Wolne Lektury potrzebują pomocy...



Wolne Lektury są za darmo i bez reklam, bo utrzymują się z dobrowolnych darowizn i dotacji.

Na stałe wspiera nas 376 czytelników i czytelniczek.

Niestety, minimalną stabilność działania uzyskamy dopiero przy 1000 regularnych darczyńców. Potrzebujemy Twojej pomocy!

Tak, dorzucę się do Wolnych Lektur!
Tym razem nie pomogę, przechodzę prosto do biblioteki
Oferta dla Przyjaciół

Przyjaciele Wolnych Lektur otrzymują dostęp do specjalnych publikacji wcześniej niż inni. Zadeklaruj stałą wpłatę i dołącz do Towarzystwa Przyjaciół Wolnych Lektur. Kliknij, by przejść do strony płatności!

x
  1. Alkohol: 1 2
  2. Bogactwo: 1 2 3 4
  3. Bohaterstwo: 1 2
  4. Bóg: 1
  5. Broń: 1
  6. Bunt: 1
  7. Buntownik: 1
  8. Choroba: 1 2 3 4
  9. Ciało: 1
  10. Cnota: 1 2
  11. Córka: 1 2
  12. Czas: 1 2 3
  13. Dobro: 1
  14. Duch: 1 2
  15. Dziecko: 1 2
  16. Erotyzm: 1
  17. Filozof: 1
  18. Głód: 1 2
  19. Gra: 1
  20. Grób: 1 2 3
  21. Grzech: 1
  22. Grzeczność: 1 2
  23. Historia: 1
  24. Imię: 1 2
  25. Jabłko: 1
  26. Jedzenie: 1
  27. Kłamstwo: 1 2
  28. Kobieta: 1 2 3 4 5 6 7 8 9
  29. Kochanek: 1
  30. Kondycja ludzka: 1 2 3 4
  31. Krew: 1
  32. Książka: 1
  33. Lek: 1
  34. Los: 1 2
  35. Lud: 1
  36. Łzy: 1 2 3
  37. Małżeństwo: 1 2 3
  38. Marzenie: 1
  39. Matka: 1 2
  40. Matka Boska: 1
  41. Mądrość: 1
  42. Mężczyzna: 1 2 3 4
  43. Miasto: 1
  44. Miłość: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10
  45. Miłość niespełniona: 1
  46. Miłość platoniczna: 1
  47. Młodość: 1 2 3 4 5
  48. Moda: 1
  49. Modlitwa: 1 2
  50. Moralność: 1
  51. Muzyka: 1
  52. Natura: 1 2
  53. Nauka: 1 2 3
  54. Nienawiść: 1
  55. Nieszczęście: 1
  56. Niewola: 1 2 3 4
  57. Nuda: 1 2 3
  58. Ojciec: 1 2
  59. Ojczyzna: 1
  60. Oko: 1 2 3 4 5
  61. Omen: 1
  62. Pamięć: 1 2 3 4
  63. Patriota: 1
  64. Pieniądz: 1
  65. Piękno: 1
  66. Plotka: 1 2
  67. Pocałunek: 1 2 3
  68. Podróż: 1 2
  69. Poeta: 1 2
  70. Poezja: 1 2 3
  71. Polowanie: 1 2
  72. Polska: 1
  73. Pomoc: 1
  74. Postęp: 1 2
  75. Pożądanie: 1 2 3
  76. Prawda: 1
  77. Prawnik: 1 2 3 4
  78. Prawo: 1
  79. Przekupstwo: 1
  80. Przemoc: 1
  81. Religia: 1 2
  82. Rewolucja: 1 2
  83. Rodzina: 1
  84. Rozkosz: 1
  85. Rozum: 1
  86. Samotność: 1 2
  87. Seks: 1 2 3
  88. Sen: 1 2
  89. Serce: 1 2
  90. Sława: 1 2 3 4 5
  91. Sługa: 1
  92. Smutek: 1 2
  93. Starość: 1 2
  94. Strój: 1 2 3 4 5
  95. Sumienie: 1
  96. Szaleństwo: 1 2
  97. Szczęście: 1 2 3 4
  98. Sztuka: 1
  99. Ślub: 1
  100. Śmiech: 1 2
  101. Śmierć: 1 2 3 4 5 6
  102. Śmierć bohaterska: 1 2
  103. Tajemnica: 1
  104. Taniec: 1
  105. Tłum: 1
  106. Trup: 1
  107. Ucieczka: 1 2 3
  108. Vanitas: 1 2
  109. Walka: 1 2
  110. Wiara: 1 2
  111. Władza: 1 2 3
  112. Woda: 1 2
  113. Wojna: 1 2 3 4 5 6
  114. Wolność: 1 2 3
  115. Wódz: 1
  116. Zazdrość: 1 2 3
  117. Zdrada: 1 2 3
  118. Zemsta: 1 2
  119. Żona: 1 2 3

Nawet, gdy ktoś dziecko o haniebny > Nawet, gdyby ktoś dziecko o haniebny (bł. rytmu)

mię > mnie (z wyjątkiem pozycji rymowej)

Błąd źródła: szlachetnyh > szlachetnych

George Gordon ByronDon Juantłum. Edward Porębowicz

…ja nauczę głazy,
Jak mają walczyć przeciwko tyranom.
Niech świat wie, czyśmy nie mieli odrazy
Do tronów, tę pieśń przyszłym ziemi panom
Przekażę; niech się dowiedzą, co przebył
Ten nasz glob, kiedy jeszcze wolny nie był.

Pieśń Ósma

Pieśń pierwsza

I

Szukam nie lada rzeczy — bohatera.
Trudne to, bo dziś coraz inny modny;
Gazeciarz czarem przygód go podpiera,
Czas waży, mierzy, odrzuca. Przygodny
Jego opieki walor spadł do zera.
Lecz jest bohater jeden niezawodny:
Don Juan, ten sam, co go na operze[1],
Może za wcześnie, czart do piekła bierze.

II

Rzeźnik Cumberland, Wolfe, Keppel, Hawke, Vernon,
Ferdynand, Burgoyne, Granby[2], innych sporo
Wzięli dań hańby lub czci niepomierną,
Jak Wellesleya na szyldy ich biorą
Kupcy. Od sławy Banko[3] wygrał terno[4],
A z nim „maciory prosiąt dziewięcioro”.
Taki Dumourier[5], taki Bonaparte
W „Kurierze” każdą uświetnili kartę.

III

Mirabeau, Barnave, Condorcet i Brissot,
Lafayette, Petion, Klotz, Danton i Marat,
A po nich Joubert, Hoche, Marceau[6] — patrz, ci są
Bohaterami; śród wojennych narad
Lannes, Moreau, Dessaix za działań kulisą
Regulowali zwycięski aparat.
Każdy z nich w parze swojej był olbrzymem,
Ale nie k'rzeczy tu ich sławić rymem.

IV

Jak Marsa[7] czcili Nelsona[8] wyspiarze,
Lecz gdy się wieko trumienne zatrzasło,
Wraz[9] oniemiała pieśń o Trafalgarze,
Słońce na grobie bohatera zgasło,
Więc wstydem płoną wilków morskich twarze;
Infanteryja[10]! — takie dzisiaj hasło.
Armii lądowej chce król całą duszą,
Howe, Duncan, Jervis, Nelson[11] w kąt iść muszą.

V

Bohaterstwo, PamięćPrzed Atrydami[12] żyli wielcy wodze,
Żyli i po nich mądrzy i zuchwali,
Lubiący kochać, bić — już nie tak srodze
Lecz że poeci o nich nie pisali,
Poszli w niepamięć; w nikogo nie godzę,
Ale myśl moja epiczna się żali,
Że mi nie świta jakieś imię duże;
Więc Don Juana wołam: Bywaj, druże[13]!

VI

Dziś epik prosto in medias res[14] wpada;
Horacy[15] zrobił to rodzajem mody.
Co się zdarzyło przedtem, opowiada
Bohater, kładąc jako epizody,
Gdy po obiedzie z kochanką zasiada
W pałacu lub się chroni pod lip chłody
Albo z nią zwiedza grotę nad ponikiem[16],
Co jest dla czułej pary gołębnikiem.

VII

Ja tej metody zwykłej nie używam,
Bo ja zaczynać lubię od początku.
Obrazów zatem na pół nie rozrywam,
Bo to jest z hańbą zdrowego rozsądku,
Ale choć tracę czas, z góry zaśpiewam,
Nie gubiąc jednej nuty w pieśni wątku.
Powiem o ojcu jego, co należy,
Następnie podam konterfekt[17] macierzy.

VIII

W Sewilli ujrzał padół śloz[18] i trudu,
Słynnej z pomarańcz i kobiet urody.
„Ten, kto Sewilli nie zna, nie zna cudu”,
Głosi przysłowie — potwierdzę dla zgody.
Najmilsze to z miast hiszpańskiego ludu,
Jedyny Kadyks idzie z nim w zawody.
Z okien pałacu widne nurty i wir
Rzeki szlachetnej, zwanej Gwadalkwiwir.

IX

Ojciec, Don José, był złożony modłą[19]
Dawnych hidalgów[20]; rodu mu nie kalał
Nigdy Żyd ani Maur; krew miał niepodłą,
Gocką; szczep gocki wczas Hiszpanię zalał[21],
Dzielniejszy rycerz nie siadał na siodło
Ani się z siodła na ziemię nie zwalał
Niż José, co nam spłodził bohatera,
Co… lecz niech naprzód pieśń się nie wydziera.

X

Kobieta, NaukaMatką mu była uczona niewiasta,
Nad każdym studia odbywała kwiatkiem,
Gdzie jaki z gleby chrześćjańskiej wyrasta.
Prócz cnót dowcipem zachwycała rzadkim,
Że się dziwiła nawet mędrców kasta
I nawet zacni wzdychali ukradkiem,
Że blaskiem swoim tak ich w cienie chowa
Uczona własną sztuką — białogłowa.

XI

Deklamowała biegle na wyrywki
Kalderonowe[22] dzieła i Lopeza[23];
Gdyby na scenie aktor zabył śpiewki,
Podpowiedziałaby doña Ineza,
Przybladłby przy niej Fajnagiel[24], choć krewki.
Umiejętności kram strącił do biesa;
Słaby był jego kunszt mnemotechniczny[25],
By wyhodować taki okaz śliczny.

XII

Najmilszy był jej dział Matematyki;
Wspaniałomyślność — cnota z cnót wybrana;
Żart — żartowała czasem — jak z Attyki[26];
W mowie subtelność, mgłą grubą owiana;
Słowem — była tym, co wszystkie języki
Zwą: „Dziwo”. W dymkę[27] stroiła się z rana;
Na wieczór: zimą w jedwab, latem w gazę.
Nie chcę, by zmysły miały stąd obrazę.

XIII

Z łaciny znała Pater noster[28] w treści;
Alfabet grecki — przez pół oczywista;
Czytała czasem francuskie powieści,
Lecz pronuncjacja jej nie była czysta,
Dla kastylskiego nie żywiła cześci[29],
A wymawiając nim, bywała mglista.
Co myśl — sentencja, co słowo — zagadka,
Jakby w mroczności tkwiła wyższość rzadka.

XIV

Znała angielską i hebrajską mowę,
Twierdziła, że są zbliżone akcentem;
Z Bibliji miała dowody gotowe;
Sądzę, jakkolwiek profan w Piśmie świętem,
Że jej wywody są trafne, wzorowe,
Gdy potwierdzone Starym Testamentem.
Hebrajskie słowo, co „Jam jest” oznacza,
W angielskim się w przekleństwo przeistacza.

XV

U innych język — tu mówiły lica;
Słuchacze z jej ócz, z jej brwi morał pili;
Była to samorządna pracownica
Ziemi, jak opłakany Sam Romilly[30],
Ów praw wykładacz i państwa strażnica,
Co samobójstwo spełnił chyba w chwili
Bezwiedzy; dowód, jak na świecie znika,
Co się urodzi. (Sąd orzekł: „Miał bzika”).

XVI

Mógłbyś rzec: Była chodzącą rachubą
Lub panny Edgeworth[31] powieścią wcieloną,
Lub pani Trimmer[32]: Wychowania próbą
Dziełem: Kawaler w pogoni za żoną.
Zawiść myszkując zawiodłaby się grubo,
Bo doña Inez była nieskażoną.
Choć się „niewieści grzech” dziś w świecie sroży,
Ona bez grzechu była — co najgorzej.

XVII

Ach! czystsza była niż łabędzie puchy
I niż dewotek naszych święte grona;
Tak z dala od niej stały piekieł duchy,
Że nawet anioł stróż odjął ramiona.
Stateczne były u niej wszystkie ruchy
Jak w czasomierzach sławnych Harrisona[33].
Na ziemi z cnotą jej nic nie szło w parze,
Chyba twa „cudna maść[34]”, o Makassarze!

XVIII

Ach! doskonała… lecz że doskonali
Ciężarem nudnym są nędznego świata,
Gdzie Adam z Ewą kochania nie znali,
Aż się zamknęła dla nich rajska krata,
Bo wprzód bez chuci żyli cisi, biali…
Co oni robić mogli przez te lata?
ZdradaDon José, jako prawdziwy syn Ewin[35],
Prócz żony zrywał jabłka z różnych drzewin.

XIX

Don José był to człek, jakich niemało;
Wiedzy nie lubił, więc nie był uczony;
Chciał iść tam, gdzie mu właśnie się zachciało,
Nie dbając, że to przykre jest dla żony.
Świat, co rad zawsze, gdy się co źle stało,
Gdy dom się wali lub się chwieją trony,
Wykrył dwie struny zbytnie w jego lutni;
— Wystarczy jedna do domowej kłótni.

XX

A doña Inez w takiej zalet krasie
Bardzo ceniła cnót swych idealność,
Toż przeniewierstwo męża znieść?… A zasię[36]!
Święta — to prawda — była jej moralność,
Lecz czasem w sercu diabeł bruździł — zda się,
Bo, z przywidzeniem rzeczy dotykalność
Mieszając, chwili nie straciła żadnej,
By pana męża wpędzić w potrzask zdradny.

XXI

A do złapania nietrudny małżonek,
Co grzesząc, z boku nie postawi straży.
Najbieglejszemu, choćby jak postronek
Prężył uwagę, despekt[37] się wydarzy,
Że mu na głowę spada nagle trzonek
Wachlarza żony, który ciężko waży,
Bo dłoń żonina nim jak szablą władnie,
Zaś mąż nie dojrzy ciosu, aż nań spadnie.

XXII

MałżeństwoBłąd jest, gdy panny uczone wychodzą
Za ludzi, którzy nie mają oświaty;
Za panów, którzy choć „dobrze się rodzą”,
Ale ich nudzą poważne debaty.
Przestrogi moje skromne w nic nie godzą,
Ja jestem prosty człek i nieżonaty…
Lecz — mężu mądrej żony, szczerze powiedz,
Czy was nie wodzą jak gromadę owiec?

XXIII

W domu słyszano czasem głośne swary;
O co? Przesadzał się w badaniu śmiałem
Młody i młoda, i stara i stary;
Źle, że nie dbali tak, jak ja nie dbałem.
Wścibstwem się brzydzę; grzech to godzien kary;
Jeżeli kiedy czym skromnie błyszczałem,
To, żem łagodził mych przyjaciół sprzeczki,
Sam pozbawiony kłótliwej żoneczki.

XXIV

Chciałem i między nami zrównać przedział.
Chciałem — Bóg świadkiem; oni po kryjomu
Szydzili ze mnie, chyba w nich czart siedział!…
Dla mnie nie było nigdy „państwa w domu”,
Choć mi na ucho odźwierny powiedział…
Mniejsza już o to — lecz doznałem sromu[38],
Bo mały Juan na głowę mi wylał
Kubełek pomyj, gdym się z drzwi wychylał.

XXV

DzieckoLadaco z wiechą pokędzierzawioną,
Diablik skaczący do nocy od ranka;
Rodzice zawsze w zwadzie, w jednym pono
Zgodni: w pieszczeniu małego szatanka.
Ojciec rozsądny, miast się kłócić z żoną,
Do szkoły posłałby młodego panka
Albo go w domu zapoznał z brzeziną;
Chłopiec z mniej gęstą w świat by poszedł miną.

XXVI

Don José z doñą Inez tym sposobem
Wiedli czas jakiś nieszczęśliwe życie,
Pragnąc już raz się rozdzielić — choć grobem.
Dla ludzkich oczu żyli przyzwoicie,
Jako że byli dobrego wyrobem
Chowu; nikt nie zgadł, że się gryzą skrycie,
Aż ogień długo tłumiony wybuchnął
I cały sekret jawną wieścią gruchnął.

XXVII

ChorobaPani wezwała doktory, znachory,
Chcąc dowieść, że jej mąż cierpi na „głowę”.
Lecz że „lucida momenta[39]” miał chory,
Godziła się, że „serce” ma niezdrowe.
Gdy tłumaczono jej, że to pozory,
Niosła w zeznaniach dowody jałowe.
„Bóg mnie — mówiła — oskarżyć przymuszał.”
Na to eskulap[40] ramionami ruszał.

XXVIII

W dzienniczku błędy męża spisywała
I gromadziła stosy bilecików,
Skąd argumenty oskarżeń czerpała.
W Sewilli mnogich liczyła stronników,
A wśród nich babkę, co już zdziecinniała.
Wszyscy zaś dużo wyprawiali krzyków:
Inkwizytorzy, sędziowie, juryści,
Ci dla uciechy głupiej, ci z zawiści.

XXIX

A potem słodki ten ideał żony
Z taką pogodą znosił męża bole,
Jak owe dawniej spartańskie matrony,
Co nie wydały skargi, gdy mąż, w pole
Wyszedłszy — legł; nie biły w płaczu dzwony.
Chłodna, choć go kto oszczerstwem zakole,
Na męki męża z takim jasnym czołem
Patrzała, że świat krzyknął: „Jest aniołem!”

XXX

Cenić przyjaciół, choć im w oczy plwano,
To filozofia prawdziwa i czysta.
„Wspaniałomyślność” też jest piękne miano,
Zwłaszcza gdy z miana tego się korzysta.
Nigdy jej na tym grzechu nie złapano,
Co go zwie malus animus[41] jurysta[42].
Że nie jest zemsta osobista cnotą,
To prawda — ale czyż ja mam dbać o to?

XXXI

PlotkaGdy stare waśni z grobu wywołają
Skandal zwietrzały i w kłamstwa ubiorą,
To ludzkie złości roli tu nie grają;
Skandal trwa, bo się stał tradycji zmorą.
Naszym czcigodnym przez kontrast umają
Czoło, moralność zyska w dziesięcioro.
Wiedza się przez to zmartwychwstanie wzmoże:
Skandal jest dobry pod sekcyjne noże.

XXXII

Zadyszeli się w pojednawczym dziele
Znajomi; krewnym poszło jeszcze gorzej
(Doprawdy, iż się sądzić nie ośmielę,
Komu w tym razie powierzyć „ład boży”,
Czy krewni lepsi, czy też przyjaciele);
Juryści chcieli rozkucia obroży
Ślubów — lecz ledwo wzięli pierwsze raty,
Nagle don José odszedł w lepsze światy.

XXXIII

Umarł — w wyborze pory niełaskawy,
Bo, ile mogłem wyczuć ze wskazówek
Biegłych, co znali już podobne sprawy,
Z szeptów ostrożnych, mrugań i półsłówek,
Śmierć jego proces przerwała ciekawy,
A co smutniejsza — spędziła z placówek
Mieszczańskich uszu czaty, co z tej racji
W wielkiej zaczęły się wznosić sensacji.

XXXIV

Ach! umarł — a z nim razem pogrzebiono
Opinię tłumów, jurystów zasługi;
Pałac sprzedano, służbę rozpędzono;
Żyd zabrał jednę z kochanek, przy drugiej
Ksiądz został — tak mi przynajmniej mówiono…
Gdym pytał, co mu przerwało niedługi
Żywot, eskulap rzekł: Febris quartana[43].
— Żonie w sumieniu pozostała rana.

XXXV

Zresztą don José był dobre człeczysko;
Staję w obronie, bom go dłużej badał;
Więc nie wystawiam go na pośmiewisko
Ni o słabostkach będę rozpowiadał.
Wprawdzie przekraczał czasem stanowisko
Przyzwoitości, żądzami nie władał,
Jako ów Numa, Pompiliuszem zwany[44],
Ale — żółciowy był, źle wychowany.

XXXVI

Choć pamięć jego dzisiaj nic nie waży,
Biedny on! Nieraz ból mu dojął srogi.
Przyznaj, hart ducha najtęższy się zwarzy
W dniu jak ów, kiedy wstąpił w domu progi
I u zwalonych, sierocych ołtarzy
Stanął… skruszone łkały u nóg bogi.
ŚmierćWybrać musiało serce tkliwe, dumne
Śmierć albo sprawę w sądach — wzięło trumnę…

XXXVII

Bez testamentu zmarł. Ustawą prawną
Juan wziął proces, domy, lasy, pola,
W spadku; pod ręką opiekunów wprawną
Ogromne zyski rokowała rola.
Regencję matka objęła — jak dawno
Uświęca zwyczaj i natury wola:
Synek jedynak z rąk jedynej matki
Wyjdzie rozsądny, uczony i gładki.

XXXVIII

Najmędrsza z niewiast i wdów zapragnęła,
By Juan wzorem był dobrego tonu.
Nie godnyż, by się przed nim szlachta gięła?…
(Ojciec z Kastylii był, a z Aragonu
Matka). W rycerskie go szeregi pchnęła;
W wypadku wojny miał się trzymać tronu.
Uczył się rąbać, strzelać, jeździć konno,
Brać szturmem bramę forteczną, zakonną…

XXXIX

Lecz jeden, imperatywnej natury,
Punkt ponad inne wzniósł się punkty walne.
Zapowiedziała pedagogom z góry,
Że wychowanie ma być skroś moralne;
Nauka, MoralnośćWszelakie książki przez rodzaj cenzury
Miały przejść, zanim stały się czytalne,
Z wszystkich gałęzi wiedzy Juan młody
Mógł szczknąć prócz jednej: nauki przyrody.

XL

Wszystkie języki, zwłaszcza starożytne;
Wszystkie nauki, zaś metafizyczne
Specjalnie; sztuki, mające zaszczytne
W dziedzinie piękna miejsce — nie uliczne.
Te wiadomości były dlań aż zbytne,
Lecz omijano rzeczy skandaliczne:
O ras przerództwie ni najmniejszych wzmianek,
By się — broń Boże! — nie zepsuł Juanek.

XLI

Klasyczne studia bruździły okrutnie,
Bo był w nich Jowisz[45], Mars[46], Juno[47], Wenera[48],
Co zbytkowali w miłości wierutnie,
Lecz bez staników, majtek et cetera[49]
Ochmistrze wiedli z doñą częste kłótnie,
Aby ocalić z Wergilim[50] Homera[51],
Często musieli użyć apologii,
Bo nie cierpiała Inez mitologii.

XLII

Owidiusz[52] raptus — znać to w każdym słowie;
O skromność nie jest Anakreon[53] dbały;
Katullus[54] rzadko coś grzecznego powie,
Nawet w Safonie[55] nie tkwią ideały,
Choć Longin[56] twierdzi, że w hymnów osnowie
Szczytniejszych wzniesień oczy nie widziały.
Czysty jest Wergil, ale gdzież miał rozum,
Gdy pisał: Pastor Corydon formosum[57]?

XLIII

Lukrecjusz[58], brzydki dla swojej niewiary,
Młodym żołądkom nie da zdrowej strawy;
Juwenal[59] — wierzę — miał czyste zamiary,
Lecz użył środków złych dla zacnej sprawy.
W szczerocie myśli nie zachował miary
I gruby, szorstki jest, nawet plugawy,
A już chcę wierzyć, że nikt nie pochwala
Nieprzyzwoitych wierszyków Marcjala[60].

XLIV

Z najlepszych wydań uczono Juana;
Takie przez biegłych trzebione wydanie
Mądrze uchyla sprzed oczu młodziana
Jaskrawsze zwroty; lecz że obrzezanie
Kaleczy szpetnie skromnego kapłana
Muz i żal widzieć go w tym smutnym stanie,
Wyimki swoje notują w przypisku,
Tak spis obscoenów młodzieniec ma w zysku.

XLV

W indeksie razem wszystkie zgarniesz dłonią,
Miast je jak ryby zganiać do więcierzy[61];
Stoją w szeregu jak wojsko pod bronią,
Gotowe potkać się z rzeszą młodzieży,
Aż mniej surowi wydawcy je zgonią
I każdy ustęp wsuną, gdzie należy,
Nie chcąc, by stały tak nagością widne
Jako w ogrodach boginie — bezwstydne.

XLVI

Mszał — familijny skarb — jak wszystkie mszały
Oraz kościelne książki, daty starej,
Był malowany po krawędziach cały
W figlarne grupy; a już nie dam wiary,
Żeby ktoś, patrząc, jak się całowały
Owe osóbki, zwracał okulary
W tekst książki; toteż matka, myśląc zdrowo,
Wzięła ją sobie, a on — dostał nową.

XLVII

Musiał Juanek oczyma, uszyma
Badać homilie, kazania, żywoty
Złotoustego Jana[62], Hieronima,
A czynił owe studia bez ochoty.
Jak się dochodzi wiary, jak utrzyma,
Augustyn[63] bieglej od onej hołoty
Pogańskiej prawi w Wyznaniach tak lubo,
Że jego grzechy wydają się chlubą.

XLVIII

Było to chłopca dzieło ulubione;
Muszę jej oddać hołd wedle zasługi
Za cne zamiary — urzeczywistnione.
Miała go zawsze na oku; gdy sługi
Brała, to stare; gdy przyjęła bonę[64],
To nie znalazłbyś równie brzydkiej drugiej,
Tak zabiegała już za nieboszczyka,
Na wzór mężatkom, roztropna podwika[65].

XLIX

Juan tymczasem rósł piękny jak kwiatek;
Miluchny chłopczyk z jedenastym rokiem
Już zapowiadał, że za kilka latek
Zaćmi spółczesnych męskości urokiem.
Uczył się, sił miał młodzieńczych dostatek,
Zdał się do nieba iść stanowczym krokiem,
Bywało, pół dnia w kościele przepędza,
Pół w gronie matki, mentora i księdza.

L

W szóstym — jak rzekłem — czarujące dziecię,
W dwunastym piękny chłopiec, choć za cichy.
W dzieciństwie był jak młody wilczek; przecie
Tak go głaskali, aż oskromniał z pychy;
Myśleli: dobrze, gdy się żywość zgniecie
W chłopcu; potulny zdał się i uśmiechy
Wywabiał matce na twarz mędrzec mały;
Tak był stateczny, roztropny, wytrwały.

LI

Czy był? Wątpiłem; jeszcze mi wątpliwe
Dzisiaj; nie bój się! złe stąd nie wypadnie,
Znałem Joségo, a mam przenikliwe
Oko — lecz bardzo byłoby nieładnie,
Wnioskując z ojca o synu, złośliwe
Czynić uwagi; z żoną żył nieskładnie,
To prawda; ale zgorszeniem się brzydzę,
Obmowy nawet w żarcie nienawidzę.

LII

Więc nic nie mówię — nic; nawet jedynym
Domysłem nie chcę cię, słuchaczu, męczyć,
Lecz gdyby Pan Bóg obdarzył mnie synem
(Że nie obdarzył, pragnę się wywdzięczyć),
Nie robiłbym go, jak ona — rabinem,
Nad katechizmem nie kazałbym ślęczeć,
Nie — nie! — posyłałbym chłopca do szkoły,
Gdzie sam zbierałem wiedzę, jak miód pszczoły.

LIII

Kwitnież tam wiedza! Nie chcę się nadymać
Z tego, com zyskał; com zyskał — pominę.
Nie wszystko wprawdzie zdołał mózg poimać[66],
Daremnie kułem grekę i łacinę;
Od innych za to nie mogłem się wstrzymać
Studiów — nie powiem jakich — język zwinę.
Jestem kawaler, ale śmiem wnioskować,
Że syna trzeba całkiem nie tak chować.

LIV

Młodość, MatkaRok już szesnasty Juanowi mijał.
Przystojny, żywy, młodością wiośnianą
Wiotki, lecz silny, jak dąb się rozwijał,
Każdy prócz matki dawał mu już miano
Mężczyzny; jej zaś mało nie zabijał
Gniew, gryzła wargi, kiedy tak go zwano,
By nie wybuchnąć, bo dojrzałość wczesna
Była w jej oczach rzecz bardzo bezczesna[67].

LV

Śród przyjaciółek wielu naszej donny,
Dla[68] pobożności cennych i rozsądku,
Jaśniała doña Julia. Byłby płonny
Zamiar w porównań różnych kreślić wątku
Piękność, co była dla niej tym, czym wonny
Pyłek dla kwiatka, a ciepło dla wrzątku,
Czym dla Amorka łuk, pas dla Wenery…
(To porównanie chroma[69] — jestem szczery).

LVI

Czarne jej oczy widocznie zdradzały,
Że mauretańskiej krwi zdroje w niej płyną,
W istocie różne krwi się pomieszały
— Hiszpan pogardza taką mieszaniną —
Grenady dumnej gdy runęły wały,
Boabdil[70] smętny zbiegł, zbiegli z rodziną
Przodkowie Julii nazbyt wrogom znani;
Jej pra-prababka została w Hiszpanii.

LVII

Z hidalgiem jakimś — nie pomnę pieczęci —
Wstąpiła w związki; szlachcic krew swą skalał,
Prawa szlacheckie mając w niepamięci;
Dziad jego pewno w grobie się przewalał,
Bo stara szlachta stary zwyczaj święci.
Co na mezalians nigdy nie pozwala;
Żenią też z sobą braci, siostrzenice,
Skąd świetność rodu obraca się w nice.

LVIII

I teraz ród się obrócił na nice,
Krew się zepsuła, odrodziło ciało;
Drzewo szpecące hiszpańską ziemicę
Znowu strzelistą latorośl wydało,
Przestawszy rodzić karły i karlice,
Lecz próżno chciałbym zdusić wieść rozgrzmiałą,
A wstrząsającą owej damy sławę,
Że… w dom wnosiła prawe i nieprawe.

LIX

Bądź co bądź ród ten najpiękniejszym sprostał
I piękniał jeszcze w późne pokolenia,
Aż wreszcie w rodzie jedynak pozostał,
Co miał znów jedynaczkę; bez wątpienia
Każdy zgadł, że ten szczep, który się ostał,
To była Julia; ja z tego zdarzenia
Mógłbym urobić poemat niebrzydszy;
Miała wdzięk, męża, lat dwadzieścia i trzy.

LX

OkoJej oczy (bardzo piękne oczy cenię)
Ogromne, czarne, obłoczyste, rzewne,
Kiedy mówiła, rzucały płomienie,
A nigdy dumne nie były ni gniewne,
Zawsze miłosne; czasem z nich zachcenie
Rozkoszy błysło — lecz trwożne, niepewne,
I gasło zaraz — bo hartowna dusza
Uskramia ciało i milczeć przymusza.

LXI

Lśniący włos czoło w powabnej obręczy
Trzyma, połyskiem lustrzanym nasyca.
Brwi w kształt powietrznej zginają się tęczy;
Młodości zorzą purpurowe lica
Tak przezroczyste czasem, jak z pajęczej
Tkanki, pod którą w żyłach błyskawica
Żarzy się. Słowem, twór niepospolity;
Wysmukła — krępej nie znoszę kobiety.

LXII

Niedawno śluby ją związały święte
Z mężem — niestety! — wiosen pięćdziesięci.
Myślę — a z życia mam dowody wzięte —
Że lepiej mieć dwu o dwudziestu pięci,
I znowu myślę tak: …mi vien in mente[71]
Że gdzie krew kipi i do życia nęci,
A słońce grzeje, tam wybór niewieści
Przekłada męża, co ma lat trzydzieści.

LXIII

Smutna to jest rzecz, przyznam, ale winię
Słońce; ono się tak nieskromnie jarzy,
Taki roznieca żar w człowieczej glinie,
Tak ją przypieka, grzeje, pali, smaży,
Że choć człek modli się i z postów ginie,
Zawsze tam ciało, nie duch, gospodarzy.
Co my umizgiem, nierządem prorocy
Zwą, częstsze w krajach słonecznej przemocy.

LXIV

Północne ludy skromne, jak wam błogo!
— Wasz grzech jest zimny. U was morał goni
Grzesznika bez szat na śnieżycę srogą,
Wszak w śniegu kruszył się święty Antoni.
Sędzia orzeka, jak się płaci drogo
Cnotę niewiasty; kto się wdzięczy do niej,
Skazan na grzywny; podatek nie lada,
Co jak papiery wznosi się i pada.

LXV

Don Alons — tak się zwał mąż pięknej żony —
Na swoje lata dość był zamaszysty;
Ni to kochany, ni znienawidzony,
Żył z nią, jak wiele stadeł, w zgodzie czystej,
Gdyż pobłażały sobie obie strony.
Nie mieli jednej duszy ni dwoistej;
ZazdrośćOn był zazdrosny, ale cicho siedział:
Zazdrość nie lubi, by świat o niej wiedział.

LXVI

Julia z Inezą — przyczyny nie wskażę —
Była od dawna bardzo sprzyjaźniona,
Chociaż ich gusty nie chodziły w parze,
Bo Julia wcale nie była uczona.
Ludzie szeptali (lecz to kłamstwo wraże,
Złośliwość mile łechce ludzkie łona),
Że nim don Alons z Julią stworzył stadło,
Raz dlań Inezy serce w grzech popadło;

LXVII

Że podejmując dziś starą znajomość,
Którą uczynił czas czystą jak chusta,
Względy, którymi cieszył się jegomość,
Zlała na żonę dama złotousta.
Schlebiała Julii ta względów rzekomość,
Które chwaliły don Alonsa gusta
W wyborze żony; gdy plotek do zniku
Zdusić nie mogła, użyła tłumiku[72].

LXVIII

Czy Julia na ten stosunek patrzała
Okiem sąsiadów, czyli[73] była skrzętna
W odkryciach własnych — nie wiem, nie dawała
Poznać, jakie jej w sercu biły tętna.
Może istotnie ślepa lub niedbała,
Może znudzona, może niepamiętna,
Doprawdy dziwna kobieca natura,
Kryjąca zawsze głąb duszy jak chmura.

LXIX

Znała Juanka i buziak dziecinny
Ucałowała czasem; nad przepaście
Nie wiedzie przecież taki gest niewinny…
Dwadzieścia miała lat, a on trzynaście.
Lecz wnet stosunek nastał wcale inny,
Kiedy młodzieniec liczył lat szesnaście…
Wielkie się zmiany przez lat kilka darzą,
Zwłaszcza u ludów z ogorzałą twarzą.

LXX

Ulegli nagle niepojętej zmianie:
Ona się stała skryta, on płochliwy,
Nie całowali się na powitanie,
W oczach się zjawiał wyraz kłopotliwy.
Nie można wątpić — prawda, piękne panie,
Że rozumiała zmiany nieszczęśliwej
Przyczynę Julia; lecz on miał pojęcie,
Jak ten, co łódki nie zna — o okręcie.

LXXI

Julię bo chłód ten robił bardziej miłą;
Gdy wysuwała swe paluszki drżące
Z Juana ręki, to dotknięcie było
Tak delikatnie lekkie, tak mamiące,
Iż mogła sądzić dusza, że się śniło,
A nigdy zwodnej Armidy[74] tysiące
Czarów nie kuło tak rycerzy w pęta,
Jako Juana serce — te rączęta.

LXXII

I spotykała go już bez uśmiechu,
Ale ze słodszą niż uśmiech tęsknotą,
Jak gdyby myśli, szemrzące po cichu
I pełne skargi, tuliła pieszczotą
Za to, że więzi je w serca kielichu.
Miłość, TajemnicaWszak i niewinność nie grzeszy szczerotą,
Sercu drugiemu prawdy nie poruczy[75];
Miłość obłudy już z młodu się uczy.

LXXIII

Ale się zdradza namiętność nieszczera,
Właśnie przez skrytość swą; jak czarne chmury
Zwiastują dziką burzę, tak przeziera
Namiętność przez ócz zamglone lazury
I w jakąkolwiek szatę się ubiera,
Jest zawsze jednej, obłudnej natury.
Chłód, duma, niechęć lub szorstkość bolesna,
To jest jej maska, zazwyczaj niewczesna.

LXXIV

Były westchnienia głębsze, bo tłumione,
Słodka w kradzionych spojrzeniach nieśmiałość,
Rumieńce wstydu za niepopełnione
Winy; przed zejściem[76] lęk, z rozejściem żałość.
Wszystko to zdradza pożądania one,
Co z namiętnością młodą tworzą całość,
Wskazując, jak to się miłość wietrznica
Zmienia w trusiątko, gdy napotka fryca[77].

LXXV

Wstrząśnione było serduszko niebogi,
Czuła, że słabnie, więc milczeć przymusza
Niesforne serce; wszak jeszcze jej drogi
Honor i duma, mąż i własna dusza.
Postanowienia czyni, pełna trwogi,
Zdolne powstrzymać nawet Tarkwiniusza,
Prosi o pomoc Najświętszej Panienki:
Ona zna radę na takie udręki.

LXXVI

Postanowiła unikać Juana,
Lecz trzeba było odwiedzić dom stary.
Siedziała, w odgłos każdy zasłuchana…
Ktoś wszedł… to pewno on… nie… ksiądz wikary!
Dziękując Marii, siedzi zadąsana
I czeka; znów ktoś wszedł… ach! nie do wiary!
Rozpacz — znów nie on. W tę noc, strach mi wielce,
Nie modliła się Bożej Rodzicielce.

LXXVII

Teraz myślała tak: Kobieta z głową
Winna pokusie spojrzeć prosto w oczy;
Ucieczka rzeczą jest niehonorową,
Więc wytrwać trzeba; wtedy nie zaskoczy
Serca wróg żaden spojrzeniem, rozmową;
A jeśli nim jest młodzieniec uroczy,
Przystojny, miły, grzeczny?… no, dość na tem,
Nigdy nie będzie czymś więcej niż bratem.

LXXVIII

A gdyby kiedy — któż zaręczy za się?
Bo diabeł nie śpi i ciągnie ku zgubie —
Poczuła, że jej serce w ambarasie
Szepce: „Ja tego chłopca bardzo lubię!”
O! to cnotliwa kobieta nie da się
Skusić, i lepsza będzie po tej próbie.
A gdyby prosił… odmówić, i basta!
— Tak czynić każda powinna niewiasta.

LXXIX

Zresztą jest miłość, co świętością poi:
Czysta, powietrzna, jak kwiat nienaganna,
O której w niebie boski anioł roi
(Na ziemi czasem roi stara panna),
W której platońska woń… „właśnie jak w mojej”
Taka myśl była w Julii nieustanna.
I ja bym myślał tak, gdybym to ja był
Tym, co posesję w sercu Julii nabył.

LXXX

Takiej miłości nie mam za zwodnicę;
Powierzyć się jej może młodych dwoje.
PocałunekPierwszy całusek w rękę, drugi w lice…
Ja się w podobne rzeczy wdawać boję,
Bo pocałunek stanowi granicę
Bezpiecznych traktów; poza nią wyboje,
Przepaści; nie chodź, bo połamiesz nogi.
Ostrzegam — kto chce, niech słucha przestrogi.

LXXXI

Miłość więc, lecz nie wychodząca z szranek,
To był jedyny cel, bardzo niewinny.
Praktyczne lekcje, które z nią Juanek
Odbywał, kiedyś przydać się powinny.
Więc przy jej oczach, co jako kaganek
Błyszczały, uczył się, przy miodopłynnej
Rozmowie, głosach bijącego łona,
Czego?… ni Juan nie wiedział, ni ona.

LXXXII

A Julia, serce hartując i zbrojąc
Tą próbą jako spiżem duszę białą,
Żądała walki, pokus się nie bojąc,
Jak gdyby była fortecą lub skałą.
Mówiła sobie, serdeczne spokojąc
Obawy, że ją bój okryje chwałą,
Ale czy w boju owym była silną,
Czekajcie! Zaraz powiem, gdy wam pilno.

LXXXIII

Plan jej niewinny zdał się i możebny;
Któż by o miłość posądzał… smarkaczy?
Nawet, gdyby ktoś dziecko o haniebny
Związek z mężatką oskarżał, co znaczy?
Gdy serce winy nie zna, niepotrzebny
Strach, bo w nim pokój panuje prostaczy.
Przecież chrześcijanie[78] palili się wzajem,
Wierząc, że za to Bóg nagradza rajem. —

LXXXIV

Gdyby tymczasem mąż umarł… Do licha!
Ta myśl by serca Julii nie skaziła
Nawet i we śnie — (tak marzy i wzdycha).
Ona by jego straty nie przeżyła!…
Ale przypuśćmy, tak inter nos[79], z cicha,
Żeby istotnie śmierć męża skosiła. —
(Inter nos, raczej entre nous[80]; Julia lubi
Myśleć z francuska — ale to rym gubi.)

LXXXV

Przypuśćmy — ta jej myśl wpadła do główki:
„Tymczasem w męskość zacznie się oblekać
Juan i będzie gotów mąż dla wdówki
Która nań kilka lat może zaczekać.
Cnota (tu kończę przypuszczań osnówki)
Nie będzie mogła bynajmniej narzekać
Na ten stosunek, bo to będzie próba
Miłości takiej, jak miłość cheruba[81].

LXXXVI

Tyle o Julii. — Do Juana pora
Powrócić. Biedny chłopiec! Nie rozumiał,
Że mu komórka jedna w sercu chora,
Czuł, jak Medea[82], jakiś zgiełk, co szumiał
W głowie i straszył, jak skrzydło upiora.
Nie odgadł bowiem, że najprostszy tu miał
Fenomen, wcale dla serca niewstrętny,
Nawet po bliższym poznaniu — ponętny.

LXXXVII

Milczący, dziki, w marzeniach ponury,
Jakby z tajemnym bólem walki staczał,
Po desperacku krył się w lasy, góry
I ranne serce w samotności maczał.
Ja także lubię las lub ciche mury,
Lecz pragnę (nie chcąc, by ktoś myśl mą spaczał)
W samotni paszą być i pełnić cnotę,
Mając w haremie pustelniczą grotę.

LXXXVIII

„Miłości! W lasów splątanej gęstwinie,
Kędy się zachwyt z bezpieczeństwem parzy,
Tam, w czarów cudnych przeważnej dziedzinie,
Jesteś boginią z ramienia i twarzy”.
Poeta, który tak pisze, nie zginie,
Ale wiersz drugi mózgi ludziom smaży,
Bo gdy z „zachwytem bezpieczeństwo” złączę,
To mi się w głowie związek słów tych plącze.

LXXXIX

Poeta tymi wyrazy wskazuje
Prawdę, co w łonie ludzkiego plemienia
Tkwi, którą każdy starszy człowiek czuje
I może o niej mówić z doświadczenia,
Że przerwą równie śniadanie się psuje
Jak miłość. Nie tknę już treści „parzenia”
„Zachwyt” jest czasem dobry — jak się zdarzy.
Lecz „bezpieczeństwo” niech stanie na straży.

XC

Don Juan chadzał ponad szklane wody,
— W sercu mu dziwne mary grały ładnie —
Lub twarz przytulał do traw dla ochłody,
Gdzie dąb na czoła brzóz konary kładnie,
Gdzie wieszcz Fantazji wychowuje płody,
Z których pożywać musisz, gdy tak padnie.
Ujdzie, gdy jakieś jądro w treści chowa
I nie jest ciemna jako Wordsworthowa[83].

XCI

Tam on (nie Wordsworth, lecz Juan) prowadził
Ze swoją wzniosłą duszą samożycie,
Aż ból, co mało piersi nie rozsadził,
Uspokoił się i ustało bicie
Serca na chwilę. Jak umiał, tak radził
Swojej niedoli, wszystko czyniąc skrycie.
I nie zważając, że rozsądek ronił,
W metafizyczność się jak Coleridge[84] wchłonił.

XCII

Młodość, MarzenieMyślał o swym „Ja”, o ziemi, o masie
Światów i gwiazd, o ich powietrznych szlakach,
W jakim, u diabła, mogły powstać czasie,
I o wulkanach, i wojennych znakach,
I wiele może liczyć księżyc w pasie,
I o balonach, i o wielkich brakach
W dziedzinie wiedzy, o górnych przezroczach —
A potem myślał znów o Julii oczach.

XCIII

Bystra źrenica w myślach tych odkryje
Wzniosłe żądania i marzenia szczytne,
Jeden się rodzi z nimi, drugi żyje
Badaniem, goniąc mary niepochwytne.
Dziwne to, gdy się młodzik z niebem bije
Myślą, czym trwają niebiosa błękitne.
Może sądzicie, że filozofował
Juan? — a gdzież tam; w dojrzałość wstępował.

XCIV

Kładł się na liście i na kwiatów puchy
I słyszał w szumach wiatru gadaninę.
Myślą przedstawiał nimfy, wodne duchy,
Jak to do ludzi chodziły w gościnę.
Tracił z rachubą czasu drogę w głuchej
Puszczy, a kiedy spytał o godzinę,
Spostrzegł, że stary czas piorunem bieży
I że do domu wróci — po wieczerzy.

XCV

Czasem go nęcił w takiej leśnej głuszy
Boscan[85] lub Garcilasso[86]; wtedy czytał,
A jak, gdy karty księgi wiatr poruszy,
Drżą, tak gdy marzeń powiew doń zawitał,
Drżały tajemne karty jego duszy,
Ni to czarownik ją w powietrze chwytał,
A potem burzom rzucał na ofiarę,
Jak przy kominku bają babki stare.

XCVI

Tak błądzi często niezaspokojony.
W kąt poszły: humor, zabawa, nauka;
Wzniosłe dumania i poezji tony
Nie wystarczają mu; on myślą szuka
Piersi, na których mógłby utulony,
Spocząć i słuchać, jak w nich miłość puka
I szuka, czego? — pamiętam po sobie,
Lecz dziś nie wydam — powiem w swojej dobie.

XCVII

Takie dumania, błądzenia po lesie
Musiała doña Julia zauważyć;
Toteż spostrzegła, że z Juanem źle się
Dzieje… lecz na to muszę się poskarżyć,
Że nie szkodziło to doñi Inezie,
Gdy pozwalała włóczyć się i marzyć;
Czy nie spostrzegła, czy nie miał kto ostrzec,
Czy mając rozum swój, nie chciała spostrzec?

XCVIII

Dziwne to, ale prawdziwe, niestety!
Mąż, na ten przykład, kiedy żona łamie
Prawa święcone kodeksu kobiety
I gdy przekracza — któreś przykazanie
(Które? nie liczę; nie przestąpię mety
Grzeczności, jaka przynależy damie),
I jeśli zazdrość w mężu się zapala,
Tym chętniej żona zrobi zeń — rogala.

XCIX

ZdradaPrawy małżonek podejrzewać musi,
Tylko że bardzo często podejrzewa
Człeka, co wcale mu żony nie kusi,
A znów jak ślepiec hańbą się okrywa,
Gdy „przyjaciela” mało że nie dusi
W uściskach, ten zaś frant, jak zwykle bywa,
Ucieka z żoną… Mąż stoi jak słupiec
I woła: „Zdrajcy!” zamiast: „O, ja głupiec!”

C

Rodzice równie czasem niedowidzą
(I najbystrzejszy wzrok tam nie poradzi);
Nie dojrzą, choć już ludzie głośno szydzą,
Kochanki Jasia lub kochanka Jadzi.
Aż tajemnicę, nad którą się biedzą,
Jakiś nieszczęsny wypadeczek zdradzi,
Matka zawodzi, ojciec klnie na czarty
Krzycząc: „Nie dzieci!” „Wyrodki!” „Bękarty!”

CI

Lecz matka była tak czujna, ostrożna
I doświadczona, że domysł odmienię;
Widać w tym tkwiła jakaś myśl pobożna,
Że wystawiała go na pokuszenie.
— Na trop podejrzeń puszczać się, rzecz zdrożna. —
Może tak — chciała skończyć wykształcenie
Lub z don Alonsa oczu zdjąć ślepotę,
Przez którą wierzył zbytnio w żony cnotę…

CII

Był to zwyczajny dzień a pora letnia.
Lato to pora bardzo niebezpieczna,
Równie jak wiosna pod sam koniec kwietnia;
Przyczyna — sądzę — leży ostateczna
W słońcu… Śmiejesz się?… Patrz! Myśl mą uświetnia
Prawda w naturze stała i odwieczna,
Że są weselsze i płodne miesiące:
Maj w heroiny jak marzec w zające.

CIII

W szóstym dniu czerwca… Dokładność nazwiecie
Przesadą, lecz ja tej przesady bronię;
Wymieniam zawsze miesiąc, rok, stulecie. —
Daty to stacje, gdzie Los zmienia konie,
Historia czyni zwrot, za czym po grzbiecie
Ludów i mocarstw pędzi w wielkim gonie,
Nie zostawiając nic prócz chronologii
I mszy żałobnych pod znak teologii.

CIV

W owej godzinie, w której dzień już kona,
A więc o siódmej albo wcześniej może,
Siedziała Julia, niby huri czczona
I usadzona gdzieś na rajskim dworze
Od Mahometa i Anakreona —
Moora, któremu niech lutnia i hoże
Pieśni triumfu grzmią, a wawrzynowy
Liść niechaj nigdy nie opada z głowy…

CV

Siedziała, jednak nie sama — albowiem…
(Brak mi o owej schadzce komentarzy,
Nic nie wiem — choćbym i wiedział, nie powiem,
Ząb językowi winien stać na straży).
Albowiem (tu mnie strach przechodzi mrowiem)…
Było ich dwoje… twarzyczka przy twarzy.
Gdy ujrzysz dwoje na takiej gawędzie,
Nie patrz; trudne to, ale mądre będzie.

CVI

Jak była piękna! Serce doświadczone
Płonęło w licach, a nie czuła trwogi;
Miłości! Mocy twe, chociaż tajone,
Silnych gną, słabych stawiają na nogi,
Często rozumnych ludzi omamione
Serca, twój powab goniąc, schodzą z drogi. —
Choć nad głęboką stanęła otchłanią,
W głębszej ufności nie zważała na nią.

CVII

Myślała o pokusach, o młodości
Chłopca, sumieniu gderzącym nieznośnie,
Zwycięstwie cnoty, małżeńskiej wierności,
O don Alonsa pięćdziesiątej wiośnie…
— Tę cyfrę muszę wpisać z konieczności;
Nic z niej dobrego nigdy nie wyrośnie,
Bo w każdej strefie, czy grzeje, czy chłodzi,
W pieniądzach dobra, lecz — w miłości szkodzi.

CVIII

Rzecze ktoś: Razy pięćdziesiąt mówiłem
Waćpanu — znak to, że go gniew unosi;
Rzecze poeta: Wierszy ukropiłem
Pięćdziesiąt — strach ci, że je wnet wygłosi;
Bandę pół-setni zawsze obejdź tyłem;
Miłość pół-wieczną prędko niemoc skosi,
Ale że miłość u dam tanią ma być,
Można za złotych pięćdziesiąt ją nabyć.

CIX

Julia chowała dla męża szacunek,
Miłość i wierność; potrzebując rady,
Wzywała wszystkich świętych na ratunek,
By ślubny pierścień zbawić od zagłady,
Oddała rozsądkowi posterunek
W sercu i tocząc tak z duszą układy,
Rękę Juana w swoją rękę wzięła
Przypadkiem — myśląc, że własnej dotknęła.

CX

Potem bezwiednie wsparła się na drugiej,
Co jej muskała kruczych włosów zwoje,
I zda się, wiodła z myślami spór długi,
Bo się odbiły w twarzy niepokoje.
Nie miała Inez przed Bogiem zasługi,
Że ostawiła tak razem — tych dwoje…
Ona, co dawniej tak Juana strzegła…
Moja by matka złemu zapobiegła.

CXI

Rączka, co rękę Juana pieściła,
Lekko, lecz tkliwie wzmocniła ujęcie,
Jak gdyby prosząc: „Weź, jeślim ci miła”.
Chciała, ot, dotknąć tylko — wierzę święcie,
Bo się platońska w niej myśl rozkwiliła,
A gdyby inne myśli w tym momencie
Powstały, to by odepchnęła przecie,
Boć to jest zdrożna rzecz zacnej kobiecie.

CXII

Nie wiem, czy uścisk go rozgrzał jak trunek…
Za to, co zrobił, winić go nie można:
Wdzięczny na rączce złożył pocałunek,
A potem myśląc, że to jest bezbożna
Śmiałość, twarz odział w rozpaczny frasunek[87].
— Miłość, gdy młoda jest, jest taka trwożna…
Ona nie mogła krzyknąć, bo ją owił
Jakby żar ognia i lica spąsowił.

CXIII

Poszło spać słońce; po niedługiej chwili
Wstał żółty księżyc. W księżycu „złe siedzi”,
A kto go nazwał „czystym”, ten się myli;
Bo słońce, chociaż pół ziemi odwiedzi
W dniu owym długim, co się z nocą sili,
Ani połowy tych psot nie wyśledzi,
Którym przez parę godzin jest przytomny[88]
Pyzaty księżyc, choć zda się tak skromny.

CXIV

Jest niebezpieczne tej chwili milczenie,
Cichość, co daje duszy przepełnionej
Moc odemknięcia się, a na uśpienie
Już nie wystarczą nocnych muzyk tony.
Blask, co jak srebro kapie na odzienie
Lasów i rzuca czar na świat uśpiony,
Wnika też w serce, spokój zeń wypłoszy,
Potem otula je w półsen rozkoszy.

CXV

Julia siedziała na pół opleciona,
Pół uchylając gorące uściski,
A całym ciałem drżeli — on i ona.
Sądziła jednak, że jeszcze niebliski
Grzech, że w czas[89] chłopca odepchnie od łona;
A tu tak dobrze… w oczach takie błyski
Rozkoszne świecą… a potem — ach! potem…
Nie wiem — żałuję już, że piszę o tem.

CXVI

O Plato! Plato! W twej dzikiej doktrynie
Wycięta ścieżka, co nią wiedzie szatan
Do piekieł; bardziej twoje brednie winię,
Gdy nimi serca miąższ bywa skołatan,
Niźli stek baśni, co z bardonu płynie
Romansopisów; tak, jesteś szarlatan
I krasomędrek; niechajże cię chórem
Okrzyczą! Jesteś ludzkości rajfurem[90].

CXVII

Głos Julii rozwiał się w westchnieniu, i tym
Samym do dalszych zwierzeń się nie nadał;
Z pięknych ócz zdrojem łzy trysły obfitym,
Jakiś nieszczęsny traf jej cnotą władał.
Ach, któż z nas kocha, nie głupiejąc przy tym?
Jeszcze rozsądek w niej z pokusą gadał,
Jeszcze wzdragała się, jeszcze siliła
I „nie pozwolę” szepcąc — pozwoliła.

CXVIII

Skarby obiecał Kserkses[91] nierozumny
Temu, kto znajdzie dlań uciechy nowe.
Iście, kto znalazł, mógł być bardzo dumny
I wybrał skarbca co najmniej połowę.
Ja jestem sobie wieszcz spokojno-umny,
Lubię miłostki (rozrywką je zowę).
Nie żądam uciech nowych, bo mi stare
Zgoła wystarczą, byle trwały w miarę.

CXIX

Rozkoszy! Wspierasz ty sprawę miłosną,
Lecz dla cię piekłu trzeba oddać duszę,
Postanowienia czynię z każdą wiosną,
Że nim rok minie, poprawić się muszę.
Lecz cóż!… Westalskim myślom[92] skrzydła rosną
I ulatują. Tym razem się skruszę,
Ni chybi; patrzaj, serce żalem łzawię
I przyszłej zimy pewno się poprawię.

CXX

Tu niech mej czystej Muzie wolno będzie….
— Nie obawiajcie się, panny i panie,
Już się nie potknie, wstyd mając na względzie,
Ale licentia poetica w planie
Wypracowanym niteczki rozprzędzie
I choć zasłużył na poszanowanie
Arystoteles[93] i jego reguły,
Przez kilka chwilek będę dlań nieczuły.

CXXI

Wolność tę oprę na błogiej nadziei,
Że słuchacz szósty dzień czerwca, co treści
Udzielił mojej wielkiej epopei,
Bacząc na bohaterów tej powieści,
Z zwykłego czasów toru wykolei
I po nim zaraz listopad umieści.
Był więc listopad; dzień nie pomnę który,
Zresztą w powieści brak nie zrobi dziury.

CXXII

Dziś o czym innym; słodko jest, gdy schodzi
Z księżycem bladym noc na modre morze…
Śpiew słychać dźwięczny z gondoliera łodzi
I wioseł plusk, jak rybek plusk w jeziorze;
Słodko jest patrzeć, jak się gwiazda rodzi
I słuchać wiatrów poszumu na dworze.
Słodko jest, gdy się przegnie na niebiosa
W fali kąpana tęcza krasnowłosa.

CXXIII

Słodko jest słyszeć kundysa szczekanie
Zacne, jak w skowyt radosny się mieni;
Słodko jest widzieć, że ktoś na spotkanie
Wyjdzie, że oko mu się rozpromieni.
Słodko, gdy ptaszki zbudzą na śniadanie,
A uśpi burza. Słodko, gdy szepleni
Pierwsze wyrazy dziecko, kiedy pszczoły
Brzęczą, gdy słychać dziewcząt śmiech wesoły.

CXXIV

Słodkie jest winobranie, gdy się śmieją
Bachusowego soku[94] pełne grona
Błękitne; słodko przed miejskich zawieją
Uciech rzucić się naturze w ramiona;
Słodko biednemu cieszyć się nadzieją,
A ojcu pierwsze przycisnąć do łona
Dziecię; żołdactwu bardzo słodkie łupy,
Kobiecie zemsta, korsarzom okupy.

CXXV

Słodki jest spadek, a nadzwyczaj słodka
Rzecz, gdy się z liczby żyjących wymaże
Siedemdziesięcioletni wuj lub ciotka,
Która „nam młodym” długo czekać każe
Na schedę ani da zajrzeć do środka
Skrzyni, a sama żyje jak Łazarze,
Gdy nas tu Żydów opadają hurmy
Wołając: „Zapłać, bo pójdziesz do turmy[95]…”

CXXVI

Słodko laurowe zyskiwać wianeczki
Krwią lub inkaustem; słodko, gdy ostudzi
Serce swe gniewy; słodko miewać sprzeczki
Z nieznośnym gościem, kiedy nazbyt nudzi;
Słodkie jest wino z flaszek, piwo z beczki;
Miło, gdy słabą istotę z rąk ludzi
Wyrwiesz; gdy szkolną izbę uprzytomnisz,
Co już nie pomni cię, choć ty ją pomnisz.

CXXVII

Lecz stokroć słodsza dla duszy i ciała
Pierwsza namiętna miłość. Jako Ewa
Po pierwszym grzechu większych nie zaznała
Rozkoszy, tak gdy z wiadomości drzewa
Uszczkniesz i wszystko już poznasz — bez mała,
Dusza milszego nic się nie spodziewa
Nad ów niebiański grzech, co tak jest mitem,
Jak baśń o ogniu z niebiosów dobytym.

CXXVIII

Kondycja ludzkaJest dziwne zwierzę, co się zwie człowiekiem,
Co w sobie wszystkie zdolności kojarzy
I popisuje się wszechstronnym stekiem
Głupstw, i wystawia w kramach ku sprzedaży.
Wiek nasz jest dziwów rozpuszczonych wiekiem,
Gdzie każdy talent ma swoich handlarzy;
Sprzedają prawdę, a gdy worek pusty,
Z przekupniów prawdy robią się — oszusty.

CXXIX

Wszechstronność wdziera się w odkryć dziedziny;
Geniusz, gdy mu się kieszeń wyjałowi,
Przyprawia nosy, stawia gilotyny.
Ten ci wybije zęby, ten odnowi…
Race Congreve'a[96] są nie bez przyczyny
Lekiem przeciwnym całkiem — ospie krowiej,
Gdy doktor starą niemoc leczy, nowy
Zaród słabości zbierając u — krowy.

CXXX

Z ziemniaków da się wypiec (marna) bułka,
Galwanizm[97] trupom policzki wykrzywia,
Lecz dziś przynosi większą korzyść: Spółka
Filantropijna, co unieszczęśliwia
„Gratis” umarłych — życiem. A zlicz kółka
Maszyn, którymi się dziś ruch ożywia!…
Rzekłem, że mała ospa wnet nas minie;
Może też po niej i wielka zaginie.

CXXXI

Mówią, że wielka przyszła z Ameryki;
Niechby z powrotem skrzydła ją poniosły.
Ludność za gęsta — twierdzą statystyki,
Przetrzebić warto krze, gdy się rozrosły.
Zrobią to wojna, głód, mór, Angielczyki,
Cywilizacji najdzielniejsze posły,
Lecz nie wiem, czy ich prastare zarazy
Od naszych nowych nie lepsze sto razy!

CXXXII

Wiek nasz patentem obdarza sposoby
Na ciał zabicie, ale dusz zbawianie.
Wszystko to dobrych zamiarów wyroby.
Lampa Davy'ego[98], z którą się w otchłanie
Spuszczając górnik czarne kruszy groby,
Po Lodowatym spacer Oceanie
Lub po Tombuktu — równe czynią straty,
Jak pod Waterloo czyniły armaty.

CXXXIII

Człowiek — przyrody najdziwniejsze dziecię,
Przerasta sądy, które o nim głoszą.
Szkoda doprawdy, że w tym ślicznym świecie
Rozkosz jest grzechem, czasem grzech rozkoszą…
Nikt nie wie, gdzie go wir losów pomiecie;
Sława i miłość w drodze go unoszą,
Pnie się… a kiedy po promyku złotym
Nadziei dojdzie… śmierć — jak wiesz — a potem…

CXXXIV

Cóż potem?… Nie wiem. Pewno nie wiesz i ty,
Więc idź spać. — Ja zaś do mojej powieści.
Był to listopad w dni dżdżyste obfity,
Gdy już puch śniegów skalne turnie pieści,
We mgle majaczą wierzchołków błękity,
Jezioro głucho u brzegu szeleści,
Pieniąc się wspina na skały niezłomne
I spać o piątej idzie słońce skromne.

CXXXV

Była to „gruba” noc — jak mówią stróże —
Bez gwiazd, księżyca. Wiatr północną stroną
Wył, na kominkach snop iskier ku górze
Strzelał. Przy ogniu, pomnę, siada grono
Rodzinne… Lubię takie ognie duże,
Jasne jak niebios nieschmurzone łono;
Lubię przy ogniu sieść[99], gdy pracy zbędę,
Lubię ostrygi, szampan i gawędę.

CXXXVI

Północ. Już doña Julia głową w puchy
Wtuliła, pewnie śpiąc. Wtem niespodzianie
Powstał zgiełk zdolny wzruszyć śpiące duchy
Umarłych, gdyby na świętych wołanie
Nie byli wstali, jak śród zawieruchy
W dniu ostatecznym każdy z nas powstanie.
We drzwi ktoś pięścią tłukł i z wielu krtani
Wychodził okrzyk: „Pani! Otwórz, pani!”

CXXXVII

Ucieczka„Czy pani słyszy?… Pan wraca! Mój Boże!
I wlecze z sobą prawie pół Sewilli!
Słyszał kto kiedy o takim potworze?
Czuwałam, ale tak nas zaskoczyli…
Trzeba otworzyć drzwi — weszli w podwórze,
Już są na schodach — będą tu w tej chwili,
A jak go znajdą… Jezu! i wywloką…
Niech skoczy!… Okno nie bardzo wysoko”.

CXXXVIII

A don Alonso kroczył rozjuszony,
Za nim przyjaciół, sług, pochodni siła[100].
Większość gromady miała także żony,
Toż była dla nich gratka bardzo miła
Przerwać sen słodki damie rozmarzonej,
Co może męża świątnicę kaziła.
Przykład niewiary zaraża jak dżuma:
Przebaczysz, druga z grzechem się pokuma.

CXXXIX

Nie wiem, jak i skąd takie podejrzenia
Mogły się w głowie Alonsowej zrodzić,
Lecz jawnie dowiódł szlachcic z urodzenia,
Że się nie umie z damami obchodzić,
Kiedy znienacka i bez ostrzeżenia
Śmiał do sypialni żony sejmik zwodzić,
Zganiać lokajów z mieczem i pochodnią,
By dowieść rzeczy… brrr… która jest zbrodnią.

CXL

A biedna Julia — niby przebudzona
(Uważ: nie mówię, że sen był udany),
Zaczęła wzdychać, łkać, prężyć ramiona…
Wtedy Antonia, której spryt był znany,
Wzburzyła pościel, jak gdyby to ona
Powstała z łóżka; miała snadź[101] swe plany,
Gdy chciała dowieść w tej chwili naglącej,
Że pani spała przy boku służącej.

CXLI

Więc Julia-pani przy Antonii-służce
Leżały, jak dwie babie[102], pełne trwogi,
Mniej przed wampirem, co się we krwi pluszcze,
Niż przed żołdactwem z sąsiedniej załogi.
Tak przytulone na jednej poduszce
Przemęczą całą noc obie niebogi,
Póki nie wróci wierny mąż. O świcie
Wołając: „Otóż mnie masz, moje życie!”

CXLII

Wreszcie głos Julia z piersi wydobyła:
„Na Boga! mężu, czy cię szał ogłupił?
Co to ma znaczyć? Bogdajbym nie żyła,
Nimeś mnie biedną na ofiarę kupił!
Po co tu przyszła ta zgraja opiła?
Czyś się szaleju najadł, czyś się upił?…
Ja bym umarła, niżbym cię oszukać
Miała… tak — szukaj!” Mruknął: „Idę szukać”.

CXLIII

Szukał — szukali — weszli do alkowy,
Zajrzeli do szaf, komody i biurka,
Znaleźli parę pończoszek, balowy
Trzewik, wstążeczki, sznurki, szlarki, piórka
I wszystko, czego do strojenia głowy
I lic używa każda Ewy córka;
Zrąbali lustra, stoły, krzeseł parę,
Pokłuli sofy, dywany, kotarę.

CXLIV

Pod łóżko oczy puścili na zwiady;
Znaleźli coś — lecz nie to, czego chcieli.
Otwarłszy okno badali, czy ślady
Jakie na piasku są — nic nie ujrzeli,
Więc popatrzali na się, jakby rady
Wzajem szukając — a żaden z mścicieli
(Psychologiczna to dla mnie zagadka)
Nie śpieszył — w łóżku poszukać gagatka.

CXLV

Śród tego nie spał języczek jejmości:
„O tak, szukajcie — wołała — nie bronię,
Wyczerpcie cały zapas krzywd i złości.
Na toż mi przyszło, nieszczęśliwej żonie!
Na toż w jagnięcej cierpiałam cichości,
Żeś mi łeb stary kołysał na łonie?…
A! — już za wiele — to obelga krwawa;
Jeszcze Hiszpania jest i żyją prawa.

CXLVI

Tak, don Alonso, mężem być przestajesz;
Nie wiem, czyś nawet był kiedy mężczyzną…
Masz lat pięćdziesiąt, staruszkiem się stajesz,
Czyliż się zgadza z poważną siwizną
Zazdrość? Mądrze to? O, czemu mi krajesz
Serce, haniebną je naznaczasz blizną?
Niewdzięczny zdrajco, krzywdzisz mnie niegodnie!
Jak śmiesz anioła posądzać o zbrodnię?…

CXLVII

Na tom, jak jaka pustelnica dzika,
Praw się płci mojej i wieku wyrzekła?
Na tom starego wzięła spowiednika,
Od którego by wnet inna uciekła,
A i ten w cnocie mojej nie wytyka
Plam, tak ją czysta białość już powlekła.
On nie chciał wierzyć, bym zamężna była…
Cóż byś rzekł, gdybym z trwogi poroniła?…

CXLVIII

Na toż ci dotąd oszczędzałam rogów
I na kortejów[103] nie patrzałam wcale?
Nie wychodziłam prawie z domu progów,
Chyba na walkę byków, mszę i bale,
A wielbicieli — aż wstyd mi… jak wrogów
Precz odpędzałam w niewinności szale.
Na toż to hrabia O'Reilly[104] jenerał,
Co zdobył Algier, życie dla mnie sterał?…

CXLIX

Czy to uległam, gdy muzyk Cazzani
Chciał moją stałość zmiękczyć nutą tkliwą?
Czy mnie nie nazwał Włoch, książę Corniani,
Jedyną w państwie kobietą cnotliwą?
A — policz książąt z Rosji i Brytanii!…
Książę Krepkijew, na którego krzywo
Spojrzałam, umarł; dla mnie się z rozpaczy
Książę Caffehouse zabił… (zapił raczej).

CL

Czyż nie łazili za mną dwaj biskupi,
Don Fernan Nunez i hrabia Ikary?…
Taką to żonę wierną krzywdzisz?… głupi!
Czy dziś na nowiu księżyc? Czy to czary?
Dobrze choć, iż się na tym tylko krupi;
Że mnie nie bijesz, by dopełnić miary
Tyraństwa. Ha! ha! Pocieszne figurki!
Dobyli mieczów i odwiedli kurki.

CLI

Więc się twój nagły wyjazd skończył na tem?
Po toś pojechał do jakiegoś kupca
Z tym hersztem zbirów — panem adwokatem,
Co wystrychnąwszy się tutaj na głupca
Tak mądrze patrzy! Oj! Godzieneś batem
Dostać, a bardziej ten pan — pozwo-róbca,
Bo nie z miłości dla mnie ni dla ciebie
W skandalach, gdzie się da, jak w śmieciach grzebie.

CLII

Może sądowne chce zrobić zajęcie?
O proszę, proszę, jestem bardzo rada;
Mąż przygotował wszystko na przyjęcie:
Tu jest atrament, pióro, niech pan siada,
Rachuje, pisze, przykłada pieczęcie…
Mąż mój zapłacił — niech pan kąty zbada;
Lecz my w negliżu — niech się straż nie tłoczy!”
Antonia jękła: „Wydrapię im oczy!”

CLIII

„Czegóż stoicie? Szukajcie, a śmiele!
Tu jest przedpokój, tu salon, alkowa,
Tu sofa, krzesła, kanapy, fotele,
Piec… może w piecu kochanek się chowa!
Ale ja chcę spać, moi przyjaciele;
Szukajcie cicho — bo mnie boli głowa;
A jeżeli gdzie przydybiecie gaszka,
Zbudźcie mnie! Będzie i dla mnie igraszka.

CLIV

Teraz, mój panie, gdyś już na manowiec
Wszedł i na cnotę mą miotasz pociski
Ku własnej hańbie, bądź łaskaw i powiedz,
Kto jest twój rywal? Daleki czy bliski
Znajomy? Szlachcic? Kawaler czy wdowiec?
Przystojny? Młody? Wysoki czy niski?…
Mówże! A gdy już mą dumę tak łechcesz,
Wiedz, że się może stać to, czego nie chcesz.

CLV

Może sześćdziesiąt ma lat? — dla mężatki
Za stary — zwłaszcza gdy mąż taki młody!
Nie zabijaj go — za twardy na jatki
(Och! och! Antonia, daj mi szklankę wody!).
Lecz czegóż płaczę? Czyż nie jestem matki
Swej córką? Szkoda mych łez i urody.
Nie spodziewałaś się, matko kochana,
Że się dostanę — biedna — w moc tyrana…

CLVI

Czy-ć o Antonię zazdrość, mężu tkliwy?
Widziałeś, jak jej przytuliłam skronie
Do piersi, gdyś wpadł i twój obelżywy
Zastęp. Ha! Szukaj, bezwstydny — nie bronię;
A bądź drugi raz bardziej litościwy
I z całą bandą wstrzymaj się na stronie,
Byśmy się mogły przyzwoicie przebrać,
Gdy towarzystwo takie ma się zebrać.

CLVII

Skończyłam — więcej nie powiem, mój panie,
A co wyrzekłam, to jest cicha skarga
Na barbarzyńskie twe postępowanie,
Które bezbronną cnotę w błocie szarga.
Sumienie zada ci kiedyś pytanie:
Dlaczegoś skrzywdził… i tak ci zatarga
Duchem, że niechaj ratują niebiosa!…
— Antonia! Podaj mi chustkę do nosa.”

CLVIII

Umilkła — wsparła na poduszkach głowę,
W spłakanych oczach pałała źrenica,
Jak zza łez nieba ognie piorunowe.
Jedwabne, czarne warkocze na lica
Spadłszy welonem, ledwo przez połowę
Kryły ramiona jasne jak księżyca
Białość; na pół się rozchyliły wargi
I serce biło głośniej — pełne skargi.

CLIX

Gdy don Alonso stał w sromie głębokim,
Antonia wściekła biegała po sali,
Podniósłszy nosek, nicestwiła wzrokiem
Pana i za nim stojących wasali,
PrawnikA nikt się smutnym nie cieszył widokiem
Prócz adwokata, co widział już w dali
Proces — i nie dbał o przyczynę sprzeczek,
Byle z tej racji napełnił woreczek.

CLX

Wietrząc, nos podniósł w górę, oczy zmrużył
I tak Antonii poruszenia śledził.
PrawnikSnadź[105] się w nim bardzo duch podejrzeń burzył.
O dobre imię cudze się nie biedził.
O młodość nie dbał, powabom nie służył,
Byle z szumowin procesik wycedził;
Przeczeniom wiary nie dawał prócz w śledztwach —
Gdy na fałszywych wsparto je świadectwach.

CLXI

Don Alons — rzekłem — zasromany wszytek[106]
Stał i doprawdy pocieszną miał minę,
Kiedy zajrzawszy do najskrytszych skrytek,
Sponiewierawszy młodą kobiecinę,
Odkrył wstyd tylko swój, a na dobitek
Żona, do gniewu znalazłszy przyczynę,
Słowa piekącym zaprawiła jadem,
I łając, szydząc, sypała jak gradem.

CLXII

Zatem bąknął coś na kształt przeproszenia,
A tu się płaczu odezwały dzwony;
Zapowiedź spazmów, która się odmienia..
Z kolei w mdłości — płacz nieutulony,
Drgawki i inne podobne zachcenia.
On wspomniał sobie portret Joba[107] żony,
A w perspektywie ujrzał szwagrów, ciotki…
I chciał swej twarzy nadać wyraz słodki.

CLXIII

Miał coś rzec, raczej znów bąknąć boleśnie,
Ale Antonia do wymysłów skora,
Kowadło mowy odcięła mu wcześnie
Od młota, mówiąc: „Wyjdź pan! Pani chora,
Wyjdź pan, bo skona!” On mruknął: „Niech sczeźnie!”
A już minęła do gadania pora,
Więc spojrzał jeszcze na nią, już ze łzami,
I nie wiedząc jak — znalazł się za drzwiami.

CLXIV

Z nim wyszedł jego posse comitatus[108],
Adwokat wprawdzie nie bardzo się kwapił,
Lecz go Antonia gniewna na kształt gratu z
Izby wypchnęła. Widocznie go trapił
Ten nagły w czynach Alonsa hiatus[109],
Co się mógł skończyć źle; gdy tak się gapił,
Wszystek nad sprawą zadumany walną[110],
Drzwi mu zamknęła przed twarzą legalną.

CLXV

Klucz obróciła — wtedy… o boleści!
O grzechu, wstydzie, o, wy, białogłowy!
Możecież czyniąc tak, nie stracić cześci?
Czy nie ma za to kary dość surowej?
Czy się przy cnocie radość nie pomieści?
O! Niech wypowiem gromiącymi słowy
Czyn, co się w piersi oburzeniem wtłoczył…
Z łóżka — półżywy — Juanek wyskoczył.

CLXVI

Skąd się wziął? nie chcę domysłami psować
Mózgu — w kronikach nie znalazłem wzmianek.
Młodziutki, gibki, potrafił się schować
Zwinąwszy w kółko jak ten obwarzanek,
A niepodobna[111] już chyba żałować,
Że wy łóżku mało nie umarł Juanek;
Bo lepiej dać się udusić dziewczynie
Niż być, jak Clarens, utopionym w winie.

CLXVII

Po wtóre — nie żal mi, gdyż uniesienie
Wwiodło go w czyny, co się sprzeciwiały
Prawu, których się wzdryga przyrodzenie;
— Nie mówię — starszy ktoś! Lecz chłopiec mały…
Ha! Trudno. Szesnastoletnie sumienie
Nie czuje zgryzot tych, co wiek zgrzybiały,
Kiedy rachując złe i dobre kreski,
Widzi po diablej stronie — diable zyski.

CLXVIII

LekOpowiadają żydowskie kroniki,
Że gdy król Dawid był już śmiercią siny,
Gdy nie pomogły pigułki, kleiki,
Plastr przyłożono mu z młodej dziewczyny
I skoczył raźno jako rybka z rzeki,
I ozdrowiał król Dawid tej godziny…
Snadź doktor ów plastr odmiennie przyłożył,
Bo Juan dusił się, gdy Dawid ożył.

CLXIX

Cóż? Don Alonso, choć zakończył łowy,
Wróci, gdy zbrojne odprawi sąsiady.
Antonia znów szła po rozum do głowy,
Ale na próżno — nie było już rady,
Żeby obrócić wniwecz atak nowy.
Zresztą na niebie błąkał się już blady
Cień dnia; w omdleniu Julia głos traciła
I do ust jego usta przytuliła.

CLXX

On ją całując czule, dłonią małą
Odgarniał z czoła czarnych włosów sploty,
I tak już pili miłość piersią całą,
Że nie spłoszyłyby ich armat grzmoty!
Aż cierpliwości Antonii nie stało…
„Chodź pan! Chodź! Nie czas teraz na pieszczoty —
Szeptała zlękła i zła — tu alkowa,
Niech się pan prędko do alkowy schowa.

CLXXI

Dla tych czułości lepszą noc znajdziecie.
— Kto panu zgadnąć pomógł, skąd wiatr wieje?
Diabeł sam wiedział o waszym sekrecie.
Dobrze wam śmiać się, ja cała truchleję.
Czy to czas gruchać? O zakład idziecie?
Jeszcze minuta, a krew się poleje.
Ja mogę służbą, on życiem przypłacić,
A pani, pani… jeszcze więcej stracić.

CLXXII

Gdyby mężczyzna jeszcze, jak się godzi,
Dwudziestopięcioletni… (Ach! Uparty
Dzieciak) — ale tu co? — Pani się zwodzi
Sama; z własnego gustu stroi żarty,
Chodźże, na miłość boską — pan nadchodzi!
Tam, prędzej — prędzej — gdzie pokój otwarty…
Och! Byle przetrwał, aż się dzień rozjaśni.
Tak — dobrze. — (Proszę, Juanku, nie zaśnij!)”

CLXXIII

Wszedł don Alonso, bez świadków tym razem,
I pokojówka swadę swą przerwała,
Chciała coś mruknąć, pan jednym (wyrazem
Rzekł: „Wyjdź!” — więc, rada nierada, musiała.
Nie uszła wprawdzie jeszcze zdrada płazem,
Lecz cóż pomoże, choćby i została?
Przeto zerknąwszy skośnym oczu migiem,
Obcięła świeczce knot — i wyszła z dygiem.

CLXXIV

On milczał; potem, jakby się do winy
Przyznając, rzekł coś i z rozsądkiem sprzecznie
Zaczął tłumaczyć nocne odwiedziny…
Nie ma co mówić: obszedł się niegrzecznie
Z małżonką! — Wprawdzie miał pewne przyczyny,
Lecz je wyłuszczać bliżej — niebezpiecznie.
Zatem retora sztuką z przyczyn skutki
Wywodził w mowie, którą zwą „ogródki”.

CLXXV

ŻonaJulia milczała, chociaż w tę obronę
Miała ochotę wtrącić swoje „ale”,
Bo żona, która zna najsłabszą stronę
Męża — zaraz go powstrzyma w zapale
I argumenta skłóci wyuczone
Jednym zarzutem, choć kłamliwym wcale[112].
Trzeba być tylko w zdaniu pełną buty,
Za jeden zarzut oddać trzy zarzuty.

CLXXVI

Kobieta, Sumienie, ZemstaMiała swe „ale” Julia — bez wątpienia,
Bo o Alonsie i Inezie głucha
Wieść się błąkała. Może głos sumienia
Milczeć jej kazał… Nie — bo go nie słucha
Kobieta, gdy ma krzywdę do pomszczenia.
Raczej nie chciała synowskiego ucha
Ranić; nie wiedział Juan, że są plamy
Na nieskażonym dlań honorze mamy.

CLXXVII

Był jeszcze jeden powód, więc już dwoje:
Mąż jej Juana najmniej podejrzewał,
I dziś, kiedy wpadł na żony pokoje,
Nie wiedział, jaki zdrajca tam przebywał.
Chciał dać zazdrości wyraz — zresztą swoje
Domysły w głębi własnej duszy skrywał.
Więc na Inezę teraz mowę zwrócić
Było to — gacha w ręce męża rzucić.

CLXXVIII

W tych delikatnych rzeczach starczy słówko;
Milczenie lepsze, bo dowodzi „taktu”
— Choć wyraz ten jest istną łamigłówką,
Biorę go dla dotrzymania kontraktu
Rymowi — „takt” jest kobiecie wskazówką,
Jak mówić, aby nie wymienić faktu.
Lube istoty! Kłamstwo u nich tanie
I nic nie zdobi ich tak jak udanie.

CLXXIX

Jakże nie wierzyć, kiedy się zapłonią…
— Ja bo wierzyłem zawsze. Na nic sprawa,
Gdy zaczepiony chcesz tą samą bronią
Bić; nawał słów cię zaleje jak lawa,
A gdy utracą dech, westchnienia ronią,
Chyląc wilgotne oczy, w których stawa
Para łez… Wtedy ty: „Masz, duszko, rację” —
Rzeczesz — a siadłszy, siadłszy — jesz kolację.

CLXXX

Skończył i błagał o łaskę skruszony.
Udobruchana pół — pół jeszcze łając,
StrójJulia warunki kładła, jakich żony
Kłaść nie powinny, nawet odmawiając
Pieszczot; on zaś jak Adam wypędzony
Z raju stał, próżnym żalem się kajając,
Wreszcie już spełniał naznaczoną karę,
Gdy wtem… potknął się o — trzewików parę.

CLXXXI

Para trzewików… cóż to? rzecz niezdrożna!…
— Gdyby trzewiki były z damskiej nogi,
Lecz — w sercu czuję nagle ostrze rożna,
Te — były męskie!… Ujrzał je, z podłogi
Porwał… O sprawo kobieca, bezbożna!
Pulsy mi dzwonią z gniewu, zęby z trwogi…
Don Alons zbadał, jakiego są kształtu,
I wszystkie nerwy w nim krzyknęły: „Gwałtu!”

CLXXXII

Wybiegł, by ostry miecz przynieść na wroga,
Julia tymczasem wpadła do alkowy;
„Uchodź, Juanie! O, prędzej! Na Boga!
Uciekaj — nie mów już nic — nie trać głowy —
Wejdź w ten korytarz — wiesz, którędy droga —
Tu od ogrodu klucz — uchodź — bądź zdrowy —
Prędzej — Alonso powraca — daj usta —
Luby — idź — jeszcze mrok — ulica pusta”.

CLXXXIII

Była to, przyzna każdy, dobra rada;
Szkoda, że przyszła nieco poniewczasie.
Trudno, podatki takie los nakłada,
Dla doświadczenia każda przykrość zda się.
Juan chciał rzucić prędko dom sąsiada
I już drzwi dopadł w wielkim ambarasie,
Wtem wbiegł w szlafroku Alons; gniew mu palił
Lica — więc Juan stanął, pchnął, powalił…

CLXXXIV

Dzielne było natarcie. Światło zgasło.
Antonia wrzasła „gwałtu!”, pani — „gore!”
Lecz nikt ze służby nie wszedł na to hasło.
Alonso wołał: „Życie jej odbiorę!”
Juan odpowiedź dał, aż w krzyżach trzasło,
I krzyczał, bowiem płuca miał niechore.
Choć młody, bił jak Tatar, bez pamięci,
Bo męczennikiem zostać nie miał chęci.

CLXXXV

Miecz (razem z pochwą) na ziemię się stoczył
I zapaśnicy poszli na kułaki.
Szczęście, że Juan żelaza nie zoczył,
Bo mając w żyłach krew nie jak prostaki,
Może by ostrze w krwi Alonsa zbroczył
I wyprawił go na niebieskie szlaki.
O, strzeżcie mężów i kochanków głowy,
By z was nie stały się — podwójne wdowy.

CLXXXVI

Alons chciał wroga ramiony obwinąć,
Juan się szarpał, bo w nim dusza marła,
Krew (szczęściem z nosa) już zaczęła płynąć;
Wreszcie zaciekłość się wysiłkiem zżarła,
Zadał cios, który nie mógł celu minąć,
Witem się ostatnia zasłona rozdarła…
StrójUciekł jak Józef, do którego zwłaszcza
Tym był podobny, że uciekł bez — płaszcza.

CLXXXVII

Nadbiegła służba, hałasem zbudzona,
Ujrzała widok, co oczy odpychał:
Antonia w spazmach, a Julia zemdlona,
Alons, oparty o drzwi, ciężko dychał,
Na ziemi reszta bielizny splamiona
Krwią, której strumyk zaledwie wysychał.
Juanek dopadł furtki, klucz obrócił
I niegościnny dom chyłkiem porzucił.

CLXXXVIII

Tu się pieśń kończy. Mamże jeszcze śpiewać,
Jak Juan, odzian tylko nocy mrokiem
(Co takich zbrodni nie powinna skrywać),
Wstydliwym bardzo wrócił do dom krokiem?…
Skandal ten, jak się możecie spodziewać,
Z babskich języków wypłynął potokiem;
O rozwód podał don Alonso wściekły
— Angielskie pisma wiele o tym rzekły.

CLXXXIX

Kto by chciał dotrzeć aż do jądra sporów,
Poznać protesty, repliki, petyta,
Imiona sędziów i prokuratorów,
Woźnych i świadków — niech wie, że obfita
Literatura o tym jest i zbiorów
Kilka, z których się każdy mile czyta;
Najlepiej jednak badaczy z tą sprawą
Obezna Gurney w dziełku in 8-vo.

CXC

Doña Ineza, by w głuchej otchłani
Pogrążyć jeden z największych skandalów,
O jakich słychać nie było w Hiszpanii
Od ostatniego najazdu Wandalów,
Złożyła (pewno nie bez skutku) w dani
Pud gromnic Marii, koicielce żalów,
Podróż, NaukaI po naradzie dam, najlepsza z matek
Wsadziła syna w Kadyksie na statek.

CXCI

Postanowiła, aby wszystkie kraje
Europy zwiedził i na każdym dworze
Poprawiał szorstkie swoje obyczaje.
Do Włoch i Francji miał jechać przez morze
(Morska przejażdżka lekarstwem się staje). —
Julię w surowym zamknięto klasztorze.
Poszła w milczeniu, pełna smutnych myśli,
Które ten oto list najlepiej skreśli:

CXCII

„Więc, to już koniec? Wybierasz się w drogę…
To dobrze — mądrze — choć stąd dla mnie świeże
Smutki — do twego serca już nie mogę
Praw rościć; swoje dałam i w ofierze
Znów dam; grzech jeden plami mnie, niebogę:
Zbyt cię kochałam!… Jeśli na papierze
Są plamy… O! nic — wierz mi — nic nie znaczą,
Oczy me palą się, drżą, lecz nie płaczą.

CXCIII

Kochałam, kocham cię i z tej przyczyny
Straciłam cnotę — ludzie mną wzgardzili
I Bóg — przecież swej nie żałuję winy,
Tak mi jest droga pamięć lubej chwili.
Nie mówię chełpiąc się jak heroiny…
Nie tak mnie ludzie ostro osądzili
Jako ja sama; piszę, bo się smucę…
O nic nie proszę, nic ci nie zarzucę.

CXCIV

Miłość, Mężczyzna, KobietaMiłość mężczyźnie nie jest życiem całym —
Dla kobiet miłość — jedyne istnienie.
Jemu być wolno ambitnym i śmiałym,
Zdobywać sławę, majątek, znaczenie,
Napełniać serce rozkoszą i szałem,
Każda u niego trudność w jednej cenie,
On wszystkie dobra ma — kobieta jedno:
Kochać i kochać, i być zawsze biedną!

CXCV

Ty pójdziesz dalej w rozkoszy i dumie,
Kochając będziesz kochany; mnie smutnej
Nic nie zostało na ziemi — nic tu mię
Nie czeka, chyba wstydu chleb pokutny…
I wstyd przeżyję — ale nie przytłumię
Wspomnienia chwili szczęścia — niepowrótnej…
Więc bądź zdrów! Przebacz mi! Kochaj mnie! — A! Nie!
Skądże to słowo dziś?… Lecz niech zostanie.

CXCVI

Pierś moja chora dziś i jak podcięta
Bólem, a jednak skupiam resztki ducha
Duch mój już milczy, a krew jeszcze wzdęta
Jak morze, kiedy milknie zawierucha.
Kobiece serce mam — wszystko pamięta,
Ale jednego tylko dźwięku słucha;
Jako się igła do bieguna kręci,
Tak mi drży serce do twojej pamięci.

CXCVII

Rzec już nic nie mam, a jeszcze mnie siła
Jakaś wstrzymuje; nie wiem, czy położę
Pieczęć… lecz trzeba, bym kielich spełniła,
Dola ma gorszą chyba być nie może!…
Gdyby zabijał żal, już bym nie żyła;
Że biednych mija śmierć — tego się trwożę,
Więc muszę jeszcze żyć po tym pogrzebie
Szczęścia — kochać cię, modlić się za ciebie”.

CXCVIII

Na złotobrzeżnym ten list był pisany
Welinie[113] kruczym piórem; kiedy kładła
Pieczęć i w kroplach spadał lak rozgrzany,
Z jej oczu ani jedna łza nie padła,
Choć ręka trzęsła się; lak był różany,
Motto: Elle vous suit partout[114] (w nim odgadła
Los swój) — wyryte w pieczątce z karniolu[115]
Nad słonecznikiem rzniętym w białym polu.

CXCIX

— Taki był debiut Juana. Którędy,
Raczej „czy” powieść poprowadzę dalej,
To już publiki jest rzecz; ona błędy
Oraz zalety rozważa na szali,
Piórem na czapce wieszcza są jej względy
(Choć i nagana nie zaraz opali
Skrzydła poecie), więc jeśli łaskawie
Osądzą, za rok znów się z pieśnią zjawię.

CC

Moje poema, które się w epiczne
Przedzierzga — na ksiąg dwanaście rozłamię,
Opiszę wojny, miłości rozliczne,
Lądy i morza — a w niczym nie skłamię.
W tece mam już trzy epizody śliczne,
Pokażę także piekło w panoramie,
Stylem w dziedzictwie wziętym po Homerze,
Bo — do epicznych poetów należę.

CCI

Wszystko w odstępach stosownych rozmieszczę,
Z Arystotelem pragnąc żyć w przyjaźni,
Którego prawom poddają się wieszcze
I wstają wielcy ludzie albo — błaźni!…
Biały wiersz lubią — ja się rymem pieszczę,
Kto mistrz, narzędziem włada bez bojaźni.
Mitologiczną nową maszynerię
Mam — i bohaterstw prześliczną scenerię —

CCII

Nieznany zwłaszcza szczegół wytknąć muszę,
Co mnie wyróżnia od epicznej braci.
I tu przewaga — jest przy mnie, jak tuszę[116].
Blask mych cnót przy tej na sile nie straci,
A kwestię ważną nadzwyczaj poruszę.
Oto: zbyt kraszą[117] wszystko — myśl się schwaci[118],
Nim przez labirynt bajek przejdzie żywa —
Moja zaś powieść cała jest prawdziwa.

CCIII

Kto o tym wątpi, niechaj spojrzeć raczy
Na dzieje w jednym z tradycją ujęciu,
Dzienniki, w których prawdy się nie paczy,
Opery w aktach trzech, komedie w pięciu,
A bohatera przyszły los obaczy
(Ja też nie stanę w wielkim przedsięwzięciu),
Zwłaszcza że pomni, kto żyje w Sewilli,
Jak się na scenie oń szatani bili.

CCIV

Jeżeli kiedy zniżę się do prozy,
To poetyckie napiszę reguły,
Przewyższające wszystkich reguł grozy.
Jeżeli na nie wieszcz nie będzie czuły,
To jego Muzę wpakuję do kozy —
Ekstraktem myśli okraszę bibuły;
Nazwę swe dzieło: Longin o pijaństwie,
Czyli: Poeta królem w rymów państwie.

CCV

Wierzaj[119] w Drydena[120], Pope'a[121] i Miltona[122],
Nie wierz w Wordswortha[123], Coleridge'a[124], Southeya[125];
Szkapa pierwszego cała rozemdlona,
Southey wodnisty, Coleridge się upija,
Crabbego[126] Muza jest niedościgniona,
Za to nie zawsze Campbellowi sprzyja.
Słów Rogersowi nie kradnij spod pióra
I nie romansuj z Muzą IMci Moora.

CCVI

Więc: nie pożądaj Muzy Sotheby'ego[127]
Ani Pegaza, ani żadnej rzeczy,
Która jego jest; nie mów fałszywego
Świadectwa jak „ktoś”, co mi nie zaprzeczy,
Pisać masz wedle przykazania mego —
To jest krytycyzm. To uczeń na pieczy
Mając, przed rózgą moją niech zna respekt,
Bo na Bóg żywy!… wyrządzę mu despekt[128].

CCVII

Gdyby ośmielił się ktoś rozpowiadać,
Że propaguję niemoralność grzeszną,
Niechaj nie krzyczy, nim rózgą okładać
Zaczną; niech czyta jeszcze raz — nieśpieszno,
A o powieści mej nie będzie gadać,
Że niemoralną jest, chociaż ucieszną.
Zresztą w dwunastej pieśni wam pokażę,
Dokąd prawdziwi wędrują zbrodniarze.

CCVIII

A gdyby, mimo żem tak się z nim porał[129],
Przeczył, że jest w niej dydaktyczne znamię;
Gdyby już błąd mu tak w mózg się zaorał,
Iżby rozumiał ciągle, że go mamię,
Krzycząc jak ślepiec: „Nie widzę, gdzie morał”…
To — gdyby ksiądz to był, rzekłbym, że kłamie,
Gdyby zaś to był żołnierz albo krytyk,
Rzekłbym mu grzecznie: „Jesteś pan… polityk”.

CCIX

A teraz nagródź mnie oklasków grzmotem
I pomnij, com tu rzekł o moralności
— Kraszę tę brzydką rzecz poezji złotem,
Tak dzieciom dają bawidełka z kości,
Gdy się im ząbki kłują — a wiedz o tem,
Że mam pretensję do poetyczności;
Lecz aby krytyk nie miał na mnie chrapki,
Przekabaciłem „Przegląd” mojej babki[130].

CCX

PrzekupstwoPosłałem „prośbę” do wydawcy w liście,
On mi odwrotną pocztą złożył dzięki,
Zaraz artykuł palnie — oczywiście.
Lecz gdyby Muzę moją wziął na męki
I zawiódł, choć przyrzekał uroczyście…
I przeczył, że coś wziął z ręki do ręki,
Miodowe słówka na żółciowe mieniąc…
— Krzyknąłbym zaraz, że wziął gruby pieniądz.

CCXI

Sądzę — w tym świętym związku mogę pożyć
Długo, pod jego skrzydłami na walne
Czekać natarcie i czekając, trwożyć
Pisma codzienne, miesięczne, kwartalne.
Nie myślę wcale klientów im mnożyć…
Trudneż to, kiedy są „niepoczytalne”.
A „Edynburski Przegląd” i „Kwartalny”
Na krnąbrnych wieszczów mają sposób walny[131].

CCXII

Non ego hoc ferrem callida juventa
Consule Planco[132] — tak Horacy rzecze;
I ja tak rzekę; niech słuchacz pamięta,
Że to już szósty czy siódmy rok ciecze,
Odkąd rzuciłem kraj; dziś mnie ma Brenta,
Wtedym był gotów iść na gołe miecze,
Gniew u mnie jawny był, bom go nie chował,
Gdy Jerzy III w Brytanii panował.

CCXIII

StarośćDziś mi w trzydziestym roku włos siwieje
(A gdy o dziesięć lat jeszcze podrosnę,
Chyba peruką łysinę odzieję),
W sercu ustały już bicia miłosne,
Już mnie nie nęcą walki ni turnieje.
Strwoniłem lato, ach! jeszcze na wiosnę,
Przepiłem życia procent i kapitał,
Sam bym się o hart duszy już nie pytał.

CCXIV

Nigdy już — nigdy jako deszcz majowy
Moc wrażliwości serca nie ochłodzi,
Choć z woni, świateł i barw ciągle nowy
Urok i nowe uczucia wywodzi,
A potem w sercu niby skarb miodowy
Składa; sądzisz-li, że się nimi słodzi
Miód serca?… Gdzież tam! Wszak to w duszy twojej
Jest moc, co słodycz miodnych soków dwoi[133].

CCXV

Serce, RozumNigdy już — nigdy, o nigdy, me serce,
Nie będziesz gwiazdą moją, mym wszechświatem…
Dawniej me wszystko, dziś ze mną w rozterce,
Nie będziesz wonnym ciała mego kwiatem.
Ułudy znikły i dziś w poniewierce
U ciebie czułość… A ja?… Co też na tem
Straciłem? Owszem, nabyłem rozumu,
Dziw, że nie uciekł od żądz głośnych szumu.

CCXVI

Minęły dni mej miłości… ostatnie!
Śliczne dziewice, mężatki, ba! wdowy
Już nie zachwycą mnie, nie wciągną w matnię,
Słowem — zaczynam sposób życia nowy;
Przestaję wierzyć w dzielne dusze bratnie,
Wina się zrzekam na rozkaz surowy
Doktora; stanę się mrukliwym gderą…
Lecz mieć namiętność muszę — będę sknerą.

CCXVII

Ambicja była mym bogiem — dziś kona
Przed ołtarzami Uciech i Boleści…
O! Jeszcze noszę ja po nich znamiona
I o znikomej ich rozmyślam treści,
Mówiąc, jak głowa śpiżowa Bakona:
„Czas jest, czas był i czas minął.” — StarośćTrzydzieści
Mam lat — a życie moje już jałowe…
Serce spaliłem w żądzy, w rymach głowę.

CCXVIII

SławaJakiż cel sławy?… Na cetnar[134] bibuły
Przelać przez pióro inkaustu pół beczki!
Dla niej się ludzie pną w górę jak muły,
A w górze często nie ma dróg ni steczki[135]
Dla niej się żołnierz krwawy, mówca czuły
Staje, wieszcz trawi noc przy blasku… świeczki,
Gdy oryginał przedzierzgnie się w marę,
Zostanie imię, portret, ciżmy stare…

CCXIX

GróbCzym są nadzieje? Król Cheops przed laty
Posłał pod chmury piramidy dumny
Szczyt, chcąc swą mumię zbawić od zatraty
I wwieść swe imię w poczet wieków tłumny.
Lecz świętokradcza dłoń rozbiła kraty
Grobu, powieki otworzyła trumny…
O! Nie stawcie mi głazów na mogile,
Kiedy Cheopsa grobowiec legł w pyle.

CCXX

Bo ja prawdziwą filozofię cenię
I często taka myśl mi w duszy dzwoni:
Śmierć przyjdzie w porę po każde stworzenie;
Skosi i ciebie, jak bodiak[136] na błoni;
Młodość nie przeszła ci niepostrzeżenie,
Choćbyś odzyskał ją, znowu się strwoni,
Więc dziękuj gwiazdom, że ci dobrze w świecie,
Bibliję czytaj i myśl o kalecie[137].

CCXXI

Na tym więc, luby czytelniku, stajem —
A teraz ja, wieszcz, co te rymy składam,
Za rękę ściskam cię starym zwyczajem
I uniżony sługa — do nóg padam.
Spotkasz mnie; jeśli polubim się wzajem,
Z tajniejszych myśli ci się wyspowiadam.
Inaczej — przestań na tej okruszynie…
— Niechby tak każdy czynił, jak ja czynię.

CCXXII

„Poezjo moja! Lutni mojej szumie!
Rzucam cię w wodę — płyń, gdzie cię poniesie,
A jeśli jaki człowiek cię zrozumie,
To się i moje imię przez to wzniesie”.
Gdy kto Southeya czyta, a rozumie
Wordswortha, toć i mnie pobawić chce się…
— Cztery te pierwsze wiersze to intruzy
Niepożądane z Southeyowej Muzy. —

Pieśń druga

I

Wy, co chowacie młodociane kwiatki
Hiszpanii, Francji, Anglii, Portugalii,
Nie szczędźcie rózeg na niesforne dziatki;
Rózga bolesna, morał w nich utrwali.
Oto najlepszej wychowanie matki
W przypadku, któryśmy właśnie poznali,
Chybiło, odkąd sposobem zbyt dziwnym
Naiwny chłopiec stał się nienaiwnym.

II

Gdyby go dano do elementarnej
Szkółki, do klasy czwartej albo trzeciej,
W pracy oskromniałby chłopiec figlarny;
Szkoła ma w Anglii wielki wpływ na dzieci,
Nie tak w Hiszpanii, gdzie klimat jest parny,
Mimo że fakt ten znany od stuleci,
Nie przewidziała ochmistrzów rachuba
Rozwodu dzięki sprawkom żółtodzióba.

III

Zresztą młokosa nazbyt się nie wini;
Spójrz przez rozsądku tylko okulary;
Więc naprzód: Pani matka, rachmistrzyni
I — sam już nie wiem — ochmistrz, osieł stary;
Piękna kobieta — brzydka nie uczyni
Głupstwa i zwykle dochowuje wiary;
Mąż siwiejący nie w wielkiej jedności
Z młodą małżonką; czas, okoliczności…

IV

Tak — tak — świat musi wirować na osi,
A z nim wiruje cała ludzka trzoda;
Człek żyje, kocha, mrze, podatki znosi,
A kędy wieje wiatr, tędy się poda;
Król z tronu rządzi, ksiądz moralność głosi,
Doktor uśmierca — życie mknie jak woda,
Człek jada, pija, wzdycha, nie zadrzemie
W pracy, z tego cóż?… proch, cień, czasem imię!…

V

Do naznaczonej Juan pędził mety;
Kadyks przepiękne miasto i ogromne,
Rynek dla Indii — upada, niestety,
Odkąd się Peru stało wiarołomne;
W mieście dziewice… chcę mówić: kobiety
Takie słodziutkie, ponętne a skromne,
Że nie opiszę zgoła, choć się męczę.
Nie każdy takie widział — za to ręczę.

VI

Jako arabskie dzianety[138], jak łanie,
Jako żyrafy smukłe lub gazele;
A te ich stroje niby malowanie!
Owe mantyle[139] i szale… za wiele
Mówię — pieśni mi na opis nie stanie.
A nóżki, łydki, a ten w całym ciele
Wdzięk… szczęściem nie mam przenośni gotowej;
Skarć, Muzo, wieszcza surowymi słowy,

VII

Niech o lubieżnych rzeczach nie majaczy. —
Patrz, spod mantyli ruch jej ręki mlecznej
Odsłania oko, a oko zahaczy
O serce widza… O! kraju słoneczny:
Miłości! Nim cię zapomnę, niech raczej
Zapomnę modlić się! — Zbyt niebezpieczny
To strój — a takiej oczętom swawoli
Dozwala chyba weneckie fazzioli.

VIII

Kazała matka więc, by się wyprawił
Ku Kadyksowi, gdzie okręt na niego
Czekał; wzbroniła jednak, aby bawił[140]
Długo w tym mieście — nie powiem, dlaczego.
Chłopcu się nowy zupełnie świat jawił;
Hiszpański okręt, jak arka Noego,
Pod opiekuńczy miał go schować rąbek,
By zeń wyleciał czysty jak gołąbek.

IX

Kazał więc Juan pakować tłumoki,
Walizy, kufry. Jako stało w planie,
Wojaż młodzieńca miał trwać cztery roki.
Otrzymał nieco gotówki, kazanie,
Rady, jak stawiać pierwsze w świecie kroki.
Rozstanie było smutne — jak rozstanie…
List pełen przestróg dała jeszcze w ganku
(Nigdy nie czytał go) — i list do banku.

X

Kiedy wyjechał, by darmo nie trawić
Czasu, niedzielną założyła szkółkę
Dla psotnych malców, choć malcy się bawić
Woleli w wojnę, w piłkę lub kukułkę;
Więc czteroletnia i trzechletnia gawiedź
Szła często z płaczem klęczeć na podściółkę
Z grochu — bo Inez zaczęła wnioskować,
Że powołana była — dzieci chować.

XI

Wstąpił na pokład, ściągnięto kotwicę,
Fale skakały, wiatr cichnął powoli.
W zatoce owej częste nawałnice
Huczą; ja ich też użyłem do woli,
Podróżnym woda morska siecze w lice,
Ciało przesiąka wilgotnością soli.
Juan stał, patrzał na ląd już daleki
I pożegnanie słał — może na wieki.

XII

Smutno — wrażenie we mnie jeszcze świeże —
Patrzeć, jak brzegi rodzinne z ócz giną
Za wielką wodą… to cię tak rozbierze,
Zwłaszcza gdy żegnasz je prawie dzieciną…
Białe jest — pomnę — Brytanii wybrzeże,
Inne wybrzeża wyglądają sino.
Tak tedy, siadłszy na okręt, zaczynasz
Wierzyć, że robi się z ciebie — marynarz.

XIII

Juan stał, z głową czarnymi ciężarną
Myślami; śpiewał wiatr, majtkowie klęli,
Maszt trzeszczał, Kadyks był już plamką marną,
Tak się daleko odeń odsunęli.
Na słabość morską (w kwestię sanitarną
Puszczam się) — dobry jest beef-steak. Jeżeli
Masz zaufanie do mnie, spory kawał
Zażyj i pomnij, żem ja — radę dawał.

XIV

Juan przy sterze stał i wzrok synowski
Rzucał na góry swoje mgłami strojne.
Pierwsze żegnanie jest jak pierwsze głoski
Dla dziecka — trudne. Czuje to na wojnę
Idący pierwszy raz lud; dziwne troski
Rozpierają tak serce niespokojne,
Że kiedy nawet kraj porzucasz wstrętny,
Przy tym żegnaniu wzrok się zrobi mętny.

XV

SmutekA Juan wiele w ojczyźnie zostawił:
Matkę, kochankę — nie zostawił żony —
Słuszniej więc bólem niestłumionym trawił
Serce niż starszy ktoś i ożeniony.
A pomnij: jeśliś ty się płaczem dławił
Żegnając ludzi, z którymiś zwaśniony,
Możnaż łez nie lać, gdy się swoich żegna?…
— Chyba je z oczu sroższa boleść zegna.

XVI

Płakał więc Juan, jak płakali Żydzi
U wód Babelu, pamiętni Syjonu,
I ja bym płakał — ale Muza szydzi;
Zresztą zbyt nikły to powód do skonu.
Podróż młodemu nigdy się nie zbrzydzi,
Bo podróż bawi. Gdy do karabonu[141]
Kłaść będą tłumok, to w nim, mam nadzieję,
Już i książeczka ta kącik zagrzeje.

XVII

Juan stał, myślał, wzdychał i łzy ronił;
Łzy słone na toń słoną padające;
„Słodkie na słodkie”… (Ten wiersz mi zadzwonił,
Bom właśnie czytał, jak kwiaty pachnące
Przyniosła na grób, który prochy chronił
Ofelii — Danii królowa). Niknące
Brzegi natchnęły refleksjami duszę
I zaczął myśleć naprawdę o skrusze.

XVIII

„Bądź zdrowa! — wołał — Hiszpanio, bądź zdrowa!
Może cię nigdy, nigdy nie obaczę
I umrę z dala, bo się nie uchowa
W obczyźnie serce, ale się zapłacze…
Gwadalkwiwirze mój, rzeko domowa,
Żegnaj; ty, matko!… gdy nie przeinaczę
Losu — ty, Julio!…” Tu wyjął niebieski
List i przeczytał od deski do deski.

XIX

„Gdybym zapomnieć miał…. słuchaj mnie, Boże!…
Nie, nie — tak tanio czci mej nie pogrzebię,
Prędzej ta ziemska kula wpadnie w morze,
Prędzej to morze utopi się w niebie,
Niżeli inną nad ciebie przełożę,
Niż inną kiedy pokocham — prócz ciebie.
Nie dla mnie balsam powtórnej miłości…
(Tu okręt zachwiał się — on dostał mdłości).

XX

Wprzód niebo ziemię zgniecie… (tu się skutki
Wstrząśnienia wzmogły). O Julio! dopóty
Łkać będę… (Piotrze, daj mi trochę wódki,
Battista, pomóż mi zejść do kajuty…)
Aniele!… (prędzej, wy, piekła wyrzutki!…)
Luba!… (ten okręt chwieje się jak struty)
Tak bym się dzisiaj do nóg twoich cisnął
Całować!… (tu się gwałtownie zachłysnął!)

XXI

Czuł tę mrożącą jakąś słabość serca
(Raczej żołądka), w której jest smak piekła;
Co w mdłe człowiecze jestestwo się wwierca,
Kiedy druh zdradził, kochanka uciekła,
Kiedy najdroższych zesłał los wydzierca
Daleko albo gdy śmierć ich zawlekła…
Juan by świetniej wymową zapałał,
Cóż — gdy ocean jak emetyk[142] działał.

XXII

Miłość, ChorobaMiłość kapryśna jest; sprawioną żarem
Własnym gorączkę odważnie przetrzyma;
Lecz się osłabia kaszlem lub katarem
I na ból gardła cierpliwości nie ma.
Rany śmiertelne leczy niby czarem,
Lecz pospolitych chorób się nie ima,
Ucieka, gdy ktoś, zamiast westchnąć, kichnie,
I czerwonością oczu się odstrychnie.

XXIII

Lecz ją najpewniej zmęczy i najsrożej
Morska choroba, co w jelita wnika,
Miłość tętnicę odważnie otworzy,
Lecz gorącego boi się ręcznika.
Przeczyszczająca ją pigułka trwoży,
Mdłości zabiją. Pomyśl, jak u smyka
Była zawzięta, gdy jeszcze śród mdłości
Żar go namiętny przejmował do kości!

XXIV

Okręt nazwany pięknie: „Trinidadą”,
Gnał do Liworna po gościńcu szklistym.
W tym mieście stara rodzina Moncado,
Która się rozstać musiała z ojczystym
Krajem — osiadła. Familijną radą
Był tam wysłany, opatrzony listem;
Prócz tego inni znajomi w Sewilli
Listy do swoich znajomych wręczyli.

XXV

Sług don Juana zastęp nie był liczny,
Wszystkiego troje i ochmistrz Pedrillo,
Człowiek stateczny i wielojęzyczny,
Który dziś leżał, zwyciężony tylą
Wrażeń, w hamaku i czuł ból febryczny,
A w głowie zamęt większy z każdą chwilą
I strach — bo woda, pryskając w strzelnice,
Skrapiała hamak, poduszki i lice.

XXVI

Słusznie się trwożył; charakter wojenny
Morza coraz to groźniej znaczył burzę.
Wiatr nie był jeszcze wściekłością brzemienny,
A już lądowcy pobledli jak tchórze.
Lecz marynarze — to jest ród odmienny.
Pod noc ściągnięto żagiel w samej górze;
Niebo wróżyło, że nastąpi starcie
I kilka żagli pójdzie na rozdarcie.

XXVII

O pół do drugiej wiatr nagłym zawrotem
Wpakował okręt między dwa bałwany,
Co dno wybiły, kując w nie jak młotem,
Spłukały pomost, uszkodziły ściany;
I nim żeglarze, strwożeni łoskotem,
Zbiegli się dźwigać okręt skołatany,
Ster pękł; do pomp biegł i stary, i młody,
W statku było już — cztery stopy wody.

XXVIII

Podróżni widząc, że ich okręt ginie,
Raźno skoczyli. Zaczęto przewracać
Beczki, odsuwać kufry, paki, skrzynie,
Lecz nikt się nie mógł otworu domacać,
Wreszcie znaleźli go. Całej drużynie
Zaczęła w serca mdłe otucha wracać,
Choć się wdzierała woda przez szczeliny,
Kładziono kołdry, tłumoki, pierzyny

XXIX

W otwór, co wszystko na nic się nie zdało;
Musieliby iść na pożarcie hajom,
Mimo wysiłek i energię całą,
Gdyby nie pompy. Niechaj ludzie znają,
Jaką się pompy te okryły chwałą
(Pięćdziesiąt beczek wody wyrzucają
W godzinę, a zaś ich wyrobem słynie
Zaszczytnie znany Mr. Mann w Londynie).

XXX

Dzień drugi dawał pozory pogody;
Więc byli radzi i krzepili siły,
Choć wewnątrz było na trzy stopy wody,
Którą trzy pompy nieustannie piły.
Znowu wiatr zawiał, nowe zrządził szkody.
Wpadli w wir, działa z łożysk się stoczyły,
Ogromny bałwan na okręt się rzucił,
Uderzył, podbił i na bok przewrócił.

XXXI

Tak wywrócony leżał i bez ruchu;
Pokład się w wodzie nurzał do połowy,
Sprawiając widok, co tak może w duchu
Utkwić jak gromów huk, ogień bojowy,
Jak wszystko, co się dobywa z rozruchu
Uczuć i łamie serca, karki, głowy.
Tak i topielcy, gdy wypłyną z toni,
Drżąc, straszne rzeczy powiadają o niej.

XXXII

Więc maszty, które okręt nachyliły,
Wyższy i niższy, toporami ścięto.
Okręt ani drgnął — leżał na kształt bryły,
Leniąc się powstać, jak parobek w święto.
Snadź[143] mu dwa maszty ostatnie ciężyły:
Przedni i tylny — w milczeniu je ścięto;
Nikt się przed czynem rozpacznym nie wzdrygnął…
Wtedy się nagle stary okręt dźwignął.

XXXIII

Łatwo odgadnąć, że gdy te przewroty,
Odbywały się, podróżni niezdarni
Biegali tam — sam, nie mając ochoty
Zbyć życia prędzej, nim zbędą śpiżarni.
Ba! Stare wygi, gdy śmiertelne poty
Strach im wyciśnie, stają się niekarni,
Wódki wołają, wszelkie prawa depcą,
Czasem rum nawet prosto z beczki chłepcą.

XXXIV

Nic tak zapewne ducha nie posili,
Jak rum i wiara… Wierząc w te sposoby,
Jedni śpiewali psalmy, drudzy pili,
Wiatr wył dyszkantem — jak w chórze żałoby
Basem dudniły fale. Przestrach zmyli
Cierpienia, z morskiej wyleczy choroby.
Przekleństwa, modły i pijackie krzyki
Z ryczącą falą chór stworzyły dziki.

XXXV

Może by prędzej padli w tej pogoni
Z losem — lecz Juan, mądry, choć tak młody,
Stanął przed drzwiami, w każdej dzierżąc dłoni
Pistolet; a jak gdyby śmierć od wody
Lżejszą być miała niż od palnej broni,
Zaczęli prosić i łzami jagody
Rosić i wzdychać; toż bardzo się gani,
Że chcieli gwałtem umierać pijani.

XXXVI

„Więcej nam grogu[144] daj — wołali — bo my
Zaraz umrzemy!” — „Nie! — Juan zawoła —
Prawda, że los mi nasz wspólny wiadomy,
Lecz umierajmy człowieczeństwa z czoła
Nie starłszy”. Mówiąc, od drzwi lud łakomy
Odpychał na kształt rajskiego anioła.
Pedrillo nawet z szanownym obliczem,
Choć kornie oczy wznosił, odszedł z niczem.

XXXVII

Poczciwy staruch na ramieniu duszę
Miał i zawodził, i wzdychał żałośnie,
Rachował grzechy, zagrzebany w skrusze,
Wołał: „Niechaj Bóg karą mnie ochłośnie!”
Przyrzekł, że gdy się dostanie na suszę,
To się z sukienką kapucyńską zrośnie.
A nie zabawi dłużej ni kwadransa
Przy don Juanie niby — Sanszo Pansa.

XXXVIII

Nadzieja jedna świeciła im trwale,
Dzień wstawał, wiatr snął, masztów już nie było,
Otwór wzrósł, wkoło ławy piasku, ale
Nie ląd; tak okręt bujał — nad mogiłą.
Do pomp się znowu rzucili; w zapale
Ostatnią ręce wytężali siłą;
Ze wschodem słońca pracowali sporzej,
Mocniejsi u pomp — a u żagli chorzy.

XXXIX

Płótno u sztaby uczepiono statku
I tak trzymało się jakby na rei,
Ale bez masztów, żagli, a w dodatku
Z dziurą w dnie — trudno nie tracić nadziei.
Rozpaczać jednak trzeba — na ostatku,
Żywot, choć długi, nigdy się nie przeje,
A choć czas przyjdzie, że śmierć załopoce
Skrzydłem — smutno gnić w lyońskiej zatoce.

XL

Tam ich wiatr rzucił; sam zaczął sterować
I samowolnie po odmętach wodził,
Ze steru trzeba było zrezygnować
I ze spoczynku; czas prędko uchodził
Przy pracy, bo maszt musieli prostować,
Ster lada jaki też by się przygodził[145].
Niepewna chwila ta okrętu zmora
Płynęła, lecz nie z biegłością kaczora.

XLI

Sobą strawiła się gwałtowność burzy;
Lecz fala parła gwałtownie przez dziury
W okręcie; łudzić nie mogli się dłużej.
Wody też słodkiej zabrakło, bez której
Śmierć ich czekała niechybna w podróży.
Przez teleskopów poglądali rury,
Lecz nie ujrzeli ni żagli, ni brzegu,
Nic — tylko morską toń i strach noclegu.

XLII

Znów wicher zawył i znów okręt kruchy
Zaczął się głębiej zanurzać w topieli;
Choć wyzierała śmierć z tej zawieruchy,
Wszyscy cierpliwi byli, nawet śmieli,
Aż gdy się zdarły skóry i łańcuchy
U pomp, zwątpienie przyszło i ujrzeli,
Jak go pochwycił wiatr, wściekłością zbrojny..
— Tak chwyta ludzi wir domowej wojny.

XLIII

Zbliżył się cieśla. Łzy miał pod zgrubiałą
Powieką i rzekł cicho: „Kapitanie,
Nie ma ratunku!…” Ten człek żył niemało,
Po niejednym się błąkał oceanie
I widno[146] strasznie mu się w duszy działo,
Bo nie było to kobiece płakanie…
Lecz tam zostały w chacie dzieci, żona…
Tą myślą człowiek zwariuje, nim skona.

XLIV

Ocean teraz prawie podkład zmywał;
Okręt się przegiął, strach różnicę znosił.
Ktoś swoim świętym funt świec obiecywał
(Ba! gdzie ich dostać?), drugi ręce wznosił
W górę, ów dziko w morze się wpatrywał,
Kilku spuszczało łódź, a jeden prosił
Pedrilla, aby dał mu rozgrzeszenie;
Ten go „do diabła” słał — przez roztargnienie.

XLV

Ci się rzucili w hamaki i spali,
Ci się stroili pięknie jak na gody,
Ci dzień urodzin swoich przeklinali,
Zgrzytali, wyli, włosy darli z brody.
Inni — jak rzekłem — mężni i wytrwali,
Spuszczali wielką szalupę do wody,
Marząc, że uda się śmierci wywinąć,
Byle nie trzeba wbrew prądowi płynąć.

XLVI

Lecz co myśl wiodło do ostateczności,
To — zjawiające się głodu widziadło.
Rozumiał każdy, iż zbraknie żywności,
Gdyby tak dłużej błąkać się wypadło;
A człek nie lubi żyć i mrzeć we czczości;
Morze śpiżarnię prawie całą zjadło,
W kutrze zmieściła się ledwo troszeczka
Masła — dwa sądki — i sucharów beczka.

XLVII

Szalupa była większa, toteż dla niej
Przypadło: chleba zmokłego dwadzieście
Funtów, sześć wiader wody, wina w bani
Pół wiadra; z mięsa kupionego w mieście
Kadyksie: jeden comberek barani,
Szynka wieprzowa, wołowina, wreszcie
Osiem galonów rumu — jak widzicie,
Dość licho asekurowano życie.

XLVIII

Jolla[147], pinassa[148] poszły z huraganem,
Kiedy się wzmogła burza — jeszcze rano,
Lecz można było boleć i nad stanem
Szalupy; z kołder żagle pozszywano,
Z wiosła, które się naszło w skołatanym
Statku, maszt jakiś wykoncypowano.
Dwie łodzie ledwo pół wzięły załogi,
A kuter w żywność był nader ubogi.

XLIX

Dzień bezsłoneczny powoli uchodził
Z morskiej pustyni. A jako zbrodniarze
W maskę twarz kryją, aby cios ugodził
Śmielej, i nocy powierzają straże,
Tak się im zjawiał mrok, co cienie zwodził
Na toń samotną i na blade twarze.
Dwanaście pełnych dni wiodła ich trwoga,
Teraz jej miejsce zajmie śmierć złowroga.

L

ŚmiechZaczęto tratwę z gorącym pośpiechem
Zbijać, lecz tratwa na morzu — cóż znaczy?…
Na to mógłby ktoś poglądać z uśmiechem,
Gdyby był bardzo wesół i junaczy,
Prędzej zawtórzyłby pijackim echem,
Podochoceniem szalonym rozpaczy,
Epileptycznym pół, pół histerycznym;
Śmierć się bankietem radowała ślicznym.

LI

Opół do ósmej wyrzucono z nawy[149]
Kosze i belki, i wszelkie brzemiona[150],
By jak najdłużej utrzymać dziurawy
Okręt; czuł każdy, jak nieunikniona
Śmierć dyszy… Z nieba padał blask sinawy;
Okręt, jak trumna trupem obciążona,
Szedł ciężko, potem drgnął, schylił się, zwinął,
Sztabą uderzył wprzód… i z wolna ginął.

LII

Wtedy żegnalny okrzyk w niebo wionął;
Tchórz wrzaskiem buchnął, zęby zaciął śmiały,
Niejeden w morze się rzucał i tonął,
Żądając prędzej śmierci — niewytrwały.
Ocean wkoło niby piekło zionął,
Okręt wpadł — ciągnąc z sobą morskie wały[151],
Jak ten, co z wrogiem zaplótłszy ramiona,
Wpierw go udusić pragnie, zanim skona.

LIII

Straszne wołanie z piersi się wydarło:
Głośniejsze niźli głos burzy, co wyła
Jak zwierzę — potem cichło i zamarło…
Już tylko szumiał wiatr i fala biła
O falę; morze jak grób się zaparło;
Dłoń się zeń czasem skurczona dobyła,
Czasem krzyk krótki, zakończon bełkotem
Topielca, co się rozstawał z żywotem.

LIV

Łodzie spuszczono — jak rzekłem — na tonie;
W tych łodziach grono żywych się zebrało;
Ale nadzieja gasła w każdym łonie,
Bo wiatr jak przedtem dął, morze szumiało,
A nikt nie wiedział, w której ląd jest stronie;
Za wielu było ich — chociaż tak mało!
Ogółem było wydartych powodzi
Dziewięciu w kutrze, a trzydziestu w łodzi.

LV

Reszta zginęła. Dwieście dusz szkaradnie
Wyszło z ciał; Modlitwaa tu żal wynurzyć muszę,
Że gdy katolik jaki w morze wpadnie,
To długo czeka, nim ktoś mszą za duszę
Żałobną ogniom czyśćca go wykradnie,
Bo nim o statku wieść dojdzie na suszę,
Któż do niepewnych datków ma ochotę?
Zaduszka pono kosztuje trzy złote…

LVI

Don Juan prędko do szalupy skoczył,
A chciał ocalić Pedrilla i psisko.
Uczeń nad mistrzem opiekę roztoczył,
A opiekuńcze owo stanowisko
Odwagę tchnęło weń. Pedrillo moczył
Oblicze łzami, widząc śmierć tak blisko.
Battistę (co się zwał zdrobniale: Tita)
Już powaliła przedtem okowita.

LVII

Piotrka chciał także ocalić z przygody,
Lecz i ten, czując groźne położenie
Chwili, upił się, a gdy szedł na schody,
Upadł i poszedł między morskie cienie,
I znalazł nagle grób z wina i wody.
Chciano ocalić go, lecz się na scenie
Już nie pojawił, bo morze szalało,
Zresztą i miejsca w szalupie nie stało.

LVIII

Charcik, dzielący Juanowe losy,
Którego jeszcze don Jose wychował,
Stał na pokładzie i wył wniebogłosy;
Ze stanu rzeczy trafnie wywnioskował
(Psy mają czułe i rozumne nosy),
Że woda sięgnie niebawem nad pował.
Juan posłyszał go, pochwycił, skoczył
Do łodzi, a psa pod siedzenie wtłoczył.

LIX

Napełnił także pieniędzmi kieszenie
I obładował nimi smętne ciało
Pedrilla, który wpadłszy w zasępienie,
Bezmyślnie, co się Juanowi zdało,
Czynił; huk morza powiększał w nim drżenie.
Juan, przeciwnie, miał minę dość śmiałą;
Ufając, że się nim zajmie niebieska
Siła, ocalił ochmistrza i pieska.

LX

Noc była czarna. Wiatr skrzydłem łopotał;
Próżno się żagiel to w głębi topieli,
To w górze z siłą przeważną szamotał —
Zwinąć go ani rozwinąć nie śmieli,
Nurt się przelewał przez ster i łaskotał.
Podróżni wodą sieczeni skostnieli,
Wnet każdy głowę opuścił bezradną
I biedny kuter powędrował na dno.

LXI

Ubyło dziewięć dusz. Drugi się trzymał
Statek; maszt na nim z wiosła był zrobiony,
A żagiel z kołder pysznie się wydymał,
Niby na rei, sznurkiem utwierdzony.
Ocean huczał, pienił się i zżymał,
Przez burt przewalał, więc strach był niepłony.
Ludzi im było żal, lecz równie masła
I chleba, których drużyna nie spasła.

LXII

Ogniście wstało słońce i czerwono,
Krwawy posłannik wracającej burzy.
Cóż czynić mogli? Płynąć w niezmierzoną
Dal, patrzeć, rychło niebo się rozchmurzy.
Po łyżce rumu z winem rozdzielono
Między tych, którzy głodu znosić dłużej
Nie mogli; reszta zjadła chleb spleśniały,
Z wszystkich zamiast szat łachmany wisiały.

LXIII

Trzydziestu było w tak ciasnej przestrzeni,
Że nikt swobodnie nie mógł użyć ręki,
Jedni zziębnięci, przemokli, skurczeni
Siedzieli — inni, by złagodzić męki,
Na kształt dantejskich pokładli się cieni
Czuwając; febrą dzwoniły im szczęki.
Tak wlokła się łódź, szkielety[152] ciężarna,
Wspólnym ich płaszczem była chmura czarna.

LXIV

Wiadomo: dłużej żyje, kto spragniony
Jest życia; znają tę prawdę doktorzy.
Pacjent, co nie ma przyjaciół lub żony,
By go dobili, jeszcze nienajgorzej
Ma się; jeszcze go śmierci wyostrzony
Nóż ani Parki nożyca nie trwoży.
Strata nadziei życia — życie skraca,
Śmierć wtedy człeka dmuchnięciem wywraca.

LXV

Ludzie mający pono dożywocie[153]
Potrafią dłużej żyć — sam Bóg wie, na co
Wierzycielowi na złość! — Temu krocie
Pachną, a oni żyją i nie płacą.
Najgorsi z wszystkich są Żydzi; ci w złocie
Naprzód ukąpią, a potem zatracą.
Jam do pożyczek bywał zawsze chutny,
Tylko mnie trapił dzień terminu smutny!

LXVI

Równie gromada owa w lichej łodzi
Żyła ochotą życia i dlatego
Zniosła, co ludzkie pojęcie przechodzi,
Jak skała, kiedy fale ją oblegą.
Trud się żeglarzom z przeznaczenia rodzi,
A to od czasów korabiu Noego,
Który wiózł ludzi, ród gęsi, krów, owiec,
Jak Argo[154], pierwszy korsarski żaglowiec.

LXVII

Wszak mięsożerna człowiek jest istota:
Musi jeść, a ma tę wadę nieszczęsną,
Że jeść nie może, jak dżdżownica, błota,
Ale jak tygrys, haja strawę mięsną,
Anatomiczny wprawdzie skład żywota
Znosi jarzyny, lecz żołądki klęsną
Od takiej strawy; człowiek, co pracuje,
Musi jeść mięso — i wół mu smakuje.

LXVIII

Tak zrozpaczonej owej ludzkiej trzodzie,
Gdy się w dniu trzecim ocean ukoił,
Anioł zaświtał w niebieskiej pogodzie
I rozbliźnione rany serca goił.
Posnęli wszyscy jak żółwie na wodzie;
Gdy się ocknęli, głód w żołądkach broił;
Więc gospodarskiej niepomni nauki,
Na żer się chciwie rzucili — jak kruki.

LXIX

Przewidzieć było łatwo, co się stanie:
Zjedli chleb, resztki wina wysączyli,
Głusi na prośby, groźby i łajanie,
Ani się widmem głodu nie trwożyli.
Mieli nadzieję — głupi — że wiatr wstanie
I pchnie do brzegu. Z nadzieją jest milej,
Lecz mając wiosłem kawał drewna kruchy,
Powinni byli zachować okruchy.

LXX

Przyszedł dzień czwarty, fala nie podrosła,
Ocean leżał jak dzieciak uśpiony;
W piątym to samo; woda ich nie zniosła,
Modra i jasna jak niebios opony[155].
Z jedynym wiosłem (gdyby choć dwa wiosła)
Co mogli zdziałać?… Głód wyciągnął szpony;
Więc pieska, chociaż Juan się przeciwił,
Zarżnęli; każdy cząstką się pożywił.

LXXI

W szóstym brać głodna skóry się chwyciła.
Juan się wzbraniał jeść z tego powodu,
Ze to pieszczona psinka ojca była,
Lecz czując w sobie straszne sępy głodu,
Z żalem i wstrętem — ta myśl go dławiła —
Przyjął łaskawie daną mu od przodu
Łopatkę z łapką; Pedrillo poglądał
Żałośnie; zjadł pół, a jeszcze pożądał.

LXXII

Przeszedł dzień siódmy bez wiatru; żar z nieba
Tryskał; jak ścierwo łódź na wodzie legła,
W łodzi szkielety… Im było potrzeba
Wiatru, a wiatr spał. Do białek im zbiegła
Krew i spojrzeli na się… chcieli chleba,
Jeść chcieli; głodem w oczach się zażegła
Kanibalowa chuć… Patrzą i milczą,
A szczęki im się wydłużają wilczo.

LXXIII

Wreszcie jeden coś szepnął do sąsiada,
Ten szepnął drugim, a ten innym jeszcze
I trwała jakaś tajemna narada,
Jakieś szemrania syczące, złowieszcze.
I pojął każdy, że myśl jedna włada
Wszystkimi, chutne wywołując dreszcze;
A była to myśl, że losować trzeba
I ludzkim ciałem zastąpić brak chleba..

LXXIV

Ale nim doszło do tego, spożyli
Resztki skórzanych czapek i kamaszy;
Długo się wzrokiem rozpacznym mierzyli,
Nikt bowiem stać się materiałem paszy
Nie chciał — na koniec losy porobili,
Ale z substancji, co Muzę przestraszy,
Bo gdy nie mieli nazwisk spisać na czem,
Juan list Julii musiał oddać — z płaczem.

LXXV

Losy spisano, zmieszano, rzucono,
A nawet harpia głodu, co ich ciała
Żarła jako sęp kaleczący łono
Prometejowe, przycichła struchlała.
Nie namyślano się tam, nie radzono;
Natura sama do strasznego gnała
Postanowienia — a fortuna sroga
Pierwszego wzięła sobie — pedagoga.

LXXVI

Prosił, aby mu otworzono żyły.
Cyrulik użył dzielnie swoich noży,
I na Pedrilla padł sen taki miły,
Że nie czuł, jak wszedł do rajskich przestworzy.
Umarł tak, jak żył — dobry do mogiły
Katolik, człowiek świętobliwy, boży,
Ucałowawszy Chrystusową mękę,
Spokojnie dał pod nóż gardło i rękę.

LXXVII

Pierwszym kawałkiem miał być opłacony
Cyrulik; lecz że pieczeń była zbita
I twarda, a on ogromnie spragniony,
Napił się ciepłej krwi, której obfita
Struga płynęła. Trup obmyto w słonej
Wodzie, do morza rzucono jelita
Na ucztę dla haj, co w trop jak grabarze
Płynęły; resztę pożarli żeglarze.

LXXVIII

Czterej majtkowie odmówili strawy,
Nieżądni najmniej ludzkiego mięsiwa.
Juan, co patrzał na skon pieska łzawy,
Nie chciał jeść także. Rzecz nader godziwa,
Iż wstręt w nim budził ten posiłek krwawy.
Pamięć Pedrilla jeszcze w nim zbyt żywa
I nad uczucie głodu była czystsza,
Nie tknął więc swego pasterza i mistrza.

LXXIX

SzaleństwoLepiej, że nie jadł, bo ci, co zasiedli
Do uczty, skutków wnet smutnych doznali:
Którzy najwięcej i najchciwiej jedli,
Wpadli w szaleństwo, Boga przeklinali,
Pianę toczyli z ust, w konwulsjach bledli
I słoną wodę jak smocy żłopali,
Zgrzytali, wyli, włosy darli w szale
I umierali z śmiechem jak szakale.

LXXX

Liczba nędzarzy schudła z tego względu,
Reszta też schudła jak gromada duchów,
Jedni nagłego dostali obłędu,
I ci szczęśliwsi byli od swych druhów,
Inni krwawego żądali obrzędu
Raz jeszcze, choć im z konwulsyjnych ruchów
Ginącej rzeszy śmierć przestrogę słała,
By się ludzkiego nie chwytali ciała.

LXXXI

Nazajutrz paść miał chłopiec okrętowy,
Najtłustszy — lecz się wymknął spod tasaka,
Nie przeto, iż miał chęć nie zbywać głowy;
ChorobaRzecz ocaliła inna nieboraka.
Oto — już z dawna był nie bardzo zdrowy,
Czego przyczyna znowu była taka:
Kiedy w Kadyksie bawił[156], przez trafunek
Od dam składkowy dostał podarunek.

LXXXII

Z Pedrilla rączka została i udko,
Jedni nie jedli, by nie szkodzić zdrowiu,
Drudzy oszczędni, wiedząc, że na krótko
Wystarczą, resztki zgryzali tułowiu.
Juan sam trzeźwy panował nad łódką
Ssąc tylko kąski trzciny lub ołowiu,
Wreszcie złapano dwie jaskółki wodne
I trup rzucono między ryby głodne.

LXXXIII

Kogo Pedrilla los nabawia dreszczy,
Patrzaj: Ugolin[157] wroga w wiecznej wojnie
Dławi, czaszka mu krwawa w zębach trzeszczy,
A zaraz powieść swą kończy spokojnie.
Gdy w piekle wroga gryźć kazał duch wieszczy,
Toć spożyć druha — nie jest nieprzystojnie
Na morzu; gdy kto pięć dni z rzędu pości,
Wolno mu mieć mniej niźli Dant litości.

LXXXIV

Tej nocy upadł deszcz rzęsisty z nieba;
Usta otwarły się jak popękana
Ziemia; Wodaczłowieka dopiero potrzeba
Uczy, że skarbem jest woda źródlana.
Jeśliś w gorących był krainach Feba[158],
Na oceanie, lub gdzie karawana
Do wody z piersi przepalonych wzdycha,
Chciałbyś, gdzie Prawda, być — na dnie kielicha.

LXXXV

Deszcz nie napoił, choć padał do ranka,
Aż się płócienną posłużyli szmatą,
W którą kapała woda, jak do dzbanka.
Gdy była pełna, rzucili się na to
Naczynie chciwie — a choć piwa szklanka
Lepszą byłaby biedakom obiatą,
Jednak się ozwał głos powszechnej zgody,
Smaczniejszej nigdy że nie pili wody.

LXXXVI

Wargi spalone i gorączką zżarte
Ssały te męty jak krople nektaru;
Języki czarne a gardła rozwarte
Jak u bogacza, co śród piekieł żaru
Żebrze, aby mu Łazarz przez zaparte[159]
Niebo upuścił niebieskiego daru
Bodaj kropelkę; jest to prawda stara,
Że czasem chrześćjan konserwuje wiara.

LXXXVII

Dwóch ojców było w tym gronie nędzarzy,
A mieli synów dwóch; jeden, jak róża
Rumiany, silny i czerstwy na twarzy,
Wcześniej żyć przestał. Gdy do śmierci łoża
Przyciągnął ojca jeden z marynarzy,
Ten spojrzał i rzekł: „Dziej się wola boża,
Nie moja wola![160]” — i źrenicą szklaną
Patrzał, jak dziecko do morza wrzucano.

LXXXVIII

Drugi dziecinę miał wątłą, słabiuchną,
O miękkim liczku, delikatnym ciele.
Ten chłopczyk dłużej żył, choć był jak próchno,
Tkwiła w nim dusza cicha jak w aniele.
Nie mówił, lecz się uśmiechał miluchno,
Jak gdyby sercu ojca chciał — wesele
Wrócić i ulżyć brzemieniu boleści,
Choć czuł, że go już dłużej nie popieści.

LXXXIX

Śmierć, WodaNad twarzą syna zwisła twarz rodzica;
Ojciec już nie wstał, ale z ustek pianę
Bladych ucierał, zapatrzony w lica
Dziecka. Gdy spadły krople pożądane
I szklanym blaskiem raz jeszcze źrenica
Błysła i zdała się poznawać znane
Oblicze — ojciec mu wargi rozszerzył,
Wlał trochę wody — próżno! — chłopiec nie żył.

XC

Skostniał; wziął ciało ojciec nieszczęśliwy
I patrzał długo, długo, aż zrozumiał,
Że to śmierć trup mu rzuciła nieżywy
Na piersi; wtedy jak dziecko się zdumiał,
Patrzał uparcie, aż nielitościwy
Ocean trupa w sobie skrył, zaszumiał;
A on padł z duszą martwą; tylko ciało
W konwulsjach życiem ledwie znacznym drgało.

XCI

W tej chwili tęcza wybiegła na chmury;
Z obu stron warkocz świetlny w morzu tonął
Nad falujące rozpięty lazury.
A wewnątrz łuku blask jaśniejszy płonął
Niż zewnątrz. Jasność pomknęła do góry
Jak sztandar, ale barwy z wolna chłonął
Eter — tęcza się zgięła, potem zbladła,
Roztopiła się we mgle i przepadła.

XCII

Zniknął niebieski kameleon, dziecię
Powietrza i mgły, i słońca, zrodzone
W ogniu, w rubinów kołysane kwiecie,
Spowite w obłok, płynnym złotem chrzczone,
Niby półksiężyc, lśniący na meczecie,
Lub pryzmat, ma barwy utajane
W jednej — (lub sine na twarzy obrazki
U osób, co się boksują bez maski).

XCIII

Rozbitkom był to znak bożej opieki…
Wiara — jak wiecie — człowieka uzdrawia,
Wierzyli w „omen” Rzymianie i Greki.
Desperatowi „omen” ulgę sprawia.
Toż, gdy czekając pomocy dalekiej,
Spostrzegli ogon niebieskiego pawia,
Wróżyli sobie jakby z horoskopu
Szczęśliwy koniec i wyjście z zatopu.

XCIV

Ptaszyna nader piękna, śnieżnobiała
Z płetwami u nóg, z wejrzenia jakoby
Gołąbka (pewno w drodze się zbłąkała),
Polatywała tejże samej doby
Nad łodzią, pragnąc sieść[161]; a choć widziała
Podejrzanego oblicza osoby
W łodzi, krążyła, obserwując z góry,
Póki dnia — był to dobry „omen” wtóry.

XCV

A muszę tu być w spostrzeżeniu szparki[162]:
Szczęście to ptaszka, że nie siadł na maszcie,
Bowiem na kruchym drągu naszej barki
Mniej miał bezpieczną grzędę niż na baszcie.
Głód— Gdyby był nawet ptak z Noego arki
Powracający z oliwką, to zważcie:
Nie zjadłbyż człowiek, który sześć dni pości,
Oliwki, mięsa z ptaszyny, ba!… kości?

XCVI

O zmierzchu zadął wiatr, lecz już nie szalał,
Gwiazdy się w chmurnym niebie roziskrzyły,
Łódź gnała, ale w rozbitkach duch malał,
Bo w kraj nieznany losy ich pędziły.
W dali szmat ciemny — jak ląd — niebo walał,
Jakieś ławice z mgieł oko mamiły,
Ktoś słyszał huk fal, a inny moździerzy.
O tym ostatnim — to wątpić należy.

XCVII

Wstał świt; wiatr powiał ciszej, pieszczotliwiej;
Wtem krzyknął majtek stojący na straży:
„Patrzajcie, ląd, ląd! Jeśli wzrok mnie myli,
Niech się tak dusza moja w piekle smaży.
Przetarli oczy, i dziw!… zobaczyli
Zatokę; szał ogarnął marynarzy:
Istotnie był to ląd, z dala widzialny,
W oczach rosnący, prawie dotykalny.

XVIII

Płaczem buchnęła wielkim część załogi.
U reszty były oczy mdłe i mętne,
Nie odróżniali radości od trwogi,
Tak się im stało wszystko obojętne.
Pacierzem kusił ktoś wzgardzone bogi…
Trzech spało; twarze mieli bólem wstrętne,
Głową się ciężką o dno łódki wsparli,
Chciano ich zbudzić, wstrząsano… — umarli.

XCIX

Jeszcze przed tym dniem znaleźli na fali
Śpiącego żółwia. Zwierz był bardzo duży,
Więc podpłynęli cicho i złapali
I mieli mięsny znów pokarm na dłużej,
A co ważniejsza, ducha zhartowali
I uczynili twardszym do podróży,
Bo ze zdarzenia tego się wysnuwał
Wniosek, że Dobry Ktoś nad nimi czuwał.

C

Ląd był istotnie, co teraz wyraźniej
Czarną, skalistą postać ku nim zwrócił,
Prąd łódkę znosił i płynęli raźniej.
Fakt tylko jeden przestraszał i smucił:
Ogromnej była powodem bojaźni
Niepewność, dokąd ich ocean rzucił…
Mówiono: Kreta, Rodos; sternik z szyprem
Bardzo stanowczo obstawał za Cyprem.

CI

Tymczasem prądem silnym łódź niesiona
Do upragnionej zmierzała przystani,
Niby z bladymi duchy łódź Charona[163].
Już tylko czterech ludzi było na niej
Oraz trzy trupy, których osłabiona
Ręka nie mogła zepchnąć do otchłani.
Dwie haje, z łódką pędzące w zawody,
Przypominały się, pryskając z wody.

CII

Upał i zimno, rozpacz, niedostatki
W ich się wyglądzie nędznym odbijały;
Synów by własne nie poznały matki
W owej szkieletów rzeszy wynędzniałej.
W nocy chłód, we dnie żar, ubiór na szmatki
Zdarty, więc nie dziw, że z gromady całej
Zostało czterech; tamci własną winą
Legli, Pedrilla spłukując morszczyną[164].

CIII

I ukazało się pofalowane
Wybrzeże, wszystkie zachwycając zmysły.
Wonie, nad lasów szczytem rozedrgane,
Płynęły mgłami, w powietrzu zawisły
I ochraniały im źrenice szklane
Przed płomieniami, co od fal odprysły.
Wszystko tam było lube, jasne, hoże,
Wstecz się cofało groźne, czarne morze.

CIV

Ląd był zarosły, bezludny; dokoła
Ryczały fale; lecz ich opanował
Taki szał, tak ich ląd nęcił, że zgoła
Zważać nie chcieli, że śmierć im gotował.
Tam, kędy[165] groźne raf sterczały czoła,
Ocean pienił się, burzył, kotłował;
Oni nie dbając, że na skały wpadną,
Pchnęli się — pękła łódź i poszła na dno.

CV

W Gwadalkwiwirze, rzece swej rodzinnej,
Juan się nieraz po uszy zanurzył,
Więc nie przestraszał go element płynny.
Wyborny pływak nieraz godnie użył
Swej sztuki. Lekki, wytrwały a zwinny,
Przed Hellespontem[166] by nawet nie stchórzył,
Który przepłynął — pomnij, łaska czyja,
Leander, po nim pan Ekenhead i ja…

CVI

Więc choć skostniały, wycieńczony głodem,
Parł się i walką wytężał zajadłą
Członki mdłe[167], tak iż dosiągł przed zachodem
Wybrzeża, które przed nim się rozsiadło;
Rekin napędził strachu mimochodem,
Wziąwszy jednego z pływaków na jadło;
Dwóch nie-pływaków zaraz wir pochłonął
I tylko jeden Juan nie utonął.

CVII

Lecz by nie dobił do brzegu bez wiosła,
Które dłoń jakaś opiekuńcza dłoni
Jego, jak deskę zbawienia, przyniosła,
Gdy w dół strącony pogrążył się w toni,
Choć już mogiła mu nad głową rosła,
Fale dudniły niby tabun koni,
On, tego drewna dzierżąc się, nad grzywy
Rumaków spłynął na brzeg, pół nieżywy.

CVIII

Przytłumił oddech, palce wbił kurczowo
W żwir i bronił się fali rozsierdzonej,
Co wypuszczoną ofiarę na nowo
Wessać pragnęła w grób niezapełniony.
W piasek się wtłoczył i dotykał głową
Jaskini, dłutem wód w skale rzeźbionej;
Tyle miał życia, że czuł mocne bole,
Ale mniej czucia, by pojął swą dolę.

CIX

Z trudem na chwiejnym podniósł się ramieniu,
Lecz na skrwawione znów opadł kolana;
Oczyma wodził, szukając w półcieniu,
Czy nie wynurzy się gdzie postać znana
I nie zjawi się towarzysz cierpieniu.
Jednego spostrzegł tylko, trup kompana,
Który, przedwczoraj skonawszy, noclegu
Szukał na obcym, nagim, twardym brzegu.

CX

Tak patrząc, poczuł, że mózg mu się kręci,
A z nim świat cały; myśl się rozprzęgała,
Przytomność z resztką ginęła pamięci…
Padł na bok, ręka za wiosło chwytała
Odruchem samozachowawczej chęci.
I legł jak lilia podcięta i biała,
Prześcigający kształtem cherubiny,
Choć jeno z ziemskiej urobiony gliny.

CXI

Jak długo potem w tej martwocie leżał,
Nie wiedział; świat mu zdał się jedną bryłą.
Czas już dlań nocy i dnia nie rozmierzał,
Krew skrzepła; co czuł, to jakby się śniło.
Aż gdy go sen ów niemocy odbieżał,
Tętna ruszyły się, serce zabiło
I pulsująca krew zagrała męsko,
Walkę ze śmiercią stoczywszy zwycięską.

CXII

Otworzył oczy, zamknął, znów otworzył,
Ujrzał kształt jakiś, niejasny, zamglony.
Marzył, że chwilkę go w łodzi sen zmorzył,
Lecz że się zbudził — wiatr go chwyta w szpony,
A on rozpacza, że z martwoty ożył…
Potem myśl skupiał, zsyłał w czas miniony
I gdy wspomnienia snuł, a snuł jak z wątka,
Szesnastoletnią ujrzał twarz dziewczątka.

CXIII

Do ust mu usta przyłożyła tkliwie, .
Jakby się chciała nimi tchu dopytać,
I, ciepłą rączką głaszcząc pieszczotliwie,
Zdała się duszę odchodzącą chwytać.
Zwilżając skronie, czatowała chciwie
Na objaw życia, aż z wolna zakwitać
Zaczął rumieniec i wnet oddech cichy,
Równy wywabił na jej twarz uśmiechy.

CXIV

Wina mu trochę wlawszy w usta, ciało
Płaszczem okryła i ramieniem głowę
Podtrzymywała zwisłą i omdlałą,
A potem liczko jej ciepłe, różowe
Pod zimną chłopca skroń się podesłało.
Wyżęła włosy, morską wodą płowe,
Wzdychając, prawie że współczuła bóle
Chorego, strzegąc go bacznie a czule.

CXV

Potem ostrożnie wniosły go do groty;
Nasza urocza dzieweczka wraz z drugą
O kształtach nie tak wytwornej roboty,
Silniejszych barkach — iż zdała się sługą.
Wznieciły ogień, a kiedy blask złoty
Jasną, szeroką padł na ściany strugą,
W świetle dziewczyna, dama lub czym była,
Jeszcze się bardziej powabną zjawiła.

CXVI

Na głowie złote blaszki jak motyle
Śród fal brunatnych włosów migotały;
Kędziory bujne w warkocz zwite w tyle,
A mimo wzrost jej smukły[168], okazały,
Bo w młodzieńczego wieku pełnej sile,
Warkocz do kostek sięgał — a tak śmiały
Miała wzrok i tak panowała głową,
Jak gdyby była tych krajów królową.

CXVII

OkoWłos był brunatny, ale oko duże,
Czarne jako śmierć, w rzęs jedwabnym cieniu
Wabiło, skryte, niby gwiazdy w chmurze,
A niby pęki strzał tkwiło w spojrzeniu,
Czy było słodkie, czy wróżyło burzę
Zjawiającą się w błysków dziwnym drżeniu,
I było wtedy podobne do węża,
Co jad wyrzuca i sploty rozpręża.

CXVIII

Czoło szerokie, a różowomleczne,
Lice jak rannej blask na chmurach zorzy.
Wierzchnia jej warga mniejsza, usta śliczne,
Tylko całować!… Wprost arcytwór boży,
Jak te modele żywe, artystyczne,
Których człowiecze dłuto nie odtworzy.
Widziałem takich pięknych kobiet wiele,
Że niech rzeźbione uklękną modele!

CXIX

Powiem, czemu się moja dusza skarży
I skąd ten przeciw rzeźbiarstwu artykuł:
PięknoZnałem irlandzką damę, której twarzy
Nikt dotąd godnie w marmurze nie wykuł,
Choć pozowała często. Gdy czas zwarzy
Kwiat, przepędziwszy po nim swój wehikuł,
Przepadnie piękno przez naturę kute,
Nie skopiowane, nawet nie odczute.

CXX

A taka była ta z groty księżniczka.
Że nie jesteśmy w hiszpańskiej krainie,
Świadczyła żywsza barwami sukienka.
— Hiszpanki jasno noszą się jedynie
W domu; za domem kryją smagłe liczka
W mantyli, a biust w powabnej baskinie[169].
Pod niepozornym strojem oczy czarne
Lśnią tajemnicze razem[170] i figlarne.

CXXI

Otóż dzieweczki naszej strój był wcale[171]
Piękny, w kolory przeróżne pisany,
Zwój włosów spadał na szyję niedbale,
Gwiazdami drogich kamieni usiany.
Na pasku lśniły rubiny, opale,
Welon z najdroższej materii był tkany.
Palce w pierścieniach — ale wstyd mnie reszty…
Na bosych stopach panna miała meszty[172].

CXXII

Drugiej ubranie pierwszemu podobne,
Ale sukienka była grubsza cała,
Drogich kamieni mało — i to drobne,
We włosach srebro, matka dać musiała
Na wiano — wszystkie stroiki mniej zdobne,
Równie swobodna w ruchach, lecz mniej śmiała.
Włos gęstszy, ale krótszy zwój warkoczy,
Czarne i żywe, ale mniejsze oczy.

CXXIII

Służąc mu, obie krzątały się pilno,
Znosiły jadło, suknie do ubrania,
Z tą chęcią lubą, czułą i przychylną,
Co zmusza ludzi gwałtem do kochania.
Przygotowały mu zupkę posilną,
Rzecz, którą wspomnieć poezja się wzbrania,
Ale co lepsza dla chorych niż owa
Wojom podana uczta Achillowa.

CXXIV

Powiem, kto były, by nie myślał który,
Że to przebrane księżniczki; na straży
Jawności stoję, zwolennik natury,
Przeciwny sztuce dzisiejszych bajarzy.
Więc krótko: obie prostych ludzi córy,
Nie dyplomatów, poetów, rzeźbiarzy;
Pani i sługa. — Pani była córą
Człowieka, co żył przeważnie z naturą.

CXXV

Był rybołówcą w swoim wieku młodym,
Łówcą pozostał na dojrzalsze lata,
Lecz wyższe cele złączył z tym zawodem,
Dlatego stał się przykrą plagą świata
I żył w niezgodzie ze strażników rodem.
Trochę to handlarz był, trochę pirata,
Lecz wzór wzorowy dla wszystkich piratów,
Bo sobie korzec uzbierał dukatów…

CXXVI

Był więc rybakiem — na ludzi rybakiem,
Jak Piotr apostoł — i często obdzierał
Kupiecki okręt, gdy szedł pustym szlakiem,
I staczał czasem bitwy jak generał.
A gdy zwyciężył, to zwycięstwa znakiem
Podróżnych sobie na jeńców wybierał,
Potem wystawiał na tureckie rynki
Mężczyzn, chłopczyków, dziewice, dziewczynki.

CXXVII

Był Grekiem; piękny dom sobie wystawił
Na jednej z Cyklad, wyspie mało znanej,
I tam bezpiecznie, wygodnie czas trawił.
Dom za pieniądze cudze zbudowany,
Bo ilu okradł, a ilu zadławił,
. Sam Bóg wie. Był to stary praktyk, szczwany.
Dom był zaciszny, obszerny, spokojny,
W misterne rzeźby berberyjskie strojny.

CXXVIII

Miał jednę córkę — Hajdeą się zwała,
Najposażniejsza wysp jońskich dziedziczka;
Wszystka młódź za nią z miłości szalała,
Nad posag ceniąc powaby jej liczka.
Miała szesnaście lat; jak brzózka biała
Rosła, strącając pod władzę trzewiczka
Rój wielbicieli; karcąc ich zaloty,
Sama miłosnej nabrała ochoty.

CXXIX

Dziś idąc do skał przez nabrzeżne piaski
— Zwykła przechadzka przed słońca zachodem —
Spostrzegła jakąś, pod wieczorne blaski,
Postać; don Juan to był, zmorzon głodem,
Sztywny; wzdrygła się, bo był bez — przepaski,
Lecz wraz zagrała litość w sercu młodem,
Więc współczującym… (równie z tej pobudki,
Że był przystojny bardzo i bielutki),

CXXX

Ale ratunku byłby cel chybiony,
Gdyby go chciała wziąć do domu ojca;
Znaczyło myszkę rzucić w kocie szpony
Lub wpuścić łanię do psiego ogrojca.
Bo stary miał swe szczególne zakony[173],
Nie jak gościnny Arab, zacny zbójca:
On by mu także z głodu umrzeć nie dał,
Lecz utuczywszy go, potem by sprzedał.

CXXXI

Więc się zgodziła pani z pokojówką
(Panienka u sług zawsze szuka rady),
Że grota lepszą dlań będzie kryjówką.
Gdy otwarł czarne oczy chłopiec blady,
Obie schyliły się nad jego główką,
Bo już litości jęły się „z zasady”,
A mówi św. Paweł, że ta cnota
Jest mytem u wrót rajskiego żywota.

CXXXII

Roztliły ogień, ale z materiału,
Który mu wielkiej nie mógł nadać siły,
Bowiem niezdatne były dla opału
Kawałek wiosła, szczęt masztu przegniły;
Płomienie ich się chwytały pomału,
Lecz się na koniec raźno w górę wzbiły;
A że leżało dużo tych drew blisko
Groty — starczyły na duże ognisko.

CXXXIII

Aby mu miękkie, ciepłe usłać łoże,
Hajdea zdjęła futro sobolowe,
A że powietrze morskie, i to w porze
Nocnej, chłopięciu mogło być niezdrowe,
Spódniczkami go otuliły hoże
Dziewoje, jutro przyrzekając nowe
Przynieść sukienki i wina, i chleba.
Jaj, ryb i czego więcej było trzeba.

CXXXIV

Wyszły — a on się dal ogarnąć snowi,
Jakby kamieniem był lub nieboszczykiem.
Śmierć jest snem tylko — jakim?… sam Bóg to wie.
Może doczesnym?… — Spał — mary mu dzikim
Nie zawodziły chórem u wezgłowi
Ani straszyły widma krwawym szykiem,
Co tak niekiedy wspomnieniem przerażą,
Że drżąc, budzisz się z zapłakaną twarzą.

CXXXV

ImięSpał więc bez widzeń Juan, lecz panienka,
Co była taka dobra i troskliwa,
Zatrzymała się w biegu jak sarenka,
Mniemając, że jej po imieniu wzywa.
Często jest w błędzie serce, ucho, ręka
I często różne przywidzenia miewa;
Nie uważała zatem w roztargnieniu,
Że obcej nie mógł wzywać po imieniu.

CXXXVI

I zadumana wróciła do domu,
Milczenie ścisłe zalecając Zoi,
Która wiedziała też, co mówić komu,
Rokiem od pani doświadczeńsza swojej.
Zoe wiedziała, że rok u przełomu
Dziecięctwa wiele znaczy, wiele broi,
Więc oszczędzała lat — w szkole przyrody
Zbierając wiedzy pożyteczne miody.

CXXXVII

Świt przyszedł budzić, ale nie zrozumiał
Wezwania Juan w sobole zakuty.
Ni strumyk zbudził go, co blisko szumiał,
Ni błysk ze słońca rannego wysnuty.
Znużony, nad snem panować nie umiał,
Leżał wygodnie, toż mógł spać dopóty,
Póki chciał. Pomnę, że drugi przypadek
Taki opisał w Podróżach mój dziadek.

CXXXVIII

Hajdea noc tę spędziła boleśnie,
Jak lunatyczka w księżycowym blasku.
To po zgniliźnie ciał deptała we śnie,
To piękne trupy widziała na piasku.
I pokojówce wstać kazała wcześnie,
I niewolników zbudziła o brzasku.
Aż po armeńsku zaklęli — i grecku,
Nie wiedząc, co jest kapryśnemu dziecku.

CXXXIX

Więc wstała sama, wszyscy za nią wstali,
A cel rzekomy tak rannego wstania
Był: widzieć, jak się wschód na niebie pali.
Piękny to widok, gdy się z mórz wyłania
Świetlany Febus, a chmury jak biali
Duchowie od gór zlatują; śpiewania
Słychać ptaszęce i natura chowa
Żałobę niby młoda, płocha wdowa.

CXL

Wschód jest zjawiskiem niezwykle wspaniałem.
Znam te mgły, brzaski, tę rumianość zorzy,
Bo dla nich często całą noc nie spałem,
Co jest zabójcze — mówią mi doktorzy.
Toż kto chce zdrowy być duszą i ciałem,
Niechaj — się do snu o ósmej ułoży,
Wstanie o świcie — a na grobie dłutem
Napis wyryją mu: „Wstawał z kogutem”.

CXLI

Hajdea twarzą w twarz spojrzała dzienną,
Jej była świeższa — lecz choć zawsze biała,
Teraz się różą zrobiła płomienną,
Bo jej krew z serca w lica się przelała.
Tak potok, górę gdy spotka kamienną,
Co mu się w drodze porohem usłała,
Tworzy jezioro. Tak wygląda ono
Czerwone morze — (choć w nim nie czerwono).

CXLII

A kiedy szybkim krokiem między skały
Zeszła, co brzegów pilnowały morza,
Ranne się do niej oczy słońca śmiały,
Mokrymi usty[174] całowała zorza,
Biorąc za siostrę… i ty byś niemały
Miał kłopot poznać, że nią nie jest hoża
Dziewica, której piękność równej miary
Z ową — smaczniejsza była, bo nie z pary.

CXLIII

Szła po nadbrzeżnych do groty kamuszkach
I w głąb jej wbiegła prędko a ostrożnie,
Juan na futrach spał jak na poduszkach,
Sen tajemniczy jest, więc chwilkę trwożnie
Stanęła, a podszedłszy na paluszkach,
Szczelniej okryła go, bo było mroźnie,
Jak anioł śmierci nad nim się schyliła
I oddech jego ust łakomie piła.

CXLIV

Mówię: — jak anioł, który przy skonaniu
Dobrego czuwa i śle sen pogodny.
Chłopiec cichutko leżał na posłaniu,
Do groty wietrzyk zalatywał chłodny.
Zoe tymczasem wiedząc, że w śniadaniu
A nie w czym wróci do sił panicz głodny,
Nie patrząc na nich, dobyła z koszyka
Zapasy chleba, miodu, kawy, mleka.

CXLV

Kto głodny, z serca nie potrafi śpiewać,
A głodny musiał być rozbitek gładki[175].
Niezakochana Zoe jęła ziewać,
Zwłaszcza że chłód wiał z tej podskalnej klatki.
Zaczęła prędko śniadanie odgrzewać,
Lecz dać nie mogąc ponczu ni herbatki,
Podała chleb, miód, owoce suszone,
Wszystko za miłość czystą, nie mamonę.

CXLVI

A potem chciała obudzić Juana,
Bo kawa, jaja były już gotowe,
Lecz ją wstrzymała pani zastrachana,
Paluszek kładąc na wargi wiśniowe.
Odeszła mrucząc Zoe rozgniewana,
Śniadanie trzeba było robić nowe.
Cóż począć! Pani nie chciała przez grzeczność
Przeszkadzać snowi, który trwał jak wieczność.

CXLVII

On spał bez przerwy; twarz mu wycieńczaną
Gorączki ciemne ognie spłomieniły
Jak owe, co na śnieżnych szczytach płoną,
Na skroniach sine, niewyraźne żyły
Słabym prężyły się życiem, a słoną
Wodą zlepione włosy, pełne zgniłej
Trawy, splątane, w gęste kłęby zbite,
Wprzód czarne — zżółkły, pyłem ścian pokryte.

CXLVIII

Klęczała nad nim; on jak utulona
Leżał dziecina na matczynym łonie,
Zwieszon jak brzoza, gdy schyli ramiona,
Cichy jak morza niezmącone tonie.
Piękny jak róży rozwitej korona,
Słaby jak ptaszę, które się obronie
Powierza puchów — słowem, śliczny młodzian,
Tylko w spłowiałą trochę skórę odzian.

CXLIX

Zbudził się, spojrzał i myślał, że marzy,
I chciał znów zasnąć — nie z lenistwa — wierzę;
Lecz gdy to dziewczę obaczył na straży,
Zrozumiał, że się mu na sen nie zbierze.
Modlitwa, KobietaJuan słabostkę miał do pięknych twarzy,
Bo nawet kiedy odmawiał pacierze,
Nie wabili go święci męczennicy,
Tylko cudowna twarz Bogarodzicy.

CL

Na łokciu sparłszy twarzyczkę omdlałą,
Spojrzał w twarz dziewki, na której różowo
Pod tłem liliowym płomię[176] krwi zagrało,
A jej choć pierwsze zmarło w ustach słowo,
Oczy mówiły — i to wystarczało.
Wreszcie doń grecką ozwała się mową,
Jońskim akcentem, prosząc go najsłodziej,
By jadł, bo słaby jest i głód mu szkodzi.

CLI

Juan zrozumieć nie mógł słów dziewczęcia,
Nie będąc Grekiem, lecz miał słuch nie lada,
A głos jej dźwięczał jak świegot ptaszęcia
I spadał jako w kropelkach kaskada,
Słowa czcze o nim nie dadzą pojęcia,
O takich dźwiękach łzą się opowiada
Pomimowolną; jest w nim ta moc tonu,
Jakby melodia zstępowała z tronu.

CLII

Więc spojrzał jak ten, którego przebudzi
Akord organu i wstaje w nim ciemna
Świadomość, ale go długo nie łudzi,
Bo to puka stróż albo inna ziemna
Istota lub to głos stajennych ludzi.
Mnie jest podobna rzecz najmniej przyjemna.
Lubię spać we dnie — noc cenię z zalety,
Że rozaniela gwiazdy i kobiety.

CLIII

W mig uleciały przywidzenia senne;
Natomiast poczuł Juan, że go dręczy
Zatrważający apetyt; kuchenne
Wonie (gdyby to z pieczeni zajęczej!…)
Łechtały zmysły niby ambry cenne,
Widział, jak ogień gore, Zoe klęczy,
Dmuchając niby westalska dziewica,
I wymarzyła mu się… polędwica.

CLIV

Lecz na bezkrowich wyspach polędwica
Rzadką jest; za to baran, cap — mniej rzadki.
Gdy przyjdzie święto wesołego lica,
Na rożnach skwierczą baranie łopatki.
Mało i takich uczt, bo okolica
Skalista, tu i ówdzie biedne chatki
Stoją; na szczęście przyjacielska owa
Wyspa mniej była niż inne jałowa.

CLV

Woły tam rzadkie; a tu mam gotowe
Wytłumaczenie, że stare podanie
O Minotaurze[177], na które surowe
Minki — już widzę — robią skromne panie
(W micie tym dama przebiera się w krowę),
To alegoria tylko, na wskazanie,
Że Pazyfae[178] wspierała chów byków,
By bojowymi zrobić Kreteńczyków.

CLVI

Podobnie wiemy, że angielskie plemię
Łase na mięso — że już o porterze
Nie wspomnę, który jest płynem, a że mię
Unosi na zły tor, niech kat go bierze —
Stąd lubią wojną tłuc morza i ziemie;
A wojna piękne, choć kosztowne zwierzę,
I oto jasne zestawień wyniki,
Że wojna kwitnie tam, gdzie żyją byki.

CLVII

Lecz do powieści: Juan, co usychał
Z głodu, na łokciu oparł ciężką głowę
I ujrzał to, do czego dawno wzdychał,
Bo co przez tydzień jadł, było surowe,
Więc do łakoci mile się uśmiechał,
A czując wewnątrz przestrzenie jałowe,
Na żer się chciwie zgłodniały pustelnik
Rzucił jak szakal, sęp, ksiądz albo celnik.

CLVIII

Jadł, jadł do syta; a śliczniutka pani,
Co go jak matka swej dzieciny strzegła,
Rozkoszowała się, bo radość dla niej
Była — poglądać, że śmierć go odbiegła.
Lecz Zoe, której rozumek wstał raniej[179],
Wiedząc z praktyki — w książkach bowiem biegła
Nie była — głodny że musi pomału
Jeść, bo zaszkodzi wyschniętemu ciału,

CLIX

I rozumiejąc tu, że więcej zyska
Czynem niż słowy — rzecz była nagląca —
Chłopca, co tak się już w serduszko wciska
Pani, iż wstaje dlań o wschodzie słońca,
Gwałtem odwiodła prawie od półmiska,
Przesytem życiu by nie zadał końca;
I wydzierając dogryzane kości,
„Toż koń by — krzyknie — dostał niestrawności!

CLX

Potem — (Juan był jak turecki święty,
Miał ledwie skromne spodeńki) — do stroju
Wzięły się; w ogień poszły sukien szczęty,
A dostał ubiór tureckiego kroju
Czy też greckiego, w którym nieciśnięty,
Bez pistoletów, kindżału, zawoju,
Mesztów, mógł ruszać się bardzo swobodnie,
To jest: koszulkę, szarawarki wschodnie.

CLXI

Hajdea chciała go bawić rozmową,
Nie wiedząc, że mu język jej nie znany,
A Juan siedział, patrzał, kiwał głową
I wydawał się bardzo zasłuchany,
Lecz gdy go chciała wyciągnąć na słowo,
Pokazało się, że protegowany
Prawdziwie siedział na kazaniu „greckiem”,
Choć znał ten język, ale — gdy był dzieckiem.

CLXII

Więc próbowała go gestami pytać,
Uśmiechem, oczu wymownym spojrzeniem;
A w jego twarzy — na tej jednej czytać
Umiała książce — słów odwzajemnieniem
Niemych odpowiedź zaczęła wykwitać
I dusze w oczy spłynęły strumieniem.
Każdy błysk źrenic był głoską w tej mowie,
Której klucz znają tylko kochankowie.

CLXIII

Więc naśladując rąk i oczu znaki,
I powtarzając dźwięk słów kryształowy,
I wypełniając spojrzeniami braki,
Juan wziął pierwszą lekcję greckiej mowy,
A jak ten, co chce gwiazd wybadać szlaki,
W niebo pogląda, nie w pergaminowy
Foliał[180], tak Juan brał swe abecadła
Z jej ócz; ta lekcja wybornie wypadła.

CLXIV

Jest to rozkoszna rzecz i powab wielki
Dla ucznia słuchać lekcyj z ust jak wiśnie,
Zwłaszcza gdy uczeń od nauczycielki
Nie młodszy. Pomnę ja te lekcje i śnię…
Za dobre pensum uśmiech jak karmelki
Słodki; za złe… też; w przestankach się ściśnie
Za rączkę albo przestraszy buziaczkiem…
Ja się uczyłem tak, gdy byłem żaczkiem,

CLXV

Greckich, tureckich i hiszpańskich słówek,
Włoskich nie — bowiem nie miałem ochmistrza.
Do angielszczyzny nie rób mi przymówek:
Uczyłem się jej, gdzie jest nienajczystsza,
U Tillotsona[181], Southa, łamigłówek
Zasię od Blaira, elokwencji mistrza
Kościelnej, świeckiej; na myśl samą zgrzytam…
Z poetów wszystkich — drwię, więc ich nie czytam.

CLXVI

O damach nawet rzec nie mogę tyle
Ja, zbieg ze świata brytańskich wielkości,
Gdziem miał jak wszyscy swoje wielkie chwile,
Gdziem miał jak wszyscy swe drobne słabości,
Które z cnotami dziś zostały w tyle;
Gdzie głupcy, którym często mogłem kości
Połamać; gdzie płeć piękna i płeć brzydka;
— Wszystko to dzisiaj jest snem dla rozbitka…

CLXVII

Don Juan, słysząc wyrazy realne,
Dźwięczne, wyraźne, zaczął je wymawiać.
Są w ludziach czucia tak uniwersalne
Jak słońce; w serca ich nie trzeba wstawiać,
Jak w serca mniszek gwałtownie zapalne;
Był zakochany — a miłość się zjawiać
Zaczęła równie w pięknej, młodej pannie,
Rzecz ta się zdarza w świecie nieustannie.

CLXVIII

O świcie — gdy spał, bo Juan podwójne
Zażywał dozy snu, mocniejsze ranem —
Szła do jaskini i oczęta czujne
Zwracała, patrząc, jak w gniazdku usłanem
Śpi ptaszę: włoski mu gładziła bujne
I wzrok pieściła licem ukochanem,
I oddychała cichutko nad skronią,
Jak wiatry, co się nad różami słonią.

CLXIX

Wracały prędko kolory młodości
I powróciły mu siły w połowie;
Krzepkość, dobrobyt są szczęściem ludzkości,
Kochania głównym warunkiem — bo zdrowie
I wywczas[182] są dla ognia namiętności
Prochem i siarką. A już każdy to wie
Że dla Wenery tam trudny interes,
Gdzie nie pomaga jej Bachus[183] i Ceres[184].

CLXX

Gdy Wenus wiedzie serce w zalecanki
— Miłość bez serca jest niedoskonała —
Ceres podaje po włosku łazanki,
Bo miłość trzeba odżywiać jak ciało.
W tym czasie Bachus leje wino w szklanki,
By spłukać ryby, ostrygi i białą
Pulardę[185]; lecz kto dał wszystko? — dalipan,
Nie wiem; Jowisz-li, Neptun[186], Pluto[187] czy Pan[188]

CLXXI

Kiedy się budził Juan, już znajdował
Kąpiel, śniadanie i te oczy czarne,
Których czar serce by każdemu skował;
Obok nich Zoi oczęta figlarne…
Przestanę, abym powieści nie psował:
Powtarzanie jest niemądre i marne.
Dość, że gdy skończył w kąpieli zabawy,
To do Hajdei wracał i do kawy.

CLXXII

SzczęścieOboje młodzi, ona tak niewinna,
Że przed nagością oczu nie słoniła;
Juan istotą był, jak ją dziecinna
Jej wyobraźnia z dawna wymarzyła.
Godzien kochania, bo mu szczęście winna,
Za co go, zda się jej, uszczęśliwiła.
Kto szczęścia spragnion, ściągnął po nie ręce,
Musi część oddać; szczęście jest bliźnięce.

CLXXIII

Patrzeć nań — rozkosz; wsłuchiwać się w cienie
Wieczoru razem — to zwiększenie bytu;
Czuwać nad śpiącym i na przebudzenie
Czekać — to chwile lubego zachwytu.
A żyć z nim razem — zuchwałe marzenie,
A stracić — straszny upadek ze szczytu
Szczęścia; on skarb jej wyrzucon z głębiny
Morskiej, kochanek pierwszy i jedyny.

CLXXIV

I tak dzień po dniu czas im słodko płynął;
Hajdea chłopcu składała wizyty
Z rana, lecz bacznie tak, iż miesiąc minął,
A nikt nie wiedział, kto był w grocie skryty.
Aż dnia jednego pirata rozwinął
Żagle, bo zwęszył z kupców łup obfity.
Wyszedł nie jak Zeus[189] po dziewicę Io[190],
Ale po statki płynące ze Skio.

CLXXV

Zyskała wolność. Nie miała już matki;
Ojciec wędrował po morzach okolnych,
Więc mogła zażyć swobód jak mężatki
Lub inne damy z rodzaju swawolnych.
Nie miała brata, by zamknął do klatki,
Toż najwolniejsza była z kobiet wolnych,
A mam na myśli chrześcijańskie damy,
Których w haremach jeszcze nie trzymamy.

CLXXVI

Więc był z nią częściej i korzyść odnosił
Z jej rozmów, i już nauczył się tyle,
Że na przechadzkę pierwszy ją poprosił;
Jeszcze nie puszczał się o własnej sile,
Odkąd jak kwiatek, co go żeniec skosił,
Leżał na piasku i był pół w mogile.
Trafili właśnie na tę chwilę miłą,
Gdy księżyc wyjrzał, a słońce się kryło.

CLXXVII

Był brzeg ponury, na łup fal podany,
Z piaskami w dole, a skałami w górze,
O które czołem tłukły huragany,
Z zatoką, której nie tykały burze,
Kędy się chronił okręt skołatany.
U skał ocean wył w ponurym chórze:
Wiatrów; w dni tylko parne, letnią porą,
Rozfałdowany błyszczał jak jezioro.

CLXXVIII

Lekka tam piana rzucona z oparu
Lśni jak ta, srebrną co kiścią uwieńcza
Brzeg szumiącego szampanem pucharu;
Ta bujna rosa ducha, ta serc tęcza.
Niech słucha kazań, kto się piekieł żaru
Obawia; niech się z księżmi pozaręcza…
Dla nas kobiety, wino, śmiech, śpiewanie,
Jutro sodowa woda i kazanie!

CLXXIX

AlkoholMądry, gdy pije, powinien się upić.
Upiciem chwile są najsłodsze z młodu;
W miłości, sławie, złocie, winie skupić
Można nadzieje ludzi i narodu.
Bez owych soków musiałoby strupieć
Drzewo żywota i nie wydać płodu.
Upij się — radzę — a gdy się z zawrotem
Głowy obudzisz, słuchajże, co potem:

CLXXX

Zadzwoń, niech lokaj do łóżka przyniesie
Reńskiego wina i wody sodowej.
Ty byś nie wzgardził. nimi, o Kserksesie!
Bo ani sorbet mrożony w śniegowej
Wazie, mi czyste źródło w suchym lesie,
And burgunda napój rubinowy
Po pracy, boju, tyle sił nie doda,
Co reńskie wino i sodowa woda.

CLXXXI

Brzeg — (zdaje mi się, że mówiłem właśnie
o brzegu?… tak, tak, mówiłem o brzegu…)
Usypiał; był to czas, gdy słońce gaśnie;
Układały się fale do noclegu.
Cicho — ptak tylko morski czasem wrzaśnie
Lub pluśnie delfin, lub swawolna w biegu
Dziecinnym fala o kamiuszki trąci
I szmerem starych skał zadumę zmąci.

CLXXXII

Chodzili sami; ojciec na rabunek
Wyszedł z drużyną z okolic zebraną;
Nie miała matki, braci ni piastunek,
Prócz Zoi, która budziła ją rano
I którą łączył serdeczny stosunek
Z panią; jej służba była: wodę grzaną
Przynieść do mycia, długi warkocz uwić
Lub się o starą sukienkę przymówić.

CLXXXIII

Była to chwila owa, gdy czerwona
Tarcz słońca schodzi poza sine góry,
Co, zda się, ziemię objęły w ramiona
I są stróżami drzemiącej natury.
Jedna się nimi piętrzy świata strona,
A z drugiej morza lśnią ciche lazury.
Nad wszystkim niebo błękitnoróżowe,
A z nieba gwiazdy patrzą brylantowe.

CLXXXIV

Chodzili sami, dłoń trzymając w dłoni,
Po muszlach, piasku nadbrzeżnym i żwirze,
A potem zeszli do skalnej ustroni,
W której snadź[191] burze pracowały chyże,
Mistrzowską rękę przykładając do niej,
I wykowały tę grotę w porfirze.
Tam siedli spocząć, a splótłszy ramiona,
Patrzali, jak dzień ma zachodzie kona.

CLXXXV

PocałunekPatrzali w niebios szafirowe pole,
Ubrane w chmury jako listki róży,
I poglądali znów na morze w dole,
Gdzie topił jasne oko księżyc duży,
Bawił ich plusk fal i wiatru swawole,
A potem oczy zatrzymali dłużej
Na własnych twarzach; twarze się zbliżyły,
Usta się zeszły, przylgnęły, spoiły…

CLXXXVI

W pocałowanie długie, lube, świeże,
Miłosne, jak ognisko skupiające
Rozkosze, w rajskiej urodzone sferze,
Młodością tylko pojęte, niosące
Ciało, myśl, duszę miłości w ofierze. —
Krew — lawa, pulsy — wulkany grające,
Całus serdeczny — grom; jego wartości
Dochodzić trzeba — sądzę — po długości

CLXXXVII

Trwania. — Ile ich pocałunki trwały?…
Pocałowania minutą nie zmierzy.
Nie liczą — na co liczby się przydały?
W pocałowaniu jednym wieczność leży.
Milczeli, ale ognie na nich wiały,
Zdało się, dusza sama k'duszy bieży,
A usta do ust lgną jako rój młody,
Serca to kwiaty, skąd im płyną miody.

CLXXXVIII

Siedzieli sami, ale nie tak sami,
Jak ci, co puste zwiedzają cmentarze.
Ocean gładki, zasiany gwiazdami,
Mgły podnoszące się jak nocy straże,
Ściany pieczary miarowo kroplami
Ciekące — serca zbliżyły i twarze.
Zda się im, sami że żyją pod niebem,
A życie nie ma się skończyć — pogrzebem.

CLXXXIX

I nie straszyły ich tam niepokoje.
Ani ich nocy nie trwożyły cienie,
Żyli dla siebie, mieli mowę swoję
Myślaną, w głosu łamiącą się drżenie,
W której, gdy czego nie pojmą oboje,
Zaraz tłumaczą sobie przez westchnienie.
O, pierwsza miłość!… natury konieczność,
Dziedzictwo Ewy cór — dane na wieczność.

CXC

Hajdea ślubów ani obiecanek
Nie czyniła mu; nie miała pojęcia
O tym, czym ślubny jest mąż, czym kochanek,
Jak zgubna czasem miłość dla dziewczęcia.
Więc nieświadomie czysta, jak poranek,
Do kochanego zbiegała chłopięcia,
A niosąc duszy tę prześliczną białość,
Nie urozumiała nawet słowa: „Stałość”.

CXCI

Kochała, była kochana; wielbiła,
Była wielbiona; natura tak zwarła
Ich dusze, że się jedna w drugą wpiła
I chętnie w szczęściu razem by umarła.
Do równowagi chwilkę myśl wróciła
I uciszyła się, lecz wnet wydarła
Z objęć spokoju. MiłośćHajdea uczuła,
Że ich w istotę jednę miłość skuła.

CXCII

Niestety, byli tak piękni, tak młodzi,
Tak zakochani, bezbronni i sami,
A chwila była owa, w której schodzi
Na serce urok, rozpala ogniami
Żądz i niestarty wiecznością czyn rodzi,
Który opłacić potem trzeba łzami.
I ogniem piekła, gorejącym gwoli[192]
Sprawcom rozkoszy cudzej lub niewoli!…

CXCIII

Para, miłością i wdziękiem tak strojna,
A tak niebaczna, że w człowieczym rodzie
Nikt, chyba Adam i Ewa dostojna
Szli w równie chyżym do piekła pochodzie.
Hajdea, która była bogobojna,
Musiała słyszeć o styksowej wodzie,
Piekle i czyśćcu, ale zapomniała,
Kiedy stanowcza chwila się zbliżała.

CXCIV

Patrzą na siebie, z oczu blask im bije,
Ona mu białe ramię koło głowy
Oplotła; on zaś, objąwszy za szyję,
Skrył dłoń w kaskadzie włosów hebanowej.
RozkoszJuż na kolanach mu siadła, dech pije,
Oddech się staje prędszy, gorączkowy…
I wtedy grupę stworzyli klasyczną,
Nagą, miłośną, naturalną, śliczną.

CXCV

A gdy on syty szałem po upływie
Tych chwil pochyla w jej ramiona skronie,
Ona nie zaśnie, lecz mocno a tkliwie
Głowę mu trzyma na powabnym łonie
I czasem oczy obróci lękliwie,
I od lic jego bladych pierś jej płonie.
I wszystkie w sobie rozkosze zestrzela,
Których doznała i których udziela.

CXCVI

Astronom, kiedy patrzy na firmament[193],
niemowlę, kiedy ssie piersi matczyne.
Dewotka, święty gdy przyjmie sakrament,
— Arab, gdy prosi wędrowca w gościnę,
Wódz, kiedy widzi w armii wrogiej zamęt,
Skąpiec, gdy złoto chowa pod pierzynę,
Nie poglądają wzrokiem tak promiennym
Jako dziewczyna, gdy czuwa nad sennym

CXCVII

Kochankiem, który jak dziecię uśpiony
Leży istotą swą w jej życiu wryty,
Bezsilny, niemy i nieporuszony.
Nieświadom, jakie przynosi zachwyty
wszystkimi uciech, smutków i żądz tony
W duszy anioła stróża swego skryty,
Z wszystkimi błędy[194] i wdziękami — drogi,
Spokojny jak śmierć bez grozy i trwogi.

CXCVIII

Czuwa nad śpiącym, a w godzinę oną,
Gdy miłość i noc, i samotność wola,
I dusze wiąże siłą połączoną.
Pomiędzy piaski i skał groźne czoła
Mrok tuli grotę szczęściem przystrojoną,
Gdzie ich miłości nikt zajrzeć nie zdoła,
A nigdy gwiazdy, stojące na straży
Nocy, szczęśliwszych nie widziały twarzy.

CXCIX

Miłości kobiet — o! poznania warte,
Piękne a groźne, pełne tajemnicy.
Kobieta wszystko stawia na tę kartę,
Gdy przegra, to jej nic oprócz tęsknicy
I żalu życie nie odda rozdarte.
Za to ich zemsta, jak skok tygrysicy,
Krwawa… lecz i ta zwiększa serca rany,
Bo czują same cios drugim zadany.

CC

Nie dziw, że mszczą się kobiety, ofiary
Męskiej przemocy, nie dziw, że ich ręka
Zbroi się w sztylet, jadem poi czary;
Już dziećmi muszą się taić, choć pęka
Serce za lubym — przyjdzie bogacz stary,
Weźmie na żonę — skończona piosenka.
„Potem srogi mąż, niewierny kochanek,
Stroje, dzieciaki — ksiądz… w śmierci przystanek.

CCI

Jedna zakocha się, druga rozpije,
Ta stajnią zajmie się, tamtą — rautami;
Ta rzuci męża i z kochankiem żyje,
Zdobywa szczęście, ale honor plami,
A nie wiadomo nawet, czy zabije
Robaka smutku — ot — zwykle się mami…
Ta kusi diabła, potem powieść kleci,
A tak w pałacach jest czy w chatkach kmieci.

CCII

Hajdea była kochanką natury,
Dziecięciem żądzy, zrodzonym, gdzie żar nie
Ciecze powoli, ale tryska z góry
Na usta i na oczy dziewic sarnie.
Żyła, by kochać — kochać tego, który
Był jej przeznaczon; a wszystkie męczarnie
Nadziei, troski, trwogi były chwilką
Przelotną; serce biło tu, tu tylko.

CCIII

Co te serc bicia złego narobiły!…
Ależ bo każdy ich ruch szybszy, żywszy
Jest w swych przyczynach i skutkach tak miły,
Że nawet Rozum, pilnie wyplewiwszy
Rozkosz z alchemii swej, nie ma dość siły
Odwodnej; ba! głos sumienia najtkliwszy
Prawd nie nauczy, co myśl tak bogacą,
Że dziw mi, czemu podatku nie płacą?…

CCIV

Stało się… Serca ich się zaręczyły
W ciszy; pochodnie godowe z promieni
Gwiazd nad głowami pięknych pięknie lśniły.
Ocean świadkiem, jaskinia z kamieni
Łożem, spojrzenie ślubem do mogiły,
Kapłanem noc — i byli pożenieni;
Szczęśliwi, bo się aniołami wzajem
Sobie wydali, a świat cały — rajem.

CCV

Miłości! — której Owidiusz[195] kapłanem,
Adeptem Cezar[196], sługą był Antoni[197],
Uczniem Horacy[198], Katull[199] — Tytus panem,
Sawantka[200] Safo[201] kapłanką — kto po niej
Ślub zechce z sinym zabrać oceanem?…
Nikt… Ha! Leukadia dziś się za was płoni…
Miłości! Nazwę cię bóstwem… niecnoty,
Bo cię diablicą zwać — nie mam ochoty.

CCVI

Ty doprowadzasz stan małżeński do met
Nieprawych; śmiejesz się z czół wielkich ludzi:
Cezar, Pompejusz[202], Belizar[203], Mahomet,
Patrz — gwoli którym dotąd pióro trudzi
Historia, którzy błyszczą na kształt komet,
A czas nieprędko takie duchy zbudzi,
Patrz… przecie w jeden ich punkt zniosły fale:
Wszystko to mędrcy, zdobywcy… rogale!

CCVII

Z ciebie Arystyp, Epikur[204] ród bierze,
Owa przesławna materialna dwójca,
Co teoriami wygodnymi k'wierze
Do niebieskiego chce nas wwieść ogrójca,
Czy tylko diablim szponom nas odbierze
Ten piękny system biozofii ojca?…
„Jedz, pij, miłości jasne ognie zapal!”
Tak mawiał mędrzec a król: Sardanapal[205].

CCVIII

A Juan?… Czy już o Julii ze szczętem
Zapomniał? Miałby zapomnieć tak skoro[206]?…
Nie — posądzenia odsuwam ze wstrętem,
Lecz myślę, że gdy nocną to się porą
Działo, to księżyc swym światłem przeklętem
Nagle ze zdrowej duszy robił chorą,
Bo cóż by było w tym, że buziak świeży
Zaraz tak miękkie serce rozpuklerzy?

CCIX

Ja się miłością niestateczną brzydzę
I gardzę ludźmi, których serca prawie
Z żywego srebra, że lada intrydze
Ulegną. Snadź na złej stoją podstawie.
Za to dozgonną miłość mile widzę…
Jednak minionej nocy na zabawie
Maskowej, śliczną gdy ujrzałem Włoszkę,
Serce się do niej rozbujało troszkę…

CCX

A wtem nadchodzi Filozofia krewka.
I: „Co zamyślasz? Wszakże to rozpusta!”
„Wiem, Filozofio, wiem, stara to śpiewka,
Ale jej oczy i… Nieba… jej usta!…
Chcę tylko wiedzieć, mężatka czy dziewka,
Czy ni to, ni to… ot, ciekawość pusta…”
„Stój!” — Filozofia wrzaśnie z gestem greckim,
Choć była w stroju, jak pomnę, weneckim. —

CCXI

„Stój!” Więc stanąłem. — Teraz idę dalej:
To, o czym miano „niestałość” opiewa,
To jest hołd tylko należytej skali
Złożon przyrodzie, co (na przedmiot zlewa
Wybrany dary swe; a jak się chwali
Obraz czy posąg z kamienia czy drzewa,
Tak dziw dla piękna jest miarą stopniową
Tego, co ludzie „beau ideal[207]” zową.

CCXII

Jest to pojęcie piękna erotyczne,
Subtelne wszystkich władz duszy rozwicie,
Uniwersalne, dziwne, platoniczne,
Zlane z gwiazd, w nieba cedzone błękicie,
Bez czego serce może wpaść w sceptyczne
Bagnisko; słowem, ócz mądre użycie,
Które zmysłami poparte dowodzi,
Że ciało ogień i z ognia się rodzi.

CCXIII

Bo skądże by się wszelka wina brała,
Jeśliby człowiek gust miał lada jaki?
Gdyby wam jedna miłość wystarczała,
Zadowalały was jedne przysmaki,
Byłoby serce całe, kieszeń cała.
A tak — czujecie nieustanne braki,
Ach! Gdy do śmierci jedna się podoba
Jedynie — zdrowe serce i wątroba!

CCXIV

Serce, jak błękit, w niebie ma mieszkanie,
W nim się jak w niebie zmiany dzieją co dnia,
Chmury je ściemnią, gromy padną na nie,
Czarna zamieszka w nim groza i zbrodnia,
A kiedy zgore[208], pęknie, bić przestanie,
Wtedy jak burza — we łzy się rozwodnią,
Zaś gdy serdeczna krew zmienia się w wodę,
To z życia robi angielską pogodę.

CCXV

Funkcja wątroby jest: żółć leczyć chorą,
Ale się czasem z przeznaczeniem mija,
Bo w pierwszym szale staje jej zaporą,
Że nie puszczona żółć skupia się, zbija
Jak kłąb żmij, co się na śmiecisku zbiorą!
Wściekłości, strachu, żalu, zemsty żmija;
Z tego znów kłębu wszystko złe wytryska
Jak wulkan z ziemi głównego ogniska.

CCXVI

Anatomiczne tymczasowo sfery
Porzucam i niniejszym konstatuję:
Strof dwieście wedle przyjętej „maniery”
Ukułem w pieśni tej. Razem ukuję
Pieśni dwanaście lub dwadzieścia cztery.
Panom się kłaniam, a damom całuję
Rączki, kochanków zaś razem zostawię
Ku edukacji waszej i zabawie.

Pieśń trzecia

I

Cześć, Muzo! i tak dalej — Juan zasnął,
Na pięknym, szczęsnym łonie kołysany,
Pod strażą oczu, których blask nie gasnął
Jeszcze, serduszkiem dziewczęcym kochany,
Nie pojmującym, że je żądłem drasnął
Zatrutym, cichy ten, śpiący, zesłany
Jak wróg, by młodość jej bezgrzeszną skłócił
I czystą serca krew we łzy obrócił.

II

Czy to czar kryje człowiek, mały światek,
Co drugich w jego ramiona popycha?
Czemu do szczęsnych smutny cyprys chatek
Zaziera, czemu, kto miłuje — wzdycha?
Czemu uszczknięty, wonny, żywy kwiatek,
Choć ciepłej piersi zwierzony — usycha,
A gdy się miłość dziewczynie zaśmieje,
To choć kochana, więdnie i marnieje?

III

W pierwszej miłości kochanka kobieta
Kocha, w następnych już miłość jedynie;
Serca w jej dłoni jak drobna moneta,
Miłość się zsuwa lekko jak dziewczynie
Z rąk rękawiczka; wrażliwość już nie ta
Co dawniej; dawniej w uściśnieniu ginie,
Dziś się z wieloma uściśnieniem splata,
Ani jej taki nadmiar nie przygniata.

IV

Co tam w zjawisku owym leży na dnie
— Ja nie wiem; to wiem: kobieta dojrzała,
Jeśli w dewocję po uszy nie wpadnie,
W pewnym momencie zachciankami pała.
Wprawdzie tam pierwsza miłość zawsze władnie,
Pamięć jej czaru nigdy nie zwątlała.
Niektóre nigdy nie miały kochanka,
Lecz gdy był jeden, będzie ich wiązanka.

V

Miłość, MałżeństwoŚmieszna doprawdy rzecz, która dowodzi
Ludzkiej słabości, głupia, prawie wstrętna,
Że miłość w parze z małżeństwem nie chodzi,
Choć w nich z natury jedne biją tętna.
Miłość w małżeństwo, jak wino przechodzi
W ocet; przelewka cierpka, kwaśna, mętna,
Napój zmieniony z ambrozji różowej
Na specjał godny apteczki domowej.

VI

Czują coś jakby antypatię czepce
Niewiast do wianków na dziewiczej głowie,
Którym niepięknie płaszczą się pochlebce;
Dziewczyna, czym jest kochanek, się dowie
Niestety późno, gdy jej szczęście zdepce.
Ot, jaka zmiana znaczeń w jednym słowie;
Wiemy: Namiętność w kochanku jest wzniosła,
Lecz z męża robi — jak by to rzec?… — osła.

VII

Mąż się zbytniego rozkochania wstydzi;
Czasem wyczerpią ognie wieloletnie
(To rzadziej) — za czym żonę sobie zbrzydzi
(Trudno miesiące wszystkie brać za kwietnie). —
Stoi w zakonie[209], który mają Żydzi
I my, że śluby jeno śmierć rozetnie.
Smutno! Żonę grześć, róże pośród cierni
Życia — i służbę domu widzieć w czerni!

VIII

Mają coś w sobie małżeńskie roboty,
Z czym rzeczywista miłość nie licuje.
Powieść, szeroko kreśląca zaloty,
— Małżeństwo tylko z profilu maluje.
Nikt o poślubne nie stoi pieszczoty,
Z małżeńskich gruchań cnota nie szwankuje,
Poezja ileż poniosłaby straty,
Gdyby Petrarka[210] z Laurą był żonaty.

IX

Tragedia zwykle śmiercią się — zamyka, —
Komedie kończy powiązanie stułą.
Dalszy los dwojga jest dla czytelnika
Ciemny, bo pisarz boi się bibułą
Określać świat ten, do którego wnika
Młodziutka para; to by mu zepsuło
Poczytność. Resztę więc spycha na księży,
A Śmierć i Dama już nas nie ciemięży.

X

Dwaj, co skreślili, jeśli dobrze pomnę,
Piekło i niebo — inaczej małżeństwo —
Dante i Milton[211] — przenieśli ogromne.
Pod swych połowic pantoflem męczeństwo.
Lada błąd — ludzkie ciało tak ułomne —
Straszne na głowy ich ściągał przekleństwo.
Beata Danta, jak Ewa Miltona,
— To była Muza poety, nie żona.

XI

Dant teologię podobno przedstawia
W osobie, która zwie się Beatrycze.
Domysł, jakkolwiek w dziw i zachwyt wprawia,
Komentatorom za mrzonkę policzę,
Chyba ich jaki dobry dowód zbawia,
Dając skazówki pewne — nie zwodnicze.
Raczej Dant, symbol dobywając z powić,
Matematykę chciał nią uzmysłowić.

XII

Juain z Hajdeą nie był ślubem spięty,
Lecz to ich wina, nie moja — mospanie!
Jeślić to czyni, czytelniku, wstręty,
Że z sobą żyli jak niechrześcijanie,
Jeślibyś wolał, by ich wiązał święty
Ślub, to rzuć książkę w ogniste otchłanie,
Zanim się skutków doczekasz fatalnych…
Strach o miłościach czytać nielegalnych!

XIII

Lecz szczęście pełne dała im ta zdrożna
Folga dla zachceń wabnych jak kwiat róży!
Hajdea coraz bardziej nieostrożna
Zapominała, komu wyspa służy.
Ale kochanka odtrącać nie można,
Najmniej w początkach, nim się jedno znuży,
Więc się schodzili częściej i na długo. —
Ojciec tymczasem parał się żeglugą.

XIV

Darujcie! Bo on zarabiał na życie,
Gdy podskubywał zbyt ciężarne statki.
Ot, jeśli tylko nazwanie zmienicie,
Będzie minister skarbu i podatki.
On nawet skromny — nie tonął w przesycie,
Nie miał milszego nic od swojej chatki,
Zarabiał na chleb w zacnym znoju, a racz
Zważyć, że nie brał nic więcej jak haracz.

XV

Poczciwiec dłużej nad zamiar żeglował,
Bo go wiatr wstrzymał przeciwny i łupy,
Za którymi już od dawna myszkował,
Choć mu zabrało morze dwie szalupy
I sporo jeńców. Resztę pocechował[212]
I zakuł mocno, spędziwszy do kupy.
Mieli w obrożach głowy, ręce, nogi,
A przedstawiali dochód wcale[213] mnogi.

XVI

Więc na Matapan wysłał kilku jeńców
Majnotom; możny tumetański kady
Kupił towaru za pięćset czerwieńców;
Jeden staruszek, że chory i blady,
Został utopion; bogatszych młodzieńców
Schował na okup — a resztę gromady
Powiązał razem, miał zaś na lud drobny
Firman od Beja z Tunisu osobny.

XVII

Posortowawszy towary bławatne[214],
Na lewantyjskie rozsyłał bazary,
Tylko niektóre rzeczy drożej płatne
Przeznaczył córce kochanej na dary:
Atłasy, wstążki, pióra delikatne,
Szale, dżeliki, duże szkła, gitary
I alikanckie bębenki, bandurki,
Wszystko cny ojciec zrabował dla córki.

XVIII

Małpę, buldoga, indyjskie kuraki,
Papugę, kotkę, kocięta z Angory
I rozmaite zwierzęta i ptaki,
Wyżełka, co go jakiś Anglik chory
Na rumowisku odumarł Itaki,
A wieśniak przyjął do swojej komory —
Wszystko, by schronić przed burzą — ów zbójca
Do ogromnego razem wsadził kojca.

XIX

A gdy ukończył morskie korowody,
Kilka korsarskich naw na morze rzucił,
Sam zaś, gdy okręt wessał trochę wody,
Ku brzegom wyspy swojej bieg wykrócił,
Gdzie córka swoje gościnne zachody
Odprawowała; lecz z przeciwnej wrócił
Strony, bo tutaj piaski brzeg zaległy,
Więc port urządził indziej korsarz biegły.

XX

Wysiadł, wodnego zbywszy elementu,
A że kwarantann tam ani komory
Nie było, kozak nie czynił mu wstrętu,
Nie badał wójt, gdzie bawił do tej pory,
Kazał wydobyć ładunek z okrętu,
Połatać, smołą zaprawić otwory;
Wszystkie się ręce zajęły robotą,
Wydobywając towary i złoto.

XXI

Gdy się na wzgórze, idąc ku domowi,
Dostał, skąd widział dwór, ogrodu smugi,
Stanął. — Jak to się serce zastanowi
Człeku, z wędrówki gdy powraca długiej
Z tą myślą pełną lęku: Czy też zdrowi?
Jak przyjmie jeden, a jak przyjmie drugi?
W nastroju, co się z przypomnienia krzesze,
Sadzając serce w prastare pielesze..

XXII

Kiedy wracają mężowie szczęśliwi
Albo ojcowie w domowe opłotki…
To się im serce zastracha, roztkliwi,
Bo białogłowski rodzaj mdły[215] i wiotki…
— Niczemu mniej się nie ufa, nie dziwi;
Przykro mi, że lżę kokietki i trzpiotki.
Żony się stają bez opieki chytre,
Córki książęcą nawet plamią mitrę.

XXIII

Nie każdy człowiek uczciwy, gdy wróci,
Będzie nagrodzon losem Ulissesa[216].
Nie każda żona po mężu się smuci
I zalotników odsyła do biesa…
Gorzej, gdy go już w niepamięć zarzuci,
Dzieciąt kilkoro u kolan się wiesza,
Które „przyjaciel” wywiódł dla pokoleń;
Gdy go pies własny pochwyci za goleń…

XXIV

Gdy zaręczony, może ukochaną
Zabrał mu bogacz, skąpiec pełen chuci,
I wtedy lepiej, bo prędko ustaną
Czułości, pan się z małżonką pokłóci,
A on znów miłość podejmie przerwaną,
Jako „przyjaciel domu” — lub porzuci.
A jeśli uprze się w nim czucia trwałość,
Napisze odę Na kobiet niestałość.

XXV

Panowie! Jeśli który w waszym gronie
Ma „stosuneczek” (rozumiem uczciwy
Popęd przyjaźni ku nieswojej żonie,
Jedyny węzeł łatwo rozpletliwy,
Choć zda się ścisły; rzetelny w zakonie
Miłosnym Hymen[217] — inny jest fałszywy) —
Nie bawcież w drodze długo, bo mężatki
Zmieniają gachów tak łatwo jak szatki.

XXVI

Lambro, nasz morski celnik, grzesznik stary,
Co bieglej morza niż lądy okradał,
Cieszył się, widząc kominów dym szary,
Lecz psychologiem nie będąc — nie badał,
Skąd się mu w głowie dziwne snują mary,
Czemu strach jakiś na duszę przypadał?…
Czy córka chora?… Bał się dobry ojciec,
A nie mógł więcej niż filozof dociec.

XXVII

Obaczył domu słońcem białe ściany
I zieleń warzyw i drzew — — jak w obrazku;
Słyszał górskiego strumienia dźwięk szklany
I psa szczekanie — a w pobliskim lasku
Między cytryny, oliwy, kasztany
Postaci ludzkie z migocącą w blasku
Bronią (broń noszą tam wszyscy) i kwietne
Stroje, barwami jak motyle świetne.

XXVIII

A kiedy podszedł pod ustronie sielskie,
Aby rozpoznać owo zgromadzenie,
Usłyszał dźwięki, ale nie anielskie,
Tylko bezecne, ziemskie rzępolenie.
Wzniosły się dziwem oczy rodzicielskie,
Na głowę padło mu oszołomienie,
Bo grzmiały trąby, flety, taralbuki
I najmniej wschodnie śmiechy, wrzaski, huki.

XXIX

Więc przyśpieszywszy kroku i już prawie
Biegnąc po góry spadzistym zakręcie
I rozchylając gałęzie, brnąc w trawie,
Ujrzał — i stanął jak głaz w tym momencie —
Bandę czeladzi, w cudacznej zabawie
Tańczącą, niby derwisze, na pięcie,
I poznał, że to był piryjski taniec,
W jakim się wschodni lubuje mieszkaniec.

XXX

W kółku dziewice niby greckie chóry;
Jedna trzymała chustki sztandar biały,
Inne jak perły nizane na sznury
Tańcem się, ręce splótłszy — kołysały.
Włosy im spadły na szyi marmury;
Najbrzydsza sześciu poetów by w szały
Wprawiła; pierwsza śpiewa, za nią inine
Takt wybijając, następują zwinne.

XXXI

Część biesiadników, na dywanie w głębi
W kucki usiadłszy, je. Tu baranina
Z ryżem (tak zwany pilaw) parą kłębi,
Tam stoją flasze samijskiego wina,
Sorbet się w wazie porowatej ziębi.
Nad gośćmi drzewo gałęzie ugina,
Podając dłoniom granaty ogniste
I pomarańcze nabrzmiałe, soczyste.

XXXII

Tam śnieżnoruny baran w gronie małej
Dziatwy; dziatwa mu rogi wieńcząc pląsa,
A patriarcha owiec osiwiały
I niby jagnię cichy, głową wstrząsa
Poważną, z lekka, dostojny, wspaniały,
I sam je z ręki, znów niby się dąsa,
Rogi nadstawia i czoło surowe
I znów, powolny[218] rączkom, chyli głowę.

XXXIII

Piękne, klasyczne profile, błyszczący
Strój, drobne twarze i oczy ogniste,
Włos rozpuszczony, rumieniec gorący
I wzrok wymowny, gęsta wyraziste,
Czar niewinności, dziecięctwa broniący,
Robiły z Grecząt malowidła iste;
Lambro — filozof, aż westchnął żałośnie,
Że to maleństwo na ludzi wyrośnie.

XXXIV

A karzeł błazen, jak Szecherezada,
Gromadce starców, co z nargili[219] pyka,
O zamkach, skarbach zaklętych powiada
I arabskiego dowcipach szelka,
I o lekarstwach czarodzieja dziada,
I o pałacu, co się sam odmyka;
Nawet o wiedźmie, która (bardzo wierzę)
Każdego męża przemieniała w zwierzę.

XXXV

Słowem, były tam. wszystkie (czystej treści)
Podniety zmysłom, chęciom, wyobraźni:
Śpiew, wino, tańce, muzyka, powieści,
Wszystko, co cnoty uczciwej nie drażni,
Lecz Lambro patrzał i pełen boleści
Rozumiał szkodę swą coraz wyraźniej
Widząc, że tańce te, półmiski, trunki,
Obciążą jego miesięczne rachunki.

XXXVI

Człowiek co jest? Często go śmierć spotyka,
Kiedy żołądka zaspokaja chuci.
Czym darzy życie szczęsnego grzesznika?
Do kubka żółci kroplę miodu rzuci!
Rozkosz przynęca i gubi młodzika,
Bo ma syrenią twarz i czule nuci.
Przyjęcie Lambra u wrót własnej chaty
Było jak… starcie z ogniem mokrej szmaty.

XXXVII

Ale był mężem, co się w pogadanki
Nie wdawał; chcąc spaść na nich niespodzianie
(Zazwyczaj mieczem czynił niespodzianki) —
Nie dał się poznać, więc trwało śniadanie
Dalej i nikt się nie zrywał od szklanki;
On mierzył wzrokiem służbę, panów, panie,
Zdumiony raczej niż uradowany
Kompanią, co mu wysuszała dzbany.

XXXVIII

Nie wiedział, iż wieść przybyła ze świata
Przez greckich kupców usta (Ach, ci łgarze!),
Że umarł (Tacy ludzie żyją lata!).
Anioł żałoby objął w domu straże.
Ale kir prędko zastąpiła szata
Godowa, wraz[220] się rozchmurzyły twarze.
Hajdei oschły łzą mokre jagody,
I jęła[221] pełnej używać swobody.

XXXIX

Stąd owa uczta, tancerze i grajki,
I nie widziana dotąd wyspie feta.
Służba próżniacza, rozpita, nahajki.
Zbywszy, czuła się w raju Mahometa.
Gościnność Lambra poszła między bajki
Wobec uczt, jakie dawała kobieta.
Dziwna, że ma czas na przyjęcie gości,
Skoro dni całe poświęca miłości.

XL

Może myślicie, że słysząc te chóry
Wpadł w wściekłość? Tak by zrobił człowiek miętki,
Łatwo tam było wyskoczyć ze skóry! —
Lub że postąpił sobie jak człek prędki:
Bił, w turmę sadzał lub brał na tortury,
Karcąc niewczesne u czeladzi chętki,
I że się z objęć spokoju wydarłszy,
Choć korsarz — chciał gniew okazać monarszy?

XLI

Mylisz się. To był pan, arystokrata,
Najstateczniejszy między rozbójniki,
Miał ułożenie, dobry ton magnata,
A niezbadany był jak mórz tajniki,
Tyle obłudy ni dworacka szata
Nie kryje, ani fartuszek podwiki.
Szkoda, że przez swe przeklęte myślistwo
Utracił prawo wejścia w „towarzystwo”.

XLII

Do biesiadnego zbliżywszy się stoła,
Uderzył w ramię gościa siedzącego
Przed nim i z krzywym uśmiechem dokoła
Spojrzawszy, co nic nie wróżył dobrego,
Zapytał, skąd im ta uczta wesoła.
Grek rozmarzony winem, do którego
Zwracał się, nadto wesół, aby pana
Poznać, napełnił swój kielich ze dzbana.

XLIII

I nie zwracając oblicza maszkary
Przez ramię chylił go z bachanckim gestem,
Wino po sukni lejąc z pełnej czary,
Rzekł: „Idźże sobie! Patrz, zajęty jestem.”
Drugi bełkotał: „Zdechł pono nasz stary,
Zapytaj pani, he! he! czy jej źle z tem…”
„Pani — rzekł trzeci — ho! mózgu barani,
Pan nowy dzisiaj tu rządzi, nie pani”.

XLIV

Łotry przyjęci świeżo nie wiedzieli,
Do kogo mówią. Lambro zbladł jak ściana,
W oczach mu łypnął jak błysk karabeli,
Lecz się sczaiła wściekłość hamowana
I próbował się uśmiechnąć weselej.
Zapytał tylko „szanownego pana”
O imię i stan owego młodzieńca,
Co zachciał pono panieńskiego wieńca.

XLV

„Nie wiem — odpowie łotrzyk — skąd przybywa
I kto go rodzi — ba! — ale to fracha!
Wiem, że ten kapłon[222] w smacznym maśle pływa,
I że mi służy każda wina flacha.
Jeśli acana to nie przekonywa,
Zapytaj tego oto mego bracha,
Będziesz sobie mógł dobrze go wybadać,
Woli językiem mleć zamiast zajadać”.

XLVI

Lambro był człowiek uprzejmie cierpliwy
I teraz dobre wychowanie zdradził,
Ja bym go w Francji, gdzie jest niewątpliwy
Wzór gustu — między przedniejsze posadził,
Zniósł więc dla domu swego obelżywy
Przycinek, bruzdy na sercu wygładził,
Nie używając na razie złorzeczeń
Na służbę, która zjadała mu pieczeń.

XLVII

W człowieku, który przywykł rozkazować,
Gdy rzekł: „Idź!”, to szli, a gdy: „Stój!” — to stali,
Który ze słowem nie lubił żartować,
A wola jego była — miecz ze stali,
Dziw, że się umiał teraz pohamować.
My nie pojmujem tego — ludzie mali,
Lecz kto sam sobą rządzi, jak należy,
Godzien panować ludom — jak król Jerzy.

XLVIII

Nie przeto, aby nie miał być gorący,
Lecz nigdy, kiedy krwawe rzeczy knował.
Groźny — sam w sobie skupiony, milczący,
Jak wąż dusiciel zwinięty — czatował.
Milczał, gdy mówił za niego miecz grzmiący,
A gdy grzmiał słowy, krwi nie potrzebował.
Bo każdy wyraz jego był tak sieczny,
Że gdy ciął, już cios drugi był zbyteczny.

XLIX

Nie pytał więcej i zwlókł się ponury
Ku swej sadybie, drogę boczną sobie
Obrawszy; ledwie go pozdrowił który,
Bo nikt o panu nie marzył w tej dobie.
Nie wiem, czy trwała w nim jeszcze dla córy
Miłość — ale człek pochowany w grobie,
Poglądać musiał wcale nie z rozkoszą
Na ten dziwny żal, jaki po nim noszą.

L

Gdyby umarli mogli niezwalczoną
Śmierć pożyć, Boże broń! — w sposób cudowny,
Nie wszyscy… ale na przykład mąż z żoną
(Darujcie mi ten przykład niestosowny),
To jeśli dawniej żyli z sobą słono,
Teraz by życie było: kwas dosłowny,
A jeśli śmierć ich opłakali krewni,
Na zmartwychwstanie płakaliby rzewniej.

LI

Wszedł w dom swój, a w nim cudze już ognisko
Płonęło; ta myśl głębiej w piekło strąca,
Smutniejsze sercu wyprawia igrzysko
Niż myśl na łożu śmierci konająca.
Widzieć serdeczne gniazdo w cmentarzysko
Zmienione, gdzie już nadzieja gasnąca
Ziębnie jak popiół, o! Któż z was odgadnie,
Ile boleści w tym uczuciu na dnie?…

LII

Wstąpił do domu — już nie swego domu,
Bo nie ma domu, gdzie serca nie stanie,
I doznał pierwszy raz strasznego sromu[223],
Że nikt nie wyszedł doń na powitanie.
Tam przeżył dni swe pod niebem bez gromu,
Oczom dziś dzikim i serdecznej ranie
Chcąc ulżyć, śpieszył do czystej, kochanej,
To jego ołtarz jeden — nieskalany.

LIII

Był to charakter dziwnego zakroju:
Miękki w obejściu, choć dziki w postawie,
Pomierny w jadle, napoju i stroju,
Umiarkowanie spokojny w zabawie,
Bystry w pojęciu, nie słabnący w znoju,
Wydał się lepszy, niż był — dobry prawie!
Szał zemsty żył w nim po ojczyzny klęsce
I niewolnika zamienił w ciemiężcę.

LIV

Chęć władzy, złota trzos, co dumę stwarzał
I zhartowane ciągłą walką życie,
Niebezpieczeństwa, w których się zestarzał,
Litości jego częste nadużycie,
Jęk ofiar, co się ciągle w duszę wdrażał,
Morze, co domem, zbójcy, co bandycie
Stali się braćmi, zrobiły go bogiem
Mordu, dla ludzi nieugiętym, srogim.

LV

Patriota, ZemstaAle duch Grecji niby złotą łuną
Odblask rycerski rzucił duszy hardej,
Ten sam, co niegdyś po kolchijskie runo
Gnał bohaterów, jak śpiewają bardy.
Bój — jego życiem, a pokój był truną.
A zaś ojczyzna jego — godna wzgardy.
Nienawiść światu, ludziom miecz, płomienie
Niósł w zemście za swej ojczyzny spodlenie.

LVI

Lecz wpływ jońskiego powietrza, obłoków,
Wydelikacił serce w twardym łonie,
Strzegąc bezwiednie wszystkich jego kroków.
Jawił się w smaku, z jakim to ustronie
Wybrał, w miłości muzyki, widoków
Wzniosłych, strumienia, co się wił przez błonie,
Kwiatów, zieleni, niwy złotokłosej,
Których wdzięk rzeźwił go jak krople rosy,

LVII

Ojciec, CórkaA za to wszystka jego miłość zbiegła
Ku córce; ona anielską słodyczą
Od skamienienia twarde serce strzegła,
Krwią pokalane codziennie zbrodniczą.
Jej jednej dusza uparta uległa;
Gdyby rozstała się z tą tajemniczą
Władzą, resztę by ludzkich uczuć skalał
I jak ów Cyklop[224] — ślepotą oszalał.

LVIII

Straszna jest lwica, szczeniąt pozbawiona,
Gdy rykiem grozi i źrenicą błyska;
Straszny ocean, gdy ze swego łona
Okręt sterczącym czołom skał odciska;
Lecz wcześniej wściekłość szalejąca kona,
Bo się o własną gwałtowność rozpryska,
Niż złość głęboka, niema, hamowana
Człowieka-ojca i dumnego pana.

LIX

Jest to rzecz smutna — a częsta, niestety,
Że nam ostatnie zatruwa godziny,
Któ?… Własne dzieci — te niby portrety
Nas samych, ale z ulepszonej gliny.
Gdy stare życie dobiega do mety,
Mgła pada na dni naszych zachód siny,
Dzieci rzucają nas, oddając wszakże
Dobrej kompanii: kaszlowi, podagrze[225].

LX

Piękna to bardzo rzecz: liczna rodzina,
Póki ci drzemki zwykłej nie naruszy,
Cóż to za widok, kiedy macierz syna
Karmi! (Jeśli to nie szkodzi jej tuszy.)
Jak cherubinki dzieci u komina
Plączą się (widok, co grzesznika skruszy),
A piękna matka między córeczkami
Świeci jak cekin pomiędzy piastrami[226]. —

LXI

Lambro wszedł tajnym, nie widziany, gankiem,
Stanął u wejścia do jadalnej sali,
Gdzie młoda pani z młodzieńczym kochankiem
W blasku monarszej chwały wieczerzali.
Stół zastawiony przed nimi, a wiankiem
Dokoła piękni niewolnicy stali.
W zastawie złoto i kamienie świecą,
Najmniej już koral z perłową macicą.

LXII

Wieczerza z dań stu smaczna i obfita,
Godna twojego stołu, wielki Ałłach!
Wszelaka ryba, szafranem podmyta,
Zupy, szyszliki, ciasta przy nabiałach,
Których nie wyparłby się Sybaryta.
Na wety[227] słodkie sorbety w kryształach;
Słodycz przez skórkę owoców ciśniona:
Pomarańcz, jabłek i winnego grona.

LXIII

Stały w dzbanuszkach szklanych owe soki,
Chleb daktylowy leżał i banany.
Na koniec dano odwar z czystej mokki
Arabskiej w kubkach z chińskiej porcelany.
Od waru czarnej jak smoła patoki[228]
Osłaniał dłonie spodek z filigrany;
Lecz z cynamonu, wanilii przyprawy
Psuły — mym zdaniem — wyborny smak kawy.

LXIV

Zamiast obicia — aksamitne płaty
Szkarłatne, żółte, brzegami spajane,
Szyte w jedwabne, damasceńskie kwiaty,
Szeroką złotą lamą bramowane.
W płat górny, arabeskami bogaty,
Ujęty w modry szlak — były wpisane
Lilijowymi głoskami przestrogi,
Wyjęte żywcem z perskiej pedagogii.

LXV

Zwyczaj pisania po ścianach przyjęto
Na Wschodzie w każdym pałacu, szalecie,
Jest to jak gdyby wcielone memento;
Jak na memfijskim ów czerep bankiecie
Lub Baltazara głoski mocą świętą
Mówiące, że go śmierć przede dniem zmiecie.
Lecz tu niech mentor gromkich rad zaniecha,
Gdzie mentoruje wyłącznie Uciecha.

LXVI

Piękność, po balu idącą na mary,
Lub geniusz, co się zapija arakiem,
Bezbożnik zmienion na „doktora wiary”
(Bowiem się lubi zwać imieniem takiem)
Lub apopleksją tknięty żarłok stary —
Wszystko jest smutnym a nie lada jakim
Dowodem, że szał rozkoszy, niewczasy
Szkód wyrządzają tyle co frykasy.

LXVII

Oboje państwo stopy opierali
Na karmazynie z lamą lazurową.
Ogromna sofa zajęła ćwierć sali,
Lambrowi zdała się zupełnie nową.
Wezgłowie godne, aby mu oddali
Czoła mocarze; na nim słońce płową
Jedwabną nicią wyszyte połyska,
Z niego jaskrawych pęk promieni tryska.

LXVIII

Złoto, porfiry, brązy i kryształy
Lśniły przepychem. Indyjskie dywany,
Których się stopy prawie dotknąć bały,
Gazele, koty, ku śmieszkom wybrany
Trefniś[229], a tu i owdzie ów niecały
Człowiek, co na chleb zarabia oplwany,
Jako minister lub faworyt. Zgoła[230]
Jak na kiermaszu zabawa wesoła.

LXIX

Tutaj zwierciadła szkłem przeczystym świecą,
Ówdzie rzeźbione stoły hebanowe
I wykładane perłową macicą,
Tam znów stoliczki mniejsze, szylkretowe[231]
Zastawą srebrną i złotą się szczycą.
Potrawy mięsne dla gości gotowe
0każdej porze; sorbety i wino
We dnie i w nocy z dzbana w gardło płyną.

LXX

Niech wam opiszę strój młodej kadiny:
Dżelików dwoje: jeden cytrynowy;
Koszulka z biało-różowej tkaniny
W takt się na piersi podnosi miarowy.
Zamiast guzików podłużne bursztyny;
Dżelik zaś drugi złoto-purpurowy,
Kwef z musselinu, nie kryjąc jej lica,
Buja jak obłok dokoła księżyca.

LXXI

Naramienniki na każdym ramieniu
Bez zamków — a tak misternej roboty,
Że nie cierpiały w takim uciśnieniu,
Owszem, od ramion brał kształt łańcuch złoty.
Mistrz, gdy je robił, musiał być w natchnieniu.
Łańcuszek pieścił ciałko swymi sploty,
I musiał rozkosz uczuwać niemałą,
Bo bielszej ręki złoto nie widziało.

LXXII

BogactwoJako ojcowskie dziedzicząca mienie,
Miała na noskach mesztów[232] złote sprzączki;
We włosach drogie, iskrzące kamienie,
Skute dwunastu pierścieniami rączki,
Welon perłami spięty, które w cenie
Wyobrażały setki i tysiączki.
A szarawarki szerokie, jedwabne
Falą spadały na jej kostki zgrabne.

LXXIII

Wpół rozwinięty warkocz do stóp spływa,
Niby alpejski potok, gdy zrzucony
Z gór, pierwszym dziennym blaskiem rozelśniewa,
Byłby ją okrył całą — rozpuszczony,
Ale jest więźniem. Zda się, że go gniewa
Podtrzymujący, z jedwabiu pleciony
Koszyk i chciałby zerwać siatki sznury,
Gdy dmuchnie zefir chłodzącymi pióry[233].

LXXIV

Postać jej budzi dookoła życie,
Od oczu bierze przejrzystość powietrze,
Bo były takie, jak sobie w błękicie
Wyobrażamy obłoczki najbledsze,
Czyste jak Psyche[234], nim zwiędła w zachwycie,
Lub jako dziewczę, nim je miłość zetrze.
A pod tym wzrokiem musiał każdy mięknąć,
I nie byłoby bałwochwalstwem klęknąć.

LXXV

OkoRzęsy, jak zwyczaj wschodni każe, były
Pomalowane — ale trud daremny,
Bo oczy tak się czarno urzęsiły,
Że drwiły sobie z sztuki nieforemnej
I mszcząc się, jeszcze ogniściej świeciły.
Paznokcie kolor różowy półciemny
Krasił — lecz i tu sztuki próżne trudy,
Bo być nie mogły różowsze jak przódy.

LXXVI

Głębszy powinna odcień przybrać henneh[235],
By uwydatnić lepiej białość skóry.
Lecz nie Hajdei, bo bielej promienne
Nie pomaluje słońce śnieżnej góry.
Mogło się łudzić oko, czy to senne
Zjawisko, ziemski twór, czy cud natury?
Powiedział stary Will: „Próżna robota
Malować lilię, uzłocić blask złota[236]”.

LXXVII

Juan na sobie miał szal z wełny białej,
Przetkany złotem — a tak przezroczysty,
Że przezeń ognie brylantów błyszczały
Jak gwiazdy poprzez białość drogi mglistej.
Turban zwinięty w fałdy, okazały.
Na nim w agrafie z szmaragdu ognistej
Pukiel[237] Hajdei włosów nad miesiącem[238],
Który migoce światłem żywym, drżącym.

LXXVIII

Goście bawili się przy uczcie świtą
Karłów, bajader[239], eunuchów, poety,
Co radość pieśnią zasilał obfitą;
Był znany, że sam chwalił swe zalety,
Wiersz jego ilość miał stóp należytą,
W tendencji… zawsze dochodził do mety,
To jest — do kieski, bo umiał prześlicznie
„Drzeć łyka” — — jakbym rzekł alegorycznie.

LXXIX

Czcił teraźniejszość, o przeszłości ścichnął
I dobrych czasów zdał się nie żałować.
Na antyjakobina się wystrychnął
Wschodu — jadł pieczeń, — zamiast piorunować.
Przed kilku laty los sobie wywichnął,
Chcąc niepodległość wobec praw zachować,
Lecz dziś opiewał Sułtana i Beja
Wierszem Crashawa[240], z czelnością Southeya.

LXXX

Był to mąż, który wiele zakosztował;
Jak magnes kręcił się we wszystkie strony;
Biegunem był ten, co się wyśrubował
Wyżej; łasiwy jak pies przyuczony,
Taką podłością często się uchował
Batów — wymowny, gdy dobrze żywiony,
Kłamał z zapałem i tak ludzi durzył,
Że laureata pensyjkę wysłużył.

LXXXI

Miał geniusz, jeśli go wietrznik mieć może;
Irritabilis vates[241] dbały o to,
Aby świat o nim myślał w każdej porze.
(Co jest nawiasem — wielu ludzi cnotą…)
Lecz czas mi dalej… Cóż ja śpiewam?… Boże!…
A… trzecie kanto; parę wdziękiem złotą,
Miłości, uczty, dom, ubiory, sposób
Życia na wyspie mieszkających osób.

LXXXII

Poeta ów, choć miał na grzbiecie łaty,
Był w towarzystwach nadzwyczaj łubiany,
Zwłaszcza pomiędzy obdartymi braty,
Bo miewał do nich mówki, gdy pijany.
A choć nie każdy ducha jego światy
Zgłębił, to każdy napojem rumiany,
Krztusząc się czkawką pijacką, oklaski
Dawał za każdy żart brudny i płaski.

LXXXIII

Lecz teraz w wyższe dostawszy się sfery,
A pozbierawszy w swych wędrówkach wszędy
— Najświeższe hasła liberalnej ery,
Pewny, że w kółku tym z jego gawędy
Rewolucyjne nie powstaną szmery,
Chciał wynagrodzić dawne życia błędy,
Ciepłej młodości nutę w łonie wskrzesić
I wojnę z prawdą na chwilę zawiesić.

LXXXIV

Był u Arabów, Turków i Hiszpanów,
Poznał z ambicji przeróżne narody.
I żył z członkami rozmaitych stanów;
Nosił w kieszeni wierszowane płody,
Ku wyłudzeniu podzięki od panów,
W potrzebie zmieniał pamflety na ody.
„Bądź Rzymianinem w Rzymie” — tej zasadzie
Ze zmianą nazwisk hołdował w Helladzie.

LXXXV

Więc gdy proszono, aby zadął z krtani,
To w każdym kraju śpiewał narodowe
Pieśni: Ça ira[242], Boże Caria chrani,
Miał epigramów modnych pełną głowę.
Każdy poezji rodzaj był mu tani:
Hymny, elegie, jamby karmelkowe.
Gdy Pindar[243] końskie wychwalał zasługi,
Czemu się nie miał giąć jak Pindar drugi?

LXXXVI

We Francji stworzyłby piosnkę uliczną,
A w Anglii epos, tomów trzy in quarto[244]
W Hiszpanii zaś balladę romantyczną,
Na dziejach wojny ostatniej opartą.
W Niemczech wzniósłby się w sferę niebotyczną
Goethego[245] (wspomnieć tu de Staël[246] warto),
W Italii nuciłby jak Trecentisti[247],
A Grekom rzucił taki hymn ognisty:

1

Greckie ostrowy[248]! Greckie ostrowy!
Gdzie sławna miłość i śpiew Safony,
Gdzie białe bogi i szyk bojowy,
I Delos święta, i Febus czczony,
Nad wami ciepła wiosna bez końca,
Lecz wszystko legło u was — prócz słońca!

2

Wielcy poeci z Teos i Skio,
Epos rapsoda, żale kochanka
Na ustach obcych ludów dziś żyją,
Ich grób nieznany, ich pieśń wygnanka;
Wy, nowi Grecy, ledwie z posłuchów
Wiecie o wyspach szczęśliwych duchów.

3

Na Maratonu błoń patrzą skały,
Błoń Maratonu[249] patrzy na wodę,
Tam się marzenia me rozbujały
I wymarzyłem Grecji — swobodę!
Bo gdy u Persów stanąłem trumny,
To się poczułem wolny i dumny.

4

Król siadł nad morzem, w skał częstokole,
Na Salaminę[250] patrzał, mórz córę,
I tysiąc statków oglądał w dole,
I ognie mieczów, i wojska chmurę,
Zmierzchem je zliczył z końca do końca,
Gdzież się podziały o wschodzie słońca?…

5

A gdzież są dzisiaj? A gdzie jest ona…
Moja ojczyzna? Gdzieś w poniewierce
Tuła się lira strun pozbawiona.
Nigdzie rycerskie nie bije serce.
Maż[251] lutnia pełna boskiego dźwięku
W moim się karlim wyrodzić ręku?…

6

Nam, cośmy takiej doszli sromoty,
Dawniej panowie, a dzisiaj jeńce,
Chlubą jest uczuć wstyd patrioty.
Ja kiedy śpiewam, czuję rumieńce,
Lecz ja, poeta — cóż pieśnią znaczę?…
Za was się płonię[252], za Grecją płaczę.

7

Płakaćże tylko czasów szczęśliwych?
Smucić się?… Nasi przodkowie marli!
Ziemio! Oddaj nam z siebie nieżywych!
Z trzechset, co milijony odparli,
Niech się trzech tylko wydrze mogile,
A powtórzymy ci — Termopile[253].

8

Nikt się nie ozwał? Co? Cicho wszędzie?…
A! — Nie. — Głos jakiś huczy gromliwy,
Jak potok, skały kruszący. w pędzie,
I odpowiada: „Niech jeden żywy,
Jeden niech wstanie… Spieszymy — rzeszą…”
Lecz żywi… żywi powstać nie śpieszą.

9

Próżno, próżno! W inne dzwoń akordy,
Samijskiego wina w puchar nalej,
Niech krew piją ludzką — dzikie hordy,
Ty krwi natocz z winnych gron i szalej!
Słyszysz, słyszysz: — W odpowiedzi leci
Wrzask radosny Bachusowych[254] dzieci!

10

W tańcu pirejskim nie tracisz wprawy,
A gdzie jest dawna pirejska rota?
Do obu tańców bywałeś żwawy,
Do rycerskiego znikła ochota!
Wam gwoli[255] Kadmus[256] litery stworzył,
Cóż by niewolnym rzekł, gdyby ożył?…

11

NiewolaSamijskiego wina daj, dziewczyno!
Ludzie z twarzą smutną, bądźcie zdrowi!
Anakreon[257] śpiewał, gdy pił wino,
Służył — ale Polikratesowi[258].
Choć to tyran, tytuł go nie plami;
Wtedy swoi byli tyranami.

12

Ten, co chersońskim władał majdanem,
Był przyjacielem dobrym wolności.
Lecz Miltyjades[259] był tym tyranem…
O! Gdyby wstały dziś jego kości,
Pod jego jarzmo szedłbym z ochotą,
Dziś by się zdało wolnością złotą.

13

Samijskiego wina daj, dziewczyno!
Na sulijskie skały, Pargi ziemię,
Może duchy dawnych ludzi spłyną
I rycerskie wyprowadzą plemię,
Może w chacie gdzieś się chłopię chowa,
W którym wskrześnie moc Heraklesowa?

14

Nie wierz, gdy pomoc Frank ci przyrzecze,
Ich król kramarzem jest — nie rycerzem.
PomocTylko rodzime tarcze i miecze
Wiernym ci będą służyć przymierzem,
Turecka przemoc, łacińska łaska
Tarcze pokruszy, miecze potrzaska.

15

Samijskim winem napełnij czaszę,
Widzę dziewice tańczące w cieniu.
Świeże, powabne, rozkoszne, nasze —
Krew mają w ciele, ogień w spojrzeniu;
Lecz kiedy patrzę, to serce boli,
Że będą karmić synów niewoli.

16

U Sunijonu podnóża siędę
I będę patrzał na morze sine,
Z falą się szumną puszczę w gawędę
I jako łabędź śpiewając — zginę,
Nie chcę niewolnej ziemi być synem…
Roztłucz tę czaszę z samijskim winem!

LXXXVII

Tak nucił lub chciał, lub winien był nucić
Grek teraźniejszy w rymach dosyć zgodny.
Gdyby był umiał jak Orfeusz[260] cucić
Głazy, stałby się rozruch niezawodny,
Bo umiał dusze w dłoni spleść, rozrzucić.
Myśli poety — o, to jest zdrój płodny
Myśli słuchacza — choć poeci — łgarze!
Zmieniają ciągle barwy, jak farbiarze.

LXXXVIII

Słowa mają byt — a małą kropelką
Myśl, niby rosa, w księgi padająca,
Wprowadza w obrót żwawy ludzkość wielką.
Ciało, Pamięć, PoezjaMała literka, mózg zastępująca
— Dziwne — zdolna jest stać się karmicielką
Wieków; czas w nicość ludzkie ciało strąca,
Gdy papier, podła bibuła — ot szmata
Jak ta — przeżyje najpóźniejsze lata.

LXXXIX

Kiedy już kości spróchnieją w mogile,
A jego ród i nawet naród zginie
Jak widmo, jak dym, a on zyska tyle,
Że go parafia w spisach nie pominie —
Jakiś manuskrypt, znaleziony w pyle,
Albo grobowy kamień gdzieś w ruinie,
Przy rozkopaniu odkryty kloaki,
Dobędzie imię jego jak skarb jaki.

XC

SławaZe sławy mędrzec żarty sobie stroi.
Cóż to jest? Mara, cień — na historyka
Wymowie raczej, kwiecistości stoi
Niż na wartości samej osobnika,
Hoyle[261] był dla wista[262], czym Homer dla Troi.
Skądże to dzisiaj tyle świat wykrzyka
O Marlboroughu? Jak on bił i jak on
Żył?… Bo go chwali Coxe archidiakon.

XCI

Milton, ów książę poetów, lutnista
Ciężki, lecz w glorię wspaniałą ubrany,
W swym czasie dzielny rewolucjonista,
Uczony, zbożny a umiarkowany,
Lecz kiedy o nim Johnson[263] bandurzysta
Jął prawić, owóż kapłan Muz wybrany
Skarlał; słyszymy, że brał w szkole plagi,
Nie umiał w domu zachować powagi.

XCII

Takie szczegóły są pouczające:
Szekspir kradł sarny, Bacon[264] brał łapowe,
Cezar[265] miał z młodu awantur tysiące,
Sokratesowi[266] żona „myła głowę”;
Cromwell był tchórzem. Reszty nie potrącę.
Wszystkie przyczynki nieznane i nowe
Dla biografów mają wdzięk niemały,
Lecz bohaterów obdzierają z chwały.

XCIII

Mało doktorów jako Southey[267], który
Światu o Pantisokracyji prawił,
Lub Wordsworth[268], ów wieszcz kramarskiej natury,
Co wiersz swój demokratyzmem zaprawił.
Lub Coleridge[269], co choć czysty, białopióry
Arystokratyzm w „Morning Post” zastawił,
Potem z Southeyem, oba czułe żaczki,
Wzięli za żony w mieście Bath dwie szwaczki.

XCIV

Na te imiona ludzkość woła: „Biada!”
Jako moralne drogowskazy stoją,
Ich renegacki hart, szlachetna zdrada
Glebę na przyszłe życiorysy gnoją.
Wordswortha tom ostatni jest nie lada
Dowodem, że się drukarnie nie boją
Emetykowych[270] wierszy. Ta Wycieczka
To jest poemat jałowy jak sieczka.

XCV

Ogromna przepaść między rozumami
Ludzi a jego rozsądkiem się ściele.
Ni Wordsworth dzisiaj z wiernymi uczniami,
Ni sekta nowa z Joanną na czele
Głupstwem czujnego świata nie omami.
Dzisiaj, niestety — wybranych niewiele,
A ciężarności dziewiczej przyczyna
To nie cud żaden — lecz wodna puchlina.

XCVI

Lecz do powieści… Ma w tym krytyk rację,
Że mym największym błędem są dygresje,
Gdy bohaterów puszczę na wakacje,
Zaraz mi z samym sobą gwarzyć chce się,
Lecz to są moje tronowe oracje,
Co rzecz spychają na następne sesje.
I z tego straty dla ludzkości rosną,
Mniejsze — niż gdyby to pisał Ariosto[271].

XCVII

NudaTo, co się longueurs[272] u sąsiadów znaczy
(Nie mamy słowa, lecz rzecz mamy ową
W doskonałości pełnej, bo nas raczy
Co wiosnę epopeją Southeyową),
Słuchaczów swoim powabem nie haczy;
A łatwo dowieść, że główną osnową
Eposu, głównym słupem w tej budowie
Jest szczegół, który ennui[273] się zowie.

XCVIII

Mówi Horacy[274]: „Homer czasem drzemie![275]
A my powiemy: „Wordsworth nie śpi czasem”
Ale „furmańskie” wychowuje plemię
I przez „jeziora” odsyła ciupasem.
Potem znów pragnie porzucić tę ziemię
I wzbić się w górę; więc woła z hałasem
O „łódkę”. Ja bym dolał plwocin morze,
Aby miał po czym przejechać, niebożę.

XCIX

Jeśli chce gwałtem wejść w świat eteryczny,
A Pegaz w Bryczce nie chce trzymać kroku,
To mógłby zabrać Wóz Dawidów śliczny
Albo pożyczyć u Medei smoku[276].
Lub gdyby smok się wydał za klasyczny
I mógłby jeźdźce zrzucić spod obłoku,
Gdy zamiar jazdy ma w duszy utrwalon,
To mógłby głupiec poprosić o balon.

C

O, wy, „Furmani”, „Wioślarze”„. Brykarze”!
O biedne Pope'a[277] i Drydena[278] duchy!
I Do tegoż doszło, że wam nie okaże
Już nikt pomocy, gdy lada „koniuchy”
Błotem bryzgają na czcigodne twarze
I na mogile waszej gwiżdżą!… Zuchy!
Taki Marynarz ze swym Piotrkiem Bellem
Śmie się panoszyć nad Achitofelem!

CI

Skończona uczta. — Odeszli rzezańce,
Skoki i karły, i płoche almeje,
Ustały pieśni arabskie i tańce,
Nikt już nie skacze i nikt się nie śmieje.
Juan sam jeden siedzi przy kochance,
Zachodnim słońcem niebo różowieje…
Ave Maria! na ziemi i niebie,
Ta chwila święta świętych godna ciebie.

CII

Ave Maria! Bądź błogosławiona
Ziemia ta, miejsce to i dzień, i chwila,
Kiedym odczuwał twej mocy znamiona,
Jak się nad ziemią anielsko pochyla.
Głos dzwonka z wieży zleci, jęknie, skona,
A mrący hymn dnia z ciszą się przesila,
Powietrze ciepłe, wonne wonią róży,
Każdy się drzewa liść modlitwą mruży.

CIII

Matka BoskaAve Maria! To jest czas pacierzy;
Ave Maria! To jest czas kochania;
Ave Maria! Ku tobie duch bieży,
Tobie i Twemu synowi się kłania,
Ave Maria! — Ta twarz… Któż się zmierzy?
To oko skromne, które się osłania
Skrzydłem gołąbka — choć to obraz… klęknę!
To nie bożyszcze — o nie! To za piękne.

CIV

Religia, NaturaChcą mnie łaskawi kazuiści schłostać,
Żem niepobożny, szepcąc w wielkiej dumie,
Każ no im ze mną na modlitwie postać,
A wnet przekonasz się, kto lepiej umie
Najprostszą drogą do nieba się dostać.
Ja mam ołtarze na górach, w mórz szumie,
W przestworzach, Wszystkim, co z Jedności płynie,
Z której się wzięła dusza, w której zginie.

CV

Słodka godzina! Schowany pod dachy
Zielone, z których na brzeg cichy wioną
Sosnowych lasów raweńskich zapachy,
Gdzie Adryjatyk dawniej tłukł swe łono
I twierdz sterczały Cezarowych gmachy.
Gaj, który Dryden, Boccaccio[279] natchnioną
Pieśnią już razy opiewali tyle!
Jakże ja lubię ten las i tę chwilę!

CVI

Polne koniki, grajków nieuczona
Trzódka, co życie swe graniem pociesza,
Gałązka sucha, stopą przełomiona,
Głos dzwonka, co się po gałęziach wiesza,
Jedyne echa — a łowy Gwinona,
Dziki myśliwiec i raweńskich rzesza
Dziewic uczących się, czym jest cierpienie
Miłosne, snuły się w duszy jak cienie.

CVII

Zmierzchu! Z ciebie się wszystko dobre bierze!
Ty karmisz głodne, usypiasz strudzone,
Ptaszęta wpędzasz pod matczyne pierze,
Puszczasz do domu wołki ujarzmione,
Wszystko, co bogów daje nam przymierze,
Wszystko kochane, najmilejsze, czczone,
Zbiera się wkoło nas, gdy dzwon uderzy;
Ty także dziecię przywracasz macierzy…

CVIII

Ty budzisz w duszy żal i niepokoje,
W pierwszych wędrówki chwałach pielgrzymowi,
Co rzucił kraj swój, dom i wszystko swoje.
Na głos ten on się nagle zastanowi,
W duszę mu płyną dźwięki, jako roje
Szmerów, które ślą pożegnanie dniowi,
To nie jest czułość, która z nerwów płynie.
Smutek zostaje po wszystkim, co ginie.

CIX

Kiedy Nerona zgniotła owa siła
Fatalna, która burzycieli zgniata,
Gdy Roma z jarzma wyzwolona piła,
Wszędzie brzmiał okrzyk wesołego świata,
Dłoń jakaś wieniec na grób mu rzuciła —
Może to była wdzięczności zapłata
Za jakiś dobry czyn chwili spokojnej,
Gdy czułość z dumą nie toczyła wojny.

CX

Lecz zbaczam z drogi. Jakiż związek Nero
Lub inne bydlę z purpurą na grzbiecie
Ma z nową mego bohatera erą?
Poeta czasem sam nie wie, co plecie.
Widzę, że twórczość ma spadła na zero,
Do rzędu tych, co w uniwersytecie
Zowią się „łyżką drewnianą” — przezwisko
Dawane randze umieszczonej nisko.

CXI

Szkody się jednak z gadulstwa nie boję.
Jestem, „epiczny” zbyt i tutaj przetnę
Tę jedną długą pieśń na pieśni dwoje,
A nikt nie pozna, bo będzie sekretne
Przecięcie — chyba ten, co zna już moje
Pióro; mam w myśli ulepszenie świetne
Eposu; próbą jego jest ta kresa,
Patrz Pojetike Arystotelesa[280].

Pieśń czwarta

I

Nie ma trudniejszej rzeczy dla poety
Niźli wiersz pierwszy — i może ostatni,
Często, gdy Pegaz dolatuje mety,
Wywichnie skrzydło i wieszcz, orłom bratni,
Niby Lucyper, gdy anielskie czety
Z nieb go strąciły — spada i już z matni
Piekła /nie wyjdzie, bo grzech jego — pycha,
Co się piąć każe, choć go niemoc spycha.

II

Więc czas, co wszystko równą miarą mierzy,
I nieugięta Przeciwność przekona
Ludzi — a może i diabeł uwierzy,
Że strefa ducha jest ograniczona.
Nie pojmiesz tego z młodu, gdy krew bieży
Porywczo, żądzą poznania pędzona;
Aż gdy w powolne ujścia wpływa łoże[281],
Szerokość nurtów człek ocenić może.

III

Dzieckiem — miałem się za geniusz promienny,
Pragnąc, by wszyscy mieli takież zdanie,
Młodzieńcem — wszedłem na porządek dzienny;
Przyznano myśli mojej panowanie.
Dziś wyobraźnia zeschła jak jesienny
Liść; pióro moje za szczyptę nie stanie
Tabaki. Dawnym ideałom dzisia
Prawda dodaje krzywą twarz trefnisia[282].

IV

A gdy się śmieję z życia krotofili[283],
To — że nie mogę płakać; a gdy płaczę,
To — że cielesność z uczuciem się sili,
Nim zbezwładnieje; gdy do serca skacze
Sęp wspomnień, trzeba, byśmy je skropili
Letejską wodą — nie puści inaczej.
Tetys[284] w styksowej wodzie syna myła,
Ziemianka by go w Lete zanurzyła…

V

Skarżą, że cel — tej książki niegodziwy:
Wiarę i cnotę mych ziomków rujnuje.
Każdy wiersz ma być dowodem — o dziwy!…
Naprawdę przyznam, że sam nie pojmuję,
Dlaczego jestem taki dociekliwy?
Nic nie układam naprzód, nie szkicuję,
Chyba że chcę się trochę rozełzawić;
Słowo, którego nie pochwali gawiedź.

VI

Dla czytelnika strefy niegorącej
Takie pisanie zda się egzotyczne.
Pulci[285] wynalazł ten wiersz smętno-drwiący
Dla Włoch, gdy były bardziej kichotyczne.
Tym wierszem wskrzesił świat wymierający:
Rycerstwo, damy, berła despotyczne.
Prócz ostatniego wszystko dziś spróchniało,
Więc przedmiot świeższy wybrać mi się zdało.

VII

Nie wiem, czy się z nim obszedłem łagodnie,
Równie łagodnie jak ci, co zohydzić
Mnie chcieli, ciężkie zarzucając zbrodnie,
Których nie widzą, a chcieliby widzieć.
Niechże tak będzie, gdy im z tym wygodnie.
Dziś liberalny wiek — myśli się wstydzić
Nie potrzebują. — Tu Apollo szczutka[286]
Dał w ucho; jest to do biegu pobudka. —

VIII

Juan i jego uwielbiona pani
W serc towarzystwie własnych pozostali.
A sam Czas, który bez litości rani,
Wzdragał się ostrzem swej okrutnej stali
Tknąć lubą parę i wzdychał, że dla niej
Nie może stanąć. Nie zasługiwali,
Aby się starzeć; umrzeć im śród wiosny
Życia — nim zniknie czar i żar miłosny.

IX

Czas nie powinien twarzy im wysuszyć,
Serc obezwładnić, krwi zamrozić w biegu
Ni czarnych włosów siwizną przyprószyć.
Oni jak klimat bez lodu, bez śniegu
Latem wciąż byli. Piorun mógł ich skruszyć;
I zetrzeć na proch, ale w lat szeregu
Ślimaczym życiem, jak ludzie codzienni
Żyć — to nie dla nich; byli zbyt płomienni.

X

Taka samotność była im obrazem
Edenu, bo w niej rozkosz nieprzebrana.
Nudy nie znali, chyba gdy nie razem. —
Ani tak gałąź od pnia odrąbana,
Z górskim się potok rozstający głazem,
Dziecina z objęć matczynych wyrwana,
Nie rozboleją jak ci — z dala siebie.
Nie ma jak instynkt serc, które są w niebie,

XI

Serc, które mogą pęknąć. O szczęśliwi,
Trzykroć szczęśliwi z kruchej porcelany
Ciało mający, słabi, na ból tkliwi,
Pod pierwszym ciosem padną. Im nie znany
Los, co to szydząc, ciągle się przeciwi,
Żal, co to boli, dumnie nie wydany…
Czemuż pierwiastek życia nicią silną
Z tymi się wiąże, którym umrzeć pilno?…

XII

Młodość, Śmierć„Pieszczochy bogów umierają młodzi”,
A śmierć od wielu nieszczęść ich ochrania:
Śmierci przyjaciół — a co więcej szkodzi —
Śmierci przyjaźni, młodości, kochania.
Musi czas nadejść przecie, że ugodzi
W tych nawet, którym długo umrzeć wzbrania;
Więc może lepiej, gdy człek młody skona:
Skon — najpewniejsza przeciw złu obrona.

XIII

Ich duszy jednak śmierci strach nie przeszył;
Słońce i księżyc witali z uśmiechem.
Czas tyle krzywdy czynił, że się śpieszył.
Nie czuli, czy to, co robią, jest grzechem.
Dziwem się zdali sobie; oczy cieszył
Wzajemny szczęścia odblask. Niby echem
Takiej radości i rozkoszy wnętrznej
Był każdy wyraz luby, śpiewny, dźwięczny,

XIV

Lekkie ściśnienie, rozkoszne dotknięcia,
Błysk ócz, wyraźniej mówiący niż słowa,
A nigdy zadość[287]; coś, niby ptaszęcia
Szczebiot, tak dobry jako ludzka mowa,
Im tylko znany i dla ich pojęcia
Wystarczający, i ta sielankowa
Naiwność, z której ludzie by się śmiali,
Co jej nie znają albo znać przestali.

XV

Dla nich cały świat, bo to były dzieci;
Dziećmi im było zostać do ostatka.
Nie im to w dusznej społecznej zamieci
Wypełniać sceny realnego światka;
Lecz jak istoty dwie, żyjące w kwieci
Puchu, sylfida z kochankiem, co z kwiatka
Lecą na kwiatek — było żyć przez wieczność,
Nie znając, co to smutków jest konieczność.

XVI

Księżyc się zmieniał, a oni ci sami
Wiecznie czerpali słodycz z życia kruży[288],
Nigdy gorzkimi niezaprawną łzami…
A nie była to rozkosz, która nuży,
Bo mieli bujne dusze i zmysłami
Nie skrępowane. Użycie, co burzy
Miłość zbyt prędko, im się przemieniło
W kordiał, podwójną wzmacniający siłą.

XVII

Ocudne chwile, a rzadkie jak cudne!
To była miłość, w której dusza rada
Stopić się. Dla nichże zabiegi nudne
Świata? intrygi, zawiści sąsiada,
Te namiętności tajne, podłe, brudne,
Te przeniewierstwa męża, żony zdrada?
Gdzie Hymen[289] zwiększa tylko grzesznic grono,
Gdzie mąż naiwnie mówi żonie: Żono!…

XVIII

Ostra to prawda i twarde to słowa.
Dosyć. — Cóż parę w obopólnej wierze
Trzyma i w takim zakochaniu chowa,
Od zniechęcenia i od nudy strzeże?
Młodość, co dana jest wszystkim. Połowa
Młodych jej nie zna, lecz oni w przymierze
Z nią weszli. Był to romantyzm. Choć chłoszczą
Ludzie tę słabość, wiem, że jej zazdroszczą.

XIX

W jednych ta czułość sztucznie jest wylęgła:
Sen z narkotyku fantazji, młodości;
U nich przez miłość z naturą się sprzęgła,
Żadna światowa myśl w nich nie zagości;
Bo ona — wiedzą daleko nie sięgła,
On też — jak wiemy, był w świątobliwości
Chowany; więc ich pobudki miłosne
Były te, jakie są w ptaszkach na wiosnę.

XX

Patrzą, jak zachód na niebie się pali.
Miły to widok — najmilszy ich oku,
Bo ich do tego przywiódł, czym się stali.
Miłość z takiego raz pierwszy widoku
Na nich spłynęła; z nieba pochop[290] brali,
Łącząc swe usta w owej nocy mroku…
Nie dziw, że wspomnień struna drgnęła tkliwiej,
Gdy pomyśleli, jak są dziś szczęśliwi.

XXI

A gdy tak marzą, a świat się im wdzięczy,
Przeleciał niby duch pełen tęsknicy
I zmącił barwy wymarzonej tęczy.
Jak gdy wiatr trąci harfę albo świecy
Płomień, blask zadrży, a struna zajęczy;
Tak, gdy ten smętek na kształt błyskawicy
Przeszedł, on westchnął serdecznie, głęboko,
A łzą Hajdei zrosiło się oko.

XXII

Zdały się zwiększać jej prorocze oczy
I gonić blaski niknące a drogie,
Jak gdyby słońce, które się tam toczy
Za góry, dni im zabierało błogie.
Juan czuł, że go zmora jakaś tłoczy,
W oczach jej czytał przeczucie złowrogie
I chciał odgadnąć z źrenic rozszerzonych
Przyczynę myśli dziwnych i tajonych.

XXIII

Śmiech odwołała na twarz, lecz śmiech owy,
Co się odeśmiać nie da — i twarz skryła.
Lecz ten niepokój był tylko chwilowy,
Zmogła go duma lub rozsądku siła.
Aż znów, gdy Juan z tej ócz smutnej mowy
Zaczął żartować, nagle przemówiła
Dziwnie: „Gdyby też?… nie — nie — być nie może,
Prędzej ja biedna wejdę w śmierci łoże…”

XXIV

Juan chciał pytać, lecz ona mu usty[291]
Usta zamknęła, kładąc zamiast kłódki,
I wypędziła z serca przestrach pusty,
Bo z wróżby całus zażartował słodki
Bardzo skutecznie. Odmiennymi gusty
Przenoszą wino — i w nim dobre środki.
Ja znam oboje, a wy? Co kto woli:
Gdy głowa boli czy gdy serce boli?…

XXV

Jedno i drugie — do woli waszmości;
Kobietę, wino — Bóg dał ku uciesze,
Zapłatą za nie są obie słabości…
Co wybrać? Z sądem stanowczym nie śpieszę:
I to złe, i to… — Chyba rzucać kości…
A zresztą powiem, bo wszakże nie zgrzeszę
Ni tym wyznaniem szkody wam narobię:
Że niźli żadną, lepiej jest — mieć obie.

XXVI

Kochankom miłość z ócz do ócz przelata
Z ową bezmowną czułością anioła,
Z uczuciem dziecka, przyjaciela, brata,
Co wszystkie mocy przywiązania zwoła
W tej chwili, gdy się serce z sercem splata,
I może kocha zbyt — lecz mniej nie zdoła,
Uniewinniając ten nadmiar kochania
Chęcią służenia i uszczęśliwiania.

XXVII

Spleceni dłońmi i sercami skuci,
Dlaczego wtedy nie umarli? — wcześniej
Nim od jednego drugie los odrzuci
I zanim rozpacz poznają — boleśni!
Nie dla nich był świat pełen brudnych chuci,
Dla nich gorących jak Safony[292] pieśni.
Miłość się wpiła w nich związkiem tak ścisłym,
Że się im stała duszą już — nie zmysłem.

XXVIII

Im było gaje zamieszkać i bory,
Jako słowikom śpiewającym w gwarze
Drzew, bo nie dla nich pałace i dwory,
Gdzie mieszka troska i gniew, i potwarze…
Samotność, TłumSamotnie żyją wszystkie wolne twory,
Najtkliwsze ptaki mieszkają po parze,
Orzeł sam buja… tylko kruki, sępy
Kupą na ścierwie siedzą i drą w strzępy.

XXIX

W uścisku, który dwa ciała kojarzy,
Juan z Hajdeą kiefu[293] używali…
On śpi, lecz czujnie, a widno, że marzy,
Bo mu raz po raz drganie jak po fali
Wiatrem trącanej prześliźnie po twarzy.
Hajdea marzy też, bo z ust korali
Szept czasem wyjdzie i czoło się chmurzy,
Twarz drgnie jak wiatrem muśnięty liść róży

XXX

Lub jak alpejskich wód ciche jeziora,
Gdy je chodzący w górach wiatr poruszy.
Tak drgnęła, gdy ją przestraszyła zmora
Senna, tajemny samodzierżca duszy,
Z którym się próżno śpiący człowiek pora[294],
Gdy opanuje zmysły i ogłuszy.
Dziwny byt (boć to byt, choć ruchu nie ma)
Czuć nie zmysłami, widzieć nie oczyma.

XXXI

SenŚni, że przykuta do skał, z bólu mdleje,
Nad morzem zwisła i że chce uciekać,
Ale nie może, a burza szaleje,
A fala rośnie i zdaje się szczekać
Na nią; wciąż rośnie, usta już zaleje
I nozdrza, już-już nad głową zawlekać
Całun zaczyna… taki czarny… Boże!
Sili się, dusi, a umrzeć nie może.

XXXII

I znów jest wolna; kamienistą drogą
Gdzieś dąży, rani stopy o krzemiona
I coraz potknie się zbolałą nogą;
A jakaś mara, płachtą otulona,
Bieży — a ona, cała zdjęta trwogą,
Ściga ten biały, dziwny cień; w ramiona
Chce chwycić w próżnej męczącej pogoni…
Mara się wymknie, gdy ją trzyma w dłoni.

XXXIII

Sen się odmienił. Stała w jakiejś grocie;
Ze ścian sączyły się wodne potoki
I marzły; morze kuło przez dat krocie
Tę grotę — niegdyś mieszkały w niej foki.
Włos jej ku ziemi spływał cały w pocie,
Z oczu padały jej łzy — a opoki
Patrzały na nią dziko — a rzęsiste
Łzy zmieniały się w krople kamieniste.

XXXIV

U nóg jej zimny, wilgotny, umarły,
Biały i pianą zwalany na skroni,
Którą jej ciepłe rączki próżno tarły —
Dawniej pieszczotom tak chętny, dziś do niej
Nie uśmiechnięty, bo wargi się zwarły —
Leżał on — Juan… a z grobowej toni
Szły jęki — niby topielicy jęki,
A sen był długi, duszny, pełen męki.

XXXV

A kiedy patrzy tak, wtem się jaj zdało,
Że twarz zaciera się i przeobraża
W coś — niby ojca twarz i całe ciało
Wraz[295] olbrzymieje, i postać korsarza
Wstaje tam z grecką urodą wspaniałą,
Patrzy w nią pilnie, a patrząc przeraża.
Aż się zbudziła drgnąwszy… Wielki Boże!
To Lambro oczy w nich wbił jak dwa noże.

XXXVI

Z krzykiem porwała się i padła z krzykiem
Pełnym nadziei, smutku, szczęścia, trwogi.
Oto ten, który, jak mówiono, w dzikiem
Morzu utonął — wraca groźny, srogi,
Może, by zabić tego, który z nikim
Zrównany tnie był, a nie więcej drogi
Niż ojciec! Chwila dwustronnej obawy,
Gdy myśli w duszy spór prowadzą żwawy.

XXXVII

Porwał się Juan na przeszywający
Jej krzyk; podtrzymał, rzucił się ku ścianie,
Szablę pochwycił, wzniósł, gniewem dyszący
Na śmiałka, co się ważył niespodzianie
Zejść ich; lecz Lambro, wzgardliwie milczący
Dotąd, szyderczo rzekł: „Na zawołanie
Tysiąc kindżałów tu się do mnie skupi.
Rzuć szablę! Rzuć ją, mówię, chłopcze głupi!”

XXXVIII

Hajdea u nóg mu wisząc: „Juanie! —
Woła — to Lambro, ojciec, klęknij ze mną;
On nam przebaczy, o tak, ojcze — panie,
Patrz! Gdy mi w oczach to jasno, to ciemno
Z szczęścia i trwogi, gdy pocałowanie
Na rąbku sukni składam, czyż daremno
Proszę, czyż bać się mam ojca własnego?
Zrób ze mną, co chcesz — lecz oszczędzaj jego!”

XXXIX

Stał nieugięty mąż z hardością skały,
Spokojny wzrokiem, chłodny tonem mowy,
Co jego duszy spokojność kłamały,
Nie rzekł nic i wzrok zatopił surowy
W Hajdei. Juan, to śmiertelnie biały,
To cały w ogniu, nie pochylił głowy,
Lecz szablę podniósł, grożąc nią, że skoczy,
Jakikolwiek wróg stanie mu przed oczy.

XL

„Zdaj szablę, chłopcze! — powtórzył — bo biada!”
„Przenigdy! Wolny jestem od kolebki!”
Zadrgała gniewem Lambrowi twarz śniada —
Wyjął krócicę[296] w poruszeniach szybki,
Mruknął: „Niech twa krew na twą głowę spada!”
Obejrzał zamek, doglądnął podsypki,
Bo z tej krócicy dawno żaden Turek
Ani giaur[297] nie padł — i naciągnął kurek.

XLI

Niemiłym stukiem w uchu się odciska
To naciąganie kurka; gdy na człeka
Wnet ma z wrogiego wypaść stanowiska
Strzał; meta, sążni dziesięć — niedaleka,
Szlachecka — ale nadto jeszcze bliska,
Zwłaszcza gdy stary druh na kulę czeka,
Kiedy tak często człowiek w dymie stoi,
To jak Irlandczyk wnet się z nim oswoi.

XLII

Ojciec, Córka, KochanekLambro wycelił; już-już — przestrzelony
Miał być poemat ten mój i Juanek,
Kiedy Hajdea między obie strony
Wpadła wołając: „Mnie to, za mój wianek
Zabij! On tutaj morzem wyrzucony[298]
Niechcący przybył, on mój, mój kochanek!…
Ja chcę z nim umrzeć!… O! Znam twą naturę,
Lecz i ty dzisiaj poznaj twoją córę!”

XLIII

Przed chwilą była rozczulona, rzewna
Niemym poddaniem, pokorą dziecięcia,
A teraz dumna, roziskrzona, gniewna
Stała — jak lwica, kiedy broni lwięcia,
Wzrostem mąż, wielką powagą królewna —
Wyprostowała się jak dla przyjęcia
Strzału i wzrok swój zatopiła w oku
Ojca, przed strasznym nie cofając kroku.

XLIV

Utkwili w sobie wzrok dumny i śmiały.
Jakżeż podobni byli! Twarze równie
Milcząco groźne, prócz różnicy małej
W oczach, co teraz gorzały jak głownie;
Widno i ona zna mściwości szały,
Z dziewicy w lwicę zmieniona cudownie.
To krew przeciwko własnej się burząca
Krwi… rzecz niezwykła i przerażająca.

XLV

Jak rzekłem — wzrostu podobni smukłością
I twarzą; różni zaś wiekiem jedynie
I płcią; a nawet rąk delikatnością,
Co jest dziedziczna w dostojnej rodzinie,
Zdradzali krew swą; i ci miast z miłością
Wzajem w objęcia paść, w takiej godzinie
Stają naprzeciw siebie — gniewem bladzi!
Patrzcież — do czego namiętność prowadzi…

XVI

Korsarz się wstrzymał, jakby co zmiarkował,
I za szeroki pas krócicę wtłoczył,
Ale na córkę patrzał i świdrował
Wzrokiem. „Kto winien, że mój próg przekroczył.
Nie jam niedolę twoję spowodował;
Gdzież człowiek, co by krwi wroga nie toczył,
Zhańbiony; swoje spełniłaś — więc pora
Na mnie — dzisiaj mi odpowie za wczora!

XLVII

Odstąp od gaszka[299], bo na ojca głowę,
U nóg ci padnie ten łeb wymuskany!”
Świsnął — na to się ozwało echowe
Świśnięcie i tuż wypadło zza ściany
Dwudziestu zbójców — chłopy trzyłokciowe,
A uzbrojone od stóp po turbany.
I otoczyli ich szeregiem krzywym;
On rzekł: „Wziąć Franka umarłym lub żywym!”

XLVIII

Oderwał nagle córkę od chłopięcia
I miotającą się przytrzymał siłą
Męską; ci wpadli z szablami do cięcia.
Próżno się ciało gibkie w Lambra wiło
Rękach, gdy je wziął w wężowe objęcia.
Kilku piratów na łup się rzuciło,
Lecz pierwszy śmiałek zaraz padł na ziemię
Z przeciętą ręką; drugi, ranny w ciemię,

XLIX

Padł także, brocząc krwią u stóp Juana,
Lecz trzeci, stary praktyk w białej broni,
Podbił mu szablę głową jatagana[300]
I sam ciął, Juan puścił szablę z dłoni,
Osłabł, zachwiał się, przypadł na kolana
I legł — krew strugą ciekła mu po skroni,
A druga struga spływała po karku
Z dwóch ran: na głowie i na prawym barku.

L

Powiązanego z komnaty wyniosły
Żylaste ręce. Na znak, przez dowódcę
Dany, zniesiono go na brzeg zarosły
I zemdlonego położono w łódce.
Wioślarze silnie uderzyli wiosły[301]
I wnet u galliot[302] byli, które wkrótce
Miały odpłynąć; tam porzuconego
Pod pomost straże okrętowe strzegą.

LI

Świat nasz jest pełen dziwnych niespodzianek,
Lecz nikt przykrzejszej nie zaznał przygody,
Taki paniczyk, natury kochanek
Szczęśliwy, taki przystojny i młody,
Nim mu zabłysnął po-rozkoszny ranek,
Ni stąd, ni zowąd wysłany na wody,
Związany sznury[303] mocnymi i ranny,
Wszystko dla jednej rozkochanej panny!

LII

Zamilknę lepiej, bo tę pieśń rozpieszczę,
Wzruszony chińską łez nimfą, herbatą,
Co na mnie działa jak Kasandry[304] wieszcze.
Gdy Muzę uczczę potrójną obiatą,
Zaraz poczynam czuć nerwowe dreszcze,
Tak, że Bohei[305] muszę wypić na to.
Szkoda, że winem prędko się upiję —
AlkoholZbyt denerwuje mnie czaj i koffije,

LIII

Chyba się z tobą, koniaku, zespoli,
O, flegietońskiej[306] najado[307] krynice!
Ale od ciebie znów wątroba boli,
Trujesz kochanków, jak wszystkie wodnice.
Mógłbym pić whisky — lub uśpieniu gwoli
Nawet rum; lecz dość wychylić szklenicę,
A nawet dość mi popatrzeć na flaszkę,
Nazajutrz wielki rum[308] pustoszy czaszkę.

LIV

Don Juan z walki wyszedł na pół zdrowy,
Bowiem miał ramię i głowę zranioną,
Ale nie cierpiał tych mąk ni połowy,
Jakie Hajdei rozdzierały łono.
Ona nie była z tych, które się słowy
Żalą i łzami, a zaraz ochłoną.
Jej matka z Fezu była — Maurów córa,
Gdzie eden z piekłem złączyła natura;

LV

Gdzie kapią oliw przeczyste bursztyny
W misy z marmuru; gdzie się z drzew przelewa
Sok na traw zieleń i kwiatów rubiny;
Ale gdzie rosną też zatrute drzewa
I o północy lew ryczy z gęstwiny,
I wielbłąd cichy z pragnienia omdlewa,
I białe kości nocna rosa studzi…
A jaka ziemia — takie serca ludzi.

LVI

Afryka słońca jest ziemią; z nią gore
Ciał ludzkich glina słońcem przepalona:
Serca do złego i dobrego skore.
Krew Maurów nosi planety znamiona
I roznamiętnia się w ognistą porę.
Matka Hajdei to była wcielona
Piękność i miłość; żądze kryła w oku,
Choć przyczajone jako lew u stoku.

LVII

Lecz córka, słońcem jońskim umilona,
Jak te powietrzne chmurki — białe róże,
Zanim się piorun im wkradnie do łona,
Niosąc strach ziemi, a powietrzu burze,
Szła dotąd cicha i nie zasmucona,
Aż kiedy rozpacz wzięła w sercu stróżę,
budzony w żyłach nubijskich szał dziki
Wionął jak samum[309] po puszczach Afryki.

LVIII

Ostatni widok, który obaczyła,
Był to Juana opór, krew, porwanie…
Jeszcze w tym miejscu krew ziemię broczyła,
Gdzie stał on, piękny, jej pan, jej kochanie;
Śród krótkiej walki w ramionach się wiła
Ojcowskich, potem w konwulsyjne drganie
Wpadła i zwisła na korsarza ramię
Niby wysmukły cedr, kiedy się złamie.

LIX

Żyła w niej pękła. Na ustek karminy
Krew wystąpiła z serdecznej krynice,
Główka jej zwisła jak liliowy, siny
Kwiatek, zdeptany deszczem. Służebnice
Na tożu ciało omdlałej dziewczyny
Złożyły, łzami zalewając lice.
Znosiły ziółka, lecz próżno — jak dziecię
Nieczuła była na śmierć czy na życie.

LX

Odtąd leżała sztywna jak kaleka,
Lecz usta żywe, cera jeszcze świeża,
Choć puls ledwie bił, śmierć stała z daleka,
Nie było znaku nawet, że się zbliża.
Nadzieja w uśmiech twarz ojca obleka,
Choć to już ciałko mdłe[310] i jakby z krzyża
Zdjęte; tylko jest takie pełne duszy,
Że tam śmierć ledwie małą cząstkę skruszy.

LXI

Ten trwały wyraz, jaki wyrzeźbiona
Statua nosi, miała biedna chora
Wkuty w twarz; jak ta wiecznie niezmieniona
Piękność Wenery, taż dziś, co i wczora,
Lub ta wieczysta boleść Laokona[311]
Albo konanie wieczne Gladiatora[312].
Tą siłą życia posągi są cenne,
Choć właśnie życia im brak, gdy niezmienne.

LXII

Wreszcie zbudziła się — lecz nie jak śpiąca —
Raczej jak zmarła, bo życie się stało
Czymś nowym, co ją w świat nieznany wtrąca;
Oko patrzyło, lecz nie pojmowało,
Bo pamięć uszła. W sercu gorejąca
Istniała rana, a nie czuło ciało
Bólu, bo znikła świadomość przyczyny
I szał przyczaił się na kształt gadziny.

LXIII

Błędną źrenicą patrzy, leży cicha,
Słucha wyrazów nie wiedząc, co znaczą;
Dłonie lekarstwa niosące odpycha,
Nie zważa na tych, co u łoża płaczą,
Milczy, choć głosem włada, i nie wzdycha,
Snadź[313] wzięła rozbrat z ludźmi i rozpaczą.
Ni gwar, ni cisza z tej ją nie wybije
Martwoty — jednak oddycha — więc żyje.

LXIV

Przyszły służebne, drużki, to ją nudzi —
Ojciec się zbliżył, odwraca oczęta.
Nie rozpoznaje przedmiotów, miejsc, ludzi,
Dawniej tak drogich! Noszą ją dziewczęta
Z sali do sali, ona się nie zbudzi
Z bezczucia; leży jak lilijka ścięta,
Aż nagle oczy łagodnie zamglone
Zdziczały, myślą wnętrzną przerażone.

LXV

Ktoś wspomniał harfę, zatem przywołany
Harfiarz uderzył z lekka w struny drżące.
Na pierwszy akord ostry i urwany
Oczy zwróciła ku niemu gorące,
Lecz odwróciła zaraz twarz do ściany,
Jakby odepchnąć chciała wracające
Wspomnienia: harfiarz nucił śpiew żałosny
O dniach szczęśliwych wolności i wiosny.

LXVI

Ona chudymi paluszkami w ścianę
Jęła[314] w takt pukać. ŁzyZaśpiewał pieśń drugą,
Wymówił: miłość! Na to imię znane
Drgnęła; poczucie bytu świetlną smugą
W duszy mignęło — jeśli to być zwane
Może poczuciem. Z chmurnych oczu strugą
Łzy popłynęły na zwiędłe jagody[315],
Jak z chmur, gdy spadną strumieniami wody.

LXVII

Próżna pociecha! Myśl przyszła zbyt skoro
I w mózg wtrąciła dzikich myśli nawał,
Skoczyła z łoża, jakby nigdy chorą
Nie była — bijąc, kto jej w drodze stawał.
Lecz poddawała się zaraz z pokorą
I atak w martwy sen mienić się zdawał;
Znów nic nie mogło czucia jej przywrócić,
Gdy nawet kłuto, aby ją ocucić.

LXVIII

Czasem przytomność zdradza się wejrzeniem,
Nic jej nie zmusi spojrzeć rodzicowi
W oczy; na innych patrzy z natężeniem,
Chociaż patrzenie to podobne snowi.
Odpycha ręce z jadłem i odzieniem,
Nie chce niczego, a gdy chce, nie powie,
Ni razu do snu nie zmruży powieki,
A nie pomogą na to czas ni leki.

LXIX

Tak dni dwanaście więdła i ginęła.
Nareszcie bez drgań, bez jęku, westchnienia,
Bez mąk przedśmiertnych ducha wyzionęła,
A nikt nie poznał tego wyjawienia
Śmierci, aż świeżość z bladej twarzy zdjęła,
Zostrzyła rysy i z źrenic płomienia
Zrobiła popiół — a to oko czarne,
Dawniej błyszczące, piękne, dziś tak marne…

LXX

Umarła, jednak nie sama, bo razem
Zginął pierwiastek zaledwie poczęty,
Bezgrzeszne dziecię grzechu, co obrazem
Miało być ojca i w nierozwiniętej
Osłonie z matką pod tym samym głazem
Spoczęło — pączek i kwiat razem ścięty.
Darmo je dzisiaj krople rannej rosy
Rzeźwią, padając na grobowe wrzosy…

LXXI

Tak żyła i tak zmarła. Już jej smutki
I wstyd nie dotkną. Nie była stworzona,
Aby przecierpieć niebaczności skutki,
Od których serce trzeźwiejsze nie kona
I starych dojdzie lat. Jej żywot krótki,
Ale rozkoszny, bo nieprzeznaczona
Rozkoszy starość; słodko śpi w mogile
Na brzegu, który ukochała tyle.

LXXII

GróbDzisiaj na wyspie trawy i burzany[316];
Dom runął w gruzy, pomarli korsarze.
Jeno dwa ciche tam sterczą kurhany,
Przed ludzkim okiem skryte w dzikim jarze.
Nawet tej pięknej grób nieszanowany;
Człowiek nie powie, kamień nie pokaże,
Kim była; czasem tylko morska mewa
Nad Cykladami pieśń żałobną śpiewa.

LXXIII

Albo Greczynika czasem pieśnią wraca
Do smutnych dziejów — lub który z wyspiarzy
Powieścią o nich długie noce skraca.
On piękny z męstwa, a ona znów z twarzy.
Miłość namiętną żywotem opłaca:
Taka odpłata winę zrównoważy.
Za winę kara; nikt jej nie uciecze,
Miłość się sama pomści i odsiecze.

LXXIV

Nie powiem więcej, aby kart nie krwawić
Bliznami i krwi wylanej szkarłatem.
Zresztą nie lubię przy szaleńcach bawić,
Bym się sam ludziom nie wydał wariatem.
Umarłych trzeba mogiłom zostawić.
Muza ma wróżką jest kapryśną, zatem
Do don Juana, który po szerokim
Morzu odjeżdża, wracam lotnym krokiem.

LXXV

Spętany, ranny, z kresą przez czuprynę,
Dzień i noc leżał, nim w uczuć zamęcie
Przypomniał stan swój i szczęścia ruinę.
Gdy się ocucił, leżał na okręcie,
Płynącym siedem węzłów na godzinę.
Z dala Ilionu brzeg na firmamencie[317]
Szarzał; jakżeby dawniej go powitał!…
Dziś na Sigeum[318] nie patrzał, nie pytał.

LXXVI

Tam, gdzie pagórek chatkami zasiany
I Hellespontu[319] powierzony pieczy,
Leży Achilles „bogom przyrównany”
(Tradycja twierdzi tak, lecz Bryant[320] przeczy).
Dalej wysoko sterczące kurhany…
Czyje? Ja nie wiem. Chyba sam Bóg wie: czy
Telamończyka, czyli Patroklesa[321]
(Ci by nas chętnie wysłali do biesa).

LXXVII

Mogiły, wydmy, bez głazu, bez znaku,
Nagie, gór dzikich otoczone wieńcy[322].
W oddali Ida[323] na niebieskim szlaku,
Skamander[324] (jeśli to on) — i nic więcej.
Dla Marsowego stworzone orszaku!
Pole, gdzie snadnie[325] mężów sto tysięcy.
Zmieści się; lecz tam, gdzie trojańskie wały,
Pasły się trzody i żółwie pełzały.

LXXVIII

Stada tabunnych koni, małe wioski
Nieznanej sławy, a nawet nazwiska,
Pasterze (nie to już, co Parys[326] „boski”)
Patrzą z uśmiechem, że te dziwowiska
Zwiedza uczony angielski lub włoski.
Turek z różańcem bursztyn w zębach ściska;
Utonął w raju swym duszą i ciałem —
Oto, com widział. — Frygów nie spotkałem.

LXXIX

Gdy Juan wyszedł z dusznej i ponurej
Kabiny na wierzch, spostrzegł, że jest jeńcem.
Więc obojętnie patrzał w mórz lazury,
Rycerskich mogił ocienione wieńcem.
Osłabł z ran, ciało mu przetarły sznury. —
Wreszcie się w dyskurs wdał z jakimś trzebieńcem[327]
Pytając, co z nim było i co będzie —
Lecz ten mu nie dał objaśnień w tym względzie.

LXXX

Dalej obaczył kilku jeńców, którzy
Włochami zdali się i byli niemi.
Usłyszał dziwne koleje podróży:
Trupa śpiewaków, gdy z auzońskiej ziemi
Wywędrowała w tej myśli, że służy
Cywilizacji, została ze wszemi
Toboły bandzie sprzedana piratów
Przez impresaria za tysiąc dukatów.

LXXXI

Buffo opery, śpiewny muz kuzynek,
Opowiedział mu, jak ich wzięto zdradnie.
Choć przeznaczony na turecki rynek,
W górę podnosił głowę, klnąc dosadnie,
I był humoru pełen, pełen drwinek,
Z czym mu niebrzydko było, nawet ładnie.
Minę przynajmniej miał nie tak zakonną,
Jak przygnębiony tenor z primadonną.

LXXXII

Za czym w te słowa opowieść prowadził:
„Nasz impresario, człowiek z lada jaką
Duszą, najął nas, ale szelma zdradził,
Bo w drodze obcy bryg — corpo di Bacco[328]!
Przywołał, tutaj zaraz nas przesadził
I nie dał w łapę nawet na tabacco.
Lecz jeśli sułtan ma do śpiewu skłonność,
To nam nagrodzi losu «niefortonność» —

LXXXIII

To primadonna — w czterdziestce; już siwa,
Przekwitła bujnym życiem, wiecznie chora,
Na puste ławki nadzwyczaj drażliwa;
Głos jaki taki. — To — żona tenora.
Skala niewielka — fertyczna[329] i żywa —
Zrobiła wielką jednego wieczora
Furorę, kiedy hrabię Barbagiani
Wzięła sprzed nosa jednej rzymskiej pani.

LXXXIV

Dalej tancerki: To jest mała Nini,
Różne profesje zna — czego nie chwalę.
Ta lafirynda znów — to Pelegrini,
Co zarobiła w zeszłym karnawale,
Nie chcę dochodzić jak — pięćset zecchini[330],
A już wydała na cacka i bale.
A to: groteska — tłusta bajadera[331];
Młodzieńców z ciałem i duszą pożera.

LXXXV

Statystki znowu — chór i baletniczki
Nie więcej warte niż te, którem przody
Wymienił — prócz tej i owej samiczki,
Resztę bym posłał do jarmarcznej budy.
Ot — ta na przykład: długa na kształt tyczki
Ma sentymentu wdzięk — mogłaby skudy
Zbierać, cóż? Tańczy brzydko, ociężale,
Nie ma figury, a twarz szpetną wcale[332].

LXXXVI

Mężczyźni, sądzisz, wybrańsi? Hołota!
Musico skrzeczy jak garnek rozbity,
Choć ma warunki inne ta… istota,
Że do seraju[333] może być użyty
I służalczego skosztować żywota,
Umie sopranem śpiewać — — jak kobiety,
Równie cennego śpiewaka nie złapiesz
Nawet w tym chórze, który stroi papież[334].

LXXXVII

Organ tenora hultajstwem zniszczony,
Basso nie śpiewa także, ale ryczy,
Obce mu wszystkie muzyczne kanony;
Fałszuje, nie zna nut, głosu nie ćwiczy,
Lecz że jest krewnym bliskim primadony,
Która przysięgła, że ma głos słowiczy,
Angażowano go; nie gorzej śpiewa
Wół, gdy się puści na recitativa.

LXXXVIII

Siebie wynosić — byłoby to swojej
Godności szkodzić; młodyś pan, lecz wierzę,
Żeś się w podróżach często u podwoi
Sztuki zatrzymał — znasz się na operze.
— Raucocantiego znasz?… Przed tobą stoi,
Może się kiedy w przyzwoitszej sferze
Spotkamy. Bywasz na jarmarku w Lugo?
— Nie? Bądźże — spotkasz się z najniższym sługą.

LXXXIX

A! — jest baryton jeszcze. Ładny malec,
Ale się gwałtem do wielkości garnie;
Zgrabne ma ruchy — szkoły ni na palec,
Skalą mizerną operuje marunie,
Mówi, że los mu sprzyja… Zuchwalec!
Zadowoliłby zaledwie kawiarnie.
W rolach kochanków zawsze się zaperzy,
Gdzie trzeba klęknąć, on tam zęby szczerzy…”

XC

Tu Raucocanti nie mógł mówić dalej,
Bo mu przerwała mowę straż piratów,
Którzy do kabin z powrotem wzywali
Melancholijnych głosu potentatów.
Smutno raz jeszcze przyjrzeli się fali,
Co nosi barwę podwójnych bławatów[335],
A bryzgi wody po niej w słońcu tańczą —
I zeszli z głową spuszczoną poddańczo.

XCI

Dnia następnego czekali piraci
Z musu na firman[336] sułtański w Bosforze,
Święcony kodeks muzułmańskiej nacji,
Który omija każdy, jak kto może.
I oznajmili jeńcom, że w postaci
Janusa[337] — dama z damą w jednej sforze,
Zasię mąż z mężem — mają być złączeni
I na stambulskim rynku wystawieni.

XCII

Zostali, skoro jeńców zsortowano,
Chłopiec bez pary oraz taka sama
Młódka; po scysji, gdzie ma być soprano
Zaliczon, do płci Ewy czy Adama,
Po czym za stróża kobietom go dano —
Skuto ich razem; był to Juan, dama
Zaś owa — młoda bachantka, z urody
Taka, że mógł stąd dopytać się szkody.

XCIII

Raucocantiego spięli stróże twardzi
Z tenorem; ci dwaj darli z sobą koty,
Jak tylko mogą drzeć aktorzy; bardziej
Sąsiad dolegał niż smutnej kłopoty
Niewoli; wszczęli spór, bo byli hardzi,
I zamiast sobie nawzajem ochoty
Dodawać, żywą rozpoczęli kłótnię
Arcades ambo[338]… to jest — oba trutnie.

XCIV

OkoSocia doloris[339] Juana z Romanii
Ród wiodła, w marchii chowana Ankony.
Oczy wiercące do dusznej otchłani
Mogły jej zjednać nazwę „belladony”,
Czarne jak węgiel, duże jak u łani.
Zalotność grała z twarzy opalonej
Słońcem; dar, co go nie lza lekceważyć,
Zwłaszcza gdy dama potrafi go zażyć.

XCV

Lecz wszystkie próby jej były daremne,
Bo smutek czuwał w zmysłów jego bramie.
Próżno szły z ócz jej iskry na mgłą ciemne
Oczy; choć skuci tak, że nagie ramię
W szyję go grzało, na członki foremne,
Dla jakich nawet mnich reguły łamie,
Spokojnie patrzał, w wierności wytrwały;
Może też rany świeże pomagały…

XCVI

Byliż gdzie — gdybyśmy w historię sięgli —
Wierniejsi nadeń rycerze i pazie?
Szczęśliwsze damy, którym zaprzysięgli?
Z wielu prób męstwa jedną mam na razie:
„Nikt nie utrzyma rozpalonych węgli
Na dłoni, myśląc o zimnym Kaukazie.” —
Juanek odbył z triumfem tę próbę
Ogniową, wielką stąd zyskując chlubę.

XCVII

Tu bym na przekór epickiej powadze
Wyznał, jak to ja bywałem zapalny!
Ale mnie skarżą moralności władze,
Że w pieśniach mych dwóch za wiele realnej
Prawdy — Juana już na ląd wysadzę,
Bo mi wydawca pisze — człowiek walny —
Że łatwiej wielbłąd przez igielne ucho
Niż ja w uczciwy dom wejdę na sucho.

XCVIII

Wszystko mi jedno — mówię z wami prosto:
Gdy mną gardzicie, niech wam daje rady
Smollet[340] i Prior[341], Fielding[342] i Ariosto[343],
Piękne dla skromnej epoki przykłady!
Lubiłem dawniej głupców ociąć chłostą,
Lubiłem także poetyckie zwady.
Bywało, gdy mnie gdzie krytyk połechce,
To się odgryzę — ale dziś gryźć nie chcę…

XCIX

Chłopcem lubiłem pięść pokazać chwatom,
Dziś porzuciłem rycerską zabawę
I zostawiłem kłótnie — literatom.
A czy mam krótko tylko dzierżeć sławę,
Póki drukarskim się powierzam szmatom,
Czyli[344] mam wieki długie wziąć w dzierżawę,
Zawsze w mogile odgłosy usłyszę
Nie pieśni mej — to wiatru w nocną ciszę.

C

Żywot poetów, którzy z oddalenia
Czasu i dziejów idą tu w pieluchach
Sławy, jest drobną cząstką ich istnienia.
Imiona toczą się w chwały podmuchach
Jak grudka śniegu, która się przemienia
W górę, w śniegowych na dół lecąc puchach,
I wstaje z grudki góra i mogiła
Duża i biała, lecz zimna, jak była.

CI

Wielkie imiona cóż są? Marne słowa,
A żądza sławy co? Przyjemność mdłego
Smaku, od której zawraca się głowa
Ludziom łudzącym się, że się ustrzegą
Zaguby, która wszystko w grobie chowa
Do czasu przyjścia Syna człowieczego.
PamięćWątpił ktoś, gdym stał na grobie Achilla,
O Troi. Przyjdzie i na Rzym ta chwila.

CII

Tak pokolenia w wiekowej ruinie
Znikają — trumnę na trumnie się składa,
A potem nawet pamięć wieków ginie
I z przeznaczenia w grób dzieci zapada.
Napisy grobu dziadów — gdzież są ninie[345]?
Ledwie się który zbutwiałym wykrada
Głazom, co kryją bezimiennych kości:
Miliony — w spólnej grzebane nicości!

CIII

Przejeżdżam co dzień tam, gdzie poległ z chwałą
Z bohaterami idący w zawody,
Za długo ludziom żyjący — za mało
Ludzkiej próżności Gaston de Foix[346] młody.
Pęknięty filar z podstawą spróchniałą,
Grubo ciosany — marny znak nagrody —
Przypomni zlane krwią raweńskie pole;
Wkoło porosły osty i kąkole.

CIV

Chodzę codziennie, gdzie Dant ma mieszkanie:
Skromna kopuła, osłania niedumny
Grób, ale cały, bo poszanowanie
Strzeże tu wieszcza, nie żołnierza trumny.
Jednak przyjdzie czas, gdy nic nie zostanie
I z dzieł poety, i z wodza kolumny,
Tak jak ginęła sława bohatera
Przed Achillesa przyjściem i Homera.

CV

Krwią ludzką owa kolumna lepiona,
Dziś kałem ludzkim stopę ma zwalaną,
Jakby obelga głazowi zrządzona
Była nagrodą za krew tam wylaną.
Taki jest triumf i tak się dokona
Słuszna odpłata za niehamowaną
Krwi i wielkości żądzę, tak się wściekle
Miecącą, jak Dant chyba widział w piekle.

CVI

Lecz będą wieszcze. Choć sława dym pusty,
Jej woń człowieka nęci zawsze, wszędzie.
Myśl niespokojna, co się pierwsza usty
W pieśni wylała, nią się zawsze będzie
Objawiać; jako przez brzeg wód upusty,
Tak się przelewa przez duszy krawędzie
Uczucie pieśnią, która jest swobodna
Albo była nią, nim się stała modna.

CVII

Gdyby z przekleństwa losu ci, co żyli
W kontemplacyjnej ducha i burzliwej
Epoce, co wszech żądz męki przebyli,
Dostąpić mogli tej siły straszliwej,
Iżby uczucia swoje przedstawili
Jako w zwierciadle w epopei żywej,
Dobrze byś zrobił, nie dając jej światu,
Lecz by cudnego pozbył poematu…

CVIII

O, wy, będące wyrocznią księgarzy,
Sawantki! Z żeńskich najłaskawsze natur,
Cenzurujące książki blaskiem twarzy,
Dajcie mi — błagam — wasze: Imprimatur[347].
Czyż mam się zniżyć do nędznych kucharzy,
Którzy nie znają parnaskich kreatur[348],
Mamże ja jeden sam podług zwyczaju —
Nie pić waszego kastalskiego czaju?

CIX

Co? — już nie będę „lwem” jak inne lordy —
Z czapeczką błazna, kołpaczkiem pazika?
Nie będę słuchał pochlebstw głupiej hordy
Krzycząc: I can't get out[349]! jak szpak Yorika?
Będęż przysięgał jak poeta Wordy
(Że świat czytając go oczy przymyka):
„Och! nie ma gustu — sława to loteria,
Którą frymarczy[350] błękitna koteria!”?

CX

O tajemnicze, urocze bławatki!
(Jakby ktoś śpiewał o nieba błękicie,
A ja, uczone panny, wdowy, matki,
O was) podobno pończoszki nosicie
Modre — nie sprawdzam, trwożny o upadki —
Kolor podwiązek, w które ku wizycie
Rannej do króla lub na dworskie bale
Lord lewą łydkę przystraja wspaniale.

CXI

Są między wami dusze seraficzne[351];
Minął czas, kiedyśmy pełni ochoty,
Wy moje rymy, ja oczęta śliczne,
Ach! studiowali; czas piękny, czas złoty…
Dziś jeszcze lubię dusze z wiedzą styczne,
W nich się częstokroć pielęgnują cnoty.
Znałem ja jedną niebieską pończoszkę,
Miluchną, dobrą — ale głupią troszkę….

CXII

Pan Humboldt[352], pierwszy z podróżników świata,
Lecz nie ostatni — jestem przekonany —
Wynalazł — wyszła mi z pamięci data
Odkrycia — nie wiem równie, jak jest zwany
ów przyrząd — bardzo dowcipny — do kata! —
Którym się mierzą atmosfery stany
Przez oznaczenie napięć w dolnej sferze…
O, lady Daphne! Pozwól, niech cię zmierzę!

CXIII

Lecz do powieści. Korsarz zapłacony
Miał niewolnikiem napełnić stolicę.
Po formalnościach zwyczajnych puszczony,
U wrót seraju zarzucił kotwicę.
Ładunek zdrowy i nie zarażony
Posłano tegoż dnia na targowicę:
Gromadę Rosjan, Gruzińców, Czerkiesów,
Dla rozmaitych żądz i interesów.

CXIV

Kilka sprzedano drogo. Za Czerkieskę,
Kwitnącą barwą róż, dowodnie czystą,
Tysiąc i pięćset złożono na deskę
Dukatów — ależ płeć miała ognistą!
Różni tam kupcy wyciągali kieskę
I już dawali za nią tysiąc i sto;
Lecz gdy się tamci ceną nie straszyli,
Czując, że Sułtan tu w grze — odstąpili.

CXV

Murzynki z Nubii sprzedano po cenie,
Jak notowały ją Indie Zachodnie;
Wilberforce[353] sprawił to, że wyzwolenie
Popodwyższało ceny. Niezawodnie
Rzecz taka ludzkie oburzy sumienie,
Ale grzech lubi żyć jak król wygodnie.
Gdy miłosierdzie niewolnictwo znosi,
Występek jego użyteczność głosi.

CXI

Jak kupowali pojedyncze pary
Paszowie, Żydzi, powiem — co się da rzec
Później; jak jedni poszli pod ciężary,
Inni na bejów[354] wyszli, lecz się zarzec
Musieli wiary — jak żeńskie ofiary
Drżały, aby ich nie wziął jaki starzec
Wezyr[355], co sobie to kobietę bierze
Na nałożnicę, czwartą żonę, zwierzę…

CXVII

Wszystko zostawiam do następnej pieśni,
A bohatera, który się nieświetnie
Bawi (powinien byłem skończyć wcześniej
Tę pieśń) — na teraz usunę dyskretnie.
Wiem ja, że nudzę, o moi rówieśni,
Lecz nie mnie — Muzie należą się pletnie[356].
O dalszych zatem przygodach Juana
W piątym Juanie — jak jest u Osjana[357].

Pieśń piąta

I

Kiedy wieszczowie o miłościach gwarzą
W wierszach, ciekących łakotliwie miodem,
I jak Wenera ptaszki — rymy parzą,
Nie wiedzą, że są wielkich plag zarodem.
Im poczytniejsi, tym prędzej zakażą
Ludzką społeczność — Owidiusz[358] dowodem.
Nawet Petrarka[359], sądząc go bez złości,
To platoniczny stręczyciel przyszłości.

II

Więc na sercowe pienia anathema[360]
Rzucam — wyjąwszy, których nikt nie słucha;
Uznaję krótkie, treściwe poema,
Gdzie morał wali w grzech na kształt obucha,
Wiersz dydaktyczny, w którym pokus nie ma,
Bo w jądrze giną szpetne chuci ducha.
Jeśli mój Pegaz nie połamie kopyt,
Tym dziełem stworzę moralności popyt.

III

Europejskie i azyjskie[361] brzegi
Lśnią pałacami. Rzeka Okeana[362]
Huśta na łonie lekkich naw[363] szeregi.
Kopuła Zofii[364] złotem malowana,
Zieleń cyprysów i Olimpu śniegi,
I wysp dwanaście… w snach mi ukazana
Ziemia — słoneczna, czarowna, szczęśliwa,
W Marii Montagu listach wiecznie żywa.

IV

Mam jakiś pociąg do Marii imienia,
Magiczna siła tkwi w tym dźwięku miłym;
Dawniej mnie niosła w krainę marzenia,
Gdzie o rozkoszach nie spełnionych śniłem.
Ja precz się zmieniam — ten czar się nie zmienia,
Straciłem wszystko — jego nie straciłem…
Cóż to?… łza w oku?!… precz, smutek wehmiczny[365]!
Wszak obiecałem nie być patetyczny. —

V

Po Czarnym Morzu szedł wiatr, a bałwany
O Symplegady[366] modre tłukły głowę;
Z Grobu Olbrzyma widok niezrównany
Na to wznoszenie się wód postępowe,
Kiedy dwu lądów podmywają ściany,
A ty bezpieczny patrzysz w fale płowe.
Z mórz, przyjmujących wymioty podróżnych,
Euksyn[367] najwięcej ma raf i skał różnych.

VI

Był to dżdżysty dzień, jak się często zdarza
W jesieni, gdy się piękne dni skracają.
Parka tnie żwawiej nić losów żeglarza,
Burze do głębi mórz nurty wzruszają,
A skrucha nurty serc, bo śmierć zagraża
Często tym, którzy czarne wody krają;
Lecz na cóż skrucha, gdy iść cnoty drogą
Zbawieni nie chcą, umarli nie mogą? —

VII

Gromadki różnej płci, wieku, odcieni,
Barw, każda ze swym handlarzem na czele,
U bazarowych drżąc stały podsieni.
Biedacy! Jakżeż przecierpieli wiele!
Wszyscy, prócz czarnych, zdali się zgnębieni
Dumając, gdzie to ich dom, przyjaciele…
Czarni stoicko dźwigali obroże,
Często ze skóry darci — jak węgorze.

VIII

Juan był młody — a że młodość bucha
Życiem, więc jeszcze pełen był nadzieje[368],
Choć przyznać muszę, stracił minę zucha;
Często łzę połknie, a gdy się zaśmieje,
To z musu; może też starły w nim ducha
Zbyt przykre w czasie tak krótkim koleje:
Strata krwi, mienia, wygody, kochanki
I uciążliwe tureckie kajdanki,

IX

Które stoika zmogą[369]; lecz z pozoru
Wesół był; lica niósł wypogodzone;
Postawa pańska, wytworność ubioru,
Na którym strzępy wisiały złocone,
Wartości jego dodały waloru
I wywyższyły go nad pohańbione
Pospólstwo; zresztą zawsze był przystojny,
A rachowano też na okup hojny.

X

Jak szachownica rynek był upstrzony;
Biali i czarni stali w grupach małych,
Porozrzucanych w różne rynku strony.
Ten żądał czarnych, a ten żądał białych.
Trwał zgiełk. Z innymi na targ wystawiony,
Trzydziestoletni stał mąż, w oczach śmiałych
Noszący hardy wyraz rezygnacji.
Stał przy Juanie, a wydał się z nacji

XI

Anglikiem; krępy, prawie kwadratowy;
Płeć jak wyspiarze miał białorumianą,
Zdrowiutkie zęby, kręty, ciemnopłowy
Włos, a na czole niczym nie rozwianą
Zmarszczkę, znak siły głębokiej, duchowej.
Jednę miał rękę w bandaż zawiązaną,
A stał tam z zimną krwią, wcale nie zbladłszy,
Niby spektator[370], co na scenę patrzy.

XII

Kiedy obaczył młodego chłopczynę
Wielkiej widocznie duszy, ale w roli
Tak smutnej, żeby przeciągnęła minę
Nawet mężowi, zaczął się powoli
Interesować nim i o przyczynę
Smutku zapytał towarzysza doli,
Którą on jeden znosił licem gładkiem,
Jak gdyby prostym — ot — była przypadkiem.

XIII

„Mój chłopcze — mówił — śród tej pospolitej
Czeredy Rusów, Murzynów, Czerkiesów
I obszarpańców barwy rozmaitej
— Nam braci dzisiaj z fortuny karesów[371]
Szlachcicem jestem pewno ja sam i ty.
Więc się dla spólnych złączmy interesów,
Osłodzić dolę twą pociechy miodem
Pragnąłbym; proszę cię, skąd jesteś rodem?”

XIV

„Z Hiszpanii” — Juan rzecze. — „O, tak, iście
Poznałem zaraz, żeś nie z greckiej gliny.
Te psy nie patrzą tak dumno-ogniście.
LosFortuna tu z nas postroiła kpiny,
Już ona taka, bo chce oczywiście
Doświadczać; czmychnie — wraca w pół godziny.
Ho, ho, czułem ja często jej surowość,
Lecz dla mnie nigdy to nie była nowość”.

XV

„Proszę — rzekł Juan — pytanie darować:
Co cię przywiodło tutaj?” — „O! rzecz zwykła:
Sześciu Tatarów i powróz”. — „Żartować
Lubi pan; pytam, skąd właśnie wynikła
Ta ostateczność?” — „Wstąpiłem wojować
Do rosyjskiego wojska; tu się wikła
Mój los, bo oto przy widdyńskim szturmie[372]
Wzięli mnie w jasyr, osadzili w turmie”.

XVI

„Masz pan przyjaciół?” — „Miałem, lecz nadzieję
Noszę niepłonną, że ich już nie ujrzę,
A teraz, gdym ci opisał koleje
Własnego życia, odpłacając snujże
Swoje!” — „Ach, panie, smutne to są dzieje
I długie…” — „Długie! — krzyknął tamten. — Stójże!
Daj lepiej pokój; każda powieść tkliwa,
Gdy długa, staje się dwakroć tęskliwa.

XVII

Nie spuszczaj głowy, bo błogosławiona
Młodość; fortuna ma płochość[373] motylą,
Lecz cię nie rzuci (bo nie twoja żona)
I wnet dni twoich smutków się przesilą,
Walka z tą damą byłaby tak płoną[374]
Jak opór kłosów, gdy się pod sierp chylą;
Człek jest igrzyskiem losu, choć z daleka
Patrząc, los się zda igrzyskiem człowieka”.

XVIII

— „O teraźniejszą by mi nie chodziło
Dolę — ale, ach! gdy wspomnę… kochałem!”
Urwał i czarne mu się rozżaliło
Oko, błysnęło łzą, która po białem
Licu spłynęła. — „Co było, to było!
Nie teraźniejszy los, jak powiedziałem,
Tak mnie rozrzewnia; ja przeniosłem klęski,
Których by nie zniósł umysł bardzo męski,

XIX

Na wielkim morzu — ale ten cios świeży…”
Tutaj znów urwał, wzrok smutny odwodzi.
„Aj! — rzecze Anglik — jak to się młodzieży
Z oczu wyczyta, gdy o damę chodzi!
Słusznie wspomnieniu jej łza się należy;
Ja bym w tym razie płakał też… O! młodzi!…
Płakałem, gdy mi śmierć pierwszą zawlekła
Żonę; płakałem, gdy druga uciekła;

XX

Trzecia…” — „Co? trzecia? — Juan rozwarł oczy —
Żona, UcieczkaPan masz trzydziestkę ledwo i trzy żony?”
„Dwie, bo jak rzekłem, pierwszą ziemia tłoczy.
Cóż w tym za dziwo, patrząc z dobrej strony,
Że ktoś po trzykroć w jarzmie się przytroczy?”
„Więc z trzeciej byłeś pan zadowolony?…
Co?… czyż się i ta… dopuściła zbrodni…
Uciekła?…” — „Nie…” — „Więc?” — „Ja uciekłem od niej!”

XXI

„Zbyt trzeźwo, panie, na rzeczy patrzycie!”
„Ha! Cóż, nie jestem do czułości skory…
Wy macie swoje gwiazdy na błękicie,
Moje już spadły. Dla wiośnianej pory
W ułud i marzeń kwiat stroi się życie,
Czas jednak ściera zeń świetne kolory,
W życiowej walce nieszczęście zwycięża;
Złudy zrzucają skórę na kształt węża.

XXII

Co prawda, druga jest świeża i ładna;
I długo ładna; lecz czas nie przystawa,
Skóra, jak ciało, śmierci jest podwładna,
Która ją prawom natury poddawa;
Naprzód rozciąga sieci miłość zdradna,
Potem ambicja, chciwość, zemsta, sława
Smarują lepem drzewko naszych chęci,
Gdy pieniądz jeszcze i wielkość nas nęci”.

XXIII

„Wszystko to piękne i prawdziwe może
— Rzekł Juan — lecz ja, panie, nie pojmuję,
Niewola, WładzaCo to nam w nędzy dzisiejszej pomoże”.
— „Nie wiesz? Ależ to jak z kłębka się snuje!
Zresztą, gdy nie wiesz, to ja ci wyłożę:
Wiedzy nabędziesz, bratku! Kto poczuje,
Co jest niewola, nauczy się snadnie[375]
Rządzić, kiedy mu panem być wypadnie”.

XXIV

„Gdyby to panem być! Choć chwilę małą —
Rzekł Juan — toż bym ja tych pogan chłostał!”
I wzdął westchnieniem ciężkim pierś zbolałą.
„Boże, strzeż tego, kto by mi się dostał!” —
„Może to jeszcze stać się, tylko śmiało!
— Wszak los ci jeszcze dłużnikiem pozostał,
Patrz no, jak eunuch ten oczy wyłupił
Na nas; chciałbym już, żeby nas kto kupił. —

XXV

Lecz przede wszystkim, jaki los dzisiejszy?
Zły. Może lepszy spaść z fortunnej szali.
Im znamienitszy człowiek, tym podlejszy
Niewolnik żądz swych, chuci i tam dalej.
Ktoś by pomyślał, że społeczność zmniejszy
Egoizm tkwiący w jednostce… utrwali!
Nie współczuć, oto jest wyraz spółczesnych
Dążeń w tym świecie ludzi bezserdecznych!” —

XXVI

Teraz osoba czarna nijakiego
Rodzaju weszła w bazarowy ganek,
Okiem badając siłę, wiek każdego
Jeńca: młodzieży i dzieci, i branek,
Czy mu się przyda które i do czego.
Ani w kochankę tak patrzy kochanek,
Koneser w konia, chirurg w swe narzędzia,
Adwokat w taksy, w czarownicę sędzia,

XXVII

Jak handlarz ludzi w towar upatrzony…
Rozkoszna to jest rzecz kupować braci,
Wszyscy zaś kupni, byle słabe strony
Wymacać; jednych się uśmiechem płaci,
Drugich posadą, pałkami korony
Hrabskiej, tytułem, krzesłem na kolacji
Książęcej, złotem — tanio albo drogo,
Bo od korony do kopnięcia nogą.

XXVIII

Rzezaniec wwiercił w obu oczy szare,
Do kupca podszedł i zaczął na stronie
Targ o jednego z nich, potem o parę.
Zaklinali się (sic) i bili w dłonie,
Jak chrześcijanie, gdy sprzedają stare
Barany, woły, dychawiczne konie.
Stąd owy handel wyglądał na wojnę
O bydło, niby ludzkością dostojne.

XXIX

Nareszcie kłócąc się, targując, łając,
Wydobywając kieski i na nowo
Kryjąc, pieniądze w palcach obracając,
Ważąc, badając, czy towar ma zdrową
Cerę, znów pary miast cekinów dając,
Skończyli trudną kwestię rachunkową
I kupiec, cudzej obojętny biedzie,
Wesoły zaczął myśleć o obiedzie.

XXX

Nie wiem, czy potem apetyt miał lepszy
I czy miał także łatwiejsze trawienie…
Ktoś by pomyślał, że niesmak przepieprzy
Mu obiad; że się w nim ozwie sumienie
Pytaniem, czy Bóg każe na kształt wieprzy
Ludzi sprzedawać?… Czy tak? Sądzę, że nie.
Choć twierdziłbym, że refleksyjną bytu
Ludzkiego chwilą jest chwila przesytu.

XXXI

Voltaire[376] mówi: „Nie!” „Candide mój — powiada
Podjadłszy, życie zwie dopiero znośnym”. —
Myli się. Jeśli człek jak zwierz nie jada,
Przesyt jest stanem dlań przykrym i sprośnym,
Chyba pijany — wtedy wszystko wpada
W mózg i zagłusza niesmak hukiem głośnym.
Z synem Filipa[377] (a zarazem Ammona[378],
Bo jeden ojciec, jak jedna korona,

XXXII

Było mu mało) mówię: Jedzenie, Kondycja ludzkaAkt naczelny
Jedzenia i te, które ciała tyczą,
Uczą, że człowiek jest mniej niż śmiertelny.
Kiedy pieczenią owczą lub indyczą,
Zupą i rybą może się stać dzielny,
One są jego bólem i słodyczą,
To po cóż pyszni się władzami ducha?
Śliczna potęga — niewolnica brzucha!

XXXIII

Raz w piątek wieczór, w godzinę wieczerzy
— Darują przerwę piękne czytelniczki —
Mam wyjść; biorę płaszcz; tuż na stole leży
Laska, kapelusz mój i rękawiczki;
Słyszę strzał… ósma wybiła na wieży,
Zbiegam ze schodów, wpadam w głąb uliczki,
Na ziemi leży komendant, w krwi broczy,
Czoło ma zimne już i błędne oczy.

XXXIV

Biedak! Z przyczyny marnej rozbójnicy
Pięciu kulami zmacali mu skórę
I zostawili trupa na ulicy.
Kazałem wnieść go do siebie na górę,
Trząsłem, wołałem, ale po próżnicy,
Nie człowiekowi rwać się na naturę.
Zginął — dla lichej sprzeczki, z rąk partacza,
Dostawszy pięć kul z starego garłacza.

XXXV

TrupPatrzyłem w niego, bo go dobrze znałem,
A chociem wielu oglądał zabitych,
Tak cichej śmierci nigdy nie widziałem.
Zda się — spał, a że z pięciu ran zakrytych
Krew nie płynęła i nie zdradzał ciałem
Spokojnie sztywnym boleści przebytych,
W śmierć byś nie wierzył; tak tedy nad spiekłym
Zewłokiem stojąc, myślałem czy rzekłem:

XXXVI

„To więc ma być śmierć? Cóż się życiem zowie?
Powiedz!” — On milczy. „Wstań!” — Odeszła dusza.
A wczoraj jeszcze tryskało zeń zdrowie,
Wczoraj go jeszcze tysiąc ludzi słusza[379]
I drży… i kiedy jak centurion powie:
Stój! — oddział stoi. Ruszaj! — zaraz rusza.
Wczoraj miał konia, surmy i fanfary,
Dzisiaj na bębnie kir i proste mary.

XXXVII

Wszystko, co bało się go i kochało:
Żołnierze, trzódka rubasznej drużyny,
Przyszli ogllądać komendanta ciało
Ranne — ostatni raz, choć nie jedyny.
I taki koniec! Ten, co niegdyś z chwałą
Spędzał i straszył twarzą Francji syny,
Pierwszy w natarciu i pierwszy w gonitwie,
Zabity w bójce ulicznej — nie w bitwie!

XXXVIII

Przy starych ramch widne były nowe;
Tamte zaszczytne, bo laur nimi zdobył;
Więc straszne było takie kontrastowe
Zejście… Lecz zmienię temat, bom nie dobył
Stąd odkryć tylu, ile na mą głowę
Przystało; Śmierćczęsto myślę, co by to był
Za skarb, gdyby tak z śmierci wysnuć parę
Prawd wzmacniających wiarę czy niewiarę.

XXXIX

Ha! Tajemnica. Dziś tu, jutro w grobie,
I ruszaj! — dokądże? Nie powiedziano.
Pięć gałek, trzy, dwie, jedna, i po tobie!
Na toż krew, aby ściekła lada raną?
Lada element wyższy na tym globie
Niż człowiek — on ma życie, a nam dano
Śmierć… nam, w których się wszystka wiedza mieści?…
— Lecz do przerwanej czas wrócić powieści.

XL

Nabywca skończył targ i w tym momencie
Jeńców umieścił w kaiku złoconym.
Siadł z nimi, dał znak, i jak na zaklęcie
Pomknęła łódka, prując wody łonem.
Jeńcy skuleni, jakby szli na ścięcie,
Czekali końca. Kaik w upatrzonem
Miejscu zwolniwszy, skręcił się jak mewa
Pod mur, gdzie rosły cyprysowe drzewa.

XLI

Tutaj przewodnik zapukał w tajemne
Drzwiczki; otwarto; weszli; on na przodzie.
Wiódł ich przez gąszcza i ścieżyny ciemne
Drzewnym szpalerem; rzezaniec[380] w ogrodzie
Chwilą się zbłąkał, co wcale przyjemne
Nie było, bo już dobrze po zachodzie
Wstąpili na ów pałacowy taras.
Kaik nie czekał, lecz odpłynął zaraz.

XLII

Kiedy błądzili tak śród krzewów winnych,
Gajów oliwnych i pomarańczowych,
O których rzekłbym dużo w słowach płynnych,
Bo nie ma u nas na naszych jałowych
Gruntach tych płodów Lewantu[381] (…i innych),
Gdyby nie to, że u pisarzy nowych
Cały Wschód z florą swoją się zagnieździł
Dlatego, że wieszcz któryś w Turki jeździł.

XLIII

Kiedy błądzili wszyscy, Juan w głowie
Myśl poczuł i wraz powierzył ją swemu
Towarzyszowi; myśl, która — panowie —
Równie by przyszła mnie i wam, jak jemu.
„Myślę — rzekł — że to hańbą się nie zowie,
Gdy się kto wymknąć chce losowi złemu.
Co powiesz na to: w łeb czarnego mruka,
A potem nogi za pas; niech nas szuka!” —

XLIV

„Tak! — rzecze drugi — a potem… i cóżże?
Jak wyjść, którędy, dokąd, w kim nadzieja?
A choćbyś nawet dziś oszczędził skórze
Opłakanego losu Bartłomieja[382],
Znowu się jutro znajdziesz w jakiej dziurze.
I gorszej niż ta… o! kto głupi — nie ja.
Ja głodny i jak Ezaw[383] — bez odwleczeń
Dziś pierworodztwo bym sprzedał za pieczeń.

XLV

Zresztą tu blisko gdzieś ludzie być muszą.
Negr za odważnie sam z więźniami kroczy.
Widocznie pewny, że go nie uduszą,
Bo straż trzymają nad nim czyjeś oczy.
Krzyknie — to zlecą się — i żegnaj, duszo!
Więc nie powiadać hop, nim się przeskoczy,
Otóż — jesteśmy w domu — mój kochany.
Patrz, co za pałac iluminowany!”

XLVI

Było istotnie domostwo obszerne
To, co ujrzeli. Nad bramą, na wschodzie,
Złocone, barwne, choć niezbyt misterne,
Rzeźbione wzorki po tureckiej modzie,
Gustem dość prostym. Sztuki tam mizerne,
Choć pole wzięły po greckim narodzie.
Turecka willa każda malowania
Na sposób kulis albo parawana.

XLVII

Kiedy zbliżyli się, nadziemski zapach
Cebuli, jarzyn, baraniny z ryżem,
Mile drażniący czy w nosach, czy w chrapach,
W postanowieniu powstrzymały chyżem
Juana, co już tkwił pokusie w łapach.
Towarzysz także warował się świeżym
Kruczkiem: „Na Boga! niechaj co przetrącę,
A pójdę z tobą w piekło gorejące”.

XLVIII

Tak się do ludzkich słabostek przemawia:
Starcom na rozum, do uczuć — młodzieży,
Sposób z „rozumem” rzadziej się pojawia,
Bowiem do modnych dzisiaj nie należy.
Ten mówca łzami, drugi znów naprawia
Batem — a każdy w słabą stronę mierzy:
Argumentami siły, z różnym skutkiem.
Lecz o to nie dba nikt, aby być krótkim.

XLIX

Znowu dygresja. Z przekonywających
Dowodów siły, patosu, piękności,
Pochlebstwa, prośby, groźby i brzęczących
Dukatów — nic tak dobrze nie uprości
Sprawy głaskania drażliwych, gorących
Serc i pętania bujnych namiętności, .
Jak wszechkoiciel gromki, lecz godowy,
Duszny głos trwogi — dzwonek obiadowy.

L

Turcy nie mają dzwonków, jedzą przecie.
Juan z Anglikiem — choć im nie brzmiał znany
Powszechnie dzwonek w chrześcijańskim świecie
Ni czekał maitre d'hótel[384] galonowany…
Spostrzegli ogień, poczuli kotlecie
Wonie, ujrzeli kucharzy kaftany,
Białe — i ku tym fundamentom bytu
Zerknęli wieszczym okiem apetytu.

LI

Toż zapomniawszy ze wszem o oporze
Szli za przewódcą, wyciągnąwszy nosy,
Eunuch ani śnił, że cielesnej korze
Jego tak straszne zagrażały ciosy.
Obu tymczasem zostawił na dworze,
Zapukał — słychać było ciche głosy —
Otwarto; wszedłszy do ogromnej sieni
Stanęli, wschodnią pompą otoczeni.

LII

Nie opisuję; opis — moja chluba,
Lecz dziś lada kto opiewa z lirenki
Swoje podróże; rośnie z tego gruba
Księga in quarto — łamże na niej szczęki!…
Jemu igraszka, a wydawcy zguba —
Ach! A natura nieszczęsna, na męki
Wzięta, z bolesną poddaje się gracją
Rymom i listom, szkicom, ilustracjom.

LIII

Kołem pod ścianą Turcy, siedząc w kuczki,
Na szachownicach ciche wiedli boje;
Inni się znowu bawili jak mruczki
W monosylaby, mustrując swe stroje.
Ci bursztynowe ssą w ustach munsztuczki[385]
Drogie i tanie — skrywszy twarz w zawoje,
Chodzą lub drzemią marząc o kochance
W raju; ten sobie rum przyrządza w szklance,

LIV

Gdy czarny eunuch z więźniami do sali
Wszedł, jaki taki oczy od niechcenia
Wzniesie i zajęć swoich patrzy dalej;
Kto siedzi — nawet pozycji nie zmienia,
Inny wzrok na nich zatrzymuje trwalej,
Jak kupiec, wartość gdy konia ocenia;
Na powitanie ów Negrowi głową
Skłoni, lecz nikt go nie trudzi rozmową.

LV

Przewiódł ich potem — nie mówiąc i słowa,
Przez pyszne, w dal się snujące komnaty
Ciche, bo w jednej tylko marmurowa
Fontanna szmerem śpiące budzi kwiaty,
Owiane szatą nocy; czasem głowa
Kobieca przemknie i błysną zza kraty
Czarne, ogniste oczy, ciekawości
Pełne, co nocnych przyprowadza gości.

LVI

Kilka lamp światłem słabego płomyka
Oświeca drogą przez następne sale,
Lecz przy nich bogactw okazałość znika,
Rozsnutych w całej majestatu chwale.
BogactwoNic tak czy we dnie, czy w noc nie przenika
— Nie powiem strachem albo drżeniem — ale
Smętnością jak te komnaty bez duszy,
Gdzie snu drzemiących skarbów nic nie wzruszy.

LVII

Dwa tam ledwie znać — jeden całkiem ginie.
Na stepie, w zgiełku pospólstwa lub w boru,
Tam to samotność żyje i dziedzinie
Swojej nadaje piętno duchów zboru.
Ale w galeriach zamkowych, w ruinie
Sali rycerskiej, w złoconego dworu
Komnatach, gdy miast wielu — jeden stanie,
Straszno tak… niby śmierci czujesz wianie.

LVIII

Samotny kącik w podwieczór zimowy,
Książka, przyjaciel, kochanka, a razem
Pasztecik, winko i żołądek zdrowy
Są albijońskiej wieczornej wyrazem
Rozrywki — choć to nie tak brylantowy
Widok jak teatr oświecony gazem.
W pustych krużgankach jam spędzał wieczory,
Dlatego bywam tak na smętek chory.

LIX

Człek tworzy wielkość, a sam w niej maleje;
Kościoły stawia wzniosłe — no, już to mniej
Ganię, bo kościół boże głosi dzieje,
Wobec ich piękna imię się przepomni
Budowniczego. Ten jednak szaleje,
Kto wznosi pałac lub grobowiec. Skromni
Bądźmy straciwszy raj; w Babelu wieży —
Jest przykład temu, który mnie nie wierzy.

LX

Babel był zamkiem myśliwskim Nimruda[386],
Mającym z murów i ogrodów sławę,
Gdzie Nebukadnezar[387] rządził, król luda,
Nim żreć pewnego ranku zaczął trawę;
Gdzie Daniel w jamie z lwami czynił cuda,
Budząc dla siebie podziw i obawę;
Gdzie się wsławili Tysbe i Piram[388], i z
Nieczystych sprawek sławna Semiramis[389].

LXI

Tę biedną skarży kronikarz sobaka
(Ot! potwarz, spisek, bo czyż kto uwierzy?…),
O niewłaściwą miłość do rumaka.
(Miłość ma także osobnych kacerzy[390]).
Źródłu, z którego trysła bajka taka,
Przepisywacze winni i zecerzy,
Że zamiast „biegus” — „biegun” napisano.
Chciałbym, by rzecz, tę naszym sądom zdano.

LXII

Lecz do przedmiotu. Gdyby kto szalony
Przeciw istnieniu wieży Babel krzyki
Podniósł, dowodząc, że dziś nie ma onej
Wieży ni śladu pomimo wyniki[391]
Badań IMĆ Richa[392], co przywiózł czerwonej
Cegły skrzyneczkę i dwa pamiętniki —
Nie wierzył Żydów niedowierczych czerni
(Którym się wierzyć musi, choć niewierni) —

LXIII

Bacz, co Horacy[393] o tym głupstwie pisze
Masońskim pięknie nader i treściwie,
Gdy to, nie pomnąc na wieczności ciszę,
Żądzą mularską gorączkowo żywię:.
Czy nie wiesz, gdzie jest koniec ludzkiej pysze?
(Morał jak zwykle kwilący płaczliwie)
Sepulchri immemor struis domos[394] — oto
Czemu doczesną parasz się robotą….

LXIV

Skręcili potem w boczne skrzydło domu,
Gdzie niby ze snu obudzili echo.
Pośród przepychu i bogactw ogromu,
Wzrok zatrzymywał się, błądził z uciechą.
Sprzęty tam były niezdatne nikomu,
Lecz wytworności piętnowane cechą,
Która najmniejszy szczegół odznaczała;
Tu prym natura sztuce dać musiała.

LXV

Ta sala zdała się tylko przechodnią
I wiodła w dalsze, wspanialsze komnaty,
Umeblowane z wystawnością wschodnią.
Sprzęt w nich dobrany był, piękny, bogaty,
Sofy tak miękkie, że zdało się zbrodnią
Sieść[395] na nie; cudne dywany, makaty,
Kobierce rzadkie, że brała ochota
Po nich jak rybka prześliznąć się złota.

LXVI

Lecz Negr nie raczył zaszczycić spojrzeniem
Owych przepychów, stawiąc nogę śmiało
Tam, kędy[396] oni stąpali ze drżeniem,
Jakby pod stopą niebo im się słało;
I, przystąpiwszy do ściany, ramieniem
Sięgnął, i otwarł jakąś szafkę małą,
Ukrytą w ścianie — którą ot — stąd widać.
Jeśli nie widzisz, zechciej pokój mi dać…

LXVII

Chcę być wizyjny; otóż eunuch stary,
Jak rzekłem, sięgnął i wyjął ze skrytki
Stroje wartości różnej, barwy, miary
Na muzułmańskie grzbiety, biodra, łydki:
A więc kaftany, pasy, szarawary,
Z których artykuł żaden nie był brzydki,
I jął[397] wybierać najbardziej gustowne
Rzeczy, dla dwojga swych więźniów stosowne —

LXVIII

Dla Brytańczyka oraz dla Juana.
Pierwszy, roślejszy, dostał nieobcisły
Kaftan kandiocki, długi po kolana,
Spodnie dość mocne, tak żeby nie prysły
Nawet na lędźwiach paszy lub gwardiana;
Szal kaszemirski, co by miękkie zmysły
Ucieszył; po nich, dopełniły reszty
Dandysowego stroju, kindżał, meszty.

LXIX

Gdy się ubierał, rzezuń — który zwie się
Baba — wyłuszczał olbrzymie korzyści,
Jakie to jeden i drugi wyniesie,
Jeśli nadzieje w nich złożone ziści
I w osobistym pójdzie interesie,
Dokąd go losy zawiodą. „Aliści —
Dodał — tysiąckroć powiększycie kieski,
Jeśli zechcecie poświęcić obrzezki…

LXX

Co do mnie — mówił — cieszyłbym się szczerze,
Gdyby z was stali się Osmanie prawi[398],
Jednak wam wolność zostawiam w tej mierze”.
Drugi dziękował, że tak najłaskawiej
Bez zezwolenia ich nie przedsiębierze
Tej operacji małej. „Nie wiem — prawi —
Jak się nachwalić dość szlachetnej nacji,
Jej obyczajom i cywilizacji”.

LXXI

Że bardzo mało ma do zarzucenia
Temu zacnemu nader obrzędowi;
Że gdy im tylko da co do zjedzenia
I ulży bardzo przykremu głodowi,
Zacznie namyślać się i bez wątpienia
Usłuchać dobrej rady postanowi.
„Czy tak? — rzekł Juan szorstko — mnie się nie śni!
Ja sobie głowę dam obrzezać wcześniej.

LXXII

I wprzódy musi spaść niejedna głowa!” —
„Proszę — rzekł tamten — nie zakładać tamy
Mym myślom i wpół nie przerywać słowa.
Otóż — jak mówię: Gdy powieczerzamy,
Rozważę, czyli twa rada jest zdrowa
I czy odrzucić ją, czy przyjąć mamy,
Rachując — że jak dotąd zawsze grzeczny,
Nam pozostawisz wyrok ostateczny”.

LXXIII

„Teraz — rzekł Baba — niech pan młodszy kładzie
Te suknie” — mówiąc, wskazał szatę drogą,
Co by książęcej przystała paradzie.
Lecz Juan milczał i spojrzał złowrogo,
Niezbyt przychylny takiej maskaradzie,
I kopnął suknie chrześcijańską nogą.
„Nie namyślaj się, kładź prędzej, i basta!”
Juan rzekł: „Starcze, nie jestem niewiasta”.

LXXIV

„Bądź sobie, czym chcesz — ja tam nieciekawy
— Rzekł Baba — ale proszę, rób, co każę,
Bo nie przyszedłem tutaj dla zabawy…”
„Powiedz przynajmniej, komu w tej maskarze
Mam się przedstawić?” „Nie bądź no tak żwawy,
Mój chłopcze! To się w stosownym okaże
Czasie i miejscu, i okoliczności;
Nie lubię zdawać sprawy z mych czynności”.

LXXV

„Więc jeśli zrobię to, to będę…” „Hola! —
Zawołał Murzyn — jeno mnie nie drażnij;
Dobra jest śmiałość, ale nie swawola,
Więc nie rób ze mnie głupca i nie błaźnij!” —
Strój„Cóż to, mój panie, czy to moja rola
Suknią płeć babić?…” Jak sparzony w łaźni
Żachnął się Baba: „Jeszcze jedno słowo,
A ja cię zmienię w istotę bezpłciową!

LXXVI

Są to, jak widzisz, bardzo ładne suknie;
Wprawdzie kobiece — ale takie szaty
Właśnie potrzebne”. „Brrr — Juan mruknie —
Niewieście!” W końcu, zakląwszy na katy,
Ciężkim westchnieniem, niby z miecha, huknie:
„Na co u diabła zdadzą się te szmaty?…”
Tak zwał wzgardliwie koronki i gazy,
Co by księżniczka kładła bez obrazy.

LXXVII

Zaklął i westchnął; w piersiach mu wezbrało
Uczucie, gdy brał szarawarki na się
Cieliste; potem wziął koszulkę białą,
Którą dziewiczy pasek objął w pasie;
Wkładając jednak spódniczkę o mało
Nie padł; „zaś” albo gminnie mówiąc: „zasię”
(Rym mnie przymusza rządzący nieczule,
Bardziej tyrański i twardszy niż króle),

LXXVIII

Zasię potknięcie owo się tłumaczy
Nowością sukni i zakłopotaniem.
Juana. Skończył; nic chyba nie znaczy,
Że trochę krzywo suknie leżą na nim.
Baba obchodzi dokoła i baczy,
Gdzie źle, z największym poprawia staraniem;
Gdy Juan wtłoczył ramiona w rękawy
Kaftana — sam się obejrzał ciekawy.

LXXIX

Bruździło jeszcze jedno: krótkie włosy,
Lecz Baba radę znalazł i ze splotów,
Których miał w skrytce swojej pełne stosy,
Zrobił kosmyki i warkocz był gotów.
Zaplótł, pozwijał modnie długie kosy[399],
Które upstrzone błyskami klejnotów,
Koronowały perukarskie dziwo;
Baba przeczesał, namaścił oliwą.

LXXX

Wreszcie skończyła się nieznośna męka.
Z pomocą różu, nożyczek, żelazka
Stanęła wcale[400] przystojna panienka,
Aż ucieszony Baba w dłonie klaska:
„Patrzcie no — co to zrobiła sukienka.
A teraz proszę za mną, jeśli łaska,
To jest — ta pani”. Klasnął silniej w dłonie,
Dwaj Negrzy wpadłszy stanęli na stronie.

LXXXI

„Pan — rzecze Baba kinąc na Anglika —
Pójdziesz z tą szlachtą na wieczerzę, a my,
Moja ty mniszko płochliwa i dzika,
Pójdziemy razem. Cóż się ociągamy?
Przepadło! Stąd już nikt się nie wymyka;
Nie drżyj! Czy cię to wiodę do lwiej jamy?
Patrz! To jest pałac, gdzie, chodząc roztropnie,
Rozumny rajskich szczęśliwości dopnie.

LXXXII

Dziecko! Nie bój się — wszystko pójdzie pięknie”.
„Ha! to też wasze szczęście — rozbójnicy!…
Wiedzcie, że pięść mi na karkach nie mięknie
I że nie mierzę nigdy po próżnicy.
Dotąd wam uszło, lecz cierpliwość pęknie,
Jeśliby kto śmiał sądzić po spódnicy,
Czym jestem — zatem radzę, moi mili,
Niech się w tym względzie żaden z was nie myli!”

LXXXIII

„No, chodź” — rzekł Baba. W Juanowym łonie
Żal wezbrał, ręce prężył do kamrata,
Co się półgębkiem uśmiechał na stronie,
Widząc, jak chłopca odmieniła szata.
„Żegnaj mi! — krzyknął ów, podając dłonie —
Patrz, w jakie cuda ta ziemia bogata:
Ze mnie pół-Turka, z ciebie pół-dziewczyny
Zrobił przeklęty eunuch w pół godziny”.

LXXXIV

„Bądź zdrów! — rzekł Juan — jeśli nam nie padnie
Spotkać się, życzę smacznego obiadu!”
„Bądź zdrów! ach, żal mi na serce się kładnie;
Gdy się spotkamy, będziem do upadu
Gadać; za losem chodźmy oba składnie.
A szanuj cnotę i nie bierz przykładu
Z Ewy!” — „Ho! nawet sułtan mnie nie skusi,
W razie ochoty, ślub ze mną wziąć musi”.

LXXXV

Tak się rozeszli, każdy w swoją stronę. —
Baba Juana wiódł z sali do sali,
W kamienne ganki, galerie złocone
Aż do olbrzymiej bramy, co z oddali
Chyliła ku nim kontury zamglone.
Wokoło wiała woń róż i konwalii…
Jak gdyby weszli w kaplice zakonne,
Wszystko tam ciche, uroczyste, wonne.

LXXXVI

Brama ta ciężka, wysokiej postawy,
Brązowa, pięknie miała wierzch rzeźbiony.
W rzeźbie rycerstwa bój toczył się krwawy;
Już u zwycięzcy stóp legł zwyciężony;
Za triumfalnym wozem jeńców łzawy
Tłum, jeszcze dalej szły wojsk legijony.
Musiał pamiętać ten zabytek stary
Czas, gdy w Bizancjum władały Cezary.

LXXXVII

Ta wielka brama w sam koniec uciekła
Rozległej sieni; przy niej stanowisko
Miały dwa karły, brzydkie jakby z piekła
Dwa małe czarty — niby pośmiewisko
Groźnym podwojom furty, co rozwlekła
Piramidalne nad nimi sklepisko.
Gdyś szedł wpatrzywszy się w rzeźbione wzorki,
Mogłeś niechcący przydeptać potworki.

LXXXVIII

Aż przystąpiwszy już przed same wrota,
Skoczyłeś, kształt ich spostrzegłszy poczwamy;
Bo też dziwiła tych ludzi brzydota!
Kolor ich płci ni szary był, ni czarny,
Ni biały — tu się pióro darmo miota
W opisie; pędzel chyba byłby karny.
Monstra, Pigmejów co to noszą imię,
Karły — a sumy kosztują olbrzymie.

LXXXIX

Ich służba była: Stać przy drzwiach i czuwać —
A były silne chłopy, choć tak niskie;
Zresztą drzwi dały się łatwo rozsuwać,
Bo miały luźne zawiasy i śliskie,
Jako Rogersa rym; również wysnuwać
Umieli niby sznureczki paryskie
Dla buntowniczych paszów sznur z jedwabi[401],
Najlepsi k'temu tacy niemi drabi.

XC

Na migi z sobą rozmawiali malce
Oba — a wzrok w nich utkwili jak zbóje,
Kiedy niewolnik podniósł oba palce
Na znak, aby ich puścili w pokoje.
Juan się przeląkł, bo jak złe padalce
Oczu iskrzących weń utkwili dwoje,
Wzrok taki może kłuć jak żądło żmije
I zaczaruje, jeśli nie zabije.

XCI

Nim weszli, Baba Juana objuczył
Radami, mądre mu dając przestrogi:
„Dobrze by było — abyś się nauczył
Wysuwać z mniejszym majestatem nogi,
Bacz równie, abyś ich jak gęś nie włóczył,
Chwiejąc się — chociaż błąd to niezbyt srogi
Owo chwiejanie… proszę cię też, pomnij
Wzrokiem dokoła rzucać nieco skromniej.

XCII

Rada się przyda, bo tych niemych oczu
Jak szpilki na skroś przebiją ci suknie;
A niech no tylko który płeć twą zoczy,
To nas tak pięknie jutro Bosfor spłuknie
Zaszytych w worki, że nim się rozmroczy
Noc, popłyniemy do Marmary, nóg nie
Mając za wiosła — ten rodzaj żeglugi
Bardzo tu częste oddaje usługi”.

XCIII

Tak mu dodawszy otuchy, szedł dalej
I do wspaniałej wprowadził komnaty.
Jakby anieli w niej cuda rozsiali,
Oko z trudnością mogło spocząć na tej
Ogniem i tęczą malowanej fali,
Gdzie migotały rubiny, granaty,
Złoto na sprzętach — wszystko jak obrazki
W krąg jaskrawymi opasane blaski[402].

XCIV

Za złoto kupisz złoto — lecz majątek
Z gustem nie chodzi; nie tylko na Wschodzie,
Lecz i u naszych zachodnich książątek
W pałacach, które widziałem w przechodzie,
Choć złotem każdy zapełniony kątek,
Łuna nie bije zeń; za to smak bodzie
Mebel lub posąg krzywy, malowidła…
Nie mówię, żeby Muza mi nie zbrzydła.

XCV

W tej to królewskiej sali, na stojącej
W zagłębiu sofie, z niedbałym królowej
Wdziękiem leżała bez ruchu, półśpiący
Kobieta. Baba ukląkł, ruchem głowy
Dał Juanowi znak, który niechcący
Ukląkł też, choć to był dlań sposób nowy
Witania; Baba zaś jak przed ikony[403]
Bił przepisane prawami pokłony.

XCVI

Więc Dama z sofy powstała gwałtownie,
Jako pafijska Wenus ze spienionej
Fali; jej sarnie oczy jak dwie głownie
Z emaliowanej tryskały osłony…
Podnosząc ramię białe i cudownie
Jasne, skinęła; Baba nachylony
Kraj purpurowy szaty jej całował
I szepcąc, gestem jeńca ukazował.

XCVII

Była w tej chwili dumna jak na tronie;
Piękność jej miała moc, co serca kruszy,
Więc, że opisem słabym jej nie zgonię,
Wolę, iż sobie dośpiewacie w duszy.
Nie szkodzi, jeśli z powieści uronię
Opis jej kształtów, bo wiem, że ogłuszy
Słuchacza opis, niby listy gończe
Dokładny — kładę więc kropkę i kończę.

XCVIII

W nawiasie dodam: Miała postać róży
W rozkwicie; z wiosny przechodziła w lato.
Są twarze, które z życiodajnych kruży[404]
Woda odmładza ciągle; przykład na to —
Maria ze Szkocji; prawda — miłość burzy
Równie jak łzy; ich pochód wdzięków stratą
Płaci kobieta; rzadko jak u Ninon
De l'Enclos[405] wdzięki do grobu nie zginą.

XCIX

Słów przemówiła kilka do swej świty,
Co była z dziewcząt dwunastu dobrana
I miała strój tym samym krojem szyty
Jak suknie, co płeć chowały Juana.
Wieniec to niby był z latawic wity,
Z którym po lasach hasała Diana[406];
To podobieństwo kształtu tylko tycze,
Innych panieńskich zalet w to nie liczę.

C

Schyliły głowę, kornie się cofając,
Jednak nie przez te same drzwi, którędy
Wszedł Juan; on zaś otwierał jak ając
Oczy, na skarby rozsypane wszędy;
Patrzał — olśniły go, po zmysłach grając.
Za pięknem idzie podziw, a w też pędy
Trwożny szacunek; iście godzien kary,
Kto pierwszy rzucił myśl: Nil admirari[407].

CI

„Nic nie podziwiać! — Kto myśl tę pochwali
(Myśl jasna górnej mowy nie pożycza),
Temu przyniesie szczęście i utrwali.”
(Słowa wyjęte z tłumaczenia Creecha).
Horacy pisał tak w wieków oddali,
Dzisiaj Pope[408] stare skarby znów przelicza.
Lecz gdyby podziw był zakazywany,
Czyżby Horacy był dziś podziwiany?…

CII

Gdy się wyniosły owe dziewic chóry,
Baba jął[409] dawać Juanowi znaki,
Aby, zbliżywszy się, klęknął raz wtóry
I pocałował w nogę; lecz na taki
Rozkaz don Juan odział się w ponury
Upór, a że miał krew nie jak prostaki,
Rzekł, że się duma z szlachectwem sprzymierza:
W nogę całuje się tylko papieża.

CIII

Baba tłumaczył, prosił, a spod oka
Na ten niewczesny[410] upór miotał błyski,
Mruczał o stryczku… lecz Juan, z wysoka
Patrząc, stanowczo nie chciał się stać niski,
Choćby przed samą niewiastą proroka.
Ba! Etykieta szerzy swe uciski.
Wszędzie: na dworach czy zamkach koronnych,
Rautach, regatach i wyścigach konnych.

CIV

Stał niby Atlas, tatarskiej by ordy
Nie przestraszył się, z gniewu Negra szydził.
Krew, co mu dały kastylijskie lordy,
Zagrała w żyłach; gdyby ją powstydził,
W sercu by mu się wgryzły przodków kordy
I duch praojców by go znienawidził.
Baba, zadając sobie próżną mękę.
Rzekł: „Nie chcesz w nogę, pocałujże w rękę!”

CV

To już byt rodzaj hołdu niepotworny:
Kompromis gładki i dyplomatyczny,
Który załatwiał trudności w niesporny
Sposób; don Juan więc, mając wytyczny
Kierunek, stał się rycerski i dworny,
Chwaląc ten rodzaj hołdu zagraniczny.
Wszak w jego kraju pani czy panience.
Szlachcic całuje nie nogi, lecz ręce.

CVI

Więc się przybliżył, choć nieco niezdarnie.
Rączka jej była iście pańskiej rasy.
Do takiej młodzież ustami się garnie,
Chciałaby przylgnąć i pić po wsze czasy
Słodycze (że tak powiem kulinarnie).
Wspomnisz me słowa, kiedy dotkniesz krasy
Rączek swej lubej; nieraz nawet cudza —
Wierność dwunastomiesięczną ostudza.

CVII

Dama mierzyła go wzrokiem upartym,
Baba na rozkaz jej cofał się ruchem
I stylem w takich odwrotach utartym, —
A równocześnie szeptał mu za uchem
Z jakimś nań patrząc uśmiechem niewartym:
. „Nie bój się, chłopcze, niczego: bądź zuchem”.
A lice tak mu błogością płonęło,
Jak gdyby spełnił jakieś zbożne dzieło…

CVIII

Kiedy znikł — nagła w niej zaszła przemiana.
Nie wiem, jaka tam duszę myśl zaległa,
Ale zadrgała brew pofałdowana,
A twarz z marmuru, kiedy krwią nabiegła,
Była jak chmura, słońcem malowana,
U nieboskłonu; w oku jej zażegła[411]
Uczuć pochodnia namiętność gorącą,
Półpożądliwą, półrozkazującą.

CIX

W wszystkich kobietach siedzi słodycz luba,
Szatan to siedział w jej rysów słodkości,
Ten, co zwiódł Ewę w postaci cheruba
I odtąd ludziom trakt do piekieł mości.
Lecz jak się kazi plamą słońca chluba,
Czegoś tam brakło do doskonałości…
To było gładkiej jej urody sękiem,
Że przyzywała rozkazem, nie wdziękiem.

CX

Każdy jej gest i czyn stają się niby
Aktem królewskim, kiedy się zespolą;
Gdy na cię spojrzy, jakby skuła w dyby.
— Powiem wam: zachwyt jest także niewolą;
Wszak piękno wiąże, wpadłszy przez ócz szyby.
Dusze są jednak wolne; nie pozwolą,
By zmysły miały nad nimi przewodzić…
Dusza po drodze swej własnej chce chodzić.

CXI

Każdy jej uśmiech był pański, choć słodki,
Ani jeden ruch poziomej[412] natury;
A nawet nóżki dwie — jak dwie pieszczotki,
Znały swą władzę, stąpając tak z góry
Jakby po karkach; Kobieta, Brońżeby dobić zwrotki
Powiem, że tkwił jej za paskiem ze skóry
Sztylet — sułtankom ta broń dozwolona;
Szczęście, że moja nie nosi go żona.

CXII

Słuchać i czynić było od kołyski
Prawem naokół; zgadywać swej pani
Zachcenia, woli kapryśnej uciski
Znosić musieli wylękli poddani.
Krew miała pańską, urodą huryski,
A chęć w ustawnym[413] ruchu, bez przystani.
Gdyby mieszkała u nas, to — nie mylą
Się — mielibyśmy perpetuum mobile.

CXIII

Chciała wszystkiego, co jej w oczy wpadło:
Gdy zamarzyła o czymś, wnet na ścieżki
Rozstajne biegli słudzy z twarzą zbladłą
Szukać… znalazłszy, wytrząsali mieszki.
To wszystko dużo jej pieniędzy zjadło
I różne smutne były stąd zamieszki.
ZazdrośćDamy chwaliły jej despotyzm młody
I przebaczały wszystko prócz urody.

CXIV

Podobał jej się swą twarzą junacką
Don Juan, kiedy zwiedzała bazary.
Kazała zaraz kupić nowe cacko;
Baba, niewolnik i powiernik stary,
Jak zawsze, sprawił się szybko a gracko,
— Znał zaś na pamięć swej pani przywary.
Ona nie była praktyczna; więc szczwany
lis Baba stroju wymyślił przemiany.

CXV

Rysy się drobne zgadzały z ubiorem.
Jeśli spytacie zaś, przecz[414] taka pani
Nie była kobiet najcnotliwszych wzorem?…
Ha! Dla nas to już sekret — choć nie dla niej
Mężowie często są tylko pozorem,
Nawet królowie są oszukiwani.
Że nie należy do tych czczych wyrażeń,
Z historii wiemy — albo… z własnych wrażeń.

CXVI

Ale do mety trzeba nam pośpieszać.
Kiedy już wszelka przed nią trudność prysła,
Za dumna, by mu na szyi się wieszać,
Tylko na twarzy oczyma zawisła
Z szafiru, w których zaczęły się mieszać
Żądza z wyzwaniem, i jedynym trysła
Słowem: „Umiesz ty kochać, niewolniku?”
— Wiedząc, że tym go poruszy do wniku.

CXVII

Istotnie, jak grom pytanie to spadło;
Lecz mu na strunach wspomnień dotąd grała
Hajdei jońska twarz niby widziadło.
Czuł, jak krew ciepła, co mu twarz rozgrzała,
Wraca do serca, tłucze jak w kowadło,
Młoty; jak śnieżny puch twarz pobielała,
W sercu mu niby w torbanie kozaczym
Jękło… więc nie rzekł nic — i buchnął płaczem.

CXVII

Nieco ubodło ją to dziwne łkanie
Mężczyzny; damy o byle co płaczą,
Ale u mężczyzn łzy nie są tak tanie:
Targną za zmysły i do serca skaczą.
Kobieta, Mężczyzna, ŁzyKobiece łzy schną prędko, męska łza nie
Stygnie, lecz w serce się wgryzie rozpaczą,
Jak płynny ołów; by się nie kryć chmurą,
Powiem: im łzy są ulgą, nam torturą. —

CXIX

Pragnęła cieszyć[415] go, lecz szło nieraźnie
Dotąd, chowając się jakby więziona
Samotnie, drużek nie znała przyjaźni.
Współczuła troska nie drasnęła łona.
Nie było w świecie dla jej wyobraźni
Rzeczy poważnych; co prawda — i ona
Miała strapienia, lecz nie mogła dociec,
Jak przy niej komu łzy mogły z ócz pociec.

CXX

Instynkt naprawia, co władza zniweczy;
Kiedy coś mocno wstrząśnie i ubodzie,
W kobiecie budzi się arcyczłowieczy
Popęd spółczucia każdej ludzkiej szkodzie;
Oliwą, winem zaraz ranę leczy,
Samarytanką jest w lada przygodzie.
Więc i Gulbieza, nie wiadomo czego,
Poczuła, że jej łzy do oczu biegą.

CXXI

Lecz łzy się kończą jak wszystko — choć smętne.
Juan, co mógł się na chwilę zapłochać
I zafrasować, kiedy mu natrętne
Rzuciła słowa: „Czy potrafi kochać?…”
Zwołał stoicki spokój w oczy mętne
I zajaśniały znów, gdy przestał szlochać;
Tylko — choć wdzięki oceniać był zdolny,
Markotno było mu, że nie jest wolny.

XCII

Ona pierwszy raz była skłopotana.
Odkąd jej snuła się życia nić złota,
Padali przed nią wszyscy na kolana;
CzasA tu, kiedy cześć rzucała do błota,
By dostać tego miłości kapłana,
Co ją wprowadzić miał za rajskie wrota,
Gdy każda chwila wiodła nad przepaście,
Oni stracili już minut piętnaście!…

CXXIII

Rady więc zdrowej nie żałuję dla cię,
Chłopcze, co wpadniesz w podobne potrzaski.
— A mówię tutaj o wschodnim klimacie. —
U nas namiętność wodzi się za paski,
Lecz tam zawahać się — już grzech, mój bracie!
Możesz uważać to za zbytek łaski,
Gdy do namysłu dadząć dwie minuty;
Twa reputacja trwać będzie dopóty…

CXXIV

On reputacji nie straciłby jeszcze,
Lecz nosił w duszy obraz ukochanej;
Wspomnienie — rzewne sprawiało mu dreszcze,
Dlatego to stał jak źle wychowany
Młodzian… Jej iskry z ócz trysły złowieszcze:
Pies giaur[416] odtrącał honor niesłychany!
Zarumieniła się, a potem zbladła,
Potem jej znowu krew na lica padła.

CXXV

Z królewskim gestem złożyła mu w dłoni
Rękę, a oczy wiązała oczyma,
Szukając dla się spółczucia w ich toni;
Na próżno!… chłodne były jako zima.
Brew nasrożyła, lecz milczy… — słów broni
Dumna kobieta, aż w końcu się ima.
Wzniosła się, chwiała, potem mu w ramiona
Padła i zwisła, tuląc się do łona.

CXXVI

Były to wszystko próby niepraktyczne;
Serce miał żalem i dumą stalone,
Więc odjął lekko jej ramiona śliczne
I drżącą z gniewu odsunął na stronę[417].
A strachy z serca wygnawszy paniczne,
Rzekł, patrząc zimno w oczy roziskrzone:
Miłość, Wolność„Orzeł więziony nie szuka kochanki;
Nie mnie być sługą kaprysów sułtanki!

CXXVII

Czy umiem kochać? Ha! Dowiesz się pono,
Jak miłość cenię, gdy nie żądam twojej!
W tym podłym stroju kądziel i wrzeciono
Dla mnie — nie miłość; miłość wolnych stroi.
Nie olśniłaś mnie blaskiem i mamoną;
O! Jesteś wielka! Pod tronem się roi
Sług tłum i zgina karki i kolana,
To twoi! Ale serce nie zna pana!”

CXXVIII

Dla nas ta prawda ma zapach nieświeży,
Ale jej obce podobne androny;
Wie, że za chęcią wraz[418] użycie bieży,
Że przed stworzeniem świata były trony.
Wie ledwie tyle, że płat serca leży
U człeka z lewej, a nie z prawej strony.
(Lepiej ten szczegół zna i zeń korzysta,
By stać się panem dusz — legitymista…)

CXXIX

Że była piękna — miałem honor orzec;
I nawet niższa rangą mogła snadnie[419]
Tłum wielbicieli gnać pod swój proporzec;
A kto niewieści zna ród, łacno[420] zgadnie,
Że swoich wdzięków nie kryła pod korzec,
Lecz je roztoczyć potrafiła składnie
I uważała się za półboginią.
— Za to jej moje oktawy nie winią.

CXXX

Wyobraź męskich twoich lat przednówek,
Gdy jeszcze serca złe myśli nie psuły,
Gdy do cię która z desperackich wdówek
Wyraźnie lgnęła, a tyś kanikuły
Studzić nie kwapił[421]… Ileż to wymówek
W spojrzeniu! Ileż zepsuto bibuły
Na taki temat — a mieć będziesz, bratku,
Portret kobietki w podobnym wypadku.

CXXXI

Więc przedstaw sobie — pewnoś już przedstawił —
Putyfarową żonę[422], lady Booby,
Fedrę[423] i inne, które świat wysławił
W dziejach — a szkoda, że reszta się gubi.
Tyle poeta i pedagog zbawił
Dla was, Europy wychowańcy lubi!
Jeśli wystarczą ci przykłady one,
Ujrzysz Gulbiezy brewki nasrożone.

CXXXII

Lwica w pustyni albo tygrysica,
Gdy jej kto małe zabierze szczenięta,
Musi być w złości swej podobna z lica
Do damy, gdy kto jej chuć ujmie w pęta.
Groza jej złości zaledwie prześwieca
Z obrazu, choć doń pozują zwierzęta.
Bo gorzej lwicy zawrzała sułtanka
Straciwszy nie już dziecko, lecz kochanka.

CXXXIII

Matka, DzieckoDla lwiątek lwica, a dla kaczek kaczka
Miłość matczyną wzięły od natury;
Jeśli nie owa przyroda prostaczka,
Któż by im ostrzył szpony i pazury.
Matka uwielbia swojego robaczka,
Choć wrzeszczy, jakby darto go ze skóry.
Słowem, z powyższych faktów się wydawa,
Że miłość taka — to instynktu sprawa.

CXXXIV

Gdybym rzekł: „Iskry rzucał oczu promień”,
To nic — bo wieczny tam ogień się żarzył.
Gdybym rzekł: „W licu purpurowy płomień
Kwitł” — to by obraz ten tylko znieważył
Moc namiętności owej bez poskromień,
Gdyż zawsze z wolą jej czyn się kojarzył.
Rozczarowania, ty, co znasz niewieście,
Za porównaniem chodziłbyś po kweście!

CXXXV

Na szczęście — chwilę tylko była wściekłą,
Inaczej byłaby padła; przez załom
W pryzmacie duszy mogłeś ujrzeć piekło!
Nic się nie równa gniewnym żółci wałom[424],
O których tyle razy już się rzekło,
Że grzmią jak morze przeciw twardym skałom.
Namiętność, serca jej stając się panem
Pięknym ją niby zrobiła orkanem.

CXXXVI

Jak jest od wiatru sroższa nawałnica,
Tak znowu gniew jej sroższy był od burzy;
A przecież gasić nie chciała księżyca
Jak Hotspur, co za wzór gwałtownym służy.
Mniej popędliwa była z niej złośnica —
Może kobiecość stanęła na stróży?
Miała chęć tylko jak Lear: „zabić, zabić”[425];
Ta chęć się we łzy musiała zesłabić.

CXXXVII

Spadły i oschły niby deszcz nawalny;
Przeszły bez słów — w istocie słów nie stało,
Wstyd nagle sercu bój wytoczył walny;
Dotąd on szeptał i szemrał nieśmiało,
Teraz zerwawszy się jak potok skalny,
Popłynął falą szybką i zuchwałą.
Czuła, że gardzą nią, a czasem wzgarda
Potrzebna damie, co jest nazbyt harda.

CXXXVIII

Pozna, że ciałem jest zwyczajnym; potem,
Że mniej królewskie pomieszkanie duszy
Gliną jest wprawdzie tylko, lecz nie błotem;
Że urna równie się jak misa kruszy,
Czy pobielana, czy wylana złotem,
Na stół książęcy zdatna czy pastuszy;
Pozna… ach! miałbym jeszcze słów czterysta,
Co pozna — dosyć, że wiele skorzysta.

CXXXIX

Pierwszą jej myślą było: Ściąć mu głowę;
Drugą: Sympatii rozerwać łańcuchy;
Trzecią: O miano zapytać rodowe;
Czwartą: Szyderstwem napędzić do skruchy;
Piątą: W poduszki skryć łzy brylantowe,
Szóstą: Przebić się; siódmą: Przez eunuchy
Kazać ochłostać Babę… że się zmęczyć
Musiała, siadła i zaczęła jęczeć.

CXL

Chciała się przebić — lecz ostry za katy
Był jej sztylecik-cacko, więc się bała;
Bowiem staników tam nie noszą z waty
I sztylet zrani, ledwie dotknie ciała.
Zabić biednego chłopca? Z jakiej daty?
Co prawda — kara mu się należała,
Lecz się przez głowy ucięcie nie wwierca
Miłość osobom kochanym — do serca!

CXLI

Juan się wzruszył; on już dumał smutnie,
Że na pal wbiją go albo pokrają
Psom na żer, albo zamęczą okrutnie,
Że lwom go rzucą albo morskim hajom;
Więc z rezygnacją czekał i stał, butnie
Broniąc się grzechom, co je inni rają,
Lecz wszystkie myśli te śmiertelnej treści
Stopił jak płatki śniegu — płacz niewieści.

CXLII

Jak w wysilonej chmurze słabną grzmoty,
Podobnie Juan zaczął się łagodzić;
Naprzód się zdziwił, czemu mu ochoty
Brakło, i myślał, jakby grzech nagrodzić,
Wnet już sam szydził z dzikiej swojej cnoty,
Jak mnich, co zrazu nie chcąc Boga zwodzić,
Tylko wymija ślub, aż wreszcie łamie —
— To samo zdarza się — niejednej damie.

CXLIII

Naprzód przemówił kilka słów ekskuzy[426],
Lecz w takich razach nie poradzisz słowy,
Nie — poradziłyby wymowne Muzy,
Najszczebiotliwszy szczebiot dandysowy,
Ni Castlereagha[427] mów puszczone śluzy.
Właśnie gdy uśmiech jak Zefir majowy
Niósł pokój; Juan już się rwał do lotu…
Wpadł do komnaty Baba z hukiem grzmotu.

CXLIV

„Kochanko słońca — rzekł — siostro miesiąca,
Władczymi ziemi od krańca do krańca,
Której gniew światy z kół niebieskich strąca,
A uśmiech gwiazdy pobudza do tańca —
Wieść niosę… czy ci nie za wcześnie zmąca
Wywczas[428]? Skłoń ucho ku słowom posłańca,
Którego słońce oto zsyła z drogi
Oznajmić, że chce w twoje zstąpić progi!”

CXLV

„Jak to? Już? — rzekła słysząc wieść złowrogą —
Niechby do jutra wstrzymało zamiary,
Każ, by mu harem stał się mleczną drogą,
A gwiazd mi pilnie strzeż, kometo stary!
Ciebie tam, giaurze, niech skryją, jak mogą,
Lecz żeś mi jeszcze nie dopełnił miary,
Więc…” — tu pałacu się przerwała cisza
Zgiełkiem i szmerem słów: „Idzie Padyszach!”

CXLVI

Naprzód szły damy strojne jak papugi,
Tuż czarni oraz biali eunuchowie,
Ogon pochodu był pół mili długi,
Bowiem Jegomość, grzeczny co się zowie,
Wizyty — zwłaszcza wieczorne — przez sługi
Naprzód oznajmiał dostojnej Połowie,
Bo jako czwarta i ostatnia żona
Była też bardziej nad inne ceniona.

CXLVII

Sułtan poważny w chodzie, z tuszą matron,
Z zawojem po nos i po białka brodą,
Z więzienia prosto powołany na tron
Po bracie, zwykłą uduszonym modą,
Był to przeciętnie — dobry kraju patron,
Bo z wszystkich, którzy w dziejach szereg wiodą,
Według Knollesa albo Kantemira,
Jeden Soliman ma mir bohatyra.

CXLVIII

Z pompą do moszej chodził, kiwał głową,
Ziarnka różańca skrupulatnie liczył,
Zdał wezyrowi całą rzecz państwową,
Z troskliwości się królów wydziedziczył.
Procesów w domu nie miał, snadź wzorowo
Trudnym małżeńskim sprawom przewodniczył.
Nie tak my jednę, jak on niby czarem
Cztery okiełznał żony oraz harem.

CXLIX

Jeżeli zaszła gdzie przewina, gdzie tu
Rozmazywano po gazetach zbrodnię!…
Sprawę na mocy ustnego dekretu
Worek i morze kończyły wygodnie,
Którym nikt nie mógł już wydrzeć sekretu,
Świat nie dowiedział się, chyba przygodnie.
Skandal nie wchodził w pras drukarskich tryby,
Miała stąd korzyść moralność — i ryby. —

CL

Sułtan był pewien, że księżyc jest kręgły,
A za to ziemia płaska, kwadratowa,
Bo jeździł dużo, a gdzie oczy sięgły,
Widział, że brzeg jej przed nim się nie chowa.
W państwie się jego rebelie nie lęgły,
A jeśli czasem zhardziała gdzieś głowa
Buntowniczego paszy lub giaurów,
Spisek nie dotarł do stołecznych murów,

CLI

Chyba że przybrał kształt ambasadorów,
Których w czas wojny zsyłają mocarstwa,
By ci, co tylko proch wąchali dworów,
A dłonie dyplomatyczne im warstwa
Krwi pokrywała, nie jątrzyli sporów
Dla mdłej zabicia nudy, kując łgarstwa
Zwane notami, i, wolne hazardów[429],
Nosili miękkie loki bakenbardów[430]… —

CLII

Czterdziestu ośmiu miał synów, a córek
Pięćdziesiąt; młodzież zamykał, a córy
Do serajowych posyłał komórek,
Aż jaki basza kopnął się w konkury
O sześcioletnią czasem; córki Turek
Prędko wydaje; dziwnej to struktury
Naród; dziwny też ten na panny pokup,
Gdy wedle prawa zięć ma składać okup.

CLIII

Młodzież w więzieniu trzymał, aż dojrzała
Do czasu, w którym stryczek lub koronę
Miał wziąć sułtanic; jeden tylko Ałłah
Wiedział, co komu było przeznaczone,
Ich edukacja czasem się zgadzała
Ze stanem, co masz w dziejach dowiedzione,
Tak, że gdy wyrósł chłopczyk na młodzika,
Równie był godzien korony jak stryka.

CLIV

Skłonił się Sułtan czwartej połowicy
Ceremonialnie; był też powitany
Rozpogodzeniem czoła i źrenicy,
Jak tej przystoi, co zdradza sułtany,
Co musi czystość udać gołębicy,
By kredyt firmy ratować zachwianej.
Zdrada, GrzecznośćŻaden mąż słodziej nie jest witan z drogi,
Jak ten, któremu przyprawiono rogi.

CLV

Jegomość czarne siwe oczy na panie
Seraju zwrócił i trochę przymrużył,
Aż na przebranym zatrzymał Juanie,
Nie zadziwił się ani się oburzył,
Lecz po królewsku mądre rzucił zdanie,
Którym Gulbiezę zmieszał i odurzył:
„Widzę w seraju nowej postać branki,
Szkoda piękności tej dla chrześcijanki”.

CLVI

Na ten komplement zwrócił się dwór cały
Ku odalisce[431], którą ogień palił.
Jej towarzyszki aż pozieleniały.
Och! Och! Proroku! Padyszach pochwalił
Niewierną, kiedy one nie słyszały
Słowa z ust pańskich. Harem się rozżalił
I zaczął szemrać, syczeć jak rakieta…
Lecz powstrzymała wybuch etykieta.

CLVII

Roztropnie robi Turek, że zamyka
Żony — roztropnie przynajmniej niektóry,
Bo w owych biednych krajach spod równika
Cnota nie ma tej wściągliwej natury,
Co pod biegunem, gdzie pokus unika
I gdzie moralność czystsza nad lazury;
Słońce, choć topi lody na północy,
Nad sercem nie ma takiej samej mocy.

CLVIII

Mieszkaniec Wschodu gramatycznie czuje,
Że wyraz „związek” od „więzić” pochodzi;
Tylko, gdy pierwszy raz się rozfolguje,
Już nie naprawi go nikt i nie zgodzi.
Wnet się jak wino napoczęte psuje,
A wielożeństwo najbardziej mu szkodzi..
No! Ale czemuż nie wiąże, jak giaury,
Dwojga dusz w stadła — w moralne centaury?

CLIX

Tyle kroniki. Kropka. Mógłbym jeszcze
Pisać, bo treści dość — lecz za granicę
Praw poetyckich nie chodzim my, wieszcze.
Zwijam lot, rymów zarzucam kotwicę.
Niech mi czytelnik teraz w dłonie pleszcze[432]:
Szóstą pieśń puszczę górą jak orlicę.
Lecz że się nawet Homer czasem zdrzemnie,
Pozwólcie — proszę — przedrzemać się i mnie.

Pieśń szósta

I

„Są w losach mężczyzn odpływy, przypływy,
Które schwycone w porę[433]” — resztę wiecie.
Niejeden z was ma dowód na to żywy
Lub urojony, choć rzadko kto w świecie
Zaskoczy w porę element ruchliwy.
Lecz wszystko, oo jest, na dobre jest przecie,
Jeno pomroku trzeba czekać końca.
W chwili rozpacznej błyśnie promień słońca.

II

Są w losach kobiet odpływy, przypływy,
Które schwycone — wiodą… na bezdroże.
A musiałby to być żeglarz prawdziwy,
Co by wykreślił na mapie ich morze,
Z którym się nawet umysł majaczliwy
Jakuba Boehma[434] porównać nie może.
Mężczyzna głową czuje, myśli, sądzi,
Kobieta sercem — więc nie dziw, że zbłądzi.

III

Przecież ta piękna i z główką rozgrzaną,
Młoda, uparta, śmiała i swawolna,
Co odda tron, świat, raj, by być kochaną
Po swojej woli i gwiazd raczej zdolna
Zrzec się, i słońca, co ją budzi rano,
Niż nie być tak jak fala morska wolna —
Taki szatanek (jeśli wierzysz w biesów),
Przecież by nowych stworzyła Manesów[435].

IV

Trony i światy tak często burzyła
Duma człowiecza i ambicja niska,
Że kiedy zrobi to miłości siła,
Uniewinnienie i chwałę pozyska.
Gdy Antoniusza[436] grób sława przeżyła,
To nie dla zwycięstw ani stanowiska,
Lecz Akcjum, zdane dla ócz Egipcjanki[437],
Laurów Cezara[438] równoważy wianki.

V

Zmarł dla czterdziestki, mając sam pół wieka.
Wolałbym widzieć dwudziestkę z piętnastką,
Gdy świat jest niczym dla młodego człeka.
SerceJa choć nie miałem światów, za niewiastką
Poszedłszy, widząc, że zapłaty czeka,
Dałem — co miałem: serce… tak jak ciastko,
A warte tyle co świat — nawet więcej —
Świat nie zastąpi mi duszy dziecięcej.

VI

Był to chłopięcy grosz — i jak grosz wdowi
Miał wtedy wartość; dziś na nic nie zda się,
Czy to stanowi co, czy nie stanowi,
Każdy, kto kochał, kocha, na tym zna się,
Że nic jak miłość; „Bóg jest miłość — mówi
Pismo — a Miłość bóg” — przynajmniej w czasie
Gdy lica ziemi nie były zorane
Bruzdami krwawych łez… Tutaj przystanę.

VII

Sprzecznymi miotan uczuciami stoi
Juan z partnerką grzechu u wrót zguby;
ŻonaGrzeczny kawaler musi, kiedy broi,
Nadstawić skóry dla rzeczy tak lubej
Jak cudza żona; lecz to niepokoi
Sułtanów, którzy wzdragają się próby
Mędrca Katona, co to — zuch uczony —
Pożyczał swoim przyjaciołom żony.

VIII

Przyznaję, że źle Gulbieza zrobiła,
Wiem i potępiam jej czyn, opłakuję.
Lecz fikcja nawet w wierszach mi niemiła,
Więc powiem prawdę, choć wam smak popsuje.
Rozsądku słabość, namiętności siła,
Szczupłość pańskiego serca… o! pojmuję,
Bo Jego Wielkość miał już w dniu zaślubin
Lat coś sześćdziesiąt i tysiąc konkubin.

IX

Nie mam jak Cassio „do rachunkowości
Sprytu[439]”; lecz widno z taiblicziki dzielenia,
Którą ona zna w całej objętości
— Zważywszy datę jego urodzenia —
Że piękna pani pobłądziła „z czczości”,
Bo gdy on słusznie wszystkie chciał zachcenia
Obdzielić, jej mógł dać jedną tysiączną
Tego, co jednej jest rzeczą wyłączną.

IX

PrawoWrodzona damom jest żyłka pieniactwa
O legalnego przedmiot posiadania,
Zwłaszcza wpisanym do jakiego bractwa,
Które ma własność cudzej podwajania
Winy; więc lecą pozwy na kształt ptactwa;
— Nasz sąd nie dosyć się im naogania. —
Taką jest każda, gdy tylko zmyszkuje,
Że prawną własność ktoś tam użytkuje.

XI

ZazdrośćGdy więc tak czynią jawnie chrześcijanki,
Poganki także — choć na mniejszą skalę
Wiodą bój — wiary małżeńskiej kapłanki,
Które się lubią w groźnej zjawiać chwale
I o małżeńskie prawa wstąpić w szranki,
Gdy sprzymierzeniec mąż nie sprzyja trwale,
W serca czterech żon czworo żmij się wgryza,
Eufrat zazdrośny tyle — co Tamiza.

XII

Gulbieza — czwarta żona, faworytka —
Ale cóż fawor dzielony na ćwierci?…
O! Poligamii strzeż się, rzecz to brzydka,
Nie grzech już, ale plaga równa śmierci.
Mądremu jedna żona — radość wszytka.
Jedna — więc słabsza, łacniej rządów ster ci
Odda; dziw, że to Turek, ów spokojny,
Robi małżeńskie łoże „łożem wojny”.

XIII

GróbJego sułtańska mość — pan „najjaśniejszy”,
Ten tytuł daje się jakby na drwiny
Królom, bo się ta jasność w grobie zmniejszy
Gdy go robaki, głodne jakobiny,
Zetną, i będzie jako najbiedniejszy…
Sułtan poglądał na piękność kadiny,
Czekając, rychło jej wzrok spocznie na nim
Miłośnie (szkockim jak gdyby witaniem).

XIV

StrójTutaj rozróżnię: choć ciepły rozkoszą
Uścisk, całusy albo słodkie słówka
Mogą istotnie być tym, czym się głoszą,
Lecz są dodatkiem jeno jak sznurówka
Albo czepeczek, który panie noszą,
Bo u nich strojne piersi jak i główka,
A stroje są tak częścią ich istoty,
Jak częścią serca są owe pieszczoty.

XV

Trwożliwe drżenie lic zakłopotanych,
Lekki rumieniec, kiedy lubość w łonie,
Zachwyt niewinny w oczętach świetlanych,
A rzęs spuszczonych powierzon osłonie,
Oto są cechy (dla umiarkowanych)
Miłości, która na najmilszym tronie,
Prostym dziewiczym sercu, rezyduje.
Zbytek gorąca lub chłodu wdzięk psuje;

XVI

Zbytek fałszywy gorszy od szczeroty;
Prawdziwy prędko uczucia spopiela
I tylko młodzik w dobie życia złotej
Żądzom kobiecym oddać się ośmiela,
Które są jako przekazane kwoty
Lub weksle, brzmiące na okaziciela,
Odstępowane za małym dyskontem.
Chłodne się sądzi znów pod innym kątem.

XVII

To jest: Posądza je o brak dobrego
Smaku ambicja nasza obrażona,
Co zawsze żąda ognia wzajemnego
I upadania obcesem w ramiona,
Choćby tak zimne były jak świętego
Franciszka śnieżna, biała narzeczona.
Najlepsza rada więc dla serc — nie chybi
Wiersza: Medio tu tutissimus ibis[440].

XVIII

Tu” jest zbyteczne, ale musi zostać;
Wierszów go naszych wymaga budowa,
Choć nie starego heksametru postać;
Psuje rytmikę, gładkość — ani słowa,
Za co pozwolę nawet się wychłostać,
Lecz doskonałość strofy mi zachowa.
Zły ten wiersz, jeśli na prozodię baczysz —
Ale prawdziwy, jeśli przetłumaczysz.

XIX

Czy dobrze sztukę odegrała hanem,
Nie wiem — udało się, a to w ogóle
Jest głównym celem w sercu rozkochanem,
Jak w innym strojów damskich artykule,
Lecz się egoizm skrzyżował z jej planem
Męski, co nawet miłość kłamie czule!
Ach, ci mężczyźni! Nic prócz wygłodzenia
Nie zniszczy strasznej w nich żądzy… płodzenia.

XX

Chodźmy! Niechaj śpi najjaśniejsze stadło!
Niechaj śpi błogo! Łoże nie tron przecie,
Więc nie zestraszy go przykre widziadło.
Zahamowana rozkosz — ot, co gniecie!
Co niejednemu spokój duszy skradło.
Najmniejsze to złe, którego płaczecie.
Lecz drobne krople smutków i omamień,
Te zdolne duszę wydrążyć jak kamień.

XXI

NieszczęścieŻona kłótliwa, synek idyjota,
Niezapłacony, zaprotestowany
Weksel, procenta — i córka niecnota,
Koń narowisty, pies źle tresowany.
Ciotka, mażąca przy końcu żywota
Zapis przez ciebie w dochody wpisany:
Drobne to troski i niewarte miotły,
A przecież nie znam, kogo by nie zgniotły.

XXII

Filozof, KobietaJestem filozof. Niechaj wszystko ginie!
Ziemia, mężczyźni i — kobiety… nie, nie! —
Gdy zaklnę szczerze, to żółć zaraz spłynie
I mój stoicyzm kłopoty odżenie[441].
Wszystko, co zwie się bólem i łzą, minie,
I duszę mogę zdać myśli w dzierżenie,
Choć iście nie wiem, co jest dusza, co myśl;
A pewno nie wiesz i ty — lecz się domyśl.

XXIII

Gdy zaklnę, to mi tak na sercu miło,
Jak gdybym tylko co Atanazego[442]
Klątwę przeczytał — iluż ją chwaliło! —
Nie wiem, czy która wroga złamanego
Z taką wspaniałą piorunuje siłą,
Tyle godności ma i poważnego
Nastroju, co ta; stroi też psałterze
Jak chmurę tęcza w napowietrznej sferze.

XXIV

Śpi wielki władca wiernych i sułtanka,
Przynajmniej jedno z nich; och! straszne noce,
Kiedy zła żona, która ma kochanka,
Leży, a serce w złości jej łopoce;
I patrzy próżno, czy światło poranka
Przez kotar ciemne tło nie zamigoce;
Męczy się, wije i wzdycha, i nudzi,
Póki się prawy spółłożnik nie zbudzi.

XXV

Wszędzie to samo — pod sklepieniem nieba
Jasnego, czyli[443] pod łoża sklepieniem
Złotym, którego jasnym panom trzeba,
Gdzie kładą głowy, a jeszcze kamieniem
Twardym zda się im miękki puch i weba,
Małżeństwo równa się z losów ciągnieniem.
Gulbieza była sułtanką, lecz chłopka
Nie pomieniałaby z nią męża. Kropka.

XXVI

Don Juan, w kostium przebrany niewieści,
Przedefilował z całym dziewcząt chórem
I panu ukłon złożył w dowód cześci;
A na znak dany poszły długim sznurem
W korytarz; tam się kobiet seraj mieści,
W którym snem pieszczą miękkie członki, w którym
Serc do miłości tysiąc drży i puka
Jak ptaszę-więzień, co swobody szuka.

XXVII

Lubię płeć piękną; mam zachcenia nieraz,
Jak tyran ów[444], co chciał, by ludzkie plemię
Jeden kark miało, bo wtedy „machnie raz —
Mówił — i wszystkie łby spadną na ziemię”.
I ja życzyłem podobnie… nie teraz,
Lecz gdy nie gniotło mnie jeszcze lat brzemię —
By jedne usta miały wszystkie panie;
Razem bym wszystkim dał pocałowanie.

XXVIII

O Briareusie[445]! Gdybyć wszystkie człony
Stokrotnie dała natura rozgrzana!
Lecz moja Muza nieprzezwyciężony
Czuje wstręt zostać kochanką Tytana
Lub powędrować między Patagony;
Do Liliputów wróćmy: don Juana
Musimy przewieść przez miłości przesmyk,
Którego dotąd nie przebył, choć nie smyk.

XXIX

Otóż wmieszany między odaliski[446],
Gdy dano znak, w korytarz zwrócił kroki;
A chociaż wiedział, że wstąpił na śliski
Tor i że takie karkołomne skoki
W następstwie niosą nieprzyjemne zyski
(W Anglii to wszystko ma taksę); bez zwłoki
Chwil mu od losu danych nie marnował
I wdzięki dziewcząt przejrzał, posortował,

XXX

Lecz z płci przybranej gościńca nie zboczył;
Więc z budującą skromnością dziewiczy
Ów zastęp z komnat do komnat się toczył
Pod eunuchową strażą jak na smyczy;
A śród nich niby duch niewieści kroczył
Trzymając w ręku pęk rzemiennych biczy,
Tak groźny, że nie śmiałby i królewic
Przystąpić; duch ten zwał się: „Matką dziewic”.

XXXI

Czy była „matką”, nie wiem, a nie łowię
Plotek; czy matką „dziewic”, równie nie wie
Muza; dość — takim tytułem się zowie
Głowa haremu; co ja rzekę w ąpiewie,
Prozą Kantemir[447] lub de Tott[448] wam powie.
Jej obowiązek był: gasić zarzewie
W nieletnich sercach i w cnotliwy kątek
Wprowadzać tysiąc i pięćset dziewczątek.

XXXII

Niepospolity urząd! — bez wątpienia.
Ale brak mężczyzn pracę tę uprości,
Bo zna je sułtan tylko, który zmienia
Straż co dnia, stawia mury, czasem kości
Komu połamie… a to dla rzucenia
Grozy — i zbiera ten haracz piękności
Zimnych jak klasztor włoski… jest to potwór,
Co chuć wylewa przez jedyny otwór…

XXXIII

A tym jest?… no — dewocja; czyż wypada
Oto się pytać?… Lecz nie stańmy w toku
Opowiadania; jak rzekłem — gromada
Młódek spędzonych dla bawienia… wzroku
Jednego męża — szła zimna i blada,
Jak wodna lilia płynąca w potoku,
Raczej w kałuży, co, ciekąc powoli,
Coś z dziewiczości ma i melancholii.

XXXIV

Aż gdy je w swoich komnatach zamknięto,
Wtedy jak ptaki, mali chłopcy, fale
Podczas przepływu; zaledwie z nich zdjęto
Pęta przymusu (choć ten pono wcale
Kobiet nie pęta), jak Irlandka w święto
Lub jak wariaci rozigrani w szale,
Zda się, że rozejm zawarły z niewolą:
Śpiewają, tańczą, śmieją się, swawolą.

XXXV

Zaczęły zaraz szeptać i oczyma
Wodzić po gościa postaci, odzieży;
Jedna spostrzegła, że kolczyków nie ma,
Druga — że suknia jej w stanie źle leży,
Że dziewiętnaście lat skończy, nim zima
Nastanie, inna zaś temu nie wierzy;
Czwarta męskiego coś widzi w jej wzroście,
Piątej na samą tę myśl serce roście.

XXXVI

Lecz że strój kryje płeć niewieścią, gładką,
Żadna nie śmiała, nie mogła nie wierzyć.
Dziewczyna zgrabna i piękna jak rzadko,
Zdolna z Gruzyjką słoneczną się mierzyć…
Ach! Ta Gulbieza, jakąż jest dzierlatką!
Kupiła brankę, co może uderzyć
W tron, a przepyszny seraj zmienić w pustkę,
Niech tylko sułtan raz jej rzuci chustkę!…

XXXVII

Co najdziwniejsza, że chociaż jej piękno
Było dla reszty zapowiedzią zguby,
To wszystkie do niej zbliżywszy się miękną
I wszystkim wyda się gość bardzo luby.
Zazwyczaj damy omal że nie pękną
Od cudzych wdzięków, bo według rachuby
Tej „płci”, którą wy mianem „słabej” zwiecie,
Każda twarz nowa jest „najbrzydsza w świecie”.

XXXVIII

Przecież i one miały swe zazdrości
Drobne — jak wszystkie — ale w tej minucie
Może to był ów rodzaj przychylności,
Która bez naszej wiedzy wchodzi w czucie;
Choć nie umieją przejrzeć szat skrytości,
To przecież czują coś jakby przykucie
Serca; magnetyzm w tym siedzi czy duchy,
Nie wiem i nie tknę tej materii kruchej,

XXXIX

Dość, że wyraźnie i coraz wyraźniej
Nieznane dotąd uczucie szkarłatem
Lica paliło — coś na kształt przyjaźni
Sentymentalnej, przeczystej; że zatem
W serca trącała je myśl coraz raźniej:
Gdyby tak siostrą nam była… lub bratem,
Jak ów z dalekich stron, gdzie chatka nasza,
Bardziej kochany niż sułtan lub pasza!

XL

Najwięcej chęci do tego rodzaju
Sentymentalnej przyjaźni doznały
Lola, Katinka, Dudu — po zwyczaju
Epika powiem, tak jak mi podały
Najlepsze źródła — o ojczystym kraju
Dziewcząt i o tym, jak się ideały
W każdą wcieliły, w której życia wiośnie…
Wszystkie trzy w gościa patrzały miłośnie.

XLI

Ognista Loli płeć — to Indii znamię;
Katinka była z Gruzji; płeć jej biała,
Niebieskie oko i rozkoszne ramię,
I rączka… noga drobna, iż się zdała
Nie iść, lecz muskać ziemię; a nie skłamię,
Że gwoli pieszczot była Dudu cała,
Takich powabów pełna w pulchnym ciele,
Że mogła zmysły rozkochać w aniele!

XLII

Dudu była to śpiąca Afrodyte[449],
Lecz snem, co oczom twoim sen ukradnie,
Gdyś ujrzał lice, barwą róż pokryte,
Attyckie czoło i nosek dokładnie
Rzeźbiony, Fidiaszawy; nieobfite
Wcięcia jej kibić miała — każdy zgadnie,
Lecz po tym wszystkim trudno dojść do zgody,
Co można było ująć jej bez szkody.

XLIII

Nie była żywa — lecz umiała ona
Wkraść się do serca jak dzień, gdy z uśpienia
Wstaje — majowy; źrenica przyćmiona
Wprawiała widza w rodzaj upojenia.
I była jak ów posąg Pigmaliona[450]
(To porównanie jest nowe) z kamienia,
Gdy się już ciałem stawał i z półśnicia
Nieśmiało ręce wyciągał do życia.

XLIV

Lola pytała jej, jak się nazywa.
„Joanna”. — „Śliczne imię, jak muzyka!”
Katinka chciała wiedzieć, skąd przybywa.
„Z Hiszpanii”. — „Gdzie ta Hiszpania?” — „Ty dzika
Gruzjanko — rzecze Lola popędliwa —
Twa geografia, widzę, coś utyka.
Wiadomo wszystkim, jak ziemia szeroka,
Że to jest wyspa w pobliżu Maroka”.

XLV

Dudu usiadła przy Joasi boku,
Milcząc muskała utrefione sploty
I poglądała bacznie. Smutek w oku
Łzą się rozpłynął na widok sieroty
Bez opiekuna, przyjaciół, w tym tłoku
Obcych, co szorstko brały ją w obroty
Natrętnych spojrzeń, pośród komentarzy
O każdym ruchu, postawie i twarzy.

XLVI

Wtem przyszła matka, drepcąc drobną nóżką,
I odezwała się: „Spać, moje panny!
Ale co począć z tobą, moja duszko?
Twój przyjazd był tak nagły — do Joanny
Rzekła. — Wstawmy jutro zaraz łóżko
I urządzimy ci nocleg staranny,
Jednak dziś trudno! Patrz, już noc, już ciemno
Więc musisz przespać ten raz jeden ze mną”.

XLVII

Tu Lola rzekła: „Mamo, pozwól, raczej
Ja ją zabiorę; wszak wiesz, jak ci szkodzi
Sypiać we dwoje; byłabym w rozpaczy,
Gdybyś doznała przykrości. My, młodzi,
Zaśniemy prędzej. Mamula zobaczy,
Że będę o nią dbała, jak się godzi…”
Katinka słów jej przerwała obfitość
Mówiąc: „Ja także mam łóżko i litość

XLVIII

I spać nie lubię sama…” Oburzenie
Zmarszczyło czoło damy. „Co?” — „Ze strachu —
Rzekła Katinka — zda mi się, że cienie
Jakieś po całym spacerują gmachu
I sny mnie straszne gniotą jak kamienie:
Gwebry[451] i giaury, upiory na dachu…”
Dama przerwała: „Więc dlatego właśnie
Przy tobie i twych snach ona nie zaśnie,

XLIX

Lola niech sama śpi, jak dotąd spała,
Z powodów, których przed wami nie streszczę,
Katinka też, choćby się duchów bała;
Joasię dzisiaj przy Dudu umieszczę,
Bo jest potulna, grzeczna i nieśmiała
I nie budzą jej żadne sny ni dreszcze.
Cóż, moje dziecko?…” Dudu nic nie rzekła,
Bo nigdy w mowie nie była rozwlekła,

L

Lecz, poskoczywszy, na matrony czole
Złożyła całus tam, gdzie się brwi sznurek
Schodzi; cmoknęła Katimkę i Lolę;
Szarpnęła z lekka Joannę (Grek, Turek
Nie lubi kurtuazji, ni tu pole
Do etykiety) i pomimo chmurek,
Które się zbiegały na te względy matki,
Wprost do sypialnej wiodła ją komnatki.

LI

Był duży pokój, po turecku oda
Zwany; tam stały w szeregu, wzdłuż ściany
Dwie gotowalnie[452], sofy i komoda.
Pokój wykwintnie był umeblowany,
A mieścił wszystko, czego chce wygoda
Dam… ale powiem, będąc już rozgrzany:
Czegoś tam brakło — lecz o tym nie śmiały
Marzyć, choć było bliżej, niż myślały.

LII

Dudu więc była — niech czytelnik zważy —
Niezbyt ognista, ale ujmująca;
Z tym niekapryśnym wdziękiem ślicznej twarzy,
Co jest zarówno jak i twarz grzesząca
Brakiem proporcji — rozpaczą malarzy,
Co to w poczęciu już z natury drwiąca,
Pełna wyrazu anioła czy czarta,
Miła czy wstrętna — lecz spojrzenia warta.

LIII

Ale twarz Dudu była krajobrazem
Łagodnej strefy; spokoju, błogości,
Pełna, jak pączek bujna, z tym wyrazem
Anielskiej jakiejś dobroci, rzewności,
Co jest wdzięczniejsza niż namiętność razem
Z „wzniosłością”, której groza idzie w kości.
Widziałem w gniewie kobietę i Calais.
I… mniej się majtka niż kochanka żalę.

LIV

Raczej skupiona niż melancholiczna
I znowu raczej w powadze pogodna,
W swej naiwności więc nie patetyczna,
Lecz cicha, czysta, niewinna aż do dna.
A dodawała jej uroku śliczna
Zaleta, dzisiaj u panien niemodna,
Że choć tak młoda, nie myślała — zda się —
Czy jest różowa, zgrabna, cienka w pasie…

LV

Pokrótce: młodość miała tak szczęśliwą
Jak ów „wiek złoty”, gdy złota nie znano,
Przy czym słoworód wywiedziono krzywo,
Jak kiedy indziej jeszcze, gdy nazwano
Lucus a non lucendo[453]” — wprost fałszywą
Logiką; dziś się w takim zakochano
Stylu, bo wiek nasz ma składniki, które
Stopione, dają diabelską miksturę…

LVI

Wygląda ona jak ów koryncki spiż;
To znaczy — składa się ta mieszanina
Przeważnie z czół wytartych… Ale ty śpisz,
Słuchaczu, a ja nudzę. Moja wina!
Przenośni kładę koniec; daruj i spisz
Akt przebaczenia; u mnie ta jedyna
Wada gadulstwa manią jest bezwiedną.
Daruj… a nie chcesz?… to mi wszystko jedno.

LVII

Powracam tedy do opowiadania:
W głąb haremowych skrytek wszedłszy, Dudu
Przed nim czy przed nią — jak chcecie — odsłania
Krótko i zwięźle (co liczę do cudu)
Haremu rządy, zwyczaje, knowania,
Wszystko w najkrótszych słowach; wiele trudu
Kosztowało mnie porównanie o tem:
Kobieta niema jest… milczącym grzmotem.

LVIII

Potem skreśliła przed nim — wolę: przed nią,
Bo spólnie z szatą płci świadomość czarem
Zmieniła, słowa te więc nie są brednią —
Cywilizacji szkic na Wschodzie starym
Wraz z praw czystością jego niepoślednią,
Na mocy których — Cnotajeśli wzrasta harem,
To zaraz więcej jest „Niepokalanek”
I wzrasta cnota haremu mieszkanek.

LIX

PocałunekPocałowała ją na koniec w usta;
A całus Dudu był znany, ba! słynny;
Zdołałby każde zadowolić gusta,
Bo tak rozkoszny był, a tak niewinny…
Śród kobiet całus?… cóż? Igraszka pusta;
Choć słodki, bierny zawsze, a nie czynny,
Że „pocałunek — trunek” rym wskazuje,
— Ale pijaństwa ja nie propaguję.

LX

Rozebrała się prędko i naiwnie;
Dudu przyrody dzikiej była kwiatkiem,
Zatem ubrana bardzo prymitywnie.
Jeżeli w lustro spojrzała przypadkiem,
To jak sarenka, której widzieć dziwnie
Konterfekt[454] własny w tle jeziora gładkiem:
Spojrzy i zaraz płochliwie uskoczy,
I znowu wraca sobą napaść oczy.

LXI

Zdejmując jedną sukienkę za drugą,
Kładła na stronę[455]; potem biegła do niej
Z grzeczną, lecz tutaj natrętną usługą.
Joasia skromna jej rączkom się broni,
Dudu nie słucha — i obie niedługo
Do snu gotowe, Dudu ma na dłoni
Ślad swej grzeczności… ukłuła się szpilką!
Szpilki na mężczyzn plagę chyba tylko

LXII

Stworzone — damę zamieniają w jeża,
Przed którym śmiałek cofa ręce skłute.
Pamięć mi równy wypadek odświeża,
Jak to ja miałem szpilkami poprute
Ręce, gdym w braku służebnej, z rycerza
Grzecznością stroił damę na redutę[456].
Bo nawpinałem w nią szpilek niemało,
Niestety, zawsze, gdzie nie należało.

LXIII

Wyśmieje mędrzec czynność tak naganną —
Ja bardziej kocham mądrość niż mnie ona;
Być filozofem jest mą nieustanną
Chęcią — równy mi łachman i korona…?
Wiedzy nie pojmiesz, bo chce zostać panną.
Czym byłeś, jesteś, czym będziesz, gdy skona
Świat ten?… a dzisiaj czy żyjemy, czy nie?…
W nierozwiązanych pytań tkwi dziedzinie.

LXIV

Głęboka cichość zaległa komnatę,
Blask lamp był blady i jakby omdlały
I snu aniołki chwiały się skrzydlate
Nad każdym ciałem; jeśliby istniały
Duchy, w tej chwili, strojne w pyszną szatę,
Przyszłyby, grobów odrzuciwszy skały,
Tu pląsać, dobrym obdarzone gustem,
Zamiast gdzieś tłuc się po zamczysku pustem.

LXV

Spały wokoło rozkoszne i śliczne,
Jak różnej barwy i woni, ogrzane
Ciepłem cieplarni, kwiaty egzotyczne,
Troską, mozołem wypielęgnowane;
Jedna pod burnus[457] skryła ciałko mleczne,
Czasem jej drgnęła głowa jak trącane
Wiatrem jabłuszko; spała snem gołąbki
Cicho… z przymkniętych ust świeciły ząbki.

LXVI

Owa rumieńce lic na białość ręki
Złożyła; włosów kłąb wzbił się do góry
Nad czołem; sen jej był ciepły i miękki,
Uśmiechała się jak księżyc przez chmury,
Co idzie, ledwie przysłoniwszy wdzięki,
A otula się w swój płaszcz srebrnopióry,
Kiedy już bliska owa nocy chwila,
Gdy mrok wstydliwy z jutrznią się przesila.

LXVII

Nie jest to żadna z mej strony przesada,
Bo była noc, jak rzekłem wyżej pono;
Twarzyczka trzeciej była taka blada
Jak twarz śpiącego smutku; tylko łono
Falując zdradza, że w duszy się składa
Wspomnieniem osób ukochanych grono…
Łza trysła z oczu, na rzęsach zawisa,
Jak rosa ranna na listkach cyprysa[458].

LXVIII

Czwarta jak posąg z kamienia wycięty
Leżała bez tchu, sztywno, nieruchomie[459],
Biała i zimna jak potok zmarznięty
Albo minaret śnieżny na Alp złomie,
Lub w soli żona Lota… Panie Święty!
Porównania się mnożą jak po gromie
Echa… Wybieraj, chociaż nam w żałobie
Dosyć niewiasty wykutej na grobie.

LXIX

Oto postrzegam piątą… Patrzaj, co to?
Dama widocznie „wiekowa”, choć ręczę,
Stu lat nie miała; zresztą nie dbam o to
I nad krzyżyków, jej liczbą nie ślęczę;
Dość, że tam spała z niepiękną prostotą,
O! Bo minęły już dla niej chwil tęcze,
Gdy mąż i żona pod jednym nakryciem
Zastanawiali się nad grzesznym życiem.

LXX

A Dudu?… Jakże spała pod tę porę?…
Nie dowiedziałem się mimo przesłuchy,
Kłamstwa zaś nigdy w usługi nie biorę;
Północ wskazały już zegarów ruchy,
Światło lamp było mdłe i jakby chore,
A po komnacie jęły[460] biegać duchy…
Może widzialne dla tych, którym znośną
Jest ich obecność… wtem krzyknęła głośno.

LXXI

Ale tak głośno, że jak po wystrzale
Całe dam grono z łóżek się porwało;
Matrona, panny i te, których wcale
Nazwać nie mogę… jakby pchnięte wstało
Morze i biegło, przebiegały salę
Drżące, spłoszone rzeczą niebywałą,
Nie pojmujące jak ja, co za licho
Straszyło Dudu spokojną i cichą.

LXXII

Już obudziła się — a wszystkie one
W bieliźnie, z włosem rozwianym na skroni,
Z okiem błyszczącym — naprzód wychylone,
Z odkrytą piersią, która — zda się — roni
Jak meteory — blaski urodzone
W polarnej strefie — z krzykiem biegły do niej;
Naszły wzruszoną, przerażoną, drżącą,
Oczy rozwarte miała, twarz gorącą.

LXXIII

Ale rzecz dziwna, świadcząca jak zdrowy
Twardy sen… przy niej Joasia tak blisko
Leżała jak mąż obok swej połowy,
Święcący drzemką błogie stanowisko;
A nie zbudził jej krzyk ni gwar rozmowy,
Aż ją szarpnęły, schylając się nisko;
Wtedy dopiero rozwarłszy oczęta,
Ziewnęła, patrząc niby dziwem zdjęta.

LXXIV

Teraz zaczęło się ścisłe badanie,
Ale że wszystkie chciały mówić na raz,
Co chwila nowe rzucając pytamie,
Mogłyby mędrca wprowadzić w ambaras,
Gdyby odprawić pragnął wszystkie panie.
Dudu nie była niemowna jak karaś,
Lecz że nie miała swady Brutusowej[461],
Nie mogła związać swych wrażeń osnowy.

LXXV

Wreszcie wyznała, że gdy ją sen zmorzył,
Śniła, że chodzi po cienistym lesie.
(W takim pobłądził Dante, kiedy dożył
Wieku, kiedy to człek poprawiać chce się:
W połowie drogi życia. Gdy las wdrożył
Kobiecie stałość, cnotę zeń wyniesie).
Otóż w tym lesie, jak zasięgło oko,
Rosły jabłonie rozsiadłe szeroko.

LXXVI

A w samym środku stała jabłoń złota
Zaczarowana, a na samym szczycie
Złote jabłuszko; ją wzięła ochota
Na piękny owoc, patrzy, wzdycha skrycie,
Chce dostać, skacze, kamiuszkami miota;
Jabłko spaść nie chce i wisi niezbicie
Na swej gałązce, chwieje się i chwieje,
I patrzy na nią, i niby się śmieje…

LXXVII

A kiedy, próżno tak siląc się, stała,
Jabłko urwało się i (potoczyło
Samo do jej stóp; ona je porwała
I niosła do ust; a gdy całą siłą
Cisnąc je, zęby już zatopić miała
W jabłuszku, co ją tak we śnie wabiło,
Frunęła pszczoła zeń i tak ją w szyję
Ukłuła!… dotąd z trwogi ledwo żyje.

LXXVIII

Sen, OmenW dźwięku jej mowy znać było zmieszanie
I przestrach, zwykły skutek snów niebacznych,
Które wyrosły nad nasze poznanie,
A mogą dreszczem przejąć nieopatrznych.
Niejeden taki znam sem, co się zda nie
Marą, lecz wróżbą dla umysłów bacznych.
Modnie to zwie się: „zbieg okoliczności”;
„Przeczucie duszne” — powiedziałbym prościej.

LXXIX

Dziewczęta, które miały już omdlewać,
Zwykle, jak kiedy minie chwila trwogi,
Zaczęły trochę dąsać się i gniewać,
Że się bez celu zerwały na nogi.
Matrona także, że zamiast wygrzewać
Łóżko, snów słucha dziwnych jak rarogi,
Łajała Dudu; ta z minką litośną
Rzekła: „Ach, żal mi, żem krzyknęła głośno”.

LXXX

„Znam o kogucie powieść i o byku,
Ale o jabłku, co z drzew samo leci,
Kto słyszał? Tyle narobiłaś krzyku,
Ze pobudziłaś wszystkich pół do trzeciej!
Myślałam, że świat chyba jest na zniku!
Musisz być chora, dzieci; zarazże ci
Sprowadzę jutro lekarza; on zbada,
Co za dziwaczna niemoc cię napada.

LXXXI

Biedna Joasia! Robaczek najlichszy
Ma domek, gdzie się w cichym śnie zasklepi.
Myślałam, że jej snu nic nie zawichrzy
I że nie samej spać będzie jej lepiej;
Że się przy Dudu, ze wszystkich najcichszej,
Po niewygodach drogi snem pokrzepi.
Tymczasem muszę ją przenieść — to jasne —
Do Loli, chociaż jej łóżko tak ciasne”.

LXXXII

Oczęta Loli błysnęły radośnie,
Lecz w oczach Dudu zaczęły majaczyć
Łzy; zapomniała o łajaniu, o śnie,
Prosiła tylko, aby jej wybaczyć
Chciano pierwszy błąd, że ona wyrośnie
Z tej wady — będzie już ma siebie baczyć.
Niech jej zostawią Joasię milutką,
A już do rana spać będzie cichutko.

LXXXIII

W następne nocy[462] bez widziadeł zaśnie,
Przynajmniej marzyć będzie już po cichu;
Nie przypuszczała sama, że tak wrzaśnie…
„Halucynacja, ot — temat do śmiechu,
Nerwowość — dobrze mówią, że to baśnie,
Sen… ach, lecz dziwna władza jest w tym lichu.
Prosi: „Przebaczcie! Nim kogut zapieje,
To ja już całkiem, całkiem wyzdrowieję…”

LXXXIV

Tu i Joasia zaczęła jej bronić,
Mówiąc, że wcale nie wini niebogi,
Że właśnie one, gdy zaczęły dzwonić
Głosem krzykliwym, takim jak dzwon trwogi,
Obudziły ją; że się nie chce chronić
Gdzie indziej, bo sen miała bardzo błogi
I wcale na swą drużkę się nie skarży,
Że sobie czasem mal à propos marzy.

LXXXV

Gdy tak mówiła, pięknej Dudu głowa
Przytuliła się do Joasi łona,
Lecz widna była szyjka — tak pąsowa,
Jak róży w lecie rozwitej korona.
Czemu spłonęła? Nie wiem. Jest to nowa
Zagadka, w obłok mistyczny wtulona;
To jedno wiem, że prawdy chęcią dyszę,
I jak słyszałem, tak wam tutaj piszę.

LXXXVI

Więc dobranoc im — lub jeśli wolicie,
Dzień dobry — słychać bo kogutów pianie
I blask się zjawia na azyjskich szczycie
Gór, a półksiężyc z wieży karawanie
Posyła strzały światła, gdy w przedświcie
Wilgotnym z wolna sunie się po ścianie
Stromej okólnym szlakiem jak rozwity
Wąż — gdzie na Kurdów patrzą Kaffu szczyty.

LXXXVII

Ze wschodem słońca — lub jeszcze przed świtem
Wstała Gulbieza z bezsennej pościeli,
Wcielona furia — blada, z zębów zgrzytem
Wzięła płaszcz, welon, perły — stoi w bieli.
PożądanieSłowik, co nosi cierń w łonie przebitem
I smętną głosi pieśń w krwawej kąpieli,
Z mniejszą boleścią pręży piersi chore
Niż ten, co własną namiętnością gore.

LXXXVIII

— W tych słowach morał leży mego dziełka;
Cóż, gdy publiczność rzuca dziś przybytki
Mądrości; boli ją ostra igiełka
Prawdy; czytelnik miły ma ten brzydki
Zwyczaj, że patrzy w blask przez ciemne szkiełka..
Miły pisarz znów lubi stroić zbytki,
Drąc się z kolegą — no bo trudno wszystkim
Pochlebiać, kiedy ten i ów jest chłystkiem. —

LXXXIX

Rzuciła ona przemiękkie posłanie,
Miększe niż łoża sybarytów, którzy
Gwałtu wołali, czuli niesłychanie,
Kiedy pod nimi zgiął się listek róży.
Piękna — że sztuka za nic tu nie stanie,
Chociaż serdecznej blada walką burzy;
A tak nad błędem swym w zadumę wpadła,
Że zapomniała spojrzeć do zwierciadła.

XC

W tym samym czasie lub wcześniej zbudzony
Wielki pan i mąż rzucił drzemkę błogą,
Posiadacz królestw trzydziestu i żony,
Której był wstrętny niby gad pod nogą
(Rzecz mniejszej wagi w ciepłej strefie onej
Dla potentatów, którzy sobie mogą
Utrzymać harem — niż dla klasy biednej,
Co na dwu przestać musi lub na jednej).

XCI

Toteż od żółci wolną miał wątróbkę,
Małżonka, cały świat był mu za fraszki;
Lubił przy sobie czuć rozkoszną lubkę,
Jak inny lubi pieska albo ptaszki.
K'temu w haremie miał Czerkiesek kupkę,
Z nimi po trudach Dywanu[463] baraszki
Stroił; lecz dzisiaj z musu czy miłości
Podobał sobie Padyszach w Jej Mości.

XCII

Powstał więc i po zwykłych opłukaniach,
Które Koranu przepisuje prawo,
I po pacierzach, i kornych wzdychaniach
Sześć razy czarną zachłysnął się kawą,
A potem gadać kazał o kampaniach
Rosjan, co ciągłą okrywali sławą
Ekaterynę[464], która kończy szereg
Największych w świecie carowych i…….

XCIII

Ty, Aleksandrze Wielki, coś jest wnukiem
Jej prawym — twego niech nie razi ucha
Ta pieśń, gdy dojdzie, bo pieśń dzisiaj z hukiem
Do Petersburga doleci i słucha
Tętentu ziemia, gdy pędzi z pomrukiem
Wzdętych wolności fal ta zawierucha.
Aż do Bałtyku… Ty jesteś niekłamnie
Rodzica Twego synem — to dość dla mnie.

XCIV

Kto bękartami klnie ludzi i zowie
Ich matki antypodami Tymona[465],
Owego mizantropa — krzywdę głowie
Niejednej czyni i krzywdzi plemiona.
Do dziejów nasi należą przodkowie,
A gdyby matki błąd hańby znamiona
Dawał potomstwu — pytanie niełacne,
Czy by dziś wielkie rody były zacne?

XCV

Wojna, SeksGdyby rozumiał był Sułtan z Carycą,
Co uszczęśliwia dwory i narody,
Zamiast armatą walczyć i szablicą
I groźnie przeciw sobie iść w zawody,
Mogliby wojnę fezu ze spódnicą
Skończyć bez wodzów i bez posłów trzody.
Niechby on harem puścił, ona swoję
Gwardię i tak spór zgodzili — we dwoje.

XCVI

Ale dziś Sułtan łamać musiał głowę,
A razem z władzą i Dywan dostojny,
Jak tę rycerkę i…. królowę,
Tę sojusznicę zamętu i wojny
Pożyć. O! Ciężkie jest brzemię państwowe,
Które tłoczy kark ministerstwa wojny,
Zwłaszcza gdy nie chcąc działać jak poganin,
Nie może nowych już nakładać danin.

XCVII

Gulbieza, kiedy odszedł Sułtan czuły,
Do buduaru swego weszła, kędy
Słodko się kocha i je. Tam zasnuły
Kadzidła wonną mgłę i lśniły wszędy
Kosztowne cacka; krwawe karbunkuły[466]
Ze stropu patrzą na wazonów rzędy,
Skąd wonią dyszą kwiaty krasnolice,
Pociecha więźniów — same niewolnice.

XCVIII

Marmury, porfir, jaspisy dokoła
Walczą ze sobą o palmę zasługi;
Z dworu dolata pieśń ptaszków wesoła,
Przez kolorowe szyby świateł smugi
Tęczowe płyną; lecz pióro nie zdoła
Wyrazić cudów; opis byłby długi;
Szkic nakreśliłem, a reszty niech raczy
Dopełnić bujna fantazja słuchaczy.

XCIX

Wezwawszy Babę, ministrowi swemu
Każe o jeńcu powiadać najszerzej;
Co się z nim działo, odkąd do haremu
Odszedł; czy wszystko poszło, jak należy?
Jak obchodzono się z chłopcem i gdzie mu
Dano mieszkanie? czy go kto z odzieży
Nie podejrzewa?… Zwłaszcza o przebiegu
Pragnęła wiedzieć zeszłego noclegu.

C

Baba z wahaniem pewnym zaczął składać
Sprawę z tych kwestii; ale wnet osądził,
Że nie tak łatwo na nie odpowiadać,
Jak pytać; mówił, że wszystko urządził,
Ale coś taił, choć słowom chciał nadać
Obojętności cechę — w czym pobłądził,
Gdyż właśnie zdradzał się; spocił, zasapał
I w skłopotaniu wielkim w ucho drapał.

CI

Gulbieza nie jest cierpliwości wzorem;
Nie lubi na czyn i na słowo czekać.
Odpowiedź winna dążyć krokiem skorym
Tuż za pytaniem. Więc gdy zaczął zwlekać,
Kuleć, pytania spadły nowym torem.
Zmieszał się, zaczął słówka cedzić, bekać…
Jej w twarz spłynęła krew, a z oczu biły
Iskry, na czole wyszły sine żyły.

CII

Gdy ujrzał Baba panią rozgniewaną —
Dla niego zły znak — jął prosić nieśmiało,
By łaskawego ucha skłonić chciano;
Że on niewinien temu, co się stało.
Więc wyszło na jaw, że jeńca oddano
W opiekę Dudu (co się powiedziało),
Lecz on niewinien, przysięgnie, gdy żąda,
Na Koran i garb świętego wielbłąda.

CIII

To przełożona ody winna temu,
Która ma w pieczy haremowe damy.
Ona to, gdy go wzięła do haremu
(Bo jego służba kończy się u bramy),
Wszystko zepsuła; on już nie mógł złemu
Rozpoczętemu przeciwstawić tamy
I bez budzenia podejrzeń odeprzeć
Nieszczęścia, by nie popsuć, miast polepszyć.

CIV

Sądzi, ba! wierzy i jest przekonamy,
Że Juan z pokus tych wyszedł z honorem,
Czysty jak przedtem i niepokalany,
Wiedząc, że gdy się zdradzi choć pozorem,
Nie tylko padnie w kłopot zawikłany,
Lecz skończy życie worem i Bosforem.
Wszystko wyjawił więc słowem otwartem
Prócz marzeń Dudu — co nie były żartem.

CV

Tę rzecz dyskretnie w milczeniu zachował
I byłby gadał jeszcze, bo imprezy
Nie pozbył, lecz się nagle zahamował,
Tak się ściągnęły groźnie brwi Gulbiezy:
Lica pałały, wzrok skrzył, mózg wirował,
Jak kiedy piorun po ciele przebieży.
A rosa męki na skronie serdecznej
Wyszła — jak na kwiat w porze przedsłonecznej.

CVI

A choć nie była z rodzaju nerwowych,
Już myślał Baba, że zemdleje… lecz nie!
Były to tylko napady chwilowych
Drgań, które trudno skreślić. Każdy wiecznie
Czuje wrażenie spiorunowań owych,
Gdy mu wypadło co z zamiarem sprzecznie.
A jeśli ona tej pasji mozolnej
W słowach nie mogła wydać, cóż ja zdolny?…

CVII

Stoi w tej chwili niby u trójnoga
Namiętna Pytia[467]. Twarz natchnieniem płonie,
Wre w niej namiętność niespokojna, sroga,
Rozszarpująca serce niby konie
Stepowe; potem już chwieje się noga
I wargi jej drżą — i pochyla skronie,
I w dół podaje się cała złamana,
Skroń pulsującą chyląc na kolana.

CVIII

Skłonieniem głowy bladą twarz ukryła,
Jak u płaczącej wierzby rozwiązany
Warkocz marmuru całować puściła,
Na otomance siedząc; w skołatanej
Piersi wzmogła się rozpacz i tak biła,
Jak wracające raz po raz bałwany,
Póty szturmują do skalnych wykuszy,
Aż się głaz twardy wyszczerbi i skruszy.

CIX

Głowa opadła, twarz jak pod zasłonę
Pod bujnych włosów kaskadę się chowa;
Z wezgłowia zwisa ramię obnażone;
Płeć jego lśniąca i alabastrowa…
Gdyby malarzem być i te dzielone
Wiersze na obraz złożyć! Gdyby słowa
Farbami były! Lecz że jestem frycem[468]
W malarstwie, racz się zadowolić szkicem.

CX

Baba wiedzący, że trudno złagodzić
Burzę, a zwłaszcza jej porywy żwawsze,
Za to wiedzący, w co kiedy ugodzić,
Skulony czekał na wiatry łaskawsze.
Ona powstała i zaczęła chodzić
Po sali z wolna, ale milcząc zawsze.
Rozpogodziła czoło, choć nie oczy —
Wiatr ścichnął, lecz się fala jeszcze toczy.

CXI

Przystanie, głową wstrząśnie i znów rusza;
Gwałtowność gestów wzmaga się, znów minie.
Znany jest ten chód, do którego zmusza
Huragan uczuć; często się odwinie
Niby spod zasłon z takich aktów dusza,
Jak to Salustiusz[469] spostrzegł w Katylinie,
Który, pędzony przez wszystkie złe duchy,
Zdradzał się nawet burzliwymi ruchy.

CXII

Stanąwszy wreszcie: „Niewolniku! Sprowadź
Jeńców” — wyrzekła ledwie dosłyszanym
Głosem, lecz takim, że Baba próbować
Nie chciał zaczepki; zadrżał, ale szczwanym
(Będąc mikitą[470], udał, że zmiarkować
Nie może, o kim właśnie mówi hanem.
I prosił, by ich nazwała z imienia
Dla powtórnego błędu uniknienia.

CXIII

„Gruzjanka Dudu i jej ulubiony! —
Potem dodała: — Niech czeka gotowa
Łódź u drzwi tajnych z południowej strony;
Resztę wiesz…” W gardle utkwiły jej słowa
Pomimo dumę miłości wzgardzonej.
Baba poznawszy, czym jest srogość owa,
Zaklął się na włos z Mahometa brody
I zaczął winnych wypraszać od wody.

CXIV

„Słyszeć jest słuchać, ale, najjaśniejsza
Pani, niech skutki zważy twa roztropność;
Nie przeto, aby moja była mniejsza
W spełnieniu żądań najcięższych pochopność,
Ale z pośpiechu może najprzykrzejsza
Kolizja wyróść tobie — aż okropność
Myśleć!… Pominę straszne zawikłanie
W wypadku, gdyby odkryto przebranie.

CXV

Lecz uczuć własnych swych szanuj. Bo snadnie[471]
Resztę pochłonie ciemnych wód cesarstwo,
Co już niejedno serce kryje na dnie
Bijące, pleśni przysłonione warstwą.
Kochasz młodego chłopca — bardzo ładnie —
Ale jeżeli to ma być lekarstwo…
Przebacz śmiałości — jednak, by wyleczyć
Ciebie śmierć jego miała?… śmiem zaprzeczyć”.

CXVI

„Łotrze! Ty będziesz prawił o miłości?…
Ruszaj!” — krzyknęła, a oczy jej błysły.
Znikł Baba, nogom przydawszy szybkości,
Wiedząc, że gdy jej roznamiętni zmysły,
Sam sobie drogę do stryczka umości.
Więc choć w praktykach miłosierdzia ścisły
I rad, by przezeń nie cierpieli drudzy,
Jednak własny kark milszy mu niż cudzy.

CXVII

Poszedł więc krzątać się koło roboty,
Burkając i klnąc tureckimi usty
Kobiety wszystkich stanów, wieku, cnoty,
Zwłaszcza sułtanki z przemiennymi gusty[472],
Ich dumę, upór, kapryśne zawroty
Woli, ich umysł płytki, tępy, pusty,
Gwałty, czynione bliźnim, niemoralność…
Tu błogosławił swoją neutralność.

CXVIII

W pomoc zawezwał służbę haremową,
A młodej parze posłał rozkazanie,
Aby przybrawszy się pięknie, godowo,
Etykietalne przywdziawszy ubranie,
Zaraz stawiła się przed cesarzową,
Co najłaskawsze ma o nich staranie.
Dudu się zlękła, don Juan zadziwił,
Lecz iść rad nierad musiał, choć się krzywił.

CXIX

Więc pozostawiam parkę w garderobie,
A jak się skończy cała awantura —
Czyli[473] Gulbieza ułaskawi obie,
Czyli się zemści. jak Lewantu[474] córa
I czytelników zostawi w żałobie —
To na koniuszku wisi mego pióra.
Dojdę ją w dalszym ciągu mej powieści,
Dokąd ich kaprys zapędzi niewieści.

CXX

Błogosławieństwa kreślę nad nią znaki,
Choć nie wiem, czyli koniec nieszczęść bliski;
Ale na inne zwracam Muzę szlaki
— Przy uczcie trzeba odmieniać półmiski. —
Ufam, że jeszcze Juana szczupaki
Nie zjedzą, chociaż już gotują pyski.
Więc, że w powieści odmiana ma wielki
Urok, Muza ma spróbuje szabelki.

Pieśń siódma

I

Miłości! Sławo! Wy wietrzne istoty!
Nieujarzmione takie, a ponętne.
Meteor, co wpadł w gwiezdne kołowroty,
Mniej płoche światło ma i bardziej mętne.
Do czarnej ziemi przykuci, ku złotej
Parze w krąg oczy wysyłamy smętne.
Przelecą mimo[475], wzrok iskier zabawią
Tysiącem, ujdą, tęsknotę zostawią…

II

Podobną jest ta, tutaj wam podana
Powieść-niepowieść, różności plecionka,
Zorza północna spoetyzowana,
Świecąca w chłodnej strefie mdłego[476] słonka.
Nie wstyd w łzach tonąć od rana do rana,
Skoro wiadomo, że wszystko jest mrzonka;
Lecz skoro mrzonką jeno jest wszechżycie,
Może zeń równie śmiać się pozwolicie?

III

Oskarżają mnie, mnie, podpisanego
Autora — o co, doprawdy nie widzę,
Mówią, że jestem apostołem złego,
Że podkopuję cnotę, z wielkich szydzę.
Czegoś im we mnie braknie — ale czego?…
Mój Boże! Wszakże ja kłamstwem się brzydzę;
Nie mówię więcej — każdemu wiadomo —
Niż mawiał Dante, Cervantes, Salomo,

IV

Niż Swift powiadał, Machiawel, Rochefoucauld,
Fénelon, Luter, Tillotson i Plato,
Wesley i Rousseau, który z wielką sztuką
Dowiódł, że życie prosto czasu stratą.
Ich więc, nie moją gorszcie się nauką. —
Nie utrzymuję ja, że jestem Kato
Lub Diogenes nawet. — Żyję — zamrę. —
(Co lepsze?… Zamknę to pytanie w klamrę).

V

Sokrates twierdzi w zdaniu bardzo wzniosłem,
Że: „Wiedzieć, że się nic nie wie, mądrości
szczyt!” Piękna mądrość, która robi osłem
Geniusz przeszłości i teraźniejszości,
Newton, który jest nowych czasów posłem
I arcymędrcem naszych ziemskich włości,
Newton powiada: „Będę dzieckiem zawdy,
Co zbiera muszle na wybrzeżu Prawdy”.

VI

VanitasI Eklezjasta śpiewa: „Wszystko marność!”
Z nim księża, mając Memento w pamięci,
Czczą wstrzemięźliwość, czystość i ofiarność.
Słowem — pojmie to każdy, kto ma chęci.
Gdy w doczesności więc widzą wszechczarność
Poeci, mędrcy, kapłani i święci,
Mamże się wstrzymać z obawy pobicia
Sam od głoszenia tej nicości życia?

VII

Psy wy czy ludzie!… Zbyt wiele zaszczytu,
Gdy was psami zwę. Psy od was zacniejsze!
Czytajcie — lub nie, najmniej u mnie wy tu
Znaczycie, z żywych istot najpodlejsze.
rpJak księżyc nie drgnie od wilków skowytu,
Tak Muza moja skry rzuca niemniejsze.
Słucham, lecz wrzaskiem waszym się nie straszę,
Srebrząc mimo was ciemne ścieżki wasze. —

VIII

„Srogie miłości i zdradzieckie wojny”,
Czy dobrze wiersz ten cytuję — nie baczę.
Fakt faktem, przetom o cytat spokojny,
Śpiewam oboje i rzucę kartacze
Na twierdzę pewną, zgromadzę lud zbrojny,
Od strony morza i lądu obsaczę,
To jest obsaczę nie ja — lecz Suwarów[477],
Co miał niby sęp krwiożerczości narów.

IX

W delcie Dunaju Ismaiłem zwana
Twierdza na lewym rozramieniu leży.
W orientalnym stylu budowana,
Do najmocniejszych na ziemi należy
Lub należała, póki wyuzdana
Złość nie zburzyła murowych pancerzy.
Wiorst osiemdziesiąt ku wysokiej wodzie,
A trzy tysiące sążni ma w obwodzie.

X

Lewe przedmieście objęto też murem;
Punkt to wyniosły i wróg się bezkarnie
Nie zbliży, bo go oszczekają chórem
Działa; lecz grecki mistrz bardzo figlarnie
Na parapecie palisady sznurem
Powtykał w ziemię perpendykularnie[478],
Że tylko ogień obrońców maskują,
Lecz szturmujących najmniej nie hamują.

XI

Ta okoliczność da pojęcie waści
O tym Vaubanie nowym i taktyku.
Fosa głęboka jak morskie przepaści,
Wał tak wyniosły, żebyś tam na stryku
Nie chciał zawisnąć, ale żadnych paści[479]
(Przepraszam, powiem w technicznym języku),
Żadnych „ukrytych dróg”, „wilczego dołu”,
Co szturmującym przyczynia mozołu.

XII

Kamienny bastion z wąską szyją wieży
Strzegącej i mur twardy jak łepeta
Angielska; dwie baterie jak nasz „Jerzy”,
Z strzelnicą jedna, a druga „barbetta”, .
Mają przystępu bronić do wybrzeży.
Dwadzieścia i dwie paszcze zieją z grzbieta
Szańców po stronie prawej, gdzie „kawaler”
Mieści armaty, ustawione w szpaler.

XIII

Od strony rzeki twierdza była goła.
Bo nigdy tępy nie przypuszczał Turek,
Że się tam ruska flota przedrzeć zdoła.
Tak zaś mniemając, sam zadzierzgał sznurek
Sobie na szyi i pałasz anioła
Śmierci na synów kark ściągał — i córek.
Nie dbał więc, że się tam w delcie krzątała
Rosyjska flota — i powtarzał: „Ałłah!”

XIV

Rosja gotowa poszła do ataku.
— O wy, boginie oręża i sławy!
Mamże tu pisać o każdym kozaku,
Co nieśmiertelny byłby, gdyby sprawy
O nim zdawano, bo każdy w orszaku
Marsa stać godzien; Achilles mniej krwawy,
Mniej był zawzięty niż ten naród świeży;
Przykre ma tylko imiona rycerzy.

XV

Sława, ImięWymienię kilku, aby zwiększyć mowy
Naszej eufonię: Orłów i Strogonów,
Lwów, Bezborodko, Arseniew-Grek nowy,
Płatów, Czepega, Meknop i Czogonów,
I jeszcze jeden dwunastozgłoskowy.
Mógłbym wymienić bardzo wielu „onów”
Z gazet — lecz Sława, kapryśna dziewucha,
Prócz trąby słynie z pieszczonego ucha,

XVI

Aby wymówić słowa, pełne zgrzytu,
Bo takimi są rosyjskie imiona.
A przecież godni mego propozytu,
Jak męża godna piękna narzeczona
Albo jak godna niemego zachwytu
Londonderry'ego mowa napuszona.
Więc: iszkin, uszkin, uj, oj, uski, owski,
Pośród ostatnich jaśniał Razumowski,

XVII

Mitaczów, łabanów, równie się snuła
Wołodiów, Saszów i Wasilów siła.
Najtęższa szlachta, jaka kiedy kłuła
Bagnetem albo szablą dziurawiła.
Nic nie obchodził ich Mahomet, Mułła,
Chyba by skóra w cenie podskoczyła,
Wtedy gotowi byli drzeć z nich pasy
I z miękkich skrawków robić tołumbasy[480].

XVIII

Zbiegli się także wojownicy cudzy,
Przeróżnych nacji — ochotnicy sami,
A nie ojczyzny ani kraju słudzy,
Lecz chcący kiedyś być brygadierami.
A także w łupach mieć swą część jak drudzy,
Zwłaszcza że byli młodymi chłopcami…
Z angielskiej nacji zagrażało miastu
Wielu Thomsonów, Smithów dziewiętnastu.

XIX

Jack Thomson i Bill Thomson; — nazwisk wiele
Poety wielkie imię „James” obarcza.
Nie wiem, czy w herbie mieli młot, czy cielę,
Lecz lepsza taka z imieniem „James” tarcza.
Było trzech Piotrów Smithów, a w swym dziele
Najlepszy: „wielu co ciosom wystarcza”,
Rycerz, co ongi stał pod Halifaxem:
Dziś pragnął w ruskim wojsku być Ajaksem[481].

XX

Reszta Jack, Will, Bill — jak z jednego kojca,
Gdy o najstarszym Jacku, Smitha synu,
Powiem to, że miał w Kumberlandii ojca
Kowala — a więc, że pochodził z gminu,
Tom uzupełnił życiorys mołojca,
Który znalazł śmierć przy wzięciu Koczynu,
Małej wioseczki, za co w biuletynie
Trzy poświęcono jego sławie linie.

XXI

Śmiem wątpić, chociaż kocham i szanuję
Marsa, czy ulży biuletyn rannemu,
Gdy srogie bóle ten nieszczęsny czuje…
Nie przyganiajcie dowcipowi memu,
Bo w kalemburach niećwiczon — cytuję;
Szekspir ten sam żart dał w usta jednemu
Z mężów w komedii, co humorem skrzy się,
A który nasi kradną dowcipnisie. —

XXII

Był tam niejeden Francuz dziarski, śmiały,
Ale zbyt dobrym jestem patryjotą,
By ich imiona wymieniać w dniu chwały.
Dziesięć kłamstw powiem, nim prawdę podłotą
”Okupię!… O cześć Anglii jestem dbały
I nazwę tego hultajem, niecnotą,
Kto będzie twierdzić, że w pokoju błogim
John Bull[482] przestaje być Francuza wrogiem.

XXIII

Moskwa, stawiając dla baterii szańce
Na bliskiej wyspie — miała takie cele:
Publiczne gmachy po ostatnie krańce
Miasta zrujnować… i prywatnych wiele.
Mniejsza, co biedni ucierpią mieszkańce;
— Forteca — główna rzecz, legnie w popiele,
A że stawiana w półkole — więc dom by
— Żaden nie uszedł granatu ni bomby.

XXIV

Zasię cel wtóry: Wyzyskać tę chwilę
Panicznej trwogi, zgiełku, zamieszania
I atakować turecką flotyllę,
Co się w pobliżu układła do spania,
Trzeci zaś motyw, jeśli się nie mylę,
Strachem przynaglić miasto do poddania.
Rycerstwo ma swe humoru wyskoki,
Gdy nie jest mężne jak taksy, buldoki…

XXV

Istnieje zwyczaj, nie nazwę go cnotą:
Lekceważenie sobie przeciwników.
Niestety, u nas zwyczajny — a oto
Przezeń polegli Smith i pan Czyczyków
(Smith jeden z owych dziewiętnastu, co to
Gwiazdami byli pośród swoich szyków;
Imię tak bardzo częste w naszym kraju,
Że Smith nazywał się już Adam z raju).

XXVI

Rosja za prędko sypała okopy,
Nie pokończyła więc swoich bateryj;
— Podobny pośpiech — kradnie wierszom stopy,
Z czego ma stratę Longman i John Murray,
Gdy im poezje zalegają szopy
Księgarskie, stałe zająwszy kwatery. —
Wskutek pośpiechu zatem się wstrzymało
To, co historia zwie „mordem” lub „chwałą”.

XXVII

Czy to głupota panów inżynierów
Popsuła działa te i kartelusze,
Czy niesumienność, łotrostwo giserów[483],
Co oszukując, oczyszczali duszę
Z grzechu zabójstwa, czy błąd kanonierów,
Dość że chybiały oblężnicze kusze;
Jedne przeniosły, drugie nie doniosły,
A w wojsku listy trupów ciągle rosły.

XXVIII

Nieobliczenie przestrzeni i siły
Popsuło również nawodne roboty:
Tam trzy brandery w górę wystrzeliły,
Nim doszły celu — bez szkody dla floty
Tureckiej; lonty za wcześnie się stliły
I wywołały tylko puste grzmoty,
Bowiem brandery pękły w środku rzeki,
Podczas gdy Turkom sen kleił powieki.

XXIX

Gdy się ocknęli, Dunajem płynęła
Rosyjska flota. Około godziny
Dziewiątej już się pod mur podsunęła
Nieustraszenie na odległość liny
I kanonadę zaraz rozpoczęła.
Turcy nie stali też jak manekiny,
Lecz powitali gości niezbyt czule,
Miecąc granaty, kartacze i kule.

XXX

Sześć godzin stały pod ogniem fortecy
Ruskie okręty; z lądu działa grzmią, by
Wspierać flotylę i zasłaniać plecy,
Lecz zrozumiano wnet, że same bomby
Nie zdmuchną miasta jak płomienia świecy,
Więc zatrąbiły do odwrotu trąby,
Jeden okręt pękł, drugi w piasku osiadł
Porwany prądem — i Turek go dosiadł.

XXXI

On też utracił statków, ludzi siła[484],
Ale na widok uchodzącej floty
Zgraja Delhisów w łodziach się puściła
Ścigać, z janczarek śląc kule i groty.
Nawet na wyspę wysieść[485] się kusiła,
Lecz za wysoko zamierzyła loty,
Bo hrabia Damas ze swym dzielnym gminem
Zepchnął ich z wielkim trupów biuletynem.

XXXII

„Gdybym — historyk rzecze — zechciał czyny
Rosjan opiewać w ów to dzień marsowy,
Mógłbym ułożyć całe woluminy,
A jeszcze nigdy nie byłbym gotowy”.
Więcej nie mówi, lecz zaraz wawrzyny
Składa na obce a znaczniejsze głowy:
Damasa, księcia de Ligne, Langerona —
Przesławne dziejów współczesnych imiona.

XXXIII

Z tego zrozumieć można, co jest chwała:
Oto ci zacni trzej kawalerowie…
Ręczę, że mała liczba z was wiedziała,
Że żyli kiedyś. A może też… kto wie?…
Dziś jeszcze żyją? Sława to kabała,
Trzeba mieć szczęście do niej, tak, panowie.
Prawda — książę Ligne pisał pamiętniki;
Te polecają go masom publiki.

XXXIV

Walka, Bohaterstwo, SławaRóżni tam bili się, nie tylko księstwo.
Rzekłbyś — wróciła homerowa era.
Lecz się jednostka między taką gęstwą
Gubi, gubi się imię bohatera.
Niedostrzeżone i bajeczne męstwo
Ginie, dla sławy za prędko umiera.
Z bitew spółczesnych, nie wiem, czy znajdziecie
Dziewięć wyraźnych imion gdzie w gazecie. —

XXXV

Wstęp, chociaż czoła laurami ubierał,
Dowiódł, że w akcji gdzieś musiał błąd leżeć.
Więc Ribas, znany w historii generał,
Radził czym prędzej do szturmu uderzyć,
W czym generalny sztab mu się opierał,
Mówiąc… lecz musiałbym stancę rozszerzyć.
Więc stanę, aby się czytelnik który
Nie zdrzemnął, nim się wedrzemy na mury.

XXXVI

Był mąż — jeśli go mężem zwać się godzi —
Nie przeto, bym mu odmawiał męskości,
Bo gdyby nie był Herkulesem, młodziej
Musiałby umrzeć ani niestrawności
Czekał, co śmierć mu zesłała w powodzi
Kwiatów pod drzewem, w kraju zieloności
Skroś spustoszonym dla pańskich rozkoszy,
Tak jak szarańcza nigdy nie pustoszy.

XXXVII

To — był Potemkin[486], wielkość takiej ery,
Gdy mężobójstwo i nierząd są w cenie.
Gdybyś chciał wartość liczyć na ordery
I złoto, chwałę miał wielką jak mienie.
Sześciostopowy olbrzym, zdołał szczery
Afekt czy tylko chwilowe zachcenie
Wywołać w wielkiej imperatorowej,
Co oceniała człowieka — z budowy.

XXXVIII

Gdy się rzecz chwiała, Ribas pchnął do księcia
Gońca i tyle sprawił przez ajenta,
Że go dla swego zyskał przedsięwzięcia.
Nie wiem, jakie miał k'temu argumenta,
Dość, że starczyły zgoła do dopięcia
Celu; tymczasem bliżej podsunięta
Bateria grzmiała; z czterdziestu gardzieli
Twierdza wtórzyła piekielnej kapeli.

XXXIX

Aż trzynastego, gdy wojsko w rozterce
Smutną na statki swe siadało rzeszą,
Zjawił się kurier i ucieszył serce
Tych, co już dawno sławę z szabel krzeszą,
Jak tych, co byli frycami w żołnierce,
Krótką i zwięzłą wojskową depeszą,
Że się amator dowództwa i gwarów
Wojennych zbliża — marszałek Suwarów.

XL

List do marszałka, pisan przez samego
Kniazia, godzien był spartańskiej zwięzłości.
O! Gdyby tylko wiódł był do zacnego
Celu: obrony prawa i wolności.
Lecz to był wyraz nad ziemią zgiętego
Łuku brwi groźnych — niech więc praw nie rości
Do chwały, chyba ze stylu bezsprzecznie
Jędrnego: „Zdobyć — Izmaił — koniecznie”.

XLI

Wojna„Niech będzie światło!” — rzekł Bóg — i już świeci.
„Niech będzie krew!” — rzekł człowiek — i już płynie.
A jedno fiat[487] tych zepsutych dzieci
Nocy (dzień czynów ich nie zna) w godzinie
Tyle zła sprawi, że trzeba stuleci,
Aby je zatrzeć, i chyba jedynie
Tych słońc, co skrzyły dla edeńskich stworzeń.
Wojna nie sam pień gubi, lecz i korzeń.

XLII

Muzułmanowie, co krzyczeli: „Ałłah”,
Widząc, że Rosja bierze za pas nogi,
Spuścili nos na kwintę; któż nie pała
Męstwem, widząc, jak cofają się wrogi
(Raczej wrogowie — należy się cała
Dworność biedakom, co doznają trwogi).
A więc na Turków nowa żałość padła.
(Choć wieprzem gardzą, strzegą swego sadła).

XLIII

Aż szesnastego wrzasły „karaule”
I zjawili się dwaj jeźdźcy, kozaki,
Pędząc galopem schyleni na kule
Siodeł; pakunek mieli u kulbaki
Mały, bo na dwu tylko trzy koszule.
Dwa ukraińskie niosły ich kłusaki.
Gdy wpadli w obóz na kształt dwu ogarów,
Poznano, że to z lejbjegrem Suwarów.

XLIV

„W Londynie bal! bal!” — woła gap, gdy świeczki
Iluminacji w oknach się ukażą,
Które John Bullom, przyjaciołom beczki,
Mile łaskoczą zmysły, gdy się jarzą.
Płoną więc barwne lampy i lampeczki,
Bo mędrzec (John Bull) z jaśniejącą twarzą
Odda swój rozum, nierozum, pieniądze,
Aby jak wielka ćma nasycić żądzę.

XLV

Dziw, że klnie jeszcze: „Oczom potępienie”,
Już dawno tępe! a tych klątw ze wstrętem
Sam diabeł słucha, gdyż opadły w cenie,
Odkąd John Bull wzrok utracił ze szczętem
I zwie podatki rajem, długi mieniem.
A gdy głód okiem, w gorączce wyschniętem,
Pogląda mu w twarz jak krwawym rubinem,
Powiada, że głód jest Cerery[488] synem!

XLVI

Wielka uciecha śród marsowych dzieci:
Rosjan, Tatarów, Francuzów, Anglików,
Którym Suworow niby lampa świeci
Gazowa, igrę gotując dla szyków;
Lub niby ognik, co błyśnie, podleci,
Na trzęsawiska wiodąc podróżników
I tak czarując skaczącym błyskaniem
Że kto obaczy, ślepo dąży za nim.

XLVII

Teraz pójdzie szturm drogą należytą.
Witały wodza entuzjastyczne
Okrzyki: z armat na cześć jego bito
I prognostyki wszystkie były śliczne.
Na strzał armatni obozy rozwito,
Łatano dziury w szańcach i rozliczne
Przygotowano i różnej struktury
Machiny, kosze, drabiny i sznury.

XLVIII

WódzW duchu potężnym leży ta przyczyna,
Że jeden wodzi za sobą narody.
Tak się masa wód pod wiatrem przegina,
Za bykiem, starym wodzem, idą trzody.
Ślepca człowieka wiedzie mała psina,
Tryk bekiem trzodę ściąga, gdy do wody
Bieży lub z koszar na paszę wychodzi;
Zawsze bo wyższy niższemu przewodzi.

XLIX

Obóz się cieszy, wykrzyka radośnie,
Rzekłbyś, że śpieszy na weselne gody.
(Nie powiedziałem tu tego przenośnie:
Wesele jest też zawiązkiem niezgody
I wojny) — nawet ciurom serce rośnie;
Gotowi są grzbiet narazić na szkody,
A wszystko przez to, że mały człeczyna
W kusej[489] rubaszce[490] chce iść na Turczyna.

L

Istotnie chce iść; więc roboty swojej
Doziera każdy pilnie, bo czas krótki.
Pierwsza dywizja w trzech kolumnach stoi
I czeka tylko wojennej pobudki.
Podobnie druga, która wnet ukoi
Pragnienie sławy, bo jej jak do wódki
Drżą wargi do krwi czerwonej i świeżej.
Trzecia w kolumnach dwóch z wody uderzy.

LI

Wzmocniono działa i zwołano radę
Wojenną, w której jednozgodność głosów —
Rzadka w zebraniach — zastąpiła zwadę,
Rzecz, co się zdarza w strachu wielkich ciosów.
Gdy usunięto tak wszelką zawadę,
Sława się jęła wzdymać do niebiosów,
A wódz, co się jej chciał koniecznie dobić,
Uczył żołnierzy, jak bagnetem robić.

LII

Tak. Sam marszałek mużyków[491] musztrował
I nie brzydził się po szczękach ich walić,
I na podrzędnej służbie czas marnował,
By się kapralską rutyną pochwalić.
Więc salamandrom młodym pokazował,
Jak w ogień skakać, by się nie opalić,
Jak po drabinie się (nie Jakubowej)
Spinać, leźć na wał i przesadzać rowy.

LIII

Więc manekiny za Turków przebierał
W turbany, dał im kindżały i szaszki,
A. żołnierz na nie z bagnetem nacierał,
Siekąc i kłując watowane czaszki.
Tak wyćwiczonych dopiero generał
Chciał wyprowadzić na inne igraszki.
Młódź z niego śmiała się, że czas mitrężył,
Nie odpowiadał, poszedł — i zwyciężył.

LIV

W wilię ataku wojsko na właściwym
Stanęło miejscu; śród obozu trwała
Posępna cisza. Wyda się to dziwnym,
Lecz żołnierz, co ma iść zdobywać działa
I czeka hasła, staje się mrukliwym
W chwili ostatniej; armia więc milczała.
Jeden o domu myślał, dzieciach, żonie,
A drugi o tym, co będzie po skonie. —

LV

Suworow biega wszędzie czynny, czujny,
Musztruje, bije, żartuje i gwarzy,
Bo to był człowiek, jakiego i bujnej
Fantazji pisarz nieprędko wymarzy,
Bohater, geniusz — śmieszny i niechlujny,
Dziki a mądry, nim zrobi — rozważy,
To Mars, to Momus[492], a u zdobywanej
Twierdzy — arlekin za wodza przebrany.

LVI

Właśnie gdy swoich mużyków układał
(Zdobywca czerpał i z kapralstwa chwałę),
Patrol, co konno okolicę badał,
Napotkał w wieczór towarzystwo małe;
Jeden językiem ruskim słabo władał,
Ale wyrazy były zrozumiałe,
A czy to z ruchów, miny, nie wiem, z czego
Poznali, że być musiał ich kolegą.

LVII

Było trzech mężczyzn razem i dwie panie;
By ich wiedziono. do obozu — proszą.
Strojem na pozór niby muzułmanie,
Lecz poznać po nich, że strój obcy noszą
I że tam w każdym tureckim kaftanie
Tkwi chrystyjanizm, który czasem głoszą
Usta i suknia; serce dzikość zdradza,
Co nieraz wielkie omyłki sprowadza.

LVIII

Suworow właśnie stał przed swoją rotą
W jednej rubaszce i tępe kałmuki,
Błaznując, krzycząc, klnąc tępszych „hołotą”,
Uczył szlachetnej zabijania sztuki.
Ten mąż, co ludzką glinę miał za błoto,
Filozofował i dawał nauki,
Z których w kodeksie Marsa była główna
Ta, że w potyczce śmierć — pensji się równa.

LIX

Ujrzawszy podjazd kozacki, powitał
Bystrym spojrzeniem ten łup muzułmański
I przenikliwym wzrokiem w twarzach czytał.
„A skąd wy?” — krzyknął. — „Z stolicy osmańskiej,
My uszli z turmy”. Generał znów pytał:
„A kto wy?” — „Przypatrz się”. Był to spartański
Iście dialog. Ten, co odpowiadał,
Wiedząc, do kogo gada, krótko gadał.

LX

„Wasza familia?” — „Johnson; to znajomy
Mój, Juan; to są dwie damy, a tamten
Ni to, ni owo”. — Generał kryjomy
Wzrok na nie rzucił i rzekł: „Johnson. Znam ten
Głos… i człowieka; ów mi niewiadomy.
Wy się przydacie — ale na co kram ten?…
Ty służył, kiedy. się tu dawniej biłem,
W nikołajewskim pułku?” — „Tak, służyłem”.

LXI

„Był u Widdynia?” — „Tak”. — „Prowadził rotę?”
„Tak jest”. — „Cóż dalej?” — „Nie wiem; zapomniałem”.
„Pierwszy wszedł na mur?” — „Nie liczę za cnotę,
Że gdzie kto żmudził[493], tam go wyprzedzałem”.
„Cóż dalej?” — „Kula przerwała robotę;
Padłem, w obierze Turków się dostałem”.
„Możesz się pomścić, bo ten fort przeklęty
Dwakroć mocniejszy niż ten, gdzieś był wzięty.

LXII

Gdzie pragniesz służyć?” — „Gdzie każe generał”.
— „Wiem, że straceńcem będziesz nie na żarty,
I za to, że cię poganin poterał,
Zemścisz się siekąc tak, jak wszystkie czarty.
Ale po cożeś dzieciaki zabierał;
Wojna, Miłość, SzczęścieCóż mi ten malczyk[494] pomoże obdarty?…” —
„Ho! Jeśli mu się w wojnie szczęścić ma tak
Jako w miłości, to godzien wieść atak!” —

LXIII

„No! no! Niech tylko zechce”. — Juan miłym
Gestem dziękował. — „Ale w tobie złożę
Ufność. Łaskawie twemu pozwoliłem
Pułkowi jutro lub dziś w nocy jeszcze
Ruszyć do szturmu. Na duszę, zrobiłem
Ślub wielu świętym, że zburzę, zaorzę
Z gruntu Izmaił, a pługi i haki
Rozniosą, zetrą po meczetach znaki.

LXIV

A więc po sławę, chłopcy!” — Tu się zwrócił
I znów klasyczną mową chłopy ćwiczy,
Aż każdą wielką pierś do głębi skłócił
I natchnął żądzą chwały i zdobyczy.
Prawił jak kapłan (ten choć z serca zrzucił
Żądzę dóbr ziemskich, dziesięcinę liczy)
I szczwał, tresował na pogańskie syny,
Co śmią nie kochać wojsk Ekateryny.

LXV

Johnson, z dłuższego widząc rozhoworu[495],
Że już jest w łaskach, tak się rozjunaczył,
Że szedł do wodza, co pełen humoru
Musztrował, i rzekł: „Gdyś mnie wybrać raczył,
To nie zawiodę szczytnego wyboru
I umrę pierwszy; lecz gdybyś wyznaczył
Nam stanowiska: mnie i Juanowi,
Milej byłoby nam iść ku ogniowi”. —

LXVI

„Da, da, zabyłem[496]. Może chcesz do swego
Rejmentu[497] wrócić? Siejczas[498] się formować
Będzie. Kaczkowski! Hejże!” — Na polskiego
Tu ordynansa zawołał. — „Zaprowadź
Pana do pułku nikołajewskiego.
Ty, malczyk, zostań; będę potrzebować
Ciebie, wot krasnyj maładiec[499]. A ony
Won do bagażów albo na furgony”. —

LXVII

Przedstawiła się scena, proszę państwa,
Godna opisu; bo tureckie panie
Do podobnego jeszcze grubijaństwa
Nie przyuczone — chociaż wychowanie
Haremu uczy biernego poddaństwa
I poniżenia — podniosły szlochanie;
Z rozwianym włosem i ręce do góry
Wzniósłszy, jak skrzydła nad swym drobiem kury,

LXVIII

Ponad głowami pary wywyższonej
Przez największego z wodzów i żołnierzy,
Co zaludniali kraje z tamtej strony
Śmierci lub państwa rzucali grabieży.
O ludu! Zawsze na próżno uczony.
Wawrzynie sławy! Każdy listek świeży,
Z urojonego oberwany drzewa,
Musi opłynąć krwią, co się wylewa.

LXIX

Suworow, który miał serce wytrwałe
Na łzy, a krwią się ludzką i cierpieniem
Nie wzruszał, patrzał na te dwie omdlałe
Z trwogi kobiety jak gdyby z odcieniem
Spółczucia; bowiem, przyznam to na chwałę
Wielkich zdobywców, których zatrudnieniem
Rzeź, że ich nawet pośród krwi oparów
Czasem tknie żałość — a z tych był Suwarów.

LXX

I rzekł przybrawszy ton mowy pieszczonej:
„Johnsonie! Na coś do czarta z kłopotem
Babskim na wojnę przyszedł! Niechaj ony
Idą — będzie im lepiej pod namiotem;
Znajdą opiekę; więc niech na furgony
Zaraz mi idą. Nie wiedziałżeś o tem,
Że mało warci żonaci żołnierze?
Nie lubię — chyba że małżeństwo świeże!”

LXXI

„Słuszaju[500]. Lecz racz zważać, generale —
Wtrącił nasz Anglik — że to żony cudze,
Nie nasze. Prawo znam dokładnie wcale[501],
Bo dużo czasu zużyłem w usłudze
Tej armii. W wojsku małżeństwa nie chwalę,
Bo to odbiera marsowemu słudze
Serce, gdy idąc na śmierć, wspomni sobie,
Że po nim malcy zostaną w żałobie.

LXXII

Ot — to są zacne dwie tureckie damy,
Co nas z eunuchem wydobyły z kozy,
I odtąd wszyscy razem się błąkamy,
I doświadczamy przygód pełnych grozy.
Nam to nie dziwne, a więc najmniej dbamy,
Lecz te się trzęsą jak gałązki łozy.
Więc, jeśli pragniesz, bym się bił uczciwie,
Każ, niech się z nimi obchodzą godziwie”.

LXIII

Tymczasem obie spłakane niebogi,
Nie wiedząc, ufać-li obrońcom śmiałym,
Patrzyły, pełne zabobonnej trwogi
Raczej — niż dziwu (co jest zrozumiałym)
Na człeka, co miał wyraz twarzy srogi
Bardziej niż mądry, zwalanego kałem,
W prostej odzieży niedbale przywdzianej,
Szanowanego bardziej niż sułtany.

LXXIV

WładzaBo wszyscy przed nim skuleni ze strachu
Drżeli; więc w głowie zmieścić im się to nie
Mogło, przywykłym widzieć w Padyszachu
Boga, gdy zasiadł w bisiorach[502] na tronie
Lub gdy przechadzał się jak paw po gmachu
(Ptak-król, co nosi diadem w ogonie),
I nie pojęły tego wynalazku,
Że może istnieć potęga bez blasku.

LXXV

Johnson, bolejąc nad ich smutnym stanem,
Lubo[503] nie wiedział, jak się koi wdowie
Żale na Wschodzie, pociechę stroskanym
Niósł. Juan w czułej, natchnionej przemowie
Klął się, że ujrzą go jeszcze nad ranem
Albo mu armia rosyjska odpowie…
I dziw powiedzieć — już się pocieszyły.
— Kobiety zawsze entuzjazm lubiły. —

LXXVI

Pośród łez, westchnień, uścisków ostatnich
Pożegnali się; idą, gdzie ich czeka
To, co zależne od strzałów armatnich
Zwie się: fortuna, traf, boża opieka.
(Niepewność — jest to jedna z cech dodatnich.
Życia; ludzkiego szczęścia hipoteka).
WojnaI poszli burzyć z pełną złości siłą
Miasto, które im nic nie zawiniło.

LXXVII

Suwarów patrzał przez powiększające
Szkła na świat; był z tych, co się nie kłopocą
O drobiazg, w cyfry nie wdają nużące,
Na łzę narodu nie zważał sierocą
I tyle dbał o tysiąc, dwa tysiące
(Tak, że zwyciężał wreszcie cyfr przemocą).
Co żona, sąsiad o wrzody Hioba;
Więc za cóż stała mu dwu dam żałoba?…

LXXVIII

Za nic. Tymczasem szły porządnym torem
Przygotowania do takiej ruiny,
Jaką by zrządził pod illijskim dworem
Homer, gdyby znał petardy i miny.
Lecz tu nie będziem boleć nad Hektorem[504],
Ale zgotujem kosze i drabiny,
Deszcz kul, trzask bomb, huk dział, śród fanfar ryku,
Słowa, co utkwią mej Muzie w przełyku.

LXXIX

Ty, co zachwycasz, o Homerze wieczny,
Najdłuższe lata i najdłuższe uszy,
Szczękając mieczem, przed którym bezpieczny
Dziś świat, bo już go z kurzu nikt nie ruszy,
— Chyba proch wyda się mało skuteczny
Mocarzom, których liga dzisiaj głuszy
Hasła wolności… Ha! niechaj się zbroją!
Wolność nie będzie dla nich drugą Troją.

LXXX

O ty, Homerze wieczny! Właśnie sławię
Zwycięstwo, w którym więcej ludzi zginie
Dzięki machinom i wojennej wprawie,
Niżeś w swym greckim zmieścił biuletynie.
Jednak — jak wszyscy — z pokorą wyjawię,
Że walczyć z tobą, byłoby: krzewinie
Rywalizować ze stuletnim drzewem;
My was przewyższym tylko krwi wylewem,

LXXXI

A nie w poezji, lecz w realnym czynie,
Czyn zaś jest prawdą, wielkim postulatem.
Muza, choć buja w fantazji krainie,
Prawdę ma jednak podstawą, substratem. —
Lecz idę miasto bombardować ninie;
Wielkie się rzeczy staną, słuchać zatem!
Wodzowie wielcy! Sam Febus[505] czatuje
W jasności depesz waszych skąpać buje.

LXXXII

O biuletyny Bonaparta! Listy
Ległych i rannych! Leonida cieniu,
Coś był tak w boju serdecznie ognisty,
Gdy moją Grecję trzymał wróg w ściśnieniu
Jak dziś! Cezara pamiętniki, mglisty
Obrazie chwały! Udzielcie natchnieniu
Memu (bo zginę) swych cudownie lśniących
Barw, takich pięknych, a przemijających.

LXXXIII

Przemijającą zowię nieśmiertelność
Rycerzy przeto, że dziś w każdej dobie
(Co nie przesada jest, ale rzetelność)
Rodzi się małe zapłakane bobie,
Które, gdy zliczym jego czynów dzielność,
Spełnionych w ciągu żywota — przy grobie,
To pokaże się, że był rycerz — zdzierca
Lub oszust, tuman rzucający w serca.

LXXXIV

Posady, krzyże, herby, wstęgi, pióra,
To „nieśmiertelnych” naszych są wawrzyny,
Jak nierządnicy Babelu — purpura.
Mundur dla malca tym, czym dla dziewczyny
Wachlarz — a lada kadecik lub ciura,
Jak laufer chce biec przed sławą — zuch z miny.
Lecz sława — sławą. Gdyć potrzebna lepsza
Odpowiedź, spójrz na wietrzącego wieprza.

LXXXV

I on czuje wiatr lub, jak mówią, „widzi”,
Bo mu łaskocze w biegu nozdrzów wylot.
Lub — kto się takim porównaniem brzydzi.
Niech powie: Bieży jak przed brygiem pilot
Lub… ale dosyć! Już się Muza wstydzi
Gadatliwości mojej; sama mi lot
Zniża; w następnej pleśni niby z wieży
Pożarny dzwonek na trwogę uderzy.

LXXXVI

Słyszysz?… W milczeniu nocy mroźnej, czarnej,
Łomot wojsk, które kolumnami płyną,
Za pułkiem sunie pułk śmiercią ciężarny
Między okopy[506] a zarosły trzciną
Brzeg rzeki. — Z nieba gwiazdy promyk marny
Przelśni przez gęstwę chmur wilgotną, siną,
Skędzierzawioną. Wkrótce armat paszcze
Czarniejsze rzucą na strop nieba płaszcze.

LXXXVII

Tu staniem zgodnie z przestankiem, co pada
Przerwą na życie i śmierci rozdroże;
Gdy serce stanie, pierś oddech postrada
Na chwilę… jutro już na zawsze może. —
Cicho… Za chwilę huknie kanonada,
Naprzód, marsz, bagnet zazgrzyta o noże,
Hura! Ałła-hu! — i znów huk armatni
Zagrzebie w sobie rannych jęk ostatni.

Pieśń ósma

I

„Krew i pioruny!” albo: „Krew i rany!”
Zwyczajne klątwy, jakich gmin używa —
Niedelikatny i nieokrzesany.
Tak jest; lecz w klątwach takich się ukrywa
Zagadka sławy, a że przedsiębrany
Szturm biuletynom ma dostarczyć żniwa,
Niech mnie te bóstwa dwa natchną dostojne:
Mars czy Bellona — zawsze znaczą: Wojnę.

II

Wszystko gotowe: ogień, miecz i ręce,
By ich użyły, pełne dzikiej werwy.
Armia, niby lew, zęby swe zwierzęce
Ostrzy, a żyły napięła i nerwy:
Hydra człowiecza, co głodnej paszczęce
Dogadza, krwią się karmiąca i ścierwy.
Kolumna głową jej; ścięta z tułowu,
Nie kona, ale w mig odrasta znowu.

III

Historia rzeczy ryczałtem brać zwykła,
Lecz gdyby kto chciał szczegółowo badać,
Jaki zysk, jaka niekorzyść wynikła
Z wojen — musiałby przekląć je i biadać,
Bo strat niewarta chwała zwykle nikła,
Gdy ostateczny cel wojny — posiadać.
ŁzyPiękniejszą sławę ma, kto czyje oczy
Osuszy, niż kto morze krwi wytoczy.

IV

A to dlaczego? Bo w sumieniu wie, że
Dobrze uczynił; gdy ten mimo kwiaty,
Salwy i łuki, mosty, kwiaty, krzyże,
Pensji od ludu, co sam niebogaty,
Mimo pochlebstwa, co mu stopy liże,
Sławę imienia, co odurza światy,
Jest zawsze — oprócz w walce dla wolności,
Synem zabójstwa, rabunku i złości.

V

Ten jeden tytuł od przyszłości zyska.
Ty, Leonido, nie, i Waszyngtonie,
Bo pola bitew waszych — uroczyska,
Od których z wonią kwiatu wolność wionie.
Tak słodko w uszach dzwonią te nazwiska!…
Gdy przed zdobywcą będzie bladł w pokłonie
Niewolnik, wasze imię hasłem będzie
Ziemi, wolności póki nie zdobędzie.

VI

Noc była czarna. Oczy nie dojrzały
Przez mgłę nic oprócz rdzawej ognia łuny,
Która objęła skrzydłami strop cały,
Kąpiąc w Dunaju swe krwawe całuny.
Obraz gehenny! Armatnie wystrzały
Huczą już, bijąc raz w raz jak pioruny,
Nawet okropniej, bo gdy piorun rzadziej
Szkody wyrządza, działo setki gładzi.

VII

Ledwo kolumna ta, którą Rosjanie
Słali do szturmu, wyszła za okopy,
Gdy najeżony Turek nagle wstanie
I śle chrześcijanom gorące ukropy.
Pożar ogarnia wszystko; po otchłanie
Bezdenne wzburzą się wodne zatopy,
A szaniec ogniem rzyga na kształt Etny,
Kiedy ją czkawką wstrząśnie Tytan szpetny.

VIII

Ogromny nagle runął okrzyk: „Ałłah”!
I powstał zamęt tysiącznych hałasów,
Straszniejszy niźli wciąż ryczące działa
Wyzwaniem na bój. A z gór, dolin, lasów
Wróciło: „Ałłah”! Gęsta chmur nawała,
Która zawisła nad polem zapasów,
Przyjęła imię Boga i już potem
Tylko: „Ałła-hu!” rozbrzmiewa bekotem.

IX

Pułki zaczęły iść, ze strzelby palić.
Atakujące jednak z wody hordy
Jęły[507] niby las rąbany się walić,
Choć ich Arseniew wiódł, lubiący mordy,
Lubiący w ogniu spiżów się osmalić.
Wojna, Przemoc, Bóg„Rzeź córką Boga jest” — powiada Wordly[508],
Jeśli to prawda — jest Chrystusa siostrą,
Choć jak w Betlejem Herod — rządzi ostro.

X

Książę Ligne zaraz raniony w kolano;
Hrabiemu Chapeau-Bras kula przelata
Pomiędzy głową a czapką; poznano
Z tego, że hrabia jest arystokrata:
Ostrożna kula nie obrazi raną
Czaszki ni czapki, poczuwszy magnata;
Lecz kiedy popiół spada do popiołów,
Dziw, że nie przylgnął do ołowiu ołów.

XI

Podobnie Markow brygadier — generał —
Kiedy unosił księcia z bojowiska,
A na tłum ludzi prostych nie spozierał,
Że z bólu jęczy, wije się i ciska,
Na gmin, co, prosząc kropli dżdżu, umierał
Z spiekłymi usty, on — marząc, że zyska
Nagrodę „czynu” wyższego lub krzyża —
Legł; nogę kula urwała mu chyża.

XII

Sto dział zażyło prochu na womity,
Trzysta set rusznic pigułkami miecie
I krwotok nimi przyśpiesza obfity.
Śmierci! Osobną szpaltę masz w gazecie,
Masz głód, doktorów, tyfus jadowity,
Co pokazują skon na cyferblecie[509]
Życia; ale głos twojego zegaru[510]
Mniej straszny niż huk wojennego gwaru.

XIII

Ta różnorodność mąk, co wszędzie zmienia
Oblicza, nawet serce rozpieszczone
Nieskończonością bólu zakamienia;
Wszędzie śmierć, w którą wzrok obrócisz stronę.
Konwulsje, jęki, przekleństwa, westchnienia,
Oczy świecące białkiem, przewrócone
W swych jamach — oto nagroda dla gminu;
Starszy — dosłużył się wyższego „czynu[511]”.

XIV

Ja lubię sławę; sława mnie rozczula.
Bo pomyśl: wejdziesz-li w starość ułomną,
Żyjesz z pensyjki kochanego króla…
(I mędrzec pensją nie pogardzi skromną.)
A wieszcz, po strunach lutni kiedy hula,
Wspomni cię w pieśni. Więc za tak ogromną
Nagrodę; pensję dośmiertną i sławę,
Warto się puścić w rycerską zabawę.

XV

Zaledwie na ląd wysiadła drużyna,
Natychmiast w prawo na baterie bieży;
Poniżej druga dywizja zaczyna
Dzieło zniszczenia — są to grenadierzy.
Dopadli… jeden za drugim się spina,
Jak płoche[512] dzieci na łono macierzy,
Na ostrokoły, kolce, palisady,
Właśnie tak samo jakby w dzień parady.

XVI

Dowodem było to niepospolitych
Sił ducha. Gdybyś piekło w Etny lawę
Wsypał z masą bomb i kul rozmaitych,
Jeszcze by morze rozlała mniej krwawe.
Jeden oficer tam na trzech zabitych
Padał; wojsko się hamowało żwawe;
Zaczęło tracić zwycięstwa nadzieję.
— Spadnie dojeżdżacz, to sfora głupieje. —

XVII

W ogólnym zgiełku zrobię tu przestanek
I na tor sławy Juana wywiodę,
Z lauru osobny uwiję mu wianek;
Bo pięć tysięcy gdybym chciał — na brodę
Proroka — imion wprowadzić do szranek,
Każdemu palnąć epigram lub odę,
Musiałbym chyba wydać słownik sławy,
Nieszczęściem gruby bardzo — choć ciekawy.

XVIII

Więc pozostawiam wszystkie ciche zwłoki
Gazetom, które reporterskiej psiarni
Każą je zliczyć, leżące w głębokiej
Drzemce po rowach, polach, gdzie w męczarni
Dusza wyzuła się z ziemskiej powłoki;
Szczęśliwi, których imiona z drukarni
Poprawnie wyszły. Mój znajomy zwał się
Grose — przez zecera prędkość Grovem stał się.

XIX

Juan i Johnson z pułkiem swym ruszają
W ściśnionych szykach i prą się przemocą,
Nie wiedząc dokąd, bo drogi nie znają,
Ani którędy, dlaczego i po co.
Idą, potkną się o trupy, powstają,
Strzelają, kolą, grzeją się i pocą,
A zawsze razem przez gęstwę się prują:
Biuletyn sobie spólny wysługują.

XX

Kroczyli ciągle krwią ciepłą zbroczeni,
Po miękkich ciałach; czasem się udało
Zyskać naokół parę stóp przestrzeni
I wtedy biegli tam, gdzie bitwą wrzało,
Pod jaką basztę; to znowu spędzeni
Płomieniem, którym — rzekłbyś — piekło plwało
Musieli cofać się z tych miejsc straszliwych,
Depcąc kolegów ciała jeszcze żywych.

XXI

Juan raz pierwszy widział bitwę z bliska,
Lecz choć znużony nocą, marszu ciszą
Groźną, gdy śmiałość tak świetnie nie błyska,
Jak pod wieńcami, gdy w ulicach wiszą
Dla wojsk zwycięskich — chociaż na chmurzyska
Gęste jak krochmal, co wilgocią dyszą,
Tęsknie poglądał, wyczekując słońca,
Jednak nie uciekł i dotrwał do końca.

XXII

Nie mógł ujść. Choćby uszedł, pomsty nieba
Nie wołaj, bowiem nie hańbi rzecz taka.
I wielkich czasem przyciśnie potrzeba,
Fryderyk Wielki spod Molwitz[513] drapaka
— Prawda, raz jeden — dał; bo ludzi trzeba
Rozgrzać, jak pannę młodą, jak rumaka,
Kobuza[514], zanim nabędą praktyki
W walce dla żołdu albo polityki.

XXIII

Był tedy Juan tym, co Eryn zowie
W iryjskim czy też punickim języku
(Dziś przysięgają antykwariuszowie,
Co umią czytać w wieków pamiętniku,
Że język Pata jest w swym źródłosłowie
Językiem Punów i w abecadlniku
Dydony[515] stoi — myśl nowa i śliczna,
Ale niestety niepatriotyczna),

XXIV

MłodośćBył tedy „młody aż do szpiku kości”,
Z popędów sennych miał złożone życie.
To się rozpływał w rozkosznej czułości,
W „jeziorze wrażeń”, jeżeli wolicie,
To znowu, kiedy przyszło z konieczności
Bić się, szedł równie chętnie na zdobycie
Miasta w kompanii, co jest zawsze krewka,
Gdy ją przyjemność nęci — i sakiewka.

XXV

Don Juan wszystko to czynił bez złości;
Kochał i walczył zawsze w tym, co zwie się
„Dobra intencja”, kozerna[516] ludzkości
Rezerwowana na czas, kiedy w grze się
Nie wiedzie; prawnik, mąż stanu, podłości
Swoje tłumaczy zawsze, kiedy chce się
Usprawiedliwić, „chęciami dobrymi”.
— Szkoda, że piekło brukowane nimi. —

XXVI

Nie wiem, czy w kraju zagrobowych cieni
Jest bruk; a jeśli znajduje się, czyli
Nie starli piętą piekielnych kamieni,
Nie ci, którzy się chęciami zbawili,
Lecz ci, co poszli k'czartu niebronieni
„Dobrą intencją”, która już od chwili
Stworzenia piekła brukuje zagrobny
Świat, do Pall-Mallu[517] tak bardzo podobny. —

XXVII

Nagle tym losem, który w różne strony
Pędzi kamrata od kamrata boku,
Jak od małżonków wiernych czyste żony
Czasem przed końcem poślubnego roku,
Jakby gwałtowną falą odrzucony
Biegł… lecz się zdziwił i powstrzymał kroku,
Kiedy nasiekłszy czaszek jak kapusty,
Ujrzał, że jest sam, a plac wkoło pusty.

XXVIII

Czym się to stało? Oto — moim zdaniem —
Tym, że część większa była już zabita.
Reszta zrobiła zwrot, znudzona staniem,
W prawo. Sam Cezar w takich razach zgrzyta.
Pomni świat, jako to przestraszony chwianiem
Pułku, na oczach armii za tarcz chwyta
I nieodważnym dodając ochoty,
Na powrót wpędza w bitwę rzymskie roty.

XXIX

Don Juan nie był Cezarem z rzemiosła,
Tylko odważnym chłopcem, który służył
Nie wiedzieć czemu; gdy go fala zniosła,
Stanął na moment, co się mu przedłużył
W wieki, a potem nagle na kształt osła…
Nie krzycz, słuchaczu; odkąd Homer użył
Na cześć Ajaksa owej parafrazy,
Zasłużył na nią Juan tysiąc razy.

XXX

Więc na kształt osła nadał rozpęd nogom
I biegł, co dziwna, nie zwracając głowy.
Za to przed sobą widział łunę srogą,
Roztaczającą płaszcz swój purpurowy,
Oślepiający tych, którzy nie mogą
Krwawych widoków znieść, i szukał nowej
Ścieżki, by dobić się tam na pagórek
W pomoc brygadzie, którą rzezał Turek.

XXXI

Nie widząc nigdzie swego generała
Ani dywizji, pułku, ani roty,
Która Bóg sam wie, gdzie się zapodziała
(A ja też szukać nie myślę hołoty
W polu), biegł; a rzecz bardzo zrozumiała,
Że młodzian, pełen rycerskiej ochoty,
Nie oglądał się, lecz biegł, wzniósłszy szaszkę,
I trupy, które deptał, miał za fraszkę.

XXXII

Nie widząc — mówię — pasterza i trzody,
Jak młody dziedzic, co (ot! zwykle młodzi)
Zbywszy opieki leci na przygody —
Błędny wędrowiec, co po bagnach brodzi,
Goniąc chochliki — rozbitek, co z wody
Prosto do pierwszej chałupy zachodzi,
Tak Juan, wziąwszy nos za przewodnika,
Biegł, gdzie śród ognia wrzała bitwa dzika.

XXXIII

Nie wiedział, gdzie jest, i nie zauważył,
Jak się tam dostał odurzony cały.
Niby błyskawic żar krew mu rozparzył,
Nitki pamięci mu się rozwiązały
W mózgu. Zwrócił się, gdzie najsroższy prażył
Ogień, gdzie kule najgłośniej gwizdały,
Bomby grunt ryły, wyrywały z trzaskiem,
Twoim, Bakonie mnichu, wynalazkiem.

XXXIV

Więc kiedy dobiegł już, wpadł między masy
Tego, co drugą kolumną się zwało
Pod rozkazami generała Lascy,
Lecz się skurczyło teraz i zmalało;
Niby streszczona książka wyszedł z prasy
Ekstrakt dzielności. Tam skoczył z wspaniałą
Odwagą, kędy[518] zjeżone bagnety
Niosła rycerska garść na parapety.

XXXV

UcieczkaPrzybiegł i Johnson wydrzeć ich rozpaczy.
On się był „cofnął”, jako brzmi utarty
Wyraz o ludziach, co tył podać raczej
Wolą niż iść przez gardziel zguby w czarty.
Johnson, roztropny taktyk, wie, co znaczy
„Uciec” a „cofnąć się” — kiedy przyparty.
On nie uciekał przed nieprzyjacielem,
Chyba ucieczka miała być fortelem.

XXXVI

Kiedy był ujrzał, że pułk wszystek leży
Oprócz Juana — który nie folguje
Strachowi, bo ma w sercu zapał świeży,
Z nieświadomością ową, co neguje
Obawę, i jak niewinność, gdy wierzy
W moc własną, mięśnie i nerwy hartuje —
Ustąpił, nie chcąc się jak prosty Tatar
Narażać w zimnej mogile na katar.

XXXVII

Tam zasłoniony nieco przed gorącem
Bateryj i przed gradem kul z każdego
Bastionu, wału, strzelnicy bijącym
— Gdyż bohaterska garść nie zda jednego
Fortu, ale go okupi tysiącem
Trupa i broni się do upadłego —
Zobaczył ruskich strzelców, jak ginęli
Z ręki tych, których właśnie zabić mieli.

XXXVIII

Zawołał na nich, a na zawołanie,
Jak mówi Hotspur, „spadli nie inaczej
Jak duchy”, prędko dość, bo trzeba na nie
Podobno długo wołać, nim się raczy
Ukazać który. — Skąd to usłuchanie,
Nie wiem; może wstyd umknąć spod kartaczy
Lub moc ich zmusza ta, co pędzi trzody.
Za wodzem, a za prorokiem narody.

XXXIX

Na Zeusa! Johnson był junak nie lada,
Choć imię jego tonem się mniej gładkim
Niż Achillesa imię wypowiada.
Taki mąż w świecie dziś zjawiskiem rzadkim,
Bił i tłukł jak młot, gdy raz po raz spada
Pod ręką mistrza jednostajnym spadkiem.
Nie odmieniając twarzy, poganina
Rąbał, na miejscu stojąc jak machina.

XL

Więc gdy się „cofnął”, to z zastanowieniem
Wiedząc, że za nim są rycerze w tyle,
Którzy się zbiegli tamże pod natchnieniem
Strachu, co gniecie (jak wiatry niemile
Żołądki dzielnych, którym choć śmierć cieniem
Często przysłania zmysły, wiedzą tyle,
Że aby w śmierci obliczu nie ścierpnąć,
Trzeba stanąwszy — oddechu zaczerpnąć.

XLI

Johnson odbieżał, aby przyjść ina powrót
Z rycerstwem owym i zakończyć dramą
Potyczkę, doprowadziwszy ich do wrót,
Które Hamlet zwie „Okropności bramą”.
Rzekłbyś, że dziady jego — to był lwów ród!
A jak galwanizm[519] na trupy, tak samo
Myśl jego tęga działała na żywych
I bohaterów robiła — z lękliwych.

XLII

Zatem szli chętnie pod te same strzały,
Przed którymi się rozpierzchli jak wrony;
Mimo ponętę, co się mieści w chwały
Słodkościach, mimo ten „instynkt wrodzony”,
Co krwi widokiem obudzą zapały,
Nie wspominając już ponęt mamony.
Bieżeli szukać tego w ogniu wściekłym,
Co łączy ludzi z niebem albo piekłem.

XLIII

Walili się jak łany gradem starte,
Trawa pod kosą lub pod sierpem kłosy,
W dowód, że mało życie ludzkie warte
I marny mozół, co nam bieli włosy.
Armaty tłukły jak młockarnia w zwarte
Szeregi lub jak bokser; w krwawe sosy
Padało mięso. Turcy z jednorurek
Kładli, nim który zdołał odwieść kurek.

XLIV

Za każdy profil i za każdą ścianę
Ukryty Osman uśmiercał sołdaty,
Zmiatał szeregi jak wiatr morską pianę.
W tej chwili los ów, który wplata światy
I ludy w swoje koło rozhukane,
Sprawił, że Johnson i jego kamraty
Pośród owego siarkowego tańca
Spostrzegli nagle, że są w głębi szańca.

XLV

Jeden, dwóch, pięciu, tuzin — a pochopni
Wszyscy, bo szło tu już o piękną skórę,
Ogień rozszerzał się coraz okropniej,
Lał się jak smoła na dół, tryskał w górę,
Że trudno wyrzec, kto robił roztropniej,
Czy ci, co pierwsi chcieli swą fryzurę
Wysunąć za mur i wręcz wroga siekać,
Czy ci, co jeszcze woleli poczekać.

XLVI

Ci, co się wdarli, doznali wybornej
Pomocy, głupstwem cudzym ozy przypadkiem;
Tureckie bowiem czy greckie Coehorny[520]
Kunsztem stawiali ostrokoły rzadkim,
Co w Belgii, Francji zdałby się potworny.
(My i w tym wielcy: masz Gibraltar świadkiem).
Na parapecie[521] stały wszystkie słupki
W środku, jak gdyby spędzone do kupki,

XLVII

Tak, że zostało na prawo i lewo
Może dziesięć stóp. Tędy się wtłoczyli
Rosjanie; reszta była łatwą sprawą,
Przynajmniej dla tych, którzy jeszcze żyli:
Mogli skupieni postępować ławą.
Druga dogodność, jaką się cieszyli,
Że poprzewracać mogli kołki owe,
Prawie nie wyższe nad żyto majowe.

XLVIII

Między pierwszymi — „najpierwszy” nie powiem:
Rozumiem takiej stronności szkodliwość;
Jest to jątrzący czynnik; trzeba bowiem
Uwzględniać dumy narodowej żywość.
Pewnie by Anglik ten przypłacił zdrowiem,
Który by twierdził, drażniąc obraźliwość
John Bulla, że pod Waterloo wziął pletnie[522]
Wellington[523] — albo prawie był kompletnie

XLIX

Zbity — i gdyby nie mocne poparcie
Takich Bűlowów, Gneisenów, Blűcherów,
Co strach rzucili w szeregi zażarcie
Walczących jak lwy głodne grenadierów,
Inny by wynik stał w dziejowej karcie,
Książę Wellington nie miałby orderów,
Nie brałby pensji z rządowej skarbnicy,
Największej, jaką płacili Anglicy.

L

Lecz co tam! Boże, strzeż króla — w ogóle
Królów — bo nie Ty, to któż im pomoże?
Słyszę, jak ptaszek wywodzi, że króle
Niedługo muszą zdjąć ludom obrożę.
Licha kobyła wierzgnie, gdy nieczule
Woźnica grzbiet jej często batem porze;
Tym nawet, których spodliła niewola,
Sprzykrzy się w końcu hiobowa dola.

LI

Lud, Bunt, RewolucjaLud zrazu mruczy, potem klnie, a potem,
Jak Dawid z procy, rani wielkie głowy.
W ostateczności uzbraja się młotem,
Bronią rozpaczy, i wtedy gotowy
Bunt. Obawiam się, nie jednym nawrotem
Mieć go będziemy. Nie lubię domowej
Wojny, lecz widzę, że jedynie buntem
Hańba się ziemi wykorzeni z gruntem. —

LII

Jeśli nie pierwszy, zawsze w szykach przednich
Wstąpił don Juan na mur Izmaiła,
Jakby to należało do powszednich
Czynów młodzieńca — a z nim fryców siła,
Co się liczyli też do niepowszednich.
Gorączka sławy na skroś przepaliła
Tego wojaka z odwagą zacięcia
Pełną, z sercem lwa, a twarzą dziewczęcia.

LIII

On — on był tutaj, chłopaczek pieszczony
Na łanie pięknych kobiet, miękki, tkliwy;
Teraz na szańcu stał jak wyćwiczony
Mąż i był w ogniu jak — w raju szczęśliwy;
On, nienaganny nawet z owej strony,
Którą wskazuje Rousseau podejrzliwy:
„Patrz na kochanka wtedy, kiedy zdradza”.
Nie zdradzał nigdy. Zawsze wyższa władza

LIV

Burzy go porwie albo zawieruszy
Nieszczęście, gnając nieprzepartą falą.
On tam był, gdzie się każdy łańcuch kruszy,
Gryziony ogniem, kulami i stalą,
On — tak w jestestwie swoim pełen duszy,
Zniesiony losów gwałtem, co powalą
Najtęższych, na ten życia wbiegł manowiec,
Jak ostrogami kłuty wyścigowiec.

LV

Irytowały go wszystkie przeszkody
Niby dżokeja, gdy mu się najeży
W drodze podwójny płot, a Anglii młodej
Byt od ciężaru człowieka zależy
— Lżejszy bierze tor. Nie lubił niezgody
I rzezi, tak jak wszyscy, póki świeżej
Krwi nie poczują; lecz i wtedy jeszcze
Westchnie raz po raz i przejmą go dreszcze.

LVI

Generał Lascy, z którym było ślisko,
Wsparty posiłkiem tak niespodziewanym,
Kilkosecinnym, na pobojowisko
Jakby z dobrego księżyca zesłanym,
Witał Juana, stojącego blisko,
Ufny, że miasta dobędzie przed ranem;
A wziął go trafem nie za „Bezończyka”,
Jak mówi Pistol[524] — lecz za „Inflantczyka”.

LVII

Lecz że przemawiał w niemieckim języku,
Juan mający może więcej wprawy
W chińskim, wzniósł jeno dłoń do kaszkieciku,
Gdyż wywnioskował, bądź co bądź, z postawy,
Wstąg czarnych, modrych i z orderów szyku
Na piersi, i z gwiazd, i ze szpady krwawej,
Z głosu, ze wzroku, co górnie spozierał,
Że to być musi co najmniej — generał.

LVIII

Pomiędzy dwoma, którzy się językiem
Różnią, dialog krótki. Zresztą w czasie
Bitwy i szturmu, kiedy krzyk za krzykiem
Przerywa mowę i zbrodnia spełnia się
Prędzej, nim słowo wypadnie przełykiem,
Kiedy w piekielnym łączą się hałasie
Przekleństwa, jęki, wycia, strzałów burza,
Pogawędka się zwykle nie przedłuża.

LIX

Więc co ja tutaj w dwu oktawach rzekłem,
Zapewne w jednej minucie się stało.
Lecz ta minuta drobna była piekłem,
Co w sobie wszystką okropność zebrało.
Nawet kartauny[525] z swym echem przewlekłem
Cichnęły w zgiełku — i ptaszynę małą
Tyle byś pewnie słyszał, co armaty,
Tam, gdzie się w śmierci stykały dwa światy.

LX

Wzięto gród. O ty, sławo, wiecznie żywa!..
„Bóg stworzył ziemię, człowiek stworzył miasta”
Powiada Cowper — a mnie się odkrywa
Znaczenie słów. tych, kiedy mi wyrasta
Ze wspomnień Roma, Babilon, Niniwa
I inne, które mógłbym liczyć na sta.
Myślę, gdy widzę w gruzach grody, dwory,
Że wkrótce znowu zamieszkamy bory…

LXI

Najfortunniejszym z ludzi obok Sulli,
Co aż do śmierci pono był szczęśliwy,
Z wszystkich, co „w czepku” na świat się wykluli,
Był generał Boon[526], kentucki myśliwy.
Używał tylko na niedźwiedzie kuli,
Na wilki, rysie — i niefrasobliwy
Z dala od świata spółczesnych zapasów,
Żył w mateczniku pradziewiczych lasów.

LXII

Natura, SzczęścieZbrodnia nie zaszła tam; jej meta w progu
Puszcz; za to zdrowie płynęło obficie
W krainę znaną dotąd tylko Bogu.
Jeśli jej ludzie nie szukają, życie
Oddając za śmierć — w miastach — to z nałogu
Do tej gnuśności, na której pozbycie
Sił im nie staje. Śród dębów i sosen
Ów Boon żył przeszło dziewięćdziesiąt wiosen.

LXIII

A co ważniejsza: zostawił niekrwawe
Imię, o co źli kuszą się daremno.
Zostawił sławę — i to dobrą sławę,
Bez której chwała jest bajką karczemną;
Proste, naiwne serce, czyste, prawe,
Oszczerstwa nawet nie skażone ciemną
Plamą; bo dzieckiem był ten osiwiały
Mędrzec-pustelnik, „mąż z Rossu zdziczały”.

LXIV

Prawda, że uciekł nawet od rodaków,
Gdy się rozsiedli w jego lubym lesie,
I sto mil zbieżał, aby dojść do szlaków,
Gdzie już nie było ludzi, za to gdzie się
Pokój znajdował. (Należy do braków
Cywilizacji, że nieufność niesie).
Ale gdy spotka jednego człowieka,
To się nim zajmie i czule opieka[527].

LXV

Żył niesamotny: wkoło niego dzieci
Łowów, gromadka młoda i wesoła;
Słońce im zawsze młodym światłem świeci,
Smutek ani miecz nie obrażą zgoła
Pogodnych oblicz, a krew nie zeszpeci
Czoła natury ni tych ludzi czoła.
W swobodnych gajach żyli, twory wolne,
Świeże jak potok albo kwiaty polne.

LXVI

Smukły wzrost, silne ramię, noga chyża,
Wywyższały ich nad karłów natury.
Swobodna dusza, zawsze jędrna, świeża,
Bo dom ich — lasy dziewicze i góry.
Nigdy duch nie mdlał widząc, że się zbliża
Choćby śmierć; z małpiej wyzuci natury
Wielkiego świata, prości, lecz nie dzicy,
Celnie, niezdarnie strzelali z rusznicy.

LXVII

W nocy mają sen, a praca w dzień biały,
Za przewodniczkę wesołość ich wodzi.
Nie są w zbyt wielkiej liczbie ni zbyt małej,
Więc się zepsucie między nich jak złodziej
Nie wsliźnie ani spoczynek zgnuśniały
Z przepychu łowcom obcego nie zrodzi.
Błogich — ale nie próżniaczych wywczasów[528]
Zażywa szczęsna gmina w państwie lasów,

XVIII

Pośród natury niejarzmionej, żyznej.
PostępCywilizacjo! Jakież z ciebie zyski?
I ze społeczeństw wielkich? Byt zgnilizny
Pełen, głód, wojna, despotów uciski,
Żądza wyższości, bat ojca ojczyzny,
Żołdak kradnący biednym strawę z miski,
Sceny z alkowy sześćdziesięcioletniej
Pani… nimi się zwycięstwo uświetni. —

LXIX

Do miasta wkroczył wśród gorących deszczy
Pierwszy batalion, potem drugi, trzeci;
Bagnet o szalblę dzwoni, ogień trzeszczy
Na dachach, matki jęczą, małych dzieci
Stadko do nieba o ratunek wrzeszczy,
Kłęby siarkowych dymów jak zamieci
Śnieżnej wgryzają się w oczy — zawzięty
Turek nie chce zdać ojcowizny świętej.

LXX

Kutuzów, ten sam, który (prawda, wsparty
Lodem i śniegiem) wypędzi Francuzów
I zapisze się sławnie w dziejów karty,
Teraz sam w bitwie nabawił się guzów.
Jowialny był to człowiek, stroił żarty
Nawet śród bitwy — serdeczny Kutuzów!
Śmiał się, chociaż śmierć nieraz widział z bliska;
Na Kutuzowa teraz przyszła kreska…

LXXI

Pierwszy zeskoczył do głębokiej fosy,
Tuż za nim skaczą sotnie grenadiera;
Padają ludzie w grząską krew jak kłosy,
On osobiście na szaniec się wdziera,
Lecz tu kres szczęścia naznaczyły losy
(Między innymi stratę Ribeaupierra
Miano opłakać), bo Turcy, po społu
Przypadłszy, wszystkich zepchnęli do dołu.

LXXII

Gdyby nie błędne kozaków oddziały,
Co tam wysiadły zniesione wzburzoną
Falą i w wielkim skłopotaniu stały
Nie wypełniwszy, co im polecono,
I zaszły wreszcie, gdy już był dzień biały,
Ku miejscu, co się im zdawało broną[529],
Wielki Kutuzów nie byłby na świecie,
Padłby, gdzie padły wojsk jego dwie trzecie.

LXXIII

Owa więc garstka na mury się wdarła,
I mimochodem zdobywszy baterią[530],
Gdy w Kutuzowie już nadzieja marła,
Gdy zaczął myśleć raz pierwszy „na serio”,
Wrota mu „Kilią” nazwane otwarła
I zakończyła biedaków mizerią.
Ci, stojąc dotąd w grzęzawie po kosty,
Jęli iść naprzód przez ciał żywych mosty.

LXXIV

Dońcy lub jeśli wolicie: kozaki
(Po obu nazwach czytelnicy trafią
Do sensu; nie ma w tym ważności takiej,
Gdy politykę znam i geografią),
Dońcy, nawykli do swojej kulbaki,
Nie obeznani za to z topografią
Twierdz, poszli jednak naprzód po ukazu
Wodza i wszyscy zginęli od razu.

LXXV

Kolumna, chociaż Turek plwał ołowiem
I stalą dział i rusznic, weszła na wał, —
Myśląc, że wyjdzie stamtąd z całym zdrowiem —
I łupem, bo już Turek się oddawał.
Ale się srodze zawiodła, albowiem
Pokazało się, że Turek udawał
I wpuścił ową kolumnę w głąb szańca,
A potem zagrał psom giaurom[531] do tańca.

LXXVI

Gdy ich tak wzięta „z mańki” (co niezmiernie
Przykre jest dla wojsk i pewnych biskupów).
Przede dniem wszyscy zginęli mizernie,
Nie doczekawszy zwycięstwa i łupów,
Zmarli bez jęków, drgań, a jeszcze wiernie
Po śmierci służąc, most pokładli z trupów;
Po nich z połockim swoim batalionem
Przeszedł Jezuskoj marszem wytężonym.

LXXVII

Ten dzielny człowiek nasiekł mięsa wiele
Swoim pałaszem, lecz go nie mógł spożyć,
Bo go wtem jakiś Turek trupem ściele,
Na żaden sposób nie chcąc broni złożyć.
Wały zdobyte. Kwestią w krwawym dziele
Jest, która strona ma triumfu dożyć
Każda piędź wzięta walką i rozpaczą,
Bo ci prą naprzód, ci puścić nie raczą.

LXXVIII

— Padło też wiele innych batalionów.
Tu kronikarza zdanie zacytuję:
Nie trzeba dawać za wiele patronów
Pułkowi, co się do szturmu gotuje,
Bo gdy wypada biec i użyć szponów
Bagnetu, on się wtedy rezerwuje,
I o swe cenne życie zbyt się bojąc,
Strzela w poważnej odległości stojąc. —

LXXIX

Brygada pod dowództwem generała
Meknopa (który padł przeszyty strzały[532]
Kilku, gdy pomoc mu nie nadbiegała)
Poszła z innymi odważnie na wały,
Kędy bateria kartaczami plwała.
Opór Turczynów był arcywspaniały,
Mimo to wzięto bastion, choć go bronił
Seraskier[533], co się już na nogach słonił.

LXXX

Don Juan, Johnson oraz inni młodzi
Ofiarowali mu pokój zaszczytny,
Lecz seraskierom zdać broń — nie uchodzi,
Przynajmniej nie zda jej Turek tak bitny.
Zginął, ojczyzny patron i dobrodziej,
Męczennik wojny hardy i ambitny.
Anglik oficer, co się nań zamierzył,
By go wziąć żywcem, upadł i — już nie żył.

LXXXI

Bowiem seraskier, tak butnie wezwany,
W odpowiedź w łeb mu z pistoletu pali..
Zaraz i inni jęli na przemiany
Przelewać bigos z ołowiu i stali,
Środek leczniczy bardzo zalecany
Na niedokrwistość. Nikt się nie ocali.
Turków trzysta set na ziemi leżało,
Seraskier dostał pchnięć szesnaście w ciało.

LXXXII

Gród zdobywany tylko krok za krokiem;
Śmierć już pijana krwią, a jeszcze wszędzie
Wre bój, ostatnim serce drga podskokiem
W piersi tych, którym wkrótce bić nie będzie.
Wojna napasła się skonów widokiem,
Naturze zdaje zagłady narzędzie;
Z gorących kałuż wstają widma zbrodni
Jak z Nilu, kiedy słońce go zapłodni.

LXXXIII

Ruski oficer, kiedy szedł — a lśnił się
Krwią — po umarłych, poczuł się za piętę
Nagle złapany zębem, co mu wbił się,
Jak kielce węża ostre i zawzięte.
Próżno klął, szarpał, broczył, z bólu wił się,
Wył jak wilk w paści złapan na przynętę,
Ząb przejął mięso, dzierżąc z całej mocy
Z rozkoszną chucią jak bajeczni smocy.

LXXXIV

Umierający Turek, gdy na głowę
Wróg mu nastąpił, rozwarł zęby chciwie
I zwarłszy, w ścięgno zatopił je owe,
Które zwie stary poeta — właściwie
Nowy anatom — ścięgno Achillowe,
I nie popuścił łupu, póki żywie;
A nawet mówią (jeśli prawda), że kły
Jeszcze odcięty łeb za nogą wlekły.

LXXXV

Bądź co bądź, faktem jest, że wojak tęgi
Na całe życie był napiętnowany,
Bo Turek wbił kły w ciało jak obcęgi
I posłał wroga między weterany.
Nie mógł wyleczyć go chirurg, choć dzięgi[534]
Brał grube; większej przeto wart nagany
Niż głowa, co choć od karku odcięta,
Troskliwie swego trzymała pacjenta.

LXXXVI

Mówię, jak było. PoezjaPrawdziwy poeta
Kłamstwa nie znosi ani stawia na nim
Gmachów; nie jest to sztuka i zaleta
Zrobić poezję myśli rozkiełzaniem
Wolniejszą niźli proza. Chyba że ta
Fikcja ma zwać się: poetyzowaniem,
Tym smakołykiem, na którym wieszcz łowi
Jako na wędę dusze szatanowi.

LXXXVII

Gród został wzięty, ale nie poddany. —
Ni jeden Turek nie zawołał: „Łaski!”
Choć krew płynęła jak Dunaj wezbrany,
Choć mu nad głową migotały szaszki,
Stał nieugięty i niezastrachany.
Próżno powietrze napełniają wrzaski
Zwycięzcy; z jękiem ginących obrońców
Jęk słychać jegrów, grenadierów, dońców.

LXXXVIII

Bagnet żga, szabla uwija się krzywa,
Życiem człowieka szafując rozrzutnie;
Jak kiedy jesień czerwone pozrywa
Liście, nagi las przegina się smutnie
I jęczy — tak ta twierdza nieszczęśliwa,
Kiedy straciła synów, dawniej butnie
Wznosząca czoło, padła z żalem wdowy
I matki niby dąb pięciowiekowy.

LXXXIX

Bardzo to smutne dzieje, lecz nie w porem
Się wybrał wszystko spisać w jednym tomie.
Nasz świat szeroki jest bogatym zbiorem:
Dobrego, złego, najgorszego, co mnie
Melancholicznym napełnia humorem. —
W jeden ton brząkać nudzi i renomie
Poety szkodzi. Ale cóż ja winien,
Że krew, krew płynie z ulic, z wałów, z rynien.

XC

„Orzeźwiającą jest rosą” śród owych
Zbrodni dobry czyn — jak brzmi frazes modny
Naszych dni słodkich, skromnych, judaszowych,
Mdłych jak lukrecja albo piernik miodny.
Niechże ochłodzi mój rym od działowych
Ogniów rozgrzany i niech tryśnie chłodny
Strumień na bitwę i jej błogie skutki;
Bez niej poemat mój byłby przykrótki.

XCI

U wziętej baszty śród setek żołnierzy
Krwawi stos kobiet, które tam zakłuli
Zdobywcy; chciały schronić się do wieży
I wpadły pod miecz. Oko się rozczuli
Na taki widok. Piękne jak maj świeży
Dziesięcioletnie dziewczę z lękiem tuli
Pierś dygocącą do nich i twarz kryje
Na łonie matki swej, co już nie żyje.

XCII

Z błyszczącym okiem i błyszczącą bronią
Dwaj dońcy biedną zgonili dziewczynę,
Przy nich się dzikie Syberii zapłonią
Bestie ze wstydu; by też odrobinę
Mieli litości! Wilcy nie tak gonią
Trwożliwe jagnię. — A komuż tu winę
przypisać? Ludzkiej naturze czy królom,
Co zostawiają litość błędnym kulom?

XCIII

Nad małą główką szable migotały,
Włosy się wzbiły dębem w tej katuszy,
Twarz skryła między umarłymi ciały,
Gdy Juan przybiegł, spojrzał, zadrżał w duszy…
Zmilczę, co wyrzekł, aby nie struchlały
Przypadkiem dobrze wychowane uszy;
Lecz im na karki spadł z siłą obucha,
Jedyna mowa, jakiej kozak słucha.

XCIV

Tego ciął w biodro, a temu rozszczepił
Kark; wyciem swoją opiewali szkodę,
Szli do chirurga, aby im zalepił
Szczerby, należną dzikości nagrodę.
Juana zapał na chwilę oślepił,
Lecz sytuację pojął wnet i młode
Dziewczę ze stosu trupów podjął grzecznie
— O mało, że w nim nie zasnęła wiecznie.

XCV

Strach jej krew zziębił, a na marmurowej
Twarzy strużka krwi świadczyła, jak losu,
Który się zwalił na drogie jej głowy,
Była też bliska. Odrzut tego ciosu,
Co zabił matkę, w wianek purpurowy
Ubrał jej czoło, śród trupów pokosu
Związek ostatni. Tak śmierci wyrwana,
Zwróciła duże oczy na Juana.

XCVI

Gdy zamienili ze sobą spojrzenia,
W jego się oku pięknym ujawniły:
Spółczucie, rozkosz, radość z ocalenia,
A przy tym wszystkim trwoga o los miłej
Branki, co jeszcze dziecinnego drżenia
Nie mogła stłumić; oczy jej świeciły
I wyglądała twarzyczka zemdlona,
Jak z alabastru waza oświecona.

XCVII

Biegł też Jan Johnson. Już nie powiem „Janek”,
Bo by to było zbyt gminne nazwanie
W majestatyczny ów, ponury ranek,
Gdy całe pułki szły na rozstrzelanie.
Wiódł sotnie z sobą — Bellony kochanek —
I wołał z dala: „Juanie, Juanie!
Trzymaj się, bracie. Bij, a dobrze wymierz,
Przysięgam, że nas nie minie Włodzimierz[535].

XCVIII

Seraskier zbity na łeb; twierdza nasza;
Kamienny bastion tylko się nie wali;
Na piramidzie trupów siedzi Pasza
I ze spokojną flegmą fajkę pali,
Choć wkoło kule padają jak kasza.
Turcy już dużo naszych wystrzelali;
Wkoło bateryj trupy, a wciąż puszki[536]
Biją i ludzi strącają jak gruszki.

XCIX

Chodź żywo za mną”. — Don Juan odpowie:
„Muszę się dzieckiem tym zaopiekować;
Wiedz, że tak o nie dbam, jak o swe zdrowie.
Ale ją w miejsce bezpieczne przeprowadź,
To pójdę”. — John się poskrobał po głowie,
Podszedł i jął się scenie przypatrować.
„Biedna dziewczyna! — rzekł. — Trzeba w istocie
Pomóc jej, ale jak? jestem w kłopocie”.

C

Na to rzekł Juan: „W jakim bądź sposobie
Muszę ocalić to dziewczątko ładne.
Życzę jej zdrowia dłuższego niż tobie
I sobie.” Rzekł Jan: „Nie ręczę za żadne,
Ale przynajmniej zacnie legniesz w grobie”.
Rzekł Juan: „Co tam! Padnę czy nie padnę,
Wezmę to dziecko; gdy nie ma macierzy
Ani rodzica, więc do mnie należy”.

CI

Rzekł Johnson: „Chodźmy, chodźmy, czas ucieka.
Nie przeczę — bardzo ładna jest ta mała;
Te oczy! Wybierz: tam zwycięstwo czeka,
Tutaj czyn zacny; tu litość, tam chwała.
Czy słyszysz wrzawę, jak huczy z daleka?
Nie ma wymówki; zważ: pogromca działa
Zostałbym z tobą — ale, mój Juanie,
Gdy wezmą wszystko, cóż nam pozostanie?”

CII

Nieporuszony stał Juan — a że go
Johnson polubił, choć w niedługim czasie,
Żołnierzy kilku wziął z oddziału swego,
Co nie zdradzali żyłki, swojej rasie
Właściwej. każąc: Jeśli się co złego
Dziewczęciu stanie, rozstrzela; a zasię
Jeżeli całą przywiodą i zdrową,
Pięćdziesiąt rubli da — czestnoje słowo.

CIII

Poza tym wszystkich łupów część godziwą
W tejże proporcji, co inni dostaną.
Tedy się Juan zgodził na to żniwo
Iść, choć im co krok ludzi zabijano
Z armat, na co nikt nie zważał — nie dziwo.
Nadzieją zysku już mieli rozgrzaną
Głowę, a dziś się dzieje, jak się działo:
Jednego żołdu rycerzom za mało.

CIV

Oto zwycięstwo! Oto ten, co z chwalbą
Najdoskonalszym zwie się bożym tworem.
Bóg go dziś pewnie zwie inaczej, żal bo
Mu, że się takim stał potworem…
Lecz do powieści: Tatarski chan albo
Sułtan — tak go tu nazywam z autorem,
Którego dobrą prozę mój rym kiepski
Oddaje — nie chciał się zdać, człowiek łebski.

CV

Z nim pięciu synów. — Ma tę poligamia
Wyższość, że wolno jej zuchów napłodzić;
Nie dba o kodeks, jak u nas bigamia.
Nie mógł się z myślą porażki pogodzić,
Póki w nim żyła odwaga. Nie mam ja
Chęci Achillów, Hektorów wywodzić
Na plac, lecz cnego, starego człowieka,
Co z dziećmi miasta broniąc, na śmierć czeka.

CVI

Wziąć go to sztuka. — Rycerska odwaga,
Gdy bohaterstwo widzi uciśnione,
To je ocalić pragnie i pomaga.
Żołnierz — stworzenie z półboga złożone,
Z półzwierza: raz jak morze, gdy je smaga
Burza, zły, to znów cichy. Dąb koronę
Nawet pochyla, gdy go wiatr poruszy,
Litość w najdzikszej odzywa się duszy.

CVII

Stary chan nie chciał być wzięty. Ze wzgardą
Warunki wszystkie odrzucał i szczerze
Siekł chrześcijańskie mięso, stojąc twardo;
Jak niegdyś szwedzki król Karol w Benderze.
Synowie także stawiali się hardo,
Więc się w żołnierstwie znów zbudziło zwierzę
I miłosierna ustała cierpliwość.
Ta cnota wielką posiada drażliwość.

CVIII

Ni na Juana i Johnsona baczy,
Co go językiem Wschodu najkwiecistszym
Proszą, aby się zachował inaczej,
Bo ich przymusi, że z sercem najczystszym
Zabiją dzisiaj człowieka w rozpaczy.
On ciął, jakby był teologii mistrzem,
Zachęcał swoich i ręką, i mową,
Niby woźnica szkapę nałogową.

CIX

Nawet śród walki jednym zamachnieniem
Lekko Johnsona drasnął i Juana.
Więc — jeden z klątwą, a drugi z westchnieniem,
Widząc szał, który ogarnął sułtana,
Podnieśli szable i całym brzemieniem
Roty na tego upartego pana
Oraz na jego chłopaki ogniste
Lunęli jak deszcz na pole piaszczyste,

CX

Co zwilża i schnie. Nareszcie przykryła
Śmierć oczy wszystkim. Jeden syn od kuli
Padł, szabla piersi drugiemu przebiła.
Najładniejszego bagnetem zakłuli,
Piąty, którego niewierna zrodziła
I był ułomny, więc nań w domu szczuli,
Gardząc biedakiem, tu jednak uronił
Życie dla ojca, który się zań płonił.

CXI

Najstarszy — Tatar z duszy i wejrzenia,
Wróg Nazarenów, tak srogi z natury,
Że go mógł prorok użyć do krzewienia
Wiary — nie marzył jak o pięknych huri,
Co ścielą łoże temu, który zmienia
Ziemię dla raju; a tak owe córy
Edenu umią[537] wabić, że dokażą
Wszystkiego swoją urodziwą twarzą.

CXII

Na co młodego pożądały chana
W raju — zgadywać nie śmiem, piękne panie.
Wolą podobno krzepkiego młodziana
Niż suchych starców o zwiędłym kolanie,
Dlatego gdy po nocnej bitwie z rana
Pójdziesz oglądać trupy na majdanie,
Ujrzysz: na kilku leciwych żołnierzy
Wiele tysięcy młodych chłopców leży.

CXIII

Huri jest panną bardzo samolubną
I często żonom młodych mężów kradnie,
Nim w dniu wesela kwiatu szczęścia skubną;
Innych, gdy księżyc ich już z tuszy spadnie,
Innych w dwudziestą rocznicę poślubną,
Gdy do wolności westchną — co nieładnie.
Owóż: hurysa, lubiąca łakotki,
Chce pierwsza zerwać z drzewa owoc słodki.

CXIV

Więc z hurysami w głowie syn Nogaju,
Posiadacz czworga niewiast jak maliny,
Żwawo na boski ślub śpieszył do raju. —
Choć nasza wiara z tego stroi drwiny,
Powiem, że właśnie huri w owym kraju
Taką walk żądzę wpajają w Turczyny,
Jak gdyby rzeczą nie było powszednią,
Że nie ma siedmiu nieb, lecz spólne jedno.

CXV

Śmierć bohaterskaW cudnym widzeniu wzrok mu się zamroczył;
Kiedy bagnetem ugodzony ginął,
Zawołał jeszcze: „Ałłah”, i już zoczył
Raj, jak się z mglistych swych zasłon odwinął
I jednostajnej wieczności otoczył
Blaskiem bez końca. On w tę jasność wpłynął,
Z prorokiem, huri, świętymi się złączył
W jeden rozkoszny chór i drgnął, i skończył.

CXVI

Ale oblicze mu się słodko śmieje. —
Dawno zapomniał hurys chan sędziwy;
W synach miał rozkosz swoję i nadzieję,
Bo rośli wokół niego jak oliwy.
Więc gdy obaczył, że i ten się chwieje
I jak podcięty dąb pada nieżywy,
Struchlał i zwrócił wzrok i twarzy bladość
Na swoją pierwszą i ostatnią radość.

CXVII

Gdy szablę spuścił, wciąż jeszcze gotowi
Byli żołnierze, widząc, jaki grał się
Dramat, mieć litość, jeśli pardon powie,
Nie „precz”, jak przedtem. Ale Turek zdał się
Nic nie spostrzegać i serce starcowi
Biło i dotąd niewzruszony — chwiał się,
Oczyma liczył martwych dzieci zwłoki,
Aż poznał, że jest sam jak świat szeroki…

CXVIII

Wziął go przelotny strach, Śmierć bohaterskanagle poskoczył
Śmiało jak młodzik spragniony wawrzynów,
A nieostrożnie jak motyl, gdy zoczył
Świecy zdradny blask — lufy karabinów
Porwał i w piersi całą mocą wtłoczył
Bagnety, które mu zabiły synów;
Spojrzał na swoich gromadkę kochaną
I wytchnął życie jedną wielką raną.

CXIX

I dziw powiedzieć, że ta znieczulona
Rota, co nie dba o płeć ani o wiek,
Widząc, jak leżąc pośród dzieci kona
Ten stary, bronią ich przebity człowiek,
Stała przejęta grozą, zawstydzona;
A chociaż łzami nie zwilżyli powiek
Ni oczu krwawych sczernionych płomieniem,
Uszanowali tę chwilę milczeniem. —

CXX

Jeden się jeszcze bastion nie poczytał
Za zwyciężony; tam spokojny pasza
Raz po raz ogniem napastników witał
I kazał swoim nie szczędzić pałasza.
Nareszcie zstąpił do armat i pytał:
„Co słychać? Czy już wzięta twierdza nasza?”
Gdy powiedziano: tak, do Rosjan agę[538]
Słał, że się podda, i dawną powagę

CXXI

Przybrał, a zanim wrócą, pod tę chwilę
Siedzi śród ruin i ogniem się poi
Ssanego z szyi wężowej nargile[539]
— Podobnej sceny nie widziano w Troi! —
W marsowy spokój twarz przystroił mile,
Filozof, brodę głaszcze i ze swojej
Fajki wypuszcza krągłe dymu sztuki,
Jakby trzy życia miał, z trzema buńczuki.

CXXII

Izmaił wzięty. Choćby się chciał dalej
Bronić, to jakaż w wyniku różnica?
Opór odważnych twierdzy nie ocali.
KrewIzmaił wzięty. Srebrny sierp księżyca
Upadł, na wieży już krzyż zatykali
Krwawy — nie zbawczą krwią. Parność przesyca
Powietrze. Łuny czerwonej szeroki
Blask się odbija w jeziorze posoki.

CXXIII

Wszystko, przed czym się myśl szlachetnych wzdrygnie,
Czym się bydlęcy człowiek kiedy skalał,
Co się czytało lub śniło w malignie,
Co by mógł zdziałać czart, gdyby oszalał,
Czego najśmielsze pióro nie doścignie,
Wszystko złe, którym szatan piekło zalał,
Wszystek grzech, którym człowiek świat bezcześci,
W tym jednym miejscu, w jednym dniu się zmieści.

CXXIV

Że gdzieś zaświta uczucie, a wreszcie
Żal, litość, z krwawych więzów się wywinie
Szlachetne serce; przepuści niewieście
Albo starcowi lub małej dziecinie,
Cóż to stanowi w zrujnowanym mieście,
Gdzie tysiąc węzłów krwi i serca ginie?
Patrz, lwie paryski, londyński bankierze,
Co wojna niesie twym nudom w ofierze!

CXXV

Kiedy przeglądasz gazeciarskie szmatki,
Nie wiesz, wiele się nieszczęść składa na nie.
Pomyśl, że chodzą po świecie wypadki:
Może też na cię wojna niespodzianie
Spaść — a tymczasem Castlereagh, podatki,
Długi niechaj ci zastąpią kazanie,
Czytaj w swym sercu i głodnych Erynu[540]
Karm Wellingtona liściami wawrzynu.

CXXVI

Lecz lud, co chce stać w wielkich ludów rzędzie,
Kraj kocha, gardzi rewoltą przebrzydłą,
Ma ideały, jakich nie pozbędzie.
Muzo, weźmij ich na polotne skrzydło,
Choć spustoszenia szarańcza obsiędzie
Łany. Do plonów lgnąc, głodu straszydło
Nie wniesie smutku na stół ojca ludów:
Eryn mrze, Jerzy waży dziesięć pudów. —

CXXVII

Tak to upadła świetność Izmaiła,
Potrzeba i mnie, abym skrzydła zwinął.
Toń rzeki łunę pożarów odbiła,
Krwią purpurową modry Dunaj spłynął.
Tu, ówdzie jeszcze dzika tłuszcza wyła
Śród jęków, lecz huk armat słabnął, ginął.
Kilkuset żyło z czterdziestu tysięcy
Obrońców; reszta nie jęczała więcej.

CXXVIII

A tu pochwalić muszę w jednym względzie
Zachowanie się rosyjskich żołnierzy;
Cnotę, która dziś nader cenna wszędzie,
Uznania kilka słów jej się należy.
Rzecz delikatna — i rym takim będzie…
Czy to chłód zimy, a lekkość odzieży,
Niewczasy, lichość strawy… coś się stało:
Wściągliwi, gwałtu zadawali mało.

CXXIX

Nasiekli dużo, kradli i palili,
Tu, owdzie wypadł także czyn drażliwej
Natury, lecz się wybryków chronili,
Do jakich skłonny Francuz bardzo żywy,
Gdy weźmie miasto. Nie widzę w tej chwili
Przyczyny — litość chyba lub dotkliwy
Mróz. Padło zatem ofiarą czterysta
Panien, a reszta pozostała czysta.

CXXX

Omyłki też się zdarzały w ciemnicy,
Z braku latarni lub delikatnego
Gustu; w grubej mgle trudno dojść różnicy
Wieku — a zresztą nie trzeba i tego:
Z pośpiechu błądzi się nawet przy świecy,
Co ma cnotliwą czystość strzec od złego,
Ogółem panien sześć, każda o sześci
Dziesiąt lat, zbyło swej dziewiczej cześci.

CXXXI

Lecz panująca była wstrzemięźliwość;
Więc wywołało to rozczarowanie
Dam, które czuły jakąś kłopotliwość,
Jakiś niedosyt życia w wolnym stanie,
I już gotowe były mieć cierpliwość,
Gdyby Bóg raczył zesłać pokaranie.
W gruncie z niknącą wstydliwością czuły,
Że najlepszy ślub — sabiński, bez stuły.

CXXXII

Słyszano także pomruki w gromadce,
Wdów jeszcze krzepkich, co się kryły w cienie
(Niestare wdowy są jak ptaki w klatce):
„Kiedyż, u licha, zacznie się gwałcenie?…”
Lecz śród rabunku i rzezi, jak w jatce,
Cielesna rozkosz jest w niewielkiej cenie.
Więc czy uciekły przed zniewagą — sądzę,
Że… że uciekły; może jednak błądzę.

CXXXIII

Zwycięzcą został na placu Suwarów,
Godny następca Dżengów i Timura.
Ledwie ucichły działa, a pożarów
Na dachach moszej[541] zakwitła purpura,
Pisał do wielkiej następczyni carów
Depeszę jednym pociągnięciem pióra:
„Bogu, carycy sława. Razem, święty
Boże, imiona te!…) Izmaił wzięty”.

CXXXIV

Wyrazy nie mniej groźne jak płomienny
Napis ów, który Daniel odcyfrował:
Mane i Tekel, zniszczeniem brzemienny.
— Broń Boże, abym tu kaznodziejował.
Co czytał Daniel, to był rozkaz dzienny
Pana; a prorok z grozą nie żartował
I kłamstw nie zmyślał. Poeta, Wolność, HistoriaLecz ten najswobodniej
Składał rym — drugi Nero przy pochodni

CXXXV

Ogniów, pieśń z natchnień wojennej ekstazy.
Dziś jej nie śpiewa nikt, lecz zapomnianą
Nie będzie, bo ja, ja nauczę głazy,
Jak mają walczyć przeciwko tyranom.
Niech świat wie, czyśmy nie mieli odrazy
Do tronów; tę pieśń przyszłym ziemi panom
Przekażę; niech się dowiedzą, co przebył
Ten nasz glob, kiedy jeszcze wolny nie był.

CXXXVI

Nie nam dzień wielki. Wy go dożyjecie;
Ale że w waszym wieku doskonałym
Nikt nie uwierzy, że było na świecie
Tyle zła, więc wam na dowód spisałem.
Oby w niepamięć wpadło! Gdy stulecie
Wasze przeczyta, niechaj tym zdziczałym
Pogardę rzuci, jak dzikim plemionom,
Co się malują — lecz nie krwią czerwoną.

CXXXVII

Gdy wam ktoś będzie prawił o wielkości
Tronu i tego, co go sobą zdobił,
Spojrzycie, jak my na mamuta kości,
Dziwiąc się, co twór taki w świecie robił;
Spojrzycie, jak my na pozostałości
Egiptu, który hieroglify żłobił
Na piramidach, i pytać będziecie:
Do czego służył taki sprzęt na świecie?…

CXXXVIII

Słuchaczu miły! Wypełniłem swoje,
Przynajmniej to, com przyrzekł w pierwszej pieśni.
Miałeś miłości, podróże i boje;
Spisałem wszystko, a z epickiej cieśni
Nie wychodziłem, bo o prawdę stoję,
Toteż nie zmyślam jak moi rówieśni
I poprzednicy. Nieuczenie graję,
Czasem Apollo bandurkę mi daje,

CXXXIX

Na której brząkam, śmieję się i płaczę. —
Co się w przyszłości z bohaterem stanie
Tej wierszowanej zagadki, słuchacze
Wnet się dowiedzą. Teraz rozigranie
Szału uciszę, ukoję kartacze
Na gruzach miasta, bo mam oto w planie
Zrobić Juana oddawcą depeszy
Wodza, którą się Petersburg ucieszy.

CXL

Polecono mu zaszczytne zadanie,
Okazał bowiem odwagę i litość;
Ostatnią lubią nawet chrześcijanie,
Kiedy złożyli piekłu należytość
Złości. — Prócz tego otrzyma uznanie
Za kawalerską swą pieczołowitość,
W czym mu się większa nagroda zawiera.
Niż w zasługowym krzyżu Władymira.

CXLI

Sierotka poszła w świcie protektora;
To był dziś jej dom, ojczyzna, rodzina;
Jej drodzy, tak jak familia Hektora,
Zginęli w szturmie. Dzisiaj już ruina
Tam, gdzie ojcowski jej dworzec stał wczora
Z meczetu nigdy już śpiew muezina
Nie zabrzmi… — Juan łez kilka uronił,
Przysiągł pilnować córki — i pogonił.

Pieśń dziewiąta

I

O Wellingtonie[542] — albo „Villaintonie[543]”!
Sława z dwu imion śpieszy wianek spleść ci.
Francuz nie zdzierżał mierzyć się na bronie,
Lecz kalamburem umiał wielkość zgnieść ci.
On wesół — nawet gdy mu nóż tkwi w łonie…
Pobierasz pensję i doznajesz cześci,
Od wielu wprawdzie nieposzanowanej…
— Ludzkość nie uzna sławy, zawołanej.

II

Pono z Kinnairdem w sprawie Marineta[544]
Podleś się obszedł; lecz nie chcę w plugactwie
Grzebać — gdzieś wyżej leży moja meta..
Toć nie ozdobi grobowca w opactwie
Westminstru; inne znam jeszcze sekreta,
Dobre dla plotek herbacianych w bractwie
Kumoszek; wiek twój wnet już będzie zerem,
Lecz sława młodym jeszcze bohaterem.

III

Żyjesz w Brytanii sercu (i szkatule);
Cała Europa śpieszy ci dziękować,
Że kulasowi naprawiłeś kule
Legitymizmu, gdy zaczął szwankować.
Francuz, Holender, Hiszpan patrzy czule,
Jak umiesz pięknie trony „restaurować”.
Twoim Waterloo cały świat się krzepi.
— Oby pochlebcy wierszowali lepiej!

IV

Jesteś „najlepszy z podrzynaczy”… Nie łaj! —
Wyraz stosowny i z Szekspira wzięty,
Wojna — to koncerz i pada na przełaj
Cnocie, chyba że broni sprawy świętej,
Chcesz-li być sławny ze szlachetnych dzieł… Aj!
Świat to oceni, nie świata regenty.
Pragnąłbym wiedzieć, kto prócz ciebie i twej
Szajki zysk odniósł z Waterloowej bitwy?…

V

Pochlebstw nie gadam. Już cię jak indyka
Spasiono nimi; lubisz je — nie dziwo,
Czy żywot w ciągłej rzezi się zamyka,
Temu się sprzykrzy ludzkich ciał mięsiwo,
I chętniej ody niż satyry łyka.
Chcesz być wielbiony za każdą szczęśliwą
Omyłkę! „Zbawco ludów” — niezbawionych;
„Swobodzicielu” — nieoswobodzonych!

VI

Skończyłem. — Idźże jeść ze złotej miski,
Którą cię cesarz brazylijski darzy,
A bądź litośny i porzuć ogryzki
Szyldwachom, co u bram stoją na straży,
Głodni — bili się — lecz nie dla nich zyski;
Na głód podobno lud się także skarży…
Słuszna, abyś miał swoją część, nie przeczę,
Lecz narodowi daj trochę… człowiecze!

VII

Ganić cię nie chcę. Wyższy nad nagany
Jest taki wielki mąż jak ty, mój Książę!
A Cyncynnata[545] czyn, co to Rzymiany
Wodził, z historią naszą się nie wiąże,
Lubisz kartofle — sercem im oddany
Każdy Irlandczyk; lecz z różnicą tą, że
Pięćset tysięcy dochodu z twych włości,
O… zbyt za wiele. — Mówię to bez złości.

VIII

Wielcy się ludzie nigdy nie bogacą.
Epaminondas[546] Teby oswobodził,
Zmarł, a nie było go pochować za co.
Washingtonowi chór tylko nagrodził
Naokół brzmiącej sławy. Sławny pracą
Ekonomiczną też się nie wyrodził
Pitt. Mądrą ministerialną głową
Darmo zrujnował Anglię finansowo.

IX

Kto karygodniej chwilę stracił, zużyć
Mogąc — nad ciebie i Napoleona?
Twa szabla zdolna była trony zburzyć
I już na wieki być błogosławiona,
A tak, czym zwie ją świat? Mam ci powtórzyć?
Dziś, gdy przycichła gromada spodlona,
Idź, zajrzyj w głodem zniszczone dziedziny,
Słuchaj, co mówi świat — i klnij wawrzyny!

X

Dziś, gdy pieśń moja dział odgłosem huczy,
Trzeba mi prawdę otwartą wyjawić,
Której cię żaden dziennik nie nauczy,
A którą winna raz usłyszeć gawiedź,
Co się krwią naszą i długami tuczy.
Żołdu nie żądam, więc mi wolno prawić,
Co chcę. Zdziałałeś wiele, choć sam mały.
Przez karła zginął olbrzym — z nim świat cały.

XI

ŚmierćŚmierć się uśmiecha. Spojrzyj na te gnaty.
Człowiek upatrzył w nich ową nieznaną
Rzecz, co jak słońce w mrok pogrąża światy,
Aby gdzie indziej nowe stworzyć rano;
Ty płaczesz, ona zaś z każdej się straty
Śmieje. Patrz na tę broń, którą kościaną
Dłonią swą trzyma. Zgrozą włos się jeży,
Kiedy tak zęby z ust bezwargich szczerzy.

XII

Jak to z wszystkiego drwi! A przecież była,
Czym ty dziś jesteś. Od ucha do ucha
Ust nie otwiera wprawdzie, bo straciła
Uszu powłokę; równie też jest głucha,
Ale się śmieje; bo kiedy mogiła
Pozbawi tego drogiego kożucha,
Zwanego skórą, jakiejkolwiek barwy,
Zaraz się uśmiech zjawia — jak spod larwy[547].

XIII

Śmierć się więc śmieje. Smutne to jest śmianie,
Ale już tak jest. — Czemuż się nie godzi
Człek na doczesność, czemu nie przestanie
Marzyć i w nicość bytu nie ugodzi
Śmiechem? Wszakże byt, jak na oceanie
Bańka, jest bańką na wieków powodzi,
Co iskrę chłonie tak jak słońc ogromy,
Lata jak chwile, światy jak atomy.

XIV

„Być — albo nie być? Oto mi pytanie” —
Powiada Szekspir, co jest dzisiaj modny.
Na Hefestiona mnie już dziś nie stanie,
Nie jestem sławy abstrakcyjnej głodny.
Wolę ja swoją strawność w skromnym stanie
Niż cesarskiego[548] raka. Choćbym płodny
Był we zwycięstwa, przynoszące chwałę
Lub wstyd, cóż po nich, gdy zdrowie nietrwałe?

XV

O dura ilia messorum” — „O trzewa[549]
Wytrwałe żeńców”. — Wiersz, czerpan ze zdroju
Mądrości, temu niech służy, co miewa
Często niestrawność, następstwo rozstroju,
Co to w wątrobę cały Styks przelewa.
Majątek lorda wart chłopskiego znoju:
Ten się dla chleba, ów dla złota trudzi,
Lecz kto śpi smacznie, najszczęśliwszy z ludzi.

XVI

„Być albo nie być”. — Nim się na coś zgodzę,
Co „być” oznacza, raczcie mi powiedzieć.
Zbyt rozpuszczamy spekulacji wodze
Myśląc, że widzieć, to jest wszystko wiedzieć
Ja tam na żadną stronę nie przechodzę;
Muszą się naprzód te kwestie zasiedzieć
Nieustalone. Myślę czasem: życie
Jest śmierć — nie sprawa płuc, jak rozumiecie.

XVII

Que sais-je?” „Czy ja wiem?” To było Montaigne'a[550]
Najmilsze motto i akademików.
Że niepewnymi są wszystkie wierzenia,
Najoczywistszy ze wszystkich pewników.
Zaiste wiele dla uspokojenia
Duszy zdziałałaby pewność wyników
Wiedzy. Lecz mało tak o przyrodzeniu[551]
Wiemy — iż wątpię o samym wątpieniu.

XVIII

Miło z Pirronem w rozigrania chwili
Przepływać błędnej spekulacji szlaki,
Lecz co, jeżeli łódka się przechyli?…
Mędrcy, jak wiecie — nietęgie pływaki,
Zresztą pływanie po bezdniach — wysili.
Najlepiej przeto, jeśli byle jaki
Pływak po piasku u brzegu się śliźnie
I ładne muszle zbiera — na mieliźnie.

XIX

„Niebo nad każdym!” — Cassio[552] tak powiada.
GrzechDosyć, módlmy się. Niech każdy pamięta
Wybawić duszę, przeklętą pradziada
Grzechem, co wtrącił ludzi i zwierzęta,
Ptactwo, ryby w grób. „Ptak z dachu nie spada
Bez Opatrzności”. Co winne ptaszęta,
Ja nie wiem; może który siadł na drzewie,
Z tego jabłko smakowało Ewie?…

XX

Bogowie wieczni! Co jest teogonia?
Człecze śmiertelny! Co zwiesz filantropią?
Światy zginione! Co jest kosmogonia? —
Ktoś tam oskarżył mnie o mizantropią.
Co owo słowo znaczy — bij mię w skroń — ja
Nie wiem ani też zgadnę. Likantropią
Jeszcze — pojmuję. Choć bez przekształcenia
Człowiek się w wilka lada kiedy zmienia.

XXI

Jam się obchodził z ludźmi najżyczliwiej,
Talk jak Melanchton[553] albo Mojżesz, którzy
Nie byli nigdy rozmyślnie złośliwi.
A gdy krew żywą uczucie podburzy
We mnie lub nerwy, to wnet pobłażliwiej
Sądzę i gniew mój sam sobą się nuży,
Przecz[554] mizantropem mnie zwą? Chyba przez to,
Że mnie nie cierpią, nie ja ich. — Lecz metą

XXII

Naszą miała być stolica. To moje
Poema zda mi się dobre w strukturze
I treści, lecz że jeszcze dziś oboje
Niezrozumiane, szczęścia mu nie wróżę;
Prawda odzyska z czasem prawa swoje
I ukaże się w pysznej pozyturze,
Zwycięska; ale nim zapory pękną,
Sam poniewierkę jej czuję i piękno.

XXIII

Mój heros — a i wasz sądzę — z ukropów
Walki pośpieszał ku bramie stołecznej
Nieśmiertelnego Piotra gładkich chłopów.
(Lud to nie tyle sprytny jak waleczny).
Na kraj ów spada pochlebstwo ze stropów
Nawet fernejskich i to mnie w serdeczny
Pogrąża smutek. Jestem autokratą,
Nie dzikim wprawdzie, lecz surowym za to.

XXIV

I będę rąbał słowem — gdy los zdarzy,
Czynem — tych wszystkich, których spotkam w walce —
Z prawdą. Najohydniejsi z adwersarzy
Prawdy są u mnie tyrani i chwalce.
Nie wiem, kto wygra; lecz chociażbym w twarzy
Przyszłości czytał, to podnoszę palce
Przysięgą: zawszem nienawidzić gotów,
W jakim bądź kraju i czasie — despotów.

XXV

Bynajmniej nie chcę tym ludowi kadzić.
Prócz mnie jest jeszcze niedowiarków wiele
I demagogów, co wszystkie chcą zgładzić
Dzwonnice, swoje stawiając na czele.
Czy ich sceptycyzm ma piekłu sprowadzić
Radość, jak w rzymskim głoszono kościele,
Nie wiem. Ja czekam wyzwolenia świata
Z wielkich ucisków ciemnoty i bata.

XXVI

Wynik stąd taki, że gdy nie należę
Do żadnej partii, wszystkie zrażam. Co tam!
Mogę przynajmniej mówić śmiało, szczerze
Ni się jak marny proch z wiatrem nie miotam.
Kto do wygrania nic nie ma, nie bierze
Kości do ręki. Ja ludzi nie motam,
Sam wolny; trzymam się też zawsze z dala
Od ludzi z głosem służalczym szakala.

XXVII

Ta metafora stanie w lepszych rzędzie.
Słyszałem kiedyś na Efezu strupie.
Ich nocne wycie. Tak żołdactwo wszędzie
W niskich usługach siły — węszy trupie
Ścierwo, które pan, nie ono posiędzie.
Jak bądź, szakale są jeszcze niegłupie
Sługi lwów; większym przejmuje mię wstrętem
Człowiek, pająków co jest intendentem.

XXVIII

Raz podnieść ramię, a ta sieć krzyżowa
Pryśnie, zaś bez niej już jady i szpony
Niezdolne szkodzić. Rozważ moje słowa,
Ludu lub raczej ludy; czas stracony
To śmierć, bo coraz szerzej siatkę snowa
Krzyżak. Więc razem naprzód, do obrony!
Dziś tylko pszczoła attycka i mucha
Hiszpańska dźwięku trąb rokoszan słucha. —

XXIX

Don Juan w chwale, wyniesionej z ryku
Armat i rusznic, odnosił depeszę,
W której mówiono o krwi jak o mleku.
Tam trupy leżą jak słoma na strzesze,
Niby pokosy leżą — szyk na szyku.
WojnaLudy stoczyły bitwę ku uciesze
Carowej; dla niej to był bój koguci —
Jej kogut właśnie z triumfem powróci.

XXX

Juan gnał, zgięty we wnętrzu kibitki
(Przeklęcie ciasny wózek bez resorów,
Gorszy, niż nasze dzisiaj mają Żydki);
Myślał o sławie, o przepychu dworów,
Czynach swych śród krwi, w której brnął po łydki,
Życzył, by koń miał, jak Pegaz, u szorów
Skrzydła — przynajmniej by wóz miał siedzenie
Mniej twarde i mniej stukał o kamienie.

XXXI

Z każdym podskokiem — a było ich dużo —
W wylękłej branki patrzał oczu dwoje,
Strapiony, że ją zamęczy podróżą
Na podłych drogach, gdzie głazy, wyboje…
Nie dziw: Natura ma nad nimi stróżą,
Co kamieniarzem nie jest i ma swoje
Drogi za dobre, swobodne dzierżawy
Boga: pastwiska, lasy, rzeki, stawy.

XXXII

Czynszu nie płaci do niczyjej kasy
I może zwać się: „bogiem naszej ery”,
Wielkim dzierżawcą. Dziś mało z tej rasy
Zostało; spadły państwowe papiery,
Wielcy też spadli nisko… ciężkie czasy!
Dzierżawcy z piekieł nie wyrwą Cerery[555]:
Jak Bonaparte legła… To przeraża,
Nieprawdaż? — z owsem porównać cesarza!

XXXIII

Juan obracał wzrok na piękne dziecię,
Które ocalił i zabrał w zdobyczy. —
Wy, co posągi ludzką krwią lepicie,
Jak na niestrawność chory rozbójniczy
Nadir[556], co zniszczył Indie i by życie
Mogoła w nędznej podtrzymać goryczy,
Posłał mu kawy filiżankę — zdzierca!
Sam pasł się krótko — zakłuł go morderca.

XXXIV

Wy, ty, on, ona, pomnijcie: kto drobne
Życie ocalił, zwłaszcza takie śliczne,
Zachowa o tym wspomnienie dogrobne,
Milsze niż wstęgi i wawrzyny liczne,
Z ludzkiego kału wzrosłe; Sławachociaż zdobne
Chwałą, chociaż je lutnie pindaryczne
Wysławią, jeśli serce nie przydawa
Harmonii, kocią muzyką jest sława.

XXXV

O ty, autorów stujęzycznych zgrajo!
O wy, codziennych pism płatne pisarki,
Których gadania nas pouczać mają!
Wy, co twierdzicie, kupieni podarki[557]
Rządu, że długi nas nie zabijają,
Albo też, dworskie wylizując garki,
Podłym językiem szukacie dochodu,
Pisząc o klęsce krajowego głodu!

XXXVI

O autorowie wielcy!… Cóż to chciałem
Powiedzieć — ach, ach, zapomniałem w gniewie
(Wada ta bywa i mędrców udziałem);
Oto pragnąłem przygasić zarzewie
Buntu w ojczyźnie, ale choć z zapałem
Mówiłbym, głupi, co korzystne, nie wie;
Więc to mnie jedno od żalu uchowa…
Szkoda, bo rada była bardzo zdrowa.

XXXVII

Co tam! Znajdzie się jej kształt odkopany,
Jak inne światów poprzednich wywłoki,
Gdy nasz glob będzie zmarły, pogrzebany,
Skruszony, zbity na obadwa boki
I uprażony, i przenicowany,
Tak jak każdy świat poprzedniej epoki,
Co wstał z chaosu, wrócił do chaosu. —
„I my doznamy podobnego losu” —

XXXVIII

Powiada Cuvier. PamięćNowe pokolenia
Obaczą z ruin wstający świat stary
I jakieś, dobywające się z cienia,
Mistyczne istot zaginionych mary,
Jak te, które dziś tradycja wymienia,
Olbrzymy, straszne Tytany, poczwary,
Wysokie sto stóp, jeśli już nie milę,
Mamuty, smoki, ptako-krokodyle.

XXXIX

Ach! Gdy się Jerzy IV z nich wyłoni!
Jakże się ludzie będą dziwowali,
Czym się zwierz taki duży żywił. Oni
Sami naówczas będą bardzo mali.
Za często rodząc, świat wreszcie poroni
Karły — w tym stopniu pójdzie coraz dalej,
Materia bowiem utraci na sile.
Kondycja ludzka Człowiek robakiem jest w globów mogile.

XL

Te młode ludy, wygnane na nowo
Z nowego raju, będą zagrożony
Byt ręką bronić musiały i głową;
Siać, żąć, mleć, pługi zaciągać i brony,
Aż się znów sztuki wyrobią stopniowo,
Zwłaszcza podatki i wojny. Jak ony
Z dziwem na każdy patrzeć będą szczątek,
W jakimś muzeum spleśniałych pamiątek.

XLI

W metafizykę popadam — źle będzie!
„Czas wyszedł z karbów swoich”, a ja za nim.
Nie hamuję się w dydaktycznym pędzie,
Miast bawić — nudzę was moim gderaniem,
Tworzę bezwiednie; myśl się z myśli przędzie,
I to nazywam „poetyzowaniem”.
Nie kalkuluję jak myślący zdrowo
Ludzie, gdzie rzucić jaki zwrot lub słowo.

XLII

Błąkam się, myśli mimochodem łapię,
Zrzędzę, gawędzę i tak czas się dłuży.
PodróżJuan więc pędzi. Trójka koni chrapie,
Po pustym stepie huczą na kształt burzy.
Lecz nie chcę stawać przy każdym etapie;
Mamy już tyle opisów podróży!
Wyobraź sobie, że już jest w stolicy,
Jedzie po śniegiem bielonej ulicy.

XLIII

Przedstaw go sobie w szkarłatnym mundurze,
Z czarnym wyłogiem, z puszkiem białej kitki
Na kapeluszu, dmącej się jak w burzę
Żagiel; tak wchodzi w cesarskie przybytki.
Spodnie z żółtego kaszmiru, papuże,
W białą pończochę ustrojone łydki,
Nie pomarszczoną, gładką jak śmietana —
Jedwab podnosi wdzięk łydek młodziana.

XLIV

Z pirogiem w ręku, szpadką u goleni,
Świetny młodością, sławą — a i krawca
Sztuką (Brzydotę na piękność zamieni
Cięciem swych nożyc ten kalectw naprawca;
Natura wobec sztuki się rumieni.
Szkoda, że sztuka skuwa jak oprawca
W dyby). — Kto ujrzy mego bohatera,
Pomyśli: Eros zmienion w kanoniera.

XLV

Przepaska bożka stała się krawatem,
Ulotne skrzydła przeszły w epolety;
Więc kołczan skurczył się w pochwę, a za tym
Strzałki w miecz przeszły ostry jak lancety;
Zdradny łuk stał się pirogiem rogatym,
A on sam — prosto Eros; więc kobiety
Mogły się zmylić; nawet Psyche skora
Byłaby wziąć go błędnie za Amora.

XLVI

Słupieje z dziwu dwór, szepcą frajliny[558],
Ona uśmiecha się; czoło fałduje
Wielki faworyt (kto był tej godziny
Tym dostojnikiem, gdyż wielu wstępuje,
A potem spada ze stromej wyżyny,
Odkąd carowa sama tron piastuje
Piotrowy — nie wiem; każdy — chłop ogromny;
Patagon przy nich to chudziaszek skromny).

XLVII

Juan, przeciwnie, był smukły i drobny,
Zarost mu gładkiej twarzy nie ubierał;
Lecz zdał się cały tak w siły zasobny,
A zwłaszcza w oku tak się duch rozpierał,
Że choć był tylko szczupły, a nadobny
Jak Seraf, przez mdłe[559] ciało mąż przezierał;
Zresztą kobiety lubią w gachach zmiany.
— Ostatni tylko co był pogrzebany…

XLVIII

Przeląkł się tedy Jermołów, Momonów
I Zubów — resztę odsunę na stronę —
Że w sercu, które na miłość milionów
Wiernopoddańczych było otworzone,
Znów płomień buchnął; myśl, co na kształt dzwonów
Wstrząsnąć zdołała zaniepokojone
Serce człowieka, który w borealnej[560]
Tej ziemi urząd dzierżył „oficjalny”.

XLIX

Chcecie-li wiedzieć, jaka się w tym słowie
Dyplomatycznym treść tajemna mieści?
Proście, niech markiz Londonderry powie
Orację; z mowy, co jak liść szeleści
Skłębiony, z dźwięków próżnych jak pustkowie,
Których lud słucha, choć nie pojmie treści,
Może wyłuska kto mądry niemądrą
Łupinę i z niej marne wyjmie jądro…

L

Lecz sądzę, że się wytłumaczę gładko,
Choć nie wykradnę głosu tej gadzinie,
Sfinksowi, co to w słowach jest zagadką,
Ale ją za to rozwiązuje w czynie,
Poczwarze, co jest piramid sąsiadką,
Rynnie, przez którą krew i woda płynie:
Castlereaghowi. — Tu dla zmiany wplotę
Krótką i bardzo lekką anegdotę:

LI

Angielska dama raz Włoszkę zagadnie,
Jaki jest czynny obowiązek owej
Istoty, co tak czule i przykładnie
Koło zamężnej krąży białogłowy
I cicisbeo[561] zwie się i tak snadnie[562],
Jako Pigmalion ożywiać gotowy
Posągi. — Gdy tak przemówiła do niej,
Włoszka odrzekła: „Zgadnąć nikt nie broni”.

LII

I ja zgadywać najmniej wam nie bronię,
O pobłażliwe prosząc tłumaczenie
Skwapliwych usług świadczonych koronie.
Była to jedna z posad, wyższa w cenie,
Niżeli w randze; zabiegali o nią
Najwyżsi; toteż zaniepokojenie
Zbudził młodzika atak do fortecy;
Aż dotąd brał ją, kto miał tęższe plecy.

LIII

Juan, jak rzekłem, był chłopiec przystojny
I wcale jeszcze nie stracił wyglądu
Parysowego[563] (mimo niespokojny
Żywot, przygody i z morza, i z lądu),
Co spowodował upadek dostojnej
Troi, a potem utworzenie sądu
Dla spraw małżeńskich. Rozwód, państwo moi,
Jest taki stary jak wieżyce Troi.

LIV

A Katarzyna, pani wszystkolubna,
Co po nielubym małżonku lubiła
(Rzecz zdaniem niewiast delikatnych zgubna)
Zwłaszcza gigantów — przecież w sercu kryła
Czulsze uczucia; żywota jej chlubna
Karta — to Łanskoj; łez po nim roniła
Prawdziwych całe zdroje i cysterny,
Jakkolwiek był zeń grenadyjer mierny.

LV

SeksO teterrima causa wszystkiej belli[564],
Bramo tajemna śmierci i żywota,
W której tak zginiem, jak my się poczęli! —
Warto obaczyć duszę, gdy się miota
W twojej wieczystej, prześwieżej kąpieli…
Jak człowiek upadł — nie wiem, bo niecnota
Wąż zerwał jabłko z drzewa „wiadomości”.
Dziś stałym trybem dzieje się najprościej.

LVI

Zwą cię „najgorszą wszech wojen przyczyną”,
Ja cię najlepszą zwę. W wiecznej podróży
Ludy wychodzą z ciebie, w tobie giną.
Czemu cię nie ma wezwać człek, gdy burzy
Miasta i światy, skoro ledwie miną,
Ty znów napełniasz świat mały i duży.
Bez ciebie wszystek ruch, jak zegar, stanie,
Ty suchych lądów życia oceanie!

LVII

Carowa, która cała była wielką
Treścią tych przyczyn wojny i przymierza
(Miłość — jest wszystkich rzeczy rodzicielką),
Ucieszyła się ujrzawszy rycerza
Z takim błyszczącym okiem i szabelką.
Wiktoria[565] wiała jemu od pancerza,
A kiedy ukląkł, to wpatrzona cała
W dziwo, treść pisma zbadać zapomniała.

LVIII

Uprzytomniwszy, że jest cesarzową,
Co nie niweczy natury niewieściej
(Kobietą była w trzech czwartych), woskową
Pieczęć rozdarła. Dwór szmerem szeleści.
Dwór pojmie każdy ruch, spojrzenie, słowo;
Aż im królewska pogoda obwieści
Pokój na cały dzień. Twarz jej przytłusta,
Lecz pańska; piękne oczy, wdzięczne usta.

LIX

Radość! — bo naprzód: spełnione zamysły,
Gród wzięty, trupów tysięcy trzydzieści.
Chwała i triumf na twarz jej wytrysły
Jak słońce, kiedy ziemi dzień obwieści.
Ambicja duszę nasyca przez zmysły
Jak deszcz, gdy wargi puszcz spieczonych pieści
Wilgocią — próżno! — Sahara wypije
Chmurę, ambicja krwią swe ręce myje.

LX

Druga uciecha nosi milsze znamię:
Śmieje się w myśli, że dzik wiersze pisze
I w jednym krótkim, ciemnym epigramie
Tysiące chowa jak w grobową niszę.
A trzecia czysto kobieca, więc ta mnie
Trochę ugłaska i krew ukołysze
Wzburzoną na myśl, że król wojną szczuje
Na ludzi, wódz żga, a potem błaznuje.

LXI

Dwie pierwsze zwykłą drogą przebieżały
Z oczu na usta, i wnet się też oczy
Całego dworu błogo roześmiały
Jak zwiędłe kwiaty, kiedy je deszcz zmoczy,
Aż gdy spojrzała na zwiastuna chwały,
(A na młodzieńców nigdy się nie boczy,
Widzi ich chętnie jak depesze świeże),
Uśmiechnęła się; dwór uszyma strzyże.

LXII

Choć zbyt rozkwitła, pulchna i zażyła,
Groźna, kiedy zła, za to w pokojowych
Chwilach wspaniała postać, zwłaszcza miła
Ciał wielbicielom dojrzałych, rasowych.
Lecz taka, gdy raz komu powierzyła
Kapitał, każe się z kupidynowych
Weksli na termin sumiennie rachować,
Nie pozwalając nigdy dyskontować.

LXIII

Chociaż w miłości folga — rzecz wygodna,
Tu się obeszło bez folg i przestanków;
Carowa była luba i łagodna,
Dobra jak dla swych pasterka baranków.
Gdy wartość pozna czyjąś, już mu miodna
Ambrozja ciecze nieustannie z dzbanków
Szczęścia; choć robi wdowami narody,
Nie jest jej wstrętny sam mąż, zwłaszcza młody.

LXIV

KobietaMężczyzna — dziwny to twór; białogłowa
Jeszcze dziwniejszy. Jej głowa: powietrzna
Trąba, a reszta: głęboka, wirowa
Otchłań, zdradliwa, wabna, niebezpieczna.
Dziewka, mężatka, matka albo wdowa,
Zawszę ta sama — jak wiatr niestateczna,
Inaczej pragnie, a inaczej działa;
Rzecz zawsze nowa, choć tak przestarzała!

LXV

Och! Katarzyno, ach! (myślałem dwa dni
Nad wykrzyknikiem, wreszcie uczuć wzdęcie
Stworzyło och! ach!) Jak to trudno składni
Dopatrzyć w myśli człowieczych odmęcie.
Lecz twoje na trzy podzielić najskładniej:
Najprzód cię bawi Izmaiłu wzięcie,
Po drugie: dzielne rycerstwo cię cieszy,
Po trzecie: piękny oddawca depeszy.

LXVI

Szekspir powiada, jak poseł Merkury
Leciał ku „niebo całującej górze”.
Podobny obraz mglił się w mózgu córy
Książąt, gdy przed nią kląkł ten żak w purpurze.
Ciężko jest wspinać się na Babie Góry,
„Wspinanie” może odbić się na skórze,
W tym szkopuł; jednak przy zdrowiu kwitnącym
Każdy jest całus „niebo całującym”.

LXVII

On spojrzał w górę, a z góry carowa
I rozkochali się; ona w tej twarzy,
W tym wdzięku i w tym „czymś”. — Kupidynowa
Czara z miejsca cię, jak ogień, rozparzy
I rychlej po niej zawróci się głowa
Niż po butelce najtęższych aliaży[566].
Wiadomo: oczu rozkochanych dwoje
Prócz łez wysuszą wszystkie życia zdroje. —

LXVIII

MiłośćJego też tknęła miłość; jeśli nie ta
Wzniosła, to niemniej silna — miłość własna,
Która powstaje, gdy jaka kobieta
Wyższa: śpiewaczka, tancerka lub jasna
Pani, nowego sezonu kometa,
Raczy się zniżyć i choć chwilę nas na
Szczęśliwców zmienia, dowodząc tym czynem,
Że górujemy czymś nad prostym gminem.

LXIX

Młodość, PożądanieJuan był właśnie w tej szczęśliwej porze
Życia, kiedy się nie żąda metryki
Od dam, odważnie, jak Daniel w lwiej norze,
Wystawia czoło zachciankom podwiki
I chce się słońce swe w najbliższe morze
Zatopić, aby żar ochłodzić dziki,
Jak Febus[567], który co wieczora tonie
W przesolonego Oceanu łonie.

LXX

Lecz Katarzyna (kłamać nie mam celu),
Choć sangwiniczna, była z tych ziemianek,
Których namiętna chuć nie jest bez wielu
Powabów. Królem jest dla nich kochanek,
Według jednego skrojony modelu
Mąż, bez pierścionka i innych cacanek,
Co najprzykrzejszą są przyprawą stadła.
Słowem — owoce bez łupiny jadła.

LXXI

Dodaj wiek, w którym najmocniej igrają
Żądze płci; oczy niebieskie czy szare.
Ostatnie, jeśli duszą przeświecają,
To najpiękniejsze oczy — na mą wiarę.
Maria ze Szkocji, Napoleon dają
Takiej piękności świadectwo i miarę.
Co o Palladzie[568] piszą tak szeroko,
Kłamstwo; za mądra, by być „modrooką”.

LXXII

Pełność form, uśmiech i te powłóczyste
Oczy, królewska słodycz, pańska mina,
Intencje w jego wyborze snadź czyste,
Boć rozroślejszych przekłada dziewczyna
Nawet; te wdzięki jak owoc soczyste,
Że się już więcej nad to nie wspomina,
Każda z tych zalet, jeśli już na sumę
Nie patrzał, mogły wzbić młodzika w dumę.

LXXIII

A mogły wzbić go. Miłość jest próżnością
I samolubstwem w poczęciu i skonie,
Wyjąwszy, gdy jest szałem i pięknością.
Da się ogarnąć tym ogniem, co płonie
Jak wulkan i jest marą i nicością,
Ale namiętność spali i pochłonie.
Dlatego słusznie w filozofii Greków
Miłość jest źródłem i macierzą wieków.

LXXIV

Obok miłości platońskiej, miłości
Boga, kochanki, a z faktów porządku
Małżonki (tu rym przypada na „mdłości”…
Rym to flis, który wbrew prądom rozsądku
Płynie; rozsądek nie zawsze tam gości,
Gdzie rymy dźwięczą, bo nic bez wyjątku),
Więc obok uczuć, zwanych mianem ścisłem
Miłości, są też rzeczy zwane: zmysłem.

LXXV

To serc pukanie, ta chęć wyskoczenia
Ze skóry, aby prędzej do swej miłej
Zlecieć bogini (już to bez wątpienia
Wszystkie kobiety nimi są — lub były);
Ciekawe chwile febrycznego drżenia,
Co drogę tęsknych pragnień wymościły;
Jak dziwny sposób ten i jak jedyny
Zamykania dusz w formie z nędznej gliny.

LXXVI

MiłośćNajzacniejsza jest miłość platoniczna;
Tą się zaczyna zwykle albo kończy;
Tuż za nią idzie miłość kanoniczna,
Zwana tak, bo ją ksiądz nosi w opończy.
A trzecia bardzo miła i praktyczna
(U nas zwyczajna), co pod jedną łączy
Chorągwią — gacha[569] z mężem weteranem.
Małżeństwo wtedy zwie się „parawanem”.

LXXVII

Analizować nie chcę; powieść zwróci
Wypadki na tor; damę mą rozgrzałem,
Już Juan tkwi w jej miłości — czy chuci,
Nie lubię kreślić, co raz napisałem;
Zresztą to siostry; gdy się jedna rzuci,
Zaraz i druga zawładnie nad ciałem,
A w rzeczach owych ta cesarska wdowa
Była jak pierwsza lepsza pokojowa.

LXXVIII

Nagle dwór cały w jeden szmer się wzburzy;
Wszędy się usta zbliżają ku uszom,
Starszym się damom każda zmarszczka wzdłuży,
Że na bezbożność taką patrzeć muszą.
Z młodszych — do jednej druga oczy mruży,
Panny się śmiechem wstrzymywanym duszą;
A za to groźna iskra się zapala
Śród armii, w oczach każdego rywala.

LXXIX

Więc poseł posła, więc konsul konsula
Pytają, jak się zwie chłopię młodziutkie,
Co za dni kilka zajmie miejsce króla
(Doprawdy prędko — choć życie jest krótkie).
Już widzą, jak się kochanka rozczula,
Sypie pieniążki złote, okrąglutkie,
Coraz to więcej i coraz to więcej,
Nagrody, wstęgi, dusz parę tysięcy.

LXXX

A nasza pani była szczodra. Damy
Lubią nagradzać. Miłość — ta odźwierna
Serca, co liczne ma, jak wiecie, bramy,
Bo to jest buda mała, lecz obszerna —
Miłość (i ona nie bywa bez plamy,
Niech Klitemnestra[570] świadczy, ta niewierna
Mężobójczyni… choć myśląc spokojnie,
Lepiej raz zabić niż żyć w ciągłej wojnie) —

LXXXI

Miłość tu w ręce niosła kieskę złota,
Nie jak u naszej półczystej Elżusi,
Co przez oszczędność zbawiała żywota
Swych ulubieńców, jeżeli nie kusi
Prawdy historia, wielki łgarz. Zgryzota
Miała ją zabić po Essexie. Musi
Wstrętnym się wydać gruchań rodzaj nowy,
Niegodny i płci, i stanu królowej. —

LXXXII

Gdy po recepcji z wysokich parnasów
Carskich dwór się jął do wyjścia gotować,
Posłowie z wdziękiem obleśnych grymasów
Biegli zwycięzcy kłaniać i winszować.
Słyszano także szelesty atłasów
Grzecznych dam, które lubią spekulować
I coś zarobić na cudzej piękności,
Gdy ta do pańskiej łaski drogę mości.

LXXXIII

Don Juan, biegiem zdarzeń postawiony
Na powszechnego dziwu piedestale,
Wdzięcznym ukłonem odpłacał ukłony,
Niby minister: grzecznie, a niedbale.
Gładki sklep[571] czoła nosił naznaczony
Szlachectwem; zawsze skromny, mówił wcale[572]
Mało, lecz mądrze i jak pod sztandarem,
Stał pod tym głowę mu wieńczącym czarem.

LXXXIV

Na rozkaz samej cesarzowej skorzy
Dworzanie biorą perłę lowelasów
Pod skrzydła. Cały dwór gnie się i korzy
(Jak się to gwiazdom zdarza różnych czasów,
Co niechaj młody w serce sobie wdroży).
Potem zabrała go panna Protasów,
Zwana mistycznym mianem „Epruweska[573]”.
— Nie zrozumie go pończoszka niebieska.

LXXXV

Poszła z nim spełnić swe obowiązkowe
Czynności. Pójdę i ja. Słychać kury
Piejące, mdleją skrzydła pegazowe.
Doszliśmy „niebo całującej góry”,
A tak wysoko, że zawrót na głowę
Pada, a w oczach ćmi się obłok bury.
Jest to dla mózgu i dla nerwów sygnał,
Bym gdzieś na paszę hipogryfa wygnał.

Pieśń dziesiąta

I

JabłkoGdy Newton widział jabłko spadające
Z drzewa, ockniony z swojej kontemplacji
Znalazł, czego się ludzkiej przez tysiące
Lat nie udało znaleźć kalkulacji,
Prawdę, że ziemia to jest wirujące
Ciało powszechnej prawem grawitacji.
I to jedyny był w świecie przypadek,
Że człeka wzniosły: jabłko i upadek.

II

Przez jabłko runął człek, przez jabłko wstaje
(Jeżeli runął); a uważać trzeba,
Że Postępsposób, jakim Newton wstąpił w kraje
Stopą nie tkniętych kołowrotów nieba,
Ludzkiej bezsile odwagi dodaje.
Odtąd płodna jest wynalazków gleba,
Człowiek maszyny nowe ciągle kleci
I wkrótce parą do księżyca wzleci.

III

Lecz na co wstęp ten? — Ot, w lej chwili właśnie,
Kiedym me gęsie pióro temperował,
W piersi mi nagle ogień błysnął jaśnie.
Duch mój podskoczył i przekoziołkował.
A choć mój geniusz przy sztukmistrzu gaśnie,
Co szkłem pogląda na niebieski pował
Albo co parą wiatrom w oczy płynie,
Chcę sztuk tych użyć w poezji dziedzinie.

IV

Wiatrowi w oczy pływałem i pływam,
Co do gwiazd — słaba zbyt moja luneta.
Na wodach dotąd nie znanych przebywam,
Chcę stracić z oczu ląd, bo moja meta
Jest wieczność. Wiatry i burze wyzywam,
Chociaż na kruchej łódce; wiem, że mnie ta
Łódka nie zdradzi; pójdzie przez odmęty,
Gdzie już ginęli ludzie i okręty.

V

Żyje don Juan w różowej poświacie
Cesarskiej łaski… nie zaś w czerwoności
Wstydu. Muzy me (mam w swoim warsztacie
Muz kilka) nie śmią w panieńskiej skromności
Stawać na zwiadach w sypialnej komnacie.
Szczęście ogląda chłopaka w krzepkości,
W użyciu bogactw i tej rzeczy słodkiej,
Która uciesze czasem przytnie lotki.

VI

Lecz nie na długo. Odrosną za chwilę.
„Ach! Gdybym — rzecze Dawid — lot gołębi
Miał, aby wzlecieć i odpocząć mile!”
Kto wspomni młodość, gdy mu starość zziębi
Krew, piersi w suchy liść, nogi w badyle
Przejdą, a tępy wzrok, dawniej jastrzębi,
Mało już dojrzy — nie wolałby wzdychać
Z synem niżeli z dziadem astmą dychać?…

VII

Ale westchnienia mrą… Nawet u wdowy
Zdrój łez wysycha niby w lecie Arno[574].
Zimą się toczył w łożu ciężki, płowy,
A dziś już skarlał, stał się rzeczką marną.
Patrz! W dni niewiele jaki widok nowy! —
Sądzisz, że smutek jest zawsze ciężarną
Glebą? — tak; tylko sieje na nim (to racz
Zważyć) uciechę ciągle nowy oracz.

VIII

I przyjdzie kaszel, gdy westchnienia miną,
Czasem, nim miną, albowiem nierzadko
Jedno przy drugim jawią się gościną,
Jeszcze nim twarz się bruzd pomarszczy siatką,
Jeszcze przed życia dziesiątą godziną.
Rumieniec chory twarz przystroi gładką,
Piękną, jakby się nie składała z mięśni!
Kochają, wierzą, umierają… szczęśni.

IX

Juan nie myślał umierać tak wcześnie;
Oto w ognisku stoi takiej chwały,
Jaką dać może tylko księżyc we śnie
Lub dam fantazja… więc może nietrwałej?…
Lecz któż na lube będzie sarkał wrześnie,
Że po nich grudzień przyjdzie oszedziały[575]?
Niechaj promienie raczej zgarnia ciepłe,
By nimi ogrzać zimy dni zakrzepłe.

X

Juan zalety miał, które w młodzieży
Lepiej niż dziewczę — kobieta ocenia;
Bo kwoczka, która ledwo się wypierzy,
Zna miłość z książek jeno lub z widzenia
Sennego (powód w wyobraźni leży:
W takim śnie niebo rozkosz wypromienia);
Słońcem wiek kobiet liczą; między nami
Ja bym je wolał liczyć księżycami.

XI

Czemu? Bo księżyc zmienny i wstydliwy,
Ta jest przyczyna… o! Wiem, że odgadnie
W mych słowach jaki człowiek podejrzliwy
Myśl nieprzystojną — zgadywać nieładnie.
„Z ujmą godności i smaku”. Życzliwy
Dziś Jeffrey tymi słowy mnie szkaradnie
Złajał; przebaczam mu; on sam, jak tuszę[576],
Sobie przebaczy — co do mnie, ja muszę.

XII

Gdy na przyjaciół wrogowie się starzy
Zmieniają, honor już każe wytrzymać,
I gardzę takim, w którym znów przeważy
Nienawiść i złość zacznie się w nim wzdymać,
Nienawiść brzydka, jak pokrzywa, parzy,
Wyciąga wiechy, by serce poimać.
W złych się przyjaciół stara miłość zmieni
I nowa żona — baczcie, nawróceni!

XIII

Takie odstępstwo pomiędzy wszystkiemi
Najgorsze; nawet Southey[577], łgarz po trzewa,
Już się nie złączy z „reformowanemi”,
Odkąd wszedł w wieńcu do dworskiego chlewa.
Zacny, czy w Chinach, czy w italskiej ziemi,
Czy gdzie Missouri, czy gdzie płynie Newa,
Wiatrom się nosić jak piórko nie daje,
Nie nienawidzi, choć kochać przestaje.

XIV

Prawnik i krytyk ciemne życia śledzą
Plamy, badają piśmiennictwa pole.
Odkryją wszystko, wiele nie powiedzą,
Ci wymiatacze śmieci na padole
Płaczu. Nad czym się prości ludzie biedzą,
Prawnik to kładzie na sekcyjnym stole,
Nożem wywodu sięga aż do brzucha,
Tłumacząc proces wszystkich działań ducha.

XV

PrawnikKominiarzem jest moralnym jurysta
I to przyczyna, czemu taki brudny,
Że nie pomoże już koszula czysta,
Bo brud zasiadły do wymycia trudny;
Sadza się wpija. Na prawników trzysta
Ledwie dziesiąty jest moralnie schludny.
Ciebie nie tyczy, luby, ta przywara.
Ty nosisz szkocki płaszcz z gestem Cezara,

XVI

Dawne urazy nasze — zwłaszcza moje —
Jeffreyu, gdym ci wiersze młodociane
Słał na krytykę i kiedyśmy boje
Wiedli ze sobą jak łątki[578] drewniane,
Minęły. Święć się, wieku młody! Twoje
Oblicze nawet dotąd mi nie znane;
Może nie będzie nigdy! Więc wyjawię
Głośno, żeś zacnie działał w owej sprawie.

XVII

A kiedy wołam: „Święć się, wieku młody”,
To nie do ciebie — z żalem mówię o tem.
W waszej stolicy dumnej piłbym miody
Słodkie jedynie z tobą i ze Scottem.
Pomnę… wiek marzeń, pogody, swobody…
Nie chcę tu jaśnieć poetyckim lotem;
Wszak jestem sam Szkot z rodu, wychowania,
Więc się ku głowie mojej serce słania.

XVIII

„Wiek młody” — to jest Szkocja, szkockie gunie[579],
Pledy, niebieskie góry, rzeki czyste:
Dee, Don i czarny owy most w Balgounie,
Rojenia dziecka, zagrody ojczyste.
We snach je widzę… w grobowym całunie
Jak dzieci Banka[580]. Smutne, powłóczyste
Krążą koło mnie widzeń korowody,
Może to śmieszność?… Święć się, „wieku młody”

XIX

Jeżeli w czasie młodzieńczych polotów,
Gniewny, natchniony, jak żak kędzierzawy,
Ostrym dowcipem obrażałem Szkotów,
Który był czasem bolesny i krwawy:
To któż spróbować nie chce swoich grotów
Mocy, w młodości porywczej i żwawej?
Drasnąłem czasem, lecz nie zabijałem.
Ziemię „rzek i gór” kocham, jak kochałem.

XX

Juan realny czy też idealny
(To wszystko jedno; wszakże myśl zostaje,
Choć sam myśliciel przestał być realny
I ma byt własny. Duch się nie poddaje
Śmierci i toczy z cielesnością walny
Bój. Straszno jednak zapuścić myśl w kraje
Zaśmiertne; człowiek się spoci, zadyszy,
A co za śmiercią — nigdy nie usłyszy),

XXI

Juan w gładkiego przeszedł Wielkorusa.
Jak się to stało, dlaczego — nie powiem.
Młodzieńców każda pociągnie pokusa,
A cóż dopiero, kiedy jest wezgłowiem
Tronu! Więc nie dziw, że Juan dał susa
Chwytając; ani się zawiódł, albowiem
Bale, pieniądze i schadzki miłosne
Lody zmieniły w raj, a zimę w wiosnę.

XXII

Łaskawa była carowej opieka,
A choć podołać służbie było ciężko,
Jednakże krzepkość młodego człowieka
Wychodzi z takich opałów zwycięsko.
Juan wybujał w górę jak smereka,
Mistrz w rycerskości, miłości, co męską
Dzielność nagradza. Po niej już wiek stary
Woli nad wszystko ruble i talary.

XXIII

Co łatwo było przewidzieć, wciągnięty
Zgubnym przykładem nieroztropnej młodzi,
Rzucił się Juan w upojeń odmęty.
Smutny to objaw, bo nie tylko szkodzi
Świeżości uczuć oraz w nich poczętej
Dobroci serca, ale jeszcze rodzi
Grzech samolubstwa, co człeka zaślepia
I duszę niby skorupą osklepia.

XXIV

Mrok na to rzucam; równie na koleje
Stosunku nazbyt niedobranej pary:
Rozkosze, złudy, żale, zwykłe dzieje
Stosunku chłopca i — jeśli nie starej
Kobiety, zawsze w wieku, gdy wietrzeje
Świeżość uczucia, chłodną w sercu żary.
Panią jest wprawdzie na świata połaci,
Lecz jej nie szczędzą zmarszczki-demokraci.

XXV

Bo skon, ten książę książąt, pan nad pany,
Jak Grakchus „rolnym prawem” niweluje
Równo najwyższe i najniższe stany
Do tej mogiły, co trupa przyjmuje,
Aż na nim wzrosną trawa i burzany,
I tyleż gruntu biedny otrzymuje,
Co bogacz, który złoto mierzył worem.
O, skon! — skon wielkim jest reformatorem.

XXVI

Żył więc (nie skon, lecz Juan) pośród puchów
Miękkich, szalenie, bez rozwagi, celu;
W wesołym kraju niedźwiedzich kożuchów,
Co (prawdę powiem tu gorzką dla wielu)
Czasem prześwita, zwłaszcza śród wybuchów
Złości, przez ową purpurę, Babelu
Królowej godną raczej, niźli………
Ruskiej, niwecząc powab bohaterki.

XXVII

Nie opisuję tej mało przyjemnej
Fazy (gdy pragniesz, z opisów się dowiedz),
Bo się już zbliża dantejski „las ciemny”,
Ta nocorównia groźna, ten manowiec
Ludzkiego życia, karczma na rozjemnej
Drodze, odkąd już roztropny wędrowiec
Prędkim galopem nie wypuszcza koni
I poglądając na przeszłość, łzy roni.

XXVIII

Pomijam opis — o ile wziąć w pęta
Język potrafię; ani też tłumaczę —
O ile zduszę myśl, co jak wilczęta
Do cycek, do mnie przez wir uczuć skacze,
Czepia się jak mech skał lub jak dziewczęta
Ust swych kochanków; bo tutaj zaznaczę
Dla wiadomości, że nie chcę być znany
Jako filozof, lecz chcę być czytany.

XXIX

Miast się umizgać, Juan sam był środkiem
Umizgów, co jest rzecz niepospolita.
To był młodości winien, winien słodkim
Zaletom, krwi rasowej, co prześwita,
Niby u konia, przez żyły; swym wiotkim
Członkom, zgrabności, co z szaty wykwita,
Jak z chmur różowych słońce; zwłaszcza przeto,
Że była sprawa z dojrzalszą kobietą.

XXX

Słał do Hiszpanii listy, a kuzyni
Słysząc, jak się tam zaszczyty szafują,
Myśląc, że przezeń może się też przy niej
Dla nich kąt znajdzie, zaraz odpisują.
Wielu zabiegi ku wychodźstwu czyni,
A wszyscy, jedząc lody, rozumują,
Że wziąwszy futra, nie znajdą różnicy
Wielkiej w klimacie rosyjskiej stolicy.

XXXI

Z radością Juan list od matki witał.
Matkę cieszyło, że miast u bankiera
Czerpać (niewielki został tam kapitał),
Syn ma już urząd i pensję pobiera.
„Cieszę się, żeś już wyszedł z tych lat — czytał
Gdy się pieniądze traci, zdrowie tera.
Ma u mnie wielką wartość człowiek młody,
Którego mniejszy ekspens[581] niż dochody”.

XXXII

Więc go poleca Bogu i Synowi,
I Matce; prosi, by się nie uwodził,
Broń Boże, schizmą, bo katolikowi
To jest grzech; jednak, by ostrożnie chodził,
Gdyż mogliby mu szkodzić ludzie owi.
Pisze, że mu się braciszek urodził,
Bo wyszła drugi raz za mąż; a dalej,
Carowej miłość macierzyńską chwali.

XXXIII

Pisze, że nie ma dosyć słów uznania
Dla wielkiej pani, co łaskawie wspiera
Młode talenty, bez wywoływania
Podejrzeń, bo je w istocie odpiera
Jej wiek i klimat. „U nas plotka tania —
Pisze — lecz gdzie termometr niżej zera
Spada, tam przecie słusznym rzeczy biegiem
Cnota nie taje na równi ze śniegiem”.

XXXIV

O gdybym „księży czterdziestu miał groty”,
Obłudo! Grzmiałbym tu na kształt pobudki,
Niewykonane twoje sławiąc cnoty.
Gdybym miał chociaż cherubinów dudki
Lub akustyczną trąbkę mojej cioty,
Która słuch mając tępy, a wzrok krótki,
I uważając śmierć nie za zabawkę,
Czytała Pismo święte — przez słuchawkę.

XXXV

Ona nie była obłudna staruszka,
Więc uleciała w niebo jak niewiele
Dusz najwybrańszych jej cnotliwa duszka;
Boską nagrodę dostała w udziele,
Niebieskich włości lenna boża służka,
Jak od Wilhelma, co zdobył, na czele
Normanów Anglię, sześćdziesiąt tysięcy
Rycerzy wzięło majątek książęcy.

XXXVI

Ja się nie skarżę. Moje antenaty[582]
Erneis, Radulphus podobno dostali
Zamków czterdzieści ośm, że zuchowaty
Najazd Wilhelma swym mieczem wspierali.
To jednak było niepięknie — za katy —
Że, jak garbarze, Sasów obdzierali
Ze skóry; grzech ów umniejsza na poły,
Że z łupów Panu stawiali kościoły…

XXXVII

Juan rósł piękny, ale jak te krzewy
Akacji, co się obrażą dotknięciem;
Jak król, gdy słyszy wolnomyślne śpiewy,
Chyba je Southey z niegroźnym zacięciem
Nuci; może też uprzykrzył lód Newy,
Tęskniąc do kraju, w którym żył dziecięciem,
Lub łask niepomny z łona majestatu
Carskiego, wzdychał do świeższego kwiatu?

XXXVIII

Może — lecz przyczyn przytaczam za wiele,
Godnych fizyka, a nie pisoryma.
Robak roztoczy najbujniejsze ziele,
Rak się lic młodych jak uwiędłych ima.
Troska przedstawia, jak kupiec w niedzielę,
Swoje rachunki, a choć się kto zżyma,
Winien zapłacić. Tydzień przejdzie cicho,
Niedziela musi przynieść jakieś licho.

XXXIX

Jednym wyrazem — Juan zachorował,
Carowa zlękła się, doktor (przypadkiem
Ten sam, co Piotra „skutecznie” kurował)
Zakonstatował razem z sił upadkiem
Puls przyśpieszony, z czego wywnioskował
Śmiertelną febrę. Petersburg był świadkiem
Boleści dworzan i ambasadorów,
Carowa mdlała, zdwojono doktorów.

XL

Choroba wiele wywołała sporów:
Ktoś o truciźnie i o Potemkinie
Szeptał, inny znów z ceglanych kolorów
Młodzieńca wnosił, że w suchotach[583] zginie,
ów mądrze prawił o wpływie humorów
Na krew, co w żyłach niewłaściwie płynie.
Słyszano także z ust niejednej pani,
Że to — z wysiłków ostatniej kampanii.

XLI

Oto recepty lekami brzemienne:
Sodae sulphat. gr. vj. gr. fs. Mannae.
Aqu. fervent. f. gr. ifs. gr. ij. tinct. Sennae
Haustus. (Tu doktor kraple przepisane
Sam mu wlał w-usta). Albo znów odmienne:
Rp. Pulv. Com. gr. iij. Ipecacuanhae,
Bolus Potassae Culphuret sumendus
Et haustus ter in die capiendus.

XLII

Doktor dobija lub stawia na nogi
Secundum artem[584]. Choć zdrowy nań syka,
Chory jak Boga przyjmuje go w progi
I złośliwymi żartami nie tyka.
Bo gdy się zbliża ów hiatus[585] srogi,
Który wypełni rydel i motyka,
Miast cicho w Lecie spróbować kąpieli,
Prosisz, aby cię w niej zanurzył Baillie[586].

XLIII

Lecz choć już duszy wymawiał mieszkanie
Skon, najnieczulszy z wszystkich gospodarzy,
Przemogły siły młodzieńcze w Juanie
I poplątały wyroki lekarzy.
Jeszcze obłudnej nie wierzono zmianie:
Nikłe rumieńce na zapadłej twarzy
Budzą obawę; więc grono doktorskie
Radziło podróż w krainy nadmorskie.

XLIV

„Klimat nasz — mówią — zgubny wpływ wywiera
Na dziecię ciepłych krajów”. Więc na czole
Carowej żałość zjawiła się szczera;
Już polubiła bardzo to pacholę.
Toż widząc, jak mu blask oczu zamiera
I jak podcięte skrzydełka sokole
Mdleją, posłem go umyśliła zrobić,
Przy czym łask całym przepychem ozdobić.

XLV

Szły właśnie wtedy politycznym torem
Układy, snuło się depesz bez liku
Między rosyjskim a angielskim dworem
— W dyplomatycznym co się zwą języku
Notami i są zdrad wzajemnych zbiorem —
To o żeglugę wolną na Bałtyku,
O tran, łój — z dzierżaw, które trzyma Tetis,
A Anglik zwie swym uti possidetis[587].

XLVI

Carowa umie nagradzać usługi
I przyjaźń; misję więc tajną zwierzyła
Ulubieńcowi, przy czym lejąc strugi
Złota, królewski splendor roztoczyła.
On ucałował ręce i na drugi
Dzień, wziąwszy listów i instrukcyj siła,
I podarunków, rozsiadł się w kolasce. —
Dwór się dziwował niezwyczajnej łasce.

XLVII

Była szczęśliwa; z nią wszyscy szczęśliwi.
Naszym królowym równie się na tronie
Wiedzie; ta stronność fortuny mię dziwi.
Chociaż dźwigała krzyżyków pięć, w łonie
Klimaterycznym ognie grały żywiej
Niż w wiośnie życia. Choć powadze to nie
Przystało, jednak naprawdę z początku
Nie mogła znaleźć następcy… Z porządku

XLVIII

Rzeczy czas, który wszystkie bóle koi,
Najkrwawszych smętków ukołysze srogość.
Tłum kandydatów nowych się wyroi,
Powróci dawna snów rozkosznych błogość. —
Pauza chwilowa dam nie niepokoi
Ani przestrasza pretendentów mnogość:
Potrzebne takie chwilowe przestanki,
Bo otwierają emulacji[588] szranki.

XLIX

Gdy ta zaszczytna wakuje posada,
Niech słuchacz pauzę jedno — czy dwudniową
Wyzyska i z mym bohaterem siada
Na rydwan, co go w sferę wwiedzie nową.
Przepyszne konie z cesarskiego stada
Ciągnęły pojazd, co woził carową
Do Krymu, niby Ifigenię[589] drugą.
Teraz nim jechał don Juan z papugą,

L

Buldogiem, małpą, kotką i z kociaki.
Byli to wierni jego towarzysze,
Nie wiem, czym mi to wytłumaczy jaki
Mędrzec i czemu tę skłonność przypisze
Do szpetnej małpy i podłej sobaki.
Panna, co sobie sześć krzyżyków pisze,
Mniej lubi kotka, papugę lub szpica
Niż on, niestary, nawet nie dziewica…

LI

Każdemu swoja była przeznaczona
Poduszka. — W wozie osobnym deńszczyki
I sekretarze, a u jego łona
Mała Leila, w Izmaiłu dzikiej
Rzezi kozackim szablom obroniona.
Gdy moja Muza ciągle zmienia szyki,
Na plac skinieniem wywołuję berła
Dziewczynę piękną i czystą jak perła.

LII

Taka rozumna, tak pełna lubości,
Z taką powagą w miękkim charakterze,
Dziś rzadkim niby kopalnego kości
Człeka z mamutem razem — o Cuvierze[590]!
Mało przystawał jej nieświadomości
Ten świat, co kusi, aż wiarę odbierze.
Młodość broniła jej przeciwko złemu
Była spokojna, nie pojmując — czemu.

LIII

Miłość platonicznaDon Juan kochał ją, a ona jego,
Nie jak brat siostrę lub ojciec miłuje
Córkę. Nazwać to trudno. Ojcowskiego
Uczucia, ojcem nie będąc, nie czuje;
Równie mu w sercu miłości innego
Rzędu, miłości siostrzanej, brakuje,
Bo nie miał siostry i był jedynakiem.
— Gdyby miał, chciałby do niej lecieć ptakiem…

LIV

Tym mniej zmysłowa owa miłość była.
Nie stał się jeszcze zwiędłym lowelasem,
Co sztuk używa, by mu się wzburzyła
Krew, jak alkalia[591] wzburzają się kwasem.
Choć jego młodość, jak wiesz, nie grzeszyła
Skromnością (młodym to się zdarza czasem),
Platońskie było u niego dno serca,
Tylko że — czas je wygryzł — wszystkożerca.

LV

W tym przywiązaniu brakło też zarodu
Pokus; czuł taką skłonność do sieroty,
Jak patriota (czasem) do narodu.
Był także dumny, że ją od sromoty
Ocalił z ruin burzonego grodu;
Że ją z pomocą kościoła na cnoty
Drodze utrzyma; lecz co wielu smucić
Będzie, nie chciała za nic się nawrócić.

LVI

Dziwna, w pogaństwie że jej nie zachwieje
Okropnej rzezi i walki wspomnienie.
Choć ją uczyli trzej archijereje,
Chrzest w niej uparte budził obrzydzenie
I spowiedź — nad tym drugim nie boleję.
Snadź się do grzechów nie czuło sumienie.
Bądź co bądź Kościół nie postąpił krokiem,
Mahomet zawsze był u niej prorokiem.

LVII

Żadnego także znieść chrześcijanina
Nie mogła oprócz jednego Juana;
To był jej zbawca, przyjaciel, rodzina.
Kochała, była nawzajem kochana.
Ciekawa para — on i ta dziewczyna,
Ze swym obrońcą młodym nie związana
Żadnymi węzły: wieku, krwi ni wiary;
To był najsłodszy powab owej pary.

LVIII

PolskaDroga przez Polskę szła i przez Warszawę,
Kraj solnych żup i kajdan. — Wnet się scena
Zmienia: Kurlandia, mająca stąd sławę,
Że jeden z książąt jej ukradł „Birena”
Imię; widziała też Marsa wyprawę,
Którego sława wiodła — ta syrena —
By za dwadzieścia lat zwycięstw zapłacił
Klęską i gwardię grenadierów stracił.

LIX

Sentymentalizm to nie był gołębi,
Gdy: „Moja gwardio!” — wołał ów gliniany
Bóg. Patrz, jak tego Gromowładcę zgnębi
Castlereagh, ów arteryj zawołany
Podrzynacz. Smutno, że śniegiem się ziębi
Sława… lecz kto zmarzł, może być ogrzany
W Polsce; tam imię Kościuszki dziś tryska
Płomieniem przez śnieg jak z Hekli ogniska.

LX

Więc z Polski do Prus: tam ogląda przednie
Miasto Królewiec, znamienne walorem
Skarbów kopalnych, nadto, przed czym blednie
I miedź, i ołów, wielkim profesorem
Kantem. Lecz Juan, który miał za brednie
Metafizykę, jechał dalszym torem
Przez Niemcy, ten kraj cierpliwych milionów,
Żgany ostrogą królów — pocztylionów.

LXI

Przez Berlin, Drezno i już, już z daleka
Widzi zamczyste Renu okolice.
— Sceny gotyckie, co w duszy człowieka
Fantazji jasne zapalacie świece!
Na widok ruin, które pleśń powleka,
Duch mój wylata za światów granice
Żywych i zmarłych, i tak rozbujany
W powietrznych sferach zawisa pijany.

LXII

Przez Mannheim i Bonn pędziły kolasy.
Tam Drachenfelsu czarna i barczysta
Postać feudalne przypomina czasy.
Kto o nich czytać chce, dużo skorzysta. —
Już są, nie tracąc czasu na popasy,
W Kolonii, kędy ogląda turysta
Dziewic tysięcy jedenastu kości
— Piękny ówczesnej dowód moralności.

LXIII

Haga, Helvoetsluys, Holandia, kraj sera,
Kanałów i krów najlepszego doju,
Gdzie wieśniak ziarnka jałowcowe zbiera
I ciśnie krople smacznego napoju.
Rząd i uczony nieroztropnie gdera
Na to rzemiosło skromnego pokroju;
Niech zważy, że to zarobek jedyny
Niejednej biednej i głodnej rodziny.

LXIV

Tam wsiadł na statek, z nim zwierzęta wsiadły,
Nawa pomyka w stronę wyspy wolnych,
Igrając, fale na falach się kładły,
Sztaba się parła pośród fal swawolnych,
Twarze niektórych podróżnych przybladły.
Juan, nawykły już do nurtów solnych,
Stał przypatrując się okrętom w dali
I czekał, rychło ziemia wyjrzy z fali.

LXV

Wreszcie wynurza się, wznosi i wstaje
Niby biały mur. Dziwnego ważenia
Doznał; zawsze go podróżny doznaje,
Widząc raz pierwszy albiońskie z wapienia
Ściany; coś na kształt dumy, że w te kraje
Kramarza wpływa, co się rozprzestrzenia
Po wodach, lądach, myszkuje, plądruje
I pewnie morze wnet opodatkuje.

LXVI

OjczyznaKochać tę ziemię, która wychowała
Lud, co mógł pierwszym być z ludów kochanych,
Nie mam powodu; mnie kolebkę dała
Jeno; lecz czuję litość dla skalanych
Cnót i cześć we mnie budzi dawna chwała.
Siedm lat — zwyczajny dla deportowanych
Termin — ugłaska gniewy, zwłaszcza skoro
Człowiek spostrzega, że kraj diabli biorą.

LXVII

Ach! By mu rzekł kto prosto, bez obłudy,
Jak jego imię we wzgardzie u świata;
Jak ten glob, co miał cześć dla niego wprzódy,
Czeka, rychło-li kto nań ześle kata;
Jak go największym wrogiem mają ludy,
Tego fałszywca, co udawał brata,
Sztandar wolności wzniósł nad świata cokół,
Dziś czyha, aby nawet ducha okuł!

LXVIII

Pysznej swobody wdział pióra papuże,
A jest niewolnik przedni wszystkich czasów.
Narody więźniem; a czymże ich stróże?
Równie więźniami krat, kajdan i zasuw.
NiewolaSąż wolni przeto, że trzymają — tchórze! —
Wolność pod kluczem? O! Nie zazna wczasów
Taki niewolnik; równy jest w tej mierze,
Kto dźwiga jarzmo, jak ten, co go strzeże.

LXIX

Don Juan poznał Albionu przedsmaki:
Twoje, o Dovrze najdroższy, hotele,
Twoje komory, celniki, strażaki,
Służbę, co do nóg podróżnym się ściele,
Z rąk wydzierając kufry, mantelzaki[592].
Następnie innych pięknych rzeczy wiele,
Zwłaszcza nie znane frycowi[593] turyście
Ścisłe rachunki, słone oczywiście.

LXX

Juan, choć młody, płochy i dostojny,
Choć miał brylantów i rubli kieszenie
Pełne, nie liczył groszy i był hojny,
Płacąc, skrzywił się jednak grubej cenie.
(Sekretarz jego, Grek, wymową zbrojny,
Pozycyj wierne odczytał mu brzmienie).
W Anglii powietrze mgliste, lecz swobodne,
Więc oddychanie opłacenia godne.

LXXI

Hej, do Canterbury! Hejże, pocztylionie!
Plusk, plusk po błocie i trap, trap po grudzie.
Hura! Jak skaczą i poczta, i konie!
Nie tak jak w Niemczech, gdzie w pocztowej budzie
Jakby na cmentarz jedziesz; a i to nie
Miłe, że co krok przystają — ci ludzie
I piją „sznapsy”, nieczuli jak skała;
Hundsfotl, Verfluchter[594] już na nich nie działa.

LXII

Niczym się ludzki duch tak nie wyświeży
I nie zaprawi niby rumem kawa
Jak prędką jazdą; mniejsza dokąd mierzy,
Byle wesoła i huczna, i żwawa,
Smak bowiem jazdy w samej jeździe leży;
A im mniej przyczyn owej się poddawa
Uciesze, tym się przyjemniejsze stanie
Dopięcie celu, którym jest — jechanie.

LXXIII

W Canterbury kościół oglądali farny,
Becketa[595] krwawy kamień, Edwardowy
Szyszak; pamiątki zakrystian niezdarny
Wyuczonymi objaśniał im słowy.
Oto, czym ci jest sława! Jakiś stary
Hełm, kawał kości z nogi albo głowy,
Ostatnie szczątki wapienia i soli,
Świadectwa ludzkiej na tym świecie doli. —

LXXIV

Z wielkim zajęciem oglądał świątynię
Juan; tysiąc mu Cressy w myśl stawa
Na widok hełmu, co wiekom jedynie
Poddał się. Równie grozą go napawa
Grób księdza, który królów karcąc, ginie,
Królów, co jednak podkładają prawa
Swoim wyrokom. Leila patrzała
I: „Co to za dom wielki?” — zapytała.

LXXV

Gdy powiedziano: „To mieszkanie boże.” —
„Prześlicznie mieszka!” — mówi, lecz nie zdoła
Pojąć, jak w domu swoim cierpieć może
Niewiernych, co nie szczędzili kościoła
W jej kraju, gdzie jest takie samo morze,
Lecz żyją wierni, i gniewem anioła
Marszczy się, że swe świątynie najlepsze
Mahomet rzuca jak perły przed wieprze.

LXXVI

Hop, hop przez niwy, niby ogród duży,
Raj chmielów pięknych i traw wybujałych.
Sam — choć poeta — po latach podróży
W krajach gorętszych, lecz mniej zamieszkałych,
Chciałbym w nizinę wrócić, co nie nuży
Zbytnią mnogością pejzaży wspaniałych:
Lodowców, oliw, winnic i szałasów,
Urwisk, wulkanów, pomarańczarń, lasów.

LXXVII

Gdy jeszcze myślę o szklaneczce elu[596]
Tak mi żal! — „Hetta, ho!” — pocztylion krzyka;
Juan, zbliżając się w pędzie do celu,
Podziwia kraje wolnego Anglika,
Co podobają się obcym i wielu
Swoim oprócz tych, którzy mają bzika
I myślą „wierzgać przeciw ościeniowi”,
Za co im cięższe jarzmo się stanowi.

LXXVIII

Jaka to piękna rzecz — wygodna szosa.
Bo jazda po niej lekka jak muskanie
Albo jak orła lot, co mknie w niebiosa,
Wiosłując skrzydły po chmur oceanie.
Gdyby istniały za czasów Heliosa,
Febus by w takim chciał pędzić rydwanie
Czy poczcie, która gdy niby wariatka
Mknie, surgit amari aliquid[597]: rogatka.

LXXIX

Jak bardzo ciężkie jest każde płacenie!
Bierz żonę, życie, lecz wara od ka