Oferta dla Przyjaciół

Czytaj teksty współczesnych autorek i autorów wcześniej niż inni. Ty decydujesz, ile płacisz!

Zadeklaruj stałą wpłatę i dołącz do Towarzystwa Przyjaciół Wolnych Lektur.

TAK, chcę dołączyć!
Nie, rezygnuję z tej oferty
Znajdź nas na YouTube

Audiobooki Wolnych Lektur znajdziesz na naszym kanale na YouTube.
Kliknij, by przejść do audiobooków i włączyć subskrypcję.

x

Spis treści

    1. Czas: 1 2
    2. Kondycja ludzka: 1
    3. List: 1
    4. Miasto: 1
    5. Noc: 1
    6. Przemijanie: 1
    7. Ptak: 1
    8. Wojna: 1

    Tadeusz GajcyDo potomnego

    Jestem jak ty zapewne: nisko,
    a jeszcze niżej źdźbło i kret.
    Niebo różową idzie kreską
    i na papierze zgina brew;
    krzesło pode mną, dachu jęzor
    spływa ceglasty, dłonie czyni
    podobne nocy. Są godziny,
    że martwe palce cicho leżą
    jak gdyby śpiąc, uwierzyć trzeba,
    że obraz ten to na powietrzu
    odbicie ptaka albo drzewa
    i tylko cień spłowiały z wierzchu
    przemawia za mnie. Oto świat,
    w którym struchlałym krokiem mierzę
    ziemię kulistą ponoć. Maszt
    gwiaździsty nocą skrzypi rzewnie
    i w górze jest jak czujne zwierzę,
    co martwym okiem liczy czas.
    Niewiele wiem jak ty zapewne:
    Miasto, Nocrzeka przepływa miastem moim,
    a nad nią z brązu postać stoi
    i domy z prawej, domy z lewej,
    w których o twarzach nam podobnych
    w pościelach leżą, oczy mrużą
    ludzie znużeni jak obłoki
    w sen zapatrzeni niby w lustro.
    Lecz inny dzień: Ptakzgiełkliwą mową
    pchają lot ptaka, jeśli czasem
    odważy się i skrzydłem bosym
    dotknie tej ziemi. Wciąż miarowo
    noszą swe ręce zaciśnięte
    przy ciałach sennych i nad głową
    nie widząc planet nieforemnych
    depcą rośliny bardzo piękne,
    odmienne kształtem od fal ziemi.
    Niewiele rzeczy martwych znam:
    w mieście jest ogród barwnych lamp,
    świergoce trąbka, tramwaj syczy
    i w salach pełnych świateł różnych
    pieni się jadło tajemnicze
    i błyska metal głośnych muzyk.
    Są światy dwa i znasz je także:
    wystarczy rzęsą oczy przykryć,
    a widać tło błękitne, gwiazdę
    wysoko nad nim, ruch zieleni
    nad tajemniczym ptaków krzykiem.
    Więc ciałem rosnąc jak korzeniem
    przystajesz nad krawędzią jawy
    i ruszasz wargą jakbyś śpiewał,
    a milczysz przecież, serce ważysz
    miłości pełne i zdziwienia.
    Jak łatwo w świecie tym ogarnąć
    potrafię ciebie, słowo słyszę,
    jak słyszysz ty, gdy ciemną wargą
    spływa wysokie i ogniste.
    Bez nieba jest królestwo drugie,
    które wydało mnie i głos.
    Naftowe wieże srebrnym łukiem
    błyskają tutaj, fabryk łańcuch
    o wieżach sztywnych jak o palcach
    przeciera chmury. Niby kos
    na prostych torach pociąg gwiżdże
    i czesze senną, lekką grzywę
    na drutach silnych. Gdy popatrzę
    jak dym przewija się i pasma
    obłoków giną w trawach krótkich,
    to jest jak we śnie, gdy ręka ruchem
    niewiedzy pełnym obok szuka,
    kiedy za oknem jak ampułka
    świeci latarnia. Ciemne brwi
    uchodzą wtedy jak jaskółka
    i ciało ciągle nieruchome
    jest jak ciosany nocą płomień
    w złudzeniu tym.
    Jedna jest ziemia, która niesie
    ciebie i mnie, i jedna młodość;
    w niej nauczony lęku — pięści
    wznosiłem krnąbrne ponad głową
    i w szczęk żelaza zasłuchany
    mijałem dzień po dniu jak krzyże
    jak ty — podniesiesz na mnie kamień
    lub rzucisz z wzgardą ziemi grudę.
    Kochałem tak jak ty zapewne,
    ale mi serca dano skąpo
    na miłość moją niepotrzebną,
    bowiem stawały nad epoką,
    której imiona dajesz teraz
    olbrzymia śmierć i przerażenie.
    Nie żebym uląkł się lub płakał,
    nie żebym czekał już skazany
    na trwałość kruchą — szukam w gwiazdach
    zarysu twego. Między nami
    jak dłonie dwie złączone są
    pamięci nasze i miłości,
    a jeden tylko wspólny dom,
    który nade mną w tobie rośnie.
    Piszę — jak grabarz dół wybiera
    na ciała bezruch, dłoni rozpacz
    i słowo małe staje nieraz
    jak krzyż lub wieniec. Jeśli zostać
    dane mu będzie — ręka twoja
    otworzy je i sercem spełni,
    a czas, co młodość ku jesieni
    przechyla twardo — twarz wywoła
    kamienną już i nocną wiecznie.
    I teraz noc. Dalekie niebo
    jaskrawe krzyczy niby paw.
    Wysoka świeca jak ołówek
    na stole moim. Ojca twarz
    w żałobnej ramie… Szeptem mówię
    a wiem, że głos mój silny nazbyt
    wysoko idzie. Uśmiech gwiazdy
    miłości pełen i ironii
    niedbałym cierniem wokół skroni,
    i cisza, w której śpiących oddech
    nasila się, fujarką ciecze,
    źrenicom zwartym każe odejść
    na krawędź rzeczy nieczłowieczej.
    Kiedy spłowieje chmury brzeg
    zahuczą dzwonki i weselne
    młyny potoczą koła swe,
    błazen zapieje, skrzypce pełne
    melodii będą. Śpiew i gwizd
    poniesie człowiek w przestrzeń znaną
    i swej ojczyzny wierny syn
    rozkoszy sennej odda ciało.
    A blisko — mur omszały chroni
    spokoju tych, co dłoni wierząc
    i miłość mierząc ostrzem broni
    upadli w piasek twarzą szczerą.
    Szyderczy krzyż imiona proste
    ocienia chętnie; jeszcze słychać
    bojowy marsz i bliski pocisk,
    co grobem był im i kołyską.
    Szeroki obłok drogą sunie,
    szczękają osie, bagnet wąski
    jak obłamany cierń gałązki
    nad ramionami drży i błyska
    i pieśń radosna w gęstej łunie
    ma gniazdo trudne i nazwisko.
    Ten czas, ta noc, ta ziemia czarna
    potrafi zwodzić, serca grono
    zaciskać mocno jak ty wargę,
    która znów słowo da potomne.
    Jesteś jak ja zapewne: czas
    opływa lekko ciało twoje
    jak rybę szybką; oczy masz
    pojone światłem, co koronę
    wijąc nad ziemią twą przemija.
    Może jak ja w swej dłoni chwilę
    dymiącą pieścisz, w pierś kierujesz
    człowieka, który mową dziwną
    na krzyżach także imię pisze.
    I może ty znów nad ojczyzną
    posępny szlak pocisku widzisz
    i drzewa kształty jak szubienic
    skrzypią ci groźnie, ostro lśnią,
    a serce dzwoni jak zły pieniądz,
    gdy patrzysz chmurnie poprzez noc.
    A wtedy kochać ci wypadnie
    niewielki obszar, gdzie piramid
    malutkie grudki leżą na dnie,
    a z wierzchu zwiędły kwiat lub kamień.
    A wtedy — mierząc sercem skąpym
    swój krok i słowo już daremne
    podasz jak laur dłonie obie
    i kochać będziesz razem ze mną.
    Kondycja ludzka, Czas, PrzemijanieCokolwiek pieszczą dłonie nasze
    niewierne jest: czy liść czy woda
    przecieka poprzez palce; twarz się
    odsuwa bliska w cienie gęste
    i tak odsuwa się nam młodość
    i radość prosta, że jesteśmy.
    A wtedy tęsknić nam wypadnie
    i patrzeć w czas jak w księżyc wsteczny,
    gdzie płomień huczał, broni granie
    głuszyło szmer i brzóz i leszczyn,
    a wtedy chmur ponury krąg
    będzie nam dziwny, bo nieznany,
    gdy zamiast cienia lotnych maszyn
    objawi się pogodny gołąb
    i księżyc w trawach niby dłoń
    co niegdyś hełmem wieńczył czoło.
    Tak będzie tylko. List, Czas, WojnaMiasto, w którym
    do ciebie piszę — stoi ciemne,
    choć zwykłe słońce liże mury
    spryskane pismem krwi daremnej.
    Człowiek przechodzi tam niewielki
    i oczy zwraca żalem zbrojne,
    jak ja do ciebie poprzez wieki
    bezbronne słowo i opowieść.
    Oto na papier mój upada
    jak ćma lub niewiadomy komar
    brzęczenie stali. Ślepy granat
    usta położył na powietrzu
    i ten jest śpiew, co uczył wcześnie
    miłości mojej i pokory.
    I ta jest wiedza we mnie mocna
    i ten jest tylko chudy śpiew:
    fujarką był mi grom i pocisk
    i ogień barwił krzepko sen.
    I spełnić więcej się nie może,
    bo to już kres i płynność wieczna.
    Stalówki mojej sine ostrze
    jak serce trwanie me określa —
    i znowu noc. Powieka spada
    jak trumny wieko, pióro zaś
    wysmukłym krzyżem w palcach rośnie
    i ledwie błyska ciemna gwiazda
    jak odblask niklu albo kości.
    W tym kraju smutnym pełnym gwiazd
    samotne trwanie, młodość chrobra
    i sen pod pługiem, co jak orła
    złamane skrzydło idzie nisko.
    Dalekie niebo się nachyla
    i ufnie błyska lot motyla
    lecz człowiek ręce nie jak skrzydła,
    a broń śmiertelną z sobą dźwiga.
    I nigdy ust nie zmieni w skrzypce,
    a oczu w światło. Ogień czysty
    na bark męczeństwo, serca trwogę
    przyjmuje w siebie. Własny portret
    wśród chmur spalonych siarką widzi.
    I wtedy spada jękiem miedzi
    mozolne słowo, warga puchnie
    jak mnie, choć znowu szeptem tylko
    do ciebie mówię.
    I wiem, że chyląc głowę trudną
    nad liter bruzdą — widzisz jeszcze
    mój obraz: idę przez powietrze,
    a za mną miasto moje idzie.
    Niebiosa górą, echo trąb
    i mocny oddech tych, co śpią
    podwójnym trwaniem: pierwsze chroni
    omszały mur za stosem broni,
    a drugie — pościel biała spiętrza.
    Ten czas, ta noc i ja bez miejsca
    nad tobą ważą się i uczą:
    ostatni sen, a boleść pierwsza
    i słona miłość nad ojczyzną.
    I znowu noc i ziemia jedna
    powiąże nas. Na stole moim
    warkoczem jasnym cichnie świeca
    i dom nade mną cicho stoi,
    a z głębi czarnej, jakby z mieszka
    wychodzą światy. Starczy oczom
    powieki małej, aby tło
    powstało jasne, gwiazdy szpon
    i nierozumny krzyk stworzenia.
    Niewiele wiem jak ty zapewne:
    idziemy razem patrząc czujnie:
    ty — na gwiaździstym, prostym niebie
    szukasz płomienia i mnie w łunie,
    ja — odwrócony — serce pełne
    miłości smutnej niosę jak
    żołnierz mogiłę pod swym hełmem
    niesie przez czas.
    Close
    Please wait...
    x