- Kobieta: 1
- Melancholia: 1
- Poetka: 1
- Sztuka: 1
Anne FinchSplinWiersz pindarycznytłum. Piotr Marcinków
1Czym jesteś, Splinie, skoro kształt swój stale zmieniasz?
Tyś Proteuszem ludzkości cierpiącej,
Która przyczyny twej szuka bez końca
I na próżno próbuje przejrzeć przez twoje złudzenia.
5Coraz to nową przybierasz znów formę:
Teraz spokojny niby Morze Martwe,
Ledwie mącone głuchym szumem zmartwień,
Nagle zrywasz się wściekle, targasz w najgorszym ze sztormów.
Czasami przyjdziesz drżący jak osika,
10By wtem wybuchnąć trwogą i paniką;
Nocą pełzną twe cienie, nad śpiącym się zbiorą,
Łóżko ciche otoczą posępnych zmór sforą
I sny złowróżbne będą sączyć w głowę smutkiem chorą;
Lub północ bije, a mimo to człowiek
15
Zmrużyć nie może ciężkich, zmęczonych dniem powiek,
A gdzie nie spojrzy, zwid na każdym kroku:
Tu zjaw dziwacznych tańczy całe grono,
Głowy ostre jak szpice rosną, dziwnym ogniem płoną,
I duchy rodzą się z mroku.
20Podobne wizje szalały w godzinę,
Kiedy Brutus (z krwią mrozem ściętą na dźwięk głosu,
Z sercem zdjętym troską o Rzymu przyszłe losy,
Zanim do bitwy ostatniej wyruszy,
Zanim senat pokłoni się przed Oktawiuszem)
25Przegrał, padł rażony Splinem.
Niesłusznie winą obarczamy ciało,
Tę formę naszą ciężką i nietrwałą,
Która — zanim grzech w swoim martwym plonie
Ciebie, ponury gościu, wpuścił do niej —
30Z duszą złączona zgodą względem siebie,
Nie więziła swej siostry, co w lotu potrzebie
Przemierzała przestrzenie swego domu w niebie.
Nigdy też, kiedy w niebie własnym mieszkał,
Gdy Człowiek w rajskim panował Ogrodzie,
35Ziemi dobrej i płodnej, gdzieś na wonnym Wschodzie,
Gdy wszystek zapach czuł na swoich ścieżkach,
Zbrojne słodycze, nim stałeś się królem,
Nie tumaniły zmysłów ani twarzy
Przykrym rumieńcem nie mogły obdarzyć.
40Teraz żonkil nam rani umysły zbyt czułe;
Mdlejąc, padamy pod aromatycznym bólem,
Aż jakiś zapach ciężki twą srogość oswoi
I rozkosz odpuścimy dla krótkiej chwili spokoju.
W każdym, kto się pod władzę twą dostanie,
45Inne wybierasz gesty i przebranie:
Tu w zagajniku przyjaciel troskliwy
Wysłuchać musi twych porad fałszywych,
Zmyślonych żali, westchnień i smutków zawile
Wyszeptywanych z błyskiem twej łzy krokodylej;
50W pospolitym zaś tłumie na ulicy
Słychać, jak głośni twoi niewolnicy
Nagłym śmiechu wybuchem zdradzają twe panowanie.
Twoje miazmaty dręczą też zaborczą żonę,
Wznosząc się z pasji gorących kłębami
55Do mózgu nazbyt chłonnego, by potem
Ciało opuścić i spłynąć z powrotem
Z oczu zamglonych i wilgotnych łzami
Wprost na serce jej męża już zmiękczone,
I w środku kłótni mąż musi się skłonić
60Ku jakiemuś ustępstwu, zawieszeniu broni;
Aż Pan i władca, co ma wszędzie bez wyjątku
Rządzić, ogłosi pokój i tryumf rozsądku,
A żona, Splinem zbrojna, przywoła się do porządku.
Głupiec, chcąc pokryć intelektu braki,
65Zmyśla, że znosić musi twe ataki —
Choć z przyrodzenia ciemny, raczej woli
Przypisać winę twej nad nim kontroli;
Bo bywa i tak, że do tego dążysz,
By umysł nawet najtęższy pogrążyć:
70Czasami człowiek o myśli jak kruszec
Nie wytrzymuje — im głupota śmielej
Króluje, choć on światu dał z siebie tak wiele,
Tym bardziej chciałby skryć się, w twoich cieniach zapaść, uciec.
PoetkaI mnie także, niestety, tak często zwyciężasz:
75Czuję twoją moc, kiedy szarpię się w twych więzach;
Czuję mojego rytmu rozpad, wiersze leżą w strzępach.
Cokolwiek widzę, widzę poprzez bielmo czarne,
I wszystko jak ty jest mroczne, koszmarne,
Me wiersze wyśmiewane, trud mój wskutek złości
80Zwany pustym głupstwem lub szczytem bezczelności:
Kiedy kroczę Muz pięknymi ścieżkami,
Kiedy w gajach sekretnych, przy tajnych krynicach
Pragnę tropić niezwykłe, odnaleźć, przemycać,
Unikając dróg prostych, znanych i zdeptanych;
85
W zgasłych jedwabiach jedyny cud róży,
Ani kolor dać śmiesznym ptakom w marnym szkicu,
Na szkle malować władcy niewyraźne lico,
Anioła z mieczem, ani mówiącą oślicę.
90Wszelakiej krzywdy jawnej możesz być patronem,
Fałszywą męża wymówką, gdy żonę
Znów odtrąca i ciszę narzuca grobową,
A dla przyjaciół zaraz uśmiech ma i dobre słowo.
Siłę twą zdradza syn Bachusa, który
95Nie może nigdy odpuścić kielicha,
Choć niby tylko troski twe odpycha,
Szczęścia godzinę kradnie z szeregu ponurych
I królestwo twe topi w strumieniach purpury.
Gdy kokietka, o której każdy głupiec śni w nocy,
100W swej niestałości pozna kartę silną,
Maski wnet umie wymieniać dowolnie:
Z psotnej przed chwilą, próżnej i frywolnej
Staje się nagle cichą i melancholijną,
Stosy błędnych, gorących iskier sypią jej oczy,
105Jej postura niedbała, odchylona głowa,
Twarz zamyślona i opanowana,
Znaczą, że smutek wielki w głębi duszy chowa,
Fircyk zaś widzi jasny sygnał do działania,
Więc powód badać pocznie pan grzeczny i uroczy;
110Powodem jest, w istocie, ciężki brak rozumu,
Choć Splin wskażą, nie widząc w nim znoszonego kostiumu.
Lecz to nic więcej niż tanie spektakle
W gorzkim teatrze i jarmarczne sztuczki,
Które powstały z myślą o maluczkich;
115Prawdziwą zgubę niosą skutki potężniejszych zaklęć.
Przez ciebie Wiara, która winna przecież
Wszem ludziom przynieść światło na tym świecie,
Tonie w ciemności, zmącona do szczętu
Trwogą, strachem przed karą, sumieniem zawziętym
120I kolejnym zakazem wypaczonym z tekstów świętych.
Nie kosztuj, nie dotykaj — to obrazoburcze
Słowa, które wmawiasz nam przeciwko szczodremu Stwórcy.
MelancholiaZwiodłeś ich swym fałszem, przez ciebie oniemieli,
Wygnani na pustynię lub do ciemnej celi,
125Złudzeni świątobliwi — chociaż większym zgoła
Trudom na chwałę Bożą mogliby podołać,
Twoimi są sługami, Splinie, i twego kościoła.
Na nic nam nauk i sztuk szeroki dorobek,
Na nic nam leki i wszelkie sposoby,
130Na nic nam z liści indyjskich napary
Lub ze zmielonych, ciemnych Wschodu ziaren,
I zrozpaczonym na nic ciężkich win pełne puchary.
Na nic harmonia, bo choćby bez końca
Dźwięk fletu chłonąć lub struny potrącać,
135Harmonia nigdy nie odniesie skutku;
Tęskna melodia tylko złagodzi cię w smutku,
A ton radosny porwie w ekstazę zbyt krótką.
Mimo lekarza rosnącej fortuny,
Mimo że zwiększa swój dochód obficie
140Doktor po każdej kolejnej wizycie,
Bada, w głowę zachodzi – wciąż nic nie rozumie.
I nawet Lower
[1] wykształcony ściśle
Twej przyczyny nie poznał ani w rozkrojonym
Ciele nie znalazł dziur, gdzie nieproszony
145Gnieździłeś się, żerując na ofiary swej umyśle.
Pewien, że w końcu kropla każdą drąży skałę,
W pracy nadludzkiej strawił lata całe,
Już myślał, że cię dorwał — a to ty jego dorwałeś
I jak więzień, niewolnik w pełni wierny tobie,
150Zduszony twym łańcuchem, zniknął martwy w ciemnym grobie.