Wolne Lektury potrzebują pomocy...

Wspólnie budujemy najpopularniejszą bibliotekę internetową w Polsce.

Dzięki Twojej wpłacie uwolnimy kolejną książkę. Przeczytają ją tysiące dzieciaków!


Dorzucisz się?

Jasne, dorzucam się!
Tym razem nie, chcę przejść do biblioteki
Znajdź nas na YouTube

Audiobooki Wolnych Lektur znajdziesz na naszym kanale na YouTube.
Kliknij, by przejść do audiobooków.

x

Spis treści

      Maria Pawlikowska-JasnorzewskaNajpiękniejszy sen

      Wczoraj śnił mi się znów, dla odmiany,
      najpiękniejszy mój sen — niezrównany! —
      o pływaniu w powietrzu jak w wodzie.
      Ludzie ze snu nic o tym nie wiedzą.
      Wciąż się szczycą postępem i wiedzą
      i są z prawem grawitacji w zgodzie.
      Siedzę z nimi, piję czarną kawę,
      omawiamy rzeczy nieciekawe,
      wychwalamy jakąś panią okropną…
      Nagle strącam talerzyk i ciastko,
      skaczę na stół, ręce składam spiczasto
      i wypływam przez otwarte okno.
      W niebie czystym jak turkus i diament
      słyszę z dołu dochodzący lament,
      krzyk, że diabeł mnie porwał w powietrze!
      Tłum ponury zalega ulice —
      zapalają kadzidło, gromnice —
      widzę twarze od papieru bledsze.
      Więc odpływam coraz dalej i dalej,
      bryły wiatru roztrącam jak fale,
      zaśmiewając się z głupiej parafii —
      z sercem twardym, unurzanym w dumie,
      że tej sztuki nikt prócz mnie nie umie —
      każdy patrzy, a nikt nie potrafi.
      Odpoczywam na drzewnych wierzchołkach
      i w obłokach udaję aniołka,
      choć policjant z dołu na mnie woła.
      I znów pływam najnowszą metodą,
      wzdycham piersią niestrudzoną, młodą
      i jaskółki odgarniam znad czoła.
      Potem w dali doganiam pilota,
      co się w chmurach koziołkuje i miota,
      głową na dół, wśród wspaniałych skrętów.
      Ścigam jego samolot po niebie —
      aż mnie wciąga silną ręką do siebie,
      jak syrenę, co się czepia okrętu.
      O, nie całuj, nie całuj, pilocie!
      Nie ogarniaj mnie ramieniem w locie,
      bo za prędko spadniemy na ziemię.
      Twarz masz słodką, brązową i świętą,
      ascetyczną jak mnich z quattrocento,
      szczęście moje pod Twym skrzydłem drzemie.
      A wieczorem powracam piechotą —
      siadam w domu pod żarówką złotą,
      jakby nigdy nic nie było zaszło.
      Wszyscy siedzą, uroczyści ogromnie,
      obrażeni, nikt nie mówi do mnie —
      przecierają okulary i kaszlą.

      Rok 1928

      Close
      Please wait...