Wolne Lektury potrzebują pomocy...


Potrzebujemy Twojej pomocy!

Na stałe wspiera nas 361 czytelników i czytelniczek.

Niestety, minimalną stabilność działania uzyskamy dopiero przy 1000 regularnych darczyńców. Dorzucisz się?

Tak, dorzucę się do Wolnych Lektur!
Tym razem nie pomogę, przechodzę prosto do biblioteki
Znajdź nasze audiobooki na YouTube

Audiobooki Wolnych lektur znajdziesz na naszym kanale na YouTube. Kliknij, by przejść do audiobooków.

x

Spis treści

    1. Ciało: 1
    2. Śmierć: 1 2
    3. Trup: 1
    4. Wspomnienia: 1

    Tadeusz GajcyDo zmarłej

    Wspomnienia, Ciało, Trup, ŚmierćPusty po tobie powietrza słup
    oczy mi mrozem przekłuł;
    dochodzi do mnie świergot twych stóp
    gołębich: szelest
    sukni najlżejszy, korali dźwięk
    okrągły, nikły jak dzwonków pęk
    u głowy twojej w kościele.
    Ze snu powstaję i cieniem rąk
    nierzeczywistych dla mnie i trudnych
    szukam oddechu twojego. Skroń
    zgina mnie ciężka jak kamień — i
    widzę przez oczy, które mróz przekłuł:
    ciało twe drobne tuli się w trumnie
    w chłodnej koszuli jak w śniegu.
    Rozumiem teraz błyskawic syk,
    wołanie kwiatu, gdy pryska w twarz
    kolorem silnym, i garstkę śpiewu
    w krzaku pobliskim ciemnym jak głaz.
    Lecz język wtedy martwy był. Nie mógł
    odczytać pisma, które u powiek
    nosiłem niemy światłu podobne.
    Kto wyzwał ciebie miłosną tak,
    że ręką zimną, senną jak plusk
    odwiodłaś świat ten? Godzina inna
    była i inny księżyc się kładł,
    sen gęstniał wonny, więc w oczach rósł,
    zagarniał usta. Ciało jak linia
    proste zostawił… Kroplami żal
    świec sinych pada i stopy parzy
    bezradne, kruche w pościeli tej.
    Twarz moja ciemna — noc na mej twarzy
    wilgotna, czujna jak z tobą w śnie.
    Kto głosem wzywał z ciemności nagłej
    i wywiódł ciebie z miejsca miłego
    ciało otworzył i na dnie skały
    ziemskiej zostawił? —
    Wysoki świat
    leży jak słońce ślepe na brzegu
    chmur spadających. I dudnią dna
    wód po kamieniach z lawy i srebra,
    z komet chodzących świetlisty łuk
    tęczy zawisa lekki jak brew
    i jak muzyka toczy się huk.
    Podziemna przestrzeń wyrasta z głębi:
    drzewa jak ryby, skały jak bór,
    szumi jak rzeka zielona węgiel,
    bryła otwiera usta do krzyku,
    spada gwałtownej ciemności nurt
    po mchach żelaznych, grzybach krzemiennych
    i noc kołysze głuchą muzyką.
    Dla mnie, dla ciebie, dla wielu z nas.
    Ty tylko szmer ten pojęłaś szybciej
    i wiesz dlaczego chmur chwiejnych maszt
    nie ma krawędzi i czasu nie zna,
    a człowiek milcząc śpiewa jak skrzypce,
    dłonie złamane śmiesznie wytęża
    i czeka nogą szukając dna.
    Chwilą to nazwij albo strumieniem
    kolorów wszystkich i woni świeżych.
    Jak pejzaż przeszło obok milczenie
    i stoję: w oczach łamie się tło,
    niebo faluje krótkie przez rzęsy
    i znowu nie wiem patrząc w to miejsce,
    jakie w nas struny wyschnięte mrą.
    Podwoję ilość imion daremnych,
    uśmiech przypomnę srebrny jak sierp
    i nad parzystym widmem twej ręki
    oczy zawieszę czarne od świec.
    Ale czy dojrzę, ale czy chwycę
    ten dźwięk, tę nutę wybraną z mrozu,
    co pada za mną i truje liście
    drzew jak posągi rżnięte w złej zorzy?
    Pod słońcem małym dogna mnie tchnienie
    z jarów śmiertelnych; — stuloną dłoń
    położę wówczas w nagim strumieniu
    tych niepojętych wołań za mgłą.
    Ale czy znajdę światłem przebity
    tę chwilę skąpą, jak okno wąską,
    kiedy widnokrąg podobny szybie
    sunął pod chmury perłowy łoskot
    i wiódł falistą sukni twej kroplę?
    ŚmierćDochodzi do mnie powtórny sen:
    jak witraż fiolet u twoich stóp
    i ciało czeka chłodne i proste
    nocy, o której tak mało wiem.
    Close
    Please wait...