TPWL

Wolne Lektury potrzebują pomocy! Wesprzyj bezpłatną bibliotekę internetową i przeczytaj utwory napisane specjalnie dla Ciebie.

x

    Poprawione błędy źródła: czmu -> czemu; jąk -> jak; zaharatowało -> zahartowało; bezroskich -> beztroskich; sią -> się; chwli -> chwili; Wpuścież -> Wpuśćcież; ciężkie pracy -> ciężkiej pracy; włościańskch -> włościańskich; zmarszki -> zmarszczki; nygärdzcy -> nygardzcy (ujednolicenie pisowni); puście -> puśćcie; zamianuje cię -> zamianuję cię; hiostoryjkę -> historyjkę;

    Interpunkcja: poprawiono zbiegi cudzysłowu zamykającego i kropki oraz nawiasu zamykającego i kropki.

    Selma LagerlöfGösta Berlingtłum. Franciszek Mirandola

    Wstęp

    1. Proboszcz

    1

    W końcu proboszcz stanął na kazalnicy, a parafianie podnieśli głowy. Był tu nareszcie, więc nie zbraknie kazania tej niedzieli jak zeszłej i wielu, wielu poprzednich.

    2

    Proboszcz był młodzieńcem rosłym, smukłym i olśniewająco pięknym. Gdyby mu włożyć hełm na głowę, dać miecz i zbroję, mógłby śmiało stanowić model posągu marmurowego, nazwanego imieniem najpiękniejszego z Ateńczyków.

    3

    Miał głębokie oczy poety, silnie zarysowany a krągły podbródek wodza. Wszystko w nim było piękne, wytworne, wyraziste, przesycone żarem genialności i życia duszy.

    4

    Parafianie doznali na jego widok dziwnego wzruszenia. Nawykli patrzyć, jak chwiejnie wychodzi z szynkowni wraz z towarzyszami zabaw, pułkownikiem Beerencreutzem o siwych sumiastych wąsach i mocarnym kapitanem Chrystianem Berghem.

    5

    Rozpił się tak bardzo, że przez całe tygodnie nie mógł pełnić swego urzędu, toteż gmina wniosła skargę, zrazu do dziekana, potem zaś do biskupa i kapituły. Biskup ze złotym krzyżem na piersi przybył właśnie na wizytację i rozprawę; zasiadł w prezbiterium otoczony prefektami, prałatami z Karlstadu i proboszczami z okolicznych wsi.

    6

    Zachowanie proboszcza przekroczyło wszelkie dozwolone granice. To pewna. W czasie onym, to znaczy w latach dwudziestych zeszłego wieku, nie sądzono zbyt surowo pijaństwa, atoli proboszcz zaniedbał skutkiem nałogu swój urząd i zapewne go teraz utraci.

    7

    Stał na kazalnicy czekając, aż przebrzmi ostatni wiersz psalmu.

    8

    Stojąc tak uświadomił sobie, że w całym kościele na wszystkich ławach ma samych jeno wrogów. Właściciele ziemscy na galerii, chłopi na dole, konfirmanci na chórze, wszystko to byli nieprzyjaciele. Wróg grał na organach, wróg kalikował[1], nienawidzili go wszyscy, począwszy od dzieci, przynoszonych na rękach do kościoła, aż do kościelnego, starego, sztywnego żołnierza, który brał udział w bitwie pod Lipskiem.

    9

    Proboszcz rad by rzucić się na kolana i błagać ludzi o zmiłowanie.

    10

    Nagle jednak zawrzał głuchym gniewem. Pamiętał dobrze, jakim był rok temu, gdy wstępował po raz pierwszy na kazalnicę. Wtedy był bez skazy, teraz zaś stoi tu w obliczu człowieka ze złotym krzyżem, który ma nań wydać wyrok.

    11

    Podczas odmawiania modlitwy fala krwi raz po raz barwiła mu policzki gniewnym rumieńcem.

    12

    Pił w istocie, któż miał atoli prawo go potępiać? Kto znał plebanię, gdzie mu żyć wypadło? Ciemny bór sosnowy otaczał ją z wszystkich stron, zaglądając w okna, wilgoć sączyła się ze sczerniałego dachu i ciekła po zapleśniałych ścianach. Wódka podtrzymywała go na duchu w czasie ulewy czy zadymki śnieżnej, kiedy wichura wdzierała się przez rozbite szyby, a licho uprawne, jałowe pole nie dawało dość chleba dla zaspokojenia głodu.

    13

    Jego zdaniem, był w sam raz takim proboszczem, na jakiego zasługiwali parafianie. Pili zresztą wszyscy. Czemuż by on jeden tylko miał sobie gwałt zadawać? Wdowiec upijał się na stypie żony, ojciec po chrzcie dziecka. Parafianie pili wracając z kościoła, tak że często przybywali do domu nieprzytomni. Dla nich więc w sam raz nadawał się proboszcz pijaczyna.

    14

    Polubił wódkę podczas swych podróży urzędowych, gdy w cienki płaszcz odziany pędził milami po zamarzłych jeziorach, a wichry dęły z wszystkich stron; podczas żeglugi po tych jeziorach w otwartej, chybotliwej łodzi wśród burzy czy ulewy; w czasie jazdy saniami przez wysokie zaspy śnieżne, gdy musiał schodzić i kopać koniowi drogę, przez zaspy wysokie jak domy, a w końcu podczas długiego brodzenia po leśnych moczarach.

    15

    Dzień za dniem wlókł się leniwie i ponuro. Chłop czy szlachcic, wszyscy przykuci myślami do ziemi, dopiero wieczorem wyzwolone przez wódkę dusze zrzucały kajdany. Budziła się wyobraźnia, serce przepajał żar, życie promieniało, rozbrzmiewał śpiew i pachniały róże. Wówczas szynk przemieniał mu się w czarowny ogród pod niebem południa, nad głową zwisały winogrona i oliwki, posągi marmurowe błyskały pośród ciemnej zieleni, a filozofowie i poeci spacerowali pod palmami i platanami.

    16

    Widział, zaiste, stojąc tu na kazalnicy, że w tych stronach żyć bez wódki nie sposób. Wiedzieli też o tym słuchacze, a mimo to chcieli go potępić.

    17

    Umyślili zedrzeć zeń szatę duchowną dlatego, że pijany wszedł do domu bożego? Ha! Czyż wszyscy ci ludzie mieli… czy wyobrażali sobie, że mają innego Boga poza wódką?

    18

    Skończywszy modlitwę wstępną odmówił, pochylony, ojczenasz.

    19

    W kościele panowała głęboka cisza. Nagle proboszcz chwycił silną dłonią wstęgi przytrzymujące szatę. Wydało mu się, że cała gmina z biskupem na czele skrada się na kazalnicę, by zedrzeć z niego szatę duchowną. Klęczał nie odwracając głowy, ale czuł, jak szarpią za wstążki, i widział dokładnie dziekanów, proboszczów, członków rady kościelnej, kościelnego i całą gminę. Dużo, dużo ludzi szarpało, chcąc zedrzeć zeń szatę. Wyobraził sobie, jak wszyscy zlecą na dół po schodach, gdy wstążki się zerwą, jak pospadają na wznak także i ci, którzy nie mogą szarpać sami, ciągną pierwszych za poły… tak się stanie niezawodnie.

    20

    Widział tę scenę tak dokładnie, że omal nie roześmiał się klęcząc, jednocześnie zaś zimny pot oblał mu skronie. Było to wprost straszne.

    21

    Miał zostać wyrzutkiem z powodu wódki! Czyż istnieje na świecie stworzenie żałośniejsze od wypędzonego księdza?

    22

    Będzie żebrakiem, legnie pijany nad rowem, cały w łachmanach przystanie do włóczęgów…

    23

    Skończył modlitwę i miał rozpocząć kazanie. Nagła myśl zatrzymała mu słowa na ustach. Oto po raz ostatni stał na ambonie, po raz ostatni wolno mu było głosić słowo boże i wieścić boską chwałę.

    24

    Po raz ostatni. Wstrząsnęła nim ta świadomość. Zapomniał o wódce i o biskupie. Czuł jeno, że musi skorzystać z tej sposobności i dać świadectwo chwale bożej. Posadzka kościoła zapadła się gdzieś głęboko, dach znikł, proboszcz patrzył prosto w niebo. Stał na kazalnicy sam jeden, duch jego uleciał na skrzydłach do tronu Boga, a głos, spotężniały, jął głosić chwałę pańską.

    25

    Poniosła go wyobraźnia. Zapomniał słów przysposobionego kazania, myśli zlatywały mu z góry niby oswojone gołębie. Wydawało mu się, że ktoś zań mówi, a jednocześnie czuł, że jest to rzecz najwyższa na ziemi i że nikt nie może sięgnąć dalej niż on, kiedy tak stojąc głosi sławę bożą.

    26

    Mówił jak człowiek natchniony. Poniechał tego, co miał napisane, myśli opadły go jak stado oswojonych gołębi; czuł, że to wcale nie on sam przemawia, a jednocześnie pojmował, że wyżej na tej ziemi sięgnąć nie można, że nikt w świetności i wspaniałości prześcignąć go nie zdoła — tak oto głoszącego chwałę Bożą.

    27

    Póki gorzał w nim płomień natchnienia, mówił bez przestanku, gdy zaś zagasł, gdy dach zapadł na nowo nad kościołem, a podłoga wynurzyła się z przepaści, jął płakać klęcząc, wiedział już bowiem, że przeżył najpiękniejszą chwilę życia i że chwila ta nie wróci.

    28

    Po nabożeństwie odbyło się zebranie rady kościelnej. Biskup spytał, czy gmina zanosi skargę na proboszcza.

    29

    Proboszcz nie był już zły i zuchwały jak przed kazaniem. Wstydził się i chylił czoło. „Ach — myślał — teraz wyjdą na jaw wszystkie szkaradne awantury pijackie!”

    30

    Ale żadna nie wyszła na jaw. U wielkiego stołu w izbie gminnej panowała cisza.

    31

    Proboszcz spojrzał dokoła — naprzód na kościelnego… Nic, ten milczał, potem na członków rady kościelnej, potem na chłopów, na właścicieli hut żelaza… milczeli wszyscy. Pozaciskali usta i patrzyli z zakłopotaniem na stół.

    32

    „Czekają, by ktoś zaczął!” — pomyślał proboszcz.

    33

    Nagle jeden z członków rady odchrząknął i rzekł:

    34

    — Ja uważam, że nasz proboszcz jest dobry.

    35

    — Ksiądz biskup słyszał sam, jak umie mówić — dorzucił kościelny.

    36

    Biskup wspomniał coś o częstym zaniedbywaniu kazań.

    37

    — I proboszczowi zdarza się czasem chorować, jak każdemu innemu człowiekowi — zauważył jeden z chłopów.

    38

    Biskup napomknął, że gmina gorszy się zachowaniem proboszcza.

    39

    Jęli go wszyscy bronić jednogłośnie. Proboszcz, mówili, jest jeszcze bardzo młody, tedy nic dziwnego. Gdyby tylko co niedziela mówił jak dziś, nie zamieniliby go nawet na samego biskupa.

    40

    Skoro nie było oskarżyciela, nie było i sędziego.

    41

    Proboszcz czuł, jak mu serce rośnie, a krew szybko krąży w żyłach. Nie znajdował się tedy pośród wrogów, pozyskał ich sobie, i to w chwili, kiedy się tego najmniej spodziewał. Miał nadal pozostać na urzędzie!

    42

    Po wizytacji zasiedli do posiłku na plebanii: biskup, dziekani, proboszczowie i najszanowniejsi gospodarze. Jedna z sąsiadek objęła funkcje gospodyni, gdyż proboszcz nie miał żony. Zarządziła wszystko doskonale, toteż po raz pierwszy spostrzegł, że plebania nie była wcale tak niemiła. Długi stół biesiadny, ustawiony pod sosnami, nakryty śnieżnym obrusem, na nim lśniąca biała i niebieska porcelana, szklanki i kunsztownie złożone serwety. U wejścia zatknięto w ziemię dwie brzózki, podłogę zasłano gałązkami jałowca, z belki sufitu zwisał wieniec, we wszystkich izbach ustawiono kwiaty, wypędzono zapach zgnilizny, a zielonawe szyby błyszczały wesoło w promieniach słońca.

    43

    Proboszczowi serce wezbrało radością i poprzysiągł sobie nie pić już nigdy.

    44

    Przy stole biesiadnym wszyscy byli pogodni i weseli. Ludzie cieszyli się, że okazali wspaniałomyślność i wyrozumiałość, proboszczowie zaś i dziekani czuli zadowolenie, że uniknięto skandalu.

    45

    Zacny biskup wzniósł kielich i oświadczył, że wyruszył w drogę wielce zmartwiony niekorzystnymi wieściami, jakie doń doszły. Jadąc, sądził, że zastanie Szawła, ale oto tenże przemienił się już w Pawła, który większych niż inni dokona rzeczy. Dostojny gość wspomniał potem o mnogich darach, jakie otrzymał młodszy brat jego, i sławił je, dodając, by nie dał się unieść dumie, ale wytężył wszystkie siły i czuwał nad sobą, jak przystoi temu, kto dźwiga na barkach brzemię ciężkie bardzo, a cenne.

    46

    Tego dnia proboszcz nie pił wiele, a mimo to był pijany, gdyż uderzyło mu do głowy wielkie, nieoczekiwane szczęście. Niebo zapaliło nad nim płomień natchnienia, a ludzie obdarowali go miłością swoją. Krew wrzała w nim jeszcze i tętniła mocno w żyłach, gdy wieczór nadszedł i goście odjechali. Do późnej nocy siedział w swym pokoju, a przez otwarte okno płynęło rzeźwe powietrze nocne chłodząc gorączkę szczęśliwości i kojąc radosny niepokój, który mu spać nie dawał.

    47

    Nagle posłyszał głos:

    48

    — Czuwasz jeszcze, proboszczu?

    49

    Mężczyzna jakiś szedł ku plebanii przez trawnik. Proboszcz wyjrzał i poznał kapitana Chrystiana Bergha, wiernego towarzysza pohulanek. Kapitan Chrystian Bergh był to bezdomny włóczęga, olbrzymiego wzrostu i siły, wielki jak turnia strzelista, a głupi jak duch gór.

    50

    — Czuwam, oczywiście, kapitanie! — odparł proboszcz. — Czyż można spać w taką noc?

    51

    Posłuchajmyż, co mu opowiedział kapitan. Olbrzyma strach ogarnął na myśl, że proboszcz zacznie teraz stronić od wódki. „Nie zazna on już nigdy spokoju — myślał kapitan. — Panowie z Karlstadu, skoro raz przyjechali, mogą zjawić się w każdej chwili i pozbawić go urzędu, gdyby popadł w dawny nałóg”.

    52

    Ale kapitan ujął rzecz silną dłonią i sprawdził, że nie wróci tu już żaden proboszcz, dziekan czy biskup. W przyszłości proboszcz i jego przyjaciele będą mogli popijać do woli na plebanii. Posłuchajcie, jakiego to czynu bohaterskiego dokonał mocny kapitan Chrystian Bergh!

    53

    Gdy biskup i obaj prałaci wsiedli do karety i drzwiczki zamknięto za nimi, kapitan siadł na koźle i wiózł ich milę czy dwie jasną letnią nocą. Dał tym czcigodnym do zrozumienia, jak łatwo wytrząść życie z człowieczego ciała. Pędził szaleńczym galopem za karę, że wzbraniali porządnemu człowiekowi popić sobie czasem do woli.

    54

    Nie sądźmyż, że się trzymał gościńca! Przetrząsł ich porządnie! Pędził przez rowy, ścierniska, sunął galopem z pagórków, zajechał w jezioro, aż woda pryskała wysoko, i toczyła kolasę tuż nad przepaściami, tak że konie ślizgały się na przednich, sztywno rozstawionych nogach. Przez cały czas biskup i prałaci siedzieli za skórzanymi firankami bladzi, mrucząc pacierze. Gorszej jazdy nie zaznali w życiu.

    55

    Można sobie wyobrazić, jak wyglądali dotarłszy do gospody w Rissäter. Żywi byli, ale wytrzęsieni niby ziarna śrutu w worku skórzanym.

    56

    — Cóż to ma znaczyć, kapitanie Chrystianie? — spytał biskup, gdy Bergh otwarł drzwiczki kolasy.

    57

    — To znaczy, że ksiądz biskup namyśli się dobrze, zanim po raz drugi złoży wizytę Göście Berlingowi! — odparł kapitan, który z góry sobie to zdanie ułożył, żeby się nie zająknąć.

    58

    — Proszę tedy pozdrowić Göstę Berlinga — rzekł biskup — i zapewnić go, że ani mnie, ani innego biskupa już u siebie nie zobaczy.

    59

    O tym bohaterskim czynie swoim opowiedział proboszczowi potężny kapitan stojąc w jasną, letnią noc u jego okna. Przed chwilą właśnie oddał konie w gospodzie i ruszył z nowiną na plebanię.

    60

    — Teraz możesz być spokojny, bratku! — zakończył olbrzym.

    61

    Ach kapitanie Chrystianie! Księża byli co prawda bladzi, siedząc w powozie, ale siedzący tu u okna proboszcz, zapatrzony w jasną noc letnią, miał, zaiste, dużo bledszą twarz! Ach, kapitanie Chrystianie!

    62

    Proboszcz podniósł pięść chcąc palnąć olbrzyma w głupią, prostacką gębę, ale rozmyślił się. Zatrzasnął z hukiem okno, stanął pośrodku pokoju i podniósł pięść ku niebu.

    63

    O, czymże był ów płomyk natchnienia błyszczący nad głosicielem chwały bożej! Wszakże Bóg zadrwił sobie zeń!

    64

    Biskup pewny był oczywiście, że to on sam wysłał kapitana Bergha. Pewny był też, że przez cały dzień kłamał obłudnie. Teraz weźmie się doń ostro, zawiesi go w urzędowaniu, a potem wypędzi.

    65

    Gdy nastał ranek, nie było już proboszcza na plebanii. Nie chciał czekać i bronić się. Bóg zeń zadrwił, nie użyczył mu swej pomocy. Wiedział dobrze, że go wypędzą. Bóg sam chciał tego właśnie. Mógł tedy od razu iść precz.

    66

    Zdarzyło się to w Szwecji, w latach dwudziestych dziewiętnastego wieku, w zapadłej gminie zachodniej Värmlandii.

    67

    Pierwsze to nieszczęście Gösty Berlinga nie pozostało ostatnim.

    68

    Trudne jest życie koni nie znoszących ostróg ni bicza. Po każdym uderzeniu batem rzucają się wertepami ku przepaściom. Natrafiwszy na skalisty grunt obalają po prostu wóz i zerwawszy uprząż pędzą na złamanie karku w szalonym galopie.

    2. Żebrak

    69

    Pewnego zimowego dnia, w grudniu, na wzgórza brobijskie z mozołem wspinał się żebrak. Odziany był w nędzne łachmany, a przez dziurawe trzewiki wciskał się śnieg.

    70

    Jezioro Löven w Värmlandii jest to wąski pas wody, w kilku miejscach zacieśniony w sund[2]. Sięga od strony północnej aż do lasów fińskich, zaś od południa do jeziora Wener. Na brzegach leży kilka gmin, przede wszystkim zaś gmina broeńska, największa i najbogatsza z wszystkich. Zajmuje ona znaczną część wschodniego i zachodniego wybrzeża. Tu właśnie, po stronie zachodniej, rozciągają się największe posiadłości, jak dobra rycerskie Ekeby i Björne, słynne z bogactw i piękności, oraz duża wieś Broby z gospodą, ratuszem, siedzibą naczelnika okręgu, plebanią i placem targowym.

    71

    Broby leży na stromym stoku wzgórza.

    72

    Żebrak minął gospodę znajdującą się w dole i maszerował z trudem w górę, ku plebanii na samym szczycie.

    73

    Przed nim szła mała dziewczynka, ciągnąc na sznurze sanki obładowane workiem mąki.

    74

    Żebrak doścignął dziewczynkę i wszczął rozmowę.

    75

    — Za mały to konik na taki ciężar! — powiedział.

    76

    Dziewczynka obróciła się i spojrzała nań. Była małego wzrostu, miała około dwunastu lat, badawcze, bystre oczy i zaciśnięte usta.

    77

    — Dałby Bóg, by konik był jeszcze mniejszy, a ciężar jeszcze większy, bo starczyłoby na dłużej! — odparła.

    78

    — Czy wieziesz może własne pożywienie?

    79

    — Tak, niestety. Chociaż mała, sama muszę się starać o chleb dla siebie.

    80

    Żebrak jął popychać sanki z tyłu, a dziewczynka obróciła się i rzekła:

    81

    — Nie myśl, że coś za to dostaniesz.

    82

    Żebrak roześmiał się w głos.

    83

    — Jesteś pewnie córką proboszcza z Broby! Zaraz to widać…

    84

    — Tak, jestem jego córką. Niejedno dziecko ma ojca biedniejszego, ale żadne chyba gorszego. To szczera prawda, choć wstyd dziecku tak mówić.

    85

    — Zapewne skąpy i zły?

    86

    — Tak, skąpy, a ponadto zły! Ale córka jego, jeśli pożyje, będzie, jak powiadają, jeszcze gorsza.

    87

    — Może to i prawda. Rad bym wiedzieć, skąd wzięłaś ten worek mąki?

    88

    — Mogę ci powiedzieć, gdyż wcale mi na tajemnicy nie zależy. Zabrałam zboże ojcu ze spichrza dziś rano i zawiozłam do młyna.

    89

    — Zobaczy niezawodnie, gdy się z tym zjawisz w domu.

    90

    — O, jakiś ty mądry! Ojciec pojechał w sprawach urzędowych. Powinieneś się był domyślić.

    91

    — Ktoś jedzie za nami pod górę. Słychać skrzyp śniegu pod płozami sań. A jeśli to on?

    92

    Dziewczynka jęła nasłuchiwać i patrzeć bacznie, potem wybuchnęła płaczem:

    93

    — To ojciec, tak, ojciec! — wołała. — Zabijcie mnie!

    94

    — Dobra rada i szybka pomoc więcej warte w tej chwili niż złoto i srebro! — zauważył żebrak.

    95

    — Wiesz co — rzekła dziewczynka — możesz mi dopomóc. Przepasz się sznurem przez plecy i ciągnij sanki, a ojciec pomyśli, że mąka jest twoja.

    96

    — Cóż z tym pocznę? — spytał zarzucając sznur na ramię.

    97

    — Idź, gdzie chcesz, ale o zmroku wróć na plebanię. Będę cię wyglądała. Masz wrócić z sankami i workiem, słyszysz?

    98

    — Ano, spróbuję.

    99

    — Bóg cię skarze, jeśli nie wrócisz! — zawołała i pobiegła co sił, by znaleźć się w domu przed przybyciem ojca.

    100

    Z ciężkim sercem żebrak zawrócił sanki i zawlókł je na dół, do gospody. Biedak snuł marzenia brodząc na wpół boso po śniegu. Marzył o wielkich lasach na północ od Löveńskiego Jeziora, o nieprzejrzanych borach fińskich.

    101

    Tu, na nizinach gminy broeńskiej, kędy wędrował właśnie wzdłuż wąskiego sundu, łączącego górną i dolną część jeziora, w okolicy wesołej i bogatej, gdzie stał pałac przy pałacu i jedna huta żelaza przy drugiej, każda droga zdawała mu się zbyt uciążliwa, każda izba za ciasna, każde łóżko za twarde. Tęsknił boleśnie do spokoju wielkich, niezgłębionych borów.

    102

    Tutaj tętniły cepy po klepiskach, jakby młocka nie miała się nigdy skończyć, a ładunki drzewa i węgla wciąż płynęły z niewyczerpanych lasów. Długie szeregi napełnionych rudą wozów drążyły głębokie ślady po drogach wyżłobionych już przez setki poprzednich. Od osiedla do osiedla pędziły sanki, zdawało się, że powozi radość, zaś piękno i miłość stoją z tyłu na płozach. Ach, jakże tęsknił biedny, samotny wędrowiec do ciszy przepastnych ostępów.

    103

    Tam, gdzie wysokie pnie strzelają z ziemi niby smukłe kolumny, gdzie śnieg leży grubą warstwą na nieruchomych gałęziach, gdzie wiatr straciwszy siłę szepce jeno z cicha, igrając w szpilkach koron, tam chciał się zanurzyć w puszczę i iść aż do upadku sił, lec jednego dnia pod wysokimi drzewami i umrzeć z zimna i głodu.

    104

    Tęsknił za tą wielką, szumiącą mogiłą nad Löveńskim Jeziorem, gdzie go zaskoczą niweczące potęgi i gdzie nareszcie głód, zimno, znużenie i wódka zmogą nędzne ciało, dotąd odporne na wszystko.

    105

    Dotarł do gospody i postanowił tu czekać do wieczora. Wszedł do izby i usiadłszy przy drzwiach zapadł w tępe marzenia o wielkich lasach.

    106

    Szynkarka ulitowała się nad nim i dała mu kieliszek mocnej wódki, potem zaś drugi, gdyż bardzo usilnie prosił.

    107

    Więcej dać nie chciała, a żebrak popadł w straszną rozpacz. Musiał koniecznie dostać więcej tej doskonałej, słodkiej, mocnej wódki, musiał raz jeszcze uczuć, jak serce skacze w piersiach, a myśli błyskają w upojeniu. W wódce paliło się wszak letnie słońce, przepoił ją śpiew ptaków, woń i piękno lata. Raz jeszcze bodaj, zanim zapadnie noc i ciemność, chce napić się słońca i szczęścia.

    108

    Powoli zamienił mąkę, potem worek, a w końcu sanki na wódkę, upił się tęgo i przespał część popołudnia na ławie w szynkowni.

    109

    Zbudziwszy się uświadomił sobie, że mu jedno jeszcze tylko pozostało na świecie. Nędzne ciało wzięło znowu górę nad duszą, ośmielił się przepić to, co mu powierzyło biedne dziecko, był zakałą świata, postanowił zrzucić brzemię tej ohydy. Chciał uwolnić duszę i pozwolić jej odejść do Boga.

    110

    Leżąc na ławie w szynkowni sądził się sam: „Gösta Berling, wygnany pastor, obwiniony o to, że skradł własność głodnego dziecka, zostaje niniejszym skazany na śmierć. Na jaką śmierć? Śmierć w śniegu!”

    111

    Sięgnął po czapkę i wyszedł chwiejnie. Niezupełnie jeszcze przytomny i trzeźwy, zapłakał ze współczucia nad sobą i nad swą biedną, upodloną duszą, której musi dać wolność. Nie oddalał się zbytnio i nie schodził z drogi. Nad rowem była wielka zaspa śnieżna, legł w niej, by umrzeć. Zamknął oczy usiłując zasnąć.

    112

    Nie wiadomo, jak długo leżał, ale tliło w nim jeszcze życie, gdy córka brobijskiego pastora podbiegła z latarnią w ręku i znalazła go w głębokim śniegu. Czekała długie godziny, teraz atoli pośpieszyła gościńcem na zwiady, co się z nim stać mogło.

    113

    Poznała go zaraz i jęła nim z całej siły trząść i krzyczeć, by zbudzić śpiącego. Musiała go przywrócić do życia na tak długo przynajmniej, by jej powiedział, gdzie podział worek i sanki. Ojciec zatłukłby ją na śmierć, gdyby sanki zaginęły. Ugryzła żebraka w palec, podrapała mu twarz i wrzeszczała jak opętana.

    114

    Nagle zjawiły się na gościńcu jakieś sanie.

    115

    — Któż się tam tak drze, do diabła? — spytał szorstki głos.

    116

    — Chcę się dowiedzieć, co zrobił z moim workiem i sankami! — załkała dziewczynka i uderzyła żebraka pięścią w pierś.

    117

    — Czyż nie wstyd ci drapać zamarzłego człowieka? Idź precz, dzika kocico!

    118

    Barczysta, rosła kobieta wysiadła z sań i podeszła do zaspy. Chwyciwszy dziewczynkę za kark, cisnęła ją na środek gościńca. Potem schyliła się, podsunęła ramię pod plecy żebraka i dźwignęła go. Zaniosła do sań i złożyła w nich.

    119

    — Chodź ze mną do szynku, dziki kocie! — powiedziała proboszczównie. — Zobaczymy, co wiesz o tym wszystkim!

    120

    W godzinę potem żebrak siedział w paradnej izbie gospody na krześle koło drzwi, przed nim zaś stała władcza pani, która go uratowała od śmierci w śniegu.

    121

    Gösta Berling patrzył na nią. Wracała z objazdu węglarni leśnych, miała usmolone ręce, glinianą fajkę w ustach, krótkie, nie pokryte futro z owczych skórek, spódnicę z pasiastego samodziału, podkute trzewiki, a za paskiem nóż w pochwie. Piękną jej, starą twarz okalały szpakowate, gładko w górę zaczesane włosy. Gösta słyszał tysiące razy opis tej postaci i zrozumiał, że ma przed sobą słynną w całej okolicy majorową z Ekeby.

    122

    Była to najpotężniejsza kobieta Värmlandii, właścicielka siedmiu hut żelaza, nawykła rozkazywać i władać. On zaś był nędznym, na śmierć skazanym żebrakiem, nie posiadającym nic, każda droga była mu zbyt uciążliwa, każda izba za ciasna. Drżał na całym ciele pod siłą jej spojrzenia. Stała patrząc na tę kupkę ludzkiej niedoli, na czerwone, napuchłe ręce, zniszczone ciało i wspaniałą głowę, która mimo zaniedbania i upadku jaśniała dziką pięknością.

    123

    — Czy acan jesteś Gösta Berling, szalony proboszcz? — spytała.

    124

    Żebrak milczał.

    125

    — Ja jestem majorowa z Ekeby.

    126

    Żebrak drgnął. Złożył ręce i spojrzał na nią błagalnie. Czegóż chciała? Czy zmusić go, by żył? Bał się jej mocy. Już tak bliski był spokoju wieczystych lasów!

    127

    Zaczęła walkę oświadczając, że córka proboszcza brobijskiego dostała z powrotem swe sanki i worek z mąką i że ona, majorowa, ma dlań, jak dla wielu innych biednych i bezdomnych, pomieszczenie w skrzydle pałacu ekebijskiego, gdzie mieszkają rezydenci. Zaofiarowała mu życie wygodne i wesołe.

    128

    On zaś odparł, że musi umrzeć.

    129

    Palnęła pięścią w stół i otwarcie wyraziła swój pogląd na sprawę.

    130

    — Więc acan chcesz umrzeć? Ha… nie dziwiłoby mnie to, gdybyś acan w ogóle jeszcze żył! Spójrz jednak, proszę, na swe wynędzniałe ciało, martwe członki, mętne oczy… czy sądzisz, że dużo tu jeszcze zostało do umierania? Czy sądzisz, że umarły musi koniecznie leżeć w zabitej gwoździami trumnie? Sądzisz pan, Gösto Berlingu, że nie widzę, iż już umarłeś? Na karku twym tkwi szczerząca zęby trupia czaszka, robaki wchodzą i wychodzą oczodołami. Wszakże czujesz acan w ustach smak ziemi? Kości twe chrzęszczą za każdym ruchem. Utonął w wódce i umarł Gösta Berling. To, co się w nim jeszcze porusza, to szkielet sam i temu nie chcesz acan pozwolić żyć, jeśli to w ogóle zwać można życiem? Tak jak gdybyś chciał zabronić nieboszczykowi potańcować na grobach w noc księżycową. Czy acanu wstyd, że go złożyli z probostwa, i dlatego chcesz koniecznie umierać? Zaprawdę, lepiej by było zużytkować zdolności swe do czynów dobrych na tej ziemi bożej! Czemużeś acan zaraz nie zwrócił się do mnie? Wszystko bym załatwiła za acana! Pewnie się acanu zachciewa tego zaszczytu, by w całun zawinięty i wystrojony leżeć na wiórach i uchodzić za pięknego nieboszczyka… co?

    131

    Żebrak siedział cichy, uśmiechał się nawet z lekka i słuchał tętniących gromko słów. „Nie trzeba — myślał — nie trzeba, wieczyste lasy czekają, ona zaś nie ma siły odwrócić od nich mej duszy”.

    132

    Majorowa zamilkła, przeszła się parę razy po izbie, potem usiadła przy kominie opierając stopy o ruszt, a łokcie o kolana.

    133

    — Do kroćset tysięcy diabłów! — zawołała po chwili ze śmiechem. — To, com powiedziała, jest prawdziwsze, niż się wydaje! Wszakżeś sam musiał zauważyć, że większość ludzi to trupy lub półtrupy. Czy sądzisz pan, że ja żyję? Ach… nie, nie! Spójrz no tylko na mnie. Jestem majorowa z Ekeby, najmocniejsza chyba baba w Värmlandii. Gdy ruszę palcem, leci landrat[3], gdy skinę dwoma, galopuje biskup, gdy kiwnę trzema, cała kapituła i panowie rada, i wszyscy obszarnicy Värmlandii tańczą polkę na rynku karlstadzkim. Oświadczam jednak acanu, mój proboszczu, że jestem żywym trupem! Bóg jeden wie, jak mało jest we mnie życia!

    134

    Żebrak słuchał, pochylony, z wielką uwagą i napięciem. Majorowa siedząc przed ogniem chwiała się to w prawo, to w lewo. I wcale nań nie patrzyła.

    135

    — Wszakże, gdybym była człowiekiem żywym — podjęła na nowo — to widząc cię w smutku i niedoli i znając samobójcze myśli acana, jednym tchnieniem wypłoszyłabym je z pańskiej duszy. Zdobyłabym się na łzy, na modlitwy wzruszające do głębi i zbawiłabym pańską grzeszną duszę. Ale ja umarłam.

    136

    Słyszałeś pan pewnie, że byłam niegdyś piękną Małgorzatą Celsing! Dawne to dzieje, ale do dziś wypłakuję stare oczy po jej zgonie. Czemuż miała umrzeć Małgorzata Celsing, a Małgorzata Samzelius żyje? Cóż po życiu majorowej z Ekeby? Czy możesz mi to wyjaśnić, Gösto Berlingu? Czy wiesz acan, jaka była Małgorzata Celsing? Smukła, wykwintna, skromna, niewinna… tak, Gösto! Była jedną z tych istot, po których aniołowie na grobach płaczą. Nie wiedziała o złem, nikt jej nie sprawił zmartwienia, była dobra dla wszystkich. I cudownie piękna.

    137

    Zjawił się pewien urodziwy mężczyzna, a zwał się Altringer, Bóg jeden wie, czemu się zjawił w dzikim pustkowiu älvdalskim, gdzie leżały dobra rodziców Małgorzaty. Był to piękny, wspaniały człowiek. Poznali się i pokochali. Ale nie miał majątku, toteż uradzili, że będą, jak w bajce, czekać na siebie pięć lat.

    138

    Po trzech latach zjawił się inny konkurent, brzydki co prawda, ale rodzice Małgorzaty mówili, że jest bogaty, i zmusili ją do małżeństwa perswazją, obietnicami, biciem, pogróżką. Tegoż to dnia zmarła Małgorzata Celsing.

    139

    Odtąd nie było Małgorzaty Celsing, a tylko majorowa Samzelius, osoba zgoła niedobra, nieskromna, wierzyła w różne złe rzeczy, a nie troszczyła się wcale o dobre.

    140

    Wiesz pan zapewne, co się potem działo. Zamieszkaliśmy tu blisko, w Sjö, nad Jeziorem Löveńskim, to znaczy ja z majorem. Ale nie był on wcale bogaty, jak głoszono.

    141

    Przeszłam ciężkie czasy.

    142

    Nagle wrócił Altringer jako człowiek majętny, został właścicielem Ekeby, sąsiadem naszym. Niebawem zakupił jeszcze sześć innych posiadłości nad Jeziorem Löveńskim.

    143

    W ogóle człowiek przedsiębiorczy, człowiek zachwycający. Dopomagał nam w biedzie, jeździliśmy jego powozami, przysyłał nam zapasy kuchenne i wino do piwnicy. Wypełniał mi życie radosnym upojeniem. Po wybuchu wojny wyjechał major, ale nas to nie obeszło wcale! Bywałam u niego w Ekeby, a on wzajem co drugi dzień u mnie, w Sjö. Życie nam płynęło niby taniec wzdłuż wybrzeży jeziora.

    144

    Ale wkrótce ludzie zaczęli plotkować o mnie i Altringerze. Gdyby Małgorzata Celsing żyła, zmartwiłoby ją to zapewne, ja na to jednak nie zwracałam zgoła uwagi. Nie wiedziałam jeszcze, że będąc umarłą wyzbyłam się też wszelkich uczuć.

    145

    Plotki dotarły do rodziców moich, żyjących w górach, pośród mielerzy[4] węglowych w älvdalskich lasach. Matka, nie namyślając się długo, przybyła do Sjö, by ze mną pogadać.

    146

    Zjawiła się właśnie po wyjeździe majora, w chwili gdym siedziała przy stole z Altringerem i kilku gośćmi. Widziałam, jak wchodzi do jadalni, ale nie odczułam, że to moja matka… Tak… Gösto Berlingu! Jak obcą zaprosiłam ją do swego stołu i podsunęłam półmiski. Chciała ze mną pomówić jak z córką, ale oświadczyłam, że się myli, rodziców nie mam, albowiem zmarli w dniu mego ślubu.

    147

    Przystała na tę rolę. Miała siedemdziesiąt lat i przebyła w ciągu trzech dni dwadzieścia mil końmi. Bez ceremonii usiadła do stołu i spożyła z nami obiad. Była to niezwykle silna staruszka. Złożyła mi wyrazy współczucia z powodu straty obojga rodziców w sam dzień ślubu.

    148

    „Najbardziej mnie smuci — odparłam — że rodzice moi nie zmarli w przeddzień ślubu, gdyż nie byłoby doszło do małżeństwa”.

    149

    „Pani majorowa nie czuje się tedy szczęśliwa w małżeństwie?” — spytała.

    150

    „O tak! — odparłam. — Teraz czuję się szczęśliwa. Zawsze też będę z radością pełniła wolę rodziców”.

    151

    Spytała, czy może być wolą rodziców, bym na nich i na siebie ściągała hańbę i oszukiwała męża? Jakiż to zaszczyt przynoszę rodzicom wydając ich na języki ludzkie?

    152

    „Niechże śpią, jak sobie posłali” — odparłam i poprosiłam obcą damę, by przyjęła do wiadomości, że nie chcę słuchać słów przykrych o córce rodziców moich.

    153

    Jadłyśmy my dwie tylko. Mężczyźni siedzieli milcząc, żaden nie kwapił się do widelca i noża.

    154

    Stara dama została przez dzień i noc dla wypoczynku. Ale póki ją widziałam, pojąć nie mogłam, by to była matka moja. Wiedziałam, iż matka dla mnie umarła.

    155

    Gdy miała odjeżdżać, Gösto, stałam obok niej na schodach; a kiedy powóz zajechał, powiedziała mi: „Byłam tu przez dzień i noc, a nie chciałaś mnie ni na chwilę uznać za matkę. W ciągu trzech dni przejechałam przez pustkowie dwadzieścia mil. Ze wstydu za ciebie drży stare ciało moje jakby chłostane rózgami. Niechże się ciebie wyprą, jakoś się mnie wyparła, niech odepchną, jakoś ty mnie odepchnęła! Niech ci będzie domem gościniec, grób leżem, a mielerz węglowy ogniskiem. Niech ci nagrodą będzie wstyd i potępienie i niechaj cię inni biją, jako ja cię biję!”

    156

    To rzekłszy wymierzyła mi tęgi policzek.

    157

    Ja zaś wzięłam ją na ręce, zniosłam po schodach i posadziłam w powozie.

    158

    „Jakimże prawem złorzeczysz mi? — spytałam. — Jakim prawem bijesz mnie? Tego nie zniosę od nikogo”.

    159

    To rzekłszy oddałam jej policzek. W tej chwili powóz ruszył i w tejże chwili przekonałam się też, Gösto, że Małgorzata Celsing naprawdę zmarła. Była tak niewinna i dobra. Nie wiedziała, co znaczy zło. Aniołowie płakaliby na jej grobie. Gdyby żyła, nigdy nie ośmieliłaby się uderzyć matki swojej.

    160

    Żebrak przy drzwiach słuchał bacznie, a słowa te przygłuszyły na chwilę kuszący szmer lasów wieczystych. Oto ta bogata pani zstąpiła ku niemu w grzechach swoich, została mu siostrą w niedoli, a uczyniła to, by mu dodać odwagi do życia. By zrozumiał, że na głowach innych ludzi cięży również troska i wina. Wstał i podszedł do majorowej.

    161

    — Czy godzisz się teraz żyć, Gösto? — spytała głosem zdławionym przez łzy. — Na cóż ci umierać? Mogłeś być zapewne dzielnym proboszczem, ale Gösta Berling, utopiony przez ciebie w wódce, nigdy nie był tak promiennie czysty jak Małgorzata Celsing, którą utopiłam w nienawiści! Czy chcesz żyć, Gösto?

    162

    Gösta padł przed majorową na kolana i rzekł:

    163

    — Przebacz mi, nie mogę!

    164

    — Jestem starą kobietą — odparła — otępiałą w troskach i zgorzkniałą, a oto siedzę i wydaję się na łup żebraka, którego znalazłam na poły zamarzłego w zaspie. Dobrze mi tak. Idźże sobie acan i popełnij samobójstwo… ale nie opowiadaj przynajmniej nikomu o mojej głupocie!

    165

    — Nie jestem samobójcą — błagał — jestem skazany na śmierć. Nie utrudniaj mi walki! Żyć nie mogę! Ciało moje wzięło górę nad duszą, przeto muszę ją wyzwolić i puścić do Boga.

    166

    — Sądzisz więc acan, że pójdzie do Boga?

    167

    — Żegnaj mi, majorowo, i przyjm dzięki moje!

    168

    — Żegnam cię, Gösto Berlingu!

    169

    Żebrak wstał i powłócząc nogami, ze zwieszoną głową podszedł do drzwi. Ta kobieta utrudniała mu wielce podróż ku wiekuistym lasom.

    170

    Pod drzwiami obejrzał się bezwiednie. Napotkał spojrzenie majorowej, która siedziała bez ruchu, patrząc za nim. Nie zauważył dotąd nigdy takiej zmiany w ludzkiej twarzy, stanął tedy i patrzył zdumiony. Przed chwilą jeszcze zapamiętała i sroga, siedziała jakby w zachwyceniu, a oczy jej wyrażały bezbrzeżną, litosną miłość. Stopniało jego zdziczałe serce od tego spojrzenia, oparł czoło o ramę drzwi i podnosząc nad głową ramiona zapłakał, jakby mu miało pęknąć serce.

    171

    Majorowa rzuciła fajkę w ogień i podeszła doń, a ruchy jej stały się nagle łagodne, jakby macierzyńskie.

    172

    — No… no… chłopcze drogi!… — powiedziała.

    173

    Pociągnęła go na ławkę przy drzwiach, usiadła obok i wzięła głowę jego na łono, by mógł swobodnie płakać.

    174

    — Czy jeszcze chcesz umierać? — spytała po chwili.

    175

    Porwał się, tak że musiała go przytrzymać przemocą.

    176

    — Po raz ostatni mówię panu, że możesz to uczynić, jeśli chcesz. Jeśli atoli zgodzisz się żyć, obiecuję wziąć do siebie córkę brobijskiego proboszcza i wychować na dzielnego człowieka. Możesz acan podziękować Bogu za to, żeś jej skradł mąkę. No cóż… chcesz?

    177

    Podniósł na nią spojrzenie i popatrzył jej w oczy.

    178

    — Czy pani mówi serio? — spytał.

    179

    — Oczywiście, Gösto Berlingu.

    180

    Załamał dłonie w strasznej udręce. Ujrzał przed sobą trwożne oczy, zaciśnięte usta i wychudłe ręce. Biedna mała istota miała znaleźć schron i opiekę, zniknąć miało z jej ciała piętno poniżenia, a zło z duszy. Uczuł, że zamknęła się przed nim droga do wiekuistych lasów.

    181

    — Nie pozbawię się życia, jak długo ta mała pozostanie w opiece pani! — powiedział. — Wiedziałem, że pani majorowa jest ode mnie silniejsza i że mnie zmusi do życia.

    182

    — Gösto — powiedziała uroczyście — walczyłam o ciebie jak o własne zbawienie. Powiedziałam Bogu: „Jeśli jest we mnie jeszcze ślad Małgorzaty Celsing, to spraw, Boże, by się zjawiła i nie dała temu człowiekowi odebrać sobie życia”. I Bóg wysłuchał mej prośby, ujrzałeś ją i dlatego nie miałeś siły odejść. Podszepnęła mi, że może ze względu na to biedne dziecko porzucisz myśl o samobójstwie. Ach, jakże zuchwale fruwacie wy, dzikie ptaki, ale Bóg wie, jaka sieć was schwytać może.

    183

    — Bóg jest wielki i przedziwny! — rzekł Gösta. — Zadrwił sobie ze mnie i odepchnął, a jednak nie pozwala mi umrzeć. Niech się stanie wola jego.

    184

    Od tego dnia Gösta Berling został rezydentem w Ekeby. Dwa razy próbował się wyrwać i żyć z własnej pracy. Za pierwszym razem majorowa podarowała mu działkę w pobliżu Ekeby. Przeniósł się tam i zamierzał żyć jak wyrobnik. Przez czas pewien szło dobrze, ale nie mogąc znieść samotności i codziennej ciężkiej pracy wrócił na stanowisko rezydenta. Za drugim razem przyjął w Borgu miejsce nauczyciela młodego hrabiego Henryka Dohny. Zakochał się tam w siostrze hrabiego, Ebbie Dohnie, gdy jednak zmarła, w czasie kiedy miał już nadzieję pozyskać jej wzajemność, wyrzekł się wszelkiej myśli, iż mógłby zostać czymś więcej niż rezydentem Ekeby. Nabrał przekonania, że jako wyrzucony proboszcz ma zamknięte wszystkie drogi powrotu i oczyszczenia swego honoru.

    1. Krajobraz

    185

    Pragnę teraz opisać wydłużone jezioro, bujną równinę i błękitne góry, tu bowiem mieści się właśnie widownia wesołego życia Gösty Berlinga i innych rezydentów.

    186

    Źródła jeziora leżą daleko, na północy, a jest to piękna dla jeziora ojczyzna. Las i góry gromadzą mu nieustannie wodę, siklawy zaś i potoki wlewają się weń przez cały rok. Może się rozciągnąć na drobnym, białym piasku, przeglądają się w nim przylądki i wyspy, a wodniki i syreny harcują wesoło. Niebawem też jezioro rośnie i potężnieje. Tam, na północy, jest ono rzeźwe i radosne. Trzeba wiedzieć, jak wesołe jest letnim rankiem, gdy zaledwie obudzone lśni spod przysłony mgieł. Kryje się zrazu na chwilę, potem wypełza pomaleńku z jasnej osłony tak czarowne, że je rozpoznać trudno. Nagle odrzuca całe nakrycie i oto leży nagie, czyste, różowe i błyszczy w porannych promieniach.

    187

    Jezioro nie poprzestaje jednak na wesołej igraszce. Toruje sobie drogę przez piaszczyste wzgórza ku południowi, zwęża się w wąską cieśninę i szuka sobie nowego królestwa. Znalazłszy je roztacza się zaraz i olbrzymieje, to wypełniając jakąś przepastną głąb, to zdobiąc rodzajną okolicę. Ale woda jest tu ciemniejsza, brzegi mniej urozmaicone, wiatry wieją ostrzej, jezioro nabiera surowszego charakteru, staje się wielkie i wspaniałe. Krążą po nim liczne statki i tratwy, i późno dopiero, przeważnie koło Bożego Narodzenia, ma czas ułożyć się pod lodem i śniegiem do snu zimowego. Często wpada w zły humor, miota pianę i wywraca łodzie żaglowe, czasem atoli leży w cichym rozmarzeniu i pozwala przeglądać się niebu.

    188

    Jezioro zmierza jeszcze dalej w świat, chociaż je strome góry ściskają coraz bardziej i im dalej na południe, tym coraz mniej ma miejsca, tak że w końcu może jeno pełznąć jako wąski sund pomiędzy wysokimi brzegami. Potem rozszerza się po raz trzeci, ale nie z taką już okazałością i potęgą.

    189

    Brzegi tu jednostajne i płaskie, wiatry wieją łagodniejsze, jezioro zasypia wcześniej pod pokrywą lodu. Jest jeszcze piękne, choć utraciło dzikość młodzieńczą i siłę wieku męskiego. Stało się takim samym jeziorem jak wiele innych. Z rozpostartymi ramionami sunie omackiem ku Jezioru Wenerskiemu, a dotarłszy rzuca się w nie po stromym stoku ostatkiem starczych sił i wśród pożegnalnego grzmiącego huku znajduje spoczynek.

    190

    Równina jest tak długa, jak jezioro, ale z trudem przedziera się naprzód z powodu gór i zatok; przeszkody jawią się teraz, począwszy od wąwozu na północnym krańcu jeziora, gdzie dolina po raz pierwszy nieco śmielej się rozpościera, i dalej, aż się wygodnie rozłoży na spoczynek u brzegów Jeziora Wenerskiego. Równina biegłaby oczywiście najchętniej wzdłuż jeziora, od początku do końca, ale nie pozwalają na to góry. Potężne skalne ściany, porosłe lasem, pełne rozpadlin utrudniających wędrówkę, a tak bogate w mech i porosty, że od zamierzchłych czasów były ojczyzną dzikiego zwierza. Często trafia się na rozległych upłazach[5] górskich bagnisko z grząskim dnem lub moczar o czarnej wodzie, a tu i ówdzie widnieje też mielerz węglarza, poręba lub płacheć spalonego wrzosowiska. Świadczy to, że i góry poddać się musiały pracy człowieka, zazwyczaj jednak śnią one w beztroskim spokoju, igrając jeno wieczystymi odblaskami światła po zboczach i załomach.

    191

    Równina potulna, urodzajna i miłująca pracę toczy ciągły bój z górami, przy całej zresztą życzliwości.

    192

    — Poprzestańcież na tym, żeście mnie murem otoczyły! — powiada równina. — Zadowolę się taką ochroną!

    193

    Ale góry nie baczą na te słowa i wysyłają długie szeregi wzgórz i łysych płaskowyży aż do samego jeziora. Budują po przylądkach wspaniałe wieże, z których można podziwiać krajobraz, i tak rzadko cofają się z wybrzeża, że równina miejscami tylko może stoczyć się w miękki piasek. Próżne są atoli jej żale.

    194

    — Rada bądź, że tu stoimy! — powiadają góry. — Wspomnij czas przed Bożym Narodzeniem, kiedy to dzień po dniu mgły lodowate toczą się po jeziorze. Wielkie, zaiste, oddajemy ci przysługi!

    195

    Równina skarży się, że jej brak miejsca i ma zły widok.

    196

    — Głupia jesteś! — Nie wiesz, jak tu wieje nad wodą. Trzeba mieć grzbiet granitowy i futro sosnowe, by wytrzymać. Zresztą, bądź zadowolona, że ci wolno patrzeć na nas.

    197

    Równinę raduje to w istocie. Zna dobrze przedziwną grę cienia i światła przemykającego po skałach. Podziwia nieraz góry w godzinach popołudniowych, gdy, jasnobłękitne, zdają się opadać nisko, a wznoszą się znów do groźnej wysokości rankiem i o wieczorze, szafirowe jak niebo w zenicie. Światło pada czasem na skały tak ostro, że stają się zielone, to znów ciemnogranatowe, a wówczas widać na wielką odległość każdą sosnę, każdą drogę, każdy wąwóz.

    198

    Zdarza się też, gdy góry odchodzą miejscami trochę w bok i pozwalają równinie zerknąć na jezioro. Kiedy atoli zobaczy, jak się ono gniewa, pieni i parska niby dziki kot lub też przywdziewa opończę zimnych mgieł — co oznacza, że wodniki na dnie pieką lub gotują strawę — natenczas przyznaje równina górom słuszność i wraca spokojnie w ciasne więzienie swoje.

    199

    Ludzie z dawien dawna uprawiają tę piękną płaszczyznę i jest ona gęsto zaludniona. Gdzie tylko szumiący, białopienisty potok rzuca się z brzegu, stoi tartak lub młyn. W miejscach jasnych, otwartych, gdzie równina dotyka jeziora, pobudowano kościoły i plebanie, zaś na jej krawędzi, przez pół jeszcze na zboczach gór, gdzie pole zasłane głazami nie rodzi zboża, leżą osiedla chłopskie, stoją domy oficerów, a tu i ówdzie dwór pański.

    200

    Trzeba pamiętać, że w latach dwudziestych dziewiętnastego wieku daleko mniej było upraw w tej okolicy. Wielkie obszary, będące teraz żyznymi polami zalegały lasy, jeziora lub bagna. Ludności też było znacznie mniej, a główne zarobki dawała furmanka oraz praca po tartakach i hutach, często w odległych stronach kraju. Z roli wyżyć się nie dało. W tych czasach nosili mieszkańcy odzież z samodziału, jadali placki owsiane i zadowalali się płacą dwunastu miedziaków dziennie. U wielu panowała bieda, ale łagodziło ją skromne i wesołe usposobienie, zaradność i wrodzona zręczność w robocie.

    201

    Podłużne jezioro, bogata równina i błękitne góry tworzyły i tworzą dotąd jeszcze przepiękny krajobraz, a ludność jest jak dawniej silna, odważna i zdolna. W czasach obecnych wzmógł się też znacznie dostatek i wzrosła oświata.

    202

    Życzę powodzenia tym, co mieszkają hen, nad podłużnym jeziorem wśród błękitnych gór! Historie zaś, które zamierzam opowiedzieć, składają się z garści ich własnych wspomnień.

    2. Wigilia

    203

    Sintram, złośliwy właściciel Forsu, to człowiek o niezdarnym cielsku, długich, małpich rękach, łysej głowie, szkaradnej i wykrzywionej twarzy; największą jego przyjemnością jest judzić i straszyć bliźnich.

    204

    Sintram najmuje samych jeno zabijaków i szubrawców na parobków oraz bierze do służby kłótliwe, obłudne dziewki. Dręczy psy, wbijając im szpilki w nozdrza, a najlepiej się czuje wśród złych ludzi i rozeźlonych zwierząt.

    205

    Ulubioną rozrywką Sintrama jest przebierać się za diabła z rogami, z ogonem, końskim kopytem i włochatym cielskiem, potem zaś wypadać nagle z ciemnego kąta, z piekarskiego pieca czy spoza drewutni i straszyć bojaźliwe dzieci lub zabobonne kobiety. Sintram raduje się, gdy może przemienić starą przyjaźń we wściekłą nienawiść, a serce zatruć kłamstwem.

    206

    Teraz Sintram przybył pewnego dnia do Ekeby.


    207

    Wciągnijcież wielkie sanie do kuźni i postawcie na środku, połóżcie na nich taczki dnem do góry i oto mamy stół. Hura, stół jest gotów!

    208

    Dawać teraz stołki i wszystko, na czym się da usiąść! Trójnogie zydle szewskie i puste paki są też mile widziane! Dawać roztrzęsiony fotel bez oparcia, sanki jednokonne bez płozów i starą karetę… cha, cha… cha… pyszna ta kareta! Będzie z niej trybuna dla mówcy. Ale patrzcież, brak jej koła, co więcej, brak całego pudła!… Został sam jeno kozioł! Poduszki poszarpane, wyściółka wyłazi ze środka, a skóra zrudziała od starości! Grat to wysoki niby dom, podeprzyjcież go, bo się wywróci!

    209

    Hura! Dziś Wigilia w Ekeby!

    210

    Major i majorowa śpią w wielkim łożu za jedwabnymi kotarami i sądzą, że w skrzydle rezydentów także wszystko śpi. Mogą sobie spać parobcy i dziewki, nasyceni świąteczną kaszą i cierpkim, mocnym piwem świątecznym… Któż atoli łudziłby się, że śpią rezydenci!

    211

    Dziś nie pobrzękują żelaziwem bosonodzy kowale, usmoleni chłopcy nie popychają taczek z węglem, a wielki młot zwisa z dachu niby ramię z zaciśniętą pięścią. Kowadło puste, piece nie rozdziawiają płomiennych paszczy swoich, by chłonąć węgiel, a miechy nie skrzypią. Nadeszło Boże Narodzenie. Kuźnia śpi.

    212

    Kuźnia śpi, zaprawdę, ale czuwają rezydenci! Długie cęgi stoją sztywno na ziemi trzymając świece w szczękach. Z dziesięciogarncowego miedzianego kotła bije aż pod czarny dach błękitna łuna płonącego ponczu.

    213

    Na długiej sztabie młota wisi rogowa latarnia Beerencreutza, a żółty poncz łyska w czaszy niby słońce. Tu mamy stół, a tu krzesła. Rezydenci obchodzą noc wigilijną w kuźni!

    214

    Wre tutaj, kipi radość, brzmi muzyka i śpiew. Ale tego hałasu o północy nikt nie słyszy. Rozgwar tonie w potężnym szumie wodospadu…

    215

    Ależ wrzask, ależ wesołość! Ha… gdyby to posłyszała majorowa!

    216

    No i cóż? Na pewno siadłaby przy nich i wychyliła kubek. To dzielna niewiasta, nie ucieka przed swawolną, gromką piosenką pijacką, nie mierzi jej też gra w karty. To najbogatsza kobieta Värmlandii, szorstka niby chłop, dumna jak królowa. Lubi rozgłośny śpiew, wrzaski trąbek i pisk skrzypek. Lubi wino, grę i huczne, wesołe biesiady. Miło jej, gdy topnieją zapasy spiżarni, gdy sala dudni od tańca, a skrzydło rezydenckie roi się od kawalerów.

    217

    Patrzcie! Siedzą wokoło wazy ponczu, jeden przy drugim! Jest ich dwunastu, tuzin chłopów co się zowie! Nie są to jętki jednodniowe ni modnisie, ale męże na schwał, których sławą długo będzie tętniła Värmlandia. Ludzie mężni, silne chłopy!

    218

    Nie przypominają zeschłych pergaminów ni zasznurowanych worków złota, biedni są, lecz beztroscy — kawalerowie w każdym calu.

    219

    Nie maminsynkowie, ni ospali domatorzy, ale męże z rozmachem, światowcy, rycerze tysięcznych przygód.

    220

    Skrzydło rezydenckie od lat już stoi pustką. Ekeby przestało być schronem bezdomnych kawalerów. Pensjonowani oficerowie i zubożali szlachcice nie jeżdżą chwiejnymi jednokonkami po drogach Värmlandii… tu jednak zmartwychpowstaną, weseli, beztroscy, wieczyście młodzi!

    221

    Wszyscy ci słynni mężowie umieją też grać na jednym czy na kilku instrumentach. Każdy ma swoistą cechę, własny język, pomysły, przypowieści, pieśni. Przypominają mrowisko pełne mrówek, każdy jednak posiada coś oryginalnego, co go od innych odróżnia.

    222

    Spośród siedzących nad bowlą[6] ponczu wymienię naprzód Beerencreutza, pułkownika z wielkim siwym wąsem, słynnego mistrza w kartach, śpiewaka pieśni Bellmanowskich[7], potem przyjaciela jego i towarzysza broni, małomównego majora, łowcę niedźwiedzi, Andersa Fuchsa, wreszcie zaś, jako trzeciego z przyjaciół, małego Rustera, dobosza, który był długo forysiem[8] u pułkownika, ale otrzymał rangę oficerską z uwagi na swój kunszt przyprawiania ponczu i śpiewania basem. Następnie wspomnieć trzeba starego chorążego, Rutgera von Orneclou, zdobywcę serc, w peruce i sztywnej kryzie z żabotem, umalowanego jak kobieta. Był on jednym z najwybitniejszych rezydentów wespół z silnym kapitanem Chrystianem Berghem, słynnym bohaterem, którego równie łatwo było wodzić za nos jak olbrzyma z bajki. W ich towarzystwie przebywał często mały, krągły poczciwiec Juliusz, wesoły, żwawy, bystry mówca, malarz, piosenkarz i facecjonista. Zazwyczaj oblewał potokiem drwin reumatycznego chorążego i głupiego olbrzyma.

    223

    Napotykało się tu również olbrzymiego Niemca, Kevenhüllera, wynalazcę samoczynnego wozu i maszyny latającej, którego sławą dziś jeszcze rozbrzmiewają szumiące lasy. Z rodu i postaci był to rycerz o krętych wąsach, spiczastej brodzie, orlim nosie oraz małych, skośnych oczach, osnutych siecią zmarszczek. Siedział tu wielki wojownik, Kristofer, wychylający się z czterech ścian skrzydła rezydenckiego jedynie wówczas, gdy szło o polowanie czy inną śmiałą awanturę, obok niego zaś wuj Eberhard, filozof, który nie przybył do Ekeby dla żarcików czy uciechy, ale po to, by w spokoju, bez troski o byt, dokonać wielkiego dzieła z zakresu filozofii — królowej nauk.

    224

    Na końcu wymieniam najlepszych spośród czeredy, łagodnego Löwenborga, człowieka pobożnego, co zbyt był dobry, by rozumieć sprawy tego świata, oraz wielkiego muzyka, Liljecronę, który posiadał wprawdzie dom dostatni i tęsknił doń ciągle, ale przebywał w Ekeby, gdyż duch jego potrzebował przygód i urozmaicenia, by móc znieść życie na ziemi.

    225

    Wszyscy ci ludzie w liczbie jedenastu mieli już za sobą młodość, a wielu przekroczyło próg starości. Jeden tylko, dwunasty, liczył lat trzydzieści i był fizycznie oraz duchowo nie złamany. Mam na myśli Göstę Berlinga, kawalera nad kawalerami, większego w jednej osobie mówcę, śpiewaka, muzyka, myśliwca i bohatera pijatyki i gry, aniżeli wszyscy inni wzięci razem. Takim to mężem zrobiła go pani majorowa!

    226

    Oto stoi właśnie na mównicy! Ciemność spływa nań z zakopconego dachu jak ciężkie girlandy. Jasna głowa wybłyska z tej ciemni podobna głowom młodych bogów, światłodawców, którzy ongiś ład zaprowadzili w chaosie. Stoi smukły, piękny, żądny przygód.

    227

    Ale przemawia z wielką, głęboką powagą.

    228

    — Rezydenci i bracia! Zbliża się północ, świętujemy już długo, pora wznieść toast trzynastego u stołu!

    229

    — Drogi bracie Gösto! — woła Juliusz. — Nie ma trzynastego w naszym gronie! Jest nas dwunastu!

    230

    — W Ekeby co roku umiera człowiek! — ciągnie dalej, coraz to posępniej, Gösta. — Umiera co roku jeden z gości skrzydła rezydenckiego, jeden z wesołków, beztroskich, wiekuistych młodzieńców! Zaprawdę, takim jak my starzeć się nie wolno! Czymże jest nam życie, czymże my dla życia, kiedy drżąca ręka nie może już utrzymać szklanki, a oślepłe oko kart rozróżnić nie zdoła? Umrzeć musi zawsze jeden z trzynastu obchodzących Wigilię w kuźni ekebijskiej, ale co roku przybywa nowy, by dopełnić liczby. Bywa to zawsze człowiek doświadczony w rzemiośle uciechy, umiejący grać na skrzypkach i w karty, gdyż taki jeno może dopełnić grona. Stare motyle muszą znać sztukę umierania w pełnym słońcu! Wznoszę zdrowie trzynastego!

    231

    — Ależ, Gösto, jest nas dwunastu! — zaprotestowali wszyscy i żaden nie tknął szklanki.

    232

    Gösta Berling, zwany poetą, mimo że nie napisał w życiu wiersza, ciągnął dalej z niezmąconym spokojem:

    233

    — Kawalerowie i bracia! Czyż zapomnieliście, czym jesteście? Dzięki wam radość gości w Värmlandii. Dajcie rozmach smyczkowi skrzypiec i tempo tanom, śpiew i muzyka rozbrzmiewa z waszej łaski. Serce wasze wolne od chciwości złota, a ręce od pragnienia pracy. Bez was ustałby taniec, powiędłyby róże, zamarłaby gra w karty, a w całym tym pięknym kraju pozostałyby tylko huty żelaza i właściciele fabryk. Jak długo wy żyć będziecie, trwać będzie radość. Przez lat sześć już święcę Wigilię tu, w kuźni ekebijskiej, nigdy zaś nie wahano się wypić zdrowia trzynastego biesiadnika.

    234

    — Ależ, Gösto — zawołali. — Jakże możemy pić zdrowie trzynastego, skoro nas jest jeno dwunastu?

    235

    Smutek zjawił się na twarzy Gösty.

    236

    — Czyż nas dwunastu tylko? — spytał. — I czemuż to? Czyż mamy wymrzeć? Więc ma nas w roku przyszłym być jeno dwunastu, a w następnym dziesięciu? Więc życie nasze ma się stać legendą, a zespół cały przepaść? Wzywam trzynastego, gdyż wstałem, by wypić jego zdrowie. Z głębi morza, z wnętrzności ziemi, z oddali nieba wzywam tego, który ma uzupełnić liczbę rezydentów.

    237

    Rozlega się szum w kominie, otwierają się drzwiczki pieca i przybywa trzynasty. Stwora kudłata, ma ogon, końską nogę, rogi i spiczastą bródkę, a na jego widok przerażeni rezydenci z głośnym krzykiem zeskakują z siedzeń.

    238

    A Gösta ogarnięty niezmierną radością woła donośnie:

    239

    — Przybył trzynasty! Zdrowie trzynastego!

    240

    Zjawił się tedy stary wróg ludzkości w gronie szaleńców mącących nocną ciszę. Przybył ulubieniec czarownic z Łysej Góry, który spisuje kontrakty krwią na czarnym papierze, który przez siedem dni i nocy tańczył z hrabiną z Ivarsnäs, a siedmiu pastorów wygnać go nie mogło…

    241

    Myśli kotłują się w głowach starych awanturników na jego widok. Dumają nad pytaniem, po kogóż to wybrał się tej nocy w drogę.

    242

    Wielu z nich chce uciekać ze strachu, ale niebawem uświadamiają sobie, że nie przybył po to, by ich ściągnąć do piekieł, jeno że go zwabił brzęk pucharów i wesołe śpiewy. Zapragnął uczestniczyć w ludzkiej radości wigilijnej i zrzucić na chwilę brzemię władzy.

    243

    O przyjaciele! Któryż z was myśli o tym, iż to noc wigilijna? Anioły oznajmiają pastuszkom po polach radosną wieść, dzieci w łóżeczkach boją się twardo zasnąć, by nie przespać porannej pasterki. Niedługo zapłoną świece świąteczne w broeńskim kościele, a w dali, w leśnym szałasie, przygotował młodzieniec łuczywo sosnowe, by ukochanej rozjaśnić drogę do kościoła. W oknach chat kobiety poustawiały wieloramienne świeczniki i wnet zapalą świece, które oświetlą drogę idącym na mszę. Organista powtarza przez sen kolędy, a leżący w łóżku stary pleban próbuje, czy zdoła gromko jak należy zaintonować: „Chwała na wysokości Bogu, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli!”

    244

    O przyjaciele, czyż nie lepiej by spędzić tę noc pokoju w łóżkach, niźli kumać się z księciem ciemności!

    245

    Oni atoli witają go okrzykami za przykładem Gösty, stawiają przed nim puchar płonącego napoju i sadzają na honorowym miejscu. Mają tak radosne miny, jak gdyby oglądali nie wykrzywioną gębę satyra, lecz cudne oblicze kochanki z czasów młodości. Beerencreutz zaprasza na partyjkę karcianą, Juliusz śpiewa najpiękniejsze pieśni, a Orneclou opowiada o kobietach, niebiańskich istotach osładzających życie. Dobrze tu rogatemu, królewskim gestem rozpiera się na koźle karocy i szponiastą dłonią podnosi pełny puchar do uśmiechniętych ust.

    246

    Gösta Berling przemawia na jego cześć.

    247

    — Wasza wysokość! — powiada. — Oczekiwaliśmy was już od dawna, tu, w Ekeby, gdyż nie macie chyba wstępu do innego kraju. Żyjemy nie orząc, nie siejąc. Wiadomo. Pieczone gołąbki wpadają nam do ust, a mocne piwo i słodka wódka płyną potokami. Dobrze tu, proszę to sobie zapamiętać, wasza wysokość!

    248

    My, rezydenci, oczekiwaliśmy was, panie, gdyż nie czuliśmy się jakoś nigdy w pełnej liczbie. Jesteśmy czymś więcej, niż się wydaje z pozoru. My jesteśmy legendarną, poprzez wieki trwającą dwunastką mężów. W dwunastu rządziliśmy ongiś światem z zasłoniętego obłokami Olimpu, w dwunastu obsiadaliśmy, podobni ptakom, gałęzie drzewa Igdrazil[9]. Gdziekolwiek dotarła pieśń, tam i my podążaliśmy. Czyż nie w dwunastu silnych mężów zasiadaliśmy przy krągłym stole króla Artura? Czyż nie dwunastu nas było palatynów w wojsku Karola Wielkiego? Jeden z nas był Torem[10], drugi Jowiszem, a poznać to po nas dziś jeszcze. Można się bowiem doszukać świetności boskiej pod łachmanami, a lwiej grzywy pod oślą skórą. Zeszliśmy z biegiem czasu na psy, ale ta kuźnia jest nam jeszcze dziś Olimpem, a skrzydło rezydenckie Walhallą!

    249

    Lecz, o panie, nie czuliśmy się dotąd w pełnej liczbie. Wiemy, że w gronie dwunastu z legendy musi być jakiś Loki[11] czy Prometeusz, czy Ganelon[12]. I tego nam właśnie brakowało!

    250

    Witam waszą wysokość! Witam!

    251

    — No, no… Piękne słowa, śliczne słowa! — przyznał diabeł. — Szkoda, że nie mam czasu odpowiadać! Przyjaciele, wzywają mnie pilne interesy! Muszę zaraz odejść, inaczej gotów byłbym do wszystkiego. Dziękuję za miłe przyjęcie, drodzy kumotrzy! Do widzenia.

    252

    Rezydenci zapytali chórem, dokąd mu tak śpieszno, zaś diabeł odpowiedział, że czeka nań właścicielka Ekeby, majorowa, mająca odnowić kontrakt.

    253

    Wielkie zdumienie ogarnęło rezydentów. Wszakże majorowa to kobieta surowych obyczajów i dzielna osoba. Podnosi korzec zboża na plecy, pilnuje transportu rudy z kopalni przez całą długą drogę do Ekeby, sypia jak parobek na klepisku z workiem pod głową. W zimie dogląda mielerzy, latem spławia tratwami drzewo po jeziorze. Silną wolę ma ta kobieta. Klnie jak chłop, rządzi siedmioma posiadłościami swymi i dogląda majątków sąsiedzkich, włada parafią własną i pobliskimi, słowem — królową jest Värmlandii. Dla bezdomnych rezydentów była zawsze matką i dlatego puszczali mimo uszu pogłoski, że ma pakt z diabłem. Teraz pytają ciekawie, jaki to kontrakt zawarła z księciem ciemności.

    254

    Diabeł odpowiada, że podarował majorowej siedem włości w zamian za obietnicę posyłania mu rokrocznie jednej duszy.

    255

    Przerażenie ogromne ściska serca rezydentów!

    256

    Wiedzieli wszystko, ale nie rozumieli dotąd. W Ekeby umiera co roku jeden człowiek, umiera jeden z gości rezydenckiego skrzydła pałacu, jeden z wesołych, beztroskich, wieczystych młodzieńców. Ano trudno, ludzie tacy starzeć się nie powinni! Czymże jest im życie, czymże są dla życia, gdy drżąca ich ręka nie może podnieść do ust szklanki, a oślepłe oko kart nie rozeznaje? Motyle winny znać sztukę umierania w pełnym słońcu!

    257

    Teraz dopiero pojęli znaczenie tych słów!

    258

    Biada strasznej kobiecie! Dlatego to raczy ich smacznym jadłem, dlatego poi mocnym piwem i słodką wódką. Chce, by wprost od stołu pijaństwa i gry spadali w głąb piekieł, co roku jeden, jeden każdego krótkiego roku.

    259

    Biada strasznej kobiecie! Biada czarownicy! Do Ekeby przybywają silni, dzielni mężowie po to, by ginąć! Ona to pędzi ich w śmierć zamieniając mózgi w gąbkę, płuca w suchy popiół. Z omroczonym umysłem, pozbawieni nadziei, bez duszy, ruszają w daleką drogę. Biada tej kobiecie! Tak pomarło wielu stokroć lepszych od nich, tak zginąć muszą wszyscy, do jednego!

    260

    Niedługo zostawali jednak rezydenci pod grozą strachu.

    261

    — Władco ciemności! — wołają. — Nie pozwolimy ci zawierać z tą czarownicą paktów pisanych krwią. Musi umrzeć!

    262

    Chrystian Bergh, silny kapitan, zarzucił już na plecy największy ręczny młot kuźni, by roztrzaskać głowę potwora. — Nie zaprzeda ci już niczyjej duszy! Ty zaś sam, rogaty, musisz lec na kowadle, a my spuścimy na ciebie młot dźwigniowy. Kując będziemy cię przytrzymywać obcęgami, aż ci odejdzie chętka polowania na dusze rezydentów.

    263

    Czarny jegomość niewiele ma odwagi, jak z dawna wiadomo, i wcale nierad dostać się pod młot dźwigniowy. Wzywa tedy kapitana Bergha, by zaczekał, i rozpoczyna z kawalerami układy.

    264

    — Weźcie sobie od przyszłego roku te siedem hut żelaza, oddajcie mi majorową!

    265

    — Nie sądź, że jesteśmy nikczemni jak ona! — woła Juliusz. — Weźmiemy Ekeby i siedem posiadłości, ale z majorową musisz sobie radzić sam.

    266

    — Cóż na to Gösta? — pyta łagodny Löwenborg. — Niech mówi Gösta. W tak ważnej sprawie musimy usłyszeć zdanie Gösty.

    267

    — To czyste szaleństwo — mówi Gösta. — Bracia, nie dajcie się wodzić za nos! Czymże jesteśmy w porównaniu z majorową? Jakkolwiek ma się rzecz z naszymi duszami, nie pozwolę, o ile to w mej mocy, byśmy się zachowali wobec tej kobiety jak niewdzięcznicy, szubrawcy i zdrajcy. Zbyt długo jadłem chleb majorowej, by ją w tej chwili opuścić.

    268

    — Idź tedy do piekła, Gösto, jeśli masz ochotę. My sami będziemy królować w Ekeby.

    269

    — Czyście poszaleli, czy przepiliście resztkę rozsądku? Czy sądzicie, że to wszystko prawda? Wszakże to nie diabeł! Czyż nie spostrzegacie, że wszystko jest jeno wierutnym kłamstwem?

    270

    — Hm… hm… — rzekł czarny. — Acan jesteś na najlepszej drodze dostania się do piekła, choć od siedmiu lat przebywasz już w Ekeby. Nie miarkujesz, że cię to lada moment czeka.

    271

    — Głupstwa pleciesz, mój drogi! Sam cię przecież wsadziłem do pieca.

    272

    — Cóż stąd? Mogę być mimo to równie dobrze diabłem jak każdy inny. Tak, tak, Gösto, ty mi na pewno nie ujdziesz. Pięknie wybujałeś pod ręką majorowej.

    273

    — Ocaliła mnie! Czymże byłbym bez niej!

    274

    — Miała w tym cel swój. Wzięła cię do Ekeby, byś innych przynęcił. Posiadasz duże zdolności. Raz chciałeś się wyrwać, poprosiłeś ją o kawał gruntu i dom, i pracowałeś na życie jako rolnik. Ona codziennie przychodziła pod twe okna z pięknymi dziewczętami. Pewnego dnia ujrzawszy w jej towarzystwie Mariannę Sinclaire rzuciłeś łopatę i fartuch i zostałeś na nowo rezydentem.

    275

    — Głupiś! Droga tamtędy wiodła, i basta!

    276

    — Oczywiście, droga wiodła tamtędy, przyznaję. Innym razem, jako nauczyciel Henryka Dohny, omal nie zostałeś zięciem hrabiny Märty. Któż to jednak powiedział Ebbie Dohnie, że jesteś wypędzonym proboszczem, skutkiem czego cię odrzuciła? Majorowa to uczyniła, Gösto! Chciała cię odzyskać!

    277

    — Nonsens — odpowiada Gösta. — Ebba Dohna zmarła niedługo potem. I tak bym jej nie dostał.

    278

    Czarny przystąpił doń blisko i syknął mu w ucho:

    279

    — Zmarła, oczywiście zmarła, bo się zabiła z twego powodu, ale tego ci nikt dotąd nie powiedział.

    280

    — Nieźle grasz diabła! — rzekł Gösta.

    281

    — We wszystkim tym, powiadam, maczała palce majorowa. Chciała cię odzyskać dla gromady rezydentów.

    282

    Gösta roześmiał się w głos.

    283

    — Niezły z ciebie diabeł! — krzyknął dziko. — Ano dobrze, zawrzemy z tobą, jeśli chcesz, kontrakt, mocą którego dasz nam siedem hut żelaza.

    284

    — Dobrze, że nie stajesz już w poprzek własnemu szczęściu.

    285

    Rezydenci odetchnęli z ulgą. Już od dawna nie śmieli nic przedsięwziąć bez Gösty. Gdyby nie był przystał, umowa nie doszłaby do skutku, mimo że posiadanie siedmiu hut to rzecz niemała dla biednych pędziwiatrów.

    286

    — Zważcie dobrze! — rzekł Gösta. — Przyjmujemy siedem posiadłości, by ocalić dusze, nie po to zaś, by zostać bogatymi obszarnikami, co liczą złoto i ważą żelazo, nie wolno nam być suchymi pergaminami, związanymi workami pieniędzy, ale musimy zachować dotychczasową kawalerską fantazję.

    287

    — Złote ziarna mądrości! — mruknął czarny jegomość.

    288

    — Bierzemy tedy na rok te siedem posiadłości, ale wiedz, że jeśli w tym czasie uczynimy coś niezgodnego z honorem rezydentów, jeśli dokonamy czegoś użytecznego, mądrego lub popełnimy jakieś czyny niemęskie, to weźmiesz sobie po roku wszystkich dwunastu razem, a huty będziesz mógł dać, komu zechcesz.

    289

    Diabeł zatarł ręce z uciechy.

    290

    — Jeśli natomiast zachowamy się jak przystało prawdziwym rezydentom — dodał Gösta — nie będzie ci już wolno nigdy zawierać paktu stanowiącego o Ekeby i nie dostaniesz też w tym roku zapłaty ani od nas, ani od majorowej.

    291

    — To ciężkie warunki! — powiedział diabeł. — Drogi Gösto, wszakże mógłbyś mi przyznać choć jedną duszę, bodaj jedną małą duszyczkę, na przykład majorowej. Czemuż to ją ochraniasz?

    292

    — Nie handluję tym towarem! — huknął Gösta. — Jeśli jednak chcesz duszę, to porwij Sintrama z Forsu, ten dojrzał całkiem do piekła, ręczę ci.

    293

    — Hm… hm… to niezłe! — powiedział czarny jegomość nie mrugnąwszy nawet okiem. — A więc wszyscy rezydenci lub Sintram… to się równoważy. O, będę miał tłusty rok!

    294

    Spisano pakt krwią z serdecznego palca Gösty, na czarnym papierze diabła, jego własnym gęsim piórem.

    295

    Po podpisaniu rozradowali się rezydenci. Przez cały rok zażywać mieli wszystkich szczęśliwości, potem zaś… znajdzie się, myśleli, jakieś wyjście.

    296

    Odsuwają stołki, podają sobie ręce i wokoło wazy z ponczem, na czarnej podłodze puszczają się w dziki taniec. Pośrodku koła skacze diabeł w ogromnych susach, potem zaś pada jak długi przy wazie, pochyla ją ku sobie i zaczyna pić.

    297

    Widząc to runął na ziemię Beerencreutz, obok niego Gösta, a następnie kolejno wszyscy i wazę pochylając ku sobie, piją zawzięcie. W końcu ktoś ją potrącił, a gorący, lepki napój oblał leżących.

    298

    Wstają klnąc co sił, ale diabła już nie ma, tylko złote obietnice jego unoszą się niby promieniste korony nad głowami rezydentów.

    3. Uczta świąteczna

    299

    W pierwsze święto Bożego Narodzenia wydawała majorowa Samzelius wielką ucztę w Ekeby.

    300

    Zasiadła jako gospodyni u stołu nakrytego na pięćdziesiąt osób, w pełnym blasku i wspaniałości. Znikło krótkie futerko jagnięce, pasiasta spódnica z samodziału i fajka gliniana. Szumią na niej jedwabie, złoto zdobi jej ramiona, a perły chłodzą białą szyję.

    301

    Gdzie się atoli podzieli rezydenci, którzy na czarnej podłodze kuźni, z błyszczącego miedzianego kotła pili zdrowie przyszłych posiadaczy Ekeby?

    302

    Siedzą oto w kątku, pod piecem, przy osobnym stole, gdyż dziś nie ma dla nich miejsca przy stole paradnym. Dochodzą ich potrawy późno, a wino skąpo dopływa, nie polatują ku nim spojrzenia pięknych dam, nikt nie słucha żartów Gösty Berlinga.

    303

    Kawalerowie podobni są dziś oswojonym źrebcom czy sytym drapieżnikom. Spali w nocy jeno przez godzinę, pojechali bowiem przy blasku pochodni i gwiazd na poranną mszę. Widzieli świece świąteczne, słuchali kolęd, a twarze ich promieniały jak twarzyczki szczęśliwych dzieci. Zapomnieli o Wigilii w kuźni, jak się zapomina złego snu.

    304

    Wielka i potężna jest majorowa z Ekeby. Któż by śmiał podnieść na nią rękę, kto rzuci jej wyzwanie? Zaiste, nie biedni rezydenci, którzy przez lata całe jedli jej chleb i pod jej dachem spali. Sadza ich, gdzie chce, może im zamknąć drzwi przed nosem, a żaden ujść nie zdoła jej władzy. Poza Ekeby, dalibóg, żyć by nie mogli.

    305

    U wielkiego stołu uciecha co się zowie. Błyszczą tu piękne oczy Marianny Sinclaire i brzmi pogodny śmiech wesołej hrabiny Dohny.

    306

    Rezydenci są w ponurym nastroju. Czyż nie byłoby słuszne, by siedzieli razem z gośćmi ci, których majorowa zaprzedała piekłu? Poniżający jest ten stół pod piecem, wygląda bowiem, jakby kawalerowie nie byli godni towarzystwa lepszej sfery.

    307

    Siedząc pomiędzy hrabią z Borgu i opatem z Bro majorowa pyszni się, zaś rezydenci zwieszają głowy jak dzieci stojące w kącie za karę, a jednocześnie budzą się w nich myśli z ubiegłej nocy.

    308

    Wesołe żarciki i swawolne kłamstewka dobiegają lękliwie jeno do stołu pod piecem, gdzie ożywa w umysłach gniew i wspomnienie paktu wigilijnego. Juliusz dowodzi silnemu kapitanowi, Chrystianowi Berghowi, że pieczonych jarząbków, obnoszonych właśnie u stołu głównego, nie starczy dla wszystkich, ale ta uwaga nie budzi wesołego śmiechu.

    309

    — Nie starczy, na pewno! — stwierdza. — Wiem, ile ich było. Ale nie ma obawy, kapitanie, dla nas, przy bocznym stoliczku, napieczono wron.

    310

    Usta pułkownika Beerencreutza składają się pod sumiastym wąsem do mdłego uśmiechu, zaś Gösta wygląda od rana, jakby chciał kogoś zamordować.

    311

    — Każde jadło dobre dla rezydentów! — powiada.

    312

    Przynoszą w tej chwili do stołu bocznego kopiatą misę wybornych jarząbków.

    313

    Ale kapitan wre gniewem. Przez całe życie nienawidził szkaradnego, wrzaskliwego plemienia wron i nieraz, wystawiając się na drwiny, przywdziewał kobiece suknie, byle je tylko podejść na strzał, gdy żerowały w zbożu… Mordował je wiosną na pustych polach, gdy obchodziły weselne gody, latem szukał gniazd i wyrzucał wrzeszczące, bezpióre pisklęta lub niszczył zalęgnięte jaja.

    314

    Przysunął sobie misę z jarząbkami i krzyknął służącemu:

    315

    — Sądzisz, że ich nie poznaję, że muszę słyszeć krakania, by poznać wronę? Któż się, u diaska, waży podawać wrony Chrystianowi Berghowi? Do kroćset diabłów!

    316

    Brał jednego jarząbka po drugim i ciskał o ścianę a tłuszcz i sos pryskały wokoło. Odbite od ściany ptaki padały na podłogę, a cały stół rezydencki zawrzał radością. Nagle doleciał kawalerów gniewny głos majorowej wołający na służbę:

    317

    — Wyrzucić go za drzwi!

    318

    Ale służący nie mieli odwagi. Był to wszakże potężny kapitan Bergh.

    319

    — Wyrzucić go za drzwi! — powtórzyła.

    320

    Posłyszał i zwrócił się, straszny, złowrogi, ku majorowej, jak niedźwiedź od powalonego przeciwnika do nowego przyjaciela. Zbliżył się do stołu ustawionego w podkowę, a posadzka drżała pod krokami olbrzyma. Stanął wreszcie, oddzielony od niej jeno wąskim stołem.

    321

    — Wyrzucić go za drzwi! — powtórzyła.

    322

    Kapitan wpadł w szał, straszne są jego pięści i zmarszczone czoło. Wysoki jest i silny jak olbrzym, goście i słudzy drżą, nikt go nie śmie tknąć, zwłaszcza w tej chwili, gdy gniew zaćmił mu rozum.

    323

    Stojąc przed majorową mówi groźnie:

    324

    — Rzucałem wrony o ścianę! Czyż nie miałem prawa?

    325

    — Wynoś się, kapitanie!

    326

    — Milcz, kobieto! Jak śmiesz podawać wrony Chrystianowi Berghowi? Gdybym chciał postąpić z tobą wedle prawa ludzkiego i boskiego, to wziąłbym cię razem z tymi siedmioma przeklętymi…

    327

    — Milcz, do kroćset diabłów! Nie waż się kląć! Tu mnie jednej kląć wolno!

    328

    — Sądzisz, że się boję, czarownico? Sądzisz, że nie wiem, jak przyszłaś do swoich siedmiu hut?

    329

    — Milcz!

    330

    — Altringer darował je umierając twemu mężowi, gdyż byłaś jego kochanką.

    331

    — Milcz, powtarzam!

    332

    — Taką to byłaś wierną małżonką, Małgorzato Samzelius, a major przyjął ową darowiznę, i jakby nie wiedział o niczym, oddał ci zarząd. To sprawa diabelska! Ale teraz nadszedł dzień rozprawy, przyszedł twój koniec!

    333

    Majorowa siada, pobladła, i drży na całym ciele. Potem głosem dziwnie cichym potwierdza:

    334

    — Tak, Chrystianie Berghu, to mój koniec, a tyś tego dokonał!

    335

    Na te słowa zadrżał mocny kapitan, twarz mu się wykrzywiła, łzy strachu napłynęły do oczu.

    336

    — Jestem pijany! — zawołał. — Nie wiem, co mówię! Nie powiedziałem nic. Psem i niewolnikiem byłem dla niej przez lat czterdzieści, psem, niewolnikiem i niczym więcej. To Małgorzata Celsing, której służyłem przez całe życie. Nic złego nie mówię o niej, jakżebym miał wyrzec złe słowo o Małgorzacie Celsing? Jestem psem, co strzeże jej drzwi, niewolnikiem, co dźwiga ciężary. Może mnie bić i kopać. Widzicie wszyscy, że błagam i cierpię! Kochałem ją przez lat czterdzieści! Jakżebym mógł o niej powiedzieć coś złego?

    337

    Dziwny był to obraz, gdy padł na kolana prosząc o przebaczenie; że zaś siedziała po drugiej stronie stołu, obszedł stół wokoło, tarzając się po ziemi, pochylił nisko głowę i ucałował rąbek jej sukni rosząc łzami posadzkę.

    338

    Ale opodal majorowej siedział niski, korpulentny mężczyzna o krętych włosach, małych, skośnych oczkach i wystającej dolnej szczęce. Przypominał niedźwiedzia. Małomówny ten człowiek, zajęty własnymi sprawami, nie zwracający uwagi na świat i życie, był to major Samzelius.

    339

    Posłyszawszy ostatnie słowa kapitana wstał, majorowa wstała także, a po niej wszyscy goście. Kobiety jęły płakać ze strachu przed tym, co nastąpi, mężczyźni zdrętwieli, a u stóp majorowej leżał Chrystian całując jej suknię i roniąc dalej łzy.

    340

    Szeroka, kosmata dłoń majora zwinęła się z wolna w pięść. Podniósł ramię.

    341

    Ale uprzedziła go. Przemówiła głuchym, nieswoim głosem.

    342

    — Skradłeś mnie! — zawołała. — Przyszedłeś jak zbój i skradłeś mnie. Zmuszono mnie biciem, głodem i klątwami, bym została żoną twoją. Postąpiłam, jak na to zasłużyłeś.

    343

    Major silniej zaciska pięść, majorowa cofa się o krok, potem zaś podejmuje na nowo:

    344

    — Żywy węgorz wije się pod nożem, kobieta, zmuszona do małżeństwa, bierze kochanka. Czy chcesz mnie bić za to, co zaszło przed dwudziestu laty? Czemuż nie biłeś mnie wówczas? Wszakże pamiętasz, że mieszkał w Ekeby, a my w Sjö. Nie zapomniałeś chyba, jak nam pomagał w biedzie? Jeździliśmy jego powozami, piliśmy jego wino. Czyż tailiśmy coś przed tobą? Czyż służba jego nie była naszą? Czyż jego złoto nie płynęło do twej kieszeni? Czyż nie przyjąłeś siedmiu posiadłości? Brałeś i milczałeś. Wówczas powinieneś był mnie bić, Berncie Samzelius… wówczas trzeba mnie było bić!

    345

    Mąż odwrócił się od niej i spojrzał po gościach. Wyczytał, że przyznają jej słuszność i sądzą, jakoby wziął pieniądze i dobra jako okup za milczenie.

    346

    — Nie wiedziałem! — zawołał i tupnął.

    347

    — Na szczęście teraz wiesz! — przerwała ostro. — Obawiałam się, że umrzesz w nieświadomości. Ale na szczęście wiesz, przeto mogę mówić otwarcie z tobą, który byłeś mym właścicielem i dozorcą mego więzienia. Otóż byłam kochanką tego, któremu mnie skradłeś. Niechże to wiedzą wszyscy, którzy plotkowali o mnie!

    348

    Dawna miłość triumfuje w jej głosie i błyszczy w oczach. Widzi przed sobą męża z zaciśniętą pięścią. Czyta przerażenie i wzgardę w pięćdziesięciu twarzach, czuje, że wybiła ostatnia godzina jej potęgi, a mimo to raduje się, że może mówić otwarcie o najpiękniejszych wspomnieniach życia.

    349

    — Był to mężczyzna prawdziwy, mężczyzna wspaniały! A kimże jesteś ty, któryś nas rozdzielił? Nie znałam w życiu równego mu! Dał mi szczęście, dał mienie. Błogosławię jego pamięć!

    350

    Major opuszcza ramię, nie bije, wie już, w jaki ją sposób ukarać.

    351

    — Precz? — krzyczy. — Precz z mego domu!

    352

    Nie drgnęła nawet.

    353

    Kawalerowie pobledli, stoją spoglądając po sobie. Wszystko, co mówił diabeł, pełnić się zaczyna. Oto skutek nieodnowienia kontraktu majorowej. Skoro sprawdzają się słowa diabła, to prawdą jest zapewne też, że od przeszło dwudziestu lat wysyła rezydentów do piekła i że również ich ten sam los czeka. O, przeklęta czarownica!

    354

    — Wynoś się! — powtarzał major. — Żebraj chleba po gościńcach. Jego złoto nie sprawi ci już radości i nie będziesz żyła w dobrach jego. Nie ma już majorowej na Ekeby! Jeśli przestąpisz kiedy mój próg, zabiję cię!

    355

    — Wyganiasz mnie z mego domu?

    356

    — Nie masz domu! Ekeby jest moje!

    357

    Majorową ogarnia lęk. Cofa się ku drzwiom, mąż zaś następuje na nią.

    358

    — Byłeś klątwą mego życia — mówi majorowa — czy masz moc i tę krzywdę mi zrobić?

    359

    — Precz, powiadam!

    360

    Staje oparta o ramię drzwi, zasłania twarz splecionymi rękami i szepce wspominając matkę: „Niech się ciebie zaprą, jak ty się mnie wyparłaś, niechże ci domem będzie gościniec, rów przydrożny łożem, a mielerz ogniskiem”. A więc spełniło się wszystko, do słowa!

    361

    Zacny proboszcz z Bro i sędzia z Munkerudu przystępują do majora, by go ułagodzić. Mówią, że najlepiej zostawić w spokoju dawne sprawy, przebaczyć i zapomnieć. Major strząsa ich dłonie z ramion i jest groźny jak przedtem kapitan Bergh, tak że nikt się doń zbliżyć nie waży.

    362

    — To wcale nie jest dawna sprawa! — woła. — Do dzisiejszego dnia o niczym nie wiedziałem! Nie mogłem do tej pory ukarać cudzołożnicy!

    363

    Na te słowa podnosi majorowa głowę czując, że jej wraca odwaga:

    364

    — Pierwej ty opuścisz ten dom niż ja! — woła. — Nie myśl, że ustąpię! — To powiedziawszy podchodzi bliżej.

    365

    Major nie odpowiada, ale śledzi każdy jej ruch, gotów bić, gdyby się jej w inny sposób nie mógł pozbyć.

    366

    — Dopomóżcie mi, panowie, związać tego człowieka i wyprowadzić stąd, by odzyskał zmysły. Zważcież, kim on jest, a kim ja. Rozważcie to, zanim będę musiała ustąpić. Zarządzam Ekeby, on zaś siedzi po całych dniach przy niedźwiedzim dole i karmi niedźwiedzie. Dopomóżcie mi, przyjaciele i sąsiedzi! Gdy mnie zbraknie, zapanuje tu straszna nędza. Chłop żyje i buduje sobie dom za to, że dla mnie ścina drzewa w lesie i wozi rudę. Węglarz zarabia dostawą mego węgla, a flisak spławianiem mego drzewa. Ja jestem szafarką tej pracy, źródłem dobrobytu. Czyż sądzicie, że on zdoła prowadzić dalej dzieło moje? Oświadczam, że wyganiając mnie otwieracie podwoje klęsce głodu.

    367

    Znowu podnosi się mnóstwo rąk, by pomóc majorowej, i znów czyjeś dłonie kładą się na ramiona majora, by go udobruchać.

    368

    — Nie! — woła. — Precz ode mnie! Czyż chcecie bronić wiarołomnej kobiety? Oświadczam, że jeśli nie odejdziecie dobrowolnie, wezmę ją na ręce, zaniosę do niedźwiedziej jamy i wrzucę w głąb.

    369

    Na te słowa ramiona z powrotem opadają.

    370

    W ostatniej potrzebie zwraca się majorowa do rezydentów.

    371

    — Czyż i wy, panowie, będziecie patrzyć spokojnie, jak mnie wypędzają? Czyż dałam wam zimą marznąć w śniegu? Czy odmawiałam piwa i wódki? Czyż żądałam za ubranie i żywność pracy i zapłaty? Czyż wam nie było u mnie jak u matki? Czy nie tańczyliście na moich pokojach? Czy wesele i uciecha nie były waszym chlebem powszednim? Nie dozwólcie, panowie, by wygnał mnie z domu ten człowiek, który był nieszczęściem mego życia! Nie dopuśćcież, bym została żebraczką na gościńcu!

    372

    Gösta pochylił się ku pięknej, ciemnowłosej dziewczynie siedzącej przy wielkim stole i rzekł:

    373

    — Anno! Bywałaś przed pięciu laty często w Borgu, powiedz mi tedy, czy mówiła majorowa Ebbie, że mnie wygnano z plebanii?

    374

    — Dopomóż majorowej! — odparła.

    375

    — Zrozum, że muszę wpierw zyskać pewność, czy mnie nie uczyniła mordercą!

    376

    — Cóż za przypuszczenia, Gösto? Dopomóżże jej!

    377

    — Nie chcesz odpowiedzieć, rozumiem. Sintram powiedział tedy prawdę! — rzekł Gösta, wrócił do rezydentów i nie ruszył palcem w obronie majorowej.

    378

    Ach, czemuż majorowa posadziła kawalerów przy bocznym stole pod piecem? Teraz zbudziły się w ich głowach myśli z ubiegłej nocy, oczy łyskają gniewem nie mniejszym niż gniew majora.

    379

    Pozostają hardzi i niewzruszeni na błagania majorowej.

    380

    Czyż wszystko, czego są świadkami, nie potwierdza widziadeł minionej nocy?

    381

    — Oczywiście, rzecz jasna, kontrakt nie został odnowiony! — mruczy jeden z nich. — Do piekła z tobą, wiedźmo! — woła inny. — Sami cię za drzwi wypędzimy!

    382

    — Głupcy! — woła do kawalerów stary, słaby wuj Eberhard. — Czyż nie rozumiecie, że to był Sintram?

    383

    — Owszem, wiemy o tym dobrze — odpowiada Juliusz. — Ale czy to nie wszystko jedno? I tak mogło to być prawdą. Przecież Sintram jest sługą diabła. Pokumali się ze sobą od dawna.

    384

    — Idź, Eberhardzie, idź i pomóż jej! — drwi reszta. — Nie wierzysz przecież w piekło. Idź!

    385

    Gösta Berling stoi bez ruchu, bez słowa.

    386

    Ach, nie może majorowa spodziewać się pomocy od tej pomrukującej groźnie, pokłóconej czeredy kawalerów.

    387

    Cofa się więc znów do drzwi i zakrywa twarz rękami.

    388

    — Niechże się ciebie zaprą, jak ty się mnie wyparłaś — woła z goryczą i bólem. — Niech ci domem będzie gościniec, a rów przydrożnym łożem.

    389

    Kładzie rękę na klamce, drugą podnosi i mówi:

    390

    — Zapamiętajcie to sobie wszyscy, którzy mnie w tej chwili opuszczacie! Zapamiętajcie sobie, że rychło nadejdzie godzina wasza. Rozproszycie się, a miejsce wasze pozostanie puste. Cóż się z wami stanie, gdy wam zabraknie mej pomocy? Bacz dobrze, Melchiorze Sinclaire, który masz ciężką rękę i uciskasz swych bliskich! Nadchodzi sąd i kara, proboszczu z Broby! Pani Ugglo, wiedz, że zbliża się nędza do domu twego! Piękne młode panie, Elżbieto Dohna, Marianno Sinclaire i Anno Stjärnhök, wiedzcie, że nie ja jedna zostanę wygnana z domu! Baczcież i wy, kawalerowie, albowiem nadciąga burza. Zwieje was z powierzchni ziemi, bo czas wasz dokonał się! Nie żal mi siebie, ale was wszystkich, bowiem burza rozpęta się nad waszymi głowami, a któż się ostoi, gdym ja padła? Serce me krwawi z powodu tylu biednych ludzi! Któż im da pracę, gdy mnie nie stanie?

    391

    Majorowa otwarła drzwi; a w tej chwili kapitan Christian Bergh rzekł podnosząc głowę:

    392

    — Jakże długo mam leżeć u stóp twoich, Małgorzato Celsing? Przebacz mi, bym wstał i rozpoczął walkę o ciebie!

    393

    Majorowa toczy walkę straszną z samą sobą, ale wie, że jeśli przebaczy, to człowiek, kochający ją od lat czterdziestu, zacznie walczyć z jej mężem i zostanie mordercą.

    394

    — Mamże więc jeszcze przebaczyć? — powiada. — Jesteś sprawcą mego nieszczęścia, Chrystianie Berghu. Wróć do grona kawalerów i raduj się dziełem swoim!

    395

    To rzekłszy wyszła. Odeszła spokojnie, zostawiając za sobą przerażenie. Padła, ale nawet wśród poniżenia nie utraciła pewnego dostojeństwa. Nie folgując bólowi, w starości swej radowała się młodocianą miłością. Nie pozwoliła sobie na skargę ni łzy. Zrozumiała wszystko i nie przeraziła się, że będzie z kijem i torbą żebraczą chodzić po świecie. Żal jej było biednych chłopów i wesołych, beztroskich mieszkańców pobrzeża oraz biednych rezydentów, których wspierała i chroniła. Opuszczona przez wszystkich, znalazła jeszcze siłę, by odtrącić ostatniego przyjaciela, nie chcąc go uczynić mordercą.

    396

    Przedziwna to była kobieta, o wielkiej sile ducha i żądzy czynu. Trudno zaprawdę, napotkać podobną do niej.

    397

    Następnego dnia major Samzelius wyjechał z Ekeby do własnego folwarku Sjö, położonego w pobliżu wielkiej huty. Testament Altringera, mocą którego otrzymał siedem folwarków i hut żelaza, opiewał wyraźnie, że nie wolno niczego sprzedawać ani darować, ale wszystko ma po śmierci majora przejść na jego żonę lub potomstwo. Nie mogąc tedy roztrwonić przeklętego dziedzictwa, ustanowił jego panami rezydentów, pewny, że w ten sposób zaszkodzi najbardziej Ekeby i sześciu innym posiadłościom.

    398

    Wszyscy w okolicy wierzyli święcie, że Sintram wykonał polecenie szatana, ponieważ zaś to, co obiecał, spełniło się co do joty, kawalerowie pewni byli, że kontrakt zostanie ściśle dotrzymany i mocno sobie postanowili przez cały rok nie uczynić nic mądrego, pożytecznego ani miłosiernego. Uwierzyli też święcie, że majorowa jest czarownicą czyhającą na ich zgubę.

    399

    Drwił z tego jeno filozof, wuj Eberhard, ale któż by sobie coś robił z tak zatwardziałego niedowiarka! Gdyby nawet sam leżał na piekielnych mękach, w kole wyśmiewających go szatanów, twierdziłby niewątpliwie, iż nie istnieją wcale, bo istnieć nie mogą. Wuj Eberhard był to zaprawdę wielki filozof!

    400

    Gösta Berling nie zwierzał się nikomu ze swych myśli. To tylko pewne, że nie poczuł się wobec majorowej do żadnej wdzięczności za przyjęcie do Ekeby na rezydenta. Wolałby był nie żyć, niż mieć świadomość, że winien jest śmierci Ebby Dohny. Nie podniósł ręki do zemsty nad majorową, ale również nie uczynił nic w jej obronie. Nie mógł się na to zdobyć.

    401

    Kawalerowie zostali więc teraz panami całą gębą. Był czas świąteczny, rojny od uczt i rozrywek, serca rezydentów przepajała radość, a jeśli nawet smutek uciskał duszę Gösty Berlinga, to nie zdradzała go ani jego twarz, ani słowa.

    4. Gösta Berling poetą

    402

    W okresie świąt miał się odbyć bal w Borgu. Mieszkał tam podówczas młody hrabia Dohna z piękną, świeżo poślubioną małżonką i zabawa w starym zamku hrabiowskim zapowiadała się świetnie.

    403

    Ekeby otrzymało także zaproszenie, ale wnet wyszło na jaw, że nikt z świętujących tu w tym roku nie miał ochoty jechać prócz Gösty Berlinga, zwanego „poetą”.

    404

    Borg i Ekeby leżą nad Jeziorem Löveńskim, ale po przeciwległych brzegach. Borg w parafii Svartsjö, Ekeby w parafii Brö, tak że przy nie zamarzłej powierzchni wody trzeba tam jechać dwie godziny.

    405

    Biednego Göstę wyekwipowali starsi kawalerowie na ten bal niby królewicza mającego reprezentować państwo. Dostał nowy frak z błyszczącymi srebrnymi guzikami, sztywny żabot i lśniące, lakierowane trzewiki. Włożył też szlachetne bobrowe futro oraz sobolową czapkę na jasne, faliste włosy. Rozpostarto na jednokonnych saneczkach niedźwiedzią skórę o srebrnych pazurach i zaprzężono Don Juana, chlubę stajni. Gwizdnąwszy na swego psa Tankreda ujął Gösta lejce z plecionki i wyjechał rozradowany, promieniejący wspaniałością i przepychem, a promieniał on i bez tego urodą i zdolnościami swymi.

    406

    Ruszył w niedzielne przedpołudnie i mijając kościół broeński usłyszał śpiewanie. Skręcił na samotną drogę leśną wiodącą do Bergi, do kapitana Uggli, gdzie zamierzał zatrzymać się na obiedzie.

    407

    Berga nie było osiedlem bogacza; głód trafiał nieraz pod porosły mchem dach kapitana, a przyjmowany jak inni goście żarcikami, śpiewem i grą, nierad opuszczał gościnne progi.

    408

    Zarządzająca kuchnią i przędzalnią stara Ulryka Dillner powitała Göstę na schodach podjazdu, a w dygu zatrzęsły się z radości jej sztuczne loczki okalające brunatną, pomarszczoną wielce twarzyczkę. Wprowadziwszy go do sali jęła zaraz paplać o właścicielach posiadłości i lichych warunkach, w jakich żyli.

    409

    Troska i niedostatek stoją u drzwi, mówiła, czasem braknie na obiad chrzanu do solonego mięsa, i oto właśnie Ferdynand zaprzągł Disę i wraz z dziewczętami ruszył do Munkerudu pożyczyć coś niecoś. Kapitan jest w lesie i wróci pewnie z żylastym zającem, do którego trzeba dodać więcej masła, niż zwierzyna warta. Zwie on to zaopatrywaniem domu w żywność. Zresztą gorzej będzie jeszcze, jeśli przyniesie lichego lisa, najnędzniejsze stworzenie boskie, które jest przecież równie bezużyteczne w stanie żywym jak martwym.

    410

    A kapitanowa? O, jeszcze nie wstała. Leży w łóżku i czyta, jak zawsze, romanse. Nie stworzona zaprawdę do pracy ta anielska istota!

    411

    Pracę pozostawiano osiwiałej w służbie starowinie, toteż dreptała od świtu od nocy, by podołać robocie; zadanie nie lada. Przez całą zimę nie było innego mięsiwa w domu prócz szynki niedźwiedziej. Na wysoką zapłatę nie liczy, zresztą grosza dotąd nie widziała, ale żyje nadzieją, że jej chyba nie wyrzucą na gościniec, gdy już będzie niezdolna do pracy. W tym domu i gospodynię traktuje się po ludzku i jest pewna, że państwo sprawią jej kiedyś uczciwy pogrzeb, jeśli tylko starczy pieniędzy na trumnę.

    412

    — Któż wie, jak się rzeczy ułożą! — zawołała ocierając fartuchem oczy, do których raz po raz napływały łzy. — Winniśmy niegodziwemu panu Sintramowi sporo pieniędzy i może nam zabrać wszystko. Ferdynand zaręczył się wprawdzie z bogatą Anną Stjärnhök, ale ona się nim znudzi, znudzi się na pewno. I cóż się wówczas stanie z nami, z trzema krowami, dziewięciu końmi i młodymi, wesołymi dziewczętami, które by rade jeździć z balu na bal! W cóż się obrócą jałowe pola, gdzie nic nie rośnie, i co zrobi poczciwy Ferdynand, z którego już nigdy nie będzie mężczyzna jak należy? Cóż się wówczas stanie z całym tym domem, gdzie wszystko kwitnie oprócz pracy?

    413

    Nadeszło południe i mieszkańcy zebrali się w komplecie. Wrócił dobroduszny, flegmatyczny Ferdynand i wesołe panny z pożyczonym chrzanem, wrócił też kapitan orzeźwiony kąpielą w przerębli i polowaniem. Otwarł okno, by wpuścić świeże powietrze i uścisnął serdecznie dłoń Gösty. Zjawiła się kapitanowa w jedwabiach i koronkach i podała mu łaskawie rączkę do pocałunku. Wszyscy powitali Göstę radosnym uśmiechem i żarcikami i pytali jedno przez drugie:

    414

    — Cóż tam słychać w Ekeby, w ziemi obiecanej?

    415

    — Płynie miodem i mlekiem! — odpowiedział. — Obdzieramy góry z żelaza, napełniamy piwnice winem, pola dają złoto, którym złocimy nędzę życia, zaś lasy rąbiemy, by z drzewa budować kręgielnie i pawilony w parku.

    416

    Kapitanowa westchnęła, potem zaś uśmiechnęła się w odpowiedzi, a z ust jej uleciało jedno tylko słowo:

    417

    — Poeta!

    418

    — Mam dużo grzechów na sumieniu — odparł — nigdy atoli nie napisałem ani jednego wiersza.

    419

    — Mimo to jesteś poetą, Gösto! — potwierdziła. — Przeżyłeś więcej poematów, niźli ich napisali nasi poeci.

    420

    Potem jęła łagodnie wyrzucać mu, iż marnuje swe życie.

    421

    — Dożyję jeszcze, ufam, czasu — powiedziała — kiedy staniesz się mężczyną statecznym!

    422

    Błogo mu było słuchać rad łagodnej przyjaciółki, której marzycielskie serce pałało umiłowaniem wielkich czynów.

    423

    Skończono wnet wesołą ucztę, zjedzono mięso z chrzanem, kapustę, faworki i zapito wszystko świątęcznym piwem, po czym Gösta jął opowiadać o majorowej, majorze i proboszczu z Broby, tak iż wszyscy płakali, to znów pokładali się od śmiechu. Nagle zadźwięczały janczary w podwórzu i wnet potem wszedł do pokoju złośliwy Sintram. Promieniał radością od łysiny aż do wielkich płaskich stóp. Machał długimi rękami, wykrzywiał się i widać było, że niesie fatalne wieści.

    424

    — Słyszeliście już, państwo? — spytał. — Słyszeliście, że dziś wyszła w svartsjöńskim kościele pierwsza zapowiedź Anny Stjärnhök i bogatego Dahlberga? Zapomniała widocznie, że jest zaręczona z Ferdynandem.

    425

    Nic o tym nie wiedzieli, zdziwienie ich ogarnęło i żałość.

    426

    Ujrzeli w duchu zupełną ruinę domu, gdyż trzeba będzie zwrócić dług złemu Sintramowi. Zostaną sprzedane ulubione konie, stare, wyprawne meble matki. Skończy się wesołe życie i jazda z balu na bal. Na stół znowu szynka niedźwiedzia, zaś młodzi pójdą w służbę obcych ludzi. Matka pogłaskała syna czule, z wyrazem niewyczerpanej miłości.

    427

    Ej, nie! Był wszakże pośród nich Gösta Berling niezwyciężony! Najrozmaitsze plany wirowały mu w głowie.

    428

    — Głupstwo! — zawołał. — Nie czas jeszcze lamentować. To sprawka pastorowej ze Svartsjö. Anna, od kiedy mieszka na plebanii, jest całkowicie w jej mocy. To pastorowa ją namówiła, by porzuciła Ferdynanda dla starego Dahlberga, ale jeszcze nie wzięli ślubu i nic z tego nie będzie! Jadę do Borgu, gdzie spotkam Annę. Pomówię z nią i wyrwę ją księdzu i narzeczonemu. Przywiozę ją tu nocą, a stary Dahlberg dostanie figę.

    429

    Tak się stało. Gösta pojechał do Borgu sam, nie zabierając żadnej z wesołych panienek, ale za to gorące życzenia pozostałych, by mu się powiodło. Sintrama ogarnęła radość na myśl, że już się ona staremu Dahlbergowi nie dostanie. Został tedy w Berdze, w oczekiwaniu powrotu Gösty z niewierną. W przystępie życzliwości owinął nawet odjeżdżającego swym zielonym szalem podróżnym, który dostał od Ulryki w podarunku.

    430

    Pani domu wyszła na ganek z trzema czerwono oprawnymi książeczkami i podając je rzekła do siedzącego już w sankach Gösty:

    431

    — Weź to na wypadek, gdyby ci się nie powiodło. To Korynna pani de Staël, nie chciałabym, by poszła pod młotek.

    432

    — Mój plan musi się udać!

    433

    — O Gösto, Gösto! — powiedziała gładząc odkrytą jego głowę. — Ty najsilniejszy i najsłabszy spośród ludzi! Za chwilę zapomnisz, że masz w swym ręku dolę i niedolę paru biedaków.

    434

    Gösta pomknął znów gościńcem, Don Juan galopował, biały Tankred pędził za nim, a świadomość bliskiej przygody przepajała duszę Gösty radością.

    435

    Czuł się młodym zdobywcą, pędził w uniesieniu. Droga wiodła popod plebanię w Svartsjö. Zajechał tam i spytał, czy może zabrać na bal Annę Stjärnhök. Przyzwolono. Piękna, przekorna dziewczyna wsiadła do sanek. Któż by nie chciał jechać czarnym Don Juanem!

    436

    Zrazu młodzi milczeli, potem jednak ona zaczęła tonem porywczym i zuchwałym:

    437

    — Słyszałeś, Gösto, co pastor ogłosił dziś z kazalnicy?

    438

    — Nazwał cię najpiękniejszą dziewczyną pomiędzy Löven a Klarälven?

    439

    — Głupiś, Gösto! To wiedzą wszyscy bez pastora. Nie, ogłosił moje zapowiedzi ze starym Dahlbergiem.

    440

    — Dalibóg, gdybym to wiedział z góry, nie brałbym cię do sanek! Bądź pewna! Wcale bym po ciebie nie zajechał.

    441

    — I bez Gösty Berlinga pojechałabym do Borgu.

    442

    — Szkoda cię, Anno — rzekł w zadumie — szkoda, że nie masz ojca ni matki. Dlatego jesteś taka.

    443

    — Większa szkoda, żeś tego nie powiedział wcześniej, gdyż mógł mnie kto inny zawieźć.

    444

    — Pastorowa jest widać tego samego co ja zdania. Potrzeba ci męża, który by był twym opiekunem i ojcem. Inaczej, zaprawdę, nie wydawałaby cię za tę starą pokrakę, Dahlberga.

    445

    — Pastorowa nie ma z tym nic wspólnego.

    446

    — Ejże! Więc sama wyszukałaś sobie tak ślicznego mężulka?

    447

    — W każdym razie nie bierze mnie dla pieniędzy!

    448

    — Tak, bo starcom zależy tylko na niebieskich oczach i rumianej buzi. Ot, głupcy!

    449

    — Wstydź się, Gösto!

    450

    — Ale pamiętaj, że odtąd nie wolno ci się bawić z młodymi ludźmi. Koniec tańcom i zabawie. Miejsce twe w rogu kanapy, a może wolisz zagrać ze staruszkiem Dahlbergiem partię wiry[13]?

    451

    Umilkli i nie mówili nic, aż wjechali na strome wzgórza koło Borgu.

    452

    — Dziękuję ci za miłą rozmowę! — powiedziała. — Nieprędko pojadę znowu z Göstą Berlingiem.

    453

    — Dziękuję wzajem. Znam kogoś, kto również żałuje, że z tobą jechał na zabawę.

    454

    W pokorniejszym niż zwykle nastroju weszła zuchwała piękność na salę i spojrzała po zebranych.

    455

    Spostrzegła zaraz małego, łysego Dahlberga obok pięknego, smukłego, jasnowłosego Gösty. Miała ochotę wyrzucić obydwu za drzwi. Narzeczony podszedł zapraszając ją do tańca, ale go powitała szyderczo i spytała zdumiona:

    456

    — Chcesz tańczyć? Przecież zwykle nie tańczysz.

    457

    Zbliżyły się dziewczęta z powinszowaniami.

    458

    — Nie udawajcie, dziewczęta! — powiedziała. — Wszakże trudno zakochać się w Dahlbergu! Ale on bogaty i ja bogata, dobrana z nas para.

    459

    Podeszły starsze damy, ściskały jej ręce i mówiły o najwyższym szczęściu życia.

    460

    — Proszę powinszować pastorowej — odparła — ją to raduje więcej niż mnie.

    461

    W pewnej odległości stał Gösta Berling, świetny kawaler, witany z radością, bo śmiał się radośnie i sypał słowa niby pył złoty na szare łachmany życia. Nie widziała go jeszcze takim. Nie był to człowiek wyklęty, wyrzucony za nawias, bezdomny facecjonista… o nie! Był królem pośród mężczyzn, urodzonym na króla.

    462

    On i inni młodzieńcy sprzysięgli się przeciw niej. Niechaj zrozumie, że źle uczyniła zaprzedając starcowi urodę swą i bogactwo. Przez dziesięć tańców nie ruszyła nogą.

    463

    Wrzała gniewem.

    464

    Gdy zabrzmiał taniec jedenasty, poprosił ją jakiś człeczyna marny, z którym żadna tańczyć nie chciała.

    465

    — Pewnie myślicie, że jak piwo wypite, pora na męty! — powiedziała.

    466

    Potem grano o fanty. Dziewczęta poszeptały z sobą i skazały ją na pocałowanie tego, którego najbardziej kocha. Uśmiechnięte czekały chwili, kiedy dumna piękność pocałuje starego Dahlberga. Ona jednak, wspaniała w swym gniewie, rzekła:

    467

    — Wolę raczej dać w twarz temu, którego najbardziej nienawidzę!

    468

    W chwilę potem zaczerwienił się policzek Gösty Berlinga od ciosu jej silnej dłoni. Oblany rumieńcem, przytrzymał na sekundę jej rękę i szepnął:

    469

    — Bądź za pół godziny na dole, w czerwonej sali!

    470

    Błękitne oczy jego objęły ją magicznym kręgiem i uczuła, że musi być mu posłuszną.

    471

    Przyjęła go dumnie, złymi słowy:

    472

    — Cóż to obchodzi Göstę Berlinga, że wychodzę za mąż?

    473

    Nie miał jeszcze dla niej słów życzliwych, a jednocześnie nie chciał zaraz mówić o Ferdynandzie.

    474

    — Nie sądzę — powiedział — by utrata dziesięciu tańców była karą dostateczną. Ale niech ci będzie dowodem, że nie wolno bezkarnie łamać przyrzeczeń i obietnic. Kto inny wymierzając ci sprawiedliwości byłby nierównie surowszy.

    475

    — Cóż uczyniłam tobie i innym, że mnie prześladujecie? Nie dajecie mi spokoju wyłącznie z powodu mego majątku. Rzucę pieniądze do Lövenu i niech je sobie, kto chce, łowi.

    476

    Zakryła twarz dłońmi i rozpłakała się z gniewu.

    477

    To wzruszyło serce poety. Zawstydził się swej surowości i przemówił serdecznie:

    478

    — Przebacz mi, drogie dziecko! Przebacz biednemu Göście! Któż sobie coś robi ze słów nędzarza, któż płacze z powodu gniewu jego? Równie dobrze można by płakać z powodu ukłucia komara. Byłem szalony, ale chciałem przeszkodzić, by nasza najpiękniejsza i najbogatsza dziewczyna wiązała się ze starcem, A tymczasem dokazałem jeno tego, żem cię zasmucił.

    479

    Usiadł przy niej na sofie i objął łagodnie wpół, by ją wspierać i chronić. Nie broniła się, przylgnęła doń, zarzuciła mu ramiona na szyję i oparła piękną główkę o jego ramię.

    480

    Ach, poeto, najsilniejszy i najsłabszy z ludzi! Nie twoją to szyję obejmować miały te białe ręce!

    481

    — Gdybym to była wiedziała, nie brałabym za nic tego starego! Dziś dopiero poznałam cię. Nikt ci nie dorówna!

    482

    Pobladłe wargi Gösty szepnęły:

    483

    — Ferdynand!

    484

    Zamknęła mu usta pocałunkiem.

    485

    — Cicho bądź! Nikt dla mnie nie istnieje, tylko ty! Tobie pozostałabym wierna!

    486

    — Jestem Gösta Berling — rzekł ponuro — za mnie wyjść nie możesz!

    487

    — Kocham cię, kocham cię, pierwszego wśród mężczyzn. Nie potrzebujesz nic robić, niczym być! Jesteś król, król z krwi i kości!

    488

    Zawrzała krew poety. Była tak piękna, tak urocza w uniesieniu miłości. Przycisnął ją do piersi.

    489

    — Jeśli chcesz być moją — powiedział — nie możesz przebywać na plebanii. Pozwól, że cię zabiorę tej nocy do Ekeby, a tam potrafię cię obronić aż do czasu wesela.


    490

    Czarowna to była jazda nocą. Ulegli prawu miłości i dali się unosić Don Juanowi.

    491

    Skrzyp śniegu pod płozami sanek zdawał się być skargą oszukanego. Cóż ich to jednak obchodziło? Zawisła u jego szyi, on zaś pochylony szeptał jej:

    492

    — Czyż może istnieć rozkosz większa nad skradzione szczęście?

    493

    Cóż znaczyła zapowiedź, cóż gniew ludzki? Kochali się. Gösta wierzył w przeznaczenie. Los ich pokonał, nie sposób walczyć z losem! Gdyby nawet gwiazdy były świecami ślubnego ołtarza, a janczary Don Juana dzwonami weselnymi, zwołującymi ludzi na jej ślub z Dahlbergiem, i tak musiałaby uciekać z Göstą Berlingiem. Los jest potężny!

    494

    Minęli szczęśliwie plebanię munkerudzką. Mieli do Bergi jeszcze pół mili, a drugie pół do Ekeby. Droga wiodła skrajem lasu. Po prawej widniały niskie, ciemne, ponure góry, po lewej zaś leżała długa, biała dolina.

    495

    Wtem dogonił ich Tankerd. Sadził leżąc niemal na brzuchu. Zawył ze strachu, skoczył w sanki i skulił się u nóg Anny. Don Juan szarpnął i poniósł.

    496

    — Wilki! — powiedział Gösta.

    497

    Zobaczył długą, szarą, ruchomą linię pod lasem. Zwierząt było co najmniej dwanaście.

    498

    Anna nie przelękła się. Dzień tak obfity w przygody obiecywał podobną noc. Toż to życie! Tak pędzić po lśniącej przestrzeni, drwiąc zuchwale z dzikich zwierząt i ludzi.

    499

    Gösta zaklął, pochylił się i silnie uderzył Don Juana.

    500

    — Boisz się? — spytał.

    501

    — Biegną na przełaj i dogonią nas na zakręcie gościńca.

    502

    Don Juan dał susa i pognał w zawody z drapieżcami, a Tankred zaskomlał z gniewu i strachu. Dotarli do zakrętu jednocześnie z wilkami, a Gösta odpędził pierwszego biczem.

    503

    — Ach, Don Juanie drogi — rzekł Gösta — jakże łatwo umknąłbyś dwunastu wilkom, gdybyś nie musiał wlec nas, ludzi!

    504

    Przywiązali do oparcia sanek zielony szal, co przeraziło wilki tak, że na chwilę zostały w tyle. Przezwyciężyły jednak rychło strach, a jeden skoczył ku sankom wywalając ozór i rozdziawiając paszczę. Wówczas wziął Gösta tom Korynny pani Staël i cisnął go wilkowi.

    505

    Znowu nastała pauza, podczas której zwierzęta szarpały łup. Niebawem jednak, potargawszy szal i książkę, wilki napierały tak, że czuli ich gorący oddech na plecach. Wiedzieli, że przed Bergą nie napotkają ludzkich osiedli, ale Göście wydało się gorszym od śmierci spojrzeć w oczy ludziom, których oszukał. Jednocześnie zdawał sobie sprawę, że jeśli koń ustanie, zginą niechybnie.

    506

    Nagle zamajaczył pod lasem dwór bergijski, rozjarzony światłem. Gösta wiedział, co to oznacza.

    507

    W tej chwili wilki znikły przerażone bliskością wsi, a Gösta minął Bergę. Ale zaledwie dotarł do miejsca, gdzie droga ponownie zapadała w las, ujrzał przed sobą ciemną gromadę czekających wilków.

    508

    — Zawróćmy na plebanię — rzekł — powiemy, żeśmy odbyli małą przejażdżkę przy świetle gwiazd. Uwierzą na pewno.

    509

    Zawrócili, ale natychmiast wilki otoczyły sanki. Szare postacie przemykały łyskając białymi zębami i świecąc oczyma. Wyły z głodu i żądzy krwi, gotowe wbić zęby w miękkie ludzkie ciało. Podskoczyły do pyska Don Juana i zawisły u uździenicy. Anna rozmyślała, czy wilki pożrą ich ze szczętem, czy też zostawią bodaj trochę kości, by ludzie mogli znaleźć rano w śniegu ślady.

    510

    — Idzie o nasze życie! — powiedziała pochylając się i biorąc za kark Tankreda.

    511

    — Daj pokój! — odparł. — To na nic! Nie z powodu psa ruszyły wilki tej nocy na łów.

    512

    Rzekłszy to wjechał w bramę bergijskiego dworu. Ale wilki ścigały ich aż do podjazdu, tak że musiał się bronić biczem.

    513

    — Anno! — powiedział, gdy stanęli przed gankiem. — Nie było to zgodne z wolą bożą. Jeśli jesteś tą, za jaką cię uważam, nie daj nic po sobie poznać, rozumiesz?

    514

    Posłyszawszy brzęk janczarów wszystko wyległo na dwór.

    515

    — Przywiózł ją! — wołano chórem. — Przywiózł ją! Niech żyje Gösta Berling! — I ściskano się wzajemnie.

    516

    Niewiele padło pytań. Noc była późna, przybyłych wyczerpała pełna niebezpieczeństw jazda, udano się tedy na spoczynek. Wszystko będzie dobrze, skoro jest z nimi Anna.

    517

    Skończyło się zatem dobrze, zniszczał tylko zielony szal — cenny podarek Ulryki — i Korynna.

    518

    Cały dom spał jeszcze, gdy Gösta wstał, ubrał się i wymknął na dwór. Wyciągnął niepostrzeżenie ze stajni Don Juana, zaprzągł i chciał ruszyć, gdy nagle wyszła z domu Anna Stjärnhök.

    519

    — Usłyszałam cię! — powiedziała. — Gotowa jestem jechać z tobą!

    520

    Podszedł i uchwycił jej dłoń.

    521

    — Czyż jeszcze nie rozumiesz? To niemożliwe! Bóg nie chce! Posłuchaj i chciej mnie pojąć. Byłem tu dziś przed południem i widziałem rozpacz tych ludzi z powodu twej niewierności, pojechałem przeto do Borgu, by cię przywieźć Ferdynandowi. Ale zawsze byłem nikczemnikiem i już się nie zmienię, zdradziłem go więc i zdradziłem dla ciebie. Tu mieszka stara kobieta, która wierzy, że coś ze mnie jeszcze będzie. I ją oszukałem. Druga stara kobieta godzi się głodować i drżeć z zimna, byle tylko móc umrzeć pośród przyjaciół, lecz z mojej winy omal że nie została wyrzucona na bruk przez Sintrama. Byłaś piękna, a grzech słodki. O, jakże ci ludzie kochają swój dom, a jednak gotów byłem narazić ich na ruinę. Zapomniałem o wszystkim dla ciebie. Teraz atoli, kiedy byłem świadkiem ich radości, nie mogę cię zabrać, Anno! Uczyniłabyś ze mnie człowieka, lecz nie możesz do mnie należeć. O ukochana! Ten tam w górze igra wolą naszą, musimy się ugiąć pod jego karzącą ręką. Przyrzeknij mi, że od dziś weźmiesz brzemię swe na plecy. Oni wszyscy ufają ci. Przyrzeknij, że zostaniesz z nimi, że im będziesz pomocą i ochroną! Jeśli mnie kochasz, jeśli chcesz złagodzić straszny ból mój, to przyrzeknij! Jedyna moja, czyż serce twoje nie jest dość wielkie, by się przezwyciężyć z uśmiechem na ustach?

    522

    Przyjęła z zapałem nakaz rezygnacji.

    523

    — Uczynię, co chcesz — powiedziała — poświęcę się z uśmiechem.

    524

    — I nie będziesz nienawidziła biednych przyjaciół moich?

    525

    Uśmiechnęła się smutnie.

    526

    — Jak długo ciebie kocham, kochać i ich będę.

    527

    — Teraz dopiero wiem, co z ciebie za dziewczyna! O jakże ciężko oderwać się od ciebie!

    528

    — Żegnaj mi, Gösto! Jedź z Bogiem! Miłość moja nie przywiedzie cię do grzechu.

    529

    Obróciła się, by odejść, a on poszedł za nią.

    530

    — Czy rychło mnie zapomnisz?

    531

    — Jedź, Gösto! Jesteśmy tylko ludźmi!

    532

    Wskoczył do sanek, ona natomiast zawróciła.

    533

    — Pamiętasz wilki? — spytała.

    534

    — Oczywiście. Spełniły swoje zadanie. Tej nocy nic już ode mnie nie będą chciały.

    535

    Wyciągnął raz jeszcze do niej ręce, ale zniecierpliwiony Don Juan ruszył. Nie ujął lejc. Siedział odwrócony i patrzył za nią nieruchomo. Potem oparł się o brzeg sanek i jął łkać rozpaczliwie.

    536

    — Miałem w ręku szczęście i odepchnąłem je! Ach, czemuż to uczyniłem, czemu?

    537

    O Gösto Berlingu, ty najsilniejszy i najsłabszy pośród ludzi!

    5. Kaczucza

    538

    Rumaku bojowy! Bojowy rumaku, który pasiesz się teraz na trawie, czyli pamiętasz młodość swą? Czy pamiętasz dzień bitewny, rumaku dzielny, bojowy? Pędziłeś niby na skrzydłach niesiony, grzywa jak płomień pałała nad twą głową, a krew i piana spływały ci po bokach czarnych. Gryząc pozłociste wędzidło pędziłeś w dal, a ziemia drżała pod kopytami twymi. Rozkosz cię ogarniał, dzielny rumaku. Ach, jakżeś byłeś piękny!


    539

    W skrzydle rezydentów ekebijskiego dworzyszcza panuje szary mrok. W wielkiej sali stoją pod ścianami czerwono malowane skrzynie kawalerów, a świąteczna ich odzież wisi na gwoździach w kącie. Płomień kominka oświetla bielone ściany i firanki w żółtą kostkę, kryjące alkowy. Mieszkanie kawalerów to nie seraj, nie królewskie komnaty z miękkimi, wyściełanymi sofami i poduszkami.

    540

    Ale rozbrzmiewają tu skrzypce Liljecrony. Gra szarą godziną kaczuczę[14].

    541

    Powtarza ją raz po raz.

    542

    Zerwijcie struny, złamcie smyk! Czemuż to powtarza bez końca ten przeklęty taniec? Czemuż gra właśnie w chwili, kiedy chorąży Orneclou leży w łóżku wijąc się w reumatycznych bólach i wstać nie może? Wyrwijcież mu skrzypce i rozbijcie o ścianę, skoro przestać nie chce!

    543

    Czy dla nas grasz kaczuczę, maestro? Czy można ją zatańczyć na chwiejnej podłodze skrzydła rezydenckiego, pośród ciasnych, brudnych, zakopconych ścian z niskim pułapem? Ach, do licha, po cóż grasz!

    544

    Czyż ta kaczucza jest dla nas, kawalerów? Na dworze szaleje zadymka. Czy uczysz płatki śniegu tańczyć do taktu? Czy grasz do tańca szybkonogim dzieciom?

    545

    Zali masz tu kobiece ciała drżące tętnem gorącej krwi, małe, usmolone rączki, co odsuwając garnek chwytają kastaniety, bose nogi widne spod wysoko zakasanych spódniczek, podwórze wyłożone marmurem, Cyganów skulonych, z dudą i tamburynem, mauretańskie kolumnady, księżyc i czarne oczy… Czy masz to wszystko tutaj maestro? Jeśli nie, to połóż smyczek!

    546

    Kawalerowie suszą przemoczoną odzież u ognia. Nie sposób chyba tańczyć w długich, okutych butach, o podeszwach grubych na cal. Przez cały dzień brodzili po śniegu łokciowej wysokości, tropiąc niedźwiedzia. Czy sądzisz, że zechcą tańczyć w mokrych, parujących ubraniach z fryzu[15], mając zamiast danserki kudłatego misia?

    547

    Zali masz dla nas, mistrzu, wygwieżdżone niebo, czerwone róże w ciemnych włosach kobiecych, oszałamiającą woń wieczora, wrodzoną grację ruchów i miłość, co płynie z nieba, bucha z ziemi i faluje w powietrzu? Po cóż w przeciwnym razie zmuszasz nas, byśmy za tym tęsknili?

    548

    Okrutniku, zali trąbisz wsiadanego rumakowi bojowemu, co stoi na uwięzi? Rutger von Orneclou leży przykuty podagrą do łoża. Oszczędź mu męki rozkosznych wspomnień! I on też nosił sombrero i barwną siatkę na włosach, i on też przywdziewał kaftan z aksamitu i sztylet miał za pasem. Szczędźże, mistrzu, starego Orneclou.

    549

    Ale Liljecrona gra i gra kaczuczę, zaś Orneclou cierpi jak kochanek, co widzi jaskółkę lecącą w stronę odległego mieszkania kochanki; jak jeleń spragniony, którego naganiacze pędzą mimo źródła w lesie.

    550

    Na moment odejmuje Liljecrona skrzypce od podbródka i pyta:

    551

    — Powiedz, chorąży, czy pamiętasz piękną Rozalię von Berger?

    552

    Orneclou ciska straszliwe przekleństwo.

    553

    — Lekka była jak płomień. Lśniła i tańczyła jak brylant na końcu smyczka. Pamiętasz ją pewnie z karlstadzkiego teatru. Widywaliśmy ją tam za młodu, pamiętasz, Orneclou?

    554

    Czy pamięta? Była mała, dzika i sypała skrami jak ogień. Tańczyła kaczuczę. Uczyła kaczuczy wszystkich młodych ludzi Karlstadu, uczyła ich także trzaskać kastanietami. Na balu u wojewody tańczył chorąży z panną von Berger kaczuczę, oboje w strojach hiszpańskich, a tańczył ją, jak się tańczy pod figowcami i platanami, jak Hiszpan prawdziwy.

    555

    Nikt w całej Värmlandii nie umiał jak on tańczyć kaczuczy, to jest tak, by warto było o tym wspominać. Wielką stratę poniosła Värmlandia, gdy gościec zesztywnił mu członki, a na stawach potworzył wielkie guzy. Cóż to był za kawaler, jak smukły, piękny, rycerski! „Pięknym Orneclou” zwały go dziewczęta, a nierzadko z powodu jednego tańca z nim poprzysięgały sobie dozgonną nienawiść.

    556

    Liljecrona rozpoczyna na nowo kaczuczę, a myśli Orneclou cofają się w dawne lata.

    557

    Oto stoi tu, a Rozalia von Berger tam! Byli właśnie przez chwilę sami w garderobie, on jako Hiszpan, ona jako Hiszpanka. Dała mu się pocałować, ale ostrożnie, gdyż bała się jego farbowanych wąsów. Teraz tańczą… jak się tańczy jeno pod figowcami i platanami. Tancerka cofa się, tancerz zuchwale nastaje, dziewczyna czyni dumny gest, on udaje obrażonego, ona gotowa jest do zgody. Gdy w końcu rycerz pada na kolana i chwyta tancerkę w rozpostarte ramiona, przez salę płynie westchnienie — westchnienie zachwytu.

    558

    Hiszpan, prawdziwy Hiszpan!

    559

    Przy tych właśnie ostatnich pociągnięciach smyczka pochylał się w ten sposób, tak wyciągał ramiona, a potem wysuwał nogę, by płynąć w powietrzu… Cóż za wdzięk! Można go było kuć w marmurze.

    560

    Nie wie sam, jak się to stało, ale przerzuca nogi przez krawędź łóżka, wstaje, pochyla się, wyciąga ramiona, strzela z palców i chce płynąć ponad podłogą jak za onych dawnych lat, kiedy nosił lakierowane trzewiki tak ciasne, że piętę pończochy trzeba było wycinać, by weszły.

    561

    Brawo, Orneclou! Brawo, Liljecrona! Przywróć mu zdrowie skrzypkami swymi!

    562

    Noga nie słucha, Orneclou nie może stanąć na końcach palców. Chwieje się przez chwilę na jednej nodze, potem zaś pada z powrotem na łóżko.

    563

    Piękny senorze, postarzałeś się, a senorita zapewne także!

    564

    Tylko pod platanami Grenady tańczą kaczuczę wiekuiście młode gitanas[16], wiecznie młode jak róże, gdyż każda wiosna nowe rodzi.

    565

    A może pora przeciąć struny skrzypiec?

    566

    Nie, graj, Liljecrona, graj dalej i dalej kaczuczę. Ucz nas tej wielkiej prawdy, że i tu, w skrzydle rezydenckim, mimo ociężałych ciał i sztywnych członków jesteśmy w sercu zawsze ci sami… zawsze Hiszpanie!

    567

    Rumaku bojowy! Powiedz, że lubisz sygnał galopu, mimo pęt żelaznych, które ci nogę do krwi ocierają.

    6. Bal w Ekeby

    568

    O wy, piękne kobiety czasów minionych! Wspomina się was jak szczęśliwość niebiańską. Samym jeno pięknem byłyście i samą światłością. Wiecznie młode i piękne niby łagodne oczy matki spoglądające na dziecię swoje. Miękko jak młode wiewióreczki zawisałyście u szyi męża. Głos wasz nigdy nie drgał gniewem, czoło nie miało zmarszczki, a ręka miękka była zawsze. O, wy słodkie, święte! Stałyście w świątyni domu, niby strojne posągi, przyjmując kadzidlane hołdy i modlitwy, miłość przez was czyniła cuda, a nad głową lśnił wam złocisty nimb poezji.

    569

    O, piękne kobiety czasów minionych, opowiem tu właśnie, jak to jedna z was udarowała Göstę Berlinga miłością swoją.


    570

    W dwa tygodnie po balu borgijskim odbył się bal w Ekeby, najwspanialsza w świecie zabawa. Wspominając ją młodniały kobiety i odmładzali się mężczyźni w śmiechu wielkim i radości.

    571

    Kawalerowie byli w tym czasie jedynowładcami w Ekeby, majorowa bowiem wędrowała kędyś o kiju żebraczym, z sakwą dziadowską na plecach, zaś major mieszkał w Sjö. Nie mógł nawet uczestniczyć w balu, gdyż w Sjö właśnie wybuchła ospa, tedy nie chciał szerzyć dalej choroby.

    572

    Jakaż pełnia uciechy zawarła się w tych dwunastu godzinach, począwszy od pierwszego strzału korka butelki przy stole aż do ostatniego pociągnięcia smyczka, gdy północ już dawno minęła. W otchłań przeszłości zapadły te godziny uwieńczone diademem radości, rozpłomienione mocnym winem, wyszukanymi potrawami, uroczą muzyką, dowcipnymi scenami oraz przedziwnymi żywymi obrazami. Przepadły kędyś w zawrotnym, dzikim tańcu. Gdzież to znaleźć tak gładkie posadzki, wykwintnych kawalerów i piękne damy!

    573

    O tak, zaprawdę, piękne kobiety minionych czasów! Umiałyście być ozdobą zabawy. Ktokolwiek zbliżył się do was, czuł, że w żyłach jego płynie gorący strumień siły i duch gorzeje ogniściej. Warto było wydawać złoto na świece, by w ich świetle jaśniała wasza krasa, warto nabywać wino, które w sercach budziło ochotę, warto było w tańcu buty dla was zdzierać i warto smyczek prowadzić tak długo, aż ramię opadało ze znużenia.

    574

    O, kobiety minionych czasów! W rękach waszych spoczywały klucze do raju. W salonach Ekeby roiło się od najpiękniejszych spośród was! Była młoda hrabina Dohna, swawolnie wesoła, zawsze gotowa tańczyć i bawić się, jak przystało dwudziestolatce, były trzy piękne córki sędziego okręgowego z Munkerudu i wesołe panienki z Bergi, była też Anna Stjärnhök, stokroć jeszcze piękniejsza teraz, bo owiana mgłą smutku od czasu owej nocy, kiedy ją ścigały wilki, było dużo, dużo innych, dotąd nie zapomnianych, które jednak niedługo niepamięć pochłonie, a była także piękna Marianna Sinclaire.

    575

    Zgodziła się łaskawie wziąć udział w zabawie kawalerów ta istota słynna na całą okolicę, będącą gwiazdą dworu królewskiego i atrakcją hrabiowskich pałaców, królowa piękności, przyjmująca hołdy całego kraju, zapalająca serca miłością samym zjawieniem się.

    576

    W czasach owych wiele świetnych nazwisk przydawało splendoru krainie Värmlandii. Wesołe dzieci pięknej tej ziemi mogły być dumne z niejednego, ile razy atoli mówiono o pięknych kobietach, nie zapominano nigdy wymienić Marianny Sinclaire.

    577

    Kraj cały rozbrzmiewał sławą jej triumfów. Rozpowiadano o diademach hrabiowskich, unoszących się nad jej głową, milionach składanych u jej stóp, rycerskich mieczach i wieńcach laurowych, co pragnęły ją znęcić swym blaskiem.

    578

    Była zaś nie tylko piękna, ale dowcipna i oczytana, a najmędrsi ludzie epoki chętnie z nią rozmawiali. Choć sama nie była pisarką, wiele jej myśli rzuconych w duszę piszących przyjaciół ożywało w ich utworach i pieśniach.

    579

    Rzadko przebywała w Värmlandii, krainie niedźwiedzi, podróżując przez większą część życia. Ojciec jej, bogaty Melchior Sinclaire, siedział z żoną w domu, w Björne, a Mariannę wysyłał ciągle do różnych wielkich miast lub świetnych zamków i radował się, opowiadając, ile wydawała tam pieniędzy. Oboje starzy grzali się w promieniach sławy swej córki.

    580

    Życie jej upływało na uciechach i hołdach. Powietrze wokół niej przepojone było miłością. Miłość stanowiła jej światło i chleb powszedni.

    581

    Często, bardzo często kochała sama, ale nigdy tak długo i gorąco, by z uczucia tego ukuć można było kajdany wiążące na całe życie.

    582

    — Czekam, aż miłość przyjdzie jako zdobywca! — mawiała. — Dotąd nie przekroczyła nigdy wałów i nie przebyła rowu fortecznego. Czekam na miłość potężną, która mnie wzniesie ponad mnie samą, chcę zadrżeć przed potęgą miłości, a dotąd znam jeno miłość, z której się rozum mój natrząsa.

    583

    Obecność jej przydawała słowom ognia, a mocy napojowi. Płomienna jej dusza wprawiała w szybszy ruch smyczek, taniec stawał się lotniejszy, bardziej uroczy i powiewny, gdy wąską stopką dotknęła posadzki! Olśniewała w żywych obrazach, przepajała je swym tchem, jej cudne usta…

    584

    Cicho, sza! Nie było to jej winą i nie miała wcale takiego zamiaru! Balkon, światło księżyca, welon koronkowy, rycerski strój, śpiew, oto wszystko. Młodzi ludzie byli całkiem niewinni.

    585

    Wszystko to, co tyle narobiło złego, w jak najlepszym podjęto zamiarze. Mistrz Juliusz, znający się na wszystkim, urządził żywy obraz po to, by Marianna mogła ujawnić w pełni swe powaby.

    586

    Przeszło stu widzów zasiadło przed sceną ustawioną w wielkiej sali, patrząc na żółty hiszpański księżyc sunący po ciemnym niebie. Ulicami Sewilli przemykał jakiś Juan i przystanął pod okrytym bluszczem balkonem. Przebrany był za mnicha, ale z rękawa wystawała koronka mankietu, zaś spod habitu błyskał koniec szpady.

    587

    Jął nucić następującą pieśń:

    W mym sercu krwi nie płonął żar,

    Nie dotknął puchar moich warg,

    Ni wino w skrzącym szkle —

    Nie dla mnie, ach, różane lica

    Ni oczu jasna błyskawica,

    Na ziemi nic mnie nie zachwyca —

    Nie dla mnie miłość, nie!

    W piękności blasku, w lśnieniu szat

    Z balkonu nie wyzieraj krat,

    Twój widok sprawia ból —

    W samotnej celi żywot wiodę,

    Z różańcem w ręku piję wodę

    I za to wieczną mi nagrodę

    Niebiański przyzna Król…

    588

    Gdy przebrzmiał ostatni dźwięk, wyszła na balkon Marianna w aksamitnej sukni, okryta koronkowym welonem. Pochylona przez parapet balkonu, zanuciła powoli, z ironią:

    Dlaczego nucisz, zbożny mnich,

    Tę twoją pieśń u okien moich,

    Czy to twój pacierz? Mów! —

    589

    A nagle dodała porywczo z napięciem:

    Uciekaj, porzuć moje progi!

    Nie mnich, lecz rycerz jesteś srogi

    I w pieśni brzęczą ci ostrogi —

    Uciekaj! Bądź mi zdrów!

    590

    Na te słowa zrzucił mnich fałdzisty płaszcz i ukazał się Gösta w stroju rycerskim z jedwabiu i złota. Nie bacząc na słowa pięknej damy, wspiął się na jeden z filarów balkonu, przekroczył balustradę, i padł, jak to zarządził mistrz Juliusz, do stóp Marianny.

    591

    Uśmiechnęła się do niego uroczo, podała do pocałunku rączkę, potem zaś zatonęli w sobie rozkochanym spojrzeniem, a kurtyna powoli opadła.

    592

    Patrzył na nią Gösta na poły jak poeta, na poły jak zwycięzca, a w spojrzeniu tym była głębia i szelmostwo jednocześnie. Błagał i groził jej oczyma, silny i giętki, płomienny i czarujący zarazem.

    593

    Znowu podniesiono kurtynę i opuszczono ją, a przez ten cały czas oboje trwali w bezruchu zupełnym.

    594

    W końcu umilkły oklaski, kurtyna zwisła i nikt ich nie widział.

    595

    Nagle pochyliła się piękna Marianna i pocałowała Göstę. Nie wiedziała, czemu to czyni, ale działała pod przymusem. Otoczył ramieniem jej szyję i bez słowa przycisnął ją do siebie, ona zaś całowała go raz po raz.

    596

    Winę ponosił księżyc, koronkowy welon, strój rycerski, śpiew, oklaski, słowem, to wszystko, zaś te biedne dzieci były zgoła niewinne. Nie zamierzali tego wcale czynić. Ona nie odtrąciła wcale dla Gösty wirujących nad jej głową koron hrabiowskich ni milionów składanych u jej stóp, on zaś nie zapomniał jeszcze Anny Stjärnhök. Nie, nie byli winni, żadne bowiem nie żywiło tego zamiaru.

    597

    Łagodny Löwenborg, załzawiony i uśmiechnięty jak zawsze, podnosił dnia tego i opuszczał kurtynę, jak mu to polecono. Przygnębiony wspomnieniem wielu przykrych przejść, nie zwracał uwagi na sprawy tego świata i nie znał ich jak należy. Spostrzegłszy, że Gösta i Marianna przybrali inną pozycję, pewny był, iż jest to nowy żywy obraz, i podniósł raz jeszcze kurtynę.

    598

    Młoda para na balkonie zorientowała się dopiero w chwili, kiedy zagrzmiały ponownie oklaski.

    599

    Marianna drgnęła i chciała się cofnąć, ale Gösta przytrzymał ją szepcząc:

    600

    — Nie ruszaj się! Wszyscy pomyślą, że jest to dalszy ciąg żywego obrazu.

    601

    Czuł, jak Marianna drży na całym ciele, a żar pocałunków zagasł na jej ustach.

    602

    — Nie bój się! — szepnął. — Piękne usta mają prawo całować!

    603

    Nie mogli się poruszać, bo kurtyna opadła i podniosła się znowu, a za każdym razem sto par oczu na nich patrzyło i sto par rąk dawało oklaski.

    604

    Piękny to widok, gdy dwoje młodych, urodziwych ludzi gra rolę kochanków. Nikt nie przypuszczał, by było w tym coś innego nad teatralny efekt, nikt nie wiedział, że senora płonie od wstydu, a rycerz drży ze wzburzenia. Wszyscy pewni byli, iż jest to dalszy ciąg żywych obrazów.

    605

    Na koniec znaleźli się za sceną. Marianna odsunęła z czoła włosy i rzekła z westchnieniem:

    606

    — Nie rozumiem samej siebie!

    607

    — A fe, panno Marianno! — zawołał Gösta krzywiąc się i czyniąc gest niechęci. — Cóż to za gust całować Göstę Berlinga? Fe, do licha!

    608

    Roześmiała się mimo woli.

    609

    — Wszyscy wiedzą — powiedziała — że Göście Berlingowi oprzeć się nie sposób. Moja wina nie jest tedy większa od winy innych dziewcząt.

    610

    Ułożyli, że zachowają obojętne miny, by nikt nie powziął podejrzenia, jak było istotnie.

    611

    — Czy mogę zaufać, że nigdy prawda nie wyjdzie na wierzch, panie Gösto? — spytała, zanim się udali na widownię.

    612

    — W zupełności, panno Marianno! — odparł. — Rezydenci umieją milczeć, ręczą za nich!

    613

    Spuściła oczy, a dziwny uśmiech wybiegł na jej wargi.

    614

    — A gdyby mimo wszystko wyszło na jaw, cóż wówczas pomyślą o mnie ludzie, panie Gösto?

    615

    — Nic nie pomyślą. Pewni byli, że wymagała tego rola i żeśmy dalej grali!

    616

    Jedno jeszcze pytanie niepokoiło ją, toteż spytała z wymuszonym uśmiechem, spuszczając oczy:

    617

    — A co sądzi o tym sam pan Gösta?

    618

    — Sądzę, że panna Marianna zakochała się we mnie! — odparł ze śmiechem.

    619

    — Proszę tak nie myśleć! — powiedziała śmiejąc się także. — Inaczej musiałabym przebić pana tym sztyletem hiszpańskim, by dać dowód, że tak nie jest.

    620

    — Pocałunki kobiet drogie są! — rzekł Gösta. — Czyż za pocałunki panny Marianny trzeba płacić życiem?

    621

    Nagle padło nań z ócz pięknej dziewczyny spojrzenie, które, odczuł istotnie jak pchnięcie sztyletem.

    622

    — Rada bym pana tu widzieć martwym, panie Berling! Martwym, rozumiesz pan? — zawołała.

    623

    Słowa te obudziły dawną tęsknotę poety.

    624

    — Ach! — powiedział. — Czemuż to jeno słowa, a nie strzały padające z ciemnych zarośli, czemuż nie sztylety czy trucizna? Szkoda, że nie mogę zniweczyć nikczemnego ciała i uwolnić duszy!

    625

    Odzyskawszy równowagę Marianna uśmiechnęła się i powiedziała:

    626

    — Frazesy! — Potem zaś przyjęła podane ramię i poszli do gości.

    627

    Pozostali w kostiumach, a gdy ich dostrzeżono na sali, znowu święcili triumfy. Zasypywano ich pochwałami, nikt nie powziął najlżejszego podejrzenia.

    628

    Bal potoczył się dalej swym torem, ale Gösta uciekł z sali tanecznej. Spojrzenie Marianny zraniło jak stal jego serce. Zrozumiał, co miała na myśli. Kochać go było wstydem, rzeczą gorszą niż śmierć. Postanowił zaprzestać tańca i nie patrzeć na piękne kobiety. Wiedział dobrze, że nie dla niego lśniły te oczy i kraśniały twarzyczki, nie dla niego płynęły w rytmicznym tanie lekkie nóżki i nie dla niego brzmiał tłumiony śmiech. Można było z nim tańczyć i bawić się, ale żadna nie chciałaby pójść z nim razem przez życie.

    629

    Poeta przeszedł do starszych panów, do palarni i siadł przy stole gry. Natrafił przypadkowo na stół, przy którym siedział potężny władca Björne. Grał, to znów trzymał na przemian bank i zgromadził przed sobą wielką górę monet sześcio- i dwunastoszylingowych.

    630

    Grano wysoko, ale Gösta podniósł jeszcze bardziej stawki: zielone papierki migotały, a góra pieniędzy przed potężnym Melchiorem Sinclaire'em rosła z każdą minutą.

    631

    Przed Göstą wyrosła jednak także kupka monet i banknotów i niedługo on sam jeden tylko podtrzymywał walkę z właścicielem Björne. Po pewnym czasie stało się nawet tak, że wielka góra pieniędzy przeszła od Sinclaire'a do Gösty.

    632

    — Ano, Gösto! — zawołał bogacz ze śmiechem, przegrawszy wszystko, co miał w sakiewce i portfelu. — Cóż teraz poczniemy? Wypróżniłeś mi kieszenie, a nie grywam nigdy pożyczonymi pieniędzmi, bo przyrzekłem tak matce mojej.

    633

    Znalazł jednak po chwili wyjście. Przegrał zegarek, bobrowe futro i zamierzał postawić na kartę konia i sanki, gdy go powstrzymał Sintram.

    634

    — Postaw lepiej od razu coś większego! — zawołał złośliwy właściciel Forsu. — Coś, co przełamie fatalny los!

    635

    — Cóż, mam, do diabła, postawić?

    636

    — Zagraj o serdeczną krew serca swego, Melchiorze, postaw na kartę córkę swoją!

    637

    — Może sobie pan Sinclaire śmiało na to pozwolić! — zaśmiał się Gösta. — Tej stawki nie wygram!

    638

    Potężny Melchior nie mógł się również oprzeć wesołości. Niemiło mu było słyszeć tu, przy stole gry, imię Marianny, ale pomysł był tak szalony, że rozbroił wszelki gniew. Hm… oczywiście, mógł sobie na to pozwolić, by przegrać Mariannę do Gösty.

    639

    — Pamiętajże, Gösto — objaśnił — stawiam na kartę swe błogosławieństwo ojcowskie pod warunkiem, iż uzyskasz jej przyzwolenie!

    640

    Gösta postawił ze swej strony całą wygraną, gra się zaczęła i wypadła na korzyść Gösty. Melchior Sinclaire wstał. Miał pecha. Nie sposób dalej walczyć.

    641

    Jakżeż to, Gösto, czy nie zabiło ci serce? Czyż nie rozumiesz woli losu? Cóż znaczyły pocałunki Marianny? Cóż oznaczał jej gniew? Czyżeś już przestał być znawcą serc kobiecych? A w dodatku ta wygrana! Zrozumże, czego chce los, czego się domaga miłość! Dalejże do dzieła, Gösto!

    642

    Ale Gösta nie był dnia tego w zdobywczym nastroju. Szemrał przeciw niezłomności losu. „Czemuż — myślał — miłość syci się jeno miłością?” Wiedział zresztą jak się kończą te wszystkie słodkie piosenki. Miłość mógł uzyskać, ale nie żonę. Daremnie próbować.

    643

    Tymczasem minęła północ, policzki pięknych dam zaczęły blednąć, loki się rozkręciły, koronki wymięły. Starsze niewiasty wstały z kanap i oświadczyły, że bal trwał już dwanaście godzin, więc czas do domu.

    644

    Skończyłaby się też zaraz wesoła zabawa, gdyby nie to, że sam Liljecrona ujął skrzypce i zagrał ostatnią polkę. Sanki podjeżdżały, stare damy przywdziewały futra i kapuzy, panowie wiązali na szyjach szale i zapinali futrzane papucie.

    645

    Ale młodzież nie mogła się oderwać od tańca. Tańczono w ciepłych okryciach i kapeluszach, szaleńczo, dziko, bez zastanowienia. Ile razy któryś z kawalerów sadzał damę, porywał ją natychmiast drugi.

    646

    Nawet osowiały Gösta został wciągnięty w ten wir. Chciał zapomnieć w tańcu o trosce i upokorzeniu, chciał się upoić życiem i rozweselić jak inni. Tańczył też tak, że wirowały mu w oczach ściany sali i myśli w głowie.

    647

    Jakąż to damę porwał z sobą? Lekka była, gibka i zdawało się, że płyną między nimi prądy ogniste. Tańczył z Marianną.

    648

    Tymczasem w podwórzu siedział już w saniach Sintram z Forsu, zaś obok niego stał Melchior Sinclaire. Możnowładcę niecierpliwiło, że musi czekać na Mariannę. Tupał na śniegu futrzanymi butami i zabijał ramiona, gdyż mróz nastał tęgi.

    649

    — Niedobrze się stało, Melchiorze, żeś przegrał Mariannę do Gösty! — powiedział Sintram. — On ci ją zabierze naprawdę!

    650

    — Co takiego?

    651

    Sintram ujął cugle, podniósł bicz, potem zaś rzekł:

    652

    — To całowanie w żywym obrazie wcale nie było w programie przedstawienia!

    653

    Potężny obszarnik wzniósł pięść do druzgocącego ciosu, ale Sintrama już nie było. Ruszył pędem, smagając konia, i nie śmiał spojrzeć poza siebie. Gnał jak szalony, wiedział bowiem, że Melchior Sinclaire ma krzepką dłoń, a cierpliwość niewielką.

    654

    Właściciel Björne wrócił do sali balowej i zobaczył córkę tańczącą z Göstą.

    655

    Ostatnia polka dzika była i namiętna. Kilka par pobladło, inne oblały się ciemnym rumieńcem. Kurz płynął niby dym po sali, dopalające się świece migotały w świecznikach, a pośród całego tego niesamowitego otoczenia sunęli Gösta i Marianna, niezmordowani, silni, królewscy, bez skazy w piękności swej, szczęśliwi, że mogą całą duszą i ciałem oddać się zawrotnym tanom.

    656

    Melchior Sinclaire przyglądał im się chwilę, potem wyszedł zostawiając tańczącą Mariannę. Trzasnął drzwiami, ciężkim krokiem zeszedł ze schodów, w milczeniu wsiadł do sań, gdzie czekała już na niego żona, i odjechał.

    657

    Gdy Marianna skończyła tańczyć i zapytała o rodziców, powiedziano jej, że odjechali do domu. Nie dała poznać po sobie zdziwienia, ubrała się spokojnie i wyszła. Damy w garderobie pewne były, że pojedzie własnymi sankami.

    658

    Ona zaś ruszyła gościńcem w cienkich, jedwabnych pantofelkach, nie żaląc się przed nikim. Nikt z gości nie poznał jej w ciemności. Nikt by też nie przypuścił, że ta samotna wędrowniczka, którą sanki raz po raz spychały w głębokie zaspy śnieżne nad rowem, jest Marianną Sinclaire. Gdy tylko mogła bez przeszkody iść środkiem gościńca, zaczęła biec. Biegła, póki jej starczyło tchu, potem zwolniła i biegła znowu. Pędził ją niesamowity, dręczący strach.

    659

    Odległość z Ekeby do Björne wynosiła zaledwo ćwierć mili. Marianna dotarła też niedługo do domu, ale przybywszy doznała wrażenia, że zabłądziła. Wszystkie drzwi od podwórza były zamknięte i światła pogaszone, tak że przypuszczała zrazu, iż rodzice jeszcze nie wrócili.

    660

    Podeszła do drzwi wejściowych i zastukała kilka razy mocno. Chwyciła klamkę i zaczęła szarpać, aż echo rozbrzmiało po całym domu. Nikt nie nadszedł, kiedy jednak puściła żelazną klamkę, zerwała sobie z ręki skórę przymarzłą do metalu.

    661

    Potężny pan Melchior Sinclaire podążył do domu, by zamknąć przed swą jedyną córką drzwi. Oszołomiły go trunki, a gniew uczynił srogim. Nienawidził córki za to, że podobał się jej Gösta. Zamknął służbę w kuchni, a żonę w sypialni. Przysiągł uroczyście, że zabije tego, kto by się poważył wpuścić Mariannę. A wiedzieli wszyscy, że słowa dotrzyma.

    662

    Nie widziano go jeszcze w takim gniewie. Nie zaznał też większego bólu w życiu. Gdyby Marianna stanęła przed nim, zabiłby ją może.

    663

    Dawał jej złote ozdoby, jedwabne suknie, wykształcił ją i wyhodował jak najstaranniej. Była jego dumą i sławą. Podnosił na nią oczy z czcią, jakby miała koronę na głowie. Ach, ta królowa, ach, ta bogini, ta ubóstwiana, piękna, dumna Marianna! Czy poskąpił jej czegoś kiedykolwiek? Czyż nie czuł się niegodnym być jej ojcem? Ach, Marianno, Marianno!

    664

    Musiał ją znienawidzić, gdyż zakochała się w Göście i całowała go! Musiał ją odepchnąć, gdyż kochając takiego człowieka ubliżyła jego, Melchiora, dumie! Niechże sobie wraca do Ekeby, niech błaga sąsiadów o nocleg, niechaj śpi w śniegu… wszystko jedno… i tak została już splugawiona piękna Marianna. Przepadła jej świetność! Przepadło też dostojeństwo jego własnego życia!

    665

    Leży w łóżku i słyszy pukanie do bramy. Cóż go to obchodzi? On śpi! Tam, na dworze, stoi ulicznica, która chce wyjść za mąż za wypędzonego proboszcza. Nie ma tu dla niej przytułku. Mógłby ją wpuścić, gdyby ją mniej kochał i mniej był z niej dumny.

    666

    Tak, tak, nie może jej odmówić ojcowskiego błogosławieństwa. Przegrał ją. Ale za nic nie otworzy jej drzwi do domu. Ach, Marianno!

    667

    Dziewczyna stała dalej u drzwi. Wstrząsała w bezsilnym gniewie klamką, to znów padała na kolana składając poranione dłonie i błagając przebaczenia.

    668

    Nikt jej nie słyszał, nie odpowiadał, nie otwierał.

    669

    Straszna chwila. Dreszcz mnie przejmuje, gdy to opowiadam. Wróciła z balu, którego była królową. Dumna, bogata, szczęśliwa, w chwilę później popadła w bezgraniczną niedolę. Wygnana została z domu na straszny mróz. Nie bito jej, nie szydzono z niej, nie przeklinano, jeno wygnano z lodowatym, bezlitosnym okrucieństwem.

    670

    Przywodzę sobie na myśl tę mroźną, wygwieżdżoną noc, która ją otaczała, tę niezmierną, białą noc wśród pustych rozłogów śniegu i cichych lasów. Wszystko spało, ona jeno stanowiła punkt żywy wśród tej śnieżnej bieli, a cały ból świata skupił się w tym punkcie właśnie. Ach, Boże… to straszne tak cierpieć samotnie pośród uśpionego, stężałego w zamrozie świata!

    671

    Po raz pierwszy poznała okrucieństwo. Matce nie chciało się wyjść z łóżka, by ją ocalić; starzy, wierni służący, którzy kierowali pierwszymi jej krokami, słyszeli dobrze, a żaden nie ruszył palcem.

    672

    Jakiejże dopuściła się zbrodni i gdzie miała szukać miłosierdzia, jeśli nie tu? Gdyby popełniła morderstwo, zapukałaby tu, wierząc w przebaczenie, nawet jako ulicznica okryta łachmanem mogła przecież liczyć na serdeczne przyjęcie. Wszakże za tymi drzwiami był jej dom i miłość ją czekać musiała.

    673

    A może ojciec uzna, że dość kary, i otworzy?

    674

    — Ojcze! — wołała. — Wpuść mnie, drżę z zimna. Tutaj tak strasznie!

    675

    — Matko! Matko, któraś się tyle nachodziła koło mnie, uczyń kilka kroków dziś! Ty, któraś tyle nocy nade mną czuwała, zbudź się, zbudź, dziś tylko, już ci nie sprawię przykrości nigdy!

    676

    Tak woła i nasłuchuje bez tchu, ale nikt nie nadchodzi, nie odpowiada. Załamuje rozpacznie ręce, ale w oczach jej nie ma łez.

    677

    Niesamowicie cichy jest ten długi dom o zamkniętych drzwiach i czarnych oknach. W cóż się teraz obróci opuszczona, napiętnowana na całe, całe życie? I to własny ojciec wypalił jej znak hańby na ramieniu!

    678

    — Ojcze! — zawołała ponownie. — Cóż się ze mną stanie? Ludzie mnie posądzą o najgorsze rzeczy.

    679

    Płakała teraz i lamentowała, a ciało jej sztywniało od mrozu.

    680

    Dziwne, że tak wielkie nieszczęście spaść może na człowieka, który stał przed chwilą tak wysoko! Że tak łatwo runąć w otchłań niedoli. Straszne jest życie! Któż bezpieczny w tej łodzi? Wokoło nas szaleją troski jak fale wśród burzy, wspinają się łakomie po ścianach wątłego stateczku, napierają nań, chcą go przewrócić. Nigdzie oparcia, nigdzie lądu, nigdzie pewnego okrętu, jak okiem sięgnąć, niezbadany przestwór nieba ponad oceanem zła.

    681

    Cicho! Cicho! Nareszcie. W sieni szeleszczą lekkie kroki.

    682

    — Czy to ty, mamo? — pyta.

    683

    — Ja, dziecko drogie!

    684

    — Czy mogę wejść?

    685

    — Ojciec nie chce cię wpuścić.

    686

    — Przybiegłam z Ekeby w cienkich trzewikach po śniegu, stoję tu już od godziny, zmarznę na śmierć! Czemuście odjechali?

    687

    — Dziecko moje, dziecko, czemuż całowałaś Göstę?

    688

    — Powiedzże mamo, ojcu, że go mimo to nie kocham. To był żart. Nie myślę wychodzić za Berlinga!

    689

    — Idź, dziecko, na folwark i proś, by cię przenocowano. Ojciec pijany i nie można z nim dojść do ładu. Zamknął mnie na górze. Teraz zasnął, więc się wymknęłam, ale ty uchodź, bo zabije cię, jeśli wejdziesz do domu.

    690

    — Matko, czyż mam iść do obcych? Jesteś więc równie okrutna jak ojciec? Jakże mogłaś pozwolić, by mnie wygnał? Jeśli nie otworzysz, położę się w śniegu!

    691

    Matka kładła już dłoń na kluczu, by otworzyć. W tej samej jednak chwili zatętniły schody pod ciężkimi krokami i zabrzmiał ostry głos.

    692

    Marianna usłyszała, że matka odchodzi, a ojciec ją klnie, potem zaś…

    693

    Usłyszała coś strasznego… w cichym domu wszystko słychać było wyraźnie.

    694

    Pochwyciła słuchem odgłos ciosu kijem czy policzka, potem słaby szelest i znowu cios.

    695

    Bił matkę, straszliwy, mocarny Melchior Sinclaire bił swoją żonę.

    696

    Pobladła z przerażenia, rzuciła się na ziemię i płakała, a łzy marznące w lód padały na próg rodzinnego domu.

    697

    „Łaski! — błagała w duchu. — Miłosierdzia! Wpuśćcież mnie, bym mogła podać grzbiet na ciosy! Ach, jakże on mógł bić matkę, za to, że nie chce dopuścić, by jej dziecko zamarzło w śniegu?”

    698

    Straszne było tej nocy upokorzenie Marianny. Niedawno uważała się za królewnę, teraz zaś leżała tu jak smagana niewolnica.

    699

    Nagle ogarnął ją chłodny gniew. Raz jeszcze uderzyła ręką w drzwi i krzyknęła:

    700

    — Posłuchaj, ty, który bijesz matkę moją! Posłuchaj, Melchiorze Sinclaire! Będziesz niedługo płakał, tak, będziesz płakał gorzko!

    701

    Piękna Marianna wyszła na gościniec, zdjęła futro i legła na śniegu w czarnej aksamitnej sukni, tworząc ciemną plamę na bieli. Leżąc wyobrażała sobie, jak ojciec wyjdzie rano z domu i znajdzie ją tu. Pragnęła już tego tylko, by ją sam znalazł.

    702

    O, śmierci, blada przyjaciółko, więc prawdą jest, że przyjdziesz do mnie. O jakże to dobrze! Przyjdziesz i do mnie, która tak długo dźwigam brzemię ziemskiej pracy, ściągniesz mi z nóg trzewiki, wyjmiesz łyżkę z ręki, odbierzesz miotłę i donicę z mąką i zedrzesz z mego ciała roboczą odzież. Rozciągniesz mnie łagodnie na łóżku zdobnym w koronki i przystroisz w długie, haftowane, białe szaty.

    703

    Nogi moje nie potrzebują już trzewików, ale na ręce włożą mi śnieżnobiałe rękawiczki, których żadna praca nie powala. W ukojeniu cudownym prześnię tysiąc lat.

    704

    O, wybawicielko, jam to najodporniejszy pracownik tej ziemi, a jednak z drżeniem i rozkoszą marzę o chwili, która mnie wprowadzi w królestwo twoje.

    705

    Blada przyjaciółko! Na mnie możesz śmiało siły swej spróbować, lecz zaprawdę, z kobietami minionych czasów sprawa była trudniejsza. Silne były ich smukłe ciała, srogi mróz chłodził tylko upał krwi.

    706

    Położyłaś piękną Mariannę na swym łożu i usiadłaś obok niej jak piastunka usypiająca dziecko. Wie ta starowina wierna, co dobre dla ludzkich dzieci, bardzo musiało ją rozgniewać, że towarzysze zabaw wpadli z krzykiem i zbudzili na poły zaśnioną dziecinę. Ogarnął ją też gniew wielki, gdy kawalerowie podniesli Mariannę, a jeden z nich przycisnąszy ją do piersi zrosił łzami lodowatą twarz dziewczyny.


    707

    Pogasły światła w Ekaby, goście wyjechali, a rezydenci obsiadli ostatnią, do połowy wypitą wazę ponczu.

    708

    Powstał Gösta, zadzwonił o wazę i wygłosił mowę ku waszej czci, damy przemienionych czasów.

    709

    — O was mówić należy jak o niebiańskiej szczęśliwości, jesteście bowiem samym jeno pięknem i światłem. Wieczyście młode, urocze i słodkie jak oczy matki patrzącej na dziecię swoje. Miękko niby wiewióreczki zwisacie u szyi męża. Nigdy gniewem nie drga wam głos, nigdy czoła nie kryją zmarszczki troski, a ręka wasza zawsze miękka i delikatna. Dobre, święte jesteście, strojne posągi w domowej kaplicy. Mężczyźni leżą u nóg waszych składając ofiary kadzidlane i modły zanosząc. Przez was to miłość cuda spełnia, a promienisty nimb poezji głowę waszą oplata.

    710

    Zerwali się kawalerowie podnieceni winem i tymi słowami, a krew zawrzała im na nowo uciechą. Nawet stary wuj Eberhard i leniwy kum Kristofer jęli żartować. Zaprzężono co prędzej konie do sanek i wszyscy ruszyli w ciemną noc, by złożyć hołd tym, którym nigdy dosyć hołdować nie można, by odegrać serenadę wszystkim damom, których jasne oczy i rumiane policzki lśniły przed kilku jeszcze godzinami w wielkiej sali Ekeby.

    711

    O, kobiety minionych czasów, jakże was to radować musiało, gdy was — szybujące po niebie błogich snów — budziła serenada najwierniejszych rycerzy. Jakże was to musiało radować, jak duszę uśpioną raduje muzyka niebiańska.

    712

    Ale niedaleko zajechali kawalerowie w swej zbożnej wyprawie, gdyż zaraz pod Björne znaleźli piękną Mariannę leżącą na śniegu pod bramą wjazdową rodzinnego dworu.

    713

    Zadrżeli z gniewu, jakby znaleźli święty obraz zbezczeszczony i wyrzucony za drzwi kościoła; wydało im się, że jakiś łotr poszarpał struny skrzypiec Stradivariusa i połamał smyczek.

    714

    Gösta pogroził pięścią ciemnemu domowi i krzyknął:

    715

    — O, wy dzieci pomsty i gradu, wichry północne i niszczyciele raju boskiego!

    716

    Beerencreutz zapalił rogową latarkę, a kawalerowie ujrzeli śmiertelnie bladą Mariannę, poranione ręce i łzy zamarzłe na jej twarzy i rzęsach. Zaczęli lamentować jak dzieci, gdyż była nie tylko świętością, ale piękną kobietą, która radowała ich stare serca.

    717

    Gösta padł obok niej w śnieg.

    718

    — Patrzcie! — zawołał. — Tu leży oblubienica moja! Przed paru godzinami dała mi pocałunek miłosny, a ojciec przyrzekł błogosławieństwo swoje. Leży i czeka na mnie w białym łożu.

    719

    Podniósł bezwładną.

    720

    — Zawieziemy ją do Ekeby! — powiedział. — Jest teraz moja. W śniegu ją znalazłem i nie oddam już nikomu. Nie budźmy tych śpiących ludzi, nie jej bowiem miejsce za drzwiami, o które poraniła sobie ręce!

    721

    Przystali ochotnie. Gösta złożył Mariannę w pierwszych saniach i usiadł obok niej, a Beerencreutz stanął z tyłu i ujął lejce.

    722

    — Natrzyj ją śniegiem, Gösto! — rozkazał.

    723

    Zimno poraziło tylko jej członki, ale dzikie, nieposkromione serce biło mocno. Nie utraciła nawet przytomności i wiedziała całkiem dobrze, że ją kawalerowie znaleźli, nie mogła się tylko ruszyć. Sztywna i nieruchoma leżała na sankach, podczas gdy Gösta nacierał ją śniegiem, to całując, to oblewając łzami. Pragnęła jeno bodaj podnieść rękę, by odwzajemnić jego pieszczoty.

    724

    Pamiętając wszystko, co zaszło, i myśląc tak jasno jak nigdy przedtem, leżała jak martwa. Czuła teraz, że kocha Göstę. Czy to może kaprys tej jeno nocy, który rychło minie? Nie, kochała go już chyba od długich lat… tak, kochała go!

    725

    Porównała siebie samą z nim i innymi ludźmi Värmlandii. Wszyscy ci ludzie byli jak dzieci poddające się każdej chwilowej zachciance. Żyli powierzchownym życiem, nic nie sięgało w głąb ich dusz. Ona zaś, bywając w świecie, pośród obcych, stała się inną, niezdolną zatonąć w niczym całkowicie. Kiedy kochała, to mimo największego wysiłku czuła, że połowa jej jaźni stoi niejako z boku i przygląda się jej z chłodnym, szyderczym uśmiechem. Tęskniła za namiętnością, która by jej odebrała zmysły i porwała jak huragan. I tak się stało. Całując Göstę, po raz pierwszy utraciła panowanie nad sobą.

    726

    Ogarnęła ją teraz na nowo namiętność, a serce biło tak, że słyszała jego uderzenia. Czyż nie odzyska władzy w członkach? Doznała dzikiej radości na myśl, że ją wygnano z domu, i bez namysłu postanowiła poślubić Göstę. Czemuż była tak głupia i przez lata całe zwalczała miłość swoją? Cóż to za rozkosz poddać się miłości i czuć szum krwi? Ach, czyż nigdy nie opadnie z niej ta martwota? Przedtem była lodem w sercu, a płomieniem z wierzchu, teraz, przeciwnie, ognista dusza tliła w ciele objętym zamrozem.

    727

    Nagle uczuł Gösta na szyi jej ramiona i słabiutki uścisk.

    728

    Ledwo to odczuł, lecz Mariannie wydało się, że w dzikim objęciu wyzwoliła tłumioną z dawna namiętność.

    729

    Gdy to ujrzał Beerencreutz, podniósł oczy ku Niedźwiedzicy błyszczącej na niebie i patrzył na nią uparcie, pozwalając koniowi biec, jak chciał, po znanej drodze.

    7. Stare pojazdy

    730

    Przyjaciele moi! Jeślibyście te słowa czytali przypadkowo nocą, podobnie jak ja je piszę w nocnej ciszy, nie odetchnijcież, proszę, w tym miejscu z ulgą, sądząc, że zacni kawalerowie legli spokojnie spać umieściwszy znalezioną Mariannę w łóżku, w najlepszym gościnnym pokoju, obok wielkiej sali.

    731

    Poszli istotnie spać i zasnęli nawet, ale nie było im dane spoczywać spokojnie do południa, choć zmęczeni byli okrutnie czuwaniem do czwartej nad ranem i wszystkie członki bolały ich z utrudzenia.

    732

    Nie zapominajmyż, że stara majorowa wędrowała tymczasem o kiju żebraczym po całej okolicy, a nie miała zwyczaju troszczyć się o spoczynek znużonych grzeszników. Dziś zaś zgoła się z tym nie liczyła, albowiem postanowiła wygnać tej nocy kawalerów z Ekeby.

    733

    Minęły czasy, gdy królowała w blaskach szczęścia i rozsiewała radość na ziemi, jak Bóg rozsiewa gwiazdy na niebie. Włóczyła się po gościńcach, a posiadłości strzegli rezydenci, tak jak wiatr strzeże popiołu lub promień słońca śniegu. Czasem spotykali ją pędząc saniami, przy brzęku janczarów, i nawet nie spuszczali przed nią oczu. Hałaśliwi zawadiacy grozili jej pięściami, nagłym zwrotem konia zmuszali uciekać w głębokie przydrożne zaspy, zaś major Fuchs, niedźwiedziobójca, spluwał zawsze trzykrotnie, by to spotkanie nie miało złych skutków.

    734

    Uważając ją za złośliwą czarownicę, nie mieli litości. Gdyby ją spotkało nieszczęście, nie trapiliby się tym, podobnie jak ktoś strzelający na Wielkanoc ze strzelby nabitej siekańcami nie zważa, czy trafi przypadkiem w przelatującą właśnie wiedźmę. Sądzili, że prześladując ją ratują własne dusze. Ludzie często bywali okrutni i katowali się wzajem straszliwie dla dobra dusz swoich.

    735

    Nieraz wyglądając oknem po pijatyce dla zbadania, czy noc spokojna i gwiaździsta, widywali w podwórzu cień i wiedzieli, że to majorowa przyszła się rozejrzeć po ukochanym osiedlu swoim. Wybuchało w takich chwilach całe skrzydło rezydenckie urągliwym śmiechem, a drwinki dolatywały aż do nieszczęśliwej kobiety.

    736

    Biedni awanturnicy zostali ludźmi pysznymi i bez serca, albowiem Sintram zasiał nienawiść w ich duszach. Zaprawdę, gdyby majorowa została spokojnie w Ekeby, zbawieniu ich nie mogłoby grozić większe niebezpieczeństwo. W ucieczce ginie zawsze więcej wojowników niźli w bitwie.

    737

    Majorowa nie gniewała się znów tak bardzo na szaleńców. Wróciwszy do władzy wychłostałaby ich jak niegrzeczne dzieci, a potem na nowo przypuściła do łask. Teraz atoli rządzili się w jej drogiej posiadłości jak wilki w owczarni, jak żurawie we wschodzącym zbożu.

    738

    Niejeden przeżył podobne zmartwienie. Nie sama jeno majorowa patrzyła na upadek swego domostwa. Wiemy, co to znaczy ujrzeć ruinę domu rodzinnego, strzeżonego ongiś z pieczołowitością. Wydaje się wówczas, że patrzy on na nas oczyma śmiertelnie ranionej sarny. Czujemy się zbrodniarzami na widok mchu i pleśni, obrastających drzewa, chwastów na ścieżkach i radzi byśmy klęknąć na polach ongiś pięknych, urodzajnych i prosić, by przebaczyły krzywdę. Odwracamy oczy od koni nie śmiąc im spojrzeć w oczy, nie mamy odwagi stanąć w bramie, gdy trzoda z pastwisk wraca. Żaden zakątek świata nie budzi tyle goryczy, co chylący się do upadku dom rodzinny.

    739

    Ach, proszę was wszystkich, którzy posiadacie pola, łąki, sady i rozkoszne ogrody kwietne, pielęgnujcież je starannie, wkładając miłość w tę pracę. Smutne to zaprawdę, gdy przyroda oskarża człowieka!

    740

    Myśląc o tym, jak cierpiało dumne Ekeby czasu gospodarki rezydentów, pragnę, by majorowa osiągnęła swój cel i wydarła im posiadłość swoją.

    741

    Nie zamierzała sama wrócić do władzy, chciała tylko oczyścić Ekeby, z tych szaleńców jak pole z szarańczy, po której najściu trawa rosnąć przestaje.

    742

    Wędrując i żebrząc myślała ciągle o matce i nabrała pewności, że nie wrócą dla niej lepsze czasy, dopóki klątwa nie zostanie zdjęta. Nie miała dotąd wieści o śmierci matki, więc staruszka chyba żyła jeszcze w odległych lasach swoich, zabiegając, mimo dziewięćdziesiątki i wyczerpania, latem koło mleka, zimą koło mielerzy i wyczekując z utęsknieniem dnia dokonania żywota.

    743

    Majorowa utwierdziła się też w przekonaniu, że stara żyje po to jeno, by zdjąć klątwę z córki, bowiem umrzeć nie może matka, która wpędziła dziecko własne w taką niedolę.

    744

    Postanowiła tedy iść tam, by obie odzyskały spokój, wędrować długo przez ciemne bory i wzdłuż rzeki aż do rodzinnego domu. Inaczej nie zazna spokoju. W tych ciężkich czasach niejeden ofiarował jej schron u siebie i wierną przyjaźń, ale nie dała się nigdzie zatrzymać. Szorstka i gniewna chodziła od osiedla do osiedla, z ciężarem klątwy matczynej.

    745

    Przed udaniem się do matki chciała jednak załatwić sprawę umiłowanego Ekeby. Za nic nie mogło ono dłużej zostawać w rękach lekkomyślnych nicponiów, niedołężnych pijaków i obojętnych marnotrawców daru bożego. Czyż miała iść, a za powrotem zastać zniszczenie, puste kuźnie, zagłodzone konie, rozbiegłą służbę? Nie, raz jeszcze chciała spróbować swej siły i wypędzić kawalerów!

    746

    Wiedziała dobrze, że męża raduje to marnowanie jej dziedzictwa, ale znając go pewna była, że po wypędzeniu szarańczy nie zdobędzie się na to, by sprowadzić inną plagę. Gdy kawalerowie raz znikną, wiedziała to dobrze, obejmie wszystko były jej oficjalista, stary rządca, i z pomocą parobków niebawem zaprowadzi dawny ład.

    747

    Dlatego też w ciągu długich nocy czarny cień majorowej włóczył się po wszystkich drogach otaczających huty i przecinających pola. Odwiedzała komorników, rozmawiała szeptem w wielkim młynie z młynarzem i jego czeladzią, obradowała w ciemnej węglarni z kowalami. Wszyscy przysięgli, że jej dopomogą. Zbyt wielki był splendor i znaczenie rozległych dóbr, by je zostawiać w ręku niedbałych kawalerów, którzy ich strzegli jak wiatr strzeże popiołu lub wilk stada owiec.

    748

    I tej to właśnie nocy, kiedy weseli rezydenci spali, wyczerpani tańcem i pijatyką, tejże właśnie nocy postanowiła przegnać ich precz. Pozwoliła wyszumieć się tym lekkoduchom. Spoglądając ponuro, siedziała w kuźni, aż bal się skończy; czekała dłużej jeszcze, aż kawalerowie wrócą z nocnej wycieczki, czekała w milczeniu do chwili, gdy zagasło ostatnie światło w rezydenckim skrzydle, zwiastując, że wszystko w wielkim dworzysku usnęło. Wówczas wstała i wyszła.

    749

    Majorowa kazała ludziom zebrać się pod rezydenckim skrzydłem, sama zaś weszła w podwórze, zbliżyła się do budynku głównego, zapukała i została wpuszczona przez córkę proboszcza z Brody, z której zrobiła dzielną służącą.

    750

    — Witam jaśnie panią! — powiedziała dziewczyna całując ją w rękę.

    751

    — Zgaś światło! — rozkazała. — Wszakże i po ciemku wszędzie trafię!

    752

    Zaczęła chodzić po cichym domu, od piwnicy do strychu jakby żegnając się z nim. Bezszelestnym krokiem szła z pokoju do pokoju.

    753

    Rozmawiała ze wspomnieniami, a służąca idąc za swą panią nie łkała, nie wzdychała, ale łza po łzie toczyła się z jej oczu. Majorowa kazała otworzyć szafę z płótnem i srebrem; wodziła dłonią po przepysznych, adamaszkowych obrusach i srebrnych dzbanach. W komorze z pościelą dotykała stosów pierzyn i poduszek puchowych, wszystkich sprzętów, warsztatów tkackich, kołowrotków i motków nici. Włożyła rękę w skrzynię z korzeniami, a potem przesunęła palcami po rzędach świec łojowych, zwisających ze stropu.

    754

    — Już suche! — powiedziała. — Można je zdjąć i schować.

    755

    W piwnicy opukiwała beczki z winem i wodziła dłonią po szeregach flaszek, weszła do spiżarni i kuchni badając wszystko i dotykając przedmiotów. Wyciągnęła ręce i żegnała się z domem swoim. W końcu poszła do jadalni i pogładziła płytę dużego stołu.

    756

    — Niejeden najadł się tu do syta! — powiedziała.

    757

    Chodziła po wszystkich pokojach. Odnajdywała na dawnym miejscu długie i szerokie kanapy, gładziła zimny marmur konsol o złoconych podstawach w kształcie gryfów, które dźwigały kosztowne zwierciadła, zwieńczone fryzem z tańczącymi boginkami.

    758

    — Bogaty dom! — mówiła. — Wspaniały to był człowiek, który mnie tu uczynił panią i władczynią.

    759

    W wielkiej sali, gdzie niedawno wirowały pary, stały już w zupełnym porządku pod ścianami fotele o wysokich oparciach.

    760

    Przystąpiła do fortepianu, uderzyła z lekka w klawisze.

    761

    — Za moich czasów nie brakło tu też wesela i zabawy! — powiedziała.

    762

    Weszła również do pokoju gościnnego. Było całkiem ciemno. Szła omackiem i nagle dotknęła palcami twarzy służącej.

    763

    — Płaczesz — spytała poczuwszy łzy na dłoni.

    764

    Dziewczyna załkała w głos.

    765

    — O pani! — zawołała. — Droga pani moja! Oni zniszczą wszystko! Czemuż odeszłaś i zostawiłaś, o pani, cały dom w ich rękach?

    766

    Majorowa odsunęła kotarę okienną i wskazała podwórze.

    767

    — Czyż cię uczyłam płakać i lamentować? — spytała. — Patrz, podwórze roi się od ludzi. Jutro nie będzie w Ekeby ani jednego rezydenta.

    768

    — A pani wróci? — spytała dziewczynka.

    769

    — Czas mój nie nadszedł jeszcze! — powiedziała majorowa. — Gościniec jest mym domem, rów przydrożny łożem. Ty jednak winnaś za mnie czuwać nad Ekeby, dziewczyno, dopóki nie powrócę.

    770

    Poszła dalej. Żadna nie wiedziała i nie pomyślała, że Marianna śpi w tym właśnie pokoju. Nie spała też. Była całkiem przytomna, słyszała i zrozumiała wszystko. Leżąc w łóżku śpiewała hymny ku czci miłości.

    771

    „O, ty cudowna — myślała — o, ty wspaniała, która raczyłaś podnieść mnie ku sobie. Niedolę straszną przemieniłaś mi w raj. Na żelaznej klamce rodzinnego domu poraniłam sobie ręce, na progu jego leżą łzy moje, ścięte w perły lodowe. Gniew wstrząsa mną chłodny, gdy wspomnę ciosy spadające na matkę moją. Chciałam przespać ten gniew w śnieżnej zaspie, ale ty przyszłaś ku mnie! O miłości, dziecię ognia, przyszłaś do mnie, przemarzniętej. Niczym zda się ta niedola, gdy ją porównam ze szczęściem, jakie z niej wykwitło. Opadły ze mnie wszystkie więzy, nie mam ojca, matki ni domu. Ludzie mnie posądzą o najgorsze i odwrócą się ode mnie. Niechże się spełni wola twoja, o miłości, czyż bowiem przystoi mi wywyższać się nad kochanka?

    772

    Pójdziemy w świat ręka w rękę. Biedna jest oblubienica Gösty Berlinga, znalazł ją w zaspie śnieżnej. Założymy sobie dom nie w pięknych salach, ale w chłopskiej chacie, na skraju lasu. Będę mu pomagała w leśnych węglarniach, wraz z nim zastawiała sieci na zające i cietrzewie, będę mu gotowała strawę i łatała odzież jego. O ukochany mój, będę się smuciła i tęskniła czekając na ciebie u skraju lasu. Wierzysz w to? Tak się stanie, tak się stanie! Ale nie będę się smuciła utratą bogactw ni tęskniła do nich, jeno ciebie będę wyglądała, będę wyczekiwała twoich kroków odgłosu po leśnej ścieżynie, twego śpiewu nasłuchiwała będę i czekała, rychło wrócisz z siekierą na ramieniu, o ukochany, o jedyny mój. Mogłabym tak czekać i tęsknić przez całe życie…”

    773

    Leżała nie śpiąc i nucąc hymny ku czci miłości, toteż nie zmrużyła jeszcze oczu, gdy weszła majorowa.

    774

    Po jej odejściu Marianna wstała i ubrała się. Raz jeszcze musiała włożyć czarną aksamitną suknię i cienkie balowe trzewiczki. Okryta kołdrą, jak szalem, wybiegła ponownie w czarną, straszną noc.

    775

    Cicho było, gwiazdy lśniły, zdawało się, że ta noc lutowa nigdy nie będzie miała końca, a mrok i mróz, jakie ta noc roztoczyła, długo trwały na ziemi, trwały, choć słońce wzeszło, trwały, choć zaspy, przez które brnęła Marianna, stopniały już, zmieniły się w wodę.

    776

    Wybiegła z Ekeby szukać pomocy. Nie mogła dopuścić, by wypędzono ludzi, którzy ją podnieśli ze śniegu i otwarli jej dom oraz serce swoje. Postanowiła iść do Sjö, do majora, a musiała się śpieszyć. Najprędzej za godzinę mogła być tu z powrotem.

    777

    Pożegnawszy się z domem swoim wyszła majorowa na podwórze do czekających na nią ludzi i zaraz zawrzała walka o skrzydło rezydenckie.

    778

    Majorowa ustawiła ludzi wokoło wysokiego, wąskiego budynku, gdzie na piętrze mieściła się słynna siedziba kawalerów. Spali w beztrosce zupełnej w wielkiej izbie o bielonych ścianach, gdzie stały czerwono malowane skrzynki wokoło wielkiego stołu, na którym pływały karty w kałużach wódki. Spali wszyscy w szerokich łóżkach osłonionych kraciastymi firankami i nie wiedzieli o niczym!

    779

    W stajni przy pełnych żłobach spały konie kawalerów, śniąc o jazdach odbywanych za młodu. O, jakże miło marzyć w dniach spokoju o czynach minionych, o wyprawach na jarmarki, kiedy to po całych dniach i nocach musiały stać pod gołym niebem, o wyścigach podczas powrotu z pasterki oraz jazdach próbnych przy sprzedaży koni, gdy szaleni kawalerowie, puściwszy wodze luzem, wychyleni z sanek niemal leżąc zwierzętom na grzbietach, wyrzucali rozgłośne przekleństwa. Słodko jest marzyć wiedząc, że nigdy już nie porzucą pełnych żłobów Ekeby!

    780

    W starej, na poły rozwalonej wozowni, pełnej nieużytecznych już wozów i wysłużonych sań, mieści się śmieszny zbiór starych pojazdów.

    781

    Stoją tam zielone malowane sanie koszykowe i czerwone lub żółte wozy o bokach z desek. Jest tam też pierwsza kariolka, jaką widziała Värmlandia, łup wojenny Beerencreutza z roku 1814. Stoją tu najróżnorodniejsze jednokonki, gigi na bujających, giętych w kształt łabędziej szyi resorach, karetki pocztowe, dziwaczne narzędzia męki. Można tam znaleźć wszystkie rozklekotane biedy, dorożki i pojazdy, które wytrząsały dziadków naszych po gościńcach. Widać tu także długie sanie mogące pomieścić wszystkich dwunastu kawalerów razem, karetowe sanie marznącego wiecznie kuma Kristofera, sanki rodzinne Orneclou z pociętą przez mole niedźwiedzią skórą i wyblakłym herbem rodowym na oparciu, widać też jednoosobowe sanie zakończone ostrym dziobem. Mnóstwo tu tych sań.

    782

    Dużo kawalerów żyło w Ekeby i wielu tu pomarło. Nazwiska ich zapomniał świat, nie mają też miejsca w sercach ludzi, ale majorowa przechowywała pojazdy, którymi przybyli do dworu. Zebrała je wszystkie w tej właśnie starej wozowni.

    783

    Stoją tam i śpią, a kurz osiada na nich grubą warstwą. Śruby i gwoździe tracą oparcie w zbutwiałym drzewie, farba łuszczy się i opada, a wyściółka poduszek wyłazi dziurami wygryzionymi przez mole. „Dajcież nam spać i rozpaść się — powiadają stare pojazdy. — Dość już długo podskakiwałyśmy po gościńcach nasiąkając deszczem i śniegiem. Dajcież nam spokój! Dawno minął czas, gdyśmy wiozły młodych panów na pierwszy bal, dawno już, jak wyczyszczone i lśniące ruszałyśmy w pierwszą przejażdżkę po śniegu lub niosłyśmy ochoczych bohaterów po rozmiękłych drogach na manewry w Trossnäc. Większość z nich śpi już snem wiecznym, ostatni zaś i najlepsi zamierzają nigdy już, nigdy nie opuścić Ekeby”.

    784

    Pęka skóra pokrycia, spadają obręcze z kół, sypią się zbutwiałe szprychy i śruby wylatują. Starym pojazdom już wcale na życiu nie zależy, chcą umrzeć, i koniec. Kurz leży na nich niby całun pogrzebny, a pod jego powłoką starość dojrzewa i zagarnia władzę. W niezmąconym próżniactwie stoją tu i rozpadają się powoli. Nikt ich nie używa, a jednak niszczeją. Raz do roku otwierają się drzwi i wchodzi nowy towarzysz, przybywający na stały pobyt w Ekeby, potem drzwi zapadają z powrotem, a nowo przybyłego ogarnia także znużenie, sen i starczy uwiąd. Rzucają się na niego szczury, mole, robaki i inne rabusie, on zaś rdzewieje i rozpada się w ciszy bezsennej a niezmąconej.

    785

    Tej jednak nocy lutowej kazała majorowa otworzyć na oścież drzwi starej wozowni. Wyciągnięto przy świetle latarń i świec stare pojazdy, będące własnością żyjących dziś w Ekeby rezydentów, starą kariolkę Beerencreutza, herbowe sanki Orneclou i wąską karetę kuma Kristofera, w której siadywał skulony. Majorowa nie zważa, czy to pojazdy letnie, czy zimowe, idzie jej o to jeno, by każdy dostał swoją własność z powrotem.

    786

    W stajni pobudzono też stare konie rezydentów, śpiące przy pełnych żłobach. Raz jeszcze marzenia wasze się ziszczą o, beztroskie rumaki! Znowu popróbujecie stromych zjazdów. Będziecie jadły stęchłe siano po stajniach karczem, będziecie drżały pod razami nahajek pijanych handlarzy i szalonym pędem biegły po lśniącym lodzie, na który aż strach wstąpić.

    787

    Ładnie wyglądają teraz stare pojazdy! Małe, szare koniki góralskie zaprzęgają parobcy do kościstego piętrowego giga, a długonogie wierzchowce do niskich, jednoosobowych sań. Stare zwierzęta parskają i rżą, gdy się im zakłada twarde wędzidła w bezzębne pyski, a stare pojazdy trzeszczą i skrzypią. Należałoby tych starców niedołężnych zostawić w spokoju, niechby spali do końca świata. Niestety, dobyte zostają na światło dzienne sztywne kolana, porażone przednie nogi, łogawość[17] i nosacizna[18].

    788

    Z niemałym wysiłkiem parobcy zaprzęgają konie, potem zaś pytają majorową, jaki pojazd dać Göście Berlingowi, który, jak Bogu i wszystkim wiadomo, przybył do Ekeby na dwukolnej biedce węglowej razem z majorową.

    789

    — Zaprzęgać Don Juana do najlepszych sanek, dać mu skórę niedźwiedzią ze srebrnymi zaponami! — rzekła. Gdy zaś parobek stajenny jął szemrać, dodała: — Nie ma konia, którego bym nie dała za to, by się pozbyć tego człowieka! Zapamiętajcież to sobie!

    790

    Zbudzono tedy pojazdy i konie, ale kawalerowie śpią dalej. Teraz zostaną wyprowadzeni na dwór, w czarną noc zimową. Ale zaatakować kawalerów w łóżkach — większe to, zaprawdę, zuchwalstwo niż sprawa z kulawymi końmi i zmurszałymi pojazdami. To śmiali, mocni, niebezpieczni mężowie, zahartowani w setkach przygód. Gotowi bronić się do ostatka, niełatwo tedy dobyć ich z łóżek wbrew woli i sprowadzić do pojazdów.

    791

    Majorowa kazała podpalić stertę słomy stojącą tak blisko dworu, że łuna musiałaby obudzić śpiących kawalerów.

    792

    — Ta sterta moja, całe Ekeby jest moje! — powiedziała, gdy słoma buchnęła jasnym płomieniem. — Budźcież ich teraz.

    793

    Kawalerowie śpią jednak dalej, drzwi zaryglowawszy, a chociaż czereda ludzi woła gromko: — Gore! Gore! — śpią niefrasobliwie.

    794

    Ciężki młot kowala dudni w drzwi, a oni śpią.

    795

    Twardo ugnieciona kula śnieżna rozbija szybę, wpada do pokoju i odbija się o firankę łóżka. Oni śpią smacznie.

    796

    Śni im się, że piękna dziewczyna rzuciła im chustkę, śnią o oklaskach po zapuszczeniu kurtyny, śnią o hałaśliwej pijatyce po północy, o wesołym śmiechu. Trzeba by armatniego strzału i morza lodowatej wody, by ich zbudzić. Tańczyli, grali, śpiewali, urządzali widowisko. Opici winem, do cna wyczerpani, zapadli w sen głęboki jak śmierć.

    797

    Ten sen błogosławiony byłby ich nawet ocalił. Parobkom zaczyna się zdawać, że ta cisza to podstęp. Za każdą ramą okienną stoi może rezydent z bronią w ręku, gotów położyć trupem każdego, kto by się wejść poważył! To chytrzy i wojowniczy ludzie, tedy milczenie ich musi coś oznaczać. Któż mógłby przypuścić, że dadzą się wziąć jak niedźwiedź w jamie.

    798

    Ludzie krzyczą: — Gore! Gore! — krzyczą raz po razie, ale nadaremnie.

    799

    Wobec tego, że nikt nie ma odwagi, porywa majorowa siekierę i rozbija drzwi wejściowe, potem biegnie schodami, otwiera drzwi pokoju i woła: — Gore! Gore!

    800

    Ten głos znajduje lepszy oddźwięk niż ryki parobków. Nawykli słuchać go, zrywają się wszyscy kawalerowie z łóżek, ubierają śpiesznie i zbiegają na podwórze.

    801

    Niestety, u wejścia stoi olbrzymi kowal oraz dwu tęgich w garści młynarczyków i wielka hańba spotyka kawalerów. Jednego po drugim łapią parobcy, obalają, wiążą ręce i nogi i niosą każdego do przeznaczonego dlań pojazdu. Żaden nie uszedł, wszyscy zostali pokonani, zarówno szorstki pułkownik Beerencreutz, jak silny kapitan Chrystian Bergh i filozof, wuj Eberhard. Schwytano nawet niezwyciężonego Göstę Berlinga. Powiódł się tedy zamach majorowej, bo mocarniejsza jest ona, zaprawdę, od wszystkich kawalerów.

    802

    Litość zbiera patrzeć, jak siedzą związani w starych, roztrzęsionych pojazdach. Pospuszczali głowy zerkając spode łba, a podwórze huczy od wściekłości, klątw i wybuchów bezsilnego gniewu.

    803

    Majorowa chodzi od jednego do drugiego, mówiąc:

    804

    — Przysięgnij, że nie wrócisz do Ekeby!

    805

    — Niech cię piekło pochłonie, czarownico!

    806

    — Przysięgnij! — powtarza. — Inaczej wrzucę cię związanego do izby, gdzie się usmażysz, albowiem postanowiłam spalić tej nocy całe skrzydło rezydenckie. Wiedz o tym!

    807

    — Nie odważy się pani tego uczynić!

    808

    — Nie odważę się! Wszakże całe Ekeby jest moją własnością! Ty gałganie! Czy sądzisz, żem zapomniała, jakeś szydził ze mnie na gościńcu! Należałoby cię spalić razem z innymi! Czyś ruszył bodaj palcem w mej obronie, gdy mnie wypędzano z domu? Przysięgaj!

    809

    Majorowa wygląda groźnie, chociaż może udaje większy gniew, niż go odczuwa naprawdę, koło niej zaś mnóstwo ludzi z ostrymi toporami, toteż kawalerowie zmuszeni są przysięgać, by nie stało się jeszcze większe nieszczęście.

    810

    Potem majorowa poleca znieść ich odzież i skrzynie i rozluźnić im więzy. Na koniec włożyć im wodze do rąk.

    811

    Tymczasem jednak upłynęło dość czasu, by Marianna dotarła do Sjö. Major wstawał przed brzaskiem, zastała go na dworze, gdyż dopiero co zaniósł śniadanie niedźwiedziom. Nie tracąc wielu słów, major wrócił do niedźwiedzi, nałożył im kagańce, wyprowadził je i podążył do Ekeby.

    812

    Marianna ruszyła wraz z nim. Padała niemal ze zmęczenia, a gdy ujrzała łunę nad Ekeby, wstrząsnęła nią śmiertelna trwoga.

    813

    Cóż to za noc! Mąż bije żonę, ojciec skazuje własne dziecko na zamarznięcie. Czyżby faktycznie miała teraz jeszcze ta kobieta spalić nieprzyjaciół swoich, a stary major puścić swoje niedźwiedzie na własną czeladź?

    814

    Przezwyciężyła znużenie, wyprzedziła majora, pędem biegła do Ekeby. Wyprzedziła go znacznie. Utorowała sobie drogę przez zebrany na dziedzińcu tłum. A stanąwszy twarzą w twarz z majorową, zawołała co sił:

    815

    — Idzie major z niedźwiedziami!

    816

    Przerażenie ogarnęło ludzi. Wszystkie oczy zwróciły się na majorową.

    817

    — Tyś go, widzę, sprowadziła! — rzekła do Marianny.

    818

    — Uciekajcie, na miłość boską! — zawołała dziewczyna. — Nie wiem, co major zamierza, ale zabrał wszystkie niedźwiedzie.

    819

    Wszyscy umilkli, zapatrzeni w majorową.

    820

    — Dziękuję wam za pomoc, dzieci moje! — powiedziała spokojnie do ludzi. — Wszystko, co zaszło tej nocy, tak zostało urządzone, że nikt z tego powodu nie będzie odpowiadał i krzywda się nikomu nie stanie. Idźcież teraz do domu! Nie chcę, by tu ktoś zabijał lub został zabity! Idźcież co prędzej!

    821

    Ale ludzie stali dalej.

    822

    Majorowa powiedziała Mariannie:

    823

    — Wiem, że jesteś zakochana. Działasz w szale miłosnym. Oby nie nadszedł dzień, w którym obaczysz, bezsilna, upadek twego domu! Życzę ci, byś władała zawsze językiem i dłonią, gdy gniew przepoi ci duszę! Odejdźcież, drodzy moi, co prędzej! — zwróciła się ponownie do ludzi. — Teraz Bóg stanie na straży Ekeby, ja bowiem idę do matki mojej. Ach, Marianno — dodała — gdy odzyskasz zmysły, Ekeby legnie w gruzach, a na całą okolicę przyjdzie niedola, wówczas wspomnij, coś zrobiła tej nocy, i pośpiesz z pomocą biedakom.

    824

    Potem odeszła, a za nią ruszyli jej ludzie.

    825

    Major nie zastał w podwórzu żywej duszy prócz Marianny i długiego korowodu pojazdów i koni. Smutny to był orszak, bo pojazdy, konie i właściciele jednako byli wycieńczeni.

    826

    Marianna rozwiązywała jednego jeńca po drugim. Gryźli wargi i odwracali w bok głowy, wstydząc się jak nigdy dotąd. Hańby takiej nie zaznali jeszcze w życiu.

    827

    — I ze mną było nie lepiej — mówiła Marianna — gdym przed paru godzinami klęczała na schodach rodzicielskiego domu.

    828

    Nie mam zamiaru, czytelnicy moi, opowiadać, co się dalej działo tej nocy, dość że pojazdy wróciły do wozowni, konie do stajni, a kawalerowie do mieszkań. Niebawem zaróżowiło się niebo od wschodniej strony ponad górami i nadszedł dzień pogodny, spokojny. O ileż spokojniejsze są, zaiste, dni słoneczne od ciemnych nocy, pod których osłoną żerują dzikie zwierzęta i wrzeszczą sowy.

    829

    Dodam tylko, że kawalerowie zastali jeszcze w pokoju trochę ponczu w wazie, tak że mogli napełnić szklanki, i zaraz odzyskali fantazję.

    830

    — Niech żyje majorowa! — krzyknęli. — Hura!

    831

    To niezwykła kobieta! Cóż lepszego jak służyć jej i wielbić ją? Smutne tylko, że szatan nią owładnął i że czyniła wszystko co mogła, by dusze kawalerów posyłać do piekła.

    8. O wielkim niedźwiedziu z Gurlity

    832

    W ciemni lasu żyją złowrogie zwierzęta o szczękach zbrojnych w lśniące zęby lub ostre dzioby, o oczach łyskających chęcią mordu — drapieżniki żądne zatopić swe szpony w szyję, co ciepłą, czerwoną krwią tętni.

    833

    Wilki wychodzą na łup nocą i pędzą za saniami chłopa, aż matka musi wziąć dziecko od łona i rzucić im, by ocalić życie własne i męża.

    834

    Żyje tam ryś zwany u ludu „gepa”, gdyż właściwego imienia nie należy wymawiać — zwłaszcza w lesie — a ten, kto to uczyni, winien wieczorem dobrze zamknąć drzwi i wszelkie otwory owczarni, gdyż inaczej gepa przybędzie na pewno. Niczym mu stroma ściana, bo ma pazury niby ostre haki stalowe, a zwinny jest tak, że lada otwór starczy, by wcisnął się do owczarni. Gepa wbija zęby w szyję, ssie krew, szarpie, rozbija i nie ustanie, aż zabraknie łupu, aż ostatnia owca legnie trupem. Nazajutrz znajduje gospodarz wszystko wyniszczone, bo ryś nie zwykł zostawiać po sobie nic żywego.

    835

    W borach żyje też sowa hukająca nocą, a jeśli hukniesz w odpowiedzi, to przyleci cicho jak mara i wykłuje ci oczy, bowiem nie jest to ptak prawdziwy, ale zaklęty zły duch.

    836

    Najgorszym jednak mieszkańcem lasu jest niedźwiedź, silny niczym dwunastu chłopa. To „niedźwiołak”, odporny na zwykłe strzały, zabić go mogą tylko srebrne kule. Taki go strach otacza, jak żadne inne zwierzę, bo tylko srebrna kula daje mu radę. Moc w nim wielka żywie i czyni tak odpornym, że zwykły ołów na nic. Dzieci nie śpią długo leżąc w łóżeczkach i wzdrygają się na wspomnienie tego potwora, którego wspomagają piekielne moce.

    837

    Kto by napotkał przypadkiem w lesie takiego niedźwiołaka, wielkiego i potężnego jak wędrująca skała, niechże nie zmyka i nie broni się, ale legnie plackiem, jakby nie żył. Nieraz dzieci wyobrażały sobie, że tak leżą, a niedźwiedź pochyla się nad nimi; czują gorący, straszny oddech zwierza, on zaś przewraca je łapami, a potem kopie dół, by je tam włożyć. Dzieci wstają wówczas po cichutku i przemykają zręcznie przez gąszcz, zrazu wolno, potem zaś biegną co sił w nóżętach, byle dalej.

    838

    Strach pomyśleć, co by było, gdyby niedźwiedź domyślił się, że któreś nie umarło naprawdę, albo gdyby je nadżarł z wielkiego głodu, albo spostrzegł, że wstało, i pobiegł za biedactwem!… Boże!

    839

    Strach jest to czarownik, co siedzi w ciemności i śpiewa człowiekowi do ucha pieśni czarodziejskie, a serce napełnia przeraźliwymi myślami. Stąd się bierze owo przygnębienie, co tłumi radość życia i przyćmiewa blask pól i niw. Natura zła jest i podstępna jak śpiący wąż i dowierzać jej nie trzeba. Zaliż nie piękny jest Löven o lśniących wodach, a przecież czyha na żer i rok w rok zabiera topielców. Wszak wabi spokojem las, a wierzyć mu nie sposób, bo mają tam swe siedlisko okrutne zwierzęta, opętane przez duchy czarownic i krwiożerczych rozbójników.

    840

    Strzeż się potoku szumiącego o przejrzystej wodzie. Przyniesie ci chorobę i śmierć, gdy brodzić w nim będziesz po zachodzie słońca. Kukułka wesoło kuka z wiosną… Prawda? Ale na jesieni przemienia się w jastrzębia o bystrych oczach i ostrych szponach. Nie dowierzaj też mchowi, wrzosom ni górze! Natura zła jest i opętana przez moce piekielne, nienawidzące człowieka. Stopy bezpiecznie postawić nie możesz nigdzie i dziw zaiste, jak może ujść tym zakusom słabe plemię ludzkie.

    841

    Czy strach-czarownik siedzi jeszcze w ciemni värmlandzkich lasów i śpiewa zaklęte pieśni? Czy ciągle jeszcze przyćmiewa blask niw i pól i poraża radość życia? Moc jego była wielka, wiem to, zaprawdę, gdyż w kołysce swej czułam stal, a w kąpieli węgle żarzące. Wiem, bo znam jego żelazną dłoń, zaciskającą się wokół serca.

    842

    Zresztą nie sądźcie, iż chcę opowiedzieć coś strasznego.

    843

    To jeno stara historia o wielkim niedźwiedziu z Gurlity i może sobie wierzyć w nią, kto chce, jak to bywa zawsze w opowiadaniach myśliwskich.

    844

    Niedźwiedź mieszkał na szczycie wspaniałej grani, zwanej Gurlitą, stromo i niedostępnie sterczącej znad Lövenu, w górnej jego części. Wykrot obalonej jodły, na której korzeniach wisiały płaty mchu, był ścianą oraz dachem jego siedliska, gałęzie i krzewina osłaniały je, a szpary uszczelniał śnieg. Spać sobie tam mógł spokojnie od lata do lata.

    845

    Czyliż poetą i marzycielem jest ten kudłaty król lasów, kosooki zbój? Czyliż przespać chce mroźne noce i szare dni zimowe, a zbudzić się od szumu potoków i świergotu ptactwa? Leżeć chce pewnie, śniąc o wzgórzach pełnych czerwieniejących borówek, o mrowiskach smakowitych brązowych stworzeń i białych jagniętach na zboczach gór. Chce ujść zimie życia, szczęśliwiec!

    846

    Wicher dmie i przemiata pomiędzy jodłami, szaleni od głodu myszkują wilk i lis, czyż jeno misiowi wolno spać? Niechby wstał i poczuł, jak kąsa mróz, jak ciężko grzęznąć w śniegu… Niechby wylazł z jamy!

    847

    Usłał sobie dobre leże, niby królewna z bajki, i jak ją królewicz zbudził pocałunkiem, tak jego wiosna obudzi. Chce, by go ze snu cucił promień słońca, padający na koniec pyska, lub kropla topniejącego śniegu, co przenika futro. Biada temu, kto mu przedwcześnie sen przerwie.

    848

    Ale nie każdy liczy się z życzeniami pana lasów! Nagle spada nań chmara ołowianych kulek, które kłują niby komary natrętne! Słychać krzyki, wrzawę, strzały. Miś otrząsa się, przeciąga i usunąwszy na bok krzaki patrzy, co to takiego. Niezłą pracę będzie miał stary zawadiaka! To nie wiosna hałasuje wokół legowiska, nie wiatr obala jodły i śniegiem wiruje, to rezydenci, kawalerowie z Ekeby.

    849

    Znani są dobrze królowi lasów. Pamięta dokładnie tę noc, kiedy to Beerencreutz i Fuchs zaczaili się nań w stodole chłopskiej, gdzie miał przyjść. Właśnie zdrzemnęli się nad kieliszkiem, gdy wpełzł ostrożnie przez sitowiany dach, a kiedy dobywał spoza przegrody ubitą krowę, runęli nań ze strzelbami i nożami. Zabrali mu krowę, pozbawili ślepska jednego, ale uszedł żywy.

    850

    Ho, ho, znają się dobrze miś z rezydentami. Napadli nań innym razem, kiedy zagospodarował się na zimę wraz z małżonką, i dziećmi tu, na królewskim dworzyszczu Gurlity, i napadli zgoła niespodzianie. Uciekł, co prawda, zmiótł, co stało w drodze, i pognał kul nie bacząc, ale poraził go strzał w łopatkę i gdy wrócił do domu, zobaczył farbę na śniegu. Dostojną jejmość ubito, a dziatki uprowadzono do ludzkich osiedli, by tam służyły człowiekowi i były mu przyjaciółmi.

    851

    Dudni ziemia, rozpada się zaspa kryjąca wnijście do jamy i wypada z niej wielki niedźwiedź, wróg rezydentów. Miejcież się na baczności, mości Fuchsie, łowco niedźwiedzi, i pułkowniku Beerencreutz, mistrzu gry w karty, i ty, Gösto Berlingu, bohaterze stu przygód.

    852

    Biada poetom, marzycielom, zdobywcom serc! Gösta stoi z bronią gotową do strzału, a miś sadzi prosto na niego. Czemuż nie strzela i o czymże rozmyśla? Reszta właśnie dlatego strzelać nie może. Czyżby sądził, że trzeba stać na baczność przed królem lasów?

    853

    Gösta w istocie stał rozmyślając o Mariannie złożonej w Ekeby chorobą po owej nocy w śniegu spędzonej. Padła i ona ofiarą nienawiści ciążącej na całej ziemi, a nim wstrząsa odraza do samego siebie, że wyszedł tropić i zabijać.

    854

    Niedźwiedź wali na niego. Ślepy jest od noża jednego z rezydentów, chromy od kuli drugiego, rozsrożony, skudłaczony i samotny od czasu postradania żony i dzieci, a Gösta patrzy nań. Nie chce odbierać życia biednemu, ściganemu zwierzęciu, rabować reszty tego, co obrabowanemu przez ludzi pozostało.

    855

    „Niechże mnie zabije, nie ja jego!” — pomyślał.

    856

    Niedźwiedź już o kilka kroków, Gösta stoi jak na baczność, a potem nagle ustępuje z drogi i prezentuje broń przed królem ostępu.

    857

    Niedźwiedź pognał dalej, dobrze wiedząc, że nie ma ani chwili do stracenia, wpadł w las, przedarł się przez zaspy wysokości człowieka, zbiegł karkołomnymi żlebami na dół i znikł bez śladu. Wszyscy stali z odwiedzionymi kurkami, zamierzając wypalić, i teraz dopiero oddali strzał.

    858

    Ale wszystko na nic, krąg został przerwany, niedźwiedź uszedł… Fuchs beszta, Beerencreutz klnie, a Gösta śmieje się jeno wesoło. Czy przypuszczali, że człowiek tak szczęśliwy jak on może uczynić krzywdę drugiemu stworzeniu boskiemu!

    859

    Wielki niedźwiedź z Gurlity ocalał tedy, ale zbudzony ze snu postanowił zalać chłopom sadła za skórę. Żaden niedźwiedź nie umie zręczniej rozszarpywać dachów na niskich oborach i uchodzić przemyślniejszym zasadzkom.

    860

    Mieszkańcy okolic górnego Lövenu nie wiedzą już, jak obronić się przed rabusiem i posyłają raz po raz do rezydentów, by przyjechali wreszcie z nim skończyć.

    861

    Przez cały luty szukali go kawalerowie dzień po dniu, noc po nocy, ale wymykał się łącząc z chytrością lisa rączość wilka. Gdy czyhali w jednym osiedlu, grasował w drugim, gdy go tropili po lesie, ścigał jadących przez lód chłopów. Był to najzuchwalszy rabuś! Właził na strychy, wyjadał z garnków miód gospodyniom i zwalał konie gospodarzy wprost u sanek.

    862

    Dumając nad tym wszystkim dorozumiano się wreszcie, co to jest za niedźwiedź i dlaczego Gösta nie mógł doń strzelić. Niesamowicie gadać o tym, a strasznie pomyśleć, ale nie był to, zaprawdę, zwykły niedźwiedź i nikt, kto by nie miał srebrnej kuli w lufie, zabić go nie mógł. Kula, odlana ze srebra i spiżu dzwonu w noc czwartkową o nowiu księżyca, w wieży kościelnej, tak by nie wiedział o tym proboszcz ni kościelny, zabiłaby go z pewnością, lecz jakże trudno o taką kulę!


    863

    Żył w Ekeby człowiek bardziej niż inni zgryziony tym wszystkim, oczywiście Andres Fuchs, wielki niedźwiedziobójca. Nie jadł i nie spał, trawiony rozpaczą, że nie może go dostać, i doszedł w końcu także do przekonania, że poradzi tu jeno owa srebrna kula.

    864

    Szorstki był w zachowaniu major Fuchs i wcale niepiękny. Ciało miał niezdarne, szeroką, czerwoną twarz o policzkach obwisłych i kilka podbródków. Górną, grubą wargę obsiadła mu czarna szczeć wąsów, a głowę sztywne, czarne włosy. Przy tym nie marnował słów i był żarłokiem. Kobietom nie słał wabnych uśmiechów ni spojrzeń. One też nie wychodziły mu naprzeciw promienne i z otwartymi ramionami. A że pewne było, iż nigdy nie znajdzie podobającej mu się niewiasty, dalekie mu było wszystko, co do miłosnych rojeń przynależy.

    865

    Lecz w pewien wieczór czwartkowy, kiedy wąski na dwa palce sierp księżyca pokazuje się przez parę godzin na niebie zaraz po zachodzie słońca, major Fuchs ruszył nic nie mówiąc w Ekeby, wziął do torby myśliwskiej stalowe krzesiwo, formę do kul i strzelbę. Poszedł wprost do broeńskiego kościoła, by wypróbować, czy szczęście zechce skłonić się ku zacnemu jak on człowiekowi.

    866

    Kościół stał na wschodnim brzegu cieśniny, pomiędzy górnym a dolnym Lövenem, major Fuchs musiał więc przejść przez most. Kroczył zadumany nie patrząc na wzgórza brobijskie, odcięte ostrym konturem na pogodnym niebie, ani też na skałę Gurlity o okrągłym wierzchołku. Patrząc w ziemię roztrząsał pytanie, w jaki sposób posiądzie klucz od bramy kościelnej, tak by nikt tego nie spostrzegł.

    867

    Wchodząc na most usłyszał rozpaczne wrzaski i podniósł oczy.

    868

    Onego czasu mały Niemiec, Faber, był organistą w Broby. Człek niski, sucherlawy i nikły pod każdym względem. Kościelny, Jan Larsson, tęgim był za to chłopcem, ale go bieda gniotła, gdyż proboszcz brobijski zabrał mu podstępnie pięćset talarów przy dziale majątkowym spuścizny ojcowskiej.

    869

    Kościelny zalecał się do siostry organisty, młodej Fabrówny, ale organista nie chciał przyzwolić na małżeństwo. Toteż nie byli wielkimi przyjaciółmi. Właśnie tego wieczora zdybał kościelny organistę na moście i rzucił się nań. Chwyciwszy go za piersi, trzymał w wyciągniętych rękach w powietrzu poza poręczą, klnąc na wszystko, że go ciśnie do wody, jeśli mu nie da nadobnej dziewicy za żonę. Ale Niemczura nie dawał za wygraną i oponował wytrwale, mimo że widział przed sobą czarną czeluść wodną pomiędzy białymi brzegami.

    870

    — Nie! Nie! — wrzeszczał co sił.

    871

    Kto wie, czyby kościelny nie wykonał pogróżki, gdyby w tej chwili nie wszedł na most major Fuchs. Przerażony kościelny posadził organistę na moście i wziął nogi za pas.

    872

    Faber padł majorowi na szyję, dziękując za uratowanie mu życia, ale major strząsnął go z siebie z odrazą. Nie miał żadnego upodobania w Niemcach od czasu, kiedy kwaterował w Putbusie na Rugii podczas wojny pomorskiej. Nigdy jeszcze śmierć głodowa nie zajrzała mu tak z bliska w oczy jak wówczas.

    873

    Mały Faber chciał biec do naczelnika Scharlinga, by oskarżyć kościelnego o zamach morderczy, ale major objaśnił go, że nie warto chodzić, gdyż w tej okolicy za zabicie Niemca nie ma żadnej kary.

    874

    To uspokoiło całkiem małego Fabera, tak że zaprosił wybawcę do siebie na kiszkę smażoną i wystałe piwo.

    875

    Major Fuchs przystał pomyślawszy, że organista ma chyba w domu klucz od kościoła, i poszli ku wzgórzu, na którym stał kościół, plebania oraz domki kościelnego i organisty.

    876

    — Proszę wybaczyć! — powiedział Faber wprowadzając majora do izby. — Nie bardzo dziś u nas porządnie, ale było dużo roboty, gdyż właśnie razem z siostrą zarżnęliśmy koguta.

    877

    — Pi! pi! pi! — wykrzyknął major.

    878

    Zaraz też wniosła ponętna Faberówna odleżałe piwo w wielkich dzbanach glinianych. Wiadomo, że major niechętnym okiem patrzył na kobiety, ale ta dziewczyna wzbudziła w nim pewną życzliwość. Uroczo wyglądała w staniczku i czepeczku. Jasne, gładko zaczesane miała włosy, a samodziałowa sukienka była czyściuteńka. Krzątała się tak żywo i miała tak rumiane, krągłe policzki, że majorowi przyszło do głowy, iż niezwłocznie zacząłby konkury, gdyby dwadzieścia pięć lat temu spotkał dziewczynę jak ta właśnie. Ale mimo ruchliwości i ponęt wielu Faberówna miała zapłakane oczy i może to właśnie usposobiło łagodnie majora.

    879

    Mężczyźni jedli i pili, ona biegała tam i sam, potem zaś podeszła, dygnęła i spytała brata:

    880

    — Jakże każecie, panie bracie, ustawić krowy w oborze?

    881

    — Umieścić Dwanaście po prawej, Jedenaście po lewej, tak by się bóść nie mogły! — odparł mały Faber.

    882

    — Oj, do licha! — zawołał major. — Widzę, że macie, mości Faber, sporo dobytku!

    883

    Organista miał właściwie tylko dwie krowy, a nazwał jedną „Dwanaście”, zaś drugą „Jedenaście”, by wspanialej brzmiało, gdy o nich wspomni. Dowiedział się też przy tym major, że organista przebudowuje oborę, przeto krowy chodzą za dnia po polu, a nocują w drwalni.

    884

    Dziewczyna przystąpiła za chwilę ponownie do brata i rzekła z dygiem, że cieśla zapytuje, jak wysoka ma być obora.

    885

    — Zmierz krowy! — rozkazał. — Zmierz krowy!

    886

    Spodobała się majorowi ta odpowiedź.

    887

    W toku rozmowy spytał major organisty, czemu oczy siostry jego są tak czerwone, i dowiedział się, że dziewczyna płacze, gdyż jej nie pozwala wyjść za kościelnego, który jest biedny i zadłużony.

    888

    Coraz to większa zaduma ogarnęła majora, spijał dzban piwa po dzbanie i jadł kiszkę za kiszką całkiem bezwiednie, a organista patrzył z przerażeniem na ten apetyt. Ale im więcej jadł i pił major, tym jaśniej robiło mu się w głowie i coraz to większej nabierał ochoty, by przysłużyć się małej Faberównie.

    889

    Przy tym wszystkim nie spuszczał oczu z wiszącego na ścianie klucza kościelnego o powyginanym uchu, a gdy tylko Fabera, który musiał dotrzymywać towarzystwa w piciu majorowi, zmorzyło ciężkie piwsko, tak że położył głowę na stole i chrapnął smacznie, major chwycił klucz, sięgnął po czapkę i wyszedł.

    890

    Wylazł zaraz omackiem na schody wieży kościelnej i dotarł przy pomocy rogowej latarki do dzwonów rozdziawiających nad nim olbrzymie paszcze. Zdrapał pilnikiem trochę spiżu z dzwonu, dobył krzesiwa i formy do lania kul, ale nagle spostrzegł z przerażeniem, iż zapomniał całkiem o srebrze, co było rzeczą najważniejszą. Jeśli kula miała posiadać siłę, musiał ją ulać tu, we wieży. Wszystko dobrze, jest czwartek na nowiu i nikt nie wie, że tu siedzi, niestety, bezradny całkiem. Major zaklął, aż jękły dzwony.

    891

    Zaraz potem usłyszał czyjeś kroki na schodach. Tak, w istocie, ktoś szedł na górę ciężko stąpając.

    892

    Major stał i klął, aż dzwony wtórowały, ale zrobiło mu się nieswojo i jął dumać, kim mógł być ów nieproszony pomocnik chcący wraz z nim lać kulę. Kroki zbliżały się. Ktoś szedł widocznie prosto na wieżę.

    893

    Major skrył się wśród belek rusztowania, zgasił latarkę i czekał. Nie czuł strachu, ale gniewało go, że wszystko będzie na nic, gdy zostanie spostrzeżony. Ledwo się schował, czyjaś twarz ukazała się nad podłogą.

    894

    Poznał zaraz twarz skąpego proboszcza z Broby. Oszalały niemal z chciwości, krył swe skarby po miejscach najdziwniejszych. Niósł w ręku paczkę banknotów, a sądząc, że nikt nie patrzy, podniósł deskę podłogi, położył pieniądze i odszedł zaraz śpiesznie.

    895

    Poskoczył major do skrytki. Cóż za masa pieniędzy! Paczka przy paczce, a pomiędzy nimi brunatne woreczki skórzane ze srebrem. Major wziął tyle jeno, by starczyło na kulę, resztę zostawił.

    896

    Zeszedł niebawem ze srebrną kulą w lufie i jął rozmyślać, czy mu ta noc czwartkowa przyniesie jeszcze więcej pomyślności. Dziwy dzieją się wielkie w takie noce. Skierował kroki naprzód do mieszkania organisty dumając, czy przeklęty niedźwiedź wie, że krowy Fabera stoją dziś w nędznej drewutni, tak prawie jak w szczerym polu.

    897

    Tak… zaprawdę! Oto nadchodzi właśnie coś wielkiego, czarnego i zmierza na przełaj prosto do koleby. To na pewno niedźwiedź!

    898

    Major podniósł broń do oka i chciał strzelać, ale w ostatniej chwili rozmyślił się. Przywiódł sobie na pamięć zapłakane oczy Faberówny. Wspomniał, że ma dopomóc jej i kościelnemu, ale wielką było to dlań ofiarą zrezygnować z zabicia niedźwiedzia, władcy Gurlity. Mawiał potem często, że nic mu w życiu nie przyszło z takim trudem, ponieważ jednak dziewczyna była zgrabna, mała i ponętna, musiał to uczynić.

    899

    Pobiegł co prędzej do kościelnego, wyciągnął na pół nagiego z łóżka i rozkazał strzelić do niedźwiedzia myszkującego wokoło drewutni organisty.

    900

    — Zastrzel niedźwiedzia, a organista da ci na pewno siostrę! — powiedział. — Zyskasz także ogólny szacunek, nie jest to bowiem zwierz zwyczajny i najwybitniejsi ludzie w okolicy uważaliby za zaszczyt ubicie go.

    901

    Wcisnął mu w rękę własną broń z kulą srebrną i spiżową, odlaną na wieży w czwartkową noc, na nowiu, a przy tym dygotał z zazdrości, że nie on, lecz ktoś inny położy trupem króla lasów z Gurlity.

    902

    Kościelny zmierzył w niedźwiedzia — miły Boże! Mógłby raczej, mierząc tak, trafić w Wielką Niedźwiedzicę na niebie, nie zaś w zwierza włażącego już na dach Faberowskiej koleby. Strzał huknął, aż Gurlita odpowiedziała echem.

    903

    Jak mierzył, tak mierzył kościelny, dość że niedźwiedź padł na miejscu. Tak bywa zawsze ze srebrną kulą. Można strzelać do Wielkiego Wozu na niebie, a trafia się zwierzynę w serce.

    904

    Wybiegli ludzie z domów i zagród, ciekawi, co zaszło, gdyż żaden jeszcze strzał nie grzmotnął jak ten i nie zbudził takiego echa. Wszyscy zaczęli wysławiać kościelnego, gdyż niedźwiedź był istną plagą okolicy.

    905

    Wyjrzał też i mały Faber, ale major Fuchs zawiódł się na nim srodze. Mimo że wszyscy wychwalają kościelnego i że ponadto ocalił krowy organisty, mały Faber nie czuje wcale podziwu ni wdzięczności, nie rozwiera ramion i nie wita zwycięzcy jako bohatera i szwagra.

    906

    Namarszczył się major, zaczął tupać, rozwścieczony taką nikczemnością i jął tłumaczyć małemu człowiekowi o ciasnym sercu doniosłość czynu. Ale słowa utykały mu w ustach z gniewu, że nadaremnie zrzekł się zaszczytu ubicia niedźwiedzia. Pojąć nie mógł, by człowiek, który dokonał takiego bohaterstwa, nie zasługiwał na najdumniejszą oblubienicę świata.

    907

    Kościelny oraz paru parobczaków poszli po nóż i zaczęli go ostrzyć, a major Fuchs został sam, przy martwym niedźwiedziu.

    908

    Nagle pędzi raz jeszcze do kościoła, otwiera bramę, włazi po stromych schodach budząc uśpione gołębie i dociera do dzwonów.

    909

    Potem, gdy pod dozorem majora zdejmowano z niedźwiedzia skórę, znaleziono w jego paszczy zwitek banknotów. Suma wynosiła okrągło pięćset talarów. Nie sposób wyjaśnić, jak się tam dostały. Ale był to widać niedźwiedź niezwykły! Skoro kościelny go ubił, pieniądze przyznano bez oporu pogromcy.

    910

    Wieść rozeszła się zaraz rano, a mały Faber oprzytomniał jakoś, zrozumiał bez trudu doniosłość bohaterskiego czynu i oświadczył, że dumny będzie, jeśli nazwie kościelnego swoim szwagrem.

    911

    Major wrócił do Ekeby w piątek, po obfitej uczcie u kościelnego z okazji mistrzowskiego strzału i zaręczyn u organisty. Ale był smutny, nie odczuwał żadnego wesela ze zwycięstwa nad wrogiem i nie cieszyła go wspaniała skóra otrzymana od kościelnego w podarku.

    912

    Sądziłby ktoś, że żal mu było powabnej dziewczyny? O nie, nie ten był powód żałoby. Bolało go jeno, że potężny, jednooki władca Gurlity padł nie z jego ręki.

    913

    Wróciwszy do rezydenckiego skrzydła, cisnął bez słowa skórę pomiędzy siedzących u komina kawalerów. Nie wtajemniczył ich wcale w swe przygody i dopiero o wiele, wiele później wydobyli zeń prawdę. Nie zdradził też schowka brobijskiego proboszcza, który być może nie odkrył nigdy kradzieży.

    914

    Rezydenci obejrzeli dokładnie skórę.

    915

    — Pyszna jest! — zawyrokował Beerencreutz. — Chciałbym wiedzieć, w jaki sposób zbudzono tego draba ze snu zimowego? — A może ubiłeś go w jaskini?

    916

    — Zabito go na polach broeńskich!

    917

    — Hm… — zauważył Gösta. — Był to zwierz, co się zowie, ale nie tak wielki jak niedźwiedź z Gurlity.

    918

    — Gdyby był jednooki — dodał Kevenhüller — sądziłbym, żeś naprawdę ubił gurlitskiego króla lasów, ale ten nie miał ani śladu ropy ni blizny na oku, toteż nie jest chyba niedźwiołakiem.

    919

    Major zaklął z gniewu na głupotę swoją, ale po chwili rozpromienił się tak, że mu twarz niemal wypiękniała. A więc jednak król lasów nie padł z innej ręki!

    920

    — Boże! Jakże jesteś dobry! — szepnął major i złożył ręce.

    9. Wyprzedaż w Björne

    921

    Nieraz będąc dziećmi dziwowaliśmy się opowiadaniom starszych.

    922

    — Czyż każdego dnia bywały bale za waszych lat młodych? — pytaliśmy. — Czy całe życie było jedną jeno przygodą? Czy w czasach owych każda dama była piękna i godna miłości? Czy po każdym balu porywał jedną z nich Gösta Berling?

    923

    Starcy potrząsali czcigodnymi głowami i zaczynali opowiadać, jak to warkotały kołowrotki i trzaskały warsztaty tkackie, jak się krzątano w kuchni, młócono na klepisku i rąbano drzewo po lasach. Zaraz jednak wpadali z powrotem w dawny ton. Sanki zajeżdżały przed ganek, weseli młodzi ludzie mknęli przez ciemne bory, wirował taniec, aż pękały struny skrzypiec. Z hukiem i łoskotem, w pędzie odbywała się gonitwa dokoła jeziora Löven. Z dala słychać było jej gromkie odgłosy. Z dala dolatywał huk walących się drzew, od rozpętania żywiołów wybuchały pożary, wzbierały potoki, a wilki wyjąc ścigały się dokoła osiedli. Pęd ośmionogich rumaków[19] rozbijał w puch wszelaką szczęśliwość, kędy przebiegły, dzikość rozjarzała się w sercach mężczyzn, a blade kobiety uciekały z domów i zagród.

    924

    My, dzieci, siedzieliśmy, bywało, zdumieni, trwożni i radośni zarazem.

    925

    „Co za ludzie! — myśleliśmy. — Takich dziś nie uświadczyć w świecie”.

    926

    — Czyż nie myśleli nad tym, co czynią, ludzie czasów onych? — pytaliśmy.

    927

    — Myśleli… myśleli, czemużby nie? — brzmiała odpowiedź starców.

    928

    — Chyba nie tak jak my — stwierdziliśmy chórem, a starzy nie wiedzieli zgoła, o co nam idzie.

    929

    Mieliśmy na myśli onego ducha samokrytyki, tę stworę, która w nas już obrała siedlisko, o lodowatych oczach i długich szponiastych dłoniach, co siedząc w najciemniejszym kącie rozskubuje nas, jak stare baby skubią szarpie z wełny czy jedwabiu.

    930

    Rozskubały zaiste te palce kościane całe nasze ja na kupę strzępów, niwecząc najszczytniejsze uczucia i myśli bezpośrednie. Wszystko, co powiedziano czy czyniono, wszystko zbadała ta stwora niesamowita, przeniknęła lodowatymi oczyma i wykrzywiając szyderczo bezzębne usta szeptała raz po raz:

    931

    — Patrzcież! Same strzępy… łachmany… nic więcej!

    932

    Zdarzali się jednak i w tamtych czasach ludzie, co chętnie otwierali duszę onemu lodookiemu straszydłu. Rozsiadło się w nich badając źródła czynów i drwiąc z dobra i zła. Wszystko rozumiało, niczego nie potępiało, węsząc jeno wokół, mieląc na otręby każde drgnienie serca i mrożąc siły.

    933

    Piękna Marianna miała w sobie tego demona samokrytyki i czuła na każdym kroku i przy każdym słowie jego lodowate oczy i szyderczy śmiech. Życie jej zmieniło się w przedstawienie, którego jedynym widzem był duch samokrytyki. Przestała być człowiekiem, nie czuła, nie radowała się i nie kochała, jeno grała rolę Marianny Sinclaire, a samokrytyka siedząc na widowni śledziła jej grę lodowymi, nieruchomymi oczyma i skubała ciągle pracowicie palcami.

    934

    W duszy pięknej dziewczyny mieszkały jak gdyby dwie różne istoty. Jedna, blada i drwiąca, spoglądała obojętnie na to, co czyni druga, nie dająca jej nigdy życzliwego słowa.

    935

    Gdzież był atoli blady strażnik jej poczynań owej nocy, kiedy poznała miłość życia? Gdzież był, gdy całowała Göstę wobec stu świadków, gdzież był, gdy padła z rozpaczą w śnieg, by umrzeć? Lodowe oczy jego mgłą zaszły, a śmiech szyderczy sczezł od żaru namiętności, który zapalił duszę. Tętent czarodziejskiej gonitwy duchów zgłuszył wszystko, i onej straszliwej nocy Marianna była człowiekiem prawdziwym.

    936

    Kiedy z niezmiernym wysiłkiem podniosła w końcu ramiona, by objąć Göstę za szyję, o ty, bóstwo samozaprzeczenia, musiałoś chyba, jak to uczynił Beerencreutz, odwrócić wzrok od ziemi i podnieść go na gwiazdy; tej nocy sił ci zbrakło. Leżałoś martwe, gdy Marianna śpiewała hymny miłości, gdy biegła do Sjö po majora i gdy ujrzała czerwień łuny nad wierzchołkami lasu.

    937

    Potężne ptaki, orły namiętności, poszybowały na skrzydłach ognistych, spadły ci na kark, wbiły szpony i cisnęły cię, duchu lodowaty, w nieznaną dal. Ległeś martwy i rozbity. A dumne, potężne ptaki, poleciały dalej szlakiem, którego obliczyć i wyśledzić nikt nie zdoła. Ale niebawem dźwignął się duch samokrytyki z odmętu i zawładnął jak dawniej duszą Marianny.

    938

    Przez cały luty leżała w Ekeby chora, zaraziwszy się ospą w Sjö. Wyczerpaną, przeziębłą napadło i zwyciężyło łatwo owo straszne choróbsko, śmierci już była bliska, ale pod koniec miesiąca zaczęło jej wracać zdrowie. Słaba była i oszpecona, tak że nikt jej już piękną Marianną nie mógł nazwać.

    939

    Sama jednak tylko Marianna i pielęgniarka o tym wiedziały. Nie wiedzieli kawalerowie, nie dopuszczani, oczywiście, do chorej na ospę.

    940

    Kiedyż atoli silniejszą jest samokrytyka, jak nie w czasie powolnego wracania do zdrowia? Siedzi wytrwale, wytrzeszcza lodowate ślepia i skubie wszystko suchymi, kościstymi palcami, a jeśli się lepiej przypatrzeć, to przeziera przez tę stworę bladą druga, jeszcze bledsza, która też patrzy w osłupienieniu i śmieje się drwiąco, przez drugą trzecia i dużo innych, a wszystkie śmieją się z siebie wzajem i z całego świata.

    941

    Marianna leżała patrząc na siebie tym mnóstwem lodowatych, tępych oczu, a wszystkie prawdziwe uczucia zamarły w niej.

    942

    Leżała grając rolę chorej, nieszczęśliwej, zakochanej i rolę mścicielki. Była tym wszystkim, a jednak wszystko to było tylko rolą.

    943

    Spojrzenie lodowatych oczu zmieniało wszystko w igraszkę. Czuwały nad nią wiedząc, że nad nimi czuwają drugie… trzecie i tak dalej, w nieskończoność.

    944

    Zapadły w sen czarodziejski mocne siły życia. Przez jedną jeno noc zdolna była nienawidzić płomiennie i oddać się miłości — nie dłużej. Teraz nie wiedziała nawet, czy kocha Göstę. Pragnęła go zobaczyć z ciekawości, czy też on sprawi, by zapomniała samą siebie.

    945

    Przez ciąg trwania choroby jedną miała jeno myśl jasną, to jest, by zataić swą chorobę. Nie chciała widzieć rodziców, nie chciała zgody z ojcem, przypuszczając, że pożałuje on swego czynu na wieść o ciężkim schorzeniu. Poleciła tedy powiedzieć rodzicom i wszystkim, że cierpi, jak nieraz w Björne, na oczy, i dlatego musi siedzieć przy zapuszczonych firankach. Zabroniła pielęgniarce mówić, na co chora, a rezydentom nie dozwoliła sprowadzić lekarza z Karlstadu. Umotywowała to lekkim przebiegiem choroby i tym, że apteczka podręczna w Ekeby posiada wszelkie potrzebne środki.

    946

    Nie przyszło jej do głowy, że może umrzeć, leżała tylko, czekając wyzdrowienia, by jechać z Göstą do proboszcza i dać na zapowiedzi.

    947

    Minęła teraz gorączka i choroba, wrócił chłód i równowaga: nabrała przekonania, że w tym świecie głupców jest jedyną mądrą osobą. Nie czuła nienawiści ni miłości. Rozumiała ojca i wszystkich, a rozumienie wyklucza nienawiść.

    948

    Doszła ją wieść, że Melchior Sinclaire urządza wyprzedaż w Björne, by zniszczyć całe mienie i nic jej nie zostawić w spadku. Mówiono, że zamierza przeprowadzić to gruntownie, naprzód sprzedać wszystkie meble i sprzęty domowe, potem bydło i narzędzia gospodarskie, a w końcu pozbyć się majątku ziemskiego, pieniądze złożyć w wielki wór i zatopić w Lövenie. W dziedzictwie miała otrzymać ruinę zupełną. Na wieść o tym skinęła głową z uśmiechem i uznała, że stosownie do swego charakteru ojciec nie mógł postąpić inaczej.

    949

    Dziwiło ją wielce, iż mogła nucić kiedyś hymn miłości. Marzyła niedawno o chatce wieśniaczej i sercu ukochanego — teraz nie mogła pojąć tego nawet.

    950

    Wzdychała do szczerości. Dość już tej wiecznej gry. Nie doznała nigdy mocnych, prawdziwych uczuć. Niemal obojętna była jej utrata piękności, ale drżała przed cudzą litością.

    951

    Choć na sekundę zapomnieć o sobie! Jeden jakiś bodaj czyn, jeden gest wolny od wyrachowania!

    952

    Pewnego dnia, gdy wywietrzono pokój i oczyszczono z zarazy, legła ubrana na sofie i kazała poprosić do siebie Göstę. Zawiadomiono ją, że pojechał do Björne na wyprzedaż.


    953

    Była to, zaprawdę, rzecz niezwykła! Miano wyprzedać stary, zamożny dom, toteż z daleka zjechali kupcy.

    954

    Potężny Melchior Sinclaire zrzucił cały dobytek na kupę w wielkiej sali. Tysiące przeróżnych rzeczy leżały górami aż po sufit. On sam jak anioł zniszczenia krążył po domu i znosił wszystko, co można było sprzedać. Zostawił w spokoju tylko czarne garnki kuchenne, drewniane stołki, cynowe dzbany i miedziane rondle, to bowiem nie przypominało Marianny. Ale były to jedyne przedmioty, które gniew jego oszczędził.

    955

    Wtargnąwszy do pokoju córki przewrócił do góry nogami wszystko. Wyrzucił szafkę z lalkami, półki na książki, mały stołeczek, umyślnie dla niej zrobiony, drobiazgi, suknie, sofkę i łóżko.

    956

    Potem zaczął chodzić z pokoju do pokoju porywając i wlokąc do sali aukcyjnej przedmioty, które mu się nie podobały. Dźwigał je, stękał pod ciężarem kanap, stołów marmurowych, ale nie ustawał. W sali piętrzył się coraz to wyżej pstry stos, on zaś rozbijał szafy, wywlekał stare, cenne srebra rodzinne i ciskał na kupę. Marianna dotykała ich! Precz z tym! Znosił naręcza śnieżnych adamaszków i gładkie prześcieradła z szeroką na dłoń mereżką, plon pracy kobiecej, gromadzony latami w rodzinie. Precz z tym! Marianna nie była godna posiadania tych rzeczy!… Stawiał góry porcelany tłukąc tuzinami talerze i stare, cenne filiżanki z wypalonymi herbami. Precz z tym! Rosły pod sufit stosy pierzyn i poduszek puchowych, w których tonęło się jak w fali. Precz z tym! Marianna spała na tej pościeli.

    957

    Spozierał wściekle po starych meblach. Nie było jednego fotela, na którym by nie siadywała, obrazu, na który by nie patrzyła, świecznika, który by jej nie oświetlał, zwierciadła, w którym by się nie przezierała. Zaciskał pięści grożąc onym wspomnieniom. Porozbijałby to wszystko chętnie w trzaski maczugą.

    958

    Umyślił jednak dotkliwszą zemstę, mianowicie wyprzedaż zupełną. Niechże biorą to obcy! Niech zostanie uwalane rękami wyrobników, niech padnie ofiarą obojętnych, dalekich ludzi. Widywał nieraz po chłopskich chatach takie kupione graty zbezczeszczone jak córka jego. Precz z nimi! Niech stoją z podartymi poduszkami, wyłażącą ze środka wyściółką, startym złoceniem, chwiejnymi nogami i poplamionymi blatami, połamane i spękane, niech tęsknią do domu! Precz! Na wszystkie świata strony chciał je rozproszyć, by tego żadna ręka zgromadzić na powrót nie mogła.

    959

    Zaczęto na koniec licytację w przepełnionej chaotycznie sali.

    960

    Ustawiono w poprzek długi stół, sprzedający zajął miejsce i zaczął wywoływać. U stołu siedzieli pisarze i notowali wszystko, a obok nich rozparł się Melchior Sinclaire postawiwszy przy sobie baryłkę wódki.

    961

    W drugim końcu sali, w sieni i w podwórzu tłoczyli się kupujący.

    962

    Rozgwar panował wesoły, wybuchały śmiechy, padały oferty i licytacja toczyła się żywo. Melchior Sinclaire siedział przy baryłce, pośród stosów własności swojej, na pół pijany, na pół oszalały, z włosami zjeżonymi wokół czerwonej twarzy, a zakrwawione oczy biegały groźnie. Wykrzykiwał i śmiał się jakby w najlepszym humorze, a każdego, kto złożył dobrą ofertę, wołał do siebie i częstował wódką.

    963

    Widział go też Gösta wmieszany w ciżbę, ale unikał zbliżenia. Widok to był niesamowity, a serce ściskało się w przeczuciu nieszczęścia.

    964

    Dziwiło go, że nigdzie nie dostrzega matki Marianny, i w końcu ruszył bezwiednie na poszukiwanie, jakby pchnięty nakazem losu.

    965

    Minął wiele drzwi, zanim ją znalazł. Mocny władca Björne był niecierpliwy, nie znosił żalów ni łez kobiecych. Znudziło go szlochanie żony opłakującej ruinę domu. Wściekły, że rozpacza nad bielizną, kiedy straciła nierównie więcej, bo samą córkę, ścigał ją, zacisnąwszy pięści, po całym domu, aż do kuchni, aż do spiżarni.

    966

    Dalej kobiecina nie miała gdzie uciec, dał więc spokój, a zobaczywszy, że siedzi pod schodami czekając bicia czy nawet śmierci, zostawił ją tam, zamknął i klucz schował do kieszeni. Nie mogła zginąć z głodu, więc postanowił, że tu czekać ma końca licytacji. Nie będzie mu już drażniła uszu skargami.

    967

    Zamknięta w spiżarni, wylazła po czymś wysoko, do małego okienka pod powałą i zobaczyła twarz Gösty przechodzącego kuchennym korytarzem. I on zobaczył panią Gustawę.

    968

    — Co tam ciocia robi? — spytał.

    969

    — Zamknął mnie — odparła.

    970

    — Mąż?

    971

    — Tak! Myślałam już, że mnie zabije. Idźże, Gösto, wyjmij klucz z ciężkich drzwi wielkiej sali. Nadaje się do tego zamka. Wypuść mnie!

    972

    Gösta spełnił rozkaz i niebawem znaleźli się oboje w pustej kuchni.

    973

    — Czemuż ciocia nie kazała którejś ze służących otworzyć? — spytał Gösta.

    974

    — Nie myślę zdradzać tajemnicy klucza od drzwi spiżarni, nie miałabym bowiem chwili spokoju! Zresztą uporządkowałam tymczasem górne półki, bo straszny był tam nieład. Nie wiem doprawdy, jak mogłam pozwolić, by się tyle rupieci nazbierało.

    975

    — Ciocia ma tak wiele zajęcia! — powiedział na jej usprawiedliwienie.

    976

    — To prawda! — odparła. — Gdybym sama nie przypilnowała, w całym domu ani jedno wrzeciono, ani jeden kołowrotek nie pracowałby jak należy…

    977

    Urwała nagle i otarła łzę.

    978

    — Ach, miły Boże! — wstchnęła. — Gadam tu na wiatr, a pewnie nie będę miała za chwilę żadnego zajęcia. Sprzedaje wszystko, co posiadamy.

    979

    — Wielkie to nieszczęście! — odparł Gösta.

    980

    — Pamiętasz pewnie, Gösto, wielkie zwierciadło w salonie. Rzecz śliczna, z jednej tafli bez skazy, na ramie ni plamy w złoceniach. Dostałam je od matki, ale on i to chce sprzedać!

    981

    — Oszalał!

    982

    — Tak… to prawda! Oszalał i pewnie nie ustanie, aż znajdziemy się na gościńcu, zmuszeni żebrać jak majorowa.

    983

    — Nie dojdzie do tego chyba! — powiedział.

    984

    — O tak, Gösto! Odchodząc z Ekeby przepowiedziała nam to majorowa. Sprawdza się nieszczęście. Nie dopuściłaby za nic do tego szaleństwa, gdyby tu była… Wyobraź sobie… sprzedaje porcelanę, rodzinne filiżanki… Majorowa z pewnością nie dopuściłaby do tego.

    985

    — Cóż mu się stało? — spytał Gösta.

    986

    — Wściekł się, że Marianna nie wróciła do domu. Czekał i czekał. Chodził po alei całymi dniami i czekał. Tęsknił tak bardzo, że chyba stracił zmysły. Ale nie wolno mi tak mówić.

    987

    — Marianna myśli, że się na nią gniewa.

    988

    — Nie myśli tak, zna go, ale duma nie pozwala jej uczynić pierwszego kroku. Oboje są twardzi i butni, a na mnie odbija się wszystko. Jestem jakby między dwoma młyńskimi kamieniami.

    989

    — Ciocia wie chyba, że Marianna chce mnie poślubić.

    990

    — Ach, Gösto. Nie uczyni tego nigdy. Mówi tak tylko, by ojca drażnić. Jest zbyt rozpieszczona, aby wychodzić za człowieka biednego, i zanadto dumna. Idź i powiedz, by zaraz wracała, gdyż inaczej straci całą ojcowiznę. Stary sprzedaje wszystko za bezcen i nic chyba nie zostanie.

    991

    Te słowa rozgniewały Göstę. Siedząc na kuchennym stole pani Gustawa myślała tylko o porcelanie i zwierciadle.

    992

    — Powinna by się ciocia wstydzić! — zawołał. — Naprzód wypędzacie córkę z domu, potem zaś sądzicie, że nie wraca przez złość! Posądzacie ją też, że porzuci tego, którego kocha, tylko dlatego że jej niszczycie dziedzictwo.

    993

    — Drogi Gösto! — odparła. — Nie gniewajże się jeszcze i ty w dodatku! Nie wiem doprawdy już, co mówię. Chciałam otworzyć drzwi Mariannie, ale odciągnął mnie przemocą. Ciągle mi teraz wszyscy powtarzają, że nic nie rozumiem. Chętnie oddałabym ci Mariannę, gdybym wiedziała, że ją uszczęśliwisz. Ale niełatwa to rzecz uszczęśliwić kobietę, drogi Gösto!

    994

    Spojrzał na nią. Jakże mógł przemawiać szorstko do pani Gustawy! Była zastraszona i wyczerpana, ale miała dobre serce.

    995

    — Ciocia nie pyta wcale o Mariannę? — powiedział.

    996

    Wybuchła łzami.

    997

    — A nie pogniewasz się, jeśli spytam? Od pierwszej zaraz chwili chciałam pytać. Wiem tylko, że żyje. Nie dostałam nawet słowa podzięki, kiedym jej posłała ubranie, więc sądziłam, żeście oboje postanowili, by mi nie dać znać o niczym.

    998

    Gösta nie mógł dłużej wytrzymać. Był człowiekiem szalonym, popędliwym i Bóg musiał czasem wysyłać za nim w pościgu wilki swoje, by go utrzymać w ryzach, ale łzy tej starowiny gorsze były od wilków. Opowiedział tedy wszystko.

    999

    — Marianna przez cały czas chorowała na ospę. Dziś miała po raz pierwszy przejść z łóżka na kanapę. Nie widziałem jej od owej pierwszej nocy.

    1000

    Pani Gustawa skoczyła na równe nogi. Zostawiła Göstę i pobiegła, nie rzekłszy słowa, do męża.

    1001

    Zebrani w sali spostrzegli, że mu coś żywo szepce do ucha. Poczerwieniał bardziej jeszcze i odkręcił kurek beczułki, tak że strumień wódki wyciekał na podłogę.

    1002

    Pani Gustawa przyniosła widać ważne wieści, gdyż licytacja utknęła nagle. Młotek sprzedawcy przestał spadać, ścichło skrobanie piór pisarzy i nie słychać było ofert kupców.

    1003

    Po chwili ocknął się Melchior Sinclaire z zadumy i zawołał:

    1004

    — No… prędzej!

    1005

    I licytacja poszła dalej swoim trybem.

    1006

    Zapłakana pani Gustawa wróciła do czekającego w kuchni Gösty.

    1007

    — Nie pomogło nic a nic! — zawołała. — Myślałam, że da pokój, dowiedziawszy się o chorobie Marianny, ale sprzedaje dalej. Czyni to jednak teraz tylko dlatego, że mu wstyd przerwać.

    1008

    Gösta wzruszył ramionami, pożegnał ją i wyszedł. W sieni napotkał Sintrama.

    1009

    — Diabelnie zabawna historia! — wykrzyknął Sintram zacierając ręce. — Mistrz z ciebie prawdziwy, Gösto! Czegożeś narobił!

    1010

    — Niedługo będzie tu jeszcze zabawniej! — szepnął mu Gösta. — Proboszcz z Broby przywiózł pełne sanie pieniędzy. Chce podobno kupić całe Björne za gotówkę. Zobaczymy, jaką minę zrobi potężny Melchior.

    1011

    Sintram wciągnął głowę w ramiona i śmiał się długo, bez dźwięku, potem zaś poszedł do sali i przystąpił do Melchiora.

    1012

    — Jeśli chcesz wódki, Sintramie — powiedział doń Melchior — to poprośże, u diaska, naprzód!

    1013

    — Masz zawsze szczęście, braciszku! — rzekł mu Sintram. — Pewien człowiek przywiózł właśnie pełne sanie pieniędzy, chce kupić Björne wraz z inwentarzem żywym i martwym. Inni zań licytują, on zaś siedzi przyczajony w kątku, bo taki jest układ, że pokaże się dopiero po licytacji.

    1014

    — Dam ci kieliszek, ale powiedz najpierw, kto to taki!

    1015

    Sintram ujął kieliszek, ale zanim dał odpowiedź, cofnął się o kilka kroków.

    1016

    — Podobno proboszcz z Broby, braciszku!

    1017

    Melchior Sinclaire miał lepszych od proboszcza przyjaciół. Od lat wiedli ze sobą spory. Krążyły wieści, że Melchior czatował nieraz po ciemku na drogach i wracający proboszcz dostawał niezłe cięgi kijem z rąk właściciela Björne, który nie cierpiał łupieżcy chłopów i skąpca.

    1018

    Sintram odstąpił przezornie na bok, ale nie całkiem uszedł zemście Melchiora, bowiem dostał w czoło kieliszkiem, a beczułka ciśnięta pod nogi omal go nie obaliła na ziemię. Potem jednak nastąpiło coś, co serce jego jeszcze długo radowało.

    1019

    — Proboszcz z Broby chce kupić Björne? — zaryczał Sinclaire. — A wy stoicie tu i wyłapujecie dlań jedną rzecz po drugiej? Wstydźcie się, ludzie!

    1020

    Chwycił lichtarz i kałamarz i cisnął w tłum. Cała gorycz serca wyzwoliła się teraz. Wygrażał kupującym pięściami, wył i ciskał w nich wszystkim, co miał pod ręką. Kieliszki i butelki od wódki zawirowały w powietrzu.

    1021

    — Licytacja skończona! — ryczał. — Jak długo ja żyję, proboszcz nie dostanie w pazury mego Björne! Precz! Wynoście się wszyscy! Nauczę was, co znaczy kupować dla proboszcza z Broby!

    1022

    Przyskoczył do sprzedającego i pisarzy, oni zaś uciekli obalając w pośpiechu stół, a Melchior zaczął miotać się jak szalony w ciżbie.

    1023

    Nastało zamieszanie wielkie. Paręset ludzi cisnęło się w popłochu do drzwi przed jednym, oszalałym Melchiorem. Stał teraz w miejscu powtarzając grzmiąco:

    1024

    — Precz! Precz!

    1025

    Miotał obelgi i kręcił nad głową stołkiem niby maczugą bojową.

    1026

    Potem ruszył naprzód, wyparł tłum do sieni, gdy zaś ostatni z przybyszów znalazł się na schodach, wrócił do sali, zamknął drzwi, wyciągnął ze sterty rupieci materac, kilka poduszek, legł i zasnął. Zbudził się dopiero następnego dnia.

    1027

    Wróciwszy do domu dowiedział się Gösta, że Marianna chce z nim mówić. Było mu to na rękę, gdyż właśnie dumał, jakby się z nią zobaczyć.

    1028

    Gdy go wprowadzono do ciemnego pokoju, stał chwilę przy drzwiach nie mogąc jej dojrzeć.

    1029

    — Zostań, gdzie jesteś, Gösto! — powiedziała. — Zbliżać się do mnie niebezpiecznie.

    1030

    Ale Gösta, który biegł tu po schodach drżąc z niecierpliwości i tęsknoty, nie zważał na możliwość zarazy. Pałał ochotą zobaczenia ukochanej.

    1031

    Była tak piękna! Żadna nie miała tak miękkich włosów, tak jasnego, promiennego czoła, szlachetnych rysów, żywej, zachwycającej mimiki.

    1032

    Wspomniał brwi ostro zarysowane, śmiały orli nos, łukiem wygięte usta, owal policzków i brody. Uprzytomnił sobie delikatną płeć, matowy blask skóry i błękit źrenic w bieli oczu, wspomniał, jak uroczy kontrast tworzyły ciemne brwi i jasne włosy Marianny.

    1033

    Cudna była umiłowana Gösty! A jakież serce gorące kryła jej pierś. Pod wytworną powierzchownością i dumnymi słowy taił się bezmiar oddania i ofiary. Sam widok jej sprawiał rozkosz niewysłowioną.

    1034

    Przybiegł tu co sił, a ona sądziła, że będzie stał u drzwi. Za chwilę znalazł się przy niej i padł na kolana obok kanapy.

    1035

    Chciał ją zobaczyć, ucałować i pożegnać. Kochał ją, czuł, że nigdy kochać nie przestanie, ale serce jego nawykło już do tego, że po nim deptano.

    1036

    Gdzież miał szukać róży pozbawionej podpory i korzeni, którą by mógł wziąć i nazwać swoją? Zaprawdę, nie danym mu będzie zatrzymać dla siebie nawet tej, którą znalazł porzuconą i na poły martwą pośród drogi. Kiedyż miłość jego zanuci pieśń tak szczytną, że nie zmąci jej żaden ton fałszu, kiedyż uda mu się zbudować szczęście na pewnym gruncie, tak by nikt nie pożądał go z niepokojem i tęsknotą?

    1037

    Dumał, jak ma się z nią pożegnać.

    1038

    „Wielka troska zapanowała w domu twoim! — chciał powiedzieć. — Serce mi krwawi na tę myśl. Musisz wracać do domu i doprowadzić ojca do rozsądku. Matce zagraża ciągłe niebezpieczeństwo! Musisz wracać, ukochana!”

    1039

    Miał na ustach takie słowa wyrzeczenia się, ale nie zostały wypowiedziane.

    1040

    Padł na kolana przy łożu, ujął w obie dłonie jej głowę i ucałował. Nie mógł wyrzec słowa. Serce zaczęło bić, jakby chciało rozsadzić pierś.

    1041

    Ospa zeszpeciła piękne oblicze Marianny, skóra zgrubiała, osypana dziobami i bliznami. Krew nie miała już nigdy zabarwić rumieńcem policzków, a błękitne żyłki ze skroni znikły na zawsze. Oczy przygasłe, przysłonięte nabrzmiałymi powiekami. Ni śladu brwi nie zostało, a biała emalia oczu pożółkła.

    1042

    Wszystko zniszczało. Śmiałe rysy zgrubiały strasznie.

    1043

    Wielu opłakiwało potem utratę piękności Marianny Sinclaire, ale pierwszy człowiek, który zobaczył to zniszczenie, nie poddał się bólowi. Niewysłowione uczucia przepoiły mu duszę, im dłużej patrzył, tym gorącej biło mu serce, a miłość wzbierała niby rzeka na wiosnę. Płomienne jej fale wystąpiły na oczach jako łzy, jako westchnienie na ustach; trzęsły mu się ręce i drżał całym ciałem.

    1044

    Zapragnął bronić jej, nagrodzić wszystko, być jej niewolnikiem i opiekunem!

    1045

    Jakże silna jest miłość po przejściu ogniowego chrztu cierpienia. Nie mógł teraz mówić o rezygnacji i rozstaniu. Chciał jej oddać życie i gotów był popełnić dla niej śmiertelny grzech.

    1046

    Nie rzekł jednego rozsądnego słowa, płakał tylko i całował ją długo, aż stara pielęgniarka oświadczyła, że czas mu odejść.

    1047

    Gdy poszedł, Marianna leżała bez ruchu i myślała o nim i o tym, jaki był wzruszony:

    1048

    „Dobrze jest być aż tak kochaną”.

    1049

    Tak kochaną? Cóż jednak czuła ona sama? Ach… nic! Mniej nawet niż nic!

    1050

    Czyż zmarła miłość jej, czy uciekła dokądś, czy może ukryła się w sercu? Może siedziała tam, w najciemniejszym kątku i drżała od mrozu lodowatych oczu i śmiechu wzgardy, na poły zadławiona kościstymi palcami potwora.

    1051

    — Miłość moja! — westchnęła. — Dziecko serca mego, zali żyjesz jeszcze, czy zmarłeś wraz z pięknością?


    1052

    Następnego dnia wczesnym rankiem wszedł do żony i powiedział:

    1053

    — Postaraj się zrobić porządek w domu, Gustawo! Jadę po Mariannę!

    1054

    — Dobrze, drogi Melchiorze! Zrobię porządek! — odrzekła.

    1055

    Tak więc zapanowała znowu zgoda między małżonkami, a w godzinę potem jechał potężny pan z Björne do Ekeby.

    1056

    Trudno sobie wyobrazić wspanialszego i uprzejmiejszego ziemianina nad Melchiora, kiedy tak siedział w otwartych saniach karetowych, przybrany w najlepsze futro i najpiękniejszy szal. Włosy miał przyczesane gładko i rozdzielone na głowie, ale twarz bladą, a rysy zapadłe.

    1057

    Niezrównanym blaskiem lśniło wszystko tego pogodnego dnia lutowego. Śnieg migotał jak oczy młodych dziewcząt, gdy muzyka zagra do tańca. Brzozy czerwonawymi delikatnymi niby koronki gałązkami sięgały w niebo, a z niektórych zwisały małe, przejrzyste sople.

    1058

    Nastrój panował świąteczny, konie tańczyły i wyrzucały przednie nogi, woźnica radośnie strzelał z bata.

    1059

    Niebawem sanie stanęły przed bramą ekebijskiego pałacu. Służący wybiegł na podjazd.

    1060

    — Czy są w domu panowie? — spytał Melchior Sinclaire.

    1061

    — Pojechali tropić wielkiego niedźwiedzia na Gurlitę.

    1062

    — Wszyscy razem?

    1063

    — Wszyscy, jaśnie panie! Jednych zwabił niedźwiedź, a drugich prowiant wzięty na drogę.

    1064

    Dziedzic Björne zaśmiał się, aż echo poszło po pustym dziedzińcu, i dał służącemu talara za sprytną odpowiedź.

    1065

    — Powiedzże córce mojej, proszę, że przyjechałem po nią! Niech się nie boi mrozu, postawi się budę, mam też wilczurę.

    1066

    — Może jaśnie pan raczy wstąpić?

    1067

    — Nie, wolę tu!

    1068

    Służący poszedł, a Melchior przysposobił się na czekanie. Był dziś tak rozpromieniony, że nic go wytrącić nie mogło z tego nastroju. Z góry wiedział, że będzie chyba musiał nieco poczekać, gdyż Marianna na pewno nie wstała jeszcze. Dla rozrywki jął spoglądać wokoło.

    1069

    U szczytu dachu wisiał duży sopel, z którym borykało się słońce. Zaczynało od góry, chcąc, by kropla zbiegła po soplu i spadła, ale zaledwo odbyła połowę drogi, kostniała na nowo. Słońce wysilało się nadaremnie. Nagle jeden zuchwały promyk wziął na kieł, ni stąd, ni zowąd zaczął prażyć w sam koniec sopla i udało mu się — za chwilę spadła na ziemię mała kropelka.

    1070

    Dziedzic śmiał się i rzekł do promyka:

    1071

    — Wcale mądra z ciebie szelma!

    1072

    Podwórze było ciche i puste, z domu nie dolatywał najlżejszy szmer. Ale Melchior czekał cierpliwie, wiedząc, ile czasu potrzeba kobiecie na ubranie.

    1073

    Siedział i spoglądał na gołębnik. Był okratowany na zimę, aby jastrząb nie mógł porywać gołębi. Od czasu do czasu któryś z ptaków wyścibiał biały łebek przez oczka kraty.

    1074

    — Czeka wiosny! — powiedział Melchior. — Ale musi być cierpliwy.

    1075

    Gołąb podchodził do kraty tak regularnie, że czekający dobył zegarka i zaczął liczyć. Punktualnie co trzy minuty jawił się łeb ptaka.

    1076

    — O nie, mój drogi! — powiedział Melchior. — Wiosna nie może nadejść za trzy minuty! Musisz się nauczyć cierpliwości.

    1077

    I on musiał czekać, ale miał pod dostatkiem czasu.

    1078

    Konie grzebały zrazu kopytami w śniegu, lecz znużone staniem i słońcem, zazierającym im w oczy, zetknęły się głowami i zasnęły. Stangret siedział na koźle wyprostowany, sztywny, z biczem i lejcami w rękach i spał, głośno chrapiąc.

    1079

    Ale dziedzic nie spał. Nigdy mu się mniej niż dziś spać nie chciało i czuł się wyśmienicie, czekając wesoło. Marianna była chora, przyjść prędzej nie mogła, ale nadejdzie zaraz. Oczywiście, przyjdzie i wszystko będzie znowu dobrze.

    1080

    Przekonała się, że ojciec nie czuje gniewu, bo wszakże przybył osobiście, i to karetowymi saniami, parą koni.

    1081

    U wylotu ula mała sikorka urządziła szatańską wprost zasadzkę. Chcąc zdobyć coś na obiad usiadła i pukała dziobem po deszczułce. Wewnątrz ula wisiały pszczoły wielkim, czarnym gronem u stropu, ale panował tu porządek wzorowy. Szafarze wydzielali porcje, a podczaszowie krążyli z nektarami i ambrozją od ust do ust. Pszczoły tkwiące w środku wyłaziły raz po raz na wierzch ustępując następnym ciepłego zakątka.

    1082

    Nagle usłyszały pukanie i ogarnęła je ciekawość. Czy to wróg, czy przyjaciel? A może zagraża państwu jakieś niebezpieczeństwo? Królowa uczuła wyrzuty sumienia i nie chciała czekać. A może to pukają duchy pomordowanych trutni? „Idź i zobacz!”, rozkazała odźwiernej. Ta wydawszy okrzyk: „Niech żyje królowa!” wyleciała i… pac… schwyciła ją sikorka w dziób. Wyciągnęła szyję, smakowała, rozkoszowała się strawą, a potem jęła pukać na nowo. Widząc, że wysłanka nie wraca z wieścią, wysyłała królowa jedną furtiankę po drugiej, ale ginęły wszystkie. Nie wiadomo, kto puka! Hu! Bardzo nieprzyjemnie zrobiło się w ulu. Pewnie duchy pomsty grasują wokoło. Ach, gdybyż nie słyszeć, móc poskromić ciekawość i czekać cierpliwie!

    1083

    Potężny dziedzic śmiał się do łez z głupich pszczół i chytrego ptaszka na desce siedzącego.

    1084

    Nie sztuka czekać będąc pewnym swego i mogąc się rozerwać różnymi rzeczami.

    1085

    Nadchodzi wielki brytan. Stąpa niedbale, oczy w ziemię spuszczone, ogonem kręci lekko, jakby się gdzieś udawał w najobojętniejszej sprawie. Nagle jednak zaczyna gorliwie rozgrzebywać śnieg. Stary szelma, najwidoczniej ukrył tu jakieś bezprawnie zdobyte dobro.

    1086

    Ale właśnie gdy podnosi łeb, by rozejrzeć się, czy może je spożyć w spokoju, słupieje ze zdumienia, widząc przed sobą dwie sroki.

    1087

    — Złodziejska melina! — mówią sroki, a wyglądają jak samo sumienie. — Jesteśmy służbowo, z policji. Dawaj tu, coś ukradł!

    1088

    — Cicho mi być, cwaniaczki! Ja tu jestem rządcą!

    1089

    — Właśnie! Akurat! — drwią.

    1090

    Pies rzuca się na nie, sroki odfruwają, ociężale bijąc skrzydłami. Pies goni, podskakuje, szczeka, ale gdy jedną ściga, druga przez ten czas wraca. Sfruwa na jamę, szarpie ochłap mięsa, nie może go jednak udźwignąć. Pies wyrywa jej mięso i wgryza się w nie, przytrzymując je łapami. Sroki sadowią się tuż przed nim i dogadują paskudnie. Pies je łypiąc ponuro, a gdy już zbyt dokuczają, zrywa się i przepędza sroki.

    1091

    Słońce zaczęło staczać się ku zachodowi. Melchior Sinclaire spojrzał na zegarek. Była trzecia, a matka czekała z obiadem od dwunastej.

    1092

    W tej właśnie chwili nadszedł służący i powiedział, że panna Marianna prosi jaśnie pana. Melchior Sinclaire wziął wilczurę na ramię i wszedł rozpromieniony na schody.

    1093

    Marianna słysząc ciężkie kroki ojca nie wiedziała jeszcze, czy pojedzie z nim. Chciała jeno położyć kres czekaniu.

    1094

    Sądziła, że kawalerowie wrócą, ale nie wracali, musiała teraz sama zadecydować, gdyż znieść nie mogła dłużej zwłoki.

    1095

    Pewna była, że ojciec odjedzie po dziesięciu minutach rozwścieczony, albo wyważy drzwi i podpali dom.

    1096

    On jednak czekał uśmiechnięty. Nie czuła doń nienawiści ni miłości, tylko głos wewnętrzny ostrzegał ją przed popadnięciem w jego moc na nowo. Chciała też dotrzymać słowa Göście.

    1097

    Gdybyż choć zasnął, gdyby krzyczał, okazał zdenerwowanie lub wątpliwość, czy podjechał w cień! Nie, czekał pełen radości, całkiem pewny wygranej. Wiedział, że postawi na swoim.

    1098

    Mariannę rozbolała głowa i nerwy jej dokuczać zaczęły. Nie mogła zaznać spokoju, jak długo czekał. Wydało jej się, że wolą swoją ściąga ją ze schodów na dół.

    1099

    Postanowiła rozmówić się z nim przynajmniej.

    1100

    Kazała podnieść story i legła tak, by światło padało prosto na twarz. Był to rodzaj próby. Ale dnia tego Melchior Sinclaire był wprost dziwnym człowiekiem.

    1101

    Zobaczywszy córkę nie drgnął, nie wydał okrzyku, jakby nie dostrzegł w niej najmniejszej zmiany. Wiedziała, jak dumny był z jej piękności, a mimo to nie przejawił w niczym rozczarowania. Zapanował nad sobą, by jej nie zasmucić. To ją wzruszyło do głębi i zrozumiała, czemu matka kochała mimo wszystko tego człowieka.

    1102

    Nie zdradził jakiegokolwiek wahania. Nie rzekł też słowa wyrzutu ni usprawiedliwienia.

    1103

    — Okryję cię wilczurą, Marianno! — powiedział. — Ciepła jest, bo leżała przez cały czas na mych kolanach.

    1104

    Mimo to podszedł do kominka i grzał futro. Potem pomógł jej wstać, okrył, zarzucił na głowę szal i skrzyżowawszy go na piersiach związał z tyłu końce.

    1105

    Poddawała się bez oporu czując, jak miło dać się pielęgnować i ochraniać. Jakże to wygodnie nie pragnąć niczego samej. Dogadzało to jej w tym stanie rozstroju i udręki, wszak sądziła osobie, że nie posiada jednego uczucia ni własnej woli i myśli.

    1106

    Potężny ziemianin wziął ją na ręce, zniósł do sań, zaciągnął budę, otulił ją wilczurą i odjechał z Ekeby.

    1107

    Zamknąwszy oczy westchnęła, po trosze w poczuciu ulgi, a także smutku. Brała rozbrat z życiem rzeczywistym. Ale powinno jej to być obojętne, bo przecież nie umiała żyć, jeno grać komedię.

    1108

    W kilka dni później matka umożliwiła Mariannie rozmowę z Göstą. Gdy mąż wybrał się w dłuższą drogę, by dozorować drwali, posłała po Göstę do Ekeby i wprowadziła go do pokoju córki.

    1109

    Gösta wszedł, ale nie powitał Marianny ani nie wyrzekł słowa. Stojąc u drzwi milczał jak uparty wyrostek.

    1110

    — Gösto! — zawołała ze swego fotela trochę ubawiona.

    1111

    — Tak się zowię! — odparł.

    1112

    — Chodźże do mnie, Gösto, chodź blisko!

    1113

    Podszedł nie podnosząc oczu.

    1114

    — Bliżej… bliżej! Uklęknij tu, przy mnie!

    1115

    — Cóż to wszystko ma znaczyć, na miły Bóg? — powiedział, ale spełnił polecenie.

    1116

    — Chcę ci tylko powiedzieć, Gösto, że dobrze się stało, iż wróciłam do domu.

    1117

    — Miejmyż nadzieję, że panna Marianna nie zostanie ponownie wyrzucona na śnieg!

    1118

    — Ach, Gösto! Czyż mnie już nie kochasz! Wydaję ci się pewnie za brzydka?

    1119

    Przyciągnął do siebie jej głowę i pocałował, ale pozostał nadal chłodny.

    1120

    Bawiło ją w gruncie rzeczy, że był zazdrosny o rodziców. Ale pomyślała, że to minie. Rada była zdobyć go z powrotem, nie wiedząc po co. Pamiętała, że zdołał uwolnić ją od siebie samej, i czuła, że jest to jedyny człowiek, któremu by się to raz jeszcze powieść mogło.

    1121

    Zaczęła tedy mówić, pragnąc go odzyskać. Powiedziała, że nie ma zamiaru porzucać go na stałe, jednakże przez czas pewien, dla zachowania pozorów — nie mogą się widywać. Wskazała na to, że sam uznał ojca za wpółoszalałego, że wyraził obawę o matkę, powinien więc zrozumieć, że była zmuszona wrócić do domu.

    1122

    Wysłuchawszy, Gösta dał upust złości swojej. Oświadczył Mariannie wprost, że już może zaprzestać komedii, gdyż nie ma zamiaru być dalej jej pajacem. Opuściła go w tej samej chwili, gdy otwarły jej się bramy domu, tedy kochać jej nie może. Wróciwszy z polowania nie zastał ni jej samej, ni słowa pożegnania czy bodaj zawiadomienia, tak że zdrętwiał i omal nie padł na miejscu trupem. Osoby, zdolnej tak ranić, kochać nie sposób. Nie kochała go też nigdy, ale jest po prostu kokietką i chciała mieć pod ręką kogoś, kto by ją całował i pieścił.

    1123

    Spytała, czy naprawdę wierzy, by z nawyku pieściła się i całowała z mężczyznami?

    1124

    Odparł, że wierzy, bo kobiety nie są tak święte, jak z pozoru sądzić można. Samolubstwo i kokieteria to cała ich treść! Ponownie wspomniał, czego doznał wróciwszy z polowania. Wydało mu się, że brodzi po lodowatej wodzie, i tego bólu nie zapomni nigdy. Nigdy, już nigdy nie będzie człowiekiem jak inni.

    1125

    Starała się wyjaśnić przebieg wszystkiego i dowieść, że była i jest mu wierna.

    1126

    Odparł, że to rzecz obojętna, gdyż jej już nie kocha. Przejrzał ją. Jest egoistką. Jako egoistka nie kochała go nigdy i odeszła bez słowa pożegnania.

    1127

    Wracał do tego ciągle, a ją to niemal bawiło. Rozumiała gniew jego i nie brała mu go za złe. Zrazu nie obawiała się też rzeczywistego zerwania, ale potem ogarnął ją niepokój. Czyżby nastąpiła w nim istotnie taka zmiana, że już jej kochać nie mógł?

    1128

    — Gösto! Czyż byłam egoistką idąc do Sjö po majora? — spytała. — Wiedziałam przecież, że panuje tam ospa. Zaprawdę, nie jest też wcale miło brnąć po śniegu w cienkich trzewikach balowych.

    1129

    — Miłość żyje miłością, nie przysługami i dobrodziejstwem! — odparł Gösta.

    1130

    — Chcesz przeto, byśmy sobie byli w przyszłości całkiem obcy?

    1131

    — Tak, chcę tego!

    1132

    — Gösta Berling jest bardzo kapryśny.

    1133

    — Tak powiadają.

    1134

    Był zimny jak lód i nie chciał odtajać. Marianna była też w gruncie rzeczy równie zimna, a samokrytyka drwiła z jej usiłowań, by grać rolę zakochanej.

    1135

    — Gösto! — powiedziała czyniąc ostatni wysiłek. — Nie skrzywdziłam cię nigdy rozmyślnie, choć ci się tak zdawało. Proszę, przebacz mi!

    1136

    — Nie mogę przebaczyć.

    1137

    Wiedziała, że mogłaby go odzyskać okazując wielkie, prawdziwe uczucie. Zagrała namiętną. Lodowate oczy samokrytyki szydziły wprawdzie dalej, ale spróbowała na wszelki wypadek; nie chciała go utracić.

    1138

    — Gösto! Nie odchodź zagniewany! Zważ, jak jestem oszpecona! Nikt mnie już kochać nie zechce!

    1139

    — I ja cię już nie kocham! — odpowiedział. — Musisz, jak inni, pogodzić się z tym, że serce twe zostanie zdeptane.

    1140

    — Gösto! Nie kochałam nikogo prócz ciebie! Przebacz i nie opuszczaj mnie! Jesteś jedynym człowiekiem, który może ocalić mnie od samej siebie!

    1141

    Odsunął się porywczo.

    1142

    — Nie mówisz prawdy! — rzekł z lodowatym spokojem. — Nie wiem, czego ode mnie chcesz, ale czuję, że kłamiesz! Czemuż to usiłujesz mnie przytrzymać? Jesteś tak bogata, że ci nigdy nie zabraknie konkurentów.

    1143

    Rzekłszy to wyszedł.

    1144

    Ledwie zapadły drzwi, serce Marianny zapałało tęsknotą oraz bólem wielkim i dostojnym.

    1145

    Miłość, dziecię jej serca, wypełzło z zakamarków duszy, gdzie tkwiła obezwładniona lodowatymi oczyma. Teraz wyszła na jaw z tęsknotą oczekiwania, teraz, kiedy było za późno. Poważna była, prawdziwa, potężna, a ból i żałość dźwigały jej płaszcz królewski.

    1146

    Uświadomiwszy sobie, że Gösta opuścił ją naprawdę, uczuła Marianna ból wprost fizyczny, a tak gwałtowny, że ją niemal oszołomił. Przycisnęła rękami serce i siedziała długo bez ruchu, walcząc z bólem i nie płacząc wcale.

    1147

    Cierpiała teraz nie aktorka, ale ona sama.

    1148

    Czemuż ojciec ją zabrał, czemu rozłączył z Göstą, skoro miłość jej nie zmarła, tylko skutkiem choroby utraciła swą moc.

    1149

    Boże! Boże! Czemuż go utraciła! Czemuż ocknęła się poniewczasie!

    1150

    Był jedynym władcą jej serca i od niego wszystko znieść była gotowa. Okrucieństwo i gniewne słowa czyniły jeno pokorniejszą jej miłość. Gdyby ją bił, całowałaby mu ręce wijąc się jak pies.

    1151

    Nie wiedziała, co począć, by doznać ulgi w straszliwym cierpieniu.

    1152

    Chwyciła pióro i zaczęła pisać gorączkowo. Zrazu pisała o miłości i jej utracie, potem błagała, by wrócił lub choćby zlitował się. Stworzyło się coś w rodzaju wiersza.

    1153

    Skończywszy, pomyślała, że gdyby to przeczytał, uwierzyłby, że go kocha. Czemuż tedy nie posłać? Postanowiła to uczynić nazajutrz, pewna, że go skłoni do powrotu.

    1154

    Dnia następnego walczyła i pasowała się ze sobą. To, co napisała, wydało jej się bardzo liche, a nawet głupie. Gdzież rym i rytm? Zwyczajna proza i nic więcej! Wyśmiałby na pewno te wiersze. Zbudziła się też duma. Jeśli jej nie kochał, poniżyłaby się żebrząc miłości.

    1155

    Rozsądek podniósł również głowę i oświadczył, że winna cieszyć się z zerwania stosunków z Göstą, gdyż smutny byłby ich wynik.

    1156

    Ale serce tak cierpiało, że dała pierwszeństwo uczuciu. Trzeciego dnia po uświadomieniu sobie miłości włożyła wiersz w kopertę i nakreśliła na niej nazwisko Gösty. Ale nie wysłała listu, gdyż zanim się zdecydowała, doszły ją wieści o Göście, które wzbudziły w niej przekonanie, iż za późno już, by go odzyskać.

    1157

    Do końca życia gnębiła ją myśl, że się spóźniła, że nie wysłała w porę wierszy. W bólu swym wracała ciągle do jednego i tego samego punktu:

    1158

    — Ach, czemuż czekałam przez tyle dni!

    1159

    Napisane słowa miały jej zdobyć szczęście lub przynajmniej prawdziwe życie. Pewna była, że zdołałaby przywieść Göstę z powrotem.

    1160

    Ale cierpienie oddało jej tę samą przysługę co miłość. Dojrzała, stając się teraz człowiekiem prawdziwym, rozumiejącym, zdolnym do oddania się złej czy dobrej woli. Płomienne uczucia popłynęły swobodnie przez jej duszę, nie tamowane już lodowatym chłodem samokrytyki.

    1161

    Toteż mimo oszpecenia wielu darzyło ją miłością swoją.

    1162

    Podobno nie mogła jednak nigdy zapomnieć całkiem Gösty i pozostał w niej żal jak po roztrwonionym życiu.

    1163

    Dawno poszły już w niepamięć wiersze jej, swego czasu czytywane powszechnie. Leżą oto przede mną, spisane gęstym drobnym pismem na pożółkłym papierze, wyblakłym atramentem. Doznaję na ich widok dziwnego wzruszenia. Słowa te wyrażają wyrzeczenie całego życia i odpisuję je z drżeniem, jakby posiadały tajemniczą siłę.

    1164

    Przeczytajcie je, proszę, i pomyślcie nad nimi. Któż wie, jaki by odniosły skutek, gdyby zostały wysłane. Są tak namiętne, że świadczą o prawdziwym uczuciu.

    1165

    Wzruszają mimo niezdarnej formy, ale któż by chciał je widzieć zakute w rymy i rytmy! A jednak, jakże boleśnie pomyśleć, że właśnie ta wada spowodowała, iż nie zostały wysłane.

    1166

    Przeczytajcież, proszę, i pokochajcie je. Pisał to człowiek w chwili wielkiego cierpienia.

    Kochałaś, moje dziecię, lecz już nigdy

    Nie zaznasz szczęścia miłości.

    Drżałaś wśród nawałnicy zmysłów —

    Teraz bądź rada, żeś znalazła ciszę.

    W niebo nie wzniesiesz się radosnym krzykiem.

    Teraz spokojny twój duch…

    Nigdy ci straszny ból nie zmrozi serca —

    Nigdy, już nigdy…

    Kochałaś, moje dziecię, lecz już nigdy

    Dusza miłosnym nie spłonie ci żarem…

    Płonęłaś niby trawa w słonecznej pożodze.

    Lecz cóż! — płonęłaś jedną tylko chwilkę…

    Od żaru iskier, od gryzących dymów

    Z głośnym pokrzykiem odleciało ptactwo…

    Wracaj spokojna… Teraz już nie płoniesz

    I nigdy już nie zapłoniesz…

    Kochałaś, moje dziecię, lecz już nigdy

    Nie zawoła cię głos miłości,

    Moce twej duszy, jak znużone dzieci.

    Które ktoś wtłoczył w twardą, szkolną ławkę,

    Rwą się do zabaw, rwą się do wolności.

    A przecież nikt ich nie woła…

    Jak zapomniany wartownik, gdzieś, w polu,

    Którego nikt nie zawoła…

    Odszedł, tak, moje dziecię, odszedł twój jedyny,

    Odeszła z nim miłość i szczęście.

    Kochałaś go, dziecię, jakby cię nauczył

    Na skrzydłach szczęścia wzbijać się ku niebu.

    Kochałaś go, jakby ci dał w podarunku

    Jedyną przystań w straszny czas powodzi…

    I oto odszedł — on, który tak umiał,

    Jedyny — znaleźć klucz do twego serca…

    O jedno, mój ukochany, błagam cię z głębi serca:

    Nie każ mi nienawidzić!

    Wszak serce ludzkie jest chyba najsłodsze

    Z wszystkiego, co jest słabe…

    Jakżeby mogło żyć z tą straszną myślą,

    Że jest dla kogoś udręką!

    O, ukochany — jeśli chcesz mnie zabić,

    Nie bierz sztyletu, trucizny ni sznura —

    Tylko mi powiedz, że powinnam zniknąć

    Z powierzchni ziemi i spośród żyjących.

    A rychło zejść w mogiłę!

    Dałeś mi życie, wiem, dałeś mi miłość,

    Teraz odbierasz swe dary… Niechże i tak będzie.

    Lecz nie zamieniaj ich w nienawiść!

    Chciałabym jeszcze trochę żyć, pamiętaj!

    Lecz pod ciężarem nienawiści

    Przyjdzie mi rychło zginąć.

    10. O młodej hrabinie

    1167

    Młoda hrabina sypiała do dziesiątej i chciała mieć codziennie świeże pieczywo do śniadania. Młoda hrabina haftowała i czytała wiersze. Nie znała się na kuchni ni krosnach. Była rozpieszczonym dzieckiem.

    1168

    Ale młoda hrabina była wesoła i jej promienna pogoda udzielała się wszystkim. Wybaczano jej długi sen i świeże pieczywo, gdyż była wprost rozrzutna w obdarowywaniu ubogich i uprzejma dla każdego.

    1169

    Ojciec młodej hrabiny, szlachcic szwedzki, osiadł na stałe we Włoszech ulegając czarowi kraju i jego pięknych kobiet.

    1170

    Hrabia Henryk Dohna podczas podróży poznał córki owego szlachcica i przywiózł sobie jedną z nich do domu jako żonę.

    1171

    Hrabina znała szwedzki język od dziecka, a w domu rodzinnym nauczono ją kochać wszystko, co szwedzkie, toteż czuła się doskonale w kraju niedźwiedzi. Namiętnie lubiła taniec i wszystkie rozrywki zwyczajne na wybrzeżach Lövenu, jakby tu przyszła na świat. Jednego jej tylko brakło — nie umiała być hrabiną. Młodej, wesołej hrabinie brakowało całkiem sztywności i pogardliwego dostojeństwa.

    1172

    Starsi zwłaszcza panowie zachwycali się nią niezmiernie. Ile razy była na balu, zawsze mawiali potem do swych żon — sędzia z Munkerudu, dziekan z Bro, Melchior Sinclaire lub kapitan z Bergi — i to w największym zaufaniu, że gdyby napotkali hrabinę jakieś czterdzieści lub trzydzieści lat temu, to…

    1173

    — Ach, w czasach tych nie było jej jeszcze na świecie! — odpowiadały starsze panie, a ujrzawszy hrabinę czyniły jej żartobliwe wymówki, że im odbiera serca mężów.

    1174

    Starsze panie spoglądały na młodą kobietę z pewnym zatroskaniem, wspominając hrabinę Märtę. Przybywszy do Borgu była równie wesoła, dobra i lubiana, później jednak stała się próżną i żądną zabawy kokietką, która rozrywki przenosiła nad wszystko.

    1175

    — Szkoda, że nie ma męża, który by ją posadził do roboty! — mówiły między sobą.

    1176

    — Szkoda, że nie ma pojęcia o pracy w warsztacie tkackim. To zajęcie, wymagające skupienia wszystkich myśli, bywa pociechą w różnych troskach i uratowało już niejedną kobietę.

    1177

    Młoda hrabina rada by zostać dzielną gospodynią. Uważa, że nie ma nic piękniejszego, jak być szczęśliwą małżonką i sprawnie zawiadywać domem. W towarzystwie trzyma się też chętnie starszych pań.

    1178

    — Henryk chce, bym się wyrobiła na zapobiegliwą panią domu — mawiała — jaką była jego matka. Nauczcież mnie tedy tkactwa!

    1179

    Starsze panie westchnęły dwukrotnie na te słowa. Po pierwsze, jak Henryk mógł mówić, że matka jego była dzielną panią domu, a po wtóre, jakże trudno wtajemniczać to nieświadome dziecko w tak zawiłą sztukę! Już same techniczne nazwy różnych części wywołują u niej zawrót głowy, a cóż dopiero gdy się zacznie mówić o „sieraczku”, „samodziale” i „drelichu”.

    1180

    Dziwuje się każdy, kto ujrzy hrabinę, że mogła poślubić głupiego hrabiego Henryka.

    1181

    Straszna bieda głupiemu w każdej okoliczności i miejscu, ale najbardziej doskwiera głupcom los — w Värmlandii.

    1182

    Mimo że minęło mu dopiero dwadzieścia lat, mnóstwo historyjek krąży o głupocie hrabiego Henryka. Powtarzają na przykład jego rozmowę z Anną Stjärnhök podczas jazdy sankami.

    1183

    — Jesteś piękna, Anno! — powiedział.

    1184

    — Ach głupstwo, Henryku!

    1185

    — Jesteś najpiękniejsza w całej Värmlandii!

    1186

    — Wcale nie!

    1187

    — Ale najpiękniejsza na tym kuligu jednak jesteś?

    1188

    — Wcale nie.

    1189

    — Jesteś w każdym razie najpiękniejsza w tych sankach! Nie zaprzeczysz chyba?

    1190

    W istocie zaprzeczyć nie mogła, gdyż hrabia Henryk był równie brzydki jak głupi. Powiadano, że głowa jego przechodziła przez paręset lat z jednego członka rodziny na drugiego i dlatego mózg został do tego stopnia zużyty przez przodków.

    1191

    To zupełnie oczywiste — mówili ludzie — nie ma własnej głowy, lecz pożyczoną od ojca swego. Boi się schylić, by mu nie spadła. I cerę ma całkiem żółtą i pomarszczone czoło. Jeśli tą samą głową posługiwał się choćby tylko dziad i ojciec jego, zrozumieć łatwo, dlaczego ma tak rzadkie włosy, podbródek tak ostry, a wargi tak cienkie i bezkrwiste.

    1192

    Otaczali go dowcipnisie wyciągając na głupstwa i puszczając je dalej w obieg w poprawionym i upiększonym wydaniu. Na szczęście nie spostrzegał tego, był nieustannie uroczysty, pełen namaszczenia i dziwiło go, czemu wszyscy nie są tacy sami. Powaga była mu wrodzona, poruszał się miarowo, kroczył sztywnie, a chcąc obrócić głowę, obracał się całym ciałem.

    1193

    Przed kilku laty wybrał się z wizytą do sędziego Munkerudu. Przybył konno, w żółtych spodniach, lśniących butach i wysokim kapeluszu. Siedział w siodle sztywny i dumny. Zrazu wszystko szło gładko. Ale w drodze powrotnej jakaś zwisająca gałąź w alei brzozowej strąciła mu kapelusz z głowy. Hrabia zsiadł z konia i włożywszy kapelusz przejechał po raz drugi pod tą samą gałęzią. Nakrycie głowy spadło ponownie. Powtórzyło się to cztery razy.

    1194

    Wreszcie sędzia podszedł ku hrabiemu i rzekł:

    1195

    — Czy nie mógłbyś jednak ominąć tej gałęzi, bracie Henryku?

    1196

    Za piątym razem przejechał jakoś szczęśliwie.

    1197

    Jednak mimo jego starodawnej głowy kochała go żona. Poznawszy hrabiego w Rzymie nie wiedziała, że w swojej ojczyźnie jest takim męczennikiem głupoty. Owiewał go wówczas czar młodości, a znajomość ich miała tło nader romantyczne. Opowiadała nieraz, jakiego hałasu narobiło porwanie jej przez hrabiego Henryka. Kardynałowie i mnisi byli rozwściekleni, że wyrzekła się wiary swej matki, będącej dotąd i jej wiarą, i postanowiła przejść na protestantyzm. Wzburzony tłum obległ pałac ojca, Henryka ścigali bandyci, a siostry i matka błagały, by zaniechała tego związku. Ojciec zawrzał gniewem wobec uroszczeń włoskiej bandy; oświadczył, że może dać córkę, komu chce, i polecił Henrykowi porwać ją. Nie mogąc wziąć ślubu w domu, schronili się, idąc chyłkiem ciasnymi uliczkami, do szwedzkiego konsulatu. Tam hrabina oświadczyła, że wyrzeka się wiary katolickiej, po czym natychmiast udzielono im ślubu i wyprawiono na północ w zamkniętym powozie, zaprzężonym w ogniste rumaki.

    1198

    — Nie mieliśmy w ogóle czasu na zapowiedzi — mawiała hrabina — i bardzo smutny wydał mi się ten ślub w biurze, zamiast w którymś z pięknych kościołów, ale inaczej nie zostałabym żoną Henryka. Tam, we Włoszech, wszyscy są tak popędliwi, zarówno ojciec, jak mama, kardynałowie i mnisi. Musieliśmy się kryć, gdyż zabito by nas oboje jedynie w celu zbawienia mojej duszy. Henryka uważano już i tak za straconego.

    1199

    Hrabina kochała męża żyjąc z nim spokojnie w ojczyźnie, w borgijskim pałacu. Miły był jej blask starego nazwiska, długi szereg słynnych przodków, a także to, że przy niej Henryk zatracał sztywność, a głos jego nabierał miękkiego, łagodnego brzmienia. Zresztą kochał ją, rozpieszczał i wreszcie była przecież żoną jego, a żona zdaniem hrabiny powinna kochać męża swego.

    1200

    Odpowiadał poza tym poniekąd jej ideałowi mężczyzny, był uczciwy, prawdomówny i zawsze dotrzymywał danego słowa. Hrabina uważała go za prawdziwego szlachcica.


    1201

    Dnia ósmego marca obchodził urodziny sędzia Scharling. W domu jego pełno było gości. Ze wschodu i zachodu nadciągali znajomi i nieznajomi, proszeni i nie proszeni, wszyscy mile witani. Starczyło dla wszystkich jadła i napitku, a sala taneczna pomieścić mogła zwolenników pląsów z siedmiu parafii.

    1202

    Oczywiście przybyła także młoda hrabina, której nie zabrakło nigdy, gdy szło o tańce i rozrywki.

    1203

    Ale opuściła ją zwykła wesołość, jakby przeczuwała, że i na nią przyszła kolej porzucić ciche życie, że i ona zostanie porwana dzikim wirem wypadków. Jadąc na przyjęcie widziała słońce zachodzące na bezchmurnym niebie, szary zmierzch słał się wszędzie, a zimny wiatr gnał po polach. Zapatrzyła się w tę walkę dnia z nocą, która napawała strachem każdą żywą istotę. Konie rwały z kopyta, by się czym prędzej znaleźć pod dachem, rębacze śpieszyli z lasu, dziewczęta folwarczne porzucały robotę. W gęstwie lasu porykiwały dzikie zwierzęta. Pokonany został jasny dzień, ulubieniec ludzi.

    1204

    Barwy nikły, światłość gasła. Wszystko, na co padł jej wzrok, wydało się hrabinie zimne i brzydkie. Sny, miłość, wszystko, co zdziałała, utonęło jak gdyby w szarym mroku. Młoda kobieta odczuwała wespół z przyrodą chwile znużenia, niemocy, klęski. Pomyślała, że serce jej, teraz wezbrane radością, strojące życie w złoto i purpurę, kiedyś, być może, także utraci swą moc rozjaśniania świata.

    1205

    „O biedne, omdlałe serce moje! — myślała. — Ogarnia cię i zdusi mrok głuchy i zostanie twym władcą. Życie wyda mi się wówczas brzydkie i ponure, jakim jest może w istocie, włosy posiwieją, grzbiet się skrzywi, mózg stępieje”.

    1206

    W tej chwili sanki skręciły w podwórze domu sędziego, a spojrzenie hrabiny padło na zakratowane okienko w bocznym budynku, z którego wyzierała twarz o złych oczach.

    1207

    Była to majorowa z Ekeby. Młoda kobieta uczuła, że przepadła na dziś cała jej radość. Można się radować, gdy troska i ból dalekie są i mgliste niby duchy w obcym kraju, dużo trudniej jednak zachować wesołość spojrzawszy im w twarz.

    1208

    Hrabina wiedziała, że sędzia uwięził majorową z powodu gwałtu popełnionego pamiętnej nocy w Ekeby i że ma być sądzona. Nie przypuszczała jednak, że ją trzymają tutaj w domu, tak blisko balowej sali, iż można z okien patrzyć w głąb jej więzienia, i że winowajczyni słyszy muzykę i rozgwar zabawy. Myśl o niej pozbawiła hrabinę wszelakiej radości.

    1209

    Tańczyła wprawdzie walce i kadryle, menuety i anglezy, ale pomiędzy jednym tańcem a drugim podchodziła do okna i spoglądała na budynek przeciwległy. W stancyjce majorowej było światło, tak że widziała, jak chodzi tam i z powrotem, bez końca. Za każdym takim spojrzeniem nogi hrabiny posuwały się wolniej w tańcu, a uśmiech zamierał jej w piersi.

    1210

    Pani domu spostrzegła, że hrabina przeciera zamglone szyby i wygląda, więc zbliżyła się do niej.

    1211

    — Ach, cóż za nieszczęście! — szepnęła hrabinie.

    1212

    — Tak, nie mogę wprost tańczyć dzisiaj — odparła hrabina również cicho.

    1213

    — Nie chciałam też wcale tego balu wydawać, gdy ona tu siedzi uwięziona — powiedziała pani Scharling. — Trzymano ją dotąd w Karlstadzie, ale ma się niedługo odbyć rozprawa, więc ją tu dzisiaj przywieźli. Nie mogliśmy jej umieszczać przecież w zwykłej celi więziennej i dlatego zamknął ją mąż w tkalni, w oficynie. Byłabym jej oddała najlepszy pokój, ale goście zajęli cały dom. Pani hrabina nie zna jej, ale dla nas wszystkich była jakby matką i królową. Cóż sobie teraz myśli o naszych tańcach, będąc sama w takiej niedoli? Na szczęście mało kto wie, że tu jest.

    1214

    — Jakże można było ją aresztować? — spytała młoda hrabina ostro.

    1215

    — Zupełna racja, pani hrabino! Ale musieliśmy to zrobić dla zapobieżenia większemu jeszcze nieszczęściu. Wolno jej, oczywiście, podpalić własny bróg słomy i wygnać rezydentów, ale major zaczął po prostu polować na nią i kto wie, co by zaszło, gdyby nie została zamknięta. Mąż miał sporo nieprzyjemności z tego powodu w Karlstadzie, dano mu wyraźnie do poznania, że powinien patrzeć przez palce na to, co się stało w Ekeby, ale wedle sumienia nie mógł postąpić inaczej.

    1216

    — Pewnie zostanie teraz zasądzona? — spytała hrabina.

    1217

    — O nie, uwolnią ją na pewno, ale straszne miała przejścia w ostatnich czasach. Oby tylko nie pomieszało jej to w głowie. Proszę pomyśleć, potężna pani na Ekeby, a teraz zbrodniarka! Zdaniem moim, najlepiej byłoby ją puścić albo dać sposobność ucieczki.

    1218

    — Niechże jej to pani ułatwi! — powiedziała hrabina.

    1219

    — Każdemu innemu przystoi to uczynić, ale nie sędziemu i jego żonie! — szepnęła pani Scharling. — Wszakże my musimy jej pilnować. Zwłaszcza dzisiejszej nocy, kiedy jest u nas tylu jej przyjaciół, musieliśmy postawić straż i zaryglować drzwi. Cieszyłoby nas jednak oboje bardzo, gdyby jej ktoś dopomógł do ucieczki.

    1220

    — Czy mogłabym pójść do niej? — spytała hrabina.

    1221

    Pani Scharling ujęła ją żywo za rękę i pociągnęła za sobą. W sieni okryły się szalami i ruszyły śpiesznie przez podwórze.

    1222

    — Może nie zechce nawet mówić z nami! — powiedziała sędzina. — Ale będzie przynajmniej wiedziała, żeśmy o niej nie zapomniały.

    1223

    Minąwszy pierwszą izbę, gdzie dwaj strażnicy stojąc na warcie pilnie strzegli zaryglowanych drzwi, dotarły bez przeszkód do uwięzionej majorowej. Zamknięto ją w dużej izbie pełnej krosien i rozmaitych narzędzi. Była to właściwie tkalnia, ale miała okratowane okna i mocne zamki u drzwi i w razie potrzeby służyła za więzienie.

    1224

    Nie bacząc na przybyłe, majorowa chodzi po izbie tam i z powrotem. Długą odbyła drogę w tych dniach. Wyobraziła sobie, że musi przejść trzydzieści mil dzielących ją od matki, która czeka na nią w lasach Älvdalen. Nie miała czasu spoczywać. Matka liczy już dziewięćdziesiąt lat i długo pewnie nie pożyje.

    1225

    Wymierzyła na łokcie rozmiary izby i chodząc liczy je. Potem łokcie przerachowuje na węzły, a węzły na mile.

    1226

    Długa i przykra wydała jej się ta droga, a jednak spoczywać nie chciała. Brodziła po głębokich zaspach, słyszała poszum wiekuistych lasów, nocowała w kurnych chatach fińskich i szałasach węglarzy. Często też, nie napotkawszy ludzkich osiedli, musiała łamać gałęzie na legowisko i spać między korzeniami obalonej jodły.

    1227

    Na koniec dotarła do celu, przebyła trzydzieści mil, las się rozwarł, zobaczyła czerwono pomalowane budynki, posłyszała szum wodospadu i ten znany dźwięk powiedział jej, że dotarła do rodzinnego domu.

    1228

    Ujrzała ją matka, a widząc, że jest — jak chciała tego sama — żebraczką, ruszyła córce naprzeciw…

    1229

    Doszedłszy w myślach do tego punktu podnosi majorowa głowę, rozgląda się, spostrzega zamknięte drzwi i uświadamia sobie, gdzie jest.

    1230

    Zadaje pytanie, czy to początki obłędu, i siada, by dumać i wypoczywać. Za chwilę jednak rusza dalej, licząc łokcie, węzły, mile, nocując w chatach i nie spoczywając po całych dniach, aż przebędzie owe trzydzieści mil.

    1231

    Przez cały niemal czas pobytu w więzieniu nie spała.

    1232

    Przybyłe kobiety spojrzały ze strachem na majorową. Hrabina nie zapomni tego widoku i nieraz obudzi się w nocy zapłakana, z jękiem na ustach.

    1233

    Straszne zaszły zmiany w starej kobiecie. Włosy jej zrzedły, a cienkie kosmyki zastąpiły dawne warkocze. Twarz zapadła i nabrała ostrego wyrazu, odzież jest brudna i poszarpana. Mimo to nie opuściły jej cechy wielkiej damy, tak że budzi nie tylko litość, lecz i szacunek.

    1234

    Hrabinę uderzyły ponad wszystko oczy zapadłe i jakby ku wnętrzu zwrócone, nie pozbawione jeszcze przytomności. Ale rychło mogły zajść mgłą szaleństwa i lęk ogarniał, czy majorowa nie rzuci się za chwilę na obie kobiety i nie zacznie gryźć i drapać.

    1235

    Stały przez pewien czas, milcząc i czekając, aż majorowa zatrzymała się nagle przed hrabiną i spojrzała na nią surowo. Hrabina cofnęła się i chwyciła za ramię panią Scharling.

    1236

    Wyraz twarzy majorowej ożył nagle, a oczy błysnęły przytomnie.

    1237

    — Nie… nie — powiedziała uśmiechając się — tak źle nie jest ze mną jeszcze, droga moja pani.

    1238

    Poprosiła, by zajęły miejsca, sama usiadła przybierając pozę staroświeckiej matrony, jak ongiś na balach w Ekeby czy przyjęciach dworskich w Karlstadzie. Obie panie zapominają zupełnie o łachmanach i więzieniu i widzą na nowo najdumniejszą i najbogatszą kobietę Värmlandii.

    1239

    — Droga hrabino — mówi majorowa — cóż panią skłoniło do opuszczenia balu i przyjścia do starej, samotnej kobiety? Zaprawdę, zbyt pani łaskawa.

    1240

    Hrabina Elżbieta nie może głosu dobyć ze wzruszenia i nic nie odpowiada, a pani Scharling oświadcza za nią, że tańczyć nie może na myśl o losie majorowej.

    1241

    — Droga pani Scharling! — mówi majorowa. — Więc do tego doszło, że przeszkadzam młodym w uciesze? Nie płacz nade mną, droga, kochana hrabino! — dodaje. — Jestem złą, starą kobietą, zasłużyłam na swój los. Wszakże uzna pani chyba, że nie wolno bić własnej matki?

    1242

    — Tak, ale…

    1243

    Majorowa przerywa jej i rzecze gładząc jasne, kędzierzawe włosy młodej kobiety.

    1244

    — Dziecko, ty dziecko! Jakżeż mogłaś wyjść za tego głupiego Henryka Dohnę?

    1245

    — Kocham go!

    1246

    — Rozumiem, rozumiem! — powiada majorowa. — Jesteś jeno dobre dziecko i nic więcej. Płaczesz wraz ze smutnymi, a śmiejesz się z wesołymi. Zjawia się pierwszy lepszy ze słowami: „Kocham cię!”, a ty przystajesz. Tak… tak! Idź pani, idź dalej tańczyć. Tańcz, droga hrabino, i raduj się. W pani nie ma śladu zła!

    1247

    — Chciałabym czymś dopomóc pani majorowej!

    1248

    — Dziecko! — odpowiada uroczyście. — Żyła swego czasu w Ekeby stara kobieta, która dzierżyła wichury niebios w garści. Teraz siedzi w więzieniu, i wichry hulają swobodnie. Czyż więc dziwne, że po całym kraju szaleją burze?

    1249

    Jestem stara, hrabino, i znam się na burzach. Wiem, że często nadciąga wielki huragan boży. Niszczy raz wielkie, drugi raz małe państwa nie zapominając o żadnym, gdy nań przyjdzie czas. Burza ta goni zarówno mocnych, jak słabszych. Przedziwna to rzecz widzieć bożą pomstę.

    1250

    Wiejże, wiej po ziemi, burzo Pańska! Rozebrzmijcież, powietrze i wody, głosami struchlałymi! Uczyńcież huragan przeraźliwym jeszcze! Niech drżą chwiejące się ściany, niech pękają zardzewiałe zamki i padają w gruz zbutwiałe domy!

    1251

    Postrach ogarnia kraj cały. Gniazdka ptasie zlecą z drzew. Krogulcze gniazdo runie z trzaskiem, a wszystko aż do gniazda sowiego w szczelinie skalnej zwieje sykliwy język wichru.

    1252

    Sądzimy, że u nas wszystko idzie dobrze, ale to nieprawda! Trzeba nam bardzo wichru bożego. Rozumiem to i nie żalę się. Teraz jednak pora mi już iść do matki.

    1253

    Osunęła się nagle wyczerpana na krzesło.

    1254

    — Żegnam, żegnam, droga pani! — powiada. — Nie mam czasu, iść muszę. Ale strzeż się tych, którzy przylecą na skrzydłach wichru!

    1255

    Zaczyna znowu chodzić, rysy jej wiotczeją, spojrzenie cofa się w głąb. Hrabina i pani Scharling zrozumiały, że muszą odejść.

    1256

    Wróciwszy na salę taneczną podeszła hrabina wprost do Gösty i powiedziała:

    1257

    — Przynoszę panu pozdrowienie od majorowej. Ma ona nadzieję, że ją pan wyzwoli z więzienia.

    1258

    — Złudna to nadzieja, pani hrabino!

    1259

    — Ach, dopomóż jej pan!

    1260

    Gösta spochmurniał.

    1261

    — Nie! — rzekł stanowczo. — Z jakiegoż to powodu miałbym jej dopomagać? Czyż winienem jej wdzięczność? Wszystko, co dla mnie uczyniła, obróciło się na moją zgubę.

    1262

    — Ależ panie Berling…

    1263

    — Gdyby nie ona — zawołał porywczo — spałbym teraz w wieczystych lasach! Czyż mam dla niej ważyć życie za to, że mnie zrobiła rezydentem w Ekeby? Zaprawdę, nie jest to zbyt dostojne stanowisko.

    1264

    Młoda hrabina odwróciła się bez słowa. Gniew ją ogarnął. Poszła na swoje miejsce, gorzko dumając o rezydentach. Przybyli tu z puzonem i skrzypcami i grają, aż zda się struny pękną, nie myśląc o tym, że uwięziona to słyszy w swym nędznym pomieszczeniu. Przybyli tańczyć, aż zedrą trzewiki, niebaczni, że dawna dobrodziejka widzi ich cienie przemykające przez zapocone szyby!

    1265

    Ach, jakiż ten świat marny i brzydki! Niedole i oschłość serca przysłoniły smutkiem duszę młodej kobiety!

    1266

    Po chwili zbliżył się Gösta i poprosił ją do tańca. Powiedziała krótko: „Nie!”

    1267

    — Pani hrabina nie chce tańczyć ze mną? — spytał zapłoniony.

    1268

    — Ani z panem tańczyć nie będę, ani z żadnym kawalerem z Ekeby — odparła.

    1269

    — Czyż niegodni jesteśmy tego zaszczytu?

    1270

    — To nie zaszczyt, panie Berling! Nie sprawia mi jednak przyjemności tańczyć z ludźmi, którzy zapomnieli obowiązku grzeczności.

    1271

    Gösta obrócił się na obcasie i odszedł, nim skończyła.

    1272

    Wiele osób słyszało te słowa i wszyscy przyznali słuszność hrabinie. Niewdzięczność i obojętność kawalerów wobec majorowej wywoływały z dawna ogólne oburzenie.

    1273

    Ale Gösta Berling przeżywa zły okres. Jest bardziej niebezpieczny niż dziki zwierz leśny. Odkąd nie zastał, za powrotem z polowania, Marianny, nosił w sercu krwawiącą ranę. Rad by był skrzywdzić kogoś brutalnie i szerzyć cierpienie i ból wokoło.

    1274

    „Jeśli chce koniecznie, stanie się zadość jej woli — pomyślał. — Ale nie będę jej szczędził. Hrabina lubi porywanie, niechże ma tę uciechę”.

    1275

    Göście była na rękę awantura. Wszakże już przez tydzień opłakiwał utratę kobiety! Aż nadto żałoby! Przywołał Beerencreutza, Chrystiana Bergha oraz powolnego, ale nie leniwego do przygód kuma Kristofera i zaczęli wszyscy radzić, jakby wziąć pomstę za zniewagę honoru rezydentów.

    1276

    Zabawa dobiegała końca. Długi szereg sań zajechał przed dwór. Panowie wdziewali futra, a damy szukały rozpaczliwie okryć w chaosie szatni.

    1277

    Hrabinie pilno było opuścić niemiły bal, więc wyprzedziła inne kobiety. Właśnie stała na środku pokoju, spoglądając z uśmiechem na bieganinę innych, gdy w progu zjawił się Gösta.

    1278

    Żadnemu mężczyźnie nie wolno w takiej chwili wchodzić tam, gdzie damy właśnie podpinają wysoko suknie i chronią od zmięcia pod futrami sztywne hafty i lamówki.

    1279

    Nie bacząc na ostrzegawczy wykrzyk skoczył Gösta ku hrabinie, porwał ją na ręce i wybiegł do sieni, a stamtąd na schody. Mimo krzyków pań śpieszących za nim, wsadził zdobycz w sanki. Widziały, jak wskakuje, usłyszały trzask bata i para znikła. Poznały w woźnicy Beerencreutza, poznały też konia… Don Juana! Przerażone wielce, przywołały mężczyzn na pomoc.

    1280

    Wszyscy rzucają się pędem do sanek. Z hrabią na czele puszczają się w pogoń za rabusiami.

    1281

    Gösta atoli siedział w sankach przytrzymując młodą hrabinę i śpiewał na całe gardło pieśń o miłości i różach. Zapomniał wszelkiej troski, porwany szaloną uciechą. Przyciskał hrabinę, która się nie broniła, ale tuliła bladą, jakby skamieniałą twarz do niego.

    1282

    Cóż ma czynić mężczyzna, kiedy widzi na swych piersiach bladą twarzyczkę kobiecą, jasne włosy odrzucone w tył i powieki opadłe na swawolne oczy?

    1283

    Musi oczywiście całować blade usta, zamknięte oczy i białe czoło!

    1284

    Zbudziło to młodą kobietę; elastycznie niby sprężyna rzuciła się w bok, chcąc wyskoczyć. Musiał wytężyć wszystkie siły, by jej przeszkodzić i wcisnąć pokonaną i drżącą w kąt sanek.

    1285

    — Widzisz! — zawołał potem spokojnie do Beerencreutza. — Pani hrabina jest trzecią damą, którą tej zimy uwozi Don Juan. Ale tamte wieszały mi się na szyi, całowały, ona zaś nie chce, bym ją całował ni tańczył z nią. Czy możesz się rozeznać w kobietach, Beerencreutz?

    1286

    Kiedy Gösta porywał hrabinę, gdy panie krzyczały, panowie klęli, dzwonki u sań dzwoniły, bicze trzaskały i wszędzie panował hałas i zamieszanie, jakoś dziwnie nieswojo zrobiło się strażnikom majorowej.

    1287

    — Cóż to znaczy? — pytali się wzajem. — Czemuż wszyscy krzyczą?

    1288

    Nagle ktoś rozwarł drzwi i krzyknął:

    1289

    — Uciekła! Porwali ją rezydenci!

    1290

    Oszaleli strażnicy pobiegli nie badając, czy porwano majorową, czy kogoś innego.

    1291

    Mieli szczęście, znaleźli dobre miejsce w jednych z odjeżdżających sań i ujechali dobry kawał, zanim się spostrzegli, kogo ścigają.

    1292

    Tymczasem Bergh i kum Kristofer poszli najspokojniej do drzwi więzienia, rozbili zamek i wypuścili majorową, po czym stanęli po obu stronach drzwi jak słupy, nie patrząc na nią.

    1293

    — Czekają zaprzężone sanki! — powiedzieli.

    1294

    Wyszła, wsiadła do sań i odjechała nie ścigana przez nikogo. Nikt też nie wiedział, dokąd zmierza.

    1295

    Don Juan wpadł tymczasem ze wzgórza brobijskiego na lód Lövenu i pędził w cwał, a lodowaty podmuch wiatru ciął i rumienił policzki jadących. Brzęczały janczary. Na niebie lśnił księżyc i gwiazdy. Sinobiały śnieg migotał przedziwnie.

    1296

    Göstę ogarnął nastrój poetycki.

    1297

    — Takie to już jest życie, mój Beerencreutz! — powiedział. — Podobnie jak Don Juan z tą damą, ucieka też czas z ludźmi. Ty jesteś gorzką koniecznością, dzierżącą cugle. Ja jestem pożądanie, które więzi wolę i ściąga ją bezwładem coraz to niżej i niżej.

    1298

    — Nie gadaj tyle! — ryknął Beerencreutz. — Już nam depczą po piętach.

    1299

    Rzekłszy to śmignął Don Juana, a koń pomknął jak szalony.

    1300

    — Tam wilki, a tu zdobycz! — zawołał Gösta. — Don Juanie, drogi przyjacielu, wyobraź sobie, że jesteś młodym łosiem. Pędź przez gęstwę, bródź po bagniskach, skacz w wodę z urwiska, przepływaj jezioro z dumnie podniesioną głową i uchodź do zbawczej ciemni jodłowego lasu. Don Juanie, stary łowco kobiet, pędź jak młody łoś!

    1301

    Dzikie serce Gösty aż skakało z radości wśród tej błyskawicznej jazdy, a krzyk pościgu był mu pieśnią triumfu. Nie posiadał się z uciechy, widząc, że hrabina drży ze strachu, aż jej zęby szczękają.

    1302

    Nagle puścił ją, wstał i krzyknął powiewając czapką:

    1303

    — Jam jest Gösta Berling! Pan tysięcy pocałunków i trzynastu tysięcy listów miłosnych! Hura! Niech żyje Gösta Berling! Łapaj, trzymaj, kto zdoła!

    1304

    Za chwilę szeptał hrabinie:

    1305

    — Czyż nie cudna to jazda? Czyż nie królewska? Za Lövenem jest jezioro Väner, poza nim morze. Wszędzie bezkres równi, siny lód, a dalej jeszcze świat pełen blasków. Grzmi lód i pęka, za nami wrzaski pogoni, z nieba spadają gwiazdy, brzęczą janczary… Naprzód! Naprzód! Wszakże miło pani jechać tak ze mną, hrabino?

    1306

    Puścił ją, ona zaś odepchnęła go gwałtownie.

    1307

    Za moment padł jej do nóg.

    1308

    — Jestem nędznik! Ale czemuż drażniłaś mnie, hrabino? Byłaś tak pyszna i sądziłaś, że cię ręka rezydencka dosięgnąć nie zdoła. Wszystko panią kocha, ziemia i niebo. Czemuż obciążyłaś jeszcze kamieniem tego, kim ziemia i niebo gardzi?

    1309

    Ujął jej rękę i przyłożył sobie do twarzy.

    1310

    — Ach! — powiedział. — Gdybyś pani wiedziała, co znaczy czuć się wyklętym! Takiemu wszystko jedno, co czyni.

    1311

    W tej chwili zauważył, że hrabina ma obnażone ręce, dobył więc wielkich futrzanych rękawic i nałożył je. Uspokoił się nagle, usiadł jak najdalej mógł i powiedział:

    1312

    — Proszę się nie bać, pani hrabino. Spójrz sama i przekonaj się, dokąd jedziemy. Zrozumie pani zaraz, że nie ma mowy o żadnym niebezpieczeństwie.

    1313

    Była dotąd niemal bezprzytomna ze strachu, ale w tej chwili spostrzegła, że jadą po lodzie, a niedługo zadyszany Don Juan zaczął wdzierać się na wzgórze w Borg. W końcu stanęli u podjazdu pałacu i pomogli hrabinie wysiąść.

    1314

    Spostrzegłszy służbę oprzytomniała i opanowała się.

    1315

    — Odprowadź konia, Andersson! — powiedziała do stangreta. — Panowie byli uprzejmi odwieźć mnie do domu i zapewne zechcą wstąpić na chwilę. Hrabia zaraz nadejdzie.

    1316

    — Służymy pani hrabinie! — powiedział Gösta i wysiadł zaraz. Beerencreutz rzucił bez namysłu lejce służącemu. Hrabina poszła przodem i wprowadziła gości, źle maskując radość swą z pochwycenia kawalerów w pułapkę.

    1317

    Pewna była, że zawahają się przed perspektywą spotkania z jej mężem. A więc nie wiedzą, jaki jest surowy i sprawiedliwy? Nie boją się kary za to, że ją porwali i zmusili do jazdy z nimi. Cieszyła się, że mąż jej zabroni im raz na zawsze wstępu do swego domu, że ich wobec służby napiętnuje zakazując otwierać im bramy Borgu. Czekała na to, że mąż potępi postępowanie wobec niej i majorowej, ich dobrodziejki. Pewna była, że człowiek tak czuły dla żony wywrze słuszny gniew na prześladowcach, a miłość rozpłomieni jego słowa. Jakżeby mógł pozwolić porywać ją jastrzębiom niby wróbla. Dygotała żądzą zemsty.

    1318

    Pułkownik Beerencreutz o siwych wąsach wszedł hałaśliwie, bez ceremonii do jadalni i jął grzać się przy kominku, na którym mimo później godziny płonął suty ogień, jak zwykle, gdy hrabina wracała z zabawy do domu.

    1319

    Gösta trzymał się na uboczu w cieniu i patrzył na hrabinę, z której służący zdejmował futro. Uczuł nagle wesołość nie zaznaną od lat całych i nie wiedząc, gdzie zrobił to odkrycie, nabrał pewności, że w tej uroczej postaci mieszka przepiękna dusza.

    1320

    Dusza ta jest jeszcze wprawdzie uśpiona, ale wyjrzy kiedyś na światłość dnia. Gösta był rad bardzo, że odkrył jej niewinność, czystość i nieświadomość złego. Omal nie roześmiał się widząc, jak hrabina jest zagniewana, czerwona i jak marszczy czoło.

    1321

    „Sama nie wiesz, jaka jesteś dobra i łagodna! — pomyślał. — Zewnętrzna strona twej jaźni nie oceni nigdy w pełni strony wewnętrznej”. Uczuł, że od tej chwili musi zostać jej czcicielem i służyć jej, jak wszystkiemu, co piękne i boskie. Ale nie żałował ostrego z nią postąpienia, bo gdyby się nie bała, nie odpychała go i nie objawiała oburzenia z powodu jego brutalności, nie dowiedziałby się nigdy, jak szlachetny duch w niej mieszka.

    1322

    Uważał ją za oddaną wyłącznie tańcom i rozrywce, a fakt, że wyszła za mąż za głupiego hrabiego Henryka, nie świadczył o niej najlepiej.

    1323

    Postanowił, że odtąd będzie aż do śmierci jej psem i niewolnikiem, jak zwykł był mawiać kapitan Chrystian.

    1324

    Gösta ze złożonymi rękami siedział w pobliżu drzwi i odprawiał coś w rodzaju nabożeństwa. Tak podniosłego nastroju nie przeżył od chwili owego płomiennego natchnienia w kościele. Nie zwrócił nawet uwagi, że do sali wszedł hrabia Dohna wraz z czeredą innych panów, którzy klęli i wyrzekali na głupie żarty kawalerów.

    1325

    Zostawił Beerencreutzowi przyjemność pierwszego starcia, gdyż sam miał co innego do roboty. Pułkownik, rycerz stu przygód, stał spokojnie przy kominku oparłszy łokieć i jedną stopę o kratę i patrzył spod oka na wpadających do sali.

    1326

    — Cóż to wszystko znaczy? — zaryczał mały hrabia zwracając się do niego.

    1327

    — To znaczy — odparł pułkownik — że odkąd istnieją kobiety, nie brak im durniów, których za nos wodzą.

    1328

    Mały hrabia spąsowiał.

    1329

    — Pytam, co to znaczy? — powtórzył.

    1330

    — I ja o to pytam! — oświadczył Beerencreutz. — Otóż pozwolę sobie prosić o wyjaśnienie, czemu małżonka hrabiego Henryka Dohny nie chce tańczyć z Göstą Berlingiem?

    1331

    Hrabia spojrzał pytająco na żonę.

    1332

    — Nie mogłam, Henryku! — zawołała. — Nie mogłam tańczyć z żadnym z kawalerów, gdyż opuścili majorową i pozwolili jej marnieć w więzieniu.

    1333

    Mały hrabia wyprostował się jeszcze bardziej, odrzucając w tył starodawną głowę swoją.

    1334

    — My, kawalerowie — rzekł Beerencreutz — nie pozwalamy sobie urągać. Kto z nami nie chce tańczyć, musi z nami zażyć sanny. Zresztą pani hrabinie włos z głowy nie spadł i należałoby na tym sprawę zakończyć.

    1335

    — Nie! — zawołał hrabia. — Nie należy zakończyć na tym. Odpowiadam za postępki mej żony, toteż pytam, czemu Gösta Berling nie zażądał ode mnie satysfakcji, kiedy został obrażony?

    1336

    Beerencreutz uśmiechnął się.

    1337

    — Pytam — powtórzył hrabia.

    1338

    — Któż prosi o pozwolenie lisa, gdy mu chce ściągnąć skórę? — rzekł Beerencreutz.

    1339

    Hrabia położył dłoń na wąskiej piersi.

    1340

    — Powiadają, że jestem człowiek sprawiedliwy — oświadczył. — Często sądzę służbę swoją. Czemużbym nie miał odbyć sądu nad żoną? Kawalerom nie przysługuje prawo karania i dlatego unieważniam karę, którą jej wymierzyli… Czy rozumiecie, łaskawi panowie?… Kary tej po prostu nie było!

    1341

    Hrabia wykrzyknął to doniosłym falsetem.

    1342

    Beerencreutz rzucił spojrzenie po sali i spostrzegł, że wszyscy śmieją się po kryjomu z głupiego hrabiego, wszyscy, a głównie Sintram, Daniel Bendix i Dahlberg.

    1343

    Hrabina nie od razu zrozumiała słowa męża. Cóż to właśnie unieważniał? Czyż jej strach, twarde uściski kawalera obejmującego jej wątłe ciało, dzikie śpiewy, słowa, ogniste pocałunki… czyż to wszystko miało się nie liczyć? Czyż tego wieczora wszystko było pod władzą szarej bogini mroku?

    1344

    — Ależ Henryku…

    1345

    — Umilknij — powiedział i wyprostował się do kazania moralnego. — Biada ci, kobieto — zaczął — iżeś się uczynić chciała sędzią mężczyzn! Biada ci także, kobieto, będąca żoną moją, iże obrażasz tych, których dłoń ściskam ja, twój mąż. Cóż ci do tego, że kawalerowie wtrącili majorową do więzienia? Czyż nie mieli prawa? Nie pojmiesz nigdy, jak to rani serce każdego mężczyzny, gdy się dowie o wiarołomstwie kobiety. Czyż zamierzasz także pójść tą śliską drogą, że ją bierzesz w obronę?

    1346

    — Ależ Henryku!…

    1347

    Żaliła się jak dziecko i wyciągała ramiona, jak gdyby odpędzając szkaradne słowa, jakich nigdy dotąd nie słyszała. Była bezbronna pośród tych twardych mężczyzn, a jedyny obrońca zwracał się przeciwko niej. Ach, serce jej już nigdy chyba nie będzie miało mocy rozjaśniania świata!

    1348

    — Ależ Henryku, miałeś mnie przecież bronić! — zawołała.

    1349

    Teraz, kiedy było za późno, zbudził się Gösta, ale nie wiedząc, jak sprawa stoi, mimo wielkiej chęci okazania pomocy, nie chciał stawać pomiędzy mężem a żoną.

    1350

    — Gdzie jest Gösta Berling? — spytał hrabia.

    1351

    — Tu jestem! — odparł i spróbował wszystko obrócić w żart. — Pan hrabia zapewne skończył mowę, ja jednak spałem przez cały czas i żałuję, ale nie wiem nic a nic. Co by pan hrabia powiedział na to, gdybyśmy się rozjechali do domów i pozwolili państwu iść na spoczynek?

    1352

    — Gösto Berlingu! — powiedział hrabia. — Z uwagi na to, iż żona moja obraziła cię przez odmowę tańczenia, rozkazuję niniejszym, by cię przeprosiła i pocałowała w rękę!

    1353

    — Drogi hrabio! — odparł Gösta z uśmiechem. — Nie jest to ręka, którą wypadało by całować młodej damie. Wczoraj dopiero splamiła się farbą łosia, jutro będzie może czarna po jakiejś bijatyce z węglarzem. Hrabia wygłosił wyrok szlachetny i wspaniałomyślny! Jest mi to dostateczną nagrodą! Chodź, Beerencreutz!

    1354

    Hrabia zastąpił mu drogę.

    1355

    — Nie odchodź! — powiedział. — Żona moja winna mi posłuszeństwo. Chcę, by się dowiedziała, do czego prowadzi czyn samowolny.

    1356

    Gösta stał niepewny, a hrabina pobladła, ale nie ruszała się z miejsca.

    1357

    — Idź! — powiedział jej.

    1358

    — Nie mogę, Henryku!

    1359

    — Możesz! — oświadczył twardo. — Możesz na pewno! Ale chcesz mnie pewnie zmusić, bym się pojedynkował z człowiekiem, którego przez kaprys nie znosisz. Uczynię to, niezawodnie, jeśli odmówisz zadośćuczynienia. Kobiety lubią, by się z ich powodu mężczyźni zabijali. Nie chce pani hrabina naprawić błędu? Doskonale, stanę do pojedynku i za parę godzin przyniosą ci krwawe moje zwłoki.

    1360

    Przeszyła go długim, badawczym spojrzeniem i zrozumiała jasno, że jest bezdennie głupi, tchórzliwy, nadęty pychą i próżnością, słowem, najmarniejszy pod słońcem człowiek.

    1361

    — Bądź spokojny! — odparła lodowato. — Uczynię, czego chcesz!

    1362

    Teraz atoli Gösta oburzył się.

    1363

    — Nie wolno pani tego czynić! — zawołał. — Jesteś słabym jeno dzieckiem… dusza pani tak czysta… jakże mogłabyś całować ręce moje? Nie zbliżę się już do pani, przynoszę bowiem śmierć i zniszczenie wszystkiemu, co dobre i niewinne. Proszę, nie dotykaj mnie pani, boję się pani jak ogień wody… Proszę, nie czyń pani tego!

    1364

    Założył ręce na plecach.

    1365

    — Już mi to obojętne, panie Berling! Teraz już mi wszystko jedno! Proszę o przebaczenie i racz pan pozwolić, bym ucałowała twe ręce!

    1366

    Gösta trzymał dalej ręce za plecami i rozglądając się po sali przemykał ku drzwiom…

    1367

    — Jeśli nie przyjmiesz zadośćuczynienia, jakie ci daje moja żona, będziesz się musiał ze mną bić, Gösto, a poza tym nałożę jej jeszcze dotkliwszą karę! — rzekł hrabia.

    1368

    Hrabina wzruszyła ramionami i szepnęła:

    1369

    — Oszalał z tchórzostwa! Pozwól pan, bym spełniła, czego chce. Obojętne jest mi upokorzenie! Pan zresztą chciałeś tego od początku!

    1370

    — Chciałem? Sądzi pani, żem chciał panią upokorzyć? Przekona się pani, iż tego nie chciałem! Nie będzie pani całować rąk moich.

    1371

    Podbiegł do kominka i wsadził obie dłonie w ogień. Objęły je płomienie, skóra skurczyła się, paznokcie zaczęły trzeszczeć, ale w tej chwili chwycił go Beerencreutz za kołnierz i cisnął na środek sali. Gösta zatoczył się w jakiś fotel i siadł zawstydzony niemal swym postępkiem. Będzie pewna, że kierowała nim próżność. Tak, czyn taki wobec tylu ludzi musiał wyglądać na akt próżności. Nie było wszak w tym ani krzty niebezpieczeństwa.

    1372

    Chciał wstać, ale nim tego dokazał, klęczała już przy nim hrabina oglądając czerwone, poczerniałe od dymu ręce.

    1373

    — Będę, zaprawdę, całowała te ręce, gdy jeno przestaną być obolałe i chore! — wołała.

    1374

    Na widok wielkich bąbli, podnoszących się pod spaloną skórą, wybuchnęła płaczem.

    1375

    Dostąpiła objawienia niepojętej wspaniałości. Nigdy nie przypuszczała, że może się stać na ziemi coś podobnego, i to z jej powodu! Dla niej! Więc żyli jeszcze ludzie jak on! Mocarz w dobrym i złym, mąż wielkich czynów, słów i świetnych zalet! Bohater! Bohater z innej zaiste gliny ulepiony, niewolnik zachcianki, uległy w każdej chwili, ale niezmiernie silny, straszliwy i nie znający przed niczym lęku.

    1376

    Przez cały wieczór przygnębiona była nie dostrzegając nic prócz troski, nikczemności i okrucieństwa. Teraz poweselała, uczuła się pełnym człowiekiem! Władczyni zmierzchu została pokonana, wróciły barwy, światłość objęła wszystko.

    1377

    Tej samej nocy w skrzydle rezydenckim kawalerowie utyskują na Göstę. Starzy panowie chcą spać, ale Gösta nie daje im spokoju. Na próżno zaciągają zasłony nad łóżkiem i gaszą światło — Gösta mówi i mówi.

    1378

    Oznajmia im, że hrabina jest aniołem, że on ją ubóstwia i pragnie jej służyć. Cieszy się, że wszyscy stronią od niego, całe swe życie będzie mógł jedynie jej poświęcić. Hrabina gardzi nim oczywiście, on jednak pragnie tylko leżeć jak pies u jej nóg.

    1379

    — Czy przyglądaliście się kiedyś dokładnie wyspie Lag na Lövenie? — ciągnie Gösta. — Czy widzieliście ją od strony południowej, gdzie poszarpane skały wznoszą się stromo nad wodą? Czy oglądaliście kiedy wyspę od północy, łagodnie opadającą ku jezioru? Ciągną się tam wąskie ławice piasku, porosłe wspaniałymi jodłami i tworzące cudne stawy. Tam, na stromym wierzchołku skały, na którym znajdują się jeszcze resztki dawnego zamku korsarskiego, zbuduję dla hrabiny zamek marmurowy. W skale wykute szerokie schody zstępować będą w jezioro, tak by przybijać do nich mogły łodzie żaglowe.

    1380

    Zamek będzie miał wspaniałe sale i wieże z pozłacanymi blankami. Będzie to siedziba odpowiednia dla hrabiny. Stara buda borgijska niegodna młodą panią gościć.

    1381

    I długo jeszcze Gösta prawił, aż zza firanek w żółtą kratę dało się tu i ówdzie słyszeć głośne chrapanie. Większość kawalerów jednak stękała i przeklinała Göstę i jego dziwactwa.

    1382

    — Ludzie! — zawołał w końcu uroczyście. — Widzę zieloną ziemię pokrytą dziełami rąk ludzkich lub szczątkami tych dzieł. Piramidy przygniatają ziemię swym brzemieniem, wieża Babel rozdarła obłoki, piękne świątynie i szare zamki zostały z pyłu wzniesione. Czyż ostanie się cokolwiek z tego, co ręka ludzka stworzyła? O, ludzie, rzućcie precz kielnię i murarską zaprawę. Osłońcie głowy fartuchem i legnijcie, by marzyć o cudnych zamkach baśniowych! Na cóż duszy zamki z kamienia i cegły? Wznoście zamki wiecznotrwałe, utworzone ze snów i fantazji!

    1383

    I śmiejąc się poszedł spać.

    1384

    Niebawem dowiedziała się hrabina o uwolnieniu majorowej, wydała tedy zaraz wielki obiad ku czci kawalerów, a z Göstą Berlingiem zawarła przyjaźń długotrwałą.

    11. Opowieść o duchach

    1385

    O wy, dzieci naszych czasów! Nic wam nowego nie opowiem prócz starych i niemal zapomnianych baśni, które sędziwe babunie opowiadały zasłuchanym malcom, siedzącym na niskich stołeczkach w dziecinnym pokoju; oprócz podań, jakie opowiadali sobie szeptem w chatach dziewki i parobcy zebrani wokół trzaskającego ognia, gdy z ubrań ich parowała wilgoć, a ze skórzanych pochew, wiszących u szyi, dobywali noży, krajali i smarowali masłem grube skibki miękkiego chleba; oprócz historii starszych panów z salonów, gdy popijając grog i kołysząc się w fotelach wspominali dawne czasy.

    1386

    Gdy dziecko nasłucha się tych baśni od piastunek, wyrobników czy starszych panów, to stojąc w zimowy wieczór przy oknie, widzi w przelatujących chmurach postaci kawalerów, pędzących w chwiejnych pojazdach po niebie, w gwiazdach — woskowe świece starego borgijskiego pałacu, zaś stukot kołowrotka w sąsiednim pokoju przypomina im przędzącą Ulrykę Dillner. Postaci minionych czasów przepełniają głowinę dziecka, nimi żyje, o nich marzy. Jeśli ktoś posłał takie dziecko, którego duszyczka pełna była bajek i legend, na ciemny strych po len albo suche placki, to biegło ono zawsze co sił po schodach i sieni, dążąc jak najprędzej do kuchni. Po ciemku jawiły mu się zawsze opowieści o złym dziedzicu Forsu, którym władał diabeł.

    1387

    Popioły złego Sintrama dawno leżą na cmentarzu svartsjöńskim, a nikt nie wierzy, by dusza jego spoczywała w Panu, jak świadczy napis grobowy.

    1388

    Kiedy żył, przybywała doń często w niedzielne, dżdżyste popołudnia ciężka, w czarne konie zaprzężona kareta, a elegancki, czarno ubrany jegomość zabawiał gospodarza — którego monotonne, długie godziny doprowadzały do rozpaczy — grą w karty i kości, nieraz aż do północy i dłużej. Kiedy odjeżdżał o świcie, zostawiał zawsze jakiś dar złowrogi.

    1389

    Tak, dopóki Sintram żył na świecie, duchy zapowiadały jego przybycie. Dostrzegano jakieś niesamowite znaki: pojazd dudnił po podwórzu, trzaskało z bata, głosy słychać było na schodach, otwierała się brama domu i zatrzaskiwała z powrotem. Ludzi i psy budził ten hałas, ale nie jawił się nikt… Były to jeno ostrzeżenia i wróżby.

    1390

    Straszni to ludzie, pozostający, jak Sintram, w szatańskiej mocy! Cóż to na przykład był za ogromny czarny pies pokazujący się we dworze za życia właściciela Forsu? Oczy mu błyszczały, a ogromny czerwony ozór zwisał z dyszącej paszczy. Pewnego dnia podczas obiadu zaskrobał do drzwi kuchennych, przerażając dziewczęta służebne, a największy i najmocniejszy z parobków porwał płonącą głownię i wepchnął mu w pysk. Zwierz uciekł z wyciem, buchał dymem i iskrami z paszczy, zostawiał na drodze lśniące ogniste ślady.

    1391

    A czyż nie było to okropne, że ilekroć dziedzic Forsu wracał z podróży, zmieniony był zaprzęg? Wyjeżdżał końmi, lecz gdy wracał nocą, wóz zaprzężony był zawsze w czarne byki. Ludzie mieszkający przy drodze widzieli, gdy przejeżdżał, zarysy rogów odcinające się na ciemnym niebie, słyszeli ryk zwierząt i przerażały ich iskry, spod kopyt i kół pędzących po żwirze.

    1392

    Toteż śpieszno było dzieciom uciec z ciemnego strychu. Cóż by się stało, gdyby na przykład któreś napotkało tam, w mrocznym kącie, tego, którego imienia nikt wymówić nie śmiał? Któż jest przed nim bezpieczny? Wszak ukazuje się nie tylko złym ludziom. Czyż nie ukazał się Ulryce Dillner? Ulryka Dillner i Anna Stjärnhök opowiadały, że widziały go na własne oczy.


    1393

    Przyjaciele drodzy, którzy tańczycie i śmiejecie się, błagam was, czyńcie to ostrożniej i ciszej, gdyż do wielkich mogłoby dojść nieszczęść, gdybyście miast po podłodze stąpali po sercach ludzkich jedwabnymi trzewikami o cienkich podeszwach, a śmiechem swym wesołym, srebrzystym wpędzali w rozpacz duszę.

    1394

    Serce Ulryki nadeptały snadź mocno cienkie trzewiczki, a śmiech tańczących zbyt swawolnie dźwięczał w jej uszach, że zapragnęła ślepo zostać mężatką. Gdy więc zły Sintram po raz nie wiedzieć który już oświadczył się o jej rękę, zgodziła się nagle na małżeństwo, poszła jako żona jego do Forsu i wzięła rozbrat z dawnymi przyjaciółkami z Bergi oraz z troską o chleb powszedni.

    1395

    Małżeństwo zawarto na łeb na szyję. Na Boże Narodzenie oświadczył się Sintram, a w lutym było wesele.

    1396

    Anna Stjärnhök, mieszkająca teraz w domu kapitana Uggli, zastąpić mogła starą pannę, tak że Ulryka ruszyła w dolę małżeńską bez wyrzutów sumienia.

    1397

    Nie doznawała też wyrzutów, ale czuła żal wielki, albowiem w niesamowite dostała się miejsce. Wielkie, puste pokoje przerażały ją, co dzień o zmierzchu trzęsła się ze strachu i tęskniła straszliwie.

    1398

    Najgorsze były niedzielne popołudnia ciągnące się w nieskończoność, podobnie jak pełne udręki myśli.

    1399

    Pewnej niedzieli nie wrócił Sintram na obiad z kościoła, a Ulryka poszła do salonu na piętrze i usiadła przy fortepianie. Była to jej ostatnia pociecha. Fortepian, z wymalowanymi pośrodku wieka pasterzem grającym na flecie i pasterką, był spuścizną po rodzicach i powiernikiem w trosce wszelakiej.

    1400

    Czy to nie smutne i zarazem zabawne? Czy wiecie, co Ulryka gra? Polkę! Pomyślcie jeno! W utrapieniu, choćby największym, grywała zawsze polkę.

    1401

    Nie umiała bowiem nic innego, a polki tej nauczyła się, zanim jej palce zesztywniały od ujmowania garnków czy rękojeści noża kuchennego. Poza tą polką nie umiała nic a nic, żadnego marsza żałobnego, namiętnej sonaty czy choćby tęsknej pieśni ludowej.

    1402

    Grywała ją też zawsze, mając coś zawierzyć staremu fortepianowi, czy to w radosnym, czy smutnym będąc nastroju. Grała ją na swym weselu, potem przybywszy do domu męża i teraz także.

    1403

    Struny wiedziały, jak bardzo jest nieszczęśliwa!

    1404

    Przejeżdżający drogą mogliby sądzić, że właściciel Forsu daje bal, tak wesoło brzmiała muzyka Ulryki. Niezmiernie pogodne i skoczne były to dźwięki. Utrzymywała też nimi beztroskę w Berdze, a wypłaszała głód. Wszyscy ulegali czarowi tańca, gdy grać zaczęła, osiemdziesięcioletni starcy biegli do sali, niepomni reumatyzmu i podagry. Polka brzmiała radośnie, ale Ulryka płakała. Żyła w otoczeniu mrukliwej, niechętnej służby i złych, kąsających zwierząt, bez życzliwego człowieka obok siebie; tęskniła do przyjaznych twarzy, do uśmiechniętych ust, tę rozpaczną tęsknotę wyrażała właśnie w polce.

    1405

    Domownikom trudno przywyknąć, że jest żoną Sintrama, zwano ją stale panną Dillner. Wyrażała polką żal i skruchę z powodu swej próżności, która ją skusiła do pozyskania tytułu mężatki.

    1406

    Stara Ulryka gra, jakby miały pęknąć struny. Polka ma zagłuszyć sporo rzeczy: skargi zubożałych chłopów, klątwy wyzyskiwanych robotników, urągowisko butnej służby, a zwłaszcza hańbiące piętno żony złego człowieka.

    1407

    Tę polkę tańczył Gösta z młodą hrabiną Dohną, Marianna Sinclaire z licznymi wielbicielami swymi, a także ongiś majorowa z pięknym Altringerem. Grając widzi Ulryka te wszystkie nadobne pary złączone tanecznym oplotem, a wesele ich owiewa także i ją, toteż płoną jej policzki i błyszczą oczy. Teraz wszystko minęło. Niech dźwięczy polka, niechaj zagłuszy rozliczne słodkie wspomnienia.

    1408

    Ulryka gra, by zagłuszyć strach, mało jej serce zestrachu nie pęknie, gdy widzi czarnego psa, gdy służba szepce o czarnych bykach. Więc wciąż na nowo gra polkę, by zagłuszyć strach.

    1409

    Nagle zauważyła, że mąż wrócił do domu. Usłyszała, jak wszedł i usiadł w fotelu bujającym. Ulryka znała tak dobrze skrzypienie tego fotela, że nie potrzebowała się nawet oglądać.

    1410

    Grała, a kołysanie towarzyszyło jej muzyce. Niebawem nie słyszała już tonów, jeno samo kołysanie.

    1411

    Biedna, opuszczona wśród nieprzyjaciół Ulryka miała jeno rozklekotany fortepian za pocieszyciela, a on ją pocieszał — polką! Sprawiało to takie wrażenie, jak salwa szalonego śmiechu na pogrzebie lub pijacka piosenka w kościele.

    1412

    Słuchając tego kołysania uczuła, że fortepian drwi teraz z jej skargi i urwała w pół taktu. Wstała i spojrzała na fotel bujający.

    1413

    Tejże samej chwili padła zemdlona. W fotelu siedział nie jej mąż, ale kto inny, ten, którego imienia nie wymawiają dzieci, a przeraziłyby się okropnie, spotkawszy go na pustym strychu.

    1414

    Czy może ujść mocy czaru ten, komu duszę przepoiły baśnie… Wiatr nocny smaga fikusy i oleandry na balkonie, niebo zwisa czarne ponad długimi pasmami gór, siedzę pisząc przy spuszczonych storach, a choć jestem stara i niby to mądra, jednak czuję dreszcz lekki jak ongiś, kiedy po raz pierwszy słyszałam tę historię. Raz po raz spozieram po kątach, czy gdzie nie czyha ktoś schowany, i wychodzę na balkon zobaczyć, czy nie zaziera przez kratę czarna głowa. Strach ten nie opuszcza mnie, strach zbudzony przez stare opowieści, gdy noc ciemna, a samotność dotkliwa, opanowuje mnie w końcu tak dalece, że rzucam pióro, chowam się do łóżka i naciągam kołdrę na oczy.

    1415

    Jako dziecko nie mogłam pojąć, jak Ulryka Dillner przeżyła owo popołudnie. Ja bym tego nie przetrzymała.

    1416

    Na szczęście niedługo potem przybyła w odwiedziny Anna Stjärnhök, znalazła ją na podłodze i przywróciła do przytomności. Ze mną nie byłoby tak łatwo poszło, zmarłabym na pewno.

    1417

    Niechże wam los oszczędzi, przyjaciele, tego bólu, byście widzieli łzy w oczach starca, głowę jego szukającą utulenia na piersi waszej i ręce wyciągnięte błagalnie w chwili, gdy nic poradzić nie możecie.

    1418

    Czymże są skargi młodych? Młodzi mają siły i nadzieję! Ale jakże boli skarga bezsilna tych, którzy byli ongiś podporą naszych lat dziecinnych.

    1419

    Anna Stjärnhök słuchała wyrzekań Ulryki i nie wiedziała, jak jej pomóc. Starowina płakała, oczy jej błyszczały dziko; nie przestawała mówić, lecz słowa były chwilami pozbawione związku, zdawało się, że straciła świadomość, gdzie się znajduje.

    1420

    Drżącą twarz przecinały zmarszczki dwa razy głębsze niż zazwyczaj, przyprawiane loki porozwijały się od łez, a całą chudą postacią wstrząsało łkanie.

    1421

    Na koniec położyła Anna kres rozpaczy postanowiwszy zabrać Ulrykę do Bergi. Była żoną Sintrama, ale nie powinna zostać dłużej w Forsie, gdyż przy tym złym człowieku mogłaby zmysły postradać.

    1422

    Starowinę ta decyzja i rozradowała, i przeraziła jednocześnie; nie miała odwagi uciekać z domu męża. Obawiała się, że wyśle za nią dużego, czarnego psa.

    1423

    Anna rozwiała jej obawy i zastrzeżenia żartami i pogróżkami, a po upływie pół godziny starowina siedziała już w sankach. Anna powoziła sama, przynaglając raz po raz starą Disę. Drogi rozmiękły, gdyż był to koniec marca, i zła była sama, ale Ulryka czuła wielką ulgę siedząc w znanych sankach i mając przed sobą starą, znajomą kobyłę, która tyle niemal co ona lat strawiła na służbie w Berdze.

    1424

    Stara ta niewolnica pracy odznaczała się w gruncie rzeczy dobrym humorem i wrodzoną pogodą ducha, toteż pod Arvidstorp już przestała płakać, pod Högbergiem śmiała się, a gdy przejeżdżały przez Munkeby, utonąwszy we wspomnieniach, opowiadała swej towarzyszce różności z czasu pobytu u hrabiny w Svaneholmie.

    1425

    Znalazły się teraz na terenie skalistym i bezludnym, na północ od Munkeby. Droga wiła się, pięła po skalistych wzniesieniach, potem spadała niemal pionowo w dolinę i znowu szukała zbocza, po którym mogłaby się dostać na górę.

    1426

    Miały właśnie wyjechać na wzgórze westratorpskie, gdy nagle stara Ulryka zamilkła i chwytając ramię Anny wskazała oczyma wielkiego psa siedzącego na skraju drogi.

    1427

    — Patrz! — zawołała.

    1428

    Ale pies uciekł w las, zanim go Anna dobrze zobaczyła.

    1429

    — Spiesz! Spiesz, ile tylko możesz! — powiedziała Ulryka. — Teraz Sintram dowie się, że ja tutaj jestem.

    1430

    Anna chciała wyśmiać jej obawy, ale starowina zaręczyła:

    1431

    — Niedługo posłyszymy dzwonki jego sań, zanim jeszcze wyjedziemy na najbliższe wzgórze.

    1432

    Właśnie w chwili, kiedy stara Disa sapała ze zmęczenia osiągnąwszy szczyt elofskiego pagórka, zabrzmiały w dole dzwonki sań.

    1433

    Ulryka straciła całkiem równowagę. Drżała, łkała i żaliła się, zupełnie jak przedtem w Forsie. Anna chciała ponaglić do pośpiechu Disę, ale szkapa obróciła głowę jakby niewymownie zdziwiona. Czy ta panienka sądziła, że ona nie wie, w którym miejscu trzeba biec, a gdzie iść stępa? Nie potrzebowała, by ją ktoś uczył ciągnąć sanki po dwudziestoletniej praktyce i znajomości całej okolicy.

    1434

    Dzwonienie zbliżało się.

    1435

    — To on… znam jego sanki — jęczała Ulryka.

    1436

    Dzwonienie to rosło tak nagle i nienaturalnie, jakby gniady koń Sintrama dotykał już głową ich sani, to znowu słabło zupełnie. Dolatywało z lewej i prawej strony drogi, ale kobiety nikogo nie widziały, jakby je ścigał sam jeno ten dźwięk.

    1437

    Kiedy się wraca nocą po zabawie, dzwonki śpiewają, nucą i opowiadają, a las brzmi echem. Tak było i teraz.

    1438

    Anna pragnęła już ukazania się prześladowcy z koniem, gdyż samo dzwonienie było wprost nieznośne. Nie bała się, ale dokuczało jej to dzwonienie bez końca.

    1439

    — Te dzwonki dręczą mnie! — powiedziała, a dzwonki odjęły zaraz ostatnie wyrazy. „Dręczą mnie, dręczą mnie” — powtarzały na przeróżne tony.

    1440

    Anna jechała tędy niedawno, ścigana przez wilki, ale nie bała się, chociaż widziała błyskające kły i sądziła, że zostanie rozszarpana. Nie przeżyła jednak piękniejszej nocy. Piękny i silny był koń u sanek, piękny i silny towarzysz przygody.

    1441

    Ach… a teraz? Stara szkapa i drżąca starowina! Czuła się tak bezsilna, że najchętniej zaczęłaby płakać. Nie może uciec przed tym okropnym, denerwującym dzwonieniem. Zatrzymuje konia i wysiada z sanek chcąc sprawę zakończyć! Nie ma potrzeby uciekać, przecież nie boi się tego nikczemnika!

    1442

    Na koniec dojrzała w gęstniejącym mroku głowę konia, potem całego konia, sanki i samego Sintrama. Ale nie wyglądało to, jakby sanie nadjechały drogą, jeno jakby to wszystko, koń, sanki i dziedzic, powstawało w tej chwili na miejscu i ukazywało się jej oczom w kolejności, w jakiej wynurzało się, gotowe, ze zmroku.

    1443

    Anna rzuciła lejce Ulryce i podeszła do Sintrama, który zatrzymał konia.

    1444

    — A… cóż za szczęśliwe zdarzenie! — powiedział. — Droga panno Stjärnhök, niechże pani pozwoli, że wsadzę pani do sanek mego towarzysza podróży. Chce on dziś jeszcze być w Berdzie, mnie zaś śpieszno do domu.

    1445

    — Gdzież ten towarzysz? — spytała.

    1446

    Sintram odpiął fartuch i pokazał Annie człowieka, który spał leżąc na dnie sań.

    1447

    — Jest on trochę pijany, ale cóż to szkodzi? Śpi sobie i basta. Zresztą, dobry to znajomy pani, panno Stjärnhök… Gösta Berling.

    1448

    Anna zadrżała.

    1449

    — Tak, tak, powiem tylko tyle — rzekł Sintram — że kto opuszcza osobę kochaną, oddaje ją diabłu w posiadanie. Tak i ja dostałem się w jego szpony. Oczywiście, każdy sądzi, że czyni dobrze. Rezygnować, to dobrze, kochać, to źle!

    1450

    — Cóż to wszystko znaczy? — spytała wstrząśnięta do głębi.

    1451

    — Nie powinna pani była odtrącać Gösty…

    1452

    — Tak chciał Bóg.

    1453

    — Aha! Właśnie! Rezygnacja to dobra rzecz, a kochanie — zła… Poczciwy Bóg nie chce widzieć ludzi szczęśliwych. Posyła za nimi wilki. Ale przypuśćmy, że to nie Bóg je posłał, panno Anno. Czyż nie mogłem równie dobrze ja sam posłać swe szare owieczki za młodą parą? Może posłałem wilki nie chcąc tracić człowieka, który jest moją własnością? Przypuśćmyż tedy, że nie Bóg posłał wilki.

    1454

    — Nie kuś mnie pan, bym zwątpiła — rzekła Anna cicho — jeśli zwątpię, jestem stracona.

    1455

    — Przypatrz się pani! — powiedział pochylony nad śpiącym Göstą. — Spojrzyj jeno na jego palec serdeczny. Ta rana nigdy się nie zagoi. Wzięliśmy z tego palca krew dla spisania umowy. Jest mój. W krwi mieści się siła wielka. Jest mój. Miłość go jeno może zbawić. Jeśli u mnie zostanie, zajdzie daleko!

    1456

    Anna walczyła z omamem, który ją ogarnął. Wiedziała, że to szaleństwo, że nie można duszy zapisywać szatanowi, ale nie miała władzy nad swymi myślami. Zatopiona w mroku i milczeniu lasu, nie mogła strzasnąć z siebie przerażenia.

    1457

    — Czy panna Anna sądzi, że on już nic niewart? Tak nie jest! Nie dręczył chłopów, nie oszukiwał biednych przyjaciół, nie grał fałszywie i nie był kochankiem mężatki.

    1458

    — Pan sam jesteś diabłem! — zawołała.

    1459

    — Pomieniajmy się, panno Anno! Weź pani Göstę i wyjdź za niego, a właścicielom Bergi daj trochę pieniędzy. Odstąpię go pani, gdyż jest mój. Niech pani sobie wyobrazi, że nie Bóg wysłał owej nocy wilki i przystanie na zamianę.

    1460

    — Cóż pan chcesz za niego?

    1461

    Sintram skrzywił się.

    1462

    — Ach… bagatelkę… poprzestanę na drobnostce! Chcę dostać tylko tę, która tam siedzi w saniach.

    1463

    — Szatanie! Kusicielu! — zawołała. — Precz ode mnie! Czyż mam opuszczać przyjaciółkę, która mi zaufała! Mamże ci ją oddać, byś ją przyprawił o szaleństwo?

    1464

    — Spokojnie! Spokojnie! Panno Anno, proszę się zastanowić. Oto jest do wyboru piękny, młody mężczyzna i stara, słaba kobieta. Jedno z dwojga dostać muszę! Kogóż mi tedy pani zostawi, panno Anno?

    1465

    Anna zaśmiała się rozpacznie.

    1466

    — Czy pan Sintram sądzi, że handluje się tu duszami niby końmi na jarmarku w Borby?

    1467

    — Tak, akuratnie tak! Ale jeśli panna Anna woli, możemy sprawę inaczej załatwić biorąc pod rozwagę także i honor rodu Stjärnhöków.

    1468

    Powiedziawszy to zaczął głośno wołać swoją żonę siedzącą w sankach, a stara, ku wielkiemu przerażeniu Anny, wyszła z sań i zbliżyła się doń drżąc i trzęsąc się.

    1469

    — Ho… ho! Cóż za posłuszna żonka! — powiedział Sintram. — Panna Anna nie ma tego za złe, jeśli żona przychodzi na zawołanie męża. Teraz dobędę Göstę z mych sanek i zostawię go pani… na zawsze!… na zawsze… Kto chce, niech go sobie bierze!

    1470

    Pochylił się po Göstę, ale Anna zbliżyła się tak, że niemal dotknęła go twarzą, wpiła weń przeszywające spojrzenie i syknęła jak dzikie zwierzę.

    1471

    — Jedź w imię boże do domu! Czy wiesz, kto tam czeka na ciebie w bujającym fotelu, przy stole? Czyż ośmielisz się kazać mu czekać długo?

    1472

    Ku ogromnemu przerażeniu Anny słowa te uczyniły wielkie wrażenie na Sintramie. Szarpnął lejce, obrócił sanki i odjechał galopem, okładając konia batem i ponaglając go dzikimi przekleństwami do biegu. Przepaścistym zboczem gnał Sintram na złamanie karku, a spod płóz sani i podków konia leciały skry mimo cienkiej warstwy marcowego śniegu.

    1473

    Zostawszy we dwie, nie przemówiły słowa. Ulryka drżała, przerażona dzikim spojrzeniem Anny, Anna nie miała co mówić do biednej starowiny, dla której poświęciła ukochanego.

    1474

    Rada by była płakać, szaleć, tarzać się po drodze i sypać na głowę piasek i śnieg. Dotąd doznawała podniosłej świadomości wyrzeczenia, teraz atoli czuła jeno gorycz. Cóż znaczyło poświęcać miłość swoją w porównaniu z tą ofiarą — wydaniem duszy ukochanego na zatracenie?

    1475

    W milczeniu dotarły do Bergi. Gdy jednak otwarły drzwi do salonu, Anna Stjärnhök zemdlała po raz pierwszy i ostatni w życiu. Przy stole siedział Sintram z Göstą i rozprawiali najspokojniej w świecie. Gęste kłęby dymu napełniały pokój; musieli tu spędzić już co najmniej godzinę.

    1476

    Anna zemdlała, ale Ulryka zachowała spokój. Zmiarkowała ona jeszcze na gościńcu, że ten, który ich ścigał, to nie był prawdziwy Sintram.

    1477

    Kapitan i jego żona uradzili owego wieczora, że Ulryka zostanie czas dłuższy u swych starych przyjaciół w Berdze. Gdy o planie tym poinformowali Sintrama, zgodził się jak najchętniej.

    1478

    Oświadczył, że wcale nie zamierza doprowadzać swej żony do pomieszania zmysłów.

    1479

    O, wy dzieci czasów dzisiejszych! Nie domagam się, by ktoś wierzył tym starym opowieściom, które mogą być tylko zmyśleniem i złudą. Ale kiedyż stanie się złudą i omanem skrucha poruszająca serce, skrucha jęcząca jak podłoga pod biegunami fotela w domu Sintrama oraz powątpiewanie, co brzęczy jak dzwonki sań w uszach Anny Stjärnhök?…

    1480

    O, gdyby tak stać się mogło!

    12. Dzieje Ebby Dohny

    1481

    Strzeż się wkraczać na piękny przylądek u wschodnich brzegów Lövenu oblany łagodnymi falami zatoki! Strzeż się wkraczać na ten piękny przylądek, na którym stoi dwór borgijski.

    1482

    Znikąd nie wydaje się jezioro piękniejsze jak z samego cypla tego przylądka. Nigdzie nie jest ono tak wspaniałe o wschodzie, kiedy się z mgieł wynurza, lub o zachodzie, gdy na nie patrzeć z okna małego, błękitnego gabinetu, kędy tyle wspomnień żyje. A mimo to powtarzam: — Nie chodź tam!

    1483

    Może ogarnie cię ochota pozostania w tych smutkiem przepojonych komnatach, może zakupisz tę posiadłość i zamieszkasz tu — jak wielu innych przed tobą — młody, bogaty i szczęśliwy, z nowo zaślubioną żoną.

    1484

    Nie… nie… lepiej nie oglądać pięknego przylądka, gdyż w Borgu szczęście nie zwykło mieszkać. Wiedz, że choćbyś przybył bogaty i szczęśliwy, to niebawem i twoje łzy poleją się na przesiąkłą łzami podłogę, a ściany, które odbiły echo tylu już westchnień i krzyków skargi, rozebrzmią twoim żalem.

    1485

    Smutne przeznaczenie ciąży na tym dworze. Zda się, leży tam pochowane nieszczęście, nie mogące znaleźć spokoju w grobie, które wstaje ciągle, by straszyć żywych. Gdybym była właścicielką Borgu, kazałabym rozkopać kamienisty grunt lasu jodłowego, piwnice i czarną ziemię w polu, by znaleźć objedzony przez robaki szkielet czarownicy i złożyć go w poświęconej ziemi cmentarza svartsjöńskiego. Nie żałowałabym też na pogrzeb obfitych datków dzwonnikom, proboszczowi i kościelnemu za długie i głośne dzwonienie, mowę i śpiewy, by ukołysały zmarłą do snu wiecznego.

    1486

    Gdyby to nie pomogło, podpaliłabym w jakąś ciemną, burzliwą noc stare, drewniane ściany, aby nikt już nie uległ pokusie zamieszkania w przybytku niedoli. Nikt nie przestąpiłby już przeklętego miejsca, jeno czarne kawki z wieży kościoła dostałyby pozwolenie uwicia nowych gniazd w sczerniałym kominie, co ponuro sterczałby nad opustoszałą pogorzelą.

    1487

    Pewnie by mnie lęk ogarnął na widok płomieni liżących dach, gdy kłęby dymu, czerwieniejąc w blasku i sypiąc skrami buchnęłyby ze starego hrabiowskiego dworu. W syku, dymie i skrach usłyszałabym pewnie skargi bezdomnych teraz wspomnień, zaś w niebieskich językach płomieni dostrzegłabym zapewne wypędzone duchy domowe. Pomyślałabym o tym, że cierpienie uszlachetnia, a nieszczęście staje się ozdobą, i zapłakałabym nad świątynią starych bogów, wydaną na pastwę ognia.

    1488

    Lecz cicho, kruku złowieszczy! Stoi jeszcze dwór borgijski, oblany marcowym słońcem, na cyplu przylądka, pod ochroną potężnych jodeł parku, i rysuje się ostro na śnieżnej bieli pól. Z wnętrza zaś dolata wesoły śmiech młodej hrabiny Elżbiety.

    1489

    Co niedziela udaje się ona do svartsjöńskiego kościoła, a po nabożeństwie zaprasza do pałacu kilka osób, najczęściej zaś sędziego z Munkerudu, jego żonę, rodzinę kapitana z Bergi, kapelana i złego Sintrama.

    1490

    Gösta Berling przybywa także pieszo przez lód do Svartsjö i również otrzymuje zaproszenie do Borgu. Czemuż by go nie miała zaprosić?

    1491

    Nie wiedziała wcale, że plotkarki zaczęły już szeptać o tych częstych wizytach Gösty na wschodnim brzegu jeziora: że czynił to w celu zobaczenia hrabiny, a może także, by popić z Sintramem, ale to ostatnie wydawało się już mniej ważne. Wszyscy wiedzieli, że Gösta ma ciało z żelaza, natomiast serce zgoła niehartowane i nie może patrzeć na jasne włosy kobiece, zwite wokół jasnego czoła, i w błyszczące oczy, nie zakochawszy się zaraz.

    1492

    Hrabina jest mu życzliwa i nic w tym dziwnego, gdyż taka jest dla wszystkich. Bierze na kolana obdarte, żebrzące dzieci, ile razy zaś napotka starca idącego pieszo, zatrzymuje się i bierze go do sanek.

    1493

    Gösta przesiaduje chętnie w błękitnym gabineciku, skąd tak uroczy ściele się widok na jezioro, i czytuje jej poezje. Cóż w tym złego? Nie zapomina przecież, że ona jest hrabiną, on zaś biednym, bezdomnym awanturnikiem, czci ją i poważa jak wyższą, niedosiężną istotę. Równie dobrze mógłby zakochać się w królowej Sabie, której wizerunek zdobi ambonę svartsjöńskiego kościoła.

    1494

    Pragnął jeno mieć sposobność służenia jej jako paź: przypinać łyżwy do nóg, trzymać motek nici i kierować sankami. Mowy między nimi o miłości być nie mogło, ale Gösta rozkoszował się właśnie takim niewinnym romantycznym marzeniem.

    1495

    Hrabia był to człowiek cichy, poważny, a Gösta żywy i ochoczy, i to pociągało hrabinę. Kto na nią spojrzał, nie mógł przypuszczać, że kryła w sercu niedozwoloną miłość. Oddana jeno była tańcom, weselu i chciałaby usunąć z ziemi wszelkie przeszkody, góry, skały, rzeki, morza, uczynić ją gładką jak posadzka balowej sali, by móc hasać po całej powierzchni w cienkich, jedwabnych trzewiczkach. Od kołyski aż do grobu.

    1496

    Ale plotka nie szczędzi młodych kobiet.

    1497

    Po obiedzie w hrabskim pałacu panowie udawali się do gabinetu hrabiego na drzemkę lub fajki, a starsze damy zapadały w miękkie fotele salonu i składały czcigodne głowy na wysokich oparciach. Zaś hrabina i Anna Stjärnhök toczyły w błękitnym gabinecie nieskończone poufne rozmowy.

    1498

    Siedziały tu również w niedzielę, w tydzień potem, kiedy to Anna Stjärnhök przywiozła do Bergi Ulrykę Dillner.

    1499

    Nie było na całym świecie nieszczęśliwszej dziewczyny. Znikła jej wesołość oraz żartobliwa hardość, która odpowiadała dawniej na wszelkie zaczepki.

    1500

    Zapadło w półcień nieświadomości wszystko, co się jej przydarzyło podczas owej powrotnej drogi do domu, pozostawiając jeno tylko wrażenie trujące duszę.

    1501

    Tak, trucizną była ta myśl.

    1502

    — A jeśli to nie Bóg uczynił — szeptała do siebie raz po raz. — A jeśli nie on właśnie posłał wilki?

    1503

    Pragnęła znaku i cudu, spoglądała po niebie i ziemi, ale z żadnej chmury nie sterczał palec, by jej wskazać drogę. Nie kroczył przed nią ani słup mgły, ani słup ognia.

    1504

    Siedząc w błękitnym gabinecie przed hrabiną, zauważyła mały pęczek niebieskich zawilców, który hrabina trzymała w ręku. Błyskawicą przeszyła ją myśl — wiedziała, gdzie kwiatki te rosły i kto je zerwał. Szkoda pytać. Gdzież bo rosną na początku kwietnia zawilce? Tylko w lasku brzozowym na zboczu wzgórza ekebijskiego.

    1505

    Zapatrzyła się w te błękitne gwiazdki, ulubione zwiastunki szczęścia, piękna i dobra, a jednocześnie uczuła w sercu gniew głuchy jak grzmot i obezwładniający jak grom.

    1506

    „Jakimże prawem — pomyślała — ma hrabina Dohna w ręku błękitne zawilce zerwane na wzgórzu Ekeby?”

    1507

    Wszyscy, Sintram, hrabina, słowem każdy z ludzi, kusili Göstę, by się dopuścił rzeczy złej, postanowiła go tedy bronić przed wszystkimi, choćby przyszło wytoczyć krew własnego serca.

    1508

    Uczuła, że nim opuści błękitny gabinet, musi wyrwać z ręki hrabiny ten pęk zawilców, rzucić go o ziemię, zdeptać i zniszczyć.

    1509

    Zaczęła walkę z niebieskimi gwiazdkami. W salonie siedziały czcigodne damy, wsparte o wezgłowia foteli, panowie w gabinecie hrabiego pykali spokojnie z fajek, wszędzie panowała cisza, tylko w błękitnym gabinecie zawrzała rozpaczliwa walka.

    1510

    Ach, jakże dobrze czynią ci, którzy nie imając się od razu broni milczą, czekają, nakazują spokój swym sercom i pozwalają działać Bogu. Serce niespokojne błądzi zawsze, nowe zło pogarsza jeszcze zło dawne.

    1511

    Annie Stjärnhök wydało się teraz, że dostrzega palec pośród chmur.

    1512

    — Anno! — powiedziała hrabina — opowiedz mi jakąś historyjkę.

    1513

    — O czym mam mówić?

    1514

    — Ach! — odparła hrabina gładząc dłonią kwiatki. — Czyż nie znasz jakiejś historyjki miłosnej?

    1515

    — Nie znam żadnej, która by mówiła o miłości.

    1516

    — Nie mów tak. Przecież istnieje Ekeby i pełno w nim kawalerów.

    1517

    — Tak! — rzekła Anna. — Istnieje miejscowość zwana Ekeby, i pełno tam ludzi, którzy wysysają siły żywotne kraju, czynią nas wszystkich niezdolnymi do uczciwej pracy, psują dorastającą młodzież i najlepszych spośród mężczyzn sprowadzają na manowce. Czy chcesz, bym o nich mówiła? Bym ci o nich opowiedziała historie miłosne?

    1518

    — Tak, chcę! Lubię kawalerów!

    1519

    Anna Stjärnhök zaczęła mówić urywanymi zdaniami, jakby czytała stary psalm, a piersi jej rozsadzały gwałtowne uczucia. Głos drżał namiętnością, a hrabina słuchała na poły z zaciekawieniem, na poły trwożnie.

    1520

    — Czymże jest miłość, czym wierność rezydenta z Ekeby? Ma jedną kochankę dziś, drugą jutro, jedną na zachodzie, inną na wschodzie. Nic mu za wysokie, nic zbyt niskie. Dziś hrabina, jutro żebraczka uliczna! Serce jego szerokie. Biada jednak nieszczęsnej, która pokochała kawalera z Ekeby! Musi go podnosić z rowu, gdzie leży pijany, musi w milczeniu znieść, gdy przegra w karty dobytek jej dzieci, musi się godzić na jego zaloty do innych kobiet. Ach, Elżbieto, uczciwa kobieta powinna odmówić takiemu kawalerowi tańca, cisnąć o ziemię i zdeptać kwiaty od niego otrzymane, a jeśli pokocha, umrzeć raczej, niźli iść z nim od ślubu.

    1521

    Pomiędzy kawalerami był pewien proboszcz wyrzucony za pijaństwo z plebanii. Przychodził pijany do kościoła i wypijał wino mszalne. Czyś o nim słyszała?

    1522

    — Nie.

    1523

    — Po wyrzuceniu z probostwa włóczył się jak żebrak po drogach i pił na umór, a nawet kradł, by mieć na wódkę.

    1524

    — Jak się nazywa?

    1525

    — Nie ma go już w Ekeby. Majorowa wzięła go w opiekę, dała mu odzież i namówiła swą teściową, by go wzięła na nauczyciela dla męża twego, młodego hrabiego Henryka.

    1526

    — Wypędzonego proboszcza?

    1527

    — O, był to człowiek młody, silny i wykształcony. Nie można mu było nic zarzucić, jeśli nie pił. Hrabina Märta była pobłażliwa, a przy tym bawiło ją, że robi na złość dziekanowi i kapelanom. Ale nakazała, by dzieciom nie mówiono o tym, czym był dawniej, gdyż syn straciłby dlań szacunek, a córka nie zniosłaby go, ponieważ była to osoba wprost święta.

    1528

    Przybył więc do Borgu. Stał zawsze przy samych drzwiach, siadał na krawędzi krzesła, milczał przy stole, a gdy przybywali goście, uciekał do parku.

    1529

    Tam atoli spotykał często hrabiankę Ebbę Dohnę, lubiącą samotność. Unikała ona hucznych przyjęć, jakie odbywały się w pałacu od czasu śmierci starego hrabiego. Świat ją przerażał. Była łagodna, płochliwa i wyglądała na dziecko, mimo lat osiemnastu, ale oczy ciemne i delikatna różowa płeć czyniły ją piękną. Szczupła, nieco pochylona, miała małe, wąskie dłonie, które odpowiadały z lekka jeno na uścisk, a poważne usta milczały jak żadne inne. Głos cichy, miękki nadawał słowom z wolna wymawianym brzmienie niezmiernie piękne, nie był on jednak świeży, ciepły i młodzieńczy, lecz nieco zmęczony, podobny do końcowego akordu pieśni, w którym słychać znużenie artysty.

    1530

    Różniła się od innych dziewcząt. Stopy jej dotykały ziemi z lekka, jakby była wygnanką na tym padole, a powieki miała spuszczone, by nic nie przeszkadzało jej w patrzeniu na cudowne obrazy jawiące się przed oczyma duszy. W młodości już odwróciła się od ziemi.

    1531

    Gdy była dzieckiem, opowiadała jej babunia baśnie. Pewnego razu siedziała u kominka, ale zapas bajek wyczerpał się. Postacie z baśni i legend przesuwały się jak żywe przed wyobraźnią dziewczynki. Poruszały się i jaśniały niby płomień na kominku w blasku i wspaniałości. Ale oto bohaterowie polegli, królewny zamieniły się w węgiel, czekając, by je nowy ogień do życia zbudził. Rączka małej gładziła kolano babki okryte jedwabiem, tą dziwną materią, która pod dotknięciem kwiliła jak ptak. Ruch ten oznaczał prośbę, gdyż nie prosiła nigdy słowami jak inne dzieci.

    1532

    Staruszka tedy zaczęła opowiadać o małym chłopczyku w ziemi żydowskiej, który urodził się, by zostać wielkim królem. Śpiew aniołów towarzyszył jego przyjściu na świat, wiedzeni gwiazdą niebieską przybyli doń uczeni ze Wschodu, niosąc złoto i kadzidło, a starzy ludzie prorokowali mu świetną wielkość. Dziecko to stało się piękniejsze i mądrzejsze od innych, gdy zaś chłopczyk doszedł lat dwunastu, prześcignął mądrością arcykapłanów i biegłych w Piśmie.

    1533

    Potem opowiedziała staruszka o najpiękniejszej rzeczy, jaką widziała ziemia, to jest o życiu tego dziecka pośród złych ludzi, którzy go uznać za króla nie chcieli.

    1534

    Opowiadała, jak dorósłszy czynił cuda, kochany przez wszystko na ziemi prócz ludzi. Ryby dały się łapać w jego sieci, chleb napełniał mu kosze, woda na jego życzenie przemieniała się w wino.

    1535

    Ale ludzie nie posadzili go jako króla na tron i nie dali złotej korony na głowę. Nie otoczyli go licznym dworem, ale kazali mu żyć jak żebrakowi.

    1536

    Mimo to wielki król dobry był dla nich, leczył chorych, przywracał wzrok ślepcom i budził zmarłych.

    1537

    Nie tylko nie chcieli go mieć królem, ale nasłali nań zbirów, schwytali, dali szyderczo koronę z cierni i trzcinę miast berła, ubrali w czerwoną szatę i włożywszy krzyż na ramiona powlekli go na miejsce stracenia. Ten wielki król lubił góry wysokie. Nocą wstępował na nie i rozmawiał z mieszkańcami nieba, za dnia siadywał na zboczach i nauczał ludzi. Teraz zaś zawiedli go właśnie na górę, by mu zadać śmierć. Przebili gwoździami ręce i nogi i powiesili na krzyżu dobrego króla, jak gdyby był złoczyńcą i zbójem.

    1538

    I drwił zeń lud, a jeno matka płakała i przyjaciele żałowali, że musi umierać, zanim został królem.

    1539

    Ach! Żałowała go też martwa przyroda. Słońce utraciło blask, góry drżały, pękła na pół zasłona w świątyni i rozwarły się groby, by mogli wyjść zmarli dla okazania swego bólu.

    1540

    Słuchając tego mała dziewczynka łkała z głową ukrytą na łonie babki, jakby jej pęknąć miało serce. „Nie płacz, drogie dziecko — powiedziała jej babka — dobry król wstał z grobu i udał się do ojca swego w niebie”.

    1541

    „Czy nigdy nie został królem?” — pytała mała płacząc.

    1542

    „Siedzi po prawicy Boga w niebie” — odpowiedziała babka.

    1543

    Ale dziewczynka nie mogła się uspokoić. Płakała rozpacznie i długo, jak tylko dziecko płakać potrafi. „Czemuż to ludzie byli dlań tak źli? — pytała. — Czemu im wolno było to zrobić?”

    1544

    Staruszkę przeraził niemal nadmierny ból dziecka.

    1545

    „Babciu — prosiła mała Ebba — przyznaj, żeś niedokładnie opowiedziała, musiał być inny koniec! Powiedz, że oni nie byli tak źli dla dobrego króla! Powiedz, że został on tu, na ziemi, królem!” Otoczyła rękami szyję babki i płakała dalej.

    1546

    „Moje dziecko — odparła babka, by ją pocieszyć — ludzie wierzą, że on wróci, że ziemię całą posiądzie i założy wspaniałe królestwo, trwające tysiące lat. Wówczas dzikie zwierzęta staną się dobre, małe dzieci igrać będą mogły ze żmijami, a niedźwiedź i owca paść się zaczną zgodnie obok siebie. Ludzie też przestaną sobie dokuczać, włócznie zamienią w kosy, a miecze w lemiesze. Wszędzie zapanuje radość i wesele, gdyż dobrzy obejmą dziedzictwo ziemi”.

    1547

    Na te słowa rozpogodziła się twarzyczka małej. „Czy dobry król dostanie tron?” — spytała. „Tak, złoty tron, droga moja!” „I służbę, i dworzan, i złotą koronę?” „Tak, dziecinko!” „A czy prędko wróci?” „Nikt tego nie wie”. „Czy wolno mi będzie siedzieć u stóp jego na stołeczku?” „Wolno ci będzie” „O, jakże jestem szczęśliwa!” — zawołała.

    1548

    Co wieczora przez wiele zim siadywały u ognia i rozmawiały o dobrym królu i jego państwie. Mała Ebba marzyła po całych dniach i nocach o tysiącletnim królestwie i stroiła je we wszystkie piękności, jakie jeno wymarzyć mogła.

    1549

    Tak bywa często z milczącymi dziećmi naszych okolic. Noszą one w sobie marzenia, których wypowiedzieć nie śmią. Przedziwne myśli snują się w małych główkach, a ciemne oczy pod spuszczonymi powiekami dostrzegają mnóstwo rzeczy. Niejedna urocza dziewczyna ma narzeczonego w niebie i pragnie siedzieć u stóp jego, namaszczając mu nogi i ocierając je włosami.

    1550

    Ebba nie śmiała wyjawić myśli swoich, ale od pamiętnego dnia żyła jeno myślą o powrocie Pana i jego tysiącletnim królestwie.

    1551

    Kiedy wieczorem niebo zaczynało płonąć na zachodzie, jakby rozwierały się bramy zaświatów, marzyła, że może teraz właśnie wyjdzie On, otoczony rzeszą aniołów, i pozwoli jej dotknąć rąbka szaty. Rozmyślała też o pobożnych niewiastach, które kochając go jak ona, zarzucają na głowę welon zakonny, nie podnoszą oczu od ziemi i, zamknięte w szarych celach, trwają — zapatrzone w jaśniejące zwidy dusz własnych.

    1552

    Tak rosła i taka była w porze, kiedy spotkała nowego nauczyciela na ścieżce samotnego parku.

    1553

    Nie chcę go przedstawiać gorszym, niż muszę. Przypuszczam tedy, że pokochał tę dziewczynę, która go niebawem obrała za towarzysza przechadzek. Przypuszczam nawet, że mu odrosły dawne skrzydła, kiedy przestawał z tą młodą, milczącą istotą, która się nikomu dotąd nie zwierzyła, że stał się z powrotem jak dziecko dobry i pobożny.

    1554

    Jeśli ją jednak kochał prawdziwie, czemuż nie pomyślał o tym, że jego miłość była dla niej zgubnym darem? Cóż miał ten wyrzutek, ten wypędzony proboszcz, do czynienia z hrabskim dzieckiem, które mu zaufało wtajemniczając w marzenia swoje? Wszakże był pijakiem, który wróci do nałogu przy lada sposobności. Czegóż chciał od tej narzeczonej Chrystusa? Winien był raczej uciec daleko, zostać bodaj żebrakiem czy złodziejem i włóczęgą, a nie przechadzać się po alejach parku i wracać do zbożnego życia, bo wszakże tego, co było, przekreślić nie mógł, a obecność jego wywołać musiała miłość Ebby Dohny.

    1555

    Nie sądź zresztą, że miał wygląd pijaczyny, o bladych policzkach i czerwonych oczach. Postać jego była wspaniała, piękna, silna, królewska, a zdrowie żelazne, nie złamane nadużyciem.

    1556

    — Czy żyje jeszcze? — spytała hrabina.

    1557

    — O… nie… pewno już zmarł! To zaszło tak bardzo dawno!

    1558

    Anna Stjärnhök uczuła strach przed tym, co czyni, postanowiła zataić, kto jest tym człowiekiem i wmówić w hrabinę, że dawno zmarł.

    1559

    — Wówczas był jeszcze bardzo młody! — dodała. — Obudziła się w nim na nowo chęć do życia, a posiadał płomienną wymowę i wrażliwe serce.

    1560

    Pewnego dnia zaczął mówić Ebbie o miłości swojej, ona zaś nie odpowiedziała, wyznała jeno, o czym rozmawiała z babką w zimowe wieczory i opisała mu kraj swych marzeń. Potem zaś zażądała, by złożył ślubowanie, że zostanie głosicielem słowa bożego i jednym z tych, którzy przybliżają powrót królestwa bożego na ziemi.

    1561

    Cóż miał czynić? Jako wygnany proboszcz wiedział, iż zamkniętą ma tę właśnie drogę, jakiej żądała. Nie, nie śmiał wyznać prawdy i zasmucać ukochanej. Przyobiecał tedy wszystko.

    1562

    Nie mówili o tym więcej, on zaś pewien był, że Ebba zostanie kiedyś jego żoną. Pocałunków i pieszczot nie znała ich miłość, ledwo śmiał się do niej zbliżyć, gdyż była wrażliwa jak kwiat. Czasem podnosiła jeno nań oczy lub tuliła się do niego, gdy siedzieli na werandzie w księżycową noc, on zaś całował wówczas ukradkiem jej włosy.

    1563

    Grzechem jego było, jak widzisz, że zapomniał przeszłości i przyszłości. Mógł wymazać z pamięci to, że jest biedny i niewysokiego rodu, ale winien był uświadomić sobie, iż nadejdzie dzień, kiedy go Ebba pokocha, kiedy zacznie się walka nieba z ziemią i narzeczona Chrystusa będzie musiała wybrać pomiędzy władcą tysiącletniego królestwa, między niebiańskim a ziemskim oblubieńcem. A sił nie miała na taką walkę.

    1564

    Minęło lato, jesień i zima. Z nastaniem odwilży wiosennych zachorowała Ebba. Wezbrane strumienie huczały jak wodospady, wzgórza zlodowaciały, a drogi stały się nie do przebycia pojazdem ni sankami.

    1565

    Hrabina Dohna chciała posłać do Karlstadu po lekarza, ale nikt ze służby prośbą ni groźbą nie dawał się nakłonić do ruszenia w drogę. Padła na kolana przed stangretem, ale odmówił. Popędliwa w bólu czy radości hrabina Märta dostała spazmów i histerycznego ataku ze strachu o córkę.

    1566

    Ebba zapadła na zapalenie płuc i groziła jej śmierć, a lekarza przywieźć nie było można.

    1567

    Nauczyciel pojechał do Karlstadu narażając życie. Przedostał się przez spiętrzone wały kry, karkołomne, zlodowaciałe pagórki, nieraz rąbiąc stopnie dla konia w ścianach lodu, to znów wyciągając pojazd z przepaścistej gliny. Podobno lekarz nie chciał jechać, a uczynił to dopiero, gdy mu przyłożył pistolet do piersi.

    1568

    Gdy wrócił, hrabina omalże do nóg mu nie padła, wołając: „Mów pan, czego chcesz, pieniędzy, córki… bierz, co ci się podoba!” „Proszę o córkę, pani hrabino!” — odparł nauczyciel.

    1569

    Anna Stjärnhök umilkła nagle.

    1570

    — I cóż? — spytała hrabina Elżbieta.

    1571

    — Nie ma co dalej opowiadać! — rzekła Anna w wielkiej niepewności. Zaliczała się do owych wiecznie niezdecydowanych osób, którym wszystko wydaje się raz dobre, a raz złe. Teraz żałowała już, że zaczęła tę opowieść.

    1572

    — Chyba kpisz ze mnie, Anno — powiedziała hrabina. — Wszakże wiesz dobrze, że muszę usłyszeć koniec.

    1573

    — Nie jest ciekawy! — zauważyła Anna. — Nadeszła dla Ebby godzina walki nieba z ziemią, a obie miłości zwarły się w zapasach.

    1574

    Hrabina Märta opowiedziała córce o niebezpiecznej podróży nauczyciela i oświadczyła, że w nagrodę przyrzekła mu jej rękę.

    1575

    Ebba była wówczas już o tyle zdrowa, że leżała ubrana na sofie, blada tylko, bezsilna i bardziej jeszcze niż zazwyczaj milcząca.

    1576

    Usłyszawszy słowa matki podniosła na nią oczy z żalem i wyrzutem, mówiąc: „Oddałaś mnie, mamo, wypędzonemu proboszczowi, człowiekowi, który utracił prawo być sługą bożym, a stał się złodziejem i żebrakiem”.

    1577

    „Dziecko moje! Któż ci to powiedział? Sądziłam, że nie wiesz nic!”

    1578

    „Dowiedziałam się przypadkiem. Goście rozmawiali o tym tego dnia, kiedym zachorowała”.

    1579

    „Ależ dziecko! Zważ, że on ci ocalił życie!”

    1580

    „Pamiętam o tym, jeno, że mnie oszukał. Powinien był powiedzieć, kim jest”.

    1581

    „Twierdzi, że go kochasz”.

    1582

    „Kochałam go. Ale kochać nie mogę człowieka, który mnie oszukał”.

    1583

    „Jakże to oszukał cię?”

    1584

    „Nie rozumiesz tego, mamo!”

    1585

    Ebba nie chciała mówić z matką o tysiącletnim królestwie bożym swych snów, w którego urzeczywistnieniu miał jej pomagać ukochany.

    1586

    „Ebbo — powiedziała hrabina Märta — jeśli go kochasz, nie powinnaś zważać, czym ongiś był, ale wyjść za niego. Człowiek biorący za żonę hrabiankę Dohnę będzie tak potężny i bogaty, że świat przebaczy mu błędy młodości. Pamiętaj przy tym, żem mu dała słowo”.

    1587

    Dziewczyna zbladła śmiertelnie. „Matko — powiedziała — wydając mnie za niego oddalasz mnie od Boga!”

    1588

    „Pragnę tylko twego szczęścia — oświadczyła hrabina Märta — a wiem, że z nim szczęśliwa będziesz. Wszakże udało ci się już przerobić go na świętego. Zapomnę o różnicach stanu, a także o tym, że jest biedny i potępiony przez ludzi, by ci dać możność uratowania go. Wiesz, że nie zważam na stare przesądy”.

    1589

    Wszystko to powiedziała dlatego, że nie cierpiała, by się ktoś sprzeciwiał jej woli. Może też miała taki pogląd. Trudno było wyrozumieć na dobre hrabinę Märtę.

    1590

    Dziewczyna leżała długo jeszcze na sofie po odejściu matki, walcząc z sobą. Ale w boju nieba z ziemią zwyciężył ukochany wieku dziecięcego. Z łoża swego — a była nim ta kanapa — ujrzała płomienny zachód słońca. Wzięła to za pozdrowienie dobrego króla, ponieważ zaś nie czuła sił, by mu zostać wierną w życiu, postanowiła umrzeć. Nie mogła uczynić inaczej, gdyż matka żądała, by była żoną człowieka, który nie mógł zostać sługą dobrego króla.

    1591

    Podeszła do okna, otwarła je i stanęła w zimnym wilgotnym powietrzu, które przejęło lodowatym chłodem jej biedne, schorowane ciało.

    1592

    Nietrudno było Ebbie o śmierć. Musiała nastąpić w razie nawrotu choroby i tak się też stało.

    1593

    Nikt prócz mnie nie wiedział, że pragnęła śmierci, Elżbieto! Zastałam ją u okna, słyszałam jej majaczenia gorączkowe i byłam przy niej, jak chciała, do ostatniej chwili.

    1594

    Widziałam, jak umierając wyciągnęła ramiona do zachodzącego słońca z uśmiechem takim, jakby witała kogoś idącego jej na spotkanie z tej powodzi światła. Poleciła mi, bym zaniosła ostatnie pozdrowienie temu, którego kochała, i prosiła o przebaczenie, że żoną jego zostać nie mogła, gdyż nie zezwolił na to dobry król.

    1595

    Ale nie miałam odwagi powiedzieć temu człowiekowi, że jest mordercą, nie miałam siły obarczyć go takim brzemieniem. A jednak mordercą był w istocie, wszak prawda, Elżbieto, gdyż podstępem zdobył jej miłość!

    1596

    Hrabina dawno już przestała bawić się kwiatkami. W tej chwili wstała, a anemony upadły na ziemię.

    1597

    — Anno! — rzekła. — Przez cały ciąg opowiadania zwodziłaś mnie. Twierdzisz, że to stara historia, że człowiek ten nie żyje. Tymczasem wiem przecież, że Ebba zmarła ledwie pięć lat temu, a sama, jak powiadasz, byłaś świadkiem wszystkiego. Nie jesteś przecież stara! Powiedz mi nazwisko tego człowieka.

    1598

    Anna Stjärnhök wybuchła śmiechem.

    1599

    — Chciałaś historyjki miłosnej, przeto opowiedziałam ci coś, w czym nie brakło ni powodu do łez, ni niepokoju.

    1600

    — Więc to nieprawda?

    1601

    — Czysty wymysł od początku do końca!

    1602

    — Jesteś nieznośna, Anno!

    1603

    — Może być; ale wiedz, że wcale nie jestem szczęśliwa. No, dość tego, damy się już obudziły, a panowie wrócili do salonu. Chodźmy do nich!

    1604

    W progu spotkały Göstę Berlinga, który przyszedł dowiedzieć się, co robią.

    1605

    — Musicie panie poświęcić mi parę chwil! — powiedział ze śmiechem. — Nie potrwa to dłużej jak dziesięć minut, ale rad bym przeczytać paniom swe wiersze!

    1606

    Opowiedział, że minionej nocy miał sen tak żywy jak nigdy dotąd. Marzyło mu się, iż pisze wiersze. Zwano go dotąd poetą, ale przezwisko to nosił niezasłużenie, bo nie miał na sumieniu ni jednego wiersza. Zeszłej atoli nocy wstał, i na poły jeno przytomny, siadł pisać. Rano znalazł na biurku spory poemat, czego się zgoła nie spodziewał po sobie.

    1607

    Rzekłszy to zaczął czytać:

    Księżyc już zeszedł… o urocza chwilo!

    Zaczarowany blask srebrnej poświaty

    Lśni na werandzie, wkoło lilii kwiaty

    Lekko na wietrze kielichy swe chylą.

    Na białych stopniach, cisi, zamyśleni,

    Siedzimy — milcząc… i młodzi, i starzy…

    Każdemu w duszy pieśń srebrna się marzy,

    Pieśń księżycowa — czas białych kamieni

    I czar twój, cicha i urocza chwilo…

    Z grządek rezedy dolatują wonie,

    A tam, gdzie drzewa czernieją jak duchy,

    Cień na srebrzystej chybota się trawie…

    Wtedy ku światłu lekkimi podmuchy

    Wiatru niesiony — duch, uskrzydlon prawie,

    Wzlatuje w gwiazdy, hen na nieboskłonie,

    Ciężkich cielesnych pozbywszy się oków.

    O, jakże miło wzdychać do obłoków,

    Gdy z grząd rezedy dolatują wonie.

    *

    Na ziemię cicho opada kwiat róży,

    Gdy czar jej więdnie w gorące dni lata.

    Gdybyż tak człowiek rozstawał się z życiem

    Jesienią, kiedy natura bogata

    Złota swych liści zbywa się obficie!

    Gdyby jak dźwięk mógł przebrzmieć — i ujść burzy,

    Która na ziemi gromy jeno miota,

    Walczącym śmierci otwierając wrota!

    O, gdyby człowiek marł jak płatek róży!

    W górze trzepocą skrzydła nietoperza,

    Który wśród skrzących gwiazd zatacza koła —

    A w piersi serce szybciej ci uderza,

    Pyta i z lękiem o odpowiedź woła:

    Dokąd podąża wyzwolona dusza?

    Czy przez mrok śmierci w jasne idzie kraje?

    Bowiem w tę podróż każdy sam wyrusza…

    Łatwiej odgadniesz drogę nietoperza.

    Drżąca, o pierś mą opierając czoło,

    Ta, którą zwałem moją ukochaną,

    Szepnęła cicho: „Nigdy nie uwierzę,

    Żeby po śmierci w krainę nieznaną

    Szła moja dusza. Któż przyjmie ją szczerzej

    Niż twoje serce! Tutaj kres mozołom,

    Tu moja przystań… Idę w twe ramiona!…”

    Biada! Czyż miła naprawdę już kona?

    Czyżbym ostatni raz całował czoło?

    *

    Minęły lata… w wieczornej godzinie

    Wracam do wspomnień… jakiż lęk mnie zbiera,

    Gdy srebrny księżyc na niebo wypłynie,

    Co pocałunków mych świadkiem był nieraz…

    On widział łzy w jej oczach, widział drżenie,

    Gdy o swej śmierci mówiła mi, smutna.

    O, bólu wspomnień! O męko okrutna!

    Czuję jej bliskość, rozmawiam z jej cieniem,

    Co się splótł ze mną w tej czaru godzinie…

    1608

    — Gösto — powiedziała Anna żartobliwie, chociaż strach ściskał ją za gardło. — Powiadają, że przeżyłeś sam jeden więcej poematów, niźli ich napisali wszyscy poeci nasi. Ale sądzę, że najlepiej będzie, jeśli poprzestaniesz na dawnym sposobie. Ten wiersz to przecież nocna robota, od razu poznać.

    1609

    — Ostry z ciebie sędzia, Anno.

    1610

    — Że też ci nie wstyd przychodzić tutaj i czytać nam o śmierci i cierpieniu!

    1611

    Gösta nie słuchał jej i patrzył nieustannie na hrabinę. Siedziała sztywna i nieruchoma jak posąg, jakby za moment zemdleć miała.

    1612

    Wreszcie wyrzuciła z trudem wielkim:

    1613

    — Idź!

    1614

    — Kto ma iść? — spytał. — Czy ja?

    1615

    — Proboszcz ma sobie iść!

    1616

    — Elżbieto! Milczże! — zawołała Anna.

    1617

    — Zapity proboszcz winien opuścić mój dom!

    1618

    — Anno! Anno! — powiedział Gösta. — Cóż to wszystko znaczy?

    1619

    — Anno! — rzekła hrabina. — Powiedz mu, powiedz mu…

    1620

    — Nie, pani hrabino! — rzekł stanowczo. — Chcę to usłyszeć od pani!

    1621

    Zacięła zęby, chcąc się opanować.

    1622

    — Panie Berling! — rzekła podchodząc doń. — Masz pan przedziwny talent. Sprawiasz pan, że ludzie zapominają, kim pan jesteś. Nie wiedziałam tego i ja do tej pory. Usłyszałam dopiero co historię Ebby Dohny, która ściągnęła na siebie śmierć przekonawszy się, że człowiek ukochany nie jest jej godny. Z poematu pańskiego powzięłam przekonanie, że pan właśnie jest tym człowiekiem. Nie pojmuję doprawdy, jak pan śmiesz z taką przeszłością pokazywać się w domu porządnej kobiety! Nie rozumiem tego! Czy wyraziłam myśl swą już jasno, panie Berling?

    1623

    — Pani hrabina jasno wyraziła swą myśl — odparł. — Jedno słowo tylko dodam na swe usprawiedliwienie. Byłem przekonany, że pani zna moje życie. Nie taiłem nigdy niczego. Ale nikomu niemiło słuchać, jak inni rozprawiają na ulicach o największej klęsce jego życia, a już trudno to chyba samemu głosić.

    1624

    Wyszedł, a w tej samej chwili hrabina Dohna rozdeptała drobną stopą bukiecik anemonów, małych niebieskich gwiazdek.

    1625

    — Uczyniłaś, com chciała! — powiedziała Anna twardo. — Ale przyjaźń nasza skończona! Nie przebaczę ci nigdy okrucieństwa tego. Odepchnęłaś go, wyszydziłaś i zraniłaś jego duszę, ja zaś chętnie poszłabym za nim do więzienia lub pod pręgierz, gdyby trzeba było. Będę go strzegła i chroniła. Uczyniłaś, com chciała, ale ci tego nie przebaczę nigdy!

    1626

    — Ależ Anno! Anno! — zawołała hrabina.

    1627

    — Nie sądź, że z radością opowiadałam ci to wszystko. Wyrywałam sobie kawałkami serce z piersi.

    1628

    — Czemużeś to uczyniła?

    1629

    — Czemu? Oto nie chciałam… nie chciałam, by został kochankiem zamężnej kobiety!

    13. Panna Maria

    1630

    Cicho… sza!

    1631

    Coś mi brzęczy ponad głową… Pewnie przeleciała pszczoła.

    1632

    Ach, nie! Cicho… sza! Cóż za zapach! Przysięgam, że pachną lewkonie, bez i narcyzy. Jakąż rozkoszą przepaja zapach taki w jesienny, szary wieczór w mieście. Ile razy wspomnę o pewnym, niezrównanym zakątku ziemi, czuję zaraz woń, słyszę brzęk i ni stąd, ni zowąd znajduję się w małym, kwadratowym ogródku różanym, ujętym w ligustrowe żywopłoty. Po rogach widnieją altanki bzu z wąskimi ławkami, a ścieżki wysypane białym piaskiem biegną wokoło grządek w kształcie serc i gwiazd. Las z trzech stron otacza ten ogród. Tu obok rosną jarzębiny i czeremchy, drzewa na pół cywilizowane o pięknych kwiatach, których woń miesza się z zapachem bzu, potem widać brzozy, a za nimi las szpilkowy, prawdziwy las, milczący, ciemny, uroczysty.

    1633

    Po czwartej stronie stoi mały, szary domek.

    1634

    Ogródek ów był przed sześćdziesięciu laty własnością starej pani Moreus, utrzymującej się z wyrobu kołder dla chłopów. Ponadto chodziła gotować po włościańskich zagrodach na uroczystości rodzinne.

    1635

    Drodzy przyjaciele! Życzę wam dużo dobrego, ale nade wszystko krosien i małego ogródka kwietnego. Krosna muszą być składane, staromodne, wielkie, by na nich pracować mogło od razu pięć czy sześć osób. Pracowniczki współzawodniczą z sobą, by ściegi wychodziły jak najładniej i po lewej stronie, zajadają pieczone jabłka, grają w gry towarzyskie, a śmiech rozbrzmiewa tak donośnie, że przerażone wiewiórki spadają z drzew. Życzę wam takich krosien na zimę, ogródka zaś na lato! Nie pragnę dla was ogrodu wielkiego, który więcej pochłania pieniędzy, niż daje radości, jeno małego, dla własnoręcznej uprawy. Pośród grzęd niechaj stoją tam krzaki róż, a u ich stóp wieńcem niechaj kwitną niezabudki; wielokwiatowy, rozwichrzony mak sam się wysieje wszędzie, po brzegach grządek i na środku ścieżek; wreszcie musi tam być ławka darniowa, brunatna od słońca, na której siedzeniu i oparciu wyrasta koniczyna i żółty mniszek.

    1636

    Stara pani Moreus posiadała swego czasu wiele rzeczy. Miała trzy wesołe, pracowite córki i mały domek przy drodze. Miała też mały zapasik grosza na dnie starej skrzyni, grube, jedwabne szale, fotele z wysokim oparciem oraz doświadczenie w wielu rzeczach potrzebnych temu, kto zarabiać musi na chleb powszedni.

    1637

    Najlepsze jednak z wszystkich rzeczy były wielkie krosna, które przez cały rok dawały jej zarobek, oraz ogródek, który ją radował w porze letniej.

    1638

    Dodać jeszcze trzeba, że pani Moreus miała lokatorkę mieszkającą na poddaszu, małą, cherlawą, czterdziestoletnią osobę, zwaną panną Marią. Maria wyrobiła sobie osobliwe poglądy na wszystko, jak to bywa u osób samotnych, których myśli kręcą się tylko dokoła tego, co ich własne oczy kiedyś oglądały.

    1639

    Panna Maria wierzyła, że miłość jest przyczyną wszelakiego zła na tej smutnej ziemi. Co wieczór przed zaśnięciem składała ręce i odmawiała modlitwę, do której zawsze dodawała prośbę, by ją Bóg raczył ustrzec od miłości.

    1640

    — Popadłabym w biedę! — mawiała. — Jestem stara, brzydka i biedna! Niech mnie Bóg broni od zakochania się.

    1641

    Po całych dniach siadywała na swym poddaszu u pani Moreus, robiąc firanki i kapy, sprzedając je chłopom i po dworach okolicznych. Gromadziła grosz, by ziścić swe marzenia, mianowicie kupić mały domek na wzgórzu, naprzeciw kościoła svartsjöńskiego, skąd był widok rozległy wokoło. O miłości słyszeć nie chciała.

    1642

    Gdy w sobotnie wieczory rozbrzmiewały skrzypki grajka, który siedząc na płocie u rozstaju przygrywał młodzieży kręcącej się w fali kurzu, panna Maria nakładała drogi przez las, by tylko nic nie widzieć i nie słyszeć.

    1643

    W letnie wieczory, gdy usłyszała dźwięk skrzypek od rozstaju dróg, gdzie muzykant siedział na podmurówce płota, a młodzież wywijała polkę, aż się kurz unosił, panna Maria robiła wielkie okrążenie, szła przez las, byle nie słyszeć i nie widzieć.

    1644

    W drugie święto Bożego Narodzenia przychodziły ze wsi młode narzeczone, czasem po pięć i sześć naraz, do pani Moreus, która z pomocą córek ubierała je do ślubu. Miały na głowach wianki mirtowe, wysokie, przybrane perłami korony, piękne szarfy z jedwabiu, strojne w róże własnej roboty, i spódnice z wieńcem kwiatów sztucznych u dołu. Wówczas panna Maria zamykała się u siebie, by nie widzieć, jak je ubierano ku czci miłości.

    1645

    Panny Moreus siadywały w zimowe wieczory u krosien w przytulnym saloniku, pieczone jabłka skwierczały, przychodzili w odwiedziny piękny Gösta Berling i dobry Ferdynand, drażniąc się z dziewczętami, wyciągając nitki z igieł i przeszkadzając, tak że panienki stawiały krzywe ściegi. Cały pokój rozbrzmiewał śmiechem, zalotami, przekomarzaniem, a dłonie spotykały się pod krosnami. Wówczas osowiała panna Maria składała swą robotę i szła na górę, gdyż nienawidziła miłości i wszystkich jej przejawów.

    1646

    Znała natomiast zbrodnie miłości i umiała o nich opowiadać. Pojąć nie mogła, że Amor śmie jeszcze pokazywać się na ziemi, mimo skarg opuszczonych, klątw tych, których uczynił występnymi, oraz krzyków rozpaczy wszystkich zakutych przezeń w kajdany. Dziwiła się, iż ulata dotąd tak lekko na skrzydłach nie strącony w przepaść udręką i wstydem.

    1647

    Była i ona, jak wszyscy, kiedyś młoda, ale miłości nie mogła znosić nigdy. Nie dała się ponieść tańcowi, nie uległa pieszczocie. Gitara matki wisiała bez strun i zakurzona na strychu, a ona nigdy nie nuciła pieśni do jej wtóru.

    1648

    W oknie poddasza stały matczyne doniczki róż, ale podlewała je skąpo, nie cierpiała bowiem kwiatów, dzieci miłości. Listki zwisały pokryte kurzem, pająki snuły na nich sieci, a pąki nie rozwierały się nigdy. Panna Maria nader też rzadko schodziła do ogrodu pani Moreus, gdzie latały motyle, śpiewały ptaki, kwiaty wabiły pszczoły swą wonią i gdzie wszystko mówiło o przeklętym uczuciu.

    1649

    Zdarzyło się, że gmina svartsjöńska sprawiła do kościoła nowe organy. Fakt ten zaszedł latem, przed rozgospodarowaniem się kawalerów. Przybył młody organmistrz i zamieszkał u pani Moreus w drugim pokoiku na poddaszu, obok panny Marii.

    1650

    Zbudował organy, a miały one przedziwny dźwięk. Potężne tony rozbrzmiewały z nagła, nie wiadomo jakim sposobem, przerywając nieraz łagodny śpiew kościelny, tak że aż dzieci zaczynały płakać ze strachu.

    1651

    Młody organmistrz nie był może nader biegły w swej sztuce, miał natomiast wesołe usposobienie, błyszczące oczy i uprzejmy uśmiech dla wszystkich, starych czy młodych, biednych czy bogatych. Niebawem stał się przyjacielem wszystkich w domu — nawet więcej niżeli przyjacielem.

    1652

    Wróciwszy wieczorem z roboty trzymał pani Moreus motek przędzy, pracował wraz z dziewczętami w ogrodzie, deklamował Aksela[20], śpiewał Fritjofa[21], podnosił pannie Marii kłębek, ile razy upadł na ziemię, a nawet doprowadził do porządku stary jej zegar stołowy, który zaczął chodzić na nowo.

    1653

    Na każdej zabawie tańczył z wszystkimi, od najstarszej kobiety do małej dziewczynki, a ile razy przydarzyło mu się coś niemiłego, siadał przy pierwszej lepszej spotkanej kobiecie i zwierzał się jej. Był to mężczyzna, o jakim marzą we śnie serca kobiece. Nie mówił z żadną o miłości, ale po kilkutygodniowym pobycie na poddaszu pani Moreus zakochały się w nim wszystkie trzy dziewczęta, a nawet panna Maria musiała przyznać, że daremne były wszystkie jej modlitwy.

    1654

    Nastał czas cierpienia i radości. Łzy spadały na krosna zamazując linie kredą ciągnione, wieczorami siadywały często blade marzycielki po altanach bzowych, a nawet gitara panny Marii otrzymała nowe struny i stara panna nuciła dawne, zasłyszane niegdyś u matki pieśni.

    1655

    Młody atoli organmistrz chodził swobodnie, w beztrosce zupełnej po świecie, śmiał się i czynił przysługi wszystkim stęsknionym kobietom, które kłóciły się o niego, podczas gdy z dala od nich pracował w kościele. Nadszedł wreszcie dzień jego odjazdu.

    1656

    Furmanka stanęła przed bramą, kuferek przywiązano z tyłu i młodzian zaczął się żegnać. Pocałował w rękę panią Moreus, objął po kolei trzy dziewczęta i wycałował im policzki. Sam też płakał, żal mu było opuszczać szary domek, gdzie przeżył tak piękne lato. W końcu obejrzał się za panną Marią.

    1657

    Ubrana w najlepszą suknię, zeszła po wąskich schodach. Gitara na jedwabnej wstędze zwisała jej na szyi, w ręku zaś niosła pęk róż rozkwitłych tego roku w doniczkach matki.

    1658

    Stanąwszy przed młodzieńcem, zaczęła brząkać i zanuciła:

    Choć pożegnania bije dzwon,

    Niech obcy kraj cię nie omami —

    Wróć do värmlandzkich naszych stron,

    O, wróć do domku pod różami.

    1659

    Potem zatknęła mu na piersiach bukiet, pocałowała w same usta i uciekła co prędzej po schodach. Tak uczyniła biedna stara panna!

    1660

    Zemściła się na niej miłość czyniąc ją pośmiewiskiem, ale panna Maria nie urągała jej odtąd nigdy, nie rzucała gitary do lamusa i podlewała starannie doniczki matczynych róż.

    1661

    — Lepiej smucić się i kochać — mawiała — niż żyć bez miłości w weselu.

    1662

    Czas płynął. Majorową wygnano z Ekeby, kawalerowie objęli ster spraw, a w końcu, jak opowiedziałam, w pewne niedzielne popołudnie Gösta Berling odczytał hrabinie Elżbiecie swój poemat i został wygnany z Borgu.

    1663

    Powiadają, że wychodząc z bramy Gösta zobaczył kilkoro sanek właśnie zajeżdżających. W pierwszych siedziała małego wzrostu dama, a na jej widok zrobiło mu się jeszcze smutniej na duszy. Odszedł szybko, by go nie poznała, ale ogarnęło go przeczucie jakiegoś nieszczęścia. Czyżby to rozmowa z hrabiną Elżbietą wyczarowała przybyłą? Nieszczęścia chadzają zwykle w parze.

    1664

    Zbiegła się służba, zaczęto odpinać futrzane pokrowce i skórzane fartuchy. Przybyła w istocie Märta Dohna, słynąca w okolicy szeroko.

    1665

    Była to najweselsza i najlekkomyślniejsza pod słońcem kobieta. Radość życia uczyniła ją królową i osadziła na tronie uciechy. Poddanymi jej były zabawy wszelakie i żarciki. Zabawa, tany i przygody przypadały jej w udziale, gdy rozdawano losy życia, a chociaż dosięgała pięćdziesiątki, zwyczajem mędrców nie liczyła swych lat. Mawiała, że ten jest stary, kto nie może się już śmiać i tańczyć. Nie czuła brzemienia wieku.

    1666

    Za czasów jej młodości radość chwilami tylko gościła na tronie, ale owe nagłe zmiany czyniły życie jej królewskiej mości tym zabawniejsze. Jednego dnia jej królewska mość o motylich skrzydłach urządziła podwieczorek w apartamentach dam dworu na sztokholmskim zamku, nazajutrz tańczyła w Paryżu, ubrana we frak, uzbrojona w sękatą laskę, odwiedziła Napoleona w obozie, żeglowała okrętem Nelsona po błękitnym Morzu Śródziemnym, wzięła udział w Kongresie Wiedeńskim, a w noc przed słynną bitwą ruszyła mimo wszystko do Brukseli na bal. Wszędy, gdzie panowała radość, panowała również jej ulubienica, hrabina Märta Dohna. Czegóż nie widziała, czego nie przeżyła. Tańczono, gdy waliły się trony, grano w écarté[22] o całe księstwa, z powodu lekko rzuconego żartu rozpętywano niszczycielskie wojny.

    1667

    Na wesołych uciechach zeszło jej życie i nadal zamierzała je tak spędzać. Ciało jej nie było za stare do tańca ani serce do kochania. Nie sprzykrzyły się jej wcale maskarady i widowiska, zabawy, anegdoty i sentymentalne pieśni.

    1668

    Ile razy na świecie zamienionym w pobojowisko radość traciła chwilowo siedzibę swoją, hrabina udawała się na pewien czas do starego pałacu hrabiowskiego nad Lövenem. Tam też zjechała, kiedy za czasów Świętego Przymierza władcy stracili humor i ich dwory posmutniały wielce. W tym to czasie uznała hrabina Märta za stosowne uczynić Göstę Berlinga nauczycielem syna swego. Czuła się dobrze w Värmlandii, a radość nie miała chyba piękniejszego przybytku. Panował tu śpiew i zabawy, mnóstwo było żądnych przygód mężczyzn i pięknych, wesołych kobiet, nie brakło uczt i balów, przejażdżek łodziami żaglowymi po jeziorze przy księżycu i szlichtad przez ciemne bory, nie zbrakło też wstrząsających wydarzeń, miłości, uciech i cierpienia.

    1669

    Od śmierci córki, to znaczy od lat pięciu, przestała hrabina Märta bywać w Borgu, teraz przybyła jednak zobaczyć, jak żyje jej synowa pośród lasów jodłowych, zasp śnieżnych i niedźwiedzi. Uznała za swój obowiązek przekonać się, czy głupi Henryk nie zanudził na śmierć żony, i postanowiła stać się dobrym duchem ogniska domowego. Wiozła słońce i szczęście starannie zapakowane w czterdziestu skórzanych kufrach, wesołość była jej garderobianą, żart stangretem, a zabawa damą przyboczną.

    1670

    Wbiegła na schody i została przyjęta z otwartymi ramionami. Apartamenty jej na parterze czekały w pogotowiu, toteż niebawem znalazło się tam, jedno po drugim, wszystko: kamerdyner, garderobiana, dama do towarzystwa, czterdzieści skórzanych kufrów, trzydzieści pudeł z kapeluszami, nesesery, szale i futra. Zapanował w całym domu ruch, zamykano i otwierano drzwi, biegano po schodach — słowem, poznać było, że przyjechała hrabina Märta.

    1671

    Nastał piękny wieczór wiosenny, cudowny wieczór, mimo że był dopiero kwiecień i lody jeszcze nie stopniały. Panna Maria siedziała u siebie przy otwartym oknie, brząkała na gitarze i śpiewała.

    1672

    Zatopiona w grze i wspomnieniach, nie zauważyła, że przed domkiem zatrzymał się powóz. Siedziała w nim hrabina Märta, patrząc z zaciekawieniem na starą pannę, która przygrywała na gitarze zawieszonej na piersi i wzniósłszy w niebo oczy nuciła staromodne, sentymentalne pieśni.

    1673

    Hrabina wysiadła w końcu i weszła do pokoju, gdzie siedziały u krosien dziewczęta. Hrabina Märta nie była wcale dumna, gdyż owiał ją wiatr rewolucji i tchnął świeże powietrze w płuca.

    1674

    — Nie jej wina — mawiała — że jest hrabiną. Pragnęła żyć wedle swego upodobania i w rzeczy samej bawiła się równie dobrze na chłopskim weselu jak na balu dworskim. Gdy nie miała innego audytorium, odgrywała przed dziewczętami służebnymi sceny ze sztuk teatralnych, a swą ładną twarzyczką i niespożytą radością życia ożywiała każde zebranie towarzyskie.

    1675

    Zamówiła u pani Moreus kilka kołder, pochwaliła dziewczęta, rozejrzała się po ogródku i jęła opowiadać o przygodach podróży, gdyż zawsze miewała przygody. Wreszcie odważyła się wejść po straszliwie wąskich schodach i złożyła pannie Marii wizytę na poddaszu.

    1676

    Objęła czarnymi oczami samotną, małą istotę i zaczęła do niej mówić melodyjnym, przymilnym głosem. Kupiła firanki. Nie mogłaby żyć w pałacu borgijskim bez siatkowych firanek panny Marii we wszystkich oknach i bez serwet na wszystkich stołach — powiedziała.

    1677

    Potem wzięła gitarę i śpiewała o miłości i weselu. Naopowiadała Marii przeróżnych historyjek, tak że stara panna czuła się wciągnięta w wesoły wir świata. Hrabina śmiała się tak wdzięcznie, że zaczęły śpiewać przemarzłe jeszcze ptaki w ogródku. Twarz hrabiny Märty, mimo zniszczonej szminką cery i rysu wyuzdanej zmysłowości w kątach ust, wydała się pannie Marii tak piękna, że dziwiło ją, iż odbicie jej w małym lusterku ściennym znika, gdy się odeń odwróci, a nie zostaje na szklistej powierzchni na zawsze. Odchodząc ucałowała hrabina starą pannę i zaprosiła ją do Borgu.

    1678

    Serce panny Marii puste było niby jaskółcze gniazdo w Boże Narodzenie. Wolną będąc tęskniła za kajdanami, jak każdy stary, obdarzony swobodą niewolnik.

    1679

    Zaczął się teraz dla panny Marii okres radości i cierpienia jednocześnie, ale trwał jeno tydzień. Hrabina zabierała ją bardzo często do Borgu, odgrywała przed nią sceny teatralne i naopowiadała tyle o swoich kochankach, że stara panna śmiała się jak nigdy w życiu. Zaprzyjaźniły się i niebawem hrabina poznała historię młodego organmistrza i scenę pożegnania. Doprowadziła do tego, że panna Maria przygrywała o zmierzchu w błękitnym gabinecie na gitarze i śpiewała pieśni miłosne. Patrząc na chude, suche palce i brzydką głowę starej panny, zarysowaną na czerwonym niebie zachodu, hrabina mawiała, że biedna panna Maria przypomina rozmarzoną burgrabiankę. Wszystkie pieśni mówiły o zakochanych pasterzach i okrutnych pasterkach, a panna Maria śpiewała je głosem tak cienkim, że hrabina, co jest zrozumiałe, znajdowała niezmierną uciechę w całej tej komedii.

    1680

    Z okazji przybycia matki pana domu wydano też oczywiście wspaniałą ucztę w pałacu borgijskim. Jak zawsze panowała wielka radość w gronie biesiadników, które było nieliczne, gdyż przybyli jeno najbliżsi sąsiedzi.

    1681

    Sala jadalna mieściła się na parterze, więc po uczcie goście nie poszli na piętro, lecz udali się do apartamentów hrabiny Märty, położonych obok jadalni.

    1682

    Hrabina ujęła gitarę panny Marii i zaczęła grać i śpiewać. Wesoła była hrabina Märta, umiała naśladować głosy i gesty ludzi, tego zaś wieczoru wpadło jej do głowy udawać pannę Marię. Podniosła oczy w niebo i zanuciła cienkim, chrypliwym głosem.

    1683

    — Nie! Nie! Pani hrabino! — zawołała błagalnie stara panna. Ale hrabinie sprawiało to przyjemność, a goście śmiali się, chociaż czuli krzywdę biednej panny Marii.

    1684

    Hrabina wzięła z czarki garść suchych liści różanych, przybrała tragiczną postawę, przystąpiła do starej panny i zaśpiewała:

    Choć pożegnania bije dzwon,

    Niech obcy kraj cię nie omami —

    Wróć do värmlandzkich naszych stron,

    O, wróć do domku pod różami.

    1685

    Skończywszy wysypała jej liście na głowę. Goście śmiali się, a panna Maria, ogarnięta okrutnym gniewem, wyglądała, jakby chciała wydrapać hrabinie oczy.

    1686

    — Jesteś złą kobietą, Märto Dohna! — zawołała. — Żadna uczciwa osoba nie powinna się z tobą zadawać!

    1687

    Na te słowa gniew zatrząsł również hrabiną i krzyknęła:

    1688

    — Wyrzucić mi precz pannę. Mam dość jej idiotyzmów!

    1689

    — Pójdę sobie! — odparła. — Ale wpierw proszę mi zapłacić za kapy i firanki.

    1690

    — Za to paskudztwo ona chce jeszcze pieniądze? — krzyknęła hrabina. — Weź sobie wszystko z powrotem! Nie chcę patrzyć na te okropności!

    1691

    Hrabina zaczęła zrywać firanki i kapy i rzuciła je z pasją pod nogi panny Marii.

    1692

    Następnego dnia młoda hrabina poprosiła teściową, by się pogodziła z panną Marią, ale hrabina słyszeć o tym nie chciała. Stara pewnie już się jej znudziła. Wówczas hrabina Elżbieta pojechała do panny Marii, kupiła cały jej zapas firanek i zawiesiła w swoich pokojach na pierwszym piętrze. Było to wielkim dla starej panny zadośćuczynieniem.

    1693

    Hrabina Märta czyniła często synowej przytyki z powodu jej upodobania do siatkowych firanek, potem jednak zamilkła. Umiała ukryć swój gniew całymi latami, tak że nie traciła nic na swej sile. Była bowiem osobą obdarzoną wielkimi zdolnościami.

    14. Kum Kristofer

    1694

    Na górze, w skrzydle kawalerskim, żył stary ptak drapieżny. Siedział zawsze przy kominku i pilnował, by ogień nie zagasł. Był rozczochrany i szpakowaty. Mała głowa o wielkim nosie i zagasłych na poły oczach pochylała się smutnie na długiej, chudej szyi, ujętej w futrzany kołnierz. Dziki ten ptak nosił zimą i latem futro.

    1695

    Ongiś należał do stada, które w orszaku wielkiego cesarza przewaliło się przez Europę, dziś atoli nikt już nie mógł odgadnąć, jakie wówczas nosił imię i rangę. W Värmlandii wiedziano tylko, że brał udział w wielkiej wojnie, że odznaczył się w krwawych bitwach i opuścił po roku 1815 niewdzięczną ojczyznę swoją. Szwedzki następca tronu wziął go w opiekę i poradził, by znikł w dalekiej Värmlandii. Czasy nastały takie, że zwolennicy męża, przed którym drżała Europa, radzi byli, że nikt nie zna ich nazwiska.

    1696

    Dał on słowo następcy tronu, że nie opuści, bez konieczności, miejsca pobytu i nie powie, kim jest, po czym zjawił się w Ekeby z listem arcyksięcia do majora i został ulokowany w rezydenckim skrzydle.

    1697

    Łamano sobie zrazu głowę, jaka to znana osobistość kryje się pod przybranym nazwiskiem, z biegiem czasu atoli stał się prawdziwym Värmlandczykiem i rezydentem. Zwano go kumem Kristoferem, nie wiedząc dobrze, skąd się wzięło to miano.

    1698

    Niełatwa to jednak rzecz dla drapieżnego ptaka żyć w klatce. Nawykł do czegoś innego niźli skakanie ze szczebla na szczebel i jedzenie z ręki karmiciela. Krew jego, podniecona niegdyś grozą śmierci i grzmotem bitew, znieść nie mogła sennego pokoju.

    1699

    Co prawda, inni kawalerowie nie byli także obłaskawionym ptactwem, nikt jednak nie burzył się jak kum Kristofer. Czasem tylko polowanie na niedźwiedzia — i kobieta, jedna, jedyna kobieta, mogła w nim ożywić ducha.

    1700

    Odżył po raz ostatni przed dziesięciu laty, zobaczywszy hrabinę Märtę, podówczas już wdowę, kobietę niebezpieczną i zwodniczą jak wojna, podniecającą jak śmierć, pełną werwy i życia. Pokochał ją.

    1701

    Oto minęło lat pięć od czasu, jak ją po raz ostatni widział. Siedział samotny, starzał się i siwiał obumierając z wolna niby orzeł w niewoli i nie mógł jej wziąć za żonę. Z każdym rokiem stawał się chudszy, a zimno coraz bardziej mu dokuczało. Wciąż głębiej właził w futro i przysuwał się do ognia.

    1702

    Siedzi i teraz przemarzły, rozczochrany, siwy. Jest ranek tego dnia, w którym wieczorem oddane zostaną strzały wielkanocne, i spalona słomiana kukła. Wszyscy kawalerowie wyjechali, on został przy piecu.

    1703

    Ach, kumie Kristoferze, czyż nic nie wiesz?

    1704

    Wszakże nadeszła wiosna, uśmiechnięta, kusząca!

    1705

    Przyroda zbudziła się z ołowianego snu, a w niebieskawych obłokach wirują istotki lekkoskrzydłe, igrające powabnie. Twarzyczki ich, przytulone do siebie, wyglądają z chmur jak kwiecie dzikiej róży i wołają na wszystkie świata strony: „Radujcie się wszyscy, nadeszła wiosna!”

    1706

    Matka-ziemia znów ożyła. Wyłania się jak swawolne dziecko z wiosennych powodzi i deszczów. Kamienie na roli lśnią z rozkosznego zadowolenia. „Nuże, włączmy się w obieg życia — wołają wesoło najdrobniejsze atomy. — Będziemy jako skrzydła unosić się w czystym powietrzu. Będziemy błyszczeć na zapłonionych liczkach młodych dziewcząt”.

    1707

    Wesołe wiosenne duszki wnikają wraz z wodą i powietrzem do krwi, trzepocą się jak węgorze i wprawiają serce w ruch. Wszędzie rozbrzmiewa ten sam ton. Lekkoskrzydłe istoty lgną mocno do serc, do kwiatów, do wszystkiego, co się porusza i drga, i głosem jak dźwięk tysiąca dzwonów oznajmiają światu wesołą nowinę:

    1708

    „Radość i uciecha! Radość i uciecha! Przyszła luba wiosna!”

    1709

    Ale kum Kristofer siedzi nieruchomy i o niczym nie wie. Głowę pochylił na kościste, zesztywniałe dłonie i śni o deszczu kul oraz drzewie sławy, co rośnie na polu bitwy. Róże mu kwitną i wawrzyny w duszy, nie potrzebujące słodyczy maja.

    1710

    Biedny stary wygnaniec mieszka w rezydenckim skrzydle, z dala od swej ziemi i narodu, nie słysząc ni słowa w ojczystym języku; losem jego grób bezimienny na broeńskim cmentarzu! Cóż winien, że jest orłem zrodzonym po to, by ścigać i zabijać?

    1711

    Kumie Kristoferze! Zbyt długo siedziałeś i marzyłeś w skrzydle rezydentów! Wstań i wychyl pieniący się puchar życia! Wszakże dziś właśnie nadszedł list królewski ze szwedzką pieczęcią pod adresem majora, ale treść jego ciebie dotyczy. Dziwnie wyglądałeś, ptaku drapieżny, czytając list ten, oczy ci rozbłysły, a głowa podniosła się w górę. Klatka otwarta, masz przed sobą świat cały i skrzydła rozpostrzeć możesz.

    1712

    Kum Kristofer sięga na samo dno skrzyni. Dobywa starannie przechowany uniform haftowany złotem i ubiera się weń. Na głowę wdziewa zdobny piórami kapelusz i odjeżdża z Ekeby na wspaniałym białym rumaku.

    1713

    To całkiem co innego, niż marznąć i siedzieć nieruchomo za piecem. Kum Kristofer uczuł, że nadeszła wiosna.

    1714

    Wspina się w strzemionach i zmusza konia do galopu. Dolman[23] podszyty futrem polata z wiatrem i powiewają pióra. Odmłodniał jak ziemia, zbudził się po długim śnie zimowym. Stare złoto połyska. Pod trójgraniastym kapeluszem błyszczy dumą zuchowata twarz.

    1715

    Przedziwna to jazda! Pod stopami jego wytryskają źródła i kwitną zawilce. Przelotne ptaki krzyczą i cieszą się jego wolnością. Cała przyroda raduje się wraz z Kristoferem.

    1716

    Jedzie wspaniały zwycięzca. Wiosna pędzi przodem na lotnej chmurze. Lekka i wesoła, dmie w róg rozradowana, podskakuje w siodle. A wokół kuma Kristofera tłoczy się cała gromada dawnych towarzyszy broni. Szczęście stoi za nim w strzemionach, chwała jedzie na dumnym wierzchowcu i miłość na ognistym arabie.

    1717

    Przedziwna to, zaprawdę, jazda i przedziwny jeździec. Tuż nad nim woła drozd leśny, znający mowę ludzką:

    1718

    — Dokądże to zdążasz, kumie Kristoferze? Dokądże pędzisz?

    1719

    — Do Borgu! W konkury! — odpowiada.

    1720

    — Nie jedź do Borgu! Nie jedź tam! Bezżenni nie mają trosk na głowie! — woła za nim drozd.

    1721

    Ale on nie baczy na przestrogi. Pędzi na przełaj, na łeb, na szyję, aż stanął u celu. Zeskakuje z siodła, wiodą go do hrabiny.

    1722

    Wszystko dzieje się po myśli. Hrabina Märta wita go uprzejmie. Kum Kristofer czuje, że zgodziłaby się nosić jego dumne nazwisko i osiąść w jego zamku. Siedzi, nie mówi nic i zwleka z pokazaniem królewskiego listu. Raduje go ta zwłoka.

    1723

    Rozmawiają, hrabina opowiada mu różne historie, on zaś śmieje się i podziwia wszystko. Siedzą właśnie w komnacie, gdzie hrabina Elżbieta zawiesiła siatkowe firanki mamzel[24] Marii. Więc mu hrabina opowiada ich historię. Opowiada najzabawniej w świecie.

    1724

    — Otóż tak zła jestem, spójrz pan! — kończy. — Tu wiszą owe firanki jako pokuta dla mnie. By mi wciąż przypominać mój grzech. Szkaradna robota siatkowa! Pokuta moja nie ma granic.

    1725

    Wielki wojownik, kum Kristofer, patrzy na nią błyszczącymi oczyma.

    1726

    — Ja także jestem biedny i stary! — powiada. — Przez lat dziesięć siedziałem pod piecem i tęskniłem za ukochaną. Czy jaśnie pani i z tego także raczy drwić?

    1727

    — O nie! To całkiem inna sprawa! — odpowiada hrabina.

    1728

    — Bóg mi zabrał szczęście i ojczyznę i musiałem jeść chleb obcych ludzi! — rzekł kum Kristofer poważnym głosem. — Od tego czasu nauczyłem się szanować biedę.

    1729

    — Pan także? — zawołała hrabina podnosząc ręce ze zgrozą. — O, jakże cnotliwi są dziś ludzie, Boże drogi, jakże cnotliwi stali się wszyscy!

    1730

    — Tak! — rzekł kum Kristofer. — Proszę zapamiętać me słowa. Jeśliby mi Bóg przywrócił władzę i bogactwo, uczynię zeń lepszy użytek, niżbym miał je dzielić z damą światową, z osobą umalowaną, a bez serca, która urąga nędzy.

    1731

    — Ma pan rację, kumie Kristoferze! — przyznała.

    1732

    Potem wstał i odjechał do Ekeby. Ale nie leciały już za nim duchy ni wołanie drozda i nie widział już wiosny roześmianej. Przybył do Ekeby w chwili, kiedy oddawano strzały wielkanocne i palono „czarownicę”. Tak zwana czarownica wielkanocna to wielka słomiana kukła z głową szmacianą i rysami twarzy nakreślonymi węglem. Ubrana w łachmany biednej komornicy, ma przy boku długie cęgi od ognia i miotłę, zaś na szyi róg z maścią. Gotowa jechać na Blakullę[25].

    1733

    Major Fuchs raz po raz nabijał strzelbę i palił w powietrze. Potem zbudowano wielki stos chrustu, rzucono nań czarownicę i spalono. Kawalerowie czynili wszystko, co mogli, by starym zwyczajem zniweczyć siłę złego ducha.

    1734

    Kum Kristofer patrzył ponuro chwilę, potem dobył spoza wyłogu rękawa wielki list królewski i cisnął go w płomienie. Czemu to uczynił, nie wiadomo. Wyobraził sobie może, że na stosie spłonęła hrabina Märta. Może też pomyślał, że już nic nie pozostało na ziemi cennego, skoro kobieta, którą kochał przez tyle lat, była jeno kukłą ze słomy i łachmanów.

    1735

    Wrócił do skrzydła rezydenckiego, zapalił świecę i schował uniform. Usiadł przy piecu jak przedtem. Z dniem każdym był bardziej rozczochrany i siwy. Obumierał z wolna jak stary ptak drapieżny w niewoli.

    1736

    Niewola jego skończyła się, ale nie chciał używać swobody. Świat mu stanął otworem, mógł ruszyć na pole sławy i zacząć nowe życie, ale zabrakło już siły do rozpostarcia skrzydeł.

    15. Drogi życia

    1737

    Uciążliwe są drogi, którymi tu na ziemi musi wędrować człowiek.

    1738

    Wiodą przez pustynie, bagna i góry.

    1739

    Czemuż troska wędruje bez przeszkody, aż się zabłąka w pustyni, zapadnie w bagno lub spadnie z góry? Gdzież się podziały małe kwiaciarki i królewny z bajki, pod których stopą kwiaty rosły? Gdzie przepadły istoty siejące kwiaty na ścieżkach uciążliwych?

    1740

    Gösta Berling, poeta, postanowił się ożenić. Jął szukać oblubienicy biednej i bez znaczenia, jaka przystała szalonemu proboszczowi. Kochały go piękne kobiety wysokiego rodu, im atoli nie wolno już starać się o niego. Wyklęty szukać musi sobie żony pomiędzy pariasami.

    1741

    Kogóż znajdzie i wybierze?

    1742

    Zjawia się czasem w Ekeby dziewczyna z samotnej wsi pośród gór, przynosząc na sprzedaż miotły. Panuje tam taka nędza, że aż pozbawia wielu ludzi zmysłów. Młoda miotlarka zalicza się do nich właśnie.

    1743

    Ale jest piękna. Gęste, czarne włosy splecione ma w dwa warkocze tak grube, że ledwo zmieścić się mogą na głowie, policzki pełne, nos niezbyt długi, oczy niebieskie. Przypomina melancholijny typ dziewcząt o twarzy Madonny, na jaki natrafić można jeszcze nad Lövenem.

    1744

    Gösta znalazł sobie tedy narzeczoną. Na pół szalona miotlarka to w sam raz żona dla szalonego proboszcza. Trudno o lepszą i trzeba zaraz jechać po obrączki ślubne do Karlstadu. Mieszkańcy wybrzeży löveńskich będą mieli wesoły dzień. Uśmieją się znowu do syta z Gösty Berlinga, jego zaręczyn i ślubu z miotlarką. Będzie to wielka radość! Któż kiedy wymyślił lepszy figiel?

    1745

    Uciążliwe są drogi, którymi musi tu na ziemi wędrować człowiek, pustynne są, wiodą przez bagna i góry.

    1746

    Wyklęty iść musi drogą wyklętych, drogą gniewu, troski i nieszczęścia. Upada i ginie, nie zwracając niczyjej uwagi, nikt mu nie poda dłoni ni rzeźwiącego napoju, a kwiaciareczki i królewny nie sypią kwiatów na twardą ścieżkę, którą stąpa.

    1747

    Młoda, dobra hrabina z Borgu nie przeszkadzała wcale zamysłom Gösty Berlinga, pamiętna swej dobrej sławy, gniewu męża i nienawiści teściowej.

    1748

    Modliła się zań tylko podczas długich nabożeństw w svartsjöńskim kościele, płakiwała nad nim i troskała się, ale nie mogła sypać kwiatów na ścieżkę wyklętego, podać kropli wody rzeźwiącej ni wstrzymać dotknięciem nad brzegiem przepaści.

    1749

    Gösta nie stroił swej wybranej w jedwabie i klejnoty, ale pozwalał jej wędrować, jak zwykle, z miotłami od dworu do dworu; chciał ogłosić zaręczyny dopiero wobec znakomitych panów i dam z całej okolicy podczas wielkiej uczty w Ekeby. Miał ją wówczas przyprowadzić z kuchni, gdzie odpoczywała po wędrówce, brudną, okrytą kurzem, obdartą może, rozczochraną, z obłędnym spojrzeniem i słowami nieprzytomnymi na ustach. Chciał spytać gości, czy stosowną obrał sobie narzeczoną i czy szalony proboszcz nie może być dumny z pięknej oblubienicy o rozmarzonych oczach. Miał zamiar do tej chwili sprawę zataić przed wszystkimi, ale wieść doszła do hrabiny Elżbiety.

    1750

    Cóż jednak mogła poradzić? Nadszedł dzień zaręczyn, już zmierzchało. Hrabina stała w błękitnym gabinecie, spoglądając ku północy i mimo łez w oczach oraz mgły wydawało jej się, że widzi Ekeby. Dostrzegała wyraźnie wielki, trzypiętrowy dom z rzędami oświetlonych okien, wyobraziła sobie, jak nalewają szampana, brzmią toasty, a Gösta Berling ogłasza swe zaręczyny z miotlarką.

    1751

    Czyż zawróciłaby go z drogi wyklętych, gdyby cichutko dotknęła jego ramienia i spojrzała życzliwie? Jedno słowo z jej ust wystarczyło, by pchnąć go do czynu rozpaczy — czyż drugie mogłoby go powstrzymać?

    1752

    Zadrżała na myśl o krzywdzie tej biednej dziewczyny, zwabionej po to, by być zabawką na jeden krótki dzień może. Albo też — tu przejął ją strach, gdy wspomniała grzech, jaki Gösta popełnia na sobie samym — albo też stanie się ona łańcuchem wieczystym u nóg jego, który odbierze mu siłę ducha i nie dozwoli wznieść się wzwyż.

    1753

    Po rozwadze uznała się winną wszystkiemu, gdyż to ona słowem pchnęła go na drogę zatraty. Powołana, by błogosławić i łagodzić, wplotła nowy cierń w koronę grzesznika.

    1754

    Postanowiła, że poleci zaprząc do sanek kare konie, przejedzie przez Löven, wpadnie do sali w Ekeby, stanie przed nim, powie, że nim nie gardzi, że nie wiedziała wówczas sama, co mówi. Uczuła zaraz, że nie potrafi tego zrobić, że się zawstydzi i słowa wypowiedzieć nie zdoła. Jako mężatka, musiała być ostrożna. Powstałyby plotki. Ale jeśli tego nie uczyni, cóż się stanie?

    1755

    Gnało ją z domu.

    1756

    Tu nasunęła jej się myśl, że o tej porze roku żaden koń nie zdoła przebyć jeziora. Lód zaczął topnieć, odstał już od brzegów, popękał i wyglądał groźnie. Woda tryskała spośród kry, potworzyły się czarne sadzawki, a gdzieniegdzie tylko błyszczał lód biały. Większa część jeziora szara była i brudna od roztopu, a ścieżki snuły się po nim niby czarne, długie pasy.

    1757

    Trudno myśleć o podróży! Czyż zezwoliłaby na to świekra, hrabina Märta? Elżbieta musiała wieczorami przesiadywać z nią w salonie i słuchać dawnych historyjek dworskich, w których lubowała się hrabina.

    1758

    Noc nadeszła, mąż wyjechał, była wolna.

    1759

    Jechać nie mogła. Nie śmiała budzić służby, ale strach pędził ją z domu. Nie mogła postąpić inaczej.

    1760

    Uciążliwe są ścieżki ludzkie na tej ziemi, wiodą przez pustynię, moczary i górskie zbocza.

    1761

    Z czymże atoli porównać tę drogę po topniejącym lodzie? A jednak jest to właśnie droga nadobnych kwiaciarek, niepewna, śliska droga tych, którzy leczyć chcą zadane rany, droga naprawy win, lekka droga szybkich nóg, bystrego oka i mężnego, rozmiłowanego serca.

    1762

    Już po północy dotarła do wybrzeża Ekeby. Idąc po lodzie padała, skakała przez szczeliny, przemykała lekko po roztopach, ślizgała się, pełzała. Ciężka to była podróż i hrabina płakała nieraz gorzko. Zmokła i wyczerpała siły, a samotność, ciemność i pustka budziły niepokojące myśli. Tuż pod Ekeby musiała brnąć ku brzegowi w głębokiej po kostki wodzie, wyszedłszy na brzeg nie miała odwagi uczynić cokolwiek. Siadła na kamieniu i zaczęła płakać ze znużenia i bezradności.

    1763

    Strasznymi drogami kroczą ludzie, a małe kwiaciarki padają często obok swego koszyka właśnie w chwili, kiedy dotarły do tych, których ścieżkę kwiatami usłać miały.

    1764

    Młoda, wytworna dama była naprawdę bohaterką. Nie przebyła atoli drogi takiej w słonecznej ojczyźnie swojej. Siedząc teraz na brzegu niesamowitego, strasznego jeziora, znużona i nieszczęśliwa, myśli zapewne o czarownych, kwiatami przybranych ścieżkach południowej krainy, gdzie na świat przyszła.

    1765

    Ach, cóż ją w tej chwili obchodzi północ czy południe!

    1766

    Porwana wirem życia, nie płakała z tęsknoty za ojczyzną. Młoda kwiaciarka, bohaterka znużona płakała, gdyż nie czuła sił, by dotrzeć do tego, któremu drogę ma usiać kwiatami, płakała sądząc, że przybyła za późno.

    1767

    Nagle wybrzeżem przebiegło kilku ludzi nie widząc jej, zaś ona posłyszała, jak jeden zawołał:

    1768

    — Jeśli tama padnie, kuźnia stracona.

    1769

    — I młyn, i warsztaty, i domy wokoło kuźni! — dodał inny.

    1770

    Ożywiona świeżym męstwem rusza za nimi.

    1771

    Młyn i kuźnia ekebijska stały na wąskim przylądku, oblanym potokiem björkeńskim. Pieniąc się spadał w gwałtownych skokach na przylądek, tak że musiano tu zbudować potężną, łamiącą prądy tamę dla ochrony uprawnych pól. Ale tama była stara, a w Ekeby rządzili kawalerowie. Choć droga na tańce i zabawy prowadziła ich często przez te wzgórza, żadnemu nie przyszło do głowy popatrzeć, jakie spustoszenia poczynił mróz i ząb czasu w starej kamiennej tamie.

    1772

    Tymczasem przyszła wiosenna powódź i tama zaczęła drżeć w posadach.

    1773

    Wodospad pod Ekeby to potężne, skalne schody, przez które pędzi potok björkeński. Zawrotnym ruchem rzucają się fale, biją o siebie, miotają pianę, pękają w skałach, stają dęba na pniach naniesionego drzewa, wznoszą grzywy i rycząc pędzą dalej i dalej.

    1774

    Upojone odzyskaną wolnością, oszalałe wiosną, tłuką się fale o kamienny mur. Nadbiegają zadyszane, sapiące, piętrzą się i cofają uderzywszy o kamienie białogrzywą głową. Wre burza straszliwa, odłamki lodu służą za puklerze, pnie za tarany, wszystko to wali w biedny, stary mur, który wygląda, jakby ostrzegał i wołał: „Baczność!” Fala cofa się na chwilę, a jednocześnie oderwany od tamy wielki kamień spada z hukiem w dół, w głąb potoku.

    1775

    Fale jak gdyby się przestraszyły. Milkną, radują się, odbywają naradę, potem zaś ruszają do nowego ataku, ożywione świeżym męstwem. Porywają krę, pniaki i niewyczerpane w podstępach, prowadzą dalej dzieło zniszczenia.

    1776

    — Niechby tylko padła tama — powiadają sobie — dostaniemy się łatwo do kuźni i młyna!

    1777

    Nadchodzi dzień wolności! Znikną wreszcie ludzie i ich dzieła. Uczernili nas oni i usmolili węglem, oprószyli mąką, jak wołom nałożyli jarzmo pracy, zmusili kręcić się w kółko, zamknęli, zatamowali nam bieg, przykazali obracać ciężkie koła i nieść zwaliste kloce drzewa. Lecz teraz wyzwolimy się!

    1778

    Bije swobody godzina! Słuchajcież, fale jeziora björkeńskiego, słuchajcież, bracia i siostry w bagniskach i moczarach, siklawach górskich i strumykach. Podążcież naszym śladem, złączcie się z nami i dopomóżcie strzaskać z grzmotem i sykiem jarzmo stuletnie. Niech padnie zapora tyranii! Śmierć i zagłada Ekeby!

    1779

    Pędzą. Fala za falą pcha się przez granitowe schody; inne tłukąc głowami o tamę pomagają ją zwalić. Upojone odzyskaną wolnością wiosenną, silne, męskie, podmywają kamień po kamieniu, warstwę ziemi po warstwie i opłukują ją wstrząsając chwiejną tamą.

    1780

    Czemuż atoli ludzie pozwalają szaleć dzikim falom bez oporu? Czyż wymarło doszczętnie Ekeby?

    1781

    Nie. Zbiegła się gromadka ludzi, ale nie widzą się wzajem wśród ciemnej nocy i nie wiedzą, dokąd iść. Słów własnych nie słyszą w huku wodospadu, w straszliwym trzasku pędzącej kry i zderzających się pni. Dzikie rozpętanie fal ogarnęło umysły ludzi, zatracili rozum i przytomność.

    1782

    Zaczęły bić dzwony. Niechże słucha, kto ma uszy! Bliscy jesteśmy zagłady, my, zamieszkali przy ekebijskiej kuźni. Potok wali na nas, tama drży i chwieje się, młyn zagrożony, bliskie są zniszczenia nędzne domy nasze, które mimo ich nędzy kochamy bardzo.

    1783

    Falom wydaje się pewnie, że dzwony siostrom-falom dzwonią, gdyż nie widać człowieka. Atoli po lasach i pod moczarami powstaje ruch. Dzwony wołają: „Na pomoc! Na pomoc!” Fale odpowiadają: „Spieszcie się, bracia i siostry! Bliska już chwila wolności!” A poszum fal i jęk dzwonów głoszą śmierć świetności i chwale Ekeby.

    1784

    Raz po raz śpieszą posłańcy do kawalerów, do pałacu.

    1785

    Czyż są oni jednak w nastroju, by myśleć o kuźni i młynie? W przestronnych salach biesiaduje ponad stu gości, a miotlarka czeka w kuchni. Nadszedł moment przedziwnej niespodzianki. Szampan perli się w szklankach, Juliusz wstaje, by wygłosić uroczystą mowę. Starzy awanturnicy z Ekeby radują się myślą o osłupieniu, jakie ogarnie zebranych.

    1786

    W ciemności po lodzie Lövenu idzie hrabina Dohna, by rzec ostrzegawcze słowo Göście, potok sposobi zagładę sławie i honorowi Ekeby, a w wielkiej sali napięcie oczekiwania. Błyszczą światła, wino płynie strumieniami i nikt nie myśli o tym, co się dzieje w burzliwą, ciemną noc wiosenną.

    1787

    Nadszedł moment ostatni. Gösta wstał i ruszył po narzeczoną. Idąc przedsionkiem stanął u szeroko rozwartych drzwi głównych, wyjrzał i usłyszał.

    1788

    Usłyszał dzwony, łomot wodospadu, huk pękającego lodu, trzask tłukących o siebie pni i triumfalny hymn zbuntowanych fal.

    1789

    Zapomniawszy wszystkiego wypadł w ciemną noc. Niechże sobie czekają napełnione szklanki do dnia sądu ostatecznego, niech narzeczona czeka, niech zamrze mowa na ustach mistrza Juliusza! Nie będzie zamiany pierścionków zaręczynowych i zdumienie gości nie ogarnie!

    1790

    Biada wam teraz, buntownicze fale! Oto godzina prawdziwej walki o wolność! Gösta pobiegł nad wodospad, rozpierzchła gromada dostała wodza, obrońca stanął na murze i zaczyna się bój okropny.

    1791

    Słuchajcie, jak Gösta jął wołać na tłum, jak rozkazywał i rozdzielał czynności.

    1792

    — Światła! Przede wszystkim światła nam trzeba. Rogowa latarka młynarza nie wystarcza. Zbierajcie suche gałęzie, znoście je na wzgórze i rozpalcie ognisko! To robota dla kobiet i dzieci! Prędko! Prędko! Ognisko niech zapłonie ogromne! Da ono znać ludziom daleko i przyjdą na pomoc. Baczcie, by nie zagasło. Znoście słomę, susz i gałęzie, niech płomienie biją wysoko…

    1793

    A tu oto robota dla mężczyzn! Trzeba drzewa i belek na zbudowanie tamy ratunkowej. Musimy ją wsunąć przed mur kamienny. Prędko, prędko do dzieła! Budujcie mocno. Miejcie w pogotowiu głazy i wory z piaskiem, by obciążyć nimi rusztowanie, gdy je będziemy na dół spuszczać! Niech walą siekiery, młoty, niech się wżerają świdry w mocne, zdrowe belki, niech skrzypią piły!

    1794

    Gdzież chłopcy? Naprzód, drapichrusty! Brać żerdzie, osęki i dalejże do dzieła! Na tamę! To nic, że was opryskają fale! Odpora atakom, które łamią mur! Na bok odsuwać pniaki i kry lodowe! Jeśli nie ma innej rady, kładźcie się i trzymajcie rękami kamienie. Obejmujcie je w stalowym uścisku! Bębny, nicponie, urwipołcie, draby, do walki! Dalejże wszyscy na mur! Musimy walczyć o każdą piędź ziemi!

    1795

    Gösta stał na krawędzi tamy opryskiwany ciągle pianą, a mur kamienny chwiał mu się pod nogami. Ryczały fale, ale dzikie serce jego rozkoszowało się niebezpieczeństwem, grozą i walką. Śmiał się, rzucał chłopcom dowcipy. Zaprawdę, nie przeżył weselszej nocy.

    1796

    Dzieło ratunku postępowało raźnie, wesoło w niebo biły płomienie ogniska, tętniły siekiery, a tama trzymała się jeszcze. Zbiegli się też inni kawalerowie i chmara gości, nadciągnęli z pobliża i z dala ludzie, a wszyscy pracowali podsycając ognisko, ciosali drzewo, napełniali wory piaskiem, spychali kry i fale z kamiennego muru.

    1797

    Wreszcie skończono tamę obronną i miano ją opuścić na wzmocnienie osłabionego łamacza fal. Trzeba było mieć w pogotowiu głazy, wory, bosaki, liny i osęki oraz pilnować, by niczego nie porwała woda, ziścić zwycięstwo człowieka i zakuć ponownie w dyby zbuntowane fale.

    1798

    Nagle, w decydującym momencie, spostrzegł Gösta postać kobiecą, siedzącą na kamieniu nadbrzeżnym. Nie mógł jej dobrze widzieć przy migotliwym świetle ogniska, poprzez mgłę i pianę, ale spojrzeniem wracał ku niej ciągle. Zdawało mu się, że ta kobieta ma właśnie jemu coś do powiedzenia.

    1799

    Sama jedna tylko siedziała nieruchomo pośród setek pracujących, a oczy Gösty wracały do niej ustawicznie, tak że nie widział poza tym nikogo.

    1800

    Piana ją opryskiwała, fale zwilżały jej stopy, przemokła na wskroś. Ubrana ciemno, w szalu na głowie, z głową opartą na rękach, siedziała skulona, patrząc bezustannie na Göstę stojącego na łamaczu fal. Te wpatrzone weń oczy pociągały go i wabiły. Chociaż nie widział twarzy, nie przestawał ni na chwilę myśleć o kobiecie siedzącej pośród spienionej wody.

    1801

    „Widocznie wodnica Jeziora Löveńskiego przedostała się aż tu, do potoku, by mnie wtrącić w nieszczęście! — pomyślał. — Siedzi i wabi, muszę ją tedy odpędzić”.

    1802

    Naraz wydało mu się, że te wszystkie białogrzywe fale to służba czarnej wodnicy, która je zagrzewa do walki.

    1803

    „Muszę ją koniecznie odpędzić!” — powiedział sobie.

    1804

    Chwycił bosak, skoczył na ląd i ruszył przeciw kobiecie, opuszczając miejsce wodza na szczycie tamy. Pewny był, że moce głębin wystąpiły przeciw niemu. Zresztą nie wiedział już nic, czuł tylko, że musi tę istotę odegnać daleko od brzegu.

    1805

    Ach, Gösto, czemuż to porzuciłeś swe dzieło w tej właśnie chwili, kiedy długi korowód ludzi dźwiga na tamę drewnianą zaporę, by ją spuścić przed kamienny mur! Mają liny, głazy i wory z piaskiem, by je obciążyć i umocować, gotowi, czekają rozkazu.

    1806

    Gdzież jest wódz? Nie słychać głosu, co rozkazuje i włada.

    1807

    Spuszczają więc sami zaporę w wodę. Fale cofają się, rusztowanie zapada w głąb, za nim głazy i wory z piaskiem. Ale czyż dzieło takie może być spełnione bez wodza? Brak ostrożności i porządku. Fale uderzają na nowo, ze wzmożoną wściekłością łamią przeszkodę, odsuwają wory z piaskiem, rwą sznury, spłukują kamienie. Znów zwyciężają! Znowu są górą! Śmiejąc się szyderczo, unoszą z triumfem całe rusztowanie na silnych barach, ciągną je i szarpią — już jest w ich mocy! Precz z nędzną zaporą! Do Lövenu ją cisnąć! I znów przypuszczają szturm na chwiejącą się, bezradną tamę.

    1808

    Tymczasem Gösta polował na wodnicę. Ujrzała, jak mierzy w nią bosakiem, i wstała przerażona. Uczyniła ruch, jakby chciała skoczyć w wodę, ale potem uciekła w stronę lądu.

    1809

    — Wodnico! — krzyknął pędząc i potrząsając nad nią okrutnym drągiem, ona zaś uciekła w gęstwę krzaków, ale nie mogąc się przedrzeć — stanęła.

    1810

    Gösta rzucił bosak i ujął ją za ramię.

    1811

    — Późno dziś jakoś za domem pani hrabina! — powiedział.

    1812

    — Proszę, puść mnie pan! — odparła. — Muszę wracać!

    1813

    Usłuchał natychmiast i odwrócił się.

    1814

    Była jednak nie tylko wytworną damą, ale także niezmiernie dobrą istotą, która cierpiała bardzo, iż wpędzić mogła kogoś w rozpacz. Była też kwiaciarką z koszykiem zawsze pełnym róż, by je sypać pod nogi wędrowców, przeto pożałowała zaraz, podeszła i dotknęła Gösty.

    1815

    — Przyszłam — zaczęła trwożnie — przyszłam do pana… Ach, panie Berling, wszakże nie uczyniłeś pan jeszcze tego… Powiedz pan, że nie!… Przeraziłam się widząc, że pan za mną biegnie, a jednak szukałam pana właśnie. Chciałam prosić, byś zapomniał o tym co powiedziałam niedawno, i bywał u nas w Borgu, jak przedtem.

    1816

    — Jakże pani hrabina tu przybyła?

    1817

    Zaśmiała się nerwowo.

    1818

    — Wiedziałam, że przyjdę za późno, ale nie chciałam wspominać nikomu o tym, zresztą nie można teraz przez jezioro przejechać, jak pan wie.

    1819

    — Pani szła przez jezioro?

    1820

    — Oczywiście! Ale powiedzże pan, czyś się już zaręczył? Pojmie pan, że zależy mi na tym, by tak nie było. To wielka krzywda, a mam uczucie, że jestem wszystkiemu winna. Czemuż pan tak wielkie przypisywał znaczenie mym słowom? Jestem obca i nie znam obyczajów kraju. Tak pusto w Borgu, od kiedy pan przestał nas odwiedzać, panie Berling!

    1821

    Gösta stał pośród mokrych zarośli na bagnistym gruncie, a wydawało mu się, że go ktoś obsypuje mnóstwem róż. Aż po kolana brodził w błyszczących różach i wdychał ich woń.

    1822

    — Czy się to już stało? — spytała ponownie.

    1823

    Czuł, że musi odpowiedzieć i położyć kres jej trwodze, chociaż rozkoszną mu była świadomość, iż ona troszczy się o niego. Jakimże ciepłem i jaśnią przejmuje go myśl, że szła tak długo, tak przemokła, zziębła, że drży ze strachu, a w głosie jej czuć łzy.

    1824

    — Nie! — odparł wreszcie. — Nie zaręczyłem się.

    1825

    Pochwyciła jego dłoń i uścisnęła serdecznie.

    1826

    — Jakżem szczęśliwa! — powiedziała, a pierś jej ściśnięta dotąd trwogą podniosła się z westchnieniem ulgi, z oczu popłynęły łzy.

    1827

    Drogę poety zasypały kwiaty. Stopniały w jego sercu ciemność, złość i uraza.

    1828

    — O, jakże pani dobra! — powiedział. — Jakże dobra!

    1829

    Tuż obok niego fale zagrażały wspaniałości i sławie Ekeby. Ludziom zbrakło wodza, nie stało człowieka, który im dodawał męstwa i nadziei. Padł z hukiem potężny łamacz fal, bałwany zakryły go i ruszyły, zwycięskie, na przylądek, gdzie stała kuźnia i młyn. Ludzie zaprzestali pracować i nie opierając się falom rozpierzchli się, ogarnięci jeno żądzą ratowania życia swego i mienia.

    1830

    Gösta postanowił odprowadzić hrabinę. Młodzi nie widzieli w tym nic złego. Nie mógł jej przecież zostawić w mroku nocy lub pozwolić iść samej przez lód. Obojgu na myśl nawet nie przyszło, że Gösta potrzebny jest teraz w kuźni. Szczęśliwi się czuli, że stara przyjaźń odnowiona.

    1831

    Zdaje się, jakoby w tych młodych sercach zakwitła miłość, któż to jednak wiedzieć może? Baśń ich życia doszła mnie w urywkach jeno, toteż nie wiem niemal nic z tego, co poruszało ich dusze. Trudno mi też objaśnić motywy ich czynów. Wiem tylko, że hrabina postawiła tej nocy na kartę zdrowie, cześć i sławę, by dotrzeć do biedaka i skierować go na właściwą drogę, zaś Gösta wydał na pastwę żywiołu ulubioną posiadłość, by dotrzymać towarzystwa tej, która dlań przezwyciężyła strach przed śmiercią, hańbą i karą.

    1832

    Nieraz szłam za nimi myślą po lodzie w tę noc straszliwą, która zakończyła się tak dobrze. Nie było w ich duszach chyba nic skrytego, co by należało tłumić i odpędzać w czasie tej wędrówki wesołej podczas której opowiadali sobie wydarzenia z czasów rozłąki.

    1833

    Gösta został na nowo niewolnikiem i paziem hrabiny, klęczącym u jej nóg, ona zaś damą jego. Byli radośni i szczęśliwi, a żadne nie wspomniało słowem o miłości. Śmiejąc się brodzili po wodzie, śmiali się znalazłszy drogę, śmiali się błądząc, potykając się, śmiali się padając, wstając, słowem, śmiali się nieustannie.

    1834

    Życie było im od nowa piękną zabawą, oni zaś podobni byli dzieciom, które gniewały się na siebie przez czas pewien. Jakże miło pogodzić się i rozpocząć na nowo zabawę!

    1835

    Zaczęły obiegać plotki, a z czasem wieści o wyprawie hrabiny dotarły do Anny Stjärnhök.

    1836

    — Widać Bóg ma niejedną strzałę w kołczanie! — powiedziała sobie. — Ukoję tedy serce swoje i zostanę tu, gdzie jestem potrzebna. I bez mojej pomocy potrafi Bóg zrobić człowieka z Gösty Berlinga.

    16. Pokuta

    1837

    Drodzy przyjaciele! Jeśli napotkacie biedaka, człowieka smutnego, z kapeluszem opadłym na tył głowy, który trzewiki niesie w ręku, gdyż nie szuka ochrony od żaru słońca i od kamieni, słowem, gdy napotkacie bezbronnego, co rozmyślnie wzywa na się wszelkie zło, ustąpcież, proszę, z drogi cicho i z szacunkiem. Jest to pokutnik wędrujący do świętego grobu.

    1838

    Pokutnik ma grubą opończę na plecach, a żyje chlebem i wodą, choćby był królem. Iść musi, jechać mu nie wolno, żebrze i nic nie posiada. Śpi pośród ostów i suwa się na kolanach po kamieniach nagrobnych. Biczuje się węzłowatą nahajką, a rozkosz znajduje w cierpieniu i radość w męce.

    1839

    Hrabina Elżbieta nosiła także niegdyś zgrzebną opończę i kroczyła ciernistą ścieżką. Serce oskarżało ją o grzechy. Pożądała nędzy i biedy, jak człek znużony pragnie ciepłej kąpieli, toteż zstępowała radośnie w cienie życia.

    1840

    Mąż jej, młody człowiek o starej głowie, wrócił rano po owej nocy, kiedy rozszalały potok zniszczył młyn ekebijski i kuźnię. Hrabina Märta zawezwała go zaraz i opowiedziała dziwne rzeczy.

    1841

    — Żona twa, Henryku, spędziła całą noc poza domem. Po wielogodzinnej nieobecności wróciła w towarzystwie pewnego mężczyzny. Słyszałam, jak mówił jej dobranoc. Wiem, kto to był. Słyszałam, kiedy wyszła i kiedy wróciła, choć wcale nie było to po jej myśli. Zwodzi cię, Henryku, owa pozornie święta kobieta, która zawiesza wszędzie siatkowe firanki po to tylko, by mi dokuczyć. Nigdy cię nie kochała, biedny chłopcze. Ojciec chciał ją dobrze wydać za mąż. Wzięła cię dla majątku jedynie.

    1842

    Tak przedstawiła sprawę, a Henryka wzburzyło to niezmiernie. Chciał wnieść podanie o rozwód i odesłać żonę rodzicom.

    1843

    — Nie, synu drogi! — oświadczyła matka. — To by ją doprowadziło do zupełnego upadku. Jest rozpieszczona i źle została wychowana. Ja się nią zajmę i sprowadzę na drogę obowiązku.

    1844

    Hrabia polecił zawezwać żonę i oświadczył jej, że ma odtąd pełnić rozkazy teściowej. Nastąpiła przedziwna scena. Komedii tak lichej nie widziały chyba mury tego domu, smutkowi poświęconego.

    1845

    Wiele złych słów usłyszała młoda kobieta z ust męża. Hrabia wznosząc ręce ku niebu, złorzeczył mu, że zezwoliło kobiecie bezwstydnej nurzać w błocie nazwisko jego. Groził jej pięścią i pytał, jaką karę uważa za odpowiednią wobec tak strasznej zbrodni.

    1846

    Nie bała się wcale męża, pewna, że postąpiła dobrze. Odparła, iż straszliwy katar, jakiego się nabawiła, to kara dostateczna.

    1847

    — Elżbieto! — zawołała hrabina Märta. — Z tego żartować nie wolno!

    1848

    — Nie mogłyśmy się nigdy porozumieć — odparła — co brać należy poważnie, a co żartobliwie.

    1849

    — Chyba przyznasz jednak — zauważyła teściowa — że uczciwa kobieta nie opuszcza domu nocą, by włóczyć się z osławionym awanturnikiem!

    1850

    Hrabina Elżbieta zrozumiała teraz, że teściowa chce ją wpędzić w nieszczęście, i stanęła do walki z nią.

    1851

    — Henryku — poprosiła — nie dozwól matce swej stawać pomiędzy nami! — Opowiem ci, jak się to wszystko stało. Jesteś sprawiedliwy i nie potępisz mnie niesłusznie. Przekonasz się, żem postąpiła według twych nauk.

    1852

    Hrabia przyzwolił skinieniem, a hrabina Elżbieta objaśniła, w jaki sposób pchnęła Göstę Berlinga na złą drogę. Opowiedziawszy, co zaszło w błękitnym gabinecie, zakończyła wyznaniem, że sumienie nakazało jej ratować człowieka, którego skrzywdziła.

    1853

    — Nie miałam prawa potępiać go — oświadczyła — a mąż mój sam mnie nauczył, że nie ma zbyt wielkiej ofiary, gdy idzie o naprawienie zła! Wszak prawda, Henryku?

    1854

    Henryk zwrócił się ku matce.

    1855

    — Cóż ty na to, mamo? — spytał. Mała jego figurka zesztywniała od dostojeństwa, a na wąskim czole wystąpiły majestatyczne zmarszczki.

    1856

    — Anna Stjärnhök — odpowiedziała hrabina Märta — to mądra dziewczyna i wiedziała dobrze, czemu opowiada Elżbiecie tę historię.

    1857

    — Raczysz mnie, mamo, nie rozumieć! — rzekł Henryk. — Pytam, co sądzisz o tym, iż hrabina Märta Dohna starała się namówić mą siostrę, by została żoną wygnanego proboszcza?

    1858

    Hrabina Märta milczała przez chwilę. Ach, jakże głupim był Henryk! Wszedł na całkiem mylny trop. Pies zaczął gonić myśliwego puszczając wolno zająca. Ale za moment opanowała zakłopotanie.

    1859

    — Drogi synu — powiedziała wzruszając ramionami — mamy wszelkie powody, by rzucić zasłonę niepamięci na te stare historie. Chodzi o to, aby teraz uniknąć skandalu. Człowiek ten zginął prawdopodobnie ubiegłej nocy.

    1860

    Powiedziała to łagodnie i złośliwie, ale nie było w tym słowa prawdy.

    1861

    Elżbieta spała dziś długo i nie słyszała, że rozesłano ludzi na poszukiwanie pana Gösty Berlinga. Nie wrócił do Ekeby i zachodzi obawa, że utonął. Lód puścił dziś rano. O, patrzcie, burza strzaskała krę w kawałki.

    1862

    Elżbieta wyjrzała. Jezioro było niemal wolne od lodu. Uczuła wstyd. Chciała ujść sprawiedliwości bożej, skłamała, jęła się obłudy i przywdziała szatę niewinności.

    1863

    Zrozpaczona padła przed mężem na kolana, a z piersi jej wyrwało się wyznanie.

    1864

    — Sądź mnie i odepchnij! Kochałam go! Wyrywam sobie włosy i drę suknię z rozpaczy. Wszystko mi niczym, gdy on nie żyje. Po cóż się bronić? Powiem całą prawdę. Odjęłam miłość swą mężowi i dałam obcemu. O, ja potępiona jako jedna z tych, które zwabiła niedozwolona miłość.

    1865

    Młoda desperatka legła u stóp sędziów, mówiąc im wszystko, pożądając męczeństwa i hańby. Nie mogła jeno zmusić piorunu, by spadł na jej głowę.

    1866

    O tak! Powiedz mężowi wszystko, powiedz jak cię przeraził napór namiętności i jakim drżałaś oburzeniem na nikczemność serca twego. Milsze by ci było spotkanie z duchami cmentarza niż z demonami własnej piersi.

    1867

    Powiedz im, jak odepchnięta sprzed Bożego oblicza niegodna się czułaś chodzić po ziemi. Walczyłaś modląc się i płacząc, wołałaś o pomoc do Boga, przyzywałaś Syna Bożego, który wypędzał złe duchy, aby cię ocalił od zatraty.

    1868

    Powiedz im też, żeś sądziła, iż najlepiej wszystko ukryć. Nikt by się nie dowiedział, jak zła jesteś, a nawet Bóg by to przebaczył, gdyż byłaś pewna, że pełnisz jego wolę śpiesząc na ratunek ukochanego. Nie wiedział o twej miłości, ty również nie wiedziałaś, co dobre, a co złe, sam Bóg to wiedział i wydał wyrok na twego umiłowanego. Wskazał ci drogę zbawczej pokuty.

    1869

    Powiedz im też, że wiesz, iż zbawienia nie ma w zatajeniu. Demony lubią ciemność. Niechże sędziowie twoi ujmą pletnię, kara będzie ci balsamem na rany grzechu, a serce twe pożąda cierpienia. Powiedz im to wszystko klęcząc i łamiąc ręce, głosem rozpaczy składając wyznanie i dzikim śmiechem witając karę i hańbę. Czyń tak, aż mąż podniesie cię z ziemi.

    1870

    Henryk rzekł:

    1871

    — Zachowaj się, jak przystało hrabinie Dohnie, inaczej zmuszony będę poprosić matkę, by cię ukarała.

    1872

    — Czyń ze mną, co chcesz!

    1873

    Na te słowa zapadł wyrok hrabiego:

    1874

    — Matka moja ujęła się za tobą, przeto pozwalam ci mieszkać w domu moim. W przyszłości jednak ona będzie rozkazywała, ty zaś musisz słuchać.

    1875

    Oto droga pokuty!

    1876

    Młoda hrabina została najostatniejszą ze służebnic.

    1877

    Lecz na jak długo?

    1878

    Jakże długo zdoła uginać się dumne serce, jak długo milczeć będą niecierpliwe usta, a porywcza dłoń hamować się potrafi.

    1879

    Miła nad wyraz jest niedola upokorzenia. Gdy grzbiet boli od ciężkiej pracy, milczy serce, a sen ogarnia rychło ludzi na twardym posłaniu.

    1880

    Elżbieta sławiła starą hrabinę jako dobrodziejkę, choć się zmieniła raczej w szatana-dręczyciela. Zło bowiem nie wygasło w niej jeszcze. To nic, że ją budziła o czwartej, śmiertelnie znużoną, i zmuszała, niewprawną, do zbyt ciężkiej pracy u warsztatu tkackiego! Pokutnica nie miałaby dość siły sama władać tak żwawo pletnią.

    1881

    Podczas wielkiego prania wiosennego musiała hrabina stanąć u cebra pralni, a teściowa doglądała jej roboty.

    1882

    — Wystygła już woda! — powiada. Czerpie z kotła i leje wrzątek na obnażone ręce Elżbiety.

    1883

    Innym znów razem, w dzień chłodny płukać musiała wraz z praczkami bieliznę nad brzegiem jeziora. Na deszczu przemokła do nitki, a suknie ciążyły ołowiem. Przy tym od żmudnej pracy uderzania kijanką popękała jej skóra na rękach i krew tryskała spod delikatnych paznokci.

    1884

    Ale nie żaliła się nigdy, chwaląc jeno Boga, a cierpienie było rozkoszą dla jej pokutniczego serca. Twarde węzły pletni jak listki róży spadały na jej plecy.

    1885

    Dowiedziała się rychło, że Gösta Berling żyje. Teściowa chciała ją tylko zmusić do wyznania. Ale widać taka była wola Boga! W ten sposób skierował on grzesznicę na drogę pokuty. Niepokoiło ją tylko, co się stanie z teściową, której serce z jej właśnie przyczyny Bóg uczynił twardym. Ale przypuszczała, że będzie sądzona łagodnie, albowiem musiała być zła, by dopomóc grzesznicy w odzyskaniu miłości bożej.

    1886

    Elżbieta nie wiedziała, że okrucieństwo stanowi często rozkosz dla duszy, która wyczerpała wszystkie inne rozkosze. Popędliwy, w ciemni żyjący człowiek, który czuje brak pochlebstw, pieszczot, upojeń tańca czy gry, zstępuje w ponurą głąb swej istoty i sięga po okrucieństwo, które stanowi źródło uciechy dla stępiałych nerwów. Człowiek taki dręczy zwierzęta i ludzi.

    1887

    Hrabina Märta nie wiedziała, jak bardzo jest zła, sądziła jeno, że karze lekkomyślną małżonkę, i nieraz nocą wynajdowała coraz to nowe męki. Przemieniała wszelkie dobrodziejstwo pracy w udrękę, w karę.

    1888

    Pewnego wieczoru obchodziła cały dom, a Elżbieta szła za nią ze świecą w ręku bez lichtarza.

    1889

    — Świeca dopaliła się! — powiedziała Elżbieta.

    1890

    — Jeśli tak, to niech się teraz pali lichtarz! — odparła teściowa.

    1891

    Poszły dalej, aż knot zagasł w popalonej dłoni Elżbiety.

    1892

    Wszystko to były jednak drobiazgi. Hrabina Märta wymyślała tortury duszy przewyższające znacznie mękę ciała. Zaprosiła gości i kazała Elżbiecie obsługiwać ich u własnego stołu.

    1893

    Był to wielki dzień pokuty. Obcy ujrzeli jej poniżenie, przekonali się, że nie ma już prawa do miejsca u stołu męża. Sądziła, że patrzyć na nią będą z zimną pogardą. Ale milczeli i byli zakłopotani wszyscy, zarówno mężczyźni jak i kobiety.

    1894

    Palił ją wstyd jak żarzące węgle. Czyż zgrzeszyła aż tak bardzo? Czyż hańbi wszystkich swoją obecnością? — pytała siebie.

    1895

    Nagle przyszła pokusa, Anna Stjärnhök, dawna przyjaciółka i sędzia z Munkerudu siedzący obok niej, objęli ją, gdy do nich podeszła, odebrali półmisek, podsunęli krzesło i puścić nie chcieli.

    1896

    — Usiądź przy nas, drogie dziecko! — rzekł sędzia. — Nie uczyniłaś przecie nic złego.

    1897

    Wszyscy goście oświadczyli jednogłośnie, słysząc to, że opuszczą dom, jeśli Elżbieta nie usiądzie przy stole. Oburzali się na hrabinę Märtę i mówili, że wcale nie chcą tańczyć, jak ona im zagra. Błaznami tak łatwo ich nie zrobi, jak głupiego syna!

    1898

    — Drodzy przyjaciele! Nie bądźcież tak niemiłosierni! — powiedziała Elżbieta. — Zmuszacie mnie, bym głosiła grzech własny. Pokochałam innego człowieka!

    1899

    — Ależ dziecko! — odparli. — Nie wiesz nawet, co znaczy grzech, i nie wiesz, jak jesteś niewinna. Gösta Berling nie wiedział zgoła o twej miłości. Zajmij przynależne ci w domu miejsce, nic bowiem złego nie uczyniłaś!

    1900

    Podtrzymywali przez czas pewien jej odwagę i weselili się jak dzieci, a śmiech i żarty rozbrzmiewały wokoło. Porywczy, łatwo popadający w rozczulenie ludzie byli dobrzy, ale mimo to stanowili narzędzie kusiciela. Wmawiali w nią, że jest męczennicą, i nazywali hrabinę Märtę starą wiedźmą. Nie rozumieli jednak, że dusza Elżbiety pożąda oczyszczenia i że serce skłania pokutnicę, by szukała ostrych kamieni na drodze i palącego żaru słońca.

    1901

    Czasem musiała Elżbieta siedzieć przez cały dzień przy krosnach, a hrabina Märta opowiada jej o Göście Berlingu, wygnanym proboszczu i awanturniku. Gdy nie stało wspomnień, wymyślała różności, bacząc jeno, by imię jego brzmiało cały dzień w uszach synowej. Elżbieta bała się tego najbardziej i w dni takie czuła całe brzemię pokuty. Uświadamiała też sobie, że miłość jej nie zamiera i że prędzej chyba sama umrze. Siły ją opuszczały i często zapadała na zdrowiu.

    1902

    — Gdzież się chowa twój rycerz? — pytała teściowa urągliwie. — Co dnia spodziewam się, że przybędzie na czele kawalerów. Czemuż nie zdobędzie pałacu, nie posadzi cię na tronie, a mnie i męża twego nie wtrąci do lochu? Czyżby już zapomniał o tobie?

    1903

    Odczuwała niemal chęć, by go bronić i wyznać, że sama zakazała mu śpieszyć z pomocą, ale nie przerywała milczenia, bo lepiej jest milczeć i cierpieć.

    1904

    Z dniem każdym żarła ją coraz to bardziej gorączka, a słabły siły, tak że ledwo mogła utrzymać się na nogach, i zapragnęła śmierci. Miłość i radość — największe moce życia — wyjrzeć nie śmiały, spętane i potępione, a Elżbieta nie odczuwała już nawet strachu przed męką.

    1905

    Mąż jak gdyby zapomniał o jej istnieniu. Po całych dniach zamknięty u siebie studiował nieczytelne rękopisy i stare, zaplamione druki.

    1906

    Odczytywał dyplomy szlacheckie na pergaminie, opatrzone wielkimi pięczęciami z czerwonego wosku, przechowane w toczonych puszkach drewnianych. Odcyfrowywał znaki herbowe z liliami w białym i gryfami w niebieskim polu. Znał się na tym i umiał wszystko wyjaśnić. Czytał mowy pogrzebowe i dokumenty osobiste hrabiowskiego rodu Dohnów oraz opisy czynów, w których porównywano ich z bohaterami Izraela i bogami Grecji.

    1907

    Lubował się zawsze w starożytnościach. O młodej żonie przestał teraz myśleć zupełnie.

    1908

    Słowa hrabiny zabiły w nim wszelką miłość. „Wzięła cię tylko dla majątku!” Tego nie zniesie żaden mężczyzna, to musi wszelkie uczucia zgładzić. Obojętne mu było, co się z nią dzieje. Wiedział, że matka zawróciła Elżbietę na drogę obowiązku. Więc podziwiał matkę.

    1909

    Niedola Elżbiety trwała przez miesiąc, ale nie był to tak burzliwy okres, jak wygląda w skrócie na papierze. Zachowywała zewnętrzny spokój i raz tylko wybuchła na wieść o śmierci Gösty, ale takie ją trapiły wyrzuty sumienia z powodu niedochowania miłości mężowi, że dałaby się na śmierć zadręczyć teściowej, gdyby nie słowa starej klucznicy, która powiedziała jej pewnego wieczoru:

    1910

    — Pani hrabina musi koniecznie pomówić z panem hrabią! — zachęcała ją stara. — Pani hrabina takie dziecko jeszcze! Nie wie pani sama, co ją czeka, ale ja widzę dobrze, jak z panią jest!

    1911

    Tego jednak właśnie nie mogła wyznać mężowi, wszak żywił tak ciężkie podejrzenie.

    1912

    Tejże nocy wstała cicho i wyszła z domu. Ubrana była jak dziewczyna wiejska, z zawiniątkiem pod pachą. Chciała uciec i nie wrócić już nigdy, ale nie z powodu udręczeń, jeno dlatego, że jak sądziła, Bóg dał jej znak, iż może iść, by zachować zdrowie i siły ciała.

    1913

    Nie ruszyła na zachód, przez jezioro, gdzie mieszkał ukochany, a także nie ku północy, gdzie miała licznych przyjaciół. Nie zwróciła się na południe, kędy daleko był jej dom rodzicielski, ale na wschód, gdzie nie było przyjaciela, znajomego, pomocy, ochrony ni żadnej pociechy.

    1914

    Nielekko szła i nieswawolnie, gdyż nie czuła się pogodzona z Bogiem, ale miło jej było, że odtąd pośród obcych dźwigać będzie brzemię swego grzechu. Pragnęła spojrzeń obojętnych, które, niby zimna stal przyłożona na obrzmiały członek, koiłyby jej ból.

    1915

    Chciała iść tak długo, aż napotka nędzną chatkę na skraju lasu. Miała zamiar powiedzieć:

    1916

    — Widzicie, jak ze mną jest, rodzice mnie wygnali. Przytulcie mnie, aż zdołam zarobić na życie. Mam trochę pieniędzy.

    1917

    Wędrowała jasną nocą czerwcową. Maj cały ubiegł jej na ciężkich utrapieniach, maj rozkoszny, kiedy to jasna zieleń brzóz miesza się z ciemnością jodłowych lasów, a poprzez jezioro płynie z dala wiatr ciepłem przesycony.

    1918

    Wydam się wam mniej wdzięczna od innych, gdyż ani jednym słowem nie uczciłam tego pięknego miesiąca, niosącego tyle darów.

    1919

    Kochany, jasny maju! Czyś widział dziecko na łonie matki, słuchające bajek? Jak długo matka opowiada o straszliwych walkach i wielkich udręczeniach pięknych królewien, dziecko uważa i trzyma główkę do góry, gdy jednak zaczyna o słońcu i szczęściu, zamyka oczy, pochyla się na pierś matki i zasypia.

    1920

    Otóż ja jestem takim dzieckiem, piękny maju! Niechże inni słuchają o kwiatach i pogodzie, ja wolę ciemną noc, pełną duchów i przygód, twarde losy i smutku pełne namiętności zbłąkanego serca.

    17. Żelazo ekebijskie

    1921

    Nastała wiosna i cała Värmlandia wysyłać miała ze swych hut żelazo do Göteborga.

    1922

    W Ekeby atoli nie było żelaza. Jesienią przeszkadzała długotrwała susza, z wiosną zaczęło się panowanie rezydentów.

    1923

    Za ich czasów po skalistych, granitowych progach björkeńskiego potoku nie spływała woda, ale mocne, gorzkie piwo, a Löven napełniała wódka. Za ich czasów kuźnie nie przerabiały rudy, bo kowale stali rozebrani, w drewniakach przy ogniu i obracali na ogromnych rożnach pieczenie, zaś pomocnicy trzymali szpikowane kapłony w wielkich obcęgach nad ogniem. Za tych czasów tańczono po wszystkich wzgórzach, sypiano na tokarniach, a grano w karty na kowadłach. W czasach tych nie kuto żelaza w Ekeby.

    1924

    Ale gdy wiosna nastała, zaczęto w kantorach göteborskich czekać na żelazo z Ekeby, dobyto kontrakty pozawierane z majorem i majorową, przyrzekające całe setki cetnarów, i dziwowano się wielce, że oczekiwane żelazo nie nadchodzi.

    1925

    Cóż obchodziły kawalerów kontrakty majorowej? Utrzymywali oni nieustannie w toku uciechy wszelkie, muzykę na skrzypcach i biesiady i dbali o to, by tańczono po wszystkich wzgórzach.

    1926

    Nadeszło żelazo ze Stömme, nadeszło potem z Sölje, nadeszło też z Kymsebergu drogą przez wrzosowisko i jezioro Väner. Z Uddeholmu i Munkforsu wysłały żelazo wszystkie huty, tylko żelaza z Ekeby nie było.

    1927

    Czyż Ekeby nie jest już najważniejszą hutą Värmlandii? Czyż nikt nie czuwa nad sławą posiadłości? Nie! W Ekeby rządzą kawalerowie dbający o to jeno, by tańczono po wszystkich wzgórzach. Nic innego nie zaprzątało ich marnych umysłów. Ale wodospady, strumienie, promy, rzeki, śluzy i przystanie pytają zdumione:

    1928

    — Czyliż nie nadejdzie żelazo z Ekeby?

    1929

    W głębi ciemnych lasów zaczynają się śmiać mielerze, wielkie głowy młotów nachylają się ku sobie drwiąco, szyby kopalniane rozdziawiają szerokie gęby, wtórując im śmiechem szyderczym, biurka w kantorach wielkich kupców, gdzie przechowywane są kontrakty majorowej, trzęsą się od śmiechu.

    1930

    Czyż to słyszana rzecz! Nie ma żelaza z Ekeby! W najlepszych hutach Värmlandii zabrakło żelaza!

    1931

    Dalejże, hultaje! Dalejże, bezdomni i włóczędzy! Nie dozwólcie, by taka hańba spadła na Ekeby! Jest to wszakże jedyny wasz przytułek na ziemi, niezrównanie piękne miejsca, na myśl o nim łzy ronicie, idźcież tedy, kawalerowie, na ratunek Ekeby. W Ekeby, co prawda, spoczywały młoty, ale w sześciu innych hutach szła chyba praca raźnie, a żelaza musi być więcej, niźli potrzeba.

    1932

    Gösta wyruszył rozmówić się z zawiadowcami sześciu hut.

    1933

    Uznał, że nie ma co pytać w Högforsie, położonym nad björkeńskim potokiem, tuż przy Ekeby; rządy kawalerów udzieliły się zapewne i tej hucie. Ruszył tedy parę mil dalej na północ i dotarł do Lötaforsu. Była to posiadłość piękna zaiste. Górny Löven rozlewał się szeroko po jednej stronie, po drugiej zaś sterczała grań Gurlity w romantycznym otoczeniu lasów, jak przystało takiej górze. Ale w kuźni nie pracowano przez cały rok z powodu uszkodzenia wielkiego koła rozpędowego.

    1934

    — Czemuż nie daliście koła naprawić? — spytał Gösta.

    1935

    — Jedyny w okolicy cieśla zdolny naprawić koło był zajęty gdzie indziej! — odpowiedział zarządca. — Nie mogliśmy przekuć ni jednego ładunku kruszcu.

    1936

    — Trzeba było sprowadzić cieślę.

    1937

    — Sprowadzić? Posyłaliśmy po niego codziennie, ale nie miał nigdy czasu. Miał mnóstwo roboty przy naprawie altan i kręgielni w Ekeby.

    1938

    Gösta uświadomił sobie zaraz, czego doświadczy w tej podróży.

    1939

    Pojechał dalej, do Björnidetu. I ta posiadłość była pięknie położona, tak że można było tam wystawić pałac. Duży dom mieszkalny panował nad półkolistą doliną, otoczoną z trzech stron potężnymi górami, zaś z czwartej zamkniętej Lövenem, który się tu kończy. Gösta zauważył, że trudno o piękniejsze miejsce do spacerów przy księżycu i do marzeń. Ścieżką wzdłuż rzeki można było obok wodospadu dotrzeć aż do ogromnej kuźni, wykutej w skalnej grocie. Czyż jednak było tam żelazo?

    1940

    Nie, oczywiście nie. Zabrakło węgla, bo z Ekeby nie przysłano pieniędzy na zapłacenie węglarza ani furmanek. Przez całą zimę kopalnia spoczywała.

    1941

    Gösta pojechał śpiesznie ku południowi i dotarł do Han na wschodnim wybrzeżu, potem ruszył do Lövstaforsu, zapadłego w lasach, i Elgforsu, ale i tam lepiej mu się nie powiodło. Nigdzie nie było żelaza i to zaiste chyba z winy samych rezydentów.

    1942

    Gdy Gösta wrócił do Ekeby, kawalerowie pochylili głowy w zawstydzeniu i smutku, patrząc na sto cetnarów kruszcu. Wydało im się, że przyroda urąga, ziemia wzdycha, drzewa grożą im gniewnie, a trawa i kwiaty płaczą nad ruiną ekebijskiej sławy.

    1943

    Lecz na cóż tyle słów i zdziwienia. Żelazo z Ekeby jest!

    1944

    Czeka u brzegu Klarelfu załadowane na galary, gotowe płynąć, iść na wagę w Karlstadzie i żeglować szkutami wenerskimi do Göteborga. Sława Ekeby uratowana!

    1945

    Jakże to możliwe? Wszakże w Ekeby znalazło się ledwo sto cetnarów kruszcu, a po innych hutach nie było nic. Jakże tedy możliwe, że obładowane galary przywożą na wagę w Karlstadzie takie niezmierne ilości żelaza? Spytać o to trzeba rezydentów.

    1946

    Znajdowali się oni sami na pokładzie ciężkich, brzydkich statków i chcieli przywieźć żelazo, tak by go nie tknął żaden ze zwyczajnych przewoźników. Udali się na pokład zabierając flaszki, kosze z zapasami, trąbki, skrzypce, strzelby, wędki i karty. Postanowili uczynić wszystko dla miłego żelaza i nie opuścić go, póki nie znajdzie się w göteborskiej przystani. Sami chcieli je spławić, wyładować, władać żaglami i wiosłami, a stać ich na to, by dokonać tego zadania. Wszakże znali każdą ławicę, prąd i skałę jeziora Väner, a sterem i żaglami władali równie dobrze jak smyczkiem czy koniem.

    1947

    Jeśli coś na tym świecie kochają, to właśnie żelazo na barkach. Strzegą go jak najkruchszego szkła, rozpościerają nad nim płachty. Ani grudka nie powinna leżeć nie okryta. Te ciężkie, szare sztaby przywrócą chwałę Ekeby. Niech więc nikt obcy nie ma sposobności, by rzucić na nie obojętnym spojrzeniem. O, Ekeby, kraju naszych marzeń, niech promienieje chwała twoja!

    1948

    Nikt nie został w domu. Wujaszek Eberhard wstał od pultu, kum Kristofer wylazł zza pieca, ruszył się nawet łagodny Löwenborg. Gdy szło o honor Ekeby, nie lenił się nikt spośród kawalerów.

    1949

    Widok Klarelfu źle działa na Löwenborga. Od trzydziestu siedmiu lat nie widział go, nie wsiadł w czółno, nie mogąc znieść widoku błyszczącej powierzchni jezior i szarych rzek. Przywodziło mu to na myśl smutne wspomnienia i dlatego unikał widoku wody, teraz jednak i on nie mógł wytrzymać. Szło o honor Ekeby. Przed trzydziestu siedmiu laty utonęła w Klarelfie narzeczona Löwenborga i od tego czasu nietęgą miał głowę.

    1950

    Patrząc teraz na prąd wody uczuł rosnący coraz to bardziej mąt w głowie. Szara rzeka o połyskliwych, białych falach wydała mu się wielkim wężem o srebrnej łusce, czatującym na łup. Wysokie, żółte, piaszczyste, skąpo porosłe brzegi były ścianami pułapki, na której dnie wił się wąż, zaś droga przebijająca je i idąca ku wybrzeżu, gdzie czekały barki, to niby wejście do morderczej jaskini.

    1951

    Mały człowieczek stał z rozwartymi szeroko, niebieskimi oczyma, długie, białe włosy powiewały na wietrze, a policzki, zwykle lekko zarumienione, aż zbladły ze strachu. Pewny był całkiem, że ktoś nadejdzie drogą i rzuci się w paszczę czyhającego węża.

    1952

    Rezydenci sposobili się do odbicia od brzegu. Ujęli już długie żerdzie, którymi mieli odepchnąć galary, gdy nagle zawołał Löwenborg.

    1953

    — Czekajcie! Na miłość boską, czekajcie!

    1954

    Sądzili, że mu się zaczyna mącić w głowie od pierwszego ruchu galaru, ale bezwiednie opuścili żerdzie, on zaś jakby powiadomiony, że ktoś nadejdzie drogą i rzuci się w wodę, podniósł ostrzegawczo rękę. Wydawało mu się, że widział kogoś nadchodzącego.

    1955

    Jak wiadomo, zdarzają się w życiu takie spotkania jak to, które nastąpiło teraz właśnie. Kto zdolny dziwić się, niechże się dziwi, że kawalerowie stali z barkami u brzegu Klarelfu tegoż właśnie ranka, nazajutrz po nocnej ucieczce hrabiny Elżbiety. Dziwniejsze było jednak chyba, gdyby młoda kobieta nie znalazła nigdzie pomocy.

    1956

    Zdarzyło się tak, że wędrując przez całą noc doszła do przewozu właśnie w chwili, kiedy kawalerowie chcieli odbić od brzegu. Stojąc bez ruchu patrzyli, jak rozmawia z przewoźnikiem odwiązującym czółno. Była ubrana po wiejsku, więc nie wiedzieli, że to ona, mimo to wydała im się znajoma. Właśnie w tej chwili chmura kurzawy zasnuła drogę, a wśród niej ukazała się żółta kolasa. Elżbieta od razu zrozumiała, że to konie z Borgu. Więc ją znaleźli! Nie było już sposobu ujść niepostrzeżenie czółnem, a jedyną ucieczkę stanowiły rezydenckie galary. Toteż wskoczyła na pierwszą z brzegu, nie patrząc, kto się na niej znajduje. I dobrze się stało, gdyż wolałaby zginąć pod kopytami koni, niż szukać tu ocalenia.

    1957

    Gdy była już na statku, zaczęła wołać:

    1958

    — Skryjcie mnie! Skryjcie mnie! — Wtem potknęła się i upadła na ładunek żelaza.

    1959

    Kawalerowie poprosili, by się uspokoiła, odbili szybko od brzegu, dążąc z prądem w kierunku Karlstadu, a w tejże chwili dojechała do przystani kolasa.

    1960

    Siedzieli w niej hrabia Henryk i hrabina Märta. Hrabia pobiegł do przewoźnika chcąc spytać, czy nie widział jego żony. Ponieważ jednak wstyd mu było powiedzieć, że zbiegła, rzekł tylko:

    1961

    — Zgubiłem coś!

    1962

    — Tak? — odparł chłopak.

    1963

    — Powiadam, że mi coś zginęło. Czyście nie widzieli tu czegoś?

    1964

    — O co jaśnie pan pyta?

    1965

    — Mniejsza z tym! Coś mi zginęło. Hm, a czyście przewozili dziś kogo?

    1966

    Oczywiście nie mógł dostać odpowiedzi, lecz hrabina Märta rozmówiła się z przewoźnikiem i w minutę później wiedziała o ucieczce zbiega na płynących z wolna galarach.

    1967

    — Cóż to za ludzie znajdują się na galarach?

    1968

    — To są kawalerowie, jak ich tu zwiemy wszyscy.

    1969

    — Ach! — powiedziała hrabina — żona twoja w dobrych jest rękach, Henryku. Możemy spokojnie wracać.

    1970

    Ale na galarach nie było tak wesoło, jak sądziła hrabina Märta. Dopóki nie znikła żółta kolasa, młoda kobieta siedziała skulona na ładunku, nie ruszała się i patrzyła w wodę.

    1971

    Dopiero gdy pojazd zawrócił, poznała widocznie kawalerów, bo zerwała się jakby do ucieczki, tak że najbliżej stojący musieli ją wstrzymać. Jęknęła i siadła z powrotem.

    1972

    Rezydenci nie śmieli mówić do niej ni zadawać pytań. Zdawało się, że bliska jest obłędu.

    1973

    Po chwili zaczęli odczuwać brzemię odpowiedzialności. Samo już żelazo był to ciężar wielki dla nienawykłych ramion, teraz zaś mieli wziąć na siebie troskę o młodą damę wysokiego rodu, która uciekła od męża.

    1974

    Podczas zabaw w zimie przywodziła ona na pamięć temu i owemu z nich młodszą, kochaną siostrzyczkę. Każdy postępował za młodu z małą ostrożnie, a mówiąc baczył, by nie użyć brzydkiego słowa. Ile razy łobuz jaki biegł za nią lub śpiewał nieprzystojnie, rzucał się nań i bił ile wlazło, by siostra nie posłyszała nic złego, nie doznała krzywdy i nie zetknęła się z nienawiścią lub przemocą.

    1975

    Hrabina Elżbieta była wesołą siostrzyczką wszystkich kawalerów. Kładąc drobne rączki w ich dłonie, zdawała się mówi: „Przekonaj się, jaka jestem delikatna, ale tyś moim starszym bratem, strzeż mnie przed innymi i samym sobą!” Byli też wobec niej zawsze rycerscy i pełni szacunku.

    1976

    Teraz patrzyli przerażeni, nie poznając jej zgoła. Była zmieniona, wychudła, szyja zatraciła krągłość, twarz stała się przeźroczysta. Musiała uderzyć się o coś podczas nocnej wędrówki, gdyż chwilami występowała na skroń kropla krwi, a jasne, faliste włosy zlepione były skrzepłą krwią. Odzież miała brudną od długiego brodzenia po mokradłach i rosie i zniszczone trzewiki. Kawalerowie spoglądali z przykrym uczuciem na tę nieznajomą. Hrabina Elżbieta, którą znali, nie miała tak dziko błyszczących oczu. Biedna ich siostrzyczka była bliska szaleństwa. Wydawało się, jakby dwie dusze, jedna z innego świata, druga — właściwa, toczyły ze sobą walkę w tym wymizerowanym ciele.

    1977

    Nie potrzebowali się jednak troszczyć, co z nią poczną. Zbudziły się w niej dawne myśli. Nadeszła znowu pokusa. Bóg ją doświadczał, znalazła się wśród przyjaciół. Czy porzuci drogę pokuty?

    1978

    Skoczyła na równe nogi i zawołała, że musi odejść.

    1979

    Próbowali ją uspokajać, zaręczali, że nie ma się czego bać. Ochronią ją przed prześladowaniem.

    1980

    Prosiła, by jej pozwolili wsiąść w małe czółno, przywiązane do barki, dobić do brzegu i iść dalej w swoją drogę.

    1981

    Nie zgodzili się przekładając, że lepiej jej będzie z nimi. Są wprawdzie — jak mówili — biedakami, ale znajdą sposób dopomożenia jej.

    1982

    Zaczęła łamać ręce i prosić, by ją puścili. Nie spełnili tej prośby, widząc, że jest słaba i wyczerpana tak, iż padnie w drodze.

    1983

    Gösta Berling stał w pewnym oddaleniu i patrzył w wodę. Sądził, że młoda kobieta nierada by go widzieć. Wprawdzie tak przypuszczał, ale myśli jego były wesołe. „Nikt nie wie, gdzie się Elżbieta znajduje — marzył — zabierzemy ją tedy do Ekeby. Schowamy ją tam i będziemy się z nią dobrze obchodzili. Zostanie naszą królową, będzie rządziła, a może poczuje się wśród nas szczęśliwą. Nikt nie będzie wiedział, że jest u nas. Będziemy jej dobrze strzegli. Starzy kawalerowie uznają ją za córkę, otoczoną czułością”.

    1984

    Nie odważył się uświadomić sobie, że ją kocha. Posiadać jej bez grzechu nie mógł, a ściągać na niziny zła nie chciał. Radował się jeno marzeniami, że ją schowa w Ekeby, że będzie dla niej tak dobry, jak inni byli okrutni, i pozwoli zakosztować wszelkich dóbr tego świata.

    1985

    Obudził się jednak z marzeń, gdyż hrabina była trwożna, a w słowach jej przebijała rozpacz. Padła pośród kawalerów na kolana i błagała, by jej dopomogli do dalszej wędrówki.

    1986

    — Bóg mi nie przebaczył jeszcze! — wołała. — Muszę iść!

    1987

    Gösta wiedział, że żaden z rezydentów nie spełni jej prośby i że to musi uczynić on sam. On właśnie, który ją kocha.

    1988

    Ruszył ku niej z takim trudem, jak gdyby każdy członek jego ciała stawiał opór woli, i powiedział, że ją przewiezie na drugi brzeg.

    1989

    Wstała natychmiast, on zaś zaniósł ją do czółna, przewiózł i wysadził na ląd, na wąską ścieżynę.

    1990

    — Cóż z panią teraz będzie, hrabino? — powiedział.

    1991

    Wskazała z powagą na niebo.

    1992

    — Gdyby pani znalazła się w potrzebie…

    1993

    Nie mógł dalej mówić, ale zrozumiała go.

    1994

    — Doniosę panu, gdy będę potrzebowała pomocy.

    1995

    — Rad bym chronić panią przed wszelkim złem! — dodał po chwili.

    1996

    Podała mu rękę na pożegnanie, on zaś nie mógł wyrzec słowa. Dłoń jej była zimna i wiotka.

    1997

    Hrabina słuchała już tylko wewnętrznego głosu, który jej nakazywał pójść między obcych ludzi. Nie uświadamiała sobie niemal, że kocha tego człowieka, który stoi przed nią.

    1998

    Odeszła, on powrócił do towarzyszy, gdy zaś stanął na galarze, drżał ze znużenia, wyczerpania i bezsiły, jakby dokonał najcięższej w życiu pracy.

    1999

    Przez kilka dni trzymał się mocno, aż honor Ekeby został uratowany. Dowiózł żelazo na wagę w Kanikenäs, po czym na długi czas opadł z sił i opuściła go radość życia.

    2000

    Dopóki był na pokładzie, kawalerowie nie spostrzegli zmiany, gdyż trzymał nerwy na wodzy, był wesoły i beztroski, wszak szło o honor Ekeby. Jakżeby mogli podejmować ryzykowne to dzieło z miną kwaśną i bez wigoru w sercach?

    2001

    Wieść niesie, że kawalerowie mieli na galarach znacznie więcej piasku niż żelaza, że dostarczali ciągle ten sam ładunek na wagę, aż do pewnej ilości wieluset cetnarów, następnie, że kierownik wagi i jego ludzie zapijali i zajadali nieźle, korzystając z przywiezionych zapasów. Jeśli tak było, to każdy zrozumie, że wesoło musiało być na galarach.

    2002

    Któż zdoła to dziś sprawdzić? W każdym razie Gösta nie miał czasu na smutki, chociaż nie odczuwał też radości z powodu przygody i niebezpieczeństwa. Dopiero na końcu padł złamany.

    2003

    — O Ekeby, ziemio tęsknoty mojej! — powtarzał sobie. — Żyj dalej w sławie!

    2004

    Rezydenci dostali pokwitowanie od kierownika wagi i załadowali żelazo na szkutę wenerską. Zazwyczaj fachowi przewoźnicy dostawiali towar do Göteborga, a właściciele z Värmlandii nie troszczyli się już o nic, mając potwierdzenie odbioru. Ale kawalerowie nie chcieli załatwić sprawy w połowie jeno i postanowili jechać do samego Göteborga.

    2005

    W drodze spotkał ich wypadek. Burza zerwała się w nocy, pozbawiona steru szkuta wpadła na skałę, rozbiła się i cały drogocenny ładunek zatonął. Poszły na dno trąbki, karty i puste butelki, cóż to jednak znaczyło wobec straty cennego żelaza? Mimo wszystko honor Ekeby ocalał. Żelazo zostało oddane na wagę, a chociaż major musiał zawiadomić kupców göteborskich, że wobec straty żelaza rezygnuje z zapłaty, to bagatela. Ekeby było bogate, a honor jego był uratowany.

    2006

    Przystanie, śluzy, kopalnie, mielerze, szkuty i galary szeptały, co prawda, dziwne rzeczy. Po lasach szumiały plotki, że cała wyprawa była oszustwem, a w Värmlandii twierdzono, iż na galarach było jeno sto cetnarów, zaś rozbicie urządzono z rozmysłem. I cóż stąd? Kawał był godny, figiel iście kawalerski i wcale szkodzić nie mógł sławie Ekeby!

    2007

    Dawne to czasy! Może kawalerowie kupili gdzieś żelazo albo znaleźli je w magazynach, nie wiedząc przedtem o jego istnieniu. Rzeczy tego rodzaju zbadać trudno. Kierownik wagi w każdym razie nie chciał słyszeć o oszustwie, a znał się na tym chyba najlepiej.

    2008

    Po powrocie do domu usłyszeli kawalerowie wielką nowinę. Oto unieważnione zostało małżeństwo hrabiego Dohny. Hrabia wysłał do Włoch marszałka dworu swego dla zebrania dowodów, że zaślubiny odbyły się nieformalnie. Marszałek wrócił w lecie z dostatecznym materiałem. Jakie były dowody? Nie badajmy tego, gdyż stare legendy należy szanować, są one jak na pół zwiędłe róże, które tracą płatki, gdy je ścisnąć w ręku. Podobno niewłaściwy ksiądz hrabiemu dawał ślub. Nie wiem już dobrze, jak to było, dość że sąd broeński uznał małżeństwo hrabiego Dohny z Elżbietą Thurn za niebyłe.

    2009

    Nic o tym nie wiedziała jednak młoda kobieta żyjąca pośród chłopów w odległych stronach. Jeśli jeszcze żyła.

    18. Dworek Liljecrony

    2010

    Żył pośród rezydentów jeden, którego zwałam zawsze wielkim muzykantem. Był to rosły, kościsty mężczyzna z wielką głową i czarnymi, bujnymi włosami. W owym czasie nie przekroczył jeszcze pewnie czterdziestki, ale kanciasta twarz i spokojne zachowanie się czyniło go z pozoru starszym. Był to człowiek dobroduszny, lecz melancholijnego usposobienia.

    2011

    Pewnego popołudnia wziął pod pachę skrzypce i opuścił Ekeby nie żegnając się z nikim, chociaż miał zamiar nie wracać. Od czasu nieszczęścia hrabiny Elżbiety nie mógł znieść życia w Ekeby. Szedł bez odpoczynku przez wieczór i noc całą, aż dotarł rano o świtaniu do małego majątku Lövdala, który był jego własnością.

    2012

    Wszyscy spali jeszcze, tak było wcześnie. Liljecrona usiadł na zielonej huśtawce przed dworem i zapatrzył się na swoją posiadłość. Wielki Boże, czyż istniał na ziemi piękniejszy zakątek?! Trawnik pokrywała piękna jak nigdzie chyba murawa. Pasły się tu owce, dreptały dzieciaki z zabawkami, a jednak trawnik był zawsze jednakowo gęsty i zielony. Nigdy go nie koszono, ale co najmniej raz w tygodniu gospodyni umiatała słomę, gałęzie i zeschłe liście. Wszedł na żwirową ścieżkę, ale zaraz zszedł z niej spostrzegłszy, jakie spustoszenie porobiły jego wielkie nogi na drożynie, wieczorem świeżo przez dzieci wygracowanej. Jakże tu wszystko bujnie rosło! Jarzębiny na dziedzińcu miały wysokość buków, a korony jak dęby. Nie widziano chyba dotąd drzew takich. Wokół grubych pni wiły się żółte powoje, a ich jasne kwiaty pośród ciemnego listowia przypominały gwiazdy na niebie. Przedziwne drzewa. Niedaleko rosła stara wierzba tak gruba, że dwu ludzi by jej nie objęło. Wypróchniała i pękła, piorun pozbawił ją korony, ale nie chciała umierać. Puszczała co wiosny zielone pędy ze szczelin pnia, na dowód, że żyje.

    2013

    Stary, ogromny krzak czeremchy u wschodniego narożnika przysłaniał cały dwór. Kryty torfem dach usypany był jego białym kwieciem. W dali na polu stały w grupach buki, które czuły się tu jak w raju. Najrozmaitszych kształtów, jakby umyślnie naśladowały różne drzewa. Jedne podobne do rozłożystych lip, gęste i bujne, drugie strzelały w górę niby topole, inne jeszcze udawały wierzby płaczące. Każdy był inny, ale wszystkie piękne.

    2014

    Liljecrona obszedł dom wokoło. Ogród był tak uroczy, że przystanął oddychając głęboko. Kwitły jabłonie. Widział je i po innych posiadłościach, ale nigdzie nie kwitły jak tu, gdzie je znał od czasu, gdy się ożenił. Szedł ostrożnie ścieżkami, złożywszy ręce.

    2015

    Ziemia była biała i drzewa białe, z różowym gdzieniegdzie jeno nalotem. Nie widział dawno czegoś równie pięknego. Znał każde drzewko tak dobrze, jak się zna rodzeństwo i towarzyszy zabaw. Kwiecie jabłoni zimowych było całkiem białe, letnich różowe, a rajskie jabłonie kwitły purpurowo. Najpiękniej spisała się stara dziczka, cierpka, której jabłek nikt jeść nie chciał. Nie żałując kwiatów przybrała w porannym słońcu wygląd zaspy śnieżnej. Był wczesny ranek, rosa lśniła na liściach, zmyła kurz doszczętnie, a znad pokrytych lasami gór, u stóp których leżała posiadłość, skradały się pierwsze promienie słońca okrywając purpurą szczyty jodeł. Lekka mgła snuła się po rozłogach koniczyny, łanach żyta, jęczmienia i owsa, a cienie były ostre jak w księżycową noc.

    2016

    Obejrzał skrupulatnie wielkie grzędy jarzyn, pocięte ścieżkami, wiedząc, że pracy tej dokonała żona wraz ze służebnymi. Kobiety bronowały, nawoziły, pełły i uprawiały ziemię, aż się stała lekka i urodzajna. Wyciągały potem grzędy pod sznur, odcinały kwadraty, w końcu udeptywały ścieżki i siały, aż wszystkie kwadraty były pełne. Dzieci pomagały, a ta praca sprawiała im wielką radość, chociaż nużyło je pochylanie się i wyciąganie rąk. Wyniki, jak łatwo pojąć, były jednak bardzo pomyślne, przeszły oczekiwania.

    2017

    Teraz wszystko kiełkowało i rosło.

    2018

    Niech Bóg błogosławi roślinom! Groch stał zuchwale i zadzierał głowę w górę spośród grubych liścieni, a korzonki buraków i marchwi drążyły w najlepsze ziemię. Wesołą zwłaszcza minę miała nać pietruszki, wychylająca się spod ziemi jakby grała z życiem w chowanego.

    2019

    Gdzieniegdzie widniały grządki nieco krzywe, zasiane wszystkim po trochu. Zwyczajnie — działki dziecięce.

    2020

    Liljecrona wziął skrzypce pod brodę i zaczął grać. Ptaki skryte w wysokich krzakach, słoniących ogród od północy, zaśpiewały. Nie mogło milczeć żadne obdarzone głosem stworzenie w ten ranek. Smyczek grał sam.

    2021

    Liljecrona chodził po ogrodzie grając i rozmyślając:

    2022

    — Nie, nie ma na ziemi piękniejszego zakątka!

    2023

    Czymże jest Ekeby wobec Lövdali? Dom wprawdzie kryty jest sitowiem i ma jedno tylko pięterko. Stoi u skraju lasu, tuż pod górą. Nie ma tu nic nadzwyczajnego. Nie ma jeziora, wodospadu, łąk nadbrzeżnych ni parku, ale jakże wszystko piękne! Dom to dobry, spokojny, gdzie żyć łatwo, bez nienawiści, goryczy, gdzie wszystko koi łagodność. Takim powinien być każdy dom.

    2024

    Gospodyni spała w pokoju od ogrodu. Zbudzona nagle nie ruszyła się, uśmiechnięta i zasłuchana. Muzyka zbliżała się coraz bardziej i grajek stanął pod jej oknem. Wiedziała, że mąż w ten sposób zazwyczaj przybywa po jakimś większym wydarzeniu czy dzikim figlu w Ekeby.

    2025

    Stał oto spowiadając się i prosząc o przebaczenie. Opowiadał o siłach, które go odciągnęły od osób najdroższych, od niej i dzieci, chociaż je kocha, naprawdę kocha.

    2026

    Wśród tego grania wstała i ubrała się, nie wiedząc dobrze, co czyni. Muzyka trzymała jej myśli na uwięzi.

    2027

    — Nie wywabił mnie dostatek — grał — ni miłość dla innej kobiety ani wreszcie żądza sławy, jeno zmienność życia, piękno jego, gorycz i bogactwo, które odczuwać muszę. Ale dość mam tego, jestem syty i wyczerpany. Nie opuszczę już domu. Przebacz i bądź wyrozumiała.

    2028

    Odsunęła firankę, otwarła okno i ukazała mu piękne, dobre oblicze swoje.

    2029

    Była dobra i mądra, a spojrzenie jej, jak spojrzenie słońca, błogosławiło wszystkiemu, na co padło.

    2030

    Kierowała wszystkim, strzegła, by rosło i bujało. Nosiła w sobie szczęście.

    2031

    Wspiął się do niej na uszak okienny, szczęśliwy jak kochanek. Potem objął ją, wziął na ręce i zaniósł pod jabłonie, gdzie zaczął opowiadać, jakie wszystko ładne, pokazując grządki, ogródek dzieci i młodą nać pietruszki.

    2032

    Gdy dzieci wstały, ogarnął je zachwyt z powodu przybycia ojca. Wzięły go w wyłączne posiadanie, pokazywały wszystkie nowe i uwagi godne rzeczy. Musiał oglądać mały młynek na strumieniu, gniazdo w wierzbie i dwa małe źrebaczki, co urodziły się parę dni temu.

    2033

    Potem rodzice i dzieci ruszyli na daleką przechadzkę w pole. Musiał podziwiać gęstość młodego żyta, urodę koniczyny i kiełkujące ziemniaki.

    2034

    Musiał obejrzeć krowy powracające z pastwiska, młode cielęta i owce, szukać jaj i dawać koniom cukier.

    2035

    Dzieci trzymały go przez cały dzień, zaniedbując naukę i pracę wszelką, a włócząc się jeno z ojcem.

    2036

    Wieczorem grał im do tańca, a przez cały dzień był tak dobrym towarzyszem, że zasnęły prosząc Boga, by ojciec został na zawsze.

    2037

    Został też przez cały tydzień, wesoły jak dziecko. Zakochany w żonie, dzieciach i wszystkim, co w domu, nie myślał o Ekeby. Potem jednak znikł pewnego dnia nie mogąc znieść tyle szczęścia. Ekeby było stokroć mniej warte, ale tkwiło w wirze, w pośrodku zdarzeń.

    2038

    Ileż tam wątków różnych do gry i do marzeń! Bo i jakże zdołałby nawet istnieć z dala od kawałków hultajskich i od jeziora Löven, wokół którego baśń dzikie wyprawia harce.

    2039

    Tymczasem w posiadłości jego szło wszystko właściwym trybem, rosło i dojrzewało pod strażą łagodnej pani domu. Wszyscy żyli tu cicho, szczęśliwie, bez goryczy i sporu, skargi ni cierpienia, a każda rzecz i sprawa toczyły się swoją koleją. Cóż poradzić na to, że pan domu chciał przebywać koniecznie jako kawaler w Ekeby? Czyż żalić się nań jak na słońce, co zachodzi w każdą noc, zostawiając ziemię w ciemności?

    2040

    Czyż nie jest niezwalczoną pokora? I czyż cierpliwość nie jest pewną zwycięstwa?

    19. O czarownicy z gór dalekich

    2041

    Czarownica z dalekich gór Dovre przybyła nad brzegi Lövenu. Miała zgarbione plecy, była niska, a ubranie jej stanowił kaftan skórzany i pas srebrem kuty. Nie wiadomo, czemu od wilczych nor przyszła w osiedla ludzkie i czego szukała pośród zielonych równi.

    2042

    Mimo bogactwa swego żebrała, chciwie gromadząc datki. W górach niedostępnych ukryte miała ciężkie sztaby srebra, po górskich wąwozach pasły się stada jej owiec i czarnych złotorogich krów, a mimo to chodziła w łapciach i zatłuszczonym skórzanym kaftanie, którego barwny rąbek przeświecał poprzez wiekowy brud, mchem napychała fajkę i żebrała nawet u najbiedniejszych. Diabeł niech wspomaga taką babę, nie dziękującą nigdy i nigdy nie sytą.

    2043

    Stara była. Nikt nie mógł powiedzieć, przed ilu laty blask młodości opromieniał tę twarz czarną, szeroką, błyszczącą od tłuszczu, o płaskim nosie i wąskich oczach, łyskających niby węgle z popiołu. Jak dawno temu, siedząc pod szałasem kosiarza, odpowiadała dźwiękami rogu na miłosną pieśń zakochanego pasterza? Żyła od kilkuset lat, najstarsi pamiętali tego włóczykija wędrującego po całym kraju, a taką samą widzieli ją ich ojcowie za swych lat młodych. Ja sama, która to piszę, widziałam ją. I pewnie dotąd żyje jeszcze.

    2044

    Była mocarną córką Finów, co znają się na czarach. Mocarną i nieugiętą. Kroczyła twardo szerokimi stopy po żwirze dróg, sprowadzała grad, kierowała piorunami, umiała krowy na błędne drogi sprowadzać i szczuć wilki na owce. Słowem, dużo czyniła złego, a dobrego niewiele, toteż należało żyć z nią w zgodzie. Jeżeli żebrze o kozę, to trzeba ją dać i jeszcze naręcz wełny dołożyć, gdyż inaczej padnie koń, spłonie dom, zachorzeje krowa, umrze twoje dziecko, albo oszaleć może oszczędna i porządna gospodyni domu. Nie lubił jej nikt, wszyscy jednak witali ją z uśmiechem. Nie wiedziano, po co, złowieszcza, przybywała w dolinę, na kogo dybie. To pewna, że nie idzie jej wyłącznie o napełnienie sakwy dziadowskiej. Zło i różne znaki jawiły się wraz z nią, lisy i wilki wyły o zmierzchu, a szkaradne, czarne i żółtawe ślimaki, ociekające jadem, przyłaziły z lasu aż pod progi domostw.

    2045

    Dumna była ze swej prastarej wiedzy tajemnej, mocarne runy wyrzezane miała na lasce, której za nic w świecie dać z ręki nie chciała, śpiewała czarodziejskie pieśni, warzyła czarodziejskie napoje, oddawała czarodziejskie strzały poprzez jezioro i wiązała węzły na burzę.

    2046

    Jakżebym chciała znać myśli zrodzone w tym starym mózgu!

    2047

    Cóż myślała o ludziach okolicznych? Dla niej, która wierzyła w Tora, pogromcę olbrzymów, i w potężne fińskie bożyszcza, chrześcijanie byli tym, czym są swojskie kundle wobec wilków. Nieposkromiona jak zawierucha, mocna jak wodospad — nie znosi mieszkańców nizin.

    2048

    A jednak przychodziła często z gór przyjrzeć się ich karlim obyczajom. Ludzie drżeli na widok baby, która chodziła pośród nich pewna i spokojna, pamiętna swej sławy i władzy. I jak kot ufa swym pazurom, tak ufała mądrości swej oraz mocy pieśni boskich, czarodziejskich. Jako król jakiś władała postrachem, niezwyciężona.

    2049

    Zwędrowawszy wiele miejsc dotarła do Borgu i weszła bez wahania w bramę hrabskiego pałacu. Przez kuchnię wchodzić nierada, kroczyła ku tarasowi kwietnemu tak pewna, jakby szła połoniną górską.

    2050

    Aż tu właśnie hrabina Märta wyszła zażyć prześlicznego dnia czerwcowego, a jednocześnie dziewczęta służebne niosły na drągu z wędzarni do spiżarni świeżo uwędzone szynki i połcie słoniny. Przystanęły, a jedna zagadnęła:

    2051

    — Może jaśnie pani obejrzy szynki, czy dobrze uwędzone.

    2052

    Hrabina, zarządzająca obecnie sama gospodarstwem na Borgu, pochyliła się przez balustradę, chce obejrzeć wędliny, a w tejże chwili Finka położyła rękę na jednej szynce.

    2053

    Przepyszna to była szynka, tłusta, pachnąca jałowcem, prawdziwie królewski kąsek! Czarownicy zachciało się tej szynki.

    2054

    Nie poniżyła się do prośby i żebraniny. Wszakże z jej łaski rosły zioła i żyli ludzie, mogła sprowadzać mróz, burzę i powódź. Po cóż miała żebrać? Po prostu brała, co jej się zachciało, i koniec.

    2055

    Ale hrabina Märta nie znała potęgi czarownicy.

    2056

    — Idź precz, żebraczko! — zawołała.

    2057

    — Daj mi tę szynkę! — rzekła czarownica z Dovre, ujarzmicielka wilków.

    2058

    — Oszalałaś chyba! — krzyknęła hrabina i kazała dziewczętom odnieść wędliny do spiżarni.

    2059

    Starcze oczy rozbłysły gniewem i pożądaniem.

    2060

    — Daj mi tę brunatną szynkę! — powtórzyła. — Albo źle z tobą będzie!

    2061

    — Wolę dać srokom niż takiej jak ty! — odparła hrabina.

    2062

    Czarownica zadrżała z gniewu. Podniosła kij z runami i wstrząsnęła nim groźnie, wymawiając niepojęte słowa. Włosy jej się zjeżyły, oczy sypnęły skrami, a twarz wykrzywił skurcz.

    2063

    — Niech ciebie samą zjedzą sroki! — zawołała.

    2064

    Potem odeszła mrucząc klątwy i wymachując kijem. Obeszła dom; nie poszła już na południe. Córa dzikich ostępów dopełniła celu, dla którego zeszła z gór.

    2065

    Hrabina Märta została na tarasie śmiejąc się z szaleńczych ruchów wiedźmy, ale niedługo śmiech jej zamilkł. Gdyż oto ptaki nadleciały. Nie wierzyła oczom własnym. Nadleciały w istocie sroki, które ją miały zjeść.

    2066

    Z parku i ogrodu sfrunęły tuzinami, wyciągając szpony i rozwierając dzioby, z wrzaskiem i piskotem. Przed oczyma hrabiny zamigotały czarno-białe pióra, stała oszołomiona w chmurze ptactwa, którego skrzydła lśniły metalicznie w słońcu. Coraz to więcej srok napływało z całej okolicy szumiąc lotkami złowrogo. Wydało się hrabinie, że czarno-białe skrzydła zakryły niebo. Potwory zataczając coraz to mniejsze kręgi mierzyły dziobami i pazurami w jej twarz, ręce. Uciekła do sieni, skryła się za drzwi nieprzytomna, ogłuszona wrzaskiem i biciem skrzydeł.

    2067

    Odcięta od słońca, lata i całej radości życia, siedziała odtąd za zamkniętymi drzwiami i spuszczonymi storami, wśród rozpaczy i strachu graniczącego z obłędem.

    2068

    Samo to opowiadanie, chociaż prawdziwe i stwierdzone przez setki jeszcze starych ludzi wyda się szaleństwem, jakkolwiek wszyscy wiedzą o tej legendzie.

    2069

    Ptaki obsiadły balustradę, tarasy i cały dach pałacu czekając na zjawienie się hrabiny. Pobudowały gniazda w parku i zostały tu na stałe, a nie sposób je było odpędzić. Strzelanie pogarszało jeszcze sprawę, gdyż za każdą srokę, która padła, nadlatywało dziesięć nowych. Czasem stado ruszało na żer, ale zostawała czujna straż, a ile razy hrabina pokazała się, uchyliła story lub spróbowała wyjść za próg, rzucała się na nią wrzeszcząca chmara i hrabina musiała uciekać do pokoju najodleglejszego.

    2070

    Pędziła życie w sypialni za czerwoną salą i nieraz opowiadano mi, że gdy Borg był oblężony przez sroki, pokój ten wyglądał nad wyraz smutnie. Ciężkie portiery wisiały u drzwi i okien, podłogę pokryto grubymi dywanami, ludzie chodzili cicho i mówili szeptem.

    2071

    W sercu hrabiny zamieszkał blady strach, włosy jej posiwiały, twarz pokryły zmarszczki, w ciągu miesiąca stała się staruszką. Nie mogła się oprzeć tym czarom okrutnym. W nocy zrywała się z krzykiem ze snu, sądząc, że sroki ją napadają. Nie wpuszczała ludzi, pewna, że za każdym wchodzącym przyleci stado wrogów, siedziała tedy zazwyczaj samotna w dusznym pokoju, niema, zakrywając rękami oczy, kołysząc się w fotelu, chora, zrozpaczona, od czasu do czasu zrywając się z krzykiem i skargami.

    2072

    Trudno o życie smutniejsze. Więc każdy litował się nad biedaczką.

    2073

    Nie mam nic więcej do opowiadania o niej, a i to, com przytoczyła, dobre nie było. Mam niemal wyrzuty sumienia. Była dobroduszna i wesoła za młodu i dużom o niej słyszała, nie zamieszczonych tu co prawda, arcyuciesznych historyjek.

    2074

    Nie wiedziała jeno, że dusza wciąż łaknie. Zabawą i głupstwem żyć nie może. Jeśli zaś nie dostanie innego pożywienia, rozdziera jak dzikie zwierzę zrazu innych, a potem samą siebie.

    2075

    I taki jest sens tej opowieści.

    20. Sobótki

    2076

    Lato tego roku było upalne jak lato obecne, kiedy to piszę. Nastała najwspanialsza z pór roku.

    2077

    Właśnie w tym czasie smucił się i cierpiał zły Sintram w Forsie. Gniewał go długi, słoneczny dzień, bolał nad klęską ciemności, smuciło go wspaniałe listowie drzew i bujny kobierzec zaścielający ziemię.

    2078

    Był dzień świętego Jana, jak teraz, kiedy to piszę. Wszystko skąpane było w piękności. Najbardziej szara i kamienista droga była obrzeżona kwiatami lata, fioletową wyką i żółtym podróżnikiem.

    2079

    Gdy wspaniałość świętojańskiego dnia rozprzestrzeniła się po górach, a dźwięki dzwonów z Bro rozedrgane powietrze zanosiło aż do Forsu, gdy niewypowiedziany spokój świątecznego dnia panował nad całym krajem, Sintram zawrzał gniewem, że Bóg i ludzie śmią zapominać o jego istnieniu. Postanowił także pójść do kościoła, pokazać się rozradowanym i przywieść na pamięć ciemń beznadziejną, dzień bez zmartwychwstania oraz zimę bez wiosny.

    2080

    Włożył wilczą szubę i włochate futrzane rękawice, zaprzągł do sanek gniadego konia, do uprzęży przypiął janczary. Tak wyposażony jakby przy trzydziestu stopniach mrozu, pojechał. Zgrzyt pod płozami sań przywodził mu na myśl mróz, a pianę na zadzie konia brał za szron. Nie było mu gorąco, gdyż tchnął chłodem, jak słońce żarem promieniuje.

    2081

    Jechał rozległą równiną na północ od broeńskiego kościoła. Wielkie, jasne wsie leżały wokół i pola, nad którymi wysoko pod niebem śpiewały skowronki. Nigdzie nie słyszałam takich skowronków, dziwiło mnie też nieraz, jak mógł ogłuchnąć na ich śpiew.

    2082

    Niejedno złościłoby go w drodze, gdyby patrzył. Przed chatami stały pochylone brzózki, a ściany widne przez otwarte okna umajono zielenią.

    2083

    Najlichsza żebraczka niosła gałązkę bzu, a chłopaki miały pęczki kwiecia u chustek.

    2084

    Okryte kwiatami drzewa i krzewy wieńczyły osiedla, a trawa była zdeptana od wesołego tańca ku czci święta lata.

    2085

    Na Lövenie tłoczyła się gromada flisaków. Białe żagle tratew mimo braku wiatru rozwinęli ku czci dnia tego, na każdym maszcie powiewa zielony wieniec.

    2086

    Drogami ku Bro wiodącymi szli do kościoła odświętnie ubrani ludzie, zwłaszcza kobiety przystrojone były pięknie w jasne letnie suknie z samodziału.

    2087

    Wszyscy cieszyli się pokojem świątecznym, ciepłem, nadzieją plonów, poziomkami, które zaczęły się rumienić przy drodze, mówili o pogodzie, śpiewie skowronków i powtarzali:

    2088

    — Zaprawdę, widać jest to dzień Pański!

    2089

    Wtem nadjechał Sintram. Klął, machał biczem nad grzbietem ociekającego potem konia, piasek zgrzytał szkaradnie pod płozami sań, a ostry brzęk janczarów głuszył dzwony. Czoło Sintrama pod czapą futrzaną pokrywały zmarszczki gniewu.

    2090

    Ludzie w kościele zdumieli się, jakby na widok wcielonego diabła. A więc nawet w święto i podczas lata nie podobna zapomnieć o zimie i złem. Ciężko, zaprawdę, żyć na ziemi! Ci, co czekali początku nabożeństwa w cieniu kościelnego muru i na cmentarzu, patrzyli w cichym zdumieniu, jak kroczył ku bramie. Przed chwilą rozradowani latem i rozkoszujący się życiem, doznali wrażenia, że nadchodzi tajemne jakieś nieszczęście.

    2091

    Sintram wszedł do kościoła, siadł na swoim miejscu i cisnął na ławkę rękawice, tak że głośno zaszczękały wszyte w skórę wilcze pazury. Kilka kobiet zemdlało na widok kosmatej postaci i musiano je wynieść z kościoła.

    2092

    Nikt nie śmiał wygnać Sintrama z domu bożego, chociaż przeszkadzał wiernym w nabożeństwie. Bano go się ogólnie.

    2093

    Daremnie mówił stary proboszcz o jasnym święcie lata.

    2094

    Nikt go nie słuchał, a wszyscy myśleli jeno o złem, o zimie i tajemniczym nieszczęściu, którego zwiastunem był niesamowity dziedzic Forsu.

    2095

    Po nabożeństwie udał się Sintram na zbocze kościelnego wzgórza i zaczął wodzić oczyma po wybrzeżu brobijskim, trzech przylądkach zachodnich i dalej aż po jezioro Löven. Wszyscy widzieli, jak zaciśniętą pięścią grozi jezioru i zielonym wzgórzom. Potem zwrócił się na południe, śląc spojrzenie aż tam, gdzie zdawała się kończyć powierzchnia wody, a wreszcie na północ, ku Gurlicie i Björnidet. Obracał się wokoło, zwijał pięść i groził, a wszyscy czuli, że dzierży w dłoni pioruny, które cisnąłby, gdyby jeno mógł, na spokojną okolicę, szerząc śmierć i rozpacz. Serce jego tak teraz przesiąkło złem, że radowało się jeno zagładą. Oszalały tą żądzą, srożył się nad wszystkimi, a ludzie nie znając przyczyn szerzyli najdziwniejsze wieści.

    2096

    Opowiadano, że kiedy kościelny chciał zamknąć drzwi świątyni, klucz złamał się, gdyż w zamku tkwił twardy zwitek papieru. Zaniesiono go do dziekana. Zwitek okazał się listem skierowanym do istoty nie z tego świata.

    2097

    Szeptano sobie, co było na tym papierze. Dziekan spalił go, ale kościelny widział błyszczące ogniście czerwone litery na czarnym tle i powiedział, że Sintram chciał zniweczyć całą okolicę widną z wieży brobijskiego kościoła, tak by las porósł na miejscu kościoła, a niedźwiedź i lis zamieszkały w ludzkich osiedlach. Pola miały leżeć odłogiem, a głosu koguta ni psa słyszeć już tu nie miano. W służbie złego ducha przyrzekał Sintram, iż tego dokona.

    2098

    Zasępili się wszyscy myślą o przyszłości, wiedząc, jak potężne jest zło, jak nienawidzi ono tego, co żyje, jak bezlitośnie rade by zamienić w dzicz całą równinę, jak wziąwszy do pomocy zarazę, głód czy wojnę, zniszczyć chce każdego, kto miłuje owocną, pokojową pracę.

    21. Pani Muzyka

    2099

    Od owego czasu gdy Gösta dopomógł hrabinie Elżbiecie do ucieczki, zapadł on w smutek wielki, a widząc to postanowili kawalerowie szukać pomocy u muzyki, gdyż potężna ta bogini niejednego już pocieszyć zdołała.

    2100

    Polecili więc pewnego dnia lipcowego otworzyć drzwi wielkiej sali, zdjąć okiennice, wpuścić słońce zachodu i łagodne powietrze wieczoru. Zdjęto pasiaste pokrowce z mebli i tiulową osłonę z weneckiego świecznika, otwarto fortepian. Złocone gryfy podtrzymujące marmurowe płyty stołów rozbłysły światłem, białe boginki na czarnym tle ponad zwierciadłami zatańczyły ochoczo, a różnokształtne kwiaty adamaszku zakwitły w czerwieni zachodzącego słońca. Nacięto róż i wniesiono do sali. Ich zapach wypełnił cały pokój. Były wśród nich cudowne róże z obcych krajów sprowadzone do Ekeby. Miały barwy przedziwne, żółte, żyłkowane krwią niby ludzkie ciało, to znów śmietankowe o brzegach pierzastych lub ciemnopurpurowe z czarnymi cieniami. Zniesiono tu wszystkie róże Altringera, które sprowadzał ongiś z daleka na uradowanie kobiecych serc.

    2101

    Potem nagromadzono dużo nut i pultów[26], instrumentów dętych i strunowych różnej wielkości, gdyż miała na Ekeby zapanować dobra pani Muzyka i pocieszyć Göstę.

    2102

    Pani Muzyka wybrała Symfonię Oksfordzką starego papy Haydna, a kawalerowie jęli uczyć się jej. Mistrz Juliusz ujął batutę, każdy zaś grał na swym instrumencie. Grać umieli wszyscy, bo czyżby byli inaczej kawalerami?

    2103

    Gdy wszystko było gotowe, zawezwano Göstę. Wyczerpany jeszcze i zniechęcony, uradował się przecież widokiem wspaniałej sali i myślą, że posłyszy piękne dźwięki. Wiadomo, że muzyka to najlepsza towarzyszka dla tego, kto cierpi. Jest ochocza i radosna jak dziecko, ognista i powabna jak młoda dziewczyna, dobra i mądra jak stary człowiek, który spędził owocnie życie.

    2104

    Kawalerowie zaczęli grać cicho niby powiew wiatru.

    2105

    Mały Ruster, w okularach na nosie, z całą powagą czytał nuty i wyczarowywał łagodne tony z fletu, przebierając palcami po klapkach i otworach, wujaszek Eberhard siedział pochylony nad wiolonczelą, z przekrzywioną peruką i drżącymi od wzruszenia wargami, zaś Bergh stał dumnie z fagotem. Czasem dmuchnął weń z całej piersi, ale zaraz spadała mu na czaszkę batuta mistrza Juliusza.

    2106

    Wszystko szło dobrze, nawet wyśmienicie. Sama pani Muzyka wyczarowana została z martwych nut, by rozpostarła płaszcz czarodziejski i wyprowadziła Göstę z powrotem w krainę radości.

    2107

    Czyż to naprawdę Gösta siedział tak blady i osępiały, i czyż go starzy towarzysze zabawiać musieli niby małe dziecko? Nieszczególnie powodziło się teraz radości w Värmlandii.

    2108

    Wiem, dlaczego kochali go ci starzy ludzie. Znam smutek długich wieczorów zimowych ogarniający w samotnych osiedlach dusze ludzkie. Rozumiem dobrze ten nastrój.

    2109

    Wyobraźmy sobie niedzielne popołudnie, kiedy to praca spoczywa, a myśl tępieje. Dmie z uporem wicher północny, dmie zimnem, którego wygnać żaden ogień nie może. Siedzimy przy nikłej łojowej świeczce, którą ustawicznie przycinać trzeba. Z kuchni dolatuje jednostajny śpiew nabożny.

    2110

    Nagle zabrzmiały janczary sanek, szybkie kroki skrzypią po śniegu, potem dudnią po schodach i do izby wchodzi Gösta Berling. Śmieje się i żartuje. Jest życiem i ciepłem. Otwiera fortepian i gra tak, że dziwujemy się starym strunom. Zna wszystkie pieśni, każdą melodię i uszczęśliwiać umie mieszkańców domu. Nigdy nie czuł zimna ni znużenia. Człowiek smutny zapomniał na jego widok trosk swoich. Miał dobre serce i litował się nad biednymi i słabymi. Toż to był wprost geniusz! Szkoda, że nie słyszeliście, jak o nim opowiadali starzy ludzie!

    2111

    Nagle w najpiękniejszym miejscu wybuchnął płaczem. Życie wydało mu się smutne, przysłonił twarz rękami i zapłakał tak, aż przeraził kawalerów. Nie były to bowiem słodkie łzy, jakie wywabiać zwykła bogini muzyki, ale szloch rozpaczy. Nie wiedząc, co czynić, złożyli instrumenty.

    2112

    Dobra pani Muzyka, która miłuje Göstę Berlinga, ona nawet zaczyna tracić odwagę, przypomina sobie jednak, że ma jeszcze między kawalerami dzielnego bojownika.

    2113

    Był nim łagodny Löwenborg, któremu utonęła narzeczona w mętnej, żółtej rzece, niewolnik Gösty, oddany mu bardziej nad innych. Przysunął się teraz płochliwie do fortepianu i musnął niepewną dłonią klawisze.

    2114

    Na pierwszym piętrze w skrzydle kawalerskim miał Löwenborg stół z namalowaną klawiaturą i pultem na nuty, przy których spędzał długie godziny codziennie, przebierając palcami po białych i czarnych klawiszach. Tam ćwiczył gamy i etiudy i grał Beethovena. Nie grywał nic prócz Beethovena. Pani Muzyka wsparła go swą łaską osobliwą i dane mu było odpisać wiele z trzydziestu dwóch sonet mistrza.

    2115

    Nie ważył się jednak tykać nigdy instrumentu prawdziwego. Klawiatura pociągała go odstraszając jednocześnie, a hałaśliwy fortepian, na którym odbębniono już tyle polek, był mu świętością. Nigdy nie poważył się go dotknąć. Przedziwny to instrument o mnóstwie strun, zdolny tchnąć życie w dzieło kompozytora. Löwenborg przykładał doń ucho i słyszał zaraz scherzo i andante. Był to dlań ołtarz ku czci bogini, którego nie tykał nigdy przez szacunek. Nie spodziewał się dojść do sumy potrzebnej na kupno własnego fortepianu, a na instrumencie majorowej grać nie śmiał, nigdy go zresztą do tego nie zachęcała.

    2116

    Słyszał brząkanie polek, walców i pieśni Bellmanowskich, ale sądził, iż to ubliża instrumentowi, który też wydawał głos jękliwy. Gdyby zagrano Beethovena, wtedy dopiero zagrzmiałby potężnie.

    2117

    Teraz przyszedł jednak czas na Beethovena i na niego, Löwenborga. Zebrał całą odwagę i usiadł podniecony chęcią pocieszenia swego pana i władcy akordami śpiącymi w instrumencie.

    2118

    Zaczął niepewnie. Drżącymi palcami szukał tonów, marszczył brwi, próbował nie mogąc znaleźć drogi, w końcu zaś zakrył twarz dłońmi i zaczął gorzko płakać.

    2119

    Okrutnie postąpiła z nim bogini muzyki. Świętość nie była świętością. Nie śniły tu, czekając zbudzenia, akordy i nie taił się orkan tonów. Zgasła doszczętnie harmonia przecudna, godna bogów. Został jeno stary klekot i na tym koniec.

    2120

    Ulitowała się jednak bogini i dała znak mądremu pułkownikowi. Wziął ze sobą Rustera i przynieśli we dwu stół Löwenborga z rezydenckiego skrzydła.

    2121

    — Patrz no, Löwenborg! — rzekł Beerencreutz, gdy wrócili. — Masz tu swój fortepian! Zagraj teraz coś dla Gösty.

    2122

    I oto ustały łzy Löwenborga, siadł i zagrał Beethovena przygnębionemu druhowi. Na pewno się rozweseli.

    2123

    W głowie starego biedaka zabrzmiały żywe akordy. Pewny był, że Gösta słyszy i podziwia jego grę. Znikły wszelkie trudności, pasaże i tryle szły teraz niezmiernie łatwo. Pragnął nawet, by sam mistrz go usłyszał.

    2124

    Zaś w miarę gry coraz to większy ogarniał go zapał, a tony rozbrzmiewały coraz potężniej, nadziemsko. Grał zaś tak:

    2125

    Czemużbym cię kochać nie miał, o bólu? Czyż dlatego, że usta twe zimne są, policzki blade, uścisk dławi i zamienia w kamień spojrzenie?

    2126

    Ty jesteś bólu, jak dumna kobieta, trudna do pozyskania, ale dajesz rozkosz większą od miłości innych. Wyklęty jesteś, ja zaś przyciskam cię do łona i trzymał będę na sercu tak długo, aż ziąb uleci, a w duszy poczuję szczęście.

    2127

    Cierpiałem bardzo od chwili straty ukochanej. Była we mnie i wokół mnie noc straszliwa. Modliłem się ciągle żarliwie, a Bóg mnie nie słuchał. Niebiosa były zamknięte. Z gwiezdnego nieba nie zszedł anioł-pocieszyciel.

    2128

    Ale tęsknota moja rozdarła w końcu zasłonę, a tyś spłynęła ku mnie na promieniu księżyca. Ukochana moja, przybyłaś w jaśnieniu wielkim, uśmiechnięta, w otoczeniu aniołów, z wieńcami róż, cytrami i fletniami, tak że na twój widok uczułem się szczęśliwy.

    2129

    Ale znikłaś rychło. I już nie było pomostu tęczowego ani miesięcznego, po którym bym mógł sięgnąć do ciebie. Leżałem na ziemi bez skrzydeł, związany i kurzem okryty. Skarga moja brzmiała jak ryk dzikiego zwierza i grzmoty nieba. Piorun ci chciałem posłać gońcem i kląłem zieloną ziemię, by ogień ją spalił, a zaraza wyniszczyła ludzkość całą. Przyzywałem śmierć i nicość, sądząc, że męki piekła to raj wobec cierpień konania mego.

    2130

    I wówczas to, o bólu, stałeś mi się przyjacielem. Czemużbym cię nie miał kochać jak ową trudną do pozyskania kobietę, która daje miłość potężniejszą niż inne?

    2131

    Tak grał biedny mistyk, oblany blaskiem zapału, przepojony tonami, które dźwięczały mu w uszach. Pewny był, że Gösta je słyszy i że go pocieszą na pewno.

    2132

    Gösta słuchał, zrazu rozgniewany tą nową komedią, potem jednak ukoił go widok tego człowieka, czarujący był ten starzec, gdy tak rozkoszował się Beethovenem.

    2133

    I Gösta pomyślał, że i ten człowiek, teraz tak łagodny i beztroski, tonął kiedyś w rozpaczy, że i on stracił ukochaną. A teraz przy swej drewnianej klawiaturze promieniał szczęściem. Czyż więc miało z tego wynikać, że niczego więcej nie trzeba człowiekowi do zupełnej szczęśliwości?

    2134

    Gösta doznał upokorzenia i rzekł sobie:

    2135

    Czyż nie stać cię na cierpienie? Wszakże ubóstwo całego życia zahartowało cię, wszakże każde drzewo i każda gruda ziemi uczyły cię rezygnacji, wszakże wychowałeś się w kraju o ostrej zimie, a skąpym, upalnym lecie! Czyż zapomniałeś już sztuki wytrwania?

    2136

    Tak, Gösto — mężczyzna winien przyjmować odważnie i z uśmiechem wszystko, co mu przyniesie życie, inaczej nie jest mężczyzną. Straciłeś ukochaną, cierp tedy i znoś wyrzuty sumienia, ale na zewnątrz bądź prawdziwym Värmlandczykiem. Niech oczy twe błyszczą radością, a słowa sprawiają przyjemność przyjaciołom.

    2137

    Twarde jest życie i okrutną przyroda i nikt by ich nie zniósł, gdyby dla przeciwwagi nie było radości i męstwa.

    2138

    Męstwo i radość to obowiązki życia. Nie zaniedbywałeś ich dotąd, czyń więc to samo dalej.

    2139

    Czyż gorszy jesteś od Löwenborga siedzącego tam nad malowaną klawiaturą, przy rzekomym fortepianie, czyś gorszy od tych wszystkich beztroskich starców-młodzieńców? Wiesz przecież, że cierpienie nie oszczędziło z nich żadnego.

    2140

    Spojrzał po towarzyszach zasłuchanych z powagą w muzykę niedosłyszalną. Cóż za widowisko.

    2141

    Nagle śmiech wesoły zbudził Löwenborga z marzeń. Podniósł ręce od klawiszów i nastawił uszu. Tak, to był śmiech Gösty, śmiech dawny, dobry, zaraźliwy, najpiękniejsza muzyka, jaką stary Löwenborg słyszał w życiu.

    2142

    — Wiedziałem — zawołał — że Beethoven pomoże! Już ozdrowiałeś, widzę.

    2143

    I stało się, że dobra pani Muzyka wyleczyła z melancholii Göstę Berlinga.

    22. Proboszcz z Broby

    2144

    Wszechpotężny Erosie, wiesz dobrze, że czasem wydaje się niejednemu z ludzi, iż zrzucił całkiem jarzmo twoje. Wymierają w jego sercu wszelkie tkliwe uczucia jednoczące ludzi. Szaleństwo wyciąga pazury ku nieszczęśnikowi. Ale niebawem jawisz się wszechpotężny opiekunie życia, zeschłe serce rozwija liście i niesie owoce niby różdżka Aaronowa…

    2145

    Nie było większego skąpca nad proboszcza z Broby i nikogo bardziej nie dzieliła od ludzi nikczemność i brak miłosierdzia. Zimą nie palił w piecach, siadywał na nie malowanej ławce, odziewał się w łachmany, żył suchym chlebem, a na widok żebraka wpadał we wściekłość. Głodził konia sprzedając siano, krowy zaś jadały suchą trawę przydrożną i ogryzały mech ze ścian domu. Aż na gościńcu słychać było żałosne beczenie głodnych owiec. Chłopi rzucali mu jadło wzgardzone przez psy i odzież nie przyjętą przez nędzarzy.

    2146

    Ręka jego wyciągała się po jałmużnę, a grzbiet chylił w podzięce. Żebrał u bogatych, a biednym pożyczał na procenty. Ujrzawszy pieniądz bity drżał z niecierpliwości, dopóki go nie miał w kieszeni. A biada temu, kto by nie zapłacił w dniu zapadłości!

    2147

    Ożenił się późno i lepiej by mu było nie czynić tego wcale. Żona zmarła ze smutku i wyczerpania, córka poszła na służbę do obcych. Starzał się, ale wiek nie przynosił mu spokoju, przeciwnie, obłęd skąpstwa nie opuszczał go ani na chwilę.

    2148

    Pewnego pięknego dnia sierpniowego wjechała na wzgórze brobijskie ciężka, zaprzężona w czwórkę kareta, wioząca wykwintną starą pannę, która przybyła ze stangretem, lokajem i garderobianą. Przybyła ona w odwiedziny do proboszcza, którego za młodu kochała.

    2149

    Był nauczycielem w domu jej ojca i pokochali się, ale dumna rodzina rozdzieliła ich. Panna postanowiła przed śmiercią zobaczyć umiłowanego, i to było wszystko, czego spodziewała się jeszcze od życia.

    2150

    Mała wykwintna dama siedziała w dużym powozie zatopiona w marzeniach. Nie jechała do nędznej plebanii na brobijskim wzgórzu, ale do cienistej altanki w parku, gdzie na nią czekał ukochany. Widziała go młodym, kiedy to umiał całować i kochać. Wie, że go wkrótce zobaczy, ale postać jego rysuje się przed nią jasno jak nigdy. Jest piękny, rozmarzony, płomienny, przepaja całą jej istotę ogniem zapału.

    2151

    Ona zaś pobladła, zżółkła, zwiędła i zestarzała się. Może nie pozna sześćdziesięcioletniej staruszki, myślała. Nie przybyła jednak po to, by się pokazywać, ale po to, by zobaczyć umiłowanego swej młodości w całej jego dawnej, nie tkniętej przez czas krasie i pełni życia.

    2152

    Przybyła z daleka, gdzie nic nie słyszano o proboszczu z Broby. Kareta wjechała na wzgórek i plebania ukazała się oczom jadącej.

    2153

    — Przez miłosierdzie boskie! — zawołał stojący na skraju drogi żebrak. — Wspomóż pani biedaka!

    2154

    Wykwintna dama dała mu srebrną monetę i spytała o plebanię mającą tu gdzieś być w pobliżu.

    2155

    Żebrak objął ją chytrym, bystrym spojrzeniem i powiedział:

    2156

    — Plebania stoi tam, na wzgórzu, ale proboszcza nie ma w domu i w ogóle nie ma tam nikogo.

    2157

    Wykwintna dama zbladła na te słowa, jakby miała zemdleć! Znikła cienista altanka, znikł ukochany. Jakże mogła mniemać, że znajdzie go tam po czterdziestoletnim oczekiwaniu.

    2158

    — Co też sprowadza wielmożną panią na plebanię? — spytał żebrak.

    2159

    Odparła, że przybyła w odwiedziny do proboszcza, którego dawniej znała.

    2160

    Dzieliło ich czterdzieści lat i czterdzieści mil. Za każdą milą zrzucała z ramion jeden rok trosk i wspomnień, tak że teraz, dotarłszy pod plebanię, stała się na nowo dwudziestoletnią dziewczyną bez trosk i wspomnień.

    2161

    Żebrak patrzył, a w jego oczach dama przemieniała się z dwudziestolatki w staruszkę i z powrotem w młodą dziewczynę.

    2162

    — Proboszcz wróci po południu! — powiedział. — Wielmożna pani uczyni najlepiej, jeśli zajedzie do brobijskiej gospody i wróci po południu. Ręczę, że proboszcz będzie w tym czasie w domu.

    2163

    W chwilę potem kareta z wykwintną damą stoczyła się na dół, ku gospodzie, a żebrak patrzył za nią drżąc na całym ciele. Pragnął całować ślady kół padłszy na kolana.

    2164

    Wyświeżony, ogolony, w trzewikach z lśniącymi sprzączkami, w jedwabnych pończochach, w żabocie i świeżych manszetach, stanął w południe tegoż dnia proboszcz przed dziekanową w Bro i powiedział:

    2165

    — Jest to wykwintna dama, hrabianka, jakże ją tedy mogę, ja, biedak przyjąć u siebie? Podłogi u mnie są czarne, salon bez mebli, w jadalni strop zielony od pleśni i wilgoci. Proszę bardzo, niechże mi pani dopomoże! Wszak jest to wytworna dama, hrabska córka!!

    2166

    — Czyż nie możesz pan kazać powiedzieć, żeś wyjechał?

    2167

    — Droga pani dziekanowo! — odparł. — Wszak czterdzieści mil przebyła, by zobaczyć, mnie, biedaka. Nie wie, jak moje sprawy stoją. Nie mam dla niej łóżka, nie mam gdzie przenocować jej służby!

    2168

    — Niech więc nie nocuje.

    2169

    — Droga pani dziekanowo! — rzekł. — Nie rozumie mnie pani, widzę. Wolę dać raczej wszystko, co oszczędziłem w ciągu życia, niż odmówić jej przytułku pod moim dachem. Miała lat dwadzieścia, gdyśmy się rozstali, a od tego czasu minęło czterdzieści lat, raczże pani wziąć to w rachubę. Oto pieniądze, jeśli mogą się przydać, zdaje mi się, że same pieniądze nie wystarczą!

    2170

    Erosie, kochają cię kobiety i chętniej uczynią dla ciebie sto kroków niźli jeden dla innych bogów.

    2171

    Pokoje, kuchnia i spiżarnia dziekanówki opustoszały, zaprzężono do wszystkich wozów i ruszono na plebanię brobijską. Dziekan będzie mógł sobie po powrocie z nauki konfirmacyjnej chodzić po całym domu i zazierać do kuchni nie znajdując niczego. Nie ma żony, służby ni obiadu. Cóż na to poradzić? Tak chciał Eros wszechwładny!

    2172

    Po południu przytoczyła się na wzgórze kareta. Siedziała w niej stara panna dumając, czy się znowu jakie nieszczęście nie zdarzy i czy spotka ukochanego.

    2173

    Pojazd skręcił w bramę, ale utknął w niej, gdyż była za wąska. Stangret strzelił z bata, konie ciągnęły, lokaj klął, lecz jedno koło zawadziło o słup, a hrabianka nie mogła wjechać na plebanię, do ukochanego.

    2174

    Po chwili wyszedł, wziął ją na silne jak dawniej ręce i przygarnął do serca tak gorąco jak przed czterdziestu laty. Ona zaś spoglądała w oczy jego tak samo błyszczące jak wówczas, gdy miał dwadzieścia pięć lat.

    2175

    Ogarnęła ją fala uczucia, gorąca jak nigdy przedtem. Wspomniała, że pewnego dnia wniósł ją tak na taras pałacowy. Żyła przez lat czterdzieści miłością, zapomniała jednak, jak to błogo spocząć w silnych ramionach i patrzyć w młode, błyszczące oczy.

    2176

    Nie widziała, że jest stary, patrzała jeno w jego oczy.

    2177

    Nie dostrzegła czarnej podłogi, zielonych od wilgoci stropów, widziała tylko te oczy. Proboszcz brobijski był w tej chwili przystojnym, pięknym mężczyzną. Stawał się pięknym, gdy tylko na nią spojrzał. Słuchała jego czystego, silnego głosu będącego pieszczotą dla jej uszu. Tak mówił tylko do niej. Niepotrzebne były meble z dziekanówki, jadło i służba. Nie dostrzegłaby pewnie nic i nie czuła żadnego braku, byle słuchać tego głosu i patrzeć w te oczy.

    2178

    Nigdy dotąd nie była tak szczęśliwa.

    2179

    Kłaniał się jej wytwornie i dumnie, jakby była królową, on zaś jej ulubieńcem, przemawiał do niej ceremonialnie, starym obyczajem, ona zaś uśmiechała się tylko i była szczęśliwa.

    2180

    Pod wieczór podał jej ramię i wywiódł do zaniedbanego ogrodu. Nie widziała nic brzydkiego, opuszczonego, nie dostrzegała pokracznych, koślawych krzewów, ale widziała wszędzie cięte szpalery, szmaragdowe trawniki, cieniste aleje, wnęki z białymi posągami, młodość, wierność, nadzieję i miłość…

    2181

    Wiedziała, że był żonaty, ale nie myślała o tym, bo i po cóż? Liczyła wszakże lat dwadzieścia, a on dwadzieścia pięć i kipiał młodością i siłą. Czyż ten uśmiechnięty młodzieniec mógł być skąpym proboszczem z Broby? Czasem szepnęło mu coś w ucho, jakby smutne przeczucie losu. Ale nie pamiętał w tej chwili o skargach biedaków, przekleństwach oszukanych, drwinach, pogardzie, piosenkach szyderczych i urągowiskach, gdyż serce jego płonęło niewinną miłością. Dumny młodzieniec nigdy nie pokocha złota tak, by je z najpodlejszego brudu podnosić, by żebrać o nie u przechodniów, by się dlań kalać, znosić upokorzenia, cierpieć zimno, głód i hańbę. To wszystko jeszcze dlań nie istnieje. Nie będzie dręczył dziecka swego i żony dla nędznego złota. To niemożliwe. Musiał być człowiekiem dobrym jak inni, nie mógł być potworem.

    2182

    Czyżby ukochana młodości jego chciała kroczyć obok nikczemnika niegodnego piastowanego urzędu? Nie, zaiste! Wszechwładny Erosie, człowiek ten ni tego wieczoru, ni dni następnych nie mógł być proboszczem z Broby.

    2183

    Odjechała czwartego dnia poszerzoną bramą, kareta stoczyła się z brobijskiego wzgórza ciągniona przez wypoczęte konie.

    2184

    Cóż za sen! Co za rozkoszny sen! Przez trzy dni nie było ni jednej chmurki na niebie.

    2185

    Wróciła uśmiechnięta do swego pałacu i marzeń. W życiu nie usłyszała już jego nazwiska i nie pytała oń. Pragnęła tylko do końca życia snuć to jedno marzenie.

    2186

    A proboszcz z Broby siedział w pustym domu i płakał rozpaczliwie. Odmłodziła go. Czyż miał się z powrotem zestarzeć? Czyż miał wrócić doń zły duch i uczynić na nowo nikczemnikiem, człowiekiem godnym wzgardy, jakim był tak długo?

    23. O mistrzu Juliuszu

    2187

    Mistrz Juliusz zniósł z rezydenckiego piętra na dół swą czerwoną malowaną skrzynię. Następnie zielony antałek towarzyszący mu w wędrówkach i napełnił go wonną wódką pomarańczową. W pięknie rzeźbione duże pudło na jadło nałożył chleba, masła i odleżałego sera o pięknym, zielonobrunatnym deseniu oraz wonnych szynek.

    2188

    Dokonawszy tego jął mistrz Juliusz chodzić po całym Ekeby i żegnać się ze wszystkimi, popłakując. Po raz ostatni pogładził gładko toczone kule kręgielniane i dzieci mieszkające na wzgórzu. Chodził do altanki w parku i do grot, zaszedł do stajen i stodół, głaskał konie, potrząsał za rogi złego byka i nadstawiał cielętom dłonie do lizania. W końcu wrócił zapłakany do budynku głównego, gdzie czekało pożegnalne śniadanie.

    2189

    O, jakże okrutne jest życie i któż je znieść zdoła? Potrawy zawierały dnia tego truciznę, a wino żółć. Gardła rezydentów i odjeżdżającego ściskało wzruszenie, a mgła łez przysłaniała oczy. Mowę pożegnalną przerywało łkanie. O, jakże okrutne jest życie! Odtąd mistrz Juliusz żyć będzie jeno tęsknotą, a usta jego nie złożą się do uśmiechu. Pieśni zamrą w jego pamięci jak kwiaty jesienią. Zblednie, zwiędnie i opadnie niby zerwana róża czy lilia. Nigdy już nie ujrzą biedni rezydenci mistrza Juliusza. Przez duszę jego ciągnęły smutne przeczucia niby smagane burzą chmury ponad zoraną świeżo ziemią. Miał wracać do domu, by tam umrzeć.

    2190

    Stał w pełni sił i zdrowia przed towarzyszami, którzy już nigdy ujrzeć go nie mieli. Nie będą już pytać żartobliwie, kiedy po raz ostatni oglądał swe kolana, ani też proponować, by im pożyczył swych policzków do gry w kręgle. Ale w płucach i wątrobie już się choroba zagnieździła. Gryzła, zżerała, od dawna czuł, że dni jego życia są policzone.

    2191

    Niechże tedy rezydenci ekebijscy zachowają w pamięci zmarłego i nie zapomną go nigdy.

    2192

    Teraz wzywał obowiązek. W domu czekała matka. Od siedemnastu lat czekała jego powrotu z Ekeby, aż napisała prosząc żarliwie, by wracał, a on chciał usłuchać. Wiedział, że będzie to dlań śmiercią, ale jako dobry syn postanowił dopełnić obowiązku.

    2193

    Jakaż szkoda boskich uczt! Jakaż szkoda łąk i wodospadu! I tych bajek wesołków. I całego hultajstwa rezydentów? A skrzypki i waltornia? I żywot błogi w szczęsnej wesołości! Rozłąka z tym wszystkim równała się śmierci.

    2194

    Mistrz Juliusz wyszedł do kuchni i pożegnał wszystkich domowników. Ogarnięty wzruszeniem, ucałował każdego z osobna, od klucznicy do komornicy, a dziewczęta służebne płakały nad smutnym losem wesołego, dobrego człowieka, który miał umrzeć.

    2195

    Mistrz Juliusz polecił wytoczyć z wozowni swój wózek i konia wyprowadzić ze stajni.

    2196

    Wydawał te zlecenia zdławionym głosem. Więc stara kolaska nie zbutwieje w wozowni, a stara Kajsa nie skończy u ekebijskiego żłobu ze starości? Mimo woli miał za złe matce uważając, że jeśli już nie myśli o tym, co dobre dla syna, to powinna mieć wzgląd na starą bryczkę i kobyłę. Jakże zdołają odbyć drogę tak daleką?

    2197

    Najgorsze było rozstanie z kawalerami. Mały, krągły hulaka, któremu łatwiej przyszłoby toczyć się niż chodzić, przepojony był tragizmem po koniuszki palców. Wspomniał wielkiego Ateńczyka spełniającego w gronie uczniów kielich trucizny. Wspomniał starego króla Gustawa, który przepowiadał, że lud szwedzki zapragnie go kiedyś dobyć z grobu.

    2198

    W końcu zaśpiewał im najpiękniejszą pieśń swoją myśląc o łabędziu, co śpiewa przed skonem. Chciał, aby go tak zapamiętali — jako ducha królewskiego, co nie zniża się do skargi, ale odpływa na fali tonów.

    2199

    Odśpiewano pieśń ostatnią, wypito ostatnią szklankę i zamieniono uścisk ostatni. Mistrz wdział płaszcz i ujął bat. Wszyscy mieli łzy w oczach, ale odjeżdżający wprost nie widział nic poprzez mgłę bólu. W tej chwili towarzysze unieśli go na swych ramionach, wydając gromkie okrzyki. Usadowili go jakoś, bicz trzasnął i pojazd ruszył z miejsca. Mistrz Juliusz odjechał, a w chwili gdy odzyskał zdolność widzenia, znalazł się na gościńcu.

    2200

    Kawalerowie płakali wprawdzie, ogarnięci smętkiem, ale nie mogło to poskromić ich skłonności do figlów. Nie wiadomo za czyją sprawą, Gösty-poety, Beerencreutza-karciarza, starego wojownika czy znużonego życiem Kristofera, dość że stało się tak, iż ani zbutwiała bryczka, ani stara Kajsa nie opuściły wcale Ekeby. Zaprzężono bowiem srokatego wołu do fury siana, wstawiono na wóz czerwony kufer, zieloną beczułkę i rzeźbioną skrzynię z żywnością, potem zaś posadzono oślepłego łzami mistrza nie na wóz, ale oklep na wołu.

    2201

    Człowiek jest widać stworzeniem zbyt słabym, by stawić czoło całej goryczy bólu. Kawalerowie opłakiwali bezsprzecznie odjeżdżającego przyjaciela, który miał zemrzeć jak więdnąca lilia czy łabędź śpiewający. Ale było im to ulgą w strapieniu, że siedział na srokatym wole, gdy jego zwalistym ciałem wstrząsały spazmy rozczulenia, ręce wzniosły się i opadały rozpacznie, a oczy szukały w niebie sprawiedliwości.

    2202

    Oszołomiony mistrz Juliusz odzyskał przytomność dopiero na gościńcu i spostrzegł, że siedzi na chwiejnym grzbiecie jakiegoś zwierzęcia. Wówczas, jak powiadają, zaczął rozmyślać nad wszystkim, co zaszło w ciągu ostatnich lat siedemnastu. Poczciwa Kajsa zmieniła się nie do poznania. Czyż tak na nią podziałać mogło obfite jadło z łąk ekebejskich? Potem zaś zawołał, nie wiadomo, do kamieni na drodze czy ptaków w krzakach:

    2203

    — Niech mnie diabeł wsadzi na rożen, ale przysiągłbym, że ci, kobyło, wyrosły rogi!

    2204

    Po chwili dumania zsunął się ostrożnie z grzbietu mniemanej Kajsy, siadł na skrzyni i jechał dalej, zamyślony głęboko.

    2205

    Niedługo, w pobliżu Broby usłyszał śpiew:

    Raz, dwa, trzy,

    Idą strzelcy — ziemia drży,

    To värmlandzkie idą lwy,

    Raz, dwa,

    Raz, dwa,

    Trzy!

    2206

    Ale nie byli to strzelcy, jeno wesołe panienki z Bergi i piękne córki sędziego z Munkerudu. Niosły torebki z jadłem na końcach lasek, trzymając je jak karabiny, i szły śpiewając miarowo:

    Raz, dwa, trzy,

    Idą strzelcy — ziemia drży,

    To värmlandzkie idą lwy,

    Raz, dwa,

    Raz, dwa,

    Trzy!

    2207

    — Dokądże to Bóg prowadzi, mistrzu Juliuszu? — spytały spotkawszy go, nie zważając na chmurę troski przysłaniającą mu czoło.

    2208

    — Odchodzę z przybytku grzechu i próżności! — odparł. — Nie chcę dłużej żyć pośród nierobów i urwipołciów! Wracam do matki mojej!

    2209

    — Ej, to nieprawda! — zawołały. — Mistrz Juliusz nie może opuścić Ekeby.

    2210

    — Opuszczam je! — krzyknął uderzając pięścią w skrzynię. — Jako Lot z Sodomy i Gomory, uciekam z Ekeby. Nie ma tam teraz ni jednego sprawiedliwego. Radował się będę sprawiedliwym sądem bożym, gdy ziemia rozewrze paszczę swoją, a niebo ześle deszcz siarki i ognia! Bywajcie zdrowe, dziewczątka, i strzeżcie się Ekeby!

    2211

    Chciał jechać dalej, ale dziewczęta nie zezwoliły. Miały zamiar wyjść na szczyt góry Dunderklätten, ale droga była daleka, toteż wolały podjechać wozem Juliusza. Szczęśliwy, kto umie się radować słońcem i i nie potrzebuje tykwy, by ocienić nią głowę. W ciągu dwu minut dziewczęta postawiły na swoim, mistrz Juliusz zawrócił i pojechał w stronę góry. Siedział uśmiechnięty na skrzyni, a wóz pełen był dziewcząt. Jechali z wolna drogą obrzeżoną kępami wyki, rumianków i dzikich goździków. Wół musiał często odpoczywać, dziewczęta zsiadały, by zrywać kwiatki, i wkrótce wieńce przystroiły kapelusz Juliusza i rogi wołu.

    2212

    Trochę dalej natrafili na zagajnik młodych brzóz i ciemnych olch. Dziewczęta nałamały gałęzi, a wóz został ustrojony tak, że wyglądał niby ruchomy las. Przez cały dzień baraszkowano wesoło.

    2213

    W miarę upływających godzin stawał się mistrz Juliusz coraz to łagodniejszy. Zaczął częstować dziewczęta swymi zapasami i śpiewać. Wreszcie stanęli na szczycie góry, a Juliuszowi zabiło potężne serce i łzy napłynęły do oczu. W natchnionych słowach jął wysławiać ukochany kraj swój.

    2214

    — O Värmlandio, kraju przepiękny! Często patrząc na mapę rozmyślałem, czym jesteś właściwie. Teraz rozumiem. Jesteś starym, pobożnym pustelnikiem, który siedzi i duma skrzyżowawszy nogi i nasunąwszy spiczastą czapkę na pół przymknięte oczy. Jesteś marzycielem, świętym, jakże pięknym. Rozległe lasy są ci płaszczem, który obrzeża długa wstęga błękitnej wody i równiutkie rzędy błękitnych wzgórz płaszcz ten obrzeżają, a fale jeziora Väner opłukują twe stopy. Po lewicy masz złoża kruszcu i kopalnie, które tętnią niby serce twoje, a na północy samotna, tajemnicza roztocz łąk to twa zadumana głowa.

    2215

    Ze łzami patrzę na cię, poważny olbrzymie, piękny w swych surowych kształtach, skupiony, ubogi, pełen wyrzeczenia, a mimo surowości łagodny. Uwielbiam cię i hołd ci składam: gdy tylko okiem rzucę na twe lasy lub dotknę skrawka twej szaty lesistej, zdrowieje ma dusza. Patrzyłem nieustannie w oblicze twoje rozważając tajemnice, jakie kryje. Czyżeś odgadł zagadkę bytu, czy dumasz nad nią, olbrzymie? Dla mnie jesteś wyrazicielem wielkich myśli, widzę atoli, że inni pełzają dokoła ciebie, zdając się nie rozumieć powagi twego czoła. Dostrzegają oni jeno piękno członków twoich i to im przesłania wszystko.

    2216

    Biada mi, biada nam, dzieciom Värmlandii, które piękna jeno domagają się od życia! Miast rezygnacji, powagi i ubóstwa, w pożądaniu wyciągamy ręce błagając o piękno jako dobro jedyne. Radzi byśmy mieć życie jako różany krzew, na którym błyszczy wino, miłość i uciecha, dostępne wszystkim, chociaż ziemia nasza inne ma oblicze, surowe, poważne, pełne śladów wyrzeczeń. Kraj nasz jest symbolem wiecznego dociekania, nam atoli brak zastanowienia.

    2217

    O piękna, urocza Värmlandio!

    2218

    Mówił tak ze łzami w oczach, a głos mu drżał. Dziewczęta słuchały zdumione i wzruszone nieco. Niewiele rozumiały z głębi ukrytej pod powłoką żartu i śmiechu.

    2219

    Wieczorem wsiedli wszyscy na wóz i odjechali, a dziewczęta nie spostrzegły, dokąd je wiezie mistrz Juliusz, aż stanęły w Ekeby.

    2220

    — Wstąpmy potańczyć trochę! — rzekł do dziewcząt, zatrzymując wołu przed bramą.

    2221

    Cóż powiedzieli kawalerowie ujrzawszy towarzysza w zwiędłym wieńcu na kapeluszu i z pełnym dziewcząt wozem.

    2222

    — Powinniśmy się byli domyślić — że musiał gdzieś jeździć z dziewczętami. Inaczej od kilku już godzin byłby z powrotem!

    2223

    Wspomnieli teraz, że mistrz Juliusz żegnał się dziś z Ekeby już po raz siedemnasty, czyli czynił to każdego roku. Ale mistrz Juliusz nie pamiętał w tej chwili ani poprzednich usiłowań, ani też ostatniego. Sumienie jego zasnęło znowu na cały rok!

    2224

    Był zacnym człowiekiem ten mistrz Juliusz. Tańczył zgrabnie, grał żwawo, władał smyczkiem i piórem, serce miał wrażliwe i piękne słowa oraz pieśń na ustach. Jakiż byłby z niego mąż, gdyby nie miał sumienia, które budziło się tylko raz do roku, wzorem owych jednodniówek, które wychodząc z ciemności rozwijają skrzydła, by przez parę godzin potańczyć w świetle dnia, w jasnych promieniach słońca!

    24. O glinianych świętych

    2225

    Kościół svartsjöński jest biały w środku i na zewnątrz, białe ma ściany, kazalnicę, ławki, pulpity, strop, okna i obrus ołtarza, wszystko jest tam białe. Nie ma ozdób, obrazów ni tarcz herbowych. Ponad ołtarzem widnieje drewniany krzyż przewiązany białą szarfą.

    2226

    Dawniej było inaczej. Strop pokrywały obrazy, a mnóstwo barwnych figur z kamienia i gliny mieścił dom boży.

    2227

    Przed wielu laty, pewnego dnia letniego, znalazł się w Svartsjö malarz i stał zapatrzony w płynące po niebie chmury. Widział, jak się wznoszą z kraju widnokręgu coraz wyżej, tworząc olbrzymie kształty. Wzdymały żagle niby okręty, podnosiły sztandary, jak wojownicy idący na zdobycie nieba. Przed słońcem atoli, władcą świata, udawały chmury zgoła niewinne istoty. I tak lew krwiożerczy przybierał postać damy w pudrowanej peruce. Olbrzym mocarny, który zadławiłby każdego w uścisku swych ramion, stawał się zadumanym sfinksem. Niektóre postacie kryły swą nagość w płaszcze złotem szyte, inne barwiły rumieńcem białe policzki. Tworzyły się równiny, wyrastały lasy i zamczyska o wysokich wieżycach. W końcu białe chmury zagarnęły całe szafirowe sklepienia i zakryły słońce.

    2228

    Jakżeby to było pięknie, pomyślał nabożny artysta, gdyby stęsknione duchy mogły z gór wysokich wstąpić na te chmury i popłynąć nimi niby okrętami wzwyż.

    2229

    I nagle uświadomił sobie, że te białe chmury letnie są to rzeczywiście statki błogosławionych.

    2230

    Ujrzał ich na wielkich płynących masach mgły, z liliami w rękach, w koronach złocistych, a powietrze drżało ich śpiewem. Aniołowie zlatywali z góry na powitanie. Mnóstwo było tych świętych, a w miarę rozpościerania się chmur przybywali coraz to nowi. Spoczywali na bieli puchu jak lilie wodne na toni spokojnego jeziora, zdobiąc obłoki, jak lilie zdobią pola. Cóż za radosna to była podróż w niebiosy! Wznosiły się chmury, a każda mieściła hufce niebiańskie w srebrnych zbrojach, każda wiozła śpiewaków nieśmiertelności w szytych złotem płaszczach.

    2231

    Artysta ten malował później strop svartsjöńskiego kościoła. Chciał na nim oddać owe płynące chmury z błogosławionymi duchami. Rękę miał silną, ale sztywną nieco, tak że chmury przypominały raczej loki wełnistej peruki niż twory z mgły, a święci przybrali postać zgoła ludzką i materialną. Mieli purpurowe płaszcze, wysokie infuły biskupie, długie czarne kaftany ze sztywnymi kapłańskimi kołnierzami, wielkie głowy przy drobnych postaciach, byli wyposażeni w chustki i książki do nabożeństwa. Z ust powiewały im wstęgi z łacińskimi napisami, zaś najwybitniejszych usadowił artysta na mocnych drewnianych fotelach, by wygodniej odbyli zaświatową podróż.

    2232

    Wszyscy wiedzieli, że duchy błogosławionych nie objawiły się nigdy artyście i dlatego nie zdołał on ich przedstawić w nadziemskiej piękności. Ale obrazy podobały się ogólnie i wprawiały nieraz pobożnych w nastrój modlitewny, toteż zasługiwały na to, by i nasze oczy je oglądały.

    2233

    Za czasu panowania kawalerów kazał hrabia Dohna pomalować kościół na biało. Toteż obrazy zniszczały, a także usunięto posągi glinianych świętych.

    2234

    Biedni ci święci z gliny!

    2235

    Żadna ziemska troska nie była mi tak dotkliwa jak ich strata, a nigdy większym bólem nie przepełniło mnie okrucieństwo na żywych ludziach dokonane.

    2236

    Wyobraźcie sobie! Był tam święty Olaf[27] z koroną na hełmie, z toporem w ręku, a u nóg jego leżał pokonany olbrzym. Na kazalnicy stała Judyta w czerwonym gorsecie i błękitnej spódnicy, z mieczem w jednej, a klepsydrą, miast głowy asyryjskiego wodza, w drugiej dłoni. Była tam również tajemnicza królowa Saba w błękitnym gorsecie i czerwonej spódnicy, z jedną nogą w kształcie gęsiej stopy i Sybilińskimi Księgami w ramionach, w chórze, na ławce, święty Jerzy bez konia i smoka, które zniszczały. Był tam również święty Krzysztof z laską okrytą liśćmi i święty Eryk[28] z berłem i maczugą, ubrany w długi, sięgający stóp płaszcz, przetykany złotymi kwiatami.

    2237

    Nieraz siedziałam tam w niedzielę, smuciłam się zatratą obrazów i posągów i tęskniłam za nimi. Nie przeszkadzałoby mi wcale, gdyby im brakło nosa czy nogi lub gdyby starło się złocenie. Blask legendy opromieniałby ich zawsze w mych oczach.

    2238

    Często trzeba było świętym dorabiać to berło, to ucho, to nos i odświeżać szaty. Sprzykrzyło się to w końcu gminie, która pozbyłaby się chętnie świętych. Ale poczciwi chłopi nie uczyniliby im krzywdy, gdyby nie hrabia Dohna, który wszystkich kazał wyrzucić z kościoła.

    2239

    Nienawidziłam go całą pasją dziecka, jak biedny rybak nienawidzi nicponia psującego mu sieć czy łódkę, jak żebrak klnie skąpą gospodynię odmawiającą mu kawałka chleba. Głód mi dokuczał i pragnienie przez czas nabożeństwa. Ten hrabia zabrał mi chleb ducha. Jakżeż tęskniłam do wieczności i nieba, a on zniszczył mi łódź i sieć, w którą pochwycić chciałam wizje święte.

    2240

    Dorośli nie znają prawdziwej nienawiści. Czyż mogłabym dziś nienawidzić tak nędzną istotę jak hrabia Dohna, szalony Sintram czy przeżyta, światowa niegdyś dama, hrabina Märta? Ale za lat dziecięcych!… Wielkie to dla nich szczęście, że wówczas dawno już leżeli w grobie.

    2241

    Proboszcz stał, być może, właśnie na kazalnicy i mówił o pokoju i zgodzie, ale słowa jego nie dochodziły do mego miejsca w kościele. Gdybym miała glinianych świętych, to co innego — zrozumiałabym niezawodnie ich naukę.

    2242

    Siedząc rozmyślałam nieraz nad historią ich zatraty.

    2243

    Kiedy hrabia Dohna unieważnił swe małżeństwo miast szukać żony i wprowadzić ją w dom, oburzyło to wszystkich, gdyż wiedziano, że uciekła przed prześladowaniem, by nie zostać na śmierć zadręczoną. Hrabia chciał odzyskać łaskę Boga i szacunek ludzi jakimś dobrym czynem, kazał tedy odnowić kościół. Pomalowano go na biało i zniszczono obrazy, on zaś sam wraz z robotnikami zniósł posągi świętych do łodzi i zatopił w Lövenie.

    2244

    Jakże śmiał podnieść rękę na wybrańców Boga?

    2245

    Jakże mogło dojść do takiej zbrodni? Czyż zbrakło miecza w ręce, która ścięłaby głowę Holofernesa? Czyż królowa Saby zapomniała całej mądrości swojej, która razi dotkliwiej od jadowitej strzały? Święty Olafie, stary Wikingu, i smokobójco Jerzy, czyż przepadła już legenda o waszych czynach bohaterskich i zbladł nimb cudów waszych? A może święci nie chcieli bronić się przeciw gwałtowi? Chłopi svartsjöńscy nie mieli już farby na ich suknie ni pozłotki na korony, przeto zgodzili się, by hrabia Dohna zatopił figury w bezdni jeziora. Nie chcieli już, widać, oszpecać domu bożego. Ale wspominali pewnie, biedacy, owe czasy, kiedy się przed nimi modlono na kolanach.

    2246

    Siedziałam myśląc o czółnie sunącym ze świętymi pewnego letniego wieczoru po gładkiej powierzchni Lövenu. Wioślarz oglądał się raz po raz lękliwie na dziwnych podróżnych, ale obecny przy tym hrabia Dohna nie czuł strachu. Brał własną, dostojną ręką jednego po drugim i ciskał w wodę. Czoło miał pogodne a oddech spokojny i miarowy. Czuł się bojownikiem nauki ewangelicznej[29]. Żaden nie nastąpił cud ku czci starych świętych. Spadali cicho i bez oporu w toń.

    2247

    Następnej niedzieli błyszczał bielą kościół svartsjöński, żaden już posąg nie przeszkadzał wewnętrznemu skupieniu. Wierni mogli zatapiać się w niebiańskie wizje jeno oczyma ducha, a modlitwy miały płynąć w niebo na własnych mocnych skrzydłach, nie czepiając się płaszcza świętych.

    2248

    Zielona jest ziemia, urocze mieszkanie ludzi, a błękitne niebo, cel ich tęsknoty; świat cały pełen jest barw. Dlaczegóż kościół ma być biały jak zima, nagi jak nędza, blady jak strach? Nie lśnił niby szron zimą w lesie, nie błyszczał perłami i koronkami niby biała oblubienica. Zimny był, posmarowany białą farbą klejową i pusty, bez obrazów i posągów.

    2249

    Niedzieli tej zasiadł hrabia Dohna w prezbiterium, na haftowanym w kwiaty fotelu, tak by go wszyscy widzieć i wielbić mogli za to, że ponaprawiał ławki, szpetne posągi, oszklił okna i pomalował kościół na biało. Wolno to było uczynić i postąpił wedle swego zrozumienia, by ułagodzić gniew Pana. Czemuż się atoli domagał pochwały za to?

    2250

    Z sercem obarczonym grzechem okrucieństwa, winien był raczej siąść na ławie pokutników lub paść na kolana i błagać braci swych i siostry w Chrystusie o modły, by go Pan ścierpieć raczył w przybytku swoim. To mu raczej przystało, niźli siedzieć w prezbiterium i żądać pochwały za to, że chciał się pogodzić z Bogiem.

    2251

    Tak, hrabio Henryku! Bóg spodziewał się zastać cię na ławie pokutników i nie dał się omamić chwalbą ludzką. Pozostał on Bogiem sprawiedliwości, który otwiera usta kamieniom, gdy milczą ludzie.

    2252

    Nabożeństwo zostało ukończone, przebrzmiał ostatni akord pieśni, ale nikt nie wyszedł z kościoła, gdyż proboszcz wstąpił na kazalnicę, by wygłosić ku czci hrabiego mowę dziękczynną. Nie miało jednak dojść do tego.

    2253

    Nagle rozwarły się drzwi kościoła i weszli dawni święci, ociekający wodą Lövenu, okryci zielonym mułem i poczerniali od błota. Posłyszeli, widać, że ma być sławiony ten, który ich wygnał z domu bożego i rzucił do zimnych fal. Zapragnęli także wtrącić słowo.

    2254

    Nie w smak był im jednostajny szmer wody. Nawykli do modlitw i pieśni nabożnych, milczeli jednak dotąd, pewni, że dzieje się to wszystko ku chwale Boga. Ale tak nie było. Siedział tu oto, w pełni wspaniałości, hrabia Dohna na środku kościoła i czekał podzięki. Nie mogąc na to zezwolić wyszli z mokrego grobu, przywędrowali do kościoła i ukazali się wiernym. Wszyscy poznali św. Olafa z koroną na hełmie i św. Eryka w złotokwiecistym płaszczu oraz poczerniałych św. Jerzego i Krzysztofa. Tylu tylko. Królowa Saby i Judyta nie przybyły.

    2255

    Gdy osłupiali ludzie przyszli po chwili do siebie, rozszedł się po kościele donośny szept: „Kawalerowie przyszli!”

    2256

    Istotnie zjawili się teraz kawalerowie. Podeszli bez słowa do hrabiego, wzięli go wraz z fotelem na barki, wynieśli z kościoła i posadzili na wzgórzu kościelnym.

    2257

    Nie mówili nic, nie patrzyli w prawo ni w lewo, wynieśli go tylko po prostu z domu bożego, a potem ruszyli najkrótszą drogą w stronę jeziora.

    2258

    Nikt ich nie wstrzymywał i nie zastanawiał się nad ich postępkiem, gdyż wszyscy zrozumieli, że mają oni snadź własny pogląd na sprawę.

    2259

    My, kawalerowie, uznaliśmy, że hrabia Dohna nie zasługuje, by go wysławiać w domu bożym, i dlatego wynieśliśmy go na pole. Teraz, jeśli ktoś chce, niech go wniesie z powrotem.

    2260

    Ale nie został wniesiony z powrotem, a proboszcz nie wygłosił mowy dziękczynnej. Wierni rozeszli się i wszyscy uznali postępek kawalerów za słuszny.

    2261

    Ludzie wspomnieli o dręczonej tak okrutnie, wesołej hrabinie borgijskiej, która była dobra dla biednych i tak piękna, że na sam jej widok doznawali pocieszenia.

    2262

    Niezawodnie grzeszna była owa komedia urządzona w kościele, ale zarówno wierni, jak i proboszcz odczuli, że to, co mieli uczynić, stanowiło wprost drwiny z Boga, i ogarnął ich wstyd starych, na poły zdziczałych szaleńców.

    2263

    — Kamienie mówią, gdy milczą ludzie! — powtarzano sobie.

    2264

    Od dnia tego nie mógł hrabia Henryk wytrzymać w Borgu. Pewnej ciemnej nocy w początkach sierpnia stanęła przed podjazdem zamknięta kareta. Wszyscy lokaje otoczyli ją, a potem zawinięta szczelnie szalami wyszła hrabina Märta, z gęstym welonem na twarzy. Hrabia prowadził drżącą matkę, która ledwie odważyła się zejść po schodach i wyjść na świat.

    2265

    Na koniec dotarła szczęśliwie do karety, syn wskoczył za nią, zamknięto drzwi, a stangret zaciął konie. Gdy sroki zbudziły się rankiem, hrabina była już za siedmiu górami.

    2266

    Hrabia przebywał odtąd daleko, na południu, a Borg został sprzedany. Zmieniał on często właścicieli, ale chociaż tak piękny, nikomu ponoć nie przyniósł szczęścia.

    25. O wysłanniku bożym

    2267

    Wysłannik boży, kapitan Lennart, przybył pewnego sierpniowego popołudnia do brobijskiej gospody i udał się prosto do kuchni. Wracał on do domu swego, w Helgesäter, położonego pod lasem, o ćwierć mili na północ od Broby.

    2268

    Kapitan Lennart nie wiedział wówczas jeszcze, że jest wysłannikiem bożym na ziemi, a serce jego radowało się myślą, iż zobaczy domostwo swoje. Ciężki go trapił los, ale walkę miał już za sobą i pewny był, że odtąd wszystko pójdzie dobrze. Nie wiedział, iż się zalicza do ludzi, którym nie wolno spoczywać pod własnym dachem i grzać się u własnego ogniska.

    2269

    Kapitan był wesoły z usposobienia. Nie zastawszy nikogo w kuchni zaczął w niej wyprawiać figle, jak psotny chłopak. Poplątał nici na warsztacie tkackim, przekręcił sznur kołowrotka, potem rzucił psu kota na głowę i śmiał się jak szalony, patrząc na bój stworzeń, które łamiąc dawną przyjaźń, rzuciły się na siebie z pazurami, z włosem zjeżonym i groźnym spojrzeniem, drapiąc się i gryząc wzajemnie.

    2270

    Zwabiona wrzawą weszła gospodyni i stanąwszy w progu patrzyła na gościa. Znała go dobrze, ale gdy go widziała ostatni raz, siedział na wózku więziennym, w kajdanach na rękach. Przed pięciu laty przeszło jakiś złodziej podczas zimowego jarmarku ukradł żonie naczelnika okręgu w Karlstadzie mnóstwo klejnotów, pierścieni, naramienników i sprzączek. Były to cenne pamiątki rodzinne, których nie odnaleziono nigdy. Niedługo potem rozeszła się po całym kraju pogłoska, że złodziejem jest kapitan Lennart z Helgesäter.

    2271

    Gospodyni nigdy temu nie wierzyła. W istocie, dziwna to była pogłoska. Lennarta znano ogólnie jako człowieka dobrego i uczciwego. Żył on przykładnie z żoną, poślubioną skutkiem braku środków późno; miał dobrą pensję, mieszkanie urzędowe i dochody z folwarku. Cóż by go mogło tedy skłonić do kradzieży pierścionków i bransolet? Mimo to, o dziwo, uwierzono pogłosce, a dowody były tak przekonywające, że kapitan Lennart utracił stanowisko, order i został zasądzony na pięć i pół roku robót przymusowych. Przyznał się, że zanim się dowiedział o kradzieży, był na jarmarku i wracając znalazł na gościńcu brzydką bardzo bransoletkę, którą podarował dzieciom. Była ona złota i pochodziła z rabunku. I stąd cała bieda. Głównym jednak sprawcą zła był Sintram, który wystąpił ponadto w roli oskarżyciela. Chodziło mu chyba o to, by usunąć z drogi kapitana Lennarta, niebawem bowiem wytoczono jemu samemu proces o sprzedaż prochu Norwegom w roku 1814[30]. Powszechne było przekonanie, że obawiał się zeznań Lennarta; Sintrama uwolniono wówczas z braku dowodów.

    2272

    Gospodyni patrzyła z upodobaniem na tego człowieka, który posiwiał i pochylił się wyraźnie skutkiem strasznych przejść. Zachował jednak dawną dobroduszność i humor. Był taki sam jak w dniu jej ślubu, kiedy jako drużba wiódł ją do ołtarza i tańczył na weselu. I teraz, jak dawniej, rozmawiał z każdym przechodniem, każdemu dziecku rzucał monetę, każdej pomarszczonej staruszce mówił, że jest coraz młodsza i ładniejsza, i gotów był raz jeszcze w dniu świętego Jana stanąć na beczce i przygrywać młodzieży do tańca. Takim pozostał Lennart.

    2273

    — No, matko Karin! — zawołał. — Nie macie wcale odwagi spojrzeć na mnie?

    2274

    Zaszedł do gospody po to jeno, by się dowiedzieć, co porabia jego rodzina i czy nań czeka. Wiedzieli, że kara jego kończy się teraz właśnie.

    2275

    Gospodyni miała dlań dobre nowiny. Żona kapitana okazała się dzielna jak mężczyzna, odnajęła urzędowe mieszkanie od następcy i radziła sobie doskonale. Dzieci zdrowe, aż miło patrzeć. Oczywiście, czekali na niego. Żona kapitana, kobieta surowego obejścia, nie wyjawiła nigdy swych myśli, wiedziano jednak, że przez czas nieobecności kapitana nikomu nie było wolno jeść jego łyżką ani siedzieć w jego fotelu. Od nastania wiosny codziennie chodziła kapitanowa na wzgórze patrzeć, czy mąż nie wraca. Miała też dlań gotowe ubranie, które sama niemal w całości sporządziła. Z tego wszystkiego wynikało, że nań czeka, choć nic nie mówi.

    2276

    — A więc oni w to nie wierzą? — spytał Lennart.

    2277

    — Nie, panie kapitanie! — odparła. — Nikt w to nie wierzy u nas.

    2278

    Usłyszawszy to nie mógł Lennart dłużej wytrzymać i chciał biec do domu.

    2279

    Tuż za progiem napotkał dobrych znajomych, kawalerów z Ekeby, którzy zjawili się właśnie w gospodzie, gdzie ich zaprosił Sintram na swe urodziny. Bez wahania powitali więźnia i uścisnęli mu dłoń, Sintram także.

    2280

    — Drogi Lennarcie! — rzekł. — Bądź przekonany, że w tym był palec boży.

    2281

    — Łotrze! — zawołał Lennart. — Myślisz, że nie wiem, iż to nie Pan Bóg ocalił cię przed toporem kata?

    2282

    Roześmiali się wszyscy, a Sintram nie czuł urazy, gdyż rad był, ilekroć wspomniano o jego stosunkach z diabłem.

    2283

    Namówili Lennarta, by wrócił do gospody i wypił z nimi na powitanie, po czym pójdzie do domu. Ale źle na tym wyszedł. Od pięciu lat nie miał w ustach zdradliwego napoju, przy tym nie jadł nic pewnie przez cały dzień i wyczerpany był długotrwałą wędrówką. Toteż parę kieliszków zamąciło mu całkiem w głowie.

    2284

    Wtedy kawalerowie zaczęli go poić na dobre. Nie mieli złych zamiarów, chcieli jeno okazać serce temu, który od lat przeszło pięciu nie popił.

    2285

    Lennart był zawsze trzeźwym człowiekiem, a tego zwłaszcza dnia, kiedy wracał do żony i dzieci, nie miał zamiaru upić się. Niestety jednak legł na ławie szynkowni i zasnął.

    2286

    Göstę skusiła ta bezwładność kapitana, wziął tedy węgiel, trochę soku z jagód i ucharakteryzował go tak, że wyglądał na zbrodniarza, który dopiero co wrócił z więzienia. Podbił mu oko, zrobił czerwoną szramę przez nos, pozlepiał i zmierzwił włosy, a w końcu uczernił gębę sadzą.

    2287

    Śmiali się z tego przez chwilę, po czym jednak Gösta chciał zmyć twarz śpiącego.

    2288

    — Daj pokój! — rzekł Sintram. — Zobaczy to po obudzeniu i będzie się śmiał.

    2289

    Zostawiono go więc w tym stanie, a hultaje zapomnieli o Lennarcie. Pijatyka trwała przez całą noc. Dopiero o świcie skończyła się. Wszyscy mieli bez wątpienia więcej wina niż rozumu w głowach.

    2290

    Lesz co zrobić teraz z kapitanem?

    2291

    — Zawieziemy go do domu! — rzekł Sintram. — Żona ucieszy się bardzo, a nam miło będzie patrzeć na jej radość. Podoba mi się ta myśl. Tak, zawieźmy go do domu!

    2292

    Wszystkich to wzruszyło. Zaprawdę, uraduje się wielce zacna kobieta z Helgesäter!

    2293

    Zaczęli trząść kapitanem aż się zbudził, i posadzili go na jeden z pojazdów. Potem cała czereda ruszyła do Helgesäter. Jedni spali, drudzy chwiali się tak, że omal nie pospadali na ziemię, inni śpiewali, by nie ulec senności. Wszyscy wyglądali nie lepiej od włóczęgów i mieli napuchłe twarze.

    2294

    Przybywszy na miejsce zostawili konie w tylnym podwórzu i uroczyście wstąpili na schody. Beerencreutz z Juliuszem wiedli z obu stron Lennarta.

    2295

    — Zbudź się, Lennarcie! — powiedział doń. — Wszakże widzisz, że jesteśmy w domu!

    2296

    Otwarł oczy i oprzytomniał niemal całkiem. Rozczuliło go, iż mu towarzyszyli.

    2297

    — Przyjaciele! — rzekł stojąc zwrócony do wszystkich. — Pytałem Boga, czemu mi kazał tyle wycierpieć…

    2298

    — Milcz, Lennarcie! — zawołał Beerencreutz. — Schowaj dla siebie kazanie.

    2299

    — Niech mówi! — powiedział Sintram. — Dobrze mówi.

    2300

    — Pytałem, a nie rozumiałem odpowiedzi, lecz teraz wiem wszystko. Oto Bóg chciał mi pokazać, że mam przyjaciół, którzy mi towarzyszą, by widzieć moją i żony radość. Żona czeka na mnie. Czymże jest wobec tego pięcioletnia niedola?

    2301

    Silne pięści zadudniły w drzwi, gdyż kawalerom nudno było słuchać.

    2302

    Wewnątrz powstał ruch, zbudziły się służebne i wyjrzały. Narzuciły śpiesznie odzież, bały się jednak otwierać takiej czeredzie mężczyzn. W końcu odsunięto rygle i wyszła pani Lennart.

    2303

    — Czego chcecie? — spytała.

    2304

    — Przyprowadzamy pani męża! — odparł Beerencreutz.

    2305

    Wysunęli naprzód kapitana, ona zaś spojrzała na zataczającego się, umazanego opryszka, za którego plecami chwiało się mnóstwo podobnie pijanych mężczyzn.

    2306

    Cofnęła się, on zaś rozpostarł ramiona i podszedł.

    2307

    — Odszedłeś złodziejem, a wracasz jako włóczęga! — krzyknęła i cofnęła się w głąb.

    2308

    Nie rozumiejąc chciał iść za nią, ona jednak uderzyła go w pierś.

    2309

    — Sądzisz, że uznam w takim jak ty człowieku pana mego domu i ojca mych dzieci? — spytała.

    2310

    Drzwi zatrzasnęły się przed nosem Lennarta i zasunięto rygiel. Kapitan rzucił się na drzwi i zaczął walić.

    2311

    Trudna rada, kawalerowie nie mogli powstrzymać się od śmiechu. Tak był pewny swej żony, a ona nie chce go znać. Przygoda rozweseliła ich wielce.

    2312

    Wobec tego rozgniewał się kapitan Lennart i rzucił się na nich. Odbiegli i wskoczyli do pojazdów, ruszył za nimi, ale potknął się i upadł. Wstał, lecz nie gonił ich dalej! W zamroczonym mózgu błysnęła teraz myśl, że najdrobniejsza rzecz nie dzieje się bez woli bożej.

    2313

    — Dokądże chcesz mnie zawieść? — spytał. — Jestem jako puch unoszony tchnieniem Twoim. Dokądże mnie wiedziesz zamykając przede mną drzwi domu mego?

    2314

    Odszedł precz, przekonany, że taka jest wola boża.

    2315

    O wschodzie słońca stanął na najwyższym z wzgórz brobijskich i spojrzał w dolinę. Ludność tej doliny nie wiedziała jeszcze wówczas, że przyszedł zbawca. Żaden biedak ni smutny nie wił wieńców z borówczanych gałązek i nie zdobił drzwi domu, nie sypano wonnych liści lawendy ni płatków kwiatów polnych na progi, które miał przekroczyć. Matki nie pokazywały go dzieciom, gdy je mijał. Nie czyszczono na jego przyjęcie chat i nie okrywano zakopconego ogniska jałowcem, a mężczyźni nie pracowali na wyścigi, by oczy jego spoczęły na dobrze uprawnych polach i prosto wyciętych rowach.

    2316

    Spoglądał smutnymi oczyma na spustoszenie, jakie uczyniła susza, na plony tak zmarniałe, że ludzie nie mieli ochoty uprawiać roli pod nowy zasiew. Spoglądał ku sinym lasom i widział w słońcu pustacie sczerniałe, wypalone żarem, patrzył na zniszczone suszą brzozy przydrożne. Spostrzegł po różnych drobnych oznakach, po odorze gnojówek mijanych domostw, obalonych płotach i małej ilości drzewa opałowego, jakie zwożono i rąbano, że ludzie przestali zajmować się dobytkiem swoim, że nastała klęska, w której jedynym pocieszycielem była obojętność i wódka.

    2317

    I dobrze było może nawet, że to widział. Wszakże nie mógł patrzeć na kiełkowanie zasiewów na własnym polu, nie mógł siedząc przy własnym ognisku spoglądać w gasnące węgle, nie było mu dane trzymać dzieci za ręce i mieć obok siebie wiernej żony. Dobrze było, iż sam osmucony widział pogrążonych w smutku innych, którym mógł śpieszyć z pociechą. W onym czasie ubóstwa i niedostatku niejeden bogatszy pogarszał jeszcze położenie ludności. Wszakże proboszcz brobijski był skąpcem szkaradnym, nie zaś dobrym pasterzem, wszakże hultaje z Ekeby szerzyli marnotrawstwo i pijaństwo, a Sintram utwierdzał wszystkich w wierze, że spaść musi zniszczenie i śmierć na całą okolicę.

    2318

    Kapitan Lennart stał na brobijskim wzgórzu i przyszło mu na myśl, że jest może potrzebny Bogu, choć odepchnęła go od siebie małżonka.

    2319

    Wspomnieć trzeba, że kawalerom nie przyszło wcale do głowy, iż winni są wrogiemu postępkowi pani Lennart. Sintram milczał. W okolicy zaczęto się gorszyć kobietą, której duma nie pozwoliła przyjąć w dom tak dobrego człowieka. Opowiadano, że przerywała szorstko każdą wzmiankę o mężu nie mogąc znieść jego imienia. Ale kapitan nie starał się wcale o zmianę jej zapatrywania.

    2320

    Minął dzień.

    2321

    Pewien stary gospodarz w Högbergu leżał na łożu śmierci. Przyjął ostatnie sakramenty, siły go opuściły i wiedział, że umrze lada chwila. Niespokojny, jak ktoś mający rozpocząć długą podróż, kazał się przenosić nieustannie z łóżkiem z izby do kuchni i z powrotem, co świadczyło dobitniej jeszcze niż głośne rzężenie, iż przyszła nań ostatnia chwila.

    2322

    Stali wkoło niego żona, dzieci i służba. Był bogaty, szanowany i szczęśliwy, toteż nie umierał samotnie ani w otoczeniu niecierpliwych, obcych ludzi. Umierający mówił o sobie, jakby już stał przed Bogiem, a obecni potwierdzali jego słowa.

    2323

    — Byłem pracownikiem pilnym i dobrym gospodarzem. Kochałem żonę jak prawicę swoją, dobrze wychowywałem dzieci moje, nie piłem, nie zaorywałem granic, nie pędziłem konia pod górę, nie głodziłem krów w zimie i nie pozwoliłem, by owce latem chodziły nie strzyżone.

    2324

    Jak echo rozbrzmiewały chórem przytakiwania płaczących.

    2325

    — O tak! Był dobrym gospodarzem… nie gnał pod górę konia i nie głodził krów.

    2326

    Tymczasem wszedł do chaty biedny człowiek, by uprosić sobie trochę jadła i napoju, i usłyszał słowa konającego.

    2327

    A starzec mówił dalej:

    2328

    — Karczowałem lasy i osuszałem bagna. Odrzucałem pracowicie skiby. Rozbudowałem stodołę, tak że może pomieścić trzy razy tyle zboża, ile za czasów mego ojca, kazałem też zrobić z talarów trzy srebrne kubki, a ojciec mój jeden jeno ufundował!

    2329

    Posłyszał biedak u drzwi stojący te słowa o zaletach umierającego świadczące, oraz potakiwania obecnych.

    2330

    — Bóg da mi dobre miejsce w niebie! — rzekł starzec.

    2331

    — Bóg użyczy panu naszemu dobrego miejsca u siebie! — przytakiwali wszyscy.

    2332

    Przerażenie ogarnęło stojącego u drzwi, który był przez lat pięć piłką w ręku Boga i pierzem poruszanym oddechem bożym. Zbliżył się do konającego i ujął jego dłoń.

    2333

    — Przyjacielu! — rzekł drżącym ze wzruszenia głosem. — Czyliż pomyślałeś, kim jest Pan, przed którym masz stanąć niedługo? To Bóg potężny! Światy są mu polem, a burza wierzchowcem. Niebiosa tętnią odgłosem bożego stąpania, ty zaś stajesz przed nim mówiąc: „Ciągnąłem prosto skiby, siałem żyto i ścinałem drzewa!” Chwalisz się i mierzyć z nim ośmielasz? Czyż nie wiesz, jak potężny jest Pan Bóg, do którego dziedziny odchodzisz?

    2334

    Starzec rozwarł szeroko oczy, twarz mu wykrzywił strach, a rzężenie stawało się głośniejsze.

    2335

    — Nie przystępuj z chwalbą własną do Pana! — mówił wędrownik. — Najpotężniejsi to słoma wymłócona w jego stodole. Przez cały dzień rzuca on posiew, wykopał morze i spiętrzył góry, a ziemię okrył roślinami. To robotnik niezrównany i mierzyć się z nim nie zdołasz! Ukorz się, ukorz się przed Bogiem, duszo ulatująca! Padnij w proch przed Panem i władcą swoim! Burza Pańska leci nad tobą, a gniew boży postrach szerzy. Pochyl się, chwyć jak dziecko skraj płaszcza i żebraj miłosierdzia. Ukorz się przed Stwórcą swoim, duszo odlatująca!

    2336

    Oczy starca rozwarły się jeszcze szerzej, dłonie złożyły do modlitwy, twarz rozpogodziła, a rzężenie ustało.

    2337

    — Duszo człowiecza! — zawołał przybyły. — Uniżyłaś się kornie w ostatniej chwili przed Bogiem, toteż niechybnie weźmie cię jak dziecko w ramiona i wprowadzi w światłość wiekuistą.

    2338

    Starzec odetchnął głęboko raz jeszcze i oddał ducha, kapitan Lennart ukląkł i jął się modlić, a z nim wszyscy, wzdychając ciężko.

    2339

    Zmarły miał na twarzy wyraz spokoju, a oczy jego błyszczały, zda się, odblaskiem szczęsnych wizji zaziemskich. Uśmiech krasił jego usta. Patrzył w oblicze Boga.

    2340

    Wielka, piękna to dusza, myśleli obecni, co rozerwała pęta ciała. Ukorzyła się przed Stwórcą swoim, on zaś wziął ją jak dziecko w ramiona.

    2341

    — Patrzył w oblicze boże! — powiedział syn zamykając oczy ojca.

    2342

    — Widział otwarte niebiosa! — szlochały chórem dzieci i służba.

    2343

    Stara gospodyni dotknęła drżącą dłonią ramienia Lennarta i powiedziała:

    2344

    — Panie kapitanie! Byłeś mu wielką pomocą w najstraszniejszej chwili.

    2345

    Milczał. Uczuł, że posiada dar wielkich słów i doniosłych czynów. Drżał jako motyl, który dopiero co opuścił poczwarkę, o skrzydłach lśniących w promieniach słonecznych niby samo słońce.

    2346

    To zdarzenie pchnęło kapitana Lennarta pomiędzy ludzi. Inaczej byłby wrócił do domu i ukazał żonie prawdziwe oblicze swoje, ale teraz nabrał przekonania, że jest potrzebny Bogu. Toteż został bożym wysłannikiem i pomagał biednym ludziom. W czasie onym wielka panowała nędza, a rozum i dobra wola cenniejsze były od złota i potęgi.

    2347

    Kapitan Lennart przybył pewnego dnia do biedaków mieszkających pod Gurlitą. Nie mieli ziemniaków, zabrakło im też ziarna na siew.

    2348

    Kapitan Lennart przepłynął w małym czółnie jezioro, udał się do Sintrama i poprosił go o zboże i ziemniaki. Sintram przyjął go dobrze, oprowadził po wielkim spichrzu i piwnicy, gdzie były zeszłoroczne jeszcze ziemniaki, i kazał napełnić wory i płachty przywiezione.

    2349

    Zauważył jednak, że czółno kapitana Lennarta jest za małe na tak ciężki ładunek. Zły człowiek kazał przeto przenieść wszystko na łódź wielką i polecił parobkowi swemu, silnemu Mansowi, przewieźć wszystko przez jezioro, tak że tylko kapitan Lennart płynął w pustym czółnie.

    2350

    W drodze minął go Mans, zręczny wielce żeglarz, a Lennart płynął wolno, dumając o przedziwnych losach ziarna siewnego. Zostanie rzucone w czarną ziemię, pełną popiołu, kamieni i wykrotów drzewa, a potem puści korzenie i wyrośnie w odłogu. Rozmyślał nad miękkimi zielonymi kłosami i pochylony pieścił je dłonią. Potem wspomniał o jesieni i zimie, które delikatnym kiełkom nie zrobią szkody, a z wiosną ziarno zacznie róść szybko. Dzielne serce jego radowała myśl o wysokich źdźbłach zakończonych spiczastymi kłosami, co zrazu powiewając wąsami pochylają się potem obciążone pięknym ziarnem. Przyjadą kosiarze, zboże padnie, pójdzie pod cepy, do młyna, zamieni się w mąkę, potem w chleb i choć zdawać by się mogło, że tak go niewiele w czółnie, nasyci liczną rzeszę.

    2351

    Parobek Sintrama przybił do brzegu, a ludzie podeszli do łodzi. Wedle polecenia swego pana powiedział:

    2352

    — Pan mój przysyła wam słód i ziarno, bo słyszał, że wam brak wódki.

    2353

    Ludzi ogarnął szał, wdarli się do łódki i spadli w wodę, chwytając wory. Ale nie takie miał zamiary kapitan Lennart.

    2354

    Przybywszy do lądu rozgniewał się pośpiechem ludzi i chciał rozdzielić ziemniaki na pożywienie, zaś zboże do siewu. Nie postało mu w głowie prosić Sintrama o słód.

    2355

    Zaczął wołać, by zostawili worki w spokoju, ale go nie usłuchano.

    2356

    — Niechże się wam tedy zboże przemieni w piasek, a ziemniaki w kamienie! — zawołał rozgoryczony.

    2357

    I w tejże chwili wydało się, jak gdyby kapitan Lennart uczynił cud. Dwie kobiety wydzierając sobie worek przedarły go i okazało się, że zawiera piasek, a niosący ziemniaki mężczyźni zauważyli, że są ciężkie jak kamienie.

    2358

    W istocie był to jeno piasek i kamienie. Ludzie osłupieli ze zdumienia, dziwując się wysłannikowi bożemu, a sam kapitan nie mógł pojąć, co się stało. Mans jednak śmiał się.

    2359

    — Jedź do domu! — rzekł doń kapitan. — Odjedź, zanim ludzie spostrzegą, żeś przywiózł jeno piasek i kamienie. Inaczej mogliby ci zniszczyć łódź.

    2360

    — Nie boję się! — odparł parobek.

    2361

    — Odjeżdżaj, mówię ci! — rozkazał kapitan tak stanowczo, że Mans usłuchał.

    2362

    Potem wyjaśnił ludziom, że Sintram zadrwił sobie z nich. Ale nie chcieli wierzyć, uważając wszystko za cud. Wieść o tym rozeszła się szybko po okolicy, a ludność, która zawsze znajduje upodobanie w rzeczach cudownych, uwierzyła w nadprzyrodzoną moc kapitana Lennarta. Osiągnął wielką władzę nad chłopami i zwali go odtąd wszyscy wysłannikiem bożym.

    26. Na cmentarzu

    2363

    Był piękny wieczór sierpniowy. Jezioro lśniło jak zwierciadło, góry przesłaniała mgła, a powietrze było rześkie i chłodne.

    2364

    Pułkownik Beerencreutz o białych, sumiastych wąsach, przysadzisty i mocny jak olbrzym, z kartami do rabuża[31] w tylnej kieszeni surduta, zszedł ku jezioru i wsiadł w płaskie czółno. Towarzyszyli mu major Anders Fuchs i mały Ruster, fletnista, który był doboszem w pułku strzelców värmlandzkich a od wielu lat służącym i przyjacielem pułkownika.

    2365

    Na przeciwległym brzegu jeziora znajdował się cmentarz. Zaniedbany svartsjöński cmentarz zdobiło niewiele jeno krzywych, chwiejnych krzyżów, mnóstwo natomiast mogił porastała ostra, pasiasta trawa, zwana powszechnie „ludzką trawą” dla zaznaczenia, że jak jej liście odmienne są od siebie, tak życie każdego człowieka bywa odmienne. Nie było tu żwirowych ścieżek ni cienistych drzew, z wyjątkiem rozłożystej lipy na zapomnianym grobie starego proboszcza. Wysoki gruby mur kamienny otaczał cmentarz ubogi, opuszczony i brzydki niby oblicze skąpca, zamierający jak krzyk rozpaczy tych, których zły człowiek pozbawił mienia. A jednak leżący tu śpią spokojnie w poświęconej ziemi, pochowani przy pieśniach nabożnych i modłach. Lecz muzyka, Acquilona, który zmarł zeszłego roku w Ekeby, pochowano poza murem. Był to niegdyś człowiek dumny, rycerski, dzielny wojownik, śmiały strzelec, muzyk i szczęśliwiec co się zowie. Roztrwonił on jednak w końcu spadek swych dzieci, wszystko, co sam nagromadził, jako też oszczędności żony, potem zaś porzucił rodzinę i przybył przed wielu laty do Ekeby na rezydencki chleb. Zeszłego roku, pewnego wieczoru, przegrał majętność ziemską, ostatnie oparcie rodziny, i zastrzelił się — bo wolał raczej umrzeć, niż dług ten zapłacić. Ciało samobójcy pochowano poza omszałym murem ubożuchnego cmentarza.

    2366

    Po jego śmierci zostało jeno dwunastu kawalerów, trzynasty nie zjawił się, jeśli oczywiście pominiemy tego, który wylazł owej wigilijnej nocy z hutniczego pieca.

    2367

    Kawalerowie boleśniej odczuli stratę biednego samobójcy niż jego poprzedników. Wiedzieli, że co roku jeden spośród nich umrzeć musi. Zresztą nic w tym złego. Kawalerom starzeć się nie wolno. Czymże są dla życia, czym życie dla nich, gdy omglone oczy nie mogą rozróżnić kart, a drżąca dłoń nie podniesie szklanki? Ale straszna to rzecz spoczywać jak pies pod murem cmentarza, gdzie trawa na mogile nie może róść w spokoju, gdyż depcą po niej pasące się owce, gdzie ziemię kraje pług i łopata, kędy szybko przechodzi wędrowiec nie miarkując kroku, a dzieci krzyczą i hałasują do woli, gdzie wreszcie mur nie dopuści głosu trąb archanielskich, zwołujących pomarłych na sąd ostateczny!

    2368

    Beerencreutz przepłynął przez jezioro. Przepłynął przez jezioro marzeń moich, na którego brzegach widywałam przechadzających się bogów, a z fal wyłaniał się zamek urojony. Przepłynął koło lagun wyspy Lagö, gdzie jodły na małych ławicach piasku zdają się wyrastać wprost z wody i gdzie sterczą dotąd na stromej skale ruiny zamku korsarskiego. Minął las pod przylądkiem borgijskim, gdzie zwisa nad urwiskiem stara sosna, w miejscu, na którym schwytano ongiś potężnego niedźwiedzia, a kopce kamienne kurhanów świadczą o starożytności miejsca.

    2369

    Opłynął przylądek, wysiadł z czółna tuż pod cmentarzem i dotarł przez zżęte pola hrabiego z Borgu do grobu Acquilona. Pochylony, pogładził trawę jak kołdrę, pod którą leży chory przyjaciel, potem zaś dobył karty i usiadł na grobie.

    2370

    — Leży tu samotnie Jan Fryderyk i rad by zagrać partyjkę — powiedział.

    2371

    — Wstyd to i hańba, by taki człowiek miał spoczywać pod murem! — dodał major Anders Fuchs, wielki myśliwy, i usiadł obok pułkownika.

    2372

    A mały Ruster powiedział wzruszony, roniąc gęste łzy z małych, czerwonych oczu:

    2373

    — Po panu, panie pułkowniku, po panu, był to najlepszy człowiek, jakiego znałem.

    2374

    Ci trzej dostojni mężczyźni siedzieli przy grobie i z powagą a skupieniem grali w karty.

    2375

    Patrzę na świat i widzę dużo grobów. Tam oto spoczywa możnowładca przyciśnięty płytą marmuru. Brzmi nad nim marsz żałobny, a chorągwie się chylą. Widzę groby ludzi bardzo zakochanych. Zroszone łzami wieńce spoczywają lekko na trawie. Widzę groby zapomniane i miejsca spoczynku pełne pychy, które kłamią, i takie, które nie mówią nic. Nigdy jednak nie widziałam, by walet treflowy zapraszał do kompanii mieszkańca grobu.

    2376

    — Jan Fryderyk wygrał! — oświadczył pułkownik. — Pewny byłem tego. Wszakże ode mnie uczył się grać. Tak, teraz my trzej zmarliśmy, a on jeden jedyny żyje.

    2377

    Rzekłszy to zebrał karty i wszyscy trzej wrócili do Ekeby.

    2378

    Zmarły musiał odczuć, że nie wszyscy zapomnieli jego grobu opuszczonego. Dziwny to co prawda hołd, jakim zdziczałe serca uczciły kochanego człowieka, ale ucieszył on zapewne nieboszczyka, którego zwłokom nie pozwolono spocząć w poświęconej ziemi. Radował się, że nie wszyscy go potępiają.

    2379

    Przyjaciele moi! Po śmierci zostanę pewnie złożona na cmentarzu, w grobie rodzinnym. Nie zagrabiłam swym bliskim majątku i nie targnę się na życie własne, ale na pewno nie zaskarbiłam sobie tyle miłości i nikt dla mnie tyle nie uczyni, co kawalerowie dla tego przestępcy uczynili.

    2380

    Nikt nie przyjdzie wieczorem, o zachodzie słońca, kiedy będzie smutno i samotnie, do grobu umarłych i nie włoży mi kart barwnych w kościste palce.

    2381

    Nie przyjdzie nikt — jak bym tego pragnęła — ze skrzypcami i smyczkiem, gdyż karty nie wabią mnie wcale, i nie zagra duchowi memu, który unosi się wokół rozpadłego w proch ciała, by się pokołysał na fali tonów jak łabędź na lśniącej wodzie.

    27. Stare pieśni

    2382

    Marianna Sinclaire siedziała pewnego cichego popołudnia przy końcu sierpnia w swym pokoju i porządkowała listy i papiery.

    2383

    Wokoło niej wszystko było w nieładzie. Stały tu wielkie skórzane walizy, okute żelazem skrzynie, a na krzesłach i kanapach leżały części ubrania. Wydobyła przeróżne rzeczy ze skrzyń na strychu, z szaf i kufrów. Wszędzie lśnił jedwab, płótno, klejnoty i cacka, które czyścić zamierzała, oraz szale i futra do obejrzenia i naprawy.

    2384

    Marianna wybierała się w długą podróż, a nawet nie wiedziała, czy kiedykolwiek wróci do kraju. Stanęła na rozdrożu życia i paliła mnóstwo starych listów i zapisków, by się uwolnić od ciężaru wspomnień.

    2385

    Nagle wpadła jej w rękę paczka starych pieśni. Były to odpisy pieśni ludowych, które jej śpiewała matka w dziecięcych latach. Rozwiązała sznurek i zaczęła czytać.

    2386

    Po chwili uśmiechnęła się smutnie nad przedziwną mądrością, jaką głosiły te stare pieśni.

    2387

    „Nie dowierzaj szczęściu ni oznakom szczęścia, ni różom, ni innym uroczym kwiatom.

    2388

    Nie dowierzaj śmiechowi! — powiadały. — Oto piękna Walborga jedzie w czerwonej, pozłocistej karecie, a jest tak smutna, jak gdyby podkowy i koła miażdżyły jej szczęście.

    2389

    Nie dowierzaj tańcowi! — mówiły. — Nogi mkną nieraz lekko po lśniącej podłodze, a serce ciąży ołowiem. Piękna Kerstin tańczyła wesoło, a wraz z tańcem uciekało z niej młode życie.

    2390

    Nie dowierzaj żartom! — mówiły. — Niejedna zasiada do stołu z żarcikiem na ustach, a omal nie umiera ze smutku. Oto tam siedzi piękna Adelina i dla zabawy pozwala, by jej podano serce księcia Fröjdenborga, w przekonaniu, że widok ten użyczy jej sił, by mogła i umiała umrzeć”.

    2391

    O biedne, stare pieśni, komuż tedy wierzyć? Czy łzom i trosce?

    2392

    Rzadko wzdycha serce radosne, często jednak śmieją się smutne usta. Stare pieśni wierzą tylko w łzy, westchnienia — w smutek i oznaki smutku. Troska to rzeczywistość i pewność jedyna na tej łez dolinie. Można wierzyć trosce i oznakom jej.

    2393

    Radość sama to jeno smutek zamaskowany. Na świecie nie istnieje właściwie nic prócz smutku.

    2394

    — O beznadziejne pieśni! — powiedziała sobie Marianna. — Jakaż nikła jest mądrość wasza w porównaniu z pełnią życia!

    2395

    Podeszła do okna i spojrzała na przechadzających się rodziców. Chodzili szeroką ścieżką ogrodową i rozmawiali o wszystkim, co im wpadło w oczy, o trawie na polu, o ptakach na niebie.

    2396

    — Oto tam wzdycha serce z umartwienia, chociaż nigdy nie było tak szczęśliwe jak teraz.

    2397

    Przyszło jej na myśl, że wszystko właściwie zależy od człowieka, a radość i smutek zawisły jeno od sposobu ujmowania rzeczy. Zadała sobie pytanie, czy jej przeżycia roku minionego były radością, czy smutkiem, i nie wiedziała dobrze, co odrzec.

    2398

    Ciężkie przeżyła czasy. Dusza jej była chora. Ugięła się przed strasznym poniżeniem. Wróciwszy do domu powiedziała sobie: — Zapomnę o krzywdzie wyrządzonej mi przez ojca! — Ale serce mówiło co innego. — Sprawił mi ból śmiertelny odrywając od ukochanego, a bijąc matkę doprowadził mnie do rozpaczy. Nie życzę ojcu nic złego, ale napawa mnie on strachem.

    2399

    Zauważyła, że musi panować nad sobą, by zostać spokojnie na miejscu, gdy obok niej siadał. Czuła w takich razach wielką chęć ucieczki. Próbowała pozbyć się tego uczucia, mówiła jak zazwyczaj i przebywała niemal wyłącznie w jego towarzystwie. Umiała panować nad sobą, ale cierpiała niewymownie. Doszło do tego, że znienawidziła w nim wszystko: donośny, szorstki głos, ociężały chód, wielkie ręce i całą potężną postać. Nie życzyła mu nic złego ani szkodzić nie chciała, ale za każdym zbliżeniem doznawała uczucia przestrachu i obrzydzenia. Pokonane serce mściło się. — Nie dałaś mi kochać — mówiło — a jednak mimo to jestem ci panem i dojdzie do tego, że ojca znienawidzisz.

    2400

    Nawykła do obserwowania przeżyć własnych czuła, że ta nienawiść wzrasta z dnia na dzień. Jednocześnie dom wydał jej się wieczystym więzieniem, toteż chciała iść między ludzi. Ale od czasu choroby nie mogła się zdecydować na żadną podróż. Wydawało jej się, że nic nie przyniesie ulgi, co dnia będzie nieszczęśliwa, aż w końcu nadejdzie taka chwila, w której straci panowanie nad sobą i powie ojcu wszystko, otwarcie wyzna swą gorycz, po czym nastanie rozterka i niedola zupełna.

    2401

    Na tym minęła wiosna i pierwsza połowa lata. W lipcu zaręczyła się z baronem Adrianem, by mieć dom własny.

    2402

    Pewnego dnia po południu wpadł baron na dziedziniec na przepysznym koniu. Piękny jego uniform huzarski błyszczał w słońcu, a bardziej jeszcze młoda twarz i roześmiane oczy. Melchior Sinclaire wyszedł sam na ganek, by go przywitać. Marianna szyła przy otwartym oknie i słyszała każde słowo ojca.

    2403

    — Witam cię, rycerzu słońca! — zawołał Melchior. — Wyglądasz przepysznie! — Czyżbyś przybywał w zaloty?

    2404

    — Tak, wujaszku! — odparł baron ze śmiechem. — Trafiłeś w sedno!

    2405

    — Jesteś bezwstydny, mój chłopcze! Bo i cóż dasz jeść żonie swojej?

    2406

    — Jestem goły, wujaszku! Inaczej nie lazłbym w jarzmo małżeńskie.

    2407

    — Tak? Ale musiałeś przecież zapłacić za ten szamerowany kubrak?

    2408

    — Wziąłem na kredyt, wujaszku!

    2409

    — A skądże masz konia? Warta bestia kupę pieniędzy!

    2410

    — Pożyczony, wujaszku!

    2411

    Melchior nie mógł się oprzeć wesołości młodego i rzekł:

    2412

    — Bóg z tobą, urwisie! Potrzeba ci oczywiście żony z posagiem. Jeśli ci się uda nakłonić Mariannę, to bierz ją sobie.

    2413

    W ten sposób wyklarowało się pomiędzy nimi wszystko, zanim jeszcze baron zsiadł z konia. Ale Melchior Sinclaire wiedział, co robi, gdyż baron Adrian był dzielnym młodzieńcem.

    2414

    Potem konkurent poszedł do Marianny i od razu wyjawił jej swe zamiary.

    2415

    — Droga Marianno! — powiedział. — Mówiłem już z ojcem twoim. Rad bym cię poślubić! Zgódź się, Marianno.

    2416

    Dobyła zeń całą prawdę. Oto ojciec jego, stary baron, znowu dał się nabrać i kupił kilka pustych kopalń. Przez całe życie kupował ciągle takie kopalnie bez wartości. Matka smuciła się, on sam popadł w długi i oto postanowił starać się o rękę Marianny, by uratować ojcowski majątek i własny uniform. Posiadłość rodzinna Hedeby położona była po drugiej stronie jeziora, niemal naprzeciw Björne. Mariannę znał dobrze, byli wszakże rówieśnikami i towarzyszami zabaw.

    2417

    — Mogłabyś doprawdy wyjść za mnie! — powtórzył. — Marne moje życie. Muszę jeździć na pożyczonych koniach i nie mam na krawca. Tak dłużej być nie może. Wezmę chyba dymisję i palnę sobie w łeb.

    2418

    — Ależ, Adrianie! — zawołała. — Cóż to będzie za małżeństwo? Wszakże nie jesteśmy w sobie ani trochę zakochani!

    2419

    — Kpię sobie z miłości! — oświadczył. — To są głupstwa. Lubię dobrego konia i polowanie, ale nie jestem kawalerem od parady, tylko człowiekiem pracy. Gdy jeno zdobędę tyle, by ocalić majątek rodzinny, zaopatrzyć matkę, będę zadowolony. Orać i siać, w to mi graj! Lubię pracować.

    2420

    Popatrzył na nią dobrymi oczami, a Marianna czuła, że mówi prawdę i że można mu zaufać. Toteż zaręczyła się z nim, głównie dlatego, by opuścić dom, ale także dlatego, że był jej z dawna miły.

    2421

    Potem nastąpił miesiąc zaślepienia, którego nigdy nie zapomni.

    2422

    Z dniem każdym baron Adrian stawał się bardziej milczący i melancholijny. Przyjeżdżał do Björne często, czasem dwa razy na tydzień, ale zmiana jego usposobienia była zbyt wyraźna. Gdy zastał gości, zdobywał się jeszcze na żarty wobec narzeczonej, ale gdy byli sami, milczenie i nuda opanowywała oboje. Marianna znała powód. Niełatwa to rzecz poślubić szpetną dziewczynę. Ogarniał go zapewne coraz większy wstręt, a Marianna zdawała sobie sprawę z tego, jak jest brzydka. Adrian wiedział, że narzeczona nie pragnie pieszczot ni przysiąg miłosnych, ale mimo to trudno mu było przedstawić ją sobie jako małżonkę. Sprawa pogarszała się z dnia na dzień. Dręczył się sam nadaremnie, a nie zrywał zaręczyn. Dawała mu wyraźnie do poznania, że zerwać powinien, sama jednak nie mogła nic poradzić, gdyż ojciec oświadczył bez ogródek, że dalsze ekstrawagancje narzeczeńskie nie dałyby się pogodzić z jej dobrą sławą. Toteż znienawidziła obu mężczyzn jednakowo i uznała za dobry każdy sposób, który by ją od nich oddalił.

    2423

    Nagle w parę tygodni po uroczystości zaręczyn nastąpiła zmiana dziwna i cudowna.

    2424

    Tuż pod gankiem leżał w piasku ścieżki wielki kamień, który był powodem rozlicznych utrapień i przykrości. Utykały na nim powozy, przewracały się konie i ludzie, a dziewczęta służebne rozlewały mleko niesione w wielkich stągwiach. Mimo wszystko kamień leżał dalej. Leżał on tu jeszcze za życia rodziców Melchiora, zanim wystawiono dwór björneński. Właściciel nie chciał jednak uznać, że należało usunąć zawadę.

    2425

    Pewnego dnia przy końcu sierpnia potknęły się na kamieniu dziewczęta z mlekiem i potłukły dotkliwie. Wszystkich w domu ogarnął słuszny gniew.

    2426

    Była właśnie pora śniadania. Pan domu odbywał poranny obchód, że zaś ludzie byli w podwórzu, jak zwykle między ósmą a dziewiątą, pani Gustawa poleciła dwu parobkom wykopać kamień. Wzięli łopaty, drągi i po długiej pracy udało im się dźwignąć z miejsca sprawcę złego. Potem w sześciu zanieśli go w kąt podwórza. Praca ta była akurat dla sześciu mężczyzn.

    2427

    Zaledwie tego dokonano, wrócił gospodarz i od razu spostrzegł brak. Wpadł w gniew wołając, że zmienił się cały widok, że to już nie to samo Björne. Kto się ośmielił usunąć kamień? Tak… więc to pani Gustawa poleciła uczynić? Te kobiety nie mają serca. Przecież wiedziała dobrze, jak jest przywiązany do tego kamienia.

    2428

    Pobiegł, objął głaz ramionami, przeniósł na dawne miejsce i rzucił w dół. Pomyślcie, dźwignąć kamień, któremu sześciu ludzi z trudem dało radę. Wyczyn ów podziwiano swego czasu w całej Värmlandii.

    2429

    Marianna widziała z okna jadalni ojca niosącego kamień i nigdy jeszcze nie wydał się jej tak straszliwy. Ten mocarz był jej panem, i to panem kapryśnym, uznającym jeno własną wolę.

    2430

    Jadła właśnie śniadanie i miała nóż w ręce. Podniosła go mimo woli.

    2431

    Pani Gustawa chwyciła ją za ramię i zawołała:

    2432

    — Marianno!

    2433

    — Co, mamo?

    2434

    — Marianno! Wyglądałaś tak strasznie, żem się przelękła.

    2435

    Marianna patrzyła na nią długo. Była to mała, zasuszona osóbka, o siwych włosach i mnóstwie zmarszczek, chociaż liczyła dopiero lat pięćdziesiąt. Wierna jak pies, nie liczący razów. Zawsze w dobrym humorze, a czyniła mimo to smutne wrażenie. Przypominała drzewo sieczone wichrem na wybrzeżu, nigdy nie miała możności, by się swobodnie rozwinąć. Nauczyła się chodzić krętymi ścieżkami, kłamała w potrzebie i udawała głupszą niż była, aby uniknąć wyrzutów. Była w zupełności tworem męża swego.

    2436

    — Czy smuciłabyś się, mamo, gdyby ojciec zmarł? — spytała Marianna.

    2437

    — Marianno! Gniewasz się jeszcze na ojca. Wybaczże mu teraz, gdy masz innego narzeczonego.

    2438

    — Nie mogę, mamo! Boję się go. Wszakże wiesz, jaki jest i kochać go nie mogę. Gwałtowny i ordynarny, dręczył cię tak, że postarzałaś się przed czasem. Czemuż ma być naszym panem? Zachowuje się jak szaleniec, czemuż mam go tedy czcić i szanować? Niedobry, niemiłosierny, mocny, może nas każdego dnia pozabijać albo wyrzucić z domu. Czyż mam go kochać za to?

    2439

    Ale pani Gustawa zmieniła się nagle, nabrała siły, odwagi i rzekła z wielką stanowczością:

    2440

    — Opamiętaj się, Marianno! Ojciec dobrze uczynił, widzę, wzbraniając ci w zimie wstępu do domu. Zobaczysz, że cię za to spotka kara! Ucz się cierpieć bez nienawiści i chęci zemsty, Marianno!

    2441

    — Ach, mamo, jakam ja nieszczęśliwa!

    2442

    Zaraz potem dokonało się. Usłyszały, że w sieni coś padło ciężko na ziemię.

    2443

    Nie dowiedziano się nigdy, czy Melchior Sinclaire stał na schodach i pochwycił słowa córki przez otwarte okna jadalni, czy może porażenie wywołał ów wysiłek fizyczny? Znalazły go na ziemi bez zmysłów. Ale nie śmiały nigdy pytać o powód, on zaś nie zdradził się z niczym. Marianna nie miała odwagi uświadomić sobie, że się bezwiednie zemściła, ale na widok ojca leżącego na tych samych schodach, gdzie go owej nocy znienawidziła, uczuła, że z serca jej znika gorycz.

    2444

    Oprzytomniał niebawem i po kilku dniach wypoczynku wrócił do zdrowia. Był ten sam, co przedtem, a całkiem inny.

    2445

    Marianna patrzyła na rodziców chodzących ręka w rękę po ogrodzie. Czynili to teraz zawsze, bo ojciec unikał samotności, nie wyjeżdżał, a nawet nierad był gościom, gdyż go odciągali od żony. Nagle zestarzał się, nie mógł się zdecydować na napisanie listu i żona zań pisywała. Pytał ją we wszystkim o radę i postępował, jak chciała. Był stale łagodny i uprzejmy. Czuł sam, jak się odmienił i jak ta zmiana raduje żonę.

    2446

    — Dobrze matce teraz! — rzekł pewnego dnia do córki wskazując na żonę.

    2447

    — Ach, drogi Melchiorze! — odparła Gustawa. — Wolałabym, byś całkiem przyszedł do zdrowia!

    2448

    I tego pragnęła rzeczywiście. Sprawiało jej wielką radość opowiadanie o dawnej sile męża, o tym, że nie szkodziło mu życie szalone, bardziej szalone niż kawalerów z Ekeby; opowiadała, jak załatwiał interesy, i jak to właśnie w chwili gdy sądziła, że ją pozbawi dachu nad głową, zarobił mnóstwo pieniędzy. Ale Marianna wiedziała, że mimo żalów czuje się szczęśliwa, gdyż jest teraz wszystkim dla męża. Oboje postarzeli się i byli złamani życiem. Marianna wiedziała, co przyniosą lata najbliższe. Ojciec będzie coraz to słabszy, powtarzające się ataki osłabią go do reszty, matka zaś będzie go pielęgnować aż do śmierci. Ale mogło to potrwać długo, a pani Gustawa żyć mogła sobie jeszcze długo i szczęśliwie. Tak sądziła Marianna uważając, że matce dużo się jeszcze od życia należy.

    2449

    I jej było teraz lepiej. Nie żyła pod przymusem małżeństwa, w oczekiwaniu innego pana, a zranione serce znalazło spokój. Poznała nienawiść i miłość, ale nie myślała już teraz o cierpieniu doznanym. Uświadomiła sobie, że stała się człowiekiem prawdziwszym, głębszym i bogatszym niż dawniej. Nie żałowała tego, co było, bo każde cierpienie jest owocne, a więc wszystko może się jeszcze zakończyć szczęśliwie. Zaczęła teraz uważać za dobre wszystko, co człowieka podnosi i uszlachetnia. Stare pieśni nie miały racji, nie sam jeno smutek był na świecie rzeczą trwałą. Postanowiła wyjechać i znaleźć pole wydajnej pracy. Dawniejszy ojciec nie zezwoliłby za nic na zerwanie zaręczyn, teraz jednak matka przeprowadziła wszystko w sposób łagodny. Marianna była wolna. Pozwolono jej nawet pożyczyć Adrianowi pieniędzy, których potrzebował.

    2450

    Odzyskawszy swobodę i o nim myślała życzliwie. Przypominał jej Göstę radością i odwagą, chciała go tedy widzieć szczęśliwym. Będzie znów rycerzem słońca, jakim był wpadając konno na dwór ojca. Chciała mu dać ziemię, by ją do woli uprawiał i obsiewał, a także ujrzeć go kiedyś przy ołtarzu z piękną narzeczoną.

    2451

    W tej myśli napisała do niego, że mu zwraca wolność, używając słów łagodnych, osłaniających rozumem i żartem, ale dostatecznie poważnych, by wiedział, że bierze rzecz serio.

    2452

    Nie skończyła jeszcze, gdy zatętniło przed domem.

    2453

    „Ostatni raz przybywasz, mój rycerzu słońca!” — pomyślała.

    2454

    Za chwilę stanął przed nią.

    2455

    — Jak to, Adrianie, aż tu przychodzisz? — zawołała patrząc z trwogą na nieład w pokoju.

    2456

    Zmieszał się i wybąkał kilka słów usprawiedliwienia.

    2457

    — Właśnie piszę do ciebie! — rzekła. — Masz, czytaj.

    2458

    Wziął list, ona zaś czekała, wpatrzona weń i pewna, że twarz mu rozbłyśnie radością. Ale Adrian po pierwszych zaraz wierszach poczerwieniał, cisnął list na ziemię, zaczął go deptać i kląć straszliwie.

    2459

    Marianna zadrżała. Znała się na miłości, ale dotąd nie rozumiała snadź tego niedoświadczonego dzieciaka.

    2460

    — Drogi Adrianie! — rzekła. — Cóż to za komedia? Siądź no i powiedz prawdę!

    2461

    Przystąpił, objął ją i omal nie zadusił pieszczotami. Biedny chłopak! Tęsknił i cierpiał okrutnie cały ten czas.

    2462

    Po chwili spojrzał przez okno. Pani Gustawa chodziła dalej i rozmawiała z olbrzymim Melchiorem o kwiatach i ptakach, Marianna zaś rozmawiała z Adrianem o miłości.

    2463

    „Pozna powagę życia! — pomyślała uśmiechając się smutnie. — Ale każda z nas dostała na pociechę własne duże dziecko do zabawy”.

    2464

    Dobrze jest być kochaną! Słuchała z lubością, jak szeptał o sile czarownej, która z niej promieniuje, i o tym, jak wstydzi się pierwszej z nią rozmowy. Nie wiedział wówczas, jaką posiada nad nim władzę. Każdy mężczyzna musiałby ją pokochać, ale go tak onieśmieliła, że czuł się jej niegodnym.

    2465

    Nie było to szczęście, ale postanowiła spróbować życia z tym człowiekiem.

    2466

    Zaczęła rozumieć samą siebie; wspomniała starą pieśń o turkawce, ptaku tęsknoty, co nie pije nigdy czystej wody, ale ją zawsze przedtem zmąci nogą, by lepiej odpowiadała jej smutkowi. Marianna także pić nie miała z czystej krynicy szczęścia. Musiała ją zmącić troska — by lepiej odpowiadało jej naturze.

    28. O śmierci-wybawicielce

    2467

    Przyjaciółka moja, śmierć-wybawicielka, przyszła do domu kapitana Uggli w sierpniu, księżycową nocą. Ale nie śmiała wkroczyć wprost w gościnne mury, gdyż niewielu ma miłośników.

    2468

    Blada przyjaciółka moja, śmierć-wybawicielka, ma mężne serce. Lubi mknąć przez powietrze w chmurze kul, bierze na barki świszczący granat i śmieje się, gdy granat pęka miotając odłamki. Tańczy po cmentarzyskach i wchodzi śmiało do sal szpitalnych, niepomna zarazy, ale waha się na progu ludzi zacnych i dobrych. Nie chce, by ją witano łzami, lecz pragnie radosnego przyjęcia, bowiem wyswobadza duchy z więzów bólu, pomaga im strząsnąć z siebie pył ziemski i żyć wśród wolnych przestrzeni świata.

    2469

    Śmierć wśliznęła się do starego gaju za domem, gdzie dziś jeszcze smukłe brzozy o białych pniach cisną się, by wywalczyć trochę światła dla swych wątłych czubów. W gaj ten, podówczas młody jeszcze, pełen bujnej zieleni, wśliznęła się za dnia, a nocą staje blada na skraju lasu z kosą błyskającą w świetle księżyca.

    2470

    O Erosie, twoim był ów gaj w owe czasy. Starzy opowiadali mi, że niegdyś kryły się tam miłosne pary, a mnie samej, znużonej uciążliwym wspinaniem się na wzgórza i dławiącym kurzem drogi, gaj ten pod Bergą, dziś rzadki już, przypomina miłość pięknych, młodych ludzi.

    2471

    Stała tam śmierć i widziały ją zwierzęta nocą. Wilki wyły zwiastując jej przyjście, żmije pełzły ścieżkami aż do domów, a ludzie czuli, iż są to zwiastuny mocarnej śmierci. W jabłoni pod oknem pani Uggli hukała sowa, bowiem wszystko, co żywe, zna śmierć i drży przed nią.

    2472

    Pewnego razu, po przyjęciu na broeńskiej plebanii wracał sędzia z Munkerudu z żoną około drugiej w nocy i mijając Bergę, zoczył światło w gościnnym pokoju. Oboje widzieli dokładnie żółty płomień i białą świecę i opowiadali potem, jak ich zdziwiło to światło palące się w jasną noc letnią.

    2473

    Wesołe dziewczęta bergijskie śmiały się, twierdząc, że sędziostwo widzieli pewnie duchy, gdyż świec w domu od marca nie stało, a dawno już nikt w gościnnym pokoju nie mieszkał, ale kapitanowa pobladła i nie rzekła nic. Wiedziała dobrze, że paląca się żółtym płomieniem świeca oznaczała, że śmierć-wybawicielka przybyła po kogoś z rodziny.

    2474

    Niedługo potem, w przepiękny sierpniowy dzień wrócił Ferdynand z robót mierniczych w lasach na północy, blady i chory nieuleczalnie na płuca, a matka na pierwszy rzut oka spostrzegła, że musi umrzeć.

    2475

    Taki los miał spotkać syna, który nigdy nie sprawił rodzicom żadnej troski. Porzucić musiał życie pełne radości, czekającą nań narzeczoną i bogate tętniące od młotów huty, których właścicielem miał zostać.

    2476

    Przy zmianie księżyca nabrała moja blada przyjaciółka odwagi i podeszła nocą pod dworek. Wiedziała, że mieszkańcy mężnie znoszą głód i niedostatek, sądziła tedy, że i ją przyjmą mile.

    2477

    Powoli podpełza żwirową ścieżką i rzuca cień na osrebrzony rosą trawnik. Nie zbliża się jak wesoły żniwiarz, przybrany w kwiaty, wiodący dziewczynę, ale kroczy pochylona, wychudła, z kosą ukrytą w zwojach płaszcza, a sowy i nietoperze wirują naokół.

    2478

    Pani Uggla nie spała, więc posłyszawszy pukanie usiadła w łóżku, pytając:

    2479

    — Kto puka?

    2480

    Starzy powiadali mi, że odpowiedź brzmiała:

    2481

    — Śmierć puka.

    2482

    Pani Uggla wstała, otwarła okno, ujrzała sowy, nietoperze i światło księżyca, ale nie dostrzegła śmierci.

    2483

    — Chodź! — rzekła z cicha. — Czemuż zwlekasz, wybawicielko? Czekałam i wzywałam cię. Chodź i wybaw syna mego.

    2484

    Śmierć wśliznęła się do domu, radosna jak król strącony z tronu, któremu na starość zwrócono koronę, wesoła jak dziecko do zabawy wezwane.

    2485

    Następnego dnia usiadła pani Uggla przy łożu syna i jęła mu opowiadać o szczęśliwości duchów wyzwolonych oraz życiu rozkosznym, jakie wiodą.

    2486

    — Pracują i działają! — mówiła. — Są to artyści niezrównani, drogi synu. Po złączeniu się z nimi powiesz mi, czym zostałeś! Czy rzeźbiarzem nie potrzebującym dłuta, twórcą róż i lilii, czy może mistrzem barw. Wówczas patrząc na zachód, będę sobie mówiła: „To dzieło mego Ferdynanda”.

    2487

    Pomyśl, ile tam jest do obejrzenia i roboty. Trzeba wiosną budzić do życia ziarna, kierować burzami, rozsyłać sny i odbywać długie wędrówki ze świata na świat.

    2488

    Gdy ujrzysz tyle piękna, synu drogi, wspomnij o mnie, o matce swej, która w życiu znała jeno Värmlandię.

    2489

    Pewnego dnia staniesz przed Bogiem i poprosisz go o jakiś mały światek w przestrzeni, a on ci go da. Będzie ciemny, pełen przepaści i skał, bez kwiatów i zwierząt. Musisz się jąć pracy, stworzyć światło, ciepło, powietrze, rośliny, słowiki, jasnookie gazele, wodospady, spiętrzyć góry i zasadzić doliny cudnymi różami.

    2490

    Gdy zaś będę miała umrzeć, drogi Ferdynandzie, i zatrwoży mnie rozłąka ze znaną okolicą, zajedziesz pod moje okna karetą złocistą, zaprzężoną w rajskie ptaki.

    2491

    Biedna, niespokojna dusza moja wsiądzie niby królowa i pojedziemy przez niebiosy mijając lśniące światy. Ja będę raz po raz pytała widząc coraz piękniejsze osiedla niebiańskie, czyby się tu i ówdzie nie zatrzymać.

    2492

    Ty jednak będziesz z uśmiechem ponaglał ptaki i dotrzemy do świata małego, ale piękniejszego od innych, staniemy przed złotym pałacem i wprowadzisz mnie do przybytku wieczystego wesela.

    2493

    Będą tam pełne spichrze i szafy biblioteczne. Las nie będzie jak w Berdze przesłaniał widoku, ale spojrzenie pójdzie po rozłogach mórz i oblanych światłem równinach, a tysiąc lat będzie jak dzień jeden.

    2494

    Ferdynand zmarł zapatrzony w urocze obrazy, z uśmiechem na ustach.

    2495

    Przyjaciółka moja, śmierć-wybawicielka, nie widziała zgonu równie pięknego. Stali wokoło jego zwłok zapłakani ludzie, on jednak uśmiechał się do siedzącego na krawędzi łóżka zjawiska z kosą, a rzężenie jego wydało się matce muzyką. Drżała z obawy, czy śmierć zdoła swego dokazać, gdy zaś wszystko minęło, w oczach jej zabłysły łzy radości i spadły na skostniałą twarz syna.

    2496

    Nigdy nie doznała blada moja druhna tylu zaszczytów, co na pogrzebie Ferdynanda Uggli. Gdyby śmiała pokazać się ludziom, ujrzeliby, jak w berecie z piórami i złotoszytym płaszczu tańczy na czele pochodu. Ponieważ jednak brakło jej odwagi, siadła w czarnym płaszczu, skulona, na cmentarnym murze i czekała na korowód.

    2497

    Przedziwny był to pogrzeb! Słońce świeciło, białe chmury płynęły po niebie, drogę zdobiły długie szeregi stert zboża. Jabłka w ogrodzie plebańskim wabiły blaskiem, a z ogrodu kościelnego wyzierały goździki i georginie.

    2498

    Przedziwny był to pogrzeb, kroczący lipową aleją. Przed okrytą kwiatami trumną dzieci sypały kwiaty. Nikt nie miał sukni żałobnych ni krep czarnych, gdyż matka chciała, by orszak syna, który zmarł wesoło, był świetnym pochodem ślubnym.

    2499

    Tuż za trumną szła Anna Stjärnhök, piękna narzeczona zmarłego, w wianku ślubnym, welonie i białej jedwabnej sukni z trenem. Tak przybrana kroczyła, by nad grobem połączyć się ze zmarłym.

    2500

    Za nią szli parami okazali, starzy ludzie. Piękne, wykwintne damy w lśniących naramiennikach, broszach złotych i perłowych koliach. Wysokie pióra strzelały spośród jedwabiu i koronek na turbanach, zaś z ramion spływały jedwabne ślubne szale na barwne suknie. Mężczyźni przybyli przystrojeni w bufiaste żaboty, fraki z wysokimi kołnierzami i złocistymi guzikami, w kamizelkach ze sztywnego brokatu lub szytego złotem aksamitu. Był to istny korowód ślubny, a stało się tak z woli i życzenia pani domu.

    2501

    Ona sama szła za Anną Stjärnhök u boku męża. Nie posiadała sukni z lśniącego brokatu ni ozdób, ni wspaniałego turbanu, bo przystroiłaby się w to na pewno ku czci syna. Ubrana była w suknię czarną z pożółkłymi koronkami jak na każdą uroczystość, gdyż innego stroju nie miała.

    2502

    Wystrojeni goście płakali wszyscy przy cichym odgłosie dzwonów, i to nie tyle nad zmarłym, co nad sobą. Oto narzeczona kroczyła za swym wybrańcem, oni zaś szli z wolna za nimi, z dziwnym uczuciem, że każdy podlega trosce i cierpieniu, że każdy musi umrzeć i że nic go przed tym uchronić nie może.

    2503

    Jedna tylko matka spośród wszystkich miała suche oczy.

    2504

    Po ukończeniu modlitw zasypano grób i goście wrócili do powozów, a na cmentarzu została jeno pani Uggla i Anna Stjärnhök, by się pożegnać ze zmarłym.

    2505

    — Prosiłam Boga — rzekła matka — by przysłał śmierć zbawczą i zabrał syna mego ukochanego do siedziby pokoju. Postanowiłam, że będę roniła jeno łzy radości, że go odniosę do grobu z weselną wystawą, a na mogile posadzę czerwony krzaczek różyn rosnący za oknem mej sypialni. I stało się tak, umarł. Powitałam skon jak najlepszego przyjaciela, przywołałam go najczulszymi słowami, a moje łzy radości spadły na sztywną twarz zmarłego. Jesienią, gdy liście opadną, posadzę mu czerwoną różę na grobie. Ale czy wiesz, ty, która tu siedzisz, czemu o to prosiłam Boga?

    2506

    Spojrzała na siedzącą obok bladą Annę, która zdawała się walczyć ze sobą. Walczyła chcąc stłumić myśl szepczącą jej już tu, na świeżej mogile, że jest wolna.

    2507

    — Tyś temu winna! — rzekła pani Uggla.

    2508

    Dziewczyna skuliła się jak pod ciosem maczugi i nie dała odpowiedzi.

    2509

    — Anno, dawniej byłaś dumna, samowolna, igrałaś z mym synem, zaręczyłaś się z nim, a potem zerwałaś zaręczyny. Musiał się z tym pogodzić, jak niejeden przed nim. Może też kochał, jak i my, pieniądze twe na równi z tobą. Potem atoli wróciłaś do nas z obfitymi darami, zmieniona, łagodna, silna i dobra, otoczyłaś nas miłością, uszczęśliwiłaś, a my, biedacy, leżeliśmy u stóp twoich.

    2510

    A mimo to pragnęłam, byś nigdy nie wróciła, gdyż nie musiałabym prosić Boga, by skrócił życie syna mego. W zeszłym roku zniósłby jeszcze to, że cię stracił, ale teraz sił by mu już nie stało.

    2511

    Chociaż dziś odprowadziłaś go w ślubnej sukni do grobu, nie stanęłabyś z nim w niej nigdy u ołtarza, gdyż nie kochałaś go.

    2512

    Spostrzegłam, że wróciłaś jeno przez litość, by ulżyć doli naszej. Nie kochałaś go, a ja to poznałam, ponieważ wiem co to miłość. Dlatego też właśnie prosiłam Boga, by go zabrał, zanim otworzą mu się oczy.

    2513

    Ach, gdybyś go kochała, wszystko byłoby inaczej! Po co jednak wracałaś bez miłości? Z obowiązku musiałabym mu powiedzieć, że jeno z miłosierdzia, nie z miłości chcesz go poślubić. Musiałabym skłonić go, by cię zwolnił, i przez to zniweczyłabym szczęście jego życia. Nie chcąc mu odbierać spokoju ducha, prosiłam Boga, by go zabrał. Radowały mnie jego zapadłe policzki i ciężki oddech i bałam się, że śmierć nie zdoła dokonać dzieła swego.

    2514

    Czekała odpowiedzi, ale Anna milczała zasłuchana w różne głosy swej duszy.

    2515

    Pani Uggla zawołała z rozpaczą:

    2516

    — O, jakże szczęśliwi są ci, którzy mogą opłakiwać zmarłych swoich! Ja muszę stać z suchymi oczyma u grobu syna i radować się z jego śmierci. Jakże jestem nieszczęśliwa!

    2517

    Anna przycisnęła rękę do piersi. Wspomniała noc zimową, kiedy to na młodą miłość swoją przysięgała być temu człowiekowi pociechą i podporą. Drżenie ją przejęło. Czyż wszystko było nadaremne? Czyż Bóg nie przyjął jej ofiary? Czyż wszystko obrócić się miało na złe?

    2518

    A może Bóg pobłogosławiłby jej dziełu, gdyby poświęciła wszystko, i uczyniłby ją dawczynią szczęścia, pocieszycielką tych ludzi?

    2519

    — Czegóż trzeba, byś mogła smucić się śmiercią syna twego? — spytała.

    2520

    — Trzeba, bym przestała wierzyć oczom moim! Trzeba, bym miała dowód, że kochasz go!

    2521

    Anna wstała, a oczy jej rozbłysły uniesieniem. Zerwała ślubny welon i nakryła nim mogiłę, zdjęła wianek i koronę, i położyła je na grobie.

    2522

    — Patrz, jak go kocham! — zawołała. — Daję mu wianek mój i koronę. Oto zostałam mu poślubiona i niczyją w życiu już nie będę!

    2523

    Pani Uggla wstała także. Milczała przez chwilę, drżąc na całym ciele, a w końcu łzy bólu pociekły z jej oczu.

    2524

    Blada przyjaciółka moja, śmierć-wybawicielka, wzdrygnęła się na widok tych łez, gdyż oto i tu nawet nie została powitana z radością, i tu nie cieszono się nią z głębi serca.

    2525

    Nasunąwszy kaptur na oczy zlazła chyłkiem z cmentarnego muru i znikła pośród stogów zboża na polu.

    29. Susza

    2526

    Rada by posiąść miłość rzeczy martwych, gdyby kochać umiały, gdyby ziemia i woda czyniły różnicę pomiędzy przyjaciółmi a wrogami. Chciałabym, by ziemi nie ciężyły kroki moje, by mi przebaczyła, iż ją kaleczę broną i pługiem, by się ochotnie kiedyś rozwarła przed mym martwym ciałem. Rada bym, by fala cierpliwie znosiła prucie mych wioseł, jak matka znosi cierpliwie wspinanie się ruchliwego dziecka, nie bacząc, że pogniecie jedwab sukni. Chciałabym być przyjaciółką czystego powietrza nad górami, słońca i gwiazd. Często wydaje mi się, że rzeczy nieożywione czują i cierpią wraz z istotami żywymi.

    2527

    Nie taka je od nas dzieli przegroda, jak sądzą ludzie. Gdzież jest pyłek ziemi nie wciągnięty w obieg życia? Czyż kurz uliczny nie był ongiś włosem gładzonym mile, a woda w bruździe czyż nie płynęła jako krew przez tętniące serce?

    2528

    Duch życia mieszka jeszcze w martwych rzeczach. Leżąc w śnie czujnym słyszy on głos boży — a czy baczy też na głos ludzi?

    2529

    O wy, dzieci dzisiejszych czasów, czyż nie spostrzegłyście tego? Martwe rzeczy cierpią, ile razy niezgoda i zawiść ogarną świat. Fala staje się dzika jak włóczęga, a pole przypomina skąpca. Biada jednak temu, z powodu którego wzdycha las i płaczą góry!

    2530

    Dziwny był, zaiste, rok panowania kawalerów. Niepokój ludzki ogarnął, zda się, rzeczy martwe. Nie wiem, jak nazwać tę zarazę szerzącą się po okolicy. Przypuścić trzeba chyba, że kawalerowie byli bogami ożywiającymi wszystko duchem swoim, duchem awanturniczości, beztroski i rozpasania.

    2531

    Świat by się zdumiał, gdyby opowiedzieć wszystko, co zaszło w tym roku pośród ludzi nad Lövenem. Zbudziła się stara miłość i zapłonęła dawna nienawiść, rozgorzała żądza użycia, tańca i żartów, gry i pijaństwa, a wszystko, co najskrytsze w duszach, wyszło na jaw.

    2532

    Zaraza niepokoju wyszła z Ekeby, ogarnęła kopalnie żelaza i osiedla, podniecając ludzi do nieprawości, do grzechu. Śledzić ją możemy dziś wśród większych posiadłości, gdyż starzy ludzie przechowali nam wspomnienia wydarzeń, natomiast nie sposób stwierdzić, jak szła od wsi do wsi i od chaty do chaty. Dość, że gdzie tlił występek, tam wybuchał całą siłą, każda rysa w stosunkach rodzinnych przemieniała się w przepaść, a wielkie cnoty czy silna wola wychodziły z ukrycia. Nie wszystko było bowiem złem w tym czasie. Ale dobro nabierało właściwości niszczących podobnie jak zło. Gdy burza szaleje, pada jodła za jodłą, pociągając się wzajem, a nikłe poszycie lasu niszczeje wraz z olbrzymami.

    2533

    Szaleństwo zawładnęło chłopami i służbą folwarczną, wszystkim w głowach zaszumiało. Nigdy tak nie tańczono po rozstajach, nie opróżniano tak prędko beczki piwa, nigdy kocioł wódczany nie pochłonął tyle zboża, nie odbywano liczniejszych biesiad i nigdy tak krótkiej nie bywało przerwy pomiędzy ostrym słowem a ciosem noża.

    2534

    Z odejściem majorowej zabrakło silnej ręki, więc upojeni wolnością ludzie zaczęli szaleć i niszczyć. Został im jeno pan i mistrz umiłowany, to jest wódka. Były to czasy, kiedy sądzono, że dla chłopów nie ma ratunku i że wódka wypleni ich doszczętnie.

    2535

    Niepokój ludzki przeszedł także na wszelki twór żywy. Nigdy groźniejsze nie były wilki i niedźwiedzie, lisy i sowy nie darły się gorzej i nie rabowały zuchwalej, nigdy nie ginęły tak zabłąkane w lesie owce, nigdy też więcej chorób nie trapiło cennego bydła.

    2536

    Kto chce spostrzec wzajemny związek rzeczy, winien opuścić miasto i zamieszkać w samotnej chacie pod lasem. Winien on nocami doglądać mielerza lub żyć cały miesiąc na tratwie płynącej wolno po jeziorze Väner. Wtedy spostrzeże znaki przyrody i pozna, jak są zależne rzeczy martwe od żywych, jak znika ich spokój, gdy zamieszanie powstaje na ziemi. Wiedzą to chłopi. W takim czasie złe duchy gaszą mielerze, wodnice psują łódź, a zaraza przychodzi na ludzi i bydło. Tak się też działo onego roku. Nigdy roztopy wiosenne nie narobiły tylu szkód. Młyn ekebijski i kuźnia zniszczały. Małe potoczki, które dawniej w razie przyboru zdołały co najwyżej zabrać pustą szopę, rzucały się teraz na całe zagrody i osiedla, rozbijając je w puch. Przed Janem narobiły szkód większych niż w inne lata, zaś potem nastała susza.

    2537

    Podczas długich dni lata nie spadła ni kropla deszczu. Od połowy czerwca do początku września słońce prażyło całą okolicę.

    2538

    Deszcz nie chciał upaść, ziemia odmówiła pożywienia, wiatry nie wiały. Słońce paliło ziemię. Trudno źle mówić o słońcu! Podobne jest do miłości, któż nie zna atoli jej występków i któż ich nie przebaczy? Słońce podobne jest do Gösty Berlinga — raduje ludzi i dlatego milczą o złem, które im czyni.

    2539

    Susza poświętojańska nie wywołała może nigdzie takiej klęski jak w Värmlandii. Wiosna się opóźniła, trawa wyróść nie zdołała, żyto zaś nie miało pożywki w czasie okwitu i plonowania. Zboża jare, które wówczas najwięcej chleba dostarczały, miały małe, chude kłoski i niskie były wielce. Późno zasiane buraki nie urosły, a z twardej jak kamień ziemi nawet ziemniaki nie zdołały dobyć pożywienia.

    2540

    Zaniepokoiło to mieszkańców leśnych szałasów i wieść smutna poszła z gór na doliny, ku spokojniejszej ludności.

    2541

    — Ręka boża szuka kogoś! — jęli powtarzać chłopi.

    2542

    Każdy bił się w pierś i pytał:

    2543

    — Czyż to ja… matko naturo, może to ja właśnie jestem wszystkiemu winien? Może z mego powodu deszcz nie pada? Może ze złości na mnie stwardniała ziemia? Może na moją to głowę słońce gromadzi żarzące węgle z bezchmurnego nieba. A jeśli nie jam winien, kogóż szuka ręka boża?

    2544

    Dziwne rozmowy krążyły po okolicy, gdy marniały żyta i ziemniaki, gdy bydło o zaognionych oczach, chwytając z trudem powietrze, stało u pustych studzien, a serca ludzi ściskał strach.

    2545

    — Taka klęska nie może być bez przyczyny! — powiadano sobie. — Kogóż to szuka ręka boża?

    2546

    Pewnej niedzieli sierpniowej, po nabożeństwie, szli ludzie grupami wzdłuż spieczonej drogi. Jak okiem sięgnąć, widzieli popalone lasy i nieurodzaj. Żyto już zebrano, ale było bardzo nikłe. Łatwo było tego roku użyźnić pole przez palenie, ale nieraz zajmowały się od tego suche lasy. Co ocalało od ognia, zjadło robactwo, a jodły bez szpilek stały nagie jak liściaste drzewa jesienią. Liście brzóz wisiały wystrzępione, z wystającymi żebrami, na poły zjedzone.

    2547

    Nie brakło smutnym ludziom tematu do rozmowy. Wspominano klęski roku 1808 i 1809, a także ostrą zimę 1812, kiedy to martwe wróble spadały z dachów. Znali oni głód i patrzyli nieraz w jego straszną twarz. Umieli też piec chleb z kory i przyuczać krowy do jedzenia mchu.

    2548

    Jedna z kobiet spróbowała upiec chleb z jagód i jęczmiennej mąki, dawała go ludziom próbować i dumna się czuła z tego odkrycia.

    2549

    Wszystkich niepokoiła jedna myśl i wszyscy pytali:

    2550

    — Kogóż, o Panie, szuka ręka twoja? Któż to, o sędzio surowy, odmówił ci ofiary modlitwy i dobrych czynów, przecz nam odmawiasz nędznego chleba?

    2551

    Pewien człowiek spośród ponurej gromady ludzi, ciągnącej przez wzgórza Broby w kierunku Sundbron przystanął opodal mieszkania skąpego proboszcza, podniósł z ziemi suchą gałązkę i rzucił ją na drogę wiodącą do plebanii.

    2552

    — Suche jako ta gałąź były modły jego! — powiedział.

    2553

    Idący za nim zatrzymał się też, dorzucił gałązkę i rzekł:

    2554

    — Jaki pleban, taka ofiara.

    2555

    Trzeci poszedł za ich przykładem.

    2556

    — Był on jak ta susza. Zostawił nam jeno suche konary i słomę.

    2557

    Czwarty dodał:

    2558

    — Oddajmyż mu te dary!

    2559

    Piąty zawołał:

    2560

    — Na wieczną hańbę rzucam mu ten patyk! Niech zeschnie jako ta gałąź!

    2561

    — Sucha strawa dla proboszcza, który na nas suszę sprowadził.

    2562

    Ludzie inni nadeszli, a słysząc i widząc wszystko, pojęli to, o co pytali ludzie przedtem.

    2563

    — Dajcie wszyscy, co się należy temu, który sprowadził suszę! — zaczęto powtarzać.

    2564

    Na rozdrożu wyrosła rychło kupa suszu i słomy ku hańbie proboszcza z Broby.

    2565

    Była to jedyna zemsta ludności. Nikt nie rzekł mu w twarz złego słowa, nikt nie podniósł nań ręki, ale sercom ulżyło to rzucanie suchych gałęzi. Nie wykonywali sami pomsty wskazując jeno sprawiedliwości boskiej tego, któremu należy się odpłata.

    2566

    — Jeśliśmy ci nie służyli, jako trzeba, to z winy tego człowieka! — mówili. — Bądź miłościwy, Panie, i ukarz jego samego. Piętnujemy go hańbą i pozbawiamy czci. Nie jesteśmy jak on.

    2567

    Bardzo rychło weszło w zwyczaj, że każdy przechodzień rzucał suchą gałąź na znak hańby, mówiąc:

    2568

    — Niechże to widzi Bóg i widzą ludzie. Ja także pogardzam człowiekiem, który ściągnął na nas gniew boży.

    2569

    Stary skąpiec spostrzegł zaraz stertę gałęzi i kazał ją usunąć. Mówiono, że użył jej na opał. Ale nazajutrz wyrosła na tym samym miejscu nowa kupa i tak było ciągle. Suche gałęzie leżały, mówiąc:

    2570

    „Hańba! Hańba księdzu proboszczowi brobijskiemu!”

    2571

    Ciężkie, gorące, przesycone odorem spalenizny powietrze zmroczyło umysły, tak że proboszcza uznano za demona suszy. Chłopom wydało się, że ten skąpiec stary pilnuje śluz niebieskich.

    2572

    Niedługo zrozumiał proboszcz zamiar gminy. Pojął, że piętnują go jako sprawcę zła. Bóg, gniewny nań, nękał ziemię. Załoga okrętu, znajdująca się w niebezpieczeństwie na pełnym morzu, rzuciła kości i jego skazała na rzucenie w wodę. Zrazu śmiał się z suchych gałęzi, ale po tygodniu zamilkł. To przecież dziecinada! Cóż mogły mu zrobić suche gałęzie? Wiedział, że w ten sposób wyładowywała się wieloletnia nienawiść. I cóż stąd? Nie nawykł do miłości!

    2573

    Nie złagodniał też wcale. Po odwiedzinach starej panny nabrał, co prawda, ochoty do przemiany, ale teraz właśnie nie mógł przymusić się i być lepszym.

    2574

    Z czasem jednak stos gałęzi zaczął mu dokuczać. Zapatrywanie ogółu zapuściło w nim korzenie. Rzucanie suchych gałęzi wydało mu się okropne. Patrzył na stertę, liczył dokładnie gałęzie, a myśl ta wyparła z wolna wszystkie inne. Stos zwyciężył go.

    2575

    Z każdym dniem przyznawał większą rację ludziom. Pochylił się, zestarzał w ciągu paru tygodni, miał ciągle wyrzuty sumienia i niemal zachorzał. Wszystko to łączył teraz z ową stertą, pewny, że wraz z jej zniknięciem odzyska siły i przestanie go trapić sumienie.

    2576

    W końcu siadł przy drodze i pilnował stosu przez cały dzień. Ale miłosierni ludzie dorzucali gałęzi nocą.


    2577

    Pewnego dnia jechał drogą Gösta Berling i zobaczył proboszcza nad rowem skulonego i pokrytego kurzem. Wyciągał suche gałęzie i układał je w kupki i rzędy, bawiąc się jak dziecko. Göście żal się zrobiło proboszcza.

    2578

    — Cóż to ksiądz robi, księże proboszczu? — spytał zeskakując z wozu.

    2579

    — Siedzę i układam gałęzie! — odparł. — Właściwie nic nie robię.

    2580

    — Powinien by ksiądz wrócić do domu, a nie siedzieć w kurzu gościńca.

    2581

    — Najlepiej mi tu.

    2582

    Gösta usiadł przy nim.

    2583

    — Niełatwa to rzecz być proboszczem — zauważył po chwili.

    2584

    — Tutaj, na nizinach jeszcze jako tako pośród ludzi — odparł proboszcz — ale w górach źle.

    2585

    Gösta wiedział, co znaczą te słowa. Znał parafie północnej Värmlandii, bez mieszkań dla proboszczów, w wielkich lasach, gdzie żyją Finowie w kurnych chatach, rzadko rozsiani i gdzie proboszcz jest jedynym cywilizowanym człowiekiem. W jednej z takich parafii spędził proboszcz brobijski lat dwadzieścia.

    2586

    — Posyłają nas tam za młodu! — powiedział Gösta. — Ale nie sposób tego życia znieść i człowiek się wypacza. Niejeden przez to zmarniał.

    2587

    — Tak — rzekł proboszcz. — Samotność wypacza ludzi.

    2588

    — Przybywamy — wpadł mu żywo w słowo Gösta — mówimy, napominamy, uczymy i zdaje nam się, że gmina rychło wkroczy na lepsze tory.

    2589

    — Tak, tak!

    2590

    — Ale szybko przekonujemy się, że słowa nasze nie znaczą nic. Nędza stoi na przeszkodzie i nie dopuszcza do poprawy.

    2591

    — Nędza! — powtórzył proboszcz. — Nędza zniweczyła życie moje.

    2592

    — Młody proboszcz — ciągnął dalej Gösta — powiada pijakowi: „Nie pij!”

    2593

    — A pijak odpowiada — przerwał mu proboszcz — „Dajże mi coś lepszego od wódki! Wódka w zimie grzeje, a w lecie chłodzi! To ciepła izba i miękkie łoże! Daj mi to wszystko, a pić przestanę”.

    2594

    — Potem — mówił dalej Gösta — powiada młody proboszcz do złodzieja: „Nie kradnij”, do złego męża mówi: „Nie bij żony swojej”, a do zabobonnego: „Wierz w Boga, a nie w gusła, duchy i upiory!” Złodziej odpowiada: „Daj mi chleba!” Zły mąż odpowiada: „Zrób nas bogatymi, a zaprzestaniemy swarów!” A zabobonny odpowiada: „Naucz mnie czegoś lepszego!” Któż im jednak może pomóc bez pieniędzy?

    2595

    — To prawda! To prawda! — zawołał proboszcz. — Słowo w słowo prawda! Wierzyli oni w Boga, ale silniej jeszcze w diabła, czary i gusła! Wszystko zboże szło na wódkę i końca nie było niedoli. W większej części brudnych chat panowała stale nędza, ciągła troska czyniła kobiety kłótliwymi, a złe stosunki domowe popychały mężczyzn do pijaństwa. Nie umieli uprawiać pola ni hodować bydła. Bali się szlachcica, a drwili z proboszcza. Cóż miałem robić, skoro nie rozumieli, co do nich mówię z kazalnicy, i nie wierzyli naukom moim. Przy tym nie miałem się kogo poradzić ani nikt mi nie dodał otuchy.

    2596

    — Niektórzy księża wytrzymali takie życie! — rzekł Gösta. — Bóg sprawił, że niektórzy wrócili nie złamani. Starczyło im sił, by znieść samotność, przetrzymać nędzę i beznadzieję, nie popaść w rozpacz. Byli i są jeszcze ludzie tacy. To bohaterowie. Czcić ich będę do śmierci. Ja nie byłbym zdolny do czegoś podobnego.

    2597

    — Ja także nie zdołałem! — rzekł proboszcz.

    2598

    — Taki ksiądz — ciągnął dalej w zamyśleniu Gösta — postanawia zostać bogatym, bardzo bogatym, gdyż wie, że w biedzie nie zwalczy zła. I zaczyna zbierać pieniądze.

    2599

    — Gdyby nie zbierał pieniędzy, zacząłby pić! — odparł proboszcz. — Widzi tyle nędzy!

    2600

    — Albo utraciłby siły i zobojętniał! — rzekł Gösta. — Niebezpiecznie w owych stronach człowiekowi, który się tam nie urodził.

    2601

    — Taki człowiek — zauważył proboszcz — musi być twardy dla siebie i innych. Zrazu udaje tylko, a potem zbieranie pieniędzy staje się nawykiem.

    2602

    — Musi być twardy! — przyznał Gösta. — Trudna to rzecz oszczędzać. Trzeba znosić nienawiść, pogardę, marznąć, głodować i pilnować swego serca. Z czasem człowiek taki zapomina, po co zaczął zbierać majątek.

    2603

    Proboszcz spojrzał nań nieufnie. Wydało mu się, że Gösta zeń drwi. Ale Gösta mówił poważnie i z zapałem, jakby we własnej sprawie.

    2604

    — Tak się stało i ze mną! — rzekł proboszcz z cicha.

    2605

    — Ale Bóg czuwa nad tym człowiekiem — mówi dalej Gösta — i budzi dawne myśli, gdy już dość naskładał. Daje proboszczowi znak, że go potrzebuje.

    2606

    — A jeśli proboszcz nie usłucha tego znaku, cóż wtedy, Gösto?

    2607

    — Nie zdoła się oprzeć! — odparł rozpromieniony Gösta. — Zbyt kusząca jest myśl, że pomoże biedakom w budowie ciepłych chat.

    2608

    Proboszcz spoglądał na kupki gałęzi, a im dłużej słuchał, tym większego nabierał przekonania, że Gösta ma słuszność. Zawsze pragnął zacząć czynić dobrze, gdy dość naskłada. W końcu uczepił się tej myśli, pewny, że miał ją zawsze.

    2609

    — Czemuż proboszcz taki nie buduje chat? — spytał nieśmiało.

    2610

    — Wstydzi się! Można go bowiem posądzić, że nie spełnia własnego pragnienia, ale czyni to zniewolony przez ludzi.

    2611

    — Nie może znieść myśli, że można by go przyniewolić! Oto cały powód!

    2612

    — Może jednak działać potajemnie. W tym roku pomoc jest bardzo potrzebna. Może rozdzielić swe dary przez kogoś. Znam się na tym! — zawołał Gösta z błyszczącymi oczyma. — W tym roku tysiące bochenków chleba ludzie dostać powinni od tego, któremu urągali!

    2613

    — Tak będzie Gösto!

    2614

    Ci dwaj, którzy nie umieli spełnić dobrowolnie wziętych na siebie obowiązków, popadli w rozmarzenie. Odżyła w nich młodzieńcza ochota służenia Bogu i ludziom. Zaczęli fantazjować na temat przyszłych dobrodziejstw, które będą świadczyć ubogim. Gösta miał zostać pomocnikiem proboszcza.

    2615

    — Musimy przede wszystkim postarać się o chleb! — rzekł proboszcz.

    2616

    — I o nauczycieli! Sprowadzimy mierników, którzy rozdzielą ziemię. Potem nauczy się ludzi uprawy pola i hodowli bydła.

    2617

    — Wytyczymy nowe drogi i ugory zamienimy w urodzajną ziemię.

    2618

    — Zamkniemy wodospad bergijski śluzami, tak że z Lövenu przejechać będzie można wprost na jezioro Väner.

    2619

    — Bogactwo naszych lasów da podwójne zyski, gdy osiągniemy dostęp do morza.

    2620

    — Błogosławieństwo spłynie na naszą głowę! — zawołał Gösta.

    2621

    Proboszcz podniósł wzrok. Czytali sobie wzajem w twarzach taki sam zapał. Ale po chwili oczy ich napotkały stertę gałęzi.

    2622

    — Gösto! — rzekł proboszcz. — To wszystko wymaga sił wielkich, a ja jestem bliski śmierci. Wiesz przecież, co mnie wpędza do grobu.

    2623

    — Usuń to!

    2624

    — W jaki sposób?

    2625

    Gösta przystąpił doń, spojrzał ostro w oczy i rzekł:

    2626

    — Proś Boga o deszcz! W niedzielnym kazaniu niech ksiądz prosi Boga o deszcz!

    2627

    Proboszcz skulił się przerażony.

    2628

    — Jeśli prawdą jest, że nie sprowadziłeś suszy, jeśli chcesz służyć Bogu szczerym sercem, to proś o deszcz! To będzie dla nas znak. Poznamy, czy Bóg udzieli błogosławieństwa naszemu przedsięwzięciu.

    2629

    Zjeżdżając z brobijskiego wzgórza Gösta dziwił się własnemu zapałowi. Wspaniałe mogło być życie! Tak, tylko nie dla niego. Od niego nie chcieli ci w górze przyjmować usług.


    2630

    Skończyło się kazanie w brobijskim kościele, odmówiono zwykłe modlitwy. Proboszcz miał zejść z kazalnicy, ale wahał się. W końcu padł na kolana i jął błagać o deszcz.

    2631

    Modlił się jak człowiek zrozpaczony, w niewielu urywanych słowach bez związku:

    2632

    — Jeśli grzech mój obudził twój gniew, o Panie, to ukarz mnie samego. Jeśli jesteś Bogiem miłosierdzia, to ześlij deszcz! Zdejm ze mnie hańbę! Daj, aby na prośbę moją spadł deszcz! Niech orzeźwi pola biedaków! Daj chleba ludowi twemu!

    2633

    Dzień był upalny i parny wielce. Wierni siedzieli drzemiąc na poły. Ale zbudziły ich te rozpaczne, urywane dźwięki.

    2634

    — Jeśli jest dla mnie jeszcze droga powrotu, to spuść deszcz, o Panie!…

    2635

    Umilkł. Drzwi były otwarte. Nagle uderzył wicher potężny, wpędzając do wnętrza chmurę kurzu, gałęzi i słomy. Proboszcz nie mógł mówić i zszedł chwiejnie z kazalnicy.

    2636

    Ludzie drgnęli. Czy miała to być odpowiedź?

    2637

    Wicher był zwiastunem burzy. Nadciągnęła z szybkością niepojętą. Gdy śpiew umilkł, a proboszcz stał przed ołtarzem, zamigotały błyskawice i grzmot przygłuszył jego słowa. Kiedy organista kończył ostatnie akordy, wielkie krople siec zaczęły po oknach kościelnych, a wszyscy wybiegli patrzeć na deszcz. Nie poprzestając na samym patrzeniu, płakali, śmiali się i kąpali w ulewie. Ach, jakże wielka była ich niedola! Ale Bóg dobry zesłał deszcz! Cóż za radość, cóż za radość!

    2638

    Jeden tylko proboszcz brobijski nie wyszedł na ulewę. Leżał na stopniach ołtarza i nie wstawał. Umarł z nadmiaru radości.

    30. Matka

    2639

    Urodziło się w małej chatce chłopskiej na zachód od Klarelfu, gdzie matka jego przybyła w początkach czerwca na służbę. Powiedziała gospodarzom, że spodziewa się dziecka nieślubnego i uciekła z domu przed gniewem matki. Podała, że nazywa się Elżbieta Karlsdotter, ale nie chciała powiedzieć, skąd jest, a to dlatego, że mógłby ktoś donieść rodzicom, którzy by ją niechybnie na śmierć zadręczyli. Nie żądała zapłaty, jeno pożywienia i dachu nad głową za pracę, tkanie, przędzenie czy doglądanie krów. Chciała robić wszystko, a nawet ofiarowała się płacić za swój pobyt.

    2640

    Przez ostrożność weszła do chaty boso, z trzewikami pod pachą. Miała ręce zniszczone pracą, mówiła narzeczem okolicznym i ubrana była po wiejsku, toteż uwierzono jej. Gospodarz uznał ją za nadto słabą do pracy, ale musiała się gdzieś przytulić. Pozwolono jej przeto zostać.

    2641

    Pozyskała życzliwość wszystkich domowników, a dostała się do domu dobrych ludzi, poważnych i cichych. Gospodyni spodobało się wielce, że umie tkać drelichy, pożyczyła tedy warsztatu od dziekanowej i Elżbieta spędziła przy nim całe lato.

    2642

    Nikomu nie przyszło do głowy, że trzeba jej szczędzić.

    2643

    Przez cały czas pracowała jak dziewka wiejska. Nie czuła się nieszczęśliwa i upodobała sobie życie chłopskie, mimo braku wygód, do których przywykła. W tym domu brano wszystko spokojnie i po prostu, myśli krążyły ciągle koło pracy, a dni płynęły tak jednostajnie, że nie wiadomo, jak zbiegał tydzień i nadchodziła niedziela.

    2644

    Pewnego dnia pod koniec sierpnia trzeba było pospiesznie żąć żyto, a Elżbieta wraz z innymi poszła wiązać snopy. Wysiliła się ponad miarę i dziecko przyszło przedwcześnie, gdyż spodziewała się go w październiku dopiero.

    2645

    Gospodyni stała przy kominie i grzała noworodka, który marzł mimo sierpniowego ciepła, matka leżała obok nasłuchując, co mówiono o maleństwie. Wyobrażała sobie, jak parobcy i dziewki podchodzą i oglądają je.

    2646

    — Cóż za biedne, małe stworzenie! — powtarzali w kółko. — Biedactwo nie ma ojca!

    2647

    Każdy dziwił się, że jest takie czerwone i pomarszczone, ale zawsze ktoś drugi objaśniał, że tak wyglądają wszystkie niemowlęta. Nikt się nie użalał na płacz, bo wiadomo, że małe dzieci płakać muszą, i koniec końcem uznano je za dość silne i wielkie jak na ten wiek. Wszystko było tedy w porządku, brakło tylko ojca.

    2648

    Matka leżała słuchając w zadumie. Sprawa nabrała teraz w jej oczach wielkiej wagi. Jakże miało sobie dać radę na świecie maleństwo bez ojca?

    2649

    Przedtem umyśliła, że przez rok zostanie w chacie, potem zaś najmie izbę i będzie zarobkowała tkaniem. Chciała sama żywić i ubierać dziecko. Niechże sobie mąż myśli, że jest go niegodna. Wychowa dziecko sama na lepszego człowieka niż głupi, pełen pychy ojciec.

    2650

    Teraz jednak, po połogu, sprawa przybrała inną postać. Uznała, iż postąpiła samolubnie, i powiedziała sobie, że dziecku trzeba ojca.

    2651

    Rzecz nie byłaby tak ważna, gdyby dziecko było silne, sypiało, jadło jak inne, nie zwieszało na jedno ramię głowy i nie konało niemal za każdym atakiem konwulsji. Ale takie nędzne maleństwo musi mieć ojca — myśli matka.

    2652

    Musiała się tedy zdecydować, i to niezwłocznie, gdyż dziecko miało już trzy dni, a chłop värmlandzki nie czeka zazwyczaj dłużej na chrzest. Zachodziło pytanie, pod jakim nazwiskiem zapisać dziecko i co powiedzieć o sobie proboszczowi. Byłoby krzywdą dla dziecka podać je za bękarta. Ledwo przyszło na świat, pragnęło, zda się, opuścić go. Może lepiej mu będzie z ojcem. Gdyby wyróść miało na chorowitego, słabego chłopa, jakim prawem pozbawić go korzyści urodzenia i majątku?

    2653

    Wiedziała, że przyjście na świat dziecka to wielkie i radosne wydarzenie, teraz atoli litowali się nad nim wszyscy, jak gdyby trudne życie czekało je na świecie. Rada by była widzieć je w jedwabiach i koronkach, jak przystało synowi hrabiego, otoczyć przepychem, wygodami. Tak, tak, dziecko musi mieć ojca.

    2654

    Przyszło jej też na myśl, że krzywdzi ojca swego dziecka zatrzymując je dla siebie. Było to wprost nieuczciwością przywłaszczać sobie tę małą, drogą istotkę.

    2655

    Nierada była wracać do męża, bojąc się, że ją zadręczy na śmierć, ale dziecku groziło większe niebezpieczeństwo. Mogło umrzeć bez chrztu.

    2656

    Znikł z jej serca ów wielki grzech, który ją wygnał z domu. Kochała tylko to małe stworzenie, pozbawione ojca. Podejmie wszelki trud, by mu zapewnić odpowiednie miejsce w życiu.

    2657

    Zawołała tedy oboje gospodarzy i powiedziała im wszystko. Chłop pojechał zaraz do Borgu powiedzieć hrabiemu Dohna, że żona jego żyje i ma dziecko, które potrzebuje ojca.

    2658

    Chłop wrócił późnym wieczorem. Nie zastał hrabiego, był jednak u proboszcza svartsjöńskiego i rozmówił się z nim. W ten sposób dowiedziała się hrabina, że małżeństwo jej uznano za nieważne i że nie ma męża.

    2659

    Proboszcz napisał do niej uprzejmie, ofiarowując gościnę w swym domu, przysłał jej też list ojca, do hrabiego Henryka skierowany, z którego wynikało, że list nadszedł do Borgu niedługo po jej ucieczce. Właśnie ten list, w którym ojciec jej prosił hrabiego o przyspieszenie legalizacji małżeństwa, naprowadził pewnie Henryka na łatwiejszy sposób pozbycia się żony.

    2660

    Ogarnęło ją oburzenie, gdy słuchała opowiadania chłopa. Przyjęłaby to ze wzgardą, gdyby dziecko było zdrowe i silne, a nawet uczułaby radość, że je posiada sama jedna, ale wobec jego słabości zawrzała takim gniewem, że byłaby zdolna zabić hrabiego. Nie spała przez całą noc, dumając nad tym ciągle, że dziecko musi mieć ojca.

    2661

    Nazajutrz udał się chłop na jej prośbę do Ekeby, po Göstę Berlinga.

    2662

    Gösta wypytywał długo małomównego chłopa, ale nie dowiedział się niczego ponad to, że hrabina była u niego przez lato i pracowała. Teraz ma dziecko, bardzo słabe, ale sama wraca do sił.

    2663

    Gösta spytał, czy hrabina wie o unieważnieniu małżeństwa, a chłop powiedział, że się dowiedziała wczoraj.

    2664

    Przez całą drogę Gösta miał gorączkę, to dreszcze. Czegóż odeń chciała? Czemuż posyłała po niego?

    2665

    Wspomniał lato spędzone nad Lövenem wśród tańca, gry i przyjemności, podczas gdy ona pracowała i cierpiała. Nie spodziewał się, że ją jeszcze zobaczy. Może postarałby się stanąć przed nią jako lepszy człowiek. Teraz zaś miał za sobą jeno same wybryki.

    2666

    Około ósmej wieczór dotarł do celu i zaraz go zaprowadzono do Elżbiety. Nie widział jej dobrze w półciemnej izbie, gdzie leżała. Weszli z nim oboje gospodarze.

    2667

    Nie zapominajmyż, że twarz jej biała, błyszcząca w ciemku była mu zawsze obrazem czegoś najwyższego w życiu, najpiękniejszą duszą w cielesnym kształcie. Ujrzawszy ją rad by był paść na kolana w podzięce, że się mu ponownie objawić raczyła, ale wzburzenie obezwładniło go całkiem.

    2668

    — O droga hrabino! — wyjąkał.

    2669

    — Dobry wieczór, Gösto!

    2670

    Podała mu dłoń wybielałą znowu i przejrzystą. Leżała cicho, on zaś walczył ze wzburzeniem.

    2671

    Na widok Gösty nie doznała Elżbieta gwałtownego wstrząsu. Dziwiło ją tylko, że zajmuje się głównie nią samą, gdy powinien się domyślić, iż idzie o dziecko.

    2672

    — Gösto! — powiedziała łagodnie — teraz musisz mi pomóc, jak obiecałeś. Wiesz, że mąż mnie opuścił i dziecko moje nie ma ojca.

    2673

    — Tak, pani hrabino! — odparł. — Ale teraz sprawa ma się inaczej. Teraz, gdy dziecko przyszło na świat, można zmusić pana hrabiego do legalizacji małżeństwa. Proszę ufać, iż dopomogę w tej sprawie.

    2674

    Elżbieta uśmiechnęła się.

    2675

    — Czy sądzisz, Gösto, że pragnę narzucać się hrabiemu?

    2676

    Krew uderzyła Göście do głowy. Czegóż odeń chciała?

    2677

    — Chodź tu, Gösto! — rzekła podając mu znowu rękę. — Nie gniewaj się za to, co powiem, ale sądzę, że ty, który…

    2678

    — …który jestem wygnanym proboszczem, pijakiem, rezydentem, mordercą Ebby Dohny… o, znam dobrze całą listę mych zasług…

    2679

    — Gniewasz się, widzę!

    2680

    — Rad bym, by pani hrabina nie kończyła.

    2681

    Ale Elżbieta podjęła na nowo.

    2682

    — Niejedna kobieta, Gösto, zostałaby twą żoną z miłości ku tobie, ale ze mną sprawa inna. Kochając cię nie śmiałabym mówić tego i dla samej siebie nie prosiłabym, o co proszę. Widzisz, Gösto, dziecko moje musi mieć ojca. Rozumiesz chyba, o co cię chcę prosić! Jest to dla ciebie w istocie poniżenie wielkie, gdyż mam dziecko jako kobieta niezamężna. Proszę cię o to nie dlatego, bym cię uważała za niższego od innych, chociaż tak — i o tym pomyślałam. Głównie jednak zaufałam twej wielkiej dobroci i temu, że jesteś bohaterem zdolnym do poświęceń. Ale może żądam zbyt wiele, może mężczyzna nie jest w stanie tego zrobić? Jeśli mną gardzisz, jeśli wydaje ci się rzeczą niemożliwą uchodzić za ojca cudzego dziecka, powiedz otwarcie. Nie rozgniewasz mnie tym. Czuję, że żądam za wiele, ale dziecko jest tak chore, Gösto, a okropna to rzecz nie móc mu nadać przy chrzcie nazwiska ojca.

    2683

    Słuchając jej czuł to samo, co onego dnia wiosennego, kiedy ją przewiózł na drugi brzeg i zostawił własnemu losowi. Teraz miał jej pomagać w niweczeniu przyszłości całej. Musiał to uczynić właśnie on, który ją kochał.

    2684

    — Spełnię życzenie pani hrabiny! — odparł krótko.

    2685

    Nazajutrz rozmówił się z dziekanem broeńskim, gdyż Svartsjö należało do parafii broeńskiej, gdzie miały wyjść zapowiedzi. Poczciwego starego dziekana wzruszyła ta sprawa, obiecał nawet, że weźmie na siebie całą odpowiedzialność za ślub i załatwi wszystkie formalności.

    2686

    — Tak, Gösto! — powiedział. — Musisz jej pomóc. Mogłaby wpaść w obłąkanie. Sądzi, że krzywdzi dziecko nie dając mu ojca. To kobieta o bardzo wrażliwym sumieniu.

    2687

    — Wiem, że ją unieszczęśliwię! — zawołał Gösta.

    2688

    — Nie wolno ci tego uczynić, Gösto! Teraz, mając żonę i dziecko, musisz stać się rozsądnym człowiekiem!

    2689

    Dziekan pojechał do Svartsjö dla pomówienia z tamtejszym księdzem i naczelnikiem. Najbliższej niedzieli wyszły zapowiedzi Gösty Berlinga z Elżbietą Thurn.

    2690

    Potem z największą ostrożnością przewieziono matkę do Ekeby i ochrzczono dziecko.

    2691

    Dziekan powiedział Elżbiecie, że może jeszcze cofnąć postanowienie, a przed zaślubieniem człowieka takiego jak Gösta winna napisać do ojca.

    2692

    — Nie pożałuję tego nigdy! — odparła. — Proszę tylko pomyśleć, co by się stało, gdyby moje dziecko zmarło, zanim dostało ojca.

    2693

    Po trzech zapowiedziach była Elżbieta już całkiem zdrowa, toteż najbliższego popołudnia dziekan zaślubił ją Göście. Nikt nie myślał, że ma to być wesele, nie zaproszono gości. Dostarczono jeno dziecku ojca i koniec.

    2694

    Matka promieniała cichą radością, jak gdyby osiągnęła wielki jakiś cel, zaś pan młody smucił się myślą, że przez małżeństwo z nim zniszczyła sobie przyszłość. Spostrzegł z przerażeniem, że on prawie dla niej nie istnieje. Zaprzątnięta była jedynie myślą o dziecku.

    2695

    W parę dni potem oboje okryła żałoba. Dziecko zmarło w ataku konwulsji.

    2696

    Można by sądzić, że matka nie dość się smuci. Miała wyraz triumfu w oczach, jakby ją radowało, że zniweczyła całą swą przyszłość dla dziecka. Ale przebywający już teraz pośród aniołków malec musiał chyba pamiętać, że miał na ziemi matkę, która go kochała.

    2697

    Wszystko to odbyło się cicho i niepostrzeżenie. Podczas zapowiedzi Gösty z Elżbietą wielu nie wiedziało niemal, kim jest narzeczona, a księża i szlachta znający sprawę nie mówili o niej. Zdawali się obawiać, by nie wytłumaczono sobie postępku młodej kobiety na opak, by ktoś pozbawiony wrażliwości sumienia nie powiedział, iż nie mogła przezwyciężyć miłości dla Gösty i wyszła zań pod pozorem szlachetnego czynu. Nader delikatnie postępowali zawsze z Elżbietą starzy, nie dopuszczając złego o niej słowa. Ledwo chcieli przyznać, że ta czysta dusza splamiła się grzechem.

    2698

    Małżeństwo Gösty usunęło też w cień inne wielkie wydarzenia. Majora Samzeliusa spotkało bowiem nieszczęście. Coraz to bardziej dziczejąc unikać zaczął w końcu ludzi, przestawał wyłącznie ze zwierzętami, których miał cały zwierzyniec w Sjö. Bywał też niebezpieczny, gdyż strzelał ciągle na oślep. Pewnego dnia przypadkiem zranił oswojonego niedźwiedzia. Zwierz rzucił się na majora stojącego blisko kraty i ugryzł go w ramię, a potem wyłamał się z klatki i uciekł w las.

    2699

    Major długi czas leżał chory i zmarł skutkiem tej rany, przed samym Bożym Narodzeniem.

    2700

    Majorowa byłaby objęła władzę w Ekeby, wiedząc, że jest chory, ale kawalerowie pewni byli, że nie wróci, póki przyznany im rok nie minie.

    31. Amor vincit omnia

    2701

    Pod chórem svartsjöńskiego kościoła mieściła się graciarnia pełna łopat grabarzy cmentarnych, wyrzuconych blach nagrobnych, połamanych ławek i tym podobnych rupieci.

    2702

    Przysnuta warstwą pyłu i ukryta przed ludzkim okiem stała tam skrzynia wykładana bogato masą perłową, gdyby kurz z niej zetrzeć, zabłyśnie, zalśni. Skrzynia zamknięta, klucz dobrze schowany. Otworzyć jej nie można było i nikt ze śmiertelnych nie zajrzał do jej wnętrza. Nikt nie wie, co zawiera, i dopiero po upływie dziewiętnastego wieku wolno będzie, jak chciał właściciel, podnieść wieko i pokazać ludziom skarby tam zawarte.

    2703

    Na mosiężnej płycie wieka widnieje napis: Labor vincit omnia[32]. Inny atoli napis byłby stosowniejszy, mianowicie: Amor vincit omnia[33], gdyż skrzynia ukryta w graciarni jest właśnie świadectwem wszechpotęgi miłości.

    2704

    — O Erosie, władco wszystkiego!

    2705

    O miłości, jedyna prawdo wiekuista! Stare jest ludzkie plemię, a ty towarzyszysz mu od początku samego.

    2706

    Znikli bogowie Wschodu, mocarze piorunowi, czczeni nad świętą rzeką mleka i miodu. Zmarł wielki wojownik Bel[34] i olbrzym Tot[35] o głowie ibisa. Zmarli bogowie spoczywający na obłokach Olimpu oraz mocarze wałami otoczonej Walhalli[36]. Wszyscy starzy bogowie zmarli prócz wszechwładcy Erosa.

    2707

    Wszystko jest jego dziełem, utrzymuje pokolenia, a gdziekolwiek stąpić, widne ślady stóp jego. W każdym akordzie brzmi jako ton zasadniczy poszum jego skrzydeł. Mieszka w sercach ludzi i w uśpionym ziarnie nasienia. W martwych nawet rzekach uczuwamy z drżeniem jego obecność.

    2708

    Czyż jest coś na ziemi, co by nie tęskniło i nie ulegało przyciąganiu? Padną wszyscy bogowie zemsty i siły! Ty jednak, miłości, jesteś prawdą wiekuistą.

    2709

    Stary wujaszek Eberhard siedział przy swoim biurku, przedziwnym meblu o stu szufladach, marmurowej płycie i mosiężnych okuciach. Pracował pilnie i z zapałem, nie podnosząc głowy znad biurka, sam jeden w skrzydle rezydenckim.

    2710

    Czemuż, o Eberhardzie, nie korzystasz w polu i w lesie z przelotnych ostatnich dni lata, jak inni kawalerowie? Wiesz dobrze, że nie wolno bezkarnie czcić bogini mądrości. Grzbiet ci się pochylił, choć masz ledwo sześćdziesiątkę, a włos pożyczony nakrywa czaszkę twoją. Oczy zapadnięte, zmarszczki widnieją na wysokim czole, a idą we wszystkich kierunkach, ach, jak szpady zapaśników. Tysiące też zmarszczek otacza bezzębne usta twoje. Eberhardzie, Eberhardzie, czemuż nie bujasz po polach i lasach? Śmierć rozłączy cię z biurkiem tym rychlej, żeś nie dał się odeń życiu odciągnąć.

    2711

    Wujaszek Eberhard zrobił grubą kreskę pod ostatnim wierszem, a potem jął dobywać z rozlicznych szuflad pliki gęsto zapisanego papieru i składać jedne na drugie części dzieła wielkiego, które miało unieśmiertelnić nazwisko Eberharda Berggrena. W chwili kiedy patrzył z rozkoszą na wielki stos, rozwarto z cicha drzwi i weszła młoda hrabina.

    2712

    Była władczynią starych kawalerów, którzy ją kochali i czcili bardziej, niż pradziad kocha pierwszego prawnuka swego. Znaleźli ją w ubóstwie i chorobie i obdarzyli wszystkimi wspaniałościami świata, jak król z bajki obdarzył biedną napotkaną w lesie dziewczynę. Dla niej brzmiały waltornie i skrzypce w Ekeby, dla niej żyło i poruszało się wszystko w wielkiej posiadłości.

    2713

    Była już zdrowa, chociaż jeszcze trochę osłabiona, samotność wielkiego domu zaciężyła jej, ponieważ zaś wiedziała, że rezydenci wyjechali, chciała zobaczyć, jak też wygląda osławione skrzydło kawalerskie.

    2714

    Weszła po cichu, obejrzała bielone ściany, firanki w żółtą kratkę.

    2715

    Wuj Eberhard powstał uroczyście i zaprowadził hrabinę przed plik gęsto zapisanych papierów.

    2716

    — Oto, hrabino, dzieło moje skończone! — powiedział. — Teraz pójdzie w świat i narobi niemało hałasu.

    2717

    — Cóż się stanie, wujaszku?

    2718

    — Spadnie jak piorun, co błyśnie i zabija! Od czasu kiedy Mojżesz dobył Jehowę z gromowej chmury Synaju i osadził w Świętym Świętych na tronie, trwał on tam spokojnie i pewnie. Teraz atoli przekonają się ludzie, że jest jeno urojeniem, nicością, mgłą i wytworem mózgu naszego! — zawołał starzec kładąc pomarszczoną rękę na papierach. — To jest tu napisane, a gdy ludzie przeczytają, muszą uwierzyć. Poznają głupotę własną, użyją krzyżów na opał, kościoły przemienią w spichrze, a księża będą orać ziemię.

    2719

    — Wujaszku Eberhardzie — spytała drgnąwszy — czyż naprawdę napisałeś takie straszne rzeczy?

    2720

    — Straszne? To jeno szczera prawda. Jesteśmy jak dzieci chowające głowę w suknię matki na widok obcego. Nauczyliśmy się kryć przed prawdą, wiecznie nam obcą, która teraz zamieszka pośród nas i zostanie poznana przez wszystkich!

    2721

    — Przez wszystkich?

    2722

    — Tak jest, hrabino, nie tylko filozofowie, ale wszyscy poznają prawdę.

    2723

    — A stary Jehowa zginie?

    2724

    — On i wszystkie anioły, święci, diabły i inne kłamstwa!

    2725

    — Któż będzie rządził światem?

    2726

    — Sądzisz, hrabino, że rządził nim ktoś dotąd? Czy wierzysz pani w ową Opatrzność, co czuwa zarówno nad wróblem małym i nad nami, by nam włos z głowy nie spadł? Nikt dotąd nie rządził i rządzić nie będzie!

    2727

    — Cóż się stanie z nami, ludźmi?

    2728

    — Staniemy się tym, czym byliśmy. Rozpadniemy się w proch. Kto się wypalił, umiera i koniec. Jesteśmy materiałem opałowym przyrody. Iskra życia przelatuje od jednego do drugiego, zapalając się i gasnąc. Takie jest życie.

    2729

    — Czyż nie ma, wujaszku, życia wiecznego?

    2730

    — Nie ma!

    2731

    — Nic nie ma poza grobem?

    2732

    — Nic.

    2733

    — Nic dobrego, nic złego, żadnego celu ni nadziei?

    2734

    — Nie!

    2735

    Hrabina przystąpiła do okna. Ujrzała na tle pożółkłego listowia pochylone wiatrem głowy georginii i astrów, czarne fale Lövenu, ciemne chmury jesieni i na chwilę jej także wydało się wszystko nicością.

    2736

    — Wujaszku Eberhardzie — powiedziała — świat jest szary, brzydki, znikomy i niepotrzebny. Położę się i umrę.

    2737

    Ale zaraz usłyszała jakby skargę własnej duszy. Siły życia i uczuć jęły wołać o szczęście życia.

    2738

    — Czyż nic nie może uczynić życie pięknym, gdyście nam zabrali Boga i nieśmiertelność? — zawołała.

    2739

    — Praca! — odparł starzec.

    2740

    Wyjrzała znowu i ogarnęła ją wzgarda dla tej marnej mądrości. Odczuła ducha wieczystego we wszystkim, nieogarnioną siłę, związaną z martwą pozornie materią, ale zdolną wytworzyć wielorakie kształty życia. Myśli zawirowały jej w głowie i jęła szukać nazwy na obecność Boga w naturze.

    2741

    — Wuju Eberhardzie — spytała — cóż jest praca? Czy to Bóg? Czy ma cel sama w sobie? Wymień coś innego!

    2742

    — Nic innego nie znam! — odparł.

    2743

    Nagle odnalazła miano poniewierane tak często.

    2744

    — Wuju Eberhardzie! — zawołała. — Czemu nie wymienisz miłości?

    2745

    Uśmiech wykwitł na bezzębnych ustach, obrzeżonych zmarszczkami.

    2746

    — Tu — rzekł uderzając pięścią po papierach — zamordowałem wszystkich bogów, nie zapomniawszy Erosa. Miłość to jeno żądza ciała! Czemużby wyżej miała stać od innych jego funkcyj? Uczyńcież boga z głodu albo ze znużenia! Godne tego jednako. Wszystkie te głupstwa muszą się skończyć, a sama jeno prawda żyć będzie.

    2747

    Hrabina pochyliła głowę. Czuła, że tak nie jest, ale nie chciała spierać się ze starcem.

    2748

    — Zraniły mi duszę twe słowa — powiedziała — ale jeszcze ci nie wierzę. Możesz tylko zabić bogów nienawiści i zemsty.

    2749

    Ujął jej dłoń, położył na księdze i oświadczył z fanatyzmem niewiary:

    2750

    — Przeczytaj to, a uwierzysz!

    2751

    — Nie chcę tedy patrzeć na tę księgę, gdyż uwierzywszy nie mogłabym żyć dłużej.

    2752

    Odeszła pogrążona w smutku, a filozof siedział długo w zadumie.

    2753

    Pożółkłe papiery splamione bluźnierstwami nie dotarły do ludzi, świat ich nie poznał, a nazwisko wuja Eberharda nie zasłynęło w nauce.

    2754

    Wielkie jego dzieło spoczywa dotąd w graciarni svartsjöńskiego kościoła i kiedyś, dopiero może przy końcu wieku, wyjdzie na światłość dzienną.

    2755

    Czemuż to uczynił? Czyżby się bał, iż nie dość ściśle udowodnił swe twierdzenia? Czyż się lękał prześladowań? O, nie znacie wuja Eberharda!

    2756

    Otóż wiedzcie! Kochał on prawdę, a nie sławę swoją. Toteż nie prawdę, lecz sławę własną poświęcił, by istota, którą jak ojciec miłował, mogła dokończyć życia wierząc w to, co kochała.

    2757

    O miłości, tyś jest jedyną prawdą wiekuistą!

    32. Dziewczyna z Nygardu

    2758

    Nikt nie znał miejsca pod górą, gdzie najgęściej rosną jodły, a mech pokrywa ziemię, gdzie nikt tam nie był przedtem ni potem i nie było ścieżki do tego zakątka. Wokoło niego piętrzą się skały, strzegą dostępu dzikie gęste jałowce, a susz i obalone pnie tamują drogę. Pasterz tam nie docierał, a lis unikał tej ścieżki. Tego właśnie najsamotniejszego miejsca szukali teraz ludzie.

    2759

    Ogromny szedł korowód, zdolny napełnić kościół broeński, lövicki i svartsjöński nawet. Cóż za liczny pochód poszukiwaczy.

    2760

    Dzieci zamożnych gospodarzy, którym nie pozwolono brać w nim udziału, siedziały na płotach i ogrodzeniach patrząc na przechodzących. Malcy uwierzyć nie mogli, że taka gromada ludzi jest na tym świecie, taki tłum niezmierny. Wspomnienie tego korowodu poszukiwaczy na drodze, którą zazwyczaj kroczył jeno samotny wędrowiec, żebrak lub jechał wóz chłopski, napełniało im potem oczy łzami.

    2761

    Mieszkający przy drodze wychodzili i pytali:

    2762

    — Czy jakaś klęska nawiedziła okolicę? Czy wróg napadł na kraj? Dokądże to zdążacie, wędrowcy?

    2763

    — Szukamy! — odpowiadali. — Od dwu dni szukamy i dziś jeszcze szukać będziemy, ale dłużej nie zdołamy wytrwać. Przetrząśniemy jeszcze las björeński i zalesione zbocze na zachód od Ekeby.

    2764

    Pochód wyruszył z Nygardu, nędznej wioski w górach wschodnich. Znikła przed tygodniem piękna młoda dziewczyna o grubych, czarnych warkoczach i rumianych policzkach, miotlarka, z którą zaręczyć się miał Gösta, zabłądziła w wielkich lasach, od tygodnia jej nie widziano, przeto ludzie ruszyli na poszukiwanie, a do nich przyłączali się napotykani po drodze. Z każdego domu dołączył się ktoś do gromady.

    2765

    Często pytał nowy przybysz:

    2766

    — Jakże się to stało, ludzie nygardzcy? Czemuście pozwolili dziewczynie chodzić po obcych lasach? Bory ogromne, a Bóg odebrał jej rozum.

    2767

    — Nikt jej nie ukrzywdzi, a ona też nie uczyniłaby nikomu nic złego. Chodziła bezpieczna jak dziecko, bo pod opieką bożą, i zawsze wracała.

    2768

    Pochód przeszedł lasy wschodnie, dzielące Nygard od równiny, a teraz, trzeciego dnia, minąwszy kościół broeński kroczył ku lasom po zachodniej stronie Ekeby.

    2769

    Wszędzie się dziwiono wielce, zawsze ktoś musiał przystawać i odpowiadać na pytania, czego szukają.

    2770

    — Szukamy błękitnookiej, czarnowłosej dziewczyny, która poszła do lasu, aby umrzeć. Od tygodnia jej nie ma.

    2771

    — Czemuż chciała umrzeć w lesie? Była głodna czy nieszczęśliwa?

    2772

    — Głodu nie cierpiała, ale z wiosną spotkało ją nieszczęście. Zakochała się w szalonym proboszczu, Göście Berlingu. Nie znała lepszego. Bóg jej odjął rozum.

    2773

    — Tak… oczywiście, musiał jej widać Bóg rozum odebrać.

    2774

    — Tej wiosny zdarzyło się nieszczęście. Gösta nie zwracał na nią od owej pory żadnej uwagi. Ale wówczas obiecał, że ją poślubi. Był to tylko przelotny żart, ale dziewczyna nie mogła się uspokoić, chodziła ciągle do Ekeby i włóczyła się za nim wszędzie. On zaś znudził się nią i gdy przyszła raz jeszcze poszczuto ją psami. Od tego dnia nikt jej nie widział.

    2775

    — Dalejże, ludzie! Idzie o życie człowieka, dziewczyna poszła do lasu umrzeć. Może już zmarła, a może wędruje nie mogąc znaleźć drogi. Las wielki, a Bóg jej odebrał rozum!

    2776

    — Łączcie się z pochodem, zostawcie owies w stertach, aż się wysypie nikłe ziarno, niech ziemniaki gniją w ziemi, puśćcie konie, by nie zginęły w stajniach z pragnienia, otwórzcie obory, by krowy mogły na noc wrócić pod dach, i zabierzcie dzieci, gdyż Bóg je miłuje. On sprzyja malcom, kieruje ich krokami, więc niech pomagają tam, gdzie rozum ludzki ustaje.

    2777

    — Chodźcież wszyscy, mężczyźni, kobiety i dzieci! Któż by się ośmielił zostać w domu? Może Bóg właśnie nim się posłuży. Chodźcież wszyscy potrzebujący miłosierdzia, by dusza wasza nie błądziła kiedyś w pustkowiu, nie znajdując pokoju. Chodźcie. Bóg jej odebrał rozum, a las jest wielki.

    2778

    Ach, któż zdoła odnaleźć miejsce, gdzie najgęściej rosną jodły i miękki mech? Czyż nie leży tam coś czarnego tuż pod skałą? To pewnie mrowisko. Niech będzie pochwalony ten, co wiedzie bezrozumnych. To pewnie mrowisko.

    2779

    Cóż to za pochód! Nie jest to korowód strojny na cześć zwycięzcy, ścielący mu kwiaty i witający okrzykami, nie jest to procesja biczowników śpiewających psalmy w drodze do Świętego Grobu ani rzesza wychodźców szukających nowych siedzib. Nie jest to wojsko, jeno gromada chłopów w odzieży roboczej z samodziału i wytartych fartuchach oraz kobiet z pończochami i drutami w rękach i dziećmi uczepionymi na plecach czy u spódnic.

    2780

    Wielka to rzecz widzieć ludzi zebranych dla wspólnego celu. Niech dążą czcić dobroczyńców swoich, chwalić Boga, szukać nowych siedzib czy bronić ojczyzny. Tych atoli ludzi nie gna głód, bojaźń boża ni wojna. Trud ich daremny, praca bez zapłaty; wyszli szukać obłąkanej. Za pot i znój, za niezliczone kroki i modły zostaną nagrodzeni odnalezieniem obłąkanej, której rozum jest u Boga.

    2781

    Trudno nie pokochać tego ludu i nie czuć łez w oczach na samo wspomnienie mężczyzn o spracowanych rękach i kobiet o przedwcześnie pomarszczonych czołach, i dzieci, którym Bóg miał wskazywać drogę.

    2782

    Gościniec był zatłoczony smutnymi poszukiwaczami, którzy, zapatrzeni ponuro w las, szli mając więcej nadziei odnaleźć zmarłą niźli żywą.

    2783

    Ten czarny punkt pod skałą to pewnie nie mrowisko, ale obalony pień! Dzięki Bogu, to jeno pień obalony! Chociaż nie widać go dobrze w gęstwie jedliny.

    2784

    Korowód był taki długi, że najsilniejsi dotarli już do lasu po zachodniej stronie Björne, gdy kalecy, starcy i kobiety z dziećmi minęli ledwo kościół brobijski.

    2785

    W końcu znikli w lesie. Poranne słońce przyświecało im pod sosnami, a zachodzące miało witać opuszczających las.

    2786

    Trzeci to już dzień szukali, poznali dobrze tę pracę. Zaglądali pod strome skały, gdzie się łatwo pośliznąć, pod obalone pnie, gdzie można połamać ręce i nogi, pod gałęzie gęstych świerków, zawieszonych nad mchem, który wabi do odpoczynku.

    2787

    Znaleźli wszystko: jaskinię niedźwiedzia, jamę lisa, norę borsuka, sczerniałą ziemię po mielerzu, czerwoną górę ostrężynową, jodłę o białych szpilkach, las wypalony przed miesiącem, głaz rzucony przez trolla, jeno nie znaleźli miejsca, gdzie leżało coś czarnego pod skałą. Nikomu nie przyszło na myśl zbadać, czy to mrowisko, pień czy człowiek. Na pewno człowiek to był, ale tam nikt nie poszedł.

    2788

    Wyszli na słońce po drugiej stronie lasu, ale nie znaleźli dziewczyny, której Bóg odebrał rozum. Zaczęli dumać, czyby może raz jeszcze nie przetrząsnąć lasu. Ale w lesie po ciemku niebezpiecznie, gdyż są tam bezdenne moczary i strome rozpadliny. Zresztą, czego nie znaleźli przy słońcu, nie znaleźliby na pewno po nocy.

    2789

    — Chodźmy do Ekeby! — zawołał ktoś z tłumu.

    2790

    — Chodźmy do Ekeby! — zakrzyknęli wszyscy.

    2791

    — Spytamy kawalerów, czemu szczuli psami obłąkaną, doprowadzając ją tym do rozpaczy. Biedne głodne dzieci nasze płaczą, podarliśmy odzież, owies się sypie, ziemniaki gniją, konie biegają luzem, krowy bez nadzoru, a my sami upadamy ze znużenia. Wszystko to ich wina! Chodźmy do Ekeby zrobić sąd nad nimi! Chodźmy do Ekeby!

    2792

    — W tym roku klęski my, chłopi, wszystko znieść musimy. Ciężko nas gniecie ręka boża, a w zimie przyjdzie głód. Kogóż szukał Pan? Nie proboszcza z Broby, gdyż jego modlitwa została wysłuchana. Winni są na pewno kawalerowie! Chodźmy do Ekeby!

    2793

    — Zniszczyli posiadłość, wygnali majorową na gościniec, z ich winy brak nam pracy i cierpimy głód! Cała niedola to ich dzieło! Chodźmy do Ekeby!

    2794

    Ruszyli ponurzy, rozgoryczeni chłopi na Ekeby, za nimi kobiety z dziećmi na rękach, a na koniec kalecy i słabi starcy. Nienawiść ogarnęła starców, przeszła na kobiety, a z nich na silnych mężczyzn w pierwszych szeregach.

    2795

    Nadciągała powódź jesienna. Wszak pamiętacie kawalerowie, powódź wiosenną? Teraz szła fala z gór niosąc nową klęskę sławie i potędze Ekeby.

    2796

    Komornik orzący pod lasem posłyszał wściekłe okrzyki tłumu, wyprzągł konia i pognał na nim do Ekeby.

    2797

    — Nieszczęście idzie! — jął wołać. — Idą niedźwiedzie, wilki, złe duchy idą na Ekeby!

    2798

    Objechał podwórze przerażony i krzyczał:

    2799

    — Rozpętały się złe duchy! Idą palić dwór i mordować kawalerów!

    2800

    Tuż za nim nadpłynął zgiełk i wrzask pędzących tłumów. Szedł na Ekeby zalew jesienny.

    2801

    Nienawistni napastnicy chcieli w istocie ognia, mordu i plądrowania.

    2802

    Nie ludzie to szli, ale złe duchy lasu, dzikie zwierzęta pustyni, ciemne potęgi, wyzwolone na chwilę przez zemstę.

    2803

    To były duchy gór kopiące rudę, duchy lasów rąbiące drzewa i pilnujące mielerzy, duchy pól hodujące ziarno. Wyzwoliły się i chciały użyć swych sił do niszczenia. Śmierć Ekeby! Śmierć kawalerom!

    2804

    Tu płynie wódka strumieniem, tu pełne piwnice złota, a spiżarnie i spichrze pełne zboża i mięsa. Czemuż sprawiedliwi mają głodować, a występni opływają we wszystko?

    2805

    Dość tego, przebrała się miara! Wy, lilie polne, nie przędące nigdy, i ptaki niebieskie, nie zbierające ziarna do gumien, przebrała się miara! Sąd wydała ta, która leży w lesie, my jesteśmy jeno jej wysłańcami! Nie urzędnik, nie sędzia wydał wyrok, jeno dziewczyna w lesie, obłąkana!

    2806

    Stojąc przed głównym budynkiem czekali kawalerowie i wiedzieli już, o co są oskarżeni. Tym razem naprawdę nie poczuwali się do winy. Biedna szalona nie dlatego poszła w las, że ją poszczuli psami, to nie było prawdą, ale dlatego, że Gösta Berling poślubił przed tygodniem hrabinę Elżbietę.

    2807

    Na cóż się jednak zdało mówić do rozszalałych? Byli zmęczeni, głodni, podnieceni zemstą i żądzą rabunku. Pędzili, a przed nimi gnał na koniu bezprzytomny ze strachu komornik z krzykiem:

    2808

    — Idą niedźwiedzie, wilki, złe duchy na Ekeby!

    2809

    Kawalerowie ukryli hrabinę w odległym pokoju pod strażą Löwenborga i wuja Eberharda, sami zaś wyszli do tłumu. Stanęli na schodach budynku głównego bezbronni, uśmiechnięci i tak przyjęli pierwsze szeregi.

    2810

    Ludzie stoją przed gromadką spokojnych mężczyzn. Są wśród nich tacy, którzy w zapale rozgoryczenia radzi by powalić na ziemię i deptać podkutymi obcasami, to uczyniono przed pięćdziesięciu laty z pewnym zarządcą i inspektorem kopalni. Ale tłum spodziewał się zastać zamknięte drzwi i broń podniesioną do strzału, na opór i walkę był przysposobiony.

    2811

    — Drodzy przyjaciele — rzekli kawalerowie — jesteście znużeni i głodni! Spróbujcie przekąsić chleba i skosztujcie wódki pędzonej w Ekeby!

    2812

    Tłum nie słuchał, groził i wył, ale kawalerowie nie brali tego za złe.

    2813

    — Zaczekajcie chwilę jeno! — powiedzieli. — Patrzcie, Ekeby stoi wam otworem! Otwarte są drzwi piwnic, spiżarni i mleczarni. Kobiety wasze upadają ze znużenia, a dzieci krzyczą. Naprzód posilcie się trochę, a potem nas pozabijajcie, wszakże nie uciekniemy. Przedtem jednak damy dzieciom jabłek, których pełny strych mamy.

    2814

    W godzinę potem odbywała się w Ekeby uczta, największa ze wszystkich, jaką okazały dwór kiedykolwiek widział, wśród nocy jesiennej przy świetle księżyca.

    2815

    Rozebrano stosy drzewa opałowego i rozniecono mnóstwo ognisk. Ludzie siedzieli grupami, rozkoszując się ciepłem, spokojem, zasypani wprost wszelkimi darami bożymi. Co śmielsi poszli do obór i stodół i dostarczyli wszystkiego. Zarzynano cielęta, owce, a nawet woły i pieczono je na poczekaniu. Setki zgłodniałych ludzi żarły. Zarzynano jedno zwierzę po drugim i zdawało się, że obory opustoszeją w ciągu nocy.

    2816

    W ostatnich właśnie dniach odbył się wielki wypiek jesienny. Od przybycia hrabiny prace gospodarcze szły normalnym tokiem. Nie myślała, zda się, ani na chwilę, że jest małżonką Gösty, natomiast objęła panowanie nad Ekeby. Jak każda dzielna gospodyni położyła co prędzej tamę rozrzutności i niedbalstwu i znalazła posłuch, a służba z przyjemnością odczuła rękę kobiecą nad sobą.

    2817

    Na cóż się jednak zdało, że komory wypełniła chlebem, że warzono piwo, ubijano masło i robiono sery?

    2818

    Trzeba było dać wszystko, by tłum nie spalił Ekeby i nie wymordował kawalerów. Wytoczono więc beczki, faski[37], wyniesiono ze spiżarni szynki, antałki z wódką, jabłka.

    2819

    Dobrze jeszcze, jeśli cały zasób dworu starczy na ułagodzenie napastników. Niechby tylko poszli precz!

    2820

    Wszystko to zresztą działo się przez obecną panią Ekeby. Kawalerowie byli ludźmi mężnymi i broniliby się na pewno, a nawet woleliby odstraszyć tłum kilku ostrymi strzałami. Ale hrabina była łagodna, miłosierna i prosiła, by szczędzić ludzi.

    2821

    Z biegiem nocy miękli napastnicy coraz bardziej, a ciepło, spokój, jedzenie i wódka uspokoiły tłum. Zaczęto się śmiać, żartować, przypijać, niby to na stypie dziewczyny z Nygardu, a wiadomo, że hańbą jest smutek na stypie. Smutek i brak ochoty do kieliszka. Bo jedno łączy się z drugim.

    2822

    Dzieci biednych komorników rzuciły się na przyniesione owoce. Uważały dotąd za przysmak żurawiny i borówki, teraz zaś rozpływały się im w ustach jabłka najszlachetniejszych gatunków, podłużne słodkie rajskie jabłuszka, papierówki żółte jak cytryny, wszelakie rumiane gruszki, żółte, czerwone i granatowe śliwki. Albowiem nie ma nic zbyt dobrego dla ludu, gdy spodoba mu się okazać swą siłę.

    2823

    Około północy zaczęto się jakoby sposobić od odwrotu. Kawalerowie przestali przynosić potrawy, otwierać butelki i nie dolewali piwa. Odetchnęli z ulgą czując, że niebezpieczeństwo minęło.

    2824

    W tejże jednak chwili zabłysło światło w oknie budynku głównego i ludzie wydali okrzyk ujrzawszy postać młodej kobiety ze świecą w ręku. Trwało to jeno chwilę, ale wszystkim się wydało, że ją poznali.

    2825

    — Miała takie same grube warkocze i rumiane policzki! — zawołano. — Jest tu, kawalerowie trzymają ją w niewoli.

    2826

    — Trzymacie ją! Zabraliście nam dziecko nasze, pozbawione rozumu. Cóż z nią robicie, bezbożnicy? Czemuż pozwalacie nam trapić się przez tydzień, a szukać przez trzy dni? Precz z winem waszym i jadłem! Biada nam, żeśmy cokolwiek od was przyjęli! Wydajcie nam dziewczynę, a potem pokaże się, co z wami zrobimy!

    2827

    Oswojone już zwierzę zaczęło na nowo wyć i szaleć. I poszło do ataku na Ekeby.

    2828

    Tłum rzucił się, ale uprzedzili go kawalerowie zasuwając wrzeciądze drzwi wchodowych. Czyż mogli jednak sprostać masom? Odepchnięto z łatwością nie uzbrojonych i otoczono kołem, a tłum wpadł do wnętrza szukając dziewczyny z Nygardu.

    2829

    Znaleziono ją w ostatnim pokoju, po czym nie patrząc, czy ma czarne, czy jasne włosy, wzięto na ramiona i wyniesiono na dwór. Uspokajali ją wszyscy, by się nie bała, gdyż tylko kawalerowie zostaną zabici, a wszystko dzieje się po to, by ją ocalić.

    2830

    Ale wychodzący z domu napotkali drugi orszak.

    2831

    Na niedostępnym zboczu skalnym nie leżą już zwłoki dziewczyny, która spadła z wysokiej grani zabijając się po drodze. Znalazło ją dziecko, a wzięło na ramiona kilku zabłąkanych w lesie mężczyzn.

    2832

    Wypiękniała jeszcze po śmierci. Czarne włosy otulały jej postać. Piękna była teraz, gdy znalazła już wieczyste ukojenie.

    2833

    Niesiono ją ponad głową tłumu, który cichł wokoło niej, a ludzie pochylali głowy przed majestatem śmierci.

    2834

    — Dopiero co zmarła! — szeptali mężczyźni. — Do dziś wędrowała po lesie i spadła, prawdopodobnie uciekając przed tymi, którzy jej szukali.

    2835

    — Jeśli to jest jednak dziewczyna z Nygardu, to kimże jest ta druga?

    2836

    Ludzie wracający z lasu zetknęli się z wynoszącymi z domu hrabinę. Zapalono ognisko na całym podwórzu, a wszyscy zobaczyli obie kobiety i rozpoznali hrabinę z Borgu.

    2837

    — Cóż to ma znaczyć? — pytano wokół. — Czyż wpadliśmy na trop nowej zbrodni? Skądże hrabina w Ekeby? Czemuż nam mówiono, że jest daleko stąd lub może zmarła nawet? Na miłość boską, trzeba teraz pochwycić kawalerów i zadeptać na śmierć obcasami!

    2838

    Nagle zabrzmiał donośny głos Gösty, który stojąc na stopniu tarasu przemówił:

    2839

    — Słuchajcie mnie, potwory i diabły! Czy sądzicie, że w Ekeby brak strzelb i prochu? Szaleńcy! Wiedzcież, że miałem wielką ochotę wystrzelać was do nogi jak psy wściekłe! Ale ta właśnie kobieta prosiła za wami. Gdybym był wiedział, że jej dotkniecie, żaden z was nie uszedłby z życiem!

    2840

    Czemuż to napadacie nas po nocy, z wrzaskiem, jak bandyci, grożąc ogniem i mordem? Cóż mnie obchodzą wasze obłąkane dziewczęta i czyż wiem, którędy wędrują? Byłem zbyt dobry dla tej oto, i na tym koniec. Powinienem był ją naprawdę wyszczuć psami, czego zresztą nie uczyniłem wcale. Nie przyrzekałem jej też nigdy małżeństwa. Zapamiętajcie to sobie!

    2841

    Teraz zaś mówię wam, puśćcie porwaną kobietę! Puśćcie ją i oby ręce wasze płonęły na wieki w ogniu piekielnym! Czyż nie wiecie, że stoi ona tak wysoko ponad wami jak niebo ponad ziemią, że jest równie wykwintna, jak wy jesteście ordynarni, a równie dobra, jak wy źli jesteście!

    2842

    Powiem wam jeszcze, kim ona jest. Jest aniołem niebiańskim, a była też żoną hrabiego z Borgu. Teściowa dręczyła ją w dzień i w nocy, kazała jej prać w jeziorze, biła i dokuczała, tak że gorszego losu nie ma żadna z żon waszych. Wiemy wszyscy, że chciała skoczyć w wodę, z obawy przed męczeństwem. Któryż to z was, draby jedne, pośpieszył jej z pomocą? Nie było żadnego, a my ocaliliśmy ją, my, kawalerowie.

    2843

    Kiedy urodziła dziecko, daleko stąd, w chacie wiejskiej, kazał jej mąż powiedzieć, że zawarli ślub za granicą wbrew naszym zwyczajom, przeto nie jest jego żoną ni on jej mężem, a dziecko go nic nie obchodzi. Cóż byście uczynili, urwipołcie, w tym wypadku, gdyby powiedziała któremuś z was: „Nie chcę, by dziecko moje doznawało w życiu krzywd jako nielegalne, przeto ożeń się ze mną, gdyż chcę dlań ojca!” Czyżbyście wyzbyli się pychy? Ona jednak nie wybrała żadnego z was, ale wzięła Göstę Berlinga, biednego proboszcza, któremu nie wolno głosić słowa bożego. Zaręczam wam, że nigdy mi nic trudniej nie przyszło, jak zgodzić się na to, gdyż czułem się jej niegodny i nie śmiałem jej patrzeć w oczy. Ale nie mogłem też odmówić, gdyż była w wielkiej rozpaczy.

    2844

    Możecie sobie co chcecie myśleć o nas, kawalerach, dla niej jednak byliśmy zawsze dobrzy i pomagaliśmy jej z całych sił. Jej to jest także zasługą, żeśmy was nie wystrzelali do jednego. Powtarzam tedy, puśćcie ją i idźcie sobie precz, gdyż inaczej ziemia się rozewrze i pochłonie was. W drodze powrotnej proście też Boga o przebaczenie, żeście przestraszyli i zmartwili tak dobrą i niewinną istotę. A teraz wynoście się! Dość was mamy!

    2845

    Jeszcze przed zakończeniem mowy chłopi zdjęli hrabinę z ramion i posadzili na kamiennych schodach. Teraz przystąpił do niej barczysty chłop i podał jej rękę.

    2846

    — Bądźcie zdrowi i Bóg zapłać! — powiedział. — Nie chcieliśmy pani hrabinie nic złego uczynić.

    2847

    Potem zbliżył się drugi, ujął ostrożnie jej dłoń i rzekł:

    2848

    — Bądźcie zdrowi! Niechże się pani hrabina na nas nie gniewa!

    2849

    Gösta zeskoczył i stanął obok niej, a oni i jemu podali ręce.

    2850

    Jeden po drugim żegnał się życząc dobrej nocy. Byli znowu obłaskawieni jak rano, w chwili opuszczania domów, zanim głód i żądza zemsty uczyniły ich dzikimi zwierzętami.

    2851

    Spoglądali hrabinie prosto w twarz, a Gösta dostrzegł łzy w oczach niejednego, wywołane niewinnym i skupionym wyrazem twarzy hrabiny. Cenili przecież szlachetność i cieszyło ich, że ktoś jest tak bardzo dobry.

    2852

    Nie wszyscy mogli jej podać ręce, było ich bowiem mnóstwo, a ona słaba i wyczerpana. Każdy jednak podszedł, spojrzał na nią i uścisnął dłoń Gösty, któremu ledwie sił starczyło na to potrząsanie prawicą.

    2853

    Gösta stał jakby w zachwyceniu. W sercu jego zapłonęła tej nocy miłość nowa.

    2854

    „O, jakże cię kocham, ludu mój!” — pomyślał.

    2855

    Uczuł, że kocha tę rzeszę wracającą w ciemnościach nocy ze zmarłą na czele pochodu, że kocha tych szaro odzianych ludzi w cuchnących chodakach, co mieszkają pod lasem, nie umieją pisać ni czytać nieraz, a nie domyślając się nawet pełni i bogactwa życia, znają jeno troskę o chleb powszedni.

    2856

    Był to lud wielki, wspaniały, mężny, wytrwały, wesoły, pracowity, zręczny i przedsiębiorczy. Nieraz biedak czynił dobrze biedakowi, a twarze przeważnej liczby świadczyły o sile i inteligencji, ze słów zaś tryskał jurny humor.

    2857

    Kochał ich z czułością, która wyciskała mu łzy z oczu, nie wiedział, co dla nich uczyni, ale kochał ich razem z błędami i wadami, pragnąc, by go kiedyś także pokochali.

    2858

    Zbudził się z marzeń pod dotknięciem ręki żony. Tłum znikł, byli teraz sami na tarasie.

    2859

    — Ach, Gösto! — powiedziała. — Jakże mogłeś to powiedzieć?

    2860

    Ukryła twarz w dłoniach i zapłakała.

    2861

    — Powiedziałem szczerą prawdę! — zawołał. — Nigdy nie przyrzekłem dziewczynie z Nygardu małżeństwa. Powiedziałem jej tylko, by przyszła w następny piątek, a zobaczy coś wesołego. Nic więcej! Cóżem winien, że się we mnie zakochała?

    2862

    — Ach, nie o to mi idzie! Jakże im mogłeś powiedzieć, że ja jestem czysta i dobra! Gösto, Gösto, wszakże wiesz, żem cię pokochała wówczas, kiedy nie było mi wolno kochać jeszcze. Wstydziłam się tych ludzi, straszniem się wstydziła!

    2863

    Łkanie wstrząsnęło jej ciałem.

    2864

    Popatrzył na nią i rzekł z cicha:

    2865

    — Jedyna moja! Jakże jesteś szczęśliwa, żeś dobra! Jakże szczęśliwa jesteś, że masz tak piękną duszę!

    33. Kevenhüller

    2866

    Znany później jako uczony i zręczny konstruktor Kevenhüller urodził się w Niemczech, w siedemdziesiątych latach XVIII wieku. Był synem hrabiego, mógł tedy mieszkać po zamkach i paradować przy boku króla, gdyby miał ochotę — ale nie miał ochoty.

    2867

    Wolał przytwierdzić skrzydła wiatraka do najwyższej wieży zamkowej, przemieniać salę rycerską w kuźnię, a damską alkowę w pracownię zegarmistrza. Chciał zapełnić zamek ojcowski terkoczącymi kołami i dźwigniami ruchowymi, ponieważ zaś to się zrobić nie dało, obrócił się plecami do całego kramu i poszedł na naukę do zegarmistrza, gdzie posiadł całą wiedzę kół zębatych, sprężyn i wahadeł. Wyuczył się robić zegary słoneczne i gwiezdne, zegary z piszczącymi kanarkami, trąbiącymi pasterzami, dzwonkami, olbrzymie zegary wieżowe i maleńkie, mieszczące się w medalioniku.

    2868

    Po wyzwolinach zarzucił tobołek na plecy, ujął sękaty kij i powędrował, by poznać wszystko, co się w świecie porusza na walcach i kółkach. Nie był on zwyczajnym zegarmistrzem — chciał zostać wielkim wynalazcą i poprawiaczem świata.

    2869

    Przewędrowawszy dużo krajów zaszedł też do Värmlandu celem przestudiowania kół młyńskich i urządzeń kopalnianych.

    2870

    Pewnego pięknego dnia letniego znalazł się na rynku karlstadzkim i spotkał tam władczynię lasów, piękną Hulder, która uznała za stosowne przywędrować aż do miasta. Znakomita dama szła ze strony przeciwnej, toteż wpadła wprost na Kevenhüllera.

    2871

    Przedziwne to było spotkanie, w sam raz dla czeladnika zegarmistrzowskiego. Miała ona zielone, lśniące oczy, bujne, jasne włosy do ziemi i ubrana była w zielony, mieniący się jedwab. Chociaż była boginką i poganką, wydała mu się dużo piękniejsza od wszystkich widzianych dotąd chrześcijanek, tak że stanął oczarowany.

    2872

    Przybyła wprost z leśnej gęstwiny, gdzie rosną paprocie jak drzewa, gdzie olbrzymie sosny nie dopuszczają słońca, tak że jeno cętki światła lśnią na mchu zielonym, i gdzie pnącza wiją się po omszałych głazach.

    2873

    Żałuję, że nie byłam na miejscu Kevenhüllera i nie widziałam, jak szła z paprociami i szpilkami jodeł w zmierzwionych włosach, z małą czarną żmiją na szyi, lekkim krokiem dzikiego zwierza, owiana zapachem żywicy, poziomek i mchów.

    2874

    Patrzyli na nią ludzie z osłupieniem, że śmie chodzić po karlstadzkim rynku, konie płoszyła wiewem długich włosów. Gonili ją ulicznicy, kupcy zostawiali wagi i noże, robotnicy gonili się zapominając o wozach i kilofach, kobiety zaś z krzykiem pobiegły do biskupa, do kapituły i domagały się wygnania potwora z miasta.

    2875

    Ona jednak szła spokojnie, majestatycznie i uśmiechała się, widząc to zamieszanie, tak że Kevenhüller dostrzegł małe, ostre, drapieżne ząbki, wychylające się spośród różowych warg. Zarzuciła na ramiona szal, by ukryć, kim jest, ale na nieszczęście zapomniała schować ogon, który wlókł się za nią po bruku.

    2876

    Kevenhüller widział ogon, uczuł politowanie dla wytwornej damy wystawionej na pośmiewisko mieszczuchów i pochylając się po rycersku, powiedział:

    2877

    — Może łaskawa pani raczy unieść tren sukni?

    2878

    Ta życzliwość i dworność wzruszyła leśną dziwożonę, stanęła tedy przy nim, i spojrzała na niego tak, iż iskry sypiące się z jej oczu wpadły mu w samo serce. Rzekła:

    2879

    — Zapamiętaj sobie, mości Kevenhüllerze, że odtąd będziesz mógł stworzyć własnymi rękami każde, jakie zechcesz, arcydzieło, ale tylko po jednej sztuce z każdego rodzaju.

    2880

    Tak rzekła, a słowa mogła dotrzymać, któż bowiem nie wie, że ta zielono strojna z leśnej gęstwiny posiada władzę użyczania geniuszu i sił cudownych temu, kto posiadł jej łaski.

    2881

    Kevenhüller został w Karlstadzie i najął sobie warsztat. Przez tydzień pracował, aż zrobił arcydzieło. Był to samojazd. Jeździł on do góry, na dół i we wszystkie strony, można go było obracać, zatrzymywać i znowu puszczać w ruch, słowem, był cudowny.

    2882

    Kevenhüller stał się sławny i pozyskał w mieście przyjaciół. Dumny ze swego dzieła, pojechał tym samojazdem do Sztokholmu, by pokazać go królowi. Nie potrzebował czekać na konie pocztowe, kłócić się z pocztylionami, trząść się nędznymi kariolkami ni spać na twardych ławkach pocztowych. W ciągu kilku godzin dotarł do Sztokholmu.

    2883

    Zajechał wprost przed zamek królewski. Król wyszedł w otoczeniu świty i dam dworskich, a gdy go zobaczyli jadącego, nie mogli się dość nachwalić i nadziwować.

    2884

    — Daj mi ten wóz, mości Kevenhüllerze! — rzekł król, a choć Kevenhüller odmówił, król upierał się przy swoim żądaniu.

    2885

    Nagle ujrzał Kevenhüller w świcie damę zielono ubraną, jasnowłosą. Poznał ją i zrozumiał, że to ona nakłoniła króla, by go poprosił o samojazd. Popadł w rozpacz, a nie mogąc znieść, by ktoś inny posiadł jego wóz, i nie chcąc opierać się dalej królowi, wjechał z takim rozpędem na mur zamkowy, że arcydzieło pękło w kawałki.

    2886

    Za powrotem do Karlstadu próbował zrobić drugi samojazd, ale mu się nie udało. Rozpaczą napełnił go dar leśnej dziwożony. Porzucił dostatni dom ojca po to, by zostać dobroczyńcą ludzkości, nie zaś po to, by fabrykować czarodziejskie graty, tylko jemu jednemu mogące służyć. Cóż mu z tego, że jest mistrzem nad mistrzami, gdy żadnego z arcydzieł swych nie wolno mu pomnożyć i oddać na użytek tysięcy?

    2887

    Uczony mistrz zapragnął spokojnej i rozumnej pracy, więc został kamieniarzem i budowniczym. W owym to właśnie czasie zbudował wielką wieżę kamienną, na wzór wieży zamku ojcowskiego i chciał potem dostawić dom mieszkalny, portale, podwórza, mury i wykusze, most zwodzony, tak by nad brzegiem Klarelfu powstał zamek rycerski.

    2888

    Chciał w nim ziścić marzenie młodości i napełnić budynki wszelkimi warsztatami, narzędziami i przyborami, jakich potrzebował. Pomieścić się tu mieli też młynarze, czarni kowale, zegarmistrze w zielonych umbrelkach nad zmęczonymi oczyma, farbiarze z powalanymi rękami, tkacze, tokarze, a wszyscy ze swymi warsztatami.

    2889

    Wszystko poszło dobrze, wybudował wieżę, własnoręcznie ciosając kamienie i murując.

    2890

    Umieścił u góry śmigi młyńskie, gdyż miał to być wiatrak, potem zaś zaczął stawiać kuźnię.

    2891

    Pewnego dnia patrząc na obracające się śmigi uczuł, że wzbiera w nim dawne pragnienie.

    2892

    Wydało mu się znowu, że zielono strojna spojrzała na niego zielono lśniącymi oczami, że znowu płomień objął jego serce, zamknął się w pracowni, nie jadł, nie pił, nie odpoczywał i w ciągu tygodnia stworzył nowe arcydzieło.

    2893

    Nadszedł dzień, kiedy wstąpiwszy na dach swej wieży zaczął przypinać skrzydła.

    2894

    Spostrzegli go dwaj ulicznicy i gimnazjalista, którzy siedzieli na poręczy mostu i łowili płotki. Wydali okrzyk tętniący po całym mieście. Porwali się potem i biegając od drzwi do drzwi bili w nie, wołając:

    2895

    — Kevenhüller chce latać! Kevenhüller chce latać!

    2896

    Stał spokojnie, przypinając skrzydła, i patrzył na tłumy ludu płynące ciasnymi ulicami starego Karlstadu.

    2897

    Kucharki poniechały garnków i wyrabiania ciasta, staruszki rzuciły pończochy, nasadziły na nos okulary i wybiegły na ulice, burmistrz i radni wstali z ław sędziowskich, rektor cisnął w kąt gramatykę, uczniowie opuścili bez pozwolenia klasy, a wszyscy pośpieszyli pędem ku zachodniemu mostowi.

    2898

    Na moście czarno było od ludzi. Rynek był szczelnie zapchany, a na całym wybrzeżu aż pod pałac biskupi roił się tłum. Więcej było ludzi niż na kiermaszu w dzień św. Piotra, więcej też niźli podczas pamiętnej jazdy króla Gustawa III, kiedy to powóz ośmiokonny pędził tak szybko, że na zakrętach stawał na dwu kołach. Kevenhüller przypiął w końcu skrzydła, odbił się, machnął nimi parę razy i uleciał swobodnie. Płynął wysoko nad ziemią.

    2899

    Wciągał w płuca czyste tchnienie, pierś mu się rozszerzała, a stara krew szlachecka zaczęła w nim grać. Wirował jak gołąb, płynął jak jastrząb, śmigał szybciej od jaskółki, a sterował tak pewnie jak sokół. Patrzył z góry na ludzi przykutych do ziemi, dumając, czym by się stać mogli, gdyby każdemu z nich dać parę skrzydeł do szybowania w przestworzach. I w tej chwili nie zapomniał niedoli swojej, która sprawiła, że mógł sam jeno korzystać ze swych arcydzieł. Ach, ta Hulder! Gdybyż ją dostać teraz w ręce!

    2900

    Nagle oczom olśnionym blaskiem ukazało się w powietrzu coś, co przypominało skrzydła, a pomiędzy nimi ujrzał postać ludzką. Powiewały jasne włosy, jedwabne zielone szaty i błyszczały oczy. Tak, to ona!

    2901

    Stracił przytomność umysłu. Rzucił się szalonym pędem na zjawisko, nie wiadomo, czy po to, by je całować, czy bić i zmusić do zdjęcia czaru. Zapomniał w tej chwili o sterowaniu, wyciągnął rękę, zbliżył się nagle i skrzydła jego wplątały się w drugie skrzydła. Tamte były mocniejsze, chwyciły go, obróciły, potargały mu lotki i runął, sam nie wiedząc gdzie.

    2902

    Odzyskawszy zmysły spostrzegł, że leży na dachu własnej wieży, obok strzaskanego przyrządu lotniczego. Poleciał, oczywiście, wprost na swój wiatrak, został porwany, okręcony parę razy i rzucony na dach. Tak się skończyła jazda powietrzna.

    2903

    Kevenhüller popadł znowu w rozpacz. Uczciwa praca mierziła go, sztuczkami czarodziejskimi zajmować się nie chciał. Uczuł, że serce by mu pękło, gdyby stworzył jeszcze jedno arcydzieło i znów stracić je musiał. Gdyby zaś nie zniszczało, zwariowałby na pewno, nie mogąc go dać na pożytek innych.

    2904

    Sięgnął po tobołek czeladniczy i kij sękaty, zostawił wiatrak i postanowił szukać leśnej boginki.

    2905

    Najął powóz, gdyż nie mógł już tak chodzić jak za młodu, i pojechał. Opowiadają, że zatrzymywał się przed każdym lasem, wysiadał, wchodził w gęstwinę i wołał zieloną boginkę.

    2906

    — Hulder, Hulder, to ja, Kevenhüller! Chodź no, chodź! — Ale nie przychodziła.

    2907

    Podczas tej podróży przybył do Ekeby, na rok zaledwie przed wygnaniem majorowej! Przyjęto go serdecznie, więc został. Gromadce kawalerów przybyła wysoka, rycerska postać, pozyskali nieustraszonego towarzysza pohulanek i łowów. Ożyły w nim wspomnienia młodości, pozwalał się nazywać hrabią i coraz bardziej przypominał starego niemieckiego barona-rozbójnika swym orlim nosem, krzaczastymi brwiami, brodą spiczastą i zakręconymi w górę wąsami.

    2908

    Został rezydentem jak inni i nie różnił się od gromadki, którą majorowa, wedle legendy, trzymała w pogotowiu na usługi piekła. Włos mu pobielał, a umysł zasnął. Nie wierzył już sam w czyny lat młodych. Nie zrobił wcale samojazdu ani maszyny latającej. To bajki, na pewno bajki!

    2909

    Ale wkrótce wypędzono majorową z Ekeby i zaczęło się szalone życie kawalerów, władców posiadłości. Burza poszła po okolicy, stare głupstwo złączyło się z młodą dziczą, zło wszelkie poszło w ruch, dobro zanikło, ludzie walczyli na ziemi, a duchy na niebie. Z gór nadciągały wilki z czarownicami na grzbietach, rozpętały się siły natury, a Hulder przybyła do Ekeby.

    2910

    Nie znali jej kawalerowie i myśleli, że jest to biedna, uciśniona kobieta, doprowadzona do rozpaczy przez złą teściową. Wzięli ją w opiekę, czcili jak królową, kochali jak dziecko własne i zwali hrabiną.

    2911

    Jeden Kevenhüller poznał ją, chociaż i on z początku uległ zaślepieniu. Ale pewnego dnia włożyła suknię z zielonego jedwabiu i Kevenhüller zaraz ją poznał.

    2912

    Siadywała na jedwabnych poduszkach, na najlepszej sofie ekebijskiej, a wszyscy rezydenci służyli jej jak błazny. Jeden był kucharzem, inny kamerdynerem, lektorem, muzykiem nadwornym, szewcem nawet, każdy chciał jej służyć.

    2913

    Niby to była chora ta poczwara, ale Kevenhüller, wiedział, co o tym sądzić. Chciała sobie po prostu zadrwić z wszystkich i koniec.

    2914

    Ostrzegał przed nią kawalerów.

    2915

    — Czyż nie widzicie ostrych zębów i dzikich oczu? — mawiał. — To Hulderka… wszystko zło zwaliło się na nas… Powiadam wam, to Hulderka, która przybyła na nasze nieszczęście. Znam ja ją z czasów dawniejszych.

    2916

    Ale zobaczywszy i poznawszy Hulderkę, uczuł Kevenhüller chęć do pracy. Zaczęło go piec w mózgu i wiercić, a palce same sięgały po pilnik i młot, tak że nie mógł wytrzymać, aż wdział bluzę roboczą i zamknął się w jednym z warsztatów ślusarskich.

    2917

    Po Ekeby i całym Värmlandzie poszła wieść:

    2918

    — Kevenhüller zabrał się do roboty!

    2919

    Nasłuchiwano z zapartym oddechem uderzeń młota, warkotu silnika i stęku miecha.

    2920

    — Zobaczymy nowy cud! — mówiono. — Co też to będzie? Może nas nauczy chodzić po wodzie lub zbuduje drabinę do Wielkiej Niedźwiedzicy? Wszystko potrafi ten człowiek! Widzieliśmy, jak go skrzydła unosiły w powietrzu, widzieliśmy, jak jego samojazd pędził przez ulice, posiada dar Hulder, nic przeto nie jest dla niego niemożliwe.

    2921

    Pierwszej czy drugiej nocy październikowej skończył arcydzieło i wyniósł je z pracowni. Było to koło kręcące się samo przez się, a podczas obrotu lśniły szprychy wydzielające ciepło i światło. Kevenhüller zrobił słońce. Gdy je wyniósł z pracowni, noc stała jak dzień jasna, wróble zaczęły ćwierkać, a chmury poróżowiały jak o wschodzie.

    2922

    Było to arcydzieło najpiękniejsze. Zniknąć miała ciemność i zimno z ziemi. Dumny był z pomysłu. Słońce naturalne mogło sobie wschodzić jak dotąd, ale w nocy miały się zapalać tysiące słońc sztucznych w całym kraju, ogrzewając powietrze jak w upalny dzień letni. Miano zbierać dojrzałe ziarno w zimowe noce, poziomki i ożyny przez cały rok rosnąć miały po wzgórzach, a lód już nigdy ściąć nie miał wody.

    2923

    Nowy wynalazek miał przeistoczyć świat, zastępując futro biednym i dając światło pracującym pod ziemią.

    2924

    Miał dostarczyć fabrykom siły napędowej, ożywić przyrodę śpiącą w zimie, słowem, stworzyć lepszy byt dla ludzkości.

    2925

    Ale Kevenhüller wiedział dobrze, że wszystko to są marzenia i Hulder nie zezwoli mu za nic uwielokrotnić owego koła. Ogarnięty gniewem i zemstą postanowi ją zabić i od tej chwili nie wiedział już, co czyni.

    2926

    Wszedł do budynku głównego, pod schody, i postawił tam koło ogniste w zamiarze spalenia dworu razem z babą.

    2927

    Potem wrócił do pracowni, siadł i zaczął nasłuchiwać.

    2928

    Za chwilę hałas i gromkie nawoływania oznajmiły, czego dokonał.

    2929

    „Krzyczcież sobie — myślał — i dzwońcie do woli, a Hulder, ta czarownica, spali się i tak wraz z jedwabiami, na których ją ułożyliście!”

    2930

    Dumał, czy potwór wije się już w mękach, czy biega z komnaty do komnaty, czy trzeszczy zielony jedwab w ogniu, czy płomienie już igrają jasnymi włosami. Dalejże śmiało, płomienie! Schwytajcież i spalcie czarownicę! Nie bójcie się zaklęć czarodziejskich! Niech się spali! Niejeden przez nią palił się tak przez całe życie!

    2931

    Tętniły dzwony, turkotały pojazdy, nadjeżdżały sikawki, czerpano wodę z jeziora wiadrami, z wszystkich wsi śpieszyli ludzie na ratunek. Krzyczano, lamentowano, wydawano rozkazy, zapadały się dachy i straszliwie trzeszczały płomienie.

    2932

    Nic nie mogło jednak wyprowadzić z równowagi Kevenhüllera, który siedział na kowadle i zacierał ręce.

    2933

    Nagle usłyszał łoskot, jakby spadły niebiosa, skoczył i zawołał wesoło:

    2934

    — Teraz już nie ujdzie! Leży zdruzgotana belkami lub pożarta przez płomienie. Cha… cha… cha… stało się!

    2935

    Wspomniał, że musiał poświęcić dumę i chwałę Ekeby, by ją zgładzić ze świata. Pożałował wspaniałych sal, rozbrzmiewających niedawno jeszcze radością, pełnych stołów uginających się pod smakołykami, mebli, sreber i porcelany, czego wynagrodzić nie będzie można już nigdy…

    2936

    Skoczył i krzyknął straszliwie. Wszakże postawił pod schodami dla podpalenia domu swe koło, słońce, model, od którego zależało wszystko!

    2937

    Spojrzał po sobie tak przerażony, że aż skamieniały.

    2938

    — Czyżem oszalał? — spytał. — Jakże mogłem to uczynić?

    2939

    W tej chwili otwarto szczelnie zaryglowane drzwi pracowni i ukazała się zielona bogini. Hulderka stała w progu uśmiechnięta, powabna, bez plamki na sukni, bez woni dymu we włosach. Wyglądała zupełnie tak, jak to widział za młodych lat na rynku karlstadzkim, owiana dziką wonią lasu, z wlokącym się za nią ogonem…

    2940

    — Ekeby płonie! — powiedziała ze śmiechem.

    2941

    Kevenhüller podniósł wielki młot chcąc go jej rzucić na głowę, ale w tejże chwili spostrzegł, że potwór trzyma w ręku jego ogniste koło.

    2942

    — Ocaliłam to dla ciebie! — rzekła.

    2943

    Kevenhüller padł jej do stóp.

    2944

    — Zniszczyłaś mój wóz! — zawołał. — Połamałaś mi skrzydła i zmarnowałaś mi życie! Zmiłuj się teraz nade mną, okaż się litościwą!

    2945

    Skoczyła na tokarnię i siadła tam, młoda, powabna jak za czasu pierwszego spotkania.

    2946

    — Widzę, że wiesz, kim jestem! — powiedziała.

    2947

    — Znam cię i zawsze znałem! — zawołał nieszczęśliwy człowiek. — Jesteś geniusz! Ale zwróć mi wolność! Zabierz swój dar! Odejmij cudowną moc! Chcę zostać zwyczajnym człowiekiem! Czemuż mnie prześladujesz? Czemu niszczysz?

    2948

    — Nierozsądny człowiecze! — powiedziała Hulder. — Nigdy nie chciałam ci szkodzić. Dałam ci dar wielki, który mogę odebrać, jeśli go nie chcesz. Ale namyśl się, byś nie żałował.

    2949

    — Nie, nie! — wykrzyknął. — Odbierz mi cudowne zdolności!

    2950

    — Naprzód musisz to zniszczyć! — odparła rzucając na ziemię koło ogniste.

    2951

    Bez namysłu chwycił wielki młot, uderzył w lśniące słońce, które było jeno sztuczką czarodziejską, nieużyteczną dla ogółu. Skry poleciały po pracowni, zatańczyły płomienie i trzaski, ostatnie arcydzieło przestało istnieć.

    2952

    — Teraz odbieram ci dar mój! — rzekła Hulder.

    2953

    Podeszła do drzwi, otwarła je, a Kevenhüller patrzył, jak odchodziła na zawsze, oblana czerwienią pożogi.

    2954

    Wydała mu się piękniejszą jeszcze, a nie miała teraz złośliwego wyrazu ni dumy na twarzy.

    2955

    — Nierozsądny człowiecze! — powiedziała mu jeszcze. — Czyliżem ci zabroniła kazać innym naśladować dzieła twoje? Miałam to jeno na celu, by ochronić człowieka genialnego przed trudami rzemiosła!

    2956

    Potem poszła, a Kevenhüller chodził przez kilka dni jak błędny. Niebawem jednak stał się podobny innym ludziom.

    2957

    Spłonął główny gmach Ekeby, ale nikt z ludzi nie ucierpiał. Zasmuciło to tylko kawalerów, że gościnny dom, w którym tyle dobra zaznali, tak wiele poniósł strat za ich rządów.

    34. Na jarmarku w Broby

    2958

    Pierwszego piątku w październiku rozpoczynał się w Broby wielki jarmark trwający osiem dni. Było to największe święto roku, a poprzedzał je w każdym domu okres pieczenia i warzenia. Odzież zimowa czekała już pierwszego przywdziania, świąteczne potrawy: placek z serem i ciastka na smalcu, stały co dzień na stole, podwajano też racje wódki, a pracę odkładano na potem. W każdej zagrodzie świątkowano, służba i wyrobnicy brali zaliczki i długo dumali, co by kupić na jarmarku. Ludzie przychodzili z dala grupkami, z plecakami na grzbiecie i laskami w ręku. Wielu w tych ciężkich czasach musiało też pędzić bydło na sprzedaż. Młode byczki i kozy stawały na rozkraczonych sztywnie nogach pośród drogi, przysparzając dużo kłopotów właścicielom, a uciechy widzom. Gościnne pokoje po dworach pełne były miłych gości, opowiadano sobie nowiny i rozważano ceny bydła, dzieci zaś chodziły z kąta w kąt marząc o podarkach jarmarcznych i miedziakach na cukierki.

    2959

    Pierwszego zaraz dnia mnóstwo ludzi przepełniało wzgórza brobijskie i wielki rynek. Kupcy, z miast przybyli, sprzedawali swe towary w budach, zaś ludzie z Dalsland i z Västgotland rozłożyli swój kram na długich deskach, ponad którymi trzepotały białe płócienne dachy. Dość tam było linoskoczków, kataryniarzy, ślepych grajków oraz wróżek, kramów z cukierkami i szynków. Za budami ustawiono na ziemi naczynia kamienne i drewniane. Ogrodnicy dworscy zwozili cebulę, rzepę, jabłka, gruszki, a dużą przestrzeń rynku zalegały brunatne, pobielane wewnątrz naczynia miedziane.

    2960

    Po obrotach poznać jednak łatwo było, że nędza panuje w Svartsjö, Bro, w Lövviku i innych gminach nad Lövenem. Handel na straganach i budach szedł licho, większy ruch bywał jeno na targowicy, gdzie niejeden musiał sprzedać krowę, by przezimować, i gdzie odbywał się ożywiony handel końmi.

    2961

    Wesoły był mimo to jarmark w Broby. Gotówka starczająca na parę kieliszków podtrzymywała humory. Ale nie sama wódka wywoływała nastrój radosny. Ludzi przybyłych z samotnych leśnych zagród, gdy się znaleźli na jarmarku, w ścisku, ogarniało istne szaleństwo radości, huczne jarmarczne życie upajało ich.

    2962

    Niemało handlowano, oczywiście, pośród tylu ludzi, ale nie była to rzecz główna. Najważniejsze zdawało się każdemu zaprosić do swego wozu krewnych i przyjaciół, gościć ich kiełbasą owczą, ciastkami na smalcu i wódką lub skłonić dziewczynę do przyjęcia w darze śpiewnika czy jedwabnej chusteczki, lub też nakupić jarmarcznych prezentów dla dzieci.

    2963

    Do Broby przychodzili wszyscy, którzy nie musieli zostać dla pilnowania gospodarstwa. Stawili się więc kawalerowie z Ekeby, węglarze z Nygard, handlarze koni z Norwegii, Finowie z głębi lasów i włóczykije z całego świata.

    2964

    Gdzieniegdzie powstawały w tym morzu wiry kręcące się wokół pewnych punktów. Co tam tkwiło, nie wiedział nikt, dostrzegano tylko czasem policjantów kładących tamę jakiejś bijatyce lub podnoszących przewrócony wóz. Za chwilę taki sam wir powstawał wokoło jakiegoś kupca targującego się z ochoczą dziewczyną.

    2965

    W południe zaczynała się bijatyka na dobre. Chłopi wbili sobie w głowę, że Västgotlandczycy oszukują ich używając zbyt krótkiej miary łokciowej, przeto powstała zrazu kłótnia przy ich straganach, potem zaś poszły w ruch pięści. Wielka to była ulga dla wielu, którzy w owych dniach biedę w domu klepali, palnąć w coś czy kogoś z całej siły. Gdy raz bitwę rozpoczęto, cisnęli się do szeregów wszyscy silni i ochotni. Kawalerowie usiłowali po swojemu przywracać ład, a Dalslandczycy śpieszyli tym z Västgotland na pomoc.

    2966

    Najśmielej poczynał sobie setny chłop, Mans z Forsu. Pijany i rozjuszony obalił jakiegoś Västgotlandczyka i jął go okładać, zwabieni wołaniem o pomoc, nadbiegli krajanie bitego i usiłowali zmusić Mansa do wypuszczenia swego ziomka. Wtedy osiłek Mans zwalił bele materiału z jednego straganu, porwał ladę, zbitą z mocnych desek, na łokieć szeroką, osiem łokci długą, i jął wymachiwać tą bronią.

    2967

    Mans był strasznie silnym człowiekiem. Wywalił ścianę więzienia filipstadzkiego, mógł też dźwignąć z jeziora łódź i zanieść ją na barkach do domu. Naturalnie wszyscy Västgotlandczycy umknęli, ale silny Mans ruszył ich śladem i nie bacząc już na wrogów czy przyjaciół, gnał, by tylko w coś uderzyć.

    2968

    Ludzie uciekali ogarnięci strachem, ale trudno to było uczynić kobietom z dziećmi. Przy tym drogę tamowały budy i wozy, a zamieszanie pogarszały jeszcze płoszone krowy i woły.

    2969

    Wciśnięta w kąt pomiędzy budami utkwiła gromada kobiet. Ku nim leciał teraz olbrzym, któremu się zdawało, że widzi tam jakiegoś Västgotlandczyka. Przerażone śmiertelnie babiny skuliły się czekając ciosów straszliwych.

    2970

    W chwili kiedy deska spadała na ich głowy, uderzenie osłabiły wyciągnięte ręce jakiegoś mężczyzny. On tylko jeden nie uciekł, ale tkwiąc w ciżbie dla ocalenia wielu, przyjął dobrowolnie na siebie cios. Kobietom i dzieciom nie stało się nic. Człowiek ten osłabił uderzenie, sam jednak legł bez zmysłów na ziemi.

    2971

    Silny Mans nie podniósł już deski do nowego ciosu. Obezwładniło go spojrzenie tego człowieka w chwili, gdy deska spadała mu na czaszkę. Spojrzenie to przeniknęło go do głębi. Dał się bez oporu związać i odprowadzić.

    2972

    Z szybkością błyskawicy poleciała po rynku wieść, że mocny Mans zabił kapitana Lennarta. Powiadano, że ten przyjaciel ludzi poległ w obronie kobiet i dzieci.

    2973

    Cisza zaległa plac tak ożywiony przed chwilą, ustał handel, pijatyka, a linoskoczek daremnie wabił widzów. Zmarł przyjaciel ludu, a lud przybrał żałobę. Wszyscy tłoczyli się w milczeniu dokoła miejsca, gdzie padł. Leżał wyciągnięty, bez zmysłów, bez ran, ze zgniecioną jeno tylko częścią czaszki.

    2974

    Kilku mężczyzn podniosło go ostrożnie i złożyło na desce, od której zginął. Wydało im się, że jeszcze żyje.

    2975

    — Gdzie go zanieść? — pytali się wzajem.

    2976

    — Do domu! — krzyknął ktoś szorstko z tłumu.

    2977

    Tak, dobrzy ludzie, zanieście go do domu! Zanieście na barkach swoich tego, który był piłką bożą i puchem przez tchnienie jego pędzonym.

    2978

    Zraniona głowa spoczywała długo na twardej ławie więzienia i na wiązce siana w stodole. Złóżcież ją w domu, na miękkiej poduszce. Znosił on niewinnie hańbę i odpędzony został od drzwi domu swego! Zanieścież go tam. Był tułaczem, który chodził drogami bożymi, gdziekolwiek je znalazł, tęskniąc za domem zamkniętym dlań przez Boga. Zanieścież go tam, a może otworzy się dla tego, który ocalił śmiercią swą kobiety i dzieci.

    2979

    Nie wraca teraz jako złoczyńca otoczony zgrają chwiejących się pijaków, ale na czele żałobnego korowodu ludzi, w których chatach mieszkał i których wspomagał w niedoli. Zanieście go do domu!

    2980

    Tak też uczynili. Sześciu ludzi wzięło na ramiona deskę ze zwłokami i wyniosło ją z rynku. Ludzie, których mijali, przestawali mówić, zatrzymywano się, robiono miejsce, odkrywano głowy, kobiety pochylały się jak w kościele, wielu płakało ocierając oczy, a inni zaczynali już opowiadać, co to był za człowiek, jak wesoły, dobry, uczynny i bogobojny.

    2981

    Miło było patrzeć, jak ochotnie podsuwano ramiona, gdy któryś z niosących odstępował zmęczony.

    2982

    Kapitan Lennart mijał właśnie miejsce, gdzie stali kawalerowie.

    2983

    — Muszę pójść i przypilnować, by go zaniesiono jak należy! — rzekł Beerencreutz i ruszył znad skraju drogi do Helgesäter, a wielu poszło za jego przykładem.

    2984

    Rynek opustoszał niemal całkiem, wszyscy bowiem przyłączyli się do żałobnego korowodu. Zapomniano o koniecznych zakupach, podarkach dla dzieci. Śpiewnik, jedwabna chusteczka, co wabiła oczy dziewcząt, została w kramie, wszyscy poszli zobaczyć, jak kapitan Lennart wraca do domu.

    2985

    Gdy dotarli do Helgesäter, zastali tam pustkę i ciszę. Zadudniły jak przedtem pięści pułkownika na drzwiach. Wszyscy domownicy poszli na jarmark, sama jeno gospodyni pilnowała domu.

    2986

    Stanęła w progu, pytając jak za pierwszym razem:

    2987

    — Czego chcecie?

    2988

    Pułkownik odparł tymi samymi co przedtem słowami:

    2989

    — Przyprowadzamy ci męża.

    2990

    Spojrzała nań i zobaczyła, że stoi sztywny i rozważny jak zawsze. Spojrzała po niosących zwłoki i płaczącym tłumie. Ujrzała setki smutnych, wpatrzonych w nią oczu. W końcu spojrzała na rozciągnionego na desce człowieka, przycisnęła ręce do serca i szepnęła:

    2991

    — Oto prawdziwe jego oblicze!

    2992

    Nie pytając dłużej odsunęła zasuwy drzwi, otwarła je na ścieżaj i poszła przodem do sypialni.

    2993

    Z pomocą pułkownika rozsunęła składane, podwójne łóżko i przetrząsnęła poduszki, po czym opuszczono ciało na miękką białą pościel.

    2994

    — Czy żyje? — spytała.

    2995

    — Tak! — odrzekł pułkownik.

    2996

    — Czy jest nadzieja?

    2997

    — Nie! Nie ma nadziei.

    2998

    Przez chwilę milczeli oboje, potem zaś spytała gospodyni:

    2999

    — Czy jego to opłakują ci wszyscy ludzie?

    3000

    — Tak.

    3001

    — Co im uczynił?

    3002

    — Ostatnim jego czynem było, że dał się zabić silnemu Mansowi, by ocalić od pewnej śmierci kobiety i dzieci.

    3003

    Dumała przez chwilę.

    3004

    — Czemuż tak wyglądał, pułkowniku, gdy przybył tu przed dwoma miesiącami?

    3005

    Pułkownik drgnął. Ach, teraz, zrozumiał, dopiero teraz zrozumiał!

    3006

    — To Gösta go tak pomalował! — rzekł.

    3007

    — A więc z powodu kawalerskiego figla zamknęłam przed nim dom? Jak pan to usprawiedliwisz, pułkowniku?

    3008

    Pułkownik wzruszył ramionami.

    3009

    — Mam dużo jeszcze innych rzeczy na sumieniu! — odparł.

    3010

    — To jest chyba jednak najcięższy grzech!

    3011

    — Za to nigdym nie miał w życiu przykrzejszej drogi jak dzisiejszy marsz do Helgesäter. Zresztą dwie jeszcze osoby ponoszą także winę.

    3012

    — Któż to?

    3013

    — Pierwszy to Sintram, a drugim winowajcą jesteś ty sama, kumo. Zbyt surowe masz poglądy. Wiem, że niejeden chciał z tobą pomówić w obronie męża twego.

    3014

    — To prawda! — przyznała, potem zaś poprosiła, by jej opowiedział o pijatyce w Broby.

    3015

    Opowiedział wszystko, co pamiętał, ona zaś słuchała w milczeniu. Kapitan Lennart leżał nieprzytomny. Pokój pełen był ludzi płaczących, ale nikomu nie przyszło na myśl wypraszać ich. Wszystkie drzwi pootwierano, a cały dom, sień i schody przepełniła smutna, milcząca rzesza. Nawet w podwórzu stali gęsto stłoczeni ludzie.

    3016

    Gdy pułkownik skończył, powiedziała gospodyni donośnym głosem:

    3017

    — Jeśli jest tu któryś z kawalerów, to proszę, by wyszedł. Zbyt bolesne to dla mnie widzieć go przy śmiertelnym łożu mego męża.

    3018

    Pułkownik wstał bez słowa i wyszedł, a to samo uczynił Gösta i kilku jeszcze kawalerów towarzyszących zwłokom. Ludzie usuwali się płochliwie przed gromadą upokorzonych mężczyzn.

    3019

    Po ich odejściu ozwała się kapitanowa:

    3020

    — Proszę, by osoby, które spotykały męża mego w ostatnich czasach, opowiedziały mi, gdzie przebywał i co robił.

    3021

    Ludzie zaczęli, jeden przez drugiego, składać świadectwo o kapitanie Lennarcie przed żoną, która go nie rozumiała i twarde mu okazała serce.

    3022

    Rozbrzmiały słowa starych psalmów. Jęli mówić ludzie, którzy czytali jeno Biblię w swym życiu. Czerpali przeto zwroty i obrazy z księgi Hioba i używali słów patriarchów głosząc chwałę wysłannika bożego, który chodził po ziemi dobrze czyniąc.

    3023

    Trwało to długo, nastał wieczór, a oni mówili ciągle, stając jeden po drugim przed żoną, która nie chciała nawet słyszeć imienia męża swego.

    3024

    Opowiadali, jak siadywał u łoża chorych i leczył ich, zdziczali awanturnicy świadczyli, iż ich przywiódł do opamiętania, a pijacy, że ich nauczył wstrzemięźliwości. Smutnych pocieszał, nędzarzom ostatnim niósł pomoc, każdy będący w potrzebie zwracał się do wysłannika bożego i znajdował ulgę lub czerpał odeń przynajmniej nadzieję i siłę do wytrwania.

    3025

    Przez cały wieczór brzmiała mowa świętych ksiąg w pokoju umierającego.

    3026

    Stojący w podwórzu czekali na „ostatnią chwilę”. Wiedzieli, co się dzieje wewnątrz domu, gdyż słowa, wypowiadane głośno przy łożu, szły szeptem z ust do ust. Kto miał coś do zeznania, przeciskał się w milczeniu przez tłum.

    3027

    — Oto ten człowiek coś chce powiedzieć! — mówiono i robiono mu miejsce. Człowiek taki wychodził z mroku, składał zeznanie i wracał w mrok.

    3028

    — Co ona mówi teraz? — pytali stojący z zewnątrz. — Co powiada sroga pani z Helgesäter?

    3029

    — Promieniuje jak królowa, uśmiecha się jak panna młoda. Przysunęła fotel do łóżka i porozkładała na nim ubranie, które własnoręcznie utkała dla męża.

    3030

    Nagle zapadła cisza. Nikt nie rzekł słowa, ale wszyscy uczuli, że nadeszła chwila skonu.

    3031

    Kapitan Lennart otwarł oczy, a to, co zobaczył, wystarczyło. Ujrzał dom swój, tłum ludzi, żonę, dzieci, ubranie, i uśmiechnął się. Odzyskał przytomność po to jeno, by umrzeć. Westchnął chrapliwie i skończył.

    3032

    Umilkli opowiadacze, a ktoś zanucił pieśń żałobną. Wszyscy podjęli ją i popłynęła z setek piersi, ku wyżynom wieczności, niosąc ulatującej duszy pożegnanie ziemi.

    35. Skarb księdza proboszcza

    3033

    W skrzydle rezydenckim panowała cisza. Krągłe waltornie przyozdobione z okazji jarmarku w nowe zielone sznury i chwosty, wyczyszczone, wisiały po kątach, skrzypce leżały owinięte jedwabiem w futerałach, obok nich smyki, struny zapasowe i kalafonia, flety zaś spoczywały w oliwie dla uszczelnienia klap. Umilkły pieśni Bellmanowskie, żarty i śmiechy. Na wielkim stole, pokrytym białymi tekturowymi krążkami pod szklanki, stały przybory do sporządzania gorących trunków. Ale nikt ich nie warzył. Beerencreutz tasował karty, ale nikomu nie chciało się rzucić pieniążka do puli.

    3034

    Kawalerowie, ustanowieni strażnikami uciechy, przypominali teraz przemarzłe, zimowe muchy, stłoczone w ciemności na piecu. Otoczył ich chłód i samotność. Dnia minionego zmarł kapitan Lennart, a Gösta wprost od jego łoża ruszył w las i dzicz, jak to czynił zawsze po świeżym, bolesnym zranieniu. Wiedzieli wszyscy, że go nie ujrzą, dopóki czas nie zabliźni rany. Hrabina zamknęła się, nie chcąc widzieć nikogo.

    3035

    Róże okwitły, liście opadły, trawa pożółkła, a kawalerom wydało się, że samo życie minęło. Orneclou spostrzegł nagle, że jest stary i brzydki, wujaszek Eberhard skończył swe dzieło i zamknął w skrzyni, sumienie trapiło stale mistrza Juliusza, a Liljecrona tęsknił za domem.

    3036

    Zadawali sobie pytanie, dlaczego wino straciło smak, karty przestały bawić, a muzyka ożywiać? Czemuż opuściła ich siła radości? Jakiejże zbrodni dopuścili się biedni hultaje?

    3037

    Nagle otwarto drzwi i w progu stanęła córka proboszcza z Broby. Była to energiczna, mała osóbka, która przez cały rok zwalczała dzielnie rozpasanie i marnotrawstwo kawalerów. Miała w sobie taką powagę i poczucie obowiązku, że ją szanowano ogólnie mimo młodego wieku.

    3038

    — Byłam dziś w domu i szukałam pieniędzy ojca mego! — powiedziała do kawalerów. — Ale nic nie znalazłam. Wszystkie skrypty dłużne podarte, szuflady i schowki puste.

    3039

    — Smutna to dla panienki rzecz! — rzekł Beerencreutz.

    3040

    — Gdy majorowa opuszczała Ekeby — podjęła dziewczyna — poleciła mi czuwać nad domem. Gdybym była znalazła pieniądze ojca, przywróciłabym porządek w Ekeby. Nie znalazłszy jednak, zabrałam ze wzgórka hańby ojca kilka suchych gałęzi, wielki to bowiem będzie dla mnie wstyd, gdy majorowa wróci i zapyta o Ekeby.

    3041

    — Nie bierzże sobie tego tak do serca, panienko! Nie twoja to wina! — powiedział Beerencreutz.

    3042

    — Nie tylko dla siebie wzięłam gałęzie ze sterty! — odparła dziewczyna. — Mam i dla panów kilka. Proszę, oto są! Mój ojciec nie był jedynym człowiekiem, który sprowadził hańbę i niedolę na okolicę.

    3043

    Podchodziła do każdego kolejno i kładła przed nim suchą gałązkę. Większość kawalerów nie umiała powstrzymać się od przeklinania, niektórzy jednak zachowywali się spokojnie. W końcu powiedział Beerencreutz z wielkopańską godnością:

    3044

    — Dobrze, panienko, dobrze, możesz już odejść! Dziękujemy!

    3045

    Gdy wyszła palnął pięścią w stół, aż zatańczyły szklanki, i krzyknął:

    3046

    — Od dziś nie piję! Nie chcę znaleźć się przez wódkę po raz drugi w podobnej sytuacji! — potem wstał i wyszedł, a cisza głęboka zapanowała w skrzydle rezydentów.

    3047

    Przed każdym z kawalerów leżały kawałki drzewa, suchych gałęzi i zdawały się pytać:

    3048

    — Gdzie jest majorowa? Co się stało ze sławą i wielkością Ekeby? Czemu zginął wysłannik boży? Gdzie dobrobyt panujący do niedawna nad Lövenem?

    3049

    Skrzydło kawalerskie zatętniło nagle, zda się, głosami, które odpowiadały, a starym ludziom wydało się, jakoby wpadli w rój pszczół kąsających i brzęczących. Słyszeli wszyscy bolesne ukłucia odpowiedzi:

    3050

    — „Kawalerowie wygnali swą dobrodziejkę na gościniec z domu, który im otwarła. Dała im jadło i uciechę, oni zaś dali jej w zamian głód i troskę.

    3051

    Kawalerowie zniszczyli najpiękniejszą posiadłość Värmlandii! Kawalerowie zamknęli dom przed wysłańcem bożym. Awanturnik, który go zabił, mniejszą mu uczynił krzywdę, niż oni zabijając jego najsłodszą nadzieję. Kawalerowie nauczyli biedną ludność niedbalstwa i pijaństwa, zniweczyli dobrobyt całego okręgu…”

    3052

    Ledwo głosy rozbrzmiały i kłuć zaczęły, jął jeden po drugim wstawać i wychodzić. Po chwili spotkali się wszyscy dziwnym trafem opodal wodospadu, gdzie ongi stał młyn i kuźnia. Wszędzie widniały ślady zniszczenia. Spośród zatoru desek i belek sterczał wielki młot, widać też było mury pieca i otwór kanału.

    3053

    I oto w tym całym chaosie uwijał się pułkownik pracując zawzięcie i robiąc miejsce na nowy młyn i nową kuźnię. Przychodzili kawalerowie i każdy stawał do roboty. Niebawem zebrali się wszyscy, ciągnąc belki, tocząc kamienie, kopiąc i murując. Zaczęły znowu rozbrzmiewać piosenki, żarty i śmiech. Nabrali ochoty, siły i otuchy, że odbudują Ekeby. Postanowili sprowadzić majorową, po którą wysłać mieli niebawem córkę proboszcza. Poprzysięgli sobie, że dostarczą pracy mieszkańcom Lövenu.

    3054

    Cóż się jednak stanie z kontraktem pisanym krwią w wigilijny wieczór? Ach… czyny ich obecnie będą bardziej kawalerskie od dawnych, a zresztą pracować będą nie dla zapłaty, ale dla chwały i chluby Ekeby!

    3055

    Rano, w niedzielę, stanął Gösta pod brobijskim kościołem. Nabożeństwo zaczęło się już i plac opustoszał. Pod bramą kościelną leżała na ziemi zbita naprędce trumna.

    3056

    Trudno było Göście przejść mimo tej trumny. Wiedział, że spoczywa w niej kapitan Lennart, wzbraniając mu jakby wstępu do kościoła.

    3057

    Gösta włóczył się po lasach dzień i dwie noce, nie jadł nic, głodny był i wyczerpany. W samotności rozmyślał, jak to raz siedział z proboszczem nad drogą obok sterty gałęzi, a potem o tej nocy, kiedy tłumy unosiły zwłoki dziewczyny z Nygardu, jego zaś ogarnęła chęć zostania sługą i przyjacielem biedaków. Chciał pójść do kościoła, by nabrać sił do tej służby.

    3058

    Nie mógł jednak minąć trumny kapitana Lennarta, gdyż zdawało mu się, że zmarły mówi:

    3059

    „Jakże to chcesz, Gösto, pomagać biednym? Wleczesz za sobą skutki zła, któreś uczynił. Przedtem ty sam i wszyscy, których kochasz, muszą zebrać żniwo owej niedoli, jaką zasiałeś!”

    3060

    Przystąpił do trumny, ukląkł i zawołał:

    3061

    — Dopomóż mi, bym został sługą i przyjacielem biedaków! Spraw, bym nigdy nie przysporzył troski tym, których kocham! Dopomóż mi, bym odtąd nie sprowadzał na świat smutku, hańby i nędzy!

    3062

    Nagle czyjaś dłoń spoczęła ciężko na ramieniu Gösty. Sintram stał za nim.

    3063

    — Gösto! — powiedział. — Jeśli chcesz komuś wypłatać figla co się zowie, połóż się i umrzyj! Nic nie przekreśla fatalniej rachunku poczciwca jak śmierć niespodziewana. To figiel najbardziej wymyślny! Powtarzam, połóż się i umrzyj!

    3064

    — Byłoby to dla mnie najlepsze! — odparł Gösta.

    3065

    — Przedtem jednak obmyśl coś, czym bym mógł najbardziej rozzłościć tego nieboszczyka!

    3066

    — Czy cię okpił?

    3067

    — Naturalnie! Przypatrz mi się, chłopcze, jestem człowiek wywiedziony w pole! Udawał głupiego tak długo, aż uwierzyłem, on zaś chytrze wybrał sobie moment odpowiedni i umarł. Ale zapłacę mu! Zedrę kir i kwiaty z jego trumny i podepczę.

    3068

    — Póki ja żyję, nie zrobisz tego! — zawołał Gösta.

    3069

    Sintram założył ręce na piersiach i podniósł głowę. Miał w sobie przedziwny majestat zła, któremu służył.

    3070

    — To moje prawo! — rzekł uroczyście. — Uplanowałem zręcznie wielkie dzieło, a on je zniweczył. Szło mi o cały okręg löveński. Gdybym był postawił na swoim, okręg zostałby zrujnowany. Pracowałem nad tym bez przerwy. Wygnałem majorową, doprowadziłem do choroby Melchiora Sinclaire'a, ukryłem skarb proboszcza z Broby i oddałem rządy kawalerom. Lud zdziczał i popadł w niedolę, że z łatwością byłbym go wygubił, gdyby nie ten człowiek, który w najpiękniejszym momencie padł i umarł. Sam to widziałeś, chłopcze! Chłopi tutejsi rzucili się na Gotlandczyków, a Dalslandczycy na chłopów, a gdyby rzecz trwała sekundę dłużej, jarmark przemieniłby się w ogromne pobojowisko. Deptano by po kobietach i dzieciach, towary zmieciono by w proch, rabunek i mord rozszalałyby się na dobre. Wszystkiemu przeszkodziła śmierć Lennarta. Po bitwie zaczęłyby się sądy, głód, bunty i kwaterunki wojska. Cały okręg znędzniałby i takiej nabrał sławy, że prócz Sintrama nikt by tu mieszkać nie chciał. Takie to wielkie podjąłem dzieło.

    3071

    — W jakimże celu? — spytał Gösta.

    3072

    Oczy Sintrama błysnęły ogniem.

    3073

    — Sprawiłoby mi to rozkosz! — zawołał. — Jestem zły, jestem niedźwiedź górski, jestem burza w polu. Mord i zniszczenie to mój zawód. Precz, powiadam, z ludźmi i dziełem ich! Znieść tego nie mogę! Czasem bawię się nimi, każę im skakać, drażnię, podżegam, ale znudziło mi się to, Gösto! Chciałem właśnie wymierzyć potężny cios i zniweczyć wszystko!

    3074

    Wyglądał na szalonego. Przez czas pewien zajmował się dla rozrywki diabelskimi sztuczkami, potem tak nim złość zawładnęła, iż uwierzył, że sam jest z piekła rodem.

    3075

    Göstę, który pałał chęcią dopomożenia biedakom, olśniły słowa Sintrama jak błyskawica, zapytał tedy:

    3076

    — A czy wiesz, gdzie jest ukryty skarb proboszcza?

    3077

    Sintram spojrzał podejrzliwie.

    3078

    — Chcesz może zostać opiekunem i zbawcą ludu?

    3079

    — Tak! — odparł wiedząc, że człowiekowi takiemu jak Sintram należy mówić prawdę.

    3080

    Sintram zaciekawił się.

    3081

    — Tak? Ano to mogę zostawić w spokoju tego umrzyka, gdyż patrzy mi się lepsza zemsta.

    3082

    — Za cóż się masz mścić? Przyjaciel ludu leży w trumnie, a nędza jest równie wielka jak w czasie jego działalności.

    3083

    — Mówię ci, wszystko przepadło. Spójrz no tam! Widzisz? Dziś wózek więzienny jest moim powozem i niemało łez wylałem, zanim sędzia pozwolił mi wysiąść tu i pomodlić się przy trumnie tego bogobojnego człowieka.

    3084

    Gösta zobaczył w istocie pod cmentarzem wózek więzienny czekający na Sintrama.

    3085

    — Chciałem tu również podziękować pani kapitanowej. Wyszukała kilka starych dokumentów dotyczących wiadomej sprawy o sprzedaż prochu i zesłała mi na kark władzę w chwili, kiedym się właśnie wybierał na pogrzeb tego poczciwca. Nie potrzeba mi jednak już trumny, mam myśl lepszą. Słuchaj no! Wyście tam wszyscy hultaje zmienili się pono w świętoszków… nieprawdaż? Chcecie użyć spadku córki proboszcza z Broby na wspomożenie biednych, nieprawdaż?

    3086

    — Sama mówiła nieraz, że pragnie za te pieniądze przywrócić Ekeby do dawnego stanu i wspomóc biednych.

    3087

    Sintram roześmiał się.

    3088

    — Rad byś, widzę, za każdą cenę dowiedzieć się, gdzie skarb ukryty.

    3089

    — To, chciałbym bardzo!

    3090

    — Przyobiecaj mi naprzód, że pójdziesz na to miejsce w lesie, gdzie zginęła dziewczyna z Nygardu, i skoczysz w przepaść. Pod tym warunkiem powiem ci. Ślicznie by wyglądała twoja śmierć! Powiedziano by, że to straszne wyrzuty sumienia skłoniły cię do samobójstwa.

    3091

    — Przyrzekłem nie odbierać sobie życia, dopóki Anna Liza znajduje się w służbie majorowej.

    3092

    — Głupstwo! — odparł Sintram. — Zapłać jej, a przestanie służyć.

    3093

    Dawne i nowe tęsknoty Gösty zlały się w tej chwili w jedno pragnienie. Chciał mieć prawo umrzeć. Nie doszło do porozumienia pomiędzy nim a tą, która się zwała żoną jego. Z przyjemnością służył jej jak i inni kawalerowie, nie wiedział jednak, co nastąpi, gdy minie czas ich rządów w Ekeby. Nie wiedział nawet, czy wróci do rodziców, czy z nim zostanie. Jedno tylko pewne było, mianowicie to, że nie mógł jej uczynić większej przysługi, jak zwrócić wolność, a do tego właśnie nadarzała się doskonała okazja. Mógł się pozbyć wyrzutów sumienia, mógł, jak tego pragnął w najlepszych chwilach, przysłużyć się Bogu i ludziom. A koroną wszystkiego było coś wspaniałego i wielkiego: możność śmierci.

    3094

    Podał tedy dłoń Sintramowi i przybili układ.

    3095

    — Skarb leży w wieży broeńskiego kościoła pod podłogą, tuż przy dzwonach! — powiedział Sintram. — Postaraj się tylko zejść ze świata przed wieczorem, a ja już znajdę sposób, by córka proboszcza dostała pieniądze.

    3096

    Nastał tedy dla Gösty piękny dzień. Poszedł do kościoła serdecznie uradowany, że poświęci życie dla dobra ludności. W zakrystii ułożył obwieszczenie tej treści, że praca w Ekeby zostanie podjęta i że biedni dostaną ziarno na zasiew. Słyszał szmery zdumienia i radości, gdy manifest ten odczytano po nabożeństwie. Doniósł w kilku słowach żonie, gdzie należy szukać skarbu. Wbrew woli wymknęło mu się parę słów pożegnania, na wypadek gdyby się mieli nie zobaczyć, po czym dodał, że musi uczynić coś dla odpokutowania za śmierć dziewczyny z Nygardu. Wkrótce jednak żałował wysłania listu. Bo po co?

    3097

    Nigdy świat nie wydał mu się piękniejszym niż tego dnia. Po nabożeństwie rozmawiał z Anną Stjärnhök i Marianną Sinclaire, a obie prosiły go, by się wziął w ryzy i został człowiekiem. Dowiedział się, że Anna znalazła ukojenie w pracy i zawiaduje sama rozległymi dobrami. A może nawet zostanie drugą majorową. Poznał, że obie cierpią, zmuszone wstydzić się człowieka, którego kochały. Pomyślał, że je ucieszy dając życie w ofierze dla wspomożenia biedaków i restytucji Ekeby.

    3098

    Po nabożeństwie pochowano kapitana Lennarta. Zmarł w dzień targowy, przeto wieść rozeszła się prędko i tysiące ludzi napłynęły do kościoła. Cmentarz, mur i otaczające kościół pola zaroiły się od przybyszów. Stary dziekan był chory i nie wygłosił kazania. Przyrzekł atoli przybyć na pogrzeb kapitana. Roztargniony stanął, zadumany jak zawsze, na czele pochodu pogrzebowego. Nie patrząc szedł znaną drogą, którą tyle prowadził pogrzebów, odprawił modły, rzucił grudkę ziemi na trumnę i nie zauważył nic nadzwyczajnego. Zbudził się dopiero, gdy organista zaintonował hymn podjęty przez wielotysięczną rzeszę mężczyzn, kobiet i dzieci. Przetarł oczy, jakby omroczone blaskiem, wstąpił na świeżą mogiłę i rozejrzał się. Nigdy nie słyszał takiego śpiewu nad grobem, nigdy nie widział takich mas w żałobie. Mężczyźni przywdziali czarne, zniszczone kapelusze pogrzebowe, kobiety białe fartuchy. Wszyscy oddawali się żalowi po zmarłym, wszyscy śpiewali mając łzy w oczach.

    3099

    Dziekan uradował się tej miłości ludu dla zmarłego. Gdy zaś śpiew umilkł, wyciągnął do wszystkich ramiona. Wyrzekł słów parę słabym głosem; trudno mu było trafić do tych ludzi. Znowu zaczął. W końcu jednak głos jego wzmógł się, a serce zapragnęło pocieszyć tłumy.

    3100

    Opowiedział wszystko, co wiedział o wysłańcu bożym. Wspomniał, że czczony był nie dla zewnętrznej świetności i talentów, lecz dlatego, że kroczył ścieżkami Pańskimi, i w imię Chrystusa prosił, by go wszyscy naśladowali. Powinni kochać i wspomagać bliźnich swoich. Każdy niechaj się odnosi do ludzi z najlepszą wiarą i postępuje tak, jak dobry kapitan Lennart. Nie potrzeba na to wybitnych zdolności, lecz bogobojnego serca. Wskazał, że wszystkie niedole tego roku to przedświt bliskiego okresu miłości i szczęścia, a dobroć ludzka, która dotąd przebłyskiwała tu i ówdzie promieniami, utworzy niedługo wielkie, lśniące słońce.

    3101

    Podniósł oczy i ręce w niebo i ogłosił pokój w kraju.

    3102

    — W imię boże mówię ci, ustań, swawolo! Niech pokój zamieszka w sercach i całej naturze! Niech znajdą pokój rzeczy martwe, zwierzęta i rośliny. I niech nie czynią żadnej szkody nikomu.

    3103

    Wszystkim, i Göście także, wydało się, że słuchają proroka. Zapragnęli się kochać wzajem i być dobrzy. Czuli, że zjawił się człowiek boży, mający moc nad całym stworzeniem. Na ziemię spłynął pokój niebiański, jaśniały góry, śmiały się doliny, a mgłę jesienną przepajały różowe blaski. Na końcu jął prosić o zbawcę dla ludu.

    3104

    — Zjawi się on! — powiedział. — Bóg nie chce, byśmy wyginęli, i powołał tego, który nakarmi głodnych i skieruje ich na ścieżki swoje.

    3105

    Gösta zrozumiał, że starzec o nim samym mówi, bo wszakże oddał już życie swe za biedaków. A wielu z tych, którzy słyszeli treść obwieszczenia, opowiadali w domu, że teraz wszystko zmieni się na lepsze, gdyż szalony proboszcz z Ekeby przyrzekł im pomoc.


    3106

    Działo się to w czasach poprzedzających rządy kawalerów w Ekeby.

    3107

    Mały pasterz i mała pasterka bawili się w lesie, budowali domy z płaskich kamieni, zbierali jagody i robili piszczałki. Urodzili się w lesie, las był ich domem i ogrodem. Żyli w zgodz