Chcemy, aby każde dziecko w Polsce miało wygodny i bezpłatny dostęp do lektur szkolnych - zróbmy to razem! Wspieraj Wolne Lektury stałą wpłatą

Dorzucam się!
Tym razem nie pomogę
Pracuj dla Wolnych Lektur

Pracuj dla Wolnych Lektur! Szukamy fundraiserek i fundraiserów >>>

x
  1. Artysta: 1
  2. Błądzenie: 1 2 3 4
  3. Błoto: 1 2
  4. Bogactwo: 1
  5. Bohaterstwo: 1
  6. Bóg: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11
  7. Brud: 1
  8. Choroba: 1 2 3
  9. Chrystus: 1 2 3 4 5 6 7 8
  10. Ciemność: 1
  11. Cień: 1
  12. Cierpienie: 1 2 3 4
  13. Cnota: 1
  14. Czary: 1 2
  15. Czyn: 1
  16. Diabeł: 1
  17. Dobro: 1 2
  18. Dorosłość: 1
  19. Droga: 1
  20. Drzewo: 1
  21. Duch: 1 2 3
  22. Dusza: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11
  23. Dzieciństwo: 1
  24. Dziecko: 1 2
  25. Dziedzictwo: 1 2
  26. Dziewictwo: 1
  27. Fałsz: 1 2
  28. Filozof: 1
  29. Flirt: 1
  30. Głupota: 1 2
  31. Gniew: 1
  32. Góra: 1 2 3
  33. Góry: 1 2 3 4 5 6
  34. Grób: 1 2
  35. Gwiazda: 1 2 3
  36. Handel: 1
  37. Hańba: 1
  38. Historia: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13
  39. Idealista: 1 2 3 4 5
  40. Imię: 1
  41. Interes: 1 2 3
  42. Ironia: 1
  43. Kapłan: 1 2
  44. Kat: 1
  45. Klejnot: 1
  46. Klęska: 1 2
  47. Kłamstwo: 1 2 3
  48. Kobieta: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10
  49. Kobieta demoniczna: 1
  50. Kobieta "upadła": 1
  51. Kondycja ludzka: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13
  52. Koń: 1
  53. Król: 1
  54. Ksiądz: 1 2 3
  55. Książka: 1 2
  56. Księżyc: 1
  57. Kuszenie: 1
  58. Kwiaty: 1 2 3
  59. Literat: 1 2 3
  60. Los: 1 2 3 4
  61. Łzy: 1 2
  62. Małżeństwo: 1 2 3
  63. Marzenie: 1 2
  64. Maska: 1 2
  65. Maszyna: 1
  66. Matka: 1 2
  67. Matka Boska: 1
  68. Mądrość: 1 2
  69. Mąż: 1
  70. Mędrzec: 1 2 3 4 5 6
  71. Mężczyzna: 1 2 3 4
  72. Mieszczanin: 1
  73. Milczenie: 1 2
  74. Miłość: 1 2 3 4 5 6 7 8
  75. Miłość niespełniona: 1 2
  76. Miłość silniejsza niż śmierć: 1
  77. Miłość spełniona: 1
  78. Mistrz: 1
  79. Modlitwa: 1 2 3
  80. Morze: 1 2 3 4 5 6 7 8
  81. Nadzieja: 1
  82. Narodziny: 1 2
  83. Naród: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10
  84. Natura: 1
  85. Nauka: 1 2
  86. Niebezpieczeństwo: 1 2 3
  87. Niebo: 1 2 3 4
  88. Nienawiść: 1 2 3 4
  89. Niewola: 1
  90. Noc: 1 2
  91. Nuda: 1
  92. Obowiązek: 1
  93. Obraz świata: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15
  94. Obyczaje: 1 2 3 4 5
  95. Odrodzenie: 1 2 3 4
  96. Ofiara: 1
  97. Ojciec: 1
  98. Ojczyzna: 1
  99. Oko: 1
  100. Otchłań: 1 2
  101. Państwo: 1
  102. Patriota: 1
  103. Piekło: 1 2 3
  104. Plotka: 1 2 3
  105. Pobożność: 1
  106. Poezja: 1
  107. Polak: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15
  108. Polityka: 1 2
  109. Polowanie: 1
  110. Polska: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27
  111. Potwór: 1
  112. Pozory: 1
  113. Pozycja społeczna: 1 2 3 4 5 6 7
  114. Praca: 1
  115. Prawda: 1 2 3 4 5
  116. Przemiana: 1 2 3
  117. Przemoc: 1
  118. Przyjaźń: 1
  119. Przywódca: 1 2 3
  120. Ptak: 1
  121. Pustynia: 1
  122. Pycha: 1
  123. Realista: 1 2
  124. Religia: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17
  125. Rewolucja: 1
  126. Robak: 1
  127. Rodzina: 1
  128. Rosja: 1
  129. Rośliny: 1 2
  130. Rozkosz: 1 2
  131. Rozpacz: 1
  132. Rozum: 1
  133. Ruiny: 1
  134. Rycerz: 1 2 3
  135. Salon: 1
  136. Samotnik: 1 2 3
  137. Samotność: 1
  138. Sen: 1 2
  139. Serce: 1 2 3 4 5 6
  140. Siła: 1 2 3
  141. Sława: 1
  142. Słońce: 1
  143. Słowo: 1 2 3 4 5 6 7
  144. Sługa: 1 2
  145. Służalczość: 1
  146. Smutek: 1
  147. Spotkanie: 1
  148. Spowiedź: 1
  149. Starość: 1
  150. Syn: 1
  151. Szaleństwo: 1 2 3
  152. Szatan: 1
  153. Szczęście: 1 2 3 4
  154. Szkoła: 1 2
  155. Szlachcic: 1 2
  156. Śmiech: 1
  157. Śmierć: 1 2 3 4 5
  158. Śmierć bohaterska: 1
  159. Światło: 1 2 3 4 5
  160. Świątynia: 1 2
  161. Święty: 1 2
  162. Tajemnica: 1 2 3 4
  163. Taniec: 1
  164. Tchórzostwo: 1
  165. Tęsknota: 1
  166. Tłum: 1 2
  167. Trucizna: 1
  168. Twórczość: 1
  169. Ucieczka: 1
  170. Upadek: 1 2 3 4 5 6
  171. Urzędnik: 1 2
  172. Vanitas: 1
  173. Walka: 1 2 3
  174. Wampir: 1
  175. Wąż: 1
  176. Wdowa: 1
  177. Wiara: 1 2 3 4 5 6 7
  178. Wiatr: 1 2
  179. Wiedza: 1 2 3 4 5
  180. Wierzenia: 1 2 3
  181. Więzień: 1 2
  182. Wizja: 1 2 3
  183. Władza: 1 2 3 4 5 6
  184. Wojna: 1
  185. Wolność: 1 2 3 4
  186. Wróg: 1
  187. Wzrok: 1 2
  188. Zabobony: 1
  189. Zamek: 1
  190. Zazdrość: 1
  191. Zbrodnia: 1 2
  192. Zdrada: 1
  193. Zdrowie: 1
  194. Zemsta: 1
  195. Ziarno: 1
  196. Ziemia: 1
  197. Zło: 1 2
  198. Zwierzę: 1 2
  199. Zwierzęta: 1
  200. Zwycięstwo: 1 2
  201. Żona: 1 2
  202. Życie jako wędrówka: 1 2
  203. Życie snem: 1
  204. Żywioły: 1

nie wiedzący > niewiedzący; nienajgłupszy > nie najgłupszy; wyspy Hebrydskie > Wyspy Hebrydzkie; Antarktyczne morze > Antarktyczne Morze; noc Zaduszna > noc zaduszna; cyganie > Cyganie; pralechów > Pralechów; tuff > tuf; Wychowski > Wyhowskim; goścem > gośćcem; , — > —; romans Róży > Romans Róży; laparatomia > laparotomia; 40-tu > czterdziestu; 14-ym > czternastym; 4 rzeki > cztery rzeki, 11 > jedenastu; we wszystkich 3 stolicach > (…) trzech stolicach; Hunn > Hun; śpiżowych > spiżowych Polskiej > polskiej ośm > osiem bezdżystych > bezdżdżystych; chrysopraz > chryzopraz; mimowoli > mimo woli; Tybetańskich > tybetańskich; Mediolańska > mediolańska; Dantejski > dantejski; Lechicka > lechicka; Templariuszowym > templariuszowym; żydów > Żydów, nieżydów > nie-Żydów; murzynów > Murzynów Paskala > Pascala; illuzjonem > iluzjonem; hyjena > hijena (do rytmu); Oh > Och; Jakób > Jakub

p. > pan, p. > panna (Zolima); Ci > ci; Drogi mlecznej > Drogi Mlecznej; kaszemirskim > kaszmirskim; węgożowate > węgorzowate; Setkiem rąk > Setką rąk

exulować > egzulować, onyxy > onyksy; nadomiar > na domiar; zapewnie > zapewne, pomniąc > pomnąc; mięszać > mieszać, kurytarz > korytarz, zwirze > żwirze

Zmiana podziału na akapity: — Któż jesteś, wędrowcze? | — Jeden z was. — Któż z Tobą? | — Podwójne oko żmii: grzech i pokuta. — Oddziel się od niej i przyjdź twarzą w twarz przed miejsce odrodzenia.

Wstawienie cudzysłowu otwierającego we fragmencie:

Mistrz Teodoryk. „W imię Boże, przyjeżdżaj, mój ukochany Hektorze! od dawna modlę się o to szczęście, abym pieściła moich wnuków, owoc twego namiętnego szczęścia z Zolimą. Już wyszyłam wam śliczny parawan”

Usunięcie cudzysłowu w akapicie:

„— Przyszedłeś posłuchać pieśni weselnej — niechaj ci się stanie zadość!”

błędy źródła: Rrzeczypospolitej > Rzeczypospolitej nie winograd, lech krew toczy się > (…) lecz krew toczy się; zadychwa > zadychra; czekać rozwinięta tej komedii > czekać rozwinięcia (…).

Tadeusz MicińskiNietotaKsięga tajemna Tatr

Poświęcam
Rozwojowi Świata

I. Wieczorne pustynie

1

Mroczne fortece pradawnych Tatr, na których wygrzewa się Król Wężów… wielkie jego cielsko siedem i pół razy owija górę olbrzymkę, zarosłą ciemnym niedźwiedziowym lasem i zakończoną na wirchu lodozwałami nietającymi nigdy.

2

Król Wężów — to piorun i słońce dla jednych, to Życie lub Zły Duch Myśliciel dla tych, co go znają już w sobie. Zielony jad zebrał się grubą warstwą na grzbiecie jego. Przecudna i straszna korona z nadludzkich męczarni mrocznieje nad szmaragdowymi oczyma.

3

W dziedzictwo jego idziemy.

4

W te mroczne Tatry nie z czasów dzisiejszych, lecz takie, jak oglądałby jasnowidzący:

5

Tatry — Himalaje.

6

Tatry, u stóp których bezmierne szafirowe morze, zaorywane w wielkie skiby fal złowieszczymi uroki[1] Księżyca i Halnym wichrem; fiordów miłosne ręce zapuszczają się w gęstwinę boru, w tajemnicze wgięcia regli[2] podobnych dziewiczym piersiom olbrzymek.

7

Tam lodozwały wzniosły się w nieprzystępny dla żyjących Dom śmierci.

8

Tam rzeki spadają Niagarowymi kaskadami.

9

Rakszase[3] nocy indyjskich czułyby się tu u siebie, rozpościerając skrzydła gigantyczne na lodowcach.

10

Pieśniarz Kalewali[4] śpiewałby runy[5] o bogini powietrza i pierwszym człowieku Wejnamojnenie, mędrcu i czarodzieju słów.

11

Kraina nie baśni, lecz najgłębszej istotności, rozpościera się przed nami.

12

Idziemy — za cieniem chmur płynących. —

13

za piórami zagubionymi orła — za echem kaskady tęczującej wśród leśnych wonnych malin.

14

My cienie — nie widać nas.

15

My niedotykalni — czujemy jednak pod stopą miękkie zioła. Tchnieniem woli możemy wzbić się aż po obłoki i płynąć w tych jedwabistych karocach.

16

Zaszło już słońce.

17

Król Wężów wypełza ze swej piekielnej czeluści. U wylotu doliny wznosi się potężna ściana gór — nad nimi już w niebie śnieżą lodowce.

18

Chłodno tu. Swobodnie. Olbrzymio-tajemniczo — wśród rozrosłych drzew, z których każde jest kościołem.

19

Rozsunął ktoś gałęzie limb[6].

20

Wyszedł — syn tej puszczy. Patrząc w niego, wierzymy mimochcąc[7] w legendy o ludziach z rasy wyższej pewnego króla irańskiego, zamkniętych wśród gór.

21

Włosy czarne spadają mu aż na barki.

22

Strój lekki. Z łusek rybich ma ciżmy[8].

23

Na potężnych ramionach, podobnych do grubych gałęzi dębu — mroczy się skóra morskiego lwa z grzywą.

24

Ten człowiek może mieć lat około trzydziestu.

25

Zbrązowiały od burz na morzu. Z twarzy jego tchnie melancholia i dzikość.

26

Tak wyglądali indyjscy bohaterowie — Węże, synowie Króla Wężów w Himalajach, boga Sziwy[9]. Tajemnicę widzieli wszędzie, do tajemnicy modlili się, tajemnicą zawierali swe Tabu miłości, która jawną dopiero stawała się w zbrodni płonących miast, w potężnym huku łamiącego się architrawu w skałach wykutej świątyni — Rameswaram[10]. Ten człowiek, którego my śledzimy, znużony być musi.

27

Nie kładzie się, lecz wspiera o pień limby rękę.

28

Zapewne ścigają go Duchy, jemu tylko widzialne: gdyż twarz mu się kurczy, oczy urzeczone potwornością płynącej na powietrzu trumny — i jeszcze czegoś niewyrażalnego — bo wtem runęło ciało na ziemię, ciało mocne jak splot błyskawicy z pniem rosochatym czarnoklonu; ręce rwą kosodrzewiny w rozpacznym[11] wybuchu.

29

Tłucze się głowa o skały.

30

Na włosach czarnych występuje krew.

31

Z pieniących się ust niewyraźne słowa.

32

Lecz nie jest to epilepsja.

33

Ten człowiek wstaje.

34

Zaśmiał się.

35

Niebywale dumnie dźwięczy jego śmiech, jako tego, co już pokonał Ból.

36

Straszliwszym[12] jest teraz w spokoju, niż kiedy łamały go burze szatańskiej myśli.

37

Na głazie nad przepaścią stoi, u wejścia tej rozpadliny wulkanicznej, lawami gorącymi wionącej i dymami, gdzie zniknął Król Wężów.

38

Do niego pono[13] idzie ów człowiek: żegna się z zielonowłosymi duchami limb!

39

Mroczniejszą[14] dusza jego zda się niż to niebo, z którego już zapadło w niebyt słońce.

40

Krwawe tylko smugi rozpełzły po wirchach[15], niby światła gromnic.

41

W głębi przerażającej nieruchomym[16] zdaje się morze, które tam rozbija najśmielsze barki na fiordach. Nie dochodzi jego szum tu, na wyżyny wielu tysięcy metrów nad morzem.

42

W milczeniu bezmiernym wtajemnicza się ten człowiek pustyni.

43

Dusza jego tu poczynając milczeć — Mówi tym językiem, który leży w głębinie wszystkiego bytu.

44

Tak mówią limby do skał, tak mówił Demiurg[17] do tworzącej się planety.

45

Tak mówi ludzkie wiecznie nieznane Ja w głębinie swej.

46

My cienie — niedotykalni, wijemy się za pniami drzew.

47

Posłuchajmy spowiedzi!

48

Lub, kto wie, może dziwacznej komedii?

49

Ironia, Natura, DuchBo nie wiadomo nigdy, gdzie kończy się groza i gdzie zaczyna się ironia w naturze i duchu.

50

Czasem oskarżamy to, co jest bardzo drogie sercu; czasem wyanielamy to, co dobrze byłoby owinąć kolczatą leśną lianą i rzucić smokom jaskiń na pożarcie.

51

Nie mówmy — nie mówmy — słuchajmy!

52

Zapamiętujmy wyznania — ten zuchwalec wygląda na Jazona[18], który zatopił swój okręt Argo dla Medei lub zdaje się być królewiczem indyjskim, który, by wykupić swą duszę spod gniewu świętego Wasantazeny[19], stał się grabarzem i musiał pogrześć własne dziecko.

53

Nie mówmy, nie mówmy — spisujmy oskarżenia.

54

Bo „wszystko co istnieje — warte jest, aby poszło do dna”.

55

Milczy syn dziwowej krainy, mający wykrętną myśl tego, co walczył z Minotaurami[20] — mający serce płaczące rosą.

56

Milczy on, gładząc limby.

57

Przygląda się tańcu elfów niewidzialnych. Milczy, bo czuje, że my słuchamy. Lecz patrzcie, nie dba o nas!

58

My jesteśmy dla niego tylko liśćmi, które wiatr za chwilę utopi w czarnych, piekielnych jeziorach śmierci.

59

Mówi ze sobą twór tych wielkich krain Jasnowidzącego.

60

Nie dowierzajmy jego słowom łagodnym, uspokojonym: ręka jego nieświadomie zakreśla na korze kilkusetletniej limby znak straszny zgonu.


61

— Nazwę się przed wami Ariaman. Jestem rybakiem, który w morzu poławia. I przepływam w barce wśród mroków ciemnej nocy, iskrząc kagankiem, wabiącym rekiny pod skalistymi zrębami Tatr: na harpunie[21] mojej nieraz znajduję dziwa, o których ludzie nie wiedzą, chodzący tylko lądami. Jam rybak monstrów, zaiste osamotniony, lecz nie pragnę niczego nad to, iżby duchy jawiły mi się nadal, ślepiąc piorunami, a morze, aby szumiało wiecznie, tj. aż poza kres mogiły, moim dwojgu dzieciom i mnie.

62

Teraz Wam opowiem zupełnie o czym innym. Jestem nieumiejętny w opowiadaniu, zresztą nikogo z moich nie widząc, mówię jedynie do skał i do paru limb, które nade mną się kłonią, do brunatnej leśnej ziemi, na której przed chwilą tak tłukłem głową.

63

Nie myślcie, że opowieść ma będzie smutna: niczego nie znoszę mniej, niż rozpowiadanej boleści.

64

Owszem, rozraduję moje serce i wraz ze mną Wy, którym Wieszczka ech poniesie tę opowieść przez góry i morza: wielcy magnaci niewiedzący, jak czynić dalej ze swym życiem — lub stróżowani przez halabardników więźnie[22]

65

tę noc mogę Wam umilić opowieścią!

66

Tylko niech kobiety nie spodziewają się, że jestem zdolen[23] być kochankiem, nawet jeśli niejedno będę mógł wyznać o miłości, co nie było dotąd nigdy wypowiedziane.

67

Limby — pochylcie swe zielone serca w uwadze. Tatry mają duszę wewnętrzną, która wygląda zupełnie inaczej, niźli możecie sądzić, będąc przywiązane korzeniami do tej odrobiny nieurodzajnej gleby.

68

Mają one w sobie historię Praziemi, mają też klucz, którym roztworzy się Brama Sądu Ostatecznego.

69

Wspinałem się po tatrzańskich lodowcach nad morzem tragicznie szumiącym, choć niby obojętnym i czarnym; widziałem stwory, pasące się na halach, podobne do tych, które w starym fresku Czerwonego Klasztoru[24] pożerają grzeszników:

70

wielkie ogniowe siarkany, siedmiomilowe węże z koroną, Antychrysty o 666 źrenicach, które latają nad głębinami, a gdy zasną — konstelacje gwiazd kładną[25] miłosne pocałunki na ich oczach i cały archipelag astralnych ostrowów[26] konieczny im jest do głębokiego rajskiego snu.

71

Na odkrycie tych i więcej przyziemnych krain naprowadził mnie stary Oreł Sabałecek, mówiący o ziemiach Pana Ofa, gdzie wielgoryby turlają się na trawie, a dziwożeny[27] migają w potokach.

72

Kryje się ten zwierzyniec wśród puszcz nieprzebytych, zwiedzanych tylko przez upiorny korowód wiatru halnego —

73

wśród wzniesionych nad pratatrzańskim morzem, wielkich, niby katedry pełne ukrzyżowanego Lucyfera, wyklętych przed wiecznością wież Babelu; wśród niewyobrażalnie groźnych, niepożytych otchłani, gdzie toną ametysty wieczornej żarzy[28] nad mrukliwym złowieszczącym borem.

74

Zaiste, urzeczywistniony kraj tęsknot mojej duszy, kraj najtragiczniejszych mroków! Tam usłyszałem na turowym rogu grającego Rycerza konnego (indyjskiego Maga, idącego w świcie ryczących błyskawic Perkuna[29]) i od epoki tego hejnału nie miałem już nigdy ukojenia.

75

Minęło wiele burz, wichur halnych i szkwałów na morzu, wiele upiornych polarnych nocy zimą —

76

niejeden potępiony duch, wlokąc gałąź jodłową, wchodził na Zaduszki[30] w me drzwi —

77

za smutny byłem, abym się do orlich wirchów uwieść dał kuszeniem: Bądź jako bogowie!

78

To obrzydliwe, reklamujące się, jak kakao Van Houtena[31], człowieczeństwo, czyż nie ma i we mnie swego Przedstawiciela? czyż nie jestem z równie marnego materiału fiat! pereat![32] jak wszystko, co się przewala do otchłani? Skądże więc hybris[33] tak potępiona przez mędrców Hellady — aby się narzucać ucztującym Bogom? a choćby nawet — Pustyni?

79

Limby, szumicie gałęźmi niecierpliwie, nudzi was, że nie opowiadam faktów z mego żywobycia?

80

Niechaj wam wystarczy jeden.

81

Znałem kiedyś głośnego w świecie Starca bramina, który się zwał de Mangro[34].

82

Mieszkając na Wyspach Hebrydzkich[35], wykładał nieśmiertelność duszy i obiecał uczyć potęgi nad światem.

83

Przybyłem do niego; pogrążony w pracę nad zawiłymi kabalistycznymi rachunkami, przygotowuję się do wielkiego dusz kapłaństwa, gdyż naiwnie pojmowałem, że Chrystus objawi się tym zamyślonym najgłębiej, pracującym w piwnicy magnetycznych filtrów bramina de Mangra.

84

Ten zaklął mnie wielkimi ślubami usynowienia, odgrywając przede mną rolę Szekspirowskiego Prospera[36].

85

Zaiste jednak przekonałem się, czym są jego dobroczynne praktyki.

86

My, młodzieńcy i dziewice, w tej akademii uczyliśmy się na magnetyzerów, aby potem w salach koncertowych, uśpiwszy masy, można było swobodnie operować w ich sumieniu.

87

Czystość była pojmowana jako coitus sine ejaculatione seminis[37].

88

Zbyt późno poznałem, do czego wiodą ścieżki tajne de Mangra, kiedy już ogół nasz był zmieniony w zwierzynę Cyrcei[38].

89

Ja ucierpiałem może najsrożej, bo przedsięwziąwszy bunt, przez syna de Mangra miałem być ujarzmiony. Jedna kobieta w klasztorze uwiadomiona, iż dostaję obłędu — istotnie wierząc w „ludzi wyższych”, przybyła z daleka.

90

Mnie usypiano kwiatami odurzającymi — ściana przegradzająca w nocy łoża nasze zniknęła.

91

Ocean tak szumiał, księżyc tak czarował…

92

I została mą żoną.

93

Ku niedoli dowiedziałem się, iż była to zakonnica, która wstąpiła do klasztoru wiedząc, żem przysiągł sobie nigdy się nie żenić.

94

Pytałem de Mangrów, w podstępie tym — jaki był cel?

95

rzekli mi:

96

iż chcieli wypróbować swej władzy nad ludźmi.

97

Czemu nie wziąłem kamienia i nie zabiłem? Chrystus patrzył na mnie przez wszystkie zasłony zbrodni i bluźnierstwa.

98

Minęły od tego czasu lata najgłębszych zwątpień.

99

Z trudem zdobywałem siłę na przeżycie powszedniego dnia, ona tym więcej męczyła się myślą, iż mnie związała.

100

W końcu przekonałem się, że de Mangro był tylko narzędziem sił wyższych. Moja przypadkowo wybrana jest tą, którą mi przeznaczyła duchowa Ananke[39].

101

Lecz wiedząc o tym, nie mogłem już mieć szczęścia — życie nasze już kąpało się we krwi. Potworny chaos różnych ludzkich zagmatwań zmusił mnie ujść aż tu — na pustynię.

102

Jak Edyp[40], zamieszkałem wśród przepaści, szukając rozwiązania tajemnic swej jaźni.

103

Gotów jestem kroczyć za wszelkim Objawieniem, choćby ono było wiedzą kainitów[41], jeśli nie może być wiedzą świętych z Wieczerzy Ostatniej. Będzieli to jaskinia dusicieli czy błękitna grota, gdzie Anieli zanucą hymn Ofiarowania?

104

Jednego wieczora ujrzałem na chmurnym niebie wijący się Piorun — Króla Wężów: miał koronę z ognia, która mieniła miliardami klejnotów nad mrocznym wąwozem w lesie, płomieniała uroczystym, dumnym szczęściem. Trwał on na wirchach[42] sam, odbijając tragicznie mroczną łuskę w złocistych brązach i w pompejańskim tęczowym od patyny wieków szkle lodowca — jak gdyby wyklętym, tak — wyklętym był gościem na zbyt ubogiej ziemi!

105

Któż wie, dlaczego upadł z niebiosów? lub jeśli ojczyzną jego są podziemia — dlaczego wybłysnął z nich? I prędzej niż okamgnienie zniknął — zakopał się aż pod samą wezgłąb morza — tylko ucichły druzgot lecących daleko hen — kamieni świadczył, iż tam przewiła się Potęga! — — —

106

Ulegając tęsknocie za mitycznym światem Ornakowego[43] Wojska, którego Wirnym[44] musiał być mój Rycerz, a więzicielem Król Wężów — porzuciłem więcierze[45] i chatę.

107

Wiedziałem, że w chacie zapas ryb suszonych nie da dzieciom mym zaznać głodu, zresztą — że i mój syn już dobrze włada łukiem, mógłby ściągać żeleźcem nadmorskie, dzikie, wysoko lecące gęsi, gdyby nie miłość do skrzydlatego wszechstworzenia, która zapełnia serce moje i moich dzieci.

108

Oglądałem się długo, mijając rzędy podwórcowych świerków — swastyką[46] odżegnywałem upiory; wiedziałem już, dokąd mam iść — nęcił mnie, co mówię! z siłą niepokonaną przyciągał mnie rzeką mroźną iskrzący wysoko aż w niebie lodowiec, na którego wirchu ujrzałem mityczną twarz Więziciela…

109

Nastał zmierzch, wszedłem między wąwozy, zarosłe wysokimi w kształt gotyckich kaplic fioletowymi kwiatami. Kiedym już szedł na ogromnym wzniesieniu — w przepaści szumiała rzeka, wełniąc się mętną, wiosenną pianą.

Kiście wonnych kwiatów lila
w niewiadome tchną regiony —
ciemny grób się tu rozchyla
w zmierzchach rosy zbłękitnionej!
Tam — jak harfa wyżnich czynów
z gór się wełni potok siwy —
idę szukać paladynów[47]
hufiec mężów, dotąd żywy!
Lecz nade mną wieczna góra
lodozwałem zimnym jarzy!
w grotach oczy lśnią Ahura[48]
władcy grobów i cmentarzy!
110

Na wysokie szczyty Himalajów idzie się całe miesiące — o ileż dłużej iść muszę ja na te góry, zapewne wyższe od Himalajów!

111

A teraz, opowiedziawszy wam o poszukiwaniu nieśmiertelności duszy pod wodzą bramina de Mangro, muszę wam wyznać, iż znalazłem istotny świat mistyki.

112

W głębinie ludzkiego jestestwa kryje się wiedza, która uczy iść przez labirynty świata.

113

Tak idąc, natrafiłem na Atlantydę, zatopioną niegdyś przez ocean, i na Lemurię[49], spaloną przez wulkany i trzęsienia ziemi.

114

Natrafiłem pradawną świątynię nad fiordem, przy którym rosły lasy wysokich drzew, podobnych do naszej, drobnej obecnie, roślinki Nietoty[50].

115

W tej świątyni, w lesie, stał posąg złoto-rozświetlonej Pani, który był jednym cudem niewysłowionego piękna.

116

Zapłonąłem, jak lampa w świątyni, bezmierną adoracją.

117

Byłaż[51] to Matka Boża? byłaż to oblubienica Szatana Niedokonanego, który błądzi w straszliwych kraterach księżyca pod bezgranicznym milczeniem przestworzy?

118

Wtajemniczyłem się w uczucia bardzo górne i tak śródgwiezdne, że aż nieprawdopodobne.

119

Zwiedzałem w jednej chwili olbrzymi krąg istnienia po to, aby przynieść mej, wnętrznie złotej, lecz we włosienicy[52] i ze stygmatami, Pani jakiś nenufar z jeziora Rakszasów uszczknięty lub talizman z berylu, który nosił król Salomon[53].

120

Stawałem się Jasnowidzącym.

121

Żyłem już na antypodach wszystkiego, co biedne, zrobaczywiałe ludzkie serce uważa za niewzruszalną dziedzinę swych cnót i przywilejów, szukając „Boga” drogą bestialstwa i lisiego chodu.

122

Wstąpiłem na drogę jedyną — Jaźni.

123

I zaiste, wraz z wielu świętymi i mędrcami na świecie, dosięgnąłem góry Meru, gdzie już na wirchu są indyjscy bogowie i dawne wielkie tytanobogi[54] Hellady, prażywiołowy Światowid[55] oraz Druidy i Guślarze słowiańscy — wtem, kiedy już miałem kroczyć ku Ostatniej Wiedzy —

124

ujrzałem biedną dziewczynę żebraczkę, która zamiast oczu miała dwa krwawe oczodoły.

125

Lecz twarz jej była piękna i cicha.

126

Litość niezmierna wstrząsnęła mym sercem. Wziąłem ją za rękę, powiodłem ku leśnym kwiatom, grałem jej na harfie — i ona zaczęła mnie uwielbiać, jak samego Indrę[56].

127

Wkrótce jednak, obmywszy oczy źródlaną wodą, obmyła tak dokładnie czerwieniejący je dotąd karmin, że spojrzała we mnie wielkimi, błękitnymi oczyma z tysiąca i jednej nocy.

128

To jednak odzyskanie wzroku przypisała czarom miłości — i ja, naiwny, uwierzyłem w to.

129

I nie opowiem wam nic już nad to, iż ta litość nad istotą, której ludzie jakoby wypalili wzrok, doprowadziła mnie wkrótce do czynów szalonych.

130

Znalazłem się w więzieniu i miałem być rozstrzelany. Lecz w nocy ujrzałem cudne zjawisko: jakaś moc wzięła mnie za rękę i wywiodła skrytym wyjściem podziemnym, a potem jarem leśnym. Tam rzuciła mi się na szyję żebraczka, która była niczym innym, jak możną czarownicą — i jedną z cór Króla Wężów. I księżniczka Azudem (bo tak się zowie) dała mi zaczarowany sygnet. Powiodła mnie w jaskinie świetniejsze niż tysiąc i jedna noc w opowieści Szachrzadé. Wśród przesyceń haszyszowych rzuciłem pierścień do wulkanu. Jaskinie cudne zmieniły się w ohydne gliniaste, ropiejące wnętrza. Zamiast córy Króla Wężów kapała tylko wilgoć ze ścian. Jedyną prawdą było więzienie mej duszy. I byli tam ludzie uwięzieni. I przebyłem tam nie wiem ile wieczności.

131

Aż razu jednego rzekłem sobie, iż duszy nie ma — i naraz poczułem się wolny. Wyszłem[57] z tych murów. Natrafiłem znowu na miejsce, gdzie był Posąg Mistyki, lecz mroczny już i bezgwiezdny. Podbiegłem i rozbiłem młotem tę dawną, najwyższą moją świętość. I wtedy stała się rzecz najstraszliwsza: siłą nieziemną[58] odrzucony, zleciałem z przerażającą szybkością po oślizgłych lodowatych ścianach głową w dół.

132

Ocknąwszy się z omdlenia, ujrzałem znowu tylko moją chatę, lecz z wyrazistszą nędzą, z coraz okropniejszym jękiem nocy jesiennych, z myślami, które już czekały na mnie wybladłe, trumniane, bezzaradne, pełne płaczu tak okropnego, że gdyby poradziło co rozpiąć się na krzyżu — z pewnością bym to uczynił dla znalezienia Utraconych Duchów i zgaszenia na wieki mego niemogącego skamienieć Diabła, tj. serca.

133

Możecie wyobrazić, o limby, ile musi być wężów w tym biczu sumienia, które mi każe znowu szukać wejść do Ornaku.

134

Powiedziałem, że imię moje jest Ariaman: tak mnie nazwali indyjscy Cyganie, wróżący mi z lotu ptaków.

135

Mówili, że jestem wcieleniem jakiegoś indyjskiego króla czy fetysza; lecz ja chętnie ich obdarzyłem rybami i kilku lśniącymi amonitami[59] mimo tego kłamstwa.

136

Zaklęli mnie, abym nosił swe miano, jako talizman — i abym nigdy nie pokochał kobiety, że taka joga mnie doprowadzi do Źródeł Bytu.

137

Tak minęły znowu lata w oczekiwaniu.

138

Rozebrałem się ze wszelkich złudzeń, ze wszelkich pozorów — aż do nagiej duszy Pra-Indianina[60].

139

Od świtu Jarego[61] do wzejścia gwiazd, uważając siebie za zwierzę ziemi, chodzę wobec wszystkich leśnych parawanów nago; w pustyni nocy odnajduję w sobie powinowactwo z najdalszymi gwiazdami, nie ma dość wzniosłych Cherubimów[62], nad którymi nie byłbym wzniesiony, zwędrowuję na jakichś skrzydłach tysiące otchłani — nie mogąc potem przed sobą samym wysłowić ani jedynej z tych zaklętych tajemnic!

140

Życie moje zewnętrzne stało się za to melancholią mogił wraz z Dantejskim[63] nastrojem i hienami.

141

Muszę wiedzieć na koniec!

142

Muszę znaleźć nareszcie moje rozwiązanie bytu: muszę zrozumieć, czy jestem z tych cieni, które niszczy Król Wężów w swych potwornych jeziorach, czy jestem nieśmiertelny —

143

czy dosięgnę Purana Bhagawat[64]!?

144

SłowoLimby, wam nie będę tłumaczył wyrazów tu nieznanych, które mi brzmią głębiej i wznioślej niż te, które są już, jak otoczaki wyokrąglone, a jak wulkaniczny tuf[65] — wyżłobione i puste, dzięki nadużyciu ludzkiego jęzora.

145

Tak więc, powtarzam: muszę iść i znaleźć moje najwyższe Purana Bhagawat. Myślicie, że to będzie smutne jakieś misterium? Bynajmniej, jeśli nie Wam — to sobie muszę dotrzymać opowieści o bezgranicznym wielkim Szczęściu.


146

Otóż winneście wiedzieć Wy, których ród ginie już po mieczu i po kądzieli, że tam wysoko w górach natrafiłem na wielki odwieczny las limbowy, który wcale wyginąć nie miał zamiaru; w tym lesie znalazłem krzewy górskich rododendronów (bardzo ukryte są, upewniam Was)!

147

Za lasem tym była mała wioseczka, którą ominąłem, dziwiąc się, że na takiej wyżynie ludzie mają bezczelność zakładać swą powszednią egzystencję.

148

Oko, ZabobonyOminąłem wioskę z daleka, kryjąc się gałęźmi, aby mnie czyje złe oko nie urzekło.

149

Wszyscy ludzie mają złe oczy, nieprawdaż? (mnie nie potrzebujecie się lękać, ja nigdy nie uważałem się za człowieka)!

150

W dali za wielkimi głazami ciągnęły się hale, na nich zaś rosły kwiaty różowe, zasłonione[66] pajęczyną, zakryte, jak mniszeczki w żywym grobie, który same wyprzędły.

151

Usłyszałem kroki idących górali, na noszach kobietę leżącą nieśli z tych gór niżej ku wiosce. Wiedziałem, iż wieś ta była kumańska[67]: są to rozbitki z dawnych połowieckich kucz[68], niegdyś tu chrzczeni przez świętego Jacka[69], przez którego ułożony słownik języka Kumanów zachował się dotąd w Podolińcu. Lecz ci górale kumańscy byli pijani — nosze chwiały się w ich rękach, oni zaś przeskakiwali głębokie żleby, nie dbając, jakie wrażenie na leżącej wywoła ich tępy, choć zawadiacki chód.

152

Kobieta skinęła ręką i wyszła z noszów. Nie miała pono[70] sił iść, więc usiadła między bożym zielem. Chłopy rypnęli ku chałupom. Nastała cisza.

153

Nie zbliżałem się.

154

Miłosiernicy wyszperowują niedolę, niby ukrytego świstaka, aby jego sadłem wdzięcznym natrzeć swą zazwyczaj morsowatej grubości skórę; Choroba, Głupota, Kondycja ludzkaktóż wyleczy powszechną ludzką udrękę, pochodzącą z tego, że się związało duszę w wielki gordyjski węzeł głupoty? czyż miałem takiej, co znalazła się nareszcie sama w mroku pod płomieniami gwiazd, przysunąć fotel i zapalić elektryczne światło, ofiarowując interesującą pogawędkę? Ze zdrady, jak mówią górale, czyli niespodzianie spojrzawszy na nią, ujrzałem, że jednak powoli sama uniosła się do wpół — głowę wsparła o głaz, patrząc w lodowce. Od guślarstw wschodzących gwiazd ożywiały się, jak cmentarz w noc zaduszną.

155

Jeden różowiał zacisznie ogrodem Hesperyd[71]. Lecz drugi w straszliwych rozpęklinach, nastyrmiony[72] miastami lodowymi, z monolitów tworzyły się wieże, kościoły, posągi, to znów demoniczne wielkie skrzydła Ponurego Myśliciela…

156

Na bezmiernej katedrze zatrzymały się gehenniczne[73] duchy, błyskając srebrnymi lancami: Walkirie[74] słowiańskie — może te, przed którymi ostrzegał Słowacki:

„Kyrie elejson, Kyrie —
nie żonę mieć przy sobie, lecz Walkirię!”
157

Ciemność wychynęła z niepojętych czeluści, zakryła ziemię, kwiaty otuliła na magnetyczny sen.

158

Trwało to nie wiem ile czasu. Tonąłem, jak Ogień, w kontemplacji tej skamieniałej walki Bogów. Gwiazd zamarzłe upiory, wróciwszy z Antarktycznego Morza, olśniewały górę, każdą inaczej, jak odrębne, niewiedzące o sobie planety. Wreszcie wzniosły się nad krawędzią otchłani, spoiły wszystkie mroki w jeden bezmierny, milczący, piekielny kościół.

159

Niżej w dolinach płynęły mgły — i było tak, jakby Tatry zmieniły się w morze łez. Duch mój zapadł w zimne prawieczne kryształy lodowca, w mroźną gigantyczną tajemnicę ziemi. Lecz daremno rozglądał się twarzą srebrną w witrażach lodozorza, szukał wyjścia z wiecznie płaczących grot mieczem Parsifalowego[75] rycerza — grał na wielkiej harfie tysięcy podziemnych potoków — zagłębiał się w coraz nową kondygnację męczarń i nienawiści — —

160

Mrok. W miejscu zgaszonego kościoła kłębiła się niewiadoma ćma nicości. Wtem z lodowca wypłynęła łódź płomienna —

161

to księżyc! Krwawił — umierał życiem swym nadziemnym w ziemi czeluściach. Nikt go nie wysłuchał w żadnym z wszechświatów.

162

Niewola, Wolność, DuszaI wspomniałem o Demonie, przez Króla i Maga Salomona zamkniętym w urnie, rzuconym na dno morza. Przez pierwsze lat sto obiecywał królestwa temu, kto go wybawi spod władzy zaklętych pieczęci; przez dalsze lat pięćset chciał uczynić najszczęśliwszym z miłujących; minęło jeszcze lat tysiąc — gotów dopomóc w niezgłębionej mądrości i nauce; wreszcie zerwała się spiżowa struna jego cierpliwości, przysiągł, że tego, kto go wyzwoli — najokrutniej i najbezwzględniej zabije! Biada rybakowi, który nie w porę wyłowi takiego geniusza! biada — kto zbyt późno wyzwoli samego siebie! Względem siebie musi dotrzymać takiej przysięgi i unicestwić!…

163

WiaraNiegdyś mogłem kochać każdego boga — nawet Satyra[76], nawet Kriksztasa[77] na żmudzkim krzyżu!… minął ten czas, kiedy wzbierałem, jak morze, przypływem i odpływem niechybnie ku temu, czego Nie ma. Moje serce było nieraz potraktowane przez stada pekarich[78]! i ja deptałem podkowami mego konia, druzgotałem, miażdżyłem — i gorzej: nie wiedziałem nic o innych sercach. Jestem już nieczuły nawet na grozę, gdybym ujrzał ziemię w jej nocy ostatniej istnienia — nie żałowałbym piękności jej, nie miłowałbym nawet w jej Euthanazji[79].

164

Jakże mógłbym się troskać o królestwa i wszystkie istnienia — ja, który nie mogę mieć już miłosierdzia dla własnej duszy? Rzuciłem ją w głęboki Malsztrem[80], skąd wypłynąć nie można już na żadnej beczułce sofizmatu, na żadnej, choć pękniętej, łódce Wiary. Malsztrem jest koniecznym zderzeniem dwóch prądów pod morzem mej duszy: Wiedzy, że jest Jaźń! Wiedzy, że będzie Nicość.

165

Najlucyferowszemu myślicielowi wystarczy trzy cale wody nad głową; dla labiryntu duszy wystarczy, jeśli się go zawikła na balu u miłowanej panny, którą Diabeł żenie[81]

166

Bo nie powiedziałem wam dotąd, limby, że kocham się w realnej księżniczce Zolimie bez wzajemności. Co, wyście się domyśliły od razu — zanim wyrzekłem pierwsze słowo mojego snu o córce Króla Wężów?

167

Uważcie, limby, zanim was porąbię i w ogniu spalę, aż będziecie jarzyły w dymach, jak krwawa litania o pomoc dla konających —

168

uważcie, że Was nikt nie wyratuje z obłędnego morza męczarń! — — —

169

Czy słyszałyście o takiej torturze: w Perejasławiu sadzano skazanych na wąskiej ławeczce wysoko na wieży i zmuszano ich tak przebywać kilka dni — kilka nocy: z tej ławeczki lada zmrużenie oczu, lada osłabienie ramion zwali w dół na czyhające straszliwe żelazne ostrokoły.

170

— Moja Pani — rzekłem.

171

W Nieznaną jakby strzeliła iskra elektryczna, duża przynajmniej na metr — taka, jak to umieją niektóre ryby morskie puszczać! Kosodrzewiny[82], nagięte pod jej nogą, wyprostowały się, niby w lasach hodowane święte litewskie węże.

172

Zaczęło się mówić o Tatrach i gencjanach[83] modrych, o zbitych ze stepowego bodiaku[84] i ostu kulach, które gnane wiatrem, skaczą po ziemi jak zające lub w powietrzu wiatrem niesione ku Morzu Czarnemu; wreszcie o Kamczatce, na której ona była jeszcze małą dziewczynką, towarzysząc wygnanemu ojcu, i wywnioskowała, że Sybir — to już nieodzowna część i najlepsza Polskiej Ojczyzny; opowiedziała mi też o swym przodku, hetmanie Wyhowskim[85], wbitym na pal przez Polaków — i o tym, że kiedy córka Mickiewicza prosiła ją, by usiadła w altanie Ojca — ona odrzekła, że tu należałoby uklęknąć, a nie siadać…

173

Trudno wyłożyć, lecz jeśli mam to wyrazić jednym określeniem i dla Was, o limby, zupełnie niezrozumiałym — powiem Wam: Polska… taka Polska z krzyża.

174

Czy rozumiecie, limby, jednak takie skamienienie duszy, która może się z męki na krzyżu wyśmiewać?

175

Choroba, WierzeniaWięc spytałem, czy taka Polska jest to Jaźń lub raczej Gnoza[86] wewnętrzna — to, co u górali nazywa się gościec? Gościec chce, aby coś uczynić — trzeba wstać choćby w nocy i zaraz rwać kwiaty, nosić wodę, poświęcić duszę Panu Jezusowi lub włamać się w dom swej Srebrnej Salomei[87] — inaczej Gościec połamie człowieka, potardze[88] na nic! Ma więc to być istotna prawda lechickiego człowieka w stosunku do jego ziemnych przeznaczeń — prawda nie tylko rozumu, lecz i całej nieświadomej Misji?

176

Ona odrzekła: Dla mnie — tak. —

177

A więc, taki nawiedzony tym gośćcem polskim musiałby, jak wy, limby, znajdować się przy samym ołtarzu prawdy, głowę mieć w niebiosach, jednocześnie wrastając w czarną cmentarną glebę, która nas karmi. Śmiałby się do słońca na cmentarzu! wysyłał z każdym wietrzykiem swe bursztynowe pyły! i wężowymi skrętami strasznie opierał się burzy, rozkruszał cierpliwą swą macką — granity! Jeżeli zaś ten polski gościec w życiu okaże się inaczej: jako sam środek wnętrza pajęczyny, gdzie Dusza-pająk wyczekuje na ból, aby z niego wyssać — poetyczność?

178

Tak myśląc, choćby tylko jednym włoskowatym naczyniem mojego mózgu — już pozbawiam Duszę polską Prawdy — Poezji — i Bólu. Jakże więc Polska mogłaby zmartwychwstać z takiej Duszy?

179

W niewiadomą toń spoglądam, w której bujne zielska melancholii, przezroczyste mątwy tęsknot, czarne sepie złoczynień, namiętny tropikalny ogień wulkanu wśród potwornej macierzy oceanicznych głębin — i daleki tułaczy księżyc, wieczny wędrowiec…

180

Dusza nie da się wyrazić morzem. Są w niej pustynie, wśród których bywa Chrystus kuszony przez Monstra; są w niej żywiołowe pramoce podziemne, które jedne warstwy tak nałożą na inne, że na wirchu góry bywa płat pramorskich liliowców[89] i radiolarii[90], gdy w dolinie uległy[91] się granity albo popiół wulkanu, który dawno już zagasł.

181

Ani przez pustynie, ani przez góry, ani przez morze, ani przez gwiazdy, ani przez sny, ani przez myślenie, ani przez milczenia, ani przez miłość, ani przez tęsknotę, ani przez wiry zwątpień — Dusza wyrazić się nie może. Ani przez to wszystko razem wzięte. Ani przez Boga, unoszącego się nad tym Chaosem ciemnym. Ani przez Lucyfera, który zeszedł w otchłań, o której Bóg zapomniał. Ani przez wszystko, czego jeszcze wśród licznych tysiącleci myśl ludzka się dowie. Jest to światło, przechodzące w straszną wieczną ciemność. Jest to zapomnienie zupełne, że się jest światłem. Jest to konieczność być wszystkim w tej próżni, gdzie nie ma niczego, prócz kłębiących się męczarnianych smug. Jest to najdumniejsze zgodzenie się rachunku wszystkich wieczności, w którym wypada wyznać, że z całego skarbu na dnie zostaje — nicość.

182

Na zewnątrz ma to wygląd wcale nie rozpaczny, można być wysokim i rozrosłym, jak poskramiacz słonecznych koni, niezużytym przez rozpustę, — —

183

śmiejącym się z każdego złożenia w grobie. Męczarni taki nie zna! Nim wejdzie ona za próg, strzela męczarni w łeb i kładnie[92] ją trupem. Kondycja ludzka, Rycerz, LosLecz taki Witeź[93] smokobójca może mieć nie tylko jedną piętę[94] do zranienia, lecz cały jest jedną raną tym, że istnieje: narodzony nie z tych, nie tak, nie wtedy, nie tam, nie na to, jak to spodobało się zrobić miłemu Figlowi. Na pociechę zostanie takiemu Witeziowi tylko metafizyk, który rozumuje tak:

184

— Czymże jest król Aśoka[95] wobec dobroci mojej? i król Hammurabi[96] wobec sprawiedliwości mych? i Orfijski[97] pieśniarz wobec miłości mej? Wyszedłem z miasta zadżumionych, z wielkiego rodu niespokojnych, ze spuścizną marnotrawców, z błogosławieniem zmarnowanych, z wieczną pustynią niemiłujących. Gdy zanurzę ręce me w ziemi — ona zaczyna płakać; a kiedy położę ręce me już nie na gwiazdach — ale na prostych uczuciach — one opadają w zamieci liści zrobaczywiałych; kiedy podejdę z przysięgą Bogu, — zawsze ją złamię; kiedy wezmę miłość — to na to, aby żelaznymi szczypcami drzeć pasy i cienkim sznurkiem przekrawać ją wzdłuż i wszerz, męcząc, jak Iwan Groźny[98] w podziemiach — gdzie schodził dla nabrania apetytu.

185

Światło w ciemnościach świeciło, ciemności nim owładnęły!


186

Wóz Wielkiej Niedźwiedzicy zanurza się już do połowy w Tatrach zamglonych, które są jakby sonatą, niewygraną przez żadnego Ahura. Bramą wstępną Tatr te dwa odrębne, a równie nieprzystępne lodowce.

187

Wiecie już, limbki, że w tych górach są osady Kumanów, i że władca krainy wśród innych tytułów nosi tytuł Rex Cumanorum[99]. Uczeni Akademicy ze świecą szukają sławetnego zgubionego szczepu, aby nie uszczuplić o jeden tytuł regaliów[100] Jej Apostolskiej Mości! Otóż w języku tych Kumanów różowiejący lodozwał nad lasem limbowym i rododendrami zwie się ogrodem róż; ten potrzaskany, jak twarz Lucyfera, zwieszony potworną, prostopadłą, wyszlifowaną ścianą nad morzem, wpatrzony tam w jakąś okropną, jedyną wartą zamyślenia tajemnicę — to ogród Śmierci. Tu stanęły niegdyś hordy Alaryka[101], może na chwilę zapominające o skarbach Rzymu wobec tego wybrylantowionego tajemnicami Piekła!

188

W lodozwał, tchnący majestatem zgonu, wpatrywała się kobieta, jam wolał ten drugi lodowiec słowiańsko-indyjskiego Haremu. Muszę wam wyznać, że mój przodek był pierwszym perskim tłumaczem w Polsce mistycznego poematu o Jussufie i Zulejce[102]. Nieraz też objawiał się mi duch mego ancêtre[103] moslemińskiego[104], o którego zresztą tyle dbam, co i o samego Rolanda[105]: Pychatak mało ważę wszelkie przywileje rasy, mając zamek słońca nad bezgranicznym, dyszącym wielką opowieścią, morzem.

189

Mówicie, limby, że to jest pycha?

190

To jest dopiero tabliczka mnożenia rachunku nieskończonościowego Duszy. Lecz i wy ją macie? więc zaświadczcie o niej!

191

Ujrzałem twarz mej sąsiedzicy[106], w tej chwili zaiste wieszczą.

192

Spowiedź, Serce, MilczenieMyślicie, o limby, żem wyspowiadał się z moich poszukiwań Miłości? Wiedzcie, że mam 9 komór milczenia w swym sercu, trudno je wypełnić naraz i dlatego nie tonę.

193

MiłośćMiłuję Miłość — jak Dante, choć już nie wierzę, że obróci ona ziemią i gwiazdami; w dawnych, dobrych czasach Romansu Róży[107] usadziłbym miłość na wielbłąda i krokiem aleksandryny, śloki czy heksametru[108] wiódłbym ją, grając na flecie. Mówiłbym do Miłości przy jaszczurkach w południe, orłom nad wieczorem, duszom o północy, słowikom mdlejącym o brzasku; wiódłbym Kobietę-Mesjasza do tej jaskini w dalekim podbiegunowym kraju, gdzie męczy się Loki[109], zły tytan i wąż kapie mu jadem w obnażone serce.

194

Lecz żyjemy w czasach srogich, nieprzyjaznych dla życia duszy. Zapytałem Wieszczkę lodowców, jaką mi radzi wybrać drogę, aby zajść jak najzawrotniej i znaleźć miłość Giocondy[110] księżycowej na najwyższym kręgu astralnej wieży magów Zigurat[111]? — zachrobotały kierbce[112] na kamieniach, zjawiło się kilku Kumanów, przepraszając Panią tę za nieuwagę, położyli ją na noszach i ponieśli.

195

Miałem iść wraz za tą Damą? Wszakże to nie było porwanie mojej wybranej, dla której zdobycia mógłbym wznieść Krywań[113] na Lodowym[114] i Kościół Panny Marii Krakowskiej umieścić jeszcze, jak kapliczkę, na wirchu!

196

Wieszczka nie powiedziała mi imienia swego ani zamieszkania. Zrozumiałem, kiedy ją odnosili na noszach, że była jakąś wielką Panią. Mówiła ze mną tak, jakby z ogrodnikiem, który strzeże tych azalijek[115] — jednak sama wybrała królestwo, gdzie nawet porosty przestały oddychać na kamieniach wśród wiecznej polarnej zimy Lodowca Zgonu.

197

I oto patrzcie! wywlokła się za mną olbrzymia chmura, a w niej kołysze się umierający łabędź: tęsknota za Polską!

198

Jeśli tak wesoły ma być ten gościec Polski — to lepiej od razu w ośmiu buddyjskich piekłach mroźnych[116] założyć hodowlę jedwabników. Polska tej Wieszczej Mary wyrasta z życia, lecz wznosi się nad nim — jak Bóg nad swymi kaznodziejami. I zapewne wchłonie cały smętek niedorzeczny obrazu, gdzie Dziecię Jezus idzie wsparte na lwie, obok wesoło hasa źrebię, wół wyciąga poczciwą głowiznę, a tygrys śpi snem dobrego pasterza na trawie. Ideał pewnych marzycieli przedstawia moment zapewne po uprzedniej laparotomii[117], gdzie wnętrzności zmieniono wszystkim dwu i czworonogom, z wyjątkiem pijawki — tej wolno żłopać w najlepsze krew, idącą z krzyża — zaś krzyż, to, jak wiadomo, rzecz „bardzo dobra — ino, wicie, ciężko jest temu, kto go ma dźwigać!”.

199

Cierpienie, ChrystusByć może, iż tego, co już najwyższe, nie ma kto rozpinać na krzyżu!

200

Zapuściłem się w wielką prerię traw — i — o wstydzie! — zacząłem schodzić ku jakimś błękitniejącym powabnym dalom. Wierzenia, Kondycja ludzka, SłowoWinne były temu złowabne nimfy w postaci świerszczy, które mnie wiodły wciąż w swej kompanii śpiewackiej, bardzo rade z tego, że ich łachocą skrzydełka. One mnie namówiły, abym się zwierzył, mówiąc, iż człowiek w języku Pralechów znaczy „dźwięczną mowę mający”…

201

Tak pochlebiając mi, zaprowadziły mnie z wyżyn milczenia na te pogwary[118] jaskini nadmorskiej, gdzie zasnę wnet wśród leżących kupami alg, wonnych od jodu i od słonych powiewów morza.

202

Zresztą i rozum nakazuje mi wejść do jaskini, bo Tatry zmieniły się w jeden huragan — pioruny biją i zaczyna mi być prawdziwie dobrze.

203

Zasnę snem czterdziestu młodzianków w piecu ognistym[119].

204

I widzicie mnie teraz, o limby, zabłąkanego w puszczy mego ducha tak, że ledwo kilka tych myśli mogłem wysnuć, obiecawszy słuchaczom wśród ciemnej nocy szatańsko wiele — jakąś Mahabharatę[120] Tatr!

205

Lecz tę wygwieździ wam noc, wyprorokuje księżyc, wyhuczy wiatr, zachełbi[121] nią Morskie Oko, zimnymi palcami wykołacą ją u bram Umarli.

206

Miłość, Bóg, Kobieta, Morze, Pustynia, SamotnikMoje skały — Wam po prostu powiem: nigdy w życiu niczego urzeczywistnić nie zdołam, i tę miłość, która tuła się po dziewięciu dantejskich kręgach mego serca, będę musiał strącić w otchłań. Kobiecie jej nie oddam, gdyż każda jest Nietotą, lichą rośliną, pokrewną Lepidodendronów[122], na której jednak rozpryska zawsze kosa mojej metafizyki; Bogu nie — gdyż jest to malarz swej własnej bezeczci: El pintor de su deshonra[123] — malarz, który w ludziach wymalował swą odwieczną infamię[124]: jest On zły, mściwy, narzucający się ze zbawieniem, niepomagający nikomu, i jak fakir płynie na lichej tratwie przez swe najgłębsze nicości: nie dziw, że co chwila znika nam z oczu!

207

Miłować nie mogę niczego, prócz bezmiarów, niezapełnionych jeszcze krzykiem żadnego okrętu Argo[125], żadnej karaweli Vasco da Gamy[126], żadnego aeroplanu[127], żadnego podwodnego statku, uwięzłego w Bizercie[128].

208

Tam — wieczne tam — bezdroże jedynie miłuję!

209

Wieszczka Lodowców powiedziała mi, streszczając swe wrażenie:

210

— Ariaman nie uświadamia nic, zapomina o wszystkim i nie umie wyciągać wniosków z niczego. —

211

To straszne, nieprawdaż? Przypominam, że w kajucie rozbitego okrętu czytałem powieść o księciu, zwanym Idiotą[129], wprawdzie to był wcale nie najgłupszy z ludzi!

212

Także i Don Kichot[130], kiedy wyzdrowiał na łożu śmiertelnym i puścił się w nową podróż — to zadziwił nawet Sancho Pansę swoją roztropnością! Może będzie tak i ze mną. Tymczasem moja mądrość polega przede wszystkim na tym, że z dala żyję od ludzi, bo inaczej byłbym przez nich od razu strąconym aż na dno. Wywędrowałem do takich krajów, gdzie w ogóle już nazwa człowiek staje się nonsensem.


213

Milczeniem bezgranicznym zakończyła się ostatecznie rozmowa Ariamana z limbami.

214

Ten szukający Wtajemniczeń nie domyślał się, że jego spowiedzi wysłuchuje najgroźniejszy tyran, najzręczniejszy Proteusz[131], najbardziej nieuchwytny wróg Boga w Tatrach!

215

Trismegista — Król Wężów, który od dawna już rzucał na duszę Ariamana swe trujące mroki…

216

Ariaman wyszedł z groty nad morzem wśród jarów Lodowca Zgonu i szedł kędyś[132] po ciemku.

217

Deszcz ustał.

218

W smętnym mroku ginęły za widnokręgiem krwawe żarze[133] księżyca.

219

Wydawało się, że to już zmierzcha Kosmos: niezmierna melancholia zaprzepaszczania się natury i serca! Ariaman uczuł się zawieszony w jakiejś pustce bezkresnej, jak Szymon Mag[134].

220

Wzięła go nieprzeparta ochota zejść znowu, lecz już ostatecznie w rozszczelinę[135] wulkanu, gdzie żył Król Wężów, i zakołatać tam do bram spiżowych.

221

Wtem uczuł mróz, jakby tysiące macek głowonoga. W górze zawieszona głowa demonicznego Węża ze szmaragdowymi oczyma — niżej zaś otwarta czeluść do straszliwego jego Zamku.

222

Ariaman ujrzał, iż nie ma już innego zejścia z wysokości niezmiernej: wyjące wzburzone morze wydawało się z tych wyżyn jeziorem, śniącym w jesiennej topielic kołysance. Głos jakiś wewnętrzny szeptał mu: wytrwaj jeszcze — bliskie zbawienie twe!

223

Lecz upór zwątpienia, rozpacz wieloletnia i poczucie zemsty przeciw własnemu losowi zwyciężyły.

224

Jak księżyc walący się na ziemię, zasępiła całe jego jestestwo decyzja Złego. Ariaman przeszedł most wiszący, który złożony tylko z trzech lin, chwiał się nad przepaścią potworną.

225

W dole wyła rzeka.

226

Krok jeden wahania strącał w bezdno.

227

Ariaman wszedł do jamy Króla Wężów.

228

Był rad, iż odrzucił za siebie tęczującą Maję[136] — i że teraz iść będzie w Mroku nieprzejrzanym, lecz tryumfującym na wieki i będącym jedyną Prawdą.


229

W dali niezmiernej opuszczonego świata zabrzmiał turowy róg —

230

potężny hejnał rozlegał się wśród skał, jakby wspaniały grający pan Zawisza Czarny[137] jechał do zamku swego pod Łomnicą.

231

Potężny hejnał Polski przyszłej — indyjskiej, runął na możne, lecz tak niepojęcie rozpaczne serce Ariamana — zapuścił w nim złotostrunne szpony — zbroił w tarczę ze słońca, przekuwał w Miłość, ubierał w szyszak[138], dawał miecz wiedzy —

232

Ariaman dawniej poczułby się w każdej łacie swego pokruszonego serca — Wojownikiem Istnienia.

233

Lecz było już za późno. Wyjścia znaleźć nie mógł. Więzienie nad nim się zawarło. Podziemia potwornej grubości oddzieliły go od świata. Był więźniem Króla Wężów.

234

Błąkał się w strasznych labiryntach, a jedynym głosem był puchacz, który zdawał się śmiać szyderczo —

235

i echo w duszy Ariamana mówiło:

236

nigdy już![139]

Echo hejnału

Tatry! wy niezgłębione otchłanie Prawiecznej niewiadomej Duszy!
strażniki piekła mego, grozicie krawędźmi skał!
Księżyc tu mnie rozskrzydla i więzy moje kruszy,
tu idę w Dantejski szał!
Tu zapada wzrok mój w czeluście Gehenny,
szumią nade mną puszcze olbrzymiej Nietoty;
Murań[140] w koronie, jak Sezam tysiącpromienny,
obłoki lotne — hufiec Cherubimów złoty!
Tu jestem z mą zagadką… (wóz bohatera wspiął się na mury przeznaczeń! ) —
Wchodzę w ciemne komory, gdzie złoto krwi pleśnieje w cieniu…
Mam tysiąc zamków, a każdy jest księgą coraz głębszych znaczeń —
i żyję w wiecznym płomieniu.
Rozwieram bramy Ornaku — idę w tych grot kolumnady…
Hejnałem mógłbym zbudzić Królewnę i jej wojowniki —
lecz mą harfę oplotły straszne dziwne gady,
które już znał Herakles… Księżyc, jak wieszczy Walmiki[141],
świeci w toń moją — — w toń morza… Tam wirch zdruzgotany
dawnego Boga — — —
— — — — — Polska zginęła w przepaściach, szła na takie słońca,
wywiodła z raju tak wielką miłość ku Mroczni niezbadanej,
że teraz musi — Nike[142] tęczująca,
rozwiawszy pióra, lecieć w Wiecznych Burz płonący stos,
na gór tych najwyższy wirch… tam ujrzy Drogę Jedyną z niezmiernej oddali,
tam już Jej nie dosięgnie maczugą zły, potworny starzec — Los,
tam pójdzie w mroku bezmiernym i Wiedzę ostatnią wśród gwiazd wykrysztali!
— — — — — — —
Z tatrzańskich źródeł wyniosłem wam pieśń — niech idzie!
Naród, Gróbnie wierzę już w naród, który mogilna żre pleśń
lecz wierzę w wirchy Świateł, większe od gór Hiamawatu[143]!
Z doliny nędzy — — gór wschody ku słonecznej wiodą was Izydzie[144]
miliony gwiazd w tym Kościele zaiskrzą całemu wszechświatu!
Tam zorze Sybiru, katorga (w krainy te wwiódł was Anheli[145]!)
lecz mórz mojej rozpaczy nie zwiedzał nigdy Jan z Kolna[146], —
gwiazd mych nie mierzył Kopernik! w milczeniu wiecznych wierzchołków
odkryłem Wam ten kraj, gdzie tylko dusza żyć może tam wolna,
mroku mojego nie zniesie czerń błotnych pachołków.
Lśnią karawany słońc! — wciąż wyższe — promienistsze słońca!
Na wolność!…
— — — Mam wyznać? ludzie zdają się mi glisty[147]
marnymi, które świdrują mogiłę…
— — — Mam wyznać? — trzeba im chlewu, a nie gór z dyjamentów!
żadna pierś nie zdoła oddychać tam, gdzie duch wieczysty
wyszedł z swych urojeń, ambicji — i trwożnych miłosnych zamętów.
Mógłbym z teraźniejszości szydzić — i strącać kamienne lawiny,
bo nienawidzę podłej wciąż przed Jaźnią zdrady — —
(uczcijmy — Judasza!) —
Polska, Polakbo nie ma gorszych głupców, ni gorszej przewiny,
niż twierdzić, że w nas jest Polska! gdzie my prosperujemy — tam Ona zginęła!
Ta ziemia — Matka Boża[148], cięta od pałasza[149],
nie dozna — Zwiastowania! czyż dziw, że brama się Ornaku zamknęła,
gdy wszelkie padło[150] dziś ma się za Mesjasza!
Bóg, Kondycja ludzka, Wiara, Obraz świataTen, co za miliony walczy — Duch piorunowłady:
Lucyfer, Światowid, Agni[151], Angramajn[152] — niezależny
od ludzkich kiepskich przemyśleń i niewiar!
Już dość! drwię z waszych smaków! — —
Na harfie mej gady
zbyt Wami się troszczą!… Idę… Któż ze mną? niech będzie Ten puklerzny[153],
bo ja go nie oszczędzę! — — nieraz będę wlókł, jakby trup Hektora[154] — —
(Nie mam porównań, bo któż się znęcał tak nad Poloniuszem[155]?)
Rozwieram Wam pustynię w ciszy wielkiego wieczora,
urzeczone księżycem, jak skarabeuszem[156],
boskim i cichym: te góry, lodowce, wyjące wśród czeluści, morze…
Idę na ucztę Genezis[157]! wam hasło rzucam: — imię mu — Bezdroże!

II. W podziemiach Giewontu

237

Tak mówił konny rycerz Mag Litwor, stając w ciemnej głębi Wielkiej Doliny pod Giewontem:

238

Noc jest — i serce moje, okryte żałobą, ma znowu znaleźć się przed bramą Tajemnicy i oglądać cmentarze pełne bielejących kości, którym żaden prorok Ezechiel[158] nie każe zmartwychpowstać!

239

Serce moje, okryte mrokiem tysięcy i milionów lat, które już przeminęły — mrokiem tych miriadowych[159] gwiazd, które zagasną.

240

Wieczność jest we mnie, na skrzydłach mnie unosi w głębie niepojętych, nieogarnionych milczeń, które przerażają.

241

Nie mówię nic — słucham.

242

Oto skrzydła Czarnego Boga we mnie, oto jest namiot wśród pustyni — oto ja sam, arcykapłan i Mojżesz bez ludu.

243

Prorokować mam tym, co nie mają duszy i skazani są na śmierć, jako te jednodniowe motyle, rojące się w malignie[160] tęsknoty, szału, żądzy i upojenia.

244

Dajcie mi ostatni dzień Wasz na tej ziemi, a będę wiedział, co mówić Wam — milczeniom;

245

ostatni dzień, gdy słońce stanie się krwawym rubinem w zenicie południa — a czarną kulą ponurego żużla w mgłach zachodu; gdy lodozwały na brzegach Afryki będą łączyły się z krami, płynącymi po morzu; gdy gruba warstwa wiecznego lodu rozpostrze się na Saharze! wtedy bym zebrał Was konających i — przysięgam, znalazłbym moc unieśmiertelnienia!

246

Morze, Bóg, Obraz świata, Kondycja ludzka, Świątynia, RuinyLecz wy musicie być rzuceni w głębiny morza, którym jest nicość: gwiazdy, drzewa, góry, ludzie, sny — i milczenia!

247

Dusza ziemi zapadnie, jak świątynia o jaspisowych kolumnach! runie, zachwiawszy się na bagnistym gruncie złudy życia! rozmiażdży się i zamieni w pył niewiadomego — w meony! w to, czego nie ma, a co formuje wszelki byt, w meony[161] — w nieujęte czynniki najstraszliwszych słońc — w pramyśli Boga, o którym mówi Kabała[162], że On jest Niebytem. Oto groza przeraźliwsza od widma w wyklętym kościele — groza tego, że jestem!

248

— — —: jako źdźbło trawy, zawieszone nad przepaścią mroczną i wyjącą lodowym tchnieniem międzyplanetarnego mrozu…

249

Jestem, a nie byłem: gdy zakładały się fundamenty owych piekielnych praw, które ugniatają nam czaszkę, każą bić sercu, zmuszają do wypełniania żelaznych, błotnych i gwiaździstych tablic losu…

250

Jestem — a nie będę: gdy niemowlęta wyrosną i pochylą się im grzbiety, gdy przelecą wagony nadziemne, jak meteory nad wirchami Tatr i nad kopułą wgiętą, modrą, straszliwą Oceanu, nad Andami w przepaściach ich, nad płaskowyżem Pamiru i jeziorem Rakszasów wśród zamarzłych, niebosiężnych gór Hiamawatu…

251

Jestem — a nie będę: choć moje słowa zabrzmią w ustach i duszach innych ludzi — nie będę! i żaden Mesjasz — żadne zaklęcie nie zmusi mnie — liść zerwany i uniesiony w ciemną zatokę śmierci, abym wrócił znowu w obłędny bór życia!

252

Skrzydłami wieści Czarny Bóg we mnie skuty do gór olbrzymszych niż Kaukaz, przeświecony gwiazdami groźniejszymi niż Wega, Algol, Erydan i Krzyż Południowy[163]: to bóg Thot[164], mistrz wyklętej Magii.

253

Modlę się do Ciebie, Twórco mroku we mnie, Twórco tych szalejących mórz w ciemnościach, które wyją szturmem na górach lodowych!

254

Modlę się meteorami, które przelatują nad milczeniem w otchłani: krótkim mignięciem ostrza w chmurze lecących widm; wlokącą się nicią Ariadny[165] w labiryntach bez czasu i przestrzeni; lub uroczyście, wolno wtaczając się, jakby posągiem Światowida na rydwanie ku mrokom i zagasając tak nagle, jakby pękło serce.

255

Stoję pod drzewem Niewiadomości, przykuty łańcuchem do ramion krzyża, który nie wiem kogo ma zbawić? rozświetlany fosforescencją wewnętrzną, jak świętojański owad, mający lampy z zielonych szmaragdów.

256

Wzywam Cię — lecz jesteś już! błagam Cię — lecz oddajesz mi już samego siebie! korzę się przed Tobą, a widzę Cię już u nóg moich: Ty straszliwy, niewyrażalny, jedynie istniejący Twórco bólu, który jest królestwem godnym mnie — bo nieskończonym aż po ostatni bezkres.

257

Mówił Sfinks:

258

Mów, Duszo, z wolna i w majestacie Anamnezy[166] wielu tysiącoleci — skąd idziesz, kto jesteś, pod tym niebem, starszym niż wszystko, co się da objąć miriadami manwantar[167]? — mówi i odgadnij — lub zgiń!

259

Ja — Sfinks nieruchomy na drodze Twej pożarłem, spaliłem w płomieniach i pochłonąłem narody dusz, o których rzec można, że „Bóg ich zapomniał”. Ja Sfinks — bóg wschodzącego słońca Śmierci. Milczę.

260

Mdlejesz od mych kamiennych tchnień, zamagnetyzowany emalią i lazurem mej głowy, sięgającej aż nad obłoki? Słyszysz głuchy szum huczącego pod ziemią morza? tymi drzwiami weszli, którzy już nie wrócą.

261

Mówił Mag Litwor:

262

Nocy, potęgo nocy! nagły zamęt, jakby Wicher halny wzniósł wszystek pył dawnej Sahary na miejscu Tatr w powietrzne regiony i kręci nim w wirach miedzianego pyłu.

263

Niebo, rozpalone jak glina, w ogniu nade mną, ziemia żelazna, nieczuła jak Moloch[168], przygniatający mnie łapami u piersi, która sączy zimny wiew mogił. Rozerwę te zasłony, ze stropu nieba wiszące, poryte błyskawicami, zapadnę w głębię snu, o moja Konieczności! zmiażdżę się lub ukoronuję gwiazdami — odpływając na morza nieznane. W głębiach ziemi idę i tworzę wśród milczeń wieczności nieistniejących, niekończących!

264

Rozwarły się podziemia Giewontu.

265

Olbrzymie sale, kurhany, wielkie posągi dawnych gontyn[169].

266

Na ścianach freski. Z pochodnią zapaloną przygląda się im Mag Litwor.

267

— — — Lasy minione. Ruiny dawnych grodów królewskich, wody modre, spadające w wodospadach, na których księżyc łamie się pręgą spektru[170] — kanały, niby na Marsie[171], użyźniające pola; łąka morza, które się zda rzeką zamkniętą w kamiennym łożu niezmierzonych po obie strony wieczornych pustyń.

268

A więc te góry są cmentarzem mogił skalnych! widmowy wapień Giewontu istotnie kryje widma? W świątyni jego wykute filary, głębokie sale i zamarzły mrok.

269

Tu leży posąg króla twarzą do ziemi. Bogowie, którym drzwi wejścia grobu sięgają ledwo ponad kostkę stopy, skamieniali patrzą w bezbrzeżną dal.

270

W komnatach świątyni Światowid głową sięga sklepienia — miecz władzy w ręku jego — wkopany po kolana w ziemię — drzwi tajemnicze przed oczyma jego… Światowid… jakież echa szalejących fal Bałtyku! Nad głową w koronie ogromne słońce. A pośrodku posąg kobiety Żywie[172], która trzyma króla na kolanach, pod jego zaś stopami głowy mnóstwa niewolników. Jej twarz ma powagę bogini.

271

Pod tronem jej przywiązani Teuton[173] i Hun[174] — ona trzyma miecz i swastykę: symbol przez tarcie wywołanego ognia.

272

Na przeciwległej ścianie ze słońca opuszczają się strzały ostre i ręce w mnóstwie błogosławiące.

273

Na liliach wodnych ptaki siedzą — młody Lechita uchyla nenufary z bagien Muru za Sichlem[175] i czaple za wielkie różowe nogi chwyta.

274

Czarny Bóg Zasób z wyrazem potęgi: członek bożka nad kwiatami lilii wodnych, jakby słupnik otrząsał się pyłem. Z węża czczonego pada wzrok na lilie. Teutonowie składają hołd w niebieskich tunikach, usianych pszczołami; Duńczycy hołdują z turami czarnymi — na rogach byków gęstogrzywych błagają ręce. Czesi sprzymierzeni: z tarczą wielką, z lancą[176] i krótkim nożem sierpowym.

275

Jeden przyłożył nóż do czaszki wroga i młotem przybija. Wenedów[177] tarcze czarne z gwiazdami lub słońcem: oszczepy, oksze i olbrzymie miecze, kręgi ostre, tnące, jak brzytew lecąca w powietrzu, zwane po indyjsku czakra. Królewna Świętochna owita wężami, przed nią słodkie a namiętne usta w powietrzu bez twarzy i ciała — może bóg elektryczności dodatniej Polelum[178]? dokoła niebo — gwiazdy z rubinowym wewnątrz ogniem.

276

Królewna ma skrzydła u rozpostartych rąk.

277

A dalej na ścianie jodłowego domu winograd z pękami kiści fioletowych. Bogini Żywie, mając noc czarną na głowie, karmi króla Arkony[179] na kolanach — on ssie z jej piersi.

278

Przed nim fale pochylone, okręty zdobyte — szata jego pisana runami. Korzą się przed królem procesje, niosąc na tacach kosztowności, skóry lampartów, winograd[180], pawie pióra, bażanty, zboża oraz owoce długie, z których wyrastają zielone liście.

279

Wszędzie barwy pawie, modre, karminy, purpura i szmaragd.

280

Tu i owdzie Huny, Pieczynhy[181], Kłobuki[182] z okropnie związanymi rękoma wyją, patrząc w niebo, ręce wygięte w tył lub zamknięte w kłodzie łokciami naprzód, dłońmi ku piersi. Części rodne nie są tu nigdy przedstawiane z wyjątkiem, gdy symbolizują świętość. Bogini zgonu, tragiczna Maruna[183], płynie na samotnym czółnie. Żagiel — pod nim pręty czarnych trzcin. Uniosła ręce do nieba. Magiczne elipsy ma na piersiach. Nogi jej na otchłani ziemnej.

281

W dali zaś na kurhanach stoją Wieszcze: grają na harfach wielkich z łbami orlimi.

282

U wejścia do grobu leży nieboszczyk. Poklus[184] i Radegast[185] trzymają urny, z których wyskakują iskry życia. Bóg z tułowiem węża, bóg z głową słońca magnetyzują rękami leżącego nieboszczyka.

283

Żar pochodni jął drżeć Magowi, gdy wchodził do sali grobowej — tam na ścianach magiczne hymny z Księgi Wtajemniczenia!

284

Odwróciwszy się — spojrzał przez szczelinę: morze kosówek[186] chyliło się w głuchym przyśpiewie — wirchy witały księżyc krwawy, cicho wznoszący się.

285

I czytał Mag Litwor prastare hymny runiczne zaginionych królestw — tu w sercu Polski rosnące w mocy swej, jakby w księżycowej lunacji.

286

„Szukam drogi mej, duszo niezmienna, wychodzę w godzinie życia z wnętrzności małpy, inaczej ze zmiennego.

287

O słońce, które nie masz Pana, wielki przechodniu rozległości, dla którego miliony i setki milionów lat są jedną chwilą! Zachodzisz, ale pozostajesz!

288

Ty, który oświecasz dusze w ich tajemniczych schronieniach, patrz: moje serce płacze nad sobą samym. Siła idzie z niego, modlitwa idzie z niego.

289

Moje serce pali się w wielkiej sali w komnacie tortur.

290

Oby nie było me serce wyrwane!

291

Nie umarłem w otchłani, jestem oczyszczony. Wychodzę z mnogości krążących, zaczynam się między cieniami.

292

O serce mojej matki! o serce mojej matki! o serce, konieczne mi dla przemian. Nie podnoś się przeciw mnie — nie świadcz przeciw mnie! Nie czyń mi przeciwności pośród boskich wodzów i nie oddzielaj się ode mnie przed Strażnikiem wagi. Ty jesteś moja osobowość w mej piersi — boski towarzysz, chroniący mego ciała. Czyste duchy mnie ożywiły i uprowadzają mych wrogów, którzy w łańcuch chcieli okuć wodzów boskich.

293

Łączy się ze mną moja indywidualność, pochodząca od mej matki.

294

Podnoszę się — wielki jastrząb wykluty, wychodzę z kajuty okrętu, niosę me serce na górę wschodu, prowadzą mnie boskie istoty schylone i obwąchujące ziemię przede mną.

295

Czcijcie mnie!

296

Zasiadam między olbrzymimi bogami mogilnej i żywej otchłani.

297

Posiadłem swe serce.

298

Zapatrzony w światło wchodzę przez bramy tajemniczego Miasta, w którym mieszkańcy mnie oczyszczą — dosięgam mego przybytku z pomocą istot, które tam są.

299

Tajemnica moich zaklęć magicznych wraca mi wspomnienie. Mnie — który już byłem nicością. Przetrwam. Wracają mi wesele serca i spokój.

300

Przybywam, objawiam się, mając oczy zamknięte na słońce.

301

Przybywam na ziemię w żądanej epoce dla wszystkich kultur na ziemi, odkąd istnieje przez rozkaz świętego Bóstwa.

302

Obchodzę wielką krainę — mierzę nawodnienie i zbradzam[187] błota; przybywam, zwycięzca, żeby poznać duchy Miasta Słonecznego.

303

Jeśli kochacie tych, co Was znają, kochajcie mnie. Znam prawdę, odróżniam ją — gdy się zasłoni. Ona daje dobrobyt i radość temu, kto ją ceni.

304

Cześć Wam, duchy Miasta Tajemnego, ilu was znam: Thot — bóg magii, Chrystus — bóg wcieleń i Aryman — bóg wiodący w mrokach na barce.

305

Wzrastałem wczoraj między wielkimi, staję się między wielkimi, staję się między tymi, co się stają.

306

Odkrywam oblicze Jedynego Oka, odkrywam krąg ciemności. Jestem jeden z Was.

307

Czy latorośl ze Słonecznego Miasta może być zniszczoną?

308

Tego, co mówię ja — Światowid, ludzie nie opowiadają, bogowie nie objawią. Przenikam tych, co mnie zniszczyli, lecz nie widzę już tajemnic. Moje przejście jest przez pałac słońca.

309

Jestem wielki, który tworzy światło. Otwórz odnowionemu, który jest we mnie.

310

— Któż jesteś, wędrowcze?

311

— Jeden z was.

312

— Któż z Tobą?

313

— Podwójne oko żmii: grzech i pokuta.

314

— Oddziel się od niej i przyjdź twarzą w twarz przed miejsce odrodzenia.

315

Nie ma drogi zamkniętej dla nieboszczyka w kierunku nieba lub ziemi: wiadomość ogromna!

316

Jestem duch wielki wśród gór i jodeł. Ludzie nie znają tego imienia. Ja jestem wczoraj. Widzący miliony lat, idący drogami nadniebnymi.

317

Niech oko nie połyka swych łez. Jestem na wschodzie, oświetlam przodków w ich trumnach. Przechodzę niebo — idę przez ścianę żelazną, czyniąc światło. Otwieram i zamykam. Nie ma wielkości nade mną, jako lwem. Zaczynam się, gdy zechcę. Władza magiczna daje moc memu ciału.

318

Jestem powódź górskiego strumienia wiosną! odtwarzam się w zamarzłości nocnej. Wychodzę, łamiąc drzwi zimy — wprowadzam tu oświecenie serca.

319

Zasiadam w mym pałacu na widnokręgu; odbieram ofiary na ołtarzu; upajam się wieczorną obiatą[188].

320

Jestem koniec rozwoju firmamentu. Promieniuję światło po drodze całkowitej ciemności — przez oczy Węża wiecznego, który jest w mym łonie — przy pomocy siły magicznego słowa. — Ja zmartwychwstaję przez nie — przybywam przez nie, wracam się z nim w dolinę łez Polski, gdzie spocznę.

321

Rozsuwam mrok własną mocą.

322

Jestem kobieta, światło ciemności — rozświecam mrok, który się staje jutrzenką. Imię węża na wpół skamieniałego, który stanął przeciw mej barce wyprężony, zjadacz cieniów. Ten, który jest w swym ogniu, — który wyszedł z wodospadów piekła.

323

O istoto wzniosła i uwielbiana, wodzu widm, Duszo, władczyni grozy — wznosisz się na swym tronie wielkim.

324

Niewątpliwie, dokonana jest droga dla duszy cienia, który jest we mnie…

325

Nie daj widzieć tego żadnemu człowiekowi, prócz króla i kapłana.

326

Nie daj widzieć niewolnikowi, który idzie i wraca.

327

Nie czyń licznych komentarzy z pamięci lub wyobraźni. Poznasz je całe w sali unieśmiertelnień. Prawdziwe misterium, którego nie zna człowiek o przegniłej inteligencji…”

328

Mag Litwor podniósł powieki swe ciężkie, jak głazy kamienne, niesione przez lodozwał — (rozbrzmiał dźwięk melodyjny, daleki, jakby zza widnokręgu)!

329

Mag wychodził z jaskini filarów i posągów stalaktytowych, gdzie złotem świeciły postacie Tatrzańskich Rycerzy.

330

Jeden miał napis runiczny: „Krzestów Wiciądz” (chrześcijański Witeź), a Bogini przy nim będąca ze słońcem nad głową, z poniżonym w cieniu trójkątem pogańskim — napis runiczny: „Dziewica Matka tych, co mają dźwięczną mowę”.

331

Polska, Religia, Historia, WizjaRozmyślał Mag Litwor: więc na dworze królewskim Lechitów pisano runami w języku polskim — była oświata, odrębna od łacińskiej, magicznie łącząca się z tajemnym pismem runicznym całej Północy?

332

Na amuletach z postacią ludzką i twarzą diabła, z rogami baranimi, czytało się napis: „Lice lecz!” to znaczy: „Istoto uzdrów!” Na wężach było: — „Zawsze wężu — przeciw boleści!”

333

Na złotym diademie: „Lietuwoj mnie posiada”.

334

Na zegarze słonecznym kamiennym kształtu koła — napis:

335

„Zegar oto!”

336

Z napisami właścicieli i tych, co przedmioty wykuli, były relikwiarze brązowe, młoty, pierścienie, monety, a przede wszystkim dzwony, kamienie graniczne i nagrobki. Normana północnego mogiła brzmiała: —

337

„Thormundzie, używaj mogiły!” Gdzie indziej:

338

„Ja Hagustald pogrzebałem syna w tej mogile. — Ja Wakran nagrobek kułem”.

339

Kamień inny głosił: „Thurin postawił ten kamień dla Karela, dobrego towarzysza swego, bohaterskiego męża”.

340

— „Sote postawił kamień ten dla brata swego Asgusta czerwonotarczowego”. — „Mogiła Alego, świątyni czcigodnego kapłana”.

341

Był też kamień z lakonicznym:

342

— „Utonęli”. —

343

— „Został tu pożarty przez wilka”. —

344

Wielkie sklepienia podziemi zdały się napełniać tarczami i śpiewem umarłych Wikingów, którzy władali Polską.

345

Historyczne światło na wędrówki korsarzy rzucał ten napis: „Zginął on w Grecji”.

346

Na grobowcu Polaka poganina, który trzyma trójkąt, głosił napis: —

347

„Zmir żyrtwą leży”. Na drugiej stronie:

348

„Zmirnowego ociec Lutewoj woju”.

349

Widać, była to ofiara walki pogańskiej z chrześcijaństwem, na dworze króla wschodzącym.

350

Urna nieopisanego wdzięku z tymi cierniowymi znaki:

351

„Umarłemu małemu stawiłem biadając”.

352

Mag Litwor oczy miał pełne łez na tę wieczną tożsamość duszy ludzkiej.

353

Mag Litwor idąc dalej widział wyraźne z Indii przyniesione pomniki Ariów.

354

Z tej krainy, która była krainą baśni, Fizon — mlekiem płynący, czyli Ganges — okrążać miał krainę złota; na pierwszych stronicach Biblii już jest beryl i lazurowy kamień z krainy Ofiru, czyli z Indii Zachodnich.

355

Stąd szły owe najcenniejsze z towarów dawnych — złoto, sandałowe drzewo, perły, małpy, pawie i bisiory[189].

356

Tu w podziemiach Giewontu, którego imię jest reminiscencją góry u zendów[190] Giwant, jak były inne Dant lub Meru — w tych podziemiach, jak w przecudownych w granicie wyrytych galeriach bogów Rameswaram[191] i Ellory[192], jak w jaskiniach wodnych Elefanty[193] i w Amrawati[194] znajdował się Dwór boga Indry —

357

tak tu było miasto całe, gdzie niegdyś w epoce dżdżu i zimy chroniły się giganty — może jeszcze z tej cyklopejskiej rasy, po której znane jest 127 miast w Europie cyklopejskiego pochodzenia?

358

Rasa ta z wiedzą ezoteryczną, zastosowaną do sztuki architektonicznej — ci Atlantyjczycy — ci Gibborim[195] biblijni, jakby sturęcy olbrzymi Hekantonchejrzy z Odysei — wznosili budowle potężne, te posągi Bamianu, wobec których kolos Rodyjski był małym; wznosili miasta wielkie jak Babilon w tych płaskowyżach Tybetu, gdzie teraz tylko orkany szaleją.

359

Udzielić tych tajemnic nieprzygotowanym — byłoby „jak dziecku świecę dać w prochowym magazynie”.

360

Czytał Mag Litwor wielkie pieśni Wiedzy w tych złomach potężnych, kute z granitu, widocznie z dala przyniesionego, gdyż Giewont jest z wapienia[196].

361

Były to sagi o Ziemi, jako królowej wężów. Były hymny do Świętego Szatana, które potem powtórzył Hermes Trismegista[197]: „między bogami nie ma mu równego; w jego ręku wszystkie królestwa, władza i wspaniałość świata”.

362

Wyszedł Mag Litwor na światło gwiazd.

363

I znowu w pustyni, wyrzeźbionej ścianami czarnych gigantów. Cisza tak wielka, że słyszał szeleszczące pod głazami strumyczki ros.

364

W mroku wśród błękitnych oparów szła kobieta, jak widmo.

365

Wieczna wśród żyjących.

366

W ręce miała harfę trójkątną, której struny były wieszczące o Nowym Objawieniu. Nad twarzą bledszą od księżyca wznosił się gąszcz wspaniałych włosów.

367

I mówiła ta pieśń o latach oczekiwań wśród łez i umęczenia. Mówiła do swych najtajniejszych myśli, zrodzonych w noce słotne, listopadowe, beznadziejne. Do myśli, w noce księżycowe, zielonawe, magiczne, wśród borów nad brzegiem północnego morza spędzonych. Pytała, kiedy zwycięży Miłość?

368

Złowieszczy ból przysłaniał oczy Maga Litwora.

369

W jej łzach łamały się sklepienia nieba.

370

Mag Litwor, nieruchomy strażnik, stał u bram śmierci i wyrzekł na wieczność: nigdy! Ujrzał, że wstrząsnęły się końce jej palców delikatnych, tęczujących. Spojrzał, nie w oczy jej, podobne grotom, w których fosforyzuje ametystami i czarnym agatem głębina Morskiego Oka — spojrzał w mrok straszliwy piekła, które ją okrywało więzieniem.

371

W mroku tym świeciło gwiazd kilka niejasno — był to Ofiuchos[198]. Ukazał jej: jakby ją wiódł na stos i w ofierze składał bogowi Piekła. Wymówił słowa mocne, niedosiężne.

372

Odeszła.

373

Słyszał jej kroki ciche, jakby kto pod ziemią przybijał gwoźdźmi trumnę — cichsze — jakby się sypała ziemia na twarz umarłej, i tak niepowrotne, jak muśnięcia rzuconych do mogiły kwiatów.

374

Umilkła pustynia wielkich gór.

375

Mroczny Giewont spotworniał — zwiastun śmierci, wiodący do kraju cieniów, szklił się od gwiazd.

376

Legł w zapadlinie jego piersi Mag.

377

Nie wiadomo, ile nieruchomych epok — patrzył w górę, gdzie płynął na barce niewidzialnej tajemny, straszliwy księżyc. Podstawa góry rozpościerała się na kilka dolin, mogiła rycerza miała wysokość tak ogromną, iż monumentalny krzyż na jego przyłbicy zdał się igraszką. Głowa potrzaskana w jamy i otchłanie — nieujęte już w formę twarzy.

378

Ból i tajemniczość mroczyły się w jakieś lico nadludzkie, straszliwe skamieniałej Nieskończoności. Miliony zmarło Lechitów, zmieniły się dynastie królów, zanim te głazy kilkopiętrowe z szarego granitu były ociosane przez deszcze i śniegi, zanim przywiozły je, tocząc na sobie, lawiny — i zanim dawna olbrzymia rzeka wodospadem wyrzeźbiła kamienną masę w bożyszcze Giewontu.

379

Mag Litwor uczuł w piersi swej wezbrane uczucie tożsamości z tym, którego proch dawno się już rozwiał z świętokradczo naruszonego kurhanu. Lecz przejęty bólem wiecznej Złudy, rzekł w najgłębszych milczeniach swych: nie krąży nic nad pustynią unicestwienia!…

380

Góra, ŻywiołyKamienny olbrzym przechylił się na bok gwałtownie, ciało Maga, dotąd leżące bezpiecznie, teraz zawisło nad przepaścią, gdzie jodły sterczały jakby las dzirytów[199]. Trzymał się wysterku skały, zaś Giewont masą olbrzymią wahał się ciężko, opadał na bok i przecząc wszystkim prawom grawitacji, wirował na jednym kancie, pochylony ciężarem daleko za granicą linii równowagi.

381

Giewont, sądzić można, iż strząsnąć chciał Maga, niby mamut małą muszkę, zaczepioną na strasznym karku; linią horyzontalną stawał w pion i opadał, lecz co zadziwiało najwięcej, iż ruchy te odbywały się w próżni, to jest: nie czuć było uderzeń o ziemię! Nagle, jak okręt miotany burzą, kiedy się zaryje w ławicę piasku, Giewont runął ciężko — a po głazach przebiegało wstrząśnienie, jak oddech rozszalałego morza. Każdy śmiertelnik zemdlałby ze znużenia i grozy — runąłby z tych piętr wyższych niż mury wieży Babel.

382

Wtem błysnęło światełko migając w odległym narożniku zapalone — czyżby księżyc rzucił zza chmury swój zachodzący promień? lecz raczej był to blask we wnętrzach Giewontu.

383

Milczenie. Nagły spokój. Mag jął iść po ciosach wapiennego dna Pramorza Tatr. Z głowy Bożyszcza światło zdało się wcale nie zbliżać — wreszcie zgasło.

384

Kiedy Mag Litwor ujrzał się wreszcie przed wejściem, utajonym w trójkącie przyłbicy Giewontu, z ust jego płynęła posoką krew.

385

Dusza jego upływała z nią — zali[200] się dowie?

386

Wstąpił znowu w ciasny korytarz, wijący się ślimakiem — namacał ostatni kres; był to mur, czy szlifowana skała? Żaden geniusz rozumu nie mógł jej odewrzeć. Lecz mimo wiedzy ręce jego dotykały się runów i przy jednym naciśnięciu skała uchyliła mu wejścia w jakiś krużganek, nad przepaść wiodący, skąd wiał lodowaty chłód. Szmery i westchnienia — zapewne przypływ powietrza przez szczeliny — jednak zdawało się, że rojno tu od widm.

387

Zwarła się skała. Po głazach wystających nad otchłanią idąc, uczuł Mag, że mu serce zamiera, gdyż znaleźć nie mógł już oparcia — tak więc był w pułapce grobu. Wyciągnąwszy rękę uchwycił końce łańcucha — i nie badając już, dokąd go zawiedzie, wspinał się Mag po nim wysoko — jak na dzwonnicę. I nie wstąpił, lecz ukląkł na progu małej komnaty, otoczonej kolumnami, na których były wyryte prawa całej ziemi. Przez wąski otwór w górze, który przerzynał niezmierną wysoczyznę góry, widać było, jak w dioptrze teleskopu, przesuwającą się mgławicę Sobieskiego[201], która, odbita od wklęsłych zwierciadeł lodowca, rzucała blask magiczny na kosztowne kamienie, oprawione w ścianach i w architrawie.

388

Iskrzyły miliony płomyczków od rubinowego zodiaku — szmaragdy bogini Maruny rzucały cichy blask najgłębszej mądrości; astralne skrzydła Lelum i Polelum na architrawie tonęły w mrocznych głębinach zimnego Morskiego Oka.

389

Przepajały go moce i natchnienia, odradzały — wzmagały do wiecznej ekstazy młodzieńczego Światowida. Uczuł się władcą, przenikał miliony lat, wchodził na szczyty gór niepodobieństwa.

390

Wtem obejrzał się.

391

Słowo, DuchNie był sam. Czuł to, nie widząc nikogo. Ujrzał na ścianie odblask ręki. Fosforyzowała, wychodząc z chmury czarnej. Nie wiedział, co by miała obwieścić — usłyszał, jak miecz upadł nagle i toczył się po posadzce. Miecz ten mignął w powietrzu i znalazł się w dłoni Widma — które ostrzem hartownym, skrzypiąc po granicie, wypisało w języku zaginionym Słowian indyjskich:

392

Jestem.

393

Tak mocny był blask mgławicy w zwierciadłach krysztalnych, iż czytał wyraźnie to słowo wieczne, twórcze, niezgłębione, stanowiące pierwszy wschód ku cudownym świątyniom, nieznanym już na ziemi. Ręka widma tym jedynym wyrazem nakreśliła dziwny poemat wiekuistych doskonaleń Umarłego.

394

Mag Litwor mówił, wyszedłszy z podziemi Giewontu, do widm z podłymi głowami, które czyhały, aby mu odebrać tajemnicę i rozszarpać:

395

— Przysięgam wam, którzykolwiek Polskę zabijacie, iż nigdy ani głoska jedna powierzoną wam nie zostanie. Możecie wątpić, wahać się, zaprzeczać, szydzić, przechodzić w milczeniu — nie obejdzie mnie to bynajmniej.

396

Ja wiem!

397

I jeżeli wyszedłem z grobów Tatr, to przeto, iż posiadłem zaklęcia, które mnie wiodły przez mury i bezdenie, przez zamarzłe lodowce i ogień podziemnych lawospadów.

398

I jeżeli nie oniemiałem z radości, pojąwszy niezniszczalną wiedzę, to — iż piękność objawień graniczyła z najstraszliwszą grozą. Były to posągi z ożywionych świateł, góry objawień na górach tajemnic, tysiącolecia i miliony lat, narzucone, jak liście drobne, więdnące wśród wąwozów wieczności. — — — — —

III. Twór ludzki

399

Niebo, MorzeNiebo wyglądało już jak turkusowy, zaświatowy ocean z horyzontami ze złota i płomieni; gór mrocznych niebosiężny ołtarz, na którym płoną umarli. Kto wtajemniczył się w życie ludzi najdostojniejszych na ziemi — temu nie będzie nowe, choć pozostanie dziwne, że z olbrzymiej skały Giewontu wyszedł Mag Litwor, jeden z tych zaginionych Magów, którzy jeszcze gdzieniegdzie są i kiedykolwiek mają się stać.

400

Nie był on sam — za nim szedł jakiś magopodobny potwór, uśmiechał się napuszenie, w kompilacji robaczliwych instynktów i taniego rozsądku. — A to oszust! — rzekł, myśląc o Magu i świecie, do którego ten go wprowadził.

401

Nie obrażajmy jednak zbytnio Mangra[202]: był to zwyczajny człowiek.

402

Trochę więcej, czy trochę mniej podły — co to już znaczy?

403

PrzywódcaJedna z tych bestii, które, jeśli mają kaczy dziób naiwności, to w tyle kryją jadowity szpon znęcania się nad wszystkim, co nie jest kaczodziobem.

404

Jedno z tych zwierząt stadnych, które żyją z wzajemnego oszustwa: zawsze chciwe, choćby miało pałace, zawsze spekulujące na tym, że ktoś inny ma zasady wzniosłe i według nich postąpi, ono zaś ma frazesy — kto wie? może jeszcze wyżej podlicytowane, ale uważa za swój wyjątkowy rozum, żeby w życiowej tak zwanej walce — iść drogą geszeftu[203] i żuiserstwa[204], wie bowiem, że wśród równego sobie stada, po niewymownie opłakiwanej śmierci, będzie nazywało się nieboszczykiem, tj. niebo ziszczającym.

405

Kiedy Chrystus nauczał: „Kochaj bliźniego, jak siebie” — kaczodziób oznajmi: kochaj więcej, niż siebie, bo myśląc, że on jest tym jedynym bliźnim, lęka się wszelkiego ograniczenia zakonu dobra w zastosowaniu do swego ja. Tak przemykając w masce religii i etyki, dążeń społecznych i narodowych lub choćby w imię postępu i socjalizmu — kaczodziób postara się wybić naprzód — jako prorok wilczoprosięcego stada.

406

Taki Mangro dziś jest zwykłym wyjcem opinii publicznej, jutro będzie przewódcą partii, luminarzem stowarzyszeń i salonów, obejmie katedrę, meeting, kazalnicę lub dom gry.

407

Taki szakal zawsze okradnie, zawsze wywącha, zawsze obełże, zawsze pojmie niewinną, lecz bogatą cnotę za swą magnifikę[205], zawsze urodzi mu się szlachetny syn, który będzie musiał prać jego brudną renomę, jeśli na swe nieszczęście nie puści sobie kuli po pierwszym spotkaniu ze swym nieubranym już we frazesy papą.

408

Więc nie uważajmy Mangra za jedynego Kalibana na całej ziemnej wyspie.

409

Dlaczego jednak Mag Litwor znosił go w swojej obecności? Może pewne światło rzucą na tę sprawę własne słowa Mangra.

410

— Mistrzu — rzekł — jeślibyś chciał zrobić efekt na publiczności — wystarczy, jeśli im opowiesz, jakeśmy się namęczyli w tych ciemnościach. Ja ostatecznie wyszedłem nienajgorzej. Znalazłem primo dowód, że mistycyzm, magia itd. są ścianą, w którą można stukać, lecz z której nic się nie odzywa. Secundo, poetycka Rosynantowa[206] wyobraźnia dawno przestała mnie już, na moje szczęście, unosić, odkąd poznałem, że wymarzony milion nie jest jeszcze tym, który mi oby! zabrzęczał prędko w kieszeni! Tertio, konkretnie mówiąc, zdobyłem ten jeno klejnocik, który sprzedam, jako koronę króla Popiela, do muzeum w Luwrze. Już tak jeden raz udało mi się z koroną Sajtafernesa[207]. —

411

Tu ukazał Magowi fałszywą, lecz nad podziw zręcznie naśladowaną koronę, którą w przejściu przez świątynię podziemia zdołał wygnieść w rękach z cyny, wypiłować i, zamoczywszy w Złotym Jeziorze milczenia wieków, nadać jej wygląd niezwykły d'une Haute Nouveauté[208].

412

Tiens[209] — mówił dalej — wydębię ze siebie małą rozprawkę o ludzkiej aberracji. Zadedykuję kolegium rzymskiemu — to będzie wyglądało dla niewierzących na szykanę, dla wierzących na uznanie, że w Rzymie jest Lumen Mundi[210].

413

Aber hier liegt der Hund begraben[211]: w Oksfordzie mam wielu znajomych — król Edward na jednej kanapie ze mną dzielił ideały — w rozmowie o tym, żeby się nigdy nie dać niczemu oszukać — wybadam grunt, czy raczej naukowym być w Oksfordzie, czy intuicyjnym w Rzymie? —

414

Musiał być chłodny ranek, bo Mag wzdrygnął się nagle. On nigdy nie słyszał i nie widział Mangra, lecz kiedy chciał — słyszał go i przenikał na wskroś tak w jego spirali zaczajeń i zimnych kalkulacji, że nigdy Mangro nawet we śnie równie szczerze sprawy ze siebie nie zdawał.

415

Góra, SłońceSłońce niewidzialnym stosem ognia lśniło za Muraniem[212] i, zaczepiwszy brylantową drabinę za potworne mury Tatr, wnet, jakby wdzierający się Aleksander Macedoński na mury Indyjskiego Miasta, stanęło już na wirchu mrocznych, nierozświetlonych od strony cienia, olbrzymów.

416

Mangro mówił dalej: Faust miał Wagnera, Don Kichot — Sancho Pansę, my raczej jesteśmy jak Hadrian i ulubieniec jego Antinous[213], lecz że nie znoszę poetyckiego kabotynizmu — powiem wprost, że wy, Mistrzu, jesteście jak natura, która mnie ukazuje swój odwrotny medal — i każąc się mi przejrzeć, mówi: — cóż, jakżeś się sobie upodobał?

417

Bardzo mi jest dobrze za tobą, moja Pani! Magiczne ramy czarują motłoch, ja widzę tylko zwykłe, karczemne lustro, gdzie we wgięciach oglądam siebie naturalnym!

418

Lecz racz mi powiedzieć, Mistrzu, czym Twoją uwagę przykułem tak do mej, bądź co bądź niezwykłej istności? w nędznej portowej mieścinie, dawnym mitycznym Ofirze, angielski okręt stał w porcie, a ja, wieziony do kopalń Nowej Kaledonii, zdołałem włamać się do kajuty kapitana i w szatach, jemu już niepotrzebnych, wszedłem na molo. Ścigany przez władze perskie i angielskie z gromadą dogów — już miałem bandę na kołnierzu, gdy ty, o Błogosławiony Panie, w grocie czytając księgę Zend-Avesty[214], skinąłeś na mnie! I nie pochwyciłeś mnie, mimo wysokiej nagrody na mą głowę, lecz dałeś mi habit zakonny, a dogi odwiodłeś w inną stronę. Polska, Interes, RobakKazałeś potem iść za sobą po całej ziemi i aż tu do tej Polski, z której niegdyś wyemigrowałem, jak mnie się zdawało raz na zawsze — bo jest Bagnem dla małego robactwa, nie dla mnie, który tu nie mogę rozwinąć zwykłych moich płetw w interesach.

419

Mag Litwor otworzył księgę sanskrycką i kazał Mangrowi czytać.

420

I Mangro czytał:

421

— Mścił ojca swego, pożartego przez Rakszasa[215]; setki ich zostało zniszczone za pomocą ofiary, lecz gdy mogli być doszczętnie zniszczeni, dziad jego rzekł:

422

— Dosyć, Rakszasi nie są winni; każdy człowiek ma przeznaczenie, które jest rezultatem jego postępków.

423

GniewGniew jest zniszczeniem wszystkiego, co osiągnął człowiek przez nieustanne wysiłki i pobożne umartwienia. Niech żaden z tych bezbronnych duchów ciemności nie będzie odtąd niszczony. Litość jest karą, przez sprawiedliwego wymierzoną.

424

— Czy pojąłeś? — spytał Mag.

425

Zabłysnęły złowieszczo oczy Mangrowi i rzekł:

426

— Niezupełnie, Mistrzu — jest to dla mnie za wulgarna baliwernia[216]! —

427

Nie mówił już Mag Litwor, lecz patrzył na cudowne pałace gór i na puszczę, gdzie rosły aż po niebo tęgie smreki, przy ziemi zaś krzewiły się wrzosy i gatunek wilczego ziela. Długo przyglądał się nikłym roślinom Mag, po czym, odkrywszy w innym miejscu księgę, skinął na towarzysza, którego twarz i ruchy zdradzały menażeryjne pochodzenie, a musiał piastować godność lektora, bo, jak egipski pisarz, usiadł na ziemi i szybko, choć z widoczną niechęcią, jął czytać w księdze:

428

RoślinyI wejdzie Mag w puszczę lepidodendronów, które, skarłowaciawszy przez ciąg milionów lat, nazwane były w Tatrach Nietotą.

429

Każda kosa rozbija się na tym nikłym, pełznącym zielu, którego kwiatu nikt nie oglądał — na tym nikłym zielu, pochodzącym od królewskich drzew olbrzymów, szumiących w dawnej manwantarze[217] ziemi, przesyconej burzami elektryczności.

430

Mędrzec, CzarySmok skrzydlaty, a w dziedzinie ludzkiej Mag zostali wytraceni: tu nędzny żywot wlecze leniwa salamandra i legwan, — tam ksiądz, uczony albo poeta.

431

Mag należy do wszystkich światów”. —

432

Błysnął Mangro okiem nieufnym, czy Mag sobie czegoś nie dokomponował. — Wszakże to jest księga objawień, pisana przez Brahmatmę, czyli indyjskiego papieża Jati-Riczi, w której nie wolno czynić poprawek — wyrzekł nabożnie. Odwróciwszy się tyłem do wielkiej jutrznianej sonaty, rzekł, siląc się na głębię: „Słońce jest plamą dla tych, którzy świecić nie pragną. A bas le soleil[218]!” I uwagę tę wpisał między dwie miniatury, przedstawiające świętych, modlących się nad morzem wśród burzy, żałując, iż mało miejsca zostało mu na umieszczenie tam jego podobizny z autograficznym podpisem.

433

Mag Litwor wiedział, że Mangro posiada pasję przemieniania wszystkiego nie tylko na geszeft, ale i na literaturę.

434

I teraz widział go, jak wtuliwszy ogon, godny króla małp, czcigodnego Hanumana[219], pod swój habit, odwrócił kilka kart laseczką z kości słoniowej i na brzeżku notował coś, mającego zapewne wnieść realistyczne oświetlenie. Mag, wchłonąwszy kilka kropel z potoka na odświeżenie ust, zdjął zawój z głowy, rzucający mroczny cień na twarz: teraz dopiero można było się przyjrzeć tym rysom, dźwigającym na sobie wieki — a tak witeziowo młodym, jakby od roku 30 życia potęgowały się tylko mądrość, wola i miłosierdzie, a nie umniejszały się siły fizyczne, owszem nabierały jakiegoś mitycznego hartu. Mrok czarnej brody, brwi krucze nad oczami lodowo szafirowymi.

435

Smutek, Cień, PrzywódcaStał w kontemplacji smutku, który jest echem wszystkich rzeczy głębokich, nad głową zaś jego jarzył krwawy stygmat słońca. Dusza Maga pełną była rozpacznego cienia. Z wąwozów Nieszczęścia wyprowadzić jej nie mógł, on — wódz ojczyzny — chyba rozpaliwszy wiązki chrustu na rogach tysięcy dzikich bawołów, jak Hannibal, lecz nie mógł użyć tego sposobu, gdyż miał nad wszystkim litość.

436

Więc wynalazł bezdroże podziemne, żeby nikogo nie ranić, jak skałotocz[220] rył tunele w skale głębokiej, wchodził w rozpadliny świata przeminionego i w ametystami zarosłą jaskinię, ciągnącą się długim korytarzem zagrobowych objawień. W labiryntach Giewontu znalazł szkielet wędrowca umarłego, który miał na piersi złotą enigmę — trójkąt klęczącego mężczyzny, przecięty trójkątem leżącej kobiety; na jednej stronie był napis: „Wyzwolenie” i trzy krzyże niespodziane[221], na drugiej wielka gwiazda i werset z Jezajasza:

437

„Ty więc jesteś Bóg niewidzialny”.

438

Modlił się Mag Litwor radośnie w przepaści nocą, gdzie nikt go nie oglądał — w tej przepaści najpotworniejszego z grobowców wśród mroku nieznanego śmiertelnym. Wędrowiec, który leżał umarły, szedł widocznie z tej polskiej krainy — ku jakimś innym światom, które może opuścił Mag Litwor.

439

Ten krokiem równym, lecz mijającym tysiącolecia, szedł podziemiami i, rozchyliwszy wreszcie ostatnią zaporę ziemi, — po wielkim zapachu zboża poznał, że idzie przez łan krainy polskiej. W staroświeckim dworze zastał już Mangra, który skupywał ziemię od zdeprawowanych magnatów i sprzedawał mądrzejszym cudzoziemcom. Mag zjawieniem się swoim przejął taką mocą potomków książąt Zbaraskich, że wielkie swe puszcze przeznaczyli na Park Narodowy. Kiedy jednak Mag poszedł dalej, Mangro dokonał tyle, że ks. Zbarascy namyślili się — i w puszczach założyli prawidłowe polowania. Magnaci strzelali sarny lub dziki z wysokich wież — lub tępili bażanty z rewolwerów w tych puszczach odwiecznych, które przejeżdżali w gronie wesołym automobilami.

440

Droga, Życie jako wędrówkaTak idą Mag Litwor i Mangro, spotykając — to się rozstając, jeden sieje gwiazdy — drugi zasiewa wszelkiego rodzaju zarazki. Teraz znów się zeszli — i w obliczu Tatr zwrócił swe oczy Mag do słońca, zamknąwszy powieki, prosił wielkiego świetlanego boga, aby mu napełnił smutne po wszystką otchłań serce.

441

PtakMangro niemiłosiernie chrząknął i, choć wiedział, że było mu to przez pierwsze powagi medyczne zabronione, chyłkiem rzuciwszy księgę, skoczył na drzewo — bo ujrzał tam wielką brunatną sójkę, odlatującą z gniazda. Mangro, jak czarny wampir tłukąc się po drzewie, na szczycie rozrosłego pnia ujrzał cenny skarb: osiem, wielkości gołębiej nakrapianych jaj. Z przedziwną zręcznością małpoluda zesunął się z drzewa, odpędziwszy sójkę, która z krzykiem rzucała mu się do oczu, mając zresztą jastrzębi dziób i wcale zadziorzyste szpony.

442

— Chcesz walczyć unguibus et rostro, szponami i dziobem! — rzekł napuszenie Mangro — ale w końcu zdecydujesz się uznać, że wesele musi być powtórzone z nowym ceremoniałem! zgodziłaś się? — leci w dalekie zagaje, drąc się, jak Madame Twardowska po przygodzie na rynku. —

443

Mangro, widząc, że go nie słuchają, położył ośmioro jaj na trawie u stóp Maga.

444

Tu mogła się stać rzecz pożądana dla malarza, czyhającego na karykatury, gdyby Mag Litwor miał zwyczaj krok czynić wprzód, nim się rozejrzy. Uniknąwszy zamienienia jaj na galaretę, powiedział tylko do Mangra:

445

— Źle, iżeś pomyślał o sobie w taki sposób, rujnując szczęście sójki.

446

— Wszakże, Mistrzu, to wam podaję — rzekł uprzejmie Mangro.

447

Nie mówiąc już słowa jednego, Mag Litwor wziął gniazdo i podszedł do jaworu. Jest legenda góralska, że jeśli kto weźmie gniazdo sójki — ten ptak, żeby je odzyskać, rzuca przywłaszczycielowi tajemniczą trawę, która, dając wiedzę wszystkiego — sama nie ma nawet nazwy. Koń, mówią, jeśli nastąpi na tę trawę — natychmiast mu z podkowy wypadną wszystkie gicele.

448

Mag Litwor nie czekał na nagrodę sójki. Szedł, zapatrzony w chmurzący się, choć poranny krajobraz — za nim zaś rozlegało się uderzanie skorupek sójczych o kamień.

449

Brzozy wielkie jakimś przerzedziałym lasem okrywały okolicę, nieznaną mu zupełnie. Ujrzał w dali idących czterech włóczęgów. Oni jego dostrzegli jeszcze pierwej. Wydał im się bogaczem. Spieszyli na przełaj. Nikt w tej krainie nie witał go dotąd z taką gotowością. Nie miał broni, nawet maleńkiej różdżki dla poszukiwania źródeł i skarbów zaklętych.

450

W ich rękach czernią się ohydne, gumą oblane sprężyny, które w Afryce policja rozdaje dla pogromów.

451

Mag wszedł wolno przez bramę na cmentarz, błądził po mogiłach i nagle wzrok jego duszy ujrzał jednego z nieszczęsnych, wczoraj pochowanego w letargu. Jął szybko rozkopywać kawałkiem deski ziemię, oglądając się na pomoc Mangra, lecz tego nie było. Tak został otoczony przez zbiegłych czterech bandytów, którzy w zamieszce nieszczęsnej kraju mieli obfite źródło łotrowskiego przemysłu. Czary, MistrzUciekać nie umieją Magowie, nawet kiedy burza grozi rozbiciem okrętu, na który mają wsiąść — nawet kiedy trzęsienie ziemi ma zdruzgotać świątynię, w której zanoszą ofiary. Dusza wszechświata nie pozwala używać magicznych potęg na własną obronę.

452

Widział Mag usta krwią oblane tego, który zbudzony z letargu, dusił się pod ziemią, usłyszał już chrobotanie ciche powykręcanych palców. Włóczędzy wzięli Maga za poszukiwacza klejnotów mogilnych — spieszą mu pomóc — wnet mogiła jest rozkopana. Skrzynię odchylają — tam leży stary, biedny Żyd, z twarzą zsiniałą, z wzrokiem, który od ponurości przechodzi w bezgraniczny zachwyt, jakby dla Mesjasza. Lecz włóczędzy są na Maga wściekli: podnoszą się ich pałki, wzrok hien! Za chwilę rozbitą będzie głowa, pełna najbardziej gwiaździstych myśli, niesionych ojczyźnie. Lecz nad Magiem każdym czuwa wielki Niewiadomy — taki werset z księgi przypomniał sobie Mangro, patrząc na tę scenę z odległości i z wyżyny zacmentarnych brzóz, wsparty na wierzchołku, jak Murawiew na swoim kosturze. Wyciągnął notes i drugą myśl zanotował skwapliwie:

453

— „Rzeczą najważniejszą jest nigdy przed niczym w żadnym wypadku nie przeżywać strachu”. Cóż by teraz uczynił Japończyk? Sposobem dżiu-dżitsu powaliłby pierwszego, złamałby rękę drugiemu, roztrzaskał głowę trzeciego i spokojnie patrzył, jak ostatni będzie gnał, opętany zwierzęcym przerażeniem.

454

(Mangro był zjadliwy względem zwierząt.)

455

— Francuz zaś rozpocząłby od Żyda: Sale guêle que tu es[222]! i z brodiagami[223] zaśpiewałby Marsyliankę. Polak, po pierwsze nie wszedłby nigdy na cmentarz żydowski, po wtóre zacząłby kląć trzy państwa zaborcze, w których tamują itd. — w ogóle byłby niezdecydowany, czy zasłonić się boksem, czy krzyżem; co się zaś tyczy adepta życiowości Mangra, ten wie zawsze, gdzie wejść i kiedy rozmyślać. Zresztą nie trudzi się wskrzeszaniem umarłych — z tego powodu nie naraża się ludziom żyjącym.

456

— Tymczasem patrzmy, co robi wielki Prestidigitator! — rzekł do siebie Mangro. — Tygrysów umie strącać on wzrokiem w przepaść, lecz nigdy jeszcze nie czynił tak z ludźmi. Widzę stąd ich zwierzęce, przepite fizjonomie. Zakreśli niechybnie krąg i wyceluje w miejsce najsłabsze każdego z nich pod zębami. Znamy się na tym. Wiemy, jak się zachowują mężczyźni np. podczas pożaru w Operze lub kiedy tonie parostatek. Biją i kopią, drapią i gryzą, plują i wyją — słowem budzi się w nich nie jedno zwierzę, ale cała menażeria. I to są zaiste najmędrsi. WiaraCo do mnie, wierzę publicznie w Opatrzność, ale piszę ją w myśli swej jako opaczność — — przez cz!!

457

Teraz jednak Mangro zamienił się już cały z recenzenta, osądzającego z dala teren wojny — w widza, który, zapłaciwszy swą pesetę[224] za miejsce na toros[225], wie, że za sto peset nie zechce się wmieszać do walki z rozwścieklonym bykiem. Lecz rozczarowanie jego było ogromne.

458

Mag szedł wśród brzóz wielkich przerzedniałego[226] lasu ku swemu Przeznaczeniu; za nim trop w trop wlókł się zgarbiony, sędziwy Żyd. Włóczędzy stanęli nad pustym grobem, płakali — i podawszy sobie ręce, złożyli jakieś przyrzeczenie. Komu? Grobowi pustemu — lub opatrznej myśli losu, który, wiodąc ich do zbrodni, ukazał nagle ścieżynę miłosierdzia dla tych zatraceńców?

459

Mangro pośpiesznie zlazł z drzewa i biegł na spotkanie Maga, wystawiwszy nawet język i nieprzyjemnie rzężąc.

460

— Mistrzu — rzekł — zaniepokojony jestem, bo pewne postępy w kabalistyce dały mi poznać, że wam zagrażało niebezpieczeństwo.

461

— Niechybnie zagrażało — odpowiedział Mag — wszakże niedaleko już Turowego Rogu, gdzie wielkie szczęście musi rzucać swój wielki cień. Tchórzostwo, WzrokSkoro jednak włazisz na drzewo, pomnij nie zostawiać pod nim księgi, bo mrówki wygryzły na niej przez ten czas jedno zdanie: „tchórz jest ślepy!”

462

Stropił się Mangro, nie wiedział, jak to przyjąć, czy jako moralne oskarżenie, czy zwykłą filozoficzną sentencję, do której i on mógłby się przyczynić, znakomicie wystudiowawszy metodę analizowania z utworów literackich, które by nazwać można koprolitami[227], bo zdradzają rekinowe trzewia swych twórców. Rzekł więc z prostotą Focjona[228], ostatniego Greka, który odmawiał sobie wszelkich praw do tryumfów:

463

Gnothi sauthon[229]! wiem to, wiem aż do końca! jesteśmy istotami tylko mechanicznie rozsądnymi, bo wiadomo, że Descartes[230], Malebranche[231] i jezuita Athanasius Kircher[232] odmówili zwierzętom wyższej mądrości, a więc i tak zwanej duszy. Przeto wyznam, że strach jest celowym urządzeniem w przyrodzie, osobliwie też dla ludzi. Wy, Mistrzu, moglibyście sobie nieraz pozwolić na szybszy spacer wobec zbliżających się pięści. Ale bądź co bądź, udało się wam zgrabnie! Widać ubóstwo waszego płaszcza, tęgie dosyć bary, mina cudzoziemska, niewzbudzająca zaufania, a szczególniej kwiecista wymowa, którą zdołaliście tych nicponiów, nie powiem, wzruszyć, ale na chwilę zapiaszczyć im litością ślepia, może wreszcie Mesmera magnetyzm zwierzęcy[233], którym wstrzymaliście bieg krwi w komorach tych brudnych, robaczliwych serc —

464

to było na ten raz wcale udatne!

465

Ale jeśli włóczędzy pójdą po rozum do głowy i zechcą mieć na chłodne wieczory jaką taką kołdrę z waszego płaszcza — i tu wpadną za nami —

466

to nom de nom[234]! nie ofiarowuję się na opancerzoną kazalnicę waszą, spoza której będziecie im przewiercać wszystkie wątroby aż do sumienia. Moje skromne doświadczenie twierdzi, że raczej bądźmy tchórzami, a będziemy mogli jeszcze deptać ludzi odważnych. Uczyńcie mnie swoim impresariem, a potrafię sprzedać waszą Magię, — jak relikwię narodową. Każdy bowiem Mag powinien mieć przy sobie swego szarlatana, jak mówił Renan[235]. Rycerz, RozkoszTak, tak, możemy jeszcze być rycerzami miękkiego łoża, okrągłego stołu i Monsalwatu[236] z ładniutkich dam!

467

Nie wiadomo, czy Mag Litwor poddawał się dowodzeniom Mangra, bo, rozmawiając po hebrajsku ze starym Rabinem, słuchał jego roztrząsań o embrionie, który zna 77 języków w łonie matki. Lecz kiedy stary Rabin wspomniał Esterkę i króla polskiego, widoczny smutek wybił się na twarzy Maga; pytał o legendę, głoszącą, że oczy Kazimierza kazała Esterka wprawić sobie do pierścienia.

468

Tak rozmawiając, zniknęli wśród licznych parowów.

469

Kondycja ludzka, ZwierzęMangro, spostrzegłszy się sam w lesie nieznanym, zrobił ze strachu wyraz po prostu niedorzeczny. Aby nie wrzasnąć głośno, przekonywał siebie jeszcze europejskimi logizmatami, lecz cichaczem sam dla siebie myślał, że jedyna rzecz mądra, to rzucić się na cztery łapy, księgę zwalić do potoka, zadrzeć kitę, kłapnąć zębami i, stuliwszy uszy po sobie — smyrgnąć w jak najgęstszy las.

470

Mag Litwor, przewidując, że to może nastąpić, wziął już dawniej spod drzewa kilkakroćtysiącletnią księgę i poniósł ją sam.

471

Teraz dopiero zauważył to Mangro; urażony do żywego, postanowił dać dowód samodzielności artystycznej: ustawił kodak nad cichą zwierciadlaną kałużą i odfotografował w wodzie swoją boleśnie wzgardliwą fizjonomię z rozwścieklonymi oczyma, którym daremnie starał się nadać wyraz mędrca dobrotliwego Sakja Muni[237].

472

Kto by dłużej jeszcze chciał znieprawiać się, badając w tym lesie Mangra, ujrzałby go rozmawiającego z czterema bandytami, nakłaniającego ich do zbrodni: zaturkotał powóz, ukazał się jakiś dostojnik, jadący z Murzynem na koźle. Straszny krzyk — jęki — …kałuża krwi wlokła się za mordercami, którzy unieśli trupa do mogiły, wyswobodzonej przez Maga.

473

Na uboczu został pilnujący powozu Mangro, który przemówił kilka słów do Murzyna, będąc poliglotą, w języku Kisuahili — i ten jednym skokiem rzucił się na ziemię, nogę Mangra położył na swej głowie i uznał go Fetyszem.

474

Czarny syn Afryki i czarniejszy od niego Biały szybko odjechali. TruciznaMangro zostawił kosz z jedzeniem i ratafią, niby przez zapomnienie, w krzakach —

475

lecz nieznacznie dosypał trującego proszku, który miał zawsze na detaliczną potrzebę.

476

Jadąc wygodnie powozem, rozmyślał nad małym Ejolfem[238] i nad Kuglarzem, który umiał prowadzić na zatopienie bandę szczurów wraz z dzieckiem. Mały Ejolf to jest w ogóle Polska.

477

Mag Litwor, rozstawszy się ze zmartwychwstałym Rabinem, nie czekał na Mangra, wierzył, że ten, jeśli nie mądrością, to poradzi sobie węchem.

478

Przeminął wzgórza i ciemne lasy. Nasłuchiwał; końcem krywuli[239] kreślił na ziemi rachunek astrologiczny, wreszcie zakończył jednym słowem: Ananke[240].

479

Echo okropnego krzyku.

480

Cisza.

481

Wzniósł wzrok na góry — niby na bramy mistycznego miasta Ragnarok[241], gdzie mieszkają demony.

482

— Tu więc jest moja zagadka — rzekł — tu most[242], po którym naród mam wprowadzić przed wyszlifowane zwierciadło przepaścistej jaźni, odbijającej prawdziwe ludzkie istnienie.

483

Jakaż błogosławiona kraina przede mną!

484

Bór szumi wieczną opowieścią jodeł, świerków i modrzewi; wielkie katedry wniebowziętych gór. Wędrowiec, którego trupa spotkałem w jaskiniach podziemnych, zaiste wzywał mnie, niosąc swastykę Wyzwolenia.

485

Magiczna Trójca posiada klucze do wszystkich serc (prócz swojego)! Zbudzeni, powiedziemy naród po ścieżynie wysokiego Światła. —

486

Ujrzał na wznoszącej się mgle odbicie sfinksowe góry, tak wyolbrzymiałej, prawiecznej, pełnej tragicznego mroku — że jął modlić się do kogoś w tych górach, jakby tam zaiste była już grota Jedynego.

487

Polska, DuszaWielki Tajemniczy Duchu — wprowadź mnie do nocy głębszych, do tych bez wyjścia polskich otchłani!

488

Wielki Duchu, postawiłeś na mojej drodze mistyczny ołtarz Polski, którego runów odczytać nikt nie może, kto nie jest już po tamtej stronie Wyzwolenia.

489

Wielki Duchu, mówić będziesz do mnie z ksiąg tajemnych Turowego Rogu — z tych wielkich stronic życia, zdobnych w ludzkie miniatury — z tych legend o duchach wzniosłej piękności, — z tych zbyt gotyckich śmiesznych ułomnostek — z tych astralnych wieżyc, z tego przecudownego, niezamieszkałego ogrodu Tatr, z tych zwierząt apokaliptycznych, z tych ludzi, którzy błądzą już za kometą Bieli lub siedzą nad kraterami w protuberancji słońca.

490

Ludzie, którzy tam żyją, zasłuchani są w poszum morza wieczności, przerywany wprawdzie lichą grzechotką troskliwego dnia albo narodowym nieszczęściem, które jak kula armatnia wryje się w puszczę przed oczyma zdumionego żubra…

491

Otaczają jeszcze ich lasy puszczą wspaniałą tu i owdzie pratatrzańską, dusze wznoszą się, jak menhiry[243] wszystkich niemożliwości szczęścia i najwyższych dopełnień tortury.

492

Oto już widzę ogrojec Turowego Rogu!

493

Wieczór już był, kiedy Mag Litwor wchodził w zarośla wielkich sosen nad skałami u morza. Fosforescencje pian na głazach nadbrzeżnych roztaczają się w dali królestwem bezbrzeżnego modroszafiru. Usłyszał zza muru, przez który przewieszały się mroczne zielenie jodeł, szalejący śpiew:

Zachodzi słońce z mego ogrodu,
przyjęłam w morzu modrym chrzest,
wiosennego pełen chłodu…
Usłyszałam, że Duch idzie — i już jest!

IV. Maska i miłość

494

W bliskości Zakopanego znajdowało się Kasyno zabaw.

495

Wśród iluminowanego podwórca i licznych zabudowań stały furki i powozy góralskie, wyczekujące gości.

496

Na bramach spodziewał się Mangro znaleźć napisy, głoszące wartość cywilizacyjną domów gry i rozpusty pod wspaniałą dewizą:

497

Sine arte luxuria est bestialis et vita odiosissimum taedium[244], jak to widział w Ostendzie.

498

Polak, NaródLecz nieumiejętność czynienia pointy, nawet w szelmostwach, odznacza naród polski; toteż Mangro, wysiadający z powozu, wzgardliwie się uśmiechnął, widząc, jak prymitywnie inteligencja krajowa „nabiera sił i cery” w drewnianych spelunkach.

499

Ominąwszy długi budynek, wszedł do parku świerkowego, gdzie znajdowały się pawilony, i służącemu kazał roztworzyć apartament — właśnie pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia z Lourdes.

500

Mangrowi sprawiło nerwowe zadowolenie, gdy drzwi mu rozwarto obok białego z niebieskim posągu, przed którym płonęły kopcące lampki.

501

Uchylił Mangro kapelusza i wrzucił do puszki na kaplicę Niepokalanek tak ciężko zabrząkłego florena, że służący, jak wryty, wpatrzył się we wspaniałego, pobożnego pana.

502

Mangro, nieopuszczający nigdy sposobności zbudowania innych swą osobą, rzekł:

503

— Uważasz, garson[245], że ja przez trzynaście lat w dzikich krajach byłem pozbawiony duchowych pociech, choć (mówię to bez wstydu) niejedną pociechę zostawiłem w murzyńskich korallach. U nas mówi się: „dziecko przychodzi na świat”, Włoch już powie otwarciej: io fatto lui un figlio[246]. Ja, uważasz, ojcu świętemu Leonowi XIII proponowałem, by ten ideał niewieści niedościgniony stawiać w każdym miejscu, gdzie człowiek grzeszny mógłby, nie grabiąc po drodze innych, wrzucić do takiej puszki nabożnej automatycznej franka i, wyciągnąwszy za to bilet na loterię, przy pomocy onej Pocieszycielki znędzniałych, dorobić się przyzwoitego majątku. — Vivat Polonus solus defensor Mariae[247]! tak mi rzekł na to papież, wielki reformator.

504

Służący pojął widać to nowe rozwiązanie biedy na świecie, gdyż, schyliwszy się w kabłąk Jaśnie Panu, wprowadził go do trzech pokojów, uważając, iż mniej Baronowi zająć nie wypada — — —

505

Tym wstępem kronikarz Nietoty ma nadzieję zaskarbić sobie względy poważnej części naszych czytelników, bo daje dowód, iż umie malować nasze stosunki obyczajowe i nie zawsze lata w mistycznych zachłaniach.

506

Literat, TwórczośćTak, to tak — nareszcie można było przy pewnej wrodzonej inteligencji odgadnąć, jak się robi u nas powieść — ale już Jadwiga królowa pytała: „któż biednym zapłaci ich łzy?”. I któż kronikarzowi zapłaci jego autoznudzenie?

507

Może on teraz chciałby opiewać Zolimę, idącą wśród gaju jodeł, kiedy z niedalekiego kościoła na Ave Maria biją dzwony, nawołując, iż jest już godzina wieczorna i należy śpieszyć na wieczerzę —; może on teraz chciałby usiąść na siódmym od ogona kręgu Węża Tatrzańskiego i pogwarzyć z dziwożonami w chmurach, tam — pod baldachimem z najdrogocenniejszych, lecz wraz i bezpłatnych zachodnich świateł, rozsianych na wiekuistych z epoki sylurskiej głazach? może po prostu chciałby żyć w swojej wygodnej willi piekielnej i nie mleć tych ciężkich żaren z głupią ludzką mąką?… Ale cóż, jeśli bez tych zasług obywatelskich byłby to poemat, a nie powieść! Ucieszą się nareszcie nasi Arabowie, gdyż to będzie kasza, a nie diamenty — zaiste chwalebne wyzbycie się impertynenckiej pozy: być wzniosłym!

508

Allons[248], wesołym krokiem do Rabagasowskich[249] biesiad, gdzie maska będzie włożona cnocie, a obłuda podniesiona na piedestał! Polak, Polska, WzrokPatrzmy na góry odwrotnym, tj. pomniejszającym końcem lornetki; tonąc i zachlipując się w polskim przemierzłym bagienku, przysiądźmy się do Mangra i studiujmy go z zachwytem, gdyż on jest tym, co zwycięża — mając wypróbowaną mądrość lisa i tasiemca.

509

Odprawił on służącego i, rozkładając kufry, był tyle uprzejmy, że mówił do siebie sam, przed lustrem, półgłosem, ale właśnie dość wyraźnie, aby wszędosłuchu kronikarskiemu mogło wygodnie stać się zadość.

510

„Wiem, że jest to, po rozsądnemu biorąc, szaleństwo. Zagrabiwszy powóz i majętność jadącego w Tatry barona Rabsztyńskiego, od tej chwili mam grać przed ludźmi jego osobę. Wprawdzie narażam się, że Mag Litwor — Noe współczesnego potopu — niby wielbłąd rozwścieklony wyrzygnie na mnie długo przeżuwaną w swych wielu żołądkach sumienia i odwiecznych sprawiedliwości magmę oszczerstw. Obraz świata, Mędrzec, Sługa, WładzaLecz któż są magowie, a kim jest Mangro?

511

Tamci są niedokonaniem wszystkich rycerskich dywinacji i bredów Don Kichota, Merlina, Prospera, Parsifala itp. kontemplariuszów. Mangro zaś dokonanym projektem Sancho Pansy na gubernatorstwo ziemi. Dopóki świat trzyma się w swoich mechaniczno-fizjologicznych zasadach, Sancho Pansowie będą rządzili Magami. Osobliwie dziś, gdy szubienica, gmach giełdy i kapelusz kokoty górują nad ludzkością, zamiast dawnych hekatomb, przez oświecony Mangrowizm z budżetu ludzkości wymazanych”.

512

Światło, Ciemność, ZłoW wielkim apartamencie, który zajmował Mangro, blask lampek elektrycznych, ustawionych w kryształowe kwiaty, rozsiewał mrok, a mimo to — wszędzie tam, gdzie przebywał Mangro, zgęstniał się mrok współczesnej świątyni złego.

513

Kto nie wierzy w zło metafizyczne, kto stawia zło, jako socjalne pojęcie tego, co jest nieużyteczne dla gminy lub dla gatunku, — dla tego Mangro będzie tylko nieco zdeprawowanym proboszczem! Lecz kronikarz ma za honor mieć inny pogląd na tę sprawę, ale nie widzi potrzeby wykładać go szeroko i długo. —

514

Mangro rozchylił kufry.

515

Pożądliwie wziął do rąk cudne tkaniny berberyjskie, karapetniaki[250] z kości słoniowej i złote Fetysze znad jeziora Nianza; prawdziwe skarabeusze, których tajemnica lazurowości zaginęła; rubinowy posążek bogini śmierci — Amenti; fotografie Kamaku i wspaniałych greckich twarzy z grobowca Kere; akwarelę tego głazu na szczycie piramidy Cheopsa, o którym wspominał Słowacki w Podróży łódką po Nilu, że Polak na nim pisał płaczem.

516

Istotnie ryty był ostrzem napis, jak spiżowy wiersz Symonidesa w Termopilach[251]:

517

— PRZEKAŻCIE WIEKOM NOC 29 LISTOPADA 1830 R. —

518

Uwagę Mangra pochłonęła księga rachunkowa na złożony milion dwieście tysięcy funtów w banku londyńskim.

519

Spełnił się jego oraz wszechludzki ideał zostania milionerem.

520

Jego Wille zur Macht[252] miał już realną podstawę. Mógł teraz, jak święta małpa w Benaresie, biegać po wszystkich ogrodach, zrywać wszystkie owoce i nikt nie będzie śmiał oberwać mu pysków. Rycerz, Obraz świataMilioner… to, czym dawniej był rycerz w zamku… pasowany przez „Rzymskiego” króla, wystający „na tarasie z kuflem w ręce i patrzący na rzekę, czy nie płynie szkuta kupiecka, tęgo naładowana, z której wół, beczułka małmazji albo kunsztowny pancerz przechodził wnet, jako okup, do skarbca pana Rittera”. Lecz Mangro nie lubi staroświeckich analogii. Mangro, możny swym złotem i zbrojny w wiedzę: z nienasyconym apetytem, uśmiechnięty tasiemiec w tłustych wnętrznościach losu, świat ma za zbiegowisko schodzących się i rozchodzących dynamicznych sił, których centrum stanowi on jeden. Ani przedtem nie było niczego, ani potem nie będzie nic.

521

Wygodnie i z elegancją odziawszy się w jedwabny szlafrok, zasiadł przy biurku, by czytać w szkatule przechowane listy. Z nich dowiedział się, że baron Rabsztyński spędził długie lata w Transwalu, hodując stada baranów, siejąc zboże, kopiąc węgiel i diamenty, założył tam miasta fabryczne, mnóstwo osad i koleje.

522

Ze wzmianki jednego listu do matki można było sądzić, iż nieszczęśliwa miłość wygnała go w te dale, że tam wyjechał ubogi, a stawszy się majętnym, wraca w Tatry, aby wyrwać je całe z rąk cudzoziemskich. W korespondencji handlowej był z panem Muzaferidem, inżynierem, który niegdyś udzielił mu materialnej pomocy, a teraz razem przemyślali[253] o zajęciu wielkich pokładów węgla kamiennego, od Krakowa w stronę Kalwarii; pan Muzaferid utworzył już wielkie kopalnie pod Tatrami, dobywano antracyt, olej skalny i ametysty.

523

Rozpisywała się matka barona o nadzwyczajnych zaletach Zolimy, córki Muzaferida, i zaklinała syna, aby przed jej śmiercią połączył się związkiem szczęścia z tą śliczną i mądrą panienką. Wprawdzie ta ostatnia, przebywszy stację doświadczalną na pożyciu swoich rodziców — państwa Muzaferidów wówczas, gdy p. Muzaferid był gubernatorem w Samarkandzie i ożenił się z cudną Angielką — Kobieta, Wolność, Obyczajeuznaje, iż w ogóle familia jest zabytkiem epoki krzemiennej, i sama więcej żyje w sleepingu, niż w muzułmańskim zamku Muzaferida nad morzem…

524

Zolima czasem odwiedza Turów Róg, tam żyje u bardzo tajemniczej istoty, pani Ameńskiej, lub też wyjeżdża na swą wyspę, o ile nie dopinguje się na przyrodzie w Marburgu, nie odpycha spojrzeniem studentów na lekcjach socjologii w Londynie, nie uświetnia laboratorium Curie-Skłodowskiej w Paryżu, nie prezyduje na konferencjach emancypantek w Sztokholmie lub Abo.

525

Zresztą o pani Ameńskiej było mówione wiele gorzkich uwag, iż odsunęła się od niej arystokracja z powodu zbyt rewolucyjnych poglądów, iż jej patriotyzm staje się obrzędem druidycznym, spełnianym wśród lasu w jakiejś mistycznej przednocy św. Jana. Turów Róg jest wprawdzie doskonałą szkołą polskości, ale na Zolimie owa egzaltacja ducha wywiera skutek wręcz odwrotny, mianowicie stara się ta dzieweczka wszystko czynić à rebours[254], niż radzą Mickiewicza Księgi Pielgrzymstwa. To znów może tylko umiarkować syn ukochany, wsławiony w wojnie Boerów bohater, ten udowodni ukochanej Zolimie, iż nie należy pozbywać się szczęścia małżeńskiego, które leży w intencjach Boga i Ojczyzny, a jak to przecudnie dowodzi w swych utworach Mistrz Teodoryk. „W imię Boże, przyjeżdżaj, mój ukochany Hektorze! od dawna modlę się o to szczęście, abym pieściła moich wnuków, owoc twego namiętnego szczęścia z Zolimą. Już wyszyłam wam śliczny parawan” — —

526

ŚmiechMangro począł się śmiać swym kwiczącym śmiechem. Wyjął bluzę wojenną i kapelusz z ogromnym rondem, nastrajał się do bohaterskich póz. Tarł ręce długo w doskonałym zadowoleniu. Z fotografii panny Zolimy poznał, że ją spotykał w Oksfordzie, gdy kręcił się w towarzystwie wesołych kotów, pozostałych po helleńskiem lwie Oskarze Wildzie, zamkniętym w więzieniu. Wszystko Mangrowi idzie, jakby napędzone na strzał.

527

Zakumkał znów z radości, lecz wnet się pohamował.

528

Wiedział, iż śmiech nie stanowi jego strony przyciągającej — był to jakiś przeżytek czasów homosimiusowych, gdy można było powiedzieć, iż ludzie rechotali, rżeli i szczekali zamiast się śmiać.

529

Należało przejąć się i całą postawą wyrażać powagę, idąc na zdobycie Tatr, panny Zolimy, mając paść do nóg hrabinie matce i oczarować cały dwór pani Mary Ameńskiej.

530

Wydobywał Mangro z własnego już puzdra różne blaszki magnetyczne i maski — jedyny artystyczny kunszt.

531

Magnetyzm poznał w spelunkach wschodnich oraz zajmując się teozofią w królewskim towarzystwie; sztukę maskowania wyćwiczył, służąc u księcia truciciela de Marny. Gdy książę, opłakiwany przez Paryż, leżał w trumnie, Mangro zdjął mu z twarzy maskę dostojeństwa.

532

I wtedy ujrzano straszne oblicze.

533

Osłupieli mówcy, wracający z katedr gotyckich i z parlamentu, widząc bez maski dziką i wstrętną twarz wychwalanego księcia Brutusa, najlepszego syna Francji.

534

Był to zaiste Doriana Graya prototyp, który natchnął Wilde'a do barwnej, w mistykę wchodzącej powieści.

535

Mangro zniknął, unosząc ze sobą tę maskę szarą, jakby z przędzy pajęczej utkaną. Odtąd twarz jego była zagadką dla tych, którzy widzieli w nim geniusza-zwierzę ludu, Bramina anarchii, Judasza nowej przyszłości, Giles de Raitza[255], sprzedającego kamloty damom, kelnera, operującego milionami w Banku Narodowego Zaufania, złodzieja-lorda, kradnącego kolczyki szafirowe pięknej Brazylijce, kaznodzieję nowej gminy Kainitów — i tak dalej.

536

Niedługo jednak oddawała mu maska nieocenione przysługi: wychodząc raz z opery w Londynie, gdzie w loży ambasadora niemieckiego uzyskał przyrzeczenie orderu za utworzenie towarzystwa polskich Junkrów Czarnego Orła, — wychodząc z tą nadzieją i koncesją w kieszeni na kolej między Zanzibarem i Kamerunem — Mangro ujrzał trzech dżentelmenów, którzy prosili o grzeczność zapalenia odeń swych cygar.

537

Zapalając, wcisnęli mu maskę z chloroformem na twarz i nieprzytomnego wiedli uprzejmie pod rękę, jako swego podpitego towarzysza. Ocknął się w Hyde Parku bez maski chloroformowej, lecz przypadkowo — i bez swojej własnej; z dziurawym bokiem od noża i pustymi kieszeniami.

538

Pierwszy napotkany detektyw zaopiekował się nim, lecz szukając przeszłości takiej twarzy, jaką miał bez maski Mangro, wpadł na różne rewelacje; okręt, idący do Nowej Kaledonii, musiał z nich zrobić najwłaściwszy użytek, zabierając Mangra ze sobą, zakutego w kajdany. Wiemy już, co nastąpiło dalej.

539

Uzyskawszy bezpieczeństwo przed policją, dzięki Magowi Litworowi, Mangro postanowił szukać po świecie maski swej, jakby diamentu braminów. Noce nie spał rozmyślając, że zapisze się do policji i będzie szukał owych trzech dżentelmenów.

540

MaskaJakież było fascynujące wrażenie, gdy pewnego razu, stojąc w soborze Izaaka za Magiem Litworem, ujrzał, iż na wzrok Maga maska opadła z twarzy wielkiemu Wezyrowi i zakrystian wymiatał ją wraz ze śmiećmi[256] z soboru.

541

Potentat bizantyjski szukał po soborze zgubionej maski, którą Mangro szczęśliwy ściskał już w swej kieszeni i zbożnie ocierał z pyłu. Potentat tejże nocy umarł. Miał odtąd Mangro niepojęty dreszcz przed Magiem Litworem.

542

Po latach wędrówki teraz dopiero Mangro odważył się maskę przymierzyć — tu w kasynie zabaw dla polskiej inteligencji.

543

I zaiste była ta maska kunsztem nie lada. Wyrobiona przez Czarodzieja z masy elastycznej, przylegała do twarzy, zachowując mimo to własny kształt, nadany jej przez magnetyczne wpatrywanie się. Nabierała ona ruchu i życia od każdego drgnięcia woli, była zdolna reprezentować wybrańców ducha i fortuny, umiała czarować cynizmem hr. Requine d'Ora, zarówno jak patetyczną wzniosłością autora „Z rozmyślnych niedoświadczeń”; udawała miłość z Fuoco d'Annunzia[257] i miewała gromy Wilhelma II w brwiach. Miała oczy głębokie, jak butel szampańska Wdowy Cliquot przed lodowcami w Sils-Maria i wargi jej uśmiechnąć się mogły, jak przecudne żuchwy bankiera, przedstawiającego Demona Koprolatrii, a tworząc całość polskiego Barnum Jonesa.

544

Mangro, włożywszy na twarz, zaczął ją magnetyzować wolą swą na barona Rabsztyńskiego. Potem czytał mądrą i przemyślaną książkę Stirnera: „Jedyny i jego własność”.

545

W tym lesie, okalającym kasyno, gdzie rozlegała się muzyka rautu, szedł znany nam już tatrzański marzyciel.

546

Huczna muzyka i okrzyki wodzireja tańców, który wołał: panowie i damy razem! albo: changez les dames[258]! mało pozwalały wyczuć głębię i ciszę tatrzańskiej nocy.

547

Mimo to Ariaman grał na harfie, którą tu wziął chyba dla ironii: żyjąc w górach nad morzem, uzyskał wielkie królestwo, obiecane samotniczym duchom — złudzenie, iż poza nimi jest również królestwo duchów!

548

Siła jakaś demoniczna pchała go ku tej sali, gdzie odbywał się kwartet: przecudowna Kreuzerowska sonata Beethovena, którą wysłuchał, stojąc za oknem.

549

Wszedł do sali przyćmionej, orkiestra rozpoczęła grać z Tristana i Izoldy akt ostatni. Tłum ludzi nie dyszał, wsłuchany w szczęście i męczarnie miłości.

550

Łkały skrzypce, szumiały burzą morską trąby i puzony, flety, jak mewy, biły o kamienne filary zamku, które wyrzeźbiała muzyka organów. W niebie krążyły wielkie wichry, zmiatające wszystko, co było chwilą i doczesnością: w dwojgu ludziach naradzała się metafizyczna głębina pewności, że byli jeszcze przed dniem Genezyjskim świata.

551

W dwojgu? nie.

552

Odziany paprociami, wsparty o harfę królewicz z bajki stał w półmroku sali —

553

on, który wczorajszego wieczoru przed lodowcami myślał o samobójstwie —

554

teraz rozwierał naraz Bramę metafizyki ziemnego szczęścia.

555

Dotąd Ariaman olbrzymią swą wolę życia poddawał wewnętrznemu nakazowi wyrzeczenia się.

556

Pragnął, jak nikt — miłości i królewskiego panowania, lecz uciekał przed miłością, a królewskie panowanie zapalał w takich pustyniach, że z tego istotnie — jeśli nie Królowi Wężów — to ludziom był śmiech.

557

Teraz on zstąpił ze swych lodowców —

558

i tu był wśród sali, gdzie tysiąc ludzi zamkniętych w labiryncie muzyki, rzuconych na wszechwładztwo Minotaura Żądzy, wyciągało ręce do zjawienia owej chwili, która jest u poczytnych romansopisarzy wszystkim!!

559

Królewicz w paprociach patrzył w mrok —

560

i nagle odwróciły się oczy, wspaniałe morskie oczy kobiety przedziwnej, zaczęły się wświecać w jego serce.

561

MiłośćKronikarz piekielny, który te dokumenty ludzkich dusz przegląda i notuje, nie może powstrzymać zgrzytliwej złości przed nielogicznością umysłu mistyka, który projekcją metafizycznego lśnienia we własnych myślach rozkoszuje się jako zjawieniem kometo-kobiety.

562

Zanotujmy: nigdy miłość nie bywa wzajemna; nigdy nie spotykają się ci, którzy istotnie mogą potęgować w sobie wzajem pęd ku piekielności, czyli uwspanialić wolę Życia; miłość jest zjawiskiem, mającym początek i rozwój w każdej istocie oddzielnie. Innej płci istota wchodzi w krąg bengalskiego ognia i oto jest: zjawiona!

563

Dama, która wpatrywała się w naszego marzyciela, nie była ani lepszą, ani gorszą od innych sióstr swych. Na razie zapomniawszy o sprawach życiowych i praktycznych, wpatrywała się w oczy namiętne, szalejące, tragiczne tego bądź co bądź przystojnego mężczyzny, który w mroku, otulony paprociami, z dyskretnym połyskiem harfy — był interesujący, jak aktor w fantastycznej komedii.

564

Lecz proszę wytłumaczyć, dlaczego ten — zresztą logicznie rozumujący przy lodowcach (patrz „Wieczorne Pustynie”), melancholik, uginający wszelkie kanony wiar i miłości, teraz nagle staje się jakimś różokrzyżowcem z XIII wieku, wierzy w magię i w spotkanie dusz nad głębiami, twierdzi, iż był kiedyś Genezyjski dzień i oni tam byli!! gotów przysiąc, iż to Ona — właśnie ta Jedyna, Wieczna — przemawia przez te oczy panny z dobrego towarzystwa, która pysznie zgrała się w lawn-tenis i stąd czuje mocno bijące pulsa w swym splocie słonecznym.

565

Trzeba po prostu być analfabetą nauki zdrowego rozumowania! analfabetą, panie Ariamanie, i w tym znaczeniu iście Ramą i Waligórą, po prostu wirchem Durnym! Może ochłodzi cię prosty przebieg dalszych faktów?

566

Wszedł wytworny dżentelmen o twarzy nieruchomej nowoczesnego Arbitra elegantiarum, z dodatkiem wyrazu takiego pana, który dokonał Umwertung aller Werthe[259] z powodzeniem, tj. uzyskawszy dla siebie abstrakcję w postaci X + lambda milionów, złożonych w banku.

567

Nietzscheanista z piorunem na czole, z kędziorami lwa na barach, ze szpilką w krawacie pięć tysięcy lat mającego rubinowego posążka bogini Amenti[260]!

568

Miłość, Poezja, Polityka, Kobieta, Mężczyzna, Pozycja społecznaTymczasem muzyka wiodła domniemanych kochanków na tortury szczęścia. Mówiliśmy już, że Zolima spojrzała w oczy królewiczowi — władcy mistycznych bredów — ze zdumieniem: ujrzała paprocie nad jego głową i wzrok nad miarę dumny, jakby się nie dopraszał, lecz dopominał — o to, co świat rzucił w kąt jaskini między śmiecie, jak Mag rzucił tam zbrodniczą maskę —

569

o to, co było jego kapłaństwem i religią jeszcze niewypowiedzianą —

570

o Miłość!

571

Zolima, kiedy błysnęły elektryczne światła, ujrzała dokładnie zaiste dziwaczny, choć piękny strój; kiedy uświadomiła sobie ten wzrok, który był sonatą z płomieni lucyferowych — kiedy wreszcie ujrzała harfę, zrozumiała naraz wszystko:

572

to liryk tych przywidzeń, które traktują życie jako Otchłań.

573

I kto wie, czy nie uległaby w jednym momencie całkowitemu przeobrażeniu, jak św. Paweł w drodze do Damaszku, przeobrażeniu pod wpływem wysokiego magnetycznego światła, gdyby nie obecność Mangra; ten ciemny przyrządzacz filtrów, narzucił jej swą aurę, tworząc zmysłowo-rozsądny, poziomy tok rozumowań.

574

Z uśmiechem odwróciwszy się, pomyślała, że są przecież lirycy, logicznie myślący o kobiecie, miłe erotopsychiany, a zresztą niech devil weźmie wszystkich liryków, psychomistyków, filozofów! Miłość — czemu nie ma być ona w doskonale leżącym kostiumie, z rentą fabrykanta dział lub inżyniera rosyjskich kolei państwowych z orderami ministra austriackiego, z willą prefekta prowincji we Francji i godnością lorda ekonomisty, poprawiającego byt robotników w Manchester? — Nawet nasz polski aktor prowincjonalny, lecz mający tężyznę woli, energię czynu, czekający tylko momentu, aby wyjść na światło dzienne i wraz z partią rządzącą w kraju wypłynąć jako poseł, po tym premier, po tym — epuzer milionowej panny — no, wystarczy. Wtedy panna Zolima widziałaby też jasno swój cel:

575

agituje, pisze, żyje w wielkiej i ożywionej sferze stosunków, traktuje miłość en passant[261] przed snem w ładniutkiej sypialni, czasem nawet do kuchni wbiegnie i coś ugotuje z książki angielskiej — pudding! lub coś niezwyklejszego —

576

będzie miała olbrzymiego psa koniecznie z rasy mastifów, będzie jeździła konno w kostiumie modnym wśród Lasku Bulońskiego, a choćby w Alei Ujazdowskiej; słowem — będzie żyła, jako lady moderne.

577

I będzie mogła nie dbać o męża; mąż musi całymi miesiącami oddalać się od niej, zajęty businessem, ona będzie mu wierna, bawiąc się z miłymi, wykształconymi pannami lub pracując w bibliotekach i laboratoriach z tęgogłowymi docentami i profesorami; słowem, będzie brała życie par force[262], polując na lisa tj. na przyjemność, a goniąc śladem pokrajanych i rozrzuconych papierków przez rowy i płoty, przez żyta i mokradełko, aż pierś rozszerzy się w tęgą amerykańsko-polską laktofermę wzorowej matki! —

578

Być poważną, lecz nigdy tragiczną, być mądrą — nigdy delficką; być wesołą — nigdy wniebowziętą!… last not least[263], kobietą być wyzwoloną — uczucia swe i myśli przesiać przez dokładne sito badań o małżeństwie Morgana[264], Spencera[265], Forela[266] i Konica[267], poznawszy dziedziczność, psychiatrię sądową, prawo kanoniczne, żyjąc wreszcie dużo z ludźmi, którzy jedni są hermafrodytami, inni urgiastami, inni używają normalnie swych żon… —

579

Wieszcza Mara przy lodowcach opowiadała Ariamanowi o grobowcu Julii w Weronie. Poszła na cmentarz, pełen cyprysów, eukaliptusów, pinii żałobnych, platanów i złocistych akacji.

580

Ujrzała sarkofag tej panny Kapulet — w rodzaju wyżłobionego kamiennego koryta — tam Anglicy nawrzucali biletów wizytowych; daremnie kwiaty i drzewa starały się ukryć tę ohydę swymi więdnącymi liśćmi. Była to jesień. Spoza obłoków błysnęło zachodzące słońce. Rozogniły chmury i zakwitły dziwnym życiem; grobowiec zarumienił się krwią rozkoszy; blaski nadały niespodzianych głębin cmentarnym cyprysom. Na jedną chwilę Romeo wychylił się z mroku — wtem słońce zgasło, chmury spopielały, zrobiło się gorzko i zimno, w mrok wstępował młodzian na złowrogim tle w kurcie łosiowej, niby w zbroi, opięty pasem ze stalową klamrą, silny a melancholijny, o twarzy Druida, jak to widziała na małym obrazeczku Aleksandra Gierymskiego.

581

Znękanie romantyczne nie trwało długo na twarzy panny Muzaferid. Teraz ona wpatrywała się w dżentelmena Mangra, jakby on był sąsiadem landlordem, którego z dawna była ciekawą poznać.

582

Muzyka wzbiła się płomieniem ofiarnym aż po niebo.

583

Dżentelmen, spojrzawszy na Zolimę, przechylił się i parę słów wyszeptał. Ariaman usłyszał tylko: „Oksford — Pani pomni na statku na Twent w Szkocji” —

584

po czym ręce ich dotknęły się swymi pierścieniami — Zolima była blada, jakby jej się robiło słabo — dżentelmen znów się nachylił, ona skinęła głową, powstają —

585

i wśród oburzonej sali, której przerwano słuchanie, szli —

586

on ze spokojem prawdziwego globtrotera, ona, jak Feniks, lecący w krwawą czeluść, gnany dantejskim wichrem nad otchłańmi.

587

To ostatnie „jak” należy się oczywiście poetycznej wyobraźni królewicza, który przysłonił twarz, przypadł nią do kolan swych i patrzył, jakby tam u stóp jego rozwarły się głębie nieznane niesłychanego bólu.

588

Ariaman na swe nieszczęście nie spotykał się dotąd z Magiem Litworem. Samotnik, Tłum, Obraz świataDopóki żył w puszczy, uczucia jego były wzniosłe, jak niebo, tęgie — jak jodły. Lecz dostawszy się w tłum ludzki, uległ naraz zamieszaniu i korupcji. Ariaman bowiem nie był jeszcze adeptem duchowej wiedzy — był tylko psychikiem, który nie kształtuje świata, lecz ulega jego wpływom. Kobieta, Mężczyzna, Obyczaje, FlirtToteż w marnej ironii nad samym sobą, wmawiał w siebie, iż powinien był iść do krawca, zamówić doskonale leżący tużurek, złożyć wizytę tym swoim znajomym, u których bywała panna Zolima, nareszcie prosić ją o pozwolenie bywania w domu jej rodziciela, po czym, w razie, jeśliby panna była wzajemną — z żoną Zolimą zamieszkać choćby w Wenecji i odbijać laury panu Pumpemicklowi, który rozbija się w czerwonym fraku, ze sforą 17 sybirskich chartów i rzuca pieniędzmi Contessy X, której jest poufnym przyjacielem. Ten utalentowany fryzjer ma się za brata Homera. Ariaman mógłby pokusić się iść drogą taką w życiu, zostać głośnym literatem, bo zapewne te wszystkie jego fantazje wśród lodowców, samotne wystarczanie sobie znamionują człowieka talentu. Tylko należy, jak francuscy noweliści, spojrzeć na kobietę, jako na Petite Sécousse[268], za czym spieniężyć się, umieć siebie wystawić na witrynie świata. Wtedy może Zolima…

589

W malignie rozpaczy wyszedł przy kończonej sonacie, nie widząc dokoła siebie nic — huczał w nim potężny straszliwy Atlantyk miłości, w którym dwa obłędne Malsztremy[269] świeciły: jej oczy.

590

W mroku usłyszał odjeżdżającą karetę, tupot koni, od latarń piekielniały kare łby końskie, rozpierał się Murzyn na koźle.

591

Zapytał Ariaman odźwiernego, który skrzywił się, ujrzawszy jego chmurną twarz i podciemniałe zamogilne oczy.

592

— Pojechali nad morze do zamku pana Muzaferida.

593

— Kto jest ten Anglik?

594

— Baron de Mangro Rabsztyński, który przyjechał z Astralii… Wszystkie ma kopalnie, zakupuje Tatry. —

595

Nie słuchał już dalej Ariaman o „astralnym” kupcu Tatr. Szedł obojętnie, milcząco wśród wielkich nieruchomych smreków, które są wspaniałymi drzewami, choć nazywają się marnie. I dlatego Ariaman zwykł był las iglasty, ze świerków, modrzewi, jałowcowych krzewów i jodeł złożony nazywać ogólnie jodłami.

596

Szedł więc wśród jodeł.

597

Tu my, kronikarz piekielny, musimy wyznać, iż, jak maturzyście, który się obcina na egzaminie, przez koleżeńską uczynność zaczęliśmy podpowiadać sentencje, mogące go zbawić z opresji, prosząc, aby zachował choć krztę jeszcze przytomności umysłu.

598

— Jest wysoce nieprzyzwoite, aby się znęcać w swym sercu nad osobą, która nie miała żadnej racji klangorem żurawi siostrzanych odpowiadać na twą ligawkę, panie Ariamanie, pasterzu obłoków. MałżeństwoTen świat, od którego odsunąłeś się aż na morze Pratatr, teraz szydzi z ciebie swym prostym kalkułem[270]: małżeństwo zawiera się przy pomocy kopalni, wsi, kamienic, rent, dożywoci itd. dla Gaya scienza[271] hotelowych rozkoszy w Monte Carlo i Nizzy[272], dla prowadzenia domu i robienia przyjęć w Warszawie lub w Wiedniu. Małżeństwo jest społecznym odruchem zwierzęcia w kierunku najzłośliwszej banalności, ubranej w pozór bezinteresownych uczuć.

599

Morze, Wiedza, Pozory, Otchłań, NiebezpieczeństwoTen, kto wybrał los Mistycznego Rybaka, niech sprawi sobie jeszcze skafander i zapadnie na dno — w lasy koralowe — niech tę przechadzkę wśród feerycznego, szafirowego światła powtarza coraz krytyczniej i coraz płyciej, aż przekona się, że baśniowe stwory tylko tam w głębi wydają się przedziwnymi, i gdy taki koralowy kandelabr lub rozchwieja wydobyta jest na wierzch — okaże się w ręku — brzydkie ziele, obślizgła żelatyna. Wtedy może Ariaman zrozumie, iż należy być rozsądnym! Zabawne, jeśli on to zrozumie, znajdując się już pod straszliwym ciężarem oceanu, kiedy pęknie gumowa rura — ciśnienie kilku atmosfer zacznie miażdżyć mu oczy — czaszkę!! — tak, otchłań nie wypuści już, chociażby chciał wtedy zostać rozsądnym obywatelem o czteroprzymiotnikowym prawie głosowania!…

600

Zabłądził — willa?

601

Ciemno. Przez żaluzję w jednym z okiem przedziera się fala świateł. Na werandzie stoi postać wspaniale zbudowanej damy, która wyciąga ręce —

602

zdziwiony królewicz w paprociach zrozumiał, iż jest wreszcie na serio wybranym i pożądanym.

603

Dama otworzyła balkon, królewicz wszedł. Zobaczył, jak w Metamorfozach Owidiusza: Meandry, Syleny, Bachantki —

604

tylko zamiast Dionizosa — był sędziwy król belgijski, a z nim Cléo de Mérode[273] i różni generałowie du petit Cri Cri[274] skandalu —

605

posągi wyszłe z moczarnych iluzjonów dzisiejszego dnia.

606

Wspaniale zbudowana dama w czarnej powłóczystej szacie stała blisko, wtulając go swym białym szalem.

607

Królewicz —

608

ale dlaczego komplementujemy bohatera naszego romansu tym arcyniepochlebnym tytułem strywializowanym przez panujące rodziny?!

609

I do tego królewiczem — Tatr? alboż mówimy tu przypowiastkę dla dzieci? Królem Tatr jedynym jest teraz Mangro, Ariaman nie ma ani jednej piędzi na własność w całej wszechświatowej ziemi.

610

Królewiczem — takim z ballady — jak np. może być król i królowa Wartogłowy; no — to przynajmniej znaleźliśmy określenie i należyte ujęcie wyrazu!

611

Wartogłowicz stał zimny i złowrogi, podszedł do wielkiego posągu Małpy i włożył w jej cztery ręce harfę swą.

612

Zwierzę, MaszynaMałpa była cudem amerykańskim zaiste, bo umiała czynić to, co należy czynić z każdym przedmiotem: świece zapalała, dziecko nakarmiła, buty oczyszczała, kobietę gładziła, a na harfie — jęła grać.

613

Taniec, Obraz świataI w jednej chwili poruszyły się w groteskowym tańcu wszystkie marionetki, którymi bawiła się fantastyczna dama.

614

Małpa grała matczicza — marionetki bachantek, papieży, królów posuwały się w nabożnym, wielkopostnym, procesjonalnym tanie. Małpa uderzyła w ton Mszy Żałobnej Palestriny — i marionetka króla Leopolda poklepała po biodrach marionetkę panny Cléo; Falstaff w tiarze przycisnął księżnę Dosię Drze Pościel do ostatniego muru wyznań, a polski współczesny Małpozwierz z miłą gracją odśpiewał arię o tonie swych jelit wśród zainteresowanych dekadentek.

615

Wtem z niezmiernej dali rozległ się ponury religijny dźwięk gongu.

616

Ariaman rozwarł drzwi.

617

Księżyc, ten sam dobry wieczny Chrystus, mówił z nim — z tym nie zawsze rozumnym, nie zawsze przytomnym, nie zawsze dobrym Nikodemem.

618

Dama wybiegła na werandę, milczała — a wtem papuga w klatce nad oknem wrzasła:

619

— Czemu?

620

Wielkie, rozwarte oczy damy, łagodne, jak u pasącego się zwierzęcia, mierzyły sczerniałą i złą twarz Królewicza.

621

Papuga zaś darła się:

622

— Pan chce za dużo naraz — Pan jest niecierpliwy!

623

Królewicz (zostańmy już dla zabawności przy tej nazwie) usłyszał rozkręcanie mechanizmu —

624

z najwyższym zdziwieniem poznał, że i Dama była automatem.

625

Wtedy ją pogładził i rad był z czyjegoś tak wielkiego dowcipu.

626

Myślał, jak dobrze jest być wśród tych zdecydowanych mechanizmów — o ileż lepiej, niż mieć królestwo niepojętych aż do dna jasnowidzeń!

627

Dźwięk gongu rozległ się świątyniowym hymnem, harfa wypadła z rąk Małpy, zadźwięczawszy w złowrogim kasandrycznym rozjęku. Pręga bólu przeleciała po duszy Królewicza; przykrępowany do słupa męczarń, jak umęczony przez wrogów Irokez, śmiał się przeciągle, wspaniale.

628

Śmiał się, widząc, że takie i tym podobne arcyludzkie mechanizmy przyciągną niepohamowanie wspaniałą naturę Pentezylei[275].

629

Dlaczego obdarzał ją ogromem poetyckiego zaufania? dlaczego aż królowa amazonek? dlaczego nie zwykłe, dość naelektryzowane dziewczę? Co nam do tego? nam, już zmądrzałym w uniwersytecie piekielnym?

630

Królewicz niech żyje w swej poetyckiej Walpurdze i niech mu się tam jak najcudaczniej układają miłosno-astralne materializacje, esencje i dekokty.

631

Natura jest zręczną stręczycielką, umie naszeptywać o gwiazdach takim astrologom, którzy wpadają w studnię — na dnie czeka ich maleńki Homunculus imbecilis[276], w razie spełnienia snów. W razie niespełnienia — kula.

632

Przed królewiczem Tatry rozciągnęły się melodią światłocieniów błękitnych, czarnych, popielatych, zielonawych —

633

płaty śniegu fosforyzują na wirchach.

634

Księżyc zza chmur rozsiewa złote mżenia i wszystko nasiąka listkami złocistymi, jakby wokół przecudnej Danae[277]. Na niebie aliaże[278] chemiczne z wielu rozjarzonych metali na chmurach —

635

oto laboratorium dla myśli twych, samotniku!

636

Dusza, Książka, Miłość niespełniona, Kobieta, MężczyznaNie idź do tej, która cię odrzuci, nie rozumiejąc tak dokładnie, że choćby jej w 72 przekładach z komentarzami załączyć biblię twej duszy, ona, w najlepszym razie, kazałaby tę biblię ładnie oprawić i umieściła w szafce, aby jej nikt, ale to nikt jej nie ruszał.

637

Zapytana o wzajemność — zmierzyłaby cię wzrokiem trochę zmieszanym, lecz uprzejmie i chłodno rzekłaby:

638

— Panie? ja właściwie bardzo się śpieszę — —

639

Śpiesz się, śpiesz! na swym jachcie płyń w wodzie zatęchłej, cywilizacją nazwanej — wibruj, z tym lub tamtym de Mangro Rabsztyńskim! —

640

Królewicz szedł nad morzem, nie czując, że palce pokryły się rubinowymi zagłębieniami na gwoździach harfy.

641

Serce, Handel„I przyszedł jako nędzarz do ogrodu pokazać serce, które więcej warte niż to, co mu za nie dawali na świecie ci, co kupują serca na tandecie”.

642

Nagle czoło wsparł o drzewo i łzy padały mu, z których się śmiał — na tę dłoń dziwnie krwawiącą.

643

Księżyc migotał mu w łzach i tak magnetyzował mu wyciągnięte w pustkę dłonie, że aż krew przestała z nich płynąć.

644

Wąż przewinął po ciemnej trawie, niby płynący strumyczek z merkuriuszu[279].

645

Otaczający Kosmos był zaiste wielki groźny: lasy tajemniczyły się odwiecznymi legendami o zbójach, strachach i Królu Wężów wśród kamiennych, piętrzących się zwalisk tych gór, które w mroku wydają się niematerialną kwintesencją mroku.

646

Morze, Dusza, Miłość niespełnionaPo drugiej zaś stronie morze: płaczące mniej, straszne mniej, głębokie mniej niż miłująca nieszczęsna dusza.

647

Królewicz szedł nad brzegiem szumiących fal.

648

Około północy ujrzał zamek Muzaferida. Most był zwiedziony, więc obchodził dokoła.

649

Na murach kładł głowę płomienną.

650

Wreszcie, wdrapując się na skały z niebezpieczeństwem najwyższym, namacał jakieś zakratowane więzienne okienko. Wyszarpnął kratę, wpadł do potwornych lochów —

651

tam byli zgromadzeni robotnicy śpiący.

652

Porwali się, świecąc kagankami, nie rozumiejąc, skąd się tu wziął ten twór z instrumentem muzycznym, ten z rozpalonymi obłędnie, fioletowo w mroku iskrzącymi oczyma Skarbnik, duch kopalniany?

653

Nie badając dłużej, zamknęli stracha w sąsiednim lochu, zmówiwszy razem na klęczkach pacierz za dusze w czyśćcu cierpiące.

654

Zapadło wszystko w ciszę mroczną.

655

Królewicz tylko spoglądał na rosienie gwiazd przez wąski otwór okienny —

656

potem wszedł dalej w korytarze, natrafił drzwi, podparł je ramieniem, wyleciały żelaziwa.

657

Wyszedł na taras zamku.

658

Wieże olbrzymie mroczniały aż gdzieś wśród chmur. Tam z wieży najwyższej żałobny głos — wśród mroku wielkich ścian płakał śpiew obłąkanego muezina —

659

Modlitwa, Niebo, Polska, Duszastraszny, beznadziejny głos modlitwy do nieba, którego już z dawna w Polsce nie ma. — I zaiste, był to muezin z zamku Muzaferida, lecz dla niewiedzącego o tym, zdawał się głosem jego własnej jaźni.

660

Królewicz uczuł ból serca tak straszny, że wychwycił wielki swój nóż do walki z morskimi potworami, groźnie zatoczył nad piersią swą —

661

jedna chwila, a wbiłby aż po rękojeść w serce.

662

Naraz wiekowego mroku skrzydła olbrzymie przypięły się mu do piersi. Nie swój ból uczuł — lecz mękę miłości kosmicznej. Oparł harfę o bastion, grał wśród murów mrocznych, zapominając, w jakich żyje czasach! Książę Niezłomny, więzień w mauretańskich mazamorach, utracił wiarę w religię swej duszy i wyśpiewując to, zapadał w potworne, coraz głębsze piekła.

Pieśń tryumfującej miłości

663

— I tyle jedno[280] pozostało mi szczęścia na tym bezgranicznym świecie, że mi dano czasem rozmawiać z gwiazdami.

664

Ja więzień — od całej wieczności lat przykuty do ściany, zmuszony obracać żarna pod biczem krwawiącym moje krzyże —

665

ja więzień — lichszy od pająków, które wybiegać mogą na słońce, a kiedy zapragną — chowają się w szczelinę ciemną;

666

od stęchlizny lochów — przegniły; od wyziewu kości niepogrzebanych — zatruty;

667

ślepiec — nigdy słońca niewidzący; skąpą jałmużną księżycowych promieni, jak upiór, karmiony;

668

ja, najnędzniejszy z rabów[281] — miałem też swoje królewskie, niebotyczne szczęście!

669

Jest chwila późnego wieczoru, gdy wypędzają nas szeregiem na podwórze, otoczone murem skał i zębatych wieżyc.

670

I tu, dzwoniąc kajdanami, błąkamy się, niby cienie — a żaden w oczy towarzyszowi spojrzeć nie śmie, aby nie ujrzał własnego odbicia.

671

Nadzieja, CierpienieNędzni, którzy spoglądają w niebiosa, jakby proszą przeznaczenia o litość — my, słysząc potem ich łkania nocne i jęki, przekonywamy się, że matką najokrutniejszych tortur jest nadzieja.

672

Starzy więźniowie kładą się na piasku i bawią się nim, jak dzieci drobne. Przesypując ziarenka, niejednemu zda się, że zaszumiało morze — które niegdyś kołysało jego dumne okręty, a które dzieli go teraz bezmiarem słonych łez od wszystkiego, czym dusza jego żyła —

673

i z twarzą pokurczoną wsuwa się w ciemny kąt.

674

Jam był zawsze samotny i urągałem boleściom.

675

Raz — gdy cienie bastionów były czarniejsze od skrzydeł kruczych — leżałem w pomroce i zapuszczałem sieci swoich szalonych marzeń w ciche odmęty niebiosów, wśród wieczności gwiazd przepływając, zapomniałem, że jakakolwiek bądź ziemia istnieje — i oto usłyszałem dopiero trąbkę trzeciej zmiany strażnicy. Ocknąwszy się, ujrzałem podwórze puste, a wrota kazamatów żelaznymi ryglami zasunione[282].

676

Próbowałem odciągnąć zawory — wiedząc, jak okrutnie karzą opóźnionych — na próżno.

677

I uspokoiłem się nagle spokojem konieczności. Przechadzając się, spoglądałem na gwiazdy, swobodnie toczące się w bezkresnych przestworach: Orion zawieszony był właśnie na szczycie wieżycy — Aldebaran ostatnie promienie słał mi zza blanku — a siedem gwiazd królowej Bereniki prosto nad moją głową świeciło — siedem gwiazd koronowało moje czoło niewolnika.

678

W północnym zakącie podwórca skała pionowa odgrażała się olbrzymią maczugą niebiosom.

679

Nie było podobieństwa wedrzeć się na nią ludziom — ale ja po zrębach wąziutkich piąłem się coraz wyżej, aż naglem[283] uderzył głową o wykrot…

680

Kres tu mojej wędrówki ku gwiazdom!…

681

Z rozpaczą przycisnąłem się do zimnej skały, jakby próbując rozeprzeć swoją tęsknotą —

682

Więzień, Ucieczka, Miłość, Miłość spełniona, Rozkosz, Upadeka wtem stała się rzecz boska.

683

Srebrzysta melodia rozperliła się niby słowiki w noc majową — z tajemniczych oddali płynie gondola cudownej, brylantowej pieśni.

684

O gwiazdy — jedyne powiernice mojej duszy — nigdy potężniej huragan miłości nie uderzył w pierś niewolnika!

685

Wyciągnąłem ręce — i, chwyciwszy jakąś wizję oparcia, rozkołysałem ciało swoje i, kręgiem je zatoczywszy — przerzuciłem w górę; czepiając się, biegłem po skalistych zrębach, jak łasica, aż na szczyt.

686

Rozkoszy bezgraniczna!

687

W różowych blaskach wschodzącego księżyca rozciągnęły się fiolety kamienistej pustyni — śnieżne wierzchołki gór, niby śniące sarkofagi a w dole, głęboko, u stóp moich — mauretański ogród;

688

w pozłotach migocą czarne koronki cyprysów — eukaliptusy, niby ogromne srebrne widma — palmy, kraszące się bukietami mrocznych piór — kaktusy, jako węże zasłuchane we fletnię, naprężone i groźne. Alkazar[284] purpurowieje przepychem rodyjskich marmurów, na tarasie w złote arabeski rzeźbionym, rozświetlonym setkami ukrytych płomieni, stoi ona —

689

Wyciągnęła ręce na spotkanie —

690

oczy nasze stopiły się w jedno słońce upojenia — a z palców jej wybiegła skrzydlata,

691

wiekuista — święta — niewysłowiona — pieśń tryumfującej miłości.

692

Pani moja! dzieciątko moje! królewno!

693

O jakże słodkie są łzy szczęścia — jakże serce boli od rozkoszy!

694

Nie ma przepaści tak głębokich, aby nas rozdzieliły, nie ma łańcuchów, których bym nie zerwał.

695

Przylecę do ciebie, serce moje — z tęsknoty uplotę skrzydła Cherubimów, talizmanem siedmiu gwiazd rozświecę bezdenne mroki mego losu i odnajdę cię, serce moje…

696

Ponad szczyty gór najwyższych wzlecimy i stamtąd pokażę ci królestwa świata — i zważymy je — a poznawszy, że są jako popiół marne — odlecimy do rodzinnej ziemi gwiazd.

697

Ja — Ty — i Wiara nasza — Trójca nierozdzielna — nieskończony rozpęd miłości, świetlącej się ponad chaosem niebytu — Adonai!…

698

Z bezmierną miłością, trzymając ją w objęciach, leciałem, jak Demon, ponad wszechświatami —

699

jak Demon, którego niegdyś jedna kropla bólu mogła roztopić żelazo — a spojrzenie rezygnacji, rzucone w niebiosa, zatruwało je na wieki świętym wybrańcom i aniołom —

700

teraz — roztopiony w szczęściu, jako obłok w zorzy porannej, cichy — jako sen kwiatów lub muzyka gwiazd, radosny — jako zwiastowanie słońca w noc polarną, płynąłem w krainy marzeń, jakich nie ma na ziemi —

701

i tworzyłem światy wizji, jakich nie było nigdy w raju.

702

Bądźże ty mi błogosławiona, każdą łzą moją przemieniona w tęczę, o Sawitri[285], królewno moja, dzieciątko moje!…

703

Złota mogiła księżyca podniosła się do zenitu — cienie drzew skurczyły się i do pniów przypadły — lekki wiaterek morski musnął świeżym aromatem wierzchołki jodeł, jakby szepcąc, że słońce nadchodzi i ona jakby się ocknęła —

704

skinęła harfą, abym odszedł; gdym się wzbraniał, ręce do piersi przycisnęła — prosząc!

705

Spojrzałem raz jeszcze w jej oczy — i jak cichy niewolnik zesunąłem się po głazach.

706

Ona milcząc patrzyła w miejsce, gdziem zniknął, i tylko palce jej, drżące na strunach, słały mi pocałunki rozstania.

707

Trąbka się rozległa strażnika; pomknąłem na dół, ale gdym stanął na ziemi — przebił mnie ostry gwóźdź zwątpienia: może to sen kłamliwe miraże przesunął mi przed oczyma?

708

może to nikczemne halucynacje więźnia: ogrody pachnące — pustynie bezkresne — i oczy — oczy jej utkane z poematu aniołów!

709

Szarpnąwszy się, jak lew znienacka grotem przeszyty, wdrapałem się na skałę, aby sprawdzić, że nie mgławicą był mój raj. Lecz w przeskoku między głazami brakło mi oparcia — i runąłem.

710

A gdy mnie podniesiono — po raz pierwszy ujrzałem w śniadych twarzach dozorców jakoby połysk litości.

711

W tejże chwili rzucono do ciemnicy i mnie szaleńca przykuto łańcuchem do ściany.

712

Ileż to otchłani czasu zapadło, a ja wciąż wiszę nad bezdenną próżnią. Ptaki migotliwą wstęgą latają w przestworzach, jaszczurki błękitnie, zwinnie pełzają po ogrzanych kamieniach, muszki z opalowymi skrzydełkami brzęczą rozradowane życiem, motyle piją nektar z kwiatów, ryby w kryształowych strumieniach pląsają, drzewa jabłoni, osypane białym i różowym kwieciem, kąpią się w słonecznym wniebowzięciu —

713

a ja z pianą, ciekącą po wargach, krwawymi oczyma widzę w dali to moje zapadające w nicość — szczęście. I oto — ach, to ty, ukochana? — o jakże mi dobrze z tobą.

714

Trzykroć tylą łańcuchów niech mi piersi skrępują — w trzykroć głębsze czeluście podziemne niechaj mnie zakopią —

715

spieczone wargi moje niechaj nigdy nie zaznają ochłody —

716

zapadłe od bezsenności powieki niechaj mi się wrosną w czoło, byleś ty — pozostała przy mnie.

717

Spojrzenie twoje rozkwieca wiosnę na stepach bezdżdżystych; morze pieszczotą otula posępny labirynt skał — a nieskończone, w wieczność zapadające niebiosa, ogarnąć nie mogą mego szczęścia…

718

Dygot przeleciał — niby drobniutki, zimny wiatr marszczący jezioro; szare tumany płachtą wionęły na rozwarte skrzydła serca — i dwa żółte ślepia bazyliszka urągają mi ze dna tej zachłannej szarości i pustki.

719

Ciało moje, przepalone ogniem wewnętrznym, schnie i czernieje jako gałąź jodłowa zawieszona w kominie.

720

Skonać mi, skonać — prędzej! Śmierć nabiera dla mnie uroku słodkiej twarzy.

721

Myśli się plączą, zimno wiejące od podłogi przenika na wskroś — gorączka spopiela me usta…

722

Najmilsza moja — nie opuszczaj mię: ty nie wiesz, jakie mistyczne pokłady miłości leżą we mnie — jakie diamenty, chryzoprazy, turmaliny i szafiry — jakie oceany, szemrzące pieśnią —

723

chodź do mnie!

724

Nie porzucaj.

725

Byłbym jako niemowlę tonące, jako żebrak, obielony trądem od stóp do czaszki, zbierający od psów jałmużnę dla bólów swoich —

726

ukochanie moje — gwiazdy moje…

727

I znowu — i znowu wyrasta błyskawica z mojej piersi; zawierucha ścierających się chmur skłębia moje serce, zimnym gradem kąsane; zielone ognie łyskają po wszystkich dolinach mojego jestestwa; góry w posadach swoich drżą…

728

Koralowe gaje, niby skamieniały pożar szkarłatu; tęczowe konchy, niby dywan bajeczny; zielone aksamitne liście pełzną po wszystkich szczelinach; w drobnych, przeźroczystych jeziorkach mrowią się koniki morskie, anemony i meduzy…

729

Rrrum…

730

Falą wzdęła się ziemia — zniknęły góry w śnieżnej powłoce piany; drzewa koralów, niby gaje mimozy, skurczyły się w okropnej bojaźni;

731

straszliwe piekielne morze, przyleciawszy zaporę, zalewa cały świat.

732

Jak łania, pędzę do brzegu…

733

Zakłębiłem się w pianie ryczącej i, jako szczenię ręką olbrzyma wyrzucone, lecę gdzieś w okropną wysokość, a potem spadam — gdzieś w wirującą otchłań.

734

Kłęby piasku wżarły się w moje oczy, piersią uderzyłem o ziemię…

735

Obrus piany śnieżnej rozlał się po gładkiej powierzchni morza, zrywam się, biegnę wzdłuż brzegu — ściana prostopadła bez wyjścia. Morze z okropną szybkością napływa —

736

czemuż tyle męczarni, aby mnie zabić? upiór, lecący z mogiły wznosi się — białą paszczę nachyla modra Śmierć i za chwilę runie…

737

W okropnym przerażeniu zbudzam się — księżycowy promień srebrzy okienko mojej pieczary.

738

Śmierć, ModlitwaDuchu mój — czemuś mnie opuścił!…

739

Serce mi bić ustało — a palce u rąk moich drgają kurczowo…

740

Jestem więc w murach bez wyjścia.

Śmierci — królowo niebieska —
ratuj mnie!
Śmierci — zwiastunko miłosierdzia —
wspomóż mnie!
745
Śmierci — lekarko nieuleczalnych —
uzdrów mnie!
Śmierci — tęsknoto żyjących —
porwij mnie!
Śmierci — furto niebieska —
750
wypuść mnie!
Śmierci — gwiazdo zaranna —
zabij mnie!
753

Takie gorzkie łzy płyną po mej twarzy, takie słone i palące!! czemuż ujrzałem cię ku niedoli mej — teraz rozbiłbym sobie czoło o twarde kamienie i spocząłbym.

754

Ale mi tęskno, tęskno — zwodnicza nadzieja szepce mi — że cię ujrzę raz jeszcze, i każe znosić te wszystkie tortury.

755

Boś mi droższa nad wszystko, co dusza ukochać może: — cały wszechświat z bezlicznymi gwiazdami oddałbym jako dziecinną zabawkę za jedno twoje dotknięcie; za kędzior włosów, które mi pachną; za tętno serca twego, które słyszę w ciszy nocnej.

756

Łzy, Serce, Tęsknota, GróbAle nie ma cię, nie ma i łzy żłobią grób w moim sercu.

757

Nie ma cię, nie ma!

758

Jak Demon w klatce pazurami rozkrwawiam pierś — z straszliwą wściekłością biję w nią pięściami i rwę się na łańcuchu to tu, to tam, to tu, to tam! Wydarłbym wnętrzności wszystkiego, co żyje — krew piłbym, mózgi bym rozmiażdżał…

759

Kręgi coraz szybsze dokoła jakiegoś nienawistnego bieguna — już tchu mi brak, czarne opary wirują zygzakiem, noc…

760

Morze — znowu morze: czuję pluskające jego zimne wody, niechaj mnie zatopi śpiącego.

761

Ktoś brutalnie szarpnął mnie za ramię. Murzyn dozorca, śmiejąc się, oblewa mnie dzbanem wody — precz idź, czarny psie!

762

Błysnął białkami, i jego podła twarz skurczyła się w złości, jak u buldoga, ale się lękał nade mną naigrawać — cisnął mi w twarz sucharem i wyleciał.

763

Po chwili znowu usłyszałem uchylające się żelazne drzwi — wszedł oficer z dwoma żołnierzami.

764

Tortury! błysnęła mi obojętna myśl.

765

Ale on, milcząc rzucił mi z tacy, którą nieśli żołnierze, nieco pomarańczy, fig i granatów oraz jeden pieniążek srebrny.

766

Zapach rozkoszny zapełnił pieczarę, uśmiechnąłem się do owoców, z których promieniowało słońce — i świeże powiewy królewskich sadów.

767

Uśmiechnął się i oficer.

768

— Wiedz — rabie: dzisiaj księżniczki Feniksany ślub!

769

— Kłamiesz! — ryknąłem.

770

Zdumiał się oficer, a jeden z żołnierzy pokazał na moje czoło.

771

Siedzę skurczony, patrząc na fioletowe granaty i złote naranchy[286] — jeden po drugim owoce poczynam rozrywać, krew ich, sącząca się po mych rękach, sprawia mi szalony ból, rozrywam je w strzępy.

772

Cichy i zamyślony siedzę nad zbłoconym darem słońca.

773

Światło wieczornego nieba słodką smugą zagląda przez kraty…

774

Porwałem się.

775

Trzasnęły kajdany, skokiem pantery rzuciłem się w górę, chwyciłem za kratę — i wydarłem.

776

Przez czarny otwór prześlizgnąłem błyskawicą: pode mną przepaść, wierzchołki drzew — runąłem.

777

Powietrze świszcze; księżyc prosto w oczy; czarna gęstwina pode mną; uderzyłem o gałęzie, staczam się i już — Leżę bezwładny — wokół gwiaździste niebo, czarne koronkowe zarośla. Oczy przymykam — i mdleję.

778

Pięknie tu bardzo. W powietrzu odurzający zapach werbeny, mirtu i róż: tak pewno pachną włosy oblubienic.

779

Ale co mi?

780

Szemrzą w cysternach fontanny jako śmiech szczęśliwy; modre lotusy wynurzają się ku szczęściu…

781

Wśród pełzających lian i smukłych terebintów przemykam niepostrzeżony.

782

Kaskady chińskich lampionów, a na trójnogach krwawe płomienie ambry — muszę się ukryć w cień baobabu.

783

Nie widzę jej twarzy zakwefionej, ale wiem, że to ona być musi!

784

Nie mogę dosłyszeć ich cichej rozmowy. Ale ją rozumiem…

785

Mówią o sokołach, sprowadzanych z Persji, które w lot zabijają białe, kiciaste czaple — mówią o nowej prowincji, zdobytej przez księcia, i bogatym łupie niewolników i niewolnic — mówią o pałacu z perłowej macicy i zielonego nefrytu, jaki się buduje dla nowożeńców…

786

Zachwycająco umie opowiadać książę o rycerskich czynach! malowniczo rozwiesza swoją miłość, niby kaszmirski szal, wyprzędzony cudną robotą tysiąca niewolnic, oślepłych przy misternej tkaninie!

787

Nogi moje obrzękły, pierś zapadła, ręce obwisły bezwładnie — i tylko w oczach jarzy moc: wulkany! Ona mimo woli odwróciła oczy w moją stronę, krzyknęła strasznie.

788

Porwali się rycerze, obskoczyli mnie dokoła i bezwładnego przyciągnęli do jaspisowych schodów.

789

— To nie tygrys — to żebrak!

790

Widać mnie poznała — bo z dziwnym uśmiechem spogląda na moje łachmany — ruchem ręki każe dworakom uwolnić mnie.

791

Boję się swego wzroku — wbijam go w ziemię, wzrok potrafi zabijać.

792

— Przyszedłeś posłuchać pieśni weselnej — niechaj ci się stanie zadość!

793

I podjąwszy harfę z alabastrowej kolumny, musnęła ją ręką.

794

Ach! świętokradcza pieśń — pieśń zbezczeszczonej miłości!

795

Spotkały się nasze wejrzenia i harfa z brzękiem upadła na marmury.

796

— Związać mu oczy! — Zarzucono mi ciężką materię na głowę — ona grała czarodziejską pieśń, gwiazdami przetykaną.

797

Zagrążony w mroku jakby głębokiej jaskini, słucham melodii srebrzystych kropel, które mi spadają wciąż na jedno miejsce mego mózgu —

798

naprzód, jako płatki róż więdnących (nigdy, nigdy…) — potem — jako srebrzyste pieniążki; potem jako ciężkie gwoździe, którymi nabijają tarcze (nigdy! nigdy!…).

799

I wciąż rośnie ich moc, gradem sieką mnie —

800

i deszczem kamiennym druzgocą mnie na wskroś… myśli me stają się jako pale wbijane żelaznymi babami.

801

Mruk wydobywa się z moich piersi — obłąkany ból jakoby serca, zrąbywanego na wióry…

802

W czarnej szacie, płomienistymi rubinami haftowanej, pukle jej włosów rozpłynęły się, jako mrok zgasłej komety na niebie…

803

W oczach jej spieniły się groza i gniew, a potem oto — łzy święte spłynęły po jej twarzy.

804

Podeszła ku mnie i zarzuciła mi ręce na szyję — przypadła do moich piersi — i poczułem, że moją jest.

805

Nagły cios rozkrwawił mi czoło —

806

Ukochana moja…

807

Tysiące komet ściga się wzajem — miażdży, girlandy iskier sypią… i gasną.

808

Cicho…

809

Świata nie było i nie ma — tylko grzęzawisko, w które zapadam; ogniki fosforyczne tańczą nad gnijącą duszą…

810

Jak cicho…

811

Wynieśli mnie na pustynię, jako lwa zdychającego —

812

dobrze mi tu — o! —

813

Te gwiazdy — siedem gwiazd królewskich, które mnie wzbijały ponad wszystkie szczyty mego więzienia — znowu nad głową moją świecą.

814

Kto wie? Może już od wieków zamarły — i tylko upiory ich świateł błądzą po pustyniach, kształtem złamanego krzyża urągające…

815

Gwiazda, ChrystusGwiazdy!

816

na waszych złotych ćwiekach krzyżujecie najbiedniejsze ze stworzeń: bo już nie ma nic biedniejszego nad Pana wszechświatów — Syna Bożego,

817

który kona —

818

na krzyżu — gwiazd.

819

Jak cicho…

820

Królewicz leżał z dosłownie pękającym sercem.

821

Nie był to już on, nie była to już jego indywidualna miłość, lecz niezgłębiony Ocean miłości.

822

Wśród gór Gehenny przechodził Anioł, łamiąc ręce i krwawiąc na głazach swe lazurowe czoło.

823

Wicher świata huczał w tym człowieku z siłą genezyjską, jak pierwszego dnia, gdy tworzył Bóg wielki płomień ze swojego serca. — — — — — —

824

Na majolikach otwartego balkonu ujrzeć można było dwie kobiety i hrabiego de Mangra, którzy nie słuchali pieśni tryumfującej miłości, gdyż przyjemnie bawili się własną rozmową wśród łkających głębin morza.

825

Jedna z nich klęczała —

826

włosy jej czarne, jak zgęstniała posoka krwi, staczały się aż na ziemię.

827

Czy odblask zaciężył jej bólu, który Syzyfowym kamieniem staczał się z gór Przeznaczenia?

828

O nie, ze śmiechu aż uklękła…

829

Znajoma jej Duta, która, mieszkając w Petersburgu, na drugiej stronie ulicy umiała wyczuwać, który pan ma 15 tysięcy rubli rocznego dochodu, opowiadała tak pyszne kawały z życia nadnewskiej stolicy!

830

Pieśń tryumfującej miłości — gdyby ją wyśpiewał Battistini[287] na mistycznym wieczorze? A! panna Duta może by na chwilę przybrała wyraz poważny — wyglądając tak, jak w ogóle wyglądają panny dla mężczyzn, kiedy wiedzą, że na nie się patrzy. Pieśń wzięłaby do siebie. I zaiste, jest nad miarę obojętne, czy dla tej blondyny, czy dla tamtej brunety grał królewicz!

831

Miłość jest sama w sobie, Ding an sich[288].

832

Dla niej człowiek staje się Księciem Golgoty. Krzyż Ariamana, jak na obrazie Previtaliego[289], wzniósł się wśród najcudowniejszej mrocznej zieleni lasu.

833

Przy tej opiewanej zostanie zaś trwały rezultat — zadowolenie.

834

Zachowa ona na pamiątkę taką pieśń, jako dobrą literaturę. Będzie miała ją na dnie jednego ze swych kufrów. Którego? doprawdy nie będzie w stanie przypomnieć. Tyle wchłania statystyki, nauk kameralnych o lupanarach i nieprawych dzieciach w Monachium, o cłach na drożdże i wywarach piwa! Kobieta, Miłość, Małżeństwo, Matka, Pozycja społeczna, KwiatyOna weźmie też swą miłość, lecz jak Danae — w deszczu złota. Kiedy w niej obudzi się instynkt, będzie kochała pierwszego, który ją zapłodni i uczyni matką. Potem? W wazonie życia kwiat, zerwany ręką niekochaną, cóż że zatęskni i zwiędnie?

835

Zolima kiedyś będzie takim kwiatem.

836

VanitasKościotrup, ubrany w ciało, — kiedy się z niego rozbierze i weźmie w swe wyschłe kości rąk gorejące niezużyte swe serce —

837

położy je przed sobą na stosie trumnianych zgnilizn —

838

i oburącz ująwszy swą czaszkę, zacznie się wpatrywać —

839

w to Serce —

840

któż powie wtedy, że nie przychodzi wielka sprawiedliwość?

841

Łachmany, łachmany okrywają to wszystko, co ma jeszcze jakąkolwiek wartość w życiowej grotesce! —

842

Po morzu płynęła barka, a w niej stał Mag Litwor, obleczony światłem, i przyzywał marzyciela znakiem nad morze.

843

Barka leciała z największym pędem, bez żagla, nawet wioseł nie było przy niej, nic nie zdradzało też elektrycznego motoru. Marzyciel przysłonił oczy, wglądając się. Rozbrzmiał śpiewny jęk muezina. Zaczynał rozumieć Ariaman. Zeszedł ku morzu.

844

— Pomnij na straszną przysięgę, którą złożyłeś Królowi Wężów: że wrócisz po trzech latach.

845

Król Wężów rządzi widmami w dolinie wiecznego mroku.

846

To widma wyklętych!…

847

Masz więc tylko trzy lata życia przed sobą i musisz rozewrzeć bramy swemu przeznaczeniu na ziemi. —

848

Kiedy odpłynęli, ozwał się znowu Mag Litwor:

849

Przemiana, Klejnot, Obraz świataDiament, jak wszystkie krystaloidy, oparte na kwasie węglowym, nie jest ograniczony równymi, lecz wygiętymi płaszczyznami. W tych wygiętych płaszczyznach świat staje się niebem i Gehenną. Lecz od zbyt wielkiego żaru diament może się zmienić w zwykły kominowy czad. Nie należy wierzyć automatom!

850

— Muezin zbyt przeraża — rzekł w zamyśleniu Królewicz. — Kto mógł aż tam — do Kasyna zabaw donieść jego głos? Brzmiał, jak duch Baskerwillów[290], na tym bagnisku.

851

— Jest to głos, który my dwaj słyszeliśmy: mówił tylko do tych, co mają w sobie świątynię! —

852

Morze dokoła nich było zaiste niezmierzone!

V. Mare Tenebrarum[291]

853

Przepływali mimo góry Ornaku[292], przy której tworzył się wir.

854

Węże fal na dwóch sterczących fortecach zakręcały z furią.

855

Śnieg piany wylatywał w powietrze.

856

Woda, jak w olbrzymim kotle, wrze.

857

Znikają czarne zręby granitów i staje się mleczne jezioro.

858

Morze nieomal gładkie, tylko wewnętrzne spazmatyczne dreszcze nim wstrząsają. I oto Hades mrocznych skał wychyla się: milion potoków, rzek, wodospadów i lawin dżdżu leci z tych poszarpanych głazów ku morzu.

859

Rozwiera przepaść mrok przeraźliwy, chłodny, jak w północnych sagach o Niflhajmrze[293].

860

Nad przepaścią wyrasta zły pylon Hadesu — skały, zwane Wejście Ornaku.

861

Węże pian żółtych, milami długie, leniwie opasują to Horodyszcze demonów.

862

Mrokiem olbrzymim wznoszą się wielkie góry lądu.

863

Wilgotne porosty nadają hieroglificzną patynę tym tarczom Achillesowym skał.

864

Wszystko bierze tu w swe posiadanie księżyc, posępny czarodziej, czyta runy na skałach i wsłuchuje się w mszę, jaką tu odprawia piekło.

865

Za hukiem rozbitej fali nastaje cisza konających. Z dala wzbierają wysokie jak wiekowy las dębowy fale — płyną spokojnie, niby rapsody Homera piersią tytanów śpiewane; na hełmach ich błyskają klejnoty głębin.

866

Im bliżej, groźnieją tu blisko skał — potworne nieokiełznane apokaliptyczne tabuny.

867

Wzdęte w piorunującym błysku smoczego grzebienia,

868

miriadami bazyliszkowych kwiatów zwisają, miriadami srebrnych szponów śmierci nad wessaną w mroku otchłanią, która wyżłobiła wody głębin, wtuliła jak kopulujący Lucyfer całe naraz piekło. Aż wszystko wyrasta w jakoweś Monstrum:

869

w karawan wieżyc chińskich, — w zwał lokomotyw —

870

w pociąg, który gna pełnym rozpędem, nalatuje naprzód rozzianiem powietrznym, wściekłym, jak uderzenie Ananke[294]; morze jeszcze zawisa chwilę, jakby wybierając los swój w jednej tysiącznej mgnienia, lecz ujrzawszy w dolinie zgonu na dnie swoje fatum —

871

przechyla, wali się — jak mur obronny olbrzymiego miasta:

872

wieże zębate, miriady wojowników z lancami i pióropuszami na głowach, te hufy słoniów, połyskujące szmaragdowymi napierśnikami, kwadrygi z wirującymi kosami śmierci, boscy śpiewacy i czarne demony w zapasach matematyki i obłędu, całe narody, wytchnione[295] przez morze, —

873

runęły naraz!

874

Kto nie słyszał burz jesienią na Żmudzi, kiedy pioruny padają, iście Perkunowe[296] oszczepy, we wzdęte fale Niemna — ten nie wie, czym zdolen być głos żywiołu!

875

Tam jednak zgon pod oszczepem piorunu jest złagodzony przez krzyże na polach, przez pieśni w kościołach, przez kwiaty na łąkach, przez miłość, która na mogile odprawi swój tan kukułczany!… tu zaś nic — prócz grozy, której nieznanym jest miłosierdzie!

876

Nieprzystępne turnie skał Ornaku odbiły impet wód, które wytryskują szaleńczym ogrodem gejzerów, fontann i jakby czarnoksięskiego ognia.

877

I wtedy — i wtedy, moja duszo, widzialnym naraz staje się Twój tajemniczy ogród męczarni, wszystko szczęście już się kończy, wyrasta las posągów zamarzłych, zaśnieżonych, cmentarzysko grobów głębokich, więzienie groteskowe i życie katorżnika rozbite na niegodny strzęp!…

878

A nad tym piekłem duszy w olbrzymiej chmurze oparów księżyc wyrzeźbia magiczne kręgi tęcz, wrota i witraże miłości, targając trupem nadziei po okręgach wód.

879

Minęła cisza — znów morze szturmem wdziera się na podchmurne wieżyce mrocznych nieprzejrzanych skał, miażdży je naraz.

880

Nie ma tych raf — jakby ich nigdy nie było —

881

znikają doszczętnie pod wzdętą krzywizną morza, podobną tu do soczewki tytanicznego teleskopu.

882

I znowu z świstem, z wyciem opadają wody — opuszczają zwycięstwa szczyt! znowu wściekłym impetem zlatują katarakty po zrębach, na porohach i wyżłobieniach, zżartych przez fale, niby przez usta tysięcy mątw.

883

Wzniósł się Hades mroczny, potwornie tryumfujący, odwiecznie zły, nieubłagany i zimny, dyszący śnieżnymi bruzdami swych ran —

884

wodospady łez ociekły — i już milczą.

885

Wejście Ornaku najstraszniejszym jest w tej czarnej zastęgłej ciszy.

886

Księżyc, Wąż, TajemnicaTam, w głębinach Lucyferowych księżyc-alchemik nuci bezmowną pieśń jadów —

887

na dnie otchłani morskiej widać jego laboratorium; fosforyzuje widmo odblasku, podobne do krzaku Mojżesza, wokół tam zgon czarny, jak w pustyni Hioba, gdy oślepł.

888

Księżyc spogląda z głębin nieba, niby wielkie oko diabła — wtem znowu poczyna tkać mistycznie gotyckie, tęczujące rozety, staje się cichym jak Adam w raju przed ujrzeniem swej wyśnionej — wąż żółtej piany zbliża się, zaczaja — to z Genezis kusiciel —

889

U Ornakowych skał wybucha poemat grozy, której nigdy żywy człowiek nie zapomni i przed skonaniem ją ujrzy znów…

890

Wężowa piekielna miłość napływa, zmienia się tu naraz w wyrastającą dziko baterię z tysiącem najeżonych dział: jęki, wycia, wsysanie i ryk płynącego pobojowiska!

891

Tragiczny księżycowy hieroglif zagadki rozbłyska na tych falach, które namyślają się, wzdęte i pochylone, jak pizańskie wieże — runąć? czy wniebowstąpić?

892

Niewypowiedziany już żadną orkiestrą piorunowy jęk organów kościelnych, które zwaliły się na głazy kościoła —

893

burze dawnej sławy narodu, walące się rusztowania wszystkich świątyń życia!…

894

Polska, PiekłoJakiż Szopen i Wagner mógłby oddać to bolesne wezbranie wód u stóp skał Tatrzańskich, które łączą Polskę i Sybir, kędy mrocznieją widma idące w lody północne sybirskiej katorgi —!

895

Łódź płynie mimo skał Ornaku[297], o których wie Ariaman, iż tam jest wejście do polskiego Inferna.

896

Któż jemu nada wyraz?

897

Gdyby piekło mogło się wysłowić, byłoby już zbawione.

898

Ariaman spoglądał przez otwór jaskini w miriady zrębów zagwiezdnej męczarni —

899

i zawstydził się, iż jeden cierń wbity w jego czoło, tak mu już starczy za koronę!

900

Tam iść —

901

tam, aż do głębin źródlanych ducha polskiego!

902

a jeśli się znajdzie tylko nicość i rozpacz, to nią roztrzaskać wszystkie Chrystusowe nieba! — — —

903

Tak mijały godziny nocy lub może — lata? — — —

904

Łódź wypłynęła w podcienie skał. Pierwotny mrok zaczął rozświecać niebywałym szafirem. Ten kolor powstawał z fosforescencji morskich, gęściej nagromadzonych w grocie. Woda uciszona, głęboka oświetla wielką, naturalną świątynię. Lecz nie tylko woda świeci tu blaskiem — kiedy Mag Litwor i Ariaman wyszli z łodzi, idąc komnatami gotyckich sklepień i kolumnad, Światłowszędzie spotykają szafirowy mrok, w którym jarzą myśli.

905

Polska, Historia, Niebo, PolakMistyczne niebo świeci w tych jaskiniach! W jednej sali ustawione teleskopy, siedzi mędrzec przy małej lampce oliwnej. Poznali Kopernika, słynnego autora De Revolutionibus orbium coelestium. Księga ta leży na głazie, mnóstwo na kartach znać poprawek i dopisków. Kopernik jednak pracuje nad nowym dziełem z rozszerzonego zakresu. Z uchylonych kart wyrozumiał Ariaman, iż jest mowa tam o Państwie Lucyfera.

906

W milczeniu najgłębszym idą dalej, spotykają dawnych uczonych, i których Mag Litwor określa nazwami: Wojciech Brudzewski[298] astronom, Marcin z Olkusza[299], który poprawiał wraz z Kopernikiem kalendarz w Rzymie, Wawrzyniec z Nowego Targu[300], Witelon optyk itd. Wszyscy oni pracują razem teraz nad wielkim nowym wyliczeniem, zajęci pogłębieniem swych dawnych prawd.

907

Przechodzi Ariaman obok Czarodziejów, którzy swe poszukiwania alchemiczne i nad naturą Diabła czynią dalej, mimo iż Sejm Warszawski wyrzekł, iż nie ma czarów na świecie. Jeden z nich pisze o Bagnie obecnej Polski, w którym broi Diabeł. Inny dowodzi, iż jak pająk wyciąga truciznę z róży, tak teraz uczyniono truciznę z nauki Chrystusa.

908

Widzi Ariaman dawnych pisarzy i poetów: Janickiego[301], Pawła z Krosna[302], Piotra[303] i Jana[304] Kochanowskich, Andrzeja Frycza Modrzewskiego[305], Stanisława Orzechowskiego[306], Jana Ostroroga[307], Tydemana Gizego — a prócz tych, braci czeskich: sieją we łzach Królestwo sprawiedliwości, którego królowie Jan Kazimierz i Zygmunt August teraz już nie zaprzeczają!

909

Wielki tłum niekatolików, a najlepszych Polaków — których już nie wyklina Hozjusz[308] i Skarga[309]

910

Odpokutowane też winy dysydentów, którzy wzywali pomocy Karola Gustawa szwedzkiego i Piotra Wielkiego. Lecz inkwizytorzy nasi, wychowańcy jezuitów, wciąż broją i tu, wciąż grzmią kazania przeciw różnowiercom!

911

Męczy się naród za winy jednostek.

912

Dziesięciowiekowa budowla niszczona przez pasieki trutniów szlacheckich, którymi były i są kolegia jezuitów.

913

W głębinie piekła kotłuje jeszcze zawierucha, wzniecona przez Bohdana Chmielnickiego[310], mści się też i Nalewajko[311], torturowany niegdyś w Warszawie.

914

Tłumy arian[312], wypędzonych przez Orthodoxa Jana Kazimierza z nauszczeń[313] nie tylko katolików, lecz kalwinów i luteranów, tłumy te na tułaczkę idą, śpiewając nabożne pieśni o Jeruzalem św. Jana.

915

Szli dalej Mag Litwor i Ariaman.

916

Na rynku krakowskim fanatyk starosta Gabriel Tarnowski[314] pali pisma Broscjusza[315], przeciw jezuitom i Krzyżakom wymierzone. Widzą jezuitów, co handlowali w Martynice i byli królami w Paragwaju; zasiadają na fotelach w złym smaku przepychem lśniących, obradują nad Polską teraźniejszą. I huczą kazania dawnego jezuickiego kaznodziei, wymierzone przeciw kierunkom modernistycznym w języku zepsutym i nadętym, w nienawiści przeciw tym, co chcą poprawiać nawę[316] św. Piotra.

917

„Znać, że to teraz kanikuła, kiedy Canicula modernistyczna przy pałających syriuszach coś chce zaskomleć na naganę wielkiego Ignacego[317].

918

A z czymże się odezwiesz, szczeniuchu?

919

Z trąbą? I dobrze: bo Ignacy jako tuba Ewangelii, nie tylko w Europie, ale i na nowym świecie rezonancję daje. Słychać po Indiach tej trąby kuranty. Nadprzyrodzone sztuki umie Ignacy.

920

Ignacy w inwencjach swoich przechodzi Archimedesów, in manuali opere[318] Kallimachów[319], w architekturze Nikonów, w optyce Bodynów, w muzurgii Arionów, w matematyce Kononów, w geometrii Archytów, w oratorii Peryklesów, in calamo[320] Orygenesów[321].

921

…Tu wierzgają nie tylko piekielne, ale i ziemskie monstra…”

922

Wtem, ujrzawszy obcych, jezuita zakrzyknął:

923

— Czy nie jesteście i wy nowinkarze? chodź no tu sam, ty młodszy, na katedrę, pokazać go narodowi, niech mówi… —

924

I tysiące rąk wypchnęło Ariamana na rodzaj kazalnicy, która była naprzeciw jezuickiej i służyła widocznie do dysput.

925

— Proponuję tedy — rzekł Pater — iż jako słońce obraca się koło ziemi i na głos Jozuego stanęło, tak i dusza ludzka musi stanąć na głos Jezusa! Jeżeli uczyłeś się waćpan retoryki i choć nieco teologii, mów. Słuchamy. Prosimy. Głośniej — jako tuba zabrzmij. Nie lęka się ciebie nasz Zakon!

926

Chrystus, Religia, Wiara, Bóg, Kondycja ludzkaNie do ciebie mówić będę, lecz do tych, których wiara staje się już cudem zamyślenia!

927

Jestem wtajemniczonym przez Króla Wężów w sferę elementarną — w pewność, iż Chrystus według pojęć pobożnych nie istniał nigdy.

928

Chrystus ma stanowić słońce najwyższe wszystkich religii, które dokoła Niego krążą, jak nasz świat planetarny dokoła konstelacji Herkulesa.

929

Dla mnie takie słońce Chrystusowe już umarło.

930

Zanim krok uczynię ku „wyzwalaniu się z moich osobistych pragnień” — muszę wiedzieć, w imię jakiej Prawdy bezwzględnej mógłbym poruszyć mój świat?

931

Nie wierzę w kościół, który jest kałużą zmarniałej ugrzesznionej natury ludzkiej.

932

Nie wierzę w naturę, która na dnie najgłębszym kryje nieświadomość.

933

Nie wierzę w Boga osobowego, bo jest karykaturą mej osobowości.

934

Nie wierzę w mą osobowość, bo —

935

tu Ariaman utknął — bo jest złudzeniem!

936

— A cóż jest niezłudzenie? — szepnął Mag.

937

— Nie mówmy o pojęciach ogólnych. Wiem, że wśród mroku mej duszy zjawiają się dziwne smugi światła — i zbiorem tych smug ty jesteś, Magu Litworze.

938

Wiem, iż są pomoce niewidzialne, wiem, iż są przeczucia, wiem, iż można odgadywać przyszłość — i to nazywam głosem Jaźni. Lecz czuję się zbłąkanym jako człowiek, jako ten, co przestał być chrześcijaninem, a nie przestał być psychikiem.

939

Chrystus, Religia, Historia, WiaraJezus z Nazaretu przeszedł przez serce ludzkości, lecz wszakże nie da się on pogodzić z jakąkolwiek rozumową krytyką!

940

Wypełnia wolę jakiegoś niewidzialnego komendanta. Jaką wolę? żeby założyć Królestwo Boże. Nie udaje się mu to w Judei, jedynie powołanej do przyjmowania objawionych nasion.

941

Po wydarzeniu w Cezarei mówi już tylko, jak istny melancholik, o potrzebie śmierci.

942

W tej filotanazji[322] idzie rozbestwionemu ludowi w łapy.

943

Męczeństwo jego wzrusza mnie, ale i gniewa.

944

Męczeństwo lunatyka lub tych fanatyków w Rosji, którzy się spalają tłumami w chatach zamkniętych, aby dosięgnąć nieba, zbawić siebie i świat.

945

Obraz świataJezus z Nazaretu nie ma zupełnie świadomości o tragedii bytu.

946

Dokoła niego skowronki nucą, Ojciec dobrotliwy za kotarą świata gotów przytulić marnotrawne dzieci.

947

Na koniec, Jezus z Nazaretu jest skończonym typem owoczesnego szlachetnego żyda: wszak nie burzy nic w Starym Testamencie, a co gorsza, sam żelaznym berłem chce rozprawić się podczas Ostatniego Sądu, jak Jehowa nad Sodomą lub Dawid nad Amorejczykami, których kazał przepiłowywać drewnianymi piłami.

948

Z tej działalności proroka nieudanego — robi historię zaświatową dopiero Paweł z Tarsu i wtedy rabi Jeszua z Nazaretu przy jego pomocy wkracza w dzieje.

949

Dialektyk grecki wyrobiony w rabinie żydowskim, opętuje świat pogański, który właśnie zaczynał się męczyć tajemnicą życia i zgonu.

950

Paweł jest założycielem Chrześcijaństwa, tworząc Misterium Syna Bożego i wzywając świat cały, aby się do Ojca swego po dziedzictwo udał. Lecz kościół zakłada jeszcze nie on.

951

Czyni to Piotr — i w zasadniczym przeciwieństwie do kosmopolity Pawła, tworzy kościół na wzór jerozolimskiej hierarchii, która w rzymskiej atmosferze panowania wyrasta na potęgę, zginającą królowi bazyleusów.

952

WampirKościół jednak nabiera cech życia tych narodów, wśród których powstaje.

953

W Egipcie ucieka od świata i w celi lub na słupie, gdzie stoi fakir wśród jarmarku, wyrabia typ surowego dogmatu.

954

W Helladzie stał się kościół Akademią metafizyki, msza zaś — magicznym środkiem udzielania nieśmiertelności.

955

W Rzymie na miejscu bożków pogańskich postawiono świętych, lecz z energią rzymską rozszerzono wiarę aż do Brytanii i Słowian.

956

Kościół Katolicki uznał się za arkę Tajemnic Bożych i nawet za Państwo Boże, mając w sobie zepsucie Borgiów, inkwizycję, sprzedaż odpustów i absurda dogmatów.

957

Przeciw temu wybucha zdrowy instynkt i niepogwałcone sumienie ludów północnych, buntując się przeciw celibatowi, przeciw rozdawaniu koron przez tiarę.

958

Biblia dostaje się do rąk ludu.

959

I cóż? zatrute źródło nie może napoić ducha Ludów.

960

Tłumaczenie Biblii kończy się sektami, które rozpełzają jak raki wypuszczone z worka.

961

Polska, Religia, Książka, Prawda, Polak, Matka, DzieckoNas, Polaków, uważają Szujscy, Tarnowscy etc. za przynależnych do Rzymskiej kurii tak, jak dziecię przynależy do matki.

962

Zła była dla nas ta macocha i nie karmi, bo nie może karmić nas Prawdą, która wszak jedynie zbawia!

963

Trzeba, żeby Polacy nareszcie zaczęli czytać Biblię. Nareszcie wówczas by zrozumieli, jak tańczą od lat tysiąca pod muzykę zmyloną zupełnie.

964

Punkt wyjścia jest fałszywy. Państwa Bożego założyć się nie da, gdyż Kazanie na Górze niszczy całą kulturę, a nawet całego człowieka, który wyszedł z rodziny mastodontów i ichtiosaurów, a idzie — ku wielkim Mahatmom Przyszłości.

965

ChrystusIdąc w ślad za Jezusem, kończymy ciemnością Golgoty i koroną cierniową.

966

Religia, KłamstwoIdąc za kościołem, kłamiemy w czasach dzisiejszych — niewybaczalnie.

967

Tęsknię ku Indiom, lecz wątpię, czy i tam jest światło Wiedzy Bezwzględnej! —

968

Nie wiem, czy Kriszna nie jest tam tymże samym, co u nas „Zbawicielem” — tj. tymże samym Mirażem.

969

Znany jest argument, iż zbawienie musiałoby powtarzać się nieskończoną ilość razy na nieskończonej ilości zamieszkałych planet. —

970

Powstał krzyk tak długi i zewsząd idący, jakoby Charybda[323] otworzyła swą gardziel i ryczała.

971

Ariaman znieważył uczucia najdroższe wszystkich. I tych, którzy szli za kościołem, i tych, którzy budowali wiedzę swą na wierze w Indie.

972

Z tego tumultu jeśli wyszedł żywym, zawdzięczał jeno Magowi Litworowi, który potem rzekł:

973

— Mówiłeś prawdę: Wężową głęboką prawdę. W Ornaku trzeba było złożyć i taki dokument. Ale teraz śpieszmy przemyśleć możność nowej budowli z niezniszczalnych głazów. —

974

Szli szybko, pragnący patrzeć, jak rozwija się sekta Franka[324], który przez Polskę miał wieść żydów do nadzwyczajnych bogactw i zaszczytów; potem zwątpiwszy prędko w nową religię, zachowywała z fanatyzmem formy zewnętrzne, aby utrzymać towarzyskie pozycje i prebendy.

975

Tłum, Polak, NienawiśćLecz tłum biegł za Magiem i Ariamanem, gotów ich jeśli nie ukamienować po trzykroć, jak się kamienuje diabła, to w każdym razie wykrzyczeć, odmówić im polskości, zdrowego sensu i naigrawać się nad tajemnicą duszy, która jest łajnem.

976

Ale na szczęście Mag i Ariaman zdołali się zasłonić szeregami, idącymi za Apollinem apokaliptycznym na śnieżne pola pod Moskwą… na nowy szturm.

977

Wtem ujrzy Ariaman na wyjściu z jaskiń Ornakowych widmo wojskowego z roku '63. I mówił w nim jakiś głos dawny tych marzeń, które i on przeżył w pierwszej młodości.

978

Hauke-Bosak, dzieckiem wzięty do paziowskiego korpusu, wychowany w banalnej świetności na oficera, dowiaduje się w Paryżu, jako 24-letni podpułkownik, o Polsce — i swym pochodzeniu. Nauczył się w sześć tygodni mowy i historii polskiej, jedzie na Kaukaz wyćwiczyć się w walce —

979

a kiedy tam zdobył sławę, zaraz przy wybuchu powstania bierze dymisję, mówiąc, iż nie może dowodzić wojsku, które rozstrzeliwa tłumy bezbronne!

980

Idzie na tę nędzę życia, wspaniałego li jedynie ogromem męczarni —

981

idzie, jako dowódca oddziałków powstańczych, rozbijanych z łatwością przez karne szeregi rosyjskie.

982

Naraz przed Ariamanem w mgłach nocnych rozsunęły się lasy Iłży, klasztor Świętokrzyski, spalony Opatów, klęska pod Bodzentynem — i potem na wyspie Kaprerze Garibaldi, rozmawiający z Bosakiem-Hauke[325]; i potem on, niedający się nakłonić do powrotu na dwór carski — idzie ginąć za Francję w wojnie przeciw Prusakom!

983

Zapadła w wir pod Ornakiem mara, Ariaman ukrył twarz.

984

Praca, Mądrość, Błądzenie, Historia, NaródZmęczony nie chciał już patrzeć na zjawy historyczne: widział jasno, iż tylko wydobycie nowej, prostej, głębokiej prawdy życia zdoła nieszczęsny naród w jego tułaczce po pustyni przywieść do Ziemi Obiecanej mądrości, pracy i harmonii.

985

Mag Litwor nie chciał poruszyć jeszcze całą ręką strun w duszy Ariamana, który miał w sobie spuściznę nieświadomą wiekowego cierpienia; PolakPolak w młodości, jak wieloryb w czasie burzy rzucony na skałę, wyżłabia cały bok — i z tą krwawą rzeką płynie w coraz ciemniejszych głębinach. — —

986

Mrok nocy zakrył im góry Ornaku.

987

Wypływają z wielkiej zatoki — morze pełnym przypływem napełniało ją, zaś odbite fale tworzyły jeden za drugim trójkąty zderzających się i niebezpiecznych mocy.

988

Mag Litwor nakierował łódź na ukos fali, idącej z wprost — największej.

989

Ariaman skrócił żagiel — wtem druga fala nadchodzi z boku — łódź obróciła się do niej pod kątem i została zalana tylko jej grzywą. W tejże chwili Ariaman czuje, że mu serce zastyga, bo oto fala, nalatująca z tyłu, wściekłym naporem gruchnęła w łódź.

990

Myśli, że to już koniec —

991

lecz Mag Litwor nie tylko znał się na burzach duszy — niesłychanie błyskawicznym ruchem wykręcił ster i skrócił żagiel drugi, tak że łódź znajduje się znowu w ukosie do fali.

992

To ocaliło, wyśmignęła, cała zapełniona żółtymi bursztynami jeszcze dyszących jak żywe pian.

993

Na Ariamanie, który kochał żywioł („żywioł oczyszcza”) i rozumie żeglarstwo, umiejąc w łodzi o zakrytym pomoście przepływać nawet wir przy Muraniu —

994

teraz witeziowa potęga Maga Litwora wywiera wrażenie bardziej imponujące niż cicha świetlaność jego ducha.

995

Tak już bywa z naturami wiecznie młodzieńczymi, że wrażenia najsilniej przyjmują przez zmysły.

996

Morze, WiedzaMorze — ten wielki symbol życia i śmierci, otaczając wokół, zaprasza Ariamana i w każdej chwili gotów rozemknąć swe straszliwe uniwersytety wiedzy: że się jest niczym, będąc wszystkim; tej wiedzy, iż ostatecznym wyrazem duszy ludzkiej — jest mrok.

997

Mówi Tirso de Molina[326], iż „największym z uniwersytetów jest boleść”.

998

MiłośćGdyby miłość szczęśliwa była nawet Beatrycze, gdyby miłość nie była ślepym pociskiem Fatum, lecz Wieszczką, idącą wspaniałymi wschodami, jak na Ca d'Oro[327], gdzie u szczytu stoją tytany:

999

tu, na tym dzikim żywiole bezbrzeża, wyglądałaby jak marny kwiatuszek u kamiennego, sardonicznie uśmiechniętego Sfinksa!…

1000

Księżyc zachodzi za chmury —

1001

zda się on szeptać strofę ze Statku Pijanego[328]:

„Już za długo płakałem: jutrznie są bolesne,
srogie wszystkie księżyce, gorzkie wszystkie zorze;
miłość mi dała strętwienie przedwczesne —
o, niechaj dno me pęknie! niech pójdę pod morze!”
1002

Wizja, Historia, Naród, ChorobaSen o rozwarciu bram życia nowego i dla narodu nie ziści się.

1003

Kamień się stoczy z tych gór, na których miał być pono raj — (tak wywróżył w jaskini mu Król Wężów —)

1004

ten kamień Syzyfowy uderzy nas wszystkich w pierś —

1005

i długa maligna, ciężka nie na żarty choroba — —

1006

Ariaman zakrył oczy…

1007

Bezgraniczna święta ojczyzno! pustyni Twej nie odda samotnik, choćby, jak bizantyjski następca tronu, mógł wybierać w tłumie dwunastu tysięcy najpiękniejszych dziewic — szukając Pasargady[329], córy Komet! —

1008

Ariaman, czyniąc to zaklęcie, zanurzył rękę w morzu i widział, jak zostawia ona za sobą brylantową smugę fosforescencji.

1009

W duszy jego toczy się taka smuga krwi! Zaiste, on nie krzywoprzysiągł: miłość w pustyni świata jest większa niż morze — miłość ta jest największym z uniwersytetów!

1010

Wysiedli na małej wyspie, zarosłej gęstym lasem; już księżyc zapada w morzu i zda się żagwiącym okrętem wśród mroków.

1011

Tu było wybrane miejsce dla pierwszych święceń Wtajemniczenia.

1012

Tu wśród lewad[330] wonnych tajemniczo milczącego lasu rzekł Mag Litwor:

1013

Wizja, Marzenie, Mędrzec, NarodzinyNic nie jest dalsze od prawdziwych wizji niż marzenia.

1014

Wtajemniczony winien władać w zupełności każdą myślą swą i każdym odruchem woli.

1015

Wtajemniczony musi narodzić swe ciało eteryczne — podobne różanemu kwiatu brzoskwini, które mu da potęgę wewnętrznego słowa.

1016

Tym Słowem on będzie porozumiewał się z istotnym wnętrzem minerałów, roślin, zwierząt i ludzi.

1017

Wtajemniczony musi narodzić samego siebie — musi utworzyć silne; harmonijne organy nowej swej istoty.

1018

Wtajemniczony musi uważać wszystko, co jest wyłącznie nim samym, za złudzenie.

1019

Wszelkie osobiste pragnienia za niedozwolone.

1020

W Zwierciadle swej wyższej jaźni ujrzy on zwierzęce postacie swych namiętności.

1021

Wszelkie zwątpienia muszą w nim ustać. Zamiast wiary naradza się wiedza zupełna.

1022

Rzekł Ariaman:

1023

— Mam i ja swą ścieżynę do świata innego, ale na tej ścieżynie często napadają mię burze i mgły.

1024

Jeśli raz przejdę wśród gwiazd, raz drugi zbłądzę wśród miejscowości znanej mi dokładnie.

1025

Jakim więc sposobem mogę odróżnić to, co jest prawdą, od wewnętrznego mirażu? —

1026

Obraz świataMag Litwor zaczął wtajemniczać Ariamana w pojęcia innej świadomości, niż mózgowa: wiemy, iż podczas transu śpiący w letargu ma zmysły i mózg jakby sparaliżowane, źle odżywiane przez złą krew. Jednakże pamięć staje się fenomenalnie dokładna, wzrok widzi przez zamknięte skrzynie lub na ogromnych przestrzeniach innej części świata.

1027

Dzieje się to za pomocą innych stanów materii niż znane nam stała, płynna i gazowa.

1028

Między atomami są olbrzymie przestrzenie, zapełnione eterem, według fizyków.

1029

I gdyby metr kubiczny platyny, ważący kilkanaście tysięcy kilogramów, złączyć w materię absolutną, bez pustych przestrzeni — byłby to kłaczek wielkości łebka od szpilki.

1030

Atom jest tylko pojęciem siły.

1031

Kondycja ludzkaCzłowiek jest zbiorem różnych potęg, które w nim osłaniają tajemnicę najwyższą — boskiej iskry.

1032

Kronikarz Turowego Rogu nie jest w stanie szczegółowo podać rozmowy tej: bo udzielił mu jej Ariaman pod największą tajemnicą. Część dalsza rozmowy była jednak czysto pojęciowa.

1033

I tak podobno mówił Ariaman:

1034

Wiem, iż świat starożytny Hellenów był poprzedzony przez świat indyjski.

1035

Z Himalajów wiedzy i przemyśleń, mitów i poezji — zasilały się wielkie rzeki cywilizacji: Babilon, Egipt, Hellada…

1036

Herkulesa znamy w sanskrycie, jako Hara-Kala, bóg walk — miano, dawane w poezji indyjskiej Sziwie.

1037

Towarzyszem Sziwy był Tha-Saha, znany nam jako Tezeusz; Ari-Ana — uwiedziona przez wroga; Para-Saha — przychodzący na pomoc — Perseusz.

1038

Trzej bogowie piekielni Aha-Ka, sędzia surowy — epitet Jamy — czy nie poznajemy Eaka? Radha-Manta — karzący występek, i Pluszta, bijący ogniem!…

1039

Atanaia — bezdzietna, Ken-tura, człowiek, koń, Zupitri — ojciec nieba, Napatana — ujarzmiacz fal, Lalaga — ten, kto idzie, szerząc strach, dawne Lelegi, Lachy?

1040

Filozofowie w Grecji mieli imiona zbiorowe: Prothaguru, Anangaguru, Pithaguru, gdzie znaczy guru — nauczyciel szkoły — wiedzy — rozumu itd.; imiona te są tak zbiorowe, jak Kserkses, który w sanskrycie znaczy Ksatrias — król, Artha, znaczy wielki — i mamy oto Arthakserksesa!

1041

Wirch Meru indyjskiego narodził mniejszy Olimp grecki; tu i tam była rozdawana Amrita.

1042

Legenda o Złotym Runie i wyprawie morskiej znana jest w Indiach; Iliada Homera — jest wieszczą córą Ramajany.

1043

Lecz jakiż jest most wiodący z olimpijskich igrzysk do samoumęczania fakirów? Co wyraża też Msza chrześcijan w stosunku do ofiary rannej braminów? —

1044

I mówił Mag Litwor:

1045

— Uroczystość mszy rannej Sarwameda wyobraża ofiarę powszechną i symboliczną wszechstworzenia.

1046

Bóg, Mędrzec, KapłanW obrazie Kriszny spełnia się ofiarowanie uroczyste samego Boga; każdy bramin powtarza: „Ani ja nie należę do siebie, ani świat nie należy do mnie. Co do mnie należy, należy też do innych!”

1047

Wprawdzie okres indyjski został w Indiach poniżony przez faryzeuszów.

1048

W Indiach widzimy kozła ofiarnego w całej kaście pariasów, którzy się stali idiotami; blade szkielety — włóczą się nocą po miejscach pustych, szukając padliny, o którą walczą ze szakalami i ptakami drapieżnymi. —

1049

— W Egipcie takim narodem pariasów byli Żydzi — rzekł Ariaman — i oni nam narzucili swą religię męczeństwa.

1050

Wyjście ich z Egiptu jest najhaniebniejszą ramotą, jaką zna kryminologia. Bóg ich prowadzi od komizmu kar żabami i muchami do potworności morderstwa synów pierworodnych.

1051

Biorąc na pomoc hagiologów i przede wszystkim samą Biblię wspomnijmy: pobrali złote naczynia sąsiadom; potem wrócili się Żydzi, aby Faraon, widząc ich, pogonił za nimi i mógł zginąć wraz z armią — wtedy na rozkaz Jehowy rozwarły się wody…

1052

W Kanaanie z miast zdobytych nie zostawiają nikogo żywym — prócz dziewic (Lb, 31) rzuconych na rozpustę. Z małej rodziny Jakuba, po 215 latach, miał się rozrodzić naród paromilionowy, gdyż samych mężczyzn było 600 tysięcy, nie licząc kobiet i dzieci… Rozrost niemożliwy.

1053

Z bandy tej niesfornej Mojżesz formuje naród. Lecz jak? Oto ognie podziemne pożerają za niedowiarstwo 14 tysięcy. Kapłani mordują 24 tysiące za obcowanie z Moabitkami; po uczczeniu złotego cielca, Jehowa chce zniszczyć naród, na prośbę Mojżesza zgadza się, żeby kapłani wymordowali tylko 23 tysiące.

1054

Jehowa ukazuje się Mojżeszowi z tyłu: videbis posteriora mea[331]

1055

W Genezis żydowskiej widzimy skalanie kobiety, zwalenie na nią całego ciężaru grzechu pierworodnego.

1056

— Wszystko to jest nieco inaczej niż Ty przedstawiasz w zapalczywym gniewie na Stary Testament — rzekł Mag.

1057

Nie przeczę, iż w Indiach pojęcia były głębsze, ludzkość — czystsza.

1058

W Indiach Adima i Hewa, żyjący w raju wyspy Cejlon, przechodzą, dzięki omamieniu Rakszasów, na ląd — nie popełniając grzechu.

1059

Hewa z miłości idzie za mężem, lecz ostrzega przed nieszczęściem! I dlatego z niej to naradza się potem Zbawiciel.

1060

Kobieta, Obraz świata„Kto pogardza kobietą, pogardza matką!

1061

Łzy kobiety ściągają ogień z nieba.

1062

Bóg śmieje się z modlitwy tych, którzy szydzą z cierpień kobiety.

1063

Kto zapomni o męczarniach matki, w jakich go narodziła — ten w ciągu trzech wcieleń będzie wiódł nędzne istnienie.

1064

Kobieta jest duszą wszechświata”.

1065

— Oto Indie — wykrzyknął Ariaman. — Zestawmy dla porównania tę Ruth, która zdobywa bogatego wdowca przez prostytucję; Abrahama, który wypędza swe dziecko i kochankę na pustynię; tego męża, który żonę swą oddał na całą noc orgii — ze strachu przed bandą awanturników.

1066

Ciekawe skądinąd dla socjologii żydowskie opowieści mają śmieszną odwagę mienić się objawieniem Bożym.

1067

Mógłże[332] Jezus, ten istotny Prorok, nie kontradykcja z ulepionych legend i przewijającej się tu i owdzie gnozy, mógłże wyrazić się, że On nie przychodzi niczego burzyć i utrzymuje Stary Zakon?

1068

Wszakże w całym Starym Zakonie nie ma jednego słowa o nieśmiertelności duszy, a bez tej czymże jest nauka o Słowie?

1069

Mojżesz przez Egipt wziął wiedzę pradawną, ale nie zaczerpnął jej w całej głębi, będąc adeptem niższym, później lud i tradycja lewitów skazili jego naukę.

1070

— To źle dla adepta Wiedzy Tajemnej, jakim Ty jesteś Ariamanie, że myślisz wciąż w tonie burzycielskim. Czyś nie przeżywał chwil wzniosłych na Synaju? zali[333] nie mówi ci o nieśmiertelnej duszy jej podobieństwo do Jehowy? czyś nie płakał nigdy z Jeremiaszem? i nie tryumfowała Twoja dumna młodzieńcza dusza z Dawidem?

1071

Znów powtórzę, że Indie są Monopolią innych religijnych kolonii.

1072

Wszakże Wedy głosiły najdawniej jedynego Boga i, co ważniejsza, dowodziły jedności świata.

1073

„Ten, który istnieje sam przez się i który jest we wszystkim, bo wszystko jest w Nim.

1074

Ganges, który płynie, to Bóg; morze, które huczy — to On; wicher — chmura — błyskawica — to On”.

1075

Świat w kosmologii indyjskiej stawał się stopniowo.

1076

Jeden dzień Brahmy stanowi cztery miliony trzysta tysięcy roków ludzkich.

1077

Religia, HistoriaNa 3500 lat przed naszą erą, czyli narodzeniem Jezusa w Judei, naradza się Kriszna[334] z dziewicy Dewanagii.

1078

O przyjściu Kriszny mówiły proroctwa:

1079

„Przyjdzie okrążony światłem, tchnienie czyste wielkiej duszy; wody Gangesu wstrząsną się od źródeł aż do morza — jak brzemienna kobieta, która czuje w swym łonie pierwszy ruch dziecka.

1080

Przyjdzie, i Rakszasy przeklęte uciekną w głębiny piekła.

1081

Przyjdzie, słodszy niż miód i amrita; wszystkie serca uniesione będą miłością…

1082

Jednego wieczoru, kiedy dziewica Dewanagii modliła się, muzyka nieba oczarowała jej słuch, więzienie, w którym była, — rozświetlało —

1083

ujrzała Wisznu w bożym majestacie.

1084

I oto duch zaciemnił jej — i ona poczęła…”

1085

Religia, HistoriaNarodziny Kriszny otacza też legenda o rzezi niewiniątek, której Herod w Judei nie mógł spełnić dla tej prostej przyczyny, że umarł cztery lata przed erą chrześcijańską — dodał Ariaman.

1086

— Nauka Kriszny była prosta, lecz wpływ jej wstrząsający.

1087

Mówił przypowieściami:

1088

„Należy się wyrzec bogactw i rozkoszy, jeśli sumienie ich nie pochwala.

1089

Ziemia nosi tych, co ją depcą nogami i rozdzierają jej łona, zaorując; podobnie musimy dobrem oddawać za zło.

1090

Jeśli obcujesz z dobrymi — twe przykłady są niepożyteczne; nie lękaj się żyć wśród złych — aby ich doprowadzić ku dobru.

1091

Jakiekolwiek przysługi oddaje się ludziom przewrotnym — podobne to jest do liter na wodzie, które zmazują się w miarę jak są nakreślone. Lecz dobro musi być spełniane dla dobra, gdyż nie na ziemi trzeba oczekiwać zadośćuczynienia.

1092

Człowiek, który uświęca środki jedynie przez żądzę dojścia do celu, traci prędko sprawiedliwość i zrozumienie świętych nauk.

1093

Dobro, Zło, Cnota, Zwycięstwo, UpadekCzłowiek szlachetny, walący się pod ciosami złych, jest jak drzewo sandałowe, które padając, napełnia wonią topór, który je uderzył”.

1094

W rozmowie z Ardżuną o Jaźni mówi Kriszna w Bhagawad Gicie:

1095

Dusza„Dusza nie jest niedoskonała w swej czystej istocie. Światło wysokiej jaźni nie ma z siebie swego zaćmienia.

1096

Z połączenia duszy z naturą powstała niedoskonałość. Lecz ta niedoskonałość nie sięga jej esencji, nie leży w jej przyczynie, którą jest inteligencja najwyższa — Bóg”.

1097

Religia, HistoriaKiedy Kriszna przemienił się przed oczyma swych uczniów, ci nazwali go Jezeus, tj. wysnuty z bożej istności.

1098

Dwie kobiety u nóg jego, chrzest w Gangesie, morderca jego Angada… Ciało Człowieka-Boga zawieszone na drzewie staje się pastwą jastrzębi…

1099

Uczniowie nie zastali już ciała, —

1100

drzewo, okryte krwawymi kwiatami, rozsiewało woń.

1101

Sprawę jego prowadzili dalej brahmani.

1102

Ci ludzie, noszący tonsurę i sznur święty, mieli całą zakonność wieków średnich Tomasza à Kempis[335] i bizantyjskich pustelników.

1103

„Niech będzie sam bez towarzyszy, nie troszcząc się, iż jest opuszczony przez cały świat i że on sam wszystko porzucił.

1104

Niechaj nie życzy sobie śmierci, niechaj nie życzy też i życia, i jak żniwiarz wieczorem czeka spokojnie swej zapłaty na progu Pana, niech on czeka, aż godzina jego nadejdzie:

1105

Jeśli ten, który go uderzy, upuści kij — niech on go podejmie i odda mu bez skarg.

1106

Niechaj nigdy nie zdobywa sobie pożywienia, czyniąc cuda i tłumacząc sny.

1107

Niechaj nigdy nie wypacza istotnej treści świętych Pism, aby wydobyć nakazy, służące namiętnościom i dobrom tego świata.

1108

ŚmierćKiedy godzina śmierci wydzwoni, niech się rozciągnie na macie i pokryje popiołami; ostatnie jego słowo niech będzie modlitwą za całą ludzkość, która cierpi dalej, gdy on jest już dopuszczony do Ojca wszechrzeczy”.

1109

Kapłan, Religia, Wolność, WładzaBrahmanizm, jak i nasza religia, sięgnął z czasem po ziemną[336] władzę. Zgięto do ziemi naród, nie dając mu już wolnego sądu, sumienia ani godności. Kiedy garść obcych zdobywców przyszła, zastali w Indiach tylko tłum bez odwagi, inicjatywy i wolności. —

1110

— Nie wnoszą jej chrześcijańscy misjonarze, którzy w tak zwanym rytuale malabarskim mały krzyżyk przywieszają do bezwstydnego Sziwy[337] lub wypędzają pariasów z kościoła! — rzekł Ariaman.

1111

— Sami brahmani dzisiejsi są cieniem tego, czym byli: w nędzy, w występkach, w upadku moralnym i w bezmiernej pysze, która wyrasta nad otchłanią ich bezpożyteczności. Przebudzony ruch między nimi Commouty przez handel, kapitały i asocjacje — dąży do dawnej władzy teokratycznej. Wyjątkowi tylko wracają do Wed i wtajemniczeń pierwotnych.

1112

Są jednak inni, którzy idą ku Wolności przyszłej…

1113

ChrystusLecz idźmy dalej w badaniu Kriszny-Chrystusa. Chrystus oznacza ten wielki ideał, do którego dążyła cała ludzkość. Jest to nazwa Pomazańca, Syna Bożego, jakim miał się stać każdy człowiek religijny.

1114

— Jezus był więc jednym z Synów Bożych — rzekł Ariaman, który widać tej nocy postanowił zerwać z Krzyżem.

1115

Nazarejczyk Jezus cóż czynił do roku 30? Nie mówią o tym Ewangelie.

1116

Był w Egipcie czy w Indiach? sam — czy z towarzyszami? Czym mógł tak wyrosnąć nad ciżbę ciemnych współplemieńców?

1117

Mistyka esseńczyków[338] cicha, kontemplacyjna — czy mogła wydawać takież rezultaty, co joga indyjska, tj. wiedza o głębinach duszy i panowaniu nad jej potęgami? —

1118

— Ariamanie — rzekł Mag — rozumujesz jak faryzeusz, wyznawca litery zakonu i fanatyk pewnej szkoły.

1119

Dusza może być wszędzie i zawsze równa sobie tj. nieskończoności.

1120

Przyznaję, iż życie Kriszny wpłynęło na legendę o Jezusie, zaś wiedza aryjska Indii na rozwój duszy semickiego proroka Ariów.

1121

Również imię Jezusa, jako jednego z wcieleń Buddy — których 84 000 wyliczają księgi święte — jest znane w Indiach: Issa.

1122

W klasztorach buddyjskich, osobliwie w Lhasie, dużo jest odpisów życia „najlepszego z ludzi”.

1123

Te odpisy znane w Europie, dzięki całemu szeregowi sanskrytologów, z naciskiem twierdzą, iż w czternastym roku młody Issa z rodu Dawidowego przybył do krainy Sind, zamieszkałej przez Ariów. Tu w pobliżu Dżagernaut, gdzie mogiła Kriszny i wielkie biblioteki, studiował.

1124

Wtajemniczywszy się w wiedzę indyjską, zaczął potępiać nienawiść między kastami oraz braminów — dowód, iż nie był ślepym naśladowcą hinduizmu. „Jeden w pocie oblicza swego pracuje, aby zdobyć łaskę bezczynnego, który siedzi przy stole wspaniale zastawionym.

1125

Brahmani oddalili was od prawdziwego Boga, ich przesądy i okrucieństwo wiodą was do przewrotności umysłu i utraty uczuć moralnych”.

1126

Ten życiorys każe Jezusowi, wracającemu przez kraj Persów, pouczać też czcicieli Słońca:

1127

„Słońce podnosi się, aby was ogrzać podczas Waszej pracy; ono się kładzie, aby użyczyć wam spokoju, który ja sam utwierdziłem”.

1128

— Widzimy, że łatwiej było dawnej Ludzkości uzyskać wiedzę ducha, niż wiedzę kosmograficzną — szepnął Ariaman.

1129

— Teraz zaś wśród stert wiadomości przyrodniczych panuje zamęt i ciemność w tych świątyniach, o których mówił Issa:

1130

„Wejdźcie w świątynię, w serce wasze, oświećcie je dobrymi myślami, cierpliwością i dowierzaniem niezachwianym, które winniście mieć w waszego Ojca.

1131

Wasze naczynia święte — to są wasze oczy i ręce… czyniąc dobro bliźniemu, spełnicie ten obrządek, który uświetni obraz wasz, w którym przebywa On”.

1132

Koło roku 29 Issa wrócił do Ojczyzny, której los w ujarzmieniu było mu ciężko oglądać.

1133

Kiedy szpiedzy Piłata już go otaczali, on uczył:

1134

„Nie wierzcie w cuda — człowiek nie może wstrzymać szaleństwa huraganu ani rozwiać dżdżu.

1135

Lecz jest cud, który człowiek może spełnić: pełen wiary szczerej wykorzeni on z serca wszystkie złe myśli i aby dosięgnąć celu, nie będzie szedł już drogami niesprawiedliwości.

1136

Nie dawajcie wiary wieszczkom. Bóg jeden zna przyszłość; kto zapytuje wróżbitów, zanieczyszcza świątynię, która jest w naszym sercu i okazuje niedowiarstwo względem swego Twórcy.

1137

Wiara we wróżbitów niszczy prostotę wewnętrzną; potęga szatańska owłada nim i zmusza go spełniać wszelkie zbrodnie i czcić fetysze”.

1138

W Jerozolimie uczył: „Rasa ludzka ginie z powodu braku wiary, gdyż ciemności i burze zbłąkały stado ludzkie i oni stracili swoich pasterzy.

1139

Lecz burze nie trwają ciągle i ciemności nie zakryją światła na wieki.

1140

Nie starajcie się szukać dróg prostych w ciemności, bo możecie wpaść w jakąś otchłań; ale zbierzcie ostatnie siły, podtrzymujcie jeden drugiego, wierzcie w Boga i oczekujcie, aż pierwsze świtanie zabłyśnie.

1141

Kto wspiera swego sąsiada, wspiera siebie — kto ochrania rodzinę swą, ochrania cały swój naród i swój kraj”.

1142

Na pytania współrodaków o wyzwoleniu mówił:

1143

„Ostrzegałem władze, iżby nie szły daleko w swych drogach mrocznych, bo przepaść otwarta jest u ich nóg.

1144

Władza ziemna nie trwa długo i podległa jest wielu przemianom.

1145

Nie ma żadnego celu dla człowieka buntować się przeciw niej, bo władza jedna ustępuje tylko drugiej władzy i tak będzie to trwać aż do wygaśnienia rodu ludzkiego”.

1146

Ty, Ariamanie — mówił dalej Mag Litwor, — tu chcesz uczynić zastrzeżenie.

1147

Istotnie, ta zasada sprowadzałaby się do niedziałania w ogóle, gdyż upadek, rozkład i zmiana istnieją we wszystkim.

1148

Dziedzictwo, Światło, WiedzaNie mówię Ci też, abyś przyjmował te piękne tradycje za dogmaty: nie pozostawaj przy latarniach morskich, lecz dzięki nim — umiej omijać rafy.

1149

Ariaman odrzekł:

1150

— Biorę z tych minionych świateł wielką władzę mroków.

1151

Jeżeli Issa, syn wcielony Boga, nauczyciel ludzkości, nie mógł się zdobyć na inne sentencje niż te, które każdy curé[339] w cichej wiosce może czynić parafianom, kiedy trwa zaraza lub kiedy jest najście Prusaków —

1152

to zaiste, nie warto oglądać się na wierzchołki, których nie ma: są to miraże:

1153

— Słowa Issy — rzekł Mag Litwor — doszły nas w lichej ewangelii, uczynionej przez kupców. Bije z nich tylko jedna pewność: że należy w duszy swej rozkrzewiać miłość i światło…

1154

— Miłość! — rzekł gorzko Ariaman, — nauczyłem się innego prawa we wszechświecie — tj. umierania z braku miłości. I dlatego muszę widzieć w kobiecie, która niesie złudę — mego świadomego lub nieświadomego wroga.

1155

— Mówił Issa — rzekł na to Mag:

1156

„Błogosławcie kobietę, czcijcie ją — ona jest waszym jedynym przyjacielem i waszą oporą na ziemi.

1157

Czcijcie wasze kobiety — jutro one będą matkami, a później babkami całego narodu.

1158

Kobieta, Bóg, ŚwiątyniaJak Pan zastępów — który oddzielił światło od mroków — i lądy od wód, tak kobieta posiada boski dar oddzielać w człowieku dobre uczucia od złych myśli.

1159

I dlatego, mówię wam, po Bogu wasze myśli najlepsze muszą należeć do kobiet i żon, gdyż kobieta jest boską świątynią, gdzie wy osiągniecie najłatwiej doskonałe szczęście.

1160

Zaczerpnijcie z tej świątyni wasze siły moralne; tam zapomnicie waszych smutków i niepowodzeń, odzyskacie moce utracone, które są wam konieczne, aby pomóc bliźniemu. Nigdy jej nie wystawiajcie na poniżenie; przez to uniżycie siebie i stracicie dar miłości, bez którego nic trwać na ziemi nie może”.

1161

Nie protestuj, Ariamanie, przeciw tym słowom.

1162

Kto wypił truciznę, niechaj nie złorzeczy wodom zdrojowym ani hydromelowi! —

1163

Rzekł Ariaman, śmiejąc się: „Złorzeczyłem, albowiem konałem. Teraz z kamienia pustyni pić będę”.

1164

Mówił dalej Mag Litwor:

1165

— Zakończę wyłożeniem twego imienia.

1166

Imię, Kondycja ludzkaAria — to jest imię starożytnych mieszkańców Indii.

1167

Znaczyło najpierw: człowiek, który uprawia ziemię.

1168

Pojęcie etnograficzne uzyskało później znaczenie religijne i znaczy ono:

1169

Człowiek, który wierzy.

1170

Ariaman milczał, potem rzekł:

1171

— Odtąd imię me będzie znaczyć: Człowiek, który oparty jest sam na sobie…

1172

Wiara moja rzuciła mię w otchłań piekła. Wyprowadzi mię z niego tylko myśl, która tragedią ludzkiego istnienia osądzi me stare wierzenie.

1173

Kiedy Notowicz[340] jechał po ewangelię Issy, mającą być w klasztorach tybetańskich, raz nocą ciemną przejść musiał przez wąwóz, gdzie mrowiło się od dzikich zwierząt.

1174

Dziesięciu tragarzy niosących paki posuwało się w ciemnościach — wtem ryk pantery!

1175

Wszyscy stanęli w trwodze.

1176

Usłyszeli krzyk straszny walki i w agonii umierającego człowieka…

1177

Nieostrożny podróżnik, jakim był Notowicz, nie miał przygotowanej broni — ta była niesiona przez któregoś tragarza. Gdy rozpalono światło, ujrzano na konwulsjami targanym Indusie wspaniałą panterę…

1178

Notowicz wycelował karabin, pantera już miała się rzucić — lecz odmieniwszy nagle zamiar, wyrwała kawał ogromny ludzkiego ciała i uciekła w las.

1179

Tak drogo trzeba nieraz opłacać ewangelie!

1180

Ta opowieść jest więcej warta od całej ewangelii Issy!

1181

Życie jako wędrówka, Światło, Noc, NiebezpieczeństwoPantera w mrokach nocy rozszarpuje i pożera wędrowca, idącego po „wieczne” światło.

1182

Wszakże tego Indusa-Arię, „człowieka wiary”, nikt nie uchronił! dobry Purana Bhagawat nie zeszedł na pomoc synowi! lub raczej przyszedł w postaci tygrysicy?

1183

Obraz świataŚwiat jest pobojowiskiem ścierających się sił.

1184

— My jednak, ludzie, którzy jesteśmy wierzchołkiem ziemi, powinniśmy wybierać moc najwyższą — rzekł Litwor.

1185

— Moc moją zdobędę w niszczeniu Ariamana, człowieka wiary — rzekł ten, który się mienił sam tak długo Ariamanem.

1186

Kiedy wzniósł oczy na Maga, myśląc, iż ujrzy w nim święty zagniew, z dreszczem podziwu ujrzał tragiczną zadumę Leonardowskiego Wieczernika.

1187

Mag Litwor przyszedłli[341] wypełnić otchłanie Lucyfera?

1188

Brzask się tworzył.

1189

Mag Litwor i Ariaman chodzili wśród łąk, okrytych krwawymi makami, gdy dokoła zaczarowane szczęściem wznosiły się wielkie jodły, ożyny kwitnęły różowymi pąkami, a w błękitach przelatywały ptaszki.

1190

Kilka drzew wiśniowych migało swymi rubinami.

1191

Była to wyspa, na której mógł się urodzić Zeus z cichej, tajemniczej Semele.

1192

Narodziny, Kondycja ludzkaTej nocy Ariaman narodził sam siebie.

1193

Teraz poznał do głębi, iż wiele w nim było zbudowane na leniwych zwątpieniach i że Polska tkwi jeszcze w samym środku bagna, gdzie dokoła latają błędne ogniki.

1194

On, który niegdyś kochał nad wszystko Chrystusa, teraz myślał, iż musi rozejść się z Nim —

1195

iż należy w wiecznie istniejących burzach tworzyć swe przeznaczenie.

1196

Prosił Ariaman swego Mistrza, aby tu mogli pobyć dzień jeden nad źródłem, które wypływało ze skały.

1197

I spędzili tu dzień, żyjąc chlebem przywiezionym i miodem, który znaleźli spływający po korze drzew przepełnionych miodem dzikich, leśnych czarnych pszczół.

1198

I mówił jeszcze o swym życiu Ariaman.

1199

Wiedza, Tajemnica, FałszBadałem różne drogi tajemnej wiedzy: i przeraził mnie ten obmierzły kabotynizm literacki, który epatuje paru znakami astrologicznymi i tym żydowskim pentaklem z wielkim imieniem Jahwe, okazującego swym prorokom — tył.

1200

Ach, te witrynowe figury, ten niedorzeczny żargon mumii, piszących grube tomy bredniowego astro-chiro-papugomantyzmu!

1201

Te różne Madame de Thèbes[342]

1202

W czasach wieku XVII ukryte koła czerwonych i białych zróżniczkowały się przez wylew Rewolucji: jakobini owładnęli tłumem, filozofia ateistyczna stała się przyziemna i zbrodnicza; iluminaci rozwijali się pod wodzą Fabre d'Olivet[343] i Eliphasa Lévy; Wroński[344], Vaillant, Alcide Morin — niestety nie zawsze oddzielający wiedzę istotną od przywidzeń. Potem Stanisław Guaita[345] obudził tradycje Swedenborga, Martineza Pasqualis, Boehma[346], Saint Martina, Paracelsa, Rajmunda Lulla, Agrypy, Khunratha i Flamela.

1203

Teraz widzimy we Francji potężne wpływem koła masonów i udające wpływ literackich wibrionów.

1204

Stanowi ogólną wadę ich — wiara w martwe słowo, wiara, iż jakieś zaklęcie, jakieś słowo kabalistyczne lub matematyczna formuła sama przez się rozwiera skały przeznaczenia. Ich mesjanizm, ich Muzy Czarne, świątynie Lilithy, ich Róże Mistyczne pełne są martwych kości — i, doprawdy, szkoda było namiętnej poetyckiej wiary Stanisława Guaity na badanie potrójnego sensu: literalnie, symbolicznie, hieroglificznie słowa Nahasz, które w tekście Wujka znaczy Pokuśnik. W sensie pozytywnym Nahasz ma być upojenie żądzą, wiodące do zła; symbolicznie — Nahasz jest światłem astralnym, wysokim czynnikiem mroków Goecji[347]; w znaczeniu najwyższym Wąż Nahasz wyobraża egoizm pierwotny — Ja, ciągnące ku Mnie samemu.

1205

Brnięcie w labirynt kabalistyki jest wybraniem drogi przez Absurd. Wiedza kabalistów dawnych plącze się w takich rozumowaniach, że np. Sokrates znaczy mur żelazny, bo so jakoby znaczy mur, a krato żelazo; błogosławiony biskup Voragine, autor Legenda aurea, tak samo w wieku XIII objaśnia słowa, np. Agathę — aga znaczy czysta, a tha święta.

1206

Znam Żyda kabalistę, który niezmiernie trafnie odgaduje przyszłość na zasadzie zupełnie fałszywych danych kabalistycznych.

1207

Mówi przez niego nieświadoma moc profetyczna, zaś umysłowi jego wydaje się, iż zawdzięcza to zagmatwanym i dziecinnie przekalkulowanym rachunkom. —

1208

Ariaman zatrzymał się i zaczął słuchać — tam z podziemi dochodziły dzwony —

1209

usłyszał jakby śpiewy religijne —

1210

wstrząsnął się —

1211

to w jego duszy jeszcze coś tak śpiewało chwałę Ukrzyżowanemu.

1212

Wraz z imieniem Jakuba Voragine[348] przemknęły te rozmodlone postacie świętych, te jedenaście tysięcy kobiet, mistycznie nastrojonych, które w Bretanii szły za św. Urszulą — — okręty zaniosły je w trzy dni prądem rzek aż do Kolonii, stamtąd szły aż do Rzymu, wyszedł na ich spotkanie papież i szedł wraz z nimi, mimo zgorszenia kleru watykańskiego…

1213

Tak szły, aż były wymordowane i umęczone przez Hunów wszystkie, prócz Korduli, która ukryła się naprzód, a potem, zawstydziwszy się, iż przeżyła swe towarzyszki, wydała się barbarzyńcom na śmierć — —

1214

„Jak trudno jest naprawdę wyrosnąć nad swe serce — pomyślał Ariaman — kiedy mój umysł szuka innych świateł, moje serce jest zasłuchane ciągle w Ostatniej Wieczerzy”.

1215

I, aby wykrysztalić swe myśli, zaczął znowu snuć swe zwątpienia o Jezusie:

1216

— Wszakże i to jest fakt niemały, iż świat myślicieli greckich i rzymskich nic nie wiedział o takim Bogu: Tacyt, Swetoniusz, nawet Juliusz Flawiusz! Król, Plotka, Religia, Wiara, Prawda, Historia, FałszDomniemany morderca niewiniątek, Herod, postrach wieków zbyt wierzących — kiedy był głód w Judei, sprzedał dobra swe i meble drogocenne, aby ulżyć męczarniom narodu.

1217

Za to istotny morderca i potwór, Konstantyn, nosi przydomek Wielkiego.

1218

— Ludzkość, zamiast pojąć naukę Jaźni z życia Jezusa, urobiła sobie twarde intelektualne dogmaty — rzekł Mag.

1219

Chrystus, PrzemianaA wszakże jeszcze na krzyżach z V wieku Chrystus wyobrażony był żyjącym z odkrytymi oczyma i bez oznak fizycznego bólu. Było to bowiem światło z krzyża, który w najdawniejszych symbolach Egiptu, Peru czy Indii — oznaczał zawsze reinkarnację, ewolucję, czyli pierwiastek niezniszczalny życia.

1220

Jezus wiódł uczniów… męką swych skrzydeł astralnych.

1221

Nie trzeba na to było cudów.

1222

Gdyby cuda były, poszedłby za Nim cały ambitny żydowski naród.

1223

Łatwo stopiła się nauka Kriszny indyjskiego z życiem rabi Jeszua.

1224

Rozproszeni po świecie apostołowie prędko weszli w atmosferę orientalną mitów i cudów; jeśli święty Jozefat wziął na się historię królewskiego pacholęcia Buddy, — tym łatwiej imię Jeszua stopiło się z indyjskim epitetem Kriszny, to znaczy Wysłaniec Boga, oraz z wyrazem greckim Pomazaniec.

1225

Nie zapominajmy bowiem, iż czasy, w których tworzyła się legenda życia Chrystusowego, były czasami, kiedy panował gnostycyzm: Filon[349], Szymon Mag, Menander ze Samary[350], Dozyteusz[351]… Ich idee rozwijane były w II i III wieku przez Bazylida[352], Saturnina z Antiochii[353]… Orygenes[354] uczył indyjskiego przedistnienia dusz i czasowości piekła.

1226

Apostołowie i kościół tych mistrzów swych uznali za heretyków. —

1227

I rzekł Ariaman:

1228

Historia, NaukaHistoria bywa mistrzynią, lecz zbyt późno, jak w życiu jednostek — nagłe i przerażające doświadczenie często tylko jest błyskiem piorunu, który wprzód zdruzgotał okręt, nim płonącymi masztami jego rozświetlił drogę!

1229

W moim życiu lat temu dziewięć byłem już na ścieżynie wolności i przemyślenia.

1230

Lecz zwróciłem się w manowce mistycznej wiary, dzięki męce serca, które wybuchło z głębin — męce, która mi dała skrzydła astralne…

1231

— Wspomniałeś, Ariamanie, z żalem, iż wszedłeś niegdyś w manowce mistycznej wiary. Wiara Twoja była przeczuciem Istotności. Teraz jedyną największą pracą w Tobie powinno być oddzielenie fantazmatów wiary i fantazmatów zwątpienia od najgłębszej realności. W głębiach bowiem wszystkiego — jest Duch.

1232

Teraz, jak i zawsze, każdy może się stać wybrańcem, który, jak mówi Manu[355], rzuci zapaloną strzałę w potężne bastiony przesądu i omyłki.

1233

Lecz ta zapalona strzała może się okazać sama błędem, jeżeli tylko ociemnia wzrok i zgasi wiecznych ogni słupy…

1234

Dusza Ariamana płynęła jak morze wzburzone —

1235

krążyła nad przepaścią, żyjąc w tchnieniach żywicznych lasów nad pradawnym świętym morzem.

1236

Leżał, zatopiony w woniach żywicy tych koniferów[356] z długimi igłami, pachnącymi jak fiołki; wśród olch, czarnych klonów, trzciny i traw macierzanek.

1237

Fale wyrzucały na brzeg dziwne twory głębin: kraby, zagrzebujące się w mokry piasek, przystosowane barwą do żwiru, tak że można było je wziąć za kwadracik nadbrzeża poruszający się; zielonawe algi w formie gąbek lub podobne wstęgom wygiętym falisto czy rozchwianym w krzewy; modre przecudne łódki z kryształowym żaglem, fyzalie. Raczki skaczące nikłe, zdające się pchłami, czyniły jamki w piasku, małe jak ukłucie cierniem.

1238

W miejscach suchych modre i zielone żuki toczyły z komicznym uporem bryłkę ptasiego nawozu, wyrywając ją sobie, jeden najtęższy pchał tylnymi łapkami, starając się uciec z nią od natrętnych towarzyszów.

1239

Lecz oto rozegrał się nowy dramat: wielki metalicznie czerwony żuk usiadł na wybrzeżu — dwa haczyki wydobyły się spod piasku i wparły tak nagle i tak potężnie w żuka, iż ten po kilku drgawkach zamarł. Wygrzebał się z piasku lew mrówczany, obrzydłe, piaskowej barwy, pręgowane, podobne do hieny zwierzątko z wielkimi hakami wydzielającymi jadowitą i cuchnącą ciecz —

1240

począł korzystać ze zdobyczy, wysysając.

1241

Wyskoczył drugi lewek — zaczęła się śmiertelna walka, pierwszy legł zatruty i ciało jego wnet przybrało barwę siną.

1242

Nad morzem wśród skał latały orły morskie, zanurzając pazury w wodę, gdy widziały pląsającą na powierzchni rybę.

1243

Tak więc, dusza Wtajemniczonego powinna absolutnie zdawać sobie sprawę z realności zewnętrznej i nią władać!

1244

Znużenie bezsenną nocą dało się wreszcie odczuwać.

1245

Położył się pod cienistym, czarnym klonem. Zasnął.

1246

NocWielki bezmiar nocy zasiewał już świecące hieroglify wieczności — haftował wtajemniczenia na wzruszonych, modro-ciemnych głębinach.

1247

Mag Litwor, nachyliwszy się nad Ariamanem, zbudził go wolą, nie dotykając.

1248

— Ty, Mistrzu, czyś wypoczął?

1249

— Nim pszczoła jedna zdążyła wyssać wszystkie kwiaty na tej lewadzie — byłem już po moim śnie.

1250

— I to wystarczyło?

1251

— Pewien rodzaj spania więcej wzmacnia, niż zwykły sen. Teraz nie mamy już czasu, wiatr zrywa się wieczorny, musimy dogonić podmorski statek księcia Huberta.

1252

— Wszakże tu jest pełne morze!

1253

— Ja widzę w dali tego człowieka — —

1254

i widzę jeszcze torpedowiec rosyjski, z którym musimy się spotkać. —

1255

Nie pytał już Ariaman, pomógł założyć żagle, wysunęli łódź na fale, grzmiące potężnie wraz z nocnym przypływem.

1256

Wiał chłodny wiatr, łódź, pochyliwszy się na bok, z świstem zaczęła pruć wody. Góra na wyspie wyrastała wciąż — olbrzymiała w mroku, aż w nim zatonęła.

1257

Już był nad nimi tylko rozpięty haftowany gwiazdami namiot nieba. Mrok nocy magnetyzował; tężyzna fal udzielała się Ariamanowi. Myślami krążył, jak olbrzymi albatros, wśród chmur nad wzdętym morzem.

1258

Mijały godziny.

1259

Bez słowa, w milczeniu płynęli.

1260

Ariaman wracał myślami do ubiegłej nocy, wśród której on, król wyspy Thule, rzucił bajeczną czarę miłości do morza.

1261

Czasza ofiarna dla żywiołu, z której nikt nie wypije już nigdy.

1262

I w tej dumie żałował, iż, jak Aleksander Wielki, nie pochodzi od matki czarownicy, która nie wiadomo z jakim demonem poczęła syna!

1263

Aleksander, nie uważając się za syna Filipa, mienił się synem Amona, boga słonecznego w Egipcie.

1264

Takich matek Olimpiad liczy historia tylko na jednostki.

1265

Słowacki ułożył modlitwę dla matek o syna geniusza.

1266

Ariaman sam teraz był swą matką i czuł, jak rozskrzydlają się w nim czarne, mroczne zadumy.

1267

Wtem ujrzał mknący błyskawicznie po wodzie ogień.

1268

„Nie może być łódź tak szybko pędząca — pomyślał — nie jestli to jakiś pocisk nowego systemu — światło zbliża się, zakaty! wychynęła podmorska łódź!” —

1269

Istotnie, zahamowała się w tak wściekłym rozpędzie, jak lecący siłą paru tysięcy koni parowych torpedowiec. Miała motor aeroplanowy, przyczepiony do wierzchołka masztu, o ile szła na powierzchni morza — i nadający jej ten bajeczny pęd.

1270

Rozwarły się stalowe klapy.

1271

W łodzi elektrycznej oświetlonej stał wysmukły, w płaszcz otulony człowiek.

1272

Widząc dżentelmenów, dotknął biretu, salutując — i zapytał:

1273

— Czy nie znajdę towarzyszów wyprawy na Wielki Wir, który tworzy się koło Murania każdego przedranka? Moja łódź jest podmorska i możemy odkryć ów tajemniczy pod Tatrami prąd!… —

1274

Mag Litwor zaprzeczył głową.

1275

Ariamanowi zrobiło się żal sposobności, spojrzał na Maga. Lecz ten, jakby nie widząc spojrzenia, przeszedł do elektrycznej szalupy i skinął na Ariamana.

1276

— Jak to, nie chcecie jechać na Malsztrem i wstępujecie do mojej Jo[357], która nosi nazwę bohaterki, co miała odwagę przepłynąć wielką drogę od bogini do krowy — rzekł dżentelmen, sięgając nieznacznie w zanadrze — zapewne, aby mieć pod ręką rewolwer.

1277

— Mamy na razie rzecz inną do uczynienia, skoro los nam ciebie zsyła, książę Hubercie — odrzekł Mag Litwor. — Musimy jechać pod granicę Tatr i spotkać okręt, jadący z Kaukazu i Batumu. Tam jest plan walki, przygotowany przez jednego rosyjskiego kapitana; sztafetą ma być wysłany dalej, aż na Dwór. Jest to z niesłychaną precyzją obliczona możność wygrania walki przez Rosję na Dalekim Wschodzie z Japonią —

1278

— Jak to? — zapytali obaj naraz: książę i Ariaman — walka Rosji? — nic o tym nie wiemy.

1279

— Jest już w powietrzu, zaraz się pojawi na ziemi. Kapitan Czibisow należy do tych ludzi, co nasz Przewalski Mikołaj: uwielbia absolutyzm i służy mu całym geniuszem, rozległością wspaniałej wiedzy i młodością. Lecz Rosja musi być pokonana dla jej własnego dobra i dobra ludów. —

1280

Nie odrzekł na to już nic właściciel Jo, spojrzał tylko bystro i oddał koło sterowe Magowi, sam zaś spokojnie wyjął małe pudełko i podał uprzejmie Ariamanowi wraz z koszykiem kolczastych fig, zwanych indyjskie.

1281

— Haszyszu? trzeba jednak wprzódy zakąsić, choćby tym owocem!

1282

— Z trudem doszedłem do otrzeźwienia — rzekł Ariaman.

1283

— I ja też. Lecz powierzyłem łódź mą w dobre ręce i pewno na dłużej.

1284

Kto panowie jesteście, nie pytam, wolę mieć do czynienia z nieznajomymi, choć już robi mi niemiłą różnicę, że ten straszny pański towarzysz zdaje się mnie znać.

1285

Co zaś dotyczy statku, wiozącego plan walki, to mam tu aparat telegraficzny bezdrutowy — oddaję do rozporządzenia. —

1286

Książę Hubert powtórzył swe usługi Magowi, lecz były nieprzyjęte.

1287

Mag siedział w skupieniu najgłębszym i to był zapewne jego sposób przyjmowania wrażeń z całego świata.

1288

Książę Hubert, wchłonąwszy dwie bryłki haszyszu, zapadł w rodzaj letargu, lecz nie minął kwadrans, gdy dotknął ręki Ariamana, wstrząsnął nerwowo i rzekł cichym, natchnionym głosem:

1289

— Mój druhu, bracie krwi, przelanej w jedną czarę — czy widzisz te piętrzące się wschody z granitu? tam musisz iść. Tam żyje Prometeusz zła — nad kraterem wulkanu, skąd wychodzą wyziewy siarczane.

1290

Węże dwa pożerają mu plecy. Okuty łańcuchem w tym wiecznym mroku on żyje, ślepiony duch — który niósł światło.

1291

Ja byłem tam. A ty masz skrzydła białe Perłowicza — tyś jest witeziem, który zmógł niegdyś Króla Wężów w Tatrach.

1292

Dziś ty się tułasz… jam twój brat — i jam jest twój wróg Janosik[358].

1293

Tak, byłem kiedyś hersztem. Dziś jestem wielkim, nudzącym się panem.

1294

Lecz widzę mój los — na mym pękniętym sercu, jakby urnie z brązu,

1295

która, w rozpaleniu aż do krwi, jest rzucona w mroźną dolinę zgonu.

1296

Na tej urnie rozerwana pieczęć Salomona, Duch wyleciał w objęciu tysiąca kobiet.

1297

Geniusz był to może straszliwych potęg?… Biada, com ja uczynił — com ja uczynił z mą wieczną sześcioskrzydłą duszą? —

1298

(Książę Hubert w rozpaczy najgłębszej uderzał głową o powietrze, a zdało mu się zapewne, że tam są skały Kaukazu.)

1299

Książę ręce rozpostarł na przestworze nieba zasianym grozą milczących gwiazd.

1300

Ariamanowi zdało się, iż dokoła pędzącej błyskawicznie łodzi, skaczącej na falach, jak nietoperz w locie — wiją się błękitne, karminowe, żółte Muzy, srebrne Peri[359], czarne Walkirie[360] — on zaś, jak Dżalaleddin Rumi[361], odrzuca wszystkie czary, idąc w płaszczu derwisza[362] po drogach samotnych.

1301

Mag Litwor powstał, dłoń przyłożył do czoła księcia Huberta — i ten otrzeźwiał naraz.

1302

Ariaman nie potrzebował wytrzeźwienia; patrzył z zimnym uśmiechem na księcia, myśląc, iż to jest jakby jego sobowtór, używający życia i biorący par force[363] wszystkie przeszkody, u których on legł, jak u mirażowych gór.

1303

— O jedno was proszę — rzekł już zupełnie innym tonem książę Hubert. — Na torpedowiec wiozący plan walki, pozwólcie, bym wstąpił ja sam. Byłem lejtenantem marynarki wojennej i rozumiem się na wzięciu w ręce różnych delikatnych spraw, zresztą znam osobiście kapitana Czibisowa. Widzę na horyzoncie odblask krwawy z komina. Przetniemy drogę i ja pomówię z kapitanem. —

1304

Lecz na to nie zgodził się bezwzględnie Mag Litwor.

1305

Ujrzano pędzący torpedowiec.

1306

Książę Hubert wywiesił latarnię reflektorową i sygnalizował wstrzymanie.

1307

Torpedowiec, lecący z szybkością kurierskiego pociągu, zwolnił pęd.

1308

— Czego? — zabrzmiało gniewne zapytanie.

1309

— Ważna rozmowa sam na sam z kapitanem — rzekł Mag Litwor.

1310

Opuszczono drabinkę sznurową, Mag Litwor wszedł na pokład odymionego, buchającego parą żelaznego potwora. Zniknął wraz z krępym miczmanem[364].

1311

Ariaman nie zmieniał zadumy, książę Hubert rozmawiał wesoło z oficerami.

1312

Po kwadransie wyszedł Mag Litwor.

1313

Popłynęli.

1314

Torpedowiec od razu wziął pęd najwyższy i zniknął w parę minut za widnokręgiem.

1315

Mag Litwor usiadł w łodzi, głowę złożył w ręce i płakał.

1316

— Teraz i my nie traćmy czasu — rzekł książę Hubert — kapitan umierający może lada chwila spostrzec, iż podłożyłeś mu pan inny papier na miejscu owych planów. —

1317

— Kapitan Czibisow oddał mi je dobrowolnie, gdym mu ukazał inne w głębinie ludzkości — światło. —

1318

Mag Litwor podniósł głowę i ze wzgardą spojrzał w księcia.

1319

Ten jednak wytrzymał spojrzenie i rzekł:

1320

— Tak czy owak nie minie nas dobrze wycelowany wystrzał armatni. Zakrywam hermetycznie łódź. Zapadniemy w głębię. —

1321

Był ostatni czas, bo nagle reflektory torpedowca, jak potworne świecące macki, zaczęły latać po powierzchni morza.

1322

Torpedowiec znowu ukazał się na horyzoncie i gnał prosto ku łodzi.

1323

Lecz ta już się zanurzyła. Huk armatni wstrząsnął powietrzem i był to ostatni odgłos ze świata dźwięków, bo płynąc w głębinie kilkunastu metrów, nie słyszeli już nic.

1324

Wszystko jednak, nie jak w chaotycznym śnie, lecz wiązało się w głęboką, rozległą skalę Wtajemniczeń myśli i czynu.

1325

Ariaman patrzył przez zwierciadlaną szybę w mroczne tonie rozświetlane elektrycznością. W niemej otchłani snuły się pająkowate głowonogi, i znowu mrok — tylko mignął podobny do stalowej deski z zębami piły, z miną hipokryty — rekin.

1326

Mag Litwor palił w ogniu plany i memoriał kapitana Czibisowa.

1327

Rozległ się dźwięk aparatu telegraficznego. Książę Hubert zaczął odczytywać depesze.

1328

— To przepływa eskadra rosyjska — zapytuje fortecę przy Bosforze, czy nie zechce rząd Otomański jej przepuścić — chcą płynąć przez Sueski kanał, zapewne do portu Artura! —

1329

— Wszystko jedno, nie zdążą — rzekł Litwor.

1330

Te trzy noce będą ważne w dziejach świata.

1331

My robimy rzecz najwspanialszą, jakiej można dokonać:

1332

olbrzymowi wysłoneczniamy jego myśl.

1333

Rosja może zatryumfować, ale inaczej.

1334

Kapitan Czibisow jest już przekonanym naszym druhem. Powiedział to swemu oficerowi, lecz ten kazał torpedowcowi nas ścigać. Kapitan dogorywa — jest suchotnikiem. Duch jego z tamtego brzegu wkrótce spojrzy i pobłogosławi. Nie płaczę już.

1335

A teraz, panowie, czas spocząć wam. Ja zostanę jeszcze przy sterze. Wracamy do kraju. Bądźcie spokojni — maszyna do wytwarzania powietrza nie ustanie. —

1336

Książę Hubert ułożył Ariamana w krześle wygodnym, zmieniającym się w otomanę.

1337

Wkrótce cisza absolutna. Mag Litwor zgasił reflektor, oświetlający głębiny i drogę przed łodzią. Widać ufał swym zmysłom magnetycznym, iż go ostrzegą przed rafą zdradziecką lub tonącym statkiem, z którym łódź mogłaby się zderzyć. Tak mijały ciche godziny nocne w tajemniczych głębinach.

1338

Nareszcie łódź wychynęła na powierzchnię. Mag Litwor uchylił klapy stalowej.

1339

Morze było zmienione w karmazynowy ogród ruchomych gorejących klejnotów. Lub nie, raczej były to potoki krwi na mrocznych, piekielnych głębinach.

1340

Wielkie, jak tarcza Achillesa, słońce wytoczyło się już nisko nad fale i jęło odbijać swe proroctwa w lśniących od morskich kryształków ścianach fiordu między Łomnicą[365] i Bialskimi[366] grotami w Koperszadach[367].

1341

Morze zmieniło się w krew. Tam, gdzie był cień, mroczniał nieprzejrzany Hades.

1342

Wjeżdżali we fiordy Tatr. Regle świeciły, jakby miały na sobie korony złote.

1343

Mag Litwor nie budzi swych towarzyszów, bo ci nie śpią. Milczą wszyscy. Jakżeby mogli przespać tę noc Misteriów, kiedy tam w oddali toczyły się tak straszne przygotowania do Wielkiej Rzezi — kiedy oni sami musieli wykonywać posiew słońca na mogiłach.

1344

Ariaman i Mag Litwor zmierzali do Turowego Rogu. Książę Hubert[368] miał ich podwieźć, a sam płynąć do swego zamku. PrzyjaźńUczuli się zaprzyjaźnieni przez jedną noc, wspaniałą w myśli, wielką w marzenia i w czyn.

1345

Płynęli fiordem doliny Jaworowych Sadów, pustynnym i straszliwym; potem, mimo boskiej przełęczy nad Litworowym Jeziorem; minąwszy fiord Białej Wody, skręcili już dość późno pod Morskie Oko. Dla szybkości tę drogę przepłynęli w łodzi, korzystając z fiordów.

1346

Książę Hubert płynął do swego pałacu.

1347

Góry, DuszaNa koniec było radośnie Ariamanowi deptać te Góry ojczyste wielkie, ukazujące duszy jej własny majestat.

1348

Szli przez dzień cały Tatrami, gdyż Mag Litwor wiódł drogą nie najbliższą — uczył Ariamana, gdzie są ukryte skarby dawne oraz jaskinie naturalnych ametystów. W ten dzień widział Ariaman tyle klejnotów, jak gdyby zeszedł po lampę Aladyna do czarnoksięskich podziemi.

1349

I teraz nieznużeni, lecz jakby uskrzydleni, Mag i jego Epipsychidion[369] toną w kontemplacji potężnego cudu, który przedstawia o zachodzie słońca Morskie Oko.

1350

Rzekł wtedy Mag Litwor słowa, które przeszyły jak miecz o siedmiu astralnych płomieniach serce Ariamana:

1351

— Mam lat już sto — rzekł Mag — mimo iż wyglądam jak ty, młodo. Moc, która mnie utrzymuje, nie jest zależna tylko ode mnie i może już prędko wybije mój dzwon mogilny.

1352

Pamiętaj, Ariamanie, że musisz teraz całą duszę swą wytężyć, by dosięgnąć Odrodzenia.

1353

Musisz moim być pomocnikiem — winien też jesteś wspomnieć o dziedzictwie twym — Zamku Krzyżtoporskim[370].

1354

Zali[371] Cię nie znam, Witeziu, który ukryłeś się pod swobodną, lecz straszliwie bolesną maską Ariamana?

1355

Dzwon mój może każdej nocy uderzyć. Jeśli odejdę — a Ty nie pochwycisz żagwi płonącej bez dymu —

1356

biada Polsce!

1357

biada i duszy Twojej, witeziu!

1358

GóryNiewidzialne już za horyzontem Słońce zagasłe — prześwietla rubinowym diademem granity dzikiego zwału Siedmiu Granatów[372], fortecę niezmierną Żabiego, spadzistą otchłań Rysów[373].

1359

Migocą te potworne skały, jakby wewnętrznym płomieniem tlących się kruszców, czerwienią, jak żelazo w ogniu, złocą się, jak prastare bizantyjskie Madonny w ponurym podziemnym kościele, gdy rozżarzone węgle rzucą na ich twarze krwawy połysk przez chmurę kadzielnic; — zalane falą fioletową, jak obrzeże szat rzymskich dam we freskach Pompei — wstępują w epokę niesłychanej, wywalczonej przez duchy groźne ametystowej potęgi imperatorów. Królują na tronach kamiennych wysoko nad światem — lecz z mrocznym natłokiem rozpaczy u nóg swych — z bladą nicością nieba, w którym nie ma bogów. Wreszcie poczynają stawać się bure, jak opadłe jesienne liście, zmyte nawałnicami i szrężogą[374].

1360

I nagle przybierają bladość zamarzniętej twarzy — siną, z białymi wypiekami, jak trupy Anhellego, Eloi i Szamana[375], zapatrzone w śnieżną bezbrzeż Sybiru.

1361

Małe ducki na powietrzu odprawiają miłosne gody, topnieje różowa ambrozja, drzewa wyśnionego raju zanurzają się listkami rozkoszy w mroczne, wzruszone fale jeziora i ono poczyna mienić miriadą modro-fioletowych ogni.

1362

Króle gór próbują się ożywić, lecz już niezdrowym ceglastym rumieńcem: rozpadliny skurczone i sczerniałe od niewymownej męki zatapiają się wciąż głębiej w zadumę piekieł — niebo srebrzy jak całun.

1363

Pora to najstraszniejsza w zmierzchu olbrzymów. Toń, a raczej dusza Morza, zamkniętego wśród skał — oczarowana ostatnim pocałunkiem umierającego gdzieś w zaświatach słońca — obłąkana, uwiedziona chwilą nieziemnego wyzwolenia —

1364

jak naga kochanka, zarzuciwszy na siebie żałobny aksamitny z katafalku kir — poczyna szlochać, miękkim, pieszczotliwie tulącym się ciałem pluska o nieubłagane jak tajemnica — więzienie skał.

1365

I wtedy — w jęku fal, które się stają groźne i złe jak Meduzy; w srebrno-kryształowym dzwonieniu siklaw, które rozbiegły pod ogromne głazy i harfami nawołują czarne duchy ziemi; — w straszliwym zapadaniu morza mroków na te świątynie Lucyfera — dźwignięte przed milionami lat jako tryumf wiecznego ognia, który jeszcze w łonie ziemi trwa — słychać ton trzeci, najgłębszy, rwących się nieziemnych strun.

1366

Na potwornej, sczerniałej piramidzie Miedzianej[376] turni, zatopionej w mroku jeziora, granią wspartej o gwiazdy — wśród pustynnego cmentarza rozbitych w gruzy jakichś niewiadomych prastarych istnień — występuje Widmo: wyrzeźbiła je lawina, tocząca się tu po niedostępnych wirchach, upłazach, żlebach i na krzesanicy.

1367

Widmo idzie przez ogromną pustynię głazów, zarosłych kosodrzewiną — w mroku świecąc życiem okropnym, rozmachem genialnej fantazji szaleńca.

1368

Idzie:

1369

z piersią wzniesioną, ciało wysmukłe, gibkie podawszy w tył — jakby młoda pieśń wielkiej muzyki i wielkiego światła, wyśpiewana przez huragan nad otchłaniami gór!

1370

cudowne łono dziewicze wystąpiło naprzód, zapłodnione przez Mrok —

1371

mknie ku najgłębszej dali ruchem nóg gwałtownym, złowieszczym, nieprzepartym, jak Furia, idąca do szturmu. Wlecze — wlec musi u nóg swych nieforemne, rozsypane trumny.

1372

Tak idzie — ku niezmiernej, rzuconej poza wszelkie horyzonty, płomieniącej na siedmiu wulkanach, Jutrzni! — — —

1373

Szumią bory złowrogą, nieprzejednaną, z mrocznych głębin ziemi wypływającą nienawiścią — protestem głuchym Życia przeciw miażdżącemu gwiazdy:

1374

Niewiadomemu!


Droga do Kezmarku

Nieskończoność we mnie trwa —
lśnią szmaragdy czarnych borów —
lśnią szmaragdy czarnych borów.
Na kaskadzie nimfa łka
w grotach ciemnych wśród jaworów.
W Koperszadach złota mgła —
zapóźniony gość wieczorów —
noc na koniu czarnym gna
i zamyka raj przestworów.
Zapóźniony gość wieczorów —
Noc na koniu czarnym gna.

Na Hali Miętusiej

Mgły się suwają nad czarnym borem —
krople padają z drzew —
słyszę daleki słowiczy śpiew
w sercu mym chorem.
Na niebie groźne mroczne chmury —
w mgłach mój nieznany szczyt —
ptak we mnie śpiewa złotopióry:
już świt! już świt!

W wąwozie smoczej jamy

W czarnej jaskini żyje smok,
świetlaki krążą złote —
o Matko Boża, niech Twój wzrok
rozjaśni życia grotę!
Przepaści pełen groźny jar,
gdzie się wciąż toczą lody —
o Matko Boża — niech Twój czar
powiedzie nas na Gody!

Przy sale pisanej

Jednodniówki konają na wodzie —
czemu konają? nikt nie wie.
Rój motyli krąży na swobodzie —
czemu krąży? nikt nie wie.
Góry w chmurach już od lat milionów —
czemu w chmurach? nikt nie wie.
Serce tęskni do morza i tronów —
czemu tęskni? nikt nie wie.

W Kościeliskiej

Niebo tak modre, jak myśl Zbawiciela,
gdy potępieńców wyciągał z otchłani —
od ziemi jakaś nas przepaść rozdziela —
a nad przepaścią my dwoje zbłąkani.
Serce mi pęka — a nikt czemu? nie wie.
Wiwian mi zwieścił: tęsknota za niczym!
siedzę na drodze, zasłuchany w śpiewie,
który o szczęściu mówi mi zwodniczym.
Leśne zielone kałuży zwierciadło,
jak przez Chrystusa odpuszczone winy —
widzę mej duszy niezmierne mokradło
i wiary mojej ognik złoto-siny.
Życie aniołów tętni w każdej trawie,
Gwiazda, Marzeniemarząc o gwiazdach, umierają w chuci—
tych gór olbrzymy do ziemi przykuci
o, księżyc! księżyc śmierci wschodzi zbyt jaskrawie!

VI. Turów Róg

1375

W puszczy wśród niebosiężnych jodeł, pod sklepieniami olbrzymów, cichy żywot swój wiodą paprocie, czekając na jedyną chwilę Nocy świętego Jana.

1376

Z głazów ciemnozielonych, omszałych cichutko perlą się wśród mchów niteczki srebrzystej cieczy, przechodzą w tkanki lub wypite przez zabłąkany promień słońca w niebo idą na wybóstwiony żywot Obłoku. Naturalne mosty z brzegu na brzeg szalonego górskiego krysztalnego potoku przerzucają chmiele.

1377

Potok toczy się pianą z mnóstwem ciemnych, to znów oślepiająco-diamentowych wklęsłych zwierciadeł, zdaje się być żywą czarnoksięską baśnią wśród mroczni lasu.

1378

W tym zagęstwiu leśnym wzniósł się Turów Róg.

1379

Zbrązowiały i przyciemny staroświecki zamek pamiętał Zawiszę Czarnego i młodą Jadwigę. Dokoła zarósł on trawą i zielem, wielkie zielone baldaszki litworów[377] roznoszą upajającą woń, jaką ma kwitnienie lip. Na podwórcu piętrzył się zniesiony dawnym lodowcem gigantyczny głaz. Deszcze, burze i pioruny nadały mu tajemniczy wygląd jakiegoś, na szczęście nienadającego się do muzeum, bożyszcza; głębokie źródło iskrzy pod nim, czerpak na łańcuszku zaprasza do picia.

1380

Tu zmierzali wędrowcy.

1381

Mag Litwor nachylił się i modlitewnie magnetyzował wodę, zaczerpniętą w dziwnego kształtu ów czerpak drzewny, z rączką, przedstawiającą głowę węża, podczas gdy czara wyobrażała zewnętrze kaplicy.

1382

Wodą Tatr odmładzał swoje serce, na zbyt strasznych wyżynach Himalajów przebóstwione.

1383

Ariaman, niby dantejski cień, przesuwał się przez gęstwinę litworów.

1384

Przyglądał się tym okruchom Polski, jak Wergiliusz Eneidzie na łożu śmierci, zanim wyszeptał przyjaciołom, aby ją spalili.

1385

Mag Litwor odwrócił się i spojrzał na Ariamana, jak słońce, kiedy uderzy w skrzydła czarnego szerszenia i uczyni jego mrok modry — świetnym, niby mediolańska zbroja.

1386

Mury kamiennych, widno prastarych baszt nadawały groźnego wyglądu zamczysku. Dziwem jakimś ocalał wśród nawałnic krajowych i wśród lekkomyślnego nierządu, jaki cechuje magnackie życie w Polsce. Moc i krzepota[378] lechicka biły od tajemniczej, groźnej syntezy, którą przedstawiał Turów Róg.

1387

Wstępując po kamiennych skryżalach[379] schodów, Mag Litwor rzekł: — jeśli Zolimę upragnąłeś naprawdę, będziesz ją miał. —

1388

Niespodzianymi krzyżmi i jutrzenkowym słońcem zdobne dźwierze wymagały lepszego widza niż Ariaman, w którego jakby runął piorun.

1389

Rok wypisany świadczył, że terem[380] stawiony był w czasach bitwy Grunwaldzkiej, a napis gotyckimi znaki wymieniał to dostojne imię: Zawisza Czarny.

1390

Rozwarł Mag drzwi, u wejścia wisiały struny, których każdy wchodzący tu mimo woli musiał tknąć; Ariaman zaplątał się w nich tak, że zamiast cichej melodii, jęły brzmieć potwornie smętne dzwony.

1391

Aż pod ręką Maga Litwora uciszyły się, on zaś, dotykając ich, zdawał się być królem Derwidem. Minęli ciemnawą sień z okienkami zakratowanymi, dalej jak refektarz klasztorny dużą salę: wielki komin, gdzie drzewiej układały się całkowite smolne wykroty, a przy piekącym się odyńcu zgromadzali się myśliwcy, damy, księża i rycerze, spozierając na zielone kafle z historią biblijnej polskiej księgi Kohelet: wznoszenie świątyni Marii Panny w Krakowie, zrąbywanie modrzewi na potaż i wysyłanie go do Gdańska; ofiarna msza sejmu Michałkowego, w którym uczestniczył Jehowa w piorunach; sen, w którym Jehowa daje mądrość zwątpiałemu Possewinowi, każąc, aby jechał do Moskwy i zepsuł na długie wieki zgodę Moskwy z Polską. Wreszcie, wszystko zważone na szabli Kościuszki i przechylone w piekło Niewoli.

1392

Bóg, HistoriaMaga Litwora dawno opuścił Ariaman myślami zabłąkany w czasach, gdy nie było nawet Jehowy, biednego boga koczowników, lecz żyli jeszcze wedyjscy Riszi[381], mędrcowie, którzy wielbili wśród nocy zimowych w Himalajach — Ogień.

1393

Wreszcie ruszył dalej, wejrzawszy na niedźwiedzia litewskiego, który wyciągał łapy, jakby zapraszając do nieco niebezpiecznych objęć.

1394

Snuł się tu jakiś poemat zaginiony z trzynastej księgi Pana Tadeusza, urzeczywistniał jakiś zapomniany sen górnej młodości.

1395

Ariaman zmusił się wreszcie do rozchmurzenia: wszak jest południe, tyle harf gra przed słońcem!

1396

Mag Litwor wszedł już do komnaty, gdzie na wyżynnej powale z rzędu modrzewiowych grubych sozrębów[382] wieszały się spiżne, meczetowe lampy.

1397

Drzewo, Polska, Historia, DuszaPośrodku komnaty był iście mitologiczny dziw: jawór rósł tak niepołomny, że gałęźmi wspierał powałę, koroną wystrzelał nad obszar zamczyska.

1398

Miał w sobie coś z Mitu dawnej Arkony[383], zdawał się tych sięgać epok, gdy w Tatrach bóg Światowid[384] wchodził do kniaziowskiego teremu, grom swój, jakby krywulę[385] wędrowca, ustawiał w kącie i wypraszał młodą kniaziównę dla bohatyra.

1399

W pniu jego wyżłobionym, lecz jeszcze zdrowym, kryło się archiwum Turowego Rogu — najcenniejsze dokumenty do Historii Ducha w Polsce.

1400

Ariaman uczuł w piersiach swych morze niezapomnianych uczuć, opromienionych zarzewiem wschodzącego księżyca melancholii; wystarczyło mu wsłuchać się: okropnie jęczał wiatr na wydartej z wnętrz tych Mogił strunie; dalekie morze Sybiru wrzało jak ukrop i tu aż było je słychać!…

1401

Od dołu ścian piętrzyły się witraże, nad nimi przez okna słońce zalewało komnatę i ożywiało rycerskie zbroje, jakby żelazne Romansero o królu i wojsku w cieśninach Tatr.

1402

Witrażami wchodziła muzyka nieziemnych tonów, krwawo-szkarłatnych zmierzchów niby Tristana i Izoldy; wieczysta zieleń wysp, na których żyją upiorne widma z kroniki św. Brandana.

1403

Lecz wiedział Ariaman, że to co mu się wydawało tak irlandzkie, z głębin ducha było iście polskie. Zawisza Czarny na tle Łomnicy; święta Kinga, której anieli pomagają budować zamek w Pieninach; wojewoda Spytko z Melsztyna, jadący na dwór krakowski z młodziuchną Jadwigą; pan Turzo[386], udający wariata w weneckiej odlewni kruszców, aby wydobyć jej tajemnice; Bolesław Chrobry z wojami swymi na Królewskiej Horze; Sejm w Wiślicy, Grunwald. Palono na stosie ateusza Łyszczyńskiego[387]; huczał sejm czteroletni, Repnin i Ks. Izabella, postacie legionistów; Kopernik, zakreślający budowę świata; Zygmunt w izbie alchemicznej u Sędziwoja: tak snuł się epos historii naszej. Wallenrod i sceny z Dziadów, wspaniałe wizje Króla Ducha, wygnańcy idący na Sybir, Zorza borealna nad ujściem Leny — — Syn Cieniów… Mickiewicz na katedrze…

1404

Muzyka niewypowiedzianie wzniosła, nieco żałobna, tych miejsc uduchowionych — jednała się z radosną symfonią słonecznych zenitów.

1405

Dobrze było tę chwilę stać niewidzialnemu za kolumnadą: tam widział Ariaman magiczny pięciokąt, który obejmował w sobie wszystkie głębie Polskiej Duszy.

1406

Jedną z kobiet była owa Pani przy lodowcach, mieszkanka główna Turowego Rogu, ubrana czarno z zupełnie srebrzystymi kręcącymi się włosami, lecz z twarzą dziwnie młodą o dużych błękitnych oczach, które kryły wieczną zadumę, a wyrażały radość tragiczną, bo już jakby nie z tego świata. KwiatyPrzed nią kwiat wyrastał ze szklanej zielonawej kuli — wielki tatrzański złotogłów. Dla osób wymownych kwiaty są ich wymową, dla tajemniczych — ich tajemnicą! Mędrzec Zmierzchoświt przeglądał fotografie z obrazów Matejki. Mag Litwor rozmawiał z młodą blondyną mniszką, która trzymała w ręce traktat filozoficzny Pascala; była ona wysoka i rozrosła jak Atalanta, miała twarz Walkirii. Mimo woli Ariaman spojrzał na Jawor rozrastający się za oknami i dojrzał nietoperze, jak mówią górale — gacopirze, zwisłe na kędziorach olbrzyma; już gotów był wejść w zadumę nad starzeniem się i zapleśnianiem wiedzy ludzkiej, w której Pascal jest tylko błędem od fundamentu, gdy wbiegła na drzewo małpa z gatunku Maki i podkradała się do kameleona, zajętego drzemką; ten jednak wrażliwy na najlżejsze drgnienie latającego owadu — nie dał się podejść i na leśnych jodłach rozpoczęła się szalona gonitwa cudaków.

1407

Wśród komnat wysokich z niezmiernie grubych jedli[388] można by tę scenę z indyjsko-słowiańskiego teremu przenieść na widownię feackich izb króla Alkinoosa, dźwięcznych od cedrowego drzewa, miedzi i elektronu.

1408

Ujrzał Ariaman Zolimę, i zdało mu się, iż podłoga była grzbietem wieloryba, który zakołysał się pod jego stopami. Ona zaś, jakby zapomniała o serenadzie pod Zamkiem — siedziała roztargniona z podkrążonymi oczyma, notując sobie coś z księgi.

1409

Mag Litwor, idąc nad górą Horeb[389] tęsknoty za Ziemią Obiecaną — spoglądał w ludzi zgromadzonych w Chacie Turowego Rogu, mając im rzucić olbrzymią wieść.

1410

Wolność, Państwo— Zbliża się chwila wyzwalania — rzekł wreszcie cicho, jednak Ariaman, stojący na drugim krańcu komnaty, usłyszał tysiączny dzwon w najdalszej świątyni swego serca.

1411

Znieruchomiały kobiety, wpatrzone w tego, który im z niedawna zjawił się: Pogoń z innego świata!

1412

— Lecz cóż! wszak Państwo musi zwyciężyć — rzekła Zolima. — Moralna i artystyczna piękność nie wystarcza do tryumfu: inaczej Wschodząca Jutrzenka otwarłaby bramę nowym dziejom?

1413

— I tak się stanie — rzekł Mag Litwor.

1414

Kobieta w żałobie wlepiła w niego wzrok, znienacka czymś olśniona drżała, nie mogąc wymówić wyrazu, jakby po ujrzeniu widma.

1415

Wstała, szła, aż zbliżyła się ku samej kolumnadzie, u której wsparty Ariaman; rzucając mu błyskawicę oczu, które naraz zmieniły barwę, jak głębokie górskie jezioro, kiedy je zgasi mroczna chmura — szepnęła:

1416

— Nazwał mię Ariaman niegdyś wieszczką przy mrocznych lodozwałach, a oto wszak zmartwychwstaje Polska i nawet ludzie.

1417

Mówiąc to, wejrzała w Maga Litwora: tak wzrok duszy spogląda w wydobyty ze zmierzchu zapomnienia posąg.

1418

— To dziwne — rzekła — dlaczego teraz dopiero spostrzegłam!

1419

Nie było mnie jeszcze na świecie, kiedy Jego już mieli w Petersburgu zabić, wykrywszy w nim Wallenroda.

1420

Krążyły tajemnicze wieści wśród ludów Azji.

1421

Więc to istotna prawda: Mesjasz Wschodu? —

1422

Rozświetlała twarz Maga Litwora uśmiechem, którego nie umiano rozpoznać.

1423

— Według wiedzy indyjskiej, Dusza nie jest utożsamiona z naturą! —

1424

Nie chcąc zapewne dłużej mówić, rozglądał obrazy wyobrażające tatrzańską zimę, portret Mędrca Zmierzchoświta oraz zabytki kultury góralskiej.

1425

Pani Ameńska zdjęła jeden maleńki obrazeczek, — pułkownik w mundurze rosyjskim, z turbanem na głowie, w płaszczu wschodnim i ze wspaniałym bucharskim[390] orderem.

1426

Twarz jego była twarzą Maga Litwora: genialna, śmiała, zdobywcza. Tylko różnica w tonie oczu, które u Maga były idące głębiej w mroku niezmiernych oceanów, z nieznanego ludziom świata.

1427

Nie mówiono o tym więcej.

1428

Pani Mara, gdyż ją tak nazywali najbliżsi, którzy w niej jakąś marę Polski dawnej widzieli — odeszła z Zolimą, aby ubrać stoły kwiatami.

1429

Ariaman też był do tej obrzędowości zaproszony, nie chciał jednak przyjąć tego, czego by dawniej tak pragnął: znajdować się blisko Zolimy realnej, nie zaś widzianej za przełęczą Beethovenowskich sonat.

1430

Panie ustawiały na stole i znosiły wazony z kwiatami, których Ariaman przyniósł całe naręcza. Kwiaty, Rośliny, GóryZnane są z żywości barw kwiaty w Tatrach: z powodu mitycznej świeżości słońca oraz małej liczby owadów musiały wyrobić w sobie potężną moc przyciągania ich swym jarzeniem.

1431

Więc były tam chabry górskie, urdziki, jaskry i znad potoków kaczeńce; niesłychanej głębi szafiru, jakby Lazurowa Grota, gencjany lodowcowe; starce karpackie oraz jeden karniolski; wieczerniki matronalne i miesięcznice; wśród traw leśnej kostrzewy, stokłos, tomek wonnych i brzanki były: pompawa i jastrzębiec pomarańczowy, omieg; storczyki przeróżne od śnieżnych łez Matki Boskiej do fioletowych kukułek i bachicznego trzewiczka Wenery; oddzielną gałęzią kraśnieje cud rzadki w Tatrach: różanecznik, zwany przez Słowackiego różokrzewem.

1432

Mrok zieleni roztaczały gałęzie cisu i limby, które urzekały powagą, jak strażniki świątyń. Na cisie była jeszcze okręcona powojnica, czyli gościec, wspinający się wysoko na konary drzew — wabiąc swymi ogromnymi płatkowymi kwiatami.

1433

Były i ponure tojady, czyli owe słynne trujące fioletowe z czarnym akonity; i naparstnice żółte, też jadem złociły się, jak włoskie damy z epoki Cezarego Borgii lub naszej Bony; ostróżki, gwoździki, kraśne leluje (Troillusy), kwiat ukochany górali.

1434

Już dla pełni chyba wspomnień o mastodoncie wziął Ariaman z moczarów turzycę, dwa gatunki rosiczek, knieć błotną, trędownik.

1435

Z wysokich wirchów przyniósł szarotę, której zresztą nie obdarzał sympatią, bo jest włóknista, tłustawa, niedokrewna i jakby wykrojona z szarego aksamitu. Wolał te krwawe gwiazdki łamiących skałę skalnic, cherlerkę, a wprost admirował wielkie straszne pająkowate dziewięciorniki, zwane też pięciornikami, bo mistyczna liczba dziewięć odpowiada w rzeczywistości tylko pięciu rozramienieniom.

1436

Miał też garść tej skuciny, która nadaje czerwonym wirchom ognistą barwę i długie, potworne jak warkocze czarownic, siwe mchy polarne, rosnące na smrekach.

1437

Brakowało jedynego jeszcze kwiatu, bez którego nie ma pełnych Tatr: tymi są krokusy, te wielkie fioletowe chrzcielnice z szafranowym słupnikiem, jak w baśni wyrastające jeszcze pod śniegiem delikatne księżniczki, a kiedy śnieg uleci znów do swojej ojczyzny w niebie — krokusy potężnym łanem dywanów zaściełają ogromne ugory, przełęcze i polany w lasach.

1438

Mimo tego jarożycia[391], które wniósł ze sobą, nie miał Ariaman w swej duszy bynajmniej Gulistanu[392] — zrywał mosty ogniowe z tym przeciwnikiem pięknym, którego w głębi swej duszy widział już, jakby zza odległych gór Króla Wężów.

1439

Miłość, Obraz świata, Literat, Szaleństwo, Los, Kondycja ludzka, Szczęście, Miłość silniejsza niż śmierćWie dobrze, iż kiedyś będzie miał w ręce tę — która mu wymykała się tak długo.

1440

Jakby ściętą głowę weźmie za włosy i przyjrzy się jej oczom.

1441

Kto tu niedawno wariował? dusza — Bóg — natura — diabeł? pisał kiedyś Prus powieść o Lalce i Wokulskim — rozumnym człowieku, który dynamitowe machiny podkłada dla wzruszenia kobiecego pudła z kapeluszem. Garszyn[393] mówi o wariacie, który się zakochał w czerwonym kwiatku — i ten kwiatek — ten drobiazg stał się jego Bogiem, straszliwym tyranem.

1442

Lecz nie, miłość nie da się zlekceważyć przez lalkę, nie jest czerwonym kwiatkiem wariackiego umysłu!

1443

Jest to najgłębsza potrzeba urzeczywistnienia.

1444

Wszelka moc, piękno, praca, chcą się urzeczywistnić przez mediumizm tego drugiego człowieka…

1445

Jest to problem ważniejszy niż śmierć.

1446

Jest to problem, czy spełnić swe przeznaczenie szczęścia na ziemi czy zamknąć się w pustyni.

1447

Przeznaczenie — nie małżeńskiej łożnicy, lecz związania najwyższych kresów swego jestestwa z tym drugim tajemniczym tworem — by utworzyć Blask.

1448

Miłość Ariamana była poważna, tragiczna, wzniosła i zachwytna[394].

1449

Lecz nie mając oddźwięku w innej istocie, mogła stać się naraz dzika, rozpustna, zła a bezlitośnie druzgocąca wszystko, co jest Duchem.

1450

W Ariamanie tętniły wulkany, które były pod jaskinią Króla Wężów. Nie mógł pogodzić w sobie tych promieni, którymi przeświecał go Mag Litwor z tymi potwornymi zadumami i widokiem na nicość świata, które mu wpoił Król Wężów.

1451

Oto wyrosła w nim wielka świątynia Miłości, a okazała się zarówno w promieniach Wiedzy Maga, jak w mrokach przepaści Króla Wężów — tylko tęsknotą szaleńca.

1452

Więc przed pójściem w dale na Wschód chciał wyzbyć się tego nad miarę przykrego uczucia zlekceważenia swej świątyni! Jeśli będzie leżał z przestrzelonym płucem na polach Mandżurii — niech dusza jego uczuje, iż zostało tam, w świętym kraju polskim istotne wielkie jej światło.

1453

Wojna, NaródTragedia narodów rozwija się z niepohamowaną szybkością, jak rydwan Boga Gromonoścy lecący z gór Przeznaczenia. Walka narodów zacznie się toczyć niezmierna, jakiej nie znano dotąd w dziejach nigdy! i nawet pochód falang Aleksandra Macedońskiego, zagarniających całe krainy, nawet bitwa Aecjusza z Attylą, zdadzą się być tu chłopięcą igraszką.

1454

Mając wyobraźnię, zapłodnioną wizjami Hekatoncheirów[395] i Kronidów[396], a nad tym światem walk, widząc jakąś mistyczną heroiczną Polskę — postanowił Ariaman udać się na teren boiszcza[397]. Nozdrza jego nasycały się zapachem cmentarnych pobojowisk, jak skandynawskie bogi dymem lasów i krwią zamordowanych w Walhalli.

1455

Wyczekiwał wskazówek Maga Litwora, by życie swoje rzucić na szalę z równą łatwością, jak tych tysiąc marynarzy japońskich, którzy, chcąc być wybranymi na niebezpieczną wyprawę i wprost pewną zgubę, jako dowód swej decyzji, odcięli sobie — każdy z nich — jeden palec — i krwawiącym się podpisali prośbę do wodza.

1456

Wprawdzie Ariaman z jednego nie zdawał sobie sprawy — w jakim ludzkim tłumie mu ginąć? w masie ludu na barykadach Moskwy lub Warszawy? w wojsku japońskim za Wschodzącą Jutrzenkę czy wraz z tymi tysiącami Polaków, którzy ginęli w mokradłach i w szuwarach gaolianu[398], tępieni przez nieudolność generałów w wojsku rosyjskim?

1457

Wybór tej drogi śmiertelnej rozwidni mu Mag Litwor.

1458

I ponura, lecz upajająca muzyka upiorów grała mu w uszach.

1459

Śmierć, Śmierć bohaterska, Bohaterstwo, Obowiązek, SzczęścieLecz nagle wspomniał, że nie jest sam na świecie i szukać romantycznej śmierci mu nie wolno. Zresztą, wobec tych świateł, którymi zabłysnął mu Mag, czyż nie byłoby to już nie tylko lekkomyślnością, lecz winą wobec swej jeszcze nierozwiniętej osobowości? Tak więc, musi wybrać swój obowiązek, musi wznosić głazy dla świątyni szczęścia niewłasnego. Musi, idąc drogą poziomą, iść w społeczeństwo i jemu służyć.

1460

To proste hasło wywoływało tysiąc buntów w uczuciu nieposkromionej wolności Ariamana. Lecz wiedział, iż musi się przemóc — i to jest pierwszy warunek postawiony dla jego Wtajemniczeń.

1461

Wielką poważną zadumą mroczący się ton jego duszy musiał zdalić jeszcze głębiej za widnokrąg, zajętą zupełnie czym innym Zolimę, — — — —

1462

Tymczasem Mędrzec Zmierzchoświt, czarujący obejściem radosnym, witał innych mieszkańców Turowego Rogu.

1463

Zasiedli pod wielkimi drzewami na ławach przy stole, zastawionym w kwiaty i wielkie dzbany z owocowym i chlebnym kwasem, proste potrawy przynosiło dwóch górali z kuchni. Wszyscy byli wzruszeni aż do głębin nieprzeczuwalnych, żałując, iż nie mogą zaciągnąć się do walki wyzwolenia, gdyż byli to ludzie chorzy.

1464

Ponieważ więc jedynym ich terenem działania miały pozostać Tatry, poczęto zbierać całą wiedzę dotyczącą tych gór, z których miało odrodzenie zejść na Polskę.

1465

Najpierw począł wiedzy tzw. ścisłej udzielać prof. Rufin Zawirro.

1466

GóryTatry są małe, to jest maleństwo — rzekł — szerokość od jeziora Szczyrbskiego[399] do Murzasichla[400] wynosi ledwo 17 kilometrów, długość od Siwego wirchu po Ździarski wąwóz — 52 km. Tatry sterczą jak wyspa spośród stężałych fal wzburzonego oceanu, gdyż dokoła falują z północy Beskidy, z południa Niżne Tatry i pasmo Uhrońskie, z zachodu Mała Fatra i Wiaterne Hale, ze wschodu zaś Pieniny.

1467

Od tych mniejszych gór Tatry oddzielone są przez niziny, na których płyną cztery rzeki — zupełnie jak w raju — Dunajec i Orawa z północy, Wag i Poprad z południa.

1468

Gdybyśmy mogli teraz wszyscy na aeroplanie, którego niegościnny książę Hubert udzielić nikomu nie chce, wznieść się na 3000 metrów, tj. ponad najwyższy wirch Garłucha[401] — ujrzelibyśmy wtedy bezmierną rozległość o wiele dalszą niż kościoły Krakowa, nawet niż Ojców[402] i Chęciny[403]. Ale mgły nie pozwalałyby widzieć tak daleko. Tu bliżej natomiast ujrzelibyśmy za Gubałowskim[404] wzniesieniem dolinę Nowotarską, złożoną z gliny lub torfu na szutrze z odłamów zaokrąglonych Tatr.

1469

W rzekach ten szuter tłumaczy się sam przez się, lecz daleko od rzek mógł się tam dostać tylko przyniesiony przez lodowce.

1470

Te bowiem w okresie lodowym zapełniały w Tatrach wszystkie doliny, a w każdym razie już od 1500 metrów wzwyż następowała linia wiecznego śniegu.

1471

Lodowce bardzo powoli, bo przeciętnie 100 metrów na rok, posuwają się, niosąc na sobie ogromne zwały głazów i drobniejszego żwiru. Tam gdzie lodowiec wkracza w sfery cieplejsze i topnieje, pozostawia po sobie zwały kamienne, zwane morenami. Jeziora w Tatrach są takim dziełem lodowca, a jako pamiątkę tego pochodzenia mają zwykle morenowy pierścień, np. jezioro Szczyrbskie, Morskie Oko, jeziora Furkotne lub ślicznie w lasach ukryte Jamsko Pleso. Otóż dolina Nowotarska ma ogromne moczary i torfowiska, czy to po dawnym jeziorze, jak chcą jedni, czy wprost z powodu gruntu nieprzepuszczalnego, jak dowodzą niewyobraźniowcy.

1472

Na tych pustaciach czyli borach rośnie sosna błotna, brzoza omszona, rokita, wierzby krzewiaste; z drobnych zaś krzewin łochinia, bruśnica, żurawina, bagno, modrzewnica, wełnianka i rosiczki.

1473

Dawna roślinność tych borów był to wysokopienny las; żubry i bobry tam żyły (dotąd wieś Zuberec i miasteczko Bobrów), jeleń pasł się wielkorogi.

1474

Są też tam i pokłady węgla brunatnego, który leży pod iłami marglowymi, gruby na 2–4 stóp. Torfy nie są wyzyskane przez górali. Wiadomo iż torf tworzy się z narastających mchów, ich kępiny obumierające wznoszą się coraz wyżej: turzyca siwa, wełnianka, siedmiopalecznik, czermień i rosiczka są mieszkańcami tych cmentarzysk.

1475

Torfowiska giną, gdy woda wapniowa napłynie — zmieniają się w łąkę moczarowatą czyli ślepe jezioro.

1476

Gdy las wyrośnie na suchym torfowisku, zostaje jeszcze ziele, bagno i modrzewnica, które dowodzą mokrzejszej przeszłości.

1477

Te torfowiska zawierają historię dawną, sięgającą aż do epoki lodowej. Z nich np. wydobyto rogi łosia, najmniej trzy tysiące lat mające. Pastuch na polu palił szkieletem łosia, biorąc te kości za jakowyś chrust.

1478

Teraz się spójrzmy na południe.

1479

Wspaniała żyzna dolina Liptowska. Owiec mnóstwo się wypasa, kopalnie złota, srebra, antymonu, miedzi, kobaltu. Spławny Wag niesie aż do Dunaju tęgich jodeł spławy.

1480

Dolina Spiska na zachód mniej żyzna. Zbyt liczne zimne strumienie płyną z okolic kosodrzewu. Stąd łazy czyli łąki podmokłe, niezdatne do uprawy.

1481

Lecz w pobliżu są słynne góry Kruszcowe, które wytworzyły związek górniczy 16 miast spiskich jeszcze w XIV wieku.

1482

Tu z powodu łukowatej formy Tatr nie możemy gór objąć naraz.

1483

Trzeba by na nie spojrzeć z Niżnich Tatr, wtedy ujrzy się wspaniałe straże Łomnicy, Gerlacha, Lodowego[405], Krywania[406] — aż po Chocz i Rohacze[407].

1484

Rdzeń Tatr składa się z granitów. Z powodu iż wietrzeją mało, pozostają wirchy ostrymi.

1485

Zaś tam gdzie jest łupek i gnejs na granitach, tworzą się z powodu rozmycia wodą łagodne grzbiety. Skały osadowe piaskowce i kwarcyty, wapień i dolomit leżą na skałach starokrystalicznych.

1486

Formacja jurajska tworzy olbrzymie masy wapieni ciemnej barwy, twarde i trwałe. Są takimi wszystkie wierzchołki nad Zakopanem. W tym wapieniu znajdujemy liliowce i numulity podobne do pieniążków lub jarca i w wapieniu Rogoźnika pełno jest olbrzymich amonitów. Wapienie Tatr przeżera woda z kwasem węglowym; tak tworzą się pieczary.

1487

Woda, pozbywając się kwasu węglowego, pozostawia osad wapnia. Stąd owe stalaktyty w grotach, które są w wirchu Kobylim, gwoli estetyki przemianowanym na wirch Koboldów. Stalaktyty tworzą się bardzo powoli, między jedną kroplą a drugą upływa nieraz kilkanaście minut. Dla utworzenia słupa kilkumetrowej grubości trzeba dziesiątków tysięcy lat.

1488

Musimy teraz zejść w te sale podziemne, znane już poszukiwaczom złota za Długosza; tam Sala Śpiewaków wysoka na 40 m — mająca ze stalaktytów dziwne obłoki, kolumny, wieże gotyckie, ludy i krzewy.

1489

Gdy uderzyć ręką w te zasłony — one grają donośnie.

1490

Zajrzmy w studnię czarodziejek, głęboką na 10 metrów, gdzie w przeczystej wodzie świetlą się słupy. Nasza pochodnia opuszczona w maleńkiej łódeczce oświetli je wybornie. I wtedy ujrzymy — ale to już jest dziedzictwo pana Ariamana. Uczony nie widzi już nic więcej.

1491

Długość podziemi wynosi 3300 metrów, lecz są i dalsze zapewne groty, do których wejście zasypane. Z Orawskiego zamku ciągną się takie pieczary podobno aż do Mnicha nad Wagiem — 19 kilometrów.

1492

W grocie nad Wagiem znaleziono ludzi przedhistorycznych; byli to ludożercy, jak świadczą niektóre piszczele ludzkie wzdłuż krajane.

1493

Ze zwierząt pradawnych były tu renifer, lemingi, pardwy, sowy białe, niedźwiedź jaskiniowy i mamut. Lecz dotąd żyją tu ślady arktycznej fauny: świstak, kozica, sorek[408] i smuszka oraz skorupiak zadychwa[409], żyjący tylko w Grenlandii i Skandynawii.

1494

Klimat Tatr odpowiada z powodu wysokości strefom północnym. Ciepłota Morskiego Oka równa się tejże w Uleaborga w Finlandii.

1495

Wirch Gerlachu (rocznie 6 ½°) ma klimat południowego Szpicbergenu.

1496

Wiatr mokry wieje od Atlantyku.

1497

Wiatr halny zaś nie przychodzi z Sahary; każdy wiatr, przebywszy pasmo gór, zmienia się w halny, tj. zgęszcza powietrze w dolinach i ogrzewa je.

1498

Wiatr taki nawet w Grenlandii tworzy ciepło, podnosząc klimat o 20°.

1499

WiatrZnamy wszyscy ten wiatr halny, który idąc z sikawicą — deszczem — zrywa dachy, ludzi przewraca z nóg, a łamiąc lasy, pozostawia z nich tylko łomowisko. Powichrem zaś unosi w górę nieraz cały użątek z pól.

1500

Nocą jest szczególniej groźny halny wiatr: księżyc ma ponurą czerwoną obsłonę. Niebo fiołkowej barwy. Rosy nie ma. Duszno. Szum głuchy lasów. Potoki zdwojonym rykiem ogłaszają nabór swych wód. Nagły gwałtowny podmuch i rozpoczynają się harce.

1501

Wiatr, NudaProf. Zawirro mógł teraz w pełni tryumfować. Najcichsi i najcierpliwsi nawet powstali już od stołu i krążyli, jak gdyby ich powichrem unosiło.

1502

Był to inny wiatr halny, który powstaje ze zgęszczonej nudy w dolinach rozsądku.

1503

Nareszcie Mędrzec Zmierzchoświt zapytany o Tatry w krótkich słowach opisał je nieco weselej.

1504

Temu kto w nich mieszka, szumi morze nie tylko we wspomnieniach geologicznych, ale i szumem wieczornym borów. Kiedy wejść na wirch — widać z nich Ocean Obłoków na dole i pomniejsze wirchy jak wyspy.

1505

Góry, Morze, WierzeniaTu zaczęto Zmierzchoświta pytać, ile jest prawdy w tym, co głosi Ariaman: iż Tatry dotykają aż Sybiru i nawet Amur[410] jest granicą rzeczną Tatr od królestwa Anhellego; że góra indyjska Meru[411] wznosi się nad innymi lodozwałami, które się zwą Dant, Giwant, Morteracz i Rozacz; że wir pod Muraniem[412] tworzy się z powodu, iż jest jakaś zatoka tropikalna i stamtąd prąd ogrzany wypływa, a spotkawszy się z prądem mroźnym od sybirskich brzegów tworzy straszliwy Malsztrem?

1506

I czy prawda, że Zamek Księżniczki Zolimy stoi blisko podmorskiego wulkanu, tak że lada chwila, a jak Ariaman się chwali, od woli jego zależy, wzbudzić najstraszliwsze trzęsienie ziemi, po którym zostaną z zamku tylko ruiny?!

1507

Zaczął Mędrzec Zmierzchoświt tłumaczyć to, że Sybir istotnie graniczy z Tatrami, gdyż tu są wygnańcy sybirscy, w których zbyt głębokie wspomnienie sybirskiej katorgi żyje tu nadal i łączy się z wrażeniami Tatr.

1508

Przez puszcze lasów limbowych, bezludnych i niemających wody, a stąd i zwierzyny, musieli iść tygodniami całymi, w tej myśli, iż zginą z pragnienia lub od kuli goniących ich kozaków.

1509

Tymi lasami limbowymi szły te tysiące dziarskiej młodzieży wziętej po powstaniu, która nucąc tęskną melodię:

„Mamy wszelką wygodę:
Chleb, kapustę i wodę…”
1510

potem przechodząc mimo generałów, grzmiała chórem z junacką zuchwałością:

„Tak pozwoltie wam skazat'
razniesiom my waszu…
wsiech!”
1511

Z powagą, choć ożywienie dysputujących nad wynikami tych wielkich spraw dla Ojczyzny — zostawiamy na werandzie teremu. Wśród nich podwójnym źródłem wędrowców na pustyni jest Mag Litwor i Mędrzec Zmierzchoświt.

VII. Ałłach kehrim[413] (Bóg jest miłosierny)

1512

Nie udało się jednak kronikarzowi Anonimusowi wymknąć niepostrzeżenie, bo został przytrzymany naraz sześciorgiem rąk, trzydziestoma palcami i ośmiu gromowładnymi błyskami spojrzeń przez czterech mężów, z których jeden był straszniejszy od drugiego.

1513

Byli to: olbrzymi hrabia Ostafiej Huraganowicz, który o ile był uczonym podróżnikiem (w każdym kraju Azji i Afryki zostawił minimalnie po jednej żonie, która go uczyła również i języka), o tyle wróciwszy do swej wołyńskiej słobody, znał tylko strzelbę, a w łożu sypiał na zgrai psów.

1514

Taki był hrabia Ostafiej Huraganowicz, nie tylko weredyk[414], ale i człowiek, który miał tyle krzywd ludzkich na swej za mocnej ręce, że kronikarz życzy, aby miał hr. Ostafiej tyleż arbuzów i dyni w swych basztanach, a wówczas miałby czym utrzymać dobrze podszytą chorągiew.

1515

Splendor Kijowa, Berdyczowa i Korsunia, pan Ostafiej był niegdyś patriotą rusińskim, nazywał swe dzieci Kiryłko, Michajło i Stipa — a sam hrabiowskie nazwisko zmienił na dawne kozackie Demiszczuk.

1516

Na cele małoruskie łożył hojną ręką, ufundował teatr i stypendia dla historyków.

1517

Ale oto stała się przemiana pod wpływem jednej z żon;

1518

nie tylko stał się znowu Huraganowiczem, a synom przywrócił miana według kalendarza, a nie Czetij, Minej, ale co gorsza, zajrzał, co się też dzieje z teatrem i historykami.

1519

Ale to już było niecofnione[415].

1520

W teatrach rizali[416] panów, a historycy pisali tylko o hajdamakach[417], wielbili Żeleźniaka[418], Najdę i Żółte Wody[419], batkę[420] Chmielnickaho[421] i Zołtareńkę[422].

1521

Hrabia Ostafiej, czyli Euzebiusz, stał się odtąd nadzwyczaj uważnym na wymogi honoru narodowego.

1522

Drugim, niepokaźnym a strasznym, bo wiecznie zadąsanym, zrzędzącym, któremu wciąż wątroba puchła na grubość ręki lub i więcej — był pan Zimorodek omentra[423] vel skoczybruzda, jak go zbyt familiarnie i za węgłem domu nazywali chłopi.

1523

W Turowym Rogu wieścił on zawsze zimę i zamrażał wszystkie objawy zapału, będąc zresztą człowiekiem nieposzlakowanej zacności i miłującym mędrca Zmierzchoświta, lecz barbarzyńsko terającym Wieszczkę Marę wraz z jej ideami Ornakowymi.

1524

Trzecim był nikt inny, jak milioner i genialny inżynier, pan Muzaferid — o ponurej twarzy i skośnym spojrzeniu, niemówiący nigdy nic, lecz za to gdy znalazł się sam nad morzem Pratatr we fiordzie Kościeliskim, gdzie potonęły dżunki tatarów — osobliwie kiedy była noc, a księżyc — pan Muzaferid wydawał dzikie, iście nogajskie okrzyki.

1525

Teraz też milczał, przeszywając natomiast strasznym wzrokiem dzięcioła, który wykuwał pracowicie swój powszedni chleb w postaci białych, tłustych robaków, gnieżdżących się pod zestarzałą korą.

1526

Na koniec ostatnim był senator, pan Mogilnicki, o którym nic więcej powiedzieć nie trza[424], jeno[425] że był stryjem księdza Bazylianina i zakładał, to zrzucał niecierpliwie swoje pince-nez[426].

1527

— Hopla! — rzekł tubalnym, jakby ze Synaju, głosem pan Ostafiej Huraganowicz. — Dokąd to, panie Anonimus, tak bieżysz[427]? i czemu nie na wiecu, gdzie Mag Litwor w kozi róg zapędza dotychczasową Polskę? he? — (stuknął fajeczką o pień drzewa i wytrząsł popiół). — Podaj nam tu waszmość jeszcze Ariamana, chciałby pan Mogilnicki jemu coś powiedzieć z racji polityki, a i ja może zabrałbym głos prawem takiego, co widział prawdziwe lodowce — i mówił z prawdziwymi Maghusami! —

1528

Kronikarz nie miał odwagi odmówić trzem mownym, a czwartemu milczącemu, w myśl przysłowia: gdy ci trzej mówią, żeś pijany — to idź spać.

1529

Szczególniej, że i pan Zimorodek zapiszczał ostro o tym, że tu szacunku nie mają w tym domu dla nikogo i że mu wątroba już puchnie na grubość większą niż zwykle.

1530

Kronikarz podszedł cicho pod wiec obradujący i nasunąwszy się z dala na oczy Ariamanowi, skinął nań.

1531

Ten, lubo[428] niechętnie, wstał i podszedł.

1532

— Bój się waszmość Boga — rzekł kronikarz — srogie na ciebie zebrały się chmury. Musisz je sam zażegnać, tylko się nie wymawiaj.

1533

I nie zważając na pytania, a potem protesty, wiódł kronikarz Nietoty, nawet używając zaklęć na najstarszą z limb, na drakonit w mózgu Króla Wężów, na piekło Ornaku i od czasu do czasu całując przez udany szacunek w ramię młodego człowieka.

1534

To musiało Ariamana wzruszyć.

1535

Wyszedł naprzeciw trzech panów, skłonił się im ceremonialnie.

1536

Ależ jakie było kronikarza przykre położenie, gdy ujrzał, że oni na ukłon nie odpowiadając, dysputowali, biorąc obu w trójkąt swych trzech groźnych, bo podnieconych sprawiedliwością i napływem rozsądku, postaci!

1537

Pan Muzaferid zaś stanowił tę jakby gwiazdę w Wielkiej Niedźwiedzicy, która się nazywa jeździec, a na której próbuje się ostrości swego wzroku.

1538

Mówił, jak zawsze, pan Ostafiej Huraganowicz, pierwszy zagajając dysputę.

1539

— Streścimy naprzód argumenty czystego rozumu Kanta.

1540

Ponieważ w Tatrach nie ma Króla Wężów — bo co innego jest ludowy folklor, a co innego człowiek wzięty za plecy i wstrząśniony[429] przez Darwina[430], Edisona[431] i nawet Zolę[432]; nie ma lodników, ani też ze skał Giewontu wyleźć nie mógł żaden tutejszy Maghus

1541

więc pan Ariaman musi być lunatykiem, rycerzem o smutnej twarzy swoistego wyrobu.

1542

Ale zakaty, kronikarz Nietotki niczym nie stara się zaznaczyć swego Donkichockiego de Saavedra stanowiska, mieliśmy wszyscy trzej sposobność czytać w księdze, przykutej łańcuchem w Turowym Rogu, a będącym kroniką, same metafizyczne dywagacje!

1543

A to ładny kusz! ludzie zasługi — pan senator i marszałek Mogilnicki, mierniczy Wydziału krajowego pan Zimorodek, milioner pan Muzaferid i skromny wasz sługa — nie zgrywają w Tatrach żadnej roli, za to gada się tu ciągle o Maghusie Litworze?!

1544

Ktokolwiek ten urok czy umozejście[433] masowe sprawia — byłby on — wykrztuśmy słowo — szarlatanem!! Od wykrztuszenia zatrzęsły się szyby w budynku sąsiednim góralskim, obok którego na płocie i na pniu toczyła się rozmowa.

1545

— Hem! jakże nam odpowie na to kronikarz Anonimus? czy odpowie w ogóle?

1546

— Odpowie. —

1547

Ale nie mógł kronikarz przyjść do słowa, bo pan Zimorodek wyciągnął z kieszeni Ariamana pryzmę[434] szklaną i wzniósł ją do oczu — i oczy jego szaro wymokłe zrobiły się kolorowe jak piłki.

1548

— Nie trzeba, nie trzeba, nie trzeba! oto jest! oto jest powód, zarazek, prima causa, narzędzie obrazy, symbol. Hi hi hi! weź panie kochany tę pryzmę — spójrz na ten krajobraz — jak Boga kocham, drzewa w tęczy, trawa jak u naszego wibrysty malarza kochanego Kaktunia; kucharka z pomyjami idąca właśnie, wygląda jak Boga te — kocham — niby balerina z zaklętym świetlanym kubłem pod emanacją ręki —

1549

— czekaj pan, na pana spoglądam, panie Euzebiuszu —

1550

i jak Matkę rodzoną kocham, jesteś pan po prostu wzniosły —

1551

— Co, zahuczał pan Ostafiej-Euzebiusz — powiedz, idiotyczny! —

1552

— Z przystojnego, lecz ze szpetną brodawką na nosie staruszka zrobił —

1553

(Pan Ostafiej stuknął fajeczką o drzewo tak, że aż odłupnęła się kora) —

1554

się czcigodny starzec, palący węża — i ma wygląd, jak Ojca rodzonego kocham — tego jak tam — tego co jest un solitaire, un grand solitaire de Tibet[435]

1555

dalej — dalej — mów drogi, kochany panie Euzebiuszu —

1556

ja będę na Ciebie tak patrzył, a ty czytaj — i ja sprawdzę, czy też choć jedną literę zrozumię z tej Niedojty…

1557

Mów panie Euzebiuszu, mów, jak Trójcę mistyczną kocham, mów!… —

1558

Więc zahuczał głos pana Ostafieja, zaś Ariaman znudzony usiadł na pniu, nie zważając na kronikarza znaki, iż to nie wypada wobec senatora stojącego, pana Mogilnickiego.

1559

Słowo, Mężczyzna, ObyczajeI zahuczał tako głos pana Ostafieja:

1560

— Jest albowiem osłostwem w czasach zamętu. —

1561

Tu pan Mogilnicki wzniósł rękę do kapelusza, uśmiechnął się uprzejmie, uścisnął dłoń pana Ostafieja, jako tego, co za jednym zamachem przebył najtrudniejszy poroh — pan Ostafiej zamilkł, jakby wpadł w kapustę — a Magnat Mogilnicki, kręcąc binoklami — mówił już sam wytrawnie, prawdziwy statysta krajowy, którego mowy, na imieninach wygłoszone, są drukowane we wszystkich organach prasy.

1562

— Słusznie wspomniał przedmówca, że jest niebezpiecznym w czasach orgiastycznego zamętu pojęć w Polsce przydawać swoje widzimisię; płodzić legiony niedouków bez udziału kobiety —

1563

— Ha ha — zapodziemił głos pana Ostafieja — chyba przy pomocy egzaltowanych panien, którym też zwidzi się i wlazłszy na gruszkę…

1564

— Należy wprzódy — znów zaczął pan Mogilnicki — ad infinitum widzieć i pojmować realność, w niej utworzyć ojczyznę, przyjąć warunki piachów, nędzy galicyjskiej, analfabetyzm w Królestwie, płodzenie bez błogosławieństwa kościelnego, małostkowości rusińskie, zwyrodnienie socjalistów, ograniczoność modernistyczną umysłu ludzkiego, — a wtedy dopiero w przyszłym Państwie Polskim, mając się tak dobrze, jak Niemcy, Francja lub Ameryka — lub choćby jak Serbia, Afganistan i Papuasia —

1565

pozwolić sobie na grupę fantastów, teozofów, czy tam badaczy somnambulizmu —

1566

i owszem! grupę czy sekcję, gminę, osadę:

1567

błękitną, szafirową, ultrafioletową, zgoła niewidzialną itd. Społeczeństwo, mające nadmiary bogactw, może mieć Dżokejkluby, mające nadmiar pracy intelektualnej — może sobie pozwolić na fantastów w rodzaju Hoene Wrońskiego[436], Jeremiasza Lévi lub Fabrycjusza Oliveta, którego się lękał sam Napoleon, będąc, jak wszyscy Korsykanie, przesądnym.

1568

Kto wie, czasem który jak Mongolfier odkryje radiometr, bo istotnie w mrokach siedzimy i czasem ktoś z komina ujrzy lepiej, iż gdzieś pogoda świta.

1569

Nie dowód, żeby żyć na stałe w kominie, a za jedyny sposób komunikacji używać miotły czarodziejskiej, zamiast bryczki lub lokomobili.

1570

— Zatem, kochany panie Franciszek — zabrał głos pan Ostafiej — który wziąłeś za pseudonim Ariaman: wybij sobie z głowy owe Pratatry i mnie, uczciwego Wołyniaka, który miał sklep tytoniu w zarażonych febrą i fantazjami Indiach i zna parę wschodnich języków, nie czyń z łaski swojej Madżusem, bo to u Arabów znaczy po prostu nicpoń.

1571

Załóż waćpan cukrownię albo szkołę, albo jedź jeszcze i doucz się czegokolwiek na serio. Milionerkę pannę Zolimę zostaw w spokoju. Ludzi w chałupie Turowego Rogu, w której cię dotąd uprzejmie przyjmują — nie tykaj, bo będziesz miał tylko milion nieprzyjemności. Nikomu nie dogodzisz, chwaląc, nikomu tym bardziej nie dogodzisz, ganiąc.

1572

Czy nie masz pan ognia, tylko czasem nie z ołtarza braminów, ale zapałki narodowe Feigenbluma z Brodów?

1573

A jeśli chcesz Waszmość koniecznie morza — to, jak wiadomo, 99/100 powierzchni globu faluje. Jedź na Ocean Spokojny, opisuj tam, czy też tylko w milczeniu przeżywaj różne tajfuny, odpływy, przypływy, poluj na Węża morskiego i na samego Krakena, jak to czynił u nas dr Triplin, który, nie wyjeżdżając z Warszawy, bił białe niedźwiedzie pod biegunem. —

1574

— Ale nie wolno ci, młody człowieku — podjął pan Mogilnicki — w tych chorych mózgach polskich zaszczepiać nowego rodzaju niedowarzoną poetyczność —

1575

— O której mówi nasze wołyńskie przysłowie: Dureń dumkoju bohatije! — dociął pan Ostafiej.

1576

— Ty się kochasz — to znaczy, organizm twój potrzebuje pięknej kobiety.

1577

I ona jest —

1578

tylko się rozejrzyj. Czeka na ciebie, jest tak samo nieprzytomna, jak i ty.

1579

Jeszcze Wam obu powiem — już bardzo serio!

1580

Jeśli ten kronikarz Turowego Rogu tak będzie dalej oczerniał Zolimę, to po prostu uznają, iż ty go przekupiłeś i on się mści, jak drugi Aretino[437].

1581

Baron de Mangro usłyszy o tym z ust Pani Bredulskiej (bo sam czytać nie lubi takich elukubracji) —

1582

no, i będzie miał szczery żal.

1583

I któż zaprzeczy, że nie ma racji? i za nim obrażą się nie tylko żony Witeziów, kapłanki i kanoniczki narodowych świątyń, które to żony ciebie w wulkanie Piekielnika rade utopić —

1584

— Krótko! — ryknął pan Ostafiej — młodzieńcze, nie umitygujesz swojej imahinacji, zmarniejesz.

1585

Nawet w prawdziwej hinduskiej religii nie dozwala się unosić jak babie lato, lada podmuchowi imahinacji.

1586

Wszakoż mówi przysłowie, iż kobieta silniej ciągnie jednym włosieniem niż cztery byczki w pługu! wiem to, bom zaświadczył na sobie.

1587

Opowiedziałbym ci, jak niejaki mój znajomy kapitan korsarski szukał blondyny po morzu, której włosień znalazł na pałubie podczas sztilu morskiego i kiedy marzył o miłości. Postanowił szukać tej blondyny. Napadł na pierwszy spotkany anglicki bryg, wymordował moc ludzi, przeszukał wszystkie zachołuścia — i w ogóle nawet niewiasty nie znalazł. Potem, w jakimś porcie Batawii trafił pędzącą na koniu Amerykankę o bujnych włosieniach blond. Pogonił za jej odpływającym brygiem i dowiedział się w innej znowu porcie Portoryku czy Pekinu, że już ma jego Wybranka lat około sześćdziesięciu. Naresztę, gotów był z tej biedy porwać żonkę jednego kamerhera, grubą, jasnowłosą moskiewkę, gdy ahent od towarów, spojrzawszy na włosień, który on znalazł na morzu podczas sztilu morskiego wśród nienaturalnej tęsknoty za — powiedzmy, za miłością —

1588

otóż ten włosień okazał się roślinką róży Jerychońskiej — —

1589

Chciał coś poprawić pan Zimorodek, ale go zaćmił pan Ostafiej, jak przyrząd do tłumienia cudzego głosu.

1590

— I ty Ariaman, panie Franciszek, dajże spokój! Utroiłeś, że właśnie Zolima jest twoja wybrana. Równo ta, a nie inna? Ale przecież każde 7 lat zmieniamy całkowicie organizm! Co noc wstajemy innym człowiekiem.

1591

Zatem w kogo ty właściwie zakochany?

1592

No dajże łapę i nie gniewaj się.

1593

To przykro komuś tak wleźć na pajęczynową, tęczową, z obłoków, deszczu i marzeń zlepioną karuzelkę — i zburzyć. Ale terpi kozak, atamanom budziesz; wstań spod takich gruzów moszczniejszym!

1594

— Jakby syn cieniów Krasińskiego — rzewnym niespodzianie głosem zachlipał pan Zimorodek.

1595

— I nawet Zolima może cię nie ominąć, ale miej wolę posiąść tę, która w metryce rodziła się jako zakonna córka pana X. i pani L., a takową można zdobyć! Może się nie uda, ale zawsze jest możliwe — in potentia, si non in actus[438]. Ale nie można z pewnością ożenić się i być szczęśliwym w całym tego słowa znaczeniu z księżycową sylfidą, z ener — z enerhumeną swych własnych nocą rozmyślań!

1596

No, cieszy mnie, żem cię trochę przekonał, bo masz dobrą twarz i śmiejesz się do rozpuku.

1597

I zaklinam cię, nie rób mię waszmość Maghusem, — ty w imahinacji, a ten diabelny kronikarz w swoich ramotach —

1598

— Co — burknął pan Zimorodek. — Pana to już chyba nikt na Maga upozować nie może! —

1599

— Jeszcze jedno, ale to już byłoby bez końca — rzekł pan Mogilnicki, przepłynąwszy lekko nad opozycją — co za radykalizm żydowski w waszych młodych pojęciach, te wycieczki przeciw narodowej mądrości — po co? Po co mieszać politykę do l'art[439]? to obniża l'art. A wam dwóm sprawią zbiorowymi siłami najpoważniejsi criticiens[440] i inni, których nie brakuje w naszym kraju — taką zupę żółwią — à la tortue[441] — że naprawdę nie warto, — no po prostu, gra nie warta jednej powozowej świecy.

1600

— Jak mię widzicie, jestem podróżnikiem i dobrze wam życzę — rwał znowu pan Ostafiej.

1601

Po hindusku mogę Ariamana nadal uczyć i proszę pana oddaj mi hymny wedyjskie z objaśnieniami, które ja dopisywał na marygenesach.

1602

— Aha, to jeszcze chciałem powiedzieć — rzekł pan Mogilnicki — ktoś mi mówił o panu Ariamanie, że zdobył dla Polski morze, la mer navigable — i jest rodzajem Bolesława Chrobrego. Zaiste, piękny wzrost potęgi narodowej w Tatrach: morze, komunikacja parostatkiem transatlantyckim z Raby Wyżniej do Honolulu… Przednie.

1603

— A tego rekina, coś którejś nocy ułowił w Koprowej dolinie — wrzasnął pan Zimorodek — to proszę, każ mi go pan wypchać i podaruj! —

1604

— A mnie — rzekł hrabia Ostafiej — ulituj się i nie rób skałotoczem — nie chcę tłuc swoich starych kości na marglu Giewontu. Bo to jest margiel, twierdzę. Ale, ale, — a kto to jest ta Mangra — niby mi kogoś przypomina, co? z imahinacji? o, w to nie wierzę — ten się zanadto wam udał. Ki diabeł to może być? no, jutro mi powiesz panie Franciszku — kiedy będziemy skandować:

1605

— Gdybym, o Indro, tak jak Ty — jedynym władcą bogactw był —

1606

nigdy by śpiewak nie został mój tak już zupełnie bez stad bydła.

1607

I ja ci opowiem wtedy o pewnej wschodniej Sybilli — pani Atharwan. Żyje. Jedź do niej. Nadzwyczajna. Ma pełno ordenów, wkochał się w nią dzisiejszy kierownik młodych Tamulów — i jest mądra, graciozna i co chcesz.

1608

A czy wiecie panowie o tym, że gazety piszą o gotującej się walce Rosji z Japonią? biedne Japońcy — na kogo się im porywać! —

1609

Tak mówił skromnych, prawdziwych mędrców tryumwirat, zapominając o niepoprawnym Ariamanie, który tymczasem, uważając, iż apostrofa do niego skończona, chciał iść. Ale wtedy wziął się do niego pan Muzaferid.

1610

Przymrużył najpierw jedno oko — i patrzył jak się mierzyło dawnej z łuku w samo serce już oskalpowanego wroga.

1611

Potem nagle to oko zamknął, a otworzył drugie — i przechyliwszy brodę z dziwną ironią i najwyższą nienawiścią wejrzał w strój Ariamana, będący jak wiadomo strojem witezia z Pratatr.

1612

I kiedy nawet zuchwalszy od Ariamana nie wątpiłby, iż lustracja wypadła mniej niż niekorzystnie —

1613

pan Muzaferid wziął Ariamana za jedno ramię, wygiął się, jakby teraz nareszcie chciał go rozpruć handżarem — i wyrzucił ze zsiniałych warg polszczyzną złą, ale dobitną:

1614

— Widno zaraz, że ty nie jesteś żaden złodziej.

1615

Córkę ci dam, jak zostaniesz u mnie podriadczym.

1616

Masz — i więcej nie proś! Słyszał?

1617

I odwrócił się nagle, jakby od zabierania mu następnej sekundy zależała eksplozja wszystkich jego kopalń, kolei elektrycznych, fabryki aeroplanów, przyrządu do wyławiania okrętów zatopionych itd.

1618

My, kronikarz Nietoty, natychmiast poszliśmy za Ariamanem, który się chwiał na nogach — i prawdziwie zaczęliśmy mu winszować, mówiąc o niezrozumieniu przez społeczeństwo, o tym, że papirusy czekały na Napoleona.

1619

Mówiliśmy też na usprawiedliwienie Ariamana, że jest on jedynym w swoim rodzaju i dlatego można go jeszcze ścierpieć — to jest, raczej pożądany jest i taki typ w literaturze.

1620

Co najwyżej znajdzie się takich Ariamanów z półtrzecia.

1621

Zaraza Ariamaństwem musiałaby się liczyć do narodowych klęsk.

1622

Tymczasem jednak niech korzysta z tego przywileju, który ma mąż in futuro Zolimy:

1623

żyć według swych najgłębszych widzimisię.

1624

Kronikarz Turowego Rogu opisał z uniesieniem „chmurne a górne” marzenia na Morteracza skale —

1625

i wyprawę nocną po morzu z tymi awanturami na torpedowcu, które wyglądają na dziennikarską kaczkę i nawet obniżają — ale to mniejsza, godność kronikarza.

1626

Nazwał to Morzem Ciemności, bo nie wszystko tłumaczy się jasno, nawet ze stanowiska indyjskiej Jaźni.

1627

Mówiąc te słowa z wszystko rozumiejącą i, że tak powiem, szpitalną serdecznością, chcieliśmy z Ariamana wymóc słowo przyrzeczenia, iż będzie podriadczykiem pana Muzaferida. Ale on ku najwyższemu zdumieniu Kronikarza, rozpiął pierś i ukazał na niej bliznę w kształt swastyki.

1628

— Słyszałeś coś o witeziach w Krzyżtoporskim zamku? nie?! Pan Mogilnicki i pan Ostafiej, nawet pan Zimorodek, mieliby zupełną rację. To jest, niezupełną jeszcze. Byłbym najgłupszy, najbardziej szkodliwy fantasta, jaki mógł się narodzić, gdyby nie to, że Jaźń jest większa niż wszystko.

1629

Mają ci trzej mężowie jedną wadę polską, że lubią na ludziach, z którymi nie mają nic wspólnego, obgryzać kości.

1630

Wielbię natomiast Muzaferida.

1631

Idę do życia realnego.

1632

Być może, iż będę z bojowcami rozbijał pociągi. Ale nie będę z Narodową Mądrością chciał zastąpić Polski Panią Dulską. Nie będę się uczył, jak student na trupie, praw do wolności, wiwisekując mój naród.

1633

Będę — (tu zrobiła się przykra pauza) — bądź zdrów. I to jeszcze zapamiętaj.

1634

Widziałem starca, co wrócił z katorgi za spisek księdza Ściegiennego.

1635

Te źdźbła rokicin na klęczkach całuję za tych, którym to na Sybirze w więzieniach nie dano.

1636

Gustavus obiit!

1637

Nie wiem, kto się ze mnie narodzi — bądź zdrów! Jestem Polak.

1638

Zapomnij Ariamana!… —

1639

I prędzej, niż mógł kronikarz zatrzymać go, zniknął wśród drzew i wrócił znowu na wiec przerwany.

1640

Kronikarz stanął zdumiony, smętny i, że tak się wyrazimy, obolały.

1641

Na wiec iść nie mógł, więc słyszał tylko z dala urywane zdania.


1642

Kiedy Ariaman stanął w kole wiecujących, była chwila właśnie, kiedy Mag Litwor mówił, iż ma uczni swych i wykonawców.

1643

I wskazał też na Ariamana, którego przejął wstyd, iż tak mało wie z tego, co wiedzieć teraz nade wszystko należało.

1644

W myśl wiecu — jedni szli do Królestwa, aby działać w duchu i wyżynach.

1645

Inni mieli iść do Rosji, aby działać w duchu i sojuszu bratnim.

1646

Większa część miała zostać w Turowym Rogu, bo ludzie to byli gasnący — choć sercami płonęli jak ta chorągiew, co „we dnie jak słońce, w nocy jak żar prowadzi”.

1647

Ariaman czekał swego wyznaczenia.

1648

Rzekł Mag Litwor:

1649

— Znam kogoś, w kim tętni ukryta jeszcze niewymierzona energia.

1650

Dokąd chcesz Ariamanie? wybierzesz naturalnie strony najdalsze, nie byłbyś miał inaczej w sobie krwi z Króla Wężów. Więc idź za natchnieniem i szukaj swych dróg sam. —

1651

Zdumiał się tej rewelacji Ariaman o powinowactwie z Królem Wężów, lecz milczał.


1652

Rodzina, Szczęście, Spotkanie, ŚwiatłoOdwiedził Ariaman chatę, dzieci swe i żonę. Milczący był, lecz radosny. Radosny, to nie znaczy pełny szczęścia, jeno że otchłań w głębi swej miał pełną niegasnącego światła.

1653

Wyżej zaś były wszystkie męki własne i narodu, wszystkie przeczucia złe.

1654

Bóg, Słowo, OtchłańLecz w otchłani był Bóg, czyli to niepojęcie radosne mówienie z nieskończonością.

1655

Ariaman obejrzał częstokół domu, do chaty swej przywiózł starego rybaka i prosił, aby czuwał nad lasami i nad pastwiskami i aby wszystko było tam dobrze.

1656

Wiedział, iż żonie zastrzegać tego nie potrzebuje.

1657

Dawał jej bowiem wiarę większą niż komukolwiek, nawet nie wyłączając ludzi z Turowego Rogu. Jednakże nie wypowiedział jasno przed sobą, na czym polega jego zwycięstwo: oto wzniósł na takie wyżyny obłędną Mandragorę miłości, iż tam ona stanie się gwiazdą.

1658

Kiedy żegnał Tatry, jak święty talizman zachował pożegnanie z Magiem Litworem, którego pytał, serce jego rosnąć ma — jaką askezą, jaką modlitwą, jakim ogniem w arce?

1659

Rzekł Mag Litwor:

1660

„Wesel się na wyżynach i dawaj innym tę radość”.


1661

Był w Warszawie wśród tłumów burzących się, jak podrażnione pszczoły, szukające Matki. Rzucał wszędzie posiew słów Maga Litwora, czytał wszędzie jego Złote Orędzie. Tłumy zaczynały już rozumieć.

1662

Potem na jeziorze Trockim w ruinach Kiejstutowskich, zebrał lud i mówił.

1663

I lud miał go za jednego z rycerzy Wawelskich, którzy powstali, chciano go okrzyknąć swym Jasińskim, ale Ariaman zniknął spośród tłumu i gnał pociągami nad Morze Czarne, które omywa skały Tatr.

1664

W Bachczysaraju mówił z derwiszami i mówił z czcigodnymi sędziwymi Tatarami, którzy dziwili się, że język ma tak słodki — i którzy opowiadając o klęskach swego oraz polskiego narodu, wciąż dodawali: Chwała Bogu! Ałłah Kehrim! I wziąwszy wielkie przysięgi, odjechał na Kaukaz Tatrzański, gdzie był przykuty niedawno jeszcze Prometeusz. Tam przebywał w miastach, mówił z nauczycielami, z redaktorami i z wojskowymi.

1665

Tam błądził też sam w nocy po tym ogrodzie wśród czeluści skalnych, gdzie tęskniła Astrit, Królewna z Norwegii, zanim zabitą została przez kawiarnianego tragika. Wyruszył w góry, które są za lodowcem Morteraczu[442], do wspaniałych, bitnych plemion dawnych rycerzy krzyżowych, którzy zabłądzili w tych cieśninach i zostali tam na zawsze.

1666

Wschód wiał tu zupełny, a zamiast kłamliwych dyplomacji zmierzały zbrojne dłonie do uścisku z Lachem.

1667

Cudowne były momenty, gdy widział tych rycerzy ćwiczących się zbrojno w lasach.

1668

Na kobiercach zaś — w dymiącej sakli — wśród chłodnych nocy górskich zawierał śluby, że nie zdradzą Swastyki.

1669

Jechał Ariaman konno, wiedziony przez przewodnika do plemion muzułmańskich — i mówił z nimi językiem Emira Rzewuskiego i widział, że tam wszystko już gotowe.

1670

Jechał Ariaman do ruin przecudnego pustego Zygmunt-miasta.

1671

Tam czytał z głazów wielką przeszłość.

1672

W zamkach rozbitych armatami, patrzył na cudne dziewice rycerki wśród miriady luster, tworzących sklepienia w kształt pryzmatycznych komórek w plastrze miodu.

1673

W klasztorze Assassinów wśród żaru straszliwego leżał ukryty w celi chłodnej i czytał kroniki. Wieczorem, gdy powiał wiatr od góry, która się zwała Ołtarz świata, błądził nad świętym stawem, patrząc w lodowcową górę.

1674

I mówił ze starcem gór, arcy-ihumenem[443] tamtejszym, podobnym do Mojżesza z potęgi twarzy, z brody czarnej i z błyskawicowego geniuszu, który gniewem buchał za hańbę swego narodu.

1675

Wracał Ariaman; przy jeziorze wielkim jak morze, rozbił się pociąg, pod który podłożono bombę, lecz on ocalał.

1676

Na stacjach robotnicy walczyli tysiącami z wojskiem.

1677

Padały kule jak grad, lecz Ariaman był nieranny nawet.

1678

A jednak był wszędzie tam, gdzie Mag Litwor chciałby go widzieć: gdy wchodził, płonęły fontanny myśli i uczucia, jak drzewa zapalone piorunem wśród puszczy.

1679

I jeśli teraz odsłaniamy zapiski jego z tej podróży lotem husarowego ptaka czynionej, to nie przeto, iżby te słowa ledwo jednym brzmieniem ogarniające całe otchłanie przeżyć, aby te słowa były popularne.

1680

Mrok z nich bije. I może czasem światło. Allah Kehrim — Bóg jest miłosierny. Niech każdemu, kto wart jest, da wiedzę, fantazję, imaginację, natchnienie, tudzież intuicję.

1681

Bowiem pismo nasze jest szyfrowane i sympatetyczne — widzialnym się staje tylko pod skalpem myśli — i od wpływu Ognia.

*

Migocą złote pomarańcze
w odludnym czarnym salonie —
Ty upiór — rządzisz na tronie —
z miesiącem[444] wchodzę ja — i tańczę.
Splecione kobry nad róż misą
nurzają jady w kryształ czarek —
wśród mauretańskich kolumn Wareg
mieczem wskazuje tam, gdzie lwy są.
Miłosne krwawe pomarańcze
w letargu śniącej czarnej Diany
o jęku, tylko raz słyszany!
———-
Z miesiącem wszedłem tu i tańczę.

*

Dni moje — jako borów palących się szum.
Noce me — to zbłąkany kometa w niebiosach.
Miłość ma — jak przez widma opętany tum.
Pieśni me — niby króle ginący na stosach.

*

Mam serce popękane jak wulkan w płomieniu
i pędzę, wichrem niesiony wśród skał:
nad morza cicho śniące, nad głębie w omdleniu,
gdzie pył kwiatowy tonie, który wicher zwiał.
Tak chciałbym słuchać śpiewów z minaretu,
nucących Imię Boga nad morzami z gwiazd!
Tak chciałbym w pierś mą sączyć powietrze sorbetu,
z dolin płynące aż do orlich gniazd!
Tak chciałbym palić twoich oczu lawę
błyskawicami moich czarnych żądz —
i miecz złożywszy między nas w murawę —
i z zatrutego drzewa kwiat pachnący rwąc — —
Lecz serce mam spękane, jak wulkan w płomieniu,
krwawiący Imię Boga wśród piekielnych skał.

*

Noc — kryształ czarny. Iskrzą się gwiazdy nad borem.
Jeszcze mam obraz Twój w sercu mem smutnem i chorem.
Pociąg mię niesie w dal ku morzom, gdzie wszystko utonie —
i wtedy pójdę ku wam, o gwiazd plejado, Orionie!

*

Lecę wśród złotych pszenic
w gajach gdzie słoneczniki —
w brzęku jedwabnych uździenic
koń rwie się pode mną dziki.
Hej, zepchnąłem carewnę
w Dnieprowe ciemne wiry —
a łzy Jej — chmury ulewne —
rdzą padły do mej liry.
Hej, leć koniu przez jary,
zerwij pasma kądzieli —
jam nie pieśniarz Tamary
smętny Szot Rustaweli!

*

Nuży mię ta sina dal,
która nie ma grozy ciemnej Orki:
morze — ogród, wodorosty fal —
i delfinów stado, jak amorki.
Tu Czatyrdah nie śnieży w obłokach,
pieśnią wojny nie brzmią minarety,
urzan rośnie na Gireja zwłokach,
łez fontanny śnią milczeniem Lety.

*

Skrzydła gryfów pokłębione budzą we mnie szał Atrydy.
Mórz głębiny zielonawe w mgłach powiodą do Kolchidy —
a te zimne skał potwory, gdzie Dyjany ciemna grota,
ja miłością rozpłomienię w mit z porfiru i ze złota!

*

Idziesz tu ze mną w zamarłe pustynie,
gdzie rzeka szemrząc w cyparysach płynie —
a niebo jasne rozpala pożogą,
jak skrzydła duchów co wzlecieć nie mogą.
Czarne diamenty — oczu twych latarnie —
wiodą mię w zimne lodowe zasłony
— i jako Dante błądzę potępiony,
gdy mu ostatnia gwiazda zgasła w Arnie.

*

Na maszcie moim Wega się żarzy —
a na dnie zimna puszcza korali —
fala wyjąca dziko się żali,
jak widmo tęskne umarłej twarzy.

*

Wśród czarnych mórz
ogień w rubinie —
widzę w głębinie
Śniącą o wędrówce dusz.
Migocą żarze
na grobowcach gór —
płonęły nam twarze
miłością znad chmur.
Słońce z gór wezgłowia
kładło cień po cieniu —
wśród ludzkiego mrowia
zostałem w milczeniu.
Ach, dobrze — już mrok —
na chmurach popioły —
widzę Boga wzrok,
gdy strącił Anioły.

*

Róże — mimozy
kwitną tu,
czarne wąwozy
pełne mchu.
Gór lodozwały
sinią w mgle —
potok zdziczały
jamy rwie.
Zmierzcha topazem
niebios chram —
zejdziemy razem
do tych jam.

*

Jadowite węże pełzną po stepach,
księżyc rosę pije w srebrnych czerepach;
(miłość ma umarła, jak o szczęściu sen) —
niebo wiekuiste, jak morze bez den.
Gór wierzchołki w gwiazdach rzeźbią Boga sąd —
zły, geniusz tam kona — ma na skrzydłach trąd;
burze ciemne biją piorunami w skroń,
żadna z cór anielskich nie podejdzie doń.
Koń mój, krocząc w otchłań, trącił gniazdo węża —
skoczył w bok — i upadł — i już śmierć go stęża —
idę sam — i patrzę w śnieżną Boga twarz —
chmury łez mych płyną do lodowych czasz.

*

Pośród stepów i wydm i słonawych ziół
błękitnieją mury szafirów —
na nich gwiazdy lśnią z czarnoksięskich kół,
łabędziami płyną wśród wirów.
Morze wzburzone, złe — pełne milczeń i zdrad —
morze pełne lśnienia turkusów —
wicher niesie mu pył — i szarańczę — i grad
i wycie z zadżumionych ułusów.
I wielbłądy tam błądzą po spieczonej pustyni,
gnąc swój grzbiet wśród czerwonych tumanów,
rzeki w piaskach mrą, niosąc swej Władczyni,
zwiędły liść jadowitych durmanów.
A tam w morza głębinie śni zaklęta królewna
i to morze straszne sił nie ma jej obudzić!

*

O, jakież idą srebrne chmury
na te olbrzymie czarne szczyty!
… nagły lecący ogień z purpury —
gwiazda! jak duch z amfory rozbitej.
W tych basztach popękanych są dziwne ulice,
w jaskiniach tajnych błyskają światełka —
meteor upadł w wyklęte ciemnice,
niechaj me serce hymnem swym rozełka!
Księżyc i chmury — i ja — Twórca wolny!
jam rozwulkanił te góry w przedwieku,
ja widmo groźne żyjące w człowieku,
ja niebo — gwiazdy dzierżę — i ów zamek dolny!
Teraz mój los widzę — mój los widzę — ten, że jestem bóg!
prawdę mówiłeś do mnie Lucyferze!
to zapomnienie straszne i wyjście za próg
mojej wieczności — skąd grzech źródło bierze!
Światła nad wodą śniącą, gdzie umarłe ludy;
obłoki cicho śnieżą te mury podniebne, —
a tam w księżycu zamek miłości i złudy
i zaklęte w kamieniu sonaty pogrzebne.
Bóg! jest Bóg! do niego się pięły tytany law
i zdumione stanęły przed gwiazd huraganem
i czytając księgę diamentowych praw,
umilkły — w zachwycenia morzu nieprzejrzanem.
Ja mrok — ja smutek — ja bezmoc — a jednak też bóg!
——————————————
mozaiki gwiazd na czarnych wniebowziętych szczytach!
——————————————
——————————————
——————————————
Księżycu! przy ołtarzu chmur — wieszczku i kapłanie —
daj mi sny — tak skrzydlate — samotne — przejasne —
bym zapomniał, że idę w wyklęte otchłanie,
iskrząc się męką ognia — aż w dymach zagasnę!
…………………………………………
…………………………………………
Ciemne drogi me!
wysrebrzone —
ukochane
wycałowane przez księżyc!

Różany obłok

1682

Z gór mówię białych przy zachodzącym słońcu.

1683

Mrocznieją głazy olbrzymie, idą na wasz gród.

1684

Nie oszczędzą sadów ni minaretów.

1685

Złote wieżyce legną w ruinach, na dywanach smyrneńskich pokrwawią się głowy.

1686

Nałożnice w plusku fontann usłyszą spoza wysokich ścian ogrodu huk ciężki zstępujących olbrzymów.

1687

Miasto, jak garść brylantów migocąca w marmurowej misie, rozbłyśnie tysiącami ogni tych, co zbudzeni będą pytać i zmilkną.

1688

—–

1689

Ale On patrzy na obrady geniuszów w sali mrocznej gdzie sądzą.

1690

On słucha w ukryciu.

1691

Jego niech się trwoży serce Twoje.

1692

Miech twój niech błyszczy rosą Imienia.

1693

——

1694

Fontanny zamarzły, ptactwo ucichło, krzyk i śpiew skamieniał — dzieci przytuliły się do kwiatów, na których wiszą nieruchome pszczoły.

1695

Czarna gazela moja wyszła z grobowca, ku morzom, gdzie płyną góry lodowe.

1696

Widziałem Widmo i nie wzbroniłem odejść za baszty skał, aby nie była w dzień mojego sądu:

1697

gdy mię przywiodą skutego w łańcuchu i Jaźń moja z obrzydzeniem nastąpi nogą na mój rubinowy diadem.

1698

Gdyż wybrała mię swoim prorokiem, lecz dusza moja płynie na lodowej górze, szukając nadaremno po modrych otchłaniach Tej, która wyszła z mojego serca, czyniąc je zimnym grobowcem.

1699

Lucyfer jest! mówią to skały, wstrzymane w biegu z gór ogromnych, które opasały miasto.

1700

Lucyfer jest: pachną Imieniem Jego żółte owsy w ogrodach i dojrzałe brzoskwinie — i laki szkarłatne, i pstre begalie, i chińskie fioletowe róże.

1701

Lucyfer jest: gruchają gołębie i ptactwo świegoce w bujnych topolach, i niebo błękitnieje, słońce zachodząc przyklęka na kaszmirski purpurowy dywan —

1702

a gwiazdy już poczynają wyśpiewywać Jego imię z kryształowych czarnych minaretów.

*

1703

Lucyfer jest! — powtórzyłem, stojąc na płaskim stepie, który pokrywał zielenią górę, i czując, jak morderca pełznie wśród traw.

1704

Zorza wieczorna złotym przepychem rozkrzewia się nad górą podobną do trumny — niebieskie trójkąty przedzierają się przez jej złototkany szal.

1705

Gwiazda miłości wystąpiła pierwsza na jasne przejrzyste lazury.

1706

Cmentarz, nagrobki w turbanach i spisach — dają mi wspomnienie, że byłem królem narodu, który wyginął.

1707

Nie żal mi jego i nie wyciągnąłbym berła nad nim.

1708

Lucyfer mię uczynił prorokiem pustym i nie kazał mówić do mrówek z miast.

1709

Zejdą się olbrzymy przed namiot nieba mojego — zanurzą swe ramiona we krwi i będą kiełznać chmury pełne skrzydeł.

1710

——

1711

Wyjechałem ku miastu wyrytemu w skałach, gdzie nie ma żyjących.

1712

Koń biały unosił mię lekko jak obłok mgły między wysokimi ziołami.

1713

I gdzie padła piana z jego uździenic — tam zakwitały ametystowe łany krokosu.

1714

Jechałem do grobu Jej, aby przyzwać Widmo i do łoża mego chciałem Ją unieść.

1715

W bramie umarłych ujrzałem niewiastę młodą i drobną, niezmiernej piękności.

1716

Jakoby latarnie czarnych diamentów okryte jedwabiami rzęs — świeciły jej źrenice, twarz i postać zdały się żywym płomieniem.

1717

Czułem pocałunki jej spojrzeń na moich opuszczonych powiekach, imię Jej było Dalita. Podałem dłoń mą zamiast strzemienia, gdy siadła ze mną na Mlecznego, i ostrożnie, z wolna zjeżdżałem z wielkiej stromości ku dolinie, gdzie srebrnym wężem wypływała rzeka i drzewa gajem czarnym, pełnym cienia zapraszały do swoich świątyń.

1718

Droga zwęziła się nad przepaścią i skała stromo sterczy ku niebu, a głęboko w dole zasnuły się wąwozy mgłami.

1719

——

1720

Tam w nieskończone dale idę, w nieskończone dale idę smętny sam.

1721

Wrota gór rozwarte przede mną, a za nimi morze —

*

1722

Kędy opadł żar południa i chłodny wietrzyk oświeżył niebo, które było rozpalonym piecem — używszy kąpieli pachnącej siarką w kłębach olbrzymich tęczowej piany — pod ręką wysmukłego Hindusa — otwarłem furtę do ogrodu niezmiernego, który się rozciągał na stokach wielu gór przerytych bezdenną skalną czeluścią. Tu znużony myślami, których żar nie dał się ochłodzić sorbetem i zimnym krwawym owocem indyjskich kaktusów, patrzyłem na góry, gdzie kołyszą się jasnozielone łany traw i brązowe skaliste grody pełne sykających świerszczy i zapachu czombrów.

1723

I zmierzając ku skałom, widzę na ich porytych sarkofagach zamierzchłe legendy: Prometeusz skuty słucha Oceanid, głowa ścięta Meduzy płynie po falach, Jutrzenka sięga ręką do przełęczy nowych zórz, okrutne Bożyszcze na ołtarzu splecionych ciał — a wodospady cicho szemrzą w wąwozach i trzciny bambusów nad stawem poruszają się od przechodzącego ibisa.

1724

Księżyc blady, jak zbudzony upiór; muszki zielone wirują w napowietrznych jeziorach —

1725

serce moje było ciche, lecz niemocne.

1726

Syciłem się czarnym szkarłatem lilii, fale złotawych mietlic kołysały się —

1727

i byłem znużony jak posąg świętego, co już stoi od lat tysięcy w starej świątyni, z rozwartymi oczyma na tłumy wielbiących, a bardziej tajemniczych, niźli Bożyszcze, dusz.

1728

Gdzie jesteś? bóle moje się zagoiły, żądze umknęły, jak szakale z miejsca ogniów.

1729

W duszy mej świeci głowa Matki Boga z przymkniętymi oczyma, gorączka męki już przestała ją palić, łzy wyschły, niebo już osiągnięte i otwarte, Syn króluje wśród gwiazd i otchłani, żołnierze rzymscy dawno rozsypali się w mogiłach, lampa kadzilna płonie rubinowym, pełgającym uwielbieniem — i tak smutno — monotonnie — bezdźwięcznie w tych niebiosach, gdzie trawy się kołyszą, błękit bez chmur, i tylko orzeł niedosiężnie przelata — unosząc w szponach obwisłe zakrwawione koźlątko. —

*

1730

Przepaści wężem złowrogim przeryły ogród, żlebem kamiennym zapadają w głębinę piekieł.

1731

Potok to rwie się huraganem jęków, to wypełnia milczeniem zimne, bezdenne jeziora.

1732

Niewidzialne ropuchy i kameleony, gnieżdżące się w wilgotnych jamach, gadały ze sobą.

1733

Księżyc przyświecał przez mroczne tysiącoletnie lasy cedrów.

1734

Na szczycie niedostępnej góry migotał zamek łuską lśnień.

1735

Słuchałem bębnienia ropuch i szeptu kameleonów, które obsiadły w leju skalistym mgławe jeziora.

1736

Myślałem o tych, co błądzą zamknięci w pieczarach.

1737

Sam byłem — księżyc już zapadł za góry — chłodne milczenie nastrajało swój instrument przerażenia i rozpaczy.

1738

Myślałem — jakie są tajemnice Boga, kiedy je ukrywa przed sobą samym?

*

1739

Przyległszy twarzą do granitowych wschodów świętego stawu — przysiągłem Tobie, Duchu nieogarniony — —

1740

Czemuż przerywam milczenie?

1741

Na górze upiornej spod całuna lodów mroczą się granity — niebosiężne twierdze z białych marmurów — stacza się błękitny lodozwał, jakby płaszcz olbrzyma.

1742

Tu karmią się u źródeł rzeki szalone i nieokiełznane, co trą głazy na miałki żwir — a im bliżej morza, ciche i głębokie.

1743

Ja, król, wisiałem nad przepaściami i nie miał mi nikt sznura dorzucić, nie było nikogo z żywych — prócz sępów, co wyglądały, jak czarny różaniec na tle śnieżnej, straszliwej piramidy.

1744

Pisałem sztyletem Imię Twe na bryle kobaltu, czekając, rychło mi omdleje ręka i runę w otchłań, z której wiatr mroźny podnosił moje włosy do góry.

1745

Ujrzałem kosodrzew i, wbijając szpony w ścianę, dociągnąłem się do krzewiny i przy niej ległem omdlały. Ptaszek lecący mógł mnie muśnięciem strącić tam w otchłań, gdzie ryczący potok tu zaledwo zdał się wężykiem srebra.

1746

I począłem się zsuwać, jakby z murów piekielnego grodu. —

1747

Teraz, gdy słońce zaszło, ja, minąwszy otchłań, ucałowałem w mroku ziemię wonną od traw — i spoglądam w obłoki płynące, które przyszły do gór tych na spoczynek nocny — patrzę ku Nieskończoności, która się staje wciąż głębszą świątynią gwiazd i wtajemniczeń —

1748

Jestem obłokiem zwiewnym, którzy przyszedł ku nieruchomym, nadziemnym wyżynom, wiatr poranku zwieje mię, dokąd Ty mu rozkażesz.

1749

Gromnice gwiazd rozetlą się nade mną śniącym, dusza ma jak tchnienie kwiatu tuli się do Twoich ran, o Góro,

1750

z nizin umarłego stepu —

1751

wznosząca się śnieżną Allelują w nieprzejrzane Milczenia Wiecznych Przeznaczeń.

*

1752

Po kilkumiesięcznym wypełnianiu Magicznego Złotego Orędzia, chciał oddać się duchowemu przeżyciu grozy toczących się walk na Wschodzie, a nie mogąc doczekać Maga Litwora w cieśninach, gdzie unieśmiertelniał ród ludzki Prometeusz, wyruszył wczesną jesienią nad Amur, gdzie znajdowały się wówczas wojska rosyjskie.

1753

Mówią złośliwi, że Kuropatkin[445] przegrał, mając w Ariamanie przeciwnika w bitwie pod Mugdenem.

1754

Dalsze dzieje Ariamana trzeba byłoby wyśledzić z biuletynów wojennych, my jednak, kronikarz Turowego Rogu, zajmujemy się tylko tatrzańską stroną życia naszych bohaterów.

1755

I otóż, kiedy zimą wrócił w Tatry Ariaman z przestrzeloną ręką, zmiana nastąpiła w jego duszy.

1756

Świat mu wydawał się jakby olbrzymia mroczna rzeka, pełna wodospadów.

1757

Ta rzeka — to nieubłagane kosmiczne prawo.

1758

W rzece, niby lipowy kwiat, niby jętki motyle, płyną i toną ludzkie egzystencje i nie tylko ludzkie, wszystko co istnieje!

1759

Jedyną mądrość stanowi życie swe wyżyć aż do dna.

1760

Ariaman widział gladiatorów w straszliwej arenie, gdzie nie było duchów, jako widzów.

1761

Zaiste, groza potworna tonących pancerników, bombardowane miasta, rozpusta między oficerami wojsk rosyjskich, łatwość mechaniczna zabijania tysięcy tych „Jaźni”, tych „dziedziców nieba”, tych „miar wszechświata” —

1762

taniość ludzkiej Karmy, którą się wdeptywało w błoto mandżurskich rozmokłych Gehenn, —

1763

to rozstroiło umysłowość nie tak zrównoważoną, jak pan Ostafiej Huraganowicz — skłonną do wyżyn, o ile był Mag Litwor, lecz tym skłonniejszą do przepaścistych wądołów szału i namiętności, o ile Wielkie Światło nie wiodło go.

1764

Przebycie samopas okropnych dziejów walki uczyniło z Ariamana jeźdźca, który z koniem swym przejeżdża nad przepaścią, widząc ścieżynę zwężającą się i bezpowrotną, bo obrócić koniem znaczy runąć tam w otchłań z wyżyny.

1765

Dłużej uczestniczyć w ruchu „wyzwolenia” nie miał już Ariaman po co.

1766

Utracił zupełnie wiarę w możliwość wielkich gór dla narodu. Małe zdobycze ekonomiczne nie obchodziły go.

1767

Dziwił się sam tej złowrogiej pustyni, która w nim zapanowała. Schronił się nad swe morze w Tatrach dziko huczące w jesiennych burzach, z melancholią wpatrywał się we wschód, zarówno jak w zachód słońca.

1768

Łowił ryby dla domu i chętniej niż ryby znosił owoce z lasów. Nad wodospadami nieraz stawał, namyślając się, co czynić. Tam na dnie już spokój. Tu na górze — chmury obłędu.

1769

Wreszcie postanowił wybrać się na kilka dni do Turowego Rogu.

VIII. Chata wieszczki Mary

1770

Jernesta.

1771

W wielkiej izbie ustawione łoże Wieszczki Mary, która leżała chora, dokoła zaś niej były choinowe drzewka, wniesione tu dla balsamu.

1772

I była sama, chwytając powietrze chorymi płucami.

1773

Wspomniała swe dzieciństwo, kiedy malutką dziewczynką stała przed sądem wojennym; i potem, gdy z Ojcem swym na wygnaniu w Kireńsku[446] przemyśliwała nocami całymi, jak uczynić coś dla Polski.

1774

Straszne tarakańczyki[447] szeleściły ohydnymi gromadami dokoła niej; te wstrętne insekty, których nie wolno było ruszyć, gdyż gospodarze Mordwini[448] wynajmowali z tym warunkiem, żeby świętych tarakańczyków nie niszczyć.

1775

Tarakańczyki niejednemu, śpiącemu mocno czy pijanemu, odgryzały nozdrza lub uszy aż do kości, że wyglądał jak dawny katorżni klejmiortyj, i dziewczynka Mara przeraźliwie się ich lękała, w ciemności szlochając w swym łóżeczku.

1776

Tak, nocami tych lat długich myślała nad Polską i zrozumiała w przeczuciu swym, że nic dla niej wielkiego uczynić nie zdoła!

1777

Widziała i znała tych dziwnych ludzi, tych wygnańców, jak Krajewski — melancholik milczący; żył z dala od innych wygnańców, głęboki, najmędrszy z nich.

1778

Ten kochał tylko dzieci, i dzieweczka Mara była jego ulubienicą. Opowiadać umiał cudownie…

1779

Potem już panną dorastającą wieziona z jednego zakładu dla chorych do innego — z Paryża do Kaltenleutgeben, poznała najdziwaczniejsze tajnie życia.

1780

I ową straszną historię z rubinami Księcia de Marny… mieszkała naprzeciw domu, gdzie była ta kobieta, kochanka Księcia…

1781

Fantastyczna, przepiękna dziewczyna Cyganka!

1782

Zabił ją blondyn wymokły, Książę — kazał sobie zrobić rubinowe spinki do mankietów i gorsu. Cały Paryż wiedział o tym morderstwie, lecz Książę stał się najmodniejszym z ludzi w salonach.

1783

Znała w Tyrolu Niemca doktora, przyjaciela Polaków, który miał pokój, zawieszony Grottgerem[449].

1784

Wyglądał jak nietoperz, w płaszczu, niziutki. Mówił tylko gwarą tyrolską. Żył samotnie w zamku.

1785

Znała różne potworne historie z obłąkanymi Polkami miłości, silne jak śmierć! lecz mało z nich było tak dziwnych, jak tej góralki Jernesty[450], która służyła w Chacie teraz.

1786

W zimie, podczas 26° mrozu, przyszła w białym kaftaniku, w spódnicy niebieskiej letniej. Nie miała serdaka ani chusty. Wszystko przepijał jej Józik.

1787

Była tak limfatyczna z wyglądu, blada, piękna, w stylu Maeterlinowskim, wysmukła, z oczyma niewidzącymi, zda się, nic, zapatrzonymi tylko we własne uczucie, iż stawało się zupełnie nie wiadomo, gdzie mogła się kryć jej szalona, potworna namiętność?

1788

Ubóstwiany Józik było to chłopisko szpetne, pijanica, drągal niezgrabny, co wrócił z wojska i donaszał mundur.

1789

Nie chcieli nigdzie Jernesty trzymać. Nawet to, że była siostrą zbójnika, sławnego Sierotowicza olbrzyma, który większe pół młodego życia przesiedział już na Wiśniczu — nawet takie potężne tarcze nie zasłoniły jej: była we wzgardzie u górali i u państwa.

1790

Wieszczka Mara wzięła ją, zresztą wyborną kucharkę, bo u hrabiów jakichś pomagała kucharzowi, który był pijakiem i więcej spał, niż pracował, za to całej wiedzy udzielił Jerneście.

1791

Ta była cicha, niemowna, jakby indolente[451], lecz robota czyniła się sama, w godzinę obiad najwytworniejszy na dwanaście osób umiała podać.

1792

Z góralami była grzeczna, lecz obojętna — z tymi pięknymi przewodnikami, z półbohaterami, jak Jaś Krzeptowski!

1793

Jednego wybrała — i na zawsze już.

1794

Józik był niezły może chłop, lecz dla niego była za tragiczna. Brał od niej datki na wódkę i miał pozwoleństwo przychodzenia jawnie. Wieszczka Mara chciała tę miłość uczynić prawem.

1795

Bywało kilka dni dobrze; nagle ze strychu słychać było łomot zlatującego Józika pijanego, krzyk Jernesty, — i potem wśród lasu nad rzeką jej okropny lament.

1796

Już wtedy na kilka dni nie była zdolna czynić obiadu, lękała się tylko Pana, chory śmiertelnie leżał w zacisznym pokoju. Za to do Wieszczki Mary przychodziła; tuląc się u jej kolan, wszystko jedno, że był to mroki północny — nieprzytomna, ustami coś żuła — gryzła podartą Józika fotografię!…

1797

Pani Mara schylała się, aby ją podnieść, Jerneścia nie dawała się — i tak zostawały obie na ziemi, razem płaczące — modliły się razem za nieszczęsnego Józika, aby go cosik odmieniło.

1798

Kiedy znów uspokoiła się, chodziła wśród pracy domowej, nie widząc nikogo.

1799

Pan Melanchtonius, najwytworniejszy z dżentelmenów w Turowym Rogu, blady też, wysmukły też, wodził za nią oczyma, z zachwytem, mówiąc do Wieszczki Mary:

1800

C'est une femme! c'est une femme! c'est moi qui vous le dit, Madame[452]!

1801

Sąd anachorety o tej Manon Lascaut[453] był w tym wypadku najwyższą instancją znawstwa.

1802

I teraz Jernesta przyszła, Pani Mara opowiada jej swój sen:

1803

widziała gdzieś, na czarnej przepaści cudne arabeski…

1804

Taki więc dywan czynią razem, Pani Mara rysuje, maluje kulfonikami, Jernesta przynosi włóczki, dobierają razem, tworzą — a wykonywa krawiec, hafciarz od serdaków, idiotowaty góral Dyrula, w którego wmówiła Jernesta, że Pani go kocha! — i on nie tyle dla papirka dziennie, ile dla Pani Wielkomożnej haftuje i naszywa piknie.

1805

Tak powstało arcydzieło — pierwszy haft sztuki stosowanej w Tatrach!

1806

I ten dywan stanowi dumę Jernesty: „zrobiliśmy takie, czego nikt nie zrobił!”.

1807

Łoże Pani Mary zarzucone resztkami włóczek…

1808

Jernesta wyżenia się w końcu.

1809

Ślub smutny, życie stało się już piekłem zupełnym.

1810

Pijaczysko nie wychodził z karczmy.

1811

Chcąc oduczyć od pijaństwa, opychała go słodyczami, robiła mu sławne w Turowym Rogu ciasta Rzymusy, których nauczył ją hrabiowski kucharz. Zawsze u niej, jak na Wielkanoc, było zastawione; Wieszczka Mara czasem zajeżdżała do niej, dziwiła się temu:

1812

— Abo widzi Pani, ja tak chcę Józika nauczyć, że mu w domu najlepiej…

1813

Ale Józik, noc spędziwszy w karczmie, rano pałaszował ciasta, potem drzemał — i znów szedł pić.

1814

Tak przetrwonił całą chudobę, dom porządny, kawał lasu; Żyd karczmarz wziął to mniej niż we dwa lata.

1815

Jest prawo austriackie, które takie długi chłopskie, w karczmie powstałe, bardzo surowo kontroluje i chłopów wydziera z rąk lichwiarza pijawki.

1816

Na skargę Jerneści, miała Pani Mara jej bronić przez Sędziego Zygmunta — ale prosto po tej żałobie Józik poleciał do karczmy, powiedział Żydowi, że go Sędzia weźmie w kluby.

1817

Żyd w nocy pojechał do Nowego Targu; co uczynił?

1818

kogo przekupił? czy tylko od kogo wymógł przyśpieszenie likwidacji — dość, że w parę dni Jernestę wyrzucono; — i tułali się w okropnej nędzy po Krakowie. Jerneścia była już przedtem bita przez Józika za jakiś grzech… teraz poszła drogą kobiety nierządnej… prędko dostała się do szpitala, stamtąd pisała list do pani Mary; był w nim tragiczny wzniosły krzyk:

1819

— Pani nie ma prawa mnie sądzić, bo Pani jest królowa Jadwiga, a ja jestem kobieta!…

1820

Wspomniała, jak noce całe przemodliły się razem! —

1821

I nie sądzono jej zresztą nigdy źle w Turowym Rogu.

1822

Umarła.

1823

Józik wpadł w rozpacz — coś przejrzał.

1824

Teraz wyrzucał sobie, że jakby on był jak się patrzy chłop, a nie pijanica — Jerneścia by nie zatraciła się i nie umarła!

1825

Coś w pół roku i on poszedł za nią.

1826

Został chłopaczyna, szpetny, jak jego ojciec, kochany do szaleństwa przez matkę, póki żyła.

1827

Jerneścia całą majętność swej młodości przemieniła w miłość do tego chłopca, lecz musiała go opuścić, idąc do Matki Ziemi na nowe przeobrażenia.

1828

Taką była Manon Lescaut Turowego Rogu.


1829

Kielo ta pani głupia!

1830

Burgrabią Turowego Rogu był zwariowany góral Gandara.

1831

Chodził se po słonecznych galeriach — przytupywał wesoło; kiedy był rad, śpiewał piosnki z dzikim hipkaniem —

1832

a kiedy głód go dojął i ujrzał Mistrza Teodoryka, pytał:

1833

— Dali wam jeść?

1834

— Dali.

1835

— A mnie nie dali!

1836

Gandara miał się za władcę niepomierzonych obszarów, niby Hamlet, lecz nie zamykał ich w skorupie orzecha. On widział je — on okazywał na całe Tatry: — syćko moje!

1837

Na dzień jeden zaszedł po drodze do Turowego Rogu.

1838

On i wariat Gandara dosyć się lubili, choć Ariaman nie miał dla niego uczuć rzewnych, bo widział w nim jakiś swój prototyp. Usiedli więc.

1839

Raz przed samą śmiercią usiadł z Ariamanem na słonecznej przyzbie i, przyśpiewując, tak gadał Gandara:

1840

— Wicie, jako w Białce kościół zjedli?

1841

— Z jedlinowych balów?

1842

— E, wyście mądrzy, to nie uwierzycie, ale głupi to myślą, że kościół zjedli!

1843

— Wybudowali kościół z pni wielkich jedlanych, hrubych, jak ten skriżal — (ukazał wielki płaski głaz u schodów).

1844

I był taki gazda, co syćko zabijał: barany, owce, woły, ludzi, syćko zadziobywał.

1845

(Tu Ariaman miał widzenie olbrzymiego, czarnego, skrzydlatego człowieka, który syćko zadziobywał!…)

1846

No i było mu już na śmierzć.

1847

Ale jako ta do księdza pójdzie?

1848

Kto mu da rozgrzesynie?

1849

Namówili go przecie. Ksiądz pyta: „no, ile ta może być tego, co zabiłeś?”.

1850

Tak mówi ten zbój:

1851

„Jakbym ze Żaru do Jurgowa zrobił płot, telo by on mógł objąć, com nasabijał”.

1852

To mówi mu Ksiądz: „klęknij w kościele, zrób krydą koło i módl się a nie daj się wziąść złemu”. —

1853

Zostawili go.

1854

Modli się.

1855

Noc — ciemno! żebyś diabłów zjadł, a nie widział.

1856

A tu widzi ogień zaświecił — kuźnia!

1857

Takie pięć pieców bucha ogniem, jako w Hamrach, kie żelazo robią — rude ocziszcają. Kręcą się też różne sieleniejakie duki. Mieli ulać dzwon, a na tyn dzwon wsziscy dawali pieniądze stare, spilki połamane abo i całe — syćką miedź i srybro. Zewsząd ludzie umarci schodzili się, dawali, a Ksiądz dorzucał.

1858

I postawili na tym grzysniku dzwon.

1859

I młotem biją, a taki huk, że jak uderzy młotem, to wszyscy głuchną w Zakopanym.

1860

I tak mu straśnie dzwonili, kując na nim.

1861

Rano nie chce nikt wejść do kościoła — tak się brzydzili grzyśnikiem.

1862

Ale Ksiądz wszeł:

1863

widzi go, iże klęczy w kole.

1864

I nie pytał już więcej, dał mu rozgrzysenie. On wiedzioł, kielo musiał wycierpieć tę noc. To już mu więcej potrza nie było! — —

1865

I śmiał się Gandara do Słońca, które ogromne blaski rozsiewało na lazurowy przepych zimowego krajobrazu Tatr.

1866

Gandary znaną jest historia.

1867

Mędrzec Zmierzchoświt rzekł mu: napisałem o was książkę.

1868

— A co to? — spytał.

1869

— No, jest taki człowiek, nazywa się Gandara.

1870

— Jak śmieliście? to jeno Żydzi wołają Gandara! a ja się zowię Adalbertus Łukascyk z Murza Sichla!

1871

— — — —

1872

Kiedy te słowa Kronikarz Turowego Rogu pisze, wicher okrutny duje za ścianą, — tam idzie Gandara już nieboszczyk:

1873

prosty jak był starzec, wyglądający na młodzika hardy — nieprzystępny.

1874

Kiedy go pokrzywdzili, zabrali mu grunta orne, na których wysiewu miał 23 korce, i łąki szmat, i lasu godnie, i z chałupy wygnali mu dzieci i żonę za jakiś mały dług 3 korcy kartofli, cztery razy zapłaconych u Żyda, a bez kartki —

1875

on leżał po oborach chory z połupaną czaszką od kijów.

1876

Wyszedł jako wariat.

1877

Sąd przysądził mu 4000 za ono pobicie i chorobę, nie miał kto ich pobrać — żona umarła z rozpaczy, synowie byli mali.

1878

Gandara chodził po świecie, czasem bywał ponury i klął.

1879

— Wsy me źreją, katany i obucia ni mam, a syćcy mi rozkazują: ino pracuj! Dość jo się napracował, a jesce pirwej byłem w wojsku — w Nietalii: w Peskierze i Werunii — w Milanie! mój pułk się nazywał Wilam Princ Preis fon Fridlik eśte regiment lunero cwancik! mój generał nazywał się Kostia Ziemania, jedno miał oko gdzie trza, a drugie tu — (pokazywał żuchwę).

1880

W Nietalii syćkie panny chciały się za mię wydać — nie chciałem.

1881

A i tu mówi do mnie ta, co w Kuźnicak: podobacie mi się, Gandaro!

1882

Nie chce was, boście głupia!

1883

— Jakże tak można pannie ubliżać? — pyta Zmierzchoświt.

1884

— No, toć jej tu nie ma, a że ona głupia, to je prawda! —

1885

W ogóle Gandara nie był łaskaw dla kobiet.

1886

W bajce o Adamie i Ewie mówił:

1887

„jesce ta Jadomisko, jako Jadomisko, niezły chłopisko był, pracował ciężko — ale ta!” — tu machał pogardliwie ręką na tę, która wydobyła mysz spod czapki mimo zakazu Boskiego i przez to sprowadziła tyle bidy na świat, ba, i Chrystusową mękę!

1888

Gandara szanował nadzwyczajnie pracę przy ziemi.

1889

Księżniczkę Wisznu chwalił, gdy widział ją pielącą ogród, mówił, że ojciec jej (Pan Oleśnicki) oślepnie od książek, ino ta go zdole utrzymać!

1890

W ogóle jednak kobiety niegodne były jąć się pracy przy ziemi — to nie dla bab!

1891

Widząc, że Wieszczka Mara nie chowa świnek, nie karmi ich własnoręcznie, ogrodów i puszczy Turowego Rogu nie oddaje pod ziemniaczki — mawiał: kielo ta pani głupia!

1892

Wpadał nieraz o zmierzchu straszny, z obłędnym wzrokiem i upominał się:

1893

— Ka[454] moje grunta? cemzeście mnie dali oszukać? co wyście za pany?! —

1894

i wielką kosą, wziętą ze ściany, wywijał nad Wieszczką Marą.

1895

Wśród zmierzchu ten wariat z kosą szalejący — i pani Mara nieruchoma na swej kanapie, cichymi słowy uspokajająca! obraz, jak wszystko najlepsze, nienamalowany!

1896

Nachodziła go śmierć, kończyny mu puchły, czerwieniały — wpadłszy w śnieg, nie mógł się już sam wydobyć.

1897

I tak opowiadał o tej utarczce swej ze straszną, bezoką Mocą:

1898

— Kazałem hadwokatowi, aby pisał o śmierzć.

1899

A ten pyta: gdzie jej zamieszkanie?

1900

Jak ci dam w kark, to zaroś będzies wiedzioł, gdzie je ona! —

1901

I chichotał…

1902

Mędrzec Zmierzchoświt zapewnił mu izbę dostatnią, gdzie miał co dzień to, co tak lubił: mliczko i ciepło.

1903

Wzgardził po tygodniu kątem.

1904

— Co ja tam będę robił? babsko je stare, brzyćkie. Takie to dziady!… —

1905

Gandara był strojniś, wybredzał, nim co raczył przyjąć. Umiał do żywego wydrwić niefortunnego ofiarodawcę starych butów lub niewyborowych rękawic zimowych.

1906

Chodziła po nim gawiedź, tj. insekty swojskie, ale dusza jego była krynicą wielkiej mądrości, swobodnego tworzenia swego własnego, z głębin natury chłopskiej wydobytego światopoglądu.

1907

Na św. Szczepan, w ostatni dzień umierającego roku, przyszedł do Wieszczki Mary bardzo smutnej, która była sama. Pijąc nietalijskie, jak myślał, a właściwie dalmatyńskie wino, tak się dziwnie rozwieszczył, że mówić począł w natchnieniu ogromnym, zawierając całą mądrość chłopską w potężnych Ezechielowych wizjach:

1908

— Obłoki się otwierały, jako to u was dźwirze do pokoja, do piątego razu odmykały się do nieba!

1909

A wicie, co to niebo?

1910

Jak sie niebo zamkło, upadł na ziem krzyz.

1911

A ja podniósł ten krzyz, bo żaden nie kciał go dźwignąć.

1912

Telo głupik wte było, co i dziś!

1913

Krzyza to nie miał kto podnieść, to ja go wzion ten krzyz i podźwignon, i poseł z krzyzem po świecie…

1914

A każdy na mnie do dziśka woła: tyś głupi! tyś głupi.

1915

Tak mnie wej wysło!…

1916

A kieś ty mądry, cemuś ty nie wzion krzyza, nie wzion i nie poniós, tylkoś me do śmierci zabił?

1917

„Zje to mój las, zje to mój las, zje to moja ziemia! ” —

1918

A to nie twój las, nie twój las, ani nie mój las, ino Boski, i ta ziemecka święta nie twoja, nie twoja, ani nie moja — ino Boska…

1919

A jak się zamkły obłoki, to tak łupło!

1920

A łańcuch leciał na ziem, a jak doleciał — to zgasnon, bo był tak, jakby z ognia…

1921

—-

1922

A głupi nie wiedzieli, co to niebo wskazywało.

1923

Jeden głupi krzycał: Bedzie mór! — drugi głupi krzycał: — Bedzie wojna! — trzeci głupi krzycał: — Biedzie głód! A to niebo wskazywało skarby: lase, ziemie, wody, sól.

1924

Cicho! cicho ze bądźcie! Nie mówcie nic, coby was głupi nie słyseli! My tu dziś ino sami dwa mądrzy!

1925

Słuchajcie, jako wam powiem: Śrybła, złota człowiekowi nie trza. Śrybło, złoto, to ino z dyjabła, to jest, dyabelska rzecz.

1926

Pan Bóg dał cłowiekowi sytko, sytko, co mu trza.

1927

—-

1928

Słuchajcie ze, jako wam mówiem. Pan Bóg dał człowiekowi te ziem świętom. — W imie Ojca i Syna i Ducha świętego. Jamen. I ku temu dał Pan Bóg cłowiekowi jesce lasy, wody, ziemie i sól — więcej nic nie trza: A ty cierp i pracuj!

1929

A nie trza nigdy ślubować od wódki. Moi ostomilioni! Pamiętajcie! pamiętajcie! Wódka najpotrzebniejsa, bo to z Boskiego daru, ze ziemniacków.

1930

A ściąga żołądek i śmiałości dodaje, ze i do śniega hipnies! A ognia dodaje, choćbyś nic nie zarł… —


1931

W kilka dni później zaziębił się na srogim mrozie, jadąc ku Nowemu Targu do sądu po swe majętności — po te syćkie hale w Tatrak… co je widzicie haw!

1932

Siostra miłosierdzia w szpitalu gdy Gandarze powiedziała, że to już jest to, Gandara rzekł: Kielo razy już o nią pisałem!…

1933

Umarł Gandara, król przestworzy, w przeodzieniu Tomka biednego, Towarzysz Mędrca Zmierzchoświta, który był Królem Lirem Turowego Rogu.

1934

Wszyscy byli Gandarze w życiu radzi i wszyscy byli śmierci jego radzi.

1935

Mędrzec Zmierzchoświt, przynosząc wieść o jego zgonie, śmiał się prawie radośnie, roniąc łzy.

1936

— No, już się stało, droga pani! — rzekł — już naszemu Gandarze jest dobrze!… —


1937

W puszczy.

1938

Chodziła z Mędrcem Wieszczka Mara, idąc ku puszczy. Spotkali tam lwa wspaniałego z grzywą płową, który żył w jaskini z małym, nędznym kundysikiem.

1939

Lew był zmęczony żarem, kładł się, łapy wyciągał, muchy go gryzły.

1940

Obrzydliwa psina targał za uszy — gryzł, wyrywał mu kudły —

1941

lew znosił to ze spokojem królewskim.

1942

Kundys ten był nie do zniesienia, jakiś marny, nudny — i co zmuszało lwa znosić takie towarzystwo?

1943

Potrzeba kontrastu? potrzeba bycia wspaniałomyślnym? czy też wprost — ten fiber serca, który szukał kogokolwiek, cośkolwiek? — —

1944

Jodły były tak rozłożyste w słonecznych srebrzeniach, chmury płynęły tak dalekie od wszelkiej troski na swym błękitnym morzu, że i w serca ludzi wpadała przez jakiś otwór szturmem zdobyty — radość, jakby młody Apollo z mieczem.

1945

Wielkie, posępne skały mroczyły się, zwrócone od słońca, zapadłe w morze.

1946

Straszny jęk dobywał się znad fiordu.

1947

To Otaria utraciła towarzysza!

1948

Miesiące mijały — i to wielkie, wspaniałe zwierzę, pokrewne fokom, nie odchodziło od brzegów, przepływało tylko fiord to tu, to tam —

1949

szybka jak syrena, goniąca okręt Odyseusza na morzu.

1950

— Te zwierzęta są bardzo szczęśliwe — mówił Ariaman, wskazując na głazach rozwalone foki i lwy morskie: — nurzają się w rozkoszy żywiołu Tetydy całym swym jestestwem i tak łatwo mogą zdobyć kontrapunkt radosnego, leniwego wypocznienia na skalistej wyspie!

1951

A potem znów płynąć gromadnie, jak armia, po tych głębinach, z niesłychaną szybkością, w dni kilka przenosić się ze stref polarnych w umiarkowane regiony! Iście Böcklinowski tryton! jakie Odyseuszowe najady!

1952

— Tak, są szczęśliwi — jeśli mogą być szczęśliwi?! — rzekła Wieszczka, dygocąc całym ciałem na rozpaczny głos biednej Otarii, która samotna, niedopuszczająca nikogo w pobliże, wyła przerażająco! milkła tylko, zanurzając się na krótko w ciemną toń.

1953

Przypisek kronikarza piekielnego.

1954

Te wzruszające — hm, hm, opowiadania mogą iść zaiste w zestawienie tylko z kwiateczkami świętego Franciszka… takież bredy! nie razi nas to, że lew znalazł się w Tatrach — akurat w czasie, gdy z mrozu Gandara dostał zapalenia płuc, bo jeśli tyle mułów upasa się na krytyckich preriach różnych stolic, o każdej porze dnia, nocy, roku i stulecia — to czemuż nie miałby się znaleźć i jeden Felis Leo w Tatrach — zimą?… Więc nie to razi nas, ale skąd wjeżdżamy znowu w jakiś elegijny nastrój? skąd ja do tego przychodzę, żebym się miał zajmować cenzorowaniem tych skryptów o bekowisku fok, o wszach Gandary i Rzymusach, które piekła kucharka swemu strażakowi? to ma jakiś zaraźliwy nastrój gromnic i Wielkiego Piątku, Biblii dla ubogich duchem w Milwaukee lub Massachusetts i ostatnich — tamże chrześcijan! Myśleliśmy, że po rozmowie Ariamana z Magiem Litworem o Krisznie — i w kronikach Turowego Rogu zapanuje chłodne, tęgie powietrze, ale nic z tego! na wszystkich Polakach widać, że jest to „nacja przetrącona!” — jak mówi pan Zimorodek.

1955

Koniec przypisku

1956

Pogrzeb.

1957

Nikt nie mógł być na pogrzebie Gandary, jedni byli sami zbyt chorzy, inni za obojętni.

1958

Wieszczka Mara, zapłakując się dniami całymi nie za Gandarą, ale z powodu faktu śmierci, z którą nigdy pogodzić się nie mogła, prosiła Ariamana, żeby ten był na pogrzebie od Turowego Rogu, zanim wróci do swej chaty.

1959

Wybór padł źle.

1960

Dla Ariamana nie było ze strony Gandary śmierci, po prostu zabrakło go, jak jednego z ptaków albo obłoka na niebie, albo przeminionego dnia.

1961

Śmierć mogła się zjawić przed Ariamanem tylko jako otchłań w jego własnym sercu. Lecz serce jego całe było już otchłanią.

1962

I teraz Niniwę niechby ziemia pochłonęła, on ze swymi ukochanymi mógłby trwać w stanie tego badacza meteorologii na szczycie góry Dant, który zapisuje stan psychiczny atmosfery ludzkiej: Zeus +40, burza od Archipelagu Księżniczki Wisznu, Chrystus -12, sucho, obłoki Cirrusowe sceptycyzmu. — Ariaman nie mógł darować Wieszczce Marze tych łez wylanych na próżno, tej boleści, która nikogo widzieć nie chciała, tylko przed Mędrcem występuje z twarzą wesołą, by jemu nie powiększać smutku.

1963

Czyżby zaś Mędrzec cierpiał z powodu, że Wieszczka Mara cierpi?

1964

gdyby Mędrzec Gandara widział te żale nad tym, co już nie istnieje, czy nie powiedziałby znowu: Kielo ta Pani głupia?

1965

Gandara jest lub go nie ma —

1966

a słońce jednako potoczyło się kulą rubinową za kurhan Osobitej i pójdzie zajrzeć w twarze obłąkane tych setek tysięcy, które giną tam — pod murami oblężonego Portu Artura; jednako śnieg cudowną, mocną pokrywą oszrężył bezmiary śnieżne, po których leciał na nartach Ariaman.

1967

Nie znaczyło to, żeby on był wesoły, nie:

1968

ujrzał przy mogile Gandary ohydnie zjedzoną przez raka twarz jego córki, czarownicy, w której czarach był rozkochany. A że nie mowa tu o czarach fizycznych, to się rozumie, lecz o zamawianiu na ciężkie smutki, którego to zamawiania używał niedawno Ariaman, śmigając od granic Kaukazu aż po Ałtaj i szukając duszy świata w barakach umierających — i na polach, gdzie skłębiały się masy ciał od pękających granatów.

1969

Czy użył tego zamawiania z powodzeniem na własną duszę? z większym jednak, niż na swego raka w twarzy biedna Łukascykówna! bo przyniósł moc dzikiej tężyzny.

1970

I był jeszcze tam na tym cmentarzu obmarzłym zachlipły, z nosem czerwonym karzeł Jaś, syn już podstarzały Gandary…

1971

Takie się to obrodziło szpetne potomstwo temu, którego upragnęły syćkie panny w Nietalii i nawet ta z Kuźnic, ino bez to że głupia, to jej nie wziął!…

1972

Bóg, Święty, LosTak, jest Polip, który ssie duszę świata:

1973

obrzydłe Przeznaczenie ze skośnymi oczyma handlarza ludzkim towarem, z rurką zamiast nosa, z gębą ukrytą między strasznymi ramionami…

1974

I jakże to nazwać — ten Absolut, tak niepodobny do ciszy lodowców Goethego, do piorunowej na cherubimach toczącej się chmury Mojżeszowego Boga?… Czerwony śmiech — Czarne Maski — Bezdno — jak nazywali autorowie rosyjscy? Karma, jak mówią teozofowie? Czy też „Cosik”, jak nazywała Wieszczka Mara?

1975

Z pól śmiertelnych Mandżurii wyniósł Ariaman życiową wolę walki z tym Przeznaczeniem.

1976

Nie pozwolić, aby od szachrajstwa różnych „Bezobraznych” panów zależały losy kroci tysięcy tego boru ludzkiego.

1977

On czuł się witeziem, który nie żądał już niczego dla siebie.

1978

Nad grobem Gandary rzucił Ariaman kilka jedlin do jamy, rozmyślając, jak innych witeziów w Tatrach przejmie tą samą mocą, jak też Zolimę postawi na straży Tatr, wiedząc, iż bez niej stanie się tu coś potwornego, jakiś drugi Bezobrazow z jakimś nowym Abazą wywołają wielką niepowetowaną narodową klęskę.

1979

Słońce, wracające krwawo do swej kuźni, przypomniało mu północne sagi o rycerzach-bogach prastarej Eddy[455] — i o tej kuźni, która jest pod Ornakiem.

1980

Przy kolacji u Wieszczki Mary spotkał księcia Huberta, który mając pewne względy dla Ariamana, chciał koniecznie jednak uczynić go człowiekiem arrivé[456].

1981

Gniewało go to, że Ariaman mogąc zdobyć Zolimę, trawi się tajemną męką, zagłuszając ją (tak sądził książę) różnymi metafizycznymi donkiszoteriami.

1982

Jego melancholia nie umie spojrzeć na życie, które jest warte dobrego śmiechu.

1983

Melancholia Hamleta była tylko kolorem głębin. Ale na wybrzeżach swych on pienił się srebrem, szalał setkiem[457] tęczowych katarakt.

1984

I to miejsce dramatu:

1985

„Być czy nie być?”

1986

Przez intuicyjnego aktora powinno być omówione podczas rwania krasnych goździków przy oczekiwaniu niespokojnym, kiedy na zegarze zamkowym wybije północ.

1987

Dusza, Syn, OjciecWtedy rozpocznie się najcudowniejsze misterium, jedyna najświętsza msza — obcowanie z własną jaźnią, przybierającą kształt zewnętrzny Ducha starego Ojca.

1988

Potem zaś nad ranem, kiedy Poloniusz pójdzie na nabożeństwo do kaplicy i na grę kostkową w kurdygardzie, Ofelia idąc przez chór kościelny, w jednej z nisz uczuje rękę Hamleta, który obejmie ją wpół i wprowadzi do miłości lub, jak chcą inni — do porubstwa! —

1989

Wieszczka Mara, zbolała pogrzebem Gandary, czuła zamieranie serca; lecz zażywszy walidolu, prędko jęła przychodzić do stanu normalnego pogodnej mądrości.

1990

Lecz niestety, nazwa tego lekarstwa przypomniała ks. Hubertowi sułtankę Walidę z czasów rozbioru Polski i popędził on myślą do tych zacnych krajów, gdzie by wolno było porywać ukochane do haremu —

1991

i przez cudne arabeskowe okna mówić z nimi na tarasie, podsuwając im figi smyrneńskie, rachatłukum, wino Lacrymae Christi i to lepsze jeszcze Lacrymae Veneris z wyspy Cypru…

1992

Ach, obnażyłby ją, taką wysoką, gibką, cudną kobietę o włosach kruczych, z oczyma szafirowymi —

1993

i nie byłoby wtedy mowy, żeby panny miały ślepotę kurzą, nabytą z książek ekonomicznych i nie wiedziały, kim jest Baron de Mangro, handlarz ludzkim towarem, a kim ten, który stoi sam, walcząc ze swym Losem.

1994

Porwać należy!

1995

tak — już nie pieśnią, lecz zbrojnym napadem, tylko zamiast w kilkunastu draba — zjawić się samemu jedynym!

1996

Już nie śmiesznym pieśniarzem, lecz templariuszowym Bafometem[458] — głową mądrego mężczyzny brodatego, na czterech łapach zwierzęcia.

1997

Ariaman próbował umitygować księcia, lecz ten rozgrzany winem, okazywał się istnym awanturnikiem z XVI lub XVII wieku, jakimś Kortezem lub Pizarrem, jakimś panem Lisowskim czy Radziejowskim.

1998

Czym dla takich panów były świątynie Peru, czym kolumna Memnona, zasłuchanego w wieczność?

1999

Zwierciadło jaźni tacy powieszą sobie w swej sypialni, gdzie odwiedza ich tabun kobiet.

2000

Mądrość ich — to nowa alchemia, aby według swej anarchistycznej woli sproszkować świat, a potem z niego utworzyć wesoły kulig.

2001

Książę Hubert nie znosił cierpienia i chciał je zewsząd egzulować[459].

2002

Na Turów Róg patrzył on jako na jeden z nieopisanych jeszcze przez Dantyszka[460] zakamarów piekła, gdzie nad czeluściami, żarzącymi się od lawy, księżniczki Zolima i Wisznu pieką jak uśmiech dziewicy miłe ciasteczka;

2003

Wieszczka Mara, wisząc na krzyżu, wszakże zaprasza, aby jeść wyborne ukraińskie konserwy z berberysu, a do miska dodać śmietany. (Wspaniała Złota poganka, pokutująca w tej wychrzczonej, niestety, Duszy)!

2004

Mędrzec Zmierzchoświt uzbrojony młotem Thora burzy cały ustrój społeczny, a nagim i przygniecionym ruinami ofiarowuje kwiatuszki z jeziora świętych;

2005

Mag Litwor niechże z Indii wydobędzie Kamasutrę, sztukę miłości, a da spokój wszelkim Ofiarniczym Mostom ku nieistniejącej Krainie!

2006

Kiedy Wieszczka Mara wyrzekła, iż dla niej smutek jest tym dłutem, bez którego już nie może się wyrzeźbiać dusza — ks. Hubert aż się wzdrygnął.

2007

Dla księcia była to stęchła zatoka, on sam rwał się na Ocean dziko szalejący, po którym dopłynie w końcu do krainy pełnej najcudniejszych kobiet kapłanek, drzew chlebowych i mądrych mitów, zaklętych w rzezanym kamieniu przy świątyniach Oceanicznego Diabła.

2008

Polska, Odrodzenie, FilozofKsiążę mówił te i tym podobne baliwernie[461], obmyślając jednocześnie zagarnięcie zamku Muzaferida w Tatrach i odrodzenie całej Polski z wielkiego źródła nietzscheanizmu.

2009

Wtem Wieszczka Mara wstała, długo nie wracając, ks. Hubert też zabrał się i poszedł.

2010

Zamyślony Ariaman patrzył przez okno. Ujrzał naraz Wieszczkę Marę, która szła z swą śnieżną głową, czarno ubrana, wśród mrocznych drzew, brnąc w śniegu i płacząc.

2011

— Kielo ta Pani głupia! —


2012

Żałobnice.

2013

Częstymi gośćmi były w chacie dwie żałobnie ubrane wdowy. Jedna ze Żmudzi — rumiana, z naiwnym wyrazem twarzy włościanki, lecz z niepożytą siłą duszy, jaka się trafia tylko wyjątkowo. Pasła krowy do 14. roku, potem los jej pozwolił się uczyć i w osiemnastym roku zdała już egzamina z gimnazjum, nauczywszy się zupełnie jej obcych języków: polskiego i rosyjskiego. Pojechała za granicę do Szwajcarii na uniwersytet, chcąc następnie zarabiać na młodego literata litewskiego, w którym się zakochała, a który miał suchoty.

2014

I byli razem w Szwajcarii.

2015

Nędza, niejadanie całymi tygodniami — uczyniła stan literata beznadziejnym. Kiedy żona jego posiadła patent i przyjechała w Tatry zarobkować i kiedy mogła dać ukochanemu człowiekowi wszystkie wygody — on już kończył ledwo zaczęte bezlitośnie twarde, smutne życie. Podobno wszyscy Litwini z ludu, idący ku nauce, dostają tuberkuł[462] z powodu nędzy!

2016

Wielka wspaniała głowa poety, z uśmiechem sardonicznym, leżąc na poduszce trumny, zdała się spoglądać wzrokiem zakamieniałej boleści w tę — która klęczała na śniegu cmentarnym, złożywszy ręce, z wyrazem chłopskiego tępego bólu, który pyta Boga pierwszy raz w życiu — i ostatni:

2017

— Czemuś mię tak pokrzywdził?

2018

A może — Ciebie nie ma? —

2019

I to straszne dla dusz głęboko pierwotnych zapytanie wyłoniło się też jako najwyższa waga życia przed tą drugą wdową.

2020

Jej oczy nierozświetlne, postać zdająca się być tylko w czarny jedwab zamkniętą chmurą, jej wyraz przedelikaconej mimozy pytał o to samo.

2021

Weszły one do chaty Wieszczki Mary, zapytując prawie na progu, czy jest Bóg!

2022

Wieszczka Mara naraz uwierzyła, naraz wyciągnęła rękoma po tę władzę, którą miała lub zdawało się jej, iż miała, ukrytą w misteriach duszy na straszną potrzebę.

2023

Potwierdziła, że Bóg jest — i dusze są — i ci dwaj skrzydlaci rewolucjoniści — tam są.

2024

Lecz obie wdowy zaczęły zaprzeczać.

2025

Żona, Wdowa, Idealista, Duch, Wiara, Bóg, Ksiądz, Urzędnik, Rewolucja, Walka, KobietaMąż Żmudzinki był niewierzącym socjaldemokratą i melancholikiem. Dopiero przed samą śmiercią miał wizję słonecznej żmudzkiej ziemi wśród lasu — i było tak szczęśliwie — tak oddychało się pełną piersią — tam był Bóg!…

2026

Lecz mąż drugiej wdowy, bogacz, proletariatczyk, człowiek zdumiewająco zdolny, umierał w spokoju filozofa, mówiąc, iż nie chce księdza — i nie mógł przypuścić nawet na chwilę takiej niedorzeczności jak życie pośmiertne! Żona, która mu towarzyszyła aż do końca w niewierze, zostawszy sama wśród pustych ścian — zaczęła wywoływać jego ducha, słyszała w muzyce swojej tęsknej na fortepianie jego głos za sobą, widziała go w snach, widziała na jawie z otwartymi oczyma, przestała kochać nawet jedynego synka — i szła za duchem, gasnąc, niknąc…

2027

Nocami te dwie wdowy tworzyły seanse, miały widzenia, odpowiedzi duchów.

2028

Więc przyszły wreszcie do Chaty, czując, iż umysł im się miesza, i prosząc tylko o jasne, proste zapewnienie, iż Boga nie ma.

2029

I Wieszczka Mara (kobieta!) uczuła naraz, że Bóg jest!

2030

Zaczęła dawać Go im w płaczu i w wysłuchiwaniu dziwnego ich życia — i w zapomnieniu, iż sama dla siebie doszła do strasznych pewników!…

2031

Żmudzinka była zawsze milcząca, ta druga zaś mówiła tak, jak śpiewają łabędzie — pieśń przedśmiertną.

2032

Krwawej piękności wspomnienia!… w więzieniach Petersburskich, w tych szalenie odważnych drukowaniach na maszynie, szukanej przez całą policję miasta, przez żandarmów, — właśnie, kiedy ruch wydawał się zdławiony —

2033

ta wówczas szczęśliwa kobieta, a zawsze nikła mimoza, drukowała płomienie, rozrzucała je po mieście —

2034

i jeszcze przychodziła do władz, ujmując się za więźniami, grożąc sądem za bicie i wyrzucanie za drzwi kobiet z prośbami.

2035

Jej brat jest na Sybirze! Raz już uciekł i schronił się za granicę, lecz wrócił, wiedząc, iż go szukają, bo musiał i chciał należeć do Rewolucji.

2036

W dzień przyjazdu aresztował go ajent ochrany — przesiedział rok w więzieniu — i chorego z nadpękniętymi do szaleństwa nerwami wysłano na osiem lat katorgi.

2037

— Więc tak po prostu, pytając Drogą Panią i nie męcząc już naszymi opowieściami, czy jest Bóg? —

2038

Poszła na spowiedź do księdza:

2039

potępił rewolucję, potępił też wywoływanie duchów, ale kiedy zaczął mówić o Bogu —

2040

to mówił tylko o którymś paragrafie katolickiego Swoda zakonow. —

2041

Późno w noc przeciągały się rozmowy tych trzech wdów ze sobą.


2042

Wieszczka Mara.

2043

W górach mrocznych Boleści żyje Wieszczka Mara;

2044

w górach osłonionych od świata senną żaluzją chmurnego milczenia;

2045

w tych górach nieznanych, jak były nieznane przez lat tysiące góry Nieba, z których wypływa Nil, jezioro Niasa i Wielka Zambezi;

2046

w tych górach smutniejszych niż lawy księżyca…

2047

w tych górach osamotnionych, jak ponury wulkan Tristan da Cunha, otoczony morzem i z Antarktyku płynącymi górami lodu;

2048

w tych górach przeczuwalnych i wyliczanych w przybliżeniu, jak dziewiąta planeta Neptun, nim ją odkrył potężny teleskop Astronoma;

2049

w tych górach ubłogosławionych, jak Góra Czaszek, kiedy spełniła się na niej ofiara Miłości;

2050

w tych górach, osypanych zwałem wszystkich polskich trumien, jakie były od czasów Króla Popiela;

2051

w tych górach mądrości nieprzewyższonej, dobroci zawsze zawiedzionej — Zniczów nigdy niegasnących, przyświecania lampą wieczną serca nad kaźniami więzień i zesłańcami wśród głuchej mroźnej Nocy syberyjskiej;

2052

tam żyjesz Ty, Wieszczko Maro, najdziwniejsza w Trójkącie Magicznym, Wielki Brahma kobiecy —

2053

wiedząca jak

2054

i wiedząca, gdzie są wysokie Golgoty dla Twych oczu, szukających w mroku niepohamowanym, krzyczącym wśród grobów zamurowanych — bez echa!

2055

Tu — w Twoim królestwie Niemocy Gwiaździstej ogrodziłaś dla dobrych i zaiste dziwnych ludzi w Polsce Turów Róg —

2056

i tu dzieją się cuda wielkie, nigdy nikany nie mające podobnych sobie!

2057

Tu po tatrzańskich puszczach skaczą małpki, które gdzieś ze Surabai i Jawy wieziono i zbiegły — — i te powabne zwierzątka wieszają się nad melancholią olbrzymich smreków, żywiąc się leśnymi jabłkami lub orzechami leszczynowymi, gdy pogonią aż na węgierską krainę…

2058

W tym zwierzyńcu lub, jak pieśniarz żydowski powiedział — w tym Zwierzeniu, istnieją również twory, które wyobraźnia ślepego Sabały[463] wyznawała, jako własność mitycznego pana Ofa:

2059

w potoku płyną wielgoryby i turlają się na trawie; wszystkie zwierzęta praojca Adama żyją tu na powierzchni lądu lub w głębinach morza, w podziemnych aż na Oceany ameryckie wychodzących labiryntach Kościeliskiej i Bielskich Tatr.

2060

Tu Wieszczka Mara ugaszcza niezliczonych magnatów ducha, wędrujących z całej Polski, zarówno jak chłopów siermiężnych i gazdów: latem nad zielonym dywanem, usianym w przepych modrych gencjan wiosną — nad łanami zaśnieżonych fioletowych krokusów… Wita radością i sadza na tronach kamiennych z doliny Chochołowskiej Wiecznych Wędrowców, którzy schronili się tu, nim wstąpią w Dolinę Smierci!

2061

Inni, nie znając nawet Wieszczki Mary, przychodzą w nocy wyjącej bez rozelśnień błyskawicowych, stukają do drzwi chaty w ciemnym, nieprzebytym lesie —

2062

i tu w dali za tłumem ohydnej publiki czują się wykopanymi z zimnych, duszących mgieł życiowej głupoty.

2063

Tu przychodzą Witezie z gwiazdą Potęgi Myślicielstwa Polskiego; starcy kapłani dobrodusznie wierzący w „Papiża”; dziewczęta, mające iść rzucić bombę, komuniści, lepiący nieudolnie i niedźwiedziowato swe zbawcze falanstery; tu orli człowiek, biały Tytan, będąc lekarzem swego narodu, wiedzie go, jak Mojżesz, w Tatry!

2064

Tu historycy, przesubtelnieni w wątpliwościach, rozmawiają z założycielami klasztorów; tu powieściopisarze, ogarniający bezkresne, fantastyczne stepy Ukrainy dawnej i mający tę niepożytą zasługę przed narodem, że przyszli z animuszem rycerskim wtedy, gdy naród po powstaniu był jak chory człowiek ze szpitala, storturowany, niewierzący w swą siłę!

2065

Tu geologowie z młotem w ręku rozbijający Mrok tajni Pratatr — i jak zwykle w Polsce, domierający głodem — i suchotami… Staszice młodzi!…

2066

Tu przychodzą spowiadać się ewangeliczni ludzie i natury drapieżne, władcze, nieprzebaczające nigdy zadraśnięcia na herbowych bramach swej skały Pysznej serca; i nade wszystko starzy gazdowie, jak wiekowy ogromny Zych, który rzucał się całym swym ogromnym wzrostem na podłogę i modlił się głośno do swego Boga, w odmiennym z czasów Zbójników i prawie sprzed Chrześcijaństwa pacierzu.

2067

Tu przychodziły Wiedźmy Czarownice, umiejące odczyniać uroki lub rzucać je w formie złowrogich hymnów; — tu dziewczątka góralskie skamlały do zbójnickich opowiadań.

2068

Tu wreszcie do okna przylatał nigdy w Zakopanem niewidziany ptak: Mentyl Pomurnik, tłukł się w okna, krążył swym motylim lotem, wirując dokoła siebie, jakby radował się tą pustelnią świętszą, bezpieczniejszą niż wysokie, nieprzystępne turnie!

2069

Tu nade wszystko przychodził z głębokich, zapadłych tatrzańskich jezior Mędrzec, kapłan i w jednej osobie bóg żmujdzki, stawiający świątynie lub też piorunem bijący w Bagno ludzkie, lęgnące się za Turowym Rogiem!… Ściany belkowań tej chaty uginają się pod nieopisaną boleścią wszystkich spraw Polski, wszystkich duchów, które nocami ciemnymi zaglądają do wnętrza i zastając gorączkowy, obłędu bliski wzrok Wyczekiwania — nie śmią wejść z krużami pełnymi łez narodu, z łachmanami nieurzeczywistnień po strasznych, gorszych niż Maciejowickie, bitwy: zadeptywaniach Ognia!… plwaniu w dar Wieczności!…

2070

Wszystkie chóry zakonnic i świętych oplotły litanią duszę Wieszczki Mary:

2071

Krystyna zwana Dziwną, kryła się w przeręblach, wdrapywała się na szczyty wież i na wirchy gór, w zagęstwia wysokich drzew przed obmierzłym zapachem ludzkiego jestestwa;

2072

Aniela z Foligno, która się radowała, że umaił jej mąż i synowie, bo nic już nie przeszkodzi jej oddać się w pełni Bogu;

2073

Katarzyna ze Sieny pisywała traktaty do papieżów i monarchów, umierając w wieku lat trzydziestu;

2074

Jan XXII — Papieżyca, zdumiewała mądrością, każąc[464] przed wyznawcami islamu w grodach Małej Azji —

2075

a niemniej duszę Wieszczki Mary tworzył i straszny Ataman Wychowski, którego pogrobowczynią jest ona; nie rozstaje się też nigdy z cudownym obrazem na kiparysowej desce, w barwach poematu Beniowskiego o świętej Rodzinie; ten obraz wisiał w namiocie zuchwałego hetmana Zaporoża, grożącego nawet swej Macierzy — Polskiej Rzeczypospolitej!

2076

Pogrobowczyni tego strasznego człowieka towarzyszy na Sybir Ojcu; w trudach zesłania na młodość jej padają krwawe zorze Anhellego. —

2077

Kronikarz Turowego Rogu spędzał noce długie, zwane żartobliwie Wsienoszczami, jak są po cerkwiach całonocne nabożeństwa, —

2078

i słuchał epickich opowiadań tej Wieszczki, która powinna by mieć koło rycerskie z obrazów Mistrza Matejki.

2079

Ze swymi śnieżnymi warkoczami włosów, ubrana czarno, robi jednak wrażenie posągu ze złota, który się utworzył z inkrustacji mrocznego strumienia,

2080

płynącego z piekieł polskiej męki. Wydaje się swastyką tajemniczą, a żywą, która leży na grobie Targowicy[465] — i Cecory[466].

2081

Wszystkie bóle wsiąkły w jej pierś, jakby w ziemię żyzną wiosenną, lecz niemogącą wydać innego ziarna niż ciche słowa — i niemającą innego żniwa nad wielkie Milczenie.

2082

Ofiara, Kobieta, Polska, Naród, Polak, UpadekIdzie zgięta pod naręczem drzewa wonnego na ten Znicz[467], z którego zacna publiczność będzie kiedyś wybierać węgle do samowara narodowego! lub jeszcze gorzej: gdyż w Polsce wszystko oddadzą trzodzie chlewnej i bezczelnym!

2083

Nie pojmie nikt myśli Kronikarza Turowego Rogu, który za to, iż odczuł żywą piękność Polski — maluje Wieszczkę Marę, jakby królowę Sabę w domu obłąkanych; bo według miary rozsądnych tryumwirów — Ona te niezmierne skarby swoje na wodach cichych przed wschodami z olbrzymich granitów rozsiewa w głębinach, z których nie znurkuje nikt nigdy nikany niczego.

2084

Jest to jakby na szaleńczym i nieistniejącym obrazie Quentin Massysa lub malarza Koronacji N. Marii Panny —

2085

heretycka święta, która nalewa w kielich trucizny, aby ją wypić, nie chcąc obarczyć Boga tym strasznym wyrzutem, że wszystko tak jest, jak być musi, i że łamią się wirchy serc w ciśnieniu potwornego Oceanu Nicości.

2086

Dusza Wieszczki Mary zakwitła, jakby ogród bujny strzelistych Eukaliptusów, uzdrawiających okolicę od maremmy!

2087

(ogród zapadający aż w groty Ornaku — —)

2088

Natomiast zaś tysiącletnie jabłonie rozkwitają deszczem kwiecia nad twarzami Księżniczek Morza i Tatr, nad Wisznu i nad Azudem, gdyż tak Ariaman nazywa Zolimę, nie chcąc wymówić wprost Meduza! najbardziej zaś nad Mędrcem z jezior Tatrzańskich, który jak Orzeł ukryć chce ostatnią godzinę swoją…


2089

Ty ścieżyny czynisz w górach wszystkim dalom Chrystusowym i Dionizyjskim misteriom życia!

2090

Ty, Gromownica, strącasz głazy budowne z wielkich przeznaczeń ku Polsce!

2091

Ty, wieszczko zakrytych bram Ornaku!

2092

Ty, najbiedniejsza z tych, którzy rozdali swe królestwa, Ty, płomienna siostro zmartwychwstać niemogącego polskiego Łazarza — wyczekująca i biegnąca wciąż na spotkanie Pana!

2093

Ty, niemieszcząca się już w Turowym Rogu, lecz idąca wciąż dalej!…

2094

Wciąż potworniej opuszczona, z dziwną Apokaliptyczną literą Człowieczo-boskości na swym sercu, idziesz — aż tam, gdzie, jak Ty osamotniony, czeka Cię kurhan przy ujściu Leny[468] do Lodowatego Oceanu — tam, gdzie nie był jeszcze nikt, chyba skrzydlaty duch Eloi!

2095

—-

2096

Na gędziołkach grał, idąc przez Krokusową łąkę, stary ślepiec Sabała — Homer tych miejsc.

2097

Pani Mara, stojąc wśród wschodzącego brzasku, przyzywała starca ręką, lecz on nie widział — i zresztą choć od dziesiątków lat znał, nigdy jej nie widział i zawsze się dopytywał: jak wyglądacie — gdyż był niewidomy.

2098

Raz już konał na jej ręku; a nie chciał Ksiądz szambelan odwiedzić z Panem Bogiem starego zbójnika, zły, iż starzec mówił kiedyś: „Kie bede mówił niezadługo z samym gazdo — nie trza mi pachołka!”. Ale teraz tak wyczekiwał, tak wyglądał, tak prosił Księdza Jegomości…

2099

Ksiądz się zaciął, udawał, że się zbiera… dość niepilno! zaiste!

2100

Wreszcie Sabała nagle porwał się ku słońcu, — i jął biec — jakby skrzydła miał, a ptakiem był… Biegł wciąż, oczy ślepe zwracając ku słońcu, w które zawsze już patrzył źrenicą nieprzymknioną.

2101

I przesłoneczniony wszedł do Turowego Rogu, gdzie wodą życia napojony przechadzał się, nie czując brzemienia grobu, niepoddany złym urokom Wiedźmy Kostuchy.

2102

A w ogrodach Turowego Rogu wśród jodeł drzemały przedpotopowe jednorożce, krzyczały w puszczach pawie, iguanodonty, wielkie jak kościół w Zakopanem, pożerały trawę i drzewa.

2103

I ów straszny w mrokach morza, kryjący się nawet przed blaskiem gwiazd, potwór Kainotherium!

2104

Wielkie cudne gaje wrzosów, jak gigantyczne kandelabry, fosforyzowały kielichami swych kwiatów…

2105

Co by dał teraz Ariaman, żeby naraz wszystko się odmieniło — i on szedł tak z Księżniczką Azudem po tych nieobjętych myślami Górach — i mógł przemyśleć ten cięższy od łańcuchów, na których wiszą Gwiazdy — rachunek życia nowego, które rozpoczyna się z rąk Maga Litwora — polskiego Zaratustry!…


2106

Przypisek kronikarza piekielnego.

2107

Heureka! znalazłem… wiem teraz, dlaczego muszę takie tortury przechodzić, słuchając tych niekończących się litanii uwielbień… Oto jak na palimpseście jest kilka pism — jedno na drugim — tak w Nietocie kilka osób, w różnych epokach, bez porządku chronologii ani wypadków, zapisywało swe Mementa… Kto pisze naiwne franciszkańskie opowiastki, kto suchym tonem chronografa? nie wiem. Małe uwypuklenia sytuacji, jak tam, gdzie będzie mowa o Fauście i Małgosi, będą mego skromnego pędzla. Lecz wiem, iż tam, gdzie się zjawią, jak kościół w Zakopanem wielkie iguanodonty i gdzie krzyczą w puszczach pawie — a panna Zolima staje się obiektem tropikalnego upału — tam, jeśli nie wprost pisał, to cyklonami fosforycznymi myślenia swego wywiewał wszelki zdrowy sens nie kto inny, jeno p. Ariaman. Ważniejsza, kto napisał lub choćby wymyślił hymn na cześć Wieszczki Mary? cóż to za święta in partibus infidelium? wszakże Mara w Indiach oznacza diabła… czyżby to nie był kto z naszych? tedy bym ją nazwał — Précieuse!

2108

I ja jestem patriota polski — lecz chcę widzieć diabłów w Polsce takich, jak Stadnicki, jak sławny Samuel, jak Nietzsche[469]!… jak Bonaparte[470], jak Stieńka Razin, jak generał Nogi[471], jak Żelazny Kanclerz!

2109

Obrzydliście mi, kiepska polska narodowości obecna!

2110

Turów Róg nie zbawił Cię, niechby Cię choć piekło uwierzytelniło!

2111

Ja tu za ludzi interesujących Nas uważam tylko Zolimę, księcia Huberta — no i jeśli się okaże podejrzenie me słusznym, owego Mara…

2112

Ale, niestety, muszę zostawić rzeczy ich naturalnemu rozwojowi i dalidiasek — wytrzymać jeszcze będę musiał całą pielgrzymkę odpustową po Turowym Rogu!

2113

Ale co później, to już moje!

2114

Wtedy się trzymajcie!


2115

Chór diabłów w kominie:

— Bo słuchajmy i zważmy to w sobie,
że wedle Czarciego rozkazu,
kto nie kochał się nigdy w diablicy —
ten nie był Diabłem — ni razu!
2116

To!

2117

Jedyna istność, przed którą korzyła się Wieszczka Mara, była Śmierć.

2118

Nie zgadzała się na nią nigdy, choć była przy tylu konających.

2119

Nienawidziła jej za tę potworną pustynię, jaką ta Królowa Przerażeń szerzyła, sama gnieżdżąc się wśród gór boleści najprzeraźliwszych, wśród otchłani łez nigdy niewymarzłych.

2120

Jeśli władczynią Turowego Rogu żyjącego była Wieszczka Mara — rządzicielką tych nieprzeliczonych rzesz, tych co nigdy nie wracają, tych co odeszli w krainę Duchów lub Nicości —

2121

była Śmierć.

2122

Jak dwie siostry, walczące ze sobą — ta miłością i swastyką, tamta milczeniem lub rechotem przedzgonnym w akompaniament dzwonów…

2123

Śmierć, Kondycja ludzka, Obraz świataMówiliśmy o pójściu w krainę duchów lub Nicości.

2124

To łatwe gramatyczne związanie powyższego zdania przez lub — jest właściwie największym kontrastem, jaki stworzyć można!

2125

Śmierć — Muza, chłodząca skronie bohaterom wśród Pól Elizejskich; rozwierająca bramy Nieba i Piekieł Dantejskich; śmierć — Walkiria, potrząsająca włócznią piorunową przed zastępami w Walhalli; śmierć, która staje za Konradem, kiedy on bluźni przeciw Bogu; śmierć, która prowadzi wielkie legiony astralne po niezmiernych pustyniach wszechświata z pochodnią, co rozsiewa sercom mędrców blask: Scio ut credam!

2126

— — — Śmierć, z którą umawia się Chrystus, kiedy idzie przed jaskinię z martwych wznieść Łazarza — ta śmierć nie jest straszną!

2127

Owszem, każdemu śpieszy się przepłynąć przez taki Kocyt, wstąpić na taki wirch Anafielasu[472]!

2128

Ale my wiemy już na pewno, że śmierć jest inna: Ogromne, prawie aż poczciwe, Nic!

2129

Rozwiązanie zadania żyjącego w formie rzeczypospolitej z kilkudziesięciu milionów komórek w organizmie ludzkim…

2130

Nie daje o tym pojęcia ani zgaszenie lampy, ani opadnięcie liścia.

2131

Jest to zniknięcie tego, który dzień temu, chwilę temu był Absolutem:

2132

dzięki któremu Ocean był Oceanem, Bóg Bogiem, Miłość Miłością, rozwarcie kolan kobiety ukochanej — szczęściem!…

2133

Bez niego nie istniał Byt.

2134

W nim wiązało się, jakby w zworniku, gotyckie sklepienie świata. Śmierć uczyniła zaś z tego cudownego rachunku — zupełny absurd.

2135

Turów Róg takiej śmierci nie uznawał.

2136

Śmierć w Turowym Rogu miała swój zakon i swoją świątynię o trzech kondygnacjach.

2137

Wchodziło się do niej, jak do kościoła w Asyżu: najpierw ciemne nawy z niskimi sklepieniami, tysiące witrażowych lśnień promieniowało na freskach Syna Cieniów, symbole starego Zakonu przed zjawieniem się Mickiewicza — i On — On widzący kres tych katorg sybirskich…

2138

W tym kościele zawsze musiała zwyciężać Moc duszy, prawda polskiego serca i umysłu. Tu był duch Archanioła, kreślący Polsce: In hoc signo — vinces!

2139

W kościele górnym były jasne zielonawe barwy życia tatrzańskiego, na freskach cuda świętego Zmierzchoświta, jego życie wniebowzięte; i księżniczka Wisznu i jej brat, dalej oddzielna kaplica dla przekornego i z różkami, lecz niemniej najukochańszego fetysza — Zolimy!

2140

W kościele podziemnym trzecim — w krypcie ponurej odprawiała się Wieczna Msza, u wejścia stał tam posąg świętych Franciszka i Klary.

2141

Wieczna Msza mówiła wśród bezmiarów głosem tych, dla których wszystkie gwiazdy zmieniły się w dwa płomieniejące serca… oddzielone otchłanią.

2142

I był tam jakiś tak bezbrzeżny czarny ból, jak w grobie Chrystusa, kiedy nad nim legł Rozpaczny, Tryumfujący Mrok.

2143

Tak, w Turowym Rogu były katakumby, były krypty, od których wiał zimny, przerażający chłód.

2144

Wieszczka Mara w dni pewne przeżywała swe Zaduszki, w których nie widział jej nikt — po których postrzegano tylko jej bladą twarz, jakby krew ze serca wyssał jej Wampir. — — —

2145

Ariaman jednak pod wpływem wieczności Tatr i w kontraście do smutku Wieszczki Mary, odzyskiwał swój dawny, inny pogląd na śmierć.

2146

Była dla niego tajemnicą, za tymi zaś potwornymi mrokami wierzył, że jest Najwyższy Sens.

2147

Ten Lohengrin[473] i Faust[474] w jednej osobie, wypijając życie całą mocą swej wyobraźni, najwyższe światło chował sobie za ten wirch, którym się kończył życia padół.

2148

Nawet spotkanie z Mędrcem Zmierzchoświtem zmusiło Ariamana tylko do zrozumienia najwyższej wagi tego, co jest, albowiem w tej formie za chwilę będzie już niepowrotne.

2149

To, co umarło — umarło na milion wieczności i nie wróci tak, jak nie wrócą wielkie ptaki Moa w Nowej Zelandii!

2150

Przeminęło — oto co stanowi tajemny logarytm duszy Zmierzchoświta.

2151

Istnieje stokroć wyżej, w formie nieujętej dla pięciu zmysłów — wyrastało Ariamanowi z każdego źdźbła.

2152

Gdyż spotkanie z Magiem Litworem, niewątpliwa rzeczywistość mocy proroczej i potęg telepatycznych zmusiła Ariamana do niezadowalania się już tym mrocznym pesymizmem, dla którego jedyną przyprawą była dobroć ludzka.

2153

Ariaman szedł znowu wśród zamieci padających gwiazd. Miewał chwile jasnowidzenia, kiedy widział Jaźń swą jako równą wszechbytowi.

2154

Wprawdzie w metafizyce jego był jeden niewymierny wulkan — serce kobiety.

2155

Spotkawszy mądrą, bezdennie mądrą trzeźwość, miewał chwile zwątpienia w siebie, gdy mgliła się mu pewność, iż jest droga dalsza niż ziemia — gdy chciał jak Jahwe zebrać wszystkie swe światła i oddać mrokom: Fiat Hewa!

2156

I tak z lodowatej bryły mroku narodzić swe ostateczne szczęście.

2157

Ale przychodziła chwila olbrzymich rozświetleń —

2158

i wtedy chciał tylko już Zolimę widzieć wracającą z tamtej strony świateł i tu ogarniającą wielką straż Tatr i utajonych świątyń w podziemiach.

2159

Ariaman zajęty problemami świata nie objawiał tej prostoty uczuć, jakich wymagała Wieszczka Mara.

2160

Toteż z wyrzutem mówiła mu nieraz, iż ma w sobie duszę Cyda Hiszpana, że i chatę w jej ludzkiej realności będzie naprawdę rozumiał, gdy legnie Wieszczka na marach, gdy cały Turów Róg przeprowadzi się na Ornak; wtedy Ariaman zagra na tysiącu organowych trąb ze spiżu i złota, wtedy będzie mógł wyprometeizować tragedię nad tym, co utracił.

2161

I nie przeczył temu Ariaman.

2162

Wiedział w głębi serca, że cały Turów Róg jest dla niego tylko szmerem padających liści, przy których on wsłuchiwał się w głos Mocy Ostatecznej.

2163

— — — —

2164

Od wielu miesięcy nie widział już Ariaman Maga Litwora.

2165

Ten bowiem zniknął tajemniczo, może brał udział w walkach na Wschodzie, może przemawiał do robotników w Zagłębiu?

2166

Lecz tam wszędzie był też Ariaman, nie spotykając Maga, tylko po twarzach wznioślejszych, po uczuciach głębokich znać było, że tam i działał, i zasiewał Mag.

2167

Jakimże dziwem było dla Ariamana, gdy pewnej nocy zastał kartkę na swym rowkowanym ołtarzu dawnych ludzkich ofiar w jaskini —

2168

i kartka ta wieściła ręką Maga Litwora, aby jak najśpieszniej wracał do swego domu w bliskości wysokich fiordów Murza Sichla położonego.

2169

Miał Ariaman iść natychmiast, ale stało się inaczej.

2170

Wieszczka Mara prosiła, aby wstrzymał swe odejście na dni parę, bo ma pewne dane do widzenia wielkiego niebezpieczeństwa grożącego Zolimie.

2171

Ariaman wahał się, komu ulec.

2172

W niewyćwiczonym aż do końca uczniu Maga Litwora pod różnymi formami objawiało się uczucie dla Zolimy.

2173

I teraz na myśl, że Turów Róg tego żąda i że Zolima może wpaść w ręce jakiego życiowego zbira —

2174

wszystko w nim przemawiało, aby zostać.

2175

Nazajutrz miała się odbyć wieczorynka dla młodzieży w Turowym Rogu i Wieszczka Mara miała mieć w ręku wszystkie nici jakiegoś niezwykłego sprzysiężenia.

IX. Już po tamtej stronie liny

2176

Reszta towarzystwa młodego rozrzuciła się nad szumiącym potokiem wśród wysokopiennego, ciemnego lasu jodeł.

2177

Był tam i uczony pan Kserkses Jakszma, który w 22 roku życia odkrył pierwiastki składnicze plam na Słońcu, w 23 napisał świetną rozprawę o zwyrodnieniu seksualnym Hrabiny Wawilońskiej, a teraz w 24 wracał pełen sławy z odkryć w siamskich grobowcach.

2178

Ten pan zimny i mądry, wytworniejszy niż lordowie Wyższej Izby, był nierozłącznym Księcia Huberta, podobnego doń, lecz zanurzonego już w zbrodniach niezwykłych, o których dopiero marzył Jakszma.

2179

Był i kwadratowy muzyk wspaniale grający, tudzież jego druh — wielki kompozytor, który grał miernie; z twarzą rycerza Merlina, fetysz salonowych dam. To wszystko wielkości uznane w kraju i za granicą. Inni — ludzie dziwni, np. Ellenaj Mironowicz, który dowodził, iż świata nie ma — i że trzeba przejść poza tamtą stronę liny. Cichy asceta i niezwykłej szlachetności, niezwykłego polotu marzyciel. Pisał poezje nieokiełznanej zmysłowości, wobec których rosyjski Sołłohub był tylko beczącym barankiem.

2180

Lecz tych poezji nie wydawał, czytał tylko jednemu słuchaczowi w Wielki Piątek w domu publicznym i palił.

2181

Oznaczało to symboliczną mszę pokory i zrównania wszystkich już po tamtej stronie liny.

2182

Działo się to oczywiście w największej tajemnicy.

2183

Średniowiecznym iście duchem był Lew Mironowicz.

2184

Twórczość jego — to katedry, zapełnione rozumowaniami z Orygenesa i Duns Scotta, z Eckartshauzena i hiszpańskich mistyków, jak Leon de Granada lub Huan de la Cruz. Miał on matkę obłąkaną i brata młodszego, dążącego znaleźć się już po tamtej stronie liny.

2185

Ze swoją twarzą Calderona — z oczyma wielkimi, nalanymi mrokiem — był Lew iście jeźdźcem pędzącym na koniu, którego podkowy są nabijane szmaragdami.

2186

W jego komnacie wielkiej, niemal pustej, stało tylko biuro, książki i czarny krzyż. Nie mówił z nikim. Kochał go nadzwyczaj Ariaman.

2187

Nie możemy zatrzymywać się dłużej, kronikarz wymienia tylko ludzi niektórych, lecz naturalnie jeszcze ominąć nie może witezia Zygfryda, który mieszkał na granicach Tatr i Sybiru, wielbił mrok Rosji i był najradośniejszym demonistą, jakiego wydała bujna w demonizm tatrzańska ziemia.

2188

Teraz on tu radował się Polską.

2189

Wielki czar roztaczał dokoła inny wędrowiec: mahometanin, rodzaj młodego Emira Rzewuskiego, najdzikszy flaneur paryskich kawiarń i najgłębszy proroczego ducha śpiewak Mekki i Kaaby.

2190

Za to, niby krzew swojskiej limby tragicznej, wysoko rosnącej, był — do Michała Anioła młodego podobny rzeźbiarz, który przebywał najprzepaścistszą nędzę, najdumniejsze marzenia i płynął jak łabędź z rozbitymi płucami przez krysztalne jeziora swych marzeń.

2191

Stronę przemożną towarzystwa stanowili witezie, którzy, z wyjątkiem tego zwanego Zygfrydem, trzymali się, jako wirchy, z ubocza, a nienawidząc się wzajem, nie mogli jednak dosyć sobą się narozkoszować! Jeden z nich, najmężniejszy, o ponurej twarzy i cudownym czole, obrzucał nieprzejednanym, złowieszczym spojrzeniem każdego, kto próbował przeżyć realną historię grzechu, paląc się i zalecając do ślicznej jak marzenie panny Luny, do genialnej malarki Hadzi lub do arystokratkowanej berajterki, hrabianki Żydówki ze Siedmiogrodu Wratislawy Karloman de Katzengold Czacza.

2192

Kto wie jednak, czy najpiękniejsi nie byli w tym towarzystwie ustępujący magnaci z Tatr: brat i siostra, on jakby jakiś Malatesta o wściekłym, życiowym temperamencie, ona — córa bohaterów — z uśmiechem i oczyma, od których topniały najtwardsze granity.

2193

Jak widzimy, nie brakło tu ludzi pociągających i godnych każdy, aby im poświęcić monografię. Lecz byli jeszcze inni, których Ariaman nie znał — panicze z najbogatszych domów w Polsce, panny, które urodziły się na Litwie, a zwiedziły już Ogród miłości — Josziwarę nie tylko tę w Japonii, a przepadając za walką byków w San Sebastian, dla niej jeździły do sąsiedniego Biarritz.

2194

Te imponowały nawet uczonym pannom z uniwersytetów i młodzieńcom, którzy już gardzili nauką, szukając Absolutu, teraz zaś pogardzali nim do głębi, wobec tych litewsko-goyowskich Mach.

2195

Wśród młodych Ariaman wydawał się najstarszym; był zaiste nadzwyczaj zamyślony i wciąż podnosił rękę do czoła, jak żeby odpędzić wiejące nań zaraźliwe miazmy[475] z karawaną, niosącą trumny przeczuć.

2196

Wreszcie chciał odejść, prosił Zolimę, aby mógł z nią pomówić sam na sam. Lecz ta wyznała, iż bawić się umie co najmniej tylko we troje.

2197

Rozgwarno, wesoło zaczęła się toczyć gawęda, w której Ariaman udziału, mimo wszystkich wewnętrznych protestów i przekonywań się, nie brał. Książę Hubert, odgadujący w lot sytuację zbyt mrocznych i ciężkich chmur w umyśle Ariamana, zaczął opowiadać anegdotę, której cała młodzież i w ogóle ludzie weselsi i uważający zawsze księcia Huberta za duszę towarzystwa, wysłuchali z nabożeństwem, pełnym wykrzykników i gaudiumu[476].

2198

— Hrabia August, mój najstarszy przyjaciel, z którym część ciemniejszą moich nocy spędziłem, był zapewne nieco wyuzdanym, jak na naszą mieszczańsko-bezzębną epokę, ale miał dużo zdrowego rozumu.

2199

I raz, kiedy nudził się w Warszawie podczas kanikuły, spotyka się ze mną, jeszcze młodziutkim księciem z Litwy; wspomniałem mu w rozmowie, iż są tu damy ze wsi bardzo przyzwoite, „ale bo ty, mój hrabio, zaraz je zrazisz swym cynizmem”.

2200

— Nie!

2201

— Kiedyż bo nie można tobie ufać!

2202

— Hrabia August pokaże, iż jeszcze wie, co to jest dobre wychowanie! Masz moje słowo.

2203

Zaprosiliśmy damy na kolację.

2204

Hrabia August przyszedł z wielkim dogiem, który, jak wiadomo, jest prawie goły.

2205

— To coś nieprzyzwoitego — rzekła Zolima — aby nie gorszyć maleństw, proszę tu przy mnie usiąść i po cichu dokończyć.

2206

Całe towarzystwo chórem zaprotestowało.

2207

Więc ciągnął książę Hubert:

2208

— Mówi hrabia o teatrze, nie klei się rozmowa. Damy się jąkają, zresztą zdania ich są okropne — takie ot z Zawierchłepia, czy z innego Kiepiska! Mówić poczynamy o wsi, damy zaczynają poziewać! Tak trwa z pół godziny, aż ja, oblany zimnym potem, wychodzę. I dalej odbyło się już beze mnie, w sposób następujący:

2209

Hrabia August nagle przysuwa krzesło do jednej z dam, uderza ją w kolano i rzecze: „patrz no pani, jak mojemu psu jest do twarzy z tej i z tamtej strony!”

2210

Powstał śmiech i wesołość, jak teraz w szanownym towarzystwie; kiedy ja, zbyt młody i niedoświadczony jeszcze w Ars amatoria, wróciłem, gadali już najswobodniej o rzeczach, które jedynie ludzi obchodzą. Nieprawdaż, panno Zolimo?

2211

— Jeżeli pan się zalicza do ludzi, ja wyrzekam się chętnie tego zaszczytu — odrzekła — mierząc księcia niezbyt chłodnym wzrokiem.

2212

Lecz zaiste huczny i Rejowski zrobił się nastrój, nie mogły tu rosnąć i pęcznieć kaczany[477] gniewu.

2213

I właśnie zeszła rozmowa na króla Ludwika II w Bawarii, gdyż panna Zolima, koczująca wiecznie i tym przyzwyczajeniem tak mile wiążąca tradycję Gobi z wymaganiami towarzystwa najwytworniejszego z Hyde Parku, jeździła niedawno zwiedzać zamki w Neuschwanstein, Chiemsee i Lindenhof.

2214

Mówiła Zolima:

2215

— Zamki są bankierskie, zimne i nadęte. Król Łabędź chorował na manię wielkości wraz z absolutnym upokarzaniem się przed skabotyniałym mistrzem Wagnerem lub aktorzyną Kaintzem, do których pisał nieprzyzwoicie czułe listy.

2216

Opętany ideą wagnerowską wskrzeszenia dawnych rycerskich cnót, król Ludwik miał się za Parsifala.

2217

Ale to było zawsze dekoracyjne i aktorskie —

2218

czy pan słucha, Ariamanie?

2219

Zamki jego były w stylu tego opętania.

2220

Neuschwanstein jest na nieprzystępnej skale, która wymagała niezmiernych przybudówek, bo skała ma niepewne miejsca.

2221

Sala tronowa bizantyjska, gdzie Ludwik, upokorzony przez Prusy, odgrywa, siedząc z jabłkiem w ręku w pustej sali, rolę władcy absolutnego.

2222

W hotelach podpisywał się niby Filip II, w którego państwie słońce nie zachodziło: Yo el rey

2223

Ja król!

2224

Wioskę, która się zwała Ettal, przemianował na Meicost Ettal, co jest przestawieniem liter w L'etat c'est moi[478].

2225

Na widowiskach pasyjnych w Oberammergau chciał grać rolę Chrystusa i marzył, iżby umrzeć na krzyżu.

2226

W ogóle, jak dziecko, żądał zabawek zbyt kosztownych i do tego niegustownych.

2227

— Kobiety — szepnął książę.

2228

— Nie, kobiet nie znosił… prawdziwych. Lecz ja będę opowiadała tylko pod warunkiem — że z towarzystwa nikt nie będzie przerywał!… Wybudował w lesie chatę Zygfryda, był tam pośrodku dąb i rycerskie zbroje, na skórze lubił sypiać król. W sieci tego domniemanego rybaka widniała wielka złowiona w Renie ryba z kartonu.

2229

Ale nie myślcie, że nasi witezie nie łowią prawdziwych rekinów w morzu pod Tatrami, albo że nie mieszkają w jaskini z oszczepem w dłoni! tylko w jednym ustępują niektórzy królowi: ten w chacie Zygfrydowej miał zręcznie ukrytą, doskonale urządzoną kuchnię współczesną.

2230

Pielęgnował dwa życia w sobie zupełnie sprzeczne (och, tylko dwa, jak to mało byłoby dla Młodo-ssącej Polski!) — więc absolutyzm króla Ludwika XIV i nastrojowość pneumatyka mistycznego, w rodzaju Tituriela, z poemy Alberta Scharfenberga.

2231

Król wybudował wśród lodowców w nieprzystępnych górach zamek w stylu wersalskim, gdzie było pełno wejść skrytych oraz różowe buduary: ale nie wchodziła nigdy żadna dama.

2232

Wolał o niej tylko marzyć!… lub ją unicestwiać piorunami w swej głowie!

2233

W gabinecie miał obrazy, powiedzmy gorzej, tanie litografie Króla Słońca, pani Pompadour i ministrów owoczesnych.

2234

W innym zamku wszędzie napotykało się łabędzie Lohengrina, lecz tak niewymagającym był król pod względem artyzmu, że wprost kupował za markę tandety ze stiuku lub z fajansu.

2235

Jak wiadomo, Król Ludwik II swoim złym smakiem i żądaniem dekoracyjności oraz tematu w obrazie, sparaliżował rozwój sztuki w Bawarii. Jego dziad i ojciec budowali w Monachium łuki tryumfalne i loggie, takie same, jak widzieli w Paryżu i Florencji, Ariaman zaś — ach, przepraszam — król Ludwik II (czy nie pochlebia panu ta omyłka i zestawienie?) sięgał wyżej — aż do teatru!

2236

Lecz naiwność jego występowała w teatrze po prostu w nagości tego doga, o którym słyszeliśmy z ust Arbitra elegantiarum[479] iście wytworną opowieść.

2237

Aktor, który grał rolę szlachetną, stawał się w oczach króla realnie szlachetny.

2238

Kaintza aż do końca nazywał „mój Didier!”, bo widział go w sztuce Sardou… Temu Kaintzowi, Izraelicie z Budapesztu, każe raz czytać sobie na głos przez 7 godzin książkę Hauffa: Człowiek na księżycu.

2239

Jego siostra Elżbieta, cesarzowa austriacka, równie jak król niezwykłej piękności, lecz też błąkała się w ciągłych marzeniach.

2240

Elżbieta nie miała, jak jej brat, talentu do wybierania ludzi (nie chrząkaj, książę!), Achilleion na wyspie Korfu jest trochę więcej niż średni, ale za to umysł cesarzowej był jasny, ironiczny i naprawdę poetycki, jeśli młody wielbiciel jej Christomanos biografii nie podmalował…

2241

Umysł króla Ludwika II schodził natomiast coraz bardziej w zwykłe maligny:

2242

słyszał za sobą kroki, każe sprzątać pająka z posadzki zupełnie czystej.

2243

Chce tworzyć Monsalwat, górę cnót, i jedzie do niej:

2244

w maneżu, zrobiwszy kilka kręgów, zatrzymał się, niby w oberży włoskiej.

2245

Po kilku kręgach znowu zatrzymał się —

2246

jest już w jaskini nakręconych lwów.

2247

Tym sposobem mógł jechać zadziwiająco daleko.

2248

— Czy jeszcze nie dojeżdżamy? — szepnął książę.

2249

— Król Parsifal miewał też napady furii:

2250

ścisnął raz między drzwiami na śmierć kamerdynera. Opornych krytyków — nie, radców chce ze skóry obdzierać, wieszać, zamykać w celach podziemnych. Lecz nikt go już nie słucha.

2251

Wstrząsającą jest chwila, kiedy lekarze czają się nań w ciemnym korytarzu: król idzie na wysoką wieżę, aby się z niej rzucić i wtedy znienacka go chwytają.

2252

Chory umysłowo cztery dni tylko przebył nad jeziorem w zamku Starnberg.

2253

Śmierć jego nie była tragiczna: pragnąc uciec za granicę do Austrii i walcząc z doktorem, skończył apopleksją w jeziorze, w miejscu, gdzie było ledwie po pas głęboko. —

2254

Tu zabrała głos przechodząca Pani Mara:

2255

— Więc cóż to przeszkadza tragedii, że było głęboko tylko po pas? ja znam cały legion Iksjonów[480], którzy tworzą najstraszliwsze wizje z najprostszych sytuacji…

2256

Tragedia leży w samym człowieku.

2257

Kto wie, ile przecierpiał biedny król, goniąc za swym ideałem, który był za obłokami!…

2258

Zolima zwróciła się już z wprost wyzywającym sarkazmem do Ariamana:

2259

— Słyszałam, że pan buduje zamek w Tatrach nad morzem? czy tam będą tylko łabędzie?

2260

Le Roi Vièrge[481] nie dopuszczał kobiet innych, niż te, które śpiewały mu ukryte zza drzewa — lub jadąc z dala na łodzi…

2261

Może by zrobić też jak król?

2262

ten kazał wykopać staw, aby mógł jeździć na swej łódce, jako Lohengrin. Jednak ujrzał na dnie asfalt i był zrozpaczony; aliści[482] ein Rath kazał wodę zabarwić na błękitno przy pomocy kobaltu miedzi, odtąd robiła wrażenie głębi.

2263

Jednakże było za cicho w tych głębinach.

2264

Więc podwodnym młynkiem zaczęli robić fale, i tak groźny był efekt, że król Lohengrin wpadł do wody, gdyż się łódź, już całkiem niemistyczny przedmiot, wywróciła!

2265

Staw ten był zbudowany na tarasie; kiedy kobalt zaczął wyżerać dno asfaltowe, woda wdarła się przez sufity do pokojów i uczyniła dekoracje w stylu jaskiniowym.

2266

Czy na pańskim morzu będą pancerniki?

2267

czy w oranżerii ducha, gdzie hodują się tylko Kainotheria i węże siedmiomilowe, każe pan zrobić panoramę Tatr? mów, o Miło-ssący polski Lohengrinie!

2268

(Ariaman uśmiecha się, ale tak — jakby miał zaraz lawinę strącić na całe towarzystwo! —)

2269

Książę zaśpiewał z jakiejś operetki:

— Raz w piękny dzień moja matka,
kiedy ją łabędź w objęcia brał,
broniła się jemu do ostatka,
lecz któżby się łabędzia bał?
2270

Ariaman wciąż milczał i nie mógł, czy już nie chciał słowa wydobyć na poskromienie tej operetkowości.

2271

— Tak, cierpię, cierpnę i tym podobnie, kiedy jasnowidzący, zamiast mnie widzieć, widzi tylko czarną Aurę dokoła mnie, a wszystkie kakofonie życia dyskontuje[483] na me konto — dorzuciła już rozdrażniona Zolima.

2272

W Ariamanie zbudził się naraz jasnowidzący. Westchnął cicho, przetarł ręką czoło, i rzekł nie władnąc swymi słowami:

2273

— Trzeba żeby Pani spieszyła do zamku. Tam matka Pani otruta przez — swego znajomego — leży już w kaplicy. —

2274

Zolima zbladła i wstrząsnęła się.

2275

Lecz nikt nie zauważył tych słów, tylko Książę jakby poczerniał, lecz wnet się opanował.

2276

— Zatem — zaśmiał się książę — będzie pani komendantem naszej konnej marynarki, która zechce i raczy łaskawie odwiedzić zamek mój Nowo-Łabędziogłaz, gdzie niezwalczeni witezie łaskawie zarządzą swymi poddanymi! —

2277

Powstał wesoły śmiech, każdy pytał Witeziów, jaką rolę niezwykłą zdobędzie w tym widowisku.

2278

Młodzież wybiegła ku morzu, jedni zaczęli spychać łódź, inni poszli po konie —

2279

Zolima podeszła do Ariamana.

2280

— Pan chciał ze mną mówić poważnie? Teraz ja zacznę i skończę w trzech słowach.

2281

Tej nocy ja wybieram jednego z was trzech. Muszę to uczynić, bo jestem związana bezwzględnością zakonu i jest nade mną magnetyzm.

2282

Jeśli Pan jest jasnowidzący, jeśli Pan może przezwyciężyć przestrzeń, moralność, nieprawdopodobieństwo — —

2283

to się wtedy okaże — —

2284

Skończyłam. —

2285

I natychmiast odeszła, śpiesząc do koni.

2286

Ku niemałemu zdziwieniu starszych, a nawet zgorszeniu, ujrzeli wkrótce księcia Huberta, który sadził na olbrzymim starogniadym ogierze, towarzysząc Zolimie siedzącej z jakimś nieznanym, nowo ujawnionym panem w eleganckim tilbury.

2287

Za nimi gałęźmi zielonymi zbrojni pędzili znani i nieznani zupełnie ludzie, bardzo szczególni, o których kronikarz powie następnie. Ariaman nie chciał im towarzyszyć. Lecz dokąd pojechali? nikt nie wiedział.

2288

Stał więc wśród lasu na uboczu, niewidziany przez nikogo, i głowę, w której zaczynało gotować się piekło, trzymał oburącz — nagle drgnął.

2289

Ktoś dotknął jego ramienia.

2290

Wieszczka Mara stała tuż obok, twarz jej była sinoblada, skinęła, żeby szedł za nią — i poszli za kilka jodeł na wzgórzu.

2291

— Pan musi teraz okazać się tym, kim Pan jest w istocie swej: nie tylko człowiekiem poważnym i głębokim, lecz i umiejącym za miłość swą walczyć. — Gniew zaczął ogarniać Ariamana; właśnie była pora, aby jego szalony, Achillesowy gniew jeszcze w tym kierunku podjudzać!

2292

Więc rzekł: — słucham.

2293

— Niech Pan nie mówi tym tonem albo odejdę.

2294

— Będę się starał zrozumieć.

2295

— Czy pan kocha Zolimę?

2296

— Nie dałem nikomu prawa o tym nawet domyślać się —

2297

— Ja wiem, że to nie jest dla pana, to pana może tylko poniżyć. Zresztą, pan głęboko jest przywiązany do swej chaty i ma swoje własne przeznaczenie. Mówię dlatego, żeby pana prosić o wielką, braterską opiekę nad Zolimą.

2298

— Cóż jej zagraża? —

2299

Wieszczka Mara niemal się dusiła, nie mogąc mówić.

2300

— Jest tu jedna rzecz tajna i potworna. Książę Hubert należy do stowarzyszenia Czarnych Magów, czcicieli Diabła. Mam teraz pewność, że i Zolima. Dowiedziałam się o tym w ostatniej chwili. Każdy, kto będzie miał znak Bafometa, będzie mógł wejść. —

2301

Zdumiał się Ariaman, bo niedawno bez żadnego powodu mówił istotnie Książę o Bafomecie…

2302

— Tu jest ten znak. Wierzę w Pańską siłę i odwagę. Czy mogę liczyć na przezorność?

2303

— Jaką?

2304

— No, żeby pan sam nie zginął — i —

2305

— I?

2306

— i żeby Pan nie dał zginąć Zolimie.

2307

— Wolę nie brać żadnych zobowiązań, nie chcę też wchodzić tam niewzywany. Ale i tak ja niewidzialny to zebranie będę widział. Gdzie ma się odbyć zebranie — ta Msza Czarna?

2308

— W kaplicy, która jest przy zamku Muzaferidów. Trzeba spieszyć tam. To będzie przed północą. A jest pięć mil i już zachodzi słońce. —


2309

Po morzu pędziła łódź Ariamana. Schwyciwszy silny wiatr, łódź gnała z szybkością rozpędzonego ukraińskiego kłusaka.

2310

Lecz trzeba było okrążać długi cypel leśny i skalisty, aby zmierzyć ku zamkowi Zolimy.

2311

Późną już nocą podpłynął pod zamek i z trudem wylądował na wspienionych, dziko ryczących falach u brzegu.

2312

Zmęczony nieco i w gorączce piął się po upłazach skalistych, otaczających wieńcem lesistą zamkową górę.

2313

W Ariamanie tętniła wrodzona mu energia.

2314

Teraz weźmie cały umysł Zolimy, wstrząśnie nim i postawi jak pochodnię, wyżej niż był nawet on sam. Czuł w sobie tak olbrzymią potęgę uczucia i woli, że mógł tym obdzielić i wyzwolenie Polski i wyzwolenie życia Zolimy z satanizmu.

2315

Myśląc to, zatrzymał się — bo mu się zdało, że jakaś dziwna roślina owinęła mu serce i nie puszcza.

2316

On tę roślinę rwał i szarpał z korzeniami, chcąc iść dalej.

2317

Na rozerwanych łodygach świeciła jego krew z serca.

2318

Wszakże tak strasznie miłował chatę swą, lecz jednocześnie tak cierpiał tam!

2319

A trzeba być szczęśliwym! to małoduszne, mając do wyboru Księżniczkę Morza z jej demonizmem —

2320

zostać przy swej tęsknej, spoglądającej w mistyczną dal, chacie!

2321

Szedł prosto ku wielkiej wieżycy, która nie przytykała do zamku, lecz była resztką dawnego minaretu. Na dole jej było światło, a im był bliżej, tym słyszał wyraźniej grające organy.

2322

Widocznie Matka Zolimy, chrześcijanka, kazała tu urządzić kaplicę. Muzykę poznał: msza Beethovena, lecz przetworzona na języki upiorów. Drzwi Kaplicy zamknięte.

2323

W pobliskim lesie stało tilbury i uwiązany koń pod siodłem. Nikogo przy koniach. Konie miały pyski owiązane rzemieniem, aby nie mogły rżeć. Ariaman daremno szukał wejścia do kaplicy. Wreszcie wspomniał, iż od morza widział w oknie kaplicy mżące ciemne światło. Lecz jak się tam dostać? To okno było nad prostopadłą pięćset metrów nad morzem skałą.

2324

Przypuśćmy, iż będzie szedł po szorstkościach muru — lecz najmniejsze osunięcie się — to śmierć straszliwa, z takiej wysokości lecąc!

2325

Lecz Ariaman nie rozstawał się z liną; zrobił z niej jakby lasso, zarzucił na hak, który w bliskości framugi okna wystaje — służąc do wzmocnienia muru, lecz przez deszcze omyte wapno dokoła żelaza utworzyło zagłębienie.

2326

Nie udało się, sznur oślizgnął.

2327

Ten hak nie wystawa[484] poza powierzchnię muru, więc jakże go zaczepić?

2328

Wpadł Ariaman na pomysł. Z rozmokłej ziemi zrobił kulę, do niej zaczepił węzeł liny i rzucił w miejsce, gdzie był hak. Lina się zaczepiła. Czy mocno? Pociągnął — trzyma!

2329

Wtedy upewniony o jej mocy, zawisnął nad przepaścią, zatoczył łuk jak olbrzymie wahadło; szybko się wspinał. Na wysokości piętra już jest, o framugę uderzył głową. Chwycił ręką jedną framugę — zerwał się zmurszały głaz, ledwo miał czas odepchnąć go Ariaman, bo strzaskałby mu czaszkę. Posypał się żwir.

2330

Ariaman teraz na wąskim miejscu próbował oprzeć rękę, ani sposobu. Wybić szybę — to znaczyłoby ostrzec tych, co tam są.

2331

Zmęczenie go ogarniało. Muzyka pogrzebowa nastrajała go ponuro. Jeszcze minuta, a trzeba będzie opuścić się na dół — i próbować za pomocą rozhuśtania sznura wyskoczyć na ziemię.

2332

Ujrzał przy słabym migocie gwiazd mrówki pełzające po murze. Widać był otwór przy oknie, bo tam kończył się ich szereg.

2333

Jest! wprawdzie dotykał tylko czterema palcami tej jamy, lecz trzymał się jej silnie, podciągnął jedną rękę i uczuł straszny kurcz w ramieniu, gdyż w pozycji wygiętej i niecałą dłonią musiał utrzymywać ciężar dużego, rosłego ciała. Jeszcze chwila — runie — trzymając się tylko tymi czterema palcami w jamce, gdzie kąsały go mrówki.

2334

Nie, opadł kolano — teraz już stoi.

2335

Okno witrażowe było z cherubimem, migocącym krwawo od rzęsistych w kaplicy jarzeń.

2336

Ariaman próbował obluzować którą szybkę z jej ołowianej oprawy.

2337

Udało się mu.

2338

Spojrzał do wnętrza przez otwór w witrażu, który był nad wysokim chórem. Z postaci cherubima skrzydła krwawe wznosiły się za Ariamanem.

2339

W czarnym mroku z krwawymi skrzydłami wydawał się szatanem, który się zakrwawił w Gehennie. Ale nikt w kaplicy go nie zauważył. Muzyka grała tonami bezdennego szału Walkirii. Książę Hubert i ktoś ciemny, podobny do barona de Mangra, stali nad lochem krypty grobowej, postawiwszy z dwóch jej stron gromnice.

2340

I przy blasku tych gromnic krzyżowały się ich szpady ze straszliwą, lecz matematyczną dokładnością. Stali tak, że każdy, kto będzie raniony, będzie musiał runąć tam w kryptę.

2341

Pośród kościoła leżał trup w trumnie, otoczonej jarzeniami gromnic.

2342

Trumna była ogromna, jak sarkofag. Zolima w sukni czarnej z jedną pąsową różą, lecz nie na piersi, ani we włosach, lecz nisko spiętej pod kolanami —

2343

siedząc w fotelu staroświeckim, grała na organach, podobna do św. Cecylii, zakochanej w Szatanie. Inni wtajemniczeni siedzieli w stallach chóru pod witrażem. Było tam jedenastu mężczyzn trzymających miecze i dwanaście kobiet z kwiatami i w maskach. I było w atmosferze tego starego, jeszcze bizantyjskiego niegdyś kościoła, coś bezdennie obłędnego.

2344

Zamagnetyzowany, czarodziejską moc mający wzrok Zolimy zdał się do szału doprowadzać zapaśników. Nagle Książę wymierzył śmiertelne pchnięcie de Mangrowi, lecz ten musiał mieć niezwykłą przytomność umysłu, bo pochwycił lewą ręką ostrze tuż u swej piersi, a szpadę pogrążył do połowy w piersiach Księcia. Trwało to mniej niż sekundę.

2345

Książę runął w głąb krypty, de Mangro zgasił gromnice, pozostawiając tylko jedną w całym kościele płonącą. Po czym wyjął trupa z trumny i też wpuścił za księciem do lochu.

2346

I przez dziwną perwersję cały naręcz orchidei rzucił, jakby świadcząc, iż tam jest pagoda Wenery.

2347

Lecz to, co się teraz stać miało, przewyższało okropnością wszystko.

2348

Wspomniał Ariaman miejsce w dramacie Maeterlincka Księżniczka Malena, kiedy małe pacholę, trzymane przez zazdrosnego ojca, zagląda do sypialni swej matki, która tam jest z kimś.

2349

I nagle krzyknęło:

2350

— Ja boję się, weź mnie, nie mogę, nie powinienem tego widzieć. —

2351

Małe pacholę nie mogło znieść widoku zmysłowego potwornego żaru, mocą którego ludzie zmieniają się w oszalałe pająki.

2352

Mangro, stojąc nad lochem, nakrył go płytą grobową i krzyż żelazny spiął klamrami.

2353

Upewnił się, iż nikogo za kościołem nie ma — podszedł do grającej Zolimy i zaczął magnetyzować powietrze nad nią.

2354

Po kilku minutach kaplica zadrżała jeszcze głębiej od tonów potwornie dzikiej Czarnej Mszy, od galopu szatanów i od śpiewu królewny mniszki, zamkniętej na wieży, która wpuściła morze przez śluzę do miasta.

2355

Było w tej mszy oddawanie się namiętne i bluźniercze Książęciu Mroków, po trzykroć ukamienowanemu według legendy wschodniej. I ten, kto Zolimę kocha, musi być godnym jej zdobycia, musi być — diabłem.

2356

Trumna otwarta pełna róż krwawych i upiornych orchidei, szeroka jak na dwoje, zdawała się już łożnicą, która wyczekuje, muzyka zaś Sfinksem, który objawia.

2357

Rozległy się tony nieposkromionego bluźnierstwa, kiedy de Mangro podszedł do cyborium[485] i wyjął kielich z winem i kiedy ofiarował jej —

2358

Ona, nie przestając grać, z oczyma nabrzmiałymi Infernem, nieruchoma jak w ekstazie, piła.

2359

I nagle uczyniwszy szybki ruch ręki, wylała resztę wina mocom podziemnym. Zakrążyła się w dzikim wschodnim tańcu, jakim Czciciele Diabła wielbią Gasiciela światłości.

2360

Ktoś z Wtajemniczonych na chórze zaczął na organach grać, Zolima zaś, nie odwodząc już oczu od krwawoskrzydłej postaci za witrażem, tańczyła.

2361

Muzyka stała się straszniejsza niż nagość kobiety na ołtarzu, straszniejsza niż chwila oddania się Heloizy mniszki wielkiemu kontemplatorowi św. Trójcy — właśnie gdy byli w kościele i za ołtarzem; straszniejsza niż deszcz siarki roztopionej, który się lał na Sodomę, powiększając upojenie miłością i zgonem.

2362

Postać mroczna w witrażu poruszyła nagle obojgiem skrzydeł, mrok rozsiekany piorunami ją otoczył, z otwartego okna zesuwał się czarny cień, nawałnica dżdżu zgłuszyła krzyk Ariamana.

2363

Mangro, ścigając Zolimę po kościele, pchnął ją na koniec w trumnę, jakby w łożnicę Afrodis piekielnej. I kiedy nachylił się nad nią w przemierzłej, zbrodniczej chuci, jakby dwie rzeki, unikając się, nagle się zeszły w cieśninie gór, zza ołtarza wybiegła jakaś olbrzymia kobieta i nakryła Mangra makatą. Baron wydobył sztylet i bronił się, lecz postać tej kobiety, czy demona, ze straszliwą siłą wyrwała sztylet i zmiażdżyła opór nogi de Mangra, którą on odpychał wieko trumny.

2364

Potwór sznurami owiązał trumnę, nożem szerokim z szybkością błyskawiczną zrobił trzy nacięcia dla powietrza tych, co byli wewnątrz.

2365

Gromnicę zgasił wicher burzy, w mroku kościoła zrobił się zgiełk — kiedy zapalili na chórze światła i przybiegli, gdzie trumna stała, już jej nie było —

2366

już nie było nikogo tam! wyjściem sobie tylko wiadomym ten potwór musiał wynieść trumnę. Dokąd? Ariamanowi zdało się, że słyszy głuchy jęk i pięści bijące w lochu.

2367

Wtem nastąpiła rzecz w górach jedynie możliwa.

2368

Nad kaplicą wznosił się skalny wirch. Zapewne siłą burzliwego wiatru popchnięty głaz zleciał z wyżyny. Głaz odbiwszy się kilkakroć o ziemię, jakby wyrzucony z katapulty pocisk runął w dźwierze kaplicy dębowe, okute. I w jednej chwili rozwarły się, bo pękły żelaziwa, posypały się trzaski i obłok rozpylonego głazu. Ariaman, wychodząc z kaplicy, ujrzał zgromadzonych tam czcicieli Diabła, nieruchomo oczekujących jego zejścia.

2369

Odpiął szybko klamry spinające krzyż nad kryptą. Ariaman, straszny w gniewie, mógł z zimną krwią zasztyletować de Mangra. Lecz teraz chodziło jeszcze o Zolimę, o cześć dla Turowego Rogu, o miłość tak długo wynoszoną na wyżyny dla księżniczki Morza!… Nim dobiegł do podwórza meczetowego, usłyszał turkot tilbury i mimo całej szybkości, zdołał tylko ujrzeć potworną kobietę, która stała w powozie, trumnę gniotła kolanem, a drugą ręką trzymała lejce. Konie targnęły od razu i pojazd, jak wicher, pognał drogą w góry.

2370

Ariaman pośpieszył wziąć jednego z wierzchowców, lecz tętent koni rozbiegających się po lesie oznajmił, iż uzdy były przecięte. I zaiste, na drzewach wisiały kawałki rzemieni.

2371

Burza milkła, choć błyskawice wciąż rozświetlały góry w ich królewskim majestacie. Ariaman teraz dopiero zauważył, iż stoi jeszcze z ubocza koń księcia uwiązany. Wskoczył nań i pognał. Turkot powozu dawno już umilkł, ale wszak nie mógł długo ukryć się pojazd.

2372

O milę stąd będzie młyn wietrzny, dalej bór i za tym borem o kilka mil na górze leży Turów Róg.

2373

Ariaman pędził jak burza.

2374

W sercu jego walczył gniew i upokorzenie.

2375

Kto śmiał odebrać mu jego zemstę i zarazem jego miłość?

2376

W myśli krążyły mu słowa jakiejś Serenady zasłyszanej:

„Indyjskie zwiewne kwiaty
kwitnące raz w sto lat,
o piękna, wyjdź z komnaty,
jak księżyc spoza krat!
Na harfie gram ci słowa,
które się lśnią jak żar,
czemuż cię otchłań chowa
i ty nie wstajesz z mar?”
2377

Ekstaza miłosna jego doszła szczytu, chciał teraz wydobyć z trumny Mangra, roztrącić jego mózg o skały i pchnąć w otchłań!

2378

Zostać z tą szaloną, jak on sam, cudowną jak Ahur i Noc zakończyć miłością, z której już żywi nie powstaną. Ariaman zatrzymał się, skręcała droga do młyna.

2379

Wśród mroków nocy zabłysło tam płonące drzewo — ostry szum śmig wiatraka rozdzierał ciszę.

2380

Tam na śmigach coś wielkiego uczepione krążyło — z zawrotną szybkością.

2381

Niesamowity potwór siedział skulony pod palącą się żywiczną sosną i spoglądał w śmigi kręcące się z przywiązaną do nich trumną.

2382

Ariaman najechał całym pędem, gotów do wszelkiej walki. Lecz gdy zbliżył się do wiatraka, nie było już Furii. Zniknęła.

2383

Teraz się zastanowił, co ma czynić? uwolnić? nie zabijając de Mangra? to nie może być.

2384

Zabijając zaś teraz tego, który miał już strzaskaną nogę — to odrażające.

2385

Więc uczyni, jak mu nakaże instynkt.

2386

Ariaman chciał wejść do wnętrza młyna, lecz drzwi były zawarte żelaznymi zasuwami. Widać, że młyn był pusty lub młynarz był w zmowie. Próbował zahamować wiatrak, podstawiając drągi i bale.

2387

Z trudem to mu się udało, choć jeden za drugim bierwiona się łamały. Nareszcie jeden wytrzymał uderzenie gigantycznego skrzydła.

2388

Ariaman nadciął sznur od trumny.

2389

Trumna owisła jednym bokiem, lecz wisiała wciąż.

2390

Nagle Ariaman instynktownie się schylił.

2391

Ogromny głaz rzucony z taką potęgą, iż rozbił deskę w młynie — przeznaczony był widać dla nieproszonego rozjemcy.

2392

Ariaman uśmiechnął się, widząc że ktoś tak potężnie nienawidzi de Mangra.

2393

Rozciął do reszty sznur.

2394

Żałobna trumna się osunęła i natychmiast wyszedł z niej de Mangro. Wcale nie pamiętając o sobie, podał uprzejmie rękę Zolimie, która wstała jakby z ciężkiego snu, lecz o kilka kroków legła na trawie, patrząc nieruchomo w gwiazdy.

2395

Kiedy Ariaman pytał jej, czego żąda, prosiła, aby czekał na nią tu, nie odchodząc daleko.

2396

Baron de Mangro zażądał paru chwil rozmowy z Ariamanem.

2397

Ariaman zapalił stos drzewa blisko Zolimy, aby się rozgrzała —

2398

sam zaś z Mangrem poszli o kilkadziesiąt kroków dalej i siedli na stopniach młyna.

2399

— Teraz objaśnij mi Pan tę nikczemność!…

2400

— Zwykły obyczaj naszego klubu. Nie zawierał nic zmysłowości. Wszak widzi Pan, że panna Zolima była i pozostała w toalecie balowej; ja zaś jestem w białym fraku.

2401

Położenie się obok wzajem w trumnie stanowi tylko symbol wstąpienia na członka klubu.

2402

Stowarzyszenie nasze dąży do zniszczenia wszelkich tajemnic, więc wstydliwość itd. jest wykroczeniem.

2403

My nie bawimy się w zmysłowość. Jestem asceta, sił nasiennych używam na lepsze cele.

2404

Pan zdaje się wątpić?

2405

Co do Zolimy, to nie jest w żadnym wypadku moja przyszła żona.

2406

Geist hab' ich selbst genug[486], ja żądam czułej istoty i wiernej.

2407

Jest to egoistka w najwyższym stopniu! Fantastka na zimno…

2408

Jutro może się zbudzić ze sumieniem, mimo iż jest mahometanką. Wprawdzie ma odwagę spełniania czynów, od których włosy zdębiłyby się nawet Naczelnikowi tych, co rzucają w worku trupy do Bosforu.

2409

— Nędzny łotrze, sam zapewne. — —

2410

— Oh, oh — retoryka. Naturalnie, że ja na pewno mógłbym uczynić wszystko, gdy tego potrzebuję.

2411

Ale opowiem, jak łatwo zdobywa się sympatię i ufność Zolimy.

2412

— Nie waż się pan oczerniać! —

2413

— Pan nigdy nie będziesz psychologiem. MilczenieWięc prosisz mnie, żebym mówił? milczenie przyzwala.

2414

Było to zaraz po ogłoszeniu konstytucji w Warszawie. Mnie zamknięto na Pawiak za gorącą mowę, pannę Zolimę za to, iż drukowała coś w robotniczej drukami.

2415

W więzieniu panowała swoboda większa niż tam, gdzie świstały kule i nahajki.

2416

Pięciuset więźniów bawiło się pysznie. Kobieta demoniczna, Kobieta "upadła", DziewictwoI wiesz pan? że ta dziewczyna, wiedziona szczególnym instynktem, przychodziła do mej celi, kiedy mogłem się tego najmniej spodziewać. Ją nęci wszystko co jest upadłe, liche — a, pardon, nie miałem zamiaru siebie obrażać. Ale ona, ta genialna kobieta i zresztą dziewicza dotąd w najwyższym stopniu — ma np. chęć, żeby mogła zarabiać swym ciałem, jak to czynią w ogóle kobiety na świecie. Męczy ją to, że jest bogata, szanowana, uwielbiana. Chciałaby tarzać się w błocie, być wypędzoną z baru, zawisnąć na ręku człowieka, który ją sprzeda w karty do Bukaresztu lub Belgradu.

2417

Jak dziwnie świecą panu oczy — widziałem coś podobnego tylko u owych tintorery, rekinów przy brzegach Florydy, które głęboko w wodzie zdradzają swą obecność fosforescencją ponurych zielonych ślepi.

2418

O tak, panna Zolima to genialne dziecko, to bajeczna intuicja wszystkich zepsuć.

2419

Lecz ja jej wróżę nawrócenie, będzie prorokinią jakiej sekty. Rodzaj lady Stanhope[487]; lecz nigdy Annie Besant[488]!

2420

Wie pan, że to nie jest i dla pana kariera!? … W rodzinach tatarskich kobiety budzą się rano zazwyczaj w złym humorze. Z wiekiem to rośnie. A do tego, jako lady — pół nocy poświęca bardzo drobiazgowej pielęgnacji ciała — woda różnych temperatur, masaże, wanny świetlne itd. Jest piękna, a jednak… To nie dla marzyciela, który lubi wszystko zaraz i gwałtownie. Ma się z nią to, co z pięknością miast wschodnich — wewnątrz nie wypełniają tego, co obiecują z dala…

2421

— Milcz, podły!

2422

— Muszę oznajmić, że to ja właśnie skończyłem. Jako memu wybawcy nie posyłam panu z miejsca kuli. Jesteśmy — na ten raz — kwita!

2423

Mój tilbury państwu niech służy. Nie robię żadnych ustępstw. Na drodze tam jest ktoś, kto jest straszniejszy od wodza Siuksów, kiedy czyha na wroga.

2424

Ale ja nie darmo polowałem na czerwonoskórych. Umiem pełzać. Gdy będę za tymi zbożami i moczarem, zahukam jak puszczyk. Widzisz pan mimikry: zaraz panu zniknę z oczu. Mój strój jest biały, lecz podszewkę ma z czarnego atłasu. Na twarz kładnę maskę czarną z otworami dla oczu. Bocian ma skrzydła czarne z wierzchu, aby go jastrząb nie dostrzegł na tle ciemnej ziemi; ma zaś białe ze spodu, aby znikał ludziom prędko z oczu na tle bladego nieba i obłoków. Natura tak przezorna nie przewidziała, że poczciwy nasz ludek będzie boćka ochraniał i nie wsadzi go co niedziela do garnka, jak tego życzył Henryk IV.

2425

Teraz ostatnie słowo: jeśli pan zapragnie mi być wiernym, proszę na mnie liczyć.

2426

— Masz ostatnie słowo — rzekł Ariaman, dając potężny policzek w to miejsce, gdzie było już pusto.

2427

Ku najwyższemu zdumieniu, baron zniknął — nawet szelestu jego nie było słychać w zbożu, po znacznym przeciągu czasu ozwały się ponure śmiechy puchacza.

2428

Ale nagle hałas rozpoczął się w lesie, wystrzał, tętent dwóch ludzi pędzących na przełaj przez las — rumot spadających kamieni — i ucichło, jakby wbiegli do jaskini.

2429

Diabeł zawsze bierze w końcu swojego, pomyślał Ariaman, i myśli jego wpłynęły do krainy szczęścia, mimo tych wszystkich ohydnych przejść nocy.

2430

Miał teraz w sobie już całą wielkość tatrzańskiego witezia — niepokalanie skrzydlatego, wirchowego Pana.

2431

Głos wewnętrzny kazał mu śpieszyć już teraz, — wznieść Zolimę na wyżyny — i tam ją opuścić…

2432

Nie czekając, aż Zolima go zawoła, podszedł do niej.

2433

— Jakie gwiazdy!…

2434

— Dobrze mi tu jest. Już oddycham równo. Ukoiło mię to mżenie gwiazd. Miałam nieco migreny.

2435

Po czym zaśmiała się wesoło.

2436

— Zdobyłeś mię! bardzom rada.

2437

Przyjdź do mnie, sama jestem — zresztą zajmuję cały pawilon w ogrodzie, każę Arabowi, aby czekał na twą łódź i przyprowadził cię.

2438

Minie nam jak sen — choć bez snu, ta noc. Zobaczysz, jaki cudowny wschód słońca z mojego tarasu. Tyś mnie dotąd nie znał. Jestem więcej niż Julia, niż Imogena. — —

2439

Chcę przeżyć z tobą nareszcie moją długo tajoną baśń z tysięcy wschodnich nikomu niewyśnionych nocy.

2440

Moja komnata ma czarne marmurowe kolumny i z masywnego złota kapitele.

2441

Na ścianach, które są w dole z marmuru czarnego, a wyżej mają szkliste kolorowe mozaiki —

2442

wiszą makaty jedwabne haftowane wersetami z Koranu.

2443

Mam ołtarz, na którym palą się kadzidła i czarnoksięskie zioła.

2444

Bo jestem czarownicą — za woalem lady.

2445

Czy ty myślałeś na chwilę, że baron mógłby mię wziąć?

2446

— Byłaś zamagnetyzowana przez de Mangra!

2447

— Ja? ależ bawiłam się tą komedią.

2448

Czyż to jest trudno kłamać? mój Boże, my kobiety kłamiemy tak, jak kwiaty, które się barwią — i wtedy są dopiero sobą.

2449

De Mangro? incivil[489]

2450

gdybym chciała się tak bardzo poniżyć, czy nie znalazłabym gorszego?

2451

— Nie!

2452

— No, może i nie. Ja z tobą tak dobrze mówię…

2453

— Jesteś dzieckiem, które idzie ze świecą wśród rozsypanego prochu, wśród arsenału najstraszliwszych wybuchowych materii.

2454

Błagam Cię, ufaj mej przyjaźni — ty musisz iść na wyżynach!

2455

— W komnacie mej ujrzysz królowę kolibrów i tarantul — nie orlicę!

2456

najmigotliwszą i najgorszą z istot, które muszą zgubić…

2457

Ty zaś jesteś Prometeusz nierozpętany! — rzekła smutno.

2458

Ariaman stał w mroku i stamtąd jęły wieścić słowa dziwne, potężne jak fale morza, a pokorne jak kwiaty.

2459

— Prometeusz nierozpętany — tak! i wzywam cię ze straszną dumą: wzejdź na moje wirchy.

2460

O miłość cię proszę? nie, miłość tylko mogę przyjąć Słonecznej — bo oddam takie królestwo mroku, rozpętam takie chmury gromowe, rzucę takimi tęczami na wszystkie ludzkie cichego szczęścia doliny — że nie mogę prosić, lecz muszę mówić, jak przystoi na wirchu, już z łańcuchów rozkutemu. — Ty przyjdź do mej groty nad morzem, w przeobrażeniu słoneczna córka Okeanosa — fala olbrzymia słońcem świetląca, mrokiem zachłannym swych głębin wyzywająca wszystkie gwiazdy — przyjdź, jeśli jesteś boska!

2461

A jeśli z tej rasy roztropnych, w trzech wymiarach ludzi jeszcze zbyt szeroko się czujących —

2462

to uznaj to, pani, za fantastyczny nastrój — tę noc!

2463

Lecz biada twej duszy — zbyt straszne przychodzą moje dziewosłęby!… one urzekną — że każda twa droga będzie już nizinna! od każdej góry cię moja moc odtrąci — od każdego Mitu — i od wszelkich urzeczywistnień.

2464

Czemu zamiast słowy kwietnymi nęcić — ja grożę?!

2465

czemu mówię jak Kasandra, gdy miałbym mówić jak Porcja, sądząca sprawę o funt krwi ze serca?! — bo jest mi tak straszno za ciebie, córo Okeanosa — że ujrzysz tyle ludzkich małych tam, a choćby w znaczeniu ludzkim i wielkich, mirażów —

2466

że ujrzysz przede wszystkim jeden — w sobie samej — który cię zmusi powiedzieć mi nie! i cóż?

2467

niech to się spełni zaraz, niech usłyszę to Morze szczęścia, które mi odmawia — swoich tajemnic!

2468

niech to się spełni zaraz przez ciebie, jak słowo bogów indyjskich, mogących nagle świat zmroczyć lub nagle rozświetlić, ubłogosławić na wielkie epoki…

2469

Te mroczne wirchy też pytają milczeniem —

2470

bo nie zniosłyby tej obelgi, żeby to mogło być odrzucone — to — na co zbierały się wieki długich mrocznych męczarni — burz wiosennych, linienia gwiazd i szalejącego morza.

2471

Uskrzydlim w sobie moc jedynie bezwzględnie wspaniałą: Życie-Zgon.

2472

O, siostro Dionizosa — raczej ty Dionizosie kobiecy — słyszysz te skowronki, które nucą już, choć wszędzie noc — za wcześnie uwierzyły w wirchy Tatr — w urzeczywistnienie — — —

2473

mój Dionizosie!…

2474

Jeśli masz w sobie tę moc, której nazwać nie chcę — bo już tylu przeżywało ją — to mi się zjaw w wielkich górach moich —

2475

przeobrażona — przesłoneczniona — najgłębsza —

2476

najdumniejsza — wymagająca — nieugięta —

2477

miłość w zbroi, godna być mitem —

2478

lecz nietknięta przez mrówczany kwas ludzkiego termityzmu —

2479

Dziewicza Atene w swym niewidzialnym jeszcze promieniu!

2480

Przyjdź mi słowem jedynym, postacią swą jedyną — lub zapomnij — zniwecz wszystko, co nie jest do urzeczywistnienia!

2481

Jeśli słowo kiedy mogło być boskim dziewosłębem — wysyłam je — promienne, choć w mroku jeszcze — wysyłam je z najgroźniejszym, najwspanialszym wezwaniem — przyjdź ze słowem jedynym — Ty!

2482

Górom wielkim nocy dzisiejszej błogosławię — choć niewiadomy mi Wschód.

2483

Nie wiem, czy góry nie zechcą się zaniknąć, gdy orzeł szczęścia mego będzie wzlatywał w te regiony wielkie, szafirowe, milczące pełne niewypowiedzianych nigdy zaklęć — w te bezbrzeża myśli nieujarzmionej nigdy — nieurzeczywistnionej może też nigdy?

2484

Przyjdź — dionizyjska — i zerwij łańcuchy swe przed tym, którego się ma związek z jasnowidzeniem!

2485

Błogosławię ci, jeśli przyjdziesz —

2486

i błogosławię ci, jeśli się cofniesz, bo już muszę być Wierzącym ci mimo wszystko.

2487

Tylko, czy nastąpi mój dzień —

2488

czy mroczna, Dantejska brama wyolbrzymi się przede mną —

2489

Ty bądź istotnie Sobą — nie oglądaj się na nic, jakby wśród płonącej Sodomy…

2490

Mówię to Spokojny — niezachwiany niczym — pragnący Wszystkiego — mogący jednak żyć dalej w tych mrocznych wyżynach, i nie wzywając już nikogo, o córo Okeanosa! — — — — — — — —

2491

Trwało czas jakiś milczenie. Zolima też stała już w ciemnościach, lecz zaczęła iść w smugę jarzeń dogasającego ogniska.

2492

— Podaj mi, panie, rękę i lejce.

2493

Pana musi to bardzo kosztować, kiedy pan tak mówi?

2494

a może nie, Walt Whitman, Tennyson, Homer żyli długo.

2495

Może pana podwieźć?

2496

— Nie wiem! — rzekł Ariaman cicho.

2497

— Nie wie pan?

2498

— Nie wiem, jak mi dusza rozkaże.

2499

— Ach, jak ja bym chciała mieć duszę, ale ja nie mam duszy.

2500

Mahomet był bardzo mądry i jasnowidzący człowiek.

2501

No, więc nie, na pewno. Dobrze, że mi pan powiedział, bo ja bym czekała.

2502

Więc, pan jeszcze nie wie?

2503

— Nie, ja wiem!

2504

Zakazuje mi — nie ujrzę ciebie. Miłości moja nadgwiezdna! —

2505

Zolima w milczeniu ściągnęła lejce, konie rasowe pobiegły wspaniałym kłusem, tilbury zniknął i tylko chwilę jeszcze tętniły znikające odgłosy kopyt i kół.

2506

Ariaman czuł w swej piersi, jakby rzekę zgęstniałej czarnej krwi. Nie miał gorączki, ale myśli jego były naraz jak skrzydlate burze. Chciał biec i porwać za koła, wstrzymać, wyrwać ją z tilbury — tę cudowną czarną panterę, wgnieść usta w te wielkie płomienne kochania oczu, i śmiać się z nią razem do szczęścia swego, któremu świat za mały, wobec którego Babilon dawny, Kartagina i Sydon, i Korynt, i obecne zepsucia fenickie Paryża — są tylko obrzeżem wielkiej, księżycowej bogini Astarty.

2507

I mówił: Morze moje, Morze, Morze! —

2508

Jakby wielkie mgły poranne zesunęły się z olbrzyma skalnego: naraz przejrzał on swój wirch z najczystszego jarzącego się rubinu. Tam w bezdeniach mrocznych własną duszę groźną nadziemną kapłańską ujrzał Ariaman. Od miesięcy żył w automatyzmie rozumu, zniweczył wszystkie świątynie Magii — i widział tylko ścieżynę z jedynym świętym Mihrabem[490] w skale Miłości —

2509

teraz mogąc ją mieć, mogąc ją mieć, jak król Salomon królowę Sabę opuszczał ją — dla swych najgłębszych słów — dla Niedokonanego.

2510

Idzie —

2511

Święty, Święty, Święty…

2512

Cała ludzka namiętność odpadła go już. Przed wszystkimi duchami Tatr szedł, jak dobry rycerz. Ale mu jednak straszliwie jest smutno. Trzeba nie myśleć…

2513

Ksiądz, ZbrodniaKto mógł być ten potwór, który trumnę uwiązał do wiatraka? Wspomniał Ariaman opowieści o dziwnych tajemniczych morderstwach, dokonywanych przez jakiegoś kryminalistę, który podawał się za księdza. Niedawno zdarzyła się homoseksualna zbrodnia dokonana przez księdza guwernera na dwóch paniczach…

2514

Splot dzikich, nieprawdopodobnych zagadek. Trzeba je zostawić czasowi.

2515

I zaczął iść, pędzony skrzydłami myśli groźniejszych niż to wszystko — płynących z zapomnianej chaty nad morzem.

2516

Nie były te przeczucia — niby Chrystusowe anioły kołacące do bram:

2517

były to jakieś kruki czarne, jakieś sępy olbrzymie lecące za żerem.

2518

I on chciał zobaczyć, skąd płyną te sępy, gdzie lecą kraczące te kruki. I szedł w kierunku swego domu.

2519

Burza jeszcze leciała nad światem, jakby wybierając najchętniej te miejsca, którymi szedł Ariaman.

2520

Lecz on uciszał się w sobie i nawet starał się wrócić do pogodnej twarzy morza, które widniało wśród stepu. Księżyc wschodził.


Księżyc, wschodzący krwawo ponad misą stepu,
jakby wychudła twarz świętego Jana;
powietrze słodkie jak róże Alepu —
i morza dal błękitna — modra — zadumana.
I tu mi jeszcze słychać Twe szlochania ciche —
jak krwawe liście klonu lecą na mą drogę —
i czuję, że Cię w trumnę kładnę, mą niebogę,
a idę w pałac marzeń stworzony przez pychę.
Złocę się, jak latarnia, umarłym okrętom,
i rzucam komet blaski w pomrok nieprzejrzany —
i tak mi jest, jak gwieździe okutej w kajdany,
co innych wiąże swą mocą wyklętą!
Wracam — i świerszcze mi tak rzewnie nucą,
jakby wejść miało ze mną szczęście w progi!…
Ludzie znów będą — lecz dusze nie wrócą —
co się rozstały płacząc — w gwiazdach Mlecznej Drogi.

Sen mi się jakiś ciemny przypomina,
który ostrzegał, by podróż zaniechać —
na próg w koszulce wyszła ma dziecina
i mnie tak żebrze: tatusiu, nie jechać!
Podniebne rzeki zmarzłego lodowca
łzy moje wzięły do zimnych potoków,
lustra Sardarów ujrzały wędrowca,
który je przyćmił gwiazdą wieszczych mroków.
Po opuszczonym błąkam się ogrodzie
straszliwych przeczuć, które ból tłumaczy:
śniłem, że brnę z mym dzieckiem w czarnej wodzie —
krew mu garełkiem biła — i w rozpaczy
niosłem na brzeg. — Więc ujrzę nad ranem
mój los — i niewolnik Boga
klęknę u stóp — lub będę szatanem!

2521

Tak mijał góry.

2522

Widział już swe ukochane Murza Sichle, te dziwne moczary za nim, dokąd zlatywały się jesienią z dala tropikalne ptaki: ibisy, czaple, marabuty…

2523

Niegdyś, gdy w Tatrach był klimat cejloński — tu zagnieżdżały się roje ptastwa. Teraz klimat się zmienił, lecz instynkt ptaków wciąż nakazuje, przynajmniej niektórym gatunkom, lot w te zimne, niegościnne już regiony.

2524

Wśród nocy mrocznej idąc szybko przez las, musiał przeskakiwać doły, strumienie i wielkie wykroty zwalonych drzew. Ziemia ta zdała się być istotnie macierzą smoków.

2525

Świecił sobie odłamem fosforyzującej hubki, bo zapałki zamokły mu, gdy musiał przechodzić w bród przez wodospad.

2526

Szedł lasem głuchym, iście Madejowym. Straszne legendy o żywiołakach… Nad strumieniem głębokim przechodząc, poślizgnął się na wilgotnym kamieniu i nie upadł, lecz w skoku już niezrównoważonym uderzył kolanem o brzeg przeciwny. W oczach mu zapłonęły ostre dziryty świateł, czuł, że mdleje.

2527

Lecz wytrzymał chwilę, przemył wodą bolącą nogę i szedł już z największym natężeniem. Wicher dął potężnie, zmieniając puszczę w jakiś beznadziejny sabat.

2528

Myśli Ariamana były jak rozpacz ściekająca jadem. I nie dlatego, że wyrzekł się Zolimy; lecz że słyszał, widział, dotykał się ran świata i rozumiał nicość wszystkiego.

2529

Olbrzymia karawana śmierci ciągnie trumny i jeszcze trumny… Cały Turów Róg żyje na tych trumnach… trochę przegniłych resztek… a on w tej infekcji gnicia musi być pieśniarzem archaniołów. I biją dzwony — stawał i nadsłuchiwał…

2530

Wszakże przejrzał już wszystko, widzi lecącą w mrocznych bezgraniczach ziemię, o którą nikt na gwiazdach nie dba; widzi to życie krzewiące się z nędznego splotu bioder i ud.

2531

Ludzkość — wielkie drapieżne glistowate jestestwo, pozostawione sobie samej, jak ławica polipów morskich…

2532

Obraz świataNie rządzi ziemią prawo boże. Prometeiczne wystarczanie sobie — dla duchów najwyższych ludzkich; dla innych — apetyt życiowy, metresa, noc lubieżna z kochankiem, złota rulon, wsypany do kasy ogniotrwałej, sława roznoszona przez dzienniki — nie, jeszcze nie to męczyło duszę Ariamana!

2533

Lecz miał pewność, że jakieś piekło bez dna i bez granic czeka nań tuż — zaraz za tymi drzewami.

2534

Kiedy napłynęła nadzieja, obiecywał sobie, że musi wszystko być odmienione: będzie pracował jak Walt Whitman na ziemi ornej nad morzem i stworzy Religię.

2535

Mag Litwor wiele mu rozświetlił tajni, inne będzie już rozwierał sam.

2536

Drogą Jaźni iść!…

2537

W chaotycznej, złowrogiej rewolucyjnej walce wszystkich przeciw Wszystkim — będzie Wulkanem, z najgłębszych cieni swej duszy wyłoni cud — żywe fosforescencje nowego Bytu, jaki jeszcze nie istniał.

2538

Potęga królów asyryjskich złączy się z mądrością indyjskich Riszich.

2539

Nagle zatrzymał się, serce mu przestawało bić.

2540

Miał wrażenie, że coś niewymownie podłego owinęło mu Wielki ołtarz — nawet nie żmija — lecz płaz inny — nic, nic zwierzęcego — abstrakcja — cień —

2541

tak, to lęk…

2542

Lęk złowrogi, że się coś może stać, czego nie widziały gwiazdy — —

2543

Wicher wył — drzewa skrzypiały lub, kołysząc się, tworzyły szum potężnego morza.

2544

I mówił sobie:

2545

wszakże mam teraz dopiero skarby, uczucia i możność postawić drabinę i na słońce iść zagasłe, i je zapalić!

2546

Mówiąc to, deptał jakieś podstępne, pełznące łzy.

2547

Już był blisko domu. Paliły się tam złowieszcze światła.

2548

Zapukał. Nie odpowiedziano mu. Serce mu zabiło gwałtowniej, wyrwawszy się naraz jak zwierzę z ciemnej klatki. Rozwarł drzwi.

2549

W wielkiej izbie płonęły gromnice. Kilka gałązek nakrywało trumienkę. Tam ktoś spał.

2550

Poznał te cudownie piękne rysy i nieruchome szafiry. W drugim pokoju leżało dziecko drugie.

2551

Widać dogorywające. Lampka oświetlała straszliwą, krwawą, ropiejącą maskę na jego twarzyczce.

2552

Oczy nic niewidzące patrzyły weń.

2553

Cofnął się. Nie szukał wyjaśnienia. Był spokojny w powadze straszliwej, podobny Diabłu, który stanął nad Synajem. Drzwi wychodzące do kuchni były rozwarte. Na progu w półmroku siedział strach. Nie —

2554

jego żona…

2555

Ten wyschły szkielet… Dotknął jej twarzy… Ona uchwyciła jego rękę i zaczęła całować mokrymi usty.

2556

— Uspokójmy się — rzekł Ariaman, lecz głos jego wydał mu się tak dziwnym, jakby to rzekł upiór — zupełnie ktoś mu nieznany.

2557

Żona powstała i głowę przycisnęła mu do piersi.

2558

Ariaman ujął jej dłoń.

2559

I nie mógł uklęknąć wraz z nią, lecz coś szeptał do Kogoś.

2560

Ale były to myśli straszne Demona już z piekieł.

2561

On myślał, że, jeżeli nie stanie się teraz cud natychmiastowo, jeżeli mu te dzieci nie przyjdą z uśmiechem wesołym — jak dawniej — jeśli ta ziemia czarna, podła —

2562

tak —

2563

tym nożem on zamorduje — Tego na krzyżu — i tego jeszcze Tam…

2564

Żona jego, szkielet, w którym biło nierównym, ciężkim dygotem serce — jakby ono tylko pozostało z całego człowieczego istnienia —

2565

żona — kochająca go nad wszystkie światy za grobem i tu —

2566

ona tylko trzymała jego dłoń, czując, że z nim się staje coś potworniejszego, niż dusza ludzka znieść może.

2567

On podszedł do dzieciątka jeszcze tchnącego.

2568

Położył dłoń na jego czole i coś mu nakazał, jak Mojżesz swemu ludowi.

2569

Wziął duszyczkę jego w swe możne jestestwo.

2570

Upadła tam na głazy wiekuiste plama krwi z ustek — i była to pieczęć straszliwa na tym oskarżeniu, które pisał.

2571

Lampka krwawo pełgała przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej.

2572

On patrzył w tę marę umysłu ludzkiego, który wymyślił sobie takie pomoce — i takie Opiekunki! Wziął trupy małe i wyniósł w noc ciemną — z latarką szukał motyki, kopał — zrobił dwie mogiły.

2573

Nakazał żonie nie płakać — mówił krótko, jak kapitan na okręcie tonącym.

2574

Czynił wszystko bardzo spokojnie — w tę noc. W tę noc najwyższą, jaką przeżył na ziemi. Wspanialszą w swym nieszczęściu, grzechu i opuszczeniu niż Bóg i jego niebiosa. Potem chciał, nie wiadomo już dlaczego, ucałować nogi swej żonie, schylił się — i omdlał. I szkielet o wielkim, bijącym sercu cucił go i wołał do życia tym dziwnym, najdziwniejszym głosem miłości, która już wszystko oddała i nie bierze już nic.

2575

Ariaman rozwarł oczy, odetchnął szeroko — podniósł się, rozprostował ramiona, wziął za rękę to widmo — rzekł:

2576

— Jestem mocny. To straszne… Dobrze mi. Ja się zmierzę — z Tym. No tak… chodźmy… Daleko! —

2577

Wicher wstrząsnął drzewami, jakby podły kat, który chce wymusić wyznanie z ludzi, którzy nie mogą już niczego więcej wyznać!

2578

Niebo było czarne, złe, nikczemnie smutne, lecz on był spokojny i teraz dopiero widział, że Król Wężów ma rację, chcąc zniszczyć istnienie. Wszelka głębia musi unicestwiać. Nadmierna moc musi zabijać.

2579

I na ziemi całej nie było mu już nic droższego nad to widmo kobiety której kostki czepiały się jego potężnego ramienia.

2580

Ujrzał świat jako olbrzymią jaskinię Króla Wężów.

2581

A serce leciało bezdrożem kamienistym, pod oślepiający księżyc… i tak im świeciło! tak świeciło w tę Noc!


A gdym buchnął krwawicą z ust,
wszystkie się nieba zebrały anhelice
i płakały nade mną.
Chmury zerwały tamę i pękł nieba spust.
Matka Boska, ReligiaPachniały wieńce krzyża — i gromnice —
i stary Matki Bożej bohomaz świecił srebrem.
I lał się za oknem deszcz w mroku
i woda pluskała nad cebrem.
I zegar bił prędko dwanaście uderzeń.
I umierało jedno z moich białych wierzeń.
I byłem cichy, wiedząc, że w niebie jest na mnie
wydany sąd — i będzie głoszony stubramnie
po wszystkich murach — w Grodzie Potępienia.
Bulgotał w rynnach deszcz. Wlokły się czarne milczenia.
Zegar bił. SzatanCóż jest Szatan? Ten, który idzie wbrew Boga.
W grocie samotnej nad morzem palą się dymy z trójnoga —
wśród drzew się szarpią błyskawice —
a z domu wyszły chore myszy, by zaczerpnąć tchu.
Tym myszkom ludzie święci wszczepili błonicę —
— — taki mrok zimny — i taka ulewa — i tu
ja niegdyś miałem niebo otworzone.
O Lucyferze! tam gdzie lwy w pustyniach
i gdzie haftują gwiazdy czarną tajemnic zasłonę,
tam pójdę — z błyskiem ognia w podziemnych świątyniach!

2582

W duszy Ariamana świat zniknął, zamiast niego utworzyła się otchłań! Było to tak, jakby w burzy Kosmicznej nagle zwaliło się drzewo Igdrazil utrzymujące na swych konarach wszelki byt, zaś olbrzym życia Imir nie mógł i nie chciał zasypać strasznej głębokiej jamy, w której się zagnieździło piekło, sięgające głęboko aż w antypody rozumu — w absurd.

2583

Rozum, Niebo, Bóg, Rozpacz, Los, SzaleństwoRozum jest oparty na kategoriach i odczuciu życia. Wobec faktu śmierci musi zamilczeć lub mówi rzeczy dowolne, jak kanclerz Państwa niebiańskiego po jego ostatnim rozbiorze. Niebo zniknęło dla człowieka, którego pochłonęła ziemia. Bóg staje się najdoskonalszym nieistnieniem dla tego, którego pochłonęła rozpacz. Mówią jeszcze: Los. Lecz z równą ścisłością można by powiedzieć: Złośliwe Wariactwo.

2584

Mówi się: konsekwencja życia. Lecz jakaż konsekwencja życia mogła utworzyć tę otchłań wszelkich niemożebnych cierpień, żądz i tęsknot, która się zwie — sercem? konsekwencja w okrucieństwie, niekonsekwencja w błogosławieniu?

2585

Prawdziwie, dziwić się można spokojowi i rozumnemu uczuciu Ariamana, który z największą troskliwością żonę zaprowadził do groty i widząc, iż ona zapada w letarg, magnetyzował ją i złożył na suchych, wonnych, magicznych ziołach.

2586

Potem wrócił do swej chaty i, nie wchodząc do wnętrza, podpalił ją z czterech rogów.

2587

Teraz była kwestia, co czynić dalej z życiem.

2588

Wytrwać w spokoju nie mógł ani chwili. Pożerał go demonizm czynu, walki, chciałby okrętem być, który zmaga się z burzą, chciałby raczej burzą być, która wydziera lasy, najlepiej zaś — trzęsieniem ziemi i niszczyć wszystko: świątynie, kochanków, zostawić tylko fabrykę armat i teatr dla Pandemonium. — Zajrzał jeszcze, ujrzał żonę leżącą w grocie bursztynowej, gdyż całe dno usiane było wielkimi odłamami bursztynu, który stopił się w fantastyczną głębię złocistą i purpurową. Przy świetle pochodni — wydawała się ta grota godną czarodziejki Kalipso.


2589

Szedł Ariaman szybko w księżycowym świetle ku jezioru Demonów, gdzie, jak mówią, można było wywołać Króla Wężów.

2590

Nad morzem wiła się droga.

2591

Nigdy Ariaman nie chodził szosami. Teraz mu było koniecznością nie być już na wirchach, gdyż czuł, że chwila — a rozpocznie się obłęd.

2592

Pospolitować się musiał, pospolitować swą duszę, swoją męczarnię!…

2593

Nie ominął i rogatki celnej przy miasteczku Perditempie, która była przeznaczona dla opłat wwożonego mięsa i w ogóle żywności.

2594

Usłyszał wrzaski już z daleka.

2595

W karczmie brzęk wybitego okna.

2596

Karczem było w Perditempie mistyczne 44 i baron de Mangro chętnie popierał ten narodowy przemysł, skutecznie walcząc z Żydami. Toteż górale przepijali rocznie większą część swych dochodów na gościach, tj. zdrowie, kultura i przyszłość narodu oddawane były propinacjom. —

2597

Wyleciała dama publiczna pijana, kawaler jakiś przekonywał ją miękko.

2598

Dama krzyczała tak potwornie rynsztokową gwarą, że nawet pijany „Wyszybajło” z maison publique nie mógłby nic trafniejszego sam na sam wymamrotać.

2599

Po długiej chwili, kiedy wszystkie żony oficerów i urzędników, narażając na katar swe wdzięki wynegliżowane w ciemnych lufcikach, nasyciły się już krótką plugawą zwięzłością całej Kamasutry, swoistej nauki kochania —

2600

zjawił się nareszcie żandarm. Dama pijana upierała się przy twierdzeniu, że cały urząd żandarmski ma o wiele niżej, niż zwykle się nosi order — nadto, że żona rotmistrza odbiła jej kochanka — i za to musi ona wybić jeszcze jedno okno!

2601

Młody sutener miękko ją przekonywał, mówiąc: dziecko, nie mów nic, bo ja cię zafądziam. —

2602

Dama odpowiadała mu Kamasutrą swoistego przędziwa. Wreszcie na zaproszenie do aresztu rzekła, iż chce, aby i jej alfonsa wzięli, i jej matkę starą ladacznicę. — Jak chyżo przeskakuje jeleń kałużę, w której się kłębią robaki obmierzłe, tak Ariaman w innym czasie przeszedłby, nie słysząc i nie widząc tego „na dnie”. Teraz widział, słyszał i głęboko się zastanawiał.

2603

Nie może kościół zmienić natury ludzkiej. Bo natura ludzka wyrasta z takiego gruntu, na jakim nie zna się kościół.

2604

Trzeba by innego zupełnie systemu gospodarki rolnej, aby glebę ludzką zmienić na wspaniały las życia, zamiast roślinności bagiennej! Polska nie ma już busoli moralnej w katolicyzmie. Dawniej husarzowi skrzydlatemu wystarczało błogosławienie kościelne, aby jego baba zmieniała się mu w echo mniej lub więcej bliskie Matki Boskiej. Lecz już ci nieliczni, dawni i współcześni korybanci wielkich misteriów Ziemi — czym są wobec narodowego sumienia? gorszycielami. Czym wobec natury? latarnią morską.

2605

Lecz co to wszystko obchodzi teraz Ariamana? I co tu poradzą Tatry, wirchy, indyjskie Giwanty i Mera, na co tu zda się Mag Litwor, kiedy sama zasada życia w Polsce — jest trzęsawiskiem, w którym przegląda się karykaturalne Niebo!

2606

Króla Wężów tu trzeba, jego potwornych, żelaznych pierścieni, żeby to plugastwo ludzkie kopytami tratować, w kadry szykować chłopów co walniejszych, igrać ze Śmiercią tak, jak ona igra ze świętościami istnień, w kobietach widzieć nie anhelice, ale Praiły.

2607

A jeśli którą trzeba poskromić — to tak, jak uczynił któryś wojewoda w Pamiętnikach Paska — co ostrogi przywiązał sobie do kolan — i tak; poszedł do małżeńskiej łożnicy swej niewiernej. Wtedy i ta przestałaby mdłą być polską niewieścią zaciereczką.

2608

Ariaman musiał iść czarnym glebem w mroku ku przełęczy, na której wicher zrywał skały i miotał w niedosłyszalne dno przepaści morskiej. Księżyc już był na wierzchołku nieba i oświecał nisko pod Ariamanem płynące zwały chmur, niby zamieć śnieżną.

2609

W mroku rozmyślał nad jedynym słowem.

2610

Nad jedynym słowem, jak określić tego Ducha, który to wszystko utrzymuje i niszczy?

2611

Gdyż Karma jest tu pojęciem pastorskim. To, że dziecko umiera w konwulsjach, nie może wypływać jako zadośćuczynienie z win poprzednich, ani też jako cement przyszłości. Już i Chrystus powiedział głęboką rewelację bezwinności cierpienia, mówiąc o wieży w Sychem, która się zwaliła przypadkowo na tłum. Ariaman nie był religijnym fanatykiem, jednakże rozpoczął teraz jakby proces z Bogiem, silił się aż po rękojeść wbić miecz swemu przeznaczeniu. I wiedział, że to niedorzeczne mścić się na skale, która przywaliła mu serce. Lecz nie mógł przytłumić straszliwego zarzewia gniewu, który w nim palił się niewidzialny, straszny, jak pożar w kopalniach nafty.

2612

Nie było na kim poszukiwać winy. Zaczął siebie oskarżać w sposób niezmiernie ostry, inkwizytorski. Wprawdzie rozumowo biorąc, cóż mógł był poradzić na chorobę zaraźliwą i śmiertelną, w miejscu, gdzie lekarzy nie brakło?

2613

Tak, jednego zabrakło — jego własnego, potężnego żądania, aby się to nie stało!

2614

jego wola nie wzniosła się granią skalistą, przez którą nie mogłaby przejść Śmierć.

2615

Nie zażądał życia — on, który życie dał tym najdroższym!

2616

Więc na dnie swej istoty — on zaprzecza życiu, on je chce zniszczyć, tylko w momentach zbyt straszliwego bólu — mówi: Życie, nie gaśnij!

2617

Ten kto zaprzecza życiu, jest świętym lub szatanem.

2618

Świętym Ariaman nie jest, nie chce być, gardzi tym! —

2619

Omal nie spadł, gdyż zerwała się skałka mu pod ręką. Kruche były tu skały, nie darmo zwane Łomnicą.

2620

Wszedł na przełęcz.

2621

Wicher wył z siłą mogącą połamać najgrubsze drzewa. Należało się kryć za wysterki skał. Lecz Ariaman czuł się dobrze w tej wściekłej muzyce, złożonej z tysiąca orkiestr piekielnych.

2622

Mózg nie mógł nic wymyśleć, prócz poddania i rezygnacji. Lecz tych dwóch słów nie miał w mowie swej jaźni. Co innego, że można się zaczaić.

2623

Lecz na Kogo?

2624

Z kim tu należy stoczyć walkę?

2625

Kto jest dość potężnym przeciwnikiem?

2626

on sam! Walka ze samym sobą — z własnym zaufaniem w szczęście, harmonię i wielki ład Kosmosu.

2627

Ten, kto chce zwyciężyć swój los tragiczny — musi stawić ołtarze Lucyferowemu Światłu. Dlaczegóż klęka na tych głazach, skąd może być strąconym w otchłań przerażającą —

2628

i modli się… ten atawistyczny polski Abel?!

2629

Lecz Kain zamierza się nań maczugą! Kain-Król miast Cyklopejskich, praw na żelaznych tablicach rytych przy ofierze z tysięcy jeńców!

2630

Świsnęło koło niego coś jakby kula i odbił się złomek granitu.

2631

Tam nad jeziorem — uczuł, że jest jakaś Furia piekielna.

2632

I nagle wspomniał powiedzenie żony — iż widziała widmo kobiety czarnej, pięknej, która zabijała mu dzieci.

2633

Medea… czy iść ku niej?

2634

Wymierzył cios maczugą, wydał tryumfalny świst i zbiegł olbrzymimi susami, jak kozodój, diabeł skalny, kiedy z dzikim jarzeniem w oczach wytężając wszystkie swe siły, ściga i zabija echa świętych, wielkanocnych dzwonów, które tu wlatują w Tatrzańskie mroczne samotnie.

2635

Zaiste, był teraz synem Króla Wężów!…

2636

Nad jeziorem rosły niezmierne, z pewnością więcej niż tysiącletnie, modrzewie i limby.

2637

Wśród lasu nad jeziorem był prawieczny dąb, wyżłobiony wewnątrz, lecz zielony nawet zimą, ostatni król dawnej puszczy dębowej. Tajemnicę mocy jego życia stanowiło maleńkie źródło wiecznie ciepłych wód. W Dębie gigancie była świątyńka, do której Zolima uciekała czasem, miewając też, jak Muzaferid, wybuchy melancholii.

2638

Jeśli nie wyła nad morzem Kościeliskim, gdzie potonęły dżunki, to wpatrywała się nieraz, zesiadłszy z konia, z rękawiczkami długimi zaciągniętymi nad kolana, niby klinga krzywego miecza — w sukni czarnej, z włosami rozwianymi —

2639

wpatrywała się w toń bezdennie melancholijną, złowrogą, bez dna. W dębie płonęła zielonawym mżeniem lampa, przeciskało się światło przez ciężką ze skóry niedźwiedziej zasłonę.

2640

Dąb był tak gruby, iż trzeba było uczynić sto kilkadziesiąt kroków, aby można było obejść dokoła. We wnętrzu pnia rozległ się poryk, jakby dzikiego zwierzęcia. Ariaman wszedł przez zasłonę. Ujrzał, iż wnętrze dębu było podzielone zasłonami na kilka maleńkich cel. W pierwszej był głaz i na nim bożyszcze mongolskie szczerozłote.

2641

W drugiej (atmosfera wonna od werbeny) był stolik lakowany mandżurski, na nim rozłożone karty też nieeuropejskie, ze wschodnimi, kabalistycznymi znakami.

2642

Mata do spania, instrument dziwny do muzyki, sztucer wiszący na ścianie dębu oraz kilka książek wschodnich na półeczce. Były tu nadzwyczaj rzadkie lub może nieznane rękopisy praw Dżyngishana, opowieść z miniaturami o Potockiej w Bachczysaraju; tom Beniowskiego i tom wyższej matematyki.

2643

Kiedy to rozglądał Ariaman, nie dotykając niczego, rozległ się wesoły śmiech tuż zza kotary.

2644

— Widzi pan, że mnie pan znalazł. Ale do mnie teraz nie można. Tu jest cysterna kamienna i ja kąpię się w tym naturalnym ciepłym źródle. Zbyt zimną jest bowiem woda tam w jeziornych głębinach, żeby można było spełniać nakazy Proroka. Jakże pan przyjął moje powitanie na przełęczy? Ta kula wyleciała z mojego sztucera. Ktokolwiek by tu szedł, spotka się od razu z moją kulą, a wyczuje go choćby na największą odległość moja czarna pantera, z którą radzę być w wielkiej zgodzie. Kto się jej spodoba, temu krzywdy nie uczyni. — Mój sztucer niesie na 4000 metrów i na ten dystans, pan wie, iż nie chybiam. Zatem ma pan już drugi dowód, iż właścicielka pantery jest dla pana odmieniona. —

2645

Usłyszał potem już tylko pluskanie wody.

2646

Cisza.

2647

— Przepraszam, że wyjdę w mym bałachonie[491]. —

2648

I weszła w złocistej, jedwabnej tkaninie podobna do Diany myśliwej, trzymając za obrożę panterę czarną, która łasić się zaczęła do Ariamana.

2649

— Właściwie, to jest zły znak, że pana takie zwierzę może od razu polubić.

2650

Witam w Nieszczęściu, o którym wiem z kart. —

2651

Była wonna młodością boskiego ciała, cudna od upojonych włosów, rozsypanych jak węże. Oczy jej były teraz podobne do zatok Morza Czarnego, kiedy wśród burzy zmącą się z dna iły naftowe — wielkie tęczowe kręgi nadają mrokom wód jakiegoś niesłychanego demonizmu źrenic Lewiatana.

2652

— Ja kładłam kabałę. I wypadło wielkie nieszczęście przeżyte już — i prawie mogłabym dokładnie powiedzieć!

2653

Najważniejsze, iżeśmy się odnaleźli.

2654

Na cóż mamy gubić znowu swój ślad w nieskończoności? Mówię to, bo mnie niepokoi wyraz Twych oczu!

2655

Nie dziw się, że mnie widzisz inną, niż mnie znały twe myśli. Jestem zaprawdę taka, jakiej pragnęło twe wieszcze serce. Lecz stało się to naraz — w owej chwili, kiedy mówiłeś do mnie przy tym diabelnym młynie — byłam tylko lub pragnęłam stać się zwykłą Demi-Vièrge[492]. Teraz jam Walkiria, godna Demona! —

2656

Ariaman stał na progu groty dębowej, patrzył w jezioro przy księżycu i schylał się, biorąc grudki śniegu do ust.

2657

Zauważyła to Zolima, szybko nalała gotującej się wody do imbryczka, zasypała herbaty dziwnej, bo wnet powietrze stało się pełne chińskich róż.

2658

Na złotej tacy przyniosła Ariamanowi dwie z przeźroczystej starej chiny filiżanki, klękając przy nim, jak wyśniona kochanka Peri.

2659

— Kiedy wyjdziemy stąd, roztworzym bramy nowym dziejom.

2660

Ty posiadasz w sobie więcej niż Faust fakultetów i jesteś z uzdolnienia wynalazcą nieustępującym Księciu Hubertowi.

2661

Więc wraz z kapitanem Anacharzisem tworzycie potęgę. Rozwiążecie wszystkie zagadki świata Du Bois Reymonda. —

2662

Ty metafizyką i religią nową, książę Hubert swymi wynalazkami lotu napowietrznego, przedłużeniem życia do kresów dowolnych. Książę wiele już zdobył, lecz nie ma celu dla swej woli.

2663

Ten cel metafizyczny ty możesz tylko odkryć.

2664

Kapitan Anacharzis ogarnia sfery działań społecznych.

2665

Ja będę twą inspiracją.

2666

Teraz, kiedyśmy już to omówili, czy mogę mu podać filiżaneczkę herbaty z ogrodów bogdyhana? zbierałam własnoręcznie, bo matka cesarza była dla mnie bardzo uprzejma! —

2667

Kiedy Zolima ofiarowała filiżaneczkę lotusową, w której złocił się płyn, Ariaman podjął szczyptę ziemi, potem zakłuł sobie rękę puginałem i krew tę sączył do filiżaneczki.

2668

Napój dziwaczny krwawy i czarny od ziemi chciał podnieść do ust.

2669

Lecz Zolima go wyprzedziła.

2670

— Mistyczny obrządek wystarczania sobie samemu?

2671

To będzie dla mnie — i wtedy znaczy, że nie możemy już rozerwać łańcucha. —

2672

I w mgnieniu oka wypiła.

2673

— Trudno mi mówić tobie po imieniu. Chciałabym ci nadać tytuł jakiegoś wschodniego władcy, lecz taki, jakiego jeszcze nie było. Tu jest duch w tych górach, który nigdy jeszcze nie skalał się przybraniem ludzkiego kształtu. Bądź nim…

2674

Gdybym miała duszę, oddałabym ją Jemu.

2675

Ale ciała bez duszy On nie chce.

2676

Otóż błędne bramy labiryntu!

2677

Widzę ciebie teraz lazurowym, jak posąg Buddy w księżycowym świetle! —

2678

(Więc dla tej meduzy było jeszcze światłem wrzące w niej piekło, i on — Demon, wydawał się jej w aureolach świętości!)

2679

— Lecz to może znaczyć zupełnie co innego. Utraciłam brata, miał lat 18, był idealnie dobry i chciał być koniecznie Suffim, tj. świętym mahometańskim.

2680

I raz wchodząc do jego pokoju, zastałam go wiszącego. Pokażę ci fotografię — uczyniłam ją, kiedy wisiał. — Zniknęła za zasłoną.

2681

Ariaman, mimo iż był silny, nie obliczył, iż wszystko się kończy i siły witezia Pratatr również.

2682

Wyszedł za próg, gdzie leżał w wąwozie śnieg — oczu nie odwodził od jeziora, na którym tańczyły miriady iskier złotych, drukowanych przez księżyc w niewysłowioną Biblię duchów.

2683

Król Wężów śle mu orędzie swe — lecz co znaczy — iż jego całego ogarnia Chrystus? Odepchnął — —

2684

Poczerniało mu w oczach.

2685

I padł twarzą w śnieg. Leżał tak bez ruchu. Zwlókł się potem o kilka stóp, siedział na śniegu i patrzył znowu w jezioro — bo tam znowu pisał Król Wężów swe orędzie, teraz nawet sam płynie przez jezioro — olbrzymi korpus wzniósł nad wodę, niby okręt Argo zwycięski — obłok czarny z niego się oddziela.

2686

Znowu Ariaman wyciągnął się na śniegu bez czucia.

2687

Kiedy wzrok jego błądzić zaczął w wyżynie nieba — uczuł, iż ktoś obok siedzi, włosami owija — i na piersi jedwabistej kładzie jego głowę.

2688

Ariaman nie widział nieba nad sobą, widział serce krwawe tam po ścieżynie w górach, wlokące się wolno — z trudem, drące się na głazach.

2689

Meduza przy nim, która ma węże na głowie, wydarła tamto serce!

2690

Przypomina teraz: w grocie Króla Wężów znał już Zolimę — zwała się —

2691

nie pomni. Starodawnie, a w najdalszą przyszłość…

2692

I znowu mrok w oczach…

2693

Serce tam na ścieżynie górskiej zaczęło się wpatrywać w niego jasnowidzącymi oczyma.

2694

Wstał i podniósł się na koniec z tego trzykrotnego raz po razie omdlenia. Wziął do ust śniegu, był zupełnie przytomny i wiedział, że takim już zostanie.

2695

Śmiał się. Lecz to jemu się tak zdawało, bo Zolima słyszała tylko głuchy zgrzyt zębów.

2696

Leżała nieco wyżej nad nim, rozłożyła szkarłatny szal, księżyc oświetlał jej niebieskawe ciało w rozwiewającym się jedwabiu.

2697

Noc była letnia, niezwykle ciepła.

2698

— Nie weźmiesz mię? — spytała cichutko, jak Persefona, kiedy za chwilę ma wstąpić w mroki podziemi Hadesu.

2699

Zaśpiewał Ariaman — echo śpiewu dzikiego potężnego zafalowało wśród skał. Król Wężów napoił już ze swego rogu, napełnił mu płuca wichrem z atlantyckich rozchybotań wodnych; władnął teraz Jaźnią jak mityczny heroj[493].

2700

— Ty wiesz — rzekła — noc taka nie powtórzy się już w zodiaku mego życia.

2701

Rozkwitam tej nocy i tej nocy zabłyśnie jak meteor kwiat mojej duszy.

2702

Jeśli możesz zapomnieć dla mnie o swym nieszczęściu, przyjdź.

2703

Jeśli możesz być Zdobywcą świata, który, na rydwanie jadąc, nie patrzy, na kogo wstąpią kopyta jego mrocznych rumaków — z gwiazdami na naczelniku swych łbów — przyjdź.

2704

Jeśli możesz ze mną wejść do groty Króla Wężów i tam nowe prawa napisać dla Polski — idźmy tam.

2705

Nie możesz tego uczynić samotny, jak dawniej. Jakąż mocą będziesz się nakarmiał w tych złowrogich pustyniach? — Ty, który masz niebo nicości nad sobą, noc antarktyczną w swym sercu — i tylko głęboko tam, najgłębiej — niedojrzany pieni się Ocean strasznej nieohamowanej, nie z tego świata — metafizycznej radości!

2706

Ja widzę twą istotę —

2707

i dlatego nie ma okrutniejszej dla ciebie niż moja gwiazda. Wyrzekam się marnych form, zwietrzałych słów — dla najgłębszej istotności, którą tworzymy my dwoje — w Nieskończeniu!

2708

Patrz, zanim ten księżyc będzie zakryty chmurą, która się do niego zbliża, zanim nagą mnie zamrozi ten wicher, przyjdziesz do mnie, kochanku Błyskawicy, jakiego nie miała Heloiza ani Sziakuntala!

2709

Przyjdziesz. Lub jeśli nie przyjdziesz, zapadnie między nas otchłań większa niż ta, która rozdzieliła Hewę, idącą za Wężem, od Archanioła.

2710

Jestem Kobieta — Światło Wschodu.

2711

Mogę stać się Nemezis, mrokiem podksiężycowych cieniów — jako ta mumia w British Museum królowej Egiptu Nemezis, której każdy kto dotknie — umierać musi; każdemu, kto upragnie jej mrocznych, agatowych oczu — nieszczęście zabrzmi w jego najgłębszy mogilny dzwon. —

2712

Wysoko wśród modrych, niewypowiedzianie głębokich, apokaliptycznych zasłon — góry aż ku planetom wzniesione, i tam jakiś olbrzym Bóg… cherubimy niżej zstępują po stopniach — uczuł, iż on sam ma skrzydła, ma sześcioro skrzydeł, które go niosły nad głębiami — tam!

2713

Tu zaś kobieta wyśniona, będąca zaprzeczeniem wszystkiego Nieba — i wstępowań!

2714

Jako człowiek, który uchwycił rękoma za dwie rozchodzące się skały w Odysei opiewane —

2715

nagle czuje, iż one się rozchodzą — nie może wypuścić żadnej z nich, a pod nim straszliwa morska wira[494] skłębia się — wicher na domiar mu bije w twarz i zaślepia, — skały rozchodzą się, trzeba jedną z nich wypuścić na zawsze — w jednej z nich — i nie wiadomo, w której — najświętszy skarb, najświętsze Przeznaczenie — —

2716

tak Ariaman czuł się w nieludzkiej męczarni rozdzieranym.

2717

Wtem nagle wspomniał oczy zimne swej małej królewienki — buchnął w nim tak potworny, niesprzymierzony odtąd już nigdy z Niebem gniew —

2718

że krzyknął dziko, tryumfalnie, jakby miał już pod swym mieczem tego pożądanego Wroga!

2719

Śmiał się wspaniale, zwaliwszy wszystkie zakony świata, jakie objawiał kiedykolwiek Zaratustra i Manu, Chrystus i Orfeusz…

2720

Wola jego była teraz ową pieniącą się wezbraną szeroko rzeką, która już wypłynęła z cieśnin górskich. Mógł czynić, co chciał.

2721

Miał wszystko, czego zażądał kiedy. Mógł być Czarnym Magiem i miał Selenę. —

2722

Chmura zbliżała się do księżyca, miała go zakryć za chwilę.

2723

Zolima stała posągowo naga w uchyleniu swych złocistych szat. Boska — w udach mocnych, w piersi rozwiniętej, w łonie będącym tylko niedostrzegalnym falowaniem od ud aż do gór piersi.

2724

Lecz nade wszystko głowa jej w całej puszczy tropikalnej, mrocznej włosów — i twarz teraz w miłości mistycznej dochodząca grozy… Wśród wierzchołków gór wicher zaczął grać melodię obłędną, jakby całe miasto demonów płynęło w powietrzu.

2725

Czymś niewyrażalnym przenikniona Zolima zaczęła biec. Biegła ku wzgórzom leśnym, wyczerpana upadła głową w dół na dziki zwał głazów.

2726

Nie było tam murawy.

2727

Księżyc oślepiał i z głazów czynił jakieś bryły niebywałego blasku — niby lazuli, malachit, onyksy, blade aragonity — i mroczny nierozświetlny nefryt —

2728

Ariaman szedł z wolna, podszedł do leżącej rusałki. Podniósł ją i patrzył.

2729

Nie całował jej głowy, leżącej niżej niż tors, przechylonej ku jezioru tak, że jezioro to odbijało się w jej oczach, niby w dwóch świetnych Sezamach.

2730

W powietrzu muzyka mogilnej melancholii łkała, zdało się, jakaś postać z ołtarza padła na klęczki i błaga — i czołga się — i tęskni. Błyskawice krwawe jęły mżeć, gasząc blask miesięczny.

2731

Legł obok niej i patrzył w jezioro, gdzie działy się mity. Uczuł jej usta, całunku nie oddał wzajemnie. Wziął ją tak zimno, jak wąż łączy się z wężycą.

2732

Księżyc złączył się z chmurą.

2733

Nie wiedział nawet, czy odeszła z niego rozrodcza moc.

2734

Kiedy Ona wytężyła się w ekstazie, gigantyczna postać Króla Wężów zabłysła wśród gór, przechyliła swą koronę nad falujące lasu wierzchołki.

2735

Ariaman wyrzekł głośno, spokojnie, jak bizantyjski cesarz Archiereus, czytający wyrok zagłady dla całego plemienia innowierców:

2736

— Niechaj będzie Demonem na wieki wieków — to, co się z nas teraz narodzi.

2737

— I ja tego żądam — rzekła Zolima.

2738

Mrok.

2739

Chmura przepłynęła — lecz księżyc już zaszedł za góry.

2740

Mżenia błyskawic stawały się coraz potężniejsze.

2741

Wstał i odjął ręce Zolimy ze swej szyi.

2742

Krzyk bardzo słaby, daleki.

2743

Na przełęczy w długim, konwulsyjnym mżeniu łyśnicy — ujrzał żonę idącą w lunatyzmie, targaną wichrem, czepiającą się skał, które wisiały nad jeziorem.

2744

Mrok nagły. — Ariaman już zrozumiał wyrok piekła wydany nad sobą, założył ręce i patrzył w mrok. Łysnęło. Z wyżyny tysiąca metrów postać biała, wydająca się przeźroczystą okiścią zamarzłą, wyciągnęła ręce — jakby błogosławiąc — czy — —? wtem wicher ją porwał i uniósł. Ariaman tak zatrząsł młodym drzewem jodły, o które się wspierał, iż ono trzasło u nasady. Mrok nieprzejrzany.

2745

Teraz — teraz — łyskawice tworzą jeden taniec szalony nad jeziorem, podobnym roztopionej lawie w kraterze —

2746

jeszcze leci ta mewa!

2747

nim dobiegł Ariaman jeziora, tam runęła.

2748

ŁzyFontanna obłoczna wytrysła z nurtu czarnego, niby gejzer gorących łez. Bo musiały być gorące łzy jeziora — bo tu musiał ktoś płakać — choćby jezioro i kamień!


2749

Wśród lasu mrocznego, więcej niż tysiącletnich modrzewi i limb, wrytych w niewymiernie smutną, rozpaczną, tylko że zazwyczaj nieświadomą ziemię Tatr, szedł Wędrowiec.

*

X. Trochę metafizyki i krwi z płuc

2750

Mgła zakryła puszczę i Tatry.

2751

Z okien Turowego Rogu widok, jakby na targaną zwątpieniami duszę; chmury Wezuwiuszowym popiołem przytłaczały niebo, zabierając ze ziemi całe światło i oddech; niewidzialne niezłomne podniebne wirchy, mroczne lasy, zanurzone w mgłach — nie błyskają już w szmaragdowej baśni, nie roziskrza ich słońce; w kaskadach nie śpieszą zanurzyć się pluskotnice — tylko Czarni Pankowie, w mgłach zatuleni, zagrzebują ostatnie klejnociki świateł w przepastne urwiska.

2752

Osunęła się zasłona apokaliptyczna, zasłona śmierci, zasłona z wielkimi wlokącymi się szponami Lewiatana, jakby nagłe zgaszenie świata — raczej tylko onej lichej zwierzchni, na której dzieje się życie ludzkie, bo nad chmurami wieczna jest pogoda — tam słońce — prastary mityczny bóg Światowid. Tylko mityczny? —

2753

Młody ksiądz bazylianin patrzył w mgły.

2754

Jego twarz rzymska, jakiegoś z Liwiusza historii dowódcy, który zgnębił hordy Markomanów — jego twarz miała teraz tak dziwny wyraz, że Matka, rozmawiająca z Panią Ameńską, kiedy ta ukazała jej szczególny ból na twarzy Mnicha — porzuciła nagle robotę, pytając:

2755

— Synu, co tobie?

2756

Nie odrzekł nic, patrzył w dalekie mgły.

2757

Pani Mogilnicka wyszywała dalej ornat: na tle jedwabnej, mieniącej materii o tonach kości słoniowej, przechodzącej w złoto i aż w purpurę — wielkie liście winogradowe od młodych zielonych pędów aż do macicy, karmiącej fioletowe grona, wokoło zaś brunatno-czarne liście, zjedzone przez gąsienice. Istna symbolika życia zatrutego!

2758

Robotą piękną, wenecką, posuwała już haft ten kończony, bo wkrótce następował czas pierwszej mszy jej syna.

2759

Bazylianin powstał. Olbrzymiego wzrostu, w czarnej, długiej szacie zdawał się nie kończyć i nie zaczynać.

2760

Pani Mara spytała:

2761

— Bracie Konstanty, co wam jest?

2762

Milcząc, bazylianin wyszedł z pokoju — porwała się już Matka jego — załamała ręce, mówiąc:

2763

— Chryste, Tobie go oddaję, ale mi go nie zabij!

2764

Wtedy z rozdartego jej łona, przez które zdawał się prześwietlać miecz nagi — wypłynęła wielka, jak struga krwi, spowiedź.


2765

Młody bazylianin szedł w las: naprzód przez potok szalony, po kładce zmurszałej, gdy każda tafla załamującej się wody usiłowała zmącić uwagę, strącić przechodnia w dół i nieść go, targając na głazach, zatopić w kaskadach, zawirować nim w głębokich, szmaragdowo-modrych cysternach! Kiedy już potok minął, zaszumiały wiekowe jodły — każda kościołem będąca, każda arcytworem strzelistego aktu, każda samotna — mniszki i wojownice, kochanki wichru, córy gór, niewymownie tragiczne, nieskarżące się nigdy, może niemające komu?

2766

Ksiądz Konstanty szedł upity winem bólu z wężowego ziela — z tego szaleju, co rośnie na wszystkich drogach duszy, i nawet przy najcichszej chatynie, gdzie kryje się samotność — tam nawet w księżycowych blaskach mdłe kielichy zapraszają do uczt czarnoksięskich, tam ćwiartuje się serce, stygmatyzują wargi rozpaloną krawędzią pucharu i spłomienia się język, który wypowiedział: Ergo — Deus non est[495]!

2767

Bazylianin począł zrywać paprocie i opędzał nimi jakieś myśli trwożące, niby naszczekujące piekieł widma, wreszcie, spojrzawszy na obumarły jednego drzewa wierzchołek — zadumał się; wzdrygnął, wspomniawszy, że Swift w przeczuciu idącego nań obłędu — do takiego drzewa porównał się, mówiąc przyjaciołom: „Bracia, mnie czeka ten sam los, jakiego to drzewo już doznało: to jest, będę tak, jak ono, obumierał, począwszy od wierzchołka”. I wskazał na swą głowę, wymawiając te słowa. Trwając w tej myśli — sporządził testament na budowę i uposażenie szpitala dla idiotów i lunatyków. „Z utratą rozumu — pisał — utracę prawo do osobistej wolności: i przeto mą bezwładną istotę zabezpieczycie w domu obłąkanych, na który wam fundusz zostawiam”.

2768

Polska, Śmierć, Szaleństwo, Błądzenie, Słowo, KłamstwoZrozumiał ksiądz Konstanty, że Polska tak obumarła od wierzchołka swego.

2769

Uprzytomnił nienawiść wzajemną narodowości, które ją składają, zamęt partii, głuche wrzenie i mordercze wybuchy warstw przeciwko sobie — całe rojowisko szakalów, oszczekujących świątynię Ducha — a w tej świątyni martwa, zastęgła cisza, przerywana żarzeniem błyskawic! Nikt nie jest powołany, aby tę ciszę przerwał jakimś słowem, przyniesionym znad rzek Wieczności… chyba oszust!…

2770

On zaś — czy ma jeszcze prawo bronić krzyża?

2771

Życie jego wstało przed nim w oddali zamierzchłej.


2772

Był jeszcze pacholęciem, miał lat 7, chodził po szuwarach nad Sanem, zamyślał się — i w dzień swych imienin do matki rzekł: ja muszę być księdzem.

2773

Matka, wierząca głęboko, oddana Chrystusowi służebna, choć magnatka na ziemi — rzekła: „Tak, synku, ale przez 7 lat nie będziesz o tym mówił nikomu, ani nawet myślał”.

2774

— Mówić nie będę miał już więcej komu, ale myśleć muszę o tym, bo to jest moje życie. —

2775

Oddali go rodzice do gimnazjum, ćwiczyli jego umysł i duszę, na wakacjach dnie całe spędzał na koniu lub w lesie i w kniei wśród myśliwych — na niwach szumiących wśród żeńców, wśród ksiąg i przyjaciół w ogrodzie.

2776

Mając lat 14, przyszedł w dzień imienin, milczący i nieśmiały do matki. Myślała ona, że to może jakaś prośba dziecinna, że ujmie się za którym z braci i weźmie jego przewinę na siebie, — lecz spojrzawszy w jego oczy niesamowite, już wiedziała, czego chce od niej Chrystus.

2777

I tylko krzyknęła: „Boże, daj jemu moc!”

2778

Matka i syn tworzyli odtąd jedno mistyczne zrosłe drzewo. Konstanty poszedł do uniwersytetu; ukończywszy, przedłożył ojcu prośbę. A była to prośba straszna.

2779

— My jesteśmy renegatami — rzekł. — Byliśmy dawniej Rusini, opuściliśmy brać naszą ciemną, magnacki przepych nie daje nam już nawet do niej dostępu. Nawet wy, rodzice, nie zaglądacie już nigdy do opuszczonej cerkiewki!

2780

Ojciec, surowy i dumny, zmierzył go wzrokiem ranionego tura.

2781

— Nie wiesz — odrzekł z wolna — że przez cały czas Rzeczypospolitej ród nasz był obrzędu unickiego? ostatni metropolita był z naszego rodu!

2782

Nie dla faworów Rzeczypospolitej możnej zmieniliśmy wiarę, ale gdy Polska upadła w ostatnim rozbiorze — odrzuciliśmy zarazem i ostatnią zaporę od jej duszy. Byliśmy z dawien matki tej Ojczyzny dzieci, lecz, od chwili rozdarcia, jesteśmy już w godzinę męki jej zjednoczonymi, tj. katolikami.

2783

Któż ma prawo cofać naród w jego rozwoju duchowym? lub może tęsknisz do tych czasów, gdy, jako kozaczek, nosiłbyś ogon za Potocką?

2784

Zachmurzył się syn. Matka rzekła:

2785

— Tu ma prawo mówić tylko Chrystus.

2786

Rzekł Konstanty:

2787

— On już powiedział mi, bym tobie, matko, dał hostię z tej małej cerkiewki, kiedy lud się zbierze, przyniósłszy zioła.

2788

Straszną miał twarz wielki magnat, pan Mogilnicki, jakby słysząc w uszach brzmiący krzyk: „Zdrajca!”. Mimo to silił się na spokój.

2789

— Tak — rzecze — spełniaj twoją własną wolę, lecz nie przypisuj jej Chrystusowi.

2790

Z mej strony, ja stawiam warunek ostatni: jeszcze dwa lata kształć się za granicą, poznaj przyrodę i współczesną myśl aż do kresów, wtedy pojedziesz na rok zwiedzać wszystkie główne monastery prawosławne od cerkwi Katarzyny II i soboru Mikołaja w Petersburgu po skity fanatyków Oneżskich, po Sołowiecki Monaster więzienny; zbadasz świętych w Kijowie, powitasz nowego Iwana Gołowosieka w Berdyczowie, zapoznasz się też z Ojcem Kronsztadzkim i Najświętszym Synodem oraz z — Pobiedonoscewym! —

2791

— To nie jest moja wiara — rzekł Konstanty.

2792

— Ale obrządek ten sam, bizantynizm ten sam! rezultaty i na Rusi będą te same. —

2793

Ukończona rozmowa. Wyjechał znów syn.

2794

Przeżywał Nietzschego i Avenariusa[496], Ostwalda[497] chemię i Poincarégo[498] matematykę.

2795

Wyjechał potem na Wschód z listem żelaznym, który mu ojciec magnat wyrobił — i rozwarły się przed nim wszystkie bramy, furty i skrytki klasztorne, zwiedził i poznał hipokryzję, tragikomedię, udany blask, udaną wiarę, nieudane rozpacze i obłędy, widział rozpustę i nierządne hołdowanie najgrubszym rozkoszom, widział cyniczne oszustwo w imię Przemienionego, zamykanie w imię Taboru wszystkich Bram Życia… I cudowną głębinę tęsknoty…

2796

Chrystus na niezmierzonym moczarze przyzywał w cisze rozsłonecznione, mówił, gdy szedł Konstanty wśród najbezwstydniejszych szaleństw tłuszczy na paryskim Longchamps w dzień wielkopiątkowy — zarówno jak kiedy wychodził z cerkwi, wyłożonych porcelaną i fałszowanym złotem, gdy modliły się tłumy chuliganów, mających rzezać i bić na śmierć „kainowe plemię żydowskie inorodcze”.

2797

Konstanty wznosił nad wszystkim krzyż, — i krzyż ten zmuszał go iść Doliną Niewidzących, ustawiać kamienie węgielne wciąż rozbijanych miłości.

2798

Po latach paru działania wśród ludzi, Konstanty zamknął się w klasztorze, by stamtąd wynieść prawo mówienia do wielkich rzesz; lecz wtedy właśnie wprowadzili tam regułę z IV wieku dla umartwienia ciała, dla zabicia wroga mniemanego.

2799

Konstanty żył w celi, wychudły szkielet, z duszą przetorturowaną, lecz wyniosły i wynoszący.

2800

Jednego wieczoru, krew mu buchnęła gardłem i lała się, jak z rozpłatanego zwierzęcia…

2801

Wyjechał w Tatry, czując, że nie może dłużej dźwigać tego szarego, nieczyniącego już cudów, monasterskiego krzyża.

2802

Wierzył w Chrystusa mocno, niezachwianie — lecz ta rzeczywistość kościelna, jak turyńskie prześcieradło, ukazująca mu, zamiast Boga-człowieka, jeno tęgie dało z rozbitym nosem i ponurą twarzą; ta rzeczywistość, która czyni tłum nosicielem instynktów tabunowych pradawnego zlepu Homosimiusów; ta rzeczywistość, która Europejczyka tylko pozorami różni od Buszmena — i jeszcze wyższa, głębsza rzeczywistość przemijania wszystkiego, co wyniosłe; rzeczywistość trwałej równowagi wszystkiego, co poziome; i ta ostatnia rzeczywistość: śmierci — poczciwej Matki, wygrywającej na flecie piosnkę wieczornego zmierzchu… wszystkim…

2803

Nikną wobec takich uczuć wszechświata cierniste chłosty gazet polskich, że zdradził Rusin Polskę! albo w rusińskich, że ten panek polski chce zrobić karierę metropolicką… wszyscy otwarcie tryumfują, cieszą się — że on tam w góry pojechał i umiera z nieuleczalnej choroby.

2804

Zaiste, zgarbiony idzie, jak starzec, smutny, bez kropli krwi w sercu.

2805

Miłuje Chrystusa, rozmawiając z nim, jak Nikodem, już nie nad stopniami przeźroczystych wód, ale nad niechlujnym moczarem duszy współczesnej, nad moczarem, w którym wyją wszystkie stada wieprzowe, a lśnią gdzieniegdzie zatopione góry z gwiazd.

2806

Sicut ego nunc Deum non esse, probo! — powtarzał machinalnie, przypominając dawną Polskę. Oto wstał przed nim straszny cień spalonego za Króla Jana III ateusza Kazimierza Łyszczyńskiego. Ten wiódł życie nieposzlakowane, lecz zadumany nad istotą wiary i zwątpiwszy o istnieniu Boga, na 15 arkuszach wypisał zdania starożytnych i nowych autorów, dowodzących, że Boga nie ma.

2807

Sąsiad jego, łajdak, który był mu winien pieniądze, chcąc skrewić dług, doniósł Biskupowi.

2808

Polonia non parit monstra[499], mówił na sądzie Instygator, a teraz tego nie można powiedzieć, bo Łyszczyński monstrum!… I tacy obrońcy Boga, jak prymas Radziejowski, wnieśli karę śmierci w mękach i płomieniach. Skazaniec, zrazu przeświadczony o swej niewinności, mówił w końcu słowa, rozpaczą i obłąkaniem tchnące: „jeżeli przeciw mnie zapadnie ciężki wyrok, wątpię, czy tłoczącym mnie pokusom potrafię się oprzeć”…

2809

Wyprowadzono go na miejsce stracenia. Pastwiono się naprzód na języku i ustach, którymi „srogo krzywdził Boga”.

2810

Potem spalono rękę, to narzędzie najszkaradniejszego płodu, dalej papiery bluźniercze; na koniec on sam „potwór tego wieku, Bogobójca i Prawołomca — Legirupa, impudens, impurus, inverecundissimus[500] — został ścięty i pożarty błagalnymi płomieniami, jeżeli tylko można przebłagać nimi Boga” — zastrzegł biskup.

2811

Jakiż potworny widok ciemnoty, którą zaszczepili jezuici, nieraz wybitni jako pojedynczy ludzie, a niweczący narody jako Zakon[501].

2812

Przez śmierć Łyszczyńskiego nową sromotą został okryty naród, który utworzył ze siebie jedno wielkie jezuickie kolegium — i w tych zatęchłych murach niszczył wspaniały zasiew Kopernika, Vitelliona, Brudzewskiego, Batorego i tego Jana Ostroroga, który już w r. 1449 wnosi pomysł wzorowego urządzenia kraju. Naród, tak przedtem tolerancyjny, że dwóch tylko katolików było w Izbie Senatorskiej przy wstąpieniu Zygmunta III na tron, zaś szlachta niekatolicka wybrała Henryka III, aby wstrzymać miecz Hugenotów mordujących — naród ten uległ całkowitemu przeobrażeniu! Koadiutorami jezuitów byli Ludwik XIV (wypędzenie hugenotów) i Zygmunt III, niecnie popierający Łżedymitrów w Rosji. Jezuici zmienili Polskę, jak wyraził się mało znany historyk, w zaczarowany pałac, w którym złe duchy miały dokazywać póty, póki razem z nimi nie runął w chwili odczarowania Europy!

2813

Bohaterski papież — Klemens XIV[502] wiedział, że przypłaci śmiercią zniesienie strasznego zakonu — lecz na Polsce oglądał potępieńcze otchłanie, wyryte przez tych „trupów”, jakimi czynią się w regulaminie swym; pisał o tym w liście do biskupa Załuskiego. Został na koniec otruty jadem, powolnie działającym, niemającym barwy ani woni, ani smaku, jak woda, lecz rozkładającym ciało, zmurszającym je w nagłą starość, tak że po śmierci rozpada się ono kawałami — i twarz zmienia się w maskę do niepoznania.

2814

Niechybnie była to owa słynna aquatoffana, eliksir złowróżbny, wysączony przez alchemików zaprzedanych Diabłu.

2815

Jezuici, wypędzani zewsząd, tragicznie, jak z Hiszpanii, wiezieni na okręcie, umierający z niewygód i ze strapienia, w półrocznej wędrówce nie przyjmowani nigdzie, aż wysadzeni na skałach Korsyki — wzbudzaliby w nas, już dziś, współczucie. Ale widzimy, że znów uzyskują możną opiekę Katarzyny II w Połocku — i Fryderyka na Śląsku. Godni protektorzy — nie pozwalają, aby Zaraza przestała osłabiać Polskę! Tak jezuici doczekali się bulli 1814 r., którą Pius VII, posłuszne narzędzie Napoleona, nieomylnie znów, choć sprzecznie z poprzednim Klemensem, powołał ich do życia. Wysiłki wierzących, pod nazwą neokatolicyzmu — czy mogą wlać życie w tę Camorrę[503] pohańbionych cudów?

2816

Ksiądz Konstanty zbudził się z męczącej zmory rozmyślań — któż to cwałuje na koniu karym? Księżniczka Azudem — wysmukła, z płomiennymi oczyma, jak Bohun pobratał się z Hanem tatarskim — wtedy za wolnej Ukrainy! Palący step rozgorzał w nim wewnętrznym pożarem wspomnienia:

O, miecza w ręce — jeszcze raz! i na te
krainy dajcie runąć z krzykiem Huna!
wróćcie nam, groby, husarze skrzydlate,
niech nam Czarnieckich całych odda truna!
i hej! przez dawne Attyli bezdroże —
godzinę tylko życia, wielki Boże!
2817

Wyszedł na drogę: tam cwałuje Tatarka z płomiennymi oczyma, z rozpuszczonymi kruczymi włosami — już tu na zakręcie wśród olbrzymich jodeł ukazuje się jej gibka postać.

2818

Może to ona wiosnę niesie — po tej zimie bizantyjskich i alwarowych tortur? Cofnął się brat Konstanty za drzewa, z twarzą wykrzywioną biegł i między paprociami stanąwszy, runął —

2819

Krew, krew napiera mu do gardła — ha, wybuchła — niechaj!

2820

Koń z szaloną Amazonką kwietne prerie na miazgę potratował. — Cóż, książę Mogilnicki, zapytał się sam nagle i zimno w swym sercu, taką li masz wiarę w wieczne narodziny Boga — i w naród, któremu siebie miałeś dać na męczennika? Wstał, chwiejąc się — jeszcze z zamglonymi oczyma znad kałuży krwawej i rzuciwszy zbroczoną chustkę, szedł w mgłę wiosenną, myśląc, że może spotka Maga Litwora: z nim chciałby przemyśleć jeszcze ostatnie wierzchołki życia i dalej, za życiem!

2821

Szedł pod górę — stromą, kamienistą drożyną wśród lasu. Na tym wzgórzu mieszkają bracia Wyszowici i tam zamieszkał czasowo Mag Litwor.

2822

Ujrzał go wśród wielu mnichów i świeckich mieszkańców Turowego Rogu — w komnacie z prostego drzewa ukleconej. Mag powitał się z nim, nad miarę piękny, jakby mistyczny Nal królewicz.

2823

— Ktoś mi cię oznajmił, wejdź, bracie Konstanty — rzekł.

2824

Usiedli przy sobie. Dłoń nieśmiała bazylianina poczuła magnetyczny uścisk tego, co miał duszę wszechświata w swej dłoni.

2825

Jakiś człowiek w czarnej zbroi, z przyłbicą — nienależący do żadnego z bractw witeziów, — usiadł po przeciwnej stronie, nie witając się z nikim, patrzył przez okno wciąż na las.

2826

Wielu zasiadło wokół płonącego ognia (gdyż było chłodno). Brat Wysz w szarym, popielatym, grubym habicie — jeden z najciekawszych ludzi naszego Odrodzenia w sztuce, który był wielkim malarzem, a teraz stał się wielkim świętym.

2827

Jest tu już i pani Mara, i pani Mogilnicka, kilka innych pań, księżniczka Azudem, panna Oleśnicka, Lena i sędziwy król Włast. Mędrzec Zmierzchoświt rozmawia ożywienie z profesorem Rufinem — pan Melanchtonius wiedzie subtelną rozmowę o sekcie mariawitów z niezwykłym umysłem, jako genialność i wykształcenie, panem Oleśnickim, ojcem mniszki. Tam było też wielu górali i obcych osób „ceprów”, których ksiądz bazylianin nie znał; zwiódł tylko jeszcze uwagę na czarniawego pana Muzaferida, ojca Zolimy, który podczas obrad narodowych wyliczał pilnie siłę spadku Wielkiej Siklawy, użytej jako motor do kopalń!

2828

Wreszcie przewodniczący, biały, orli król Włast, udzielił głosu Mędrcowi z Tatrzańskich Jezior.

2829

— Któż to jest? — zapytał Ksiądz Bazylianin.

2830

— Człowiek najszczerszy, który nigdy nie zdejmuje maski — tak określił Mędrca Mag Litwor.

2831

Mówił Zmierzchoświt, stojąc otoczony obrazami, malowanymi na szkle, a na stole dłoń opierając wśród dzbanuszków góralskich, spin i innych zabytków.

2832

„W tych czasach, gdy zbyt ciasno pojęty pozytywizm w Polsce więził umysły, wszelkie życie fantazją, natchnieniem, w ogóle życiem wewnętrznym Duszy — zdawało się nie tylko upiorem przeżytego mistycznego romantyzmu, ale, co gorsza, rozsadnikiem wstecznictwa i tych niezliczonych dawnych przywilejów w Polsce.

2833

Wtedy to utworzył się Turów Róg; klasztor bez reguły innej niż wewnętrzna prawda, religia bez dogmatu innego niż Słońce Wewnętrzne.

2834

Tu schodzą się i żyją wielcy uczeni, tworząc lub apercepując traktaty, podziwiane potem w nauce; powieściopisarze idą tu do źródeł języka i w nowej głębinie oglądają myśli, które ich dziełom dadzą trwanie dłuższe, niż marna sława dzisiejszego dnia.

2835

Tu zawiązało się jakby Bractwo, mające dla siebie magiczne zaklęcie: Polska; tu jedynym ceremoniałem jest, żeby nikt podły nie przekroczył murów Turowego Rogu, nikt marny, nikt niegodny, któremu Mickiewicz i Król Batory — nie mogliby uścisnąć dłoni, jeśliby mogiła chciała nam tych wielkich oddać!…

2836

Robota wciąż postępuje — jest to dalszy ciąg tatrzańskiej lawiny, w której pierwsze szrony otrząsnęli dawni alchemicy i kruszcarze w wieku XVI, kiedy grzmotem prawd nowych wstrząsnęli dusze Kopernik i Kolumb.

2837

Alchemicy i kruszcarze tak Tatry odkryli, jak wielkie bezmiary nowej prawdy odkrył Kopernik, jak wielkie królestwo założył jedyny Król, który był w dawnej Polsce, Chrobry, jak przed wielkimi otchłaniami moczaru jeszcze niesformowanego ostrzegał Modrzewski.

2838

Moczar w końcu zwyciężył. I wtedy Sybir staje się dla nas największym z Uniwersytetów, jakim jest Boleść. Wzmacnia nam dusze. Lecz kiedy ludzie zażądali już lotów i wirchów, i orlego życia — zjawiły się Tatry, w które wprowadził Polskę — król Włast. Krainy te były czymś w rodzaju Odzyskanego Raju. Tu bowiem człowiek może wrócić do swego jestestwa i zrozumieć się jako władca przepaści swego przeznaczenia.

2839

Turów Róg począł jednoczyć wędrowników, którzy tu przychodzili z Polski, jak umierające zwierzęta w czasie posuchy do wytrysłego z ziemi źródła — na upój.

2840

Brat Wysz przywoził tu swoich chorych zakonników, co poświęcając się dla nędzy ludzkiej — wytrzebili z Krakowa tyfus, a sami tu zaczerpują do swych płuc tlenu. Wielkie, owocodajne jest ich dzieło.

2841

Jak wiadomo, w zakładach swoich fabrycznych zatrudniają kilka tysięcy ludzi takich, jak z życia Na dnie[504] rosyjskiego pisarza Gorkiego[505]; Brat Wysz dał im kawał zapracowanego przez nich samych chleba i moralne słońce radości św. Franciszka.

2842

Pan Muzaferid elektrycznością, wytwarzaną przez górskie potoki, wodospady, a szczególniej przez przypływ i odpływ morza, zdołał oświetlić, puścić w ruch wielkie kopalnie pod Tatrami, które wydobywają węgiel, grafit i ametysty. Wyprawy Maga Litwora dały nam dostęp do przedziwnych Światów Zamierzchłych. I teraz Mastodont jest tak znanym zwierzęciem w Turowym Rogu, jak w chacie góralskiej jest liptowski pies.

2843

Kulturę wprowadzili panowie Oleśnicki i Muzaferid w Karpatach dalszych — z tą zdwojoną zasługą, że obracali się wśród środowiska wrogiego, idąc przeciw złączonej szarży żydowskich lichwiarzy oraz naszych polskich Targowiczan. — Mimo to wystawili niezłomną strażnicę Odrodzenia Polskiego.

2844

My z naszej strony, wraz z współpracą twórczą i niezmiernym poświęceniem architekta Wodnika, dwóch lekarzy i paru obywateli ukraińskich, oraz działając w materiale tak genialnym, jak tutejszy lud — zdołaliśmy zbudować zamki, świątynie, chaty, fabryki i szkoły w stylu dawnym lechickim.

2845

Bujny plon dla myślicieli zawarty jest w zbiorach pani Ameńskiej. Można w nich rozświetlać zagadnienia, jakim jest źródło twórczości w duszy lechickiej? ile z niej stać się może własnością duszy każdego człowieka? — w szczegółach zaś — jak się wiąże leluja z gałęźmi modrzewiu, czym jest niespodziany krzyżyk — »swastyka«, którą góral, budujący chatę, zbożnie i zdjąwszy kapelusz, wycina toporem na węgłach domu dla uchrony przed Złem; czym są rysie, czym iście niepożyte wiązanie belek i krokwi; w czym wartość architektoniczna i obyczajowa sozrębu; dlaczego elastycznej budowli góralskiej nie przełamie Wiatr Halny? w jakim stosunku do tej organicznej sztuki może być twardy, nowoczesny murowaniec?

2846

Mimo pracy naszej i poprzedników, niewielu artystów wnika jeszcze w te motywy roślinne i kosmiczne, niewielu myślicieli odgaduje, jaką jest Mitologia Tatr i jaką ich rzeczywista moc!

2847

Uzbierany widzimy sprzęt góralski dawny, niewypowiedzianej wytworności, mocy i prostoty: — (tu wskazał Mędrzec Zmierzchoświt ręką na zbiory) — owe Chrystusy pełne powagi bolesnej, Madonny z twarzami naiwnej miłości, Aniołki siedzące na jakimś dziwnym tworze, który ma być chmurą — łyżniki, gdzie wyrzeźbiony jest modlitewny nastrój, niby zaklęta w linie modlitwa ranna i wieczorna; te po dawnych bacach pyszne czerpaki, godne przyjąć miodem czy żętycą Króla Bolka na łowach; te zrabowane (trzeba przyznać!) w kościołach węgierskich z ornatów materie, użyte na gorseciki góralek; te obrazy zbójnickie i święte; spiny wielkie z łańcuszkami, mające w sobie patriarchalny i nawet kapłański charakter.

2848

Wiele życia bujnego wniosły nam niknące już opowiadania Sabałowe i Gandary oraz innych starych gazdów z Murza Sichla i Ratułowa, a nawet czarownic, których zaklęcia są jednym hymnem wielkiego upojenia świętą Adoracją dla Wszechświata i jego Cudów, Męki oraz Tajemnicy.

2849

Teraz stoimy wobec niebezpieczeństw: dawna pustynia Tatr zaczyna w sposób kramarski być zajmowaną przez ludzi o małym, utylitarnym światopoglądzie, którzy budują kolejki na Łomnicę, zakładają restauracje nad wszystkimi jeziorami, którzy moreny po dawnych lodozwałach rozkopują na taras dla piwiarni.

2850

Wprawdzie Morze jest dotąd niedostępne, raz, ze względu na swoje nagłe i przerażające huragany, po wtóre — że jest tu ktoś Niewiadomy, kto wszelką próbę budowania okrętów udaremnia, zaś przybywające zagraniczne wysadza w powietrze lub prześwidrowuje.

2851

Musimy jednak zauważyć przerażający objaw: widok morskiego żywiołu nie działa już na ogół polski tu przebywający — nikt nie zawoła już, jak dawne 10 tysięcy z Ksenofonta[506], ujrzawszy morze — Thalassa, Thalassa!

2852

Błoto, NiebezpieczeństwoZaraza moralna z rozkrytego szeroko bagna staje się chroniczną właściwością okolic za Turowym Rogiem. Tworzymy wysepki — którym grozi zalaniem wulkan błotny. Wprawdzie musimy zastrzec, że zwykle widzimy aż do końca sferę możliwości podłych natury ludzkiej, lecz któż ogarnie sferę możliwości szczytnych?

2853

Mój anarchizm każe mi ufać, że droga wszechludzkiej miłości i rozjaśniania błędów, niewiążąca dogmatem nikogo — doprowadzi najprędzej wielkie zrzeszenia ludzkie na wirchy. Tocząca się obecnie wojna z Japonią nie jest w stanie sama przez się roztworzyć zardzewiałych bram Wysokiej egzystencji Polskiej. Jest to praca, zmuszająca nas wszystkich odsłonić przed każdym jego własne przeznaczenie. Krzyż musimy wynieść z podziemi Wawelu i postawić go teraz wśród żywego, zielonego lasu. Nasze dusze musimy otoczyć lasem żywych prawd, wyrosłych z surowej, lecz bujnej ziemi!”

2854

Ukończył, ciężko zakasławszy i musząc usta zakryć pod napływem krwawego śluzu; odzywały się głosy szeptem, lecz wkrótce gwar nastał ogólny — z którego wyrozumieć można było tylko potrzebę jednej wielkiej, wiążącej wszystkich Religii.

2855

Polska, Błądzenie, OdrodzenieBól przeniknął Maga Litwora. Ten wiedział, że Polska jeszcze musi przebyć jakieś okropne piekło — okres władania Mangra i obłąkanego Mnicha — zanim narodzi się w niej nowy zmysł dla istotnej prawdy. —

2856

Lecz myśli pierwszorzędnej wagi, poruszone przez Zmierzchoświta, tylko nielicznych mogły naprawdę zająć. Większość szeptem komentowała niedawną przygodę Zolimy i to wszystko, co żuła opinia salonów podhalańskich.

2857

Ukryty i niewysłuchujący potępień, lecz domniemany sprawca tej brutalnej Zemsty, był niweczony wszędzie, jak mucha jadowita tse tse, która by z okrętem dostała się do Europy i zabrzęczawszy niespodzianie żądłem swym, zabijała najlepszych i najzdrowszych ludzi.

2858

Damy poza Turowym Rogiem tarły go na drobny pemikan[507]. Szanowni i poniekąd nawet mądrzy ludzie nazywali go naprzód maniakiem, potem widząc, iż narzędzia swojskich tortur nie wystarczają, sprowadzili zagraniczną nazwę człowiek jaskiniowy z Neanderthalu.

2859

Serdeczna bowiem dzisiejsza Polska urządza zjadliwą nagankę na takiego demoralizatora, który nie ma za sobą finansów, prasy i — policji. Za to Mangro wzniósł się wysoko na tym kurhanie, gdzie leżał pogrzebany tatrzański marzyciel.

2860

Tak wysoko, jak niedosięgła prawie dla oka sama dobroć i nieśmiałość najtkliwszego z kochanków!

2861

Kiedy bowiem czarna, grobowa rzecz przywiązana do śmig młyńskich wirowała w powietrzu, Księżniczka Morza dostała morskiej choroby.

2862

Baron zacny prosił ją wtedy, błagał na wszystko, aby się nie krępowała jego obecnością — i umiał, nie odchylając twarzy, ustawić swe oczy prosto przed jej usta, stające się naraz Scyllą i Charybdą.

2863

Słowem, właśnie zachowywał się tak, aby nie zrobić przykrości najmniejszej swą obecnością. I kiedy ona, padając na niego tak nagle, jakby Andżelika, wytęskniona za swym Rudżierem dostała na widok jego kurczu i szału miłości — baron Zolimę w powietrzu unosił, prawie wniebowznosił. Był dla niej obłokiem. Czy i Jowiszem w obłoku? nie, nigdy! Bo kiedy w okamgnieniu stawali na głowach, on jej podkładał pod warkocze swe ręce, a chociaż raz krzyknął: aj aj! to dlatego, iż szpilka z włosów wbiła się mu pod paznokcie przynajmniej na dwa milimetry.

2864

Kiedy zaś jego linia grawitacji pochyliła się nad nią (damy wysilały cały swój mózg, żeby tę sytuację drastyczną przedstawić naukowo lub przynajmniej naturalnie, jakby ruch przepisany w lawn tennisie) Pan Bóg wyinstynktowiał barona, że poduszkę jedwabną kładł między nią a siebie, i siłą nadludzką niweczył wszystkie wulkany, szepcąc:

2865

— Dziej się, co się ma stać, ja palcem nie ruszę.

2866

Damy egzaltowane, które czytywały Katechizm buddyjski, dowodziły, że Baron i Zolima klęczeli właśnie przed pustą trumną, jak Anioły skrzydlate nad arką —

2867

gdy ów Rakszas, który po śmierci stanie się z pewnością krokodylem w słonym jeziorze z samych łez na pustyni, ten Ariamańsko rzucił, się na nich w kontemplacji będących — i zakrył nad nimi wieko.

2868

Ten potwór gnusny (jak mówiły Litwinki), ten poczwórny Epikur (jak mówiły warszawianki, co słuchały Mnicha Wincentego à Szaulo), ten niewdzięcznik, jak mówili najpobłażliwsi w Turowym Rogu, miał wóz rzeźniczy przygotowany, i nawet kata sprowadził w tym zamiarze z cytadeli czy też z Łodzi. Takiego Frejndla, co wieszał swojego szwagra.

2869

Mówiła jedna osoba (duchowna), że pewien nieznajomy wyspowiadał się przed nią i że teraz już wie, gdzie się ukrywa w jaskini Tatr sam Frejndel.

2870

Cały kraj był poruszony. Witezie nawet wstrząśnięci. Ich żony kłuły Ariamanem, jak szprycką Prawaca:

2871

— Może mu podacie teraz rękę? za to, że wam zabierał najlepsze wirchy? może zaczniecie się nim zachwycać, bo polując na bogatą pannę, zeszedł na to, że go utrzymuje pewna głośna awanturnica za czasów Księcia Józefa spod Blachy? I wy takiego chcecie jeszcze zachować w swym gronie? —

2872

Witezie radzili to i owo przy czarnej kawie, wreszcie postanowili Ariamana — unikać. I teraz tak cały kraj był na Ariamana rozżarty, że gdyby zajechał kiedy bryczką w jakieś zachołuście litewskie, gospodarze w pierwszej chwili rzuciliby się na gościa, jak zgłodniałe komary na zdychającego od nosacizny konia. Panny prędko by wyrurkowały swe włosy, Mama umyłaby swe piegi i trzeci podbródek wodą ogórkową lub, jeśli to już straszna parafińczyzna, to Eau des lysem; szlachcic kordialnie by zaszpuntował Ariamana na kanapie… Aliści, kiedy już panny i mama weszły — i wnoszą z drugich drzwi na tacy nalewki domowej roboty, tort z niedawnych imienin — wtedy wystarczy głośniej wymówione nazwisko przy przedstawianiu — mama spojrzałaby tragicznym wzrokiem na córki już przekwitłe i wycedziłaby:

2873

— Wujenka Drapiewiczowa pisała nam, że tego pana zna zanadto dobrze… —

2874

Nastanie cisza, słychać, jak mysz, myśląc, że to już śpią — przebieży przez komnatę zadymioną od wstawionego i sapiącego samowaru — mama wstaje heroicznie, mówi:

2875

— My pana nie śmiawszy zatrzymywać, konie już zajechały.

2876

Pozycja społeczna, Plotka, Polska, Obyczaje, SamotnikWprawdzie Ariaman nie ukazywał się ludziom, ale za to nie ukazując się, nie dopiął tego, iżby ludzie z nim się oswoili. W Polsce można dziś okraść kasę, a za miesiąc wrócić z podróży i chodzić po salonach, jako aferzysta zdolny, wybitny kandydat na dyrektora towarzystwa dobroczynnego, teatru Wenus lub instytucji patriotycznej.

2877

Tym objaśnia się, dlaczego Baron de Mangro zrobił swym pojawieniem wrażenie nieoczekiwane. Dwie panie zaraz powstały, czekając przywitania zmieniły się w kolumny. Pan poważny, który był z nimi, wybiegł zobaczyć, czy na powozie kto nie położył sarkofagu?

2878

Baron de Mangro zaś swobodnie uśmiechnął się, jakby go to zwycięstwo nad sobą nic nie kosztowało — i mówił z Zolimą.

2879

Na jednej osobie, która wpatrywała się w Mangra wzrokiem osłupiałym, czynił on wrażenie tego, co już był na szubienicy przez narodowych żandarmów wieszających zdekoltowany — i patrzcie, jest!

2880

Więc Mangro jest to quelqu'un[508] w Tatrach?

2881

I znowu kronikarz Turowego Rogu musi wszyć nowe folianty do tej tajemniczej kroniki o Nietocie?!

2882

Zaiste, szczęsny jest los pisarza komicznego, który wszędzie widzi swoje typy doprowadzone przez naturę do niezmiernej, niedosięgłej doskonałości. Weź tylko pędzel i maluj! jak mówi Gogol.

2883

Lecz nieszczęsny nad miarę jest poszukiwacz ducha. Duch bowiem jest to radium. Z całej bryły ziemnej dałoby się go wydobyć zaledwo 4 kilogramy. Lecz ta drobna ilość musi jednakże tworzyć cały kosmos ludzki i kierować wszystkie narody do ich niezmierzonych celów. — — —

2884

Patriota, Sława, Obyczaje, SalonPowstał baron de Mangro Rabsztyński, z racji swego wysokiego patriotyzmu zasiadający ławę między pierwszymi. Zmienił się w swej masce — od czasu, gdy widzieliśmy go wśród muzyki z Zolimą. Zmienił się, w powagę zapięty, jak w dobrze leżący tużurek, z ołówkiem w ręku, kreślący wciąż cyfry i dogmaty. Nieznany wprawdzie, lecz już przez famę wysoko głoszony — zabierał teraz głos:

2885

„Nie znają mnie tu jeszcze wszyscy. Wspomnę więc, że jestem uczonym bigotem[509] arcybractw, instytutów oraz kongregacji w Tomsku, w Surabaji na wyspie Jawa, w Oksfordzie, w Harvard University w Ameryce Północnej i w rzymskiej Santa Fede. Wykształcenie me kosztowało milion franków — minimalny kapitał, jaki pochłonąć musi do najwyższej dzielności doprowadzony mózg Polaka.

2886

Teraz, kupiwszy Tatry, ofiarowuję je najwyższemu z czterech władców naszych, a mianowicie temu, który jest w Rzymie. Słuchajcie, dostojni panowie — chodzą tu pogłoski o jakimś Magu Litworze, który ma łączyć Indie z wiedzą współczesnej Europy; ja wam wyłożę, jak się rzecz ma właściwie za sprawą Ducha”.

2887

Nie wiadomo, jakby go dalej słuchali, bo już na wspomnienie Rzymu Zmierzchoświt oblał się purpurą i powstał, inni zaszemrali z przykrym zdumieniem, lecz ogólnie de Mangro spodobał się.

2888

Damy szeptały, ukazując jego zbrużdżoną twarz:

2889

„Ile on musiał wycierpieć, nim zdobył taką pewność siebie!”

2890

De Mangro chciał mówić dalej, lecz jakby zwierzyna, która czuje na tropach swych myśliwego — tak Mangro obejrzał się nagle i ujrzał w ciemnym zakącie Maga Litwora.

2891

Jak to być może, iż dotąd go nie zauważył? Czyżby Mag Litwor miał możność ukazywania się tylko niektórym? bo oto, ku zdumieniu wszystkich, baron de Mangro wydał przeraźliwy kwik, chciał rzucić się przez okno (szczęściem niskie), lecz dzięki mnóstwu przytrzymujących go rąk, usiadł na ławie, odzyskał przytomność i objaśniając to nagłym zawrotem głowy, nawet grzecznie się uśmiechnął w sufit, który był nad Magiem.

2892

Było to tak demonicznie nagłe, że nikt nie miał czasu zdziwić się ani roześmiać.

2893

Na miejscu, gdzie mówił de Mangro, stał już w białej, wschodniej szacie Mag Litwor.

2894

I mówił spokojnie, jak kapitan na statku, badający przez lunetę dalekie wybrzeża skał i opisujący to załodze:

2895

„Życie bezinteresowne, życie, niezamykające się w opłotkach sobkostwa, jest warunkiem zasadniczym Wzrostu. Uczeni, zginający się, jak wielbłądy, pod obeliskami swej wiedzy — jeżeli nie żyją tym falowaniem, które przekracza mury egoizmu, nie są bliżsi Prawdy, niż rak zamknięty w swej skorupie. Ta jest mu potrzebna, lecz gdy chce wzrastać, musi ją odrzucić.

2896

Wiedza indyjska jest urzeczywistnieniem tego, co zwęziło się u nas w Dogmaty. Mistrzem jest ten, kto żyje w sercu wszystkiego, co istnieje. Ten jedyny ma prawo powiedzieć: Ja jestem Tamto, Otchłań i ja — jesteśmy Jedno.

2897

Mędrzec, Mądrość, Wiedza, SamotnośćTen mistrz, zwany tam pod Hiamawatem Kriszną, w Tatrach tu Królem Wężów, na równinach Iranu Zarathusztrą, w świątyniach myśli europejskiej Lucyferem — prowadzi zawsze ścieżyną samotną, na której jednak wszechświaty ludzkie spotykają się ze sobą. I nie ma innego obowiązku nad ten: aby znaleźć Jaźń swą, nie zasklepiać się w tym, co jest tylko pozornie Moje i Nasze”.


2898

Niepostrzeżenie oddalił się Mag Litwor, wszystkim się zdawało, że jeszcze jego wyniosła postać świeci wśród drzew. Muzyka zza niezmiernych horyzontów wibrowała w utajonej głębinie każdego z uczestników.

2899

PobożnośćDe Mangro odzyskał przytomność i rzucił 10 tysięcy banknotami na pielgrzymkę do Ziemi Świętej dla niemowląt. Nieznany rycerz zaśmiał się dziko, lecz niesłyszalnie. Wszyscy weszli w las prawiecznych jodeł. Powietrze napełniło orzeźwiającą cieczą przestwór od ziemi, która zarosła zielonymi, cudnej architektoniki, jak Sainte Chapelle w Paryżu, jodłami. Zasłony z miliardów zielonych igieł tworzą sklepienie tej gontyny Dziwożon i leśnych Panków.

XI. W kuźni pod Ornakiem

2900

Stary Oreł, Sabała, kosił siano przy księżycu — wszyscy jego domowi też się uwijają — baba i synowie.

2901

Wnuczek ciągnie Sabałę za cuchę[510].

2902

— Dziadku, napowiedźcie nam bajkę.

2903

— He he — cekaj! w samą kwilę trafiłeś, kiedy muse odpykać habrykę we fajce. —

2904

Jak na ten raz idzie Wieszczka Mara. Usłyszawszy, o co Jędruś molestuje i ona przyłącza swą prośbę, której nigdy nie prociwił się Sabała.

2905

(Mówił Baśń, usiadłszy na kopie; synowie i maleńka, niska jego żona z wolna zasłuchują się, wsparci na grabiach i kosiskach).

2906

— S dawna u nas beła ta gwara między ludziami o zaśnionem wojsku, co królowi ma skądesi na pomoc wyjechać.

2907

Ba, przecie beł taki kowal w Kościeliskak, co im chodził konie kuć.

2908

Przyseł raz wojak do niego, juźci pada: „my haw nie prec w Ornaku stoimy, pudzies nam konie kuć”. Narobił moc podków i poseł z ónym wojakiem, a hań w Ornaku popod skałe, kryjome miejsce, dziura do ziemie. Wleśli do tej piwnice, godna tego beła przestronność, toż to moc wojska na koniak stoi, sytko zaśnione w siodłak, głowy poschylane na piersi, pojeden siedzi przy koniu na ziemi, powódki dzierży w ręcak i śpi…

2909

Kowal od strachu nic nie pedział, ino chodzi wartko od konia do konia, podkuł sytkie; pieniędzy mu dali co mu się patrzyło; toz to poseł — i zawarło się za nim.

2910

A i Franek Kostka ze Siziny, znałek go, dobry gazda, kowala we wsi ku niemu nie było, to mi tyz gadał, jako raz poseł, cy z chałupy do pola wyźreć, cy kany, a tu widzi na trzynastu białych koniak jakisi wojaków. Juźci pyta: a to panowie zprecka?

2911

„Ni” — pojadajom — „my tutejsi, my jest wojsko polskie, nie prec ztela w Babigórce stoime, kie pora przyńdzie królowi swemu na pomoc pódziemy”. —

2912

To zaś pote, świnia (przepytujem) tego gazdy kansi sie traciła, juźci posła za niom dziwka, zasła do ty dziury, kany wojacy spali, każdy przy swoim koniu śpi schylony, ta zaś świnia popod żłoby je ten obrok, co go konie ozsypały.

2913

Dziwka skrzyknęna na niom: „ksy, ksy!”

2914

Toteż to jeden wojak głowę dźwignon: co to burniawe robi — ba, i wirny mu zara nakazuje:

2915

„Śpij, śpij — jesce nie cos!” —

2916

Jużci dziwka od strachu uciekła, a za niom ino klupło —

2917

zawarła się dziura. —

2918

Sabała wziął kosę do ręki.

2919

— Bierta się do roboty — haj — przy miesiącku kielo telo musim umęczyć te zioła boże pachnące, aby się stały w naszem chlewisku zywobyciem, krwie Pana Jezusową.

2920

Koszą. Wieszczka Mara spogląda w tę stronę, gdzie Ornak niewidzialny —

2921

widzi, że idą dwaj wędrowcy —

2922

zdumiewa się — bo jakaś wieczność unosi się nad ich głowami, jeden z nich patrzy wzwyż i przedsię, drugi głowę ma pochyloną, jakby przygnieciony winą jakąś —

2923

wśród jodeł zniknęli: Wieszczka Mara podchodzi do płotu i patrzy tam w ciemność.

2924

Inni koszą. Sabała spogląda w księżyc, i wtedy okazują się jego wielkie, nieruchome, ślepe oczy —

2925

kosę kładzie, nadziewa na się torbę, do rąk gęślice, a za kołnierz ciupagę — aby nie myśleli, że on już tak nic nie widzi.

Zena

2926

A ty haw kany idzies, zmiłuj się Boga, stary! i nie dowidzis.

Synek

2927

Musi być po sadło świstaka, łamie Ojcyka po kościak. Hej, syćkie świstaki wybiere on w Tatrak. Choda ślepy je — do kazdej jamy świstaka trafi — taki ma cuch!

Zena

2928

Robota je, sam pilis, a ty w góry idzies, jak by jakowy pan z Warsiawy na wycieckę.

Sabała

2929

Bądźta zdrowi.

Odchodzi

Zena

2930

Pewno znowu ze trzy tyźnie będzie przepadał.

Ozwał się i Gandara, co hipkał po otawie:
2931

Ej podeźrałem ja, ka on zagrzebał wielgi skarb — modlił się nad nim —

2932

wiecie przy Kościeliskik wrotak, hań pod Pysną — na wirsku skały — na prawą trukę tsa się brać!

Synowie

2933

Idźwa.

Zena

2934

A nie hańbi wam — ze jak was Matka Ludzimirska skarze?! Ojca okradać kcecie — i tak stary, grób mu bliski — pod nogami trzęsącemi!

Synowie

2935

Nie nam haw zagrzebał te złote dudki — ba, innym! mówi, że narodowi potrzebne — jakisim tym bajdom wierzy o zaśnionem wojsku — ze to im tsa bendzie na munderunek, czy co?

Gandara

2936

Który z was je Hadwokat? niech mi napise list do śmierzci, ino wartko!

Syn I

2937

A gdzie ona zywie, jaki jej hadres?

Gandara

2938

Jak ci dam w kark ciupagą — zaraz będzies wiedział, gdzie ona mieska. Trzeba mi śmierci — ino wartko.

W synach budzi się chciwość, mówią szeptem już, aby ich obca Pani nie dosłyszała — jeden Gandara nie da się uciszyć i wykrzykuje głośno.

Syn II

2939

No, Wojtusiu, powiedziecie nas — a psed śmierzcią najecie się kiełbasy i kukiełkę[511] wam damy.

Gandara

2940

A kto mi odda moje hole, moje grunta? krowy? cemuście me nie bronili, osiusty jedne, jak mi Tatry zabrali? wsyćko było moje!

Syn I

2941

Będziemy mieć dudki — damy ci na stemple, napises do Cysorza — do Miłościwsego Pana.

Gandara

2942

A i wina musicie mi dać, com go pił w Nietalii, jak byłem w Weronji z pułkiem Princ Preis von Fridlik eśte regiment — rozumiecie po niemiecku? — Syćkie panny kochały się we mnie —

Syn I

2943

Idźmy po śmierzć —

2944

ki diabli nadali — chciałem pedzieć, po dudki.

2945

No, bierzcie płachte —

2946

a ty, Matko, waruj sie gadać sąsiadkom, bo hareśt niehaw —

2947

— ani nawet nie idź pod figurę jojcyć, bo tylko zepsujesz sie, babskim modleniem. Waruj sie, haj!

Odchodzą
2948

Gandara tańcząc zaczyna nucić piosenkę, synowie uderzają go po karku, aby milcząc szedł. Matka zasiada na kopie siana.

2949

— Mój Ty Jezu — niechajze ten Gandara i na mnie sprowadzi śmierzć — hej, grają tam gęślicki Sabałowe, grają! —

2950

(Słychać muzykę w dali).

2951

Naród, SenWieszczka Mara idzie ścieżyną tam, gdzie przemknęli wędrowcy — i rozmyśla, żeby się to jej tak zdarzyło znaleźć jamę do Zaśnionej Duszy narodu — i Wirnemu powiedzieć: „Już czas”.


2952

(We wnętrzu Tatr. Wychodzi zza skał św. Kowal z rozbitym krwawym czołem — okryty łańcuchami.

2953

Widać jaskinię, niby więzienie, zawarte kratą.

2954

On trzyma palec na ustach — surowo patrzy ku Niewiadomemu, wreszcie odwraca się i, widząc, że tylko potok mówi do Niego — On mówi z nim).

2955
— Strumieniu mroczny, który płyniesz wśród
lasu zielonej Tragedii jodeł —
iskrząc srebrnym wężarem — —
przebudź nas w tym więzieniu szarem!
Ty, upadek swój z wysokich granitowych wrót
2960
w niziny ludzkich zadżumionych marem,
okupujesz walką Wolności, witą z nieśmiertelnych burz!
Ty, Wieczny Wędrowniku! zamknij nurt w mej ciemnej pustyni,
aż zgłębi się w toń Antarktycznego Morza,
gdzie krew Tatrzańskich olbrzymów
2965
z podziemnych niewiadomych źródeł
stanie się falą światła — skrzydlatych gromem Cherubimów!
Mszy twojej słucha Zaśnione Wojsko! Twe modlitwy
do słońca — to dawnych bachant szalejący śpiew! —
— Nadchodzi wiew
2970
od Morza i z dalekiej Litwy…
Hej — niby w Zaduszkach — duchy wirują nad Tobą,
śmigają gwiazd procami i w Mamutowe idą kolumnady,
gdzie nad Ziniczów olbrzymich żałobą
iskrzą pochodnie i Chrystus dawne już utraca włady!
2975
Jezu! jesteśmy w starej indyjskiej świątyni —
nad nami Majestat Duszy — i Uniwersytet największy: Boleść-Mistrzyni!
Zawory żelazne łamię z mych przysiąg sarkofagu,
bo wiedz: Grób Polski ja znalazłem pustym!
gdzie Ona? mów — prorokuj, zwyciężony Magu,
2980
lub się kłoń — przed Archaniołem Krzywoustym!
Lekarzu dusz, choć ze mną! w ciemnym jodeł zamyślonych borze
świetleje chata! nad magicznym źwierciadłem wód —
tam Wieszczka umiera bólem Polski. Mróz zalśnił jej łoże
i coraz groźniejszą jest jej Wawrzyńcowa krata —
2985
i został przy niej tylko już umarłych lud.
Żywioły mroku! unieście me serce na krzyżu
i jej wielkie, jak księżyce, łzy,
w to Morze, które wszystko już wie —
i objawia tysiącem dzwonów ze spiżu,
2990
że jest błogosławieńszy, niż Wisznu z Purany Bhagawata,
olbrzymszy, niźli Jaźń — i świętszy, niźli Chrystusowe dnie:
Niedosiężonych szczytów ból,
mówiący strumieniem ludzkich nędz — w tę Noc tajemniczą…
2994

(Św. Kowal podchodzi do krzyża kamiennego wśród dwojga jodeł — wokoło śniegi; mroczne lasy, niby niedźwiedzie wielkie, co się układły; tumany przeświecają jakimś dziwnym zza góry złotym jaśnieniem — tam zamek mistycznego nieba! Mrok wszedł — olbrzymim skrzydłem zagasił złote jaśnienia — w krwawych otchłaniach widać daleką Polskę).

Niewiadome głosy mówią:
2995
Szatan stanął w mroku na mogile —
tak wielkiej, jak ból ziemi,
głębokiej, jak żądza ziemi,
zamilkłej, jak przekleństwo Wiecznego po siedemkroć Matce swej ziemi.
Księżyc wziął maskę krwawolicą!
3000
umarły księżyc do Mszy zaprasza nekrofile.
Jodły podobne na bagnach dzwonnicom.
Różany blask wschodzi ponad wodami,
(wspomnienia miłości z Płanetnicą! )
w kępy tych drzew wlatuje złotymi dantejskimi snami…
3005
Mrok huczy. Powódź wzbiera Wisłę, niby Nile,
boskie i groźne. Rzeka wspieniona cicho powoli
płynie — jak dni człowiecze, przeżyte w niewoli:
wśród miasta zadżumionych —
wśród tłumu, żyjącego kłamstwem i wrzawą —
3010
nad rynsztokami łez wyciśnionych,
w Ojczyźnie Targowiczan, o której wspomnieć hadko — i aż śmiertelnie, Panie Jezu, boli!
Mrok huczy — błyska jednym ślepiem krwawo
nad oświetlonymi grobami w Zaduszkach — Warszawą!
Hej, wiatr! powiał z Łomnicy Lodowego stoku,
3015
z piekielnych, huczących Gnozą, głębin Tatr —
z dolin, gdzie żyje królewna, porzucona smoku —
z lasów jedl groźnych.
Tam, Szatan Alchemik, szuka w jeziorach lazuru,
z wężową świcą idzie wśród burzliwej nocy,
3020
wzywając — Duszy. Broni mu Król Duch — Anioł gwiaździstych nadmocy,
Konrad-guślarz zaklęcia czyni nad milionami;
i Ten spod Maciejowic bohater ludowy;
Mędrcy i legiony w febrze z wysp Antylskich!
męczennicy i wieszcze idący na Sybir tundrami;
3025
i w Ostrej Bramie Bogarodzica…

Głos…

szydząca wiecznie — nad Wielkim Moczarem — i wami!
Widać gotyckie katedry wirchów, chmury — i wśród piorunowych retort Szatana Trismegistę.

Trismegista

Moje łzy zanurzyły się w pięć Ran Polski —
w pod Zawratem jeziora. Jam obłąkany z miłości
szedł na nieobjęte, w niebie płomieniące góry —
3030
lecz sposępniałem, jako ten Staw Zmarzły!
otrząsłem pióra swoje, jako chmury,
na skałach! w otchłań leciałem Bytu ciemnym wodospadem —
miażdżonej Tęczy buddyjskim uśmiechem,
aż wreszcie ujrzałem wolności głębinę:
3035
Jam ból zabił i jam zabił mych wierzeń wielką moją winę!
Hej — śmierć we mnie rozpasana — łun marznących zmora!
W nocy na koniu olbrzymim lecę, jak mrok mogił, gdzie piorun wiruje!
Hej — jam jest Ziemi królem! jam jest Władem!
hej, księżyc magicznym winem hydrę truje siedmiogłową
3040
— moje serce!
hej, hej! wśród planet mieszkalnych, ni w kręgu zatracenia,
nie ma żebraka tak lichego,
jako ja! — wchodzę do boru tajemniczego —
tam widma stoją i króle wśród płomieni —
3045
tam Kowal mi pancerz wykuje —
Uderza gromem w drzwi kuźni — błyska — widać św. Kowala, kującego wielki Dzwon.

Niewiadome głosy mówią

Meteor upadł z nieba wysokiego, niedosiężnego!
lśni u stóp Trismegisty[512] — który, jak Memnon z lodu nagi,
zamarzły — wsparty na księżycu wśród jedlanych cieni.

Kowal

śpiewa
Na przełęczy wysokiej, gdzie w dole
3050
z turmalinu błyszczy Chrystusowy staw —
ujrzałem ciemne podwoje: krwaw się — krwaw,
żelazo, na anielską zbroję.
Bije młotem. Iskry lecą, jakby komeciane chwosty.

Trismegista

Zmagam się z gwiazdą potępień — wśród zamarzłych
mroków z duszą mą na wieki chorą —
3055
mówię do Niej: zbaw!
żądam ja od niej, by wróciła z tych przestrzeni,
gdzie padła już…

Niewiadome głosy

nucą
O, przyjdź! — jak Wenecjanka po złotych wschodach na Ca d'oro
jak Burza tropikalna żądz mych —
3060
jak bóstwo Atlantydy!

Trismegista

Wszakże was, gwiazdy, nikt tak na ziemi i w oceanu
głębinach nie kochał!
nikt, jak ja teraz, nie wariował — i nie szlochał!
po chwili
Ostrołuki gotyckich szyb —
3065
migotliwy znak Trismegisty —
substancje księżycowych law — trupie księgi Bytu!
wyjawcie — Kto jest z moim Duchem? żem jest wieczny!
i u tych lodowych murów Piekła — nie ziemi podrzutek?!

Niewiadome głosy

Ziemia wpatrzona w wieczność, z tym odruchem
3070
Matki Izydy, gdy kona jej Syn Światła — i na próżno
pokarm Drogi Mlecznej wyciska mu ze sutek.
Milczy zła otchłań… napływają chmury —
gwiazdy mu gasną zdradziecko…

Trismegista

Płomienie mroku! jam zawarł z nicością przymierze!
3075
Mroku! ten krzyż wciąż świeci — czart komunię bierze —
gryzie drzew korę — śpiewa hymn ponury —
sto oczu błyska we mnie: Ezechiela zwierzę! —
Tej nocy zgłębiam całe odwieczne życia zło!
tej nocy Moc moja niechaj się przesili!
3080
jam Konrad! lecz już odziany w upiora gzło!
Hej, lotu! kruku pędź — jakby już ludzie nie żyli!…

Kowal

Ktoś ty jest? czemu tutaj wchodzisz, Mroku wiekuisty — zły?!

Trismegista

Stań się mną — ! jam Twój wieczny! jam jest Ty!

Kowal

Dam im klucz do mych sklepień — otworzę im wrota —
3085
wielki Pan są oni — a na dworze kurniawa[513] i słota!
Niebo zawarte na wieki — w otchłaniach pełza tam król Gad —
możecie się przyjrzeć.

Trismegista

Czyj ten uwięziony świat?
Kowal milczy
Widzę mury krasne — mury Ewangelii — muzyka gra
3090
pięknie na skrzypcach z piszczeli.

Kowal

W kazamatach więzień chciał zwalczyć Monstrum,
które niszczy wiosenny siew Królestwa Bożego.

Trismegista

Medei[514] miłość wwiodła go do ciemnicy!
to są me syny — bez wiar — buntownicy.
3095
Zawarczał bęben na kaźń:
z mrocznych sal wyciągają bladych jak fosforescencje robotników — —
bój szponów przeciwko bagnetom. W złowrogi Dom Wariatów
zmienia się więzienie — mózg szarpie strach! jęk za życiem,
klątwy — łamanie kości kolbami!
3100
———————–
Zamilkły mury warszawskiego Kolizeum[515]!
———————–
W workach niosą ciała złodziei i Promethidionów[516].
Nikt nie chce się modlić.

Kowal

3105
Zjawia się w masce niewiadomy kat —
zrywa im schodki spod nóg —
zawiśli w konwulsjach sprężeni!… Maska upadła —
Wzdrygnął się Generał obcy — coś mówią!
Widać scenę kaźni — Generał do kata pod szubienicą.

Generał

Dla wrażenia Książę wieszałeś rewolucjonistów?
3110
niechaj zajedzie mój powóz — nie, inny!
Tu jest pięćset rubli. Należy przyjąć — lecz nie mam koperty.
Wrażenie to warte, Książę, dobrze zgranych wistów.
Spotkamy się w salonie, jeśli nas nie zmoże
Japonia, bunty chłopskie i stare zatrute obroże.
3115
O was — zapomniał wasz Bóg, jak o podwodnym
statku w głębinach Bizerty.
Dzwon huczy w mroku — Władca niewolników.
Kowal zamyka wrota — scena kaźni znika

Trismegista

Mój kruk mówi — mój kruk zgadł!
mrok dokoła — we mnie mrok,
3120
który już niebiosów księdza Piotra[517] zatopił otchłanie.
Wisła krwawi od księżyca, niby leżący, zadeptany grom.
Wzdrygam się, patrząc na dwór, skąpany w księżycowym winie,
tam wśród topól brzmi nokturn —
nie winograd, lecz krew toczy się z tych murów
3125
Tam bez maski Książę — uroczne ma oczy — gra na fortepianie
gra pięknie ten Kat!… Ręce w pierścieniach ma starte od sznurów.
Widać salon i Księcia grającego.

Książę-kat

Hej, zbudował mi Pan Jezus piękny dom —
na dole moje dwie leżą miłości — i tli się gromnica.
Mogiłę im kopię i mym głuchym łzom.
3130
Za światem ja mam wielkie królestwo księżyca — —
tylko kaftan wariata czemu wisi na ścianie —
czemu słychać za oknem wściekłych jędz ujadanie?
Kruku mój, co masz lice astralnej Chimery
i tętent Burzy!
3135
ty krzyże wiedzą mroków ćmij!
jam się znalazł: Ja przedwieczny i wiedzący Żmij.
Z trumien dwojga ja zrobiłem mocną zbroję —
weselę się, że nie żyją już dwie królewienki moje.
W karacenie czarnej jadę na turniej z wielkim wrogiem —
3140
modliłem się kiedyś przed nim — nazywałem świata carem.

Kowal

wstaje od Krzyża
Konradzie
ta pieśń jest nieczłowiecza! — to jest pieśń szatańska!
ty olbrzymim głazem zgniotłeś kwiecie — tam modlitwa Pańska!

Trismegista

Ha ha! Konrad jestem, co nie mdleje i nie klęczy w prochu już!
3145
wkoło chmury wirujące —
jam jest w mrokach lazurowe Oko Burz[518]!
Z gór tych krzyże już strąciłem
i uderzam w średniowieczny Mogił Dzwon.
Bije młotem. Dzwon poczyna grać głucho, jakby mnóstwo cmentarzy pod ziemią jęczało.
Słyszę odgłos jego straszny, co potrząsa gór opoką:
3150
Vivos plango[519]! mortuos voco[520]!
Tam u ognistych bram ktoś Nieznany
miesza mi potępionej wiary dawnej ton!

Nieznane głosy

daleko
3153

Jedzie witeź, ubroczony krwi wężowej złą posoką — —

Trismegista

Ty ziemi Chrobrego — spocznij pod Oceanu
3155
ciemną huczącą nawłoką!
Ja trwam — umarłych przywołuję —
gromy na skałach potwornych zagadnień hartuję!
Kruku, leć!
na oknie Magnat z obwiązaną głową —
3160
w swym ręku trzyma nić — a na jej krańcach gwiazdę biegunową!

Książę-Kat

w domu obłędu, stojąc na oknie
Nie przyjdą umarli —
dozorcy za mną drzwi mocno przywarli!
Kowal bije młotem w rozjarzoną sztabę.

Trismegista

Wisła się krwawi w księżycu, jak żelazną, rozpaloną sztangą
ściśnięte moje serce!
Uderza gromem w dzwon.
3165
Fulgura frango[521]!
Idę po wzgórzach, ciężko wlokąc trumny —
idę ani pokorny — ani w świcie tłumnej —
sam — ot, wściekły upiór, co nachłeptał z kołysek krwi!
idę — pełzam jak Echidna[522] — to wskakuję lwi!
3170
Na wysoką — hej! wieżycę! w głębiny milczenia —
aż stanę na najgłębszej Górze!
Wchodzi Rycerz, Zawisza Czarny, z ogromnymi nieznanego ptaka skrzydłami, z gwiazdą na hełmie.

Zawisza Czarny

Czemu ten dzwon niespokojny? czemu te pęknięcia nowe?
wspomnij nasz układ: My budujem kościół — wielki po nieba posowę[523]!
jeśli zdradzisz —

Trismegista

3175
Puścicie mnie wolnego, jak Judasza —

Kowal

Nie wiem, co większe: Golgota — czy Ojczyzna nasza.

Zawisza Czarny

Nie mędrkuj! złe wykuwasz słońca!
nam trzeba Morza i Tatr: początku i końca!
Trismegista załopotał skrzydłami swymi
3180
Kto zacz jest?

Kowal

Wędrowiec jako i ja wieczny!

Zawisza Czarny

Więc tyś nie człek jest prosty?

Kowal

Prosty — i słoneczny.

Zawisza Czarny

Lecz ten — jakby księga o Marności króla Salomona —
3185
potęga ta czy służy Polsce? wyklęta? zgaszona?!
dobywa miecz, lecz hamując się mówi.
My tam niedaleko w Ornaku stoimy.
Pójdziesz nam konie kuć.
Kowal biorąc naręcz podków, idzie za nim. Odchodzą — robi się mrok. Przez szpary wpadają świty.

Trismegista

Na cóż im nowy tej mogiły dzwon? — wiem, że beze mnie go nie dźwigną!!
Już walą się posągi — ich wędrówek wirch
3190
zbluźniony krzyżem! dość tych synagog i kirch!
W mój Zamek Mroku wezmę dzwon — tam burze zamigną
gromami, jakich świat nie znał!
Dźwiga Dzwon i niesie. Dzwon głucho jęczy. Trismegista idzie — rozsuwają się horyzonty.
Pode mną wężar wijących się rzecznych lazurów —
lasy miedzianych jodeł
3195
jak w antycznym chórze mowa Rapsodu
Obłok potworny spienia się, zrywając obroże —
a tam — dalekie Antarktyczne Morze!
Hej, góry płyną — rozsłoniły się nagle żyzne okolice,
„wyzłacane pszenicą, posrebrzane żytem”!
3200
Zamykam Bramę Jutrzni z przeraźliwym zgrzytem!
Huk zamykanych bram, zlewających się ze sobą piorunów, błyskawice nagle oplątują Trismegistę, jak węże Laokoona. On idzie, niby posąg Mrocznej Nieugaszonej Energii, i wznosi dzwon wyżej — wciąż wyżej nad głową — mając zamiar rzucenia go w otchłań!…

3201

Tworzyło się wielkie życie w Turowym Rogu. Zbierali się ludzie wieczorami i radzili.

3202

Dniem rozlegały się huki młotów parowych pod ziemią, wywożono jak zwykle węgiel, naftę, grafit i ametysty.

3203

Lecz zarazem wiązano się tam w jakąś dziwną zmowę, niby Templariuszów polskich — mających na celu odrodzić Ojczyznę.

3204

Słowacki tak pisał o Matce swej, jak oni czuli o Polsce:

„Z błogosławieństwa Twego miałem blaski,
gwiazdom podobne i cień w puszczach Gazy!…
nieraz ćwiek rdzawy u podróżnej laski
rył imię Twoje… Tam, gdzie same głazy,
i słychać tylko fal libijskich wrzaski,
Eschylowymi budzone wyrazy,
echa słyszały Twoje święte imię —
i słyszał je on laurów las, co drzymie!”
3205

Kto widział ludzi tych, najdziwniejszych w Polsce, ten na twarzy ich mógł spostrzec wyraz, jaki tylko znał Mickiewicz u tych, co szli z Napoleonem w roku 1812:

„Urodzony w niewoli, okuty w powiciu,
Ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu”.
3206

Pieśniarz żydowski z Antyllów, gdzie dawał koncerty, przyjechał tu do Polski, którą uważał za drugą, a raczej już jedyną Palestynę; widząc mnóstwo zwierząt, jakich od potopu nie widziała ziemia i typy ludzi niezwykłych — chciał to nazwać zwierzyńcem, a mówiąc fatalnie po polsku, nazwał — Zwierzeniem: „u państwa takie jest Zwierzenie”!

3207

Lecz wymówiło mu się dobrze: z najtajniejszych tęsknot zwierzały się dusze, w mrokach tych więzień wiekowych rósł kwiat prometejański[524] i napełniał się mocą czarowną zupełnej życia przemiany.

3208

Nie było tu jednak żadnych koturnów i bawili się czasem sobą, jakby w Arce Noego, tym wysypaniem się wszystkich gatunków szczytnego cudactwa na małym płaskowyżu góry Ararat[525], czyli Turowego Rogu.

3209

Jedynym, który patrzył na wszystkich tu ludzi, jako na karykatury, był książę Hubert, sataniczny Melancholik i do tego przeżywający jakieś, nieznane nikomu, nieszczęścia. Cały Turów Róg uważał za jedną wielką komedię; i teraz, siedząc po południu wraz z panem Melanchtoniusem, czynił wycieczki przeciw Romantyzmowi.

3210

Pani Ameńska leżała na werandzie, będąc na prawach kuracji, bo jakaś trawiła ją męka płucna, z nią zaś byli inni, dbający o jej ciszę i humor — wtem rozległ się wystrzał, potem krzyk!

3211

Wybiegli — oczywiście prócz Księcia, który pokazywał jakiś perwersyjny japoński rysuneczek panu Melanchtoniusowi — ujrzeli, jak pan jakiś leży omdlony bez ruchu, zaś profesor Rufin Zawirro, znakomity z Marburga przyrodnik, chłop ogromnej struktury, rzuciwszy flintę, podnosi go i cuci z tkliwością matki.

3212

— Nowa historia Rufinka — rzekł Zmierzchoświt — patrzyłem z okna, alem nie domyślił się, że do tego aż dojdzie!

3213

Profesor Rufin nosi, jak wiadomo, zawsze przy sobie rewolwer, kastet, a jeśli mu pozwala czas wyjść na polowanie i choćby na dwór, bierze ze sobą sztucer lub w najmniejszym razie dubeltówkę.

3214

I teraz tak było.

3215

Tamten pan, który chciał przejść kładkę, był to dawny kolega uniwersytecki Rufcia, i zbliżał się do niego, machając radośnie rękoma.

3216

Ale profesor, mimo że jest zagorzały myśliwy, bez sześciu par okularów nie widzi nic! Krzyknął więc w pasji: „Tędy się do Turowego Rogu nie przechodzi — albo będę strzelał”!

3217

Kolega dawny wziął to za żart. Profesor, nie namyślając się dłużej, wystrzelił. Miał widać wadę sercową kolega, bo chwycił się za pierś — i zemdlał.

3218

Żal było patrzeć na profesora Zawirrę, jak zbladły, chmurny, ratował swą ofiarę.

3219

Na koniec tamten pan zdecydował się podnieść powieki, z przerażeniem wejrzał na swego druha, który go już czule tłamsił w swych niedźwiedzich uściskach.

3220

Zakończyło się na podwieczorku pysznym: maliny i miód z leśnych pasiek oraz kawa, ser liptowski i ciasta wypieku księżniczki Zolimy, która w tym przynajmniej nie była antyseksualna, szepnął książę, patrząc na złotoszafranowe baby. Wreszcie profesor wezwał wszystkich do swego laboratorium, gdzie badał wpływ warunków psychicznych na chore zwierzęta. Wszystkim pacjentom: małpom, królikom, świnkom morskim i psom zastrzykiwał suchotnicze zarazki, lecz jednych trzymał na słońcu, gładził i czule pielęgnował — inne hodował w mrocznej klatce, i choć na tym samym pokarmie, ale krzyczał na nie lub choćby tylko obchodził się obojętnie: śmiertelność była tam przerażająca. ZdrowieOsobniki traktowane czule i słonecznie przychodziły mimo zarazków do zdrowia.

3221

Profesor był naturą niepohamowaną.

3222

Będąc jeszcze małym pacholęciem, wyskoczył z wieży płockiej katedry, trzymając się parasola, aby wypróbować powietrznej jazdy.

3223

Podnieśli z bruku biedactwo, mające pogruchotane ręce i nogi. Choć wrócił do zdrowia, nigdy nie byli pewni w domu, czy Rufcio kogoś nie zabije lub sam nie zatruje się własnym preparatem. Po latach wyrósł na sławę europejską, stał się wielkim uczonym, którego zazdrościły sobie uniwersytety. Bardzo kochał mędrca Zmierzchoświta, a formalnie drżał przed panią Marą. Jego natura żywiołowa, niehamująca się nigdy, żeby kogoś nie ustrzelić, mający milion zawsze pojedynków i awantur — ten wybuchający materiał torpedowy, który nienawidził i kochał równie gorąco — był jedynie hamowany w momentach najwścieklejszej furii tym słowem, jakoś dziwnie wypowiadanym przez Mędrca Zmierzchoświta, który ile lubił, tyle bawił się panem Rufinem:

3224

— Ona! —

3225

Poważny, mastodontowy profesor, w którym tak wiele było dziecka — nagle wśrubowywał się w siebie, łagodniał i zmykał przez okno. W ogóle ten sposób ulatniania był stosowany również przez Mistrza Teodoryka, kiedy uciekał przed natręctwem dam, lornetujących go jako narodową chwałę.

3226

Profesor Zawirro w zacności swej ratował wszystkich, ilekroć komu zdarzyła się ciężka choroba; nie cofał się nigdy przed zrobieniem kilkuset mil do Turowego Rogu, aby tam zastosować swe medyczne, jak mawiał, owczarstwo; najlepszy z ludzi na uczucie, był tu jednak ciągłym wichrzycielem. Pani Mara mówiła, że należy go, jak ruskiego kata, trzymać w kajdanach, przyprowadziwszy do chorego rozkuć, a potem znowu kajdany nałożyć.

3227

Nienawidził mnóstwa osób, implicite[526] zaś nie znosił pana Melanchtoniusa, który nigdy tego nie domyślał się i często wciągał go do rozprawy naukowej.

3228

Ach, wszyscy oni — ileż tworzyli ciągłych burz!!

3229

Mędrzec Zmierzchoświt zawsze był łagodny w rzeczach powszednich lub najwyższych — lecz i on miewał swoje głębokie, niedające się zagoić już, zadry.

3230

Gdyby określić można było współczesnych nam przez ideał średnich wieków, było to Bajard: życie swe założył na dwóch ideach — nie czynić nikomu bólu — bronić zawsze źródeł nieugiętej, niepożytej prawdy.

3231

To jednak wprowadzało go w nieuniknione konflikty, gdy np. musiał powstać przeciw baronowi de Mangro, który, otrzymawszy w posiadanie całe Tatry i mając wielkie wpływy we wszystkich trzech stolicach kraju, związał się z kliką, obejmującą Kasyno Zabaw.

3232

Walka była nierówna. Po tamtej stronie użycie wszelkiej broni, osobliwie wysypywanie koszów ze skorpionami i wężami, kalumnie, przekup świadków w sądzie — ferowanie wyroków na raucikach u szefów — po tej zaś, wypowiedzenie się potężnym spiżem czynu: wzbudzenia Polski Lechickiej i zamilknięcie tak zupełne, jakby nie tylko Kasyna Zabaw, warszawskich bazgraczy i barona de Mangra, ale nawet Moczaru potargowickiego i ludzi w nim żyjących, nie było.

3233

Polak, Polska, IdealistaMędrzec Zmierzchoświt[527] jest jednym z ostatnich przedstawicieli tych w Polsce, którzy uważają się jednocześnie za przynależnego Litwy i Polski. Bałtyk i Tatry połączył tak w swej duszy, iż zdało się mu, że morze północy rozbija swe fale o groźne fortece naszych gór. Między tymi dwoma kresami Polski widział naród, jakby jedną duszę, nie rozdzielał Żydów ni Litwinów, Polaków ni Rusinów, ponad rasowymi waśniami, nad partyjnymi obrachunkami — jeden wielki Znicz wszystkich miał oświecać, rozgrzewać i wskazywać wszystkim drogę: była to Mickiewiczowska idea wolności wewnętrznej, wiodąca do rozerwania olbrzymich krat życia zewnętrznego; cicha o promieniach złotej jutrzni miłość wyżynna; pęd tragicznie rozkwitającej wzwyż jodły w liniach surowych i cudownych, jakby kościół Wiecznej Prawdy.

3234

Spędziwszy młodość na Sybirze, widział go tuż przylegającym do Tatr: nieodzowną dziedzinę Polski, nabytą wiekowymi wędrówkami narodu po światło Zorzy. Na nieszczęście Mędrca Zmierzchoświta, był on przykuty do gór; większość ludzi w Turowym Rogu była skazańcami, utrzymującymi się tylko w łańcuchach górskiego powietrza, za kratami żywicznych świerkowych borów. Choroba wyżłabiała Turowczykom płuca, wkradając się nieraz podstępnie i podle w ich wielkie umysły, mącąc jeziora nieposzlakowanego kryształu charakterów. Nerwowi, skłonni do melancholii, a z drugiej strony — do niczym nieuzasadnionego optymizmu, równie jak do niedających się pokonać uprzedzeń, nie mówiąc o ekstazach lub ekstrawagancji miłosnej.

3235

Nie rozumiał tego nikt lepiej niż Mędrzec Zmierzchoświt; z Panem Melanchtoniusem i Panią Marą przewartościowali życie, ludzkie wiary, obłędy, religie i pokuszenia.

3236

Zostało im na dnie potwornego młyna analizy kilka wielkich, prostych głazów prawd, jak te monolity, z których niegdyś lud Egiptu wybudował system kosmiczny w kształcie piramidy.

3237

Na tle najgłębszych mrocznych puszcz uczucia, wiecznie gotowy był Zmierzchoświt świecić dobrocią i uśmiechać się jakimś kresom ludzkim, ponad nizinną moczarnością…

3238

Życie jego istotne najlepiej symbolizuje powieść Tołstoja: „Czem ludzie żyją?” podobna do opowiadania Sabały „o Smierzci”. Michajło Anioł żalił się nad matką i nie chciał jej zabrać dwojga dzieci, przeto Bóg rozkazał mu zapoznać się z ziemią i z warunkami, w jakich ludzie realnie żyć muszą — strącił go z nieba.

3239

Idzie szewc drogą. Chłopi go zawiedli — ktoś mu wypłacił tylko 20 kop. Na głód w chałupie — cóż to znaczy? chyba tylko warto, aby przepić! Wtem widzi na drodze golutki człowiek! Okrył go kataną, prowadzi do chałupy. Baba poczuła wódkę, widzi gołego, wpada od razu we wściekłość.

3240

Ostatecznie, Michajło Anioł staje się czeladnikiem, robi doskonałe buty. Cichy jest, a wszystko zawsze umie.

3241

Raz przyjechał magnat, każąc zrobić obuwie wspaniałe na podziw — Michajło zrobił mu proste pantofle do trumny. Niedługo przyszedł ktoś w imieniu żony magnata, wymagając, aby już nie robili butów, bo pan umarł.

3242

Kiedy już Michajło poznał, że miłość duchowa jest tym, co ludzi utrzymuje w ich okropnej nędzy istnienia — wraca do nieba.

3243

Została po nim tylko jasność w chacie!…

3244

Takim niezwykłym stworem w chacie ubogiej — wprawdzie nie szyjącym butów, lecz wznoszącym świątyniowe budowle z myśli, głazów i z jodeł — był Mędrzec Zmierzchoświt, którego życia realnego dotknąć nie wolno kronikarzowi. Nie wybaczyłby tego osobliwie pan Melanchtonius, który jest Wielkim Instygatariuszem[528] Turowego Rogu — nie zniósłby, zapiorunowałby na zgon, żeby cośkolwiek, choćby przez pietyzm, Muza mitów i historii Herodotowej miała zwulgaryzować. — Prócz tych osób, które kronikarz al fresco maluje, ileż postaci z demo- i z arystokracji o najdziwniejszej historii rodów, z tyraństwem matek, co wspaniałe kwiaty swych cór wydawały za mąż przeżytym magnatom, złośliwym i tępym, a które potem same rodziły synów z jakimś postrzałem w głowie, choć uważały ich za ósmy cud!

3245

Matka barona Rabsztyńskiego była taką ofiarą tyranii swojej macierzy, takim udatnym okazem zaszczepionego daltonizmu magnackiego. Będąc najgorętszą patriotką, nie miała bynajmniej wrażenia, że syn tej Polsce służy źle. Wiemy, że Mangro wykazał się dokumentami za jej zaginionego syna; służyła mu ślepo, wierzyła w niego niezachwianie. Wykształcona aż po wielkie obszary Scjencji wraz z narzeczem chińsko-hebrajskim dla studiów nad szczepem żydowskim, zamieszkującym w Chinach, a mającym pono własne tradycje biblijne; z językiem arabskim dla przekonania mahometańskich nabich[529] o bóstwie Chrystusa — pani Marszałkowa nie rozumiała nic ze spraw Wielkiej Przyrody, z dziejów spokrewnionej z Aniołami i z małpami Ludzkości. Jej cudna, choć stara twarz mumii, jej wspaniała heraldyczna postać tkwiła wśród życia takich ludzi, którzy byli jeno monstrami, nieraz po pachy zanurzonymi w nikczemność.

3246

Dom jej z XVII wieku zachowany cały. W nim mieszkały tylko dwie staruszki — pani Rabsztyńska, chodząca w czarnym habicie, i siostra jej — w gorsecie długim, jak u hiszpańskich dueń Velazqueza, cała w stylu pradawnym.

3247

Pokoje były też szczególne: na suszę jest pokój o szarych zasłonach, smutnych i jakaś fontanna szemrze, łzawo nastraja. Na deszcz zaś jest pokój o tonach brzasku, zasłony i draperie rozweselające, obrazy miłe. Pokój morski z zielonymi i szafirowymi obiciami. Jadalnia z cedrowego drzewa, przywiezionego aż — z Libanu, z takimi loggiami, jak w Wieczerzach malarzy włoskich.

3248

Pani Rabsztyńska żyje Biblią i ta jej nadaje styl patriarchalny; siostra jej — przesycona epoką krynolin sprzed Lamartine'a — ma życie swe zanotowane w najdrobniejszym szczególe na albumach i w miniaturach. Miała czterech mężów, każdy z nich zapisał się najtkliwiej.

3249

I właśnie kiedy Zolima była raz z nią sama, siostra pani Rabsztyńskiej rzecze:

3250

— Widzisz, ja już bliska zgonu — pokażę ci wszystko!… — Rozmowa oczywiście po francusku, bo już jak poszło na czułość, nie można mówić inaczej! i wydobywa starowinka ze skrytki miniaturę pana, jeszcze innego niż czterej mężowie — i listy, przewiązane włosami.

3251

Cet homme que jamais j'aimais[530]

3252

Zolima aż się zarumieniła. I wierzyć teraz najtkliwszym uczuciom w albumie po czterech mężach…

3253

Ksiądz bazylianin dziwił się wielu rzeczom, ale nie mógł sobie wyrobić ani opinii, ani tym bardziej zająć miejsca czynnego wśród aktorów ludzkiej i nadludzkiej dramy Turowego Rogu.

3254

Tak więc, chodzi z Wieszczką Marą i Ks. Wisznu wśród przepysznych gąszczy tej puszczy z jodeł, świerków, cedrów i limbowych drzew; nad zagłębiami ucichających fiordów morza Pratatr; nad turmalinowymi głębinami, w których kołysały się dumne żaglowce, napełnione snami ich serc. Tymczasem w grocie nadmorskiej Zolima mrukliwie zgłębiała statystykę, a zamilknąwszy, komponowała referat, wysyłany co tydzień do powag uczonych Haward Unwersity w Ameryce. Zazdrościł sobie niegdyś tego wielkiego szczęścia, że Turów Róg istnieje, lecz teraz czuł zbyt straszny malsztremowy wir serca. Myślał o Ariamanie, który teren walki zwiedzał, należąc do walczących, choć nie wiadomo po czyjej stronie, a potem po strasznym przejściu — zniknął gdzieś w czeluściach Tatr; myślał o Magu Litworze, który już wrócił znad ujścia Leny do Lodowatego Morza, gdzie pono wznosi się założona przez wygnańców świątynia. Wtem ujrzał bazylianin w płaszczu wędrowniczym idącego człowieka, o twarzy żmujdzkiego boga, w którym poznał właśnie Zmierzchoświta, Mędrca z wyspy tatrzańskich jezior — tych, co graniczyły już ze Sybirem. Człowiek ten ciemniał w słońcu wielką, bujnie uwłosioną głową, z jasnymi, bławatkowymi, choć jak stal lodowatymi oczyma i witał towarzystwo. Ale najwyższy podziw, obawę i nawet krzyk przerażenia wzbudził wilk skrwawiony i ziejący, z ochłapem krwawej piany u pyska: Mędrzec niósł zwierza na ręku i pod płaszczem tulił. Sytuacja stała się niemożliwą, każda próba złożenia wilka na ziemię napotykała się z groźnym warczeniem.

3255

Myśl Zolimy, aby to zwierzę, tak przywiązane do Ariamana, które wściekło się z tęsknoty za nim nieobecnym, strącić znienacka w morze, była o tyle nieurzeczywistnialna, że wilk na widok wody jeżył się, drżał, piana mu ciekła jeszcze obfitsza, a zęby jeszcze bliżej dotykały twarzy Zmierzchoświta. Rozstrzygnęła ten rebus dopiero Księżniczka Wisznu, przypomniawszy o kuli magicznej z kryształu, którą nosił przy sobie niegdyś Ariaman, nim zniknął z Turowego Rogu — i podstawiła wilkowi przed oczy. Okropnym, nieruchomiejącym wzrokiem wilk ją się wpatrywać, wreszcie stężał.

3256

Zmierzchoświt złożył go wtedy w grocie Zolimy, która wilka koniecznie chciała mieć, mówiąc, że właśnie już zaczyna się nudzić, zaś ta nowa sytuacja utrzyma jej wolę w skupieniu.

3257

Ksiądz bazylianin założył łańcuch i uwiązał przy drzewie, wilk był w zupełnej katalepsji.

3258

Wyszli. Ksiądz bazylianin z niezwykłym zajęciem słuchał mocnych, jak ze spiżu wykutych, tajemnie religijnych, dowodzeń Zmierzchoświta, który miał umysł szeroki jak Tołstoj, lecz bez zajątrzeń doktryny innej niż Wszechmiłość.

3259

Polska, Upadek, PolitykaMówili o Polsce, której gazda przynosi do chlewa jadło konstytucji, nie dlatego, żeby ją kochał, ale że ją chce utuczyć na Wielkanoc. Partia polska, najgłówniejsza dziś, nie stawia żadnej polityki, tj. nie buduje ani jak Bismarck[531], ani jak Cavour[532]. Na to, aby rządzić, niszczy, tępi i prześladuje wszelkie wyżyny w narodzie. Paktuje z kłamstwem świadomym; i z ciemnotą nieświadomą. Teraz jest dopiero właściwy, bo od wnętrza rozbiór Polski.

3260

Odpada Litwa i Białoruś, my sami jesteśmy podzieleni na różne parcele i serwituty. Wprawdzie, pociesza się Zmierzchoświt, Litwa musi odpaść na to, aby zechciała pokochać na nowo przyszłą, właściwą Polskę.

3261

Wróg, WalkaJedyna drapieżna potęga w Europie — Prusy upadły ideowo z chwilą zupełnie nowego wojowania Japończyków, którzy umieją wroga miłować i umierają z satysfakcji, nie tylko z „obowiązku”.

3262

Ta rozmowa wśród gąszczu wielkich tulipanowych drzew i mangowców okrytych purpurą, gdzie kołysały się małpki — była dla bazylianina tak przejmująca, jak biesiada z Królewskim Duchem tej puszczy.

3263

W zachodzącego słońca promieniach ktoś niewiadomy myśli swe nakreślił na korze brzozy białej; drzewo to jakby fontanna wystrzeliło w mroku jodłowego lasu.

„Tak mi jest cudnie tu!
jak gdyby raj zeszedł na chwilę do ziemi!
Niebo turkusmi świeci bezbrzeżnemi…
Zachodzi za borem słońce, jak w Micie
indyjskim — ziemia i niebo mówią: już wiemy! już wiécie!
I tylko dusze nieukojone,
przybite do ziemi — wstają — i Mocom Groźnym wytaczają wojnę,
w której polegną!…
Tak mi jest cudnie tu!…”
3264

W rozpojeniu wszystkich władz szczęścia szli o zachodzie słońca, tak umiejącego chronić dęby, jodły i walisnerie Turowego Rogu, zarówno jak i zwierzęta przedpotopowe, spożywające niezmierną ilość traw, dobroczyństwem słońca znowu się odradzających.

3265

Zbierała Księżniczka Wisznu krokusy i fiołki, zbierał gasnący bóg ślady jej stóp drobnych, obutych w białe kierpcycki i całował.

3266

Była ona Savitri — promieniem tych miejsc.

3267

Kochały ją żarłoczne aligatory, Iguanodonty, olbrzymie jak gotyckie wieże — nade wszystko zaś krążące i przelatujące z drzewa na drzewo, migotliwe, tęczowe rajskie ptaki lub białe pawie ze złotymi zbrzeżami ogonów — nad głową Księżniczki Wisznu leciały, śpiewając, na ile ich stać było donośnie, choć nie pięknie.

3268

Lecz czemu, gdy nad morzem nachyliła się, zbierając wodę w swe cudne, artystyczne ręce o liniach wielu ukrytych nieszczęść, które zdążył wyczytać Mag — czemu Morze modrym mrokiem przepojone, nagle błyskało fosforycznym wirem, do szaleństwa upajającym? Nadbrzeżne brązowe wzgórza, okryte lasami sosen i złotawymi kwiatuszkami janowca, wznosiły się nad modroczarnym, groźnym, niezmierzonym żywiołem, ponurym jak duch Wallenroda.

3269

Najbliższym swym Zmierzchoświt jął opowiadać dzieje życia Maga Litwora. Mag, dotykając kwiatów wysmukłej dziewanny, niepodległy czasom, zbudowany jakby z adiamantu Platońskiego, z płomieniami wulkanizujących oczu, miał tak nieprzeparty czar, że wyszeptał, wpatrując się w niego, bazylianin: — Oto, któremu by los winien oddać wszystkie Ofiry[533] szczęścia! — Lecz obłok patriotycznego bólu zachmurzył dusze słuchaczów. Rozwarły się przed nimi dantejskie obrazy minionej Polski.

3270

Z głębokim smutkiem, występującym jak lawy z pęknięć wulkanu, opowiadał Mędrzec Zmierzchoświt.

3271

— W Mickiewicza trzeciej części Dziadów wywożą młodych uczniów kibitkami na Sybir. Jeden z chłopców, mających już kajdany na ręku, krzyknął: „Jeszcze Polska nie zginęła!” — Mickiewicz nazywa go Janczewskim, lecz właściwie był to młodzieńczy Jan Witołdowicz, założyciel stowarzyszenia w Krożach pod nazwą Czarnych Braci. Zapędzono ich na wieczne czasy do batalionu pod Uralem i ostrzyżono w sołdaty.

3272

Mijały dziesiątki lat, nikt z rodziny nie mógł i nie miał prawa dowiedzieć się o losach dziecka.

3273

Humboldt, kiedy zakończył podróż po Sybirze, wracając przez Petersburg, był przedstawiony na dworze. Zapytał go Car Mikołaj: — Cóż najciekawszego widziałeś pan w mojej monarchii? — Wielki uczony odrzekł: — Podziwiam naturalne bogactwa kraju, lecz mię najwięcej zdumiewa wykształcenie rosyjskich żołnierzy. — Zdumiał się Car Mikołaj, który nie oczekiwał zgoła takiej odpowiedzi. Zapytał więc niedowierzająco: — Cóż to znaczy? —

3274

— Wiedziałem, że jest wojsko dzielne, ale wyobraź, Najjaśniejszy Monarcho, moje zdziwienie, gdy zastałem raz deńszczyka szorującego rondle — a przed nim rozłożone dzieła naukowe. Z rozmowy przekonałem się, że wiadome są mu i jego towarzyszom nie tylko wielkie odkrycia przyrodnicze, lecz że posiadają gruntowną wiedzę, jakiej by mógł pozazdrościć niejeden rozgłośny uczony. Nadto mają własne zbiory geologiczne oraz tworzą nowe poglądy na formację tamtejszych skał. Osobiście byłem pochlebiony: entuzjazmowali się moim Kosmosem.

3275

— Nazwiska ich? — spytał Car Mikołaj.

3276

— Nie znam ich nazwisk — rzekł Humboldt — tam noszą żołnierze tylko numery.

3277

Wielki i zacny człowiek, chcąc ratować skazańców, odgadł trafnie, że wymienić polskie pochodzenie byłoby dla nich wyrokiem na bramie Piekła: „Tu nie ma nadziei”!

3278

Car Mikołaj kazał natychmiast podane numery uczynić oficerami z prawem awansów.

3279

Tak, dzięki Humboldtowi, Jan i towarzysze jego stali się wolnymi ludźmi.

3280

Witołdowicz nadzwyczaj prędko został pułkownikiem, choć świeżą była tradycja powstania roku '31. Na stepach bezbrzeżnych Chiwy i Buchary, wiodąc oddziały zdobywcze, chciał zaciągnąć Rosję najdalej na Wschód, aby nastąpiło zderzenie Rosji z Anglią, jedyną wówczas potęgą, zdolną przeciwstawić się rosyjskiej. — Rozjeżdżając po dawnym władztwie Dżyngishana, z oddziałem kawalerii, poznał dokładnie Wschód — z emirami złączyły go tajemne, głęboko przyjazne stosunki. Skarby, które od nich i od Hanów otrzymywał, rozdał tamtejszym mieszkańcom, aby zdobyć ich zaufanie i nie wzbudzać niechęci wśród ludu, że cudzoziemcy wywożą bogactwa z ich kraju.

3281

Ludy wschodnie uznały go za proroka, który ma wybawić Wschód. Przebrany za kupca wschodniego, musiał raz pojechać z Kaukazu do Petersburga.

3282

Mędrzec Zmierzchoświt zamilkł.

3283

Wieszczka Mara wydobyła listy Tomasza Zana i jęła odczytywać tę straszną opowieść.

3284

Jan spędził na rozmowie noc z dwoma czarno ubranymi panami w hotelu; szpieg służący nie dopuszczał nikogo na korytarz, słyszano głośną, do krzyku dochodzącą rozmowę, potem wyjechali w nocy karetą do ministerstwa wojny, nad ranem wrócili wszyscy trzej; na koniec zaś wyszli tylko dwaj tajemniczy nieznajomi. W południe służący zrobił alarm; Zan i towarzysze chcieli ujrzeć nieboszczyka: zastali drzwi opieczętowane, zamknięte na kłódki, przy nich zaś straż.

3285

Pogrzeb odbył się bez zawiadomienia; uczestniczyć w nim nie mógł nikt z przyjaciół Jana. Historia tego nieznanego ogółowi, istotnego i zapewne jedynego Wallenroda stała się przedmiotem badań dla stosunków angielsko-rosyjskich w Afganistanie[534].

3286

Nieocenione zbiory i rękopisy, które wiózł ze sobą, posiadł towarzysz dawny z wygnania, druh jego bliski i dotąd ma je zagrabione, i mieszka spokojnie na jednej z wytworniejszych ulic Warszawy.

3287

Tu znowu zabrał głos Mag Litwor i prosił, aby nie wspominano już tych spraw małoznacznych zbyt, wobec istotnej grozy zmartwychpowstania, jakiego doznał w Petersburgu, i potem, gdy poznał Jogę, zamieszkawszy w Indiach.

3288

Płomienie mają ogarnąć świat słowiański. Mag, zginający się pod tragicznym przeznaczeniem Wallenroda, zapalił na Wschodzie ludy — już goreją.

3289

Wśród ciemnych drzew lasu mignęła postać czarna z fosforyzującymi oczyma. Mag Litwor drgnął, usłyszawszy cichy, złowieszczy śmiech.