TPWL

Wolne Lektury potrzebują pomocy! Wesprzyj bezpłatną bibliotekę internetową i przeczytaj utwory napisane specjalnie dla Ciebie.

x

Spis treści

    1. Buntownik: 1
    2. Chleb: 1 2
    3. Kondycja ludzka: 1
    4. Niewola: 1
    5. Przemiana: 1
    6. Urzędnik: 1
    7. Woda: 1 2

    Franciszek MirandolaTropyChleb i woda

    1

    Stali nad brzegiem i klęli.

    2

    — Znowu zabiera, znowu jucha zabiera. Ot, tyle zagrodzone było łońskiego[1] roku na wiosnę. A teraz o jakie trzy sążnie podeszło spodem, że ani przystąp… A tu… o i tu zrysowana ziemia. Wciórności!! Żniwa nadchodzą, kłos twardy, żółci się już na dobre słoma… a ty teraz broń się przed złodziejem… ratuj…

    3

    Klęli i bili w brzeg grube, wierzbowe kloce.

    4

    Wielkie wybrane doły na pół zalane wodą czerniły się rzędem. Długie, śmigłe wikliny zwaliły się ścianą pochyłą… czekały schnąc i dumając o swym losie.

    5

    Bracia wielkimi babami drewnianymi walili po głowicach kloców wierzbowych. Każdy uderzył raz i stęknął… A kloc, obsunął się trochę wgłąb i chlupnął wodą.

    6

    Co chwila przerywali pracę… ocierali pot z czoła rękawami koszuli… to jednym, to drugim i klęli.

    7

    Wielka kiść żółkniejącego[2] żyta zwisała smutnie z wysokiej szkarpy brzegu. Kłosy walały się w błocie rozrobionym stopami pracujących. Górą widniał dach chaty i kawał białej ściany…

    8

    — Dość tego! — powiedział starszy i cisnął babę o ziem[3].

    9

    Młodszy nie rzekł nic, usiadł na skrawku ziemi pokrytym trawą i zwiesił głowę.

    10

    — Chodź jeść! — rzekł starszy.

    11

    — Idź sam! — odrzekł siedzący. — Zmordowałem się… przyjdę.

    12

    Został sam.

    13

    Wpatrzył się w nurt wartko płynący.

    14

    Na drugim brzegu połogo[4] się ścielącym i zasutym[5] żwirem i namułem, stały chaty.

    15

    Stały, a raczej siedziały na ziemi szeroko rozkraczone.

    16

    Ściany się dołem rozlazły, rozszerzyły, jakby puściły korzenie w grunt.

    17

    Przybudówkami, chlewkami, niby rozstawionymi dłońmi objąć się starały największą przestrzeń.

    18

    Zdawało się, iż mówią ziemi:

    19

    — Ha! Mojaś jest… nie puszczę, nie puszczę… mojaś jest!

    20

    A woda płynęła i zdawała się mówić do zadumanego chłopca:

    21

    — Ach! Nikt mnie nie rozumie… nikt mnie nie rozumie.

    22

    Zdumiał się.

    23

    I nagle zebrawszy śliny… chciał plunąć we wodę. Ale na czas wspomniał, że to niedobrze…

    24

    — A widzisz! — rzekła mu woda. — A widzisz! Nie pluj we wodę, nie bluźnij wodzie… nie bluźnij wodzie… szanuj wodę… szanuj… a lepiej jeszcze staraj się zrozumieć, kto ja jestem… ja WODA.

    25

    — Ty jesteś złodziej! — powiedział.

    26

    I zdumiał się sam dźwiękiem swego głosu i tym, że mówi do wody jak do żywej istoty.

    27

    — Nieprawda… nieprawda… mówisz jak cię nauczyła ta stara chałupa rozkraczona… jak cię nauczyła wieś… jak cię nauczył rozum ludzki… To wszystko nieprawda!

    28

    Tak mówiła woda z szumem.

    29

    — Mówię, jak naucza rozum… ba, a jakże mam mówić?

    30

    — A wiesz, kto tego rozumu nauczył ludzi i tę chatę, i wieś całą… Wiesz, kto nauczył ich tego rozumu?

    31

    — Nie… nie wiem… — odparł. I już się nie dziwił, że mówi do wody jak do żywej istoty.

    32

    — Nauczył ich tego mój brat, CHLEB.

    33

    — Twój brat?

    34

    — Mój brat, który żyć beze mnie nie może… jak i ja nie mogę… z tęsknoty, kiedy go nie ma koło mnie.

    35

    Rozległo się wołanie od strony chaty:

    36

    — Jasieeek! Jaaasiek!

    37

    — Słyszysz! — powiedziała woda do Jaśka — Mój brat, CHLEB woła cię… idźże, idź…

    38

    Zerwał się żwawo. Oprzytomniał. Przetarł dłonią czoło.

    39

    — A tom się zdrzemnął… — mruknął i poszedł ku chacie, nie spojrzawszy już na wartki nurt z szumem płynący.

    40

    Długo nie było nikogo na brzegu. Panowała cisza południowa. Słońce stało w samym niemal zenicie i piekło, słoma zżółkła, szypułki kłosów otwierały się powoli i wyzierały ciekawe główki ziaren. Trawa przygnieciona ciężarem Jaśka powstawała lękliwie, powoli, a konik polny wystraszony ze swego osiedla w zielonej kępce namyślał się, czy można wrócić. Odarte z kory, biedne kloce wierzbowe tkwiły w błocie i żaliły się niebu, wznosząc w górę biedne udręczone głowy, zaś skryte w głębi ziemi małe strumyczki posłane przez rzekę, ryły się przez pulchną, gorącą glebę jak krety.

    41

    Woda płynęła wartko. Nie mówiła nic. Czasem tylko jakaś fala rzuciła na brzegu przeciwnym rozsiędzionej[6] chacie pogardliwie pod nogi garść namułu.

    42

    — Naści masz… naści weź…

    43

    — Dobra nasza! dobra nasza!… — śmiała się chałupa i łyskała do słońca oczami okien.

    44

    — Naści kamień…

    45

    — Dobre i to… panie Kmito… — rechotała.

    46

    — Naści drewno zbutwiałe…

    47

    — W piecu zetleje całe… ha, ha, ha…

    48

    — Naści i zdechłą mysz…

    49

    — Przyda się tyż… przyda się tyż…

    50

    — I kwiat zerwany gdzieś…

    51

    — Tylko nieś… tylko nieś…

    52

    A chałupa Jaśkowa wytrzeszczała oczy, zazierała ponad brzeżek, by dojrzeć, czy woda czego nie skradła. Blada i zielona była ze złości. Zdawało się, że zgrzyta zębami i że włosy, że strzecha staje jej dęba na głowie z oburzenia.

    53

    Po południu wrócił Jasiek sam jeden do pracy.

    54

    Maciek poszedł z koniem holować łódź proboszcza, którą woda wczoraj jeszcze zniosła daleko i osadziła o parę stajań, na prost dworskiego ogrodu.

    55

    Stanął na brzegu i spode łba spojrzał na wodę.

    56

    — Widzisz! — zaczęła od razu, jak do znajomego. — Posłałam Maćka z koniem, by nam nie przeszkadzał. Siadaj!

    57

    Nagle ogarnęła go pasja, pasja istoty żywej i pana gruntu i chałupy w dodatku…

    58

    — Wciórności… psiakrew jedna!…

    59

    Chciał kląć, ale się splątał, bo nie wiedział, jak kląć wodę, która gada. Więc napluł tylko w garść, porwał ze ziemi babę dębową, zamachnął się i palnął z całej siły w głowicę nieszczęsnej, umęczonej wierzby, aż jęknęła.

    60

    Ale czy zamach był za wielki, czy kloc uchylił głowy przed ciosem, dość, że baba się ześliznęła i potrąciła Jaśka dosyć silnie w nogę…

    61

    — A niech to wszyscy diabli!… — jęknął boleśnie, chwytając się za nogę…

    62

    Musiał usiąść, bo go aż zesłabiło[7].

    63

    — A nie mówiłam ci, żebyś se usiadł? — rzekła woda i zaśmiała się.

    64

    — Ty nieczysty duchu… ja ci… — wrzasnął ostro.

    65

    Nagle włosy mu stanęły dęba ze strachu na głowie.

    66

    — Boże ratuj! Toż ja tu pogawędki toczę z jakąś mocą piekielną…

    67

    Zerwał się, by uciec, ale nim krok postąpił, woda rzekła:

    68

    — Przy chrzcie świętym nalano mnie na twoje czoło!

    69

    — Prawda! — przyznał Jasiek.

    70

    — Tedy[8] siadaj.

    71

    — Ale ja mam robotę. Nie mam teraz czasu słuchać kazania.

    72

    — To nie będzie kazanie. A cała ta robota niepotrzebna.

    73

    — Jak to? Więc ma wszystko podmulić… ej gadanie…

    74

    — Nie podmula temu, kto ma przymierze z wodą. I prawo wolności od chleba uzyska… ale to trudne…

    75

    — Moiściewy kochani! — wmieszała się do rozmowy Jaśkowa chałupa… — Moiściewy… powiedzcież mi też… Więc ta czarownica… ot tamta na drugim brzegu… ma przymierze z wodą?

    76

    — A mam! A mam! — wrzasnęła z drugiego brzegu sąsiadka.

    77

    — Moja wodo jedyna, powiedzże nam prawdę… mnie i Jaśkowi… — prosiła chałupa Jaśkowa.

    78

    — Czy powiedzieć? — spytała woda chałupy z przeciwka.

    79

    Ale stara jakoś nagle przycichła, zawarła oczy swych okien, przyczerniała na ścianach, zgarbiła się, niby pod ziemię kuląc… Nie odpowiadała wcale.

    80

    — Stójcie sobie spokojnie, nie przeszkadzajcie! — nakazała ostro woda chałupom.

    81

    Jasiek zobaczył, że obydwa domostwa zmartwiały nagle, i taki jakiś inny mają wygląd niż przedtem. Ot chaty. Ale i woda stała się zwykłą wodą, co płynie nie wiadomo skąd i w jaki kraj. Szemrała, pieniła się na kamiennych progach rzucała fale o brzegi… nie odzywała się głosem zrozumiałym.

    82

    Czekał cierpliwie sądząc, że się namyśla.

    83

    Siedział i czekał, a słońce szło po niebie nieustannie.

    84

    Nareszcie wstał, machnął ręką i podjął leżącą na ziemi dębową babę.

    85

    Za chwilę tętniły już uderzenia mocne, wytrwałe, uporczywe. Pot mu zalewał oczy… nie zważał… pracował zażarcie.

    86

    — A toby też było, gdyby się tak rozniesło[9] po wsi! Rety!

    87

    Pośpiewując, pracował do zmierzchu. Zaciągnął trzy nowe kloce. Gdy się zmierzchło i miał iść do domu, schylił się, podjął ciężki kamień i cisnął z rozmachem w rzekę.

    88

    — Masz nagrodę za twoje bajdy!

    89

    Roześmiał się. Naciągnął kaftan i sięgnął po paczkę z tytoniem do bocznej kieszeni. Skręcił papierosa, zapalił i ruszył przed się.

    90

    — A możeś ciekawy… — doleciało go od wody.

    91

    Splunął z pasją i poszedł, nie odwracając się już wcale. W domu zastał już brata siedzącego przy stole. Bratowa stawiała przed mężem miskę klusek.

    92

    — A dalibyście się ta czego napić matka! — powiedział Maciek do żony. — Zmordowaliśmy się dziś pono[10] obaj! — dodał, spoglądając z zadowoleniem na brata.

    93

    Wypili po razu i po drugim wcale niemałe sztakaniki[11] wódki, potem jedli w milczeniu kluski, póki starczyło. Gdy skończyli, zapytał starszy:

    94

    — Dużoś zrobił?

    95

    — Ta cosiem tam zrobił! — odparł niepewnie, bo mu żal się zrobiło straconego nad wodą czasu.

    96

    — A to bestia podmywa… — rzekł Maciek — Ciekawość czemu akuratnie nasze pole.

    97

    — Akuratnie psiamać nasze!

    98

    — Andrzejowego, to ani tknie… jakby…

    99

    — Jakby co?

    100

    — Jakby bestia, pijanica miał jakie tajemne przymierze z wodą.

    101

    — Przymierze! — wrzasnął i zerwał się z ławy.

    102

    Maciek spojrzał na brata zdumiony wielce.

    103

    — Niewiele popiłeś, ale jakoś ci się sprzeciwiło…

    104

    Nie odpowiedział nic, ale wstał i wyszedł przed dom. Księżyca nie było, ale gwiazdy jasno świeciły. Szum zalatywał od rzeki. Jasiek czuł, wiedział dobrze, że teraz trzeba by tam pójść… tam… do niej… bo ona teraz właśnie powiedziałaby niejedno…

    105

    — Nieciekawym!… — uparł się — Wcalem nieciekawy!

    106

    I poszedł do karczmy.

    *

    107

    Pan komisarz łapał ryby. Pan komisarz był na urlopie.

    108

    Urlop, rzecz dobra.

    109

    Oooj dobra!

    110

    „Nic jakoś nie bierze dzisiaj” — myślał, patrząc na korek, o który, jakby był mocno we dno rzeki wbity, woda rozbija się z szumem.

    111

    Ooo! Urlop rzecz doskonała! Tylko niełatwa.

    112

    Wszystko co dobre, trudne jest.

    113

    — A! Mam cię! — wrzasnął nagle z radością wprost dziką.

    114

    Ale to było złudzenie.

    115

    Ileż to razy choćby dzisiejszego dnia.

    116

    Urlop, rzecz wyborna, ale co dzień, to pechoważy[12] wielce.

    117

    Pan komisarz począł myśleć.

    118

    Myśleć bowiem wiele można przy takim ryb łowieniu.

    119

    Ale o czym.

    120

    O awansie nie potrzeba. Właśnie zaawansował… i to… ach pewnie po raz ostatni w tym życiu.

    121

    A w życiu przyszłym?

    122

    Et! Pan komisarz był wolnomyślicielem, przeto…

    123

    Wolnomyślność rzecz doskonała. Rzecz jasna.

    124

    Dobrze jest tedy myśleć wolno i jasno.

    125

    A jak się trawi przy tym, niam, niam!

    126

    A propos. Pono jest jakiś szczep NIAM, NIAM, gdzieś w Ameryce. Prawda?

    127

    Ale co to ma do trawienia?

    128

    Chyba, że to są ludożercy.

    129

    Pfuj! Na co człowiek schodzi, myśląc…

    130

    Korek zapchał się gdzieś we wiklinę, pan komisarz tego nawet nie spostrzegł.

    131

    Szum rzeki porywał go w jakieś fantazje, mieszał tok myśli, rzucał nią jak kawałkiem drewna.

    132

    Pan komisarz myślał to wolno, to prędzej, ale nic się nie kleiło.

    133

    Zatracał się w tej mieszaninie, tonął w tym szumie, z którego coś jakby czasem wypływało, coś dziwnego, nieswojskiego, nie wolnomyślnego… a on nawet nie dziwił się… nie bronił.

    134

    Na powierzchni tej zjawiało się raz po raz jedno tylko jasne pojęcie: Urlop… urlop…

    135

    Ale i to zjawiało się coraz rzadziej i rzadziej.

    136

    Wreszcie zanikło. Pan komisarz przestał być komisarzem… niemal utracił rangę… rzeka go pochłaniała… degradowała do rangi zwyczajnego człowieka… nie, jeszcze niżej… do poziomu poety…

    137

    Pan komisarz marzył na jawie.

    138

    W takich chwilach wszystko jest możliwe.

    139

    Toteż rzeka poczęła do niego mówić, a on do rzeki.

    140

    — Ach! Nikt mnie nie rozumie… nikt mnie nie rozumie!

    141

    Tak mówiła rzeka.

    142

    Zdumiał się.

    143

    — Jak to niby? — spytał.

    144

    — Nikt nie wie, co to ja jestem… ja WODA.

    145

    — Ty… ty… ty jesteś oczywiście… no, w tobie są ryby i koniec.

    146

    Rzekł i jakby zdziwił się znowu, że przemawia do wody jak do żywej istoty. Ale zdziwienie nie było wielkie.

    147

    — Nieprawda, nieprawda! — odparła woda. — Mówisz tak, jak cię nauczył urlop… jak cię nauczył rozum zmętniały nad aktami wyzierający w lecie na świat boży…

    148

    To wszystko nieprawda! Tak mówiła woda.

    149

    — A jakże mam mówić inaczej? — spytał.

    150

    — A wiesz, kto tego rozumu nauczył ludzi twej sfery, skąd wzięły go wszelkie urlopy od początku świata udzielane urzędnikom wszelkich ras i wieków?

    151

    — Nie wiem! — westchnął z pokorą, iście nie siódmej rangi.

    152

    — Nauczył ich tego mój brat CHLEB!

    153

    — Aaa! Wiem. Do tego nie trzeba wielkiej filozofii!

    154

    — Tak? A mnie się zdaje, że dużo większej jak twoja.

    155

    — Phi! No na przykład!

    156

    Woda, Chleb, UrzędnikCHLEB jest to wszystko, co mówi: „Stój! Milcz! Giń!”.

    157

    WODA to wszystko, co mówi: „Idź! Drżyj! Płacz! Czyń!”.

    158

    Czyś kiedy nad tym pomyślał… ty niewolniku mego brata… ty…

    159

    Nikt tak od czasów Amenhotepa Czwartego nie przemawiał do urzędnika siódmej rangi na urlopie.

    160

    Komisarz oprzytomniał. Wstał.

    161

    W pierwszym zapędzie chciał się rzucić na bezczelnika, ale wstrzymał się, uczyniwszy krok jeden. Splunął pogardliwie na ziemię i zaczął zabierać się do domu. Mieszkał sielsko, anielsko w karczmie pobliskiej, gdzie Jasiek pijał wódkę i insze trunki.

    162

    Ale haczyk zaplątał się we wiklinę, sznurek mokry zaguził się niemożliwie.

    163

    Chcąc go wydobyć, musiał się położyć na brzegu i manipulować wychylony ponad wodę.

    164

    Dotykał jej niemal twarzą.

    165

    Męczył się, potniał. Czuł zawrót głowy.

    166

    — Tak! — powiedziała, musnąwszy go falą. — Teraz ci jeszcze coś powiem.

    167

    I zaczęła szumieć w ten sposób, że uczepiony rękami do sznurka znieruchomiał.

    168

    Uległ ponownie hipnozie ruchu jednostajnego, bezlitosnego…

    169

    — Ja i on jesteśmy jednej krwi. I tęsknimy za sobą, jak brat za siostrą, siostra za bratem. Cóż dziwnego… Żyjemy ciągle razem, a ciągle daleko… On mówi ciągle: „Stój! Milcz! Giń!”. I niewolnicy jego stoją… stoją w miejscu, jak zaklęci i milczą, i giną… A moi idą, mijają, przepadają gdzieś w dali śmierci i… zostają żywi na wieki… I nie wiedzą, że zostali. A tamci nie wiedzą, że zginęli.

    170

    Rozumiesz?

    171

    Nie odpowiadał.

    172

    — A ludzie… którym ustały kontrasty CHLEBA i WODY… ludzie tacy, którzy żywią się swym ruchem… swą falą… swoim przeznaczeniem… ludzie wolni, sprzymierzeni z WODĄ i sprzymierzeni z CHLEBEM… ach, tacy ludzie… Ale czy ty mnie rozumiesz?

    173

    Nie odpowiadał.

    174

    — Chłop… o nie! Ty… wy… nigdy, nigdy!

    175

    Mówiła teraz chyba do siebie, chyba do brata, chyba do wiatru czy chmur nim pędzonych, krewnych sobie na niebie. Szumiała ciszej, jakby… sobie samej.

    176

    A spod fali zaczęło coś śpiewać: Oooooj rzeko, rzeko, rzeko… Wzięłaś mnie daleko…

    177

    — Cicho bądź! — powiedziała temu niewidzialnemu. I znowu szemrała do siebie: — I któż rzuci CHLEB do WODY!… komu chleb wodą się stanie… kto dokona przemiany… największej z przemian ziemi?

    178

    — Ooooj! Wodo, wodo, wodo… Zabrałaś mnie młooodo! — zajękło[13] śpiewem.

    179

    Rzuciła się niecierpliwie i odrzekła:

    180

    — Nie zabrałam cię dziecko… Leżysz niedalecko!

    181

    — Pod progiem leżę chaty… Nie widzą mnie braty! — wypominał głos żałośliwy.

    182

    — No… cichaj chwilkę jeszcze… Zaraz cię popieszczę… — uspokajała go.

    183

    — Eeeej! Trzeba było trzeba.

    184

    W służbie pana CHLEBA… — narzekało coś.

    185

    — Spróbować chciałeś przecie tęsknoty na świecie…

    186

    Gdyś widział, że nurt toczy błyskały ci oczy.

    187

    — Eeej zażyłaś sposobu… Ściągnęłaś do grobu… — odrzekł głos niecierpliwie.

    188

    Na skrzypcach zagrać chciałeś co we mnie słyszałeś — tłumaczyła woda. Zamyśliła się, ucichła. Czyż chciała ściągać do grobu?

    189

    Ale wspomniawszy sobie swoje przykazanie, rzekła:

    190

    — Co ujrzę, jaką duszę, każdą wołać muszę…

    191

    A chcąc pocieszyć biedne, umarłe dziecko, co nie miało sił iść w dal, powiedziała jeszcze pieszczotliwie:

    — Wzruszona żalami twemi

    Daję ojcom ziemi…

    Za każdy jęk malutki

    195

    Przyrzucę im grudki…

    Będą szerzej orali,

    Ciebie wspominali…

    198

    Dziecko ucichło.

    199

    Woda osmutniała[14] sama od dawanego pocieszenia.

    200

    Tak bywa… oj tak bywa! I znowu spytał malec:

    — A czy wiedzą ojcowie

    Żeś ty ze mną w zmowie?

    A czy wie grunt i chata,

    Za co ta zapłata?

    205

    I nagle zawiedło[15] krzyk głośny, tętniący daleko:

    — Kochani!… Czy wy wicie,

    Że to moje życie!…

    *

    208

    — Jesteś dziś rozmarzony? Co? — pytała WODA.

    209

    — Jak zawsze… jak zawsze! — wtrącił CHLEB i zaśmiał się.

    210

    Młody, osiemnastoletni student leżał na skrawku trawy nad wodą. Nad nim kołysała się wiecha pszenicy.

    211

    Nie mówił nic.

    212

    Zapatrzony w to, co wszyscy zwą „rzeczami nieistniejącymi”, milczał.

    213

    A tymczasem te rzeczy wywoływały w nim ustawiczny, gorący, niemy krzyk:

    214

    — Cuda! Cuda! Cuda!

    215

    To nie świat mu się tak podobał.

    216

    — Cóż świat? Phii! To zachwycanie się… a dźbełkiem… a trawką… a mrówką… ha, ha, ha… My jesteśmy dzieci wieku, dzieci wieku. Zresztą to jest tam w książce, w literaturze… pełno tego. Teraz zaś mościdzieju: są wakacje! Rozumiesz pan? Ha? — A w środku wrzeszczało ciągle, a ciągle:

    217

    — Cuda! Cuda! Cuda!

    218

    Takie już głupie wrzeszczenie.

    219

    A tymczasem CHLEB zapytał przymilnie:

    220

    — Trza by na podwieczorek! Nie głodno osobie?

    221

    — Ha!… A co komu do tego! — krzyknął ze złością. — Zresztą… — dodał całkiem łagodnie i jakby tłumacząc się — Zresztą wcale mi się nie chce iść.

    222

    — Aha! — rzekł CHLEB — Przepraszam, nie wiedziałem, że kolega nie ma w domu podwieczorku…

    223

    — Mam! Do kroćset tysięcy! Mam! Nie jestem proletariusz. Kto to powiedział?

    224

    Usiadł. Rozejrzał się dokoła, ale nie było nikogo.

    225

    — Facecje[16]! — rzekł do siebie. — Ktoś do mnie gada ciągle… a tu nic!

    226

    — Prawda? Nie ma nikogo! — rzekł znów CHLEB.

    227

    — Jestem do tego przyzwyczajony! — odparł z powagą i naciskiem i położył się znowu.

    228

    — Przyzwyczajony? No proszę — rzekł CHLEB.

    229

    — Tak. Idzie tylko o to, by nikt nie słyszał. Nasz bowiem wiek jest trzeźwy i jasny… i tak dalej… proszę popatrzyć do jakiego dzieła.

    230

    — A więc — nastawał CHLEB — pozwolę sobie zaprezentować się. Jestem CHLEB, król świata trzeźwego i jasnego, a przeto król tu niżej leżącego osobnika, którym pan jesteś.

    231

    — Dobrze kromko, dobrze. A ja jestem… Ja!

    232

    — To genialne. Ale to słyszałem tysiące razy. Tak mówi nawet ten, który nie jest wcale: Ja!

    233

    — Dobrze. Czerstwiej pan dalej, panie CHLEBIE.

    234

    — Słyszysz no siostro? — rzekł CHLEB do WODY — Jakoś mu nie imponuję.

    235

    — Może z niego coś być! — odparła woda.

    236

    — Może być! — powiedział student. — Kolega Fajferek zawsze mówi: „Był czas, kiedy i mój papa był człowiekiem”.

    237

    — Pan jesteś niezmiernie, ale to niezmiernie inteligentny! — odciął się CHLEB.

    238

    — Być może! Teraz każdy cham jest inteligentny, nawet CHLEB, w postaci zdeptanej przez świnie pszenicy, sterczący nad kałużą.

    239

    — Czyli że pan jesteś cham!

    240

    — Mniejszy niż pan! Zapewniam!

    241

    — Ależ to jest kłótnia?

    242

    — Nie! To są nudy i brednie!

    243

    — Poddawali się i tacy! — krzyknął mu nad uchem.

    244

    — Tak jest, ale drwili przy tym.

    245

    CHLEB umilkł.

    246

    A WODA powiedziała:

    247

    — Tak! Tak! Buntownik, NiewolaPotęga jego leży w czci. Ona robi niewolników. Buntownik nie jest niewolnikiem, jest tylko jeńcem.

    248

    Student rzekł WODZIE:

    249

    — Ty jesteś jego wrogiem!

    250

    — Nie. Ja jestem jego siostrą… kocham go.

    251

    — Jakże to?

    252

    — A on ciebie kocha… kocha cię.

    253

    — Nie rozumiem.

    254

    — Tylko trzeba umieć jeść CHLEB.

    255

    — Nie rozumiem.

    256

    — Wiesz, trzeba przemienić CHLEB w Chleb żywota…

    257

    — Bywasz czasem w kościele?

    258

    — Nie, bo ja tego nie rozumiem…

    259

    — A rozumiesz, czemu w tobie woła: Cuda! Cuda! Cuda!

    260

    — I to wiesz?

    261

    Wiem. Największe rzeczy są NIEPOZNAWALNE.

    262

    Circulus vitiosus[17].

    263

    — Tak to nazywają ludzie.

    264

    — Naturalnie. Bo skądże wiedzieć mogę, czy są największe, skoro są niepoznawalne.

    265

    — Na to nie ma odpowiedzi, bo mnie nie idzie o twój rozum, ja nie będę cię pytała przy maturze.

    266

    — Oczywiście. I co dalej.

    267

    — Rzuć CHLEB do WODY.

    268

    — Aaa!

    269

    Chleb, Woda, Kondycja ludzka, PrzemianaCHLEB mówi: „Stój! Milcz! Giń!”. WODA mówi: „Idź! Drżyj! Płacz! Czyń!”. Czyś kiedy nad tym pomyślał? On i ja jesteśmy jednej krwi. I tęsknimy za sobą jak brat za siostrą, siostra za bratem! Cóż dziwnego. Żyjemy ciągle razem, a ciągle daleko! Dzielą nas ludzie! W duszach ludzkich zmieścić się nie możemy razem. On mówi ciągle: „Stój! Milcz! Giń!” i niewolnicy jego stoją w miejscu, jak zaklęci, milczą i giną. A moi idą, mijają, przepadają gdzieś w dali smutnej śmierci i… zostają żywi na wieki… Nie wiedzą, że zostali. A tamci nie wiedzą, że już ich nie ma. Rzuć przeto CHLEB do WODY! Żyw się swoim ruchem i swoją falą… śpiesz się… śpiesz! Już czas, najwyższy czas dokonać tej WIELKIEJ PRZEMIANY, największej z przemian ziemi.

    Przypisy

    [1]

    łoński (daw., gw.) — ubiegłoroczny; o roku: zeszły. [przypis edytorski]

    [2]

    żółkniejący — dziś popr.: żółknący. [przypis edytorski]

    [3]

    o ziem (daw., gw.) — dziś: o ziemię. [przypis edytorski]

    [4]

    połogi — rozpościerający się szeroko, rozległy. [przypis edytorski]

    [5]

    zasuty — pokryty. [przypis edytorski]

    [6]

    rozsiędziona — siedząca szeroko; rozsiadła. [przypis edytorski]

    [7]

    zesłabić — dziś raczej: osłabić. [przypis edytorski]

    [8]

    tedy (daw.) — więc, zatem. [przypis edytorski]

    [9]

    rozniesło (gw.) — dziś popr.: rozniosło. [przypis edytorski]

    [10]

    pono (daw., gw.) — chyba, prawdopodobnie, podobno. [przypis edytorski]

    [11]

    sztakaniki (z ros.) — szklaneczka. [przypis edytorski]

    [12]

    pechoważy — dziś popr.: pechowy. [przypis edytorski]

    [13]

    zajękło — dziś popr.: zajęczało. [przypis edytorski]

    [14]

    osmutnieć — zasmucić się. [przypis edytorski]

    [15]

    zawiedło (gw.) — zawiodło; od: zawodzić. [przypis edytorski]

    [16]

    facecja (daw.) — żart, wymysł, kaprys. [przypis edytorski]

    [17]

    circulus vitiosus — błędne koło; rodzaj błędu logicznego w rozumowaniu. [przypis edytorski]

    Close
    Please wait...