Oferta dla Przyjaciół Wolnych Lektur...

Przyjaciele Wolnych Lektur otrzymują dostęp do specjalnych publikacji współczesnych autorek i autorów wcześniej niż inni. Zadeklaruj stałą wpłatę i dołącz do Towarzystwa Przyjaciół Wolnych Lektur.

TAK, chcę dołączyć!
Nie, rezygnuję z tej oferty
Ankieta czytelników Wolnych Lektur

Wypełnij ankietę i pomóż nam rozwijać Wolne Lektury. Zajmie Ci to kilka minut, a nam pomoże stworzyć bibliotekę, która odpowiada na potrzeby naszych Czytelników i Czytelniczek.

x

    Zmieniono zapisy na liście osób: Maurycy, Gabrjela ich dzieci -> Maurycy, ich syn. Gabrjela, ich córka; Pierwszy, Drugi chłopcy z cukierni -> Pierwszy chłopiec z cukierni. Drugi chłopiec z cukierni.

    Poprawiono błędy źródła: czazy -> czasy; Łechińska -> Łechcińska; żawołał -> żałował; gośno -> głośno; go -> do; kemedję -> komedję; od od niego -> od niego.

    Zlikwidowano zbędne kropki.

    Józef BlizińskiRozbitkikomedja w czterech aktach

    „Mojej żonie w upominku.”

    OSOBY:

    1. SZAMBELANIC CZARNOSKALSKI
    2. SZAMBELANICOWA
    3. MAURYCY, ich syn
    4. GABRJELA, ich córka
    5. DZIEŃDZIERZYŃSKI
    6. POLA, jego córka
    7. WŁADYSŁAW CZARNOSKALSKI
    8. KOTWICZ-DAHLBERG CZARNOSKALSKI
    9. JAN STRASZ
    10. ŁECHCIŃSKA
    11. ZUZIA
    12. MICHAŁEK, strzelec Dzieńdzierzyńskiego
    13. LOKAJ szambelanica
    14. Pierwszy chłopiec z cukierni
    15. Drugi chłopiec z cukierni

    Rzecz dzieje się na wsi, w majątku Czarnoskalskich, z wyjątkiem aktu III, który odbywa się w Warszawie.

    AKT I

    Polanka w lesie. Z lewej w głębi, domek leśniczego, z prawej, na przodzie ławka pod drzewem. Strona prawa i lewa rozumie się od Publiczności.

    SCENA I

    Zuzia, Michałek stoją przed drzwiami domku. Michałek pije z dzbanka.

    MICHAŁEK

    oddawszy dzbanek
    1

    No, Bóg zapłać, to i dziad więcej nie powie. Otarłszy usta. A teraz do widzenia.

    ZUZIA

    2

    Gdzież się tak spieszysz?

    MICHAŁEK

    3

    Muszę iść, bo stary się tam skręci bezemnie… Słychać zdala parę chrapliwych zadęć trąbki. O! słyszysz? rozumiesz ty to? to się znaczy, że mieliśmy się strąbić. Ale nie myśl, żeby to było takie strąbienie, jak np. arakiem… broń Boże! to się znaczy, że on trąbi na mnie i powiada: naśladując trąbkę Miszel! chodź sam tu! a ja mu powinienem odtrąbić: tak samo Idę! idę! idę!

    Dobywa z torby fajeczkę i nakłada.

    ZUZIA

    4

    To idźże już sobie, kiedy ci tak pilno…

    Odnosi dzbanek i wraca po chwili z koszykiem.

    MICHAŁEK

    który przez ten czas zapalił fajeczkę.
    5

    A ty dokąd z tym koszykiem?

    ZUZIA

    6

    Na rydze. Ty sobie, ja sobie.

    MICHAŁEK

    7

    Hola, czekajno… niewiem, czy to dla ciebie bezpiecznie.

    ZUZIA

    8

    A to dla czego?

    MICHAŁEK

    9

    Dla tego, że ja tu dopiero co spotkałem kogoś.

    ZUZIA

    10

    Cóż dziwnego? wszakże dziś polują.

    MICHAŁEK

    11

    Polują, polują… ja wiem! ten też poluje, ale mnie się to polowanie nie bardzo podoba.

    ZUZIA

    12

    O, nie pleć.

    MICHAŁEK

    13

    Widzisz, zrozumiałaś mnie, boś raki spiekła.

    ZUZIA

    14

    Co ci się śni, nawet niewiem o kim mówisz.

    MICHAŁEK

    15

    Nie wiesz? doprawdy? patrząc jej w oczy A wasz panicz, pan Maurycy? hę? spojrzyj mi w oczy… wskazując palcem he, he, he… a widzisz!

    ZUZIA

    16

    No to cóż, że czasem do nas zajrzy? przecie moja nieboszka matka go wypiastowała.

    MICHAŁEK

    17

    Hm! wiem, wiem… ale słuchajno, już kiedy tak, to żeby przynajmniej znał się na rzeczy i pamiętał o tobie… toby było pół biedy.

    ZUZIA

    18

    Jakto?

    MICHAŁEK

    19

    Ano żeby było przecie czem zacząć, jak się pobierzemy.

    ZUZIA

    20

    Hm, toś ty taki? nie chodzi ci o mnie, tylko o pieniądze?

    MICHAŁEK

    21

    Każdemu o to powinno chodzić. Nie myśl, żebym ja cię miał namawiać na jakie złe rzeczy, boć to przecie byłoby na moją skórę… ale widzisz, kto ma rozum, to drze łyka kiedy się da.

    ZUZIA

    22

    Ej, żebyś czasem nie żałował, jeżeli to mówisz naprawdę.

    MICHAŁEK

    n. s.
    23

    Udaje że się gniewa, ale dobrze, że jej powiedziałem: niech wiedzą żem ja nie ślepy… może człowiekowi co z tego kapnie… słychać trąbkę; głośno Masz! znowu trąbi… trza lecieć… do widzenia.

    Odchodzi na prawo.

    SCENA II

    Zuzia, po chwili Kotwicz, później Łechcińska.

    ZUZIA

    sama; po chwili zastanowienia
    24

    A to!.. czy on na prawdę mówi, czy tylko tak, żeby się czego dowiedzieć.. Co by mi nawet przez myśl nie przeszło, to on mnie sam uczy… p. c. Niech on jeno sobie ztego żarcików nie robi, bo jeszcze kiedy mu to na złe wyjdzie…

    Wchodzi na chwilę do domku.

    KOTWICZ

    Wchodzi z prawej strony, rozglądając się.
    25

    Tu jest, tu go niema… Że też ja ich nie mogę nigdy zdybać razem, a wiem, że myszkuje. Sekreta przedemną… co mu się stało… Bardzobym chciał mieć czarne na białem. spostrzegłszy Zuzię, która wyszła zarzucając chusteczkę na głowę O! jest jedno… pewno i drugie niedaleko, pod umówionym jaworem. zastępując jej Gdzież to rybcia idzie? hę?

    ZUZIA

    26

    Na spacer.

    KOTWICZ

    27

    Ale fe! tak na pojedynkę, czy ma się z kim zejść?

    ZUZIA

    28

    Co panu po tej ciekawości.

    KOTWICZ

    grożąc żartobliwie
    29

    Rybciu! Zatrzymując ją. Muszę się dowiedzieć.

    ZUZIA

    wydarłszy mu się
    30

    O! tyle!

    Pokazuje mu figę i wybiega.

    KOTWICZ

    31

    Ta figa daje bardzo wiele do myślenia.

    ŁECHCIŃSKA

    która weszła przed chwilą
    32

    Ha, ha, ha!

    KOTWICZ

    n. s.
    33

    A ta tu co robi?

    ŁECHCIŃSKA

    34

    Pan hrabia! ha, ha, ha! nie w kniei, tylko na leśniczówce… a to ładnie, słowo daję… zamiast strzelać sarny w lesie, to się tu kręci koło sarny na dwóch nóżkach.

    KOTWICZ

    35

    Co kręci, kręci… niewiedzieć co!

    ŁECHCIŃSKA

    36

    Jakto, nie widziałam na własne oczy? zaraz wszystkim opowiem… komu to tu świat durzyć, jak matkę kocham!.. okropność.

    KOTWICZ

    37

    Ale daję słowo honoru.

    ŁECHCIŃSKA

    38

    A! więc hrabia chyba komu innemu robił interesa… to już prędzej ujdzie… n. s no, jestem w domu.

    KOTWICZ

    chodząc, kwaśno
    39

    Teraz mnie faktorem robią.

    ŁECHCIŃSKA

    40

    Tego nie powiedziałam… do chłopca, który wnosi dwa spore koszyki i niewie co z niemi robić. No, czegoż tu stoisz, zanieś do izby… do Kotwicza śniadanie dla myśliwych… poufnie ale to tylko dyplomacja, bo inaczej niemiałabym z czem się zamówić.

    KOTWICZ

    41

    Po co?

    ŁECHCIŃSKA

    42

    Po co? nikt by nie zgadł… oto po prostu poto, żeby pilnować hrabiego.

    KOTWICZ

    43

    Mnie?

    ŁECHCIŃSKA

    44

    Nie inaczej, jak matkę kocham… bo hrabia taki ciężki do wszystkiego, że niech Bóg broni… może już i zapomniał, że pani sobie życzyła, aby po polowaniu przyjechali wszyscy do pałacu na obiad.

    KOTWICZ

    45

    No tak, wspominała mi kuzynka. Więc cóż?

    ŁECHCIŃSKA

    46

    A Strasz jest?

    KOTWICZ

    47

    Jaka straż?

    ŁECHCIŃSKA

    48

    O! już koncepta… Strasz, ten młody co się to teraz sprowadził do Zagrajewic, bo to o niego przedewszystkiem chodzi.

    KOTWICZ

    49

    Ale fe! cóż to nowego się święci?

    ŁECHCIŃSKA

    50

    Najprzód, czy jest? bo jeżeli go niemasz, to to wszystko niepotrzebne.

    KOTWICZ

    51

    Ale jest, jest, i to nawet mnie zdziwiło… zkąd się wziął nie proszony? nikt go nie zna.

    ŁECHCIŃSKA

    tajemniczo
    52

    Właśnie że proszony.

    KOTWICZ

    53

    Przez kogo?

    ŁECHCIŃSKA

    54

    Wystaw sobie hrabia, to cała historja. Pani na bilecie wizytowym męża napisała parę słów ołówkiem, i postarałyśmy się, że mu zaniesiono dziś raniutko, niby to z polowania.

    KOTWICZ

    55

    Ale fe!

    ŁECHCIŃSKA

    56

    Jak matkę kocham! I jakże on wygląda? przyzwoicie?

    KOTWICZ

    57

    Fagas… za kamerdynera bym go nie przyjął.

    ŁECHCIŃSKA

    58

    E, hrabiego to niema się co pytać, bo taki arystokrata, jak niewiem co.

    KOTWICZ

    59

    Szewcem dzięki Bogu się nie urodziłem.

    ŁECHCIŃSKA

    60

    Co tam, jaki jest taki jest, dosyć że ma pieniąchy.

    KOTWICZ

    61

    I grube, ani słowa! po prostu miljoner. p. c. z goryczą Dostało się w ładne ręce… mój Boże! Zagrajewice, taka pańska rezydencja.. gniazdo Zagrajewskich… to był dom, jakich dziś już niema. Jakeśmy się tam bawili! goście prawie nie wyjeżdżali… szampan lał się strumieniami.

    ŁECHCIŃSKA

    z admiracją
    62

    Jak matkę kocham, to były czasy!

    KOTWICZ

    63

    Zwykle po takich bachandrjach zjeżdżano do mnie na barszczyk, z którego słynął mój kucharz. Prawda, że te barszczyki kosztowały mię tyle, że łajdak Wucherstein zlicytował mi Bębnówkę i zabrał jak swoją.

    ŁECHCIŃSKA

    64

    A! to tak?… ale hrabia miał jeszcze i drugą jakąś wioskę.

    KOTWICZ

    65

    Lipowiec? mam tu po nim pamiątkę. Otwiera cienki pugilaresik, do którego Łechcińska ciekawie zagląda. Przegrałem go na tę samą dwójkę pikową.

    ŁECHCIŃSKA

    66

    Jezus! no i cóż?

    KOTWICZ

    67

    A no, nic… oddałem w dwadzieścia cztery godzin… dług honorowy, trudno! p. c. no, ale się przynajmniej żyło i użyło po pańsku… a teraz!… pierwszy lepszy cham, prosty wyrobnik jakiś z pod płotu… chodzi zasmolony, przy fartuchu… będzie kamienie tłukł przy drodze… później, jest! wypływa na wierzch.. krezus!… I niechże taki potrafi dom prowadzić!…

    ŁECHCIŃSKA

    68

    Chyba, że go panowie nauczą, bo to tak wszystko idzie w kółko… o! pokazuje palcem taki tam jakiś skoro się do chrapie grosza, to nie ma spokoju póki się nie wprosi do koligacji z jakim prawdziwie pańskim domem, i te miliony znowu wracają tam, skąd je wyciśnięto.

    KOTWICZ

    69

    Żeby to!

    ŁECHCIŃSKA

    70

    Niech mówią co chcą, pan panem zawsze będzie. Naprzykład hrabia stracił taki majątek, ale jak był tak jest hrabią, a to jest kapitał, i jaki! nie jedna majętna osoba na wydaniu, chętnieby oddała wszystko, żeby być hrabiną. Ja sama powiadam, że gdybym tak wygrała wielki los na loterji, albo gdyby mi dopisały jedne duże pieniądze — co jeszcze sekret — toby się hrabia musiał zaraz żenić ze mną, jak matkę kocham!

    KOTWICZ

    71

    Ale fe! tak zaraz? na poczekaniu?

    ŁECHCIŃSKA

    72

    Byłabym hrabiną… do siebie Jezus! dopierobym nosa zadzierała! ciekawa rzecz, jaką minę zrobiłaby na to stara szambelanicowa. do Kotwicza z przymileniem. Ożeniłby się hrabia ze mną, gdybym miała pieniądze? co?

    KOTWICZ

    p. c. przyjrzawszy jej się, pół żartem
    73

    Chyba bardzo grube.

    ŁECHCIŃSKA

    74

    A co! jeszczeby grymasił, jak matkę kocham… nie powiedziałam? zaraz chce się krociów… dobre i coś.. zawsze byłby swój kąt, cóżby przyszło robić, gdyby zabrakło cudzych? przecie hrabiemu nie wypada się zaprzągać do podłej pracy, jak jakiemu pierwszemu lepszemu. To tak, jak gdyby np. naszemu państwu kazać być czem… Jezus! taka wielka familja, od książąt, hrabiów, nawet od królów podobno… Czy to prawda, że Czarnoskalscy pochodzą od królów?

    KOTWICZ

    zniechcenia
    75

    Właściwie, to tylko ta linja, do której ja się liczę, hrabiowska, Dahlbergów, jest skuzynowaną przez Stuartów z większą częścią domów panujących… a młodsza, z której pochodzi szambelanic.. ph! niby przez Poniatowskich… ale.. w każdym razie, to już tylko… dobra szlachta… więcej nic…

    ŁECHCIŃSKA

    76

    No, to i to nie bagatela! Poniatowscy… i niechżeby im przyszło co robić, pracować na życie, Jezus! oni tak przyzwyczajeni do państwa, do wszelkich wygód, czyżby to mogli przenieść? chociaż nasza pani, to święta, anielska kobieta! pełna rezygnacji, a co za matka! nie ma ofiary, którejby nie była gotową zrobić dla dzieci… bo czyż to nie prawdziwa ofiara, pozwolić panu Maurycemu żenić się z córką takiego Dzieńdzierzyńskiego? zkądże to wyszło? jakiś kupiec!

    KOTWICZ

    z gorzką ironją
    77

    Także miljoner… p. c. zniechcenia Te pieniądze o których pani Łechcińska wspomniała, to pewno po referendarzu.

    ŁECHCIŃSKA

    78

    Być może… nie wiem.

    KOTWICZ

    machnąwszy ręką
    79

    Na księżycu.

    ŁECHCIŃSKA

    80

    O, bardzo przepraszam, nie na księżycu… Ah! gdyby był referendarz jeszcze trochę pożył, inaczejbym śpiewała… byłby się ożenił ze mną, jak amen w pacierzu… ale i tak mi zapisał. Zapierają mi szachrują, przekupują w sądach, ale wydobedę! wydobędę! choćby mi przyszło nie wiem co…

    KOTWICZ

    81

    I dużo to tego?

    ŁECHCIŃSKA

    n. s.
    82

    Pokaże się w swoim czasie… ah! jaki hrabia ciekawy… Jezus! żebym ja go też złapała. głośno Ale my tu gadu gadu, a nic o interesie. Niechże hrabia się postara tego Strasza sprowadzić dziś do nas koniecznie… trzeba to zrobić dla pani…

    KOTWICZ

    z godnością
    83

    Dla czegoż kuzynka nie raczyła wtajemniczyć mnie w powody?

    ŁECHCIŃSKA

    84

    Dla czego, dla czego… wszystko opowiem szczegółowo, tylko siadajmy, bo mi nogi ścierpły… siadają na ławeczce po prawej Otóż, widzi hrabia, rzecz się ma tak… tuż za nimi pada strzał, Łechcińska z wielkim krzykiem rzuca się Kotwiczowi na szyję; on podobnież drgnąwszy, chwyta ją w pół Jezus! jakżem się przelękła… spuszczając oczy i odejmując ręce Przepraszam hrabiego… nie wiedziałam, co się ze mną dzieje…

    KOTWICZ

    nie puszczając jej
    85

    Ale fe! taka nieostrzelana?.. n. s. One jednak wszystkie mają w sobie coś te kobiety…

    Pada drugi strzał i zaraz po nim śmiech; oboje z krzykiem padają sobie w objęcia.

    ŁECHCIŃSKA

    zrywając się
    86

    Ah! dla Boga! oni nas jeszcze postrzelą, jak matkę kocham… Uciekajmy stąd, znajdźmy sobie jaki kącik spokojny do pogadania.

    KOTWICZ

    87

    Jest racja, pójdźmy do kątka.

    Wychodzą spiesznie w głąb ku prawej stronie.

    SCENA III

    Maurycy, Władysław, Dzieńdzierzyński potem Michałek
    Dzieńdzierzyński w eleganckim stroju myśliwskim z wszystkiemi przyborami, przy kordelasie, ale mina mieszczańska; wyrazy cudzoziemskie wymawia mocno polskim akcentem.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    88

    Tak się strzela, moi panowie… cały nabój w centrum! do Władysława wskazując na Maurycego, który na boku zwija papieros voyez vous, quel nez… jak mu się nos wyciągnął.. nie strawi tego mojego trjumfu… ale bo też to był strzał kapitalny. n. s. Zkąd mi się wziął, ani wiem.. głośno No cóż, nic nie mówisz?

    WŁADYSŁAW

    89

    Zdziwienie odebrało mi mowę.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    90

    Aha! Zdziwienie… widzisz! nie spodziewałeś się?

    WŁADYSŁAW

    91

    Ale bo papka tak sobie z pod pachy strzelił.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    dotknięty
    92

    Comment? jakto z pod pachy? co gadasz! czy myślisz, że nie wiem jak trzymać strzelbę? ja myśliwy!… z pod pachy!

    WŁADYSŁAW

    93

    Proszę! papka myśliwy, a nie zna myśliwskiego wyrażenia. Z pod pachy, to jest z niechcenia, nie mierząc, tak sobie, o!…

    Pokazuje, podrzucając strzelbę lufą ku niemu.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    przechodząc na drugą stronę
    94

    Savez vous quoi, c'est bon! śmiejąc się Złapałeś mnie za słówko… no! patrzcież! przecież znam doskonale… Istotnie, prawie nie mierzyłem, je n'ai pas mesuré, ma parole… tak sobie, paf!… to już z natury, znajcie prawowiernego szlachcica, którego nie macie żadnej racji prześladować o mieszczańskie nawyknienia, jak sobie pozwalacie.

    WŁADYSŁAW

    95

    Papko, żarty.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    96

    Jeżeli burze krajowe jednego z moich przodków wypędziły do miasta, gdzie wziął się do kupiectwa… comme cela… z nudów… pour le passez-temps, to mimo to, nie przestaliśmy być szlachtą łęczycką, piskorzami z dziada pradziada… Dzieńdzierzyńscy de Kurzy-jama… Weź herbarz!

    WŁADYSŁAW

    97

    Więc istotnie, dla tego papka trafił w centrum?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    98

    Comment? a dla czegoż? dobra krew przemówiła i kwita.

    WŁADYSŁAW

    99

    Fe! któż dziś wierzy w takie przesądy.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    100

    Mój panie Władysławie, jakże można odzywać się w ten sposób, comment peut on? to świętokradztwo! uroczyście są rzeczy sakramentalne, których lekceważyć nie wolno. Kpijcie sobie ile wam się podoba z majątku, bo tego lada dureń może się dorobić; ale to co mamy po antenatach, imię, stanowisko, noblesse oblige, którego za pieniądze nie kupi, powinniśmy czcić jak świętość… Panie Maurycy, nie prawdaż? poprzej mnie.

    MAURYCY

    101

    Ale czy pan go nie zna?… kontent, gdy może dowcipkować.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    102

    Masz rację… z nim nie ma szansy.

    WŁADYSŁAW

    103

    Ale bo papka jest plus pape que le pape.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    104

    Savez vous quoi, c'est bon!… papka plus pape que le pape… ha, ha, ha… to jest niby innemi słowy, że… n. s. co to właściwie może być? tuż za sceną słychać parę zadęć trąbki a! mój Miszel.. bierze trąbkę i dmie w nią, wydobywając tylko chrapliwe tony; za pierwszem zadęciem Michałek wchodzi i staje tuż przy nim. Cóż u djabła! czy tę trąbkę kto zaczarował. do Michałka Gdzieżeś ty się chował? trąbiłem, aż mnie płuca bolą.

    MICHAŁEK

    105

    Słyszałem, ale nie mogłem odtrąbić, bo upatrzyłem kota i nie chciałem go płoszyć.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    106

    Aha!

    MICHAŁEK

    107

    Zaprowadzę jaśnie pana prosto do kotliny, jaśnie pan będzie miał satysfakcję.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    108

    Bon! n. s. plus pape que le pape… muszę się spytać Poli, co to znaczy. gł. ale on ucieknie tymczasem.

    MICHAŁEK

    ciszej
    109

    Nie ucieknie, bo już ze dwie godziny jakem go zastrzelił… leży pod sosną.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    110

    Cicho! ściska mu ramię Masz u mnie rubla, tylko tak zrób, żeby się nikt nie domyślił. głośno Je vous dis, mój Miszel, to perła między strzelcami… nieraz jem sobie śniadanie, a on przychodzi i powiada: jaśnie panie, upatrzyłem w kotlinie zająca. Bon! gdzie? przy borsuczych dołach; nawiasem mówiąc, pół mili drogi… un joli morceau.. zaprzęgać! jedziemy… prowadzi mnie, ustawia w dobrem miejscu, a sam idzie prosto na kota… wystrasza go, kot pomyka… kiedy sadzi w najlepsze, ja paf, paf…

    WŁADYSŁAW

    111

    Kot sadzi jeszcze lepiej.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    zbity z tonu
    112

    A to jakim sposobem?

    WŁADYSŁAW

    113

    No, ze strachu, cóż dziwnego.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    114

    Ale nie ma czasu, bo go trafiam… koziołkuje w miejscu, i… finita la comedia.

    WŁADYSŁAW

    115

    Dramat chyba.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    116

    No, dla niego dramat, to prawda… ale dla mnie…

    WŁADYSŁAW

    117

    Czy to papce robi przyjemność?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    118

    Comment? to nie ma robić przyjemności?

    WŁADYSŁAW

    119

    Ciekaw jestem jaką… patetycznie że biedne zajączysko które nikomu nic nie zawiniło, porażone z pańskiej ręki skrzeczy głosem krającym serce? to ma być przyjemność? winszuję.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    patrząc na Michałka
    120

    Skrzeczy?

    WŁADYSŁAW

    121

    Czy papka tę krwiożerczość odziedziczył w spadku po przodkach?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    n. s.
    122

    Jużcić, że to nie musi sprawiać miłej sensacji.

    MICHAŁEK

    123

    Jaśnie panie, jeżeli mamy iść, to się spieszmy, bo kot może nie dosiedzieć.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    po chwili wahania
    124

    A dobrześ go zabił?

    MICHAŁEK

    125

    Ani zipnął.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    126

    Ręczysz, że nie będzie skrzeczał?

    MICHAŁEK

    127

    Chyba na rożnie.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    z fantazją do Władysława
    128

    Mów sobie co chcesz, jak się ma już żyłkę, to się ma… nie wyprujesz jej. do Michałka No, idź naprzód, allonsdo siebie plus kap… klu pak… jakże tam, a! plus papa que le papa.

    Wychodzą na prawo. Dzieńdzierzyński odwodzi kurki u strzelby i trzyma ją w pogotowiu do strzału.

    SCENA IV

    Maurycy. Władysław.

    MAURYCY

    129

    Mój drogi, przestań też raz tej zabawki niegodnej ciebie. Nie rozumiem co za przyjemność brać na fundusz człowieka, który nawet nie potrafi się bronić.

    WŁADYSŁAW

    śmiejąc się
    130

    To tak tylko w kółku familijnem… za to po za oczy zawsze trzymam jego stronę, szanując w nim bądź co bądź zacny charakter.

    MAURYCY

    131

    Twój humor drażni mnie.

    WŁADYSŁAW

    132

    Dla czego?

    MAURYCY

    133

    Dla tego, że ja go mieć nie mogę.

    WŁADYSŁAW

    134

    A to egoizm.

    MAURYCY

    135

    Tyś kontent ze wszystkiego począwszy od siebie, gdy ja nieraz miałbym doprawdy ochotę w łeb sobie palnąć.

    WŁADYSŁAW

    136

    Tak kiedy wolnym czasem, w braku innej rozrywki.

    MAURYCY

    137

    Zaręczam ci, że nie żartuję, bywają chwile, żeby mnie to nic a nic nie kosztowało. Te kajdany, bez których kroku zrobić nie mogę, za nadto mi już ciężą.

    WŁADYSŁAW

    138

    Jakie kajdany? chyba ukute w twojej wyobraźni.

    MAURYCY

    139

    Zazdroszczę ci, żeś się od nich wyzwolił… jedna krew w nas płynie, a jakżeśmy daleko od siebie! te wszystkie względy, które mnie krępują, dla ciebie nie istnieją. Najswobodniejszy w świecie w swoim dworku pod słomianą strzechą, dorabia się, orze, sieje, ujada się z parobkami… i szczęśliwy! ah! gdybym ja tak mógł!

    WŁADYSŁAW

    140

    Przypominasz mi tego właściciela pensjonatu, który zajadając przy uczniach kapłona, zazdrościł im kaszki na wodzie i kartofli w mundurach, mówiąc: ah! jakbym ja to jadł! To tylko obłuda mój bracie, bo gdybyś chciał, tobyś i mógł.

    MAURYCY

    ironicznie
    141

    Za twoim przykładem zakasawszy rękawy chwycić za pług, nie prawdaż?

    WŁADYSŁAW

    142

    Czyżbyś nie miał do tego siły?

    MAURYCY

    143

    Miałbym, gdybym był sam jeden jak ty… zapominasz, że mam rodziców.

    WŁADYSŁAW

    144

    Tem silniejsza pobudka.

    MAURYCY

    145

    Zatem podług ciebie, mam ich skłonić, aby sprzedali majątek, pospłacali długi i za te resztki któreby nam pozostały, kupili parę włók gruntu z chałupką pod lasem, w romantycznem położeniu, w którejbyśmy osiedli wszyscy razem i rozpoczęli sielankowy żywot dorabiając się na nowo?… ha, ha, ha, czyżby oni w tych warunkach wyżyli?

    WŁADYSŁAW

    146

    A! mój drogi, już na to nie mam co powiedzieć.

    MAURYCY

    147

    Dla nich całą nadzieją jestem ja! wychowali mnie na filar upadającego domu

    WŁADYSŁAW

    n. s.
    148

    Piękny filar.

    MAURYCY

    149

    Przejęci wiarą, że świetna przyszłość należy nam się z prawa urodzenia, wpajali ją we mnie, kołysali bajeczką o księżniczce z djamentami, która spłynie z obłoków i odda mi swoją rękę…

    WŁADYSŁAW

    ironicznie
    150

    Aha! tymczasem zamiast księżniczki…

    MAURYCY

    151

    To mnie dobija!

    WŁADYSŁAW

    152

    Więc kupcówna ci nie wsmak?

    MAURYCY

    unosząc się
    153

    Że też ty z najświętszych rzeczy musisz drwić!

    WŁADYSŁAW

    154

    Nie wiedziałem, że przesądy kastowe są taką świętością… biję się w piersi.

    MAURYCY

    j. w.
    155

    Człowieku! czy ty nie widzisz co mnie nęka?… oto rola moja upokarzająca w tym całym stosunku. Wstydzę się jej, a nie mam na to rady. Jeżeli mi odda rękę, to w brew swojej woli, bo wpływają na nią… już nie mówię kto inny, ale własny ojciec zachwycony widokiem koligacji z nami.

    WŁADYSŁAW

    156

    A ty?

    MAURYCY

    po chwili
    157

    Czyż tu o mnie chodzi?

    WŁADYSŁAW

    158

    Ale powiedz że mi tak otwarcie… jesteś gotów do tej ofiary?

    MAURYCY

    159

    Ofiary! wiem, że nie jeden tak to nazwie.

    WŁADYSŁAW

    160

    Więc tak nie jest? Maurycy milczy masz dobrą i nieprzymuszoną wolę? nie zrażają cię te malutkie względy i względziki, na które nasz światek tak lubi kręcić nosem?

    MAURYCY

    z zapałem
    161

    To jest anioł!

    WŁADYSŁAW

    zdziwiony
    162

    Ba! także mi gadaj!.. po chwili Jak się to można omylić! ja byłem pewny, że ty się przymuszasz dogadzając woli rodziców… co większa ciszej byłbym przysiągł, że ta mała Zuzia na prawdę cię przywiązała do siebie.

    MAURYCY

    rozdrażniony
    163

    Czy i ty zaczynasz się już bawić w babskie plotki?

    WŁADYSŁAW

    164

    Jeżeli doszło coś do mnie, ręczę ci że mimo chęci.

    MAURYCY

    gwałtownie
    165

    I wierzyłeś temu? śmiejąc się z przymusem dziewczyna prosta, ograniczona… co za myśl, żeby zabawkę bez konsekwencji.

    WŁADYSŁAW

    166

    Jakto bez konsekwencji? pozwól że to już wyrafinowany egoizm.

    MAURYCY

    niecierpliwie
    167

    Ale niemasz najmniejszej racji do moralizowania, bo to wszystko co możesz powiedzieć, ja sobie już dawno powiedziałem! Jeżeli kiedyś były z mojej strony jakie zamiary niekoniecznie godziwe, to ich żałuję.

    WŁADYSŁAW

    168

    Ba!

    MAURYCY

    169

    Nieposunąłem się tak daleko, żeby mi nie wolno było się cofnąć.

    WŁADYSŁAW

    170

    No, chyba…

    MAURYCY

    171

    I daję ci słowo, że dziś już z tego wszystkiego niema nic.

    WŁADYSŁAW

    172

    Słowo honoru?

    MAURYCY

    173

    Słowo honoru… nic a nic. Czyż możesz przypuszczać, żebym ja teraz jeszcze dawał powody do plotek?

    WŁADYSŁAW

    po chwili
    174

    Skoro tak, gdy kochasz Polę, więc o cóż ci chodzi?

    MAURYCY

    z ogniem
    175

    O nią! o nią!.. o jej wzajemność, szacunek, o pewność, że mną nie pogardza.

    WŁADYSŁAW

    176

    Pierwsze jest wszystkiem. Największą pewność będziesz miał, gdy ją rozkochasz.

    MAURYCY

    177

    Z tobą nie można mówić poważnie.

    WŁADYSŁAW

    178

    To jedyny środek… Zresztą, czyż to tak trudno? mój drogi, żeby cię przekonać, gotów jestem zrobić ci wyznanie… o którem dawno już myślałem, ale… jakoś… nie przyszło do tego. Cóż powiesz na to, że ja którego zasady znasz, nie wiedząc jak i kiedy, doprowadzony zostałem do tej ostateczności, że się zakochałem po uszy, i robię krok, który zimny rozum może potępić.

    MAURYCY

    179

    Ej!

    WŁADYSŁAW

    180

    Nie wierzysz? więc posłuchaj. Postanowiłem sobie był za prawidło ignorować kobietę o ile nie przedstawiała widoków odpowiednich moim celom. I udawało mi się to przez czas jakiś. Najokrzyczańsza piękność, skoro nie znajdowała się w warunkach dostępnych, robiła na mnie wrażenie tylko pięknego posągu. Ta uwaga, że ona nie dla mnie, była okładem z lodu, który mnie zabezpieczał najdoskonalej. Tymczasem znalazła się osoba, i notabene osoba znająca mój sposób myślenia, która uwzięła się zburzyć cały ten gmach mądrych postanowień z taką troskliwością wzniesiony… i dokazała swego. Ale ty mnie nie słuchasz i nie ciekawyś nawet dowiedzieć się, kto jest ta czarodziejka? Otóż odkryję ci tajemnicę, bo i tak w krótce dowiedziałbyś się… Jestto… twoja siostra!

    MAURYCY

    bardzo zdziwiony
    181

    Gabrjela!

    WŁADYSŁAW

    182

    Wszak niespodzianka? chowaliśmy się niemal razem od dzieciństwa, przez tyle lat patrzałem na nią jak na prześliczną kuzyneczkę, z której wdzięków byłem dumnym, ale pomyśleć oczem więcej ani mi w głowie nie powstało, bo to byłbym nazwał po prostu zawiązaniem losu nam obojgu. Wszystko to trwało dopóty, dopókim się nie przekonał, że opierać się dłużej magnetycznej sile jaką posiada spojrzenie kobiety, nie sposób; pod jej wpływem moje serce zamieniło się w wulkan.

    MAURYCY

    183

    Ty, wulkan!

    WŁADYSŁAW

    184

    Jak cię kocham, przeobraziła się cała moja natura. Więc widzisz! dla czegożbyś ty nie dał sobie rady z Polą, która z pewnością jest pełną najlepszych chęci, i niczego więcej nie pragnie, jak kochać. Tylko, uważasz co do nas, nie mieszajże ty się do niczego, zostaw to nam samym. Kochamy się, jak para turkawek i Gabrjeli jestem pewny, ale przewiduję trudności ze strony stryjowstwa… Ojciec jak ojciec, ale z matką najgorzej… Robiąc ci zwierzenie zapędziłem się może za daleko, stało się to pod wpływem naszej rozmowy… więc proszę cię o tajemnicę do czasu… mógłbyś wszystko zepsuć wyrywając się zbyt pospiesznie.

    MAURYCY

    185

    Mój Władku, życzę wam obojgu jak najlepiej, ale…

    WŁADYSŁAW

    ściskając go
    186

    Tylko zlituj się, żadnych uwag.

    MAURYCY

    187

    Ale bo, czy ty się nie łudzisz?

    WŁADYSŁAW

    188

    Gdyby tak było, to proszę cię, nie otwieraj mi oczu. Całą nadzieję złożyłem w tem złudzeniu… niech więc przynajmniej trwa jak najdłużej.

    SCENA V

    Poprzedzający, Zuzia, Kotwicz, Strasz.

    ZUZIA

    w kulisie, tonem pewnej zalotności, chcąc odebrać koszyk Straszowi, który go przytrzymuje wraz z jej ręką
    189

    Oj, oj, bo to boli!… po co pan tak ściska, cóż to znowu… niech mi pan odda koszyk.

    STRASZ

    190

    Powiedziałem że ci oddam, jeżeli mi dasz całusa.

    ZUZIA

    j. w.
    191

    To, to, to… nie mam takich rzeczy na rozdawki.

    STRASZ

    192

    Jakto! taka śliczna dziewczyna, i tak nieprzystępna? to grzech!

    ZUZIA

    193

    Tak mnie uczyli.

    KOTWICZ

    dopomagając Straszowi
    194

    Ale fe! i któż taki? jeżeli pan Maurycy, to właśnie powinnaś być z tem otrzaskaną.

    ZUZIA

    hardo do Kotwicza
    195

    A pan co sobie myśli o mnie?

    KOTWICZ

    196

    Że mogłabyś nie robić ceremonji.

    przytrzymuje ją, a Strasz całuje

    ZUZIA

    krzyknąwszy
    197

    Ah!… p. c. do Kotwicza z dąsem Stary!… w tej chwili spostrzegłszy Maurycego, biegnie do niego zostawiając koszyk w ręku Strasza; pomieszana, tonem jakby szukała opieki Proszę pana!

    KOTWICZ

    n. s.
    198

    Sytuacja naprężona.

    STRASZ

    zbliżając się z koszykiem, który Zuzia odbiera
    199

    Fant wykupiony, oddaję ci… a za przestrach..

    sięga do portmonetki

    ZUZIA

    z pewną afektacją, przysuwając się do Maurycego
    200

    Niech mnie pan broni.

    MAURYCY

    zimno, usuwając się
    201

    Nie udawaj, moja kochana, bo nie zdaje mi się, żeby ci ta napaść robiła tak wielką przykrość.

    WŁADYSŁAW

    n. s.
    202

    Zawsze go to jednak dotknęło.

    MAURYCY

    203

    A jeżeli naprawdę tak się boisz, to siedź w domu i nie biegaj po lesie kiedy wiesz, że możesz kogo spotkać.

    ZUZIA

    zawstydzona
    204

    Czyż ja wiedziałam? p. c. To tak zawsze, jak napastować, to każdy gotów… a do obrony nie ma nikogo.

    KOTWICZ

    205

    Ale bo panowie zapewne się nie znacie… pan Strasz, nowy dziedzic Zagrajewic… sąsiad.

    MAURYCY

    z dwuznaczną grzecznością
    206

    A!… domyśliłem się tego, ujrzawszy na polowaniu osobę nieznajomą.

    KOTWICZ

    207

    Panowie Czarnoskalscy.

    STRASZ

    208

    Bardzo mi przyjemnie.

    MAURYCY

    do Władysława
    209

    Idziemy?

    WŁADYSŁAW

    210

    Zapewne, nie mamy tu co robić…

    ZUZIA

    zmuszając się do płaczu
    211

    Tylko człowiek się wstydu naje, nie wiedzieć z jakiej racji, i tyle.

    STRASZ

    wtykając jej pieniądze do ręki
    212

    Weźże.

    ZUZIA

    213

    Niech pan sobie schowa dla innych.

    odchodzi do domku

    STRASZ

    który zrobił kilka kroków za nią; wracając
    214

    Wiecie panowie, że to bardzo ładna dziewczyna, daję słowo… podobno córka leśniczego; tatki teraz nie ma, wartoby pójść za nią i utulić ten żal… złóżmy się jej na jakiś podarek… dobrze?

    MAURYCY

    do Władysława
    215

    Chodźmy na stanowiska, może się jeszcze co trafi.

    KOTWICZ

    216

    Mieliśmy się tu zejść na bigos.

    WŁADYSŁAW

    przechodząc koło Strasza, jakby do siebie
    217

    Mała rzecz, a wstyd.

    Maurycy i Władysław wychodzą na prawo.

    SCENA VI

    Kotwicz, Strasz.

    KOTWICZ

    n. s.
    218

    Jak oni mu będą takie finfy puszczać, to wszystko na nic się nie zda… a potem będzie na mnie.

    STRASZ

    po chwili
    219

    Mój panie, co to miało znaczyć?

    KOTWICZ

    220

    Jakto? co?

    STRASZ

    221

    Proszę pana, czy ja jestem smarkacz? powiedz pan.

    KOTWICZ

    222

    Ale skąd znowu, przecie pan musisz być pełnoletnim.

    STRASZ

    223

    Mam lat dwadzieścia pięć i niezależną pozycję. Przyznałem się panu otwarcie, że lubię kobiety, i bardzo lubię, to jest moja słaba strona… a że wyszedłem z pod kurateli, zdaje mi się, że nie mam potrzeby kryć się z tem mojem upodobaniem i wolno mi je objawić. Gdybym przebrał miarkę i obraził przyzwoitość publiczną, jest na to władza policyjna, któraby mnie wsadziła do ciupy, albo kazała zapłacić karę.. ale żeby mi jakiś tam arystokrata prowincjonalny ubliżał prawieniem morałów…

    KOTWICZ

    224

    Zupełnie pana nie rozumiem; o cóż chodzi?

    STRASZ

    225

    Pomijam niegrzeczne obejście się tych panów, chociaż zdaje mi się, że kiedy kto mówi do mnie, przyzwoitość nakazuje odpowiedzieć — ale co znaczyło to: „mała rzecz, a wstyd” które jeden z nich powiedział odchodząc?

    KOTWICZ

    226

    Nie słyszałem.

    STRASZ

    227

    To było wymówione z akcentem, panie, i musiało mnie obrazić… Wdzięczny panu jestem za zaproszenie, ale korzystać z niego nie myślę. Ja nie jestem pierwszy lepszy, panie, żebym mógł słuchać impertynencyj i znosić fumy jakichś tam półpanków,

    KOTWICZ

    n. s.
    228

    O, jakiś drażliwy. głośno Ale panie, panie, jaki pan jesteś niedomyślny… a warszawiak!… Gdzież tu chęć obrażenia; to była prosta zazdrość, a w takich razach trzeba być wyrozumiałym.

    STRASZ

    229

    Jakto, zazdrość…

    KOTWICZ

    230

    Czyż potrzebuję panu tłómaczyć?… Wkraczałeś pan na cudze terytorjum, przywłaszczałeś sobie prerogatywy osób trzecich…

    STRASZ

    231

    Aha! teraz rozumiem… więc ta dziewczyna?…

    Zapytuje wzrokiem.

    KOTWICZ

    odpowiada podobnież
    232

    Emhę!

    STRASZ

    233

    Kiedy tak, to co innego… p. c. Ale zawsze kwituję z tych stosunków… jest coś co mi się nie podoba… po co mi się cisnąć do wysokich progów… najlepiej niech swój z swoim przestaje… ot, jak my naprzykład… z panem ja jestem swobodnym, jakbyśmy się znali Bóg wie odkąd… Ale! powiedz mi pan, jakiż pan masz tytuł zapraszać mnie do tych państwa?

    KOTWICZ

    234

    Bardzo prosty… jako ich krewny.

    STRASZ

    235

    Nie może być! pan jesteś ich krewnym? nie wiedziałem.

    KOTWICZ

    z pańska
    236

    Miałem zaszczyt rekomendować się przy poznaniu.. Kotwicz-Dahlberg Czarnoskalski.

    STRASZ

    237

    Także Czarnoskalski? nie uważałem, daję słowo.. Kotwicz-Dahlberg, Dahlberg… a, a, a… to pan, co to go nazywają hrabią… teraz wiem… n. s. Hrabia von Habenichts.

    KOTWICZ

    urażony
    238

    Skoro nazywają, zdaje mi się że jest do tego prawo… jestem z starszej linji.

    STRASZ

    n. s
    239

    Jakto szydło wyłazi z pustego worka. głośno A, to mocno przepraszam.. ja bo myślałem, że to tak sobie na żarty. Mnie, w kawiarni u Andzi na Trębackiej nie nazywano inaczej tylko hrabią… prawda, że właśnie wtenczas spadła na mnie ta sukcesja.

    KOTWICZ

    240

    Ph!… w knajpie uchodzą takie koncepta.

    STRASZ

    dotknięty
    241

    Ale za to nie uchodzi wiele rzeczy, które muszę znosić w salonie.

    KOTWICZ

    242

    Także porównanie!

    STRASZ

    243

    Przedewszystkiem używam przyjemności otwarcie, nie potrzebując grać komedji i jestem panem za swoje trzy grosze.

    KOTWICZ

    244

    Ha, są gusta i guściska… Ale jako wielbiciel kobiet, gdzież pan szukasz ich towarzystwa? bo kobietę, tak jak się ją pojmuje idealnie, może wyhodować tylko atmosfera salonu.

    STRASZ

    245

    A, winszuję!… ha, ha, damy salonowe… czyż to są kobiety?

    KOTWICZ

    246

    A cóż?

    STRASZ

    247

    Jakieś istoty zagadkowe, z obliczem sfinksów, sercem pełnem niestworzonych zachceń a z pretensjami na aniołów.

    KOTWICZ

    248

    Gdzieżeś je pan miał sposobność tak studiować?

    STRASZ

    249

    Teoretycznie, za pomocą patologji, bo to wszystko się tłómaczy stanem chorobliwym. U Andzi bywał jeden doktor medycyny, młody chłopak świeżo wyszły z uniwersytetu.. no! co ten nam nagadał o kobietach, to proszę było słuchać… stanowczo hrabia nie znajdziesz w salonach jednej kobiety zdrowej.

    KOTWICZ

    250

    Ale fe!

    STRASZ

    251

    To jest fakt. Więc co mi za przyjemność… ja nie szukam jakiegoś pół bożyszcza, przed którem musiałbym chodzić na palcach, tylko kobiety z krwi i ciała, o której byłbym przekonany, że nie dostanie spazmów, gdy jej powiem słowa prawdy bez obwijania w bawełnę… chcę zdrowej natury a nie sztuki. Ot naprzykład, ta tutaj dziewczyna, to rozumiem..

    KOTWICZ

    252

    Pod tym względem gusta młodych ludzi zmieniają się… zobaczymy, co pan powiesz o tem za miesiąc…

    STRASZ

    253

    Dla czegoż za miesiąc?

    KOTWICZ

    254

    No, niby mniej więcej, gdy się porobi stosunki, gdy pan zżyjesz się z naszem towarzystwem, i spotkasz w niem zdrowe natury.

    STRASZ

    miękko
    255

    Kiedy ja nie mam do tego najmniejszej ochoty.

    KOTWICZ

    256

    To prosty obowiązek, panie.

    STRASZ

    skromnie
    257

    Nie myślę się narzucać.

    KOTWICZ

    258

    Narzuca się ten, kto może mieć wątpliwość jak będzie przyjętym… ale pan nie jesteś, jak sam powiedziałeś, jakiś tam pierwszy lepszy.

    STRASZ

    259

    No, zdaje mi się… taki majątek jak moje Zagrajewice piechotą nie chodzi.

    KOTWICZ

    n. s pociągając nosem
    260

    Jak zaleciał parweniusz. głośno Więc jedziesz pan z nami do Czarnoskały, i kwita!.. i tak nie dziś to jutro trzeba to zrobić, tego pan nie unikniesz… stanowisko pańskie to nakazuje.

    STRASZ

    261

    Hm! subjekcja… przyznam się, że mi nie pilno… spoglądając po sobie Zresztą, czyż tak mogę?

    KOTWICZ

    262

    Nie masz pan się w co przebrać?

    STRASZ

    263

    Wziąłem tużurek na wszelki wypadek.

    KOTWICZ

    264

    Ano!

    STRASZ

    265

    Ale nie wiem, czy to uchodzi tak z polowania… nie byłem z wizytą etykietalną.

    KOTWICZ

    266

    Złożysz ją pan później, nic nie szkodzi.

    STRASZ

    267

    Ha, kiedy nic nie szkodzi… to jazda!… n. s. Co tam!

    KOTWICZ

    n. s
    268

    No, ja swoje już zrobiłem

    wchodzi z prawej strony Łechcińska, przywołuje gestem Kotwicza i zamieniwszy z nim kilka słów, wchodzi do domku.

    STRASZ

    po chwili, n. s.
    269

    Puszczam się na bystrą wodę! p. c No i niechże mi kto powie, kiedy ja byłem na swojem miejscu, czy wtenczas gdy jako gryzipiórek sądowy wieszałem psy na arystokracji, czy dziś, gdy jestem tak słabym, że mnie te zaprosiny połechtały? Głupia natura ludzka, daję słowo: czuję formalnie jakiś nastrój uroczysty… p. c. Żeby się tylko nie pośliznąć na tych woskowanych posadzkach!… ale prawda! to za coby dependentowi pokazano drzwi, ujdzie dziedzicowi Zagrajewic… nie ma kłopotu.

    SCENA VII

    Kotwicz, Strasz, Szambelanic, Maurycy, Władysław, później Dzieńdzierzyński

    SZAMBELANIC

    270

    Nie! teraz jest niemożliwem polowanie w swoim własnym lesie, słowo uczciwości daję.. komunizm jakiś, zuchwalstwo bez granic… Co to był za jeden?

    WŁADYSŁAW

    śmiejąc się
    271

    Pisarz wójta.

    SZAMBELANIC

    oburzony
    272

    Nie może być! No patrzcież, i taki fagas, panie, pozwolił sobie zająć stanowisko obok mnie, za pan brat… Lis szedł prościusieńko na mnie, wtem jak go poczuł..

    WŁADYSŁAW

    273

    Za pozwoleniem, bo to jeszcze pytanie kogo on poczuł… może nie jego, tylko właśnie stryja.

    SZAMBELANIC

    niecierpliwie
    274

    Jakże chcesz… palił jakieś śmierdzące cygaro i nadto jeszcze przygwizdywał sobie, bo to jest!… na stanowisku, gdy psy gonią, słyszeliście co podobnego?… Złości mnie porwały… wołam: cicho, tam! a ten zdejmuje czapkę i powiada: moje uszanowanie panu dobrodziejowi.. jeszcze mi się błazen kłania.

    WŁADYSŁAW

    275

    No, grzeczny, cóż stryj chce.

    SZAMBELANIC

    276

    Mój Władysławie, nie dowcipkuj kosztem zdrowego sensu, a przedewszystkiem nie pozuj na demagoga, bo ja cię dobrze znam.

    STRASZ

    poufale, stając przed Szambelanicem
    277

    To pewno ten sam lis był, co wyszedł później na mnie… nie wiedziałem nawet że to lis, ale domyślam się po ogonie.

    SZAMBELANIC

    zdziwiony
    278

    A!… n. s. A toż znowu kto.. (głośno) Z kimże mam szczęście?

    KOTWICZ

    n. s.
    279

    A to palnął! głośno Przedstawiam kuzynowi naszego nowego sąsiada… pan Strasz, dziedzic Zagrajewic z przyległościami.

    SZAMBELANIC

    rozweselając się
    280

    Aha! to pan jesteś..

    KOTWICZ

    281

    Pan Szambelanic Czarnoskalski..

    STRASZ

    podając rękę
    282

    Bardzo mi przyjemnie.

    SZAMBELANIC

    drwiąco, podając palce
    283

    A! i mnie także… nie wiedziałem, że przybył w sąsiedztwo taki myśliwy… Więc jakże to było z tym lisem?

    STRASZ

    284

    A no, ja stałem, a on przyszedł do mnie… ot tak blisko…

    SZAMBELANIC

    285

    I nie strzelił pan?

    STRASZ

    286

    Myślałem, że to był pies… chciałem nawet na niego zawołać, bo bardzo lubię psy, ale skorom się poruszył zniknął mi, tylko zobaczyłem ogon ogromnie długi.

    SZAMBELANIC

    z drwiącą powagą
    287

    No, to oczywiście był lis.

    WŁADYSŁAW

    do Maurycego
    288

    Wiesz ty, że on paradny sobie.

    SZAMBELANIC

    oglądając Strasza
    289

    Dubeltóweczka ładna bo ładna…

    STRASZ

    290

    Dałem za nią dwieście rubli… lepażówka.

    SZAMBELANIC

    291

    Widzę, widzę, caca… z tem wszystkiem, wielkiej szkody zwierzynie pan nią nie zrobi.

    STRASZ

    292

    Bo też mnie o to nie chodzi poufale Za to na inną zwierzynę to ja jestem majster.

    SZAMBELANIC

    293

    Naprzykład?

    STRASZ

    294

    Jaką pan szambelanic masz dziewczynę w tym tu domku, to dawno nie zdarzyło mi się spotkać.

    SZAMBELANIC

    obrażony
    295

    Cóż to za koncept?

    MAURYCY

    296

    Ojcze, mieliśmy jechać.

    SZAMBELANIC

    wyniośle z gestem
    297

    Padam do nóg! n. s. Przyznam się, że trochę zanadto poufałości…

    Idą w głąb.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    wchodząc z zającem przy torbie
    298

    No, gdzie? dokąd?… quousque tandem? już odjeżdżacie? jakżeż można, comment peut on! ja w najlepsze zaczynam, jestem w sztosie… patrzcie, quel zając!

    WŁADYSŁAW

    299

    I po co to samemu dźwigać, zamiast oddać strzelcowi.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    300

    Savez vous quoi, c'est bon!… kot moją własną ręką zabity? nie czuję ciężaru… ja to noszę, jak znak honorowy… spostrzegłszy Strasza, do Kotwicza Qui es-ki-e-sa ce monsieur?

    KOTWICZ

    301

    Strasz z Zagrajewic.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    302

    A! sąsiad, sąsiad idzie do Strasza podając mu obie ręce; nagle wpatrując się weń, n. s. Jak on mi przypomina…

    STRASZ

    303

    Pan Dzieńdzierzyński?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    304

    Pan mnie znasz?

    STRASZ

    305

    Doskonale… Miałeś pan handel kolonjalny na miodowej uiicy.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    n. s.
    306

    To ten sam… głośno Tak… z amatorstwa… bawiłem się… zaambarasowany Pardonpatrzy na zegarek już tak późno… n. s. człowiek, któremu dałem w łapę kilka rubli za kopję wyroku… Jezus Marja! oni tu chyba o tem nie wiedzą… głośno panie szambelanie… monsieur chambelan… ja jadę do was, bo tam jest moja Pola… pojechała właśnie do szambelanówny.

    SZAMBELANIC

    307

    I owszem, bardzo nam będzie przyjemnie do Kotwicza, który mu mówił do ucha Co? zapraszać go! a dajcież mi pokój… w imię ojca i syna!… czy ja wiem co za jeden..

    WŁADYSŁAW

    do Dzieńdzierzyńskiego
    308

    Oddajże papka tego zająca na wóz, bo krwawi… powala siedzenie w wolancie.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    309

    Comment?… attendez… mam tu papier od butersznitów…

    Dobywa z torby i obwija zająca; odchodzą, Maurycy i Władysław kłaniają się zdaleka Straszowi.

    SCENA VIII

    Kotwicz, Strasz, potem Łechcińska.

    STRASZ

    po chwili
    310

    A my?

    KOTWICZ

    311

    Ano, i my jedziemy.

    STRASZ

    312

    Przyznam się, że mógł był ten pan szambelanic powiedzieć mi choć słówko.

    KOTWICZ

    313

    Ale panie, to jest człowiek, który niewolniczo trzyma się form… nie wypadało mu… zkądże?… wszak to nie jest proszona zabawa, tylko po prostu, pan korzystając z sposobności, robisz krok grzeczności sąsiedzkiej.

    ŁECHCIŃSKA

    w progu, załamując ręce
    314

    Odjeżdżają!… cóż teraz będzie?

    STRASZ

    p. c.
    315

    Nie jadę.

    KOTWICZ

    316

    Ale panie, dla czego?

    STRASZ

    317

    Stanowczo powiadam, nie jadę i skończony interes.

    KOTWICZ

    na gest Łechcińskiej, która zaraz znika
    318

    No, to przynajmniej przetrąćmy co, jest tu śniadanie.

    STRASZ

    319

    Gdzie?

    KOTWICZ

    320

    U leśniczego.

    STRASZ

    żywo
    321

    A ta dziewczyna jest tam?

    KOTWICZ

    podobnież
    322

    Jest! jest!

    STRASZ

    323

    No widzisz pan, jak mi kto robi rozumną propozycję, to zupełnie co innego. ściskając mu rękę Zgadzam się.

    KOTWICZ

    324

    Więc służę. prowadząc go, n. s Gdzie djabeł nie może, tam babę pośle… Referendarzowa da sobie z nim radę.

    Wchodzą do domku. Zasłona spada.

    AKT II

    Salonik — umeblowanie gustowne, ale zszarzane — troje drzwi: jedne w głębi, dwoje po bokach — z prawej okno — po tejże stronie źwierciadło stojące — z lewej kanapa, fotele i stół, na którym pisma, parę książek, album z fotografiami i t. p.

    SCENA I

    Pola, Służący wchodzą głównemi drzwiami; potem Gabrjela.

    POLA

    z której służący zdejmuje okrycie
    325

    Więc starsza pani słaba?

    SŁUŻĄCY

    326

    Tak… po swojemu.

    POLA

    327

    Jakto, po swojemu?

    SŁUŻĄCY

    328

    Niby… jak zawsze, na głowę… n. s. więcej ambarasu, jak co warto.

    POLA

    329

    Panna Gabrjela jest przy matce?

    SŁUŻĄCY

    330

    A jakże.

    POLA

    331

    Zaczekam tu… służący wychodzi z okryciem; Pola zdejmuje kapelusz, przygładza włosy przed zwierciadłem, potem przeszedłszy się parę razy w milczeniu, zbliża się do stołu i przegląda pisma; po chwili, biorąc album z fotografiami A!… nie ma świadków… mogę sobie pozwolić. znalazłszy fotografię wpatruje się w nią Mój drogi!… gdybyś ty wiedział… gdybyś mógł temi martwemi oczyma zajrzeć w głąb mojej duszy… p. c. Jak on tu jest doskonale trafiony… wysuwając kartę Gdybym tak sobie przywłaszczyła… dobra sposobność… ale brak mi odwagi… ah! na samo przypuszczenie, że mógłby kto spostrzedz…

    Oglądając się machinalnie, spostrzega Gabrjelę.

    GABRJELA

    wchodząc z lewej strony
    332

    Usłyszałam turkot, byłam pewną że to panowie z polowania, tymczasem przez okno spostrzegłam powóz z Zabrodzia… miła dla mnie niespodzianka.. Jak się masz.

    Całują się.

    POLA

    zakłopotana albumem, którego nie wypuszcza z rąk
    333

    Podobno mama słaba.

    GABRJELA

    334

    Trochę migreny, ale już przeszło… teraz usnęła… ucieszy się bardzo, gdy cię zobaczy, tak dawno już nie byłaś u nas.

    POLA

    j. w.
    335

    Podobną wymówkę mogłabym i ja tobie zrobić… n. s. To się złapałam… gdybym mogła wsunąć napowrót.

    Udaje że przegląda album.

    GABRJELA

    336

    Cóżeś ty się tak zagłębiła w tem albumie, nie ma tam nic ciekawego, same wybierki przeznaczone na plondrowanie.

    POLA

    szybko chowa fotografię do kieszonki; n. s.
    337

    Stało się! głośno, przewracając karty albumu na chybił trafił, zmięszana Tak sobie, przeglądam… ale istotnie, ile tu brakuje! pełno pustych miejsc… n. s. E, przecież nikomu nie przyjdzie na myśl… głośno Kto jest ten młody mężczyzna?

    GABRJELA

    338

    Młody mężczyzna, ten?… ha, ha.. czy ci się podobał?

    POLA

    339

    Ma wyraz twarzy uderzający.. n. s. nie wiem sama, co mówię.

    GABRJELA

    340

    To nasz daleki kuzyn.. oryginał sławnie brzydki, ale kolosalnie bogaty… Powiedz sama, czy nie ma on wypisanego na czole: materjał na męża!

    POLA

    341

    Dla czego?

    GABRJELA

    342

    Dla tych właśnie przymiotów. Wyobraź sobie, dostał kobietę wykształconą i prześliczną, która jest z nim najszczęśliwszą.

    POLA

    343

    Mógł się przecie podobać.

    GABRJELA

    344

    Jako partja, bezwątpienia… kochała się szalenie w innym, i kocha go podobno jeszcze… ale pokazała się kobietą dziwnego hartu.

    POLA

    345

    Inaczejbym to nazwała.

    GABRJELA

    346

    Wyratowała z nędzy matkę.

    POLA

    347

    A! więc po prostu spełniła ofiarę.

    GABRJELA

    348

    Na której przedewszystkiem sama zyskała grubo, dostawszy męża zgadującego jej myśli i dogadzającego najkapryśniejszym zachceniom… to nic więcej, tylko dowód praktyczności, której mogłybyśmy jej wszystkie pozazdrościć.

    POLA

    349

    Dziękuję za to.

    GABRJELA

    350

    Ale bo my popełniamy zwykle ten błąd, że nadto dajemy się powodować czułostkowości… po romansowych głowach snują się obrazy sielankowego szczęścia, które jako marzenia chorobliwe narażają nas tylko na spadanie z obłoków.

    POLA

    351

    Nawet choćby się urzeczywistniły?

    GABRJELA

    352

    Alboż to się trafia?

    POLA

    353

    A małżeństwo z miłości?

    GABRJELA

    354

    Raz na tysiąc razy, moja droga, wielki los na loterji; jakiegoż to trzeba zbiegu okoliczności, żeby zadowolnić zarazem i pragnienie serca i wymagania rozumu.

    POLA

    355

    Gdy chodzi o szczęście całego życia, zdaje mi się, że powinnyśmy się radzić tylko serca. Ja przynajmniej nigdybym nie potrafiła iść za mąż bez przywiązania.

    GABRJELA

    356

    Potrafiłabyś, gdybyś musiała… a zresztą, wszystkie te rojenia o szczęściu o tyle są coś warte, o ile przedstawiają jakąś rękojmię trwałości.

    POLA

    357

    To już od nas samych zależy.

    GABRJELA

    358

    Nie koniecznie. Czy wiesz, jak ja sobie wyobrażam szczęście? obejmując Polę i patrząc jej w oczy Oko utopione w oku, w którego głębiach obietnice raju, dłoń w dłoni, której dotknięcie wzbudza bicie mojego serca…

    POLA

    śmiejąc się
    359

    Pokazuje się, że mamy jednakowy gust… ja nie inaczej myślę. Ale tym sposobem, jesteś w sprzeczności sama z sobą.

    GABRJELA

    j. w.
    360

    Za pozwoleniem, nie dokończyłam… Ale to wszystko pod warunkiem, żeby się odbywało na lśniącym parkiecie, wśród ścian źwierciadlanych odbijających bez wykrzywienia oblicza dwojga ludzi szczęśliwych, w atmosferze przesiąkłej wonią wyszukanych pachnideł… bo, wierzaj mi, choćbym usychała z miłości, nie odważyłabym się na życie z człowiekiem ukochanym wśród trosk… przykucie go do siebie w tych warunkach uważałabym za szczyt nierozsądku… zdaje mi się, że znienawidziłabym go, gdyby mi przyszło wystawiać uczucie na walkę z losem!… spokojniej rozumiesz mię teraz?

    POLA

    361

    Jeżeli mówisz prawdę, to żałuję cię. Ja podzieliłabym chętnie najsmutniejszą dolę z tym, któregobym wybrała.

    GABRJELA

    362

    Tak ci się zdaje, bo nie jesteś w tem położeniu.

    SCENA II

    Gabrjela, Pola, Dzieńdzierzyński, Służący

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    we drzwiach w głębi, spostrzegłszy Polę z Gabrjelą, uszczęśliwiony, odsuwając służącego, który chce mu odebrać torbę zającem
    363

    Co za widok! quel joli paysage… serce mi rośnie, gdy patrzę na tę ich przyjaźń.

    GABRJELA

    364

    A! pan Dzieńdzierzyński.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    przybiegając
    365

    Padam do nóżek, moje uszanowanie… całuję rączki panny szambelanównej. całuje ją w rękę; do Poli całując ją w głowę Jak się masz.

    GABRJELA

    spostrzegłszy zająca
    366

    Cóż za trofeum przy torbie!

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    367

    Ah! pardon cofając się jakiż ja jestem roztargniony… wchodzić tak do salonu pomiędzy damy… tęgi zając, n'est ce pas? idąc do drzwi W tej chwili służę. zatrzymując się, do Poli Pani szambelanowej nie ma?

    POLA

    368

    Słaba na migrenę.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    z współczuciem
    369

    Ah! co za szkoda!… byłaby go zobaczyła.

    POLA

    370

    Czy papka sam to zabił?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    371

    Comment? powtarzając po niej Czy papka sam to zabił?… miałem przy sobie sól w papierku i posypałem na ogonek… oj, ty, ty… córka myśliwego i robić tak naiwne pytanie… zabiłem, i to strzeliwszy z pod pachy… do służącego No, weźże tego zająca i zanieś do kuchni, ale powiedz tam, że to ja moją własną ręką zabiłem… pamiętaj!… pan z Zabrodzia swoją własną ręką… powiesz?

    SŁUŻĄCY

    372

    Powiem, co mi to szkodzi.. i tak nie uwierzą…

    odchodzi z torbą i zającem

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    373

    Co?

    GABRJELA

    374

    Pan sam tylko przybyłeś?… gdzież reszta towarzystwa…

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    375

    Przyjechaliśmy wszyscy, ale szambelan i obadwa młodzi poszli do siebie… n. s. głupiec.

    GABRJELA

    siadając na kanapie
    376

    A z obcych jest kto? robiąc mu miejsce koło siebie Siadaj pan.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    377

    Dziękuję uprzejmie. siadając Nie ma, broń Boże… jesteśmy w swojem kółku.

    GABRJELA

    378

    Czyż nie było nikogo więcej na polowaniu?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    379

    Ale i owszem! nie brakowało nieproszonych gości… spotykaliśmy pełno jakiejś hołoty, figur zakazanych..

    GABRJELA

    380

    Ale z sąsiadów był kto?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    381

    Nikt, prócz Strasza z Zagrajewic.

    GABRJELA

    382

    A! pan Strasz… czemużeście go panowie z sobą nie przywieźli?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    niechętnie
    383

    Do czegożby to było podobne.

    GABRJELA

    384

    Wiadomo, że pan jesteś zwolennikiem form, ale cóżby to szkodziło!… powiedzże mi pan co o nim… Cóż to za osobistość?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    j. w. wstając
    385

    Ale proszę pani, czy ja go znam! nie wiem co za jeden.

    GABRJELA

    386

    Jakżeż go pan z góry traktujesz!.. Mówmy tak otwarcie, czy to grzecznie, żeście odjechali zostawiając tego pana… może go nawet nikt nie prosił.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    387

    Nie wiem.

    GABRJELA

    388

    Jego rzeczą było przyjąć zaproszenie albo wymówić się, ale od panów należał się ten krok uprzejmości.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    389

    Ale kiedy to jest człowiek nie z naszej sfery, je vous assure.

    GABRJELA

    śmiejąc się
    390

    Już takiego ultraarystokraty jak pan jesteś, to nie znam.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    zadowolony
    391

    Comment? pani uważasz, że ja jestem arystokratą.

    GABRJELA

    wstając
    392

    Ale jakim!

    POLA

    która przeglądała pisma, a potem przechadzała się zniecierpliwiona tokiem rozmowy
    393

    Papka bo gotów jest bronić nawet tego w co nie wierzy, i na odwrót… wbrew własnemu przekonaniu, byle tylko mieć materję do sprzeczania się z tobą.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    protestując
    394

    Ale za pozwoleniem.

    POLA

    395

    Szczególne ma w tem upodobanie.

    GABRJELA

    396

    O, ja wiem, że pan jesteś duchem sprzeciwieństwa… n. s. Muszę się dowiedzieć, co się dzieje z Łechcińską… głośno Moja Polu, przepraszam cię, że odejdę na chwilkę, ale muszę zobaczyć, czy mama się nie obudziła… natychmiast wrócę.

    POLA

    397

    O proszę cię… nie rób z nami żadnej ceremonji.

    GABRJELA

    na odejściu do Dzieńdzierzyńskiego
    398

    Gniewam się na pana.

    Odchodzi na lewo.

    SCENA III

    Dzieńdzierzyński, Pola.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    399

    Comment? sur moi? savez vous quoi, c'est bon.

    POLA

    p. c.
    400

    Cóż papka ma znowu przeciwko temu Straszowi?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    401

    Ale cicho! bo nic nie wiesz… tajemniczo był dependentem przy adwokacie… wystaw sobie, ja sam, moją własną ręką, dałem mu kiedyś pięć rubli za kopię wyroku w jednej sprawie… no!

    POLA

    402

    Więc cóż?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    403

    Nic… wziął i schował do kieszeni.

    POLA

    404

    Ale należało mu się, czy nie?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    405

    Wprawdzie to było extra zwykłych kosztów, ale że chodziło mi o pospiech, więc sam mu obiecałem… pisał przez całą noc.

    POLA

    406

    Więc cóż papka chce od niego?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    407

    No, pozwolisz, że to jest ambarasujące położenie, gdy na raz taki jegomość zjawia się jako sąsiad, dziedzic dóbr i drze się do poufałości…

    POLA

    408

    I to papka może mówić?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    409

    Nie przez arystokrację, jak cię kocham, chociaż mnie o to posądza twoja przyjaciółka… tylko chcę powiedzieć, że taki człowiek nie miał gdzie nabrać tego poloru… cette politure… której się wymaga w towarzystwie comme il faut. Naprzykład na polowaniu, gdy mi go zaprezentowano, powiada: a! pan miałeś handel na miodowej ulicy… no proszę cię!

    POLA

    410

    Niechże się papka tego nie wypiera, tyle razy już prosiłam.. ja się tak boję złośliwych języków.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    411

    Bardzo dobrze, ale to mnie tylko wolno o tem pamiętać, a nie komuś tam… Tak nakazuje poczucie delikatności…. Stawiam ci dowód: wszakże szlachcic na wsi handluje wszystkiem co wyprodukuje, tak czy nie? a niechżeby komu przyszło do głowy nazwać go handlarzem… dajmy na to, nierogacizny… ce serait bon!… dla czegoż ten sam Strasz nie zaprezentował się jako były dependent, tylko jako dziedzic Zagrajewic…

    POLA

    412

    Ale papeczko, to są słabostki ludzkie, na które trzeba być wyrozumiałym.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    413

    To swoją drogą, ale trzeba także szanować siebie… i dla tego dziwi mnie zapytanie szambelanównej.. bo że on się chce tu wkręcić, to rzecz prosta, ale ona… chociaż to twoja przyjaciółka, niech mi daruje… jakby już brakowało w sąsiedztwie ludzi przyzwoitych… I do mnie pretensja, żem go nie przywiózł… zkąd? co?… p. c. chociaż wiesz ty, że to było powiedziane mądrze, w tem była myśl… niby uważają nas za swoich, traktują jakby już należących do familji.

    POLA

    która odeszła do okna
    414

    Z jakiegoż to tytułu?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    żartując
    415

    Je ne sais pas… comme cela!

    POLA

    416

    Jak papkę kocham, nie rozumiem… może papa sobie z troskliwości o mnie snuć jakieś projekta, ale… to jeszcze coś tak dalekiego… niepewnego..

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    pieszczotliwie
    417

    Ale nie bój się, nie bój… nic pewniejszego… trzeba znać ludzi; gdybyś nie była jedyną dziedziczką Zabrodzia, nie mówię.. ciszej ale oni są po szyję w interesach… taka partja jak ty, to dla nich wielki los.

    POLA

    418

    Na Boga! czyż papka nie czuje, jak ubliża i sobie i mnie takiem odezwaniem się…

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    nieśmiało
    419

    Comment? p. c. no cóż… przecie mówimy między sobą… w cztery oczy.

    POLA

    420

    Wszystko jedno. Poczucie własnej godności nie pozwoliłoby mi oddać ręki człowiekowi, któregobym podejrzywała, że starając się o mnie ma na względzie nie moją osobę, lecz majątek.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    421

    Ale Polu, pozwól no…

    POLA

    422

    Powiadam papie, że odmówiłabym.. chociażbym nawet szalała za nim.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    423

    A Jezus Marja! kiedy unosisz się bez najmniejszego powodu… któż tu o tem mówi…

    POLA

    424

    Papka sam nasuwa mi wątpliwość.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    425

    Ja?… w imię ojca i syna… przekręcasz moje słowa… powiedziałem tylko tak w ogóle.. en genéral.. p. c. z wymówką jesteś tak drażliwa, że sam nie wiem, jak z tobą mówić.

    POLA

    426

    Mam powody.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    427

    Jakie?… p. c. słuchajno, czy ja chcę twojego szczęścia, czy nie? jak ci się też zdaje.

    POLA

    całując go w rękę
    428

    Ale nie mam pod tym względem wątpliwości, tylko…

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    429

    Tylko co?… p. c. że pragnę tego związku, to swoją drogą. Wbiłem sobie w głowę, że musisz być Czarnoskalską i tego ćwieka mi nie wyciągniesz, ale chociażby mi to było najobojętniejszą rzeczą, nie widzę żadnej racji drożenia się i wyszukiwania trudności, skoro Maurycy się o ciebie stara.

    POLA

    430

    Nic o tem dotychczas nie wiem.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    431

    Nie wiesz? a bójże się Boga… toć o tem już wróble na dachach śpiewają… wszyscy wiedzą.

    POLA

    432

    Ludziom mogą wystarczać pozory, ale nie mnie.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    433

    A to już nic nie rozumiem.. Czegoż ty chcesz od niego? powiedz mi wyraźnie.

    POLA

    p. c. cichym głosem
    434

    Żeby nie zadawał sobie gwałtu, jeżeli narzucona rola zanadto mu jest przykrą.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    435

    Narzucona rola? cóż to on komedjant, czy co?… p. c. Moja Polu, zastanów się; to z twojej strony tylko kaprys, romanse, nic więcej… niecierpliwiąc się Nie pojmuję, w kogo się wdałaś, bo ani we mnie, ani w nieboszkę matkę… nie masz za grosz praktyczności. Pola ociera łzy Co to, płaczesz? dajżeż pokój, tego tylko brakuje! jeszcze ja przy tobie się rozbeczę i będzie!… Czy cię tyranizuję, czy zmuszam gwałtem?… powiedz co chcesz, wszystko zrobię.

    POLA

    436

    Ja tylko proszę, błagam, niech papka nie nagli i zostawi to czasowi… Skoro się przekonam…

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    437

    Ale ba, czasowi, czasowi., takie rzeczy się nie odwłóczą… jak zaczniesz grymasić, to ich może urazić, zniechęcić… ciszej a nużby uderzyli gdzie indziej?… będzie żal…

    POLA

    438

    Jeżeli pana Maurycego nicby nie kosztowało zwrócić w inną stronę swoje zapały…

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    439

    Ale moja droga… cóż chcesz… z samej desperacji, par despération, gdy mu będziesz fochy stroić… cóż on zrobi jak go rodzice zmuszą… n. s. zdesperowany Poplątałem się… po chwili błagalnie Polu!

    POLA

    440

    Ale cóż papka żąda odemnie.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    441

    Ne fais pas des grima-s, mniej wzgląd na mnie, zrób też coś dla papki.

    POLA

    442

    Powinniśmy się strzedz cienia pozoru, że się narzucamy… przeceniając zaszczyt należenia do towarzystwa osób, które właśnie z tego tytułu… mogłyby nas traktować… lekko…

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    niespokojny
    443

    Nas traktować lekko? nic podobnego nie zauważyłem… zkądże ci to w głowie?

    POLA

    444

    Mówię tylko… że nie powinniśmy się na to narażać.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    chodzi p. c.
    445

    To prosta rzecz, ale tu nie ma tego rodzaju obawy… sami ujmują nas na każdym kroku, a jeżeli jesteśmy już jak domowi, to wszystkie awanse były z ich strony.

    POLA

    446

    Papka może się łudzić.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    447

    Ale broń Boże! chybaby tak zręcznie udawali. Są ze mną tak poufale… nazywają papką.

    POLA

    448

    Ojciec jest w tym wieku, że zbyteczna poufałość może być dla niego ubliżeniem.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    449

    Przesadzasz Polu, jak cię kocham przesadzasz… uprzedzając odezwanie się Poli tylko dajno się przekonać: ty mnie tak nazywasz, a że ciebie uważają już za swoją… więc.. tak sobie, pour plaisir… w dobrej komitywie.. ale! à propos papki… proszę cię, bo ty znasz lepiej język francuzki… co za przysłowie może być na: papka?

    POLA

    450

    Dla czego?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    451

    Bo Władysław powiedział mi coś, czego nie zrozumiałem, a nie wypadało mi się zapytać…

    POLA

    żywo
    452

    Pan Władysław?… i cóż to było?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    453

    Kiedy zapomniałem… czekajno… qui est papka, plus papkaspostrzegając Gabrjelę cicho! później ci powiem.

    SCENA IV

    Poprzedzający, Gabrjela, p. c., Szambelanic, później Maurycy.

    GABRJELA

    wchodząc z lewej strony
    454

    Polu, możebyś się teraz pofatygowała do mamy.

    POLA

    455

    Już można?

    GABRJELA

    456

    Obudziła się i prosi cię.

    Bierze Polę pod rękę.

    SZAMBELANIC

    wchodzi z prawej strony
    457

    Jest tu sąsiad? spostrzega Polę a! witam pannę Paulinę. ściska jej rękę, ona mu oddaje niski dyg Powiem państwu pocieszną nowinę: zgadnijcie też, kogo będziemy mieli dziś na obiedzie?… ani by wam przez myśl przeszło.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    zainteresowany
    458

    No, no, no?

    SZAMBELANIC

    459

    Głupstwo, ale mnie irytuje… Co to jednak znaczy forma w życiu towarzyskiem… Są tacy, co się z tego śmieją, tymczasem ja powiadam, że gdybyśmy odrzucili formy, obcowanie z ludźmi stałoby się istną torturą.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    spoglądając na Polę
    460

    To, co ja zawsze powiadam.

    SZAMBELANIC

    461

    Bo o cóż nam chodzi?… o to, żeby człowiek z którym okoliczności każą nam żyć, był gładkim i nie raził nas obejściem nieprzyzwoitem.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    do Poli
    462

    Voyez-vous!

    SZAMBELANIC

    463

    Gdy tego nie znajduję, no to padam do nóg.

    GABRJELA

    464

    Do kogoż ojciec to stosuje?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    465

    Ale! więc któż to się zaprosił na obiad?

    SZAMBELANIC

    466

    Nasz nowy sąsiad, pan.. pan… jakże mu tam… z Zagrajewic…

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    467

    Strasz! do siebie Powiedziałem, że się tu wśrubuje.

    GABRJELA

    468

    Aha! do Poli Chodźmy.

    POLA

    żartobliwym tonem
    469

    Widzisz, więc będziesz go miała.

    Wychodzą na lewo.

    SZAMBELANIC

    470

    Bo to niby mała rzecz… sąsiad.. znalazł się na polowaniu… no, i przyjeżdża… ale jak to charakteryzuje człowieka… nie zarekomendowawszy się złożeniem wizyty, nie dawszy się poznać, bo istotnie nie wiemy co za jeden… i tak sobie bez ceremonji.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    471

    Jak do oberży!… Ale skądże szambelan wie… czy już jest?

    Idzie do okna.

    SZAMBELANIC

    472

    Podobno jedzie, dowiedziałem się przypadkiem od służby. Pytam się, gdzie jest pan Kotwicz… hrabia… czy już wrócił z lasu… powiadają mi, że został na śniadaniu na leśniczówce wraz z panem Straszem, i że obaj mają przyjechać. Hrabiątko głupieje na starość, słowo uczciwości.

    Rzuca się na kanapę.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    473

    A niech mi daruje… bo, proszę szambelana, nie chodzi o tę łyżkę rosołu… patrzy przez okno Ot, już przyjechali!… ale nie.. to chyba ktoś inny… jakaś bryczka… ale wygląda na najętą furmankę… stoi przed oficyną.. wyjmuje z niej jakieś zawiniątko czy papiery.

    SZAMBELANIC

    n. s.
    474

    Sekwestrator albo woźny… głośno Bodaj to w mieście, tam jestem przynajmniej panem swojej woli. nic mnie nie obowiązuje do przestawania z kimś dla tego, że sąsiaduje ze mną przez ścianę, a tu!… lada jakiś tam obieżyświat pod pozorem sąsiedztwa chce być ze mną w zażyłości… i to trzeba przyjmować grzecznie, całować się z tem z dubeltówki, i jeszcze być wdzięcznym za zaszczyt, bo to jest!

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    475

    Ale po cóż znowu robić sobie subjekcję.

    SZAMBELANIC

    476

    Jeżeli ktoś jest nieprzyzwoitym, to mnie nie upoważnia do naśladowania go… od tego właśnie są formy.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    477

    Oui, c'est vrai bon ton.

    SZAMBELANIC

    do Maurycego, który wchodzi z papierami
    478

    Cóż to tam nowego? biorąc już jak zobaczę papier ze stęplem, to mnie dreszcze biorą.. czyta; marszcząc brwi nakaz komornika?

    MAURYCY

    479

    Tak, niestety.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    przechadzając się, n. s.
    480

    Ten człowiek będzie mi psuł krew… przewiduję to

    SZAMBELANIC

    przejrzawszy
    481

    Więc cóż? niech zostawi i jedzie sobie z panem Bogiem.

    MAURYCY

    482

    Ojciec chyba nie przeczytał uważnie.

    SZAMBELANIC

    483

    Dajże mi pokój… możesz mnie sam objaśnić, jeżeli wiesz.

    MAURYCY

    484

    Chce zaraz robić zajęcie.

    SZAMBELANIC

    oburzony
    485

    Serio?

    MAURYCY

    486

    Utrzymuje, że wyrok stał się prawomocnym… wszystkie terminy już upłynęły.

    SZAMBELANIC

    p. c.
    487

    Nie dopilnowało się… djabli nadali.. można było odwłóczyć Bóg wie jak długo… p. c. Ano, wiesz ty, nie ma innej rady, tylko powiedzieć otwarcie Dzieńdzierzyńskiemu, on da na to.

    MAURYCY

    488

    Za nic w świecie!

    SZAMBELANIC

    489

    O, tylko nie dziwacz z temi skrupułami… jak gdyby ludzie nie pożyczali… od czegoż kredyt?

    MAURYCY

    490

    Gdzież fundusz na oddanie, jeżeli się od niego weźmie?

    SZAMBELANIC

    491

    Alboż nie mam Czarnoskały… z uśmiechem, znacząco zresztą, to już ty znajdziesz.

    MAURYCY

    492

    Ojcze!

    SZAMBELANIC

    zniecierpliwiony
    493

    Więc cóż zrobić? zabawny jesteś… dopuścić do zajęcia… kompromitować się publicznie!

    MAURYCY

    494

    Czyż lepiej nadużyć zaufania…

    SZAMBELANIC

    surowo
    495

    Maurycy, zapominasz się.

    MAURYCY

    całując go w rękę
    496

    Niech ojciec tego zaniecha.

    SZAMBELANIC

    wstając
    497

    No, to znajdźże inne lekarstwo… gdzie Władysław? idźcie oba i traktujcie z tym jegomością… może zyskacie zwłokę… jedyny sposób: wsadzić mu co w łapę… p. c. No, idź, idź… nie ma co! Maurycy po chwili wahania się wychodzi Szarańcza, słowo uczciwości.

    Chodzi.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    n. s. chodząc
    498

    Że też to nikt się nie pyta, do czego go pan Bóg stworzył, tylko byle się piąć!… głupota ludzka

    SZAMBELANIC

    n. s.
    499

    Ale co to na nich rachować… wiem, że nic nie zrobią… nie ma innego środka, tylko do tego się udać. p. c. głośno Głupie czasy, mój sąsiedzie.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    500

    No?

    SZAMBELANIC

    501

    A z temi interesami. Dawniej między nami była jakaś solidarność, o kredyt nikt się nie kłopotał; dziś w nagłym razie trzeba się udawać do żydów… dla tego to stare rody upadają.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    502

    Istotnie, że teraz nie ma już tego zaufania.

    SZAMBELANIC

    503

    Właśnie.. ale dla czego?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    504

    Widać dla tego, że dawniej oddawano et á présent on ne veut pas.

    SZAMBELANIC

    505

    Mówię o tych, co oddają, a przynajmniej chcą oddać, a że nie mogą.. no, to inna kwestja.. to bywa chwilowo. W każdym razie, gdzież lepsza pewność jak na wielkich majątkach, chociażby nawet obdłużonych.. zawsze tam miejsca jeszcze wystarczy… tymczasem, prędzej znajdzie kredyt jakiś tam dorobkowicz na lichej wiosczynie, niż pan milionowych dóbr… i jakże tu egzystować.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    506

    To ja powiem szambelanowi przyczynę. Jak z dwóch rybek jednę wpuścić do małej sadzaweczki, a drugą do wielkiego jeziora, to tę pierwszą zawsze łatwo dostać, ale drugą… niekoniecznie… choć ona tam pewna, najpewniejsza… chybaby spuścić jezioro, a to grubo kosztuje. Nieprawdaż?

    SZAMBELANIC

    507

    No to tylko sobie bajeczka. n. s. Dowcipniś.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    po chwili wahania się
    508

    Czy szambelan… masz jakie kłopoty?

    SZAMBELANIC

    żywo
    509

    Mój sąsiedzie, któż jest bez nich… Czarnoskała to jest majątek od lat kilkuset pozostający w naszym rodzie… do Łechcińskiej, która wchodzi głębią Czego mi się tu kręcić?…

    ŁECHCIŃSKA

    510

    Myślałam, że tu jest panna Gabrjela.

    SZAMBELANIC

    półgłosem
    511

    Podsłuchiwać… ploteczki znosić…

    ŁECHCIŃSKA

    z niewinną miną
    512

    Ja! do siebie, idąc ku drzwiom z lewej strony Musi być coś, kiedy się boi podsłuchania.

    SZAMBELANIC

    do Dzieńdzierzyńskiego
    513

    Może sąsiad pozwolisz do mnie na cygarko…

    Bierze go pod rękę.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    514

    Bon!

    Wychodzą na prawo.

    SCENA V

    Gabrjela, Łechcińska.

    ŁECHCIŃSKA

    tryumfująco do Gabrjeli, która wchodzi z lewej strony
    515

    Jedzie!

    GABRJELA

    516

    Wielka nowina! czy to miały znaczyć owe znaki telegraficzne przez okno? dowiedziałam się już przedtem… ale nie jestem kontenta, tak się to jakoś zrobiło nie wiedzieć po jakiemu.

    ŁECHCIŃSKA

    517

    Co znowu! wszystko poszło jak po maśle.

    GABRJELA

    518

    Ale gdzie tam! i ojcu tak się to nie podobało.

    ŁECHCIŃSKA

    519

    O! starszy pan…

    GABRJELA

    520

    Gdyby był przynajmniej przyjechał razem ze wszystkimi, a nie tak, sam, z polowania prosto na obiad.

    ŁECHCIŃSKA

    521

    Jakto sam? a hrabiego to się już nie rachuje?

    GABRJELA

    522

    Zawsze to jakoś śmiesznie.

    ŁECHCIŃSKA

    523

    Moja pannuńciu, to już tak jest, że starający się nie uważają na formuły… nieraz jeszcze większe głupstwa robią z miłości, a to uchodzi.

    GABRJELA

    wzruszając ramionami
    524

    Z miłości! to też tem da się wytłumaczyć; ale tu, pan starający się, jak go Łechcińsi podobało się nazwać, nie widział mnie w swojem życiu.

    ŁECHCIŃSKA

    525

    Otóż właśnie pokazuje się że widział.

    GABRJELA

    526

    A to gdzie?

    ŁECHCIŃSKA

    527

    W kościele podobno… n. s Co mi to szkodzi powiedzieć… głośno nie dla czego innego tak pilno się o pannuńcię wypytywał.

    GABRJELA

    ironicznie
    528

    Jak wyglądam?

    ŁECHCIŃSKA

    529

    O, o… pannuńcia chce mnie łapać za słówka, jak matkę kocham.

    GABRJELA

    530

    Więc o cóż się pytał?

    ŁECHCIŃSKA

    531

    O wszystko, jak to kiedy kto sobie czem głowę nabije… jakie pannuńcia ma gusta, jakich mężczyzn woli, bronetów czy blondynów… a taki był zatopiony w myślach…

    GABRJELA

    śmiejąc się
    532

    Łechcińsia się uwzięła żeby mi go ośmieszyć, a to jedno mogłoby mnie zrazić… po co tu wysilać imaginację!

    ŁECHCIŃSKA

    533

    Ale bo..

    GABRJELA

    534

    Czyż to wszystko potrzebne?… to, co wiadomo o tym panu, wystarcza, abym go dobrze przyjęła, jeżeli rzeczywiście przedstawi się jako starający… niestety, nie mam w czem przebierać.

    ŁECHCIŃSKA

    535

    E! to o pannuńcię nie ma, widzę kłopotu!.. a starsza pani tak się martwiła.. Jak matkę kocham, tak mi się już jej żal zrobiło, że byłam gotową zryzykować się na intrygę — chociaż sie tem brzydzę — byle pannuńcię namówić… poufnie Starsza pani turbowała się szczególniej o to, czy pannuńcia z kim w romansie nie stoi.

    GABRJELA

    536

    A toż co znowu!

    ŁECHCIŃSKA

    537

    No, niby, czy się pannuńcia w kim skrycie nie kocha.

    GABRJELA

    538

    Choćby tak było, mama wie, że moje położenie nie pozwala na ten zbytek, abym mogła iść za mąż z miłości… p. c gdyby, gdyby!…

    ŁECHCIŃSKA

    z współczuciem
    539

    Mój Boże, to tak jest… chciałoby się duszy do raju, a tu.. jakie my kobiety nieszczęśliwe!… p. c. Pan Maurycy tak marudzi z tą swoją panną Pauliną, że Bóg wie, kiedy to będzie… a chociażby, to cóż z tego, obejmie Czarnoskałę, a z pannuńcią co się stanie?… czyje dzieci piastować, bo… ale! ciszej znowu komornik przyjechał.

    GABRJELA

    540

    Nie może być!

    ŁECHCIŃSKA

    541

    Jak matkę kocham! podsłuchałam niechcący przechodząc koło kancelarji… chce spisywać wszystko w pokojach, licytować… awantury!… pan Maurycy i pan Władysław sekują się tam z nim, szczególniej pan Władysław… słyszałam… ale co oni poradzą, kiedy nie ma tego…

    Pokazuje liczenie pieniędzy.

    GABRJELA

    chodząc i łamiąc ręce
    542

    Moja Łechcińsiu!

    ŁECHCIŃSKA

    543

    Pannuńciu złota, nie ma co medytować, tylko pana Boga wezwać w pomoc, i… próba frei… może Bóg da… poufnie mnie się zdaje, że on ma żyłkę do kobiet, a takiemu nie wiele trzeba, żeby się zapalił… Już kiedy on do mnie się wdzięczył, a nawet Zuzi nie przepuścił, to dosyć.. a gdzież tu porównanie…

    Wskazuje na zwierciadło, przed którem właśnie stoją.

    GABRJELA

    544

    Ale cóż Łechcińsia wygaduje!

    ŁECHCIŃSKA

    spojrzawszy w okno
    545

    A Jezus! jadą… biegnę do starszej pani… idzie na lewo; wracając sie A niech się pannuńcia przeżegna.

    Wychodzi na lewo.

    SCENA VI

    Gabrjela, p. c., Maurycy.

    GABRJELA

    sama
    546

    Po co ona mi to powiedziała! czułam rumieniec na twarzy.

    MAURYCY

    wchodzi głębią nie widząc Gabrjeli, wzburzony
    547

    Nie! prowadzenie rozmowy w tym tonie jest dla mnie niepodobieństwem… Słuchać zarzutów, z których każdy wypadałoby odbić policzkiem, być zmuszonym zniżać się do próśb, wykrętów… a!… żyć raczej suchym chlebem, byle uniknąć takiego położenia!

    GABRJELA

    548

    Gdyby się to dało wykonać tak łatwo, jak szumnie brzmi w frazesie.

    MAURYCY

    549

    A! byłaś tu?

    GABRJELA

    550

    Cóż cię tak wzburzyło?

    MAURYCY

    551

    Nic… tak… złożyły się rozmaite okoliczności.

    GABRJELA

    552

    Nie potrzebujesz robić przedemną tajemnicy… wiem jaki znowu macie kłopot.

    MAURYCY

    553

    Wiesz, i pytasz się co mnie wzburzyło?… Powiedz mi, po co to odgradzać się od ludzi chińskim murem pretensji kastowych, kiedy sami go przekraczamy i grzęźniem w błocie dając broń przeciwko sobie tym, którymi zkąd inąd każdy z nas pogardza? jakiż piekielny urok ma ten pieniądz, że dla niego…

    GABRJELA

    z uśmiechem
    554

    Bo jest najlepszym stróżem honoru i tarczą przeciwko wszelkim pociskom…

    MAURYCY

    555

    Winszuję ci, że możesz w tej chwili dowcipkować.

    GABRJELA

    556

    To tylko dowodzi, że widzę jasno sytuację, nie tak jak mój braciszek, który uwziął się od niejakiego czasu rozpływać w sentymentalizmie i zamiast działać energicznie, bajronizuje… Ja bo widząc co się dzieje, postanowiłam sobie choćby kosztem największych ofiar dźwignąć się i stanąć silną przeciwko wszystkiemu, co mi los może zgotować.

    MAURYCY

    557

    Tylko że tych ofiar nie bardzo potrzebujesz, a jeżeli będą jakie to lżej wam przyjdzie znieść je we dwoje. Szczęśliwa jesteś, zazdroszczę ci, nikt wam obojgu nie będzie miał prawa zarzucić brudnej rachuby, możecie iść do celu z podniesioną głową.

    GABRJELA

    558

    Nie rozumiem cię.

    MAURYCY

    559

    Już to, że poznałaś się na tym człowieku, stawia cię bardzo wysoko.

    GABRJELA

    560

    O kim mówisz?

    MAURYCY

    561

    Pytasz się? naturalnie o Władysławie.. On tam został i układa się, bo ja byłem bezsilnym… Gdybyś wiedziała jak to wziął do serca… o, on cię kocha prawdziwie.

    GABRJELA

    562

    Czy aż tak, że się zwierza? dzieciaki jesteście.

    MAURYCY

    563

    Nie miej mu tego za złe… twoja wzajemność tak go uszczęśliwia!

    GABRJELA

    564

    A ty zkąd wiesz o mojej wzajemności?

    MAURYCY

    565

    Wnosząc z tego co mi mówił…

    GABRJELA

    żywo
    566

    Cóż ci mówił?

    MAURYCY

    567

    Że jest pewnym twojego serca… i nic dziwnego, zasługuje na to, byś go kochała.

    GABRJELA

    śmiejąc się z przymusem, zirytowana
    568

    Czy za swoją zarozumiałość? I toż jest ten praktyczny, trzeźwo patrzący Władysław? Jeżeli miałam jaką słabość do niego, nie dawało mu to prawa robić mnie przedmiotem studenckich przechwałek.

    MAURYCY

    569

    Co ty mówisz?

    GABRJELA

    570

    Ubliżył mi… a zresztą uczucie, jeżeli je bierze na serio, robi go egoistą.. dla dogodzenia mu, dla jakichś romansowych urojeń, chce ze mnie zrobić ofiarę… nie cierpię go teraz.

    SCENA VII

    Poprzedzający, Władysław.

    WŁADYSŁAW

    wchodząc prędko głębią; do Maurycego
    571

    Zgadnij jaki obrót rzeczy wzięły?… tego się nigdy nie spodziewałem… ciszej Gabrjela wie?

    MAURYCY

    572

    Wie.

    WŁADYSŁAW

    do Gabrjeli, biorąc jej rękę
    573

    Chciałem usilnie załatwić jakoś ten interes, bo kłopoty wasze oddawna już stały się mojemi.

    GABRJELA

    zimno, odbierając rękę
    574

    Pozwól, ściskasz mi rękę.

    WŁADYSŁAW

    575

    O, przepraszam cię… Wystaw sobie, już, już miałem nadzieję doprowadzenia rzeczy do końca, bo przystawano na spłatę ratami, wprawdzie w stanie naszych finansów dosyć uciążliwemi, ale zawsze pozwalającemi odetchnąć… w tem ni ztąd ni zowąd traf przynosi, wiecie kogo?… patrzę, zajeżdża Kotwicz z tym Straszem który był dziś na polowaniu… Komornik zobaczywszy ich przez okno wybiega, i ci panowie witają się jak najlepsi znajomi… pokazuje się że kolegowali z sobą w Warszawie… potem odchodzą na bok, i… po krótkiej konferencji… no! zgadnijcie…

    GABRJELA

    niecierpliwie
    576

    Cóż za dziwny sposób opowiadania.

    WŁADYSŁAW

    577

    Komornik oświadcza, iż pan Strasz nabył wszystkie pretensje pana Josel Wucherstein i prolonguje dług do pewnego czasu, że zatem nie ma już co robić i oddawszy mu wszystkie papiery, odjeżdża.

    GABRJELA

    578

    A!

    MAURYCY

    zdziwiony
    579

    Strasz nabył ten dług?

    WŁADYSŁAW

    580

    Rzecz bardzo prosta: to jest dług lichwiarski, ręczę że mu przyszedł tanio… Teraz bądź co bądź musimy spłacić tego pana… zależność podobnego rodzaju mogłaby nas kosztować zbyt drogo… do Gabrjeli Ciężko to przyjdzie, ale bądź spokojną, już ja to biorę na swoją głowę.. trzeba będzie pracy, zaparcia się, może ofiar z niejednego do czego się nawykło… ale gdy chodzi o wyzwolenie się…

    GABRJELA

    581

    O! tylko proszę cię bez poświęceń, bo nie potrafilibyśmy ci się wywzajemnić… zresztą wiesz, że ja jestem materjalistką i że sielankowego szczęścia nie rozumiem.

    WŁADYSŁAW

    582

    Chciałbym abyś przejęła się tą wiarą, że jeżeli snuję jakie projekta, to pierwszym ich celem jest twoje szczęście.. wzruszony gdybyśmy poszli razem przez koleje życia, wszystko to co w powszednich kłopotach dotyka i boli, przyjąłby na siebie… tybyś tego nie poczuła.

    GABRJELA

    583

    Mój kuzynie, sam ten pomysł uderza niepraktycznością, a rola bierna jaką mi naznaczasz w tej fantastycznej wędrówce przez ciernie i głogi, nie pochlebia mi bynajmniej… Ja także mam pretensję do jakiejś samodzielności, a pozwolisz… że… drzemać, to nie jest żyć…

    WŁADYSŁAW

    584

    Obracasz to w żart?

    GABRJELA

    585

    Właśnie jeżeli kiedy, to teraz mówię zupełnie poważnie. Bywają chwile w których wolno się pobawić, ale od złudzeń wyborną prezerwatywą jest rzeczywistość i obowiązki… w obec nich wszystkie te mrzonki wydają się dzieciństwem.

    MAURYCY

    n. s
    586

    Dosyć wyraźnie… biedak jak zbladł… a mówiłem mu.

    WŁADYSŁAW

    p. c.
    587

    Gabrjelo!

    GABRJELA

    drwiąco
    588

    Cóż za ton, jakie spojrzenie… czy próbujesz na mnie siły swojego wzroku? Wygląda to na studja do jakiegoś teatru amatorskiego… może dano ci rolę niefortunnego adonisa?

    WŁADYSŁAW

    do siebie osłupiały
    589

    Nie pojmuję!… to chyba jakieś nieporozumienie…

    SCENA VIII

    Poprzedzający, Kotwicz, później Szambelanicowa, Pola.

    KOTWICZ

    wchodząc głębią
    590

    No, co mi dacie za ten interes, bo to na czysto moje dzieło… wiecie już?… potrafiłem go tak napompować przez drogę, że był do gotowego… Ojciec będzie miał doskonały humor przy objedzie, bo nadto jeszcze udało mu sie tak rozczulić starego Dzieńdzierzyńskiego, że… spostrzegłszy wchodzące Szambelanicowę i Polę, chrząka Hm, hm… do Władysława biorąc go na bok Dostał od niego weksel na spłacenie tego długu, ale że właśnie Strasz już go nabył…

    WŁADYSŁAW

    591

    Więc mu go odda napowrót, jako już niepotrzebny.

    KOTWICZ

    śmiejąc się
    592

    A to byłby warjatem… zostanie mu w kieszeni, taka gratka nie zawsze się trafi.

    WŁADYSŁAW

    oburzony
    593

    Rozumowanie, któregoby się nie powstydził pierwszy lepszy kantorzysta.

    KOTWICZ

    j. w. drwiąco
    594

    Filozof!

    odchodzi od niego

    SZAMBELANICOWA

    która usiadła na kanapie, do Kotwicza
    595

    Kuzynie, podobno przywiozłeś z sobą kogoś z polowania?

    KOTWICZ

    z humorem
    596

    A tak.. jestem w roli mentora, wprowadzając w nasze kółko młodzieńca surowego jeszcze, ale pełnego nadziei.

    SZAMBELANICOWA

    597

    Cieszyłabym się, gdyby nasz dom mógł zarobić sobie na miano szkoły życia towarzyskiego… ale… nie wiem, jak to mój mąż przyjmie.

    KOTWICZ

    598

    Nie ma obawy.. już się zaprzyjaźnili.

    Siada przy niej.

    SZAMBELANICOWA

    ciszej
    599

    Przyzwoity człowiek?

    KOTWICZ

    600

    Przynajmniej na początek przyzwoicie się znalazł, bo spłacił żyda.

    SZAMBELANICOWA

    601

    Serio? Kotwicz odpowiada jej cicho; głośno do Maurycego i Władysława Panowie młodzi, rozweselcie mi też Polunię, bo jakaś smutna dziś…

    Rozmawia po cichu z Kotwiczem. Władysław usiadł na uboczu i śledzi spojrzeniem Gabrjelę która przechadza się unikając z afektacją jego wzroku.

    POLA

    do Maurycego, który się zbliża do niej
    602

    Misja uciążliwa, nieprawdaż?

    MAURYCY

    603

    Tem goręcej też pragnąłbym jej podołać.

    POLA

    604

    Do tego trzeba tylko dobrej i nieprzymuszonej woli.

    MAURYCY

    605

    Ta zdziałałaby cuda, gdyby nie była zależną od okoliczności, od usposobienia duszy.

    POLA

    606

    Pańskie usposobienie bywa jakieś… wyjątkowe.

    MAURYCY

    607

    Jest takie jakiem je wyrobiło położenie. Życie nie daje mi sposobności do śmiechu, dla tego na wszystko zapatruję się z strony poważnej… a tem trudno zabawić, wzbudzić wesołość, jak tego pragnęłaby moja matka.

    POLA

    608

    W samej rzeczy… czasem chłód aż wieje od pana.

    MAURYCY

    609

    A panie w takich razach jesteście bez litości… nic nie uwzględniacie, wydając sąd, nie dopuszczacie okoliczności łagodzących.

    POLA

    610

    Ja nie sądzę ani krytykuję, tylko przez współczucie dałabym panu lekarstwo na jego usposobienie…. przedewszystkiem nie przymuszać się, gdy to zbyt wiele kosztuje.

    Idzie do Gabrjeli i bierze ją pod rękę.

    MAURYCY

    n. s.
    611

    Co ona przez to rozumie?

    SCENA IX

    Poprzedzający, Szambelanic (chodzi głębią prowadząc pod rękę Strasza, za nimi Dzieńdzierzyński z kwaśną miną.

    SZAMBELANIC

    prowadząc Strasza do żony; Kotwicz wstaje
    612

    Ma chère, przedstawiam ci naszego nowego sąsiada: pan Strasz herbu Strasz.

    SZAMBELANICOWA

    613

    Bardzo mi przyjemnie… słyszałam wiele o panu..

    Strasz się kłania.

    SZAMBELANIC

    ciągle trzymając go
    614

    Myśliwy nie tęgi, ale wstęp swój w koło obywatelskie inaugurował czynem, który mu przynosi zaszczyt.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    siadając obok szambelanicowej
    615

    Padam do nóżek pani szambelanowej.

    SZAMBELANICOWA

    616

    A, witam pana.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    całując ją w rękę
    617

    Comment la tête?

    SZAMBELANICOWA

    zbywa go gestem; do męża
    618

    Jakiż to czyn?

    SZAMBELANIC

    j. w.
    619

    Pan Strasz pojął swe posłannictwo w sposób pozwalający żywić o nim najpiękniejsze nadzieje… spostrzegłszy, że jestem w chwilowym kłopocie, chociaż zaledwie przestąpił mój próg, bez najmniejszego namysłu… bo to jest… przyszedł mi z pomocą, dając dowód prawdziwie bezinteresownej sąsiedzkiej uczynności… Bez interesownej, bo nabywając pretensje, zrzekł się prawa egzekucji.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    wstawszy z kanapy, do ucha szambelanicowi przechodząc koło niego
    620

    Spekulacja…

    Ściska mu ramię z znaczeniem.

    SZAMBELANICOWA

    do Strasza podając mu rękę
    621

    Winszuję panu.

    SZAMBELANIC

    622

    I prolongował mi sumę.

    STRASZ

    do ucha
    623

    Ale na rok tylko… dłużej nie mogę, daję słowo.

    SZAMBELANIC

    624

    Mamy dosyć czasu do porozumienia się… zresztą to już drobnostka w obec samej treści czynu, który jest prawdziwie obywatelskim; wszakże dnia dzisiejszego, gdy majątki nasze coraz częściej przechodzą do niemców lub żydów, należy nam trzymać się za ręce… solidarność tylko może nas zbawić.

    STRASZ

    do szambelanicowej
    625

    Ja bardzo przepraszam panią dobrodziejkę, że nie przybyłem we fraku, ale…

    SZAMBELANICOWA

    626

    O, to rzecz najmniejsza… chęć prędszego poznania naszego domu zbyt nam pochlebia abyśmy uważali na małe przekroczenie formy, spowodowane zresztą zapewne okolicznością, że to z polowania…

    STRASZ

    627

    Wynagrodzę to następną razą.

    SZAMBELANICOWA

    628

    Bardzo prosimy.

    SZAMBELANIC

    629

    Pozwoli pan że go zaprezentuję pannom, mojej córce i pannie Dzieńdzierzyńskiej… także sąsiadka, a do tego warszawianeczka.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    630

    Przepraszam, łęczycanka.

    SZAMBELANIC

    prezentując
    631

    Pan Strasz..

    Puszcza go i zostawia z pannami, które przechadzają się; ukłony.

    STRASZ

    n. s.
    632

    U! ładne obydwie.

    GABRJELA

    po pewnej chwili milczenia
    633

    Pan niedawno w naszych stronach.

    STRASZ

    634

    Niedawno… dostałem sukcesję po wuju… majątek w sąsiedztwie.

    GABRJELA

    p. c.
    635

    Jakże się panu podobała okolica?

    STRASZ

    636

    Phi.. proszę pani… po Warszawie…

    GABRJELA

    637

    Dowód otwartości nie zbyt dla nas pochlebny.

    STRASZ

    zakłopotany
    638

    Widzi pani… prawdę powiedziawszy… to ja tak… tu jeszcze dobrze nie znam.. ale zdaje mi się, że sobie gust naprawię i zmienię zdanie.

    GABRJELA

    śmiejąc się
    639

    Trzymamy pana za słowo.

    Chodzą w milczeniu.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    do szambelanica
    640

    Chambelan, il faut lui payer… spłacić go i kwita…

    SZAMBELANIC

    641

    Zobaczymy, nic pilnego.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    642

    Comment?

    SŁUŻĄCY

    wchodząc z prawej strony z serwetą
    643

    Proszę jaśnie państwa do stołu.

    STRASZ

    wycofawszy się od panien do Kotwicza
    644

    Któraż z nich jest szambelanicówna?

    KOTWICZ

    645

    Ta, co z panem mówiła.

    STRASZ

    646

    Jak ona mi przypomina Julkę od Andzi, to rzecz zadziwiająca… nawet taki sam pieprzyk ma na szyi.

    KOTWICZ

    647

    Przyjrzałeś jej się pan widzę, dobrze.

    SZAMBELANIC

    któremu żona wstawszy z kanapy szepnęła; do Strasza
    648

    Podaj pan rękę mojej żonie.

    SZAMBELANICOWA

    do Strasza, który ją prowadzi
    649

    Panu zapewne nie w smak, że musiałeś odejść od panienek… przyznaj się pan.

    STRASZ

    650

    Hm, istotnie, ja to lubię.

    SZAMBELANICOWA

    651

    Za to przy stole pozwolę panu usiąść przy mojej córce Strasz całuje ją w rękę; żartobliwie Tylko mi jej pan nie bałamuć, bardzo proszę.

    STRASZ

    n. s
    652

    Zdaje mi się, że zrobiłem podwójnie dobry interes…

    Wychodzą na prawo.

    WŁADYSŁAW

    653

    Parę wyrazów zimnych, gryzących… i co ta kobieta zrobiła ze mną!… w co tu wierzyć, w co tu wierzyć!

    Wychodzi głębią.

    SCENA X

    Kotwicz, Dzieńdzierzyński, później Szambelanic.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    zatrzymując Kotwicza
    654

    Comte! temu Straszowi trzeba koniecznie oddać… ja na to tylko wyłącznie dałem te pieniądze… il faut absolument.

    KOTWICZ

    surowym tonem i żywiej całą tę scenę
    655

    Pańskie słowa są najlepszym dowodem, jak nam jest trudno obyć się bez kredytu żydowskiego.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    656

    Comment?

    KOTWICZ

    657

    Wiedziony szlachetnym popędem udzieliłeś pan pożyczkę sąsiadowi, lecz ledwie to zrobiłeś już ci żal i chciałbyś się cofnąć… Skoro tak, oświadczę kuzynowi, a zaręczam że zwróci panu, jakkolwiek z bólem serca, bo wiem, że mu przykrym będzie ten brak zaufania zapraszając go do wyjścia Niechże pan będze łaskaw.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    658

    Ale co znowu, co znowu! jaki brak zaufania… comment peut on!… zdaje mi się, że dałem najlepszy dowód, iż tak nie jest.

    KOTWICZ

    659

    Prawda, ale.. pozwól pan sobie powiedzieć, że nadużywasz sytuacji. Wszakże biorąc od kogoś pieniądze, staję się ich właścicielem, nieprawdaż?… więc dysponować mi jak mam użyć tych pieniędzy, to przyznam się… j. w. Służę.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    660

    Hrabio, ja radziłem tylko, i to w waszym własnym interesie.

    KOTWICZ

    661

    Być może, ale nie jest miłą rzeczą zostawać w zależności. Już to prawdę mówią, iż nic tak nie narusza dobrych stosunków, jak kwestja pieniężna.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    n. s.
    662

    Masz tobie, gotowi się jeszcze obrazić.

    KOTWICZ

    n. s.
    663

    Dobra sposobność głośno Aby tego uniknąć muszę i ja załatwić z panem nasz rachuneczek.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    664

    Jaki znów rachuneczek? czy ja hrabiego napastuję?

    KOTWICZ

    665

    Tem bardziej. Człowiek z poczuciem godności osobistej, nie powinien narażać się na podejrzenie, iż się nie szanuje… Przepraszam, że nie porachowałem się wcześniej.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    zniecierpliwiony
    666

    Hrabia wiesz, że ta bagatela nie robi mi różnicy.

    KOTWICZ

    667

    Ale pan pozwolisz, że darowizny przyjąć nie mogę…

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    668

    Któż mówi… ce serait compromitation.

    KOTWICZ

    dobywając notyskę
    669

    Prowadzę skrupulatne notatki.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    670

    Pójdźmy, bo tam czekają na nas.

    KOTWICZ

    671

    Ogółem winienem panu z tem co przegrałem w wista… pamiętasz pan… 3 ruble 97 kopiejek.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    672

    Rozegramy się.

    Ciągnie go.

    KOTWICZ

    673

    To swoją drogą.. oraz z kosztami podróży do Łowicza na ś. Mateusz…

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    674

    Comment? pardon! to już do mnie należy.

    KOTWICZ

    675

    Za pozwoleniem… zapłaciłeś pan za mnie kolej 1 klasy tam i na powrót… oprócz tego łożyłeś na moje utrzymanie w drodze i w Łowiczu… notowałem wszystko.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    676

    Ale nie słucham.

    KOTWICZ

    677

    Otwarcie powiem, że byłem wówczas goły i przyjąłem, ale jako pożyczkę… jedynie jako pożyczkę.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    n s.
    678

    No, i są ludzie, którzy go mają za eksploatatora!

    KOTWICZ

    679

    To wszystko razem uczyni rubli sr. 79 kopiejek 50.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    680

    Bon! zwrócisz mi pan tam kiedy… chodźmy.

    KOTWICZ

    681

    No to dołóżże mi pan dla okrągłości 20 rubli 50 kopiejek, to razem będzie setka, którą panu oddam… jak tylko będę miał.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    do siebie, nieco zdziwiony
    682

    Savez vous quoi c'est bondobywa pugilares Mam tylko same 25 rublówki.

    KOTWICZ

    683

    To nic, zwrócę panu resztę jak zmienię… ale to już osobny rachunek.. setka setką, a panu reszty przypada pół piąta rubla.

    SZAMBELANIC

    z serwetą pod brodą
    684

    Sąsiedzie, cóż za ceremonje… zupa stygnie.. prosimy.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    685

    Służę.

    SZAMBELANIC

    puszczając go naprzód, do Kotwicza
    686

    Jużeś go widzę naciągnął… grożąc Ej, ty, ty… wstyd mi robisz… niepoprawiony, niepoprawiony!

    KOTWICZ

    687

    Rachowaliśmy się z wista…

    Gra niema; wychodzą na prawo. Zasłona spada.

    AKT III

    Pokój w hotelu wytwornie umeblowany — jedne drzwi w głębi, a dwoje po obu bokach — na przodzie sceny po prawej stronie kanapa; z lewej biurko z przyborami do pisania — za niem mały stoliczek na którym karafka z wodą i szklanka.

    SCENA I

    ŁECHCIŃSKA

    przy kanapie upina ślubną suknię, Zuzia pomaga jej Kotwicz, Chłopcy wnoszą cukry i torty, a dwóch ogromną piramidę.

    KOTWICZ

    688

    Ostrożnie chłopcy, bójcie się Boga, żeby się co nie uszkodziło… do Łechcińskiej i Zuzi Przypatrzcie się.

    ZUZIA

    zachwycona
    689

    Co za śliczny pałac!

    ŁECHCIŃSKA

    690

    Widziałam ładniejsze.

    Kotwicz z chłopcami wychodzi na prawo.

    ZUZIA

    691

    I to jest do jedzenia?

    ŁECHCIŃSKA

    692

    A do czegożeś myślała.

    ZUZIA

    693

    Żeby mi kto dał tego choć na skosztowanie.

    ŁECHCIŃSKA

    ironicznie
    694

    Coś panna nabrała smaku do dobrych rzeczy, dawniej tego nie bywało… któż cię to nauczył? n. s. Obrzydliwi ci mężczyźni, jak matkę kocham.

    ZUZIA

    n. s.
    695

    Jak mnie znowu zacznie zaczepiać, to muszę się przymówić.

    KOTWICZ

    wraca z chłopcami, którzy stają rzędem czekając
    696

    No, czegoż jeszcze? możecie iść.

    1. CHŁOPIEC

    697

    Spodziewaliśmy się na piwo.

    KOTWICZ

    698

    Fe, wstydź się. Jesteś młody, zdrów, masz przed sobą całą przyszłość i już wyciągasz rękę. To nie ładnie… Widzisz, zawstydziłeś się… ucz się chłopcze ambicji zawczasu, żebyś na starość nie został eksploatatorem cudzych kieszeni.. pracować, pracować..

    2. CHŁOPIEC

    699

    No jużci, należałoby nam się… darmo nie żądamy.

    KOTWICZ

    wypychając ich
    700

    Za roznoszenie jesteście płatni przez pryncypała, więc nie macie nic do żądania.. wynoście się… do 2 chłopca z ciebie już nic dobrego nie będzie, przepowiadam ci… wraca od drzwi; do Łechcińskiej W jednem pokazał rozum nasz pan młody, to jest, że spuścił się na mój gust w urządzeniu cukrowej kolacji… jaki wynalazłem tokaj, to dosyć powąchać butelkę, a szampeter, świeżuteńka marka, jeszcze prawie nie znana w Warszawie.

    ŁECHCIŃSKA

    ironicznie
    701

    Hrabia jest w swoim żywiole.

    ZUZIA

    do Kotwicza
    702

    A nas pan nie poczęstuje cukierkami?

    KOTWICZ

    703

    O! jeszcze ja cię będę pasł słodyczami.. nie masz na to swojego adonisa?

    ZUZIA

    704

    Co to jest adonis?

    KOTWICZ

    705

    No, kochanek.

    ZUZIA

    figlarnie
    706

    A któż to taki ma być?

    KOTWICZ

    707

    Twój Michał.

    ZUZIA

    708

    Piu! co mi za!… trafił pan jak kulą w płot.

    KOTWICZ

    709

    Idziesz przecie za niego.

    ZUZIA

    710

    Tak sobie na męża to ulizie, ale na kochanka.. Boże!

    KOTWICZ

    711

    Ale fe! Zuzia zaczyna być dowcipną.

    ZUZIA

    712

    Kazali to i idę, zawsze lepiej niż tak zostać… za jakim takim chłopem, to tak samo jak za płotem… bezpiecznej.

    ŁECHCIŃSKA

    n. s
    713

    Jak matkę kocham zkąd ona ma taki rozum.

    KOTWICZ

    714

    Niby, że jest parawan… brawo, Zuzieczko, brawo!… ale widać, że ci się gust zmienił w Warszawie, bo dawniej Miszel podobał ci się.

    ŁECHCIŃSKA

    zniecierpliwiona
    715

    Nie psuj jej też hrabia w głowie, do czego to podobne… do Zuzi Idźno do magazynu i dowiedz się, czy zarzutka już gotowa. Zuzia idzie tylko czy ty trafisz?

    ZUZIA

    716

    O la Boga!

    Wybiega głębią.

    KOTWICZ

    patrząc za nią
    717

    Jak się to wytresowało w krótkim czasie, to nie do uwierzenia.. p c. uważała pani Łechcińska, z jakim to ona akcentem powiedziała, że kazali jej.

    ŁECHCIŃSKA

    718

    No to cóż?

    KOTWICZ

    719

    Oczywiścia stosowała to do Strasza… fines dziewczyna.

    ŁECHCIŃSKA

    720

    Nie wmawiajcie też w nią nie stworzonych rzeczy, bo jej się do reszty w głowie przewróci. Wielkie historje, że pan młody wyposaża pokojówkę żony i wydaje ją za swojego fagasa.

    KOTWICZ

    721

    Którego umyślnie dla tego odmówił Dzieńdzierzyńskiemu.

    ŁECHCIŃSKA

    722

    A choćby i tak było, myśli hrabia że się tego zlękniemy? oj, oj! dla nas to jeszcze lepiej. Nie ma jak tacy na mężów.. będzie pantofel.

    KOTWICZ

    723

    Ale fe!

    ŁECHCIŃSKA

    724

    Jak matkę kocham, święta prawda. Jak tylko ma co na sumieniu, to prochy zmiata przed żoną i daje jej wolność robienia co się podoba.

    KOTWICZ

    725

    Więc jakże pani Łechcińska wróży temu małżeństwu?

    ŁECHCIŃSKA

    726

    Zuzi z Michałkiem?

    KOTWICZ

    727

    E, to już ma swoje przeznaczenie. Mówię o naszej młodej parze… co też to z tego wyniknie?

    ŁECHCIŃSKA

    728

    Co ma wyniknąć… to co we wszystkich małżeństwach.

    KOTWICZ

    729

    Piekło.

    ŁECHCIŃSKA

    730

    Tego piekła nikt się nie boi i każdy do niego lezie.

    KOTWICZ

    731

    Szczególniej kobiety.

    ŁECHCIŃSKA

    732

    Cóż mają robić? my, bo jesteśmy prawdziwe ofiary… każda czeka czyjego zmiłowania, to już świat taki. Mężczyzna stary kawaler, to sobie pan, słowo daję… każdy o nim powiada: nie ożenił się, bo mu się tak spodobało… a o starej pannie jak? siedzi, bo jej nikt nie chciał. I co się tu dziwić kobiecie, że gotowa nawet na piekło, byle być w niem panią.

    KOTWICZ

    lekko
    733

    Już pani świata nie przerobisz… p. c. A jakże się pani Łechcińskiej zdaje, kochają się oni, czy nie?

    ŁECHCIŃSKA

    734

    A to po co? żeby później łzy wylewać?.. gdzież to hrabia widział, żeby z kochania było co dobrego?

    KOTWICZ

    735

    Ale fe!

    ŁECHCIŃSKA

    736

    Mężczyźni nie warci żeby się do nich rozpływać; każdy żeby się zaklinał świętemi słowami że kocha, to mu nie można wierzyć. Póki sięga, to przysięga.. a później lata za innemi, a ty, żono, wstydź się przed ludźmi, udawaj że o to nie dbasz, żeby się nie wyśmiewali z pokrzywdzonej. Nie lepiej to od razu powiedzieć sobie, że mi to wszystko jedno? Nasza panna Gabrjela ma święty rozum, jak matkę kocham… niech tam mąż będzie sobie jaki chce, dosyć że ona będzie panią całą gębą… to jest grunt.. a to, co hrabia mówi o tem… tam… niby o Zuzi… o, Jezus! i owszem!… to jest klucz do jego kasy.

    KOTWICZ

    737

    A jak go nie puści z rąk?

    ŁECHCIŃSKA

    738

    Co!… to już nasza rzecz. Mój hrabio, każda z nas sprzedałaby was wszystkich mężczyzn dziesięć razy… my słyszemy jak trawa rośnie. On to robi niby w sekrecie, tymczasem i panna wie, i starsza pani wie, ale patrzą przez szpary… o, tak przykłada palce do oczu właśnie dla tego! I jak będzie na to czas, to ta sprawa przyjdzie na stół, nie bój się hrabia…

    KOTWICZ

    739

    Więc pani Łechcińska powiada, że ona weźmie górę?

    ŁECHCIŃSKA

    740

    Nie mam o nią kłopotu.

    KOTWICZ

    741

    A ja, co prawda o niego.

    ŁECHCIŃSKA

    742

    O, bo hrabia trzyma teraz z nim.. taki przyjaciel… ja wiem, ty a ty… ale zobaczymy… A dla czegoż to on, teraz już tak się absztyfikuje, myśli gotów zgadywać, przecie nie z czułości, bo któżby patrząc na nich domyślił się, że to już dziś ich ślub?… tylko na złodzieju czapka gore… to za to, co się dzieje na boku.

    KOTWICZ

    743

    Co on sobie z tego robi!

    ŁECHCIŃSKA

    744

    Mój hrabio, jeżeli tak, to i na to mamy radę: jedno na boku, to i drugie potrafi… jak Kuba Bogu tak Kubie Bóg… po chwili Ciekawa też jestem, jaką minę będzie miał na ślubie pan Władysław…

    KOTWICZ

    745

    Czy myślisz pani że będzie mdlał? przecież to mężczyzna.

    ŁECHCIŃSKA

    746

    No, no, nie chwalcie się tą swoją tęgością. A jak on to teraz wygląda, jak inny… schudł, wyłysiał…

    KOTWICZ

    747

    Cóż dziwnego, tyfus.

    ŁECHCIŃSKA

    748

    Tyfus… ale z czego?… Jezus! jaki on też był w niej zadurzony… chociaż, żeby miał rozum, to właśnie teraz niebo mu się otwiera… bo coby to było gdyby się byli pobrali… bieda, lament, i kochaj że się tu w takich okolicznościach. Tym czasem tak… jedwabne życie, jak matkę kocham ciszej jak ona zawsze go lubi! dziś już z kilka razy się dopytywała, czy nie przyjechał.

    KOTWICZ

    749

    Ja w moich młodych latach kochałem się na zabój w sąsiadeczce prześlicznej, ale gołej… i ona za mną szalała… Ale wie pani Łechcińska, daję słowo honoru, nie przeszło nam przez myśl małżeństwo.

    ŁECHCIŃSKA

    750

    Pewno hrabia już wtenczas ostatkami gonił.

    KOTWICZ

    751

    Sam jej wynalazłem męża.

    ŁECHCIŃSKA

    752

    Żeby się kochać z czystem sumieniem… rozumiem… Ale musiał hrabia dopiero dobrać safandułę.

    KOTWICZ

    753

    Całe życie była mi wdzięczną.

    ŁECHCIŃSKA

    754

    Co! kto chce, to się tak urządzi na świecie jak w raju… tylko trzeba mieć rozum. Najgorsze to czulenie się, to nic nie warto, jak matkę kocham… p. c. Zapewne tylko go patrzeć, bo przecie wypada żeby był drużbą… Nie uwierzy hrabia, jak jestem ciekawą.

    SCENA II

    Kotwicz, Łechcińska, Michałek w gustownej liberji strzelca z pysznym bukietem w ręku; później Zuzia.

    ŁECHCIŃSKA

    755

    Piu! patrzcie państwo!… co za bukiet… on się jednak zna na rzeczy.

    MICHAŁEK

    756

    Ładny, prawda? ale co to kosztuje!… jak płacił, aż mi żal było… za dwa cisnął całą garść papierków.

    ŁECHCIŃSKA

    ciekawie
    757

    Za dwa? a gdzież drugi?

    MICHAŁEK

    758

    Drugi? u. s. bodajże cię… głośno jaki drugi?

    ŁECHCIŃSKA

    759

    Czy nie powiedziałeś, że kupił dwa bukiety…

    MICHAŁEK

    760

    No, to co?

    ŁECHCIŃSKA

    761

    Nie udawaj głupiego, mój kochany.

    MICHAŁEK

    762

    Wszystkie mu były za małe, więc kupił dwa i kazał z tego zrobić jeden taki…

    Na stronie robi gest drwiący, pokazując język.

    ŁECHCIŃSKA

    763

    Wiesz że twój pan miał doskonały węch odmawiając cię panu Dzieńdzierzyńskiemu… takiego mu właśnie potrzeba, jak ty… tylko wyciągnij dobre zasługi… poufnie komuś nosił drugi?

    MICHAŁEK

    764

    Mogę przysiądz że nie nosiłem nikomu n. s. tylko posłaniec z pod teatru.

    ŁECHCIŃSKA

    nie kontenta
    765

    No, to zostaw i wynoś się.

    MICHAŁEK

    766

    Nie mogę, dalibóg, bo pan kazał mi zostać tu na usługi, a takie jest psie prawo, że trzeba słuchać pańskiej trąby.

    ŁECHCIŃSKA

    767

    Tylko nie odzywaj się tak ordynaryjnie, bo tu są pokoje nie psiarnia, rozumiesz?

    ZUZIA

    wchodząc
    768

    Powiedzieli w magazynie, że będzie gotowe za pół godziny. spostrzega bukiet ah! jakież to śliczne kwiaty… jej! do Michałka czy to dla panienki?

    MICHAŁEK

    drwiąco
    769

    Myślałaś że dla ciebie?

    ZUZIA

    odbierając bukiet
    770

    Co prawda, wolałabym co innego.

    KOTWICZ

    do Michałka poufale, biorąc go na bok
    771

    Słuchaj, bo mnie przecie możesz powiedzieć: gdzie nosiłeś drugi bukiet?

    MICHAŁEK

    z niewinną miną
    772

    Proszę pana! przecie gdyby tak było, tobym zaraz powiedział.. pan mnie zna.

    KOTWICZ

    773

    Na Chmielną?

    MICHAŁEK

    774

    Żeby mnie pan zabił, nawet nie wiem, gdzie Chmielna.

    KOTWICZ

    do siebie
    775

    Z pewnością dla Walerki.

    SCENA III

    Poprzedzający, Szambelanic wchodzi głębią.

    SZAMBELANIC

    776

    Nie macie tam co drobnych dla dorożkarza?

    ŁECHCIŃSKA

    n. s.
    777

    Oho!

    SZAMBELANIC

    778

    Łechcińska z wyciągniętą ręką chociaż z rubla, będzie miał dosyć.

    ŁECHCIŃSKA

    779

    I grosza pan przy mnie nie znajdzie… n. s. Byłoby na wieczne nie oddanie.

    Wychodzi na lewo z Zuzią, zabierając suknię.

    SZAMBELANIC

    do Kotwicza
    780

    A ty nie masz?

    KOTWICZ

    781

    A ja zkąd!

    SZAMBELANIC

    782

    Robiłeś jakieś zakupy.

    KOTWICZ

    783

    Jako znawca i biegły, ale nie płatnik.

    SZAMBELANIC

    do Michałka
    784

    To idźże mu powiedz, niech czeka, biorę go na cały dzień. Michałek wychodzi No, nie śmieszna to rzecz, żebym ja, przyjechawszy do Warszawy na ślub córki, którą notabene wydaję za miljonera, nie miał rubla w kieszeni.

    KOTWICZ

    785

    A gdzież to, co dał Goldfisz?

    SZAMBELANIC

    786

    No, nie ma, poszło!… mówisz jak dziecko… Głupie kilka set rubli… rzecz niesłychana jak w tej Warszawie lecą pieniądze… nie mieć czem zapłacić dryndy.

    KOTWICZ

    787

    Wszakże jest przez cały dzień kareta.

    SZAMBELANIC

    788

    Dla kobiet, które jej nie odstąpią na pół godziny… musiałbym chyba jeździć z niemi jak patrjarcha i asystować po sklepach… ja potrzebuję oddzielnie. Zawsze co parwenjusz to parwenjusz, trzebaby mu łopatą kłaść w głowę, że człowiek szanujący się powinien wszystko robić wedle wymagań sfery, do której ma pretensję należeć… Kareta! bardzo ładnie… ale jeżeli się zdobył na tyle galanterji dla narzeczonej, to mógł był też i ojcu się przysłużyć chociaż porządną dorożką… To tak jak z teatrem… kupi lożę i każe nam się wszystkim mieścić jak w arce Noego, bo to jest… nie cierpię loży, chyba gdy w niej jestem sam, albo we dwoje… Nie, nie, nie ma tego, co to w nas jest już wrodzonem.. uczyć mu się dopiero. po chwili A z tym drugim żydem widziałeś się?…

    KOTWICZ

    789

    Widziałem. Da, ale chce żeby Strasz poręczył.

    SZAMBELANIC

    790

    No to niech ręczy, to teraz wspólny interes.

    KOTWICZ

    791

    Trzeba go poprosić.

    SZAMBELANIC

    792

    Co? ja go mam prosić! nie bredź też, mój hrabio… to jego obowiązek. Ale i żyd szelma, żeby stawiać takie żądanie. Czy myśli, że ja teraz jestem pod kuratelą, czy co? mogłeś go był zbesztać.

    KOTWICZ

    793

    Zrobiłem coś nakształt tego… dla zwyczaju.

    SZAMBELANIC

    794

    Ale bo głupi z swoją obawą. On chyba nie wie, co to jest Czarnoskała.

    KOTWICZ

    795

    Zna ją jak własną kieszeń.. oglądał hypotekę.

    SZAMBELANIC

    796

    Długów już tak jakby nie było.

    KOTWICZ

    797

    Bo wszystkie Strasz ponabywał.

    SZAMBELANIC

    798

    Więc powykreślane…

    KOTWICZ

    799

    Gdzie tam! wszystko jak było tak jest, tylko na jego imię.

    SZAMBELANIC

    nieco zmięszany
    800

    Nie może być! p. c. przecież tego nie zrobił w celu ograniczenia mi kredytu, nie przypuszczam nawet nic podobnego.. To tylko jakieś zapomnienie, nieuwaga… p. c. W każdym razie, trzeba się z nim rozmówić; mnie samemu nie wypada, ale rachuję na ciebie..

    KOTWICZ

    801

    Że.

    SZAMBELANIC

    802

    Że otworzysz mu oczy… bo to tylko jest nieświadomość sytuacji. chodzi; p. c. Jeżeli wydając za niego córkę, robię pewne ustępstwo z zasad, mogę się tłómaczyć że poszedłem za prądem czasu, bo dziś panuje wiatr demokratyczny… mamy już liczne tego przykłady w naszym obozie… jest to konieczność dziejowa. Potrzeba nam odświeżyć krew, a co ważniejsza odzyskać środki materjalne, których nas okoliczności pozbawiły. Plutokracja powinna w nas wsiąknąć.

    KOTWICZ

    803

    Jakiż cel mówić mu o tem? on nawet tego nie zrozumie.

    SZAMBELANIC

    804

    To też naszym obowiązkiem jest oświecić go. Ludzie nowi nie mają pojęcia o doniosłości ofiary jaką się robi przypuszczając ich do prerogatyw zdobytych wiekowemi zasługami rodu. Taki Strasz może być nie zły człowiek, ale pod tym względem z pewnością hebes… trzeba mu dać o tem jakieś wyobrażenie.

    KOTWICZ

    805

    Dobrze, ale..

    SZAMBELANIC

    806

    Wiem, że to zrobisz, bo mnie pojmujesz… biorąc jego rękę Spuszczam się zupełnie na ciebie. Jesteś kawał lamparta, to prawda…

    KOTWICZ

    807

    Ja!

    SZAMBELANIC

    808

    No, o tem nie ma gadania… ale w pewnych razach można na ciebie liczyć, bo bądź co bądź, w tobie jest krew.

    KOTWICZ

    809

    Spodziewam się. Ale właściwie o cóż kuzynowi chodzi? bo teorje…

    SZAMBELANIC

    810

    O kredyt, no nie rozumiesz? o kredyt bez tych wszystkich szykan, które mi krew psują. Jeszczeż tego nie mam zyskać w zamian za ofiarę którą robię? Ładniebym wyszedł Ja nie mogę być bez pieniędzy! powiedz mu to. Byłem delikatnym, ale wszystko ma swoje granice.

    KOTWICZ

    811

    Ależ dziś ślub.

    SZAMBELANIC

    812

    Tem bardziej. Zresztą i od ołtarza się rozchodzą.. to mój warunek, od którego nie odstąpię. Po ślubie, gdy oni sobie pojadą, ja chcę tu zostać, odetchnąć trochę w Warszawie bez tych głupich interesów na głowie… i żona tego potrzebuje.

    KOTWICZ

    813

    A jeżeli będzie twardy? on ma kuzyna w ręku, ponabywawszy długi.

    SZAMBELANIC

    814

    Nie wierzę aby chciał z tego korzystać. Opinjaby go ukarała drzwi w głębi otwierają się A! kobiety, pogadamy jeszcze o tem.. pójdziesz do mnie.

    SCENA IV

    Poprzedzający, Szambelanicowa, Gabrjela ubrane jak na miasto, Pola ubranie do pokoju, otulona szalem, Michałek z pakietami i pudełkiem; p. c. Łechcińska i Zuzia.

    SZAMBELANICOWA

    we drzwiach, całując się z Polą
    815

    Zkądżeś ty się tu wzięła?

    POLA

    816

    Zobaczyłam przez okno jakieście panie wysiadały z karety, i tak mi było pilno przywitać się, że wyszłam umyślnie na korytarz.

    Wchodzą na scenę.

    SZAMBELANICOWA

    817

    Moja droga, jak się cieszę, że cię widzę… dawno przyjechaliście?

    POLA

    818

    Może przed godziną…

    Całuje się kilka razy z Gabrjelą.

    SZAMBELANIC

    819

    Witamy z podróży… jużeśmy prawie zwątpili o państwu.

    POLA

    820

    Przyrzekłam Gabrjeli że będę, i chyba tylko stan zdrowia zatrzymałby mnie w domu.

    SZAMBELANIC

    821

    O to też obawialiśmy się.. Gdzież papka?

    Z lewej strony wchodzi Łechcińska z Zuzią, która zdejmuje salopy, odbiera kapelusze i odnosi na lewo; Łechcińska odbiera od Michałka paczki i pudełko do którego zagląda; Michałek wychodzi.

    POLA

    822

    Jest właśnie u siebie.

    SZAMBELANIC

    823

    Który numer?

    POLA

    824

    Dziesiąty.

    SZAMBELANIC

    825

    Czy sam?

    POLA

    826

    W tej chwili jest u nas pan Maurycy.

    SZAMBELANIC

    żartobliwie
    827

    Jak on się to prędko dowiedział o państwu.

    POLA

    zakłopotana
    828

    Przypadkiem… przechodząc.

    SZAMBELANIC

    n. s.
    829

    Muszę się i ze starym zobaczyć… do Kotwicza pójdźno ze mną…

    Wychodzą na prawo.

    GABRJELA

    do Poli, apatycznym głosem
    830

    Zdejmże szal, rozgość się… tyle mamy z sobą do mówienia.

    POLA

    żegnając się z szambelanicową, potem z Gabrjelą
    831

    Później, teraz nie mam czasu, posłałam po pannę z magazynu dla przymierzenia sukni. Obstalowana przez pocztę, to może będzie trzeba co poprawić.

    SZAMBELANICOWA

    832

    Istotnie, dziś u nas czysty jarmark, więc do widzenia. Ale! jakąż będziesz miała suknię?

    POLA

    833

    Jasno niebieską pou-de-soir.

    SZAMBELANICOWA

    834

    Ah! to powinno ci być w niej prześlicznie, nieprawdaż Łechcińska? żywo tylko nie każże garnirować koronką.

    POLA

    835

    Zostawiam to modniarce: już to co do tych subtelniejszych tajemnic strojów, to przyznam się…

    SZAMBELANICOWA

    836

    Ale bo widzisz, panience nie wypada, to stosowne tylko dla mężatek.. Gabrjela jako panna młoda, to co innego.

    POLA

    która od niejakiego czasu uważała Gabrjelę, n. s.
    837

    Jaka ona zamyślona.

    ŁECHCIŃSKA

    która otworzyła pudełko i wydobyła stroik na głowę, przyglądając mu się
    838

    Pieścidełko, jak matkę kocham.

    SZAMBELANICOWA

    839

    No, schowaj, schowaj.. do Poli To na pierwsze wizyty… p. c. no, do widzenia, moje życie, jak się załatwisz z modniarką, przyjdź do nas.

    Odchodzi na lewo z Łechcińską.

    SCENA V

    Gabrjela, Pola

    POLA

    patrzy jej w oczy; p. c.
    840

    No cóż? jesteś szczęśliwą?

    GABRJELA

    841

    Pytasz się! cóż mi brak?… patrz! to pierścionek zaręczynowy.. ah! prawda, znasz go już… ale nie widziałaś tych kolczyków, przypatrz im się, pokażę ci jeszcze resztę garnituru… I wszystko odpowiednio do tego: apartament pierwszej klasy, codzień loża, kareta, strzelec na usługi.

    POLA

    protestując
    842

    Moja droga..

    GABRJELA

    843

    Chcesz powiedzieć: prześliczne rzeczy, ale niestety dają narzeczonemu pewne prawa… może być zbyt natrętnym… Otóż i pod tym względem nie mam nic do życzenia. Zgaduje moje myśli, ledwo objawię życzenie już je spełnia, otworzył nam kredyt w sklepach, nie targuje się gdy chodzi o zrobienie mi przyjemności… i obok tego nie prześladuje mnie sobą. Czyż można więcej żądać? widuję go raz na dzień… i to prawie nigdy sam na sam… śmiejąc się z przymusem Oboje tego unikamy… jakbyśmy się umówili.

    POLA

    844

    Gabrjelo, co ty mówisz?

    GABRJELA

    845

    Nie taiłam się nigdy przed tobą z mojemi przekonaniami, więc i dziś mogę być otwartą. Trzeba mieć odwagę do ich obrony. Nie ma nikogo tak naiwnego coby uwierzył, że idę za mąż z przywiązania, ale ręczę ci, że większość mi zazdrości…

    Wzdryga się nagle.

    POLA

    846

    Co ci to?

    GABRJELA

    847

    Dreszcz jakiś śmiejąc się, j. w. Śmierć mi zajrzała w oczy… to ten sen dzisiejszy.

    POLA

    848

    Jaki sen?

    GABRJELA

    849

    Wystaw sobie, co mi się śniło: W ślubnej sukni stałam nad otwartą trumną. Mój narzeczony także ubrany jak do ślubu trzymał moją rękę w zimnej jak lód dłoni i szepcząc jakieś niezrozumiałe zaklęcia usiłował nakłonić, abym zajęła to niewygodne łoże. Spojrzenia jego wywierały na mnie jakiś wpływ magnetyczny, któremu musiałam być posłuszną… szłam niby lunatyczka i już miałam uledz nieznanej sile, gdy na szczęście obudziłam się. Czy może być głupszy sen?

    POLA

    przerażona
    850

    Dla Boga! jabym to uważała za wyraźną przestrogę.

    GABRJELA

    p. c.
    851

    Zadaleko zaszło. Moja droga, kto walczy, ten może uledz i nic dziwnego jeżeli wyobraźnia nasuwa mu niepokojące obrazy. Ale też może i zwyciężyć. Moje życie od samego początku było walką, więc przywykłam do jej niepokojów, i nie robią na mnie takiego wrażenia. Mam siły do zniesienia wiele.

    POLA

    852

    Czy ty ich nie przeceniasz?

    GABRJELA

    853

    Nie wiem, być może… ale tego bądź pewną, że przed nikim uskarżać się nie będę. Mogę cierpieć, ale nikt tego po mnie nie pozna… Czegobym nigdy nie zniosła, to litości… zasługiwać na politowanie ludzi, byłoby dla mnie czemś okropnem. Zresztą… zobaczemy. Wiesz dla czego i dla kogo to robię.

    POLA

    p. c. z wylaniem
    854

    Życzę ci, już jeżeli nie mogę powiedzieć szczęścia, to sił do wytrwania… całuje ją do widzenia.

    GABRJELA

    z wybuchem czułości, ściskając ją
    855

    Jak jestem szczęśliwą, że przyjechałaś… nie będę przynajmniej samą… moja Polu! wybucha na chwilę spazmatycznym płaczem Ah! ten sen.

    POLA

    856

    Moja droga!.. trzymają się w objęciach; p. c. patrząc jej w oczy badawczo Pan Władysław będzie na ślubie?

    GABRJELA

    krótko
    857

    Nie wiem p. c. powinien… spodziewamy go się… gdyby nie był, pokazałby brak serca. p. c. A! kto wie? ludzie są egoiści.

    ŁECHCIŃSKA

    we drzwiach
    858

    Proszę panniuńci, fryzjer przyszedł..

    Znika; Gabrjela podaje rękę Poli, poczem robi parę kroków na lewo. Po chwili wraca się i rzuca w jej objęcia, ściskają się kilkakrotnie, poczem Gabrjela śpiesznie wychodzi na lewo.

    SCENA VI

    Pola później Maurycy.

    POLA

    sama, stoi przez kilka chwil zamyślona z rękami splecionemi przed sobą; p. c.
    859

    Biedna, biedna ona!… a jednak gdyby chciała, mogłaby być szczęśliwą… bo ja widzę co się w jej sercu dzieje… (p. c) Chcieć, czyż to dosyć?… a ja?… czyżbym nie chciała.. czyżbym dla niego nie poświęciła wszystkiego…. ale któż wie, czyby mnie nie spotkał najboleśniejszy zawód?… może lepiej kazać milczeć uczuciu… Boże! Boże! kto mi wskaże co mam zrobić!… ukrywa twarz w dłonie, p. c. Czy też to wszystkim tyle niepokoju robi to nieszczęśliwe serce?

    Zamyśla się; p. c. idzie w głąb, przy drzwiach spotyka się z Maurycym, który wchodzi.

    MAURYCY

    860

    Pani sama?

    POLA

    861

    Przed chwilą rozeszłyśmy się z Gabrjelą. A pan już skończyłeś konferencję z ojcem… o cóż to szło? słyszałam jakby jakąś sprzeczkę.

    MAURYCY

    zakłopotany
    862

    Robiłem ojcu pewną propozycję, na którą nie przystawał.

    POLA

    863

    Cóż to było?

    MAURYCY

    z wahaniem
    864

    Powiedziałbym pani, ale..

    POLA

    865

    O, jeżeli tajemnica, to nie wymagam.

    Kaszle.

    MAURYCY

    troskliwie
    866

    Pani przechodzisz przez korytarz tak lekko ubrana, a tam są przeciągi… przyniosę pani coś cieplejszego… futro…

    POLA

    867

    O! niech się pan nie fatyguje… te kilka kroków… zresztą ten szal taki ciepły… kaszle i dobywa chustkę, przyczem wypada fotografja Do widzenia.

    Wychodzi.

    SCENA VII

    Maurycy późn. Dzieńdzierzyński.

    MAURYCY

    868

    Pani coś zgubiłaś podnosi fotografję i idzie z nią do drzwi Panno Paulino… nagle wstrzymuje się Co widzę! czy mnie wzrok nie myli… to ja! z wzrastającem uniesieniem ja! o Boże!… więc ona mnie kocha!… kocha mnie! kocha!… chodzi wielkiemi krokami nie wierzę mojemu szczęściu… p. c. innym głosem ale naturalnie że kocha… inaczej, czyżby nosiła przy sobie moją fotografję? ja tak samo miałem ją tu, zawsze, na sercu dobywa fotografię Mój aniołek najdroższy! moje szczęście jedyne!… o! teraz tem bardziej muszę doprowadzić do skutku moje zamiary, choćby ze strony ojca były przeszkody… Niech ma dowód niezbity, że nie cofnę się przed niczem, co może mi zapewnić jej posiadanie.. całuje fotografję kilkakrotnie; żartobliwym tonem. A! moja pani, toś ty mnie kochała a tyle mi nadokuczałaś, dla jakiegoś błahego przywidzenia… poczekaj! zemszczę się! z tkliwością zemszczę się poświęcając ci całe moje życie, aniele mój… Ah! jakiż ja jestem szczęśliwy!

    Chodzi ogromnemi krokami cisnąc skronie rękami.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    staje we drzwiach patrząc na Maurycego
    869

    Dobryś!… wziął to do serca… chodzi za nim Maurycy!… nie słyszy… Maurycy! nie bądź dzieckiem.

    MAURYCY

    870

    A! rzucając mu się w objęcia Ojcze, wszystko będzie dobrze

    Ściska go i całuje namiętnie.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    871

    Attendez, udusisz mnie… uwalnia się z jego objęć Dobrze? no, to chwała Bogu… Więc rozmyśliłeś się… przestaniesz zawracać mi głowę tym twoim projektem? ja tu za tobą przyszedłem umyślnie po to, żeby ci jeszcze raz powiedzieć, i to stanowczo, że z tego nic nie może być.

    MAURYCY

    872

    Musi być. Od tego nie odstąpię, zwłaszcza teraz.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    873

    Comment? a cóż się stało nowego?

    MAURYCY

    poufnie
    874

    Zdaje mi się, że panna Paulina mnie kocha.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    uradowany
    875

    Niepodobna! wygadała się?

    MAURYCY

    876

    Przypadkiem pochwyciłem dowód.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    j. w.
    877

    Kiedy? teraz?

    MAURYCY

    878

    Przed chwilą.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    879

    Dla tego też to miała taką minę powróciwszy ztąd… ściskając go Winszuję ci z całego serca. Oświadczyłeś się zaraz? z kopyta?

    MAURYCY

    880

    Nie.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    881

    Comment, nie? a jakiż to safanduła! Takie rzeczy kończy się na gorąco. Chodź zaraz ze mną… jeszczeby trzeba kogo na świadka, żeby się które nie rozmyśliło.

    MAURYCY

    śmiejąc się
    882

    Jakżeż pan to traktujesz.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    883

    Ale bo ja wam nie wierzę… no, zawsze interes jest na lepszej drodze… tylko już tego wcale nie rozumiem… Écoutez, skoro masz pewność że cię kocha…

    MAURYCY

    884

    Ale nie pewność, domysł dopiero.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    885

    No chociażby domysł, to z tych twoich zamków na lodzie możesz skwitować.

    MAURYCY

    886

    Broń Boże!

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    887

    Rozumiem, że mogłeś projektować par déspération, ale…

    MAURYCY

    888

    Właśnie teraz chcę dać dowód pannie Paulinie, że ją kocham bezinteresownie.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    889

    Mais pourquoi?.. teraz ona cię już będzie kochać takim jakim jesteś, możesz założyć ręce i nic nie robić. Ja zapracowałem tyle, że wystarczy dla moich dzieci i wnuków p. c. a zresztą, skoro chcesz pracować dla tego, że z waszego majątku nic ci się nie okroi, to pracuj w Zabrodziu. Ja abdykuję, nie znam się na gospodarstwie.

    MAURYCY

    890

    Wstydziłbym się…. Przyjść do gotowego samemu nic nie wniosłszy… Co innego, gdybym mógł mieszkać w Czarnoskale..

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    891

    No, to w Czarnoskale! jeszcze lepiej, majątek familijny. Spłacimy tego twojego miłego szwagierka, nawet jeżeli chcesz zahypotekuję tę sumę na imię Poli, będziesz mi płacił procent.

    MAURYCY

    892

    Co za sztuka! to nie byłby dowód miłości, a ja muszę przekonać pannę Paulinę, że mi chodzi o nią a nie o majątek. Zresztą, jak się pan będziesz opierał, to się zrzeknę chyba posagu.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    893

    To, to, to. Sfiksowałeś wyraźnie, tu as fixé. Czy myślisz że pozwoliłbym na to, żebyście siedzieli o głodzie i chłodzie. Cóżbym ja był za ojciec!

    MAURYCY

    894

    A ja co za mąż, gdybym nie potrafił własną pracą utrzymać żony.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    zdesperowany
    895

    No, i gadajże tu z nim!

    SCENA VIII

    Poprzedzający, Władysław.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    896

    A! pan Władysław, jak się masz. ściska go, poczem Władysław ściska się z Maurycym Jesteśmy en famille, w całym komplecie; bardzo dobrze, bo rozsądzisz tu sprawę pomiędzy mną a tym upartym kozłem.

    WŁADYSŁAW

    roztargniony, wyraża się lakonicznie
    897

    On zawsze był takim.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    898

    Wyobraź sobie: daję mu córkę, bez żadnych ograniczeń, ze wszystkiem co posiada i do czego ma prawo, a on stawia warunki, targuje się ze mną.

    WŁADYSŁAW

    899

    Chciwość?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    900

    Comment? a wiesz co, że naprowadzasz mnie na myśl: to chyba chciwość. Maurycy się śmieje bo że się chce zrzec posagu, to gadanie, wie dobrze że go i tak nie minie… ale zachciało mu się jeszcze samemu robić majątek. Powiedział mu ktoś plotkę, której uwierzył, że ja zawsze prowadzę mój handel hurtowny, tylko pod inną firmą.

    WŁADYSŁAW

    901

    Dziwiłbym się panu.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    tryumfująco do Maurycego
    902

    A co! voyez vous! do Władysława Ale nie wierz temu, to nieprawda.

    WŁADYSŁAW

    903

    Dziwiłbym się, gdybyś pan zmienił firmę. Po co?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    904

    Comment? ale czekajno! więc chce wejść ze mną w spółkę, stać za kantorem, zapisywać rachunki i świecić swojem nazwiskiem.. szlacheckie nazwisko mojego zięcia na szyldzie! nigdy!

    WŁADYSŁAW

    905

    Ma rozum.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    906

    Szarzać się dla pieniędzy, to rozum?

    WŁADYSŁAW

    907

    Najprzód, że to nie jest szarzaniem się; a potem, pieniądz jest wszystkiem.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    908

    Zgoda i na to. Więc niechże go nie lekceważy i bierze kiedy mu daję.

    WŁADYSŁAW

    909

    Przyjmować, gdy sam nic nie ma, byłoby zbyt wielkie ryzyko.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    910

    Jakie ryzyko? Pola bierze go jak jest, nie pyta… elle ne demande pas… szaleje za nim, sam mi to powiedział.

    MAURYCY

    911

    A to kiedy?

    WŁADYSŁAW

    912

    Uczucie miłości jest przechodniem. Pannie Paulinie dziś może się zdawać, że go kocha.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    zły
    913

    Zdawać, zdawać… jak się co zdaje, to widać że tak jest, inaczej jakżeby się mogło zdawać…

    WŁADYSŁAW

    914

    Przypuśćmy. Ale czy pan wiesz, co się dzieje na dnie jej serca? czy nie kiełkują tam maleńkie ziarnka wątpliwości? gdzież dowód, że on nie gra roli zakochanego dla interesu?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    patrzy na Maurycego
    915

    On?… nie! to być nie może.

    WŁADYSŁAW

    916

    Dla czego?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    917

    Najlepszy dowód, że dla niej chce głupstwo zrobić.

    WŁADYSŁAW

    918

    Więc pozwól mu pan na to głupstwo, chociażby na próbę. Jeżeli wytrwa…

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    p. c.
    919

    Co z wami gadać! warjaty… biorąc Maurycego pod rękę Chodź ze mną do ojca… chociażeś pełnoletni, on zawsze ma nad tobą władzę… jeżeli na to pozwoli… no! n. s. tak głupim przecie nie będzie.

    MAURYCY

    920

    Co bądź ojciec powie, stawiam panu dwa pewniki: od zamiaru mego nie odstąpię i pannę Paulinę mieć muszę.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    921

    Dobrze, dobrze. do Władysława Ty idziesz z nami?

    WŁADYSŁAW

    922

    Na chwilkę tylko, bo mam jeszcze do załatwienia parę interesów przed obrzędem.

    Dzieńdzierzyński z Maurycym wychodzą na prawo.

    SCENA IX

    Łechcińska, Władysław

    ŁECHCIŃSKA

    która od kilku chwil czatowała we drzwiach z lewej strony, zatrzymując Władysława
    923

    A! złoto, srebro widziałam, a naszego pana Władysława już nie pamiętam kiedy, słowo daję.

    WŁADYSŁAW

    ironicznie
    924

    Zkądże tyle łaski… naszego! nie wiedziałem, że nas łączą jakie nici sympatyczne, i to do tego stopnia.

    ŁECHCIŃSKA

    925

    Nasz, nasz, bo nie ma godziny, nie ma minuty, żebyśmy z panną Gabrjelą nie mówiły o panu. Już tak zaciętego człowieka jak pan, nie widziałam w życiu, jak matkę kocham. Żeby się tak zawziąść, to niesłychane rzeczy. Ale ja mówiłam i perswadowałam, że pan przyjedziesz.

    WŁADYSŁAW

    926

    Zagadkowe słowa dla mnie.

    ŁECHCIŃSKA

    927

    To już tam nasza panna Gabrjela panu wytłómaczy. Jeżeli się pan nie poczuwasz do niczego, to tem lepiej… widać, że było nieporozumienie ciszej zatrzymaj się pan chwileczkę, zaraz tu wyjdzie, chce się z panem zobaczyć, tak sobie, sam na sam… bo to dziś przy tym rejwachu trudno było złapać dobrą sposobność… momenciczek tylko.

    Wychodzi na lewo.

    SCENA X

    Władysław p. c. Gabrjela.

    WŁADYSŁAW

    sam
    928

    Jakto! mnie serce mogło jeszcze zabić!… rzecz dziwna. Sądziłem, że to przejście uciszyło je na zawsze… tłukło się w piersi, ale już tylko jak wyschnięty orzech w łupinie… p. c. Czy my moglibyśmy jeszcze być szczęśliwi? czy byłbym w stanie zapomnieć jej bezlitośnego ze mną postępku?… p. c. Ha, któż wie, jak to było rzeczywiście? może to był szczyt poświęcenia się, heroizmu? a teraz braknie jej odwagi, i na mnie rachuje… ach! ta myśl..

    GABRJELA

    wchodząc szybko w zarzutce na białym penioarze, głowa ubrana; podaje mu obie ręce
    929

    Władysławie! jakże ci wdzięczną jestem że przybyłeś.

    WŁADYSŁAW

    p. c. patrząc jej w oczy
    930

    Zrobiłem to, co nakazywała prosta przyzwoitość.

    GABRJELA

    931

    Pokazałeś serce, o którem już zwątpiłam.

    WŁADYSŁAW

    j. w.
    932

    Mówisz szczerze?

    GABRJELA

    933

    Od tego dnia, w którym znaglona koniecznością zadałam sobie dobrowolnie okropny ból, nie widziałam cię prawie… zamknąłeś się w swojem samolubstwie… tyś mnie chyba nie zrozumiał naówczas.

    WŁADYSŁAW

    934

    Nie przypominaj mi tej chwili. Kochałem cię i kocham jeszcze. Cios był straszny, ale świadczę się Bogiem, że sam przed sobą tłómaczyłem cię, i chcąc ci ulżyć ciężaru poświęcenia, sądziłem, że nic innego nie pozostawało mi, jak usunąć się zupełnie.

    GABRJELA

    935

    Władysławie, nie mogłam się zdobyć na tyle odwagi, żeby to uczucie które nas łączyło wystawić na próbę w walkach z powszedniemi kłopotami. Idąc za innego, poświęcam się dla rodziców, dla wymagań naszego położenia… ale… jedynych chwil które mnie robiły szczęśliwą nie zapomniałam.. one zawsze są tu przytomne.. wyrwij je, jeżeli potrafisz, ucałuję ci ręce, ale to nie w twojej mocy!

    WŁADYSŁAW

    pod wpływem jej spojrzenia
    936

    Gabrjelo!

    GABRJELA

    937

    Wiesz więc wszystko. Jeżeli z zimną krwią będziesz śledził moje miotania się w tych więzach narzuconych mi wyższem zrządzeniem, nie znajdując słowa pociechy, jednego spojrzenia, któreby mi czyniło lżejszą tę walkę, dasz dowód..

    WŁADYSŁAW

    porywając ją w objęcia
    938

    Więc zerwij te więzy! pójdźmy, nie oglądając się na następstwa.. przy mojem sercu cię otulę, zapomniesz o wszystkiem coś przeszła… ale otrząśnij stopy z tego kału, w który cię wepchnięto, uleć z niego aniołem czystym, godnym tego poświęcenia bez granic, jakie ci gotów jestem ślubować.

    GABRJELA

    płacząc
    939

    Władysławie, jak ty mi utrudniasz drogę i tak już pełną cierni.

    WŁADYSŁAW

    po chwili, zimno
    940

    Nie rozumiem cię kuzynko… czegoż więc wymagasz odemnie?

    GABRJELA

    j. w.
    941

    Pobłażliwości! rachowałam na to, że niezapomniesz o nas, że będziesz moją podporą.

    WŁADYSŁAW

    942

    Lituję się nad tobą, biedna zbłąkana kobieto… o! bo ty tego bardzo potrzebujesz.

    GABRJELA

    943

    Litości!… namiętnie Ja potrzebuję serca, nie litości.

    WŁADYSŁAW

    surowo
    944

    Moje jeden raz w życiu zabiło nadzieją, ale to dawno minęło. Twoja własna ręka uciszyła to bicie i dziś ja jestem sobie zwyczajnym człowiekiem oddychającym prozą, za jedyne bóstwo uznającym obowiązki, a owoc zakazany nie przestaje być dla mnie zakazanym, choćby tchnął najponętniejszemi obietnicami. To są rzeczy zanadto poetyczne dla prozaika, zbyt niskie dla człowieka honoru.

    GABRJELA

    n. s.
    945

    Boże!

    WŁADYSŁAW

    946

    Więc zapomnij o tem, co przed chwilą powiedziałem… przepraszam cię za mimowolne uniesienie, była to prosta omyłka serca… źle zrozumiałem twoje słowa.

    GABRJELA

    z dumą
    947

    Więc zgrzeszyłeś tłómacząc je w pospiechu fałszywie. Rzuciłeś mi w twarz największą obelgę, jaką kobieta usłyszeć może. z płaczem Żegnam cię!

    WŁADYSŁAW

    948

    Gabrjelo!

    SCENA XI

    Gabrjela, Władysław, Strasz, wchodzi głębią.

    STRASZ

    w dobrym humorze, nacięty ale się trzyma; we fraku i białym krawacie
    949

    A! moja narzeczona… i kuzynek.. do Władysława Dawno niewidzianego… do Gabrjeli, chcąc wziąść jej rękę a moja pani niech mi pozwoli, jako zadatek należności, która wkrótce ma być spłaconą…

    GABRJELA

    950

    Przepraszam, widzisz pan, żem jeszcze nie ubrana, n. s. wychodząc na lewo Jakżem okropnie ukaraną.

    STRASZ

    951

    Bodaj to być kuzynkiem! ma się prerogatywy zaprzeczane temu, który za chwilę będzie legalnym posiadaczem tylu wdzięków n. s. utarłem mu nosa głośno cóż pan mówisz na to? jużci pozwól, że mógłbym mieć słuszną pretensję

    Dobywa cygarnicę.

    WŁADYSŁAW

    do siebie
    952

    Kocham ją i aniołem stróżem jej będę.

    Wychodzi na prawo.

    SCENA XII

    Strasz później Zuzia.

    STRASZ

    sam, rzuca się na kanapę
    953

    Niegrzeczny… nawet się nie odezwał i wyszedł sobie bez ceremonji… ale poczekajcie wszyscy! wezmę ja was w takie kluby, że mnie poczujecie. Hołota! świecące pruchno, w mojem własnem mieszkaniu będą mi robić impertynencje!… po chwili Zanadto pozwoliłem sobie przy tem śniadaniu, ale należało pożegnać kawalerskie życie… no, niby tak koniecznie żegnać, to nie, bo nie głupim się ograniczać… Walerce dam dymisję chyba wtenczas, gdy mi się przeje.. p. c. co mnie ta kobieta kosztuje!… ale mi nie żal, bo wszyscy zazdroszczą. Większy kłopot miałém z odmówieniem jej temu jenerałowi, niż z pozyskaniem żony arystokratki… tu sami do mnie leźli. Zuzia przechodzi z lewej strony ku prawej, niosąc zawinięcie w serwecie Zuziu, chodźno tu…

    ZUZIA

    954

    Nie mam czasu.

    STRASZ

    tupiąc nogą
    955

    Co to jest: nie mam czasu!… jestem twój pan, rozumiesz… chodź tu zaraz!

    ZUZIA

    956

    Niosę bieliznę panom. A co pan chce odemnie?

    STRASZ

    957

    Chcę ci popatrzeć w oczy.

    ZUZIA

    958

    Można zdaleka.

    STRASZ

    959

    Kiedy stąd nie widzę… nawet dotychczas nie wiem, jakie masz: czarne czy niebieskie?

    ZUZIA

    śmiejąc się
    960

    Bure… wchodzi Kotwicz Ah!

    Wybiega na prawo.

    SCENA XIII

    Strasz, Kotwicz

    KOTWICZ

    n. s
    961

    Spłoszyłem ich.

    Zbliża się z miną dyplomatyczną.

    STRASZ

    962

    A! pan hrabia… cóż tam! p. c. pociągając go na kanapę Siadaj stary łobuzie.

    KOTWICZ

    963

    Cicho!

    Ogląda się.

    STRASZ

    964

    Mój drogi, nie bądź faryzeuszem.

    KOTWICZ

    965

    Ale bo ty czasem jesteś zanadto sobie sans façons.

    STRASZ

    966

    Eh? uderza go mocno po udzie bądź jakim jesteś… czego się to oblekać w baranią skórę… każdy powinien mieć odwagę swoich przekonań… Ty innym jesteś ze mną w cztery oczy, a za innego chcesz uchodzić przy ludziach… Gdy cię karmię i poję u francuza, albo gdy się włóczymy całemi nocami po knajpach, jestem twojem bożyszczem.

    KOTWICZ

    967

    Cicho!

    STRASZ

    968

    Ha, ha, ha! znałem podobnego świętoszka, który lubił dobrze żyć, a nie miał za co.

    KOTWICZ

    969

    Podobno zanadto dziś piłeś.

    Chce wstać.

    STRASZ

    pzytrzymując go
    970

    Piłem, ale nie do ciebie, więc nie urażaj się… nie jednemu psu łyżek… Więc tedy, ten… jakże mu tam.. miał swoich amfitrjonów, z którymi całe noce się łajdaczył, był z nimi „per t”… tak jak my… ale strzegł się pokazywać w ich towarzystwie w jasny dzień… tak naprzykład w saskim ogrodzie po sumie. Miał inne znajomości nocne, a inne dzienne. Słuchajno, czy ty mnie traktujesz jako nocnę, pokątną znajomość?

    KOTWICZ

    971

    Aleś ty się, widzę, ululał na prawdę.. a to ładnie, w dzień ślubu.

    STRASZ

    972

    Nie bój się o mnie.. Dajno mi wody.

    KOTWICZ

    wstaje i nalewa z karafki
    973

    Muszę ci służyć jak dziecku…

    STRASZ

    974

    Nieprawda! dziecku byś tak nie służył… bo nicby ci z tego nie przyszło. pije cukry i wino przynieśli?

    KOTWICZ

    975

    Jest wszystko.

    STRASZ

    976

    Pewnoś znowu rozdał z parę rubli na piwo, bo ty lubisz szastać z cudzego.

    KOTWICZ

    wąchając dym z cygara, które pali Strasz
    977

    Jakieś dobre cygaro… nie masz tam jeszcze z jednego?

    STRASZ

    dając mu cygarnicę
    978

    Na, masz… czerp… weź sobie z parę do kieszeni, znaj pana.

    KOTWICZ

    979

    Gdzieżeście tak bomblowali?

    STRASZ

    980

    Wyprawiałem śniadanie tym wyżeraczom.. na pożegnanie stanu kawalerskiego.

    KOTWICZ

    981

    Ale fe! śmiejąc się Na pożegnanie! p. c. kobiety były?

    STRASZ

    982

    Jak myślisz?

    KOTWICZ

    983

    Walerka? uderzając go Hultaj! po chwili Ale słuchajno, z tym szambelanicem trzebaby jakoś…

    STRASZ

    984

    Co, trzebaby?

    KOTWICZ

    985

    Bój się Boga on goły jak święty turecki… daj mu co odczepnego.

    STRASZ

    986

    Mój kochany, złapaliście mnie i doicie już do ostatniego. Czy myślisz, że tak ciągle będę na to pozwalał?

    KOTWICZ

    987

    O! znowu nie fanfaronuj!

    STRASZ

    988

    Co? nie złapaliście mnie?

    KOTWICZ

    989

    Dajno pokój tak między nami mówiąc, zyskujesz pozycję, wchodzisz w koligacje.

    STRASZ

    990

    Tego towaru za miły grosz zawsze dostanie.

    KOTWICZ

    991

    Ale piękność okrzyczana… wszyscy ci zazdroszczą, możesz się pysznić.

    STRASZ

    992

    Koczkodana bym nie wziął. Za swoje pieniądze powinienem zaimponować. Płacę! do miljon djabłów gotówką, i tandety nie chcę.

    KOTWICZ

    993

    No, no, no! tylko się nie gorączkuj.

    STRASZ

    994

    To nie błaznuj.

    KOTWICZ

    995

    Zapominasz się.

    STRASZ

    996

    Jeżeli ci się zdaje żem pijany, to się grubo mylisz… jestem przy zdrowych zmysłach, zdrowszych niż wy wszyscy. Możecie mnie naciągać, ale tylko do pewnego stopnia.. to sobie powiedziałem, bo golizny się boję jak zarazy. Przychodzi mi to na myśl ile razy patrzę na was… ty naprzykład, wyrzucałeś pełnemi garściami, a dziś w łapę byś mnie pocałował za kilka rubli.

    KOTWICZ

    997

    Widzę, że z tobą dziś nie ma co gadać.

    Wstaje.

    STRASZ

    przytrzymując go
    998

    Siedź!… jak się będziesz dąsał, to nic nie wskórasz. Stary zostawił mi tyle, że mogę sobie dużo pozwolić, ale żebym miał wszystko puścić, to nie głupim,.. gołego za psa nie mają… p. c. Jakem był dependentem u adwokata…

    KOTWICZ

    n. s.
    999

    Teraz się wygada… głośno Dependentem, ty?

    STRASZ

    1000

    Nie wiedziałeś? Stary kazał mi praktykować, ale na utrzymanie nic nie dawał, obiecując gruszki na wierzbie… nałamałem sobie nieraz głowy, zkąd wykręcić na ogródki i baliki… ale to mnie nauczyło wartości pieniędzy.

    KOTWICZ

    1001

    Coż to za stary? papka?

    STRASZ

    1002

    Gdzie tam papka.. wujaszek… papki nigdy nie znałem… innym tonem miałem tylko matkę… to była męczennica.

    KOTWICZ

    1003

    A! więc ty jesteś wychowany przez mamę… pieszczoszek, gagatek… teraz się nie dziwię niczemu.

    STRASZ

    ponuro; wstając
    1004

    Gagatek! prawda, byłem gagatkiem, kochała mnie… a ja… ja bo trzeba ci wiedzieć nikogo nie kocham i w nic nie wierzę, ale to w nic co się nazywa, prócz pieniędzy… ale ją kochałem… to jest teraz tak mi się zdaje, bo dopóki żyła, zatruwałem jej życie. Jak zapamiętam siedziała po całych dniach i nocach przy maszynie… szyła i płakała… pracowała na mnie, bo ja ostatni grosz jej wyciągałem na hulanki… dopiero gdy umarła, zrobiło mi się jakoś głupio na sercu… napadła mnie jakaś nienawiść do ludzi, którzy się nad nią znęcali, szalona chęć odwetu…

    Chodzi.

    KOTWICZ

    1005

    Alboż ten wuj nie przychodził wam wcale w pomoc?

    STRASZ

    1006

    Co, wuj! brudny sknera, dbał o nas tyle co pies o piątą nogę.

    KOTWICZ

    1007

    Przecież dał dowód pamięci, zapisując ci taki ładny majątek.

    STRASZ

    1008

    Ha, ha… zapisując! ani mu się śniło, tylko kipnął nagle i mnie się dostało, jako jedynemu krewnemu… Szkoda tylko, że matka tego nie doczekała… byłbym miał satysfakcję patrzeć, jakby jej się nisko kłaniali ci wszyscy, którzy najbardziej zalewali sadła za skórę… tak jak mnie.. dawniej potrącali jak psa, dziś kochają… ha, ha, ha… biorąc Kotwicza w objęcia kochasz mnie? ściska go gwałtownie bardzo? póki funduję? co? odpycha go pieniądz to dobra rzecz… przepraszam cię, ale kto go trwoni, ten osioł.

    KOTWICZ

    n. s.
    1009

    Pijany, jak bela… głośno Więc kiedy masz, to nie bądźże egoistą… z szambelanicem…

    STRASZ

    1010

    Czegóż on chce? dajcież mi raz pokój. Czarnoskała już moja, ponabywałem długi, których było tyle, że mu się nie wiele należy.

    KOTWICZ

    1011

    No, widzisz, nie wiele, ale zawsze coś… powinno ci też chodzić o to, żeby ludzie nie gadali żeś z niego korzystał. Ja wiem żeś ty na tem zarobił. Później się tam będziecie rachować po familijnemu, a tymczasem daj mu co.. zamkniesz mu usta.

    STRASZ

    1012

    Ileż on chce?

    KOTWICZ

    1013

    Ja ci powiem: daj mu kredyt na jakie parę tysięcy, i będziesz miał spokojną głowę.

    STRASZ

    dobywa z pugilaresu weksel, idzie do biurka i pisze; n. s.
    1014

    Ostatni raz to robię, ale po ślubie…

    KOTWICZ

    zaglądając przez ramię
    1015

    Tysiąc rubli… cóż to znaczy…

    STRASZ

    1016

    Więcej ani grosza… daje mu weksel Masz, i nie nudźcie mnie. Kotwicz się ociąga a przedewszystkiem pozwólcie mi się przedrzemnąć choć chwilę, bo będzie skandal, jak chrapnę przy ołtarzu.

    KOTWICZ

    1017

    Ale nie zaspijże, bo to już nie długo

    Wychodzi na prawo.

    SCENA XIV

    Strasz, Michałek później Zuzia.

    STRASZ

    rozwiązując krawat, do Michałka, który wszedł przed chwilą
    1018

    Miszel!

    MICHAŁEK

    1019

    Słucham jaśnie pana.

    STRASZ

    1020

    Daj mi wody. Co tam robią?

    MICHAŁEK

    1021

    Gdzie?

    STRASZ

    wskazując na lewo
    1022

    Tam! panie…

    MICHAŁEK

    podając wodę
    1023

    Ubierają się… nie wpuszczają nikogo.

    STRASZ

    1024

    To dobrze, zamknijże drzwi na klucz Michałek odniosłszy szklankę zamyka drzwi tamte do panów także. Michałek zamyka na prawo gdyby mieli do siebie interes, to są drugie wyjścia na korytarz p. c. i sam się wynoś, bo ja się muszę przespać. Ale pilnuj mi przy drzwiach i zawracaj każdego, coby chciał wejść.

    MICHAŁEK

    całując go w rękę
    1025

    Miałem jeszcze mały interes do jaśnie pana.

    STRASZ

    1026

    Teraz! czyś zgłupiał… później.

    MICHAŁEK

    1027

    Kiedy później pan będzie czem innem zajęty, a tymczasem Zuzia spokojności mi nie daje.

    STRASZ

    1028

    A! Zuzia? cóż Zuzia?

    MICHAŁEK

    1029

    Zobaczyła w magazynie jakiś kaftanik i zachciało jej się go koniecznie na dzisiejszy fest… chce się w nim pokazać przy gościach.

    STRASZ

    1030

    Więc co?

    MICHAŁEK

    1031

    Chciałem prosić jaśnie pana o kilka rubli.

    STRASZ

    1032

    Co parę dni jej coś sprawiasz, nie przyzwyczajaj ją do tego, bo sobie potem nie dasz rady.

    MICHAŁEK

    1033

    To jaśnie pan ją tak popsuł… teraz dufa w jaśnie pana, i jak się czego naprze, tak nie ma gadania.

    STRASZ

    1034

    No, no, mniejsza o to.. masz! a kupże jej coś ładnego.

    MICHAŁEK

    n. s.
    1035

    Będzie widziała! głośno Nie trzeba jaśnie panu nic więcej?

    STRASZ

    1036

    Nie trzeba p. c. na pół drzemiąc jak będą gotowi, to przyjdź tu… Michałek wychodzi głębią; sam na wszystkie strony się opłacać… ale przynajmniej człowiek pan! robi co mu się podoba… ah! te pieniądze… bez nich, co jabym znaczył pukanie na prawo Jest! nie pozwolą mi zasnąć.

    ZUZIA

    za sceną
    1037

    Któż znowu te drzwi zamknął.

    STRASZ

    1038

    Zuzia, daję słowo!

    Biegnie, i otwiera, Zuzia wchodzi.

    MICHAŁEK

    wraca głębią
    1039

    A ty tu po co? nie mogłaś przyjść przez korytarz? jaśnie pan chce się przespać.

    ZUZIA

    1040

    Nie wiedziałam.

    MICHAŁEK

    1041

    Chodź.

    Wyprowadza ją zamyka drzwi za sobą.

    STRASZ

    1042

    Bodajeś djabła zjadł…

    Kładzie się na kanapie. Zasłona spada.

    AKT IV

    Dekoracja aktu drugiego.

    SCENA I

    Szambelanic w zszarzanym szlafroku, chodzi mierzonemi krokami. Szambelanicowa siedzi na kanapie, dłoń na czole obowiązanem chustką; przy końcu sceny, Łechcińska

    SZAMBELANICOWA

    po chwili milczenia
    1043

    A jużeś też sobie postąpił bez żadnej rozwagi… jestem bardzo ciekawa, co teraz będzie!

    SZAMBELANIC

    1044

    Ale nie żałuj, proszę cię. Lepiej że to się stało teraz, aniżeli gdyby później, już po czasie, były z tego… jakie..

    SZAMBELANICOWA

    1045

    Zapomniałeś o naszej sytuacji.

    SZAMBELANIC

    1046

    Nie miałem czasu zastanawiać się, zanadto byłem oburzony. Przyjeżdżać na swój własny ślub pijanym jak bydlę! prosto z knajpy, gdzie afiszował się z jakiemiś flondrami… cóż to znowu! takie lekceważenie naszego domu!

    SZAMBELANICOWA

    1047

    Można było zwrócić na to uwagę w inny jakiś, delikatniejszy sposób.. byłby się zreflektował.

    SZAMBELANIC

    1048

    Nie mogłem, powiadam ci! Wszystko ma swoje granice… co on sobie rozumiał błazen jakiś! za honor którego dostępował łącząc się z naszą córką?

    SZAMBELANICOWA

    1049

    Co do tego, masz rację. Ale zapytam się, czy pora bawić się w zbyteczną drażliwość, gdy nam grozi ruina i gdy może przyjść chwila, że staniemy się celem ludzkich urągań.

    SZAMBELANIC

    1050

    Celem urągań! my, Czarnoskalscy!

    SZAMBELANICOWA

    1051

    Jesteśmy sami, nikt nas nie słyszy, więc nie potrzebujemy fanfaronować. Jakież masz przed sobą widoki?

    SZAMBELANIC

    1052

    No, najprzód, Maurycy się żeni.

    SZAMBELANICOWA

    1053

    Przyznam ci się, że bardzo mało spodziewam się z tego korzyści… zupełnie co innego, gdyby Gabrjela poszła za Strasza: nie potrzebowalibyśmy się ztąd ruszać, bylibyśmy u siebie, bo chociaż ponabywał twoje długi, pozostawiłby je na Czarnoskale, nie tradowałby przecie rodziców żony.

    SZAMBELANIC

    1054

    To wszystko prawda, ale są pewne względy, których bezkarnie naruszać nie wolno p. c Dla tego bardzo mi się to nie podobało, że Kotwicz pozostał z nim w Warszawie… zwłaszcza jeżeli to zrobił za waszym wpływem, co mogę przypuszczać.

    SZAMBELANICOWA

    1055

    Może nam być przydatnym, nawet rachuję na to, i powiem otwarcie, że jeżeli na twoje żądanie odesłałam Straszowi wszystko co ofiarował Gabrjeli jako prezenta przedślubne, to tylko w tej nadziei, że to z trjumfem powróci do nas.

    SZAMBELANIC

    1056

    Nie przyjmę, chyba się ukorzy i jawnem przeproszeniem da mi zadosyć uczynienie. Potrzebuję rękojmi jego dobrej wiary.

    SZAMBELANICOWA

    1057

    A ja nie uspokoję się, póki się ten stosunek nie naprawi bolejąca nie wyobrazisz sobie, co się ze mną dzieje od czasu tego twojego skandalu… coraz ze mną gorzej… nerwy mam tak rozstrojone, że co chwila drżę i czegoś się obawiam, jak gdyby coś okropnego wisiało nad nami… Zdaje mi się, że nie jestem już u siebie, że nas ztąd wyrzucą, że lada chwila piorun w nas uderzy!

    SZAMBELANIC

    siadając przy niej
    1058

    Ale moja droga, tylko sobie nie przypuszczaj do głowy takich rzeczy… są tysiączne środki.. n. s. jak ja się boję tych jej nerwów…

    SZAMBELANICOWA

    1059

    Miej też wzgląd na mój stan!

    Gorączkowym ruchem porywa jego rękę i całuje.

    SZAMBELANIC

    1060

    Zrobię co się da, bez ujmy moim zasadom… i bez narażenia przyszłego losu naszej córki.

    SZAMBELANICOWA

    1061

    Napraw to jakimkolwiek sposobem!… coś zaturkotało… ah! to woźny! woźny albo komornik!… przeczuwam, jestem pewną!… weź mnie ztąd… ah! ja nie przyjdę do siebie póki będę miała powody do niepokoju.

    SZAMBELANIC

    n. s.
    1062

    Dobryś!… głośno Hej, jest tam kto… Łechcińska!… Łechcińska wchodzi z lewej strony proszę odprowadzić panią… idzie do okna Kotwicz! pewno z jaką misją… nie gadam z nim

    Odchodzi na prawo.

    SZAMBELANICOWA

    1063

    Ah! ah!.. z ręką na sercu tu!… tu!… do Łechcińskiej po odejściu męża innym tonem Zobacz kto to przyjechał.

    ŁECHCIŃSKA

    spojrzawszy w okno
    1064

    Hrabia!

    SZAMBELANICOWA

    1065

    Przyprowadźże go do mnie

    odchodzi na lewo

    SCENA II

    Łechcińska p. c. Kotwicz.

    ŁECHCIŃSKA

    sama
    1066

    Hrabia! ah, jakażem ciekawa.. może się jeszcze wszystko naprawi, bo to przecie sensu nie ma, jak matkę kocham… żeby też mieć tak mało oleju w głowie i samochcąc zniechęcać takiego miljonera, to nie do uwierzenia! Staremu to już klepki w głowie się porujnowały, słowo daję… czego to dąć, kiedy nie ma w co.. nie wiem gdzie znajdą lepszą partję… do Kotwicza, który wchodzi No? no? no?

    KOTWICZ

    1067

    Co? co? co?… no, nic… przyjechałem.

    ŁECHCIŃSKA

    1068

    Od Strasza? z Zagrajewic?

    KOTWICZ

    1069

    Nie, z księżyca.

    ŁECHCIŃSKA

    1070

    No i cóż? będzie z tego co?

    KOTWICZ

    1071

    E!

    ŁECHCIŃSKA

    1072

    No?

    KOTWICZ

    1073

    Pojedynek!

    ŁECHCIŃSKA

    1074

    Jezus!

    KOTWICZ

    1075

    Dwa pojedynki.

    ŁECHCIŃSKA

    1076

    Rany boskie!

    KOTWICZ

    1077

    Czy tu jest Maurycy?

    ŁECHCIŃSKA

    1078

    Zkądże? wszak został w Warszawie z Dzieńdzierzyńskiemi.

    KOTWICZ

    1079

    Przecie wiem o tem… ale spodziewałem się, że już tu jest.

    ŁECHCIŃSKA

    1080

    Czy to on ma się strzelać?

    KOTWICZ

    1081

    A Władysława tu nie było?

    ŁECHCIŃSKA

    1082

    I on?

    KOTWICZ

    1083

    Obadwaj, a ja jestem sekundantem ze strony Strasza.

    ŁECHCIŃSKA

    1084

    Jakże to było? bójcie się Boga!

    KOTWICZ

    1085

    Jak? głupio, bez sensu, i trzeba było mu się dać wyspać… kwita..

    ŁECHCIŃSKA

    1086

    Ja też to zaraz powiedziałam.

    KOTWICZ

    siada na kanapie. Łechcińska przy nim poufale, on się zrywa
    1087

    Wystaw pani sobie, jak mu stary zrobił tę scenę, chłopcu naturalnie było przykro.

    ŁECHCIŃSKA

    1088

    Co mu się dziwić.

    KOTWICZ

    1089

    I powiedział tam coś… jak to w żalu.

    ŁECHCIŃSKA

    1090

    Komu?

    KOTWICZ

    1091

    Swoim… no!… jużci trochę zanadto, że go łapali, to owo, że sobie z nich nic nie robi, że tej łaski dostanie wszędzie za swoje pieniądze… etcetera… dosyć że się to rozeszło.

    ŁECHCIŃSKA

    1092

    Aha!

    KOTWICZ

    1093

    Maurycy jak to posłyszał, posłał mu zaraz sekundanta.

    ŁECHCIŃSKA

    z wybuchem
    1094

    Warjat!

    KOTWICZ

    1095

    Przepraszam, to znowu co innego… przyznaję, że nie trzeba było doprowadzać do tej ostateczności, ale jak się już stało, Maurycy nie mógł postąpić inaczej.

    ŁECHCIŃSKA

    1096

    Więc cóż będzie?

    KOTWICZ

    1097

    Ano pukanina, i to niemała, bo i Władysław ze swojej strony, tak, że jeden o drugim nie wiedział, podobnież go wyzwał.

    ŁECHCIŃSKA

    oburzona
    1098

    A ten znowu czego się wtrąca?… no, patrzcież państwo, to już teraz z tem wszystkiem kaput! a stara tak jest pewną, że się to jeszcze da naprawić… Jezus! co się to z niemi teraz zrobi… ja już tego wszystkiego mam póty! dosyć się nawysługiwałam i głodu namarłam… trzeba o sobie pomyśleć!… Ale że to hrabia się w to wplątał… sekundować! w imię ojca i syna…

    KOTWICZ

    1099

    Widzi pani Łechcińska to była dyplomacja, umyślnie to zrobiłem… byłem pewny że zdołam doprowadzić do porozumienia.. tymczasem nadspodziewanie napotkałem u Strasza taki upor barani, tyle determinacji, że wszystkie moje projekta w łeb wzięły.

    ŁECHCIŃSKA

    1100

    To tak, rozdrażniać kogo… Niewiadomo jaki djabeł w kim siedzi.

    KOTWICZ

    1101

    Przynajmniej tyle zrobiłem, że pojedynek ma się odbyć tu w pobliżu, w lesie, na granicy Zagrajewic.

    ŁECHCIŃSKA

    1102

    I cóż z tego?

    KOTWICZ

    1103

    Możnaby spróbować jeszcze jednego środka… Gdyby pani Łechcińska szepnęła o tem tak coś od siebie kobietom.. wy czasem miewacie pomysły… możeby się dało urządzić jakąś dywersję, sprowadzić scenę rozczulającą, któraby naprawiła dobre stosunki.

    ŁECHCIŃSKA

    1104

    Jak matkę kocham, dobry koncept… a hrabia sam nie pójdzie do pani?

    KOTWICZ

    1105

    Nie wypada mi.

    ŁECHCIŃSKA

    1106

    I kiedyż się to ma odbyć?

    KOTWICZ

    1107

    Zaraz… patrząc na zegarek za godzinkę.

    ŁECHCIŃSKA

    1108

    Jezus! i nie było to wcześniej powiedzieć.

    KOTWICZ

    1109

    Niedawnośmy przyjechali, ledwo się mogłem wymknąć cichaczem… znowu patrzy na zegarek muszę jeszcze wrócić po niego… umyślnie będę zwlekał.

    ŁECHCIŃSKA

    1110

    Lecę, biegnę… oglądając zegarek Ale do jakiego hrabia zegarka przyszedł, fiu, fiu!

    KOTWICZ

    1111

    Spieszże się pani.

    ŁECHCIŃSKA

    1112

    Ktoś zajechał idzie do okna A! to Dzieńdzierzyński z córką… także już wrócili z Warszawy… to dobrze, będzie sukurs… Jezus! jak się panna Paulina dowie!

    Wychodzi na lewo.

    SCENA III

    Kotwicz p.c. Dzieńdzierzyński, Pola.

    KOTWICZ

    1113

    Wlazłem w kabałę, djabli wiedzą po co… potrzeba mi to było?… ale któż mógł przewidzieć, że będzie taki twardy. Może Dzieńdzierzyński na to poradzi, jak mu córka zacznie robić sceny… najpewniej na niego rachuję.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    wchodząc, zdejmuje z Poli okrycie; wesoło
    1114

    Niechże pani hrabina pozwoli usłużyć sobie.

    POLA

    podobnież
    1115

    Niechże papka ze mnie nie żartuje.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1116

    No, to pani szambelanowa.

    POLA

    1117

    I do tego tytułu nie mam prawa.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1118

    To trudno, ja cię muszę koniecznie tytułować… będziesz wkrótce Czarnoskalską, tak jakbyś już nią była, a przecie Czarnoskalscy… spostrzega Kotwicza a! pan hrabia… witamy… powiedz mi, cóż tu słychać?

    KOTWICZ

    1119

    Nie widziałem się z nikim.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1120

    Comment?

    KOTWICZ

    1121

    Przyjeżdżam prosto z Zagrajewic.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    krzywiąc się
    1122

    Z Zagrajewic? cóż wy tam macie jeszcze z Zagrajewicami? spodziewałem się, że już skończone ztym Straszem… zanadto się zblamował… il s'est trop blamangé.

    KOTWICZ

    1123

    Są jeszcze pewne stosunki.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1124

    Jakie? pieniężne? do Poli, która poprawia włosy w zwierciadle Idźże do szambelanównej, proszę cię… ona może słaba Pola wychodzi; do Kotwicza pieniężnych stosunków żadnych z nim już nie mają, ponabywałem wszystkie te sumy pod cudzem nazwiskiem z dumą wykupiłem Czarnoskałę dla mojego zięcia… tylko cicho! sza! niech nikt o tem nie wie, przyjdzie czas. Tymczasem co innego hrabiemu powiem: musiałem mu pozwolić na jeden wybryk, bo to ci wielcy panowie mają zawsze swoje chimery. Wystaw sobie hrabia, mojemu zięciowi zachciało się bawić w kupca.

    KOTWICZ

    1125

    Ale fe!

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1126

    Zupełnie jak nieboszczykowi memu dziadkowi. Co ja z nim przeszedłem to na wołowej skórze by nie spisał, ale nareszcie ułożyło się jakoś. Zakładamy dom komisowy rolników z trzech powiatów… będzie wilk syty i owca cała; chociaż się będzie handlować tem i owem, to jakoś zachowa się decorum. To teraz w modzie… najpierwsze nazwiska dają na takie rzeczy firmę, co innego zwyczajny sklep. Uważa hrabia, jak to będzie dobrze brzmieć: Czarnoskalski, Dzieńdzierzyński i spółka… spółka, to się znaczy akcjonarjusze… obywatelstwo trzech powiatów… będzie solidarność… Tylko ja miałem ochotę żeby było: hrabia Czarnoskalski, ale się uparł i nie chciał. Powiedz mi hrabia, dla czego oni się nie tytułują tak samo, jak wy?

    KOTWICZ

    1127

    Dla tego, że nie mają tego prawa co ja

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1128

    Ale to być nie może, c'est impossible! po jakiemuż to… ja muszę tego koniecznie dojść: nie ma najmniejszego sensu, żeby ludzie już nie mówię jednego nazwiska, ale z tej samej familji tak się różnili.

    KOTWICZ

    1129

    Czy z Maurycym rzeczy już ułożone?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1130

    Comment?

    KOTWICZ

    1131

    No, niby z panną Pauliną.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1132

    Możemy sobie już mówić: kuzynie.

    Całuje go.

    KOTWICZ

    1133

    Bardzoby mi było przyjemnie, ale… jeszcze, kto wie? czy pańska córka go kocha?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1134

    Co za pytanie, naturellement że go kocha… i jak! oboje się kochają.

    KOTWICZ

    1135

    Tem gorzej tajemniczo gdyby do pana coś doszło przypadkiem o nim, zachowajcież to przy sobie.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1136

    Comment?

    KOTWICZ

    1137

    W sekrecie przed panną Pauliną.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1138

    Nie rozumiem kuzyna.

    KOTWICZ

    1139

    Maurycy ma dziś pojedynek.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    przerażony
    1140

    Com… comment? pada na kanapę W oczach mi pociemniało… po pojedynek… dziś?… p. c. słabym głosem Z kim?

    KOTWICZ

    1141

    Ze Straszem.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1142

    E!

    KOTWICZ

    1143

    Co? e!

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1144

    Kpiny. Z nim?

    Wstaje.

    KOTWICZ

    1145

    Z nim.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1146

    Onby się miał pojedynkować? jakiś dependent, który miał do czynienia tylko z piórkiem i z knajpą?

    KOTWICZ

    1147

    Ja sam nie spodziewałem się spotkać w nim tyle odwagi i zimnej krwi… pokazało się, że jest gotów na wszystko.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1148

    Ale o cóż im poszło?

    KOTWICZ

    1149

    Jakto, pan nie wiesz?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1150

    Wiem, że mu pokazano drzwi, i bardzo dobrze zrobiono… nie może mieć o to pretensji.

    KOTWICZ

    1151

    Innego był zdania; mszcząc się zbezcześcił rodziców niedoszłej żony i Maurycy go wyzwał.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1152

    Maurycy! co za szaleństwo, jemu nie wolno się narażać… mógłby zginąć.

    KOTWICZ

    1153

    Nic niepodobnego. Jako wyzwany Strasz ma pierwszy strzał, a strzela podobno arte; odgrażał się z fanfaronadą, że trupem położy napastnika.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1154

    Trupem! łamiąc ręce kuzynie!

    KOTWICZ

    1155

    Kto wie, czy niezawcześnie jeszcze ten tytuł, panie Dzieńdzierzyński.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1156

    Na Boga! żeby przypadkiem Pola o tem się nie dowiedziała.

    KOTWICZ

    1157

    To panu nie wskrzesi zięcia, jeżeliby zginął.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1158

    Vous avez raison!… chodzi; p. c Trzeba koniecznie znaleźć na to jaki sposób… Kiedyż ma być to spotkanie?

    KOTWICZ

    patrząc na zegarek
    1159

    Fe, jak to czas leci… Do widzenia, nie chciałbym się spóźnić.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1160

    Dokądże?

    KOTWICZ

    1161

    Na plac.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1162

    Po co?

    KOTWICZ

    1163

    Jestem sekundantem Strasza.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1164

    Comment? hrabia jego sekundantem?

    KOTWICZ

    1165

    Nie mogłem mu odmówić… nie miał nikogo. Zresztą, lepiej, że się to odbędzie pomiędzy nami… potrzebną jest tajemnica.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1166

    I gdzież to ma być?

    KOTWICZ

    1167

    Na granicy Czarnoskały i Zagrajewic… w lesie… na Pustkowiu.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1168

    Tam, gdzie niedawno znaleźli wisielca?… wiem, słyszałem, ma być bardzo dzikie ustronie… cóż za miejsce obrali.

    KOTWICZ

    1169

    Chciałeś pan żeby się strzelali na dziedzińcu? i tak jest ryzyko… wszystko przygotowane do natychmiastowego wyjazdu za granicę w razie nieszczęścia… odchodząc Proś pan Boga, żeby do tego nie przyszło… ale nie powiem żebym miał dobre przeczucie

    Odchodzi głębią.

    SCENA IV

    Dzieńdzierzyński, potem Pola.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1170

    Jeżeli on ma złe przeczucie, cóż dopiero ja!… co zrobić!… chodzi prędkiemi kroki gdyby moje usposobienie na to pozwalało, sambym tam pojechał i rozbroił tych szaleńców… przymusił, żeby sobie dali pokój.. Nawet gotowem to zrobić… ale nuż nie zechcą mnie słuchać, dostałbym się pomiędzy pistolety, musiałbym być poniewolnym świadkiem spotkania… dziękuję za to. chodzi j. w., po chwili Gdyby tak było bliżej do miasta, poleciałbym do powiatu, i wziął ztamtąd strażnika ziemskiego, na takich półgłówków nie ma innej rady. Ale gdzież! nim tam zajadę, to już będzie po wszystkiem patrzy machinalnie na zegarek: nagle Ale! mam, bon! wszakże tu jest gmina, wójt… lecę do niego o pomoc… niech będzie co chce, powiązać ich jak baranów… szuka kapelusza.

    POLA

    wchodząc prędko z lewej strony, spłakana
    1171

    Papko?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1172

    Czego chcesz? nie mam czasu… dla czego odchodzisz od szambelanównej?

    POLA

    z płaczem
    1173

    On się ma strzelać!

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1174

    A! wiesz już o tem? nie bój się, właśnie idę po wójta.

    POLA

    1175

    Po wójta? a to po co?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1176

    Savez vous quoi, c'est bon! po co? mam pozwolić żeby się działy takie bezprawia? puść mnie, bo będzie za późno, mogę go nie zastać.

    POLA

    1177

    Papka chyba żartuje.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1178

    Dajże mi pokój, wiem co robię.

    POLA

    1179

    Ależ to niepodobna! papka się nie zastanowił.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1180

    Ona chce, żebym ja się teraz zastanawiał! ty wiesz, że ja nie jestem masło maślane, co pomyślę, to robię w powietrzu.. tu tylko energja może wszystko uratować.

    POLA

    1181

    I ja tak samo sądzę, ale niech papka jedzie sam.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1182

    Sam? a cóż ja tam sam poradzę?

    POLA

    1183

    Jak papka z energją zaprotestuje przeciwko tak nieludzkiemu załatwieniu zajścia; wszakże pojedynek jest przesądem, pozostałością barbarzyńskich czasów.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1184

    Bardzo to pięknie, ale prawdopodobnie nie będą sobie nic robić z mojego gadania. Ludzie stający do pojedynku, to są tygrysy, wściekłe zwierzęta.

    POLA

    1185

    O! papa dobędziesz z zgłębi twojego serca siłę przekonywającą.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1186

    Na co się to zda… ja wolę jechać z wójtem.

    POLA

    1187

    Na to nigdy nie pozwolę.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1188

    Sam nie pojadę.

    POLA

    1189

    Jeżeli papka nie pojedzie, ja to przechoruję; dostałam takiego bicia serca na tę wiadomość.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    płaczliwie
    1190

    Polu!

    POLA

    1191

    Ah! niech papka się spieszy! prędzej!… na samą myśl, że tam może on już stoi pod wymierzoną ku sobie lufą pistoletu…

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    n. s.
    1192

    I ja mam na to patrzeć! głośno Ale nie imaginuj sobie…

    POLA

    1193

    Jakże nie imaginować, alboż to żarty?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    do siebie, zafrasowany
    1194

    Co ja pocznę!

    POLA

    1195

    Ja wiem, że papka na to poradzi; nie tłómaczę sobie w tej chwili, jak? ale wierzę, że będzie dobrze… sama ta myśl mnie uspokaja, zdaje mi się, że przy papce nic mu się złego nie stanie.

    SCENA V

    Poprzedzający, Szambelanic.

    SZAMBELANIC

    wchodząc z prawej strony, ubrany
    1196

    A to co? dokądże sąsiad?… ledwo przyjechałeś, jeszcześmy się nie przywitali, i już odjeżdżasz?

    POLA

    żywo do ucha ojcu
    1197

    Cicho! on pewno o niczem nie wie.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    podobnież
    1198

    To możeby mu powiedzieć, pojechalibyśmy we dwóch.

    POLA

    j. w.
    1199

    Nie można! przecie to o syna chodzi, po co go niepokoić.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    do szambelanica
    1200

    Z jedynaczkami nie ma rady… kazała, i ojciec musi słuchać. Jadę… do domu.

    SZAMBELANIC

    1201

    Po co?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1202

    O, nie ma co gadać p. c. tajemniczo Zapomniała chustki do nosa.

    SZAMBELANIC

    1203

    Ha, ha, ha!

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1204

    Ale za godzinkę będę.. do widzenia n. s. jadę jak na ścięcie.

    SZAMBELANIC

    1205

    Proszeż dotrzymać słowa, mamy tysiące rzeczy z sobą do mówienia.

    SCENA VI

    Pola, Szambelanic.

    SZAMBELANIC

    1206

    Cóż to za tajemnicę papka upozorował ową chusteczką?

    POLA

    pomieszana
    1207

    Sama nie wiem.

    SZAMBELANIC

    1208

    A co znaczyła apostrofa do jedynaczek? widocznie musiało mieć miejsce jakieś nadużycie posiadanej władzy. biorąc jej rękę i pieszcząc się z nią Pieszczotka, tyranek domowy… n. s. jaką ona ma rasową rączkę głośno czy to tak i z mężem będzie?… co?… ale! a cóż się robi z Maurycym? może także został użyty do podobnie ważnej misji?

    POLA

    j. w.
    1209

    Nie wiem… sądziłam, że p. Maurycego już tu zastaniemy.

    SZAMBELANIC

    1210

    Nie widzieliśmy go od czasu wyjazdu z Warszawy… miał z państwem przyjechać p. c. cóż to, łezki w oczach? p. c. może był nieposłusznym… Pola wybucha płaczem; zdziwiony O!… n. s. Cóż to znaczy? p. c. głośno Panno Paulino, czy mogę wiedzieć przyczynę tych łez?

    POLA

    powściągając płacz
    1211

    Ale nic… żadna przyczyna.. tak mi nie wiedzieć zkąd przyszło… miewam często takie napady.

    SZAMBELANIC

    1212

    A! nerwy… n. s. A to winszuję mu przyjemności w pożyciu… sprządz je obie razem z moją żoną… głośno Proszęż się uspokoić, zaprowadzę pannę Paulinę do Gabrjeli.

    POLA

    1213

    O! niech się pan nie fatyguje, pójdę sama

    Odchodzi na lewo; we drzwiach spotyka się z Łechcińską.

    SZAMBELANIC

    do Łechcińskiej
    1214

    Panna Paulina słaba.

    Na jego znak Łechcińska odprowadza Polę.

    SCENA VII

    Szambelanic p. c. Łechcińska.

    SZAMBELANIC

    sam
    1215

    Poswarzyli się widocznie… one wszystkie jednakowe. No, koniec końców był duet, teraz przybywa trzeci głos, będzie tercet… uciekać z domu, słowo uczciwości.

    ŁECHCIŃSKA

    wracając
    1216

    Pan nic nie wie co się dzieje?

    SZAMBELANIC

    1217

    Spazmy i beki, gdzie się obrócić.

    ŁECHCIŃSKA

    1218

    Ale o pojedynku? nic?

    SZAMBELANIC

    1219

    O jakim pojedynku?

    ŁECHCIŃSKA

    1220

    Pana Maurycego.

    SZAMBELANIC

    żywo
    1221

    Z kim?

    ŁECHCIŃSKA

    1222

    Z przyszłym szwagrem, panem Straszem.

    SZAMBELANIC

    1223

    Z jakim przyszłym szwagrem? niedoszłym chyba. Proszę! więc się obraził, nie przypuszczałem u niego tyle ambicji.

    ŁECHCIŃSKA

    1224

    Ale kiedy to pan Maurycy go wyzwał.

    SZAMBELANIC

    1225

    A! skoro pan Maurycy, to co innego… musiał mieć powód, chociaż za wiele mu zrobił honoru do siebie to ona pewno tego płakała biedaczka… a ja ją posądziłem o kaprys.

    ŁECHCIŃSKA

    1226

    Pan mówi o tem, jakby o czem najzwyczajniejszem… Jezus!… p. c. przecie temu trzeba koniecznie zapobiedz.

    SZAMBELANIC

    ironicznie
    1227

    Nie może być! takeście uradziły?

    ŁECHCIŃSKA

    1228

    Pani i tak już cierpiąca, gdy się o tem dowiedziała, dostała spazmów… Pan nie był przy tem.. okropny attak!

    SZAMBELANIC

    1229

    O! wierzę ci na słowo. Ale zkądże ta wiadomość patrząc na nią czy też to ktoś przypadkiem plotki nie skomponował…

    ŁECHCIŃSKA

    1230

    O! już wiem, co pan ma na myśli, nie trzeba mi mówić.. Łechcińska, wszystko Łechcińska… tymczasem Łechcińska nic na wiatr nie mówi… tajemniczo sama się widziałam i rozmawiałam z sekundantem tamtego.

    SZAMBELANIC

    1231

    A to gdzie?

    ŁECHCIŃSKA

    1232

    Tu… w tem samem miejscu.

    SZAMBELANIC

    zdziwiony
    1233

    Był tu?… i cóż to za figura?

    ŁECHCIŃSKA

    1234

    Nasz hrabia!

    SZAMBELANIC

    1235

    Kotwicz? ha, ha, ha! sekundantem Strasza? niepodobna?

    ŁECHCIŃSKA

    1236

    Niech się pan śmieje, tak, tak, a oni się tam może teraz w najlepsze zarzynają. Gdyby czego Boże broń przyszło do jakiego nieszczęścia, pani się rozchoruje na dobre.

    SZAMBELANIC

    1237

    Ale moja Łechcińska wyperswaduj sobie, że na to nie ma sposobu; chybabym sam stanął w miejscu Maurycego.

    ŁECHCIŃSKA

    1238

    Ale kiedy to już nie o to chodzi.. chociażby nawet mieli sobie nic nie zrobić, pan powinien nie dopuścić do pojedynku, bo inaczej nie zreperuje się to, co się popsuło… Pan tej bagateli nie chce zrobić dla pani?

    SZAMBELANIC

    zniecierpliwiony
    1239

    Dajże mi pokój, proszę cię! co się tobie w to mieszać.

    ŁECHCIŃSKA

    urażona
    1240

    Tak! więc już Łechcińskiej nic do tego… ha, niechże i tak będzie… to za moje szczere serce które miałam zawsze dla państwa… tylko pan mi nie weźmie za złe, że poproszę o obrachunek z tych dziesięciu lat, a za jedną drogą o oddanie tego kapitaliku, który panu pożyczyłam.

    SZAMBELANIC

    1241

    A tobie co po pieniądzach?

    ŁECHCIŃSKA

    1242

    Potrzeba mi.

    SZAMBELANIC

    1243

    Teraz! gdy podobno wygrywasz proces z sukcesorami referendarza? byłem pewny, że mi dasz jeszcze i to.

    ŁECHCIŃSKA

    1244

    Chybabym też rozumu nie miała!

    SZAMBELANIC

    1245

    U mnie byłoby im bezpieczniej, niż w twojej własnej kieszeni.

    ŁECHCIŃSKA

    1246

    Pan ze mną komedjasy wyprawia, słowo daję… Zapewne że nie kłopotałabym się, gdyby pan był nie zrobił pani na złość i pana Strasza tak nie zmaltretował.. byłby i kredyt i wszystko… Ale kiedy tak się stało…

    GABRJELA

    wchodząc z lewej strony, do Łechcińskiej
    1247

    Proszę do mamy… prędko!

    ŁECHCIŃSKA

    1248

    Oho! półgłosem Niech pan będzie łaskaw postarać się zkąd chce… ja nie mogę już patrzeć dłużej na to wszystko

    Odchodzi na lewo.

    SCENA VIII

    Gabrjela, Szambelanic.

    GABRJELA

    idzie prędko do szambelanica i całuje go w rękę
    1249

    Mój ojcze!

    SZAMBELANIC

    1250

    Moja Gabrjelciu, tylko proszę cię, żadnych scen melodramatycznych, bo.. co się stało to się stało.

    GABRJELA

    1251

    Nie. Ja przychodzę tylko przeprosić ojca za to, że z mojego powodu byliście narażeni na tyle nieprzyjemności i na taki zawód. Mama wyrzucała mi to już gorzko, ale sądzę…

    SZAMBELANIC

    1252

    Cóż ci matka wyrzucała?

    GABRJELA

    1253

    Że nie miałam taktu w zachowaniu się z narzeczonym, i że nie potrafiłam go przywiązać do siebie z wybuchem płaczu zsuwając się ojcu do kolan i ściskając je To było nad moje siły! zdawało mi się żem skazaną na śmierć!

    SZAMBELANIC

    żywo, podnosząc ją
    1254

    Zakazuję ci myśleć o nim!… a! odetchnąłem, gdy tak się rzeczy mają! ja myślałem, że ty mi chcesz robić wyrzuty o to zerwanie, i… miałem do ciebie żal… czy pretensję… sam nie wiem jak to nazwać, ale byłem niekontent z ciebie.

    GABRJELA

    1255

    O! bo też zawiniłam.

    SZAMBELANIC

    1256

    No! już to oboje nie mamy czystego sumienia i moglibyśmy sobie nie jedną zrobić wymówkę… lepiej porozumiejmy się. (prowadzi ją na kanapę) Widzisz, mnie tak te interesa przycisnęły, że nieraz musiałem się przeniewierzyć temu, co powinno było liczyć się dla mnie do artykułów wiary. Niech kto do mnie wyciągnął choćby najbrudniejszą łapę, byle z paczką banknotów, gotów byłem ją uścisnąć, chociaż wewnątrz coś mi się burzyło na to… Pieniądz jest wielką potęgą, dając człowiekowi możność utrzymania się na wysokości swoich zasad, i zaczynam wierzyć, że największą ze zbrodni, źródłem wszystkich innych jest trwonienie go bezmyślne, bo tylko wyjątkowe natury zachowują godność w niedostatku. Masz przykład: byłem zagrożony sekwestracją, w tem ten się zjawił jako wybawca.. i cóż? tego człowieka, na któregobym kiedy indziej nie spojrzał, posadziłem na pierwszem miejscu przy stole… z musu odegrałem z nim nizką komedję, żywo bo świadczę się Bogiem, że mi wówczas ani przez myśl nie przeszło to, co się później stało.

    GABRJELA

    1257

    O, ja sobie tego przebaczyć nie mogę… ale z początku widziałem to zupełnie inaczej; mama, nie powiem żeby mnie zmuszała, ale przedstawiła mi to w takiem świetle… żywo a głównie przyczyniła się do tego Łechcińska.

    SZAMBELANIC

    1258

    O, ta baba!

    GABRJELA

    1259

    Byłam zbłąkaną… powinnam była poznawszy go, od razu przyjąć jak na to zasługiwał, bo czułam do niego wstręt… na każdym kroku obrażał moje najdelikatniejsze uczucia… o, co ja wycierpiałam!

    SZAMBELANIC

    1260

    Biedaczka.

    GABRJELA

    z płaczem rzucając mu się w objęcia
    1261

    Ja dla was robiłam tę ofiarę, ale czułam że mi braknie siły.

    SZAMBELANIC

    1262

    Czemużeś mi się nie zwierzyła, byłbym się postawił względem niego tak, żeby i nie zamarzył o zbliżeniu się do ciebie… wstając, żywo błazen jakiś… dziecko chciał mi zaprzepaścić p. c. Przebacz mi, to moja wina, powinienem był to spostrzedz… tem bardziej, że od razu mi się to nie podobało; ale byłem egoistą, przyznaję się do tego… przytem słabym, bezsilnym… może nawet nie chciałem widzieć… myślałem sobie, że potrafił ci się podobać, więc byłem kontent, że to… jakoś.. interesa się poprawią… Oj! te pieniądze…

    GABRJELA

    nagle
    1263

    Ah! mnie to wszystko rozum odebrało!… gdy sobie wspomnę

    Zasłania oczy rękami.

    SZAMBELANIC

    1264

    No, cóż jeszcze? uspokój się… już się skończyło.

    GABRJELA

    1265

    Jak mogłam zdobyć się na podobny krok, z nim… to było chyba z rozpaczy! on miał prawo mną pogardzić!

    SZAMBELANIC

    1266

    Kto?

    GABRJELA

    z płaczem
    1267

    Władysław.

    SZAMBELANIC

    1268

    Nie rozumiem.

    GABRJELA

    1269

    Ojcze drogi, myśmy się kochali… najlepszy, najszlachetniejszy z ludzi, i ja dobrowolnie odrzuciłam te skarby serca jakie mi ofiarował, z zimną krwią zadałam mu taki ból, i jeszcze, jakby mało tego było… szlocha; p. c. co on sobie o mnie pomyślał!

    SZAMBELANIC

    p. c.
    1270

    No, więc pójdziesz za niego, skoro tak. Dumnym będę z takiego zięcia… Najprzód, Czarnoskalski, a potem… on dojdzie wysoko, ja to czuję… jedyny człowiek, który może podnieść świetność naszego rodu… Maurycy przy nim.. e!… zdolność uniwersalna, obrotność w interesach… bo cóż on miał zaczynając? a dziś jak już stoi.

    GABRJELA

    1271

    I strzela się z mojego powodu!

    SZAMBELANIC

    1272

    On? mówiono mi o Maurycym.

    GABRJELA

    1273

    Obaj go wyzwali.

    SZAMBELANIC

    1274

    Tak? pierwsze słyszę.

    GABRJELA

    1275

    Ah! gdyby on miał zginąć.

    SZAMBELANIC

    1276

    Ale nie bój się, nie bój… nauczą tego błazna rozumu, i cała rzecz. Cóż ty myślisz, pojedynek… ja w młodych latach strzelałem się trzy razy i żyję… chociaż nie wiele brakowało… patrz, widziałaś ten znak od kuli

    Pokazuje na policzku.

    GABRJELA

    1277

    Niewiedziałam że to w pojedynku… sądziłam…

    SCENA IX

    Poprzedzający, Pola p. c. Dzieńdzierzyński później Szambelanicowa i Łechcińska.

    POLA

    wbiegając w lewej strony, do Gabrjeli
    1278

    Papka wrócił!

    Biegnie do drzwi środkowych.

    GABRJELA

    niespokojna
    1279

    Sam?

    SZAMBELANIC

    wesoło
    1280

    A! przywiózł chusteczkę, może teraz się uspokojemy.

    POLA

    odpowiadając Gabrjeli
    1281

    Zdaje mi się że sam… o Boże! co się tam stało? cała drżę.

    SZAMBELANIC

    1282

    Więc gdzież jeździł?

    GABRJELA

    j. w.
    1283

    Na plac.

    SZAMBELANIC

    1284

    Na plac? papka! a to po co?

    Wchodzi Dzieńdzierzyński drżący i blady.

    POLA

    biegnąc do niego
    1285

    Cóż?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1286

    Na Boga! pomocy, ratunku, szarpij!

    SZAMBELANIC

    1287

    Jakto?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1288

    Ciężko raniony, jeżeli nie zabity.

    POLA

    z krzykiem
    1289

    Maurycy?

    GABRJELA

    podobnież
    1290

    Władysław?

    Razem[1].

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1291

    Tak!

    SZAMBELANIC

    1292

    Więc któryż?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1293

    No, powiedziałem, Maurycy! alboż tam był i Władysław?

    SZAMBELANIC

    1294

    Mój syn!

    GABRJELA

    1295

    Mój brat!

    POLA

    1296

    Ah!

    mdleje

    SZAMBELANICOWA

    która przed chwilą weszła wsparta na Łechcińskiej
    1297

    Ah!

    Słabnie.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    pochwyciwszy Polę w objęcia
    1298

    Polu! moje dziecię!

    ŁECHCIŃSKA

    sadzając Szambelanicowę na kanapie, z wyrzutem do szambelanica
    1299

    A co! mówiłam, prosiłam… zapobiedz, póki był czas.

    Płacze mocno.

    SZAMBELANIC

    z mocą
    1300

    Moja pani, powiedziałem: milcz i nie wtrącaj się do rzeczy, które do ciebie nie należą. Proszę mi przynieść kapelusz i laskę.

    ŁECHCIŃSKA

    wychodząc n. s.
    1301

    O! poczekaj!

    SZAMBELANIC

    idzie do okna
    1302

    Konie stoją do Dzieńdzierzyńskiego Może jest jeszcze ratunek? jakżeż to było?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1303

    Zaraz, niech zbiorę siły.. jestem tak zdenerwowany, rozebrany… je suis tout á fait déshabillésiada; p. c. przyjeżdżam na miejsce… furman powiada: to tu!… Pustkowie… okropna dzika ustroń… wysiadam, patrzę.. Maurycy przekrada się przez gęstwinę… chciałem na niego zawołać, ale coś mi stanęło w gardle… nie mogłem.

    SZAMBELANICOWA

    z kanapy, tonem wyrzutu
    1304

    Ah! panie Dzieńdzierzyński.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1305

    No, nie mogłem.. wstając w tem po chwili… rrrym! jak wypali z pistoletu..

    SZAMBELANIC

    1306

    Kto?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1307

    No, Strasz… tuż, mnie pod nosem… nawet, nie wiem czy imaginacja, ale przysiągłbym, że jedno ziarnko trafiło mnie tu gdzieś w klapę od surduta.

    Szuka.

    SZAMBELANIC

    1308

    Cóż sąsiad gadasz? śrótem strzelali z pistoletów? oglądając się Ta nie wraca.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1309

    Comment?… a prawda! no, to musiało mi się zdawać.

    SZAMBELANIC

    niecierpliwie
    1310

    Ale cóż dalej?

    Łechcińska przynosi mu kapelusz i laskę

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1311

    Natychmiast, już nie oglądając się wskoczyłem na bryczkę i przyleciałem pędem wiatru… po pomoc…

    SZAMBELANIC

    rozgniewany
    1312

    Samemu nic nie zrobiwszy!… a to winszuję sąsiadowi zimnej krwi.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1313

    Mnie? zimnej krwi!… a wiecie państwo, to sławne! czyż szambelan nie widzisz, że się cały trzęsę.

    SZAMBELANIC

    1314

    Ale tym sposobem, to nawet sąsiad nie jesteś pewny, co się stało?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1315

    Padł, padł… to jest fakt.

    Maurycy wchodzi głębią i zatrzymuje się we drzwiach.

    SZAMBELANICOWA

    z płaczem
    1316

    Mój syn?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    płacząc
    1317

    Mój zięć, tak. Szambelanie, na Boga, śpiesz! (tuląc Polę) moja biedna córko!

    SCENA X

    Poprzedzający, Maurycy.

    SZAMBELANIC

    który chciał wyjść
    1318

    A to co? wstrzymuje śmiech oglądając się na Dzieńdzierzyńskiego Cóż ten twój papka tu nagadał?

    MAURYCY

    pocałowawszy ojca w ramię, zbliża się do Dzieńdzierzyńskiego
    1319

    Nieskończenie wdzięczny panu jestem za to, żeś mnie zrobił nieboszczykiem, bo miałem sposobność przekonać się, że byłbym żałowanym, gdyby na prawdę…

    Całuje w rękę Polę.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    osłupiały
    1320

    Comment! ty żyjesz?

    MAURYCY

    1321

    Mówisz pan takim tonem, jakby cię to nie cieszyło.

    Całuje go.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    machinalnie
    1322

    Jak się masz!

    POLA

    z wyrzutem do ojca
    1323

    Ah! papko, jakże można było mnie tak zatrwożyć.

    MAURYCY

    idzie do matki siedzącej na kanapie i całuje je w rękę
    1324

    Witam mamę.

    SZAMBELANICOWA

    całując go w głowę
    1325

    Nie mogę przyjść do siebie do Dzieńdzierzyńskiego Przyznam się, że żartować sobie w ten sposób z uczuć rodzicielskich, nie godzi się.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1326

    Ale pani szambelanowo dobrodziejko, ja temu nic nie winien… jeżeli ten żyje, to chyba Władysław padł… musiałem się omylić.

    MAURYCY

    całując się z Gabrjelą
    1327

    Najzdrowszy w świecie… inaczej, czyżbyście mnie tu widzieli?

    GABRJELA

    cicho
    1328

    Przyjedzie tu?

    MAURYCY

    1329

    Odjechał do domu.

    Wraca do Poli; Gabrjela odchodzi na bok, zamyślona.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1330

    No, to ja już nic nie rozumiem.

    SZAMBELANIC

    Śmiejąc się.
    1331

    Koniecznie sąsiad uwziąłeś się wyprawić jednego z nich na tamten świat, bo to jest!

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1332

    Ale za pozwoleniem… permettez moi.

    SZAMBELANIC

    1333

    Jakże się z tego wytłómaczysz?

    ŁECHCIŃSKA

    do szambelanicowej, cicho
    1334

    To jakaś intryga.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1335

    Na Boga! sądźcie mnie… było tak:

    SZAMBELANIC

    półgłosem do Dzieńdzierzyńskiego
    1336

    Mnie się zdaje, że było trochę strachu i widziało się to czego nie było… już to ziarnko śrótu wydało mi się podejrzanem.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1337

    Ale szambelanie, jakże można przypuszczać… comment peut on

    SZAMBELANIC

    1338

    Ze strachu, ze strachu.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1339

    Ale pozwólcież mi mówić: któż był wyzwany? Strasz, prawda? więc któż miał prawo pierwszy strzelić? on!… a jak drugiego strzału nie było, cóż mogłem wnosić, no?… śmiejcież się teraz.

    SZAMBELANIC

    1340

    Byłoby z czego, bo pokazuje się żeś sąsiad nie miał serca sprawdzić rzeczy naocznie śmiejąc się Comment peut on?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1341

    No, felczerem nie jestem.

    SZAMBELANIC

    do Maurycego
    1342

    Ale jakżeż się to odbyło? bo teraz na serjo nie wiem co myśleć.

    MAURYCY

    1343

    Ojcze, smutno mówić… spostrzegając wchodzącego Kotwicza Ale oto jego sekundant… niech go się ojciec spyta.

    SCENA XI

    Poprzedzający, Kotwicz.

    SZAMBELANIC

    1344

    No, masz nam zdać relację.

    KOTWICZ

    1345

    Nie ma się o czem rozgadywać… dureń!

    SZAMBELANIC

    1346

    Nie może być! poznałeś się na nim nareszcie?

    KOTWICZ

    1347

    A jak się to odgrażało! Co to jest, gdy kto nie ma zasad wyssanych z mlekiem! Nie stanął wcale.

    SZAMBELANIC

    półgłosem
    1348

    Czy to czasem nie twoja robota? Miałeś jakąś naradę z Łechcińską

    KOTWICZ

    1349

    Ale gdzież tam! Pojechałem ztąd prosto po niego, ale nie zastałem go już… ciepło gdzie co było… wyjechał za granicę zostawiwszy list, z którym posłał na plac fagasa. Złożyliśmy go w kilkoro i wbili kulą w drzewo.

    MAURYCY

    śmiejąc się
    1350

    To Władysław tak się na nim zemścił.

    SZAMBELANIC

    podobnież do Dzieńdzierzyńskiego
    1351

    Sąsiedzie, do listu strzelali… Dzieńdzierzyński chodzi; do Kotwicza I cóż tam w nim było?

    KOTWICZ

    1352

    Zbłaźnił się do reszty… sens moralny był ten, że ponieważ załatwianie spraw honorowych za pomocą kuli uważa za głupotę, przeto jedzie przewietrzyć się do Paryża.

    MAURYCY

    1353

    Zkąd ma nam nadesłać napisaną przez siebie broszurę przeciw pojedynkom — cynizm posunięty do ostateczności.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    chodząc
    1354

    No, co w tem, to ma rację… bo też to głupstwo pierwszej klasy.

    SZAMBELANIC

    1355

    Ale mają w tej kwestji głos tylko ludzie nieposzlakowanego honoru, a nie lada jakiś tam szuja.

    SZAMBELANICOWA

    do Łechcińskiej
    1356

    Nie dobrze mi, odprowadz mnie… położę się.

    GABRJELA

    smutna
    1357

    Pójdziemy z mamą.

    SZAMBELANIC

    do ucha Gabrjeli, całując ją
    1358

    Bądź dobrej myśli, obadwa z Maurycym dołożymy wszelkich starań… żeby… rozumiesz mnie.

    Gabrjela całuje go z uczuciem.

    POLA

    do Maurycego.
    1359

    Odprowadźmy mamę.

    Biegnie do niej; wychodzą na lewo Szambelanicowa, Gabrjela, Pola, Maurycy i Łechcińska; Kotwicz siada na kanapie.

    SZAMBELANIC

    p. c. do Dzieńdzierzyńskiego, stając przed nim
    1360

    No, cóż sąsiadku, serce bije jeszcze?… ha, ha, ha! nie chciałem przy wszystkich zanadto brać cię na fundusz, ale słowo uczciwości, warto było.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1361

    Szambelanie, trzeba wszysko uwzględnić.. zkąd ja mogłem wiedzieć że jego tam nie było?

    SZAMBELANIC

    1362

    Należało się przekonać.

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1363

    Ten strzał zbił mnie z tropu.. nie uwierzy szambelan jaki ja jestem nerwowy… dla mnie patrzeć na krew, to jest… męka Tantala.

    SZAMBELANIC

    1364

    Nie może być! ha, ha, ha!… paradny sąsiad jesteś. Na tę mękę zaaplikuję sąsiadowi lekarstwo.. mam tam jakąś zakonserwowaną butelczynę prawdziwego tokaju… napijemy się po lampeczce… co?

    DZIEŃDZIERZYŃSKI

    1365

    No, to to z gustem.

    SZAMBELANIC

    1366

    Chodźmy.

    Wychodzą na prawo.

    SCENA XII

    KOTWICZ

    sam; siedzi na kanapie; po chwili milczenia
    1367

    Dureń jakiś! rachowałem na pewno, że będę miał wygodny kąt u niego w Zagrajewicach… tymczasem djabli wzięli.. a tu znowu nie warto dłużej popasać, skoro, rzecz prosta, muszą się wziąść do oszczędności… p. c. wstając Ha! Łechcińska wygrywa proces, podobno najpraktyczniej będzie z nią skończyć… widocznie tak chciało przeznaczenie… brrr! ofiara bo ofiara, ale czas też już nareszcie człowiekowi przestać być pasożytem… na cudzej łasce..

    Chodzi. Zasłona spada.

    Przypisy

    [1]

    Razem — Pola z Gabrjelą wykrzykują w tym samym momencie. [przypis edytorski]

    Close
    Please wait...
    x