Wolne Lektury potrzebują pomocy...


Potrzebujemy Twojej pomocy!

Na stałe wspiera nas 442 czytelników i czytelniczek.

Niestety, minimalną stabilność działania uzyskamy dopiero przy 1000 regularnych darczyńców. Dorzucisz się?

Tak, dorzucę się do Wolnych Lektur!
Tym razem nie pomogę, przechodzę prosto do biblioteki
Pracuj dla Wolnych Lektur

Pracuj dla Wolnych Lektur! Szukamy fundraiserek i fundraiserów >>>

x
  1. Cierpienie: 1
  2. Jedzenie: 1
  3. Matka: 1
  4. Modlitwa: 1
  5. Nuda: 1
  6. Ojciec: 1 2
  7. Raj: 1
  8. Syn marnotrawny: 1 2
  9. Ucieczka: 1 2
  10. Więzienie: 1 2 3 4
  11. Więzień: 1
  12. Współczucie: 1
  13. Wyrzuty sumienia: 1
  14. Zbrodnia: 1
  15. Złodziej: 1 2 3
  16. Żyd: 1

I. Poprawiono błędy źródła: zanotowć > zanotować, wszystke > wszystkie, sposobała > spodobała, stażnik > strażnik, inżyier > inżynier, najdrażliwego > najdrażliwszego, miła karteczka > mała karteczka

Informacja o dokonanych zmianach.

II. Wprowadzono uwspółcześnienia w następującym zakresie:

Pisownia małą/wielką literą, np. żydom > Żydom

Pisownia łączna/rozdzielna, np: toby > to by,

Składnia: było dziwnem > było dziwne; każdej chwili > w każdej chwili, będę twoją > będę twoja itp. Ponadto w kilku miejscach zmieniono szyk zdania, przestawiając zaimek zwrotny „się” i umieszczając go bezpośrednio po czasowniku (np. się przyszło spotkać > przyszło się spotkać).

Fleksja, np. kwestyj > kwestii

Inne zmiany:

z sobą > ze sobą,
w dwójkę > we dwójkę,
już niezadługo > już niedługo,
w pośrodku > pośrodku
p. > pana; kop > kopiejek,
5 kopiejek > pięć (…),
15 tysięcy rubli > piętnaście tysięcy rubli,
jak wiele zagląda do celi > jak wiele razy.

Interpunkcja została uwspółcześniona zgodnie z obowiązującymi zasadami.

Zgodnie z logiką wypowiedzi oraz przyjętymi standardami redakcyjnymi uporządkowano podział na akapity, np. wyodrębniając fragmenty narracyjne i dialogowe, z uwzględnieniem cytatów i przytoczeń.

Urke-NachalnikŻyciorys własny przestępcy

Wszystkim tym, których los zepchnął w otchłań wyrzutków społeczeństwa, a którzy dążą ku poprawie, pracę tę poświęca

Autor

„Trzeba mieć więcej odwagi do przyznania się do zła niż do popełnienia go”.

I

1

Nim przystąpię do opowiadania historii mego życia, która jest jedną z najsmutniejszych, uważam za niezbędne choćby w streszczeniu powiedzieć, jakie okoliczności sprowadziły mnie z drogi uczciwej. Jednak proszę Czytelnika o wybaczenie, że opis tych okoliczności rozpocznę od wizji mego przyjścia na świat.

2

Oto widzę jak przez mgłę małe miasteczko, rozrzucone nad brzegiem Narwi. W centrum tego miasteczka, w samym prawie rynku stoi murowany, piętrowy dom — który ze swego powierzchownego wyglądu odznacza się od innych, podobnych jemu domów tym, że posiada ganek z dwiema ławkami przy wejściu do sklepu. Nad sklepem widnieje napis: „Targowla muki”[1] na nazwisko kobiece N. N.

3

Właścicielem tego domu jest mężczyzna wysokiego wzrostu, mający lat trzydzieści, o zdrowym wyglądzie i łagodnych, rozbrajających oczach. Przymioty te cechują zwykle ludzi posiadających nadzwyczajną siłę. Żona jego to kobieta lat dwudziestu pięciu, o inteligentnym wyglądzie, typowa blondynka. Ta poniekąd dobrana para należy do żydowskiej inteligencji tego małego miasteczka.

4

W jednym z pięknych dni czerwca 1897 r. w domu tym, widzę w wyobraźni, sklep jest zamknięty z powodu narodzin pierwszego syna. Widzę panującą tam nie do opisania radość. Krewni i znajomi składają rodzicom życzenia.

5

Widzę, jak w sypialnym pokoju leży na łóżku matka, cała w bieli, a triumfalny uśmiech macierzyński igra na jej twarzy, nieco przybladłej. Ja leżę w powijakach przy jej prawym boku. Ojciec zaś stoi na środku pokoju i przyjmuje życzenia. Jest poważny i zamyślony. W oczach zaś jego widać blask szczęścia.

6

Widzę oczyma wyobraźni, jak ludzie do tego domu wchodzą i wychodzą, a na każdej z tych twarzy spostrzegam szczere czy też dobrze udane zadowolenie.

7

Przed domem skupia się coraz więcej ludzi omawiających fakt mych urodzin. Słyszę też głosy urywanych rozmów:

8

— Bóg się zlitował i wysłuchał ich, dając im syna.

9

Dalej słyszę szepty:

10

— Bogaty ma zawsze szczęście.

11

Słuchająca Żydówka kiwa głową i nabożnie podnosząc ręce do góry, mówi:

12

— Prawdziwy cud, pięć lat po ślubie, nu, nu, On jest wszechmogący, u Niego nie ma rzeczy niemożliwych.

13

Inna znowu blada Żydówka, o kruczych włosach i wyglądzie starożytnej niewolnicy, wstydliwie i nieśmiało rozgląda się wokoło i szeptem zapytuje:

14

— Czy to prawda, że ona była u cadyka cudotwórcy z Libawy i że wróciła miesiąc temu?

15

Widzę, jak otyła Żydówka odprowadza ją na stronę i z tajemniczą miną mówi:

16

— Nikt nie dokona takich cudów, jak cadyk z Libawy. Moja kuzynka piętnaście lat nie rodziła, a gdy za radą rabina pojechała do niego, to wkrótce także porodziła syna.

17

— Może i mnie warto pojechać do niego — rozpromieniając się, podchwytuje blada Żydówka. — Jak pani wiadomo, i ja jakoś nie… — Tu, zniżając głos, dodaje: — Już siedem lat po ślubie!…

18

— Ty, moja droga — odpowiada tamta z politowaniem — jesteś za biedna, ażebyś mogła z jego łaski korzystać.

19

Te i inne podobne rozmowy toczą się na temat mego przyjścia na świat.

20

Ósmego dnia mego życia widzę w domu ruch i przygotowania do uroczystości. W tym to dniu miał się odbyć rytuał wprowadzenia mnie w szeregi wyznawców zakonu Izraela. Izba błyszczy czystością, świece w mosiężnych i srebrnych lichtarzach płoną na stołach. W innym pokoju, gdzie leży matka, słychać śmiech kobiet. Pełno tam krewnych i sąsiadek. Mężczyźni siedzą w pierwszym pokoju, naokoło stołów ustawionych w półkole. Ojciec i krewni pełnią obowiązki gospodarzy domu, starając się każdego przybysza posadzić na właściwym miejscu, zależnie od stanowiska, jakie zajmuje w hierarchii małego miasteczka.

21

Rabin z siwą, długą brodą, o pięknie zakręconych pejsach siedzi na honorowym miejscu i coś recytuje na głos, a wszyscy słuchają w skupieniu.

22

Naraz drzwi szeroko się otwierają, a Żyd o abrahamowym, imponującym wyglądzie wnosi mnie, leżącego na poduszce, ja zaś jak gdyby przeczuwając, co mnie czeka, wrzeszczę na cały głos. Poduszka ze mną przechodzi z rąk do rąk. Jakiś rudy Żyd nachyla się nade mną ze swoim nożem rytualnym, a następnie brudnymi rękoma przystępuje do operacji… Dziecięcy mój głos zamarł na ustach i w izbie zapanowała niczym nie zmącona cisza. Stary rabin odprawia modły, poruszając bez szelestu ustami, a po chwili, jakby obudzony ze snu, przerywa panującą ciszę okrzykiem: „Mazel-tow! — Mazel-tow!” (Daj, Boże, szczęścia). Wszyscy obecni ściskają dłoń ojca i składają życzenia:

23

— Daj, Boże, żeby zdrów się chował!

24

— Daj, Boże, doczekać jego zaślubin!

25

— Daj, Boże, żeby wyrósł na cadyka!

26

— Daj, Boże, doczekać czasów Mesjasza!

27

Ojciec przyjmuje je z rozpromienionym obliczem, a matka dopomina się o mnie, co natychmiast zostało wypełnione i znów znalazłem się przy jej boku.

28

Po ukończeniu uroczystości rytualnych na stole pojawiają się rozmaite potrawy i trunki. Zaczyna się biesiada. Wznoszą toasty na moją cześć, sypią się przy tym tłuste dowcipy, a także nie omijają okazji, by porozmawiać o miejscowym życiu i interesach, przeciągając biesiadę do późnej nocy.

II

29

Od wspomnianego dnia, tj. od dnia, gdym został doliczony do wyznawców Mojżesza[2], upłynęło lat pięć. Są to najmilsze lata nie tylko mojego dzieciństwa, ale i całego życia. W tym to czasie rozstrzygnął się mój los co do początkowej nauki.

30

Pamiętam to jak dziś: w rocznicę ukończenia piątego roku życia, przy obiedzie spostrzegłem, że matka i ojciec coś knują przeciwko mnie, przemawiali się ze sobą. Z pochwyconych słów zrozumiałem, że rozmowa tyczy się mnie, ale o co idzie, nie wiedziałem. Później dowiedziałem się, że był to spór o moją przyszłość. Ojciec, pragnąc we mnie rozwinąć rozum, a nie żadne baśni o cudach, diabłach i czarach, chciał, żebym uczęszczał do szkoły publicznej, jaka była w miasteczku. Matka zaś, będąc córką chasydzką, święcie wierzyła w to, że Pan Bóg obdarzył ją synem za pośrednictwem cadyka nie na to, aby go wychować na goja, lecz na sługę Boga. Pragnęła koniecznie, a nawet twierdziła, że będę cadykiem, a przynajmniej rabinem. W tym to celu obstawała przy tym, bym rozpoczął naukę od tradycyjnego chederu[3]. Nie mogąc się pogodzić między sobą, uradzili się zapytać mnie, co wolę: szkołę czy cheder.

31

Ojciec jak i matka, pragnąc mnie ująć każdy na swą stronę, prześcigali się w podarkach i łakociach. Że zaś tego dnia, gdym miał zadecydować o swym losie, matka podarowała mi ładnego konika i ołowianego żołnierza, a do tego plitkę czekolady[4], więc zostając pod jej wpływem, udzieliłem swej zgody na uczęszczanie do chederu.

32

Pamiętam ów dzień, gdy matka po raz pierwszy zaprowadziła mnie do chederu. Widzę siebie, jak przez mgłę, jako małego chłopca siedzącego w chederze, wciśniętego przy dużym stole między kilkunastu pędraków ubranych różnobarwnie, zależnie od zamożności tych, którzy przyczynili się do ich istnienia.

33

Jesteśmy schyleni nad książką i wykrzykujemy różnymi głosami. Na środku chederu, na brudnej, z gliny ubitej podłodze, siedzi w rozmaitych pozach kilka dziewczynek. Bawią się one, każda na swój sposób. W kącie chederu, wśród dymu przebija sylwetka żony rebego, która coś pod nosem gdera na męża. Izba to nieduża, mieszcząca się w suterenie. Nigdy nie była wietrzona. Stale zapełniający ją uczniowie oddychali dymem i wyziewami. Dym niemiłosiernie gryzł w oczy, a przy tym było tam duszno i gorąco nie do wytrzymania.

34

Nad tą gromadką dzieci królował rebe, stojąc w środku chederu, wyprostowany, nieomal groźny. W prawej ręce trzymał swoje berło dziesięcioramienne, wszechwładny kańczug[5]. Od czasu do czasu próbował rebe swej nieograniczonej władzy, śmigając po plecach bliżej siedzących chłopców, więcej dla wprawy, niż z potrzeby. Wszyscy zbijaliśmy się w kupkę, tak że szpilki nie zdołałby nikt między nas wcisnąć. Rebe, chcąc nas rozłączyć, śmigał kańczugiem po głowach i wywijał nim groźnie w powietrzu.

35

Tak wyglądał przybytek wiedzy, któremu ojciec był przeciwny, a gdzie jednak z powodu mej zgody, wydobytej za pomocą podarków, musiałem przebywać codziennie od godziny ósmej rano do dziewiątej wieczorem. Jeden dzień był podobny do drugiego: żadnych zmian. Rebe nigdy nie pozwalał otwierać okien, twierdząc, że może postradać głos, którym upiększał co sobotę nabożeństwo w bóżnicy. Słońce także nigdy do naszego chederu nie zajrzało, albowiem w pobliżu stał chlew, w którym rebe trzymał swój żywy inwentarz, składający się z dwóch kóz i czterech koźląt. Kozy rebego były istną plagą dla całego miasteczka. Wieśniacy okoliczni, przyjeżdżając do kościoła lub do miasta po sprawunki, nie mogli się opędzić przed tymi żarłokami. Wszędzie było ich pełno; nieraz i nasze śniadanie, które przynosiliśmy z domu, porywały z okna, rebe bowiem życzył sobie, żebyśmy je tam kładli; czy robił to z rozmysłem, nie wiadomo. Dla kóz jednak ułatwiało to sytuację. Pomagały nam w spożyciu śniadania. Rebe zaś twierdził, że na całym świecie nie ma poczciwszego stworzenia nad kozę. — Karmić nie trzeba, a smaczne mleko daje.

36

Bek tych kóz i krzyk dzieci tak mi nieraz dokuczał, że chętnie uciekłbym z tego raju tam, gdzie pieprz rośnie, ale strach przed rebem był większy niż wszystko i to przykuwało mnie do miejsca. Bywały jednak i takie dni, że swobodnie oddychaliśmy na świeżym powietrzu. Bawiliśmy się wówczas na podwórzu, a słońce otaczało nas swą opieką, rzucając na nas swoje ciepłe promienie. Niestety takich dni było niewiele. Zależały one od ilości tradycyjnych ślubów, w których rebe brał udział, odgrywając w nich większą rolę: mianowicie śpiewał nowożeńcom jako „badchon”[6].

37

W takie dni uwalniał nas od swego towarzystwa, pozwalając bawić się na podwórku chederu. Nosiło ono cechy śmietnika, ale dla nas było miłe, bo posiadało wszystko, czego nam było potrzeba do zabawy. Nic więc dziwnego, że uważnie śledziliśmy za nowymi ogłoszeniami zaręczyn.

38

Wówczas to, mimo młodego wieku, w naszych dziecięcych głowach stawało już pytanie, na co ludzie się żenią. Każdy z nas tłumaczył to zagadnienie na swój sposób, aż syn szewca jako najstarszy, a liczył dziesiąty rok życia, wystąpił naprzód i zaczął opowiadać, że on wie, dlaczego ludzie się żenią, opierając się na spostrzeżeniach u swych rodziców. Opowiadał, jak to ojciec i matka zachowywali się po nocach. Co do mnie, stanowczo temu zaprzeczyłem i ogłosiłem go kłamcą. Srulek, tak było mu na imię, nie dał za wygraną i przyszedł zaraz nam pokazać, jak się to robi. On, rzecz jasna, mianował się „tatem”, a na „mamę” wybrał jedną z dziewczynek. Tu jednak zaszła pewna przeszkoda: chcąc bowiem się żenić, trzeba mieć koniecznie łóżko. Tak przynajmniej twierdził Srulek. Widząc jego niepewność bez łóżka, jednogłośnie uznaliśmy, że połamany kufer, stojący przy oknie, śmiało może zastąpić łóżko. Dziewczyna wszakże, nie mając najmniejszego pojęcia, o co chodzi, odmówiła posłuszeństwa i do kufra nie weszła. Wówczas Srulek ujął ją wpół i siłą pakował do kufra, czemu dziewczyna broniła się zajadle, a widząc przewagę nad sobą, wybuchła takim przerażającym płaczem, jak gdyby nas wszystkich wzywała na pomoc. Bez chwili namysłu stanąłem w jej obronie, co spowodowało bójkę między mną a Srulem. W rezultacie zostałem zwycięzcą i zabawa nie doszła do skutku.

39

Gdy rebe powrócił i dowiedział się o zajściu, wyliczył mi dziesięć kańczugów w taką część ciała, od czego, jak mówił, głowie nic się nie stanie, a nawet jeszcze rozumu nabierze.

40

To małe zdarzenie do dnia dzisiejszego tkwi w mojej pamięci, gdyż dziewczynka owa odegrała pewną rolę w mym późniejszym życiu, o czym dalej wspomnę.

III

41

W chederze mimo wszystko uczyłem się dobrze. Rebe chwalił mnie przed matką i ręczył, że wyrośnie ze mnie „wielki człowiek”, a biedna matka była tego pewna i święcie mu wierzyła. Tak samo i matki wszystkich uczniów wierzyły w opinię rebego, bo i faktycznie los każdego dziecka zależał od niego. On jeden przepowiadał przyszłość. Każdemu z osobna wypowiadał się zwykle: „Z tego wyrośnie apykejres[7] — z tego goj — rabin z ciebie już nie będzie” itd. A co do dziewczynek, to na pytanie matek, odpowiadał zwykle machnięciem ręki i mruknięciem czegoś niezrozumiałego pod nosem, tak jak gdyby o tym stworzeniu nie warto było nawet mówić.

42

Rebe najwięcej złych wróżb wystawiał tym dzieciom, których rodzice byli nieregularni w opłacie za naukę, a ponieważ moi rodzice na czas płacili, a czasem z góry, więc wychwalał mnie, że jestem „cudownym dzieckiem” do nauki. Co prawda i szturchańca oberwałem nieraz, ale tłumaczył to koniecznością twierdząc, że każdy wychowawca, który naprawdę dba o los ucznia, musi go bić, bo inaczej wyrośnie na „goja”.

43

Pewnego dnia przypadek otworzył mi oczy; od tej chwili zwątpiłem w prawdomówność rebego. Spowodowała to następująca okoliczność: jedna z matek przyprowadziła do chederu syna lat sześć, o kruczych włosach i delikatnej twarzyczce; po omówieniu warunków i wyjściu matki z chederu chłopiec stał w miejscu, jakby skamieniał, oczy miał szeroko otwarte, usta mu drgały nerwowo. Smutny był to obrazek; żal mi się chłopca zrobiło, gdy zobaczyłem, jak dzieci otoczyły go naokoło, a Srulek zabrał mu małe zawiniątko, w którym były dwie bułki i ogonek śledzia. Z tego Srulek wydzielił coś ponad połowę, tłumacząc się, że każdy daje dla „Rudego” część swego posiłku.

44

Muszę tu jednak objaśnić, kim był ten „Rudy”; był to wielki, spasiony kot. Temu kotu co dzień przymusowo składaliśmy ze swego pożywienia coś w rodzaju dziesięciny. Odbierał ją Srul, upoważniony do tego przez rebego. Srulek był więc opiekunem „Rudego” i ponieważ baliśmy się go, więc bez żadnego szemrania pozwalaliśmy na zabieranie sobie pewnej części pożywienia. Srulek ów był niezmiernym brudasem, o chytrych oczach, brzydki na wygląd. Na samo wspomnienie o nim każde dziecko odczuwało wstręt, a jednak co rano każdy musiał się z nim spotkać, bo z chwilą przybycia Srulek zaraz rozpoczynał rewizję, kontrolując, co kto posiada. Niektóre dzieci zamożniejszych rodziców przynosiły ze sobą buteleczkę mleka, z którego ponad połowę bez słowa skargi zaraz musiały oddać do wielkiej, blaszanej miednicy. Taką codzienną daninę od wielu dzieci miał rzekomo wchłaniać w siebie „Rudy”, o czym ma się rozumieć, wszyscy byli święcie przekonani.

45

Oto widząc, jak Srulek po odebraniu śniadania nowo przybyłemu dziecku kieruje się do przyległej izby, gdzie wcale nie było okien, a do której wstęp nam był wzbroniony za wyjątkiem Srula, pobiegłem za nim, postanawiając policzyć się ze Srulem za jego podły postępek.

46

W owym pokoju, który podobny był raczej do nory, rebe trzymał swe potomstwo, składające się z pięciu synów i dwóch córek. Najstarszy z chłopców liczył lat dziesięć, a wyglądał na lat sześć; z córek jedna liczyła lat sześć, a druga cztery; były one wcale niepodobne do braci, bo dość ładne jak na dzieci wychowane w tak cuchnącej norze. Kiedy wszedłem niepostrzeżenie za Srulkiem do tej izby-nory, ukazał mi się przykry widok. W izbie paliła się lampa naftowa, bez szkła, tak zwany „kopeć”. W wątłym świetle ledwo mogłem odróżnić sprzęty tam się znajdujące. W kącie, przy łóżku siedziały na ziemi dzieci rebego w brudnych koszulach, a dopiero co przybyły Srulek siedział w środku i wszystko, co uzbierał, dzielił na równe części. Każdemu dał jedną porcję, dla siebie zaś zatrzymał „daninę” zabraną nowo przybyłemu. To, co stanęło przed moimi oczyma, zbyt dokładnie objaśniło mnie o postępowaniu rebego; nie namyślając się długo, skoczyłem do Srula i zacząłem okładać go pięściami. Powstał pisk i lament, usłyszawszy to, rebe wpadł do izby, złapał mnie za kołnierz i okładając kułakami, wyniósł z pokoju i rzucił w kąt grożąc, że jeszcze mnie ukarze.

47

Chłopczyk, przyczyna zajścia, stał jeszcze bardziej odurzony — utkwił we mnie duże, czarne oczy, jakby chciał się spytać: co to za rwetes i co ma robić? Wtem rebe zawołał go po imieniu: chłopczyk spojrzał na mnie jeszcze raz i nie poruszając się, pozostał nadal na swym miejscu. Wówczas rebe spojrzał na mnie z łaskawym uśmiechem i ująwszy struchlałego malca za rękę, poprowadził w stronę stołu, tam wziął go na kolana i wskazując na otwartą książkę, przed nim leżącą, zapytał: „Co to jest?” Zamiast odpowiedzi, chłopiec wybuchnął płaczem. Rebe więc począł go uspokajać: „No, no, nie bój się, patrzaj — to nazywa się syder[8]. „Syder” — powtórzył chłopiec. Rebe, pokazując mu następnie literę, dodał: „A to jest ałef[9]. „Ałef” — powtórzył malec. Rebe tłumaczył dalej: „A to jest bejs[10]. Chłopczyk znów rozpłakał się. Rebe, pragnąc go uspokoić, pocieszał go, wreszcie mówi: „Berul, nie płacz! Gdy się będziesz dobrze uczył, to ci anioł Gabriel rzuci z nieba kopiejkę na cukierki”. Obiecanka ta zainteresowała mnie tym bardziej, że rebe każdemu nowo przybyłemu obiecywał ten podarek anielski, a który, co ciekawsze, często się sprawdzał. Co prawda wątpiłem mocno w te cudowne zdarzenia, tym bardziej wówczas niewiara się spotęgowała, gdy przekonałem się, kto zjada dziesięcinę. Więc siedząc w kącie, przez nikogo nie spostrzeżony, zacząłem pilnie obserwować rebego, równocześnie patrząc w sufit, by móc się przekonać, skąd spada kopiejka anielska. Wątpliwość moja co do prawdomówności rebego pobudzała mą czujność. Wtem, o zgrozo… własnymi oczyma zobaczyłem, jak rebe włożył na jarmułkę kopiejkę, obejrzał się wkoło, kiwnął głową i kopiejka spadła z brzękiem na stół przy samym „syderze”. „Weź ją!” — rzekł rebe do malca. — „To anioł Gabriel rzucił ci na cukierki, a jak się będziesz dobrze uczył, to ci jeszcze więcej da”.

48

Malec wziął kopiejkę, obejrzał ją ze wszystkich stron, tak jak gdyby nie wierzył w ten cud i po chwili odrzekł: „Ja mam taką samą kopiejkę w kieszeni. Matka mi ją dała. A anioł Gabriel skąd ma taką kopiejkę, jak moja mama?” Rebe spojrzał badawczo na malca, puścił go z kolan i mruknął: „Ty za mądry jesteś — już rabin z ciebie nie będzie!…”

IV

49

Po tym zdarzeniu nie chciałem więcej chodzić do tego chederu i za parę dni opuściłem go na zawsze, ażeby wstąpić do osławionego chederu, w którym uczył rebe Jankiel. Uczył on z pięciu ksiąg i słynął z tego, że dzieci bały się go jak ognia.

50

Jakkolwiek pierwsza młodość i pierwszy cheder nie był szczęśliwy, to dalsze lata mego życia, które spędziłem w kilku chederach, były o wiele smutniejsze, lecz rozpisywać się o tym nie będę, a ogólnikowo powiem, że dziecko żadnego narodu nie przechodzi tak okropnych mąk w szkołach, jak dziecko żydowskie w tych „starotypowych” chederach. A trzeba wiedzieć, iż jeden cheder jest podobny do drugiego, jak dwie krople wody.

51

Nakreśliłem kilka obrazków z życia w pierwszym chederze po to, żeby czytelnik miał dostateczne wyobrażenie o chederach w ogóle. Przebywałem w chederach do dwunastego roku życia. Przez cały czas mojej nauki nie dowiedziałem się nawet, ile jest części świata. Nigdy mnie o tym nie uczono. Czyż warto jest w takich mądrych chederach, gdzie mowa jest tylko o „Jehowie” i o „narodzie wybranym”, mówić o podobnych głupstwach?

52

Przez cały czas mojej nauki w chederach ojciec mój ani razu mnie nie odwiedził, ani też się nie zapytał, jak się uczę lub co już umiem. A jednak nie ganił. Matka starała się za to mną interesować i często opowiadała mu o mych postępach w nauce, przy czym zapewniała, że uczę się dobrze, co było poniekąd prawdą, gdyż garnąłem się do nauki.

53

Po ukończeniu przeze mnie dwunastu lat życia, matka postanowiła mnie wysłać po dalszą wiedzę. Takową miałem otrzymać w osławionym „jeszywecie[11] w Ł.[12] Ojciec najzupełniej z tym się zgodził, zrezygnowawszy ze wszystkiego, co dotyczy mego wychowania umysłowego. Nie zaniedbał mnie tylko pod względem rozwoju fizycznego. Każdą chwilę wolną, gdy był w domu, bo często rozległe interesy trzymały go poza domem, poświęcał mi, urządzając tak zimą, jak i latem w dni pogodne przejażdżki i spacery. W czasie tych spacerów uczył mnie ćwiczeń gimnastycznych na swój sposób, a także nauczył mnie pływać. Wszystko to dodatnio wpływało na moje zdrowie, które było narażone na szwank przez długie przesiadywanie w brudnych i smrodliwych chederach. A ponieważ byłem nad wiek rozwinięty, a dzięki troskliwości ojca byłem zdrów, przesiadywanie więc w ciemnych chederach niewiele mi szkodziło.

54

Z tych chwil nauki pamiętam jeszcze to, że czułem zawsze wstręt do wszystkich niesfornych chłopców. Zachowywałem się dość przyzwoicie i wzorowo. Czasu nigdy nie marnowałem, próżnowanie nie było mi wcale znane, gdyż w wolnych chwilach w domu pomagałem matce w sklepie. Kochałem ją nad życie i starałem się jej dopomóc, w czym tylko mogłem. Pokochałem ją jeszcze bardziej od chwili, gdy zaczęła chorować na ataki serca. Choroba ta powstała z przestrachu. Powody zaś owego przestrachu są niepowszednie, więc muszę je tu zanotować.

55

Liczyłem wówczas lat osiem. W pewien wieczór sobotni, gdy siedzieliśmy przy wieczerzy, w nastroju świątecznym, do pokoju wpadła przestraszona służąca; usta miała rozwarte, jak gdyby chciała coś mówić, ale głosu nie mogła wydobyć z gardła. Nim ojciec zdołał wstać z krzesła, wkroczyło dwóch bandytów z rewolwerami w rękach, i grożąc nimi ojcu pod samym nosem, zażądali wydania pieniędzy. Na widok niespodziewanych gości osłupieliśmy z przerażenia, ojciec tylko zachował zimną krew i zapytał ich, co to ma znaczyć. Odpowiedź brzmiała:

56

— Żądamy dziesięć tysięcy rubli, bo inaczej wszystkich wymordujemy.

57

Ojciec zupełnie spokojnie rzekł:

58

— Tyle nie mam w domu, ale trzy tysiące mogę dać zaraz.

59

Bandyci spojrzeli po sobie i po chwili zgodzili się na to pod warunkiem, że ojciec o niczym nie będzie meldował policji. Ojciec się zgodził. Wstał od stołu i wskazując na przyległy pokój, dodał:

60

— Z powodu szabasu przy sobie nie mam pieniędzy, lecz są one w sypialnym pokoju.

61

Dla nieproszonych gości to bynajmniej nie utrudniało sytuacji, bez namysłu więc kazali się prowadzić do wspomnianego pokoju. My zostaliśmy, nadal odrętwiali, nie wiedząc, co się wokoło dzieje. Nagle w pokoju sypialnym padły strzały. Odgłos ich obudził nas z letargu. Powstał wówczas pisk i krzyk nie do opisania. Matka zemdlała, a brat i siostra, o których jeszcze nie wspomniałem, przytuleni do omdlałej matki, płakali. Ja, jako najstarszy, górowałem krzykiem nad wszystkimi. Służąca pierwsza odzyskała równowagę i energię. Chwyciła lichtarz, podskoczyła do okna i wybijając szyby, zaczęła wzywać pomocy.

62

W kilka minut później w domu było pełno ludzi, a na czele stał żandarm. Matkę przyprowadzono do przytomności. Twarz ojca była nieco przybladła. Zamieszanie powoli ustało zupełnie i oto okazało się, że ojciec rzucił się z rewolwerem na nieostrożnych bandytów w czasie doręczania pieniędzy. Napaść ojca zmusiła ich do ucieczki, podczas której oddali kilka strzałów. Na szczęście chybili. Powyżej opisane zdarzenie na słabe nerwy matki wpłynęło nadzwyczaj ujemnie i pozostawiło ślad w postaci częstych ataków serca.

63

Nie od rzeczy będzie, gdy wspomnę, iż po tym napadzie na nas nastąpiły inne w okolicy. Wszystkie były dokonane wyłącznie na domy żydowskie. Prawie cały więc rok 1905 żyliśmy w ciągłej trwodze. Nas, dzieci, gdy tylko ociągaliśmy się z udaniem do snu, służąca straszyła zwykle złodziejami i bandytami. Miało to ten skutek, iż co rychlej udawaliśmy się do swej sypialni.

64

A jednak los podrwił ze mnie!…

V

65

W 1910 roku, gdy rozpocząłem trzynasty rok życia, zasób mej wiedzy obejmował tyle, iż znałem dobrze, jak mnie zapewniali, Pięcioksiąg, Księgi proroków, początki Talmudu i różne inne jeszcze mądrości, które są dostępne tylko dla syna wybranego narodu. Umiałem także pisać po żydowsku i hebrajsku. Z nauk świeckich znałem cztery działania, co ma wystarczyć Żydowi w jego życiu na tym świecie. Tego wszystkiego uczyli w chederze bez żadnego planu, bo i czegóż mieli mnie więcej nauczyć, gdy jestem pewny, że sam rebe nie znał gramatyki, a nawet żargonu. Jednak po studiach, jakie otrzymałem w chederze, uchodziłem w miasteczku za półmędrca, wobec tego rodzice postanowili po dalszą wiedzę wysłać mnie do wspomnianego już poprzednio słynnego jeszywetu w Ł.

66

Po ostatecznej decyzji co do dalszych mych nauk, pewnego dnia zapanował w domu nastrój bardzo podniosły. Matka promieniała z radości, że jej marzenia stopniowo się realizują. Jej pierwszy syn idzie po drodze tej, która prowadzi do zostania rabinem, a nawet cadykiem. Sama przymierzała na mnie dwa garnitury i palta, które domowy krawiec przyniósł już gotowe do podróży. Służąca, na której rękach wychowywałem się, krzątała się około mnie i znosiła różne specjały i łakocie, umieszczając je w mojej podróżnej walizie, a naznosiła tyle, że aż matka musiała ją powstrzymać w zapale, gdyż nie dałoby się to wszystko zapakować.

67

Brat, o dwa lata młodszy ode mnie, patrzył na mnie z zazdrością. Maskując swe uczucia, wraz z dziewięcioletnią siostrą oglądał każdą rzecz, zanim została umieszczona w walizie. Przygotowania do niedalekiej podróży czyniły wrażenie, jakbym miał się udać na drugą półkulę świata, a nie o dwadzieścia jeden kilometrów od domu.

68

Nareszcie nastąpiła chwila mego wyjazdu. Biedna matka ostatnią noc nie spała, spędziła ją nad mym łóżkiem, całowała mnie i ze łzami rozczulenia udzielała praktycznych uwag, jak się mam zachowywać w życiu, ażeby Bóg i ludzie byli ze mnie zadowoleni.

69

Pamiętam, już dniało, gdy objęła mnie za głowę i patrząc mi czule w oczy, chciała coś powiedzieć, lecz nie miała odwagi, po chwili pocałowała mnie w czoło i puściła z objęć. Wpatrywała się nadal we mnie, tak że nie mogłem jej wzroku wytrzymać i opuściłem głowę. Raptem złapała mnie za rękę i zmienionym ze wzruszenia głosem przemówiła w te słowa:

70

— Synu mój… Zapamiętaj sobie dobrze to, co ci teraz powiem. Wiesz i rozumiesz, że cię miłuję i kocham nad życie, dlatego pragnę powiedzieć ci to, czego może inna matka na moim miejscu nie powiedziałaby dwunastoletniemu chłopcu, ale ja wiem i przeczuwam, że jesteś nad wiek umysłowo i fizycznie rozwinięty i nie jesteś brzydkim dzieckiem, więc pamiętaj: wystrzegaj się mieć do czynienia z kobietami, bo z tej strony wyczuwam dla ciebie największe nieszczęście, a gdy dorośniesz do lat osiemnastu, dam ci piękną dziewczynkę, która warta będzie twojego serca, a do tego czasu omijaj każdą kobietę! Omijaj!… Rozumiesz? Po pierwsze, jest to śmiertelny grzech, a po wtóre, można także zachorować na taką chorobę, na którą nie ma żadnego lekarstwa i trzeba w bólach, wśród mąk potem umierać. Staraj się natomiast dobrze się uczyć, ażebyś wyszedł na człowieka. Pamiętaj, bym się na tobie nie zawiodła, bobym tej hańby nie przeżyła, gdyż wiesz, że ojciec się z nas podśmiewa, staraj się, żeby on nie triumfował nad nami. Twój ojciec jest dobry i pragnie tak samo jak ja twego dobra, lecz on mnie nie rozumie wcale. O, patrz — dodała, pokazując mi fotografię jej ojca, która wisiała nad mym łóżkiem — to jest twój dziadek. Niech spoczywa w spokoju. Dobrocią i uczciwością odznaczał się od innych. Znał Talmud na pamięć. Idź też w jego ślady, a duch jego niech czuwa nad tobą i strzeże od złego i od wszystkich pokus tego świata. — Dalej ucałowała podobiznę swego ojca, a następnie podała ją mnie do pocałowania.

71

Dziś, gdy rozmyślam nad tym, że tak pobożna kobieta, jaką była moja matka, nie omieszkała mi wyjaśnić jako niespełna trzynastoletniemu chłopcu, jak groźne są nieraz skutki przygodnych miłostek i wreszcie udzieliła pod tym względem przestróg, zmuszony jestem wierzyć w to, że matka musiała zapewne w natchnieniu odczuwać, skąd jej dziecku największe grozi niebezpieczeństwo. I rzeczywiście moje wykolejenie w dużej mierze przypisać należy kobietom.

72

Tak, matko droga, twoje ostrzeżenia były trafne, ale na nic nie zdały się, ja, marnotrawny syn, twoich proroczych słów nie uszanowałem… Przebacz więc, kochana mamo, że dopiero będąc dorosłym człowiekiem, zdaję sobie teraz sprawę z tego, czego jako trzynastoletni chłopiec nie rozumiałem…

73

Na dworze już gościł poranek i słońce zaglądało do okien, gdy drzwi do mojego pokoju roztworzono i na progu ukazał się mój ojciec — zastał nas w rozczuleniu. Uśmiechnął się tylko ironicznie, odzywając się zarazem do matki: „Może już dosyć będzie tych wskazówek, niechaj się szykuje, bo za godzinę wyjeżdżamy”.

74

Ubrałem się prędko, a matka odeszła przygotować śniadanie. W czasie spożywania owego ojciec bacznie mnie obserwował, a gdy śpieszyłem się w jedzeniu, upomniał mnie lakonicznie, że powinienem od dzisiaj spokojnie i taktownie zachowywać się przy stole, gdyż będę stołował się u obcych ludzi, przy czym zwrócił mi kilka uwag, dotyczących zachowania się przy stole w obcym domu. Nim ukończyliśmy śniadanie, bryczka była już gotowa do odjazdu.

75

Ojciec wstał od stołu i począł się szykować do podróży, poszedłem i ja wkrótce za jego przykładem. Do bryczki zaprzęgnął chłopiec stajenny pięknego bułanka, ulubionego konia ojca. Domownicy i sąsiedzi otoczyli nas kołem, żegnając nader życzliwie, a kilku kolegów z chederu żegnało mnie wprost ze łzami w oczach. Matka pod pretekstem, że zapomniała mi coś dać, odwołała mnie na stronę i doręczyła mi małe zawiniątko. Żegnała zaś w te słowa:

76

— Synku mój, masz tu jednego rubla na drobne wydatki, a w papierku dziesięć rubli w złocie. Schowaj je sobie na pamiątkę od twej matki i żebyś nigdy ich nie wydał, chyba w większej biedzie. Kiedy wrócisz do domu, to zawsze mi je pokażesz: będzie to dla mnie znakiem, że szanujesz mą wolę.

77

Na ostatku, błogosławiąc mnie, obsypała pocałunkami. Czułe to pożegnanie przerwał dopiero ojciec, nagląc do wyjazdu. Szlochając w głos, wsiadłem do bryczki, a ojciec ledwo zdołał odsunąć żegnających się ze mną. Nareszcie, wśród okrzyków pożegnalnych i przesyłanych pozdrowień chusteczkami, wyjechaliśmy za miasto.

VI

78

Był to piękny, wiosenny poranek. Jadąc, rozglądałem się ciekawie dokoła. Świergot ptasząt, jak i radosne igranie promieni słonecznych usposabiały mnie nader uroczyście. Zdawało mi się, że cały świat uśmiecha się ku mnie, a słońce wyjątkowo dla mnie tak jasno świeci. Będąc tak optymistycznie nastrojony, patrzyłem na ten świat z wielką ufnością, a krajobraz, przesuwający się przed moimi oczyma, usposobił mnie marzycielsko.

79

Widziałem, jak powracam do domu w sobolowej czapce na głowie jako rabin, jak stoję w bóżnicy i wygłaszam wiernym płomienne kazanie, ci słuchają w skupieniu, a matka w galerii bóżniczej, gdzie są zwykle odgrodzone kobiety, nie może oczu oderwać ode mnie, syna swego, a wszystkie kobiety tam się znajdujące, patrzą na nią z uszanowaniem jako na matkę rabina. Widziałem też ojca, który siedział w tej chwili wraz ze mną na bryczce, a który nie wierzył w to wszystko, co matka we mnie widziała, jak stoi w bóżnicy i jak twarz jego, obecnie pochmurna, promienieje z radości.

80

Wizje te zachęcały mnie do spełnienia pragnień matki, a rozmyślając o tym, postanowiłem, że muszę zostać rabinem na przekór ojcu, by nie miał powodu triumfować. Nagle jakieś zwątpienie w to postanowienie obudziło się we mnie. Czy naprawdę mam powołanie na rabina? Czy będę mógł przeciwstawić się złemu i przeciwnym myślom, które — jak czułem — instynktownie się we mnie budzą?

81

Nie wiem i do dziś dnia nie mogę sobie tego wytłumaczyć, dlaczego, będąc jeszcze małym chłopcem, czułem jakiś niewytłumaczony pociąg do tego, co mi inni wyjątkowo zabraniali i ostrzegali, że tego nie wolno czynić.

82

Zrozumiałem, że nie tą drogą powinienem kroczyć w życiu i że nic z tego nie będzie, bo w mej duszy było pełno wstrętu do tego chederu. A więc czy jeszywet, do którego obecnie jadę, nie okaże się taki sam? Na odwrót, w tej chwili pragnąłem chodzić do szkoły świeckiej i z zazdrością wspomniałem o mym ciotecznym bracie, który był w tych samych latach co i ja, a uczęszczał do szkoły handlowej i od którego, gdy przyjeżdżał na wakacje lub święta, nie odstępowałem na krok, słuchając jego różnych opowiadań, które odczytywał mi z książek. Czasem pożyczał mi kilka książek w języku żydowskim, a najbardziej imponowała mi jego czapka z zielonym otokiem, czarny mundurek i płaszcz z zielonym obszyciem.

83

W duchu przyznawałem zupełną rację ojcu, gdyż on chciał mnie tak samo do tej szkoły posłać, lecz zanadto kochałem matkę, żeby się sprzeciwić jej woli. Rozmyślając tak, przypomniałem sobie o pieniądzach, które otrzymałem od matki w chwili odjazdu. Nie posiadając jeszcze nigdy takiej sumy do rozporządzenia, nasuwały mi się różne pytania, co by można za nie nabyć[13]. Przychodziły mi różne myśli. Między innymi rozmyślałem, czy będę mógł użyć je na wstęp do kina czy teatru, chociaż o nich wiedziałem niewiele, gdyż tylko tyle, co mi cioteczny brat opowiadał. Jednocześnie też powstały wątpliwości, czy mnie jako przyszłemu rabinowi przystoi tam uczęszczać. Dużo jeszcze i innych pokus, o których słyszałem od tegoż ciotecznego brata, stanęło przede mną, pociągając ku sobie.

84

Takie mniej więcej refleksje przesuwały się przez głowę i na podobnych rozmyślaniach upłynął czas mej podróży, a nawet nie minęły i one wtedy, gdy już wjeżdżaliśmy między forty, przez które trzeba przejeżdżać, zanim się wejdzie do miasta Ł., a następnie przez duży most położony nad Narwią.

85

Ojciec przez cały czas podróży nie odzywał się do mnie ani słowem, lecz przy wjeździe do miasta, gdym zaczął go rozpytywać o tym lub owym, chętnie udzielał objaśnień. A pytań tych było bez końca, bo to wszystko, co ujrzałem, wjeżdżając do miasta, było dla mnie dziwem. Co prawda czytałem coś niecoś o wielkich miastach, ale nie mogłem sobie wyobrazić większego miasta na całym świecie jak to, do którego wjeżdżałem.

86

Budynki trzy i czteropiętrowe zaimponowały mi przesadnie swym wyglądem, byłem gotów twierdzić, że większych budynków nawet w Ameryce, o której słyszałem, nie ma. Jednym słowem Ł. tak w mojej wyobraźni wyolbrzymiała, że machinalnie złapałem za rękaw ojca, jakbym się bał, że chmura ludzka, którą zobaczyłem, porwie mnie z sobą.

87

Egzaltacja ta była wynikiem pobytu w chederze, w którym wychowywali i karmili rozmaitymi strachami o szatanach przyjmujących postać pięknych kobiet, żeby człowieka skusić oraz o diabłach przebierających się za Niemców w cylindrach. Podobne legendy są na porządku dziennym, a wspominają o nich na każdej lekcji.

88

Po przybyciu do zajazdu, który mieścił się w starym rynku, ojciec wskazał mi wejście do niego. Zostałem przyjęty przez otyłą Żydówkę. Była tak zadowolona, że nie wiedziała, gdzie mnie posadzić. Po chwili wszedł ojciec, zapytał, czy nie jestem głodny, czemu zaprzeczyłem. Zostawił więc mnie samemu sobie, gdyż otoczyli go w tej chwili kupcy, z którymi rozprawiał o handlu i innych sprawach. Wszyscy go ciekawie słuchali.

89

W zajeździe, w którym zatrzymaliśmy się, odbywała się giełda zbożowa. W obrębie zajazdu mieścił się też szereg magazynów mąki, cukru i innych towarów. Były to głównie składy naszych i innych firm. Oprócz tego posiadał ojciec także kilka filii w okolicznych miasteczkach.

90

W dwie godziny później, gdy już ojciec załatwił ważniejsze sprawy, udaliśmy się do głównego dyrektora jeszywetu. Dyrektor „rosajszywe[14] przyjął ojca z należnym szacunkiem jako dobroczyńcę tej instytucji, mnie zaś obrzucił badawczym wzrokiem, tak że dreszcze przeszły przez całe ciało. Był to człowiek w podeszłym wieku, o okazałej tuszy, z rudą, wielką brodą do pasa, przetykaną już bielejącymi włosami. Podał mi rękę, którą nieśmiało uścisnąłem, myśląc sobie w duchu: „Znów rudy”. Miałem szczęście do rudych nauczycieli, a na sam widok rudej brody jakiś niewytłumaczony strach mnie ogarniał.

91

Po chwili obserwacji zaczął się wypytywać, czego się uczyłem, a na odpowiedź, ile mam lat, mocno się zdziwił, gdyż faktycznie wyglądałem na lat szesnaście, a nawet siedemnaście dzięki silnej budowie ciała. Potem podał mi wielką książkę Talmud, żebym przeczytał odnośny rozdział.

92

Po godzinnym rozmyślaniu opowiedziałem zadany rozdział, sam nie bardzo wierząc w prawdziwość tego, co mówiłem — w chederach bowiem rebe nigdy nie dbał o to, czy wykład jego został zrozumiany, więcej mu chodziło o to, żeby powtarzać słowo w słowo to, co on wygłaszał, nic więcej.

93

Gdy skończyłem opowiadanie, rosajszywe kiwnął głową, mlasnął wargami i tarł niemiłosiernie swą brodę. Z tego zrozumiałem, że nie jest zadowolony. Ojciec widać zrozumiał moją sytuację, bo sięgnął do portfela, wyjął dwa banknoty po dwadzieścia pięć rubli i tym poparł mój egzamin. Rosajszywe momentalnie wypogodził swoje oblicze i zostałem przyjęty do pierwszej klasy, co w moim wieku nie każdemu się udawało. Boże, dokąd to człowiek nie dostanie się za pieniądze!

94

Rozmawiali ze sobą jeszcze kilka minut, a następnie pożegnaliśmy się i wróciliśmy do zajazdu na obiad.

95

Przez cały czas od wyjazdu z domu ojciec, jak już podkreśliłem, odpowiadał tylko na moje pytania, a ze swej strony nie rozpoczynał żadnej rozmowy, przy obiedzie zaczął mi się bacznie przypatrywać, podobnie jak w domu i dopiero po długiej chwili przemówił do mnie słów kilka:

96

— Widzę po tobie i wiem, że nie masz ochoty do dalszej nauki. Pewnie wołałbyś siedzieć w domu i być przy handlu. Ale cóż? Matka twoja uparła się i chce koniecznie widzieć cię rabinem. Co do mnie, wiem z góry, że nie masz do tego powołania, jednak pamiętaj o tym, coś przyrzekł matce. Ucz się wzorowo, zrób to dla niej. Może ona ma rację i lepiej widzi twoje powołanie niż ja.

97

Po obiedzie zaprowadził mnie ojciec na stancję, gdzie miałem zamieszkać. Udzieliwszy jeszcze kilku pożytecznych słów i wskazówek, pożegnał mnie i wyjechał do domu, pozostawiając mnie samego aż do następnej niedzieli. Po odjeździe ojca posmutniałem, tęskniłem już za domem.

98

Następnego dnia o godzinie ósmej musiałem już być w jeszywecie na rannej modlitwie, po której rozpoczynały się rozwlekłe wykłady Talmudu. Tak rozpocząłem nowy okres życia.

VII

99

Budynek, gdzie mieścił się jeszywet, stał mniej więcej w środku miasta na obszernym, wybrukowanym placu, w pobliżu siedziby głównego dyrektora.

100

Sam jeszywet składał się z dużej sali, tak dużej, iż budowniczy dla podtrzymania sufitu powstawiał szereg słupów. Przy ścianie naprzeciw drzwi schodowych stał na wywyższeniu „Oren kojdesz” (arka przymierza) i ołtarz. Z obu stron sali stały rzędy ławek, na których nawet wśród nocy można było widzieć uczniów rozmaitego wieku, ba, nawet brodaczy, zaczytanych w Talmudzie.

101

W jeszywecie tym były cztery oddziały. Każdy oddział miał swój dzień wykładowy i tak: oddział pierwszy co dzień, oddział drugi co drugi dzień, oddział trzeci dwa razy w tygodniu, a oddział czwarty składał się ze słuchaczy, którzy po większej części uczyli się samodzielnie. Między tymi ostatnimi byli nawet tacy, którzy mogli być już rabinami. Nieraz patrzyłem z zazdrością na te ascetyczne postacie, gdyż z pierwszego oddziału tak prędko nikt się nie dostaje do czwartego, w każdym z oddziałów musi się uczyć przynajmniej po kilka lat.

102

W oddziale pierwszym wykładał starzec z siwą brodą, o natchnionej twarzy. Wykładał powoli i zrozumiale, a gdy trafiliśmy na rozdział w Talmudzie, w którym traktowano o stosunkach mężczyzn do kobiet, kazał przepuścić jedną lub dwie strony, ażeby tego tematu nie poruszyć. My jednak ze swej strony nie szczędziliśmy wysiłku, by skrycie przejrzeć, co tam się kryje. Pod strachem i bojaźnią czytaliśmy zakazany artykuł, lecz niestety, nie zawsze dało się to zrozumieć i dlatego treść tam zawartą różnie sobie tłumaczyliśmy. Biedny był jednak ten, kto dał się złapać nauczycielowi przy studiowaniu i rozstrzyganiu podobnych kwestii, każdy więc pilnował się jak tylko mógł i trzymał się na ostrożności, jakby popełniał jakąś zbrodnię.

103

Starzec ten bynajmniej nie był dziwakiem, iż takich tematów nie wykładał. W jeszywecie wypływało to ze zwyczaju, by nie mówić o tym, co uznają za niezrozumiałe dla młodzieży. Uważali, iż poruszając drażliwe tematy zamiast uchronić od grzechu, wskazuje się tylko łatwiejszą do niego drogę. Widzą największe zło w tym właśnie, co dotyczy takiego nieczystego stworzenia, jakim jest w ich rozumieniu kobieta…

104

Pomimo wszystko bardzo mi się podobał nastrój i porządek, jaki tam panował. Dumny też byłem z tego, że z dwustu uczniów byłem najmłodszy wiekiem. Nie mniej przyjemniejsza była świadomość, iż przez kolegów byłem lubiany. Lecz z drugiej strony tęskniłem do słońca, lasów i Narwi, które opuściłem. Przymusowe, bezustanne ślęczenie nad Talmudem męczyło mnie niezmiernie, pragnąłem wytchnienia i naprawdę czułem się wtedy szczęśliwy, gdy po ukończonych wykładach opuszczałem ponure mury jeszywetu.

105

Rodzina, u której mnie umieszczono na stancji, była małżeństwem bezdzietnym, składała się z siedemdziesięcioletniego, pobożnego starca i jego żony, zaledwie dwadzieścia dziewięć lat liczącej. Dziewczyna ta pochodziła z naszego miasteczka, a nawet mieszkała niegdyś w domu mych rodziców, zajmowała się wówczas udzielaniem języka żydowskiego i hebrajskiego dziewczętom. Cztery lata temu wyszła za mąż za starca, który ożenił się na złość swoim dorosłym wnukom. Odwiedzali go oni jednak często, zachęcani do tego jego majątkiem, który im po śmierci przypadał, a był pokaźny, bo składał się z murowanego, trzypiętrowego domu i wielkiego, galanteryjnego sklepu.

106

Ożenił się, jak twierdził, jedynie dlatego, by mieć nowego spadkobiercę, mniej natrętnego. Ten to cel dodał mu odwagi, by za pomocą „szadhena[15] i majątku ożenić się z tak młodą kobietą, niebrzydką i wykształconą.

107

Była ona przyjaciółką mojej matki i dlatego znalazłem się pod jej opieką. Mąż jej po całych dniach przebywał poza domem, gdyż nie dowierzał swoim dzieciom, które brały udział w interesie. Ona zaś jako macocha, nie żyjąc w zgodzie z nimi, rzadko kiedy odwiedzała sklep.

108

Wieczorem, gdy ten zdziecinniały starzec wracał do domu, patrzył podejrzliwie na swój skarb i na mnie, jak widać, nie był zadowolony, a nieraz wyraźnie okazywał ku mnie swoją niechęć. Co prawda, ona więcej zajmowała się mną niż mężem. Toteż czułem się nieźle pod jej opieką. Nieraz w jego obecności tak czule zwracała się do mnie, że starzec patrzył na mnie takimi oczyma, jakby pragnął odgadnąć nasze myśli i zbadać przyczynę, która tak zbliżyła nas ku sobie. Wzroku tego począłem się obawiać. Lecz nie mogłem wówczas zrozumieć, o co mu chodzi…

109

Ta czuła opieka z jej strony wywołała wdzięczność, później przywiązanie, a nareszcie zaczęło kiełkować coś w rodzaju miłości.

110

Opiekunka moja w chwilach, gdy znajdowaliśmy się sami, oględnie zapoznawała mnie z teorią miłości. Po pewnym czasie te rozmowy zaczęły na mnie działać do tego stopnia, że zacząłem za nią chodzić jak lunatyk. Pewnego dnia, a było to przed „Świętami Trąbki”[16], kiedy to wierzący powinien po północy udać się do bóżnicy na modlitwę „słyches[17], starzec, spełniający przez całe życie uświęconą tradycję, wstał nieco wcześniej i począł się ubierać. Nie zapomniał też o mnie. Starał się mnie obudzić, abym się udał do jeszywetu także na modlitwę. Niestety, byłem tak zaspany, że nie mogłem zrozumieć, o co chodzi. Postał więc chwilę nade mną, a widząc, żem się przekręcił na drugi bok, twarzą do ściany, zostawił mnie w spokoju i sam się udał na modły. Wtem poczułem na sobie czyjąś rękę. Spojrzałem, była to moja opiekunka w nocnej koszuli, piersi były zupełnie odkryte, uśmiechnęła się zalotnie i pieszczotliwie przemówiła:

111

— Dlaczego nie poszedłeś na słyches?

112

Dotykając zaś ręką mojej głowy, dodała:

113

— Jaką masz gorączkę, głowa pewnie cię boli?

114

Nic jej nie odpowiedziałem, czułem jednak, że mnie ogarnia uczucie błogie, a zarazem wydała się ona dla mnie tak piękna w tej chwili, że nie mogłem od niej oczu oderwać. Siedziała tak czas dłuższy na krawędzi łóżka w kuszącej pozie. Wreszcie uniosła mą głowę i przytuliła do piersi. Bezwiednie, jakby popychany przez jakąś siłę, całowałem ją i wbrew woli zacząłem błądzić palcami po jej ciele, czyniłem to wszakże z jakąś obawą w duszy, jak gdybym się znalazł w objęciach szatana. Sumienie mi mówiło, że postępowanie moje jest śmiertelnym grzechem… „Opiekunka” jednak moja nie dała mi długo zatrzymać się nad tymi refleksjami. Obsypywała mnie wciąż pieszczotami, dla mnie dotąd nieznanymi, tłumacząc, co to jest miłość…

115

Te stosunki z nią przywiązały mnie tak do niej, że na każde jej skinienie byłbym gotów w ogień skoczyć. Czasami wszakże, gdy siedziałem przy Talmudzie w jeszywecie, budził się we mnie wstręt do podobnych zabaw. Miałem zamiar wszystko opowiedzieć ojcu albo swojemu rebemu. Niestety, jedno jej spojrzenie wystarczyło, bym oddał się jej w objęcia.

VIII

116

Tak upłynęło pierwsze półrocze nauki. Uczyłem się wzorowo, więc rebe twierdził, że jeżeli dalej będę się tak uczył, to wkrótce zostanę przeniesiony do drugiego oddziału.

117

O godzinie czwartej każdego dnia opuszczałem jeszywet, gdyż była to godzina obiadowa, a każdy jeszywetanin udawał się na swój „dzień”, by zjeść obiad. Jest tam bowiem zwyczajem, że biedni uczniowie stołują się co dzień w innym domu żydowskim[18], a dla tych, którzy nie mają wszystkich „dni” w tygodniu, specjalnie gotuje się kocioł w jeszywecie. Ci biedacy, których karmi kocioł, wyglądają bardzo źle, gdyż te obiady są kraszone najwyżej cebulą i pietruszką. Na temat tego pokarmu krążą różne dowcipy wśród słuchaczy. Między innymi pamiętam taki:

118

— Mojsze, masz dziś dzień?

119

— Nie, jem dzisiaj z kotła.

120

— A wiesz, co dzisiaj na obiad?

121

— Nie wiem, a ty wiesz?

122

— Miałbym nie wiedzieć? — odpowiada z goryczą dowcipniś o ascetycznym wyglądzie, czteroletni stołownik kotła. — Dziś na obiad jest „cymes[19] okraszony cebulowymi łzami.

123

Dla pełności obrazu jeszywetu muszę tu parę słów poświęcić „szamesowi[20]”, ważną rolę odgrywającemu w naszej gromadzie. Szamesem był ruchliwy Żydek o czarnej, koziej bródce, ślepy na jedno oko, który jednak wszystko widział. Nieraz bywało, że dojrzał i złapał zgłodniałego biedaka, który się pośpieszył „wypić” swój obiad i stanął jeszcze raz w ogonku, by nabrać tego specjału po raz drugi.

124

Otóż ten to szames, oprócz oficjalnej funkcji zarządzania kotłem, prowadził jeszcze własny handel, składający się z rozmaitych środków żywnościowych dozwolonych nam do spożywania na śniadanie.

125

Po ukończeniu rannej modlitwy, która trwała przeszło godzinę, niemal wszyscy udawali się do rudery w podwórzu jeszywetu, stojącej prawie do połowy w ziemi. Po prawej stronie, przy wejściu do rudery była jedna olbrzymia izba, w której było więcej okien wybitych niż całych. W izbie tej stało kilka żelaznych łóżek z brudnymi siennikami. Było to pomieszczenie dla bezdomnych uczniów, czyli — że tak się wyrażę — wytrwałych kandydatów na rabinów i zbawców Izraela. Po lewej stronie mieścił się sklepik szamesa, czyli bufet. Co rano można było spotkać stojącą za bufetem żonę szamesa, osóbkę ciężkiej wagi.

126

Wzdychała zawsze nabożnie, jak grzesznik przed śmiercią. Pomagała jej w pracy osiemnastoletnia córka Zełda, która obsługiwała każdego z tajemniczym uśmiechem na zmysłowych wargach.

127

Klienci jedli nabyte śniadanie, składające się z chleba, mleka, kawy, bułki, masła lub śledzi, na stojąco. Ryby i gęsie wątróbki należały już do delikatesów. Na nabywców tych ostatnich patrzono jak na wielkich łakomców, a co gorsza, nawet rozrzutników. Można także było często widzieć takiego biedaka, co zamiast „dnia” u ludzi, otrzymał od nich pięć kopiejek na całodzienne utrzymanie. Śniadanie takiego „kapitalisty” najczęściej składało się z gotowanego grochu, który nabywał za dwa grosze.

128

W każdą niedzielę, gdy ojciec przyjeżdżał do Ł., to zwykle poświęcał kilka minut, by mnie odwiedzić. Gdy go do godziny czwartej po południu nie było, wiedziałem, że nie ma czasu. Udawałem się wtenczas sam do hotelu, gdzie w jego pokoju, na znanym mi miejscu leżała zwykle paczka dla mnie, przysłana przez matkę. Były to prawie zawsze same smakołyki.

129

Ojciec podczas odwiedzin u mnie był zwykle tak zajęty swymi myślami o interesach, że nie spostrzegał tej wielkiej zmiany, jaka we mnie zachodziła i jak bardzo źle wyglądam.

130

Upłynęło pół roku. Nadchodziły święta, większość uczniów wracała do rodzin na czas świąteczny, toteż z utęsknieniem czekałem tej chwili, by ujrzeć drogą swą matkę. Nareszcie w jeszywecie ogłosili, że kto chce, może jechać do domu. Tego dla mnie nie potrzeba było dwa razy powtarzać. Tego samego dnia byłem jednym z pasażerów, który udawał się do rodzinnego miasteczka.

131

Droga ta była bardzo nudna, furmanka, którą jechałem z piętnastoma osobami toczyła się po roli, ciągnęła ją para koni, a raczej szkielety końskie. Żydek, znany mi furman, którego pradziadek po tej drodze jeszcze furmanił, całą prawie drogę wykrzykiwał na biedne koniska. Przy tym okładał je batem, gdzie popadło. Żal mi ich było, więc dla ulżenia tym szkapiskom więcej szedłem pieszo niż jechałem, drepcząc w błocie za furmanem.

132

Pasażerowie byli mi wszyscy znani, więc musiałem im się popisywać z mej mądrości, którą nabyłem w jeszywecie. Zadawali mi oni wiele pytań z Talmudu — choć z niechęcią, musiałem na wszystko odpowiadać.

133

Jazda ta była dla mnie prawdziwą torturą i dziwiłem się, jak ludzie mogą jeździć w ten sposób. Na niekorzyść tych pasażerów muszę to powiedzieć, że żaden z nich nawet pod górę nie zszedł, chociaż patrzyli, jak wraz z furmanem pchałem wóz, by koniom ulżyć. Bo po cóż to, czy nie zapłacili dwadzieścia pięć kopiejek za tę przyjemność?

134

Biedny furman prosił i błagał ich, by zeszli z wozu, później groził, wreszcie doszło do wzajemnego obsypywania się obelgami i przekleństwami. Po pięciogodzinnej takiej jeździe nareszcie ujrzałem wieżycę kościoła naszego miasteczka, która trzy wiorsty przed miasteczkiem była już widoczna. Dopiero tu wsiadłem z furmanem, a konie ruszyły jakoś żwawiej, pewno przypomniały sobie obrok, który na nich oczekiwał.

135

Późna już była noc, gdy zapukałem do drzwi rodzinnego domu.

IX

136

Pierwszą osobą, która mi otworzyła drzwi, była naturalnie matka. Witając mnie, powtarzała:

137

— Ach, moje drogie dziecię, miałam przeczucie, że cię dziś ujrzę. Nie mogłam też zasnąć. — Przyciągając mnie zaś ku sobie, dodała — Chodź, niech przy świetle przyjrzę ci się, jak wyglądasz.

138

A gdy bliżej mi się przyjrzała, krzyknęła:

139

— Boże, jaki ty czarny, mizerny, co tobie jest?

140

Na ten rozpaczliwy okrzyk wszyscy domownicy, nie wiedząc, co się stało, powstawali na nogi. Ojciec przywołał mnie chłodno i rzucił uwagę:

141

— Co ci się tak śpieszyło, czy nie mogłeś zaczekać na mnie? Przecież w niedzielę byłbym cię przywiózł. — Mierzył mnie przy tym od nóg do głowy zaspanymi oczyma. Nie zdążyłem nawet odpowiedzieć, gdy już stała miednica z wodą, bo i rzeczywiście byłem cały obłocony.

142

Po umyciu i przebraniu matka posadziła mnie na kanapie przy piecu i zakrzątała się koło wieczerzy, przypatrując mi się jednocześnie tak, że nie mogłem jej wzroku wytrzymać, próbowała przy tym nawiązać rozmowę na temat, który mnie niezmiernie drażnił. Czyżby domyślała się, jakie stosunki łączyły mnie z jej przyjaciółką? Na samą myśl o tym drżałem. Próbowała matka dość niezręcznie wszelkich sposobów, żeby mnie wybadać. Ja jednak, ogarnięty wstydem i strachem milczałem, co ją jeszcze więcej drażniło, a tym samym upewniało w domysłach.

143

Po dwugodzinnej rozmowie z matką udałem się na spoczynek, ale nie mogłem zasnąć. Było mi jakoś ciężko na duszy, albowiem będąc nader przywiązany do matki, za nic w świecie nie chciałem sprawić jej bólu, tym bardziej przez wyznanie przyczyny swego tak mizernego wyglądu. Przypomniałem sobie wówczas jej ostrzeżenie przed kobietami. Dusza mi zamierała z bólu i żalu na samo wspomnienie, że ja, beniaminek matki, nie uszanowałem jej przestróg. Wprawdzie niezdolny byłem ocenić należycie swego występku, którego powodem była żona starca, jednak rozumiałem, że zaszło ze mną coś takiego, że gdyby matka o tym wiedziała, to kto wie, jakie skutki by z tego wynikły i jak rozczarowałaby się swą przyjaciółką, której powierzyła z całym zaufaniem swego syna.

144

Przewracałem się z boku na bok, jakbym leżał na żarzącym się węglu, nie mogłem zasnąć. Z drugiego pokoju dolatywał mnie jakiś szmer rozmowy, coraz to gwałtowniejszej. Była to sprzeczka ojca z matką. Nadstawiłem uszu i zrozumiałem, że spór tyczy się mnie, ale treści nie mogłem uchwycić. Zatopiony w rozmyślaniu, zasnąłem, lecz sen był niespokojny, albowiem zaczęły mnie dręczyć majaczenia. Po jakimś czasie przebudziłem się, drżąc cały, i dopiero nad ranem zasnąłem na powrót, lecz znów wpadłem w labirynt snów niedorzecznych. Obudziłem się zlany zimnym potem, zupełnie złamany na duchu. Matka stała nade mną przestraszona. Wygadywałem podobno niestworzone rzeczy. Zapytała, czym nie chory. Nie odpowiadając, zasnąłem po raz trzeci.

145

Były to początki ciężkiej choroby. Został sprowadzony znany w Ł. doktor K. Po zbadaniu orzekł, że jestem przemęczony i potrzebuję wytchnienia. Przepisał lekarstwo. Nie chciałem go wszakże brać do ust. Matka wszystek wolny czas spędzała przy moim łóżku i cicho płakała; widać przypisywała sobie winę tego, co się stało.

146

Nadeszła jesień, a z nią i święta żydowskie. Miasteczko nasze dużo straciło ze swego uroku. Wszędzie było pełno błota i kałuż. Pomału wracałem do zdrowia, wstawałem już z łóżka. Wielka jednak zaszła zmiana we mnie. Stałem się milczący i nieufny, ślad tego został w dalszym mym życiu.

147

Od kilku tygodni byłem już „bał-micwe[21], to znaczy, że ukończyłem lat trzynaście a więc przepisy religijne wymagały, abym przy rannej modlitwie miał na sobie „tfiłem[22]. Nie czyniłem tego wszakże, gdyż rytuał też wymagał pewnych wiadomości i przygotowań, w uzyskaniu czego przeszkodziła mi choroba. Zacząłem więc co dzień uczęszczać na dwie godziny do podrabina, który wykładał mi, co to jest „tfiłem” i jakie odpowiedzialności spadają na mnie od chwili ukończenia trzynastego roku życia. Tak samo matka pragnęła, abym nauczył się „droszy[23] , którą bym mógł wygłosić w dzień „Sudy[24]” na swoją cześć.

148

Podrabin między innymi tłumaczył mi, że do tego czasu wszystkie grzechy, jakie popełniłem, szły na rachunek moich rodziców. A teraz za złe uczynki odpowiadać będę przed „Jehową” własną głową. Tłumaczył mi też Haj-odom (Życie człowieka) i co jest grzechem, a co nie. Opowiadał przy tym takie straszne rzeczy, że włosy mi dęba stawały, mówił np., że jak tylko przekroczę przykazanie Jehowy, zostanę zupełnie zgubiony… Tu jakby się namyślił chwilę i ciągnął dalej:

149

— Bóg tak powiedział do człowieka: „Dwie drogi dałem ci, życie i śmierć Wybieraj życie!” Tak Bóg radzi człowiekowi. Życie ludzkie jest w ręku Boga, gdyż od głowy człowieka ciągnie się niewidzialna nić aż do tronu jego, gdy zgrzeszy, to Bóg może ukarać karą „kores”, tj. przecina nitkę, a człowiek momentalnie umiera.

150

Słuchając tego, mimo woli pomacałem się po głowie. Opisał mi też całą zgryzotę gehenny (piekła), a powiedział mi to z takim przekonaniem, jak gdyby wszystko to na własne oczy widział, a gdy zauważył, że bladłem przed taką odpowiedzialnością, wówczas dodawał na pocieszenie:

151

— Wszystko złe spada wtedy, gdy nie wykonasz jego przykazania. Lecz o ile człowiek prowadzi życie cnotliwe, to nagroda jest tak wielka, że jak jeden rabin określił: „piękniejsza jedna godzina z rozkosznego życia pozagrobowego niż całe życie doczesne”.

152

Tu opisał mi wygląd raju z takim zapałem i przekonaniem, jakby przed chwilą z niego wrócił.

153

— Każdy cadyk — ciągnął wytrwale — otrzyma od Jehowy na własność „szaj ej łomis”, czyli 310 światów.

154

Naiwnie zapytałem go, skąd Bóg tyle światów weźmie, rebe przeszył mnie tak piorunującym spojrzeniem, że postanowiłem w myśli nigdy już nie stawiać podobnych pytań. Po chwili wszakże odrzekł:

155

— Bóg wszystko może!

156

Nauka ta na szczęście trwała nie dłużej niż miesiąc, kto wie, czy moje nerwy wytrzymałyby dłużej. Nasłuchałem się takich strasznych rzeczy przez czas tych lekcji, że nieswojo się czuję na samo wspomnienie o tym.

157

Wówczas się czułem tak nieszczęśliwy po tym miesiącu nauki, że znów zachorowałem ze strachu przed życiem, które mnie czeka.

158

Choroba tym razem jednak nie trwała długo. Matka nalegała na mnie, to groźbami, to prośbą, żebym powiedział, co mi tak dolega, gdyż doktor orzekł, że nic mi nie jest, a cierpię tylko moralnie, na co nie zna lekarstwa.

159

Wreszcie nadszedł dzień „Sudy”. W domu znów był świąteczny nastrój. Wygłosiłem wyuczoną, mało mi jednak zrozumiałą „droszę”. Złożono mi za to różne życzenia i podarki. Ojciec podarował srebrny zegarek ze złotym łańcuszkiem, a matka rozpromieniona obiecała, że na moim weselu podaruje mi złoty zegarek. Uczta trwała do późnej nocy, a gdy miałem udać się na spoczynek, matka ucałowała mnie i prosiła, bym jej obiecał, że na wiosnę znów wrócę do jeszywetu. Chętnie się zgodziłem.

160

Przyznać się muszę, iż nie dlatego się zgodziłem, że pociągała mnie chęć do nauki, lecz że miałem na myśli powrót na tę samą stancję. Upomnienia i ostrzeżenia rebego, że obecnie za wszystkie grzechy sam odpowiadam, choć ostudzały nieco mój zapał, to wszakże nie mogły zwyciężyć moich uczuć.

161

Chociaż i wiedziałem, że nawet patrzeć na kobietę jest śmiertelnym grzechem, a tym bardziej to, co zaszło na stancji, to jednak pocieszałem się tą myślą, że za dawne grzechy odpowiadać będą rodzice. To znów na przemian skrucha ogarniała mnie, że rodzice mogą być niesprawiedliwie ukarani za moje grzechy i żal mi się ich robiło. Ale to życie na stancji było bardzo jakoś przyjemne i dlatego, nie słuchając żadnych głosów wewnętrznych, zdecydowałem się tam wrócić.

162

Długo rozmyślałem o tym, dlaczego to wszystko, co jest dla mnie tak pociągające i kuszące, jest grzechem. Dziewczęta na przykład są takie miłe stworzenia, a zakazane jest przez Talmud pod groźbą strasznych mąk w piekle nawet patrzeć na nie.

163

Albo z Frankiem na przykład zabraniają mi się kolegować, mówią, że on jest goj. A co to jest Żyd? Za nic nie mogłem tego zrozumieć. Nieraz przypatrywałem mu się ciekawie z myślą, że może spostrzegę różnicę między sobą a nim. Ale gdzie tam! Nawet na odwrót, znalazłem wiele, co przemawiało na jego korzyść. Jest ładniejszy, odważniejszy i milszy ode mnie. Co do reszty, tak samo się śmieje i płacze, z wyglądu jest podobny do mnie, składa się z tych samych części ciała co i ja, ba, nawet mówi po żydowsku nie gorzej ode mnie. Więc co jest właściwie za różnica między mną a Frankiem? Aha! Przypomniało mi się, że rebe uczył, iż szatan przebiera się w różne postaci, by zgubić człowieka. A może więc Franek jest tym szatanem i przyszedł, by moją duszę zgubić? Ale w tej chwili oddaliłem tę myśl, śmiejąc się w duchu z tego. Wszak Franek jest synem rzeźnika i mieszka obok nas, znam ojca jego, matkę i jego siostrę Władkę. Są to dobrzy ludzie, gdy przychodzę do Franka, zawsze częstują mnie cukierkami.

164

Żadną miarą jednak nie mogłem zrozumieć, dlaczego matka zabrania mi tam cokolwiek jeść. Nader trudne było do spełnienia to żądanie matki, gdy mnie zaproszono do nęcącej zapachem kiełbasy i kotletów, które tam często podawano do stołu. Ale cóż? Nie wolno, bo to jest hazer[25]. Co prawda nie tak zakaz matki trzymał mnie z dala od tych pachnących potraw, jak to, iż święcie wierzyłem, że gdy dotknę do ust hazer, momentalnie się udławię. Strach więc przed karą był większy od wszystkiego.

165

Pewnego razu Franek ze swą siostrą chcieli mi gwałtem do ust włożyć hazer. Broniłem się z całych sił. Wówczas oni ze złości, że nie chcę jeść, natarli mi słoniną całą twarz. Boże! Co to też było! Gdy wyrwałem się z ich rąk, myłem twarz kilka razy, nawet piachem próbowałem szorować, ale prędko przestałem, bo okropnie ta operacja bolała.

166

Gdy się matka o tym dowiedziała, zabroniła mi stanowczo tam chodzić. Tylko ojciec wraz z ojcem Franka, gdy tylko mnie ujrzeli, nie mogli się powstrzymać od śmiechu. Jednak do tego Franka coś mnie ciągnęło, nie upłynął tydzień od tej awantury, a już ślizgałem się z nim i jego siostrą po Narwi. Nie mogłem po prostu żyć bez nich, nie pomógł nawet kańczug rebego, który upominał, że z gojem nie wolno nic mieć wspólnego. Rebe nic nie wskórał. Z Frankiem wciąż byliśmy nierozłącznymi przyjaciółmi. Na tę przyjaźń i Żydzi w miasteczku patrzyli krytycznie.

167

Z myślą o zakazie przyjaźni z Frankiem absolutnie nie mogłem się już pogodzić! Nie mogłem zrozumieć, dlaczego zabraniają mieć z gojem stosunki. Aż jednego dnia zdobyłem się na odwagę i w chederze spytałem rebego, co za różnica jest między gojem a Żydem? Wtedy rebe nam obszernie objaśnił:

168

— Gdy nadejdzie koniec świata, zjawi się Mesjasz. Stanie on jedną nogą na cmentarzu, a drugą na bóżnicy i zadmie w róg, aż cała ziemia zadrży. On zaś zawoła wielkim głosem, który będzie słychać z jednego końca świata na drugi: „Zmartwychwstanie zmarłym!” W tej chwili strach ogarnie wszystkich jeszcze żyjących. Znaki ukażą się na niebie i ziemi. Archanioł Gabriel Żydów odprowadzi do „Erec Izrael”[26], a umarli Żydzi powstaną i podziemnymi gankami przejdą też do „Erec Izrael”. Goj zaś żaden nie zmartwychwstanie. Żydzi wówczas zapanują na całym świecie. Goje natomiast przestaną zupełnie istnieć.

169

Tu triumfującym wzrokiem spojrzał na nas, dumny z tego, że odkrył przed uczniami wielką tajemnicę, a trzymając się za siwą brodę, dodał:

170

— Między gojem a Żydem jest jeszcze ta różnica, że żaden goj nie posiada duszy. Po śmierci wędruje prosto do gehenny[27]. Dlatego też każdy z nas w codziennej modlitwie rannej dziękuje Jehowie za to tymi słowami: „Błogosławiony jesteś, Boże nasz, królu świata, że nie stworzyłeś mnie gojem!!”

171

Czytelnik więc zrozumie, że od tego dnia, gdy rebe odkrył mi tę tajemnicę o duszach, mimo woli przyjaźń moja z Frankiem stopniała. Głupota rebego górowała nad naszą przyjaźnią.

172

Przebacz mi, kochany Franku, że pogardziłem wówczas twoją szlachetną przyjaźnią, gdyż byłem święcie przekonany, że ty nie masz duszy… Ja zaś, jako należący do narodu wybranego, posiadając duszę, czy mogłem być przyjacielem takiego jak ty człowieka bez duszy?…

173

Po przejściu choroby na razie do jeszywetu nie pojechałem. Miałem pozostać do wiosny w domu. Przez ten czas brałem lekcje hebrajskiego i żargonu u prywatnego nauczyciela. Warto, żebyśmy się bliżej temu oryginałowi przyjrzeli.

174

Był to człowiek średniego wzrostu, lat czterdzieści sześć, o chudej, czarnej bródce. Oczy u niego pełne smutku świeciły dziwnym, jasnym blaskiem. Ubierał się stale jednakowo, a to w wytarty, miękki kapelusz, wyszarzały garnitur i brudny kołnierzyk z krawatem prawidłowo zawiązanym, zimą zaś kompletował tę garderobę paltem z aksamitnym kołnierzykiem, które było już tak stare, że rzeczoznawca nie byłby w stanie określić jego koloru.

175

W miasteczku krążyły o nim różne legendy. Był on bardzo wykształcony i władał kilkunastoma językami. Nikt nie znał wszakże jego pochodzenia. Z powodu jego dziwacznego zachowania się, wszyscy twierdzili, że jest wariatem. Pomimo to miał wstęp do najbogatszych domów, gdzie udzielał dzieciom lekcji, pobierając od ucznia po trzy ruble miesięcznie. Mając ich około dwudziestu, mógł świetnie żyć, a jednak żył w nędzy. Pieniądze, które otrzymywał, rozdawał pierwszemu lepszemu. Dlatego też wyznaczono mu za opiekuna starą kobietę, ta więc się nim zaopiekowała i odbierała należne mu pieniądze. On sam nie upominał się nigdy o wynagrodzenie.

176

W wolnych chwilach za miejsce przechadzek obierał sobie cmentarz żydowski i katolicki. Oglądał tam stare nagrobki lub rozmawiał ze sobą, a jak ludzie opowiadali, z umarłymi. W domu rozmawiał zwykle ze sobą głosem, w którym czuć było jakiś żal. Nieraz też chodziliśmy pod jego okna, by go posłuchać, lecz niestety nie mogliśmy nic zrozumieć. Gdy wspomnę dziś o nim i jego życiu, zapominam o swoim własnym cierpieniu. Tak! Ten człowiek przeszedł przez jakiś dramat życia, który go złamał ostatecznie. Temu człowiekowi jednak mam do zawdzięczania bardzo wiele: obudził on we mnie uczucie dla piękna przyrody, jak i poezji ojczystej.

177

Nauka u tego człowieka trwała niedługo, gdyż wkrótce zmarł on na suchoty galopujące. Nielitościwa śmierć zabrała go nam w tak stosunkowo młodym wieku. Przeniósł się więc w zaświaty. Może tam znalazł ukojenie za swój żal i będzie mógł się wypowiedzieć przed tym, który go zrozumie.

178

Całe miasteczko, bez różnicy wyznania, nosiło żałobę po nim. Ci wszyscy, co go znali za życia, żałowali go niezmiernie. Majątkiem jego w postaci rękopisów o treści naukowej zajęła się policja. Między starymi szpargałami znaleziono też kilka zagranicznych dyplomów wyższych uczelni. Pochowany został ten dzielny człowiek na starym, żydowskim cmentarzu przy samym brzegu Narwi, gdzie za życia często przebywał. Teraz może o nim już nikt nie wspomina.

179

Kochany nauczycielu, a jednak ja, jeden z tych najnieszczęśliwszych uczniów, o Tobie do grobu nie zapomnę, bo byłeś jedynym człowiekiem który mnie, młodzieńca błądzącego i słabego, zrozumiał. Gdyby śmierć tak prędko nie wyrwała Cię z szeregów żyjących, może… dziś nie byłbym tak nieszczęśliwy. Ty na pewno nadałbyś inny kierunek memu życiu.

180

Cześć Twojej pamięci!

XI

181

Nadszedł rok 1911 i życie w domu płynęło zwykłym trybem, a ja przyszedłem ostatecznie do zdrowia. Zacząłem więc opuszczać mieszkanie, by odetchnąć świeżym powietrzem nadchodzącej wiosny. Nie omieszkałem też pobiec nad brzeg Narwi, by przyglądać się, jak powłoka lodowa zaczęła się ruszać. Słychać też już było świergot ptasząt, a lasy powoli zmieniały kolor. Przyroda rwała się ku życiu. Były to ostatnie dni marca. W miasteczku panował ruch. Zapach macy czuć było wokoło. Nadchodziły bowiem tradycyjne święta żydowskie „Pejsach”[28]. W samym rynku mieszkańcami byli wyłącznie Żydzi, co chwila można było widzieć, jak z jakiegoś domu wynoszą kosze macy o różnych rozmiarach, przykryte białym prześcieradłem. Co dziesiąty dom piecze mace, więc śpiew i śmiech młodych dziewcząt tam zatrudnionych zewsząd dolatywał do uszu przechodnia.

182

Getto żydowskie rwie się do życia. Najbiedniejszy jest zadowolony z tych świąt macy, gdyż bezpłatnie otrzymuje wtedy wszystko, czego wymaga rytuał. A także prorok Eliasz odwiedza biedaka, by wypić u niego swój kielich lichego wina, jak u bogacza wina „Karmel”. U nas w domu panuje ruch. Biorę w nim czynny udział i pomagam domownikom.

183

Ojciec teraz najwięcej przebywał we młynie, położonym o siedem wiorst od naszego miasteczka. Na trzy dni przed świętami wrócił do domu. Był jakoś podrażniony. Krzyczał, przeklinał na wszystkie strony, a przy byle jakiej i okazji denerwował się. Dziwiło mnie to bardzo, gdyż sprzeczne było z jego charakterem. Mnie, najstarsze z dzieci, jakby naumyślnie upatrzył, by na każdym kroku prześladować i cynicznie przezywać „jeszywe bocher[29]. Gdy matka próbowała go uspokoić, to ją nawet raz odepchnął tak brutalnie, że upadła mdlejąc. Gdy patrzyłem na to, cała moja czternastoletnia dusza zbuntowała się przeciwko ojcu. Do dzisiejszego dnia obraz ten pozostawił w mej pamięci wrażenie niezatarte. Ojciec co prawda zaraz potem przepraszał matkę, a ta święta kobieta przebaczała mu, ja jednak w głębi duszy nigdy mu tego nie przebaczyłem.

184

Nadszedł wreszcie pierwszy dzień świąt. W domu zamiast nastroju świątecznego panowała jakaś naprężona atmosfera. Ojciec był czymś nadzwyczaj zajęty. Całe osiem dni świąt chodził jak obłąkaniec. Przeglądał wciąż jakieś rachunki i książki. Matka też coś tam liczyła.

185

Nareszcie dowiedziałem się, co było przyczyną tego zdenerwowania. Otóż ojciec stał pod groźbą bankructwa — brat jego, związany z ojcem finansowymi sprawami, zrujnował się doszczętnie w interesach i uciekł do Ameryki. W następstwie kilka piekarń ogłosiło także bankructwo, każda narażała ojca na kilka tysięcy rubli. Epilogiem tego było wystawienie na licytację parowej cegielni stryja, z lasem i zabudowaniami. Po spieniężeniu tego wszystkiego brakowało jeszcze piętnastu tysięcy rubli, by pokryć długi stryja. Ojciec zaczął więc układy z wierzycielami, które odbywały się u nas w domu, a podczas których nie obeszło się bez awantur.

186

Widząc to, wierzyciele ojca pośpieszyli także po swoje długi. Pamiętam jak dziś ten przykry dzień. Było to w sobotę wieczorem. Wierzyciele zgłosili się naraz po swe należności. We wszystkich pokojach pełno było ludzi. Powierzyli oni w swoim czasie ojcu swe zaoszczędzone pieniądze na procent, uchodził on bowiem za majętnego człowieka. Teraz zaś, gdy usłyszeli o bankructwach, nie orientując się w sytuacji i nie pytając, czy i ojciec należy do grona upadłych firm, przyszli i krzyczeli, by im natychmiast zwrócił krwawo zapracowane pieniądze.

187

Ojcu nie dawali dojść do słowa i kto wie, jak by to się skończyło, gdyby w porę nie przybył ksiądz proboszcz Ch., staruszek szanowany w całym miasteczku nawet przez Żydów, jego uwadze nie uszło żadne poważniejsze zdarzenie w okolicy.

188

Po zauważeniu go wszyscy ucichli i skierowali swe oczy w stronę przybyłego.

189

— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! — powitał ich staruszek.

190

Na te słowa obecni, nie wyłączając i Żydów, porwali czapki z głów. Po serdecznym przywitaniu się ze zgromadzonymi ksiądz porozumiał się z ojcem. Potem zwrócił się do obecnych i przemówił:

191

— Panowie, opamiętajcie się! Strach przed stratą waszych pieniędzy opętał was do tego stopnia, że sami nie wiecie, co robicie. P. F… cz[30] w zupełności jest w stanie pokryć wszystkie swoje zobowiązania w każdej chwili. Możecie więc iść w spokoju do domu, a w poniedziałek o godzinie szóstej wieczór każdy, o ile chce wycofać swe pieniądze, niech przyniesie weksle czy kwity, a otrzyma należność z procentami.

192

Spojrzeli po sobie pytająco z pewnym niedowierzaniem, wątpiąc, czy nie będzie już za późno. Myśleli, że jak stryj zrobił plajtę, to i ojca może spotkać to samo. Spostrzegłszy wahanie, ksiądz proboszcz jeszcze raz zapewnił ich, że każdy otrzyma swą należność i że on za to bierze na siebie odpowiedzialność. To ich ostatecznie upewniło. Jeden za drugim zaczęli opuszczać mieszkanie. Po tym zajściu, w rezultacie zostało kilka połamanych krzeseł.

193

W poniedziałek o umówionej godzinie ojciec zaczął wypłacać wszelkie należności swym wierzycielom. Każdy otrzymał swoje co do grosza. Większa część prosiła ojca, aby z powrotem wziął pieniądze na procent, lecz ojciec stanowczo odmawiał.

194

Wspominając dość często przykrą sytuację ojca z owej soboty, zadawałem sobie pytanie, czy ten szanowny staruszek, który wybawił ojca z opresji i zażegnał większą awanturę, także nie posiadał duszy, jak to rebe określił. Mocno zwątpiłem w prawdomówność rebego.

195

Zastanawiałem się również często nad tą sprzecznością, która zabrania Żydom zawierać bliższą łączność z gojami, a jednak w życiu jest inaczej, bo z nimi się łączą i współpracują. Patrzyłem na to codziennie. W domu naszym stałymi gośćmi byli ludzie rzekomo nie posiadający duszy, a jednak mile widziani, bo od nich zależały nasze interesy. Nie mogłem wówczas należycie zrozumieć tego, że w chederze uczą, by się z nimi nie stykać, a w domu bez nich obejść się nie mogą, a ojciec prowadzi z nimi największe interesy.

196

Muszę jeszcze o jednym z tych ludzi bez duszy wspomnieć, szlachetność jego bowiem pozostawiła we mnie niezatarte wspomnienia. Był nim hr. K.[31], człowiek nader dobry. On to założył straż ogniową w miasteczku, której był naczelnikiem.

197

Przyjazd jego do nas był zazwyczaj związany z pewną ceremonią, gdy bowiem nadjeżdżał swą karetą zaprzęgniętą w czwórkę ładnych koni, lokaj stawał przed gankiem, a hrabia, nie wysiadając, głosem doniosłym sylabizował nazwisko ojca, a nawet śpiewał te sylaby tak długo, aż ktoś nie usłyszał. Wówczas ojciec i matka śpieszyli ku drzwiom, witając go mniej więcej słowami: „najniższy sługa jaśnie wielmożnego pana hrabiego” i powtarzali to przy otwieraniu drzwi licznych pokoi, prowadząc go do salonu. Hrabia krokiem wolnym posuwał się naprzód i wreszcie siadał na podsuniętym fotelu. Podczas rozmowy żartował, rzucając tłuste dowcipy zagraniczne, które często przez słuchaczy nie były zrozumiane. Odwiedziny te były dość częste, gdyż hrabia przesiadywał większą część roku w Monte Carlo. Zmuszony więc był biedak w progi ojca często zaglądać. Wizyta jego u nas nie trwała dłużej niż dwadzieścia minut. Czas ten regulował, kładąc swój złoty zegarek na stole. Był bardzo punktualny. Punktualność jego nieraz przysporzyła ojcu zmartwienia. Zdarzało się to wówczas, gdy hrabia potrzebował większej sumy na termin.

198

Przyszły już i święta. Wiosna zapowiadała się przepięknie. Wszyscy jeszcze byli pod wrażeniem przebytych dopiero co świąt. Biedacy kończyli resztki macy, a zamożniejsi spieszyli do dentysty, by leczyć zęby. Była to przymusowa kuracja po macach, którymi w przeciągu siedmiu dni przymusowo się odżywiali.

199

Pewnego dnia przed wieczorem matka znów wzięła się za mnie. Musiałem pokazać otrzymane od niej dziesięć rubli w złocie. Spojrzawszy na datę roku, oddała mi z powrotem, dodała jeszcze rubla na własny użytek, przy czym zawiadomiła, że tym razem sama pojedzie ze mną do Ł. i pomyśli, gdzie ma mnie umieścić. Przy tym wyjazd został wyznaczony na następny dzień.

200

Próbowałem delikatnie wspomnieć, że pragnąłbym pozostać na tej samej stancji, lecz matka badawczo spojrzała na mnie i zaznaczyła, że nim zdecyduje, musi najpierw pomówić z moją byłą opiekunką, teraz nic nie wie. Zapewniła mnie wszakże, że mogę być spokojny, gdyż otrzymam dobrą stancję.

XII

201

Po raz drugi szykowanie do wyjazdu. Od różnych przyjaciół z naszego domu znów wysłuchiwałem morały, tylko już z mniejszym zapałem znosiła ta sama służąca dla mnie smakołyki. Tym razem musiała ją matka upominać, co ma przyszykować. Zdaje mi się, że ona pierwsza wówczas zwątpiła w moją gwiazdę rabinowską. Ta poczciwa kobieta była jedyną zwolenniczką matki i przytakiwała zawsze jej poczynaniom. Czyżby ona mnie przejrzała na wylot i wiedziała, że z planów matki zostaną nici?…

202

W dniu wyjazdu wiosna była już w pełni i śliczny roztaczała obraz. Lasy pachniały świeżością, a ja po raz pierwszy w życiu ujrzałem prawdziwego leśnego zwierza, jak zwinnie przeskakiwał z drzewa na drzewo. Matka wyjaśniła mi, że to jest wiewiórka, co było mi zresztą obojętne. Nie przejąłbym się i nazwą lwa, gdyż ani o jednym, ani o drugim nic nie wiedziałem. W chederze i w słynnym jeszywecie, dokąd obecnie wracałem, o takich głupstwach nie wspominają.

203

Druga ta moja podróż, już w towarzystwie matki, mniej mnie zachwycała. Byłem jakoś zobojętniały na otoczenie. Świat tym razem wydawał mi się mniej imponujący. Przez cały czas zajęty byłem jedną myślą i starałem się odgadnąć zamiar swej rodzicielki co do oddania mnie znów pod opiekę przyjaciółki. Przeczuwałem, że tego nie zrobi. Próby matki w kierunku nawiązania ze mną rozmowy w tej sprawie nie dochodziły do skutku. Jechaliśmy więc, całą drogę prawie nie rozmawiając ze sobą.

204

Było już po południu, gdy przybyliśmy do Ł. Zatrzymaliśmy się w hotelu. Po czułym przywitaniu się matki z otyłą właścicielką hotelu, udaliśmy się wprost do dawnej mej stancji. Przyjaciółka rzuciła się do matki z otwartymi rękami, a następnie całowała ją tak czule, że matka ledwo uwolniła się z jej silnych ramiom. Po przywitaniu tym spojrzała na mnie, jakby dopiero mnie zauważyła, a podając mi rękę, którą wahająco przyjąłem, zapytała:

205

— A co z tobą?… Fe!… — dodała z uśmiechem — rzucić naukę i chorować to nieładnie. Kto chce się uczyć, nie marnuje czasu na choroby.

206

Mówiąc to, śmiała się głośno. Matka nie spuszczała z nas oczu. Gospodyni zaprosiła nas do drugiego pokoju i tyle różnych zadawała pytań, że matka nie mogła dojść do słowa. Za chwilę przybył starzec. Żona jego przedstawiła go matce. Małżonek, gdy mnie ujrzał, zachmurzył się, a następnie zagadnął matkę, czy ma zamiar zostawić mnie na stancji, a gdy matka odrzekła, że tylko pragnie uregulować rachunek i zabrać moje rzeczy, momentalnie rozpogodził się. Natomiast opiekunka, słysząc to, zachmurzyła się i nie krępując się nas, poczęła kłótnie z mężem o jakieś kolczyki.

207

Dalsza rozmowa przyjaciółek w cztery oczy musiała być bardzo naprężona, bo gdy matka wyszła z pokoju, w którym była na poufnej rozmowie, chwyciła mnie za rękę i pociągnęła za sobą tak silnie, że się przeląkłem. Wyglądało to tak, jakby chciała mnie uchronić od złego. Natomiast opiekunka rzuciła za mną takie wymowne spojrzenie, że zawahałem się, czy pójść za matką, czy też rzucić się do jej nóg. Była w tej chwili szatańsko piękna.

208

Starzec, gdy opuściliśmy mieszkanie, rzucił straszne przekleństwo za mną.

209

Do dziś pozostało dla mnie tajemnicą, o czym rozmawiały ze sobą przyjaciółki. Lecz od tej chwili zauważyłem, że matka stała się dla mnie jakby inna… Od tego czasu nie rozprawiała ze mną tak czule i nie pieściła pocałunkami przy pożegnaniu, jak to było dawniej.

210

W jeszywecie zostałem przyjęty do tej samej klasy. Matka, odjeżdżając, ofiarowała trzy worki mąki dla „ludzi bez dnia”. Ja zamieszkałem w hotelu, w którym zatrzymywała się zwykle rodzina, gdy przyjeżdżała do Ł. Stołowałem się w dni powszednie u pewnego piekarza, któremu ojciec dostarczał mąkę, w soboty zaś u jednego z przyjaciół ojca.

211

Pokój, w którym zamieszkiwałem, był ładny, ale smutny. Nieraz nawet bałem się zasnąć.

212

W niedziele jak zwykle przyjeżdżał ojciec i przywoził mi różne łakocie. Od pewnego czasu zauważyłem, że ojciec jest rozgoryczony. Zapytałem go o powody. Wiadomość, jakiej mi udzielił, była dla mnie bardzo przykra. Matka wyjeżdżała za granicę celem przeprowadzenia kuracji, czuła się bowiem źle. Prosiłem ojca, by zezwolił mi pojechać do domu, odwiedzić ją, lecz stanowczo się temu sprzeciwił, obiecując wszakże, że matka będzie przed wyjazdem u mnie, albowiem tak czy owak musi tędy przejeżdżać.

213

Rychło też spotkałem u siebie matkę. Zajechała do mnie na pożegnanie. Płakała bez przerwy. Całowałem ją i obiecywałem uczyć się pilnie. Ona dała mi do zrozumienia, że kto wie, czy doczeka tego dnia, kiedy zostanę rabinem. Twierdziła nawet, że na pewno tego widzieć już nie będzie. Płakałem wtedy i przysięgałem, że będę się starał osłodzić jej życie. Pisała do mnie często.

214

Od tego czasu upłynęły dwa miesiące. Matka w listach prosiła, bym pisał o sobie jak najwięcej. Czyniłem temu zadość.

215

W jeszywecie byłem jak w domu. Miałem przyjaciół, lecz tylko dlatego, że miałem pieniądze. Najbardziej pyszniłem się swoim zegarkiem. Miałem też ku temu okazję, gdyż co chwila koledzy pytali mnie, która godzina.

216

Między kolegami miałem jednego z trzeciego oddziału, syna fabrykanta z Łodzi. Był on o trzy lata starszy ode mnie, a chodziły o nim pogłoski, że spaceruje z dziewczętami i goli sobie brodę. Ja co prawda nie wierzyłem w oszczerstwa rzucane na niego, lecz jakie było moje zdziwienie, gdy na zapytanie, czy prawdą jest, co o nim mówią, otrzymałem potwierdzenie, a co gorsza przyznał mi się, że nie tylko sam to czyni, lecz goli innych. Po tym wyjaśnieniu nie omieszkał mnie bliżej wtajemniczyć w te sprawki, tak ściśle przez rytuał zabronione.

217

Pewnego piątku zawołał mnie na sam strych jeszywetu, gdzie już siedziało ośmiu uczniów z trzeciego i czwartego oddziału. Po zaryglowaniu drzwi zaczęli się golić, po kolei prosząc mnie, bym ich mydlił, bo sam nie miałem jeszcze co golić.

218

Początkowo próbowałem ich upomnieć, że to śmiertelny grzech się golić, lecz oni wyśmiali mnie, a mojego kolegę, co był głównym organizatorem fryzjerni, upominali, że takich głupich wtajemnicza, mogą ich jeszcze wydać. Lecz ten zapewnił, że zna mnie, że nie ma się czego obawiać, jest też pewny, iż niezadługo i ja się będę golił, czemu stanowczo zaprzeczyłem.

219

Taki stan rzeczy trwał dość długo. W każdy piątek po cichu i dyskretnie wtajemniczeni sunęli bezszelestnie po schodach aż na sam strych. Był tam pokój przeznaczony na stare książki. Otwierano go przy pomocy dobranego klucza. Nikogo tam nie wpuszczano bez hasła, a hasło co piątek było inne. Golić się zaczynali wtedy dopiero, gdy wszyscy byli już obecni. Pokój ten nie tylko służył na fryzjernię, ale także palono tam papierosy, nawet grano w karty, starsi opowiadali przy tym o kobietach, opierając swe twierdzenia na Talmudzie, mianowicie, że rozkosze, jakie kobieta daje mężczyźnie, równają się rozkoszom raju. Śmiali się ze mnie, ponieważ byłem najmłodszy i rumieniłem się, słuchając o tych „nibuł pe[32]. Nie wiedzieli oni, że rumieniłem się ze wstydu, przypominając sobie pobyt na pierwszej stancji. Śmiałem się zarazem z nich w duchu, że rozprawiają o tym, o czym nie mają pojęcia i dlatego jedynie fantazjują.

220

Często też jeden drugiemu się zwierzał, iż swatają mu ładną dziewczynkę — o brzydkiej nikt nie wspominał — i że nawet ją widział bez jej wiedzy[33], lecz mały posag. Znalazł się wówczas jeden, który twierdził, że gdyby pokochał naprawdę kobietę, to by się nawet ożenił bez posagu, lecz natychmiast go wszyscy wyśmiali.

221

Był i taki, co na temat miłości pisał już wiersze i nam po kryjomu czytał, przy czym gdy objaśniał o miłości, tak się zapalał, że musieliśmy go uspokajać, bojąc się, by nas kto nie podsłuchał. Twierdził on, że nie tylko ładne i cnotliwe można kochać, ale też brzydkie i lekkich obyczajów. Znalazł się i taki, który przysiągł, że na własne oczy widział w Warszawie kobietę lekkich obyczajów i że go nawet zapraszała do swojego mieszkania. „Ładna była” — mówił — „i szatan mnie opętał tak, że już gotów byłem udać się z nią, gdy wtem stanęła mi przed oczyma matka, co przed rokiem umarła, musiałem więc uciekać z całych sił, by nie ulec pokusom”.

222

Temu opowiadaniu przysłuchiwaliśmy się niedowierzająco. Przyszedł mu jednak nasz poeta z pomocą i wyjaśnił nam, że Bóg daje jakiś znak człowiekowi w ostatniej chwili, by go powstrzymać od złego. O podobnym wypadku jest nawet opowiadanie w Talmudzie. Wszyscy nalegaliśmy, aby nam opowiedział tę powiastkę, na co się chętnie zgodził, gdyż nie zawsze chcieliśmy go słuchać.

223

— Otóż żył sobie człowiek, który był zawsze pilny w noszeniu „cicis[34]. Usłyszał on, że w jednym z miast zamorskich mieszka kobieta, która oddaje się za złotych czterysta, płatnych z góry. Posłał więc jej oznaczoną kwotę, wyznaczając termin swego przyjazdu. Gdy stanął u jej drzwi, służąca zameldowała go swej pani. Ta kazała go zaraz wprowadzić, a gdy wszedł, ujrzał siedem łóżek, jedno nad drugim: sześć ze srebra, połączonych ze sobą drabinką srebrną i jedno łóżko złote, połączone z tamtymi drabinką złotą. Kobieta weszła do górnego łóżka i obnażając się, oczekiwała gościa. Gość począł wchodzić na drabinkę, wtem jego czworo „cicis” uderzyło go w twarz. Zszedł więc prędko i usiadł na ziemi. Widząc to, ona zawołała: „Przysięgam ci, że nie wpierw cię puszczę od siebie, dopóki nie powiesz, co za feler ujrzałeś u mnie”. Na to on odrzekł: „Przysięgam ci także, że takiej pięknej kobiety jak ty nie widziałem jeszcze w życiu. Dano mi wszakże jedno przykazanie, które ustanowił nasz Bóg do przestrzegania, a nazywa się „cicis”. W tym to przykazaniu Bóg nam powiedział dwa razy: „Jestem waszym Bogiem. Jam jest, który później będę się domagał rachunku. Wynagradzać będę za dobre uczynki, a za złe będę karał”. Słysząc to, owa kobieta rzekła: „Ja cię nie puszczę, póki nie powiesz, skąd pochodzisz, jak się nazywasz, jak się nazywa twój rebe i szkoła, w której się uczysz”. Napisał jej to wszystko i opuścił ją natychmiast. Po tym zdarzeniu kobieta owa wszystkie swe dobra rozdzieliła na trzy części: jedną część przekazała państwu, drugą rozdała biednym, a resztę wzięła ze sobą oprócz tych siedmiu łóżek i udała się do wskazanego jeszywetu do rebego. „Rebe Hijo!” — rzekła. — „Rozkazuj, a przyjmę religię waszą”. Rebe odrzekł: „Córko, może ci się spodobał który z moich uczniów?” Ona mu wtedy podała pismo, a rebe powiedział: „Idź, bierz, co sobie kupiłaś. Na tym samym łóżku, na którym mieliście spać w grzechu, będziecie teraz spać za moim przyzwoleniem. To jest zapłata za dobre uczynki, zapłata na tym świecie, a na tamtym kto wie, jaka jest nagroda…”

224

Po skończeniu tej opowiastki nasz poeta dodał jeszcze od siebie wyjaśnienie, że tego człowieka Bóg uratował w ostatniej chwili, za spełnienie zaś jego przykazania dał mu kobietę za żonę. Po namyśle dodał: „Czy nie lepiej się żenić i bez grzechu mieć to, co jest najrozkoszniejsze na świecie?…”

XIII

225

Nie zdążyliśmy jeszcze ochłonąć z wrażenia, gdy ktoś zapukał do drzwi. Zapanowała cisza jak za dotknięciem różdżki. Zapukano jeszcze raz. Nikt się jednak z nas nie odzywał. Źle, co robić? Wtem, o zgrozo, ktoś kluczem otwiera drzwi. Strach nas opanował nie do opisania, gdyż dowody naszych przestępstw, jak brzytwy, miseczki z mydłem, kilka książek treści beletrystycznej itd. mieliśmy przy sobie. Rozmyślaliśmy nad tym, kto to może być.

226

Upłynęła męcząca chwila i oto w drzwiach stanął szames w całej swej okazałości, uśmiechając się chytrze i mrugając przy tym swym zdrowym okiem.

227

— No i co? Ładnie wszyscy pogoleni! Muszę iść po rosajszywę, niech wie, kogo on tu ma…

228

I chciał już zawrócić. Wtem główny organizator całej imprezy, to jest mój przyjaciel, ujął go za kołnierz i przykładając pięść do nosa, począł recytować słowo za słowem:

229

— Pamiętaj, jeżeli komu piśniesz chociaż słówko, to ci drugie oko wydłubię.

230

Wszyscy struchleli, widząc taki obrót rzeczy. Szames zbladł jak trup, bo tak silnie ujął go za klapy, że o mało go nie udusił. Skończyło się na tym, że każdy z nas, a była to sama jeszywecka śmietanka, dał mu po pięćdziesiąt kopiejek, za co miał milczeć. Po wtóre musiał się liczyć z tym, że najwięcej targował właśnie od nas za te specjały, które co dzień na śniadanie jego żona z córką nam sprzedawały, dał więc spokój!

231

Od chwili wykrycia naszej kryjówki obraliśmy sobie na schadzki inne miejsce. Było ono już daleko poza murami szkolnymi. Tam za to bez obawy praktykowaliśmy wszelkie przez zakon i regulamin jeszywetu zakazane sprawki.

232

Życie tym razem w jeszywecie szło mi nieźle. Miałem wesołych kolegów. W towarzystwie ich dość często, wprawdzie pod wielkim sekretem, udawałem się co sobotę do Turka na kawę i ciastka. Zastanawiając się nieraz nad tymi występkami, czyniłem sobie każdorazowo wyrzuty, że chcąc być rabinem, nie można tak się prowadzić. Ale cóż, byłem tylko człowiekiem, więc i skłonny do grzechu.

233

Pewnego sobotniego wieczoru, gdy wyszedłem na spacer do ogrodu, ujrzałem, że przy kinie gromadzą się ludzie, więc i ja też się zatrzymałem. Czytając afisz, nic nie mogłem zrozumieć, co składa się na program, ale za to przemawiały do mnie obrazki. Rozglądając się wokoło, czy nie widzi mnie ktoś ze znajomych, wślizgnąłem się do środka i stanąłem przy kasie. Niecierpliwie czekałem na bilet z myślą, że gdyby mnie ktoś ze znajomych ujrzał, miałbym się z pyszna. Nareszcie dostałem bilet i wszedłem do poczekalni. I to, com ujrzał, zdziwiło mnie ogromnie. Nie dowierzałem własnym oczom. Zdjąłem więc szkła, lecz wzrok mój mnie nie mylił. Oto ujrzałem córkę dyrektora jeszywetu w towarzystwie mego przyjaciela Z., tego właśnie, który nas golił. Gdy mnie ujrzeli, zbliżyli się, witając. Powitanie nasze jednak było takie, jakbyśmy się spotkali w piekle, wierząc, że za życia byliśmy najcnotliwszymi ludźmi. Po porozumieniu się obiecaliśmy sobie dla wspólnego dobra nasze spotkanie zostawić w tajemnicy.

234

Zawstydzony siedziałem w czasie seansu w pobliżu pięknej córki głowy jeszywetu. Śmiała się cały czas, trącając swego przyjaciela, istne żywe srebro i nawet pozwalała się całować, gdy było ciemno. To całowanie się denerwowało mnie bardzo i nie wiedziałem, gdzie mam patrzeć, czy na ekran, czy na całujących się obok.

235

Ta przyjaciółka z pierwszego seansu wyszła później za mąż za prawdziwego rabina i dziś jest rabinową, a co jeszcze mi kolega powiedział w sekrecie o niej, to nikomu już tego nie powiem…

236

Pomimo wszystkich mych dziecięcych wybryków, w nauce byłem jednak pilny i rosajszywe obiecał, że po skończeniu półrocza nauki przeprowadzi mnie do drugiej klasy. Nie omieszkałem o tym donieść matce. Wiedziałem, że nic dla niej nie jest milsze niż moje postępy w nauce. Była jeszcze za granicą. Pisała do mnie nieomal co dzień, a do domu raz na tydzień. Doszło nawet do tego, że gdy ojciec przyjechał w niedzielę, to pytał mnie, co słychać u matki. Żalił się przy tym, że do niego nie pisze. W jeszywecie płynęło życie spokojnie, nie było tam żadnego bicia za występki, jeżeli uczeń coś przeskrobał, to bywał tylko przedstawiony przed rosajszywę, a ten umiał tak długo do ucznia przemawiać, że najzagorzalszy grzesznik musiał okazać skruchę, o czym też sam przekonałem się rychło.

XIV

237

W pewną sobotę po kolacji jak zwykle udałem się na spacer, ale tym razem nie sam, tylko w towarzystwie piętnastoletniej dziewczynki. Była to córka tego piekarza, u którego się stołowałem. Trzeba to wiedzieć, iż od pewnego czasu między nami zawiązała się nić sympatii. Sprzyjało temu odpowiednie traktowanie mnie w ich domu, gdzie przyjmowany byłem jak własny syn. Częste pogawędki w domu były nam niewystarczające, więc umówiliśmy się, że w każdą sobotę po kolacji oczekiwać mnie będzie na wyznaczonym miejscu, gdyż, jak już wspomniałem, w soboty jadałem u przyjaciela, a zarazem wspólnika ojca. Spacery nasze odbywały się po nieoświetlonych ulicach. Unikaliśmy spotykania się z ludźmi. Ku temu były dwa powody: mnie jako uczniowi jeszywetu było zabronione nie tylko spacerować z dziewczętami, ale nawet patrzeć w ich stronę, a ona obawiała się, by się rodzice nie dowiedzieli, iż tak wcześnie garnie się do chłopców.

238

Towarzystwo jej było dla mnie niebezpieczną igraszką. Na tych bowiem przechadzkach zawsze ktoś nas spotkał, a między innymi widział nas nawet szames pomimo swej ślepoty na jedno oko. Znając mą przyjaciółkę, nie omieszkał więc podzielić się swymi spostrzeżeniami z jej ojcem, a następnie mając porachunki ze mną o należenie do spisku na strychu, pośpieszył zawiadomić i mazgijacha (moralnego opiekuna), a ten znów doniósł o wszystkim rosajszywie. A oto pewnego wieczoru zostałem zawezwany do jego pokoju. Nie wiedząc jeszcze o niczym, z wesołą miną stawiłem się, myśląc, że już przejdę do drugiej klasy.

239

Niestety, wystarczył jeden moment spojrzenia, by się domyślić, że źle jest ze mną. Każdy wszak z nas wiedział o tym, że gdy staje przed rosajszywą, a ten ma swe okulary zsunięte na koniec nosa i rękoma targa się za brodę, a oczyma patrzy w jakąś książkę, tak że widzi doskonale przybysza, a jeżeli jeszcze i mruczy, to zły znak.

240

Stałem kilka minut, nie śmiejąc nawet oddychać. Stawiałem sobie pytania, co to być może, a że grzechów miałem sporo, nie wiedziałem, o które jestem podejrzany.

241

Wreszcie podniósł głowę znad książki, którą się zastawiał, maskując tym swoją obserwację, co dokładnie spostrzegłem. Począł mi teraz patrzeć śmiało w oczy. Ja ze swej strony starałem się ten wzrok wytrzymać, ale daremnie, miał wzrok taki przenikliwy, że oczy spuściłem. Widać na to tylko czekał, zerwał się ze swego miejsca, ręce podniósł ku niebu, jakby szukał tam pomocy, szeptał coś przy tym. Twarz jego, niedawno tak groźna, stała się łagodna. Oczy były jakby zwilgotniałe od łez. Począł znów patrzeć na mnie, lecz tak jakby mnie o coś błagał. Żal mi się go zrobiło i już chciałem się rzucić do jego stóp i wyznać wszystko, co uważałem za grzech, lecz on jakby wyczuł mój zamiar, kazał mi usiąść naprzeciw siebie. Machinalnie rozkaz wypełniłem. Tu prawą ręką począł sobie czoło nacierać, jakby coś chciał sobie przypomnieć i niespodziewanie spytał:

242

— Wiele masz lat, synu?

243

— Czternasty rok kończę na drugi miesiąc — odpowiedziałem.

244

Pokiwał głową, jakby zwątpił w prawdziwość moich słów, a następnie postawił mi pytanie już śmiało:

245

— W zeszłą sobotę wieczorem, po kolacji, gdzie byłeś?

246

— Na spacerze, rebe.

247

— Czy sam spacerowałeś?

248

Przy tym pytaniu patrzył mi przenikliwie w oczy.

249

Niszt-ałejn[35] — ledwie wykrztusiłem sylaby z gardła.

250

— Wiem, synu, że nie sam! Więc kto był z tobą?

251

Na to pytanie zapłonąłem ze wstydu jak pochodnia, w głowie poczęło mnie coś palić i ciążyć. Żebym mógł, chętnie bym się w tym momencie zapadł pod ziemię. Ale cóż, trzeba odpowiedzieć, przedstawiłem go sobie jako wszechwiedzącego, albowiem nie przyszło mi na myśl, że temu wszystkiemu był winien szames. Wybełkotałem więc: „mit — am — ej — duł[36]. I rzecz dziwna, zamiast spodziewanego przekleństwa i kary, łagodnie pytał dalej:

252

— A co ona za jedna, może siostra?

253

Po tym pytaniu zacząłem z ulgą oddychać, pragnąłem na to już odpowiedzieć: „tak”. Już otworzyłem usta, lecz zamiast powiedzieć „tak”, powiedziałem „nie”.

254

— A więc synu kto to był, może któraś z krewnych?

255

Znów opanowała mnie chęć, by dać odpowiedź twierdzącą, lecz tę myśl od siebie oddaliłem i postanowiłem mówić prawdę, nie zważając na to, jaką dostanę karę.

256

Zacząłem opowiadać mu całą historię. Naturalnie to, co uważałem za zbyteczne, pozostawiłem w ukryciu. Ale gdzie tam, nic mi się nie udało skryć. Po półgodzinnym badaniu wiedział już tyle co i ja, a nawet więcej niż ja. Teraz począł mnie łagodnie upominać i strofować. Słowa jego, chociaż upłynęło od tego czasu wiele lat, pamiętam doskonale:

257

— Czy ty wiesz, synu — zapytał — za co Adam, rodzic nasz, został wygnany z raju i kto spowodował pierworodny grzech?

258

— Wiem, rebe, Ewa.

259

— Tak, synu, kobieta.

260

— Czy wiesz, synu, kto zdradził Samsona[37]?

261

— Dałłyło[38], rebe.

262

— Tak, synu, kobieta.

263

— A wiesz, co za przyczyna była do bratobójczej wojny Żydów, w której cały ród Beniamina prawie że wygasł i że znikł dwunasty szczep Izraela i że w tej bratobójczej wojnie zginęło z obydwóch stron przeszło sześćdziesiąt tysięcy ludzi, najlepszy kwiat rycerstwa[39]?

264

Nad odpowiedzią na to pytanie musiałem się trochę namyśleć, póki sobie nie przypomniałem całego faktu z dwudziestego rozdziału Sędziów.

265

— Tak, rebe, przez kobietę.

266

— A kto był przyczyną, że nasz mądry król Salomon[40] zgrzeszył przed Bogiem, czy nie kobieta[41]?… Czy ty, synu, znasz księgi Salomona, tego znawcy dusz kobiecych, czy wiesz, że Salomon trzymał aż tysiąc żon po to tylko, by jak w laboratorium przeprowadzać różne eksperymenty, ażeby trafne orzeczenia o kobietach wystawić? „Synu mój — mówi Salomon — czy to jest możliwe, żeby człowiek trzymał ogień na swoich kolanach i żeby ubranie jego się nie zapaliło? Czy możliwe, żeby człowiek spacerował boso po żarzących się węglach i sobie nóg nie poparzył?” Tak, ten który się zadaje z kobietą, ponosi złe skutki i bezkarnie to się nie obejdzie!

267

Nie będę opowiadał o tym wszystkim, co mi naopowiadał, dając za przykłady opowiastki z Talmudu. Zaznaczę jedynie, że po czterogodzinnej, przykrej dla mnie pogawędce, dałem mu rękę „tkias-kaf[42], że dopóki będę uczęszczał do tego jeszywetu, nie będę spacerował z kobietami, a nawet będę się starał je omijać. Wyrażałem przy tym swą zupełną skruchę. Za karę dał mi trzy „mis-merym”, tj. co drugi dzień miałem całą noc nie spać i uczyć się w jeszywecie „szewet musser” (nauka o strofowaniu i pokucie). Na tym się skończyła cała awantura i co prawda jakiś czas trzymałem się tak, że córka piekarza płakała ciągle z tego powodu, żem zupełnie od niej stronił. Czyż mogłem przemawiać do niej i powiedzieć jej przyczynę? Wszak parzyła mnie jeszcze ręka, którą podałem, przez co przyrzekłem, że nawet mówić z tymi stworzeniami nie będę, za które, chociaż były bardzo pociągające, tak mnie prześladowano. Tak zawsze przeszkadzali mi kogoś kochać! Gdy był to goj, nie mogłem go kochać, bo goj nie ma duszy, gdy kobieta, to także niebezpieczna i tak zawsze, co mi się spodobało, było właśnie najgorsze.

268

W tydzień potem nadchodziły znowu „Święta Trąbki”. W jeszywecie ogłosili znów, że kto chce, może się udać na święta do domu. Za zgodą matki, która wracając z kuracji, była u mnie, postanowiłem tym razem nie jechać do domu na święta ze względu na egzaminy, które miałem zdawać do drugiej klasy.

269

W całym jeszywecie zostało nas sześćdziesiąt procent. Po większej części zostali ci, którzy nie mieli do kogo jechać. Codziennie od pierwszego dnia miesiąca „Ełeł[43] z większą gorliwością odprawiano modły i po całych nocach siedzieliśmy nad Talmudem. Gorliwie się modląc, skupiłem się, aby przypomnieć sobie grzechy z całego roku. Po raz pierwszy miałem stanąć przed sądem, żeby zdać rachunek ze swych złych występków, które po skończeniu trzech lat życia, od chwili „bałmicwy” uczyniłem. Wierzyłem w to, że jedno jest dla mnie wyjście z tej sytuacji: a to błagać Boga z całego serca o przebaczenie. Więc w sercu swym rzeczywistą nosiłem skruchę.

270

W święta przy modlitwie „Unsane tejkef” (znaczenie dnia) płakałem przygnębiony. Po „Trąbkach” podczas „Aseres imej trzuwe” (dziesięć dni pokuty) aż do sądnego dnia siedziałem w nocy do godziny trzeciej nad Talmudem. W „Sądny Dzień”[44] wieczorem przy modlitwie byłem tak wyczerpany i przejęty, żem zemdlał. Modlitwa dnia tego szczególnie działała na wyobraźnię. Wymawiałem słowa modlitwy „Misper haj odom” (rachunek z życia człowieka) z całym przejęciem się powagą chwili, bo czyż te słowa nie mogą działać na umysł dziecka karmionego nimi jedynie?

271

— „Władco świata, Ojcze miłosierdzia i przebaczenia, któryś zawsze gotów przyjąć nawróconych. Ty stworzyłeś człowieka po to, żeby mu osłodzić jego życie… ” itd.

272

Cały „Sądny Dzień” pościłem. Po tych strasznych dniach wybladłem nie do poznania, ale jakoś lżej na duszy mi było, byłem pewny, że Bóg był łaskawy, gdy mnie sądził. Dałem sobie słowo, że więcej już nie zgrzeszę. Niestety, należałem do ludzi o słabym charakterze i dlatego słowa nie dotrzymałem.

273

Po świętach miałem egzamin do klasy drugiej.

274

Popełniłem znów z półtora tuzina świeżych grzechów, a najwięcej z powodu tego, że lubiłem spoglądać na spotykane kobiety, a nawet spoglądałem na gojki. Nieraz, idąc trotuarem, starałem się patrzeć w dół, widziałem wówczas nóżki, których widok zmuszał mnie, by zobaczyć właścicielkę tych pięknych nóżek. I oto pewnego dnia spotkałem na ulicy dawną mą opiekunkę. Nie widziałem jej od chwili, gdy byłem z matką u niej. Przyglądała mi się ciekawie, a ja stałem, patrząc na nią jak skamieniały i nie mogąc wymówić słowa. Była jeszcze piękniejsza niż dawniej. Miała na sobie eleganckie futro i kapelusz najnowszej mody. Ona też pierwsza przemówiła do mnie:

275

— Co, kochany, gniewasz się na mnie? Nieładnie, żeś mnie nie odwiedził, pewnie matka ci zabroniła, co? Ja cię jednak jeszcze kocham, nie gorzej niż twa zacofana matka. Chodź więc do mnie. Męża już nie mam. Zrobił mądrze, przenosząc się na tamten świat, już cztery miesiące temu. Ty przez ten czas wyrosłeś i wypiękniałeś! Chodź! Czemu nic nie mówisz?

276

Ja wybełkotałem coś o tkias-kaf, którą dałem, jednak poszedłem za nią do znanego mi domu. I od tego dnia co wieczór byłem jej gościem. Tym razem ona już nie potrzebowała mnie atakować i prawić o miłości, teraz już wszystko zrozumiałem…

XV

277

Po roku nieobecności znów przyjechałem na święta „Paschy” do domu. Wszyscy byli ze mnie zadowoleni, nawet siostrzyczka, która przyszła na świat w czasie mej nieobecności, też zdawała się uśmiechać do mnie. Matka patrzyła na mnie jak na jaki skarb, ciesząc się, żem dość poważny jak na swój wiek, tym bardziej, że dobra opinia przyszła za mną z jeszywetu. Widziałem, że czuje się szczęśliwa, patrząc na mnie. Ach, biedna matka, nie domyślała się, jakie syn wówczas już prowadził życie. Dobroć i zaślepienie macierzyńskie nie pozwoliły jej spostrzec zła, które już we mnie zapuściło swe korzenie. Pamiętam, jednego razu coś zbroiłem i siostra matki poczęła mnie strofować. Słysząc to, matka natychmiast upomniała się za mną. Wtedy tamta odpaliła:

278

— Ty mu za dużo pozwalasz. Zobaczysz, że wychowasz go jeszcze na katorżnika.

279

Boże, co to wówczas było, matka rzuciła się na nią i gdyby ona nie uciekła, kto wie, na czym by się ta awantura skończyła. Po tym zajściu dłuższy czas ze sobą nie rozmawiały. Tak broniła mnie matka przed jakimkolwiek zarzutem.

280

W domu naszym, o ile pamiętam, zawsze najweselszymi świętami była Pascha. Jeździliśmy wówczas w gości do krewnych, a ja do znajomych ojca, wyznania nieżydowskiego, dokąd też nieraz nosiłem dla poczęstunku macę i wino, za co w zamian otrzymywałem ładne owoce i jaja pomalowane na różne kolory.

281

Pamiętam dobrze ten podniosły nastrój, jaki panował u nas w pierwsze dwa dni świąt przy obrządku „sejder” (uczta wieczorna). Ojciec siedział zawsze na honorowym miejscu, oparty na śnieżnobiałych poduszkach, w pozycji półleżącej, według wymagań. Matka, jako królowa tego święta, cała w bieli, siedziała po lewej stronie ojca, my zaś, dzieci, na pół śpiące, siedzieliśmy przy nich, śledząc każdy ich ruch z zaciekawieniem i naśladując w wykonaniu. Po każdym kilkuminutowym opowiadaniu ojca o wyzwoleniu z niewoli „egipskiej” popijaliśmy smaczne wino. Ach! Piękne to wspomnienia z lat dziecięcych, lat bez troski, lat, które nigdy już nie wrócą… Wiele takich wspomnień mam przed oczyma, ale po cóż je wygrzebywać z pamięci i czuć się jeszcze więcej nieszczęśliwym niż obecnie. Wszystko zostało stracone bezpowrotnie.

282

Jedno jeszcze zdarzenie z lat dziecięcych wygrzebuję z pamięci. A było to tak:

283

W roku 1905 podczas świąt Paschy bawiłem się z nierozłącznym towarzyszem zabaw Frankiem i jego siostrą Władką. Częstowaliśmy się przy tym specjałami świątecznymi.

284

W pewnym momencie zapadła decyzja, iż urządzimy zabawę w rodzaju wojny polsko-rosyjskiej. Naturalnie Franek mianował się dowodzącym wojsk polskich, składających się z około dwudziestu dzieci żydowskich i gojów. Ja musiałem przynieść z domu kilka skrzynek po drożdżach, z których porobiliśmy szable. Do reszty skrzynek przywiązaliśmy sznurki i zaprzęgliśmy „konie”. Miały one służyć za wozy do amunicji, którą znowu zastępował piach i kamienie. Jedną ze skrzynek napełniliśmy macą mającą imitować niedostępne suchary, bo Franek uznał, że to na wojnie jest koniecznie potrzebne.

285

Od Wodza dostałem rozkaz zamienienia się w konia i to nie zwykłego, lecz dla wodza. Byłem z tego zaszczytu naprawdę dumny, na dowód czego rżałem na całe gardło i wyrzucałem nogami tak, że wódz chwalił mnie i ledwo mógł mnie utrzymać za kantar[45], który założony miałem na szyję. Dowództwo nad obozem rosyjskim objęła Władka, blondynka o wesołym, łobuzerskim spojrzeniu. Trzymała nas dość krótko, tak że jednogłośnie powierzono jej to stanowisko, nie zważając, że jest dziewczyną.

286

Terenem, na którym się miała odbyć wojna, był obszerny rynek. Nareszcie po kilkugodzinnym szykowaniu się z obu stron, na co spoglądały nieomal wszystkie starsze dzieci z miasteczka, zawrzał przed wieczorem bój. Po kilku minutach obrzucania się nawzajem kamieniami i piachem ruszyliśmy do ataku na Rosjan. Powstał krzyk, pisk i tumult. W rezultacie Władka razem ze swym koniem, za którego służył jej niestety także Żydek, została wzięta do niewoli, z chwilą tą cała jej zdezorganizowana armia dostała się też do niewoli. Franek jeździł dumnie, a ja, chcąc udawać, jak przystoi na konia, wodza i zwycięzcę, rzucałem głową, nie mogąc ustać na jednym miejscu.

287

Po skończeniu bitwy Franek zaśpiewał: „Jeszcze Polska nie zginęła”. Ja, mimo zakazu Franka, że jako koń nie mogę się posługiwać mową, tak byłem upojony tą zabawą i zwycięstwem, że zacząłem mu wtórować, sam nie rozumiejąc, co za znaczenie posiadają te słowa.

288

Wtem pieśń się urwała, ktoś za mną krzyknął z bólu. Uczułem, żem jest wolny od cugli. Nie zdążyłem się wszelako oglądnąć, co się stało, gdy ktoś mnie ciągnął, bijąc po plecach. Krzyknąłem z bólu i upadłem na ziemię.

289

Leżeliśmy obaj z wodzem, a ktoś okładał nas batem. Był to strażnik Matwiej, postrach naszego miasteczka.

290

Po wymierzeniu nam kilku nahajek podniósł nas brutalnie i uchwyciwszy za kołnierze zaprowadził do domu, spisując protokół, a gdy rodzice wręczyli mu rubla, zniszczył go, zapowiadając rodzicom, by nas pouczyli, że podobnych pieśni nie wolno śpiewać. Zastrzegł przy tym, że gdy jeszcze raz zaśpiewamy, to nas zastrzeli.

291

Tak się zakończyła nasza wojna. Zamiast ogłoszenia nas zwycięzcami, zhańbiono nas batem… Oprócz tego mój ojciec, jak i Franka, musieli zapłacić za kilka szyb, które w czasie naszej wojny kamieniami wytłukliśmy.

292

Za motyw do naszej zabawy posłużyły nam manifestacje, które kilka dni temu odbyły się w naszym miasteczku, zorganizowane przez patriotów polskich, a przede wszystkim przez ziemiaństwo, które poubierane w stroje narodowe, chodząc śpiewało pieśni narodowe.

293

Po niejakim czasie policja miejscowa i żandarmeria, która stała w naszym miasteczku z powodu bliskości granicy niemieckiej, rozpuściła pogłoskę między Żydami, że Polacy zabierają się zrobić pogrom na Żydów, dlatego przyjdzie pułk kozaków, by do tego nie dopuścić. Było to wierutne kłamstwo, gdyż współżycie nasze było nader życzliwe. Jak się potem okazało, pogłoskę tę rozpuścili jedynie dlatego, by uzyskać sprzymierzeńców w rzekomych walkach z Polakami.

294

Polacy jednak, nie zwracając uwagi na pułk kozaków, zwołali powtórny manifest, tym razem o wiele większy. Podczas pochodu kozacy stali w pozycji wyczekującej, lecz nie zaczepieni przez nikogo, sami bali się sprowokować manifestantów. Później jeszcze było wiele manifestacji, po których Rosjanie kilku zacnych obywateli wywieźli w głąb Rosji, a między innymi i hr. K. Wszystkie te manifestacje ze względu na swój charakter utkwiły mi w pamięci, choć wówczas liczyłem dopiero osiem lat życia.

295

Drugiego dnia po świętach poszedłem z ojcem do kancelarii gminy, gdzie mi wydano dowód osobisty (paszport). Na moje pytanie, do czego mi będzie służył, ojciec wyznał wreszcie, że tymczasem pojadę do jeszywetu w B.[46], by uzupełnić dotychczasowy zasób wiedzy.

296

Po powrocie do domu matka wezwała mnie do siebie. Podczas rozmowy zwróciła mi uwagę, że obecnie rozpocznę życie z dala od domu, bez opieki rodziców, zmuszony więc będę przyzwyczaić się do życia samodzielnego. Zaznaczyła przy tym, że do tego jeszywetu uczęszcza kuzyn, pod opieką którego będę pozostawał i który będzie mi pomagał w nauce.

297

W dwa dni później ojciec odwiózł mnie koniem do stacji K., skąd już sam rozpocząłem podróż do miejsca przeznaczenia. Miałem więc uczęszczać do słynnego jeszywetu utrzymywanego ze składek amerykańskich.

298

Pożegnanie moje z matką było nadzwyczaj serdeczne, ściskała mnie mnóstwo razy. Żegnając się, rzewnie płakała, wyczuła, że mnie już więcej nie zobaczy. Ostatnie słowa, jakie słyszałem od niej, to były ostrzeżenia:

299

— Pamiętaj, abyś był człowiekiem…

XVI

300

Do stacji K. jechaliśmy całą noc, popasując po drodze w kilku miejscach.

301

Nad ranem stanęliśmy przed zajazdem. Po ulokowaniu się poszliśmy z ojcem na ranną modlitwę do bóżnicy. Po powrocie i spożyciu śniadania udaliśmy się na stację. Po wykupieniu biletu ojciec wręczył mi go wraz z dwunastoma rublami, pouczył mnie jeszcze, jak się mam zachować w podróży, udzielił mi również kilku rad życiowych, przy czym dopiero teraz wyjaśnił mi, dlaczego jadę tak daleko.

302

Ojciec wiedział o moich wszystkich występkach, zaczynając od Turka, a kończąc na romansie z moją opiekunką.

303

Tym razem więc on był inicjatorem, żeby mnie wysłać do innego jeszywetu, przy czym powiedział mi, że matka o niczym nie wie, a nie opowiada jej tego, bo nie chce jej smucić, a z naciskiem dodał: „Czuję, że te pieniądze, co wydaję na ciebie, abyś został rabinem, są jakby rzucane w błoto”. To pożegnanie z ojcem było dla mnie nader przykre, jednak ucałował mnie, co mnie tak wzruszyło, że na głos rozpłakałem się.

304

Nareszcie pociąg ruszył z miejsca. Stałem przy oknie, patrzyłem na ojca, jak oddalał się szybko, widziałem dłuższy czas jego wysoką postać wyróżniającą się między ludźmi, w chwilę potem i on zniknął. Zrobiło mi się przykro, a stojąc przy oknie, rozmyślałem o matce, ojcu i swym rodzinnym mieście.

305

Po chwili usiadłem, rozglądałem się, czy nie zobaczę kogoś z „naszych”. Niestety, sami goje tam byli. Opanował mnie jakiś strach, ściskałem więc nerwowo swe walizki i siedziałem nieruchomo.

306

Nareszcie minęła pierwsza stacja, a mnie się nic złego nie stało między tymi ludźmi, ba, nawet jeden zaczął mnie wódką częstować, a był bardzo niezadowolony, że nie chciałem pić. Gdy natarczywość z jego strony nie ustawała, ze strachu wypiłem trochę, przy tym wyjąłem klopsa, dar matki, częstując go wzajemnie. Uprzedziłem go, gdyż zamierzał już poczęstować mnie szynką.

307

Nareszcie o godzinie dwunastej w nocy pociąg stanął na miejscu przeznaczenia. Nie zdążyłem wysiąść z wagonu, gdy usłyszałem, że ktoś mnie woła po imieniu. Rozglądając się, zobaczyłem tego, co mnie wołał, witając mnie, przedstawił się jako kuzyn. Po odebraniu bagażu rozglądałem się ciekawie, on zawołał na dorożkę i pojechaliśmy do miasta.

308

Kuzyn był ubrany po europejsku. Wyglądał na lat dwadzieścia cztery. Ze swej powierzchowności nie wyglądał wcale na przyszłego rabina. Po drodze zapowiedział mi, że mam go słuchać bezapelacyjnie, co mi się trochę nie podobało, ale nic nie odrzekłem. Nazajutrz wystarał mi się o stancję. Zamieszkałem u samotnej kobiety, której mąż był w Ameryce. Miałem swój pokój, stołowałem się na miejscu za wynagrodzeniem trzech rubli tygodniowo. Było mi tam dobrze. A jednak, gdy przyszedł mnie odwiedzić mój opiekun, chciał natychmiast mnie stamtąd zabrać, nie wiem, co mu się nie spodobało, lecz tej nagłej decyzji stanowczo się sprzeciwiłem.

309

Od chwili przyjazdu czułem, że mój opiekun nie był zadowolony z mego przybycia. Później się dopiero dowiedziałem, że z powodu swych miłostek nie miał czystego sumienia, nie chciał, by o tym w domu wiedzieli. Z tego powodu przyjazd mój nie był mu na rękę, a jednak później doskonale się zrozumieliśmy, wychwalaliśmy w listach jeden drugiego jak najlepiej.

310

Po kilku tygodniach uczęszczania do jeszywetu zabrałem się gorliwie do nauki, co pozwalało mi zapomnieć o samotności i rodzicach.

311

Większa część uczniów uczyła się samodzielnie. Było kilku „prusim” (takich, którzy opuścili żony, a nawet dzieci, by zagłębiać się w Talmudzie). Był także jeden „Iłu[47] między nami. Przepowiadano mu większą karierę na polu rabinowskim, a nawet twierdzono, że będzie cadykiem. Był to fanatyk w wieku około dwudziestu pięciu lat, nadzwyczaj wynędzniały, przygarbiony skutkiem stałego schylania się nad Talmudem. Oczy iskrzyły mu się fanatycznie jakimś blaskiem, umartwiał swe ciało dwa razy tygodniowo, a nieomal po całych nocach można go było widzieć stojącego nad pulpitem z oczyma wpatrzonymi w Talmud. Za spanie starczało mu, gdy głowę oparł na księdze i zdrzemnął się trochę. Tylko w sobotę spał całą noc i jadł, jak należy.

312

Jedyny raz miałem sposobność z nim rozmawiać, mowa jego była łagodna, mówił stale o śmierci i o nicości tego świata. Lubiliśmy go wszyscy słuchać, lecz on nader niechętnie się wynurzał. Po sali przechodził cicho jak cień, starając się zawsze być najmniej widzianym, chował się w kącie przy samym ołtarzu i tam rozmyślał. Tylko w sobotę i święta opuszczał swe miejsce, by świętować według przykazań.

313

Do jeszywetu uczęszczało nas stu pięćdziesięciu. Mój kuzyn trzymał mnie przy sobie, objaśniając mi to, czego nie mogłem zrozumieć. I żeby nie on, to nie zostałbym ze swą wiedzą jeszcze tam przyjęty. Było jednak przyjęte, że starsi słuchacze trzymali na swą odpowiedzialność takich jak ja.

314

Jeszywet mieścił się opodal Dniepru. Rosajszywe był podobny do swego kolegi w Ł. jak dwie krople wody. Mazgijach[48] był o piorunującym spojrzeniu, a szames dopełniał składu administracji tego domu.

315

Wykłady odbywały się raz na tydzień, czasami ten iłu wykładał „muser[49], wszyscy wtenczas ze łzami w oczach go słuchali. Gdy mówił, był raczej podobny do człowieka biblijnego niż z XX wieku. W wolnych chwilach zbieraliśmy się jak zwykle u szamesa, który sprzedawał te same smakołyki co w Ł. Można było dostać wszystko, zaczynając od gotowanego grochu, a kończąc na wątróbce gęsiej, nad program można było nabyć pieczone kartofle i placki gryczane. I tu było dużo uczniów bez „dnia”. Jednym słowem znalazłem się w tym samym środowisku, które niedawno opuściłem. Na podwórzu jeszywetu stała stara rudera, w której jedna połowa była przeznaczona dla ludzi bez „dnia” i nocy. Mogli oni tam na brudnym barłogu przenocować. Drugą połowę zajmował od wielu lat szewc, łaciarz, który za pięć kopiejek reperował obuwie przyszłym zbawcom Izraela.

316

Był to niegroźnie dziobaty, czterdziestoletni Żyd, bieda panowała u niego niezwykła, żona była podobna do niego, dzieci na szczęście nie mieli. Tym razem Bóg był sprawiedliwy, bo dziecko nigdy nie wychowałoby się w tym smrodzie. Był on gorliwym chasydem i zwolennikiem cadyka z Libawy, który obsadził go na tym stanowisku nadwornego szewca, nie zważając na biedę. Był zawsze wesoły. Żona jego prała biedniejszym uczniom bieliznę, handlując przy tym nadgniłymi owocami.

317

W domu nie posiadał żadnego sprzętu oprócz połamanego warsztatu, stołka i stołu, jakiejś skrzyni i kupki barłogu w kącie, umiał za to opowiadać o różnych cudach, jakich cadyk dokonuje, o czym ma się rozumieć lubiliśmy słuchać, jako przyszli zastępcy cadyków.

318

Pamiętam, jak go raz zapytano, dlaczego, gdy tak wierzy w cuda, nie prosi Boga lub cadyka, by stał się bogatym. Na to pytanie uśmiechnął się smutno i z przekonaniem odpowiedział nam:

319

— Nie jestem wart jego łaski.

320

Wówczas zażartowałem, stawiając mu takie pytanie:

321

— Reb Lejzer — (tak się nazywał) — gdyby cadyk z Libawy kazał wam stać się złodziejem, czy byście go usłuchali?

322

Spojrzał na mnie, a odkładając zabłocony chodak, który trzymał w ręku, po chwili namysłu odrzekł stanowczym tonem:

323

— Wszystko, co by cadyk rozkazał, bez wahania uczyniłbym.

324

Przerwałem mu:

325

— A nawet i hazer jeść?

326

Wszyscy się roześmiali.

327

— Tak — odrzekł. — Jednym słowem, wszystko najgorsze uczyniłbym, gdyby on rozkazał, nawet w ogień wskoczyć! A wiecie dlaczego? Bo on już najpierw wie, co z tego wyniknie, dlatego to, co rozkaże, jest na pewno dobre, choćby na razie wyglądało, że jest złe. Ot — dumał — gdybym miał teraz trochę czasu, opowiedziałbym wam o jednym wypadku.

328

My wszyscy, a było nas z dziesięciu, gdyż w piątek to było, a każdy tego dnia ma wolny czas, zaczęliśmy nalegać, aby nam opowiadał, więc ustąpił i kazał nam wierzyć, że to, co powie, jest prawdziwy fakt. Daliśmy mu słowo, że wierzymy we wszystko, co tylko opowiada i że śmiało może opowiadać, co też uczynił.

XVII

329

„W jednym dużym mieście w Polsce żył chasyd bardzo bogaty. Miał kilka fabryk i własny bank. Co roku na Jonim noroim (święta nowego roku i sądny dzień) jeździł do swego cadyka, któremu przekazywał poważne sumy na humanitarne cele, tak upływały lata. Pewnego roku przyjechał bardzo smutny na święta do cadyka. Po świętach miał już odjechać, gdy cadyk go błogosławił, rozpłakał się i zaczął mu opowiadać, że źle stoi w tym roku: stracił bardzo dużą część majątku i prosił o radę, w jaki sposób poprawić stan rzeczy. Cadyk spojrzał na niebo, a następnie przemówił do niego w te słowa:

330

— Słuchaj, Chaim, ja mam dla ciebie radę, że znów będziesz bogaty, ale wiem, że ty tego nie będziesz chciał zrobić.

331

Chaim odpowiedział:

332

— Rebe, o ile ja nie będę chciał uczynić tego, to ja nie chcę o tym wiedzieć…

333

Pożegnawszy się wyjechał z powrotem do domu.

334

Na drugi rok znów przyjechał i rzucił się do nóg starca.

335

— Rebe, ratuj! Już większe pół majątku straciłem, co robić?

336

Cadyk kazał mu wstać i rzekł:

337

— Mówiłem ci, że mam jedno wyjście dla ciebie, ale przekonany jestem, że ty tego nigdy nie uczynisz, więc lepiej, żebyś nie wiedział o tym.

338

Chaim, ciągle smutny i przygnębiony, wrócił do domu.

339

Po roku znów przyjechał, wyglądał bardzo wynędzniały, upadł do nóg rebego.

340

— Rebe, już straciłem cały majątek, żona i dzieci wołają o chleb, nędzarzem jestem, ratuj!

341

Cadyk mu odrzekł:

342

— Przecież mówiłem ci już i mogę to powtórzyć!

343

— Rebe — wołał Chaim — rozkazuj, a wszystko zrobię, by nie umrzeć z głodu.

344

— Dobrze — odrzekł cadyk — więc słuchaj: Jedź do domu i stań się złodziejem!

345

— Złodziejem mam być? — krzyknął. — Nigdy, przenigdy, umrę z głodu z żoną i dziećmi, a złodziejem nie będę…

346

— Powiedziałem ci — mówił rebe — że nie będziesz chciał tego zrobić, więc trudno, innego ratunku nie widzę dla ciebie.

347

Chaim wyjechał smutny i załamany z postanowieniem, że raczej zginie, a ręki nie wyciągnie po cudzą własność.

348

W domu upłynęło mu już dwa tygodnie od przyjazdu, żona i dzieci prosiły o chleb. Co robić? A tego by nie zrobił, ale żona, dzieci, cóż one winne? „Dla nich to muszę zrobić — myślał — nie mogę patrzeć na ich łzy”. Ale tu powstało u biedaka pytanie: „Jak ja się wezmę do tego, przecież na ulicy pieniądze nie leżą, żeby można było ukraść, więc nawet gdybym już zdecydował się, to nie potrafię… Ale cóż, trzeba próbować”. Najpierw pomodlił się, a później ubrał się odświętnie w pozostałą kapotę i sznurek rytualny do opasania się. Poszedł na strych, wynalazł kawałek gwoździa i czekał do północy. „Trudno, spróbuję”.

349

O północy, gdy udał się na wyprawę, całe miasto już spało. Czaił się przy murach domów, nareszcie z bijącym sercem zaczął przy jednym sklepie obmacywać zamek, nie wiedząc nawet, co robi. Wtem zamek się otworzył, wszedł więc do środka i wyciągnął z bufetu szufladę. Pełno tam było złotych, srebrnych i drobnych monet. Wyszukał miedziane pięć kopiejek i tak powiedział: „Boże! Pożyczam te pięć kopiejek na chleb, a gdy się wzbogacę, to oddam”. Z tym opuścił sklep. Rano, gdy właściciel wstał, narobił krzyku, gdyż zastał drzwi otwarte. Przybyła policja i okazało się, że brakuje tylko pięciu kopiejek. Policja łamała sobie głowę, co to może być.

350

Na drugą noc tak samo i tak po kolei, krzyk po mieście powstał, że co noc włamanie do innej firmy i nawet z żelaznych kas ginie tylko miedziane pięć kopiejek. To doniosło się do generała-gubernatora. Rozkazał on, by przy każdym sklepie postawić żołnierza na wartę, lecz i to nic nie pomogło. Pięć kopiejek jak ginęło przedtem, tak i teraz, a sztaby i zamki były otwarte. Generał-gubernator wydał rozkaz, żeby osobiście do niego przyprowadzić na śledztwo żołnierzy, co stali na warcie przy okradzionych sklepach. Żołnierz taki zaklinał się, przysięgał, że czuwał bezustannie, a nikogo nie zauważył. Generał postanowił rzecz sam wybadać. Wieczorem przebrał się za nocnego złodzieja i wyszedł na zwiady. Kroczył po bogatych ulicach, gdzie zwykle dokonywano pięciokopiejkowe kradzieże, nic nie spostrzegł. Już wracał do domu, gdy ujrzał Żyda, jak śmiało podchodził do sklepu jubilerskiego, żelazne drzwi momentalnie ustępują, a on wchodzi do środka.

351

Więc generał podążył za nim, widział, jak otworzył kasę ogniotrwałą, wyszukał pięć kopiejek i powtarzał jak zwykle, że pożycza tylko na chleb. A gdy się wzbogaci, to odda z procentem. Generał wsunął się po cichu za nim i kładąc mu rękę na ramieniu, rzekł:

352

— Nie lękaj się, ja też jestem złodziejem, więc jesteśmy koledzy po fachu i mnie nie powinieneś się obawiać.

353

Widząc, jak ten się przeląkł jego przybyciem, ciągnął dalej:

354

— Widzę, że potrafisz zamki otwierać, więc zróbmy spółkę. Na co ci brać po pięć kopiejek, nie bądź głupi. No, zgoda?

355

Żyd nie chciał się zgodzić, tłumaczył, że on nie jest żaden tam złodziej i że tylko pożycza i chciał wyjść. Generał wtedy rzekł do niego:

356

— O ile nie weźmiesz mnie za wspólnika, to cię wydam policji, jak wolisz?

357

Przy tym ujął go za kołnierz, ten nie chciał być skompromitowany, zgodził się pod warunkiem, że z tego sklepu nic więcej nie weźmie. Generał się roześmiał.

358

— Ja mam lepszą robotę, jak się tym razem uda, to będziemy najbogatszymi ludźmi w mieście, a więc słuchaj: już dawno szukam takiego jak ty, żeby potrafił być niewidzialnym i potrafił wszelkie przeszkody usunąć! Otóż znalazłszy ciebie, mój dawny plan wykonamy. W naszym mieście mieszka, jak ci wiadomo, generał-gubernator, bardzo bogaty. U niego w skarbie leży samą gotówką milion rubli, a drogich kamieni bez liczby, więc idźmy razem. Ja tam znam każdy zakątek w pałacu i wiem, gdzie skarbiec. Dostaniesz się do niego niedostrzeżony przez żołnierza, który pilnuje tego skarbu. Podzieliwszy się, zostaniemy bogatymi raz na zawsze, zgoda?

359

Żyd nie chciał się z początku zgodzić, lecz uległ pod różnymi groźbami. Udali się więc do pałacu. Po wejściu do środka generał wskazał mu drogę do skarbca, a sam został i przytuliwszy się do muru ogrodzenia, czekał jego powrotu. Po upływie pół godziny Żyd wrócił z niczym. Generał ze złości go spytał, co to ma znaczyć. Na to mu Żyd odrzekł:

360

— Byłem już przy samym skarbcu, wtem usłyszałem, jak człowiek wyglądający na lokaja rozmawiał z żołnierzem, który stał na warcie: „Gdy generał przyjdzie — mówił pierwszy — to mu dam herbaty lub kawy z trucizną. A później okradniemy skarb i uciekniemy za granicę”. Żołnierz się na to zgodził. Więc co ja miałem zabrać? Nie, nie mogę, lepiej napisać do generała, by nie pił herbaty. Wszak generał jest dobrym człowiekiem. Żal mi go…

361

Generał próbował jeszcze nalegać, by udał się z powrotem, ale nadaremnie.

362

Nareszcie rzekł do niego: „Ja z takim głupim złodziejem nie chcę już mieć nic wspólnego” i rozeszli się.

363

Gdy generał przyszedł do pałacu, już dniało, wszedł do swego gabinetu i zadzwonił na lokaja, żeby mu dał coś do napicia. Lokaj zapytał, co generał sobie życzy: herbaty czy kawy?

364

— Herbaty — odrzekł generał.

365

Za chwilę podał mu herbaty, wówczas zapytał lokaja, czy ona jest dość słodka.

366

— Tak, jest — odrzekł lokaj, a generał, przeglądając niby papiery, rzekł niedbale:

367

— Skosztujcie!

368

Lokaj zawahał się, generał spojrzał na niego i groźnie wydał rozkaz, żeby skosztował. Ten chciał cofać się do drzwi. Generał krzyknął, na to wezwanie wpadło kilku żołnierzy, którym kazał natychmiast lokaja okuć w kajdany razem z żołnierzem, co stał przy skarbcu, a następnie podał psu trochę herbaty, by przekonać naocznych świadków. Pies nie zdążył połknąć, gdy momentalnie padł martwy na podłogę. Po tym zajściu generał wydał rozkaz, żeby posłać kilku żołnierzy po tego a tego Żyda, gdyż wiedział już, gdzie zamieszkuje. Gdy go prowadzili przez ulice, zakutego w kajdany, nikt ze znajomych nie mógł się domyślić, o co tego cnotliwego człowieka posądzają. Nikomu nie przyszło nawet na myśl, że jest to pięciokopiejkowy złodziej, którego policja tak długo tropiła. Gdy przedstawili go generałowi, rozkazał go rozkuć i spytał, czy go poznaje, ten odrzekł, że nie. Wówczas generał zwrócił się do niego z tymi słowami:

369

— Pamiętasz, dziś w nocy to ja byłem tym złodziejem, a następnie nadałem ci tu robotę u generała, którym jestem, chciałem cię wypróbować, to mi uratowało życie. Żeby nie ty, te łotry by mnie otruły, więc tobie zawdzięczam ocalenie. Za to ode mnie masz pół tych pieniędzy, to jest pół miliona rubli, tak jakbyśmy to ukradli do spółki.

370

Wręczył Żydowi zaraz te pieniądze i od tego dnia stał się on bogatszy, niż był przedtem. Pooddawał wszystkie pożyczki po pięć kopiejek z wysokim procentem.

371

Oto cel cadyka, który kazał mu stać się złodziejem. Już przewidywał, co z tego wyniknie. Przeto, gdy on rozkaże, co robić, choćby to chwilowo wydawało się niedobre, trzeba jednak bezzwłocznie wykonać”.

372

Wszyscy byliśmy zachwyceni tą opowiastką i mnie utkwiła ona w pamięci tak, że dosłownie ją powtórzyłem. Takie różne historyjki nam często opowiadał, a naiwnych słuchaczy nigdy mu nie brakowało.

XVIII

373

Wieczorem mój kuzyn dawał mi lekcje hebrajskiego, jakiś czas żyliśmy w zgodzie, jednak długo to nie trwało, za dużo rozporządzał mną, więc pewnego dnia wywiązała się kłótnia i od tego czasu żyliśmy już w niezgodzie.

374

Z domu często otrzymywałem listy, najwięcej od matki, najmilszy był dla mnie dzień, gdy otrzymywałem wiadomość z domu, ojciec tylko pozdrowienie przysyłał, a od czasu do czasu kilka rubli. Tak upłynęło nieomal pół roku, nadszedł sierpień, za miesiąc miałem zamiar jechać do domu, już przeszło tydzień oczekiwałem na odpowiedź, czy mam przyjechać na święta, jednak odpowiedź jakoś nie nadchodziła, dziwiło mnie to tym bardziej, że nie było tygodnia, żebym nie otrzymał jednego listu.

375

Pewnego wieczoru, gdy siedziałem nad Talmudem i rozmyślałem, zbliżył się do mnie mazgijach, wypytał mnie o różne rzeczy, czego nigdy nie robił. A gdy odchodził ode mnie, spostrzegłem, że jakiś papier mu wyleciał. Podniosłem go, chcąc mu doręczyć, a on kazał mi przeczytać, co to za papier i naumyślnie oddalił się, spostrzegłem, że był to telegram. Papier wyleciał mi z rąk i straciłem przytomność.

376

Gdy przyprowadzili mnie do przytomności, zostałem odprowadzony przez kuzyna i jednego kolegę na stancję, rwałem sobie włosy z głowy. Biłem głową o ścianę. Żeby nie czuwali nade mną, to bym na pewno się zabił, nie mogłem się pogodzić z faktem, że moja ukochana matka już nie żyła, że została rażona atakiem serca i że jestem sierotą. Teraz wydawało mi się, że już nie mam dla kogo żyć i uczyć się, nie pomagały słowa pocieszenia różnych znajomych, płakałem po całych nocach.

377

Siedem dni żałoby przesiedziałem w jeszywecie nad modlitwami i psalmami za duszę mej ukochanej matki, zobojętniałem na wszystko, nie chciałem jeść, gwałtem więc przymuszano mnie do jedzenia. Po dwóch tygodniach rozchorowałem się tak, że mój kuzyn wysłał telegram, aby ktoś przyjechał.

378

Na drugi dzień już czuwała przy moim łóżku i pielęgnowała mnie siostra matki, teraz oboje, co spojrzeliśmy na siebie, to płakaliśmy. Zdrowy mój organizm przetrwał jednak chorobę i przychodziłem powoli do siebie, chciałem natychmiast udać się do domu, wypłakać się na jej grobie. Ale ciotka stanowczo nie pozwoliła mi do domu jechać.

379

Nawet na święta ciotka tłumaczyła mi, bym nie jechał, gdyż w domu bardzo smutno. Ojciec z rozpaczy, by nie patrzeć na sieroty, z których najmłodsza siostra liczyła dziesięć miesięcy, wyjechał w głąb Rosji. Obiecała jednak, że gdy w domu się trochę uspokoi, to mi napisze i wtedy będę mógł przyjechać. Musiałem jej ulec, po dwóch tygodniach pielęgnowania wyjechała z powrotem do domu.

380

Smutno mi teraz płynęły dni. Wreszcie nadeszła zima. Śmierć matki odczuwałem aż zanadto — z domu coraz mniej listów, pieniądze też jakoś nie nadchodziły. Dziesięć rubli pamiątkowych już dawno wydałem. Pisałem do domu raz i drugi, jednak nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Wszystko to świadczyło, jakby ktoś miał przyjechać do mnie. W tym mniemaniu oczekiwałem każdego wieczora przybycia pociągu, łudząc się nadzieją, że może kogoś z rodziny ujrzę — daremnie.

381

Pewnego jednak wieczoru spotkałem znajomego handlarza, Polaka pana S., który nieraz był gościem ojca. Ucieszyłem się też z tego spotkania niezmiernie. Opowiedziałem mu przy tej okazji o swym położeniu. Zostawił mi dziesięć rubli, obiecał, że gdy tylko wróci do domu, załatwi moje prośby. Zdziwiło mnie, że on nic nie wiedział o śmierci mojej matki. Sądziłem, że o tym powinien wiedzieć cały świat.

382

Nareszcie otrzymałem piętnaście rubli od ojca z zastrzeżeniem, że teraz ma inne kłopoty na głowie i dlatego powinienem sam sobie radzić bez jego pomocy, starając się o „dnie”, gdyż dalej na własnym stołowaniu nie będzie mógł mnie utrzymać. Dodał przy tym, bym w ogóle jak najmniej żądał od niego pomocy.

383

Popłakałem się przy czytaniu tego listu, ale cóż, trudno, postanowiłem się postarać o „dnie” i w tym celu udałem się na kraniec miasta, wiedząc, że tam najprędzej można je uzyskać, albowiem każdy „jeszywetanin” starał się o „dnie” jak najbliżej jeszywetu.

384

Po wielkich trudach i upokorzeniach otrzymałem na jednej z ulic przedmieścia poniedziałek, wtorek, środę i jeden dzień płatny w wysokości dziesięciu kopiejek, na drugiej zaś ulicy czwartek.

385

Pierwszy mój dzień wypadł w czwartek. Gdym przybył, gospodyni sama mnie obsługiwała przy stole. Kobieta ta była już nie pierwszej młodości, zachęcała mnie do jedzenia, a widząc, że się nią krępuję, wyszła do drugiego pokoju, skąd dolatywały mnie stłumione śmiechy. Jedząc, podziwiałem ten obficie zastawiony stół, cieszyłem się z tak dobrego miejsca. Po spożyciu obiadu, gdym odmawiał modlitwy, gospodyni weszła ponownie do pokoju, obserwowała mnie chwilę, a przy wychodzeniu podała mi w papierze drugie śniadanie, prosząc, bym przyjął. Obiad wyznaczyła mi na godzinę piątą punktualnie, do czego się ściśle stosowałem. Po spożyciu obiadu otrzymałem piętnaście kopiejek na kolację, a to dlatego, bym nie potrzebował wieczorem iść taki szmat drogi i błądzić po bezludnym przedmieściu.

386

Z „dnia” tego byłem niezmiernie zadowolony. Do najgłodniejszych dni w tygodniu zaliczałem wtorki, a tym „hojnym karmicielem” był zamożny właściciel oliwiarni. Bywało, że obiad dano na pięknych talerzach ze srebrną łyżką, na której widniał monogram G. S., lecz pokarm na tych talerzach był w znikomych porcjach. Podawano też chleb w bochenku, nęcący niezmiernie swym zapachem, niestety, zwykle zapominano podać noża, a przez grzeczność, która była niczym innym jak naigrawaniem się ze mnie, pytano, dlaczego chleba sobie nie ukroję. Wstydząc się poprosić o nóż, odchodziłem od stołu zwykle głodny.

387

Po pewnym czasie zmądrzałem. Kupiłem za trzy kopiejki nóż (cyganek) i tym już kroiłem sobie chleb. Wówczas mój karmiciel chwycił się innego sposobu: przestał mianowicie podawać chleb w bochenku, kładł teraz na talerz jeden lub dwa kawałki, a czasem były to nawet odpadki. Nadal więc wychodziłem głodny. Nic więc dziwnego, że na dzień czwartkowy czekałem jak na zbawienie, uzupełniałem wtedy braki w swoim organizmie z całego tygodnia. Toteż mimo oddalonego miejsca szedłem tam zawsze z ochotą.

388

Tak upłynęło kilka czwartków, aż pewnego dnia przyszedłem trochę wcześniej na śniadanie niż zwykle. Przestępując próg jadalnego pokoju, ujrzałem na środku stojące łóżko, a w nim moją gospodynię, obok której leżał jakiś rosły mężczyzna. Znalazłszy się w tak przykrej sytuacji, stanąłem zawstydzony, nie wiedząc, co robić ze sobą, dopiero po pewnej chwili cofnąłem się, by jak najprędzej opuścić ten dom. Widząc to, gospodyni prosiła mnie, bym się zatrzymał w kuchni, aż się ubierze, co też uczyniłem.

389

W chwilę później spożywałem śniadanie obsługiwany znów przez swą karmicielkę, ubraną w różowy szlafrok. Z jej zachowania się widziałem, że się mnie krępuje. Podczas śniadania mężczyzna ów, którym był rosyjski oficer, kpił sobie z niej, nie krępując się moją obecnością. Przymknąwszy oczy, by nie patrzeć na to zgorszenie, starałem się jak najprędzej spożyć podany mi posiłek i postanowiłem w duchu, że już nigdy tu nie wrócę. Po śniadaniu, nie odmówiwszy nawet modlitwy, wyszedłem. Za mną wyszła też gospodyni i gorąco mnie przepraszała. Nie odpowiadając nic, oddaliłem się szybko od tego domu. Do tej chwili nigdy nie uwierzyłbym, że ta dobra i szlachetna karmicielka jest zarazem właścicielką domu rozpusty, a do tego sama się oddaje, gdy przyjdzie kto z lepszych gości.

390

Wówczas nie miałem jeszcze pojęcia o tym, że na tej ulicy istnieje cały szereg czerwonych domków, w których w dzień okiennice są zamknięte, a wieczorem przed każdym z nich pali się czerwona latarnia.

391

Bo i skąd ja, słuchacz jeszywetu, mogłem o tym wiedzieć? Nie miałem też wyobrażenia o orgiach, jakie się odbywały w pokoju, w którym jadłem.

392

Żal mi było pozbyć się tego dobrego „dnia”, ale świadomość, że ta kobieta może mi nawet podawać jedzenie trefne, odstręczała mnie. Po przyjściu do jeszywetu pragnąłem zapomnieć o tym przykrym zajściu, zabrałem się gorliwie do nauki, postanowiłem zrezygnować z tego „dnia”.

393

Niestety, przed moimi oczyma cały czas stał ten widok, jaki zastałem przy wejściu… Rozmyślając o tym, nasuwały mi się wspomnienia z czasów mojego pobytu na pierwszej stancji i chwile spędzone w objęciach gospodyni. Wszystkie te wspomnienia pragnąłem zagłuszyć głośnym studiowaniem Talmudu. Daremnie! — chorobliwa wyobraźnia nie pozwalała mi o tym zapomnieć.

394

W takim stanie walki wewnętrznej oczekiwałem pory obiadowej. Starałem się w siebie wmówić, że przecież tam iść nie mogę. Nie wolno mi! Z tym rozsądkiem walczył żołądek. On też i zwyciężył. W oznaczonym czasie poszedłem na obiad, przy którym obsługiwała mnie ona, jak zawsze, a nawet czulej.

395

Pewnego czwartku przy obiedzie zaczęła się interesować moimi stosunkami rodzinnymi. Opowiadałem jej wszystko, rozczulałem się przy tym nad stratą matki, którą tak kochałem. Ona też zwierzyła się przede mną ze swego położenia, narzekając na ludzi, którzy wciągnęli ją w to bagno niemoralności.

396

Po tym zwierzeniu się kazała mi co dzień przychodzić, prosiła mnie, bym jej opowiedział swe kłopoty, a ona postara się mną zaopiekować jak matka. Zawahałem się nad tą propozycją, gdyż od śmierci matki, którą tak kochałem, stałem się naprawdę pobożnym i gorliwym uczniem jeszywetu. Byłem przekonany, że tym przyczynię się do uszczęśliwienia matki w raju. Wierzyłem święcie w to, codziennie odmawiałem za jej duszę odpowiednie modlitwy.

397

Propozycja ta, nad wyraz nęcąca, wszakże zwyciężyła, od dnia tego stałem się jej wychowankiem. Dłużej też przesiadywałem u niej i jakoś nie spieszyło mi się do jeszywetu. Tego nagłego przywiązania z mojej strony nie mogłem sobie wytłumaczyć. To nowe życie spowodowało, że zacząłem zaniedbywać naukę, lecz strzegłem się z tym przed mym kuzynem, który miał baczne oko na mnie.

398

Przypadek jednak zrządził, że wkrótce pozbyłem się tego opiekuna. Został on nagle wezwany do domu z powodu choroby ojca, co zdaje się było tylko wykrętem, a prawdziwa przyczyna leżała w tym, że dowiedzieli się o jego miłostkach, więc postanowiono go ożenić z odpowiednią panną i do tego z dużym posagiem.

399

Po jego wyjeździe, nie mając nikogo, kto by miał baczne oko na moje postępy, zaniedbałem się zupełnie w nauce, a czas wolny spędzałem na pogawędkach u mojej opiekunki. Coś nieokreślonego przykuwało mnie do niej, nie zdawałem sobie sprawy, do czego może doprowadzić to jakby współżycie.

400

Bywało często, że gdy siedziałem u niej wieczorem, podczas rozmowy naszej odwoływano ją do drugiego pokoju, do którego nigdy nie chciałem zajrzeć. Rozumiałem, że tam dzieją się rzeczy niezgodne z Talmudem. Oddalając się, opiekunka prosiła mnie zawsze, bym na nią poczekał, lecz nie mogąc się jej nieraz doczekać, bez pożegnania wracałem do domu. Opuszczałem wtedy z żalem ten pokój. W wypadku zaś, gdy zaraz wracała, spostrzegłem, że zachodziła w niej jakaś zmiana, żal mi jej było i wówczas zwracałem się do niej z prośbą, by porzuciła to życie występne. Tłumaczyłem, jak wielki grzech ona popełnia przez takie życie. A także o mękach w piekle nieraz wspomniałem.

401

Uśmiechnęła się wtedy smutno, mówiąc:

402

— Dzieciaku cnotliwy, nie bądź głupi, nic złego mi się nie stanie! A gdy będziesz starszy, zrozumiesz wtedy, że życie zmusza nieraz do grzechu.

403

Po pewnym czasie, widząc, że jej nie nawrócę na drogę uczciwą, wróciłem do jeszywetu i postanowiłem, że już nigdy tam nie pójdę.

404

W tym czasie zmieniłem też stancję, gdyż nie miałem czym opłacać komornego. Musiałem korzystać z łaski pewnego stolarza, który uważał za stosowne przyjść mi z pomocą jako uczniowi jeszywetu.

405

Niestety, moje postanowienie całkowitego zerwania z opiekunką N. było słabe. Nie oparłem się długo pokusie i wróciłem do niej. Tak upływał dzień za dniem i miesiąc za miesiącem. Ona otoczyła mnie swą opieką i nie tylko karmiła, lecz widząc zniszczone moje ubranie i obuwie, kupiła nowe. Mając taką opiekę, nie odczuwałem biedy, przykro mi jednak było i miałem żal do ojca, że zupełnie o mnie zapomniał. Pocieszałem się jednak myślą, że może to jest chwilowa próba, czy potrafię sobie dać radę w biedzie i wytrwać w nauce. Myślałem, że potem obdarzy mnie nadal swą opieką.

XIX

406

W takich warunkach powitałem rok 1913. Zima tego roku dała mi się dobrze we znaki. Mając dwie lekcje po 1 rublu 50 kopiejek za naukę pisania po żydowsku i hebrajsku, starczało mi to na drobne wydatki.

407

„Dnie”, które były nadal skromne, porzuciłem i po większej części jadałem u swej opiekunki. To nadużywanie jej dobroci usprawiedliwiał fakt, że zacząłem jej udzielać nauki pisania. Cieszyło mnie niezmiernie to, że robiła w nauce nadzwyczaj szybkie postępy, ale dziś, gdy o tym myślę, jestem przekonany, że ona umiała pisać, był to z jej strony wybieg, by mogła mi wydatniej pomóc materialnie.

408

Czułem nieraz, że ta opieka jest nieodpowiednia dla mnie, że idę złą drogą, dochodziło nieraz do tego, że po całych dniach nie zaglądałem do jeszywetu, za co grożono mi wydaleniem. Co gorsze, bywało, że nieraz nawet „Kadysz” (modlitwę za umarłych) zaniedbywałem, a przecież obowiązkiem mym było cały rok za matkę tę modlitwę odmawiać. Toteż miałem nieraz gorzkie wyrzuty sumienia.

409

W chwilach takich wracałem do jeszywetu, błagając Boga, by dał mi siły do walki ze złem. Odprawiałem pokutę, zagłębiając się w Talmud nawet po nocach. Wierzyłem w tę przestrogę, którą Talmud przytacza w słowach: „Gdy cię spotka szatan, to zaciągnij go do domu modlitwy, a nawet wtedy, gdyby on był tak twardy jak kamień lub żelazo, to go skruszysz”. Więc i ja szukałem ratunku, wysilając siłę woli, by usiedzieć nad Talmudem. Ta walka nigdy nie trwała ponad dwa lub trzy dni, po niej jakby mnie coś gnało, pędziłem do domu z czerwoną latarnią…

410

Wtedy ona czyniła wymówki, dlaczego o niej zapomniałem. Starałem się na nowo wmówić jej, że idzie drogą prowadzącą do gehenny i dlatego prosiłem ją, by zawróciła z drogi zła. Gdy jej tak perswadowałem, słuchała mnie pilnie, nie przerywając, lecz gdym skończył, wybuchała niepohamowanym śmiechem.

411

Po takich rozmowach powstał we mnie pewien wstręt do murów jeszywetu, chodziłem jak lunatyk. Koledzy zaczęli stronić ode mnie, spostrzegając we mnie dziwną zmianę.

412

Po pewnym czasie mego zaniedbywania w nauce zostałem zawezwany przed dyrektora jeszywetu. Po dwóch godzinach strofowania mnie i badania, co powoduje mój upadek, zapowiedział mi, że o ile się nie poprawię, to stanowczo mnie usunie z jeszywetu, o czym doniesie memu ojcu. Płacząc, obiecywałem swą poprawę, jednak nie przyznałem się do tego, co powoduje moje opuszczenie się w nauce. Byłem już o tyle mądrzejszy, że zamiast się przyznać jak w Ł., przeciwnie, starałem się wykręcić kłamstwem, co mi się też udało. Co prawda, ten rosajszywe był mniej uzdolnionym badaczem duszy ludzkiej, dlatego udało mi się to kłamstwo.

413

Zbliżała się wiosna. Piękno natury podziałało na mnie dodatnio. Zacząłem szczerze pracować nad swą poprawą, wróciłem do nauki i gorliwie studiowałem Talmud. Zrozumiałem teraz bezpodstawność mego zamiaru nawrócenia opiekunki. Przestałem do niej chodzić, żywiłem się z „kotła”, przy czym otrzymywałem stałą zapomogę jeszywetu po 20 kopiejek tygodniowo.

414

By wytrwać i nie ulec znów pokusie, postanowiłem opuścić to miasto i na święta udać się do domu z zamiarem niewracania tutaj nigdy.

415

Pragnąłem jechać do domu, by dowiedzieć się, co wpłynęło na to, że od śmierci matki nikt nie pisał do mnie, ani też nie interesował się mym życiem. Takie postępowanie ojca bolało mnie bardzo. Pragnąłem więc uchylić rąbek tej tajemnicy i uzyskać z powrotem przychylność ojca.

416

Na kilka dni przed świętami „Paschy” wybrałem się więc w podróż koleją w rodzinne strony. Niestety, nie mając odpowiednich funduszów, musiałem zgodzić się zostać pasażerem z prawem jazdy pod ławką za zgodą pana konduktora, który za tę przyjemność pobierał 75 kopiejek; stanowiło to jedną czwartą ceny biletu.

417

Miejsce to było nader nieprzyjemne, duszność, smród i kurz dokuczały mi niezmiernie, jednak na opuszczenie tego miejsca brak mi było odwagi, trzymałem się więc ściśle słów konduktora, że da mi znać, kiedy będę mógł wyjść ze swego ukrycia. Po kilku godzinach tej męczącej podróży zasnąłem. Wkrótce jednak obudzony zostałem mocnym szarpnięciem. Ktoś ciągnął mnie za nogi, złorzecząc zwyczajem rosyjskim. Był to pan kontroler, który się potknął tak silnie o moje nogi, że upadł.

418

Zaspany i przestraszony tym nagłym przebudzeniem i do tego okładany kułakami, ledwo zrozumiałem, o co chodzi. Ten sam konduktor, który pobrał ode mnie 75 kopiejek, trzymał mnie teraz mocno za kołnierz wykrzykując, bym pokazał bilet. Gdym zaczął się tłumaczyć, że pan konduktor wziął ode mnie pieniądze, wówczas szarpnął mną tak mocno, że nie byłem w stanie dalej nic mówić. Wreszcie oddano mnie w ręce żandarma. Ten przede wszystkim zapytał o dokumenty. Po wylegitymowaniu zostałem odesłany transportem do powiatu.

419

Po pewnym czasie przybył po mnie furman z rodzinnego miasta. Na znak gwarancji postawił trzy znaki na dużym arkuszu papieru, po czym zabrał mnie do domu. Po drodze rozmyślałem, co też mnie czeka po roku nieobecności.

420

Pragnąc dowiedzieć się, co słychać w domu, zapytałem się furmana, lecz ten niechętnie odpowiadał na moje pytania, zbywając mnie półsłówkami, z czego wywnioskowałem, że nie jest on przychylny dla naszego domu. Był to ten sam furman, z którym swego czasu jechałem na pierwsze święta z jeszywetu, idąc koło wozu. Miał on tym razem o wiele lepsze konie, toteż nie potrzebowaliśmy iść pieszo. Jazda była wolna i pozwalała na swobodne kiwanie się.

421

Między jadącymi było kilka osób znajomych, które z politowaniem patrzyły na mnie jako na sierotę, a nawet wśród kobiet znalazły się takie, które poczęły wychwalać zalety mej matki. Zewsząd padały pytania, tak, że nie wiedziałem, na które wpierw mam odpowiedzieć.

422

Między nami jechał też aptekarz z miasteczka, Polak. Zainteresował się mną, a gdy go poinformowano, że kształcę się na rabina, zadał mi klika pytań: „Za którego króla do Polski przybyli Żydzi? Jak nazywa się ta część świata, gdzie leży Palestyna?” I wiele innych. Niestety, na żadne z tych pytań nie potrafiłem odpowiedzieć.

423

Po tym egzaminie zaczął się śmiać, a gdy mu na jego pytanie, ile mam lat, odpowiedziałem, że siedemnaście, wówczas wybuchnął śmiechem tak głośnym, że wszyscy spojrzeli na niego ze zdziwieniem. Widząc moją smutną minę, zagadnął mnie: „Co w ogóle was tam uczą w jeszywecie?” A gdym zawstydzony i na to pytanie nie miał odpowiedzi, przyszedł mi z pomocą jeden sklepikarz J. i wytłumaczył mu, że uczą tam o Jehowie i rzeczach poważnych, dlatego nie potrafię odpowiedzieć na te pytania. Aptekarz śmiał się jeszcze bardziej, obrażony tym J. rozpoczął wówczas dyskusję na temat nauki świeckiej. W tej bowiem J. uchodził w naszym miasteczku za mędrca. Przy każdej sposobności zwykł był popisywać się swą uczonością, a nawet, jak sam twierdził, napisał pewnego razu prośbę do samego policmajstra, z czego był dumny. Dyskusja przybierała coraz gwałtowniejsze formy, tak że dochodziło do kłótni. J. wreszcie nazwał aptekarza antysemitą, na co znów ten odparł, że wobec takiego rozumowania jest głupszy niż konie ciągnące wóz.

424

Co do mnie, to muszę przyznać, że pomimo mej kompromitacji, jaka mnie spotkała z powodu jego egzaminu, odczuwałem, że on ma rację i jeżeli nawet krytykuje system nauki w jeszywetach, to nie przez antysemityzm, lecz ze względu na niepraktyczny system.

425

Cały czas dyskusji siedziałem cicho, nie wtrącając się do niej, przygnębiony myślałem o domu i o tym, co mnie w nim czeka.

426

Była już północ, w miasteczku panowała cisza, gdyśmy stanęli na środku rynku. Wychodząc z budy, aptekarz podał mi rękę, mówiąc: „Idziemy razem, gdyż mieszkam obok was”. Po drodze pocieszał mnie, że to nie moja wina, radził przy tym, bym na przyszłość starał się pogłębić wiedzę w tym kierunku, z tą zachętą pożegnał mnie.

427

Gdym wszedł w podwórze i spojrzał w okna mieszkania rodziców, załkało we mnie serce z żalu za matką. W myślach pragnąłem rozwiązać zagadkę, co za kobieta mi ją zastępuje i jaką też dla sierot będzie opiekunką — matką. Modliłem się w duchu, by Bóg natchnął ją dobrym dla nas uczuciem.

428

Podczas tego rozmyślania wspomniałem o przestrodze matki, jakiej mi udzieliła z racji mego ostatniego pożegnania. Słowa jej: „Pamiętaj, żebyś był człowiekiem” paliły mnie, bo czułem, że nie idę tą drogą, ale wkraczam na przeciwną. Chwilę potem zapukałem w okno kuchni. Otworzyła mi drzwi dawna służąca, ściskając mnie, rozpłakała się. Za jej przykładem zaszlochałem na głos.

429

Powitanie ojca było tak chłodne, że wyczułem jego niezadowolenie z mego przybycia. Za chwilę ujrzałem wysoką, młodą kobietę w szlafroku. Przyglądała mi się chwilę, później uściskała mnie bardzo czule, czulej niż ojciec. Zrozumiałem, że ona od dziś będzie zastępowała mi matkę i na to wspomnienie wybuchnąłem ponownie płaczem, czując żal do ojca, iż wprowadził inną kobietę do domu naszego. Spostrzegłem, że ojciec odmłodniał i że jest prawie zadowolony z obecnego położenia, ba, nawet zaleciało od niego zapachem perfum, co się nigdy dawniej nie zdarzało.

XX

430

Obudziwszy się rano, spostrzegłem nowy garnitur, kamaszki i bieliznę, przyszykowane obok łóżka. Dzień ten przeszedł mi na wspomnieniach, a wieczorem rozpoczęły się uroczystości świąteczne. Nastrój przy stole panował na pozór taki sam jak dawniej, tylko miejsce obok ojca zajęła inna kobieta. Gdym spojrzał na ten fotel, w którym dawniej siedziała matka i z którego wzrokiem ogarniała swą gromadkę, wybuchnąłem znowu płaczem, a ze mną brat i siostra. Płacz ich nie był tak serdeczny, ale wyczuwałem, że i im brak ukochanej matki.

431

Ojcu, jak zauważyłem, potoczyły się także łzy. Macocha, widząc ten nasz ból, wstała, a zasłoniwszy sobie twarz chusteczką, wyszła do drugiego pokoju. Ojciec począł nas uspokajać, co mu niełatwo ze mną poszło. Długo jeszcze łkałem, nim zapanował spokój. Pierwszy raz w swym życiu odczułem szczerą, ojcowską miłość. Tego wieczoru otaczał mnie naprawdę czułą opieką. Tłumaczył mi, że krok ten uczynił dlatego, byśmy nie zostali bez zupełnej opieki.

432

Smutno też upłynęły te pierwsze święta „Paschy” po śmierci matki, chociaż macocha starała się okazać nam tyle dobroci, byśmy bólu nie odczuwali tak srogo. Niestety, chociaż brat i siostra mniej odczuwali brak matki, ja jednak nie mogłem nakłonić się, by obdarzyć macochę swym zupełnym zaufaniem.

433

Po świętach dowiedziałem się od ojca, co wpłynęło na oziębienie się stosunków między nami. Oto kuzyn w jednym z listów skarżył się na mnie, że mając się dobrze, zaniedbuję naukę. Radził więc ojcu, żeby mnie w biedzie podtrzymał, to prędzej wyjdę na człowieka, oprócz tego doniósł o wielu moich wybrykach. Gdym się o tym wszystkim dowiedział, opanował mnie taki gniew na niego, że wszystko, co tylko o nim wiedziałem, powiedziałem ojcu.

434

Ojciec, śmiejąc się z mej złośliwości, zapytał mnie, co myślę nadal ze sobą robić. Na to nic nie odpowiedziałem. Z braku mej odpowiedzi wyciągnął ojciec wniosek, że pragnę zostać w domu. Wobec tego stanu ojciec wypowiedział swe zdanie, jak zamierza mną nadal pokierować: „W domu zostać nie możesz” — mówił — „więc oddam cię na praktykę, bo tej mądrości jeszywetowej, zdaje się, masz dosyć”. Ostatnie jego słowa były dość złośliwie wypowiedziane.

435

Nie wiem sam, czy już wówczas czułem niechęć do wszelkiej pracy fizycznej. Nie chciałem jednak zostać żadnym rzemieślnikiem. Rozmyślając zaś nad tym, dlaczego ojciec nie chce mnie w domu, całą winę złożyłem na macochę. Posądziłem ją, że to jej pomysł. Pragnąc zaś dowieść, że nie uda jej się ten podstęp, odpowiedziałem ojcu w tonie stanowczym, iż postanowiłem wrócić do jeszywetu, by spełnić dane przyrzeczenie matce.

436

Odpowiedź moja ojcu nie spodobała się. Rozgniewał się na mnie i odparł, że mogę jechać, gdzie chcę, ale ani jednego grosza od niego więcej nie dostanę, jest bowiem przekonany, że ze mnie rabina nie będzie. Na tym skończyła się moja sprzeczka z ojcem.

437

Na drugi dzień po tej rozmowie posłany zostałem przez ojca do jednego z dłużników po odbiór osiemdziesięciu dwóch rubli za mąkę. Gdym pieniądze odebrał, powstała w mej głowie szalona myśl: „Masz pieniądze, możesz jechać, gdzie chcesz…” Z początku sama ta myśl przestraszyła mnie, lecz przypomniane słowa ojca: „możesz jechać, gdzie chcesz” wywołały w mej wyobraźni takie rozgoryczenie, że myśli moje uporczywie biegły ku temu, by udać się w świat. Z tym teraz walczyły słowa przykazania: „Nie kradnij”. Lecz i na to ostrzeżenie znalazło się wyjaśnienie w moim pojęciu, mianowicie, że pieniądze są ojca, a więc przywłaszczając je sobie, nikomu krzywdy nie zrobię. Tak walcząc ze sobą, zamiast iść do domu, udałem się za miasto.

438

Piękny to był dzień. Nie zdając sobie sprawy z tego, co czynię, dokąd kroczę, znalazłem się na drodze wiodącej do miasta R. Takiej sumy nie posiadałem nigdy przy sobie, toteż dodawało mi to bodźca, że dam sobie w życiu radę. Rozmyślając tak i co chwila sprawdzając, czy mam wszystkie pieniądze przy sobie, znalazłem się przy promie odległym od miasta o dwie wiorsty. Przewoźnik, przypatrując mi się bacznie, wypytywał się, dokąd idę. Poznał mnie, gdyż bywał w naszym domu. Chcąc uniknąć prawdy, kłamałem, jak tylko mogłem. Opowiedziałem, że ojciec posłał mnie w ważnej sprawie do majątku G., do pana dziedzica. Majątek ten wymieniłem, wiedząc, iż leży po drodze odległej stąd o dwa kilometry.

439

Sam się dziwiłem swoimi zdolnościami do tak gładkiego kłamstwa, nikt mnie przecież tego nie uczył i było to przeciwne mojemu charakterowi. Przyszło mi tu na myśl zdanie z Talmudu: „Awejro greres awejro!” (grzech pociąga grzech!).

440

A może zawrócić, póki jeszcze czas, pomyślałem, zdając sobie sprawę z mojego czynu i skutków, jakie za sobą pociągnie, jaki to na przykład będzie rwetes w domu i jakie znów będą plotki chodzić po miasteczku. Lecz jakby popychany jakąś złą, nie znaną mi siłą, po przebyciu Narwi szedłem wciąż dalej i dalej. Minąłem wielką wieś G. i zbliżałem się do miasteczka R., położonego o dziesięć kilometrów od naszego domu.

441

W miasteczku dowiedziałem się, że niedaleko stąd znajduje się stacja kolejowa i że pociąg odchodzi raz na dobę, przystając na tej stacji na krótką tylko chwilę. Toteż dołączyłem się do kilku pasażerów udających się na kolej i po zapłaceniu 10 kopiejek zająłem miejsce na furmance, która tam zdążała. Przybyliśmy za wcześnie. Musieliśmy czekać na pociąg do godziny dwunastej w nocy.

442

Dziwna rzecz, pod moimi stopami, rzec można, paliła się ziemia. Gdy tylko ktokolwiek zapytał, dokąd jadę lub nawet tylko spojrzał, zdawało mi się, że już wie, com za jeden, skąd jestem, że już czyta na moim obliczu słowo „złodziej” i gotów jest oddać w ręce groźnego „Matwieja”. Lękałem się własnego cienia. Pożałowałem teraz, żem uczynił nieopatrzny krok. Ale cóż, zawrócić było już niemożliwe. W naszym miasteczku zapewne teraz o niczym innym nie mówią, jak tylko o mojej ucieczce. A więc „mosty spalone”, co ma być, niech będzie. Dłużej zatrzymałem się na myśli, dokąd mam się udać. Jedno już wszakże było zdecydowane, że do posępnych murów jeszywetu nie wrócę. Pójdę w świat… Wszystko jedno dokąd! Czułem pieniądze w kieszeni, a więc jakoś tam będzie…

443

Za dwa dni znalazłem się w dużym, obcym dla mnie mieście, w Wilnie. Większą część dnia wałęsałem się bez celu po ulicach, gdy zaś odczuwałem głód, zachodziłem do tej lub innej herbaciarni. W jednej z nich zawarłem znajomość z Żydkiem, który twierdził, że pochodzi z moich stron. Wierzyłem mu, gdyż opowiadał mi o ludziach, których znałem. Po półgodzinnej rozmowie tak mnie ujął, że już zwierzyłem mu się z moich podróżniczych zamiarów, a także z tego, że posiadam pieniądze i skąd je posiadam. Słysząc to, Żydek tak wielką zapałał do mnie przyjaźnią, iż postanowił razem ze mną udać się w świat.

444

Od tej chwili nie odstąpił mnie już na krok. Wieczorem zaś zaprowadził mnie do pewnego domu na jedną z dalszych ulic, gdzie miała mieszkać rzekoma jego krewna i gdzie mogę być bezpieczny przed ewentualnym pościgiem ojca.

445

Przyjęła mnie młoda kobieta. Po zaznajomieniu z nią mój przygodny znajomy objaśnił mnie, że mogę tu być jak u siebie w domu. Następnie przeprosił i wyszedł pod pozorem załatwienia jakichś nie cierpiących zwłoki spraw.

446

Gdy znaleźliśmy się sami, młoda kobieta, uśmiechając się tajemniczo, poprosiła, bym zajął miejsce obok niej na kanapie. Propozycja nieco mnie zdziwiła, jednak po pewnym wahaniu uczyniłem zadość jej życzeniu. Zauważyłem, iż jest nadzwyczaj ładna, tak przynajmniej mi się zdawało. Toteż z przyjemnością odpowiadałem na jej zapytania, a gdy w pewnej chwili ujęła mnie za rękę i pociągnęła bliżej do siebie, zbytnio nie opierałem się. Zachęta zaś jej, bym był śmiały, do reszty mnie pobałamuciła, tak że bliski byłem, by skorzystać z jej propozycji…

447

Nagłe szarpnięcie przyprowadziło mnie do przytomności. Obejrzałem się. Przede mną stał mężczyzna nie znany mi, w starszym już wieku, w groźnej postawie. Kobieta, przerażona, odskoczyła ode mnie; a ja, nie orientując się wcale w tym, co zaszło, siedziałem bezradny, zdziwiony i przestraszony.

448

On zaś, podnosząc pięść nad moją głowę, krzyczał: „Ty szczeniaku jeden… przyszedł mi tu żonę bałamucić!… Ja cię nauczę rozumu!…” Kobieta, widząc grożące mi niebezpieczeństwo, rzuciła się między nas i zasłoniła mnie sobą.

449

Cała historia skończyła się tym, że za chwilę zostałem wyrzucony na ulicę „goły”, jak to mówią „jak święty turecki”, gdyż zabrano mi w trakcie tego cały mój kapitał. Zrozumiałem wtedy, że padłem ofiarą tego, co ludzie nazywają „złodziejem”, o takich złodziejach już coś niecoś słyszałem u mej opiekunki Nr 2.

450

Sprytnie obmyśloną tę komedię, a niemniej też i dobrze zagraną przez kompanów, zapoczątkował mój przygodny znajomy z kawiarni.

451

Później, gdy sam już należałem do tego świata i poznałem arkany i sztuki złodziejskie i gdy nieraz przyszło się spotkać z tym „zacnym” towarzystwem”, śmiano się ze mnie i z mej dawnej naiwności. Sam z tego wówczas się śmiałem i uznawałem ich zasadę, że „z frajera dusza won, jak z konia para”, co mniej więcej odpowiadało temu, iż kto daje się nabrać, trzeba go wykorzystać do ostatka.

452

Nastąpiły smutne dni. Zostałem bez grosza. Nie wiedziałem, co ze sobą począć. Łaziłem bezcelowo po ulicach, przystawałem przed wystawami sklepów, najdłużej zaś przed tymi, gdzie wystawione były artykuły spożywcze, głód bowiem odczuwałem od dawna. Nie lepiej też przedstawiała się sprawa z noclegiem. Wreszcie zdecydowałem się przenocować w domu modlitwy. Tam się więc udałem. Po przybyciu rychło zwróciłem na siebie uwagę szamesa. Spostrzegł, iż jestem tu obcy, gdyż przesiedziałem tu dłużej niż czyni to nawet najbardziej pobożny Żyd, wówczas zainteresował się mną bliżej. Zawarliśmy znajomość.

453

Był to człowiek lat około pięćdziesięciu. Wydał mi się bardzo sympatyczny. To i owo opowiedziałem mu o sobie. Jak widać, podobałem mu się, w wyniku bowiem tej znajomości dopuścił mnie do pomocy w swoich czynnościach, a więc podmiatałem, robiłem porządek itd.

454

Otrzymałem za to od szamesa pożywienie. Po naszej pracy zwykle odpoczywaliśmy, spędzając czas na pogawędkach. Otóż pewnego razu posunąłem swe wynurzenia do tego stopnia, iż przyznałem mu się, że byłem uczniem jeszywetu, pomijając ma się rozumieć fakt okradzenia ojca, ograniczając się zaś tylko do krótkiej wzmianki, że byłem synem zamożnych rodziców, a teraz jestem sierotą. Słysząc to, szames poderwał się z miejsca i począł mi czynić wymówki, dlaczego tak długo o tym skrywałem, bo on wówczas całkiem inaczej by mnie traktował i nie pozwoliłby wykonywać prostej roboty, która nie przystoi dla ucznia jeszywetu. I rzeczywiście od tego momentu sytuacja moja zmieniła się na lepsze.

455

Wkrótce za staraniem szamesa otrzymałem posadę nauczyciela języka żydowskiego na prowincji, dokąd też i pojechałem…

XXI

456

Był początek maja. Przybyłem do wsi G.[50], która leżała nad brzegiem Niemna, otoczona z dwóch stron pięknym lasem i pagórkami. Było to miejsce kuracyjne, specjalnie wyróżnione przez Żydów. Dom, a raczej willa, którą mi wskazano, otoczona była szklaną werandą i wyróżniała się ód innych. Po wejściu tam otoczony zaraz zostałem przez liczną rodzinę, z mężczyzną lat czterdzieści sześć na czele, wspaniale się prezentującym. Mój przyjazd był spodziewany, zostałem bardzo życzliwie przyjęty.

457

Po wstępnej znajomości zaproszono mnie do stołu i częstowano herbatą z konfiturami. Właściciel w toku rozmowy delikatnie wypytywał mnie, skąd pochodzę, pytał o stosunki rodzinne, a wreszcie poruszył sprawę mojego wykształcenia. Moje odpowiedzi wypadły jak najlepiej, gdyż egzaminator, widziałem, był zadowolony i zaraz też przeszedł do omówienia warunków. Co do mnie, pomyślny wynik przewidziałem już na wstępie rozmowy, albowiem zauważyłem, że o wiele mocniejszy jestem w nauce od swego egzaminatora, gwarancją na to były te głośne zachwyty obecnych, wyrażone po każdej mojej trafnej odpowiedzi. Ocena mego wyglądu zewnętrznego, jak widziałem, niemniej wypadła dla mnie korzystnie, dowodem czego były częste, dyskretnie rzucane w moją stronę spojrzenia córki właściciela willi.

458

Umowa stanęła na tym, że do świąt Nowego Roku miałem otrzymać 50 rubli wynagrodzenia, przez cały zaś ten czas utrzymanie i mieszkanie kolejno, najpierw u pana B., potem i u niego.

459

Od tego dnia musiałem poświęcić kilka godzin dziennie na nauczanie czterech uczniów pięciorga ksiąg Mojżesza i Proroków oraz pisania po żydowsku i hebrajsku.

460

Gdy ujrzałem moich uczniów, prawie że się zląkłem. Jeden, chociaż miał tylko piętnaście lat, wyglądał na wiele starszego, był przy tym wyższy ode mnie. Drugi wprawdzie był trochę niższy, ale za to silnej budowy, wyglądał na atletę. Jeżeli zaś przyjąć pod uwagę to, że obaj byli wygimnastykowani pod kierownictwem studenta, który im wykładał świeckie[51], więc uzasadnionym będzie, gdy spostrzegając taki stan rzeczy, w duchu wówczas pomyślałem sobie, że z takimi uczniami trzeba być ostrożnym, gdyż przy lada okazji mogą mi sprawić lanie.

461

Jak przyszłość wszakże wykazała, obawy moje były płonne, gdyż moi uczniowie w czasie lekcji zachowywali się wzorowo i bynajmniej żadnych złych zamiarów względem mnie nie okazywali, na odwrót, nawet po lekcjach zaszczycali mnie swoją przyjaźnią i uważali za godnego towarzysza swych zabaw, z rzadka się tylko śmiejąc z mojej niezgrabności, gdy na przykład trzeba było dosiąść konia lub gdy nieodpowiednio kierowałem łódką. Poza tym jednak dopisywałem im wszędzie, a więc bądź to w harcach na polach lub na łowieniu ryb, czy to zbieraniu jagód w lesie. Życie w tym uroczym zakątku Kowieńszczyzny płynęło mi bez troski i przyjemnie.

462

Wspominając o czterech uczniach, wyszczególniłem tylko dwóch, a więc muszę dodać, że dwóch innych było dziećmi niemniej zamożnego sąsiada pana B. O nich wszakże nic szczególnego powiedzieć nie mogę, gdyż byli to młodzieńcy nie odznaczający się niczym osobliwym. Wspomnieć za to muszę o ich mamie. Otóż była to osóbka ciężkiej wagi, ważyła bowiem ni mniej ni więcej, tylko 112 kg. Była matką pięciorga dzieci, czterech synów i jednej córki. Nie przeszkadzało to jednak wcale, by pani B. uważała siebie za wcale jeszcze powabną osóbkę. Kłopot jej tylko sprawiała stale przybierająca tusza.

463

Pewnego nawet razu, uważając mnie już zupełnie za domownika i sądząc zapewne, iż o tych mądrościach wyczytałem w Talmudzie, zapytała, co ma czynić, ażeby pozbyć się otyłości. Daleki będąc od medycyny, nie mogłem, rzecz zrozumiała, zdobyć się na żadną praktyczną radę.

464

Widząc moje zakłopotanie, zaproponowała, ażebym sprawdził osobiście rozmiary jej otyłości i podniósł ją. Gdy zawstydzony tą nagłą propozycją, nie ruszyłem się z miejsca, wówczas szarpnęła mnie za ramię zmuszając, bym zadość uczynił jej prośbie. Na szczęście z tej kłopotliwej sytuacji wybawiła mnie córka, która akurat niespodziewanie weszła do pokoju.

465

Od tego czasu starałem się, by nigdy już nie zostać z nią sam na sam. Możliwe, że nic mi złego z jej strony nie groziło. Jednak nie dochodząc i rzeczywistych jej zamiarów, za przyjemniejsze uważałem obcowanie z jej córką.

466

Córka było to siedemnastoletnie śliczne dziewczę, wychowane wśród piękna przyrody, jak barwny polny kwiatek mamiący swymi wdziękami byle owada. W tym wypadku też coś podobnego zachodziło. Wyjątkowo tylko który chłopiec we wsi nie był w tej dziewczynie zakochany.

467

Najbardziej zaś rzucało się to w oczy w stosunku do najstarszego syna państwa L. Ten chłopiec w pięknej Sarze zakochany był wprost, jak to mówią, na zabój. Matka jak mogła, tak strzegła swego skarbu, ale ponieważ była osobą, jak wiemy, z powodu otyłości mało ruchliwą, więc nie zawsze mogła córkę upilnować. Łatwo jej to przychodziło tylko wtedy, gdy córka wbiegła do mojego pokoju na pogawędkę. Rychło to spostrzegała i zaraz ją odwoływała. Zresztą obawa matki co do córki zupełnie była nieuzasadniona. Dziewczyna wprawdzie flirtowała prawie z każdym, jednak dalej od tego nic nie zaszło. Miłość głębsza nie zarzucała na nią jeszcze swoich sieci. Jej śpiew zaś roznosił się wokoło, raniąc serca chłopców, żenując czasem starszych, gdy na przykład wyśpiewywała naiwnie zwrotki popularnej rosyjskiej piosenki: „Na czto mnie żenitcja, kogda nocz mała[52] itd.

468

Co się tyczy syna państwa L., to rodzice na romans ten zapatrywali się nieprzychylnie i nie przydawali takowemu większej wagi i znaczenia, albowiem dalecy byli od tego, by dopuścić do związku małżeńskiego z córką pani B., solidnej co do tuszy, mniej wszakże podobno solidnej w innym kierunku. Oto pod wielkim sekretem dowiedziałem się, że wokół krążą plotki, jakoby ojcem pięknej córki nie był Żyd…

469

Z powodu mojej zażyłości z uczniami miałem niejedną przykrą chwilę ze strony najmniej spodziewanej. Oto w tejże wsi żył na stałe osiadły i ożeniony z miejscową dziewczyną mężczyzna lat trzydziestu, dość przystojny, który praktykował w zawodzie nauczyciela. Zorganizował on tu sobie szkołę, coś na kształt chederu, w którym grupował dwadzieścioro dzieci rodziców mniej zamożnych i wykładał im nauki początkowe. W jego to osobie spotkałem ostrego krytyka swoich postępków. Po bliższej znajomości, gdy się przekonał, że w niczym mu nie ustępuję w wiedzy, a nawet obszerniej od niego dużo rzeczy wiem, zaczął z innej beczki. Przy każdym spotkaniu wymawiał mi, że nieodpowiednio się prowadzę, że nie powinienem brać udziału w zabawach moich uczniów, że w ogóle moje zachowanie kompromituje powagę nauczyciela itd. Do pewnego czasu słuchałem cierpliwie tych wywodów, nic sobie z tego nie robiąc, gdy zaś ponawiały się one coraz częściej i ostrzej, wówczas dałem mu taką odprawę, że w pierwszej chwili skoczył nawet do bicia, widząc wszakże mój spokój i gotowość odparcia ataku, opanował się i oddalił.

470

Od tego czasu zaprzestał osobliwych napadów, za to przy lada sposobności oczerniał mnie przed innymi i rozpowszechniał wprost niewiarygodne plotki.

471

Cierpiałem z tego powodu bardzo, lecz tłumiąc w sobie gniew, znosiłem i nie reagowałem zupełnie.

472

Nadszedł lipiec. Przeszedłem na utrzymanie do bogatego p. L. Do tego czasu rzadko tam bywałem.

473

Związane to zwykle bywało z przyjazdem p. L., który mając rozległe interesy, więcej przebywał poza domem. Przy szklance herbaty, mając mnie przed sobą, pan L. lubił zazwyczaj pofilozofować i popisać się swoją uczonością. Znajdował we mnie cierpliwego słuchacza. W niczym mu nie przeczyłem. Lubił mnie za to. Przed żoną miał ponoć oświadczyć, że jestem rozsądny chłopak.

474

Zdarzało się też, że czytałem po hebrajsku i tłumaczyłem po żydowsku. Słuchano mnie z ciekawością. Wśród moich słuchaczy znajdowała się również córka gospodarza. Najwięcej mnie ona intrygowała, gdyż ani razu nie zaszczyciła mnie rozmową, a nawet zapytaniem. Czekała zapewne, ażebym pierwszy to uczynił. Nie miałem wszakże do tej pory takiej sposobności, gdyż zawsze stroniła od towarzystwa i nigdy nie przyjmowała udziału w naszych zabawach i wycieczkach.

475

Teraz więc, gdy przyszedłem do tego domu, sytuacja gruntownie się zmieniła, sposobność taka lada moment mogła się nadarzyć. Widziałem, że z mojego przybycia jest zadowolona.

476

Moi chlebodawcy, państwo L., byli ludźmi bardzo dobrymi, a do tego zamożnymi. On był właścicielem majątku ziemskiego oraz kupcem leśnym. Dzięki jego ruchliwości cała ogromna wieś miała dość spore poboczne dochody w prowadzonym przez niego przemyśle drzewnym.

477

Umieszczono mnie w pięknym, jasnym pokoju. W nim odrabiałem lekcje z moimi uczniami. Oprócz tego pracowałem tutaj parę godzin dziennie nad uporządkowaniem obszernej, zaniedbanej biblioteki, składającej się z wszelkiego rodzaju dzieł w języku hebrajskim, nie wyłączając też innych. Lubiłem to zajęcie, gdyż oglądając wszystkie książki, spostrzegłem wśród nich sporo naukowych, a także z beletrystyki. Zainteresowałem się zwłaszcza tymi ostatnimi, albowiem wprowadzały mnie w zupełnie obcą krainę i rozszerzały znacznie horyzont mojego dotychczasowego myślenia.

478

Do tego czasu, pozostając w rygorze chederów i jeszywetów, prawie że nie miałem sposobności mieć w rękach jakiej bądź książki poza religijną. Powiedziałem: „prawie”, był bowiem wyjątek, opisać go tu muszę: po pierwsze dlatego, że jest charakterystyczny ze względu na poznanie stosunków jeszyweckich, po wtóre pamiętam jeszcze o karze, jaka mnie wówczas za czytanie „nielegalnej” książki spotkała.

479

Syn fabrykanta, ten właśnie, który szukał zwolenników do golenia, przyniósł do jeszywetu książkę pod tytułem Don Kichot w żydowskim przekładzie. Rzecz naturalna, ten owoc zakazany był przez wtajemniczonych czytany z ogromnym zainteresowaniem i to w trakcie odbywających się talmudycznych wykładów. Talmud dość był obszerny, by w jego objęciach zmieścił się mały stosunkowo Don Kichot i ukrył go przed niedyskretnymi oczyma. Zresztą, gdy ktoś z obcych zanadto się zbliżał, wówczas współprzestępca kaszlaniem przestrzegał o niebezpieczeństwie i już zaczynało się śpiewnym głosem wymawiać cytaty z przewróconej rychło stronicy Talmudu. Raz jednak fortel się nie udał i sam rosajszywe złowił mnie na gorącym uczynku. W wyniku [tego] nieszczęsny Don Kichot powędrował wprost do pieca. Egzekucja odbyła się na poczekaniu w naszych oczach. Ja zaś za karę musiałem w nocy nie spać, tylko się uczyć i rękę dać „tkias-kaf”, że nigdy podobnych książek nie wezmę do rąk.

480

Teraz więc, gdy mi nikt tego nie bronił, wchłaniałem w siebie co dzień treść którejkolwiek z tych książek, poświęcając na to większą część nocy. Dziwna rzecz, najwięcej interesowały mnie książki o treści kryminalnej, toteż tych najwięcej czytałem.

XXII

481

Tak upłynęło parę tygodni. W domu tym czułem się więcej skrępowany niż w domu B. Panowała tu sztuczna powaga, jaką zwykle daje się zauważyć u dorobkiewiczów, małpujących arystokrację. Złośliwi szeptali sobie na ucho, że pan L. przed laty pracował u ludzi i że przez jakąś nieczystą spekulację doszedł do posiadania majątku pewnego szlachcica.

482

Piękna córka Sonia, osiemnastoletnia blondynka, jak przystało na latorośl dziedziców dużego majątku, nosiła się pysznie i chodziła sztywno, jakby „kij połknęła”.

483

W domu rozmawiała tylko po rosyjsku lub po francusku, tak przynajmniej domyślałem się, gdyż języka francuskiego wówczas jeszcze nie słyszałem. Jednak muszę przyznać, że duma i powaga, jakimi się przyoblekła, „pasowały” do jej osoby. Była jakby urodzona na wielką panią. Nikt by na pierwszy rzut oka nie powiedział, że jest semickiego pochodzenia. Wybitnej urody, jaką się odznaczała, nie powstydziłaby się niejedna księżniczka.

484

Przy stole zawsze siedziałem w pobliżu niej. Obserwowała mnie nieraz swymi dużymi, czarnymi jak węgiel oczyma, przed siłą ich spojrzenia musiałem zawsze rumienić się. Często też z tego powodu odchodziłem od suto zastawionego stołu głodny, gdyż sądziłem, że nie dość taktownie zachowuję się przy stole i że ona to zauważa.

485

Jak się spodziewałem, okazja do rozmowy z Sonią rychło się nadarzyła. Przychodziła bowiem często do pokoju, w którym uczyłem się, by korzystać z biblioteki tam się znajdującej. Pamiętam, gdy po raz pierwszy do mnie przemawiała, zapytując się o jakąś książkę, czułem się jak wniebowzięty. Później to zadowolenie miałem coraz częściej. Razu pewnego nawet zaprosiła mnie do swego pokoju, chcąc zapewne pokazać przepych, z jakim był urządzony. Poszedłem za nią nieśmiało i faktycznie zostałem olśniony tym, co zobaczyłem. Pełno tam było drogich dywanów, haftowanych poduszek i innych fatałaszków, nazwać ich nie potrafiłbym. Pośpieszyła Sonia objaśniać mnie, iż pokój jest urządzony w stylu wschodnim. Widząc zaś mój zachwyt, zapragnęła jeszcze bardziej zadowolić swą próżność, zaprosiła mnie więc, bym usiadł na jednej z poduszek.

486

Nie śmiąc odmówić, spełniłem jej życzenie i usiadłem „po turecku”. Śmiała się. Zaczęła żartować i nagabywać mnie dwuznacznikami. Jako nauczyciel religii udawałem, że nic z tego nie rozumiem, przeto milczałem.

487

Za chwilę wszedł student. Posypały się tłuste dowcipy jeszcze gęściej. Część z nich była skierowana pod moim adresem, które chociaż częścią po francusku były wypowiadane, zrozumiałem z dość dużo mówiących gestów i mimiki.

488

Zdziwiony i zażenowany tym, co widziałem, siedziałem na tureckiej poduszce, nie śmiąc się ruszyć z miejsca. Jeszcze raz mogłem się przekonać, że pozory często mylą. Powaga i duma Soni były tylko udane.

489

Od tego dnia często już miałem możność rozmowy z obiektem mojej sympatii. Jeszcze bardziej zainteresowała się mną Sonia po wypadku, jaki się zdarzył wkrótce potem.

490

Obiad. Siedzimy wszyscy przy stole, wtem sługa wprowadza podróżnego. Spojrzałem w stronę przybyłego i… oniemiałem. Poznałem w nim leśnego kupca z naszego miasteczka, częstego bywalca i przyjaciela naszego domu. Zaraz też wzrok jego spoczął na mnie. Stał chwilę, niemniej ode mnie zdziwiony, a potem jak nie krzyknie: „A ty co tu robisz?” Nu — myślę — zginąłem! Czułem, jak blednę i ciarki po mnie przechodzą. Przybyły zbliżył się i podał na przywitanie rękę. Uścisnąłem ją, nie pozbywając się wszakże jeszcze strachu.

491

Wszyscy ze zdziwieniem w milczeniu obserwowali tę scenę. Nareszcie gospodarz go zagadnął:

492

— Skąd pan zna naszego nauczyciela?

493

— Jak to? — odparł zagadnięty. — Ja bym Szmula syna nie znał?

494

I tu zamiast zdemaskowania mnie, jakiego oczekiwałem, wyniósł mnie, jak to mówią, pod niebiosa, rozgadał się o moim pochodzeniu, o zamożności ojca, wspomniał nawet, że jako dziecko na rękach mnie nosił, jednym słowem z jak najlepszej strony przedstawił moją osobę słuchającym.

495

W trakcie tego opowiadania spojrzałem na Sonię. Spotkałem, jak mi się zdawało, jej wzrok taki serdeczny, ciepły i szczery, że aż mi serce zamarło z błogości uczucia…

496

Gdy minęło pierwsze wrażenie z tak nieoczekiwanego spotkania, skorzystałem ze sposobności, by rozmówić się z kupcem na osobności. Prosiłem go nade wszystko, by zamilczał o mojej ucieczce i okradzeniu ojca. Obiecał to, jednakże strofował za ucieczkę i za to, że do tego czasu nic nie napisałem ojcu. Opowiedział przy tym, że ojciec bardzo się martwi, lecz zapewne mi przebaczy, jeżeli go o to poproszę. W przeciągu paru dni, które tu spędził, potrafił mnie przekonać o konieczności napisania do ojca listu. Przyrzekłem, że to uczynię.

497

Wypadek ten spowodował, że wszyscy zaczęli na mnie inaczej patrzeć, uchodziłem bowiem dotychczas za sierotę, nie mającego rodziny. Co zaś najbardziej mnie uradowało, to widoczna przychylność, jaką zdradzała względem mnie Sonia.

498

Stosownie do danego przyrzeczenia zabrałem się do napisania ojcu listu. Włożyłem w pracę tę wszystkie swe zdolności pisarskie, jako też i tyle uczucia, że zdawało, się, kamienie by wzruszyć musiał, a cóż dopiero ojca. Dwa dni go potem nosiłem, nim zdecydowałem się wysłać. Czyż jestem w stanie opisać, z jaką niecierpliwością oczekiwałem odpowiedzi? Zapomniałem zupełnie, co mnie otacza, tylko o tym myślałem, jaka to będzie odpowiedź od ojca i czy w ogóle nadejdzie. Aż tu pewnego dnia, w tydzień potem przybiega do mnie rozpromieniona Sonia i wręcza list.

499

Drżącymi rękoma rozerwałem kopertę i cały zatopiłem się w czytaniu. Sonia przez ten czas usiadła obok i obserwowała mnie bacznie, chcąc z mojej twarzy wyczytać, jakie wrażenie wywrze na mnie treść listu. Wiadomość była dobra, więc podzieliłem się z nią.

500

Od tej chwili przyjaźń nasza z Sonią jeszcze bardziej się zacieśniła. Nie mówię już o tym, że i na jej rodzicach firmowa koperta wywarła dodatnie wrażenie, więc zyskałem na powadze.

501

Chodziłem już teraz często z Sonią na spacer. Przezywała mnie żartobliwie „rebe”. Przy stole nie krępowałem się już zupełnie i jadłem do sytości. W ogóle traktowano mnie w tym domu jako domownika. Nie od rzeczy będzie, gdy przytoczę tu następujący fakt.

502

Pewnego piątku zaszedłem do kuchni. Kucharka żartem poprosiła mnie, żebym poszedł do szopy po trochę drzewa, gdyż ona nie może odejść od garnków. Chętnie się zgodziłem. W szopie było ciemno. Gdy postąpiłem kilka kroków od drzwi, raptem poczułem, że tracę grunt pod nogami i wpadłem w dół…

503

Gdy odzyskałem przytomność, zobaczyłem, iż leżę już w moim pokoju, a wokół mnie stoją zgrupowani domownicy. Byłem mocno potłuczony. Okazało się, że otwór w lodowni nie był zasłonięty, a ja, nie zauważywszy tego z powodu gęstego zmierzchu w szopie, wpadłem na kupę lodu.

504

Wypadek sam w sobie był tragiczny. Później żartowano ze mnie z tego powodu jeszcze dość długo. Wtedy jednak, widząc mnie potłuczonego, otoczono troskliwą opieką i pielęgnowano. Kucharka płakała i prosiła o przebaczenie jej, twierdziła, że ona tu była przyczyną tego zdarzenia.

505

Choroba moja trwała kilka dni, oprócz potłuczenia przeziębiłem się, leżąc czas pewien na lodzie. Doglądano mnie jak własne dziecko, a najwięcej troskliwości okazała Sonia. Nie odstępowała mnie na krok. W domu nawet z tego powodu zaczęto z niej żartować, że jest zakochana w „rebem”. Najwięcej docinków pod naszym adresem rzucali bracia Soni.

506

Przyznać tu należy, że żartobliwe te uwagi były poniekąd słuszne. Od tego bowiem wypadku stosunki przyjaźni z Sonią stały się bardziej jeszcze zażyłe. Po moim wyzdrowieniu nie było dnia, byśmy nie udawali się we dwójkę na spacer, bądź to na łąki, bądź do lasu. Włóczęgi te przeciągały się nieraz do późnego wieczora. Trzymając się za ręce, często bez słowa jednego, bądź to brodziliśmy po wydeptanych przez letników ścieżkach, bądź odpoczywaliśmy na miękkiej, leśnej murawie, zasłuchani w szmer Niemna lub w tajemniczy szmer lasu, harmonizujący z naszymi uczuciami. Z rzadka tylko tę ciszę wieczorną przerywał ptak przebudzony lub echo głosu człowieka.

507

Czułem się szczęśliwy. Pokochałem Sonię gorącym uczuciem pierwszej, prawdziwej miłości.

508

Upłynęło parę tygodni. Częste nasze wycieczki zwróciły wreszcie uwagę domowników. Zabronili Soni sam na sam odbywać ze mną spacery. Mało to jednak zmieniło stan rzeczy. Po kryjomu w dalszym ciągu naznaczaliśmy sobie schadzki. Czyż mogło być inaczej? Nie mogłem się obejść bez tego, by tę dziewczynę przynajmniej kilka razy dziennie zobaczyć. We śnie i na jawie tylko o niej marzyłem. Szczęście moje tym bardziej się potęgowało, że pewny byłem wzajemności uczuć. Bardziej szczęśliwego człowieka nie wyobrażałem sobie pod słońcem.

509

A jednak przypadek zrządził, że złote sny rozwiały się jak mgła. Jak to było, opowiem.

510

Pewnego dnia nad wieczorem rozniosła się wieść po wsi, że zaginął jeden z letników. Chodziło tutaj o pewnego starca, właściciela jednego z banków w Kownie, który w rannych jeszcze godzinach udał się do lasu i do tej pory nie wrócił. Sądzono, że zabłądził. Postanowiono więc z całą wsią udać się na jego poszukiwania. Rzecz naturalna, że byłem jednym z pierwszych, należących do tej wyprawy. Sonia, jak czytelnik się zapewne domyśla, zaraz też znalazła się obok mnie.

511

Las napełnił się poszukującymi. Co chwila tu i ówdzie rozlegały się wołania: „uhu”, „uhu!” Echo podchwytywało te głosy i roznosiło je we wszystkich kierunkach, tworząc taki zgiełk, że zmarły by go usłyszał.

512

Zaginiony też, być może, słyszał ten rwetes, ale jakoś się nie odzywał… Zresztą nie będę długo tu o nim się rozpisywał. Poinformuję od razu czytelnika o jego losie. Otóż znaleziono go w lesie martwego, zmarł według orzeczenia lekarzy na udar serca. Miał przy sobie większą sumę pieniędzy. Tych jednak dusza ulatująca do Abrahama nie wzięła ze sobą, więc pozostały dla spadkobierców.

513

Wrócę tu wszakże do celu opowiadania. Z początku z Sonią wzięliśmy czynny udział w tych poszukiwaniach, nawet krzyczeliśmy na równi z innymi na całe gardło. Stopniowo jednak odłączyliśmy się od reszty towarzystwa i szliśmy po skraju lasu, brzegiem Niemna. Zaprzestaliśmy krzyku i zajęliśmy się sobą…

514

Było już zupełnie ciemno. Wrześniowy wieczór otulił las i rzekę czarownym urokiem. Krzyki dawno już nie dochodziły naszych uszu. Przytuleni do siebie szliśmy wciąż naprzód, wsłuchani w odwieczny szmer otaczającej nas przyrody i wdychaliśmy pełną piersią balsam ziół i żywicy.

515

Weszliśmy na mały pagórek, podobny do wyspy, wśród morza zieleni. Przystanęła. Czuła się zmęczona. Zaproponowała odpoczynek. Usiedliśmy. Jeszcze bardziej przytuliła się do mnie. Od rzeki wiało chłodem i wilgocią. Okryta tylko lekkim szalem, drżała z zimna. Zdjąłem więc z siebie płaszcz i otuliłem nim moją towarzyszkę.

516

Mając swą wybrankę przy boku, słysząc nawet bicie jej serca, czułem się szczęśliwy bez granic i pragnąłem, by wieczór ten trwał wiecznie.

517

Z marzeń wytrąciła mnie jej prośba, bym opowiedział jej coś o sobie. Zacząłem więc opowiadać o rodzinie, o matce, o domu, o ojcu na razie zamilczałem, to bowiem wspomnienie zawsze mi przywodziło na pamięć mój brzydki występek z pieniędzmi. Jednak mnie zdziwiło, że Sonia słucha mnie lub rzuca to lub inne pytanie raczej dla przepędzenia czasu niż z zainteresowania.

518

Poczułem się nieswojo. Zmieszałem się i zamilkłem. Wtem, o zgrozo, własnym uszom nie dowierzając, usłyszałem takie oto pytanie:

519

— Powiedz mi, rebe — od dawna byliśmy bowiem na ty — czy spróbowałeś już ty kiedy kobietę?

520

Oniemiałem z przerażenia. Zdawało mi się, że las zwalił mi się na głowę.

521

Nie mogło się pomieścić w moim mózgu, by kochana moja Sonia mogła o coś podobnego zapytać. Absolutnie nie mogłem zrozumieć, do czego ona zdąża. Co do mnie, nigdy nie przyszło mi na myśl, bym miał skrzywdzić ubóstwianą dziewczynę… Pomimo iż gorzała we mnie ku niej miłość ogromnym płomieniem, zachowywałem się jak niewolnik wobec swej królewny…

522

— Powiedz!… Powiedz!… — nalegała, ściskając mi namiętnie rękę. — Nu, prędzej! Prędzej!… — powtarzała.

523

— N-i-e… n-i-g-d-y! — mimo woli wykrztusiłem z siebie drżącym od wzruszenia głosem.

524

— A czy chcesz teraz spróbować? — spytała naiwnie, tuląc się całym ciałem do mnie.

525

Ja, zamiast odpowiedzi, nerwowo zacząłem szarpać jej ubranie… Stało się… Biorąc na świadków gwiazdy, które tak ładnie nad nami migotały, las i Niemen, które widziały misterię miłości, przysięgałem, że kochać ją będę do grobu i nic nas nie zdoła rozłączyć. Roześmiała się tylko głośno w odpowiedzi na moje wynurzenia miłosne, a po chwili odparła:

526

— Wszystko to jednak zbyteczne… Trzymaj tylko język za zębami… Gdy tylko zdarzy się okazja, znów będę twoja!…

527

Struchlałem, słysząc te słowa. Żadną miarą nie mogłem zrozumieć ich znaczenia. Sądziłem do tego czasu, iż dziewczyna, a zwłaszcza taka jak Sonia, akt miłości powinna traktować jak coś świętego, a przynajmniej tak ważnego, że w zamian musi żądać od mężczyzny zrównoważenia w postaci szczerych uczuć gwarantujących pewne widoki na przyszłość.

528

Lekkość, z jaką Sonia potraktowała tę sprawę, zupełnie mnie wytrąciła z równowagi. Nie mogłem zebrać się z myślami. A ona na przekorę mnie, jakby nic nie zaszło, śmiała się i całą powrotną drogę żartowała z mojej naiwności, wieńcząc to wszystko cyniczną uwagą, że podarłem jej m…

529

Było już po północy, gdy wróciliśmy do domu. Wszyscy już spali. Cichaczem wemknąłem się do pokoju i położyłem do łóżka. O śnie wszakże nie mogło być mowy. Pod zbyt silnym pozostawałem wrażeniem tylko co przebytej przygody. Po raz setny przeżywałem ją w myśli, stale jednak opierałem się o mało mi pojętą ścianę słów: „Wszystko to jest zbyteczne, trzymaj tylko język za zębami!…

530

RajW jednym wszakże byłem w całkowitej zgodzie, a to w świadomości, iż pierwszy raz w życiu skosztowałem prawdziwej rozkoszy, którą daje kobieta… Przyznałem zupełną słuszność Talmudowi, gdy podobne przeżycia określa słowami: uczucie to równa się rozkoszy raju. Nie znałem wprawdzie „raju”, lecz już teraz mogłem mieć o nim mniej więcej dokładne wyobrażenie i przyznać trzeba, że być na stałe w raju to bardzo przyjemna rzecz. Zazdrościłem już w duchu tym, których po śmierci od razu tam przeprowadzają.

531

Te i inne myśli plątały mi się po głowie, nareszcie wyczerpany i zmęczony zasnąłem.

532

Śniło mi się, że jestem w raju. Siedzę wśród pięknych dziewcząt, zupełnie nagich, o kształtach starożytnych bogiń, widzianych przez mnie na obrazkach w jednej z książek biblioteki i rozkoszuję się ich widokiem. Dziewczęta, jedna przed drugą, starają się mnie ku sobie zwabić swoimi wdziękami… Chwytam w objęcia pierwszą z brzegu… Namiętnie przyciągam ku sobie… a ona otacza mnie ramionami… Czuję, jak rozkosz i błogość rozlewa się po moich członkach… i budzę się. Ciemny pokój uświadamia mnie rychło, jak daleki jestem od rzeczywistości, więc zły jestem sam na siebie i staram się uspokoić.

533

Gdzie tam! Wyobraźnia, raz rozpętana, fantastyczne wciąż snuje obrazy i ani chwilę nie daje wytchnienia mózgowi. Rodzą się myśli i plany, na wykonanie których za nic w świecie przedtem bym się nie ważył.

534

Przychodzi mianowicie szalona myśl i coraz bardziej staje się natrętną, by udać się do pokoju Soni.

535

Nie mogę już walczyć dalej z tajemną siłą, jaka mnie popycha do tego czynu, a więc wstaję po cichu z łóżka i skradając się jak cień, poprzez korytarz i pokój jadalny zdążam ku jej sypialni. Z głośnym biciem serca, ominąwszy wszystkie przeszkody, stanąłem u drzwi swoich zamierzeń. Zamarłem nasłuchując, wydało mi się bowiem, iż słyszę jakieś szepty. Przylgnąłem do drzwi i cały obróciłem się w słuch.

536

Nie, nie pomyliłem się. Nie było to złudzenie. Wyraźnie usłyszałem cichy szept i stłumiony śmiech dwojga osób. W pewnym momencie zrozumiałem nawet, do kogo ten szept należy.

537

Nie miałem już wątpliwości. W pokoju ubóstwianej mej Soni znajdował się student, typowy mężczyzna, lat dwudziestu pięciu, u którego pobierała lekcje francuskiego.

538

Teraz dopiero zdałem sobie sprawę, jaki związek mogły mieć częste jego wizyty w pokoju Soni, które odbywał każdego dnia. Na tyle naiwny wówczas byłem, że nie dopuszczałem myśli, by te wizyty powtarzały się także w nocy, zresztą nie były one związane z żadną trudnością, gdyż pokój studenta położony był obok pokoju Soni.

539

Ból rozczarowania ścisnął mnie za serce, uchwyciłem się drzwi, by nie upaść. Czułem, jak łzy żalu utraconego szczęścia podchodzą mi do gardła i tamują oddech. Wreszcie chwiejnym krokiem postąpiłem w stronę pokoju studenta. Ten był pusty. Rozrzucone w nieładzie ubranie leżało na krzesłach i podłodze. Wyszedł więc w bieliźnie.

540

Żar mnie ogarnął, krew pulsowała przyśpieszonym tempem, rozpierając żyły, w skroniach, zdawało się, młoty kowalskie pracują.

541

Teraz zrozumiałem już, co oznaczały słowa: „to jest zbyteczne… tylko trzymaj język za zębami…”. Więc ona mnie nie kocha… Jest tylko rozpustnicą!

542

Do tej chwili sprzeczne uczucia zawiedzionej nadziei i zazdrości, co jak huragan mną miotały, zaczęły przeradzać się w jedno, w piekle zrodzone pragnienie… pragnienie zemsty! Zacząłem gorączkowo szukać sposobności wykonania raz powstałej i na chwilę nie opuszczającej mnie myśli.

543

Nie wiedziałem jeszcze, na czym ma polegać moja zemsta. Lecz postanowiłem coś dokonać. Wtem wzrok mój zatrzymał się na złotym zegarku wiszącym na ścianie, który swym błyskiem jakby drażnił mnie i naigrawał się z mej bezsilności.

544

„Bierz go” — szeptał głos jakiś kuszący. — „Tam pod poduszką leży jeszcze portfel z pieniędzmi… bierz! Po słodkich kurczach miłosnych dotknie go ta utrata dotkliwiej. Pobyt twój tutaj tak czy owak stanie się nieznośny. Zawsze i wszędzie, na każdym kroku szydził on z ciebie i naigrawał się, byłeś stale obiektem złośliwych jego docinków… wszak i przedtem nie mogłeś znieść jego widoku… a teraz po tym, czego jesteś świadkiem… bierz i uciekaj!”

545

Ogarnięty tymi myślami zbliżyłem się do łóżka i sięgnąłem po zegarek. Po cichu, a sprawnie zdjąłem go ze ściany, z nie mniejszą też zręcznością, jakbym był już fachowym złodziejem, wydobyłem portfel i gnany strachem wysunąłem się za drzwi i tą samą drogą wróciłem do swego pokoju. Tu w okamgnieniu ubrałem się, zebrałem naprędce swe manatki i jak wąż wyśliznąłem się na ulicę.

546

Było już po północy. Szedłem, nie, wprost biegłem, gnany nieznanym mi jeszcze strachem, przed siebie. Gorąco biło ze mnie, a na przemian chłód mnie przejmował, drżałem cały. Nieznany ciężar dławił mą czaszkę, a do nóg jakby ołów przywiązano. W pewnych momentach stawałem i ruszyć się prawie nie mogłem, drepcąc na miejscu. Nadludzkie wysiłki czyniłem, by nie upaść. W ustach mi zaschło, a serce waliło tak mocno i szybko, że po prostu oddech tamowało.

547

Byłem teraz zły sam na siebie, że ze mnie taki tchórz. Czegóż warte są takie nerwy, gdy tak nieznośnie dopuszczają cierpienia? Ach, żeby to się już skończyło…

548

Droga, którą obrałem, prowadziła do przystanku kolejowego odległego o dziesięć kilometrów. Jednej już teraz myśli się trzymałem, by jak najprędzej tam się dostać! Zadośćuczynienie uczuciu zemsty, dowodem czego był zegarek i wypchany portfel, dodawało mi bodźca i pchało wciąż naprzód, naprzód.

549

Strach wszakże pogoni paraliżował moje członki, chwilami nogi odmawiały posłuszeństwa i musiałem odpoczywać. Próbowałem zapomnieć o tym co się stało, lecz sumienie na przekór wszelkim moim usprawiedliwieniom nie chciało milczeć, a w uszach wciąż brzmiało: Złodziej…! Złodziej…! Wróć… póki jeszcze czas!…

550

Jak opętany zrywałem się z miejsca i znowu gnałem bez tchu, wciąż dalej i dalej ku zbawiennej, zdawało się, stacji…

551

Nareszcie szyny kolejowe i wątłe, oświetlone budynki stacji zamajaczyły przede mną, odetchnąłem więc z ulgą i wolnym już krokiem zdążałem ku celowi.

XXIII

552

Wewnątrz stacji lampa naftowa skąpe rzucała błyski, a dym machorki, unosząc się w powietrzu, jeszcze bardziej zgęszczał mrok tam panujący. Po dłuższym czasie mogłem dojrzeć tych, którzy oczekiwali na pociąg.

553

Na ziemi przy swoich tłumokach leżało kilkudziesięciu „czubaryków” i kilka kobiet. Żaden z oczekujących pasażerów nie był ubrany po miejsku. Rozglądałem się nieufnie po poczekalni i starałem się znaleźć jakiś najdalszy kąt, gdzie bym nie zwracał na siebie uwagi. Przede wszystkim wszakże postanowiłem dowiedzieć się, kiedy odchodzi pociąg. W tym celu podszedłem do kiwającej się ze snu baby. Po dłuższym mruczeniu objaśniła wreszcie, że pociąg ma przybyć dopiero za dwie godziny. Uświadamiając sobie, że tak długi pobyt na stacji może być dla mnie niebezpieczny, porzuciłem pierwotny zamiar pozostania i postanowiłem czas ten przepędzić poza jej obrębem. Skierowałem się w tym celu ku drzwiom. Wtem nagle jak spod ziemi wyrósł przede mną strażnik.

554

Wy kuda?[53] — zapytał.

555

Oniemiałem z przerażenia i nie mogłem ust otworzyć.

556

Strażnik, widząc mój przestrach, tym bardziej powziął podejrzenie i ku zdziwieniu nielicznych nocnych pasażerów, ujął mnie za kołnierz i poprowadził do dyżurki.

557

Na nasz widok drzemiący nad stołem żandarm leniwie wzniósł głowę, zły widocznie, że przerwano mu słodki sen, wlepił we mnie złe, krwią nabiegłe oczy. Strażnik pośpieszył mu zameldować, że przyprowadził w mojej sobie podejrzanego osobnika, który zapewne ma coś na sumieniu… bo chciał się skryć, a na dobitek nie ma paszportu.

558

Żandarm, słuchając przydługiego nieco raportu, ziewnął kilkakrotnie i przeciągnął zdrętwiałe członki, znać niezupełnie dowierzał intuicji wywiadowczej strażnika, gdy jednak usłyszał „niet paszporta”, poruszył się na krześle żwawiej i rzucił: „obszukać!”

559

Byłem zgubiony. Tyle przeżyć, tyle nowych emocji, jakie przebyłem niedawno, a tu znowu towarzystwo złego strażnika i niemniej strasznego żandarma — to było na moje nerwy jak na jeden raz za dużo.

560

Nie odpowiadając na zadawane mi pytania, beczałem na cały głos, a łzy strumieniem ciekły po moich policzkach.

561

Pierwszy na stół powędrował zegarek, a za nim i portfel, w którym jak mogłem się teraz przekonać, było 30 rubli i jakieś papiery. Wszystko to z wielkim zainteresowaniem oglądali strażnik i żandarm, a zwłaszcza zegarek, co do którego zgodnie orzekli, że jest „złoty”.

562

Teraz obaj już byli pewni, że mają w swoich rękach „wora[54].

563

Nie mogąc bliżej dojść, skąd te rzeczy i czyje, gdyż jak wspomniałem wyżej, płakałem cały czas, żandarm kazał mnie tymczasowo do wyjaśnienia sprawy zamknąć do „kozy”.

564

Gdy tylko drzwi za mną z trzaskiem się zamknęły, szlochając, upadłem na podłogę i zacząłem rwać sobie włosy na głowie i lamentować.

565

Przed oczyma moimi w całej grozie stanął obraz mojego położenia. Przypomniało mi się, jak to jeszcze stosunkowo niedawno byłem małym chłopakiem, oczkiem matki, stającej zawsze w mojej obronie, jak wtedy bez troski płynęło mi życie, wreszcie cheder… jeszywet… gdziem zawsze był wyróżniany jako dobry uczeń. A potem… potem… stanęła na mojej drodze kobieta… a więc Talmud ma słuszność, gdy mówi, że „wszystko zło pochodzi od kobiety”.

566

Cóż powiem im na swe usprawiedliwienie?!

567

Świt szary począł bielić już ściany, a ja leżałem jeszcze w swym bólu na brudnej podłodze karcu[55] dalekiej stacyjki nadniemeńskiej…

568

„Co robić!… Co robić!” — powtarzałem wciąż i nie mogłem na niczym się zatrzymać, gdyż widziałem się winnym tego, co zaszło. Jakże żałowałem teraz swego lekkomyślnego czynu i jakże daleki byłem od tej zemsty, której w ową godzinę dałem się opętać.

569

Zmęczony wrażeniami, bliski omdlenia, zamknąłem oczy i pogrążyłem się w sen, niemniej przykry niż rzeczywistość. Potworne czupiradła o groźnych pazurach i olbrzymich szczękach z zawieszonymi orderami na kosmatych cielskach, zda się, gonią mnie z wyższych pięter ponurego gmachu do lochów ciemnych i każdej chwili, już, już rozszarpać mnie gotowe…

570

Budzę się zlany potem, zrywam się na równe nogi i w pierwszej chwili nie wiem, co jest ze mną.

571

Rychło jednak uświadamiam sobie, gdzie jestem. Brudem obrośnięte, sklecone z desek nary, na których mnóstwo nożem wyciętych dat i napisów, pajęczyna w kątach, pluskwy rozgniecione na ścianach. Zacząłem teraz pomału rozmyślać nad położeniem i zastanawiać się, w jaki sposób się uratować…

572

Wzrok mój zatrzymał się na zakratowanym oknie. Wlazłem na nary i zacząłem oglądać i macać kraty. Przypomniały mi się teraz czytane opisy w książkach kryminalnych o ucieczkach złodziei przez zakratowane okno. Tu jednak o tym nie mogło być mowy. Pręty żelazne były zbyt grube, bym mógł je rozgiąć rękoma, nic z narzędzi nie miałem, ażeby przepiłować, a zresztą, gdybym przystąpił do tej operacji, na pewno usłyszano by mnie. Tu wpadło mi na myśl, by spróbować przesunąć się między kratami, pręty bowiem były rozstawione dość rzadko.

573

I rzeczywiście, chociaż z trudnością, to jednak udało mi się przecisnąć głowę, lecz gdy usiłowałem przesunąć się całym ciałem, nie mogłem tego w żaden sposób uskutecznić. Wtem, co to?… Słyszę zbliżające się kroki. Chcę cofnąć się w tył i… o zgrozo!… Głowa jakby napęczniała, uszy zawadzają… Nie mogę tego dokonać. Szarpnąłem raz i drugi, na ból już nie zważam, na nic… próżny wysiłek… Drzwi się otworzyły i o uszy moje odbił się szyderczy śmiech studenta…

574

Z nadmiaru bólu i wstydu straciłem przytomność. Po dłuższych ceregielach i szyderczych uwagach udało im się wreszcie wydobyć mnie z tej pułapki. W wyniku tego z uszu sączyła się krew, a czoło mocno było podrapane. Parę porządnych kopniaków dopełniło i tak już smutne zakończenie ucieczki.

575

ZłodziejAch, ten wstyd!… Nikt sobie nie może wyobrazić, jak wielki jest wstyd złodzieja, gdy go złapią po raz pierwszy! Później, gdy już uchodzi za recydywistę, wstyd w daleko mniejszym odczuwa się stopniu.

576

Wyżej opisany wypadek był pierwszy w mojej karierze złodziejskiej, było to też pierwsze przyłapanie mnie, a więc przeżyty wstyd był tak olbrzymi, tak mnie palił, tak mocno z tego powodu cierpiałem, iż nie mogę tych uczuć opisać słowami. Trzeba to samemu przeżyć, by mieć o tym dokładne wyobrażenie. Zresztą uczciwego człowieka może to mało interesować. Mając to na względzie, przejdę do opowiadania dalszych wypadków.

577

Po spisaniu protokołu zostałem na drugi dzień zakuty w kajdany na ręce i odstawiony do powiatu, a stamtąd już powędrowałem prościuteńko do więzienia.

578

Pamiętam też, jak dziś, straszny ten dla mnie dzień 15 września 1913 roku, gdy policjant prowadził mnie do więzienia. Po drodze płakałem gorzkimi łzami. Policjant, człowiek widać dobrego serca, co w policji rosyjskiej należało do wyjątków, pocieszał mnie, że mnie uwolnią i że wszystko jak najlepiej się skończy. Gdy się dowiedział, że już trzeci dzień nic nie jadłem, kupił po drodze za własne pieniądze kilka bułek i dał mi je dla zaspokojenia głodu. Czas na posiłek już był najwyższy, gdyż ledwo za sobą ciągnąłem nogi.

579

Nikomu z nowych opiekunów na policji nie przyszło na myśl, że chociaż przestałem być uczciwym człowiekiem, to jednak jeść jeszcze nie przestałem…

580

W kancelarii więziennej było posępnie i szaro. Szaro jak w mojej duszy. Przez niskie zakratowane okno, zasłonięte wysokim parkanem, tylko skąpo przebijało światło dzienne. Na dworze było ciepło, a tu chłód tak przejmował mnie do kości, że cały drżałem. Barczysty jegomość przywołał mnie do stołu, oglądał od stóp do głowy i zaczął coś zapisywać, co chwila wydając komendę: „Stój prosto!… Podnieś łeb!… Pokaż zęby!… Pokaż palce!…”

581

Następnie kazał rozebrać się do koszuli. Zawahałem się. W tejże jednak chwili poczułem, jak czyjaś silna ręka schwyciła mnie za kołnierz i odciągnęła w bok, nad uchem zabrzmiał gardłowy głos:

582

Czto, nie poniemajesz, czta tiebie skazano?[56]

583

Był to klucznik więzienia. Obracał i wyginał mnie na wszystkie strony i nie upłynęło parę minut, jak zostałem dokładnie zrewidowany i popchnięty w stronę podejrzanego i obmacanego ubrania.

584

— Ubieraj się i marsz!…

585

Znalazłem się za drzwiami. Przeszedłem długi, ponury korytarz i stanąłem w centrali, skąd w formie krzyża rozchodziły się także ponure korytarze z licznymi obok siebie drzwiami..

586

— Dmoch! — zawołał mój przewodnik — Wazmi jewo[57] pod numer 93.

587

Zaraz też pojawił się dozorca Dmoch i obrzuciwszy mnie badawczym spojrzeniem, kazał iść przed sobą na trzecie piętro.

588

Tam zatrzymaliśmy się przed jednymi drzwiami, a za chwilę „fachowo” wepchnięty, znalazłem się już poza nimi w ponurej celi. Usłyszałem za sobą trzask drzwi i zgrzyt zamka. A potem nastąpiła niczym niezmącona cisza. A więc rozpocząłem inne, nieznane mi życie, życie w więzieniu…

589

W celi zimno było nie do wytrzymania. Przypadłem całym ciałem do ściany wilgotnego muru, słaniając się na nogach, z piersi urywało się spazmatyczne łkanie.

590

Jak długo to trwało, nie wiem. Pomału się uspokoiłem i zacząłem rozglądać się dokoła. Uświadomiłem sobie, w jakim strasznym znajduję się miejscu.

591

Zatopiłem się w rozmyślaniach nad swym losem. Strach śmiertelny mnie ogarnął. Ratunku już nie było. Biegałem z rozpaczy od ściany do ściany.

592

Gorzkie moje rozmyślania przerwał ruch jakiś za drzwiami. Przystanąłem w oczekiwaniu. Wtem klapa z małego okienka w drzwiach celi opadła z hałasem i stamtąd usłyszałem: „kipiatok!”[58]

593

Nic z tego krzyku nie wyrozumiałem i nie ruszyłem się z miejsca. Wówczas czyjaś twarz przysunęła się do otworu i teraz wyraźnie po polsku, chociaż rosyjskim akcentem, powtórzono:

594

— Dawaj dzbanek na kipiatok!

595

Obejrzałem się po celi. Na półce stał około litrowy miedziany dzbanek. Ten więc podałem mu w najlepszej myśli, że otrzymam gorący napój w postaci herbaty, która mnie pokrzepi.

596

Za moment miałem już go z powrotem napełniony do połowy i gdy tylko klapa się zatrzasnęła, przywarłem do dzbanka ustami… Nie zdążyłem jednak przełknąć kilku kropli, a już wyplułem. Była to wstrętna, ciepła woda. Odstawiłem. Czekałem czas jakiś, sądząc, iż przyniesie jeszcze suchej herbaty do zasypania i cukier. Ale gdzie tam. Wodę zupełnie ostygłą wylałem więc do kubła. Obudziło mnie uczucie głodu…

597

Na próżno czekałem na posiłek. Wreszcie zniecierpliwiony do ostatka zacząłem gwałtownie stukać w drzwi. Raptem klapa opadła i w jej otworze ukazała się ta sama głowa, która ugościła mnie „kipiatkom”.

598

— A ty czego, j… twoja mać, walisz?

599

— Jeść mi się chce — krzyczałem ze zdenerwowania.

600

— A ha, ha — śmiał się — za piętnaście minut będzie dzwonek na spanie, a ty z jedzeniem wyjeżdżasz. Jutro rano dopiero dostaniesz.

601

— Jak to — próbowałem protestować — dziś nie dostałem nic więcej, jak trochę ciepłej wody.

602

Więzienie, Jedzenie— Widzę, że ty frajer… Zapewne po raz pierwszy siedzisz — rzekł do mnie z pogardą. — U nas jest taki porządek, że rano dają półtora funta chleba i barszcz, o dwunastej obiad, a potem o trzeciej kipiatok. Kto ma cukier i herbatę i do tego z domu majdan, to żyje… a kto nie ma tego, to… wachę[59] pije — śmiał się ze swojego dowcipu.

603

Widząc mój smutny wygląd, udobruchał się i wdał się ze mną w dalszą pogawędkę:

604

— Skąd jesteś? — zapytał. — Za co cię tutaj wtrynili, wcale nie wyglądasz na złodzieja.

605

Opowiedziałem mu o wszystkim.

606

— To źle… — mówił. — Z sześć miesiaków zadecyduje.

607

A widząc, że nie rozumiem go, powtórzył już bez obcych dla mnie wyrazów: Do sześciu miesięcy murowane.

608

Dalej wspomniał o sobie, że ma trzy lata za zabójstwo, co słysząc, mimo woli odsunąłem się od drzwi. Widząc to, uśmiechnął się:

609

— Nie bój się — powiada. — To zdarzyło mi się tylko raz w życiu i to przy wódce, więcej to się nie powtórzy… wolę kraść niż zabijać. A może masz co opylić? — zagadnął.

610

A widząc, że niedokładnie go rozumiem pośpieszył objaśnić, że jest starszym „korydorszczykiem[60] i że to on właśnie wszystko kupuje.

611

— Nie, nie mam — stwierdziłem ze smutkiem — wszystko zabrali…

612

— Jak to — mówił — nie masz? A ubranie, skoki[61], bieliznę, a sak[62]?… Możesz to wszystko sprzedać, a w zamian ja ci dam trochę gorsze ubranie i dopłacę pieniędzy, które się przydadzą.

613

— Nie, nie mam… — pospieszyłem odrzucić propozycję.

614

— Zobaczymy!… Jak trochę posiedzisz, to sam poprosisz.

615

Coś widać jeszcze skombinował, bo zaraz też zapytał:

616

— Ty palisz?

617

— Nie, nie palę! — odrzekłem.

618

— Ano, to trochę dłużej potrwa… Ale przyjść do mnie musisz… nie tacy jak ty tu byli frajerzy i do mnie przyszli.

619

Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale usłyszał zbliżające się kroki dozorcy, zdążył tylko półgłosem dorzucić: „zeks”[63] przymknął klapę. Nie zdążyłem oddalić się od drzwi, gdy usłyszałem na korytarzu gromki okrzyk:

620

Rozkryt' krawat i… spa-a-t'! spa-at'[64]!

621

Okrzyk ten niósł się po korytarzach jak jedno nieprzerwane echo, przenikał dalej do głębi duszy i napawał jakimś niepojętym rozdrażnieniem i rozpaczą. Później dały się słyszeć zbliżające się odgłosy otwieranych klap, a wreszcie w moich drzwiach klapa się otwarła i w otwór zajrzała czyjaś twarz z nasuniętą na nos urzędową czapką. Na moment spoczęły na mnie iskrzące oczy, za chwilę już rozległo się charakterystyczne trzaśnięcie i szum od celi mojej oddalił się.

622

Więzienie, Matka, Wyrzuty sumieniaA więc muszę iść spać głodny — pomyślałem. Łzy zakręciły mi się w oczach, ale cóż miałem począć? Była zaledwie czwarta godzina po południu, a już kazano iść spać. Chcąc nie chcąc, zabrałem się do tej czynności. Przede wszystkim opuściłem z haka do ściany przymocowaną jedną stroną żelazną ramę z dwiema nóżkami, co właśnie nosiło miano „krawat”. Leżał tam brudny siennik i trochę słomy, takaż poduszka i podarty koc.

623

Rozebrałem się i ze wstrętem ułożyłem się na to „madejowe” łoże!

624

Daleko było, bym mógł zasnąć, a więc wraz z upływem myśli posępnych błądziłem oczyma po otaczających mnie nielicznych, lecz oryginalnych przedmiotach. Były to: stół żelazny i takiż stołek o dwóch nogach, przymurowany do ściany, w kącie bliżej drzwi „kibel” do naturalnych potrzeb… na ścianie półka, a na niej miska cynowa z uszkami, dalej znany już miedziany dzbanek, łyżka drewniana, a między nimi książka z przepisami więziennymi. W drugim znów kącie miednica i szmata, poza tym nic więcej… Brudne, gołe ściany i… myśli posępne… męczące… tortury.

625

Co ojciec powie, gdy się dowie o moim postępku?… Dobrze… stokroć dobrze, że matka już nie żyje i uniknęła wstydu i hańby po takim synu… Tak, kochana matko, twój synek rozpieszczony nie będzie ani cadykiem, ani rabinem… ba, nawet gorzej, — nie będzie już uczciwym człowiekiem… Natomiast twój syn będzie się włóczył po więzieniach. Straż pilna będzie czuwać i krążyć nad nim we dnie i nocy jak wrony około padliny. W wizji strasznej widziałem się jako jeden z tych ludzi, których z góry już natura przeznaczyła na zagładę…

626

Przewracałem się z boku na bok. Głód i czarne myśli nie pozwalały mi zasnąć.

627

Czułem, że mam gorączkę. Ubrałem się na powrót i zacząłem wędrówkę po celi.

628

Niedługo to jednak trwało. Otworzyła się tym razem po cichu klapa i nocny klucznik zwrócił mi groźnie uwagę, że mam natychmiast położyć się spać. Pośpieszyłem wykonać rozkaz i położyłem się znowu do niedawno opuszczonego łóżka.

629

Ból głowy rozsadzał mi czaszkę. Nie mogłem uleżeć. Usiadłem więc i ścisnąwszy skronie dłońmi, zastygłem w bezruchu.

630

W myślach panował chaos: złodziej… dom… jeszywet… Sonia… student… głód… więzienie… matka… złodziej… złodziej… majaczyło wciąż w kółko, a ja nieświadomy byłem ich związku i kolejności.

631

Jak długo trwał ten stan rzeczy, trudno określić. Noc już panowała, a ja z oczyma otwartymi, gubiąc się w czasie i miejscu, leżałem skulony i drżący na swym barłogu.

632

Szmer jakiś podejrzany wyrwał mnie z odrętwienia. Naprężyłem słuch. Nie, to zapewne mi się zdawało. Fakt ten jednak, czy złudzenie, skierował myśli moje w innym kierunku.

633

Więzień, CierpieniePrzypomniały mi się słyszane i czytane straszne przygody więźniów, ogryzionych przez szczury, kończących swój żywot w inny, niemniej haniebny sposób, pokutujące dusze, które długo jeszcze potem wędrują po miejscach więzienia i tortur, brzęczą kajdanami i wydają żałosne westchnienia.

634

Dreszcz zimny mnie przeszedł, a rozgorączkowana fantazja wciąż nowe, nie dające się opisać, snuła obrazy.

635

Tej strasznej nocy, w murach więziennych spędzonej, do grobu już nie zapomnę! W rozpaczy zaciągnąłem derkę na głowę. Zamknąłem oczy. Cierpiałem ciałem, cierpiałem na duszy wprost męki okropne. Nareszcie wpadłem w stan odrętwienia. Wyczerpany bez miary zasnąłem.

XXIV

636

Obudzony zostałem silnym szarpnięciem. Ze strachu nie mogłem się orientować, gdzie właściwie się znajduję.

637

Drugie szarpnięcie jeszcze silniejsze i ciągnięcie ze mnie koca doprowadziły mnie do przytomności. Nade mną stał wąsaty klucznik i mruczał coś pod nosem, czego nie zrozumiałem. Domyślałem się wszakże, że mam co rychlej wstać, ubrać się i uprzątnąć celę.

638

Domysły były dobre, gdyż dozorca, wychodząc, zostawił otwarte drzwi, zza których doleciał mnie ruch i gwar. Za chwilę byłem już ubrany i gdy wyniosłem kibel na korytarz, moim oczom przedstawił się nieznany mi widok. Na środku korytarza stał ten sam klucznik z miną generała, przed którym defiluje wojsko i wprost ryczał to na tego, to na owego próbującego zatrzymać się dla przemówienia słów kilku z współtowarzyszem niedoli lub doręczenia czegoś jeden drugiemu.

639

Więzienie, WspółczuciePatrzyłem z politowaniem na tych ludzi bladych, wynędzniałych i obrośniętych, większa ich część była obdarta. Dawniejszy wstręt wpojony we mnie do tego rodzaju ludzi, zmienił się teraz we współczucie. Zrozumiałem, że pomiędzy nimi jest sporo nieszczęśliwców, podobnych do mnie, których samo życie zaprowadziło na drogę występku, a nareszcie i do tych murów.

640

I dziwna we mnie zaszła zmiana. Ci ludzie, beznadziejnie włócząc nogami, otwarli mi oczy na nowy świat, obrócili drugą stronę medalu i wlali we mnie inne pojęcie o życiu…

641

Zrozumiałem, iż człowiek po to widać istnieje, by cierpiał… Od tej chwili nie reagowałem już na żadne dolegliwości. Pogodziłem się z losem, gdyż uświadomiłem sobie, że takich jak ja ludzi, a raczej ludzkich cieni, są tu setki. Zlałem się z tym morzem ludzkiego cierpienia i popłynąłem jego prądem.

642

Do niedawna jakże było inaczej!

643

Przechodząc koło więzienia, uważałem te ponure domy za doniosły dobytek kultury. Widziałem w więzieniach instytucję wysoce pożyteczną, gdzie zamykają podobnych do tych, którzy w swoim czasie dokonali napadu na nasz dom lub jeszcze większych zbrodniarzy. Byłem zupełnie tego pewny, że poza więziennymi murami… są groźni zwyrodnialcy.

644

A teraz… pomijając już siebie, widzę tu ludzi wyglądających zupełnie normalnie.

645

Inaczej sobie przedstawiałem wygląd zbrodniarzy… Wracając do opisu „uborki[65], muszę tu wspomnieć o charakterystycznych obrazach, jakie dają się często w trakcie onych czynności zanotować.

646

Otóż więźniowie, przebiegając z kiblami wzdłuż korytarza, załatwiali między sobą w okamgnieniu różne handlowe wymiany. Rzecz naturalna, że tytoń odgrywa rolę amerykańskiego dolara i cel pożądania palaczy.

647

Klucznik, spostrzegając niejedno, biega z miejsca na miejsce jak opętany, tupie nogami, krzyczy, wygania z klozetu, gdzie się zwykle tworzy centrum tej giełdy, grozi, aż wreszcie nikt już na korytarzu nie zostaje i cele są pozamykane. Taki dziesięciominutowy targ więzienny odbywał się dwa razy dziennie.

648

Czy trzeba mówić, iż moje pojawienie się na korytarzu zostało przez wszystkich zauważone?

649

Do uszu moich zaraz też dotarły podawane półgłosem między więźniami uwagi:

650

— Patrz, świeży frajer.

651

— Młody nygus, a fest ubrany…

652

— Beniek będzie miał co opylić…

653

Jeden z nich zagadnął mnie:

654

— Co słychać na wolności?…

655

Zbierałem się dać mu stosowną odpowiedź, lecz klucznik nas zatrzymał i okazało się, że znów jestem zamknięty i oddzielony od ludzi, od świata i powietrza.

656

Nade wszystko głód dotkliwie męczył mnie od samego przebudzenia się. Zazdrościłem teraz tym, którzy, jak widziałem, mają znajomych i między sobą się dzielą. A mnie, pomimo że jestem tak bardzo głodny, nie ma kto pożywić. Wszystkie twarze są mi obce.

657

Wtem klapa się otworzyła:

658

— Trzymaj — ktoś krzyknął.

659

To korydorszczyk Beniek podał mi śniadanie składające się z chleba i żuru.

660

Łapczywie się rzuciłem na otrzymany pokarm, lecz pierwszy już nagryziony kęsek chleba co prędzej wyplułem… Spojrzałem na zupę — tam po wierzchu pływały wstrętne mi wówczas skwarki — „chazer”. Wylałem więc co rychlej z wierzchu, by nawet nie patrzeć na takie zgorszenie…

661

Co robić… co robić?! Tak być nie może… Od trzech dni nic jeszcze nie jadłem. Krzyczałem sam do siebie i do czterech ścian mego grobu. Rozpacz mnie ogarnęła. Tego wszak jeść nie mogę — medytowałem sobie — a tu ledwie na nogach się trzymam. Gorzko zacząłem płakać i beznadziejnie już tylko wołałem: Mamo… mamo!

662

Głód wszakże był silniejszy od wszelkich talmudycznych zakazów… Wreszcie obojętny na wszystko, zwalczając siebie, zjadłem trochę chleba i resztę żuru.

663

Zaspokoiwszy nieco głód, rozglądnąłem się bacznie po celi, obejrzałem szczegółowo każdą rzecz, jakby chcąc się przekonać, czy tu da się żyć.

664

Następnie podszedłem do okna. Było ono wysoko. Wlazłem więc na łóżko, lecz i teraz nie sięgnąłem jeszcze o tyle, by móc wyjrzeć na świat. Pragnąc wszakże to uskutecznić, uchwyciłem się za ramę i po długim wysiłku wdrapałem się wyżej i usiadłem na framudze. By nie spaść, trzymałem się mocno kraty.

665

Słońce przywitało mnie radośnie i oblało mi twarz jasnym, ciepłym promieniem. Z błogiego uczucia przymknąłem na chwilę oczy. Następnie wzrok mój poprzez kraty i czerwony wysoki mur strzelił hen, w daleką przestrzeń.

666

Z jakąś ogromną tęsknotą spoczęły moje oczy na schludnych domkach, na drzewach i polu. Wśród nich wije się droga. Ludzie po niej idą. Tam gromadka młodzieży, tu dwie kobiety i starzec… tam znowu chłop coś niesie… przy nim baba drepce.

667

Jakże w duchu zazdrościłem tym wolnym ludziom. Świeże powietrze, jakby wstydząc się, iż tak długo zapomniało o mnie tam, w cuchnącej jamie, teraz ożywczą falą muskało rozpalone czoło i całowało oczy… Toteż piłem je całymi haustami, piłem aż do utraty przytomności. Biedne serce biło mi silnie, jakby pragnęło wyskoczyć.

668

Jakiś ptak przeleciał blisko okna i odwrócił moją uwagę z dotychczasowego obiektu obserwacji. Ach!… Gdybym tak mógł wyfrunąć stąd na podobieństwo ptaka…

669

Wzrok mój teraz błądził w bliższej perspektywie i przebiegał z punktu na punkt. W pewnej chwili ujrzałem na podwórku więziennym niesamowity wprost dla mnie widok. Naokoło trawnika kręciło się ze dwudziestu ludzi. Każdy miał na sobie do niemożliwości wprost porwane ubranie. Jedni z nich skakali i śmiali się, inni znów płakali. Widziałem, jak z okien rzucano kawałki chleba lub cukru, a nawet i całe zawiniątka. Wówczas ten, któremu udało się to posiąść, wykrzykiwał coś niezrozumiale i odtańcowywał chaotyczny taniec, wyrażając tym swe zadowolenie. Niektórzy z tych dziwnych ludzi mieli na sobie coś w rodzaju worków z otworem dla głowy, lecz bez rękawów, by ręce były unieruchomione.

670

Gromadę tych nieszczęśliwych istot doglądał strażnik z bykowcem w ręku. Doglądał pilnie, gdyż co chwila komuś groził uzbrojoną w bolesne narzędzie prawicą. Wyjątkowo zaś tylko się uśmiechał, gdy jakiś dowcipny wybryk któregoś z nich przypadł mu do gustu.

671

Ci grozę budzący, kręcący się wokoło spacerowicze to byli chorzy umysłowo. Widok ich tak mnie przejął i tyle mi strachu nawiał, a jednocześnie tak zajął uwagę, iż nie słyszałem „konwoja”, który krzyczał na mnie z dołu, bym zlazł z okna.

672

Zauważyłem go dopiero wtedy, gdy już skierował w moją stronę gotowy do strzału karabin.

673

Skoczyłem na asfalt celi, a za mną posypały się kawałki stłuczonego szkła.

674

Nim się zorientowałem, co się stało, poczułem, jak czyjaś ręka uchwyciła mnie za kołnierz i jednocześnie otrzymałem uderzenia w bok. Wypchnięto mnie z celi.

675

Doszedłem do przytomności dopiero wtedy, gdy przedstawiony zostałem przed groźne oblicze naczelnika więzienia.

676

Z raportu klucznika wynikało, że zdążyłem już tu popełnić ogromne przestępstwo. Po pierwsze: włażąc na okno, przekroczyłem przepisy więzienne, po wtóre: ociągałem się z wypełnieniem rozkazu, gdy mi kilkakrotnie kazano zejść, po trzecie: stłukłem szybę, po czwarte — co tam zresztą składało się na dalsze punkty, nie słyszałem, gdyż rozpłakałem się głośno. Sam siebie się zląkłem, nie przypuszczałem bowiem, że jestem takim przestępcą… Zdziwiłem się nawet, że aż do tego czasu pozostawałem na wolności.

677

Naczelnik nakrzyczał na mnie, ile wlazło, widząc, że nie reaguję, spuścił z tonu i spytał już łagodnie, czy mam pieniądze w depozycie. Gdy zaś przecząco pokręciłem głową, ponownie przybrał groźną postawę i bez dłuższego namysłu wyrzucił:

678

Siem sutok w karcer[66]!

679

Nie wiedziałem jeszcze, co to jest za kara, zrozumiałem, iż musi to być coś bardzo okropnego. Zamierzałem więc prosić, wreszcie błagać o sfolgowanie, chciałem powiedzieć, iż po zbawcze pieniądze napiszę do ojca, że mi ich nie odmówi, lecz nim zdobyłem się na wymówienie mych myśli, groźny naczelnik już zdążył krzyknąć:

680

Wziat' jewo[67]!

681

Rozkaz ten został momentalnie wykonany. Ręka klucznika znowu spoczęła na moim kołnierzu i tą samą drogą odprowadzony i wrzucony zostałem do celi. W głowie mi wirowało.

682

Oparłem się o ścianę i zamarłem w bezruchu. Wokół panowała śmiertelna cisza. Znikąd nie dochodziło żadne echo. Oparty o zimny mur wsłuchiwałem się w jęki własnej duszy.

683

Co robić! Co robić! — szeptałem bezradnie.

684

Siem sutok w karcer… siem sutok…” — jak natrętna osa wciąż w koło mózg mój wierciło.

685

Strach przed nieznanym „karcerem” był wprost nie do opisania. Wyobraźnia moja rysowała wszelkie tortury… Zacząłem się modlić…

686

— Boże! Boże! — wołałem — wybaw mnie stąd, a przysięgam, że wrócę do jeszywetu i nigdy już nie przekroczę Twoich przykazań. Wreszcie w rozpaczy przywoływałem śmierć, byle raz już wyzwolić się z cierpień. To znowu na przemian odmawiałem na pamięć znane mi modlitwy i psalmy.

687

Tak upłynęło do obiadu. Podano kapustę z kartoflami, a po wierzchu — o zgrozo! — znowu pływały skwarki. Odruchowo chciałem wylać ten przeklęty „chazer”, ale ostry głód, jaki wzbudził we mnie widok pokarmu, wstrzymał mnie od wykonania tego i ograniczyłem się na razie do wyrzucenia skwarek.

688

Drewnianą łyżką wyłowiłem jeden kartofel i przymrużywszy oczy włożyłem go w usta. Zasmakował mi. Stopniowo więc zjadłem wszystkie kartofle, a nawet spróbowałem kapusty, tej jednak nie mogłem przełknąć, wydała mi się wstrętna.

689

Szczupły ten obiad dopełniłem ostatkami chleba, który rano nie smakował. Nie najadłem się wprawdzie do syta, ale jednak humor mój znacznie się poprawił i wstąpiła nadzieja.

690

Gdyby nie ten karcer — pomyślałem — do którego lada moment mogą mnie zaprowadzić, byłoby jeszcze znośnie… Ten karcer nie dawał mi spokoju.

691

Gdy tak sobie medytowałem, na korytarzu powstał hałas. Usłyszałem trzask otwieranych drzwi i głośne wykrzykniki:

692

Na pragułku[68]! — Na pragułku!

693

Za chwilę i moje drzwi się otworzyły. Wytknąłem głowę. Na korytarzu wzdłuż ścian ujrzałem stojących ludzi.

694

Byli to więźniowie śledczy. Najbliższy mój sąsiad, człowiek lat czterdziestu sześciu, z brodą do pasa i długimi włosami, od dawna widocznie nie spotykającymi się z nożycami, ubrany był w kożuch. Zauważywszy mnie, zbliżył się nieznacznie do mnie. Widząc to, mimo woli się cofnąłem, gdyż wygląd jego mnie wprost przestraszył. Pomyślałem, że to zapewne największy zbrodniarz, co widząc, tamten uśmiechnął się tylko łagodnie i zapytał, skąd jestem i za co siedzę. Kazał mi stanąć przy sobie w rzędzie, który się właśnie na środku korytarza formował.

695

— Dokąd idziemy? — zapytałem.

696

— Na podwórze, na pół godziny spaceru — pośpieszył objaśnić.

697

Ucieszyłem się, że przynajmniej odetchnę świeżym powietrzem. Zanim doszliśmy do drzwi wyjściowych, zdążyłem mu częściowo opowiedzieć o sobie i o sprawie, która mnie tutaj przywiodła. Dalszą rozmowę przerwała rewizja, której musieliśmy się poddać przy wyjściu na podwórko.

698

Tam, w odstępie pięciu kroków jeden od drugiego, zaczęliśmy krążyć wokoło trawnika. Pośrodku zaś tam i z powrotem chodził strażnik w linii prostej i dawał baczenie, by więźniowie między sobą nie rozmawiali lub nie podawali jeden drugiemu jakichś przedmiotów.

699

Mój nowy znajomy, nawiązując do przerwanej rozmowy, udzielił mi na wstępie kilku cennych, wskazówek, jak się mam zachowywać, by nie zwrócić na siebie uwagi strażnika, a potem zapytał, co słychać na wolności.

700

Uczeń ze mnie był pojętny, gdyż kontynuowałem rozmowę jak stary aresztant. Mówiłem tylko wtedy, gdy strażnik obrócony był tyłem do nas lub tak maskowałem poruszenia ust i tak zachowywałem się, jakbym w ogóle nie miał języka w gębie.

701

Zrobiliśmy kilka okrążeń. Swoją drogą, dowiedziałem się, iż mój sąsiad jest adwokatem S. L., że ma sprawę polityczną i że siedzi już trzy lata w śledztwie.

702

Słysząc to, dziwiłem się w duchu, jak to jest możliwe, by będąc adwokatem, przesiedzieć aż trzy lata w śledztwie, i czy w ogóle jest możliwe, by człowiek mógł siedzieć aż trzy lata. Nie zapytałem jednak o przyczynę, gdyż zaraz potem znów rozmowa przeskoczyła na moją osobę.

703

Radził mi napisać do ojca. Twierdził, iż mogę odpowiadać z wolnej stopy, a w ten sposób aż do rozprawy mogę mieć wolność za kaucją lub za porękę. Mówił, że sędziemu śledczemu mam wszystko opowiedzieć od a do zet, nic nie skrywać.

704

Rad tych wysłuchałem z wielką uwagą. Postanowiłem się do nich ściśle zastosować. Lżej mi się zrobiło na sercu. Wstąpiła we mnie nadzieja. Przypomniał mi się „karcer”. Pośpieszyłem więc mu opowiedzieć o całym zajściu, o karze siedmiu dni i zapytałem też, co to takiego.

705

Nachmurzył się, gdy mu to opowiadałem, z ust jego słyszałem jakieś przekleństwo pod adresem naczalstwa i Moskalów, a wreszcie, gdy skończyłem, powiedział mi, żebym wieczorem zameldował, że on, S. L., adwokat, zapłaci za mnie 50 kopiejek za potłuczenie szyby.

706

— A więc nie pójdę do karceru!

707

Nie wiedziałem, jak mam dziękować swemu dobroczyńcy. Wyrazy podzięki bez związku popłynęły z ust moich, gotów byłem rzucić mu się na szyję i uściskać go.

708

Tak się zapomniałem, że nawet nie zauważyłem, jak strażnik dłuższą już chwilę mnie obserwuje. Kazał przystanąć. A gdy wszyscy mnie ominęli wówczas dał znak, bym szedł za nimi. Tym sposobem zostałem rozłączony ze swym przyjacielem.

709

Zawiązana wszakże przyjaźń nie wygasła. Po powrocie ze spaceru załadował pakunek i przesłał mi go. Był to funt cukru, herbata i biały chleb z masłem. Rzuciłem się na to z wilczą żarłocznością.

710

Gdy się najadłem, humor mój całkiem się już poprawił. Spróbowałem nawet gwizdnąć. Jacy to dobrzy ludzie siedzą w więzieniu — pomyślałem o swym znajomym. Żal mi było tego człowieka.

711

I pomyśleć tylko, że to jest goj… Raz na zawsze postanowiłem wyrwać z siebie wpojone w dzieciństwie pod tym względem pojęcia… Zrozumiałem, że byłem oszukiwany.

712

W celi więziennej każdy umysł, choćby to był istny typ lombrozowski[69], jest skłonny do filozofowania. Ulegając temu prawu, oddałem się rozmyślaniom. Zastanowiłem się nad wieloma rzeczami, które mi przedtem nawet na myśl nie przychodziły. Świat, na który tam, na wolności, patrzyłem oczyma niedoświadczonego młodzieńca tu, w celi więziennej, zaczął przyjmować inne barwy i formy.

713

A co dziwniejsze, moje obecne życie, w więzieniu zaczęło mnie pociągać swą tajemniczością. Dochodziłem do przekonania, że życie w więzieniu na też swój urok. Zmieniły się też pojęcia i zapatrywania i w innym kierunku. Na przykład: słowo „złodziej”, gdzie bądź słyszane, wywoływało we mnie przedstawienie bardzo strasznego człowieka. Właściwie nie potrafiłem sobie tego wytłumaczyć, w każdym bądź razie byłem zdania, że takiego człowieka mógłbym rozróżnić spośród tysiąca innych. Teraz już zupełnie inaczej o tym myślałem. Czy dlatego, że sam nim byłem?

714

Rozmyślania moje zostały przerwane otworzeniem się klapy.

715

Dzierży[70]! — rozległo się.

716

Podskoczyłem ku drzwiom. To korydorszczyk podawał mi dzbanek i garnuszek i kazał prędko opróżnić naczynie. Przysłał mi to wszystko mój sąsiad, otrzymywał on co dzień z wolności obiady, a więc i o mnie nie zapomniał.

717

Zwróciłem naczynie i prosiłem, by podziękował w moim imieniu.

718

Charaszo, skażu[71] — powiedział z tajemniczą miną i oddalił się. Za chwilę wrócił wszakże i zapytał, czy palę.

719

— Nie — powiedziałem. — Nie palę.

720

Bardzo mnie z tego powodu żałował. Po raz drugi doznając z tej strony zawodu, korydorszczyk podrapał się za uchem i już bez dłuższych komentarzy przystąpił do rzeczy. Dał mi mianowicie do zrozumienia, że wszystko mi załatwi, jeżeli mu oddam swoją bieliznę i skoki. Zanim skończył swe wywody, już mu podawałem pożądane przedmioty. Był zadowolony.

721

Po jakimś czasie przyniósł mi w zamian podarte trzewiki i czerwoną koszulę. Włożyłem je ze wstrętem, ale cóż miałem robić? Mój los w jego rękach — pomyślałem. Korydorszczyk w mojej wyobraźni wydawał się osobą tak wpływową i tak wiele znaczącą, iż sądziłem, że od niego nawet zależy moja wolność.

722

Od chwili załatwienia tego interesu korydorszczyk okazywał mi szczególniejsze współczucie. Co parę minut zaglądał do mnie i zaszczycał swą rozmową. W moim położeniu było i to coś warte.

723

Nie poprzestając na tym, przyniósł mi także kilka porcji „byki”[72]. Tych jednak nie przyjąłem, tłumacząc, iż mięsa takiego nie wolno mi jeść. Śmiał się z moich wywodów i twierdził, że gdy dłużej tu posiedzę, przyzwyczaję się do „byki”, a nawet i do skwarków.

724

Prorokowanie to rzeczywiście wkrótce się sprawdziło. Upłynął tydzień, a ja już jadłem „byki” bez żadnych skrupułów. W parę zaś dni później, gdy się przekonałem, że po spożyciu zakazanego mięsa nic złego mi się nie stało, nabrałem odwagi i zacząłem jeść skwarki.

725

Byłem już starym aresztantem.

726

Nauczyłem się też pukać w ścianę do sąsiada i doskonale to urozmaicało monotonnie płynące życie więzienne i czyniło je znośnym. Przyjaciel mój też o mnie pamiętał, czasami wydzielał część swego obiadu i przysyłał przez korydorszczyka. Czyż trzeba mówić, jak wielką sympatią obdarzyłem tego człowieka? W te najgorsze dla mnie dni okazał tyle dobroci i serca, iż wdzięczność dla niego noszę w duszy nawet dzisiaj, po wielu latach, gdy nie wiem nawet, czy żyje on jeszcze, nosić też ją będę do samej śmierci. On bowiem jedyny poratował mnie w najkrytyczniejszym czasie. Nie wiem, czy bez niego przeżyłbym to nieszczęście.

727

Droga mego życia i później szła nieraz przez manowce i dużo gorzkich chwil przeżyłem, miałem też czasem przyjaciół, jednak ci następni chyba nie byli tak szczerzy lub być może cierpienie nie takie już wywierało na mnie wrażenie, albowiem pamięć o nich częściowo już się zatarła i rzadko tylko ich obrazy przed oczyma przepłyną.

728

„Dużo daje, kto w czas daje”.

XXV

729

Od owej pamiętnej dla mnie strasznej nocy upłynęło kilka tygodni. Był już październik. W celi było tak zimno, iż zapewne pies urwałby się z łańcucha, gdyby go tutaj przywiązano.

730

Przytuliłem się do dwóch rur w kącie celi służących za piec, lecz były one chłodne i nic nie grzały. Smutny, zgorzkniały, po raz setny zacząłem rozważać swe opłakane położenie.

731

Siedzę oto głodny, obdarty… W ślad za trzewikami i bielizną rychło też powędrowała i reszta do wszechwładnego korydorszczyka. W zamiaru za to otrzymałem łachy.

732

Byłem pewny, że to wszystko było dziełem klucznika i że on był głównym kupcem. Gdy bowiem korydorszczyk miał coś do załatwienia, to drzwi mojej celi, jakby przez zapomnienie pozostawały czas pewien otwarte.

733

Najbardziej dotknęło mnie wywiezienie mojego przyjaciela. Był moim sąsiadem zaledwie trzy tygodnie, Gdy zapytywałem o niego korydorszczyka, to powiedział mi, że wywieziono go w głąb Rosji i że go zapewne powieszą. Żal mi się go zrobiło nie do opisania. Modliłem się za niego.

734

Nareszcie przy końcu października, pewnego popołudnia zostałem zawezwany do sędziego śledczego. Wiedziałem już, że jest to człowiek bardzo zły, toteż gdy szedłem po korytarzu, byłem w wielkim strachu, gdy zaś przed nim stanąłem, cały drżałem.

735

Bez dłuższych wstępów rozpoczęło się męczące dla mnie badanie. Z płaczem opowiadałem, jak to było owej nocy. O romansie wszakże, jako łownym powodzie mej kradzieży, nie wspomniałem ani słowa. Miałem już tyle rozumu, że oszczędziłem jej wstydu. Uczucie miłości, które pomimo wszystko nie wygasło w moim sercu dla Soni, też wielce się ku temu przyczyniło.

736

Po skończonym badaniu zapytał mnie sędzia, czy mam kogo, kto by złożył dwieście rubli kaucji.

737

— Tak, mam ojca — odpowiedziałem.

738

Kazał mi napisać do domu i powiadomić o jego decyzji, to jest, iż po położeniu tych pieniędzy zostanę zwolniony. Następnie zostałem z powrotem zaprowadzony do celi. Przez całą noc nie mogłem zasnąć. Zamiast cieszyć się nadzieją odzyskania wolności, przeciwnie… jakiś nieograniczony ogarnął mnie smutek.

739

Dzień za dniem przesuwał się w mojej pamięci, poczynając od wypadku, gdy uciekłem z domu, aż do chwili obecnej. Zauważyłem w sobie wielkie zmiany, zmiany na gorsze: powierzchownie wyglądałem jak oberwaniec, fizycznie zmizerniałem. Wątłe już w sobie czułem siły, w duszy jeszcze gorsze otworzyły się szczerby, wola osłabła, lenistwu się poddałem, w modlitwie nawet zaniedbałem się, usta moje już nie wymawiały słów modlitwy tak często niegdyś powtarzanych, a które przynosiły mi pociechę i ukojenie.

740

Słaby duch mój splątany był brudnymi myślami i wyrwać się z tych sieci nie byłem zdolny. Gorzko płakałem nad swym upadkiem.

741

Nazajutrz wstałem chory i pełen apatii. Po śniadaniu otrzymałem papier na list. Był to dla mnie ciężki moment. Dotychczas bowiem nie pisałem do ojca. Mówiłem sobie, iż wolę umrzeć niż powiadomić go o swym upadku. Teraz jednak, gdy przyszło do rzeczy, gdy zrozumiałem, iż od niego zależy moja wolność, zdecydowałem się napisać.

742

Obszerny mój list był cały zalany łzami. Pozwolili mi go napisać po żydowsku. W ocenzurowaniu bowiem nie było kłopotu — sędzia śledczy był przechrztą. Po drugie, sądzono zapewne, że mogę napisać coś takiego, co jeszcze być może zataiłem w śledztwie.

743

Po upływie tygodnia od wysłania listu, zacząłem się niepokoić. Po całych dniach stawałem przy drzwiach, nasłuchując pilnie, czy nie zawołają mnie na wolność. Gdy tylko wywołano jakie bądź nazwisko, zaraz myślałem, że to już mnie wołają. Doszło do tego, iż nawet po nocach się zrywałem i podbiegałem do drzwi. Znów zaczęły nawiedzać mnie we śnie straszne zjawy. Matkę zaś śniłem noc w noc. Prawie zawsze przedstawiało mi się, że stoi nade mną i płacze, a gdy ze strachu przebudzałem się, długo nie mogłem dojść do świadomości, gdzie się znajduję i co ze mną się dzieje.

744

Coraz częściej nadchodziło zwątpienie, czy ojciec w ogóle zainteresuje się moim losem.

745

A gdy nawet i wyratuje mnie stąd — myślałem — to jak przeżyję wstyd przed ojcem, a następnie co powiedzą ludzie, gdy się dowiedzą, że ten, który miał zostać rabinem, został… złodziejem?

746

W duchu już żałowałem, żem pisał do ojca. A wcale mi na myśl nie przyszło, że i bez mego listu ojciec po moim zaaresztowaniu został wezwany na policję i że już całe miasteczko o niczym innym nie mówi, jak o moim upadku.

747

Ach, te wyrzuty sumienia… jakże one straszne, gdy człowiek jeszcze jest zdolny je odczuwać, a szlachetne uczucia niezupełnie wygasły.

748

Myślałem też o tym, jakie będzie to spotkanie się z ojcem. Pamiętam dobrze, iż gdy wracałem z jeszywetu, to nawet wówczas nie okazywał zbytniej radości, a cóż dopiero, gdy wrócę z więzienia…

749

Zapomniałem teraz o sobie. Widziałem tylko jego ból i żałość. A potem jego gniew. Znałem, jak straszny jest gniew ojca, pomimo że na takiego nie wyglądał.

750

Pragnąłem wolności, a zarazem instynktownie jej się obawiałem. Przeczuwałem, że od chwili, gdy przekroczę progi więzienia, jakieś fatum będzie mnie prześladować i że czeka mnie straszny los.

751

Ach, te przeczucia… Już wówczas miałem wrażenie, że jestem jedynym z tych ludzi, którzy przez jakieś siły wyższe z góry są skazani na ciągłe nieszczęścia i zagładę.

752

Miałem powody tak myśleć. Na przykład tak wczesna śmierć matki. Gdyby ona żyła, kto wie, czy bym doszedł do takiej ruiny. Jeden ten wypadek pociągnął inne, coraz to gorsze w swoich skutkach. I tak przez szereg długich lat.

753

Te słowa na przykład piszę, siedząc nie w wygodnym fotelu lub krześle, nie w pokoju według własnego smaku urządzonym, ani w ogrodzie, czy też na łonie przyrody, gdzieś w lesie lub nad rzeką… nie, piszę je, znajdując się w domu „rozmyślań”, w domu, w którym właściwie człowiekowi wszystko odebrane oprócz rozkoszy, nie… oprócz męki myślenia, to jest tego, czego już właściwie odebrać nie jest w stanie żaden najbardziej wyrafinowany system pozbawienia człowieka darów danych mu przez naturę.

754

Gdy teraz zaczynam kontrolować w myślach swoją przeszłość i odgrzebywać sceny z mojego dzieciństwa, bądź też z lat młodzieńczych, sam się dziwię, jak będąc wychowany w atmosferze bądź co bądź moralnej, gdzie siódme Boskie przykazanie było ściśle przestrzegane, mogłem stać się tym, kim jestem…

755

Sam nie wiem, w jaki sposób zostałem podłym zbrodniarzem, za którego się obecnie sam uważam, pomimo że do dnia dzisiejszego szlachetniejsze porywy we mnie nie wygasły. Ach życie! Życie!… Jaki gorzki jest napój w kielichu, który dla mnie przeznaczono i zapewne nie pofolguje los, aż nie wypiję go do dna.

756

Zresztą dość tej filozofii. Na czym to ja się zatrzymałem? Aha! Czekałem na zwolnienie, którego się i doczekałem.

757

Jeden z dni wytężonego oczekiwania i kolejno następującego po nim zwątpienia stałem u drzwi swej celi. Nagle usłyszałem wywołanie mojego nazwiska. Zelektryzowało mnie. Sądziłem, że się przesłyszałem. Wszak przez ten ostatni tydzień stale mi się wydawało, że wywołują moje nazwisko. Ale nie, po raz drugi dokładnie już usłyszałem, że mnie wołają.

758

Serce z radości o mało nie wyskoczyło. Wolność! — huczało w uszach. Więc za chwilę mnie tutaj nie będzie. Ostatnim spojrzeniem objąłem swój grób z mocnym postanowieniem, że już nigdy, przenigdy tutaj nie wrócę…

759

Nawet mi na myśl nie przyszło, że w podobnych grobach nie tylko tygodnie, ale długie lata… ba, połowę swego życia będę przechowany…

760

Usłyszałem wyraźnie zbliżające się kroki. Wstrzymałem oddech. Nie, nie mylę się. Zatrzymały się u moich drzwi. Odskoczyłem ku oknu. Zgrzytnął klucz i… w progu ukazał się klucznik.

761

Zabrać wsio swojo[73] i marsz! — zarecytował. — Skoryje[74]! — krzyknął, widząc, że się nie ruszam z miejsca. Spróbowałem go jeszcze spytać, czy to na wolność.

762

Nie znaju[75] — odparł.

763

Zrozumiałem, że tak jest, gdyż następnie odebrali ode mnie więzienną bieliznę z workowego płótna.

764

Już wtedy zauważyłem, że dozorcy więzienni niechętnie wypuszczają swoich wychowanków. W późniejszym czasie jeszcze bardziej utwierdziłem się w tym przekonaniu.

765

Zaprowadzono mnie do kancelarii. Tam mocno się przeląkłem, gdyż oddano mnie w ręce konwoja. Ten pośpieszył mi oznajmić, ze idziemy do policmajstra. Gdy go także zapytałem, czy zostanę zwolniony, otrzymałem znowu odpowiedź: „nie znaju”.

766

W mej głowie znowu różne wirowały myśli. Nie umiałem sobie tego wytłumaczyć. Do po-lic-maj-stra! — powtarzałem. Ten wyraz nic nie wyjaśnił. Co to za jeden być może ten policmajster?

767

Wszelkie przypuszczenia kotłowały się wówczas w mojej „frajerskiej” głowie. Nieobeznany jeszcze byłem z aparatem sprawiedliwości.

768

Po drodze rozglądałem się po ludziach, swobodnie kroczących chodnikami. Radowała mnie myśl, że znów będę należał do tych wolnych ludzi, rozporządzających sobą według własnej woli i upodobania. Znów będę jadał w domu smaczne, koszerne potrawy, których prawie dwa miesiące byłem pozbawiony. Tu dopiero pomyślałem o swym ubiorze.

769

Wyglądałem strasznie. Miałem na sobie jakieś tranty[76]. Buty podarte, posklejane z licznych kawałków. Gdybym przynajmniej miał swój płaszcz. Ale i ten zabrał Beniek za sto trzydzieści kawałków cukru. Gorzałem ze wstydu. Ale cóż robić?

770

Po przejściu szeregu ulic byliśmy u celu. Był to obszerny budynek, siedziba policmajstra i urzędów. Zostałem wprowadzony do pokoiku na drugim piętrze. A za chwilę wprowadzono mnie do pokoju policmajstra.

771

Gdy tylko wszedłem, stanąłem jak wryty, przy stole policmajstra siedział mój ojciec. Ani spojrzał w moją stronę. Nie wiedziałem, co robić. Stałem tak chwilę, a jak mi się zdawało, wieczność całą, wreszcie pierwszy przemówił policmajster. Nie zrozumiałem nawet co, gdyż w tym momencie zatrzymało się na mnie spojrzenie ojca. Było to spojrzenie przeszywające swą mocą, unicestwiające mnie w proch. Z twarzy jego pełnej pogardy wyczytałem okrutny, potępiający wyrok. Takiego wyrazu twarzy u niego jeszcze nigdy nie widziałem, nawet w największym gniewie. Nie zapomnę go też do grobu. Z głośnym szlochaniem rzuciłem mu się do nóg. Odepchnął mnie tylko nogą jak bezdomnego psa i obojętnie nadal rozmawiał z policmajstrem.

772

Dziwnym trafem okoliczności ojciec dobrze się z nim znał. To też było powodem, iż policmajster zaszczycił mnie swą uwagą i teraz wobec ojca zaczął mnie strofować, że wstyd robię ojcu i całej familii, że nawet on się wstydzi za ojca itd.

773

Takoj perjadocznyj czełowiek[77] — mówił, wskazując na ojca — a tut takoj syn[78]. Tu radził ojcu, że o ile nie poprawię się, to niech mnie odda do poprawczego domu. Ojciec pogrążony we własnych myślach nie odpowiedział. Policmajster więc ciągnął dalej:

774

— Jeśli tak dalsze budiesz wiesti siebia, nasz car styditsja budiet toboj i na wojennuju służbu nie wozmiot![79]

775

Jeszcze dużo innych moskiewskich morałów prawił, nie słyszałem ich wprawdzie dostatecznie, gdyż cały czas płakałem.

776

Po godzinnej rozmowie policmajster pożegnał się z ojcem po przyjacielsku, a mnie pogroził, mówiąc, iż głupstwo, które zrobiłem, ojca dużo kosztuje…

777

Słyszałem, jak jeszcze na odchodnym powiedział, że postara się całą tę sprawę zatuszować.

778

Po drodze do stacji kolejowej ojciec zaprowadził mnie do sklepu z ubraniami. Tam polecił mnie ubrać od stóp do głowy. Sam zaś wyszedł. Wychodząc, zwrócił kupcowi uwagę, by na mnie miał baczenie, gdyż mogę jeszcze coś ukraść. Słysząc to, zapłonąłem od wstydu. Rychło też wrócił z powrotem. Gdy uregulował rachunek, byłem już blisko drzwi, aby jak najprędzej opuścić to miejsce, gdzie wiedzą, kim jestem.

779

Ojciec, widząc moje chęci, postanowił tym głębiej mnie zawstydzić. W tym celu opowiedział wszystko najgorsze, co było mu wiadome. Obecnych było sporo, przyglądali mi się ciekawie, cmokali wargami, kiwali głowami, czynili te lub inne uwagi. A starsza kobieta, jak widać właścicielka sklepu, zaczęła mi prawić morały. Potem zaś pocieszyła ojca, mówiąc, że jestem młody, więc głupi i że się na pewno później poprawię.

780

Za zdemaskowanie przed obcymi ludźmi poczułem do ojca ogromny żal. Zdawało mi się, że na całym świecie nie mam nad ojca większego wroga… Już teraz strzeliła do głowy myśl, by uciec jak najprędzej od domu, choćby na kraniec świata i być panem siebie.

781

Podpadło mi wszakże, że aby plan ten urzeczywistnić, potrzeba pieniędzy. Myśl zrazu nieśmiała, potem coraz uporczywiej zaczęła kiełkować, że pieniądze te trzeba zdobyć przez kradzież u ojca.

782

I im byłem bliżej domu, tym wyraźniej dojrzewało we mnie to postanowienie. Chodziło tylko o obmyślenie szczegółów.

783

Drogę powrotną odbyliśmy pociągiem. Każda z najmniejszych stacji przysparzała coraz liczniejszych znajomych ojca, mnie zaś coraz więcej wstydu i upokorzenia. Ojciec bowiem, jakby się uwziął na mnie, każdemu opowiadał o moim występku. Sam się dziwiłem temu gadulstwu, albowiem ojciec był z natury małomówny.

784

Siedziałem przy nim jak na żarzących się węglach. Gdybym się go nie bał, dawno bym uciekł, rezygnując nawet z okradzenia go. Bo i pomyśleć tylko, co za tortury musiałem przeżyć, słuchając, jak każdemu z osobna prawił o nieszczęściu, które go z mojej przyczyny spotkało.

785

Wskazując na mnie palcem, prawił:

786

— Skąd to się u niego wzięło? Matka nie była złodziejką. W całej familii nie ma nawet takiego, który by stawał przed sądem. A tu naraz masz tobie… mój syn złodziejem… tfu!

787

W tym miejscu kilkakroć powtarzanej historii zwykle spluwał na podłogę i rzucał na mnie pełen nienawiści wzrok.

788

W przedziale, łatwo zrozumieć, prócz znajomych byli też ludzie obcy. Ci, gdy ojciec opowiadał, patrzyli na mnie, jakbym zamordował co najmniej stu ludzi, a drugie tyle jeszcze miał zamiar zamordować.

789

W końcu drogi byłem bliski omdlenia. Było mi gorąco i duszno. Z trudnością oddychałem, tak mi to wszystko było nieznośne, iż w duchu prosiłem Boga o jakiś cud, chociażby miała to być kolejowa katastrofa. Zdawało mi się, że wszyscy ludzie są moimi wrogami.

790

Tej drogi z więzienia do domu pod czułą opieką ojca zapewne już nigdy nie zapomnę. Tyle wstydu nigdy jeszcze ani przedtem, ani potem nie przeżyłem.

791

A i zaprawdę byłem wtedy jeszcze zdolny się wstydzić… W późniejszym życiu w coraz mniejszym pojawiało się to stopniu.

792

Tak, tak… biedny mój ojciec zapewne sądził, że w ten sposób obrzydzi mi występne życie. Taktyka ta wszakże minęła się z celem i raczej przyspieszyła zrządzenie losu.

793

Życie w domu po tym, co zaszło, przedstawiało się dla mnie nie do pozazdroszczenia. Więzienie wobec tego, co mnie czekało, było niczym. Teraz dopiero zaczęło się dla mnie piekło — myślałem.

794

Nie zapomniałem też i o karze cielesnej, która mnie, jak byłem pewny, nie ominie. Dreszcz mnie po skórze przeszedł na samo wspomnienie o gniewie ojca.

795

Wobec takiego położenia, czyż trzeba się dziwić, w jakim kierunku popłynęły moje myśli? Niekoniecznie trzeba być tchórzem, by się bać takiej sytuacji, w jakiej ja się wówczas znajdowałem.

796

W tak gorzkich rozmyślaniach przyjechałem do domu.

XXVI

797

Każdy patrzył tu na mnie jak na wilka. Na ulicy wytykano mnie palcami. W miasteczku zaraz po moim przybyciu zawrzało jak w ulu. Różni znajomi pod pretekstem jakiego bądź interesu, często gęsto zaglądali do nas, byle tylko mnie oglądać. Ojciec przyjął za zasadę każdemu z osobna opowiadać o swoim nieszczęściu. Co gorsze, w domu pilnowano mnie na każdym kroku, bym czego — jak oni mówili — nie ściągnął. Przy wspólnym stole do obiadu zabronili mi siadać, gdyż tak postanowił ojciec.

798

— Nie chcę go widzieć na oczy — mówił.

799

Spożywałem więc mój posiłek w kuchni. Macochy, pomimo iż starała się być dla mnie dobra, nienawidziłem. Zresztą przyczyny tego nie zdołałem wytłumaczyć. Nieprzyjazne względem niej uczucie powstało samorzutnie. Ta obca mi kobieta zajęła miejsce ubóstwianej matki — tu chyba trzeba szukać początku.

800

Brat i siostra patrzyli na mnie, jakby wątpili, czy rzeczywiście ja jestem ich rodzonym bratem.

801

Począłem stronić od wszystkich. Większą część dnia spędzałem sam. Lubiłem jeszcze też zachodzić do pokoju, gdzie leżała mała siostrzyczka. Tam, przy jej kolebce spędzałem nieraz po kilka godzin. Kochałem ją całą pełnią braterskiego uczucia. Ta bowiem jedna nie umiała jeszcze nienawidzić.

802

Na mieście zupełnie się nie pokazywałem ze wstydu. Dawni moi koledzy stronili ode mnie. Życie takie stawało się nieznośne. Toteż coraz częściej zastanawiałem się nad tym, jakby tu co ukraść i uciec. Lecz mieli mnie zawsze na oku.

803

Pewnego dnia zauważyłem, jak mi się zdawało, że nie zwracano na mnie uwagi, po cichutku prześlizgnąłem się do pokoju, gdzie w komodzie zwykle były przechowywane pieniądze.

804

Zanim wszakże tam zdążyłem wejść, głuchoniema służąca takiego narobiła hałasu, iż musiałem co rychlej znikać. Nie przypuszczałem, że nawet ona jest zdolna do sprawowania nade mną nadzoru.

805

Upłynęło kilka tygodni. Ojciec po dawnemu był dla mnie nieprzejednany.

806

Postanowienie zrealizowania kradzieży i ucieczki coraz bardziej się we mnie potęgowało. O niczym innym nie myślałem. Czekałem tylko sposobności, wreszcie pewnej soboty postanowiłem ponownie spróbować szczęścia.

807

Wybrałem sobotę, gdyż wiedziałem, iż w ten dzień ojciec nie nosi przy sobie pieniędzy. W tym zaś wypadku miałem jeszcze i tym ułatwioną orientację, iż w piątek wieczorem udało mi się podejrzeć, jak ojciec, przebierając się, wsunął portfel pod materac.

808

— Teraz albo nigdy — pomyślałem.

809

Gdy tylko ojciec wyszedł, nie tracąc ani chwili, wsmyknąłem się do sypialni. Wyciągnąłem z kryjówki portfel. Tak był wypchany, iż ojciec wiązał go nawet sznurkiem. Powziąłem zamiar, by tylko część z tych pieniędzy sobie przywłaszczyć. W tym celu zabrałem się do rozwiązywania sznurka. Wtem usłyszałem czyjeś kroki. Schowałem portfel pod marynarkę i skierowałem się ku drzwiom. Zetknąłem się w nich z głuchoniemą służącą. Narobiła znów takiego hałasu, iż co rychlej rzuciłem się do ucieczki w stronę drzwi wiodących na ulicę. Lecz o zgrozo! Te same się otworzyły i stanął w nich ojciec.

810

Ojciec wybierał się do bóżnicy, lecz chwilę zabawił przed domem. Słysząc zaś krzyk służącej, pospieszył do wnętrza i mnie właśnie przydybał na gorącym uczynku.

811

— Co tam masz? — zapytał.

812

I nie czekając na odpowiedź, sięgnął za marynarkę i wyciągnął portfel. Widząc obiekt mej kradzieży, zbladł. Wreszcie chwycił mnie drugą ręką za kołnierz i unosząc w powietrze, wniósł w głąb mieszkania. Tu cisnął na podłogę i oddychając ciężko, stał dłuższą chwilę nade mną, milczący i groźny, jakby namyślając, się, czy już ma mnie stratować jak robaka. Leżałem skulony u nóg jego, nie śmiąc się ruszyć. Wszyscy domownicy skupili się wokoło i nie śmieli przerwać tej złowrogiej ciszy. Nareszcie ojciec, chwytając się za głowę, odzywa się do macochy:

813

— Patrz — mówił, wskazując na portfel. — O Boże, zgubiłby nas na wieki! Ja go zabiję! — krzyczał i rzucił się na mnie.

814

W tym jednak momencie stanęła między ojcem a mną macocha. Zaczęła mu perswadować. Ja ze swej strony zebrałem się na odwagę i zacząłem się tłumaczyć, że chciałem wyjąć tylko kilka rubli, a resztę odłożyć. Nic nie pomogło.

815

Ojciec był święcie przekonany, że chciałem go zgubić przez kradzież całej zawartości portfela, a więc dziesięciu tysięcy rubli, które przygotował na wykupienie kilku wagonów cukru i mąki.

816

Między mną a ojcem stanęła ściana raz na zawsze nie do przebycia.

817

Skończyło się na tym, że ojciec mnie tak obił, że kilka dni kurowałem się w łóżku. Był nawet doktor zawezwany. Słyszałem, jak ten wyrzucał ojcu:

818

— Jak można tak skatować dziecko…!

819

Groził nawet, że gdy to się powtórzy, wytoczy ojcu sprawę.

820

Ojciec usprawiedliwiał się uniesieniem. Wszak kradzież tych pieniędzy groziła mu ruiną, cóż więc dziwnego, że się zapomniał.

821

— Zresztą diabli go nie wezmą — zawyrokował.

822

W końcu, chcąc raz skończyć przykrą dla niego rozmowę, odpalił:

823

— Jak ma być złodziejem, to wolę widzieć go w grobie…

824

Po tym zdarzeniu w miasteczku znów zawrzało jak w ulu. Nowina ta była niepowszednia. Każdy tłumaczył to na swój sposób. Większość mnie potępiała. Byli wszakże i tacy, co mi współczuli. Mówili: „Biedny sierota, ojciec, mając młodą żonę, chce się pozbyć dzieci”.

825

Znalazł się nawet śmiałek, który powtórzył to ojcu w oczy. Nie zdążył tego jednak dokończyć, bo już został wyrzucony za drzwi.

826

Co do mnie, to w ogóle nie rozumiałem, co się z ojcem dzieje… Ten człowiek herkulesowej siły, zwykle łagodny i potulny, nigdy tak się nie unosił jak teraz. Pomimo wszystko, czasem żal mi było ojca. Bunt się jednocześnie we mnie rodził z powodu tej zmiany. Więc wszystko zło przypisywałem zawsze uśmiechniętej, pięknej macosze. Jej widok mimo woli wywoływał we mnie drgania nerwów, nieprzychylny skurcz twarzy. Czułem instynktownie, że ta kobieta mnie nienawidzi, chociaż nie daje tego po sobie poznać. Możliwe, że zbyt srogo ją osądziłem. Straciłem matkę! Przez tę zaś kobietę miłość ojca.

827

W owym czasie ojciec budował nowy, murowany dom. Zaniechałem swych planów. Myśli zwróciłem w innym kierunku. Postanowiłem zdobyć zaufanie ojca. Starałem się być użyteczny.

828

Będąc fizycznie silnie zbudowany, wziąłem się do pracy. Pomagałem przy budowie. Woziłem cegły, dźwigałem ciężary, kopałem.

829

By wykazać poprawę i skruchę, uczęszczałem na nabożeństwa. W sobotę zaraz po obiedzie zabierałem się do bóżnicy. Tam zagłębiałem się w Talmudzie, dla pozoru wszakże… W rzeczywistości zaś na wzór dawnej nauki w jeszywecie chowałem w Talmudzie jaką bądź książkę beletrystyczną lub inną. I wtedy tylko zaprzestawałem tej lektury i zaczynałem śpiewnym głosem recytować ustępy świętej księgi, gdy wierni zaczynali się zbierać na przedwieczorną modlitwę.

830

Przychodził i ojciec. Spostrzegłem nieraz, iż patrzy na mnie ukradkiem i twarz jego wówczas nieco się rozpogadzała. Jeszcze wyraźniej mogłem to zauważyć, gdy wokół mnie tworzyło się liczniejsze grono brodaczy, którzy w skupieniu mnie słuchali.

831

Pragnąc go jeszcze bardziej umocnić w jego zaufaniu, co dzień w czasie przerwy między modlitwą przedwieczorną a wieczorną, to jest zanim na niebie pojawiła się pierwsza gwiazda, co stanowiło zwykle około godziny, siedziałem w wielkim skupieniu nad wieczną księgą.

832

Wszystko jednak na nic. Wysiłki moje nie przyniosły pożądanego skutku. Ojciec, jak i przedtem, patrzył na mnie z pogardą. W domu stale mnie napiętnowali. Robotnicy, zatrudnieni przy budowli, na mój widok uśmiechali się dwuznacznie i ironicznie. W miasteczku wszyscy ode mnie stronili, jakby od trędowatego.

833

Taka sytuacja stała się wprost nie do wytrzymania. Cóż dziwnego, iż coraz częściej wracała uporczywa myśl o ucieczce.

834

Ale jak to wykonać, gdy tak jestem pilnowany, a po wtóre miałem tę sprawę z pieniędzmi. O ile pierwsze dało się pokonać, to bez tych ostatnich, rozumiałem, daleko nie zajdę.

835

W takim położeniu przetrwałem do Nowego Roku.

XXVII

836

Nadszedł rok 1914. Rok, który zadecydował o losie i istnieniu milionów ludzi. Rok, w którym zapadł na nich wyrok śmierci, a co gorsze, kalectwa i to na tych samych ludzi, którzy rok ten witali radośnie razem z tymi, którym potem kosztem innych udzielone zostały zaszczyty i bogactwa.

837

Zaczynałem osiemnasty rok życia. Jest to niedużo. A jednak tego życia miałem już dosyć. W chwilach dotkliwego smutku powtarzałem więc za biblijnym Jobem[80]: „Bodajby zginął dzień, w którym się narodziłem i noc, w którą rzeczono: począł się mężczyzna!” Bywało w chederze, że gdy czytałem ten ustęp biblijny, łzy mi w oczach stawały na myśl, ile to musiał wycierpieć biedny ten człowiek.

838

Wówczas jeszcze nie wyobrażałem sobie, że są i współcześni Jobowie, z tą wszelako różnicą, iż Job przed swym cierpieniem zaznał dużo dobrego i był bogaty. Zresztą ten legendarny Job długo nie cierpiał. Otrzymał rychło nagrodę…

839

A dziś?…

840

Niejednemu to pytanie ciśnie się na usta od chwili, gdy już rozumie język swej karmicielki, aż do grobu. I nigdy nie otrzymuje odpowiedzi, ani też nie zazna lepszej chwili.

841

Ja jestem jednym z takich Jobów, z tą różnicą, że tamtego ukarał Bóg, mnie zaś ludzie… Następnie Job uważał, że cierpi niezasłużenie, a ja przyjmuję moje cierpienia za całkowicie słuszne, ba, nawet na większe zasłużyłem.

842

Pomimo tego, co się rzekło, proszę czytelnika, by mną nie pogardził. Z całą ufnością zdaję się na Twój sąd. Do Ciebie on należy i z góry przystaję na jego wyrok.

843

Czyja jest wina, że stałem się złodziejem, zbrodniarzem?… Nieraz zastanawiałem się nad tym, kto ponosi winę, że stałem się szkodliwą jednostką dla społeczeństwa, dla tych samych, którym z czasem miałem nieść pociechę duchową i ukojenie w nieszczęściu. Wtedy zdaje mi się, że składam się z dwóch istot. Czyli inaczej mówiąc, to wszystko zło, które popełniłem w życiu, popełnił raczej mój sobowtór, niż ja, niedoszły rabin…

844

Tak, tak, Drogi Czytelniku, nawet i dziś po tylu latach przebytych w świecie występku i brudu, nie mogę się pogodzić z myślą, że jestem tym, za którego mnie uważają i to słusznie. Ale zaklinam Cię! Pomimo mych zbrodni, które zamierzam Ci wszystkie opisać, nic nie tając przed Tobą, nie zlęknij się, czytając to wszystko, i nie osądź mnie z góry! Bądź sprawiedliwy!

845

Zechciej mnie wysłuchać do końca. Świadomość, iż w Tobie mam bezstronnego sędziego, być może doda mi sił, że pozbędę się tego drugiego „ja” które źle czyni. Zostanie wówczas moje prawdziwe „ja”, które — zaręczam Ci! — zaprawdę nie jest zdolne nawet muchy skrzywdzić, a cóż dopiero człowieka!

846

Czuję to, iż jestem marnym filozofem, a w moich wywodach brak nawet jakiejkolwiek logiki. Przebacz! Uwzględnij, iż pisząc te słowa, znajduję się sam, samiuteńki w ponurej więziennej celi, z oknem przysłoniętym żelaznymi kratami. Cela podobna raczej do grobu niż do pomieszczenia dla żywego, zdrowo myślącego człowieka… Ponuro, szaro wszędzie. Jest teraz godzina druga, a więc niedawno po obiedzie. A jednak jestem już głodny. Czyż dziwić się więc należy, że trochę bredzę? Naprawdę po obiedzie więziennym jest marne natchnienie i filozofowanie.

847

No więc usprawiedliwiłem się już i lżej jest mi teraz wrócić do tematu, to jest do miejsca, skąd zacząłem filozofować.

848

I tak mamy rok 1914. Od tego przeklętego roku datuje się też i mój zupełny upadek. Zaraz po Nowym Roku odbyła się familijna rada. Brał w niej udział nawet stryj, który specjalnie w tym celu zawezwany przez ojca przyjechał z Rosji.

849

Długo się pocili nad tym, co zrobić ze mną, by uratować całą familii od hańby. Wreszcie zapadła stanowcza decyzja, by oddać mnie do jakiego bądź rzemiosła. To jedno wszakże uczynili ustępstwo, iż raczyli zapytać, do jakiego rzemiosła mam wielką chęć. Zawezwali mnie w tym celu do siebie i podkreślili nieodwołalność swego postanowienia. Zaznaczyli, iż w żaden sposób dłużej pozostawać w domu nie mogę.

850

Ja nic nie odpowiedziałem, gdyż bolało mnie to, że chcą koniecznie mnie się pozbyć. Wówczas przywołał mnie stryj bliżej do siebie i dobrotliwie zapytał, czy chcę zostać piekarzem. O ile tak, to on zaryzykuje i weźmie mnie do siebie, pod warunkiem wszakże, że mu nie przyniosę wstydu.

851

Stryj mój był prawdziwym typem dorobkiewicza. Chorował także na inteligenta. A nawet, żeby na takiego wyglądać, uważał za potrzebne zakładanie sobie złotych binokli, co zresztą dodawało mu powagi. Cztery lata temu ożenił się bardzo bogato, biorąc w posagu dużą, dobrze prosperującą piekarnię i handel zbożowy.

852

Ten człowiek wytrwale dążył do celu. Był on przed żeniaczką jednym z pracowników swego przyszłego teścia, bogatego kupca w mieście S. U tego kupca były trzy córki. Otóż jedną z nich stryj właśnie rozkochał w sobie. Ojciec dziewczyny jednak ani słyszeć nie chciał o tym małżeństwie.

853

Stryj, świadomy tego, iż wraz z ładną córką ma też mu przypaść niemniej ładny posażek, nie dał za wygraną i przed czasem dobrał się już do „miodu”… W rezultacie wytworzyła się sytuacja, iż kupiec był nawet zadowolony, że stryj zgodził się na żeniaczkę, zanim ludzie mogli spostrzec, iż córeczka jakoś z dnia na dzień staje się pełniejsza… Ten to czcigodny stryjcio teraz zapewne mnie się wstydził. Ale chcąc pocieszyć starszego brata, zgodził się mnie ostatecznie zabrać do siebie i wyprowadzić „na człowieka”. Ja, chociaż, niechętnie, ale nie widząc innego wyjścia, wyraziłem zgodę.

854

Tegoż jeszcze wieczora wyruszyliśmy w drogę. Opisywać podróży nie będę, gdyż niczym się ona nie odznaczyła. Cały czas zatopiony byłem we własnych myślach. Na drugi dzień stanęliśmy już na miejscu. Ciotka, jak się zresztą spodziewałem, z mojego przybycia nie bardzo była zadowolona. Zaraz na następny dzień stryj zaprzągł mnie do pracy. Nie omieszkał przy tym wygłosić odpowiedniej mowy: „Jak będziesz pilny w pracy” — mówił — „to wstawię się za tobą u ojca i zrobimy cię kupcem. A fach, którego się nauczysz, nie zaszkodzi, w życiu wszystko może się przydać. Uważaj, ja też w swoim czasie pracowałem u ludzi, a teraz… czy to mi zaszkodziło zostać kupcem?” Tu znacząco odchrząknął i poprawił binokle. Resztę morałów, które jeszcze mi prawił, mało już rozumiałem, gdyż były zaprawione różnymi naukowymi terminami i porównaniami.

855

Od tego więc dnia zacząłem pracować w piekarni i to, przyznać się muszę, dość chętnie. Czeladź, której było kilku, z początku, traktowała mnie z pewną niechęcią, a przynajmniej odnosiła się do mnie nieufnie. Wypływało to z dwóch przyczyn. Po pierwsze, tak już jest przyjęte w żydowskich piekarniach, że czeladnicy traktują terminatorów bardzo źle. A że ten lub ów z tych ostatnich oberwie po grzbiecie „spranzlem”, to nic, jest to na porządku dziennym. Chłopiec tak zahukany, zapracowany, wypełnia każde najmniejsze zlecenie czeladnika bez szemrania. Zimą sypia on zwykle gdzieś na piecu przy muzyce świerszczy, a latem w brudnym kącie, gdzieś w pobliżu „bajty[81]”. I gdyby to jeszcze wyspał się. O tym wszakże nie może być mowy. Na to nie ma czasu. Cztery godziny snu na dobę jest już wiele!

856

Widziałem tych chłopców o bladych twarzach, z zaczerwienionymi oczyma, jak snuli się nocną porą, podobni raczej do lunatyków niż do ludzi normalnych.

857

Nic też dziwnego, że gdy taki niewolnik staje się wreszcie czeladnikiem, a nawet właścicielem piekarni, stara się wówczas odbić na cudzej skórze to, co przecierpiał sam.

858

W tym wszakże wypadku, w stosunku do mnie czeladnicy nie odważyli się zastosować tej samej miarki, którą stosowali względem dwóch innych terminatorów. Wiedzieli bowiem, że jestem familiantem[82] gospodarza. Z tym faktem, chcąc nie chcąc, musieli już się pogodzić. Druga przyczyna niepewności wypływała z tego właśnie, że mieli dochody postronne, o czym zapewne stryj nie wiedział. Otóż obawiali się, iż mogę ich zdradzić.

859

Po kilku tygodniach lody między nami stopniały.

860

Przekonali się bowiem, że z przywilejów pokrewieństwa bynajmniej nie korzystam. W pracy zaś niemniej od innych jestem pomocny. Bo i faktycznie nie zakładałem rąk. Po kilkunastu godzinach pracy, wymęczony, spocony, umazany w mące i cieście, wyglądałem jak nieboskie stworzenie. Stryj bynajmniej z tym się nie liczył, że u osiemnastoletniego chłopca przepracowanie może wywrzeć zły wpływ na zdrowie.

861

Niemal co dzień musiałem naładować z kilkadziesiąt i więcej ciężkich worków mąki na wozy lub takowe rozładować w szybkim tempie, razem z innymi, gdyż na pośpiechu zależało. Że czynność ta nie miała nic wspólnego z piekarskim fachem, o to też stryjowi nie chodziło[83].

862

Nigdy się nie skarżyłem. Co gorsza, patrzyli na mnie niechętnie. Przy lada sposobności stryj nie omieszkał mi wytknąć, że podjął się bardzo niepewnej gry, ryzykując przyjąć mnie, jako złodzieja i byłego więźnia, do siebie do porządnego domu i że jego żona, a moja ciotka czyni mu wymówki, że przyjmując mnie, sprofanował dom.

863

Muszę tu powiedzieć, że stryj mój był bardzo cnotliwy. Nie przeszkadzało mu to wszakże, by mnie jako familianta użyć do „uczciwej pracy”, jak na przykład: do mieszania żytnich otrąb lub mąki mniej wartościowego gatunku i pszennych otrąb z pewną ilością piasku.

864

Takiego „prima” gatunku otrąb lub mąki przychodziło nieraz przygotować dwieście worków i więcej. Praca to była nie lada, gdyż wszystko to trzeba było dokładnie przemieszać i z powrotem powsypywać do worków. Szło to do Niemiec. Do sfabrykowania i do przygotowania takiego transportu mnie tylko dopuszczono. Stryj widać był tego pewien, że go nie zdradzę.

865

Po każdej takiej pracy ze dwa dni potem ledwo powłóczyłem nogami i nie mogłem swobodnie oddychać. Lecz cóż było robić? Wszystko to było dla mego dobra… Chcieli wszak ze mnie „zrobić człowieka”… W sobotę mogłem zaledwie odpocząć i przyjmowałem wygląd człowieka.

866

A więc cierpiałem.

867

Lecz cierpliwość moja rychło się wyczerpała. Będąc z natury popędliwy, zacząłem się buntować. Wreszcie nastąpił wybuch.

868

Pewnego ranka, zaraz po ukończeniu nocnej pracy, stryj kazał mi, bym się udał do spichlerza i przygotował transport otrąb. Miałem je zmieszać, jak wyżej wymieniłem, a następnie rozważyć po jednym cetnarze[84] do worków.

869

Czułem się niezdrów, byłem też niewyspany. Z niechęcią więc, chociaż bez słów sprzeciwu, udałem się do wypełnienia powierzonej funkcji. Na wpół śpiący zabrałem się do pracy. Z ogromnym tylko wysiłkiem przemogłem siebie. Powieki same się zamykały. Wreszcie, nie mogąc przezwyciężyć ogarniającego mnie snu, zwaliłem się na opróżnione worki i zasnąłem twardym snem. Jak długo spałem, nie wiem. Obudziły mnie jakieś dziwne, nieludzkie dźwięki. Otworzyłem powieki. To, co ujrzałem zaspanym wzrokiem, nie od razu dało mi możność uświadomić sobie, co się właściwie w pobliżu mnie odbywa… Widziałem tylko i słyszałem, jak jakieś stworzenia o krótkich nogach i długich uszach gospodarują po całym spichlerzu. Ten i ów nurkuje w ogromnej kupie otrąb, inny ciągnie za koniec worka z mąką, a jeszcze inny wprost wlazł na wpół do worka… i sterczy już stamtąd wałkowaty zad i krótki, zakręcony w fajkę ogon.

870

Rozwarłem szeroko źrenice i… dreszcz zgrozy mnie przeszedł na sam widok spustoszenia, jakie porobiło to „gojowskie bydło”. Był to bowiem cały tabun świń okolicznych gospodarzy z przedmieścia. Dziwić się wypada, skąd w tych „chazerowych” stworzeniach znalazło się tyle czelności, by całą kupą pakować się do nieco uchylonych drzwi żydowskiego spichlerza…

871

Zerwałem się na nogi, chwyciłem szuflę i dalejże wyganiać nieproszonych gości, krzycząc pod ich adresem wcale niepochlebne wyrazy. Ale gdzie tam!… Ani mój krzyk, ani też razy, jakich nie szczędziłem, nie przyniosły pożądanego skutku. Jak widać, były przyzwyczajone do tak niedelikatnego obchodzenia się, a zapewne i do obfitości jadła, wywierało to hipnotyczny wpływ, dość, że w żaden sposób nie mogłem poradzić sobie z natrętami. Widząc to, wybiegłem z krzykiem na podwórze. Za chwilę w stronę spichlerza z pranzlami w rękach biegła już czeladź ze stryjem na czele, a za nimi nadążała stróżka.

872

Stryj, gdy ujrzał obraz zniszczenia, o mało nie zemdlał.

873

— Gwałt! Gwałt! — krzyczał — może ze dwieście rubli szkody!… Pozabijać te paskudniki!

874

Stróżka z miotłą zagrodziła sobą drzwi. My zaś przypuściliśmy atak na świnie. Uderzenia padały, gdzie popadło. Powstał harmider nie do opisania. Krzyki atakujących i hałas oraz kwik świń mieszały się ze sobą i tworzyły piekielny wprost zgiełk. Jeżeli zaś do tego dodać gęsty tuman mącznego pyłu, jaki uzupełnił całe zamieszanie, że aż ciemno było, wówczas czytelnik będzie mniej więcej miał wyobrażenie, co się tam działo.

875

W trakcie uganiania się, jedna ze świń wpadła stryjowi między nogi, unosząc czas pewien, a w końcu go obaliła. Stryj, padając, jeszcze większego narobił hałasu. Pospieszyliśmy mu na ratunek. Nic mu się wszakże złego nie stało. Uniósł się na nogi cały i zdrów, gdyż upadł na miękkie otręby. Przeklinał jednak, na czym świat stoi, mnie i świnie. Widząc wreszcie, że egzekucja nie doprowadzi do niczego, a raczej jeszcze więcej przyniesie szkody, postanowił z tym skończyć i rozkazał stróżce otworzyć drzwi. Mało to jednak pomogło. Rozjuszone zwierzęta, nie widząc wolnego wyjścia, olbrzymimi susami unosiły się po stosach otrąb i mąki. Jedna ze świń zabrała się nawet po schodach na piętro. Tam, spostrzegłszy małe okienko wychodzące na podwórko, rzuciła się ku niemu. Otwór jednakże był nieco za mały. Wcisnąwszy się więc do połowy, świnia zawisła w powietrzu. Widząc to, stryj począł wołać na nas, byśmy pośpieszyli na ratunek świni, gdyż zabicie jej jeszcze więcej przysporzy mu kłopotu. Nikt jednak z nas nie ośmielił się tknąć stuprocentowego trefnego stworzenia. Wówczas stryj, nie zwlekając, przez chustkę do nosa chwycił sam świnię za ogon i co sił ciągnął ku sobie.

876

Świnia darła się wniebogłosy. Stryj spluwał, lecz ciągnął za ogon. My, widząc, że sam nie da rady, idąc za jego przykładem, wzięliśmy się na odwagę i chwyciliśmy świnię za tylne nogi. Staraliśmy się ją ciągnąć i zapobiec samobójstwu. Lecz gdzie tam! Bestia wparła się przednimi nogami, ostatnim wysiłkiem przemogła przeszkodę przytrzymujących ją ram okiennych oraz naszych rąk i… runęła w dół. Oniemieliśmy z przerażenia. Lecz cóż, stało się…

877

Po zlikwidowaniu zajścia jakże mocno zdziwiliśmy się, gdy po wyjściu na podwórze nie zastaliśmy śladu po samobójcy… A więc i ze świni jest nieraz dobry skoczek. Stryj sapał ze złości. Myślałem, że się wścieknie. Wreszcie odnalazłem i podałem mu zgubione binokle. Spojrzał na mnie piorunującym wzrokiem. Że był zły, nic dziwnego! Spichlerz wyglądał, jakby przeszedł po nim huragan. Co rychlej więc, pozostawiając biadającego stryja, wyniosłem się cichaczem z miejsca katastrofy i udałem się do piekarni na piec.

878

Był to mój pokój sypialny, za materac zaś służyły wypróżnione worki. Położyłem się na to łoże i już drzemałem, gdy wtem ktoś szarpnął mnie za nogę, wołając, bym szedł natychmiast uporządkować ślady po katastrofie. Był to stryj. Odpowiedziałem, że jestem chory i że chce mi się spać, więc nie pójdę. Znowu zabrałem się do spania, ale stryj nie dał za wygraną i szarpnął mnie tym razem już za rękaw, wlazł po drabce[85] wyżej i mógł sięgnąć dalej.

879

Tego było za wiele. Poderwałem się z miejsca i, sam nie zdając sobie sprawy ze swego czynu, trzasnąłem stryja w ucho.

880

Wynik tego uderzenia był dla mnie zgoła niespodziewany. Bezpośrednio po nim spadły bowiem binokle, a za chwilę w ślad za nimi, jak długi i sam stryj.

881

Jaki rejwach potem nastąpił, trudno opisać. Stryj miotał się jak opętany. Na krzyk jego zbiegli się nie tylko domownicy, lecz i sąsiedzi. Ciotka lamentowała:

882

— Mówiłam ci, że ten złodziej nieszczęście nam sprowadzi… Dobrze ci tak!… Ty nigdy nie chcesz mnie słuchać!

883

A gdy już wyczerpała spory zapas odpowiednich wykrzykników, przeszła do opowiadania, co to ze mnie za „ptaszek” i jakie wyrządziłem im szkody w spichlerzu.

884

Przestraszony leżałem nieruchomo, nie śmiąc nawet głośno oddychać.

885

Co robić? — przemknęło mi przez głowę. — A więc już i po karierze piekarsko-tragarskiej! Co dalej? Zdawałem sobie sprawę, że muszę stąd się wynosić. Ale dokąd?

886

Do domu za nic w świecie nie mogłem wracać. Tam by mnie nie przyjęto. A więc dokąd?… Dokąd?…

887

Dziwiłem się, że mnie dotychczas pozostawiono w spokoju i nikt mnie z pieca nie ściąga, ani też nie bije…

888

Z tymi niewesołymi myślami zasnąłem. Do obiadu, jak to zwykle bywało, nikt mnie jednak nie budził.

889

Przebudziłem się sam, gdy już zmierzchało.

890

Pot kroplisty okrywał moje ciało, a głowa była jakby nalana ołowiem.

891

Czułem, że mam gorączkę. Spróbowałem się unieść, lecz nie mogłem. Zawirowało mi w głowie. Opadłem bezsilnie i straciłem świadomość, co się w ogóle ze mną dzieje i gdzie jestem…

892

Gdy odzyskałem przytomność, leżałem już nie na piecu, lecz w łóżku. Koło mnie zaś krzątała się jakaś dziewczyna. Poznałem ją, była to młodsza siostra gospodyni, Rachela. Rozglądałem się ciekawie wokoło siebie, nie mogąc zrozumieć, co takiego mogło zajść, że leżę teraz na piętrze w pokoju stryja, w miękkiej, czyściutkiej pościeli i w takiejże bieliźnie.

893

Moje przytomne obudzenie się, widać dziewczynę uradowało. Od niej też dowiedziałem się, iż w tym pokoju znajduję się już od kilku dni, że przywołany doktor uznał zapalenie mózgu. Następnie opowiedziała mi, jak to stryj stał nad moim łóżkiem i płakał, wyrzucając sobie, że kazał mi tak ciężko pracować, że nawet ciotka zapomniała o wszystkim i przesiadywała przy moim łóżku i jak mogła, pielęgnowała.

894

Słysząc to, nie mogłem sobie darować, że wobec stryja byłem tak brutalny. Zacząłem się wobec Racheli tłumaczyć, że sam nawet sobie nie zdaję sprawy, jak to się stało, że uderzyłem stryja.

895

Rachela pocieszała mnie, mówiąc, że stryjostwo już się nie gniewają, bo doszli do przekonania, że uczyniłem to, będąc chorym. Zresztą przekonam się o tym z własnych ich słów. To mówiąc, pobiegła po stryjów.

896

Za chwilę byli już u mnie.

897

Zalewając się łzami, chwyciłem ich za ręce i całowałem, prosząc o przebaczenie. Nie dali po sobie poznać, by czuli do mnie jakąś urazę, na odwrót, cieszyli się, że minął kryzys i przeszło niebezpieczeństwo. Nigdy nie przypuszczałem, by byli tak dobrzy dla mnie. Żal mi teraz było stryja, który z sińcem pod okiem był przy mnie i przyjaźnie się uśmiechał. Wspomniał, iż zabierali się już posłać telegram do ojca z wiadomością, że umieram.

898

Możliwe, że później żałowali, że nie umarłem… Sam też żałuję! Uratowano mnie dla cierpień i niedoli. Młodość i silny organizm przemogły chorobę i prędko doszedłem do zdrowia.

899

Przyszedł kwiecień.

900

Wiosna zapowiadała się ślicznie. Żadnej pracy stryj mi nie poruczał. W ogóle od czasu choroby stosunek do mnie całkowicie się zmienił. Stryjostwo byli dla mnie nadzwyczaj przychylni. A jednak nie mogłem patrzeć im w oczy. Wstydziłem się swego względem stryja postępku. Byłem stale smutny. Widząc to, starali się mnie pocieszać. Rachela zaś nie zaprzestała swej nade mną opieki i po chorobie. Troszczyła się o mnie jak rodzona siostra. Była to sympatyczna, osiemnastoletnia dziewczyna, dość wykształcona.

901

Pomimo tkliwej troskliwości, jaką mnie teraz otaczano, czułem się, jak i wspomniałem, nieswojo i z dniem każdym stawałem się posępniejszy.

902

Aż razu pewnego, stryj przywołał mnie do siebie i delikatnie dał mi do zrozumienia, że o ile pragnę powrócić do domu, to on nie ma nic naprzeciw. Owszem, przyznaje nawet, że uczynił głupstwo, chcąc mnie wyrobić na piekarza.

903

— Za delikatnie matka cię wychowała — mówił — a ja tego właśnie nie wziąłem pod uwagę. Po chorobie powinieneś odpocząć. A tu u mnie tylko się nudzisz.

904

Tu spojrzał na mnie uważnie, jakby się chcąc przekonać, jakie wrażenie wywrą jego słowa.

905

Nieśmiało przytaknąłem głową na znak zgody. A więc sprawa mojego powrotu po tej rozmowie była przesądzona… Na drugi dzień ciotka wręczyła mi sześć rubli na drogę.

XXVIII

906

Do domu jednak nie było mi spieszno. Zaraz po pożegnaniu, co się też odbyło bardzo grzecznie, wyszedłem na ulicę, lecz nie dlatego, by się udać na kolej. Prawie dzień cały spędziłem na bezcelowym wałęsaniu się po mieście.

907

Sprzyjała temu śliczna pogoda, jaka panowała w ów pamiętny dla mniej dzień na początku maja 1914 roku.

908

Było ciepło. Sprzyjała też pogoda ducha. Pomimo bowiem opłakanego położenia, w jakim się znajdowałem, czułem się bardzo zadowolony z obrotu rzeczy.

909

Nareszcie nie mam nad sobą żadnej władzy i opieki! — myślałem. Widziałem siebie wolnym i wyobrażałem sobie, że mogę już zrobić, co mi się podoba… Tu muszę podkreślić, że od maleńkich już lat niechętnie podlegałem czyjejś woli. Nie lubiłem nawet nudzącej i troskliwej opieki rodziny. Spotykając jakąś bezdomną sierotę, zazdrościłem jej wolności.

910

Teraz więc, gdy wyrwałem się z krępujących mnie więzów, poczułem się szczęśliwy. Postanowiłem stąd odjechać, lecz nie do domu, a dalej od niego, gdzie by mnie nikt nie znał i ja nikogo…

911

Za cały dobytek miałem małe zawiniątko mieszczące cztery pary bielizny, garnitur od święta, w kieszeni zaś siedem rubli i pięćdziesiąt kopiejek. Przyszłość nie trwożyła mnie, wszakże wierzyłem, że jakoś to będzie i życie się urządzi.

912

Przed wieczorem zaszedłem do jednej z restauracji i obstalowałem kolację. Siedząc, rozglądałem się wokoło i obserwowałem wchodzących i wychodzących gości. Publiczność ta była niewyszukana. Składali się na nią przeważnie robotnicy, furmani i drobni handlarze. Restauracja służyła zarazem jako zajazd dla przyjeżdżających do miasta bliższych i dalszych gospodarzy wiejskich.

913

Większość z obecnych, jak widać, tworzyła stałych tutejszych bywalców, gdyż pozdrawiali jeden drugiego jak starzy znajomi i bez dłuższych wstępów wdawali się w rozmowę.

914

Ośmielony widokiem szczerych twarzy, spróbowałem również nawiązać rozmowę z najbliższym swym sąsiadem, furmanem. Z chęcią mi odpowiadał. Od niego też się dowiedziałem, że jego karetka za godzinę odjeżdża w stronę miasta O…sy.

915

Dziś bym nie potrafił wytłumaczyć, dlaczego wówczas ta właśnie wiadomość dodała mi bodźca, ażeby wraz z nim udać się do tego miasta.

916

Jak pomyślałem, tak też i uczyniłem. Za godzinę, czy nieco więcej, siedziałem już obok dorożkarza na koźle. Dla skrócenia czasu długiej podróży wdałem się z dorożkarzem w rozmowę. W trakcie tejże zwierzałem się mu z moich kłopotów. Słuchał mnie uważnie. W pewnym zaś momencie zapytał, czy umiem obchodzić się z końmi. Częściowo spodziewając się, do czego zdąża, bez zająknienia odpaliłem, że się znam. Ażeby zaś jeszcze bardziej w tym jego utwierdzić, skłamałem dalej, że ojciec mój też był furmanem. Spojrzał na mnie trochę niedowierzająco, lecz zaraz rzekł: „Jeżeli więc chcesz, wezmę cię do koni — mam ich dziesięć. Mam też kilka dorożek. Wynajmuję je do obsługiwania ludzi. Jeżeli nie będziesz głupi, będzie ci u mnie dobrze. Jeżeli się nadasz, to zatrzymam cię nawet na stałe”. Bez wahania na propozycję przystałem.

917

Następnie wysłuchałem jeszcze dłuższego pouczenia, jak się mam obchodzić z końmi, jakie będą moje obowiązki itd. W końcu przeszedł znów do wybadania mnie, skąd jestem i kim są moi rodzice. Nagadałem mu niestworzonych rzeczy, z czego to tylko było prawdą, iż jestem sierotą, z tą wszelako różnicą, iż powiedziałem mu, że i ojca nie mam. Po każdej mej odpowiedzi kiwał jakoś niewyraźnie głową, możliwe nawet, że nie wierzył w to, że jestem synem dorożkarza. Nie przeszkodziło to jednak, byśmy doszli do ostatecznego porozumienia.

918

Po całonocnej podróży, późnym rankiem stanęliśmy wreszcie na miejscu. A po krótkim odpoczynku objąłem nowe dla mnie funkcje dorożkarza. Zanim wszakże opowiem o dalszych swych przygodach, muszę słów parę powiedzieć jeszcze o swym szefie.

919

Otóż był to człowiek olbrzymiego wzrostu i herkulesowej siły. Czarny zarost i długa broda czyniły go raczej podobnym do Cygana niż do Żyda Na jego okrzyk drżeli nie tylko ludzie, lecz i konie. Był pracowity. Rzadko widziałem, by odpoczywał. Stale furmanił między miastami O…sy a S. Trakt ten obsługiwało sześć jego najlepszych koni. Do pomocy miał tam tylko chłopaka.

920

Mnie się dostał kary koń, były „dragon”. Byłem z nim zapewne w jednych latach, a więc, gdy ja byłem jeszcze młodzieńcem i można powiedzieć rozpoczynałem życie, biedny ten koń od dawna już był emerytem i wiódł mało pochlebny żywot żydowskiej szkapy. Los nasz i dola były jednakowe. Mieliśmy wozić z dworca pasażerów.

921

Gdy już konia zaprzągłem, gospodarz uważał za potrzebne jeszcze gruntowniej wtajemniczyć mnie w arkana dorożkarskiego zawodu.

922

— Grunt — mówił — koń. Pasażerowi należy zaimponować brawurowym podjechaniem dorożką. A więc… Nie oszczędzać bata, gdy zdechnie, kupi się drugiego… Swoją drogą samemu trzeba się starać, by koń był nakarmiony.

923

Tu spojrzał na mnie wymownie, niepewny, czy zrozumiałem, o co mu chodzi. Kiwnąłem głową na znak, że go dokładnie rozumiem. Wszak nie na próżno siedziałem w więzieniu.

924

— Pamiętaj — ciągnął dalej — jak nie będziesz głupi, to na kieliszek pejsachówki zawsze zarobisz. Z pasażerami trzeba się obchodzić bardzo dobrze i nic im zginąć nie powinno… lecz na stacji… gdy ci czasem coś uda się ściągnąć, to nie szkodzi… tylko ostrożnie, bo to pachnie kryminałem.

925

— Jeżeli zdarza się obcy pasażer, należy kroić taksę potrójnie. A gdy się targuje, upuść tylko wtedy, gdy brak gości… W tym ostatnim wypadku można nawet zgodzić się i poniżej taksy.

926

Po ukończeniu wykładu poklepał mnie po ramieniu, aż mi w stawach zatrzeszczało i kazał ruszać.

927

A więc zostałem dorożkarzem.

928

Z początku to zajęcie przypadło mi do gustu. Lecz po upływie miesiąca miałem już tego dosyć. Nie zadowalały mnie już skąpe dochody, jakie ciągnąłem z dorożkarskiego fachu. Krąg moich znajomych znacznie się zwiększył, a w związku z tym i rozchody. Zazdrościłem moim rówieśnikom, widziałem, że są ładnie ubrani; że spacerują i bawią się wesoło z ładnymi dziewczętami i gdy większe nawet rachunki bynajmniej ich nie krępują.

929

Domyśliłem się, skąd niektórzy z nich czerpią swe dochody.

930

Zapragnąłem także beztroskiego życia. Walczyłem czas pewien ze sobą. Czułem, że wcześniej czy później ulegnę pokusom.

931

I rzeczywiście, ani się spostrzegłem, jak przez zbieg niezależnych ode mnie okoliczności, zostałem stopniowo wciągnięty do wspólnictwa w wyprawach grożących w razie niepowodzenia kryminałem.

932

Pewnego razu z poruczenia swego szefa miałem zawieźć trzech „porządnych gości”, jak się wyraził mój gospodarz, z osiemnaście kilometrów. Byli nimi młodzi ludzie, faktycznie porządnie ubrani, sympatyczni i weseli.

933

Na „miejsce” przyjechaliśmy o godzinie dwunastej w nocy. Mówię „miejsce”, chociaż określenie to niezupełnie ścisłe, albowiem kazano mi zatrzymać się na drodze przy jakimś przydrożnym drzewie i czekać na ich powrót. Pouczyli mnie przy tym, jak mam się zachować w razie „poruty”[86]. Odchodząc, rozdzielili między siebie jakieś oryginalne, jak zauważyć zdołałem, przedmioty, których nazw wówczas jeszcze nie znałem.

934

Gdy odeszli, zostałem sam na koźle, pełen trwogi i różnych niewesołych myśli. Lękałem się nawet poruszyć. Czas dłużył się nieznośnie. Mijały godziny, a ich jeszcze nie było. Łowiłem uchem najsłabsze odgłosy, aż wreszcie usłyszałem pospieszne kroki i z cieniów ustępującej już nocy wyłoniły się sylwetki moich pasażerów. Dźwigali ze sobą dość wielką walizę.

935

Wskoczyli do dorożki i kazali wyrywać co koń wyskoczy. Nie trzeba było mi tego dwa razy powtarzać, gdyż sam chciałem co rychlej opuścić to miejsce, gdzie tyle przeżyłem strachu i niepewności. Smagałem więc batem wypoczętą parę „szefowskich” koni, którymi tym razem powoziłem, poderwała z kopyta i rychło daleko już byliśmy od miejsca „roboty”.

936

Konie zwolniły bieg. Miałem teraz możność przysłuchać się uważnie prowadzonej za mną rozmowie. Nie miałem już wątpliwości co do rodzaju „roboty”. Czynili między sobą otwarcie te lub inne „fachowe” uwagi. Najbardziej zaś przekonywającym był podarek, jaki mi uczyniono w postaci srebrnego zegarka i złotego łańcuszka. Dla odprężenia nerwów obdarzono mnie jeszcze wódką i kawałkiem kiełbasy.

937

Do podobnych wypraw z polecenia swego gospodarza należałem kilka razy. Wszystkie one jakoś szczęśliwie się kończyły. Każdorazowo otrzymywałem odpowiednie wynagrodzenie pieniężne i różne cenne drobne rzeczy. Przyznać się jednak tu muszę, iż pożytku z tego łatwego nabytku nie miałem. Zazwyczaj przegrywałem wszystko w karty w spelunkach świata przestępczego, dokąd to dzięki poznanym koleżkom coraz częściej zacząłem zaglądać.

938

Z przegranej nic sobie nie robiłem. Wiedziałem, iż za parę dni znowu „zarobią”. Bardziej byłem zadowolony z tego, że mnie zaszczycono zaufaniem i jestem gościem tej lub innej „meliny” złodziejskiej.

939

Pierwsza głębsza znajomość z tym światem na wolności, z którego przedstawicielami zetknąłem się pobieżnie tylko w murach więzienia, teraz wywarła na mnie ogromne wrażenie i pociągnęła ku sobie swą tajemniczością. Spodobał mi się ten beztroski tryb życia, jaki ci ludzie wiedli, nie oglądając się na jutro.

940

Sam już nie wiem, jak to się stało, że pewnego dnia powiedziałem swemu pracodawcy, iż dalej nie będę u niego furmanił.

941

Słysząc to, bynajmniej się nie dziwił. Domyślił się moich zamiarów. Że jednak przewyższałem jego wymagania i byłem mu korzystny, spróbował sprawę załatwić kompromisowo. Ot, więc obiecał mi podwyższyć pensję. Następnie zaczął tłumaczyć, że chcąc być złodziejem, trzeba też czymkolwiek się trudnić, przynajmniej tak „dla oka”, by policja się nie czepiała. Bo jak tylko „hinty”[87] poznają, że któryś „kinderuje”[88] zawodowo, wówczas nie dadzą już spokoju i na każdym kroku zaczną go prześladować. Wciąż domagają się „mone”, tak że już tylko na nich przychodzi wtedy pracować.

942

— Ja sam praktykowałem to na własnej skórze — mówił w zamyśleniu. — Za młodu siedziałem też w kiciu dwa razy. A później Bóg mi dał „zarobić” pewną sumkę. Ożeniłem się i zacząłem furmanić. Z początku hinty próbowali mnie jeszcze prześladować, lecz widząc, że pracuję, co dawało pozory, że wiodę już uczciwe życie, zostawili mnie w spokoju. A jednak teraz jak wiesz: więcej się zarabia niż dawniej. Posłuchaj mnie, a będzie ci dobrze. Dla oka bądź u mnie, a z boku będziesz mógł zarabiać i niczyjej uwagi na siebie nie zwrócisz. Wiem, że „Cwajnos”[89] namawia ciebie, żebyś był u niego za „konika”[90]. Jego siostrzyczka od dawna już ostrzy na ciebie zęby. A więc ich sprawa, że chcesz ode mnie odejść. Lecz jak jestem Żydem, wierzaj mi, że na wolności długo nie pohulasz. Przystąpienie do jego szajki rychło cię zgubi, bo hinty go dobrze znają.

943

Wszystkie te tłumaczenia nie zmieniły jednakże mojego postanowienia. Rozmowa z „Cwajnosem”, jak i domyślał się mój gospodarz, wpłynęła na stanowczość mojej decyzji. Od tego pierwszego zaś dowiedziałem się, co następuje:

944

— Na próżno ryzykujesz — mówił „Cwajnos”. — Dolę z wypraw zabiera twój pan, siedząc w domu, i to dolę równą. Jest też zarazem paserem, a więc bogaci się na złodziejskiej krwi. Tobie przypadają w udziale zaledwie marne grosze. Nic im nie mówisz, a więc uważają ciebie za porządnego chłopaka. Z tego też powodu nie zechce gospodarz tak łatwo cię od siebie puścić. Wie też, iż na tobie mógł polegać, poruczając wszystkie te jazdy. Lecz ty nie bądź frajer. Tyś wart więcej. Z ciebie jeszcze będzie porządny „jęke”[91], masz wszystkie ku temu dane. Trzeba tylko, żebyś popadł w dobre ręce. Bo widzisz, w naszym fachu potrzebna jest siła fizyczna i zimna krew, jak też trzymanie języka za zębami. Te cechy posiadasz, jak zauważyłem, więc dlatego mi się spodobałeś. Zdecydowałem się nawet przyjąć cię do siebie.

945

Dał mi też do zrozumienia, że i siostra jego również mną się zainteresowała.

946

Czy wobec takich argumentów mogłem u dorożkarza zostać? Przyznać się tu nawet muszę, że nie tak chęć pozostania kompanem „Cwajnosa” mnie pociągała, jak czarne oczy jego osiemnastoletniej siostry mnie oczarowały. One też były głównym powodem, że wymówiłem posadę.

947

Tego jeszcze samego dnia w domu „Cwajnosa” wraz z kompanami zawarta została przyjaźń. Według wszelkich prawideł opróżniono kilka butelek sznapsa i zagrychy na bruderszaft. Zaraz też przeszedłem pod czułą opiekę siostrzyczki „Cwajnosa” i przyznać muszę, że poczułem się jak w raju.

948

Tu muszę powiedzieć słów parę o zacnym towarzystwie, w kółku którego się znalazłem. Otóż „Cwajnos”, jak go zwali towarzysze i pod którym to pseudonimem figurował w kartotekach policyjnych, był zawodowym włamywaczem, lat około trzydziestu. Mieszkał on wraz z matką i dwiema siostrami, z których jedna była „kontrolną”[92] i uprawiała swój fach z powodzeniem. Inaczej mówiąc była „oficerską” i z byle łapserdakiem, jak twierdziła, nigdy by nie poszła. A ponieważ w tym mieście stało dużo wojska, w którym wszak są i oficerowie, więc interes szedł gładko.

949

Mój udział atoli w nich można nazwać tylko biernym i ograniczał się do wypicia kilku kieliszków wódki, gdyż zajęty byłem swoją Hanką. U jej boku słodko mi upłynął ten miodowy miesiąc.

950

Hanka dopiero praktykowała. Nie była ona na tyle zepsuta, co jej siostra. Sama mi się zwierzyła, że miała już narzeczonego, który ją uwiódł. Dała więc sobie słowo, że od mężczyzn będzie się trzymała z daleka. Ponieważ jednak, jak się przyznała, bardzo jej się spodobałem, więc postanowiła jeszcze jednego wypróbować. Jeżeli się przekona, że wart jestem jej serca, wówczas pokocha mnie naprawdę i będę ostatnim mężczyzną, któremu jeszcze zaufa.

XXIX

951

Pierwsze dni w tym „porządnym domu” czułem się trochę nieswojo. Krępowały mnie nadzwyczajne panujące tutaj „obyczaje”, czyli raczej nieobyczajność. Po kilku jednak dniach stałem się śmielszy i brałem powoli udział w orgiach, jakie się tutaj często po nocach odbywały pod wytrwałym kierownictwem starszej siostry.

952

Szwagier „Cwajnos” uznał za potrzebne dać mi odpocząć. Przez ten czas słuchałem za to jego fachowych wykładów. I przyznać muszę, słuchałem ich z większą uwagą, aniżeli kiedyś tam w jeszywecie.

953

Przy wykładzie przybierał minę surowego profesora, co go czyniło prawie śmiesznym, jeżeli nie karykaturalnym. Nie spostrzegając jednak tego, przyjmował odpowiednie pozy i z wielką znajomością rzeczy pokazywał mi, jak się należy brać do dzieła, jaki użytek robić z tego lub innego instrumentu, jak zrywać kłódkę, jak pracować wytrychem itd. itd.

954

Częściowo mogłem praktykę przeprowadzić już tam, na miejscu. W tym celu dawał mi wytrych i zamykał przede mną drzwi. Po kilkakrotnej próbie wywiązałem się z egzaminu jak najlepiej. Profesor był ze mnie zadowolony.

955

ZłodziejW przeciągu zaś kilku lekcji doskonale już opanowałem „gryf”[93], jak operować tak mało skomplikowanymi wytrychami, jakimi są wytrych pojedynczy i „maskas”[94].

956

— Pamiętaj — mówił — że dobry złodziej powinien umieć dokonać wszelkiej kradzieży, poczynając od najmniejszej, a kończąc na ogniotrwałym pudle. Grunt, byś potrafił z początku władać szabrem[95] i skluczyć[96] zwykły zamek, do czego służą „pojedynczy” i „maskas”. Później łatwiej już będzie poznać wszelkie inne, jak patentowe, angielskie, francuskie itd. A co najważniejsze, to pamiętaj, byś nie był „kapusiem”. Wiedz też o tym, że „hint” jest najgorszym naszym wrogiem. Gdy nawet bierze u nas „blat”[97] to i wówczas mu nie ufaj. Ty nie patrz na to, że pije razem z nami. On jest dobry do czasu. Dziesięć razy tobie sfolguje, gdy zaś za jedenastym nie dasz mu w łapę, już cię „lignie”[98] i wpakuje do „kicia”. No powiedz — zaśmiał się — ty jeszcze nie wiesz, co to jest więzienie, lecz ja już je znam dobrze. Niech je cholera weźmie, br-br-br.

957

Otrząsał się przy tym, jakby go dreszcze przeszły.

958

Zawahałem się, czy mam mu odpowiedzieć, że ja to niby już nie frajer jestem, bo siedziałem „w kiciu”.

959

Po namyśle opowiedziałem o swoim zajściu. Zdziwiłem się jednak, gdy zauważyłem, że zamiast pochwały, jakby cień rozczarowania przebiegł mu po twarzy. Przyglądał mi się uważniej i rzucił niechcąco, że wolałby widzieć mnie jako „frajera”.

960

Przyznałem mu słuszność. Zrozumiałem bowiem, iż zależało mu na tym, by jego pomocnicy jak najmniej byli znani policji.

961

Po przejściu teoretycznego kursu czekałem z niecierpliwością, a zarazem lękiem, kiedy zostanę wezwany do współpracy i wykazania się w praktyce.

962

Długo nie czekałem.

963

Pewnego dnia z rana „Cwajnos” kazał się przyszykować. Napomknął przy tym, że na jednej z paradnych ulic jest „robota”. Zabraliśmy potrzebne statki[99] i udaliśmy się na miejsce. Czas pewien spacerowaliśmy przed dużą, czteropiętrową kamienicą. Mistrz co chwila spoglądał na zegarek niecierpliwił się. Widocznie coś nie „sztymowało[100]”.

964

Jego niewyraźne zachowanie się poczęło też działać na mnie. Serce biło gwałtownie i nie mogłem zebrać myśli. Było to pierwsze świadome przygotowanie się do kradzieży, którą miałem właśnie popełnić pod kierownictwem i za wskazówkami „Cwajnosa”.

965

Przed oczyma znów stanęła cała moja przeszłość. Matka, ojciec, cheder, opiekunka, pobyt na wsi, pierwsza miłość i więzienie, wreszcie piekarnia stryja… historia ze świniami… Kto wie, gdyby nie te ostatnie, możliwe, iż dalej mieszałbym spokojnie otręby. Czułem teraz, że schodzę zupełnie na złą drogę i źle czynię. Ja, w którym matka pokładała tyle nadziei, upadłem teraz tak nisko… Wyrzuty sumienia zaczęły nurtować w głębi duszy, wołać wielkim głosem, bym zawrócił, póki jeszcze czas.

966

Idąc za tym wołaniem, chciałem już czmychnąć gdziekolwiek i uciekać jak najdalej. Lecz w tym decydującym momencie zaatakowały już siły inne, siły złe i te po krótkiej walce zwyciężyły. Moja wola, jak zahipnotyzowana owca przed wilkiem, ścisnęła się w sobie, gdy tylko pokazały się na miejscu oczy matki i oczy kochanki — nęcące swą przepastną głębią i wróżące bezkresną słodycz…

967

Ona zapewne teraz niecierpliwie wygląda za okno, oczekując mego powrotu… a może tylko obfitego łupu?… Myśl sprzeczna podpowiedziała odpowiedź. A zresztą po co ja tak łamię głowę, co tam będzie. Czyż nie jednaki koniec czeka tak mnie… jak… i…

968

Wyrwało mnie z tych rozmyślań zakaszlanie wspólnika, który tuż za mną kroczył. Obejrzałem się. Mrugnął na mnie znacząco, bym skręcił za nim. Dojrzał bowiem przed sobą kogoś z „hintów” i nie chciał, żeby go tu zauważono.

969

Za chwilę weszliśmy w jakiś korytarz i dalej po schodach na drugie piętro. Tu pociągnął mnie wspólnik za sobą, pokazując mi jakieś drzwi. Spojrzałem. Napis: „Inżynier budowniczy S. P.” Wspólnik zaglądał przez dziurkę od klucza, po czym zawrócił, pociągając mnie za sobą.

970

— Słuchaj, a uważaj dobrze — rzekł do mnie półszeptem, gdy wyszliśmy na ulicę. — Masz teraz okazję, by wykazać swe zdolności i dobrze też zarobisz. Pamiętaj dobrze o tym, co ci teraz powiem. Drzwi, które ci wskazałem, prowadzą do pięciopokojowego mieszkania. Właścicielem jest bogaty inżynier, stary kawaler. Uważaj! Co rano, punktualnie o godzinie dziewiątej wychodzi on do swego biura na odległą ulicę. W domu nikt wtedy nie pozostaje, tylko za jakąś godzinę, może półtorej, przychodzi starsza kobieta i już gospodaruje tam po całych dniach. Zrozum, że ja już parę skoków zdarłem, chodząc tu, by wystawić tę robotę i wypatrzyć taką chwilę, kiedy go będzie można najlepiej „zrobić”. Po dłuższych obserwacjach doszedłem do przekonania, że tylko zaraz z rana. A jak nie rano, to już nigdy… Więc słuchaj! Zaraz on wyjdzie z domu do biura. Ja go znam dobrze. Odprowadzę go do samego biura. A ty tam wtedy wpadniesz na śmiałego[101]. Nie masz się co obawiać. Grunt być śmiałym, a reszta się już sama ułoży.

971

Tu spojrzał na zegarek, przy czym pociągnął mnie do muru, jakby chciał mnie ukryć.

972

— Uważaj! — ciągnął wytrwale. — Za piętnaście minut będzie już dziewiąta. On też się zaraz pokaże. A ja go będę miał na oku, jak się tylko oddali od domu. Nie trać ani chwili. Każda sekunda jest droga i może tu zaważyć. Spokojnie, cichutko otwórz drzwi tym oto wytrychem. Uważaj, za daleko do zamka nie wsuwaj. Patrz, tu jest znak, a przy przekręceniu podnieś go trochę w górę. Mogę ci też, brachu, i to jeszcze powiedzieć, że zauważyłem, że „dziubuś”[102] też się tu kręci. Cholera go wie, skąd mógł wywąchać tę robotę. Ja już od dwóch miesięcy tu spekuluję, a nikomu słówka nie pisnąłem. Wstyd, gdybyśmy dali sobie sprzed nosa zabrać majątek. Mówię ci, że majątek…

973

Tu mocno mi ścisnął rękę, której przez cały czas rozmowy nie wypuszczał ze swych rąk i chwilę się zamyślił, po czym ciągnął dalej:

974

— Pamiętaj i o tym, tam są dwa wchody: jedne drzwi, które ci wskazałem, prowadzą do środka przez kuchnię. A jeszcze są tam drzwi z ulicy, które też prowadzą do pokoi. Na wszelki wypadek otwórz i tamte. Zrób sobie drogę. Gdy usłyszysz, że ktoś się zbliża z drzwi frontowych, uciekniesz tylnymi i odwrotnie. Pamiętaj też pilnie, że w sypialnym pokoju stoi biurko. Przeszukaj je dobrze. Zawsze tam są pieniądze i może biżuteria. Z szaf, co lepsze futra, garnitury spakuj. Zresztą wszędzie przeszukaj dokładnie. A co jest cennego, drap i więcej nic. Tak — westchnął. — Szkoda, że ja sam nie mogę tam być. Jeden obraz tam jest o wielkiej wartości. Ale ty się na tym nie znasz. Trudno, a ja muszę jego pilnować. Może kiedy ja sam jeszcze tam wpadnę.

975

Nagle szarpnął mnie i mruknął przez zęby:

976

— Jazda, już można!

977

I prędko się ode mnie oddalił. Stałem chwilę. Widziałem, jak jakiś starszy jegomość wyszedł z tego domu, wywijając laską, a wspólnik podążył za nim.

978

Przez cały czas wykładu serce waliło mocno, tak, że teraz nie byłem zdolny ogarnąć myślą wszystkich jego przestróg i uwag. Wszak jedno tylko uświadomiłem sobie, że każda minuta tu droga i że trzeba działać. Za chwilę niepostrzeżenie wsunąłem się na korytarz.

979

Już stałem przy drzwiach i sięgnąłem po wytrych. Wtem usłyszałem kroki, zbliżające się z trzeciego piętra. Ktoś schodził po schodach. Uczyniłem wszystko, co leżało w mojej mocy, aby nie zdradzić swego zdenerwowania i udałem, że idę na trzecie piętro.

980

Jakiś chuderlawy, wysoki jegomość przeszedł koło mnie i zatrzymał się chwilę. Miałem też wrażenie, że zdradziłem się ze swymi myślami. Poszedł dalej. Zawróciłem, gdy usłyszałem, że zszedł na dół. Zbliżyłem się znów do drzwi. Instynktownie rozglądałem się, chwytając najmniejszy szmer u dołu. Ruch uliczny doleciał mnie jakby z innego świata. Począłem nerwowo palcami majstrować przy zamku.

981

Drzwi były otwarte.

982

Myśli o wielkich pieniądzach, które tu na mnie oczekiwały i o nagrodzie kochanki dodawały mi odwagi.

983

Wszedłem do kuchni i wreszcie dotarłem do sypialnego pokoju. Posadzka, przez którą szedłem, wydawała mi się bagnem, w którym utkwiły moje nogi. Dławiło mnie coś w gardle. Patrzyłem po obrazach i nie mogłem oczu od nich oderwać.

984

Zdawało mi się, że ci ludzie patrzą na mnie groźnie i lada chwila zejdą ze ścian, by się rzucić na mnie. Zawahałem się chwilę. Trwało to jednak ułamek sekundy. Zrozumiałem, że za daleko posunąłem się już, że o zawróceniu teraz bez łupu nie może być mowy.

985

Przystąpiłem do rabowania.

986

W rogu sypialnego pokoju ujrzałem przymocowaną do ściany kasę. Stanąłem przy niej bezradny. Zdziwiłem się, że wspólnik mi o tym nie wspomniał. Przerzuciłem tam także rzeczy, których bym i tak nie mógł zabrać. Sam nie wiedziałem już, po co to robię. Byłem jakby w gorączce. Zapomniałem, gdzie się właściwie znajduję. Z szafy wyrzucałem na rozłożone prześcieradło futra, garnitury, co mi tylko w ręce popadło.

987

Nie zdawałem sobie zupełnie sprawy, że kradnę w tej chwili. Zapomniałem też objaśnienia wspólnika, co należy szukać. Czyniłem to wszystko popychany jakąś nadludzką mocą. Jakby moja wola zupełnie tu nie istniała.

988

Naglę poczułem jakby czyjś wzrok utkwiony we mnie. Twarz moja płonęła, wargi drgały nerwowo. Przyłożyłem rękę do czoła i błędnymi oczyma wodziłem wokoło.

989

— Co to?…

990

Zaledwie o trzy kroki ode mnie stał ten sam jegomość, którego wspólnik odprowadził. Uśmiechał się zjadliwie, patrzył na mnie zdziwiony. W prawej jego ręce spostrzegłem rewolwer.

991

— Stać i nie ruszać się z miejsca, bo zabiję jak psa! — krzyczał groźnie.

992

Stałem, patrząc na niego, nie mniej niż on zdziwiony. Ręce bezwładne opuściłem, duszno mi się stało. Poczułem, że wszystka krew napływa mi do mózgu. Z oczu ciekły łzy.

993

On ciekawie obserwował mnie długą chwilę i rzekł:

994

— No, panie złodzieju, trudno, nie udało się, rozpaczać nie ma tu co. Cóż robić, nieszczęście chodzi po ludziach. Przepraszam, że przeszkodziłem w pracy — tu ukłonił mi się nisko. — Proszę teraz pofatygować się i z powrotem porozkładać i porozwieszać wszystko na swoje miejsce, tak jakby tu nigdy nic nie zaszło.

995

Widząc zaś, że drżę na całym ciele i nie ruszam się z miejsca, dodał mniej już szyderczym tonem:

996

— Nie, panie złodzieju, wam złego tu nic nie zrobię, gdy odpowiecie prawdę na moje pytania. Jak będziesz, kawalerze, kłamał, to przymuszony będę cię oddać w ręce policji.

997

Zrobiłem ruch, jakbym mu się chciał rzucić do nóg i prosić o łaskę, gdyż widziałem się już wrzucony do więzienia i wyobraziłem sobie „korydorszczyka”, który na nowo mnie rozbiera. Chciałem go błagać o ratunek.

998

Powstrzymał mnie ruchem ręki.

999

— No, no, widzę, że odgadłem, że jeszcze nie jesteś zupełnie zepsutym chłopcem i mogą jeszcze z ciebie być ludzie. No, powiedz więc, kto cię tu posłał. To twój pomysł nie jest, by mnie okraść. Gadaj prędzej, kto cię tu posłał? Tylko prawdę mów!

1000

Milczałem jak mur. Wpatrywał się we mnie tak bystro, że musiałem głowę opuścić, a gdy widział, że nie odpowiadam, wyciągnął zegarek.

1001

— Kawalerze, widzę, że uparcie milczysz, co? Żal ci wydać kamratów? Patrz — dodał — za dziesięć minut, jeśli nie powiesz, zawołam policję. Tam już ci gębę otworzą. A tymczasem proszę ułożyć wszystko na swoje miejsce. Później porozmawiamy o tym.

1002

Myślałem: czy to możliwe, żeby ten człowiek, którego chciałem okraść, mnie uwolnił? Nie dowierzałem mu zupełnie. Jednak zdziwiło mnie to, że do tego czasu jeszcze się na mnie nie rzucił i że tak łagodnie, choć szyderczo, rozprawia ze mną. Widząc zaś, jak rewolwer włożył do kieszeni, przyszedłem znów trochę do siebie, a nerwy powoli uspokoiły się i zacząłem na zimno rozmyślać, co tu też mam mu „zalewać” na swoje usprawiedliwienie. O wydaniu wspólnika nie mogło być nawet mowy. Raczej umrzeć, a tego nie zrobić. Myśleć o tym nie chciałem. Co by Hanka wtedy powiedziała?

1003

Tak mniej więcej myślałem podczas wypełniania rozkazu. Tu muszę przyznać, że pomimo dobrej chęci z mojej strony, nie potrafiłem ułożyć dużo rzeczy na właściwym miejscu. Przy tej czynności kroczył on za mną krok w krok. Widząc zaś moją niepewność, rzekł żartobliwie, podnosząc na mnie wzrok, w którym mimo wszystkiego mieszał się brak zaufania, a zarazem uczucie strachu.

1004

— Jak widzę, masz słabą pamięć. No więc pomogę ci, kawalerze. — Pokazywał mi przy tym, gdzie co należy ułożyć. A gdy już skończyłem, zagadnął mnie: — Czy już wszystko w porządku?

1005

— Jeszcze nie — odparłem i wyciągnąłem z kieszeni portfel, który zabrałem z zamkniętej szuflady biurka. Na widok portfela zbladł i odebrał mi go z ręki. Sam nie wiem, co tam takiego było, że widok portfela go tak wzruszył. Zauważyłem też, że przez cały czas trzymał prawą rękę w kieszeni. Widać chciał mi dać do zrozumienia, że nie zapomniał o ostrożności i przestrzec, żebym nie próbował czasem uciekać.

1006

Następnie rozkazał, abym dobrze przeszukał swoje kieszenie, czy czasem czegoś jeszcze nie zapomniałem wyłożyć. Uczyniłem to. Gdy już wszystko było skończone, znów wziął się do mnie, by mnie wybadać. Starał się przybrać groźną minę i rzekł:

1007

— Teraz porozmawiamy, kawalerze. A najpierw powiedz i pokaż, jak ty tu wszedłeś i czym otworzyłeś drzwi i biurko, a później będziesz rozmawiał na ten temat dalej.

1008

Chcąc nie chcąc, wskazałem, czym i jak drzwi otworzyłem. Obejrzał też wytrychy na wszystkie strony.

1009

— Doskonały pomysł — mruczał pod nosem.

1010

Następnie rozkazał, bym usiadł przy stole, na krześle, naprzeciw niego, co też wstydliwie uczyniłem, domyślając się, że dopiero zacznie się nudne badanie.

1011

— Skąd ty jesteś? — zapytał po chwili milczenia.

1012

— Z miasta Łodzi — skłamałem.

1013

— Rodzice twoi czym się trudnią?

1014

— Nie mam rodziców, jestem sierotą.

1015

— A co tu robisz w tym mieście i kto cię tu przywiózł, abyś kradł? Gadaj mi zaraz!

1016

— Sam przyjechałem, aby odnaleźć familię, która tu miała mieszkać.

1017

Przy tym opowiedziałem mu zmyśloną, smutną historię, której już nie pamiętam, bym mógł ją dokładnie opisać. Dość, że poczułem, że moje opowiadanie zrobiło na nim wrażenie. Zamyślił się bowiem nieco. Wtedy jakaś kobieta weszła. Domyśliłem się, co to za kobieta.

1018

— Dzień dobry! Co, pan inżynier w domu? — spytała zdziwiona. — Ja naprawdę zlękłam się, zastając drzwi otwarte. Myślałam, że broń Boże, złodzieje już tu gospodarują…

1019

Na mnie patrzyła zdziwiona. Pewno mój zewnętrzny, przestraszony wygląd dał ku temu powód.

1020

— Mogę pani przedstawię gościa — rzekł inżynier, śmiejąc się. — Choć nieproszony, ale za to dość miły.

1021

Przy tym opowiedział, co ja za jeden.

1022

— Co pani powie na to — ciągnął triumfującym tonem. — Rano, gdy wyszedłem z domu, by się udać do biura, coś mnie tchnęło już przy samych drzwiach, by zawrócić. No i moje przeczucie mnie nie zawiodło. Oto kogo zastałem — pokazał palcem na mnie — w najlepsze, przy opróżnianiu szaf. Był tak pochłonięty swoją pracą, że nie słyszał nawet, gdy tu wszedłem. No i przeszkodziłem człowiekowi w pracy.

1023

Śmiał się teraz wesoło, a nawet prawą rękę wyciągnął już z kieszeni. Kobieta patrzyła na mnie chwilę przestraszona i zagadnęła:

1024

— Co pan myśli z nim zrobić? Trzeba zatelefonować na policję — dodała.

1025

Inżynier zaprzeczył ruchem głowy i odparł:

1026

— Po cóż policję? Ja wolę widzieć złodzieja w domu niż naszą rosyjską policję. Dopiero gdyby oni tu przybyli, to mogłoby naprawdę coś zginąć.

1027

— Panie inżynierze — prosiła baba — pan zawsze lubi żartować… Ot, kto to słyszał coś podobnego? Siedzi sobie złodziej przy panu inżynierze, jakby jakiś porządny człowiek. To naprawdę nie do pomyślenia…

1028

Przy tym załamała ręce, jakby z rozpaczy. Jeszcze więcej kobieta lamentowała, gdy inżynier rozkazał, by mi podano poczęstunek. Sam nalał mi kieliszek wina i kazał wypić, jak się wyraził, dla odprężenia nerwów. Poczęstunku nie przyjąłem.

1029

Słuchając tego wszystkiego, doznałem różnych uczuć. Zdawało mi się, że ten okrutny człowiek tylko bawi się ze mną jak kot z myszką, a lada chwila rzuci się na mnie, by mnie zabić albo oddać w ręce policji. Nie mogłem zrozumieć, do czego on właściwie zdąża.

1030

Wtem niespodzianie stanął i przybrał groźną postawę, groźniejszą niż przedtem. Myślałem, że teraz już koniec ze mną.

1031

Był to człowiek w sile wieku, dobrze zbudowany, tak że dałby mi na pewno radę. Mimo woli też zerwałem się ze swego krzesła i stanąłem w pozycji obronnej. Mierzyliśmy się oczyma krótką chwilę, po czym zbliżył się bardziej do mnie. Prawa jego dłoń znowu spoczywała w kieszeni i rzekł stanowczymi tonem:

1032

— Dosyć tej komedii! Powiedz, kto cię tu przysłał. Jak nie, to źle będzie z tobą.

1033

W ręku jego zabłysnął rewolwer.

1034

Daremnie bym silił się opisać tu mój strach, którego się wtedy najadłem. Jednakże nic nie pomogło. Wspólnika nie wydałem. Prawdopodobnie dlatego tylko, że strach odjął mi mowę.

1035

Widziałem już siebie leżącego martwym na podłodze. Wtem poczułem, że uchwycono mnie za kołnierz i bez oporu z mojej strony popchnięto w stronę drzwi. Nie wiem sam, jak się to stało, że znalazłem się na ulicy.

XXX

1036

Byłem tak pobałamucony tym wszystkim, co ze mną tu zaszło, że chwilę stałem na ulicy jak lunatyk, nie wiedząc, czy śnię, czy to wszystko na jawie. Jakiś przechodzień mnie trącił. Odzyskałem przytomność umysłu i ruszyłem przed siebie.

1037

Teraz na trzeźwo mogłem rozważyć swą dziwną przygodę. Z pierwszą chwilą, gdy go ujrzałem stojącego nade mną z rewolwerem w ręku, doznałem wrażenia, że już wybija moja ostatnia godzina.

1038

Słyszałem już nieraz opowiadania o samosądzie na złodziejach pochwyconych na gorącym uczynku i o tym, że w najlepszym razie oddają ich w ręce policji. Ten nie tylko że mnie nie skrzywdził, a nawet puścił wolno. Nie mogłem wszakże zrozumieć, dlaczego, gdy odmówiłem przyjęcia poczęstunki, tak się unosił. Dziwiła mnie też cała jego rozmowa ze mną. Albo, gdy mi zabrał wytrych i mówił, że schowa sobie to na pamiątkę.

1039

Później, gdy mi groził rewolwerem, bym wydał wspólnika, pomyślałem, że to wariat jakiś. Jednak przyznam się, że głęboko gdzieś w duszy jakiś wielki szacunek wyrósł dla tego człowieka. Przypomniałem też sobie, że w jego pokoju sypialnym nad biurkiem wisiał krzyż, na który patrzyłem z jakimś zabobonnym lękiem. Więc to nie był Żyd, pomyślałem. Jednak mnie, Żyda i do tego złodzieja, nie skrzywdził. W mojej głowie nie mogło się to wszystko pomieścić. Szedłem przed siebie automatycznym krokiem i popychany przez przechodniów, zupełnie nie zdałem sobie sprawy, gdzie jestem i dokąd idę.

1040

Powoli przypomniał mi się wspólnik. Złość mnie ogarnęła. To wszystko on winien — myślałem. — Miał go pilnować i mnie dać znać, zanim się zbliży. Więc on nie dba wcale o moją skórę. Gdy tam wszedłem, na pewno zabrał się do domu i czeka na łup. Ja go nauczę — pomyślałem. — Nie jestem takim frajerem, za jakiego mnie ma. Tu znowu myślałem, co Hanka powie na to. Na pewno mnie wyśmieje, gdy przyjdę do domu z gołymi rękoma.

1041

Przypomniałem sobie, że przed udaniem się na „robotę”, była dla mnie tak bardzo dobra, jak nigdy przedtem. Pewnie powodem tego był obfity łup, który miałem przynieść. A teraz? Wstyd mnie ogarnął, że okazałem się taki niedołężny.

1042

Wyrzucałem teraz sobie w duchu, że za długo tam gapiłem się, najpierw w korytarzu, a potem już w środku, zatrzymując się myślami na obrazach, przez co też nie udało się. To znów złość mnie ogarnęła na inżyniera. Wolałem w tej chwili, by oddał mnie w ręce policji, jeśli mnie miał tak lekko traktować. Widać uznał mnie za niezdolnego, by go okraść. To skłoniło mnie do powątpiewania w swoją siłę i odwagę, czy w ogóle ja będę zdolny kiedykolwiek kogoś okraść i czy nie minąłem się z powołaniem.

1043

Nie pachniał mi wprawdzie chleb złodziejski. Zdawało mi się tylko, że już nic innego mi nie pozostaje. W domu mnie nienawidzą. Do pracy czułem się niezdolny. Skosztowałem już zakazanych owoców życia i nieźle mi pachniały. Ale żeby ich pożądać, trzeba mieć dużo pieniędzy. Jedyny sposób zdobycia ich widziałem tylko w kradzieży i zaprzysiągłem sobie, że je zdobędę. Zdawało mi się, że całe szczęście ludzkie leży w pieniądzach i tylko w pieniądzach. Miałem sposobność przekonać się o tym już w tak stosunkowo krótkim czasie i to od chwili przebycia różnych chwilek po nocnych domach rozpusty, dokąd jako dorożkarz nieraz przywoziłem gości. Nigdy przedtem w mojej wyobraźni nawet sobie nie przedstawiałem, że coś podobnego może istnieć. Najwięcej z zakazanych owoców pociągały mnie kobiety. Ażeby być mile widzianym i trafić do ich przekonania, zrozumiałem, że trzeba mieć tylko pieniądze, morze pieniędzy.

1044

Do domu przybyłem już po południu. Jak wielce się zdziwiłem, gdy Hanka padła mi w objęcia.

1045

— Jesteś, mój drogi! — mówiła wzruszona. — Myśmy cię tu już opłakali. Brat mówił, żeś „zasypany”. Nie zdążył cię ostrzec, zanim frajer poszedł. Powiedz, kochany, co się stało?

1046

Opowiedziałem całą naprędce zmyśloną historię, żem ledwo uciekł i że frajera pobiłem itd. Chciałem w jej oczach uchodzić za bohatera, co się też udało. Ściskała, całowała mnie, szepcąc:

1047

— Mówiłam bratu, że ty nie taki frajer, abyś dał się nakryć. Zadowolona jestem z ciebie — rzekła wesoło.

1048

— Gdzie jest brat? — spytałem.

1049

— Brat pobiegł na policję — odparła — i do „machera”[103]. Może da się coś zrobić, mówił, by cię wyrwać.

1050

— Zaczekaj — dodała — polecę go zawiadomić, że ty jesteś cały i zdrów.

1051

I wybiegła na ulicę.

1052

Za godzinę przyszedł wspólnik. Przed nim nie taiłem nic. Robiłem mu wyrzuty, że mnie nie ostrzegł. Wypytywał mnie o szczegóły. Gdy skończyłem sprawozdanie, nachmurzył się i stanowczym głosem odparł:

1053

— Ja muszę tego frajera zrobić i ja go zrobię, rozumiesz, za jaką bądź cenę. Dziś mu się udało mnie zaskoczyć i ciebie tam nakryć. Więcej takie coś mu się nie uda. Niech wie, że my nie żartujemy… Na „ślam” go muszę zrobić[104]. Może i nawet kasę zrobię — dodał w zamyśleniu.

1054

Wspólnik, widząc, że nie podchwytuję jego zapału, spojrzał na mnie podejrzliwie.

1055

Oznajmiłem niepewnym głosem, że nie pójdę tam więcej, że nie mogę!…

1056

— Zresztą — rzekłem — i tak tam teraz nic nie zrobimy, pewno po tym zajściu będzie wszystkie wartościowe rzeczy trzymał w kasie ogniotrwałej. Na własne oczy ją widziałem… Nikt na świecie nie otworzy jej — dodałem z przekonaniem.

1057

— Wiedz o tym raz na zawsze, frajerze, że to, co jeden człowiek zbuduje, to drugi się taki znajdzie, co potrafi zepsuć, choćby i kasę. Ty pomimo wszystko, jak widzę, jesteś głupi jak but. Nie martw się, nie takich cwanych frajerów jak ten inżynierek udało mi się zrobić i jego pudło jest zero dla mnie. Niejedno już takie rozprułem — dodał.

1058

Patrzyłem na niego niedowierzająco, słysząc jego przechwałki. Byłem wówczas pewny, że żadna siła na świecie nie potrafi z takiej żelaznej fortecy coś ukraść. On zaś, widząc moją głupią minę, ciągnął dalej:

1059

— Niech cię o to makówka nie boli. Nie jestem „Cwajnosem”, jeśli go nie zrobię jeszcze w tym tygodniu. On nie będzie się spodziewał naszej wizyty tak prędko, więc najlepiej może nam się udać.

1060

— Nie, nigdy tam nie pójdę! Już raz zapowiedziałem to i powtarzam. Nie chcę po raz drugi wpaść w jego ręce — dodałem.

1061

Wspólnik na te ostatnie moje słowa szyderczo i jakoś tajemniczo uśmiechnął się. Doszło między nami do ostrej wymiany słów. Siostra jego, ta kontrolna, była obecna przez cały czas naszej rozmowy. To mnie mocno dziwiło, gdyż sam uczył mnie, że kobieta, choćby z własnych sióstr, nie powinna o niczym wiedzieć. Teraz ona zaczęła nas godzić.

1062

Dopiero dowiedziałem się z jej ust, co za przyczyna była, że inżynier mnie uwolnił. Ona to nadała tę robotę, gdyż ten sam inżynier, mówiła, był jej stałym gościem.

XXXI

1063

Minęło znów kilka dni. Brałem też udział w „grasowych”[105] robotach, gdyż mój herszt „Cwajnos” nie próżnował. Gdy nie było co lepszego do roboty, rozsyłał nas po mieście, a my staraliśmy się, by próżno nie wracać, Takie różne rzeczy codziennego użytku zawsze udało nam się skraść. Sam jednak nie brał udziału w takich wyprawach, tylko czuwał z daleka. Gdy zaś który z „koników” zasypał się, wówczas „Cwajnos” interweniował. Interwencja zależała od samego „konika”. O ile był to zdolny „konik”, wówczas „Cwajnos” starał się wydostać go za pomocą „blatu”. Gdy dostał się do więzienia, podawał mu przez cały czas pobytu w więzieniu „wałówkę”, gdy „konik” zaś nie posiadał sprytu i zdolności, jakiej wymaga fach złodziejski, starczało mu dla spokoju sumienia wypić z policjantem kieliszek „pejsachówki”. Knajpiarz, gdzie „Cwajnos” w takich wypadkach pił, doskonale orientował podług liczby wypitych kieliszków, ile też „koników” tego dnia zabrała policja.

1064

„Koniki” rekrutowali się przeważnie z sierot „Ażgochas josemim” (Opieka nad sierotami) w wieku od lat dwunastu wzwyż. Miał ich „Cwajnos”, ile serce zapragnęło. Mógł nawet wybierać. Zwykle brał pod uwagę spryt i siły fizyczne. Bywało też, że taki sierota przyprowadził takiego, co posiadał rodziców, tylko że w domu było mu za ciasno lub go bito może za to, że nie chciał przebywać w chederze. Tu zaś otrzymał dobre jedzenie, nocleg, nawet cukierek. Ubranie, to już zależało od zdolności samego „konika”…

1065

Opiekunką — „matką” tych „koników” i przyszłych „kryminalistów” — była matka „Cwajnosa”, kobieta pięćdziesięciokilkuletnia, o wyglądzie czarownicy biblijnej.

1066

Muszę jednak przyznać, że doskonale wywiązywała się ze swego zadania i potrafiła tę bandę utrzymać w karbach tak, że nie było wypadku, by „konik” na policji wydał opiekuna i jego matkę. Więc trzeba przyznać, że umiała sobie dobrać dzieci.

1067

Na początku mojej kariery u „Cwajnosa” próbowała jego matka i mną kierować, ale Hanka uprzedziła ją i wyłącznie mną się opiekowała. Ten zaszczyt, który mnie spotkał, jak mi się ona sama przyznała, mam do zawdzięczenia umiejętności pisania i czytania. Odebrałem nieraz pochwałę za ładne listy, które im pisałem do krewnych w Ameryce. W odpowiedzi przychodziły dolary. Jednym słowem, uchodziłem tu za uczonego. Byłem tu uprzywilejowanym „konikiem” i brałem od pierwszego razu udział w lepszych wyprawach z samym „Cwajnosem”, co równało się wielkiemu zaszczytowi.

1068

Tu muszę zaznaczyć, że Hanka mnie zapewniała, iż będzie też pilnować moich interesów, abym nie został oszukany przez brata, o którym się wyraziła, że na całym świecie nie ma większego łotra jak on. A brat mnie znów ostrzegał, abym z nią był ostrożny i nie mówił o „robotach”, bo takiej łajdacznicy jaką ona jest, twierdził, nawet w piekle nie znajdzie.

1069

Co do mnie zaś, uważałem, że możliwie oboje mają zupełną rację, przez co w duchu postanowiłem być ostrożny, dopóki nie wyrobię sobie własnego sądu o kochance i wspólniku.

1070

Pewnego dnia z wieczora, gdy przybyłem do domu, nie zastałem Hanki. Natomiast z piętra, gdzie odbywały się orgie nocne i gdzie też mieszkała jej siostra, doleciały mnie śmiechy i głośne jakieś okrzyki. Odróżniłem zaraz między innymi też i śmiech Hanki. Zdziwiło mnie to tym bardziej, gdyż nie tylko że dotychczas nie brała udziału w orgiach nocnych, ale nigdy tam nie bywała. Więc poszedłem na górę, by zobaczyć, czy się nie mylę.

1071

Drzwi były zamknięte.

1072

Nie chciałem zastukać, by mi otworzono, tylko cichutko wytrychem otworzyłem drzwi i stanąłem w progu.

1073

Moim oczom przedstawił się zabawny widok.

1074

Dookoła stołu biegało w kalesonach dwóch mężczyzn, za którymi, wykrzykując, uganiało się kilka kobiet zupełnie nagich, tylko w pończochach! Między innymi poznałem i Hankę. Ta ostatnia siedziała na kolanach rosłego mężczyzny i śmiała się na wpół przytomnie, nerwowym, pijackim śmiechem. Opróżnionych butelek stało pełno na stole. Żal mnie ogarnął i dziwnego doznałem uczucia. Co się zaś działo w mojej duszy, nie jestem zdolny opisać. Żeby nie strach przed nimi, gdyż dużo ich tam było, na pewno rzuciłbym się na niewierną kochankę. Chciałem już zawrócić, by na to nie patrzeć. Wtem siostra jej mnie spostrzegła, rzuciła się do mnie, ciągnąc mnie do środka. Chciałem się uwolnić, lecz dzielni oficerowie rosyjscy pospieszyli jej z pomocą i posadzono mnie gwałtem przy stole. Usiłowali mnie też rozebrać, lecz broniłem się zawzięcie. Jednak chcąc nie chcąc, pić musiałem z nimi i przy każdym kieliszku musiałem też wznosić toasty.

1075

Da zdrawstwujet wojna[106]!

1076

Dałoj Germania[107]!

1077

I jeszcze inne okrzyki na cześć wojny. Hanka uczepiła się mnie za szyję i płakała pijackimi łzami. Była zupełnie pijana. Nic nie rozumiałem, co tu zaszło, że ona się też tu znajduje. Zabawa trwała do późnej nocy. Dopiero po obiedzie, gdy się przebudziłem na swym posłaniu, zdziwiłem się, jak i kiedy mnie tu umieszczono.

1078

Gdy się już ubrałem, było po trzeciej. Głowa mnie jeszcze bolała tak, że ledwie się na nogach trzymałem. Byłem zły sam na siebie. Postanowiłem się zaraz rozmówić z Hanką, co to ma znaczyć to jej zachowanie się i co się tu działo tej nocy.

1079

W domu jej znów nie było. Zrozumiałem, że jest u siostry. Poszedłem na górę. Przywitano mnie tu wesoło. Był tam „Cwajnos” i matka. Wszyscy patrzyli ciekawie na mnie i zarazem wyzywająco, a siostra jej pierwsza cynicznie odezwała się do mnie:

1080

— Co, szwagierku, z twoją ulubioną się stanie, gdy i ciebie wezmą na wojnę? — I wybuchnęła śmiechem.

1081

— Na jaką wojnę? — spytałem. — Ja tam o żadnej wojnie nie wiem, to wódka wczorajsza wam w głowie rozum pomieszała.

1082

— Co ty, z księżyca spadłeś? — odezwał się „Cwajnos”. — Wszyscy o niczym nie mówią teraz, tylko o wojnie z Niemcami.

1083

Słuchałem ciekawie jego wywodów. Objaśnił mi z zadowoleniem, ze teraz dopiero przyjdą dobre czasy dla kobietki… przy czym pokazał w kierunku siostry.

1084

Siostra wtrąciła się do rozmowy:

1085

— Słuchaj, szwagierku, jeśli ty nie będziesz teraz głupi, to się dobrze odreperujesz. Hanka będzie miała powodzenie i dobrze zarobi. Widzisz, dopiero wczoraj wojna wybuchła, a już nas rozrywają. Teraz kobietki będą cenione na wagę złota. Patrz, przez wczorajszą noc ja i Hanka zarobiłyśmy sto pięćdziesiąt dziewięć rubli. No i dla was dobre czasy nastały. Policja będzie zajęta wojną, a wam dadzą zupełnie spokój, będziecie mogli kraść na całego.

1086

Jeszcze różne korzyści wojny wskazywała, po czym znów bezmyślnie roześmiała się na cały głos.

1087

Hanka przez cały czas tej rozmowy stała oparta przy oknie i smutno patrzyła w moją stronę. Widać, że po hucznej nocy nie odważyła się zbliżyć do mnie. Wiedziała, że ja nigdy na to nie zgodzę się, by ona zarabiała swym ciałem…

1088

— Powiedz mi, Hanko — wreszcie spytałem — co to ma wszystko znaczyć?… Jak ci nie wstyd? — dodałem, zapalając się coraz bardziej, prawiąc morały jeden za drugim, które znałem z Talmudu. Doszło aż do kłótni między mną a rodzeństwem.

1089

— Ty, brachu, nie bądź taki mądry — wtrącił się „Cwajnos”. Nie podnoś tu tak głosu, ja się potrafię z tobą raz dwa załatwić.

1090

Powstała między nami groźna wymiana słów. Niedużo brakowało, aby doszło do bójki.

1091

Hanka trzymała tu moją stronę. Stanęła między mną a bratem. Matka zaś wyrzucała mi, że jestem darmozjadem i że ze mnie nigdy nie będzie dobry złodziej.

1092

Siostra zaś jej rzekła do mnie ze złością:

1093

— Ładny kochanek! Przy takim kochanku można z głodu umrzeć. Fajny mi złodziej, co się daje nakryć w robocie i nic nigdy ukraść nie potrafi…

1094

Awantura skończyła się wtedy, gdy Hanka pociągnęła mnie za sobą na dół.

1095

Hanka była lekkomyślną dziewczyną, ale nigdy złą. Chowała się bez ojca, którego nigdy nie znała. Jestem pewny, że sama jej matka nie byłaby w stanie bliżej określić postaci ojca Hanki. Dzieci jej były zarobione, jak to ona zwykła była sama się o tym wyrażać, wcale się z tym nie kryła.

1096

Matka jej miała za sobą bardzo burzliwą przeszłość. Opowiadała mi raz, że za młodu była piękna i niejedną awanturę wywołała między swoimi wielbicielami. Później utrzymywała pewien czas dom rozpusty w Charbinie[108], a nawet w samych Chinach. Jako ślad po dawnej urodzie, którą się tak chwaliła, pozostały jej teraz tylko oczy, duże, czarne oczy jak noc. Nigdy nie mogłem wytrzymać jej przenikliwego wzroku. Córki miały też takie same niespokojne oczy, co dodawało im uroku. Utrzymywała też i teraz dom schadzek, a gdy córki dorosły, starsza prowadziła dalej interes. Ona zaś pomagała synowi, opiekując się, jak już wyżej rzekłem, „konikami”. Hanka długo opierała się, by nie zostać kontrolną. Nie pomagało naleganie matki, siostry i brata, który ją bił za to, że jest głupią gęsią.

1097

Nieraz siostra mi mówiła, że Hanka jest urodziwa i powinna to umieć odpowiednio wykorzystać, by zrobić pieniądze, a nie trzymać się tam jednego kochanka… Siostra także jej tłumaczyła, że w ten sposób marnuje tylko swoją urodę bez żadnej korzyści…

1098

Teraz uległa naporowi rodzeństwa. Podła matka wytłumaczyła, że teraz, gdy jest wojna, jest czas najlepszy i sposobność zrobić majątek. Jeszcze dużo innych pokus przedstawiała niedowierzającej córce. Hanka przyjmowała to niechętnie, ale uległa. Opowiadała mi wszystko, co się stało tej nocy. Dzielny oficer, który ją trzymał na kolanach, dał za to aż sto rubli, by ją posiąść. Nie chciała w żaden sposób, lecz zagrozili, że ją zupełnie z domu wyrzucą, o ile się na to nie zgodzi. Siostra narzekała, że przez nią goście przestaną i ją odwiedzać. Tak długo ją męczyli, aż się zgodziła.

1099

Słuchając jej, żal mi się jej zrobiło. Snuła teraz przede mną plany na przyszłość:

1100

— Widzisz, mój kochanku — mówiła — nie gniewaj się na mnie. Ja zarobię dużo, bardzo dużo pieniędzy, a potem wyjedziemy do Ameryki. Tam dopiero się „ożenimy” — zakończyła naiwnie.

1101

Wyznała mi też, że mnie naprawdę kocha i postanowiła sama się poświęcić po to, jak mówiła, abym ja nie chodził kraść.

1102

— Nie chcę, by tobie, mój kochany, groziło więzienie — mówiła — a mnie najwyżej grozi kilka dni w „łabaju”[109], ale będę ostrożna — zakończyła smutnie.

1103

Hanka wiedziała wszystko z mojego życia. Sam jej opowiedziałem o jeszywecie, o matce, o Soni. Odczuwała to, że ja też niechętnie oddaję się temu życiu, przez co myślała, że się chętnie na to zgodzę, by ona szła zarabiać na ulicę. W zamian za to miałem dać słowo, że się z nią ożenię. Ja, prawdę mówiąc, wyczerpałem cały zapas swojej wymowy, by ją powstrzymać od tego kroku, gdyż przyznam się, że nie tak o nią mi chodziło, tylko że byłem zazdrosny.

1104

Ona zaś uparcie twierdziła, że zarobi tyle pieniędzy, że dla nas obojga wystarczy. Ażeby mnie przekonać, wyciągnęła zza pończochy kilka banknotów po dziesięć rubli, prosząc, bym to przyjął.

1105

Była to połowa pieniędzy z tej zarobionej setki. Resztę zabrała matka.

1106

— Bierz — prosiła błagalnie, widząc moje wahanie. Jednak byłem już na tyle podły, że po krótkim wahaniu pieniądze schowałem do kieszeni, pomimo że dobrze wiedziałem, że zarobione zostały jej ciałem…

1107

Upłynęło kilka tygodni. O wojnie już wróble na dachu i każde dziecko wiedziało. Wszędzie było widać wojsko, a nawet i rannych. Pomimo prośby Hanki, bym nie szedł kraść, teraz z jeszcze większym zapałem szukałem wrażeń w niebezpieczeństwie, które mi groziło w kradzieży. Robiłem to jej na złość, gdyż po całych nieomal nocach bawiła poza domem. Bywały też dni, że myśmy zupełnie się nie spotykali ze sobą. Porobiłem też różne znajomości. Miałem teraz dużo kolegów i koleżanek ze świata przestępczego.

1108

Z dnia na dzień czułem to, że staczam się coraz niżej i niżej. Uprzytomniłem sobie swoje położenie, przypominając sobie matkę i dom ojca. Wtedy chciałem się oderwać od tego życia. Ale nie starczyło mi na to woli i choć czułem swój upadek, jednak nie mogłem się zatrzymać i brnąłem coraz dalej i dalej.

1109

Różne wyrzuty sumienia trwały zaledwie jedną sekundę. A nawet po takim wstrząsie, z jeszcze większym zapałem oddawałem się w objęcia występkom i hulankom.

1110

Jednym słowem z dnia na dzień zyskiwałem więcej przyjaciół i każdy z „naszych” chętnie chciał mieć mnie za wspólnika. Przyczyn tego powodzenia w dużej mierze należy szukać w tym, że miałem też za kochankę znaną w tej sferze piękną siostrę „Cwajnosa”, do której każdy się umizgał, a także w mojej sile fizycznej, która tu jest najwięcej ceniona, no i w tym, jak już wspomniałem, że uchodziłem za uczonego. Zaimponowało im to, że były kandydat na rabina należy do ich zacnego grona. Zawsze okazywano mi z tego powodu szacunek, gdyż pomimo że byłem „początkujący”, zapraszano mnie i na „dintojrę”[110] i chętnie słuchano tam mojego zdania.

1111

Wypadek, który się też wkrótce zdarzył, uczynił mnie więcej popularnym między swoimi, a więc i to czytelnikowi opowiem.

XXXII

1112

Pewnego dnia zapadła u nas decyzja, że w tę noc mamy się wybierać na pewną bardzo ryzykowną wyprawę. Robota polegała na tym, że mieliśmy opróżnić sklep jubilerski. A było to nie lada zadanie do wykonania, tym bardziej, że nocny stróż, znany nam ze swojej gorliwości, strzegł go pilnie i był na tyle ostrożny, że co parę minut macał zamki i oglądał sztaby żelazne przy okiennicach. Ten sam stróż niejednemu udaremnił robotę na sklepy przy tej ulicy, a nawet do więzienia kilku już w tym czasie wpakował. Więc nic w tym dziwnego, że pałałem do niego chęcią zemsty, a każdy z nas marzył, by mu jakiegoś figla wypłatać. A wtedy opinia jego, którą między właścicielami interesów się cieszył jako pogromca złodziei, spadłaby do zera.

1113

Była chłodna, jesienna noc. O północy trzech nas, mężczyzn i jedna kobieta, sunęło jak cienie w kierunku tej ulicy, gdzie miał być wykonany plan, który ułożył „Cwajnos”. Każdy z nas znał dobrze swoją funkcję. Byliśmy gotowi nawet w ogień wskoczyć na rozkaz swego herszta. Jednozgodnie uznaliśmy, że plan jego jest wprost genialny i robota musi się nam udać. Jednakże, pomimo naszej pewności siebie, nie odbyło się to bez bicia serca, które zawsze podobnej wyprawie towarzyszyć jednak musi.

1114

Nareszcie przystąpiliśmy do dzieła. Dziewczyna wręczyła nam statki, gdyż na kobietę nikt tak prędko nie zwraca uwagi. Dlatego też narzędzia złodziejskie ona zawsze nosiła. Następnie oddaliła się, by wykonać dalsze polecenie. Ja i „Cwajnos” w upatrzoną chwilę, by nie ściągnąć na siebie uwagi podejrzliwego stróża, skradaliśmy się po przeciwnej stronie ulicy i ukryliśmy się w bramie naprzeciw tego sklepu.

1115

— Gwałt! — ratunek! — złodzieje! — bandyci! — usłyszeliśmy krzyk, dochodzący od rogu ulicy.

1116

Jak już zaznaczyłem, ten stróż zawsze czuwał. Więc nic dziwnego, że na taki rozpaczliwy krzyk kobiety wołającej o pomoc, pospieszył tam galopem. Na to właśnie czekaliśmy, by wykorzystać moment i prędko doskoczyliśmy do drzwi sklepu i dobranym kluczem otworzyliśmy momentalnie zamki, a żaluzję powolnie, bez oporu podnieśliśmy w górę. „Cwajnos” wsunął się z dwoma skórzanymi workami do środka. Ja zaś powoli zsunąłem żaluzję i zamknąłem tak samo, jak wpierw było i oddaliłem się znowu do bramy naprzeciw, na umówiony posterunek, skąd miałem obserwować dalsze wypadki.

1117

Stróża, dzięki temu wołaniu o pomoc, nie było z pół godziny. Obserwowałem go zaś, gdy powrócił. Próbował natychmiast zamki całego szeregu sklepów. Opukał wszędzie i przeklinał głośno, na czym świat stoi, łobuzów i złodziei, którzy spokoju ludziom i przechodniom nie dadzą.

1118

Widziałem, jak zbliżył się do sklepu jubilerskiego. Oka z niego nie spuszczałem. Szarpnął ze złością zamki i obejrzał sztaby wystawnego okna. Zdawało mi się, że on coś tam spostrzegł, gdyż stał tam dłużej niż przy innych. Za chwilę oddalił się o kilka kroków i oparł się o ścianę. Postawił swój kij i zapalił papierosa. Następnie zaczął powolnym krokiem spacerować tam i z powrotem na kawałku ulicy, mrucząc coś pod nosem.

1119

Stałem we „framudze” bramy, jakby przylepiony do muru, obserwując każdy jego ruch. Każda minuta wydawała mi się tu wiekiem. Wtem furtka bramy, przy której stałem, otworzyła się. Drgnąłem. Był to spodziewany tu przeze mnie trzeci wspólnik.

1120

Podszedł on do mnie tak cicho, jak wąż. Dopiero, gdy stanął przede mną, ujrzałem go.

1121

— Co słychać tu? — szepnął mi do ucha. — Wszystko, co do mnie należało, wykonałem, Plan się nam dotąd doskonale udał. A słyszałeś ten hałas, co ona narobiła? Udawałem, że ją biję laską po głowie. Dopiero, gdy „skower”[111] się zbliżył, uciekłem. Zdaje mi się, że nawet zemdlała i telefonowano po pogotowie. Fest dziewczyna. Dobrze swoją rolę odegrała, później zgasiłem też na ulicy latarnię, żeby nie było tak jasno. A tu jak wam poszło?

1122

— Wszystko do tego czasu dobrze idzie — odrzekłem. — Tylko patrz, przeklęty stróż na krok stąd się nie oddala. Co będzie, gdy się i później stąd nie ruszy, a przyjdzie czas, by wypuścić go z roboty… Co wtedy, brachu, zrobimy?

1123

— Co zrobimy? — odparł wspólnik. — Będziemy musieli wszelkich sposobów używać, by go koniecznie stąd usunąć. A nawet ostatecznie musielibyśmy i siły użyć…

1124

Przy tym podsunął mi rewolwer pod sam nos, żeby mi pokazać, że on nie stchórzy.

1125

Przyznam szczerze, że na widok tego przedmiotu morderczego, którego dotąd jak żyję nie miałem w ręku, niedobrze mi się zrobiło i dreszcz mnie przejął. Więc ja miałbym nawet i człowieka zamordować? Nie! Nigdy! Kradzież, to jest inna rzecz, ale stać się mordercą, za nic w świecie.

1126

Nie mogłem sobie wtedy nawet tego wyobrazić, że człowiek może być w ogóle do tego zdolny.

1127

Staliśmy obaj jeden przy drugim, wsłuchując się w ciszę nocną. Od czasu do czasu ciszę tę przerywał gwizdek nocnej policji lub też stuknięcie stróża okutą laską o asfalt. Pomimo naszej pewności siebie, którą jeden przed drugim starał się okazać, obaj słyszeliśmy bicie własnych serc. Jestem pewny, że obaj myśleliśmy o jednym i tym samym, żeby ta straszna niepewność jak najprędzej się skończyła.

1128

Ten mój zacny kolega niedawno temu opuścił głośne mury więzienia w Orle[112], gdzie odbył czteroletnią karę „aresztanckich rot”. W moich oczach wyrósł na bohatera. Cztery lata, pomyślałem…

1129

Nigdy nie brałbym na wiarę, że jest to możliwe aż cztery lata siedzieć, gdybym nie znał tego człowieka. Jeszcze do tego siedzieć w Orle. Straszne rzeczy opowiadano. Za byle jakie przewinienie zachłostano tam na śmierć. „Cwajnos” przyjął go do tej wyprawy jako wspólnika. Przy tym nie dał mu bardzo ryzykować. Wolał sam, jak mówił, iść do środka interesu, gdyż stwierdził, że osiemdziesiąt procent powodzenia jest po stronie policji. Chciał dać możność łatwiejszego zarobku takiemu męczennikowi i starszemu koledze, który tak długo siedział za kratami.

1130

Zwyczaj jest ściśle przestrzegany w tym świecie, że gdy złodziej odsiedzi większy wyrok, należy go brać na robotę, by zarobił, a przy tym nie dać mu ryzykować za bardzo, a „dolę” zawsze otrzymuje na równi z innymi.

1131

Nareszcie po długim i niecierpliwym oczekiwaniu ukazał się w oknie wystawowym umówiony „cynk”. Był to dany nam znak, że już robota jest skończona. Trzeba teraz myśleć tylko o wydostaniu go z matni razem z łupem… Ale jak?

1132

Stróż teraz jakby się uwziął i na złość stanął przy trzecim sklepie, oparty na kiju, jakby nie miał zamiaru zupełnie się stąd nigdy ruszyć. Czekaliśmy wytrwale, gdyż dobrze wiedzieliśmy, że do jego obowiązku należy pół ulicy. Pewni byliśmy, że wpierw czy później musi się oddalić.

1133

Nareszcie ruszył. Odetchnęliśmy z ulgą. Ale co nastąpiło teraz, to nam krew w żyłach stanęła. Otóż zrobił kilka kroków, stanął przy tym sklepie, na który skierowana była cała nasza uwaga, obejrzał zamki, zajrzał do środka na chwilę i to trwało dłużej niż wpierw czynił. Następnie oparł się plecami o żaluzję od drzwi i wygwizdywał jakąś piosenkę.

1134

Wyglądało to, jakby wiedział, co się tu dzieje i że my tu jesteśmy, jakby kpił sobie z nas. Pilnuje tylko teraz, by ptaszek został w sidle do rana.

1135

Im dłużej się zastanawiałem nad jego zachowaniem się, tym mniej czułem się pewny i większa ogarniała mnie rozpacz.

1136

— Coś się stać musiało, pewno on coś zauważył, ale co?

1137

Wspólnik, który więcej znał się na tych sprawach niż ja, też zaczął się niepokoić i szepnął mi prosto do ucha:

1138

— Wiesz co, brachu… Jak tak dalej pójdzie i „skower” stąd nie odstąpi za jakąś godzinkę, będziemy musieli go „brać”. Zrozumiałeś?

1139

Za dobrze go zrozumiałem. Ciarki mnie przeszły po całym ciele. Nigdy przedtem nie znajdowałem się w takiej sytuacji. Zawrócić stąd znaczyło ściągnąć na siebie konsekwencje, wytoczą „dyntorię”[113].

1140

Wiedziałem już, co to znaczy „dyntoria”. Byłem raz świadkiem, jak ona smutnie zakończyła się dla oskarżonego. Widziałem, jak ten błagał, prosił, by mu przebaczono. Ale groźni sędziowie byli nieubłagani. Chodziło o to, że ten przyznał się na policji, gdy go aresztowano, że wie, kto tę kradzież popełnił, o którą jego posądzono. A cóż dopiero spotkałoby mnie, gdybym stchórzył i uciekł z posterunku, zostawiając wspólnika dla policji?

1141

Przypomniałem sobie słowa „Cwajnosa”, które mi na wykładzie wciąż powtarzał: „Wspólnik dla złodzieja to jest wszystko, ojciec, brat, siostra, należy go szanować, a w razie niebezpieczeństwa za niego ostatnią kroplę krwi oddać”. A gdy go wówczas spytałem, dlaczego on tak nie postępuje z „konikiem”, to mi wtedy objaśnił, że co innego jest „konik”, a co innego jest stały wspólnik. Więc ja byłem jego stałym wspólnikiem, ba, nawet szwagrem, tym bardziej muszę go ratować. No i łup obfity też coś tam znaczy i nigdy by oni mi tej straty nie przebaczyli.

1142

Tu spojrzałem na wspólnika i pomyślałem: Ten oto człowiek, który stoi przy mnie i nerwowo ściska w kieszeni rewolwer, gdy nie będę chciał mu pomóc, czy mnie zaraz nie ukarze? Na pewno on stąd tak na próżno nie odstąpi i nie cofnie się przed niczym.

1143

Smutne to były myśli. Zrozumiałem też teraz, że takie życie, jakie sobie obrałem, jest więcej niebezpieczne niż to sobie wyobrażałem. Bo do tego czasu myślałem, że trzeba się strzec policji. Teraz zaś zrozumiałem, że trzeba być bardzo ostrożnym we współżyciu z własnymi towarzyszami i że za najmniejsze uchybienie grozi mi „dyntoria”.

1144

Stróż nie ustąpił. Już godzina upłynęła, która wydawała mi się wiecznością. Bezradnie stałem, patrząc na alarmujące znaki ze środka, które dawał nam „Cwajnos”, tylko dla nas zrozumiałe. Widać, że on poczuł niebezpieczeństwo, które mu zagrażało.

1145

Na niebie ukazały się pierwsze blaski dnia, a stróż nie ruszał się z miejsca, każda sekunda wydawała się nam teraz wiekiem. Sprawa nie cierpiała zwłoki. Za chwilę miało świtać, groziło nam odkrycie, a co gorzej, nasz wspólnik, o ile go nie zabiją, powędruje stąd prosto do więziennego szpitala.

1146

Nagle wpadłem na pomysł, że sam się zdziwiłem, skąd powstał on w mojej frajerskiej głowie.

1147

— Wiesz co — rzekłem do wspólnika, który już nalegał, by „brać” stróża i nie czekać więcej — ty tu zostań, masz tu klucze, a ją pójdę przez podwórze i wyjdę na drugą stronę ulicy. Tam zacznę głośno szabrem majstrować przy sklepie na rogu ulicy, tak by on to usłyszał. O ile tylko przypadkowo oparł się tu przy żaluzji, to zaraz przybiegnie do mnie, a ty wtedy nie trać czasu i wypuść go ze środka. Gdy zaś wie, że on tam jest, a tylko się z nas naigrawa, będziemy wtedy zmuszeni go „brać”. Zgoda?

1148

Wspólnik mnie podejrzliwie zmierzył od góry do dołu i odparł:

1149

— Ano! Spróbuj, ale jak się nie uda, to pamiętaj, nie ociągaj się i przychodź zaraz! Nie mamy jednej minuty do stracenia — dodał.

1150

Przesunąłem się cicho przez podwórze, potem przez tylną uliczkę. Tu muszę zaznaczyć, że to podwórze było przechodnie, a obie furtki wspólnik otworzył wytrychem, byśmy mieli się którędy ulotnić. Prędko dążyłem tam jednak z myślą, że o ile mi się fortel nie uda, to wprost stamtąd będę dążył na dworzec, by uciekać z tego miasta.

1151

Za chwilę stanąłem przy sklepie. Narobiłem takiego hałasu przy zamkach, że stróż oddalony o jakie sto kroków powinien usłyszeć.

1152

Minęło kilka minut i kiedy pomyślałem już, że plan mój się nie udał, usłyszałem przytłumione kroki stróża. Odetchnąłem z ulgą. Plan się powiódł. Więc on nie wie o niczym — pomyślałem — i prędko teraz już biegłem z powrotem do wspólników.

1153

Wszystko nadspodziewanie gładko poszło.

1154

Stróż połapał się, że go wyprowadzono w pole, ale wtedy było już za późno. Z daleka doleciał nas jego alarm. Zdążyliśmy się jednak ulotnić z łupem.

1155

Nie trwało piętnaście minut, a już siedzieliśmy bezpiecznie na jednej z „melin” w pobliżu tejże ulicy, gdzie kradzież popełniono.

1156

Gdy „Cwajnos” usłyszał fortel, jakiego użyłem, by go ratować, złapał mnie w objęcia i wychwalał pod niebiosa.

1157

Wszyscy obecni klepali mnie po ramieniu na znak poszanowania. Prędko też rozniosło się to między naszymi i zyskałem na powadze. Nawet weterani fachu złodziejskiego, co z niejednego pieca więziennego chleb jedli, przy spotkaniu się ze mną podawali mi rękę, co należało uważać za wielki zaszczyt.

1158

Łup był nadspodziewanie obfity. Na drugi dzień wszystką biżuterię i cenniejsze rzeczy sprzedano u pewnego jubilera, który też chętnie paserował.

1159

Resztę zaś srebrnego wyrobu w sporej ilości przenieśliśmy do pasera mniej bogatego. Był to Żyd w starszym już wieku. Obejrzał wszystko i przy tym raz po raz spoglądał na nas. Mamrotał coś pod nosem, kiwając smutno brodą, jakby nam chciał powiedzieć: „nie takich bezwartościowych rzeczy spodziewałem się po was, możecie to zabrać sobie z powrotem!”

1160

Po obejrzeniu wszystkiego zwrócił się do „Cwajnosa”, którego dobrze znał i nieraz od niego podobne rzeczy kupował i zagadnął go z miną zakłopotaną:

1161

— Co ty chcesz za ten szmelc? — Przy tym pogardliwie pokazał palcem na przedmioty leżące na podłodze.

1162

— Za jaki szmelc? — odparł „Cwajnos”, udając zdziwienie. — Tu wszystko jest nowe, nawet razu nie używane, prosto z fabryki. Ładny szmelc! — przy tym wykrzywiał twarz, co wyglądało na uśmiech.

1163

— Co? I ty już zwariowałeś! — rzucał się paser. — Ja to muszę roztopić. Tak nie można tego trzymać, a do więzienia się dostać nie mam jeszcze ochoty. Dla mnie to jest tylko szmelc i nic więcej!

1164

— No, no, stary! Ty się tak nie rzucaj — rzekł „Cwajnos” poufale — gadaj no, co naprawdę możesz nam zapłacić.

1165

— Po pięć rubli za funt — odparł paser stanowczym tonem. — To więcej dla mnie niewarte.

1166

Tu spojrzał spode łba na mnie, ponieważ po raz pierwszy mnie widział.

1167

„Cwajnos” po namyśle odparł:

1168

— Daj mi po dziesięć rubli za funt i będzie kwita. Wiesz, stary, że ja się nie lubię targować — dodał poufale.

1169

— Co? Dziesięć rubli za funt? Czy ty czasem nie masz gorączki? Możesz to zabrać — rzucał się paser, jak opętany wymachując rękoma, a po chwili namysłu dodał: — Jak jestem Żydem! — tu uderzył się w piersi, że aż jęknął — więcej niż sześć rubli nie dam. Możesz z tym iść do Jankla, on ma dużo pieniędzy.

1170

„Cwajnos” po chwili namysłu rzekł do mnie:

1171

— Spakuj to wszystko z powrotem. Pójdziemy do Jankla, on na pewno więcej zapłaci.

1172

Patrzyłem na ten targ po raz pierwszy, gdyż do tego czasu nigdy nie byłem obecny przy sprzedaży u pasera. Zrozumiałem wtedy, że złodziej kradnie tylko na pasera i chciałem już wykonać polecenie. Wtem paser doskoczył, odepchnął mnie tak gwałtownie, że się potoczyłem aż na ścianę.

1173

— Co ty za frajera przyprowadziłeś ze sobą — krzyczał do „Cwajnosa” — on nic nie wie, że paser się targuje, ale „szorii”[114] już z domu nie wypuszcza, choćby mu przyszło do tego interesu dokładać cały majątek. Dam ci siedem za funt, przecież wiesz, że to szmelc i muszę go przetopić. Zgoda? — przy tym wyciągnął rękę do wspólnika, który się chytrze uśmiechał.

1174

Ja, chcąc teraz się zemścić na paserze za to, że mnie tak popchnął i do tego nazwał frajerem, a widząc, że wspólnik jest już gotów się zgodzić, nic nie mówiąc, wszedłem do kuchni i zdjąłem tasak ze ściany. Nie odzywając się ani słowem do obecnych, którzy patrzyli ze zdziwieniem na mnie, zbliżyłem się do kupy srebra, wziąłem kielich i podniosłem tasak w górę. Już chciałem rękę opuścić, by go rozbić na szmelc, paser zbladł, podskoczył do mnie i chwycił mnie za rękę.

1175

— Ny! Co robisz, wariacie?

1176

— Szmelc robię! Przecież pan płaci po siedem rubli tylko za szmelc, więc dam panu szmelc!

1177

Odepchnąłem go przy tym, zabierając się do zniszczenia.

1178

Paser spojrzał mi teraz bystro w oczy i zwrócił się do wspólnika, który się śmiał na głos.

1179

— Na jaką cholerę go tu przyprowadziłeś? To pewno wariat jakiś, zatrzymaj go!

1180

Wspólnik, wesoły, drażnił go:

1181

— Co, na ładnego frajera popadłeś! Teraz się nie wtrącam, on sprzedaje, nie ja.

1182

Paser zwrócił się łagodnie do mnie:

1183

— Daj pokój, dam dziewięć rubli, tylko żebyś zawsze do mnie przynosił towar. Spodobałeś mi się. Niechaj będzie tak jak jest, w całości.

1184

— Dwanaście rubli za funt, jak nie, to zrobię z tego szmelc.

1185

Paser jęknął i upadł na krzesło.

1186

— Co to za rozbójnik! — krzyczał, patrząc z wyrzutem na „Cwajnosa”. — Jak ty go jeszcze raz tu przyprowadzisz, to cię wyrzucę razem z nim za drzwi. Nigdy już więcej od ciebie nie kupię.

1187

— Jak będzie? — spytałem, obojętny na te pogróżki. — Mam zrobić szmelc?

1188

— Nie, nie! Niech cię już diabli wezmą! Dam te dwanaście rubli pod warunkiem, żebyś więcej do mnie nie przyszedł, bym coś kupił — krzyczał do „Cwajnosa”.

1189

Sprawa została załatwiona. Było tego trzydzieści funtów. Wspólnik patrzył na mnie z zachwytem.

1190

Od tego dnia paserzy mnie nienawidzili, mówiąc: „Ten „litwiak”[115] za mądry jest, a paserowi nie daje żyć!” „Cwajnos” odtąd tylko mnie powierzał załatwianie spraw z nimi.

1191

Paserzy próbowali mnie przekupić i chcieli mi dać pewien procent bez wiedzy wspólników, aby im taniej sprzedać. Ale to im się nie udało. „Cwajnos” już od dnia tego ze mną się liczył. „Dolę” otrzymywałem na równi. Nie oszukiwał mnie jak dawniej. Chwalił mnie nieraz do swoich przy kieliszku, pokazując palcem na mnie.

1192

— Patrzcie na mojego terminatora, niedawno był dorożkarzem, a już jest „jęke” na całego. Wyrośnie z niego fest „urke”[116].

1193

Słowa jego: „gdy jest wojna, będzie lepiej kraść”, sprawdziły się. Nieomal co dzień wybieraliśmy się teraz na jakąś robotę, a wszystko było z dobrym rezultatem.

1194

Policja rosyjska, zdawało się, jakby aresztowała tych złodziei, co kraść nie umieją i nie są zdolni, a tylko paskudzą. Byłem raz obecny przy okradzeniu sklepu obuwia. Gdy byliśmy zajęci przy opróżnianiu półek i pudełek, nagle otworzył ktoś drzwi i wypowiedział do środka sklepu te słowa:

1195

Ładno! Ładno! Rebiata, możetie dalsze rabotat', tolko na zawtra nużno mienia piat'dziesiat' rublej[117], no i paru sapog[118]. — Po czym drzwi się po cichu zamknęły.

1196

Zląkłem się i spytałem wspólnika, co to ma znaczyć. Wspólnik uspokoił mnie.

1197

— Rób dalej — mówił — to był rewirowy tej dzielnicy. On nasz jest, „blatny”[119]. Dał nam tylko tym sposobem do zrozumienia, że wie, kto tu jest i kto robi robotę. Jutro mu się zaniesie, co do niego należy.

1198

Tak śmiało się kradło na prawo i lewo. Policja należała do „doli”, więc to dodawało nam odwagi. „Cwajnos” zawsze wiedział, jak ma podejść do jakiego dygnitarza. Temu, co krępował się brać jawnie gotówkę, posyłał do domu podarki. Naturalnie, że tych podarków nie kupował… Innym wysyłał ładną kobietkę. Z opornymi, których potrzebował, starał się przegrać w karty pewną sumę. Takim szczęśliwym graczem był pewien Al…ów.

1199

Zdarzyło się jednego razu, że na gorącym uczynku został schwytany jeden z naszej szajki i odprowadzono go do więzienia. Groziło mu co najmniej cztery lata. Zdawało się tym razem, że wszystko przepadło i nic się tu nie da zrobić, gdyż nowy śledczy przybył w ten rewir, który nie przyjmował blatu i prowadził energicznie sprawy, by ująć jeszcze wspólników. Jednak i na niego znalazł się sposób. Odkryli i jego słabą stronę. Ten na pozór groźny, nieprzekupny człowiek był zboczeńcem seksualnym. Przy tym postarali się dostać go w łapę tak, że ten, bojąc się wstydu, przyjął podyktowany mu warunek. Musiał teraz zatańczyć, jak mu grano. Nasz wspólnik został zwolniony.

XXXIII

1200

Tak, tak, stałem się znaną „osobistością” między swoimi i liczyli oni teraz z moim zdaniem, na dowód czego dano mi przezwisko.

1201

Każdy szanujący się obywatel „złodziejskiego świata” musi takowe posiadać. Świat, zdaje mi się, nie mógłby istnieć, gdyby na nim nie istnieli tacy obywatele, jak Rudy-Felek, Drabuś, Diabeł, Cwajnos, no i Hipki-Wariaty itp. Tu bierze mnie chęć i nie mogę się powstrzymać, by trochę nie pofilozofować. Widok kraty w mojej celi kieruje zawsze moje myśli na drogę „filozoficzną”.

1202

— Czytelniku, wiem to i rozumiem, że czytając moje pismo, mimo woli zapytasz, jak ten człowiek mógł być tak bezwstydny, nawet podły, by tak bez ogródek chwalić się i opowiadać swoje zbrodnie. A po drugie, o ile autor już jest na tyle bezwstydny, dlaczego jeszcze dotychczas, pomimo swej bezczelności, nie ma tyle cywilnej odwagi, by wyjawić swoje nazwisko.

1203

Odpowiem: chcę opisać i przedstawić tu z całą nagością prawdę, by wskazać, jak podobni ludzie żyją i umierają, jak kochają i nienawidzą. Staram się odkryć obie strony medalu. Jestem bowiem tego zdania, że trzeba mieć więcej odwagi do przyznania się do zła, aniżeli do popełnienia go.

1204

Na drugie pytanie doprawdy sam nie wiem, co odpowiedzieć, gdyż teraz, pisząc te słowa, nie posiadam nazwiska. Jestem tylko martwym, nic nie znaczącym numerem 183. O ile jednak chcesz wiedzieć, kto kryje się pod ty numerem, żeby zaspokoić Cię, powiem!

1205

Nazywam się — nie… nie! — nie mogę Ci w żaden sposób tego powiedzieć. Osądź sam, zaczynam dopiero trzydziesty piąty rok życia, o ile można to tylko nazwać życiem. A może kiedyś, kiedyś… z martwego numeru 183 powstanie człowiek, człowiek odrodzony do nowego życia, człowiek o silnej woli, chcący naprawić błędy młodości. Ty jednak będziesz mnie wówczas wytykał palcem, że to ten zbrodniarz, co napisał pamiętnik w więzieniu, pomimo że grzechy moje zostały odkupione długoletnim więzieniem.

1206

„Kara nigdy nie zmywa winy”.

1207

Wszystkie cierpienia w więzieniu są niczym w porównaniu do tego, co czeka takiego jak ja po opuszczeniu więzienia.

1208

Powtarzam to, że ludzie nigdy nie przebaczają. Nie jest złodziejem ten, kto kradnie i rabuje, tylko ten, o którym ludzie wiedzą, że siedział w więzieniu i nosił na grzbiecie chałat więzienny. Ten do grobu jest już napiętnowany, jest na zawsze zbrodniarzem…

1209

Więc czyż mogę siebie reklamować i wyjawiać nazwisko? Sam siebie wystawiać mam na potępienie? Pół życia swego spędziłem za kratami. Za grzechy, które popełniłem jako głupi młodzik, a których wykonanie trwało jedną chwilę, przymuszony jestem cierpieć długie lata jako dorosły i podżyły[120] człowiek. Nie koniec jeszcze na tym, choćbym i dożył nawet do lat matuzalowych, będę cierpiał za to, co popełniłem, będąc jeszcze chłopcem.

1210

Powiedz… powiedz, Czytelniku, czy nie tak jest? Czy w duchu nie przyznajesz mi racji?

1211

Jednak powiem ci swe przezwisko, jestem tego pewien, że „Ryszard Lwie Serce” nie był tak dumny ze swego przezwiska, jak ja jestem ze swojego.

1212

Nazywają mnie „Nachalnik”.

1213

Przyznam, że u ludzi z „frajerskiego” świata nie budzi ono bardzo zaufania, ale za to w naszym świecie przezwisko to jest bardzo ładne i zaszczytne.

1214

Zaręczam Wam, że dzięki tylko sławie i sprytowi na polu złodziejskim zdobyłem to pięknie brzmiące nazwisko.

1215

Ach! Któż mi w to uwierzy, że ono kosztowało mnie sto razy więcej niż tytuł barona austriackiego, bo aż piętnaście lat i trzy miesiące więzienia.

*

1216

Hanka też robiła niemniej dobre interesy. Miała powodzenie, nieomal ją rozrywano za jej urodę, górowała nad koleżankami. Bolałem nad jej położeniem, jak również i powodzeniem. Byłem o nią zazdrosny, a potem jako złodziej gardziłem tym jej zarobkiem. Wolałem sam ryzykować, niż brać od niej pieniądze zarobione jej ciałem. Pomimo uporczywego nalegania z jej strony, bym nie chodził kraść, nie usłuchałem. Trzymałem się prawa złodziejskiego, które potępia tego, co ciągnie korzyści od kochanki lub żony, taki jest pogardzany na każdym kroku.

1217

Jednak czasem przymuszony byłem przyjąć od niej pewne niespodzianki, jak garnitury i bieliznę, krawaty i inne drobiazgi.

1218

Bywało nieraz, że gdy kilka dni jej nie było w domu, a później przybyła, wyłącznie się mną zajmowała. W głębi duszy, zdaje mi się, oboje gardziliśmy własnymi stanowiskami. Znalazłszy się sami, robiliśmy sobie nawzajem wyrzuty, a nawet planowaliśmy jakąś uczciwą pracę, o którą nie było trudno, jednak dalej kroczyliśmy oboje tą drogą coraz dalej i dalej. Sami nie mogliśmy tego sobie wytłumaczyć, dlaczego to dalej robiliśmy.

1219

Dzięki trybowi życia, jaki Hanka prowadziła, zrobiłem dużo znajomości z jej koleżankami.

1220

Niejedną noc w czasie jej nieobecności przebywałem u nich. Wiedziałem, że ona jest też zazdrosna, przez co właśnie to uczyniłem. Sprawiało mi to poniekąd przyjemność, by się odegrać za swoje cierpienia. Wiedziałem, że ona wie o tym, bo koleżanki naumyślnie jej o tym opowiadały, by ją tym drażnić. Jednakże ona to gryzła w sobie i nigdy nie robiła mi sceny zazdrości, aż pewnego wieczora przez długie czasy uzbierane żale nareszcie wybuchły.

1221

Było to, o ile się nie mylę, w listopadzie albo też już na początku grudnia, gdyż to pamiętam, że na dworze było znacznie chłodno.

1222

W ów dzień przyszedłem do domu na obiad trochę później niż zwykle. Było już przed wieczorem, gdy wszedłem do pokoju i zastałem Hankę w dobrym humorze w towarzystwie jakiejś kobiety. Hanka zerwała się z miejsca. Nie zdążyłem jeszcze palta zdjąć, a już przedstawiła mnie jako swego narzeczonego.

1223

Kobieta ta była młoda i dobrze zbudowana. Przy wspólnym obiedzie, w toku rozmowy dowiedziałem się, że jest koleżanką Hanki i że siedziała także sześć miesięcy w więzieniu, a dziś właśnie została zwolniona.

1224

Następnie dowiedziałem się, że gdy została aresztowana, zostawiła u Hanki różną garderobę na przechowanie. Po nią teraz przyszła. Podczas obiadu, gdy Hanka była zajęta obsługiwaniem nas, atakowała mnie tak bezwstydnie, że nawet mnie to krępowało. Po obiedzie poprosiła koleżankę, by ta zezwoliła, bym jej towarzyszył do jednego domu, gdzie miała załatwić pewną sprawę pieniężną. Hanka zezwoliła.

1225

Gdy znaleźliśmy się na ulicy, ujęła mnie od razu pod ramię i przytuliła się do mnie. Jak na tak krótką znajomość było tego trochę za wiele. Próbowałem się bronić, ale nie dała mi przyjść do słowa.

1226

Od razu zaczęła mi mówić per ty i namawiać, bym Hankę porzucił.

1227

— Na co ci taka kobieta — mówiła do mnie — co oddaje się każdemu za pieniądze? Taka nigdy nie potrafi pokochać! Tylko strasznej choroby może się od niej nabyć. Ja jestem dobrą „doliniarką[121]. Znają mnie chłopaki, mam dwóch braci, są także złodziejami. Nie jestem tam żadną „szlają”[122] — mówiła dumnie. — Jedź ze mną w moje strony, nie pożałujesz tego. Od pierwszej chwili poznania zakochałam się w tobie. Chciałam ci to zaraz wyznać, dlatego poprosiłam, żebyś mi towarzyszył.

1228

I jeszcze inne obiecanki, co się tu nie opłaci opisywać, zrobiły swoje i ośmielony jej wyznaniem, poprosiłem tę cnotliwą koleżankę po fachu do hotelu. Tam, tłumaczyłem, nikt nam nie przeszkodzi w ułożeniu planu do dalszego działania. Chętnie się zgodziła.

1229

W hotelu miałem znajomego numerowego. Znajomość ta datowała się od dawna. Był mi znany z tego, że ułatwiał sytuację zakochanym, by mogli się bliżej ze sobą poznać, naturalnie, że za ekstra wynagrodzeniem.

1230

Gdy weszliśmy do pokoju na trzecim piętrze, odwołałem go na stronę, prosząc, aby wiedział, co ma robić, jeśli Hanka przyjdzie tu i zapyta o mnie. Obiecał to załatwić, znał ją dobrze.

1231

Ona prędko zdjęła wierzchnie okrycie i rzuciła je niedbale na kanapę, pociągając mnie ku sobie. Nie zdążyłem jednak usiąść, a usłyszałem głos Hanki na korytarzu, tuż za drzwiami. Kłóciła się z numerowym. Słyszałem też, jak zapewniał ją, że tu mnie nie ma. Ona zaś uparcie twierdziła, że na własne oczy widziała, jak tu wszedłem razem z kobietą.

1232

Nie zdążyłem pomyśleć, co należy teraz czynić, gdyż już dobijano się gwałtownie do naszych drzwi. Przyjaciółka zaś odruchowo rzuciła się do okna. Złapałem ją za rękę, gdyż myślałem, że ona chce oknem wyskoczyć.

1233

— Kto tam? — spokojnie zapytałem, a gdy krzyczała, bym natychmiast otworzył, odparłem:

1234

— Nie bądź dzieckiem, idź do domu. Ja zaraz też przyjdę. Tu jest taki człowiek, który nie chce, aby go ktoś widział — dodałem.

1235

Zrozumiałem sam niezręczność mojego tłumaczenia, że to nie poskutkuje i że Hanka nie uwierzy, ale co? Naprawdę nie wiedziałem, co mam czynić.

1236

Hanka wciąż nalegała, bym natychmiast otworzył drzwi. Najpierw prosiła mnie pół żartem, później groziła, a gdy i to nie poskutkowało, zaczęła walić do drzwi z całych sił, rzucając przy tym pod moim adresem grad ubliżających słów, co się tutaj nie da opisać. Czytelnikowi łatwo się domyśleć, że Hanka wychowana w takim środowisku, na pewno miała ich w swoim słowniku spory zapas.

1237

Było tego już za wiele. Ze wszystkich numerów, a nawet z innych pięter mężczyźni, i to przeważnie oficerowie, zbierali się pod drzwiami. Śmiejąc się na głos, spodziewając się tu niezwykłego widowiska, zachęcali ją, by nie ustąpiła.

1238

Ja przede wszystkim nie chciałem się spotkać z policją, która mogła na ten krzyk przybyć. Nie namyślając się dłużej, otworzyłem drzwi i sam dałem susa na korytarz, kierując się do wyjścia na ulicę.

1239

Za jakieś pół godziny Hanka przybyła do domu. Kapelusz trzymała w ręku, włosy miała w nieładzie, a jedno oko było z lekka podbite.

1240

Z góry przewidywałem ten rezultat, gdyż rywalka była silna i dobrze zbudowana. Gdy tylko weszła, od samego progu wzięła się za mnie, rzucając we mnie, co jej pod rękę wpadło. Podskoczyłem do niej, śmiejąc się, chwyciłem ją wpół i posadziłem jak dziecko na kanapkę, po czym zacząłem ją uspokajać i tłumaczyć, by się nie gniewała. Skończyło się na tym, że rozpłakała się. Przysięgała przy tym, że wszystkie rzeczy rywalki własnoręcznie potnie nożem i spali.

1241

Stanowczo zapowiedziałem, że na to nigdy nie pozwolę. Widząc mój upór, dała nareszcie za wygraną, jednak pod warunkiem, że tamtej więcej nie zobaczę.

1242

Minęło kilka tygodni po tej awanturze. W sobotę Hanka pół żartem, pół serio, będąc w dobrym humorze poprosiła mnie, bym udał się z nią na jedną z ulic do słynnej wróżki. Zapewniała mnie, że wróżka wszystko wie i odgaduje przeszłość i przyszłość. Tłumaczyła mi też żartem, że chce się upewnić, czy ja jej nie zdradzam. Niechętnie się zgodziłem. Co prawda nie dlatego się zgodziłem, że jej nie zdradzałem, tylko chciałem jej zrobić tę przyjemność, a także przekonać się, czy ta baba naprawdę jest w stanie coś odgadnąć.

1243

Hanka po drodze żartowała jak nigdy, była w bardzo dobrym humorze. Jednak jakoś czułem zdenerwowanie w jej śmiechu, co mnie trochę zdziwiło.

1244

Wróżka przyjęła nas w na pół ciemnym pokoju. Była to stara, zgarbiona, bezzębna Żydówka. Patrząc na nią, mimo woli zadrżałem.

1245

Popatrzyła na nas chwilę, jakby zamglonymi oczyma, po czym wyciągnęła zza stanika brudną talię kart i zapytała przy tym, czy oboje chcemy słuchać o sobie.

1246

Hanka odparła, że oboje i że mnie pierwszemu ma rozkładać karty. Spojrzałem na Hankę. Była jakoś bledsza niż zwykle, przy czym nerwowo ściskała moją dłoń. Nie wypuściła jej z rąk od chwili, gdy tu weszliśmy.

1247

Wróżka kazała sobie położyć pieniądze na jednej z kart, a następnie przystąpiła do wróżenia. Dosłownie powtarzam to, co z jej proroctwa jeszcze pamiętam:

1248

— Ojciec pana więcej kocha niż matka… czeka pana wielkie nieszczęście i wystrzegaj się pan człowieka z orlim nosem. Pan jest nieślubne dziecko… Wielkie sumy pieniędzy otrzyma pan w spadku od krewnego ze strony matki, który umarł dwa miesiące temu w Japonii. Czeka też pana „kazionny[123] dom! Wystrzegaj się pan człowieka z jednym okiem.

1249

Tu pomyślałem w duchu o szamesie w Ł. i śmiać mi się zachciało, gdy teraz nie był on już dla mnie tak groźny.

1250

— Plan, który pan powziął wykonać, jest bardzo dobry i może go pan śmiało wykonać. Masz pan szalone powodzenie u kobiet. Brunetka więcej kocha niż ta jasna blondynka. Wystrzegaj się pan mężatki z czarnymi oczyma i radzę z nią zupełnie zerwać. Ona tylko pana do zguby doprowadzi…

1251

Hanka, podczas gdy wróżka mówiła o kobietach, zamieniła się cała w słuch. A że sama była szatynką, nie była zadowolona z wróżby. Jeszcze raz nalegała, by mi wróżyła z ręki. Może tak lepiej odgadnie, przy tym wręczyła znów datek pieniężny. Wróżka chytrze się uśmiechnęła. Zrozumiała, o co jej chodzi i kim ona jest dla mnie. Więc na nowo zaczęła bredzić, tym razem z ręki.

1252

Wróżka mówiła teraz otwarcie, że ja ją zdradzam i że poprzednio z kart też to wyczytała, tylko nie chciała jej martwić. Teraz zaś mówi szczerą prawdę.

1253

Ze złością wyrwałem rękę i odparłem:

1254

— Wszystko, co pani wywróżyła, jest wierutnym kłamstwem (choć teraz faktycznie zgadła).

1255

Krzyczałem, że ani jedno słowo nie zgadza się z prawdą.

1256

— A co do przyszłości, pani wie tyle, co i ja. Pani jest oszustką — wołałem. — Szkoda, że pani się nie urodziła trzysta lat temu, to na pewno zrobiono by pieczeń na stosie.

1257

Ta spokojnie, z powagą, na moje zarzuty odparła:

1258

— Pan jest jeszcze młody i zarozumiały. Do mnie koronowane osoby, hrabianki i księżniczki przychodziły po poradę, a nie takie jak pan. Moje słowa są — tu podniosła ręce ku niebu — natchnieniem Jehowy. Nic innego nie mówię, tylko to, co widzę.

1259

Po namyśle dodała:

1260

— Wie pan, widzę, że pan jest niedowiarkiem. Więc panu powiem fakt, a wtedy pan uwierzy. Będzie temu kilka tygodni, złodzieje na jednej z głównych ulic okradli bogatego jubilera, policja nie mogła wykryć sprawców tej śmiałej kradzieży. Więc znając mnie od lat, że dla mnie nie ma tajemnic, zwróciła się do mnie o pomoc. Była to trudna sprawa, jednak w ciągu dwudziestu czterech godzin już wykazałam sprawców tej śmiałej kradzieży i także miejsce, gdzie sprzedano skradzione rzeczy, a nawet odebrano wszystko z powrotem. A! — zakończyła z triumfem, patrząc na mnie uparcie, zaropiałymi oczyma.

1261

Bez słowa zwróciłem się do drzwi, pociągając Hankę za sobą, która niechętnie poszła za mną, gdyż chciała, aby jej jeszcze wróżyła.

1262

Na ulicy nie odzywała się do mnie ani słowem, coś stanęło teraz między nami. Co do mnie, byłem już zupełnie przekonany, że ta wróżka bezczelnie kłamie, gdyż o kradzieży, o której mówiła, mógłbym coś więcej powiedzieć niż ona… Do dnia dzisiejszego nic nikt nie odebrał z tej kradzieży i nikt nie był aresztowany. Zresztą powiem tu wyraźniej. Była to ta sama kradzież, którą czytelnik zna z historii ze stróżem. Hanka była jednak przekonana i uwierzyła w to, co o mnie mówiła. Nie opowiedziałem jej, że kradzież, której wróżka mówiła, ja zrobiłem.

1263

Koledzy mnie pouczyli, że w moim fachu należy język trzymać za zębami, tym bardziej przed kobietami.

1264

Do samego domu nie odzywała się do mnie. Nie mogłem zrozumieć, co się z nią stało i też się o to nie pytałem.

1265

Nie wiem, czy ją kochałem, jednak coś było między nami, że jej smutek mnie się udzielił. W takich chwilach rzucałem się w wir zabawy i pijaństwa, by o tym nie myśleć.

XXXIV

1266

Jest już 1915 rok. Teraz byłem zadowolony z siebie, pieniędzy miałem dość, więc wszystko było w porządku. Tylko jedno mnie niepokoiło. Hanka jakoś zmieniła się teraz nie do poznania, przestała stroić się i nie wychodziła na krok z domu, stała się jakby niemową. Adoratorów nawet nie chciała na oczy widzieć. Matce i siostrze niechętnie odpowiadała. A pytano ją często, co jej tak dolega. Nieraz patrzyła na mnie, jakby mnie nie znała. Okropnie żal mi się jej zrobiło i próbowałem ją rozweselić, ale wszelkie moje próby były daremne. Bywało, że usiadłem przy niej. Ona tuliła się do mnie jak dziecko, łkała. Prosiłem ją i błagałem, by mi się zwierzyła, co jej tak dolega. Zapewniałem ją też, że ją kocham, a nawet że się ożenię, choćby i dziś. Wszystko daremnie — nie udało mi się z niej nic wydobyć. Taki stan rzeczy trwał przeszło miesiąc.

1267

Pewnego dnia z rana, gdy po całonocnej mojej nieobecności szedłem ulicą, ujrzałem jakieś zbiegowisko koło naszego domu. Myślałem na pierwszy nut oka, że policja przeprowadza rewizję domową, więc ostrożnie zatrzymałem się z daleka i czekałem, by zapytać kogoś z przechodniów, co się tam stało.

1268

Czekałem niedługo. Jakaś starsza kobieta z koszykiem w ręku zbliżała się.

1269

— Co tam takiego zaszło, że tyle ludzi się tam skupiło? — zapytałem.

1270

Kobieta zaczęła mi opowiadać. Słuchając, myślałem, że ziemia mi się ugina pod nogami. Pobiegłem co tchu w stronę domu. Przecisnąłem się zaledwie między tłumem i wpadłem na podwórze i do domu, skąd dochodził lament kobiecy.

1271

Moim oczom przedstawił się straszny widok. Skamieniałem.

1272

Hanka leżała nieruchoma na łóżku. Rzuciłem się do niej z krzykiem na ustach. Policjant, który czuwał w pobliżu na krześle, zwrócił się do jej matki, rwącej sobie włosy z głowy i zapytał:

1273

— Czy to ten jej narzeczony?

1274

Ta kiwnęła głową. Policjant objaśnił mnie, że jestem aresztowany. Sam nie wiedziałem, kiedy i jak zaprowadzono mnie na policję.

1275

Na policji dopiero dowiedziałem się, że Hanka otruła się i że ja jestem przyczyną tego, co się stało. Zadrżałem i nawet słowa nie mogłem wypowiedzieć, po czym zaprowadzono mnie do aresztu.

1276

W kozie było nas piętnastu aresztowanych. Tym razem miałem już tu znajomych. Pocieszali mnie, że sędzia śledczy musi mnie zwolnić.

1277

Ja jednak, pomimo że zupełnie nie czułem się winny jej śmierci, wyrzucałem sobie w duchu, że kto wie, czy to naprawdę nie ja doprowadziłem ją do tego kroku, byłem przygnębiony.

1278

Przed wieczorem sam „Cwajnos” przyniósł mi obiad. Policjant pozwolił mu pomówić ze mną. Pocieszał mnie, że dziś jeszcze albo jutro sędzia śledczy na pewno mnie uwolni, gdyż Hanka zwierzyła się przed jedną z koleżanek, a ta ma zeznać u sędziego śledczego, co spowodowało ten stanowczy jej krok. „Cwajnos” zaś w sekrecie mi się zwierzył, że jest możliwe, że nabawiła się strasznej choroby i to ją doprowadziło do tego kroku.

1279

Zbladłem, słysząc to, i momentalnie postanowiłem zerwać z tym życiem i wyjechać stąd, gdy mnie tylko zwolnią, gdzie mnie oczy poniosą.

1280

Słuchając go, na koniec zapłakałem, brat jej też płakał. Smutno było patrzeć, jak ten człowiek płakał nad stratą siostry, którą za życia stale prześladował. Co do mnie pod tym względem nie miałem wyrzutów. Byłem dla niej dobry i cały czas naszego pożycia nie tylko, że jej nie biłem ani razu, ale nawet nie obraziłem słowem.

1281

Dziś nawet, jako człowiek podżyły, czuję się dumny z tego powodu, pomimo że jestem nacechowany jako zbrodniarz. Nigdy w swoim życiu nie byłem brutalny wobec kobiet. W każdej kobiecie widziałem odbitkę mej kochanej matki. Nie powiem, że żadna z kobiet, które znałem bliżej, nie wspomina czasem źle o mnie. Może są i takie, ale te kobiety należały do tych, które same tego chcą, by mieć później na kogo narzekać.

1282

Słowa jej brata sprawdziły się, sędzia śledczy na drugi dzień mnie zwolnił, jednak niezupełnie. Trzy dni po tym zajściu zostałem odtransportowany etapem do mojej guberni.

1283

Nie będę opisywać, jakie męki i cierpienia przechodziłem podczas etapu, który trwał aż przeszło miesiąc. W każdym mieście po drodze przesiedziałem po kilka dni w areszcie, zanim dołączono mnie do dalszej partii aresztantów.

1284

Gdy przybyłem na miejsce, zwolniono mnie, ale pod warunkiem, że mam się stawić na każde zawołanie policji. Cieszyłem się też w duchu, gdy dowiedziałem się, że wygnano z mego miasteczka Żydów. Przez to nie transportowano mnie do samego domu. Dopiero, pomyślałem, najadłbym się tam wstydu…

1285

Gdzie się moja rodzina znajduje, wcale nie wiedziałem. Dowiedziałem się dopiero na drugi dzień od znajomego kupca. Opowiedział mi, że ojciec mój dużo z majątku postradał z powodu wojny. Wygnany został z domu w nocy przez kozaków, razem z innymi Żydami. Nie pomogło to ojcu, mówił, że w naszym domu był główny sztab i nawet to, że jakiś wyższej rangi oficer, który zamieszkiwał u nas, umizgał się do młodej żony ojca. Ojciec ledwie zdążył pozbierać żywy inwentarz, trochę garderoby i pościeli, reszta została w rękach żołdaków. Gdy go zaś spytałem, gdzie teraz ojciec jest, nie umiał mi na to odpowiedzieć.

1286

Ta smutna nowina dopełniła miarkę mojego cierpienia po śmierci nigdy niezapomnianej Hanki.

1287

Tu w mieście Ł. ślady wojny można było poznać na każdym kroku. We dnie i po nocach słychać było strzały armatnie, widziałem też pełno samochodów z rannymi bez rąk i nóg.

1288

Aeroplany niemieckie też krążyły nad miastem, siejąc zamieszanie i popłoch, rzucając bomby, gdzie popadło. Byłem też raz świadkiem śmiesznego, a zarazem smutnego widoku. Aeroplan niemiecki krążył tuż nad obszernym podwórzem jednego z domów, gdzie kwaterowało jakieś wojsko. Widziałem, jak oficer rosyjski stanął na środku ulicy i patrzył lornetką w górę, a potem dał rozkaz dwudziestu żołnierzom, by strzelali do aeroplanu z karabinów.

1289

Żołnierze pukali zawzięcie raz po raz, a aeroplan, jakby sobie kpił z tego pukania, to się zniżał, to się znów podnosił w górę. Żołnierze wytrwale dalej pukali. Trwała dość długo ta zabawka, wtem usłyszałem krzyk, a straszny huk rozległ się wokoło. Ja z innymi, co przyglądaliśmy się temu niezwykłemu widowisku, upadliśmy ze strachu na ziemię. Bomba upadła w sam środek między żołnierzy, uderzyła nieomal w głowę oficera. Został on rozszarpany na kawałki razem z innymi żołnierzami.

1290

Na mieście pozostało kilku rannych, a na drutach telegraficznych wisiały kawałki tych nieszczęśliwych. Straszny, przejmujący grozą był to widok. Ludzie określają to na pozór nic nieznaczącym jednym słowem „wojna”. Więc to jest wojna — pomyślałem.

1291

Aeroplany, ośmielone teraz, rzucały bomby na prawo i na lewo, rezultat był straszny. Po oddaleniu się aeroplanów sam pomogłem podnosić rannych przechodniów, którzy leżeli i wołali o pomoc. Strasznie było patrzeć na to. Od tej chwili nienawidziłem Niemców. Dużo razy jeszcze, niemal codziennie, byłem świadkiem takich morderstw niewinnych ludzi.

1292

Miasto Ł. jest nieduże, ale za to przepiękne, a leży na samym wzgórzu przy Narwi, niedaleko niemieckiej granicy.

1293

Mógłbym może wiele rzeczy opisać o wojnie, na co moje oczy patrzyły, a czego może nie zauważył kto inny lub nie chciał tego widzieć, ale przyznam się tu szczerze, że pióro moje jest za słabe, by móc to opisać. A więc nie chcę tu odstąpić zupełnie od tematu i zostawię to Remarque'owi[124]. Zapewne on to lepiej opisze niż ja.

1294

Tu, w mieście Ł. miałem bardzo dużo znajomych jeszcze z czasów jeszywetowskich, to miasto dużo rzeczy mi przypominało. Przede wszystkim przypomniałem sobie moją pierwszą opiekunkę i starałem się dowiedzieć, co ona teraz porabia. Kusiło mnie, by się zaprezentować przed nią jako już doświadczony, dziewiętnastoletni młodzieniec. Ciekawiło mnie też bardzo, jak ona mnie teraz przyjmie.

1295

Tego samego dnia, co o niej pomyślałem, odszukałem jej adres, a wieczorem udałem się prosto do jej domu.

1296

Jak też wielce mnie zdziwiło, gdy drzwi mi otworzyła jakaś kobieta, która mi się wydawała zupełnie nieznana. Za to ona mnie od razu poznała. Zmieniła się zupełnie, nie do poznania. Zestarzała się o jakieś dziesięć lat. Gdy usiadłem na jej zaproszenie, zaczęła mi opowiadać o swej biedzie, że wyszła za mąż po raz drugi i tym razem nieszczęśliwie trafiła, na dodatek męża jej zabrali na wojnę. Skarżyła się, że zostawił dwoje małych dzieci i że musi się utrzymać z robienia papierosów. Żal mi jej doprawdy było. Ale nie czułem już tego jak dawniej, że warta ona jeszcze zachodu. Więc też zaraz co prędzej ją pożegnałem i wyniosłem się. Daremnie sadziła się na uśmiechy, próbując mnie zatrzymać.

1297

Obiecałem jej tylko, że jutro przyjdę na pewno, a tym razem mam ważne sprawy do załatwienia. Słowa danego nie dotrzymałem, tak jak wielu mężczyzn postąpiłoby w tym wypadku…

XXXV

1298

Parę dni tak się wałęsałem bez celu po mieście, pieniądze jeszcze miałem, więc jeszcze nie myślałem o występku. Po drugie w tym mieście, gdzie mnie znano i moją rodzinę, wstydziłem się i bałem o to, by ktoś się nie dowiedział, kim zostałem. Za nic w świecie nie chciałem im tu robić wstydu, nawet zacząłem nienawidzić teraz samego siebie, sam nie mogłem sobie tego wytłumaczyć, co ze mną zaszło.

1299

Po śmierci Hanki zacząłem odczuwać jakby pewien wstręt do popełnionych przeze mnie występków. Czyżby dlatego, że ona za takie prowadzenie się tak haniebnie samobójstwem skończyła? A mnie, o ile będę tak dalej się prowadził, czy też nie spotka ten sam los? Kto wie, może być nawet ze mną jeszcze gorzej, umrę jako złodziej w więzieniu, pogardzony przez wszystkich. Postanowiłem naprawić swe postępki i wydostać się z tego bagna, w którym już tkwiłem po szyję. Tu przyszło mi znów na myśl, jak uskutecznić ten zamiar, kto przyjmie mnie do pracy, wiedząc, kim jestem? A jeśli mi się nawet to uda, czy ja, który jestem już przyzwyczajony do lekkiego życia, zabaw i hulanek, będę teraz w stanie brać się do jakiejkolwiek pracy i zadowolić się jakimś marnym zarobkiem?

1300

Wzdrygnąłem się na samą myśl o tym, że ja, który już poznałem łatwe sposoby zdobywania większych sum, co prawda wśród krótkich chwil strachu, za które jednak dużo się ma przyjemności, mogąc sobie pozwolić na wszystko, co serce zapragnie, nie zdobędę się chyba na mozolną pracę. Bałem się tego. Walka wewnętrzna nie dawała mi teraz spokoju. Z jednej strony pociągała mnie wesołość bezmyślnego trybu życia, a z drugiej strony odezwało się wpojone we mnie przez matkę pragnienie pozostania człowiekiem. Walka ta trwałaby, kto wie jak długo, gdyby przypadek nie przyspieszył decyzji.

1301

Pewnego dnia na jednej z ulic spotkałem się z właścicielem piekarni, z tym samym, u którego kiedyś za czasów jeszywetowskich się stołowałem. Chciałem go ominąć, jednak mnie poznał. Nie dając mi przyjść do słowa, pociągnął mnie do swego domu. Zaraz, gdy tam wszedłem, otoczony zostałem przez jego żonę i dzieci i wszyscy witali mnie jak domownika, a na pytania nie mogłem nadążyć odpowiadać.

1302

Zdziwiło mnie tylko to, że z mojej wizyty starsza córka jakby nie była zadowolona. Ta sama, która się kiedyś mną interesowała. Za wspólne spacery z nią zostałem przedstawiony przed rosajszywę. Wyrosła teraz i wyładniała i nie mogłem od niej oczu oderwać. Za to ona jakby jakoś inna była. Ona jedna ze wszystkich domowników chłodno mnie przywitała, jakby mnie nigdy nie znała i obojętnie odpowiadała na moje zachwyty nad jej urodą.

1303

O, wy kobiety, kobiety… Jak ciężko jest was zrozumieć!…

1304

Tu teraz dowiedziałem się, gdzie ojciec zamieszkuje. Dowiedziałem się także, że ojca spotkała nieprzyjemna historia, a nawet był aresztowany i okuty w kajdany.

1305

Hecę tę warto tutaj wspomnieć: We wsi K., niedaleko Białegostoku, gdzie ojciec wówczas zamieszkiwał z rodziną, otrzymano pewnego dnia rozkaz, by zaaresztować wszystkich Żydów, którzy posiadają rude brody. Przyjechało też z rozkazem kilku żandarmów, by go wykonać.

1306

Wieś ta liczyła trzydzieści familii żydowskich. Łatwo sobie wyobrazić, jaki lament i rwetes tam powstał, gdy skuto wszystkich w kajdany. Rozstrzeliwanie Żydów przez Rosjan o byle jakie podejrzenie było w tych stronach na porządku dziennym.

1307

Jeden mi teraz opowiadał o tym, że w ich miasteczku Żyd, tragarz, odnosił worek mąki do sklepiku, a gdy wrócił spocony, czapką sobie chłodził twarz. Był to bardzo gorący dzień, a słońce niemiłosiernie piekło. Traf chciał, że aeroplan niemiecki się ukazał. Ktoś z rosyjskich żołnierzy, którzy stali tam w miasteczku, krzyknął, że ten Żyd daje znaki, jak aeroplan ma w gorze manewrować.

1308

Nie pomógł płacz jego żony i dzieci, ani tłumaczenie Żyda, w ciągu godziny został postawiony pod mur i ochłodzony na dobre. Więc nic dziwnego, że pożegnano tych „rudych” jako na stracenie.

1309

Ojciec mój na swoje nieszczęście także posiadał brodę rudą. Więc nic dziwnego, że znalazł się między rudymi zbrodniarzami. Co prawda, była to tylko „szpicbródka”, ale dość duża, by ją spostrzec i jej kolor. Żony „rudych”, naturalnie te piękniejsze, nie wiedząc, tak samo jak mężowie, gdzie ich wiozą, już naprzód z wypchanymi portfelami podążyły, by trafić do rąk i serc władzy.

1310

Tak ich gnano dziewiętnaście mil piechotą do guberni Ł. i oto co się tu okazało. Jakiś żołnierz skradł z pułku dwie krowy. Przyłapano go i tłumaczył się, że sprzedał je we wsi K. Żydowi z rudą brodą, a nie wie, jak się on nazywa. Policmajster, bardzo mądry człowiek, chwycił się „salomonowego” wprost pomysłu. Kazał zaaresztować w tej wsi wszystkich rudych.

1311

Teraz ich tu na policję przyprowadzono i ustawiono w rząd, by złodziej mógł wybrać tego, komu sprzedał.

1312

Naturalnie, że wskazał na pierwszego lepszego, który mu się podobał.

1313

Na szczęście był to akurat nie Żyd, tylko jakiś chłop także z rudą brodą, którego tu gwałtem też przywlekli, mając go w podejrzeniu, że jest Żydem. Złodziej z pewnością powędrował do więzienia, a Żydzi pojechali z powrotem do domu, chorzy ze strachu.

1314

Ojca, co prawda, gdy tylko przywieziono ich na policję w Ł., jeszcze przed konfrontacją zwolniono, gdyż go tu znano osobiście jako kupca, a nawet przeproszono, kładąc winę na karb wojny.

1315

Wywnioskowałem też, rozglądając się po pokoju, że tu wszyscy są bardzo zadowoleni z wojny, gdyż rodzina ta mieszkała teraz w pięciopokojowym mieszkaniu elegancko umeblowanym.

1316

Zwierzyła mi się też gadatliwa kobieta w sekrecie, że teraz nareszcie piekarze wiedzą, że żyją na świecie i żeby tylko Jehowa był tak łaskaw, mówiła, aby wojna trwała choć ze dwa lata, to majątek na pewno zrobią.

1317

Mówiła, że córkę swoją wyda tylko za prawdziwego doktora. Nareszcie zaczęła narzekać przede mną na brak pracowników, że są leniwi i nie chcą dużo pracować. Wspomniałem jej zaraz o tym, że ja też już pracowałem jako piekarz i coś niecoś potrafię.

1318

— Ach, tak — mówiła — ojciec mi opowiadał, że źle się prowadzisz i że cię znać nie chce, coś i o tym wspominał.

1319

Tu mnie wzięła chęć, by zostać piekarzem, naprawić to, co zbroiłem do tego czasu. Ojciec, myślałem, na pewno się ucieszy moim nawróceniem. Nie namyślając się długo, głośno to wymówiłem. Popatrzyła chwilę na mnie, jakby się zawahała, jednak zgodziła się mnie przyjąć pod warunkiem, że będę posłuszny i nie zrobię żadnego głupstwa.

1320

— Dla twojego ojca to zrobimy — dodała.

1321

Tegoż wieczora jeszcze przeniosłem się do piekarni. Przy przebieraniu się wręczyłem majstrowi złoty zegarek i kilkadziesiąt rubli. Popatrzył na mnie, jakby chciał spytać o ich pochodzenie, jednak po namyśle przyjął, przy czym mrugnął do mnie prawym okiem na znak, że się domyśla, skąd pochodzą.

1322

Wziąłem się gorliwie do pracy. Pieczono tu tylko dla wojska razowiec i duże, pszenne placki w blachach. Nic dziwnego, że znając trochę pracę, za miesiąc wykonałem już bez zarzutu swoją robotę.

1323

Przyszedł też prędko maj. Pobierałem już osiem rubli na tydzień i życie. W czasie pokoju tego bym nie otrzymał. Byli już z mojej pracy zadowoleni.

1324

Córka prawie nie odzywała się nigdy do mnie i ja nie wspominałem o naszej dawnej przyjaźni. Bolało mnie to, że traktuje mnie obojętnie, jak każdego robotnika. Starałem się jednak o tym nie myśleć. Często przypominałem sobie tragiczną śmierć Hanki, która — byłem teraz przekonany — nie z powodu choroby się otruła, zaraz mi się też odechciało romansów. Oddawałem się tylko wyłącznie pracy, tak abym nie miał czasu myśleć o czym innym. Cieszyłem się w duchu, że znając hulaszcze życie i inne pokusy tego świata, mogę tu już drugi miesiąc wytrwać przy ciężkiej pracy. Dziwiło mnie to nieraz, jak mogę teraz pracować aż po czternaście godzin na dobę i więcej.

1325

Bywało też, że przez cały tydzień nie zrzucałem z siebie tego oryginalnego stroju piekarskiego.

1326

Zawsze po skończonej pracy padałem gdzie bądź w kącie spichlerza na kupę opróżnionych worków. Zmordowany pracą zasypiałem łatwiej niż na najwykwintniejszej pościeli.

1327

Prowadząc taki tryb życia, nie miałem czasu nawet pomyśleć o niczym innym. Z jakimś pobożnym zachwytem trzymałem się pracy i byłem zadowolony. Czułem to też, że tylko w pracy znajduję spokój na wyrzuty sumienia, które od czasu do czasu mną miotały. Przypominałem sobie o występkach, które w tak stosunkowo krótkim czasie zdążyłem popełnić. Tu znowu czasami kusiło przelotne wspomnienie o wesołym, rozrzutnym życiu, które jednak miało swój powab.

1328

W sobotę przybierałem wygląd normalnego człowieka. Gospodyni była bardzo dobra dla mnie ze względu, jak mówiła, na ojca. Gdy podawała mi mój zegarek, jedyny dowód mojego dawnego życia, czułem przy dotknięciu go ręką, jakbym się dotknął żarzącego węgla. Czułem, że gdyby mi policzek wymierzyła, ból nie przygnębiłby mnie tak, jak widok tego zegarka.

1329

Z chwilą, gdy wkładałem zegarek do kieszeni, zjawiały się obrazy dawnego życia. Wspólnik „Cwajnos”, inżynier, stróż przy wystawie jubilera, skąd właśnie zegarek ten pochodził. Na samym ostatku wywędrował zawsze obraz, który zastałem w domu tej nocy, kiedy to Hanka po raz pierwszy przyłączyła się do siostry jako jawnogrzesznica. Widziałem ją zawsze, jak przed moimi oczyma wywijała ręką, w której trzymała zarobioną sturublówkę. Dziwna rzecz, gdy żyła, mało co myślałem o niej, a teraz w snach i na jawie ukazuje mi się jej smutna twarz i wiotka postać. Widzę zawsze przed sobą jej połyskujące, czarne oczy, tak czarne jak obecna moja dola, wzrok ma utkwiony we mnie, wzrok pełen smutku i wyrzutów.

1330

W sobotę, mimo upragnionego przeze mnie odpoczynku, więcej jeszcze cierpiałem niż przez cały tydzień. Po pierwsze, ten przeklęty zegarek, a po drugie, gdy wychodziłem w sobotę na ulicę, by przespacerować się, spostrzegałem zawsze dużo rzeczy, które mi przypominały wiele z dawnego, wesołego życia. Przede wszystkim spotykane kobiety. Ach! Te kobiety… albo też dorożki wiozące wesołe parki, dawały mi dużo, dużo do myślenia…

1331

Gdy zaś słońce zachodziło, czas było wrócić do brudnej sutereny piekarskiej, by znów się zamienić w żywą maszynę pracy. Przez cały tydzień trzeba było łazić niewyspanym, brudnym, opapranym ciastem, niepodobnym do człowieka, a zamiast ubioru owiniętym w worek od mąki. Musiałem słuchać zleceń czeladników i majstrów, wykonywać bez szemrania każdą najnieprzyjemniejszą pracę. Wzdragałem się wtedy, a złe podszepty zbierały się gromadnie, by mnie zbuntować:

1332

„Porzuć jak najprędzej to przeklęte, niemiłe życie robotnika, wróć do „Cwajnosa”, do kompanów, do kobiet, gdzie życie popłynie ci przyjemnie i wesoło”.

1333

Straszna walka odbywała się wtedy we mnie. Nogi jakby naumyślnie odmawiały teraz posłuszeństwa, nie chcąc wrócić w kierunku piekarni. Natomiast rwały się do biegu w innym kierunku, do „domku” na jednej z ulic, gdzie przypadkowo się dowiedziałem, mieszka pewien chłopak i dwie wesołe dziewczyny. Tam znalazłbym chętnych towarzyszy, podobnych do tych, których przymusowo niedawno opuściłem.

1334

W pewną sobotę musiałem opanować się całą siłą woli, by nie ulec pokusom. Byłem już tylko o jakie dwadzieścia kroków od tego domku, jednak w czas zawróciłem, pędziłem z całych sił, by jak najprędzej znaleźć się w pracy, przysięgając sobie w duchu, że nawet w sobotę zostanę w piekarni i nigdy na miasto więcej nie wyjdę.

XXXVI

1335

Słowa dotrzymałem, nie pomogły nalegania majstra, żony, bym poszedł trochę na świeże powietrze, a nawet córka, która wciąż stroniła jeszcze ode mnie, prosiła mnie teraz, bym się ubrał i szedł do wspólnego obiadu sobotniego. Doszło do tego, że chcieli zawezwać doktora, myśląc, że przyczyną tego, że wciąż leżę na swoim barłogu, jest choroba. Milczałem w odpowiedzi na wszelkie pytania, a piekarni nie opuszczałem.

1336

Przy samej piekarni, w ciemnej suterenie, był pokój bez okien, stała też tam nara, na której leżały brudne sienniki. Ten piękny „piekarski przybytek” był znany w mieście Ł. między wszystkimi czeladnikami piekarskimi pod przezwiskiem „Hotel Bristol”. We dnie i w nocy palono tam lampkę naftową, bo zawsze tam ktoś przebywał. Grano tam w karty we dnie i w nocy, a który przegrał garnitur, przebywał tam tak długo, dopóki się nie odegrał. Ciepło tam zawsze było, a gości nigdy nie brakło.

1337

Piekarze „rajzownicy”[125] mieli tam swój przytułek. Po większej części przebywali tu pijacy, niechętni do pracy.

1338

Byli tu też tacy, co przez całe tygodnie nie wyglądali na świat. Pożywienie podawano im tam z piekarni, naturalnie, że bez wiedzy właściciela. Bułki, cukier i herbatę zawsze im dostarczono. Majster patrzył na to gniazdo przez palce, gdyż zawsze między tymi, co grali, znalazł taniego robotnika. Dawał niektórym i pożyczki na kupno garnituru. Taki „przegrany” paradował przez cały tydzień tylko owinięty w worek od mąki i w brudnej koszuli. Po skończonej pracy miał tylko kilka kroków przez brudny, ciemny korytarz do „Bristolu”.

1339

Najwięcej gości przebywało tam w sobotę i niedzielę, bez różnicy wyznań, a gdyż między robotnikami nie-Żydami więcej było ofiar dla właścicieli piekarń niż między Żydami. Stałym bywalcem „Bristolu” był Mytrofan, lat trzydzieści pięć, dobry werkmistrz[126] piekarski. Jednak rzadko kiedy udało mu się uwolnić od worka, którym był przez cały tydzień przy pracy owinięty. W sobotę całą wypłatę przyniósł prosto do „Bristolu” i grał całą noc, a zawsze do świtu był już goły. Więc musiał znów wleźć do worka, by przez cały tydzień na nowo zapracować na karty. Dobrze on zarabiał, do trzydziestu rubli tygodniowo. Ale gdy kupił garnitur, nie nosił go nigdy dłużej niż do soboty. Pracował w żydowskich piekarniach, a każdy z majstrów chciał, by u niego pracował, gdyż był specjalistą w tym fachu. Właśnie w owym czasie, gdy ja tam pracowałem, Mytrofan też tam pracował. Zgrał się on w „Bristolu” w ten sposób, że gospodarz po zabraniu mu garnituru w zastaw, zmusił go tu do pracy. Pracował on tu już trzy miesiące, jednak garnituru nie mógł wykupić. Co dzień próbował szczęścia, jednak mu nie szło. Żal mi go było, pracowałem pod jego ręką, a był olbrzymiego wzrostu, ale łagodny jak baranek.

1340

Dziwiło mnie, że nigdy nie gniewał się, gdy wszystko przegrał. Zawsze wracał z zapałem znów do pracy po to, by mógł dalej grać. Dla mnie był bardzo dobry, uczył mnie pracy bezinteresownie. Jak się wyraził, lubił mnie za to, że zawsze byłem smutny i chętnie pracowałem.

1341

W „Bristolu” przez cały czas, co tu pracowałem, ani razu nie brałem udziału w żadnej grze. Przyglądałem się tylko nieraz z zainteresowaniem ludziom, którzy z zapałem grali, cichuteńko i z uwagą. Dopiero po grze zaczynała się kłótnia i udzielano sobie nawzajem uwag co do błędów popełnionych podczas gry.

1342

Czasem dochodziło do ostrej wymiany słów, jednak do bijatyki nigdy nie doszło. Wiedziałem o tym dobrze, że gospodarz zagroził, iż w razie awantury skasuje ów „Bristol”. Byli tacy, co jeszcze nie tracili nadziei, że wygrają, ci też nie dopuszczali do bijatyki.

1343

Porządek trzymał tu Mytrofan. On właśnie był jednym z tych, co żyli zawsze tą nadzieją wygrania. Pomimo jego łagodności, każdy się go bał i do bójki nigdy nie doszło.

1344

Na drugą sobotę po moim postanowieniu, że nie wyjdę na miasto, wieczorem z nudów zaszedłem do „Bristolu”. Grano tam jak zwykle w nabożnym skupieniu i nic dziwnego, że każdy tu grosz przegrany, był też krwią i potem zapracowany. Zauważyłem też, że Mytrofan jest ubrany w nowy, jasny garnitur. Koło niego zaś leży cała kupka srebrnych rubli i półrublówek. Twarz jego promieniała z radości, karta mu szła jak nigdy, raz po raz zagarniał kilka banknotów. Wygrał też dwa garnitury, ci dwaj siedzieli już na stronie tylko w kalesonach. Byłem ciekawy, na czym się ta gra skończy. Wzięła mnie też chęć, bym i ja zagrał i próbował szczęścia, jednak dałem spokój. Starałem się teraz zawsze opanowywać swoje pragnienie, gdyż wiedziałem, że jest złe. Grałem w karty nieźle, a nawet znałem kilka sztuczek szulerskich, których „Cwajnos” mnie nauczył. Pewny byłem, że ograłbym ich. Jednak wiedząc, że ci ludzie ciężko pracują na grosz, nie mógłbym ich oszukać w żaden sposób.

1345

Gra trwała już kilka godzin. Było już po północy, chodziło tylko o parę kamaszy, które były jeszcze do wygrania. Mytrofan wszystkich ograł, szczęście dopisało mu tym razem jak nigdy. Prosił mnie zaś, bym uważał na wygrane rzeczy. Teraz już pięciu siedziało na stronie niemal nago, nawet bieliznę przegrali. Mytrofan uwziął się jeszcze te nieszczęsne kamasze wygrać. Chciałem go upomnieć, że już dość i że może wszystko teraz przegrać. Jednakże znając jego upór, dałem spokój, byłem jednak ciekaw, co z tego wyniknie.

1346

Stało się tak, jak przewidywałem. Mytrofan począł przegrywać raz za razem. Nie upłynęła teraz godzina, a Mytrofan siedział już w kalesonach.

1347

Po skończeniu gry towarzysze rzucili pod jego adresem złośliwe słowa, a ten tylko spluwał i ani słowem się nie odezwał. Żal mi go było, a wszyscy żartowali z niego:

1348

— Może masz kamasze, to jeszcze zagramy?

1349

Ja się odezwałem:

1350

— Panie Mytrofan! Ja panu dam, aby miał pan czym grać, chce pan?

1351

Mytrofan spojrzał bokiem. Tu muszę zaznaczyć, że wspomniany, pracując po większych piekarniach, dobrze znał mojego ojca. Nieraz mi o tym mówił, że mój ojciec jest skąpy i mało kiedy dawał na piwo, więc nic dziwnego, że i mnie uważał za takiego. Teraz, gdy mu zaproponowałem dać na grę, patrzył na mnie, jakby nie wierzył własnym uszom i odparł:

1352

— A dużo ty masz pieniędzy? Mogę od ciebie pożyczyć — dodał.

1353

— Pieniędzy dużo nie mam — odparłem — ale mam jeszcze coś lepszego od pieniędzy.

1354

Wszyscy obecni, których było ośmiu, spojrzeli w moją stronę i ironicznie uśmiechali się, gdyż wiedzieli, że jestem tylko początkujący, co więc taki może mieć do przegrania, a jeszcze coś lepszego od pieniędzy.

1355

Mytrofan jeden wiedział, kim jestem, więc zapytał zaraz niecierpliwie:

1356

— Gadaj, co masz i dawaj tu!

1357

Wyciągnąłem zegarek i dałem mu.

1358

Wszyscy zdziwieni oglądali go.

1359

Był to złoty, kryty zegarek „Omega”, a próba 54 stała na kopercie wyryta jak byk, co ich ostatecznie utwierdziło, że zegarek jest z prawdziwego złota.

1360

Niemniej zdziwiony był sam Mytrofan, gdyż nigdy go u mnie nie widział, bo był u gospodyni, a dopiero od przeszłej soboty nie oddałem go więcej na przechowanie. Postanowiłem się go pozbyć.

1361

Mytrofan podejrzliwie zapytał, skąd go mam.

1362

— Z domu jeszcze od ojca — odparłem.

1363

Wszyscy znów patrzyli na mnie.

1364

Mytrofan, widząc ich pytające spojrzenie, objaśnił, kim był mój ojciec. Nie chcieli wierzyć, gdyż okazało się, że go dobrze znają.

1365

„Nie może być” — twierdzili — by ten zechciał mieć syna piekarza”. Nareszcie uwierzyli, gdy dałem odpowiedź na kilka pytań.

1366

Poznałem też, że nie zyskałem tym zaufania, nie lubili oni oglądać tych, co dostarczali mąkę, by mieli nad czym się męczyć.

1367

Zegarek został otaksowany na sto pięćdziesiąt rubli i grę rozpoczęto na nowo. Tym razem i ja przystąpiłem do gry do spółki z Mytrofanem. Graliśmy całą noc i cały dzień. Gospodarz ledwo wyciągnął nas wieczorem do pracy.

1368

Pół zegarka było już przegrane.

1369

Ja trzymałem się dobrze, za to Mytrofan przegrywał stale, pech go znów prześladował. Zaraz rano po pracy wzięto się znów do grania, a wieczorem w żaden sposób nie mógł nas wyciągnąć do pracy.

1370

Postawiliśmy na swoje miejsce do pracy dwóch „przegranych”, a my graliśmy dalej.

1371

Koniec końcem, nie będę opisywał szczegółów, dość że gra trwała do środy rano, mało co przy tym spaliśmy, aż nareszcie zegarek mój wsiąkł. Muszę też tu powiedzieć, że na początku siadałem do gry z myślą, by się go pozbyć, nawet chętnie chciałem go przegrać, jednak po przegraniu było mi go żal. Postanowiłem znów się odegrać.

1372

Na sobotę na nowo obiecałem sobie razem z Mytrofanem zagrać. Odebrałem od majstra resztę kapitału: około pięćdziesięciu rubli. Mytrofan też wziął całą tygodniówkę i znów zasiedliśmy do gry. Na początku dobrze nam poszło. Pół zegarka znów należało do mnie, jednakże godzinę przed rozpoczęciem pracy obaj byliśmy na powrót ogołoceni. Wróciłem smutny do pracy.

1373

Po tym, co zaszło, nie mogłem już spokojnie pracować. Pragnienie posiadania na nowo tego, co postradałem, nie odstępowało mnie na jedną minutę.

1374

Cholera z tym Mytrofanem mnie nadała — pomyślałem.

1375

Teraz postanowiłem grać na własną rękę i udać się do znanych mi sztuczek. Muszę wygrać, co przegrałem. Potem nigdy nie będę grał. Ale skąd teraz wziąć na nowo pieniądze? Tygodniówka? Nie warto tym nawet gry rozpoczynać, gdyż ci, co wygrali, objaśnili nam przecież, że teraz inaczej nie zasiądą do gry, póki nie będą u nas widzieć przynajmniej po dwadzieścia pięć rubli w gotówce. Ale skąd je wziąć?

1376

Nad sposobem zdobycia pieniędzy myślałem kilka dni. Sposobów takich, jak wiadomo, znałem z poprzednich praktyk u „Cwajnosa” bardzo wiele, ale ze wstrętem prawie tę myśl odrzuciłem. Spokoju jednak po przegraniu nie zaznałem.

1377

To przyrzekałem sobie w duchu, że kart do rąk już nie wezmę, to znów uparta myśl moja krążyła koło zdobycia pieniędzy. Nie wiadomo, jak długo trwałaby ta walka we mnie, gdyby nie przypadek lub szatan rozstrzygnął o dalszych wypadkach.

1378

Pewnego wieczora Mytrofan zachorował, przez co sam majster pozostał w piekarni na noc, by przypilnować pracy. Kazał mi, abym go obudził, gdy już wszystko gotowe będzie do pieca. Po przygotowaniu wszystkiego obudziłem go. Za chwilę stanął na miejscu Mytrofana przy piecu. Tymczasem miałem zrobić jeszcze jedno ciasto. W tym celu udałem się po sól. Nagle wzrok mój padł na żelazne łóżko, gdzie spał majster, a szatańska myśl jak błyskawica przemknęła mi przez głowę.

1379

„Tam pod poduszką leży kamizelka z portfelem, zapewne zapomniał ją włożyć na siebie, korzystaj więc z okazji. On i tak twojemu ojcu zbankrutował cztery tysiące rubli. Bierz, to twoje jest”.

1380

Sekunda wahania i jak zahipnotyzowany zbliżyłem się do łóżka i, sięgnąwszy pod poduszkę, wyciągnąłem kamizelkę. Serce uderzyło mi gwałtownie. Drżącymi rękoma wyciągnąłem portfel. Następnie z przegródki wyjąłem prędkim ruchem umiarkowanej grubości pakiecik pięciorublówek. Byłem przezorny, by od razu nie rzuciło się w oczy schudnięcie portfela. Potem z powrotem ułożyłem portfel na swoim miejscu.

1381

Trzeba tu wiedzieć, że w roku 1915 portfele właścicieli piekarń tyły z dnia na dzień. Wróciłem. Czeladnicy byli zajęci podawaniem do pieca. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Schowałem najpierw zdobycz w pewnym miejscu i zabrałem się do mieszania ciasta. Myślałem, co też będzie z tego, czy on pozna schudnięcie portfela? Starałem się sobie teraz uprzytomnić dokładnie grubość i wygląd portfela przed i po kradzieży. O ile budziły się po dokonaniu tej kradzieży jakiekolwiek wyrzuty sumienia, to tylko jedynie dlatego, że wyrzucałem sobie, że może za gruby pakiecik wyciągnąłem, przez co może się połapać…

1382

Po zrobieniu ciasta uważnie śledziłem każdy jego ruch. Wiedziałem, że dopiero nad ranem się ubiera, by pójść do domu. Pragnąłem, aby ta niepewność jak najprędzej się skończyła. Myślałem też i o tym, czy by lepiej nie było ukraść całego portfela i zupełnie się stąd ulotnić, jednakże rozsądek zwyciężył chciwość.

1383

Nareszcie doczekałem się, że majster nas pożegnał. Odetchnąłem z ulgą. Pięciorublówki, pomyślałem, są teraz moje.

1384

Minęło kilka dni. Zdobytych pieniędzy nie śmiałem jeszcze wyciągnąć z ukrycia. Zdawało mi się, że jestem śledzony. Gdy ktoś z domowników przemówił do mnie lub spojrzał tylko na mnie, zdawało mi się, że inaczej na mnie patrzy niż do tego czasu i starając się omijać ich wzrok, chodziłem jakby nieprzytomny. Zdawało mi się też, że majster i jego żona doskonale o tym wiedzą, jednakże nie pytają mnie o nic.

1385

Coś źle musi tu być ze mną, pomyślałem. Oni z pewnością dobrze wiedzą, że to ja ukradłem, tylko ze względu na ojca nie chcą mi robić wstydu… Ta niepewność tak mnie zaczęła dręczyć, że czułem, iż tak dalej być nie może i że dłużej tu nie wytrzymam. Postanowiłem temu koniec położyć.

1386

Wieczorem niepostrzeżenie zbliżyłem się do tego miejsca, gdzie ukryłem ów pakiecik i włożyłem rękę do kryjówki. Co to? — nic nie mogę namacać. Serce zaczęło mocniej pukać. Nachyliłem się cały, zaglądając między stosy ułożonych worków mąki, gdzie pod samym spodem schowałem pieniądze, nie było tam nic. Nie dowierzałem jeszcze sobie, począłem odstawiać kilka worków mąki, nie patrząc na to, że ktoś może mnie tu zastać.

1387

Wszystko było daremne, tam już nic nie było. Teraz to już zupełnie zgłupiałem i zaraz na drugi dzień pożegnałem majstra pod pozorem, że czuję się chory i jadę do domu.

1388

Do dziś dnia nie wiem tego, czy majster z kryjówki zabrał mi pieniądze, czy też ktoś z robotników podpatrzył mnie. Dość na tym, że nigdy o tym się nie dowiedziałem. Może też być, że i szczury mi figla wystroiły, bo tych żarłoków było tam dość sporo. Nie pojechałem jednak do domu, gdyż na drugi dzień po moim zwolnieniu się, Niemcy zaczęli szturmować miasto.

1389

Rosjanie teraz w popłochu ustępowali. W centrum miasta granaty i szrapnele pękały po dachach, a mieszkańcy chowali się do piwnic domów.

1390

Rodziny żydowskie skupiały się w piwnicach domów, gotując się do obrony portfeli i cnoty młodych Żydówek. Rozniosła się wieść, że kozacy będą rabować po mieście, a wiadomo przecież, że kozacy czuli słabość do kieszeni żydowskiej i do młodych Żydówek.

1391

Po trzydniowym oblężeniu miasto wzięte zostało przez Niemców i rano byłem jednym z tych, co wylegli na ulicę, by przypatrzyć się Niemcom. Zdziwiło mnie to bardzo, że Żydzi witają ich jak zbawców i bohaterów, rozmawiając z nimi po żydowsku. Niektóre młode Żydówki, patrząc na Niemców, uśmiechały się tajemniczo i zapraszały gościnnie do mieszkania.

1392

Co do mnie, przyznam szczerze, że wywarli oni na mnie bardzo ujemne wrażenie. Nie mogłem zrozumieć tego, że Rosjanie, którzy mają tyle zwinnych kozaków, dali się wykurzyć stąd takim brzuchaczom.

1393

Po obiedzie tegoż dnia miałem sposobność własnymi oczyma oglądać prawdziwy plac boju. Niemcy łapali na ulicy ludzi mniej przyzwoicie ubranych, między którymi i ja się znalazłem. Zawieźli nas na miejsce boju i kazali zbierać na przestrzeni kilku wiorst na kupy wszystkie mordercze narzędzia i trupy. Strasznego uczucia doznałem na widok poszarpanych ciał ludzkich i sinych, nabrzmiałych trupów, leżących jeden koło drugiego. Więc tak wygląda prawdziwa wojna. Dreszcze zgrozy mnie przejęły i postanowiłem w duchu nigdy już nie wojować.

1394

Od tego dnia stałem się zatwardziałym wrogiem jakichkolwiek bądź wojen. Nawet postanowiłem stąd zaraz uciekać, by na to nie patrzeć. Niemcy zaś zauważyli moją chęć ucieczki, dali za mną kilka strzałów. Na szczęście chybili. Opuściłem to straszne miejsce ze wstrętem i narażeniem życia.

XXXVII

1395

Niemcy zaraz kilka dni po zajęciu miasta Ł. opieczętowali piekarnie i spisali zapas mąki. Braci piekarskiej groziło bezrobocie. Jak wpierw słyszałem skargi, że za dużo roboty od nich wymagają, tak teraz wielu spotkanych przeze mnie robotników skarżyło się, że wymówiono im pracę i źle im się zaczyna dziać. Pewnego dnia po bezcelowym wałęsaniu się po mieście zaszedłem do pewnej kawiarenki, która jeszcze parę dni temu na tej ulicy nie istniała.

1396

Kawiarenki jak grzyby po deszczu pojawiały się wraz z Niemcami. Każda powabna i lekkomyślna Żydówka czuła się w obowiązku założyć podobny interes. Były to przeważnie kawiarenki, że tak się wyrażę, zbudowane na „kurzej łapce”. Parę stolików, kilka krzeseł, bufet, a na talerzu kilka ciastek obłożonych żywymi muchami, parę tafli czekolady, garnek kawy, tylko nie mokka, torebka żółtego cukru, która też się pojawiła wraz z „Vaterlandem”, zamknięta w szufladzie razem z niemieckimi fenigami, to wszystko i łóżko żelazne w bocznym pokoju do podejrzanego użytku, ono dopełniało całości.

1397

Tworzyły się tez kawiarenki w rodzaju spółki akcyjnej. Właśnie do tej kawiarenki, co wszedłem, należały trzy młode wspólniczki: dwie młode Żydówki, a jedna Rosjanka. Przyjęty tam zostałem bardzo życzliwie przez wszystkie trzy. Nic dziwnego, interes był nowy, chciały sobie zdobyć klientelę. Obejrzałem się ciekawie, a jedno tylko spojrzenie wystarczyło mi, by ocenić, do jakiego celu powstała ta kawiarenka.

1398

Kazałem sobie podać szklankę kawy i dwa ciastka bez much. Zanim ugotowano na prymusie kawę, musiałem czekać pół godziny. Wszystko tu było można dostać na zamówienie świeże. Rosjanka zabawiała mnie rozmową, sama mi się przedstawiła, że się nazywa Marysia i jest córką rosyjskiego pułkownika, że z powodu wojny przymuszona była założyć taki marny interes. Była też, jak mi opowiadała, i siostrą miłosierdzia. Jak się zaś później dowiedziałem, była ona faktycznie parę dni siostrą miłosierdzia, a także była i córką, jednakże nie pułkownika, tylko stróża tamtejszego cmentarza prawosławnego. Sama mi się później do tego przyznała. Przedstawiła się za córkę pułkownika jedynie dlatego, by mieć powodzenie. Pokazała mi też kilka zdjęć, na które się powoływała, mówiąc, że to jest jej rodzina. Na jednym ze zdjęć stała obok starego rozpustnika, który był w mundurze pułkownika, rzekomo ojca, na innej ona i dwóch oficerów, których przedstawiła jako braci. Sama śmiała się z naiwności Niemców, że z powodu tych fotografii ubiegali się o jej względy jeden przez drugiego.

1399

Z towarzyszek zaś jej jedna była zawodową służącą „do wszystkiego”, druga uciekinierką z jakiejś wsi. Marysia była postawną, może dwudziestoletnią kokotką i bardzo mi się podobała. Więc też nic dziwnego, że po wypiciu szklanki kawy rozmawialiśmy już jak starzy znajomi, po czym poszliśmy na dyskretną pogawędkę do pokoju, gdzie stały skromne łóżeczka panieńskie.

1400

Gdy stamtąd wyszedłem, Żydówki patrzyły na mnie z wyrzutem. Zapewne uznały zasadę „swój do swego”. Ale cóż robić, stało się. Prosiły mnie też, bym był częstym gościem, co też przyrzekłem. Zapewniały, że u nich bywa każdy szanujący się człowiek. Między mną a piękną Marysią nawiązała się pewna nić sympatii, od tego dnia zacząłem ją często odwiedzać.

1401

Tam to w tej kawiarence zapoznałem się z kilkoma „kawalerami nocy”, ale nie w przednim gatunku, po bliższej zaś znajomości z nimi zapoznałem się też z hersztem.

1402

Ciągnęło mnie znów do dawnego życia. Jeszcze z większym zapałem rzuciłem się w to życie, chcąc swoim zwolennikom zaimponować znajomością fachu. Na pierwszy ogień poszedł pewien znany kupiec, u którego była służącą dawna kochanka jednego z moich znajomych. Ona to nadała robotę kochankowi, a ten musiał mi ją przedstawić, bym mógł osobiście ją wybadać. Doszedłem też do przekonania, że ona prawdę mówi i o ile nam się uda, będzie to niezły zarobek. Wspólnik mój, którym był sam herszt, już dawno o tym wiedział.

1403

Jednakże nie zdecydował się tam udać. Nie znał bowiem żadnej techniki złodziejskiej oprócz noża i szabra, i to podobnego do stróżowskiego łomu. Wiedział o tym, że oni tam nic nie poradzą, gdy zaś opowiedziałem o moich dawnych sprawkach, obiecał mi ślepe posłuszeństwo.

1404

Na drugi dzień po obejrzeniu interesu pokazałem mu przybory porobione u ślusarza według mojego modelu i dokończone przeze mnie osobiście. Nie mógł się mnie nachwalić.

1405

Punktualnie o dwunastej w nocy wyszliśmy z tej kawiarni razem ze wspólnikiem, by się tam udać. Marysia od razu domyśliła się, kim jestem i jawnie się mną zajęła, chełpiąc się tym, że jestem jej kochankiem.

1406

Może kilka minut przed udaniem się na wyprawę prosiła mnie, abym, gdy nam się robota uda, kupił jej futerko. Co prawda zrobiłem głupią minę, jakbym jej zupełnie nie zrozumiał, co niby ma mi się udać, wszakże pamiętam słowo „Cwajnosa”, by wystrzegać się kobiet. Ta była na tyle chytra, że nic nie odpowiedziała na moje zdziwienie. Pogroziła mi tylko filuternie palcem i pocałowała w czoło.

1407

Stanęliśmy na miejscu. W oknach pomieszczenia kupca paliło się jeszcze światło. Znaczyło to, że nie wszyscy tam już śpią. Odeszliśmy, by za pół godziny znów powrócić.

1408

Było już po godzinie pierwszej, gdy przybyliśmy po raz drugi i wielce się zdziwiłem, gdyż w wielu jeszcze oknach paliło się światło.

1409

— Olek! Co ty na to? — zagadnąłem wspólnika, który znał rozkład tych pokoi.

1410

— Nie wiem, co to może być. Poprzednio paliło się w pokoju sypialnym, a teraz i w jadalnym.

1411

— Może gości mają — zagadnąłem go — ale o tej porze?

1412

Wtem ujrzeliśmy jakiś cień zza rolet, przesuwający się tam i z powrotem. Pomyślałem, że pewno jakiś bal lub zaręczyny urządzili i zacząłem go na nowo wypytywać o stosunki rodzinne kupca. Z odpowiedzi jego nic nie mogłem wywnioskować.

1413

— Olek, może ktoś ich ostrzegł?

1414

— Coś ty, wariat, tym bardziej dla pozoru nic nie daliby po sobie poznać.

1415

— Więc co to może być?

1416

Byłem zły sam na siebie z doznanego zawodu w swoich planach, gdyż już myślałem o tym, jak Marysia się ucieszy, gdy jej zrobię jutro prezent, a tu masz tobie, jakby na złość. Tu znów pomyślałem, że to dla mnie niepomyślnie, jak ja mam wrócić do Marysi z próżnymi rękoma i po raz pierwszy okazać się przed kochanką niedołężny? Co robić? Krążyłem koło tego domu, aż zaczęło dnieć, a tam ktoś całą noc czuwał. Więc dopiero nad ranem wróciłem z niczym.

1417

Olek pocieszał mnie:

1418

— Trudno — mówił. — Jak dziś się nie udało, jutro na pewno się uda, bo będą tam spać jak zabici.

1419

Wysłałem rano Olka na zwiady koło tego domu. Dowiedziałem się, że żona kupca tej nocy wyprawiała Niemcom wieczorek. Zadowolony byłem z tego powodu, może więcej niż sam kupiec, gdyż przeczuwałem z doświadczenia, że dziś tam będą spać jak zabici, więc tym bardziej nam się przyda.

1420

Dnia tego nie pokazywałem się Marysi, wspólnik mi mówił, że dowiadywała się o mnie i że jest bardzo zasmucona z tego powodu. Cały dzień niecierpliwiłem się, by już jak najprędzej przyszła północ i aby pokazać Olkowi, co ja potrafię.

1421

Tym razem udałem się z Olkiem już o jedenastej, było tam jeszcze światło. Czekaliśmy w ukryciu może pół godziny, wszędzie zgaszone światło, tylko w sypialnym pokoju paliło się jeszcze. Pewno nocna lampka. Zaczekaliśmy jeszcze godzinę i następnie ostrożnie zbliżyłem się do roboty. Otworzyłem furtkę bramy wytrychem, po czym zamknąłem i weszliśmy na podwórze. Olek zajął pozycję przy jednym oknie, które miałem otworzyć ze środka. Następnie wyszedłem na korytarz i nasłuchiwałem przy drzwiach.

1422

Zupełna cisza tu panowała, tak że nawet odróżniłem tykanie ściennego zegara ze środka. Żaden szelest się tu nie dał słyszeć. Cisza i ciemność ośmieliły mnie, drżącymi rękoma zacząłem majstrować przy zamku. Jakoś mi nie szło, nerwowo palcami przebierałem po omacku w przyniesionych przeze mnie wytrychach. Obawiałem się zaświecić, by nie zwrócić na siebie czasami czyjejś uwagi. Kroplisty pot zalewał mi twarz pomimo chłodniej jesiennej nocy. Wytrych żaden jakby się nie nadawał.

1423

Zajrzałem jeszcze raz przez dziurkę od klucza, by się przekonać, czy tu czasem zamka nie zmieniono. Byłem pewny, że któryś z tych wytrychów musi otworzyć, jednak nie mogłem zauważyć który, znów więc kolejno zacząłem próbować jeden po drugim. Nareszcie cicho coś zgrzytnęło, a drzwi się otworzyły.

1424

Odetchnąłem z ulgą, zatrzymałem się na chwilę, po czym upewniwszy się, że nie ma żadnej przyczyny się obawiać, próbowałem drzwi szeroko otworzyć, tu jednak doznałem rozczarowania, ze środka był tam jeszcze założony łańcuch. Potrzebne więc były nożyce.

1425

Myślałem o tym już w domu i chciałem zabrać nożyce ze sobą, tylko przez zapomnienie nie zabrałem. Przymknąłem więc drzwi i wyszedłem zmartwiony do wspólnika. Ten, niecierpliwiąc się, że tak długo nie dawałem znać o sobie, zbliżył się prędko do mnie. Powiedziałem mu, co jest.

1426

Wielce się zdziwiłem, gdy on bez słowa podał mi małego rozmiaru nożyce do przecięcia żelaza, to jest łańcucha. Wziąłem je również bez słowa. Nie było tu czasu na pytania i za chwilę znów uchyliłem trochę drzwi. Nożyce zgrzytnęły, a drzwi były zupełnie otwarte.

1427

Serce w człowieku widać nie lubi złodzieja, gdyż w takich chwilach zaczyna gwałtownie bić, jakby chciało wyskoczyć, o czym się i teraz przekonałem. Zatrzymałem się wahająco, ale trwało. to tylko ułamek sekundy i zdjąwszy obuwie, wsunąłem się do środka.

1428

Najpierw otworzyłem okna, gdzie stał wspólnik. Następnie wślizgnąłem się do pokoju sypialnego. Tu można było wszystko dokładnie odróżnić. Świeciła się tam zielonego koloru nocna lampka. Stały tam dwa niklowe łóżka, jedno obok drugiego, tylko wąski przedział był między nimi.

1429

Na stoliku nocnym leżał rewolwer, zegarek i damska platynowa bransoletka. Drżącą ręką zaraz też po to sięgnąłem i wsunąłem do kieszeni. Na jednym łóżku leżała młoda kobieta, zupełnie odkryta, a na drugim widać leżał mąż. Był to chłop rosły, leżał plecami do mnie. Na końcu łóżka wisiały spodnie, gdy uchwyciłem je do ręki, poczułem jakiś ciężar w kieszeniach. Tylna kieszeń była wypchana grubą paczką banknotów.

1430

Wtem kobieta poruszyła się, a ręka mi drgnęła, spodnie wypadły z rąk. Brzęk srebra odbił się mocno w tej nocnej ciszy o moje uszy, jak ukłucie sztyletu.

1431

Skamieniałem.

1432

Mężczyzna przewrócił się teraz twarzą do mnie, tak jakby na mnie patrzył, jednakże dalej spał.

1433

Chwila strasznej niepewności.

1434

Podniosłem ostrożnie spodnie i podałem je przez okno wspólnikowi razem z pieniędzmi. Mnie najbardziej chodziło teraz o portfel, a ten był w kamizelce pod poduszką kupca. Portfel był celem naszej wyprawy.

1435

Znów stanąłem między łóżkami. Zbliżyłem się do wezgłowia, tak że czułem ich oddech na sobie. Kobieta teraz leżała w bardzo dla mnie kuszącej pozie. Całą siłą woli musiałem się skupić, by oczy odwrócić od tak magnetycznego widoku. Była to rosła w biodrach, piękna kobieta, może w wieku dwudziestu czterech lat z górą. Zdziwiło mnie to, że dziecka tu żadnego nie widzę.

1436

Próbowałem rękę wsunąć pod poduszkę męża. Na nic, za blisko leżała kamizelka przy ścianie. Nachylić się nad nim nie mogłem, bo niechby się w tej chwili przekręcił i mnie tknął, a wszystko by przepadło. Nie namyślając się długo, próbowałem po raz drugi wsunąć rękę pod poduszkę. Wtem kupiec poruszył się tak gwałtownie, że serce zamarło mi ze strachu. Schyliłem się na dół, a ten niespodziewanie znów obrócił się plecami do mnie, a głowę niemal oparł o ścianę, tak że poduszka była wolna. Bez oporu teraz wyciągnąłem kamizelkę. Dzieło to jakby cudem było dokonane. Widać, że ta strata była mu z góry naznaczona…

1437

Przeszukałem jeszcze w kilku pokojach, w szafach i komodach, wszędzie tam panowało bogactwo. W jednym z pokoi natknąłem się na łóżko, gdzie spała jakaś kobieta. Gospodarowałem po wszystkich pokojach, a było ich z dziesięć. Oprócz biżuterii i pieniędzy innych rzeczy nie tknąłem.

1438

Tylko na widok kilku futer nie mogłem się powstrzymać, by którego nie zabrać dla Marysi. Po namyśle zaś dałem spokój i tak obładowany bogatym łupem wyniosłem się pełen otuchy w przyszłość…

1439

Sam nie mógłbym wytłumaczyć, co się ze mną teraz stało. Zapomniałem zupełnie o poprawie, którą sobie przyrzekłem, kiedy to wziąłem się do pracy.

1440

Przystąpiłem teraz do występnego życia z takim zapałem, jakbym chciał dogonić ten czas, co przepracowałem w piekarni. Dla spokoju sumienia wmawiałem sobie, że przecież teraz i tak pracy nigdzie nie ma. Piekarnie po większej części są pozamykane. Nawet powoli wyzbyłem się też wstydu, wcale się z tym nie kryłem, że teraz mam różnych znajomych nieodpowiednich dla mnie. Nieraz spacerowałem w towarzystwie wesołych kompanów i koleżanek, znanych tu na bruku ze złego prowadzenia się. Bawiło mnie, gdy zauważyłem nieraz, jak różni znajomi ojca pokazywali sobie mnie palcami i kiwali smutnie głowami w moją stronę.

1441

Nic też dziwnego, że policja tamtejsza, która wówczas przeważnie składała się z Żydów, wzięła mnie na oko. Jednakże niewiele się tym krępowałem, wiedząc z doświadczenia, że mając pieniądze wszystko da się zrobić, a do tego z żydowską policją…

1442

Po dokonaniu tej śmiałej kradzieży policja stanęła na nogach. Podobna kradzież nieczęsto się tu zdarzała. A gdy nawet taki wypadek miał miejsce, policja przypisywała go zawsze warszawiakom. Mówili, że przyjechali tu na gościnne występy!

1443

Prowincjonalna policja ma już taki zwyczaj, by zaspokoić opinię publiczności. Policja aresztowała na prawo i lewo naturalnie takich, którzy kiedykolwiek siedzieli choćby trzy dni w kozie. Czułem, że i ja jestem tu śledzony. Co prawda, Marysia mnie o tym ostrzegła. Mieszkałem z Marysią w czteropokojowym, pięknie umeblowanym mieszkaniu. Ze spółki ona już dawno wystąpiła. Zrozumiałem też, że źle robię, że wpierw czy później, gdy tak będę hulał, to się wydam i wpadnę w ręce policji. Marysia zaś żartem mówiła do mnie: „Pamiętaj, że Rosjanie ze sobą żadnego więzienia nie zabrali i że jeszcze istnieją”. Postanowiłem więc być ostrożny.

1444

Po upływie miesiąca od tej roboty dowiedziałem się, że rodzina znajduje się już w domu i że wszyscy Żydzi z miasta powrócili. Mając przy sobie wielką sumę pieniędzy i będąc wyposażony w ubiór, postanowiłem wrócić na jakiś czas do domu, póki tu wszystko nie ucichnie.

1445

Pewnego dnia, nic nie mówiąc nawet kochance, bo ta nie wiedziała, skąd pochodzę, pojechałem do rodzinnego miasta.

1446

W miasteczku panował ruch, gdyż Niemcy zaczęli tam budować szosę i most nad Narwią, który Rosjanie zniszczyli. Ojciec przyjął mnie jak zawsze chłodno.

1447

Żal mi się go zrobiło, zestarzał się, nieznacznie przygarbił. Ojciec mój całą duszą nienawidził wojny, która go zrujnowała. A tym bardziej nie znosił Niemców, którzy go do reszty zrujnowali. Ojciec, patrząc na moje pierścienie na palcach, smutno uśmiechnął się. Ja, biorąc ten uśmiech za dobrą monetę, pomyślałem, że trzeba spróbować szczęścia i go przekupić. Oddam mu niby to na przechowanie pewną sumę pieniędzy. Na drugi dzień po moim przybyciu zaproponowałem ojcu, że o ile potrzebuje pieniędzy, mogę mu pożyczyć. Ojciec drgnął, popatrzył na mnie długą chwilę i odparł zapytaniem:

1448

— Komu te pieniądze zginęły? Ja nie chcę ciebie znać i twych pieniędzy, wynoś mi się, złodzieju, razem z nimi.

1449

Próbowałem mu opowiedzieć całą historię, żem wygrał to w karty, ale ojciec nie chciał słuchać, tylko machnął ręką i kazał mi się jak najprędzej wynosić z domu. Jak nie, groził, to każe mnie aresztować.

1450

Znając charakter ojca, wiedziałem, że to może zrobić, więc dla pewności pochowałem prędko w pewnym miejscu pieniądze i postanowiłem jeszcze na razie pozostać w domu.

1451

Żydzi w miasteczku przyjęli mnie tym razem bardziej życzliwie niż ojciec. Zwąchali, że mam pieniądze. Co dnia zgłaszali się do mnie po pożyczkę, dając mi lekko do zrozumienia, że co to człowiek nie robi podczas wojny dla pieniędzy. Nawet cnotliwa Sara, sąsiadka, uśmiechnęła się do mnie.

1452

Tak minęły dwa tygodnie. W domu naszym kwaterował główny inżynier od budowli mostu. Kantyna oficerska też mieściła się w naszym domu. Porobiłem też znajomości, przyjmując posadę jako prowadzący transport. Do mojego obowiązku należało dawać baczenie na podwody[127], którymi dwa lub trzy razy na tydzień jechało się do stacji kolejowej przy samej granicy niemieckiej. Woziłem stamtąd różne materiały do budowania mostu.

1453

Okoliczni chłopi, gnani bez tchu do podwodów, byli ze mnie, jako tłumacza, bardzo zadowoleni. Byłem pomocnikiem kierownika transportu, którym był Niemiec. Umiałem im dużo ulżyć, trzymając stronę chłopów, a nie Niemców. Posadę tę przyjąłem, by ojciec widział, że jestem chętny do pracy. Ciężko nie pracowałem, zawsze byłem w drodze, więc spodobało mi się to bardzo. Po drugie, w moim umyśle, z powodu bywania na granicy, już kiełkowały różne nowe pomysły. Więc udawałem, że teraz chętnie pracuję. Wynagrodzenia brałem trzy marki dziennie i dwa pięćdziesiąt dodatku w drogę.

1454

Transportowałem też raz lokomotywę do tartaku, który Niemcy wystawili. Transport odbywał się w bardzo trudnych warunkach. Od samej stacji na przestrzeni pięciu mil po śliskiej szosie, po całej drodze trzeba było sypać piasek, później cztery mile znów było błoto do kolan, transport trwał przeszło tydzień, a mróz przy końcu puścił zupełnie. Tylko dzięki mnie otrzymali dwie zmiany po dwadzieścia i kilka koni aż do samego miasteczka. Chłopi byli ze mnie tak zadowoleni, że zaczęli mi znosić masło i jaja, których ze względu na ojca, którego dobrze znali, nie mogłem przyjąć.

1455

Nieraz zauważyłem, że furman ma chęć przywłaszczyć sobie żelazo lub stal, które przychodziło wagonami, patrzyłem zawsze na to przez palce, a nieraz nawet sam im pomogłem coś świsnąć. Chłopi strasznie bali się Niemców, a zarazem nienawidzili ich.

1456

Byłem raz świadkiem takiego zajścia: mój zwierzchnik wyrwał bicz z ręki chłopa i bił go za to, że ten nie chciał jechać prędzej po błotnistej drodze, by nie męczyć koni, już i tak zmarnowanych. Chłop rzucił się tak gwałtownie na Niemca i tak go pobił, że ten stracił przytomność.

1457

Nie lubiłem tego człowieka, jednak gdy widziałem, że ma już dosyć, a chłop się nie opamiętał, rozłączyłem ich. Chłop ten, gdyby Niemca zabił, na pewno stanąłby pod sąd wojenny. I tak o mało co go nie skazali na kilka lat więzienia. Tylko dzięki mnie dostał dwa miesiące więzienia, gdyż nauczyłem go, jak się ma tłumaczyć. Ja jeden, choć sąd na mnie liczył, że byłem po stronie Niemca, zeznałem prawdę i to było właśnie na niekorzyść Niemca. Dzięki też temu dzielnemu chłopu pozbyłem się na razie znienawidzonego zwierzchnika, który po tym zajściu już stale chorował. Miejsce jego zajął człowiek bardzo wyrozumiały i porządny, a nazywał się Schneider.

*

1458

Nastał rok 1916, żegnano stary rok, który opłakiwały tysiące matek sierot. Chyba żaden rok z ubiegłego i bieżącego stulecia nie obfitował w tyle wypadków i nie przysporzył ludziom tylu łez i cierpień co ten stary piętnasty rok.

1459

Widzę, że znów zabieram się do filozofowania… Ale tym razem stanowczo powstrzymam się i będę opowiadał tylko o dalszych wypadkach, które będą wyglądać na nieprawdopodobne, a jednak w moim życiu miejsce miały.

1460

Nie będę się też rozpisywał o szczegółach mojej służby u Niemców i co przez ten czas uczyniłem dobrego lub też złego. Dość, że powiem sam, iż nigdy nie było mi przeznaczone długo wytrwać na jednym miejscu. Należałem do tych nieszczęśliwców, których los prowadzi za sobą, a nigdy nie mają wyraźnego celu przed sobą.

1461

Będąc często na granicy niemieckiej, postanowiłem udać się w podróż. Zapragnąłem jechać do Niemiec tym bardziej, że nasłuchałem się dawniej dużo od „Cwajnosa”, że tam można kraść na całego. Postanowiłem więc dać gościnny występ w samym Vaterlandzie.

1462

Tu, w domu, nienawidzili mnie jeszcze bardziej. Sam nie wiem, skąd po miasteczku roznosiła się wieść, że widziano mnie, jak zajadałem z moim poczciwym Schneiderem prawdziwą szynkę. Przyznam się teraz, że pogłoska ta była prawdziwa.

1463

Nowinę tę, wołającą o pomstę do nieba, podawali sobie Żydzi z ust do ust. Stare Żydówki o tym głośno mówiły, wspominając moją matkę i żałując jej, iż będąc tak nabożną, wychowała takiego zwyrodniałego syna. Chasydzi, patrząc na mnie, kiwali smutnie brodami, zapewniając jeden drugiego, że się zadławię. Ja natomiast kpiłem sobie z różnych przesądów i postanowiłem raz na zawsze pożegnać rodzinne strony.

1464

Mając pieniądze, nie martwiłem się zbytnio, a dnia siedemnastego lutego 1916 roku, z pomocą i za poradą Schneidera, wyjechałem z domu bez pożegnania i bez określonego celu do Niemiec. Nigdy nawet w myślach nie przypuszczałem tego, że sam dążę szybkim krokiem ku przepaści, z której się już nigdy nie wydobędę. Popełnione przeze mnie przestępstwa, do tego czasu bezkarnie, domagały się teraz o swoje prawo. „Grzech zawsze mści się”. Sam szedłem po tej drodze, gdzie bym mógł otrzymać zasłużoną karę…

XXXVIII

1465

Dnia szesnastego maja 1916 roku aresztowano mnie w Berlinie i zaprowadzono do Prezydium Policji. Cały ten dzień, jak i następny dręczono na badaniach bez końca, a dnia pewnego w czerwcu wysłano mnie z Moabitu[128] do c. w.[129] X, jako już skazanego na dziesięć lat „Zuchthausu”[130].

1466

Gdy zostałem przywieziony na miejsce przeznaczenia, już dawno było po południu. W kancelarii więziennej zapisali mnie aż na dwa nazwiska. Przy aresztowaniu znaleziono przy mnie dwa paszporty. Po dokładnym zrewidowaniu oddano mnie dozorcy więziennemu, który zaprowadził zaraz na czwarty oddział dla niebezpiecznych do przeznaczonej celi nr 227. Następnie dozorca zwrócił się do mnie z zapytaniem:

1467

Verstehen sie deutsch?[131]

1468

Kiwnąłem głową, że tak.

1469

Niemiec przybrał odpowiednią minę i zaczął mi tłumaczyć, gdzie się znajduję i co za znaczenie ma ten dom. Potem wziął książeczkę, która leżała w celi na stole, kazał mi stanąć pod samym oknem i począł czytać na głos przedmowę, którą powtórzę tu dosłownie w tłumaczeniu. Każde słowo jego tchnęło grozą i zwiastowało śmierć.

1470

„Jesteś więźniem. Żelazne sztaby twego okna, zamknięte drzwi, kolor twego ubioru mówią ci, żeś wolność swoją postradał. Bóg nie chciał ścierpieć, żebyś dłużej nadużywał swojej wolności na dalsze grzechy i nieprawość, dlatego mówi ci: dotąd, ale nie dłużej!… Kara, którą nałożył na ciebie sędzia ziemski, pochodzi od sędziego wiecznego, którego porządek naruszyłeś i przykazanie przekroczyłeś. Jesteś tutaj, by odbyć karę, a każda kara musi być odczuta jako zło, nie zapominaj nigdy, że nikt temu nie winien, prócz ciebie samego.

1471

Ale kara powinna ci wyjść na dobre, powinieneś się nauczyć opanowywać swe namiętności, wyzbyć się złych przyzwyczajeń, być absolutnie posłuszny, szanować boskie i ludzkie prawo, abyś szczerą skruchą zdjęty nad przeszłym życiem, zyskał siły do życia nowego, życia miłego Bogu i ludziom! Więc zegnij się przed potężną dłonią Boga! Zegnij się przed prawem państwa! Zegnij się także przed rygorem tego domu, a co on rozkazuje, musi być spełnione bez wahań, lepiej, że uczynisz to dobrowolnie, niż by twa zła wola miała być łamana!.. Wtedy czuć się będziesz dobrze i prawda słów Jego sprawdzi się na tobie.

1472

Wszelka kara, póki ją odbywamy, wydaje się smutkiem, a nie radością, ale potem obdarza ona kojącym owocem sprawiedliwości tych, którzy przez nią przeszli.

1473

Niech tak rządzi Bóg!”

1474

Jeszcze dużo innych morałów mi prawił, jednak nie słuchałem go wcale. Nie to, co on mi prawił, było mi teraz w głowie. Przed moimi oczyma, oprócz cyfry 10, nic więcej nie widziałem.

1475

Dozorca o wyglądzie prawdziwego typa, jakiego wymaga ta posada, zmiarkował wreszcie, że go wcale nie słucham. Spojrzał na mnie wzrokiem ludożercy i zagadnął, czy go zrozumiałem.

1476

Nie odpowiedziałem mu.

1477

Zbliżył się, szarpnął mnie za rękaw i groźnie zapytał po raz drugi. Tym razem odrzekłem ze złością, żeby mi wpierw dał co zjeść, a później będę go słuchał, choćby do rana.

1478

Pan Aufseher[132] przybliżył się jeszcze bardziej, tak że ja, odstępując w tył, plecami dotykałem już ściany. Ujął mnie pod brodę, a drugą ręką groził, pod nosem wymyślając:

1479

Du verfluchter Jude, du bist zu frech, ich schlage dich, dass du umfällst. Bist du, verfluchter Russe, hier fressen blos gekommen?[133]

1480

— Lorentz! — krzyknął na kalefaktora[134]. — Wasser[135].

1481

Korytarzowy przyniósł mi dzbanek wody.

1482

Hier hast die Kanne voll, kannst essen[136] — roześmiał się szyderczo i walnął drzwiami, wychodząc z celi.

1483

Upadłem na stołek, a rękoma chwyciłem się za głowę, w tej chwili przeżyłem na nowo to wszystko, co zaszło ze mną od dnia mojego aresztowania. Uprzytomniłem sobie, że już jest koniec ze mną, że nigdy już wolności nie ujrzę. Łudzić się teraz byłoby szaleństwem, nigdy stąd nie wyjdę — myślałem.

1484

Obrzuciłem wzrokiem swój grób, spostrzegłem, że jest podobny do celi, gdzie siedziałem w śledztwie, podobny też do celi rosyjskiego więzienia. Więc dla zbrodniarzy wszędzie jednakowe miejsce jest przeznaczone.

1485

Wszędzie dla nich ten sam teren działania, cztery ściany, a w nich dwanaście stóp długa i pięć szeroka podłoga asfaltowa, okno, ach, to okno — pod samym sufitem, a umeblowanie? Wszędzie chyba, na całym świecie, w pojedynczych celach jednakowo jest, więc po cóż to tu opisywać?

1486

Spojrzałem na kraty w oknie, a przez głowę przemknęła myśl: powiesić się albo uciekać stąd.

1487

Wzdrygnąłem się na widok tej małej, czerwonej karteczki wiszącej w mojej celi, pokrytej kilkoma drobnymi literkami, które były dla mnie groźnym posłem, zwiastunem kajdan, nędzy, głodu i śmierci. Gdy na tym dokumencie spoczęły moje oczy, zdałem sobie wtedy sprawę, że przez dziesięcioletni okres czasu nie wolno mi będzie marzyć o innych potrawach i o żadnych wybrykach wolnego człowieka… Za każdym razem, gdy wzrok mój padał na tę kartkę, własnym oczom nie dowierzałem, że rzeczywistość jak stal twarda, nieubłagana, bije we mnie, aż schyliłem się — do ziemi. Jedynym wybawieniem przed tym, co mnie czeka, jest ucieczka.

1488

Wówczas, gdy patrzyłem na tę straszną cyfrę „10”, serce mocniej uderzało w mojej piersi i miałem wrażenie, że jest już koniec świata i że żadna nadzieja dla mnie nie istnieje. Więc po cóż żyć?

1489

Takie smutne rozmyślania doprowadziły mnie nieomal do wariactwa. Jak zabłąkany ptak, który z wolności wpada do pokoju, tłucze się o ściany, szyby i sufit, chcąc się wydobyć, tak i ja wówczas tłukłem się po mojej celi w prawo i lewo, w strasznej rozpaczy uderzając głową i piersią z rozmachem o cztery ściany mojego grobu, wołałem do jakiejś niewidzialnej siły: wolność, wolność!… Po doszczętnym wyczerpaniu oparłem się o ścianę, stałem nieruchomo, a wzrok wlepiłem w kraty, jak gdyby oczyma można je było przepiłować.

1490

Zaraz po przekroczeniu granicy niemieckiej doznałem gwałtownego niepokoju i zdawało mi się, że grozi mi jakieś wielkie niebezpieczeństwo. A teraz w więzieniu zrozumiałem już, skąd pochodził ten gwałtowny niepokój. Groza stawała mi przed oczyma. Przypomniałem sobie, jak zapoznałem się w Berlinie z kolegami, jak przehulałem wszystkie pieniądze z kobietami i w karty, nie myśląc zupełnie o jutrze, będąc w obcym kraju. Przypomniałem sobie też moje niespodziewane spotkanie się w kawiarence na Grenadierstrasse z dawnym wspólnikiem, tym samym, co to jak wspomniałem poprzednio, siedział cztery lata w Orle, przez którego znów stałem się zbrodniarzem. Stanęło mi przed oczyma, jak to po raz ostatni, we czwórkę udaliśmy się na wyprawę na jedną z najruchliwszych ulic w Berlinie. Wyobraziłem sobie, jak to smutnie ona się zakończyła, jak mnie złapano, a wspólnicy, ostrzeliwując się, ledwo uciekli.

1491

Przeżywałem to wszystko po wielekroć razy, co zaszło od chwili mojego aresztowania. Nudne, męczące śledztwo, potem sąd i… dziesięć lat Zuchthausu. Wyrok tak srogi otrzymałem za to, że nie chciałem wydać wspólników. Policja wszelkich sposobów używała, by ze mnie coś wydobyć o wspólnikach i co ja za jeden, gdyż jak wspomniałem, miałem przy sobie dwa paszporty i to oba lewe. Na wszystkie zaś pytania milczałem jak mur. Pewny byłem, że wspólnicy o mnie nie zapomną, tym bardziej że zdążyli ulotnić się z łupem. A gdybym ich wydał, to bym sobie w niczym i tak nie ulżył.

1492

W moim nieszczęściu jedyna pociechą była myśl, że się uda stąd ucieczka z pomocą wspólników z wolności. Bez pomocy i nawet myśleć nie było co. Zdążyłem już poznać rygor i srogość niemieckich więzień.

1493

Słowo nawet ukradkiem zaledwie udało się tu przemówić do towarzysza niedoli. Pukanie w ściany było srogo i często karane, tym bardziej że trzeba było się strzec i wiedzieć, do kogo się puka i kto jest sąsiadem. Jeszcze w śledztwie będąc, próbowałem raz zapukać do sąsiada, a ten dał zaraz dzwonek i zameldował dozorcy, że ja pukam do niego, za co też zostałem ukarany odmówieniem obiadu. Karę tę dostałem jako po raz pierwszy, a za drugim razem grożono mi karcerem.

1494

Na wolnej godzinie też nie było można przemówić, gdyż otwierano cele kolejno i jeden za drugim, po dziesięć kroków od siebie oddaleni, wychodziliśmy z celi i w takim porządku szliśmy z powrotem. A jak znalazł się jaki śmiałek, co przemówił, momentalnie został zauważony. Na razie nic mu nie mówiono, tylko nagle, nieraz na drugi dzień lub za dni kilka, zależało to od tego, czy było wolne miejsce, zabrano go do karceru.

1495

Tak straszne było to życie w więzieniu niemieckim. Do tego trzeba jeszcze dodać głód, który dał się we znaki, grając odwiecznie swego marsza w czasie wojny. Można sobie wyobrazić, jakie życie tam więźniowie pędzili.

1496

Nie chcę rozpisywać się szczegółowo, co tam za tortury przeżyłem, to tylko powiem krótko, że nieraz przypomniałem sobie te dobre czasy z rosyjskiego więzienia, gdy to „Beniek” przynosił mi „byki”, a gdy skwarki wyrzucałem jako hazer. Teraz lizałbym palce po tej kapuście ze skwarkami, która podczas pierwszego mojego pobytu w więzieniu mi nie smakowała. Tu gotowano suszoną kapustę i inne potrawy „głodowego wyrobu”.

1497

Po pierwszej nocy tu spędzonej przebudzenie moje było straszne. Nie chciało mi się wstać, bo po co? Na to, by cały dzień cierpieć głód, patrzeć na cztery ściany grobu, albo tłuc się z kąta w kąt?

1498

Jednak machinalnie na ogłoś dzwonka więziennego wstałem w porę. Nie należało i to nawet do mojej woli. Musiałem co dzień wstawać po to jedynie, by zjeść przez cały dzień dwieście gramów chleba, wypić ćwierć litra kawy, zjeść na obiad jeden litr jakiejś zupy, a na kolację trzy czwarte litra zupy i tak codziennie to samo.

1499

Po upływie dwóch miesięcy miałem już tego życia dość. Od chwili aresztowania myśl o ucieczce mnie nie opuszczała ani na chwilę. Tylko ta jedna nadzieja trzymała mnie przy życiu. Gdyby nie to, dawno bym sobie dyndał na kracie albo na centralnym ogrzewaniu, które zdaje mi się, w tym celu jest w więzieniach zrobione.

1500

Przykład, jak się tak pozbawiać życia, dał mi niezadługo sąsiad. Kilka tygodni po moim tu przybyciu, pomimo srogiego rygoru, jaki tu panował, udało mi się z nim parę słów pomówić. Później zaś doskonale się już porozumiewałem pukaniem przez ścianę. Pewnego dnia z rana, gdy zapukałem do niego dwa razy, raz za razem, co miało znaczyć „dzień dobry”, nie odpowiedział mi. Zapukałem trochę głośniej po raz drugi, myśląc, że mnie nie słyszy. Głośne pukanie zaraz sprowadziło „anioła stróża”, a jak nie jego samego, to jego pomocnika, psa, wilka. Ten ostatni za najmniejszym szmerem zjawiał się i stawał pod drzwiami, poszczekując, przez co zaraz sprowadził swego pana. Znów mi nie odpowiedział i zaniepokoiłem się na dobre. Chwilę podsłuchiwałem pod drzwiami i stwierdziłem, że tam u niego w celi już są. Udało mi się też podsłuchać kilka słów. Był to głos felczera więziennego, który objaśnił mi wszystko.

1501

Więzień ten miał lat około trzydziestu pięciu. Był z miasta Łodzi i siedział już dłuższy czas, ciesząc się nadzieją, jak mi mówił, że wojna się prędko skończy i jego uwolnią. Widać doczekać się tego nie mógł i powiesił się na kracie.

1502

Po tym wypadku dłuższy czas spokoju już nie zaznałem. Zdało mi się, jakby ktoś ciągle mnie namawiał, abym poszedł jego śladem. Kto wie, czy, bym tak nie zrobił, gdyby w moim życiu nie nastąpił niespodziewany zwrot.

1503

Pewnego dnia zawezwano mnie na widzenie. O! Jakaż w tej chwili radość mnie opanowała, że jeszcze ktoś na wolności pamięta o mnie, ale kto to być może? Serce mi biło. Wywnioskowałem, że to wspólnicy pamiętają i czuwają nade mną. Otucha jakaś na nowo wstąpiła we mnie.

1504

Na widzeniu stanąłem jak wryty. Poznałem od razu piękną siostrę jednego z moich wspólników, u którego jakiś czas mieszkałem. Było to osiemnastoletnie dziecko ulicy. Popłakała się biedna, gdy mnie ujrzała tak nędznie wyglądającego. Dała mi do zrozumienia, że pamiętają o mnie wspólnicy. Teraz już uwierzyłem, ze oni myślą o moim uwolnieniu.

1505

Po piętnastominutowym widzeniu wręczyła mi przez dozorcę małe zawiniątko i pożegnała słodkim uśmiechem, wymachując rękawiczką. Co nie mogła dopowiedzieć mi na widzeniu w obecności dozorcy, dopowiedziała rękawiczką, ja jeden tylko to zrozumiałem.

1506

Życie w więzieniu, nikt na pewno nie wątpi, jest straszne, więc tym bardziej każdy zrozumie, jak wielka jest uciecha więźnia, gdy go nagle ktoś odwiedza z wolności, a do tego, gdy dana osoba daje mu nadzieję, że wkrótce będzie wolny. Kto taką chwilę przeżyje, nigdy jej nie zapomni…

1507

Ja też przyszedłszy z widzenia, skakałem niemal z radości. Więc nie jestem opuszczony przez wspólników, których już posądzałem, że o mnie zapomnieli! Gdybym nawet nagle odzyskał wolność, może by mnie to tak nie ucieszyło, jak ta nadzieja, którą mi dano.

1508

Będąc wygłodniały, zabrałem się zaraz do jedzenia. Prawdę mówiąc, to do jedzenia nie było co. Nie pozwolono podać mi nic. Tylko dziewczyna ze łzami w pięknych oczach uprosiła zezwolenie podania mi tej małej paczki. Prawdopodobnie w czasie pokoju nie było wolno niczego podać, a cóż dopiero w czasie wojny, gdy artykuły spożywcze były na kartki.

1509

Rzuciłem się na to z wilczą żarłocznością. Najpierw ostrożnie zjadłem dwie tabliczki czekolady, później pudełko sardynek i kilka pomidorów. Wszystko oddał mi dozorca pokrojone w kawałki. Następnie zacząłem wędrować po celi, gryząc kawałki cukru.

1510

Przyznam się, że, zwątpiłem w to, czy dobrze zrozumiałem, co ona pokazała mi rękawiczką, zrozumiałem bowiem, żebym dobrze uważał przy jedzeniu, że tam coś podano.

1511

Zjadłem już wszystko to, co było można zjeść. Dozorca mi to wręczył i kazał zaraz zjeść. Pozostało mi z trzydzieści kawałków cukru w kostkach i nic takiego jeszcze nie znalazłem. Zacząłem się niepokoić. Może dozorca znalazł to i ona naraziła mnie tylko na niebezpieczeństwo. Wtem ugryzłem cukier i natrafiłem nagle na jakiś przedmiot. Tak, włos angielski[137] był już w moim posiadaniu. Ucieszyłem się niezmiernie tym odkryciem. Nigdy nie przyszłoby mi na myśl, że należy tego szukać w kostkach cukru. Zacząłem teraz starannie oglądać każdą kostkę cukru. Stanąłem przy samych drzwiach tak, by przez judasza nie mógł mnie nikt podglądać. Odkryłem jeszcze osiem kawałków włosa i „gryps”. To wszystko tak po mistrzowsku było zamaskowane w kostkach, że ledwie po dłuższej obserwacji zauważyłem, w jaki to sposób było włożone. Przeczytałem gryps wielkości bibułki od papierosa. Było tam pismo małymi literami, szyfrem, znanym tylko mnie i wspólnikom.

1512

Powtórzę tu dosłownie treść grypsu:

1513

„Staraj się być w karcu na drugi tydzień w czwartek, zrób tam kratę, a gdy zegar wybije godzinę dwunastą, wyleź śmiało. Po lewej ręce w samym rogu parkanu przy szpitalu u będzie linka. Czuwaj”.

1514

Zrozumiałem, że muszę tu dobrze znać rozkład tego więzienia i że trzeba się tak urządzić, jak mi kazano. Więc od dziś za kilka dni będę znów wolny? A jak się nie uda?… Nie chciałem w tej chwili myśleć o tym. Wiedziałem już, co mnie czeka, gdyby się nie udało. Zakują mnie w kajdany na nieokreślony termin i dadzą karcer przez cały miesiąc na chleb i wodę. Widziałem takich śmiałków przez okno, gdy ich prowadzono na spacer. Zdawało mi się, że gdyby mi założono te kajdany na ręce i nogi, z samego strachu umarłbym.

1515

Starannie „zamelinowałem” włosy, jedyną nadzieję mojej wolności. Począłem teraz rozmyślać, jak się zabrać do tego. Od jakiego przestępstwa zaczynać, by się dostać do karcu, ale żeby czasem nie przeholować, wtedy bowiem zakują ręce i nogi i nic już nie zrobię w karcu. Tej nocy smaczniej spałem. Nadzieja odzyskania wolności uprzyjemniała mi sen.

1516

Dzień już zaświtał. Słońce powolnie przenikało do mojej celi. Zdrowodajne promienie zakradały się przez żelazne kraty, jakby się wstydziły zajrzeć do tej nory i spojrzeć na mnie pełnym blaskiem. Zdawało mi się, że jestem już wolny, że czerpię pełną piersią wolne powietrze. Doleciał mniej zapach łąk, pól i lasów, a gdy za chwilę ocknąłem się z marzeń, widziałem się znów pośród czterech ścian mojego grobu, przed kratami nie do przegryzienia.

1517

Jednak wstałem tego dnia z większą ochotą do życia. W moim nieszczęściu, mówiłem sobie, jestem jeszcze szczęśliwy, choćby dlatego, że mnie tu umieszczono na czwartym piętrze, w celi, gdzie słońce często, choć ukradkiem, odwiedza mnie, gdzie mogę czasami niepostrzeżenie wyjrzeć na ulicę i oglądać ludzi wolnych, jak i pięknie wystrojone kobiety. Ach! Te kobiety… one są marzeniem więźnia po utracie wolności, one są dla więźnia całym jego wspomnieniem, do nich więzień tęskni aż do bólu fizycznego, przez nie dziewięćdziesiąt dziewięć procent staje się więźniami…

1518

Człowiek, który wegetował długie lata za kratami, ten tylko jest zdolny pojąć i ocenić wartość kobiety. Gdyby nie ona, więzienie byłoby mniej straszne, a wolność mniej ceniona… Zapytywałem razu pewnego więźnia, co by jeszcze zapragnął od życia. Przesiedział on już dwanaście lat, a miał jeden wyrok na bezterminowe więzienie i na dodatek z innych spraw dano mu jeszcze czterdzieści dwa lata. Odpowiedział mi:

1519

— Raz jeszcze… pocałować kobietę, a później umrzeć.

1520

Do tego stopnia kobiety są cenione niemal u wszystkich więźniów, bez względu na charakter przestępstwa, za które pokutują. Ba, nawet żonobójcy piszą tu wiersze o miłości. Zdaje mi się, że zagalopowałem się i zaczynam znów filozofować, gubiąc temat, więc wracam.

1521

Gdy ubrałem się, stanąłem w oknie, patrząc w przestrzeń, w stronę, gdzie stał jakiś komin fabryczny. Wciągnąłem w płuca świeże powietrze, które sprawiło mi ulgę w cierpieniach. Myślałem tylko o ucieczce. Lecz im bardziej zastanawiałem się nad pomysłem, który mi podano, tym trudniejszy mi się wydawał do urzeczywistnienia.

1522

Pomyśleć tylko, że okno okratowane grubymi prętami, że straż czuwa w dzień i w nocy. Drzwi mocno zaryglowane i zamknięte. Walka toczyła się w moim umyśle, czy ten plan, który wspólnicy podali, jest w ogóle wykonalny, czy nie lepiej szukać własnego planu? Chodziło mi o to, że gdy narażę się już na karcer, mogą mnie pomieścić akurat nie tam, gdzie oni mi wskazali. A wtedy co? Po odsiedzeniu już nie pójdę do tej samej celi, z którą się już tak zżyłem. Zdawało mi się, jak i każdemu więźniowi, że właśnie jego cela jest najlepsza i że słońce wyjątkowo tylko do niej zagląda.

1523

W więzieniu staje się człowiek nieufny nawet wobec własnych myśli. Jeden pomysł odpycha drugi, tak, że wreszcie nie jest on zdolny na żadne decydowanie. Dręczy go też przy tym żądza walki.

1524

Takich uczuć i ja doznałem, pragnąłem coś dokonać, bić, mordować. Starczyło jednak, aby pan „Aufseher” ukazał się w mojej celi, a stanąłem wtedy pokornie jak baranek przy ścianie, nie śmiąc nawet głośno oddychać. O! Jakże wtedy uczułem swoją nicość i niemoc! Jestem tego pewny, że gdyby tak można myślami uśmiercić człowieka, to na pewno ten „Aufseher”, gdy wszedł do celi opukać kraty czy też na rewizję, albo tak sobie, by mi trochę zagrać na nerwach, nie wyszedłby z niej cały.

1525

Myślami dokonywałem strasznych rzeczy, aby wolność osiągnąć, a ręce wieszały się jednak bezwładnie jak u trupa. Wyrzucałem sobie nieraz własne tchórzostwo, wszakże na nic nie mogłem się zdecydować.

1526

Trzy dni tylko pozostało mi do oznaczonego terminu, był już wtorek, od dnia widzenia upłynęło dni sześć. Przez ten czas ani razu nie wytarłem kurzu. Pragnąłem, aby pan „Aufseher” wziął mnie na oko.

1527

Tak też było. Rano obejrzał porządek w celi, a czynił to zawsze we wtorek. Robił też często niespodzianki w inne dni. Począł mi pokazywać kurz, to na półce, to na piecu i pod łóżkiem, grożąc mi, że zakuje w kajdany i pośle do karcu, o ile jeszcze raz taki nieporządek zastanie.

1528

Odpowiedziałem mu, że kurz dzisiaj dobrze wytarłem. Naumyślnie to zrobiłem, by go tym podrażnić. Niemiec, zły, pociągnął mnie za ucho do centralnego ogrzewania.

1529

— Co to jest! — krzyknął groźnie, nabierając na palce kurzu, a widząc, że milczę, otarł palce silnie o mój nos.

1530

W mnie krew zawrzała, miałem ochotę złapać mojego stałego prześladowcę za gardło i raz skończyć z tym wszystkim. Jednakże przypominając sobie, o co idzie, że tu w grę wchodzi wolność i że mogę gwałtownością zepsuć całą sprawę, uspokoiłem się.

1531

Tegoż dnia obiadu za karę nie dostałem. Głodny i smutny poszedłem tego wieczora na mój barłóg z postanowieniem, że jutro na nowo muszę coś przeskrobać i z tymi myślami zasnąłem.

1532

Rano na spacerze zacząłem rozmawiać do więźnia, który szedł przede mną. Ten nie odpowiadał mi. Widziałem, że Niemiec mnie już zanotował. Rozmawiałem więc sobie dalej, lecz więzień milczał jak mur. Niemiec, widząc, że rozmawiam bez krępowania się i wyzywająco, krzyknął, bym natychmiast przystanął. Zbliżył się do mnie i groźnie zapytał:

1533

Was hast du gesprochen? Weist du nicht, dass das sprechen verboten ist[138]?

1534

— Prosiłem, by mi dał popalić papierosa — odparłem głupkowato.

1535

Niemiec aż podskoczył ze złości i krzyknął:

1536

Weist du nicht, dass das Rauchen hier verboten ist, du Lump? Wie lange sitzt du hier[139]?

1537

— Trzy miesiące — odparłem.

1538

Drei Monate, und weist nicht, dass das Rauchen verboten ist? Im Arrest hast du schon gesessen[140]?

1539

— Nie jeszcze — odparłem.

1540

Jetzt wirst du sitzen[141] — odparł ironicznie i kazał mi iść przed sobą. Zaprowadził mnie tam, gdzie były karce. Karce mieściły się w suterenie, w samym rogu gmachu, o jakie trzy kroki od parkanu.

1541

Zrozumiałem też, że na szczęście trafiłem do ostatniego karcu przy szpitalu, o którym wspólnicy wspomnieli. Było tu sześć karców. Trafiłem, że akurat stały próżne. Wszystko jakby mi teraz sprzyjało, bo nieraz bywało, że sąsiad, słysząc, że ktoś piłuje kratę, zaraz dzwonił, wołając dozorcę. Tu byłem sam oddalony od ogółu.

1542

Za jakąś godzinę zawołano mnie do kancelarii, gdzie dostałem trzy dni karceru i z powrotem odprowadzono mnie do tegoż karceru. Dziwna rzecz, teraz głodu nie odczuwałem, choć byłem od wczoraj bez obiadu i od dziś skazany tylko na czterysta gramów chleba dziennie i na wodę, nie myślałem wcale o jedzeniu. Cała moja dusza i całe moje „ja” było zajęte jednym, żeby jak najprędzej doczekać się jutra dwunastej godziny w nocy. Każda minuta wydawała mi się latami. Zanim zegar wybił kwadranse, pięciominuty, zdawało mi się, że upłynęły wieki całe.

1543

Całą noc nie spałem, nad ranem jednak zasnąłem. Dzień cały, który przeżyłem w oczekiwaniu na noc, wydawał mi się dłuższy niż te dwadzieścia lat, które na świecie przeżyłem.

1544

Nareszcie światło dzienne zaczęło ustępować, a zmrok coraz więcej wypełniał karcer. Tym razem ciemność sprawiła mi większą ulgę. Zbliżała się chwila mojego zbawienia albo też zupełna zguba, gdyby mi się nie powiodło.

1545

Modlitwa, Ucieczka, WięzieniePrzez cały czas mojego pobytu w więzieniu ani razu nie pomodliłem się. Usta nie chciały wymawiać słów modlitwy, jednakże teraz, gdy zbliżała się tak poważna chwila, udałem się o pomoc do Boga, choć sam nie wiem, czy w ogóle kiedyś w niego naprawdę wierzyłem… Czy człowiek szczerze wierzący w Boga może zostać zbrodniarzem?

1546

W całym swoim życiu, nawet podczas nauki w jeszywecie nie modliłem się tak gorąco i szczerze jak teraz. Modliłem się dość długo, przysięgając sobie, że o ile uda mi się stąd wyjść, stanę się uczciwym człowiekiem i nigdy, przenigdy już z kodeksem karnym nie będę miał nic wspólnego. Zegar więzienny począł wybijać godziny. Podniosłem głowę i nasłuchiwałem. Dziewięć tępych i obojętnych uderzeń zegara odbiło się o moją duszę. Co się ze mną stanie za trzy godziny? — pomyślałem. Tak, zbliża się stanowcza chwila zbawienia. A gdy się nie uda? Wtedy straszne, wolne konanie czeka mnie tu przez długie lata, a jedynym ratunkiem, który mi jeszcze wtedy pozostanie, będzie pójść w ślady nieszczęsnego sąsiada…

1547

Należało się wziąć do dzieła. „Włosy” już sobie w dzień przygotowałem, na ich końcach przymocowałem patyczki, o które postarałem się poprzednio. Niepokój mnie teraz ogarnął. Musiałem skupić całą siłę woli, by opanować trapiące mnie zwątpienia. Najpierw należało rżnąć kratę, która oddzielała mnie od okna.

1548

Karcer był urządzony tam w ten sposób: cela miała długości dwanaście stóp, a szerokości siedem stóp. Była przegrodzona na pół żelazną kratą od sufitu do samego dołu. Więźnia wpuszczano tam przez małą furtkę znajdującą się w kratach. Stała tam nara murowana z cementu, dzbanek na wodę, kibel i gałgan do wycierania kurzu. Okno zaś było w drugiej połowie celi. Gdy dozorca wszedł do celi, stał właśnie z tej strony krat, a więzień za kratą wyglądał jakby jakieś zwierzę w menażerii.

1549

Zrobiłem pierwszą kratę, przy której mi pękły dwa włosy, pozostało jeszcze siedem, z przerażeniem pomyślałem, co to będzie, gdy mi wszystkie włosy popękają przed skończeniem pracy. A tu trzeba było oprócz tej kraty przerżnąć jeszcze o wiele grubszą.

1550

Wtem usłyszałem otwieranie bramy żelaznej na korytarzu i kroki rozległy się głuchym, grobowym echem i zbliżyły się ku mnie. Od strachu włosy na głowie stanęły mi dęba. Wszakże byłem na tyle przytomny, że prędko ułożyłem się w pozycji śpiącego, zastanawiając się, co tu się stać mogło, że o tej porze idzie ktoś do mnie. Nasłuchiwałem, ktoś zbliżył się do karceru, stanął przy drzwiach i podsłuchiwał. Potem ktoś walnął pięścią w drzwi, nie odzywałem się, walnął po raz drugi i zawołał mnie po nazwisku.

1551

Po chwili odezwałem się.

1552

Gut, gut, kannst weiter schlafen[142] — rzekł do mnie i słyszałem znów, jak kroki oddaliły się.

1553

Domyśliłem się, że to jakiś litościwy Niemiec przyszedł sprawdzić, czy się jeszcze nie powiesiłem, co się często w karcach zdarzało.

1554

Nie było minuty do stracenia. Przelazłem zaledwie przez kraty na drugie pół celi i jak najciszej wdrapałem się na okno. Nasłuchiwałem, co się dzieje na tym podwórku, lecz prócz ciężkiego stąpania straży więziennej nic nie doleciało do mych uszu. Wytężyłem wzrok, lecz nic zobaczyć nie mogłem.

1555

Ostatnia krata była po wielkich trudach zrobiona.

1556

Teraz strach i trwoga mnie ogarnęła, tak, że na przejście przez otwór brakło mi już odwagi.

1557

UcieczkaPomyślałem, co będzie, zanim się dostanę tam do rogu parkanu. Straż więzienna spostrzeże mnie albo, co gorsze, wspólnicy nie dotrzymają słowa, a zbawcza linka nie będzie przerzucona. Co wtedy będzie? Żadna inna myśl nie miała w tej chwili do mnie dostępu. Pot kroplisty zalewał mi oczy, czułem też, że teraz nie ma czasu do namysłu i wahania. O naprawieniu tego, co już się dokonało i położeniu się spać nie mogło być mowy, trzeba było tu przymusowo działać dalej.

1558

Zegar wybijał punktualnie dwunastą.

1559

Zdobyłem się wreszcie na odwagę, wytknąłem głowę za kratę i obejrzałem się po stronach, a następnie, podpierając się całym wysiłkiem rękoma, wysunąłem się na ziemię, która była równo z oknem. Leżałem tak chwilę, potem podniosłem głowę, ale nic nadzwyczajnego nie spostrzegłem. Prędko podczołgałem się na brzuchu do wskazanego mi miejsca i już leżałem przy parkanie. Wszakże bałem się jeszcze podnieść głowę, by zobaczyć, czy jest zbawcza linka, bałem się, żebym czasem nie doznał zawodu. Podniosłem nareszcie głowę i nic, wyżej spoglądałem i tu też nic nie było.

1560

Przepadłem — przemknęło mi przez głowę. Chciało mi się w tej chwili krzyczeć, płakać, tłuc głową o ścianę. Przerażenie doszło do tego punktu, że groziło mi utratą przytomności, byłem zgubiony. Jeszcze chwila, a wszystko spostrzegą. Patrzyłem na wartownika, który stał, wsparty na karabinie o jakieś dwieście kroków ode mnie, niedaleko latarni. Zdawało mi się, że on wciąż na mnie patrzy. Zamarłem w bezruchu, przylepiony do rogu muru, nie wiedząc, co robić ze sobą. Na szczęście mur był pobielony, a ja ubrany tylko w bieliznę, więc stojąc przy murze, nie mogłem być z daleka widziany. Do tego też końca wartownik nie dochodził, bo tu więźniowie zupełnie nie siedzieli.

1561

Za chwilę usłyszałem poza murami turkot dorożki. Drgnąłem i cały zamieniłem się w słuch, słyszałem, jak stanęła tuż niedaleko. Przez myśl przesunęło mi się, że to na pewno oni, że spóźnili się, a teraz przybywają. Wtem linka uderzyła mnie tak silnie w głowę, że niemal nie krzyknąłem z bólu. Uchwyciłem się kurczowo za koniec linki i w panicznej trwodze, wysilając się, wciągnąłem się. Trzymano ją tam mocno, a co kawałek zrobiony był węzeł. Więc już bez trudności znalazłem się na parkanie i nie patrząc na znaczną wysokość, machinalnie zeskoczyłem na dół i czułem, że wpadłem w jakiś rów.

1562

Za chwilę zarzucono na mnie bez słowa płaszcz i wrzucono do dorożki, która ruszyła momentalnie z miejsca.

1563

Byłem uratowany w objęciach wspólników. Z nadmiaru szczęścia rozpłakałem się. Wspólnicy zaopiekowali się mną i zawieźli do pewnego domu, gdzie oddano mnie pod opiekę starszej kobiety. Tam też przebywałem trzy tygodnie, zanim przyszedłem do siebie. Potem wyrobiono mi znów „lewy gryps”[143] i opuściłem Vaterland, przeklinając w duchu, żem tu przyjechał.

1564

Z wyjazdem do kraju musiałem być bardzo ostrożny. Niemcy porozsyłali za mną listy gończe. Sam tu czytałem o swej ucieczce. Opisano ją zupełnie inaczej niż w rzeczywistości było.

1565

Tak zakończyły się moje krótkie znajomości z Vaterlandem, a kto wątpi w prawdziwość tego, co powyżej opisałem, trudno, nic więcej na razie nie mogę powiedzieć. Wystarczy, że twierdzę, że to jest fakt z mojego nędznego życia. A z jakiego więzienia uciekłem, musi ta wiadomość pozostać tylko dla mnie, bo i tak już zdaje mi się, że za wiele o ucieczce powiedziałem…

XXXIX

1566

Wrześniowego dnia 1916 roku przybyłem do Ojczyzny z silnym postanowieniem poprawy, jak mi się wtedy przynajmniej zdawało. Nic jednakże na święcie nie jest tak kruche, jak postanowienie człowieka o słabej woli. Przekonałem się o tym, że Talmud słusznie mówi: „Ejzeu gyber akejwejsz es jicrej” — „Ten jest silny, co potrafi siebie opanować”. Ja zaś, pomimo silnej budowy i siły fizycznej, tego nie potrafiłem. Z całą chęcią pragnąłem siebie zwalczyć, wszakże dokonać tego nie mogłem. Ileż to razy przysięgałem sobie raz na zawsze rzucić życie występne i dążyć ku poprawie. Nigdy długo nie wytrzymałem. Gdy nawet zdążyłem już zrobić jeden krok ku poprawie, to za to zrobiłem później dziesięć kroków ku złemu. Jakże boleśnie nieraz to odczuwałem, a jednak do walki ze sobą czułem się zupełnie niezdolny.

1567

Więc i teraz obietnica poprawy, którą przyrzekłem sobie, modląc się w krytycznej chwili w karcerze, nie posunęła mnie ani kroku naprzód.

1568

Dziwna to jest natura ludzka, że zawsze prędko zapomina o strasznych chwilach, gdy trochę lepiej się człowiekowi powodzi. Sam byłem najpewniejszy poprawy, gdy znajdowałem się tam za kratami, głodny i przygnębiony, bez żadnego widoku lepszego jutra. Czułem, że gdy się wydostanę na wolność, to już na pewno zerwę z życiem występnym. A teraz jeszcze dwa tygodnie nie upłynęło, jak przybyłem do kraju, a już porobiłem znów świeże znajomości z tym światkiem, co go się wyrzekłem i znów zszedłem na bezdroża i mam już, znów, powabną kochankę przy ulicy Niskiej w Warszawie.

1569

Przeniosłem się bowiem teraz do Warszawy, myśląc, że w wielkim mieście będę mógł się prędzej ukryć przed okiem policji niż w małym. Obawiałem się wciąż, że Niemcy mnie poszukują. Miałem już sporo przyjaciół, ponieważ czuli, że miałem jeszcze trochę pieniędzy, które otrzymałem od wspólników przy wyjeździe z Niemiec. Co prawda nic tu jeszcze takiego nie zrobiłem, ale czułem, że długo to nie potrwa. Pieniądze prędko mi topniały, a kochanka, którą już zdążyłem sobie zwerbować, była bardzo wymagająca i dość „cwana”.

1570

Na tyle była ona cwana, że potrafiła ze mnie wydobyć większą część pieniędzy, które posiadałem. A w zamian za to dała mi to, co każdy mężczyzna mógłby od niej otrzymać za pewną opłatą…

1571

Sam diabeł nie mógłby wytłumaczyć tego, jak to się stało, że zostałem jej kochankiem. Znajomość nasza datowała się od pewnej nocy, którą tam przebyłem jako zwykły śmiertelnik, ofiarowując piętnaście marek za noc, a zostałem już ubóstwianym jej kochankiem, jak ona mnie zapewniała.

1572

Nie byłem co prawda na tyle naiwny, bym w to zupełnie wierzył, gdyż jak wiadomo, miałem sporo doświadczenia pod tym względem. Tylko po prostu wyznam, że nie miałem nic do stracenia. Byłem tu obcy i potrzebowałem znajomości i miejsca zamieszkania, więc udawałem zakochanego. Jednakże zdaje mi się, że oboje doskonale się zrozumieliśmy.

1573

Mieszkała ona razem z dwiema innymi dziewczętami, dużo młodszymi od niej. Dziewczęta te były dla niej tym, czym ja kiedyś, na początku kariery złodziejskiej, byłem u „Cwajnosa”. W tym fachu też są „koniki”. Ona sama, jako zawodowa i doświadczona, była „gospodynią”. Prawie przed samym wybuchem wojny przyjechała z Buenos Aires, gdzie była kilka lat, a wyjechała tam jako szesnastoletnia dziewczyna. Nazywała się Liza i była o jakieś sześć lat starsza ode mnie, chciała koniecznie, bym się z nią ożenił. Tak mnie opanowała, że słuchałem ją we wszystkim oprócz namów do żeniaczki, tych nie bardzo słuchałem. Imponowało mi zresztą to, że ona jest moja, gdyż tam na bruku była znana jako niedostępna „grandesa”, a przez stosunki z nią byłem również przyjęty w odpowiednie towarzystwo.

1574

Pewnego dnia z wieczora, gdy przybyłem do domu, ledwie tylko przestąpiłem próg, zauważyłem, że jakaś kobieta pomknęła do drugiego pokoju i drzwi prędko za sobą zamknęła. Zainteresowało mnie to. Kto tam być może?

1575

Zapytałem się Lizy, ta jakoś niewyraźnie mi tłumaczyła, więc chciałem tam zajrzeć. Jednakże Liza mi tego stanowczo zabroniła, mówiąc, że tam jest taka osoba, której mnie nie wolno widzieć. Tym bardziej jeszcze zaintrygowała mnie tym. Pociągnąłem więc za drzwi, jednakże były zamknięte. Począłem też stukać, by mi otworzono. Nikt się nie odezwał. Prosiłem po raz drugi Lizę, żeby kazała otworzyć. Ta jednak stała na swoim, że to nie jest mój interes. Ze złością uderzyłem całą siłą plecami, a drzwi momentalnie otworzyły się.

1576

Obrzuciłem spojrzeniem pokój, na razie nic nie widziałem, jednak za chwilę stanąłem jak wryty. W samym kącie stała ta dziewczyna, którą znałem od dziecka. Ta sama, co ją broniłem, gdy Srulek chciał ją wtedy wpakować do kufra i nam pokazać, jak to się ludzie żenią.

1577

Widziałem ją po raz ostatni przed wyjazdem do stryja w roku 1913. Poznałem ją jednak od razu. Była to typowo piękna dziewczyna o kształtach wykwintnych, wysoka, o włosach złocistych i kędzierzawych. Patrzyła na mnie, mniej zdziwiona niż ja. Widać wiedziała, że tu jestem, uśmiechnęli się do mnie szyderczo, a zarazem wstydliwie. Płonęła cała. Nareszcie, po chwili milczenia, przemówiłem:

1578

— Co ty tu robisz w tym domu? — zapytałem, postępując krok naprzód.

1579

Nic nie odpowiedziała, tylko wybuchnęła płaczem. Liza podskoczyła do mnie.

1580

— To nie twój interes — krzyczała ze złością. — Wynoś mi się zaraz stąd!

1581

Obrzuciłem ją takim pogardliwym spojrzeniem, że od razu zamilkła i zbliżyłem się bardziej do dziewczyny.

1582

— Słuchaj mnie, Belka — rzekłem tonem rozkazującym — masz natychmiast jechać do domu, ja nigdy na to nie pozwolę, abyś tu była, słyszysz!

1583

Spojrzała na mnie swoimi pięknymi oczyma i odparła wyzywająco:

1584

— A ty co tu robisz? Jak tobie wolno, dlaczego mnie nie wolno?

1585

— Ja, ja jestem mężczyzną, a ty… zastanów się i opowiedz mi, w jaki sposób aż tu się znalazłaś?

1586

Liza, zła, stała teraz w pozycji tygrysicy, której chcą odebrać dziecię. Myślałem, że rzuci się na mnie. Przez cały czas, blisko dwa miesiące, co mnie znała, widziała mnie zawsze uległym, więc myślała, że i teraz nade mną zapanuje, a gdy zobaczyła moją gniewną postawę, nie śmiała już nic mówić, tylko wzroku swojego od nas nie odwróciła.

1587

Belka przyszła do siebie i prosiła, bym się z nią przespacerował, a na ulicy to ona mi wszystko o sobie powie. Zgodziłem się, pomimo protestu Lizy, który obawiała się, że wyrwę ofiarę z jej rąk, a zarazem widziała w niej groźną rywalkę dla siebie. Stanowczo zabraniała mi wyjść z nią, jednak nie usłuchałem i oboje wyszliśmy na ulicę.

1588

Na ulicy przytuliła się do mnie z całym zaufaniem, znaliśmy się od dziecka i wiedziała, że ja jej żadnej krzywdy nie uczynię. Był to już koniec października i zauważyłem, że jak na zimę jest nieodpowiednio ubrana i że trzęsie się z zimna. Szliśmy tak aż do ulicy Okopowej bez słowa. Oboje na pewno myśleliśmy o tym, że w ładny sposób spotkaliśmy się i że oboje mamy się co wstydzić.

1589

Pierwszy znów odezwałem się:

1590

— Belka, powiedz mi o sobie, chcę wszystko wiedzieć i dopomogę tobie we wszystkim, co tylko będzie w mojej mocy. Powiedz, w jaki sposób ty trafiłaś aż do tego domu i dlaczego chowałaś się przede mną. Skąd wiedziałaś, że tu jestem?

1591

Ociągała się dłuższą chwilę z odpowiedzią i nareszcie zaczęła cichym, ledwie dosłyszalnym głosem opowiadać o sobie.

1592

— Za późno już, by mnie uratować — rzekła. — Już teraz mi nic nie grozi.

1593

Tu uśmiechnęła się do mnie smutno, a ten jej uśmiech dopowiedział mi wszystko…

1594

— Zaraz, jak wojna wybuchła — ciągnęła w zamyśleniu — umarł mi ojciec, zostało nas sześcioro dzieci, matka też zaczęła chorować. Ja, jako najstarsza, musiałam wszystkimi się opiekować. Później nas wygnano z miasteczka, a mnie gwałtem porwał oficer, który twierdził, że się we mnie zakochał. Trzymał mnie dwa tygodnie, później wyjechał na front, nie pożegnawszy się nawet ze mną. Co miałam robić? Wróciłam do Białegostoku, gdzie odnalazłam rodzinę, przyjęto mnie jednak tam tak, jak ciebie twój ojciec przyjmował, gdy wróciłeś do domu z więzienia. Długo też tam nie wytrzymałam i wyniosłam się, byłam tu i tam. Z początku nie mogłam się przyzwyczaić do tego życia. Ale teraz mi obojętne. W Warszawie jestem już dłuższy czas. Byłam w kilku miejscach, wszędzie wykorzystano mnie. Wszystko zabierała „gospodyni”, a ja mam tylko to, co na mnie widzisz — uśmiechnęła się gorzko. — Dwa dni temu poznałam Lizę, namówiła mnie, bym do niej chodziła, więc przyszłam. Wiedziałam o tym, że ty też chodzisz po złej drodze, ale że cię tu spotkam, nigdy się tego nie spodziewałam. Dopiero tu dowiedziałam się od Lizy, że ona ma kochanka z moich stron i pokazała mi fotografię. Nie poznałam. Dopiero, gdy cię przez okno zobaczyłam, od razu cię poznałam i chciałam się ukryć, wstydząc się ciebie, ciebie, który mnie znasz, wiesz, z jakiego domu pochodzę, a teraz w tym rynsztoku… Tak samo byłam przekonana, że ty też nie życzysz sobie, bym ciebie tu widziała. — Po chwili dodała: — Nie warto było mnie bronić wtedy, gdy to Srulek chciał mnie pakować gwałtem do kufra… Czy ty to pamiętasz? To było już moje przeznaczenie — zakończyła smutno.

1595

Myślałem, że mi serce pęknie z żalu, gdy słuchałem jej wyznania. Momentalnie stanął mi obraz z dzieciństwa, jakby to było dopiero wczoraj. Widziałem siebie, jako małego chłopca w chederze. Przed oczyma stanął mi cały obraz i zdarzenie z kufrem. Teraz stoi tu ta Belka przy mnie, w obcym, wielkim mieście, jako dorosła, złamana kobieta, narzekająca na los i ludzi. Ja, jako złodziej, a ona prostytutka…

1596

Chciałem się rzucić jej na szyję, całować ją jako towarzyszkę niedoli i przeznaczenia. Ona, której ojciec był zamożnym i szanowanym człowiekiem! Kto by to pomyślał o tym, że tak się stanie z jego córką.

1597

Szliśmy tak w milczeniu jeszcze przez dłuższą chwilę, potem, widząc, że ona drży z zimna, zaproponowałem zajść do znajomej kawiarni przy ulicy Pawiej.

1598

Za chwilę już siedziała przy stoliku przy mnie, gdzie kazałem podać coś do jedzenia, przyznała się bowiem, że jest głodna.

1599

Tutaj obserwowałem ją uważnie przez cały czas i pomyślałem sobie, że taka naiwna i szczera nawet na prostytutkę się nie nadaje. Znałem dobrze ten rodzaj kobiet, co za oddanie się zamiast pieniędzy otrzymują zawsze szturchańca. Znałem to życie. Postanowiłem się nią opiekować i namówić, by pojechała natychmiast do domu, by nie dać jej zupełnie upaść.

1600

Pomimo, że mi się podobała, nie pomyślałem nawet, by skorzystać z tej sytuacji. Dla mnie nie była ona materiałem do nabycia i zepsutą kobietą. Widziałem ją jako małą, niewinną dziewczynkę. Doskonale ją rozumiałem.

1601

Tego samego wieczora kupiłem jej palto ciepłe i dużo innych fatałaszków i postanowiłem ją wyprawić do domu. Jednak ona była więcej uparta, niż ja to sobie myślałem. Do domu w żaden sposób wrócić nie chciała, twierdząc, że tam ją będą w miasteczku wytykać palcami i pluć w jej stronę, że woli tu już pozostać.

1602

Próbowałem tłumaczyć, jednak ustąpiłem. Ja to doskonale znałem i wierzyłem, co ją czeka w tym zacofanym, żydowskim miasteczku.

1603

Liza patrzyła na tę moją opiekę jak wściekła i podejrzewała ją, że została już moją kochanką. Na wszelkie wymówki nic nie odpowiadałem. Belkę umieściłem w pewnym miejscu, dałem jej pieniądze i kazałem się wystarać o jakąś pracę. A nawet sam się wystarałem dla niej o miejsce kelnerki w cukierni na pewnej ulicy. Gdy ją powiadomiłem o tym, ze łzami w oczach dziękowała mi i zaraz też objęła posadę.

1604

Upłynęło z tydzień czasu po objęciu posady. Postanowiłem ją raz odwiedzić. Zakazałem jej bowiem przychodzić do Lizy na spotkanie ze mną. Po pierwsze nie chciałem, by Liza wiedziała, że się jeszcze nią opiekuję, a po drugie obawiałem się, że nie wytrzymam i Belka zostanie naprawdę moją kochanką. Byliśmy oboje za młodzi i za wielcy przyjaciele, byśmy sobie jeden drugiemu czegoś podobnego mogli odmówić…

1605

Pewnego dnia, gdy zaszedłem do tej cukierni, jak wielce się zdziwiłem, gdy jej tam nie zastałem. Próbowałem zapytać o nią. Tu dopiero dowiedziałem się, że od trzech dni jej tu nie ma. Gdy próbowałem się dowiedzieć coś więcej, jedna z kelnerek odwołała mnie na stronę i powiedziała mi, że agent policji obyczajowej zabrał ją i już nie wróciła. Z filuternym uśmiechem dodała:

1606

— Na pewno znajdzie ją pan na Książęcej ulicy w „łabaju”.

1607

Zrozumiałem teraz wszystko, Liza zemściła się na niej i oddała w ręce policji obyczajowej, a ta ją aresztowała. W ten sam dzień jeszcze zerwałem z Lizą, zabierając wszystko co moje. Przyznała mi się bezczelnie sama, że to ona zrobiła mi na złość, bym nie miał kochanki. Dodała również, że szkoda, iż ona nic nie wie takiego, by mogła i mnie oddać policji, jednak już się o to postara. Gdy mi tak groziła, tym bardziej postanowiłem od niej zaraz odejść i zerwałem z nią raz na zawsze.

1608

Dowiedziałem się, że w „łabaju” na Książęcej można te pensjonarki[144] odwiedzać dwa razy na tydzień. Pewnego dnia zrobiłem zakupy i udałem się tam na widzenie. Podałem się za krewnego. Za chwilę ujrzałem ją na sali widzeń. Ubrana była w krótki szpitalny chałat i drewniane trepy na nogach. Była też blada nie do poznania. Nie śmiała na mnie spojrzeć. Nareszcie delikatnie ją spytałem o zdrowie i za co ją tutaj zamknęli i jak długo ją będą tu trzymać. Obiecałem, że nie zapomnę o niej i że często ją będę odwiedzał.

1609

Podniosła głowę, popatrzyła na mnie chwilę i wybuchnęła płaczem, po czym bez słowa wybiegła z sali. Czekałem jeszcze długo, myślałem, że wróci, nie wróciła jednak, musiałem iść do domu.

1610

Nie mogłem zrozumieć jej dziwnego zachowania się. Byłem naprawdę gotów wszystko zrobić dla niej, by ją stamtąd wydostać. Nawet zdecydowałem się na to, by ją wziąć za narzeczoną, dowiedziałem się bowiem, że o ile ktoś podpisze, że ta kobieta jest jego narzeczoną lub weźmie ją za żonę, to ją zwolnią. Jednakże zanim ten plan urzeczywistniłem, sam znalazłem się za kratami.

XL

1611

Dnia dziewiątego listopada 1916 roku znów aresztowano mnie w Ł., gdzie chwilowo zatrzymałem się, pod zarzutem dokonania włamania do prowiantury wojskowej, o której pojęcia nawet nie miałem. Pojechałem tam na moje nieszczęście, kiedy tu szukano złodziei. Jako obcy zostałem tam aresztowany za „gościnny występ”, a że znaleziono przy mnie przybory złodziejskie, od razu domyślano się, kim jestem i przypisywano mi wszystkie kradzieże, jakich tylko dokonano w okolicy. Akurat z tej nocy, której okradziony został magazyn, nie mogłem wykazać, z wielu tylko mnie znanych powodów, swojego alibi. Wzięto mnie przez to, słusznie, za tego złodzieja. Zaraz też znalazł się jeden Żyd, co twierdził, że tego samego wieczora widział mnie w towarzystwie dwóch jegomościów, jednego małego, grubego, a drugiego wysokiego i cienkiego i że kręciłem się po tej ulicy, gdzie mieścił się magazyn, co wcale nie było prawdą.

1612

Dziś, po tylu latach jeszcze, gdy sobie o tym wspomnę, co wtedy ze mną na komendanturze robiono, bym się przyznał i wydał wspólników, dreszcze mnie przechodzą.

1613

Komendant, który był sierżantem niemieckim, nie mogąc ode mnie nic wydobyć, nawet tego, co się tyczy mojej osoby, mało że się nie wściekł ze złości. Chwytał się różnych forteli. Ja jednak milczałem, gdyż naprawdę o niczym nie wiedziałem w tym przedmiocie, o który mnie pytano.

1614

Na drugi dzień komendant kazał mnie znów prowadzić przed siebie i wzięto mnie tam w „krzyżowy ogień pytań”. Ostatnia to próba, której się chwyta policja chyba na całym świecie. Jednakże po tych „pytaniach” nic więcej ze mnie nie wydobyli, jak tylko trzy zęby, które pozostawiłem na podłodze.

1615

Po upływie trzydniowego znęcania się nade mną, wygłodniałego obudzono mnie o północy i kazano wyjść z celi. Wyprowadzono mnie na podwórze, tu założono mi kajdanki na ręce i komendant razem z pięcioma żołnierzami umieścili nas w samochodzie i wywieźli za miasto.

1616

Myślałem, że pewno wiozą mnie na karę śmierci. Ręce zaczęły mi drętwieć, gdyż kajdanki były tak ciasno przyciśnięte, że krew przestała krążyć.

1617

Poznałem tę szosę, po której jechaliśmy. Myślałem, że mnie wiozą do fortu, by rozstrzelać i że odkryli, kim jestem. Przepadłem — pomyślałem sobie — może z Niemiec mnie poszukują.

1618

Komendant kazał przystanąć, zwrócił się do mnie, bym wyszedł. Zbladłem, myśląc, że ostatnia moja chwila wybija, wojna, pomyślałem, u Niemców wszystko jest możliwe. Kto się kiedy dowie, że mnie tu zabito. Zawahałem się na chwilę, czy nie wyznać, gdzie byłem tej nocy i wykazać moje alibi, wyznać wszystko. Zrozumiałem również, że Niemcy podejrzewają mnie też o szpiegostwo, więc powiem lepiej, kim jestem i skąd pochodzę. Jednak odrzuciłem prędko tę myśl, gdyż za moje alibi groziłoby mi więcej niż za tę kantynę i postanowiłem milczeć, cokolwiek by się stało. Przecież niemożliwe, pocieszałem się w duchu, by za kradzież rozstrzeliwali. W Niemczech miałem sto razy gorsze sprawy, a nawet mnie nie tknięto. A może oni wiedzą o mojej ucieczce? Tu dreszcze mnie przeszły. Nie, to niemożliwe.

1619

Komendant zwrócił się do mnie i po polsku zaczął mi tłumaczyć, że o ile nie powiem prawdy i nie wskażę wspólników, to mogę pożegnać się z życiem.

1620

— Teraz jest wojna — mówił — nie mamy czasu bawić się z wami. Pomyśl, żal mi cię, jesteś jeszcze tak młody i na pewno masz rodziców, którzy będą płakać po tobie i wstydzić się, że syn nie umarł jak bohater na placu boju, tylko został rozstrzelany jako zbrodniarz.

1621

Tu wyciągnął zegarek, a żołnierz przyświecił latarką.

1622

— Patrz, za dziesięć minut piąta, pięć minut więc daję ci do namysłu. A potem… — i tu zrobił ruch w kierunku żołnierzy, którzy stali w pogotowiu oparci o karabiny. Zapytał mnie też, czy chcę zapalić i nie czekając na odpowiedź, podał mi cygaro, którego nie przyjąłem.

1623

Nie jestem zdolny tu opisać, jaka walka odbywała się we mnie, czy przyznać się do niepopełnionego przeze mnie przestępstwa, czy nie. A gdy nawet przyznam się, kto wie, czy tym bardziej mnie nie rozstrzelają za kradzież rządowych pieniędzy, ale czyż to naprawdę możliwe, żeby za to przestępstwo skazali mnie na śmierć i to tak bez sądu? Tu znów przypomniało mi się, jak oglądałem plac boju, gdzie leżało tylu zabitych. Co więc mogę znaczyć, tylu ludzi, którzy nigdzie nie kradli, zamordowano zupełnie niewinnie, dlaczegóż by ze mną nie można tak zrobić? Co prawda, jestem niewinny, ale za co innego należy mi się kara. Więc obojętnie, za jakie przestępstwo mnie ukarzą, dość że otrzymam zasłużoną karę. Tu znów otucha wstąpiła we mnie. Nie, to niemożliwe, oni mnie tylko próbują. Takie i inne myśli podobne krążyły mi po głowie przez pięć minut danych mi do namysłu.

1624

Był zimny, listopadowy poranek, spojrzałem na niebo, jakbym tam szukał ratunku. Dziwna rzecz, że w groźnych zawsze dla mnie chwilach mimo woli zwracałem się do nieba, choć nie bardzo wierzyłem, że tam coś jest. Żal mi było naprawdę umierać w dwudziestym roku życia, ale cóż, trudno, widać taki już mój los.

1625

Pięć minut upłynęło.

1626

Komendant zwrócił się znów do mnie z zapytaniem, czy przyznaję się, bo nie ma czasu, a pięć minut już minęło.

1627

— Nie znam żadnych wspólników i o żadnej kradzieży nic nie wiem. Nie jestem żadnym złodziejem — rzekłem niepewnym głosem, uśmiechając się smutnie.

1628

Niemcy spojrzeli porozumiewawczo po sobie.

1629

— Los! Los! — krzyknął komendant i popchnięto mnie w stronę lasu, który ciągnął się po obu stronach szosy.

1630

Tu przywiązano mnie linką do drzewa, żołnierze naładowali broń, a komendant zwrócił się po raz ostatni do mnie:

1631

— Patrz — mówił — jak piękny jest świat, żal mi cię, wiedz o tym, że my nie żartujemy. Powiedz prawdę, to cię puszczę zaraz wolnym, a jak nie, to za chwilę będzie z ciebie tylko trup.

1632

Słuchałem ze spuszczoną głową i nic nie odpowiedziałem.

1633

— No trudno — mówił komendant — jak nie chcesz żyć, to mi tam za jedno.

1634

Przykuli mi teraz ręce w tył wokoło drzewa, tak że stałem przykuty do pnia. Zrobiłem się obojętny na wszystko, tylko by to się już jak najprędzej skończyło.

1635

Znów zapytano mnie, czy oczy zawiązać.

1636

Nie odpowiedziałem.

1637

Pięciu Niemców stanęło naprzeciw mnie gotowych do strzału.

1638

— Ostatni raz ci się pytam — zwrócił się do mnie jeszcze — przyznajesz się czy nie?

1639

Parę sekund złowroga cisza.

1640

Einz! Zwei! Drei!

1641

Padła salwa i o moje uszy odbił się przeraźliwy śmiech, jakby wszyscy diabli w piekle roześmiali się tam na moje przybycie.

1642

Nie jestem w możności opisać wrażenia, jakiego wówczas doznałem, trzeba być wielkim artystą, by móc wrażenie to opisać. Na początku, gdy usłyszałem huk i zarazem śmiech, a nie czułem żadnego bólu, zapytywałem siebie w duchu, czy ja jeszcze żyję, czy już nie żyję? A ponieważ jeszcze nigdy nie byłem zabity, pomyślałem, że może właśnie po śmierci człowiek tak się czuje, więc może jestem już naprawdę zabity? Bałem się oczy podnieść, by spojrzeć, co się wokoło mnie dzieje i zwiesiłem cały korpus. Potem czułem jakby atak serca, a nareszcie poczułem, że mi ktoś wlewa wódkę do ust.

1643

Za chwilę odwieziono mnie i rozkuto zupełnie z kajdanek. Posadzono znów w samochód. Komendant poklepał mnie wesoło ręką po plecach, śmiejąc się z żołnierzami:

1644

Guter Dieb, die Russen sind gute Diebe[145].

1645

Poczęstowano mnie też chlebem, konserwami i rumem, po czym przywieziono z powrotem do Łomży. Oddano mnie w ręce Feldpolicji[146], a stamtąd, po ponownym śledztwie, powędrowałem prościuteńko do „Czerwoniaka”.

XLI

1646

„Czerwoniak” — pod tą skromną nazwą rozumie się wielkie więzienie w Łomży. Za czasów rosyjskich było ono znane jako straszne w swej grozie. Z głębi Rosji przysyłano tu za karę katorżników za bunty. Niejeden człowiek, który miał zaszczyt go poznać, czuje dreszcze przerażenia na sam dźwięk tej nazwy. „Czerwoniak” został wykończony lat kilka przed wybuchem wojny światowej. Zbudowany jest na wzór cel pojedynczych więzień niemieckich. Stoi on w formie rosyjskiej litery T, co zapewne miało znaczyć „Turma”[147].

1647

Zrewidowano mnie i załatwiono formalności, o których już nie warto tu wspominać, gdyż z pewnością we wszystkich więzieniach chyba całego świata odbywa się rytuał przyjęcia w tej samej formie. Naruszają wtedy całą familię, która często nic nie jest winna, że w ich rodzie znalazł się przestępca, a jednak musi bezwiednie figurować po archiwach i księgach więziennych.

1648

Zaprowadzono mnie na skrzydło pojedynek, po lewej ręce, jak się wychodzi z kancelarii. Jest tam sześćdziesiąt pojedynczych cel, gdzie za czasów rosyjskich siedziały wyłącznie kobiety. Teraz siedzieli tam mężczyźni, pojedynczo i po dwóch w jednej celi. Główne dwa skrzydła cel pojedynczych i cel ogólnych stały podówczas puste, przeprowadzano tam bowiem remont, gdyż z powodu wojny wszystkie urządzenia cel były zdemolowane. Więźniów wszystkich było wtedy około stu kilkunastu, wliczając więźniów siedzących w dwóch ogólnych celach, w pobliżu tychże pojedynek, gdzie za czasów rosyjskich tak samo siedziały kobiety. Mnie osadzono na trzecim piętrze, samego, w celi pod nr 245.

1649

W celi nic nie było oprócz łóżka, stołka i podartego siennika. Sama cela była podobna do znanych mi już pojedynczych cel. Zimniej tu było niż na dworze. Centralne ogrzewanie nie funkcjonowało zupełnie i nigdy tu nie palono. Grube mury i asfaltowa podłoga wiały chłodem przejmującym do kości. Teraz nie rozpaczałem już jak dawniej, gdy mnie tylko przymknięto do celi. Za dużo już piekła przeszedłem, bym się miał teraz na widok tej celi przelęknąć. Uznawałem zasadę: „Jakoś to będzie”.

1650

Za jakieś pół godziny po moim przybyciu rozdawano obiad. Przez otwór w drzwiach podawano mi w zardzewiałej bańce litrowej od konserw jakąś wstrętną zupę. Zapach, który bił od tej zardzewiałej bańki, wystarczył, aby być już najedzonym. Łyżek do jedzenia zupełnie tu nie używano, pomimo głodu nie mogłem tego przełknąć. Była to suszona kapusta i jeszcze jakieś korzenie, których rozpoznać nie potrafiłem.

1651

Żołnierze na warcie zmieniali się co dwie godziny, na każdym oddziale stał Niemiec z karabinem, a gdy więzień ciągnął klapę, puszczał go raz na dwie godziny na naturalną potrzebę, ponieważ w celi naczynia do tegoż użytku wcale nie było. Nikt tu nie dbał o porządek. Więźniowie byli w rękach wojskowych. Sierżant niemiecki był tu jako komendant. Do pomocy zaś oprócz warty, która zmieniała się co czternaście dni, miał trzech żołnierzy. I Niemiec, na wpół ślepy, trzymał dozór nad więźniami, którzy podawali nam raz na dwa szczotki, by wymiatać celę. Drugi był naszym karmicielem, miał kuchnię i prowiant pod swoim dozorem. Trzeci zaś, ogromnego wzrostu Niemiec, był pomocnikiem sierżanta, a chodził stale, jak i komendant, z bykowcem w ręku.

1652

Muszę tu koniecznie scharakteryzować osobę komendanta. Nazywał się Szram. Mógł mieć około czterdziestu czterech lat, średniego wzrostu, nosił „szpicbródkę”, a wąs miał na wzór swojego monarchy. Suchy na twarzy, a oczy świeciły mu się jak u kota syberyjskiego. Podkradał się tak cichutko pod cele i podglądał przez judasza, po czym tak sprawnie otwierał drzwi, że więzień stojący na stole i wyglądający oknem, nic nie słyszał i prawie nigdy nie zdążył zeskoczyć w porę, zanim ten stanął w celi.

1653

Za rozmowę i wyglądanie oknem nigdy nie darował. Bykowiec, który trzymał stale w ręce, nigdy nie próżnował. Przez więźniów był przezywany „zdrajcą”.

1654

Skarżyć się tu nie było do kogo. Od pierwszej chwili, gdy Niemcy weszli do Łomży, był on tu panem życia i śmierci. Niejeden z więźniów zmarł z jego ręki. Dopiero gdy ja tu przybyłem, chodziły już pogłoski, że więzienie mają objąć władze cywilne, co też się wkrótce sprawdziło.

1655

Jeżeli człowiek na wolności utracił zbyt wiele, pozostaje mu zawsze i jeszcze jakakolwiek nadzieja i ma rozwiązane ręce do działania. Ale gdy człowiek utraci wolność, popada wtedy w stan odrętwienia, pozostając nieczuły dla otoczenia… Tak samo ja, po paru dniach pobytu tamże, stałem się nieczuły na własny ból. Dość byłem przybity własnym smutkiem, by myśleć o innych. Jednakże były chwile, że uszy sobie zatykałem, by nie słyszeć jęków katowanych. Dosyć nas tu bił głód. Otrzymywaliśmy dwieście gramów chleba dziennie, litr zupy i dwa razy dziennie po pół litra kawy.

1656

Spaceru żadnego nie było. Raz jeden tylko pamiętam, „zdrajca” kazał wszystkich wypuścić niespodzianie na „Freistunde[148]. Ustawił nas po czterech w rząd, następnie oprowadził dwa razy wokoło więziennego podwórza, Koniec zaś tego spaceru był straszny, może z kilkunastu więźniów „Zdrajca” razem ze swoim pomocnikiem zbili do utraty przytomności za to, że przemówili ze sobą.

1657

Był to pierwszy i ostatni spacer za rządów „Zdrajcy” i prokuratora Lichnera. Obaj dobrali się. Tylko ten ostatni miał tę dobrą stronę, że o ile więzień miał ładną siostrę, żonę lub kochankę, wyrabiali u niego wszystko, nawet i wolność.

1658

Tak przesiedziałem przeszło dwa tygodnie. Całymi godzinami stałem przy oknie, nie bacząc na to, że „Zdrajca” może mnie nakryć.

1659

Żadna siła i kara nie jest zdolna powstrzymać więźnia, by nie wyjrzał oknem choćby ukradkiem. Najwięksi tchórze z więźniów to czynią, tym bardziej, gdy nie mają innego zajęcia.

1660

Z okna mojej celi to prawda nic nie mogłem zobaczyć, gdyż wychodziło na dziedziniec więzienia, pola tylko widziałem z daleka. Jednakże nieraz całymi godzinami stałem i patrzyłem w jeden punkt. To na wodo-kaczkę[149] stojącą na podwórku więziennym naprzeciw mojego okna, to obserwowałem jakiegoś przechodzącego chłopa, to znów kobietę, tak długo, aż zniknęła mi zupełnie z oczu. Często też z zimna biegałem po celi jak potępieniec, z jednego rogu do drugiego.

1661

Jako pociechę w tym smutnym życiu miałem to, że żywiłem nadzieję, iż mnie zwolnią. Byłem tego nawet pewny, zadowolony też byłem, że ubrany jeszcze jestem we własne ubranie. Zawsze mniej odczuwałem zimna niż w więziennym. Każdy tu siedział we własnym ubraniu. Ten, co bielizny nie otrzymywał z domu, to chodził w jednej bieliźnie całe miesiące. Byli tacy, co jeszcze po roku chodzili w tej samej bieliźnie. Nawet wszy pogardzały tymi strzępami, a przenosiły się do świeżych gości. Z tego też powodu, pomimo że byłem zaciętym przeciwnikiem jakiej bądź wojny, to jednak tu musiałem rozpocząć wojnę z pchłami i pluskwami. W dzień ścigałem je zawzięcie, mordując bez litości, a za to one odwzajemniały się, szturmując mnie w nocy i nie dając mi spokoju.

1662

Takie oto życie pędziłem w tym więzieniu od pierwszego dnia. Ale zdaje mi się, że uprzedzam tu wypadki, więc teraz przystąpię do opowiadania kolejności wypadków.

1663

Punktualnie za tydzień zawezwano mnie ponownie do miasta na śledztwo. Prowadził mnie do komendantury żołnierz, po czym oficer delikatnie, aż za delikatnie wybadał mnie. Śledztwo trwało z godzinę, po czym odprowadzono mnie z powrotem do więzienia.

1664

Po upływie trzech dni znów zawezwano mnie, tym razem objaśniono, że ma się odbyć rozprawa przed sądem. Włosy zjeżyły mi się na głowie na samo słowo „sąd”, a tu sąd wojenny. Myślałem, kto wie, czy mi nie dadzą kary śmierci, a może oni wiedzą jeszcze więcej o mnie niż mi się to wydaje. Smutne domysły mnie gnębiły. A nawet gdy mi dadzą wyrok, co wtedy? W takich warunkach jest niemożliwe siedzieć ani roku. Tu myśl przelotna zabłysła: „Spróbujesz, a może stąd ci się uda zwiać, w gorszych opałach byłeś, a wydostałeś się”. Jednak myśl inna: „Raz ci się tylko udało, a więcej ci się to nie uda. Pamiętasz, jak przysięgałeś w karcu w ostatnią chwilę, że gdy się stąd wydostaniesz, to staniesz się uczciwym człowiekiem? A coś zrobił? Znów nabroiłeś. Nie, teraz nic nie pomoże, musisz tu zgnić”. Zgnębiony takimi mniej więcej myślami, stanąłem przed sądem.

1665

W skład sądu wchodziło kilku oficerów i jeszcze jakiś wojskowy. Czytano mi może jakieś pół godziny akt oskarżenia, z tego wszystkiego odróżniłem tylko słowo „Diebstahl” i znów „Diebstahl[150]. Więcej z tego ani słowa nie zrozumiałem. Potem pytano mnie, czy przyznaję się. Odpowiedziałem, że nic o niczym nie wiem. Znów tam coś pisano. Panowie sędziowie podszeptywali sobie coś na ucho, po czym odczytano wyrok: „Zwei Jahre Gefängnis für schweren Einbruchdiebstahl[151] , po czym odprowadzono mnie z powrotem do więzienia.

1666

Byłem tak przygnębiony i przybity tym wyrokiem, że nie byłem nawet zdolny do myślenia. W drodze z sali sądu aż do zamknięcia mnie w celi, znajdowałem się w stanie nieprzytomnym. Sam nie pamiętam, kiedy mnie z sądu wyprowadzono, kiedy szedłem ulicami z powrotem do więzienia, dopiero w celi oprzytomniałem. Potarłem sobie ręką czoło, jakbym chciał sobie coś przypomnieć. Tu dopiero sobie zdałem sprawę, co się ze mną stało.

1667

Z rozpaczy począłem głową tłuc o mur. Nie mogłem się pogodzić z myślami, że zamiast spodziewanej wolności dostałem aż dwa lata i to będąc zupełnie niewinny. Przysięgam, że nie byłem winny. Dziś już wszystko jedno, bo to już dawno minęło. Jednakże te dwa lata otrzymałem dlatego, że potrzebna była ofiara, by zaspokoić kogoś. No i ja nią byłem.

1668

Przyznaję się też i do tego, że chcąc policzyć przestępstwa, które popełniłem bezkarnie, należałby mi się o wiele większy wymiar kary. Jednak w tym, za co mnie skazali, nie byłem winny.

1669

Pierwszą noc po wyroku ani na sekundę oka nie zmrużyłem, strachem objęty nie mogłem zasnąć. Ciężkie myśli jak stosy kamienne przygniatały mi głowę i spędzały sen z powiek. Wsłuchiwałem się tylko w miarowe kroki straży z okutymi butami. Każde uderzenie butem o bruk odbijało się o mój mózg, jakby mi po głowie deptał. O, jak straszne są bezsenne noce w więzieniu, sto razy straszniejsze niż w trumnie. Jedna taka noc wystarczy, by człowieka zrobić anormalnym na całe życie. Wiele takich nocy bezsennych przepędziłem, doprowadzały one mnie niemal do wariactwa. Zresztą po co się skarżyć, sam uznaję przysłowie:

1670

„Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz”.

1671

Upłynęło znów dni kilka, zupełnie oswoiłem się z dwoma latami. Myśląc, że mam dwa lata tylko, a nie dziesięć lat, jak już było poprzednio, zacząłem godzić się z losem. W takich chwilach ciężkich zawsze potrafiłem opanowywać wolę i patrzyłem na życie ze strony filozoficznej. Chcąc zapanować nad smutną rzeczywistością, pogrążyłem się w rozmyślaniach. Przypomniałem sobie aforyzm Konfucjusza: „Ściśnij serce i trwaj”. A ja wtedy sobie mówiłem: „Ściśnij żołądek i trwaj”. Zdaje mi się doprawdy, że żołądek ścisnąć jest jeszcze trudniej niż serce.

1672

Do diabła! Znów filozofuję! Jak mi jest ciężko od tego się odzwyczaić! Ale proszę cię, Czytelniku, przebacz mi, to nie ja temu winien. Każdy kto przesiedział długie lata w pojedynczych celach, jak nie zidiocieje zupełnie, to staje się wtedy filozofem bez żadnych tam dyplomów.

1673

Zacząłem sobie regulować życie w ten sposób: dwieście gramów chleba otrzymanego rano chowałem na wieczór, gdyż głód spać nie pozwalał. Wypiłem tylko kawę. Do obiadu prowadziłem wojnę z pluskwami, po obiedzie było już pochmurno w celi, więc do wieczora spędzałem czas na wałęsaniu się po celi i wyglądaniu przez okno. Książek tu nie dawano żadnych, żeby sobie nie uprzyjemniać czasu.

XLII

1674

Minął tak cały miesiąc. Pewnego dnia zostałem zawezwany do prokuratora Lichnera. Gdy stanąłem w jego gabinecie, siedział on pochylony nad papierami, podniósł głowę i utkwił we mnie wzrok, aby zobaczyć, z kim ma do czynienia. Był to oficer w średnim wieku, wysokiego wzrostu, o nieprzyjemnej twarzy, z nosem czerwonym, nosił binokle. Cała fizjonomia i ruchy jego przypominały lisa. Po chwili obserwowania rozpoczął badanie.

1675

— Proszę sobie dokładnie to przypomnieć, gdzie wy byliście wieczorem o godzinie dwunastej dnia drugiego listopada. Muszę to dokładnie wiedzieć — dodał stanowczym, chrapliwym głosem.

1676

— Ja? Tak, przypominam sobie. Właśnie o tej godzinie byłem tu, w Łomży i okradłem prowianturę, za co już otrzymałem od sądu wojennego dwa lata Gefangnis[152] — odparłem śmiało.

1677

Prokurator zerwał się ze swego miejsca, stanął, kilka razy zdejmował binokle, to znów je nakładał, przypatrując mi się bystro i z całym natężeniem. Starałem się wytrzymać jego wzrok i nie zmieszać się przed jego badawczym spojrzeniem, po chwili mnie zapytał:

1678

— Wiele wam już lat?

1679

— Dwadzieścia lat — odparłem.

1680

— Wiele razy byliście już karani?.

1681

— Pierwszy raz — odparłem śmiało.

1682

Znów mi się przypatrywał i rozkazał swojej sekretarce, która siedziała obok przy maszynie, żeby to zanotowała, następnie niespodziewanie mnie zagadnął:

1683

— Czy wy byliście kiedyś w miasteczku T.?

1684

Tu tak bystro wpatrywał się oczyma we mnie, jakby mnie chciał nimi przebić na wylot.

1685

— Tak, znam to miasteczko — odpowiedziałem.

1686

— Jak dawno, jak wy tam byliście?

1687

— Może dwa lata, a może już więcej, dokładnie już tego nie pamiętam.

1688

Sekretarka na maszynie pisała moje odpowiedzi.

1689

Znów przypatrywał mi się chwilę, uśmiechnął się i kazał mi usiąść, co też nieśmiało uczyniłem, następnie poczęstował mnie cygarem, które przyjąłem, myśląc w duchu, że za nie dostanę od kucharzy „dolewkę”.

1690

Zadał mi jeszcze inne pytania, które nie miały nic wspólnego ze śledztwem, co bardzo mnie dziwiło, ale o tym tu się rozpisywać nie myślę i będę tylko mówił, do czego on dążył.

1691

Trzeba tu wiedzieć, że ten sam prokurator był od początku, gdy tylko Niemcy zajęli miasto, panem sprawiedliwości, sędzią śledczym, sędzią i prokuratorem, wszystkim w jednej osobie, istna „chodząca sprawiedliwość”. Gdy dał komu wyrok, śmiał się, że o ile mu się nie podoba, to może apelować do pana Boga. Opowiadało mi o tym kilku więźniów, którzy zostali przez niego skazani, a z którymi spotykałem się w ustępie albo rozmawiałem przez okno, kiedy stał „dobry” żołnierz na posterunku.

1692

Zrozumiałem od razu, o co mu chodziło, a udawałem, jakbym się niczego nie domyślał.

1693

Wtem niespodziewanie znów zagadnął mnie:

1694

— Czy wiecie, że w miasteczku T. okradziono w nocy drugiego listopada „Bauamt[153] i zabrano tam ogromną sumę pieniędzy przygotowaną dla trzech tysięcy robotników pracujących przy budowie mostów, szosy itd.?

1695

— Nic o tym nie słyszałem — odparłem. — Mówiłem, że tej nocy okradłem prowianturę i zostałem zaraz aresztowany.

1696

Uśmiechnął się do mnie szyderczo i odparł:

1697

— Nie przyznałeś się do tej kradzieży, więc ty tam może nie byłeś?

1698

— Jak to? A dwa lata za co dostałem? O ile nie byłbym winien, sąd niemiecki na pewno by niewinnego nie skazał.

1699

Zdaje się, że nawet uśmiechnąłem się wtedy przy tej odpowiedzi, a on zagryzł wargi, co doskonale zauważyłem.

1700

— A jednak wiem, że ty byłeś w T. i to jeszcze z dwoma z Warszawy, gdy okradziono „Bauamt”. Ja już jestem na śladzie — dodał.

1701

— Panie prokuratorze — rzekłem śmiało. — Czarodziejem nie jestem, bym był widziany i bym mógł się przenieść z miejsca na miejsce, o ile dostałem dwa lata za to, że o godzinie mniej więcej dwunastej w nocy do drugiej dokonałem tu kradzieży, nie mogłem dokonać o tej samej porze kradzieży w miasteczku T., które, jeśli się nie mylę, jest stąd oddalone o pięćdziesiąt wiorst, a wiadomo, że koleje ani samochody tam nie kursują, a aeroplanem tam na pewno nie przybyłem — dodałem.

1702

Prokurator, widząc, że nie daję się złapać, coś na ucho szepnął sekretarce. Ona się roześmiała, a później zwrócił się do mnie z zapytaniem, czy nie jestem głodny, czy w więzieniu dają dosyć jeść?

1703

Zrozumiałem znów, do czego dąży i odparłem:

1704

— Pan prokurator lepiej wie ode mnie, że w więzieniu puchną i umierają z głodu.

1705

— Ach, tak — odparł. — Ja o tym nie wiedziałem, a ty widzę dobrze wyglądasz, od dziś każę tobie przynosić obiad z kasyna, o ile macie pieniądze.

1706

Własnym uszom nie dowierzałem. Albo żartuje, albo go źle zrozumiałem. Jednak powtórzył to po raz drugi.

1707

— Tak, mam sześć i pół marki i dwieście dwadzieścia trzy ruble, które odebrano mi przy aresztowaniu.

1708

— Te pieniądze są skonfiskowane — odparł — ale jak wam podadzą pieniądze z domu, to pozwolę wam codziennie z kantyny dostarczać obiad.

1709

— Nie mam domu i nikogo, żeby mi podawał obiad — odparłem.

1710

Popatrzył na mnie chytrze i zapytał:

1711

— A narzeczona z Warszawy może wam podawać?

1712

Drgnąłem. Czyżby on wiedział o Lizie? Ona coś działa na pewno źle na moją stronę. Tu przypomniały mi się jej groźby, gdy się z nią rozszedłem.

1713

— Nie mam tam żadnej kobiety, a ta, którą miałem, każdy ją może mieć — odparłem.

1714

— Ach tak? Wcale o tym nie wiedziałem. Ale szkoda mi was, chciałbym wam pomóc. Wiem, że niewinnie zostaliście skazani na dwa lata — tu znacząco spojrzał na mnie i ironicznie uśmiechnął się. — Więc słuchaj, co powiem, potrzebny mi jest zdolny człowiek w więzieniu, na którym mógłbym polega, a dostanie on dubeltowe życie i codziennie dwie godziny „Freistunde”, o ile dobrze się wywiąże z tego, co mu zaproponuję, postaram się także o łaskę i wolność dla niego. Wiem, że wy jesteście niewinny — tu odchrząknął. — No jak, przystajecie na to, co wam teraz powiem?

1715

Myślałem, co on może chcieć ode mnie, na pewno chce dostać mnie w łapy za ten „Bauamt”, postanowiłem być ostrożnym, nawet na myśl mi nie przyszło to, co od niego usłyszałem.

1716

— Słuchajcie uważnie — rzekł do mnie, przy tym kazał mi przybliżyć się do siebie. — Wiem, że jesteś mądry chłopak i ja takich lubię i mam nadzieję, że się akuratnie wywiążesz, a wtedy pomyślę o tobie… Chcecie być agentem w policji? — niespodziewanie zapytał.

1717

Drgnąłem. Ja i agent, śmierci spodziewałbym się prędzej niż tego pytania, ale nic nie rzekłem, chcąc wysłuchać, do czego on właściwie dąży i kiwnąłem głową, a on ciągnął dalej:

1718

— Wsadzę was do jednej celi do pewnego więźnia, a wy od niego starajcie się dowiedzieć, za co on siedzi i kto z nim był na tym napadzie i jakie jeszcze napady zrobił i gdzie. Wy dacie znać sierżantowi, a on mi już zatelefonuje. Wtedy was zawezwę do siebie, a gdy dobrze się wywiążesz z tej sprawy, to cię zwolnię i zrobię agentem. Tak zrób, żeby on się nie zmiarkował, że ty go śledzisz, ty możesz mu też opowiedzieć naumyślnie o kradzieżach, tak aby mieć jego zaufanie, zrozumiałeś?

1719

— Tak, panie prokuratorze — odparłem, zapalając się do jego polecenia — ale pan prokurator zapomniał, że o ile on będzie wiedział, iż ja dostaję dubeltowe porcje i „Freistunde”, czego żaden więzień nie dostaje, to od razu się zmiarkuje i nie będzie do mnie nic mówił, a nawet może mnie zabić, o ile to jest bandyta.

1720

Prokurator roześmiał się.

1721

— Tak, jesteś mądry, dobrze mówisz, ja o tym nie pomyślałem, że masz „Judas-Kopf[154]. Z ciebie będzie dobry agent. Więc teraz zrobimy w ten sposób, że jako skazany z sądu wojennego możesz dostać spacer, a podczas spaceru będziesz mógł zjeść obiad w dyżurce, a nikt o tym się nie dowie. Gdy się już dowiesz, co nam potrzeba, to znów pójdziesz do osobnej pojedynki, a tam będzie ci mógł sierżant podawać, dopóki cię nie zwolnię. Myślałem, tyś mądry, a ja też niegłupi, to co myślisz, już na początku przejrzałem.

1722

Dał mi jeszcze kilka wskazówek i zostałem z powrotem odprowadzony do więzienia.

1723

W więzieniu „Zdrajca” uśmiechnął się do mnie poufnie, pomimo że już przedtem zdążyłem dwa razy dostać od niego kilka bykowców za rozmowę przez okno. Teraz u siebie nasmarował mi kawał chleba z masłem, przełożył kiełbasą i podał kubek kawy. Rzuciłem się na to, a on przy jedzeniu bacznie mnie obserwował, klepiąc przyjaźnie po plecach. Następnie zaprowadził mnie do celi nr 253, gdzie siedział rzekomy bandyta, z którego miałem wydobyć zeznanie.

1724

Lokator celi nr 253 bardzo się ucieszył, gdy mnie spostrzegł, przywitaliśmy się, miał około trzydziestu lat, był wysokiego wzrostu, o chytrym spojrzeniu, dla sprawnego oka przestępcy wystarczyło, by poznać w nim zawodowego agenta tajnej policji. Teraz tym bardziej utwierdziłem się w moich domysłach, do czego pan prokurator dąży.

1725

Niemcy często praktykowali to, że wsadzali agenta na parę dni do celi, ten czy się coś naprawdę dowiedział, czy też nie, świadczył potem, jak prokurator chciał. Więc obawiałem się, że choć nic mu nie wyznam o okradzeniu „Bauamtu”, jednak może na lewo opowiadać, żem się do tego przyznał. Usiadłem na łóżku, rozmyślając, co mi należy uczynić. Towarzysz niby był trochę zakłopotany, następnie zwrócił się wesoło do mnie:

1726

— Nie martw się pan, teraz we dwoje będzie nam klawo, a za co pana wtrynili?

1727

— Za kradzież!

1728

— Czy już po sprawie? — badał dalej.

1729

— Tak!

1730

— A wiele panu dali?

1731

— Dwa lata przez sąd wojenny.

1732

Tu zrobił wesołą minę.

1733

— Co to jest dwa lata, mnie czeka ot to — tu pokazał ruchem na gardło — i się nie martwię. Raz się człowiek urodził i raz kojfnie. Ale cieszy mnie choć to, że już niejednego wyprawiłem na tamten świat — dodał tajemniczo.

1734

— A za co pan teraz siedzi? — starałem się zapytać spokojnie.

1735

— Za pięć napadów, ale jeszcze na to dość czasu, by opowiedzieć. Tylko nie smuć się — dodał cicho — „mortusu”[155] tu nie będziem mieli, mam zaszyte pieniądze, a żołnierze przyniosą wszystko do jedzenia.

1736

Myślałem, trudno, trzeba parę dni tu siedzieć i zobaczyć, co będzie dalej, a wtedy ja się z nim tu załatwię i śmiać mi się chciało w duchu z tego kawału, zobaczymy, kto kogo w butelkę nabije. Trzeba tymczasem skorzystać z okazji i trochę się podreperować. On ma forsę, a ja wiedziałem już od drugich więźniów, że za pieniądze, o ile stoją dobrzy żołnierze, to sprzedają chleb, marmeladę i inne rzeczy. Więc postanowiłem się nie zdradzać, że wiem, kim on jest.

1737

Za jakąś godzinę po obiedzie przyszedł „Zdrajca”, przyniósł papier i odczytał, że jako skazanemu przez sąd wojenny przysługuje mi „Freistun” dwie godziny dziennie i że od jutra od godziny drugiej do czwartej będę spacer dostawał.

1738

Udawałem, że bardzo się ucieszyłem tą nowiną. Zauważyłem też, jak „Zdrajca” z moim towarzyszem zamienili porozumiewawcze spojrzenie ze sobą.

1739

Gdy wyszedł z celi, towarzysz mój wyciągnął spod siennika ze dwa funty kiełbasy, chleb i miód i kazał jeść, jakby swoje. Dziś wieczorem, mówił, to mam świeże dostać. Dałem Niemcom dziesięć marek. Wszystko będzie dobrze, porozmawiamy sobie, a mam dobry pomysł, który nam obu się przyda.

1740

Przy jedzeniu opowiadał mi o sobie i dał mi do zrozumienia, że stąd można „najechać”[156] i wyłożył mi swój plan. Następnie zaczął mi opowiadać swoje zbrodnie z przeszłości.

1741

Myślałem, że trzeba jemu też coś „zalać” i opowiedziałem mu zmyśloną kradzież, której rzekomo dokonałem w Warszawie. Wypytywał mnie dokładnie o szczegóły. Zachęcał do jedzenia i tak zabawiliśmy do wieczora na rozmowie, na której czas prędko przeleciał. Postanowiłem nie nalegać tak bardzo i mieć się więcej na baczności.

1742

Na drugi dzień nastąpiły pytania jeszcze więcej natarczywe niż poprzednio. Widać, że nie chciał długo tu ze mną siedzieć. Miałem ochotę w nocy tego gada wziąć i udusić, bo w otwarty sposób nie dałbym mu rady.

1743

Jednakże postanowiłem być ostrożny i nie zdradzić się z tym, że wiem, kim on jest, iż jest szpiegiem. Odpowiadałem na pytania najspokojniej, co mi się ledwo udało.

1744

Tak upłynęły trzy dni, na spacer nie poszedłem, nie chciałem skorzystać z tych przywilejów, bo wiedziałem, że dziś, jutro i tak mnie przymkną. W czwarty dzień objaśnił mi towarzysz, że miał dobry sen i że może dziś zawezwą go na śledztwo.

1745

Tak też było, on doskonale wiedział, że go zwolnią. Po obiedzie zawołano go i już nie wrócił. Spodziewałem się tego. Przypomniałem sobie całą rozmowę z nim od pierwszej chwili i byłem zadowolony z siebie, że nic takiego mu nie powiedziałem.

1746

Na drugi dzień rano przyszedł „Zdrajca” do celi i udawał zdziwienie, że tu siedzę sam. Uśmiechnął się i popatrzył na mnie bystro, po czym poczęstował mnie cygarem, mówiąc, że podobam mu się i jak chcę, to mi da Żyda do celi, żeby mi się nie przykrzyło.

1747

Zapytałem go śmiało, czy też bandyta, roześmiał się i powiedział, że tym razem nie bandyta, że tylko szmugler. Jednak prosiłem go, by mi pozwolił siedzieć samemu.

1748

Od dnia tego stał się „Zdrajca” dla mnie bardzo względny, nawet schwycił kilka razy na oknie i nie bił mnie. Wiedział, że ze mną mu się nic nie udało, był zadowolony.

XLIII

1749

Przyszedł rok 1917. Zaraz po Nowym Roku więzienie objęły niemieckie władze cywilne. Główne więzienie, dwa skrzydła pojedynek męskich były już gotowe i poczęto nas przebierać w ubrania aresztanckie. Przesadzono każdego do pojedynki. Zaraz od pierwszego dnia poznałem rygor, jaki się zaprowadza. Przyjechał tu z Niemiec „Oberaufseher[157] Schreiber i dozorca Ról[158]. Oni to zaczęli wprowadzać rygor jak w niemieckich więzieniach. Nieraz więźniowie żałowali rządów „Zdrajcy”, bo co teraz nastąpiło, było wprost nie do wytrzymania.

1750

Za rządów „Zdrajcy”, gdy na warcie stali dobrzy żołnierze, można było przez okno rozmawiać. Ze względu na kobiety, z którymi oni romansowali, dali i nam spokój. Kobiet wtedy w całym więzieniu było siedem. Chodziły po całych dniach na spacerze. A w nocy, gdy udawałem się do ustępu, sam kilka razy widziałem, że karabin tylko stał oparty o celę zamiast wartownika, a Niemiec był w środku i…

1751

Jak już wspomniałem, co czternaście dni zmieniała się warta, a żołnierze chodzili do cel kobiet, nie krępując się nami. Niejednemu z więźniów kobiety podawały palenie, które było srogo zabronione i ujmowały się za nami. Przypomina mi się też heca o palenie, o której muszę tu wspomnieć.

1752

Obok mnie siedział jeden więzień, postarał się od kobiety o papierosa, nie zdążył jeszcze popalić, gdy „Zdrajca” wpadł do jego celi, pociągnął nosem i zadał mu pytanie po polsku, gdyż nauczył się już kilku słów:

1753

— Palić?

1754

— Nie, panie.

1755

— Palić! — krzyknął groźnie.

1756

Więzień nie przyznawał się. „Zdrajca” zaczął tego więźnia rewidować i odkrył papierosa palącego się w ręce.

1757

— Palić? — pytał go teraz, pokazując mu dym od papierosa snujący się z jego ręki.

1758

— Nie, panie.

1759

Niemiec począł go okładać bykowcem i krzyczeć, jakby go ze skóry darli.

1760

— Palić! Palić!

1761

Więzień nie przyznawał się.

1762

Nareszcie „Zdrajca” bierze papierosa z jego ręki, przykłada mu pod sam nos i krzyczy:

1763

— Co to jest?

1764

— Nie wiem, panie.

1765

Niemiec, myślałem, że się wścieknie, jednak Bończuk, bo tak się nazywał, nie przyznał się. Zbił go niemal do utraty przytomności i wyszedł z celi, przeklinając upartość Polaków.

1766

Jednakże od tego dnia „Zdrajca” sam mu dawał czasami papierosa i prymki[159], a kazał mu również dawać „dolewkę”.

1767

Zaraz po objęciu więzienia przez władze cywilne zmniejszono nam porcje chleba do siedemdziesięciu pięciu gramów dziennie. Spacer zaczęto dawać po piętnaście minut dziennie. Spacer ten to tylko była okazja, by mieć za co karać i bić więźniów.

1768

Wiadomo, że więzień mimo zakazu starał się przemówić do drugiego podczas spaceru, a to srogo karano, jednym słowem stało się gorzej. Nie ja byłem tam wyjątkiem, wszyscy więźniowie przewracali się wprost z głodu.

1769

Podczas spaceru Ról stał pośrodku „Rajskiego podwórka”, a trzydziestu więźniów partiami kręciło się wkoło niego, jeden od drugiego o dziesięć kroków. Ręce musiał mieć więzień założone w tył. Co parę minut Ról podawał nam komendę:

1770

Achtung[160]!

1771

Więźniowie momentalnie musieli stać, a nie daj Boże, by odstęp nie był równy, bił on wtedy więźnia do utraty przytomności, gdy zaś więźniowie stanęli, podawał znów komendę:

1772

Mutze ab[161]!

1773

Wszyscy jednocześnie zrywali czapki z głowy.

1774

Mutze auf[162]!

1775

Więźniowie wkładali czapki.

1776

Tak codziennie podczas piętnastominutowego spaceru w kółko szukał on okazji, by do kogoś się przyczepić.

1777

„Zdrajca” był w porównaniu z Rólem człowiekiem litościwym. Wyobrażam go sobie tak, jakby „Wampir z Düsseldorfu”[163] był jego synem, albo jakby on sam nim był. Wyglądał na lat czterdzieści, słusznego wzrostu, brunet, wąsy nosił po angielsku. Chodził z fajką w ustach, sztywny, jakby kij połknął, a twarz jego zdawała się zawsze wyrażać zdziwienie. Mówił chrapliwym głosem.

1778

Bił strasznie i torturował więźniów za byle jakie przewinienie. Z jakąś sadystyczną rozkoszą upajał się jękami katowanych. Podczas egzekucji mierzył w najboleśniejsze miejsce. Oczy jego iskrzyły się wtedy jakimś osobliwym, nie dającym się określić blaskiem. Szatański uśmiech wykrzywiał wtedy jego zwierzęce usta. Brak mi słów, by tego potwora w ludzkim ciele określić. Wystarczy, jeżeli powiem, że ten niemiecki nasz wychowawca podczas egzekucji był raczej podobny do średniowiecznego kata niż do człowieka z dwudziestego wieku i do tego urodzonego „w kulturalnym Vaterlandzie”.

1779

Nie! Tu zupełnie nie przesadzam w określeniu go. Do dziś dnia na samo wspomnienie, co więźniowie od niego wycierpieli, dreszcze mnie przechodzą po całym ciele. Nieraz bił mnie do utraty przytomności, do dziś dnia noszę na sobie ślady jego katowskiej dłoni, mam bębenek w lewym uchu pęknięty.

1780

Jestem tego zdania, że więzień, który przesiedział rok podczas okupacji w więzieniu, piekła się już nie zlęknie. Ról tu był naprawdę samowładnym panem życia i śmierci, był też i naczelnik, ale nikt z więźniów go nie widział nigdy, nawet kary dyscyplinarne przysyłano więźniowi zaocznie, nie pytając go ani słowa.

1781

O ile czasami więzień próbował hardo się postawić, czując się skrzywdzonym, natychmiast zlatywała się ich cała gromada, a wtedy był bity i kopany do utraty przytomności, o czym na własnej skórze się przekonałem. A jeżeli więzień umarł po takiej kaźni, pewno pisali w raporcie, że powiesił się, co się często tu zdarzało. Nie było nawet tygodnia, by się ktoś nie powiesił. Nikt się już nigdy o tym nie dowiedział, w jaki sposób niektórzy umierali. Grube mury „Czerwoniaka” i lochy podziemne potrafiły wchłonąć w siebie tę tajemnicę śmierci, nie dzieląc się tym z nikim. Straszne, włosy mi teraz dęba stają na głowie, gdy to piszę. Moje oczy patrzyły na tę bezradną mękę.

1782

Ról przychodząc na służbę rano, przynosił pęk witek moczonych w wodzie, a do wieczora miał wszystkie potrzaskane. Gdy bił, starał się bić po twarzy, jęki katowanych i wołanie „o Jezus” było słychać niemal co chwilę z innych cel. Przed Rólem drżeli niemal dozorcy, Polacy, których było tam już kilku. Ci ostatni starali się ulżyć więźniom, w czym tylko mogli.

1783

Muszę tu także wspomnieć ze wstydem, że było tam dwóch podłych dozorców Żydów, a nawet po nazwisku muszę tu tych nazwać: Lipszyc i Lustig. Ten ostatni to był istny typ „Judasza”, miał służbę tylko po nocach, od apelu wieczornego do rana. Więźniowie zadowoleni, że Róla nie ma, wieczorem często ryzykowali oknem wyglądać. A Lustig po cichutku podchodził do judasza i zapisywał numer celi. Przez tego gada i ja kilku obiadów nie dostałem i kilka razy siedziałem w karcu po siedem dni.

1784

Co prawda wolałem być w karcu niż w celi, tam przynajmniej dostawałem ze czterysta gramów chleba i wody.

1785

Trzeba było się kłaść spać o godzinie czwartej po obiedzie, musieliśmy leżeć do dziewiątej rano, siedemnaście godzin i to o głodzie w zimnej celi, co za męki przechodziłem, a gdy więzień próbował wstać, to Lustig go zaraz sobie zanotował, a kara była już pewna.

1786

Rano dawano nam ćwierć litra kawy, a na obiad litr śmierdzącej kapusty, o godzinie czwartej kartoflanka, albo raczej woda od kartofli i siedemdziesiąt pięć gramów chleba, na raz ugryźć. Wystarczy, gdy powiem, że do oddziału, gdzie siedziało sto osób, garbaty więzień nosił chleb dla wszystkich w małej skrzynce, na sznurku przez ramię przewieszonej. Jak cień garbus ten przesuwał się od lufcika do lufcika w drzwiach, gdzie chleb kładł bez słowa. Przy kolacji zaraz musiał więzień wypić zupę i wyłożyć łyżkę i ubranie, łyżkę, którą teraz już każdy miał.

1787

Tak przyszedł luty i pewnego dnia Ról otworzył niespodzianie drzwi mojej celi i zapytał, czy chcę groch przebierać. Oddech mi zaparło, myślałem, że on drwi ze mnie, groch przebierać, dopiero bym się tu najadł — pomyślałem. Ról zapytał po raz drugi, na co naturalnie przystałem. Za chwilę przyniesiono mi cały worek grochu, który w przeciągu dwóch tygodni miałem przebrać. Nie zdążył jeszcze zupełnie przymknąć celi, a pomimo jego zakazu, bym nie jadł grochu, bo będzie ważył go przy odbiorze, dopadłem do worka i całą garść grochu sypnąłem do ust. Groch był twardy, więc sobie na noc wsypałem do miski i nalałem wody, a rano groch był miękki.

1788

Nastał teraz dla mnie lepszy czas, głodny już nie byłem. Nie mogłem też wytrzymać, bym nie poczęstował towarzyszy niedoli i nie podawał im grochu. Na tym oddziale, gdzie byłem, na trzydzieści pojedynek kilku nas tylko dostało groch do przebierania.

1789

Niemcy, gdy dali komu pracę, to szukali takiego więźnia, który by był dobrze zbudowany, nawet do przebierania grochu. Wyjątku nie robili. Ponieważ jeszcze źle się nie trzymałem, zostałem wyróżniony i dano mi groch.

1790

Wychodząc na spacer, ukradkiem towarzysze błagali mnie o groch podając mi chusteczki, a ja z prawdziwym poświęceniem podawałem każdemu, kto mnie tylko prosił, nie patrząc, co będzie później. Nie mogłem patrzeć na tych ludzi wyniszczonych, ledwo włóczących nogami. Gdy zaś byłem w celi, pukano do mnie ze wszystkich stron, bym podał grochu.

1791

Wieczorem z cel nade mną leżących spuszczano „windy” i woreczki, a ja podawałem, ile tylko mogłem. Tak z worka dwa i pół cetnarowego pozostało mi na drugi tydzień zaledwie z ćwierć worka. Tak źle i tak niedobrze – pomyślałem — i tak będzie brak przy wadze, więc rozdałem niemal wszystko. A gdy pewnego dnia usłyszałem, że Ról chodzi już zbierać groch, cały zadrżałem. Co prawda nabrałem sił trochę od grochu i byłem gotowy na wszystko…

1792

Za chwilę drzwi się u mnie otworzyły.

1793

Erbsen[164]! — krzyknął groźnie Ról. Twarz miał zeszpeconą, gniewną. Przeklinał, że u drugich już brakowało po trzydzieści funtów do wagi.

1794

Słysząc to, nie wiedziałem, co mam robić, niemalże traciłem przytomność umysłu.

1795

Ról widząc, że nie ruszam się z miejsca, zrobił krok do celi i krzyknął po raz drugi. Instynktownie przytuliłem się do kąta, tak żebym mógł się skryć przy ścianie, gdyby mnie chciał bić. Ról spojrzał na mnie strasznym wzrokiem i krzyknął:

1796

Du verfluchter Jude, bist du noch frech? Wo sind die Erbsen?[165]

1797

Wtem spojrzał na stół, tam w worku było zaledwie dziesięć funtów grochu. Twarz Róla w tej chwili wyrażała więcej zdziwienia niż gniewu i bez słowa zaczął mnie okładać bykowcem. Podniosłem taki krzyk, że z kancelarii wszyscy urzędnicy przybiegli. Ról musiał zaprzestać egzekucji i tylko ograniczył się do tego, że natychmiast zakuł mnie na ręce i nogi i tak rzucono mnie do karcu.

1798

Więźniowie byli tak przygnębieni, że słysząc, iż kogoś biją, nie śmieli się wcale odezwać. Ci, co mi pomagali groch zjeść, nawet nie odezwali się, gdy mnie katował. Skończyło się na tym, że czternaście dni siedziałem w karcu, a Ról miał mnie już odtąd na oku.

1799

Właścicielem tego życiodajnego grochu, jak się później dowiedziałem, był pewien ziemianin niedaleko mieszkający. On to dał na początku sto cetnarów do przebierania za pewną opłatą, a odebrał tylko pięćdziesiąt cetnarów, resztę zjedli. Po tym wszystkim groch dano do przebierania tylko kobietom, których już teraz było sporo, bowiem przyszedł transport kobiet z „Pawiaka”.

1800

Raz na miesiąc prowadzono też nas do łaźni, która była oddalona ze trzy wiorsty od miasta. Dzień ten był wielkim świętem dla nas, bowiem krewni i znajomi aresztantów odprowadzali każdą partię tam i z powrotem. A gdy byli dobrzy żołnierze, pozwalali podawać nam coś do jedzenia. Tego dnia niemalże każdy podjadł sobie, bo jeden drugiemu udzielał, gdyż i tak nie było wolno do więzienia brać. Żołnierze pilnowali, by ze sobą nic nie brać, obawiając się kozy.

1801

Tu trzeba przyznać żołnierzom niemieckim, że niemal każdy posterunek niemiecki, co nas prowadził do łaźni, a było ich z piętnastu na jedną partię, pozwalał rozmawiać i przyjmować jedzenie. Bardzo współczuli nam.

1802

Łaźnia trwała niemal cały dzień. Wychodziliśmy z więzienia o godzinie dziesiątej rano. Tam dopiero więźniowie na zmianę pompowali wodę, potem dopiero była łaźnia.

1803

Niemcy, którzy obsługiwali łaźnię, byli bardzo złymi ludźmi, bili też więźniów za byle co. Ubrania wszystkie zostały wzięte do parowania, a gdy więzień nie odnalazł na czas ubrania z pieca albo nie podał prędko, oberwał zawsze szturchańca.

1804

Najgorzej zaś było, gdy musieliśmy zaraz z łaźni wyjść na mróz i stać, zanim stu ludzi ustawiono w szeregi po czterech. Co prawda, mieliśmy koce ze sobą, jednakże jeden więzień się przeziębił i umarł po tej łaźni.

1805

Taki tryb życia prowadziliśmy w tym przeklętym „Czerwoniaku”.

1806

Trzeba przyznać, że ubranie więźniowie dostawali dobre, podobno zostało po Rosji. Bieliznę dostawaliśmy co tydzień, skarpetki, chustki do nosa i chustki na szyję, a nawet ci, co pracowali, otrzymywali ciepłą bieliznę.

1807

Ale głód był straszny.

1808

Naczelnikiem był oficer niemiecki, nazywał się Ring, ten mało co interesował się więźniami. Czasami tylko urządzał sobie małą rozrywkę w ten sposób: zachodził do próżnej celi, kładł aresztancką czapkę na głowę i wyglądał oknem, wołając różne imiona. Gdy zaś który się odezwał, zapisywał go, by ukarać karcem.

1809

Później, gdy się więźniowie połapali, kto to woła: Stasiek, Franek, Maniek, nie odpowiadali już na wołanie, a trzeba wiedzieć, że tam skrzydła pojedynek stoją naprzeciw siebie, więc dlatego, gdy włożył czapkę aresztancką, myśleli, że to więzień.

1810

Pewnego razu przebrał, się nawet w ubranie aresztanckie. Idąc do łaźni, musieliśmy przejść przez korytarz, skąd prowadziły drzwi do kancelarii. Naczelnik w przebraniu wkręcił się niespostrzeżenie między nas, owinięty kocami na głowie. Wszakże fortel mu się udał, ale niezupełnie. Korytarzowy ostrzegł nas, a my żołnierzy, by nie dopuszczali nikogo do nas. Dopiero gdy stanęliśmy na miejscu, zrzucając z siebie koce, krzyknął na więźnia, by mu ściągnął więzienne ubranie, stanął w swojej całej okazałości, ze szpicrutą w ręku, wodząc dumnie oczyma wokoło nędznych więźniów, jakby tymi dokonał wielkiego czynu bohaterskiego.

1811

Następnie wypadł z łaźni, zawołał kilku Niemców i kazał aresztować wszystkie baby, które oczekiwały na nas. Popędził wszystkie do więzienia, może z pięćdziesiąt osób trzymał ze dwie godziny w jednej dużej celi, a gdy podniosły krzyk, wypuścił.

1812

Ten sam pan naczelnik co chwila zmieniał sobie kucharkę, którą wybierał z kobiet aresztantek. Rzecz naturalna, że brzydkich kucharek nigdy nie brał. A miał z czego wybierać, bo kilka kobiet było bardzo urodnych, ale o tym jeszcze później wspomnę.

XLIV

1813

Starszy dozorca Schreiber był niezłym człowiekiem, nigdy więźnia nie bił. Był to człowiek pięćdziesięcioletni z czarną bródką przetkaną siwizną. Miał dwadzieścia dwa lata służby więziennej w „Zuchthausach”. Był on tu „Hausvatrem[166]”, a tak mało miał z więźniami do czynienia. Nieraz słyszano, jak wyrzucał Rólowi jego postępowanie. Jednak ten sobie z tego nic nie robił i z dnia na dzień stawał się dla nas gorszy.

1814

Schreiber uczył się po polsku, a najlepiej z całego słownika polskiego podobały mu się i znał takie słowa, jak: słonina, masło, kiełbasa, jaja, wódka, które często pakował w posyłki i wysyłał do „Vaterlandu”. Nieraz, chcąc się popisać swoją mową polską, przemawiał do więźniów po polsku tak, że sam diabeł by go nie zrozumiał. Zwykle tak się wyrażał do złodziejaszków, którzy po wyjściu na wolność przyszli po raz drugi:

1815

— Ty złodziej? — Ty głupi, nie złodziej. — Mądry złodziej, świnia na patelnia, a kobieta na łóżka. Niedobry złodziej tu siedzieć.

1816

Schreiber nie lubił niedobrych złodziei.

1817

Ról był katem, a zarazem felczerem. Codziennie o godzinie trzeciej po południu korytarzowy krzyczał:

1818

— Kto jest chory?

1819

Wówczas chorzy podawali dzwonek, a dozorca wypuszczał kolejno z celi. Chorzy zbierali się na środku centrali. Ról z rękoma założonymi w tył spacerował tam i z powrotem, puszczając dym z fajki i uśmiechając się do siebie.

1820

Była to jedyna komunikacja między więźniami. Gdy kto chciał się zobaczyć z drugim, robił się chory, a Ról jakiś czas nie domyślał się. Dawał proszki, smarował jodyną i jeszcze innymi medykamentami, aż ktoś mu doniósł, że ekstra schadzki się tu odbywają, przychodzą na kombinacje, a proszki biorą po to, by mieli papierek potrzebny do palenia. Teraz Ról wziął się na inny sposób. Czekał, aż wszyscy się zbiorą na korytarzu ze wszystkich stron z oddziałów. Następnie zbliżał się do pierwszego z brzegu.

1821

Was ist los?[167]

1822

— Tu, panie, boli! — pokazuje więzień na plecy.

1823

Ról podniósł bykowiec i bije, gdzie popadnie. Więzień ten zmyka do celi, a on pyta dalej po kolei. Drudzy, widząc co się dzieje, zmykają póki czas.

1824

Ról triumfująco uśmiechał się do dozorców, którzy przypatrywali się tej scenie, po czym zabierał z sobą kilku chorych, którzy pozostali, nie mając sił uciekać.

1825

W ten sposób Ról odróżniał chorych od zdrowych.

1826

Ról był też specjalistą od rwania zębów, jak tylko spostrzegł u więźnia złoty ząb, zaraz mu go wyrywał, twierdząc, że złota nie wolno mieć przy sobie.

1827

Więźniowie umierali w pojedynkach, można powiedzieć bez zupełnej opieki[168] lekarskiej. Szpitala tu zupełnie nie było, jak kto miał rodzinę i już konał, to go wydali do szpitala na wolność. Co prawda, przychodził tu raz na tydzień lekarz, ale gdyby on zupełnie nie przychodził, byłoby lepiej.

1828

Lekarz ten, szkoda, że hańbił tytuł, który nosił. Był to młodzik lat może dwudziestu pięciu, a nazywał się Lind, pochodził z Warszawy. O, chciałbym, aby przeczytał, co ja o nim piszę. Miał on pod sobą szpital dla kobiet kontrolnych na Rybakach[169]. Co miesiąc wystawiał więźniów i zaglądał do du-y, do dziś dnia nie wiem, co on tam takiego szukał…

1829

Jak więzień skarżył się do niego, że jest chory, pytał na odległość, nie patrząc wcale na więźnia:

1830

— Co cię boli?

1831

— Pierś, panie doktorze.

1832

— A co jeszcze?

1833

— Głowa mnie też boli.

1834

— A co jeszcze?

1835

— W krzyżu mnie boli.

1836

— Co jeszcze?

1837

Więzień, miarkując, że drwi z niego, odpowiada:

1838

— Nic już więcej, panie doktorze.

1839

— Możecie iść, święta ziemia wszystko wyciągnie.

1840

Albo też nieraz odparł:

1841

— Nie trzeba było kraść, rabować i przychodzić do więzienia.

1842

Jak więzień się bardzo stawiał, kazał karać jako symulanta. A przychodził taki, co już umierał, mówił:

1843

— Dlaczego wy nie przyszliście wpierw z tą chorobą? — i znów przedstawiał go do ukarania za ukrywanie choroby.

1844

O ile więzień skarżył się przed nim, że go pobili, mówił:

1845

— Pokażcie jakieś znaki.

1846

Więzień obnażał się.

1847

— Tylko tyle? To jeszcze nie jest tak źle, możecie iść.

1848

Dużo więźniów wzięło się też na taki sposób: gdy słyszeli, że wydają obiad lub kolację, a są już blisko jego celi, wówczas prędko wieszał się, wtedy sadzali takiego na celę ogólną, by mu udaremnić ten zamiar. Niemcy zaś połapali się, dlaczego to robią akuratnie, gdy są już blisko celi i że tylko symulują, by się dostać na ogólną celę. Od tego czasu, gdy dozorca otwierał celę, a zauważył, że więzień wisi, śmiał się i przymykał z powrotem celę, a ten nieszczęśliwiec naprawdę zostawał nieboszczykiem.

1849

Nie przesadzam tu wcale, o ile powiem, że takie wypadki bywały niemal co tydzień. Umarłych zanoszono zupełnie nago do „towarowej stacji”, leżeli oni tam tak długo, zanim zebrało się ich kilku, a czekać na to nigdy nie trzeba było długo.

1850

Wówczas po trzech, a nawet czterech kładziono w zbitą pakę, zwaną przez więźniów „familijnym pokojem” i zawożono na cmentarz. Tam kilka razy wspólnie z innymi więźniami byliśmy brani do tej czynności jako grabarze. Chętnie szliśmy na cmentarz, gdyż tam jakaś litościwa kobieta podawała zawsze coś do jedzenia.

1851

Jak już poprzednio zaznaczyłem, Niemcy do pracy brali tylko tych, co jeszcze jakoś się trzymali, a mnie jako więźnia karnego zaczęto stale brać do pracy, która była dla nas zbawieniem. Gdy zaś umarł rosły więzień, to go pakowano i odsyłano gdzieś koleją, gdzie, tego nie wiem. Więźniowie szeptali między sobą, że taka posyłka szła do „Vaterlandu”, przy czym żartowali jeden do drugiego, gdy który był rosły:

1852

— Nie martw się, niezadługo pojedziesz do „Vaterlandu”.

1853

Przeciętny nieboszczyk nie ważył więcej niż trzydzieści kilo. Same szkielety. Jednym słowem, trzeba tu mieć pióro Boya-Żeleńskiego, by móc to opisać i przedstawić całą zgrozę życia, brak mi jest słów, abym mógł wszystko przedstawić i opisać, co tam w „Czerwoniaku” się działo przez cały szesnasty rok i na początku siedemnastego. Później się polepszyło, gdyż zaczęli przyjmować podania chleba w małej ilości i po kawałku sera, więcej było wzbronione. Gdy komu, przeważnie ze wsi, przywieźli masło, słoninę, to przyjęto, ale więzień tylko dostał kawałek chleba i sera, a resztę panowie Niemcy niby to „skonfiskowali” na rzecz ogólnego kotła, a w rzeczywistości szło to w posyłkach do „Vaterlandu”, co na własne oczy później widziałem.

1854

Podania przyjmowano tu co dwa tygodnie, zawsze w niedzielę. Wszystkiego chleba więzień nigdy nie otrzymał. Żeby mu podano bochen nawet taki wielki jak koło od wozu, nie dostał on z tego więcej niż ze trzy funty, a resztę „skonfiskowano”.

1855

Więźniowi, któremu przynoszono bogate podania, nigdy nie dano widzenia. Dlatego oczywiście, by nie mógł powiedzieć, że on tego nie otrzymał, gdyż wtedy przestano by tak dużo nosić.

1856

Katowanie więźniów w końcu siedemnastego roku też trochę uległo zmianie. Przybyło tu coraz więcej Polaków na służbę. To trochę krępowało Niemców. Polacy starali się nasze cierpienia załagodzić, w czym tylko mogli. Niemcy stawali się z dniem każdym mniej śmiali, widać przeczuwali bliski koniec swego panowania. Tylko jedyny Ról nie zmienił swego postępowania. A nawet stał się gorszy.

1857

Pewnego dnia, a było to pamiętam w marcu, wzięto mnie do piwnicy do przebierania kartofli. Dozorca wpuścił nas, ze dwudziestu więźniów i zamknął do obiadu. Jeden z więźniów zwąchał w komórce beczkę z kiszoną kapustą, wszyscy jak jeden rzuciliśmy się do jedzenia. Ja nawet posunąłem swoją odwagę do tego, iż postanowiłem i do celi na jutro nabrać kapusty. Zawsze po skończonej pracy rewidowano nas, czy nie mamy surowych kartofli przy sobie, bo dużo brało surowe kartofle, które następnie rozgniatano łyżką, wkładano do potraw i tak jedzono. Byli też tacy, co wody zimnej dolewali do zupy, by mieć więcej. Ci strasznie puchli. Później już zarządzono, że przy obiedzie i kolacji musowo było wystawiać wodę na korytarz, dopiero po obiedzie dawano wodę z powrotem. Jednak byli łakomcy, co chowali sobie wodę do obiadu, a gdy Ról złapał takiego, zabrał mu obiad, zbił tak, że ten kilka dni nie mógł się ruszyć. Ale wracajmy do kapusty. Jak tu ją przenieść, pomyślałem, nareszcie wpadłem na sposób. Wiadomo przecież, że życie w więzieniu wymaga sprytu. Wycisnąłem dobrze kapustę i wpakowałem między nogawki, w kalesony. Zawołano nas na obiad. Przy rewizji dobrze przeszedłem, teraz stałem przy swojej celi nr 4, przy samej centrali, na dole. Na moje nieszczęście Ról szedł, by mi otworzyć drzwi i wpuścić do celi, już wsadził klucz, by przekręcić, gdy wtem nagle zauważył trochę wody przed drzwiami i zwrócił się do mnie.

1858

Was ist los? — pokazał palcem na asfalt.

1859

— Nie wiem, ktoś musiał trochę wody wylać.

1860

Ról, z natury bardzo podejrzliwy, nie bacząc na moją trafną odpowiedź, kazał mi się rozebrać.

1861

Zdjąłem marynarkę, ciepłą koszulę i odpiąłem spodnie.

1862

Alles! Alles[170]! — krzyknął Ról, widząc, że woda cieknie mi z nogawki. Chcąc nie chcąc, rozbierałem się dalej, przy rozwiązaniu sznurka nogawki kapusta wypadła na posadzkę.

1863

Ról na ten widok z początku roześmiał się, później zaczął mnie okładać bykowcem, a za karę już tego dnia obiadu nie dostałem.

1864

Ról od tego grochu już miał mnie, jak mówiłem, na oku, jednakże o tym już zapomniał, brał mnie często do pracy, a teraz znów mnie dostał i prześladował na nowo.

1865

Tak minęła zima, przyszła wiosna. Pomimo, że nie miałem żadnej nadziej na lepsze jutro, samo nadejście wiosny i widok słońca zaglądającego ciekawie do mojej celi, dodawały mi otuchy i energii.

1866

Sytuacja moja po tej kapuście znów zaczęła się poprawiać. Brano mnie co dzień teraz do pracy, a że pracowałem chętnie, nie dano mi ani minuty siedzieć w celi. Przy pracy, jak wiadomo, nie byłem na tyle pilnowany, jak w celi. Pod tym względem Niemcy nie bardzo więźnia prześladowali przy pracy.

1867

Zacząłem nawet marzyć o ucieczce, a głodu już tyle nie odczuwałem. Starałem się, jak mogłem. Tu ukradłem kartofli, tam buraków upiekłem albo ugotowałem, marchew należała do delikatesów i nieczęsto udawało mi się tego przysmaku ściągnąć.

1868

Żołnierze na warcie w bramie czasem podawali coś, co pozostawało im z jedzenia, a były to okruchy z marnego stołu. Sami oni byli nieraz głodni. Ponieważ dobrze wyglądałem, Niemcy zwali mnie „Dicker[171] .

1869

Myślałem na to, że gdybym tak nagle tu umarł, znów znalazłbym się w „Vaterlandzie”. Starałem się jednak tego głupstwa nie robić. Nawet jako nieboszczyk bałem się tam wrócić.

1870

Pracy żadnej się nie obawiałem, nawet przez cały tydzień Niemcy orali mną. Zaprzęgnięto sześciu więźniów do pługa i cały kawał pola przy więzieniu pooraliśmy. Dostaliśmy za to po czterysta gramów chleba dziennie i kubełek dolewki.

1871

Chłopi i baby przechodząc koło nas i widząc, jak Niemcy nas popędzają w pługu, żegnali się nabożnie rzucając nam kawałek chleba lub coś innego do zjedzenia.

1872

Dziwna rzecz, byłem teraz nawet zadowolony z tego życia. Przychodząc na noc do celi, upadałem na łóżko i naprawdę mogę sobie powiedzieć, że wtedy spałem, jak to się mówi, snem sprawiedliwych.

1873

Ról przestał zupełnie mnie prześladować, dowiedział się bowiem, że dobrze pracuję. Na dowód tego przynosił mi nieraz w niedzielę dolewki. Śmiał się nawet z moich psot, które od czasu do czasu jeszcze urządzałem.

XLV

1874

Pewnego dnia po obiedzie Niemiec wziął nas, czterech więźniów, do pracy, do kasyna oficerskiego. Kasyno stało przy ogrodzie publicznym, niedaleko więzienia. Niemiec rozkazał nam kubełkami z piwnicy wyczerpywać wodę, której się tam uzbierało dość sporo. Piwnica była dobrze zaopatrzona w różne trunki, stały tam półki pełne różnego wina i koniaku. Pomyślałem sobie, że niemieccy oficerowie nieźle żyją w Polsce, a okruchy z kasyna na pewno byłyby lepsze niż żołnierskie, o których wspomniałem.

1875

Mnie, jako zaufanemu i dobremu robotnikowi, nakazał Niemiec stanąć na środku piwnicy, drugiemu zaś przy drzwiach, a trzeci stanął na schodach, zwarty znów wylewał wodę do rynsztoka. Niemiec stał z karabinem na podwórzu. Co chwilę krzyczał do mnie, bym prędzej podawał wodę w wiaderkach. Widać obawiał się, bym tam w piwnicy nie zgrzeszył.

1876

Co do mnie, przyznam szczerze, że na widok tych życiodajnych napojów mdło mi się zrobiło i dusiło coś w gardle. Więc nic dziwnego, że jedną ręką podawałem wodę, a drugą szukając po omacku, ściągnąłem jakąś flaszkę z długą szyjką, wiedząc z doświadczenia, że taka nie zawodzi. Zbiłem szyjkę i wypiłem zawartość jednym tchem, po czym flaszkę rzuciłem w ciemny kąt. Jednakże nie zauważyłem, że usta sobie skaleczyłem tak mocno, że z winem piłem własną krew, ledwo udało mi się krew zatamować, by dozorca tego nie zauważył.

1877

Pomyślałem też o współtowarzyszach niedoli, by przy takiej okazji też sobie wypili. Nie myśląc długo, wpuściłem jedną flaszkę do nogawki. A spodnie mieliśmy grube i bardzo szerokie, przymocowałem ją do nogi podwiązką. Poprosiłem Niemca, że chcę iść do ustępu, ten pozwolił, nie rewidował wcale, pozostawiłem tam flachę i mrugnąłem do kolegów. Oni mnie doskonale zrozumieli, wiedząc, że jestem bardzo przedsiębiorczy i że razem pracuję zawsze. Muszę tu powiedzieć, że dobrze żyliśmy ze sobą, pomagając sobie nawzajem. Najmniejszy zarobek dzieliliśmy między sobą. Kwestia żydowska tu nie istniała. Byliśmy sobie braćmi.

1878

Tak w tej przerwie wyniosłem trzy flaszki do ustępu. Sam sobie jeszcze wyciągnąłem jakąś flaszkę smacznego wina. Na ostatku przywiązałem sobie jeszcze do nogi płaską butelczynę, by przenieść ją do więzienia.

1879

Przy rewizji dozorca nie znalazł u mnie nic, bo tylko powierzchownie nas obmacał, na korytarzu już „odpaliłem” flaszkę korytarzowemu, a on mi za to miał dać dwadzieścia „klamotów”[172] po siedemdziesiąt pięć gramów.

1880

W celi dopiero w głowie zaczęło mi się mieszać. Przy kolacji korytarzowy, widząc, że jestem podpity, zabrał mi prędko ubranie i zamknął celę, abym mógł się położyć spać, tak że Ról mnie już nie widział.

1881

Noc spędziłem strasznie, wymiotowałem wszystko. Za łakomstwo cierpiałem okropnie. Dopiero nad ranem wytrzeźwiałem zupełnie.

1882

Całą celę moją czuć było alkoholem. Prędko zerwałem się z łóżka, by ślady zatrzeć. Wymyłem podłogę, jednakże czuć było tu jeszcze winem. Byłem zgubiony.

1883

Ról, jak tylko rano otworzył celę, od razu poczuł, przystąpił do mnie i kazał mi chuchać na siebie. Następnie zrewidował celę. Domyślał się wszystkiego, wiedząc, gdzie byłem wczoraj przy pracy. Jednakże nie bił mnie, tylko pogroził mi palcem i kazał jeszcze raz dobrze wyszorować celę.

1884

Zrozumiałem, że nie chciał tego poruszać, bo odpowiedzialność spadłaby wtedy na niemieckiego dozorcę. A gdyby nad nami dozorował Polak, na pewno nie podarowałby mi tego.

1885

Zaraz z początkiem maja poczęto budować tu łaźnię i pralnię, przerabiano je z dawnej łaźni, więc potrzebni byli murarze. Werkmistrz chodził po celach i pytał, kto jest murarzem. A że ja nosiłem się wciąż jeszcze z zamiarem ucieczki i szukałem jeszcze lepszej okazji, więc chwytałem się wszystkich fachów, może z murarki lepiej mi się uda, myślałem. Podałem się więc za murarza.

1886

Werkmeister był bardzo zadowolony, że znalazł murarza i do tego takiego, co rozumie po niemiecku. Patrząc na mnie, żem więzień karny i do tego mam nieduży wyrok, bez słowa wziął mnie zaraz ze sobą. Nie pytał Róla, który był na obiedzie. Ten z pewnością odpowiedziałby, co ja za gość i nic by z tego nie było. Korzystając z tego, że go nie ma, zaprowadził mnie do budynku, który miano przerobić na łaźnię. Tu wyjął plan i począł mi tłumaczyć, jak tu będzie wszystko przebudowane. Przytakiwałem mu we wszystkim. Następnie objaśnił mnie, że potrzebuje aż dziesięciu murarzy i dwóch malarzy. A znalazł tu tylko mnie jednego. Mówił, że sprowadzi murarzy z innego więzienia, a na razie mogę się tu rozejrzeć. Pokazał mi zbitą z desek formę do odlewania cementowych korytek dla świń, przy czym pokazał również plan budowli chlewa dla świń. Następnie objaśnił, gdzie stoi cement i kazał mi wziąć się do tych korytek. Sam zabrał się i poszedł na obiad.

1887

Po upewnieniu się, że werkmistrz oddalił się, wybiegłem z budynku na podwórko, aby się rozejrzeć, czy nie ma tu jakiej drogi. Doznałem rozczarowania, bo nic tu nie dało się dokonać. Wróciłem więc do budynku i stałem nad beczką z cementem, rozmyślając, jak się wziąć do tego. Najmniejszego pojęcia nie miałem o robieniu korytek. Zarazem zrozumiałem, że jednak trzeba tu coś robić, otworzyłem beczkę i nabrałem pełne wiadro cementu i wysypałem na podłogę. Następnie, nie będąc pewny, czy dobrze robię, dosypałem pół wiadra piachu, po czym wyszedłem na podwórko i napompowałem wiaderko wody, zabierając się do mieszania.

1888

Okazało się, że za rzadko zrobiłem, dosypałem więc cementu, zdawało mi się, że już za gęste, więc poszedłem znów po wodę i tak mieszałem dalej zawzięcie.

1889

Myślałem, co on powie, gdy przyjdzie z obiadu. Coś niecoś widziałem w domu, jak murarze robili przy budowie naszego domu, zresztą nieraz im pomagałem, o czym już wspomniałem. Na myśl mi nawet nie przyszło, że psuję cement, a do odlewania korytek nie tak trzeba robić.

1890

Nareszcie przyszedł majster, zaraz od progu zauważyłem, że rusza wąsami. Doszedł do mnie blisko i zagadnął mnie ze złością:

1891

Du Maurer?[173]

1892

Nic nie odpowiedziałem.

1893

Zapytał mnie po raz drugi, a gdy nie otrzymał odpowiedzi, złapał za gracę[174].

1894

Ja od razu zmiarkowałem, że tu źle będzie i próbowałem uciekać. Niemiec pędził mnie po całym podwórku aż do gmachu i okładał gracą, krzycząc ciągle:

1895

Du Maurer, verfluchter Spitzbube[175]!

1896

Następnie, gdy mi już drugi dozorca otworzył pierwsze kraty, pędził mnie jeszcze przez korytarz i znów przez kratę, a potem do samej celi.

1897

Ról śmiał się do rozpuku, gdy werkmistrz mu opowiadał, jak to on mi pokazywał plany budowli i jak przytakiwałem mu, że wszystko zrobię i jak cement rozrobiłem.

1898

Za tę swoją pracę murarską otrzymałem w nagrodę siedem dni karceru.

1899

Tymczasem przyszedł transport więźniów z Warszawy, a między nimi piętnastu murarzy, tych zaraz wzięto do roboty. Między piętnastoma murarzami, specjalnie tu wysłanymi, było zaledwie dwóch rzeczywistych murarzy, a reszta to tacy sami murarze jak ja.

1900

Po odsiedzeniu karcu znów zabrał mnie werkmistrz do roboty, potrzebował zdrowych i mocnych chłopów, a tych nie było. Murarze, którzy przyjechali z Warszawy, wyglądali strasznie, istne szkielety. Byli oni, jak mi opowiadali, w głośnej wówczas „Białej-Podlasce” na robocie w lasach. Straszne rzeczy opowiadali, co tam się działo.

1901

Posłano tam w roku szesnastym nieomal z wszystkich więzień kilkuset więźniów do wykarczowania pni, a przez parę miesięcy do siedemnastego roku pozostało kilkudziesięciu więźniów. Tych rozbitków odesłano z powrotem do więzienia z rozkazu jakiegoś generała, który zwiedzał to piekło i natychmiast kazał wszystkich odesłać do więzień z powrotem.

1902

Więzień murarz, który był tam przez ten czas naocznym świadkiem, opowiadał mi straszne rzeczy. Mówił, że „Czerwoniak” z jego Rólem jest rajem.

1903

Muszę tu powtórzyć fakty, które niejeden więzień, który tam był, opowiadał mi tak samo.

*

1904

Do jednego baraku w zimie szesnastego roku spędzono z różnych więzień po dwieście i więcej ludzi. Śniegi i deszcze padały wprost na głowy, spać musieli na gołej podłodze, a każdy otrzymał tylko jedną podartą derkę. Do roboty gnano ich rano od godziny czwartej do szóstej wieczorem. Więźniowie, kładąc się spać, aby było ciepło, układali się jeden przy drugim, jak śledzie. Wpierw wszyscy kładli się na prawym boku, później zaś o północy, jakby na komendę, wszyscy przewracali się na lewy bok.

1905

Nie było też dnia, by nie umarło kilku więźniów. Wyobraź sobie, mówił do mnie któryś, jaki był wielki głód: gdy w nocy ktoś z nas zmarł, nie meldowano, aby brać za niego jedzenie.

1906

Były nawet takie wypadki, że po kilka dni przechowywali nieboszczyków, by tylko jedzenie za niego brać. Bójki i kłótnie tam nie ustawały, tworzyły się bandy po kilkunastu i napadały na słabszych, rzecz naturalna, że na chamów i frajerów i odbierano im chleb, a chamem i frajerem był każdy, kto był słabszy od innych.

1907

Straszne rzeczy tam się działy, wokoło baraków był naciągnięty drut kolczasty i naelektryzowany. Wojsko krążyło też wokoło. Do środka baraków Niemcy wcale nie wchodzili. Trupy polewano naftą i palono w lesie na stosie. Bito więźniów na każdym kroku pałkami. W największy śnieg pędzono w trepach do pracy. Ubranie było wyrobu papierowego.

1908

Bywało nieraz, że po drodze do pracy więzień gubił sandałek w śniegu. Niemcy, nie chcąc zatrzymać całej partii i zaczekać, aż ten odnajdzie zgubę, pędzili go dalej zupełnie boso. Ci śmiałkowie, co próbowali ucieczki, zostali schwytani i zmasakrowani kolbami niemal na oczach więźniów, dla odstraszenia.

1909

Między kryminalnymi było bardzo dużo jeńców wojennych, którzy pouciekali z obozów dla nich, a gdy ich złapano, trzymano potem w więzieniu. Było też dużo chłopów, którym za broń Niemcy dawali karę śmierci, dożywotnie więzienie lub piętnaście lat.

1910

Rozdawanie obiadu ani razu nie odbyło się, by Niemcy kogoś nie zbili. „Pewnego razu ja sam — mówił murarz — gdy nabrałem kawy, potknąłem się i upadłem, więc kawa mi się wylała. Błagałem Niemca, aby mi dał drugi raz kawy, ale ten tak mnie zbił drągiem, że dwa tygodnie leżałem w baraku i ruszyć się nie mogłem.

1911

Pewnego wieczora „sporutowaliśmy”[176], że w baraku nad nami jest magazyn z prowiantami, nie namyślając się długo, zrobiliśmy otwór w suficie i nie myśląc wcale o karze, wszyscy postanowiliśmy się raz najeść, potem możemy „zakitować”. Zabrano tam ze dwieście bochenków chleba i wędzonej słoniny, dużo konserw, dwie beczułki rumu, tytoń, papierosy, cygara, jednym słowem wszystko, co się dało zgryźć i podulić[177]. Przez całą noc trzystu wygłodniałych ludzi z dwóch baraków, które ze sobą się łączyły, wszystko opchnęli. Dopiero nad ranem Szwaby tropnęli się i wściekli wpadli do baraków i kolbami bili nas na prawo i na lewo, gdzie i kogo popadło, całe trzy dni prowadzili śledztwo. Po jednym nas wołano, jednak nic nie pomogło, winowajców nie znaleźli, a z nas nikt się nie „pucował”[178]. Wszyscy jednogłośnie twierdziliśmy, że wszyscy kradzież popełniliśmy, nie jeden.

1912

Po tym zajściu Niemcy odegrali się i zmniejszyli nam porcje chleba ze stu pięćdziesięciu gramów na sto, a do jedzenia dawali samą „wachę”[179].

1913

Więźniowie też czym mogli, odpłacali się, jedni zakradali się do dyżurki komendanta, który był sierżantem i tam Wilhelmowi oczy wydłubali[180] i zabrali całe pudło cygar. Jeszcze dużo innych psot mu wyrządzili. Istne piekło tam było” — zakończył.

1914

A więzień ten, przez czas opowiadania mienił się na twarzy na samo wspomnienie, co się tam działo.

*

1915

Raz też byłem świadkiem takiej hecy. W celi ogólnej, gdzie siedziało po dwudziestu czterech więźniów, podczas obiadu więźniowie zawsze stawali w ogonek, a korytarzowy nalewał każdemu obiad, drugi zaś więzień liczył na głos: raz, dwa, trzy, itd. Podczas tych czynności uważał na wszystko Niemiec, który niedawno przybył z „Vaterlandu”, aby się znęcać nad nami. Zauważyłem, że nic nie mówił, póki liczono do dziesięciu, a gdy usłyszał jedenaście, dwanaście, trzynaście itd., jak krzyknie: „Donnerwetter[181], naście i naście, los[182]! ”

1916

Kocioł zabrano, kilku więźniów zostało bez obiadu. Nie pomogły żadne tłumaczenia. Niemiec słuchać nawet nic nie chciał, mówił, że go chcemy oszukać. Po tym zajściu korytarzowy musiał się nauczyć liczyć po niemiecku do dwudziestu czterech.

1917

Co prawda było dużo takich, co się starali pokierować dwa razy po obiad, nie patrząc na to, że gdy go Niemiec na tym złapie, to ten ani jednego nie zje, a do tego będzie jeszcze bity i kopany.

1918

Murarską robotę robiłem do lipca, później chodziłem na polne roboty. Pompowałem też „knoty”[183] do beczek i jeszcze inne „przyjemne” roboty robiłem.

1919

Pewnego dnia, a było to, o ile pamiętam, we wrześniu, zawołano mnie do kancelarii. Jakiś wojskowy wypytywał mnie, jak długo tu już siedzę i co mam zamiar zrobić, gdyby mnie teraz chciano zwolnić.

1920

Myślałem, że Lichner mnie sobie przypomina i świeżą pułapkę szykuje na mnie. Próbowałem spytać go, co ma znaczyć to pytanie. Nic nie odpowiedział, tylko się do mnie dobrotliwie uśmiechnął i kazał mnie odprowadzić.

1921

Nie mogłem zrozumieć, co to mogło znaczyć. Wszystkie domysły były na nic. Po upływie miesiąca przyszedłem akurat z pracy na obiad, gdy Schreiber zawołał mnie do kancelarii, a tam objaśniono mi, że jako skazany przez sąd wojenny, mam darowane resztę kary, że jestem wolny.

1922

Na początku, słysząc to, własnym uszom nie wierzyłem. Jednakże, gdy zaraz wzięto mnie do przebierania, zrozumiałem, że to fakt.

1923

Dnia 28 października o godzinie drugiej po obiedzie, po raz trzeci w swoim nędznym życiu pożegnałem więzienne mury.

XLVI

1924

Wychodząc z więzienia, poczułem dopiero cały ciężar swojego położenia. Po odzyskaniu upragnionej przeze mnie wolności, do której tęskniłam całą duszą, teraz, gdy furta więzienna wyrzuciła mnie na ulicę, stanąłem przed bramą i jakaś tęsknota mnie ogarnęła.

1925

Rzecz dziwna, że gdy się jest więźniem, rozkoszą jest marzyć o wolności, gdy się zaś odzyska wolność i nie ma już o czym marzyć, to życie wydaje się niemiłe. Jakoś niechętnie ruszyłem stąd. Czyżby dlatego, że już przeczuwałem nowe nieszczęście, które mi na wolności groziło?

1926

Stanąłem i chwilę myślałem, dokąd się udać. Do domu? — nigdy! Nie śmiałbym po tym wszystkim ojcu w oczy spojrzeć. Do wspólników niesumiennych, którzy przez cały ten czas znaku życia po sobie nie dali? Albo może szukać świeżej znajomości i odegrać się za to, że cierpiałem niewinnie i znowu kraść? Przejrzałem w myśli porobione przeze mnie znajomości tu, w więzieniu. Przypomniałem sobie jedną tutejszą kobietę zwaną „Kosą Mańką”.

1927

Znajomość nasza datowała się od czasu jej pobytu tu, w więzieniu. Prosiła mnie, abym, gdy zostanę zwolniony, do niej zawitał. Kusiło mnie coś, by ją odwiedzić. Stanęła mi w całej wyobraźni jej piękna figura i złociste włosy, jej wesołe usposobienie, nawet w więzieniu stale śmiała się do chłopaków.

1928

Przypomniałem sobie, jak głodny pewnego dnia przyszedłem drzewo rąbać na podwórko administracji, jak zaniosłem jej drzewo do kuchni naczelnika, a ona nakarmiła mnie w samą porę. Ona to mi opowiadała jeszcze w więzieniu, że jest kochanką naczelnika, śmiejąc się, że już niedługo druga ładniejsza ma ją zastąpić.

1929

Była około sześciu tygodni u naczelnika. Cały ten czas, co tylko mogła, dawała więźniom do jedzenia. Zwierzyła mi się, że ona tam jest na to, by tylko nam ulżyć. Wyrok miała nieduży, bo tylko trzy miesiące. Była i tak kontrolną, więc nie miała nic do stracenia, jak się sama o tym do mnie żartobliwie wyraziła. Spodobała mi się i pragnąłem ją odwiedzić. Ale zarazem zrozumiałem, że odwiedziny te równają się powrotowi na tę samą drogę występku, do której naprawdę podczas pobytu w „Czerwoniaku” wstręt czułem.

1930

Wiedziałem też o tym, że spotkam tam dużo znajomych z więzienia. Tej właśnie znajomości obawiałem się, wahanie trwało u mnie krótko. Przez te parę minut namysłu pod bramą więzienną, gdy wiatr wolnościowy wziął mnie w objęcia, momentalnie rozprysły się moje obawy, jakbym już zapomniał przeżyte cierpienia, o Rólu i innych męczarniach. Gnany nowymi myślami szedłem na ulicę do domku, gdzie mieszka „Kosa Mańka”.

1931

Po drodze ogoliłem się i zaszedłem do krawca, który na poczekaniu wyprasował mi garnitur i płaszcz, tak że oprócz zapachu naftaliny, który bił ode mnie, wyglądałem „niczego sobie”. Pragnąłem zrobić jak najkorzystniejsze wrażenie i tak odświeżony stanąłem wieczorem u celu.

1932

Zaraz od progu „Kosa Mańka” mnie poznała. Stała zrazu zdziwiona. Wiedziała bowiem, że mam jeszcze rok do siedzenia, potem przywitała mnie bardzo życzliwie. Wytłumaczyłem jej moje nagłe przybycie. Ucieszyła się bardzo. Przedstawiła mi zaraz swoje dwie przyjaciółki, które z nią razem mieszkały. Za chwilę już siedziała u mnie na kolanach, zachęcając mnie do wódki i zakąski, którą obficie postawiła na stół. Jednym słowem znalazłem się w wymarzonym otoczeniu. Nie dała mi już odejść i zostałem tam na noc…

1933

Noc ta była bardzo urozmaicona i przeleciała jakby jedna chwila. „Kosa Mańka” zaraz z rana mianowała się oficjalnie moją kochanką. Na drugi dzień przed wieczorem przybyło trzech mężczyzn, by się zabawić. Wszyscy trzej byli ubrani dość przyzwoicie. Jednak jedno moje spojrzenie wystarczyło, by poznać kolegów po fachu. Gdy mnie zobaczyli, zaczęli spoglądać po sobie, jakby chcieli spytać, co ja za jeden. Mania, widząc ich spojrzenia rzucone w moją stronę, odwołała jednego na stronę i coś szepnęła. Ten doszedł do mnie i podał mi rękę, przedstawił siebie i kolegów, po czym zaprosił do drugiego pokoju. Wódka i różne likiery, wino i zakąski wędrowały na stół, a zabawa poszła „na całego”.

1934

Przy kieliszku zwierzyli mi się, że są „hołociarze”[184], a od czasu do czasu i „stój”[185] potrafią zrobić. Przy tym jeden, sam herszt, wyciągnął dwa rewolwery, pokazał mi je, a następnie wyjął portfel wypchany pieniędzmi i rzekł do mnie:

1935

— Może chcesz przystąpić do nas, wiem, że wyszedłeś z „Czerwoniaka” i jesteś na pewno mortusowy[186]. U nas wnet się podreperujesz. Wiem, że dla takiego eleganta — tu zmierzył mnie od stóp do głowy — może się to nie podoba, ale spróbować nie szkodzi.

1936

Począłem mu tłumaczyć:

1937

— Ja nigdy jeszcze „hołoty”[187] nie kradłem i nie mam zupełnie pojęcia, jak to się robi. A po drugie, Niemcy dają za broń karę śmierci, więc dlaczego nosisz ją przy sobie?

1938

On na to wybuchnął śmiechem i odparł:

1939

— Jak widzę, ty się, brachu, Szwabów boisz, co do nas, to my nie bardzo.

1940

Tu pokazał na swoich wspólników i rzekł:.

1941

— Prawda Maniek? Prawda? My się tam Niemców nie boimy.

1942

— Prędzej oni nas — odparł Maniek.

1943

Nareszcie dałem się przekonać, bo na gwałt potrzebowałem pieniędzy. Zapewniali mnie także, że nie dadzą mi zbyt ryzykować, jak to zazwyczaj bywa, a „dolę” dostanę na równi z nimi.

1944

Wieczorem tęgo dnia, odprowadzeni przez dziewczęta aż za miasto, wyszliśmy we czterech na wyprawę.

1945

Była pochmurna noc listopadowa, już było zimno, tak że szliśmy pieszo jakieś osiem wiorst od miasta, by się zagrzać. Po drodze herszt, jak przy zabawię był gadatliwy, tak teraz uparcie milczał. Prawdopodobnie rozmyślał, w którą stronę ma się udać. Był to dwudziestokilkuletni mężczyzna, bardzo przystojny, energiczny i ze stalowym wzrokiem. Nazywał się Stasiek. Drugi był niskiego wzrostu, krępy i o wesołym, bezmyślnym wyglądzie. Nazywał się Maniek. Ostatni nazywał się Wojtek, istne dziecię „Lombroso”[188].

1946

Ten ostatni przez cały czas przy zabawie nie odzywał się, tylko przytakiwał głową na wszystko, przymrużając małe oczka i prędko przenosząc je z jednego przedmiotu na drugi. Po drodze grał sobie na organkach.

1947

Maniek rozmawiał ze mną, opowiadając mi o sobie. Okazało się, że tylko Stasiek dwa razy siedział w więzieniu, a drudzy nie siedzieli ani dnia. Przyznał mi się, że już za Rosji chodził kraść, a jednak jeszcze nie siedział.

1948

Opowiadałem mu o Rólu, o życiu w „Czerwoniaku”. Wojtek przerwał grę na organkach i również przysłuchiwał się z natężeniem o życiu w więzieniu. Widać, że zrobiło to na nich wrażenie, gdyż resztę drogi szliśmy już zupełnie w milczeniu. Na każdym z nas było widać smutek i przygnębienie. Stasiek prowadził nas przez pola i lasy, a potem stanęliśmy niedaleko jednej wsi, skąd dochodziło szczekanie psów.

1949

Przystanęliśmy i Stasiek nareszcie przemówił:

1950

— Ty — mówił do Mańka — pójdziesz ze mną po jednej stronie wsi, a Wojtek pójdzie sam po drugiej stronie.

1951

Po czym zwrócił się do mnie:

1952

— Jak chcesz, bym cię nazywał?

1953

— Nachalnik mnie zwą.

1954

— Więc dobrze, „Nachalnik”, ty tu zostaniesz, a gdy powrócimy, to cię zabierzemy.

1955

Zaprotestowałem:

1956

— Jak to, za kogo ty mnie masz? Z wami pójdę.

1957

— Nie pójdziesz — stanowczo odparł Stasiek. — Ty tu zostaniesz. Bo widzisz, brachu, wiem, że ty nie jesteś tchórzem. Tylko że tu jest bardzo „ślisko”, bo z tej wsi zabrałem już trzy pary „hołoty”. Warta teraz na pewno dobrze tam pilnuje, więc nie chcę, abyś zanadto ryzykował. Pamiętaj, że dopiero dwa dni, jak wyszedłeś z „Czerwoniaka”.

1958

Chcąc nie chcąc, zostałem, co prawda nie tyle chęć wzięcia udziału w tej robocie mnie tam pociągała, ile wolałem już iść w towarzystwie niż zostać tu sam wśród nocy w nieznanej mi zupełnie stronie.

1959

Spacerowałem sobie tam i z powrotem, nasłuchując za najmniejszym szelestem, który mnie dochodził z lasu. Po raz drugi drgnąłem. Stanęła mi przed oczyma cała straszna przeszłość. Myślałem, nie rozumiejąc samego siebie, jak to ja, człowiek, który tyle wycierpiał w „Czerwoniaku”, mogę znów krążyć po tej drodze i staczać się tak nisko, by zostać podłym koniokradem. Zarazem czułem, że sił do walki ze sobą nie stanie mi i nie dam rady już się uporać ze złem, które coraz więcej oplata mnie wężowym uściskiem i spycha do zguby.

1960

— Źle, bardzo źle z tobą — przemawiałem beznadziejnie sam do siebie. — „Czerwoniak” cię znów nie minie.

1961

Różne jeszcze zjawiały się wspomnienia o ukochanej matce, która w chwilach wyrzutów sumienia zawsze występowała. Strach niewytłumaczony jakoś mnie ogarnął. Zdawało mi się, ze już wieki tu stoję.

1962

Nareszcie usłyszałem jakieś skrzypnięcie wozu. Zadrżałem i w trwodze natężyłem słuch i wzrok. Po chwili już mogłem odróżnić zbliżającą się ku mnie furmankę. Skryłem się za drzewo przydrożne.

1963

Furmanka zaprzęgnięta w trzy rosłe konie przejechała obok mnie. Poznałem wspólników, prędko zbliżyłem się z ukrycia i usiadłem, a konie ruszyły zaraz żwawo. Dopiero, gdy dostaliśmy się na szosę, zaczęliśmy jechać i poganiać konie „po złodziejsku”. Maniek poganiał, Wojtek siedział obok z widłami w ręku, gotowy do obrony, a Stasiek spokojnie zapalał papierosa. Maniek mu na to zaraz zwrócił uwagę.

1964

— Co ty, brachu, robisz? Może być pogoń za nami, ogień może na nas ślad naprowadzić.

1965

Stasiek, widać niezadowolony z uwagi, palił dalej papierosa. Ja siedziałem w tyle i niespokojnie nasłuchiwałem. Każdy z nas jakoś się czuł nieswojo. Maniek znów się odezwał:

1966

— Na jaką drogę mam skręcić i do którego pasera te konie pójdą?

1967

Stasiek zadał mu kierunek. Maniek znów odezwał się:

1968

— Wiesz ty co, Stachu? Z tej roboty kupię dla Zochy palto, bo jej obiecałem.

1969

Wtem Stasiek kazał stanąć. Zszedł z wozu i przyłożył ucho do szosy i mnie kazał to samo czynić, po czym zapytał:

1970

— Czy ty nic nie słyszysz?

1971

— Nie — odparłem. — A co mam słyszeć?

1972

— Jak to, nie rozumiesz, że może być pogoń? A jak głowę w nocy przyłożysz do ziemi, na kilka wiorst nawet usłyszysz.

1973

Zaczęliśmy znów siadać na wóz. Jednakże nie zdążyliśmy ujechać od tej chwili dwustu metrów, gdy usłyszeliśmy krzyki:

1974

— Trzymaj! Łapaj złodziei!

1975

Momentalnie zeskoczyli do lasu.

1976

Ja po raz pierwszy, nie wiedząc co robić ze sobą, zeskoczyłem po prawej stronie. Wszak widząc, że oni wpadli po lewej stronie do lasu, podążyłem za nimi. Wtem uderzyłem głową o drzewo i upadłem. Widziałem z bliska koło mnie pędzących na koniach chłopów. Wcale nie zatrzymali się na widok opróżnionego wozu i koni, tylko pędzili dalej, rycząc: „Trzymaj! Łapaj!” Cud, że chłopi mnie wtedy nie spostrzegli leżącego w rowie. Na pewno nie pisałbym dziś tego.

1977

Przyszedłem po chwili do siebie, krew lała mi się z nosa i guz momentalnie wyrósł mi na czole. Podniosłem się i szedłem w las, sam nie wiedząc, dokąd idę.

1978

Naokoło było tylko słychać nawoływania się chłopów. Wtem usłyszałem jakiś szmer i szepty. Serce zamarło ze strachu. Chłopi, pomyślałem. Miałem już raz przedtem sposobność być w rękach chłopskich, o czym w noweli Josek Goj[189] opisuję.

1979

Skończyło się teraz na przestrachu. Byli to wspólnicy, którzy właśnie wrócili, by mnie odnaleźć.

1980

Stasiek znów nas prowadził przez las, a potem znów przez pole i tak po dwóch godzinach dotarliśmy do pewnej wsi, gdzie Stasiek nam objaśnił, że tu mieszka jego matka.

1981

Po naradzie, odbytej naprędce za stodołą, stanęło na tym, że teraz udać się do Ł. jest rzeczą niemożliwą, ponieważ po drodze możemy się natknąć na żandarmów albo na pogoń, która z pewnością nie omieszka podążyć za nami. Więc postanowiono się tu „zamelinować”.

1982

Stasiek udał się na pewne podwórko, gdzie miał przytrzymać psa uwiązanego na łańcuchu, a my podążyliśmy za nim. Potem wleźliśmy na siano, by się tam ukryć. Stasiek poszedł na zwiady jako mieszkaniec tejże wsi.

1983

Gdy na strychu już ułożyliśmy się, pies zaczął szczekać, mieliśmy już zamiar stąd się wynosić. Jednakże pies trochę poszczekał i ucichł.

1984

Było już dawno po północy. Do uszu naszych dochodził to odgłos kopyt końskich, to nawoływania chłopów. Widać, wpadli na nasze ślady. Zachowywaliśmy się tu bardzo cicho, by nie zdradzić naszej obecności. Myślałem sobie, że jak ujdę stąd cały, to już nigdy po konie nie pójdę, a z chłopskimi „patykami” nie chcę się po raz drugi zapoznawać. Za chwilę wszystko ucichło i we wsi zapanował znów spokój.

1985

Przekonani, że niebezpieczeństwo minęło, ułożyliśmy się, by trochę się przespać, aż Stasiek nas obudzi podług umowy.

1986

Przebudziłem się pierwszy, bo i tak jednym okiem spałem. Na dworze świtać już zaczęło, chciałem obudzić wspólników, którzy mimo okropnych wrażeń, jakich doznaliśmy tego wieczora i niespokojnego sumienia, spali snem sprawiedliwych. Tak przeraźliwie chrapali, że wszystkie psy we wsi zaczęły ujadać. Wtem usłyszałem, że ktoś po drabinie wchodzi do nas. Na pewno Stasiek, pomyślałem. Wysunąłem trochę głowę z siana. Już chciałem zawołać go po imieniu. Wtem usłyszałem, że ktoś zagarnia siano. Gospodarz, pomyślałem, bo ujrzeć go nie było można. Wtem poczułem, że jestem ciągnięty za nogi razem z sianem, szarpnąłem się, a chłop począł wołać przerażonym głosem:

1987

— Kto tu! Kto tu!

1988

Wszyscy trzej, jak jeden, prosto wpadliśmy na chłopa i zeskoczyliśmy jeden za drugim na dół.

1989

Pies ze strachu urwał się z łańcucha i zmykał nawet przed nami. Pędziliśmy tak przez pole w stronę lasu, a strach, by się nie dostać do rąk chłopskich, dodawał nam sił. Biegliśmy kawałek lasem, zostawiając wieś poza sobą, tu odpoczęliśmy. Dopiero przekonani, że nikt nas nie ściga, po naradzie udaliśmy się już polami, żartując jeden z drugiego z powodu nieudanej naszej wyprawy. Szliśmy w kierunku Ł.

1990

Gdy Mańka ujrzała, że zamiast spodziewanego łupu zarobiłem tylko wielkiego guza na czole, śmiała się do rozpuku. Widząc zaś, że jestem zły, pocieszała mnie, że i tak jeszcze dobrze, że chłopi mnie nie dosięgli i że wróciłem, choć z guzem.

1991

Wieczorem przybył Stasiek. Opowiadał, że cała wieś podążyła na alarm chłopa za nami i wielkie szczęście, że nas nie chwycili.

1992

Tak zakończyła się moja pierwsza wyprawa za żywym towarem.

1993

Upłynął tydzień, wspólnicy przez ten czas zrobili dwie wyprawy, także po żywy towar i to z powodzeniem. Ja zaś po tym, co zaszło, nie chciałem im więcej towarzyszyć. Jednakże uważali mnie za wspólnika i dawali mi „dolę” na równi ze sobą. Ten sprawiedliwy podział i ich obchodzenie się ze mną ujęło mnie i postanowiłem nie rozłączać się z nimi i nauczyć ich za to innej, popłatniejszej kradzieży niż kradzież koni.

1994

Za parę dobrych koni, które według ceny rynkowej kosztowały dwa tysiące i więcej rubli, paserzy płacili sześćset i mniej. Zależało to od odległości, skąd je skradziono. Im odległość, skąd pochodziły konie, była większa, tym więcej za nie płacono. Konie te szły do Niemiec.

1995

Każdego konia, zanim został skradziony, mierzono zaraz w stajni, musiał mieć metr sześćdziesiąt pięć wzrostu i nie przekraczać pięciu lat. Paserzy byli przeważnie handlarzami koni do remontu, i to Żydzi. W każdym wagonie między końmi transportowanymi do Niemiec można było trafić i kradzione. Doszło do tego, że gdy chłopu skradziono konia, nigdzie go nie szukał, tylko po stacjach, gdzie ładowano konie do Niemiec. Było też dużo wypadków, że poznano tam swoją własność. Po całej guberni łomżyńskiej z powodu bliskości granicy niemieckiej kradziono konie bez ustanku. Nie było wsi, gdzie by jakiegoś chłopa nie okradziono. Nie pomagały ani warty, ani skargi chłopów. Niemcy patrzyli na to przez palce, wiedząc, że złodzieje kradną te konie dla „Vaterlandu”.

1996

Za konie, od czasu gdy tu Niemcy weszli, aż do roku siedemnastego karano bardzo względnie. Kara od trzech miesięcy do roku zachęcała złodziei do tego rzemiosła. Później już, gdy w końcu roku siedemnastego władze polskie objęły sądy, karano już srogo. Śmieszna wprost kara była też powodem, że nawet kasiarze, doliniarze i inni tego rodzaju fachowcy przerzucali się na kradzież koni. Robili to tym bardziej, że za czasów okupacji nie pozostało nic innego do kradzieży, jak tylko konie, za które dobrze płacono. Jak wiadomo, handel wtedy zupełnie ustał. Więc z dnia na dzień mnożyła się liczba poszkodowanych kmiotków. Z jednej strony, Niemcy zabierali im lepsze konie, płacąc nowymi, bezwartościowymi sturublówkami, namnożonymi podczas wojny, resztę zaś „kupowali” złodzieje.

1997

Nigdy chyba w żadnym roku nie skradziono tyle koni co w roku szesnastym i siedemnastym. Jestem tego pewny, że nawet kronika policyjna o tym fakcie nic nie wie, a to z tego powodu, że najwięcej koni kradziono na Kurpiach, Bo wieść o tej kradzieży dalej nie doszła niż do posterunku Niemców. Ci oddalali chłopa, nie chcąc nawet słuchać jego skargi.

1998

Puszczyk[190] wówczas wziął kilka par łapciów, bochenek chleba do torby i na własną rękę zaczął poszukiwanie. Po większej części wracał do domu z niczym. Konie przeważnie brano w ten sposób, że zaprzęgano je do furmanki, a o ile na miejscu czego nie było, to pożyczano u jednego chłopa wóz, u drugiego zaprzęgi, a u trzeciego konie.

1999

Znam takie wypadki, że nieraz do jednego zaprzęgu łączono kilku kmiotków, aż stanęła całość. Złodzieje wchodzili do wsi, pewni siebie, wiedząc, że chłopi nie posiadają broni, za którą karano nawet śmiercią. A po drugie byli oni bardzo gnębieni przez Niemców, więc oporu nie stawiali.

2000

Stasiek mi opowiadał, że pewnego razu wyprowadził z pewnej wsi konia ze stajni, a chłop niespodziewanie uczepił się ogona, prosząc, by mu konia pozostawił, gdyż nie ma za po kupić innego. Zostawił mu konia pod warunkiem, że chłop ten chodził z nim i pokazywał, kto ma lepsze konie we wsi. Zabrali oni wtedy trzy pary.

2001

Chcąc nie chcąc i ja zostałem koniokradem. Najgorzej było pierwszy raz, jak to z każdym występkiem bywa, a później już pogodziłem się z myślą, że spadłem do najniższej branży złodziejskiej i szedłem już jak po swoje. Nie będę opisywał, jak i gdzie kradłem. Wystarczy, że w streszczeniu opowiadam, w jaki sposób kradziono i gdzie oraz komu sprzedawano. Za to opowiem parę ważniejszych wypadków z mojego życia jako koniokrada.

XLVII

2002

Pewnego dnia zaraz na początku udaliśmy się ze Staśkiem do miasteczka G., położonego nad samą granicą niemiecką. Do tego miasta sprowadził nas pewien Żyd.

2003

Stanęliśmy obydwaj w jego domu dopiero wieczorem o godzinie dziesiątej. Mieszkał przyzwoicie, jako zamożny handlarz bydła. Miał rok więzienia za jakieś „szmukle”[191]. On to zapoznał się ze mną w więzieniu, a teraz spotkawszy się ze mną, nadał mi robotę u pewnego „waluciarza” i zabrał nas ze sobą, by się odegrać, jak mówił, temu kupcowi, który oskarżył go i przez którego siedział w więzieniu.

2004

Przenocowaliśmy u niego i przez cały dzień nie pokazywaliśmy się nikomu. Dopiero wieczorem wyszliśmy sobie na miasto. Pokazał on nam miejsce zamieszkania tego waluciarza, a zarazem mieliśmy tam parę koni zabrać, by zaraz stąd odjechać. Robota po wielu specjalnych zabiegach, w strachu dokonanych, doskonale się udała, po czym na parze ładnych kasztanów, zaprzęgniętych w sanie, ruszyliśmy w drogę.

2005

Dopiero rano, o godzinie jedenastej, stanęliśmy u pewnego pasera o dziewięć mil od miejsca kradzieży. Paser obejrzał konie i uprząż, pokiwał głową i rzekł:

2006

— Hołotę od was wezmę, ale pieniądze dam wam dopiero w niedzielę, będę w Łomży, tam wszystko zapłacę.

2007

— Dlaczego dopiero w niedzielę? — spytałem.

2008

— Dlatego, mój kochany, ze jak mi się zdaje po całym zaprzęgu, to konie te są żydowskie.

2009

— Więc cóż, że żydowskie? — próbowałem zapytać.

2010

Paser spojrzał na mnie ze zgorszeniem i odparł po żydowsku:

2011

— Ny, nie dziwiłbym się temu gojowi, gdyby się o to pytał, ale ty się o to pytasz? — to mnie bardzo dziwi.

2012

— Nic z tego nie rozumiem — odparłem.

2013

Paser popatrzył na mnie chwilę i niedowierzająco zagadnął:

2014

— Jak długo jesteś hołociarzem?

2015

— Ja wcale nim nie jestem, tylko chwilowo to robię.

2016

— Ach, tak, to co innego, więc ci powiem: żaden porządny paser koni kradzionych u Żydów i za darmo nawet nie weźmie. Chamskie konie, to rzecz inna, daj jak najwięcej, a zawsze kupię.

2017

Po tym objaśnieniu, pomimo naszych zapewnień, że konie pochodzą od gojów, paser nam pieniędzy nie dał. Wypito flaszkę pejsachówki i po umówieniu się, co ma nam za konie zapłacić, odstawił nas jego parobek własnymi końmi do Łomży.

2018

W niedzielę przyszedłem do zajazdu, gdzie miałem go spotkać i bez słowa zapłacił umówioną sumę nowymi sturublówkami i kazał więcej takich koni przyprowadzać, to zawsze kupi.

2019

Myślałem w duchu, że nareszcie złapał się paser, konie były naprawdę żydowskie. Dziwiłem się, że przez te cztery dni nie dowiedział się.

2020

Upłynęło już ze dwa tygodnie czasu i pewnego dnia spotkał mnie na ulicy pewien paser zwany „Złoty ząb”.

2021

— Ach, to ty, „Nachalnik”? Ja cię już właśnie po całym mieście poszukuję. Chodź jeno ze mną.

2022

— Dokąd? — próbowałem się dowiadywać, widząc jego rozgorączkowanie.

2023

— Ny, chodź no ze mną prędzej do Jechona, tam się dowiesz.

2024

Gdy stanęliśmy u tego Jechona, gdzie właśnie paserzy się zawsze zjeżdżali, od razu ujrzałem tego pasera, co kupił od nas żydowskie konie. Ten zaraz od progu skoczył na mnie.

2025

— Ty cholernik „szejgic”[192], te konie przecież były żydowskie, co teraz będzie?

2026

— Co ma być? — spytałem ironicznie. — Ten Żyd kupi sobie drugie.

2027

— Ty ze mną nie żartuj — pogroził mi. — Siadaj tu! Musimy pomówić.

2028

Zauważyłem, że jeden z obecnych, których tu było kilku, a którego nie znałem, zamknął drzwi pokoju na klucz. „Dintojra”, pomyślałem.

2029

Jeden z obecnych paserów, między którymi byli i złodzieje, zwrócił się do mnie:

2030

— Jak ty będziesz tak dalej robił, to źle będzie z tobą. Paserowi należy mówić prawdę, skąd kradzież pochodzi, żeby wiedział, skąd i dokąd można towar sprzedać. Czyś ty wiedział, że te hołoty są żydowskie?

2031

— Ja — odparłem — po raz pierwszy byłem w tym miasteczku i na ślepo zrobiłem tę „robotę”, skądże mogłem wiedzieć, że konie te są żydowskie, czy nieżydowskie. Konie nie przemówiły do mnie ani po żydowsku, ani po polsku, gdy im żelazne pęta zdejmowałem i wyprowadziłem ze stajni — zakończyłem szyderczo.

2032

Paserzy spojrzeli po sobie, a jeden z kozią bródką krzyknął:

2033

— Ty nie bądź taki „fetniak”[193]. U nas, jak my zechcemy, wnet przestaniesz być mądry.

2034

Zmierzyłem go śmiało i wyzywająco, a kto wie, do czego by doszło, gdyby paser, który żydowskie konie kupił, nie stanął nagle po mojej stronie.

2035

— Słuchaj, „Smerke”, ty go tam nie strasz, on jest dobry „urke” i znają go między naszymi, możemy załatwić po dobremu, on zna prawo złodziejskie lepiej niż ty.

2036

Tu zwrócił się do mnie:

2037

— Konie mnie sprzedaliście, a „szmuk”[194], który zabraliście, komu sprzedaliście? — pogroził mi żartobliwie palcem.

2038

— Nie wiedziałem, że pan żydowską biżuterię kupuje — odparłem.

2039

— Jak to — krzyczał — „szmuk” ja bym nie kupił? Ładny interes! Ny, co teraz będzie?

2040

— Ale gdzie twoi wspólnicy? Może i ich trzeba zawołać? — zapytał jeden z sędziów.

2041

— To zbyteczne — odparłem — oni zgodzą się na to, co ja zrobię.

2042

Więc słuchaj, opowiem ci, co zaszło — mówił paser. — Do niedzieli trzymałem konie i nic nie słyszałem, akurat nawinął mi się kupiec i sprzedałem je do Niemiec za dwa tysiące czterysta rubli. Dopiero trzy dni temu, przed wieczorem, przychodzę do bóżnicy, patrzę, jakiś obcy Żyd stoi w kółku i opowiada Żydom, że okradziono bogatego walutnika, który też mieszka w tym domu. Przy tym jemu skradziono konie, które były całym jego majątkiem. A Żydzi mu doradzili, żeby się mnie poradził i… sumienie mnie ruszyło. Zawołałem go do rabina i pod przysięgą, że nie wyda, kto mu zapłacił za konie, bo kupiec zgłosiłby się do mnie i po biżuterię, o której nic nie wiem, więc zapłaciłem mu wartość tych koni. A moje dwa tysiące rubli diabli wzięli — zakończył ze smutkiem.

2043

— Kto się panu kazał przyznawać samemu, gdy nikt o niczym nie wiedział?

2044

— Jak to, ty myślisz, że przez te pieniądze będę miał na sumieniu żydowskie konie? Dotychczas, a już Bogu dzięki dwadzieścia pięć lat, jak paseruję, nie miałem tego na sumieniu, i dalej nie chcę mieć.

2045

Obecni uśmiechnęli się z jego wywodów. Był to znany paser i bogaty handlarz koni. W miasteczku miał ze dwieście własnych domów. Miał też „za Rosji” pięć lat roty, a za co, warto tu nawet wspomnieć, od niego to słyszałem:

2046

Miał zatarg z naczelnikiem tajnej policji rosyjskiej z powodu tego, że za małe łapówki dawał. Oni to umówili się, żeby go wyśledzić. Sam naczelnik go śledził. Był jednakże nieuchwytny. Całe bandy Cyganów dostarczały mu towar. On pchał to wszystko do Niemiec, bogacąc się coraz więcej. Pewnego razu skradziono w okolicy, u pewnego hrabiego, parę wyścigowych koni wielkiej wartości, podobno konie te zastał naczelnik u niego w stajni, gdzie zawsze stało do stu i więcej koni. Spytał go o świadectwo. Ten mówił, że dopiero jutro może je okazać, gdyż syn wyjechał, a ten miał świadectwo przy sobie. Naczelnik obłożył konie aresztem do rana. Rano ten zgłosił się ze świadectwami, gdy jednak udali się do stajni, by obejrzeć, czy opisane znaki z maścią się zgadzają, koni już nie było, a wszystkie zamki były nienaruszone. Policja musiała zapłacić mu za konie. Jednakże zaprzysięgli mu zemstę. Pół roku jeździł naczelnik po jarmarkach w różnym przebraniu, aż pewnego dnia, przebrany za Cygana, nakrył go przy odbiorze pary koni od Cyganów i zaraz go aresztował.

2047

Więc jak z tego wynika, miał niejedne sprawki na sumieniu, a to go nie wzruszało, tylko kradzież koni żydowskiego pochodzenia uznawał za grzech.

2048

Po dłuższej naradzie, na której zostały wchłonięte ze trzy gęsi i kilka flaszek wódki, naturalnie, że na mój koszt, stanęło na tym, że ja i Stasiek mieliśmy w ciągu tygodnia dostarczyć parę dobrych koni, za które nie mieliśmy nic dostać.

2049

Zgodziłem się, widząc, że zadzierać tu nie warto, a gdy potem Staśkowi opowiadałem o tym, od razu też przystał, mówiąc mi, że on zaraz wiedział, iż tak będzie, bo paserzy nigdy żydowskich koni nie kupują.

2050

Upłynęło już dwa miesiące po moim zwolnieniu, stosunki moje z „Kosą Mańką” uznałem od razu za szkodliwe dla mnie. Przez stosunki z nią poznała mnie policja, rekrutująca się przeważnie z Żydów, których musiałem opłacać często.

2051

Pewien starszy agent Żyd B., najsławniejszy pogromca złodziei, zaczął mnie często zapraszać do siebie na obiady. Zrozumiałem, co on ma na myśli i trzymałem się ostrożnie.

2052

Ten sam pan B. był już podobno kilka lat w Ameryce detektywem. Wystarczyło tylko spojrzeć na jego „cyferblat”[195], by poznać w nim szpiega. Był wysokiego wzrostu, szeroki w barach, lat czterdzieści sześć, w binoklach. Nos zaś miał taki, że gdyby w Europie ogłoszono konkurs na największy nos, niewątpliwie on dostałby nagrodę. Chytry był jak lis, starał się dla pozoru żyć w przyjaznych stosunkach z lepszymi włamywaczami. Często byłem zapraszany przez niego do jego domu na obiad. A że się go bałem i nie chciałem go sobie zrazić, musiałem dla pozoru przyjmować zaproszenia. Wiedziałem, że on coś knuje, by mnie dostać. Wszakże to mu nie szkodziło, by brać łapówki i różne prezenty w rodzaju sztuki dobrego towaru czy ładnego zegarka itp.

2053

Mieszkał przy ulicy Długiej, żona zaś jego była bezdzietna, więc chętnie mnie po macierzyńsku przyjęła, udzielając rady z serca, bym porzucił to życie. „Szkoda twych młodych lat” — tłumaczyła mi. Ostrzegła mnie też przed mężem, bym mu nic nie opowiadał. Jednym słowem była bardzo szanującą się kobietą, w przeciwieństwie do męża.

2054

Pewnego razu przyszedłem do jednej znajomej dziewczyny z półświatka i ujrzałem tam parę męskich kaloszy stojących przy drzwiach. „Czyje to są?” — spytałem ją. Ta mi odpowiedziała, że pana B. „Był tu” — mówiła — „kilka godzin temu i zapomniał kaloszy”. Namówiłem ją, by takowe odesłała mu do jego domu. Nie namyślając się długo, zapakowała je i odniosła przez posłańca do jego domu z kartką tej treści: „Zwracam kalosze, które pan zostawił u mnie”. Żona zrobiła mu gwałtowną scenę, nigdy nie dowiedział się, że ja mu to zrobiłem. Dziewczyna tłumaczyła się, że nic złego nie myślała, tylko chciała kalosze oddać, nie wiedząc, że jest żonaty.

2055

Skarżyła się często jego żona przede mną, wzdychając, że służąc w policji mąż się zdemoralizował i że przedtem taki nie był.

2056

Razu pewnego starał się mnie nawet zwolnić, gdy zostałem aresztowany w podejrzeniu o kradzież. Zrozumiałem, że stara się uzyskać moje zaufanie, by mnie pociągnąć za język. Ale to mu się długi czas nie udało.

2057

On był cwany, przechodząc praktykę amerykańską, ale i ja nie darmo przechodziłem praktykę u „Cwajnosa”. Jednakże po pewnym czasie jego chytrość przezwyciężyła moją lekkomyślność, o czym później się przekonałem.

XLVIII

2058

Dnia pewnego cała nasza zacna czwórka postanowiła udać się na drugi dzień wieczorem na pewną wyprawę. O, na bardzo ryzykowną wyprawę! A kilka dni przedtem Stasiek uczył mnie w lesie obchodzenia się z krótką bronią. Zepsułem około stu naboi, za które płaciłem po jednej marce. Nauka trwała kilka godzin, aż Stasiek uznał, że mi można powierzyć broń, z którą po raz pierwszy w życiu miałem do czynienia.

2059

Broń mieliśmy używać tylko dla własnej obrony, a celem wyprawy była rządowa instytucja. Tego dnia po obiedzie udaliśmy się ze Staśkiem do pewnego ślusarza, u którego zamówiłem, za wielką opłatą, narzędzia do włamania do kasy. Było to moje pierwsze podjęcie podobnej roboty na własną rękę. Będąc jeszcze u „Cwajnosa”, poduczyłem się, jak trzeba się zabierać do tego rodzaju robót, a nawet raz byłem z nim przy takim włamaniu. Grunt, mówił „Cwajnos”, żeby znać, jakiej marki ta kasa jest, a wtedy już wiadomo, czy się da zrobić zwykłym sposobem, to jest rakiem[196], czy też nie. A ponieważ to pudło, co miałem robić, było starej marki, co się drze pod rakiem jak stary chałat żydowski, postanowiłem próbować szczęścia.

2060

Nazwa firmy, która takie kasy wyrabia, musi pozostać dla mnie, nie chcę psuć jej klienteli, a kolegom po fachu interesu.

2061

Wszystko u ślusarza było wykończone, zapłaciłem umówioną cenę i ułożyliśmy przybory w walizki skórzane. Stasiek miał to do następnego dnia wieczorem przechować w domu u swej matki, która jak wspomniałem, mieszkała niedaleko Ł.

2062

Miejscem, gdzie zwykle zbieraliśmy się, by wyruszyć na wyprawę, była pewna kawiarenka. Stamtąd dopiero jeden po drugim, w pewnej odległości od siebie, udawaliśmy się za miasto. Tam już na czas czekał pojazd. Był to pewien furman, który był zawsze gotów na nasze zawołanie. Zapytałem więc i teraz Staśka, czy mamy się jutro zbierać tak samo w tej kawiarence.

2063

Stasiek, znając tu lepiej wszystko niż ja, zamyślił się i odparł:

2064

— Wiesz ty co? Mnie się zdaje, że B. nas śledzi, a tam przybyć z tą walizką jest dla mnie zbyt ryzykowne, musimy pomyśleć o innym miejscu spotkania.

2065

— Więc powiedz, gdzie — zawołałem — żeby w odpowiedniej porze wszyscy byli na miejscu i żeby jeden na drugiego nie potrzebował czekać.

2066

— Dobrze — odparł po dłuższym namyśle. — Maniek i Wojtek mogą o godzinie czwartej prosto wyjść za miasto, na tę drogę, gdzie mamy jechać. Ty wpierw zawiadomisz Żyda i on też zaraz tam musi wyjechać furmanką. Potem zaś przyjdziesz do mnie i razem pójdziemy.

2067

— Gdzie mam przyjść do ciebie? — spytałem.

2068

Stasiek, jakby się zawahał chwilę i odparł:

2069

— Będę u swojej narzeczonej na Dwornej ulicy pod nr X. Przyjdziesz tam jutro po czwartej. Tam na ciebie będę czekać.

2070

— Dobrze, dobrze — roześmiałem się. — Więc ty masz narzeczoną, a ja myślałem, że ty tylko u „Kosej Mańki” bywasz.

2071

Stasiek zmarszczył się i pożegnał mnie, mówiąc, że udaje się do matki, którą, trzeba przyznać, bardzo szanował.

2072

Wałęsałem się jeszcze godzinę po mieście zaglądając to tu, to tam. Nie miałem akurat się gdzie udać, by spędzić czas i nie wiem sam, jak się znalazłem na ulicy Dwornej. Spojrzałem na numer domu i akuratnie stałem przy tym numerze, gdzie miała mieszkać narzeczona Staśka. Po krótkim namyśle wszedłem w bramę.

2073

Ujrzałem tam starszego człowieka zamiatającego śnieg. „Stróż”, pomyślałem. Zbliżyłem się do niego i spytałem, gdzie tu mieszka Antoni D. Człowiek wyprostował się, spojrzał na mnie podejrzliwie i po chwili zagadnął:

2074

— Po co panu ten człowiek?

2075

— Chciałbym się o pewną rzecz dowiedzieć, proszę mi wskazać, gdzie on tu mieszka.

2076

Zmierzył mnie od stóp do głowy, widać, że zrobiłem na nim dodatnie wrażenie, bo odparł:

2077

— To ja jestem.

2078

— Bardzo dobrze — odparłem i podałem mi rękę, on zaś, mrugając do mnie znacząco lewym okiem, wskazał, gdzie mieszka.

2079

Przekroczyłem próg, przy kuchni stała otyła kobieta zasłonięta parą i dymem. Spojrzała na mnie jeszcze bardziej podejrzliwie niż to uczynił mąż i ocierając twarz fartuchem, zagadnęła:

2080

— Czego pan tu szuka?

2081

— Czy, proszę pani, nie ma tu Staśka? Mam do niego interes.

2082

— Staśka, Staśka — zrobiła zdziwioną minę — my, proszę pana, żadnego Staśka tu nie znamy.

2083

Wtem drzwi z drugiego pokoju otworzyły się i na progu stanęła, jak zjawa, piękna blondynka, w moim guście, uśmiechnęła się do mnie, pokazując dwa rzędy białych jak perły zębów i rzekła:

2084

— Proszę, proszę, ja już wiem — rzekła do matki, widząc jej pytające spojrzenie.

2085

Ukłoniłem się jak najgrzeczniej, jak to tylko koniokrad potrafi i wszedłem do jej pokoiku. Pokoik ten był skromnie umeblowany, ale w pewnym guście.

2086

Prosiła mnie, bym usiadł, a sama usiadła tak blisko mnie i patrzyła mi prosto w oczy, że zmieszałem się. Spytała, skąd jestem, pytała po żydowsku. Widząc, że patrzę na nią ze zdziwieniem, zagadnęła, śmiejąc się:

2087

— Pana to dziwi, że mówię po żydowsku, ha, ha — śmiała się. — Wychowałam się między Żydami, a przeszło pięć lat byłam kelnerką w „Barze Amerykańskim”, gdzie właścicielem był Żyd, a i klientela składała się w większości z Żydów.

2088

Ośmieliłem się trochę, ale oczu od niej nie mogłem oderwać. Dziewczyna ta spodobała mi się i zakochałem się, jak ludzie mówią, na pierwszy rzut oka. Jak mi się zdawało i ja na niej zrobiłem korzystne wrażenie.

2089

Po upływie pół godziny rozmawialiśmy jak starzy przyjaciele. Wywnioskowałem, że ona dopiero „praktykuje” i należy do tego rodzaju kobiet, co po przejściu „praktyki” stają się kontrolnymi.

2090

Myślałem: szkoda, że Stasiek z nią romansuje i do tego jako mój wspólnik. Gdyby nie to, za wszelką cenę starałbym się ją mieć. Nawet głośno to wymówiłem. Roześmiała się i rzekła:

2091

— Jeszcze nic nie ma straconego, jak pan tylko zechce, to wszystko da się ułożyć.

2092

Uścisnąłem jej dłoń, nie broniła się. Więc ośmielony zapytałem, czy mogę posłać po wódkę.

2093

— Owszem — powiedziała — mój ojciec panu dotrzyma towarzystwa, on chętnie zagląda do kieliszka.

2094

— A pani? — zapytałem.

2095

— Ja — śmiała się — dobrze, jak panu na tym zależy, to chętnie.

2096

Wyciągnąłem sturublówkę, chcąc zaimponować swoją zamożnością, położyłem ją na stół i rzekłem:

2097

— Proszę kogoś posłać po to wszystko, co pani uważa za potrzebne.

2098

— Mamu, mamu — zawołała.

2099

— Czego ty chcesz, kochana?

2100

— O, tu są pieniądze, proszę posłać Władkę po to wszystko, co napiszę na kartce.

2101

Matka z niedowierzaniem oglądała te sto rubli na wszystkie strony i rzekła, patrząc na mnie:

2102

— Ja myślałam, że pan jest od policji i pyta o naszego Staśka, jak to można się mylić — dodała jakby sama do siebie.

2103

Córka napisała kartkę i wręczyła matce, szepcząc coś do tego na ucho. Matka wyszła. Ona zaś znowu usiadła przy mnie. Ale tym razem jeszcze bliżej niż to poprzednio uczyniła, nasze kolana zetknęły się z sobą.

2104

Czułem, że mdło mi się robi. Żar taki bił od niej, że pomyślałem: „Ot, rozkoszna kobieta. Taką mieć za kochankę”. Ona zaś, jakby odgadła moje myśli, starała się w ruchach być jeszcze powabniejsza.

2105

Za jakieś piętnaście minut wszedł ojciec, podkręcając siwego wąsa. Córka prosiła go, by usiadł. Popatrzył na nią mrugając lewym okiem, jak to na podwórku do mnie czynił; teraz zrozumiałem, że znaczyło to tyle, jakby mówił: „Rozumiem dobrze, o co ci tu chodzi”. Co do mnie, od razu pomyślałem, że ta rodzina jest podobna do rodziny „Cwajnosa”.

2106

Za chwilę powróciła Władka z naładowanym koszem. Postawiła go na stole, a sama, jakby wstydliwie, odsunęła się na stronę.

2107

Dziewczyna ta mogła mieć lat dwanaście do trzynastu. Piękniejsza była i świeższa niż siostra. Na tej ostatniej, która też nie miała więcej niż lat dziewiętnaście, bystre oko mogło już poznać pewne awanturnicze przeżycia. Ojciec posadził matkę przy sobie i zaczęła się biesiada. Podczas biesiady dowiedziałem się, że przedmiot mojego zainteresowania nazywa się Frania. Ojciec zaś opowiadał mi, że też siedział kilka razy „za Rosji” i teraz na starość pokutuje jako stróż. Zrozumiałem, że całym chlebodawcą jest tu Stasiek. Dowiedziałem się, że on nie bardzo tu jest hojny i że wszystkie pieniądze oddaje matce. A nawet kupił dwudziestomorgowe gospodarstwo.

2108

Siostra od czasu do czasu była wołana do stołu i ojciec podawał jej własnoręcznie niepełną szklankę wódki lub kawał salcesonu, a ta, wstydliwie rumieniąc się, wszystko przyjęła, nie chcąc w żaden sposób usiąść z nami do stołu.

2109

Widać zapewne sama uznawała, że jest jeszcze za młoda do brania w pełni udziału w uczcie, a obserwowała tylko z boku. Praktykowała. Pijatyka miała się już ku końcowi. Frania, zauważyłem, pod wpływem alkoholu była rozmarzona. Oparła jedną rękę o moje krzesło i coś opowiadała. Ojciec i matka, już pod dobrą datą, obrzucali się nawzajem porozumiewawczymi spojrzeniami. Ja zaś przez cały czas piłem po żydowsku, znaczy to, że byłem zupełnie pod tym względem przytomny. Tylko widok Frani ciągnął mnie ku niej i upajał.

2110

Rodzice już zabierali się do wyjścia, widać zrozumieli, że są tu zbyteczni. Nagle, jakby piorun spadł z nieba, drzwi się otworzyły, a w nich stanął Stasiek. Spojrzał po nas, jakby nieprzytomnymi oczyma i zawrócił.

2111

Frania momentalnie zerwała się z miejsca i wybiegła za nim. Matka, pomimo że była na pół pijana, zaczęła zawodzić na głos, wołając wszystkich świętych w pomoc.

2112

— O! On ją zabije! — powtarzała niewyraźnie, załamując ręce.

2113

Ojciec dopijał z tego zmartwienia wszystkie resztki z butelek i rozkazał Władzi, by sprzątnęła ze stołu. Ja zaś siedziałem chwilę na miejscu, rozmyślając nad grozą położenia. Jak się tu wytłumaczyć z tego wszystkiego? Jednakże, ufając w swoją pewną wyższość nad nim, podniosłem się i wyszedłem z mieszkania.

2114

Na podwórzu Frania trzymała go w objęciach i całując, tłumaczyła mu, że nic nie zaszło. On zaś ciągle groził, że kogoś zabije. Domyślałem się, że mówi o mnie. Zbliżyłem się do nich. Księżyc oświecał nas tak, że widziałem jego twarz pełną nienawiści.

2115

— Co, Staśku, tak uciekłeś, gdyś mnie tu ujrzał? Ot, tak sobie tu zaszedłem, nie mając akuratnie nic innego do roboty. A ty, jak widzę, masz to za złe? — wymówiłem to pół żartem, pół serio.

2116

Stasiek zrobił krok ku mnie. Frania uczepiła mu się za szyję.

2117

Instynktownie zrobiłem krok w tył.

2118

— Ty, Żydzie, pamiętaj, ja cię nauczę rozumu. Ty myślisz, że nie znam się na twojej żydowskiej kombinacji?

2119

Groził mi pięścią.

2120

— Ostrożnie, Staśku — rzekłem. — Możesz okropnie się mylić. Zapomniałeś, że uczyłeś mnie strzelać, a od tej chwili noszę rewolwer zawsze przy sobie.

2121

— Co! — ryknął teraz i rzucił się ku mnie.

2122

Zauważyłem, że ręką sięgnął do tylnej kieszeni.

2123

Frania uczepiła mu się cała na szyi, zasłaniając mnie sobą. Zbliżyłem się znów.

2124

— Słuchaj, Staśku — rzekłem już poważnie — miałem cię za wspólnika i mądrzejszego chłopaka, a teraz przekonałeś mnie, że jesteś chamem. Więc żegnam cię, od dziś nie mamy nic wspólnego. Co do Frani, to już ona zadecyduje.

2125

Ukłoniłem się wtedy Frani, naprawdę, jak mi się zdaje, jako bohater romansu i oddaliłem się.

2126

Przez całą tę noc w hotelu, gdzie stałem, nie mogłem zasnąć. Frania ciągle stała mi przed oczyma. Teraz, po tym zajściu, koniecznie pragnąłem ją mieć. Byłem nawet przekonany, że teraz nareszcie trafiłem na swój ideał. W tym wieku, co ja wtedy byłem, każda świeżo upodobana kobieta zdaje się tą właśnie wymarzoną, a nie inna.

XLIX

2127

Rano wstałem pełen apatii i zniechęcenia, zrozumiałem, że między mną a Staśkiem jeszcze nie koniec.

2128

Przed południem przybył do mnie Maniek, zgrał się w karty, a wiedząc, pod jakim numerem stoję w hotelu, przyszedł mnie odwiedzić. Maniek był moim przyjacielem od pierwszego razu. Jak już wspomniałem, był on zawsze wesoły, czy to z pieniędzmi, czy bez nich.

2129

Muszę też tu wspomnieć, że marnie skończył, został on zastrzelony w dwudziestym roku podczas ucieczki z więzienia wojskowego przy Dzikiej w Warszawie.

2130

— Co słychać, Maniek? — spytałem go po dokładnym zamknięciu drzwi.

2131

— Co ma być słychać? — odparł wesoło — „blaty”[197] przegrałem, trzeba starać się już o świeże. O której godzinie dziś jedziemy?

2132

— Wcale już nie jedziemy — odparłem.

2133

— Jak to, a to dlaczego?

2134

— Dlatego, że Stasiek już nie jest moim wspólnikiem, a jeszcze co i z wami wszystkimi zrywam i odjadę dziś do Warszawy.

2135

— Nic, brachu, cię nie rozumiem — odparł i zrobił wielkie oczy.

2136

— Zaraz zrozumiesz wszystko, brachu — odparłem i opowiedziałem mu całe zajście u Frani.

2137

— Źle, bardzo źle, a wszędzie, psiakrew, kobieta. Co teraz będzie? — zapytał smutno. — Myślałem — ciągnął w zadumaniu — że już teraz się dobraliśmy, chłopaki jak należy, jak jeden mąż, a tu masz tobie — zakończył roztargniony.

2138

— Trudno, tak się stało — odparłem. — Mnie już i tak tu duszno, a do „Czerwoniaka” się dostać, by mnie Ról na nowo przywitał, nie życzę sobie. Wiesz, jak my zaczniemy między sobą zadzierać, to wszyscy tam powędrujemy. Więc ja wam ustąpię — dodałem.

2139

— Ależ zlituj się — zbliżył się do mnie. — Ja akurat wszystko przegrałem, a Wojtek tak samo. Bez ciebie, wiesz, tej roboty nigdy nie zrobimy. A doprawdy tam można się porządnie podreperować, także nawet kraść więcej nie będzie nam trzeba. Teraz dzień przed pierwszym. Wszystkie „blaty” będą na miejscu. Zrób to dla mnie i Wojtka — prosił.

2140

— Dobrze, więc ja się zgadzam — odparłem. Stanęły mi przed oczyma różnej wielkości paczki z pieniędzmi i cyfry. — Pojedziemy tam we trzech, a „dolę” damy mu i tak. Tylko statki są u niego, trzeba, abyś je odebrał.

2141

— Nie, tak nam to nie pójdzie bez Staśka. Wiesz sam, że takiego chłopaka do roboty, jak on, trudno znaleźć. Ja was pogodzę, to będzie najlepiej — dodał już weselej.

2142

— Mnie on już nie bardzo potrzebny — dodałem. — Nie zapominaj, że tym razem nie udajemy się po „hołotę”, a przy tej robocie on prawie nic nie rozumie — dodałem ironicznie, czując się nad nimi wyższym pod względem techniki złodziejskiej.

2143

— Tak, to prawda — odparł. — Ale diabeł czasem nie śpi, kto wie, czasami po cichu może nam się nie udać, a trzeba będzie robotę zrobić na „stój”, a wiesz przecież, że do tego Stasiek jest specjalistą.

2144

Ma on rację, pomyślałem, tę robotę trzeba zrobić na razie jeszcze z nim, a potem stąd umykać. B. jakoś tajemniczo uśmiecha się do mnie, gdy mnie widzi, a to niedobry znak.

2145

— Słuchaj, co ci teraz powiem. Przede wszystkim powiedz mi, brachu, czy już jadłeś obiad, bo pewno przegrałeś i obiad? Przyznaj się.

2146

— Tak, nie tylko obiad przegrałem, ale i śniadania jeszcze dziś nie jadłem — uśmiechnął się szczerze.

2147

— Więc nie traćmy czasu — odparłem — i chodź ze mną na obiad do Czech… Tam porozumiemy się i muszę pomyśleć nad tym. Wiesz, że tam są dobre obiady i doskonale to działa na uspokojenie. Kelner mnie tam zna, a głodny nie wyjdziesz stamtąd. Pokażesz mu palce, a on już wie, to jest mój znak, wiele „frajerskich obiadów” ma dla mnie razem złączyć. Co do mnie — dodałem — pokażę mu trzy palce. A ty zaś, brachu, wiele?

2148

– Powiedz mi — odparł, śmiejąc się — co tam ten twój kelner podaje, gdy wskażę mu jeden palec? Wtedy będę wiedział, wiele palców mam mu pokazać, bo jestem tak głodny, jak gdybym wyszedł dziś z twojego „Czerwoniaka”.

2149

— Palec jeden oznacza jedną porcję obiadu. Więc kotlet, szklanka rosołu, trochę jarzynki, trzy kartofelki i kufel piwa, wiesz, po „frajersku”.

2150

— W takim razie — odparł — muszę wskazać mu całą rękę, myślę, że to mi wystarczy — dodał wesoło.

2151

Za chwilę wyszliśmy razem, by się tam udać na obiad.

2152

Po obiedzie, wychodząc z restauracji, spotkaliśmy się oko w oko z Wojtkiem. Ten, o niczym nie wiedząc, już był gotowy do drogi i nas poszukiwał.

2153

Po przywitaniu się powiedziałem mu, co zaszło. Po raz pierwszy ujrzałem go rozmownego. Zaczął mnie prosić, tłumaczyć, że on bierze wszystko na siebie, pójdzie po Staśka, przyprowadzi go i że musi nas pogodzić. Po chwili namysłu przystałem na to, a Wojtek po umówieniu się z nami, gdzie mamy się, spotkać, udał się do Staśka. Wojtek doskonale znał Franię, będąc przyjacielem Staśka i wiedział, że go tam spotka.

2154

Przed wieczorem, około piątej godziny, wraz z Mańkiem udaliśmy się za miasto, a za nami w pewnej odległości podążyli Stasiek i Wojtek. Ten ostatni dźwigał walizkę ze statkami. Za chwilę nadjechał nasz pojazd. Usadowiliśmy się na furmankę, a ta, zaprzągnięta w parę dobrych koni, ruszyła galopem.

2155

Po drodze cały czas trwała przykra cisza. Żaden z nas nie odzywał się ani słowem. Tylko furman, starszy już wiekiem Żyd, podśpiewywał sobie pod nosem stary, popularny „Majufes”[198].

2156

Myślałem sobie, kto wie, czy Stasiek się nie nosi ze złym zamiarem zemsty na mnie i postanowiłem mieć się tu na baczności.

2157

Na miejscu występku stanęliśmy około godziny dwunastej. Stanęliśmy w lesie pod szopą na pół rozwalonej smolarni, żywej duszy tam nie było. Tam ustawiono konie i dano im obroku. Po wypiciu dwóch butelek wódki, by się rozgrzać i zjedzeniu zakąski, której Stasiek odmówił, udaliśmy się do „roboty” oddalonej stąd o jedną wiorstę.

2158

Była widna, gwiaździsta noc. Ubrani byliśmy lekko, ale ciepło, uszliśmy może ze dwadzieścia kroków, a Maniek, który szedł ze mną na przedzie, szarpnął mnie nagle za rękaw, abym przystanął.

2159

— Niech oni idą na przedzie — mówili do mnie z jakimś drżeniem w głosie. Przystanąłem.

2160

Stasiek i Wojtek zbliżyli się ku nam i również przystanęli. Chwilę tak patrzyliśmy na siebie. Wtem Maniek prędkim ruchem wydobył rewolwer i krzyknął do Staśka:

2161

— Ręce do góry i ani słowa, bo kulę w łeb.

2162

Ja, widząc to, tak samo skierowałem lufę rewolweru w tym kierunku. Stasiek po chwili wahania podniósł ręce do góry, z szyderczym uśmiechem na ustach. Wojtek sięgnął zaś ręką do kieszeni futerka i wyciągnął mu rewolwer.

2163

— Teraz, koleżko, jesteś wolny — odezwali się obaj ze śmiechem. Stasiek stał chwilę i ze złości zaczął mi grozić, że musi mnie zabić, jak nie dziś, to jutro na pewno. Wywiązała się między nami kłótnia. Dopiero teraz dowiedziałem się, że Stasiek miał mnie zabić w lesie, do czego też namawiał Wojtka. Ten bez mojej wiedzy umówił się z Mańkiem, by go rozbroić. Słysząc, co mi tu groziło, zawróciłem zaraz do furmanki.

2164

— Ja już nie idę z wami na tę robotę — objaśniłem głosem stanowczym.

2165

Żyd, słysząc nasz spór, zbliżył się ku nam.

2166

— Co się tu stało? — spytał przelękniony, widząc stojących nas przed sobą, uzbrojonych.

2167

Maniek opowiadał mu, o co chodzi i że przez dziewczynę chcemy się pozabijać.

2168

Żyd, weteran zbrodni, wybuchnął szyderczym śmiechem.

2169

— Ładni z was złodzieje i bandyci, idą ryzykować życie i o spódniczkę im chodzi — wypluł z dziesięć razy z pogardą w naszą stronę. — Kto chce, niech siada. Nie chcę z wami mieć od dziś nic wspólnego, dosyć „za Rosji” się nasiedziałem, a już na stare lata nie chcę gnić w „Czerwoniaku” — zakończył i podążył w stronę furmanki.

2170

— Co teraz będzie? — odezwał się pierwszy Maniek, łapiąc Żyda za kołnierz.

2171

Żyd szarpnął się, przeklinając takich złodziei „powstańców”, jak mówił o nas pogardliwie i groził, że nas tu zostawi. Teraz Maniek i Wojtek groźnie zwrócili się do Staśka, widząc, że ja i furman zabieramy się i gotowi jesteśmy do odjazdu.

2172

— Jak ty się nie uspokoisz, to wpierw ciebie zabijemy, niż ty to jemu zrobisz.

2173

Maniek też prosił Żyda i po krótkiej naradzie postanowiono, że Stasiek pozostanie przy furmanie, a my we trzech udamy się na roboty, a co do doli, otrzyma on na równi z nami.

2174

Stasiek, chcąc nie chcąc, musiał zostać przy furmance, a my zaś w trzech udaliśmy się na robotę.

2175

Jak została ta robota wykonana, tego opisać nie mogę…

2176

Po północy dopiero wróciliśmy z łupem, a już nad ranem byliśmy w mieście, każdy ze swoją dolą w kieszeni. Rozeszliśmy się, jakby nigdy nic, każdy do meliny.

2177

Po tej robocie krzyk był wielki. Policja szukała na wszystkie strony. Po mieście, na rogach ulic, nalepiono ogłoszenie: „Pięć tysięcy marek nagrody, kto coś powie, by można natrafić na ślady zbrodniarzy”. Ja, widząc ten ruch, postanowiłem na razie wyjechać, tym bardziej, że obawiałem się zemsty zakochanego Staśka i na drugi dzień wyjechałem. do Warszawy.

2178

W Warszawie nie bawiłem dłużej niż dwa tygodnie. Przyznam się, że mając ogromną sumę pieniędzy przy sobie, przez ten cały czas spokoju nie zaznałem. Koledzy i koleżanki na krok mnie nie opuszczali, dopiero gdy dowiedzieli się, że przegrałem niemal wszystko w karty, dano mi wtedy odetchnąć.

2179

ZłodziejZłodziej, gdy ma pieniądze, rozum traci, a gdy odzyska rozum, nie ma już pieniędzy. Mówię to z praktyki, a mało zaś jest złodziei, którzy by potrafili zrobić użytek ze zrabowanych pieniędzy. Przysłowie dotyczące złodziei: „Lekko przyszło, lekko poszło” niezupełnie jest trafne. Należy raczej mówić: „Ciężko przyszło, a lekko poszło”.

2180

Zdrowie i krew, których ubywa podczas „roboty” i śmiertelny lęk, który złodziej przechodzi, nie dadzą się przywrócić za żadne pieniądze. Ludzie zaś mają bardzo mylny sąd o tym, że złodzieje działają śmiało i bez obawy. To jest nieprawda.

2181

Przy każdej robocie cierpią oni okropne męki. Dziewięćdziesiąt procent recydywistów twierdzi stanowczo, że idą wtedy kraść, gdy są już goli, a grosz zarobiony uczciwie więcej u nich znaczy niż złoty kradziony.

2182

Ten zaś idzie z lekkim sercem i śmiało do „roboty”, co jeszcze nie siedział w więzieniu, nie myśli o karze dlatego, że jej nie zna. W naszym świecie jest nawet o tym przysłowie. O ile ktoś zbyt śmiało postępuje przy robocie, mówią: „Ten ma frajerską parę”. Znaczy to, że jeszcze się nie oparzył i nie zna skutków, jakie za sobą pociągnąć może.

2183

Każdy recydywista jest ostrożny, bardzo ostrożny i idzie kraść jedynie dlatego właśnie, że jest recydywistą. Kto bowiem pracę takiemu da? A jeść codziennie musi i „recydywista”, jak każdy najporządniejszy człowiek pod słońcem. Nawet twierdzę, że każdy recydywista czuje wstręt do swego rzemiosła, jedynie warunki życiowe zmuszają go do dalszej kradzieży. Nie ma on bowiem już nic do stracenia. Są i zwyrodnialcy, ale bardzo ich mało.

*

2184

Belki szukałem również po różnych „domkach” i dopytywałem się o nią w wielu miejscach. A nawet z Lizą starałem się nawiązać znów przyjaźń, by się coś dowiedzieć od niej. Jednakże wszystko było daremne, wszelkie po niej ślady w szpitalu po trzech miesiącach zaginęły. Do dziś dnia nic o jej losach powiedzieć nie mogę. Może też być, że padła ofiarą sutenerów, którym nie chciała ulegać, albo też umarła w rynsztoku, nie poznana przez nikogo.

2185

Po upływie dwóch tygodni wróciłem do Ł. Coś do Frani mnie tam ciągnęło i nie dawało mi spokoju. W ten sam dzień jeszcze, wieczorem, udałem się do Frani. Pochodziłem tam wpierw pod oknami, by przekonać się, czy nie ma Staśka, przed którym przyznać muszę, stchórzyłem, potem wszedłem do mieszkania.

2186

— Boże! Pan jest tu?! — krzyknęła jej matka, gdy stanąłem na progu, po czym prosiła mnie dalej. Ojciec jej przywitał mnie serdecznie, jak zazwyczaj mrugając do mnie lewym okiem. Rozejrzałem się ciekawie po mieszkaniu, a potem spojrzałem na drzwi pokoju Frani, matka jej podchwyciła moje spojrzenie, zakłopotana z pobożnym westchnieniem rzekła:

2187

— Frania zaraz tu przyjdzie, wyszła biedna niedawno trochę na świeże powietrze — i znów westchnęła.

2188

Zrozumiałem, że w czasie mojej nieobecności zaszło tu coś nadzwyczajnego. Jednakże nie śmiałem o to spytać. Przez głowę przemknęła mi myśl, że może Stasiek ją zamordował i nie chcą mi tego powiedzieć. Widząc przygnębienie i przykrość, którą, jak mi się zdawało, spowodowałem swoim przybyciem, zapytałem:

2189

— Co tu zaszło, że pani taka smutna?

2190

Kobieta spojrzała pytająco na męża, który kończył wieczerzę, obgryzając zawzięcie wielką kość, a ten, zauważyłem, mrugnął do niej lewym okiem. Po chwili odparła:

2191

— Boże, jak go bili…

2192

Tu nie wytrzymałem i spytałem porywczo:

2193

– Kogo i gdzie? Proszę mi wyraźnie mówić, o kim pani to mówi, nic nie rozumiem.

2194

— Jak widzę, to pan o niczym nie wie. O kim miałabym mówić, jak nie o naszym Staśku. Biedy Staśku! — dodała z westchnieniem i ciągnęła dalej: — Będzie temu już trzeci dzień, jak on nieborak siedzi w „Czerwoniaku” razem ze wspólnikami. Przy aresztowaniu tak Staśka zbili, że ledwo żyje biedak — dokończyła, załamując ręce.

2195

Począłem wypytywać o szczegóły, myśląc, że siedzą za tę wspólną naszą robotę. Cieszyłem się przy tym w duchu, że nikt mi teraz nie przeszkodzi w moim zamiarze względem Frani, a z jej strony, odczuwałem, łatwo mi to pójdzie.

2196

Do tej pory zawierałem stosunki z kobietami w sposób łatwy, a rozstawałem się z nimi po krótkim czasie w sposób jeszcze łatwiejszy. Więc byłem teraz niemal pewny wygranej. Gdy zaś dowiedziałem się, że Stasiek został schwytany na gorącym uczynku w pewnej firmie manufaktury i do tego za opór wobec policji, nie dał się bowiem aresztować, pomyślałem: pięć wiosenek murowane. Byłem niemal zadowolony, chcąc przerwać panujący tu smutek, przywołałem zaraz siostrę Frani, która obserwowała mnie z boku i posłałem po obfite trunki i zakąski, prosząc ją zarazem, by odszukała siostrę.

2197

Za jakieś pół godziny obie wróciły, Frania przywitała mnie jak starego przyjaciela, wydawała mi się ładniejsza niż wtedy. Szelmowskie oczy świeciły zdrowym, wesołym blaskiem, a policzki rumiane od mrozu wabiły mnie do pocałunku. Pociągnęła mnie też zaraz za sobą do swojego pokoiku.

2198

— Kiedy pan przyjechał? — rzuciła pytanie, grożąc mi paluszkiem. — Żyd zawsze jest tchórzem i pan stchórzył przed Staśkiem — dodała po żydowsku. Nie zważając na moje zaprzeczenie, ciągnęła dalej:

2199

— Pan już na pewno wszystko wie, co tu zaszło, nareszcie jestem panną na wydaniu — zakończyła wesoło, a nawet za wesoło.

2200

Mierzyłem ją chwilę badawczo, bo uraził mnie jej lekko traktujący ton i zapytałem:

2201

— Czy pani odwiedza choć Staśka?

2202

— Co, ja? — zapytała. — Jego matka go odwiedza, cóż on mnie teraz obchodzi? Ja lubię chłopców, gdy są przy mnie — dodała kapryśnie. — Zresztą po tym zajściu z panem już go nie kochałam, zaczęłam z nim zrywać, zanudził mnie na śmierć swoją zazdrością, jestem zadowolona, że mnie policja uwolniła od jego osoby — zakończyła. — Czy pan też jest zazdrosny? — zwróciła się do mnie kokieteryjnie po chwili milczenia.

2203

— Ja, ja sam tego nie wiem — odparłem. — Ale gdybym miał taką kobietę jak pani, nie ręczę za siebie.

2204

Zakrzątnęła się przy tym do przyszykowania przyniesionej wypitki, a siostra jej pomagała. Potem wzięła dwie butelki napojów, zakąskę i kazała siostrze podać ojcu i matce w kuchni. Ja widząc to, zaprotestowałem i prosiłem, by razem z nami wypili, na co po krótkim wahaniu się zgodziła. Zaczęła się biesiada.

2205

Dziwiło mnie to, że przy rodzicach nie krępowała się zupełnie i rzucała mi coraz więcej dwuznacznych półsłówek. Nareszcie ojciec i matka zrozumieli, że są tu już zbyteczni, zawołali też młodszą córkę i wynieśli się. Ojciec podał mi rękę i wychodząc, mrugnął do mnie, pokazując na córkę. Frania teraz, rozmarzona i podniecona alkoholem, usiadła mi na kolanach.

2206

— Co, ciężka jestem, to zejdę?

2207

— Nie, chciałbym całe życie ten ciężar nosić, aż do grobu — odparłem ośmielony.

2208

Wybuchnęła śmiechem.

2209

— Wy, wszyscy mężczyźni tak zawsze mówicie na początku, a później stajecie się wprost nieznośni. O, ja was znam dobrze — dodała, grożąc mi pięścią pod samym nosem.

2210

— Pani mnie jeszcze nie zna — zaprzeczyłem gorąco. — Nigdy nie opuściłbym pani… — Tu próbowałem przycisnąć ją do siebie.

2211

Momentalnie zerwała się i wyprostowała.

2212

— Jak widzę, pan sobie za dużo pozwala, pan już mnie liczy za zdobytą? O, nie tak prędko się Franię zdobywa — dodała dumnie. — Na moje zawołanie, jakbym tylko zagwizdała, to będą za mną chłopcy latali, jak psy. Pan sobie myśli, że za kieliszek Frania się już oddaje? O nie, mój panie, gdy pan tak myśli, to pan się okropnie myli — zakończyła nieomal ze złością.

2213

— Proszę o mnie tak źle nie sądzić, ja o tym wcale nie myślałem, niech pani mi wybaczy, ale pokochałem panią od pierwszego spojrzenia. Wyjechałem stąd nie dlatego, że obawiałem się Staśka, tylko że jako wspólnikowi nie chciałem i nie mogłem tej przykrości robić. Jednakże po oddaleniu się od pani przekonałem się, że żyć bez niej nie mogę i przyjechałem, by ujrzeć panią i starać się o jej względy.

2214

Gdy zaś skończyłem swoje wyznanie, ze wzruszeniem jednym tchnieniem wypowiedziane, ona patrzyła na mnie chwilę i wybuchnęła niepohamowanym śmiechem, siadając mi znów na kolanach.

2215

— Tylko ręce proszę trzymać na razie przy sobie — rzekła, śmiejąc się jeszcze.

2216

Myślałem, do czego ona właściwie dąży, ta kapryśna dziewczyna, kroplisty pot wystąpił mi na czoło, żar od niej bił jak z rozgrzanego pieca. Były momenty, że chciałem ją gwałtem rzucić na podłogę i zmusić do uległości, ale świadomość, że za drzwiami są rodzice, powstrzymała mnie od tego szalonego zamiaru i postanowiłem opanować namiętność i czekać końca. Wiedziałem, że ona się tylko drażni, a myśli i dąży do tego, co i ja.

2217

— Frania, najdroższa — począłem błagać — zlituj się nade mną, zejdź mi z kolan lub pozwól się ucałować!

2218

— Dobrze — odparła — pozwolę się pocałować aż dwa razy, gdy staniesz na stole i trzy razy krzykniesz, że jesteś we mnie zakochany i że się przechrzcisz, zgoda?

2219

Jednym susem wskoczyłem na stół i wołałem jej słowa tak długo, aż sama uznała, że już dosyć i kazała mi znów usiąść. Sama usiadła na moje kolana i rzekła:

2220

— Teraz pocałuj mnie, byś miał dowód, że dotrzymuję zawsze słowa.

2221

Wykonałem polecenie, w głowie zawirowało mi, a wypite trunki zaczęły działać we mnie wspólnie ze zmysłami i nie patrząc już na nic, objąłem ją wpół.

2222

Zręcznym ruchem uwolniła się.

2223

— Jak nie będzie pan spokojny, to wyproszę za drzwi — groziła — i słuchaj pan, co dalej powiem: — Kochasz mnie pan?

2224

— O, tak! Bardzo panią kocham — odparłem prawie że nieprzytomny, robiąc ruch, jakbym chciał ją uchwycić.

2225

— Więc dobrze — odparła — oddaj mi pan portfel na dowód, że mówisz prawdę.

2226

Oprzytomniałem od razu.

2227

— Aha! Teraz widzę, że pan kłamie — rzekła, śmiejąc się, skoro spostrzegła moje wahanie. — Dobranoc — dodała — może mnie pan pożegnać.

2228

Pokazała przy tym w kierunku drzwi.

2229

Stałem chwilę niezdecydowany jeszcze, wydała mi się szatańsko piękna i machinalnie wręczyłem jej portfel.

2230

— Zobaczymy, czy on czasem nie jest próżny — zaśmiała się i zaczęła wykładać zawartość na stół.

2231

— Oho! Pan ma dużo forsy, ale na to, żeby posiąść Franię — rzekła — jest to jeszcze trochę za mało; oddaj pan tu swój zegarek.

2232

Zdjąłem bez słowa zegarek, chcąc się przekonać, do czego ona dąży.

2233

— Zdejm pan teraz pierścionek, który pan nosi na palcu, zobaczymy czy mi pasuje.

2234

Wykonałem i to polecenie.

2235

Popatrzyła z natężeniem na mnie dłuższą chwilę, rozglądając się po pokoju, po czym podskoczyła do ściany i zdjęła krucyfiks.

2236

Czekałem z zaciekawieniem, co ona teraz zrobi, wtem zbliżyła się do mnie.

2237

— Jeszcze daj mi ostatni dowód, że mnie naprawdę kochasz, masz tu, pocałuj krzyż.

2238

Zawahałem się chwilę, chciałem już i to uczynić. Wtem odskoczyła nagle w bok, wieszając krzyż na swoim miejscu i śmiejąc się, wybiegła z pokoju. Pomyślałem, że na pewno zwariowała i już chciałem zbierać swoje rzeczy i portfel, który zostawiła na stole, gdy wtem z powrotem wpadła, uchwyciła mnie w objęcia, obsypując całusami, po czym posadziła mnie na kanapce, tłumacząc, że o ile ją kocham i zostanie moją kochanką, to niejeden jej kaprys będę musiał wypełnić. Przyrzekłem, że wszystko to uczynię.

2239

Byłem tak oszołomiony jej urokiem, że gdyby w tej chwili wymagała, abym popełnił nawet zabójstwo, kto wie, czy oparłbym się. Korzystając teraz z jej przychylności dla mnie, delikatnie objąłem jej kibić i zaproponowałem nieśmiało, by udała się ze mną do hotelu.

2240

— Dlaczego do hotelu? — filuternie zapytała. — Czy tu ci źle ze mną?

2241

— Tu przecież nie można — odparłem, pokazując na drzwi, za którymi byli rodzice.

2242

— To mi wcale nie przeszkadza — odparła. — Tylko powiem ci prawdę… dziś nie mogę…

2243

— Dlaczego? — nalegałem, przyciskając ją namiętnie do siebie.

2244

Tu szelmowsko szepnęła mi do ucha: „Mam m… więc trochę zaczekaj”.

2245

Wziąłem to za wykręt z jej strony i począłem nalegać.

2246

— Więc dobrze — rzekła po chwili namysłu — położymy się spać do mojego łóżka, ale daj słowo, że mnie nie dotkniesz — śmiała mi się cynicznie w oczy.

2247

— Co do tego, nie obiecuję. Powiedz sama — mówiłem, przyciskając ją do siebie z całych sił — czy to byłoby możliwe z tobą, rozebraną, leżeć w jednym łóżku i me tknąć cię? To jest nad moje siły — dodałem.

2248

Roześmiała się. — No, lubię clę za szczerość — rzekła — więc prędko rozbieraj się.

2249

Mnie tego nie trzeba było dwa razy powtarzać i za chwilę oboje byliśmy rozebrani w łóżku.

2250

Zauważyłem przy zgaszeniu przez nią lampy, że jest zupełnie naga, po chwili oboje zwarliśmy się w drżącą całość…

2251

Nie jestem tu zdolny opisać wyrafinowanych sztuczek miłosnych i potwornego cynizmu mojej kochanki. Rozkoszna noc, którą z nią przeżyłem, przewyższała wszystkie przygody tego rodzaju, com kiedykolwiek przeżył w swym burzliwym życiu.

2252

W ciągu nocy, którą spędziłem w jej łóżku, nie dała mi ani na chwilę wytchnienia i spokoju. Wyrabiała ze mną, co jej się tylko spodobało. Tkwiły w mej jakieś siły piekielne. Nie pomogły moje zapewnienia i prośby, że umieram ze zmęczenia. Ona, nie patrząc na to, wyprawiała ze mną istne podrygi szatańskie.

2253

Myślałem sobie w duchu, żeby już dzień jak najprędzej przyszedł, a zostałbym od niej uwolniony. A zarazem czułem, że opanowała mnie zupełnie. Fizycznie byłem nasycony, ale zmysły w dalszym ciągu na mnie działały i chciałbym, aby nigdy to się nie skończyło… Rano pokazała mi na ścianie jakieś kreski wydrapane paznokciem i kazała przeliczyć.

2254

Naliczyłem, nie bez dumy, osiem kresek, na które ku memu zdziwieniu rzekła:

2255

— To wszystko, mój kochany, mało; jesteś niedołęgą. Takiego kochanką nie zostanę, chyba że powoli się wprawisz.

2256

Rano, przyznam szczerze, ledwo stałem na nogach, razem też zjedliśmy śniadanie, po czym już tu zamieszkałem.

2257

Powodzenie każdej kobiety u mężczyzny, uważam, zależy od pierwszej miłości, pierwszego zbliżenia się. O ile kobieta potrafi jakimś nie dającym się określić wyczynem czysto fizycznym mężczyznę zadowolić, zostanie on już na pewno jej niewolnikiem. Tak było ze mną. Podlegałem zupełnie jej woli i codziennie inne jej kaprysy i zachcianki musiałem spełniać.

2258

Przez współżycie z nią miałem dużo wrogów między złodziejami, a nawet grozili mi „dintojrą”. Mówili, że to nie jest „po złodziejsku”, o czym ja sam dobrze wiedziałem, zabierać kochankę wspólnikowi, gdy ten wpada do więzienia. Ja to, jak wyżej nadmieniłem, doskonale wiedziałem, że źle postąpiłem, ale Frania była zbyt rozkoszna i warta grzechu, bym ją miał opuścić. Z dnia na dzień też stawała się więcej panią mej woli.

2259

Dla zaspokojenia sumienia, spotykając nieraz matkę Staśka, dawałem jej pieniądze dla niego na „wałówkę”. A nawet kilka razy „zblatowałem”[199] pewnego dozorcę, który nosił papierosy do więzienia dla Staśka.

LI

2260

Pewnego dnia byłem trochę podpity, a Frania namówiła mnie, bym się z nią udał na spacer, jak twierdziła, na świeże powietrze, aby wytrzeźwieć. Wzięła mnie pod ramię i zaprowadziła pod sam „Czerwoniak”. Więźniowie wyglądający oknami poczęli wołać na Staśka, że tu Frania przyszła z kochankiem pod jego okno. Oprzytomniałem od razu.

2261

Stasiek począł robić mi wyrzuty, że nie dość, że mu ją zabrałem, ale jeszcze pod więzienie przychodzę z nią, by mu się pokazać, a nie patrzę na jego cierpienia. Frania, śmiejąc się cynicznie, zadawała mu pytania, czy mu się tam nie przykrzy bez kobiet. Inni więźniowie, widząc to i słysząc jej szydercze uwagi, poczęli na głos wołać:

2262

— Kur… do wórka!

2263

Pociągnąłem ją za sobą, robiąc jej w drodze wymówki, że mnie aż tu zaprowadziła. Śmiała się tylko do mnie, mówiąc:

2264

— Jak ty tam będziesz za kratami siedział, to też przyjdę pod okno z drugim kochankiem, co ty mi wtedy zrobisz, będąc za kratami?

2265

— Frania! — próbowałem ją skarcić — jak ty możesz tak mówić. Twe kaprysy stają się wprost już nie do zniesienia, wystrzegaj się — próbowałem jej pogrozić.

2266

— Co ty mi zrobisz? Gwiżdżę na was wszystkich — odparła i poczęła sobie naprawdę wygwizdywać melodię swojej ulubionej piosenki: „Moja mama, daj mnie za mąż, rym-cim-cim. Jak ja męża nie dostanę” itd.

2267

Pobić jej nigdy nie mogłem, gdyż momentalnie wszystko zamieniała w żart. Niepodobna było też na nią długo się gniewać. Lubiłem słuchać jej śpiewu, śliczny miała głos i przy tym akompaniowała na gitarze. Gdy czuła, że przeciągnęła już strunę ze swoimi kaprysami i że jestem naprawdę zły, zabierała się wtedy do śpiewu i tym mnie momentalnie rozbrajała. Żadna kobieta, którą znałem do tego czasu, tak mną nie władała jak Frania. Byłem gotów za nią, jak to się mówi, w ogień skoczyć.

2268

Taki stan rzeczy trwał ze sześć tygodni. Frania była nienasycona fizycznie, a ja będąc zmysłowo zakochany i obawiając się, by nie skierowała swoich względów w inną stronę, dotrzymywałem jej kroku i stale byłem przy niej. Znosiłem jej kaprysy z pewnym zrezygnowaniem. Ale ponieważ pod słońcem nie ma nic trwałego, więc i ja zbuntowałem się i zacząłem ją zaniedbywać.

2269

Co prawda winna tu była pewna Żydóweczka, którą wówczas zapoznałem, chociaż była to brunetka i mężatka, w czym nie gustowałem. Wszakże ona to potrafiła mnie do siebie zwabić.

2270

Znajomość nasza datowała się od pewnego dnia, kiedy wstąpiłem do fryzjerni jej męża, by się ogolić. Pomagała mu nieraz w pracy, gdy było dużo gości. Sama też, jak twierdziła, była z zawodu fryzjerką, jak się zaś później przekonałem, robił to jej mąż z pewnym wyrachowaniem, by zwabić tu młodzież za pomocą młodej i pięknej żony.

2271

Każdy niemal z gości tak się kierował, by ona goliła. Na początku co prawda krępowało mnie to, gdy ona mnie goliła. Jednak po niedługim czasie tak mi się ona spodobała, że niemal codziennie chodziłem się golić, choć nie miałem co.

2272

Pewnego razu, któregoś zimowego dnia przed wieczorem, zaszedłem do tej wspomnianej fryzjerni i dobrze trafiłem; gości tu nie było żadnych, a co lepsze i męża tu nie było. Przywitała mnie bardzo, jak na mężatkę, przychylnie, po zamienieniu kilku słów, raczej dlatego, by coś mówić niż z potrzeby, usiadłem na krześle i poczęła mnie swoją ręką mydlić. Robiła to jakoś dłużej niż zwykle, po czym przystąpiła do golenia. Przy tej czynności zauważyłem, że jakby naumyślnie stawia swoją nogę między moje. Czułem ciepło jej kolan i… tak, że nie mogłem usiedzieć.

2273

Nareszcie skończyła, wyjąłem prędko pieniądze, by już zapłacić i chciałem się wynosić. Czułem, że ona zmiarkowała, co się stało, gdy swoje kolano przycisnęła do najdrażliwszego miejsca. Wstydziłem się tego, myśląc, że może przez nieuwagę to uczyniła.

2274

— Co pan się tak śpieszy? — zapytała.

2275

— Ja, ja nie mam czasu — odparłem, kładąc dwie marki na stole.

2276

— Mam dwa, mogę jeden panu odstąpić — odparła, śmiejąc się, po czym dodała:

2277

— Niech pan pozwoli na chwilę do mieszkania — i otworzyła drzwi do pokoju, który łączył się z fryzjernią.

2278

Wszedłem.

2279

Wskazała mi krzesło, a sama wzięła dziecko z wózka i dała mu pierś.

2280

Zauważyłem, że ona chce, bym widział, że ma białe, ładne, pełne piersi.

2281

— Dlaczego pan nic nie mówi? — zapytała mnie po chwili krępującej ciszy.

2282

— Doprawdy nie wiem, o czym mówić — odparłem, patrząc na nią, jak mieniła się na twarzy pod moim wzrokiem.

2283

— Czy pan żonaty? — zapytała nagle.

2284

— Nie jeszcze.

2285

— A dlaczego pan się nie żeni? Taki przystojny kawaler łatwo dostanie żonę.

2286

Spojrzałem na nią, nie rozumiejąc, do czego zdąża, i odparłem:

2287

— Nie spotkałem jeszcze kobiety, bym ją naprawdę pokochał.

2288

— A Frania? — odparła.

2289

— Jaka Frania? — próbowałem nie rozumieć.

2290

— No, ta Frania, pańska kochanka.

2291

— Skąd pani wie o tym?

2292

— Ja jeszcze coś więcej wiem — dodała tajemniczo

2293

Mierzyliśmy się chwilę wzrokiem.

2294

— Czy pan wie, że jestem akuszerką?

2295

— Skąd bym miał o tym wiedzieć — odparłem. — Mnie akuszerki nie są potrzebne — śmiałem się.

2296

— Wiem, że panu niepotrzebne, ale komu innemu, kto jest blisko pana, może być potrzebna.

2297

— Nic nie rozumiem — odparłem.

2298

— Tym lepiej — rzekła i przysunęła się bliżej mnie.

2299

— Pan wiele ma lat?

2300

— Dwadzieścia jeden.

2301

— Pan bardzo lubi kobiety?

2302

— To zależy — odparłem, nabierając odwagi.

2303

— Pan musi być straszny kobieciarz, że może dogodzić takiej wymagającej, jaka jest Frania.

2304

— Skąd pani o tym wie?

2305

— Mówiłam już panu — odparła — że jeszcze więcej wiem, niż mówię.

2306

Chwila przerwy. Myślałem, co ona chce z tymi zapytaniami? Byłem wtedy jeszcze za głupi pod tym względem, bym się znał na różnych kobiecych sprawach i na myśl mi nie przyszło, że Frania była kiedyś jej klientką, nareszcie spytałem:

2307

— Dlaczego mnie pani o to wszystko pyta?

2308

— Dlatego, że mnie pana żal — odparła. — Pan się tylko zmarnuje z tą „siksą”.

2309

— Kiedy nie mam innej — odparłem. Prędko zaś dodałem: — O, żebym miał taką kobietę jak pani, czułbym się szczęśliwy.

2310

— Dlaczego pan nie może takiej mieć, i to Żydówki. — Mówiąc to, patrzyła mi uparcie w oczy i rumieniła się.

2311

— Za późno panią poznałem — odparłem — pani należy już do innego, pani ma męża.

2312

— Czy to panu przeszkadza? — spytała, wykręcając głowę w inną stronę.

2313

Dłużej nie wytrzymałem, wszystkie te jej pytania zapaliły we krwi mojej żądze, nie mogłem oderwać wzroku od białej jej piersi, zerwałem się z miejsca i zbliżyłem się do niej, uchwyciłem ją za ramię.

2314

— Niech pani położy dziecko!

2315

— Dlaczego? — próbowała się słabo bronić.

2316

— Niedobrze jest przyzwyczajać dzieci na rękach stale nosić — i podniosłem ją z krzesła, popychając lekko w stronę wózka.

2317

Machinalnie położyła dziecko, a ja przycisnąłem ją namiętnie do siebie, nie broniła się, tylko urywanym głosem zawołała:

2318

— Przecież ja mam męża… Co pan chce robić?

2319

Nie odpowiedziałem, tylko uchwyciłem ją za ręce, po czym zaniosłem do drugiego pokoju i złożyłem na łóżku. Nie stawiała oporu, tylko prosiła, abym drzwi od fryzjerni zamknął na klucz, by ktoś nie wszedł.

2320

Żal mi było przerwać ten czarowny moment, jednakże zrozumiałem, że ktoś nieproszony może nam przeszkodzić, więc wykonałem prędko polecenie i wróciłem. Ona leżała jeszcze w tej samej pozycji, w jakiej ją położyłem, chciałem się dobrać do miodu, jednak reformy przeszkadzały. Prosiłem, by je zdjęła, a ona urwanym głosem prosiła: „Ach, rwij pan… prędzej…” No i podarłem, droga stała otworem. Dała się posiąść bez oporu, szepcąc tylko błagalnie: „Proszę cię tylko, żeby cztery oczy o tym wiedziały. Od dziś, kiedy tylko zechcesz, jestem twoja…”

2321

Naopowiadała mi strasznych rzeczy na Franię, chcąc mi ją obrzydzić, i po zapewnieniu z mojej strony, że będę ją często odwiedzał, wyniosłem się.

2322

Od tego dnia byłem wzięty w dwa ognie. Frania poznała od razu, że ją zaniedbuję, pilnowała, bym się nigdy na krok nie oddalał. Jednakże pod pozorem udania się na robotę, odwiedzałem fryzjernię.

2323

Dawała mi często znać, kiedy męża nie ma w domu. Umawiałem w różnych miejscach spotkania, była tak samo „wymagająca” jak Frania. Co do mnie, doszło do tego, że ledwo na nogach się trzymałem i począłem odczuwać do nich wstręt, gdy je ujrzałem. Przypadek też zdradził nas przed jej mężem, który domyślił się wszystkiego. Było to tak:

2324

Kilka dni potem zostałem aresztowany, trzymano mnie pięć dni, byłem nieomal zadowolony, że trochę odpocząłem, zaraz też po zwolnieniu zaszedłem na swoje nieszczęście do tego fryzjera, by się dać ogolić. Ona zaś wiedziała o tym że byłem aresztowany, więc gdy mnie ujrzała, podskoczyła nagle do mnie:

2325

— Co, jesteś, mój ko… — i urwała.

2326

Słysząc to, mąż zbladł, ona zaś połapała się, że sama się zdradziła, chciała wszystko naprawić i obrócić w żart, jednak to się jej nie udało, sama się „wsypała”. Co prawda w spodniach ona chodziła, a nie mąż, jednak źle się stało.

2327

Od tego dnia czułem, że mąż śledzi mnie. On już dawno domyślił się, do jakiej branży należę. Ten romans też wkrótce mnie zgubił, o czym później będę mówił.

LII

2328

Piątnica, przedmieście Ł.[200], przedzielona dwoma mostami nad Narwią, leży dwie wiorsty od Ł. Przy drugim moście na Piątnicy stał zawsze za Niemców posterunkowy i sierżant niemiecki, którzy kontrolowali paszporty i przepustki, furmanki i przechodniów. Bardzo surowo odbywała się „za Niemców” ta czynność.

2329

Zmuszony i ja byłem często przez te mosty przechodzić. Po pierwsze, jeden z moich już świeżych wspólników tam mieszkał. Wspólnik ten był żonaty i figurował tam jako handlarz koni i stąd wybieraliśmy się zawsze na wyprawę. Po drugie, po tej stronie najwięcej grasowaliśmy, bo było tam bliżej granicy niemieckiej.

2330

Raz wieczorem o godzinie dziewiątej, odprowadzony przez Franię do pierwszego mostu, pożegnałem ją i udałem się do wspólników, skąd mieliśmy wyruszyć na pewną wyprawę. Gdy stanąłem przy budzie, gdzie sierżant przeglądał paszporty, zauważyłem, że ściślej się tym razem to czyni niż zwykle. Przebiegłem w myślach, czy nie mam czego na sumieniu, co by tu policja już wiedziała. Nic takiego sobie nie przypomniałem. Zbliżyłem się i wyciągnąłem pas, sierżant obejrzał go na wszystkie strony, potem popatrzył na fotografię, to znów na mnie. Źle, pomyślałem, jestem zgubiony. Nim zdążyłem pomyśleć o ratunku, gdy sierżant zwrócił się do mnie grzecznie, żebym szedł z nim na posterunek.

2331

— Co to ma znaczyć? — próbowałem spokojnie zaprotestować.

2332

— Nic takiego — odparł — tylko, że znaleziono paszport na podobne nazwisko, więc chcemy tylko tam sprawdzić i zaraz pana zwolnimy.

2333

Zrozumiałem, że to jest tylko pozór, aby mnie dostać na posterunek. Co robić? Uciekać? Na nic to się nie przyda, z jednej strony jest most, a z drugiej posterunek, który za mną zaraz podąży. Machinalnie szedłem za sierżantem. Była bardzo ciemna noc, a posterunek mieścił się o jakieś pięćdziesiąt kroków od mostu.

2334

Po drodze sierżant starał się ocierać o moje ramię tak, by mnie czuć przy sobie. Zauważyłem też, że w ręce coś trzyma, na pewno rewolwer, pomyślałem. Wtem nagłym ruchem rzuciłem w stronę wody rewolwer, który miałem przy sobie, a za który groziła mi kara śmierci. Sierżant uchwycił mnie zaraz za ramię.

2335

— Co tam rzuciłeś?

2336

— Chleb — odpowiedziałem.

2337

I tak trzymał mnie już za rękę, dopóki nie weszliśmy na posterunek.

2338

Otoczony zostałem tu przez żołnierzy i za chwilę zjawił się oficer, sam komendant posterunku, z listą w ręku. Przyglądał mi się bacznie, po czym na głos czytał nazwiska poszukiwanych przez policję. Wyczytał też moje nazwisko, na które siedziałem w Niemczech, nie zatrzymując się, czytał dalej. Odetchnąłem z ulgą.

2339

Spojrzał też na mój paszport, mojego nazwiska tam nie było, potem zaczął fotografię oglądać. Zapytał mnie też, co ja wyrzuciłem podczas aresztowania do wody.

2340

— Chleb — odparłem.

2341

Uśmiechnął się i kazał mnie zrewidować.

2342

Nic takiego u mnie nie znaleziono, oprócz jeszcze jednego paszportu

2343

— Czyj to jest? — pytał.

2344

— Kuzyna mojego — wyjaśniłem — zapomniał o nim i zostawił u mnie. Znowu począł szukać, czy tego nazwiska nie ma na liście. Po przekonaniu się, że nie, zwrócił się do żołnierzy.

2345

— Który z was podejmie się odprowadzić go do Ł. na „Feldpolizei”. To musi być dobry ptaszek. Tam mają fotografie i sprawdzą, co on za jeden.

2346

Ich[201]! — zasalutował średniego wzrostu żołnierz.

2347

— Dobrze — odparł komendant — możesz się szykować, tylko uważaj, gdy popróbuje uciekać, możesz go zabić, nic ci za to nie będzie.

2348

Mówił po niemiecku i patrzył na mnie, jakie to wrażenie na mnie zrobi.

2349

— Po co mi uciekać — zauważyłem — nie jestem żaden złodziej.

2350

— Zobaczymy — odpowiedział i odszedł.

2351

Za jakieś piętnaście minut stanął przede mną Niemiec w pełnym rynsztunku bojowym i pokazał mi pod sam nos karabin.

2352

— Wiesz, co to jest?

2353

— Karabin — odrzekłem.

2354

— A to, wiesz co jest? — tu pokazał na medal na swojej piersi.

2355

— Nie wiem.

2356

— To jest medal za strzelanie, ja nigdy nie chybię, możesz uciekać. — Roześmiał się.

2357

Żołnierze, obserwując nas, klepali go po ramieniu, śmiejąc się, a jeden żołnierz, widać Polak, odezwał się do mnie po polsku:

2358

— Możesz uciekać i spróbować, czy Franc dobrze strzela — i mrugnął do mnie znacząco.

2359

Ja doskonale zrozumiałem, że on by nie wiem co dał, abym zwiał temu Niemcowi. Więc postanowiłem uciec, żeby się nie zawiódł na mnie.

2360

Franc pod samym moim nosem ładował karabin, pokazując mi przy tym kule, i jeszcze raz mnie napomniał groźnie, że za najmniejszym ruchem zastrzeli mnie.

2361

— Los! — zakomenderował i ruszyliśmy w drogę.

2362

Żołnierze rzucili Francowi dwuznaczne słowa, żeby dobrze na mnie uważał. Muszę tu zaznaczyć, że „za Niemców” cywilnym nie wolno było przechodzić przez mosty od godziny dziesiątej wieczór do czwartej rano.

2363

Przeszliśmy pierwszy most, gdzie żołnierz nas przepuścił, a następnie drugi most, po czym zmuszeni byliśmy z powodu błota na szosie iść z boku po ścieżce wydeptanej przez przechodniów. Niemiec od czasu do czasu przyświecał mi drogę lampką, trzymał się równo ze mną, tak że starał się ocierać o mnie. Wyczułem drżenie w jego głosie, kiedy po przekroczeniu drugiego mostu począł mnie wypytywać, skąd jestem i czy mam żonę lub narzeczoną. Pytał także, czy mam siostrę i czy ładną. Starałem się spokojnie mu odpowiadać. Mówił mi też, że na „Feldpolizei” tylko sprawdzą coś i zaraz mnie uwolnią.

2364

Myślałem gorączkowo, jak mu tu „najechać”. Już pół drogi przeszliśmy i nic jeszcze nie postanowiłem. Wiedziałem o tym dobrze, słysząc na liście moje nazwisko z Niemiec, że gdy zajdę tam na „Feldpolizei”, jestem zgubiony.

2365

Droga od Ł. do mostu jest sypana groblą na wysokość dwóch metrów, a w niektórych miejscach i więcej. Z obu stron w pewnej odległości od siebie stoją drzewa. Starałem się nieznacznie popchnąć go do brzegu, udając, że tu nie mogę iść w błocie.

2366

Niemiec, nie orientując się zupełnie, do czego dążę, kazał mi przejść na drugą stronę do szosy, a sam szedł przy brzegu grobli. Serce mi biło tak gwałtownie, że począłem głośno rozmawiać, by się nie zdradzić z myślami. Wtem niespodziewanie wymierzyłem mu z całej siły cios w twarz, tak że momentalnie potoczył się w dół i zacząłem uciekać, będąc pewnym, że tu po drodze nikogo już nie spotkam. Przy samym mieście dopiero zwolniłem kroku i podążyłem na jedną z „melin”, gdzie przespałem się do rana. Rano posłałem po Franię i kazałem sobie przynieść inny garnitur i palto, mówiąc jej, że muszę wyjechać na kilka dni.

2367

Próbowała się dowiedzieć, co to ma wszystko znaczyć. Jednakże nic jej nie opowiadałem i wyjechałem tym razem do Wilna.

2368

Dawno już nie filozofowałem. Nie wiem naprawdę, co jest ze mną, czuję to sam, że ostatnie moje rozdziały jakoś źle opisuję. Już od przeszło trzech miesięcy przestałem pisać swój pamiętnik, z którego przyznam szczerze, nie jestem zadowolony. Dręczy mnie trochę brak wymowy w języku polskim.

2369

Wiem to i rozumiem, że teraz, żyjąc w samotności, w murach więziennych, przemyśliwując po raz setny swoją przeszłość, gdyż nic do roboty tu nie pozostaje, zawsze będę tu sam, a ze mną tylko moje zbrodnicze wspomnienia. Zdawało mi się, że mam pewną zdolność, o której do tego czasu nie pomyślałem, to jest, usiłowałem opisać historię mojego nędznego życia, które mnie kiedyś tak pociągało, a któremu nie umiałem się oprzeć. Teraz, gdy mam trzydzieści pięć lat, budzi się we mnie tylko wstręt do przeszłości. Sam nie traktuję swojej bazgraniny zupełnie poważnie. Wiem to z przekonania, że ludzie po długoletnim pobycie w więzieniu dziecinnieją lub wariują. ZbrodniaWięzienie to kraj ludzi chorych na manię wielkości. Jeden sobie marzy w celi pojedynczej o zdjęciu gwiazdy z nieba, drugi obmyśla dokonanie jakiejś genialnej zbrodni po wyjściu na wolność.

2370

Tu, w ciszy pojedynczej celi więziennej ma on czas, by po raz setny przemyśleć swoją przyszłą zbrodnię z matematyczną dokładnością, zanim jej dokona. Wszystkie rekordowe przestępstwa, dokonane wprost genialnie, są obmyślane starannie i szczegółowo w pojedynczej celi więziennej. Pojedynka jest matką zbrodni.

2371

Tu też po dłuższym czasie staje się on filozofem, poetą, wynalazcą, artystą, a nareszcie idiotą lub „Kürtenem, upiorem z Düsseldorfu”.

2372

Podlegając temu prawu, podczas pierwszego pobytu w pojedynczej celi już zacząłem pisać wiersze. Z braku jednak materiału piśmiennego, który był wówczas srogo wzbroniony dla więźniów drapałem wiersze na ścianie i uczyłem się ich na pamięć. Teraz, po kilkuletnim pobycie za kratami w pojedynczych celach, próbowałem niepewną ręką pisać nowele i powieści, oparte na materiale osobistych przeżyć. Nieraz spłodzę i wiersz niedołężny. No i nareszcie wziąłem się do napisania pamiętnika. Wątpię tylko, czy znajdę dla niego chętnych czytelników.

2373

Ale cóż mam robić?

2374

To nie jest moja wina… Winna jest ta przeklęta jedynka. Ona to zrobiła ze mnie nieuleczalnego grafomana. Przyznam się szczerze, że zniszczyłem już kilka razy swoje nieszczęsne utwory, wszakże spokoju nie zaznałem, dopóki nie pozbierałem tych podartych arkuszy i nie zlepiłem, by je przepisać na nowo.

2375

Nieraz bierze mnie chęć, by spalić i połamać materiały piśmienne. Wtedy to skupiam całą siłę woli, by tego nie uczynić, znając siebie, że nie przeżyłbym tej straty. Na przykład, z pamiętnika swego już przy końcu roku 1930 miałem napisanych trzydzieści rozdziałów na czysto i cóż? Popadłem w taki szalony moment, któremu nieomal każdy więzień ulega i podarłem to wszystko. Na razie poczułem jakby pewną ulgę, trwało to jednak zaledwie do wieczora, zbierałem na nowo strzępy papieru, by skleić i znów na nowo przepisać. Pracowałem następnie cały tydzień nad ułożeniem kawałków i nic mi z tego nie wyszło. Ze złości chciałem to już wyrzucić, jednakże znając i swoją słabą stronę, złożyłem starannie i zabrałem się na nowo do pracy.

2376

Czy to nie są już pewne oznaki obłędu?

2377

Otóż dziś, po trzymiesięcznej przerwie zabieram się znów do pisania. Na nic się nie zdało słowo, które dałem sobie, że raz na zawsze zerwę z grafomanią. Wmawiałem nawet sobie, że czuję wprost wstręt do pisania i że się wezmę lepiej do nauki i będę starał kształcić się w tym względzie, tak bezlitośnie zaniedbany przez zacofany cheder. Dłużej wszakże niż trzy miesiące nie wytrzymałem i zasiadam teraz znów z zapałem, by powiększyć napoczęte przeze mnie utwory grafomanii.

LIII

2378

Przyjechawszy do Wilna, postanowiłem trzymać się ostrożnie, nie zadawać się po pierwsze z kobietami i wystrzegać się policji. Miałem tu jednego znajomego po fachu, który zamieszkiwał na Zawalnej. Miał już markę wyrobioną. Zaraz też zostałem przyjęty do spółki. Jednakże tego zaszczytu odmówiłem. Mając pieniądze, chciałem trochę sobie odpocząć i prowadzić życie spokojne. Ale koledzy, czując u mnie pieniądze, nie dali mi spokoju i znów wciągnęli w różne pijatyki i awanturki z „kobietami”, których miałem w moim awanturniczym życiu wiele i o których nie myślę się rozpisywać. Jedna miłostka była podobna do drugiej i zawsze kończyła się tak samo… Do kobietek tej sfery, w której przebywałem, przystęp był łatwy, jak wejście do sklepu. Nawiązywałem do tego czasu przeważnie znajomości z kobietami z półświatka, nie stawiających oporu dla płacących. Więc po cóż tu opisywać rzeczy nie przynoszące nic nowego. O jednej tylko z tych kobiet jednak muszę tu wspomnieć.

2379

Pewnego wieczora w hotelu, gdzie mieszkałem, numerowy dał mi do zrozumienia, że o ile mnie samemu się nudzi, to może mi przyprowadzić towarzyszkę i to bardzo ładną. Przystałem na to pod warunkiem, żeby to było coś nadzwyczajnego.

2380

Za jakąś godzinę zapukano do moich drzwi.

2381

— Wejść! — krzyknąłem w tonie wielkiego pana.

2382

Słyszałem, jak drzwi się po cichu otworzyły i ktoś wszedł, ja jednak udawałem, że czytam książkę, nie patrząc wcale na wchodzącego. Za chwilę obojętnie podniosłem głowę. Przy piecu kaflowym ujrzałem młodą kobietę, obserwującą mnie bacznie. Po chwili, cicho i nieśmiało wymówiła:

2383

— Czy to pan posłał po mnie?

2384

— A kto panią tu sprowadził?

2385

— Numerowy, proszę pana.

2386

— Dobrze — odparłem. — Może się pani rozgościć jak u siebie.

2387

Kobieta ze smutkiem patrzyła na mnie, aż żal mi się jej zrobiło i znów zapytała:

2388

— Czy pan chce mnie na chwilę, czy też na całą noc?

2389

Zarumieniła się przy tym. Musiała niedawno rozpocząć swój „fach”.

2390

— Zobaczymy — odparłem — na razie może zjemy kolację.

2391

Zawołałem na numerowego i zabraliśmy się do zjedzenia kolacji. Jadła z apetytem, przyznając mi się, że jest głodna. Zachęcałem ją do jedzenia i picia, za co dziękowała oczyma. Po kolacji nieśmiało prosiła, żebym powiedział, czy ma tu zostać i na jak długo.

2392

— Czego pani tak śpieszy? — zapytałem.

2393

— Bo widzi pan — odparła — nam wolno chodzić po ulicy tylko do dziesiątej, więc za godzinę już mi nie będzie wolno iść z powrotem do domu.

2394

— Pani tu zostanie, o ile zechce, do rana.

2395

— Dobrze — odparła zadowolona i zaczęła rozpuszczać piękne blond włosy, po czym posłała łóżko, obserwowałem ją. Była bardzo wytworna w ruchach i zacząłem wypytywać ją, jak długo się już puszcza i czy ma rodzinę. Zawsze lubiłem tego rodzaju kobiety wypytywać, by sobie wyrobić własny sąd, co je do tego doprowadziło, litowałem się bardzo nad nimi.

2396

Dla tego rodzaju kobiet miałem zawsze dużo serca. Bywało, że nieraz oddawałem ostatnie pieniądze, aby ich nie skrzywdzić. Najczęściej, jak, przekonałem się, popychała je na tę drogę nieszczęśliwa miłość z winy mężczyzn i warunki społeczne.

2397

Ta kobieta mogła mieć z górą lat dwadzieścia trzy i opowiadała mi, że na imię jej Jadzia i że jest córką fabrykanta, tam ją pracownik zwabił i zmusił do uległości, obiecując się z nią ożenić. Później ją bił i znęcał się nad nią, gdy upominała się o obietnicę. Przechodziła różne koleje, zanim zdecydowała się zostać „kontrolną”. Mówiła, że została dlatego kontrolną, aby mogła wychować dziecko, które miała i by nie była zmuszoną oddać się każdemu łobuzowi pod groźbą, że ją zamelduje.

2398

— Teraz — mówiła — mogę zarobić dla mnie i córki, a wpierw robili mi „manifesty” jeden za drugim i często mnie pobili. Teraz boją się policji.

2399

Słuchając jej, przykro mi się zrobiło i postanowiłem nie tknąć jej wcale. Przewróciłem się w łóżku zaraz twarzą do ściany, by zasnąć. Za chwilę odwróciłem głowę, by zobaczyć, co ona robi, zauważyłem, że płacze. Przekręciłem się i spytałem:

2400

— Dlaczego pani płacze?

2401

Nie odpowiedziała, tylko przytuliła się do mnie. — Pan taki młody i taki dobry dla mnie — mówiła.

2402

Chciałem ją delikatnie odsunąć, gdyż żądza zaczęła mnie opanowywać i myślałem, że jej tym sprawię przykrość… Przycisnęła się do mnie bardziej.

2403

— Czy pan gardzi mną? — spytała cicho, urywanym głosem.

2404

— Nie gardzę, bardzo ładna jesteś — odparłem — tylko nie chcę ci przykrości robić.

2405

— Takiego jak pan, ach, chciałabym całe życie mieć — odparła i sam nie wiem jak to się stało, że zwarłem się z nią w uścisku miłosnym.

2406

Rano prosiła mnie, abym ją odprowadził do domu i zjadł u niej w domu śniadanie.

2407

Zgodziłem się i wyszliśmy z hotelu, by się udać do jej mieszkania. Mieszkała za zielonym mostem, dosyć przyzwoicie, w dwóch pokojach i kuchni. Prosiła, bym usiadł, po czym z sypialnego pokoju wprowadziła małą, pięcioletnią dziewczynkę, była to jej córeczka, owoc pierwszej miłości… Dziecko było nad wiek rozwinięte fizycznie i umysłowo. Dziewczynka widać zwykła widzieć tu często obcych mężczyzn, zaraz wdrapała mi się na kolana i zadawała różne pytania, po czym zwróciła się do matki, która w lustrze poprawiała sobie włosy.

2408

— Mama, czy dziś idziesz do kontroli? Bo ja też pójdę.

2409

— Cicho mi bądź — odparła matka.

2410

Ta jednak dziecięcym głosikiem wołała dalej:

2411

— Ja sobie też podmyję i zrobię zastrzyk — szczebiotała sama do siebie.

2412

Matka, widząc moje zdziwienie, tłumaczyła mi, że tu mieszkają jeszcze dwie jej koleżanki, również kontrolne, więc dziecko, słysząc często te rozmowy, powtarza je, nie rozumiejąc ich znaczenia.

2413

Pomyślałem, że cud wielki będzie, gdy ta dziewczyna, wychowana w tym środowisku, wytrzyma w cnocie do lat dziesięciu. Zauważyłem też, że jest za śmiała jak na jej wiek. Za chwilę przyszły wspomniane koleżanki z nocnego połowu, obie sublokatorki weszły z głośnym śmiechem, a gdy mnie ujrzały z dziewczynką na kolanach, stropiły się, patrząc pytająco na Jadzię. Ta im tłumaczyła, że jestem jej przyjacielem i zaznajomiła mnie z nimi.

2414

Podano zaraz śniadanie i w towarzystwie trzech kobiet i małej dziewczynki zasiedliśmy do jedzenia. Przy jedzeniu jedna z nich zaczęła opowiadać, jak spędziła noc w hotelu, nie krępując się wcale moją obecnością, widać uznała mnie za swojego.

2415

— Co ty powiesz, Jadziu, pierwszy raz trafia mi się taki frajer, że nie chciał wcale… tylko mnie namawiał, że mi zrobi po „francusku”. Dałam się namówić. Wiesz, że frajer potrafił mnie tak rozdrażnić, że dobrze mnie przy tym zmordował. Doprawdy nigdy nie uwierzyłabym, że to sprawia tyle przyjemności. Zaproponował mi też, żebym dała się psu, w podobny sposób, a on będzie na to patrzył. Tego to już nie chciałam spróbować, pomimo że dobrze płacił.

2416

— Ha! Ha! — wybuchnęła śmiechem — ci mężczyźni mają czasami dziwne gusta!

2417

Małe dziecko słyszało wszystko.

2418

Druga koleżanka zaczęła jej uwagę zwracać, że nie należy przy obcym mężczyźnie opowiadać podobnych głupstw. Mówiła to, patrząc na mnie.

2419

— Mnie to obojętnie — odparłem — są rozmaite zboczenia na świecie, a ludzi chorych nie ma co brać pod uwagę i traktować tak jak wszystkich mężczyzn.

2420

— Masz rację — odparła Jadzia. — Przeważnie są to ludzie chorzy, a o ile chcesz, to ci opowiem, co mnie się raz zdarzyło.

2421

— Chętnie słucham — odparłem.

2422

— Pan lubi takie opowiadania, co? — śmiała się ta sama, co opowiadała o mężczyźnie, a na imię jej było, jak się później dowiedziałem, „Władka z dużymi cyckami”. — To działa na zmysły — dodała. — Jadzia, opowiedz nam, będzie on miał lepszy apetyt do ciebie — i znów śmiała się.

2423

— Przestań już klepać, co ci na język przyjdzie — odparła Jadzia i zaczęła opowiadać.

2424

— Pewnego wieczora w kilka dni po otrzymaniu „książki”[202], na rogu jak zwykle, spacerując tam i z powrotem, szukając sobie zarobku zauważyłam, że za mną krok w krok idzie jakiś mężczyzna elegancko ubrany. Obejrzałam się parę razy w jego stronę, uśmiechając się, by mu dać do zrozumienia i ośmielić go. Ten nie dał po sobie poznać, tylko kroczył uparcie dalej za mną. Nareszcie mnie to już zgniewało i zwróciłam się do niego z pytaniem, dlaczego tak uparcie mnie śledzi, po co za mną tak chodzi i czego sobie życzy. Stanął przy mnie, kłaniając mi się za każdym słowem, i niezrozumiale przepraszał mnie. Zaczęłam mu tłumaczyć, że może śmiało ze mną mówić i przedstawić, czego chce. Wówczas ukłonił mi się do samej ziemi, mówiąc mi takie komplementy, jakich nigdy jeszcze od nikogo nie słyszałam. Pomyślałam, że jest to człowiek nie z naszej sfery. Jak wiadomo, mężczyzna z naszej sfery z takimi kobietami jak my nie robi żadnej „ceremonii” i od razu przystępuje do rzeczy. Ale z elegantem to rzecz inna, trzeba z nimi ostrożnie, trzeba wysłuchać wpierw kupę komplementów i zachwytów, zanim półsłówkami daje do zrozumienia, o co mu chodzi. Ten tak samo, po dłuższej wspólnej przechadzce zaproponował mi dopiero, abym na drugi dzień o godzinie dziesiątej w nocy przybyła do jego domu na ulicę D… pod nr X, gdzie mieszka i tam ma do mnie pewien interes. Wyjął przy tym dwadzieścia pięć rubli, mówiąc: „Niech pani będzie tak łaskawa na razie to przyjąć, a jak pani dotrzyma słowa, to jeszcze trzy takie banknoty dopłacę”. Obiecałam mu, że na pewno przyjdę. Sto rubli nie chodzi piechotą, pomyślałam i akurat to było na samym początku, jak się puściłam i potrzebne mi były pieniądze.

2425

Na drugi dzień wieczorem o umówionej godzinie przyszłam do niego. Drzwi otworzył mi ten sam jegomość, ubrany był cały na czarno. Wziął mnie zaraz od progu pod ramię i poważnym krokiem przywiódł mnie przez poczekalny pokój, pchnął potem drzwi do bocznego pokoju i zaraz na progu stanęłam przerażona. Cały pokój był również ubrany na czarno, nawet umeblowanie. Na środku stał stół, okryty na czarno, a na nim stała wielkiego rozmiaru trumna. Nad stołem zwieszały się dwa pałąki z płomiennymi świecami, a w wezgłowiu trumny stały też dwa lichtarze z zapalonymi świecami. On, widząc moje wahanie i przerażenie, objaśnił mi błagalnym przerywanym głosem:

2426

— Proszę się nie obawiać, nic złego nie myślę pani tu uczynić i nic się pani tu nie stanie. Widzi pani — tu zniżył głos, żem go ledwie zrozumiała — ten obraz kobiecy wiszący naprzeciw trumny, to była moja ukochana żona, z którą żyłem zaledwie pięć miesięcy i umarła. Pani ma pewne podobieństwo do zmarłej. Za podobizną taką już od dłuższego czasu się uganiałem, ale zawsze było to daremne, aż nareszcie panią znalazłem. Błagam panią, aby pani się rozebrała zupełnie do naga i położyła w trumnie, tam jest wyścielone bardzo wygodnie i… wtedy wyobrażę sobie, że mam stosunek z nią. Niech pani mi tego nie odmówi, błagam, zlituj się pani nade mną, wiele pani tylko zechce, zapłacę i proszę mi zupełnie zaufać.

2427

Widząc, że faktycznie mi nic złego tu nie grozi, zgodziłam się pod warunkiem, że tylko jeden raz… Nie zdążyłam przekroczyć progu do tego żałobnego pokoju, jak mnie uchwycił uradowany i wniósł delikatnie do tego pokoju, posadził na kanapę, a następnie pomógł mi się rozebrać. Przy zdjęciu pantofli obsypywał mi nogi namiętnymi całusami, że mnie aż wstyd było. Gdy już byłam na pół naga, podał mi jedwabną, krótką koszulkę, prosząc, abym to na siebie włożyła, po czym uchwycił mnie wpół, czego mu nie broniłam i złożył w trumnę. Strach mnie ogarnął, gdy się do mnie zbliżył. Twarz jego wykrzywiła się z namiętności. Podczas aktu miłosnego wciąż mnie całował. Czułam już obrzydzenie, a zarazem litość do tego człowieka. Ten musiał naprawdę kochać swoją żonę aż do obłędu…

2428

Tu zamyśliła się chwilę, patrząc w dal. Słuchaliśmy jej dziwnego opowiadania z zainteresowaniem, a słuchaczka przezwana „Władką z dużymi cyckami”, podrażniona tym opowiadaniem, pierwsza przerwała milczenie i nagle zawołała:

2429

— No, dokończ, co się z tobą dalej stało?

2430

Jadzia, jakby przebudzona ze snu, spoglądała na nas, jakby dopiero co zobaczyła nas i po ciężkim westchnieniu odparła:

2431

— Co się miało stać ze mną? Nic złego on mi tam nie zrobił. Odprowadził mnie potem do drzwi z honorami, prosząc, abym raz na miesiąc go odwiedzała, co też przez czas jakiś chętnie czyniłam. Zarobek od dziwnego człowieka dał mi możność wyżywienia i nie potrzebowałam wychodzić na róg ulicy.

2432

Aż pewnego dnia z wieczora, gdy tam przybyłam, ujrzałam przed jego domem grupkę ludzi, rozpowiadali coś między sobą półgłosem. Coś mnie tknęło i poczęłam się dopytywać, co tu takiego zaszło. Dopiero dowiedziałam się, że on tegoż dnia po obiedzie zastrzelił się, co było do przewidzenia. Zaraz też zawróciłam do domu, obawiając się jakiegoś śledztwa. Nikt jednak o mnie nie myślał.

2433

— Tak — dodała — straciłam dobrego gościa, sto rubli to nie żart, no i był bardzo dobry dla mnie, robił mi różne podarki — zakończyła, uśmiechając się smętnie.

2434

Teraz nastąpiły stawiane przez obie koleżanki pytania i uwagi.

2435

— Wiele razy tam byłaś? — spytała Władka.

2436

— Pięć razy wszystkiego.

2437

— Stary to był człowiek? — pytała druga.

2438

— Nie tak stary — odparła Jadzia — mógł mieć lat czterdzieści z górą.

2439

— A co on był za jeden? — dopytywała się Władka. — Czy też był bogaty?

2440

— Tego nie wiem — powiedziała. — Ale ładnie mieszkał, miał lokaja, więc musiał być i bogaty, mówił mi też, że jest wojskowym i na lato miał wyjechać na Kaukaz do swoich dóbr.

2441

— O! O, żeby on był biedny — odparła Władzia — nie chciałoby mu się takich wariackich wybryków i nie płaciłby po sto rubli naraz. Ja bym chciała takiego frajera złapać, co tak hojnie płaci — dodała, trącając mnie przy tym kolanem.

2442

Trzecia koleżanka, już nie pierwszej młodości, bardzo skromna na wygląd, też chciała coś o sobie opowiedzieć ciekawego i już otworzyła usta. Wtem dało się słyszeć silne pukanie w drzwi frontowego pokoju. Wszyscy spojrzeliśmy po sobie. Władka skoczyła, by tam otworzyć. Zanim jednak otworzyła, spytała wpierw, kto to śmiał nam przerwać przyjemne pogadanki.

2443

— Policja — brzmiała odpowiedz, która od razu mnie poderwała z miejsca.

2444

Jadzia spojrzała na mnie przestraszona, widząc, jakie te słowa zrobiły na mnie wrażenie. Nie zdążyłem się zorientować, co mam czynić, gdy wtem do pokoju wpadło kilku mężczyzn, jeden za drugim, z wielkim hałasem.

2445

— Jeden tu już jest — krzyknął barczysty agent do towarzyszy.

2446

— Ręce do góry i ani rusz! — krzyknęło do mnie kilku naraz, a dwóch skierowało lufy rewolwerów w moją stronę.

2447

Zaraz mi jeden agent zrewidował kieszenie. Kobiety stały wylęknione tym nagłym przybyciem policji, nie śmiały się ruszyć z miejsca.

2448

Policja przeprowadziła rewizję we wszystkich pokojach. Ja zaś znalazłem się tu bardzo głupio. Po pierwsze nie wiedziałem, czy to właśnie mnie poszukują, po drugie myślałem, że może wpadłem zbiegiem okoliczności w jakąś paskudną sprawę, której skutki zwykle stają się gorsze niż za czyny popełnione.

2449

Tak myśląc, chciałem wyczytać w tych marsowych twarzach, jak daleko i o co mnie tu posądzają. Wtem nagle jeden agent krzyknął z drugiego pokoju:

2450

— Mam to, co szukałem!

2451

Na te słowa zdębiałem i spojrzałem w tę stronę. Agent trzymał w ręku jakąś flaszkę, obwąchał, po czym podawał ją z ręki do ręki i wszyscy agenci to samo uczynili.

2452

Nic już z tego nie rozumiałem.

2453

— No, kawalerze — zawołał agent — prosimy z nami.

2454

Drugi agent znów bez słowa założył mi łańcuszki na ręce.

2455

— Panowie, o co tu chodzi? — zawołałem.

2456

— Dowiesz się później — odparł agent.

2457

— Nie bądź taki ciekawy — dodał drugi rosły agent, który uporał się z Jadzią, nie dając jej wyjść za nami.

2458

Po drodze rozważałem swoje położenie, robiąc rachunek sumienia. Nic takiego jeszcze na bruku tutejszym nie popełniłem. Przed nikim też słowem jednym nie zdradziłem się o mojej ucieczce i smutnej przeszłości.

2459

Więc co to być może, myślałam i co ta flaszka ma znaczyć? Daremnie próbowałem zrozumieć, co tu zaszło, wszak jedno tylko zrozumiałem, że o ile zaczną poszukiwać, kim właściwie jestem, będę wtedy zgubiony. Wtem cały orszak zatrzymał się przy jakimś sklepie i za chwilę wprowadzono mnie, a widząc tam dziurę w suficie, wszystko zrozumiałem.

2460

Wkrótce przybył właściciel, obejrzał mnie uważnie, a jeden z agentów spytał go:

2461

— Czy pan tego ptaszka widział kiedy? Przypatrz mu się pan dobrze.

2462

— Nie, nigdy tego człowieka na oczy nie widziałem.

2463

— Zobacz no pan tę flaszkę — zawołał agent.

2464

Właściciel obejrzał podaną mu flaszkę na wszystkie strony i odparł:

2465

— Takie wino co prawda jest u mnie, ale tak samo i w innych firmach można takowe nabyć.

2466

Agent mu przerwał.

2467

— Ta flaszka pochodzi z pańskiego interesu, a to jest bez wątpienia ten złodziej, co pana dziś w nocy okradł. Zastaliśmy go w dobrym miejscu, gdzie z pewnością całą noc pili, a przez zapomnienie zostawili tę jedną tylko flaszkę.

2468

Jadzia, pomimo zakazu policji, przybyła tu za mną i słysząc to, poczęła krzyczeć, żem nie winien i że ona wskaże tego człowieka, który dwa dni temu tam przyniósł tę flaszkę wina i że jeśli o to chodzi, wskaże, gdzie ja byłem całą noc.

2469

Słysząc jej obronę, uśmiechnąłem się do niej, uspokajając ją, że mnie się nic nie stanie, bo nie jestem tym, za którego policja mnie bierze. Starałem się to wymówić jak najspokojniej i naprawdę teraz byłem już pewny siebie.

2470

Za chwilę policja, widząc, że poszkodowany nie chce kłamać i wywrzeć na mnie zemsty za swoją stratę, której było, jak sam mówił, na kilkanaście tysięcy marek, zaprowadziła mnie na posterunek. Tam zrewidowano mnie powtórnie i mieli już, jak widziałem, ochotę brać mnie w „ogień krzyżowych pytań”, gdy wtem weszła Jadzia z numerowym hotelu, gdzie oboje nocowaliśmy. Ten doręczył komisarzowi książkę meldunkową. Komisarz, Niemiec, zwrócił się z pytaniem:

2471

— Która godzina mogła być, gdy ten oto człowiek przyszedł do numeru i o której go opuścił? Proszę mi dokładnie powiedzieć, czy nie mógł wychodzić wśród nocy z hotelu, a nad ranem dopiero niepostrzeżenie wrócić.

2472

— Nigdy! — odparł numerowy. — Ja mam swoją dyżurkę przy samych drzwiach i nikt bez mojej wiedzy nie może ani wejść, ani wyjść z hotelu.

2473

Komisarz, widząc, że ofiara mu się wyślizguje z rąk, zaczął z innej beczki.

2474

— Skąd właściwie jesteś? — zawołał.

2475

— Z Warszawy, proszę pana — odpowiedziałem — proszę się przekonać w paszporcie, który mi tu zabrano.

2476

Rzucił na mnie chytre spojrzenie i wypytywał mnie, jak się nazywam, ile mam lat, jak rodzice moi się nazywają itd. Patrzył przy tym w paszport, który trzymał w ręku i dalej zapytał:

2477

— Co wy tu jednak robicie w tym mieście i po co tu przyjechaliście?

2478

— Mam tu stryja i do niego właśnie przyjechałem.

2479

— Na której ulicy ten stryj mieszka i jak się nazywa?

2480

— Mieszkał kiedyś przy ulicy Wielkiej Stefańskiej, a teraz jest w Rosji, o czym wczoraj dopiero się przekonałem.

2481

— Więc go tu nie ma w Wilnie — zauważył, przy tym patrzył na mnie podejrzliwie.

2482

— Nie, nie ma go już dawno, wyjechał razem z Rosjanami.

2483

— Skąd wy znacie tę kobietę, co z wami nocowała w hotelu?

2484

— Nie znałem jej, tylko przypadkowo na ulicy zapoznałem ją.

2485

— Aha, a jak ja was teraz zwolnię, dokąd się udacie?

2486

— Pojadę do domu, nie mam tu nic do roboty, o ile stryja nie zastałem.

2487

— Skąd macie ten sygnet i zegarek? — zawołał, pokazując na stole moją własność.

2488

— Jak to skąd — udawałem zdumienie. — Mam to jeszcze od lat przedwojennych, ojciec mi kupił w Rosji.

2489

Widziałem, jak komisarzowi oczy się świeciły do tych rzeczy, a wiedziałem z doświadczenia, że gdy Niemcom dostał się jaki złoty przedmiot w łapy, to już było ciężko go z powrotem wydostać.

2490

Obawiając się, żeby przez ten zegarek i pierścionek mnie tu nie zatrzymał, dodałem:

2491

— Pan komisarz może go zatrzymać i sprawdzić, ja mam na to świadków, że to jest moja własność.

2492

Komisarz zamyślił się chwilę i powiedział:

2493

— Więc dobrze, zwalniam was, a za trzy dni przyjdziecie po paszport i te rzeczy.

2494

Zanotował nazwiska osób, które miały zaświadczyć, że to moja własność. Nazwiska podałem, jakie mi na myśl przyszły. Wolałem stracić rzeczy niż wolność. Potem w towarzystwie Jadzi opuściłem komisariat.

2495

Jeden dzień bawiłem jeszcze u Jadzi, którą z żalem musiałem pożegnać i wyjechałem z powrotem do Ł.

LIV

2496

Dwa tygodnie zaledwie upłynęło od mego wyjazdu z Ł., a zmuszony byłem wrócić. Wracałem tu nie bez obawy przed policją. Myśl, że czeka tam na mnie zmysłowa miłość Frani, pociągnęła mnie tam. Nie zwracałem uwagi na dręczące mnie przeczucie, że zbliżam się prędkim krokiem do zguby. Ale dokąd to mężczyzna nie podąży, gdy kobieta opanuje zupełnie jego zmysły. Przeczucie mnie nie zawiodło, o czym czytelnik się przekona.

2497

Przyjechałem do Ł. wieczorem, w połowie kwietnia 1918 roku, więc wiosną. Jednakże w mojej duszy była zupełna zima. Na to składało się kilka przyczyn. Myślałem o tym, jak Frania mnie przyjmie. Dręczyła mnie też zazdrość. Znając jej usposobienie do mężczyzn, domyślałem się, że przez te dwa tygodnie na pewno nie próżnowała… Najgłówniejszą zaś przyczyną mojego smutku było to, że byłem nieomal ogolony z kosztowności i z forsy. Cały mój kapitał po hojnym obdarzeniu Jadzi stanowiło dwadzieścia marek.

2498

Wiedziałem, że Frania, widząc mnie teraz po tak długim czasie, pomyśli, że zrobiłem jakąś tłustą robotę. Będzie sypać kaprysy jeden za drugim, domagając się nad to pieniędzy. Jednym słowem z ciężkim sercem szedłem do swojej kochanej.

2499

Zaraz też od progu zostałem przyjęty przez teściów z otwartymi rękoma. Za chwilę wyszła na moje przywitanie i Frania, przyjęła mnie bardzo życzliwie, wszakże zdziwiło mnie, że nie pociąga od razu do swego pokoju, skąd wyszła. Na pewno tam ma kogoś, pomyślałem, ale widząc jej spokojną twarz, uspokoiłem się trochę, nie odwracając jednak wzroku od drzwi jej pokoju.

2500

Zadawała mi różne pytania, po czym pociągnęła mnie za sobą do swego pokoju. Obrzuciłem ciekawym wzrokiem to gniazdko, a mój bystry wzrok spostrzegł kilka szczegółów, co zazdrosnemu kochankowi dało dużo do myślenia. Najwięcej niepokoiło mnie uchylone nieznacznie okno, które wychodziło do ogrodu i wazon zestawiony na podłogę. Pomyślałem, że pewnie, gdy mnie tu usłyszała, wypuściła amanta tym oknem, to było powodem, że starała się mnie w kuchni zatrzymać.

2501

Frania widać domyśliła się mego podejrzenia, przytuliwszy się do mnie zawołała:

2502

— Co jesteś taki smutny? Już dawno nie śpiewałam, moje kochanie, może cię rozweselić? — Zdjęła gitarę, usiadła mi na kolanach i poczęła śpiewać miłosne piosenki.

2503

Odpychając ją nagle od siebie, zawołałem:

2504

— Kto tu był u ciebie przed chwilą? Powiedz prawdę, bo zapomniałaś okno zamknąć i wazon na miejsce postawić — tu pokazałem palcem na wazon i okno, przy czym przybliżyłem się i spostrzegłem wyraźne ślady, że ktoś przed chwilą tędy wyszedł.

2505

Frania stała chwilę nieruchoma jak posąg, a w jej oczach zabłysły jakieś ogniki. O! Dobrze znałem ten wzrok, nieraz go spostrzegałem u kobiet występnych. Po chwili zbliżyła się do mnie tak, że cofnąłem się. Powiedziała cynicznie:

2506

— Co ty, mój kochany, myślisz? Sądzisz, że jak ciebie przy mnie nie ma, to moja krew zmienia się w wodę? O, nie! Ja już na początku naszej znajomości mówiłam, że muszę mieć takiego kochanka, co na każde zawołanie będzie przy mnie… A ty coś robił? Nagle wyjechałeś sobie, nie mówiąc nawet, gdzie i po co. Kto wiedział, że ty do mnie jeszcze wrócisz? Myślałam — dodała szyderczo — że ty mnie zamieniłeś na tę parszywą fryzjerkę.

2507

Tu chciałem jej przerwać, ale nie dała mi zaprzeczyć i ciągnęła dalej:

2508

— Nie myśl, mój kochany, że ja nie wiem, iż ty z nią byłeś. Właśnie jej mąż wie też o tym i zaprzysiągł, że się na tobie zemści. Ona, bezwstydna Żydówka i do tego matka, nie wstydziła się pod moim oknem kilka razy podglądać, czy ciebie tu nie ma. Więc, mój kochany, gdy ja byłam przy tobie, zdradziłeś mnie. Dlaczego więc mnie, gdy ciebie nie było tu wcale, nie wolno było cię zdradzić? Pięknym za nadobne płacę, mój kochany. Po chwili namysłu dodała: — Na pewno przez te dwa tygodnie nie próżnowałeś, o znam cię dobrze pod tym względem. Opowiedz mi, jestem ciekawa, czy choć ta kobieta, z którą tam używałeś, była ładniejsza i mniej kosztowna ode mnie — zakończyła cynicznie.

2509

Słuchając jej przemowy i wyrzutów, jakie mi czyniła, pomyślałem, że ona ma rację i nic nie mam na swoje usprawiedliwienie. Nie chcąc jednakże jej przyznać racji, jak to zwykle czynią mężczyźni, myśląc, że mają prawo to robić, czego kobiecie stanowczo zabraniają, nazywając to zdradą, powiedziałem:

2510

— Nie mam wcale zamiaru przed tobą spowiadać się ze swoich uczynków, ale ty też nie potrzebujesz tak otwarcie postępować ze mną i robić, co ci twój kaprys wskaże, to do niczego dobrego nie doprowadzi… — zdaje mi się, że te ostatnie słowa rzuciłem wtedy jako groźbę.

2511

Frania na te słowa zerwała się z krzesła, na którym siedziała w kuszącej pozie i, wymachując przede mną gitarą pod samym nosem, odparowała:

2512

— Wynoś mi się stąd. Tak, ja mam kochanka. Mam ich aż trzech w zapasie, jak wiesz, zmiana nigdy nie zaszkodzi. Gwiżdżę na ciebie, możesz iść do tej swojej fryzjerki. No już, marsz! — krzyknęła, wskazując mi, niestety, drzwi.

2513

Chciałem jej dać do zrozumienia, że ona więcej razy chodziła do tej fryzjerki, która, jak wspomniałem, była akuszerką, co „psuła”. Ale widząc jej zdecydowaną postawę, że gotowa jest mnie naprawdę wypędzić, dałem spokój, a nie chcąc jej więcej rozdrażniać, spuściłam trochę z tonu i przybrałem minę zakochanego, co jest gotów wszystko przebaczyć.

2514

— Frania — rzekłem z wyrzutem. — Ty naprawdę mnie wyganiasz? Uspokój się, ty wiesz, że przeze mnie mówi tylko zazdrość.

2515

— Tak, to ja rozumiem — zawołała rozpromieniona. — Lubię zazdrosnych kochanków.

2516

Roześmiała się tak, jak to ona tylko potrafiła i wyciągnęła do mnie obie ręce. Za chwilę akt zgody został przypieczętowany wspólną kolacją, a potem wspólnym łożem… Rano, po całonocnych wylewach miłosnych, zupełnie oprzytomniałem. Frania przede wszystkim ostrzegła mnie, że agent B. parę razy się o mnie dopytywał i wspomniała, żebym był ostrożny. Prosiła też o dwieście rubli, które musi mieć na różne wydatki, a także zapraszała mnie, abym wieczorem szedł z nią do kina.

2517

Frania była miłośnicą kina, teatru, a nawet marzyła kiedyś, aby zostać artystką filmową, co zdaje się nigdy nie miało się sprawdzić.

2518

— Dobrze — odpowiedziałem — pieniądze dostaniesz dopiero po obiedzie, a do kina pójdę, o ile nie wyjadę dziś na „robotę”.

2519

— Co, znów „robota”? Wczoraj dopiero przyjechałeś, a pewno miałeś tam dobrą robotę, że aż trwała ona dwa tygodnie… — tu uśmiechnęła się ironicznie i ciągnęła dalej: — Znów chcesz mnie opuścić, ty naprawdę stajesz się nieznośny, będę musiała rzeczywiście postarać się o innego kochanka, który nie będzie miał tyle do roboty co ty.

2520

— Widzisz, Frania — próbowałem jej wytłumaczyć — w naszym fachu nie zawsze robota nam się udaje, to nie jest pewien sklep. Właśnie ta robota, te dwa tygodnie, nie udała się, a nawet dużo tam straciłem.

2521

— Tak — rzekła chłodno — więc ty nie masz „forsy”, a ja myślałem, że ty przybywasz do mnie bogaty i że będę mogła kupić, co mi jest potrzebne.

2522

— Mówiłem, ci, że dostaniesz dziś pieniądze, więc o co ci jeszcze chodzi? Jak widzę, to tęskniłaś bardziej do mojego portfela niż do mnie.

2523

— Jakbyś zgadł — zawołała — bo widzisz, mój kochany, gdy mężczyzna ma pieniądze, to kobieta go zawsze lepiej kocha niż gdy ich nie ma. Po chwili dodała filozoficzną uwagę: — Samą miłością przecież nie można żyć, trzeba do tego jeszcze coś więcej, aby egzystować.

2524

— Masz zupełną rację, moja kochana — przyznałem. — Nie wiedziałem, że ty tak praktycznie zapatrujesz się na życie, a ja w zupełności popieram twoje zdanie. Więc na razie ubierajmy się, bo zaraz południe.

2525

Przy tych słowach wyskoczyłem z łóżka i zacząłem się ubierać. Frania obserwowała mnie przy ubieraniu się, a gdy już stanąłem gotowy do wyjścia, zawołała:

2526

— No, kiedy wrócisz? Wpierw nie ubiorę się, zanim forsy nie otrzymam. — Po chwili dorzuciła: — Tylko nie zabłądź czasami do tej twojej Żydówki, możesz się golić gdzie indziej — zakończyła ironicznie.

2527

— Bądź o to spokojna — odparłem — już z nią nic więcej nie będę miał.

2528

— Aha! — krzyknęła wesoło — mam cię. Ty sam mówisz, że nic już więcej nie będziesz miał z nią, znaczy to, że coś z nią wpierw miałeś. Sam wyklepałeś się, dotychczas doprawdy były to tylko z mojej strony domysły.

2529

Śmiałem się z jej uwagi.

2530

— No, już idę — rzekłem — bądź zdrowa.

2531

— A nie pocałujesz mnie na fant? — spytała i nadstawiła różowy policzek z tymi słowami: — Kochasz ty Franię, to pocałuj ją tu — przy czym paluszkiem wskazała mi miejsce, gdzie mam ucałować.

2532

Wykonałem i ten nie pierwszy już jej kaprys i zabierałem się do wyjścia. Do moich uszu doleciały jeszcze słowa jej matki:

2533

— Niech pan przyjdzie prędzej na obiad.

2534

— Dobrze, dobrze — powiedziałem i wyszedłem.

2535

Na dworze już było ciepło, a wiosna obudziła się zupełnie, wchłaniałem w siebie świeże powietrze po spędzonej nocy w dusznym pokoju kochanki, gdzie oddychałem powietrzem przesyconym tanimi perfumami i innymi rzeczami o specyficznych zapachach kobiecych. Czułem się prawie dobrze, gdybym jeszcze miał forsę i mógł te obiecane dwieście rubli dać Frani! Szedłem tak zatopiony w myślach w kierunku Rybaków.

2536

Rybaki to długa ulica nad samą Narwią. Tam w pewnym domu u pasera spodziewałem się otrzymać tę sumę i zarazem zobaczyć się ze wspólnikami, których spodziewałem się u niego zastać.

2537

Paser przyjął mnie życzliwie, dopytując się, gdzie się tak długo chowałem i że wspólnicy niepokoili się o mnie, nie wiedząc, co się ze mną stało. Mówił mi też, że zaraz usłyszeli o historii z tym żołnierzem, który został rzucony w przepaść przez uciekającego, a który nieomal tam zmarł. Opowiadał mi, że dopiero po jakichś dwóch godzinach zauważono na posterunku, że go jeszcze nie ma z powrotem, komendant wysłał dwóch żołnierzy na poszukiwanie, ci usłyszeli jęki dochodzące z dołu, z którego go zaraz wydobyto. Był tak potłuczony o karcze[203], które tam rosły, że musiano go odesłać do szpitala, wspólnicy, słysząc o tym, zaraz się domyślili, że to twoja robota, ale nikt nie wiedział, gdzie jesteś. Rano aresztowano każdego, kto tylko wpadł pod rękę, ale na nic to się nie przydało.

2538

— Radzę ci ostrożnie kręcić się po mieście, bo który z Niemców może cię poznać — zakończył.

2539

Zaraz też jego żona postawiła poczęstunek, a chłopca wysłano dla ostrożności na zwiady, czy z policji ktoś nie kręci się w pobliżu domu.

2540

— Może masz co dla mnie? — nagle zapytał paser.

2541

— Nic, nic na razie nie mam, a nawet chciałem od ciebie pożyczkę zaciągnąć, dziś, jutro zarobię, to ci oddam.

2542

— Dobrze, wiele ty tak potrzebujesz?

2543

— Niedużo, dwieście rubli.

2544

Paser zamyślił się.

2545

— Dobrze — rzekł po chwili — dostaniesz je, a nawet jeśli więcej potrzebujesz, to też dostaniesz, tylko mam do ciebie fein[204] interes i dobrze zarobisz — dodał, głaszcząc pieszczotliwie swoją rudą brodę.

2546

— Jaki to interes, mów, bo jestem goły.

2547

Paser chwilę zawahał się, a potem zapytał:

2548

— Znasz ty tego parcha „meszumeda[205] Joska, który zrobił się też paserem i krzywdzi złodziei, zabierając wszystko za pół darmo? Ten cholernik mi żyć nie daje, ja muszę go nauczyć rozumu. Mnie, staremu paserowi, taki smarkacz zabiera wszystkie dobre interesy pod nosem.

2549

Patrzyłem na niego, nie rozumiejąc, do czego zmierza, ale zrozumiałem, że ten jego interes polega coś na zemście. Więc nie przerywałem mu, czekając końca, widząc, że się waha od razu wyjaśnić, o co mu chodzi. Po chwili milczenia ciągnął dalej:

2550

— Ja obmyślałem taki figiel na niego, że on się z rozumu nie „połapi” — tu zbliżył się do mnie ze swoim krzesłem i spytał — wiesz, co to ma być za figiel?

2551

— Nie, nie wiem, a skąd bym miał o tym wiedzieć?

2552

— No to słuchaj, ja tobie dam do ręki trochę „szmuku” na ładną sumę, tak żeby on się do tego zapalił, ty pójdziesz do niego i powiesz, że to jest kradzione i możesz jemu to sprzedać, bo ze mną nie chcesz więcej nic mieć. Staraj się jak najwięcej forsy od niego wyciągnąć, a za drzwiami będzie stał mój „blatny”[206] Niemiec z rewolwerem, gdy ty już będziesz miał pieniądze w ręku, ten wejdzie i zaaresztuje was. A resztę już rozumiesz?

2553

— Nie, nie rozumiem — odparłem.

2554

— Widzę, mój kochany, że ty już ogłupiałeś, że nie domyślasz się reszty. Więc wyłożę ci już wszystko na talerz. Gdy Niemiec was zaaresztuje, to zaczynaj prosić Niemca i mów, że te pieniądze i biżuteria jest twoja, a Josek nie chciał od ciebie tego kupić, proś, żeby jego nie aresztował. Josek też zobaczy, że wpadł i będzie się bał aresztowania, więc też tak samo powie. Niemiec będzie udawał, że chce was koniecznie zaaresztować, wtedy on na pewno jeszcze i „blatu” Niemcowi da. Teraz rozumiesz?

2555

— Tak, rozumiem, ale to mi się zupełnie nie podoba. Dla złodzieja nie jest to czysta robota, szukaj kogo innego.

2556

Paser zerwał się z miejsca.

2557

— To u ciebie nieczysta robota? — zawołał. — Ja tobie daję chleb i nóż do ręki, nie chcę z tego grosza mieć, aby tylko ten parch pieniądze postradał i abym ja się mógł później z tego śmiać, doprawdy, tyś już ogłupiał, jeśli nie chcesz tego dokonać.

2558

Po namyśle zgodziłem się, a paser zadowolony dał mi dwieście rubli. Posłał też żonę swoją zawiadomić dwóch wspólników, że będą mogli zobaczyć się ze mną u niego.

2559

Frania dotrzymała słowa, nie ubierała się, a gdy wróciłem, leżała jeszcze w łóżku. Rzuciłem jej pieniądze, wtedy wesoło z ulubioną piosenką na ustach zaczęła się ubierać.

2560

— Jedno słowo dotrzymałeś już, mój kochany — zawołała — a teraz drugą obiecankę musisz spełnić.

2561

— Jaką jeszcze obiecankę? — niepewny siebie spytałem.

2562

— Obiecałeś mi, że dziś razem ze mną pójdziesz do kina.

2563

— Ach, tak! — odparłem — ale wierz mi, że nie mogę.

2564

— Dlaczego nie możesz?

2565

— Dlatego, że policja mnie śledzi — powiedziałem.

2566

Frania zasmuciła się. Widząc, że sprawiłem jej smutek, dodałem:

2567

— Dobrze, pójdę z tobą do kina, gdy chcesz, aby policja zabrała mnie do „Czerwoniaka”, więc pójdę.

2568

— O nie — zawołała z uniesieniem. — Tylko zauważyłam, że ty niechętnie ze mną się ukazujesz na ulicy. Przyznaj się, że się mnie wstydzisz.

2569

— Cóż znowu? Pójdę już, więc o której godzinie chcesz?

2570

— Możemy od ósmej do dziesiątej.

2571

— Dobra, zgadzam się na wszystko.

2572

Po obiedzie udałem się znów do pasera, gdzie obaj wspólnicy już na mnie czekali, ucieszyli się bardzo moim przybyciem. Wspólnik, którego zwano „Szofer” i który był hersztem, odezwał się do mnie:

2573

— Jutro mamy zamiar jechać na jedną robotę. Na pewno pojedziesz z nami, co?

2574

— Tak, pojadę, potrzebuję forsy.

2575

— Mogę ci pożyczyć — odparł drugi wspólnik, nie Żyd, a nazywał się Antek.

2576

Nie potrzebuję, już pożyczyłem. Ostrzegli mnie też, abym się miał na baczności i nie kręcił się, bo mogą mnie poznać.

2577

Po umówieniu się ze wspólnikami na następny wieczór rozeszliśmy się do domu.

LV

2578

Paser po ich odejściu zawołał mnie do sypialnego pokoju, przekręcił klucz w drzwiach, wyciągnął czerwoną chustkę, rozwinął ją i ujrzałem biżuterię. Oświadczył mi, że zaraz tu przyjdzie ten Niemiec. Jak tylko się ściemni, to pójdziemy we trzech i dopiero w sieni da mi wszystko do ręki.

2579

Zrozumiałem, że mi nie wierzy, co mnie wcale nie zdziwiło. W tej sferze nikt nikomu nie wierzy. Dopiero jak się ściemniło, przybył Niemiec, przywitał się poufale z młodą, drugą już żoną pasera. Widać, że ona miała wpływ na niego. Potem paser zapoznał mnie z nim i po chwili we trzech udaliśmy się do Joska. Josek mieszkał na tej samej ulicy, o parę domów tylko od pasera. Był to podług oceny pasera „powstaniec”[207]. W gałęzi paserskiej ten chciał go koniecznie zniszczyć, a wiedział o tym, że mnie Josek zna, więc chętnie ode mnie kupi. W sieni drżącymi rękami wręczył mi paser biżuterię, po czym śmiało wszedłem. Zastałem Joska akurat przy kolacji. Prosił mnie z całym zaufaniem, bym wszedł dalej, zaraz zawołał na żonę, aby podała wódkę i zakąskę, przemawiając do mnie wesoło.

2580

Początkujący paserzy starają się zawsze ująć złodziei. Josek, sam będąc młody, przybył tu niedawno z prowincji z młodą żoną. Dla oka, jak mówił, handlował końmi, a w samej rzeczy garnął się do paserstwa. Żal co prawda mi go było „nabrać”, ale potrzebowałem pieniędzy, a po drugie Josek był bogaty, jak o nim mówiono i doprawdy trochę krętacz.

2581

Po chwili mnie zapytał:

2582

— No i co słychać nowego?

2583

— Nic takiego — odparłem spokojnie. — Przyjechałem wczoraj z drogi.

2584

— Udało się wam, co?

2585

— Tak, trochę tam zarobiłem.

2586

— Nu, może dla mnie masz co?

2587

— Prawdę mówiąc, mam, ale nie wiem, czy ty będziesz amatorem na takie coś.

2588

— Co to jest takiego? — zapalił się Josek. — Ja wszystko od ciebie kupuję.

2589

Wyciągnąłem zawiniątko z kieszeni. Joskowi oczy się zaświeciły, a żona przymierzyła sobie platynowe bransoletki wysadzane kamieniami.

2590

— Co to ma kosztować? Gadaj! — zapytał gorączkowo. Ociągałem się z odpowiedzią.

2591

— A bo to ja wiem.

2592

— Powiedz, co chcesz, a ja potem powiem, co dać mogę.

2593

— Pięć tysięcy rubli to jest warte — oświadczyłem.

2594

— To trochę za dużo — odezwała się żona — to będzie trzeba przerobić, ale mąż to kupuje.

2595

— Skąd to pochodzi? — zagadnął Josek — i jak daleko stąd są zarobione?

2596

— To zarobione jest na Litwie. Tutaj śmiało można nosić. Josek wyciągnął do mnie rękę.

2597

— Ostatnią powiedz cenę i już płacę pieniądze.

2598

Żona podała mu z drugiego pokoju wypchany portfel.

2599

— Cztery tysiące pięćset rubli, ani grosza mniej, to warte najmniej piętnaście tysięcy rubli — dodałem stanowczo.

2600

Josek popatrzył na żonę, ta zauważyłem, kiwała mu głową na znak, że może dać.

2601

— Dam ci równe cztery tysiące: o, tu są pieniądze — i począł liczyć.

2602

— Nie, nie mogę, nas jest do tego trzech wspólników.

2603

Żona wtrąciła się.

2604

— Ja was pogodzę, te pięćset rubli na pół zrobić, zgoda?

2605

— Zgoda — powiedziałem i zacząłem liczyć pieniądze, wkładając je do swojego portfela.

2606

Po ulokowaniu ostatniego banknotu głośno zakaszlałem. Drzwi nagle się otworzyły i Niemiec z rewolwerem w ręku stanął przed nami. Jedną ręką uchwycił mnie za kołnierz, a drugą położył na zawiniątko, którego nie zdążono sprzątnąć ze stołu. Udawałem, że drżę ze strachu.

2607

Josek i żona stali jakby przykuci do miejsca, z rozwartymi oczyma, nie rozumiejąc, co tu zaszło.

2608

Niemiec schował zawiniątko do kieszeni, a mnie założył łańcuszki na ręce, po czym zwrócił się do struchlałego Joska, że go tak samo aresztuje.

2609

Josek i żona na te słowa odzyskali mowę i zaczęli prosić, że są nic nie winni. Ja zacząłem też błagać Niemca, że tylko co tu przyszedłem i że zaproponowałem im sprzedaż tego, ale kupiec tego ode mnie nie chciał kupić.

2610

Josek, słysząc moją rozmowę z Niemcem, odzyskał zupełnie przytomność umysłu i uchwycił się moich słów. Mówił, że mnie wcale nie zna i że on, widząc tę biżuterię, domyślił się, że to jest kradziona i właśnie chciał mnie sam zatrzymać i posłać po policję. Niemiec udawał, że zaczyna w to wierzyć i wymierzył mi policzek, mówiąc:

2611

— Ja już za tobą śledzę dwa tygodnie, teraz nie wymkniesz mi się z rąk.

2612

Żona Joska zaczęła się uśmiechać do Niemca, a do mnie mrugnęła, abym pieniądze niepostrzeżenie zostawił. Udawałem, że chcę to zrobić, tylko że nie mogę. Niemiec spisał na miejscu protokół, obiecując, że kupiec będzie zawezwany jutro na policję, a na razie nie aresztuje go, do mnie zaś groźnie się zwrócił i wyprowadził mnie z mieszkania. Paser nas oczekiwał, stał za drzwiami i napawał się, jak mówił, rozkoszą.

2613

Kawał ten doskonale się udał. Nie później niż na drugi dzień Josek wiedział, że padł ofiarą. Sam paser mu to mówił, śmiejąc się z niego, że dał się nabrać dwom złodziejom, z których jeden przebrany był za Niemca. Twierdził, że i u niego byli i chcieli go „skantować”, ale on za stary lis, mówił, by się dał na taki „kant” złapać. Josek cierpiał pewnie tym bardziej, że złodzieje i paserzy śmiali mu się w oczy, że jest taki „frajer” i jeszcze więcej był przygnębiony, że musiał milczeć, nie mogąc nawet meldować o tym do policji.

2614

Przybyłem do Frani już kilka minut po ósmej, ale za to w różowym humorze, miałem znów pieniądze, a wyrzutów sumienia po dokonanym występku prawie nie miałem żadnych, tym bardziej, że skrzywdzonym tym razem był paser, a jak już poprzednio wspomniałem, złodziej nienawidzi pasera.

2615

Frania stała już kompletnie ubrana do wyjścia do kina. Nie obyło się też bez wymówki za niepunktualność z mojej strony. Co prawda obawiałem się tam iść, bo mógłby mnie kto poznać, ale nie chcąc uchodzić w jej oczach za tchórza, zgodziłem się i razem wyszliśmy do kina.

2616

W poczekalni kręciło się kilka kobiet i dwóch mężczyzn. Czekali tu widać na antrakt. Po naszym przybyciu, jakby na złość, zaczęło napływać więcej ludzi. Frania śmiała się na głos i rzucała mi różne uwagi. Wszyscy nieomal na nas patrzyli, a raczej na Franię.

2617

Zachowywała się swobodnie i wyzywająco. Światło elektryczne robiło ją jeszcze piękniejszą. Strzelała oczyma na wszystkie strony ku przybyłym mężczyznom, tak że musiałem ją skarcić uwagą. Nic to jednak nie pomagało.

2618

Starałem się i pragnąłem w duchu, aby być tu jak najmniej widzianym, a ona, jakby na złość, ściągała wzrok wszystkich na siebie, a przy tym i na mnie. Próbowałem się od niej trochę niepostrzeżenie oddalić i udawałem, że idę do lustra, które stało o kilka kroków, ale ona też podążyła za mną i zaczęła się przeglądać w wielkim lustrze, wyprężając swoją kształtną figurę. Żałowałem w duchu, że dałem się namówić.

2619

Nareszcie nastąpił antrakt, odetchnąłem z ulgą. Starałem się wybrać miejsce jak najmniej widoczne. Ale Frania pociągnęła mnie za sobą na sam środek sali. Co było robić, musiałem i tym razem być posłuszny, zarazem dałem sobie słowo, że nigdy już publicznie z nią się nie pokażę.

2620

Podczas seansu na początku patrzyłem na film z zainteresowaniem, jednak po drugim antrakcie znudziłem się i prosiłem w duchu, żeby to jak najprędzej się skończyło. Lubię co prawda kino, ale tym razem coś mnie dręczyło i nie zaznałem spokoju, chciałem już stąd wyjść, ale obawiałem się tego głośno wypowiedzieć, widząc, że Frania doskonale się tu czuje. Czekałem więc cierpliwie, a żeby zaś sobie czas skrócić, zdrzemnąłem się.

2621

Dziwna rzecz, że w te parę minut drzemki miałem, że tak się wyrażę, proroczy sen. Widziałem siebie elegancko ubranego na pięknej sali, sala ta była tak oświetlona elektrycznością, że aż światło raziło mnie w oczy. Wszędzie na ścianach i suficie, nawet po bokach na podłodze były lampki elektryczne, które rzucały blaski wprost niemożliwe dla ludzkiego oka. Muzyka pięknie grała. Wystrojone kobiety i mężczyźni tańczyli i bawili się wesoło. Kelnerzy ubrani na biało roznosili na tackach ciastka i różne cukierki i napoje. Przy mnie widzę Hankę, całą w bieli, a śni mi się zarazem, że dziwię się, skąd ona się wzięła na sali, gdyż już dawno nie żyje. Zbliżam się do niej, by ją zapytać. Nagle światło wszędzie gaśnie, a zjawa znika. Czuję się wrzucony do ciemnego, ciasnego lochu. Wtem ktoś mnie trącił i przebudziłem się.

2622

Przed oczyma na płótnie mignął mi obraz seansu, sekund kilka trwało, zanim uprzytomniłem sobie, gdzie jestem. Ujrzałem, jak Frania w najlepsze kokietuje jakiegoś mężczyznę z pobliskiego rzędu krzeseł.

2623

— Frania — zawołałem. — Powiedz mi, co tu grano.

2624

Myślałem bowiem, że to nie był sen tylko, że widziałem coś podobnego na obrazie.

2625

— Ty śpiochu, ty byś ciągle spał — i opowiadała mi, że na obrazie pokazywano różne góry i odlewanie metalu.

2626

Przez wychowanie w chederach stałem się bardzo zabobonny, zasmuciłem się, wróżąc sobie z tego snu, że mnie czeka jakieś nieszczęście, co też w krótkim czasie się spraw