Wolne Lektury potrzebują pomocy...



Wolne Lektury utrzymują się z dobrowolnych darowizn i dotacji.


Na stałe wspiera nas 374 czytelników i czytelniczek.
Niestety, minimalną stabilność działania uzyskamy dopiero przy 1000 regularnych darczyńców.


Dołącz do darczyńców! Przyjaciele Wolnych Lektur zyskują wcześniejszy dostęp do nowych publikacji!
Potrzebujemy Twojej pomocy!

TAK, wpłacam
Tym razem nie pomogę, przechodzę prosto do biblioteki
Znajdź nas na YouTube

Audiobooki Wolnych Lektur znajdziesz na naszym kanale na YouTube.
Kliknij, by przejść do audiobooków.

x

    Emilio SalgariCzarny Korsarztłum. Sandra Strugała, Marcin Wyrembelski

    Rozdział I. Piraci z Tortugi

    1

    Wśród spowijających morze gęstych mroków donośnym echem rozbrzmiały słowa pogróżki wypowiedziane ochrypłym głosem:

    2

    — Hej, wy tam w łodzi! Stójcie! Albo poślemy was na dno!

    3

    Niewielka łódź, która z mozołem brnęła przez atramentowe fale, oddalając się w pośpiechu — zupełnie jakby uciekała przez jakimś niebezpieczeństwem — od ledwie majaczącego na horyzoncie wysokiego brzegu, raptownie się zatrzymała, a dwaj znajdujący się na jej pokładzie marynarze podnieśli się jak na komendę i szybko wciągnęli wiosła. Z niepokojem wpatrywali się w przestrzeń przed sobą, aż w końcu dostrzegli wielki cień, który niczym duch wyłonił się z morskiej otchłani.

    4

    Obydwaj mężczyźni mieli pod czterdziestkę, ostre rysy twarzy, a ich gęste, nastroszone brody, które prawdopodobnie nigdy nie widziały szczotki ani grzebienia, przydawały im iście zuchwałego wyglądu.

    5

    Na głowach mieli podziurawione jak rzeszoto szerokie kapelusze filcowe o postrzępionych rondach. Ich wypłowiałe, podarte i pozbawione rękawów koszule flanelowe ledwo okrywały ich masywne torsy. Obaj byli przepasani czerwoną tkaniną — podobnie jak reszta odzienia w godnym pożałowania stanie. Przytrzymywała ona dwa wielkie i ciężkie pistolety, których używano pod koniec szesnastego wieku. Nawet ich krótkie spodnie były obszarpane, a nogi i bose stopy ubabrane w czarnym błocie.

    6

    Jednym słowem: dwóch obdartusów, których — gdyby tylko istniały wówczas kolonie karne na obszarach Gujany — można by było wziąć za zbiegłych więźniów. W świetle gwieździstej poświaty patrzyli na wyłaniający się zza granatowej linii horyzontu cień. Gdy ten zaczął nabierać coraz wyrazistszych kształtów, spojrzeli po sobie z niepokojem.

    7

    — Co widzisz, Carmaux? — zapytał ten, który wyglądał na młodszego. — Przypatrz się dobrze, masz lepszy wzrok ode mnie. Wiesz, że to kwestia życia lub śmierci.

    8

    — Widzę statek oddalony o jakieś trzy strzały z pistoletu, ale nie umiem powiedzieć, czy płynie od strony Tortugi[1], czy z hiszpańskich kolonii.

    9

    — Czyżby przyjaciele? Aż trudno uwierzyć, że ośmieliliby się podpłynąć tak blisko, niemal pod lufy fortecznych dział. W dodatku ryzykują spotkanie z flotą wielkich żaglowców eskortujących jakiś galeon pełen złota!

    10

    — Kimkolwiek są, to już nie gra roli. Spostrzegli nas, Van Stillerze, i na pewno nie pozwolą nam uciec. Lepiej nawet nie próbować, bo jeden kartacz[2] by im wystarczył, żeby nas posłać do diabła.

    11

    Ten sam, co uprzednio, donośny głos ponownie rozległ się w ciemności, niosąc się echem daleko ponad wodami zatoki:

    12

    — Kto tam?

    13

    — Diabeł — odburknął człowiek zwany Van Stillerem.

    14

    Jego kompan zaś wszedł na ławkę i krzyknął na całe gardło:

    15

    — A kto śmie pytać, kim jesteśmy? Jeśli cię zżera ciekawość, to sam tu do nas zejdź, a przywitamy cię pięknie kulką z pistoletu.

    16

    Ta bezczelna zaczepka, zamiast rozsierdzić człowieka wypytującego przybyszów, wprawiła go chyba w zadowolenie, gdyż odparł:

    17

    — Moi dzielni przyjaciele! Chodźcie tu do nas i uściśnijcie Braci Wybrzeża[3]!

    18

    — Bracia Wybrzeża! — krzyknęli dwaj mężczyźni w łodzi, nie posiadając się z radości.

    19

    A ten, który nazywał się Carmaux, dodał:

    20

    — Niech mnie morze pochłonie, że nie rozpoznałem głosu, który przynosi nam te wspaniałe wieści.

    21

    — Kto to niby jest? — zapytał jego kompan, zabierając się energicznie do wiosłowania.

    22

    — Spośród wszystkich śmiałków z Tortugi tylko jeden mógłby poważyć się na wyprawę pod same hiszpańskie forty.

    23

    — Czyli kto?

    24

    — Czarny Korsarz.

    25

    — Niech mnie kule biją! To on! We własnej osobie!

    26

    — Niestety mamy dla niego smutne nowiny — wyszeptał Carmaux i westchnął. — Niestety nie żyje…

    27

    — Być może łudził się, że jeszcze zdąży go wybawić z rąk Hiszpanów, prawda, przyjacielu?

    28

    — Tak, Van Stillerze.

    29

    — I pomyśleć, że to już drugiego mu wieszają!

    30

    — Tak, drugiego… Dwaj bracia zgładzeni na przeklętej szubienicy!

    31

    — Będzie chciał się zemścić, Carmaux.

    32

    — Mam nadzieję. A my razem z nim. Dzień, w którym ten przeklęty gubernator Maracaibo[4] zawiśnie, będzie najpiękniejszym dniem mojego życia. Sprzedam wtedy dwa szmaragdy, które noszę zaszyte w spodniach. Dostanę za nie przynajmniej tysiąc piastrów[5], co starczy na obfitą wyżerkę w gronie moich kamratów.

    33

    — Jesteśmy! A nie mówiłem?! To statek Czarnego Korsarza!

    34

    Statek, który chwilę temu był tylko ledwie zarysowanym cieniem, teraz znajdował się na pół kabla[6] od łodzi.

    35

    Był to trzymasztowy żaglowiec, jeden z tych szybkich statków, których używali piraci z Tortugi podczas łowów na ogromne, hiszpańskie galeony, wywożące do Europy skarby z Ameryki Środkowej, Meksyku i innych ziem położonych w pobliżu równika.

    36

    Te zwinne korsarskie statki wyposażone były zazwyczaj w wysokie maszty, umożliwiające żeglugę nawet przy najlżejszej bryzie. Miały wąską stępkę oraz zadarte wysoko dziób i rufę, zgodnie z prawidłami ówczesnej sztuki konstruktorskiej, a także dysponowały pierwszorzędnym uzbrojeniem.

    37

    Dwanaście karonad[7] gotowych zionąć niszczycielskim ogniem ze swoich czarnych gardzieli wyzierało po stronie sterburty i bakburty[8], na kasztelu[9] natomiast prężyły się dwie lekkie armaty ładowane kartaczami, mogące obrócić w perzynę każdy statek.

    38

    Korsarski żaglowiec stanął w dryf, czekając na przybicie łodzi. W świetle latarni można było dostrzec stojący na dziobie tuzin uzbrojonych ludzi, którzy nie zawahaliby się wypalić z muszkietów przy choćby najmniejszym podejrzanym ruchu.

    39

    Dwaj marynarze wciągnęli wiosła, po czym przywiązali łódź do żaglowca. Załoga rzuciła im linę i drabinkę, a oni z zaskakującą zręcznością wspięli się na pokład.

    40

    Dwóch zbrojnych z załogi żaglowca wycelowało w nich muszkiety, podczas gdy trzeci, oświetlając nowo przybyłych światłem latarni, zbliżył się do nich i zapytał:

    41

    — Kto wy?

    42

    — Na Belzebuba, mego stróża! — wykrzyknął Carmaux. — To nie poznajecie już przyjaciół?

    43

    — A niech mnie rekin połknie, jeśli to nie Bask Carmaux! — wykrzyknął człowiek z latarnią. — Jakim cudem jeszcze żyjesz?! Wszyscy na Tortudze myśleli, żeś martwy! A tu proszę — kolejny wskrzeszony! A czy to nie przypadkiem hamburczyk Van Stiller?

    44

    — Z krwi i kości — odpowiedział tenże.

    45

    — A więc i ty wywinąłeś się od stryczka?

    46

    — Cóż… śmierć mnie nie chciała, więc postanowiłem pożyć jeszcze parę lat.

    47

    — A wasz kapitan?

    48

    — Sza! — uciszył go Carmaux.

    49

    — Możesz mówić. Nie żyje?

    50

    — Stado indorów! Już żeście sobie pogdakali? — zawołał szorstki głos, ten sam, który wcześniej groził dwom mężczyznom w łodzi.

    51

    — Niech mnie piorun trzaśnie! Czarny Korsarz! — wyjąkał drżącym głosem Van Stiller.

    52

    Carmaux zaś rzekł podniesionym tonem:

    53

    — Jestem na twoje rozkazy, kapitanie.

    54

    Z mostku kapitańskiego zszedł mężczyzna i z ręką opartą na kolbie przypiętego do pasa pistoletu skierował się w ich stronę.

    55

    Od stóp do głów ubrany w czerń, która przydawała mu elegancji, co było nietypowe dla korsarzy z Zatoki Meksykańskiej, którzy zazwyczaj zadowalali się parą spodni i koszulą, dbając bardziej o broń niźli o ubranie.

    56

    Miał na sobie cienki kaftan z czarnego jedwabiu, obszyty koronką tego samego koloru i z mankietami z czarnej skóry. Z tej samej tkaniny uszyte były spodnie, przewiązane w pasie szeroką szarfą z frędzlami. Do tego wysokie buty z cholewami, a na głowie miał szerokorondny filcowy kapelusz ozdobiony długim, czarnym piórem, które zadziornie się zakrzywiało i opadało mu na ramię.

    57

    Podobnie jak jego ubiór, także i wygląd miał w sobie coś żałobnego. Na tle czarnych koronek kołnierzyka i wielkiego kapelusza odcinała się blada, posągowa twarz, którą zdobiła krótka, lekko kręcona czarna broda upodabniająca go do Jezusa z Nazaretu.

    58

    A rysy twarzy miał przepiękne: regularny nos, małe, czerwone jak korale usta, szerokie czoło przecięte ledwie widoczną zmarszczką, która przydawała jego wyglądowi szczypty smutku, oraz kształtne, czarne niczym dwa węgielki oczy, długie rzęsy, które raz po raz rozbłyskiwały z taką mocą, że na ich widok drżeli nawet najzuchwalsi korsarze z Zatoki.

    59

    Wysoka, smukła sylwetka, pełna elegancji postura i arystokratyczne dłonie od pierwszego wejrzenia wskazywały na jego szlachetne pochodzenie, a także na wrodzone zdolności przywódcze.

    60

    Kiedy dwaj kamraci zobaczyli, że mężczyzna idzie w ich kierunku, spojrzeli po sobie z niepokojem, szepcząc:

    61

    — Czarny Korsarz!

    62

    — Kim jesteście i skąd przybywacie? — zapytał Czarny Korsarz i zatrzymał się przed nimi, z ręką niezmiennie wspartą na rękojeści pistoletu.

    63

    — Jesteśmy piratami z Tortugi, należymy do Bractwa Wybrzeża — odpowiedział Carmaux.

    64

    — Skąd przybywacie?

    65

    — Z Maracaibo.

    66

    — Uciekliście z rąk Hiszpanów?

    67

    — Tak, kapitanie.

    68

    — Pod czyim dowództwem pływaliście?

    69

    — Czerwonego Korsarza.

    70

    Na te słowa Czarnego Korsarza przeszedł dreszcz. Stał przez chwilę w milczeniu i mierzył obu piratów płomiennym spojrzeniem.

    71

    — A więc na statku mojego brata — odezwał się w końcu drżącym głosem.

    72

    Gwałtownie chwycił Carmaux za ramię i zaciągnął go niemalże siłą na rufę.

    73

    Przechodząc pod mostkiem kapitańskim, spojrzał w kierunku mężczyzny wyczekującego na rozkaz i rzucił:

    74

    — Pozostań na pełnym morzu, panie Morgan. Załoga ma być w gotowości bojowej, kanonierzy z zapalonymi lontami. W przypadku zagrożenia od razu meldujcie!

    75

    — Tak jest, panie kapitanie — odpowiedział marynarz. — Żadna łajba nie zbliży się bez twojej wiedzy.

    76

    Czarny Korsarz, nie zwalniając uścisku na ramieniu Carmaux, zszedł pod pokład i skierował się do małej, bardzo elegancko umeblowanej kabiny, oświetlonej pozłacaną lampą, co było niezgodne z panującym na korsarskich statkach zakazem palenia świateł po dziewiątej wieczorem. Wprowadził do środka Carmaux, wskazał mu krzesło i rzekł:

    77

    — Teraz mów!

    78

    — Rozkaz, kapitanie!

    79

    Czarny Korsarz utkwił w nim wzrok i przez chwilę przypatrywał mu się uważnie z założonymi rękami. Jego twarz była bledsza niż zwykle, przybrała siny odcień, a pierś unosiła się i opadała w rytm szybkiego oddechu.

    80

    Dwukrotnie otworzył usta, żeby zadać pytanie, jednak od razu je zamykał w obawie przed odpowiedzią, której nie chciał usłyszeć.

    81

    W końcu przemógł się i zapytał bezdźwięcznym głosem:

    82

    — Zabili go, tak?

    83

    — Kogo?

    84

    — Mojego brata, tego, którego zwano Czerwonym Korsarzem.

    85

    — Tak, panie kapitanie — odpowiedział Carmaux i westchnął. — Tak samo, jak zabili Zielonego Korsarza.

    86

    Z piersi kapitana wyrwał się rozdzierający krzyk. Straszliwie zbladł, chwycił się dłonią za serce, po czym opadł na krzesło, zasłaniając twarz szerokim rondem kapelusza.

    87

    Zamarł tak na kilka chwil, a kajutę wypełnił jego szloch. Po chwili zerwał się na równe nogi zawstydzony tym odruchem słabości. Okropne uczucie, które nim zawładnęło, wyparowało w mgnieniu oka. Na jego twarzy na powrót zagościł spokój, czoło wypogodniało, skóra przybrała swój dawny odcień, tylko spojrzenie płonęło blaskiem tak ponurym, że przyprawiało o ciarki.

    88

    Aby całkowicie się uspokoić, dwukrotnie obszedł kabinę, po czym usiadł na krześle i rzekł:

    89

    — Obawiałem się, że nie zdążę na czas. Teraz pozostaje mi tylko zemsta. Rozstrzelali go?

    90

    — Powiesili, panie.

    91

    — Jesteś tego pewien?

    92

    — Widziałem na własne oczy, jak zawisł na szubienicy wzniesionej na Plaza de Granada.

    93

    — Kiedy go zabili?

    94

    — Dzisiejszego popołudnia.

    95

    — Jak umarł?

    96

    — Jak bohater, panie. Czerwony Korsarz nie mógł przecież umrzeć inaczej.

    97

    — Mów dalej.

    98

    — Kiedy pętla zaciskała się na jego szyi, wykrzesał z siebie resztkę sił, by splunąć gubernatorowi w twarz.

    99

    — Temu ścierwu Van Gouldowi?

    100

    — Tak, księciu flamandzkiemu.

    101

    — Znowu on! Wszędzie tylko on! Czyżby zaprzysiągł ku mnie nieubłaganą nienawiść? Zabrał mi braci: jednego zdradziecko zabił, a dwóch powiesił!

    102

    — Nienawidził ich, bo to byli najodważniejsi korsarze w Zatoce, panie.

    103

    — Ale pozostaje mi jeszcze zemsta! — krzyknął złowrogim głosem pirat. — Nie, nie spocznę, póki nie zniszczę Van Goulda i całej jego rodziny i póki nie obrócę w popiół miasta, którym rządzi. Maracaibo, przywiodłoś mnie do zguby, więc teraz ja przywiodę do zguby ciebie! Choćbym miał wezwać z Tortugi wszystkich korsarzy i wszystkich bukanierów[10] z San Domingo i Kuby, nie pozostanie z ciebie kamień na kamieniu! A teraz mów, przyjacielu! Opowiedz mi wszystko od początku. Jak was schwytano?

    104

    — Nie w otwartej walce, lecz podstępem, kapitanie. Otóż twój brat, kapitanie, o czym zresztą wiedziałeś, obrał kurs na Maracaibo, by pomścić śmierć Zielonego Korsarza. Podobnie jak i ty, poprzysiągł księciu flamandzkiemu śmierć na szubienicy. Było nas osiemdziesięciu marynarzy, byliśmy gotowi na wszystko, skłonni stawić czoło nawet zbrojnemu oddziałowi, lecz w naszych zamiarach nie przewidzieliśmy nadchodzącego załamania pogody. Przy wejściu do zatoki zaskoczył nas straszny huragan, który zepchnął statek na płyciznę, gdzie rozszalałe fale roztrzaskały go w drzazgi. Zaledwie dwudziestu sześciu piratów z trudem dotarło do brzegu. Wszyscy byliśmy w opłakanym stanie, w dodatku bez broni, zupełnie niezdolni do stawienia jakiegokolwiek oporu. Czerwony Korsarz podnosił nas ciągle na duchu. W obawie, że Hiszpanie mogą zauważyć naszą obecność i rozpocząć pościg, poprowadził nas przez bagniska. Jednak zamiast znaleźć w leśnej gęstwinie bezpieczne schronienie, wpadliśmy w zasadzkę. Trzystu Hiszpanów pod wodzą Van Goulda we własnej osobie otoczyło nas zwartym pierścieniem. Tych, którzy stawiali opór, zabili, a pozostałych wzięli w niewolę i zaprowadzili do Maracaibo.

    105

    — Mój brat był wśród nich?

    106

    — Tak, kapitanie. Choć był uzbrojony zaledwie w sztylet, bronił się jak lew. Wolał zginąć w walce, niż dać się powiesić, ale Flamandczyk, gdy tylko go rozpoznał, zamiast przeszyć go szablą czy kulą, wyznaczył mu inną śmierć. Zawlekli nas do Maracaibo i skazali na śmierć przez powieszenie. Po drodze żołnierze znęcali się nad nami, a miejscowa ludność nie szczędziła obelg. Wraz z moim przyjacielem Van Stillerem mieliśmy więcej szczęścia od naszych kamratów. Wczoraj rano udusiliśmy stojącego na warcie strażnika i uciekliśmy. Znaleźliśmy schronienie w chacie pewnego tubylca, skąd widzieliśmy śmierć twojego brata i jego ludzi. Późnym wieczorem, dzięki pomocy naszego czarnego przyjaciela, wsiedliśmy do łodzi z zamiarem przepłynięcia Zatoki Meksykańskiej i dotarcia do Tortugi. Oto cała historia, kapitanie.

    107

    — A mój brat nie żyje… — rzekł Korsarz z przerażającym spokojem.

    108

    — Byłem blisko niego, tak ja teraz blisko ciebie, kapitanie.

    109

    — I wciąż wisi na tej przeklętej szubienicy?

    110

    — Będzie tak wisieć przez trzy dni.

    111

    — A potem wrzucą go do jakiegoś ścieku.

    112

    — Tak, kapitanie.

    113

    Czarny Korsarz gwałtownie wstał i podszedł do pirata.

    114

    — A co, boisz się? — zapytał wyzywającym tonem.

    115

    — Nie boję się nawet Belzebuba, kapitanie.

    116

    — Więc nie obawiasz się śmierci?

    117

    — Nie, panie.

    118

    — Popłyniesz ze mną?

    119

    — Gdzie?

    120

    — Do Maracaibo.

    121

    — Kiedy?

    122

    — Dzisiejszej nocy.

    123

    — Będziemy szturmować miasto?

    124

    — Nie, na razie jest nas za mało, ale wkrótce Van Gould o mnie usłyszy. Popłyniemy my dwaj i twój kompan.

    125

    — Sami? — zapytał zdumiony Carmaux.

    126

    — Zgadza się.

    127

    — Co zamierzasz?

    128

    — Odzyskać zwłoki brata.

    129

    — Uważaj, kapitanie! Jeszcze wpadniesz w ich ręce.

    130

    — Czy wiesz, kim jest Czarny Korsarz?

    131

    — Do stu tysięcy piorunów! Toż to najzuchwalszy pirat z Tortugi.

    132

    — Zatem zaczekaj na mnie na mostku, ale wpierw każ szykować szalupę.

    133

    — Mam lepszy pomysł, szybciej będzie naszą łodzią.

    134

    — Zgoda. A teraz ruszaj!

    Rozdział II. Śmiały wypad

    135

    Carmaux usłuchał rozkazu i pośpiesznie się oddalił, wiedział bowiem, że z groźnym Korsarzem nie ma żartów i nie ma co zwlekać.

    136

    Van Stiller czekał na niego na pokładzie w towarzystwie kwatermistrza i kilku piratów, którzy wypytywali go o tragiczną śmierć Czerwonego Korsarza i jego ludzi, domagając się krwawej zemsty na Hiszpanach z Maracaibo i nade wszystko na samym gubernatorze. Hamburczyk, gdy dowiedział się, że mają przygotować łódź, by popłynąć na brzeg, z którego cudem uciekli, nie krył zdumienia i obawy.

    137

    — Mamy tam wrócić?! — wykrzyknął. — Przecież zapłacimy za to głową, Carmaux.

    138

    — No cóż! Tym razem nie popłyniemy tam sami.

    139

    — A niby kto zamierza nam towarzyszyć?

    140

    — Czarny Korsarz.

    141

    — W takim razie już się wcale nie martwię. Ten czort wcielony wart jest więcej niż stu korsarzy.

    142

    — Tyle tylko, że on sam z nami popłynie.

    143

    — To nic, Carmaux. Z nim nie mamy się czego obawiać. Płyniemy prosto do Maracaibo?

    144

    — Tak, przyjacielu, a jeśli nie zabraknie nam sprytu, to wyprawa się powiedzie. Hej, kwatermistrzu, wrzuć do łodzi trzy muszkiety, trochę amunicji, parę kordelasów[11] dla nas obu i coś na ząb. Nigdy nic nie wiadomo, co się może wydarzyć ani kiedy wrócimy.

    145

    — Już wszystko załadowane — odkrzyknął kwatermistrz. — Dołożyłem też tytoniu.

    146

    — Dziękuję ci, przyjacielu. Jesteś perłą wśród kwatermistrzów.

    147

    — A oto i on — powiedział w tej samej chwili Van Stiller.

    148

    Na mostku pojawił się Czarny Korsarz. Ubrany był w swój żałobny strój, ale do boku przypasał długą szpadę, a za pas włożył dwa duże pistolety i jeden z tych ostrych hiszpańskich sztyletów zwanych mizerykordią. Przez ramię przewiesił obszerną pelerynę, kruczoczarną jak reszta ubioru.

    149

    Zbliżył się do stojącego na mostku kapitańskim marynarza, najprawdopodobniej swojego zastępcy i zamienił z nim kilka słów. Chwilę później zwrócił się do obu korsarzy:

    150

    — W drogę!

    151

    — Jesteśmy gotowi — odpowiedział Carmaux.

    152

    Wszyscy trzej opuścili się na pokład łodzi, którą już wcześniej podprowadzono pod rufę, by załadować na nią broń i żywność. Czarny Korsarz szczelnie owinął się peleryną i zajął miejsce na dziobie, podczas gdy piraci złapali za wiosła i z zapałem wykonali trudny manewr.

    153

    Na korsarskim żaglowcu szybko wygaszono światła pozycyjne, strymowano[12] żagle. Morgan postanowił eskortować swego dowódcę w pobliże wybrzeża, by w razie zagrożenia od razu udzielić mu pomocy. „Błyskawica” płynęła za łodzią, halsując[13], żeby jej nie wyprzedzić.

    154

    Czarny Korsarz leżał z głową wspartą na ramieniu i milczał. Bystrym wzrokiem dokładnie lustrował mroczny horyzont, próbując przeniknąć ciemności spowijające południowoamerykańskie wybrzeże. Od czasu do czasu odwracał głowę w stronę swojego statku, który nieustannie podążał ich śladem w odległości siedmiu lub ośmiu kabli. Po kilku chwilach znów odwracał głowę z powrotem na południe.

    155

    Tymczasem Van Stiller i Carmaux energicznie wiosłowali, prując zwrotną i lekką łódką czarne fale. Ani jeden, ani drugi nie wydawał się być zmartwiony powrotem na terytorium zamieszkałe przez ich bezwzględnych wrogów. To był dowód, jak wielką wiarę pokładali w odwadze i przemyślności niezwykłego Korsarza, którego imię wzbudzało strach we wszystkich nadmorskich osadach rozległej Zatoki Meksykańskiej.

    156

    Wody jeziora Maracaibo[14] były gładkie, zupełnie jakby wylano na nie oliwę, co ułatwiało zwinnej łódce sprawną żeglugę bez konieczności męczącego wiosłowania. Akwen otaczają układające się w podkowę niewysokie brzegi zwieńczone od strony morza dwoma wzniesieniami, chroniące przed uderzeniami fal od strony Zatoki Wenezuelskiej, w głębinach natomiast z rzadka tylko tworzą się prądy morskie.

    157

    Dwaj piraci wiosłowali zawzięcie od godziny, kiedy Czarny Korsarz, który do tej chwili pozostawał niemal w całkowitym bezruchu, zerwał się nagle na nogi, jakby chciał lepiej przyjrzeć się temu, co rysowało się na szerokim horyzoncie.

    158

    W oddali, mniej więcej na południowym zachodzie, widać było światło, które w jednominutowych odstępach błyskało na powierzchni wody.

    159

    — Maracaibo — powiedział Czarny Korsarz ponurym głosem, który zdradzał z trudem tłumioną wściekłość.

    160

    — Zgadza się — potwierdził Carmaux.

    161

    — W jakiej odległości się znajdujemy?

    162

    — Będą ze trzy mile[15], panie kapitanie.

    163

    — A więc o północy dotrzemy na miejsce.

    164

    — Tak.

    165

    — Czy straż pilnuje wybrzeża?

    166

    — Tylko łodzie celników.

    167

    — Musimy ich ominąć.

    168

    — Znamy miejsce, gdzie możemy bezpiecznie przybić do brzegu i ukryć łódź w nabrzeżnym gąszczu.

    169

    — Naprzód!

    170

    — Za pozwoleniem, kapitanie…

    171

    — Mów!

    172

    — Lepiej by było, żeby nasz statek nie podpływał już bliżej.

    173

    — Już zawrócił. Zaczeka na nas na pełnym morzu — odparł na to Czarny Korsarz.

    174

    Przez kilka chwil stał w milczeniu, po czym zapytał:

    175

    — To prawda, że ich flota patroluje okolicę?

    176

    — Tak, kapitanie, oddziały admirała Toledo czuwają nad bezpieczeństwem na wodach od Maracaibo po Gibraltar[16].

    177

    — Ha! Czyli że nas się boją?! Ale razem z Franciszkiem l'Olonnais poślemy ich wszystkich na dno. Cierpliwości, jeszcze kilka dni i Van Gould przekona się, z kim ma do czynienia.

    178

    Owinął się znów peleryną, zasunął kapelusz na oczy i usiadł, wpatrując się nieruchomo w ten świetlisty punkt, który zwiastował latarnię morską. Łódź pomknęła przed siebie, lecz już nie kierowała się ku przesmykowi prowadzącemu do jeziora Maracaibo. Piraci zmienili kurs, by uniknąć patroli, które niechybnie zatrzymałyby łódź i uwięziły jej załogę.

    179

    Pół godziny później brzeg zatoki był już wyraźnie widoczny, dzieliła ich od niego odległość trzech lub czterech kabli. Gęsto zalesiona namorzynami[17] plaża łagodnie schodziła do morza. Rośliny te, porastające głównie ujścia rzek i cieków wodnych, powodowały okropną gorączkę, jak choćby vomito prieto, czyli żółtą febrę. Nieco wyżej, na tle rozgwieżdżonego nieba, kłębiła się bujna roślinna szata, ponad którą górowały pękate korony gigantycznych rozmiarów drzew.

    180

    Carmaux i Van Stiller zwolnili i odwrócili się ku brzegowi. W obawie przed zasadzką płynęli dalej z wielką ostrożnością, zachowując ciszę i rozglądając się uważnie na wszystkie strony. Czarny Korsarz przez cały czas nawet nie drgnął, położył tylko przed sobą trzy załadowane na pokład przez kwatermistrza muszkiety. Był gotów powitać prochem każdą łajbę, która ośmieliłaby się zbliżyć na odległość strzału.

    181

    Było już po północy, gdy łódka dobiła do plaży, wbijając się w sam środek gęstwiny i powykręcanych korzeni namorzynów.

    182

    Czarny Korsarz wstał. Omiótł wzrokiem wybrzeże, po czym zwinnie zeskoczył na ziemię i przywiązał łódź do jednej z gałęzi.

    183

    — Zostawcie muszkiety — rozkazał Van Stillerowi i Carmaux. — Macie pistolety?

    184

    — Tak, kapitanie — odpowiedział hamburczyk.

    185

    — Wiecie, gdzie jesteśmy?

    186

    — Jakieś dziesięć, dwanaście mil od Maracaibo.

    187

    — Miasto znajduje się za lasem?

    188

    — Na granicy tego wielkiego lasu.

    189

    — Zdołamy zakraść się tam dzisiejszej nocy?

    190

    — To niemożliwe, kapitanie. Las jest gęsty i nie damy rady się przez niego przedrzeć przed świtem.

    191

    — Musimy więc zaczekać do jutrzejszego wieczora?

    192

    — Chyba że chcesz podjąć ryzyko i pojawić się w mieście za dnia. W przeciwnym razie musimy odczekać.

    193

    — Pojawienie się w mieście za dnia byłoby nieostrożnością — odparł Czarny Korsarz, jakby mówił do siebie. — Gdybym miał wsparcie swojego statku, który mógłby nas w każdej chwili zabrać na pokład, byłbym gotów podjąć takie ryzyko, ale „Błyskawica” żegluje teraz daleko, po wodach wielkiej Zatoki Wenezuelskiej.

    194

    Pogrążył się w zadumie na kilka chwil, po czym rzekł:

    195

    — Uda nam się jeszcze odnaleźć mojego brata?

    196

    — Jego trup będzie wisiał na Plaza de Granada przez trzy dni — odparł Carmaux. — Tak, jak mówiłem.

    197

    — A więc mamy czas. Znacie kogoś w Maracaibo?

    198

    — Tak, Murzyna, który poratował nas łodzią w trakcie ucieczki. Zamieszkuje w odludnym szałasie na obrzeżach lasu.

    199

    — Nie zdradzi nas?

    200

    — Ręczymy za niego.

    201

    — Zatem w drogę!

    202

    Carmaux szedł przodem, Czarny Korsarz w środku, a Van Stiller zamykał pochód. Wdrapali się na skarpę, po czym zagłębili w samo serce mrocznego lasu, zachowując ostrożność i nasłuchując. W dłoniach trzymali w gotowości pistolety, w każdej chwili spodziewając się zasadzki.

    203

    Dookoła rozpościerała się gęsta roślinność, wśród której panowały ciemności jak we wnętrzu wielkiej jaskini. Bujne korony drzew wieńczące pnie różnych kształtów i rozmiarów przysłaniały całkowicie nieboskłon.

    204

    Niezliczone liany to pięły się wysoko, mocno oplatając palmy, to zwisały długimi warkoczami prosto ku ziemi albo rozrastały się we wszystkich kierunkach, co na tyle utrudniało przemarsz, że byli zmuszeni torować sobie drogę, karczując roślinność za pomocą swoich kordelasów. Z kolei plątanina potężnych korzeni wyrastających z ziemi wymuszała na nich szukanie jakiejś okrężnej drogi wolnej od takich przeszkód. Co jakiś czas w leśnej gęstwinie rozbłyskiwały się niczym lampiony ławice małych światełek, które na zmianę wirowały wokół drzew, iskrzyły się w ich koronach i tańczyły tuż przy ziemi. Na chwilę nagle gasły, po czym rozjarzały się na nowo, tworząc przepiękne świetlne fale, rodem ze świata baśni.

    205

    Były to olbrzymie świetliki zamieszkujące lasy Ameryki Środkowej zwane vaga-lume[18], które wytwarzają tak silne światło, że umożliwia ono odczytanie nawet najdrobniejszego pisma z odległości kilku metrów, a zamknięte w kilka w szklanym słoiku potrafią oświetlić cały pokój. Nie brakowało też Lampyris occidental, robaczków świętojańskich, innego gatunku fosforyzujących owadów, które żyją w olbrzymich rojach w gujańskich lasach równikowych.

    206

    Trzej korsarze kontynuowali marsz w całkowitym milczeniu, wciąż zachowując należytą czujność — dobrze zdawali sobie bowiem sprawę, że oprócz ludzi muszą strzec się także mieszkańców lasu — krwiożerczych jaguarów, a nade wszystko węży, zwłaszcza żararak, których skóra przybiera odcień zeschłych liści, czyniąc je niemal niedostrzegalnymi dla ludzkiego oka w świetle dnia.

    207

    Pokonali tak bez mała dwie mile, gdy idący na przedzie Carmaux, który najlepiej znał te okolice, zatrzymał się nagle i pośpiesznie nabił jeden z pistoletów.

    208

    — Jaguar czy człowiek? — bez cienia strachu spytał Czarny Korsarz.

    209

    — Mógł to być jaguar, ale równie dobrze mógłby to być szpieg — odparł Carmaux. — Na tych szerokościach nigdy nie można być pewnym jutra.

    210

    — Którędy przeszedł?

    211

    — Dwadzieścia kroków ode mnie.

    212

    Pirat ukucnął, wstrzymał oddech i cały zamienił się w słuch. Usłyszał lekki szelest liści, lecz tak niewyraźny, że tylko wyjątkowo czujne ucho byłoby w stanie go wyłowić.

    213

    — To może być zwierzę — rzekł, prostując się. — Nie jestem pewien! Ale my się niczego nie boimy. Szable w dłoń i za mną.

    214

    Obszedł pień wielkiego drzewa, które górowało nad pobliskimi palmami, po czym zatrzymał się w gąszczu gigantycznych liści, wytężając wzrok w ciemności. Szelest liści ustał, jego ucho tymczasem wyłapało brzęk metalu, a chwilę później jakby suchy trzask przypominający odgłos odciąganego kurka.

    215

    — Stójcie! Ktoś nas śledzi i czeka tylko na odpowiedni moment, aby nas wystrzelać.

    216

    — Czyżby zauważyli, że przybiliśmy do brzegu? — wymamrotał zaniepokojony Carmaux. — Hiszpanie wszędzie mają szpiegów.

    217

    Trzymając szpadę w prawej dłoni, w lewej zaś pistolet, Czarny Korsarz zaczął bez najmniejszego szmeru przeszukiwać liściasty gąszcz. Nagle Carmaux i Van Stiller zobaczyli, jak rzuca się na przypominającą kształtem człowieka postać ukrytą w zaroślach. Błyskawiczny atak udaremnił próbę ucieczki czającego się w gąszczu szpiega, który uderzony z pełnym impetem gardą[19] szpady w twarz upadł na wznak.

    218

    Carmaux pośpiesznie podniósł broń, którą tamten wypuścił z ręki w chwili upadku, nie zdoławszy oddać nawet jednego strzału, podczas gdy Van Stiller trzymał go na muszce.

    219

    — Drgnij tylko, a już po tobie — powiedział Van Stiller.

    220

    — To jeden z naszych wrogów — zauważył Czarny Korsarz.

    221

    — Żołnierz przeklętego Van Goulda — dopowiedział Van Stiller. — Chętnie się dowiem, dlaczego czaił się właśnie tutaj.

    222

    Hiszpan, który solidnie oberwał w głowę gardą szpady, powoli dochodził do siebie i próbował się podnieść.

    223

    Carrai! — wymamrotał drżącym głosem. — Chyba wpadłem w ręce samego diabła?

    224

    — Zgadłeś — powiedział Czarny Korsarz. — Niech będzie i samego diabła, skoro tak nas, piratów, lubicie nazywać.

    225

    Hiszpana przeszedł silny dreszcz, który nie umknął uwadze Carmaux.

    226

    — Nie trzęś tak portkami, przynajmniej na razie — rzekł i zaśmiał się w głos. — Oszczędzaj siły na później, gdy będziesz już dyndał i wywijał w powietrzu fandango[20] z zaciśniętym na szyi powrozem.

    227

    Następnie zwrócił się do Czarnego Korsarza, który w milczeniu obserwował jeńca, i rzekł:

    228

    — Posłać mu kulkę, kapitanie?

    229

    — Nie — odparł tenże.

    230

    — A może wolisz go powiesić na jednej z gałęzi tego tam olbrzymiego drzewa?

    231

    — Bynajmniej.

    232

    — A może to jeden z tych, co wieszali naszych kamratów i Czerwonego Korsarza, kapitanie?

    233

    Na te słowa oczy Czarnego Korsarza rozbłysły złowrogim blaskiem, który jednak szybko zgasł.

    234

    — Nie chcę jego śmierci — rzekł oschle. — Żywy przyda nam się bardziej niż jako wisielec.

    235

    — Zatem zwiążmy go porządnie — odpowiedzieli jednogłośnie dwaj piraci.

    236

    Oderwali kawałek czerwonej tkaniny, którą byli przepasani, po czym skrępowali nim ręce więźnia, ten z kolei ani myślał stawiać opór.

    237

    — Przyjrzyjmy się, coś ty za gagatek — powiedział Carmaux.

    238

    Zapalił kawałek odciętego od armaty lontu, który przechowywał w kieszeni, i zbliżył go do twarzy Hiszpana. Nieszczęśnik, który wpadł w ręce straszliwych piratów z Tortugi, miał zaledwie trzydzieści lat, kanciastą twarz pokrytą rudawą brodą i szare, rozbiegane z przerażenia oczy, był chudy i tyczkowaty niczym jego krajan Don Kichot.

    239

    Miał na sobie żółty, skórzany kaftan wyszywany arabeskami, szerokie, krótkie spodnie w czarno-czerwone paski i wysokie buty z czarnej skóry. Na głowie miał stalowy hełm przystrojony mocno już przerzedzonymi piórami nie pierwszej świeżości, a za pasem, w mocno już zardzewiałej pochwie, tkwiła szabla.

    240

    — Na rogi Belzebuba! — wykrzyknął Carmaux, śmiejąc się. — Z tego, co widzę, gubernator Maracaibo nie żywi swoich wojaków kapłonami[21], bo ten tu jest chudszy niż wędzony śledź. Myślę, panie kapitanie, że warto go powiesić.

    241

    — Nie kazałem go wieszać — odparł Czarny Korsarz, a następnie trącił więźnia końcem szpady i rzekł:

    242

    — Mów, jeśli ci życie miłe!

    243

    — Już po mnie — odparł Hiszpan. — Nikt przecież nie wychodzi żywy z twoich rąk. Nawet jeśli powiem ci to, co chcesz usłyszeć, wcale nie mogę być pewny, że dożyję jutra.

    244

    — Zuch z niego — rzekł Van Stiller.

    245

    — A swoją odpowiedzią zasłużył sobie na łaskę — dodał Czarny Korsarz.

    246

    — No już, będziesz gadał?

    247

    — Nie — powiedział jeniec.

    248

    — Obiecam, że ocalisz życie.

    249

    — A kim ty jesteś, żeby ci wierzyć?

    250

    — Kim? Wiesz, kim jestem?

    251

    — Piratem.

    252

    — Owszem, ale piratem, co się zwie Czarny Korsarz.

    253

    — Najświętsza Panienko z Gwadelupy! — krzyknął Hiszpan i zrobił się blady jak ściana. — Czarny Korsarz tutaj?! Przybyłeś wyrżnąć nas wszystkich w pień i pomścić śmierć brata, Czerwonego Korsarza?

    254

    — Zgadza się, a jeśli nie wyśpiewasz mi wszystkiego — powiedział Czarny Korsarz ponurym głosem — pozabijam was wszystkich, a z Maracaibo zostaną zgliszcza!

    255

    — Święci pańscy! Co ty tu robisz? — powtórzył jeniec, który nie otrząsnął się jeszcze z szoku.

    256

    — Mówże!

    257

    — I tak już jestem trupem.

    258

    — Czarny Korsarz to człowiek honoru, weź to pod uwagę. On nigdy nie złamał raz danego słowa — odparł kapitan uroczyście.

    259

    — Pytaj więc, mój panie.

    Rozdział III. Jeniec

    260

    Na dany przez kapitana znak Van Stiller i Carmaux podnieśli jeńca i posadzili u stóp drzewa. Nie rozwiązali mu jednak rąk, choć byli pewni, że nie będzie próbował ucieczki.

    261

    Czarny Korsarz usiadł naprzeciw niego, na olbrzymim korzeniu, który wił się niczym monstrualny wąż, a dwaj piraci stanęli na straży przed tymi zaroślami, obawiali się bowiem, że jeniec nie jest sam.

    262

    — Powiedz mi — rzekł Czarny Korsarz po kilku minutach milczenia — czy ciało mojego brata wciąż jest wystawione na widok publiczny?

    263

    — Tak — odpowiedział jeniec. — Gubernator rozkazał nie ściągać go przez trzy dni i trzy noce, potem wywiezie zwłoki do lasu na pożarcie dzikim bestiom.

    264

    — Myślisz, że da się wykraść ciało?

    265

    — Być może, bo Plaza de Granada jest strzeżona tylko przez jednego wartownika. Piętnastu wisielcom trudno by przecież było uciec.

    266

    — Piętnastu?! — krzyknął Czarny Korsarz srogim tonem. — Ten łotr Van Gould nie oszczędził nawet jednego?

    267

    — Nikogo.

    268

    — I nie straszna mu zemsta piratów z Tortugi?

    269

    — Maracaibo jest obsadzone wojskiem i zaopatrzone w artylerię.

    270

    Pogardliwy uśmiech zagościł na ustach dumnego Czarnego Korsarza.

    271

    — Co nam mogą zrobić armaty? Nasze kordelasy znaczą wiele więcej. Mieliście okazję się o tym przekonać podczas szturmu na San Francisco de Campeche[22], na St. Augustine[23] na Florydzie i w innych miejscach.

    272

    — To prawda, ale Van Gould czuje się bezpiecznie w Maracaibo.

    273

    — Ach tak?! W takim razie zobaczymy, jak się poczuje, gdy rozmówię się z Franciszkiem l'Olonnais.

    274

    — Franciszek l'Olonnais! — wykrzyknął Hiszpan, którego przeszedł dreszcz przerażenia.

    275

    Czarnego Korsarza najwyraźniej nie obeszło przerażenie jeńca, bo kontynuował swoje przesłuchanie, choć nieco innym już tonem:

    276

    — Co robiłeś w tym lesie?

    277

    — Strzegłem plaży.

    278

    — Sam?

    279

    — Tak.

    280

    — Podejrzewaliście, że napadniemy na miasto?

    281

    — Istniała taka obawa, zauważono podejrzany statek krążący po zatoce.

    282

    — Mój?

    283

    — Jeśli jesteś tutaj, to i statek musi być twój, panie.

    284

    — A gubernator zapewne postanowił zwołać posiłki.

    285

    — Nie tylko, wysłał też kilku zaufanych ludzi do Gibraltaru, by ostrzec admirała.

    286

    Tym razem to Czarnego Korsarza przeszedł dreszcz, tyle że był to dreszcz niepokoju, bo bać to się raczej nie miał w zwyczaju.

    287

    — Ach tak! — wykrzyknął, a jego blada twarz zrobiła się czerwona ze złości. — A więc mój statek może być w niebezpieczeństwie? — zamyślił się, po czym wzruszył ramionami i dodał:

    288

    — To nic! Kiedy okręty admirała dotrą do Maracaibo, będę już na pokładzie „Błyskawicy”.

    289

    Zerwał się gwałtownie, zagwizdał na dwóch piratów stojących na czatach przed zaroślami i rzucił krótko:

    290

    — Wracamy.

    291

    — A co robimy z jeńcem? — zapytał Carmaux.

    292

    — Zabierzemy go ze sobą. Odpowiadacie za niego głową, jeśli wam ucieknie.

    293

    — Niech mnie kule biją! — wykrzyknął Van Stiller. — Przywiążę go sobie sznurem do pasa, wtedy odejdzie go ochota na ucieczkę.

    294

    Ruszyli w drogę gęsiego. Prowadził Carmaux, Van Stiller zaś zamykał pochód i pędził przed sobą jeńca, nie chcąc ani na chwilę stracić go z oczu.

    295

    Wstawał świt. Różowe promienie jutrzenki rozpraszały ciemności i rozlewały się po niebie, przenikając przez baldachim gigantycznych drzew. Liczne w Ameryce Południowej, a zwłaszcza w Wenezueli małpy budziły się, wypełniając gęstwinę dzikimi krzykami.

    296

    Na czubkach smukłych i eleganckich palm zwanych assai, w bujnych koronach ogromnych drzew kapokowych, w gąszczu sipos, gigantycznych lian oplatających pnie drzew i czepiających się powietrznych korzeni storczyków, pośród zachwycających bromelii, obficie obsypanych szkarłatnymi kwiatami, figlarnie niczym chochliki pląsały małpy wszelkiej maści.

    297

    Nieopodal baraszkowało stadko uroczych małpek mico, które pomimo swoich lilipucich rozmiarów — mieściły się w pirackiej kamizelce! — pod względem bystrości i zwinności nie miały sobie równych w świecie człekokształtnych. Kawałek dalej z kolei harcowały gromady sahuì, nieco większuch od wiewiórek, o rudej sierści i grzywie jak u lwiątek, a także czeredy mono, najchudszych wśród wszystkich małp, wyposażonych w tak długie, patykowate kończyny, że z daleka łatwo je pomylić z olbrzymimi pająkami. Nie brakowało też stadka prego, które z dzikim upodobaniem niszczą wszystko, co napotkają na swej drodze, stając się prawdziwym utrapieniem plantatorów.

    298

    Wszędzie było widać nieprzeliczone chmary ptactwa, a najprzeróżniejsze ptasie okrzyki zlewały się z wrzaskami małp. Wśród rozłożystych liści drzew pomponasse, z których wytwarza się piękne i lekkie panamskie kapelusze, w zagajnikach laransia o kwiatach wydzielających odurzające zapachy, na wspaniałych palmach quaresme o purpurowych kwiatach, trajkotały na cały głos malutkie mahitaco, gatunek papug o ciemnoniebieskiej główce; skrzeczały też ary, dorodne ptaki o czerwonym upierzeniu, które od świtu do zmierzchu z uporem godnym lepszej sprawy wrzeszczą bez ustanku „arà, arà”, oraz choradeira, ptaki-płaczki, wyśpiewujące smętnie swą wieczną skargę.

    299

    Piraci i hiszpański jeniec, nawykli do marszu przez gęstą dżunglę porastającą kontynent i wyspy Zatoki Meksykańskiej, nie zatrzymywali się, by podziwiać rośliny, małpy czy ptaki. Maszerowali najszybciej, jak się dało, wyszukując przetarte przez drapieżniki lub tubylców przejścia, albowiem pragnęli czym prędzej wydostać się z tej gęstwiny i ujrzeć wody jeziora Maracaibo.

    300

    Czarny Korsarz popadł zgodnie ze swoim zwyczajem w posępną zadumę, która towarzyszyła mu wszędzie bez względu na to, czy przebywał akurat na pokładzie statku, czy też korzystał z uroków Tortugi.

    301

    Owinięty w swoją długą, czarną pelerynę, z kapeluszem nasuniętym na oczy, kroczył za Carmaux z głową zwieszoną na piersi. Z dłonią wspartą na gardzie szpady, nie spoglądając ani na towarzyszy, ani na jeńca, maszerował niczym samotny wędrowiec przedzierający się przez dżunglę.

    302

    Piraci, dobrze znając jego zwyczaje, nie chcieli go o nic wypytywać, żeby go nie wytrącić z zadumy. Od czasu do czasu szeptem zamieniali ze sobą kilka słów, chcąc uzgodnić kierunek marszruty, po czym przyśpieszali kroku, zagłębiając się coraz to bardziej w splątaną sieć niekończących się sipos, drzew palmowych, jacarandò i massaranduba, które chroniły ich przed hordami uroczych ptaszków trochilidi o lśniąco błękitnych piórach i czerwono-ognistym dziobie, znanych też pod nazwą „ptaki-muchy”. Byli już w drodze od dobrych dwóch godzin, w dodatku coraz bardziej przyśpieszali kroku. W pewnym momencie Carmaux zaczął uważnie przyglądać się podłożu i otaczającym go drzewom, po czym przystanął, wskazując Van Stillerowi zagajnik cajueiro, drzew o skórzastych liściach, które przy wietrznej pogodzie wydają dziwaczne dźwięki.

    303

    — To tutaj, Van Stillerze? — spytał. — Chyba mnie pamięć nie myli.

    304

    Chwilę później pośród zarośli dało się słyszeć przyjemne dla ucha, łagodne dźwięki, które brzmiały, jakby ktoś je wygrywał na flecie.

    305

    — Cóż to takiego? — odezwał się Czarny Korsarz, podnosząc nagle głowę i zrzucając z siebie pelerynę.

    306

    — Flet Moko — odparł uśmiechnięty Carmaux.

    307

    — Kim jest Moko?

    308

    — To Murzyn, który pomógł nam w ucieczce. Jego szałas stoi w tym zagajniku.

    309

    — Dlaczego gra?

    310

    — Zapewne zajęty jest hipnotyzowaniem swoich węży.

    311

    — Czyżby był zaklinaczem tych gadów?

    312

    — Zgadłeś, kapitanie.

    313

    — Ale ten flet może nas zdradzić.

    314

    — Zabiorę mu go, a węże wyślemy na wycieczkę po dżungli.

    315

    Czarny Korsarz gestem dłoni nakazał im iść dalej, ale dobył szpady na wypadek przykrej niespodzianki. Carmaux zdążył już zniknąć w zaroślach. Szedł ostrożnie ledwie widoczną w gąszczu ścieżynką, aż nagle zatrzymał się, wydając z siebie okrzyk, w którym zdziwienie mieszało się z obrzydzeniem.

    316

    Przed splecionym z gałęzi szałasem, zadaszonym szerokimi liśćmi palmowymi, na wpół ukrytym pod cujerą, olbrzymią rośliną ocieniającą częstokroć tubylcze chaty i obfitującą w podobne do dyni owoce, siedział czarnoskóry mężczyzna budową ciała przypominający Herkulesa: szeroki w barkach, o bardzo umięśnionych ramionach i nogach, które z pewnością skrywały wielką siłę.

    317

    Miał mięsiste wargi, płaski nos i wystające kości policzkowe. W jego twarzy było coś dziecięcego, biła z niej bliżej nieokreślona naiwna dobroć.

    318

    Mężczyzna siedział na pniu drzewa i grał na flecie uplecionym z cienkiej trzciny bambusowej, wydobywając z niego łagodne, przeciągłe dźwięki, które wywoływały w słuchającym przedziwną niemoc.

    319

    Przed nim wił się posłusznie z tuzin najbardziej niebezpiecznych węży Ameryki Środkowej: popielato-brązowe żararaki, o małej trójkątnej głowie i smukłym ciele, tak jadowite, że nie bez powodu Indianie ochrzcili je przydomkiem „przeklętych”; ich jeszcze bardziej jadowite kuzynki żararaki urutu, zwane także wężami krzyżowymi ze względu na plamę na głowie w kształcie krzyża, posiadające jad paraliżujący nerwy w obrębie ukąszonego miejsce na ciele; tak zwane kaskawele, znane także jako grzechotniki straszliwe, oraz zupełnie czarne węże z gatunku naja, których jad powoduje błyskawiczną śmierć.

    320

    — Moko — krzyknął Carmaux, przerywając czarodziejski rytuał.

    321

    Murzyn urwał melodię, po czym wbił w pirata swoje oczy jak z porcelany i z niedowierzaniem rzekł:

    322

    — To wy? Co tu jeszcze robicie?! Myślałem, że już dawno dotarliście do Zatoki, daleko od Hiszpanów.

    323

    — Tak, to my, ale… niech mnie piorun trzaśnie, jeśli sądzisz, że podejdę do ciebie bliżej, skoro dookoła roi się od tych paskudnych gadzin.

    324

    — Moje węże nie zrobią krzywdy przyjaciołom — roześmiał się Murzyn. — Zaczekaj chwilę, biały przyjacielu, tylko je uśpię.

    325

    Przyniósł wypleciony z liści koszyk, włożył zwierzęta do środka, bacząc, by się nie rozpełzły, zamknął go dokładnie, na wszelki wypadek przyciskając wieko dużym kamieniem, po czym rzekł:

    326

    — Teraz bez obaw możesz podejść bliżej, biały bracie. Jesteś sam?

    327

    — Nie, przyprowadziłem ze sobą kapitana mojego statku, brata Czerwonego Korsarza.

    328

    — Czarnego Korsarza? On tutaj? No to Maracaibo ma się czego obawiać!

    329

    — Posłuchaj mnie, czarny bracie, chcemy cię prosić o kolejną przysługę: pozwól nam skorzystać z twojego szałasu. Możesz liczyć na naszą wdzięczność.

    330

    W tej chwili nadszedł Czarny Korsarz wraz z Van Stillerem prowadzącym jeńca. Pozdrowił Murzyna skinieniem dłoni, po czym wziął na stronę Carmaux i zapytał:

    331

    — To ten człowiek pomógł ci w ucieczce?

    332

    — Tak, panie kapitanie.

    333

    — Nienawidzi Hiszpanów?

    334

    — Tak samo jak my.

    335

    — Zna Maracaibo?

    336

    — Nie gorzej niż my Tortugę.

    337

    Czarny Korsarz odwrócił się w kierunku Murzyna i podziwiając w milczeniu jego imponującą muskulaturę, po czym rzekł jakby do siebie:

    338

    — Tak, takich ludzi właśnie mi trzeba.

    339

    Następnie wszedł szałasu i rozejrzał się po jego wnętrzu. Zauważył stojące w kącie splecione z gałęzi krzesło, usiadł na nim i na powrót pogrążył się w zadumie.

    340

    Tymczasem Murzyn pośpieszył przygotować posiłek, na który złożyły się różne smakołyki: placuszki z manioku, rodzaju mąki otrzymywanej z zawierających trujące substancje bulw, które po starciu i odciśnięciu soków tracą swoje szkodliwe właściwości; owoce gravioli, kształtem przypominające szyszki, skrywające pod kolczastą skórką biały, smakowity miąższ o kremowej konsystencji; tuziny pachnących bananów zwanych „złotymi”, mniejszych od tych tradycyjnych, ale smaczniejszych i pożywniejszych.

    341

    Jakby jeszcze tego było mało, Moko uraczył gości tak zwanym pulque, sfermentowanym napojem powszechnie pozyskiwanym z agawy, serwując go w wydrążonej dyni.

    342

    Trzej piraci, którzy podczas nocnej wędrówki niczego nawet nie przegryźli, najedli się teraz do syta, nie zapominając przy tym o swoim więźniu. Po jedzeniu wyciągnęli się wygodnie na świeżo naciętych liściach, które Moko specjalnie dla nich zniósł do szałasu, po czym zasnęli snem tak spokojnym, jakby znajdowali się w najbezpieczniejszej na świecie kryjówce.

    343

    Sam Moko tymczasem mocno związał powierzonego jego pieczy jeńca i zaczął pełnić wartę.

    344

    Przez cały dzień żaden z piratów się nie poruszył, lecz gdy tylko zapadły ciemności, Czarny Korsarz raptownie się ocknął.

    345

    Był bledszy niż zwykle, a jego czarne oczy płonęły ponurym blaskiem. Nerwowym krokiem kilkukrotnie okrążył szałas, po czym zatrzymał się przed więźniem, mówiąc:

    346

    — Dałem ci słowo, że cię nie zabiję, choć mógłbym powiesić cię na pierwszym lepszym drzewie w puszczy. Jednak musisz mi odpowiedzieć na pytanie: Czy dam radę wkraść się niepostrzeżenie do pałacu gubernatora?

    347

    — Chcesz go zamordować, by pomścić śmierć Czerwonego Korsarza?

    348

    — Zamordować?! — zawołał gniewnie pirat. — Ja się pojedynkuję, a nie morduję zdradziecko! Jestem człowiekiem honoru. Pojedynek pomiędzy mną a nim, tak, ale nie morderstwo.

    349

    — Gubernator jest stary, a ty, panie, młody. Poza tym nie zdołasz przedostać się do jego sypialni niezauważony. Nad jego bezpieczeństwem czuwają liczne straże.

    350

    — Wiem, że jest odważny.

    351

    — Jak lew.

    352

    — Wciąż jest pełen krzepy. Mam nadzieję, że wkrótce się spotkamy.

    353

    Odwrócił się w stronę dwóch piratów, którzy także już wstali, i poruczył Van Stillerowi:

    354

    — Zostaniesz tu i będziesz miał oko na jeńca.

    355

    — Do tego wystarczy Murzyn, kapitanie.

    356

    — Nie, Murzyn jest silny jak Herkules, więc pomoże mi przenieść zwłoki mojego brata. — Chodź, Carmaux, wkrótce wypijemy butelkę hiszpańskiego wina w Maracaibo.

    357

    — Do stu zdechłych wielorybów! O tej porze, kapitanie? — zawołał zdziwiony Carmaux.

    358

    — A co, strach cię obleciał?

    359

    — Gdzieżby znowu, za tobą poszedłbym choćby do piekła zagrać na nosie samemu Belzebubowi, ale boję się, że nas złapią.

    360

    Drwiący uśmiech wykrzywił wąskie wargi Czarnego Korsarza.

    361

    — To się jeszcze okaże — odparł. — Chodź!

    Rozdział IV. Pojedynek w Maracaibo

    362

    W owych czasach Maracaibo było jednym z najważniejszych miast w Zatoce Meksykańskiej w posiadaniu hiszpańskich kolonizatorów, choć liczba jego mieszkańców nie przekraczała dziesięciu tysięcy.

    363

    Położone malowniczo na południowym krańcu Zatoki Wenezuelskiej, naprzeciw przesmyku otwierającego się na wody szerokiego jeziora o tej samej nazwie, które wcina się daleko w głąb lądu, Maracaibo od razu stało się ważnym ośrodkiem handlu, do którego sprowadzano wszystkie produkty z pozostałych wenezuelskich miast.

    364

    Hiszpanie wybudowali w nim solidny fort, wyposażony w liczne armaty, a na dwóch wysepkach, które strzegły miasta od strony zatoki, postawili potężne garnizony w obawie przed napaścią ze strony zuchwałych korsarzy z Tortugi.

    365

    Podróżnicy, którzy jako pierwsi postawili tu stopę, wznieśli piękne domy, a nie brakowało też pałaców zaprojektowanych przez architektów przybyłych z dalekiej Hiszpanii, poszukujących szczęścia w Nowym Świecie. W Maracaibo nadzwyczaj liczne były gospody, gdzie zwykle gromadzili się majętni właściciele kopalń i gdzie o każdej porze roku tańczono fandango i bolero[24].

    366

    Kiedy Czarny Korsarz, Carmaux i Moko wkroczyli do miasta, nie napotykając żadnego oporu, na ulicach wciąż było gwarno, a w tawernach zaopatrzonych w zamorskie trunki roiło się od klientów, Hiszpanie bowiem nawet we własnych koloniach nigdy nie odmawiali sobie kieliszka malagi[25] czy rodzimego sherry[26].

    367

    Czarny Korsarz zwolnił kroku. Z nasuniętym na oczy kapeluszem, szczelnie owinięty peleryną, choć wieczór był ciepły, z lewą ręką dumnie wspartą na gardzie szpady, czujnie obserwował domy i ulice, chcąc wiernie zapisać w umyśle obraz.

    368

    Gdy dotarli na główny plac miasta, Plaza de Grenada, Czarny Korsarz zatrzymał się nagle na rogu jednego z budynków i bliski omdlenia oparł się ciężko o mur.

    369

    Jego oczom ukazał się widok tak makabryczny, że przyprawiłby o ciarki nawet najbardziej nieczułego człowieka na ziemi.

    370

    Naprzeciw pałacu, na którym powiewała hiszpańska flaga, na piętnastu ustawionych w półkolu szubienicach wisiało piętnastu nieboszczyków.

    371

    Ich stopy były bose, ubrania w strzępach, z wyjątkiem jednego wisielca, który odziany był w szaty czerwone jak ogień, a na nogach miał wysokie, pirackie buty.

    372

    Nad wisielcami krążyły całe stada zopilotes i urubu, niewielkich, czarno upierzonych sępów, powszechnie znanych w Ameryce Środkowej jako czyściciele miast. Najwyraźniej wcale nie zamierzały czekać, aż ciała tych nieszczęśników zaczną się rozkładać.

    373

    Carmaux zbliżył się do Czarnego Korsarza i powiedział wzruszony:

    374

    — To nasi kamraci.

    375

    — Tak — potwierdził stłumionym głosem Czarny Korsarz. — Upominają się o zemstę, więc ta wkrótce nadejdzie.

    376

    Wyprostował się nadludzką siłą woli, po czym zwiesił głowę na piersi, jak gdyby chciał ukryć pełne wzruszenia oblicze, i oddalił się szybkim krokiem w stronę tak zwanej posady, niewielkiego hoteliku, w którym przesiadywali, opróżniając całe beczki wina, lubujący się w nocnym życiu mieszkańcy miasta.

    377

    Czarny Korsarz wypatrzył wolny stolik, po czym usiadł, a raczej bezwładnie opadł na wysoki fotel i zwiesił głowę. Carmaux zaś zawołał:

    378

    — Hej karczmarzu, ty szelmo, podaj nam karafkę twego najzacniejszego jerez! Tylko, żeby mi było prawdziwe hiszpańskie, bo inaczej marny twój los! Morskie powietrze tak mnie wysuszyło, że z chęcią opróżniłbym całą twoją piwniczkę!

    379

    Na wypowiedziane przezeń w nienagannym baskijskim słowa karczmarz zagęścił ruchy i niezwłocznie pośpieszył do stolika z butelką osławionego trunku.

    380

    Carmaux napełnił trzy szklanice, lecz Czarny Korsarz był tak bardzo pogrążony w rozmyślaniach, że nawet nie tknął swojej.

    381

    — Do stu zdechłych wielorybów! — wymamrotał Carmaux, trącając łokciem Murzyna. — Kapitan jest wzburzony jak nigdy, nie chciałbym teraz znaleźć się w skórze Hiszpanów. Muszę przyznać, że to niebywała zuchwałość z naszej strony zapuścić się aż tutaj. No ale on niczego się nie boi.

    382

    Rozejrzał się po karczmie z zaciekawieniem, ale i z pewną bliżej nieokreśloną obawą. Zauważył kilku uzbrojonych w długie navajas[27] osobników, którzy podejrzliwie mu się przyglądali.

    383

    — Coś mi się zdaje, że nam się przysłuchują — szepnął do Moko. — Co to za jedni?

    384

    — Baskowie w służbie gubernatora.

    385

    — Rodacy walczący pod inną flagą. Ha! Jeśli myślą, że ich navajas robią na mnie wrażenie, to grubo się mylą.

    386

    Tymczasem mężczyźni zagasili cygara, zwilżyli gardła kilkoma kielichami malagi i zaczęli rozmawiać między sobą tak głośno, że Carmaux nie miał najmniejszych problemów, by wyłapać, co mówią.

    387

    — Widzieliście wisielców? — zapytał jeden z nich.

    388

    — Dziś wieczorem znowu im się przyjrzałem — odrzekł inny. — Ci łajdacy wciąż dają niezłe widowisko. Na widok jednego z nich, tego z wywalonym na wierzch jęzorem, można pęknąć ze śmiechu.

    389

    — A Czerwony Korsarz? — rzucił trzeci. — Wetknęli mu do ust cygaro, żeby jeszcze śmieszniej wyglądał.

    390

    — Chętnie bym mu jeszcze wetknął w dłoń parasol, coby się jutro osłonił przed słońcem. Zobaczymy, czy…

    391

    Lecz uderzająca z hukiem o stół pięść urwała zdanie w połowie. Aż podskoczyły wszystkie kielichy. Była to pięść Carmaux, który nie mógł już dłużej znieść tych bezczelnych zniewag. Odskoczył od stolika tak błyskawicznie, że Czarny Korsarz nawet się nie zorientował.

    392

    — Niech mnie piorun trzaśnie! — zagrzmiał. — Wielka mi odwaga obśmiewać nieboszczyków! Spróbujcie pośmiać się z żywych, moi drodzy caballeros[28]!

    393

    Pięciu kompanów, zaskoczonych nagłym wybuchem gniewu nieznajomego, podniosło się jak na komendę, ściskając w dłoniach swoje navajas. Jeden z nich, bez wątpienia najodważniejszy, zapytał z groźnym wyrazem twarzy:

    394

    — Kim jesteś, caballero?

    395

    — Porządnym Baskiem, który szanuje zmarłych, lecz który umie także rozpruć flaki żywym.

    396

    Słysząc tę zaczepkę, mężczyźni wybuchli śmiechem, co jeszcze bardziej rozjuszyło pirata.

    397

    — Ach, więc to tak?! — rzucił, blady z gniewu.

    398

    Carmaux spojrzał w stronę Czarnego Korsarza, który ani drgnął, zupełnie jakby całe zajście go nie dotyczyło. Następnie wyciągnął rękę w stronę tego, który zadał mu pytanie, i z całej siły go pchnął, wykrzykując mu w twarz:

    399

    — Myślisz, że prawdziwy wilk morski nie poradzi sobie z takim lądowym szczurem jak ty?!

    400

    Ten aż runął plecami na stół. W mgnieniu oka jednak się podniósł, błyskawicznie wyciągnął zza pasa nóż i otworzył go z głośnym trzaskiem. Już miał rzucić się na Carmaux i przeszyć go ostrzem na wylot, kiedy Moko, który dotychczas przyglądał się całemu zajściu, na dany przez Czarnego Korsarza znak wskoczył pomiędzy dwóch zapalczywców, wywijając groźnie ciężkim, drewnianym krzesłem z żelaznymi okuciami.

    401

    — Stój albo cię zatłukę! — krzyknął do uzbrojonego Baska.

    402

    Wówczas pięciu wojowniczych Basków zrobiło krok do tyłu w obawie, że zamaszyście wywijający w powietrzu ciężkim krzesłem olbrzym o skórze czarnej jak węgiel roztrzaska im zaraz głowy. Szamotanina zaalarmowała kilkunastu siedzących w sąsiedniej sali biboszów[29], którym przewodził drągal o fizjonomii zbira z przepasaną u boku szpadą, w zawadiacko przechylonym na jedno ucho kapeluszu, ubrany w napierśnik z kordobańskiej skóry.

    403

    — Co tu się dzieje? — zapytał oschle i teatralnym gestem wyciągnął szpadę z pochwy.

    404

    — Dzieją się tu rzeczy, mój drogi caballero… — odparł Carmaux, komicznie się kłaniając — które nie powinny cię obchodzić.

    405

    — Na wszystkich świętych! — warknął drągal, przyjmując groźny wyraz twarzy. — Widzę, że nie poznaliście jeszcze don Gamary y Mirandy, hrabiego Badajoz, szlachcica z Camarguy, i wicehrabiego…

    406

    — Wicehrabiego od siedmiu boleści — odparł Czarny Korsarz, zrywając się na równe nogi i mierząc wzrokiem dryblasa.

    407

    Władca Gamary i innych posiadłości najpierw spurpurowiał jak piwonia, a potem zbladł, po czym rzucił ochrypłym głosem:

    408

    — Do stu diabłów! Zaraz poślę cię na tamten świat i będziesz mógł się przywitać z tym ścierwem, które dynda sobie teraz wraz ze swoją piracką hałastrą na Plaza de Granada.

    409

    Na te słowa Carmaux już miał się rzucić na bezczelnego pyszałka, lecz powstrzymał go Czarny Korsarz, który ściągnął kapelusz, zrzucił pelerynę i szybkim ruchem dobył szpady, mówiąc drżącym głosem:

    410

    — Sam jesteś ścierwo, a twoja dusza zostanie potępiona.

    411

    Gestem ręki dał znak, żeby wszyscy się rozstąpili i zrobili miejsce. Ustawił się na wprost przeciwnika, przyjął postawę do walki, a bijące z jego ruchów pewność siebie i elegancja mogłyby zbić z pantałyku najzuchwalszego przeciwnika.

    412

    — Walcz, wicehrabio od siedmiu boleści! — wysyczał przez zaciśnięte zęby. — Za chwilę będzie tu o jednego trupa więcej.

    413

    Przeciwnik ustawił się w pozycji wyjściowej, lecz po chwili wyprostował się i rzekł:

    414

    — Zaraz, zaraz, caballero. Gdy staję z kimś w szranki, mam prawo poznać imię tego kogoś.

    415

    — Pochodzę z lepszej niż ty rodziny. To ci wystarczy?

    416

    — Nie, panie, chcę poznać twoje imię.

    417

    — Moje imię? Niech tak będzie, ale tym gorzej dla ciebie, bo już nikomu go nie wyjawisz — odparł, po czym zbliżył się do niego i wyszeptał mu kilka słów do ucha.

    418

    Dryblas wydał okrzyk zaskoczenia, w którym wybrzmiała nuta strachu. Cofnął się o dwa kroki, zupełnie jakby chciał schronić się w stojącej za jego plecami gromadce pobratymców i wyjawić jej właśnie poznany sekret, jednakże Czarny Korsarz przystąpił do ataku, zmuszając go do natychmiastowej obrony.

    419

    Zgromadzeni wokół bibosze utworzyli wokół walczących szeroki krąg. Moko i Carmaux stali w pierwszym szeregu, obaj ze spokojem przyglądali się pojedynkowi, zwłaszcza ten ostatni, albowiem dobrze znał umiejętności kapitana.

    420

    Pyszałkowaty szlachcic już po pierwszych ciosach zrozumiał, że ma przed sobą groźnego przeciwnika, który wykorzysta każdy najdrobniejszy moment nieuwagi i niepewności, żeby tylko wysłać go na tamten świat, w związku z czym bronił się jak tylko umiał, uciekał się do wszystkich możliwych i znanych mu trików i forteli.

    421

    Nie był to jednak pierwszy lepszy szermierz, którego można tak po prostu lekceważyć. Był wysoki, barczysty i umięśniony. Ręka mu nie drżała, a ramię miał sprawne i silne. Widać było, że łatwo się nie podda.

    422

    Jednak zwinny i szczupły Czarny Korsarz nie dawał mu chwili wytchnienia. Był stale gotowy wyprowadzić cios, uderzał bez ustanku, nie chcąc, by nawet chwila zwłoki przesądziła na korzyść nieprzyjaciela.

    423

    Szpada Czarnego Korsarza zagrażała awanturnikowi z każdej strony i zmuszała go do ciągłego odparowywania ciosów. Uderzenia klingi o klingę krzesały iskry, lśniąca szpada to zadawała energiczne pchnięcie, to uderzała z całym impetem w ostrze rywala, który wydawał się coraz bardziej zbity z pantałyku.

    424

    Po kilku minutach pojedynku, mimo siły na miarę Herkulesa, don Gamara y Miranda zaczął dyszeć i ustawać w walce. Odparowywanie wszystkich ciosów Czarnego Korsarza sprawiało mu widoczną trudność. Spokój odczuwany na początku walki powoli go opuszczał. Czuł, że gra idzie o jego skórę i niewiele brakuje, by zasilił w zaświatach towarzystwo wisielców z Plaza de Granada.

    425

    Czarny Korsarz zaś wydawał się tak rześki, jakby dopiero co wyciągnął szpadę z pochwy. Poruszał się ze zwinnością jaguara, napierając coraz to bardziej na przeciwnika.

    426

    Jedynie jego oczy, rozświetlone ponurym blaskiem, zdradzały wewnętrzne wzburzenie. Ani na chwilę nie odwracał wzroku od wroga, jakby chciał go zahipnotyzować i wytrącić z równowagi. Gapie przerwali okrąg i usunęli się, by ustąpić miejsca szlachcicowi, który cofał się nieustannie, zbliżając się do przeciwległej ściany. Carmaux przyglądał się pojedynkowi z uśmiechem, nie miał bowiem wątpliwości co do jego rozstrzygnięcia.

    427

    W pewnym momencie dryblas uderzył plecami o mur. Zbladł jak płótno, a wielkie krople potu zrosiły mu czoło.

    428

    — Dość już — wycharczał zmęczonym głosem.

    429

    — Nie — odrzekł Czarny Korsarz złowrogo. — Moja tajemnica musi umrzeć razem z tobą.

    430

    Ogarnięty desperackim zacietrzewieniem przeciwnik skulił się w sobie, po czym rzucił się naprzód, wyprowadzając kilka ciosów jeden po drugim.

    431

    Nieruchomy niczym skała Czarny Korsarz odparował wszystkie z jednakową szybkością.

    432

    — Teraz przygwożdżę cię do ściany — zagroził.

    433

    Sparaliżowany strachem dryblas, przeczuwając swój rychły koniec, wrzasnął jak opętany:

    434

    — Pomocy! To jest Cza…

    435

    Lecz szpada Czarnego Korsarza przeszyła mu pierś, przygwożdżając go do ściany i gasząc ostatnie słowa na jego ustach.

    436

    Krew trysnęła mu z ust i rozlała się na skórzany napierśnik, który nie był w stanie uchronić go przed tym straszliwym pchnięciem. Wybałuszył nieludzko oczy, rzucając przeciwnikowi ostatnie, pełne przerażenia spojrzenie, po czym osunął się ciężko na ziemię, łamiąc ostrze, które przybiło go do ściany.

    437

    — No i zszedł — drwiąco skwitował Carmaux, po czym pochylił się nad trupem, wyrwał mu szpadę z dłoni i wręczył kapitanowi, który ponuro przyglądał się pokonanemu.

    438

    — Skoro swoją połamałeś, to weź tę w zamian. Na Bachusa! To ostrze wykute w Toledo, najprawdziwsze z prawdziwych, jestem tego pewien, mój panie.

    439

    Czarny Korsarz bez słowa chwycił szpadę, podniósł kapelusz, rzucił na stół złotego dublona[30] i wyszedł z karczmy wraz z Carmaux i Moko, zanim gapie mieliby odwagę go zatrzymać.

    Rozdział V. Ciało na szubienicy

    440

    Zanim Czarny Korsarz z dwoma towarzyszami powrócił na Plaza de Granada, zapadły już takie ciemności, że nie można było dostrzec człowieka z odległości dwudziestu kroków.

    441

    Spowijającą plac głęboką ciszę przerywał tylko od czasu do czasu żałobny skrzekot urubu pilnujących piętnastu wiszących ciał. Nie było słychać nawet kroków strażnika pełniącego wartę przed gubernatorskim pałacem, który wznosił się przed szubienicami.

    442

    Czarny Korsarz, Carmaux i Moko szli ostrożnie i powoli, trzymając się blisko murów i kryjąc się za pniami palm. Mając oczy i uszy szeroko otwarte, a dłonie zaciskając niespokojnie na gardach szabli, usiłowali niepostrzeżenie przedostać się do powieszonych kamratów.

    443

    Gdy głęboką ciszę raz na jakiś czas przerywał złowrogi hałas, wówczas zatrzymywali się na chwilę w cieniu drzew lub pod ciemnymi sklepieniami wieńczącymi bramy budynków i czekali niespokojnie, aż znów zapadnie cisza.

    444

    Od szubienicy, na której wisiał owiewany nocną bryzą prawie nagi Czerwony Korsarz, dzieliło ich już zaledwie kilka kroków. Wtem Czarny Korsarz wskazał kompanom postać poruszającą się w pobliżu pałacu gubernatora.

    445

    — Niech mnie rekin połknie! — wymamrotał Carmaux. — Przeklęty strażnik! Ten człowiek gotów zepsuć nam cały plan.

    446

    — Moko jest silny — odparł Murzyn. — Moko pójdzie i porwie strażnika.

    447

    — Który podziurawi cię szablą.

    448

    Murzyn uśmiechnął się, ukazując dwa rzędy białych niczym kość słoniowa zębów, a ostrych tak, że niejeden rekin mógłby mu ich pozazdrościć, po czym rzekł:

    449

    — Moko jest przebiegły i umie się poruszać niepostrzeżenie jak węże, które zaklina.

    450

    — Idź! — powiedział Czarny Korsarz. — Zanim zdecyduję, czy cię zabrać ze sobą, chcę się przekonać, ile jesteś wart.

    451

    — Zaraz się przekonasz, mój panie. Schwytam tego człowieka tak, jak swego czasu chwytałem żararaki.

    452

    Odwiązał sobie od pasa lekki sznur, wypleciony ze skóry i zakończony węzłem na kształt prawdziwego lassa, którego używają do łapania byków meksykańscy vaqueros[31], po czym oddalił się bezszelestnie.

    453

    Ukryty za pniem palmy Czarny Korsarz przyglądał mu się uważnie, być może podziwiał odwagę tego człowieka, który prawie zupełnie bezbronny miał stawić czoło dobrze uzbrojonemu i gotowemu na wszystko żołnierzowi.

    454

    — Nie wie, co to strach — odezwał się Carmaux.

    455

    Czarny Korsarz skinął tylko głową na potwierdzenie, ale nic nie powiedział. Nie spuszczał wzroku z tubylca, który czołgał się po ziemi niczym wąż, z każdą chwilą coraz bardziej przybliżając się do pałacu gubernatora.

    456

    Uzbrojony w halabardę i przypasaną do boku szablę wartownik maszerował teraz w kierunku pałacowych drzwi.

    457

    Moko, gdy tylko zauważył, że strażnik odwrócił się do niego plecami, zaczął czołgać się jeszcze szybciej, trzymając lasso w zaciśniętej dłoni. Gdy odległość między nimi zmalała do dwunastu kroków, porwał się z ziemi, zakręcił kilkukrotnie liną w powietrzu i pewnym ruchem zarzucił lasso. Rozległ się cichy świst, potem stłumiony okrzyk. Wartownik upuścił halabardę i, wywijając rękami i nogami na wszystkie strony, runął na ziemię.

    458

    Moko dopadł do niego jednym tygrysim skokiem, błyskawicznie zakneblował mu usta, po czym związał go czerwonym sznurem, który nosił przy boku. A na koniec podniósł go z taką łatwością, jakby to był chłopiec, a nie dorosły mężczyzna.

    459

    — Jest twój — rzekł Moko, rzucając jeńca do stóp kapitana.

    460

    — Zuchwały jesteś — odparł Czarny Korsarz. — Przywiąż go do drzewa i chodź za mną.

    461

    Moko usłuchał. Z pomocą Carmaux wykonał polecenie, po czym obaj dołączyli do kapitana, który przyglądał się dyndającym na sznurach ciałom.

    462

    Kiedy dotarli na plac, Czarny Korsarz zatrzymał się naprzeciw straceńca ubranego w czerwień. Ktoś okrutnie z niego zadrwił i wetknął mu w usta niedopalone cygaro.

    463

    Na ten widok Czarnemu Korsarzowi wyrwał się z piersi przerażający okrzyk.

    464

    — Przeklęci! — wykrzyknął. — I jeszcze musieli go na koniec upokorzyć!

    465

    Podobny do wycia dzikiego zwierza krzyk Czarnego Korsarza przeszedł w rozdzierający szloch.

    466

    — Nie załamuj się, kapitanie! — Wzruszony Carmaux próbował wesprzeć swojego dowódcę.

    467

    Czarny Korsarz ruchem ręki wskazał na powieszone ciało.

    468

    — Robi się, kapitanie — rzekł Carmaux.

    469

    Moko, z pirackim nożem w zębach, wspiął się na rusztowanie. Jednym ruchem przeciął sznur i zaczął wolno opuszczać ciało w dół. Carmaux stanął pod nim. Choć ciało Czerwonego Korsarza zaczęło się już rozkładać, pirat delikatnie chwycił je w ramiona, następnie owinął je w rozłożoną na ziemi czarną pelerynę swojego kapitana.

    470

    — Chodźmy — rzekł Czarny Korsarz, wzdychając. — Wykonaliśmy zadanie. Ocean czeka na ciało jednego ze swych nieustraszonych synów.

    471

    Murzyn podniósł owiniętego w pelerynę nieboszczyka, po czym wszyscy trzej, pogrążeni w smutku i ciszy, opuścili plac. Na jego skraju Czarny Korsarz obrócił się i spojrzał po raz ostatni na czternastu piratów, których ciała posępnie majaczyły w ciemnościach, i rzekł smutnym głosem:

    472

    — Żegnajcie, odważni nieszczęśnicy, żegnajcie, kamraci Czerwonego Korsarza! Piracka brać wkrótce pomści waszą śmierć.

    473

    Skierował ogniste spojrzenie na górujący nad placem pałac gubernatora i dodał smutno:

    474

    — Van Gould, pomiędzy tobą a mną jest tylko śmierć!

    475

    Ruszyli w drogę. Chcieli jak najszybciej wydostać się z Maracaibo i dotrzeć do brzegu morza, by wrócić na korsarski statek. Obecność w mieście nie była wskazana, po nieprzyjemnej przygodzie w karczmie nie czuli się już ani trochę pewnie.

    476

    Minęli trzy lub cztery całkowicie opustoszałe ulice, gdy Carmaux, który szedł na przedzie, dostrzegł nagle wpółukryte pod ciemnymi arkadami ludzkie cienie.

    477

    — Wolniej! — powiedział po cichu, odwracając się w stronę kompanów.

    478

    — Jeśli mnie wzrok nie myli, to chyba ktoś się na nas zaczaił.

    479

    — Gdzie? — zapytał Czarny Korsarz.

    480

    — Tam, pod arkadami.

    481

    — Czyżby ludzie z karczmy?

    482

    — Do stu zdechłych wielorybów! A jeśli to Baskowie ze swoimi navajami?

    483

    — Damy im radę, słono nam zapłacą za tę zasadzkę — powiedział Czarny Korsarz, dobywając szpady.

    484

    — Mój kordelas pokaże im, kto tu rządzi! — odparł Carmaux. Trzej mężczyźni, owinięci w obszerne peleryny, najpewniej serape[32], wyłonili się z cienia i zajęli prawą stronę ulicy, dwaj inni, do tej pory ukryci za porzuconym wozem, zamykali przejście z lewej strony.

    485

    — To Baskowie — potwierdził Carmaux. — Widzę, jak błyszczą im navajas u pasa.

    486

    — Ty zajmij się tymi dwoma po lewej, ja biorę na siebie tych z drugiej strony — rozkazał Czarny Korsarz. — A ty, Moko, zajmij się moim bratem, weź ciało i wynieś je stąd. I zaczekaj na nas na skraju dżungli.

    487

    Baskowie ściągnęli peleryny i owinęli nimi lewe ramiona, po czym wyciągnęli długie noże o ostrzu tak ostrym, jak klinga szpady.

    488

    — Czyli jednak! — powiedział Bask, którego Carmaux poturbował w karczmie. — Nie pomyliliśmy się.

    489

    — Z drogi! — krzyknął Czarny Korsarz i wysunął się przed swoich kamratów.

    490

    — Wolnego, caballero — odparł Bask i postąpił krok naprzód.

    491

    — Czego chcesz?

    492

    — Zaspokoić naszą ciekawość.

    493

    — To znaczy?

    494

    — Dowiedzieć się, kim jesteś, caballero.

    495

    — Człowiekiem, który zabija tych, co mu wchodzą w drogę — dumnie odparł Czarny Korsarz, postępując naprzód ze szpadą zaciśniętą w dłoni.

    496

    — Zatem powiem ci, caballero, że my się wcale nie boimy i nie damy się zaszlachtować jak ten biedak, którego przygwoździliście do muru. Podaj swoje imię i tytuły albo inaczej nie opuścicie Maracaibo żywi. Jesteśmy w służbie jego mości gubernatora i odpowiadamy za osoby, które przechadzają się po ulicy o tak później porze.

    497

    — Jeśli chcecie je poznać, chodźcie i zapytajcie — odparł Czarny Korsarz, błyskawicznie przybierając postawę en garde[33], po czym dodał: — Carmaux, bierz tych dwóch po prawej.

    498

    Pirat dobył kordelasa i zaczął nim wymachiwać, podchodząc jednocześnie w stronę dwóch przeciwników, którzy zagradzali przejście po drugiej stronie chodnika.

    499

    Baskowie ani drgnęli. Stali w bezruchu na lekko rozstawionych nogach, w pozycji, która pozwoliłaby im sparować każdy cios. Lewe dłonie zaciskali na pasie, w prawicach trzymali navajas, opierając kciuk na szerszej stronie ostrza. Oczekiwali w gotowości na dogodny moment do odparcia przeciwnika.

    500

    Najprawdopodobniej byli to tak zwani diestros, czyli najemnicy obyci w pojedynkach, za pan brat z najkrwawszymi walkami, które narażały ich na najstraszliwsze ciosy, jak javeque, czyli nikczemny cios, który oszpecał twarz, czy straszne desjarretazo, czyli pchnięcie zadane w plecy przeciwnika na wysokości ostatniego żebra i rozcinające kręgosłup.

    501

    Czarny Korsarz, widząc, że przeciwnicy nie zamierzają wcale atakować, zniecierpliwiony, że nie może otworzyć sobie przejścia, runął z prędkością błyskawicy na trzech wrogów stojących przed nim, rozdając ciosy na prawo i na lewo, podczas gdy Carmaux rzucił się na dwóch pozostałych, tnąc szablą jak szalony.

    502

    Zuchwali nożownicy wcale się nie przestraszyli. Z niezwykłą zręcznością odskakiwali do tyłu, parując ciosy raz długimi ostrzami swoich noży, raz za pomocą owiniętych wokół lewego ramienia serape.

    503

    Obaj piraci zorientowali się prędko, że mają przed sobą niebezpiecznego przeciwnika i stali się ostrożniejsi.

    504

    Gdy jednak ujrzeli, że Moko bezpiecznie oddalił się z ciałem nieboszczka Czerwonego Korsarza i zniknął w spowitej mrokiem ulicy, z całą zajadłością rzucili się na przeciwnika, chcieli bowiem jak najszybciej rozstrzygnąć sprawę, zanim zwabione szczękiem oręża straże przybędą Baskom na pomoc.

    505

    Czarny Korsarz, którego szpada przewyższała długością navajas i który we władaniu nią mógł poszczycić się wyjątkowymi umiejętnościami, narzucał wrogom warunki toczonego pojedynku. Kordelas Carmaux z kolei był wyraźnie krótszy, pirat musiał więc mieć się na baczności i co rusz powracać do pozycji wyjściowej.

    506

    Siedmiu mężczyzn było pochłoniętych zawziętą walką. Rozdawali i parowali ciosy, wysuwali się naprzód, cofali, uskakiwali na prawo i na lewo, a ostrza ich oręża krzyżowały się ze szczękiem.

    507

    W pewnym momencie jeden z Basków stracił na chwilę równowagę, potknął się, nieopatrznie odsłaniając pierś. Wówczas Czarny Korsarz błyskawicznie doskoczył do przeciwnika, zadając mu decydujący cios.

    508

    Ugodzony cięciem szpady Bask padł bez tchu na ziemię.

    509

    — Pierwszy! — krzyknął Czarny Korsarz do pozostałych. — Za chwilę będą kolejni!

    510

    Pozostali dwaj Baskowie wcale się nie ulękli. Nie cofnęli się ani o krok, stali przez chwilę niewzruszeni naprzeciw pirata. Raptem zwinniejszy z nich pochylił głowę ku ziemi, wysunął do przodu owinięte serape ramię i ruszył do ataku, zupełnie jakby chciał zadać groźny cios w parte baja, czyli poniżej pasa. Odpowiednio celnie wymierzony rozpruwa wnętrzności. To była jednak tylko zmyłka, bowiem niespodziewanie się wyprostował, uskoczył w bok, zamierzając zajść przeciwnika od tyłu, wyprowadzając desjarretazo, wspomniane już śmiertelne pchnięcie w plecy.

    511

    Czarny Korsarz jednak uchylił się z kocią zwinnością, po czym rzucił się do przodu z wyciągniętą szpadą, lecz jej ostrze utknęło w owijającym ramię przeciwnika serape. Próbował na powrót ustawić się w pozycji do ataku, dogodnej do parowania ciosów, które teraz zadawał mu drugi z Basków, lecz nagle z jego piersi wyrwał się krzyk wściekłości.

    512

    Ostrze szpady złamało się w połowie pod naporem ramienia wroga, który szykował się do zadania mu desjarretazo.

    513

    Odskoczył w tył, wymachując resztką szpady i krzyknął:

    514

    — Carmaux! Do mnie!

    515

    Mimo że wiernemu kamratowi nie udało się jeszcze pokonać przeciwników, którzy pod naporem jego ataku cofnęli się do skrzyżowania ulic, przywołany rozkazem Czarnego Korsarza przybiegł w trymiga.

    516

    — Do stu zdechłych wielorybów! — zagrzmiał. — Wpadliśmy w tarapaty. Jeśli zdołamy przepędzić tę sforę wściekłych psów, będziemy zaiste bohaterami.

    517

    — Odstrzelimy przynajmniej dwóch z tych łajdaków — odparł Czarny Korsarz, ładując w pośpiechu wyciągnięty zza pasa pistolet.

    518

    Już zamierzał strzelić do tego, który stał najbliżej, gdy nagle ujrzał ogromny cień spadający na czterech przeciwników, którzy chwilę wcześniej — pewni swojego zwycięstwa — zdążyli zbić się w zwartą grupę. Uzbrojony w pokaźnych rozmiarów kij mężczyzna zjawił się w samą porę.

    519

    — Moko! — wykrzyknęli jednocześnie Czarny Korsarz i Carmaux.

    520

    Murzyn nie odezwał się ani słowem. Uniósł kij i zaczął grzmocić wrogów na odlew, w mgnieniu oka powalając wszystkich nieszczęśników na ziemię. Jednemu rozkwasił głowę, innemu pogruchotał żebra.

    521

    — Dzięki ci, przyjacielu! — krzyczał Carmaux. — Do stu piorunów! Co za jatka!

    522

    — Uciekajmy! — rzekł Czarny Korsarz. — Nic tu po nas.

    523

    Z okien okolicznych domów wyjrzało kilku ciekawskich mieszkańców, których wybudziły ze snu jęki i krzyki rannych.

    524

    Dwaj piraci i Moko dali drapaka i zniknęli za najbliższym zakrętem.

    525

    — Gdzie zostawiłeś ciało? — zapytał Czarny Korsarz.

    526

    — Jest za murami miasta.

    527

    — Dziękuję za pomoc.

    528

    — Pomyślałem, że mogę wam się przydać w tej potyczce i wróciłem najszybciej, jak mogłem.

    529

    — Czy po drodze natrafiłeś na jakieś patrole?

    530

    — Nie widziałem nikogo.

    531

    — Musimy się zatem szybko wycofać, nim się ktoś zjawi — powiedział Czarny Korsarz.

    532

    Już mieli wyruszyć w dalszą drogę, gdy Carmaux, wysłany przodem na zwiady, zawrócił prędko i rzekł:

    533

    — Panie kapitanie, zbliża się patrol!

    534

    — Skąd?

    535

    — Z tamtej uliczki.

    536

    — Pójdziemy inną. Miejcie broń w pogotowiu, przyjaciele. Naprzód! Carmaux, wróć na plac po nóż zabitego przeze mnie Baska. Skoro nie ma nic innego pod ręką, nie pogardzę nawet navają.

    537

    — Jeśli pozwolisz, oddam ci swój kordelas. A sam zatrzymam navaję, umiem się nią posługiwać.

    538

    Dzielny pirat położył przed Czarnym Korsarzem własną broń, po czym pobiegł na plac po navaję, która w jego sprawnej dłoni mogła się okazać tak samo skuteczną bronią jak oddany kapitanowi kordelas.

    539

    Oddział był coraz bliżej, zbliżał się szybkim krokiem, zaalarmowany krzykami walczących i szczękiem krzyżujących się ostrzy.

    540

    Prowadzeni przez Moko piraci puścili się biegiem wzdłuż murów zabudowań. Przebiegli tak około stu pięćdziesięciu kroków, gdy nagle usłyszeli miarowy krok innego oddziału.

    541

    — Do stu piorunów! — wykrzyknął Carmaux. — Wezmą nas w dwa ognie.

    542

    Czarny Korsarz zatrzymał się i dobył krótkiej pirackiej szabli.

    543

    — Zostaliśmy zdradzeni? — wyszeptał.

    544

    — Kapitanie — odezwał się Moko — widzę ośmiu ludzi uzbrojonych w halabardy i muszkiety.

    545

    — Przyjaciele — odparł Czarny Korsarz — trzeba będzie drogo sprzedać życie.

    546

    — Rozkazuj, kapitanie, jesteśmy gotowi — odparli zdecydowani na wszystko kamraci.

    547

    — Moko!

    548

    — Rozkazuj!

    549

    — Przenieś ciało mojego brata na pokład „Błyskawicy”. Dasz radę to zrobić? Odnajdziesz naszą szalupę na plaży i bezpiecznie odpłyniesz z Van Stillerem.

    550

    — Tak, panie.

    551

    — A my stawimy czoło naszym wrogom. Gdybyśmy jednak polegli, Morgan będzie wiedział, co robić. Idź, zanieś ciało na statek, później tu wrócisz, by sprawdzić, czy jeszcze żyjemy.

    552

    — Trudno mi zostawić was samych, jestem silny, mogę się przydać.

    553

    — Moją wolą jest pochować mojego brata w morzu, tak jak Zielonego Korsarza. Bardziej się nam przydasz na pokładzie „Błyskawicy” niż tutaj.

    554

    — Wrócę z posiłkami.

    555

    — Morgan przybędzie z odsieczą, jestem tego pewien. Idź już, oddział jest tuż-tuż.

    556

    Nie trzeba mu było tego dwa razy powtarzać. Jako że droga była odcięta przez dwa zbliżające się oddziały, Moko pobiegł w boczną uliczkę i wdrapał się na mur okalający pobliski ogród.

    557

    Czarny Korsarz zaczekał, aż Moko przeskoczy na drugą stronę, po czym zwrócił się do kamrata:

    558

    — Przygotujmy się do ataku na oddział, który nadchodzi od przodu. Jeśli damy radę przełamać opór, być może uda nam się wymknąć poza miasto, a dalej uciec do puszczy.

    559

    Przyczaili się na rogu ulicy. Drugi oddział, którego obecność zwietrzył Moko, znajdował się teraz nie dalej niż trzydzieści kroków od nich, pierwszy z kolei pozostawał niewidoczny, najwyraźniej zatrzymał się.

    560

    — Bądź gotów — rzekł Czarny Korsarz.

    561

    — Jestem — odparł pirat, ukrywając się za węgłem domu.

    562

    Ośmiu halabardników nagle zwolniło kroku, jakby w obawie przed zasadzką. Jeden z nich, być może jego dowódca, ostrzegł pozostałych:

    563

    — Powoli, chłopcy! Ci zbóje z pewnością są niedaleko.

    564

    — Nas jest ośmiu, panie Elvaez — odpowiedział jeden z nich — a karczmarz mówił, że piratów było tylko trzech.

    565

    — A więc to tak! Co za szuja z tego karczmarza, zdradził nas! Niech no go tylko dostanę w swoje łapy, to mu wypruję flaki, a dziura, którą mu wytnę, będzie tak wielka, że wyleje się przez nią całe wyżłopane przez niego wino! — wymamrotał Carmaux.

    566

    Czarny Korsarz uniósł kordelas w górę, po czym dał znak do ataku. Gdy tylko oddział wychynął zza rogu, piraci z prędkością błyskawicy ruszyli przed siebie, tnąc szablami na lewo i prawo.

    567

    Wzięci z zaskoczenia żołnierze rozpierzchli się na boki, aby uniknąć gradu ciosów. Zanim otrząsnęli się z zaskoczenia, Czarny Korsarz i Carmaux byli już daleko. Nie umknęło jednak ich uwadze, że śmiałków było zaledwie dwóch, rzucili się więc za nimi w pogoń, drąc się wniebogłosy.

    568

    — Zatrzymać ich! To piraci! Piraci!

    569

    Czarny Korsarz i Carmaux pędzili jak szaleni, tyle że zupełnie na oślep, tak jak wpadli w zawiły labirynt uliczek i zaułków, tak zupełnie nie mieli pojęcia, jak się z niego wydostać. Co rusz skręcali za róg kolejnego domu. Jak na złość, nie mogli jednak znaleźć żadnej drogi prowadzącej poza miasto.

    570

    Mieszkańcy — obudzeni krzykiem strażników i zaalarmowani obecnością morskich rozbójników, przed którymi drżano w całej Ameryce Południowej — zerwali się z posłań na równe nogi. Zewsząd dało się słyszeć trzaskanie drzwi i okien, tu i ówdzie ktoś strzelał z muszkietu.

    571

    Sytuacja uciekinierów pogarszała się z minuty na minutę. Krzyki i strzały mogły wszcząć alarm w całym mieście i ściągnąć im na kark cały garnizon wojska.

    572

    — Do stu piorunów! — krzyczał Carmaux, biegnąc co sił w nogach. — Te wrzaskliwe rozgęgane gęsi przyniosą nam zgubę. Jeśli nie znajdziemy sposobu, by się stąd wydostać, zadyndamy na szubienicy.

    573

    Po chwili okazało się, że droga, którą biegli, była zamknięta.

    574

    — Kapitanie! — wykrzyknął nagle Carmaux. — Wpadliśmy w pułapkę. To ślepa uliczka.

    575

    — A niech to diabli! Nie ma tu nawet żadnego muru, na który można by się wspiąć i przeskoczyć na drugą stronę — zauważył Czarny Korsarz.

    576

    — Same wysokie domy.

    577

    — Zawracamy, Carmaux. Żołnierze są jeszcze daleko, cofniemy się i znajdziemy inną drogę, która wyprowadzi nas z miasta.

    578

    Już miał wprowadzić słowa w czyn, gdy nagle dodał:

    579

    — Albo nie, mam inny pomysł! Myślę, że przy odrobinie sprytu uda nam się zatrzeć za sobą ślady.

    580

    Odwrócił się w kierunku zabudowań zamykających ulicę. Stał tam skromny, dwupiętrowy dom z kamienia i z drewna. Na jego górnym piętrze znajdował się mały taras, który zdobiły wazony i kwiaty.

    581

    — Carmaux — rzekł Czarny Korsarz — otwórz mi te drzwi!

    582

    — Tutaj się schowamy?

    583

    — To chyba najlepszy sposób, by żołnierze zgubili nasz trop.

    584

    — Dobrze pomyślane, kapitanie. Staniemy się właścicielami i nie zapłacimy ani grosza za wynajem.

    585

    Wziął do ręki długą navaję, wsadził jej ostrze w szczelinę drzwi i podważył rygiel.

    586

    Obaj piraci weszli prędko do środka i zamknęli za sobą drzwi akurat w tej chwili, gdy żołnierze mijali uliczkę, krzycząc na cały głos:

    587

    — Zatrzymać ich! Zatrzymać!

    588

    Błądząc po omacku w ciemnościach, piraci natrafili na schody prowadzące na górę. Wspięli się po nich bez wahania i zatrzymali na półpiętrze.

    589

    — Musimy oświetlić sobie drogę i zobaczyć, gdzie dalej iść — powiedział Carmaux. — I trzeba by poznać lokatorów. Przykra niespodzianka czeka tych biedaków.

    590

    Wyciągnął krzesiwo[34] i kawałek lontu armatniego, zapalił go, dmuchając lekko, by rozpalić płomień.

    591

    — Hej! Tu są otwarte drzwi! — rzucił.

    592

    — I ktoś tu chrapie — dodał Czarny Korsarz.

    593

    — To dobry znak! Ci, którzy smacznie śpią, są zwykle pokojowego usposobienia.

    594

    Czarny Korsarz otworzył drzwi bez najmniejszego szmeru i wszedł do skromnie umeblowanego pomieszczenia. Wydawało się, że ktoś leży na łóżku.

    595

    Czarny Korsarz przy pomocy lontu zapalił świecę, którą dostrzegł już wcześniej na starej skrzyni robiącej za komodę. Zbliżył się do łóżka i zdecydowanym ruchem ściągnął nakrycie. Na łóżku leżał łysy jegomość w podeszłym wieku, cały pomarszczony, o żółtawoczerwonym kolorze skóry. Mężczyzna miał kozią bródkę i kędzierzawe wąsy. Spał tak spokojnie, że nie zbudziło go nawet światło w pomieszczeniu.

    596

    — Jego z pewnością nie musimy się obawiać — stwierdził Czarny Korsarz.

    597

    Złapał go za ramię i mocno nim potrząsnął, lecz bez skutku.

    598

    — Wystrzał z arkebuza[35] byłby tu potrzebny — odezwał się Carmaux.

    599

    Dopiero za trzecim szarpnięciem człowiek otworzył oczy. Na widok dwóch uzbrojonych ludzi gwałtownie się poderwał i krzyknął przerażony, wytrzeszczając oczy:

    600

    — Umieram!

    601

    — Wolnego, przyjacielu! Na umieranie jeszcze przyjdzie czas — powiedział Carmaux.

    602

    — Mnie się wydaje, że dopiero teraz wstąpiło w ciebie życie.

    603

    — Kim jesteś? — zapytał Czarny Korsarz.

    604

    — Poczciwym człowiekiem, który nikomu nie wyrządził krzywdy — odparł starzec, szczękając zębami.

    605

    — Nie zamierzamy zrobić ci krzywdy, jeśli tylko powiesz nam to, czego chcemy się dowiedzieć.

    606

    — Wasza wielmożność nie jest złodziejem?

    607

    — Jestem piratem z Tortugi.

    608

    — Pi-ra-tem! Więc jednak umarłem!

    609

    — Już cię zapewniłem, że nie zrobimy ci krzywdy.

    610

    — Czego więc chcecie od takiego biedaka jak ja?

    611

    — Dowiedzieć się wpierw, czy przebywasz sam w tym domu.

    612

    — Sam, panie.

    613

    — Kto mieszka w sąsiedztwie?

    614

    — Prawi mieszczanie.

    615

    — Czym się zajmujesz?

    616

    — Jestem biednym człowiekiem.

    617

    — Akurat! Biednym człowiekiem, który posiada dom, gdy ja nie mam nawet własnego łóżka — zaszydził Carmaux. — Szczwany lisie! Martwisz się o swoje pieniądze!

    618

    — Nie mam pieniędzy, wasza wielmożność.

    619

    Carmaux wybuchnął śmiechem.

    620

    — Pirat stał się wielmożą! Ależ ten człowiek to najweselszy kompan, jakiego dotychczas poznałem!

    621

    Starzec spojrzał na niego spode łba, ale pilnował się, by nie dać po sobie poznać, że uraziła go ta kąśliwość.

    622

    — Do rzeczy — powiedział groźnym tonem Czarny Korsarz. — Czym się zajmujesz w Maracaibo?

    623

    — Jestem skromnym notariuszem, panie.

    624

    — Doskonale. Zatrzymamy się w twoim domu, skromny notariuszu, dopóki nie nadarzy nam się okazja, by stąd odejść. Nie skrzywdzimy cię, lecz jeśli nas zdradzisz, skrócimy cię o głowę. Zrozumiałeś?

    625

    — Czego wy ode mnie chcecie? — załkał nieszczęśnik.

    626

    — W tej chwili nic. Ubierz się w swoje szaty, ale siedź cicho, bo w przeciwnym razie spełnimy groźbę.

    627

    Notariusz usłuchał, lecz tak był wystraszony, że dygotał na całym ciele, i Carmaux zmuszony był mu pomóc.

    628

    — Zwiąż go teraz — rozkazał Czarny Korsarz — ale uważaj, by ci nie uciekł.

    629

    — Odpowiadam za niego, jak za siebie samego, kapitanie. Tak go zwiążę, że nawet palcem nie ruszy.

    630

    Pirat zabrał się do roboty. Czarny Korsarz tymczasem otworzył okno wychodzące na ulicę, by móc obserwować to, co się dzieje na zewnątrz.

    631

    Wszystko wskazywało na to, że oddziały się oddaliły, nie było bowiem już słychać ich pokrzykiwań, tu i ówdzie tylko można było dostrzec zaalarmowanych wrzawą mieszkańców, którzy wyglądali przez pobliskie okna i dyskutowali ze sobą podniesionymi głosami.

    632

    — Słyszeliście? — krzyczał tęgi jegomość z długim arkebuzem w ręku.

    633

    — Mówią, że piraci odważyli się napaść na miasto.

    634

    — To niemożliwe — odpowiedziały mu liczne głosy.

    635

    — Słyszałem krzyczących żołnierzy.

    636

    — Przegonili ich?

    637

    — Tak myślę, bo nic już nie słychać.

    638

    — To dopiero zuchwałość! Zakraść się do miasta pełnego uzbrojonych żołnierzy!

    639

    — Bez wątpienia chcieli uratować Czerwonego Korsarza.

    640

    — Ale znaleźli tylko jego trupa.

    641

    — Niemiłe zaskoczenie dla tych łajdaków!

    642

    — Miejmy nadzieję, że żołnierze złapią jeszcze paru, by było kogo wieszać — powiedział człowiek z arkebuzem. — Drewna na stryczki jest pod dostatkiem. Dobranoc przyjaciele! Do zobaczenia jutro!

    643

    — Zgadza się — wyszeptał Czarny Korsarz — może i drewna na stryczki nie brakuje, lecz na naszych statkach jest wystarczająco dużo kul, by Maracaibo obrócić w gruzy. Pewnego dnia jeszcze o mnie usłyszycie!

    644

    Ostrożnie zamknął okno i wrócił do pomieszczenia, gdzie siedział notariusz.

    645

    Carmaux zdążył już przetrząsnąć cały dom i zaczął plądrować spiżarnię. Przypomniało mu się, że poprzedniego wieczoru nie jedli kolacji. Pośród różnych smakowitych zapasów znalazł dziką kaczkę i apetycznie zrumienioną rybę, którą poczciwy notariusz odłożył sobie na śniadanie, po czym bez zwłoki pośpieszył zaoferować zdobycze kapitanowi.

    646

    Oprócz jadła z głębi kredensu wygrzebał kilka dość zakurzonych butelek najświetniejszych hiszpańskich win: sherry, porto, alicante i madera.

    647

    — Panie — przymilnym głosem odezwał się Carmaux — teraz, gdy Hiszpanie ścigają nasze cienie, spróbuj tego pysznego lina z jeziora oraz tej dzikiej kaczki. Znalazłem też kilka butelek wybornego wina, które nasz notariusz pewnie trzymał na specjalne okazje. Niech nam przywrócą odrobinę dobrego humoru. Ach! Bez wątpienia nasz przyjaciel gustuje w zamorskich trunkach. Przekonajmy się, co z niego za smakosz.

    648

    — Dziękuję — odparł Czarny Korsarz, pochmurniejąc.

    649

    Usiadł, ale nie delektował się posiłkiem. Na jego twarzy znów zagościł smutek, ogarnęło go milczenie, stał się znów taki, jakim zawsze widywali go piraci. Skosztował ryby, wypił kilka kieliszków wina, po czym wstał i zaczął niespokojnie krążyć po pokoju.

    650

    Pirat tymczasem nie tylko spałaszował wszystko, co pozostało, ale opróżnił też na oczach zrozpaczonego notariusza kilka butelek wina dopiero co przezeń sprowadzonych wielkim kosztem z odległej ojczyzny. W przypływie dobrego humoru wywołanym opróżnieniem ich zawartości poczęstował kieliszkiem samego właściciela, licząc, że trunek złagodzi strach, którego biedaczyna się najadł, i ukoi pieniący się w nim gniew.

    651

    — Do pioruna! — wykrzyknął. — Nie sądziłem, że to się tak wesoło skończy. Znaleźliśmy się w krzyżowym ogniu, ryzykowaliśmy stryczek. Przez myśl by mi nie przeszło, że spędzę noc w towarzystwie tych wybornych trunków.

    652

    — Zagrożenie wcale nie minęło, przyjacielu — odezwał się Czarny Korsarz. — Nie mamy żadnej pewności, że Hiszpanie jutro nas tu nie znajdą. Dobrze nam tu, ale wolałbym znaleźć się już na pokładzie „Błyskawicy”.

    653

    — Z tobą nie boję się niczego, kapitanie. Jesteś wart więcej niż stu ludzi.

    654

    — Chyba zapomniałeś, Carmaux, że gubernator Maracaibo to szczwany lis i że nie odpuści, byleby tylko dostać mnie w swoje ręce. Wiesz, że między nami toczy się wojna na śmierć i życie.

    655

    — Nikt nie wie, że tu jesteś.

    656

    — Mogą coś podejrzewać, a zresztą, zapomniałeś już o Baskach? Myślę, że dowiedzieli się, że zabójca tego pyszałkowatego hrabiego to brat tych nieszczęsnych piratów: Czerwonego i Zielonego Korsarza.

    657

    — Możliwe, że masz rację, kapitanie. Jak myślisz? Możemy liczyć, że Morgan przybędzie z odsieczą?

    658

    — Myślę, że nie opuści swojego dowódcy i nie zostawi go na pastwę Hiszpanów. To odważny marynarz, nie zdziwiłbym się, gdyby próbował sforsować przesmyk i zasypać miasto gradem kul.

    659

    — Tyle że takie szaleństwo mogłoby go drogo kosztować, panie.

    660

    — Ech! Ile to już wypraw nam się udało i ile udanych walk stoczyliśmy, zawsze lub prawie zawsze wychodząc z nich bez szwanku.

    661

    — To prawda.

    662

    Czarny Korsarz usiadł i upił wina z kielicha, po czym wstał, wyszedł na korytarz i podszedł do okna, z którego roztaczał się doskonały widok na całą uliczkę. Po pół godzinie wszedł z impetem do pomieszczenia i zapytał:

    663

    — Murzyn jest pewny?

    664

    — To zaufany człowiek.

    665

    — Nie zdradzi nas?

    666

    — Dałbym sobie rękę uciąć.

    667

    — Wrócił.

    668

    — Widziałeś go?

    669

    — Krąży po uliczce.

    670

    — Trzeba go wpuścić, kapitanie.

    671

    — A co zrobił z ciałem mojego brata? — spytał Czarny Korsarz, marszcząc czoło.

    672

    — Lepiej, żeby sam nam odpowiedział na to pytanie.

    673

    — Zawołaj go, ale bądź ostrożny. Jeśli cię zauważą, nasze życie nie będzie warte złamanego szeląga.

    674

    — Zostaw to mnie, kapitanie — z uśmiechem odparł Carmaux. — Daj mi dziesięć minut, a stanę się notariuszem z Maracaibo.

    Rozdział VI. Z deszczu pod rynnę

    675

    Nie upłynęło nawet dziesięć minut, a Carmaux opuścił dom notariusza i udał się na poszukiwanie Moko, którego Czarny Korsarz widział krążącego w pobliżu.

    676

    Zuchwały pirat w krótkim czasie przeobraził się nie do poznania. Wystarczyło tylko przystrzyc bujną brodę i okiełznać potargane włosy. Założył na siebie hiszpańskie szaty notariusza, przeznaczone z pewnością na specjalne okazje. Ubranie leżało na nim jak ulał, gdyż obaj z notariuszem byli podobnej postury.

    677

    W takim przebraniu ten nieustraszony wilk morski mógł z powodzeniem odgrywać rolę spokojnego i uczciwego mieszkańca Gibraltaru, a nawet samego notariusza. Z natury był jednak człowiekiem nieufnym i ostrożnym, dlatego na wszelki wypadek w przepastnych kieszeniach płaszcza ukrył pistolety.

    678

    Tak przebrany opuścił kryjówkę, udając poczciwego mieszczanina, który wyszedł zaczerpnąć świeżego powietrza o poranku w oczekiwaniu, aż świt zacznie rozpraszać mroki nocy.

    679

    „Na pewno się gdzieś zaszył, ale i tak go znajdę” — rozmyślał pirat. „Jeśli nasz czarny przyjaciel wrócił, znaczy to, że coś mu przeszkodziło opuścić Maracaibo. Czyżby ten diabeł Van Gould wiedział, że to Czarny Korsarz wtargnął do miasta i wykradł ciało swojego brata? Czy to los pcha trzech odważnych piratów prosto w ręce tego starego nikczemnika? Jeśli los nam będzie sprzyjał, wydostaniemy się stąd i pewnego dnia odpłacimy mu oko za oko, ząb za ząb, życiem za życie!”

    680

    Szedł przed siebie pogrążony w takich rozmyślaniach, dochodził do końca ulicy i już miał skręcić za rogiem najbliższego domu, kiedy ukryty w bramie żołnierz, uzbrojony w arkebuz, zastąpił mu drogę:

    681

    — Stać! — padł groźny rozkaz.

    682

    — Do stu piorunów! — wymamrotał pod nosem Carmaux. Włożył rękę do kieszeni i chwycił jeden z pistoletów. — Za długo był spokój!

    683

    Natychmiast jednak przybrał postawę dobrotliwego mieszczanina i rzekł:

    684

    — Czego sobie życzysz, żołnierzu?

    685

    — Dowiedzieć się, kim jesteś, panie.

    686

    — Jak to! Nie rozpoznajesz mnie? Jestem przecież tutejszym notariuszem.

    687

    — Wybacz mi, panie notariuszu. Od niedawna służę w Maracaibo. Gdzie zmierzasz, jeśli można wiedzieć?

    688

    — Pewien biedaczyna jest już jedną nogą na tamtym świecie, a wiecie, że w takich chwilach należy pomyśleć o spadkobiercach.

    689

    — Zgadza się, panie, ale bądź ostrożny, grasują tu piraci.

    690

    — Mój Boże! — wykrzyknął Carmaux, udając przestraszonego. — Piraci tutaj? Jakim cudem te kanalie śmiały wejść do niezdobytego miasta Maracaibo, którym zarządza śmiały Van Gould?

    691

    — Nie mam pojęcia, nie widziano żadnego statku w okolicach wysp ani też w zatoce Coro[36]. Jednak, że są na miejscu, nie ulega kwestii. Wiedz, że zabili już kilku ludzi i prosto z szubienicy porwali trupa Czerwonego Korsarza, którego powieszono wraz z załogą naprzeciw pałacu gubernatora.

    692

    — Diabelskie nasienie! A gdzie są teraz?

    693

    — Prawdopodobnie uciekli z miasta. Wysłano już oddziały żołnierzy, którzy przeczesują okolicę. Oby udało nam się ich złapać i powiesić tak, jak ich kamratów.

    694

    — A nie ukryli się przypadkiem w mieście?

    695

    — To niemożliwe, widziano ich, jak uciekali poza miejskie mury.

    696

    Carmaux dość się już dowiedział. Uznał, że czas kończyć pogawędkę i oddalić się, by nie minąć się z Moko.

    697

    — Będę uważał, aby ich nie spotkać — rzekł. — Spokojnej służby, żołnierzu. Muszę już iść, umierający klient nie będzie czekał.

    698

    — Powodzenia, mości panie notariuszu.

    699

    Sprytny pirat nasunął kapelusz na oczy i oddalił się śpiesznie, udając, że rozgląda się trwożliwie na wszystkie strony i pozorując strach, którego wcale nie czuł.

    700

    — Ha! — powiedział, gdy był już dość daleko. — Sądzą, że nie ma nas w mieście! Wspaniale, moje wy serdeńka! Będziemy sobie siedzieć w spokoju w domu znakomitego notariusza dopóty, dopóki żołnierze nie zakończą poszukiwań, a potem się ulotnimy. Co za przebiegły pomysł miał kapitan! Franciszek l'Olonnais, który uważa się za najprzebieglejszego z piratów Tortugi, nie wymyśliłby lepszego fortelu!

    701

    Carmaux skręcił w znacznie szerszą od dotychczasowej ulicę, wzdłuż której wznosiły się piękne domy ze zdobiącymi wejścia eleganckimi werandami, wspartymi na różnobarwnych palach. Wtem spostrzegł czarny cień olbrzymich rozmiarów, który tkwił nieruchomo pod rosnącą naprzeciw wytwornego domu palmą.

    702

    — Jeśli się nie mylę, to musi być mój czarny niczym węgiel druh — mruknął pirat. — Tym razem dopisuje nam niezwykłe szczęście, ale to pewne, że sam diabeł nad nami czuwa, a przynajmniej tak utrzymują Hiszpanie.

    703

    Człowiek na poły ukryty za pniem palmy ujrzał zbliżającego się Carmaux i starał się wtopić w mrok zalegający przy budynku. Z pewnością myślał, że to jeden z żołnierzy zbliża się ku niemu. Najwyraźniej jednak w cieniu domu nie czuł się pewnie, gdyż nagle skręcił za róg, by zniknąć w jednej z ulic miasta.

    704

    Pirat zdążył upewnić się, że to faktycznie był ich kamrat Moko.

    705

    Kilkoma susami dopadł kamienicy, a gdy znalazł się za rogiem, krzyknął półgłosem:

    706

    — Hej! Przyjacielu! Przyjacielu!

    707

    Moko od razu przystanął. Po chwili wahania cofnął się. Rozpoznał Carmaux, chociaż ten bardzo dobrze ukrył się w przebraniu hiszpańskiego mieszczanina. Szczęśliwy i zdziwiony zarazem wykrzyknął:

    708

    — To ty, mój biały przyjacielu!

    709

    — Masz bystre oczy — zaśmiał się na to pirat.

    710

    — A kapitan?

    711

    — Nie martw się o niego, póki co jest cały i zdrów. Dlaczego wróciłeś? Kapitan rozkazał ci zanieść ciało na statek.

    712

    — Nie udało się. W puszczy roi się od patroli. To prawdopodobnie posiłki przysłane z wybrzeża.

    713

    — Czyżby się domyślili, że zeszliśmy na ląd?

    714

    — Tego się obawiam, przyjacielu.

    715

    — A gdzie ukryłeś ciało?

    716

    — W moim szałasie. Okryłem je grubą warstwą suchych liści.

    717

    — Hiszpanie go nie znajdą?

    718

    — Zadbałem o to. Wypuściłem z kosza wszystkie moje węże. Jeśli żołnierze zechcą zajrzeć do środka, zobaczą gady i uciekną.

    719

    — Przebiegły jesteś.

    720

    — Robię, co mogę.

    721

    — Uważasz więc, że ucieczka jest niemożliwa?

    722

    — Tak, jak mówiłem, w dżungli roi się od żołnierzy.

    723

    — Poważna sprawa. Morgan, zastępca kapitana, jeśli nie doczeka się naszego powrotu, gotów popełnić jakieś głupstwo — odparł pirat. — Zobaczymy, jak skończy się ta przygoda. Przyjacielu, znają cię w Maracaibo?

    724

    — Wszyscy mnie tu znają, często przychodzę handlować ziołami, które goją rany.

    725

    — Nikt cię nie będzie podejrzewał?

    726

    — Nie, przyjacielu.

    727

    — Dobrze, w takim razie chodź za mną.

    728

    — Chwileczkę.

    729

    — Co jeszcze?

    730

    — Przyprowadziłem waszego kamrata.

    731

    — Kogo? Van Stillera?

    732

    — Istniało ryzyko, że go znajdą i schwytają. A on pomyślał, że może bardziej przydać się tutaj, niż pilnując mojego szałasu.

    733

    — A więzień?

    734

    — Związaliśmy go tak dobrze, że na pewno zastaniemy go po naszym powrocie, o ile nie uwolnią go Hiszpanie.

    735

    — A gdzie Van Stiller?

    736

    — Zaczekaj chwilę.

    737

    Murzyn złożył dłonie w tubę i wydał z siebie odgłos podobny do pisku wampira, jednego z tych wielkich nietoperzy zamieszkujących Amerykę Południową.

    738

    Chwilę później przywołany odgłosem mężczyzna przeskoczył przez okalający ogród mur, lądując niemalże na głowie Carmaux:

    739

    — Cieszę się, że cię widzę żywego, piracie.

    740

    — Ja także, Van Stillerze — nie ukrywał radości Carmaux.

    741

    — Myślisz, że kapitan będzie miał mi za złe tę samowolę? Nie mogłem spokojnie siedzieć ukryty w dżungli i gapić się na drzewa, wiedząc, że wy nadstawiacie karku.

    742

    — Kapitan się ucieszy, mój drogi. W takich chwilach każdy zuchwały pirat jest na wagę złota.

    743

    — Ruszajmy!

    744

    Niebo pojaśniało, a gwiazdy bledły w mgnieniu oka. Na tych szerokościach geograficznych trudno mówić o świcie lub brzasku. Słońce wschodzi nagle i blaskiem promieni natychmiast rozprasza mroki nocy.

    745

    Mieszkańcy Maracaibo, nawykli do wczesnej pobudki, przecierali oczy ze snu. Okna otwierały się, tu i ówdzie na zewnątrz wychylała się czyjaś głowa, w domach rozbrzmiewających porannym gwarem słychać było kichnięcia i ziewania.

    746

    Komentowano głównie nocne wydarzenia, które wszystkim napędziły niemało strachu; obawiano się piratów we wszystkich hiszpańskich koloniach rozległej Zatoki Meksykańskiej.

    747

    Carmaux unikał spotkań, obawiał się bowiem, że rozpozna go któryś z bywalców karczmy, dlatego też wciąż przyśpieszał kroku, a dwaj przyjaciele dziarsko dotrzymywali mu kroku.

    748

    Dotarli do miejsca, gdzie pełnił wartę ten sam uzbrojony w halabardę żołnierz, który maszerował w poprzek ulicy.

    749

    — Już wracasz, mości panie notariuszu? — zapytał, gdy zobaczył Carmaux.

    750

    — A czego się spodziewałeś? — odparł pirat. — Mojemu klientowi śpieszyło się opuścić ten padół łez i nie marnował mojego czasu.

    751

    — Czyżby zostawił wam w spadku tego okazałego Murzyna? — spytał, wskazując na zaklinacza węży. — Caramba![37] Olbrzym wart miliony piastrów!

    752

    — Zgadłeś, to podarunek. Dobrego dnia, panie żołnierzu!

    753

    Szybko skręcili za róg i weszli do domu notariusza, ryglując za sobą drzwi.

    754

    Czarny Korsarz oczekiwał ich na korytarzu, nie kryjąc zniecierpliwienia.

    755

    — Co się stało, że Murzyn wrócił? — zapytał. — I gdzie jest ciało mojego brata? I co robisz tutaj ty, Van Stillerze?

    756

    Carmaux w kilku zdaniach poinformował go o przyczynie powrotu Moko do Maracaibo, o tym, że Van Stiller może się bardziej przydać na miejscu, a także o nowinach zasłyszanych od żołnierza pilnującego wylotu ulicy.

    757

    — Wieści, które przynosisz, nie są dobre — odparł kapitan i zwrócił się do Moko. — Jeśli Hiszpanie przeczesują okolice i wybrzeże, nie wiem, jak dotrzemy na „Błyskawicę”. Nie o siebie się obawiam, lecz o statek, który może paść łupem floty admirała Toledo.

    758

    — Do stu piorunów! — wykrzyknął Carmaux. — Jeszcze tego nam brakuje!

    759

    — Ta przygoda może się dla nas źle skończyć — wymamrotał Van Stiller. Cóż, powinniśmy wisieć już od dwóch dni, cieszmy się zatem, że było nam dane pożyć o dwie doby dłużej.

    760

    Czarny Korsarz krążył po pomieszczeniu, obchodząc skrzynię, która służyła za komodę. Wydawał się nerwowy i zmartwiony. Od czasu do czasu przerywał wędrówkę i stawał przed swoimi ludźmi, po czym znowu chodził bez celu, potrząsając głową.

    761

    W pewnej chwili zatrzymał się przed notariuszem, który mocno związany leżał na łóżku. Wbił w niego groźne spojrzenie i rzekł:

    762

    — Znasz okolice Maracaibo?

    763

    — Tak, panie — odparł zapytany drżącym głosem.

    764

    — Mógłbyś nas wyprowadzić z miasta tak, aby Hiszpanie nas nie zaskoczyli, i zaprowadzić w bezpieczne miejsce?

    765

    — Jak miałbym to zrobić, panie? Jak tylko opuścimy dom, rozpoznają was i schwytają, a mnie razem z wami, po czym oskarżą mnie o pomaganie wam w ucieczce, a gubernator to nie jest człowiek, którego żarty się trzymają, każe mnie z pewnością powiesić.

    766

    — A więc boisz się Van Goulda… — wysyczał przez zaciśnięte zęby Czarny Korsarz, a oczy jego ciskały błyskawice. — Trudno ci się dziwić, to człowiek dumny i energiczny, który nie zna litości, wie, jak wzbudzić strach. Ale nie wszyscy się go boją! Pewnego dnia on będzie się bał! Gdy ten dzień nadejdzie, zapłaci życiem za śmierć moich braci!

    767

    — Chcesz zabić gubernatora, panie? — zapytał z niedowierzaniem notariusz.

    768

    — Cicho, staruchu, jeśli ci życie miłe — prychnął Carmaux.

    769

    Czarny Korsarz wydawał się nie słyszeć ani jednego, ani drugiego. Opuścił pokój, wyszedł na korytarz i podszedł do okna, z którego rozpościerał się widok na uliczkę.

    770

    — No to wpadliśmy po uszy — powiedział Van Stiller do Moka. — Czarny przyjacielu, nie przychodzi ci nic do głowy? Jakiś pomysł, który wydobyłby nas z tej niewesołej sytuacji? Nie czuję się zbyt pewnie w tym domu.

    771

    — Może i mam jakiś pomysł — odparł tamten.

    772

    — No to wyduś go z siebie, bracie! — powiedział Carmaux. — Jeśli okaże się wykonalny, uściskam cię, jak jeszcze nikogo w życiu nie wyściskałem.

    773

    — Tyle tylko że musimy zaczekać do wieczora.

    774

    — Nie śpieszy się nam, póki co.

    775

    — Przebierzecie się za Hiszpanów i spokojnie wyjdziecie z miasta.

    776

    — Przecież mam na sobie ubranie notariusza.

    777

    — To za mało.

    778

    — Co więc mam na siebie założyć?

    779

    — Musicie przebrać się za muszkieterów lub halabardników. Jeśli opuścicie miasto przebrani za mieszczan, oddziały, które przeszukują okolice, z pewnością was schwytają.

    780

    — Do stu tysięcy piorunów! Wspaniały pomysł! — wykrzyknął Carmaux. — Masz słuszność, czarny przyjacielu! Nikomu nie przyjdzie do głowy zatrzymywać żołnierzy i przepytywać ich, kim są i gdzie się udają, zwłaszcza nocą. Wezmą nas za patrol, a my będziemy mogli spokojnie się ulotnić i bez szwanku wrócić na statek.

    781

    — A gdzie znajdziemy przebranie? — zapytał Van Stiller.

    782

    — Gdzie? Pójdziemy wypruć flaki z kilku żołnierzy i w trymiga się rozbiorą — powiedział rezolutnie Carmaux. — Wiesz dobrze, że do bitki zawsze jesteśmy chętni.

    783

    — Nie ma potrzeby narażać się na takie niebezpieczeństwo — rzekł Moko. — Znają mnie w mieście, nikt nie będzie mnie podejrzewać, tak więc spokojnie mogę kupić tak ubrania, jak i broń.

    784

    — Czarny przyjacielu, jesteś dobrym człowiekiem i pragnę uścisnąć cię jak brata.

    785

    Pirat rozłożył ramiona, chcąc słowa zamienić w czyn, ale nie zdążył. Od strony ulicy dobiegł donośny dźwięk, a echo poniosło go aż na schody.

    786

    — Do stu piorunów! — krzyknął Carmaux. — Ktoś puka do drzwi!

    787

    W tej chwili wszedł Czarny Korsarz i rzekł:

    788

    — Przyszedł człowiek, który pyta o ciebie, notariuszu.

    789

    — To z pewnością mój klient, panie — odparł ów, wzdychając. — Klient, który na pewno dałby mi zarobić, podczas gdy ja…

    790

    — Cicho, wystarczy! — uciszył go Carmaux. — Już dość wiemy, gaduło.

    791

    Wtem znów ktoś załomotał do drzwi. Z ulicy dobiegł ich głos:

    792

    — Otwórz, mości notariuszu! Nie ma czasu do stracenia!

    793

    — Carmaux — rzekł Czarny Korsarz, który natychmiast powziął decyzję — jeśli nie otworzymy, ten człowiek może zacząć coś podejrzewać. Może się obawiać, że staremu coś się stało i powiadomi rządcę dzielnicy.

    794

    — Co mam zrobić, kapitanie?

    795

    — Otwórz mu, złap go, zwiąż dobrze i posadź razem z notariuszem.

    796

    Jeszcze nie skończył mówić, a Carmaux już był na schodach. Za nim pośpieszył potężny Moko.

    797

    Słysząc trzecie uderzenie, od którego o mały włos drzwi nie rozpadły się w kawałki, Carmaux otworzył i rzekł:

    798

    — Cóż to za niecierpliwość, mości panie!

    799

    Do środka szybkim krokiem wszedł młodzieniec, na oko w wieku osiemnastu, może dwudziestu lat, wytwornie ubrany, uzbrojony w wetknięty za pas elegancki sztylet.

    800

    — Tak długo każecie czekać, gdy mnie się śpieszy? Carr…

    801

    Na widok Carmaux i Moko przystanął, spoglądając na nich trochę ze zdziwieniem, a trochę z przestrachem. Próbował zawrócić, ale drzwi w jednej chwili zamknęły się za jego plecami.

    802

    — Kim jesteście? — zapytał.

    803

    — Sługami dobrodzieja notariusza — odparł Carmaux, zginając się w komicznym ukłonie.

    804

    — No proszę! — krzyknął młodzieniec. — Don Turillo nagle stał się tak bogaty, że pozwolił sobie na luksus najęcia dwóch sług?

    805

    — Zgadza się, a wszystko to dzięki spadkowi po zmarłym w Peru wuju — odparł pirat ze śmiechem.

    806

    — Prowadźcie mnie do niego natychmiast. Przecież został uprzedzony, że dziś miały się odbyć moje zaślubiny z panną Carmen di Vasconsellos. Do czego to doszło, że muszę osobiście przychodzić, żeby tego…

    807

    Urwał w pół słowa uderzony czarną pięścią między łopatki. Upadł na kolana, a Moko zacisnął mu przedramię na szyi i zaczął przyduszać. Nieszczęsny młokos ledwie łapał oddech, oczy prawie wylazły mu z orbit, a twarz przybrała kolor czerwony.

    808

    — Ej, powoli bracie — rzekł Carmaux. — Jeśli przyciśniesz odrobinę mocniej, zadusisz mi go zupełnie. Trzeba być uprzejmym dla klientów notariusza!

    809

    — Bez obaw, przyjacielu — odparł zaklinacz węży.

    810

    Wystraszony młodzieniec nawet nie myślał stawiać oporu. Piraci zawlekli go do pokoju na piętrze, rozbroili i związali, sadzając tuż obok notariusza.

    811

    — Gotowe, panie kapitanie — zameldował Carmaux.

    812

    Czarny Korsarz skinieniem głowy pochwalił sprawnie przeprowadzoną akcję, po czym zbliżył się do więźnia, który wpatrywał się w niego z wyraźnym przestrachem, i zapytał:

    813

    — Kim jesteś?

    814

    — To jeden z moich najlepszych klientów, panie — odezwał się notariusz. — Ten zacny młodzieniec dałby mi dziś zarobić przynajmniej…

    815

    — Milcz! — rozkazał sucho Czarny Korsarz.

    816

    — A to ci papuga z tego notariusza — dodał Carmaux. — Jeśli dalej tak sobie będzie poczynał, trzeba będzie mu skrócić język.

    817

    Młody szlachcic przez chwilę uważnie przyglądał się Czarnemu Korsarzowi, a następnie odpowiedział nie bez zdziwienia:

    818

    — Jestem synem sędziego z Maracaibo, don Alonza de Conxevio. Mam nadzieję, że teraz mi wyjaśnisz, jaki jest powód tej napaści.

    819

    — Nie musisz tego wiedzieć, mogę ci jednak obiecać, że jeśli będziesz się zachowywać spokojnie, nie stanie ci się krzywda. Jeśli nie wydarzy się nic niespodziewanego, jutro będziesz wolny.

    820

    — Jutro! — wykrzyknął zaskoczony. — Ależ, panie, dziś mam poślubić córkę kapitana Vasconcellos.

    821

    — Ożenisz się jutro.

    822

    — Na twoim miejscu byłbym ostrożny! Mój ojciec przyjaźni się z gubernatorem. Możesz drogo zapłacić za to, jak mnie traktujesz. W Maracaibo broni i żołnierzy jest pod dostatkiem.

    823

    Pogardliwy uśmiech zakwitł na ustach wilka morskiego.

    824

    — Nie obawiam się ich — odparł. — Zapewniam cię, że mam ludzi o wiele groźniejszych od tych, którzy strzegą Maracaibo, a także własne działa.

    825

    — Kim jesteś?

    826

    — Nie musisz tego wiedzieć.

    827

    Po tym słowach Korsarz odwrócił się i wyszedł z pokoju, po czym stanął na straży przy oknie. Carmaux i Moko zaczęli plądrować dom, myszkując we wszystkich zakamarkach od piwnicy po strych w poszukiwaniu czegoś do jedzenia na śniadanie, Van Stiller z kolei rozsiadł się obok więźniów i pilnował, by nie próbowali ucieczki.

    828

    Po wywróceniu całego domu do góry nogami Carmaux i Moko przynieśli swoje zdobycze: wędzoną szynkę i pewien gatunek pikantnego sera, który — jeśli wierzyć zapewnieniom Carmaux — miał wszystkich wprawić w dobry nastrój i uczynić smaczniejszą degustację win z piwniczki notariusza.

    829

    Powiadomili Czarnego Korsarza, że śniadanie czekało gotowe na stole, a butelki z winem stały otwarte, kiedy ponownie rozległo się stukanie do drzwi.

    830

    — Kto to może być? — zdziwił się Carmaux. — Kolejny klient pragnący dotrzymać notariuszowi towarzystwa?

    831

    — Idź i zobacz! — zarządził Czarny Korsarz, który zdążył już zasiąść do stołu.

    832

    Nie trzeba mu było tego powtarzać dwa razy, podszedł do okna, lekko się wychylił, nie otwierając okiennicy, i zobaczył stojącego przed drzwiami starszego człowieka, sługę lub woźnego sądowego.

    833

    — Do diabła! — mruknął. — Pewnie przyszedł zobaczyć, czy jest tu ten chłopak. Nagłe zniknięcie narzeczonego na pewno zaniepokoiło narzeczoną, świadków i gości. Z deszczu pod rynnę… Sprawy przybierają zły obrót.

    834

    Tymczasem sługa, któremu nikt nie raczył otworzyć, bez ustanku walił w drzwi, czyniąc raban, który przyciągał do okien okolicznych mieszkańców.

    835

    Nie było innej rady, jak wpuścić i zakneblować także tego nieproszonego gościa, zanim podejrzliwi sąsiedzi postanowią wyważyć drzwi lub powiadomić straże.

    836

    Carmaux i Moko pośpiesznie zbiegli więc na dół i zaprosili gościa do środka. Gdy tylko jegomość przekroczył próg domu, Moko zacisnął mu dłoń na gardle, by nie mógł krzyczeć, związał go i zakneblował mu usta, po czym zawlókł do pomieszczenia, w którym siedzieli jego nieszczęsny pan i nie mniej nieszczęsny pan domu.

    837

    — Diabeł ich tu nadał! — warknął Carmaux. — Jeśli to się nie skończy, wkrótce uwięzimy wszystkich mieszkańców Maracaibo.

    Rozdział VII. Pojedynek szlachciców

    838

    Przewidywania Carmaux nie sprawdziły się i śniadanie upłynęło w niewesołej atmosferze, mimo wybornej szynki, pikantnego sera i wyśmienitych butelek wina biednego notariusza.

    839

    Ze względu na niedoszłego pana młodego i jego ślub sprawy zaczęły przybierać zły obrót, a do pirackich serc wkradł się niepokój. Tajemnicze zniknięcie młodzieńca i jego sługi bez wątpienia zatroskało rodzinę. Dlatego też piraci spodziewali się prędko kolejnych odwiedzin służby i przyjaciół zaginionego, lub co gorsza, żołnierzy czy aguazila, czyli lokalnego szeryfa.

    840

    Ten stan rzeczy nie mógł trwać w nieskończoność. Piraci więziliby coraz to nowych przybyszów, aż w końcu musieliby stawić czoła żołnierzom, i to całemu oddziałowi, a nie jak dotychczas pojedynczym nieproszonym gościom.

    841

    Czarny Korsarz i jego kamraci podjęli naradę, wysuwając różne propozycje, jednak żadna nie wydawała się im dość dobra. Ucieczka była absolutnie niemożliwa: natychmiast by ich rozpoznano, pojmano i powieszono jak biednego Czerwonego Korsarza i jego nieszczęsnych kamratów. Należało czekać nocy, ale było mało prawdopodobne, że rodzina niedoszłego pana młodego odpuści do tego czasu.

    842

    Trzej piraci, zwykle pełni pomysłów i forteli, jak na piratów z Tortugi przystało, tym razem mieli niezłą zagwozdkę.

    843

    Carmaux doradzał, by przebrać się za uwięzionych i śmiało opuścić kryjówkę, ale szybko doszedł do wniosku, że ten plan jest niewykonalny. Nikt z nich nie mógł ubrać się w szaty młodego szlachcica. Cały plan zresztą uznano za zbyt ryzykowny, zwłaszcza że okolice miasta wciąż przetrząsały liczne oddziały.

    844

    Moko wrócił do swego wcześniejszego pomysłu. Chciał udać się na targ i zakupić dla wszystkich mundury, które noszą zwykle halabardnicy i muszkieterzy, lecz także ten plan chwilowo odrzucono, gdyż wymagał od nich czekania zmroku, który mógłby ułatwić jego realizację.

    845

    Głowili się bez końca, szukając rozwiązania, dzięki któremu mogliby wydostać się z matni. Cała przygoda z minuty na minutę stawała się coraz bardziej niebezpieczna. Wtedy to po raz trzeci rozległo się głośne pukanie do drzwi notariusza.

    846

    Tym razem nie był to sługa, lecz hiszpański szlachcic, uzbrojony w szpadę i sztylet, bez wątpienia krewny młodzieńca lub jeden ze świadków.

    847

    — Do stu piorunów! — zawołał Carmaux. — Cała procesja ludzi dobija się do drzwi tego domu! Najpierw pędrak, potem sługa, teraz szlachcic, następny będzie ojciec pana młodego, świadkowie, przyjaciele i tak dalej. Jeszcze trochę, a wyprawimy tu wesele!

    848

    Kastylijczyk, widząc, że nikt nie kwapi się otworzyć, zaczął łomotać jeszcze mocniej, potrząsając bez ustanku ciężką żelazną antabą[38]. Musiał mieć o wiele mniej cierpliwości niż poprzednicy, ale też więcej niż oni determinacji.

    849

    — Idź, Carmaux! — powiedział Czarny Korsarz.

    850

    — Obawiam się kapitanie, że nie będzie nam wcale łatwo go schwytać i uwięzić. Jest silny, jestem przekonany, że stawi zacięty opór.

    851

    — Pójdę z tobą, moje mocne ramiona dadzą mu radę.

    852

    Czarny Korsarz spostrzegł w kącie opartą o ścianę szpadę, starą rodzinną broń przechowywaną jako pamiątka przez notariusza. Wziął ją do ręki i wypróbował giętkość ostrza, po czym przypiął ją sobie do pasa.

    853

    — Ta toledańska stal zabawi się z Hiszpanem.

    854

    Tymczasem zniecierpliwiony jegomość wściekle walił pięściami w drzwi. I prawie by je wyważył, gdyby nie zjawili się w końcu Carmaux i Moko. Szlachcic wszedł do środka, trzymając lewą rękę na gardzie szpady i marszcząc czoło, jego twarz zaś zdradzała silne zaniepokojenie.

    855

    — Z armaty mam strzelać, żebyście mi otworzyli? — zapytał mocno zdenerwowany.

    856

    Przybysz był przystojnym mężczyzną około czterdziestki: wysoki, postawny, męski i dumny. Miał czarne oczy i nosił czarną, gęstą brodę, która nadawała jego twarzy wojowniczego wyrazu.

    857

    Ubrany był w eleganckie, hiszpańskie szaty z czarnego jedwabiu i wysokie buty z ostrogami, wykonane z żółtej skóry, z rozszerzającymi się ku górze cholewami o ząbkowanej krawędzi.

    858

    — Wybacz zwłokę, panie — odparł Carmaux, zginając się w groteskowym ukłonie — lecz byliśmy zajęci.

    859

    — Czym? — zapytał Kastylijczyk.

    860

    — Opieką nad notariuszem.

    861

    — Czyżby był chory?

    862

    — Zapadł na wysoką gorączkę, panie.

    863

    — Mów mi „hrabio”, łajdaku.

    864

    — Wybacz, wasza hrabiowska mość, nie miałem dotąd przyjemności pana poznać.

    865

    — Idź do diabła! Gdzie mój siostrzeniec? Powinien być tu od dwóch godzin.

    866

    — Nie widzieliśmy nikogo.

    867

    — Kpisz sobie ze mnie! Gdzie notariusz?

    868

    — W łóżku, panie.

    869

    — Prowadź mnie do niego.

    870

    Carmaux zamierzał najpierw zwabić przybysza w głąb korytarza. Następnie na dany znak Moko miał się na niego rzucić i przytrzymać go całą siłą swoich mięśni. Pirat wyprzedził przybysza, doszedł do schodów, po czym odwrócił się i krzyknął:

    871

    — Bierz go, brachu!

    872

    Przybysz jednak, zupełnie jakby przeczuwał zasadzkę, nie dał się zaskoczyć, bo gdy Murzyn wyskoczył na niego z ukrycia, ten błyskawicznie się uchylił, odepchnął Carmaux, po czym chyżo pokonał trzy stopnie, dając popis zręczności, której mógłby mu pozazdrościć niejeden marynarz.

    873

    — Podstępne łotry! Co znaczy ta napaść? Teraz obetnę wam uszy! — krzyknął, dobywając szpady.

    874

    — Jeśli chcesz znać przyczynę tej napaści, ja ci to wyjaśnię, panie — odezwał się Czarny Korsarz, który ze szpadą w dłoni pojawił się na półpiętrze przywołany szamotaniną na schodach.

    875

    Kastylijczyk odwrócił się, starając się jednocześnie nie tracić z oczu Carmaux i Moko, którzy cofnęli się w głąb korytarza, w kierunku drzwi do budynku. Pierwszy z nich dobył noża, drugi dzierżył drewnianą belkę, która w jego masywnych rękach stawała się straszną bronią.

    876

    — Kim jesteś, panie? — zapytał Hiszpan, nie tracąc rezonu. — Sądząc po ubiorze można myśleć, że jesteś szlachcicem, lecz nie szata zdobi człowieka, równie dobrze pod tym przebraniem może kryć się zbój.

    877

    — Takie słowa mogą cię drogo kosztować, panie szlachcicu — odparł na to Czarny Korsarz.

    878

    — Phi! To się jeszcze okaże.

    879

    — Nie brak ci odwagi, to się chwali. Tym niemniej radzę ci odłożyć szpadę i poddać się.

    880

    — Komu?

    881

    — Mnie.

    882

    — Łotrzykowi, który zastawia na mnie zasadzkę i chce podstępem pozbawić życia?

    883

    — Nie, księciu Emilianowi z Roccanery, panu Ventimiglii.

    884

    — Aha! A więc masz szlacheckie pochodzenie! Chciałbym chociaż wiedzieć, dlaczego słudzy pana Ventimiglii próbują mnie zamordować.

    885

    — Tak ci się tylko wydaje, nikt nie miał zamiaru cię mordować, hrabio. Chcieliśmy cię tylko rozbroić i uwięzić na kilka dni, nic ponad to.

    886

    — Z jakiej powodu?

    887

    — Byś nie powiadomił władz Maracaibo o mojej obecności w mieście — wyznał Czarny Korsarz.

    888

    — Czyżby pan Ventimiglii miał porachunki z władzami Maracaibo?

    889

    — Nie darzą mnie tu miłością, a zwłaszcza nie darzy mnie nią Van Gould, który ucieszyłby się, mogąc dostać mnie w swoje ręce. A ja byłbym rad móc dostać go w swoje.

    890

    — Nie rozumiem — powiedział Kastylijczyk.

    891

    — To nie twoja sprawa, hrabio. A zatem poddasz się?

    892

    — Spodziewasz się, że usłucham? Że człowiek ze szpadą podda się bez walki?

    893

    — A zatem zmuszasz mnie, bym cię zabił. Nie mogę puścić cię wolno, inaczej przyniesiesz zgubę mnie i moim przyjaciołom.

    894

    — Wyjawisz mi w końcu, kim jesteś?

    895

    — Powinieneś już to odgadnąć: jesteśmy piratami z Tortugi. Broń się albo zginiesz.

    896

    — O to nietrudno, gdy jest trzech na jednego.

    897

    — Nimi się nie martw, panie — rzekł na to Czarny Korsarz, wskazując na Carmaux i Moka. — Kiedy ich kapitan staje do walki, nie mają w zwyczaju się mieszać.

    898

    — W takim razie mam nadzieję, że szybko się ciebie pozbędę. Nie znasz jeszcze siły i szermierskiej wprawy hrabiego z Lermy.

    899

    — A ty, książę, ani się domyślasz siły i szermierskiej wprawy pana Ventimiglii. Broń się!

    900

    — Jeszcze jedno, jeśli pozwolisz. Co uczyniliście z moim siostrzeńcem i jego sługą?

    901

    — Są naszymi więźniami, jak i notariusz. Ale nie bój się o nich. Jutro będą wolni i twój bratanek będzie mógł pojąć za żonę swą piękną oblubienicę.

    902

    — Dziękuję, panie.

    903

    Czarny Korsarz pochylił się lekko, szybko zbiegł ze schodów i zaatakował Hiszpana z całą furią, tak że przeciwnik był zmuszony się cofnąć.

    904

    Przez kilka chwil w ciemnym korytarzu nie było słychać nic prócz szczęku żelaza. Carmaux i Moko stali oparci o drzwi z założonymi rękami. Bez słowa obserwowali pojedynek, śledząc spojrzeniem błysk ostrzy. Kastylijczyk walczył wspaniale, jak rasowy szermierz, parował ciosy z zimną krwią, wyprowadzał celne pchnięcia. Lecz prędko odkrył, że ma przed sobą bardzo groźnego przeciwnika o mięśniach ze stali.

    905

    Po pierwszej wymianie ciosów Czarny Korsarz odzyskał typowy dla siebie spokój. Atakował z rzadka, ograniczając się do obrony. Zupełnie jakby najpierw chciał zmęczyć przeciwnika i przejrzeć jego taktykę. Stał w bezruchu, wyprostowany, lewą rękę wysunął poziomo przed siebie, oczy mu błyszczały. Wydawać się mogło, że się bawi i droczy, a nie walczy.

    906

    Na próżno Kastylijczyk próbował zepchnąć przeciwnika w kierunku schodów, licząc, że pośród ciemności rozpraszanych tylko przez pobłyskujące ostrza i pod wpływem nawałnicy ciosów ten w końcu potknie się i upadnie. Tymczasem Czarny Korsarz nie cofnął się ani o krok i skutecznie, trwając w bezruchu, odpierał wściekły atak. Wtem rozpoczął natarcie. Cios w ostrze, zaraz po nim złożenie, i kolejny cios, tym razem wytrącający przeciwnikowi szpadę z ręki.

    907

    Bezbronny Kastylijczyk zbladł straszliwie i krzyknął. Czarny Korsarz przez chwilę trzymał lśniące ostrze szpady wymierzone w pierś swojego rywala.

    908

    — Jesteś odważny, hrabio — skomplementował przeciwnika Czarny Korsarz i opuścił szpadę. — Nie chciałeś dobrowolnie złożyć broni, więc teraz ci ją odbiorę, ale oszczędzę ci życie.

    909

    Kastylijczyk stał nieruchomo. Na jego twarzy wymalowało się głębokie zdumienie. Nie mógł uwierzyć, że wciąż żyje. W pewnej chwili zrobił dwa kroki do przodu i uścisnął prawicę Czarnego Korsarza, mówiąc:

    910

    — Moi rodacy mówią, że piraci to wiarołomcy, nieprzestrzegający żadnych zasad, pochłonięci tylko rabowaniem statków, ale teraz widzę, że wśród nich żyją także ludzie honoru, którzy pod względem hojności i dobrych manier mogą prześcignąć najwaleczniejszych europejskich mężów. Chcę ci uścisnąć dłoń!

    911

    Czarny Korsarz odwzajemnił serdeczny uścisk, po czym podniósł szpadę z ziemi, wręczył ją hrabiemu i rzekł:

    912

    — Zatrzymaj broń, mości hrabio, zadowolę się przyrzeczeniem, że nie użyjesz jej przeciw nam aż do jutra.

    913

    — Przysięgam na swój honor.

    914

    — A teraz pozwól, że cię skrępujemy. Nie stawiaj oporu. Przykro mi uciekać się do tej konieczności, ale nie mogę tego zaniechać.

    915

    — Rób, co uważasz za słuszne.

    916

    Na znak dany przez Czarnego Korsarza Carmaux podszedł do Hiszpana i związał mu ręce, po czym przekazał go Moko, który bezzwłocznie zaprowadził do pokoju na piętrze, gdzie znajdowali się pozostali jeńcy.

    917

    — Oby skończyło się to pielgrzymowanie — zwrócił się Carmaux do Czarnego Korsarza.

    918

    — A mnie się wydaje, że będzie zupełnie przeciwnie i wkrótce nowi ciekawscy przybędą zakłócać nasz spokój — odparł kapitan. — Te tajemnicze zniknięcia nie przejdą niezauważone i wzbudzą podejrzenia wśród krewnych hrabiego i niedoszłego pana młodego, a władze Maracaibo zaczną węszyć. Lepiej będzie zabarykadować drzwi i przygotować się do obrony. Czy w tym domu jest broń palna?

    919

    — W magazynie znalazłem arkebuz i trochę amunicji, a do tego starą, zardzewiałą halabardę i zbroję, kapitanie.

    920

    — Strzelba nam się przyda.

    921

    — Jak mamy wytrzymać, kapitanie, jeśli żołnierze zaatakują dom?

    922

    — Okaże się w swoim czasie. Zapewniam cię, że Van Gould nie dostanie mnie żywego! No już, przygotujmy się do obrony. Później pomyślimy o śniadaniu.

    923

    Wrócił Moko, a Van Stiller został i pilnował więźniów. Na wieść o planie od razu zabrał się do roboty.

    924

    Razem z Carmaux zaczęli znosić z góry na dół wszystkie ciężkie meble pokaźnych gabarytów, czym naraził się nieszczęsnemu notariuszowi, który zajadle i usilnie, acz bezskutecznie protestował.

    925

    W celu zabarykadowania wejścia głównego zniesiono skrzynie, szafy, masywne stoły i skrzynie. Van Stiller, który przez cały ten czas stał przy oknie i obserwował ulicę, nagle zbiegł po schodach na łeb na szyję i zameldował Czarnemu Korsarzowi:

    926

    — Kapitanie, na ulicy zgromadziło się wielu mieszkańców, wszyscy patrzą w stronę tego domu. Już chyba wiedzą, że to właśnie tu mają miejsce tajemnicze zniknięcia.

    927

    — Ach! — krzyknął Czarny Korsarz, ale ani jeden mięsień na jego twarzy nie drgnął. Ze spokojem wszedł na górę i stanął przy oknie wychodzącym na ulicę, ukrywając się za okiennicą.

    928

    Van Stiller mówił prawdę. Na końcu ulicy stało w grupkach około pięćdziesięciu mieszczan. Rozmawiali z ożywieniem i wskazywali na dom notariusza, a w oknach sąsiednich budynków pojawiały się i znikały twarze mieszkańców.

    929

    — Moje obawy się sprawdziły — wyszeptał Czarny Korsarz, pocierając czoło. — Widocznie los tak chciał, że mam zginąć w Maracaibo. Tak jest zapisane w księdze przeznaczenia. Biedni piraci! Nie tylko polegli, ale nawet nie zostaną pomszczeni. Jednak śmierć jeszcze nie nadeszła, a los sprzyja piratom z Tortugi. Carmaux, do mnie!

    930

    Carmaux pośpieszył na wezwanie:

    931

    — Na rozkaz.

    932

    — Mówiłeś, że znalazłeś amunicję.

    933

    — Tak, beczkę prochu, będzie jakieś osiem, dziesięć libr[39].

    934

    — Przenieś ją do korytarza i ustaw pod drzwiami. I nie zapomnij o loncie.

    935

    — Do stu piorunów! Wysadzimy dom w powietrze?

    936

    — Tak, jeśli będzie to konieczne.

    937

    — A jeńcy?

    938

    — Jeśli żołnierze będą próbować nas pojmać, tym gorzej dla nich. Mamy prawo się bronić i uczynimy to bez wahania.

    939

    — Nadchodzą! — wykrzyknął Carmaux, który uważnie obserwował uliczkę.

    940

    — Kto?

    941

    — Żołnierze, kapitanie.

    942

    — Idź po beczkę, potem wróć tu z Van Stillerem. Nie zapomnij o arkebuzie.

    943

    Jednocześnie Czarny Korsarz kazał zabarykadować także drzwi u góry do samego mieszkania, licząc po cichu, że w przypadku pokonania pierwszej przeszkody ta druga powstrzyma atak napastników. Zabrali się więc do roboty i zaczęli znosić kolejne meble.

    944

    Na końcu ulicy pojawił się właśnie oddział arkebuzerów na czele z porucznikiem, a za nimi wlókł się ogon gapiów. Dwa tuziny żołnierzy, uzbrojonych jak na wojnę: w muszkiety, szpady i krótkie sztylety przypięte u pasa.

    945

    Czarny Korsarz zauważył, że obok porucznika maszerował mężczyzna w podeszłym wieku, o białej brodzie, uzbrojony w szpadę. Pomyślał, że to pewnie krewny hrabiego lub jego bratanka. Oddział utorował sobie drogę wśród stłoczonego w zaułku tłumu i zatrzymał się w odległości dziesięciu kroków od domu notariusza. Żołnierze uformowali szyk, ustawiając się w trzech rzędach, po czym nabili muszkiety, jakby od razu zamierzali strzelać.

    946

    Porucznik przez chwilę obserwował okna, wymienił kilka słów ze starcem, który stał obok niego, po czym zdecydowanym krokiem zbliżył się do drzwi i załomotał, krzycząc:

    947

    — W imieniu gubernatora, otwierać!

    948

    — Gotowi, przyjaciele? — zapytał Czarny Korsarz.

    949

    — Tak, kapitanie — potwierdzili piraci.

    950

    — Wy zostaniecie ze mną, a ty mój dzielny Afrykańczyku wejdź do góry i zobacz, czy nie ma tu czasem poddasza, przez które możemy uciec na dach.

    951

    Po tych słowach otworzył okiennice, wychylił się przez okno i uprzejmie zapytał:

    952

    — Czego sobie życzysz?

    953

    Porucznik stanął jak wryty. Zupełnie się nie spodziewał, że zamiast notariusza zobaczy mężczyznę o budzącym postrach wyglądzie i w kapeluszu z piórem na głowie.

    954

    — Kim jesteś? — zapytał po chwili. — Szukam notariusza.

    955

    — Ja odpowiadam w jego imieniu, gdyż on chwilowo nie może cię przyjąć.

    956

    — Na rozkaz gubernatora, otwórz!

    957

    — A co, jeśli nie otworzę?

    958

    — W takim wypadku nie odpowiadam za konsekwencje. Dziwne rzeczy dzieją się w tym domu, szlachetny panie, i mam rozkaz wybadać, co się stało z panem Pedro Conxevio, jego sługą, i wujem, hrabią z Lermy.

    959

    — Jeśli chcesz wiedzieć, powiem ci, ze wszyscy oni są znajdują się obecnie w tym domu, żywi, a nawet w dobrym nastroju.

    960

    — Sprowadź ich na dół.

    961

    — To niemożliwe — odparł Czarny Korsarz.

    962

    — Wykonaj rozkaz albo wyważę drzwi.

    963

    — Proszę bardzo, ale ostrzegam was, że za drzwiami kazałem umieścić beczkę pełną prochu, i przy pierwszej próbie ich forsowania podpalę lont i wysadzę w powietrze dom razem z notariuszem, panem Conxevio, jego sługą i hrabią z Lermy. Jeśli nie brak wam odwagi, śmiało!

    964

    Na te słowa, wypowiedziane tak chłodnym i stanowczym tonem, który nie pozostawiał cienia wątpliwości, że to nie przelewki, żołnierzom przeszły po plecach ciarki, a zgromadzona wokół ciekawska czereda rozpierzchła się w obawie, że groźbie stanie się zadość i zaraz wszystko wyleci w powietrze. Nawet porucznik cofnął się instynktownie.

    965

    Czarny Korsarz stał w oknie i się nie ruszał, zupełnie jakby cała sytuacja go nie dotyczyła. Nie spuszczał jednak z oczu żołnierzy, podczas gdy stojący za nim Carmaux i Van Stiller bacznie przyglądali się sąsiadom, którzy tłumnie wylegli na tarasy i balkony.

    966

    — Kim jesteś? — odezwał się w końcu porucznik.

    967

    — Człowiekiem, który nie chce być niepokojony przez byle kogo, nawet jeśli to oficer w służbie gubernatora — odparł na to Czarny Korsarz.

    968

    — Żądam, abyś wyjawił swoje imię.

    969

    — Nie mam na to ochoty.

    970

    — Zmuszę cię do tego.

    971

    — Wtedy wysadzę dom.

    972

    — Postradałeś zmysły.

    973

    — Tak, jak i wy.

    974

    — Obrażasz mnie?

    975

    — Bynajmniej, panie, odpowiadam tylko.

    976

    — Dość tego! Zbyt długo trwają te żarty!

    977

    — Sami tego chcieliście! Hej, Carmaux, migiem podpal lont pod beczką!

    Rozdział VIII. Cudowna ucieczka

    978

    Rozkaz ten wywołał okrzyki trwogi i przerażenia zarówno wśród gapiów, jak i żołnierzy. Wystraszeni byli głównie sąsiedzi, i słusznie, bowiem wysadzenie domu notariusza mogło zrujnować także ich posiadłości, darli się więc wniebogłosy, jakby już niemalże słyszeli huk walących się ścian i stropów.

    979

    Mieszkańcy i żołnierze w pośpiechu opuszczali uliczkę i gromadzili się u jej wylotu, a sąsiedzi na łeb na szyję gnali po schodach, próbując wynieść z zagrożonych miejsc co cenniejsze rzeczy.

    980

    Nikt już nie wątpił, że ten człowiek — zdaniem niektórych szaleniec — na pewno zrealizuje okropną groźbę.

    981

    Tylko porucznik wykazał się odwagą i odważnie stał w miejscu. Jednak w niespokojnych spojrzeniach rzucanych przezeń w kierunku domu można było wyraźnie wyczytać, że gdyby nie miał pod sobą oddziału żołnierzy i nie nosił munduru oficera, z pewnością uciekłby jak pozostali.

    982

    — Nie! Opanuj się! — krzyknął. — Postradałeś rozum?

    983

    — Życzysz sobie czegoś, poruczniku? — zapytał Czarny Korsarz spokojnym głosem.

    984

    — Nie rób tego!

    985

    — Bardzo chętnie, ale pod warunkiem, że zostawicie mnie w spokoju.

    986

    — Uwolnij hrabiego i pozostałych, a obiecuję, że tak będzie.

    987

    — Chętnie się na to zgodzę, jeśli jednak ty przystaniesz na moje warunki.

    988

    — Jakie?

    989

    — Wycofasz żołnierzy.

    990

    — A potem?

    991

    — Dostarczysz mnie i moim towarzyszom podpisaną przez gubernatora przepustkę, która pozwoli nam bez szwanku opuścić miasto i zagwarantuje, że nie będą nas ścigać patrolujące okolice oddziały.

    992

    — Kim jesteś, że potrzebujesz przepustki? — zapytał porucznik, którego zdumienie rosło proporcjonalnie do nabieranych podejrzeń.

    993

    — Szlachcicem zza oceanu — odparł na to Czarny Korsarz z właściwą dla szlachcica dumą.

    994

    — Jeśli to prawda, to nie potrzebujesz przepustki, aby opuścić miasto.

    995

    — Wprost przeciwnie.

    996

    — A więc masz na sumieniu jakąś zbrodnię. Wyjaw mi swoje imię, panie.

    997

    W tej chwili do porucznika zbliżył się mężczyzna. Głowę miał owiniętą zakrwawioną chustą, poruszał się z trudem i utykał na jedną nogę.

    998

    Carmaux, który zza pleców kapitana obserwował zachowanie żołnierzy, ujrzał go i krzyknął:

    999

    — Niech mnie kule biją!

    1000

    — Co się dzieje? — zapytał żywo Czarny Korsarz, odwracając się ku niemu.

    1001

    — To Bask, jeden z tych, którzy nas napadli. Zdradzi nas.

    1002

    — Ach! — krzyknął Czarny Korsarz.

    1003

    Rzeczywiście był to jeden z Basków, którzy byli świadkami pojedynku w karczmie i którzy później zasadzili się na piratów. Zbliżył się do porucznika i rzekł:

    1004

    — Poruczniku, czy dobrze mi się wydaje, że chcesz wiedzieć, kim jest człowiek w czarnej pelerynie?

    1005

    — Zgadza się — odparł zapytany. — Znasz go?

    1006

    Carrai! To jeden z jego ludzi tak mnie urządził! Poruczniku, nie pozwól mu uciec! To jeden z piratów!

    1007

    I wtedy tłum wybuchł niepohamowaną złością, a chwilę później rozległ się huk wystrzału i rozdzierający okrzyk bólu. To Carmaux, na dany przez Czarnego Korsarza znak, pochwycił błyskawicznie muszkiet i wypalił z niego prosto w Baska.

    1008

    Miarka się przebrała! Dwudziestu żołnierzy wycelowało arkebuzy w okno, w którym stał Czarny Korsarz, a tłum krzyczał na całe gardło:

    1009

    — Zabijcie tych drani!

    1010

    — Nie! Złapać ich i powiesić na placu!

    1011

    — Usmażcie ich żywcem!

    1012

    — Zabić ich! Zabić!

    1013

    Porucznik zdecydowanym gestem nakazał opuścić broń i podszedł do okna, by przemówić do Czarnego Korsarza, który nie ruszył się z miejsca, jakby wszystkie te groźby w najmniejszym stopniu go nie dotyczyły.

    1014

    — Panie szlachcicu, koniec tej farsy, poddaj się!

    1015

    W odpowiedzi Czarny Korsarz wzruszył ramionami.

    1016

    — Słyszysz, co mówię?! — krzyczał porucznik czerwony ze złości.

    1017

    — Najzupełniej.

    1018

    — Poddaj się lub rozkażę wyważyć drzwi.

    1019

    — Proszę bardzo — odparł Czarny Korsarz — Ostrzegam tylko, że beczka prochu jest gotowa. Wysadzę dom w powietrze razem z więźniami.

    1020

    — Ty także zginiesz!

    1021

    — Cóż począć! Śmierć pośród dymiących zgliszczy jest mi milsza od haniebnego losu, który mi zgotujecie, jeśli mnie schwytacie.

    1022

    — Wyjdziesz z tego żywy, daję słowo.

    1023

    — Na nic się zdadzą twoje obietnice, poruczniku, wiem, ile są warte. Jest szósta po południu i zrobiłem się już głodny. Wy się tu naradzajcie, a ja tymczasem przekąszę coś razem z hrabią i jego bratankiem. Bądź pewny, że nie zapomnimy wychylić kielicha także za wasze zdrowie, o ile wcześniej wszystko nie wyleci w powietrze.

    1024

    Po tych słowach Czarny Korsarz uchylił kapelusza, ukłonił się niezwykle uprzejmie i wrócił do środka, co mocno zdezorientowało i zbiło z pantałyku porucznika, żołnierze i tłum gapiów.

    1025

    — Chodźcie, kamraci — rzekł do Van Stillera i Carmaux — Myślę, że mamy chwilę na pogawędkę.

    1026

    — A żołnierze? — zapytał Carmaux zdziwiony zimną krwią i odwagą swego przywódcy nie mniej niż Hiszpanie.

    1027

    — Niech sobie krzyczą, jeśli mają ochotę.

    1028

    — Coś mi się wydaje, że zatańczymy z nimi taniec śmierci, kapitanie.

    1029

    — Doprawdy? Nasza ostatnia godzina jest dalej, niż ci się wydaje, Carmaux. Poczekaj do zmroku, a zobaczysz, jakie cuda może zdziałać beczka prochu — odrzekł Czarny Korsarz i bez słowa wyjaśnienia wszedł do środka.

    1030

    Następnie przeciął sznury krępujące hrabiego i jego bratanka i zaprosił ich do stołu na naprędce przyrządzoną kolację, po czym rzekł:

    1031

    — Dotrzymajcie mi towarzystwa, panowie. Musicie mi jednak przyrzec, że nie podejmiecie żadnych podstępnych kroków przeciwko mnie.

    1032

    — Byłoby to niewykonalne, szlachetny panie — odrzekł z uśmiechem hrabia. — Po pierwsze mój bratanek nie ma broni, a po drugie wiem już, jak dobrze władasz szpadą. Taka jest prawda. Czego chcą moi pobratymcy? Słyszałem, że na ulicy podniosła się ogłuszająca wrzawa.

    1033

    — Na razie ograniczają się do oblężenia.

    1034

    — Jest mi niezmiernie przykro, ale wydaje mi się, że w końcu wyważą drzwi.

    1035

    — Nie zgodzę się z tym twierdzeniem, hrabio.

    1036

    — A więc będą was oblegać i prędzej czy później zmuszą do poddania się. Jak mi Bóg miły! Zapewniam was, że ze smutkiem będę patrzeć, jak gubernator dostaje w swoje ręce człowieka tak dzielnego i ujmującego jak ty. Gubernator nie przebacza piratom.

    1037

    — Van Gould mnie nie dostanie. Moim przeznaczeniem jest żyć, żeby wyrównać z nim rachunki.

    1038

    — A zatem znasz go?

    1039

    — Poznałem go na własną zgubę — westchnął Czarny Korsarz. — Sprowadził nieszczęście na moją rodzinę. I to, że stałem się piratem, jemu zawdzięczam. Ale nie rozmawiajmy o tym. Zawsze, gdy poruszam ten temat, czuję, jak krzepnie mi krew w żyłach i dopada mnie grobowy nastrój. Napij się, hrabio. Carmaux, co robią Hiszpanie?

    1040

    — Naradzają się, kapitanie — odparł pirat, który właśnie oddalił się od okna. — Najwyraźniej nie mogą się zdecydować, czy nas zaatakować.

    1041

    — Zrobią to później, ale być może nas już tutaj nie będzie. Moko czuwa?

    1042

    — Jest na strychu.

    1043

    — Van Stillerze, zanieś mu coś do picia.

    1044

    Czarny Korsarz jadł i rozmyślał. Był smutniejszy niż kiedykolwiek i strapiony do tego stopnia, że nie docierało do niego to, co mówił hrabia.

    1045

    Kolacja upłynęła w niczym niezmąconej ciszy. Wszystko wskazywało na to, że choć żołnierze pałali niepohamowaną chęcią powieszenia i spalenia żywcem piratów, nie potrafili powziąć żadnej decyzji. Nie dlatego, że brakowało im odwagi, bo tej mieli pod dostatkiem, ani też nie dlatego, że wybuchnie beczka z prochem i dom wyleci w powietrze. Obawiali się wyłącznie o życie hrabiego z Lermy i jego bratanka, dwóch szanowanych obywateli miasta, których za wszelką cenę pragnęli ocalić.

    1046

    Zapadły już ciemności, gdy Carmaux poinformował Czarnego Korsarza, że oddział arkebuzerów, wzmocniony tuzinem halabardników, zajął wylot ulicy.

    1047

    — To oznacza, że coś knują — podsumował Czarny Korsarz. — Zawołaj Moka.

    1048

    Afrykańczyk zjawił się w mgnieniu oka.

    1049

    — Rozejrzałeś się dokładnie po strychu? — spytał Czarny Korsarz.

    1050

    — Tak, panie.

    1051

    — Czy jest tam jakieś okno?

    1052

    — Nie ma, ale wybiłem w dachu dziurę, przez którą możemy się wydostać.

    1053

    — Nie ma tam nieprzyjaciół?

    1054

    — Ani jednego.

    1055

    — Sprawdziłeś, jak potem zejść?

    1056

    — Tak. Musimy jednak przejść kawałek po dachu.

    1057

    W tej chwili rozległ się ogłuszający huk, od którego zatrzęsły się szyby w oknach. Kilka kul przeleciało przez prześwity w okiennicach i wpadło do środka, dziurawiąc ściany i rozrywając tynk na suficie.

    1058

    Czarny Korsarz skoczył na równe nogi, błyskawicznie dobywając szpady. Wystarczyło, że woń prochu połaskotała jego nozdrza, a uprzejmy i opanowany dżentelmen sprzed chwili przemienił się błyskawicznie w prawdziwą bestię o ognistym spojrzeniu i rumianym obliczu.

    1059

    — Ha! Zaczyna się! — krzyknął drwiąco, po czym zwrócił się do hrabiego i jego bratanka: — Obiecałem, że włos wam z głowy nie spadnie, i cokolwiek się zdarzy, dotrzymam słowa. Musicie być mi jednak posłuszni, przysięgnijcie, że nie stawicie oporu.

    1060

    — Wedle rozkazu, kapitanie — zgodził się hrabia. — Przykro mi, że to moi rodacy na ciebie napadli, w przeciwnym wypadku zapewniam cię, że walczyłbym u twojego boku.

    1061

    — Musicie iść ze mną, jeśli nie chcecie wylecieć w powietrze.

    1062

    — Chcecie wysadzić dom?

    1063

    — Za kilka chwila zostanie z niego kupa gruzów.

    1064

    — Chcecie mnie zrujnować? — zapiszczał notariusz.

    1065

    — Cicho bądź, sknero — huknął Carmaux, który właśnie uwalniał go z więzów. — Ratujemy ci życie, a ty nadal jesteś niezadowolony?

    1066

    — Ale to mój dom, nie chcę go stracić.

    1067

    — Poprosisz gubernatora o odszkodowanie.

    1068

    Od strony ulicy huknęło po raz drugi i kilka kul przeleciało przez pokój, roztrzaskując stojącą na środku lampę.

    1069

    — Za mną, wilki morskie! — krzyknął Czarny Korsarz. — Carmaux, podpalaj lont.

    1070

    — Jestem gotów, kapitanie.

    1071

    — Uważaj, by beczka nie wybuchła, zanim nie opuścimy domu.

    1072

    — Lont jest długi, kapitanie — odparł Carmaux, pędząc po schodach na łeb na szyję.

    1073

    Czarny Korsarz, więźniowie, Van Stiller i Moko wbiegli na strych, podczas gdy arkebuzerzy kontynuowali ostrzał, celując w okna i nawołując do poddania się.

    1074

    Kule świstały wszędzie, odrywały wielkie kawały ścian i odbijały się od cegieł. Notariusz trząsł się jak w febrze, ale dla piratów i hrabi, nawykłych do wojennego oręża, była to igraszka i nic sobie z tego nie robili.

    1075

    Na poddaszu Moko wskazał Czarnemu Korsarzowi wybitą przez niego przy pomocy jednej z belek podpierających strop wyrwę, przez którą można było wydostać się na dach.

    1076

    — Naprzód! — rozkazał Czarny Korsarz.

    1077

    Schował szpadę do pochwy, uchwycił się brzegów otworu i jednym zwinnym ruchem się podciągnął, szybkim spojrzeniem omiatając powierzchnię dachu.

    1078

    Spostrzegł od razu, że nieopodal rosną wysokie krzewy i palmy, z których jedna strzela pióropuszem olbrzymich liści ponad dachówkami, ocierając się o ogradzający posiadłość mur.

    1079

    — Tamtędy zejdziemy? — zapytał Moko.

    1080

    — Tak, panie.

    1081

    — Uda nam się uciec z tamtego ogrodu?

    1082

    — Mam taką nadzieję.

    1083

    Silne ramiona Van Stillera wypchnęły na dach hrabiego, jego bratanka, ich sługę i notariusza. W tej chwili pojawił się Carmaux i rzekł:

    1084

    — Szybko, za dwie minuty dom zapadnie nam się pod nogami.

    1085

    — Jestem zrujnowany! — załkał notariusz. — Kto mi odda za…

    1086

    Van Stiller popchnął go, szorstko urywając potok słów.

    1087

    — Albo idziesz, albo wylecisz w powietrze — zagroził.

    1088

    Czarny Korsarz rozejrzał się dookoła, czy nie grozi im niebezpieczeństwo, po czym przeskoczył na sąsiedni dach, a zaraz za nim hrabia i jego bratanek.

    1089

    Zaczęła się prawdziwa kanonada, strzelano teraz bez przerwy, a kłęby dymu unosiły się nad ulicą i wolno pełzały po dachach. Żołnierze najwyraźniej liczyli, że piraci poddadzą się w wyniku intensywnego ostrzału i że tym samym obejdzie się bez szturmu.

    1090

    Być może obawiali się wciąż, że Czarny Korsarz wysadzi wszystko w powietrze, woląc dać się pogrzebać pod gruzami razem z czwórką więźniów niż się poddać. Dlatego też zwlekali z ostatecznym atakiem.

    1091

    Piraci zmuszeni byli teraz wlec ze sobą notariusza, który ledwo trzymał się na nogach. W końcu dotarli na skraj dachu ostatniego domu, w pobliże drzewa palmowego.

    1092

    Poniżej rozpościerał się rozległy ogród okolony wysokim murem, który ciągnął się aż do granicy miejskich zabudowań.

    1093

    — Znam ten ogród — powiedział hrabia. — Należy do mojego przyjaciela Moralesa.

    1094

    — Mam nadzieję, że nas nie zdradzisz, hrabio — odparł Czarny Korsarz.

    1095

    — Bez obaw, panie. Nie zapomniałem jeszcze, że zawdzięczam ci życie.

    1096

    — Dalej, schodzimy — ponaglił Carmaux. — Eksplozja może nas stąd zrzucić.

    1097

    Ledwie skończył mówić, gdy usłyszeli ogromny błysk, a zaraz potem straszny łomot. Dach zatrząsnął im się pod stopami. Upadli jeden na drugiego. Siła wybuchu wyrzuciła w powietrze fragmenty murów, strzaskane meble i płonące części zawartość garderoby. Dom notariusza obrócił się w perzynę.

    1098

    Chmura dymu opadła na dachy, na kilka chwil przesłaniając widoczność. Na ulicy, pośród przekleństw i okrzyków przerażenia, słychać było walenie się ścian i murów.

    1099

    — Do pioruna! — krzyknął Carmaux, którego wybuch odrzucił aż do rynny. — Jeden metr dalej i spadłbym do ogrodu jak worek ziemniaków.

    1100

    Czarny Korsarz szybko wstał, zataczając się wśród kłębów dymu.

    1101

    — Żyjecie? — zapytał.

    1102

    — Tak myślę — odparł Van Stiller.

    1103

    — Ale… tu się ktoś nie rusza — powiedział hrabia. — Czyżby dostał odłamkiem?

    1104

    — To ten leń notariusz — odparł Van Stiller. — Upewnij się jednak, bo może tylko zemdlał ze strachu.

    1105

    — Zostawmy go tak — zaproponował Carmaux. — Wyjdzie z tego, o ile żal za utratą domu go nie zabije.

    1106

    — Nie możemy go tu tak zostawić — zaoponował Czarny Korsarz. — Wybuch wzniecił ogień w pobliskich domach. Widzę płomienie wśród dymu. Jeśli go tu zostawimy, usmaży się.

    1107

    — To prawda — potwierdził hrabia. — Domy płoną.

    1108

    — Skorzystajmy z zamieszania i dajmy nogę, przyjaciele — rozstrzygnął Czarny Korsarz. — Moko, zajmij się notariuszem.

    1109

    Moko wziął notariusza na ręce, a Czarny Korsarz zsunął się na dół, po czym rzucił się biegiem ku ogrodzeniu. Wtem kilku uzbrojonych w arkebuzy mężczyzn wyłoniło się z zarośli, krzycząc:

    1110

    — Stać albo będziemy strzelać!

    1111

    Czarny Korsarz chwycił szpadę w prawą dłoń, a lewą sięgnął po pistolet. Był zdecydowany siłą utorować sobie drogę, lecz hrabia powstrzymał go gestem, mówiąc:

    1112

    — Zostaw to mnie.

    1113

    Wyszedł naprzeciw zbrojnym i odezwał się:

    1114

    — Czy nie rozpoznajecie już przyjaciela waszego pana?

    1115

    — Pan hrabia z Lermy! — wykrzyknęli zdziwieni przybysze.

    1116

    — Opuście broń albo poskarżę się waszemu dobrodziejowi.

    1117

    — Wybacz, panie hrabio — odezwał się jeden ze sług Moralesa. — Nie wiedzieliśmy, z kim mamy do czynienia. Usłyszeliśmy ogromny wybuch. Wiedzieliśmy, że w pobliżu oddział żołnierzy osaczył piratów, i pośpieszyliśmy tu, aby nie dać uciec tym zbójom.

    1118

    — Piraci już uciekli, możecie odejść.

    1119

    — Dobrze, panie hrabio.

    1120

    — Pozwólcie nam przejść i niczym się nie martwcie.

    1121

    Sługa, który rozmawiał z hrabią, skinieniem odprawił swoich uzbrojonych towarzyszy, po czym skierował się w boczną aleję i otworzył żelazne drzwiczki w murze. Następnie wziął od Moka omdlałego notariusza i ukłonił się na pożegnanie.

    1122

    Trzej piraci i Moko opuścili teren posiadłości prowadzeni przez hrabiego. Szli prostą drogą przez około dwieście kroków, po czym skręcili w alejkę otoczoną z obu stron murem.

    1123

    — Zawdzięczam ci życie, cieszę się, że mogłem się wam odpłacić. Ludzie tak szlachetni jak wy nie powinni umierać na szubienicy, ale zapewniam was, że gubernator nie byłby dla was litościwy, gdyby was złapał. Idźcie dalej tą drogą, która prowadzi aż na pola poza miastem i wracajcie na pokład waszego statku — rzekł hrabia na pożegnanie.

    1124

    — Dziękuję — odparł Czarny Korsarz.

    1125

    Mężczyźni uścisnęli sobie serdecznie dłonie i rozstali się, uchylając kapelusza.

    1126

    — Bardzo przyzwoity człowiek — podsumował Carmaux. — Jeśli wrócimy do Maracaibo, z pewnością go odwiedzimy.

    1127

    Czarny Korsarz szybko ruszył naprzód. Prowadził Moko, który chyba lepiej od Hiszpanów znał okolice miasta.

    1128

    Dziesięć minut później, nie niepokojeni przez nikogo, trzej piraci znaleźli się poza miastem, na skraju puszczy, w sercu której stał szałas zaklinacza węży.

    1129

    Obejrzeli się za siebie. Nad miastem ujrzeli zwieńczoną pióropuszem płomieni chmurę, którą wiatr niósł nad jezioro. Dom notariusza dopalał się, a wraz z nim i pozostałe zabudowania.

    1130

    — Biedny diabeł — powiedział Carmaux. — Pewnie umrze ze zgryzoty: dom i jego piwniczka! To zbyt wielki cios dla takiego dusigrosza jak on!

    1131

    Zatrzymali się na chwilę w cieniu drzewa simaruba, obawiając się, że w okolicy wciąż mogą przebywać hiszpańskie oddziały, które przeczesywały dżunglę. Upewniwszy się, że w puszczy panuje niczym niezmącona cisza, zagłębili się w zarośla i ruszyli przed siebie żwawym krokiem. W ciągu dwudziestu minut znaleźli się w szałasie. Kilka kroków od celu do ich uszu dobiegły jęki.

    1132

    Czarny Korsarz zatrzymał się, usiłując dostrzec cokolwiek pośród ciemnej gęstwiny.

    1133

    — Do czorta! — krzyknął Carmaux. — To nasz więzień, którego przywiązaliśmy do drzewa. Zupełnie o nim zapomniałem!

    1134

    — Zgadza się — wyszeptał Czarny Korsarz.

    1135

    Podszedł do chaty i ujrzał związanego Hiszpana.

    1136

    — Chcecie mnie zagłodzić na śmierć? — zapytał nieszczęśnik. — Jeśli tak, to lepiej było od razu mnie powiesić.

    1137

    — Czy ktoś węszył w tych okolicach? — zapytał go Czarny Korsarz.

    1138

    — Nie widziałem nic prócz wampirów, panie.

    1139

    — Idź po ciało mojego brata — zwrócił się Czarny Korsarz do Moka.

    1140

    Zbliżył się do żołnierza, który przekonany, że wybiła jego ostatnia godzina, trząsł się jak osika. Ale Czarny Korsarz uwolnił go z więzów i powiedział oschłym głosem:

    1141

    — Zemsta za śmierć tego, którego niedługo pochowam w oceanie, i za jego nieszczęsnych towarzyszy, którzy wciąż wiszą na placu przeklętego miasta, mogłaby dosięgnąć również ciebie. Ale obiecałem, że daruję ci życie, a Czarny Korsarz zawsze dotrzymuje słowa. Jesteś wolny, lecz musisz mi przysiąc, że jak tylko dotrzesz do Maracaibo, udasz się do gubernatora i powiesz mu w moim imieniu, że dziś w nocy w obecności piratów zebranych na „Błyskawicy” i nad ciałem Czerwonego Korsarza wypowiem słowa przerażającej przysięgi. Ten łotr zamordował mi dwóch braci, a ja zniszczę jego i wszystkich, którzy noszą jego imię. Powiesz mu, że zaprzysiągłem zemstę na morze, na Boga i na piekło, i że wkrótce się spotkamy.

    1142

    Chwycił oszołomionego jeńca i lekko pchnął go w plecy, mówiąc:

    1143

    — Idź i nie oglądaj się za siebie, bo jeszcze się rozmyślę.

    1144

    — Dzięki, panie — odrzekł Hiszpan i uciekł w pośpiechu, bojąc się, że już nigdy nie wyjdzie żywy z dżungli.

    1145

    Czarny Korsarz spoglądał za nim, dopóki nie zniknął w gąszczu, po czym odwrócił się do swoich ludzi i powiedział:

    1146

    — Ruszajmy! Czas ucieka.

    Rozdział IX. Straszliwa przysięga

    1147

    Mała grupa, której przewodził Moko — wszak nikt inny tak jak on nie znał dżungli i jej zakamarków — raźno posuwała się naprzód. Wszyscy chcieli jak najszybciej dotrzeć do brzegów Zatoki i opuścić wyspę przed nastaniem świtu.

    1148

    Piraci martwili się teraz o „Błyskawicę”, która krążyła w pobliżu przesmyku prowadzącego na jezioro. Wieści nie były ani trochę pomyślne; wszystko wskazywało na to, że gubernator Maracaibo posłał gońców na Gibraltar, by prosić admirała Toledo o posiłki.

    1149

    Zachodziła obawa, że Hiszpanie pod jego dowództwem zdołali tymczasem zebrać doskonale uzbrojoną flotę, z liczącą setki marynarzy załogą, rekrutującą się głównie z Basków, i że lada chwila przepłyną jezioro i napadną na „Błyskawicę”.

    1150

    Czarny Korsarz milczał, ale widać było, że trawił go niepokój. Od czasu do czasu nakazywał towarzyszom wędrówki zatrzymać się, a sam nasłuchiwał, czy z oddali nie dochodzi go odgłos odległej detonacji, po czym znów ponaglał do szybszego marszu.

    1151

    Niecierpliwił się za każdym razem, gdy napotykali przeszkody: drzewa-olbrzymy, powalone starością, spróchniałe do cna lub ścięte uderzeniem pioruna oraz bagna ze stojącą wodą, której nie sposób było przebyć. Dżungla na każdym kroku zmuszała ich do obierania okrężnej drogi, przez co tracili tylko cenny czas.

    1152

    Całe szczęście, że Moko dobrze znał te okolice. Wyszukiwał w gąszczu przejścia na skróty i dróżki, dzięki którym szybciej mogli posuwać się naprzód.

    1153

    O drugiej nad ranem Carmaux, który tymczasem wysunął się na czoło pochodu, usłyszał bliski szum morza. Jego bystre ucho złowiło huk fal rozbijających się o nadbrzeżne drzewa.

    1154

    — Jeśli nic nam nie stanie na przeszkodzie, za godzinę znajdziemy się na statku, kapitanie — poinformował Czarnego Korsarza, zrównując się z nim. Pirat twierdząco skinął głową, lecz nic nie powiedział.

    1155

    Carmaux nie pomylił się. Łoskot bałwanów morskich z każdą chwilą stawał się głośniejszy. Bliskość morza zwiastowały też powtarzalne w odstępach czasu, hałaśliwie krzyki bernikli, gatunku dzikich gęsi, zwykle brodzących przy brzegu, o główce pokrytej białymi piórami i grzbiecie upierzonym na czarno, które o tej porze rozpoczynały swój poranny rytuał.

    1156

    Czarny Korsarz nie przestawał ponaglać swoich współtowarzyszy. Niedługo później dotarli na porośniętą namorzynami niewielką plażę, która wijąc się kapryśnie, ciągnęła się hen, daleko na północ i południe.

    1157

    Unosząca się nad bagniskami otaczającymi jezioro mgła zasnuła nocne niebo; zapanowały zupełne ciemności, choć tu i ówdzie powierzchnię wody przecinały krzyżujące się ze sobą we wszystkich kierunkach ogniste linie.

    1158

    Grzbiety fal rozbłyskiwały niezliczonymi ognikami, a rozlewającą się po plaży wzburzoną grzywą pianę pokrywała wspaniała fosforyzująca poświata. Morze, czarne dotąd jak atrament, w wielu miejscach rozbłysnęło wewnętrznym światłem, jakby ktoś na dnie Zatoki zapalił lampę o niezwykłej mocy.

    1159

    — Fosforescencja! — wykrzyknął Van Stiller.

    1160

    — Diabli to nadali — mruknął Carmaux. — Chyba ryby zmówiły się z Hiszpanami, by uniemożliwić nam ucieczkę.

    1161

    — Myślę, że nie masz racji — odparł tajemniczo Van Stiller, wskazując na dźwigane przez Moko ciało. — To fale roziskrzyły się na przyjęcie Czerwonego Korsarza.

    1162

    — Słusznie mówisz — wyszeptał Carmaux.

    1163

    Czarny Korsarz w skupieniu wpatrywał się w wody jeziora. Przed podjęciem dalszej podróży chciał się upewnić, że admirał Toledo nie szykuje zasadzki.

    1164

    Nie spostrzegł jednak nic niepokojącego. Spojrzał więc ku północy, gdzie na świetlistym morzu dostrzegł wielką, czarną plamę, która wyraźnie odcinała się od migoczącej wody.

    1165

    — To „Błyskawica” — powiedział. — Znajdźcie łódź i ruszamy.

    1166

    Carmaux i Van Stiller usiłowali zorientować się w terenie, gdyż nie wiedzieli dokładnie, w którym miejscu wybrzeża wyszli z dżungli. Po chwili oddalili się pośpiesznie na północ, uważnie przepatrując namorzyny, których korzenie i pożółkłe liście nurzały swe końce w rozmigotanych falach.

    1167

    Przeszli już dobry kilometr, gdy w końcu udało im się odnaleźć łódź, którą odpływ odkrył na piasku między drzewami. Wsiedli do niej i popłynęli w stronę miejsca, gdzie czekali na nich Czarny Korsarz wraz z Moko.

    1168

    Piraci zakryli zmarłemu twarz i ułożyli owinięte w czarną pelerynę zwłoki pomiędzy ławkami, po czym odbili od brzegu, energicznie wiosłując.

    1169

    Murzyn usadowił się na dziobie, kładąc sobie między nogami muszkiet, który odebrał wcześniej Hiszpanowi, a Czarny Korsarz zajął miejsce na rufie, naprzeciw ciała swojego brata.

    1170

    Pirat popadł w typową dla siebie posępną zadumę. Głowę ujął w dłonie, a łokcie oparł na kolanach; ani na chwilę nie odrywał wzroku od zmarłego, którego ciało rysowało się pod żałobnym całunem.

    1171

    Siedział nieruchomo pogrążony w smutku, wyglądał, jakby w ogóle nie oddychał. Zapomniał o całym otaczającym go świecie, o flocie admirała Toledo, o współtowarzyszach wyprawy i o swoim statku, który w lśniących wodach oceanu przypominał teraz olbrzymiego wieloryba unoszącego się na powierzchni płynnego złota.

    1172

    Łódź mknęła po falach, coraz bardziej oddalając się od plaży; woda wokół niej mieniła się, a wzbijane przez wiosła bryzgi błyszczącej piany przybierały kształt świetlistych strumieni.

    1173

    Pod powierzchnią wody falowały niezliczone ilości osobliwych mięczaków, będących częścią tego świetlnego widowiska. W morskiej toni pojawiły się pelagie, wielkie, podobne do lśniących kul meduzy, które, poruszane wieczorną bryzą, kołysały się w rytm fal; nie brakowało tam powabnych, emanujących światłem koloru wrzącej lawy melitee, których dziwne ramiona układały się w kształt krzyża maltańskiego; gdzie nie spojrzeć dryfowały acalefe, lśniące blaskiem szlachetnych kamieni i wdzięczne velelle, z których emanuje błękitne światło o nieskończonej słodyczy; z prądem unosiły się też okrągłe, zwykle żerujące w stadach, żebropławy z gatunku beroe, o niezliczonych parzydełkach, promieniujące zielonkawym światłem.

    1174

    Pojawiały się i znikały ryby różnych gatunków, pozostawiając za sobą błyszczące smugi; wielokształtne ośmiornice poruszały się we wszystkie strony, a ich różnokolorowe cielska zlewały się w jedną barwną plamę; tuż pod powierzchnią wody nurkowały potężne, wciąż liczne w tamtych czasach manaty[40], które płetwami wykształconymi w miejscu przednich kończyn i długimi ogonami wzbijały w górę fontanny mieniącej się wody.

    1175

    Silne ramiona dwóch wioślarzy napędzały łódź, która prędko pruła błyszczące fale, a uderzające o wodę raz za razem wiosła wzbijały w powietrze miriady[41] lśniących kryształków.

    1176

    Zarówno łódź jak i „Błyskawica” rzucały na wodę długi cień i wyraźnie odcinały się od świetlnego spektaklu, przez co mogły stanowić doskonały cel dla hiszpańskich armat, gdyby tylko admirał Toledo pływał po tych wodach.

    1177

    Obaj piraci, chociaż ani na chwilę nie przestali energicznie wiosłować, rozglądali się z niepokojem na boki, obawiając się, że w każdej chwili wróg pojawi się w zasięgu wzroku. Trudny do określenia niepokój i poczucie zagrożenia gnały ich naprzód. Rozświetlone morze, przewożone zwłoki, obecność posępnego i smutnego Czarnego Korsarza celebrującego żałobę po zamordowanym bracie, to wszystko wzbudzało w nich bliżej nieokreślony niepokój. Wiosłowali więc ile sił, by jak najszybciej znaleźć się na pokładzie „Błyskawicy”.

    1178

    Byli już nie dalej niż milę od statku, który halsował w ich kierunku, gdy usłyszeli dziwny dźwięk przypominający ni to przenikliwy skowyt, ni to rozpaczliwe zawodzenie.

    1179

    Piraci zerwali się na równe nogi, z niepokojem wpatrując się w otaczającą ich ciemność.

    1180

    — Słyszałeś? — zapytał Van Stiller i poczuł, jak zimny pot oblewa mu czoło.

    1181

    — Tak — potwierdził Carmaux niepewnym głosem.

    1182

    — To była ryba?

    1183

    — Nigdy nie słyszałem ryby wydającej takie dźwięki.

    1184

    — Więc co to mogło być?

    1185

    — Nie wiem, ale krew ścięła mi się w żyłach.

    1186

    — To Czerwony Korsarz?

    1187

    — Cicho, przyjacielu.

    1188

    Spojrzeli na Czarnego Korsarza, ale on wydawał się nic nie słyszeć. Siedział nieporuszony, chowając głowę w dłoniach i wpatrując się w ciało brata.

    1189

    — Wiosłujemy dalej i niech Bóg ma nas w swej opiece — wymamrotał Carmaux, gestem nakazując Van Stillerowi, by złapał za wiosła.

    1190

    Nachylił się w stronę Moko i zapytał:

    1191

    — Słyszałeś ten krzyk, bracie?

    1192

    — Słyszałem — odpowiedział tamten.

    1193

    — Co to było twoim zdaniem?

    1194

    — Może manat.

    1195

    — Czy ja wiem… — wyszeptał Carmaux. — Być może był to manat, a może…

    1196

    Urwał i zbladł.

    1197

    Za rufą łodzi, już poza kręgiem świetlistej piany, wyłonił się z wody ciemny, trudny do określenia kształt, które prawie natychmiast pochłonęła morska głębia.

    1198

    — Widziałeś? — zapytał Van Stillera zdławionym głosem.

    1199

    — Tak — odpowiedział tamten, szczękając zębami.

    1200

    — To była głowa.

    1201

    — Tak, Carmaux, głowa umarlaka.

    1202

    — Zielony Korsarz płynie za nami. Czeka na swego brata.

    1203

    — Przerażasz mnie, Carmaux.

    1204

    — A Czarny Korsarz nic nie widział i nie słyszał?

    1205

    — To brat zamordowanych!

    1206

    — A ty, czarny przyjacielu, nic nie widziałeś?

    1207

    — Widziałem głowę — odparł Moko.

    1208

    — Głowę czego?

    1209

    — Manata.

    1210

    — Niech szlag trafi ciebie i twoje manaty — wymamrotał Carmaux. — To była głowa trupa, ślepoto.

    1211

    Ktoś krzyknął ze statku:

    1212

    — Hej tam, w łodzi! Kto płynie?

    1213

    — Czarny Korsarz! — krzyknął Carmaux.

    1214

    — Przybijaj!

    1215

    „Błyskawica” mknęła z chyżością morskiej jaskółki, a jej ostry dziób ciął mieniące się wkoło fale. Jej wielki kształt czernił się w ciemnościach i przywodził na myśl Latającego Holendra, legendarny statek widmo, zwany też żeglującą po ognistych wodach trumną. Uzbrojona w muszkiety załoga ustawiła się w szyku przy relingach[42] i nieruchomo oczekiwała na powrót kapitana. Puszkarze[43] z zapalonymi lontami w rękach uwijali się przy stojących na rufie działach, a na szczycie bezanmasztu[44] powiewała ogromnych rozmiarów bandera Czarnego Korsarza, z wyszytymi na niej dwiema pozłacanymi literami, połączonymi niezrozumiałym ornamentem.

    1216

    W końcu dobili do lewej burty „Błyskawicy”, którą sternik ustawił dziobem do wiatru. Piraci złapali linę zrzuconą im z pokładu i przywiązali łódź.

    1217

    — Windy w dół! — zarządził ktoś ochrypłym głosem. Z rei[45] głównego masztu opuszczono dwa bloczki z przymocowanymi hakami. Carmaux i Van Stiller przymocowali je do burt łodzi, którą na gwizdek kwatermistrza wciągnięto do góry razem z pasażerami.

    1218

    Dopiero kil[46] łodzi szorujący po pokładzie statku wyrwał Czarnego Korsarza z niewesołych rozmyślań.

    1219

    Obejrzał się dookoła, jakby zdziwiony, że tak szybko znalazł się na pokładzie „Błyskawicy”, po czym pochylił się w stronę ciała, wziął je w ramiona i złożył pod grotmasztem[47]. Na widok zmarłego załoga ustawiona przy relingach odkryła głowy.

    1220

    Morgan, zastępca kapitana, zszedł z mostku i podszedł do Czarnego Korsarza.

    1221

    — Jesteśmy na twoje rozkazy, kapitanie — zameldował.

    1222

    — Czyń swą powinność — odrzekł pirat, smutno potrząsając głową.

    1223

    Wolnym krokiem przeszedł po pokładzie, wszedł na mostek i znieruchomiał niczym posąg ze skrzyżowanymi rękoma.

    1224

    Na wschodzie różowił się dzień. W oddali, tam, gdzie woda spotyka się z niebem, blade światło poranka zabarwiało stalowoszarą toń jasnymi refleksami. Nie był to jednak typowy wschód słońca, który zwykle różowi świat swymi promieniami, lecz szare, ponure światło o metalicznej barwie.

    1225

    Na znak żałoby opuszczono do połowy masztu potężną korsarską banderę, a górne reje fokmasztu[48], na których nie rozpięto dotychczas żagli, zostały ułożone w krzyż.

    1226

    Marynarze z załogi ustawili się w szeregach przy obu burtach. Z ich ogorzałych morskimi wiatrami i osmalonych armatnim ogniem twarzy wyzierał smutek. Z zabobonnym lękiem spoglądali na ciało Czerwonego Korsarza, które kwatermistrz zawinął w płótno, obciążając je uprzednio dwiema kulami armatnimi.

    1227

    Dniało, ale morze dookoła wciąż promieniowało własnym blaskiem. Fale głucho rozbijały się o ciemne burty statku i łamały o wysoki dziób.

    1228

    Kołyszące się morze szeptało przedziwnie; wydawało się, że to skargi i płaczliwe lamenty potępionych zawodzą głucho.

    1229

    Na rufie rozległ się dźwięk dzwonu.

    1230

    Cała załoga uklękła, a kwatermistrz z pomocą trzech marynarzy uniósł ciało Czerwonego Korsarza i ułożył na burcie.

    1231

    Żałobne milczenie zapadło na mostku kapitańskim. Nawet statek znieruchomiał na mieniącej się wodzie. Morze nie mruczało już jak wcześniej.

    1232

    Oczy wszystkich skupiły się na Czarnym Korsarzu, którego sylwetka odcinała się od szarawej linii horyzontu.

    1233

    Wydawało się, że ten nieustraszony pirat jakby urósł. Stał na mostku wyprostowany jak struna, rękę wyciągnął w kierunku zmarłego w geście zapowiadanej groźby. Przypięte do kapelusza długie czarne pióro powiewało na porannym wietrze.

    1234

    Gruby, ochrypły głos przerwał panującą na statku ciszę.

    1235

    — Wilki morskie! — krzyknął. — Posłuchajcie! Przysięgam na Boga, na te fale, które wiernie nam towarzyszą podczas naszych wypraw, i na mą duszę! Nie zaznam radości na ziemi dopóty, dopóki nie pomszczę śmierci moich zamordowanych przez Van Goulda braci. Niech pioruny doszczętnie spalą mój statek, niech mnie razem z wami pochłoną fale, niech mnie przeklną spoczywający w głębinach bracia, niech moja dusza na wieczność będzie skazana na potępienie, jeśli nie zabiję Van Goulda i nie wytępię całej jego rodziny tak, jak on uczynił z moją! Bracia piraci! Czy słyszeliście?

    1236

    — Tak, kapitanie! — odkrzyknęli marynarze, choć ich twarze wykrzywiał grymas przerażenia.

    1237

    Czarny Korsarz wychylił się poza trap[49] i spojrzał na jasne fale.

    1238

    — Wrzućcie ciało do wody! — rozkazał ponuro.

    1239

    Kwatermistrz wraz z trzema marynarzami uniósł zawinięte w płótno ciało i wrzucił do morza. Ciało z głośnym pluskiem wpadło do wody, która chlusnęła w górę podobnie jak odpalone fajerwerki.

    1240

    Załoga wychyliła się za burtę.

    1241

    W fosforyzujących wodach zatoki wyraźnie widać było opadający w głębiny kształt.

    1242

    Po chwili wszystko zniknęło.

    1243

    Nad wodą rozległ się ten sam dźwięk, który wcześniej napędził strachu Carmaux i Van Stillerowi.

    1244

    Stojący w pobliżu mostku przyjaciele zbledli jak płótno.

    1245

    — To Zielony Korsarz nawołuje Czerwonego Korsarza… — wyszeptał Carmaux.

    1246

    — To on — zgodził się Van Stiller przytłumionym głosem. — Bracia spotkali się na dnie morza.

    1247

    Ostry gwizd przerwał ich słowa.

    1248

    — Zwrot lewo na burt! — padła komenda. — Kursem na wiatr!

    1249

    „Błyskawica” wykonała zwrot i manewrując wśród rozsianych na jeziorze wysepek, odpłynęła w kierunku Zatoki. Gdy pierwsze promienie wschodzącego słońca złotem zabarwiły wody jeziora, fosforyzujące w głębinach światło zgasło na dobre.

    Rozdział X. Na pokładzie „Błyskawicy”

    1250

    „Błyskawica” minęła gąszcz wysepek, a za nimi długi przylądek uformowany z łańcuchów górskich Sierra de Santa Marta, po czym wypłynęła na wody Morza Karaibskiego, obierając kurs na północ, w kierunku Wielkich Antyli.

    1251

    Morze było spokojne, poranna bryza wiejąca z południowego wschodu ledwie marszczyła jego taflę; gdzieniegdzie tylko powstawały niewielkie fale, które z głuchym pomrukiem rozbijały się o burty szybkiego żaglowca.

    1252

    Na pełne morze od strony lądu licznie nadlatywało nadbrzeżne ptactwo. Bandy morskich kruków, drapieżnych ptaszysk wielkości koguta, kręciły się w pobliżu plaż, gotowe rzucić się na najmniejszy nawet łup i rozerwać go żywcem. Po czubkach fal ganiały stada brzytwodziobów, o rozwidlonych ogonkach, czarno upierzone na grzbiecie i śnieżnobiałe na spodzie. Ptaki te zapewne umarłby z głodu, gdyby ryby same nie wskakiwały im do gardeł, a to za sprawą specyficznego kształtu dzioba, którego spodnia część jest znacznie dłuższa niż górna, co utrudniało biednym ptaszyskom chwytanie zdobyczy. Na otwartym morzu nie brakowało także licznych w Zatoce Meksykańskiej faetonów; szybowały one w długich rzędach, z ogonem skierowanym w dół, i zabawnie potrząsały czarnymi skrzydłami, ledwo muskając morskie grzywacze.

    1253

    Ich celem były latające ryby, które raz za razem wzbijały się ponad fale, przecinając powietrze na pięćdziesiąt, a nawet sześćdziesiąt długości ramienia, po czym opadały do wody, by rozpocząć swoją grę od początku. Piraci nie spotkali dotychczas żadnego okrętu. Marynarze trzymający wachtę[50] w bocianim gnieździe[51] mieli naprawdę wspaniały widok na wszystkie strony, ale morze dookoła było puste.

    1254

    W obawie przed groźnymi piratami z Tortugi hiszpańskie statki stroniły od tych wód; trzymały się blisko portów w Carache, na Półwyspie Jukatan, w Wenezueli i innych, założonych na większych wyspach antylskich; oczywiście rzecz inaczej się miała, gdy formowały zbrojną flotę.

    1255

    Tylko dobrze uzbrojone żaglowce, z liczną załogą, ośmielały się wypływać na wody Maracaibo i Zatoki Meksykańskiej. Hiszpanie bowiem nie raz na własnej skórze przekonali się, do czego zdolni byli nieustraszeni korsarze, którzy siedzibą była osławiona Tortuga.

    1256

    Pierwszego dnia po pogrzebie Czerwonego Korsarza na statku nie wydarzyło się nic godnego uwagi.

    1257

    Kapitan nie pokazał się więcej ani na pokładzie, ani na mostku. Ster i nawigowanie pozostawił w rękach swojego zastępcy, a sam zamknął się w kajucie i nawet Carmaux i Van Stiller nic na ten temat nie wiedzieli. Przypuszczano jednakże, że Moko był razem z nim, gdyż i on zniknął i nie pojawił się więcej ani na pokładzie, ani w żadnym innym zakamarku statku, nawet w ładowni.

    1258

    Co robili zamknięci na klucz w kajucie, tego nikt nie mógł odgadnąć. Prawdopodobnie nie wiedział tego nawet zastępca kapitana. Carmaux próbował coś z niego wydobyć, lecz Morgan w odpowiedzi poczęstował go tylko kuksańcem i pogroził kułakiem, jakby chciał powiedzieć:

    1259

    — Nie wsadzaj nosa w nie swoje sprawy, jeśli ci życie miłe.

    1260

    Zapadł wieczór. Marynarze zrefowali[52] część żagli na wypadek, gdyby wiatr się wzmógł, co na tych szerokościach geograficznych prawie zawsze zwiastowało kłopoty. Carmaux i Van Stiller kręcili się w pobliżu nadbudówki, gdy nagle ujrzeli wełnistą głowę Moko wyglądającą przez otwór ładowni.

    1261

    — A oto i on! — ucieszył się Carmaux. — Ciekaw jestem, czy kapitan dalej płynie z nami tym samym statkiem, czy może knuje coś ze swoimi braćmi w morskiej otchłani. Biorąc pod uwagę jego melancholijne usposobienie, byłby do tego zdolny!

    1262

    — Wierzę — odparł Van Stiller, który znał przesądną naturę przyjaciela.

    1263

    — Myślę, że więcej w nim z morskiej istoty, niż z człowieka takiego jak my: z krwi i kości.

    1264

    — Hej, przyjacielu! — krzyknął Carmaux do Moko. — Najwyższy czas, żebyś przyszedł przywitać się z nami.

    1265

    — Kapitan mnie zatrzymał — wyjaśnił Moko.

    1266

    — Jakieś nowiny? Co porabia kapitan?

    1267

    — Zasępił się bardziej niż zwykle.

    1268

    — Nigdy nie widziałem go wesołego, nawet na Tortudze. Ani cienia uśmiechu.

    1269

    — Mówi wciąż o braciach i straszliwych zemstach.

    1270

    — Które spełni, bracie. Czarny Korsarz to człowiek, który co do joty dotrzyma złożonego słowa. Nie chciałbym znaleźć się w skórze gubernatora Maracaibo i jego krewnych.

    1271

    — Van Gould żywi nieprzejednaną nienawiść do Czarnego Korsarza, ale to go wkrótce zgubi.

    1272

    — A co jest przyczyną tej nienawiści, biały bracie?

    1273

    — Słyszałem, że to zamierzchła przeszłość. Van Gould zaprzysiągł trzem korsarzom zemstę, zanim jeszcze przybył do Ameryki i zaoferował swe usługi Hiszpanom.

    1274

    — Kiedy był w Europie?

    1275

    — Zgadza się.

    1276

    — Znali się wcześniej?

    1277

    — Tak przynajmniej mówią. Kiedy Van Goulda obierano gubernatorem Maracaibo, do Tortugi przybijały właśnie trzy wspaniałe statki dowodzone przez Czarnego, Czerwonego i Zielonego Korsarza. Byli to piękni mężczyźni, odważni niczym lwy, zuchwali i nieustraszeni marynarze. Najmłodszym z nich był Zielony, a Czarny najstarszym, lecz żaden nie był gorszy od drugiego, a we władaniu bronią nie było im równych wśród pirackiej braci. W krótkim czasie ci trzej piraci stali się postrachem Hiszpanów w całej Zatoce Meksykańskiej. Trudno zliczyć, ile statków złupili, ile miast zdobyli, nikt nie mógł się oprzeć ich trzem wspaniałym żaglowcom, najpiękniejszym, najzwrotniejszym i najlepiej uzbrojonym ze wszystkich pirackich żaglowców.

    1278

    — Wierzę — odparł Afrykańczyk. — Wystarczy spojrzeć na Błyskawicę.

    1279

    — Ale i dla nich nastały ciężkie dni — kontynuował Carmaux. — Pewnego dnia Zielony Korsarz wraz ze swoją załogą wypłynął z Tortugi i pożeglował w nieznanym kierunku. Na nieszczęście natknął się na hiszpańską flotę. Po bohaterskiej walce został pojmany i przewieziony do Maracaibo, gdzie powiesił go właśnie Van Gould.

    1280

    — Teraz sobie przypominam — potwierdził Moko. — Lecz jego ciało nie zostało rzucone na pożarcie dzikim bestiom.

    1281

    — Nie, ponieważ Czarny Korsarz, w towarzystwie kilku zaufanych ludzi, podkradł się nocą do Maracaibo, porwał ciało i pochował je później w morzu.

    1282

    — To prawda! Słyszałem, że Van Gould wściekł się, że nie udało mu się schwytać kolejnego brata, przez co kazał rozstrzelać czterech strażników pilnujących trupów na Plaza de Granada.

    1283

    — Teraz wybiła godzina Czerwonego Korsarza. I jego zdążyliśmy już pochować w morskich głębinach, ale trzeci z braci jest najstraszniejszy i zniszczy wszystkich Van Gouldów chodzących po ziemi.

    1284

    — Z pewnością wkrótce wróci do Maracaibo, bracie. Planuje zaatakować miasto licznymi siłami, i dlatego wypytywał mnie szczegółowo o wyspę — potwierdził Moko.

    1285

    — Piotr Nau, przerażający l'Olonnais, przebywa na Tortudze, a to wielki przyjaciel Czarnego Korsarza. Któż śmiałby się im obu przeciwstawić? A do tego…

    1286

    Urwał i trącił łokciem stojących obok przyjaciół, którzy w milczeniu przysłuchiwali się jego wywodom.

    1287

    — Patrzcie no! Nie przeraża was ten człowiek? Wygląda jak morskie bóstwo!

    1288

    Piraci spojrzeli na mostek kapitański.

    1289

    Czarny Korsarz, jak zwykle ubrany na czarno, z nieodłącznym kapeluszem na czole, na którym powiewało wspaniałe pióro, pojawił się na pokładzie. Z opuszczoną głową i skrzyżowanymi rękoma cicho niczym duch krążył po mostku. Morgan czuwał u jego boku, ale nie odważył się odezwać się do niego ani słowem.

    1290

    — Wygląda jak zjawa — wyszeptał półgłosem Van Stiller.

    1291

    — Morgan wiele się od niego nie różni — ocenił Carmaux. — Jeden ponury jak noc, a drugi wcale nie weselszy. Dobrali się jak w korcu maku.

    1292

    Nagle z grotmasztu, gdzieś od strony bocianiego gniazda, w którym majaczyła ludzka postać, ktoś krzyknął dwukrotnie:

    1293

    — Statek na pełnym morzu, płynie kursem na wiatr!

    1294

    Czarny Korsarz zatrzymał się raptownie. Chwilę stał nieruchomo, spojrzał na kierunek wiatru, ale znajdował się zbyt nisko, by móc dostrzec okręt płynący sześć czy siedem mil od nich.

    1295

    Odwrócił się do Morgana, który także wyjrzał za burtę, i rozkazał:

    1296

    — Wygasić światła.

    1297

    Na rozkaz kapitana marynarze znajdujący się na dziobie rzucili się do gaszenia dwóch dużych świateł pozycyjnych, umieszczonych z obu stron statku, na lewej i na prawej burcie.

    1298

    — Hej tam w gnieździe! — krzyknął Czarny Korsarz, kiedy już światła na statku zostały wygaszone i zapadły egipskie ciemności. — Dokąd płynie ten statek?

    1299

    — Na południe, kapitanie.

    1300

    — W kierunku Wenezueli?

    1301

    — Tak sądzę.

    1302

    — Jak daleko jest?

    1303

    — Pięć lub sześć mil.

    1304

    — Nie mylisz się?

    1305

    — Nie, wyraźnie widzę jego latarnie.

    1306

    Korsarz wychylił się przez burtę i krzyknął:

    1307

    — Załoga na pokład!

    1308

    W mniej niż pół minuty cała załoga „Błyskawicy” — stu dwudziestu marynarzy — zajęła stanowiska. Odpowiedzialni za manewry złapali za brasy[53], obserwatorzy wspięli się wysoko na maszty, najlepsi strzelcy ulokowali się w bocianim gnieździe i na pokładzie dziobowym, pozostali ustawili się przy relingach, w drugim rzędzie za nimi zaś stanęli puszkarze z lontami gotowymi do zapalenia.

    1309

    Na korsarskich statkach panował taki porządek i dyscyplina, że o każdej porze dnia i nocy marynarze błyskawicznie zajmowali wyznaczone im stanowiska. Tak sprawnie nie reagowały nawet załogi okrętów wojennych, które zazwyczaj pochodziły z krajów o długich tradycjach żeglarskich. Marynarze, przybyli na Karaiby ze wszystkich stron Europy, zaciągali się na statki w cieszących się jak najgorszą sławą portach Francji, Włoch, Holandii, Świętego Cesarstwa Rzymskiego i Anglii. Byli to ludzie, którzy na co dzień korzystali z wszelakich uciech życia, niedbający o śmierć, zdolni do największych czynów, odważni aż do przesady; wszyscy oni na korsarskim statku stawali się potulni jak owieczki, w walce zaś przeradzali się w prawdziwe tygrysy. Dobrze wiedzieli, że ich przywódcy ukarzą ich za każde zaniedbanie. Niepisane prawo stanowiło bowiem, że za najmniejsze nawet nieposłuszeństwo karano kulą w łeb lub w najlepszym wypadku porzuceniem na bezludnej wyspie.

    1310

    Gdy załoga stała na stanowiskach, Czarny Korsarz przyjrzał się każdemu z osobna, po czym zwrócił się do czekającego na dalsze rozkazy Morgana.

    1311

    — Jak myślisz, co to za statek? — zapytał.

    1312

    — Hiszpański, kapitanie — odparł zastępca.

    1313

    — Hiszpanie! — wykrzyknął Czarny Korsarz ponurym głosem. — To będzie dla nich noc śmierci. Wielu z nich nie ujrzy jutrzejszego poranka.

    1314

    — Dziś w nocy napadniemy na statek, kapitanie?

    1315

    — Tak, i poślemy go na dno. Tam śpią moi bracia, ale nie będą sami.

    1316

    — Jeśli taka jest twoja wola, kapitanie.

    1317

    Morgan wskoczył na burtę i przytrzymując się baksztagu[54], spojrzał w kierunku, z którego wiał wiatr.

    1318

    W ciemnościach okalających mruczące morze na powierzchni wody migotały dwa światełka, w niczym niepodobne do blasku gwiazd.

    1319

    — Znajdują się cztery mile od nas — powiedział.

    1320

    — Czy wciąż kierują się na południe? — upewnił się Korsarz.

    1321

    — W kierunku Maracaibo.

    1322

    — Los im nie sprzyja. Wykonać zwrot, musimy przeciąć im drogę. Każ przynieść na pokład sto ręcznych granatów i dopilnuj, by zabezpieczono wszystko, co znajduje się w przejściach i kajutach.

    1323

    — Staranujemy ich?

    1324

    — Tak, jeśli tylko się da.

    1325

    — Nie weźmiemy jeńców, kapitanie.

    1326

    — Co mi po nich?

    1327

    — Ten statek może wieźć jakieś dobra.

    1328

    — Tam, skąd pochodzę, wciąż mam zamki i liczne ziemie.

    1329

    — Chodziło mi o naszych ludzi, kapitanie.

    1330

    — Dla nich mam złoto. Wykonać zwrot.

    1331

    Zastępca kapitana zagwizdał, aż echo poniosło się po pokładzie. Marynarze odpowiedzialni za manewry w mgnieniu oka zbrasowali[55] żagle, a sternik ustawił ster do wiatru.

    1332

    „Błyskawica” zawróciła w miejscu i, pchnięta lekko południową bryzą, ruszyła śladem hiszpańskiego statku, pozostawiając za rufą długi, pieniący się ślad.

    1333

    Zbliżała się pośród cieni, lekka jak ptak, bezszelestna niczym słynny statek widmo.

    1334

    Strzelcy stojący przy relingach, nieruchomi jak posągi, obserwowali nieprzyjacielski okręt, ściskając długie muszkiety o dużym kalibrze, które w ich rękach stawały się straszliwą bronią i prawie nigdy nie chybiały celu. Pochyleni nad działami artylerzyści dmuchali w lonty, w każdej chwili gotowi zasypać wroga gradem kartaczów.

    1335

    Korsarz i Morgan komenderowali z mostku. Oparci o reling, jeden obok drugiego, nie odrywali wzroku od dwóch jasnych latarni, które świeciły w ciemnościach nie dalej niż trzy mile od „Błyskawicy”.

    1336

    Carmaux, Van Stiller i Moko zajęli pozycje na kasztelu dziobowym i rozmawiali ze sobą przyciszonymi głosami, spoglądając raz to na ścigany statek, raz to na Czarnego Korsarza.

    1337

    — To będzie pechowa noc dla tamtych — mówił Carmaux. — Obawiam się, że kapitan, z całą złością, jaką nosi w sercu, nie oszczędzi żadnego Hiszpana.

    1338

    — Wydaje mi się, że tamten statek ma wyższe burty — odparł Van Stiller, oceniając odległość dzielącą światła pozycyjne od powierzchni wody. — Mam nadzieję, że nie jest to okręt wojenny płynący do portu, by przyłączyć się do floty admirała Toledo.

    1339

    — A co mu tam! Czarny Korsarz się go nie boi. Żaden statek nie może dorównać „Błyskawicy”, a poza tym słyszałem coś o taranowaniu.

    1340

    — Do stu piorunów! Jeśli tak będzie, to prędzej czy później połamią „Błyskawicy” dziób.

    1341

    — Jest twarda jak skała, mój drogi.

    1342

    — Skały czasem też się kruszą.

    1343

    — Cicho!

    1344

    Głos Czarnego Korsarza przerwał ciszę panującą na pokładzie:

    1345

    — Żaglowi, w górę lizele[56], wciągnąć sztaksle[57]!

    1346

    Na grotmaszt i fokmaszt sprawnie wciągnięto dodatkowe żagle, które, obok żagli rejowych, stanowiły dodatkową część ożaglowania statków.

    1347

    — Pościg! — krzyknął Carmaux. — Jeśli wciągamy lizele, znaczy się, że Hiszpanie żwawo płyną.

    1348

    — Mówię ci, to statek wojenny — upierał się Van Stiller. — Zobacz, jakie ma wysokie maszty.

    1349

    — Tym lepiej! Walka będzie wyrównana!

    1350

    W tej chwili na ściganym okręcie rozległ się krzyk, a wiatr porwał go i uniósł na pokład „Błyskawicy”:

    1351

    — Ahoj! Podejrzany statek za lewą burtą!

    1352

    Stojący na mostku Czarny Korsarz pochylił się do Morgana i wyszeptał mu kilka słów do ucha, po czym zszedł na pokład i zawołał:

    1353

    — Do mnie sterownica[58]! Piraci, do ataku!

    1354

    Choć tylko mila dzieliła obu wrogów, dystans nie malał; najwyraźniej oba statki mogły osiągać znaczne prędkości.

    1355

    Po upływie pół godziny na pokładzie hiszpańskiego statku — a przynajmniej za taki go uważano — błysnął ogień, który oświetlił mostek i część omasztowania. Zaraz po nim rozległa się głośna detonacja, której głuchy huk poniósł się po ciemnej wodzie i ucichł dopiero na dalekim horyzoncie.

    1356

    Chwilę później piraci usłyszeli w powietrzu znajomy gwizd i za rufą zobaczyli fontannę wody strzelającą w górę na dwadzieścia stóp[59].

    1357

    Nikt się nie odezwał. Tylko Czarny Korsarz pogardliwym uśmiechem skwitował to aroganckie powitanie pierwszego ze śmiertelnych posłańców.

    1358

    Tym ostrzegawczym wystrzałem wróg miał zamiar skłonić piratów do zaprzestania pościgu. Ścigany statek zmienił teraz kurs i ustawił się dziobem na południe, co wyraźnie znaczyło, że załoga zamierzała poszukać schronienia w zatoce Maracaibo.

    1359

    Czarny Korsarz przejrzał ich manewr. Odwrócił się do opartego o burtę Morgana, który wcisnął się pomiędzy sztagi[60], i rozkazał:

    1360

    — Na dziób, panie Morgan.

    1361

    — Mam otworzyć ogień?

    1362

    — Jeszcze nie, jest za ciemno. Przygotuj wszystko do abordażu.

    1363

    — Dokonamy abordażu?

    1364

    — Okaże się!

    1365

    Morgan opuścił górny pokład, zawołał kwatermistrza i udał się na dziób, gdzie na deskach leżało czterdziestu marynarzy z arkebuzami w dłoniach i muszkietami gotowymi do strzału.

    1366

    — Wstawać! — zarządził. — Przygotujcie haki!

    1367

    Po czym zwrócił się do marynarzy, którzy przycupnęli za relingami:

    1368

    — Przygotujcie żelazne pokrywy!

    1369

    Marynarze, pod czujnym okiem Morgana, w milczeniu zabrali się do roboty. Piraci bali się zastępcy kapitana nie mniej niż Czarnego Korsarza. Był nieugięty, odważny niczym lew i zawsze zdecydowany, a śmiałością dorównywał samemu dowódcy.

    1370

    Pochodził z Anglii i od niedawna przebywał w Ameryce. Szybko wyróżnił się przedsiębiorczym zmysłem i rzadko spotykaną energią i odwagą. Jako marynarz sprawdził się pod dowództwem innego znanego pirata, Mansfielda[61], ale późniejsze jego wyczyny sprawiły, że przerósł wszystkich piratów z Tortugi: wsławił się niebywałą odwagą podczas słynnej ekspedycji na Panamę, kiedy to podbito niemożliwe — jak sądzono — do zdobycia miasto, perłę wśród miast na Oceanie Spokojnym.

    1371

    Wyjątkowo wytrzymały, odznaczał się nieprzeciętną siłą. Miał szlachetne rysy twarzy, i pokojowe usposobienie; jego przenikliwe spojrzenie, w którym nie brak było zagadkowego wdzięku, upodabniało go do Czarnego Korsarza.

    1372

    Wiedział, jak dowodzić szorstkimi z natury piratami, a posłuch zdobywał najprostszym gestem.

    1373

    Pod jego kierunkiem w mniej niż dwadzieścia minut marynarze przenieśli z lewej burty dwa duże pancerze; jeden umieszczono pod fokmasztem, a drugi przed grotmasztem. Zrobiono je z połączonych ze sobą belek i beczek napełnionych gwoździami i różnym żelastwem; miały one za zadanie ochronić pokład rufowy i dziobowy przed zniszczeniem, na wypadek silnego ostrzału artyleryjskiego ze strony nieprzyjaciela.

    1374

    Pięćdziesiąt ręcznych granatów ułożono za belkami, a na burtach i zrolowanych hamakach, które służyły też za podporę strzelecką, zaczepiono haki abordażowe.

    1375

    Kiedy wszystko było przygotowane, Morgan ukrył ludzi na pokładzie, po czym sam ulokował się w pobliżu bukszprytu[62], z jedną ręką opartą na szpadzie i drugą zaciśniętą na kolbie zatkniętego za pas pistoletu.

    1376

    Nieprzyjacielski statek znajdował się nie dalej niż sześćset, siedemset metrów od „Błyskawicy”, która — trzeba jej to przyznać — w pełni zasługiwała na dane jej imię, gdyż zmniejszyła dystans dzielący oba statki i szykowała się właśnie do staranowania wroga miażdżącym, niepowstrzymanym uderzeniem.

    1377

    Mimo ciemnej, bezgwiezdnej nocy, w końcu można było odróżnić szczegóły ściganego żaglowca.

    1378

    Sprawdziły się przypuszczenia Van Stillera: był to imponujących rozmiarów okręt wojenny, o wysokich burtach, uniesionym pokładzie i trzech masztach obwieszonych żaglami aż po bombramreję[63]. Prezentował się jak prawdziwa machina wojenna, doskonale uzbrojona i obsadzona liczną, zaprawioną w bojach załogą, która z pewnością stawi zacięty opór.

    1379

    Każdy inny korsarz z Tortugi zastanowiłby się dwa razy przed napadem na taki okaz. Okręty wojenne nie były zwykle cennym łupem dla piratów także z tego względu, że w przypadku zwycięstwa niewiele zostałoby skarbów do podziału, gdyż statki te nie przewoziły kosztowności ani towarów. Morscy rozbójnicy chętniej napadali na statki kupieckie i galeony z ładowniami wypełnionymi szlachetnymi kruszcami, pochodzącymi z meksykańskich kopalń na Jukatanie i w Wenezueli.

    1380

    Czarny Korsarz, który nie dbał o bogactwa, nie rozumował w ten sposób. Możliwe, że ten statek uosabiał dla niego jednego z największych sojuszników Van Goulda, był jego potencjalnym wrogiem, który w przyszłości mógłby zniweczyć jego plany. Dlatego też zdecydował się na atak, zanim ten wzmocniłby flotę admirała Toledo lub hiszpańskie siły w Maracaibo.

    1381

    Nieprzyjacielski okręt znajdował się teraz w odległości pięciuset metrów. Załoga, widząc, że piraci nie ustępują, nie miała już wątpliwości co do ich złych zamiarów. Hiszpanie ponownie załadowali największe działo, jakie mieli na pokładzie, i dali ognia.

    1382

    Tym razem kula nie wpadła do morza. Przeleciała pomiędzy fokżaglem[64] a marslem[65], ścinając wierzchołek bezanmasztu i zrzucając korsarską banderę. Puszkarze na stanowiskach rufowych zwrócili się do Czarnego Korsarza, który, oparty o sterownicę, stał nieruchomo z tubą w ręku:

    1383

    — Mamy zaczynać, kapitanie?

    1384

    — Jeszcze nie — odparł pirat.

    1385

    Huknął trzeci strzał, silniejszy niż dwa poprzednie. Trzecia z kolei kula przeleciała nad pokładem, wpadając między maszty i uszkadzając burtę na rufie, ledwie trzy kroki od steru.

    1386

    I znów nieustraszony pirat uśmiechnął się pogardliwie, lecz nie wydał żadnego rozkazu.

    1387

    „Błyskawica” przypominała teraz czarnego ptaka ze straszliwym dziobem. Przyśpieszyła jeszcze bardziej, prezentując nieprzyjaciołom swój ogromny bukszpryt, który z ponurą dumą przecinał wodę, niecierpliwy, by rozpłatać w końcu wnętrzności wrogiego okrętu.

    1388

    Ten zbliżający się w absolutnej ciszy statek, który pojawił się znikąd, z załogą, która nie dawała oznak życia i nie odpowiadała na zaczepki, musiał zrobić okropne wrażenie na przesądnych z natury hiszpańskich marynarzach.

    1389

    Nagle wśród ciemności podniósł się rejwach. Z okrętu niosły się przerażone okrzyki i wydawane w pośpiechu rozkazy.

    1390

    Władczy głos, należący ze wszelkim prawdopodobieństwem do kapitana, stłumił na chwilę ten rozgardiasz.

    1391

    — Zwrot na lewą burtę! Pchać ster z całej siły!

    1392

    — Ognia ze wszystkich dział!

    1393

    Rozległ się ogłuszający huk, a armatni ogień rozjaśnił ciemności nocy. W stronę piratów wypalono z siedmiu armat rozmieszczonych wzdłuż burty i z dwóch na pokładzie rufowym. Kule ze świstem przelatywały pomiędzy nimi, dziurawiły żagle, przecinały cumy, zatapiały się w kilu lub kruszyły burty, ale nie wstrzymały szarży „Błyskawicy”.

    1394

    Dowodzona silną ręką Czarnego Korsarza całym impetem uderzyła w nieprzyjaciela. Jakimś tylko cudem hiszpański sternik w ostatniej chwili pchnął ster, co uratowało okręt przed niechybną katastrofą. Brutalnie wytrącony z kursu statek pochylił się na lewą burtę, o włos unikając uderzenia bukszprytu, na który bez wątpienia by się nadział.

    1395

    „Błyskawica” przepłynęła w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się rufa nieprzyjaciela. Otarła się o niego bokiem, z głuchym łoskotem szorując burtą o burtę, aż głuche echo niosło się po ładowni. Oprócz tego złamała mu bom[66] bezanżagla i pogruchotała stewę[67], ale nic poza tym.

    1396

    „Błyskawica” chybiła swego celu, lecz nie zwolniła rozpędu i zniknęła w mroku, nie ujawniwszy liczebności załogi ani uzbrojenia.

    1397

    — Do stu piorunów! — krzyknął Van Stiller, który wstrzymał oddech w oczekiwaniu na straszne uderzenie. — To się nazywa mieć szczęście!

    1398

    — Chwilę temu nie dałbym nawet złamanego centa za marynarzy z tamtego statku — przytaknął Carmaux. — Już widziałem, jak toną w kipieli morskiej.

    1399

    — Myślisz, że kapitan uderzy ponownie?

    1400

    — Hiszpanie mają się teraz na baczności i z pewnością pokażą nam się od dziobu.

    1401

    — I zasypią nas kulami. Gdyby to był dzień, to natarcie mogłoby wyjść nam na złe.

    1402

    — Ale nie odnieśliśmy prawie żadnych strat.

    1403

    — Milcz, Carmaux!

    1404

    — Co się stało?

    1405

    Czarny Korsarz przyłożył tubę do ust i krzyknął:

    1406

    — Przygotować się do zwrotu!

    1407

    — Wracamy? — zainteresował się Van Stiller.

    1408

    — A niech to! Ani chybi nie odpuści Hiszpanom — zaklął Carmaux.

    1409

    — Coś mi się widzi, że nasz wróg myśli podobnie.

    1410

    Tak rzeczywiście było. Hiszpanie zeszli z obranego wcześniej kursu. Ich okręt dryfował, ustawiony skosem do wiatru, czekał na podjęcie rękawicy. Załoga co chwilę wykonywała zwrot, ustawiając statek dziobem do przeciwnika, by uniknąć staranowania.

    1411

    Po przepłynięciu dwóch mil także i „Błyskawica” dokonała zwrotu, lecz zaniechała kolejnej próby szarżowania na nieprzyjaciela. Trzymając się poza zasięgiem kul armatnich, zataczała teraz wokół niego wielkie kręgi.

    1412

    — Już rozumiem — odezwał się Carmaux. — Kapitan czeka świtu, by rozpocząć atak i rzucić wszystkie siły do abordażu.

    1413

    — Dzięki temu Hiszpanie nie wymkną się w kierunku Maracaibo — dodał Van Stiller.

    1414

    — Dokładnie tak. Mój drogi, przygotujmy się na desperacką walkę i, tak jak nakazuje piracki obyczaj, jeśli mnie przepołowi kula armatnia lub przyjdzie mi wyzionąć ducha na wrogim statku, oto ustanawiam cię spadkobiercą mojej skromnej fortuny.

    1415

    — Którą stanowią? — roześmiał się Van Stiller.

    1416

    — Dwa szmaragdy, a każdy wart jest co najmniej pięćset piastrów. Znajdziesz je zaszyte w podszewce mojego kaftana.

    1417

    — Za to można ucztować dwa tygodnie na Tortudze. Ja zaś mianuję ciebie, drogi Carmaux, moim spadkobiercą, ale uprzedzam, że nie mam nic prócz trzech dublonów zaszytych w pasie.

    1418

    — Wystarczająco, by kupić sześć butelek hiszpańskiego wina, którymi nie omieszkam wznieść toastu na twoją cześć, przyjacielu.

    1419

    — Dziękuję, Carmaux. Teraz jestem spokojny i mogę ze spokojem czekać na śmierć.

    1420

    Tymczasem „Błyskawica” wciąż zataczała kręgi wokół nieruchomego nieprzyjaciela, ograniczającego się tylko do ciągłego ustawiania się dziobem w jej kierunku. Szybowała lekko niczym wspaniały ptak, jak łowca polujący na ofiarę, lecz nie otwierała ognia.

    1421

    Czarny Korsarz nie wypuszczał steru z rąk. Oczy błyszczały mu jak nocnemu drapieżnikowi, ani na chwilę nie spuszczał z nich hiszpańskiego żaglowca. Wydawało się, że próbuje odgadnąć, co dzieje się na jego pokładzie, i przewidzieć najdrobniejszy fałszywy ruch, który pozwoliłby na wyprowadzenie śmiertelnego ciosu.

    1422

    Załoga patrzyła na niego z zabobonnym lękiem. Ten człowiek, który nawigował statkiem, jakby przelał weń własną duszę, okrążał swój łup, prawie nie manewrując żaglami. Jego ponury wygląd i niezłomna postawa wzbudzały przerażenie nawet wśród nieznających lęku pogromców mórz. Przez całą noc „Błyskawica” krążyła wokół nieprzyjaciela, nie odpowiadając na mało skuteczne strzały armatnie, które od czasu do czasu jej posyłano. Gdy gwiazdy przybladły i pierwsze promienie świtu zabarwiły wody zatoki, Czarny Korsarz poderwał się i krzyknął:

    1423

    — Bracia moi! Wszyscy na stanowiska! Bandera w górę!

    1424

    „Błyskawica” zmieniła kurs i popłynęła prosto na wroga, gotując się do abordażu.

    1425

    Na bezanmaszt wciągnięto potężną banderę Czarnego Korsarza, którą dodatkowo przybito do drzewca, by zbyt łatwo nie padła łupem wroga. Jej utrata była równoznaczna śmierci, utrzymanie jej oznaczało zwycięstwo; dobrowolne poddanie się wrogom w ogóle nie wchodziło w rachubę. Artylerzyści na rufie przygotowali działa, a piraci ustawieni przy relingach wystawili muszkiety przez otwory strzelnicze, gotowi w każdej chwili zasypać wroga gradem kul.

    1426

    Czarny Korsarz upewnił się, czy wszyscy znajdowali się stanowiskach bojowych, spojrzał, czy marynarze zajęli miejsce w bocianim gnieździe, na salingach[68] i rejach, po czym krzyknął:

    1427

    — Moi morscy bracia! Nie powstrzymuję was dłużej! Niech żyją piraci!

    1428

    Na pokładzie trzykrotnie rozbrzmiało głośne „hurra!” i huknęło z armat.

    1429

    Hiszpański okręt ustawił się pod wiatr i podpływał coraz bliżej. Zaiste jego załoga musiała być wyjątkowo bitna i odważna, gdyż zazwyczaj hiszpańskie okręty, znając z doświadczenia odwagę straszliwych przeciwników, unikały bezpośrednich starć z piratami z Tortugi. Gdy podpłynęli na tysiąc kroków, rozpoczęli wściekłą kanonadę. Halsujący wprost na „Błyskawicę” statek, spowity chmurami prochowego ognia, raził piratów ogniem z dział na sterburcie.

    1430

    Był to ogromny, wysoki trzypokładowiec, który posiadał czternaście otworów artyleryjskich; bez dwóch zdań prawdziwa wojenna fregata, która z jakiegoś powodu odłączyła się od floty admirała Toledo.

    1431

    Na mostku kapitańskim z szablą w ręku stał kapitan ubrany we wspaniały mundur oficerski. Dookoła niego zgromadzili się oficerowie, a na pokładzie uwijało się wielu marynarzy.

    1432

    Przy akompaniamencie huków i wybuchów okręt odważnie sunął na spotkanie „Błyskawicy”, a na jego grotmaszcie dumnie powiewała wielka, hiszpańska flaga.

    1433

    Korsarski żaglowiec, mimo skromnych rozmiarów, nie uląkł się gradu kul.

    1434

    Pruł coraz szybciej prosto na wroga, odpowiadając ogniem z dział rufowych.

    1435

    Czarny Korsarz wyczekiwał na dogodny moment, by móc ustawić statek bokiem i wypalić z dwunastu furt działowych.

    1436

    Nieprzyjaciel zasypał piratów deszczem kartaczy. Pociski uszkadzały burty, łomotały w ładowni, niszczyły nadburcia, utrudniając przy tym sterowanie, i siały spustoszenie wśród marynarzy, którzy zajęli pozycje na dziobie. Mimo tego wściekłego ataku statek nie schodził z kursu i z wielką śmiałością parł do abordażu.

    1437

    Gdy „Błyskawica” zbliżyła się do wroga na czterysta metrów, wtedy dopiero strzelcy wypalili z muszkietów; zasypali żelastwem pokład nieprzyjacielskiego statku, czym znacznie wzmocnili siłę armatniego ognia.

    1438

    Ta huraganowa salwa okazała się być tragiczna w skutkach dla Hiszpanów.

    1439

    Piraci prowadzili ogień z niezwykłą celnością, rzadko chybiając celu.

    1440

    Doświadczenia z dawnych czasów, kiedy to jeszcze jako myśliwi polowali na dziko żyjące bydło, były tu na wagę złota.

    1441

    Rzeczywiście pokaźne arkebuzy siały większe spustoszenie niż ładowane w armaty kartacze. Hiszpanie rażeni kulami dziesiątkami padali wzdłuż relingów. Pociski sięgały też puszkarzy na kasztelu i oficerów na mostku.

    1442

    Po dziesięciu minutach nie ostał się już nikt. Trafiony kulą padł też dowódca wśród swoich oficerów, zanim jeszcze oba statki szczepiły się ze sobą.

    1443

    Pozostała jeszcze obsługa dział w lukach, liczniejsza niż marynarze na pokładzie. Zwycięstwo zawisło więc na włosku.

    1444

    Gdy statki zbliżyły się na odległość dwudziestu metrów, wykonały nagły zwrot. Wśród huku dział padały komendy Czarnego Korsarza:

    1445

    — Zrefować grotżagiel i marsel, brasować reje na fokmaszcie, naciągnąć bezanmaszt ile się da!

    1446

    Gwałtowne pchnięcie steru skręciło nagle „Błyskawicę”, która siłą rozpędu wbiła się bukszprytem we wroga, dziurawiąc mu ożaglowanie bezanmasztu.

    1447

    Czarny Korsarz, trzymając szablę w prawej dłoni i pistolet w lewej, zbiegł z górnego pokładu.

    1448

    — Kamraci! — huknął. — Do abordażu!

    Rozdział XI. Flamandzka księżniczka

    1449

    Na widok Czarnego Korsarza i Morgana gotujących się do abordażu na zdobycz, która już nie mogła im się wymknąć, załoga rzuciła się za nimi jak jeden mąż.

    1450

    Piraci odrzucili bezużyteczne w bezpośredniej walce muszkiety. Z kordelasami i pistoletami w dłoniach przypuścili atak. Naparli na wroga jak niepowstrzymany nurt wody i wrzeszczeli na całe gardło, próbując jeszcze bardziej przerazić Hiszpanów.

    1451

    Rzucono haki, by sczepić oba statki, ale kilku niecierpliwych śmiałków wspięło się po drzewcach bukszprytu i czepiając się salingów i sztagów, opuszczając w dół po delfiniaku[69], przeskoczyło na pokład wroga.

    1452

    Tam piraci napotkali na silny opór przeciwnika. Z luków z bronią w ręku wyskakiwali, gotowi na wszystko, marynarze z obsługi dział.

    1453

    Była ich przynajmniej setka, a przewodziło im kilku oficerów i artylerzystów. W mgnieniu oka rozproszyli się po mostku, wbiegli na kasztel i rzucili się na piratów, którzy jako pierwsi przeskoczyli na hiszpański okręt. Pozostali wbiegli na rufówkę[70] i z dwóch stojących tam dział z krótkiego dystansu razili pokład „Błyskawicy” huraganowym ogniem.

    1454

    Czarny Korsarz nie zwlekał dłużej. Oba statki, sczepione hakami, znajdowały się już burta przy burcie.

    1455

    Przeskoczył reling i zwinnie wylądował na pokładzie, krzycząc:

    1456

    — Do mnie piraci!

    1457

    Za nim skoczył Morgan, a następnie strzelcy. Równocześnie marynarze w bocianim gnieździe, na rejach i na drablinach[71] zarzucali hiszpańską załogę granatami i dziesiątkowali piekielnym ogniem z muszkietów i pistoletów. Walka stawała się coraz bardziej zażarta.

    1458

    Czarny Korsarz ze swymi ludźmi trzy razy szturmował kasztel, gdzie skupiło się około siedemdziesięciu Hiszpanów, którzy z tej dogodnej pozycji mogli razić pokład armatnim ogniem, i trzykroć został odepchnięty. Morgan natomiast nie potrafił złamać oporu, który napotkał na dziobie.

    1459

    Obie strony walczyły z dużą determinacją. Zdziesiątkowani przez arkebuzerów, Hiszpanie mężnie stawiali opór, woląc drogo sprzedać życie niż poddać się.

    1460

    Piraci zasypywali ich granatami, które siały spustoszenie w ich szeregach, lecz Hiszpanie nie cofnęli się. Wokół garstki obrońców rósł z każdą chwilą stos rannych i zabitych, ale hiszpańska flaga wciąż żywo powiewała na bezanmaszcie, a wyszyty na niej krzyż, oświetlony przez pierwsze promienie wschodzącego słońca, płonął jasnym blaskiem. Opór nie mógł trwać już długo.

    1461

    Desperacka obrona tylko podjudziła piratów do okrucieństwa. Pod wodzą walczącego w pierwszym szeregu kapitana raz jeszcze natarli na kasztel.

    1462

    Marynarze ze wszystkich stron przypuścili atak na ostatnich obrońców nieszczęsnego statku: wspinali się po drablinach, skakali ze sztagów bezanmasztu i z want[72] rufowych, wdrapywali się na ławki i burty.

    1463

    Czarny Korsarz przebił się przez mur ludzkich ciał i rzucił w sam środek walki. Odrzucił kordelas i dobył szabli, która ze świstem cięła powietrze, zadawała ciosy, cięła żelazo, bez ustanku siekła na prawo i na lewo. Nikt nie potrafił parować ciosów zadanych z taką siłą. Wokół niego otworzyła się przestrzeń i nagle znalazł się sam pośród stosu ciał, z nogami unurzanymi w spływającej po pokładzie krwi.

    1464

    W tej chwili Morgan nadbiegł z posiłkami. Udało mu się w końcu zdobyć pokład dziobowy i teraz gotował się do wybicia niedobitków, którzy z desperacką odwagą bronili sztandaru zawieszonego na głównym maszcie.

    1465

    — Na nich! — rozkazał Morgan.

    1466

    Czarny Korsarz powstrzymał go okrzykiem:

    1467

    — Kamraci! Czarny Korsarz zwycięża, ale nie morduje!

    1468

    Atak piratów zatrzymał się, a gotująca się do ciosu broń opadła.

    1469

    — Poddajcie się! — krzyknął Czarny Korsarz, zbliżając się do Hiszpanów skupionych wokół sterownicy. — Darujemy wam życie w nagrodę za odwagę.

    1470

    Jedyny ocalały z podoficerów wystąpił naprzód, rzucając na pokład poplamiony krwią topór.

    1471

    — Pokonaliście nas — powiedział ochrypłym głosem. — Zróbcie z nami, co chcecie.

    1472

    — Podnieś swój topór, panie — odparł szlachetnie Czarny Korsarz. — Marynarze tak dzielnie broniący swego statku, choć daleko pływa on od macierzystego portu, zasługują na szacunek.

    1473

    Przyjrzał się ocalałym, nie poświęcając więcej uwagi osłupiałemu oficerowi.

    1474

    Ten wstrząśnięty był do głębi, co było zrozumiałe, jeśli weźmie się pod uwagę, że w tego typu bitwach piraci bardzo rzadko akceptowali dobrowolne poddanie się i prawie nigdy nie darowali wolności bez żądania okupu.

    1475

    Bitwę przeżyło tylko osiemnastu obrońców, z których prawie wszyscy byli ranni. Złożyli już broń i z ponurą rezygnacją czekali na swój los.

    1476

    — Morgan — rozkazał Czarny Korsarz — każ opuścić na wodę dużą szalupę z zapasami na siedem dni.

    1477

    — Puszczasz ich wolno? — z pewnym żalem zapytał zastępca.

    1478

    — Tak, panie Morgan — doceniam i nagradzam śmiałość i odwagę.

    1479

    Na te słowa oficer wystąpił i powiedział:

    1480

    — Dziękuję, kapitanie. Na zawsze zapamiętam wspaniałomyślność tego, którego zwą Czarnym Korsarzem.

    1481

    — Zamilcz. Odpowiedz lepiej na moje pytania.

    1482

    — Słucham, kapitanie.

    1483

    — Skąd płyniecie?

    1484

    — Z Vera Cruz[73].

    1485

    — Gdzie zamierzaliście rzucić kotwicę?

    1486

    — W Maracaibo.

    1487

    — Gubernator was oczekuje? — spytał Czarny Korsarz, marszcząc czoło.

    1488

    — Nic o tym nie wiem, kapitanie. Tylko nasz dowódca mógłby odpowiedzieć na to pytanie.

    1489

    — Masz racje. Do czyjej floty należał ten statek?

    1490

    — Do floty admirała Toledo.

    1491

    — Macie jakiś ładunek?

    1492

    — Kule i proch.

    1493

    — Możesz odejść.

    1494

    Oficer spojrzał na niego z pewnym zakłopotaniem, które nie umknęło uwagi pirata.

    1495

    — Chcesz coś dodać? — zapytał.

    1496

    — Są jeszcze inne osoby na pokładzie, kapitanie.

    1497

    — Jeńcy?

    1498

    — Nie, kobiety i słudzy.

    1499

    — Gdzie się znajdują?

    1500

    — W nadbudówce na rufie.

    1501

    — Kim są te kobiety?

    1502

    — Kapitan nie wyjawił nam tego, ale myślę, że jedna z kobiet pochodzi ze szlachetnego rodu.

    1503

    — Kto to może być?

    1504

    — Myślę, że jedna z nich to księżniczka.

    1505

    — Na wojennym okręcie? — zdziwił się Czarny Korsarz. — Gdzie wsiadła na pokład?

    1506

    — W Vera Cruz.

    1507

    — Dobrze. Uda się z nami na Tortugę, a jeśli będzie chciała odzyskać wolność, musi zapłacić okup, który wyznaczy moja załoga. Płyńcie teraz, dzielni marynarze, życzę wam, byście szczęśliwie dopłynęli do brzegu.

    1508

    — Dziękuję, panie.

    1509

    Duża szalupa została opuszczona na wodę. Zaopatrzono ją w żywność i zapasy wody na osiem dni, a oprócz tego w kilka muszkietów i zapas prochu.

    1510

    Oficer wraz z pozostałą przy życiu załogą opuścił statek i wsiadł do łodzi.

    1511

    Z grotmasztu ściągnięto majestatyczną, hiszpańską flagę, ten sam los spotkał banderę powiewającą na bezanmaszcie. W ich miejsce wciągnięto czarne, korsarskie bandery, co powitano dwukrotnym wystrzałem armatnim.

    1512

    Czarny Korsarz usiadł na dziobie i obserwował szalupę, która szybko oddalała się na południe, tam, gdzie szeroko rozlewała się zatoka Maracaibo.

    1513

    Kiedy oddaliła się wystarczająco, zszedł na pokład i mruknął do siebie:

    1514

    — I to są ludzie tego zdrajcy!

    1515

    Spojrzał na swoją załogę. Wszyscy byli zajęci przenoszeniem rannych do zaimprowizowanego na pokładzie punktu opatrunkowego i owijaniem ciał poległych w płótna, w których zostaną później pochowani w morzu. Czarny Korsarz gestem przywołał Morgana.

    1516

    — Powiedz moim ludziom — oznajmił — że rezygnuję na ich korzyść z części udziałów przypadających mi ze sprzedaży tego statku.

    1517

    — Kapitanie! — zawołał zaskoczony Morgan. — Ależ ten statek wart jest tysiące piastrów! Wiesz o tym.

    1518

    — A co mnie mogą obchodzić pieniądze? — ze wzgardą odparł Czarny Korsarz. — Mam własne powody, by prowadzić tę wojnę. Nie robię tego z chciwości lub dla bogactw. Poza tym otrzymałem już swoją część.

    1519

    — To nieprawda, panie.

    1520

    — Moją częścią jest dziewiętnastu więźniów, którzy musieliby zapłacić okup, by wykupić się z niewoli na Tortudze.

    1521

    — Nie byli wiele warci. Wszyscy razem wzięci nie zapłaciliby więcej niż tysiąc piastrów.

    1522

    — Mnie to wystarcza. Powiedz moim ludziom, że mają wyznaczyć okup za księżniczkę, która znajduje się na pokładzie tego statku. Gubernatorzy Vera Cruz i Maracaibo zapłacą, jeśli będą chcieli ujrzeć ją na wolności.

    1523

    — Nasi piraci kochają pieniądze, ale jeszcze bardziej kochają swego kapitana i oddadzą ci także więźniów z nadbudówki.

    1524

    — Pomyślimy o tym później — odparł Czarny Korsarz, wzruszając ramionami.

    1525

    Po tych słowach odwrócił się w kierunku rufy, gdy wtem drzwi od nadbudówki otworzyły się gwałtownie i ukazała się w nich dziewczęca postać, a za nią dwie służki i dwóch służących w eleganckich liberiach.

    1526

    Była to niezwykłej urody młoda dama, wysoka i smukła, o białej skórze, na której błyszczał delikatny rumieniec. Tak potrafią rumienić się tylko kobiety pochodzące z krajów północy, zwłaszcza Angielki i Dunki.

    1527

    Miała jasnozłociste włosy, w których przeplatały się srebrne refleksy; błękitna opaska zdobiona perłami podtrzymywała jej złote pukle, które zebrane w długi warkocz, spływały jej falami na plecy. Jej pięknie wykrojone oczy o trudnym do określenia kolorze lśniły stalowoszarym blaskiem. Oprawę oczu zamykały kształtne brwi, które o dziwo nie były jasne jak jej włosy, lecz czarne.

    1528

    Dziewczę to — a bez wątpienia było to dziewczę, gdyż nie miało jeszcze rozwiniętych form kobiecych — odziane było w elegancką suknię z błękitnego jedwabiu, ozdobioną bardzo modnym w owym czasie prostym, koronkowym kołnierzykiem, pozbawionym złotych i srebrnych haftów. Kilka sznurów pereł, wartych z całą pewnością kilka tysięcy piastrów, oplatało jej szyję, a w jej uszach mieniły się pysznie dwa szmaragdy, kamienie niezwykle poszukiwane i cenione w tamtych czasach.

    1529

    Dwie kobiety, które wyłoniły się za nią, bez wątpienia służące, były urodziwymi Mulatkami[74], o lekko opalonej skórze o miedzianych refleksach.

    1530

    Pozostali dwaj służący także byli Mulatami.

    1531

    Na widok pokładu zasłanego trupami, rannymi, bronią i połamanym takielunkiem, zasypanego kulami armatnimi i zbryzganego krwią, na twarzy dziewczęcia pojawił się niesmak. Cofnęła się odrobinę, jakby chciała zamknąć się na powrót w nadbudówce, by oszczędzić sobie tego okropnego widoku. Spostrzegła jednak Czarnego Korsarza, który zatrzymał się cztery kroki od niej, i marszcząc brwi, przemówiła do niego:

    1532

    — Co tu się wydarzyło?

    1533

    — Możesz się domyślić, pani — odparł Czarny Korsarz, kłaniając się. — Miała tu miejsce straszna bitwa, która zakończyła się klęską Hiszpanów.

    1534

    — A ty kim jesteś?

    1535

    Czarny Korsarz odrzucił zakrwawioną szpadę, którą wciąż trzymał w dłoni, i z gracją uchylił pierzastego kapelusza, uprzejmie mówiąc:

    1536

    — Pani, jestem szlachcicem przybyłym tu zza oceanu.

    1537

    — Ale to mi niewiele mówi o tym, kim jesteś — odparła odrobinę udobruchana dobrymi manierami pirata.

    1538

    — A więc dodam, że jestem szlachcicem Emiliem z Roccanery, panem na Valpencie i Ventimiglia, choć na tych wodach znany jestem pod innym imieniem.

    1539

    — Jakim, panie?

    1540

    — Czarny Korsarz.

    1541

    Na dźwięk tego imienia przez piękną twarz panny przemknął cień strachu.

    1542

    Różowa jej skóra stała się biała niczym alabaster.

    1543

    — Czarny Korsarz — wyszeptała, patrząc na niego zagubionym wzrokiem. — Okrutny Korsarz z Tortugi, nieprzejednany wróg Hiszpanów.

    1544

    — Chyba jesteś w błędzie, pani. Mogę walczyć z Hiszpanami, ale nie mam powodów, by ich nienawidzić. Dowodem na moje słowa niech będzie to, co uczyniłem z ocalałymi z rzezi marynarzami. Czy widzisz w oddali, na horyzoncie, czarny punkt, jakby zawieszony w przestrzeni? To łódź z dziewiętnastoma hiszpańskimi marynarzami na pokładzie, których puściłem wolno, choć prawem wojennym mogłem ich zabić albo uwięzić.

    1545

    — Czyżby zatem mylili się ci, którzy przedstawiają cię jako najstraszliwszego pirata z Tortugi?

    1546

    — Być może — potwierdził pirat.

    1547

    — A co uczynisz ze mną?

    1548

    — Jedno pytanie, pani.

    1549

    — Słucham.

    1550

    — Skąd jesteś?

    1551

    — Jestem Flamandką[75].

    1552

    — Księżniczką, jak słyszałem.

    1553

    — Zgadza się — z niezadowoleniem odparła dama, jakby uraziła ją wiedza pirata na temat jej wysokiej pozycji społecznej.

    1554

    — Jak masz na imię?

    1555

    — To konieczne?

    1556

    — Jeśli pragniesz odzyskać wolność, tak, to ważne, bym wiedział, kim jesteś.

    1557

    — Wolność? Ach! Tak, to prawda, zapomniałam, że jestem twoim więźniem.

    1558

    — Nie moim, lecz piratów. Jeśli chodzi o mnie, oddałbym ci moją najlepszą łódź i moich najbardziej zaufanych marynarzy i kazałbym im odwieźć cię do najbliższego portu, ale nie mogę łamać praw ustanowionych przez Bractwo Wybrzeża.

    1559

    — Dziękuję — odpowiedziała, uśmiechając się ujmująco. — Byłoby to doprawdy zaskakujące, gdyby mężczyzna pochodzący z rycerskiego rodu książąt sabaudzkich był nikim innym jak pospolitym, morskim złodziejaszkiem.

    1560

    — Harde to słowa dla pirackiej braci! — odparł Czarny Korsarz, marszcząc czoło. — Morski złodziejaszek! Nie wiesz, pani, ilu jest wśród nich mścicieli! Czy Montbars, Tępiciel, nie prowadził wojny po to, by pomścić biednych Indian, wyniszczonych przez niezaspokojoną chciwość hiszpańskich poszukiwaczy przygód? Kto wie, może pewnego dnia będzie ci dane dowiedzieć się, z jakiego powodu szlachcic z rodu książąt sabaudzkich żegluje po wodach Wielkiej Zatoki. Twoje imię?

    1561

    — Honorata Willerman, księżniczka Weltrendrem.

    1562

    — Bywaj zdrowa, pani. Tymczasem pozostań w saloniku na rufie. My zaś musimy spełnić smutny obowiązek pochowania ciał przyjaciół poległych w walce, lecz wieczorem będę cię oczekiwał na kolacji na pokładzie mojego statku.

    1563

    — Dziękuję, panie — odparła podając mu swoją białą, dziecięcą dłoń o smukłych palcach.

    1564

    Skłoniła lekko głowę i wycofała się wolno, lecz przed zamknięciem drzwi odwróciła się jeszcze. Widząc, że Czarny Korsarz stoi wciąż w tym samym miejscu z kapeluszem w ręku, posłała w jego stronę ostatni uśmiech.

    1565

    Pirat nie poruszył się. Jego oblicze nachmurzyło się, a ponure spojrzenie świdrowało uparcie drzwi kajuty.

    1566

    Stał tam przez chwilę, jakby jakaś uporczywa myśl przykuła go do miejsca, a przed oczami zmaterializowała się ulotna wizja, po czym potrząsnął głową i powiedział do siebie:

    1567

    — Głupoty!

    Rozdział XII. Pierwsze uniesienie

    1568

    Zażarta bitwa pomiędzy dwoma statkami była opłakana w skutkach dla obu stron. Ponad dwieście trupów zaścielało pokład, dziób i rufę hiszpańskiego żaglowca. Część Hiszpanów poległa od wybuchów granatów rzucanych przez korsarskich obserwatorów z bocianiego gniazda i z rei, inni zginęli w bezpośrednim ogniu muszkietowych salw i od pistoletowych kul, a jeszcze inni od ran zadanych białą bronią.

    1569

    Hiszpańska załoga uszczupliła się o stu sześćdziesięciu marynarzy, zaś piraci stracili czterdziestu ośmiu ludzi, nie licząc dwudziestu sześciu rannych, którzy zostali opatrzeni w wyznaczonym miejscu na pokładzie „Błyskawicy”.

    1570

    Nie tylko załogi poniosły straty, także same statki ucierpiały niemało w czasie kanonady. „Błyskawica” dzięki szybkiemu atakowi i zwrotności straciła tylko kilka łatwych do wymiany rei, do których nie brakowało części wymiennych. Do tego w wielu miejscach miała uszkodzone burty i przyrządy sterownicze. Okazało się to naprawdę drobnostką w porównaniu do fregaty, która była teraz podziurawioną krypą i nie nadawała się do dalszej żeglugi.

    1571

    Kule armatnie zgruchotały jej ster; grotmaszt, u stóp którego wybuchł pocisk, chwiał się, jakby miał za chwilę runąć, zaś bezanmaszt stracił wiele want i część sztagów, a burty były poważnie uszkodzone.

    1572

    Mimo tych wszystkich strat był to wciąż piękny żaglowiec, który po odpowiedniej naprawie można by sprzedać na Tortudze ze znacznym zyskiem, zwłaszcza że wyposażony był w liczne otwory strzelnicze i dobre uzbrojenie, co było bardzo pożądane przez karaibskich piratów, którym zwykle brakowało jednego albo drugiego.

    1573

    Czarny Korsarz obejrzał szkody wyrządzone podczas walki. Rozkazał oczyścić pokład z trupów i wykonać najpilniejsze naprawy. Śpieszno mu było opuścić te okolice; obawiał się bowiem, że z pobliskiego wciąż Maracaibo admirał Toledo mógłby go zaskoczyć niespodziewanym natarciem.

    1574

    Smutny obowiązek usuwania ciał marynarzy z pokładu został spełniony.

    1575

    Polegli zostali parami owinięci w płótno, które obciążono kulą armatnią przywiązaną do ich nóg. Ciała wrzucono do morza, lecz wcześniej odebrano im wszelkie wartościowe przedmioty, z których ryby i tak nie miałyby pożytku, z czego żartował Carmaux z Van Stillerem, którzy zrządzeniem losu uniknęli śmierci.

    1576

    Po tej żałobnej ceremonii załoga, pod kierunkiem bosmanów i kwatermistrza, uprzątnęła pokład z odłamków, zmyła wodą krew z desek i wymieniła uszkodzone części i strzaskane przez ostrzał przyrządy sterownicze.

    1577

    Na zdobycznym okręcie ścięto grotmaszt, a bezanmaszt wzmocniono dodatkowymi belkami, zaś w miejsce sterownicy zamontowano olbrzymich rozmiarów wiosło, gdyż w składziku cieśli okrętowego nie znaleziono niczego innego, co mogłoby ją zastąpić.

    1578

    Mimo tych wszystkich napraw żaglowiec wciąż nie nadawał się do żeglugi.

    1579

    Postanowiono więc, że „Błyskawica” weźmie go na hol, co było na rękę Czarnemu Korsarzowi, który nie chciał rozdzielać i tak mocno już uszczuplonej załogi. Z rufy „Błyskawicy” zrzucono więc pokaźną cumę, którą przymocowano do dziobu fregaty.

    1580

    O zachodzie słońca piraci podnieśli żagle i wolno pożeglowali na północ, pragnąc jak najszybciej dobić do bezpiecznego portu wyspy o straszliwej sławie.

    1581

    Przed zapadnięciem nocy Czarny Korsarz wydał ostatnie zarządzenia i nakazał podwoić wachty. Po porannej potyczce nie czuł się w pełni bezpieczny tak blisko wenezuelskich wybrzeży. Polecił też Carmaux i Mokowi popłynąć na fregatę po flamandzką księżniczkę.

    1582

    Gdy dwaj piraci odpływali szalupą w stronę holowanego przez „Błyskawicę” statku, Czarny Korsarz krążył po pokładzie, podrygując nerwowo, co było oznaką wielkiego ożywienia i głębokiego niepokoju.

    1583

    Wbrew swoim nawykom był rozdrażniony i niespokojny. Co rusz zatrzymywał się, jakby gnębiła go jakaś natrętna myśl. Krążył wokół Morgana, który trzymał wachtę na dziobie, sprawiając wrażenie, że chce z nim o czymś porozmawiać, ale ostatecznie odwracał się do niego plecami i wracał na rufę.

    1584

    Nachmurzył się jak zwykle, a może nawet bardziej. Trzykrotnie wchodził na kasztel i spoglądał na hiszpański żaglowiec, ze zniecierpliwieniem machając ręką, i trzykrotnie zbiegał zeń, zatrzymując się dopiero na dziobie, z oczyma utkwionymi w tarczę księżyca, który nieśpiesznie wschodził nad horyzontem, rozlewając na powierzchni morza srebrzystą poświatę.

    1585

    Gdy do jego uszu dobiegł dźwięk szalupy ocierającej się o burtę, pośpieszył do drabinki zawieszonej na bakburcie.

    1586

    Honorata wspinała się lekko jak ptak, prawie nie przytrzymując się szczebelków. Miała na sobie poranne szaty, lecz głowę osłoniła obszernym szalem z barwnego jedwabiu, przetykanym złotą nicią i obszytym frędzlami. Czarny Korsarz czekał na nią z kapeluszem w ręku, z lewą ręką opartą na szabli.

    1587

    — Dziękuję, pani, że zechciałaś zaszczycić mój statek swoją obecnością — powitał ją.

    1588

    — To ja powinnam ci podziękować, za to że zechciałeś mnie tu zaprosić — odparło dziewczę, pochylając lekko głowę. — Nie zapominam, że jestem twoim więźniem.

    1589

    — Nawet pirat wie, co to dobre maniery — odparł z lekką ironią Czarny Korsarz.

    1590

    — Masz do mnie żal o słowa, które wymknęły mi się rano?

    1591

    Czarny Korsarz nie odpowiedział. Skinieniem ręki zachęcił ją, aby poszła za nim.

    1592

    — Chciałabym zadać ci pytanie — powstrzymała go.

    1593

    — Mów.

    1594

    — Nie masz nic przeciw temu, że zabrałam ze sobą jedną z moich sług?

    1595

    — Nie, pani. Myślałem, że zabierzesz je obie.

    1596

    Rycersko zaoferował jej swoje ramię i zaprowadził do kajuty w nadbudówce. Ta niewielka przestrzeń pod górnym pokładem była umeblowana z elegancją i z przepychem, który zadziwił nawet młodą księżniczkę, przyzwyczajoną przecież do największych luksusów.

    1597

    Najwyraźniej Czarny Korsarz, mimo pirackiego trybu życia, nie zrezygnował całkiem z wygód, do jakich przywykł we własnych posiadłościach. Ściany salonu obite były błękitnym jedwabiem, pikowanym złotem, na których zawieszono wielkie lustra weneckie, a podłoga niknęła pod miękkim, wschodnim dywanem. W oknach, które wychodziły na morze, wisiały muślinowe zasłony.

    1598

    W rogach stały kredensy ze srebrną zastawą, zaś pośrodku salonu pysznił się bogato zastawiony stół, nakryty śnieżnobiałym, flandryjskim[76] obrusem. Wokół niego ustawiono wygodne fotele z metalowymi ćwiekami, obite niebieskim aksamitem.

    1599

    Pomieszczenie oświetlały dwa srebrne kandelabry misternej roboty, które rzucały światło na lustra i na wiszące nad drzwiami skrzyżowane szable.

    1600

    Czarny Korsarz zaprosił młodą damę i jej służącą, by usiadły i rozgościły się, po czym zajął miejsce naprzeciw. Do stołu podawał silny jak Herkules Moko, serwując potrawy prosto na srebrne talerze, na których wyryty był nikomu nieznany herb. Możliwe, że należał do samego kapitana, gdyż przedstawiał skałę z czterema orłami na szycie i z trudnym do odgadnięcia rysunkiem.

    1601

    Posiłek składał się głównie ze świeżych ryb, które kucharz przyrządził po mistrzowsku na różne sposoby. Oprócz tego na stole znalazły się mięsne konserwy, słodycze i tropikalne owoce, a także wybór hiszpańskich i włoskich win. Czas kolacji upłynął w milczeniu. Czarny Korsarz nie kwapił się do rozmowy, a i Flamandka nie śmiała wyrywać go z zadumy.

    1602

    Gdy zaserwowano czekoladę — wedle hiszpańskiego zwyczaju — w niewielkich, porcelanowych filiżankach, Czarny Korsarz zdecydował się w końcu przerwać panujące milczenie.

    1603

    — Wybacz mi, pani — zwrócił się do swego gościa — że podczas posiłku wydałem się zmartwiony i nie byłem dla ciebie najweselszym towarzyszem. Ale kiedy zapada zmrok, noc spowija też moją duszę, a myśli moje biegną do przepastnych otchłani Wielkiej Zatoki i ulatują ku okrytym mgłom krainom, których brzegi obmywa Północne Morze. Czego chcesz? Wiele ponurych wspomnień dręczy mój umysł i serce!

    1604

    — Ciebie, panie? Najdzielniejszego z piratów? — zdziwiła się dziewczyna. — Przemierzasz morza na swoim statku, który zwycięża w walce inne okręty, masz przy sobie odważnych ludzi, którzy na twój jeden rozkaz pójdą na śmierć, nie brak ci skarbów i bogactw, jesteś jednym z najzuchwalszych pirackich przywódców! I ty się smucisz?

    1605

    — Popatrz na moje ubranie i pomyśl o moim imieniu. Czy to wszystko samo w sobie nie jesteś żałobne?

    1606

    — To prawda — przyznała dziewczyna, uderzona słusznością tych słów. — Nosisz szaty ciemne niczym noc, a piraci nadali ci imię, przed którym wszyscy drżą. Jakiś czas temu przebywałam w Vera Cruz, w gościnie u markiza d'Heredijas; snuto tam na twój temat opowieści, które przyprawiają o ciarki.

    1607

    — Jakie, pani? — zapytał pirat z szyderczym uśmiechem. W jego oczach zapłonął mroczny ogień; patrzył na dziewczynę długo i tak przenikliwie, jakby próbował wyczytać coś w jej duszy.

    1608

    — Słyszałam, że Czarny Korsarz, gnany żądzą straszliwej zemsty, przepłynął Atlantyk wraz z dwoma braćmi; jeden z nich ubierał się w czerwień, drugi w zieleń.

    1609

    — Ach tak! — pirat nachmurzył się.

    1610

    — Mówili mi, że jesteś człowiekiem ponurym i milczącym. Kiedy huragany gniewnym szałem ogarniały Antyle, ty na przekór wiatrom i falom, gardząc śmiercią i niebezpieczeństwem, wychodziłeś w morze i żeglowałeś po wodach Zatoki, i że, chroniony przez piekielne moce, nieustraszenie wyzywałeś siły natury.

    1611

    — Co jeszcze mówiono? — powiedział Czarny Korsarz, podnosząc głos.

    1612

    — Mówiono, że korsarzy ubranych w zieleń i czerwień powieszono, a stało się to za sprawą człowieka, który jest twoim śmiertelnym wrogiem, i że…

    1613

    — Tak? — zachęcał Czarny Korsarz ponurym głosem.

    1614

    Lecz młoda dama nie dokończyła. Spoglądała teraz na pirata z pewnym niepokojem, niepozbawionym strachu.

    1615

    — Czemu przerwałaś swą opowieść? — zapytał.

    1616

    — Nie mam odwagi — odparła z wahaniem.

    1617

    — Boisz się mnie, pani?

    1618

    — Nie, ale…

    1619

    Po czym wstała i szorstko zapytała:

    1620

    — To prawda, że przywołujesz zmarłych?

    1621

    Naraz, nieoczekiwanie, ogromna fala rozbiła się o burtę, aż echo poniosło się po ładowni. Wodna grzywa zbryzgała pianą okna saloniku, mocząc zasłony.

    1622

    Korsarz zerwał się na nogi blady niczym duch. Spojrzał na dziewczynę, w jego czarnych niczym węgiel oczach widać było ogromne poruszenie. Podszedł do okna, otworzył je i wyjrzał na zewnątrz.

    1623

    Morze było spokojne, jego powierzchnia lśniła w bladym świetle księżyca. Lekka bryza, która napinała żagle „Błyskawicy”, delikatnie marszczyła taflę wody.

    1624

    Jednak o lewą burtę wciąż biła spieniona woda, jakby kotłowały się tam ogromne bałwany morskie, powstałe za przyczyną jakiejś tajemniczej siły lub niewytłumaczalnego zjawiska.

    1625

    Czarny Korsarz znieruchomiał. Skrzyżował ręce na piersi i w ciszy obserwował morze, próbując płonącym spojrzeniem przeniknąć jego czeluści. Księżniczka na palcach zbliżyła się do niego. Ona też była blada, podszyta irracjonalnym lękiem.

    1626

    — Czemu tak się przyglądasz, panie? — zapytała słodkim głosem.

    1627

    Czarny Korsarz nie poruszył się, jakby w ogóle jej nie słyszał.

    1628

    — O czym myślisz? — ponowiła pytanie.

    1629

    — Zastanawiałem się — odpowiedział smutno — czy pochowani w głębinach morza zmarli mogą opuścić morską otchłań, która jest ich mogiłą, i pojawić się na powierzchni?

    1630

    Dziewczyna zadrżała.

    1631

    — O jakich zmarłych mówisz? — zapytała po chwili milczenia.

    1632

    — O tych, którzy umarli i nie zostali pomszczeni.

    1633

    — O twoich braciach?

    1634

    — Być może — wyszeptał Czarny Korsarz.

    1635

    Szybkim krokiem podszedł do stołu i napełnił dwa puchary białym winem. Po chwili odezwał się do niej z wymuszonym uśmiechem, który zupełnie nie pasował do jego bladej twarzy.

    1636

    — Twoje zdrowie, pani! Noc upływa, a ty musisz wrócić na swój statek.

    1637

    — Noc jest spokojna, panie. Nic nie grozi łodzi, która ma mnie odwieźć z powrotem.

    1638

    Ponure spojrzenie Czarnego Korsarza rozjaśniło się odrobinę.

    1639

    — Chcesz dotrzymać mi towarzystwa? — zapytał.

    1640

    — Jeśli ci się nie naprzykrzam.

    1641

    — Wręcz przeciwnie. Życie na morzu jest ciężkie; chwile wytchnienia takie jak ta zdarzają się rzadko. Lecz jeśli mnie wzrok nie myli, coś każe ci tu zostać.

    1642

    — Być może.

    1643

    — Mów! Przeminął już mój smutek.

    1644

    — Powiedz mi, panie, to prawda, że opuściłeś swoją ojczyznę i przybyłeś tu, by dokonać strasznej zemsty?

    1645

    — Zgadza się, i nie zaznam spokoju ani na morzu, ani na ziemi, dopóki jej nie spełnię.

    1646

    — Tak bardzo nienawidzisz tego człowieka?

    1647

    — Tak bardzo, że wylałbym ostatnią kroplę krwi, byle tylko go zabić.

    1648

    — Co takiego ci zrobił?

    1649

    — Zniszczył moją rodzinę, pani, ale dwie noce temu złożyłem straszną przysięgę i dotrzymam jej, choćbym miał cały świat przemierzyć i otworzyć trzewia ziemi, by dosięgnąć mego śmiertelnego wroga i wszystkich, którzy mają pecha nosić jego nazwisko.

    1650

    — Ten człowiek żyje tutaj w Ameryce?

    1651

    — W jednym z miast zatoki.

    1652

    — A jego imię? — spytała dziewczyna z wielkim niepokojem. — Czy mogę je poznać?

    1653

    Czarny Korsarz nie odpowiedział, zamiast tego zajrzał jej w oczy.

    1654

    — Chcesz je poznać? — powiedział po kilku chwilach. — Nie należysz do pirackiego bractwa, zdradzenie ci go mogłoby być poważnym błędem.

    1655

    — Panie! — krzyknęła, blednąc.

    1656

    Czarny Korsarz potrząsnął głową, jakby odpędzał od siebie natrętną myśl, po czym, wyraźnie wzburzony, podniósł się gwałtownie i zaczął nerwowo spacerować.

    1657

    — Już późno. Musisz wrócić na statek.

    1658

    Odwrócił się w stronę Moka, który stał pod drzwiami nieruchomy niczym bazaltowy posąg:

    1659

    — Szalupa gotowa?

    1660

    — Tak, kapitanie.

    1661

    — Kto nią dowodzi?

    1662

    — Biały przyjaciel i jego kompan.

    1663

    — Chodź, pani.

    1664

    Młoda niewiasta narzuciła sobie na głowę szal i wstała.

    1665

    Czarny Korsarz bez słowa podał jej ramię i zaprowadził na pokład.

    1666

    Odprowadzając ją do szalupy, dwukrotnie zatrzymał się, by spojrzeć jej w twarz. Stłumił westchnienie.

    1667

    — Żegnaj — powiedział, gdy dotarli do drabinki.

    1668

    Dziewczyna podała mu swą drobną dłoń i dreszcz ją przeniknął, gdy poczuła, że cały drży.

    1669

    — Dziękuję za gościnę, panie — wyszeptała.

    1670

    Czarny Korsarz skinął głową w milczeniu i wskazał jej Carmaux i Van Stillera czekających u stóp drabinki.

    1671

    Młoda dama zeszła do szalupy, a za nią jej służąca. Gdy znalazła się na dole, uniosła głowę: Czarny Korsarz wychylony za burtę odprowadzał ją wzrokiem.

    1672

    Księżniczka wraz z służącą zajęła miejsce z tyłu łudzi, podczas gdy Carmaux i Van Stiller zabrali się do wiosłowania.

    1673

    Kilka uderzeń wiosłami i szalupa znalazła się przy burcie hiszpańskiej fregaty, która wzięta na hol leniwie płynęła śladem „Błyskawicy”.

    1674

    Księżniczka weszła na pokład, lecz nie udała się od razu do swej kajuty. Wspięła się na dziób i spojrzała w stronę korsarskiego żaglowca. Na rufie, w świetle księżyca, rysowała się wyraźnie ciemna sylwetka Czarnego Korsarza, a długie pióro u kapelusza powiewało na wietrze.

    1675

    Stał tam nieruchomy, z nogą opartą o burtę, prawą ręką podpierał się pod bokiem, lewą zaciskał na groźnej szabli. Nieruchome spojrzenie utkwił nie gdzie indziej, tylko w dziobie hiszpańskiego okrętu.

    1676

    — Zobacz, to on! — rzekła dziewczyna do służącej. — Smutny szlachcic zza morza. Co za dziwny mężczyzna!

    Rozdział XIII. Tajemniczy urok

    1677

    „Błyskawica” wolno płynęła ku północy; zmierzała w kierunku San Domingo i wybrzeży Kuby, by przepłynąć przesmyk, jaki te dwie wyspy tworzą między sobą.

    1678

    Nie rozwijała znacznych prędkości, a to z tego względu, że stale była spychana przez prąd morski zwany Golfsztromem, który transportuje przez Atlantyk ogromne masy wody, by potem z wielką siłą wepchnąć je do Morza Karaibskiego. Prąd ten płynie następnie aż do wybrzeży Ameryki Środkowej i zatacza olbrzymie koło, omywając brzegi Zatoki Meksykańskiej, Bahamów i wreszcie południowego wybrzeża Florydy. Oprócz tych przeszkód, jakie marynarzom gotowała natura, żeglugę statku opóźniała też wzięta na hol fregata, a wiatry nie były pomyślne.

    1679

    Na szczęście niebo było pogodne, co było okolicznością wielce sprzyjającą: szalejące sztormy mogłyby znacznie utrudnić holowanie łupu, tak wielkim kosztem zdobytego, i zmusić piratów do jego porzucenia. Nawałnice nawiedzające antylskie wyspy są do tego stopnia przerażające, że trudno sobie wyobrazić podobny żywioł.

    1680

    Karaibskie wysepki, które sama natura pobłogosławiła wszelkim dobrem, żyzną glebą, nieporównywalnym do żadnego innego na świecie klimatem, a także niespotykanym nigdzie indziej, najczystszym błękitem nieba, na którym nie ma ani jednej chmurki, głównie za sprawą wschodniego wiatru i Prądu Zatokowego, zbyt często nawiedzają przerażające kataklizmy, których gniew rozpętuje się w jednej chwili.

    1681

    Ze wszystkich stron atakują je wtedy gwałtowne nawałnice, które niszczą bujne, dorodne sady, wyrywają z korzeniami całe połaci lasów, burzą miasta i osady; tragiczne w skutkach podmorskie wstrząsy burzą się w głębinach morskich i wielkimi falami rozbijają o wybrzeża, zmiatając wszystko, co napotkają na swej drodze, urywając statki z kotwic i rzucając wraki na zniszczone wsie; straszne trzęsienia ziemi wstrząsają ziemią i grzebią pod gruzami tysiące istnień.

    1682

    Piratom jednakże przyświecała dobra gwiazda i sprzyjające żegludze warunki utrzymywały się, co pozwalało im spokojnie płynąć w stronę Tortugi. „Błyskawica” łagodnie pruła wody szmaragdowego morza, przejrzystego niczym kryształ, gdzie na głębokości stu ramion przebłyskiwało bielusieńkie dno zatoki, całe wyściełane koralowymi rafami.

    1683

    Światło, które załamywało się na piaszczystych łachach, czyniło wodę jeszcze jaśniejszą i bardziej przejrzystą. Człowiekowi, który po raz pierwszy spogląda w tę toń, od tego widoku może zakręcić się w głowie. W morskich głębinach ryby różnych gatunków pływały we wszystkich kierunkach, baraszkowały ze sobą, ścigały się i pożerały nawzajem. Od czasu do czasu pojawiały się długie na dwadzieścia stóp, okropne rekiny ludojady, które mocnymi uderzeniami ogona wybijały się z toni. Te drapieżne ryby zwane rybami młotami, mają charakterystyczny pysk w kształcie młota, z którego sterczą długie, trójkątne zęby, i duże, pozbawione wyrazu oczy osadzone na zewnętrznych krawędziach głowy; należą one do rodziny rekinów i podobne są wielce do swych krwiożerczych pobratymców.

    1684

    Dwa dni po bitwie powiał silniejszy wiatr i „Błyskawica” szybciej pomknęła w kierunku południowych wybrzeży Kuby, przeprawiając się bez przeszkód przez przesmyk oddzielający Jamajkę od zachodniego wybrzeża Haiti.

    1685

    Czarny Korsarz nie opuszczał kajuty. Dopiero gdy obserwator zgłosił, że na horyzoncie majaczą łańcuchy górskie Jamajki, wyszedł na mostek.

    1686

    W jego duszy zrodził się niewytłumaczalny niepokój, który dręczył go od chwili, gdy gościł na statku flamandzką księżniczkę.

    1687

    Nie odzywał się do nikogo, nawet do Morgana. Nerwowym krokiem chodził tam i z powrotem, ani na chwilę nie przystając.

    1688

    Posiedział pół godziny na mostku, spoglądając roztargnionym wzrokiem w kierunku rysującego się wyraźnie na tle jasnego horyzontu pasma górskiego, które niemalże pionowo wyrastało z wody. Po chwili jednak zszedł na pokład i zasłaniając twarz szerokim rondem kapelusza, krążył nerwowo między masztami.

    1689

    Naraz jakby uderzyła go jakaś myśl, której rozkazu musiał usłuchać: wrócił na mostek, wszedł na rufę i stanął przy burcie.

    1690

    Jego wzrok powędrował w stronę fregaty, która znajdowała się nie dalej niż sześćdziesiąt kroków.

    1691

    Nagle coś przykuło jego uwagę. Drgnął i cofnął się; jego ponura, blada twarz rozjaśniła się na ułamek sekundy, a nawet lekko zarumieniła.

    1692

    Na dziobie dojrzał białą postać opartą o kołowrót. Była to młoda Flamandka, owinięta w długi płaszcz. Jasne, rozpuszczone włosy w malowniczym nieładzie opadały jej na ramiona, a bryza morska igrała z nimi coraz bardziej, splątując je ze sobą.

    1693

    Postać spoglądała w stronę „Błyskawicy”, prosto w miejsce, gdzie znajdował się Czarny Korsarz. Podbródek wsparła na dłoniach i zastygła nieruchomo w zamyślonej pozie.

    1694

    Czarny Korsarz nie uczynił żadnego gestu, nawet jej nie pozdrowił. Złapał się obiema rękami burty, jakby bał się, że coś może go od niej oderwać, i wpatrywał się w oczy dziewczyny. Fascynowało go to stalowoszare spojrzenie, zapierało mu dech w piersiach.

    1695

    Czar, który go ogarnął, obcy człowiekowi o takim harcie ducha, ulotnił się po kilku chwilach.

    1696

    Czarny Korsarz niemal natychmiast pożałował, że dał się zahipnotyzować oczom dziewczyny. Zdecydowanym ruchem oderwał ręce od burty i cofnął się.

    1697

    Spojrzał na sternika, który stał dwa kroki od niego, potem przeniósł wzrok na morze, rzucił okiem na żagle. Przez cały czas się cofał, nie mogąc się zdecydować, czy zerwać to wzrokowe połączenie. Ponownie spojrzał w jej kierunku.

    1698

    Dziewczyna nie poruszyła się. Oparta o kołowrót, z podbródkiem w dłoniach, pochyliła do przodu jasnowłosą główkę i wpatrywała się swoimi wielkimi oczami w pirata. Z jej nieruchomych źrenic bił intensywny, niepowstrzymany blask.

    1699

    Kapitan „Błyskawicy” cofał się powoli, nie mogąc odwrócić wzroku od tego zjawiska. Był blady jak nigdy i drżał na ciele.

    1700

    Cofając się ciągle, wszedł na mostek, gdzie zatrzymał się na chwilę, po czym zrobił kolejny krok w tył i uderzył w Morgana, który właśnie w tej chwili schodził z wachty.

    1701

    — Ach! Wybacz — usprawiedliwił się zawstydzony, a wielki rumieniec wypłynął mu na twarz.

    1702

    — Przyglądałeś się barwie słońca, kapitanie? — zapytał zastępca.

    1703

    — Dlaczego słońca?

    1704

    — Spójrz sam.

    1705

    Czarny Korsarz spojrzał na dotychczas jasno świecące słońce i zauważył, że jego tarcza przybrała czerwony kolor i jarzyła się teraz niczym rozżarzone żelazo.

    1706

    Spojrzał na łańcuch górski na wyspie i zobaczył, że szczyty, rozświetlone żywym płomieniem, jeszcze wyraźniej odcinają się od szafirowego nieboskłonu.

    1707

    Na jego twarzy pojawił się niepokój, a wzrok znów powędrował w stronę fregaty i stojącej na dziobie dziewczyny.

    1708

    — Nadciąga huragan — powiedział głucho.

    1709

    — Wszystko na to wskazuje, kapitanie — zgodził się Morgan. — Nie czujesz tego mdłego zapachu, który unosi się nad wodą?

    1710

    — Czuję, Morgan. Widzę też, że powietrze zaczyna się kotłować. Chyba szykuje się nam jedna z tych okropnych nawałnic, które bezlitośnie atakują antylskie wysepki.

    1711

    — Racja, kapitanie.

    1712

    — Będziemy zmuszeni porzucić łup?

    1713

    — Chcesz rady, kapitanie?

    1714

    — Tak, Morgan.

    1715

    — Przenieś połowę załogi na hiszpański statek.

    1716

    — Słusznie mówisz. Zwłaszcza ze względu na załogę byłoby mi przykro, gdyby taka zdobycz skończyła na dnie morza.

    1717

    — Księżniczka pozostanie u siebie?

    1718

    — Księżniczka… — zamyślił się Czarny Korsarz, marszcząc czoło.

    1719

    — Lepiej jej będzie u nas.

    1720

    — Byłoby ci przykro, gdyby poszła na dno razem ze statkiem? — rzucił Czarny Korsarz i uważnie spojrzał na Morgana.

    1721

    — Myślę, że może być warta tysiące piastrów.

    1722

    — No tak, zgadza się. Musi zapłacić okup.

    1723

    — Chcesz kapitanie, bym ją przewiózł, zanim fale będą zbyt wysokie?

    1724

    Pirat nie odpowiedział. Udręczony myślami krążył po mostku.

    1725

    Trwało to kilka chwil. W końcu zatrzymał się przed Morganem i zapytał nagle:

    1726

    — Myślisz, że kobieta przynosi pecha?

    1727

    — Co masz na myśli, kapitanie? — zapytał zdziwiony zastępca.

    1728

    — Potrafiłbyś bez obaw pokochać kobietę?

    1729

    — Dlaczego nie?

    1730

    — Nie uważasz, że piękna kobieta przynosi większe niebezpieczeństwo niż krwawa walka?

    1731

    — Czasami tak. Czy wiesz, kapitanie, co zwykli mówić piraci i bukanierzy z Tortugi, zanim znajdą towarzyszkę życia wśród kobiet, które królestwa Francji i Anglii wysyłają tu, by znaleźć im męża?

    1732

    — Nigdy nie zawracałem sobie głowy swataniem moich marynarzy.

    1733

    — Mówią tak: „Niewiasto, nie pytam cię o to, co do tej pory robiłaś w miejscach, które odwiedziłaś, i rozgrzeszam cię ze wszystkiego, ale od dziś będziesz mi zdawać sprawozdanie z tego, co zrobisz”, po czym uderzają w kolbę strzelby i ślubują: „Moja strzelba nie zawiedzie i pomści mnie, jeśli mnie oszukasz”.

    1734

    Czarny Korsarz wzruszył ramionami i powiedział:

    1735

    — Miałem na myśli inne kobiety niż te, które przysyłają nam tu zamorskie królestwa.

    1736

    Zatrzymał się na chwilę, spostrzegł, że dziewczyna nie poruszyła się, i kontynuował:

    1737

    — Co powiesz o tej młodej damie, Morgan?

    1738

    — Że to jedna z najpiękniejszych istot, jakie widziano na tych wodach.

    1739

    — Nie obawiałbyś się jej?

    1740

    — Jej? Z pewnością nie.

    1741

    — A ja się jej boję, Morgan.

    1742

    — Ty się jej boisz? Czarny Korsarz? Żartujesz, kapitanie?

    1743

    — Nie — zaprzeczył pirat. — Czasem czytam w księdze mego przeznaczenia. Pewna Cyganka z mojej ojczyzny przepowiedziała mi, że pierwsza kobieta, którą pokocham, będzie moją zgubą.

    1744

    — Gusła i zabobony, kapitanie.

    1745

    — A co powiesz na to, że ta sama Cyganka przewidziała, że jeden z moich braci zginie zabity przez zdradę, a dwóch powieszą? To wszystko się spełniło.

    1746

    — I co dalej?

    1747

    — Wróżyła mi też śmierć na morzu, daleko od ojczyzny. Wedle tej przepowiedni przyczyni się do niej kobieta, którą pokocham.

    1748

    — Niech mnie piorun trzaśnie! — wzdrygnął się Morgan. — Cyganka mogła się omylić co do czwartego brata.

    1749

    — Nie sądzę — odparł Czarny Korsarz z grobową miną.

    1750

    Potrząsnął głową, chwilę pomyślał i powiedział:

    1751

    — Los rozstrzygnie!

    1752

    Zszedł z mostku i udał się na dziób, gdzie pogrążeni w rozmowie stali Moko, Carmaux i Van Stiller. Krzyknął do nich:

    1753

    — Spuście szalupę na wodę! Przywieźcie na „Błyskawicę” księżną Weltendrem i jej służbę.

    1754

    Piraci pośpieszyli spełnić rozkaz. Morgan tymczasem wybrał trzydziestu marynarzy, który mieli wzmocnić nieliczną załogę na holowanej fregacie. Słusznie przewidywał bowiem, że wkrótce trzeba będzie odciąć cumę.

    1755

    Kwadrans później wrócił Carmaux i pozostali piraci. Flamandka i jej służący wspięli się na pokład „Błyskawicy”, gdzie oczekiwał ich Czarny Korsarz.

    1756

    — Masz mi coś pilnego do powiedzenia, panie? — zapytała, patrząc mu prosto w oczy.

    1757

    — Tak, pani — odparł pirat, składając ukłon.

    1758

    — Co takiego?

    1759

    — Musimy pozostawić okręt na łaskę losu.

    1760

    — Z jakiego powodu? Ktoś nas śledzi?

    1761

    — Nie, ale zagraża nam huragan. Dlatego trzeba odciąć holujące go cumy. Może nie znasz jeszcze szaleństwa żywiołu, kiedy wiatr przybiera na sile.

    1762

    — I nie chcesz, aby twojemu więźniowi coś się stało, czy tak, panie? — zapytała ze śmiechem.

    1763

    — „Błyskawica” jest pewniejsza.

    1764

    — Dziękuję za twą troskę.

    1765

    — Nie dziękuj, pani — odpowiedział Czarny Korsarz zamyślony. — Może się okazać, że huragan komuś z nas przyniesie zgubę.

    1766

    — Zgubę! — wykrzyknęła. — Komu?

    1767

    — Czas pokaże.

    1768

    — Ale dlaczego?

    1769

    — Wszystko w rękach losu.

    1770

    — Boisz się o swój statek?

    1771

    Uśmiech rozjaśnił oblicze Czarnego Korsarza.

    1772

    — „Błyskawica” śmiało rzuca wyzwanie nawałnicom i szkwałom, a ja jestem kapitanem, który prowadzi ją poprzez fale i wiatry.

    1773

    — Wiem, ale…

    1774

    — Niepotrzebnie nalegasz, pani, nic więcej nie powiem. O tym pomyśli przeznaczenie.

    1775

    Wskazał jej nadbudówkę i chyląc kapelusza, rzekł:

    1776

    — Przyjmij gościnę, pani, ja zaś idę wyzwać śmierć i własny los.

    1777

    Włożył kapelusz i wbiegł na mostek. Tymczasem od strony Małych Antyli zwały wiatru pędziły burzę i cisza, która do tej pory królowała na morzu, została przerwana.

    1778

    Trzydziestu marynarzy przeprawiło się na hiszpański okręt. Szalupy wróciły już i załoga przy pomocy wind wciągała je właśnie na pokład.

    1779

    Czarny Korsarz z mostku obserwował horyzont na zachodzie.

    1780

    Ogromna, czarna chmura, o brzegach obwiedzionych ognistą czerwienią, pędziła po niebie, gnana huraganowym wiatrem. Mgła przesłoniła ostatnie promienie słońca.

    1781

    — Huragan szaleje na Haiti — powiedział Czarny Korsarz do Morgana.

    1782

    — Małe Antyle muszą być już spustoszone — dodał Morgan. — Za godzinę i tu rozpęta się piekło!

    1783

    — Co byś zrobił na moim miejscu?

    1784

    — Szukałbym schronienia na Jamajce.

    1785

    — „Błyskawica” uciekająca przed huraganem? — dumnie powiedział Czarny Korsarz. — Nigdy!

    1786

    — Sam dobrze wiesz, kapitanie, jak przerażające są orkany na tych szerokościach.

    1787

    — Zgadza się, i rzucam im wyzwanie. Fregata schroni się na wybrzeżu, ale nie „Błyskawica”. Kto dowodzi marynarzami na tamtym statku?

    1788

    — Bosman Van Horn.

    1789

    — Dzielny z niego marynarz. Pewnego dnia stanie się sławnym piratem. Nie wypuści łupu z ręki i będzie unikał problemów.

    1790

    Z tubą w ręku wspiął się na burtę na rufie i krzyknął dźwięcznym głosem:

    1791

    — Tnijcie cumę! Bosmanie Van Horn, kieruj się na Jamajkę. Poczekamy na was na Tortudze.

    1792

    — Tak jest, kapitanie! — Bosman, który czekał tylko na rozkaz kapitana, odpowiedział bez wahania. Teraz wziął do ręki siekierę i jednym ruchem przeciął linę. Odwrócił się do swojej załogi i krzyknął:

    1793

    — Na chwałę Boga!

    1794

    Okręt rozwinął żagle na fokmaszcie i bezanmaszcie. Główny żagiel był już całkowicie bezużyteczny. Statek wykonał zwrot i oddalił się ku widocznym na horyzoncie wybrzeżom, tymczasem „Błyskawica” zbliżyła się do zachodnich granic Haiti i południowych brzegów Kuby, po czym wpłynęła do tak zwanej Cieśniny Wiatrów[77].

    1795

    Sztorm zbliżał się szybko. Gniewne podmuchy wiatru gnane od strony Małych Antyli przerwały panującą dotychczas ciszę. Fale piętrzyły się coraz wyżej.

    1796

    Woda w morzu wzburzyła się. Na jej powierzchni tworzyły się spienione wiry, a masy wodne formowały się w wielkie, spiętrzone góry, które z głośnym łoskotem waliły się w otchłań.

    1797

    Czarne, skłębione chmury tłoczyły się po niebie, zaciemniając nieboskłon i zachodzące słońce. Nad wzburzonym morzem zapadła ciemność, a woda wydawała się tak czarna, jakby dolano do niej smoły.

    1798

    Czarny Korsarz nie przejmował się żywiołem. Wzrokiem wciąż odprowadzał hiszpański okręt, który halsując pośród fal, znikał już za mglistym horyzontem, nieopodal brzegów wyspy.

    1799

    Trochę niepokoił się o fregatę, zdawał sobie bowiem sprawę, że ich łup był przecież w złym stanie i że nie może stawić czoła wściekłym uderzeniom huraganowego wiatru. Lecz o „Błyskawicę” był całkowicie spokojny. Kiedy w końcu stracił z oczu hiszpański okręt, wszedł na kasztel i kazał odejść sternikowi.

    1800

    — Ster do mnie! „Błyskawica” jest moja!

    Rozdział XIV. Huragany na Antylach

    1801

    Ze względu na swoje położenie w bezpośrednim sąsiedztwie Atlantyku Małe Antyle są szczególnie narażone na działanie wiejących ze wschodu porywistych wiatrów, które zwykle z dzikim impetem atakują amerykańskie wybrzeża, a zwłaszcza Portoryko i Haiti. Huragan, który napierał teraz w kierunku „Błyskawicy”, spustoszył je już bezlitośnie i całą swą niszczycielską siłą, dobrze znaną wszystkim żeglarzom, nadciągał właśnie nad Cieśninę Wiatrów.

    1802

    Była to jedna z tych nocy, które przejmują grozą nawet najodważniejszych marynarzy. Po jasnym, słonecznym dniu momentalnie zapadła noc ciemna, że oko wykol. Tylko grzywy morskich bałwanów lekko fosforyzowały w ciemnościach.

    1803

    Dwa potężne żywioły — wody i wiatru — brały się za łby; natarczywe porywy huraganu uderzały raz za razem, gwiżdżąc i świszcząc przeraźliwie, rwały żagle i wyginały maszty.

    1804

    Przestrzeń wypełniał potężniejący z każdą chwilą łoskot. Huk był taki, jakby tysiące wozów wypełnionych żelastwem pędziło po niebie w karkołomnym pędzie lub jakby obciążone ładunkiem konwoje szorowały brzuchami po metalowych mostach.

    1805

    Na morzu rozpętał się żywioł. Wielkie niczym góry fale skłębioną masą biegły ze wschodu na zachód, z ponurym rykiem zwalały się jedne na drugie, wyrzucając w górę fontanny fosforyzującej piany. Łamały się i stawały dęba w potwornych bryzgach, jakby jakaś niewidzialna siła, czająca się u dna, pchała je do góry, po czym opadały w najgłębszą otchłań.

    1806

    „Błyskawica” odważnie stawiała czoło nawałnicy. Większość żagli zwinięto, rozpinając tylko fok i po dwa żagle na bezanmaszcie i grotmaszcie, refując je uprzednio do pożądanej wysokości. Mknęła teraz niczym ptak, lekko muskając czubki fal. Czasem wspinała się na wierzchołki wodnych bałwanów i cięła dziobem bulgoczącą kipiel, celując bukszprytem w ciemne chmury skłębione na nieboskłonie, by po chwili znów pędzić w dół wśród zwałów wodnych w samo serce oceanu. Miotana sztormem raz po raz nurzała noki[78] w spienionych falach, ale mocne nadburcia wytrwale opierały się ogromnym bałwanom.

    1807

    Na morzu i po pokładzie walały się gałęzie, różne owoce, trzcina cukrowa, sterty liści, które tańcowały, jak im zagrał wiatr, siłą wyrwane z dżungli na pobliskim Haiti i przygnane na skrzydłach nawałnicy. Deszcz lał strumieniami, zalewając pokład potokami wody, które z łoskotem wylewały się przez szpigaty[79].

    1808

    Nagle czarną jak smoła noc przecięły oślepiające błyskawice, oświetlając jasnym światłem statek i rozszalałe morze, a niebo grzmiało jak tysiące armat.

    1809

    Powietrze było tak naładowane elektrycznością, że cumy „Błyskawicy” rozbłysły tysiącami iskier, a na masztach i wiatrowskazach pojawiły się ognie świętego Elma[80].

    1810

    Orkan przybierał na sile, wył przeraźliwie, osiągając w porywach prędkość nawet czterdzieści metrów na sekundę. Na oceanie wirowały rozpędzone trąby morskie, spienione fale wznosiły swe zadzierżyste grzywy i opadały z hukiem, rozbijając się na miliony drobnych kropel.

    1811

    Wichura zerwała i porwała ze sobą fok oraz bezlitośnie chłostała rozpięte na bezanmaszcie żagle, ale nie zagroziła poważnie głównemu ożaglowaniu.

    1812

    Smagana wiatrem i zalewana kaskadami wody „Błyskawica” pędziła teraz z zawrotną prędkością, w sam środek burzy i groźnych wirów. Wydawało się, że w końcu przechyli się zbyt mocno i zniknie we wzburzonej kipieli, lecz za każdym razem zwycięsko wychodziła z opresji.

    1813

    Czarny Korsarz stał wyprostowany na rufie i przemoczony do suchej nitki pewną ręką dzierżył ster. Szaleństwo żywiołu wcale go nie przerażało, z uśmiechem na ustach i płonącymi oczami nieustraszenie mierzył się z gniewem natury.

    1814

    W świetle błyskawic jego postać przybierała najfantastyczniejsze kształty. Pioruny biły dookoła niego, kreśląc świetlne zygzaki, wiatr niemiłosiernie targał piórem, które ledwo trzymało się już zszarganego kapelusza, bałwany morskie obryzgiwały go wodą, która pędząc z impetem, próbowała powalić go na pokład, grzmoty ogłuszały go, a on, mimo to, niewzruszony stał przy sterze, prowadząc swój statek wśród fal i porywów wichury.

    1815

    Przypominał zrodzone z głębin oceanu bóstwo, które rzucało całą swą potęgę przeciw siłom natury.

    1816

    Tak samo, jak tamtej nocy, gdy prowadził „Błyskawicę” do szturmu na nieprzyjacielski statek, marynarze spoglądali na niego z zabobonnym strachem; widzieli w nim istotę nie z tego świata, której nie imały się kule ani orkany, zachodzili w głowę, czy aby na pewno ten człowiek jest tak samo śmiertelny jak oni.

    1817

    Wtem, gdy napór fal przybrał na sile, Czarny Korsarz z przerażeniem na twarzy, zaskoczony niespodziewanym widokiem, wypuścił ster z rąk i uczynił gest, jakby chciał pobiec w kierunku schodów prowadzących na kasztel.

    1818

    Z nadbudówki wyszła kobieta. Ratując się przed upadkiem, uchwyciła się kurczowo drabinki, albowiem statek kołysał się szaleńczo pod naporem wiatru, i wspięła na górę.

    1819

    Była owinięta w gruby, kataloński płaszcz, lecz nie zakryła głowy i wiatr rozwiewał jej piękne, jasne włosy.

    1820

    — Pani! — krzyknął Czarny Korsarz, który od razu rozpoznał księżniczkę. — Szukasz tu śmierci?

    1821

    Dziewczyna nie odpowiedziała, machnęła tylko ręką, mówiąc:

    1822

    — Nie boję się.

    1823

    — Wracaj do kajuty — rozkazał blady jak płótno Czarny Korsarz.

    1824

    Flamandka nie posłuchała. Zamiast tego wspięła się jeszcze wyżej i przytrzymując się sterownicy, przeszła po mostku, po czym schowała się między nadburciem a wielką szalupą, ściągniętą przed burzą z wysięgników, z których łatwo mógł porwać ją wiatr.

    1825

    Czarny Korsarz gestem nakazał jej wrócić, ale ona stanowczo zaprzeczyła.

    1826

    — Tutaj jest niebezpiecznie! — powtórzył. — Wróć do kajuty, pani!

    1827

    — Nie wrócę — odpowiedziała.

    1828

    — Po co tu przyszłaś?

    1829

    — Podziwiać Czarnego Korsarza.

    1830

    — Porwą cię fale!

    1831

    — Co cię to obchodzi?

    1832

    — Nie chcę twojej śmierci, rozumiesz? — krzyknął Czarny Korsarz głosem, w którym po raz pierwszy wybrzmiała gwałtowna namiętność.

    1833

    Młoda dama uśmiechnęła się, ale nie odeszła. Skuliła się w kącie, szczelnie owinęła płaszczem i nie bacząc na wiatr rozwiewający jej włosy i na przemoczone ubranie, uważnie obserwowała Czarnego Korsarza.

    1834

    Ten zrozumiał, że wszelkie namowy są bezcelowe. Wydawał się wręcz zadowolony z bliskości tej odważnej istoty, która przyszła tu, nie zważając na sztorm, by podziwiać jego męstwo. Nie ponowił więc swej prośby. Ponownie chwycił za ster i zajął się nawigowaniem. W krótkich chwilach wytchnienia, gdy huragan na chwilę słabł, spoglądał na nią i bezwiednie się uśmiechał. Z pewnością oboje podziwiali się nawzajem.

    1835

    Za każdym razem, gdy kierował wzrok w jej stronę, ich spojrzenia się krzyżowały. Księżniczka przyglądała mu się z tym samym zaciekawieniem, z jakim rankiem obserwowała go z fregaty.

    1836

    Tajemniczy blask bijący z jej oczu rozpętał w jego duszy prawdziwą burzę, wobec której był zupełnie bezbronny. Przez cały czas czuł jej wzrok na plecach. W pewnej chwili ogarnęło go przemożne pragnienie, by odwrócić głowę w jej stronę.

    1837

    Nagle, gdy fale z niezwykłą siłą przetoczyły się przez pokład, wystraszył się tego spojrzenia i krzyknął:

    1838

    — Nie patrz tak na mnie, pani! Ryzykujemy życiem!

    1839

    Kategoryczny ton Czarnego Korsarza sprawił, że magia chwili uleciała. Dziewczyna zamknęła oczy i pochyliła głowę, zakrywając twarz rękami.

    1840

    „Błyskawica” zbliżyła się do brzegów Haiti. Przybrzeżne rafy, o które rozbił się niejeden statek, jeżyły się złowieszczo w świetle piorunów. Czarny Korsarz, przekrzykując ryk wiatru i łoskot fal, zdecydowanym głosem wykrzykiwał komendy:

    1841

    — Wymienić żagiel na fokmaszcie! Zrefować fok! Załoga do zwrotu!

    1842

    Wiatr gnał skłębione masy wody dalej, w kierunku południowych wybrzeży Kuby, ale na haitańskich wodach wciąż nie było spokojnie. Wysokie na blisko szesnaście metrów fale nadal kłębiły się wokół przybrzeżnych skał i uderzały o nie z głuchym łoskotem.

    1843

    „Błyskawica” nie poddawała się. Na rei fokmasztu zatrzepotał zapasowy żagiel, zrefowano fok i przymocowano go do bukszprytu. Żaglowiec płynął teraz z maksymalną prędkością.

    1844

    Fale uparcie tłukły o nadburcia statku, przechylając go na boki, ale Czarny Korsarz za każdym razem zdecydowanym ruchem steru podrywał go i naprowadzał na właściwy kurs.

    1845

    Na szczęście orkan zaczynał już nieco cichnąć, na tych szerokościach geograficznych wściekłe huragany nie trwają dłużej niż kilka godzin. Tu i ówdzie wśród chmur ukazywały się gwiazdy, a siła żywiołu wyraźnie słabła. Pomimo tego ocean wciąż był wzburzony i jeszcze wiele czasu musiało upłynąć, zanim przygnane wiatrem atlantyckie fale wygładzą się na wodach Zatoki.

    1846

    Przez całą noc „Błyskawica” walczyła z nawałą wściekłych bałwanów, które biły w statek ze wszystkich stron. Mimo tych trudności szczęśliwie przepłynęła przez Cieśninę Wiatrów i wypłynęła na wody rozlewające się pomiędzy Wielkimi Antylami a Wyspami Bahamów.

    1847

    Gdy nad ranem powiał północny wiatr, „Błyskawica” była już naprzeciw przylądka Haiti.

    1848

    Zmęczony długą walką z żywiołem i przemoknięty do suchej nitki Czarny Korsarz, gdy tylko dostrzegł światło latarni w osadzie na przylądku, oddał ster Morganowi. Podszedł do skulonej za szalupą dziewczyny i rzekł:

    1849

    — Chodź, pani, podziwiam twoją odwagę. Żadna kobieta nie powinna igrać z losem tak jak ty, tylko po to, by zobaczyć „Błyskawicę” walczącą z żywiołem.

    1850

    Młoda dama podniosła się i otrząsnęła z wody, która zmoczyła jej szaty i włosy. Spojrzała Czarnemu Korsarzowi w oczy i uśmiechnęła się:

    1851

    — Być może żadna kobieta nie ośmieliłaby się przebywać na pokładzie podczas takiego żywiołu, ale za to mogę powiedzieć, że tylko ja jedna widziałam Czarnego Korsarza przy sterze, walczącego z gniewem natury i mogłam podziwiać jego siłę i odwagę.

    1852

    Pirat nic na to nie odpowiedział. Wpatrywał się w nią płomiennym wzrokiem, a jego czoło nachmurzyło się.

    1853

    — Odważna jesteś, pani — wyszeptał, tak cicho, że tylko ona usłyszała, po czym z westchnieniem dodał: — Szkoda, że smutna przepowiednia Cyganki czyni z ciebie kobietę fatalną.

    1854

    — O jakiej przepowiedni mówisz? — zapytała zdziwiona.

    1855

    Czarny Korsarz potrząsnął tylko głową.

    1856

    — To szaleństwo!

    1857

    — Jesteś przesądny, panie?

    1858

    — Być może.

    1859

    — Ty?

    1860

    — Przepowiednie czasami się spełniają.

    1861

    Spojrzał na fale, które mrucząc głucho, rozbijały się o nadburcia. Następnie wskazał na nie, mówiąc:

    1862

    — Ich zapytaj, może ci powiedzą. Moi bracia byli piękni, młodzi i odważni. Teraz śpią spowici całunem morza. W ich przypadku ponura przepowiednia się sprawdziła i być może sprawdzi się też w moim. Nic nie może już ugasić płomienia, który zapłonął w moim sercu. A niech tam! Niech się spełni straszny los, jeśli tak jest zapisane w księdze przeznaczenia. Morza się nie boję, tam, gdzie spoczywają moi bracia, mogę spocząć i ja, lecz jeszcze nie teraz, dopiero wtedy, gdy zdrajca zginie.

    1863

    Wzruszył ramionami, pogroził pięścią niewidzialnemu wrogowi i opuścił kasztel, zostawiając księżniczkę zdziwioną bardziej niż kiedykolwiek, z powodu słów, których znaczenia nie mogła rozumieć.

    1864

    Trzy dni później, gdy morze było już całkiem spokojne, „Błyskawica” na skrzydłach pomyślnych wiatrów wpływała do portu na Tortudze — osławionej kryjówki karaibskich korsarzy.

    Rozdział XV. Piracka Brać

    1865

    W 1625 roku, w czasie gdy Francją i Anglia prowadziły wojnę z Hiszpanią, chcąc złamać jej dominację w regionie, dwa żaglowce — francuski i angielski — rzuciły kotwicę przy zamieszkiwanej tylko przez karaibskie plemiona wysepce San Cristoforo. Ich załogę stanowiło wielu nieustraszonych marynarzy, którzy wspierani przez swych możnowładców przybyli w te strony, by położyć kres kwitnącemu w hiszpańskich koloniach handlowi.

    1866

    Kapitanem Francuzów był normański szlachcic zwany d'Enanbue, a Anglikami dowodził Tomasz Warner.

    1867

    Odkryta przez nich wyspa była żyzna, a tubylcy pokojowo usposobieni, toteż marynarze osiedlili się na niej, zakładając dwie małe kolonie i po bratersku dzieląc się ziemią. Przez pięć lat ta garstka ludzi w spokoju gospodarowała na roli, rezygnując z pirackiego stylu życia, aż do dnia, w którym hiszpańska flota przybiła do brzegów wyspy i zniszczyła kolonie osadników, a ich domy i obejścia puściła z dymem. Cudzoziemcy nie mieli prawa do osiedlania się na karaibskich wyspach, bowiem w tamtym czasie wszystkie ziemie w obrębie Zatoki Meksykańskiej należały do Królestwa Hiszpanii.

    1868

    Zbiegłym z hiszpańskiej rzezi osadnikom udało się ukryć na sąsiedniej wyspie, którą ze względu na duże podobieństwo do wielkiego żółwia morskiego zwano Tortugą. Wyspa ta — położona na północ od San Domingo, naprzeciwko półwyspu Samana — posiadała dogodny do obrony port. To właśnie tam europejscy uciekinierzy dali początek Pirackiej Braci, która w krótkim czasie miała zadziwić świat niezwykłymi dokonaniami.

    1869

    Niektórzy z korsarzy uprawiali tytoń, bujnie rosnący na dziewiczej ziemi. Ci z kolei, którzy nie zapomnieli o losie, jaki spotkał nieszczęsne kolonie, łaknęli zemsty. Wiedli więc piracki żywot i często w małych łodziach napadali na hiszpańskie statki, działając tym samym na szkodę królewskich interesów.

    1870

    Do portu na Tortudze, która w krótkim czasie stała się najważniejszą piracką twierdzą, zawijali tłumnie angielscy i francuscy śmiałkowie. Przybywali albo z samej Europy, w ramach ekspedycji organizowanych przez normańskich armatorów, albo z sąsiedniej San Domingo.

    1871

    Niestety nowi przybysze — a byli to najczęściej żołnierze i marynarze — ślepo pożądający łupów, gnani żądzą zbicia łatwej fortuny na wydobywanych w kopalniach kruszcach, z których Hiszpania pozyskiwała tony złota, nie znaleźli dla siebie na wyspie wystarczająco dużo bogactwa. Wkroczyli więc na zbójecką ścieżkę i podejmowali wyprawy przeciwko statkom Królestwa Hiszpanii, co było na rękę Francji i Anglii, które niezmiennie wojowały z hiszpańskim hegemonem.

    1872

    Miarka się jednak przebrała i osadnicy z San Domingo, których statki najczęściej padały łupem morskich rozbójników, postanowili w końcu wziąć na nich odwet, wysyłając na Tortugę swoje oddziały i wykorzystując chwilę nieobecności na wyspie sporej części załogi. Zdobycz okazała się bardzo łatwa. Tamtej pamiętnej nocy powieszono i wyrżnięto w pień piratów.

    1873

    Na wieść o masakrze ta część osadników, która podczas napaści znajdowała się na morzu, poprzysięgła Hiszpanom straszną zemstę. Pod dowództwem kapitana Willisa piraci przypuścili szturm na hiszpańskie stanowiska, odbili wyspę z rąk wroga i wymordowali starszyznę. Jednak i piraci pewnego dnia skłócili się między sobą, bowiem przeważająca liczebnie frakcja francuska próbowała zdominować mniej licznych angielskich osadników.

    1874

    Wykorzystali to Hiszpanie, ponownie napadając na Tortugę. Wyspa została zdobyta, a wygnańcy musieli schronić się w lasach San Domingo.

    1875

    Tak jak pierwszych osadników na San Cristoforo można uznać za twórców Pirackiej Braci na Karaibach, tak uciekinierzy z Tortugi zapoczątkowali erę bukanierów. Ich nazwa wywodzi się od słowa boucan, oznaczającego rodzaj grilla, przy pomocy którego suszono i wędzono skóry upolowanych zwierząt, co było zwykłym, codziennym zajęciem mieszkańców karaibskich wysepek. Bukanierzy, którzy z czasem stali się najważniejszymi sprzymierzeńcami piratów, początkowo wiedli mizerny żywot dzikusów i mieszkali w lichych, splecionych z kilku gałęzi szałasach, natomiast za całe ubranie musiała im wystarczyć umazana krwią lniana koszula, proste spodnie, szeroki pas z zatkniętymi za niego szablą i dwoma ostrymi nożami, kapelusz i buty ze świńskiej skóry. Ich największym pragnieniem było wejść któregoś dnia w posiadanie dobrej broni i sfory olbrzymich brytanów.

    1876

    Nie zakładali rodzin, zamieszkiwali parami, wszak tak raźniej i bezpieczniej. Na polowanie wychodzili o zwykle o świcie, mężnie stawiali czoła dzikim bykom żyjącym w licznych stadach w lasach San Domingo. Wieczorem, objuczeni skórami i kawałami mięsa na kolację, wracali do swych szałasów. Śniadania spożywali skromne, wysysając na ogół szpik z jednej z większych kości, które zostały im z wieczornego posiłku.

    1877

    W końcu zjednoczyli się w konfederację i zaczęli gnębić wrogów, którzy poprzysięgli sobie, że będą ich ścigać jak dzikie zwierzęta. Gdy jednak okazało się, że nie można ich pokonać w żaden sposób, Hiszpanie obmyślili nową strategię — rozpoczęli wielkie obławy na dziko żyjące byki, które wkrótce wybili co do jednego, w konsekwencji czego bukanierom rychło zajrzał głód w oczy.

    1878

    Wtedy to obie pirackie frakcje zjednoczyły siły, powołując do życia Bractwo Wybrzeża, po czym powróciły wspólnie na Tortugę, już nie jako pokojowi osadnicy, lecz spragnieni zemsty korsarze.

    1879

    Bukanierzy mieli wyjątkowo celne oko i niezawodną rękę, w związku z czym prawie nigdy nie chybiali celu. Dzięki tej zalecie znacznie wzmocnili siły bojowe swoich sprzymierzeńców. Od tej pory Tortuga rozkwitła i stała się najważniejszą siedzibą piratów, kryjówką awanturników wszelkiej maści i różnej proweniencji. Byli wśród nich między innymi Francuzi, Holendrzy, Anglicy i wielu innych. Lata swej świetności wyspa przeżywała pod rządami wysłanego na Karaiby przez Francuzów Beltranda z Oregonu.

    1880

    Gdy Anglia i Francja wypowiedziały Hiszpanii kolejną wojnę, piraci ze zdwojoną siłą rozpoczęli zbójecką działalność; z desperacką odwagą atakowali i łupili każdy hiszpański okręt, który napotykali na swej drodze. Początkowo używali do tego małych łodzi, w których ledwo się mieścili, ale z czasem ich flota znacznie się powiększyła o zrabowane Hiszpanom wspaniałe żaglowce.

    1881

    Siła ognia artyleryjskiego była ich najsłabszym punktem, posiadali bowiem niewiele dział. Na tym polu jednak wielce przysłużyli im się bukanierzy, którzy niwelując braki w uzbrojeniu strzeleckimi umiejętnościami, zaledwie kilkoma salwami potrafili wybić do nogi niejedną hiszpańską załogę.

    1882

    W ich odwadze była nuta szaleństwa — z furią parli do abordażu, porywali się nawet na największe galeony. Nic nie mogło ich powstrzymać: ani kule, ani salwy muszkietowe, ani nawet najbardziej zacięty opór. Bili się zaciekle, gardząc niebezpieczeństwem i drwiąc sobie ze śmierci. Były z nich diabły wcielone. Za takie właśnie potwory rodem z piekła uważali ich też sami Hiszpanie.

    1883

    Piraci nie znali litości i rzadko kiedy ustępowali pola wrogom. Brali tylko jeńców dobrego pochodzenia, za których mogli spodziewać się obfitego okupu, pozostałych wyrzucali do morza. Nie oszczędzali nikogo, wyrzynając całe załogi do ostatniego marynarza, czym odpłacali Hiszpanom pięknym za nadobne.

    1884

    Piracka Brać miała swój kodeks honorowy i rządziła się prawami, których przestrzegano surowiej niż tych stanowionych w niejednym europejskim królestwie. Wszyscy byli wobec siebie równi, lecz przy podziale łupów tylko dowódcy przysługiwała większa część skarbów. Po ich sprzedaży wyznaczali premie dla najdzielniejszych piratów, nie zapominali też o rannych.

    1885

    Nagradzali między innymi tych, którzy jako pierwsi przeskakiwali na pokład nieprzyjaciela, lub tych, którym udało się zerwać nieprzyjacielską flagę. Dodatkowo opłacani byli także wywiadowcy, których zadaniem było obserwowanie posunięć wroga i dostarczanie informacji o liczebności jego floty.

    1886

    Pirat, który w walce stracił prawe ramię, otrzymywał rekompensatę w wysokości sześciuset piastrów; lewe ramię warte było pięćset piastrów, utrata nogi — czterysta, a rannym wypłacano jednego piastra na dzień przez dwa miesiące.

    1887

    Na pokładzie korsarskiego statku piraci musieli przestrzegać twardych zasad: kto uciekł z miejsca walki, karany był śmiercią, po ósmej wieczorem piratom nie wolno było pić wina ani gorzałki, ponadto zabronione były pojedynki, bijatyki, wszelkiego rodzaju gry; jeśli pirat przyprowadził na statek kobietę — nawet własną żonę — karany był śmiercią. Na bezludnych wyspach porzucano zdrajców i tych, którzy przywłaszczyli sobie nienależne im łupy, lecz rzadkie to były przypadki, bowiem piraci byli wyjątkowo honorowi.

    1888

    Dopiero po zdobyciu kilku większych żaglowców Bracia Wybrzeża nabrali pewności siebie. Hiszpanie jednak ograniczyli interesy między własnymi wyspami, piraci więc zmuszeni byli wypłynąć na szerokie wody Zatoki, gdzie bogatych osad było pod dostatkiem, i tam szukać łupu.

    1889

    Pierwszym z przywódców, który zapisał się na kartach pirackich kronik, był Daniel Montbars, urodzony w Langwedocji, w bogatej, szlacheckiej rodzinie. Przybył na Tortugę, by mścić się za krzywdy doznane przez Indian z rąk hiszpańskich konkwistadorów. Żywił do Hiszpanów głęboką nienawiść ze względu na zbrodnie, których na rdzennej ludności dopuścił się Cortez w Meksyku oraz Pizarro wraz z Almagro w Peru. Ze względu na okrucieństwa, których się dopuszczał, przylgnął doń przydomek „Tępiciel”. Wielokrotnie dowodził oddziałami piratów i bukanierów, które napadały na San Domingo i Kubę, mordując bez litości hiszpańskich kolonistów.

    1890

    Po nim było jeszcze wielu innych sławnych piratów, jak choćby Pierre le Grand, Francuz urodzony w Dieppe. Ten odważny marynarz stał się pierwszoplanowym bohaterem pewnego niezwykłego wydarzenia: otóż żeglując po morzu wraz ze swoją dwudziestoośmioosobową załogą natknął się przypadkiem na hiszpański okręt wojenny, płynący w stronę przylądka Tiburon. Bez wahania, nie namyślając się długo, zdecydował o ataku pomimo wielokrotnej przewagi przeciwnika. W obawie jednak, że załoga zdradzi go w obliczu tak nierozsądnej decyzji — a trzeba przyznać, że było to szaleństwo — podziurawił kulami własną łódź, aby zapobiec ewentualnemu buntowi.

    1891

    Na widok piratów wskakujących na ich pokład prosto z wodnej toni niczym morskie duchy Hiszpanie osłupieli i prawie nie stawiali oporu.

    1892

    Inny bukanier, Lewis Scott, Anglik z pochodzenia, zasłynął śmiałym atakiem na Campeche — miasto bardzo dobrze zaopatrzone w broń i różne dobra. Mając pod swą komendą skromną, piracką załogę, zdołał je zdobyć i złupić bez strat własnych; Robert Searl alias John Davis z załogą liczącą dziewięćdziesięciu marynarzy napadł i zdobył Nikaraguę, a kilka lat później powtórzył wyczyn, szturmując Santo Agostino na Florydzie.

    1893

    Z kolei pewien Norman, znany pod przydomkiem Żelazne Ramię, tuż przy ujściu rzeki Orinoko stracił statek, gdy w wyniku uderzenia pioruna eksplodowała okrętowa prochownia. Cudem udało mu się dopłynąć na ląd, gdzie odważnie odparł ataki dzikich. Pewnego dnia z garstką podobnych mu szaleńców napadł na hiszpański okręt i odniósł miażdżące zwycięstwo. Po nich pojawiło się jeszcze wielu innych, zuchwałych piratów, którzy swymi niezwykłymi czynami zdobyli rozgłos po obu stronach oceanu.

    1894

    Przybyły na wody rozległej Zatoki z dalekiej Francji Piotr Nau, zwany też Franciszkiem l'Olonnais, był jednym z najsłynniejszych piratów, Hiszpanie bali się go jak ognia, bowiem odniósł nad nimi przynajmniej setkę zwycięstw. Skończył jednak tragicznie, kiedy to pewnego razu jego łódź zdryfowała do zatoki Darien, a on sam wpadł w ręce kanibali, którzy zabili załogę i upiekli wszystkich na ruszcie.

    1895

    Francuski szlachcic Michał de Grammont stał się niemalże tak sławny, jak jego poprzednik. Pewnego razu na czele nielicznej załogi napadł na Maracaibo i Porto Cavallo, gdzie na czele czterdziestoosobowego oddziału stoczył walkę z wielokrotnie liczebniejszą załogą hiszpańskiego fortu. Kilka lat później zawarł przymierze z dwojgiem słynnych korsarskich przywódców — Nikolasem Van Hoornem i Laurensem de Graafem, z którymi dokonał napadu na Vera Cruz.

    1896

    Dopiero Morgan, zastępca Czarnego Korsarza, miał wybić się ponad nich wszystkich. Swoją błyskotliwą karierę pirata rozpoczął od objęcia dowództwa nad znacznymi siłami angielskich marynarzy i od zdobycia Puerto del Prince na Kubie. Przewodząc flotylli złożonej z dziewięciu statków, przypuścił atak na Portobello i mimo zaciekłej obrony fortu i silnego ostrzału doszczętnie je ograbił. Kilka lat później uderzył na Maracaibo, po czym przepłynął przesmyk i napadł także Panamę, którą ostatecznie, po licznych perypetiach i stoczeniu wielu krwawych bojów, udało mu się zdobyć. Znacznie się wtedy obłowił, zdobywając czterysta czterdzieści cztery tysiące libr bitych ze srebra najlepszej próby.

    1897

    Sprzymierzeni ze sobą trzej odważni piraci, Bartolomeusz Sharb, Piotr Harris i Ryszard Sawkins zasłynęli atakiem na miasto Santa Maria. Biorąc sobie za wzór zuchwałą eskapadę Morgana, przepłynęli przesmyk i mimo liczebnej przewagi wroga atakowali każdy napotkany na drodze hiszpański galeon, dokonując przy tym wielu legendarnych wyczynów. Gdy zgromadzili już kilka zdobycznych statków, wypłynęli na szerokie wody Pacyfiku, gdzie ponownie stanęli do walki z hiszpańskim kolonizatorem, którego floty udało im się w końcu zniszczyć po dziewięciu godzinach zaciekłych walk. Kolejnym ich celem była Panama, wybrzeża Meksyku i Peru, a także chilijskie miasta Ylo i Serena; w końcu, obłowieni, opłynęli półwysep i przez cieśninę Magellana powrócili na Antyle.

    1898

    Kolejni przybyli na wyspy piraci mieli mniej szczęścia od poprzedników; wielu z nich, jak Montabon, Michał Bask, Jonqué, Cichel, Brouage, Grogner, Howell Davis, Tusley Wilmet, kontynuowało korsarską tradycję zapoczątkowaną przez pierwszych bukanierów, łupiąc statki pływające po Morzu Karaibskim. Aż w końcu Tortuga podupadła, a wraz z nią cała piracka brać.

    1899

    Niektórzy pożeglowali dalej na Bermudy, gdzie założyli kolonie, siejąc przez kilka kolejnych lat postrach na Wielkich i Małych Antylach. Niebawem jednak nadszedł kres ich panowania i zuchwała korsarska brać raz na zawsze odeszła w zapomnienie.

    Rozdział XVI. Na Tortudze

    1900

    Gdy „Błyskawica” rzucała kotwicę w bezpiecznej zatoczce, którą od pełnego morza odcinał wąski kanał, osłaniający port przed niespodziewanym atakiem Hiszpanów, piraci na Tortudze ucztowali w najlepsze. Ostatnimi czasy, podczas wypraw na San Domingo i Kubę, liczna ta gromada, pod dowództwem Franciszka l'Olonnais i Michała Baska, obłowiła się co niemiara. Groźni na co dzień zbójcy bawili się teraz wesoło w pawilonach rozstawionych w cieniu palmowych drzew i tańcowali na grobli i na plaży, marnotrawiąc przypadłe im w udziale łupy z rozrzutnością godną największych krezusów[81].

    1901

    Na czas morskich wypraw przeistaczali się w najdziksze bestie, ale na lądzie byli najweselszymi kompanami na Karaibach i — o dziwo! — także najlepiej wychowanymi dżentelmenami, albowiem piraci nie odmawiali zaproszenia na korsarskie uczty nawet wziętym do niewoli jeńcom. Łudzili się przy tym, że dobrze traktowani więźniowie wpłyną na swoje rodziny, by te zapłaciły za nich sowity okup. Na biesiadach nie brakowało też jeńców płci żeńskiej, w stosunku do których piraci odnosili się zawsze z największą uprzejmością; dwoili się i troili, siląc się na grzeczności, by damy zapomniały o przykrej doli, jaka za ich sprawą przypadła im w udziale. W istocie przykry był los jeńca wojennego, zwłaszcza gdy nikt nie kwapił się do wpłacenia wykupnego, które wyznaczyli za niego piraci; w takich przypadkach uciekali się oni do okrutnych metod i czasem wysyłali hiszpańskim namiestnikom głowę jakiegoś nieboraka, by ponaglić ich do pokrycia żądanej sumy.

    1902

    „Błyskawica” rzuciła kotwicę. Zebrani na plaży piraci przerwali na chwilę tańce i gry, by gromkim „niech żyje!” powitać powrót Czarnego Korsarza, który wśród nich był popularny niemal tak samo jak Franciszek l'Olonnais.

    1903

    Dotychczas nie dotarła tu wieść o śmiałej wyprawie do Maracaibo i wyrwaniu ciała Czerwonego Korsarza z łap gubernatora. Być może ten i ów, znając odwagę kapitana „Błyskawicy”, łudził się jeszcze, że obaj wrócą na Tortugę cali i zdrowi.

    1904

    Tymczasem opuszczona do połowy masztu piracka bandera nie pozostawiała złudzeń — na statku panowała żałoba. Wszelkie śpiewy, rozmowy i śmiech ucichły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Piraci, niespokojni, w milczeniu zebrali się na grobli, by usłyszeć wieści o wyprawie dwóch korsarzy.

    1905

    Czarny Korsarz obserwował z mostku piracką biesiadę. Przywołał Morgana, który opuszczał właśnie łodzie na wodę. Wskazał na piratów zebranych na brzegu i rzekł:

    1906

    — Idź i powiedz im, że Czerwony Korsarz miał godny pochówek w wodach Wielkiej Zatoki i że jego brat powrócił żyw, by obmyślić zemstę, która….

    1907

    Przerwał na kilka chwil, po czym, zmieniając ton, dodał:

    1908

    — Uprzedź Franciszka l'Olonnais, że dzisiejszego wieczoru złożę mu wizytę. Następnie udaj się do gubernatora i przekaż mu moje pozdrowienia. Jego także zamierzam odwiedzić.

    1909

    Stał na pomoście, dopóki żagle nie zostały opuszczone, a lin nie przywiązano do pomostu. Po pół godzinie, gdy wszystko było już gotowe, zszedł do kajuty, w której, w oczekiwaniu na zejście na ląd, siedziała flamandzka księżniczka.

    1910

    — Pani — rzekł Czarny Korsarz. — Przygotowałem łódź, która zabierze cię na brzeg.

    1911

    — Jestem gotowa — odparła. — Jestem twoim więźniem i muszę słuchać rozkazów.

    1912

    — Nie, pani, nie jesteś niczyim więźniem, już nie.

    1913

    — Jak to? Nie zapłaciłam okupu.

    1914

    — Odpowiednia suma została już zdeponowana w pirackiej skrzyni.

    1915

    — Za czyją sprawą? — zapytała zdumiona. — Nie powiadomiłam jeszcze markiza di Heredias ani gubernatora Maracaibo o mojej niewoli.

    1916

    — To prawda, ale ktoś już się tym zajął — roześmiał się Czarny Korsarz.

    1917

    — Ty?

    1918

    — A gdybym to był ja? — zapytał Czarny Korsarz, zaglądając jej w oczy.

    1919

    Młoda dama przez chwilę milczała, po czym odpowiedziała wzruszona:

    1920

    — Zaskakuje mnie ta szlachetność i wielkoduszność, o którą nigdy bym nie podejrzewała piratów z Tortugi, lecz nie dziwię się już więcej, jeśli stało się to za sprawą tego, który nazywa się Czarnym Korsarzem.

    1921

    — Dlaczego, pani?

    1922

    — Różnisz się od pozostałych. Przez te kilka dni na statku dostrzegłam i doceniłam odpowiednio uprzejmość, szlachetność i odwagę pana z Roccanery, na Ventimiglia i Valpencie. Powiedz mi proszę, jaka kwota została wyznaczona za mój okup.

    1923

    — Chcesz spłacić swój dług? A może przykro ci opuszczać Tortugę?

    1924

    — Wręcz przeciwnie. Kiedy opuszczę tę wyspę, być może będzie mi żal bardziej, niż sobie możesz wyobrazić, i wierz mi, zachowam w sercu wdzięczność dla Czarnego Korsarza i być może nigdy o nim nie zapomnę.

    1925

    — Pani! — krzyknął Czarny Korsarz, a oczy mu rozbłysły.

    1926

    Uczynił krok w jej kierunku, ale zatrzymał się od razu i powiedział smutno:

    1927

    — Kto wie! Kiedy ten dzień nadejdzie, może w twoich oczach będę najokrutniejszym z piratów i żywić będziesz do mnie tylko głęboką odrazę.

    1928

    Nerwowym krokiem przeszedł się po kajucie, po czym zatrzymał się przed nią i zapytał:

    1929

    — Znasz gubernatora Maracaibo?

    1930

    Dziewczyna drgnęła, słysząc te słowa, i spojrzała na niego niespokojnie:

    1931

    — Znam — potwierdziła drżącym głosem. — Dlaczego mnie o to pytasz?

    1932

    — Myślisz pewnie, że kieruje mną ciekawość.

    1933

    — O mój Boże!

    1934

    — Co się stało, pani? — zdziwił się Czarny Korsarz, — Jesteś blada i wzburzona.

    1935

    Zamiast odpowiedzieć, młoda dama zapytała go z mocą:

    1936

    — Skąd to pytanie?

    1937

    Czarny Korsarz już miał zamiar odpowiedzieć, gdy przerwał mu odgłos kroków na zewnątrz. To Morgan, który zdołał już spełnić kapitańskie rozkazy, schodził na pokład.

    1938

    — Kapitanie — zameldował, wchodząc do środka. — Piotr Nau czeka na ciebie w swoim domu, pragnie powiadomić cię o sprawach niecierpiących zwłoki. Myślę, że podczas naszej nieobecności przemyślał twój plan i że wyprawa jest już przygotowana.

    1939

    — A jednak! — wykrzyknął Czarny Korsarz, jego oczy rozjaśnił ponury blask. — Nie sądziłem, że godzina zemsty wybije tak prędko.

    1940

    Odwrócił się w stronę młodej damy, wciąż wyraźnie wzburzonej, i powiedział:

    1941

    — Pani, pozwól, że zaoferuję ci gościnę w moim domu, będzie on do twojej całkowitej dyspozycji. Moko, Carmaux i Van Stiller zaprowadzą cię tam i będą na twoje rozkazy.

    1942

    — Ależ panie… Chwileczkę… — wyjąkała.

    1943

    — Rozumiem twoje wątpliwości, ale do sprawy okupu wrócimy później.

    1944

    Po tych słowach wyszedł z kajuty szybkim krokiem, a za nim Morgan. Przeszedł przez pokład i wsiadł do przycumowanej do lewej burty szalupy, w której czekało sześciu marynarzy.

    1945

    Usiadł na rufie, wziął ster w ręce, ale nie pokierował łodzi w kierunku grobli, skąd piraci odeszli już z powrotem do swoich rozrywek, lecz skierował się w stronę małego, rozciągającego się na wschód od portu cypla, który porastał palmowy gaj pełen wielkoliściastych drzew o smukłych, eleganckich pniach.

    1946

    Gdy łódź dobiła do brzegu, Czarny Korsarz zeskoczył na plażę, dając znak swoim ludziom, by wrócili na pokład, i zniknął pod zielonym baldachimem, obierając ledwo widoczną w gąszczu ścieżkę.

    1947

    Zamyślił się głęboko, jak zwykle, gdy był sam, ale zdawać się mogło, że tym razem jego myśli były wzburzone, bowiem zatrzymywał się często, mówił sam do siebie, potrząsając ze zniecierpliwieniem rękami, wygrażał pięścią jakiemuś niewidzialnemu wrogowi.

    1948

    Zagłębił się już dość daleko w dżunglę, gdy nagle radosny głos o śmiesznym akcencie wyrwał go z rozmyślań.

    1949

    — Niech mnie zjedzą tubylcy, jeśli nie mam racji! Byłem pewien, że cię tu znajdę, przyjacielu. Radosne życie pirata na Tortudze tak cię przeraża, że przychodzisz do mnie okrężną drogą przez dżunglę? Ale z ciebie dzikus! Jesteś ponury jak listopadowa noc!

    1950

    Czarny Korsarz gwałtownie uniósł głowę, a jego ręka odruchowo powędrowała w stronę szabli.

    1951

    Z gęstwiny drzew bananeire wyłonił się człowiek w marynarskim ubraniu, uzbrojony w parę pistoletów i kordelas. Był to mężczyzna raczej niskiego wzrostu, o szorstkich rysach twarzy i przenikliwym spojrzeniu.

    1952

    — Ach! To ty, Piotrze? — odetchnął z ulgą Czarny Korsarz.

    1953

    — Z krwi i kości, przyjacielu.

    1954

    W rzeczy samej był to słynny pirat, najgroźniejszy z morskich rozbójników, najbardziej bezlitosny wśród wszystkich wróg Hiszpanów.

    1955

    Piotr Nau w tamtym czasie miał zaledwie trzydzieści pięć lat, a już zyskał sobie sławę, o której marzą wszyscy piraci. Wiele jeszcze miał przelać hiszpańskiej krwi, zanim jego pełne przygód życie zakończy się tragicznie w brzuchach kanibali z Darien.

    1956

    Urodził się we francuskim mieście Olonne. Pierwotnie zajmował się przerzutem kontrabandy[82] na hiszpańskie wybrzeże, lecz pewnej nocy, przyskrzyniony przez celników, stracił łódź i brata, którego dosięgła kula z pistoletu. On sam został ciężko ranny w potyczce i przez długi czas balansował na granicy życia i śmierci.

    1957

    Wyzdrowiał, lecz znalazł się w tak nędznym położeniu, że za czterdzieści skudów[83] sprzedał się jako niewolnik Montbarsowi, by chociaż taką kwotą wesprzeć nieszczęsną matkę. Początkowo służył jako podrzędny majtek; dopiero, gdy dał dowody niezwykłej odwagi i hartu ducha, mógł stać się pełnoprawnym piratem i zarazem kapitanem niewielkiej łodzi w służbie gubernatora Tortugi. Dzięki niej dokonał legendarnych czynów; nieustannie wspierany przez trzech braci: Czarnego, Czerwonego i Zielonego Korsarza, zadawał bolesne straty hiszpańskim koloniom.

    1958

    Pewnego pechowego dnia huraganowy wiatr zepchnął go na wybrzeże w pobliżu Campeche, gdzie na oczach Hiszpanów zatonął mu statek. Całą jego załogę wyrżnięto, a on jeden ocalał, ukryty po szyję w błocie na sawannie, wysmarowany czarną mazią po czubki włosów.

    1959

    Gdy w końcu udało mu się wydostać z bagniska, nie uciekł, lecz w przebraniu hiszpańskiego żołnierza poszedł prosto do Campeche z zamiarem rozpoznania terenu, na targu kupił kilku niewolników, po czym w ukradzionej łodzi odpłynął na Tortugę, gdzie już uznano go za martwego.

    1960

    Niejeden zastanowiłby się trzy razy, zanim ponownie skusiłby los, ale nie on. Franciszek l'Olonnais zaraz po tej przygodzie przygotował kolejną wyprawę w morze; zebrał załogę złożoną z dwudziestu ośmiu marynarzy i na dwóch stateczkach popłynął ku kubańskiemu Los Cayos, osadzie słynącej z handlu. Gdy był już blisko swego celu, jego małą flotę spostrzegli hiszpańscy rybacy i pośpieszyli ostrzec gubernatora. Ten wysłał im na powitanie wielką fregatę obsadzoną dziewięćdziesięcioma marynarzami, na której znajdował się też przeznaczony do wieszania piratów Murzyn, i cztery mniejsze żaglowce z dzielnymi załogami.

    1961

    Franciszek l'Olonnais, mając przeciw sobie tak liczne siły, nie uląkł się. O świcie kazał dwóm statkom podpłynąć z obu stron do burt fregaty i mimo przewagi nieprzyjaciela dokonał abordażu, wyrzynając wszystkich znajdujących się na pokładzie, łącznie z Murzynem. Następnie popłynął prosto na pozostałe żaglowce, zmusił je do poddania się i wyrzucił ich załogi do morza.

    1962

    I oto Czarny Korsarz spotyka tego niezwykłego człowieka, którego sława miała dopiero rozkwitnąć.

    1963

    — Zapraszam cię do siebie — zaproponował Franciszek, ściskając prawicę przyjaciela. — Czekałem twojego powrotu z niecierpliwością.

    1964

    — Ja także chciałem się z tobą spotkać — powiedział Czarny Korsarz. — Wiesz, że byłem w Maracaibo?

    1965

    — Byłeś tam? — zdziwił się Franciszek l'Olonnais.

    1966

    — A jak inaczej miałem porwać ciało brata?

    1967

    — Myślałem, że wysłałeś ludzi.

    1968

    — Znasz mnie. Wolę działać sam.

    1969

    — Włazisz w paszczę samemu lwu! Uważaj, żebyś swej odwagi pewnego dnia nie przypłacił życiem. Widzisz, jak skończyli twoi bracia.

    1970

    — Zamilcz, Piotrze.

    1971

    — Nie martw się, pomścimy ich, i to wkrótce.

    1972

    — Podjąłeś decyzję? — ożywił się Czarny Korsarz.

    1973

    — Zrobiłem nawet więcej! Przygotowałem wyprawę!

    1974

    — To prawda?

    1975

    — Na mój honor rozbójnika i złodzieja, jak nazywają mnie Hiszpanie — roześmiał się Franciszek.

    1976

    — Ile masz statków?

    1977

    — Osiem, łącznie z „Błyskawicą”, i sześciuset ludzi rekrutujących się z piratów i bukanierów. My będziemy dowodzić tymi pierwszymi, a Michał Bask drugimi.

    1978

    — On też do nas dołączy?

    1979

    — Wyraził chęć udziału w wyprawie, a ja wyraziłem zgodę. Wiesz, że to doświadczony najemnik, wiele stoczył wojen jeszcze w Europie, może oddać nam znaczne usługi. I do tego jest bogaty.

    1980

    — Potrzebujesz pieniędzy?

    1981

    — Wydałem już wszystko, co wyciągnąłem ze statku złupionego niedaleko Maracaibo, w drodze powrotnej z Los Cayos.

    1982

    — Z mojej strony możesz liczyć na dziesięć tysięcy piastrów.

    1983

    — Na mą głowę! Masz nieskończone żyły złota w swoich zamorskich kopalniach?

    1984

    — Dałbym ci więcej, gdybym rano nie zapłacił dużego okupu.

    1985

    — Okupu! Ty? Za kogo?

    1986

    — Za szlachetną damę, która trafiła w moje ręce. Okup należał się mojej załodze, więc go pokryłem.

    1987

    — Kim ona jest? To Hiszpanka?

    1988

    — Nie, to flamandzka księżniczka, która z pewnością jest krewną gubernatora z Vera Cruz.

    1989

    — Flamandka! — wykrzyknął Franciszek i zamyślił się. — A to ci zbieg okoliczności! Twój śmiertelny wróg także pochodzi z Flandrii[84].

    1990

    — Co chcesz przez to powiedzieć? — zapytał Czarny Korsarz, a krew odpłynęła mu z twarzy.

    1991

    — Przyszło mi do głowy, że może być spokrewniona z Van Gouldem.

    1992

    — Nie daj Boże! — powiedział ledwie słyszalnym szeptem Czarny Korsarz. — To niemożliwe.

    1993

    Franciszek l'Olonnais zatrzymał się pod gąszczem maot, wielkoliściastych drzew przypominających bawełniane krzewy, i uważnie przyjrzał się przyjacielowi.

    1994

    — Dlaczego tak na mnie patrzysz? — zapytał Czarny Korsarz.

    1995

    — Pomyślałem o twojej flamandzkiej księżniczce i zastanawia mnie twoje nagłe wzburzenie. Jesteś blady jak śmierć!

    1996

    — Po twoich słowach krew zmroziła mi się w żyłach.

    1997

    — Których?

    1998

    — Że mogłaby być spokrewniona z Van Gouldem.

    1999

    — A ciebie co to obchodzi, nawet gdyby była?

    2000

    — Przysiągłem zamordować wszystkich Van Gouldów chodzących po tej ziemi i wszystkich ich krewniaków.

    2001

    — I dobrze, wtedy zabiłoby się ją i po kłopocie.

    2002

    — Zabić ją? Nie! — ze zgrozą zawołał Czarny Korsarz.

    2003

    — Więc chcesz mi powiedzieć… — z wahaniem zaczął Franciszek.

    2004

    — Co takiego?

    2005

    — Do stu tysięcy piorunów! Kochasz swego więźnia.

    2006

    — Zamilcz, Piotrze!

    2007

    — Dlaczego mam milczeć? Kochanie kobiety to wstyd dla pirata?

    2008

    — Nie, przyjacielu, lecz instynktownie wyczuwam, że ona będzie moją zgubą.

    2009

    — Już za późno.

    2010

    — Więc zdecyduje los.

    2011

    — Mocno ją kochasz?

    2012

    — Do szaleństwa.

    2013

    — A ona też cię kocha?

    2014

    — Tak sądzę.

    2015

    — Na mą brodę! Piękna z was para! Pan z Roccanery nie mógł sobie znaleźć innej wybranki niż ta piękna panna z książęcego rodu. To rzadkie szczęście w takich miejscach jak to, a zwłaszcza dla pirata. Dalej! Chodź, przyjacielu, opróżnijmy po szklaneczce wina na cześć twojej księżniczki.

    Rozdział XVII. Willa Czarnego Korsarza

    2016

    Franciszek l'Olonnais na główną kwaterę obrał sobie skromny, drewniany dom o mocnej konstrukcji, którego dach, na modłę karaibskich Indian, pokryto zeschłymi liśćmi. Była to kryjówka wystarczająco wygodna dla pirata, a nawet nie można jej było odmówić pewnej dozy luksusu, którego pożądały dumne i szorstkie zarazem pirackie serca.

    2017

    Położony na skraju dżungli, ledwie pół mili od cytadeli, został wybudowany w urokliwym i spokojnym zakątku wyspy, wśród szpaleru palm, których cień przyjemnie chłodził w skwarze dnia.

    2018

    Pirat wprowadził Czarnego Korsarza do pomieszczenia na parterze, którego okna osłonięte były matami wyplecionymi z nipy[85] i wskazał mu bambusowy fotel. Jednemu ze swych sług kazał przynieść kilka butelek hiszpańskiego wina, pochodzących z pewnością z któregoś ze zrabowanych statków, po czym odkorkował jedną z nich i napełnił dwa kielichy.

    2019

    — Kapitanie, zdrowie twoje i twej damy — wzniósł toast.

    2020

    — Lepiej wypijmy za powodzenie naszej wyprawy, przyjacielu — odparł na to Czarny Korsarz.

    2021

    — Na pewno się powiedzie. Zobaczysz, przyprowadzę do ciebie zabójcę obu twoich braci.

    2022

    — Trzech, Piotrze.

    2023

    — Jak to? — zdumiał się pirat. — Wiem tyle, co i inni, że Van Gould zabił Czerwonego i Zielonego Korsarza. Nic mi nie wiadomo o trzecim.

    2024

    — Zgadza się, trzech — powiedział martwym głosem.

    2025

    — Niech mnie piorun trzaśnie! I ta gadzina wciąż żyje?

    2026

    — Już niedługo.

    2027

    — Mam nadzieję, masz moje wsparcie, przyjacielu. Wpierw wolałbym się jednak dowiedzieć, jak dobrze znasz tego Van Goulda?

    2028

    — Znam go lepiej, niż Hiszpanie, którym teraz służy.

    2029

    — Co to za człowiek?

    2030

    — To stary żołnierz, który walczył we Flandrii i brał udział w wielu bitwach. Nosi jedno z najbardziej znanych nazwisk wśród flamandzkiej szlachty. Niegdyś był odważnym kondotierem[86], dowódcą licznych oddziałów i, kto wie, może wciąż mnożyłby zaszczytne tytuły, gdyby hiszpańskie złoto nie uczyniło zeń zdrajcy.

    2031

    — Jest stary?

    2032

    — Ma około pięćdziesięciu lat.

    2033

    — Mówi się, że krzepy mu nie brak i że jest jednym z najzuchwalszych gubernatorów, jakich mają Hiszpanie w tych koloniach.

    2034

    — Zgadza się, jest przebiegły niczym lis, energiczny jak Montbars i niezwykle odważny.

    2035

    — Maracaibo stawi nam zaciekły opór.

    2036

    — Zgadzam się, Piotrze, ale kto może się oprzeć atakowi sześciuset piratów? Wiesz, ile warci są nasi ludzie.

    2037

    — Na mą brodę! — powiedział pirat. — Sam się o tym przekonałem, gdy ujrzałem, jak moja nieliczna załoga podczas walki z hiszpańską flotą pod Los Cayos jak lwy rzuca się do walki. Dzięki tobie znamy już słabe strony Maracaibo.

    2038

    — Poprowadzę cię.

    2039

    — Coś cię tu zatrzymuje?

    2040

    — Nic.

    2041

    — Nawet Flamandka?

    2042

    — Poczeka na mnie, jestem pewien — uśmiechnął się Czarny Korsarz.

    2043

    — Gdzie ją umieściłeś?

    2044

    — W mojej willi.

    2045

    — A ty gdzie się podziejesz, skoro twój dom jest zajęty?

    2046

    — Zostanę u ciebie.

    2047

    — No, no, nie spodziewałem się takiego obrotu spraw. Wspaniale! W ten sposób razem ułożymy plan, później dołączy do nas Bask, którego zaprosiłem na obiad.

    2048

    — Dziękuję, przyjacielu. Kiedy wyruszamy?

    2049

    — Jutro o świcie. Twoja załoga jest w komplecie?

    2050

    — Brakuje mi sześćdziesięciu ludzi. Trzydziestu straciłem w walce, a trzydziestu posłałem na statek zdobyty w Maracaibo.

    2051

    — Świetnie! Nie będzie problemu ze znalezieniem chętnych. Każdy pirat dałby się pokroić, byle tylko pływać pod twoją banderą.

    2052

    — Zgadza się, choć czasami biorą mnie za wodną marę!

    2053

    — Do stu piorunów! Rzeczywiście pogodny jesteś jak słoneczko na niebie. Na pewno twoja księżniczka cię trochę rozrusza.

    2054

    — Kto wie — odparł Czarny Korsarz.

    2055

    Wstał i skierował się do drzwi.

    2056

    — Już wychodzisz? — zapytał Francuz.

    2057

    — Tak, mam pewną sprawę do załatwienia, ale wieczorem, może trochę później, wrócę. Do zobaczenia, Piotrze.

    2058

    — Do zobaczenia i uważaj, by nie zaczarowały cię czyjeś niewieście oczy.

    2059

    Czarny Korsarz nie słyszał już tych słów. Wyszedł z domu i ruszył drogą przez dżunglę, która prowadziła w przeciwnym kierunku niż ten, z którego przyszedł. Las rozciągający się za cytadelą porastał znaczną powierzchnię wyspy; pyszne palmy z gatunku massimiliane i okazałe prześcigle o wachlarzowatych, postrzępionych na końcach liściach splatały swe gałęzie z palmami jupati i bossù, o twardych niczym metal liściach, a pod palmowym baldachimem nieuprawiane rosły dziko wielkimi kępami cenne agawy, z których pozyskuje się słodki i zarazem pikantny sok, znany na wybrzeżach Zatoki pod nazwą aguamiele, w swojej sfermentowanej wersji zwany mezcalem. Nie brakowało tam też krzaków dzikiej wanilii, długiego pieprzu i papryczki pimiento.

    2060

    Pogrążony we własnych myślach, Czarny Korsarz nie podziwiał otaczającej go przyrody. Ciągle przyspieszał kroku, jak człowiek, który niecierpliwie pragnie znaleźć się już u celu.

    2061

    Pół godziny później pirat stanął na skraju plantacji trzciny cukrowej, która rosła tu wyjątkowo bujnie. W promieniach zachodzącego słońca jej źdźbła mieniły się purpurowymi refleksami. Rośliny były już dojrzałe, gotowe do zbiorów; ich czerwono-żółte łodygi, delikatne i wysmukłe, okalały rzędy długich liści, które koniuszkami dotykały ziemi, u góry wieńczyły je białe wiechy kwiatów, w których odbijała się cała gama kolorów, od złocistego po niebieskawy.

    2062

    Czarny Korsarz przez chwilę napawał się tym widokiem, po czym zanurzył się w morze trzciny i wyłonił po drugiej jego stronie, naprzeciw pięknego domu, ocenionego otaczającym go palmowym gajem.

    2063

    Był to dwupiętrowy budynek, podobny do tych, które budują zwykle Meksykanie; jego ściany pomalowano na czerwono i ozdobiono ceramicznymi płytkami, układającymi się w wielobarwne mozaiki, a na dachu urządzono taras pełen kwiatów zasadzonych w wielkich donicach.

    2064

    Olbrzymich rozmiarów tykwa, tropikalna krewniaczka dyni, o okrągłych, bladozielonych owocach przypominających melony, z których Indianie wyrabiają naczynia, szerokimi liśćmi szczelnie oplatała budynek, przysłaniając okna i taras.

    2065

    Przed drzwiami siedział niezwykłych rozmiarów Afrykańczyk, kurzący starą fajkę, którą, jak domyślał się Korsarz, dostał w prezencie od swych dwóch przyjaciół.

    2066

    Pirat w ciszy przyglądał się przez chwilę domostwu, po czym potrząsnął ze zniecierpliwieniem głową i podszedł do Moko, który zerwał się na nogi.

    2067

    — Gdzie Carmaux i Van Stiller? — zapytał.

    2068

    — Poszli do portu, żeby dowiedzieć się, czy są jakieś rozkazy od ciebie, panie — odparł Moko.

    2069

    — Co robi księżniczka?

    2070

    — Jest w ogrodzie.

    2071

    — Sama?

    2072

    — Ze swoją służbą.

    2073

    — Co robi?

    2074

    — Przygotowuje stół dla ciebie.

    2075

    — Dla mnie? — Nachmurzone oblicze pirata rozjaśniło się jak niebo po burzy.

    2076

    — Była przekonana, że zjecie razem kolację.

    2077

    — Tak naprawdę, oczekują mnie w domu Franciszka, ale jednak wolę to miejsce, a towarzystwo tego dziewczęcia jest mi milsze od pirackiej biesiady — wyszeptał.

    2078

    Wszedł do domu i skręcił w korytarzyk, wzdłuż którego ustawiono wazony pełne kwiatów wydzielających odurzające wonie, przeszedł przez pomieszczenia i znalazł się w przestronnym ogrodzie, okolonym murem tak wysokim i solidnym, że nikt niepowołany nie zdołałby się na niego wspiąć.

    2079

    Dom był piękny, ale ogród urodą przerastał wszelkie wyobrażenia. Rosnące w rzędach szerokolistne, ciemnozielone bananowce wyznaczały urocze, parkowe alejki, rzucając na nie cień, który zapewniał ożywczy chłód. W ich koronach w wielkich kiściach pyszniły się dorodne banany. Pomiędzy alejkami kusiły zielenią trawniki, które porastały najpiękniejsze kwiaty tropików.

    2080

    W narożnikach ogrodu rosły wiecznie zielone drzewa awokado, o owocach wielkości cytryny, których miąższ zmieszany z odrobiną sherry jest wybornym smakołykiem; tu i ówdzie kwitły męczennice, których nie większe od gęsich jaj owoce zawierały delikatny miąższ o przyjemnym zapachu; w niezliczonych zakątkach ogrodu różowe kwiaty tonkowców odurzały wonną słodyczą, a wszędzie wkoło krzewiła się kapusta palmowa, rozrosła już wspaniale i dojrzała, której liście wystrzelały w górę na sześćdziesiąt, a czasem nawet osiemdziesiąt centymetrów.

    2081

    Czarny Korsarz skręcił w jedną z alejek i bezgłośnie zbliżył się do altanki uplecionej z liści tykwy, podobnej do tej, która otulała dom. Urokliwe to miejsce ocieniała palma jupati o niezwykle długich liściach, strzelających w górę na pięćdziesiąt stóp.

    2082

    Promienie słońca migotały w zielonych koronach, a po ogrodzie rozbrzmiewał perlisty śmiech.

    2083

    Czarny Korsarz podszedł bliżej i spojrzał poprzez gęstą roślinność. Na środku baśniowego ogrodu stał przygotowany do posiłku stół, przykryty śnieżnobiałą, flandryjską serwetą. Dwa piękne świeczniki ginęły w bukietach kwiatów o słodkich zapachach, a na stole pomiędzy nimi ułożone stały piramidy tropikalnych owoców, ananasów, bananów, zielonych orzechów kokosowych oraz półmiski pełne pupuhna, dużych brzoskwiń gotowanych w osłodzonej wodzie.

    2084

    Księżniczka z pomocą dwóch Metysek[87] nakrywała do stołu. Ubrana była w suknię w kolorze morskiego błękitu, o brzegach wyszywanych koronką sprowadzaną z Brukseli. Barwa ta jeszcze bardziej podkreślała bladość jej skóry i złote refleksy we włosach, które długim warkoczem opadały jej na plecy.

    2085

    Nie założyła tego wieczoru klejnotów, choć żyjąc już tak długi czas wśród hiszpańskich i amerykańskich kobiet, mogła przyzwyczaić się do noszenia licznych błyskotek; jedyną jej ozdobą był podwójny sznur dużych pereł, spiętych pięknym szmaragdem, które zawiesiła sobie na śnieżnobiałej szyi.

    2086

    Czarny Korsarz chciwie chłonął to zjawisko; płonącym wzrokiem wpatrywał się w nią, śledząc najdrobniejszy ruch. Wydawał się być oślepiony tym surowym, północnym pięknem. Prawie nie oddychał — tak bardzo obawiał się spłoszyć to stworzenie. W pewnej chwili nieświadomie ręką poruszył liście rosnącej nieopodal niewielkiej palmy.

    2087

    Dziewczyna, słysząc szelest liści, obejrzała się. Na jego widok lekki rumieniec okrasił jej policzki, a usta rozchyliły się w uśmiechu, ukazując małe zęby, błyszczące jak perełki, które nosiła na szyi.

    2088

    — To ty, panie! — powitała go z radością.

    2089

    Czarny Korsarz zdjął kapelusz i ukłonił się. Dziewczyna powiedziała do niego:

    2090

    — Oczekiwałam cię, zobacz, stół już prawie gotowy do kolacji.

    2091

    — Czekałaś na mnie, Honorato? — zapytał, całując dłoń, którą mu podała.

    2092

    — Zobacz sam. Na kolację przygotowano kotlety z manata, szaszłyki z mięsa dzikich ptaków, morskie ryby, które tylko czekają, by je zjeść. Osobiście dopilnowałam przygotowania potraw, wiesz?

    2093

    — Ty, pani?

    2094

    — Dziwi cię to? Flamandzkie kobiety zazwyczaj same przygotowują potrawy dla swych mężów i gości.

    2095

    — I naprawdę na mnie czekałaś?

    2096

    — Tak, panie.

    2097

    — Przecież nie obiecywałem, że zjawię się na kolację.

    2098

    — To prawda, ale serce kobiety czasami odgaduje intencje mężczyzny, a moje mówiło mi, że wrócisz tu dziś wieczorem — odparła, rumieniąc się.

    2099

    — Pani — odezwał się Czarny Korsarz — zostałem zaproszony na kolację przez jednego z moich przyjaciół, ale — do czorta! — niech czeka na mnie, ile zechce. Nie mógłbym zrezygnować z przyjemności spędzenia tego wieczoru z tobą. Kto wie! Być może to nasze ostatnie wspólne spotkanie i już się więcej nie zobaczmy.

    2100

    — Dlaczego? — drgnęła, niemile zaskoczona. — Czyżby Czarnemu Korsarzowi śpieszyło się z powrotem na morze? Dopiero co wrócił z jednej wyprawy i już pragnie kolejnej? Nie wiesz, że na morzu może cię spotkać śmierć?

    2101

    — Wiem, pani, ale los pcha mnie znów daleko, a ja zamierzam go usłuchać.

    2102

    — I nic cię nie powstrzyma? — jej głos łamał się.

    2103

    — Nic — ciężko westchnął Czarny Korsarz.

    2104

    — Żadne uczucie?

    2105

    — Żadne.

    2106

    — Nawet przyjaźń? — zapytała z rosnącym niepokojem.

    2107

    Czarny Korsarz nachmurzył się; chciał jeszcze raz zaprzeczyć, ale zamilkł i wskazał dziewczynie krzesło:

    2108

    — Usiądź, pani, kolacja stygnie. Byłoby przykro nie zjeść tak wspaniale przygotowanych potraw.

    2109

    Usiedli naprzeciw siebie. Do posiłku usługiwały im Metyski. Czarny Korsarz stał się nagle wylewny i czuły i mimo jedzenia chętnie rozmawiał, przejawiając poczucie humoru i okazując dużo grzeczności, jak przystało na szlachcica. Opowiadał jej o zwyczajach piratów i bukanierów, o ich wspaniałych czynach, niezwykłych przygodach, relacjonował przebieg najstraszliwszych bitew i najkrwawszych abordaży, opisywał tonące statki i zwyczaje kanibali. Nie wspomniał jednak ani słowem o wyprawie, na którą o świcie wyruszał z Franciszkiem l'Olonnais i Michałem Baskiem.

    2110

    Flamandka słuchała go z uśmiechem, podziwiając w milczeniu jego poczucie humoru, wdzięk i niecodzienną gadatliwość; ani na chwilę nie odrywała od niego wzroku, raz po raz wracała też do tematu planowanej wyprawy, ciekawa i zmartwiona zarazem.

    2111

    Słońce zaszło dwie godziny temu. Dopiero gdy księżyc wystawił swe oblicze znad krawędzi lasu, Czarny Korsarz podniósł się. Przypomniał sobie raptownie, że Francuz czeka na niego wraz z Baskiem i że do świtu powinien skompletować załogę „Błyskawicy”.

    2112

    — Przy tobie czas upływa zbyt szybko! — powiedział. — Nie wiem, jaki tajemniczy wdzięk posiadasz, że zapomniałem o moich obowiązkach! Myślałem, że to ósma, a minęła już dziesiąta.

    2113

    — Myślę, że po wielu morskich wyprawach najprzyjemniejszym odpoczynkiem jest posiłek we własnym domu — odparła.

    2114

    — A ja myślę, że to jednak towarzystwo twoich pięknych oczu.

    2115

    — Tym razem, panie, to ty uprzyjemniłeś mi dzisiejszy wieczór, nie wiadomo, czy znów będziemy mieli ku temu okazję, by spędzić wspólnie czas w tym bajkowym ogrodzie, z dala od morza i ludzi — dodała z nutą goryczy.

    2116

    — Na wojnie można zginąć, ale czasem los jest łaskawy.

    2117

    — Wojna! A nie bierzesz pod uwagę morskiego żywiołu? Zdarzy się, że i „Błyskawica” ulegnie wielkim falom kotłującym się na wodach Zatoki.

    2118

    — Gdy ja jestem u steru, mojemu statkowi nic nie zagraża.

    2119

    — Kiedy wracasz na morze?

    2120

    — Jutro o świcie, pani.

    2121

    — Dopiero co przybiłeś do brzegu, a już myślisz uciekać. Gotowam pomyśleć, że ląd napawa cię zabobonnym strachem.

    2122

    — Kocham morze, poza tym, siedząc tu bezczynnie, nie dorwę nigdy mojego śmiertelnego wroga.

    2123

    — Myślisz tylko o nim!

    2124

    — Zawsze i wszędzie, i nie przestanę, póki żyję.

    2125

    — Wyruszasz, by z nim walczyć?

    2126

    — Być może.

    2127

    — Gdzie się udasz? — głos dziewczyny zdradzał niepokój, który nie uszedł uwagi Czarnego Korsarza.

    2128

    — Nie mogę ci tego powiedzieć. Sekrety piratów to rzecz święta. Jeszcze kilka dni temu byłaś gościem na hiszpańskim statku płynącym z Vera Cruz i być może masz powiązania z Maracaibo.

    2129

    Młoda dama zmarszczyła czoło i spojrzała na pirata czarnymi oczami.

    2130

    — Nie ufasz mi? — zapytała z lekką naganą w głosie.

    2131

    — Nie, pani. Niech mnie Bóg ma w swej opiece, jeśli w ciebie zwątpię, ale muszę przestrzegać korsarskich zasad.

    2132

    — Byłoby mi przykro, gdyby Czarny Korsarz we mnie wątpił. Zwłaszcza że wiem, jak bardzo jest lojalny i jakie wyznaje zasady.

    2133

    — Dziękuję za dobre słowo, pani.

    2134

    Włożył kapelusz na głowę, na ramię zarzucił pelerynę, ale wciąż coś trzymało go w miejscu. Stał przed księżniczką i wpatrywał się w jej zamyśloną twarzyczkę.

    2135

    — Chcesz mi coś powiedzieć, prawda? — rzekła.

    2136

    — Tak.

    2137

    — To aż tak ważne, że cię zawstydza?

    2138

    — Być może.

    2139

    — Powiedz.

    2140

    — Chciałbym się ciebie zapytać, pani, czy podczas mojej nieobecności opuścisz wyspę.

    2141

    — A gdybym stąd odpłynęła? — zapytała.

    2142

    — Byłoby mi przykro, gdybym cię nie zastał po moim powrocie.

    2143

    — Dlaczego, panie? — zapytała, śmiejąc się i rumieniąc jednocześnie.

    2144

    — Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale czuję, że gdybym mógł spędzić jeszcze jeden wieczór z tobą, byłbym o wiele szczęśliwszy. Przebywanie w twoim towarzystwie łagodzi moje cierpienia, które ciągną się za mną aż z zamorskiej ojczyzny.

    2145

    — Dobrze więc, powiem ci, że także i mnie byłoby przykro, gdybym miała już nie ujrzeć Czarnego Korsarza — wyznała i opuściła głowę na piersi.

    2146

    — Więc poczekasz na mnie? — gwałtownie powiedział Czarny Korsarz.

    2147

    — Zrobiłabym nawet więcej, gdybyś mi pozwolił.

    2148

    — Mów.

    2149

    — Poprosiłabym cię o udzielenie mi gościny na „Błyskawicy” na czas wyprawy.

    2150

    Czarny Korsarz ucieszył się, lecz uśmiech szybko zgasł na jego ustach.

    2151

    — To… niemożliwe.

    2152

    — Byłabym dla ciebie przeszkodą?

    2153

    — Nie, ale piratom nie wolno zabierać kobiety na pokład, zwłaszcza podczas wyprawy wojennej. To prawda, że „Błyskawica” należy do mnie, że jestem jej niekwestionowanym dowódcą i nie podlegam nikomu…

    2154

    — Ale? — smutno zapytała.

    2155

    — Nie potrafię tego wytłumaczyć, pani, ale bałbym się, widząc cię na pokładzie „Błyskawicy”. To przeczucie wiszącego nade mną nieszczęścia, którego nie potrafię przewidzieć, dręczy mnie. Zadałaś mi pytanie, a ja zamiast ucieszyć się, poczułem ukłucie w sercu. Spójrz na mnie! Czy nie zbladłem bardziej niż zazwyczaj?

    2156

    — To prawda! — potwierdziła. — Mój Boże! Czy ta wyprawa może okazać się dla ciebie zgubna?

    2157

    — Tego nie wie nikt. Pani, pozwól mi płynąć. Cierpię teraz, choć nie znam przyczyny. Do widzenia. Jeśli zatonę wraz z moim statkiem w głębinach zatoki lub zginę zastrzelony w walce, nie zapomnij szybko o Czarnym Korsarzu!

    2158

    Po tych słowach odszedł szybkim krokiem, nie oglądając się za siebie, jakby bał się, że coś go od tego powstrzyma. Przeszedł przez ogród i na powrót zanurzył się w dżunglę, kierując się w stronę domu Franciszka l'Olonnais.

    Rozdział XVIII. Nienawiść Czarnego Korsarza

    2159

    Nazajutrz o świcie, po porannym przypływie, wśród grania bębnów i fujarek, flota pod dowództwem trzech groźnych piratów, Franciszka l'Olonnais, Czarnego Korsarza i Michała Baska, wypływała z portu. Pozostający na wyspie bukanierzy żegnali kamratów strzałami z muszkietów, a piraci ze statków zacumowanych w porcie wykrzykiwali na ich cześć głośne „hurra!”.

    2160

    Flotylla składała się z ośmiu mniejszych i większych statków, uzbrojonych w sumie w osiemdziesiąt sześć armat, z których szesnaście ulokowano na statku Franciszka l'Olonnais, a na „Błyskawicy” dwanaście. W całej wyprawie brało udział sześciuset pięćdziesięciu piratów i bukanierów.

    2161

    „Błyskawica” — bez wątpienia najszybszy żaglowiec, jaki pływał po tych wodach — wysunęła się na czoło. Na najwyższej rei grotmasztu wciągnięto obszytą złotą nicią, czarną banderę kapitana, a nad nią powiewała czerwona wstęga, typowa dla okrętów wojennych.

    2162

    Za nią, w bezpiecznej odległości, ustawione w dwóch rzędach, płynęły pozostałe statki, który zostawiły sobie trochę przestrzeni na manewry, tak by nikogo przy tym nie staranować i nie wpłynąć sąsiadowi pod bukszpryt.

    2163

    Flota wyszła na pełne morze i skierowała się w stronę Cieśniny Wiatrów, która łączy Atlantyk z Morzem Karaibskim.

    2164

    Pogoda była piękna, morze spokojne, a wiatry sprzyjające. Lekka bryza wiejąca od północnego wschodu dawała nadzieję na szybką i spokojną żeglugę pod same mury Maracaibo. Los sprzyjał im też w innych kwestiach; piraccy zwiadowcy donosili, że flota admirała Toledo zacumowała w pobliżu Jukatanu, sprawując pieczę nad szlakami handlowymi wiodącymi do meksykańskich portów, i nie stanowiła dla nich chwilowo większego zagrożenia.

    2165

    Po dwóch dniach żeglugi flotylla nie napotkała na swej drodze żywej duszy. Statki opływały właśnie przylądek Engaño, gdy z pokładu płynącej przodem „Błyskawicy” dostrzeżono nieprzyjacielski okręt płynący w stronę Santo Domingo.

    2166

    Obrany głównym dowódcą wyprawy Franciszek l'Olonnais natychmiast rozkazał wszystkich załogom rozpuścić żagle, a sam podpłynął do „Błyskawicy”, na której czyniono już przygotowania do ataku.

    2167

    Zza przylądka wynurzył się właśnie żaglowiec z zawieszoną na grotmaszcie hiszpańską flagą i wstęgą — oznaką wojennych fregat. Statek ten trzymał się jednakże blisko brzegu; wydawało się, że załoga spostrzegła potężną piracką flotę i zmieniła kurs, by w razie czego móc schronić się na lądzie. Był to potencjalnie prosty łup: statki pod wodzą Franciszka l'Olonnais mogły z łatwością okrążyć hiszpański okręt i jedną salwą posłać go na dno, lecz nie godziło się, by piraci uciekali się do nikczemnych posunięć, niegodnych ich pochodzenia. Ci dumni marynarze nade wszystko cenili sobie równą i uczciwą walkę oraz napaść na nieprzyjaciela siłami znacznie go przewyższającymi uważali za tchórzostwo.

    2168

    Franciszek l'Olonnais nakazał Czarnemu Korsarzowi ustawić statek w dryf, po czym energicznie pożeglował na spotkanie nieprzyjaciela, wzywając go do walki lub poddania. Polecił też marynarzom na dziobie, by poinformowali resztę floty, że niezależnie od wyniku potyczki żaden statek nie pośpieszy mu z pomocą.

    2169

    Nieszczęśni Hiszpanie w obliczu takiego zagrożenia nie mogli mieć najmniejszej nadziei na zwycięstwo; zaatakowana załoga nie kazała dwa razy powtarzać sobie wezwania, kapitan przybił wielki sztandar do masztu i w odpowiedzi na wezwanie wystrzelił w kierunku piratów z ośmiu dział umieszczonych na lewej burcie, dając atakującym do zrozumienia, że nie podda się bez walki.

    2170

    Obie strony przystąpiły do bitwy z dużym zaangażowaniem. Hiszpański statek miał na pokładzie szesnaście dział, lecz tylko sześćdziesięciu ludzi załogi, Franciszek l'Olonnais posiadał taką samą liczbę armat, ale jego załoga liczyła sobie dwa razy więcej marynarzy, a wśród nich nie brakowało pierwszorzędnych strzelców, których niezawodne oko zazwyczaj decydowało o losach potyczki.

    2171

    Flota tymczasem stanęła w dryfie, posłuszna rozkazom swego dowódcy. Załogi zebrane na pokładach z daleka obserwowały starcie; nierówny rozkład sił nie dawał jednak Hiszpanom żadnych szans na zwycięstwo, stąd też rozstrzygnięcie mogło być tylko jedno.

    2172

    Zaatakowani marynarze, choć nieliczni, bronili się zaciekle. Ich armaty groźnie grzmiały, wypluwając w stronę przeciwnika niezliczoną ilość kul, którymi starali się strzaskać maszty przeciwnika i roznieść w pył korsarski statek, który szykował się do abordażu. Odpowiadali salwą na salwę, wykonywali ciągłe zwroty, pokazując się od dziobu, unikając w ten sposób staranowania i podziurawienia burt bukszprytem. Zresztą, jak tylko spostrzegli liczebną przewagę przeciwnika, za wszelką cenę starali się opóźnić bezpośredni kontakt obu żaglowców.

    2173

    Ten zdeterminowany opór rozsierdził tylko Franciszka l'Olonnais; zniecierpliwiony czekaniem pirat próbował wszystkiego, byle tylko zbliżyć się do wroga i spróbować abordażu, ale wciąż coś stawało mu na przeszkodzie. Raz za razem musiał odpływać na bezpieczną odległość, by nieustannie prowadzony ostrzał nie wybił doszczętnie jego własnej załogi.

    2174

    Walka trwała trzy długie godziny; maszty i ożaglowanie obu statków zostało już poważnie uszkodzone, ale piraci w żaden sposób nie zdołali strącić hiszpańskiego sztandaru. Sześć razy szykowali się do abordażu i sześciokrotnie zostali odparci przez sześćdziesięciu śmiałków; dopiero za siódmym razem powiodło im się; wdarli się jak fala na statek przeciwnika i ścięli drzewce, na których powiewała flaga.

    2175

    Piraci wznieśli gromkie „hurra!”, wiwatując na cześć zwycięstwa l'Olonnais, które było dobrym znakiem dla powodzenia wyprawy. Radość piratów wzrosła jeszcze bardziej, gdy okazało się, że „Błyskawica”, zniesiona morskim prądem aż do przybrzeżnej zatoczki, natknęła się tam na mniejszy hiszpański statek, uzbrojony w osiem dział, i pokonała go po krótkiej walce.

    2176

    Oba statki zostały przeszukane; na większym odnaleziono cenny ładunek w postaci różnych kosztowności i odlanych ze srebra płyt, natomiast na drugim przewożono tylko proch i muszkiety przeznaczone dla załogi fortu w Santo Domingo.

    2177

    Hiszpanów wziętych do niewoli wysadzono na ląd; nikt nie chciał mieć na pokładzie jeńców podczas wojennej wyprawy. Sprawnie naprawiono uszkodzone maszty i o zachodzie słońca flota pod pełnymi żaglami skierowała się ku Jamajce.

    2178

    „Błyskawica” znów płynęła na przedzie, utrzymując dystans czterech do pięciu mil morskich.

    2179

    Czarny Korsarz pilnował się blisko floty; w obawie przed napotkaniem hiszpańskich okrętów, które mogły patrolować okolicę, nie chciał, by ktokolwiek mógł przed czasem zorientować się co do obranego przez nich celu ani ostrzec gubernatora Maracaibo lub admirała Toledo o planowanej napaści. Pewny własnej strategii, nie schodził z mostku i każdą noc spędzał na pokładzie, szczelnie owinięty w płaszcz zwijał się w kłębek na bambusowym fotelu i układał się do snu.

    2180

    Trzy dni po potyczce z pokładu „Błyskawicy” dostrzeżono wybrzeża Jamajki, wtedy też piraci spotkali się ze swymi kamratami, żeglującymi na uprzednio zdobytej hiszpańskiej fregacie, która w czasie huraganu schroniła się u tych wybrzeży. Statek wciąż nie miał grotmasztu, lecz załoga wzmocnieniami usztywniła pozostałe maszty i rozwinęła wszystkie zapasowe żagle, jakie tylko znalazły się w lukach. Śpieszyli ile sił w stronę Tortugi, obawiając się niechcianych spotkań z hiszpańskimi okrętami.

    2181

    Gdy oba statki zbliżyły się do siebie, Czarny Korsarz wypytał o zdrowie rannych i, uspokojony, popłynął dalej na południe, chcąc jak najszybciej dotrzeć do przesmyku prowadzącego na jezioro Maracaibo.

    2182

    Flota przepłynęła przez zadziwiająco spokojne Morze Karaibskie bez przygód. Nocą, czternastego dnia od wypłynięcia z Tortugi, Czarny Korsarz dostrzegł w oddali niewielką latarnię morską na przylądku Paraguana, która strzegła żeglugi u ujścia małej zatoki.

    2183

    — Nareszcie! — wykrzyknął pirat, a oczy mu rozbłysły. — Może jutro nadejdzie w końcu ten dzień, kiedy morderca moich braci pożegna się ze światem żywych.

    2184

    Czarny Korsarz przywołał Morgana, który właśnie obejmował wachtę na pokładzie, i rzekł:

    2185

    — Tej nocy na statku wszystkie światła mają być wygaszone. To rozkaz Franciszka l'Olonnais. Hiszpanie nie mogą nas dostrzec, inaczej mieszkańcy uciekną z miasta wraz ze wszystkimi kosztownościami.

    2186

    — Zatrzymamy się tutaj, u wejścia do zatoki?

    2187

    — Nie, flota popłynie aż do przemysku i jutro o świcie napadniemy na miasto.

    2188

    — Zaatakujemy od strony lądu?

    2189

    — Tak, razem z bukanierami Franciszka l'Olonnais. Podczas gdy flota będzie bombardowała fort z morza, my napadniemy na Maracaibo, by odciąć gubernatorowi odwrót na Gibraltar. O świcie szalupy mają być gotowe do opuszczenia na morze i wyposażone w spingardy[88].

    2190

    — Rozkaz, kapitanie.

    2191

    — Zresztą — dodał Czarny Korsarz — będę przez cały czas na mostku. Zejdę tylko do kajuty po kirys[89].

    2192

    Zostawił Morgana samego i zszedł do nadbudówki; gdy otwierał drzwi do swojej kajuty, poczuł dobrze mu znany, delikatny zapach perfum.

    2193

    — Dziwne! — zdumiał się. — Gdybym nie był pewny, że dziewczyna została na Tortudze, mógłbym przysiąc, że tu była.

    2194

    Obejrzał się wkoło, ale po wygaszeniu świateł ciemności panowały zupełne. Jednak wydawało mu się, że w kącie kajuty dostrzega białą postać, opartą o jedno z okien wychodzących na morze.

    2195

    Czarny Korsarz był odważnym człowiekiem, niemniej był także przesądny. Widząc biały cień nieruchomy w ciemnościach, poczuł, jak zimny pot zrosił mu czoło.

    2196

    — Czyżby to był duch Czerwonego Korsarza? — wyszeptał, cofając się pod przeciwległą ścianę. — Zjawia się, by przypomnieć mi o przyrzeczeniu, które złożyłem tamtej nocy? To możliwe, że jego dusza opuściła miejsce wiecznego spoczynku?

    2197

    Prawie natychmiast zawstydził się swojego strachu i zabobonnego lęku. Wyjął mizerykordię[90] z pochwy, uczynił krok naprzód i powiedział:

    2198

    — Kim jesteś? Mów albo zabiję.

    2199

    — To ja, kapitanie — na dźwięk tego słodkiego głosu Czarnemu Korsarzowi drgnęło serce.

    2200

    — Ty! — wzruszenie odebrało mu głos. — Ty, pani, na „Błyskawicy”? Myślałem, że zostałaś na Tortudze. Powiedz mi, oszalałem?

    2201

    — Nie, panie — zaprzeczyła dziewczyna.

    2202

    Czarny Korsarz rzucił się do przodu, szabla z brzękiem upadła na podłogę. Wyciągnął ręce w stronę dziewczyny, chwycił ją w ramiona, całując koronki wysokiego kołnierzyka zdobiącego jej suknię.

    2203

    — Ty tutaj? — wyszeptał drżącym głosem. — Skąd się tu wzięłaś? Jak weszłaś na pokład?

    2204

    — Nie wiem, czy mogę… — odpowiedziała zakłopotana.

    2205

    — Mów, pani.

    2206

    — Dobrze… Chciałam płynąć z tobą.

    2207

    — A więc mnie kochasz! Powiedz mi: to prawda?

    2208

    — Tak — szepnęła cichutko.

    2209

    — Dziękuję ci… teraz bez strachu mogę pójść na spotkanie śmierci.

    2210

    Wyciągnął krzesiwo i zapalił świece, które postawił w rogu kajuty, by światło nie odbijało się od powierzchni morza.

    2211

    Honorata stała przy oknie. Owinięta w biały, koronkowy płaszcz, z kapeluszem na głowie, rękami kurczowo ściskała bijące serce. Jej błyszczące oczy spoglądały na Czarnego Korsarza, który stał przed nią wyprostowany jak struna, już nie blady, smutny i zadumany, lecz z uśmiechem na ustach, który zdradzał nieskończone szczęście.

    2212

    Patrzyli tak na siebie bez słów, zadziwieni tym wzajemnym wyznaniem, być może długo skrywanym i żywionym, ale nieoczekiwanym. Czarny Korsarz chwycił dziewczynę za rękę, posadził na krześle i powiedział:

    2213

    — Powiedz mi, pani, jakim cudem znalazłaś się tutaj? Przecież powiedziałem ci „żegnaj” w moim własnym domu. Nie mogę ciągle uwierzyć, że tu jesteś.

    2214

    — Powiem ci, panie, jeśli dasz mi słowo, że wybaczysz moim wspólnikom.

    2215

    — Wspólnikom?

    2216

    — Zrozum, że sama nie zdołałabym po kryjomu dostać się na „Błyskawicę” i do tego spędzić czternastu dni w kabinie zamkniętej na klucz.

    2217

    — Niczego nie potrafię ci odmówić. Wybaczam więc tym, którzy złamali moje rozkazy, ponieważ zrobili mi niezwykłą niespodziankę. Ich imiona, pani.

    2218

    — Van Stiller, Carmaux i Moko.

    2219

    — A to hultaje! — wykrzyknął Czarny Korsarz. — Powinienem był się domyślić. Ale jak udało ci się namówić ich do pomocy? Piraci, którzy złamią rozkaz kapitana, muszą popełnić samobójstwo.

    2220

    — Byli przekonani, że nie sprawią ci przykrości, panie. Odkryli, że skrycie kochasz się we mnie.

    2221

    — A jak wprowadzili cię na statek?

    2222

    — Zrobili to w nocy, przebrali mnie za marynarza, by nikt nie zorientował się, że tu jestem.

    2223

    — I ukryli cię w jednej z kajut? — roześmiał się pirat.

    2224

    — W tej, która przylega do twojej.

    2225

    — A ci nicponie, gdzie się pochowali?

    2226

    — W ładowni, ale odwiedzali mnie często i przynosili jedzenie, które kradli ze spiżarni kucharza.

    2227

    — Szczwane lisy! Surowi są jak morze, a wiedzą, co to uczucie. Igrają ze śmiercią, ale pragną szczęścia swojego kapitana. Kto wie, ile ono jeszcze potrwa! — dodał po chwili prawie ze smutkiem.

    2228

    — Dlaczego? — zaniepokoiła się Honorata.

    2229

    — Za dwie godziny wzejdzie świt i będę musiał cię opuścić.

    2230

    — Tak prędko? Dopiero się spotkaliśmy, a już myślisz o odejściu! — z bólem powiedziała dziewczyna.

    2231

    — Jak tylko słońce wzejdzie na horyzontem, piraci z Tortugi stoczą jedną z najstraszliwszych bitew, w jakich kiedykolwiek przyszło im brać udział. Fort, który skrywa za swymi murami mojego śmiertelnego wroga, zostanie ostrzelany z osiemdziesięciu dział, a sześciuset marynarzy gotowych na śmierć rzuci się do ataku. Ja będę im przewodził.

    2232

    — Naprzeciw śmierci! — przeraziła się. — A co, jeśli dosięgnie cię kula?

    2233

    — Życie ludzkie jest w rękach Boga, pani.

    2234

    — Przysięgnij mi, że będziesz ostrożny.

    2235

    — To niemożliwe. Dwa lata już czekam, by go dorwać i ukarać.

    2236

    — Za co tak bardzo go nienawidzisz?

    2237

    — Zabił mi trzech braci i dopuścił się strasznej zdrady.

    2238

    — Jakiej?

    2239

    Czarny Korsarz nie odpowiedział. Nachmurzył się jak chmura gradowa i zaczął krążyć po kajucie. Honorata obserwowała go z żywym niepokojem na twarzy. W końcu usiadł obok niej i powiedział:

    2240

    — Posłuchaj mnie i sama oceń, czy moja nienawiść jest uzasadniona.

    2241

    Dziesięć lat już minęło od tamtych czasów, lecz pamiętam wszystko, jakby to było wczoraj. W 1686 pomiędzy Francją i Hiszpanią wybuchła wojna o Flandrię[91]. Ludwik XIV, będąc u szczytu swojej potęgi, jak żaden władca pożądał sławy. Jego największym pragnieniem było zdeptanie Hiszpanów, którzy pod wodzą księcia Alby bezkarnie najeżdżali francuskie wsie i miasteczka, biorąc je w jarzmo ogniem i żelazem, i którzy odnosili wszędzie zwycięstwa, mając nad francuskim wojskiem przewagę w polu. W tamtym czasie Ludwik XIV miał silne wpływy w Sabaudii[92] i zażądał zbrojnego wsparcia od księcia Wiktora Amadeusza II. W tamtym czasie władca Sabaudii władał mało liczącym się państewkiem, nie mógł więc odmówić i wysłał królowi trzy najlepiej uzbrojone regimenty[93]: z Aosty, z Nicei i z Mariny. W tym ostatnim ja i moi trzej bracia służyliśmy jako oficerowie; najstarszy z nas miał trzydzieści lat, najmłodszy, ten, który później stał się Zielonym Korsarzem, zaledwie dwadzieścia. Wraz z naszym regimentem udaliśmy się na flandryjską granicę, gdzie okrywając się chwałą, odnieśliśmy wiele zwycięstw w potyczkach nad brzegami Skaldy, w Gand i w Torunay. Wojska sprzymierzone zwyciężały na wszystkich frontach, sukcesywnie spychając Hiszpanów w stronę Antwerpii. Pewnego dnia, który był dla nas wyjątkowo pechowy, część naszego regimentu zapuściła się aż do ujścia Skaldy i zajęła opuszczoną przez nieprzyjaciela twierdzę zbudowaną na skale. Tam zaskoczył nas wróg, który przewyższał nas liczebnie, a atak był tak nagły, że ledwo udało nam się uciec za mury, unosząc ze sobą artylerię. Znaleźliśmy się w oblężeniu; dookoła nas nieprzyjacielskie wojska, które przewyższały nas dziesięciokrotnie, zacieśniały krąg, na domiar złego byliśmy całkowicie odcięci od sprzymierzonych z nami Francuzów. Hiszpanie za wszelką cenę chcieli odbić twierdzę, która była dla nich jednym z ważniejszych punktów strategicznych, strzegących brodów na Skaldzie. Nie mieliśmy innego wyjścia jak poddać się albo zginąć w obronie warowni. Układanie się z Hiszpanami nie wchodziło w grę. Złożyliśmy przysięgę, że będziemy bronić proporca książąt sabaudzkich, choćby miało nas to kosztować życie pod gruzami szańca.

    2242

    Ludwik XIV na dowódcę naszego regimentu wyznaczył — do dziś nie wiem, z jakiego powodu — podeszłego już wiekiem flamandzkiego księcia. Był to doświadczony żołnierz, zasłużony na polu walki i to on dowodził obroną podczas oblężenia. Wrogowie nacierali nieustannie, a my z jednakową siłą odpieraliśmy ich ataki. Każdego dnia artyleryjski ogień wroga niszczył nasze bastiony i stanowiska, a my za każdym razem trwaliśmy w gotowości, nocą naprawiając zniszczone szańce. Oblężenie trwało piętnaście długich dni i nocy i obu stronom przyniosło wiele strat. Gdy tylko Hiszpanie wzywali nas do poddania się, natychmiast w odpowiedzi na ich haniebną propozycję słaliśmy im za mury porcję żelaza.

    2243

    Mój najstarszy brat był sercem całej obrony; odważny, silny, doskonale władał bronią, śmiało dowodził artylerią i piechotą, zawsze pierwszy w ataku, ostatni w odwrocie. Jego nieugięta postawa zrodziła w sercu Flamandczyka ślepą zazdrość, co — jak się okazało — miało dla nas straszne konsekwencje. Niepomny na przysięgę złożoną sabaudzkim książętom i nie bacząc na to, że splamił imię jednego z najświetniejszych rodów, Flamandczyk poszedł na układy z Hiszpanami i zdradził im wejście do twierdzy. Ceną za ten nikczemny układ było stanowisko gubernatora w amerykańskich posiadłościach i pokaźna suma pieniędzy. Pewnej nocy z pomocą swoich flamandzkich krewniaków otworzył tajemne przejście, przez które podkradli się hiszpańscy żołnierze, czekający na znak w pobliżu twierdzy. Mój starszy brat wraz z kilkoma wojakami stał na straży nieopodal wyjścia z tunelu. Od razu zorientował się, że Hiszpanie weszli do środka i wszczął alarm. Niestety! Zdrajca z pistoletami gotowymi do strzału zaczaił się na niego za rogiem bastionu. Gdy nadbiegł mój brat, wystrzelił prosto w niego, śmiertelnie go raniąc. Wrogowie wdarli się do środka, atakując nas z dziką furią. Walczyliśmy o każdy fragment muru, o każde zabudowanie, lecz na próżno, twierdza upadła. Ja i moi pozostali przy życiu bracia uratowaliśmy się z grupą zaufanych osób, cofając się w pośpiechu do Coutray. Powiedz mi zatem pani, przebaczyłabyś takiemu człowiekowi?

    2244

    — Nie, panie — odparła księżniczka.

    2245

    — I tak też było. Przysięgliśmy, że zabijemy zdrajcę i pomścimy śmierć naszego brata. Po zakończeniu wojny szukaliśmy go długo, najpierw we Flandrii, potem w Hiszpanii. Kilka lat później dowiedziałem się, że został mianowany gubernatorem jednej z największych amerykańskich kolonii. Nie namyślając się długo, razem z braćmi wyruszyliśmy za ocean, a pragnienie zemsty i ukarania zdrajcy trawiło nas jak gorączka. By go dosięgnąć, staliśmy się korsarzami. Zielony Korsarz, który miał z nas najmniej doświadczenia, krewki był bardzo i niecierpliwy, pewnego dnia odpłynął spróbować szczęścia. Nie udało mu się; los go nie oszczędził, wpadł w ręce naszego wroga i został powieszony jak pospolity złodziejaszek. Nie lepszy los czekał Czerwonego Korsarza. Obu osobiście zdjąłem z szubienicy. Spoczywają teraz na dnie morza, gdzie czekają na zemstę, i jeśli mi Bóg dopomoże, za dwie godziny dopełnię złożonej przysięgi.

    2246

    — Co z nim zamierzasz uczynić?

    2247

    — Powieszę go, pani — odparł zimno Czarny Korsarz. — A potem wyrżnę wszystkich, którzy noszą jego nazwisko. Zniszczył moją rodzinę, więc ja zniszczę jego. Przysiągłem to w noc, gdy Czerwony Korsarz spoczął na dnie morza, i dotrzymam słowa.

    2248

    — A gdzie właściwie jesteśmy? Jakim miastem rządzi ten człowiek?

    2249

    — Wkrótce się dowiesz.

    2250

    — A jego imię? — zapytała zaniepokojona dziewczyna.

    2251

    — Tak bardzo pragniesz je poznać?

    2252

    Jedwabna chusteczka, która okrywała czoło księżniczki, była zroszona potem.

    2253

    — Nie wiem — jej głos łamał się. — W latach mojej młodości słyszałam historię podobną do twojej, panie, a opowiadali mi ją żołnierze w służbie mego ojca.

    2254

    — To niemożliwe — zaprzeczył Czarny Korsarz. — Nigdy nie byłaś w Piemoncie[94].

    2255

    — Zgadza się, ale proszę, wyjaw mi, kim jest ten człowiek.

    2256

    — Jeśli tak bardzo nalegasz, dobrze, powiem ci! To książę Van Gould.

    2257

    W tej chwili rozległ się wystrzał armatni. Czarny Korsarz wyskoczył z kajuty, krzycząc:

    2258

    — Świta!

    2259

    Honorata nie powstrzymała go. W rozpaczliwym geście uniosła ręce nad głowę i jak rażona piorunem bezgłośnie padła na dywan.

    Rozdział XIX. Szturm na Maracaibo

    2260

    Wystrzał, który wywabił Czarnego Korsarza z kajuty, padł z pokładu statku dowodzonego przez Franciszka l'Olonnais. Krótko przedtem okręt wysunął się na czoło flotylli i stanął w odległości dwóch mil morskich od Maracaibo, naprzeciwko położonej na wzgórzu twierdzy, która wraz z dwiema nieodległymi wyspami miała za zadanie bronić dostępu do miasta.

    2261

    Piraci, którzy byli już wcześniej w Zatoce Wenezuelskiej w towarzystwie Zielonego Korsarza i Czerwonego Korsarza, doradzili Franciszkowi l'Olonnais, by tam właśnie szalupy wysadziły na ląd oddziały bukanierów, co pozwoliłoby wziąć w dwa ognie wznoszącą się przy prowadzącym do jeziora przesmyku twierdzę. Ten skorzystał z ich rady i wystrzałem dał sygnał do rozpoczęcia działań wojennych. W mgnieniu oka opuszczono na wodę wszystkie szalupy z wszystkich ośmiu statków. Zrobiło się na nich tłoczno od bukanierów i korsarzy, którzy uzbrojeni w strzelby i kordelasy od strony lądu mieli przypuścić atak na twierdzę.

    2262

    Na rozkaz Morgana jako pierwsi do szalup wsiedli najsprawniejsi i najlepiej zbudowani. Po chwili na mostku kapitańskim pojawił się Czarny Korsarz.

    2263

    — Panie kapitanie — zwrócił się do niego Morgan — nie mamy ani chwili do stracenia. Lada chwila zacznie się szturm twierdzy, ale to nasi korsarze muszą odegrać pierwszoplanową rolę w tym ataku.

    2264

    — Czy Franciszek l'Olonnais wydał jakiś rozkaz?

    2265

    — Tak, kapitanie. Flota ma zachować ostrożność i nie narażać się na ogień armatni ze strony twierdzy.

    2266

    — Słusznie. Powierzam ci dowództwo nad moją „Błyskawicą” — odparł.

    2267

    Następnie w okamgnieniu założył na siebie przyniesiony mu właśnie przez kwatermistrza kirys, po czym zszedł do czekającej nań pod drabiną od strony bakburty wielkiej szalupy z trzydziestoma ludźmi na pokładzie, uzbrojonej w ogromny trebusz[95].

    2268

    Powoli świtało, trzeba było zatem niezwłocznie zejść na ląd, a następnie znienacka przypuścić atak, zanim broniący twierdzy Hiszpanie zdążą zawezwać posiłki.

    2269

    Wszystkie szalupy, wypełnione po brzegi uzbrojonymi piratami, mknęły chyżo po falach w kierunku zalesionej plaży pnącej się stromym zboczem ku wzgórzu, na którego szczycie wznosiła się niedostępna twierdza wyposażona w szesnaście dział dużego kalibru i najprawdopodobniej pełna nieugiętych obrońców. Wystrzał z dowodzonego przez Franciszka l'Olonnais statku postawił Hiszpanów na równe nogi. Skierowali na nieprzyjaciela cały zmasowany ogień artyleryjski, a kilka oddziałów żołnierzy pobiegło w dół po zboczu wzgórza, żeby zastąpić drogę nacierającym korsarzom.

    2270

    Grad wystrzelonych w kierunku szalup pocisków wybuchał tuż obok, wzbijając fontanny wody.

    2271

    Dzięki błyskawicznym unikom i zręcznym wirażom nieprzyjacielowi nie udało się jednak zatopić korsarskich łódek.

    2272

    Trzy szalupy — pierwsza pod dowództwem Franciszka l'Olonnais, druga Czarnego Korsarza, trzecia zaś Michała Baska — wysunęły się na czoło i dzięki najtęższym w szeregach wojsk wioślarzom pruły morskie fale z zawrotną prędkością, chcąc dobić do brzegu, zanim hiszpańscy żołnierze biegnący w dół przez zalesione zbocze zajmą pozycje wzdłuż plaży. Korsarskie okręty z kolei zostały w tyle, trzymając się w bezpiecznej odległości od pola rażenia szesnastu nieprzyjacielskich armat broniących dostępu do górującej nad miastem twierdzy. Dowodzona przez Morgana „Błyskawica” natomiast podpłynęła na odległość tysiąca stóp, chcąc ogniem swoich dwóch dział osłaniać schodzących na ląd piratów.

    2273

    W ciągu piętnastu minut, pomimo bezlitosnego ostrzału, pierwsze szalupy dobiły do brzegu. Korsarze i bukanierzy błyskawicznie zeszli na ląd i nie czekając na pozostałych kamratów, rzucili się przed siebie w kierunku Hiszpanów, którzy nie zdążyli dobiec do samego brzegu i zasadzili się w gąszczu porastającym górskie zbocze.

    2274

    — Do ataku, moi dzielni żołnierze! — krzyknął Franciszek l'Olonnais.

    2275

    — Naprzód, wilki morskie! — zagrzmiał głos Czarnego Korsarza, który ruszył do przodu, trzymając w prawej ręce szpadę, w lewej zaś pistolet.

    2276

    Zaatakowani z zaskoczenia Hiszpanie zaczęli zapalczywie miotać gradem pocisków. Te jednak nie trafiały nieprzyjaciela, który nacierał pod osłoną porastających górskie zbocze drzew i krzewów. Tymczasem rozpoczął się też ostrzał z twierdzy. Działa ziały ogniem tak strasznym, że drzewa z łoskotem padały na ziemię. Łamały się gałęzie, których odłamki rozpryskiwały się na prawo i lewo, a rozprute pociskami strzępy liści i owoców spadały lawiną na głowy nacierających marynarzy. Nic jednak nie było w stanie powstrzymać szturmu nieustraszonych korsarzy i bukanierów z Tortugi. Z siłą rozpędu niszczącej wszystko na swej drodze trąby powietrznej uderzali w oddziały hiszpańskie, które pomimo zaciekle stawianego oporu padały jak muchy, sieczone ostrzem kordelasów. Nieliczni salwowali[96] się ucieczką, chcąc ujść z życiem. Większość jednak wolała polec z bronią w ręku, niż się poddać.

    2277

    — Na twierdzę! — krzyknął Franciszek l'Olonnais.

    2278

    Ośmieleni pierwszym zwycięstwem korsarze wbiegli na wzgórze pod osłoną gęstej roślinności.

    2279

    Teraz było ich ponad pięciuset, bo tymczasem dołączyli do nich kolejni kamraci. A wejście na szczyt wcale nie należało do najłatwiejszych, zważywszy, że nie mieli na wyposażeniu drabin. W dodatku hiszpański garnizon, złożony z dwustu pięćdziesięciu dzielnych, dobrze wyszkolonych żołnierzy, stawiał zaciekły opór i nie dawał za wygraną. I nic nie wskazywało, że w ogóle da.

    2280

    Położenie twierdzy na znacznej wysokości pozwalało prowadzić nieprzerwany ostrzał. Nawałnica pocisków armatnich siarczystym ogniem spadała na las, przez który posuwali się naprzód narażeni na rychłą śmierć piraci. Franciszek l'Olonnais i Czarny Korsarz, widząc jakże zajadły jest opór wroga, postanowili się naradzić.

    2281

    — Stracimy zbyt wielu ludzi — powiedział Franciszek l'Olonnais. — Trzeba znaleźć sposób, który pozwoli nam zrobić breszę[97], w przeciwnym razie damy się powybijać jak kaczki.

    2282

    — Sposób jest tylko jeden — odrzekł na to Czarny Korsarz.

    2283

    — Mówże więc!

    2284

    — Musimy spróbować wysadzić w powietrze fragment muru.

    2285

    — To istotnie najlepszy sposób, ale któż się podejmie takiego wyzwania?!

    2286

    — Ja to zrobię — usłyszeli głos za swoimi plecami.

    2287

    Odwrócili się i ujrzeli Carmaux, któremu towarzyszył jego nieodłączny kompan Van Stiller i ich kamrat Moko.

    2288

    — Ach to ty, łapserdaku! — rzekł Czarny Korsarz. — Co tu robisz?

    2289

    — Podążałem twoim śladem, panie kapitanie. Wybaczyłeś mi moją przewinę, a więc nie obawiałem się, że mnie rozstrzelasz.

    2290

    — I słusznie, że się nie obawiałeś. Ale za to pójdziesz podłożyć bombę.

    2291

    — Tak jest, panie kapitanie. Potrzebuję mniej więcej kwadransa — odparł Carmaux, po czym zwrócił się do swoich dwóch kompanów:

    2292

    — Van Stiller, podejdź no tu! A Ty, Moko, przynieś mi trzydzieści funtów[98] prochu i dobry lont.

    2293

    — Mam nadzieję, że zobaczę cię jeszcze żywego — odparł Czarny Korsarz ze wzruszeniem w głosie.

    2294

    — Dziękuję za dobre słowo, kapitanie — odpowiedział Carmaux, po czym oddalił się pośpiesznie.

    2295

    Tymczasem korsarze i bukanierzy przedzierali się dalej przez leśną gęstwinę. Starali się celować tak, żeby odepchnąć Hiszpanów od blank[99] i zastrzelić artylerzystów.

    2296

    Twierdza jednak broniła się zawzięcie, rażąc przeciwnika piekielnym ogniem. Przypominała plujący lawą wulkan. Na wysokości murów unosiły się kłęby dymu dziurawionego co chwila ogniem wystrzałów przez szesnaście dział armatnich. Pociski i odłamki pruły podszycie leśne, rozszarpując na strzępy rośliny i krzaki, pośród których chowali się korsarze w oczekiwaniu na odpowiedni moment do podjęcia szturmu.

    2297

    Wtem na szczycie wzgórza rozległ się donośny wybuch, który poniósł się szerokim echem przez lasy ku morzu. Słup ognia wzbił się ku niebu nad jednym z boków twierdzy, a następnie deszcz odłamków runął na drzewa, łamiąc gałęzie oraz kalecząc i zabijając wcale niemało napastników. Pośród armatniego huku, wystrzałów muszkietów i krzyków hiszpańskich żołnierzy zabrzmiał silny głos Czarnego Korsarza:

    2298

    — Do ataku, wilki morskie!

    2299

    Na widok ruszającego pędem w kierunku breszy dowódcy korsarze i bukanierzy wraz z Franciszkiem l'Olonnais rzucili się biegiem w ślad za nim, pokonując kolejne wzniesienia i roztaczającą się przed twierdzą polanę. Podłożony przez Carmaux i jego kamratów ładunek zrobił wyłom w jednym z głównych bastionów.

    2300

    Czarny Korsarz przedostał się do środka przez rozbebeszony wybuchem mur, mijając gruzy i przewrócone działa armatnie, a jego wspaniała szpada dzielnie odpierała ciosy pierwszych nieprzyjaciół, którzy nadbiegli, by bronić dostępu do wnętrza twierdzy. Zaraz za nim, krzycząc dla postrachu na całe gardło, nadbiegli korsarze i niczym rwący potok wdarli się do środka, tratując i siekąc kordelasami żołnierzy, którzy próbowali ich powstrzymać u wyłomu muru.

    2301

    Dwustu pięćdziesięciu obrońców fortu ustąpiło pod naporem wroga. Niektórzy wycofali się i próbowali bronić się jeszcze na blankach, ale zostali rozgromieni, następnie zgromadzili się na dziedzińcu, broniąc dostępu do flagi Hiszpanii, jednak zajadle napierający wróg przerwał utworzony wokół masztu pierścień. Hiszpanie rozpierzchli się na wszystkie strony, kontynuując walkę, woleli bowiem zginąć zamiast złożyć broń i się poddać.

    2302

    Po zdobyciu flagi Czarny Korsarz skierował swoją uwagę na pozbawione obrony miasto. Wraz z oddziałem stu zbrojnych zbiegł zboczem ku wyludnionemu już Maracaibo.

    2303

    Mieszkańcy miasta zdążyli tymczasem uciec do lasu, w którym ukryli wszelkie kosztowności i precjoza[100]. Tyle że kosztowności i precjoza Czarnego Korsarza nic a nic nie obchodziły.

    2304

    Celem zorganizowanej przezeń zbrojnej wyprawy nie było złupić miasto, ale dopaść znienawidzonego zdrajcę.

    2305

    Wiedziony pragnieniem zemsty Czarny Korsarz czym prędzej skierował się do pałacu gubernatora, a wraz z nim towarzyszący mu oddział stu zbrojnych, którzy ledwo co za nim nadążali.

    2306

    Tymczasem okazało się, że także pałac na Plaza de Granada był opustoszały, a jego wrota stały otworem pozbawione straży.

    2307

    „Czyżby wywinął mi się z rąk?” — rozmyślał w duchu Czarny Korsarz, zaciskając zęby ze złości. — „Choćbym miał go ścigać na sam kraniec kontynentu, za żadne skarby nie odpuszczę”.

    2308

    Na widok otwartej bramy towarzyszący mu piraci zatrzymali się w obawie przed zasadzką. On też obawiał się jakiejś niespodzianki, tym niemniej odważnie, ale i ostrożnie podążał naprzód.

    2309

    Już miał przekroczyć próg i wejść na dziedziniec, aż tu nagle poczuł na swoim ramieniu potężną dłoń, która powstrzymała jego śmiały zamiar. Jednocześnie usłyszał tajemniczy głos:

    2310

    — Panie kapitanie, proszę pozwolić, że ja wejdę pierwszy.

    2311

    Zatrzymał się, marszcząc czoło. Przed nim stał Carmaux, cały umorusany prochem, w postrzępionych łachach, z twarzą broczącą krwią. Mimo to sprawiał wrażenie bardziej żywiołowego niż zazwyczaj.

    2312

    — Znowu ty! — wykrzyknął. — Sądziłem, że wybuch cię nie oszczędzi.

    2313

    — Złego licho nie bierze, kapitanie. Źli więc muszą być i moi towarzysze niedoli, hamburczyk i Afrykańczyk, którzy też uszli z życiem.

    2314

    — Naprzód!

    2315

    Carmaux i jego kamraci, którzy właśnie w tej chwili nadeszli, podobnie jak i on czarni od prochu i pyłu i wcale w nie mniej opłakanym stanie, ruszyli przed siebie w kierunku dziedzińca, trzymając w dłoniach kordelasy i pistolety. Czarny Korsarz i wszyscy pozostali piraci podążyli w ślad za nimi. W środku jednak nie było żywej duszy.

    2316

    Żołnierze, służący, koniuszy, niewolnicy — wszyscy jak jeden mąż uciekli, szukając schronienia w gęstych lasach porastających całe wybrzeże. Na miejscu ostał się zaledwie jeden koń, który ze złamaną nogą leżał na ziemi.

    2317

    — I tyle ich widziano… — skomentował Carmaux. — Trzeba umieścić na drzwiach kartkę z napisem: „Pałac do wynajęcia”.

    2318

    — Chodźmy na górę — syknął Czarny Korsarz.

    2319

    Piraci wbiegli schodami na wyższe piętra, ale i tam wszystkie drzwi były pootwierane na oścież, w salach i komnatach nie było żywego ducha, meble leżały powywracane do góry nogami, wieka drewnianych kufrów odchylone, a kufry w środku puściusieńkie. Wszystko wskazywało na rejteradę[101] w popłochu. Wtem w jednej z komnat dało się słyszeć odgłosy szamotaniny. Czarny Korsarz pędem ruszył przed siebie, zaglądając po drodze do wszystkich sąsiednich pomieszczeń. Z jednej z nich Carmaux i Van Stiller wyprowadzali właśnie obezwładnionego żołnierza hiszpańskiego. Był to mężczyzna wysoki, szczudłowaty, chudy jak patyk.

    2320

    — Poznajesz go, kapitanie? — krzyknął Carmaux, popychając gwałtownie nieszczęśnika.

    2321

    Doprowadzony przed oblicze Czarnego Korsarza żołnierz zdjął stalowy hełm, z którego wystawało wyliniałe i wyświechtane pióro. Następnie pochylił swoje wychudłe plecy i spokojnym tonem rzekł:

    2322

    — Czekałem na ciebie, panie, rad jestem cię widzieć.

    2323

    — A niech mnie dunder świśnie! — krzyknął Czarny Korsarz. — To znowu ty?!

    2324

    — Tak, to ja, Hiszpan z lasu we własnej osobie — odparł z uśmiechem tyczkowaty mężczyzna. — Nie chciałeś mnie powiesić, a więc żyję.

    2325

    — Zapłacisz jeszcze za to wszystko, szubrawcu!

    2326

    — Czyżbym zatem źle zrobił, że na ciebie zaczekałem? Jeśli tak, to powinienem był się ulotnić razem z pozostałymi.

    2327

    — Ty na mnie czekałeś?

    2328

    — A czy ktoś mnie powstrzymywał przed ucieczką?

    2329

    — To prawda. Zatem dlaczego zostałeś?

    2330

    — Bo chciałem raz jeszcze zobaczyć tego, który okazał mi łaskę i darował życie, gdy tamtej pamiętnej nocy wpadłem w jego ręce.

    2331

    — Dlaczego jeszcze?

    2332

    — Bo mam zamiar oddać drobną przysługę Czarnemu Korsarzowi.

    2333

    — Ty mnie?

    2334

    — No tak — odparł Hiszpan z uśmiechem. — A co, dziwi cię to?

    2335

    — Nie ukrywam, że tak.

    2336

    — Panie, musisz zatem widzieć, że gdy gubernator dowiedział się, że nie zawisłem na gałęzi, bo łaskawie darowałeś mi życie, w ramach rewanżu kazał mnie stłuc na kwaśne jabłko — dwadzieścia pięć uderzeń kijem w cztery litery! Mnie? Okładać kijem mnie?! Nazywam się don Bartolomeo z rodu Barbozów i Camarguów, jestem potomkiem najstarszych rodów szlacheckich Katalonii! Carramba!

    2337

    — Odpuść sobie!

    2338

    — Poprzysiągłem sobie zemstę na tym Flamandczyku, który hiszpańskich żołnierzy traktuje jak psy, a szlachciców jak indiańskich niewolników. I postanowiłem na ciebie zaczekać. Przecież przybyłeś tu po to, żeby go zabić. Tyle że on uciekł, kiedy zorientował się, że zdobędziesz twierdzę.

    2339

    — Uciekł?

    2340

    — Tak, ale wiem gdzie. Pomogę ci go dopaść.

    2341

    — Nie oszukujesz mnie czasem? Jeśli okaże się, że kłamiesz, obedrę cię żywcem ze skóry.

    2342

    — Przecież masz nie w garści — odrzekł żołnierz.

    2343

    — To prawda.

    2344

    — Możesz mnie więc obedrzeć ze skóry, kiedy zechcesz.

    2345

    — Mów więc, gdzie się podziewa Van Guld?

    2346

    — W lesie.

    2347

    — I dokąd się kieruje?

    2348

    — Do Gibraltaru.

    2349

    — Drogą prowadzącą wzdłuż brzegu?

    2350

    — Tak, kapitanie.

    2351

    — Znasz tę drogę?

    2352

    — Lepiej niż ci, którzy mu towarzyszą.

    2353

    — Ilu ich jest?

    2354

    — Jeden oficer i siedmiu zaufanych żołnierzy. Tylko mała grupa jest w stanie przedrzeć się przez gęstą dżunglę porastającą wybrzeże.

    2355

    — A gdzie się podziali pozostali żołnierze?

    2356

    — Pouciekali każdy w inną stronę.

    2357

    — Dobrze wiedzieć — odparł Czarny Korsarz. — Ruszajmy w pościg, ten niegodziwiec Van Gould nie zazna spokoju ani za dnia, ani w nocy. Czy ma ze sobą konie?

    2358

    — Owszem, ale wkrótce je porzuci, bo nic mu tam po nich.

    2359

    — Zaczekaj tu na mnie.

    2360

    Czarny Korsarz wszedł do jednej z komnat i usiadł przy biurku, na którym leżał papier, kilka wiecznych piór i drogocenny kałamarz z brązu. Na kartce papieru skrobnął kilka następujących linijek:

    „Mój drogi Piotrze, podążam przez lasy tropem Van Goulda w towarzystwie Carmaux, Van Stillera i mojego Afrykańczyka. Miej pieczę nad moim statkiem i nad moimi ludźmi. Gdy już doszczętnie złupicie miasto, dołącz do mnie w Gibraltarze. Są tam skarby o wiele drogocenniejsze niż te, które znajdziesz w Maracaibo.

    Czarny Korsarz”

    2361

    Złożył list i przekazał go dowódcy załogi, po czym przemówił do piratów, którzy wiernie służyli u jego boku:

    2362

    — Do zobaczenia w Gibraltarze, najdzielniejsi z dzielnych.

    2363

    Następnie zwrócił się Carmaux, Van Stillera, Afrykańczyka i hiszpańskiego więźnia:

    2364

    — W drogę! Nasz śmiertelny wróg nam ucieka.

    2365

    — Mam ze sobą nowiutki sznur, nie mogę się doczekać, kiedy zaciśniemy mu go na szyi, panie kapitanie — odparł Carmaux. — Wczoraj wieczorem sprawdzałem jego wytrzymałość, zapewniam cię, że doskonale spełni swoje zadanie i że się nie urwie.

    Rozdział XX. Pościg za Van Gouldem

    2366

    Podczas gdy piraci i bukanierzy ze statków Baska i Franciszka l'Olonnais, właściwie nie natrafiając na żaden opór, wkroczyli do Maracaibo i zaczęli plądrować miasto, odkładając na później przeczesanie okolicznych lasów z zamiarem odszukania zbiegłych mieszkańców i pozbawienia ich wszystkiego tego, co ze sobą zabrali i co starali się ukryć, Czarny Korsarz i jego czterej kompani, uzbrojeni po zęby i zaopatrzeni w prowiant, ruszyli przed siebie tropem gubernatora.

    2367

    Zaraz po opuszczeniu miasta zanurzyli się w gęstej roślinności rosnącej wzdłuż brzegów szerokiego jeziora Maracaibo, podążając wąską, niewydeptaną ścieżką, która — jeśli wierzyć pałającemu żądzą zemsty Katalończykowi — nie miała ich zawieść zbyt daleko.

    2368

    Od razu zauważyli pierwsze odciśnięte na wilgotnym leśnym podszyciu ślady — ośmiu koni i dwa ludzkie; oznaczało to, że oddział tworzyło ośmiu jeźdźców i jeden podróżujący pieszo żołnierz, co w pełni zgadzało się z liczbą wskazaną przez hiszpańskiego więźnia.

    2369

    — Sami widzicie! — wykrzyknął triumfalnie Katalończyk. — Podążał tą drogą gubernator wraz ze swoim kapitanem i siedmioma żołnierzami, z których jeden poruszał się bez konia, gdyż jego koń w chwili ucieczki upadł i złamał nogę.

    2370

    — To ten, którego widzieliśmy — odparł Czarny Korsarz. — Myślisz, że mają nad nami dużą przewagę?

    2371

    — Jakieś pięć godzin.

    2372

    — To całkiem sporo, ale przecież jesteśmy wszyscy wytrawnymi piechurami.

    2373

    — Nie wątpię, niech wam się jednak nie wydaje, że dogonimy ich dzisiaj czy jutro. Śmiem twierdzić, że nie znacie wenezuelskiej dżungli i nie macie pojęcia, ile niespodzianek może nam zapewnić.

    2374

    — A któż niby miałby nam te niespodzianki zapewnić?

    2375

    — Zwierzęta i dzikusy.

    2376

    — Nie straszni nam są ani jedni, ani drudzy.

    2377

    — Karaibowie są groźni.

    2378

    — Nie będą mniej groźni dla samego gubernatora.

    2379

    — Tyle że to jego, a nie nasi sprzymierzeńcy.

    2380

    — Czyżby był z nimi w zmowie i ich na nas napuścił?

    2381

    — Bardzo możliwe, panie kapitanie.

    2382

    — Nie dbam o to. Dzikusy nigdy nie napawały mnie strachem.

    2383

    — To najważniejsze. Chodźmy więc, caballeros. Przed nami wielka puszcza.

    2384

    Ścieżka kończyła się tam, gdzie zaczynał się nieprzebyty gąszcz, niebotyczny mur tworzony przez bujną roślinność i kolosalne pnie drzew. Zdawał się nie mieć w sobie żadnej szczeliny, przez którą jeźdźcy mogliby się przecisnąć.

    2385

    Trudno sobie w ogóle wyobrazić bogactwo roślinności porastającej wilgotne i ciepłe połaci Ameryki Południowej, zwłaszcza wzdłuż ogromnych rzek.

    2386

    Na tym dziewiczym terenie, na bieżąco użyźnianym liśćmi i owocami, które gromadzą się tam przez długie lata, zadomowiły się gatunki najprawdopodobniej niespotykane na innych obszarach kuli ziemskiej. Nawet najmniejsze i najbardziej niepozorne spośród rosnących tam roślin osiągają gigantyczne rozmiary.

    2387

    Czarny Korsarz i Hiszpan stali przed niebotycznym zielonym murem, wytężając słuch, a dwaj piraci i Murzyn uważnie wodzili wzrokiem po okolicznych krzakach w obawie przed jakąś zasadzką.

    2388

    — Którędy mogli przejść? — zapytał Czarny Korsarz Hiszpana. — Nie widzę żadnych prześwitów w tej gęstwinie.

    2389

    — Hmm… — zamruczał w zamyśleniu Katalończyk. — Przecież nie rozpłynęli się powietrzu. Przynajmniej taką mam nadzieję. Szkoda by było ze względu na tych dwadzieścia pięć razów, od których jeszcze teraz pieką mnie plecy.

    2390

    — No chyba że ich konie mają skrzydła — odparł Czarny Korsarz.

    2391

    — Gubernator to szczwany lis i na pewno zaciera za sobą ślady. Nie słychać tam żadnych głosów pośród krzaków?

    2392

    — Mam wrażenie, że to szum rwącego potoku — odrzekł Carmaux.

    2393

    — W takim razie wszystko jasne — powiedział Katalończyk.

    2394

    — Co takiego? — zapytał Czarny Korsarz.

    2395

    — Za mną, caballeros.

    2396

    Żołnierz zaczął się cofać, rozglądając się uważnie po ziemi, aż w końcu odnalazł ślady pozostawione przez konie. Następnie wszedł pomiędzy drzewa zwane cari, które wyglądem przypominają palmy, mają kolczaste pnie i wydają rosnące w kiściach owoce podobne do kasztanów.

    2397

    Bacząc, by ostre i długie kolce nie poszarpały mu ubrania, dotarł do miejsca, z którego według Carmaux dochodził szum wody.

    2398

    Rozejrzał się jeszcze raz dookoła, szukając pośród liści śladów końskich kopyt, po czym przyśpieszył kroku. Zatrzymał się dopiero na brzegu szerokiej na dwa, może trzy metry czarniawej rzeczki.

    2399

    — No tak! — wykrzyknął wesół[102]. — Mówiłem, że to szczwany lis.

    2400

    — Mów, o co chodzi! — ponaglał go zniecierpliwiony już Czarny Korsarz.

    2401

    — O to, że aby ukryć się w puszczy i zatrzeć za sobą ślady, wszedł do tej rzeczki.

    2402

    — Woda jest głęboka?

    2403

    Katalończyk zanurzył w niej swoją szpadę w poszukiwaniu dna.

    2404

    — Na trzydzieści, może czterdzieści centymetrów.

    2405

    — Są tam węże?

    2406

    — Nie, tego akurat jestem pewien.

    2407

    — Przejdźmy zatem na drugą stronę i przyśpieszmy kroku. Zobaczmy, jak daleko jechali konno.

    2408

    Hiszpan szedł jako pierwszy, a Murzyn jako ostatni, bowiem jego rolą było pełnić straż na tyłach. Przeprawę utrudniały zalegające w mulistej wodzie liście i rośliny. Unosiła się nad nią smrodliwa i trująca woń wyziewów powstałych w wyniku butwienia.

    2409

    Niedawną obecność intruzów zdradzały podeptane i poszarpane tu i ówdzie rośliny. Choć w rzeczce rosła ich cała obfitość, wymieńmy choć kilka gatunków: mucumucú, czyli Montrichardia arborescens z rodziny obrazkowatych, której gąbczasty rdzeń podatny jest na uszkodzenia; kępki smukłych trzcin o gładkich łodygach i srebrzystym połysku, wykorzystywanych do budowy lekkich tratw; obrośnięte młodymi pędami łodygi robinii akacjowej, czyli rodzaj lian zawierających zaskakującą pod względem posiadanych właściwości mleczną substancję, która, gdy przeniknie do wody, dosłownie upija ryby. To oczywiście nie wszystkie rosnące tam rośliny, które utrudniały przeprawę. Pod rozpościerającym się szeroko sklepieniem pnączy i gałęzi panowała prawie zupełna cisza. Jedynie co jakiś czas, w odstępach bardzo regularnych, zakłócał ją jakby dźwięk dzwoneczka, brzmiący tak naturalnie, że Carmaux i Van Stiller żywiołowo podnosili głowy do góry. Tego srebrzystego dźwięku, który rozchodził się szerokim echem po dziewiczym lesie, nie wydawał żaden dzwoneczek, lecz ukryty w zaroślach dzwonnik nagoszyi, biało upierzony ptak wielkości małego gołębia, którego śpiew słychać z odległości aż trzech mil.

    2410

    Korsarska drużyna coraz bardziej przyśpieszała kroku, szła w ciszy, niecierpliwie wypatrując miejsca, w którym Van Gould i jego oddział mogli porzucić konie, by dalej pieszo przedzierać się przez gęste, dziewicze knieje. Wtem z lewej strony dobiegł ich odgłos silnego wybuchu, a zaraz po nim na ich głowy spadł deszcz małych pocisków, wydając odgłos podobny do bijącego z nieba gradu.

    2411

    — Do stu tysięcy bomb i kartaczy! — wykrzyknął Van Stiller, który odruchowo zgiął się w pałąk. — Kto do nas strzela?

    2412

    Schylił się również Czarny Korsarz, w mgnieniu oka nabił strzelbę, jego piraci zaś rychło się wycofali. Jako jedyny nie poruszył się ani o krok Katalończyk, który wpatrywał się niewzruszony w porastające oba brzegi rzeki szuwary.

    2413

    — Napadną na nas? — zapytał Czarny Korsarz.

    2414

    — Nikogo nie widzę — odpowiedział z uśmiechem Katalończyk.

    2415

    — A ten wybuch? Czyżbyś go nie słyszał?

    2416

    — Owszem, słyszałem.

    2417

    — I co, nie zaniepokoiło cię to?

    2418

    — Mnie to nawet bawi.

    2419

    Wtem rozległ się drugi wybuch, silniejszy od poprzedniego. I znów grad pocisków spadł na rzekę.

    2420

    — To bomba? — krzyknął Carmaux, cofając się.

    2421

    — Tak, tyle że roślinna — odpowiedział Katalończyk. — Dla mnie to nie nowość.

    2422

    Skierował się na lewo, wskazując członkom wyprawy drzewo, którego wygląd wskazywał na przynależność do rodziny wilczomleczowatych, wysokie na około dwadzieścia pięć, trzydzieści metrów, o szerokich na dwadzieścia, trzydzieści centymetrów liściach oraz pokrytych kolcami pniu i gałęziach, z których zwisały pękate owoce, otulone przypominającą korę powłoką.

    2423

    — Uważajcie — powiedział — bo owoce nie nadają się do jedzenia.

    2424

    Wtem jedna z tych roślinnych bomb wybuchła z ogłuszającym hukiem, rozrzucając na wszystkie strony drobne ziarenka.

    2425

    — Nie macie się czego obawiać, nic wam nie grozi — odrzekł Katalończyk na widok odskakujących do tyłu Van Stillera i Carmaux. — To zwykłe nasiona. Gdy owoc więdnie, jego skóra grubieje i twardnieje, by po jakimś czasie na skutek fermentacji wybuchnąć, rozrzucając na znaczną odległość zgromadzone wewnątrz w szesnastu komorach nasiona.

    2426

    — Czy te owoce są chociaż smaczne?

    2427

    — Zawierają mleczną substancję, którą pożywiają się wyłącznie małpy — odparł Katalończyk.

    2428

    — Do diabła z drzewami-bombami! — wykrzyknął Carmaux. — Byłem przekonany, że to Hiszpanie od gubernatora wzięli nas na cel.

    2429

    — Nie traćmy czasu i ruszajmy w drogę — powiedział Czarny Korsarz. — Nie zapominajcie, że to jest pościg.

    2430

    Kontynuowali marsz, brodząc w rzeczce. Po przejściu niespełna trzystu metrów ujrzeli przed sobą taki oto widok: coś dużego, obłego, czarnego wystawało ponad powierzchnię wody i hamowało jej nurt.

    2431

    — Czyżby znów jakieś „bombowe” drzewo? — zapytał Carmaux.

    2432

    — Coś o wiele bardziej „bombowego”. Jeśli mnie wzrok nie myli, są to konie gubernatora i jego oddziału.

    2433

    — Zachowajcie ostrożność — rzekł Czarny Korsarz. — Mogą się czaić w okolicy.

    2434

    — Szczerze w to wątpię — odparł Katalończyk. — Gubernator zdaje sobie sprawę, z kim ma do czynienia, dobrze wiedział, że rzucisz się za nim w zajadłą pogoń.

    2435

    — Być może, tym niemniej bądźmy ostrożni.

    2436

    Trzymali broń w gotowości, ustawili się gęsiego, żeby na wypadek nagłego ostrzału nie dać się pozabijać wszyscy naraz. Ruszyli przed siebie w milczeniu, kryjąc się pod gałęziami drzew, które splatały się ze sobą nad rzeczką, tworząc osobliwy tunel. Co dziesięć, dwanaście kroków Katalończyk zatrzymywał się, nadstawiał ucha i rozglądał się, czy pośród lian i gałęzi nie czai się przypadkiem jakaś zasadzka.

    2437

    Stąpali niezwykle ostrożnie, aż w końcu zbliżyli się do dostrzeżonych z odległości czarnych, obłych plam… Wcale im się to nie przywidziało. Zatopione do połowy w mulistej wodzie leżały pokotem, jedno obok drugiego, truchła ośmiu koni.

    2438

    Gdy Katalończyk i Afrykańczyk wyciągnęli na brzeg jedno zwierzę, zauważyli, że podcięto mu gardziel navają.

    2439

    — Zgadza się, to są konie gubernatora.

    2440

    — A gdzie uciekli jeźdźcy? — zapytał Czarny Korsarz.

    2441

    — Pewnie ukryli się w głębi puszczy.

    2442

    — Nie wiesz, którędy mogli się przedostać przez ten gąszcz?

    2443

    — Niestety, ale… A to skubani!

    2444

    — Co takiego?

    2445

    — Widzicie tę złamaną gałąź, z której sączy się jeszcze sok?

    2446

    — Widzimy, no i co?

    2447

    — Spójrzcie tylko do góry! Kolejne złamane gałęzie.

    2448

    — Widzimy.

    2449

    — No właśnie, skubani wspięli się na te drzewa, a następnie zeskoczyli z nich wprost w zarośla, zacierając za sobą w ten sposób ślady. Nie pozostaje nam nic innego, jak zrobić to samo.

    2450

    — Dla nas marynarzy to przecież pestka — powiedział Carmaux. — No już, raz-dwa, raz-dwa!

    2451

    Katalończyk uniósł do góry swoje nieskończenie długie, pajęcze ramiona i wspiął się na grube drzewo, a w ślad za nim poszli pozostali, powtarzając tę czynność z godną podziwu zręcznością. Z pierwszej gałęzi przestąpił na kolejną, z niej zaś na jeszcze następną, która należała już do innego drzewa. Kontynuował tę nadrzewną wędrówkę przez jakieś prawie czterdzieści metrów, nie przestając jednocześnie bacznie obserwować gałęzi i liści otaczających go drzew. Kiedy znalazł się pośród skupiska lian, uchwycił się jednej z nich, po czym z tryumfalnym okrzykiem zeskoczył na ziemię.

    2452

    — Hejże, Katalończyku, czyżbyś znalazł jakiś złoty kamyk? — krzyknął Carmaux. — Podobno jest ich w tych stronach zatrzęsienie.

    2453

    — To mizerykordia. Jej wartość może być większa niż złoto. Zwłaszcza w sercu Van Goulda.

    2454

    Czarny Korsarz też zeskoczył na ziemię, po czym podniósł leżący na niej, zdobiony metodą damaskinażu[103] nóż o smukłym i ostrym ostrzu.

    2455

    — Pewnie zgubił go oficer, który towarzyszy gubernatorowi — orzekł Katalończyk. — Widziałem, że nosił go wcześniej u pasa.

    2456

    — A więc szli tędy… — rzekł Czarny Korsarz.

    2457

    — Patrzcie tam! W zaroślach wydrążyli siekierami tunel. Pamiętam, że każdy z nich miał u siodła swoją.

    2458

    — Świetnie — odparł Carmaux. — Oszczędzili nam fatygi, dzięki temu będziemy mogli się szybciej poruszać.

    2459

    — Cisza! — wykrzyknął Czarny Korsarz. — Nic nie słychać?

    2460

    Katalończyk wytężył słuch, po czym odparł:

    2461

    — Nic a nic.

    2462

    — Znakiem tego są daleko od nas. Gdyby byli w pobliżu, byłoby słychać odgłosy ich siekier.

    2463

    — Mają nad nami prawie pięciogodzinną przewagę.

    2464

    — To sporo, miejmy nadzieję, że uda nam się to nadrobić.

    2465

    Szli przed siebie po tej ścieżce-tunelu, którą uciekinierzy wydrążyli w dziewiczym lesie. Nie sposób było pomylić drogę, albowiem wykarczowane gałęzie, które leżały na ziemi, nie zdążyły jeszcze uschnąć.

    2466

    Chcąc zyskać przewagę, Katalończyk i piraci zaczęli biec. Jednakże wkrótce musieli zwolnić, albowiem na ich drodze wyrosła przeszkoda, którą zarówno Murzyn, który nie był wcale obuty, jak i Carmaux i Van Stiller, którzy wprawdzie mieli na sobie buty, ale niewystarczająco wysokie, mogli pokonać jedynie przy zachowaniu dużej ostrożności.

    2467

    Przeszkodę tę stanowiła gęsto porastająca okolicę kolczasta ansara, która występuje w dużych skupiskach w dziewiczych lasach Wenezueli i Gujany, uniemożliwiając przemarsz każdemu, kto nie ma na sobie solidnych, wysokich butów z grubej skóry.

    2468

    — Do stu tysięcy bomb i kartaczy! — wykrzyknął Van Stiller, który jako pierwszy postanowił przeprawić się przez kolczastą zasadzkę. — Co to ma być? Droga do piekła? Będziemy potem wyglądać jak święty Bartłomiej[104] po torturach.

    2469

    — Na flaki rekina! — krzyknął Carmaux, który jak porażony odskoczył do tyłu. — Będziemy kuśtykać po przejściu przez ten oset! Leśni czarodzieje powinni byli umieścić przy wejściu do lasu tabliczkę z napisem: „Przejścia nie ma!”.

    2470

    — Nic to. Będzie trzeba znaleźć inną drogę — powiedział Katalończyk.

    2471

    Niestety zrobiło się bardzo późno.

    2472

    — Czeka nas postój? — zapytał Czarny Korsarz.

    2473

    — Spójrzcie!

    2474

    Dziennie światło zaczęło błyskawicznie gasnąć, w mgnieniu oka las utonął w ciemnościach, które wpełzły we wszystkie jego zakamarki.

    2475

    — Czy oni też zrobią postój? — zapytał Czarny Korsarz, marszcząc czoło.

    2476

    — Tak, i nie ruszą się z miejsca, dopóki nie wzejdzie księżyc.

    2477

    — A kiedy wzejdzie?

    2478

    — O północy.

    2479

    — Rozbijmy zatem obóz.

    Rozdział XXI. W dziewiczym lesie

    2480

    Na czas postoju znużona wędrówką drużyna postanowiła schronić się między korzeniami summameiry, tropikalnej palmy, która pod względem wielkości najprawdopodobniej cieszy się — nomen omen[105] — palmą pierwszeństwa w całym lokalnym drzewostanie. Podporą tych osiągających wysokość sześćdziesięciu, a nawet siedemdziesięciu metrów drzew są tak zwane korzenie przybyszowe — rozłożyste, masywne, symetrycznie odchodzące od pnia ponad gruntem, tworzące tym samym fikuśne arkady, pod którymi może znaleźć schronienie dwadzieścia, a może i więcej osób.

    2481

    Było to coś w rodzaju ufortyfikowanej kryjówki, która w obliczu niebezpieczeństwa — ataku ze strony tak ludzi, jak i zwierząt — mogłaby okazać się zbawienna. Piraci umościli sobie miejsce w korzeniach leśnego kolosa, po czym posilili się suchym prowiantem i szynką. Zgodzili się co do tego, że w samym sercu dziewiczej puszczy nie byłoby rozsądnym udać się gromadnie w ramiona Morfeusza[106], uzgodnili więc między sobą, że przez najbliższe cztery godziny — tyle bowiem brakowało do wzejścia księżyca i do podjęcia marszu — każdy z nich co piętnaście minut będzie przejmował wartę. W obawie przed niebezpiecznymi wężami, których w wenezuelskich lasach nie brakuje, skrupulatnie przeczesali podłoże, po czym ułożyli się wygodnie na opadłym z drzewa-olbrzyma listowiu. Jako pierwsi straż nad bezpieczeństwem swoich kompanów objęli Afrykańczyk i Carmaux.

    2482

    Trwający na tych równikowych terenach zaledwie kilka minut zmierzch ustąpił już miejsca ciemnościom, które spowiły leśne królestwo, uciszając ptasi świergot i małpi zgiełk. Na kilka chwil zagościła budząca grozę cisza, zupełnie jakby wszyscy leśni mieszkańcy — zarówno ci, co noszą pióra, jak i ci odziani w sierść — nagle zniknęli lub wymarli. Ni stąd ni zowąd przerwał ją dziwny koncert, istnie diabelskie dźwięki, wywołując dreszcz trwogi u Carmaux, który na co dzień nie miał w zwyczaju biwakować w samym sercu dziewiczego lasu.

    2483

    Brzmiało to, jakby sfora wściekłych psów rozsiadła się na gałęziach drzewnego olbrzyma i zaczęła w najlepsze ujadać. Bo to właśnie z góry dobiegały te wszystkie, przeplatające się ze sobą odgłosy: skowyt, przeciągły pomruk, zgrzyt i skrzypienie.

    2484

    — Na flaki rekina! — wykrzyknął Carmaux, kierując wzrok do góry. — Co tam się wyprawia? Czyżby tubylcze psy miały skrzydła i kocie pazury? Jak one powłaziły na te drzewa? Jesteś w stanie mi to wyjaśnić, Moko?

    2485

    Jednak Moko, zamiast odpowiedzieć na pytanie, tłumił pod nosem śmiech.

    2486

    — Co to za jedni? — nie mógł się nadziwić Carmaux. — Jakby stu marynarzy zaczęło nagle wciągać wszystkie żagle, skrzypiąc linami.

    2487

    — To małpy?

    2488

    — Nie, mój biały towarzyszu — odparł Moko. — To żaby, tylko żaby.

    2489

    — I to mają być niby ich odgłosy?

    2490

    — Tak, kamracie.

    2491

    — A te odgłosy teraz to co? Słyszysz? Jakby armia kowali tłukła miedzianymi garnkami na cześć Belzebuba.

    2492

    — To są ropuchy.

    2493

    — Na flaki rekina! Gdybyś nie powiedział mi tego ty, a ktoś inny, tobym pomyślał, że albo sobie ze mnie stroi żarty, albo że zwariował. To jakiś mało znany gatunek ropuchy?

    2494

    W tej właśnie chwili przeciągły, donośny pisk, przeradzający się po chwili w skowyt poniósł się hen, daleko po rozległej puszczy, uciszając ropuszy koncert.

    2495

    Moko uniósł wzrok do góry i chwycił trzymaną u swego boku strzelbę. Gwałtowność tego gestu zdradzała dość silny niepokój.

    2496

    — Coś mi się zdaje, że tym razem to wcale nie są odgłosy żaby, prawda, drogi Moko?

    2497

    — Oczywiście, że nie! — wykrzyknął Afrykańczyk drżącym głosem.

    2498

    — A więc co to takiego?

    2499

    — Jaguar.

    2500

    — Do stu biskajskich piorunów! Ten straszliwy drapieżnik?

    2501

    — Tak, kamracie.

    2502

    — Wolałbym dać sobie wypruć flaki trzem porywczym mężczyznom, niż mieć do czynienia z tym groźnym mięsożercą. Mówi się, że jeden jaguar wart jest tyle, co trzy tygrysy bengalskie.

    2503

    — I afrykańskie lwy, kamracie.

    2504

    — Do stu tysięcy rekinów!

    2505

    — Co ci jest?

    2506

    — Jeśli nas zaatakuje, nie będziemy mogli użyć naszych strzelb.

    2507

    — Dlaczego?

    2508

    — Strzały usłyszałby gubernator i jego ludzie. Od razu dowiedzieliby się, że ktoś za nimi podąża i szybko przyśpieszyliby kroku.

    2509

    — W takim razie zamierzasz walczyć z jaguarem za pomocą noża?

    2510

    — Użyjemy szabli.

    2511

    — Chciałbym to zobaczyć.

    2512

    — Nie życz mi tego, drogi Moko.

    2513

    Zwierzę zamiauczało po raz drugi; tym razem dźwięk bliższy i głośniejszy niż poprzedni rozbrzmiał w leśnych ciemnościach i przeszył strachem Afrykańczyka.

    2514

    — Do diabła! — burknął pod nosem Carmaux, który zdradzał coraz większy niepokój.

    2515

    — Robi się nieciekawie.

    2516

    I w tej właśnie chwili ujrzał, jak Czarny Korsarz zrzuca z siebie pelerynę, która służyła mu podczas snu za okrycie, i zrywa się na równe nogi.

    2517

    — Jaguar? — zapytał spokojnym tonem.

    2518

    — Tak, panie kapitanie.

    2519

    — Daleko stąd?

    2520

    — Nie, i co gorsza wszystko wskazuje na to, że kieruje się w naszą stronę.

    2521

    — Cokolwiek się stanie, nie używajcie strzelb.

    2522

    — Ten drapieżnik nas wszystkich pożre.

    2523

    — Tak sądzisz, Carmaux? To się jeszcze okaże.

    2524

    Złożył pieczołowicie pelerynę, owinął nią lewe ramię, dobył szpady i szybko wstał.

    2525

    — Z której strony słyszałeś odgłosy?

    2526

    — Stamtąd, kapitanie.

    2527

    — Zaczekamy tu na niego.

    2528

    — Mam obudzić Katalończyka i Van Stillera?

    2529

    — Nie ma takiej potrzeby, sami sobie poradzimy. Bądźcie cicho i dorzućcie do ognia.

    2530

    Wytężając słuch, można było usłyszeć pośród drzew kocie mruczenie przeplatane szelestem listowia. Drapieżnik z pewnością wyczuł obecność intruzów, poruszał się więc bardzo ostrożnie, licząc, że lada chwila uda mu się kogoś dopaść. Czarny Korsarz, nie chcąc dać się zaskoczyć przeciwnikowi, stał nieruchomo przy palenisku ze szpadą w dłoni, wodząc bacznie wzrokiem po otaczających go zewsząd zaroślach i nasłuchując, skąd nadchodzi niebezpieczeństwo. Za jego plecami ustawili się Carmaux i Moko. Pierwszy dzierżył w dłoni kordelas, drugi natomiast strzelbę, którą jednak trzymał za lufę, by na wypadek zagrożenia użyć jej w charakterze maczugi..

    2531

    Szelest dobiegał od strony gęstszej połaci lasu i stawał się coraz głośniejszy. Zbliżało się też — tyle że powoli — kocie mruczenie. Jaguar stąpał bardzo ostrożnie. W pewnej chwili ucichły wszelkie odgłosy. Czarny Korsarz pochylił się do przodu, nadstawiając ucha. Wyprostowując się, zauważył w bliskiej od siebie odległości dwa przezierające przez zarośla błyszczące zielone punkciki, które nieruchomo się weń wpatrywały

    2532

    — Tam jest, panie kapitanie — powiedział szeptem Carmaux.

    2533

    — Widzę go — odpowiedział Czarny Korsarz, nie tracąc rezonu.

    2534

    — Zaraz się na nas rzuci.

    2535

    — Tylko na to czekam.

    2536

    — Diablo odważny mężczyzna z kapitana — wymamrotał pirat. — Nie przestraszyłby się samego Belzebuba i jego ogoniastej hałastry.

    2537

    Jaguar zatrzymał się trzydzieści kroków od obozowiska, co dla takich drapieżników jak on — zdolnych skoczyć nawet dalej niż tygrysy — stanowiło odległość w sumie niewielką. Jednakże zwierzę wcale nie zamierzało atakować. Czyżby niepokoił je tlący się przy drzewie ogień, czy może raczej śmiała i niewzruszona postawa Czarnego Korsarza? Zwierzę odczekało chwilę przyczajone za zaroślami, nie przestając bacznie przyglądać się swojemu przeciwnikowi w pozycji gotowej do skoku. Po chwili błyszczące punkciki zniknęły.

    2538

    Słychać było tylko chrzęst gałęzi i szelest liści, które wkrótce ucichły.

    2539

    — Rozmyślił się — odetchnął z ulgą Carmaux. — Niech go kajmany[107] pożrą w kilku kęsach!

    2540

    — Raczej to on pożre kajmany, kamracie — odrzekł Moko.

    2541

    Czarny Korsarz przez kilka minut nie ruszał się z miejsca, trzymając szablę w pogotowiu. Następnie, nie słysząc już żadnych niepokojących odgłosów, schował broń do pochwy, rozłożył pelerynę, zarzucił ją na siebie i ułożył się wygodnie pod drzewem, mówiąc:

    2542

    — Gdyby postanowił wrócić, dajcie mi znać.

    2543

    Carmaux i Afrykańczyk stanęli po drugiej stronie paleniska i rozpoczęli wartę, nadstawiając uszu i czujnie się rozglądając, nie bardzo bowiem chciało im się wierzyć, że drapieżnik spasował i odpuścił polowanie.

    2544

    O godzinie dziesiątej nastąpiła zmiana warty. Carmaux i Afrykańczyk obudzili Van Stillera i Katalończyka, ostrzegli ich, że w pobliżu czai się drapieżnik, po czym pośpieszenie udali się na spoczynek, kładąc się tuż obok Czarnego Korsarza, który smacznie sobie spał, zupełnie jakby leżał w swojej kajucie na „Błyskawicy”.

    2545

    Kolejny kwadrans upłynął w większym spokoju od pierwszego, choć Van Stiller i jego kompan po kilkakroć słyszeli w leśnych ostępach miauczenie jaguara.

    2546

    O północy, kiedy księżyc zagościł na niebie, rozpraszając mroki nocy, Czarny Korsarz dał sygnał do wymarszu. Wciąż żywił nadzieję, że nazajutrz uda mu się dogonić swojego śmiertelnego wroga.

    2547

    Księżyc szczodrze rozświetlał bezchmurne nocne niebo, rzucając swoją bladą, srebrzystą poświatę na rozległą puszczę, choć zaledwie pojedyncze smugi światła przenikały przez gęste sklepienie utworzone przez olbrzymie liście.

    2548

    Widoczność jednak nie była wcale zła, co pozwoliło piratom poruszać się całkiem szybko przed siebie i w porę dostrzegać napotykane po drodze przeszkody.

    2549

    Nagle jednak zgubili trop; ścieżka przetarta przez gubernatora i jego ludzi urwała się. Wcale ich to nie zmartwiło, wiedzieli bowiem, że wróg podążał na południe, w kierunku Gibraltaru, gdzie zamierzał się ukryć. Szli więc dalej zgodnie ze wskazówkami busoli[108], ufając, że prędzej czy później go dogonią.

    2550

    Śmiało parli naprzód, torując sobie z mozołem drogę i pokonując opór stawiany przez gałęzie, liany i wyboiste korzenie, aż po około piętnastu minutach idący na przedzie pochodu Katalończyk nagle przystanął.

    2551

    — Co się dzieje? — zapytał stąpający tuż za nim Czarny Korsarz.

    2552

    — Po raz trzeci już w trakcie naszej wyprawy słyszę podejrzane odgłosy.

    2553

    — Co to tym razem za odgłosy?

    2554

    — Mam wrażenie, jakby ktoś szedł równolegle do nas, po drugiej stronie tej gęstwiny.

    2555

    — Co za dźwięki słyszałeś?

    2556

    — Trzask łamanych gałęzi i szelest deptanych liści.

    2557

    — Czyżby ktoś nas śledził? — zapytał Czarny Korsarz.

    2558

    — Tylko kto? Nikt nie ośmieliłby się zapuścić nocą w te dziewicze lasy — odpowiedział Katalończyk.

    2559

    — Może to ktoś z oddziału gubernatora?

    2560

    — Hmm… Raczej nie, bo oni są daleko przed nami.

    2561

    — A zatem jakiś Indianin.

    2562

    — Być może, choć ja osobiście wątpię, żeby to był Indianin. Ooo! Słyszeliście?

    2563

    — Tak — przytaknęli piraci i Afrykańczyk.

    2564

    — Ktoś oddalony o kilka kroków od nas złamał gałąź — odparł Katalończyk.

    2565

    — Gdyby nie ta gęstwina, można by było iść zobaczyć, kto się tam czai — rzekł Czarny Korsarz, dobywając jednocześnie szpady.

    2566

    — Sprawdzimy?

    2567

    — Postrzępilibyśmy sobie tylko ubrania w tych ciernistych zaroślach, ale twoja odwaga jest godna podziwu.

    2568

    — Dziękuję — odpowiedział Hiszpan. — Takie słowa w twoich ustach wiele dla mnie znaczą. Co zatem zamierzasz?

    2569

    — Iść naprzód. Szable w dłoń. Pod żadnym pozorem nie używajcie strzelb.

    2570

    — Naprzód zatem.

    2571

    Drużyna szła więc dalej, ostrożnie i bez pośpiechu.

    2572

    Dotarli do wąskiego prześwitu otwierającego się pośród wysokich palm oplecionych gęstą siecią lian, gdy nagle jakaś ciężka masa powaliła na ziemię idącego na czele pochodu Hiszpana.

    2573

    W pierwszej chwili piraci myśleli, że na nieszczęśnika spadła jakaś wielka gałąź. Jednak ochrypły ryk, który po chwili usłyszeli, nie pozostawiał żadnych wątpliwości.

    2574

    Z piersi upadającego na ziemię Katalończyka dobył się przeraźliwy krzyk. Szybko się odwrócił na plecy, próbując uwolnić się od miażdżącego uścisku drapieżnika.

    2575

    — Ratunku! — krzyknął. — Zaraz zrobi ze mnie tatar!

    2576

    Czarny Korsarz, gdy tylko otrząsnął się z zaskoczenia, rzucił się na odsiecz nieszczęśnikowi. Z szybkością błyskawicy dopadł do zwierzęcia i ugodził je szpadą. Ranione ostrzem zwierzę porzuciło niedoszły łup i skierowało swą złość na nowego przeciwnika, gotowe rozszarpać mu gardło.

    2577

    Czarny Korsarz cofnął się o kilka kroków. Wymierzając lśniące ostrze szpady w drapieżnika, szybkim gestem owinął pelerynę wokół lewego ramienia. Po chwili wahania zwierzę skoczyło przed siebie z desperacką odwagą. Powaliło na ziemię Van Stillera, po czym wymierzyło potężny cios łapą w stojącego tuż obok Carmaux.

    2578

    Czarny Korsarz nie zamierzał stać bezczynnie. Na widok swoich kompanów w opresji znów rzucił się na jaguara i zaczął siec go szpadą, jednocześnie uważając, by zanadto się do niego nie zbliżyć, w przeciwnym razie rozsierdzone zwierzę z łatwością rozerwałoby go na strzępy swoimi szponami.

    2579

    Jaguar wycofywał się z rykiem, szukając przestrzeni, która pozwoliłaby mu wziąć rozbieg i przypuścić atak, lecz Czarny Korsarz nie odpuszczał i odważnie na niego nacierał.

    2580

    Wystraszone, prawdopodobnie poważnie zranione zwierzę, odwróciło się nagle i wskoczyło między zarośla. Słychać było tylko przeciągłe, pełne cierpienia zawodzenie: „auu”, „auu”.

    2581

    — Cofnijcie się wszyscy! — krzyknął Czarny Korsarz w obawie, że zwierzę zaraz wróci i się na nich rzuci.

    2582

    — Do stu hamburskich piorunów! — krzyknął Van Stiller, który na szczęście w starciu ze drapieżnikiem nie odniósł żadnych obrażeń. — Trzeba go zastrzelić, żeby uśmierzyć jego głód!

    2583

    — Żadnego strzelania, powiedziałem! — odparł Czarny Korsarz.

    2584

    — Już miałem mu rozwalić łeb — odezwał się głos za plecami.

    2585

    — Wciąż żyjesz! — wykrzyknął Czarny Korsarz.

    2586

    — A zawdzięczam to kirysowi z bawolej skóry, który noszę pod kaftanem, panie — powiedział Katalończyk. — Gdyby nie on, zwierzę rozharatałoby mi klatkę piersiową swoimi pazurami.

    2587

    — Uwaga! — krzyknął w tej chwili Carmaux. — Ten przeklęty kocur znów pręży się do skoku!

    2588

    Ledwo skończył zdanie, a zwierzę wykonało sześcio-, siedmiometrowy skok zakończony na kilka kroków przed Czarnym Korsarzem, nie zdążyło jednak skoczyć po raz kolejny, bo szpada nieustraszonego wilka morskiego przeszyła pierś zwierzęcia, które śmiertelnie ugodzone padło na ziemię. Wtedy Afrykańczyk kolbą swojej ciężkiej strzelby roztrzaskał mu czaszkę.

    2589

    — Idź do diabła! — krzyknął Carmaux i wymierzył drapieżnikowi siarczystego kopniaka, chcąc się upewnić, czy rzeczywiście padł trupem. — Co to za zwierzę?

    2590

    — Zaraz się dowiemy — powiedział Katalończyk, chwytając zwierzę za ogon i wlokąc je na niewielką, oświetloną księżycową poświatą polanę.

    2591

    — Nie jest zbyt ciężkie, a mimo to jaka odwaga i jakie pazury! Kiedy już będziemy w Gibraltarze, pójdę zapalić świeczkę dziękczynną Matce Boskiej z Gwadelupy za to, że mnie uchroniła przed niechybną śmiercią.

    Rozdział XXII. Grzęzawiska

    2592

    Zwierzę, które z taką zuchwałością na nich napadło, kształtem przypominało afrykańskie lwice. Było jednak postury drobniejszej niż jego dalekie kuzynki, jego długość nie przekraczała stu piętnastu czy stu dwudziestu centymetrów, wysokość w kłębie natomiast wynosiła mniej niż siedemdziesiąt.

    2593

    Zwierzę miało okrągłą głowę, ciało smukłe, ale silnej budowy, ponad półmetrowy ogon, długie i ostre pazury, gęstą, szczeciniastą, jasnożółto-rudawą sierść, która nabierała ciemniejszej barwy na grzbiecie, w okolicach podbrzusza bielała, a w części okołoczaszkowej wpadała w szarość.

    2594

    Katalończyk i Czarny Korsarz nie mieli żadnych wątpliwości: już na pierwszy rzut oka było wiadomo, że była to puma, zwana lwem południowoamerykańskim, którego z kolei tubylcy w swoim narzeczu określają mianem mizgli.

    2595

    Populacja tego gatunku dość licznie zamieszkuje tereny Ameryki Północnej i Południowej. Koty te, choć niewielkich rozmiarów, są jednak groźne i drapieżne.

    2596

    Najlepiej czują się w lasach, gdzie zawzięcie polują na małpy; ich naturalna zwinność pozwala im bowiem z łatwością wspinać się na najwyższe drzewa. Czasami podchodzą do ludzkich osad i wyrządzają ogromne szkody, zagryzając owce, cielęta, woły, a nawet konie.

    2597

    W ciągu jednej nocy potrafią uśmiercić pięćdziesiąt sztuk bydła; zatapiają kły w szyi ofiary i z rozkoszą poją się jej ciepłą krwią. Zwykle schodzą ludziom z drogi, z doświadczenia bowiem wiedzą, że starcie z nimi może zakończyć się dla nich porażką, lecz przyparte głodem i zmuszone koniecznością, odważają się ich atakować. Zawsze walczą do samego końca i nawet ranione nie odstępują zdobyczy.

    2598

    Czasami polują w stadach, dzięki czemu łatwiej zdobywają pożywienie, jednak na ogół prowadzą samotniczy tryb życia, zwłaszcza samice, które bojąc się, że ich młode mogłyby paść ofiarą samców, trzymają się od nich z daleka. Im wprawdzie też zdarza się pożreć swoje pierwsze młode, jednak z czasem budzi się w nich macierzyńska czułość i zajadle bronią swoich kociąt.

    2599

    — Na flaki żarłacza, pogromcy mórz! — krzyknął Carmaux. — Takie to małe, a groźniejsze od lwa.

    2600

    — To cud, że nie rozszarpał mi gardła — rzekł Katalończyk. — Podobno z wielką wprawą przegryzają tętnicę, żeby wysysać krew swoich ofiar.

    2601

    — Z wprawą czy bez niej, na nas już czas! — powiedział Czarny Korsarz.

    2602

    — Przez tego kuguara[109] straciliśmy mnóstwo cennego czasu.

    2603

    — Nasze nogi są bardzo szybkie, panie kapitanie.

    2604

    — Wiem, Carmaux. Nie zapominajmy jednak, że Van Gould ma znaczną przewagę nad nami. Komu w drogę, temu czas, przyjaciele.

    2605

    Zostawili truchło kuguara i zagłębili się w niezmierzone leśne połaci, znów karczując napotykane na swej drodze liany i korzenie. Znaleźli się teraz na terenach podmokłych, gdzie nawet najmniejsze drzewa, zwykle przegrywające walkę o promienie słoneczne, rozrosły się bujnie. Stąpali po mchach tak nasiąkniętych wilgocią, że każdy krok wyciskał z nich wielkie kałuże wody, która wylewała się przez niezliczone pory.

    2606

    Las skrywał w swym wnętrzu zdradzieckie grzęzawiska i piaszczyste pułapki, których ofiarą padał każdy, kto tylko postawił na nich stopę.

    2607

    Świetnie rozeznany w terenie Katalończyk zachowywał niemalże przesadną ostrożność. W obawie przed piaszczystymi zapadliskami sprawdzał kijem grunt po nogami i trącał nim wszystkie rosnące wkoło zarośla, w których mogły czaić się węże, licznie żyjące na tych wilgotnych terenach. Idąc tak ostrożnie naprzód, wypatrywał stale, dokąd prowadzi ich ścieżka i czy widać już skraj lasu.

    2608

    Ostrożność była wskazana, nietrudno bowiem w tych ciemnościach nadepnąć na żararakę urutu, białopręgiego węża z krzyżem na głowie, sączącego jad wywołujący paraliż całej ukąszonej kończyny, czy na biczowąża długonosego, zwanego także potocznie „wężem-biczem”, którego bardzo łatwo pomylić z cienkimi, przypominającymi bicz właśnie, zielonymi lianami, albo też na koralówkę arlekina, węża dysponującego trucizną, na którą nie ma żadnego ratunku.

    2609

    W pewnym momencie Katalończyk zamarł w bezruchu.

    2610

    — Co? Znowu kuguar? — zapytał Carmaux, który szedł tuż za nim.

    2611

    — Boję się iść dalej, zanim nie wzejdzie słońce — odpowiedział.

    2612

    — Czego się boisz? — zapytał Czarny Korsarz.

    2613

    — Grunt zaczyna mi się osuwać pod nogami, a to oznacza, że jesteśmy w pobliżu tropikalnej sawanny.

    2614

    — Czyżby grzęzawiska?

    2615

    — Tego się właśnie obawiam.

    2616

    — Stracimy za dużo cennego czasu.

    2617

    — Za godzinę nastanie świt. Nie sądzicie chyba, że ścigani przez nas Hiszpanie, przeprawiając się przez mokradła, nie napotkali przeszkód?

    2618

    — Trudno się nie zgodzić. Zaczekamy na wschód słońca.

    2619

    Legli u stóp drzewa i niecierpliwie czekali, aż światło poranka rozrzedzi gęste nocne ciemności. W zatopionej jeszcze przed chwilą w ciszy niezmierzonej puszczy rozległ się koncert na tysiąc tajemniczych dźwięków. Wszelkiej maści żaby, ropuchy, grzbietorody amerykańskie i parraneca rechotały naraz na całego, tworząc nieznośny dla ucha zgiełk. Mieszały się ze sobą przeróżne odgłosy: skowyt, wycie, skrzek, jęki, bulgot tak głośny, jakby tysiące chorych jednocześnie płukało gardła, do tego zgrzyt i stukot tak hałaśliwy, jakby cała armia stolarzy cięła drewno i zbijała deski. Spomiędzy gałęzi natomiast dobiegał od czasu do czasu przenikliwy wizg, na którego odgłos piraci podnosili głowy do góry.

    2620

    Sprawczyniami tych odgłosów były lilipucie jaszczurki, wyposażone w tak silne płuca, że siłą głosu mogłyby zagłuszyć gwizd lokomotywy.

    2621

    Gwiazdy powoli gasły na niebie, a świt rozrzedzał ciemności, kiedy z daleka dobiegł ich odgłos wystrzału, którego nie można było pomylić z tropikalnym koncertem.

    2622

    Czarny Korsarz zerwał się na równe nogi.

    2623

    — Wystrzał z muszkietu? — zapytał, spoglądając na Katalończyka, który też właśnie poderwał się z ziemi.

    2624

    — Wszystko na to wskazuje — odpowiedział Katalończyk.

    2625

    — Czyżby ludzie, za którymi podążamy?

    2626

    — Tak mi się wydaje.

    2627

    — A zatem nie są daleko.

    2628

    — To może być złudne. Pod tym zielonym sklepieniem echo jest w stanie przemierzać niewiarygodne odległości.

    2629

    — Już dnieje. Możemy więc wyruszać, jeśli nie jesteście zmęczeni.

    2630

    — Na odpoczynek przyjdzie czas później — odpowiedział Carmaux.

    2631

    Poranne światło przezierało przez olbrzymie liście, szybko rozpraszając mroki i budząc ze snu leśnych mieszkańców.

    2632

    Tukany przysiadały na najwyższych gałęziach drzew i trzepotały skrzydłami, wydając nieprzyjemny dla uszu pisk podobny do źle naoliwionego koła. Dzioby tych ptaków są prawie tak duże, jak reszta ich ciała, a jednocześnie tak delikatne, że muszą one rzucać pokarm do góry, by następnie pochwycić go w locie i połknąć. Ukryte w leśnej gęstwinie ptaki onorati, na całe gardło wyśpiewywały barytonem do mi sol do. Cassichi świstały rozkołysane na swoich dziwnych torbiastych gniazdach, uwitych w giętkich gałęziach korzeniary czerwonej lub na czubkach olbrzymich liści maot, podczas gdy czarowne kolibry, niczym skrzydlate klejnoty, przelatywały z kwiatka na kwiatek, a ich pióra — zielone, turkusowe oraz czarne o złotym i miedzianym połysku — iskrzyły się w pierwszych promieniach słońca.

    2633

    Powoli wychodziły ze swoich kryjówek małpy, rozprostowywały kości i ziewały, wystawiając zaspane pyszczki w kierunku słońca. Były to głównie wełniaki brunatne, mierzące od sześćdziesięciu do osiemdziesięciu centymetrów wzrostu, zaopatrzone w ogony przekraczające długość ich ciała, o puszystej sierści, brunatnej na grzbiecie i szarej na podbrzuszu i z czymś w rodzaju grzywy na ramionach.

    2634

    Niektóre huśtały się na ogonach, skrzekliwie hałasując, inne natomiast na widok przybyszów stroiły głupie miny i rzucały w ich stronę owoce i liście, wszak z natury są to istoty złośliwe i dokuczliwe.

    2635

    Wśród palmowych liści można było dostrzec także liczne grono mniejszych człekokształtnych z gatunku uistiti srebrzystej, które pod względem urody nie miały w małpim świecie sobie równych i których lilipuci rozmiar pozwalał je sobie schować do kieszeni kaftana. Z dużą zwinnością przeskakiwały z gałęzi na gałąź w poszukiwaniu owadów stanowiących podstawę ich jadłospisu. Jednakże spłoszone obecnością nieproszonych gości dawały chyżo drapaka na ukryte wysoko w koronach drzew gałęzie, skąd wpatrywały się w nich swoimi inteligentnymi i pełnymi wyrazu oczami.

    2636

    W miarę jak zagłębiali się w leśne ostępy, puszcza przerzedzała się; podmokłe, muliste podłoże nie zachęcało do zapuszczania korzeni.

    2637

    Piękne palmy zostały w tyle, teraz teren porastały tak zwane imbauda, rodzaj małych wierzb, które gniją w trakcie pory deszczowej i zielenieją w czasie pory suchej. Dookoła rosły palmy kamona[110], które mają bardzo gruby, pękaty pień podtrzymywany przez pałąkowate korzenie sięgające wysokości dwóch, trzech metrów, a które z kolei na wysokości dwudziestu pięciu metrów tworzą parasol ząbkowanych liści.

    2638

    Dość szybko jednak drzewa ustąpiły miejsca zwalistym calupo, roślinie, z której owoców pokrojonych na kawałki i poddanych fermentacji uzyskiwało się orzeźwiający napój, a także olbrzymim drzewom bambusowym wysokim na piętnaście, a nawet dwadzieścia metrów i tak wielkim, że nie można ich było objąć.

    2639

    Katalończyk już miał zanurzyć się w tej gęstwinie, kiedy nagle zmienił zdanie i odwrócił się w stronę piratów, mówiąc:

    2640

    — Zanim opuścimy na dobre las, mam nadzieję, że nie pogardzicie filiżanką mleka.

    2641

    — A to ci dopiero! — wykrzyknął Carmaux wesół jak szczygieł. — Czyżbyś wypatrzył jakieś stado krów? Jeśli tak, to przeróbmy je na steki.

    2642

    — Nie ma mowy o żadnych stekach, bo póki co nie ma żadnych krów.

    2643

    — To w takim razie skąd to mleko?

    2644

    — Z darzymleczni.

    2645

    — Będziemy doić drzewo?

    2646

    Katalończyk poprosił Carmaux o manierkę i podszedł do drzewa o rozłożystych liściach i szerokim pniu, gładkim i wysokim na jakieś dwadzieścia metrów, wspartym na grubych korzeniach, które nie miały wystarczająco dużo miejsca, żeby wrosnąć w ziemię, po czym zamachnął się kordelasem i zrobił w korze głębokie nacięcie. Po chwili z rany popłynęła strużka białego, gęstego płynu, wyglądem i smakiem przypominającego mleko.

    2647

    Wszyscy ugasili pragnienie pożywnym napojem, po czym kontynuowali swoją wędrówkę pośród bambusów, ogłuszeni przenikliwym wizgiem jaszczurek. Teren robił się coraz bardziej grząski. Woda rozlewała się pod stopami, tworząc powiększające się w mgnieniu oka kałuże.

    2648

    Chmary ptactwa wodnego wskazywały na bliską obecność mokradeł i grzęzawisk. Widać było stada bekasów, kszyków, wężówek amerykańskich, które swą nazwę zawdzięczają długiej, cienkiej, wężowatej szyi zakończonej małą głową; poza tym gatunek ten charakteryzuje się długim, sztyletowatym dziobem i szorstkimi, srebrzyście połyskującymi piórami. Wszędzie roiło się od kleszczojadów gładkodziobych, ptaków nieco mniejszych od sroki, o ciemnozielonych piórach, których brzegi połyskiwały fioletową barwą. Hiszpan zwolnił nieco kroku w obawie, że zaraz straci grunt pod nogami, gdy nagle od przodu dobiegł ich przeciągły pomruk, a zaraz za nim odgłos czegoś spadającego na ziemię i chlupot mokradeł.

    2649

    — Woda! — wykrzyknął.

    2650

    — Wydaje mi się, że oprócz wody napotkaliśmy też jakieś zwierzę. Nie słyszałeś, że coś zeskoczyło na ziemię?

    2651

    — Tak, jaguar poluje.

    2652

    — Takie sobie spotkanie… — wymamrotał pod nosem Carmaux.

    2653

    Zatrzymali się na powalonych na ziemię drzewach bambusowych, obawiając się ugrzęźnięcia w mokradłach, po czym dobyli szpad i kordelasów.

    2654

    Echo nie przyniosło już odgłosów drapieżnika. Do uszu piratów dochodziło tylko jakby stłumione mruczenie, którym zwierzę dawało przybyszom do zrozumienia, że ich obecność nie była mile widziana.

    2655

    — Być może próbuje coś złowić w bajorze — rzekł Katalończyk.

    2656

    — Ryby? — zapytał tonem pełnym niedowierzania Carmaux.

    2657

    — A co cię tak dziwi?

    2658

    — Z tego co mi wiadomo, jaguary nie używają wędki i haczyka.

    2659

    — Za to mają pazury i ogon.

    2660

    — Ogon? A na co mu ogon?

    2661

    — Posługuje się nim jak przynętą.

    2662

    — Ta! Ciekaw jestem, w jaki sposób je nęci. Czyżby przyczepiał sobie do niego robaki?

    2663

    — Nic z tych rzeczy. Opuszcza go nad powierzchnią wody i sierścią delikatnie ociera się o wodną toń.

    2664

    — I co dalej?

    2665

    — Dalej wiadomo: od razu nadpływają zwabione łupem raje, piranie i strętwy, a jaguar zagarnia je szybkim ruchem szponiastej łapy. Rzadko chybia celu, zazwyczaj udaje mu się upolować wszystkie naiwne ryby, które kotłują się pod powierzchnią.

    2666

    — Widzę go — powiedział w tym momencie Afrykańczyk, który przewyższając wzrostem pozostałych członków wyprawy, widział trochę dalej w głąb.

    2667

    — Kogo? — zapytał Czarny Korsarz.

    2668

    — Jaguara — odpowiedział Moko.

    2669

    — Gdzie?

    2670

    — Na obrzeżach mokradeł, jakieś sześćdziesiąt metrów od nas.

    2671

    — Jest sam?

    2672

    — Chyba coś tropi.

    2673

    — Chodźmy go zobaczyć — powiedział stanowczym tonem Czarny Korsarz.

    2674

    — Kapitanie, ostrożnie — poradził mu Katalończyk.

    2675

    — Jeśli nie stanie nam na drodze, to nie będziemy go niepokoić.

    2676

    Zachowajmy spokój i ciszę.

    2677

    Zeszli z bambusowych wiechci i chowając się za łodygami trzciny, szli przed siebie w ciszy i w bojowej gotowości z szablą w dłoni.

    2678

    Po przejściu dwudziestu metrów dotarli na brzeg rozległych mokradeł, które pokrywały znaczne obszary dziewiczego lasu.

    2679

    To była tropikalna sawanna, czyli bagienny teren, do którego spływały wszystkie leśne cieki wodne. Zalegająca w nim woda, w której rozkładały się tysiące różnych roślin, wydzielała szkodliwe dla człowieka wyziewy, mogące wywołać wysoką gorączkę.

    2680

    Cały obszar był porośnięty wodną roślinnością. Były tam krzaki Astrocaryum murumuru, zwanej w tubylczym narzeczu mucumucú, o szerokich pływających liściach, a także rośliny zwane obrazkami, o liściach sercowatych i kwitnącą nad powierzchnią wody Byrsonima crassifolia. Rosły tam też wspaniałe wiktorie królewskie, największe spośród wodnych roślin, których liczące niemalże półtora metra obwodu liście przypominały monstrualne okręgi albo ogromne talerze, o zagiętych i uniesionych brzegach, zwieńczonych długimi kolcami.

    2681

    Te ogromne grzybienie pyszniły się wspaniałymi kwiatami, które wyglądały jak wykonane z białego weluru, poprzecinane purpurowymi żyłkami.

    2682

    Piraci nie zdążyli jeszcze dobrze przyjrzeć się okolicy, gdy w niewielkiej odległości od nich rozległ się głuchy pomruk.

    2683

    — To jaguar! — wykrzyknął Katalończyk.

    2684

    — Gdzie? — zapytali pozostali.

    2685

    — Tam, na brzegu! Czai się do skoku!

    Rozdział XXIII. Atak jaguara

    2686

    Pięćdziesiąt kroków przed nimi, na wysokości trzcinowych zarośli, tuż na skraju sawanny, czaiło się do skoku dorodne zwierzę przypominające kształtem tygrysa, choć nieco mniejszych od niego rozmiarów. Leśny drapieżnik miał prawie dwa metry długości, był więc rosłym przedstawicielem swojego gatunku. Miał długi na ponad osiemdziesiąt centymetrów ogon, krótką i masywną szyję oraz potężne łapy wyposażone we wspaniałe pazury.

    2687

    Jego gęste, przepiękne, żółto-miedziane futro pokryte było charakterystycznymi cętkami obwiedzionymi rudą obwódką, które po bokach były mniejsze, na grzbiecie zaś zlewały się w regularne linie. Piraci nie mieli żadnych wątpliwości, że był to jaguar, najwspanialszy drapieżnik obu Ameryk, groźniejszy od kuguarów i być może groźniejszy nawet od żyjących w Górach Skalistych niedźwiedzi.

    2688

    Te dzikie zwierzęta zamieszkują tereny od Patagonii po Stany Zjednoczone, dumnie reprezentując na tych szerokościach geograficznych ród tygrysi. Są tak samo groźne, zwinne i silne jak ich afrykańscy kuzyni.

    2689

    Ich domem są zwłaszcza lasy deszczowe, brzegi sawann i dorzecza wielkich rzek, takich jak: La Plata, Amazonka, Orinoko. Kochają bowiem — rzecz w przypadku kotów zupełnie niesłychana — wodę.

    2690

    Jaguary cieszą się sławą bezlitosnych zabójców. Mają wiecznie niezaspokojony apetyt, w związku z czym ich łupem pada każde napotkane na drodze stworzenie. Nie uciekną im nawet małpy, albowiem jaguary — jak na koty przystało — z łatwością wskakują na każde drzewo. Bydło hodowlane i konie mogą próbować bronić się za pomocą rogów i kopyt, ale na niewiele się do zdaje — krwiożercze drapieżniki skaczą na nie z rozpędu i silnym uderzeniem łapy przetrącają im kręgosłupy. W starciu z nimi nie mają szans nawet żółwie, choć chronią je przecież bardzo wytrzymałe pancerze. Ostre pazury jaguarów przebijają z łatwością skorupy żółwi arrau i wysysają ich smakowite mięso.

    2691

    Do psów pałają taką nienawiścią, że choć za ich mięsem wcale nie przepadają, zapuszczają się nieskrępowanie w biały dzień do indiańskich wiosek, byleby tylko rozszarpać je na strzępy. Nie przepuszczą także ludziom — na skutek ataku jaguara śmierć zbiera corocznie obfite żniwo wśród Indian. Szpony drapieżnika rozszarpują ciało i zadają głębokie rany, które nie są w stanie się już zagoić, w związku z czym ranny w starciu ze zwierzęciem nieszczęśnik ostatecznie umiera.

    2692

    Teraz przyczajony na skraju sawanny jaguar jakby w ogóle nie zauważył zbliżających się piratów, nie zdradzał bowiem żadnych oznak rozdrażnienia. Jego oczy nieruchomo wpatrywały się w czarniawe wody mokradeł. Najwyraźniej czaił się na zdobycz, która ukrywała się pod liśćmi wiktorii królewskiej. Zaszył się wśród trzcin, czekał z uniesionym lekko podbrzuszem, w pozycji gotowej do skoku. Poruszał lekko sztywnymi wąsami, a jego ogon bezszelestnie ocierał się o zarośla. Widać było, że powoli ogarnia go zniecierpliwienie.

    2693

    — Na co on czeka? — zapytał Czarny Korsarz, który jakby zupełnie zapomniał o istnieniu Van Goulda i jego ludzi.

    2694

    — Czai się na zdobycz — odparł Katalończyk.

    2695

    — Czyżby na jakiegoś żółwia?

    2696

    — Nie — odpowiedział Afrykańczyk. — Szykuje się do starcia z godnym mu przeciwnikiem. Spójrzcie tam, widzicie ten pysk wystający spod liści wiktorii królewskiej?

    2697

    — Rzeczywiście, nasz czarny przyjaciel ma rację, tam się coś rusza — powiedział Carmaux.

    2698

    — To czubek pyska kajmana żakare — odpowiedział Murzyn.

    2699

    — Kajmana? — zapytał Czarny Korsarz.

    2700

    — Tak, mój panie.

    2701

    — Czyżby jaguary napadały nawet na te imponujące gady?

    2702

    — Tak, panie kapitanie — powiedział Katalończyk. — Jeśli zachowamy ciszę, będziemy świadkami zażartej walki.

    2703

    — Miejmy nadzieję, że to długo nie potrwa.

    2704

    — Trafiło na siebie dwóch dość agresywnych przeciwników. Gdy dochodzi między nimi do pojedynku, walka jest naprawdę zaciekła. O, widać go!

    2705

    Liście wiktorii królewskiej nagle się rozstąpiły i ogromny pysk, wyposażony w długie trójkątne kły, wychynął ponad powierzchnię wody i zaczął podpływać do brzegu.

    2706

    Na widok zbliżającego się kajmana jaguar wstał i zrobił krok do tyłu. Nie, żeby się przestraszył. Jego zamiarem było wywabienie przeciwnika na ląd. Chciał w ten sposób odciągnąć go od wody, w której kajmany poruszają się niezwykle szybko i zwinnie, zaś poza nią są wyjątkowo niezdarne.

    2707

    Kajman nabrał się na podstęp jaguara. Uwierzył, że wielki kot wycofuje się ze strachu. Z rozpędem wślizgnął się na ląd, uderzeniem ogona odcinając kwiaty wiktorii królewskich od ich kolczastych łodyg, po czym zatrzymał się i rozdziawił swoją groźną paszczę.

    2708

    Był ogromny, mierzył prawie pięć metrów, z jego grzbietu wyrastały wodne rośliny, które zapuściły korzenie w błocie nagromadzonym między szczelinami łusek.

    2709

    Otrząsnął się, rozpryskując na boki krople wody. Potem przysiadł na tylnych łapach i wydał z siebie odgłos przypominający kwilenie dziecka, a będący najprawdopodobniej wyzwaniem na pojedynek.

    2710

    Jaguar wciąż nie atakował; cofnął się jeszcze bardziej i naprężył mięśnie, gotując się do skoku.

    2711

    Obaj przeciwnicy — król lasów i król mokradeł — przez chwilę łypali na siebie w milczeniu swoimi żółtawymi ślepiami, z których biła prawdziwa dzikość. Jaguar zamruczał zniecierpliwiony, skulił się w sobie, prychając jak rozwścieczony kot.

    2712

    Kajman z kolei, zupełnie niefrasobliwy, świadom swojej niezwykłej siły i potęgi swoich zębów, coraz bardziej oddalał się od wody, kołysząc ogonem na boki.

    2713

    Na to tylko czekał przebiegły kot. Widząc, że kajman wyszedł już w całości na ląd i znacznie oddalił się od brzegu, rzucił się na niego jednym susem. Niestety! Mocne jak stal pazury jaguara ześlizgnęły się po kościstych łuskach gada, zdolnych zatrzymać nawet pocisk wystrzelony z muszkietu.

    2714

    Rozwścieczony niepowodzeniem, okręcił się w miejscu i łapą uderzył kajmana w głowę, rozorując mu oko, po czym odskoczył od ofiary na odległość kilku metrów. Odwrócił się i uderzył kajmana w głowę, wykłuwając mu oko, po czym zeskoczył z ofiary dziesięć metrów dalej.

    2715

    Gad zawył z bólu i ze złości. Instynktownie czuł, że bez oka nie może stanąć do równej walki z niebezpiecznym przeciwnikiem. Zaczął się wycofywać w stronę mokradeł, uderzając wściekle ogonem i rozchlapując błoto na wszystkie strony.

    2716

    Jaguar, który wciąż zachowywał należytą ostrożność, skoczył po raz drugi, tym razem jednak nie marnował sił na twardy pancerz przeciwnika. Nastroszył się, po czym rozpruł mu pazurami prawy bok i zaczął wyrywać ze środka wnętrzności.

    2717

    Było jasne, że kajman już się z tego nie wyliże, tym niemniej rozjuszony walką i kipiący złością nie zamierzał dawać za wygraną. Znalazł w sobie wystarczająco dużo siły, żeby strząsnąć z grzbietu napastnika, który wpadł między trzciny. Otworzył szeroko swoją groźną, krokodylą paszczę i szykował się do zmiażdżenia wielkiego kota w swych potężnych szczękach.

    2718

    Na swoje nieszczęście — ze względu na brak jednego oka — nie oszacował prawidłowo dzielącej go od jaguara odległości; zamiast zatopić kły w jego ciele, w rozpędzie ugryzł go w ogon. Rozdzierający ryk drapieżnika mógł jednak świadczyć tylko o jednym — kajman nie tylko ugryzł go w puszystą kitę, ale całkowicie mu ją odgryzł!

    2719

    — Biedne stworzenie! — wykrzyknął Carmaux. — Bez ogona będzie mu nie do twarzy!

    2720

    — No to teraz mu się odwdzięczy — odparł Katalończyk.

    2721

    Rozjuszony drapieżnik w mgnieniu oka doskoczył do gada.

    2722

    Wbił mu pazury w pysk i zaczął go rozszarpywać, choć przecież wiedział, że kajman może odgryźć mu łapy.

    2723

    Broczący krwią, oślepiony i silnie okaleczony krokodyl, zaczął się wycofywać w kierunku mokradeł. Plaskał ogonem o ziemię i kłapał paszczą, nie mogąc zrzucić z siebie swego oprawcy, który systematycznie rozrywał mu pazurami wnętrzności.

    2724

    W pewnym momencie oba drapieżniki wpadły do wody. Przez kilka chwil widać było szamotaninę, woda zakotłowała się i spieniła, a po chwili zabarwiła na czerwono. W końcu zwycięskie zwierzę wynurzyło się na powierzchnię.

    2725

    Był to jaguar, choć w opłakanym stanie. Z jego sierści spływały krew i woda. Ogon został w paszczy kajmana, wyglądało na to, że ma złamaną nogę, a jego grzbiet był obdarty ze skóry.

    2726

    Z trudem wydostał się na brzeg. Przystanął na chwilę i odwrócił się, spoglądając na mokradła. Oczy lśniły mu wściekłością. Doczłapał się z trudem do trzcinowych zarośli, po czym zniknął z pola widzenia piratów, odgrażając się jeszcze ostatnim złowrogim mruknięciem.

    2727

    — Mocno mu się oberwało. Dostał za swoje — powiedział Carmaux.

    2728

    — No tak, ale kajman padł trupem i kiedy jutro wypłynie na powierzchnię, jaguar będzie miał bardzo pożywne śniadanie — skwitował Katalończyk.

    2729

    — Pożywne, ale nader kosztowne.

    2730

    — Nie bój, nie bój, wyzdrowieje! Te zwierzęta to prawdziwe twardziele. Może nie mają sobie równych?

    2731

    — Ale drugi ogon mu na pewno nie wyrośnie.

    2732

    — Wystarczą mu kły i pazury.

    2733

    Czarny Korsarz ruszył przed siebie, obchodząc mokradła. W pobliżu miejsca, w którym rozegrała się krwawa walka pomiędzy królem południowoamerykańskich lasów a władcą rzek i mokradeł, Carmaux zauważył leżące na ziemi oko kajmana.

    2734

    — Fuj! Ohyda! — wykrzyknął zniesmaczony. — Mimo że zgasło, zachowało nienawistny błysk i dziki zew.

    2735

    Piraci szli przed siebie dziarskim krokiem. Jako że na obrzeżach mokradeł rosły tylko tyczkowate trzciny i krzaki mucumucú — rośliny, pośród których łatwo było torować sobie przejście — wędrówka okazała się o wiele łatwiejsza i przyjemniejsza niż wcześniejsza przeprawa przez leśne knieje i gęstwinę. Teraz musieli głównie uważać na różne jadowite gady, w obrębie mokradeł było ich bowiem bez liku. Za szczególnie niebezpieczne uchodzą węże żararaki, na których ukąszenia nie ma ratunku. Ich skóra ma barwę suchych liści, potrafią więc skutecznie oszukać ludzkie oko.

    2736

    Tak się jednak szczęśliwie złożyło, że na drodze swojej wędrówki nie napotkali żadnego z tych niebezpiecznych stworzeń.

    2737

    Tereny te obfitowały w rozmaite gatunki ptaków, które krążyły całymi stadami ponad porastającą mokradła roślinnością i wokół trzcinowych zarośli. Poza ptactwem brodzącym można było zobaczyć długoogoniaste i kolorowo upierzone ciganas, czyli kośniki czubate, całe stada skrzeczących papug — zielonych, żółtych, czerwonych i innych, majestatyczne ary o turkusowych skrzydłach i żółtym brzuchu, a także rozliczne pasówki obrożne, ptaki, które na pierwszy rzut oka przypominają wróble.

    2738

    Nieopodal mokradeł pojawiła się też grupa małp, które przywędrowały z głębi lasu. Były to makaki iwi o miękkiej jak jedwab sierści o czarnoszarej barwie i długiej białej brodzie, za sprawą której wyglądały starzej i poważniej.

    2739

    Małpie matki szły za samcami, niosąc na ramionach swoje młode, jednak na widok piratów nagle przyśpieszyły kroku i czmychnęły przed siebie, pozostawiając samcom obowiązek obrony małpiej rodziny.

    2740

    W samo południe, na widok zmęczenia malującego się na twarzach piratów po nieprzerwanej, wielogodzinnej wędrówce, Czarny Korsarz zarządził postój, zezwalając wszystkim na zasłużony odpoczynek.

    2741

    Chcąc zachować na czarną godzinę skromny prowiant, który ze sobą zabrali i który mógł w sercu wielkiego lasu okazać się niezwykle cenny czy wręcz zbawienny, postanowili wybrać się na łowy i poszukać jakichś owoców.

    2742

    Hamburczyk i Murzyn rozejrzeli się po okolicznych drzewach. Szczęście im sprzyjało, bowiem niemal od razu natrafili na rosnącą na brzegu mokradeł przepiękną palmę bacaba, która wydaje kwiaty kremowego koloru i która, gdy ją lekko naciąć, wydziela jakby winny nektar. Poza nią natrafili także na jadibicabeira, wysokie na sześć czy siedem metrów drzewo, o ciemnozielonym ulistnieniu, rodzące owoce w kształcie i o wielkości pomarańczy, ale koloru jaskrawożółtego, o bardzo delikatnym i smakowitym miąższu.

    2743

    Carmaux i Katalończyk natomiast podjęli się upolowania zwierzyny, ich zadaniem bowiem było zadbać także o wieczorny posiłek.

    2744

    Widząc, że obrzeża grzęzawisk zamieszkiwało jedynie trudne do upolowania ptactwo i nie chcąc tracić cennego czasu, postanowili zapuścić się w głąb puszczy; mieli bowiem nadzieję, że uda im się upolować mulaka białoogonowego czy podobnego do dzika pekariowca obrożnego.

    2745

    Polecili swoim kamratom, by tymczasem rozpalili ognisko, po czym, nie zwlekając, oddalili się szybkim krokiem w stronę puszczy, zdawali sobie bowiem sprawę, jak bardzo Czarnemu Korsarzowi zależało na czasie i na pochwyceniu tego łotra Van Goulda.

    2746

    W ciągu piętnastu minut przedarli się przez trzciniaste zarośla i mucumucú, aż w końcu znaleźli się na skraju dziewiczego lasu, na rozległej polanie, którą szczodrze porastały olbrzymie cedry, rozmaite palmy, kolczaste kaktusy, wielkie słoneczniki i wspaniała szkarłatna szałwia meksykańska.

    2747

    Katalończyk zatrzymał się na chwilę, nasłuchując, czy nie ma w pobliżu jakiejś zwierzyny łownej, lecz pod baldachimem bujnej roślinności panowała absolutna cisza.

    2748

    — Obawiam się, że będziemy musieli skorzystać z naszego prowiantu — powiedział, potrząsając niepocieszony głową. — Być może znajdujemy się na terenie, na którym niepodzielnie rządzi jaguar, w związku z czym zwierzyna łowna już od dawna trzyma się od tego miejsca z daleka.

    2749

    — Wprost nie do wiary, że pośrodku wielkich lasów nie można upolować nawet kota!

    2750

    — Wprost przeciwnie: kotów tu nie brakuje, w dodatku jakich!

    2751

    — Jeśli spotkamy jaguara, to go zabijemy.

    2752

    — Wcale niezłe jest mięso tych drapieżników, zwłaszcza podawane razem z modrą kapustą.

    2753

    — A zatem go zabijemy.

    2754

    — Ojojoj, coś mi się zdaje, że zabijemy coś o wiele lepszego — wykrzyknął Katalończyk, podnosząc żywo głowę do góry.

    2755

    — Czyżbyś zobaczył kozicę, mój kataloński przyjacielu?

    2756

    — Spójrz tylko do góry! Widzisz tego dużego ptaka?

    2757

    Carmaux podniósł wzrok i zobaczył duże czarne ptaszysko, które przelatywało właśnie nad koronami drzew.

    2758

    — Czy to jest ta obiecana kozica?

    2759

    — To jest gule-gule. Spójrz tylko, jeszcze jeden. I jeszcze, jest ich tu cała chmara.

    2760

    — Ustrzel go! Założę się, że jeden pocisk ci nie wystarczy — powiedział ironicznie Carmaux. — A poza tym jakoś nie ufam twoim gule-gule.

    2761

    — Nie mam zamiaru do niego strzelać, mam inny pomysł, ale i tak nie zgadniesz jaki. Powiem ci: one nam wskażą siedliska zwierzyny łownej.

    2762

    — To znaczy?

    2763

    — Dziki.

    2764

    — Na flaki ryby młota! Na samą myśl o szyneczce i żeberkach aż mi ślinka cieknie. Czy mógłbyś mnie jednak oświecić, co mają wspólnego twoje gule-gule z dzikami?

    2765

    — Otóż te ptaki, które wyróżniają się doskonałym wzrokiem, są w stanie z daleka dostrzec dzika, a kiedy go dostrzegą, lecą czym prędzej w jego stronę, żeby zaspokoić głód.

    2766

    — Że niby co? Żywią się dziczyzną?

    2767

    — Ależ skąd! Żywią się robactwem, skorpionami, skolopendrami[111], które wychodzą z ziemi, w której ryją dziki w poszukiwaniu pożywienia — korzeni i cebulek roślin.

    2768

    — Pożerają też skolopendry?

    2769

    — Oczywiście.

    2770

    — I nie umierają od tego?

    2771

    — Powszechnie wiadomo, że gulu-gulu są odporne na jad tych robaków.

    2772

    — A to sprytne ptaki! Patrzmy zatem uważnie, dokąd lecą gulu-gulu, zanim znikną nam z oczu, i nabijmy broń! Ot co! I nie usłyszą nas Hiszpanie?

    2773

    — W takim razie Czarny Korsarz musi wybrać: albo broń, albo post.

    2774

    — Nie teoretyzuj, drogi kataloński przyjacielu. Lepiej, żebyśmy napełnili żołądki, nawet jeśli wrogowie usłyszą nasze małe polowanie, niż żeby zabrakło nam sił do dalszej wędrówki.

    2775

    — Cicho!

    2776

    — Dziki?

    2777

    — Nie mam pojęcia. Jakieś zwierzę idzie w naszym kierunku. Słyszysz szelest liści przed nami?

    2778

    — Tak, słychać.

    2779

    — Czekamy. W razie czego strzelamy!

    Rozdział XXIV. Pech Carmaux

    2780

    W odległości około czterdziestu metrów od piratów, którzy ukryli się za szerokim konarem olbrzymiej simarouby, zaszeleściły cicho zarośla. Gałęzie poruszały się na boki, jakby jakieś zwierzę szukało właściwej drogi, niepewne, dokąd iść. Bez wątpienia jednak wciąż zbliżało się ku piratom.

    2781

    W pewnym momencie Carmaux ujrzał wyskakujące zza krzaka na małą polanę zwierzę o długości metra, o rudej i czarnej sierści, o krótkich nogach i z niezwykle puszystym ogonie. Nie miał bladego pojęcia, co to za gatunek, nie wiedział też, czy jest w ogóle jadalny. Jako że futrzak przystanął w odległości zaledwie trzydziestu kroków, pirat wycelował strzelbę i oddał strzał.

    2782

    Zwierzę padło jak kłoda, po chwili wstało i, zupełnie jakby nie było wcale ranne, dało drapaka w zarośla.

    2783

    — Na flaki wszystkich rekinów w oceanie! — wykrzyknął pirat. — Spudłowałem! Nie łudź się jednak, drogi zwierzaku: długo sobie już nie pohasasz — dodał z przekonaniem w głosie.

    2784

    Nawet nie nabił ponownie broni, rzucił się w pogoń w ślad za niedoszłym łupem, nie słuchając Katalończyka, który krzyczał za nim:

    2785

    — Uważaj na siebie!

    2786

    Zwierzę gnało przed siebie co sił w nogach, zapewne chciało jak najszybciej schronić się w swojej norze. Jednak szybkonogi Carmaux deptał mu po piętach ze wzniesionym wysoko do góry kordelasem, gotów jednym ciosem je rozpołowić, gdyby tylko udało mu się je dopaść.

    2787

    — Ty huncwocie! — krzyczał. — Możesz sobie uciekać gdzie chcesz, a i tak cię dopadnę!

    2788

    Biedne zwierzę pędziło jak oszalałe, choć powoli traciło już siły. Ślady krwi widoczne na porastającej ścieżkę trawie i na liściach drzew wskazywały, że Carmaux jednak nie spudłował. W pewnym momencie wycieńczone ucieczką i osłabłe na skutek utraty krwi zwierzątko przystanęło przy konarze drzewa. Carmaux był już pewien zdobyczy; zbliżył się jeszcze bardziej, gdy nagle odurzył go smród tak niewiarygodny, że jak oparzony odskoczył do tyłu.

    2789

    — Na truchła wszystkich rekinów w oceanie! — Dał upust swojej złości. — Do piekła z tym ścierwem! Niech spłonie!

    2790

    Nie zdążył jednak wyrzucić z siebie całej złości, a inwektywy uwięzły mu w gardle, bo nagle zaczął niemiłosiernie psikać i kichać. Katalończyk pośpieszył mu z pomocą. Jednakże zatrzymał się nagle na dziesięć metrów przed nim, zasłaniając oburącz nos.

    2791

    Carramba! — wykrzyknął. — Mówiłem ci, caballero, żebyś się zatrzymał. Skropiono cię takimi perfumami, że będziesz je teraz czuć przez tydzień. Pozwól, że nie będę się do ciebie zbliżał.

    2792

    — Przyjacielu — krzyknął Carmaux — czyżbym był zadżumiony? Zbiera mi się na wymioty, zupełnie jakbym cierpiał na chorobę morską.

    2793

    — Natychmiast stąd uciekaj i wywietrzej!

    2794

    — Mam wrażenie, że umieram. Co się stało?

    2795

    — Ruszaj się, no już! Uciekaj od tego smrodu, którym przesiąkły nawet krzaki.

    2796

    Carmaux z trudem wstał i skierował się w stronę Katalończyka. Ten z kolei, gdy tylko zobaczył, że ten zmierza ku niemu, szybko odskoczył i odsunął się na bezpieczną odległość.

    2797

    — Na tysiąc rekinów! Boisz się mnie czy co? — zapytał Carmaux. — Zachowujesz się, jakbym miał co najmniej cholerę.

    2798

    Caballero, nie ciebie się boję, tylko że sam przesiąknę tymi perfumami.

    2799

    — Jak ja mam teraz wrócić do obozowiska? Wszystkich spłoszę, z kapitanem na czele.

    2800

    — Musisz się trochę okadzić dymem i uwędzić — powiedział Katalończyk, który z trudem powstrzymywał śmiech.

    2801

    — Jak śledzie?

    2802

    — Ni mniej, ni więcej, caballero.

    2803

    — Czy możesz mi powiedzieć, przyjacielu, co się właściwie stało? Czyżby to podłe zwierzę, które tak zawzięcie goniłem, uwolniło ten paskudny, podobny do zgniłego czosnku smród, za sprawą którego teraz treść żołądka podchodzi mi do gardła? Jeszcze chwila i eksploduje mi mózg.

    2804

    — Wierzę.

    2805

    — To ten zwierzak czy nie?

    2806

    — Tak, caballero. To tak zwany surrillo, czyli skunksowiec andyjski, oczywiście najsmrodliwszy z całej skunksowej rodziny. Nikt nie jest w stanie znieść wydzielanego przez niego odoru, nawet psy.

    2807

    — A skąd on wypuszcza ten diabelski smród?

    2808

    — Z gruczołów ukrytych pod ogonem. Oblał cię tą cieczą?

    2809

    — Nie, bo był za daleko.

    2810

    — Miałeś zatem ogromne szczęście. Gdyby ta wydzielina choćby zrosiła twój ubiór, to byś kontynuował dalszą podróż nagusieńki jak Adam w raju.

    2811

    — I tak śmierdzę gorzej niż gnojownik.

    2812

    — Będziemy cię wędzić, już mówiłem.

    2813

    — Do diabła z wszystkimi skunksowatymi, które chodzą po tej ziemi. Co jeszcze gorszego mogło mnie spotkać? Będzie się czym chwalić po powrocie! Nasi kamraci czekają, aż im przyniesiemy dziczyznę, a zamiast tego przyniosę ze sobą smród na sto fajerek.

    2814

    Hiszpan nie odpowiedział, śmiał się za to do rozpuku, słuchając utyskiwań swojego kompana, bacząc jednocześnie, żeby tamten trzymał się odeń na bezpieczną odległość, dopóki choć trochę nie owieje go świeże powietrze.

    2815

    W obozie zastali Van Stillera, który — przekonany, że wloką ze sobą zbyt ciężką dla nich sztukę upolowanego mięsa — wyszedł im naprzeciw. Gdy tylko uderzył w niego smrodliwy powiew, zatkał sobie nos i czmychnął.

    2816

    — Wszyscy ode mnie uciekają, jakbym był co najmniej trędowaty — powiedział Carmaux. — Moja noga nie postanie więcej na przeklętej sawannie.

    2817

    — Nie sposób tego uniknąć, mokradła rozlewają się szeroko — odparł Katalończyk. — Zaczekaj tu, aż wrócę, w przeciwnym razie zasmrodzisz całe obozowisko i nas wszystkich zaczadzisz.

    2818

    Carmaux machnął ręką w geście rezygnacji, po czym usiadł niepocieszony, opierając się plecami o konar drzewa, i wydał z siebie głębokie westchnienie.

    2819

    Katalończyk wrócił do obozowiska, opowiedział Czarnemu Korsarzowi o zabawnej przygodzie, po czym w towarzystwie Afrykańczyka udał się do lasu po roślinę, która swym wyglądem przypominała pieprz. Następnie skierował się w stronę Carmaux, zatrzymał się dwadzieścia metrów przed nim, położył na ziemi całe naręcze roślin i je podpalił.

    2820

    — Weź mi się tu porządnie owędź tym dymem. Czekam na ciebie ze śniadaniem — powiedział, po czym oddalił się szybkim krokiem, chichrając się pod nosem.

    2821

    Zrezygnowany Carmaux wstał i podszedł bliżej, ustawiając się tak, żeby ze wszystkich stron otoczył go gęsty dym. Za nic w świecie nie zamierzał ruszać się z miejsca, zanim okropny smród, którym przesiąkł, nie wywietrzeje.

    2822

    Płonąca roślina wyzwalała tak ostry zapach, że z oczu nieszczęśnika lały się wodospady łez, zupełnie jakby Katalończyk dorzucił do pędów także same owoce pieprzu. Jednakże ze spokojem znosił tę dymną udrękę, pozwalając się owędzić jak śledź.

    2823

    Po upływie pół godziny, kiedy już ledwo, ledwo wyczuwał skunksowy odór, uznał, że to wystarczy, i udał się do obozowiska, gdzie towarzysze wyprawy właśnie dzielili między siebie olbrzymiego żółwia, którego udało im się upolować na brzegu grzęzawiska.

    2824

    — Czy można? — zapytał. — Mam nadzieję, że dym już mnie należycie oczyścił.

    2825

    — Podejdź tu! — odparł na to Czarny Korsarz. — Przyzwyczajeni jesteśmy do cierpkiego zapachu smoły, możemy wytrzymać twoje oryginalne perfumy. Mamy jednak nadzieję, że na przyszłość będziesz się trzymał z daleka od tych podstępnych śmierdziuchów.

    2826

    — Do stu tysięcy rekinów! Jeśli zobaczę choć jednego na swojej drodze, to ucieknę trzy mile dalej, obiecuję ci to, kapitanie. Wolę już mieć do czynienia z kuguarami i jaguarami.

    2827

    — Byliście przynajmniej w głębi lasu, kiedy otworzyliście ogień? — zapytał Czarny Korsarz.

    2828

    — Tak mi się wydaje, nie sądzę, żeby strzał poniósł się dalekim echem — odpowiedział Katalończyk.

    2829

    — Lepiej, żeby nie wiedzieli, że za nimi podążamy.

    2830

    — A mnie się z kolei wydaje, że oni są już tego pewni.

    2831

    — Po czym wnosisz?

    2832

    — Świadczy o tym ich prędkość. O tej porze powinniśmy ich już dogonić.

    2833

    — Być może jest jakiś inny powód, który wymusza na Van Gouldzie pośpiech.

    2834

    — Niby jaki?

    2835

    — Obawa, że Franciszek l'Olonnais zaatakuje Gibraltar.

    2836

    — A miał w planach zaatakować miasto? — zapytał z niepokojem Katalończyk.

    2837

    — Być może, zobaczymy — odpowiedział wymijająco Czarny Korsarz.

    2838

    — Chcę powiedzieć, że jeśli miałoby do tego dojść, nigdy nie będę walczył przeciwko moim rodakom, panie — powiedział ze wzruszeniem w głosie Katalończyk. — Żołnierz nie może podnieść ręki na miasto, na którego murach łopocze flaga jego kraju. Dopóty, dopóki chodzi o Flamandczyka Van Goulda jestem gotów wciąż cię wspierać, ale na nic więcej się nie zgodzę. Już wolałbym zawisnąć na szubienicy.

    2839

    — Doceniam przywiązanie do ojczyzny — odparł Czarny Korsarz. — Gdy tylko złapiemy Van Goulda, będziesz mógł odejść i bronić Gibraltaru.

    2840

    — Dziękuję, caballero, do tej chwili jestem do usług.

    2841

    — A zatem w drogę, bo inaczej…

    2842

    Zebrali broń, resztkę prowiantu, który ze sobą mieli, i ruszyli w drogę, kierując się ścieżką prowadzącą wzdłuż mokradeł, które na tym odcinku nie były porośnięte roślinami o długich łodygach.

    2843

    Było upalnie, żar lał się z nieba, a w dodatku szli drogą nieocienioną. Jednakże piratom przyzwyczajonym do wysokich temperatur panujących na Morzu Karaibskim i w Zatoce Meksykańskiej gorejący upał nieszczególnie dokuczał. Tym niemniej lało się z nich strumieniami, a ich koszule można było wyżymać z potu.

    2844

    Martwe, stęchłe wody mokradeł oświetlało oślepiające słońce, którego promienie odbite od powierzchni boleśnie raziły oczy wędrowców. Ponad nią natomiast unosiła się jakby mgła; był to niebezpieczny zaduch, mogący wywołać śmiertelną w skutkach tropikalną gorączkę.

    2845

    Na szczęście około czwartej po południu w oddali ukazał się już przeciwległy brzeg grzęzawiska, które zwężało się powoli, wcinając się w głąb ogromnej dżungli.

    2846

    Choć żmudna wędrówka nadwątliła już siły pirackiej braci i Katalończyka, gnali co sił w nogach. Już mieli zagłębić się w leśne mroki, kiedy Moko, który zamykał pochód, skierował uwagę wszystkich na obły czerwony kształt, który odcinał się na brudnozielonej powierzchni moczarów.

    2847

    — Jakiś ptak? — zapytał Carmaux.

    2848

    — To mi raczej wygląda na hiszpański beret — powiedział Katalończyk.

    2849

    — Widzicie tę wiązkę wystających z niego piór?

    2850

    — Kto też mógł go wrzucić do tego bagniska? — zapytał Czarny Korsarz.

    2851

    — Sądzę, że tu chodzi o coś o wiele groźniejszego, panie — odparł Katalończyk. — Jeśli się nie mylę, to jedno z tych bagnisk, w które wystarczy raz nastąpić, żeby już nigdy z nich nie wyjść.

    2852

    — Co chcesz przez to powiedzieć?

    2853

    — Że być może pod tą czapką jest jakiś nieszczęśnik, którego błoto wchłonęło żywcem.

    2854

    — Chodźmy i sprawdźmy!

    2855

    Zboczyli z obranej drogi i skierowali się w stronę tych długich na około czterysta metrów mokradeł i na tyleż samo szerokich. Znajdowali się teraz w na wpół wyschniętej, bagiennej niecce. Kiedy podeszli bliżej, zauważyli, że istotnie był to jeden z tych dwukolorowych, czerwono-żółtych beretów, zdobnych w pióra, bardzo często noszonych przez Hiszpanów. Leżał na powierzchni bagniska, w samym środku lejowatego wgłębienia, a tuż obok wystawało pięć palców w kolorze, który zmroził piratom krew w żyłach.

    2856

    — Toż to ludzka ręka! — wykrzyknęli Carmaux i Van Stiller.

    2857

    — Mówiłem wam, caballeros, że pod tą czapką kryje się trup — powiedział ze smutkiem w głosie Katalończyk.

    2858

    — Kimże może być ten nieszczęśnik, którego bagnisko pozbawiło życia? — zapytał Czarny Korsarz.

    2859

    — Jeden z żołnierzy z gwardii przybocznej gubernatora — odpowiedział Katalończyk. — Właścicielem tego beretu — sam widziałem — był Juan Barrero.

    2860

    — Van Gould tędy przechodził?

    2861

    — Mamy tego smutny dowód, panie.

    2862

    — Czyżby wpadł do bagna przez przypadek?

    2863

    — Wszystko na to wskazuje.

    2864

    — Co za okrutna śmierć.

    2865

    — Najokrutniejsza z możliwych, mój panie. Zostać żywcem pochłoniętym przez to cuchnące i gęste namulisko. To musi być naprawdę straszny koniec.

    2866

    — Nie trapmy się! Myślmy o żywych, nie o umrzykach — odparł Czarny Korsarz, kierując się w stronę lasu. — Mamy prawie pewność, że jesteśmy na tropie uciekinierów.

    2867

    Już miał nakazać towarzyszom wędrówki, żeby przyśpieszyli kroku, kiedy jego uwagę przykuł dobiegający z leśnej gęstwiny przeciągły gwizd o dziwnym brzmieniu.

    2868

    — Co to ma być? — zapytał, zwracając się do Katalończyka.

    2869

    — Nie mam zielonego pojęcia — odparł zapytany, spoglądając z niepokojem w kierunku olbrzymich drzew.

    2870

    — Jakiś ptak śpiewa w taki sposób?

    2871

    — Ten gwizd nic mi nie mówi, słyszę go po raz pierwszy.

    2872

    — A ty, Moko? — zapytał Czarny Korsarz Afrykańczyka.

    2873

    — Ja też nie, panie kapitanie.

    2874

    — Może to jakiś sygnał?

    2875

    — Tego się obawiam.

    2876

    — A może to twoi rodacy, którym depczemy po piętach?

    2877

    — Hmm… — odparł na to Hiszpan, spuszczając głowę.

    2878

    — Nie masz takiego wrażenia?

    2879

    — Nie wydaje mi się, panie. Obawiam się natomiast, że lada chwila będziemy musieli stawić czoło Indianom.

    2880

    — Masz na myśli tubylczych Indianach czy hiszpańskich sprzymierzeńców? — zapytał Czarny Korsarz, marszcząc czoło.

    2881

    — Raczej tych wysłanych przeciwko nam przez gubernatora Van Goulda.

    2882

    — A zatem musi on wiedzieć, że go ścigamy.

    2883

    — Być może tylko to podejrzewa.

    2884

    — Jeśli chodzi o Indian, to bez trudu im uciekniemy.

    2885

    — Na swoim terenie sieją grozę, być może są nawet niebezpieczniejsi niż biali. Trudno uniknąć pułapek, które zastawiają na wroga.

    2886

    — Spróbujemy nie dać się zaskoczyć. Załadujcie broń i w razie czego nie szczędźcie nabojów. Gubernator i tak już wie, że depczemy mu po piętach, nie ma więc znaczenia, czy usłyszy wystrzały z muszkietów.

    2887

    — Przekonajmy się zatem na własnej skórze, jacy są ci tutejsi Indianie — powiedział Carmaux. — Na pewno nie będą ani piękniejsi, ani groźniejsi od innych.

    2888

    — Miej się na baczności, caballero — powiedział Katalończyk. — Wenezuelscy czerwonoskórzy to ludożercy i zapewniam cię, że radzi by byli móc upiec cię na ruszcie i schrupać na kolację.

    2889

    — Na flaki rekina! — wykrzyknął Van Stiller. — Przyjacielu, pilnujmy zatem naszych żeberek!

    Rozdział XXV. Ludożercy z dziewiczego lasu

    2890

    Piraci zagłębili się w dziewiczą dżunglę, zatracając się w bujnej leśnej roślinności i niezmierzonym drzewostanie. Na swej drodze napotykali dziesiątki rozmaitych gatunków roślin: liczne skupiska palm, na przykład Oenocarpus bacaba, cekropki, znane także jako drzewa-kandelabry, ze względu na cudaczny układ gałęzi, tak zwane cari, rodzaj palm o pniach i gałęziach porośniętych kolcami, które skutecznie bronią do nich dostępu, Mauritia flexuosa, inny rodzaj palmy, niebotycznie wysoki, o liściach tworzących szeroki wachlarz, jak również sipò, potężne i długie liany, wykorzystywane przez Indian do budowy swoich szałasów.

    2891

    Obawiając się przykrych niespodzianek, szli przed siebie, zachowując wielką ostrożność, nadstawiając ucha i przepatrując najgęstsze zarośla, w których mogli się czaić Indianie.

    2892

    Odgłos już się nie powtórzył, wszystko jednak wskazywało na to, że ktoś tamtędy przechodził. Ptaki odfrunęły, nie było też śladu po małpach; z pewnością spłoszyła je obecność Indiach, ich odwiecznych nieprzyjaciół, którzy bezustannie na nie polują, gdyż małpie mięso jest ich największym przysmakiem.

    2893

    Tu i ówdzie można było dostrzec świeżo połamane gałęzie, poruszone liście, ścięte chwilę temu liany, z których sączyły się jeszcze krople limfy.

    2894

    Szli już tak od dwóch godzin, wyczuleni na najdrobniejszy szmer, bacznie trzymając się obranej drogi prowadzącej na południe. W pewnym momencie usłyszeli dźwięki wydobywające się najprawdopodobniej z jednej z indiańskich piszczałek wykonanych z bambusa.

    2895

    Czarny Korsarz gestem dłoni dał znak, żeby wszyscy się zatrzymali.

    2896

    — To sygnał, prawda? — zapytał Katalończyka.

    2897

    — Tak, mój panie — odpowiedział tamten. — Trudno się łudzić, że jest inaczej.

    2898

    — Indianie są już tuż, tuż.

    2899

    — Być może nawet bliżej, niż nam się wydaje. Znajdujemy się pośród gęstych zarośli, które świetnie nadają się na pułapkę.

    2900

    — Co radzisz zrobić? Czekamy, aż się pokażą, czy kontynuujemy wędrówkę?

    2901

    — Jeśli zobaczą, że się zatrzymujemy, mogą pomyśleć, że się boimy. Idźmy dalej. A ci, którzy staną nam na drodze, będą się musieli z nami zmierzyć.

    2902

    Odgłosy fletu stawały się coraz bliższe. Wydawało się, że dochodzą z gąszczu palm cari, które ze względu na swoje najeżone długimi i ostrymi kolcami pnie stanowią niezwykle trudną do pokonania przeszkodę.

    2903

    — Van Stillerze — powiedział Czarny Korsarz, zwracając się do hamburczyka — postaraj się uciszyć tego tajemniczego leśnego muzykanta.

    2904

    Marynarz, który był doświadczonym strzelcem, wycelował w stronę zarośli, próbując namierzyć indiańskiego grajka, a raczej dostrzec miejsce, w którym poruszały się liście. Następnie nacisnął spust i strzelił na chybił trafił.

    2905

    Zaraz za głośnym wystrzałem dało się słyszeć krzyk, który po chwili przemienił się w wybuch śmiechu.

    2906

    — Do stu diabłów! Spudłowałeś.

    2907

    — Do stu piorunów! — wykrzyknął Van Stiller wściekły jak osa. — Gdybym chociaż dojrzał kawałek jego czerepu, nie byłoby temu szubrawcowi do śmiechu.

    2908

    — Trudno się mówi — odpowiedział Czarny Korsarz. — Ale teraz przynajmniej wiedzą, że jesteśmy uzbrojeni, więc będą się mieli na baczności. Naprzód, moje wilki morskie!

    2909

    Dżungla stała się ponura i dzika. Piratów pochłonął prawdziwy labirynt drzew, olbrzymich liści, gąszcz lian i monstrualnych korzeni. Przez zwarte sklepienie zieleni z trudem przenikały słoneczne promienie.

    2910

    U podnóża kolosów zwrotnikowej flory panowały w dodatku wilgoć i zaduch niczym w szklarni, przez co przemierzający rozległe połaci puszczy śmiałkowie niemiłosiernie się pocili.

    2911

    Szli przed siebie gęsiego, w niedużej odległości jeden od drugiego, trzymając muszkiety gotowe do strzału, nasłuchując i bacznie się rozglądając. Krok za krokiem zagłębiali się coraz dalej w samo serce niezmierzonej puszczy.

    2912

    Rozglądali się dookoła, świdrowali spojrzeniem zarośla i krzaki, przyglądali się uważnie korzeniom i girlandom. Wystarczy, że w zasięgu ich wzroku pokaże się Indianin, a palec bez wahania naciśnie spust.

    2913

    Złowrogiej ciszy zalegającej w dziewiczym lesie nie zakłócił już więcej żaden inny odgłos. Jednak ani Czarny Korsarz, ani jego kamraci wcale nie czuli się przez to spokojniejsi, nie łudzili się, że nie grozi im niebezpieczeństwo. Wręcz przeciwnie, silny niepokój drążył ich serca, wyczuwali obecność wroga, który — choć był zaledwie o krok — pozostawał świetnie zamaskowany w leśnej gęstwinie.

    2914

    Labirynt roślinności zagęścił się, w końcu natrafili na barierę chaszczy, przez którą trudno byłoby się przedostać. Panował tam jeszcze większy mrok. Nagle Katalończyk przykucnął, po czym schował się za konarem drzewa. Ledwo dosłyszalny świst przeciął powietrze, a następnie cienka strzała przeleciała przez roślinne sitowie i utkwiła w gałęzi znajdującej się na wysokości głowy.

    2915

    — Strzała! — krzyknął Hiszpan. — Uważajcie!

    2916

    Znajdujący się za nim Carmaux wypalił ze swojego muszkietu.

    2917

    Jeszcze nie przebrzmiało echo wystrzału, gdy pośród leśnej gęstwiny rozległ się przenikliwy jęk bólu.

    2918

    — Na flaki rekina! Mam cię! — krzyknął Carmaux.

    2919

    — Uważajcie! — gromko zabrzmiał głos Katalończyka.

    2920

    Ponad głowami piratów przeleciało ze świstem kilka długich na metr strzał.

    2921

    — To tam! W tamtych zaroślach! — krzyknął Carmaux.

    2922

    Van Stiller, Murzyn i Katalończyk wystrzelili jednocześnie ze swoich muszkietów, lecz nie rozległ się już żaden jęk, jedynie donośne echo wystrzału poniosło się hen, w głąb lasu.

    2923

    Jeszcze przez chwilę słychać było trzask łamanych gałęzi, szelest suchych liści, po chwili jednak zapadła zupełna cisza.

    2924

    — Coś mi się zdaje, że solidnie oberwali — powiedział Van Stiller.

    2925

    — Cisza, schowajcie się za drzewami! — powiedział Katalończyk.

    2926

    — Myślisz, że odpuszczą? — zapytał go Czarny Korsarz.

    2927

    — Słyszałem szelest liści na prawo od ścieżki.

    2928

    — A zatem to już właściwa zasadzka?

    2929

    — Tak mi się zdaje, kapitanie.

    2930

    — Jeśli Van Gould sądzi, że Indianie są w stanie nas powstrzymać, to srogo się myli. Będziemy szli dalej wbrew wszelkim przeszkodom.

    2931

    — Idźmy przed siebie pod osłoną drzew, panie. Strzały mogą być zatrute.

    2932

    — Naprawdę?

    2933

    — Indianie mają w zwyczaju używać zatrutych strzał, zupełnie jak dzikusy znad Orinoko i Amazonki.

    2934

    — Nie możemy jednak przecież tkwić tu w nieskończoność.

    2935

    — Wiem, ale jednocześnie nie możemy wystawiać się na ostrzał.

    2936

    — Panie, chcesz, żebym poszedł na zwiad i zorientował się, czy ktoś nie czai się w zaroślach? — zapytał Murzyn.

    2937

    — Nie, bo w ten sposób narażasz się na pewną śmierć.

    2938

    — Kapitanie, posłuchaj! — powiedział Carmaux.

    2939

    Kilka nut wygranych na piszczałce rozbrzmiało w leśnej gęstwinie. Były to dźwięki melodii smutnej i monotonnej, jednocześnie tak przenikliwe, że rozchodziły się hen, daleko.

    2940

    — Ciekawe, co mogą sygnalizować? — zastanawiał się na głos Czarny Korsarz, który powoli się już niecierpliwił. — Czyżby zbierali siły i chcieli przypuścić atak?

    2941

    — Czy mógłbym coś doradzić, kapitanie? — zapytał Carmaux.

    2942

    — Słucham.

    2943

    — Przepędźmy tych natrętnych Indian, podpalając las.

    2944

    — Tyle że wówczas i my możemy spłonąć żywcem. I kto potem ugasi ten pożar?

    2945

    — W takim razie możemy iść przed siebie, strzelając we wszystkie strony na chybił trafił — zasugerował Van Stiller.

    2946

    — To jest całkiem dobry pomysł — odpowiedział na to Czarny Korsarz. — Pomaszerujemy w rytm muzyki indiańskich grajków. No dalej, moi dzielni żołnierze, ognia! A ja będę narzucał tempo marszu.

    2947

    Czarny Korsarz ustawił się na początku pochodu, trzymając szpadę w prawej, a pistolet w lewej ręce, za nim zaś ustawili się najpierw dwaj piraci, a za nimi Katalończyk w parze z Murzynem.

    2948

    Carmaux i Moko wychynęli zza drzew i zaczęli strzelać — pierwszy na prawo, a drugi na lewo. Chwilę później to samo zrobili Katalończyk i Van Stiller. W mgnieniu oka nabili muszkiety, po czym znów narobili piekielnego huku, nie bacząc wcale na zapasy amunicji. Czarny Korsarz tymczasem torował wszystkim drogę, trzebiąc liany i tnąc liście utrudniające przemarsz, jednocześnie zachowując pełną gotowość, by w razie spotkania z Indiańcami wypalić błyskawicznie z obu pistoletów.

    2949

    Najwyraźniej ten wściekły hałas zrobił pewne wrażenie na tajemniczych przeciwnikach, bo żaden nie odważył się wyściubić nosa z zarośli. Co prawda wypuścili w kierunku piratów kilkanaście strzał, szczęśliwie jednak żadna z nich nikogo nawet nie drasnęła: niektóre nawet nie dosięgły przeciwników, inne zaś przeleciały im nad głowami.

    2950

    Już myśleli, że udało im się uniknąć pułapki, kiedy tuż przed nimi z ogromnym trzaskiem runęło potężne drzewo, tarasując im drogę.

    2951

    — Do stu piorunów! — wykrzyknął Van Stiller, którego o mały włos nie przygniótł wielki konar. — Pół sekundy i zostałaby ze mnie miazga.

    2952

    Nie zdążyli dokończyć rozmowy, aż tu nagle rozległ się okropny wrzask i z zarośli ze świstem wyleciała chmara strzał, które utkwiły głęboko w korze drzew.

    2953

    Czarny Korsarz i jego ludzie padli na ziemię, chroniąc się za pniem zwalonego drzewa, które mogło robić niejako za barykadę.

    2954

    — Miejmy nadzieję, że tym razem się pokażą — powiedział Carmaux. — Nie było mi jeszcze dane dowiedzieć się, z kim mam do czynienia, i spojrzeć w oczy tym natręciuchom.

    2955

    — Rozproszcie się! — rozkazał Czarny Korsarz. — Jeśli zauważą, że zbiliśmy się w grupę, to spadnie na nas grad strzał.

    2956

    Drużyna już miała się rozdzielić, chroniąc się za konarami drzew, kiedy nagle w bliskiej odległości odezwały się piszczałki.

    2957

    — Zaraz tu będą Indianie — powiedział Van Stiller.

    2958

    — Trzymajcie muszkiety w pogotowiu. Przywitamy ich całą serią — poruczył Czarny Korsarz.

    2959

    — Nie, panie, zaczekaj — powiedział Katalończyk, który od kilku chwil wsłuchiwał się w smutne dźwięki piszczałki. — To nie jest dźwięk bojowy.

    2960

    — A zatem jaki? Co zatem chcą nam powiedzieć? — zapytał Czarny Korsarz.

    2961

    — Zaczekaj, panie.

    2962

    Katalończyk wstał i wyjrzał zza drzewa.

    2963

    Carramba! To ich wysłannik, piaye plemienia, idzie w naszym kierunku — wykrzyknął.

    2964

    — To czarownik, kapitanie — dodał Katalończyk.

    2965

    Piaye.

    2966

    — Czyli czarownik.

    2967

    Piraci zerwali się na równe nogi, trzymając w dłoniach muszkiety, albowiem za nic w świecie nie ufali tym ludożercom.

    2968

    Spośród zarośli wyszedł Indianin, a za nim dwóch grajków.

    2969

    Był to sędziwy starzec średniego wzrostu, jak zresztą większość wenezuelskich Indian, szeroki w barach, muskularny, o ziemistożółtej karnacji, być może nieco ciemniejszy z racji obyczaju kultywowanego przez Indian, a polegającego na wcieraniu sobie w skórę maści oleju rybnego, z orzechów kokosowych i arnoty właściwej, co skutecznie chroniło przed ukąszeniami bezlitosnych komarów.

    2970

    Jego okrągłej i szerokiej twarzy, na której malował się bardziej smutek niźli wściekłość, nie okalała broda, tubylcy bowiem mają w zwyczaju ją sobie wyrywać. Głowę natomiast porastała czarna czupryna o ciemnoniebieskim połysku.

    2971

    Jako piaye całego plemienia, poza czymś w rodzaju spódnicy z błękitnej wełny miał na sobie całą kopalnię błyskotek i ozdób: naszyjniki z muszelek, pierścionki z rybich ości wykonane z dużą pieczołowitością, bransoletki z kości, zębów, pazurów jaguarów, z dziobów tukanów, z kawałków kryształu górskiego oraz z litego złota. Na głowie miał diadem z długich piór ary szafirowej, ary ararauny i bażanta złocistego. Jego nos natomiast przetykała rybia ość, długa na prawie cztery kciuki.

    2972

    Pozostali dwaj też mieli na sobie spódniczki i ozdoby, ale w skromniejszym wydaniu, uzbrojeni byli za to w długie łuki wykonane z drzewa żelaznego[112], garść strzał z grotem z kości i z krzemienia oraz w tak zwane butú, czyli długą na ponad metr maczugę zakończoną kolcami i pomalowaną w wielobarwną kratę.

    2973

    Piaye zatrzymał się w odległości pięćdziesięciu metrów od drzewa, gestem ręki uciszył obu grajków, po czym krzyknął donośnym głosem w bardzo kiepskim hiszpańskim:

    2974

    — Biali ludzie mnie słuchać!

    2975

    — Biali ludzie cię słuchać — odpowiedział mu Katalończyk.

    2976

    — Wy znajdować się na terytorium należącym do plemienia Arawaków. Kto białym dać prawo, by biali naruszać granice naszego lasu?

    2977

    — Nie mamy żadnego zamiaru niszczyć lasów należących do plemienia Arawaków — odpowiedział mu Katalończyk. — My je tylko przemierzamy, żeby dotrzeć do terenów zamieszkiwanych przez białych ludzi, znajdujących się na południe od zatoki Maracaibo. W stosunku do czerwonych ludzi jesteśmy nastawieni przyjacielsko i nie chcemy wszczynać z nimi wojny.

    2978

    — Przyjacielskie nastawienie białych ludzi wobec czerwonych nie jest prawdą, o czym czerwoni ludzie mieli okazję się już przekonać. Te dzikie lasy są nasze. Wracajcie więc skąd przybyliście albo was wszystkich zjemy.

    2979

    — Do czorta! — wykrzyknął Carmaux. — Jeśli dobrze zrozumiałem, chcą nas usmażyć na rożnie.

    2980

    — My nie mamy nic wspólnego z tymi białymi ludźmi, którzy podbili tereny wzdłuż wybrzeża i którzy zniewolili Karaiby. To nasi śmiertelni wrogowie. Przemierzamy te lasy, żeby dorwać garstkę tych, którym udało się uciec — powiedział Czarny Korsarz, wychodząc z ukrycia.

    2981

    — Ty tutaj dowodzisz? — zapytał piaye.

    2982

    — Tak, dowodzę oddziałem białych ludzi, którzy mi towarzyszą.

    2983

    — I podążasz za innymi białymi ludźmi?

    2984

    — Tak. Bo chcę ich zabić. Przechodzili tędy?

    2985

    — Widzieliśmy ich. Ale daleko nie zajdą, bo ich zjemy.

    2986

    — A ja pomogę ci ich zabić.

    2987

    — A więc żywisz wobec nich nienawiść? — zapytał piaye.

    2988

    — To są moi wrogowie.

    2989

    — A zatem możecie ich sobie zabić na wybrzeżu, skoro chcecie, ale nie na terytorium należącym do Arawaków. Biali ludzie, wracajcie albo przystąpimy do walki.

    2990

    — Powiedziałem ci właśnie, że my nie jesteśmy wrogami czerwonych ludzi. Uszanujemy twoje plemię, twoje szałasy i twoje plony.

    2991

    — Biali ludzie, wracajcie, skąd przyszliście! — powiedział piaye jeszcze dosadniej.

    2992

    — Daj się przekonać.

    2993

    — Powiedziałem, żebyście odeszli, w przeciwnym razie was zabijemy i zjemy.

    2994

    — Dość tego! Przejdziemy przez ten las na złość tobie i twojemu plemieniu.

    2995

    — A my do tego nie dopuścimy.

    2996

    — Mamy broń, która zieje ogniem i grzmi.

    2997

    — A my mamy zatrute strzały.

    2998

    — Nasze kordelasy są ostre i sieką niemiłosiernie. Po co te miecze? To nie rycerze.

    2999

    — A nasze butú roztrzaskują najtwardsze głowy.

    3000

    — Sprzyjasz białym, których ścigamy? — zapytał Czarny Korsarz.

    3001

    — Nie, ich też zjemy.

    3002

    — Czyli chcesz wojny?

    3003

    — Tak, jeśli nie wrócicie tam, skąd przyszliście.

    3004

    — Wilki morskie! — krzyknął Czarny Korsarz, zeskakując z pnia drzewa ze szpadą w dłoni. — Pokażmy tym Indianom, że wcale się ich nie boimy. Naprzód!

    3005

    Na widok wycelowanych strzelb piaye i dwóch grajków natychmiast dali drapaka i schowali się w zaroślach.

    3006

    Czarny Korsarz zabronił do nich strzelać podczas ucieczki, nie chcąc prowokować starcia. Kroczył odważnie przez las, gotów w każdej chwili przeciwstawić się atakowi dzikiej hordy Arawaków.

    3007

    Wstąpił w niego na powrót niezłomny duch walki, znów był nieustraszonym piratem z Tortugi, który w przeszłości tyle razy wykazał się odwagą.

    3008

    Trzymając szpadę w prawej dłoni, a pistolet w lewej, prowadził do boju niewielki oddział i torował wszystkim drogę pośród leśnego gąszczu, gotów w każdej chwili stawić czoło nieprzyjaciołom.

    3009

    Spośród gałęzi wyleciało ze świstem kilka strzał. Van Stiller i Carmaux odpowiedzieli strzałem z muszkietu, tyle że na chybił trafił, albowiem tymczasem spłoszeni Indianie zdążyli pochować się w leśnej gęstwinie, wbrew zuchwałym zapewnieniom plemiennego negocjatora.

    3010

    Drużyna zaczęła strzelać na oślep na lewo i prawo, w równych minutowych odstępach, ukryty zaś w zaroślach przeciwnik wypuścił ledwie kilka strzał i dzid, które nikogo nawet nie drasnęły. W końcu przedostali się przez najgęstszą część lasu i znaleźli się na polanie, pośrodku której znajdował się niewielki staw. W związku z tym, że słońce chyliło się ku zachodowi i że w zasięgu wzroku nie było już żadnego Indianina, Czarny Korsarz nakazał rozbić się obozem.

    3011

    — W razie czego tutaj stawimy im czoła — powiedział, zwracając się do towarzyszy wędrówki. — Polana jest wystarczająco rozległa, aby z dużej odległości zauważyć, gdy wróg będzie się zbliżać.

    3012

    — Trudno byłoby o lepsze miejsce — powiedział Katalończyk. — Indianie są niebezpieczni w leśnych ostępach, ale nie mają odwagi atakować na otwartej przestrzeni, a poza tym przysposobię w taki sposób obozowisko, że nawet gdyby chcieli, to i tak nie dadzą rady.

    3013

    — Chcesz się okopać? — zapytał Carmaux. — To zbyt czasochłonne, mój kataloński przyjacielu.

    3014

    — Wystarczy ściana ognia.

    3015

    — Przecież przez nią przeskoczą. To nie jaguary czy kuguary, żeby przestraszyć się kilku pochodni.

    3016

    — A co powiesz na to? — odparł Katalończyk, pokazując garść jagód pieprzu z Espelette. — Zbierałem podczas wędrówki, mam pełne kieszenie tego cudeńka.

    3017

    — Bardzo dobrze smakuje razem z mięsiwem, choć strasznie piecze w gardle.

    3018

    — Przyda się przeciwko Indianom.

    3019

    — Niby jak?

    3020

    — Rzucimy je w ogień.

    3021

    — A co, czyżby bali się ich skwierczenia?

    3022

    — Boją się gryzącego dymu z płonących pieprzowych ziaren. Jeśli będą chcieli pokonać barierę ognia, to poczują pieczenie oczu i na parę godzin oślepną.

    3023

    — Na flaki rekina! Ty to masz diabelskie pomysły!

    3024

    — Tej sztuczki nauczyli mnie mieszkańcy Karaibów, którzy wykorzystują ten sposób w walce z nieprzyjacielem, i jeśli Arawakowie zaatakują, sami się przekonacie, że to zadziała. No już, bierzmy się do roboty! Trzeba zebrać chrust i potem w spokoju możemy na nich czekać.

    Rozdział XXVI. Zasadzka Arawaków

    3025

    Na kolację, zjedzoną zresztą w dużym pośpiechu, uraczyli się kilkoma sucharkami i kawałkiem żółwia, który został im ze śniadania. Następnie zaczęli przetrząsać okoliczne knieje, chcąc sprawdzić, czy przypadkiem nie zaczaili się w nich Indianie. Przetrzebili też chaszcze, przeganiając z nich jadowite węże, po czym otoczyli obozowisko pierścieniem ognisk, do których wrzucili garście pieprzu z Espelette, znanego jako niezwykle skuteczny środek przeciw komarom, działający jednocześnie odstraszająco na ludzi i dzikie zwierzęta.

    3026

    Obawiając się — i zresztą słusznie — że nie spędzą spokojnej nocy, postanowili pełnić straż na zmianę, najpierw dwóch marynarzy i Murzyn, a potem Czarny Korsarz w towarzystwie Katalończyka.

    3027

    Ci ostatni więc, trzymając nabitą broń w pogotowiu, jako pierwsi udali się na spoczynek, podczas gdy Carmaux i jego kamraci zajęli pozycje poza kręgiem ognia, usadowili się ze strzelbami na kolanach i wypatrywali zagrożenia.

    3028

    W wielkiej dżungli zapadła cisza. Była to jednak cisza, która nie wróżyła niczego dobrego. Wartownicy bowiem wiedzieli z doświadczenia, że Indianie wolą atakować nocą niźli za dnia, po pierwsze dlatego, że w dzień stanowią łatwy cel dla strzelców, po drugie dlatego, że ciemności pozwalają im się zbliżyć z większą łatwością, zwłaszcza w dzikich ostępach.

    3029

    Sam Carmaux wolałby już słyszeć pomruki jaguarów i ryk pum. Obecność tych mięsożerców byłaby przynajmniej namacalnym dowodem nieobecności czerwonoskórych nieprzyjaciół. Siedzieli tak wokół obozowiska już od dwóch godzin, wpatrując się uważnie w otaczające ich zarośla i wrzucając od czasu do czasu w ogień kilka garści pieprzu z Espelette. Wtem Afrykańczyk, który miał wyjątkowo wrażliwe ucho, usłyszał lekki szelest, zupełnie jakby ktoś poruszył liśćmi.

    3030

    — Słyszałeś to, biały kamracie? — zapytał szeptem, nachylając się w stronę Carmaux, który z lubością i z godnym pozazdroszczenia błogim spokojem zaciągał się właśnie kawałkiem cygara znalezionym w kieszeni.

    3031

    — Nic a nic, mój czarny kamracie — odpowiedział pirat. — Żadnych ropuch, których donośny rechot dorównuje hałaśliwej pracy cieśli okrętowych naprawiających kadłub.

    3032

    — Twój czarny kamrat słyszał, jak ktoś poruszył gałęzią.

    3033

    — A zatem twój biały kamrat jest głuchy jak pień.

    3034

    — O, teraz! Słyszałeś? Złamała się gałąź.

    3035

    — Ja niczego nie słyszałem, ale jeśli to prawda, co mówisz, ktoś się do nas zbliża.

    3036

    — Tak, kamracie.

    3037

    — Kto to może być? Czy mój czarny przyjaciel poza świetnym słuchem nie ma przypadkiem kociego wzroku?

    3038

    — Widzieć nie widzę niczego, jedynie słyszę, że ktoś się do nas zbliża.

    3039

    — Jestem gotów do strzału. Siedź cicho i słuchaj.

    3040

    — Połóż się, biały kamracie, w przeciwnym razie dosięgną cię strzały.

    3041

    — Przyjmuję twoją radę. Zwłaszcza że nie mam najmniejszej ochoty zdechnąć nafaszerowany trucizną.

    3042

    Obaj wyciągnęli się jak dłudzy w trawie, dając znak Van Stillerowi, który znajdował się po drugiej stronie, żeby poszedł w ich ślady. Następnie zaczęli nasłuchiwać, nie wypuszczając muszkietów z rąk.

    3043

    Wszystko wskazywało na to, że ktoś się zbliżał. W odległości pięćdziesięciu metrów pośród leśnej gęstwiny co jakiś czas dało się słyszeć szelest liści i odgłos łamanych gałęzi.

    3044

    Nie ulegało wątpliwości, że nieprzyjaciel chciał ich podejść niepostrzeżenie na taką odległość, która dawałaby mu gwarancję, że wypuszczone przezeń strzały dolecą do celu i trafią przeciwnika.

    3045

    Schowani w gąszczu Murzyn wraz z piratami siedzieli jak trusie, czekając z wycelowanymi muszkietami, aż nieprzyjaciel im się w końcu pokaże. W pewnym momencie Carmaux aż podskoczył, bo coś mu wpadło do głowy.

    3046

    — Kamracie — zagaił — myślisz, że są jeszcze daleko?

    3047

    — Indianie?

    3048

    — Tak, czyżbyś miał jakiś pomysł? Mów, nie zwlekaj!

    3049

    — Są jeszcze w zaroślach, ale lada chwila, minuta, góra dwie, będziemy ich mieć w zasięgu strzału.

    3050

    — Tyle mi wystarczy. Dam radę, Van Stiller, rzuć mi swoją kaftan i czapkę.

    3051

    Hamburczyk posłusznie spełnił jego prośbę. Pomyślał, że skoro Carmaux poprosił go o swoje odzienie, z pewnością miał w głowie jakiś plan.

    3052

    Pirat sam też ściągnął kaftan. Wziął kilka gałęzi, splótł je naprędce ze sobą, a następnie przykrył je kurtkami, a na samej górze położył kapelusze.

    3053

    — No i zrobione! — rzekł, kładąc się na wznak.

    3054

    — Mój biały brat to niezły spryciarz — zaśmiał się Murzyn.

    3055

    — Zrobiłem te kukły, bo inaczej Indianie mogliby wziąć na cel Czarnego Korsarza i Katalończyka. Teraz są bezpieczni, już nic im nie grozi.

    3056

    — Cicho, kamracie, nadchodzą!

    3057

    — Jestem gotów. Hej, Van Stiller, dorzuć jeszcze garść pieprzu z Espelette.

    3058

    Hamburczyk miał już wstać, lecz szybko schylił głowę. Kilka strzał świsnęło mu koło ucha i wbiło się w kukły nieopodal.

    3059

    — Cała trucizna na marne, jaka szkoda, moi drodzy — wymamrotał pod nosem Carmaux. — No już, pokażcie się! Zaraz posmakujecie moich ołowianych słodyczy.

    3060

    Nie widząc oznak życia, Indianie wypuścili kolejną serię strzał, które ponownie utkwiły w kukłach. Następnie najodważniejszy spośród nich wyskoczył z zarośli, trzymając w dłoni swoją ogromną maczugę.

    3061

    Carmaux podniósł strzelbę i wycelował w niego. Już miał nacisnąć spust, gdy pośród rozległego lasu, w odległości kilku mil od miejsca, gdzie się znajdowali, rozległy się nagle cztery strzały, którym towarzyszyły donośne okrzyki.

    3062

    Indianin błyskawicznie zawrócił, wskakując z powrotem w zarośla, zanim Carmaux zdążył wziąć go znów na cel. Strzały i okrzyki wybudziły z błogiego snu Czarnego Korsarza i Katalończyka, którzy zerwali się na równe nogi jak oparzeni, sądząc, że Indianie przypuścili atak na obozowisko.

    3063

    — Gdzie oni są? — zapytał Czarny Korsarz, rzucając się przed siebie.

    3064

    — Kto taki, panie? — zapytał Carmaux.

    3065

    — Indianie.

    3066

    — Dali drapaka, kapitanie. Uciekli, zanim dałem im skosztować ołowiu z mojego muszkietu.

    3067

    — A te krzyki i strzały to niby co? Nie słyszysz? O, kolejne trzy!

    3068

    — To w środku lasu toczą się jakieś walki — powiedział Katalończyk. — Indianie zaatakowali białych ludzi, panie.

    3069

    — Gubernatora i jego oddział?

    3070

    — Tak sądzę.

    3071

    — Byłbym bardzo niepocieszony, gdyby to oni go zabili.

    3072

    — Ja też, bo nie mógłbym przecież odpłacić za otrzymane cięgi umarlakowi, ale…

    3073

    — Cicho bądź!

    3074

    Odgłosy strzałów wciąż niosły się po lesie, oddalając się coraz bardziej od obozowiska piratów. Po krótkiej walce indiańskie plemię tryumfalnymi okrzykami ogłosiło zwycięstwo. Potem padł jeszcze jeden strzał i zapadła cisza.

    3075

    — No i po walce — powiedział Katalończyk, który przysłuchiwał się zajściu z niepokojem. — Ani mi się śni bronić gubernatora, dla którego palcem bym nie kiwnął, ale moi rodacy to zupełnie inna bajka…

    3076

    — Pewnie chciałbyś wiedzieć, co się z nimi stało, prawda? — zapytał Czarny Korsarz.

    3077

    — Tak, kapitanie.

    3078

    — A ja bym raczej chciał wiedzieć, czy mój śmiertelny wróg żyje, czy nie — odpowiedział pirat ponurym tonem. — Dasz radę nas poprowadzić?

    3079

    — Panują ciemności, panie, ale…

    3080

    — Ale?

    3081

    — Możemy zapalić niektóre gałęzie drzew kauczukodajnych.

    3082

    — I skierować na nas w ten sposób uwagę Indian.

    3083

    — To prawda, panie.

    3084

    — Ale za to możemy się kierować wskazówkami naszych busoli.

    3085

    — Panie, nie mamy szans stawić czoła setkom tysięcy przeszkód, które czają się w tej puszczy, a…

    3086

    — Prowadź!

    3087

    — Widzicie? Tam w gąszczu jest pełno cucuyos, mogą się przydać. Dajcie mi pięć minut. Do mnie, Moko!

    3088

    Ściągnął beret, po czym wraz z Murzynem skierował się w stronę drzew, wokół których w frenetycznym[113] tańcu wirowała gromada punkcików, rozpraszając swym rozjarzonym zielonym światłem nocne otchłanie.

    3089

    — Co też on kombinuje? — zastanawiał się na głos Carmaux, który nie mógł pojąć, co ten kataloński opętaniec ma zamiar zrobić. — Cucuyos? Niby co to takiego? Hej, hamburczyku, trzymaj broń w gotowości, bo to może być jakaś zasadzka.

    3090

    — Bez obaw, przyjacielu. Nie spuszczam ich z oczu, osłonię ich w razie potrzeby.

    3091

    Gdy Katalończyk dotarł do zagajnika, zaczął skakać to w lewo, to w prawo, zupełnie jakby gonił te świetlne punkciki.

    3092

    Dwie minuty później wrócił do obozowiska, ściskając w dłoniach złożony wpół beret.

    3093

    — Teraz możemy ruszać w dalszą drogę, mój panie — powiedział, zwracając się do Czarnego Korsarza.

    3094

    — Niby jak? — zapytał tenże.

    3095

    Katalończyk włożył jedną rękę do beretu i wyciągnął lśniącego jasnozielonym światełkiem owada. Rzucana przez niego poświata rozpraszała ciemności na wcale niemałą odległość.

    3096

    — Zróbmy tak, jak tubylcy, i przywiążmy sobie do nóg dwa cucuyos. A światło, którym emanują, pozwoli nam przedostać się nie tylko przez liany i korzenie tarasujące drogę, lecz także uniknąć spotkania z niebezpiecznymi wężami, które kryją się pośród liści. Macie ze sobą sznurek?

    3097

    — Prawdziwy marynarz się z nim nie rozstaje — odrzekł Carmaux. — Ja się tym zajmę.

    3098

    — Tylko nie przywiąż ich zbyt za mocno.

    3099

    — Spokojna głowa, Katalończyku. A jeśli nawet, mamy spore zapasy, robaczków mamy pod dostatkiem.

    3100

    Carmaux, wspomagany przez Van Stillera, wyciągał delikatnie cucuyos i przywiązywał je parami do kostek swoich towarzyszy, zachowując przy tym dużą ostrożność, w obawie, że mógłby skrzywdzić te wdzięczne stworzenia. Uporał się z tym zadaniem — skądinąd wcale niełatwym — w ciągu pół godziny. I w końcu każdy z członków wyprawy był wyposażony w te dziwaczne żywe latareczki.

    3101

    — Przedni pomysł! — powiedział Czarny Korsarz.

    3102

    — Sprawdzony przez tubylców — odpowiedział Katalończyk. — Dzięki nim ominiemy wszystkie napotkane na naszej drodze przeszkody.

    3103

    — Jesteście gotowi?

    3104

    — Zwarci i gotowi! — odpowiedział Carmaux.

    3105

    — A zatem naprzód! Tylko nie róbcie hałasu.

    3106

    Ruszyli przed siebie, gęsiego, dziarskim krokiem, stąpając ostrożnie i patrząc pod nogi.

    3107

    Cucuyos były jak znalazł, ułatwiały wędrowcom przemarsz przez dziką puszczę, pomagały im dostrzec nie tylko wijące się liany i wystające z ziemi korzenie, lecz także nocne owady. Spośród wszystkich występujących w przyrodzie gatunków świetlików, właśnie te są najwspanialsze i największe. Wytwarzane przez nie światło jest tak silne, że pozwala czytać w odległości ponad trzydziestu metrów.

    3108

    Młode owady promieniują światłem jasnoniebieskim, wraz z wiekiem natomiast kolor ten ulega zmianie i przechodzi w niezwykle efektowną bladą zieleń. Lekko świecą również składane przez samice jaja.

    3109

    W wyniku interesujących badań przeprowadzonych na Pyrophorus noctilucus — bo tak brzmi nazwa tych świetlików w żargonie naukowym — a mających na celu bliższe poznanie narządów odpowiedzialnych za wytwarzanie tak intensywnego światła, okazało się, że składają się na nie trzy usytuowane w przedniej części tułowia płytki i jedna ukryta w brzuchu, a substancją generującą światło jest rozpuszczalny w wodzie albuminoid, który krzepnie w kontakcie z ciepłem.

    3110

    Wyciągnięte z ciała owada narządy nie przestają świecić przez pewien czas. Swoje właściwości świetlne zachowują nawet zasuszone czy sproszkowane — wystarczy je wówczas polać odrobiną czystej wody.

    3111

    Piraci kontynuowali swój szybki marsz. Przedzierali się niestrudzenie przez chaszcze i gąszcze, szli pod girlandami lian, pokonywali labirynt uformowany przez ogromne korzenie i przeskakiwali przez powalone konary drzew, które zakończyły swój żywot ze starości lub na skutek uderzenia pioruna. Strzały ucichły. Gdzieś w oddali co jakiś czas rozbrzmiewały okrzyki, po czym na krótko milkły, by po chwili wybuchnąć ze zdwojoną siłą i zaraz potem na powrót ucichnąć. I tak w kółko Macieju. Raz po raz słychać było melodię piszczałek i głuchy odgłos wydawany przez coś w rodzaju bębenka.

    3112

    Wszystko wskazywało na to, że walka dobiegła końca, a plemię rozbiło obozowisko w jakimś oddalonym zakątku niezmierzonej puszczy z zamiarem świętowania odniesionego zwycięstwa i delektowania się makabryczną ucztą — trzeba wiedzieć, że ówcześni wenezuelscy Indianie, zwłaszcza plemiona Karaibów i Arawaków, mieli w zwyczaju pożerać swoich więźniów i zabitych w walce przeciwników.

    3113

    Katalończyka zżerała ciekawość, żeby dowiedzieć się, jaki los spotkał jego pobratymców, coraz to bardziej przyśpieszał więc kroku. Nie martwił go wcale los gubernatora, jego bowiem nawet chętnie zobaczyłby nadzianego na rożen i skwierczącego nad ogniem, ale co innego jego rodacy. Szedł więc coraz szybciej, w obawie, że któryś z nich mógł wpaść w ręce tych ludożerców, a jednocześnie z nadzieją, że uda mu się dotrzeć do nich na czas i przynieść im wybawienie.

    3114

    Okrzyki były już dość blisko, gdy nagle idący obok Katalończyka Carmaux, chcąc ominąć lianę, spojrzał w górę i potykając się o coś masywnego, runął jak długi na ziemię, zgniatając przy tym przywiązane do kostek cucuyos.

    3115

    — Do stu tysięcy bomb i kartaczy! — wykrzyknął, powoli się podnosząc. — Co to takiego? To trup!

    3116

    — Trup! — zawtórowali mu okrzykiem Katalończyk i Czarny Korsarz, nachylając się ku ziemi.

    3117

    — Spójrzcie tylko!

    3118

    Na ziemi, pośród zbutwiałych liści i korzeni, leżał postawny Indianin w ciemnoniebieskiej opasce biodrowej. Jego głowę — rozpołowioną ostrzem szabli — zdobiło papuzie pióro, a w klatce piersiowej najpewniej tkwiła kula. Śmierć musiała nastąpić nie tak dawno, jego rana bowiem broczyła jeszcze świeżą krwią.

    3119

    — Być może walki rozegrały się właśnie tutaj — powiedział Katalończyk.

    3120

    — Wszystko na to wskazuje — potwierdził przypuszczenie Van Stiller. — Nieopodal widzę maczugi i tkwiące w konarach drzew strzały.

    3121

    — Zobaczmy, czy nie ma tu gdzieś moich rodaków — powiedział z przejęciem Katalończyk.

    3122

    — To strata czasu — powiedział Carmaux. — Jeśli kogoś zabili, to teraz jest już opiekany na rożnie.

    3123

    — Być może jednak komuś, kto został ranny, udało się ukryć w leśnym gąszczu.

    3124

    — Szukajcie zatem! — powiedział Czarny Korsarz.

    3125

    Katalończyk, Murzyn i Van Stiller zaczęli przeczesywać zarośla, po cichu nawołując, lecz nikt im nie odpowiedział.

    3126

    Natrafili natomiast na kolejnego indiańskiego trupa, któremu dwie kule przeszyły serce. Poza tym znaleźli maczugi, łuk i kołczan ze strzałami.

    3127

    Upewnili się, że nikogo żywego tam nie było i ruszyli przed siebie. Plemienne okrzyki były coraz bliżej. Na ich podstawie zakładali, że w ciągu kwadransa szybkiego marszu dotrą do obozowiska ludożerców. Wszystko rzeczywiście wskazywało na to, że Arawakowie świętowali zwycięstwo, albowiem okrzykom towarzyszyła radosna melodia wygrywana na piszczałce.

    3128

    W końcu leśna gęstwina zaczęła się przerzedzać, w prześwitach liści i gałęzi dostrzegli wznoszący się wysoko ku górze snop światła.

    3129

    — Czyżby Indianie? — zapytał Czarny Korsarz, zatrzymując się.

    3130

    — Tak — potwierdził Katalończyk.

    3131

    — Rozłożeni obozem wokół ogniska?

    3132

    — Tak, ale co oni tam smażą na tym ogniu? — zapytał wzburzony Katalończyk.

    3133

    — Pewnie któregoś z jeńców.

    3134

    — Tego się właśnie obawiam, panie.

    3135

    — Co za łotry — wyszeptał pod nosem Czarny Korsarz, którego przeszedł dreszcz przerażenia. — Za mną, przyjaciele, zobaczymy, czy Van Gould wywinął się z objęć śmierci, czy dosięgła go za jego przewiny surowa ręka sprawiedliwości.

    Rozdział XXVII. Między strzałami a pazurami

    3136

    Kiedy piraci dotarli do rzędu drzew, za którymi roztaczało się obozowisko Indian, ich oczom ukazał się makabryczny widok.

    3137

    Wokół olbrzymiego paleniska siedziały dwa tuziny Arawaków, którzy z niecierpliwością czekali na chwilę, gdy w końcu będą mogli rozpocząć biesiadę i najeść się do syta smakowicie rumieniącym się na długim rożnie pieczystym. Nie byłoby w tym nic wstrząsającego, gdyby głównym daniem było mięso dzikich zwierząt — tapira[114] czy jaguara. Tymczasem na rożnie obracały się dwa ludzkie trupy, prawdopodobnie Hiszpanie z oddziału Van Goulda. Dwaj opiekani nieszczęśnicy, którzy zaraz mieli trafić do żołądków tych odrażających dzikusów, byli już dobrze przyrumienieni, a ich ciała skwierczały, roznosząc po okolicy mdły zapach, który z kolei przyjemnie nęcił nozdrza okrutnych biesiadników.

    3138

    — Do stu piorunów! — wykrzyknął Carmaux, którego przeszła gęsia skórka. — Aż trudno uwierzyć, że są ludzie, którzy żywią się ludźmi! Brak mi słów! Co za zwierzęta!

    3139

    — Czy jesteś w stanie powiedzieć, kim są ci dwaj pechowcy? — zapytał Czarny Korsarz Katalończyka.

    3140

    — Tak, mój panie — odparł Katalończyk zduszonym ze wzruszenia głosem.

    3141

    — To ludzie Van Goulda?

    3142

    — Tak, to dwóch żołnierzy, nie mam co do tego wątpliwości, choć ogień zniekształcił już ich twarze.

    3143

    — Co zatem radzisz zrobić?

    3144

    — Mój panie — powiedział Katalończyk, posyłając w stronę Czarnego Korsarza błagalne spojrzenie. — Czy chciałbyś wydrzeć ich ze szponów tych okrutników i zapewnić im godny pochówek?

    3145

    — Ale to naraziłoby nas na niebezpieczeństwo. Arawakowie by nam tego nie odpuścili.

    3146

    — A tam! Ja się nie obawiam tych dzikusów — powiedział z dumą Czarny Korsarz. — Poza tym to tylko dwa tuziny.

    3147

    — Być może na ucztę sprosili swoich współplemieńców. Nie sądzę, żeby sami byli w stanie zjeść dwóch ludzi.

    3148

    — Zanim więc zjawią się tu pozostali goście, my zdążymy pochować twoich rodaków. Carmaux i Van Stiller, macie świetne oko, nie chybcie więc celu.

    3149

    — A ja się rozprawię z tym olbrzymem, który właśnie doprawia pieczeń ziołami — odpowiedział Carmaux.

    3150

    — A ja — odrzekł Hamburczyk — rozłupię czaszkę temu, który trzyma w dłoni to coś w kształcie wideł, czym obraca pieczeń.

    3151

    — Ognia! — padł rozkaz Czarnego Korsarza.

    3152

    Dwa wystrzały przerwały panującą do tej chwili w dziewiczym lesie ciszę. Olbrzymi Indianin opadł na rożen, ten zaś, który trzymał widły, osunął się na ziemię z rozłupaną od kuli czaszką.

    3153

    Arawakowie zerwali się na równe nogi, chwytając za maczugi i łuki. Zaskoczeni nagłym atakiem nie bardzo wiedzieli, jak się bronić.

    3154

    Zdezorientowanie przeciwników wykorzystali Katalończyk i Moko, którzy nabili ponownie broń i wystrzelili, kładąc trupem dwóch kolejnych dzikusów. Na widok śmiertelnie postrzelonych współplemieńców Arawakowie zrozumieli, że nic tu po nich, i w popłochu rzucili się do ucieczki, szukając schronienia w leśnej gęstwinie, porzucając tak długo wyczekiwane pieczyste. Piraci już mieli rzucić się za nimi w pogoń, gdy wtem usłyszeli dobiegające z oddali okrzyki.

    3155

    — Do stu rekinów! — wykrzyknął Carmaux. — To cała horda ich współplemieńców.

    3156

    — Szybko! — krzyknął Czarny Korsarz. — Jeśli nie zdążymy ich pogrzebać, schowajcie trupy w krzakach. Później po nich wrócimy.

    3157

    — Ale oni ich znajdą po zapachu smażonego mięsa — powiedział Van Stiller.

    3158

    — Zrobimy, co w naszej mocy.

    3159

    Katalończyk wybiegł do przodu, doskoczył do rożna i energicznym ruchem przewrócił go na ziemię, podczas gdy Van Stiller siarczystymi kopniakami rozrzucał dookoła żagwie z paleniska. Tymczasem Moko i Carmaux zaczęli w pośpiechu kopać dół w mokrym podłożu, podczas gdy Czarny Korsarz stał na straży ukryty w zaroślach.

    3160

    Okrzyki Indian były coraz bliższe. Część plemienia podążającego śladami Van Goulda, zaalarmowana wystrzałami, postanowiła przybyć z odsieczą współplemieńcom, którzy zostali na tyłach i przygotowywali makabryczną ucztę. Przeczesując okoliczny teren, Czarny Korsarz usłyszał odgłos łamanych gałęzi, co nasunęło mu przypuszczenie, że biesiadnicy wcale nie uciekli, lecz ukryli się w zaroślach i szykują się do kontrataku. Wrócił więc natychmiast do swoich kamratów i rzekł:

    3161

    — Uciekajmy stąd, bo inaczej za pięć minut zwali nam się na głowę całe plemię.

    3162

    — Zrobione, kapitanie — powiedział Carmaux, ugniatając nogami ziemię, pod którą znaleźli spoczynek żołnierze z oddziału Van Goulda.

    3163

    — Mój panie — zwrócił się Katalończyk do Czarnego Korsarza. — Jeśli zaczniemy uciekać, na pewno ruszą za nami w pogoń. Schowajmy się tam, pośród tamtego listowia na pewno nas nie zauważą — powiedział, wskazując rosnące nieopodal drzewo, które było tak duże, że samo mogłoby wystarczyć za las.

    3164

    — Spryciarz z ciebie, kamracie — powiedział Carmaux. — Za mną, marynarze!

    3165

    Najpierw Moko, a zaraz za nim Katalończyk i piraci rzucili się biegiem w stronę tego leśnego olbrzyma, chcąc jak najszybciej schronić się w jego gałęziach.

    3166

    Tym drzewem była summameira (Eriodendron summauma), jedno z największych drzew rosnących na terenach Gujany i Wenezueli. Od jego pni odchodzą liczne gałęzie, sękate i bardzo długie, pokryte białą korą i gęstym listowiem. Wspierają się one na tak zwanych korzeniach przybyszowych, dzięki którym z łatwością można było wejść na najniższe gałęzie, kontynuując dalej wspinaczkę nawet na wysokość pięćdziesięciu metrów.

    3167

    Carmaux usadowił się na rozwidlonej gałęzi. Wtem poczuł, że ta zaczęła się kołysać, zupełnie jakby ktoś usiadł na drugim jej końcu.

    3168

    — To ty, Van Stiller? — zapytał. — Czy mam przez ciebie spaść i skręcić sobie kark? Miej na uwadze, że jesteśmy na wystarczającej wysokości, żeby pogruchotać sobie kości.

    3169

    — Co się czepiasz Van Stillera? — zapytał Czarny Korsarz, który siedział nad nim. — Przecież on siedzi nade mną.

    3170

    — W takim razie, kto tak kołysze? Czyżby jakiś skubany Indianin też postanowił się tu schronić?

    3171

    Rozejrzał się dookoła i w odległości dziesięciu metrów, pośród liści rosnących na drugim końcu gałęzi, zobaczył dwa zielonkawożółte, lśniące punkciki.

    3172

    — Do stu par fur beczek, furgonów, batalionów! — wykrzyknął Carmaux. — Co to za zwierzę dotrzymuje nam towarzystwa? Hej, Katalończyku, spójrz no tu tylko i powiedz mi, do kogo też mogą należeć te ślipia, które się we mnie tak namiętnie wpatrują.

    3173

    — Jakie znowu ślepia?! — wykrzyknął Hiszpan. — Czy na tym drzewie siedzi jakieś zwierzę?

    3174

    — Owszem — powiedział Czarny Korsarz. — Coś mi się zdaje, że mamy nieciekawe towarzystwo.

    3175

    — A Indianie zaraz tu będą — powiedział Van Stiller.

    3176

    — Rzeczywiście, widzę te ślepia — odpowiedział Katalończyk, który właśnie się podniósł. — Trudno mi jednak orzec, czy należą do jaguara, czy kuguara.

    3177

    — Jaguara?! — krzyknął Carmaux, któremu ciarki przerażenia przeszły po plecach. — Jeszcze tylko tego brakuje, żeby skoczył mi teraz na głowę, strącając mnie z drzewa wprost na głowy Arawaków.

    3178

    — Cisza! — powiedział Czarny Korsarz. — Nadchodzą.

    3179

    — A co mam zrobić z tym zwierzęciem, które się do mnie zbliża? — powiedział zdjęty strachem Carmaux.

    3180

    — Być może nie odważy się nas zaatakować i odpuści. Nie ruszaj się albo nas zauważą.

    3181

    — Tak jest, panie kapitanie, dam się zjeść, byleby tylko was uratować.

    3182

    — Nie obawiaj się, Carmaux. Mam kordelas w pogotowiu.

    3183

    — Cicho! Są! — powiedział Katalończyk.

    3184

    Indianie nadbiegli, krzycząc jak opętani. Było ich około osiemdziesięciu, a może nawet więcej. Wszyscy byli uzbrojeni w maczugi, łuki, niektórzy trzymali w dłoniach dzidy.

    3185

    Zatrzymali się na polanie, na której dogasały rozrzucone przez Van Stillera żagwie. Kiedy jednak zamiast oczekiwanego pieczystego znaleźli swoich poległych współplemieńców, miny im zrzedły, a twarze wykrzywiła im niepohamowana złość.

    3186

    Zrobił się straszny rwetes, tubylcy darli się wniebogłosy, wyładowywali swój gniew, siekąc z rozmachem rosnące dookoła drzewa i czyniąc potworny hałas, wypuszczali z łuków na oślep strzały, które lądowały w zaroślach i dziurawiły liście palm daktylowych, budząc tym samym strach w ukrytych nieopodal piratach.

    3187

    Kiedy fala złości minęła, rozproszyli się po okolicy z nadzieją, że odnajdą zabójców swoich współplemieńców i tym samym zapewnią sobie nowy obiad, które zastąpiłby im ten zaginiony w tajemniczych okolicznościach.

    3188

    Ukryci w konarach summameiry piraci siedzieli cicho jak myszy pod miotłą i wstrzymywali oddech, pozwalając ludożercom wyrzucić z siebie całą złość. Niepokoiła ich jednak obecność przeklętego zwierzęcia, które też postanowiło się schować w konarach olbrzymiego drzewa. Obawiał się go zwłaszcza Carmaux, który znajdował się najbliżej drapieżnika i który widział pośród liści wpatrujące się w niego lśniące zielonkawożółte ślepia. Drapieżnik ten — nieważne już, czy jaguar czy kuguar — póki co zastygł w bezruchu. Trudno było jednak przewidzieć, co zrobi, mógł przecież rzucić się w jednej chwili na pirata, co z pewnością nie uszłoby uwadze węszących w okolicy Indian.

    3189

    — Przeklęte zwierzę! — wyszeptał Carmaux, który wiercił się niespokojnie na gałęzi. — Ani na chwilę nie spuszcza mnie z oczu. Katalończyku, czy mógłbyś mnie oświecić, w czyim żołądku zakończę swój żywot, kiedy bestia postanowi już się na mnie rzucić?

    3190

    — Cicho bądź, bo inaczej nas usłyszą Indianie! — odpowiedział siedzący pod nim Katalończyk. — Po diabła nam było przejmować się tą makabryczną ucztą! Trzeba było pozwolić dzikusom zjeść posiłek w spokoju. Przecież życia to truposzom i tak nie wróci. Choć ich pochowaliśmy jak Bóg przykazał, i tak już nigdy nie będą żuć tytoniu ani nie zjedzą befsztyka! A poza tym…

    3191

    Urwał zdanie w połowie na odgłos łamanej gałęzi. Spojrzał z przerażeniem na drapieżnika, któremu najwyraźniej zrobiło się niewygodnie i postanowił trochę rozprostować kości.

    3192

    — Panie kapitanie, coś mi się zdaje, że zaraz zaspokoi mną swój głód.

    3193

    — Nie ruszaj się! — upomniał go Czarny Korsarz. — Przecież ci powiedziałem, że mam w dłoni szablę.

    3194

    — Nie mam wątpliwości, że nie ujdzie z życiem, jednak…

    3195

    — Cisza, pod nami kręci się dwóch Indian.

    3196

    — Jakże bym chciał im zrzucić na głowy tego wrednego kocura.

    3197

    Spojrzał w kierunku końca gałęzi. Zwierzę wyglądało, jakby przygotowywało się do skoku.

    3198

    „Czyżby chciał sobie pójść?” — pomyślał, ciężko oddychając. „Czas najwyższy, żeby zmienił miejsce”.

    3199

    Spojrzał w dół i zobaczył dwa krążące wokół drzewa cienie. Indianie zaglądali pod korzenie, pod którymi mogło schować się wielu ludzi.

    3200

    — To się źle skończy — wyszeptał pod nosem.

    3201

    Dwaj Indianie stali przez chwilę u podnóża drzewa-olbrzyma, po czym odpuścili i oddalili się, ginąc w leśnym gąszczu. Współplemieńcy musieli być już daleko, bo ich odgłosy stawały się coraz cichsze.

    3202

    Czarny Korsarz odczekał dłuższą chwilę, a następnie, kiedy już na dobre ucichły wszelkie odgłosy i rwetes i kiedy upewnił się, że Arawakowie oddalili się już definitywnie, powiedział do Carmaux:

    3203

    — Potrząśnij gałęzią.

    3204

    — Co chcesz robić, kapitanie?

    3205

    — Pomóc ci się pozbyć tego niemiłego towarzystwa. Van Stiller, trzymaj szablę w pogotowiu.

    3206

    — Ja też jestem gotów, kapitanie — odparł Moko, który chwycił strzelbę za lufę i stanął na gałęzi. — Strącę tego kocura jednym ciosem — dodał z przekonaniem.

    3207

    Gdy Carmaux zobaczył, że może liczyć na wsparcie kamratów, od razu poczuł się pewniej i zaczął skakać po gałęzi jak opętany, potrząsając liśćmi.

    3208

    Zwierzę natomiast, gdy poczuło się zagrożone i zrozumiało, że czyhają na jego życie, głucho zamruczało, po czym zaczęło prychać jak rozwścieczony kot.

    3209

    — Śmiało, Carmaux — powiedział Katalończyk. — Jeśli nie atakuje, to znaczy, że ma większego pietra niż ty. Potrząśnij porządnie tym kawałkiem drewna i się go pozbądź! No już!

    3210

    Pirat uchwycił się wiszącej nad jego głową gałęzi i zaczął skakać szybciej.

    3211

    Zwierzęciu zaś wcale a wcale nie przypadło do gustu to bujanie, a swoje niezadowolenie okazywało coraz głośniejszym prychaniem i miauczeniem. Starając się nie stracić równowagi, głośno pruło pazurami gałąź w poszukiwaniu uchwytu. Jego rozbiegane spojrzenie zdradzało silny strach. Obawiając się, że nie spadnie wcale na cztery łapy, kot zdecydował się na groźny i ryzykowny ruch. Nastroszył się, przyczaił i jednym susem przeleciał nad głową Katalończyka na znajdującą się pod nim gałąź, po czym skoczył w kierunku pnia, po którym zamierzał zbiec na sam dół. W tej samej chwili Afrykańczyk zamachnął się z całej siły i uderzył kolbą strzelby skaczące zwierzę, które oberwało tak mocno, że spadło na ziemię nieżywe.

    3212

    — Nie żyje? — zapytał Carmaux.

    3213

    — Nawet nie zdążył zajęczeć z bólu — odparł z uśmiechem Moko.

    3214

    — To był jaguar? Coś mi się wydaje za mały jak na przedstawiciela tych krwiożerczych bestii.

    3215

    — Niepotrzebnie się bałeś — powiedział Afrykańczyk. — Wystarczyło zdzielić go solidnie w łeb kijem.

    3216

    — Powiesz mi w końcu, co to za zwierzę?

    3217

    — Margaj.

    3218

    — Pierwszy raz słyszę.

    3219

    — Przypomina jaguara, ale to tylko duży kot — powiedział Katalończyk. — Poluje na małpy i ptaki, to drapieżnik, ale nie odważy się zaatakować człowieka.

    3220

    — O ty draniu! — wykrzyknął Carmaux. — Gdybym to wiedział wcześniej, tobym go złapał za ogon. Jeszcze pożałujesz, zobaczysz, najadłem się przez ciebie tyle strachu. Ale w sumie nie ma tego złego… dobrze wypieczone koty są nawet smaczne.

    3221

    — No proszę. Kotojad się znalazł!

    3222

    — Dam ci spróbować, mój przyjacielu, i wtedy zobaczymy, czy będziesz się krzywił.

    3223

    — Być może nie będę grymasić, biorąc pod uwagę, że mamy niedobór zapasów, a droga, którą podążamy, wcale nie obfituje w zwierzynę.

    3224

    — Skąd wiesz? — zapytał Czarny Korsarz.

    3225

    — To bagnisty las, mój panie, najtrudniejsze miejsce podczas przeprawy przez dżunglę.

    3226

    — Jak wielki?

    3227

    — Rozciąga się aż po Gibraltar.

    3228

    — Ile czasu zajmie nam jego pokonanie? Chciałbym być w Gibraltarze, zanim tam dotrze Franciszek l'Olonnais.

    3229

    — Powinniśmy pokonać las w cztery czy pięć dni.

    3230

    — Damy radę dotrzeć na czas — powiedział Czarny Korsarz, jakby rozmawiał sam ze sobą. — Byłoby dużą nieostrożnością wyruszyć teraz w dalszą drogę.

    3231

    — Indianie nie oddalili się jeszcze wystarczająco, kapitanie. Radziłbym spędzić dzisiejszą noc na drzewie.

    3232

    — A tymczasem Van Gould będzie coraz dalej…

    3233

    — Jestem pewien, mój panie, że w bagnistym lesie go dogonimy.

    3234

    — Obawiam się, że on może dotrzeć do Gibraltaru przede mną. I że znów wymknie mi się z rąk.

    3235

    — I ja będę w mieście, kapitanie, a wtedy nie spuszczę go z oczu ani na chwilę. Jeszcze nie zapomniałem tych dwudziestu pięciu razów, którymi poczęstowano mnie na jego rozkaz.

    3236

    — Co chcesz przez to powiedzieć? Co znaczy „i ja będę w mieście”?

    3237

    — Że wejdę za mury Gibraltaru przed wami i że dopilnuję, żeby ci nie uciekł.

    3238

    — Jakim cudem wejdziesz do twierdzy?

    3239

    — Mój panie, z całym szacunkiem, ale jestem Hiszpanem — odpowiedział z nutką powagi w głosie Katalończyk.

    3240

    — I co w związku?

    3241

    — Mam nadzieję, że pozwolisz mi umrzeć u boku moich kamratów i że nie zmusisz mnie, żebym walczył z tobą przeciwko Hiszpanii.

    3242

    — Ach, tak! Czyli ty chcesz bronić Gibraltaru?

    3243

    — Wziąć udział w jego obronie, kapitanie.

    3244

    — Życie ci niemiłe?! Dobrze wiesz, że wszystkich Hiszpanów z Gibraltaru czeka śmierć.

    3245

    — Owszem, ale przynajmniej umrą z bronią w ręku, broniąc chwały i flagi swojej dalekiej ojczyzny — powiedział Katalończyk ze wzruszeniem w głosie.

    3246

    — To prawda, jesteś cnotliwym człowiekiem — odpowiedział Czarny Korsarz i westchnął. — A zatem dobrze: wejdziesz do fortu, zanim piraci zaatakują miasto, i będziesz walczyć u boku swoich rodaków. Van Gould jest Flamingiem, ale Gibraltar należy do Hiszpanów.

    Rozdział XXVIII. Namiętni krwiopijcy

    3247

    Noc upłynęła spokojnie. Właściwie nic nie zakłóciło smacznego snu piratów odpoczywających w rozwidleniach gałęzi olbrzymiej summameiry. Może tylko raz zrobiło się groźnie, gdy niewielki oddział Arawaków, stanowiący być może straż tylną całego plemienia, przeszedł tuż pod drzewem. Jednak żaden z nich nie zauważył piratów. Przeszli pod drzewem, kierując się dalej na północ.

    3248

    Czarny Korsarz długo wsłuchiwał się w odgłosy dochodzące z lasu. Aż w końcu zaległa cisza, która upewniła go, że nie grozi im już żadne niebezpieczeństwo. Zarządził więc, by zejść z drzewa i udać się w dalszą drogę.

    3249

    Carmaux z kolei ani przez chwilę nie zapomniał o margaju, przez którego najadł się tyle strachu. Znalazł go leżącego pod krzakiem. Upadek z dużej wysokości pogruchotał zwierzęciu wszystkie kości, a roztrzaskaną czaszkę zawdzięczał uderzeniu kolbą strzelby przez Moko.

    3250

    Pod względem umaszczenia zwierzę przypominało jaguara. Przypominało go także kształtem, tyle że miało mniejszą głowę, krótką, szczeciniastą sierść i długi na osiemdziesiąt centymetrów tułów.

    3251

    — Ty kanalio! — krzyknął Carmaux, chwytając drapieżnika za ogon i zarzucając go sobie na plecy. — Gdybym wiedział wcześniej, że to taki brzdąc, to dostałby kopniaka i poleciał hen, wysoko. Ale nic to. Zemszczę się inaczej — upiekę go na rożnie i zjem.

    3252

    — Pośpieszcie się! — powiedział Czarny Korsarz. — Za dużo czasu straciliśmy na tych dzikusów.

    3253

    Katalończyk rzucił okiem na busolę otrzymaną w prezencie od Van Stillera, po czym ruszył przed siebie, torując sobie drogę pośród lian, korzeni i krzaków.

    3254

    Dżungla była wszędzie tak samo gęsta, rosły w niej palmy miriti o masywnych pniach, z których wyrastały ostre kolce rozdzierające stroje piratów, a także cekropki, których układ gałęzi przypominał kształtem kandelabr.

    3255

    Od czasu do czasu można było zobaczyć wspaniałe jupati, inny rodzaj palmy o pierzastych liściach, które osiągają długość piętnastu metrów, a których pień ledwo co liczy kilka metrów wysokości.

    3256

    Niekiedy mijali też rosnące w grupie bussu, zwane także manicarią, których liście były twarde, jakby były zrobione z cyny. Ich długość dochodziła do dziesięciu, jedenastu metrów. Przez wcięcia i żłobienia przypominały piłę. Rosły tam też pupunha, gatunek palm, które wydają bardzo smaczne, rosnące w kiściach owoce.

    3257

    Ptaków było niewiele, a małp nie było w ogóle. Zobaczyć kolorowo upierzone papugi graniczyło z cudem, podobną rzadkością były też tukany o czerwono-żółtych dziobach i ognistoczerwonych tułowiach. Czasem można było usłyszeć wysoki i piskliwy odgłos tangary, ptaszka o niebieskich piórach i pomarańczowo-czerwonym podbrzuszu.

    3258

    Po trzech godzinach uporczywego marszu, podczas którego po tubylcach nie było ani widu, ani słychu, piraci zauważyli, że las zaczyna się zmieniać; palmy rosły coraz rzadziej, ustępując miejsca pękatym iriartree, roślinom wodolubnym; tatarakom, bombaxom, drzewom o porowatym, miękkim i białym drewnie, z wyglądu przypominającym ser, stąd nazywanych także serownikami; skupiskom mangli, które wydają słodkie soczyste owoce o smaku pistacji terpentynowej; całym skupiskom orchidei, paprociom, których naziemne korzenie wiszą w powietrzu prostopadle do ziemi, oraz przepięknych bromelii obficie obsypanych szkarłatnym kwieciem.

    3259

    Suche i twarde podłoże ustępowało miejsca terenom podmokłym, powietrze zaś przesiąknięte było wilgocią. Suchy las przeobrażał się w las wilgotny, o wiele bardziej niebezpieczny, w nim bowiem czaiła się gorączka, której skutki mogą się okazać fatalne i zgubne nawet dla zaaklimatyzowanych tubylców.

    3260

    Głęboka cisza panowała wśród tej roślinności, zupełnie jakby wszechobecna wilgoć wypędziła raz na dobre wszystkie ptaki i dzikie zwierzęta. Żadnych odgłosów małp, żadnego śpiewu ptaków, żadnego najmniejszego ryknięcia kuguara czy miauknięcia jaguara.

    3261

    Wyczuwało się w tej ciszy jednak pewien smutek, miała w sobie coś złowróżbnego, coś, co przepełniało niepokojem nawet nieustraszonych piratów z Tortugi.

    3262

    — Do stu rekinów! — wykrzyknął Carmaux. — Zupełnie jakbyśmy szli przez ogromny cmentarz.

    3263

    — Z tą różnicą, że jest to cmentarz zalany wodą — dodał Van Stiller.

    3264

    — Czuję, że ta wilgoć przenika mi kości.

    3265

    — Może to już początek gorączki bagiennej?

    3266

    — Jeszcze tylko tego by nam brakowało — powiedział Katalończyk. — Jeśli kogoś z nas dosięgnie, to żywy stąd nie wyjdzie.

    3267

    — A tam! Ja jestem twardziel, mnie licho nie bierze — odpowiedział hamburczyk. — Bagna na Jukatanie mnie zahartowały, a dobrze wiesz, że one powodują vomito prieto[115]. Nie straszna mi gorączka, jeśli się czegoś boję, to braku dziczyzny.

    3268

    — Zwłaszcza teraz, kiedy powoli zaczyna nam brakować prowiantu — dodał Afrykańczyk.

    3269

    — Kolego — krzyknął Carmaux — czyżbyś zapomniał, że mamy kocura?!? Przecież to pokaźna sztuka mięsa.

    3270

    — Długo nie wytrzyma — odpowiedział Murzyn. — Jeśli nie zjemy go dzisiaj, to zgnije na skutek tej wilgoci i będziemy musieli go wyrzucić.

    3271

    — Znajdziemy na pewno coś innego na ząb.

    3272

    — Ty nie znasz tych wilgotnych lasów.

    3273

    — Upolujemy ptaki.

    3274

    — Nie ma tu ptaków.

    3275

    — No to na pewno są jakieś czworonogi.

    3276

    — Czworonogów też tu nie ma.

    3277

    — To poszukamy owoców.

    3278

    — Tu nie ma roślin, które owocują.

    3279

    — Na pewno znajdziemy jakiegoś kajmana.

    3280

    — Nie ma tu sawanny. Są tylko węże.

    3281

    — No to będziemy jeść węże.

    3282

    — Ach, kamracie. Co za głupstwa pleciesz!

    3283

    — Do stu rekinów! Usmażymy je z braku innego pokarmu, udając, że jemy węgorze.

    3284

    — Taaaa…

    3285

    — No proszę, co za kapryśny Murzyn! — wykrzyknął Carmaux. — Zobaczymy, co powiesz, gdy zgłodniejesz.

    3286

    Tak się przekomarzając, szli dalej szybkim krokiem poprzez wilgotne tereny, ponad którymi unosiła się falująca mgła pełna niebezpiecznych wyziewów.

    3287

    Intensywny upał wyczuwało się także pod kopułą roślinności. Wyciskał on z piratów siódme poty. Pot wylewał się z nich wszystkimi porami, wsiąkając w ich stroje i niszcząc nawet ich broń. Carmaux nawet zwątpił, czy na wypadek zagrożenia lub ataku wroga jego broń będzie jeszcze w ogóle zdolna do użytku i czy wypali.

    3288

    Od czasu do czasu na drodze stawały im szerokie stawy, w których zalegała brudna i śmierdząca ciecz, gęsto porośnięte wodną roślinnością — niejakimi agoa redonda, jak nazywali je hiszpańscy kolonizatorzy. Czasami natomiast musieli zwolnić kroku i zatrzymać się przed tak zwanym igarape, czyli przed naturalnym ciekiem wodnym połączonym z potokiem lub rzeczką. Tracili przy tym dużo czasu, aby się przeprawić, szukali utwardzonej ścieżki, gdyż obawiali się, że zdradzieckie piaski mogłyby ich pochłonąć.

    3289

    Wzdłuż brzegów nie było żadnego ptactwa, nie brakowało natomiast wszelkiej maści gadów, które czekały, aż zapadnie zmrok, żeby móc zapolować na ropuchy lub żaby. Skulone pod krzakami lub wylegujące się na słońcu leżały jadowite żararaki o małej spłaszczonej głowie; małe kobry cipo, a także węże kaniana, które zakradają się do szałasów indiańskich i zachłannie wysysają z piersi karmiących Indianek mleko. Nie brakowało też węży coralli, od których ukąszenia następuje błyskawiczna śmierć i na których jad jak dotąd nie wynaleziono ratunku. Z tą trucizną nie wygra nawet calupo diavolo, który zwykle wystarcza, żeby pokonać jad innych gadów.

    3290

    Piraci żywili w stosunku do tych paskudnych gadów szczerą odrazę, nie mieli zamiaru naruszyć ich prywatności, ostrożnie więc stąpali, aby uniknąć śmiertelnego ukąszenia.

    3291

    W samo południe, zmorzeni długim marszem, postanowili zrobić postój, choć nie udało im się odnaleźć śladu Van Goulda i jego oddziału.

    3292

    Jako że zapasy prawie się kończyły, postanowili upiec margaja. I choć już powoli zaczynał gnić i śmierdział, uznali jednak, że jest jeszcze jadalny. Carmaux stwierdził, że przysmak był wyborny i najadł się do syta, czego z kolei nie można powiedzieć o pozostałych kamratach.

    3293

    Gdy zelżał już bezlitosny ukrop, który panował o trzeciej po południu w lesie, piraci podjęli wędrówkę przez bagniska i mokradła, gdzie roiło się od komarów, które zaciekle ich atakowały, rozwścieczając do żywego Carmaux i Van Stillera.

    3294

    Pośród tych stojących wód, pełnych zbutwiałych roślin o żółtych liściach, które gniły, wydzielając mdlące zapachy pod wpływem ognistych promieni słonecznych, od czasu do czasu wynurzała się głowa węża, innym zaś razem na chwilę pokazywał się żółw o grubej, brunatnej skorupie pokrytej plamkami o nieregularnych kształtach.

    3295

    Brakowało jednak wciąż ptaków wodnych, zupełnie jakby nie mogły znieść tych niebezpiecznych wyziewów.

    3296

    Piraci, prowadzeni przez niestrudzonego Katalończyka, szli przed siebie gnani pragnieniem, by jak najszybciej opuścić ten ponury las: grzęźli w błocie, przechodzili przez powalone drzewa, twardą łodygą trzciny odganiali gałęzie i torowali sobie drogę przez gęste skupiska drzew, pośród których latały chmary komarów.

    3297

    Często przystawali i nasłuchiwali, mając nadzieję, że uda im się wychwycić odgłosy, które zdradziłyby obecność Van Goulda i jego oddziału, lecz nic z tego — po gubernatorze nie było ani śladu. Głęboka cisza zalegała pośród tych drzew i krzaków.

    3298

    Pod wieczór dokonali jednego odkrycia, które z jednej strony ich zasmuciło, a z drugiej strony ucieszyło, był to bowiem dowód, że nie zgubili tropu i wciąż szli po śladach uciekinierów.

    3299

    Szukali właśnie odpowiedniego miejsca na postój, kiedy zobaczyli Afrykańczyka, który wcześniej nieco się oddalił w poszukiwaniu jakiegoś drzewa owocowego. Wrócił cały zdyszany i blady jak ściana, a jego wzrok zdradzał szczery niepokój.

    3300

    — Co się stało, Moko? — zapytał Carmaux, nabijając w pośpiechu broń. — Czyżby cię gonił jakiś jaguar?

    3301

    — Nie, tam jest trup, biały człowiek nie żyje — odparł Murzyn.

    3302

    — Biały człowiek! — wykrzyknął Carmaux.

    3303

    — Czyli Hiszpan, tak? — zapytał Czarny Korsarz.

    3304

    — Tak, mój panie. Potknąłem się i upadłem na niego, był zimny jak wąż.

    3305

    — Czyżby to ta kanalia Van Gould? — zapytał Carmaux.

    3306

    — Chodźmy zobaczyć — powiedział Czarny Korsarz. — Moko, prowadź!

    3307

    Afrykańczyk wskoczył w gęstwinę krzaków calalupo, wydających owoce, które posiekane na drobne kawałki dają orzeźwiający napój. Po przebyciu niespełna trzydziestu metrów zatrzymał się przed pniem simaruby, która rosła samotnie obsypana kwieciem.

    3308

    Piraci zobaczyli wówczas — i wszyscy jak jeden mąż poczuli dreszcz grozy — leżącego na plecach mężczyznę, który miał skrzyżowane ręce na piersi, półnagie nogi i stopy ogryzione z mięsa przez jakiegoś węża lub przez termity.

    3309

    Jego twarz była woskowa, żółta, cała umazana krwią, która wypływała z niewielkiej rany na wysokości prawej skroni, długą, zmierzwioną brodę i otwarte szeroko wargi, które odsłaniały uzębienie. Oczy już zniknęły, a w ich miejsce pojawiły się dwie krwawiące dziury.

    3310

    Trudno było mieć wątpliwości co do jego pochodzenia, jako że miał na sobie zbroję z kordobańskiej skóry ozdobionej arabeskami, krótkie spodnie w żółto-czarne paski, jakie mieli w zwyczaju nosić Hiszpanie, a zaraz obok niego leżał niewielki hełm z wystającym białym piórkiem i długa szpada. Katalończyk, który zdawał się być bardzo przejęty, pochylił się nad nieszczęśnikiem, a następnie wstał i krzyknął.

    3311

    — Pedro Herrera! Biedny człowiek, kto cię teraz zastąpi…

    3312

    — Znasz go? Czy to jeden z tych, którzy towarzyszyli Van Gouldowi?

    3313

    — Tak, mój panie, dzielny to był żołnierz i lojalny kamrat.

    3314

    — Czyżby zabili go Indianie?

    3315

    — Na pewno go ranili, bo widzę broczącą krwią dziurkę w prawej skroni, ale to nietoperz był jego zabójcą.

    3316

    — Co masz na myśli?

    3317

    — Że ten żołnierz wykrwawił się, bo wyssał z niego krew dziki wampir krwiopijca. Widzisz ten niewielki znamię na skroni, przez które wypływa krew?

    3318

    — Owszem, widzę.

    3319

    — Być może oddział zostawił Herrerę, bo był ranny, a rana uniemożliwiała mu dalszą wędrówkę. Nie był w stanie dotrzymać im kroku i wtedy latający wampir wykorzystał, że mężczyzna zemdlał, po czym się do niego dobrał.

    3320

    — A zatem Van Gould tędy przechodził?

    3321

    — Na to wygląda.

    3322

    — Jak myślisz, od kiedy nie żyje?

    3323

    — Być może od rana. Gdyby umarł wczoraj wieczorem, to o tej porze zostałyby z niego kości, bo zżarłyby go termity.

    3324

    — Ach! A więc ten łotr jest nieopodal! — wykrzyknął ponurym głosem Czarny Korsarz. — O północy wyruszymy, a już jutro będziesz miał okazję się odwdzięczyć Van Gouldowi i wymierzysz mu dwadzieścia pięć razów. A ja oczyszczę ziemię, pozbywając się tego niegodziwego zdrajcy i pomszczę swoich braci.

    3325

    — Mam nadzieję, panie.

    3326

    — Odpocznijcie trochę, bo potem nie zatrzymamy się, dopóki nie złapiemy Van Goulda.

    3327

    — Do diabła! — mruknął pod nosem Carmaux. — Dowódca popędzi nas jak konie.

    3328

    — Chce jak najszybciej wymierzyć mu karę i się zemścić — odparł Van Stiller.

    3329

    — No i chciałby pewnie jak najszybciej zobaczyć swoją „Błyskawicę”.

    3330

    — I zapewne też młodą księżną.

    3331

    — To bardzo prawdopodobne, Van Stillerze.

    3332

    — Śpijmy, Carmaux.

    3333

    — Śpijmy? Nie słyszałeś, co mówił Katalończyk o latających wampirach, które wysysają krew? Do stu piorunów! A co, jeśli o północy już będziemy tu leżeć martwi. Przy tak realnej groźbie trudno mi będzie spać.

    3334

    — Przecież Katalończyk chciał sobie z nas zażartować!

    3335

    — Nie, Van Stillerze, sam słyszałem, że mówił o wampirach.

    3336

    — Jakich wampirach? A co mówił?

    3337

    — Że to takie brudne ptaszyska. Że latają… Hej, Katalończyku, czy przypadkiem niczego nie widzisz w powietrzu?

    3338

    — Widzę. Gwiazdy — odparł na to Hiszpan.

    3339

    — Ale ja cię pytam, czy wampirów nie widzisz?

    3340

    — Jeszcze za wcześnie. Zostawiają swoje schronienia dopiero, kiedy ludzie i zwierzyna smacznie śpią i głośno chrapią.

    3341

    — Jak one wyglądają? — zapytał Van Stiller.

    3342

    — To wielkie nietoperze o podłużnych i smukłych pyskach, mają wielkie uszy, miękką sierść, czerwono-czarną na grzbiecie i żółto-czarną na brzuchu, a ich skrzydła mają rozpiętość czterdziestu centymetrów.

    3343

    — I mówisz, że wysysają krew?

    3344

    — Tak, i robią to tak delikatnie, że trudno w ogóle się zorientować, mają bowiem taką małą kłujkę i kiedy przekuwają skórę, nic nie czuć.

    3345

    — A co, jeśli taki nietoperz się na nas rzuci?

    3346

    — Ja się nie boję, całej nocy by było trzeba, żeby wyssać ze mnie krew, i skończyłoby się na jednym niewielkim ukłuciu, w dodatku pożytecznym, zważywszy na klimat. Ale prawdą jest, że zadawane przez nich rany goją się bardzo długo.

    3347

    — Ale ten twój kamrat przez takie ukłucie poszedł do Abrahama na piwo — skonstatował Carmaux.

    3348

    — Trudno powiedzieć, ile krwi upłynęło wcześniej z tej rany. Dobranoc, caballeros, o północy wymarsz.

    3349

    Carmaux położył się na trawie, ale zanim zasnął, przez dłuższą chwilę spoglądał na gałęzie simaruby, chcąc się upewnić, że nie ukrywa się pośród nich jakiś łakomy krwiopijca.

    Rozdział XXIX. Ucieczka zdrajcy

    3350

    Księżyc dopiero co wzszedł ponad wysoką dżunglą, a Czarny Korsarz był już gotów na powrót podjąć pościg za Van Gouldem i wiernym mu oddziałem. Obudził szturchnięciem Katalończyka, Moka i dwóch piratów, po czym bez słowa powziął wędrówkę, krocząc tak szybko, że jego kamraci z trudem za nim nadążali.

    3351

    Wyglądało na to, że nie ma zamiaru już robić żadnego postoju, zanim nie schwyta swojego śmiertelnego wroga. Tymczasem dość szybko nowe przeszkody zmusiły go do spowolnienia tempa tej szaleńczego pościgu, a nawet do zatrzymania się na dłuższą chwilę.

    3352

    Co rusz napotykali na swej drodze mokradła, bagna, grząskie wrzosowiska i małe rzeczki, co zmuszało ich do szukania drogi, która pozwoliłaby im przejść suchą nogą, innym zaś razem musieli karczować rośliny i budować naprędce prowizoryczne mosty.

    3353

    Cała drużyna wspomagała swojego dowódcę nadludzkim wysiłkiem, choć powoli zaczynali już słabnąć i opadać z sił na skutek niekończącej się i wyczerpującej wędrówki, która trwała już od ponad dziesięciu dni, a także ze względu na brak żywności i bezsenne noce.

    3354

    Wraz z nadejściem świtu opadli z sił, poprosili go o odpoczynek, bo ledwo trzymali się na nogach, poza tym byli piekielnie głodni, a od ostatniego posiłku, na który złożyły się strącony z drzewa kocur i sucharki, upłynęło już całe piętnaście godzin.

    3355

    Rozejrzeli się za dziczyzną i za jakimiś owocami. Wszystko jednak wskazywało na to, że ten rosnący na mokradłach las nie mógł im zaoferować ani jednego, ani drugiego. Nie było słychać ani skrzeku papug ani krzyku małp, nie było też żadnego jadalnie wyglądającego owocu.

    3356

    Tymczasem Katalończyk, który wraz z Mokiem poszedł na zwiad w kierunku pobliskiego bagna, miał szczęście, bo udało mu się schwytać rękami — choć nie uniknął przy tym pogryzienia — prairę, czyli rybę, która żyje w tych martwych wodach, o czarnym grzbiecie i uzbrojoną w ostre zęby. Szczęście miał też Moko, który złapał cascudo, długą na metr rybę o twardych jak skorupa orzecha łuskach, u góry czarnych, a u spodu czerwonawych.

    3357

    W trymiga pochłonęli ten skromny posiłek, który rzecz jasna nie wystarczył, żeby się najeść. Jako że głód nie minął, polowali dalej, zapuszczając się coraz głębiej w ciemny mroczny las, który zdawał się nie mieć końca.

    3358

    Starali się podążać w kierunku południowo-wschodnim, żeby podejść w miarę blisko aż na sam skraj jeziora Maracaibo, bo tam właśnie znajdował się fort Gibraltaru. Wszechobecne mokradła i bagna zmuszały ich do ciągłego zbaczania z głównego kursu.

    3359

    Drugi marsz wydłużył się aż do południa, nie odnaleźli ani śladów uciekinierów, ani nie słyszeli żadnego krzyku czy wybuchu.

    3360

    Około czwartej po południu, po dwugodzinnym odpoczynku, natrafili na ognisko, które tliło się jeszcze wątłym żarem.

    3361

    Rozpalił je jakiś tubylec czy może któryś z uciekinierów? W związku z tym, że nie znaleźli żadnych śladów stóp, nie można było tego w żaden sposób stwierdzić. A śladów nie było, gdyż teren był suchy i pokryty liśćmi. Tym niemniej palenisko kazało im przypuszczać, że przeszedł tędy Van Gould, co nastroiło ich bardzo pozytywnie, dodało animuszu i ożywiło dalszą wędrówkę.

    3362

    Aż w końcu zastała ich noc. Intuicja jednak podpowiadała im, że uciekinierzy znajdują się już naprawdę niedaleko. Jako że niczego nie znaleźli do jedzenia, udali się na spoczynek o pustych żołądkach.

    3363

    — Na flaki rekina! — wykrzyknął Carmaux, który próbował oszukać głód, żując liście o słodkim smaku. — Jeśli tak dalej pójdzie, to do Gibraltaru dotrzemy w takim stanie, że od razu nas przyjmą do lazaretu[116].

    3364

    Czekała ich najgorsza w wszystkich nocy spędzonych pośród dżungli w okolicach jeziora Maracaibo. Poza doskwierającym głodem, doznawali jeszcze tortur ze strony rojów komarów, które nie pozwoliły tym nieszczęśnikom zmrużyć ani na chwilę oka.

    3365

    Kiedy około południa następnego dnia wyruszyli w dalszą drogę, byli bardziej zmęczeni niż poprzedniego wieczoru po całym dniu marszu. Carmaux mówił, że ani dwóch godzin nie przejdzie, jeśli nie upoluje i nie zje jakiegoś dzikiego kota albo choć z tuzina chrupiących ropuch. Van Stiller z kolei wolałby szaszłyki z papuziego i małpiego mięsa, ale w tym przeklętym lesie nie było ani jednych, ani drugich. Szli, a raczej wlekli się od czterech godzin, na czele drużyny zaś podążał szybkim krokiem Czarny Korsarz, zupełnie jakby posiadał w sobie pokłady nadludzkiej siły. W pewnym momencie usłyszeli odgłos wystrzału.

    3366

    Czarny Korsarz od razu się zatrzymał i krzyknął:

    3367

    — Nareszcie! — wykrzyknął, po czym stanowczym gestem dobył szpady.

    3368

    — Do stu piorunów! — wykrzyknął Van Stiller. — Coś mi się zdaje, że już ich mamy.

    3369

    — Miejmy nadzieję, że teraz nam się już nie wywiną — odpowiedział Carmaux. — Zwiążemy ich jak salami, żebyśmy nie musieli za nimi biegać z wywieszonym jęzorem.

    3370

    — Ten strzał padł w odległości nie większej niż pól mili od nas — powiedział Katalończyk.

    3371

    — Tak — odpowiedział Czarny Korsarz. — Morderca moich braci za kwadrans będzie mój.

    3372

    — Panie, mam dla ciebie radę — powiedział Katalończyk.

    3373

    — Zamieniam się w słuch.

    3374

    — Proponuję urządzić zasadzkę.

    3375

    — A dokładniej?

    3376

    — Zaczaić się w leśnym gąszczu, wziąć ich z zaskoczenia i zmusić ich, żeby się poddali, wtedy obejdzie się bez rozlewu krwi naszych ludzi. Ich pewnie jest siedmiu lub ośmiu, nas tylko pięciu, w dodatku wszyscy skrajnie wycieńczeni.

    3377

    — Na pewno nie będą zuchwalsi od nas, w każdym razie dobrze, postąpimy zgodnie z twoją radą. Zaatakujemy ich z zaskoczenia, tak żeby nie zdążyli podjąć walki. Trzymajcie broń w pogotowiu i idźcie za mną, nie robiąc hałasu.

    3378

    Nabili muszkiety i pistolety, a następnie zaczęli czołgać się pośród traw i krzewów, powoli i ostrożnie, aby nie szeleściły suche liście i żeby nie łamać gałązek.

    3379

    Las na bagnach dobiegał już końca. A zaczynała się puszcza, w której rosły takie długowieczne drzewa jak: bombax, arcaaba, wszelkiej maści palmy, simaruba, mauritie, jupati, bussú i wiele innych wspaniałych gatunków, zdobnych w olbrzymich rozmiarów liście, bogate w kwiaty i owoce, które były nie tylko jadalne, ale i wyborne w smaku.

    3380

    Ich oczom ukazały się pierwsze ptaki: papugi, ararauna, canindé, tukany, a z oddali ich uszu dobiegały donośne krzyki stada małp, których obecność tylko rozwścieczyła Carmaux: nieborak musiał się pogodzić, że nici z polowania, nie mogli bowiem użyć broni, żeby nie zaalarmować Van Goulda i jego oddziału.

    3381

    — Jeszcze im się oberwie — burknął pod nosem. — Tyle dzikiej zwierzyny ustrzelę, że będę jadł przez dwanaście godzin z rzędu.

    3382

    Czarny Korsarz zupełnie jakby nie zauważył tej zmiany, tak bardzo był pochłonięty myślami o zemście. Pełzał niczym wąż, przeskakiwał przez przeszkody niczym tygrys, lustrując wzrokiem okolicę. Był bez reszty pochłonięty poszukiwaniem swojego śmiertelnego wroga.

    3383

    Nawet się nie odwracał, żeby sprawdzić, czy jego kamraci za nim szli, zupełnie jakby był przekonany, że w pojedynkę jest w stanie stawić czoła przeciwnikowi i go zwyciężyć.

    3384

    Nie wydawał najdrobniejszego szelestu. Liście, po których stąpał, nie wydawały najmniejszego szelestu. Chyłkiem przedzierał się między zwisającymi lianami, prawie ich nie dotykając, a pomiędzy korzeniami pełzał zwinniej niż niejeden gad. Ani znój wędrówki, ani doskwierający głód nie pozbawiły tego wspaniałego organizmu życiowej energii.

    3385

    W pewnym momencie Czarny Korsarz się zatrzymał, w lewej ręce trzymając wycelowany pistolet i z uniesioną do góry szpadą w drugiej, zupełnie jakby zamierzał rzucić się przed siebie z niepohamowanym impetem.

    3386

    Dwa ludzkie głosy dały się słyszeć pośród drzew zwanych calupo.

    3387

    — Diego… — mówił wątły głos, ledwo słyszalny — jeszcze jeden łyk, jeszcze jeden… zanim zmrużę oczy.

    3388

    — Nie mogę, nie mogę — mówił ten drugi, bardziej ochrypły. — Nie mogę, Pedro.

    3389

    — Oni są przecież daleko — mówił pierwszy.

    3390

    — To już koniec, Pedro… ci przeklęci Indianie, ranili mnie śmiertelnie.

    3391

    — A ja mam gorączkę, która mnie zabije…

    3392

    — Kiedy tu wrócą, już nas nie znajdą.

    3393

    — Jezioro jest blisko, a Indianin wie, gdzie jest łódka! Kto żyje?

    3394

    Czarny Korsarz wbiegł między krzaki z wyciągniętą szpadą, gotów zadać cios.

    3395

    Pod wielkim drzewem leżało dwóch mizernie wyglądających, przykrytych jakimiś łachmanami żołnierzy. Na widok tego uzbrojonego mężczyzny nadludzkim wysiłkiem woli wstali na kolana, starając się złapać leżące kawałek od nich muszkiety, ale od razu upadli na wznak, zupełnie pozbawieni sił.

    3396

    — Stój, bo strzelam! — krzyknął Czarny Korsarz groźnym tonem.

    3397

    Jeden z dwóch żołnierzy wstał i siląc się na uśmiech, rzekł:

    3398

    — Ej, caballero! Chyba nie będziesz strzelał do umarlaków!

    3399

    W tym momencie między krzaki wskoczył Katalończyk, a zaraz za nim Moko i dwóch piratów. Wyrwał mu się z piersi krzyk:

    3400

    — Pedro, Diego! Moi drodzy kamraci!

    3401

    — Katalończyk — krzyknęli dwaj żołnierze na widok swojego rodaka.

    3402

    — To ja, tak, drodzy przy…

    3403

    — Cisza! — powiedział stanowczym tonem Czarny Korsarz. — Mówcie mi tu szybko, gdzie jest Van Gould!

    3404

    — Gubernator? — zapytał ten, który miał na imię Pedro. — Będą ze trzy godziny, od kiedy odjechał.

    3405

    — Sam?

    3406

    — Z jednym Indianinem, który był naszym przewodnikiem po dżungli i z dwoma oficerami.

    3407

    — Daleko mógł odjechać? Mówcie, jeśli chcecie, żebym darował wam życie.

    3408

    — Daleko nie mogli odjechać.

    3409

    — Czy ktoś na niego czeka nad brzegiem jeziora?

    3410

    — Nie, ale Indianin wie, skąd wziąć łódkę.

    3411

    — Przyjaciele — powiedział Czarny Korsarz — trzeba nam ruszać w dalszą drogę, w przeciwnym razie Van Gould nam ucieknie.

    3412

    — Panie — rzekł Katalończyk — chyba nie sądzisz, że zostawię tak tu swoich kamratów? Jezioro jest niedaleko stąd, czas mojej misji dobiega końca, rezygnuję z mojej zemsty, byleby tylko nie zostawić tu moich rodaków na pastwę losu i na pewną śmierć.

    3413

    — Rozumiem cię — powiedział Czarny Korsarz — jesteś wolny, rób, co uważasz za stosowne, ale sądzę, że twoja pomoc na nic się tu zda.

    3414

    — Być może uda mi się ich uratować, panie.

    3415

    — Moko zostanie z tobą. Nas trzech wystarczy, żeby się rozprawić z Van Gouldem.

    3416

    — Zobaczymy się w Gibraltarze, panie, obiecuję ci to.

    3417

    — Czy twoi kamraci mają jakiś prowiant?

    3418

    — Trochę sucharów, panie — odpowiedzieli dwaj żołnierze.

    3419

    — Powinny wystarczyć — odparł Carmaux.

    3420

    — I do tego mleko — dopowiedział Katalończyk, który rzucił okiem na drzewo, u którego pnia leżeli dwaj żołnierze.

    3421

    — Nie mam innych pytań — skomentował Carmaux.

    3422

    Katalończyk navają zrobił głębokie nacięcie w korze drzewa, które nie było darzymlecznią, ale massaraudubą, bardzo podobnym gatunkiem, w którego wnętrzu płynie gęsty, biały płyn o smaku mleka, bardzo pożywny. Jednak nie należy pić go za dużo, albowiem w nadmiernych ilościach może wywoływać bardzo poważne dolegliwości.

    3423

    Napełnił manierki żołnierzy, dał im kilka sucharków, po czym rzekł:

    3424

    — Ruszajcie, caballeros, w przeciwnym razie Van Gould znów wam ucieknie. Mam nadzieję, że się zobaczymy w Gibraltarze.

    3425

    — Żegnaj! — odpowiedział Czarny Korsarz, podejmując marsz. — Zaczekam na ciebie w Gibraltarze.

    3426

    Van Stiller i Carmaux, którzy nabrali trochę sił, opróżniając pół manierki i posilając się w pośpiechu kilkoma sucharkami, ruszyli w ślad za swoim dowódcą, starając się wykrzesać z siebie energię i nie zostać w tyle. Czarny Korsarz zamierzał nadrobić trzy godziny przewagi, którą mieli nad nim uciekinierzy. Zależało mu, żeby dotrzeć do brzegu jeziora jeszcze przed zapadnięciem zmroku. A była już piąta po południu, czasu więc do zmierzchu zostało niewiele.

    3427

    Na całe szczęście las robił się coraz rzadszy. Drzewa nie rosły splecione ze sobą lianami, ale w oddzielnych skupiskach, w związku z czym piraci mogli przemieszczać się bardzo szybkim tempem, nie musząc tracić czasu na trzebienie gęstej roślinności i torowanie sobie ścieżki.

    3428

    Wyczuwało się już bliskość jeziora. Powietrze było świeższe, nasycone wyziewami solnymi, dookoła pełno wodnego ptactwa, zwłaszcza kilka egzemplarzy bernikli białolicej, ptaków występujących na terenach wokół zatoki Maracaibo.

    3429

    Czarny Korsarz szedł coraz szybciej, obawiał się, że nie zdoła dogonić uciekinierów. Nie maszerował, tylko biegł, wystawiając na ciężką próbę wytrzymałość nóg Carmaux i Van Stillera.

    3430

    O godzinie siódmej, kiedy słońce chyliło się ku zachodowi, widząc, że towarzysze wędrówki zostali daleko w tyle, zgodził się na piętnastominutowy postój, podczas którego opróżnili manierki i zjedli kilka sucharków.

    3431

    Sam Czarny Korsarz natomiast nie spoczął. Podczas gdy Van Stiller i Carmaux zażywali odpoczynku, on przeszukiwał okolice, licząc, że uda mu się odnaleźć ślady zostawione przez uciekinierów. Oddalił się nieco na południe, miał nadzieję, że usłyszy jakieś odgłosy, a może i wystrzał, który pozwoliłby lepiej określić odległość dzielącą go od Van Goulda i jego oddziału. Po jakimś czasie wrócił i rzekł:

    3432

    — No, ruszajmy, przyjaciele, dajmy z siebie wszystko, a Van Gould za chwilę będzie nasz. A jutro będziecie mogli sobie odpocząć do woli.

    3433

    — Chodźmy — powiedział Carmaux, wstając z wielkim trudem. — Brzegi jeziora muszą być już tuż, tuż.

    3434

    Ruszyli przed siebie, przedzierając się pomiędzy krzakami. Powoli zapadał zmierzch, a z głębi lasu dochodziły odgłosy dzikich zwierząt.

    3435

    Szli już od dwudziestu minut, wzdychając i sapiąc, wycieńczeni, kiedy w pewnym momencie usłyszeli dobiegający z naprzeciwka odgłos, podobny do fali wyrzucającej wodę na brzeg. I w tej samej niemalże chwili dostrzegli błyszczące między drzewami światło.

    3436

    — Zatoka! — wykrzyknął Carmaux.

    3437

    — A to światło to ognisko obozowiska uciekinierów — krzyknął Czarny Korsarz. — Trzymajcie broń w gotowości, wilki morskie! Morderca moich braci już mi się nie wywinie!

    3438

    Zaczęli biec w kierunku tego ogniska, które płonęło na skraju lasu. Czarny Korsarz pokonał dzielącą go od ogniska odległość i z wyciągniętą szpadą rzucił się na przeciwnika gotów go posiekać na kawałki. Jednak zatrzymał się nagle, a z jego ust dobył się przenikliwy krzyk.

    3439

    Wokół ogniska nie było nikogo. Widać było ślady niedawnego postoju, resztki pieczonej małpy, kawałki sucharków i zniszczoną manierkę. Ci jednak, którzy tu biwakowali, zdążyli już odjechać.

    3440

    — Do stu diabłów! Za późno — ryknął Czarny Korsarz z wściekłością.

    3441

    — Panie, może wcale nie jest, jak mówisz — próbował pocieszyć go Carmaux, który właśnie nadbiegł. — Być może są jeszcze w zasięgu naszych muszkietów! O, tam! Na plaży!

    3442

    Czarny Korsarz skierował wzrok w tamtą stronę. W odległości dwustu metrów kończył się las, a zaczynała się płaska plaża, na którą wody jeziora wyrzucały z szumem spienione fale.

    3443

    Przy wątłym świetle pochłanianym przez zmierzch Carmaux zauważył indiańską łódź, która właśnie odpływała, kierując się na południe, czyli w kierunku Gibraltaru.

    3444

    Trzech piratów rzuciło się biegiem na plażę, trzymając broń gotową do strzału.

    3445

    — Van Gould! Zatrzymaj się, ty tchórzu!

    3446

    Jeden z czterech ludzi, którzy znajdowali się na pokładzie łódki, wstał, po czym tuż przed nim zabłysło niewielkie światełko. Czarny Korsarz usłyszał świst kuli, która przeszyła okoliczne drzewa.

    3447

    — Ty zdrajco! — krzyknął Czarny Korsarz, gotując się ze złości. — Ognia, strzelać do nich!

    3448

    Van Stiller i Carmaux uklękli na piasku i wycelowali muszkiety. Chwilę później dało się słyszeć dwa strzały.

    3449

    Na szerokich wodach jeziora ktoś krzyknął i ktoś spadł do wody. Ale łódka, zamiast przystanąć, oddalała się od brzegu w jeszcze większym pośpiechu, kierując się w stronę południowych brzegów i ginąc w mrokach, które na tej szerokości geograficznej zapadały z niezwykłą prędkością.

    3450

    Czarny Korsarz, pijany wręcz wściekłością, rzucił się biegiem ku plaży, z nadzieją, że znajdzie jakąś porzuconą łódkę. Jednak Carmaux coś zauważył i krzyknął:

    3451

    — Kapitanie, spójrz!

    3452

    — Czego chcesz? — zapytał Czarny Korsarz.

    3453

    — Tam jest jakaś łódź.

    3454

    — Dopadnę tego łotra! — krzyczał Czarny Korsarz.

    3455

    W odległości dwudziestu metrów od nich, w małej zatoczce, którą osuszył odpływ, znajdowała się niewielka indiańska łódka wydrążona w pniu cedru, na pierwszy rzut oka dość ciężka, ale w praktyce te tubylcze wynalazki potrafią doścignąć łodzie z prawdziwego zdarzenia.

    3456

    Czarny Korsarz wraz z towarzyszami rzucili się pędem w kierunku małej zatoczki i energicznym ruchem zepchnęli łódkę do morza.

    3457

    — Czy mamy wiosła? — zapytał Czarny Korsarz.

    3458

    — Tak, kapitanie — odpowiedział mu Carmaux. — Ruszajmy, moi dzielni kamraci. Van Gould już nam nie ucieknie.

    3459

    — Wiosłuj całą siłą swych mięśni — krzyknął Carmaux. — Piraci w wiosłowaniu nie mają sobie równych.

    3460

    — Raz, dwa trzy! — odpowiedział Van Stiller, pochylając się nad wiosłem.

    3461

    Łódka wypłynęła z zatoczki i sunęła z prędkością strzały śladem oddalającej się łodzi gubernatora Maracaibo.

    Rozdział XXX. Hiszpańska karawela

    3462

    Szalupa, którą płynął Van Gould, znajdowała się już w odległości przynajmniej tysiąca stóp od brzegu. Tym niemniej piraci, jako zahartowani wojownicy, nie tracili animuszu. Zdawali sobie sprawę, że godnego wioślarskiej siły rywala mieli wyłącznie w osobie Indianina, dwaj pozostali członkowie załogi — Van Gould i towarzyszący mu oficer — przyzwyczajeni byli raczej do władania bronią, a nie wiosłem.

    3463

    Nie zważając na potworne zmęczenie ani dręczący ich głód, Van Stiller i Carmaux włożyli w pościg całą siłę swoich mięśni, dzięki czemu łódź zaczęła nabierać znacznej prędkości. Czarny Korsarz natomiast siedział na dziobie łodzi z arkebuzem w ręku i zagrzewał ich okrzykami:

    3464

    — Wiosłujcie, moje dzielne wilki morskie! Van Gould nam nie ucieknie, a ja w końcu pomszczę swoich braci. Pamiętajcie o Czerwonym i Zielonym Korsarzu!

    3465

    Sunąca coraz szybciej łódka podskakiwała na jeziorze, prując swym spiczastym dziobem spienione grzebienie fal.

    3466

    Carmaux i Van Stiller wiosłowali co sił, napinając mięśnie i zapierając się nogami. Starali się dogonić szalupę przeciwnika, nie chcieli ani na chwilę zwolnić, w obawie, że może nagle zdarzy się coś nieprzewidzianego, co znów pozwoli gubernatorowi wymknąć się Czarnemu Korsarzowi z rąk.

    3467

    Wiosłowali już pięć minut, gdy nagle dziób łodzi w coś uderzył.

    3468

    — Do stu piorunów! — wykrzyknął Carmaux. — Jakaś płycizna czy co?

    3469

    Czarny Korsarz wychylił się przez łódź i zobaczył jakiś czarny, obły kształt. Wyciągnął rękę, żeby zobaczyć, co to takiego, zanim zniknie pod stępką.

    3470

    — To trup! — wykrzyknął.

    3471

    Podciągnął go trochę, żeby mu się przyjrzeć. Były to zwłoki tego hiszpańskiego kapitana, który oberwał w głowę kulą z arkebuza.

    3472

    — To jeden z towarzyszy broni Van Goulda — powiedział, po czym puścił go z powrotem do wody.

    3473

    — Wyrzucili go, żeby pozbyć się zbędnego balastu z pokładu — dodał Carmaux, nie przestając wiosłować. — Raz, dwa, raz, dwa, Van Stiller! Ci szubrawcy są już niedaleko.

    3474

    — Tam są! — krzyknął Czarny Korsarz.

    3475

    Jakieś siedemset metrów przed nimi dostrzegli świetlną smugę, która w miarę, jak płynęli, stawała się coraz jaśniejsza.

    3476

    Szalupa wpłynęła akurat na miejsce, w którym znajdowała się cała kolonia nocoświetlików.

    3477

    — Widać ich, kapitanie? — zapytali Carmaux i Van Stiller jednogłośnie.

    3478

    — Tak, widzę szalupę na świetlnej połaci — odparł Czarny Korsarz.

    3479

    — Damy radę ich dogonić?

    3480

    — A jakże!

    3481

    — Cała naprzód, Van Stillerze!

    3482

    — Wiosłuj co sił, Carmaux!

    3483

    — Wykonujmy dłuższe pociągnięcia wiosłem. Mniej się zmęczymy, a szybciej popłyniemy.

    3484

    — Cisza. Nie trwońcie energii na gadulstwo! — przywołał ich do porządku Czarny Korsarz. — Naprzód, moje dzielne wilki morskie! Widzę już mojego wroga.

    3485

    Czarny Korsarz chwycił za arkebuz i wstał, starając się wypatrzyć pośród cieni na pokładzie szalupy znienawidzonego księcia.

    3486

    W pewnym momencie położył się na dziobie, żeby móc oprzeć broń. Następnie wycelował i wystrzelił. Huk poniósł się echem hen, daleko, jednak nie dało się słyszeć żadnego krzyku, który wskazywałby, że udało mu się trafić.

    3487

    — Pudło, kapitanie?

    3488

    — Tak sądzę — odpowiedział Czarny Korsarz, zaciskając ze złości zęby.

    3489

    — Wiosłuj szybciej, Van Stillerze!

    3490

    — Zaraz mi mięśnie popękają, Carmaux — odpowiedział hamburczyk, który sapał jak foka.

    3491

    Szalupa Van Goulda, pomimo ogromnego wysiłku Indianina, traciła na prędkości. Gdyby miał on obok towarzysza ze swojego plemienia, to z pewnością udałoby mu się utrzymać stałą prędkość aż do świtu, powszechnie bowiem było wiadomo, że czerwonoskórzy zamieszkujący tereny Ameryki Południowej mają w swych szeregach niezrównanych wioślarzy. Tymczasem tracił prowadzenie, głównie z winy hiszpańskiego oficera i Van Goulda, którzy bardzo nieumiejętnie zagrzewali go do wysiłku.

    3492

    Szalupa była już bardzo widoczna, zwłaszcza że wciąż płynęła po podświetlonym przez nocoświetliki morzu. Indianin wiosłował co sił. Gdy piratów dzieliła od Van Goulda odległość czterystu metrów, Czarny Korsarz wstał, wycelował w przeciwnika po raz kolejny i zawołał tubalnym głosem:

    3493

    — Poddajcie się, bo będę strzelał!

    3494

    Nikt jednak nie odpowiedział. Szalupa zrobiła nagły zwrot, kierując się już nie na otwarte morze, ale w stronę przybrzeżnych mokradeł, co wskazywałoby, że Van Gould postanowił szukać schronienia na nieodległej rzece Catatumbo.

    3495

    — Radzę ci się poddać, morderco moich braci! — wykrzyknął po raz kolejny Czarny Korsarz.

    3496

    Jednak także tym razem nie otrzymał żadnej odpowiedzi.

    3497

    — A więc umrzesz, nikczemniku! — zagrzmiał Czarny Korsarz.

    3498

    Wziął na cel Van Goulda, który teraz znajdował się zaledwie trzysta pięćdziesiąt metrów od niego. Jednakże energiczny ruch wioseł wzburzał fale, które chwiały równowagą łodzi, co z kolei uniemożliwiało precyzyjne oddanie strzału.

    3499

    Trzy razy opuszczał arkebuz i trzy razy go podnosił, celując w szalupę. Za czwartym razem padł strzał.

    3500

    Dało się słyszeć krzyk i ktoś wpadł do wody.

    3501

    — Dostał? — krzyknęli jednogłośnie Carmaux i Van Stiller.

    3502

    Czarny Korsarz odpowiedział, przeklinając na głos.

    3503

    Mężczyzna, który dostał, to nie był Van Gould, ale Indianin.

    3504

    — Samo piekło mu sprzyja, czy co?! — wykrzyknął z wściekłością Czarny Korsarz. — Cała naprzód, moje wilki morskie! Weźmiemy go żywcem.

    3505

    Szalupa przeciwnika jednak się nie zatrzymała. Jednak bez Indianina zaczęła tracić na prędkości.

    3506

    Dogonienie jej było już kwestią minut, zważywszy, że Carmaux i Van Stiller byli w stanie płynąć jeszcze długo, zanim by się naprawdę zmęczyli. Gubernator Van Gould i towarzyszący mu oficer, kiedy zdali sobie sprawę, że nie są w stanie stawić czoła piratom, skierowali się ku niewielkiej wysepce, od której dzieliło ich około sześciuset metrów, z nadzieją, że tam nie dosięgną ich kule groźnego przeciwnika.

    3507

    — Carmaux — zauważył Czarny Korsarz — skręcili w stronę wysepki.

    3508

    — Chcą zejść na ląd?

    3509

    — Tak mi się zdaje.

    3510

    — A zatem już się nam nie wymkną. Do stu piorunów!

    3511

    — Do kroćset! — krzyknął Van Stiller. — Co się dzieje?

    3512

    W tym momencie ktoś krzyknął:

    3513

    — Kto płynie?

    3514

    — Hiszpanie! — krzyknęli gubernator i towarzyszący mu oficer.

    3515

    Czarny Korsarz odwrócił się. Zza znajdującego się na wysepce wzniesienia wyłonił się nagle wielki cień przesuwający się w kierunku jeziora. Był to ogromny statek, który na pełnych żaglach płynął w kierunku dwóch szalup.

    3516

    — A niech to! — krzyknął Czarny Korsarz.

    3517

    — Czyżby to jeden z naszych statków? — zapytał Carmaux.

    3518

    Czarny Korsarz nie odpowiedział. Siedział pochylony na dziobie szalupy, z dłońmi zaciśniętymi na lufie arkebuza.

    3519

    — To hiszpańska karawela[117]! — wykrzyknął. — Niech będzie przeklęty ten nikczemnik! Po raz kolejny wymyka mi się z rąk!

    3520

    — Każe nas wszystkich powiesić — dodał Carmaux.

    3521

    — Tak łatwo nas nie dostanie — odparł Czarny Korsarz. — Szybko, płyńcie do brzegu, zanim ten statek zatopi nas swoimi działami.

    3522

    — Do pioruna!

    3523

    — Do stu piorunów! — dodał hamburczyk, pochylając się nad wiosłami.

    3524

    Ich łódka zrobiła nagły zwrot i skierowała się ku brzegowi wysepki, odległej o niecałe czterysta metrów. Piraci obawiali się ostrzału przeciwnika, więc postanowili schować się za przybrzeżnymi skałami. Tymczasem Van Gould i towarzyszący mu oficer weszli na pokład karaweli i powiadomili jej kapitana o zagrażającym im niebezpieczeństwie; widać było, jak marynarze natychmiast zaczęli się uwijać, brasując żagle.

    3525

    — Szybciej! — krzyknął Czarny Korsarz, którego uwadze nic nie umknęło. — Hiszpanie zaraz rozpoczną pościg.

    3526

    — Jeszcze jakieś sto metrów do brzegu — odpowiedział Carmaux.

    3527

    W tej właśnie chwili ukazał się błysk, kłąb dymu zasnuł dziób statku, po czym grad pocisków spadł na przybrzeżne skały.

    3528

    — Szybciej, szybciej — poganiał piratów Czarny Korsarz.

    3529

    Karawela przepłynęła obok cypla i przygotowywała się do halsowania. Spuszczono do wody trzy szalupy, które miały rozpocząć pościg za piratami. Carmaux i Van Stiller zamierzali pod osłoną przybrzeżnych skał jak najszybciej oddalić się z plaży.

    3530

    Czarny Korsarz zabrał z łodzi arkebuzy i skierował się w stronę najbliższych drzew, szukając za nimi schronienia.

    3531

    Carmaux i Van Stiller, widząc w oddali błysk płonącego lontu na dziobie karaweli, padli na wznak za burtą szalupy i skulili się w piasku. Ten manewr ocalił im życie, albowiem kilka sekund później kolejna armatnia salwa obróciła w perzynę niektóre krzaki i rosnące na plaży palmy, a ważąca trzy libry kula wystrzelona z działa mniejszego kalibru, które znajdowało się na innym pokładzie rufówki, roztrzaskała na strzępy rufę szalupy.

    3532

    — Teraz! — krzyknął Czarny Korsarz.

    3533

    Dwaj piraci, którzy cudem uszli z życiem na skutek ostrzału, pobiegli plażą w głąb lądu i zaszyli się między drzewami, a zaraz za nim przeciwnik wystrzelił serię z arkebuzów.

    3534

    — Jesteście ranni? — zapytał Czarny Korsarz.

    3535

    — Piratów kule się nie imają — powiedział Carmaux.

    3536

    — Za mną, nie traćmy czasu — rozkazał Czarny Korsarz.

    3537

    Trzej piraci, nie bacząc na ostrzał z arkebuzów od strony karaweli, uciekli jeszcze bardziej w głąb lasu, by jak najszybciej się zaszyć w leśnej gęstwinie.

    3538

    Wysepka znajdowała się naprzeciwko ujścia rzeki Catatumbo, niewielkiego cieku wodnego, który wpływa do jeziora Maracaibo. Płynie ona wzdłuż terenów podmokłych o rozpiętości mniej więcej kilometra.

    3539

    Wysepka miała kształt stożka, którego wierzchołek sięgał około czterystu metrów wysokości. Zbocza pokryte były gęstą roślinnością, na którą składały się zasadniczo przepiękne cedry, drzewa bawełniane, kolczaste rośliny z rodziny wilczomleczowatych i różne gatunki palm.

    3540

    Na swej drodze piraci nie napotkali żadnego żywego stworzenia, w końcu dotarli do podnóża wierzchołka i postanowili zrobić postój, by zregenerować siły, byli bowiem wycieńczeni wędrówką. Następnie zaczęli przedzierać się przez cierniste krzewy i gęsto porastającą zbocza różnorodną roślinność. Chcieli jak najszybciej wspiąć się na szczyt, żeby stamtąd przyjrzeć się siłom wroga i łatwiej przewidzieć jego ruchy, a następnie podjąć decyzję, co począć dalej.

    3541

    Dotarcie na szczyt zabrało im dwie godziny, musieli torować sobie drogę, tnąc kordelasami gęste krzaki. W końcu jednak znaleźli się na szczycie, na którym rosły zaledwie sporadyczne krzaki. Księżyc w pełni oświetlił morską toń, mogli więc bardzo dokładnie przyjrzeć się karaweli.

    3542

    Statek zakotwiczył jakieś trzysta metrów od brzegu, natomiast trzy szalupy, które rozpoczęły pościg, zatrzymały się przy roztrzaskanej wybuchem indiańskiej pirodze[118].

    3543

    Marynarze już zeszli na ląd. Nie mieli jednak odwagi zapuścić się głębiej, prawdopodobnie obawiając się zasadzki. Rozłożyli się obozem na plaży, rozpalili kilka ognisk, chcąc uniknąć bezlitosnego ataku komarów, które w dużych skupiskach latały wzdłuż brzegu jeziora Maracaibo.

    3544

    — Zanim zaczną nas ścigać, zaczekają do świtu — skonstatował Carmaux.

    3545

    — Tak — odpowiedział Czarny Korsarz przytłumionym głosem.

    3546

    — Do pioruna! Szczęście za bardzo sprzyja temu łotrzykowi!

    3547

    — A może nawet sam diabeł we własnej osobie!

    3548

    — Albo i jedno, i drugie. Bo to już drugi raz wymknął nam się z rąk.

    3549

    — I co więcej, role się odwróciły, i teraz to on nas ściga — dodał hamburczyk.

    3550

    — To się jeszcze okaże — powiedział Carmaux. — Jesteśmy wciąż wolni, a poza tym mamy się czym bronić — dodał.

    3551

    — Jak się niby chcesz bronić, kiedy cała załoga tej karaweli przypuści szturm? — zapytał Van Stiller.

    3552

    — W Maracaibo też wszyscy Hiszpanie nas okrążyli, gdy się zabarykadowaliśmy w domu notariusza, i co? I udało nam się wywinąć bez uszczerbku.

    3553

    — Zgadza się — odparł Czarny Korsarz. — Tyle tylko, że to nie jest dom notariusza i nie ma tutaj żadnego hrabiego Lermy, który mógłby nam pomóc.

    3554

    — Czyżbyśmy mieli dokonać żywota na stryczku? Gdyby tak Franciszek l'Olonnais pośpieszył nam na ratunek!

    3555

    — Pewnie jest jeszcze zajęty łupieniem Maracaibo — odpowiedział Czarny Korsarz. — Póki co nie możemy na niego liczyć.

    3556

    — Myślicie, że jest stąd jakaś droga ucieczki?

    3557

    — Nie mam pojęcia — odparł Carmaux.

    3558

    — Kapitanie, czy Franciszek l'Olonnais jeszcze długo zabawi w Maracaibo?

    3559

    — Właściwie to powinien już tu być. Ale dobrze go znasz, biorąc pod uwagę jego pazerność, pewnie podążył za Hiszpanami, którzy uciekli z miasta i pochowali się w lasach.

    3560

    — Kapitanie, ale umówiłeś się z nim przecież.

    3561

    — Tak, jesteśmy umówieni przy ujściu rzeki Catatumbo albo Suany — odpowiedział Czarny Korsarz. — Miejmy nadzieję, że wkrótce się tam zjawi.

    3562

    — Ale ile mamy czekać?

    3563

    — Do stu piorunów! Nie zasiedzi się chyba w Maracaibo całymi miesiącami! Przecież w jego interesie jest jak najszybciej zaatakować Gibraltar!

    3564

    — Tak, wiem.

    3565

    — Nie trać wiary, zobaczysz, że się zjawi, i to całkiem szybko.

    3566

    — Tylko żeby zdążył przed naszą śmiercią… Myślisz, że Van Gould odpuści i zostawi nas żywych na tym wierzchołku? Nie, mój drogi, zaraz urządzi obławę i zrobi wszystko, żeby nas schwytać, zanim jeszcze pojawią się nasi kamraci. Za bardzo mnie nienawidzi, żeby dać sobie spokój i pozwolić mi żyć. Być może nawet już teraz zarzucił sznur na jakieś drzewo, który będzie chciał zacisnąć na mojej szyi.

    3567

    — Nie wystarczyła mu śmierć Czerwonego i Zielonego Korsarza? Ten nikczemnik zachowuje się jak pies ze wścieklizną.

    3568

    — Nie, najwyraźniej nie wystarczyła — odpowiedział ponurym głosem Czarny Korsarz. — On chce zetrzeć z pamięci ziemi wszystko, co się wiąże z moją rodziną. Tyle że jeszcze mnie nie dopadł, a ja nie straciłem jeszcze nadziei, że uda mi się pomścić moich braci. Być może Franciszek l'Olonnais jest już niedaleko, i jeśli wytrzymamy kilka dni, zdąży nam przyjść na ratunek. A Van Gould zapłaci w końcu za swoje zdrady i występki.

    3569

    — Co zamierzasz zrobić, kapitanie? — zapytali dwaj piraci.

    3570

    — Trzeba będzie jak najdłużej stawiać opór.

    3571

    — Tutaj? — zapytał Carmaux.

    3572

    — Tak, na szczycie tego wzgórza.

    3573

    — Trzeba będzie się okopać.

    3574

    — Bierzmy się do roboty. Do świtu zostały jakieś cztery godziny.

    3575

    — Do stu piorunów! Van Stillerze, przyjacielu, nie ma czasu do stracenia. Hiszpanie, gdy tylko nadejdzie świt i wzejdzie słońce, z miejsca zaczną nas szukać.

    3576

    — Jestem gotów! — odparł hamburczyk.

    3577

    — Do roboty, mój drogi — odparł Carmaux. — Kapitanie, podczas gdy ty będziesz stał na straży i wypatrywał wroga, my się okopiemy i wybudujemy barykady, które wystawią na ciężką próbę siłę i cierpliwość naszych przeciwników. Chodź za mną, hamburczyku!

    3578

    Na samym szczycie był występ skalny, który stanowił doskonały punkt obserwacyjny, w pobliżu natomiast znajdowało się wiele olbrzymich głazów. Z największych z nich — tocząc je razem z mozołem — piraci utworzyli okrągłą barykadę, wystarczająco wysoką, żeby się skutecznie schronić, klęcząc lub leżąc. Zajęło im to dwie godziny, ale rezultat był wspaniały, ponieważ ukryci za tym grubym murem piraci byli w stanie przetrzymać długie oblężenie, nie narażając się na śmierć od kul wroga.

    3579

    Rezultat jednak nie do końca zadowolił piratów. O ile okop sprawdziłby się jako stanowisko obronne w przypadku ostrzału, nie powstrzymałby jednak błyskawicznego ataku wroga. Postanowili poszukać ciernistych krzewów. Zapuścili się w tym celu do lasu i na naprędce splecionych z gałęzi noszach wnieśli na szczyt krzewy, z których utworzyli kolczasty mur. Jego pokonanie z pewnością poraniłoby ręce i nogi nacierających żołnierzy.

    3580

    — I oto mamy naszą małą twierdzę. Tak łatwo tej przeszkody nie pokonają, jeśli postanowią tu po nas przyjść — powiedział z przekonaniem Carmaux, zacierając ręce z satysfakcją.

    3581

    — Ale jednej rzeczy brakuje. Mam na myśli coś takiego, czego w żadnym oddziale, nawet najmniejszym, nie może zabraknąć — zauważył hamburczyk.

    3582

    — Mianowicie? — zapytał Carmaux.

    3583

    — Spiżarni notariusza z Maracaibo, mój przyjacielu.

    3584

    — Do stu piorunów! Zupełnie zapomnieliśmy, że nie mamy żadnej, choćby najmniejszej przekąski.

    3585

    — Na pewno się ze mną zgodzisz, że trudno nam będzie przemienić te kamienie w chleb.

    3586

    — Ruszajmy do lasu na polowanie. Jeśli tylko Hiszpanie na nas nie ruszą, z pewnością coś upolujemy — rzekł, po czym spojrzał w kierunku skały, na której Czarny Korsarz przyglądał się działaniom wroga i zapytał: — Coś się dzieje?

    3587

    — Na razie nic.

    3588

    — A zatem wykorzystajmy to i chodźmy zapolować.

    3589

    — Idźcie, ja będę stał na straży i pilnował. W razie zagrożenia dajcie sygnał wystrzałem z arkebuza.

    3590

    — Tak zrobię.

    3591

    — Chodź, Van Stillerze — powiedział Carmaux. — Idziemy ogołocić drzewa, a przy okazji złapiemy jakieś dzikie zwierzę.

    3592

    Dwa piraci chwycili za splecione nosze, na których wnieśli na szczyt cierniste krzewy, po czym skierowali się w dół i po chwili zniknęli w leśnych ostępach.

    3593

    Wrócili dopiero o świcie, obładowani jak zwierzęta juczne.

    3594

    Okazało się, że trafili na ziemię, którą ktoś uprawiał, być może przybyły tu z pobliskiej plaży Indianin. Obłowili się w rosnące tam owoce. Przynieśli kokosy, pomarańcze, dwie główki kapusty i ogromnego żółwia błotnistego, którego znaleźli w pobliżu niewielkiego jeziora. W sumie — jeśli oszczędnie gospodarować zapasami — wystarczyłoby przynajmniej na cztery dni.

    3595

    Poza tym, że przynieśli owoce, warzywa i żółwia, dokonali też bardzo ważnego odkrycia, które mogło się okazać dla nich zbawienne, bo na jakiś czas unieszkodliwiłoby i wykluczyło z walki ich przeciwników.

    3596

    — Ha! Ha! — krzyczał rozbawiony Carmax, który nie posiadał się z radości. — Mój drogi hamburczyku, nieźle się zdziwi Van Gould i jego oddziały, jeśli najdzie go ochota, żeby tu po nas przyjść. W tym ukropie cały czas chce się pić, a przecież ani nie będą wracać się napić na swoją karawelę, ani też nie będą taszczyć ze sobą beczek z wodą. Ha! Ha! Spryciarze z tych Indian, nie ma co! Niku zdziała cuda!

    3597

    — Jesteś pewien tego, co mówisz? — zapytał Van Stiller, który nie wyglądał na przekonanego. — Ja w to za bardzo nie wierzę.

    3598

    — Do stu piorunów! Przecież na własnej skórze, a raczej brzuchu, tego doświadczyłem. To istny cud, że nie przekręciłem się z bólu.

    3599

    — Jesteś pewien, że się na to nabiorą i skorzystają z tego wodopoju?

    3600

    — A widziałeś jakieś inne w okolicy?

    3601

    — Poza tym jeziorkiem żadnego.

    3602

    — A zatem będą zmuszeni się napoić.

    3603

    — Chciałbym zobaczyć, jak działa to twoje niku.

    3604

    — Sam się przekonasz, będą się zwijać z bólu brzucha.

    3605

    — A kiedy zatrujemy wodę?

    3606

    — Kiedy tylko będziemy mieć pewność, że przypuszczą atak na wzgórze.

    3607

    W tym momencie Czarny Korsarz, który przez cały czas stał na krawędzi skały i bacznie obserwował, co dzieje się w dole, zszedł do okopanego stanowiska i rzekł:

    3608

    — Dookoła wyspy pływają szalupy.

    3609

    — Myślą, że będziemy uciekać? — zapytał Carmaux.

    3610

    — Nie inaczej.

    3611

    — Kapitanie, my jesteśmy gotowi stawić im czoło w walce. Przez tę kamienno-kolczastą barykadę niełatwo im się będzie przebić, być może wytrzymamy do chwili przybycia z odsieczą Franciszka l'Olonnais i naszej pirackiej braci.

    3612

    — Jeśli tylko Hiszpanie dadzą nam na to czas. Widziałem, że na ląd zszedł czterdziestoosobowy oddział.

    3613

    — Aj! — odparł na to Carmaux z niepocieszoną miną. — Sporo ich, ale za to liczę na pomoc niku.

    3614

    — Co to takiego to niku? — zapytam Czarny Korsarz.

    3615

    — Pozwól za mną, kapitanie. A Van Stiller tymczasem zostanie na straży.

    3616

    Uzbroili się w arkebuzy i zeszli w dół, znikając w lesie, w którym rosły cedry, palmy, simaruby i drzewa bawełniane, i torowali sobie drogę pośród gęsto zwisających lian.

    3617

    Zeszli około stu pięćdziesięciu metrów, ich obecność wypłoszyła z leśnej gęstwiny kilka skrzekliwych papug i wyjców rudych. Aż w końcu dotarli do stawu, który Carmaux przesadnie określił mianem jeziorka, bo w rzeczywistości był to zaledwie staw o obwodzie około trzystu metrów.

    3618

    Był to naturalny zbiornik wodny, raczej płytki, rosło w nim sporo roślin wodnych, zwłaszcza mucumucú, tworzące na jego powierzchni gęste skupiska.

    3619

    Na brzegu tego zbiornika Carmaux pokazał Czarnemu Korsarzowi obrośnięte pędami łodygi, przypominające wyglądem liany. Tworzyły duże rozrośnięte skupisko, rosły splecione ze sobą niczym węże czy krzaki pieprzu.

    3620

    — To za sprawą tych właśnie roślin Hiszpanie dostaną bolesnych kolek — powiedział pirat.

    3621

    — W jaki sposób? — zapytał ciekawy ich działania Czarny Korsarz.

    3622

    — Wkrótce sam zobaczysz, kapitanie.

    3623

    Wówczas pirat dobył kordelasa i zaczął ciąć liczne spośród tych łodyg, przez wenezuelskich i gujańskich Indian zwanych niku, a w przyrodniczym żargonie naukowym określanych mianem robinii. Następnie utworzył z nich wiązki, które położył na pochyłej, wpadającej do stawu skale.

    3624

    Kiedy zebrał już prawie czterdzieści wiązek, ściął dwie długie i masywne gałęzie, jedną z nich podając Czarnemu Korsarzowi.

    3625

    — Zacznij uderzać w te rośliny — rzekł pirat do Czarnego Korsarza.

    3626

    — Co chcesz zrobić?

    3627

    — Zatruć wody tego stawu, kapitanie.

    3628

    — Tymi niby łodyżkami?

    3629

    — Tak właśnie.

    3630

    — Co to za bzdury?!

    3631

    — Żadne bzdury, kapitanie. Niku upija ryby, u ludzi zaś wywołuje straszne bóle brzucha.

    3632

    — Upija ryby? Co ty pleciesz za androny?

    3633

    — Nie słyszałeś nigdy, jak Karaibowie łowią ryby?

    3634

    — Z pewnością, jak wszyscy, używają sieci.

    3635

    — Otóż nie, kapitanie. Wpuszczają do jeziora sok z tych roślin, a wodni mieszkańcy już po chwili wypływają na powierzchnię, wijąc się niezdarnie i dając się z łatwością złapać.

    3636

    — I mówisz, że u ludzi powoduje bóle brzucha?

    3637

    — Tak, kapitanie, a w związku z tym, że na tym wzgórzu ani w okolicach nie ma żadnych innych zbiorników wodnych ani źródeł, hiszpańscy żołnierze będę musieli napoić się tutaj.

    3638

    — Spryciarz z ciebie, Carmaux. A zatem zatrujmy te wody.

    3639

    Chwycili za gałęzie i zaczęli mocno uderzać nimi w rośliny, rozbijając na miazgę pędy, z których w dużych ilościach wydobywał się trujący sok i spływał do stawu.

    3640

    Woda szybko nabrała innej barwy — najpierw zabarwiła się na biało, zupełnie, jakby ktoś wymieszał ją z mlekiem, a następnie przyjęła kolor macicy perłowej. Roślinny sok jednak szybko się rozpuścił i woda na powrót zyskała swoją naturalną barwę. Nikt by się w ogóle nie zorientował, że w wodzie mogła się znaleźć ta substancja, która choć nie stanowiła śmiertelnego zagrożenia, to jednak wywoływała bardzo nieprzyjemne dolegliwości.

    3641

    Dwaj piraci wrzucili jeszcze do wody resztki łodyg z pędami, po czym zauważyli, że na powierzchni wody zaczęły się wić liczne ryby.

    3642

    Biedne upite stworzenia kotłowały się zdezorientowane na powierzchni, próbując uciec z tego stawu, w którym nie czuły się już… jak ryby w wodzie. Wiele z nich starało się dopłynąć do brzegu, wolały zakończyć swój żywot bez powietrza na piaszczystym brzegu niż odczuwać ból, oddychając w zatrutej wodzie.

    3643

    Carmaux pomyślał, że warto skorzystać z okazji i zdobyć dodatkowe zapasy. Obawiał się, że na wypadek oblężenia wroga przyjdzie im później głodować. Zbiegł więc do brzegu i kilkoma uderzeniami gałęzi ogłuszył płaszczkę, jedną piranię i jednego pemercu.

    3644

    — Tego nam brakowało! — krzyknął, biegnąc w stronę kapitana.

    3645

    — I tego też! — wykrzyknął Czarny Korsarz, chowając się błyskawicznie w krzakach.

    3646

    Ciszę zmącił huk wystrzału.

    3647

    Carmaux ani nie krzyknął, ani nie zajęczał. Rzucił się pomiędzy trzciny i znieruchomiał, zupełnie jakby padł postrzelony.

    Rozdział XXXI. Szturm na wierzchołek wzniesienia

    3648

    Na odgłos wystrzału Czarny Korsarz cofnął się o kilka kroków, przekonany, że marynarz strzelał do jakiegoś zwierzęcia, zupełnie nie podejrzewając, że Hiszpanie z karaweli dotarli już do podnóża wierzchołka. Nie widząc go, zaczął krzyczeć:

    3649

    — Carmaux! Carmaux! Gdzie jesteś?

    3650

    W odpowiedzi usłyszał jednak tylko delikatny świst, podobny do syku węża, odgłos dobrze mu znany. Zamiast rzucić się przed siebie, schował się szybko za konarem olbrzymiej simaruby i bacznie wpatrywał się w otwierającą się przed nim przestrzeń.

    3651

    Dopiero wówczas zauważył, że tuż przy skupisku palm unosiła się niewielka chmura dymu, który przesuwał się w kierunku otwartej polany, bardzo powoli, albowiem nie wyczuwało się w powietrzu żadnego podmuchu wiatru.

    3652

    „Strzelali stamtąd” — pomyślał w duchu. „Ale gdzie się podział Carmaux? Jeśli dał mi znak, to zapewne znajduje się w pobliżu i prawdopodobnie uszedł cało z zasadzki. No proszę, Hiszpanie już tu są. W takim razie do dzieła. Wreszcie wyrównamy rachunki!”.

    3653

    Chowając się za grubym konarem simaruby, która osłaniała go przed nieprzyjacielskim ostrzałem, ukląkł i zaczął bacznie przepatrywać wysokie trawy. Znalazł sobie dobre stanowisko obserwacyjne — gruby konar simaruby osłaniał go przed ewentualnym ostrzałem nieprzyjaciół, a wysokie w tym miejscu trawy pozwalały mu z ukrycia niepostrzeżenie obserwować, co działo się na polanie. Niczego nie wypatrzył od strony lasu, skąd padł strzał. Ale jakieś piętnaście metrów od simaruby, w miejscu, w którym rosła kępka krzaków, zauważył, że coś się poruszyło.

    3654

    „Ktoś czołga się w moją stronę”, powiedział w duchu. „To pewnie Carmaux. A może podstępem chce mnie wziąć jakiś Hiszpan? Arkebuz jest nabity, a chybić celu mi się nie zdarza”.

    3655

    Trwał nieruchomo przez kilka chwil, przystawiając ucho do ziemi. Słyszał wyraźnie szelest kogoś, kto czołgał się wśród traw. Błyskawicznie powstał i zaczął przepatrywać wysokie trawy.

    3656

    „Ach” — westchnął głęboko.

    3657

    Piętnaście metrów od drzewa ostrożnie czołgał się Carmaux. Nawet wąż nie pełzałby tak bezszelestnie ani tak podstępnie, czy to chcąc uniknąć niebezpieczeństwa, czy też chcąc wziąć z zaskoczenia swoją ofiarę.

    3658

    „Spryciarz z niego”, pomyślał Czarny Korsarz. „Oto człowiek, który wyjdzie cało z każdej opresji. A co się stało z Hiszpanem, który do niego strzelał? Czyżby zapadł się pod ziemię?”.

    3659

    Carmaux nadal się czołgał, kierując się w stronę olbrzymiej simaruby i pozostając w ukryciu w obawie, że moment nieuwagi narazi go na kolejny strzał.

    3660

    Dzielny Czarny Korsarz ani na chwilę nie odstawił swojego arkebuza ani też swoich ryb, które miał przyszykowane na śniadanie. A niech to licho! Przecież nie na darmo zadał sobie tyle trudu, żeby je złapać.

    3661

    Na widok Czarnego Korsarza Carmaux przestał się obawiać, błyskawicznie się podniósł i kilkoma susami do niego dobiegł, chowając się za konarem simaruby.

    3662

    — Jesteś ranny? — zapytał go Czarny Korsarz.

    3663

    — Tak jak ty — odparł z uśmiechem.

    3664

    — Myślałem, że cię trafili.

    3665

    — Udawałem, że dostałem. Padłem jak kłoda na ziemię tylko dla zmyłki, chciałem, żeby myśleli, że oberwałem. A ja jestem jeszcze żywszy niż przedtem. Te kapuściane głowy myślały, że dam się posłać na tamten świat, zupełnie jakbym, nie przymierzając, był jakimś głupim Indianinem. A Carmaux to przecież spryciarz.

    3666

    — A gdzie się podział ten, co do ciebie strzelał?

    3667

    — Wydaje mi się, że uciekł, gdy tylko usłyszał twój głos. Jednak trudno powiedzieć, w którą stronę, stałem i patrzyłem w kierunku zarośli, ale nie widziałem, w którą stronę pobiegł.

    3668

    — Był sam?

    3669

    — Tak.

    3670

    — Hiszpan?

    3671

    — Marynarz.

    3672

    — Myślisz, że będzie nas śledzić?

    3673

    — Tego nie można wykluczyć. Ale nie sądzę, żeby się odważył pokazać, skoro teraz jest nas dwóch.

    3674

    — Carmaux, wracajmy na wierzchołek. Niepokoję się o Van Stillera.

    3675

    — A jeśli zaatakują nas z zaskoczenia? Ten Indianin mógł nie być sam, reszta mogła czaić się w zaroślach.

    3676

    — Będziemy mieć oczy szeroko otwarte i palec na spuście. W drogę, kamracie!

    3677

    Ruszyli w drogę, trzymając muszkiety wymierzone w zarośla, aż w końcu dotarli do gęstych krzaków i się w nich ukryli.

    3678

    Chwilę czekali w ukryciu, chcieli bowiem sprawdzić, czy ktoś ich śledził. Jako że ani nikt się nie pokazał, ani nikogo nie było słychać, ruszyli zatem dziarskim krokiem w dalszą wędrówkę, wspinając się po stromych i gęsto porośniętych roślinnością zboczach.

    3679

    Dwadzieścia minut wystarczyło, żeby pokonać odległość, która dzieliła ich od małego okopanego obozowiska.

    3680

    Pełniący wartę na samym szczycie Van Stiller wybiegł im naprzeciw:

    3681

    — Słyszałem wystrzał. Kapitanie, czy to ty strzelałeś?

    3682

    — To nie ja. Zauważyłeś kogoś?

    3683

    — Nikogo nie widziałem. Poza tym cisza jak makiem zasiał. W pobliżu nikogo. W oddali natomiast i owszem — grupa marynarzy opuściła plażę i weszła w głąb lasu.

    3684

    — A karawela wciąż stoi zakotwiczona?

    3685

    — Stoi jak stała.

    3686

    — A szalupy?

    3687

    — Patrolują wybrzeże i blokują możliwość ucieczki z wyspy.

    3688

    — Kto przewodził tej grupie?

    3689

    — Widziałem na ich czele jakiegoś siwobrodego starca.

    3690

    — Przecież to on! — wykrzyknął Czarny Korsarz, mocno zaciskając ze złości zęby. — Niech ten łajdak tylko się tu pojawi. Zobaczymy, komu będzie sprzyjało szczęście i czy fortuna go uchroni od mojego arkebuza.

    3691

    — Jak myślisz, kapitanie, ile czasu im zabierze, żeby się tu dostać? — zapytał Carmaux, który zaczął właśnie zbierać chrust.

    3692

    — Być może nie odważą się zaatakować nocą i zaczekają na nowy dzień.

    3693

    — W takim razie możemy przygotować kolację i się posilić. Powiem wam szczerze, że nie wiem, gdzie się podziały moje jelita. Van Stiller, upiecz, proszę, te dwie wspaniałe płaszczki. Jestem pewien, że tak ci zasmakują, że będziesz jadł, aż ci się będą uszy trzęsły.

    3694

    — Z co jeśli znienacka nadejdą Hiszpanie? — zapytał tonem zdradzającym wyraźny niepokój hamburczyk.

    3695

    — Wtedy jedną ręką będziemy jeść, a drugą walczyć. Dla nas płaszczki, dla nich ołowiane kulki. Potem zobaczymy, kto co lepiej strawi.

    3696

    Gdy Czarny Korsarz wszedł na wierzchołek i zaczął obserwować okolicę, dwaj piraci rozpalili ognisko i zaczęli piec ryby, uprzednio oczyściwszy je z groźnych, długich ości.

    3697

    Pół godziny później Carmaux ogłosił tryumfalnym tonem, że kolacja jest gotowa, Hiszpanie natomiast jak dotąd wcale się nie pojawili. Trzech piratów usiadło, by się posilić i nagryźli pierwszy kęs, kiedy od strony morza dało się słyszeć potężny huk armat.

    3698

    — Działo! — wykrzyknął Carmaux.

    3699

    Nie zdążył zamknąć buzi, a wypust skały, która służyła piratom za punkt obserwacyjny, runął i rozbił się z łomotem na drobne kawałki.

    3700

    — Do kroćset…! — krzyknął Carmaux, skacząc na równe nogi.

    3701

    — Furmanów fur beczek! — dokończył Van Stiller.

    3702

    Czarny Korsarz rzucił się na skraj skały, żeby zobaczyć, skąd padł ten strzał.

    3703

    — Na tabuny ludożerców! — krzyknął Carmaux. — Żeby nawet zjeść nie można było w świętym spokoju nad tym przeklętym jeziorem Maracaibo. Niech piekło pochłonie Van Goulda i wszystkich okazujących mu ślepe posłuszeństwo. Kolacja poszła z dymem! A takie smakowite płaszczki!

    3704

    — Carmaux, nie złość się, przegryziesz sobie potem kawałek żółwia i ci przejdzie.

    3705

    — Jeśli Hiszpanie nam na to pozwolą — powiedział Czarny Korsarz, który tymczasem wrócił do ogniska. — Nacierają od strony lasu, a od strony morza ostrzeliwuje nas karawela.

    3706

    — Chcą nas zetrzeć na miazgę? — zapytał Carmaux.

    3707

    — Raczej zrobią z nas to, co my z tych płaszczek! — odparł Van Stiller.

    3708

    — Na szczęście my jesteśmy płaszczkami, które potrafią być groźne, mój drogi. Kapitanie, widać już Hiszpanów?

    3709

    — Są jakieś pięćset, sześćset metrów od nas.

    3710

    — Do kroćset!

    3711

    — Co się dzieje?

    3712

    — Mam pomysł, kapitanie.

    3713

    — Zamieniam się w słuch.

    3714

    — Skoro karawela nas ostrzeliwuje, to i my ostrzelajmy Hiszpanów.

    3715

    — Widzisz tu gdzieś jakieś działo, Carmaux? Czy może słońce przegrzało ci mózg?!

    3716

    — Ani jedno, ani drugie, kapitanie. Miałem na myśli coś innego — trzeba tylko sturlać w dół te głazy. Zbocze jest strome, więc na pewno się nie zatrzymają w połowie.

    3717

    — Pomysł jest dobry i w odpowiednim momencie go uskutecznimy. A tymczasem, moi dzielni żołnierze, rozdzielmy się i niech każdy pilnuje swojego stanowiska. Ale oddalcie się od skały, bo możecie oberwać jakimś odłamkiem, który może się ukruszyć i uderzyć was w głowę.

    3718

    — Wystarczyły mi te, które spadły mi na plecy — powiedział Carmaux, pakując do kieszeni kilka mango. — Zobaczmy, czego mogą od nas chcieć te urwipołcie, słono mi zapłacą za te płaszczki.

    3719

    Rozdzielili się i każdy poszedł na swoje stanowisko, ukryte pośród krzaków, które otaczały wierzchołek, czekając na nieprzyjaciela z wycelowanym muszkietem.

    3720

    Marynarze karaweli, licząc być może na sowitą zapłatę ze strony gubernatora, wspinali się zawzięcie po stromych zboczach wierzchołka, torując sobie drogę pośród gęstej kosodrzewiny. Byli jeszcze zbyt nisko, żeby mogli ich zobaczyć piraci, choć dobrze słyszeli odgłos ciętych gałęzi czy lian, które napotykali na swej drodze, i ich głośne rozmowy. Nacierali z dwóch stron zbocza, w dużych, zwartych grupach, gotowi zmierzyć się z każdą niespodzianką. Jeden oddział już obszedł jezioro, drugi natomiast szedł od strony głębokiej doliny.

    3721

    Czarny Korsarz upewnił się, z których stron nadchodzą, po czym postanowił wdrożyć plan zaproponowany przez Carmaux, chcąc staranować za pomocą rozpędzonych kamieni wspinających się wąskim gardłem zbocza żołnierzy.

    3722

    — Pozwólcie do mnie, moi dzielni żołnierze — rzekł do swoich kamratów. — Najpierw zajmijmy się oddziałem, który chce nas zaatakować od tyłu. Potem zajmiemy się tymi, którzy nadchodzą od strony jeziora.

    3723

    — W ich przypadku mam nadzieję, że unieszkodliwi ich niku — rzekł Carmaux. — Ugaszą pragnienie, po czym będą uciekać, gdzie pieprz rośnie, trzymając się za brzuch.

    3724

    — Na moją komendę… — rzekł Czarny Korsarz, widząc toczącego ogromny głaz hamburczyka. — Start! — dał rozkaz dowódca.

    3725

    Dwóm piratom nie trzeba było powtarzać rozkazu, od razu zaczęli toczyć w kierunku krawędzi, z zawrotną prędkością, tuzin głazów, a następne zepchnęli je wąskim gardłem zbocza.

    3726

    Ta potężna kamienna lawina z siłą i prędkością huraganu potoczyła się przez las, podskakując, taranując krzaki i młode drzewa, które napotykała na swej drodze.

    3727

    Na rezultat nie trzeba było długo czekać, po kilku sekundach w dole doliny podniosły się krzyki przerażenia, a zaraz po nich odgłosy wystrzałów z muszkietu.

    3728

    — Ha! A macie za swoje! — krzyknął Carmaux tryumfalnie. Najwyraźniej ktoś tam na dole oberwał!

    3729

    — Widzę wycofujących się biegiem w popłochu ludzi — powiedział Van Stiller, który wspiął się na szczyt wzniesienia, z którego miał dobrą widoczność na to, co działo się u podnóża wzniesienia.

    3730

    — Wydaje mi się, że dostali za swoje i skutecznie wybiliśmy im z głowy szturm.

    3731

    — Hamburczyku, na wszelki wypadek, żeby nie było wątpliwości, proponuję dokładkę.

    3732

    — Jestem gotów, Carmaux. Dawaj!

    3733

    Piraci zepchnęli jeszcze raz całą lawinę olbrzymich kamieni. Drugi zrzut stoczył się z takim samym hukiem, tratując roślinność porastającą zbocze i wysadzając z posad napotykane na swojej drodze inne kamienie i głazy. Marynarze z karaweli salwowali się ucieczką na zbocza i chowali się za drzewami.

    3734

    — Myślę, że póki co mamy od nich spokój — odrzekł Carmaux, zacierając z zadowolenia dłonie. — Dostali za swoje!

    3735

    — Bierzmy się zatem za pozostałych — powiedział Czarny Korsarz.

    3736

    — Jeśli nie dostali kolki od tej prędkiej ucieczki — dodał Van Stiller.

    3737

    — Nie widać, żeby ktoś się wspinał.

    3738

    — Cicho bądźcie.

    3739

    Czarny Korsarz podszedł do krawędzi skały i przez kilka chwil nasłuchiwał.

    3740

    — I co, nic? — zapytał Carmaux, który bardzo się niecierpliwił.

    3741

    — Cisza jak makiem zasiał — odparł Czarny Korsarz.

    3742

    — Czyżby napili się niku?

    3743

    — Czy może zakradają się, pełzając jak węże? — zapytał Van Stiller.

    3744

    — Ostrożnie, żeby nie podziurawili nas prochem znienacka.

    3745

    — Być może zatrzymali się w obawie, że ich pozgniatamy jak robaki — skonstatował Carmaux. — Być może nasza kamienna artyleria jest groźniejsza od tej, którą dysponuje karawela. A już na pewno nie jest tak kosztowna.

    3746

    — Spróbuj oddać strzał w tamte zarośla — rozkazał Czarny Korsarz, zwracając się do hamburczyka. — Jeśli odpowiedzą, będziemy wiedzieć, jak się zachować.

    3747

    Van Stiller poszedł w kierunku krawędzi, przykucnął za krzakiem i wypalił z arkebuza w sam środek zarośli.

    3748

    Odgłos wystrzału poniósł się szerokim echem po lesie, lecz na tym się skończyło. Piraci odczekali chwilę, nadstawiając ucha i przepatrując gęste listowie, po czym wypalili z muszkietów każdy w innym kierunku.

    3749

    Jednak także tym razem nie dało się słyszeć żadnej reakcji. Co zatem mogło się stać z drugim oddziałem, który wspinał się do góry od strony jeziora?

    3750

    — Lepiej by było strzelać, wkładając w to więcej serca.

    3751

    — Ta cisza ma w sobie coś złowróżbnego, przeczuwam pułapkę. Kapitanie, co zamierzasz zrobić?

    3752

    — Schodzimy, Carmaux — odpowiedział Czarny Korsarz, który się zaniepokoił.

    3753

    — A co, jeśli Hiszpanie się zaczaili i zechcą wziąć szturmem nasze obozowisko?

    3754

    — Van Stiller zostanie tu na czatach. Chcę wiedzieć, co szykują nasi przeciwnicy.

    3755

    — Chcesz to wiedzieć, kapitanie? — zapytał hamburczyk, który zrobił kilka kroków do przodu w kierunku krawędzi.

    3756

    — I co, widzisz ich?

    3757

    — Kilku tarza się po ziemi w spazmach.

    3758

    — Gdzie?

    3759

    — Tam na dole, zaraz przy jeziorze.

    3760

    — Ha! Ha! — zaśmiał się na tę wiadomość Carmaux. — Chyba skosztowali niku. Trzeba im wysłać jakiś środek uśmierzający.

    3761

    — W postaci kulki, prawda? — zapytał Van Stiller.

    3762

    — Nie, dajcie im spokój — powiedział Czarny Korsarz. — Trzymajmy zapas amunicji na decydujące starcie. Poza tym nie ma sensu zabijać tych, którzy nam już nie zagrażają. Skoro spalił na panewce pierwszy ich atak, wykorzystajmy ten spokój na froncie w celu wzmocnienia naszego obozowiska. Nasz ratunek zależeć będzie od siły obrony i stawianego oporu.

    3763

    — Dobrze by było, żebyśmy zjedli też kolację — powiedział Carmaux. — Mamy jeszcze żółwia, piranie i jednego pemecru.

    3764

    — Oszczędzajmy prowiant, Carmaux. Możemy tu tkwić osaczeni nawet kilka dobrych tygodni. Franciszek l'Olonnais może zostać długo w Maracaibo, a dobrze wiesz, że możemy liczyć tylko na jego pomoc i odsiecz, żeby wyjść cało z tej opresji.

    3765

    — Zaspokoimy głód piraniami.

    3766

    — Niech będzie.

    3767

    Podczas gdy marynarz rozpalał wraz z hamburczykiem ognisko, Czarny Korsarz wdrapał się na skałę, żeby zobaczyć, co się dzieje na plaży małej wysepki.

    3768

    Karawela stała z zarzuconą kotwicą, choć na jej pokładzie panowało spore zamieszanie i marynarze uwijali się jak w ukropie.

    3769

    Wszystko wskazywało na to, że żołnierze uruchamiali kolubrynę[119], która została postawiona i wycelowana w górę, zupełnie jakby chcieli znów skierować ostrzał na szczyt wierzchołka.

    3770

    Cztery szalupy pływały wzdłuż plaży, chcąc w razie czego uniemożliwić osaczonym jakąkolwiek szansę ucieczki, choć obawa, że chcieliby uciec, była zupełnie bezpodstawna, zważywszy, że piraci nie mieli na wyposażeniu żadnej łódki ani też nie daliby absolutnie rady przepłynąć wpław ogromnego dystansu, jaki dzielił wyspę od ujścia rzeki Catatumbo.

    3771

    Wszystko wskazywało na to, że żaden z dwóch wysłanych przeciwko piratom oddziałów nie powrócił na brzeg, bowiem na plaży nie było widać żadnego żołnierza.

    Rozdział XXXII. W rękach Van Goulda

    3772

    Podczas tego niekończącego się dnia ani Van Gould, ani marynarze na karaweli nie dawali znaków życia. Najwyraźniej byli przekonani, że prędzej czy później dopadną trzech piratów ukrywających się na szczycie, uznali więc jakikolwiek szturm za bezcelowy.

    3773

    Oczywiście chcieli wymusić na nich kapitulację za pomocą głodu i pragnienia, a poza tym chcieli dostarczyć gubernatorowi sławetnego pirata w całości i żywego, aby ten później mógł go powiesić, podobnie jak uczynił to z jego dwoma nieszczęsnymi braćmi na placu Maracaibo.

    3774

    Carmaux i Van Stiller upewnili się co do obecności marynarzy. Zapuścili się w knieje, zakradli się nieopodal miejsca, w którym rozbiły się obozem na zboczach wzniesienia liczne oddziały wojska. Nie spotkali natomiast żadnego z nich wokół jeziora, co było oczywistym dowodem na to, że napastnicy mieli okazję zasmakować niku.

    3775

    Wraz z nastaniem wieczoru piraci zaczęli szykować się do podróży; mieli zamiar przełamać nieprzyjacielski opór i przedostać się poza linię wroga, zamiast czekać w swoim okopie skazani na powolną i pewną śmierć przez zagłodzenie, skoro nie mieli żadnych szans, żeby skądkolwiek pozyskać żywność.

    3776

    Około godziny jedenastej, kiedy upewnili się, że w okolicy nie ma żadnej zasadzki i że nieprzyjaciele nie opuścili swojego obozowiska, zabrali resztki prowiantu, a także podzielili się amunicją — dla każdego po trzydzieści pocisków — po czym opuścili po cichu niewielkie ufortyfikowane okopy i udali się w stronę jeziora.

    3777

    Zanim jednak podjęli marsz, dokładnie wytyczyli jego trasę, tak żeby nie wpaść przypadkiem na stacjonujące oddziały Hiszpanów i nie poderwać ich do walki. Gdyby ich scenariusz się nie sprawdził, wszystko wzięłoby w łeb — a był to jedyny plan, który mógłby im pozwolić uniknąć konfrontacji z pałającym żądzą zemsty i nienawiścią gubernatorem.

    3778

    Istniało poza tym ryzyko, że spotkają na drodze pojedynczych wartowników i zwiadowców, mieli jednak nadzieję, że przy panujących w leśnej gęstwinie ciemnościach, a także dzięki ich sprytowi i ostrożności uda im się ich uniknąć.

    3779

    Poruszali się powoli, pełzając niczym gady, ostrożnie, żeby nie poruszyć żadnego kamienia, który mógłby stoczyć się po zboczu. Po dziesięciu minutach dotarli do olbrzymich drzew, do miejsca, w których było ciemno jak w piekle. Przez chwilę nasłuchiwali, a następnie, nie słysząc już żadnego hałasu i widząc ogień na zboczach wzniesienia, powzięli wędrówkę. W obawie, żeby nie szeleścić liśćmi i nie wpaść w jakieś zagłębienie czy zdradliwy lej, szli pochyleni, obmacując teren dłońmi.

    3780

    Zeszli już na wysokość trzystu metrów, kiedy Carmaux, który szedł na czele pochodu, nagle się zatrzymał i schował za pniem dużego drzewa.

    3781

    — Co jest? — zapytał go szeptem Czarny Korsarz, który właśnie za nim stanął.

    3782

    — Słyszałem odgłos łamiącej się gałązki — wyszeptał bardzo niewyraźnie pirat.

    3783

    — Gdzieś w pobliżu?

    3784

    — Nieopodal.

    3785

    — Myślisz, że to jakieś zwierzę?

    3786

    — Trudno powiedzieć.

    3787

    — Czy może jakiś zwiadowca czy wartownik?

    3788

    — Jest zbyt ciemno, żeby coś zobaczyć, kapitanie.

    3789

    — Zatrzymajmy się na kilka minut.

    3790

    Położyli się wszyscy trzej wśród traw i korzeni, po czym, wstrzymując oddech, zaczęli nasłuchiwać.

    3791

    Po kilku chwilach pełnego niepokoju oczekiwania usłyszeli dwóch ludzi, którzy szli w ich kierunku i rozmawiali dość cicho:

    3792

    — Zaraz się zacznie — powiedział jeden głos.

    3793

    — Czy wszyscy są już gotowi? — zapytał drugi głos.

    3794

    — Diego, być może oni już opuścili swoje obozowisko.

    3795

    — Widzę, że na zboczu pali się jeszcze ognisko.

    3796

    — Specjalnie ich nie zgaszono, żeby piraci myśleli, że nikt z nas nie ma zamiaru się ruszać z miejsca.

    3797

    — Gubernator to szczwany lis!

    3798

    — To prawdziwy wojownik, Diego.

    3799

    — Myślisz, że uda nam się ich złapać?

    3800

    — Weźmiemy ich z zaskoczenia, zobaczysz.

    3801

    — Ale będą się na pewno zajadle bronić. Sam Czarny Korsarz wart jest naszych dwudziestu ludzi, Sebastiano…

    3802

    — Ale nas jest sześćdziesięciu, a poza tym sam Van Gould włada szpadą po mistrzowsku.

    3803

    — Według mnie to za mało, żeby powstrzymać tego zapaleńca Czarnego Korsarza. Coś mi się wydaje, że wielu z nas przywita się z zaświatami.

    3804

    — Ale ci, co przeżyją, nieźle się obłowią: dziesięć tysięcy piastrów! Sam pomyśl, ile picia i jedzenia!

    3805

    — Sumka niczego sobie, Sebastianie. Carrai! Gubernator chce zobaczyć trupa.

    3806

    — Nie, Diego, on chce go dostać żywcem.

    3807

    — Pewnie, żeby go powiesić później.

    3808

    — Co do tego nie ma wątpliwości. Słyszałeś te odgłosy, Diego?

    3809

    — Tak, nasze oddziały wyruszają w drogę.

    3810

    — A zatem chodźmy z nimi, u góry czeka na nas dziesięć tysięcy piastrów.

    3811

    Czarny Korsarz i jego kamraci nie drgnęli. Siedzieli nieruchomo i cicho pośród wysokich traw i lian jak myszy pod miotłą, gotowi oddać strzał, gdyby tylko okazało się to konieczne.

    3812

    Wytężając wzrok, zobaczyli, jak niewyraźne sylwetki marynarzy torują sobie drogę, odgarniając zwisające liany i odchylając gałęzie, po czym na dobre znikają w mroku. Aż nagle jeden z nich zatrzymał się i rzekł:

    3813

    — Diego, słyszałeś?

    3814

    — Nie.

    3815

    — A ja słyszałem jakby syknięcie.

    3816

    — To pewnie jakiś owad.

    3817

    — A może wąż?

    3818

    — Tym bardziej zatem trzeba się stąd oddalić. Chodź, nie chcę dołączyć do walki jako ostatni.

    3819

    Po tej krótkiej wymianie zdań dwóch marynarzy kontynuowało swój marsz, ginąc powoli w mrocznym tunelu roślinności.

    3820

    Trzej piraci zaczekali chwilę w obawie, że Hiszpanie zechcą jeszcze zawrócić czy może postanowią się zatrzymać, a następnie Czarny Korsarz wstał z kolan i rozejrzał się bacznie dookoła.

    3821

    — Do stu piorunów! — wymamrotał pod nosem Carmaux, swobodnie nabierając powietrza. — Powoli zaczynam wierzyć, że szczęście nam sprzyja.

    3822

    — Ja bym nie dał ani piastra za naszą skórę — powiedział Van Stiller. — Jeden z tych dwóch przeszedł mi tuż pod nosem, prawie na mnie nadepnął.

    3823

    — Dobrze zrobiliśmy, opuszczając nasze obozowisko. Sześćdziesięciu ludzi! Przecież nie dalibyśmy rady odeprzeć ataku!

    3824

    — Czeka ich niemiła niespodzianka u góry, Carmaux. Znajdą tam tylko ości i kamienie.

    3825

    — Zawsze coś. Zaniosą je potem gubernatorowi.

    3826

    — Naprzód — powiedział Czarny Korsarz. — Musimy dotrzeć do plaży, zanim Hiszpanie zauważą, że uciekliśmy. Jeśli będą bić na alarm, wtedy nie uda nam się wziąć z zaskoczenia żadnej szalupy.

    3827

    Byli pewni, że nie napotkają na swojej drodze żadnych innych przeszkód ani nie grozi im jeszcze niebezpieczeństwo i nie zostaną schwytani. Udali się w kierunku jeziora, potem przedostali się na drugą stronę, schodząc dalej tym wąwozem, którym wcześniej toczyły się zrzucone przez nich z góry kamienie. Chcieli jak najszybciej dotrzeć do plaży u południowego wybrzeża wyspy, żeby znaleźć się możliwie jak najdalej od karaweli.

    3828

    Los im sprzyjał i nie napotkali po drodze na żadne niemiłe niespodzianki. O północy byli już na plaży.

    3829

    Ich oczom ukazała się jedna z czterech szalup, która dryfowała na samym krańcu niewielkiego wzniesienia. Na jej załogę składało się dwóch mężczyzn, którzy zeszli na ląd i spali, grzejąc się tuż obok żarzącego się ogniska; spali sobie w najlepsze, przekonani, że żołnierze z karaweli rozpoczęli szturm na wzgórze i że piraci byli otoczeni ze wszystkich stron.

    3830

    — Bułka z masłem — wymamrotał pod nosem Czarny Korsarz. — Jeśli ci dwaj się nie obudzą, wypłyniemy w morze i dopłyniemy do ujścia rzeki Catatumbo.

    3831

    — Nie zabijemy ich? — zapytał Carmaux.

    3832

    — To nie ma najmniejszego sensu — odparł Czarny Korsarz. — Nie stanowią dla nas zagrożenia, przynajmniej tak mi się wydaje.

    3833

    — A gdzie są pozostałe szalupy? — zapytał hamburczyk.

    3834

    — Jedna jest na lądzie, zaraz przy skałach przybrzeżnych, jakieś pięćset metrów od nas — odpowiedział Carmaux.

    3835

    — No to już, migiem, pakujmy się do łodzi — poruczył Czarny Korsarz.

    3836

    — Za kilka minut Hiszpanie zauważą naszą ucieczkę.

    3837

    Na paluszkach weszli na niewielkie wzniesienie, przechodząc pod nosem obu marynarzy, którzy smacznie sobie spali, chrapiąc w najlepsze. Zepchnęli łódź z plaży do wody, wskoczyli do środka, po czym chwycili za wiosła.

    3838

    Odpłynęli jakieś pięćdziesiąt metrów, mieli nadzieję, że uda im się niepostrzeżenie wypłynąć na szerokie morze, aż tu nagle dało się słyszeć strzały z muszkietów. Hiszpanie dotarli na sam szczyt i przypuścili szturm na obozowisko piratów, przekonani, że ci się tam ukrywają.

    3839

    Na odgłos tych wystrzałów dwóch marynarzy zerwało się na równe nogi. Widząc, że szalupa się oddaliła i że piraci znaleźli się na jej pokładzie, rzucili się biegiem w kierunku plaży.

    3840

    — Stać! Zatrzymać się! Co wy za jedni? — krzyczeli.

    3841

    Zamiast odpowiedzieć, Carmaux i Van Stiller pochylili się i zaczęli z zapałem wiosłować.

    3842

    — Do broni! — krzyknęli dwaj marynarze, kiedy dotarło do nich, że zostali zrobieni na szaro.

    3843

    Następnie zagrzmiały dwa strzały z muszkietu.

    3844

    — Do diabła z wami! — krzyknął Carmaux, kiedy jedna kula złamała mu wiosło.

    3845

    — Trzymaj drugie wiosło.

    3846

    — Do stu piorunów! — wykrzyknął Van Stiller.

    3847

    — Co się dzieje?!

    3848

    — Jakaś inna szalupa ruszyła za nami w pogoń, kapitanie.

    3849

    — Zajmijcie się wiosłowaniem, a ja będę strzelał, nie pozwalając jej się zbliżyć — odparł z przekonaniem Czarny Korsarz.

    3850