którego wartość, lekko oceniona, przewyższa wartość wszystkich poprzedników waszych w rumel[90] wziętych od czasów Deukaliona[91], chociaż może najlepsi z nich z ojca na syna pełnili urząd oprawców. Dobranoc, moi przezacni pasterze plebejskiej trzody, dłuższa rozmowa z wami mogłaby mi mózg zarazić; pozwalam sobie pożegnać was.

Brutus i Sycyniusz oddalają się w głąb sceny. Wolumnia, Wirgilia, Waleria i kilka innych niewiast wchodzą.
92

Witajcie piękne, szlachetne niewiasty. Gdyby Luna[92] była ziemianką, śmiało by mogła obok was stanąć. Gdzież to tak niecierpliwie wzrok posyłacie?

WOLUMNIA

93

Zacny Meneniuszu, mój Marcjusz jest spodziewany. Na miłość Junony[93], idźmy naprzeciwko niego.

MENENIUSZ

94

Co słyszę! Marcjusz powraca?

WOLUMNIA

95

Tak jest, Meneniuszu, powraca szczęśliwie i zaszczytnie.

MENENIUSZ

96

Do góry, czapko moja! Jowiszu, przyjm pokłon i dzięki! Marcjusz, Marcjusz powraca?

DWIE NIEWIASTY

97

Nie inaczej, wkrótce tu będzie.

WOLUMNIA

98

Patrz, oto list od niego; senat odebrał drugi, jego żona trzeci, a czwarty pewnie w domu na was czeka!

MENENIUSZ

99

Biada memu domowi! Roztrząsnę go za powrotem. List do mnie od niego?

WIRGILIA

100

Najniezawodniej znajdziecie list w domu, widziałam go.

MENENIUSZ

101

List od niego? Wieść ta wprawia mnie w stan zdrowia, którego na siedem lat wystarczy. Dziś jeszcze dam szczutka[94] w nos lekarzowi. Najdoskonalszy przepis Galena[95] szarlatańskim jest środkiem, nie lepszym od końskiej mikstury w porównaniu z taką receptą. Nie jestże on ranny? Bo on bez ran nie zwykł powracać.

WIRGILIA

102

O, nie, nie, nie!

WOLUMNIA

103

I owszem, jest ranny; bogom za to dzięki składam.

MENENIUSZ

104

Czynię i ja to samo, jeżeli tylko jego rany nie są cięższego kalibru, będą mu one do twarzy. Przynosi w garści zwycięstwo?

WOLUMNIA

105

Na czole, Meneniuszu; po raz trzeci to już wraca w wieńcu dębowym.

MENENIUSZ

106

Musiał dać dobrą pamiątkę Aufidiuszowi?

WOLUMNIA

107

Tytus Larcjusz pisze, że walczyli z sobą, ale Aufidiusz uszedł.

MENENIUSZ

108

I dobrze zrobił, mogę mu ręczyć; bo gdyby mu był[96] dotrzymał placu, za wszystkie skrzynie Koriolów i wszystko złoto, co w nich jest, nie chciałbym wyglądać tak, jak by on wyglądał. Czy wie o tym senat?

WOLUMNIA

109

Idźmy, moje kobiety. Nie inaczej, nie inaczej, senat odebrał listy od wodza, w których tenże przyznaje mojemu synowi cały zaszczyt tej wojny, przewyższyć on miał w dwójnasób tym razem poprzednie swoje czyny.

WALERIA

110

W istocie, dziwne o nim rzeczy opowiadają.

MENENIUSZ

111

Dziwne? Gwarantuję, że nie przesadzono o włos rzeczywistości.

WIRGILIA

112

Dałyby bogi, żeby tak było!

WOLUMNIA

113

Dałabyś pokój swoim żeby…

MENENIUSZ

114

A ja dałbym gardło, że tak jest. Gdzież on raniony?

do trybunów, którzy przystąpili
115

Polecam was bogom! Marcjusz powraca, przybyło mu powodów być dumnym. Gdzież on raniony?

WOLUMNIA

116

W łopatkę i w lewe ramię; pod dostatkiem będzie miał blizn do pokazania ludowi, kiedy się będzie starał o przynależny mu stopień. Przy wypędzeniu Tarkwiniusza[97] otrzymał był siedem cięć.

MENENIUSZ

117

Z tych, jedno w kark, a dwa w udo, o ile pamiętam, wiemy już więc o dziewięciu.

WOLUMNIA

118

Udając się na ostatnią wyprawę, miał na sobie dwadzieścia pięć szram.

MENENIUSZ

119

Będzie ich więc miał dwadzieścia i siedem, każda z nich stała się grobem nieprzyjaciela.

Odgłos trąb i okrzyków.
120

Słyszycie te głosy?

WOLUMNIA

Są to Marcjusza heroldowie, przed nim
Idą okrzyki, za nim łzy zostają.
Duch śmierci siedzi na jego prawicy,
Którą gdy wstrząśnie, giną przeciwnicy.
Marsz. Odgłos trąb. Kominiusz i Tytus Larcjusz wchodzą, pomiędzy nimi Koriolan z dębowym wieńcem na czole, za nimi rotmistrze i żołnierze, na przodzie Herold.

SławaHEROLD

Wiadomo czynim Rzymowi, że Marcjusz
Sam jeden walczył w murach miasta Koriol,
Gdzie obok sławy zyskał nowe miano
W dodatku do dwóch dawnych. Od tej pory
Ma się zwać: Kajus Marcjusz Koriolanus.
Witaj, wsławiony męstwem Koriolanie!
Odgłos trąb.

WSZYSCY

Witaj, wsławiony męstwem Koriolanie!

KORIOLAN

Dość tego, okrzyk ten razi mi serce.
Dość tego, błagam.

Żołnierz, Matka, ŻonaKOMINIUSZ

Oto wasza matka.

KORIOLAN

O! matko!
klęka
Wiem, że za moją pomyślność
Do wszystkich bogów zanosiłaś modły.

WOLUMNIA

Powstań, waleczny bohaterze, powstań,
Luby Marcjuszu, szlachetny Kajusie,
W nagrodę chlubnych dzieł świeżo nazwany —
Jakież to miano? Ha, mam cię podobno
Zwać Koriolanem? Drogi Koriolanie!
Lecz oto twoja żona.

KORIOLAN

O, ty moje
Wdzięczne milczenie, pozdrawiam cię! Czyżbyś
Się śmiała, gdybym był w trumnie powrócił,
Kiedy przy moim triumfie łzy ronisz?
O, luba, takie oblicza dziś mają
Wdowy w Koriolach i matki żałosne
Po stracie synów.

MENENIUSZ

Niechże cię bogowie
Ukoronują!

KORIOLAN

Żyjesz jeszcze, stary?
do Walerii
Wybacz mi, zacna pani; w rzeczy samej,
Nie wiem, gdzie pierwej mam się zwrócić. Witaj,
Rodzinne miasto, witajcie mi wszyscy
Razem, witajcie po szczególe wszyscy!

MENENIUSZ

Po sto tysięcy razy witaj! Mógłbym
Śmiać się i płakać; czuję się na poły
Lekki i ciężki: witaj nam! Niech temu
Przekleństwo toczy serce, kto niekontent
Z twego widoku. W was trzech powinien by
Rzym się rozszaleć; są tu jednak stare,
Dzikie jabłonie, których cierpki owoc
Oblektamentów[98] wam nie da. Z tym wszystkim
Bądźcie nam całym sercem pozdrowieni,
Chwastem nazwijmy chwast, a błędy głupców
Głupotą.

KOMINIUSZ

Dobrze mówisz.

KORIOLAN

Tak jak zawsze.

HEROLD

Dalej, mężowie!

KORIOLAN

do matki i żony
Podajcie mi dłonie!
Nim mnie dach domu naszego ocieni,
Muszę odwiedzić zacnych patrycjuszów,
Od których obok pozdrowień zaszczytny
Dank otrzymałem.

WOLUMNIA

Dożyłam spełnienia
Życzeń mych, nawet marzeń, jednej tylko
Brak jeszcze rzeczy, a i tej zapewne
Rzym względem ciebie ziścić nie zaniedba.

KORIOLAN

Bądź przekonana, matko, że wolałbym
Być po swojemu sługą niż panować
Po służalczemu.

KOMINIUSZ

Idźmy na Kapitol.
Odgłos trąb i rogów. Wszyscy odchodzą tym samym porządkiem, jak weszli. Trybunowie zostają.

BRUTUS

SławaWszystko, co żyje, o nim tylko mówi….
Kto ma wzrok słaby, okulary wkłada,
Aby go ujrzeć. Świegotliwa niańka
Pozwala dziecku zanieść się od krzyku„
A plecie o nim: lada pluch[99], skręciwszy
Najdroższą szmatę koło szyi, idzie
Piąć się na mury i gapić na niego;
Wystawy domów, przyzby[100], okna, ganki
Upstrzone, gną się dachy, na facjatach[101]
Okraczkiem siedzą żyjące facjaty,
Tym tylko jednym do siebie podobne,
Że wszystkie oczy wytrzeszczają. Rzadko
Napotykani flaminowie[102] drą się
Pośrodkiem tłumów i zaledwie dysząc,
Szukają sobie miejsca wśród motłochu,
Nasze zazwyczaj zakwefione[103] damy
Podają śmiało swoje delikatne
Różą i lilią jaśniejące lica
Na łup figlarnych Feba[104] pocałunków:
Taki ścisk wszędzie, taki wir, jak gdyby
Jakiś bóg w tego człowieka wcielony
Dał mu nadludzką potęgę i powab.

SYCYNIUSZ

Zobaczysz, że się ani spostrzeżemy,
Jak go obiorą konsulem.

BRUTUS

A wtedy
Urząd nasz pójdzie spać.

SYCYNIUSZ

On nie potrafi
Z umiarkowaniem piastować do końca
Swoich godności; to, co dziś pozyskał,
Utraci jutro.

BRUTUS

W tym nasza otucha.

SYCYNIUSZ

Nie wątp, że nasi mieszczańscy mandanci[105]
Przy pierwszej lepszej okazji poczują
Dawną ku niemu niechęć i zapomną
O jego nowych zaszczytach, do czego
Że im da powód, znając jego dumę,
Z łatwością można przewidzieć.

BRUTUS

Słyszałem,
Jak się zarzekał, że choćby chciał zostać
Konsulem, nigdy nie pójdzie na rynek,
Nigdy nie włoży na siebie wytartej
Szaty pokory ani też nie będzie
Ran swych po formie[106] odkrywać ludowi,
By tym sposobem skarbić sobie jego
Smrodliwy oddech.

SYCYNIUSZ

Tym lepiej.

BRUTUS

Powiedział,
Oto są jego słowa: że wolałby
Nie być konsulem niż być nim inaczej
Jak za usilną prośbą sobie równych
I wskutek życzeń szlachty.

SYCYNIUSZ

Nie pragnijmy
Niczego więcej: jeno[107] żeby wytrwał
W tym przedsięwzięciu i one wykonał.

BRUTUS

Zdaje się, że tak zrobi.

SYCYNIUSZ

W takim razie
Zgotuje sobie to, czego mu życzym,
To jest niechybną zgubę.

PolitykaBRUTUS

Jedno z dwojga
Musi nastąpić: albo on upadnie,
Albo my wpływ nasz utracim. Dlatego
Trzeba nam zręcznie poszepnąć ludowi,
Jak on go zawsze nie cierpiał; że gdyby
Miał władzę, to by go zaprzągł do jarzma[108];
Obrońcom jego nakazał milczenie;
Ukrócił jego swobody; że on go
W praktycznym życiu, w publicznych stosunkach
Względnie[109] na zdolność i na użyteczność
Za nic lepszego nie ma, jak wielbłąda
Na wojnie, który dostaje posiłek
Za to jedynie, że dźwiga ciężary,
A kije, kiedy pod nimi upada.

SYCYNIUSZ

Skoro się o tym, coś powiedział, wspomni
W stosownym czasie, kiedy jego niczym
Nieposkromiona zuchwałość wybuchnie
W oczy ludowi (wybuchnie zaś ona,
Jak tylko się go podżegnie, a jego
Podżec tak łatwo, jak psem poszczuć owce),
Wtedy ten wybuch ogarnie w lot suche
Paliwo ludu, a dym stąd powstały
Zaćmi na zawsze cały jego urok.
Wchodzi Posłaniec.

BRUTUS

Co nam przynosisz?

POSŁANIEC

Jesteście wezwani
Do Kapitolu. SławaZanosi się na to,
Że Marcjusz będzie konsulem. Widziałem
Głuchych tłoczących się, żeby go widzieć,
A ślepych — żeby go słyszeć. Matrony,
Niewiasty, panny rzucały na niego
W przechodzie chusty, szarfy i zasłony;
Szlachta skłaniała się z uszanowaniem
Jak przed statuą Jowisza; a nasze
Tłumy wydały taki grzmot okrzyków,
Zrobiły taki grad z czapek, jakiegom
Jeszcze nie widział.

BRUTUS

Idźmy na Kapitol!
Nastrójmy oczy i słuchy do tego,
Co jest, a serca postawmy na czatach
Tego, co będzie.

SYCYNIUSZ

Wesprę cię we wszystkim.
Wychodzą.

SCENA DRUGA

Tamże. Kapitol.
Dwaj woźni ustawiają senatorskie krzesła i kładą na nich poduszki.

PIERWSZY WOŹNY

121

Spieszmy się; wkrótce nadejdą. Ilu jest kandydatów do konsulatu?

DRUGI WOŹNY

122

Trzech podobno; ale powszechnie mówią, że Koriolan będzie obrany.

LudPIERWSZY WOŹNY

123

Tęgi[110] to człowiek, ale kaducznie[111] dumny i nie ma serca do ludu.

DRUGI WOŹNY

124

Prawdę mówiąc, bywali wielcy ludzie, którzy pochlebiali ludowi, a lud do nich nie miał serca; są także tacy, do których lud ma serce, nie wiedząc sam dlaczego: idzie za tym, że jeżeli lud ma do kogoś serce, nie wiedząc dlaczego, z równą zasadą nie ma go do kogoś drugiego. Jeżeli więc Koriolan nie dba o to, czy go lud lubi, czy nie lubi, dowodzi tym, że zna doskonale naturę ludu, a szlachetności charakteru tym, że mu to jawnie okazuje.

PIERWSZY WOŹNY

125

Gdyby mu to było wszystko jedno, czy lud go lubi, czy nie lubi, obojętnie by się względem niego zachował; to jest: nie czyniłby mu ani dobrze, ani źle; ale on żarliwiej się stara o nienawiść ludu niż lud o uczynienie mu w tym zadość i niczego nie zaniedbuje, żeby się okazać otwartym jego przeciwnikiem. Moim zdaniem, paradę[112] robić z lekceważenia i drażnienia ludu jest równie nagannym, jak czynić to, na co prawość nie pozwala, to jest pochlebiać dla zyskania jego względów.

DRUGI WOŹNY

126

Znakomicie się zasłużył ojczyźnie i wyniesienie się jego nie szło po tak łatwych stopniach jak u tych, co nadskakując i łasząc się ludowi czapkowaniem tylko, bez żadnego innego tytułu, jednali sobie jego cześć i życzliwość. On swoją godność tak mu postawił przed oczyma, a swoje czyny tak mu wraził w serce, że milczenie ludu i niewyznawanie tego, co czuje, byłoby już rodzajem krzyczącej niewdzięcznością obelgi, a odezwanie się ubliżające — złością, która, sama sobie zadając kłamstwo, oburzyłaby i przejęła zgrozą każdego, co by ją słyszał.

PIERWSZY WOŹNY

Nie ma co mówić; zacny to jest człowiek.
Ustąpmy; oto nadchodzą.
Przy odgłosie muzyki wchodzą poprzedzeni przez liktorów[113] Kominiusz — konsul, Meneniusz, Koriolan, wielu innych senatorów, Sycyniusz i Brutus. Senatorowie zajmują twoje miejsca, trybunowie swoje.

MENENIUSZ

Po tymczasowym załatwieniu kwestii
W sprawie z Wolskami i po wyrzeczeniu
Względem powrotu Tytusa Larcjusza
Głównym zadaniem zebrania naszego
W obecnej dobie[114] jest wynagrodzenie
Znakomitego męża, który świeżo
Tak ważne przyniósł ojczyźnie usługi.
Dlatego chciejcie łaskawie, przezacni
I przedostojni panowie, zawezwać
Teraźniejszego naszego konsula,
A niegdy wodza naszej tak pomyślnie
Przeprowadzonej wyprawy, ażeby
Wam zdał pokrótce relację o czynach
Kaja Marcjusza Koriolana, który
Jest tu pomiędzy wami, a to celem
Podziękowania mu i zawdzięczenia
Miarą zaszczytów odpowiednią mierze
Jego zasługi.

PIERWSZY SENATOR

Mów, cny Kominiuszu;
Nie pomiń, przez wzgląd na długość, niczego,
I spraw, abyśmy uznali, że raczej
Naszemu państwu brakuje nagrody
Niźli nam chęci przysądzenia onej
Jak najsowiciej. Naczelnicy, ludu!
Senat was prosi, abyście nasamprzód
Uprzejmie ucho podać, a następnie
Z przychylnym wnioskiem raczyli zdać sprawę
Z tego, co zajdzie.

SYCYNIUSZ

Jest to arcymiłym
Dla nas wezwaniem i jesteśmy skłonni
Wedle możności uczcić i potwierdzić
Przedmiot naszego zebrania.

BRUTUS

O tyle
Chętniej, o ile dostojny kandydat
Zechce uprzejmiej cenić wartość ludu,
Niż to dotychczas czynił.

MENENIUSZ

Dawne dzieje!
Lepiej byłoby milczeć niż to wznawiać.
Chcecież posłuchać Kominiusza?

BRUTUS

Z całą
Uwagą, panie; rozumiałbym jednak,
Że moja wzmianka stosowniejsza była
Niżeli wasza przygana.

MENENIUSZ

On kocha
Wasz lud, upewniam; nie żądajcie jednak,
Żeby z miłości aż łoże z nim dzielił.
Zabierz głos, zacny Kominiuszu. Cóż to?
O, zostań, zostań!
Koriolan zrywa się z miejsca i chce wyjść.

PIERWSZY SENATOR

Usiądź, Koriolanie,
Nie wstydź się słyszeć o tym, co z honorem
Spełnić umiałeś.

KORIOLAN

Wybaczcie, ojcowie:
Wolę na nowo goić moje rany
Niż słuchać, jakem je poniósł.

BRUTUS

Nie mogę
Przypuścić, panie, że to moje słowa
Tak cię wzruszyły z miejsca.

KORIOLAN

O, bynajmniej!
Masz waćpan słuszność; nieraz mi się jednak
Zdarzyło słowom tył podać, gdziem stale
Dotrzymał placu padającym ciosom.
Nie głaszcząc, zranić mnie waszmość nie mogłeś.
Co się zaś tyczy ludu, o, na honor,
Cenię go, ile wart.

MENENIUSZ

Usiądź, prosimy.

KORIOLAN

Wolałbym sobie spokojnie dać głowę
Iskać na słońcu, gdy alarm uderzą,
Niż siedzieć gnuśnie, słuchając opisu
Mojej nicości.
Wychodzi.

MENENIUSZ

Przewodnicy ludu!
Możeż ten człowiek zalecać się tłumom
(W których na tysiąc głów ledwie jest jedna
Godna uczczenia), gdy sam, jak widzicie,
Wolałby raczej wszystkie swoje członki
Podać na hazard[115] w honorowej sprawie
Niż jedno ucho tym, co by mu chcieli
O tym powiedzieć? Zacznij, Kominiuszu.

KOMINIUSZ

BohaterstwoSłów mi zabraknie: Koriolana czyny
Słabo się bowiem nie dadzą wyrazić.
Powszechnie twierdzą, że waleczność z wszystkich
Cnót jest najpierwszą i że sama przez się
Najznakomiciej uszlachetnia ludzi:
Jeżeli tak jest, nikt w świecie nie może
Zrównać w zacności mężowi, o którym
Mówić mam zaszczyt. Gdy Tarkwiniusz Pyszny
Wojskami pod Rzym podstąpił, on wtedy,
Szesnaście mając lat, przewyższał innych
W zaciętej walce. Ówczesny dyktator[116],
O którym ze czcią przychodzi mi wspomnieć,
Był świadkiem jego popisu i widział,
Jak przed bezbrodym, amazońskim[117] licem
Młodzieńca starzy pierzchali brodacze.
Jakiś Rzymianin obskoczony został
Od nieprzyjaciół, on, niosąc mu pomoc,
Wobec konsula własną ręką zabił
Trzech napastników; z samym Tarkwiniuszem
Ścierał się nawet i takie mu zadał
Cięcie, że stary wojownik aż przykląkł.
Wtedy już, kiedy mógł był jeszcze dziewkę
Udać na scenie, okazał się w boju
Najpierwszym mężem i w nagrodę zyskał
Dębowy wieniec. Tak nieznacznie[118] przeszedł
Z małoletności do męskiego wieku:
Rosnąc jak morze, odtąd w siedemnastu
Bitwach z kolei wszystkim innym mieczom
Odbierał wieńce. Nareszcie w ostatniej,
Tak pod murami, jak i w murach Koriol,
Tu muszę wyznać, że nie będę w stanie
Sprostać mu żadnym opisem — powstrzymał
Uciekających i nieporównanym
Przykładem swoim sprawił, że lękliwym
Niebezpieczeństwo stało się igraszką.
Jak przed okrętem żaglolotnym fala,
Tak przed naciskiem jego dłoni wszystko
Ustępowało i padało. Jego
Miecz, stempel śmierci, gdziekolwiek zabłysnął,
Wszędzie ślad wyrył. Od stóp aż do głowy
Cały wydawał się jakąś żyjącą
Masą krwi, której wszelkim poruszeniom
Towarzyszyły jęki konających.
Sam jeden wkroczył w groźne bramy miasta,
Aby się zgubnym stać jego obrońcom;
Sam bez pomocy wyszedł z nich i nagle,
Nowych nabrawszy sił, spadł jak planeta
Na mury Koriol. Cokolwiek się stało
Jego jest dziełem. Kiedy trud wojenny
Zaczynał czasem nieco wątlić jego
Przytomne władze, wtedy podwojony
Duch jego dawał w mgnieniu oka odsiecz
Fatydze ciała. Szybkim zwrotem przeszedł
Na pole bitwy, jak geniusz[119] zagłady,
Depcąc tych, co mu śmieli opór stawić.
I pókiśmy się nie stali panami
Tak pola bitwy, jak i miasta, póty
Nie ustał w pracy, aby choć na chwilę
Dać folgę[120] piersi wytchnieniem.

MENENIUSZ

To człowiek!

PIERWSZY SENATOR

Wart on ze wszech miar tego dostojeństwa,
Na jakie chcemy go wynieść.

KOMINIUSZ

ŻołnierzOn łupy
Odtrącił nogą, skarbami pogardził
Jak pospolitym śmieciem; on nie pragnie
Niczego więcej nad to, co ostatnia
Nędza dać może: nagrodę swych czynów
Znajduje w samychże czynach i dość mu
Działać dlatego tylko, żeby zdziałać.

MENENIUSZ

Szlachetny człowiek! Każcie go przywołać.

PIERWSZY SENATOR

Idźcie przywołać Koriolana.

WOŹNY

Właśnie nadchodzi.
Koriolan wraca.

MENENIUSZ

Cny Koriolanie, senat postanowił
Nadać ci godność konsula.

KORIOLAN

Do niego
Należą moje usługi i życie.

DumaMENENIUSZ

Zostaje ci już tylko zwykłym trybem
Mieć rzecz[121] do ludu.

KORIOLAN

Pozwólcie mi, proszę,
Tryb ten pominąć: nie mogę przyoblec
Szat kandydata, nie mogę obnażać
Mych ran i w imię ich błagać o głosy.
Raczcie od tego mnie uwolnić.

SYCYNIUSZ

Panie!
Lud nie odstąpi od swych praw i ani
Joty nie ujmie ze zwykłych obrzędów.

MENENIUSZ

Lud pod tym względem nie zwykł czynić ujmy.
Proszę cię, poddaj się prawom zwyczaju
I za przykładem poprzedników dopełń
Form wymaganych.

KORIOLAN

Jest to rola, której
Nikt nie odegra bez zarumienienia
I która słusznie powinna by kiedyś
Być skasowana.

BRUTUS

Zapiszmy to sobie.

KORIOLAN

Chełpić się wobec mas, prawić im: „Patrzcie,
Com to ja zrobił”; odsłaniać im szramy
Już zabliźnione, które bym chciał ukryć,
Tak jakbym na to tylko je odebrał,
Abym skutecznie o ich łaskę żebrał.
Nie!

MENENIUSZ

Nie bądź wzbroniony. Trybunowie ludu,
Wam zalecamy, abyście ludowi
Postanowienie oznajmili nasze:
Zaś szlachetnemu konsulowi życzym
Wszelkich powodzeń i honorów.

SENATOROWIE

Wszelkich powodzeń i honorów cnemu
Koriolanowi!
Odgłos trąb. Senatorowie rozchodzą się.

Polityka, LudBRUTUS

A co, słyszałeś,
Jak się on względem ludu chce postawić?

SYCYNIUSZ

Niechże i lud wie, jak się ma postawić
Naprzeciw niego. Jeśli on wystąpi
Z prośbą do ludu, to będzie miał minę,
Jakby pogardzał tym, o co go prosi,
Dlatego że cel jego prośby zawisł
Od łaski ludu.

BRUTUS

Pójdź, uwiadomimy
Naszych klientów[122] o tym, co tu zaszło.
Czekają na nas na rynku.
Wychodzą.

SCENA TRZECIA

Tamże. Forum.
Wchodzi kilku obywateli.

LudPIERWSZY OBYWATEL

127

Już to, jeżeli nas poprosi o głosy, odmówić mu nie będziemy mogli.

DRUGI OBYWATEL

128

Będziemy mogli i owszem, jeżeli tylko zechcemy.

TRZECI OBYWATEL

129

Mocni jesteśmy to uczynić, ale jest to moc przechodząca naszą możność, bo jak nam pokaże swoje rany, to nam zamknie gęby i zmusi nas do względnej[123] odpowiedzi. Jeżeli nam znowu powie o swoich pięknych czynach, będziemy mu także musieli o naszych uczuciach coś pięknego powiedzieć. Niewdzięczność potworną jest rzeczą, za czym[124] lud niewdzięczny byłby potwornym ludem, a my jako jego członkowie bylibyśmy potwornymi członkami.

PIERWSZY OBYWATEL

130

Na poparcie czego mogłyby posłużyć własne jego wyrazy, boć on nas przecie nazwał pstrogłową hydrą wtedy, kiedyśmy się domagali zboża.

TRZECI OBYWATEL

131

Nazwało nas tak wielu; nie dlatego, że jedni z nas mają brązowe głowy, inni czarne, inni płowe, a inni łyse; ale że u nas w głowach są takie różne barwy. I w rzeczy samej gdyby myśli nasze mogły się wydobyć z jednej czaszki, podobno by jedne poleciały na wschód, drugie na zachód, te na północ, a te na południe, a zdania ich zwróciłyby się z prostej drogi na wszystkie punkta kompasu.

DRUGI OBYWATEL

132

Tak myślicie? Na jakąż drogę, waszym zdaniem, zwróciłoby się moje zdanie?

TRZECI OBYWATEL

133

Twoje zdanie nie tak prędko mogłoby się wyzwolić jak u kogokolwiek innego, bo jest w ciasnym miejscu szczelnie zamknięte, ale gdyby się wydostało na wolność, to by pewnie powędrowało na południe.

DRUGI OBYWATEL

134

Dlaczego na południe?

TRZECI OBYWATEL

135

Dlatego żeby się w parę zamienić. Skoroby się tam trzy jego części ulotniły w masie złych wyziewów, czwarta, przez sumienność, powróciłaby do ciebie, żeby ci do ożenienia się dopomóc.

DRUGI OBYWATEL

136

Ciebie się zawsze żarty trzymają; wolneć[125] one, wolne.

TRZECI OBYWATEL

137

Jesteście gotowi pisać się za nim? Ale mniejsza o to, większość tu rozstrzygnie. Powiadam wam, że gdyby on się tylko chciał zbliżyć do ludu, nie byłoby godniejszego człowieka.

Wchodzą Koriolan i Meneniusz.
138

Otóż i on, i to w szacie pokory. Uważajcie jego postawę. Nie wypada nam tu stać razem, ale zbliżyć się do niego po jednemu, po dwóch albo po trzech. Trzeba, żeby każdemu z nas pojedynczo przełożył swoje żądanie, tym sposobem każdy z nas będzie miał honor dać mu głos własnymi usty[126]. Pójdźcie więc, pokażę wam, jak macie do niego przystąpić.

WSZYSCY

139

Zgoda! Zgoda!

Wychodzą.

MENENIUSZ

Błędnie uważasz tę rzecz, Koriolanie;
Nie wieszli, że się temu poddali
Najznakomitsi ludzie?

KORIOLAN

Cóż im powiem?
„Proszę waszmościów” — tfy! tfy! nie potrafię
Nagiąć języka do takiej przemowy:
„Patrzcie, panowie, oto moje rany,
Odebrałem je, walcząc za ojczyznę,
Wtenczas, gdy pewna liczba braci waszych
Gwałtu krzyczała i zmykała z placu
Przed dźwiękiem własnych trąb naszych”.

MENENIUSZ

Na bogi!
Nie mów im tego, powinieneś raczej
Polecić siebie ich dobrej pamięci.

KORIOLAN

Niech im kat świeci z ich pamięcią! Wolę,
Żeby zupełnie o mnie zapomnieli,
Jak zapomnieli o cnotach, o których
Na próżno prawią im nasi kapłani.

MENENIUSZ

Chcesz wszystko popsuć. Zostawiam cię, przemów
Do nich uprzejmie, zaklinam cię!
Wychodzi. Wchodzi trzech obywateli.

KORIOLAN

Każ im
Umyć się pierwej i wypłukać zęby.
Oto już dwóch się zbliża. — Wiecie waszmość,
W jakim tu celu jestem?

PIERWSZY OBYWATEL

Wiemy, panie.
Lecz chciejcie wyznać, co was tu przywiodło?

KORIOLAN

Moje zasługi.

DRUGI OBYWATEL

A, wasze zasługi.

KORIOLAN

Ma się rozumieć, że nie dobra wola.

PIERWSZY OBYWATEL

Jak to? Nie dobra wola?

KORIOLAN

Nie inaczej,
Bom dobrowolnie nigdy jeszcze dotąd
Nie trudził biednych prośbami.

TRZECI OBYWATEL

Trzeba wam wiedzieć, panie, że jeżeli
Wam w czym wygodzim, to tylko w nadziei,
Że coś zyskamy u was.

KORIOLAN

Bardzo dobrze.
Wiele kosztuje wasz konsulat?

PIERWSZY OBYWATEL

Tyle,
Ile kosztuje żądać go uprzejmie.

KORIOLAN

Uprzejmie żądać? Proszę więc waszmościów,
Pozwólcie mi go dostąpić. Mam rany,
I gotówem[127] je wam zaprezentować
Gdzie na ustroniu. Cóż, panowie, będę
Miał wasze głosy?

DRUGI OBYWATEL

Będziesz je miał, panie.

KORIOLAN

Rzecz więc skończona. Wyprosiłem sobie
Przecie jałmużnę dwóch poważnych głosów:
Dobranoc!

PIERWSZY OBYWATEL

Jakoś to dziwnie wygląda.

DRUGI OBYWATEL

Rad bym się cofnąć, ale mniejsza o to.
Wychodzą. Wchodzą dwaj inni obywatele.

KORIOLAN

140

Moi panowie, jeżeli się to zgadza z melodią głosów waszych, żebym był konsulem, chciejcie zauważyć, że mam na sobie strój formalny.

CZWARTY OBYWATEL

141

Pięknieś się, panie, zasłużył ojczyźnie, ale niepięknie się zasługiwałeś.

KORIOLAN

142

Co znaczy ten enigmat[128]?

CZWARTY OBYWATEL

143

Byłeś, panie, plagą nieprzyjaciół kraju, a biczem jego przyjaciół, okazywałeś się nieprzychylny pospolitemu ludowi.

KORIOLAN

144

PolitykaPowinni byście mi to do cnót policzyć, żem przychylności mojej nie pospolitował[129]. Będę odtąd, mój panie, inaczej sobie postępował z przyrodnim moim bratem, ludem: głaskać go będę, żeby sobie na większy jego szacunek zasłużyć; jest to bowiem warunek, którego on ściśle przestrzega. A ponieważ w mądrości swojej woli posiadać raczej moją czapkę niż serce, nie zaniedbam mu się kiwać i kłaniać i przestanę być oryginałem, to jest kopiować będę urok ludzi popularnych i hojnie obdzielać nim na żądanie. Na tej zasadzie proszę waszmościów o możność zostania konsulem.

PIĄTY OBYWATEL

145

Spodziewamy się, panie, znaleźć w was dobrego przyjaciela, i na tej zasadzie ofiarujemy wam nasze głosy.

CZWARTY OBYWATEL

146

Odebrałeś, panie, niemało ran za ojczyznę.

KORIOLAN

147

Nie będę świadomości waszmość panów obarczał ich pokazywaniem. Wielce sobie ważę ich głosy, dlatego nie chcę ich dłużej zatrzymywać.

OBYWATELE

148

Niech wam bogowie, panie, dadzą wszystko dobre! Z serca wam tego życzymy.

Wychodzą.

KORIOLAN

Miluchne głosy!
Lud, Polityka, DumaLepiej jest umrzeć, głód i męki znosić
Niż o nagrodę zasłużoną prosić.
Mnież to przystoi tu w tej wilczej szacie
Stać ku jałowej gminu aprobacie?
Przed tym i owym uniżać się chłystkiem?
Zwyczaj chce tego. Gdyby nam we wszystkim
Zwyczaj był normą, starożytne śmiecie
Pozostałyby nietknięte na świecie.
I takie góry błędów by powstały,
Że święta prawda już by tej zawały
Przebić nie mogła. Precz, podła głupoto!
Kto dla godności gotów rzucać w błoto
Wewnętrzną godność, niech sobie zabierze
Ten cel upodleń. Lecz jużem w tej mierze
Przebył pół drogi, cofnąć się nie mogę,
Zabrnąwszy, muszę przebrnąć dalszą drogę.
Wchodzą trzej inni obywatele.
Otóż i nowe głosy!
Mości panowie, dajcie mi swe głosy!
Dla pozyskania ich głosów walczyłem,
Nie dosypiałem, odebrałem przeszło
Parę tuzinów ran: dla pozyskania
Ich głosów byłem w kilkunastu bitwach;
Dla pozyskania ich głosów zrobiłem
Siła[130] zachodów mniej więcej zaszczytnych.
Dajcież mi głosy, krótko mówiąc, chciałbym
Zostać konsulem.

SZÓSTY OBYWATEL

149

Szlachetnie postępował, nie może mu więc zbraknąć głosów poczciwych ludzi.

SIÓDMY OBYWATEL

150

Niech więc będzie konsulem! Niech go bogowie błogosławią i utrzymują w przyjaźni z ludem.

WSZYSCY

151

Tak niech się stanie! Bogowie z tobą, szlachetny konsulu!

Wychodzą obywatele.

KORIOLAN

Szanowne głosy!
Wchodzi Meneniusz z Brutusem i Sycyniuszem.

MENENIUSZ

Uczyniłeś już, Koriolanie, zadość
Zwykłej rutynie, oto trybunowie
Przychylne ludu przynoszą ci wota[131].
Nie pozostaje ci teraz nic więcej,
Jak tylko w znakach godności niezwłocznie
Pójść się przedstawić senatowi.

KORIOLAN

Zatem
To już minęło.

SYCYNIUSZ

Dopełniłeś, panie,
Uświęconego zwyczajem warunku,
Lud cię potwierdza, wzywamy cię przeto,
Abyś się udał niezwłocznie po odbiór
Publicznej sankcji[132].

KORIOLAN

Gdzież się to mam udać?
Do Kapitolu?

SYCYNIUSZ

Tak, do Kapitolu.

KORIOLAN

Mogę więc zdjąć ten ubiór?

SYCYNIUSZ

Możesz, panie.

KORIOLAN

Uczynię też to natychmiast, a skoro
Znów będę sobą, stawię się w senacie.

MENENIUSZ

Idźmy. A waszmość panowie?

BRUTUS

My tutaj
Czekać będziemy na lud.

SYCYNIUSZ

Bądźcie zdrowi.
Koriolan i Meneniusz wychodzą.
Zgryzł orzech, ale mu ciężko na sercu;
To z oczu widać.

BRUTUS

Pod szatą pokory
Zawsze ta sama wyniosłość. Cóż myślisz?
Mamy rozpuścić lud?
Obywatele wracają.

SYCYNIUSZ

Tak więc, waszmoście,
Daliście temu człowiekowi głosy?

PIERWSZY OBYWATEL

Ta jużci, niby tak.

BRUTUS

Prosimy bogów,
Ażeby się on wam za to odwdzięczył.

DRUGI OBYWATEL

Dałyby bogi! Według mojej biednej
Miary widzenia zdało mi się jakoś,
Że on z nas szydził, prosząc nas o głosy.

TRZECI OBYWATEL

Ba, nawet drwił z nas.

PIERWSZY OBYWATEL

Ej, to taki jego
Sposób mówienia; nie myślał drwić.

DRUGI OBYWATEL

Żaden
Z nas, oprócz ciebie jednego, nie wątpi,
Że on się z nami obszedł pogardliwie;
Powinien nam był pokazać znamiona
Swojej zasługi, rany odebrane
W obronie kraju.

SYCYNIUSZ

Musiał ci je przecie
Pokazać. Jak to, nie?

OBYWATELE

jeden przez drugiego
Nikt ich nie widział.

PolitykaTRZECI OBYWATEL

Powiedział, że ma rany, że je gotów
Zaprezentować nam gdzie na uboczu;
Potem, skłaniając się z urągowiskiem,
Rzekł: „Chciałbym zostać konsulem, atoli
Bez waszych głosów dawny zwyczaj nie chce
Na to pozwolić; dajcie mi więc głosy”.
Kiedyśmy mu w tym uczynili zadość,
Wtedy przebąknął: „Dziękuję wasanom[133]
Za wasze głosy — lube głosy! — teraz,
Mając je w garści, nie mam już z wasaństwem
Nic do czynienia”. Nie byłyż[134] to drwiny?

SYCYNIUSZ

Alboście byli ślepi, żeście tego
W lot nie spostrzegli, albo dobroduszni
Jak dzieci, żeście spostrzegłszy to, dali
Mu jednak głosy.

BRUTUS

Czyżeście nie mogli
Tak mu powiedzieć, jak was nauczono?
Nie mając władzy, będąc jeszcze w rzędzie
Prostych sług państwa, był on wrogiem waszym.
Zawsze opierał się waszym swobodom
I przywilejom, które posiadacie,
Stanowiąc ciało Rzeczypospolitej[135].
Jeżeli teraz, zyskawszy znaczenie,
Miejsce u steru państwa, pozostanie
Nieprzyjacielem ludu, czyliż[136] wasze
Wota nie będą przeciwko wam samym
Wołać o pomstę? Trzeba mu wam było
Powiedzieć, że jak z jednej strony jego
Chwalebne czyny torują mu drogę
Do tego, o co się stara, tak z drugiej
Uprzejmy jego i wdzięczny charakter
Niepłonną[137] czyni wam wróżbę, że będzie
Pamiętał o was, w dank za wasze głosy,
I że zamieni niechęć ku wam w miłość,
Zostając stale przychylnym wam panem.

SYCYNIUSZ

Gdybyście byli rzecz tak wyłuszczyli,
Jak wam instrukcję dano, bylibyście
Byli trafili w jego słabą stronę
I chęci jego zbadali. A przy tym
Alboby musiał był wam uroczyste
Dać przyrzeczenie, które byście w każdym
Razie potrzeby mogli mu przypomnieć;
Alboby jego gwałtowna natura,
W niczym hamulca klauzul nie cierpiąca,
Została przez to podrażniona. Wtedy
Wzburzywszy mu żółć, bylibyście byli
Mogli skorzystać z jego uniesienia
I z kwitkiem panka odprawić.

BRUTUS

Skoroście
Zauważyli, że on was traktował
Z jawną pogardą, wtenczas kiedy jako
Suplikant waszych potrzebował względów,
Pomyślcie jeno, jakiej to pogardy
Przyjdzie wam wtedy doświadczyć od niego,
Kiedy was będzie mógł zgnieść? Cóż, u licha,
Nie macież serca w ciele, klepek w głowie,
A język na to tylko, żeby wrzeszczeć
Przeciw powadze rozumu?

SYCYNIUSZ

Czyżeście
Żadnego dotąd jeszcze kandydata
Nie odpalili? Skądże wam dziś znowu
Przyszedł szał czynić fawor[138] człowiekowi,
Który bynajmniej was nie prosił, owszem,
Zbył was drwinkami?

TRZECI OBYWATEL

On nie zatwierdzony
Jeszcze; możemy go jeszcze odpalić.

DRUGI OBYWATEL

I odpalimy; ja pięćset mieć będę
Głosów po temu.

PIERWSZY OBYWATEL

Ja tysiąc; nie licząc
Półgłosów, które się przypną w dodatku.

BRUTUS

Idźcież, nie tracąc czasu, uwiadomić
Waszych przyjaciół, że sobie obrali
Konsula, który ich z swobód obierze,
Głos im ukróci jak psom, które często
Bywają bite za szczekanie, chociaż
Na to są, żeby szczekały.

SYCYNIUSZ

Zgromadźcie
Ich i po zdrowym rozważeniu rzeczy
Jednozgodnymi głosy odwołajcie
Wasz niedorzeczny wybór. Przypomnijcie
Im jego dumę i nienawiść ku wam.
Nie zapomnijcie im także nadmienić,
Z jaką on wzgardą był dla szat pokory,
Jak się z was, niby prosząc, naigrawał.
Ale naówczas afekt[139] wasz ku niemu,
Wzgląd na zasługi jego nie pozwolił
Wam pilnie baczyć na jego obejście,
Którym niegodnie i uwłaczająco
Zakorzenionej nienawiści ku wam
Jawny dał dowód.

BRUTUS

Złóżcie całą winę
Na nas: powiedzcie, żeśmy pracowali
Usilnie nad tym, ażebyście (w razie,
Jeżeli k'temu[140] nie zajdzie przeszkoda)
Poparli jego elekcję.

SYCYNIUSZ

Powiedzcie,
Żeście mu dali wasze wota raczej
Wskutek naszego rozkazu niż wskutek
Własnej skłonności i że ważąc w myśli
To, co wam zrobić kazano, z tym, co wam
Zrobić przystało, w chwili roztargnienia
Mimowolnieście głosowali za nim.
Tak, bez skrupułu złóżcie na nas winę.

BRUTUS

Nie oszczędzajcie nas: powiedzcie, żeśmy
Opowiadali wam, jak to on młodo
Zaczął ojczyźnie służyć; jak już dawno
Służy; z jakiego szczepu ród wywodzi;
Że go szlachetny dom Marcjuszów wydał,
Z którego wyszedł niegdyś Ankus Marcjusz[141],
Wnuk Numy, ten sam, co później był królem
Po wiekopomnej sławy Hostyliuszu.
Z tegoż samego pochodzili domu
Publiusz i Kwintus[142], którzy nam najlepszą
Wodociągami wodę sprowadzili;
A Cenzorinus[143], ulubieniec ludu,
Godzien swej nazwy, bo dwakroć piastował
Godność cenzora, był jego pradziadem.

SYCYNIUSZ

Jako potomka tak zacnego rodu,
Który sam oprócz tego osobiście
Na wywyższenie zasłużył, żarliwie
Poleciliśmy go waszej pamięci.
Porównywając wszakże teraźniejsze
Postępowanie jego i poprzednie,
Przekonaliście się, że on jest stale
Nieprzyjacielem waszym, i dlatego
Cofacie waszą skorą aprobatę.

BRUTUS

Powiedzcie (i w to bijcie jak najwięcej),
Żebyście mu jej, jak żywo, nigdy
Nie byli dali, gdybyście nie byli
Do tego przez nas namówieni. Idźcie
I, zebrawszy się w przyzwoitej liczbie,
Udajcie się do Kapitolu.

OBYWATELE

Śpieszym
Błąd nasz naprawić, był to błąd nie lada.
Wychodzą.

BRUTUS

Niech idą, lepiej nam zaryzykować
To poruszenie niż czekać na większe,
Które musiałoby nastąpić. Skoro
On po swojemu w wściekłość wpadnie, słysząc
Ich odwołanie, my wtedy wystąpmy
I korzyść schwyćmy za łeb.

SYCYNIUSZ

Idźmy zaraz,
Trzeba nam bowiem być na Kapitolu
Wprzód niż pospólstwo; tym sposobem cała
Ta sprawa wyda się własnym ich dziełem,
Choć w gruncie przez nas była podżegnioną.
Wychodzą.

AKT TRZECI

SCENA PIERWSZA

Odgłos rogów. Koriolan, Menoniusz, Kominiusz, Tytus Larcjusz wchodzą w orszaku senatorów i patrycjuszów.

KORIOLAN

Tullus Aufidisz znów się odgrażał?

LARCJUSZ

Tak, i to właśnie nas spowodowało
Pośpieszniej zawrzeć pokój.

KORIOLAN

Więc Wolskowie
Stoją na takiej stopie jak poprzednio,
Czekając tylko na sposobną porę,
Żeby nas znowu napaść?

LARCJUSZ

Taką oni
Świeżo ponieśli klęskę, że my, starzy,
Powiewających chorągwi ich pewnie
Nigdy już więcej nie ujrzym.

KORIOLAN

Widziałżeś
Gdzie Aufidiusza?

LARCJUSZ

Z glejtem[144] bezpieczeństwa
Przyszedł on do mnie i klął Wolskom za to,
Że tak nikczemnie miasto nam poddali.
Jest teraz w Ancjum.

KORIOLAN

Czy mówił co o mnie?

LARCJUSZ

Mówił.

KORIOLAN

Cóż mówił?

LARCJUSZ

Żeście się już nieraz
Starli samowtór[145], że nie ma na świecie
Rzeczy, którą by nienawidził bardziej
Niż ciebie, i że gotów oddać wszystkie
Swoje dostatki, bez nadziei zwrotu,
Byleby tylko mógł się wreszcie nazwać
Twoim zwycięzcą.

KORIOLAN

Jest więc teraz w Ancjum?

LARCJUSZ

Tak, w Ancjum.

KORIOLAN

Rad bym go pójść tam odwiedzić
I nienawiści jego odpowiedzieć.
A teraz, witaj nam, Tytusie!
Sycyniusz i Brutus wchodzą.
Patrzcie!
Są to tak zwani trybunowie ludu,
Języki gminnej gęby. Gardzę nimi,
Bo się dmą w sposób wzburzający wszelką
Szlachetną flegmę[146].

SYCYNIUSZ

Ani kroku dalej!

KORIOLAN

Co to jest?

BRUTUS

Dalej iść byłoby zgubne:
Nie idźcie dalej.

KORIOLAN

Co znaczy ta zmiana?

MENENIUSZ

Skąd powód?

KOMINIUSZ

Czyliż on nie zyskał wotów
Szlachty i ludu?

BRUTUS

Nie zyskał ich jeszcze.

KORIOLAN

Miałżem więc głosy żaków?

PIERWSZY SENATOR

Trybunowie,
Nie brońcie mu iść na rynek: odstąpcie.

PolitykaBRUTUS

Lud jest rozżarty na niego.

SYCYNIUSZ

Ogólny
Wybuch nastąpi, jeśli się ukaże.

KORIOLAN

To więc lud waszą jest trzodą? I na cóż
Głos jest udziałem tych, co go wydają
I zaprzeczają go natychmiast? Jakaż
Jest wasza funkcja? Jesteście ich gębą,
Czemuż ich zębów nie trzymacie w karbach?
Podbechtaliście[147] ich?

MENENIUSZ

Miarkuj się, miarkuj!

KORIOLAN

To ułożona rzecz: intryga w celu
Upokorzenia szlachty. Można znieść to
I żyć, gdzie tacy bezkarnie rej wodzą,
Co sami rządzić nie umiejąc, nie chcą
Być rządzonymi?

BRUTUS

Nie nazywaj tego
Intrygą, panie. Lud woła, żeś szydził
Z niego; żeś sarkał, kiedy mu bezpłatnie
Dawano zboże; żeś czernił[148] tych, co się
Za nim wstawiali, zwąc ich lizusami,
Chorągiewkami, odstępcami szlachty.

KORIOLAN

To i wprzód było wiadome.

BRUTUS

Nie wszystkim.

KORIOLAN

Doniosłeś im więc potem?

BRUTUS

Jam miał donieść?

KORIOLAN

Do takich kroków zdasz się waszmość.

BRUTUS

Zdam się
Do niejednego, by sprostować wasze.

KORIOLAN

Na cóż mi tedy[149] być konsulem, na co?
O, na te chmury, co wiszą nad nami,
Jeżeli jestem tak złym sługą kraju,
Zróbcie mnie lepiej trybunem.

SYCYNIUSZ

Ta mowa
Zdradza zbyt jawnie to, co jest przyczyną
Szemrania ludu. Chceszli[150], panie, dopiąć
Celu swych życzeń, trzeba ci oględniej
Dotychczasowe zbadać stanowisko.
Ani się stawiać tak górnie jak konsul,
Ani tak nisko jak trybun.

MENENIUSZ

Zbierz flegmę.

KOMINIUSZ

Lud błędnie został poinformowany.
Takie krętactwo nie jest godne Rzymian
Ani Koriolan nie zarobił sobie,
Aby mu dzisiaj na utorowanej
Zasługą drodze tak uwłaczającą
Tamę stawiano.

Lud, TłumKORIOLAN

Prawić mi o zbożu!
Com wtedy mówił, powtórzę i teraz.

MENENIUSZ

Tylko nie teraz, nie teraz.

PIERWSZY SENATOR

Nie teraz,
W tym uniesieniu.

KORIOLAN

Teraz, jako żywo!
Wybaczcie, zacni przyjaciele. Niechaj
Ten zmienny, durny tłum spojrzy mi w oczy
I w nich się przejrzy. Powtarzam, że głaszcząc
Ten ród, żywimy ku ujmie senatu
Kąkol rokoszu[151], zuchwalstwa, zamieszek.
Sami go siejem i sami worujem[152],
Dając tym ludziom miejsce w naszym kole,
Któremu chyba o tyle brak tylko
Czci i powagi, o ile się nimi
Dzieli z żebractwem.

MENENIUSZ

Dobrze, ale przestań.

PIERWSZY SENATOR

Prosim cię, panie, przestań.

KORIOLAN

Ja mam przestać?
Jakem przelewał krew mą za ojczyznę,
Nie obawiając się potęgi wrogów,
Tak przekonanie me przelewać będę
W słowa, dopóki tchu w piersi mej stanie.
Na przekór temu liszajowi, który
Lekceważymy, jednakże samochcąc[153]
Zarażać mu się pozwalamy.

BRUTUS

Mówisz,
Panie, o ludzie, jak gdybyś był bóstwem
Karzącym, nie zaś stworzeniem podobnież
Upośledzonym.

SYCYNIUSZ

Trzeba nam lud o tym
Uprzedzić.

MENENIUSZ

O czym? O jego gorączce?

KORIOLAN

O mej gorączce! Chociażbym był zimny
Jak sen północny, na władcę piorunów,
Ani na jotę nie zmieniłbym zdania.

SYCYNIUSZ

Jad tego zdania pozostanie jadem
Tam, gdzie jest, nigdzie dalej nie dosięgnie.
Tak ma być.

KORIOLAN

Tak ma być! Mości panowie,
Słyszycie tego trytona[154] serdeli?
Uważaliście jego ton stanowczy?

KOMINIUSZ

Tak, to trąciło prawodawczym stylem.

KORIOLAN

Tak ma być! Lud, Państwo, WładzaO, wy dobrzy, ale słabi
Patrycjuszowie, wy senatorowie
Poważni, ale nad miarę niebaczni,
Jakżeście mogli pozwolić tej hydrze[155]
Obierać sobie urzędników, którzy
Chociaż są tylko rogami[156] potworu,
Apodyktycznym tonem śmią przemawiać
I przez to dawać wam do zrozumienia,
Że waszą rzekę sprowadzą do rowu
I sami w łożu jej spoczną? Jeżeli
Przy nich jest władza, zasłońcie ze wstydem
Waszą ślepotę, jeżeli nie, zbudźcie
Zgubną łagodność waszą. Jeżeliście
Światli, przestańcie być prostodusznymi,
Jeśli nie, idźcie im krzesła podstawiać
I kłaść przy sobie poduszki. Będziecie
Plebejuszami, jeśli oni będą
Senatorami, a onić[157] już nie są
Czym innym, skoro po zmieszaniu głosów
Obojej[158] strony ich wrzask idzie górą.
Pozwoliliście im obierać sobie
Pełnomocników: otóż i obrali
Sobie takiego, który wobec grona
Mężów, powagą przewyższającego
Areopagi[159] greckie, śmie wyjeżdżać
Z swym popularnym: „Tak ma być!”. Na bogi!
Taki stan rzeczy poniża konsulat
I serce mi się kraje, gdy pomyślę,
Że kędy miejsce obok siebie mają
Dwie równe władze, łatwo zamieszanie
Zakraść się może w szczeliny i zrządzić
Upadek jednej przez drugą.

KOMINIUSZ

Masz słuszność.
Idźmy na rynek.

KORIOLAN

Kto pierwszy wniósł, żeby
Z publicznych spichrzów darmo wydać zboże,
Jak się to zwykło było praktykować
U Greków…

MENENIUSZ

Dobrze, dobrze, ale przestań.

KORIOLAN

(Chociaż tam lud miał więcej praw do władzy)
Ten, mówię, rzucił kość nieposłuszeństwa
I zgubę państwa zaszczepił.

Lud, Państwo, WładzaBRUTUS

Miałżeby
Lud dać głos komuś, co tak mówi?

KORIOLAN

Dam ja
Natychmiast rację, dlaczego tak mówię,
A ta ważniejsza jest niż jego głosy.
Wie on, że zboża nie dostał w nagrodę,
Boć mu wewnętrzne przekonanie szepce,
Że żadnych k'temu zasług nie położył.
Będąc wezwany na wojnę, podówczas
Kiedy ojczyźnie szło o śmierć lub życie,
Nie chciał przestąpić bram. Ten rodzaj zasług
Nie jedna prawa do bezpłatnych datków.
Na samejże zaś wojnie ciągłe jego
Niespokojności i rokosze, w których
Głównie dał dowód swojej waleczności,
Nie przemówiły za nim. Jego liczne
Skargi na senat, jako wiatr zasadne,
Nie mogły także, rozumiem, wywołać
Naszej tak łatwej darowizny. Jakiż
Był tedy powód? Jakimże procesem
Ten różnolity, niesyty brzuch trawi
Ową uczynność senatu? Niech fakta
Staną za słowa, które by brzmieć mogły,
Jak następuje: „Żądaliśmy tego,
Bo stanowimy większość, i z bojaźni
Dano nam, cośmy chcieli”. Tym sposobem
Sami wzruszamy świętość naszych posad
I przyprawiamy się o to, że szuja
Troskliwość naszą nazywa bojaźnią.
Przyjdzie do tego z czasem, że wyłamią
Rygle senatu i że wrony będą
Dziobały orłów.

MENENIUSZ

Pójdź, pójdź; dość już tego.

BRUTUS

Dość i nad miarę.

KORIOLAN

Nie, weźcie, co wasze;
Niech to, co można by stwierdzić przysięgą
Zarówno w bogów, jak ludzi obliczu,
Zapieczętuje koniec mowy mojej!
Państwo, LudPrzy takiej dwójcy władz, gdzie jedna strona
Słusznie pogardza, a druga niesłusznie
Miota obelgi; gdzie ród, tytuł, mądrość
Niczego zgoła stanowić nie może
Bez potwierdzenia albo odrzucenia
Przez masę głupców — prawdziwe potrzeby
Ustąpić muszą chwilowym błyskotkom;
A gdzie jest taka przewrotność, tam wszystko
Prędzej czy później musi się przewrócić.
Dlatego wzywam was, którym przystoi
Nie lękliwymi być, lecz przezornymi,
Którzy podstawy egzystencji państwa
Bardziej kochacie, niż się domyślacie,
Jak mało braknie im, żeby runęły;
Którzy szlachetny żywot przekładacie/Którzy szlachetny żywot przekładacie
Nad długowieczny, a wolicie raczej
Niebezpiecznymi driakwiami[160] ciało
Chore leczyć, niż bez nich dać je śmierci
Na pewną pastwę: wyrwijcie od razu
Ten język paszczy pospólstwa, nie dajcie
Im lizać miodu, który jest dlań jadem.
Uszczerbek waszej powagi przynosi
Uszczerbek zdrowej logice, odbiera
Właściwą godność państwu, przyprawiając
Je o niemożność świadczenia dobrodziejstw
Wśród złego, które śmie je kontrolować.

BRUTUS

Dość już powiedział.

SYCYNIUSZ

Mówił jako zdrajca
I jako zdrajca odpowie.

KORIOLAN

Nędzniku!
Przepadnij w wzgardzie! Na licho ludowi
Ta drań trybunów, od których zależny
Odmawia wyższej władzy posłuszeństwa?
W zamęcie buntu obrano ich, w chwili
Gdy nie potrzeba, ale mus był prawem.
Niechże, na odwrót, w sposobniejszej chwili
Musi być prawem to, co jest konieczne,
A wpływ ich legnie w prochu!

BRUTUS

Jawna zdrada.

SYCYNIUSZ

I toż to ma być konsul? Nigdy, nigdy!

BRUTUS

Hej, edylowie[161]! Pochwyćcie go!

SYCYNIUSZ

Biegnij
Po lud.
Wychodzi Brutus.
W którego wszechwładnym imieniu
Aresztuję cię jako nowatora[162],
Zdrajcę i wroga Rzeczypospolitej.
Rozkazuję ci zaraz być posłusznym
I zaraz za mną pójść.

KORIOLAN

Precz, stary capie!

SENATOROWIE I PATRYCJUSZE

My poręczamy za nim.

KOMINIUSZ

Odstąp, starcze.

KORIOLAN

Zbutwiały zlepku, precz, albo wytrząsnę
Z szat twoich wszystkie twe kości.

SYCYNIUSZ

Na pomoc,
Obywatele!
Brutus powraca z edylami i gromadą obywateli.

MENENIUSZ

Zalecamy jednej
I drugiej stronie więcej wzajemnego
Uszanowania.

SYCYNIUSZ

Oto ten, co śmiał się
Targnąć na waszą władzę.

BRUTUS

Edylowie,
Bierzcie go!

OBYWATELE

Biada mu! biada mu!

DRUGI SENATOR

Stójcie!
Patrycjusze i obywatele ścierają się wkoło Koriolana.
Hola, hej, trybunowie, patrycjusze,
Obywatele! Hej, obywatele!
Brutusie, Sycyniuszu, Koriolanie!

OBYWATELE

Stójcie, wstrzymajcie się, czekajcie, stójcie!

MENENIUSZ

Do czegóż to ma przyjść? Tchu mi brakuje.
Ta waśń nas wtrąci w przepaść. Trybunowie,
Przemówcie przecie. Miej wzgląd, Koriolanie.
Mów, Sycyniuszu.

SYCYNIUSZ

Słuchajcie mnie, ludzie.

OBYWATELE

Nasz trybun mówi. Słuchajmy. Hej, cicho!

SYCYNIUSZ

Jesteście w punkcie utracenia swobód,
Marcjusz chce je wam odjąć, ten sam Marcjusz,
Coście go świeżo zanominowali
Konsulem.

MENENIUSZ

Tfu! Tfu! Tfu! Nie jest to gasić,
Ale rozżarzać pożar.

PIERWSZY SENATOR

Burzyć miasto
I wszystko z ziemią równać.

Polityka, Kara, LudSYCYNIUSZ

Czymże innym
Jest miasto, jeśli nie ludem?

OBYWATELE

To prawda,
To szczera prawda, lud stanowi miasto!

BRUTUS

Za zezwoleniem wszystkich zostaliśmy
Urzędnikami ludu.

OBYWATELE

Tak, i nadal
Pozostaniecie nimi.

MENENIUSZ

Jako tacy
Powinni byście także postępować.

KORIOLAN

Tak postępować jest to siać zniszczenie,
Z fundamentami równać szczyty gmachów
I wszystko, co się znakomicie wznosi,
Grzebać w zwaliskach.

SYCYNIUSZ

Godzien śmierci za to.

BRUTUS

Albo się mamy utrzymać przy władzy,
Albo ją mamy utracić. W imieniu
Tej części ludu, która nas obrała
Stróżami swoich praw, dekretujemy
Marcjusza godnym śmierci.

SYCYNIUSZ

Niech więc będzie
Zaprowadzony na Tarpejską Skałę[163]
I z niej strącony w przepaść.

BRUTUS

Edylowie,
Weźcie go!

OBYWATELE

Poddaj się, poddaj, Marcjuszu!

MENENIUSZ

Posłuchajcie mnie, trybunowie, słowo,
Nic, tylko słowo.

EDYLOWIE

Cicho, cicho!

MENENIUSZ

Bądźcie
Takimi, jak się wydajecie, to jest
Rzeczywistymi przyjaciółmi kraju
I zachowajcie się z umiarkowaniem
W tej sprawie, którą z taką gwałtownością
Chcecie załatwić.

BRUTUS

Powolne działanie
Dobrym jest, panie, środkiem, lecz nie w razie
Gwałtownych chorób. Bierzcie go, prowadźcie
Zaraz na skałę!

KORIOLAN

Nie, tu wolę umrzeć.
dobywa miecza
Niejeden tu jest, co mnie widział w boju,
Niechaj na sobie sprawdzi to, co widział.

MENENIUSZ

Schowaj miecz. Chwilę tylko, trybunowie.

BRUTUS

Bierzcie go, dalej!

MENENIUSZ

Na pomoc, na pomoc!
W kim krew szlachetna płynie! Hej, na pomoc,
Młodzi i starzy!

OBYWATELE

Niech ginie, niech ginie!
Wśród tego zamieszania trybunowie, edylowie i obywatele zostają wyparci.

MENENIUSZ

Wracaj do domu teraz, spiesz, bez zwłoki,
Inaczej wszystko na nic.

DRUGI SENATOR

Idź, idź!

KORIOLAN

Śmiało
Stawmy im czoło, mamy równą liczbę
Przyjaciół, jak i nieprzyjaciół.

MENENIUSZ

Chceszże
Do tego rzeczy doprowadzić?

PIERWSZY SENATOR

Niech nas
Bogowie chronią! Zacny przyjacielu,
Odejdź do domu i zdaj naszej pieczy
Tę smutną sprawę.

MENENIUSZ

Bo w tej alternacie[164]
Nic sam nie wskórasz, zaklinam cię, odejdź!

KOMINIUSZ

Pójdź z nami razem, pójdź z nami.

KORIOLAN

Chciałbym, żeby to byli barbarzyńcy
(Którymi w gruncie są, choć ich Rzym wydał),
A nie Rzymianie (którymi bynajmniej
Nie są, choć się ich matki ocieliły
Pod przysionkami Kapitolu).

MENENIUSZ

Odejdź,
Błagamy ciebie, nie przelewaj w usta
Sprawiedliwego gniewu twego, jedna
Chwila zaciąga dług względem następnych.

KORIOLAN

Na innym gruncie zgniótłbym ich czterdziestu.

MENENIUSZ

Ja sam najtęższych dwóch wziąłbym na siebie,
Choćby tych łotrów trybunów.

KOMINIUSZ

Lecz teraz
Liczba nad wszelką miarę jest nierówna,
A męstwo zmienia się w istne szaleństwo,
Gdy chce walący się budynek wspierać.
Chceszże tu czekać na powrót motłochu,
Którego wściekłość wybuchnie niebawem
Jak woda w biegu wstrzymana i przerwie
Dotychczasowe swe tamy?

MENENIUSZ

Idź, proszę,
Spróbuję, czy mój stary dowcip[165] znajdzie
Pokup[166] u ludzi niezdolnych nim zgrzeszyć.
Trzeba nam zatkać tę dziurę gałganem
Jakiej bądź barwy.

KOMINIUSZ

Wysłuchaj próśb naszych,
Daj się nakłonić.

KORIOLAN

Idźmy więc.
Wychodzą Koriolan, Kominiusz i inni.

DumaPIERWSZY PATRYCJUSZ

Ten człowiek
Zniweczył sobie przyszłość.

MENENIUSZ

Jego umysł
Jest za szlachetny dla naszego świata.
Nie schlebiłby on Neptunowi[167], choćby
Mu szło o trójząb, ani Jowiszowi
Za wszystkie jego gromy. Jego serce
Jest w ustach; co się pocznie w jego piersi,
To jego język wnet musi urodzić,
Będąc zaś zdjęty gniewem, zapomina,
Że kiedykolwiek słyszał miano śmierci.
Będziemy mieli sęk nie lada!
Zgiełk zewnątrz.

DRUGI PATRYCJUSZ

Rad bym,
Żeby już byli w łóżku!

MENENIUSZ

Ja bym wolał,
Żeby nie w łóżku byli, ale w Tybrze! —
Co za zawziętość! Nie mógłże on mówić
łagodniej?
Brutus i Sycyniusz wracają z gromadą pospólstwa.

SYCYNIUSZ

Gdzie jest ta żmija, co chciała
Wyludnić miasto i sama być wszystkim?

MENENIUSZ

Cni trybunowie…

SYCYNIUSZ

Zostanie strącony
Z Tarpejskiej Skały, nie ma dlań litości,
śmiał się opierać prawu, toteż prawo
Odmawia mu wręcz zwykłej procedury
I oddaje go całej surowości
Władz, które za nic miał.

PIERWSZY OBYWATEL

Powinien wiedzieć,
Że trybunowie są ustami ludu,
A my rękami ich.

OBYWATELE

w kilku razem
Już on się dowie.

MENENIUSZ

Moi panowie!

SYCYNIUSZ

Cicho!

MENENIUSZ

Nie wołajcie
Gwałtu, gdzie swego możecie spokojnym
Dopiąć wyrokiem.

SYCYNIUSZ

Jakże się to stało,
Żeście panowie temu człowiekowi
Ujść dopomogli?

MENENIUSZ

Chciejcie mnie wysłuchać.
Tak samo, jak znam zalety konsula,
Tak samo mogę wymienić i jego
Wady.

SYCYNIUSZ

Konsula! Jakiego konsula?

MENENIUSZ

Konsula Koriolana.

BRUTUS

Co? On konsul?

OBYWATELE

Nie, nie, nie!

MENENIUSZ

Jeżelibym mógł zyskać posłuchanie
Panów trybunów i wasze, poczciwi
Obywatele, powiedziałbym słowo
Lub dwa najwięcej, co by was o inną
Nie przyprawiło szkodę jak o stratę
Kilku chwil czasu.

SYCYNIUSZ

Mówcież, panie, mówcie,
Ale niedługo, bo nam pilno sprzątnąć
Ten gad zdradziecki[168]; wypędzić go grozi
Niebezpieczeństwem, trzymać go zaś w mieście
Grozi nam śmiercią, stanęło więc, że ma
Zginąć tej nocy.

MENENIUSZ

Nie dajcie, bogowie,
Aby nasz sławny Rzym, którego wdzięczność
Dla zasłużonych dzieci swoich stoi
W Jowisza nawet księdze zapisana,
Na wzór wyrodnej matki miał dziś własny
Płód swój pożerać.

SYCYNIUSZ

On jest chorobliwą
Naroślą, którą gwałtem trzeba odciąć.

MENENIUSZ

O, on jest raczej chorym tylko członkiem,
Odciąć go zgubnie, uleczyć go łatwo.
Cóż on tak złego uczynił Rzymowi,
Żeby aż na śmierć zasłużył? Że wrogów
Naszych zabijał? Krew, którą utracił
(A utracił jej, ręczę, o niejedną
Uncję[169] obficiej, niż jej dziś ma), krew ta
Przelana była w obronie ojczyzny;
Ma mu ojczyzna resztę jej odbierać?
Taki postępek okryłby nas wszystkich,
Co byśmy mogli zrobić to i ścierpieć,
Wieczystym piętnem hańby.

SYCYNIUSZ

Stara piosnka.

BRUTUS

I na fałszywą nutę. Kiedy dobrze
Służył ojczyźnie, wtedy go ojczyzna
Umiała także cenić.

MENENIUSZ

Kiedy nogę
Dotknie gangrena, dawne jej usługi
Przestają już być cenione?

BRUTUS

Niczego
Słuchać nie chcemy — idźcie go poszukać
W jego mieszkaniu i wywlec go stamtąd,
Aby się jego zaraźliwy oddech
Dalej nie rozszedł.

MENENIUSZ

Jeszcze tylko słowo;
Słowo, panowie. Ta tygrysia wściekłość,
Poznawszy gorzkie skutki nierozważnej
Swej porywczości, zechce poniewczasie
Ołowiem sobie okowywać nogi.
Złóżcie na niego sąd, inaczej bowiem
Powstaną partie (bo on ma przyjaciół)
I wielki nasz Rzym runie w waśni Rzymian.

BRUTUS

Gdyby tak miało być…

SYCYNIUSZ

Co wasze[170] prawisz[171]!
Nie wiemyż, jak on umie być posłusznym?
Nie uderzyłże on naszych edylów?
Nie targnąłże się na nas samych? Idźmy!

MENENIUSZ

Zważcie, że on się wychował w obozach,
Odkąd mógł dźwignąć miecz, że się nie ćwiczył
W cedzonej mowie, mąkę i otręby
Razem pytluje[172]. Pozwólcie mi działać:
Pójdę do niego i biorę na siebie
Skłonić go, żeby się stawił przed wami
I wedle prawnych form usprawiedliwił
Z zarzutów albo kaźń poniósł.

PIERWSZY SENATOR

Szlachetni
Obrońcy ludu, to jest droga zgodna
Z ludzkością[173], inna byłaby za krwawa;
A końca naprzód nie można przewidzieć.

SYCYNIUSZ

Szlachetny Meneniuszu, bądźże waćpan
W tej sprawie niby delegatem ludu.
Mości panowie, złóżcie broń.

BRUTUS

Jednakże
Nie rozpierzchajcie się.

SYCYNIUSZ

Idźcie na rynek;
Tam, Meneniuszu, czekać na was będziem.
Jeśli Marcjusza nam nie przyprowadzisz,
Chwycim się pierwszej drogi.

MENENIUSZ

Przyprowadzę
Go, przyprowadzę. Szanowni koledzy,
Mogę na wasze liczyć uczestnictwo?
Musi się stawić, inaczej najgorsze
Skutki wynikną.

PIERWSZY SENATOR

Chętnie ci służymy.
Wychodzą.

SCENA DRUGA

Komnata w domu Koriolana.
Wchodzi Koriolan z patrycjuszami.

KORIOLAN

Niech się wkoło mnie, jak chcą, srożą, niech mi
Stawią przed oczy sromotną[174] śmierć w kole[175]
Albo u kopyt rozpędzonych koni;
Niech na Tarpejską Skałę wsadzą jeszcze
Dziesięć skał takich, aby dno przepaści
Sięgało dalej, niż wzrok może dosiąc[176];
Jeszcze i wtedy będę dla nich takim
Samym, jak jestem.

PIERWSZY PATRYCJUSZ

Tym szlachetniej czynisz.

Matka, PolitykaKORIOLAN

Zastanawia mnie to, że moja matka
Nie okazuje mi teraz takiego
Zadowolenia jak dawniej, a przecie
LudSama ich dawniej zwała poddańcami
Z wełną pod strzyżę[177]; istotami, które
Na to są tylko, aby je kupować
Za marny szeląg[178] i za marny szeląg
Sprzedawać; żeby szły na zgromadzenia
Z odkrytą głową; żeby się gapiły,
Słuchały, milcząc, i wpadały w podziw,
Kiedy ktoś mego stopnia wstał i prawił
O sprawach kraju!
Wchodzi Wolumnia.
O was mówię, matko.
Dlaczegóż mnie chcesz widzieć uleglejszym?
Chciałabyś, abym zaprzeczał sam sobie?
O, powiedz raczej, że nie zaprzestaję
Być tym, czym jestem.

WOLUMNIA

Synu, synu, synu!
Trzeba ci było wprzód pozyskać władzę,
Nimeś[179] ją stracił.

KORIOLAN

Dajmy temu pokój.

WOLUMNIA

Byłbyś był łatwo mógł być tym, czym jesteś,
Gdybyś być sobą mniej był usiłował.
Nie postawiono by się tak na drodze
Twoim widokom, gdybyś był dopiero
Wtedy był pozór odrzucił, kiedy by
Już nie zdołano stanąć ci na poprzek.

KORIOLAN

Niech im kat świeci!

WOLUMNIA

Niech ich spali nawet!
Wchodzi Meneniusz z senatorami.

MENENIUSZ

Pójdź, pójdź! Za ostro się z nimi obszedłeś,
Za opryskliwie; trzeba ci powrócić
I złe naprawić.

PIERWSZY SENATOR

Nie ma środka; jeśli
Tego nie zrobisz, nasze wielkie miasto
Rozpadnie się i runie.

WOLUMNIA

Słuchaj rady;
I ja mam serce nieugięte, ale
Umysł mój zwraca czynność mego gniewu
Na korzystniejsze drogi.

MENENIUSZ

Dobrze mówisz,
Zacna matrono. Nimby on w ten sposób
Stanąć miał przed tą trzodą w innym czasie,
Nie omieszkałbym ja sam przywdziać zbroi,
Którą już ledwie mogę dźwignąć; ale
W obecnym razie krok ten jest niezbędny
Jako lekarstwo w gwałtownej chorobie
Czasu, potrzebne dla całego państwa.

KORIOLAN

Cóż mam uczynić?

MENENIUSZ

Wrócić do trybunów.

KORIOLAN

Dobrze; cóż potem? Cóż potem?

MENENIUSZ

Żałować
Tego, coś wyrzekł.

KORIOLAN

Żałować? Przed nimi?
Nie mógłbym tego przed obliczem bogów,
A mam żałować przed nimi?

WOLUMNIA

Mój synu,
Za niezawisły masz sposób myślenia:
Piękny to przymiot, ale niebezpieczny
W niektórych razach ostatecznych. Nieraz
Z ust twych słyszałam, że honor i zręczność,
Na wzór przyjaciół nierozłącznych, w parze
Chodzą na wojnie; jeśli tak jest, powiedz,
Czym może jedno drugiemu zaszkodzić
W czasie pokoju, że je w nim rozdzielasz?

KORIOLAN

Przestańcie, matko.

MENENIUSZ

Dobre zapytanie.

Matka, Polityka, PodstępWOLUMNIA

Jeśli na wojnie zgadza się z honorem
Wydawać się tym, czym się w gruncie nie jest
I k'temu zręczność przyzywać na pomoc:
Dlaczegoż by mniej miało być godziwym
Honor z zręcznością spleść w czasie pokoju,
Kiedy tak wojna, jak pokój zarówno
Obu tych zalet wymaga?

KORIOLAN

O matko,
Dlaczegóż przy tym obstajesz?

WOLUMNIA

Bo teraz
Masz się odezwać do ludu nie wedle
Własnego zdania i poszeptu serca,
Ale takimi słowy, które będą
Języka twego nieprawymi dziećmi;
Głoskami, które z przekonaniem twoim
Nie będą nic mieć wspólnego. Nie bardziej
Ci to ubliży niż wejście do miasta
Wskutek uprzejmej odezwy, bez czego
Nie uniknąłbyś niebezpieczeństw walki
I krwi rozlewu. Byłabym zaiste
W sprzeczności z sobą, gdybym się wahała
Tak honorowo postąpić w potrzebie,
W której by los mój lub moich najbliższych
Był narażony. W tej potrzebie teraz
Jestem ja, żona twa, syn, szlachta, senat —
A ty ludowi wolisz pokazywać
Zmarszczone czoło niż pozorny uśmiech,
Którym byś kupić mógł jego przychylność
I zabezpieczyć tym samym nas wszystkich
Od nieochybnej ruiny.

MENENIUSZ

Szlachetna
Matko Rzymianko! Pójdź, pójdź z nami; przemów
Do nich uprzejmie: tym sposobem zdołasz
Nie tylko zakląć złe dziś nam grożące,
Lecz i odzyskać to, cośmy stracili.

PolitykaWOLUMNIA

Uczyń tak, synu, proszę cię, pójdź do nich
Z tą czapką w ręku; unieś ją do góry,
Pocałuj ziemię kolanami (w takich
Bowiem okazjach gesta są wymową,
A oczy gminu wrażliwsze niż uszy),
Kiwaj im głową, aby pomyśleli,
Że twarde serce twe skruszało, zmiękło
Jako dojrzała morwowa jagoda,
Którą najmniejszy wiatr strząsa. Lub wreszcie
Powiedz im, żeś jest żołnierzem, że będąc
W bitwach i w wrzawie wychowanym, nie masz
Tego łatwego, słodkiego obejścia,
Które właściwie, jak to sam przyznajesz,
Mieć byś powinien; a którego oni
Właściwie mogą od ciebie wymagać,
Skoro się starasz o ich względy. Wszakże
Uczynisz wszystko, co będzie w twej mocy,
Ażeby się im nadal przypodobać.

MENENIUSZ

Weź się w ten sposób do rzeczy, a wszystkich
Sobie zniewolisz; bo tacy prostacy
Równie pochopni[180] są do przebaczenia,
Gdy ich pogłaszczesz, jak skorzy do krzyków
O lada bzdurstwo.

WOLUMNIA

Jeszcze raz cię proszę,
Posłuchaj rady i pójdź do nich, chociaż
Wiem, że wolałbyś za nieprzyjacielem
W ognistą otchłań skoczyć niż mu w chłodzie[181]
O włos pochlebić. Otóż i Kominiusz.
Wchodzi Kominiusz.

KOMINIUSZ

Byłem na rynku; wypada ci śpiesznie
Zebrać stronników lub szukać ucieczki
W zimnej krwi albo oddaleniu. Wszystko
Wre przeciw tobie.

MENENIUSZ

Niech jeno uprzejmie
Do nich przemówi.

KOMINIUSZ

To by wprawdzie mogło
Zaradzić złemu, ale czy on tylko
Potrafi zdobyć się na to?

WOLUMNIA

Powinien,
Musi się zdobyć. Zaklinam cię, synu:
Powiedz, żeś gotów, i idź to uczynić.

KORIOLAN

Mam więc pójść ciemię odkrywać przed nimi?
Podłymi usty szlachetnemu sercu
Kłamstwo zadawać, że się musi, temu
Poddać spokojnie? Dobrze, niech tak będzie.
Gdyby atoli tylko szło o stratę
Tej jednej ziemi bryłki, Marcjusza,
Niechby ją starli w proch i rozrzucili
Na cztery wiatry. Chodźmy już na rynek!
Rolę mi taką dajecie, że nigdy
Dobrze jej zagrać nie zdołam.

MENENIUSZ

Pójdź, my cię wesprzemy.

WOLUMNIA

Kochany synu, mówiłeś był dawniej,
Że ci pochwały moje bodźcem były
Na polu Marsa; niechajże cię one
Zachęcą teraz do tej roli trudnej
I tak dla ciebie nowej.

KORIOLAN

DumaDobrze więc, dobrze więc. Precz, męski duchu!
Niech mnie duch sprośnej niewolnicy natchnie;
Wojenne gardło moje, które dźwiękom
Trąb wtórowało, niechaj się zamieni
W cienką piszczałkę rzezańca[182] lub niańki,
Co dzieci lula! Niech szalbierski uśmiech
Osiądzie na mych licach; łzy żakowskie
Powloką szybę mych oczu! Niech w ustach
Moich żebraczy język zabełkoce,
Kolana moje, com je dotąd chyba,
Pnąc się pod górę, zginał, niech się zniżą
Jak u charłaka, co bierze jałmużnę!
Nie, nie, nie zrobię tego: bo musiałbym
Przestać czcić godność własną i grą ciała
Wdrażać swój umysł do najostatniejszej
W świecie podłości.

WOLUMNIA

Jak ci się podoba,
Żebrać od ciebie większą jest zakałą[183]
Dla mnie niż od nich dla ciebie. Matka, DumaZgub wszystko;
Daj matce doznać skutków dumy twojej!
Wolę to niż się obawiać zgubnego
Twego uporu, bo pogardzam śmiercią
Tak samo jak ty. Rób, co chcesz. Odwaga,
Którą się pysznisz, moją jest; tyś z moim
Mlekiem ją wyssał, ale duma twoja
Wyłączną twoją własnością.

KORIOLAN

O matko,
Idę na rynek. Bądź zadowolona,
Przestań mnie winić. Jak szachraj wyłudzę
Ich dobre względy, jak kuglarz podchwycę
Serc ich życzliwość i wrócę do ciebie
Pieścidłem wszystkich rzemieślników Rzymu.
Oto już idę, patrz. Pozdrów mą żonę.
Wrócę konsulem lub zwątpię na zawsze,
Aby mój język na drodze pochlebstwa
Mógł kiedy czego dokazać.

WOLUMNIA

Masz wszelką
Wolność.
Wychodzi.

KOMINIUSZ

Dalejże, dalej; trybunowie
Czekają na cię; uzbrój się w łagodność.
Bo oni mają, jak słyszę, wystąpić
Z oskarżeniami gorszymi niż dotąd.

KORIOLAN

Łagodność jest więc hasłem. Dobrze, idźmy.
Niech mnie oskarżą, jak chcą, ja odbiję
Ich oskarżenia, jak mi honor każe.

MENENIUSZ

Tylko łagodnie.

KORIOLAN

O, tak, tak, łagodnie!
Wychodzą.

SCENA TRZECIA

Tamże. Forum.
Wchodzą Sycyniusz i Brutus.

BRUTUS

Bijmy w to, że on chce sobie przywłaszczyć
Tyrańską władzę. Jeśli nam w tym ujdzie,
Przywiedźmy jego nienawiść do ludu;
I to, że zdobycz, wzięta na Ancjatach,
Jeszcze nie była rozdzielona.
Wchodzi Edyl.
Jakże,
Czy przyjdzie?

EDYL

Idzie już.

BRUTUS

Z kim?

EDYL

Z Meneniuszem
I z pewną liczbą senatorów, którzy
Mu są życzliwi.

BRUTUS

Czy masz szczegółowy
Spis wszystkich głosów przez nas zwerbowanych?

EDYL

Mam go tu; oto jest.

BRUTUS

Sąli[184] spisane
Porządkiem cechów?

EDYL

Tak jest.

PolitykaBRUTUS

Idźcie teraz
Wezwać w to miejsce gminy, skoro powiem:
„Tak ma być z mocy praw i woli ludu”,
Czyli[185] to będzie śmierć, sztrof[186] czy wygnanie.
Niech, jeśli powiem: „Śmierć”, chórem: „Śmierć” krzyczą,
„Sztrof”, jeśli powiem: „Sztrof”, „Wygnanie”, jeśli
Powiem: „Wygnanie”, obstając przy dawnej
Prerogatywie swojej i legalnej
W tej mierze władzy.

EDYL

Powiem im.

BRUTUS

A skoro
Raz zaczną krzyczeć, niech nie poprzestają,
Owszem, z całego gardła wrzeszczą, nagląc
O przyspieszenie wydanego przez nas
Wyroku.

EDYL

Bardzo dobrze.

SYCYNIUSZ

Niech się niczym
Zmiękczyć nie dają i bacznymi będą
Na wszelkie nasze skinienia.

BRUTUS

Spiesz po nich.
Wychodzi Edyl.
Od razu wprawmy go w wściekłość. On przywykł
Zwycięsko wszelki pokonywać opór,
Żadnym się nie da powściągnąć wędzidłem,
Jak weźmie na kieł, wypowie nam wszystko,
Co tylko ślina mu poda, a wtedy
Będziemy go mieć w punkcie pożądanym,
Żeby mu prawnie kark skręcić.

SYCYNIUSZ

Nadchodzi.
Koriolan, Meneniusz, Kominiusz, senatorowie i patrycjusze wchodzą.

MENENIUSZ

Tylko spokojnie, błagam cię.

KORIOLAN

Spokojny
Będę jak szkapa, która za garść paszy
Furę gałganów ciągnie. Niech bogowie
Stale w opiece twojej utrzymują
Nasz Rzym i krzesła sędziowskie osadzą
Zacnymi ludźmi, niech pomiędzy nami
Zaszczepią miłość! Obszerne świątynie
Nasze napełnią łaską, a ulice
Błogim widokiem zgody!

PIERWSZY SENATOR

Amen, amen.[187]

MENENIUSZ

Piękne zaiste życzenie!
Edyl wraca z tłumem obywateli.

SYCYNIUSZ

Obywatele, przystąpcie!

EDYL

Słuchajcie
Waszych trybunów, uciszcie się: baczność!

KORIOLAN

Słuchajcie mnie wprzód.

OBAJ TRYBUNOWIE

Dobrze, mów. Milczenie!

KORIOLAN

Nie będę więcej badany? Czy na tym
Skończy się wszystko?

SądSYCYNIUSZ

Ja się ciebie pytam,
Czy się poddajesz wyrokowi ludu,
Czy chcesz szanować jego urzędników
I czyś jest gotów ponieść zgodną z prawem
Karę za winy, które ci niebawem
Dowiedzionymi będą.

KORIOLAN

Jestem gotów.

MENENIUSZ

Słyszycie, obywatele, on mówi,
Że gotów. Weźcie na uwagę jego
Wojenne czyny, pomyślcie o jego
Szerokich bliznach, które wyglądają
Jako grobowce na cmentarzu.

KORIOLAN

Furda[188]!
To są draśnięcia, szramy śmiechu warte.

MENENIUSZ

Zważcie następnie, że gdy w jego mowie
Nie przebija się obywatel, żołnierz
Stoi przed wami. Nie bierzcie przyszorstkich
Jego wyrażeń za objaw niechęci,
Jeno, jak rzekłem, za sposób mówienia,
Który przystoi żołnierzowi bardziej
Niż urażanie się wam.

KOMINIUSZ

Nie inaczej.

KORIOLAN

Jakiż jest powód, że zostawszy świeżo
Za wspólną zgodą obrany konsulem,
Doznaję teraz tak wielkiej obelgi,
Iż mi tę godność odbieracie?

SYCYNIUSZ

Zanim
Ci odpowiemy, ty nam odpowiadaj.

KORIOLAN

Mówcie więc, ani słowa, powinienem.

SYCYNIUSZ

ZdradaOskarżamy cię, żeś się kusił odjąć
Rzymowi jego starodawne prawa
I sam zagarnąć despotyczną władzę.
Dopuściłeś się przez to zdrady ludu.

KORIOLAN

Co? Zdrady?

MENENIUSZ

Tylko bez gniewu, przyrzekłeś…

KORIOLAN

Duma, KłamstwoŻeby z najgłębszych otchłani piekielnych
Ognie zionęły na ten lud! Ja zdrajca!
Bezwstydny, fałszem przesiąkły trybunie!
Choćby w twych oczach pięćdziesiąt tysięcy
Środków zagłady siedziało, w twym ręku
Tyleż milionów, w kłamliwych twych ustach
Dwa razy tyle, jeszcze bym ci w oczy
Powiedział: „Kłamiesz!”, tak śmiało, jak śmiało
Zanoszę modły do bogów.

SYCYNIUSZ

Czy słyszysz,
Ludu?

OBYWATELE

Na skałę z nim, na skałę z nim!

SYCYNIUSZ

Cicho! Nie mamy potrzeby przywodzić
Na potępienie go niczego więcej.
Jego postępki, jego słowa dosyć
Świadczą w tej mierze. Widzieliście sami,
Jak się na waszych targnął urzędników,
Siłą się oparł prawu. Słyszeliście,
Jak wam złorzeczył i tu nawet bluźnił
Tym, których prawa władza ma stanowić
O jego losie. Te wszystkie przestępstwa
Tak kapitalne[189], już go czynią godnym
Najsromotniejszej śmierci.

BRUTUS

Bacząc wszakże,
Że względem Rzymu położył zasługi…

KORIOLAN

Co tam waść pleciesz o zasługach?

BRUTUS

Mówię,
O czym wiem…

KORIOLAN

Waść wiesz?

MENENIUSZ

Także[190] dotrzymujesz
Danego matce przyrzeczenia?

KOMINIUSZ

Miejże
Wzgląd przecie.

KORIOLAN

Nie chcę już na nic mieć względu,
Niechaj wyrzekną wyrok, niech mnie skażą
Na śmierć z Tarpejskiej Skały, na wygnanie,
Na dożywotnie tułactwo, na zdarcie
Skóry czy nawet usychanie z głodu
W lochu, o jednym nędznym ziarnku dziennie,
Nie opłaciłbym jednym dobrym słowem
Ich przyzwolenia anibym za wszystkie
Dary ich łaski nie krępował dłużej
Mojego męstwa, choćbym je ryczałtem
Mógł u nich kupić za marne „dzień dobry”.

SYCYNIUSZ

Sąd, WygnanieZ powodu przeto, że różnymi czasy
Uwłaczał ludu powadze, szukając
Środków odjęcia mu władzy, jak tego
Świeży dał dowód, podniósłszy zbrodniczo
Rękę nie tylko wobec nietykalnej
Sprawiedliwości, ale co ważniejsza,
Na samychże jej wykonawców:
W imieniu ludu i z mocy służących
Nam atrybucji[191] trybunalnej władzy,
Wypędzamy go z miasta jednocześnie
Z tym wyrzeczeniem[192]: nie wolno mu odtąd
Pod karą śmierci wstąpić w bramy Rzymu.
Taka jest wola ludu, tak ma być.

OBYWATELE

Tak ma być! Precz z nim! Niech będzie wygnany!
Tak ma być!

KOMINIUSZ

Posłuchajcie mnie, moi przyjaciele!

SYCYNIUSZ

Wyrok już zapadł, już po wszystkim.

KOMINIUSZ

Słowo!
Byłem konsulem i mogę na sobie
Pokazać znaki nieprzyjaciół Rzymu,
Kocham ojczyznę uczuciem gorętszym,
Świętszym i głębszym niż własne me życie,
Drogą mą żonę, owoc jej żywota,
Skarb mego rodu. Jeżeli obecnie
O tym nadmieniam…

SYCYNIUSZ

Wiemy, dokąd zmierzasz.
Cóż tedy?

BRUTUS

Nie ma tu o czym już mówić,
Wygnany został jako nieprzyjaciel
Ludu i kraju, niechże się wynosi.
Tak ma być.

OBYWATELE

Tak ma być! Tak ma być! Precz z nim!

KORIOLAN

Duma, TłumPodła, wrzaskliwa psiarnio, której tchnienie
Jest dla mnie tym, czym wyziew zgniłych bagien
Której przychylność tyle u mnie warta,
Ile pobliskość ścierw nie pogrzebionych,
Zarażająca mi powietrze. Ja to,
Ja ci powiadam: Precz ode mnie! Zostań,
Marnij tu w swoim niedołęstwie! Niech was
Najmniejszy szelest wskroś przejmuje dreszczem!
Widok wiejących piór nieprzyjacielskich
Niechaj was w rozpacz wprawia! Używajcie
Z całą swobodą władzy wypędzania
Obrońców waszych, aż was wreszcie wasza
Głupota, która nie widzi, nie czując,
I nie ma nawet prostego instynktu
Własnego dobra, odda w obce ręce,
Które was w kluby wezmą jako bydło
Nie wydobywszy miecza! Gardząc wami,
Z wzgardą odwracam się od tego miasta.
Jest ci gdzie indziej jeszcze świat!
Koriolan, Kominiusz, Meneniusz, senatorowie i patrycjusze wychodzą.

EDYLOWIE

Poszedł już, poszedł wróg ludu!

OBYWATELE

Wróg nasz wygnany, poszedł już! Ha! ha!
Lud wydaje okrzyki i rzuca czapki w górę.

SYCYNIUSZ

Idźcie w trop za nim aż do bram,
Urągajcie mu, jak on wam urągał,
Oddajcie mu wet za wet, nam zaś dajcie
Dla bezpieczeństwa straż przez miasto.

OBYWATELE

Idźmy,
Odprowadźmy go do bram. Niech bogowie
Strzegą dni naszych szlachetnych trybunów!
Wychodzą.

AKT CZWARTY

SCENA PIERWSZA

Tamże. Przed bramą miasta.
Koriolan, Wolumnia, Wirgilia, Meneniusz, Kominiusz wchodzą z orszakiem młodych patrycjuszów.

KORIOLAN

Połóżcie tamę łzom, bądźcie mi zdrowi;
Tysiącznogłowy zwierz rogami swymi
Wybódł mnie z moich progów. Ejże, matko,
Gdzież jest twój dawny hart? Nieraz mawiałaś,
Że przeciwności są próbnym kamieniem
Tęgości ducha; że los pospolity
Znośnym być może pospolitym ludziom;
Że kiedy morze jest spokojne, wtedy
Każda łódź śmiało płynie; że im cięższe
Ciosy fortuny, tym chlubniejsze rany,
Jeśli je znosim mężnie i roztropnie.
Tyś we mnie takie wpoiła zasady,
Które przejęte nimi serce mogły
Niezwyciężonym uczynić.

WIRGILIA

O bogi!

KORIOLAN

Przestań, kobieto, proszę cię.

WOLUMNIA

Niech czarna
Zaraza spadnie na ten lud i wszystkie
Warsztaty jego przepadną!

KORIOLAN

Cóż z tego?
WygnanieBędą mnie cenić, gdy mnie mieć nie będą.
Matko, zbierz w sobie ów duch, za którego
Wzniosłym natchnieniem mawiałaś mi nieraz,
Że gdybyś była żoną Herkulesa,
Byłabyś była część jego prac wzięła
Na swój rachunek, aby tym sposobem
Ulżyć mężowi trudów. Kominiuszu,
Nie smuć się, bądź zdrów! Żono moja! Matko!
Żegnam was! Jeszcze mi będzie się szczęścić.
I ty, mój stary, wierny Meneniuszu!
Łzy twoje słońsze są niż łzy u młodych,
Mogą ci strawić wzrok. Dawny mój wodzu!
Widziałem nieraz twoją nieugiętość,
I tyś był nieraz świadkiem takich rzeczy,
Na których widok serce mogło stwardnieć,
Powiedz tym smutnym niewiastom, że szlochać
Nad nieszczęściami nieuniknionymi
Równie jest zdrożnym, jak z nich się naśmiewać.
Matko, wiesz dobrze, że niebezpieczeństwa
Moje kończyły się dotychczas zawsze
Twoją pociechą; ufaj w to i nadal,
Chociaż sam jeden idę w świat (jakoby
Do odludnego legowiska smoka,
Który dokoła szerzy postrach, wszakże
Bardziej w podaniach niż w rzeczy[193] istnieje),
Wiedz, że się wzniosę ponad pospolitość,
Jeśli zaś tego nie dokonam, padnę
W sidłach zdradzieckich intryg.

WOLUMNIA

Drogi synu!
Gdzież się chcesz udać? Weź z sobą na jaki
Czas Kominiusza, postanów coś naprzód
Zamiast się puszczać na dzikie koleje
Ślepego trafu.

KORIOLAN

Bogom się oddaję.

KOMINIUSZ

Ja cię przez miesiąc nie opuszczę, razem
Będziemy radzić, gdzie stale zamieszkasz,
Abyś mógł słyszeć o swoich i oni
Wzajem o tobie, a gdy czas nastręczy
Sposobną porę, w której byś mógł wrócić,
Abyśmy wtedy nie potrzebowali
Pojedynczego po szerokim świecie
Szukać człowieka i nie utracili
Korzyści, które nieobecnych zawsze
Chybiają[194].

KORIOLAN

Bądźcie zdrowi! Kominiuszu!
Jesteś już letni[195] i syty wojennych
Biesiad, nie tobie tułać się po świecie
Z kimś, co ma jeszcze niestargane siły;
Przyjmuję twoje towarzystwo tylko
Do bramy. Luba żono, droga matko,
Cni przyjaciele, pójdźcie! Jak odejdę,
Poślijcie za mną nieme pożegnania
I uśmiechnijcie się. Pójdźcie! Choć będę
Z daleka od was, zawsze mieć będziecie
Ode mnie wieści i nigdy inaczej
Nie usłyszycie o mnie jak w sposobie
Godnym przeszłości mojej.

MENENIUSZ

To mi mowa:
Aż miło słuchać! No, no, dość już tego;
Idźmy, otrzyjmy łzy! Gdybym mógł strząsnąć
Jakich dziesiątek lat z tych starych kości,
Wszędzie bym poszedł za tobą.

KORIOLAN

Daj rękę:
Idźmy.
Wychodzą.

SCENA DRUGA

Tamże. Ulica w pobliskości bramy.
Sycyniusz i Brutus wchodzą z Edylem.

PolitykaSYCYNIUSZ

Każ im się rozejść, już go nie ma w mieście.
Nie posuwajmy się dalej. Stronnicy
Jego ze szlachty krzywo na nas patrzą.

BRUTUS

Pokazaliśmy im, co możem; teraz,
Dopiąwszy swego, trzeba nam się wydać
Pokorniejszymi naprzeciw tych panów,
Niżeśmy byli przed dopięciem.

SYCYNIUSZ

Każ się
Rozejść ludowi: powiedz mu, że jego
Wróg już ustąpił i że jego prawa
Znów odzyskały moc.

BRUTUS

Rozpuść ich zaraz.
Edyl wychodzi. Wolumnia, Wirgilia i Meneniusz wchodzą.
Oto nadchodzi jego matka.

SYCYNIUSZ

Zejdźmy
Jej z drogi.

BRUTUS

Czemu?

SYCYNIUSZ

Oszalała, mówią.

BRUTUS

Już nas spostrzegli; idźmy swoją drogą.

WOLUMNIA

Ha, to wy! Niech was kaźń niebios przywali
Za wasze dzieło!

MENENIUSZ

Ciszej, ciszej!

WOLUMNIA

Gdybym
Mogła płacz wstrzymać, usłyszelibyście…
Lecz posłuchajcie i tak.
do Brutusa, który chce odejść
Zostań.

WIRGILIA

do Sycyniusza
Zostań.
Czemuż nie mogę tak samo powiedzieć
Do mego męża!

SYCYNIUSZ

Azaliż[196] jesteście
Męskiego rodu?

WOLUMNIA

Tak, głupcze. Ot głupiec!
Czyliż to ojciec mój nie był mężczyzną?
Mamże się tego rumienić? — Nikczemny,
Lisi wyrodku, tyżeś to się ważył
Wygnać człowieka, który w sprawie Rzymu
Orężem swoim więcej zadał ciosów,
Niżeś ty twoim językiem słów spłodził.

SYCYNIUSZ

O dobre nieba!

WOLUMNIA

I to szlachetniejszych
Ciosów niżeli ty słów, z dobrem Rzymu.
Słuchaj no: ale nie, poczekaj jednak:
Chciałabym, żeby mój syn był w Arabii
I miał przed sobą całe twoje plemię,
A w ręku swój miecz.

SYCYNIUSZ

Cóż by stąd wynikło?

WIRGILIA

Co? Położyłby on od razu, pewnie,
Koniec twojemu pokoleniu.

WOLUMNIA

Temu
Gniazdu bękartów! Tak szlachetny człowiek,
Za tyle zasług!

MENENIUSZ

Dajcie pokój, idźmy.

SYCYNIUSZ

Żałuję, że tak nie skończył, jak zaczął,
I że związawszy tak chwalebny węzeł
Sam go rozwiązał potem.

BRUTUS

Żałujemy.

WOLUMNIA

TłumŻałosne dusze! A któż to, jeżeli
Nie wy, podbechtał przeciw niemu motłoch?
To bydło, które o jego wartości
Tyle jest w stanie osądzić, ile ja
O niezbadanych tajemnicach niebios.

BRUTUS

Prosim, was, panie, pozwólcie nam odejść.

WOLUMNIA

Proszę cię, panie, odejdź. Spełniliście
Czyn bohaterski, triumfujcież teraz;
Ale pomnijcie, że jako Kapitol
Przenosi[197] czołem niskie strzechy Rzymu,
Tak syn mój (mąż tej szlachetnej niewiasty,
Co ją widzicie tu) przenosi duchem
Wszystkich was w rumel wziętych.

BRUTUS

Dobrze, dobrze:
Już idziem.

SYCYNIUSZ

Czegóż tu stoim, u licha,
Za cel przekąsów szalonej niewiasty?
Idźmy.

WOLUMNIA

Zabierzcie z tobą modły moje.
Trybunowie odchodzą.
Rada bym, żeby bogowie nie mieli
Nic do czynienia więcej, jeno spełniać
Moje przekleństwa! Gdybym tych nędzników
Raz na dzień tylko mogła mieć przed sobą,
Pozbyłabym się wnet tego ciężaru.
Który mi tłoczy serce.

MENENIUSZ

Obeszłyście
Się walnie z nimi, i słusznie: a teraz
Podobaż się wam spożyć w moim domu
Małą wieczerzę?

WOLUMNIA

GniewGniew jest moją karmią[198]:
Sama się trawię i głodową śmiercią
Umrę z sytości. Pójdź, córko; zaniechaj
Tych niedołężnych, nadaremnych żalów;
Rozpaczaj tak jak ja, na wzór Junony
Wrąc gniewem. Pójdź, pójdź.

MENENIUSZ

Hańba ci, o Rzymie!
Wychodzą.

SCENA TRZECIA

Droga pomiędzy Rzymem a Ancjum.
Z dwóch stron przeciwnych wchodzą Rzymianin i Wolsk i spotykają się pośrodku.

RZYMIANIN

152

Znam cię i jestem ci znany: nazwisko twoje Adrian, jeśli się nie mylę.

WOLSK

153

W istocie tak mnie zowią, ale wasza osoba wyszła mi z pamięci.

RZYMIANIN

154

Rzymianinem jestem, ale jak ty, służę przeciw Rzymowi; nie poznajeszże mnie teraz?

WOLSK

155

Nikanor? Wszakże tak?

RZYMIANIN

156

Ten sam, do usług.

WOLSK

157

Większą miałeś brodę, kiedym cię widział po raz ostatni, ale mowa twoja uwydatnia rysy twojej twarzy: Cóż tam nowego w Rzymie? Mam polecenie od wolscyjskiego rządu dowiedzieć się, co się u was dzieje! Oszczędziłeś mi dzień drogi.

RZYMIANIN

158

W Rzymie były niespokojności: lud powstał przeciwko senatorom, patrycjuszom i szlachcie.

WOLSK

159

Były? A więc się już skończyły? Rząd nasz nic nie wie o tym i czyni wielkie przygotowania do wojny, spodziewając się ich zejść w samym zapale rozruchu.

RZYMIANIN

160

Gorączka już minęła, ale najmniejsza okazja może ją wzmóc na nowo, bo szlachta tak żywo wzięła do serca wygnanie poczciwego Koriolana, że bardzo myśli o odebraniu wszelkiej władz ludowi i skasowaniu na zawsze trybunów. Tli to tak, powiadam waszmości, i niewiele brakuje do gwałtownego wybuchu.

WOLSK

161

Koriolan wygnany?

RZYMIANIN

162

Wygnany, bracie.

WOLSK

163

Mile przyjęty będziesz z tą wieścią, Nikanorze.

RZYMIANIN

164

Pora wam jest przyjazna: słyszałem, że cudzą żonę najłatwiej uwieść wtedy, kiedy się z mężem poróżni. Wasz mężny Tullus Aufidiusz poradzi sobie w tej wojnie bez wielkiego trudu, skoro Rzymowi ubył taki jak Koriolan obrońca.

WOLSK

165

Nie zaśpi też pewnie sprawy. Poczytuję sobie za szczęście, żem się z waszmością tak przypadkowo zdybał; uwalniasz mnie od dalszych zachodów i stawiasz mnie w możności towarzyszenia ci.

RZYMIANIN

166

Opowiem ci w ciągu drogi dziwne rzeczy o Rzymie; wszystkie się składają na waszą korzyść. Powiadasz więc, że macie armię w pogotowiu?

WOLSK

167

I to prawdziwie królewską. Już setnicy z centuriami swymi są zaciągnięci, żołd im z góry zapłacono, czekają tylko na rozkaz do pochodu.

RZYMIANIN

168

Cieszę się, słysząc o takowej ich gotowości, i tuszę[199], że moje przybycie tym mniej im pozwoli stać nieczynnie. Niechże się święci nasze spotkanie; serdeczniem rad z towarzystwa waszmości.

WOLSK

169

Uprzedzasz mnie waszmość; dla mnie to radość, że mu mogę służyć.

RZYMIANIN

170

Idźmy teraz razem.

Wychodzą.

SCENA CZWARTA

Ancjum. Przed domem Aufidiusza.
Koriolan w pospolitej odzieży przebrany i osłonięty.

KORIOLAN

Porządne to jest miasto, ten gród Ancjum;
O grodzie, ja to jestem, ten sam, który
Twoje niewiasty przywiódł o wdowieństwo;
Przed którym w wirze bitwy padł i skonał
Niejeden dziedzic tych pięknych budowli.
Nie poznaj ty mnie, boby mnie inaczej
Twe białogłowy rożnami zakłuły,
A chłopcy twoi ukamienowali
W pigmejskiej[200] bitwie.
Obywatel wchodzi.
Bądź pozdrowion, panie.

OBYWATEL

Nawzajem.

KORIOLAN

Wskażcie mi, jeżeli łaska,
Gdzie mieszka wielki Aufidiusz. Nie wiecie,
Czy jest on w Ancjum?

OBYWATEL

Jest i teraz właśnie
Wyprawia ucztę panom Rady.

KORIOLAN

Gdzie jest
Dom jego, chciejcie mi, proszę, pokazać?

OBYWATEL

Ot tu, przed wami.

KORIOLAN

Dziękuję waszmości.
Obywatel wychodzi.
O świecie, dziwne są twoje koleje!
Najprzywiązańsi przyjaciele, którzy
W dwojgu łon jedno zdali się mieć serce,
Których godziny, łoże, mienie, jadło,
Prace, uciechy, wszystko było wspólne,
Którzy w miłości byli nierozdzielni
Jako bliźnięta, nagle skutkiem sporu
O rzecz niewartą szeląga wpadają
W najzapalczywszą ku sobie nieprzyjaźń.
A z drugiej strony najnieubłagańsi
Nieprzyjaciele, którym jadowite
Szepty zawiści i przemyśliwania,
Jakby mógł jeden drugiemu zaszkodzić,
Sen przerywały dla bzdurstwa, o którym
Wspomnieć nie warto, zmieniają się nagle
W najzagorzalszych przyjaciół i ściśle
Jednoczą z sobą byt i całą przyszłość.
Tak się ma właśnie ze mną: nienawidzę
Miejsc mych rodzinnych, a kocham to miasto,
Którego dotąd byłem wrogiem. Wnijdźmy[201],
Zabijeli[202] mnie, sprawiedliwie zrobi;
Zostawili[203] mnie przy życiu, wyświadczę
Przysługi jego ojczyźnie.
Wychodzi.

SCENA PIĄTA

Tamże. Sala w domu Aufidiusza.
Muzyka z zewnątrz. Jeden z miejscowych sług wchodzi.

PIERWSZY SŁUGA

171

Wina, wina, wina! Cóż to za usługa, czy nasi ludzie posnęli?

Drugi sługa wchodzi.

DRUGI SŁUGA

172

Gdzie Kotus? Pan go woła. Kotusie!

Koriolan wchodzi.

KORIOLAN

Piękny dom, miły zapach uczty wonie,
Lecz jam do gościa niepodobny.
Pierwszy sługa wraca.

PIERWSZY SŁUGA

173

Czego chcesz, przyjacielu? Skąd jesteś? Nie ma tu miejsca dla ciebie, proszę cię, wyjdź za drzwi.

Wychodzi.

KORIOLAN

Nie zasłużyłem na lepsze przyjęcie,
Będąc, czym jestem.
Wchodzi Drugi sługa.

DRUGI SŁUGA

174

Skąd waść? Czy odźwierny ma oczy z tyłu, że wpuszcza takie figury? Wynoś się, skąd przyszedłeś.

KORIOLAN

175

Precz!

DRUGI SŁUGA

176

Precz? Ty sam precz!

KORIOLAN

177

Jesteś naprzykrzony.

DRUGI SŁUGA

178

Jaki mi zuch! Zaraz ci lepiej rzecz przełożę.

Wchodzi Trzeci sługa. Pierwszy spotyka się z nim.

TRZECI SŁUGA

179

Co to za człowiek?

PIERWSZY SŁUGA

180

Oryginał, jakiego nie widziałem, nie mogę się go pozbyć z domu; poproś no tu naszego pana.

TRZECI SŁUGA

181

Po coś tu przyszedł, człowieku? Radzę ci, nie zawadzaj tu dłużej.

KORIOLAN

Pozwólcie mi tu stać, moi panowie,
Nie zrobię krzywdy waszemu ognisku.

TRZECI SŁUGA

182

Któż waść jesteś?

KORIOLAN

183

Szlachcic.

TRZECI SŁUGA

184

Podupadły, widać.

KORIOLAN

185

W istocie, podupadły.

TRZECI SŁUGA

186

Proszę cię, mój podupadły szlachcicu, obierz sobie inne stanowisko; tu nie ma miejsca dla waszmości, wynoś się, pókiś cały!

KORIOLAN

187

Precz, drabie! pilnuj twego obowiązku i idź się napaść szczątkami biesiady.

Odtrąca go.

TRZECI SŁUGA

188

Cóż to? Nie chcesz? Idź no, kamracie, donieś panu, jakiego tu ma gościa.

DRUGI SŁUGA

189

Zaraz to zrobię.

Wychodzi.

TRZECI SŁUGA

190

Gdzie mieszkasz?

KORIOLAN

191

Pod stropem.

TRZECI SŁUGA

192

Jakim?

KORIOLAN

193

Niebieskim.

TRZECI SŁUGA

194

Pod stropem niebieskim?

KORIOLAN

195

Wzdyć tak.

TRZECI SŁUGA

196

Gdzież jest ten strop?

KORIOLAN

197

W mieście wron i kawek.

TRZECI SŁUGA

198

W mieście wron i kawek? Patrzcie, co to za osioł! To mieszkasz i z gawronami?

KORIOLAN

199

Nie, nie jestem przecie sługą twego pana.

TRZECI SŁUGA

200

Mojego pana śmiesz zaczepiać?

KORIOLAN

Patrz, żebym twojej pani nie zaczepił;
Dość tego: weź blat[204] pod pachę i ruszaj!
Wypędza go.
Aufidiusz wchodzi z Drugim sługą.

AUFIDIUSZ

201

Gdzie jest ten człowiek?

DRUGI SŁUGA

202

Tu, panie: byłbym go wypchnął jak psa, gdybym się nie był obawiał harmideru narobić w pobliskości panów.

AUFIDIUSZ

Skąd jesteś? Czego chcesz? Jak się nazywasz?
Czemu nie mówisz? Odpowiadaj, jak się
Nazywasz?

KORIOLAN

odsłaniając się
Jeśliś mnie jeszcze nie poznał,
Tullusie, jeśli ci widok mej twarzy
Nie mówi głośno, kim jestem, zaprawdę,
Muszę ci moje wymienić nazwisko.

AUFIDIUSZ

Wymień je.
Słudzy oddalają się w głąb sceny.

KORIOLAN

Jest to nazwisko niedźwięczne
Dla ucha Wolsków, twarde i rażące
Dla twego.

AUFIDIUSZ

Wymień je. Masz postać groźną,
W twarzy twej jest coś rozkazującego;
A choć pokrowiec twe podarte, widno[205],
Że się szlachetny pod nim sprzęt ukrywa.
Jak się nazywasz?

KORIOLAN

Przygotuj się zmarszczyć
Czoło. Jeszcze mnie teraz nie poznajesz?

AUFIDIUSZ

Nie, nie poznaję cię. Jak się nazywasz?

KORIOLAN

Nazwisko moje, Tullusie, jest Marcjusz.
Jam to ów Kajus Marcjusz, który Wolskom,
A w szczególności tobie, tyle ciężkich
Krzywd i klęsk zadał, na poparcie czego
Posłużyć może nazwa Koriolana,
Którą mi dano. W nagrodę przebytych
Mozolnych trudów, srogich niebezpieczeństw
I krwi przelanej za niewdzięczną ziemię
Zyskałem tylko ten przydomek: hasło
Twej sprawiedliwej ku mnie nienawiści.
Krom[206] tego miana nic mi nie zostało.
Dzikość i zawiść ludu, ośmielona
Ustąpieniami chwiejącej się szlachty,
Niedbałej o mnie, pochłonęła resztę
I przyprawiła mnie o to, żem został
Przez niewolniczą hałastrę sromotnie
Wygnany z Rzymu. Ta to ostateczność
Sprowadza mnie dziś do twego ogniska.
Nie myśl, ażebym łudził się nadzieją,
Że mi zachowasz życie; gdybym bowiem
Lękał się śmierci, nikogo bym pewnie
Na całym świecie nie unikał bardziej
Niż ciebie. Staję tu nie w innym celu,
Jeno ażebym się skwitował[207] z tymi,
Co mnie skrzywdzili. Jeżeli więc w sercu
Żywisz gniew, który by rad odwetować
Własne twe krzywdy i zabliźnić rany
Twojego kraju, masz sposobność. Przybierz
Moją niedolę w pomoc doli twojej
I użyj zemsty mojej za narzędzie
Twojej korzyści; będę bowiem walczył
Przeciwko mojej skażonej ojczyźnie
Z całą wściekłością podziemnych zastępów.
Jeżeli ci to jednak nie dogadza,
Jeżeli syty walk i znojów nie chcesz
Dalej próbować szczęścia, w takim razie
Krótko rzecz możesz skończyć. Syty życia,
Chętnie ci głowę podaję pod topór,
Weź ją jak swoją, zmyj dawne urazy.
Niedorzecznością byłoby z twej strony
Nie wziąć jej, bacząc, żem cię od tak dawna
Z zawziętą ścigał nienawiścią, z piersi
Ojczyzny twojej beczki krwi wytoczył,
Żyć bym mógł jeno ku twemu wstydowi,
Jeślibym nie mógł żyć ku wyświadczeniu
Przysług twej sprawie.

AUFIDIUSZ

O Marcjuszu, każde
Z twych słów wyrwało z serca mego korzeń
Dawnej niechęci. Choćby mi sam Jowisz
Z głębi chmur boskie obwieszczając rzeczy
Powiedział: „Tak jest”, nie dałbym mu większej
Wiary niż tobie, szlachetny Marcjuszu.
Pozwól mi objąć ramieniem to ciało,
O które tylekroć razy miotałem
Mą jesionową włócznię, aż jej drzazgi
Lecące w górę zaćmiewały księżyc.
Oto rękojeść miecza obejmując,
Zobowiązuję się równie żarliwym
Współzawodnikiem twoim być w przyjaźni,
Jak mnie nim w boju znajdowałeś, kiedym
Zajrząc[208] ci sławy, występował na harc
Doświadczać twego męstwa. Wiedz nasamprzód,
Żem kochał dziewkę, którąm wziął za żonę.
Żaden miłośnik nie wzdychał serdeczniej;
Lecz teraz widząc tu ciebie, cny mężu,
Radośniej skacze mi serce niż wówczas,
Kiedym małżonkę moją po raz pierwszy
Ujrzał wchodzącą w me progi. Tak, Marsie!
A teraz dowiedz się, żeśmy na nowo
Zebrali siły. Zakładałem sobie
Raz jeszcze zmierzyć się z tobą i albo
Tobie odrąbać tarczę od ramienia,
Albo dać sobie odciąć ramię. Tyś mnie
Dwanaście razy pokonał, za każdym
Co noc marzyłem o spotkaniach z tobą.
Stałeś przede mną we śnie, walczyliśmy,
Gruchotaliśmy sobie wzajem hełmy,
Chwytaliśmy się oburącz za gardło,
I przebudzałem się martwy z rozpaczy,
Że to był tylko sen. O tak, Marcjuszu,
Choćbyśmy żadnych zajść nie mieli z Rzymem,
Żadnych do niego uraz, za to jedno,
Że ciebie wygnał, wielki bohaterze,
Podnieślibyśmy całą naszą ludność
Od lat dwunastu do siedemdziesięciu
I jako wrzący potok wlelibyśmy
Żar wojny w wnętrze niewdzięcznego kraju.
Pójdź, pójdź i w dowód przyjacielskich uczuć
Uściśnij ręce naszym senatorom,
Którzy mnie przyszli pożegnać; nie później
Bowiem jak jutro zamierzam się rzucić
Na posiadłości wasze, choć nie zaraz
Na samo miasto.

KORIOLAN

Wspierajcie mnie bogi!

AUFIDIUSZ

Jeżeli zatem chcesz, dostojny mężu,
Sam sprawą zemsty twej kierować, przyjmij
Połowę mojej władzy i postanów —
Ile że jesteś bieglejszy w rzemiośle
I bliżej zdolny ocenić silniejszą
I słabszą stronę twej ziemi — którędy
Mamy się udać i od czego zacząć:
Czy zaraz do bram Rzymu zakołatać,
Czy postrach rzucić, zanim ich zniszczymy,
Pohulać pierwej w dalszych okolicach.
Ale pójdź; pozwól, bym się przede wszystkim
Przedstawił moim gościom, którzy z góry
Na każde twoje zgodzą się żądanie.
Witaj po tysiąc razy! Nigdyś nie był
Nieprzyjacielem naszym w takim stopniu,
Jak teraz jesteś przyjacielem, mimo
Żeś niepoślednio był tym pierwszym. Podaj
Mi rękę! Niechaj się święci ta chwila,
W której cię mogę nazwać gościem moim.
Wychodzą Koriolan i Aufidiusz.
Słudzy zbliżają się.

PIERWSZY SŁUGA

203

Szczególne się rzeczy dzieją.

DRUGI SŁUGA

204

Świerzbiało mnie coś, żeby go poczęstować lagą, a jednak coś mi szeptało, że jego ubiór fałszywie mówi o jego osobie.

PIERWSZY SŁUGA

205

Cóż to on ma za rękę! Zakręcił mną w dwóch palcach jak ten, co frygę[209] puszcza.

DRUGI SŁUGA

206

Wyczytałem mu ja z oczu, że w nim jest coś; miał on widocznie w twarzy coś takiego — nie wiem, jakby to powiedzieć.

PIERWSZY SŁUGA

207

W istocie, miał coś takiego, jak gdyby — niech mnie kaci porwą, jeżelim zaraz nie pomyślał — że w nim jest coś więcej, niż myślałem.

DRUGI SŁUGA

208

Dalipan[210], i ja to samo; po prostu mówiąc, nie ma na świecie równego mu człowieka.

PIERWSZY SŁUGA

209

I ja tak sądzę, ani większego żołnierza, chyba tylko jeden.

DRUGI SŁUGA

210

Kto, nasz pan?

PIERWSZY SŁUGA

211

Ani mowy o tym.

DRUGI SŁUGA

212

On wart sześciu takich.

PIERWSZY SŁUGA

213

Ejże, chyba nie tyle, ale że większy żołnierz, to pewna[211].

DRUGI SŁUGA

214

Prawdę powiedziawszy, nie wysłowię, jakby to można wyrazić, jednakże nasz wódz jedyny jest do obrony miasta.

PIERWSZY SŁUGA

215

Ba, i do szturmu.

Wchodzi Trzeci sługa.

TRZECI SŁUGA

216

O mazgaje, o niedołęgi, wiecie, co wam powiem?

PIERWSZY I DRUGI SŁUGA

217

Co, co, co? Co takiego? Mów.

TRZECI SŁUGA

218

Nie chciałbym być Rzymianinem za nic w świecie, na jedno by mi wyszło być zbrodniarzem, co go na śmierć wiodą.

PIERWSZY I DRUGI SŁUGA

219

Dlaczegóż to? Dlaczego?

TRZECI SŁUGA

220

Dlaczego? A toć to jest ten, co tyle razy na kwaśne jabłko zbił naszego wodza — Kajus Marcjusz.

PIERWSZY SŁUGA

221

Na kwaśne jabłko naszego wodza?

TRZECI SŁUGA

222

Co tam kwaśne jabłko, ale że go nieraz pobił, to pewna.

DRUGI SŁUGA

223

Dajcie pokój, jesteśmy zgodni kamraci i dobrzy przyjaciele, stał on mu zawsze kością w gardle, sam to słyszałem z jego ust.

PIERWSZY SŁUGA

224

Prawdę mówiąc, dał on mu się nieraz we znaki. Pod Koriolami, na przykład, popłatał go i pokiereszował jak pieczeń.

DRUGI SŁUGA

225

Gdyby miał ludożerczą naturę, byłby go był upiekł i pożarł.

PIERWSZY SŁUGA

226

Cóż nam więcej powiesz?

TRZECI SŁUGA

227

Na rękach go tam noszą, jak gdyby był rodzonym synem i dziedzicem Marsa; sadowią go na najpierwszym miejscu przy sobie; senatorowie za lada słowem uniżają przed nim łysiny; sam nas wódz nadskakuje mu jak gach[212] w zalotach, błogosławi go ręką i z wytrzeszczonym białkiem stoi na czatach jego słów. Ale esencją moich nowin jest to, że nasz wódz rozpadł się na dwie części i że jest tylko połową tego, czym był wczoraj, bo tamten zabrał drugą połowę na prośby i za zgodą całej kompanii. Powiada, że pójdzie natrzeć uszu tym, co bram Rzymu strzegą, że wszystko skosi przed sobą i wolną sobie utoruje drogę.

DRUGI SŁUGA

228

Bardzo on do tego podobny. Nie wyobrażam sobie człowieka, któremu by bardziej coś takiego z oczu patrzało. Jak powiedział, tak zrobi.

TRZECI SŁUGA

229

Nie ma kwestii, że zrobi; bo trzeba wam wiedzieć, moi panowie, że tyluż ma przyjaciół, co i nieprzyjaciół, tylko że owi przyjaciele, mówiąc między nami, nie śmią, widzicie, pokazać się, że tak powiem, jego przyjaciółmi, dopóki jest dyskredowany[213].

PIERWSZY SŁUGA

230

Dyskredowany! Co to znaczy?

TRZECI SŁUGA

231

Ale skoro zobaczą, że mu się grzebień podniósł i że mu krew nie skrzepła, powyłażą z kryjówek jak króliki po deszczu i skakać zaczną wkoło niego.

PIERWSZY SŁUGA

232

Rychłoż rozpocznie działanie?

TRZECI SŁUGA

233

Jutro, dziś, teraz, zaraz. Usłyszycie kotły dziś jeszcze po południu, będzie to niejako na wety[214]; nie otrą ust, a już hasło zabrzmi.

WojnaDRUGI SŁUGA

234

Tak więc świat znowu się rozrucha. Pokój na to jest tylko, żeby żelazo rdzewiało, żeby się krawcy mnożyli i fabrykanci rymów.

PIERWSZY SŁUGA

235

Bodaj to wojna, i ja mówię; ona a pokój to tak jak dzień i noc, rześko na niej, ruchawo, głośno i swobodnie. A pokój to prawdziwy letarg, paraliż: ckliwy, głuchy, ospały, nieczuły, i więcej płodzi bękartów, niż wojna zabija ludzi.

DRUGI SŁUGA

236

Tak, tak, i jeżeli wojna pod pewnym względem może się zwać gwałcicielem, to niezaprzeczenie pokój śmiało można nazwać przyprawiaczem rogów.

PIERWSZY SŁUGA

237

I przyprawiaczem ludzi o to, że jedni drugich nienawidzą.

TRZECI SŁUGA

238

Racja zaś w tym, że wtedy mniej potrzebują jedni drugich. Niech więc żyje wojna! Kładę mieszek w zakład, że wkrótce Rzymianie tak będą tani jak Wolskowie! Wstają od stołu, wstają od stołu!

WSZYSCY TRZEJ

239

Śpieszmy, śpieszmy, śpieszmy!

Wybiegają.

SCENA SZÓSTA

Rzym. Plac publiczny.
Wchodzą Sycyniusz i Brutus.

SYCYNIUSZ

Nic coś nie słychać o nim, w każdym razie
Nie mamy się go potrzeby obawiać.
Pokój obecny i spokojność ludu,
Który niedawno jeszcze tak się burzył,
Bezsilnym czynią wszelki jego zamach.
Świat idzie swoim trybem na przekorę
Jego stronnikom, którzy by woleli,
Aczkolwiek może z własną swoją szkodą,
Widzieć wichrzące po ulicach tłumy
Niżeli cichą czynność rzemieślnika
Śpiewającego przy pracy i raźnie
Zwijającego się koło warsztatu.
Wchodzi Meneniusz.

BRUTUS

W poręśmy wzięli się do rzeczy. Wszak to
Meneniusz.

SYCYNIUSZ

On sam. Od pewnego czasu
Wygrzeczniał stary! Witaj, panie.

MENENIUSZ

Witam
Waszmościów.

SYCYNIUSZ

Ten wasz Koriolan niewielką
Jakoś po sobie próżnię pozostawił,
Chybaby może między przyjaciółmi.
Rzeczpospolita stoi i będzie,
Choćby się nie wiem jak zżymał.

MENENIUSZ

Tak, jak jest, dobrze jest, byłoby jednak
Nierównie lepiej, gdyby był miał władzę
Nad sobą.

SYCYNIUSZ

Gdzież on się teraz obraca?
Nie słyszeliście nic?

MENENIUSZ

Nic nie słyszałem.
I jego matka, jego żona także
Nic nie słyszały.
Wchodzi trzech czy czterech obywateli.

OBYWATELE

Niech wam bogowie płacą!

SYCYNIUSZ

Dobry wieczór,
Sąsiedzi.

BRUTUS

Dobry wieczór, dobry wieczór.

PIERWSZY OBYWATEL

Powinniśmy się z żonami i z dziećmi
Na klęczkach dzień w dzień modlić za was.

SYCYNIUSZ

Żyjcie
I prosperujcie!

BRUTUS

Bądźcie zdrowi. Gdyby
Was był Koriolan tak jak my miłował!

OBYWATELE

Poruczamy was bogom.

OBAJ TRYBUNOWIE

Bądźcie zdrowi.
Wychodzą obywatele.

SYCYNIUSZ

Lepsze to dzisiaj czasy i weselsze
Niż owe, kiedy ciż sami ludziska
Biegali, „gwałtu!” krzycząc.

BRUTUS

Kajus Marcjusz
Niepospolitym, prawda, był żołnierzem,
Ale zuchwałym nad wszelkie pojęcie,
Dumnym, wyniosłym, samolubnym.

SYCYNIUSZ

Pełnym
Uzurpatorskich uroszczeń.

MENENIUSZ

Nie sądzę.

SYCYNIUSZ

Bylibyśmy się o tym przekonali,
Niech no by tylko był został konsulem.

BRUTUS

Bogowie strzegli nas i uchronili
Rzym od tyranii.
Wchodzi Edyl.

EDYL

Cześć wam, trybunowie.
Jakiś niewolnik przytrzymany przez nas
Wskutek badania zeznał, że Wolskowie
Dwoma wojskami wtargnęli w granice
Rzymu i z wściekłą zawziętością niszczą,
Co tylko im się nawinie.

MENENIUSZ

Aufidiusz
Nie traci czasu, widzę. Usłyszawszy
O oddaleniu Marcjusza, na nowo
Wystawia rogi, które, przytulone
W skorupie, ruszyć się z miejsca nie śmiały,
Dopóki Marcjusz bronił Rzymu.

SYCYNIUSZ

Co tam
Waszmość nam prawisz o Marcjuszu?

BRUTUS

Każcie
Wychłostać tego rozsiewacza bajek.
To być nie może, Wolskowie by z nami
Nie śmieli zerwać.

MENENIUSZ

Nie śmieliby zerwać?
To być nie może? Że może być, mamy
Przykłady, ja sam trzy razy widziałem
Coś podobnego. Zanim ukarzecie
Tego człowieka, dowiedzcie się wprzódy,
Skąd on zaczerpnął tę wieść, moglibyście
Go bowiem skrzywdzić, jeżeli rzetelną
Prawdę podając, uprzedził was o tym,
Co nam istotnie grozi.

SYCYNIUSZ

Przestań waćpan.
To być nie może.

BRUTUS

To bajka wierutna.
Wchodzi Goniec.

GONIEC

Szlachta w największym poruszeniu spieszy
Do sali obrad, doszła ją wiadomość
Przerażająca.

SYCYNIUSZ

To ten pies niewolnik.
Wysypcie mu sto plag[215] na środku rynku,
On to narobił tego swym zeznaniem!
On to.

GONIEC

Zeznanie tego niewolnika
Sprawdza się, panie; oprócz tego chodzi
Straszniejsza jeszcze wieść.

SYCYNIUSZ

Jeszcze straszniejsza?

GONIEC

Dość głośno mówią (o ile to prawda,
Nie wiem), że Kajus Marcjusz w połączeniu
Z Aufidiuszem znaczne wojska wiedzie
Przeciw Rzymowi i przysięga zemstę
Tak wielką, jak jest wielki przeciąg czasu
Między najmłodszym a najstarszym wiekiem.

SYCYNIUSZ

Niepodobnego w tym nic nie ma.

BRUTUS

Jest to
Po prostu wymysł, dążący do tego,
Ażeby słabsi ludzie zapragnęli
Mieć znów Marcjusza w Rzymie.

SYCYNIUSZ

Próżny fortel.

MENENIUSZ

Nie ma w tym ani cienia podobieństwa,
On i Aufidiusz tak się z sobą zgodzą
Jak najsprzeczniejsze żywioły.
Wchodzi Drugi goniec.

Wojna, Polityka, ZemstaGONIEC

Panowie!
Senat was wzywa: masy wojsk pod wodzą
Kaja Marcjusza i Aufidiusza
Pustoszą naszą ziemię, już zajęły
Znaczną część kraju, spaliwszy i wziąwszy,
Co im stanęło na drodze.
Wchodzi Kominiusz.

KOMINIUSZ

Cieszcie się z swego dzieła!

MENENIUSZ

Cóż się stało?

KOMINIUSZ

Dopomogliście gwałcić córy wasze,
Dopomogliście, żeby wam na głowy
Dachy zrzucano, żeby wam pod nosem
Żony hańbiono!

MENENIUSZ

Nieba! Cóż się stało?

KOMINIUSZ

Żeby świątynie wasze do ostatniej
Cegły runęły i owe swobody,
O które tak wam chodziło, zmalały
I znikczemniały tak, iżby je można
W najlichszą dziurę wsadzić.

MENENIUSZ

Cóż się stało?
Piękneście dzieło osnuli. Na bogi,
Mów, co się stało? Jeżeliby Marcjusz
Miał się połączyć z Wolskami…

KOMINIUSZ

Jeżeli!
On jest bożyszczem ich, jest dla nich jakimś
Wyższym jestestwem, które nie natura
Wydała, ale jakieś inne bóstwo
Z lepszego ludzi lejące metalu.
Prowadzi ich, jak chce, a oni idą
W trop za nim przeciw nam, frycom[216], tak ufnie
Jak chłopcy, co za motylami gonią,
Lub jak rzeźnicy idący na szlachtuz[217]
Muchy zabijać.

MENENIUSZ

Oto wasze dzieło,
Wasze i waszej fartuchowej zgrai.
Otóż to skutek waszego wspólnictwa
Z tymi, co mają powalane łapy,
A dech cuchnący czosnkiem.

KOMINIUSZ

On wam strząśnie
Rzym na kark.

MENENIUSZ

Tak jak Herkules trząsł z drzewa
Dojrzały owoc.[218] Piękneście nam żniwo
Zasieli!

BRUTUS

Ale czy to tylko prawda?

KOMINIUSZ

Czy prawda? Prędzej zbledniecie jak trupy,
Niż się dowiecie o czym innym. Wszystkie
Powiaty rokosz podnoszą radośnie.
Kto się opiera odważnym szaleństwem,
Śmiech tylko wzbudza i pada ofiarą
Głupiej stałości. Można mu to zganić?
Wy sami łącznie z wrogami waszymi
Musicie przyznać mu słuszność.

MENENIUSZ

Jedynie
Jego wspaniałość[219] może nas ocalić.

KOMINIUSZ

I któż go o nią poprosi? Trybunom
Wstyd nie otworzy ust, lud zasługuje
Na jego litość tak jak wilk na litość
Owczarza, jego przyjaciele także
Nie mogą się z tym odezwać, bo gdyby
Mu powiedzieli: „Oszczędź Rzym”, podobną
Niesprawiedliwość by mu wyrządzili,
Jak ci, co jego ściągnęli nienawiść,
I okazaliby się przez to jego
Nieprzyjaciółmi.

MENENIUSZ

Niestety, to prawda!
Gdybym go widział podpalającego
Mój dom, nie miałbym czoła[220] mu powiedzieć:
„Folguj”[221]. Pięknieście nas wykierowali,
Trzymając z stekiem partaczów! Piękneście
Spartali dzieło!

KOMINIUSZ

Wyście to przywiedli
Rzym o wstrząśnienie, któremu zaradzić
Niepodobieństwem[222] jest prawie.

TRYBUNOWIE

Nie mówcie,
Że to my.

MENENIUSZ

Nie wy! Któż więc? Może senat?
Myśmy sprzyjali mu, ale jak bydło
Rozbrataliśmy szlachetność z szlachectwem,
Ustąpiwszy wam i dawszy go z miasta
Wysykać waszym szczekaczom.

KOMINIUSZ

Zawyją
Oni wnet za nim. Tullus Aufidiusz,
Pierwszy mąż po nim, słucha jego skinień,
Jak gdyby jego był podwładnym. Rozpacz
Jedyną tarczą jest, jedyną siłą,
Jaką im możem przeciwstawić.
Wchodzi gromada obywateli.

MENENIUSZ

TłumOto
Szanowna gawiedź. Aufidiusz jest tedy
Z nim razem? Wyście to zapowietrzyli
Rzym, podrzucając swoje przepocone,
Plugawe czapki, wtenczas gdy Koriolan
Szedł na wygnanie. Zbliża się on teraz,
A każdy włos tych, co mu towarzyszą,
Biczem jest na was. Ilu niedołęgów
Rzucało czapki, tylu głąbów gardłem
Zapłaci za głos, co im wyszedł z gardła.
Nie ma co mówić; chociażby nas wszystkich
Spalił na węgiel, jeszcze by miał słuszność.

OBYWATELE

Straszne nas rzeczy dochodzą.

LudPIERWSZY OBYWATEL

Co do mnie,
Kiedy mówiłem: „Wygnać go”, mówiłem
Także, że szkoda by go było wygnać.

DRUGI OBYWATEL

240

I ja także.

TRZECI OBYWATEL

241

I ja także, i prawdę mówiąc, wielu z nas tak samo mówiło. Cokolwiek zrobiliśmy, zrobiliśmy w najlepszej myśli; i chociażeśmy dobrowolnie zgodzili się, żeby go wygnać, stało się to jednak mimo woli naszej.

KOMINIUSZ

Poczciwe dusze z was!

MENENIUSZ

Nawarzyliście
Kwaśnego piwa, wypijcież je teraz.
Udamy się na Kapitol?

KOMINIUSZ

A jakże,
Tam przede wszystkim.
Wychodzą Kominiusz i Meneniusz.

SYCYNIUSZ

Wracajcie do domów,
Nie przypuszczajcie obawy: to klika;
Oni by radzi, żeby było prawdą
To, co na pozór tak ich trwoży! Idźcie,
Idźcie do domów i nie okazujcie
Najmniejszej trwogi.

PIERWSZY OBYWATEL

242

Niech się bogowie nad nami zmiłują! Chodźcie, bracia, wracajmy do domów. Ja zawsze mówiłem, żeśmy nie mieli racji go wypędzać.

DRUGI OBYWATEL

243

Wszyscyśmy to mówili. Cóż robić! Wracajmy do domów.

Wychodzą obywatele.

BRUTUS

Nie podobają mi się te nowiny.

SYCYNIUSZ

I mnie tak samo.

BRUTUS

Idźmy na Kapitol.
Chętnie bym oddał połowę fortuny,
Żeby to było bajką.

SYCYNIUSZ

Idźmy, idźmy.
Wychodzą.

SCENA SIÓDMA

Obóz w niewielkiej odległości od Rzymu.
Wchodzi Aufidiusz z swym Powiernikiem.

AUFIDIUSZ

Czy jeszcze wszystko bije czołem temu
Rzymianinowi?

POWIERNIK

Nie pojmuję, jaką
Moc czarodziejską posiada ten człowiek:
On staje naszym żołnierzom za przedmiot
Modłów przed stołem, rozmów w czasie jadła,
Podzięk przy końcu biesiad; ty zaś, panie,
Bledniesz nieznacznie[223] w oczach własnych ludzi.

AUFIDIUSZ

Nie mogę temu na teraz zaradzić,
Bo przedsiębiorąc coś przeciwko temu,
Zwichnąłbym nasze plany. Takiej dumy,
Jakiej sam teraz od niego doświadczam,
Nie przypuszczałem: mianowicie wtenczas,
Kiedym mu moje otwierał objęcia.
Natura jego niepoprawna; darmo,
Trzeba zabaczać[224] i znosić to, czego
Zmienić nie można.

POWIERNIK

Wolałbym był jednak
(Dla twego dobra, panie), żebyś nie był
Dzielił z nim władzy, lecz żebyś albo
Na siebie przyjął cały onej ciężar,
Albo zupełnie jemu go zostawił.

AUFIDIUSZ

Zrozumiałem cię dobrze i bądź pewny,
Że skoro przyjdzie z nim do porachunku,
Będę mu takie mógł stawić zarzuty,
Jakich się ani domyśla. Na pozór
Zdaje się wprawdzie, i on sam rozumie,
Że dobrze rzeczy prowadzi, że cały
Wylany[225] jest dla sprawy Wolsków. Walczy
Jak smok i ledwie miecz z pochwy dobędzie,
Jużci i pobił; jest jednak coś, czego
Jeszcze nie zrobił; coś, co albo jemu
Kark skręci, albo mój na szwank narazi,
Jeżeli kiedy przyjdzie między nami
Do porachunku.

POWIERNIK

Rozumieszli, panie,
Że on zdobędzie Rzym?

AUFIDIUSZ

Wszystkie obronne
Miejsca poddają mu się bez oporu
I szlachta rzymska trzyma jego stronę;
Senatorowie i patrycjusze
Także są za nim: trybunowie — zera
W sprawie wojennej; a lud ich zarówno
Pochopny będzie wezwać go na powrót,
Jak był skwapliwy wygnać go. Ja mniemam,
Że Rzym tym będzie dla niego, czym ryby
Są dla morskiego orła, który one
Porywa mocą naturalnej władzy.
Służył on zrazu zaszczytnie Rzymowi,
Ale nie umiał z jednostajnym zawsze
Umiarkowaniem piastować zaszczytów.
Czyli[226] to była duma, nazbyt często
Pociągająca szczęśliwych za metę
Danej im doli, czyli brak zdrowego
Rozsądku w trafnym użyciu wypadków,
Których był panem, czy wreszcie natura,
Która nie dając mu być tym, czym nie był,
Nie pozwoliła mu twardego hełmu
Złożyć na miękkim krześle i szeptała,
Że surowością równie dobrze można
W pokoju rządzić jak na wojnie. Mniejsza
Czy to, czy owo, dosyć, że coś z tego
(Bo on wszystkiego tego ma po trochu,
Po trochu, mówię; nie powiem, że wszystko),
Dość, że coś z tego zrobiło go strasznym,
Znienawidzonym, a wreszcie wygnańcem.
Zasługi jego same się zabiły
Tym, że za bardzo wychodziły na wierzch.
Niezaprzeczenie cnoty nasze leżą
W opinii świata; wszelka zaś potęga,
Jakkolwiek w sobie chwalebna, znajduje
Grób na mównicy, z której siebie chwali.
Płomień ruguje płomień, falę fala.
Prawo praw, siła sił budowę zwala.
Idźmy, Marcjuszu, jeśli Rzym posiędziesz,
Biada ci wtedy; bo wnet moim będziesz.
Wychodzą.

AKT PIĄTY

SCENA PIERWSZA

Rzym. Plac publiczny.
Wchodzi Meneniusz, Kominiusz, Sycyniusz, Brutus i inni.

MENENIUSZ

Nie, ja nie pójdę; słyszeliście sami,
Co mówił dawny wódz jego, któremu
On tak był drogi. On mnie wprawdzie kiedyś
Ojcem nazywał, ale cóż stąd? Wyście
Go wypędzili, wy idźcie do niego;
Idźcie na milę przed jego namiotem
Paść na kolana i na klęczkach pełzać,
Żebrając[227] jego przebaczenia. Kiedy
On Kominiusza wzbraniał się wysłuchać,
Ja ani kroku nie zrobię.

KOMINIUSZ

Nie chciał mnie poznać nawet.

MENENIUSZ

Czy słyszycie?

KOMINIUSZ

Raz mnie jednakże nazwał po imieniu:
Zakląłem go na dawne nasze związki,
Na krew, którąśmy przelewali razem,
Ale on głuchy był na te zaklęcia.
Zaparł się wszelkich nazw dotychczasowych;
Powiedział, że jest czymś nieokreślonym,
Czymś bezimiennym, że sobie dopiero
Zamierza ukuć nazwisko w płomieniach
Palącego się Rzymu.

MENENIUSZ

Cóż wy na to?
Pięknychście rzeczy narobili; to mi
Para trybunów, co się przez patriotyzm
Starała o to, żeby w Rzymie węgle
Staniały. Będą wam pomniki stawiać.

KOMINIUSZ

Napomknąłem mu, jaką by to było
Monarchy godną wspaniałomyślnością
Przebaczyć tam, gdzie ani śmią rachować[228]
Na przebaczenie; a on odpowiedział,
Że to jest śmieszna rzecz, aby karzący
Ukaranego o łaskę prosili.

MENENIUSZ

Wybornie; mógłże powiedzieć inaczej?

KOMINIUSZ

Usiłowałem obudzić w nim czułość
Na dolę jego prywatnych przyjaciół.
Odrzekł mi na to, że trudno mu zdrową
Słomę wybierać ze stosu zepsutej,
Zbutwiałej mierzwy; że gwoli[229] jednego
Albo dwóch biednych ziarn, byłoby głupstwem
Nie puszczać z dymem barłogu i wąchać
Coś, co obraża nos.

MENENIUSZ

Gwoli jednego
Albo dwóch biednych ziarn? Ja, jego matka,
Żona, syn, nawet ten szanowny człowiek,
Jesteśmy biedne ziarna; wy jesteście
Zbutwiałą mierzwą, której odór bije
Nad księżyc; dla was wszyscy musim spłonąć.

SYCYNIUSZ

Nie, nie, uspokój się, panie. Jeżeli
Nam odmawiacie pomocy w tej nigdy
Nieprzewidzianej toni, nie zwalajcie
Na nas przynajmniej całej winy. Pewni
Jesteśmy jednak, że gdybyście chcieli
W tej opłakanej odezwać się sprawie,
Głos wasz dopomógłby ojczyźnie bardziej
Niż wszelkie wojska, które byśmy mogli
Zebrać naprędce.

MENENIUSZ

Nie, nie chcę się wcale
W to mieszać…..

SYCYNIUSZ

Błagam was, pójdźcie do niego.

MENENIUSZ

Po cóż ja tam mam pójść?

BRUTUS

Po to jedynie,
Żeby spróbować, co wpływ wasz u niego
Wskórać potrafi dla zbawienia Rzymu.

MENENIUSZ

A jeśli on mnie tak jak Kominiusza
Z niczym odprawi, to cóż wtedy? Jeśli
Niewysłuchany, obrażony jego
Nieuprzejmością, z kwitkiem do was wrócę,
To i cóż wtedy?

SYCYNIUSZ

Wtedy Rzym wam będzie
Za waszą dobrą chęć obowiązany
Z uwagi, żeście czynili, co mogli,
Dla jego dobra.

MENENIUSZ

Dobrze więc, spróbuję.
Rozumiem, że mnie wysłucha; że jednak
Mógł się oburknąć i zacisnąć zęby,
Kiedy Kominiusz go odwiedził, to mnie
Zbija z terminu[230]. Snadź wtedy był nieswój,
Musiał być jeszcze przed obiadem. Kiedy
Żyły niepełne, krew w człowieku chłodna,
Zrzędni jesteśmy i niezdolni baczyć
Ani przebaczyć; kiedy zaś, przeciwnie,
Winem i jadłem dobrze wprzód opatrzym
Owe kanały i dukta[231] krwi, wtedy
Wnet nasze dusze giętszymi się stają,
Niż kiedy pościm jak kapłani. Czekać
Więc będę, aż pod dietetycznym względem
Usposobiony będzie odpowiednio;
Wtedy dopiero szturm przypuszczę.

SYCYNIUSZ

Wiecie
Najlepiej, panie, jaką obrać drogę
Do jego serca, i fatyga wasza
Nie może chybić celu.

MENENIUSZ

Na poczciwość,
Zrobię, co mogę, i wkrótce się dowiem,
Jak wiele mogę.
Wychodzi.

KOMINIUSZ

On go nie wysłucha.

SYCYNIUSZ

Nie?

KOMINIUSZ

Nie, powiadam wam. On siedzi w złocie,
Wzrok mu się iskrzy, jakby chciał Rzym spalić,
A litość jego jest spętanym więźniem
Jego urazy. Uklęknąłem przed nim;
Półgębkiem rzekł mi: „Powstań”, i niedbałym
Skinieniem ręki pokazał mi wyjście.
Co postanowił zrobić i od czego
Z mocy przysięgi odstąpić nie może.
W przysłanym liście oznajmił mi potem,
Dodając, iż nam pozostaje tylko
Poddać się jego warunkom.
Jeśli go matka nie zmiękczy i żona,
Które, jak słyszę, mają go pójść błagać
O łaskę, żadnej już nie ma nadziei.
Idźmy więc do nich, panowie, i prośmy,
Aby zabiegi swoje przyspieszyły.
Wychodzą.

SCENA DRUGA

Forpoczty Wolsków przed Rzymem. Warty na posterunkach.
Wchodzi Meneniusz.

PIERWSZY WARTOWNIK

Stój! Skąd?

DRUGI WARTOWNIK

Stój! Nazad!

MENENIUSZ

Pełnicie służbę po ludzku, to dobrze;
Ale za wielkim waszym pozwoleniem
Przychodzę tutaj w poselstwie, w poselstwie
Do Koriolana.

PIERWSZY WARTOWNIK

Od kogo?

MENENIUSZ

Od Rzymu.

PIERWSZY WARTOWNIK

Nie przejdziesz, wasze, wracaj, skąd przyszedłeś;
Koriolan nie chce już słyszeć o Rzymie.

DRUGI WARTOWNIK

Prędzej ujrzycie Rzym w płomieniach, niż się
Z nim rozmówicie.

MENENIUSZ

Moi przyjaciele,
Musiał wam pewnie wasz wódz nieraz prawić
O Rzymie i o przyjaciołach, których
W nim pozostawił; można więc sto stawić
Przeciw jednemu, że i moje miano
Was doszło: jestem Meneniusz.

PIERWSZY WARTOWNIK

Być może;
Idź waść zdrów, mości Meneniuszu, siła
Waszego miana nic tu nie poradzi.

MENENIUSZ

Mówię ci przecie, chłopcze, żem przyjaciel
Twojego wodza; żywą byłem księgą
Jego chwalebnych dzieł, w której to księdze
Ludzie czytali szeroko i długo
O jego sławie niezrównanej; bom ja
Moich przyjaciół (których on jest głową)
Zawsze wystawiał w tak korzystnym świetle,
Na jakie tylko prawda bez uszczerbku
Zgodzić się mogła. Ba, czasami nawet
Przeholowałem i chwaląc go, pchnąłem
Prawdę jak kulę po gładkiej płaszczyźnie
Za rzeczywisty jej obręb: dlatego
Musisz mnie puścić, chłopcze.

PIERWSZY WARTOWNIK

244

Chociażbyś był waszmość tyle kłamstw na jego korzyść powiedział, ileś tu w swoim interesie słów uronił, nie przejdziesz, dalipan, nie przejdziesz; chociażby równy zaszczyt przynosiło kłamać jak żyć poczciwie. Dlatego proszę nazad.

MENENIUSZ

245

Zważ, mój przyjacielu, że się nazywam Meneniusz; że to nazwisko figurowało zawsze na czele listy przyjaciół twego wodza.

DRUGI WARTOWNIK

246

Jeżeliś waszmość z przyjaźni ku niemu pełnił urząd kłamcy (jak to sam wyznajesz), ja z mojego urzędu oświadczam ci po prawdzie, że nie przejdziesz. Zawróć się więc i odejdź.

MENENIUSZ

247

Powiedzcie mi, czy jadł on już obiad? Bo nie chciałbym z nim mówić przed obiadem.

PIERWSZY WARTOWNIK

248

Jesteś waść Rzymianinem czy nie jesteś?

MENENIUSZ

249

Jestem nim, tak dobrze jak i wasz wódz.

PIERWSZY WARTOWNIK

250

Powinien byś więc nienawidzić Rzym, tak jak on go nienawidzi. Jak to? Wyforowaliście[232] najdzielniejszego swego obrońcę, w przystępie ślepego szału oddaliście tarczę waszą w ręce nieprzyjaciół i spodziewacie się zakląć jego zemstę babskimi jękami, dziewiczymi załamywaniami rąk i niedołężnymi instancjami[233] takiego starca gaduły jak waszmość? Jak wam może przejść przez głowę, żeby tak słaby oddech mógł zdmuchnąć grożący Rzymowi pożar? Mylicie się grubo. Dlatego zawróć się, waszmość, do Rzymu i gotuj się na śmierć wraz z drugimi. Zapadł już dekret na was; przysięga naszego wodza zagradza wam wszelką drogę do frysztu[234] i ułaskawienia.

MENENIUSZ

251

Milcz, drabie; gdyby twój komendant wiedział, że tu jestem, obszedłby się ze mną z uszanowaniem.

DRUGI WARTOWNIK

252

Idź waść, nasz komendant nie wie nawet, czy waść jesteś na świecie.

MENENIUSZ

253

Mówię o waszym wodzu.

PIERWSZY WARTOWNIK

254

Nasz wódz nie troszczy się o waści. Jeszcze raz, odstąp waść, jeżeli nie chcesz, żebym z twojego ciała wyprosił resztę krwi, co się w nim kołacze. Nazad! Oto ostatnie słowo: nazad!

MENENIUSZ

255

Ależ posłuchaj, posłuchaj.

Wchodzą Koriolan i Aufidiusz.

KORIOLAN

256

Co się tu dzieje?

MENENIUSZ

257

Zaraz mi ty inaczej śpiewać będziesz, zuchwały zawalidrogo; dowiesz się, jak się ze mną trzeba obchodzić, i że lada drągal na placówce nie może mi bronić przystępu do mego syna Koriolana. Bacz na rozmowę moją z nim i wnioskuj, ażali[235] zasługujesz na szubienicę lub na inny jaki rodzaj śmierci, dłuższy dla widzów i cięższy dla ciebie; słuchaj i truchlej, myśląc, co cię czeka.

obraca się do Koriolana
258

Niech nieśmiertelni bogowie na nieustającym posiedzeniu radzą o twej prywatnej pomyślności i niech cię miłują, tak jak cię miłuje stary twój przyjaciel Meneniusz! O synu, synu mój! Ty nam pożogę gotujesz; patrz, tu jest woda do ugaszenia jej. Zaledwie mnie nakłoniono, żebym się udał do ciebie, ale przekonany, że oprócz mnie nikt cię nie potrafi wzruszyć, podałem ucho naglącym mnie westchnieniom i oto staję przed tobą: zaklinam cię, przebacz Rzymowi i żebrzącym łaski twej współrodakom. Niech litościwi bogowie ukoją twój gniew i zwrócą szczątki jego na tego tu hultaja, który jak kloc zagradzał mi drogę do ciebie.

KORIOLAN

259

Precz!

MENENIUSZ

260

Jak to? Precz?

KORIOLAN

Nie znam cię; nie znam matki, żony, dziecka,
Nikogo. Wszystko, co się mnie dotyczy,
Należy dzisiaj do kogo innego.
Choć zemsta, którą tchnę, moja jest własna,
Jej umorzenie leży w piersiach Wolsków.
Niech raczej czarna niepamięć ze szczętem
Zatrze ślad naszej dawnej zażyłości,
Niżby ją litość miała budzić. Odejdź!
Twardsze są uszy moje dla próśb waszych
Niż bramy wasze dla mojej potęgi.
Ponieważ jednak był czas, żem ci sprzyjał.
Weź to: pisałem to dla ciebie, starcze.
oddaje mu list
I miałem przesłać ci przez gońca. Nie chcę
Z ust twoich słyszeć ani słowa więcej.
Patrz, Aufidiuszu, ten człowiek był pierwszym
Mym przyjacielem w Rzymie: widzisz jednak…

AUFIDIUSZ

261

Stałość ta czyni ci zaszczyt.

Wychodzą Koriolan i Aufidiusz.

PIERWSZY WARTOWNIK

262

No i cóż, mości panie, nazywasz się przecie Meneniusz?

DRUGI WARTOWNIK

263

To istne czarodziejskie słowo. Patrzże teraz, którędy droga do domu.

PIERWSZY WARTOWNIK

264

Kaducznie nas zmyto za daną waszej wielmożności odprawę.

DRUGI WARTOWNIK

265

Z jakiegoż to ja powodu mam truchleć, jak waść myślisz?

MENENIUSZ

266

Mniejsza mi o cały świat, a z nim i o waszego wodza. Co się tyczy takich jak wy istot, o takim drobiazgu ani mi przyjdzie pomyśleć. Kto sam pragnie umrzeć, ten się nie boi śmierci z rąk drugiego. Niech wasz wódz, co chce, robi. Co do was: pchajcie jak najdłużej waszą taczkę i niech się z wiekiem powiększa nędza wasza! Jak mnie powiedziano, tak ja wam powiadam: „Precz!”

Wychodzi.

DRUGI WARTOWNIK

267

Tęgi starowina, na poczciwość!

PIERWSZY WARTOWNIK

268

Nasz wódz to mi człowiek! Jak skała, jak dąb niewzruszony wiatrem.

Wychodzą.

SCENA TRZECIA

Namiot Koriolana.
Wchodzą Koriolan, Aufidiusz i inni.

KORIOLAN

Jutro staniemy pod murami Rzymu.
Współtowarzyszu mój w tej sprawie, donieś
Wolscyjskim panom Rady, czy rzetelnie
Zobowiązania mojego dopełniam.

AUFIDIUSZ

W istocie, tylko nasz interes miałeś
Na względzie, głuchy byłeś na wszechstronne
Utyskiwania i błagania Rzymu,
Puściłeś, mimo poszepty[236] przyjaciół,
Tych nawet, którzy z pewnością liczyli
Na twą powolność[237].

KORIOLAN

Ten starzec, którego
Świeżo z rozdartym sercem odprawiłem,
Kochał mnie bardziej niż ojciec; co mówię,
On mnie ubóstwiał: w istocie ostatnia
Otucha Rzymu na nim polegała.
Okazałem się twardy względem niego,
Przez wzgląd jednakże na dawną z nim przyjaźń,
Choć zachowałem twarz ponurą, srogą,
Podałem jeszcze raz owe warunki,
Które Rzym już był odrzucił, a których
I teraz pewno nie przyjmie, tym bardziej
Że się za jego pośrednictwem większych
Rzeczy spodziewał. Dobrze rzecz zważywszy,
Ustąpiłem z nich nieco. PrzysięgaOd tej chwili
Żadne wstawienia, żadne prośby posłów
Ani prywatnych przyjaciół nie znajdą
Do mnie przystępu. Lecz cóż to za hałas?
Hałas za sceną.
Czyliżbym miał być stawiony na próbę
W tej właśnie chwili, kiedy to wyrzekłem?
W żałobnych szatach wchodzi Wirgilia, Wolumnia prowadząca małego Marcjusza za rękę, Waleria i ich orszak.
Małżonka moja idzie przodem, za nią
Szanowna forma, w której to naczynie
Wzięło początek, a obok niej mała
Odrośl jej szczepu. Ale precz czułości!
Pękajcie wszelkie ogniwa natury!
Zakamieniałość niechaj będzie cnotą.
Czymże jest wdzięczna ta pokora albo
Ten wzrok gołębi, który bogów nawet
Może uczynić krzywoprzysięzcami?
Mięknę i czuję się z takiegoż kruszcu
Jak inni. Matka moja chyli czoło,
Jak gdyby Olimp skłaniał się błagalnie
Przed kretowiskiem, a mój mały synek
Ma w twarzy wyraz pojednawczy, którym
Cała natura woła: „Nie odmawiaj!”.
Nie! Niech Wolskowie Rzym zrównają z ziemią,
Niechaj Italię wzdłuż i wszerz rozryją,
Nie będę nigdy tyle dobroduszny,
Iżbym ślepego miał słuchać instynktu.
Nieporuszony stać będę, jak gdybym
Własnym był twórcą i nie miał najmniejszej
Wspólności z ludźmi.

WIRGILIA

Mężu mój i panie!

KORIOLAN

Niestety, inne w Rzymie miałem oczy.

WIRGILIA

Smutek to, panie, który tak nas zmienił,
Nasuwa ci tę myśl.

KORIOLAN

Jak ów zły aktor,
Na samym wstępie zapominam roli
I najsromotniej utykam. Najmilsze
Moje! Przebaczcie mi moją nieczułość,
Ale nie mówcie mi: „Przebacz Rzymianom”.
O, choćby tylko jeden pocałunek,
Długi jak moje wygnanie, a słodki
Jak nasycenie zemsty! Na zazdrosną
Królowę niebios, pocałunek taki
Wziąłem od ciebie, luba, przy rozstaniu.
I wierne usta me w dziewiczym stanie
Zachowały go dotąd. SynO bogowie!
Ja tu rozprawiam, a najszlachetniejsza
Ze wszystkich matek na tej ziemi jeszcze
Nie powitana. Zniżcie się kolana!
klęka
Okażcie głębszą cześć niż zwykłe hołdy
Niewieścich synów.

MatkaWOLUMNIA

Powstań! Mnie to raczej
Na granitowej poduszce wypada
Klęknąć przed tobą i wbrew przyrodzeniu
Cześć ci okazać tak, jak gdybym była
Jakimś obłędnym, pośrednim jestestwem
Pomiędzy dzieckiem a matką.
Klęka.

KORIOLAN

Ty klękasz?
Przede mną? Przed twym zawstydzonym synem?
Niechże więc lichy żwir z wyschłego brzegu
Bije o gwiazdy, niech szalony wicher
Dumnymi cedry miota o tarcz słońca,
Niepodobieństwo mieniąc w rzeczywistość
I niemożebność w czyn.

WOLUMNIA

Tyś mój bohater,
Płód mego łona. Czy znasz tę niewiastę?

KORIOLAN

Witaj, szlachetna siostro Publikoli[238],
Ty luno Rzymu, czysta jako sopla,
Którą mróz osnuł z najbielszego śniegu
I wdzięcznie zwiesił u świątyni Diany[239],
Droga Walerio!

WOLUMNIA

A to małe ziarnko
Twego pnia, które się z czasem stać może
Tak wielkim jak ty drzewem.

KORIOLAN

Niech bóg wojny
Za pozwoleniem wielkiego Jowisza
Zaprawi duch twój szlachetnością, abyś
Rósł wolen[240] plamy i stał wśród bitw jako
Ów słup na morzu, który się opiera
Wszelkim nawałom i chroni od zguby
Tych, co nań patrzą.

WOLUMNIA

Na kolana, chłopcze.

KORIOLAN

To mój waleczny syn.

WOLUMNIA

Dowiedz się teraz,
Że ten syn, żona twoja, ta niewiasta
I ja przyszłyśmy z prośbami do ciebie.

KORIOLAN

Błagam was, milczcie lub jeżeli chcecie
Prosić mnie o co, pamiętajcie z góry
Nie poczytywać za odmowę tego,
Czego, związany przysięgą, nie mogę
Dla was uczynić. Nie żądajcie, abym
Rozpuścił wojsko lub kapitulował
Z rzemieślnikami Rzymu. Nie znajdujcie
W postępowaniu moim cech wyrodka;
Nie usiłujcie chłodniejszymi względy
Tłumić mojego gniewu.

WOLUMNIA

Przestań! przestań!
Jużeś powiedział, że się nie możemy
Niczego zgoła spodziewać od ciebie,
Bo my cię mamy o to tylko prosić,
Czego nam z góry odmawiasz. Będziemy
Prosić jednakże, aby cała wina
Bezskuteczności naszych błagań spadła
Na ciebie: słuchaj zatem.

KORIOLAN

Aufidiuszu,
I wy, Wolskowie, bądźcie obecnymi;
Nie chcę mieć bowiem z Rzymem żadnych obcych
Dla was stosunków. O cóż tedy idzie?

WOLUMNIA

Matka, PatriotaChoćbyśmy ani słowa nie wyrzekły,
Odzienie nasze i nasze oblicza
Już by wskazały, jaki był nasz żywot
Od chwili twego oddalenia. Pomyśl
Sam tylko, czy są gdzie niefortunniejsze
Niewiasty niż my w tej dobie? Twój widok,
Miasto[241] rozjaśniać nam oczy radością
I serca nasze pociechą napawać,
Wyciska z tamtych łzy, a te przejmuje
Bólem i trwogą. Możeż być inaczej,
Gdy matka, żona, dziecko widzi syna,
Męża i ojca rozdzierającego
Wnętrzności wspólnej ojczyzny? Zawziętość
Twoja pozbawia nas nawet możności
Wznoszenia modłów do bogów, tej ulgi,
Którą w nieszczęściu najlichszy ma nędzarz,
Bo czyliż możem modlić się za sprawę
Ojczyzny, co jest obowiązkiem naszym,
I za pomyślność twojego oręża,
Co jest podobnież naszym obowiązkiem?
Niestety, albo nam przyjdzie utracić
Ojczyznę, drogą żywicielkę naszą,
Albo postradać ciebie, który jesteś
Pociechą naszą w ojczyźnie. Na korzyść
Której bądź strony los przechyli szalę,
Które bądź nasze spełni się życzenie,
Nie możem ciosu uniknąć. Bo albo
W kajdanach musisz, jak obcy złoczyńca,
Pośrodkiem ulic Rzymu być ciągniony,
Albo w triumfie przejść po jego gruzach,
Palmą zwycięstwa ozdobiony za to,
Żeś mężnie przelał krew żony i dzieci.
Co się mnie tyczy, bynajmniej nie myślę
Czekać wypadku tej wojny; jeżeli
Nie zdołam skłonić cię do szlachetnego
Zaspokojenia obydwu stron, zamiast
Co byś na zgubę jednej z nich miał godzić,
Nie prędzej pójdziesz zdobyć gród rodzinny
(Nie prędzej, zapisz to sobie), aż przejdziesz
Po ciele matki twojej, po tym łonie,
Któreć[242] wydało na świat.

WIRGILIA

I po moim,
Które ci tego dziedzica imienia
Twego wydało.

MAŁY MARCJUSZ

Nie przejdzie on po mnie;
Schowam się, będę rósł, a potem walczył.

KORIOLAN

Kto nie chce przejąć niewieściego ducha,
Niech nigdy niewiast i dzieci nie słucha;
Za długo już tu siedzę.
Powstaje.

WOLUMNIA

O, nie odchodź!
Gdyby to, o co cię prosim, zmierzało
Do ocalenia Rzymu jednocześnie
Ze szkodą Wolsków, którym służysz, słusznie
Mógłbyś odrzucić nasze prośby jako
Zgubną dla twego honoru truciznę;
Ale nam o nic innego nie idzie,
Jak o wzajemne pojednanie. Niechby
Wolskowie mogli powiedzieć: „Wspaniale
Postąpiliśmy z nimi”, a Rzymianie:
„Wspaniale z nami postąpiono”. Niechby
Jedni i drudzy, błogosławiąc ciebie,
Mogli zawołać: „Chwała tobie, sprawco
Tego pokoju!”. Synu mój, wiesz dobrze,
Że skutek wojen zawżdy[243] jest niepewny,
Ale to pewna, że gdybyś Rzym zdobył,
Całym owocem twojego zwycięstwa
Byłoby takie imię, które nigdy
Z niczyich by ust nie wyszło bez przekleństw,
Pod którym tak by pisały kroniki:
„Był to szlachetny mąż, ale ostatnim
Postępkiem zmazał całą swoją przeszłość,
Zburzył ojczyznę, imię jego przeto
Zgrozą dla przyszłych pozostanie wieków”.
Ubiegałeś się o zaszczytny rozgłos,
Chciałeś majestat bogów naśladować,
Gromem powietrzne sklepienia rozsadzać,
A wzdyć do siarki swej użyłeś tylko
Takiego bełtu, który by zaledwie
Dąb mógł rozszczepić. Nic nie odpowiadasz?
Mniemaszli, że to jest ozdobą męża
Nie zapominać uraz? Matka, PatriotaMów ty, córko:
On nie dba o twe łzy. Mów ty, pacholę:
Może dziecinne twoje słowa więcej
Na nim wymogą niż moja wymowa.
Nikt nie ma większych niż on obowiązków
Dla matki, a on mi się tu pozwala
Rozwodzić, jakby spętany miał język.
Biedna ja, com cię do walk zachęcała,
Gdacząc jak kokosz, choć tracąc cię, mogłam
Zostać bezdzietna; com cię za powrotem
Obsypywała błogosławieństwami.
Nic miałam nigdy tej słodkiej pociechy,
Abyś mi w czym bądź okazał powolność,
Nazwij żądanie me niesprawiedliwym,
Każ mnie odpędzić, nie rzeknę i słowa,
Ale jeżeli tego nie uczynisz,
Wręcz ci powiadam, że czynisz niegodnie
I że bogowie skarżą cię za takie
Lekceważenie i łamanie względów
Matce należnych. Odwraca się, milczy;
Dalej, niewiasty, zegnijmy kolana,
Upokorzeniem tym go upokorzmy.
Przydomek jego więcej, widać, wpływa
Na jego pychę niż nasze błagania
Na jego czułość. Dalej, na kolana!
Ostatni to już krok — wrócimy potem
Do Rzymu umrzeć razem z rodakami. Spojrzyj
Raz jeszcze na nas, na to chłopię, które
Nie mogąc jeszcze uczuć swych wysłowić,
Klęczy i ręce ku tobie wyciąga.
Czymże byś upór twój usprawiedliwił
Wobec tej niemej wymowy? Dość tego;
Idźmy. Ten człowiek miał matkę Wolscjankę,
W Koriolach żonę ma, a jego dziecko
Musi być pewnie takie jak i ojciec —
Bywaj zdrów! Skoro ujrzę pożar Rzymu,
Wtedy ci powiem jeszcze coś, na teraz
Niczego więcej z ust mych nic usłyszysz.

KORIOLAN

O matko, matko!
bierze Wolumnię za rękę i milczy przez czas niejaki
Cóżeś uczyniła?
Spojrzyj: niebiosa otwarły się na ścież[244];
Bogowie patrzą się na nas i szydzą
Z nienaturalnej tej sceny. O matko,
Matko! Odniosłaś zwycięstwo fortunne
Dla Rzymu, ale dla twojego syna,
Wierzaj mi, bardzo niebezpieczne, może
Nawet fatalne. Niech się święci jednak;
Przyjmę następstwa jego. Aufidiuszu,
Nie mogąc dalej prowadzić tej wojny,
Zawrę godziwy pokój. Czyżbyś, powiedz,
Na moim miejscu mniej był słuchał matki
I mniej był zadośćuczynił jej prośbie?

AUFIDIUSZ

Byłem wzruszony.

KORIOLAN

Mógłbym przysiąc na to!
Musiała to być trudna próba, kiedy
Litość zdołała oczy me zwilgocić.
Powiedz mi, jaki wam pokój najlepiej
Dogadzać będzie? Co do mnie, nie myślę
Wracać do Rzymu; pójdę z wami. Chciej mnie
Wesprzeć w tej sprawie. Matko moja! Żono!

AUFIDIUSZ

na stronie
Nie mam ci za złe, żeś wspaniałomyślność
Przeniósł nad honor: to mi dopomoże
Wrócić na dawne moje stanowisko.
Niewiasty dają znak Koriolanowi.

KORIOLAN

Nie traćmy czasu.
do Wolumnii i Wirgilii
Ale pierwej pójdźmy
Spełnić puchary. Weźmiecie ze sobą
Lepsze świadectwo niż słowa, bo pismo,
W którym wzajemne, podobne warunki
Spisane będą i pieczęcią naszą
Stwierdzone. Pójdźcie z nami do namiotu.
Jeżeli komu, to wam by powinien
Rzym wznieść świątynie.[245] Wszystkie jego miecze,
Wszystkie zastępy wojsk z nim sprzymierzonych
Nie potrafiłyby były wyjednać
Tego pokoju.
Wychodzą.

SCENA CZWARTA

Rzym. Plac publiczny.
Wchodzą Meneniusz i Sycyniusz.

MENENIUSZ

269

Czy widzisz ten narożny kamień Kapitolu?

SYCYNIUSZ

270

Widzę, cóż z tego?

MENENIUSZ

271

Jeżeli znajdziesz sposób poruszenia go z miejsca małym palcem, to jeszcze jest nadzieja, że nasze kobiety, a w szczególności jego matka, potrafią na nim coś wymóc. Ale ja mówię, że żadnej nie ma nadziei; głowy nasze dekretowane i egzekucja za pasem.

SYCYNIUSZ

272

Może się człowiek w krótkim czasie do tego stopnia zmienić!

MENENIUSZ

273

Pomiędzy poczwarką a motylem jest różnica, a przecie motyl był poczwarką. Ten Marcjusz stał się z człowieka smokiem: ma skrzydła, jest czymś więcej niż pełzającą istotą.

SYCYNIUSZ

274

On był do matki bardzo przywiązany.

MENENIUSZ

275

I do mnie także, ale teraz dba on o matkę tyle, co koń ośmioletni. Cierpkość jego najdojrzalszą by skwasiła jagodę. Kiedy stąpa, myślałbyś, że to kusza posuwa się pod mury, ziemia zdaje się pod nim uginać, wzrok jego przebiłby pancerz, mowa jego jest jak dźwięk dzwonów pogrzebowych, a mruczenie podobne do grzmotu. Siedzi w obozie jak posąg Aleksandra. Co każe uczynić, to, ledwie wyrzekł, staje się czynem. Wieczności mu brak tylko, żeby był bogiem, i niebios, z których by światu panował.

SYCYNIUSZ

276

Biada nam, jeżeli ten jego obraz prawdziwy!

MENENIUSZ

277

Odmalowałem go, jakim jest. Osądź z tego, czy przyczynienie się matki potrafi go rozczulić. Jego rozczulić! U niego czułości tyle, co mleka w samcu tygrysie. Przekona się o tym biedne nasze miasto, a wszystkiego tego wyście przyczyną.

SYCYNIUSZ

278

Niech się bogowie nad nami zmiłują!

MENENIUSZ

279

Nie, w takim przypadku nie zmiłują się nad nami bogowie. Nie mieliśmy na nich względu, kiedyśmy go wyganiali, toteż i oni teraz nie będą mieli na nas względu, kiedy on nam przychodzi kark skręcić.

Wchodzi Posłaniec.

POSŁANIEC

Uciekaj, panie, jeśli dbasz o życie,
Lud gniewny porwał waszego kolegę,
Wlecze go środkiem ulic i przysięga,
Że go powolną śmiercią zamorduje,
Jeżeli matka i żona Marcjusza
Nie wrócą z dobrą odpowiedzią.
Wchodzi Drugi posłaniec.

SYCYNIUSZ

Cóż tam!

DRUGI POSŁANIEC

Dobre nowiny, radosne nowiny:
Niewiasty triumf odniosły, Wolskowie
Usunęli się i Koriolan z nimi.
Od czasu wyjścia z Rzymu Tarkwiniuszów
Jeszcze piękniejszy dzień nam nie zajaśniał.

SYCYNIUSZ

Jestże to szczerą prawdą? Jestżeś pewny,
Że to jest prawdą?

DRUGI POSŁANIEC

Tak, jak pewny jestem,
Że słońce szczerym jest ogniem. Z jakiegoż
Świata wracacie, że wątpicie o tym?
Nigdy tak chyżo parta wichrem fala
Nie wylewała się przez luki arkad,
Jak się w tej chwili przez bramy wylewa
Uradowany tłum ludu. Słyszycie?
Odgłos trąb, obojów i kotłów w połączeniu z okrzykami słychać za sceną.
Trąby, puzony, harfy, surmy, flety,
Kotły, cymbały i okrzyki Rzymian
Wzbudzają słońce do pląsów. Słyszycie?
Znowu okrzyki.

MENENIUSZ

Walna wieść, spieszę na spotkanie naszych
Szlachetnych niewiast. Tę Wolumnię warto
Ozłocić, całe miasto senatorów
I patrycjuszów, z konsulami razem,
Nie zrównoważy jej w zasłudze. Co się
Tyczy trybunów, takich jak wy, tych by
Do równowagi trzeba wziąć przynajmniej
Tylu, ile by cały kraj i morze
Mogło pomieścić. Dobrzeście się dzisiaj
Modlili. Jeszcze dziś rano nie byłbym
Był dał denara[246] za dziesięć tysięcy
Głów waszych. Co za radosne okrzyki!
Okrzyki i muzyka.

SYCYNIUSZ

Niech cię nasamprzód bogi błogosławią!
Następnie przyjmij nasze dziękczynienia
Za tę wiadomość.

DRUGI POSŁANIEC

My wszyscy podobno
Równy tu mamy powód do dziękczynień.

SYCYNIUSZ

Dalekoż one są od miasta?

DRUGI POSŁANIEC

Były
Tuż przed bramami, gdym tu przyszedł.

SYCYNIUSZ

Idźmy
Na ich spotkanie i dołączmy głosy
Do tych weselnych okrzyków.
Postępują. Niewiasty otoczone senatorami, patrycjuszami i ludem przechodzą przez scenę.

PIERWSZY SENATOR

Oto zbawczyni nasza, życie Rzymu!
Zwołajcie wszystkie cechy, chwalcie bogi,
Rozpalcie ognie triumfalne, sypcie
Kwiaty pod nogi tych niewiast, zagłuszcie
Ów okrzyk, który Marcjusza wywołał,
W niebo bijącym okrzykiem wdzięczności,
Należnym jego matce! Krzyczcie: „Cześć wam,
Cześć wam, niewiasty! Cześć wam!”.

WSZYSCY

Cześć wam, cześć wam,
Niewiasty! Cześć wam!
Odgłos trąb i kotłów. Wszyscy wychodzą.

SCENA PIĄTA

Ancjum. Plac publiczny.
Tullus Aufidiusz wchodzi z orszakiem swoim.

AUFIDIUSZ

Oznajmcie panom Rady, że tu jestem,
Wręczcie im ten list, gdy go przeczytają,
Niech się zgromadzą na rynku, ażebym
Tak im, jak gminom dowodnie wykazał
Zawartą w liście tym prawdę. Oskarżam
Tego zmiennika[247], który się nie wahał
Wnijść w bramy miasta i zamierza stanąć
Przed ludem, tusząc, że się wnet oczyści
Zręcznym do niego przemówieniem. Spieszcie.
Orszak odchodzi. Wchodzi trzech czy czterech sprzysiężonych stronników Aufidiusza.
Witam was!

PIERWSZY SPRZYSIĘŻONY

Cóż się dzieje z naszym wodzem?

AUFIDIUSZ

To, co z człowiekiem otrutym przez własny
Czyn miłosierdzia i zamordowanym
Przez własną litość.

DRUGI SPRZYSIĘŻONY

Szlachetny Tullusie,
Jeżeli jeszcze trwasz w owym zamiarze,
W którym naszego poparcia żądałeś,
Gotowiśmy cię dziś jeszcze uwolnić
Od grożącego ci niebezpieczeństwa.

AUFIDIUSZ

Nie mogę jeszcze nic wyrzec stanowczo,
Trzeba nam zbadać wprzód usposobienie
Ludu.

TRZECI SPRZYSIĘŻONY

Lud będzie wahał się bez końca,
Póki będziecie stać naprzeciw siebie,
Ale upadek jednego uczyni
Wnet spadkobiercą jego względów tego,
Co pozostanie przy życiu.

AUFIDIUSZ

Wiem o tym;
I mam też na czym ugruntować powód
Mego zamachu. Wyniosłem go, dałem
Honor mój w zakład za jego rzetelność,
A on, wyniósłszy się z mej łaski, polał
Rosą pochlebstwa nowe swoje pole;
Odwiódł ode mnie przyjaciół i ugiął
K'temu swój umysł, znany dotąd zawsze
Z samowolności, z szorstkości i dumy.

TRZECI SPRZYSIĘŻONY

Wyniosłość, z jaką starał się był w Rzymie
O konsulostwo[248], którego też za to
Nie dostał.

AUFIDIUSZ

Właśnie o tym chciałem mówić:
Wygnany za to, przyszedł do mnie; poddał
Pod mój miecz gardło. Przyjąłem go mile;
Zrobiłem go mym towarzyszem broni;
Wszelkim życzeniom jego dogodziłem;
Co więcej, dałem mu wybrać w szeregach
Mojego wojska najdzielniejszych ludzi,
Z którymi by swe plany uskutecznił.
Sam osobiście podjąłem się służyć
Jego widokom; byłem mu pomocą
Do żniwa chwały, którą on wyłącznie
Sobie przywłaszczył; znajdowałem nawet
Jakowąś chlubę w wyrządzaniu sobie
Tej krzywdy: ażem się wydał nareszcie
Służalcem jego, nie współtowarzyszem,
Ażem się przezeń ujrzał traktowany
Jak prosty żołdak.

PIERWSZY SPRZYSIĘŻONY

Nie inaczej: wojsko
Zdumiewało się nad tym. Na ostatek,
Kiedy już Rzym miał w garści i kiedyśmy
Z rychłym podbojem wyglądali nie mniej
Łupów jak chwały…

AUFIDIUSZ

Toć to przeciw niemu
Wypręży nerwy mojego ramienia.
Dla kilku kropel niewieściej wilgoci,
Tanich jak kłamstwo, sprzedał krew i trudy
Wielkiej wyprawy naszej: umrze za to,
A ja odżyję. Słyszycie ten odgłos?
Trąby i kotły odzywają się przy głośnych okrzykach ludu.

PIERWSZY SPRZYSIĘŻONY

Jak goniec wszedłeś, panie, w progi domu,
Rodzinne miasto głucho cię przyjęło;
A jego powrót rozdziera powietrze
Grzmotem okrzyków.

DRUGI SPRZYSIĘŻONY

Dobroduszne głąby,
Drą sobie gardła dla niego, nie pomnąc,
Że on im dzieci pozabijał.

TRZECI SPRZYSIĘŻONY

Nim więc
Zdoła głos zabrać i na lud zdradziecko
Wpłynąć swą mową, daj mu uczuć, panie,
Hart twego miecza; w czym my cię poprzemy.
Skoro zaś legnie, twoja wersja sprawy
Pogrzebie jego usprawiedliwienie
Wraz z jego ciałem.

AUFIDIUSZ

Dosyć tego: oto
Panowie rajcy.
Wchodzą rajcowie miasta.

RAJCOWIE

Bądź nam pozdrowiony.

AUFIDIUSZ

Nie zasłużyłem na to, miłościwi
Moi panowie; ale czyście tylko
Z uwagą list mój odczytali?

RAJCOWIE

Z całą
Uwagą.

PIERWSZY RAJCA

Lecz i z niemałą boleścią.
Poprzednie jego przewinienia mogły
Były jeszcze się zatrzeć jako tako;
Ale tam kończyć, gdzie zaledwie zaczął,
Rzucać plon naszych wysileń i tylko
Zwracać nam nasze koszty, zawrzeć układ
Tam, gdzie był pewny podbój — to się nie da
Usprawiedliwić.

AUFIDIUSZ

Otóż i nadchodzi.
Koriolan wchodzi z muzyką i chorągwiami, za nim tłum obywateli.

KORIOLAN

Cześć wam, szlachetni panowie! Powracam
Tak, jakem wyszedł, wiernym wam żołnierzem;
Nie zarażonym miłością ojczyzny,
Ale wylanym dla was i i posłusznym
Waszym rozkazom. Wiedzcie, żem szczęśliwie
Wojnę rozpoczął i żem sobie krwawą
Aż do bram Rzymu utorował drogę.
Wartość zdobyczy, którą wam przynosim,
Przewyższa o część trzecią koszt wyprawy.
Uczyniliśmy mir[249] z nie mniejszą chwałą
Dla synów Ancjum jak hańbą dla Rzymian;
A to składamy waszmościom na piśmie,
Zbiór punktów przez nas przyjętych, stwierdzony
Ręką konsulów oraz patrycjuszów
I opatrzony pieczęcią senatu.

AUFIDIUSZ

Odrzućcie niecne to pismo i zdrajcą
Nazwijcie tego, co śmiał w taki sposób
Nadużyć waszej ufności.

KORIOLAN

Zdrajcą! Ja, zdrajca?

AUFIDIUSZ

Tak, zdrajco Marcjuszu!

KORIOLAN

Marcjuszu!

AUFIDIUSZ

Ma się rozumieć, Marcjuszu,
Kaju Marcjuszu! Chcesz, żebym cię krasił[250]
Owocem twego rozboju, kradzionym
W koriolskich murach mianem Koriolana?
Tak, naczelnicy państwa, wiarołomnie
Zdeptał on waszą sprawę i za kilka
Mizernych kropel słonej wody wydał
Wasz Rzym (wasz, mówię, Rzym) matce i żonie.
Przysiąg, honoru stargał święte węzły
Jak stary sznurek jedwabny i nigdy
Radzie wojennej nie dawszy przystępu,
Dał wreszcie przystęp łzom matki i onym
Poświęcił wasze zwycięstwo. Pachołcy
Rumienili się na widok tej zgrozy,
A ludzie z sercem[251] patrzyli po sobie,
Nie wierząc własnym uszom.

KORIOLAN

Słyszysz, Marsie?

AUFIDIUSZ

Nie tobie wzywać tego boga mężnych,
Miękki dzieciuchu.

KORIOLAN

Ha!

AUFIDIUSZ

Milcz, ani słowa.

KORIOLAN

Bezczelny kłamco! Tyś mi serce zrobił
Tak wielkim, iż się nie może pomieścić
W swojej siedzibie. „Dzieciuch”! O nędzniku!
Synu podłości! Przebaczcie, panowie,
Po raz to pierwszy lżyć musiałem. Sąd wasz
Światli mężowie, zada nieochybnie
Temu bydlęciu fałsz, a własna jego
Świadomość (jego, który niezatarte
Nosi na sobie piętno dłoni mojej
I nosić ono będzie aż do śmierci)
Powie mu z wami: łżesz!

PIERWSZY RAJCA

Stłumcie ten zapęd
I posłuchajcie nas.

KORIOLAN

Niech mnie Wolskowie
Zrąbią na sztuki, niechaj lada młokos
Aż po rękojeść miecz swój wbije we mnie!
„Dzieciuch”! Fałszywy psie! Jeśli umiecie
Rzetelnie pisać, patrzcie w swoje dzieje:
Jest tam krwawymi podane głoskami,
Żem waszych Wolsków w puch rozbił w Koriolach
Jak orzeł ptactwo w gołębniku. Sam to,
Sam to sprawiłem, on zaświadczy. „Dzieciuch”!

AUFIDIUSZ

Możecie ścierpieć, szlachetni panowie,
Ażeby wam ten niecny samochwalca
Ślepe swe szczęście, a z nim krzywdę waszą
Stawiał przed oczy i uszy?

SPRZYSIĘŻENI

jednogłośnie
Niech zginie!

OBYWATELE

jeden przez drugiego
280

Rozszarpcie go! rozćwiartujcie! On mi zabił syna! On mi zabił córkę! On zabił mego krewnego Marka! On mi zabił ojca!

DRUGI RAJCA

Hola! Wstrzymajcie się! Bez zniewag! Hola!
Jest to szlachetny mąż i jego chwała
Napełnia cały krąg ziemski. Ostatni
Czyn jego względem nas ulegnie śledztwu
W drodze właściwej. Miarkuj się, Tullusie,
I nie zakłócaj spokoju!

KORIOLAN

O, gdybym
Sześciu miał takich Tullusów i więcej,
Cały ród jego, do użycia mojej
Poczciwej stali!

AUFIDIUSZ

Zuchwały niecnoto!

SPRZYSIĘŻENI

Śmierć mu! Niech ginie!
Aufidiusz i sprzysiężeni dobywają mieczów i przebijają Koriolana, ten pada, a Aufidiusz wstępuje na jego ciało.

RAJCOWIE

Stójcie! Stójcie! Stójcie!

AUFIDIUSZ

Cni rządcy ludu, chciejcie mnie wysłuchać.

PIERWSZY RAJCA

Tullusie, cóżeś uczynił?

DRUGI RAJCA

Spełniłeś
Dzieło, nad którym zapłacze waleczność.

TRZECI RAJCA

Nie depcz go! Hola! Panowie! Schowajcie
Miecze do pochew.

AUFIDIUSZ

Szlachetni mężowie,
Skoro wam będzie wiadomym (bo teraz,
W tym zamieszaniu, które on wywołał,
Trudno wam wiedzieć), skoro się dowiecie,
Jak wielkim złem wam zagrażało życie
Tego człowieka, cieszyć się będziecie,
Że je przeciąłem. Pozwólcie mi stanąć
Przed wami w sali obrad, tam dowiodę
Wiernej wam służby mojej lub poniosę.
Kaźń najsurowszą.

PIERWSZY RAJCA

Zdejmcie stąd to ciało;
I uroczystym uczcijcie je żalem,
Bo nigdy herold szlachetniejszym zwłokom
Nie towarzyszył do urny.

DRUGI RAJCA

Porywczość
Jego łagodzi winę Aufidiusza.
Załatwmy tę rzecz w dobry sposób.

AUFIDIUSZ

Gniew mój
Już minął, smutek następuje po nim.
Niech go trzech najcelniejszych wojowników
Weźmie na barki, ja jednym z nich będę.
Uderzcie w kotły, niech żałobnie zabrzmią!
Uniżcie ostrza dzid! Choć on w tym mieście
Niemało matek zrobił bezdzietnymi,
Niemało niewiast wdowami, choć dotąd
Z jego przyczyny płyną łez strumienie,
Znajdzie w nim jednak zaszczytne wspomnienie.
Dalej!
Wychodzą, niosąc ciało Koriolana. Muzyka gra marsza pogrzebowego.

Przypisy

[1]

Koriolan — dramat opowiada losy na wpół legendarnego Rzymianina Koriolana na podstawie tekstu Życia Koriolana, będącego częścią Żywotów sławnych mężów Plutarcha. Z tego źródła Szekspir zapożyczył ogólną fabułę razem z większością postaci sztuki (Koriolan, Tytus Larcjusz, Kominiusz, Meneniusz Agryppa, Sycyniusz Welutus, Juniusz Brutus i Tullus Aufidiusz, który w źródłach staroż. występuje jako Attius Tullius, oraz matka i żona Koriolana). [przypis edytorski]

[2]

Rzecz dzieje się częścią w Rzymie… — akcja sztuki rozgrywa się na początku V w. p.n.e., kilkanaście lat po obaleniu władzy królewskiej i zaprowadzeniu republiki. Rządy, za pośrednictwem senatu i konsulów, sprawują przedstawiciele możnych rodów, patrycjusze. [przypis edytorski]

[3]

Wolskowie — staroż. lud italski zamieszkujący tereny płd. Lacjum, w V i IV w. p.n.e. prowadzący wojny z republiką rzymską; w 338 p.n.e. podbici przez Rzym. [przypis edytorski]

[4]

Koriole, łac. Corioli — staroż. miasto w środkowej Italii, należące do ludu Wolsków; po wydarzeniach opisywanych w tej sztuce zniknęło z kart historii. [przypis edytorski]

[5]

Ancjum — staroż. miasto nadmorskie w Italii, ok. 50 km na płd. od Rzymu, daw. stolica ludu Wolsków; ob. Anzio. [przypis edytorski]

[6]

intrata — dochód, zysk. [przypis edytorski]

[7]

osobliwie (daw.) — szczególnie. [przypis edytorski]

[8]

Kapitol — jedno z siedmiu wzgórz Rzymu, będące symbolem miasta. Kapitol stanowił naturalną twierdzę oraz ważne miejsce kultu: na wierzchołku zbudowano świątynię gł. bóstw oraz liczne inne przybytki; u stóp wzgórza znajdowało się archiwum państwowe. [przypis edytorski]

[9]

suplikant (daw.) — osoba wnosząca prośbę. [przypis edytorski]

[10]

i co dzień uciążliwsze ogłaszają postanowienia ku uszczerbkowi i ograniczeniu biedaków — wg Plutarcha plebejuszom, masowo tracącym dobytek i wtrącanym do więzienia z powodu długów, przed wyprawą przeciwko Sabinom najzamożniejsi wierzyciele obiecali, że będą ich traktować łagodniej. W senacie przegłosowano, że gwarantem przyrzeczenia zostanie konsul Waleriusz. Jednak po wygranej wojnie sabińskiej senat udawał, że nic nie wie o takiej umowie, a wierzyciele wrócili do wcześniejszych praktyk. [przypis edytorski]

[11]

Onego czasu wszystkie członki ciała… — wg źródeł starożytnych bajkę o żołądku Meneniusz Agryppa opowiedział ludowi podczas tzw. pierwszej secesji plebejuszy (494 p.n.e.), kiedy oburzeni postawą senatu w sprawie długów opuścili miasto i udali się na Świętą Górę koło Rzymu, odmawiając służby wojskowej w obronie interesów bogatych patrycjuszy. Przemowa Meneniusza, stojącego na czele delegacji senatu, oraz obietnica stworzenia urzędu trybunów ludu doprowadziły do zawarcia zgody. Plutarch rozróżnia dwa wystąpienia ludu, różnej wagi: jedno z powodu zdzierstwa wierzycieli oraz drugie, po zdobyciu Korioli, z powodu klęski głodu, podczas gdy Szekspir łączy je w jedno wydarzenie. [przypis edytorski]

[12]

kluby (daw.) — dyby, imadło, daw. narzędzie tortur; przen.: porządek, ryzy. [przypis edytorski]

[13]

cny (przestarz.) — cnotliwy, prawy, szlachetny. [przypis edytorski]

[14]

uważ — daw. forma trybu rozkazującego; dziś: zwróć uwagę, zauważ. [przypis edytorski]

[15]

karm (r.ż., daw.) — pokarm, strawa. [przypis edytorski]

[16]

pomnieć (daw.) — pamiętać. [przypis edytorski]

[17]

atoli (daw.) — jednak, ale; spójnik wyrażający przeciwstawienie, kontrast. [przypis edytorski]

[18]

strumieńmi — dziś popr.: strumieniami. [przypis edytorski]

[19]

gręzy (daw.) — męty, osad, fusy. [przypis edytorski]

[20]

wzdyć, właśc. wżdyć (daw.) — zawsze; jednak, przecież. [przypis edytorski]

[21]

świerzba — dziś popr.: świerzb, zakaźna choroba skóry. [przypis edytorski]

[22]

jest nim dobrze opatrzone — dziś popr.: jest w nie dobrze zaopatrzone. [przypis edytorski]

[23]

fakcja (daw.) — stronnictwo, koteria; zmowa, wichrzenie. [przypis edytorski]

[24]

szpica (daw., r.ż.) — szpic, ostra końcówka czegoś. [przypis edytorski]

[25]

Pięciu trybunów wedle ich wyboru… — wg Plutarcha senat zawarł porozumienie z protestującymi na Świętej Górze plebejuszami, dając im prawo wybierania rocznie pięciu urzędników, zwanych trybunami ludu, którzy mieli bronić ich interesów. Jako pierwszych trybunów wybrano przywódców secesji: Juniusza Brutusa i Sycyniusza Welutusa. Imion pozostałych trybunów Plutarch nie wymienia. [przypis edytorski]

[26]

uważać coś (daw.) — dziś: zwracać na coś uwagę, zauważać coś. [przypis edytorski]

[27]

przekąs (daw.) — drwina, szyderstwo. [przypis edytorski]

[28]

chyba (daw.) — uchybienie, błąd. [przypis edytorski]

[29]

snadź (daw.) — widocznie, zapewne. [przypis edytorski]

[30]

znaleźć kogoś jakimś (daw.) — zobaczyć, że ktoś jest jakiś; uznać kogoś za jakiegoś; ocenić jako. [przypis edytorski]

[31]

uwodzić się — tu: zwodzić samego siebie, oszukiwać się. [przypis edytorski]

[32]

wieniec dębowycorona civica, jedno z najwyższych odznaczeń wojskowych starożytnego Rzymu, przyznawane za uratowanie życia współobywatela w czasie bitwy. [przypis edytorski]

[33]

łuskokryta ręka — ręka okryta pancerną rękawicą, z metalowych płytek mocowanych do skórzanego podkładu. [przypis edytorski]

[34]

Jowisz a. Jupiter (mit. rzym.) — najwyższe bóstwo rzymskiego panteonu, bóg nieba i burzy, odpowiednik gr. Zeusa. [przypis edytorski]

[35]

Piersi Hekuby, karmiące Hektora — Hekuba była żoną króla Priama i matką Hektora, najdzielniejszego z wojowników trojańskich podczas wojny trojańskiej. [przypis edytorski]

[36]

rąbek — daw. element stroju, chusta osłaniająca głowę kobiety. [przypis edytorski]

[37]

ochmistrz (daw.) — urzędnik zarządzający dworem panującego lub magnata; opiekun dzieci na takim dworze. [przypis edytorski]

[38]

walny (daw.) — dzielny, chwacki. [przypis edytorski]

[39]

ladaco — ktoś niewiele wart, nicpoń. [przypis edytorski]

[40]

Penelopa (mit. gr.) — opisana w Odysei żona Odyseusza, która przez 20 lat wiernie czekała na powrót męża z wojny trojańskiej. W tym czasie zwodziła ubiegających się o jej rękę zalotników, obiecując, że wyjdzie ponownie za mąż, gdy skończy tkać całun dla teścia, lecz każdej nocy pruła robioną w dzień tkaninę. [przypis edytorski]

[41]

Ulisses (mit. gr.) — inaczej: Odyseusz, król Itaki, bohater Iliady i Odysei Homera, znany ze sprytu. [przypis edytorski]

[42]

rańtuch (daw.) — kobiece nakrycie głowy; wełniana chusta zakrywająca głowę i ramiona, niekiedy również część twarzy. [przypis edytorski]

[43]

sta — dziś: setki. [przypis edytorski]

[44]

Mars (mit. rzym.) — bóg wojny. [przypis edytorski]

[45]

surmacz (daw.) — trębacz wojskowy; od surma: instrument dęty używany w daw. wojsku do sygnalizacji. [przypis edytorski]

[46]

jestli — konstrukcja z partykułą -li; znaczenie: czy jest. [przypis edytorski]

[47]

Ereb (mit. gr.) — najciemniejsza część Hadesu, podziemnej krainy zmarłych. [przypis edytorski]

[48]

Tyś był wojownikiem szkoły Katona — tzn. na wzór Katona Starszego (234–149 p.n.e.), znanego z surowości obyczajów rzymskiego męża stanu, mówcy i zdolnego wodza, który przeprowadził m.in. bezwzględną kampanię wojenną w Hiszpanii. Życiorys Katona, podobnie jak życiorys Koriolana, znajduje się w Żywotach sławnych mężów Plutarcha, jednak Szekspir, który czerpał z tego dzieła, zapomniał, że Katon żył prawie trzysta lat później niż Koriolan. [przypis edytorski]

[49]

Zjedzże kaduka! — daw. przekleństwo: niech cię licho (dosł.: zjedz diabła). [przypis edytorski]

[50]

drachma — staroż. moneta grecka, na ogół srebrna; jedną drachmę dzielono na 6 oboli. [przypis edytorski]

[51]

obol — drobna staroż. moneta grecka. [przypis edytorski]

[52]

drań (daw., r.ż.) — o rzeczach: lichota, rupiecie, graty, gałgany. [przypis edytorski]

[53]

niepodobna (daw.) — nie można, nie da się, jest niemożliwe. [przypis edytorski]

[54]

Fortuna (mit. rzym.) — bogini ślepego przypadku, losu; wspominana zwłaszcza w związku z dobrym losem, szczęściem. [przypis edytorski]

[55]

kontent (daw.) — zadowolony. [przypis edytorski]

[56]

niepodle — tj. bez hańby, bez tchórzostwa. [przypis edytorski]

[57]

mila — jednostka miary długości (odległości), używana od czasów staroż., oznaczająca początkowo tysiąc kroków (łac. mille passus) podwójnych, czyli ok. 1,5 km. [przypis edytorski]

[58]

sfora (daw.) — rzemień lub linka do prowadzenia psów gończych na polowanie. [przypis edytorski]

[59]

pochop (daw.) — chęć; zapał. [przypis edytorski]

[60]

stwierdzić (daw.) — tu: potwierdzić; wzmocnić, utrwalić. [przypis edytorski]

[61]

centuria — jednostka taktyczna wojska rzymskiego licząca stu piechurów. [przypis edytorski]

[62]

spuścić się na kogoś (daw.) — polegać na kimś, liczyć na kogoś. [przypis edytorski]

[63]

Hektor (mit. gr.) — bohater Iliady Homera, najdzielniejszy obrońca Troi. [przypis edytorski]

[64]

binda (daw.) — wstęga, szarfa, opaska. [przypis edytorski]

[65]

czaprak — tkanina umieszczana pod końskim siodłem. [przypis edytorski]

[66]

dank (daw., z niem.) — podziękowanie, hołd; nagroda zwycięstwa. [przypis edytorski]

[67]

dział — podział, tu: dzielenie łupów. [przypis edytorski]

[68]

dziękujęć — konstrukcja z partykułą -ci, skróconą do -ć. [przypis edytorski]

[69]

instrumenta — daw. forma M. lm, dziś: instrumenty. [przypis edytorski]

[70]

Bellona (mit. rzym.) — bogini wojny. [przypis edytorski]

[71]

charłak — człowiek wyniszczony chorobą; cherlak, mizerak. [przypis edytorski]

[72]

hiperboliczny — tu: przesadny. [przypis edytorski]

[73]

karm (r.ż., daw.) — pokarm, strawa. [przypis edytorski]

[74]

przybory — dziś popr. forma N. lm: przyborami; przybory (tu daw.): ogół przedmiotów tworzących komplet, tu: składających się na rząd koński (osprzęt potrzebny do jazdy). [przypis edytorski]

[75]

rad (daw.) — zadowolony; chętny, przychylny. [przypis edytorski]

[76]

mię — daw. forma nieakcentowana w zdaniu zaimka osobowego 1 os.lp (analogiczna do 2 os.lp: cię); dziś tylko: mnie. [przypis edytorski]

[77]

puklerz — rodzaj okrągłej tarczy. [przypis edytorski]

[78]

augur — kapłan w starożytnym Rzymie, który odczytywał wolę bogów i przepowiadał przyszłość z lotu ptaków. [przypis edytorski]

[79]

cholera (daw., dziś wulg.) — złość, gniew. [przypis edytorski]

[80]

alias (łac.) — inaczej. [przypis edytorski]

[81]

Tyber — rzeka w Italii, nad którą leży Rzym. [przypis edytorski]

[82]

hubka — miąższ huby, grzyba rosnącego na pniach drzew, stosowany przy rozpalaniu ognia za pomocą krzesiwa. [przypis edytorski]

[83]

Likurg (IX a. VIII w. p.n.e.) — na poły legendarny prawodawca spartański. [przypis edytorski]

[84]

asinus (łac.) — osioł. [przypis edytorski]

[85]

mikrokosm — mikrokosmos, światek. [przypis edytorski]

[86]

urynał (daw.) — nocnik. [przypis edytorski]

[87]

zależeć na czymś (daw.) — polegać na czymś. [przypis edytorski]

[88]

trefniś — błazen. [przypis edytorski]

[89]

dera — gruby materiał kładziony pod siodło; rodzaj koca. [przypis edytorski]

[90]

w rumel (daw.) — bez wyjątku. [przypis edytorski]

[91]

Deukalion (mit. gr.) — syn Prometeusza i Pandory; Deukalion i jego żona Pyrra byli jedynymi ludźmi ocalałymi z zesłanego przez Zeusa potopu; odrodzili ludzkość, rzucając za siebie kamienie, które stawały się ludźmi. [przypis edytorski]

[92]

Luna (łac.: księżyc; mit. rzym.) — bogini księżyca. [przypis edytorski]

[93]

Junona (mit. rzym.) — bogini kobiet, małżeństwa i macierzyństwa, utożsamiana z gr. Herą. [przypis edytorski]

[94]

szczutek (daw.) — prztyczek. [przypis edytorski]

[95]

Galen, właśc. Claudius Galenus (ok. 130–ok. 200 n.e.) — wybitny rzym. lekarz i anatom pochodzenia greckiego, autorytet medycyny średniowiecza i odrodzenia; żył kilkaset lat po Koriolanie. [przypis edytorski]

[96]

gdyby mu był dotrzymał… — przykład użycia czasu zaprzeszłego, wyrażającego czynność wcześniejszą niż opisana czasem przeszłym lub niezrealizowaną możliwość. [przypis edytorski]

[97]

Tarkwiniusz Pyszny — wg tradycji siódmy i ostatni król rzymski (535–509 p.n.e.), po którego wypędzeniu ustanowiono w Rzymie republikę. Ostateczna próba jego powrotu do władzy została udaremniona w zwycięskiej dla Rzymian bitwie nad jeziorem Regilus (498 a. 496 p.n.e.). Właśnie w tej bitwie Koriolan miał się wyróżnić po raz pierwszy. [przypis edytorski]

[98]

oblektament (daw., z łac. oblectamentum) — przyjemność, uciecha; rozrywka. [przypis edytorski]

[99]

pluch, właśc. plucha (daw.) — flejtuch, brudas. [przypis edytorski]

[100]

przyzba — wał usypany z ziemi dokoła podmurówki dawnej chaty wiejskiej, na którym można było usiąść. [przypis edytorski]

[101]

facjata — mieszkanie a. pokój na poddaszu, z oknem wychodzącym z dachu i nakrytym własnym daszkiem; daw., pot.: twarz. [przypis edytorski]

[102]

flamen, lm. flaminowie (z łac.) — kapłan w starożytnym Rzymie służący jednemu z bogów oficjalnego panteonu państwowego; najważniejszych trzech flaminów zajmowało się kultem Trójcy Kapitolińskiej: Jowisza, Marsa i Kwiryna. [przypis edytorski]

[103]

zakwefiony — mający twarz osłoniętą kwefem, tj. zasłoną z tkaniny. [przypis edytorski]

[104]

Feb (mit. gr.) — przydomek Apolla, boga światła i słońca, opiekuna sztuk (z gr. Fojbos: promienny). [przypis edytorski]

[105]

mandant (z łac., praw.) — mocodawca, osoba powierzająca prawnikowi prowadzenie swoich spraw. [przypis edytorski]

[106]

po formie (daw. rusycyzm) — zgodnie z formą, z przyjętym sposobem zachowania się. [przypis edytorski]

[107]

jeno (daw.) — tylko, zaledwie. [przypis edytorski]

[108]

jarzmo — uprząż dla bydła pociągowego, przen.: niewola. [przypis edytorski]

[109]

względnie (daw.) — względem czegoś, ze względu na coś. [przypis edytorski]

[110]

tęgi — tu: dzielny. [przypis edytorski]

[111]

kaducznie (daw.) — diabelnie. [przypis edytorski]

[112]

paradę robić z czegoś — popisywać się czymś, robić coś na pokaz. [przypis edytorski]

[113]

liktor — w staroż. Rzymie niższy funkcjonariusz, członek ochrony urzędnika państwowego; liktor nosił pęk rózeg i topór i brał udział w wykonywaniu wyroków. [przypis edytorski]

[114]

doba (daw.) — czas, moment. [przypis edytorski]

[115]

hazard (daw.) — niebezpieczeństwo. [przypis edytorski]

[116]

ówczesny dyktator — niewymieniony z imienia u Plutarcha, wg Liwiusza był to Aulus Postumius Albus, który otrzymał przydomek Regillensis. [przypis edytorski]

[117]

amazońskie lico — twarz bez zarostu, więc jak kobieca; Amazonki były legendarnym plemieniem kobiet-wojowniczek. [przypis edytorski]

[118]

nieznacznie — niezauważalnie, niepostrzeżenie. [przypis edytorski]

[119]

geniusz — bóstwo opiekuńcze miejsca a. osoby, wyobrażane jako uskrzydlony człowiek; później ogólnie duch (dobry a. zły). [przypis edytorski]

[120]

folga (daw.) — ulga, odpoczynek. [przypis edytorski]

[121]

rzecz (daw.) — tu: mowa (coś, co się rzecze, tj. mówi). [przypis edytorski]

[122]

klient — w staroż. Rzymie wolny, lecz ubogi obywatel pozostający pod opieką zamożnego patrona, zwykle patrycjusza, winny mu w zamian posłuszeństwo i poparcie. [przypis edytorski]

[123]

względny (daw.) — okazujący względy, przychylny; uprzejmy. [przypis edytorski]

[124]

za czym (daw.) — więc, zatem, wobec tego. [przypis edytorski]

[125]

wolneć — konstrukcja z partykułą wzmacniającą -ci (skróconą do -ć). [przypis edytorski]

[126]

usty (daw.) — dziś popr. forma N. lm.: ustami. [przypis edytorski]

[127]

gotówem — skrócone: gotów jestem. [przypis edytorski]

[128]

enigmat (daw.) — coś zagadkowego. [przypis edytorski]

[129]

pospolitować (daw.) — robić pospolitym, pozbawiać należytej wartości. [przypis edytorski]

[130]

siła (daw.) — wiele. [przypis edytorski]

[131]

wotum, lm. wota (z łac., tu daw.) — uroczyste przyrzeczenie a. głos osoby głosującej. [przypis edytorski]

[132]

sankcja — tu: zatwierdzenie nadające moc prawną. [przypis edytorski]

[133]

wasan (daw.) — pot. skrót od: waszmość pan. [przypis edytorski]

[134]

byłyż — konstrukcja z partykułą -że, skróconą do -ż; znaczenie: czy nie były. [przypis edytorski]

[135]

Rzeczpospolita — tu: republika rzymska, postrzegana zgodnie z dosłowną nazwą jako państwo tworzone wspólnie przez obywateli. [przypis edytorski]

[136]

czyliż (daw.) — czy, czyż. [przypis edytorski]

[137]

niepłonny — tu: uzasadniony, niebezpodstawny. [przypis edytorski]

[138]

fawor (daw.) — przywilej, względy. [przypis edytorski]

[139]

afekt (daw.) — skłonność, sympatia, miłość. [przypis edytorski]

[140]

k'temu (daw.) — skrócone: ku temu, do tego. [przypis edytorski]

[141]

Ankus Marcjusz — czwarty legendarny król Rzymu (642–617 p.n.e.); według tradycji był synem córki Numy Pompiliusza, drugiego króla po Romulusie, oraz następcą Tullusa Hostiliusza. [przypis edytorski]

[142]

Publiusz i Kwintus, którzy nam (…) wodociągami wodę sprowadzili — informacja o członkach rodu wzięta z Plutarcha, ale ci byli potomkami, a nie przodkami Koriolana. Kwintus Marcjusz Rex był pretorem w 144 p.n.e. i na polecenie senatu wyremontował dwa istniejące akwedukty oraz zbudował nowy, większy: Aqua Marcia. [przypis edytorski]

[143]

Cenzorinus — tu: Gajusz Marcjusz Rutilus, syn pierwszego plebejskiego dyktatora i cenzora starożytnego Rzymu, noszącego to samo imię; trybun ludowy (311 p.n.e.) i konsul (310 p.n.e.); przydomek Cenzorinus otrzymał, gdy po raz drugi pełnił wysoki urząd cenzora (294 i 265 p.n.e.), wprowadzony w Rzymie pół wieku po wygnaniu Koriolana. Do głównych obowiązków cenzora należało przeprowadzanie spisów obywateli i czuwanie nad obyczajnością, a także zawieranie kontraktów na roboty publiczne. [przypis edytorski]

[144]

glejt — dokument wystawiony przez władze, zezwalający posiadaczowi na przejazd przez podległe im terytorium i zapewniający mu bezpieczeństwo osobiste; inaczej: list żelazny, list bezpieczeństwa. [przypis edytorski]

[145]

samowtór (daw.) — sam z kimś wtórym, we dwóch. [przypis edytorski]

[146]

flegma — powolność i spokojność charakteru, zimna krew. [przypis edytorski]

[147]

podbechtać — podjudzić, nastawić kogoś wrogo, zbuntować przeciw komuś a. czemuś. [przypis edytorski]

[148]

czernić — oczerniać, zniesławiać. [przypis edytorski]

[149]

tedy (daw.) — zatem, więc. [przypis edytorski]

[150]

chceszli (daw.) — konstrukcja z partykułą -li; tu w znaczeniu: jeśli chcesz. [przypis edytorski]

[151]

rokosz — bunt. [przypis edytorski]

[152]

worujem — skrócone: worujemy, tzn. orząc, wprowadzamy w głąb gleby. [przypis edytorski]

[153]

samochcąc (daw.) — z własnej woli. [przypis edytorski]

[154]

Tryton (mit. gr., mit. rzym.) — bóstwo morskie, syn i herold Posejdona (w mit. rzym. Neptuna); przedstawiany jako postać o ludzkim tułowiu i rybim ogonie, z wielką muszlą, w którą dął, uspokajając lub wzburzając fale; czasem uznawany za ojca trytonów, podobnych sobie istot morskich. [przypis edytorski]

[155]

Hydra (mit. gr.) — potwór z wieloma głowami, odrastającymi po ścięciu, zabity przez Heraklesa. [przypis edytorski]

[156]

są tylko rogami potworu — tzn. instrumentami dętymi, wydającymi dźwięk, o którym decyduje grający na nich potwór. [przypis edytorski]

[157]

onić (daw.) — konstrukcja z partykułą wzmacniającą -ci, skróconą do -ć i dodaną do zaimka osobowego „oni”. [przypis edytorski]

[158]

obojej strony (daw.) — dziś: obu stron. [przypis edytorski]

[159]

areopag — rada starszych w staroż. Atenach, początkowo mająca najwyższą władzę polityczną i sądowniczą; jej siedzibą było położone w pobliżu Akropolu wzgórze Aresa (stąd nazwa). [przypis edytorski]

[160]

driakiew (daw.) — medykament z kilkudziesięciu składników, uważany za uniwersalny lek i odtrutkę, wytwarzany aż do XVIII w.; przen.: lekarstwo. [przypis edytorski]

[161]

edyl — w staroż. Rzymie urzędnik nadzorujący porządek i bezpieczeństwo w mieście, odpowiadający też za aprowizację, handel i organizację igrzysk. [przypis edytorski]

[162]

jako nowatora — tj. jako człowieka dążącego do zaprowadzenia nowego, zmienionego ustroju, buntownika. [przypis edytorski]

[163]

Tarpejska Skała — stroma ściana skalna w płd. części wzgórza kapitolińskiego, z której w czasach republiki rzymskiej strącano zbrodniarzy i zdrajców. [przypis edytorski]

[164]

alternata (daw.) — zmiana biegu wypadków. [przypis edytorski]

[165]

dowcip (daw.) — inteligencja, spryt, rozum. [przypis edytorski]

[166]

pokup (daw.) — popyt na jakiś towar. [przypis edytorski]

[167]

Neptun (mit. rzym.) — bóg morza, odpowiednik gr. Posejdona, jego atrybutem był trójząb do połowu ryb. [przypis edytorski]

[168]

sprzątnąć ten gad zdradziecki — dziś popr. z N.: sprzątnąć tego gada zdradzieckiego. [przypis edytorski]

[169]

uncja — jednostka wagi używana w starożytnym Rzymie, a także w krajach anglosaskich, równa ok. 28 gramów. [przypis edytorski]

[170]

wasze a. waszeć (daw.) — skrócona forma grzecznościowa: waszmość, tzn. wasza mość, wasza miłość. [przypis edytorski]

[171]

prawić (daw.) — mówić, opowiadać. [przypis edytorski]

[172]

pytlować — przesiewać mąkę przez pytel, sito z tkaniny, mające kształt worka. [przypis edytorski]

[173]

ludzkość — tu: człowieczeństwo, natura człowieka utożsamiana z dobrymi cechami ludzi. [przypis edytorski]

[174]

sromotny (daw.) — haniebny. [przypis edytorski]

[175]

śmierć w kole — właśc.: na kole, chodzi o karę łamania kołem, metodę egzekucji publicznej stosowaną w Europie od czasów starożytnych aż do XVIII w.; ofiarę przywiązywano do osadzonego na palu dużego koła od wozu, a kat uderzał kołem (drągiem) lub nawet młotem kolejne członki ciała skazańca, podczas gdy jego pomocnik stopniowo obracał koło. [przypis edytorski]

[176]

dosiąc — dziś: dosięgnąć. [przypis edytorski]

[177]

strzyża — strzyżenie owiec. [przypis edytorski]

[178]

szeląg — dawna drobna moneta; miedziak. [przypis edytorski]

[179]

nimeś ją stracił — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; znaczenie: nim ją straciłeś. [przypis edytorski]

[180]

pochopny (daw.) — prędki, chętny. [przypis edytorski]

[181]

w chłodzie — w oryginale: in a bower, w altanie, zatem w ocienionym, przyjemnie chłodnym miejscu. [przypis edytorski]

[182]

rzezaniec (daw.) — eunuch, kastrat. [przypis edytorski]

[183]

zakała — tu: wstyd. Najczęściej słowo to oznacza osobę przynoszącą wstyd innym. [przypis edytorski]

[184]

sąli — konstrukcja z partykułą pytającą -li; znaczenie: czy są. [przypis edytorski]

[185]

czyli (daw.) — czy. [przypis edytorski]

[186]

sztrof a. sztraf (z niem.) — kara pieniężna, grzywna. [przypis edytorski]

[187]

Amen, amen — oczywisty anachronizm, gdyż hebrajskie słowo amen, uroczysty zwrot potwierdzający (dosł.: niech tak będzie), przeniknęło do łaciny dopiero w czasach chrześcijańskich. [przypis edytorski]

[188]

furda (daw.) — błahostka. [przypis edytorski]

[189]

kapitalny (z łac. capitalis: główny) — doniosły, ważny, istotny. [przypis edytorski]

[190]

także — tu: konstrukcja z partykułą -że; znaczenie: to tak? [przypis edytorski]

[191]

atrybucje — uprawnienia komuś przysługujące. [przypis edytorski]

[192]

wyrzeczenie — tu: orzeczenie. [przypis edytorski]

[193]

w rzeczy (daw.) — w rzeczywistości, rzeczywiście. [przypis edytorski]

[194]

chybiać — tu: zaniedbywać, pomijać, zawodzić. [przypis edytorski]

[195]

letni (daw.) — mający wiele lat, leciwy. [przypis edytorski]

[196]

azaliż (daw.) — czyż. [przypis edytorski]

[197]

przenosić (daw.) — przewyższać. [przypis edytorski]

[198]

karm (r.ż., daw.) — pokarm, strawa. [przypis edytorski]

[199]

tuszyć (daw.) — uważać, sądzić; spodziewać się, mieć nadzieję. [przypis edytorski]

[200]

pigmejska bitwa — taka jak prowadzona przez Pigmejów, mityczny lud karłów mieszkających w Afryce lub w Indiach, wg legend prowadzących ustawiczną wojnę z żurawiami. [przypis edytorski]

[201]

wnijść (daw.) — wejść. [przypis edytorski]

[202]

zabijeli — konstrukcja z partykułą -li; znaczenie: jeśli zabije. [przypis edytorski]

[203]

zostawili — konstrukcja z partykułą -li; znaczenie: jeśli zostawi. [przypis edytorski]

[204]

blat (daw.) — taca, płaski, podłużny półmisek na pieczone mięsa. [przypis edytorski]

[205]

widno (daw.) — widać. [przypis edytorski]

[206]

krom (daw.) — oprócz. [przypis edytorski]

[207]

skwitować się (daw.) — wyrównać rachunki. [przypis edytorski]

[208]

zajrzeć (daw.) — zazdrościć. [przypis edytorski]

[209]

fryga (daw.) — wirująca zabawka dziecięca, podobna do bąka. [przypis edytorski]

[210]

dalipan (daw.) — doprawdy, słowo daję; wykrzyknienie podkreślające prawdziwość wypowiedzi. [przypis edytorski]

[211]

pewna (daw.) — skrócone: rzecz pewna; dziś: pewne. [przypis edytorski]

[212]

gach (daw.) — zalotnik; dziś pogard.: kochanek. [przypis edytorski]

[213]

dyskredowany — przekręcone przez mówiącego: dyskredytowany. [przypis edytorski]

[214]

wety (daw.) — deser. [przypis edytorski]

[215]

plagi (daw.) — uderzenia batem, kijem, rózgą itp. [przypis edytorski]

[216]

fryc (daw.) — nowicjusz, początkujący. [przypis edytorski]

[217]

szlachtuz (daw., z niem. Schlachthaus) — rzeźnia. [przypis edytorski]

[218]

Tak jak Herkules trząsł z drzewa dojrzały owoc — jedną z dwunastu prac mitycznego herosa i siłacza Heraklesa (w mit. rzym. Herkulesa) było zdobycie złotych jabłek z jabłoni rosnącej w ogrodzie nimf Hesperyd. [przypis edytorski]

[219]

wspaniałość (daw.) — wspaniałomyślność. [przypis edytorski]

[220]

nie mieć czoła (daw.) — nie mieć wstydu, honoru. [przypis edytorski]

[221]

folgować (daw.) — traktować łagodniej. [przypis edytorski]

[222]

niepodobieństwo (daw.) — coś nieprawdopodobnego a. niemożliwego. [przypis edytorski]

[223]

nieznacznie — niezauważalnie, niepostrzeżenie. [przypis edytorski]

[224]

zabaczać (daw.) — zapominać. [przypis edytorski]

[225]

wylany (daw.) — ofiarny, życzliwy, serdeczny. [przypis edytorski]

[226]

czyli (daw.) — czy. [przypis edytorski]

[227]

żebrając — dziś popr.: żebrząc. [przypis edytorski]

[228]

rachować na coś (daw.) — dziś: liczyć na coś. [przypis edytorski]

[229]

gwoli (daw.) — z powodu. [przypis edytorski]

[230]

zbijać z terminu — zbijać z tropu. [przypis edytorski]

[231]

dukt — droga leśna; dziś popr. lm: dukty. [przypis edytorski]

[232]

wyforować (daw.) — wyrzucić. [przypis edytorski]

[233]

instancja (daw., z łac.) — wstawiennictwo, poparcie. [przypis edytorski]

[234]

fryszt (daw., z niem.) — odłożenie sprawy, zawieszenie broni. [przypis edytorski]

[235]

ażali a. azali (daw.) — czy, czyż. [przypis edytorski]

[236]

poszept (daw.) — podszept, namowa. [przypis edytorski]

[237]

powolność (daw.) — uległość, poddawanie się cudzej woli. [przypis edytorski]

[238]

Publikola, właśc. Publius Valerius Publicola (zm. 503 p.n.e.) — rzymski arystokrata, polityk i dowódca, uważany za jednego z ojców założycieli republiki; jeden z przywódców powstania przeciwko Tarkwiniuszom, pierwszy konsul republiki (w 509 p.n.e., razem z Lucjuszem Juniuszem Brutusem); urząd konsula pełnił łącznie czterokrotnie; swoim oddaniem sprawie ludu zyskał sobie przydomek Publicola (Przyjaciel ludu). [przypis edytorski]

[239]

Diana (mit. rzym.) — dziewicza bogini łowów i księżyca, odpowiednik gr. Artemidy. [przypis edytorski]

[240]

wolen (daw.) — dziś: wolny; wolen plamy: wolny od plamy, tj. od zmazy na honorze. [przypis edytorski]

[241]

miasto (daw.) — zamiast. [przypis edytorski]

[242]

któreć (daw.) — tu: które cię. [przypis edytorski]

[243]

zawżdy (daw.) — zawsze. [przypis edytorski]

[244]

na ścież (daw.) — na oścież. [przypis edytorski]

[245]

Jeżeli komu, to wam by powinien Rzym wznieść świątynie — wg Plutarcha senat dla uhonorowania kobiet spełnił ich prośbę i nakazał zbudowanie świątyni Fortuny oraz utrzymywanie kultu z pieniędzy publicznych. [przypis edytorski]

[246]

denar — srebrna moneta rzymska bita od III w. p.n.e.; w oryginale: doit, tj. drobna moneta holenderska, przen.: marny grosz. [przypis edytorski]

[247]

zmiennik (daw.) — mężczyzna zmienny w uczuciach, niedotrzymujący słowa. [przypis edytorski]

[248]

konsulostwo (daw.) — urząd konsula, konsulat. [przypis edytorski]

[249]

mir (daw.) — pokój. [przypis edytorski]

[250]

krasić (poet.) — zdobić, upiększać. [przypis edytorski]

[251]

ludzie z sercem — tj. ludzie mający mężne serca, dzielni. [przypis edytorski]

Close
Please wait...