1. Alkohol: 1 2
  2. Bogactwo: 1 2 3 4
  3. Bohaterstwo: 1 2
  4. Bóg: 1
  5. Broń: 1
  6. Bunt: 1
  7. Buntownik: 1
  8. Choroba: 1 2 3 4
  9. Ciało: 1
  10. Cnota: 1 2
  11. Córka: 1 2
  12. Czas: 1 2 3
  13. Dobro: 1
  14. Duch: 1 2
  15. Dziecko: 1 2
  16. Erotyzm: 1
  17. Filozof: 1
  18. Głód: 1 2
  19. Gra: 1
  20. Grób: 1 2 3
  21. Grzech: 1
  22. Grzeczność: 1 2
  23. Historia: 1
  24. Imię: 1 2
  25. Jabłko: 1
  26. Jedzenie: 1
  27. Kłamstwo: 1 2
  28. Kobieta: 1 2 3 4 5 6 7 8 9
  29. Kochanek: 1
  30. Kondycja ludzka: 1 2 3 4
  31. Krew: 1
  32. Książka: 1
  33. Lek: 1
  34. Los: 1 2
  35. Lud: 1
  36. Łzy: 1 2 3
  37. Małżeństwo: 1 2 3
  38. Marzenie: 1
  39. Matka: 1 2
  40. Matka Boska: 1
  41. Mądrość: 1
  42. Mężczyzna: 1 2 3 4
  43. Miasto: 1
  44. Miłość: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10
  45. Miłość niespełniona: 1
  46. Miłość platoniczna: 1
  47. Młodość: 1 2 3 4 5
  48. Moda: 1
  49. Modlitwa: 1 2
  50. Moralność: 1
  51. Muzyka: 1
  52. Natura: 1 2
  53. Nauka: 1 2 3
  54. Nienawiść: 1
  55. Nieszczęście: 1
  56. Niewola: 1 2 3 4
  57. Nuda: 1 2 3
  58. Ojciec: 1 2
  59. Ojczyzna: 1
  60. Oko: 1 2 3 4 5
  61. Omen: 1
  62. Pamięć: 1 2 3 4
  63. Patriota: 1
  64. Pieniądz: 1
  65. Piękno: 1
  66. Plotka: 1 2
  67. Pocałunek: 1 2 3
  68. Podróż: 1 2
  69. Poeta: 1 2
  70. Poezja: 1 2 3
  71. Polowanie: 1 2
  72. Polska: 1
  73. Pomoc: 1
  74. Postęp: 1 2
  75. Pożądanie: 1 2 3
  76. Prawda: 1
  77. Prawnik: 1 2 3 4
  78. Prawo: 1
  79. Przekupstwo: 1
  80. Przemoc: 1
  81. Religia: 1 2
  82. Rewolucja: 1 2
  83. Rodzina: 1
  84. Rozkosz: 1
  85. Rozum: 1
  86. Samotność: 1 2
  87. Seks: 1 2 3
  88. Sen: 1 2
  89. Serce: 1 2
  90. Sława: 1 2 3 4 5
  91. Sługa: 1
  92. Smutek: 1 2
  93. Starość: 1 2
  94. Strój: 1 2 3 4 5
  95. Sumienie: 1
  96. Szaleństwo: 1 2
  97. Szczęście: 1 2 3 4
  98. Sztuka: 1
  99. Ślub: 1
  100. Śmiech: 1 2
  101. Śmierć: 1 2 3 4 5 6
  102. Śmierć bohaterska: 1 2
  103. Tajemnica: 1
  104. Taniec: 1
  105. Tłum: 1
  106. Trup: 1
  107. Ucieczka: 1 2 3
  108. Vanitas: 1 2
  109. Walka: 1 2
  110. Wiara: 1 2
  111. Władza: 1 2 3
  112. Woda: 1 2
  113. Wojna: 1 2 3 4 5 6
  114. Wolność: 1 2 3
  115. Wódz: 1
  116. Zazdrość: 1 2 3
  117. Zdrada: 1 2 3
  118. Zemsta: 1 2
  119. Żona: 1 2 3

Nawet, gdy ktoś dziecko o haniebny > Nawet, gdyby ktoś dziecko o haniebny (bł. rytmu)

mię > mnie (z wyjątkiem pozycji rymowej)

Błąd źródła: szlachetnyh > szlachetnych

George Gordon ByronDon Juantłum. Edward Porębowicz

…ja nauczę głazy,

Jak mają walczyć przeciwko tyranom.

Niech świat wie, czyśmy nie mieli odrazy

Do tronów, tę pieśń przyszłym ziemi panom

Przekażę; niech się dowiedzą, co przebył

Ten nasz glob, kiedy jeszcze wolny nie był.

Pieśń Ósma

Pieśń pierwsza

I

1

Szukam nie lada rzeczy — bohatera.

Trudne to, bo dziś coraz inny modny;

Gazeciarz czarem przygód go podpiera,

Czas waży, mierzy, odrzuca. Przygodny

5

Jego opieki walor spadł do zera.

Lecz jest bohater jeden niezawodny:

Don Juan, ten sam, co go na operze[1],

Może za wcześnie, czart do piekła bierze.

II

Rzeźnik Cumberland, Wolfe, Keppel, Hawke, Vernon,

10

Ferdynand, Burgoyne, Granby[2], innych sporo

Wzięli dań hańby lub czci niepomierną,

Jak Wellesleya na szyldy ich biorą

Kupcy. Od sławy Banko[3] wygrał terno[4],

A z nim „maciory prosiąt dziewięcioro”.

15

Taki Dumourier[5], taki Bonaparte

W „Kurierze” każdą uświetnili kartę.

III

Mirabeau, Barnave, Condorcet i Brissot,

Lafayette, Petion, Klotz, Danton i Marat,

A po nich Joubert, Hoche, Marceau[6] — patrz, ci są

20

Bohaterami; śród wojennych narad

Lannes, Moreau, Dessaix za działań kulisą

Regulowali zwycięski aparat.

Każdy z nich w parze swojej był olbrzymem,

Ale nie k'rzeczy tu ich sławić rymem.

IV

25

Jak Marsa[7] czcili Nelsona[8] wyspiarze,

Lecz gdy się wieko trumienne zatrzasło,

Wraz[9] oniemiała pieśń o Trafalgarze,

Słońce na grobie bohatera zgasło,

Więc wstydem płoną wilków morskich twarze;

30

Infanteryja[10]! — takie dzisiaj hasło.

Armii lądowej chce król całą duszą,

Howe, Duncan, Jervis, Nelson[11] w kąt iść muszą.

V

Bohaterstwo, PamięćPrzed Atrydami[12] żyli wielcy wodze,

Żyli i po nich mądrzy i zuchwali,

35

Lubiący kochać, bić — już nie tak srodze

Lecz że poeci o nich nie pisali,

Poszli w niepamięć; w nikogo nie godzę,

Ale myśl moja epiczna się żali,

Że mi nie świta jakieś imię duże;

40

Więc Don Juana wołam: Bywaj, druże[13]!

VI

Dziś epik prosto in medias res[14] wpada;

Horacy[15] zrobił to rodzajem mody.

Co się zdarzyło przedtem, opowiada

Bohater, kładąc jako epizody,

45

Gdy po obiedzie z kochanką zasiada

W pałacu lub się chroni pod lip chłody

Albo z nią zwiedza grotę nad ponikiem[16],

Co jest dla czułej pary gołębnikiem.

VII

Ja tej metody zwykłej nie używam,

50

Bo ja zaczynać lubię od początku.

Obrazów zatem na pół nie rozrywam,

Bo to jest z hańbą zdrowego rozsądku,

Ale choć tracę czas, z góry zaśpiewam,

Nie gubiąc jednej nuty w pieśni wątku.

55

Powiem o ojcu jego, co należy,

Następnie podam konterfekt[17] macierzy.

VIII

W Sewilli ujrzał padół śloz[18] i trudu,

Słynnej z pomarańcz i kobiet urody.

„Ten, kto Sewilli nie zna, nie zna cudu”,

60

Głosi przysłowie — potwierdzę dla zgody.

Najmilsze to z miast hiszpańskiego ludu,

Jedyny Kadyks idzie z nim w zawody.

Z okien pałacu widne nurty i wir

Rzeki szlachetnej, zwanej Gwadalkwiwir.

IX

65

Ojciec, Don José, był złożony modłą[19]

Dawnych hidalgów[20]; rodu mu nie kalał

Nigdy Żyd ani Maur; krew miał niepodłą,

Gocką; szczep gocki wczas Hiszpanię zalał[21],

Dzielniejszy rycerz nie siadał na siodło

70

Ani się z siodła na ziemię nie zwalał

Niż José, co nam spłodził bohatera,

Co… lecz niech naprzód pieśń się nie wydziera.

X

Kobieta, NaukaMatką mu była uczona niewiasta,

Nad każdym studia odbywała kwiatkiem,

75

Gdzie jaki z gleby chrześćjańskiej wyrasta.

Prócz cnót dowcipem zachwycała rzadkim,

Że się dziwiła nawet mędrców kasta

I nawet zacni wzdychali ukradkiem,

Że blaskiem swoim tak ich w cienie chowa

80

Uczona własną sztuką — białogłowa.

XI

Deklamowała biegle na wyrywki

Kalderonowe[22] dzieła i Lopeza[23];

Gdyby na scenie aktor zabył śpiewki,

Podpowiedziałaby doña Ineza,

85

Przybladłby przy niej Fajnagiel[24], choć krewki.

Umiejętności kram strącił do biesa;

Słaby był jego kunszt mnemotechniczny[25],

By wyhodować taki okaz śliczny.

XII

Najmilszy był jej dział Matematyki;

90

Wspaniałomyślność — cnota z cnót wybrana;

Żart — żartowała czasem — jak z Attyki[26];

W mowie subtelność, mgłą grubą owiana;

Słowem — była tym, co wszystkie języki

Zwą: „Dziwo”. W dymkę[27] stroiła się z rana;

95

Na wieczór: zimą w jedwab, latem w gazę.

Nie chcę, by zmysły miały stąd obrazę.

XIII

Z łaciny znała Pater noster[28] w treści;

Alfabet grecki — przez pół oczywista;

Czytała czasem francuskie powieści,

100

Lecz pronuncjacja jej nie była czysta,

Dla kastylskiego nie żywiła cześci[29],

A wymawiając nim, bywała mglista.

Co myśl — sentencja, co słowo — zagadka,

Jakby w mroczności tkwiła wyższość rzadka.

XIV

105

Znała angielską i hebrajską mowę,

Twierdziła, że są zbliżone akcentem;

Z Bibliji miała dowody gotowe;

Sądzę, jakkolwiek profan w Piśmie świętem,

Że jej wywody są trafne, wzorowe,

110

Gdy potwierdzone Starym Testamentem.

Hebrajskie słowo, co „Jam jest” oznacza,

W angielskim się w przekleństwo przeistacza.

XV

U innych język — tu mówiły lica;

Słuchacze z jej ócz, z jej brwi morał pili;

115

Była to samorządna pracownica

Ziemi, jak opłakany Sam Romilly[30],

Ów praw wykładacz i państwa strażnica,

Co samobójstwo spełnił chyba w chwili

Bezwiedzy; dowód, jak na świecie znika,

120

Co się urodzi. (Sąd orzekł: „Miał bzika”).

XVI

Mógłbyś rzec: Była chodzącą rachubą

Lub panny Edgeworth[31] powieścią wcieloną,

Lub pani Trimmer[32]: Wychowania próbą

Dziełem: Kawaler w pogoni za żoną.

125

Zawiść myszkując zawiodłaby się grubo,

Bo doña Inez była nieskażoną.

Choć się „niewieści grzech” dziś w świecie sroży,

Ona bez grzechu była — co najgorzej.

XVII

Ach! czystsza była niż łabędzie puchy

130

I niż dewotek naszych święte grona;

Tak z dala od niej stały piekieł duchy,

Że nawet anioł stróż odjął ramiona.

Stateczne były u niej wszystkie ruchy

Jak w czasomierzach sławnych Harrisona[33].

135

Na ziemi z cnotą jej nic nie szło w parze,

Chyba twa „cudna maść[34]”, o Makassarze!

XVIII

Ach! doskonała… lecz że doskonali

Ciężarem nudnym są nędznego świata,

Gdzie Adam z Ewą kochania nie znali,

140

Aż się zamknęła dla nich rajska krata,

Bo wprzód bez chuci żyli cisi, biali…

Co oni robić mogli przez te lata?

ZdradaDon José, jako prawdziwy syn Ewin[35],

Prócz żony zrywał jabłka z różnych drzewin.

XIX

145

Don José był to człek, jakich niemało;

Wiedzy nie lubił, więc nie był uczony;

Chciał iść tam, gdzie mu właśnie się zachciało,

Nie dbając, że to przykre jest dla żony.

Świat, co rad zawsze, gdy się co źle stało,

150

Gdy dom się wali lub się chwieją trony,

Wykrył dwie struny zbytnie w jego lutni;

— Wystarczy jedna do domowej kłótni.

XX

A doña Inez w takiej zalet krasie

Bardzo ceniła cnót swych idealność,

155

Toż przeniewierstwo męża znieść?… A zasię[36]!

Święta — to prawda — była jej moralność,

Lecz czasem w sercu diabeł bruździł — zda się,

Bo, z przywidzeniem rzeczy dotykalność

Mieszając, chwili nie straciła żadnej,

160

By pana męża wpędzić w potrzask zdradny.

XXI

A do złapania nietrudny małżonek,

Co grzesząc, z boku nie postawi straży.

Najbieglejszemu, choćby jak postronek

Prężył uwagę, despekt[37] się wydarzy,

165

Że mu na głowę spada nagle trzonek

Wachlarza żony, który ciężko waży,

Bo dłoń żonina nim jak szablą władnie,

Zaś mąż nie dojrzy ciosu, aż nań spadnie.

XXII

MałżeństwoBłąd jest, gdy panny uczone wychodzą

170

Za ludzi, którzy nie mają oświaty;

Za panów, którzy choć „dobrze się rodzą”,

Ale ich nudzą poważne debaty.

Przestrogi moje skromne w nic nie godzą,

Ja jestem prosty człek i nieżonaty…

175

Lecz — mężu mądrej żony, szczerze powiedz,

Czy was nie wodzą jak gromadę owiec?

XXIII

W domu słyszano czasem głośne swary;

O co? Przesadzał się w badaniu śmiałem

Młody i młoda, i stara i stary;

180

Źle, że nie dbali tak, jak ja nie dbałem.

Wścibstwem się brzydzę; grzech to godzien kary;

Jeżeli kiedy czym skromnie błyszczałem,

To, żem łagodził mych przyjaciół sprzeczki,

Sam pozbawiony kłótliwej żoneczki.

XXIV

185

Chciałem i między nami zrównać przedział.

Chciałem — Bóg świadkiem; oni po kryjomu

Szydzili ze mnie, chyba w nich czart siedział!…

Dla mnie nie było nigdy „państwa w domu”,

Choć mi na ucho odźwierny powiedział…

190

Mniejsza już o to — lecz doznałem sromu[38],

Bo mały Juan na głowę mi wylał

Kubełek pomyj, gdym się z drzwi wychylał.

XXV

DzieckoLadaco z wiechą pokędzierzawioną,

Diablik skaczący do nocy od ranka;

195

Rodzice zawsze w zwadzie, w jednym pono

Zgodni: w pieszczeniu małego szatanka.

Ojciec rozsądny, miast się kłócić z żoną,

Do szkoły posłałby młodego panka

Albo go w domu zapoznał z brzeziną;

200

Chłopiec z mniej gęstą w świat by poszedł miną.

XXVI

Don José z doñą Inez tym sposobem

Wiedli czas jakiś nieszczęśliwe życie,

Pragnąc już raz się rozdzielić — choć grobem.

Dla ludzkich oczu żyli przyzwoicie,

205

Jako że byli dobrego wyrobem

Chowu; nikt nie zgadł, że się gryzą skrycie,

Aż ogień długo tłumiony wybuchnął

I cały sekret jawną wieścią gruchnął.

XXVII

ChorobaPani wezwała doktory, znachory,

210

Chcąc dowieść, że jej mąż cierpi na „głowę”.

Lecz że „lucida momenta[39]” miał chory,

Godziła się, że „serce” ma niezdrowe.

Gdy tłumaczono jej, że to pozory,

Niosła w zeznaniach dowody jałowe.

215

„Bóg mnie — mówiła — oskarżyć przymuszał.”

Na to eskulap[40] ramionami ruszał.

XXVIII

W dzienniczku błędy męża spisywała

I gromadziła stosy bilecików,

Skąd argumenty oskarżeń czerpała.

220

W Sewilli mnogich liczyła stronników,

A wśród nich babkę, co już zdziecinniała.

Wszyscy zaś dużo wyprawiali krzyków:

Inkwizytorzy, sędziowie, juryści,

Ci dla uciechy głupiej, ci z zawiści.

XXIX

225

A potem słodki ten ideał żony

Z taką pogodą znosił męża bole,

Jak owe dawniej spartańskie matrony,

Co nie wydały skargi, gdy mąż, w pole

Wyszedłszy — legł; nie biły w płaczu dzwony.

230

Chłodna, choć go kto oszczerstwem zakole,

Na męki męża z takim jasnym czołem

Patrzała, że świat krzyknął: „Jest aniołem!”

XXX

Cenić przyjaciół, choć im w oczy plwano,

To filozofia prawdziwa i czysta.

235

„Wspaniałomyślność” też jest piękne miano,

Zwłaszcza gdy z miana tego się korzysta.

Nigdy jej na tym grzechu nie złapano,

Co go zwie malus animus[41] jurysta[42].

Że nie jest zemsta osobista cnotą,

240

To prawda — ale czyż ja mam dbać o to?

XXXI

PlotkaGdy stare waśni z grobu wywołają

Skandal zwietrzały i w kłamstwa ubiorą,

To ludzkie złości roli tu nie grają;

Skandal trwa, bo się stał tradycji zmorą.

245

Naszym czcigodnym przez kontrast umają

Czoło, moralność zyska w dziesięcioro.

Wiedza się przez to zmartwychwstanie wzmoże:

Skandal jest dobry pod sekcyjne noże.

XXXII

Zadyszeli się w pojednawczym dziele

250

Znajomi; krewnym poszło jeszcze gorzej

(Doprawdy, iż się sądzić nie ośmielę,

Komu w tym razie powierzyć „ład boży”,

Czy krewni lepsi, czy też przyjaciele);

Juryści chcieli rozkucia obroży

255

Ślubów — lecz ledwo wzięli pierwsze raty,

Nagle don José odszedł w lepsze światy.

XXXIII

Umarł — w wyborze pory niełaskawy,

Bo, ile mogłem wyczuć ze wskazówek

Biegłych, co znali już podobne sprawy,

260

Z szeptów ostrożnych, mrugań i półsłówek,

Śmierć jego proces przerwała ciekawy,

A co smutniejsza — spędziła z placówek

Mieszczańskich uszu czaty, co z tej racji

W wielkiej zaczęły się wznosić sensacji.

XXXIV

265

Ach! umarł — a z nim razem pogrzebiono

Opinię tłumów, jurystów zasługi;

Pałac sprzedano, służbę rozpędzono;

Żyd zabrał jednę z kochanek, przy drugiej

Ksiądz został — tak mi przynajmniej mówiono…

270

Gdym pytał, co mu przerwało niedługi

Żywot, eskulap rzekł: Febris quartana[43].

— Żonie w sumieniu pozostała rana.

XXXV

Zresztą don José był dobre człeczysko;

Staję w obronie, bom go dłużej badał;

275

Więc nie wystawiam go na pośmiewisko

Ni o słabostkach będę rozpowiadał.

Wprawdzie przekraczał czasem stanowisko

Przyzwoitości, żądzami nie władał,

Jako ów Numa, Pompiliuszem zwany[44],

280

Ale — żółciowy był, źle wychowany.

XXXVI

Choć pamięć jego dzisiaj nic nie waży,

Biedny on! Nieraz ból mu dojął srogi.

Przyznaj, hart ducha najtęższy się zwarzy

W dniu jak ów, kiedy wstąpił w domu progi

285

I u zwalonych, sierocych ołtarzy

Stanął… skruszone łkały u nóg bogi.

ŚmierćWybrać musiało serce tkliwe, dumne

Śmierć albo sprawę w sądach — wzięło trumnę…

XXXVII

Bez testamentu zmarł. Ustawą prawną

290

Juan wziął proces, domy, lasy, pola,

W spadku; pod ręką opiekunów wprawną

Ogromne zyski rokowała rola.

Regencję matka objęła — jak dawno

Uświęca zwyczaj i natury wola:

295

Synek jedynak z rąk jedynej matki

Wyjdzie rozsądny, uczony i gładki.

XXXVIII

Najmędrsza z niewiast i wdów zapragnęła,

By Juan wzorem był dobrego tonu.

Nie godnyż, by się przed nim szlachta gięła?…

300

(Ojciec z Kastylii był, a z Aragonu

Matka). W rycerskie go szeregi pchnęła;

W wypadku wojny miał się trzymać tronu.

Uczył się rąbać, strzelać, jeździć konno,

Brać szturmem bramę forteczną, zakonną…

XXXIX

305

Lecz jeden, imperatywnej natury,

Punkt ponad inne wzniósł się punkty walne.

Zapowiedziała pedagogom z góry,

Że wychowanie ma być skroś moralne;

Nauka, MoralnośćWszelakie książki przez rodzaj cenzury

310

Miały przejść, zanim stały się czytalne,

Z wszystkich gałęzi wiedzy Juan młody

Mógł szczknąć prócz jednej: nauki przyrody.

XL

Wszystkie języki, zwłaszcza starożytne;

Wszystkie nauki, zaś metafizyczne

315

Specjalnie; sztuki, mające zaszczytne

W dziedzinie piękna miejsce — nie uliczne.

Te wiadomości były dlań aż zbytne,

Lecz omijano rzeczy skandaliczne:

O ras przerództwie ni najmniejszych wzmianek,

320

By się — broń Boże! — nie zepsuł Juanek.

XLI

Klasyczne studia bruździły okrutnie,

Bo był w nich Jowisz[45], Mars[46], Juno[47], Wenera[48],

Co zbytkowali w miłości wierutnie,

Lecz bez staników, majtek et cetera[49]

325

Ochmistrze wiedli z doñą częste kłótnie,

Aby ocalić z Wergilim[50] Homera[51],

Często musieli użyć apologii,

Bo nie cierpiała Inez mitologii.

XLII

Owidiusz[52] raptus — znać to w każdym słowie;

330

O skromność nie jest Anakreon[53] dbały;

Katullus[54] rzadko coś grzecznego powie,

Nawet w Safonie[55] nie tkwią ideały,

Choć Longin[56] twierdzi, że w hymnów osnowie

Szczytniejszych wzniesień oczy nie widziały.

335

Czysty jest Wergil, ale gdzież miał rozum,

Gdy pisał: Pastor Corydon formosum[57]?

XLIII

Lukrecjusz[58], brzydki dla swojej niewiary,

Młodym żołądkom nie da zdrowej strawy;

Juwenal[59] — wierzę — miał czyste zamiary,

340

Lecz użył środków złych dla zacnej sprawy.

W szczerocie myśli nie zachował miary

I gruby, szorstki jest, nawet plugawy,

A już chcę wierzyć, że nikt nie pochwala

Nieprzyzwoitych wierszyków Marcjala[60].

XLIV

345

Z najlepszych wydań uczono Juana;

Takie przez biegłych trzebione wydanie

Mądrze uchyla sprzed oczu młodziana

Jaskrawsze zwroty; lecz że obrzezanie

Kaleczy szpetnie skromnego kapłana

350

Muz i żal widzieć go w tym smutnym stanie,

Wyimki swoje notują w przypisku,

Tak spis obscoenów młodzieniec ma w zysku.

XLV

W indeksie razem wszystkie zgarniesz dłonią,

Miast je jak ryby zganiać do więcierzy[61];

355

Stoją w szeregu jak wojsko pod bronią,

Gotowe potkać się z rzeszą młodzieży,

Aż mniej surowi wydawcy je zgonią

I każdy ustęp wsuną, gdzie należy,

Nie chcąc, by stały tak nagością widne

360

Jako w ogrodach boginie — bezwstydne.

XLVI

Mszał — familijny skarb — jak wszystkie mszały

Oraz kościelne książki, daty starej,

Był malowany po krawędziach cały

W figlarne grupy; a już nie dam wiary,

365

Żeby ktoś, patrząc, jak się całowały

Owe osóbki, zwracał okulary

W tekst książki; toteż matka, myśląc zdrowo,

Wzięła ją sobie, a on — dostał nową.

XLVII

Musiał Juanek oczyma, uszyma

370

Badać homilie, kazania, żywoty

Złotoustego Jana[62], Hieronima,

A czynił owe studia bez ochoty.

Jak się dochodzi wiary, jak utrzyma,

Augustyn[63] bieglej od onej hołoty

375

Pogańskiej prawi w Wyznaniach tak lubo,

Że jego grzechy wydają się chlubą.

XLVIII

Było to chłopca dzieło ulubione;

Muszę jej oddać hołd wedle zasługi

Za cne zamiary — urzeczywistnione.

380

Miała go zawsze na oku; gdy sługi

Brała, to stare; gdy przyjęła bonę[64],

To nie znalazłbyś równie brzydkiej drugiej,

Tak zabiegała już za nieboszczyka,

Na wzór mężatkom, roztropna podwika[65].

XLIX

385

Juan tymczasem rósł piękny jak kwiatek;

Miluchny chłopczyk z jedenastym rokiem

Już zapowiadał, że za kilka latek

Zaćmi spółczesnych męskości urokiem.

Uczył się, sił miał młodzieńczych dostatek,

390

Zdał się do nieba iść stanowczym krokiem,

Bywało, pół dnia w kościele przepędza,

Pół w gronie matki, mentora i księdza.

L

W szóstym — jak rzekłem — czarujące dziecię,

W dwunastym piękny chłopiec, choć za cichy.

395

W dzieciństwie był jak młody wilczek; przecie

Tak go głaskali, aż oskromniał z pychy;

Myśleli: dobrze, gdy się żywość zgniecie

W chłopcu; potulny zdał się i uśmiechy

Wywabiał matce na twarz mędrzec mały;

400

Tak był stateczny, roztropny, wytrwały.

LI

Czy był? Wątpiłem; jeszcze mi wątpliwe

Dzisiaj; nie bój się! złe stąd nie wypadnie,

Znałem Joségo, a mam przenikliwe

Oko — lecz bardzo byłoby nieładnie,

405

Wnioskując z ojca o synu, złośliwe

Czynić uwagi; z żoną żył nieskładnie,

To prawda; ale zgorszeniem się brzydzę,

Obmowy nawet w żarcie nienawidzę.

LII

Więc nic nie mówię — nic; nawet jedynym

410

Domysłem nie chcę cię, słuchaczu, męczyć,

Lecz gdyby Pan Bóg obdarzył mnie synem

(Że nie obdarzył, pragnę się wywdzięczyć),

Nie robiłbym go, jak ona — rabinem,

Nad katechizmem nie kazałbym ślęczeć,

415

Nie — nie! — posyłałbym chłopca do szkoły,

Gdzie sam zbierałem wiedzę, jak miód pszczoły.

LIII

Kwitnież tam wiedza! Nie chcę się nadymać

Z tego, com zyskał; com zyskał — pominę.

Nie wszystko wprawdzie zdołał mózg poimać[66],

420

Daremnie kułem grekę i łacinę;

Od innych za to nie mogłem się wstrzymać

Studiów — nie powiem jakich — język zwinę.

Jestem kawaler, ale śmiem wnioskować,

Że syna trzeba całkiem nie tak chować.

LIV

425

Młodość, MatkaRok już szesnasty Juanowi mijał.

Przystojny, żywy, młodością wiośnianą

Wiotki, lecz silny, jak dąb się rozwijał,

Każdy prócz matki dawał mu już miano

Mężczyzny; jej zaś mało nie zabijał

430

Gniew, gryzła wargi, kiedy tak go zwano,

By nie wybuchnąć, bo dojrzałość wczesna

Była w jej oczach rzecz bardzo bezczesna[67].

LV

Śród przyjaciółek wielu naszej donny,

Dla[68] pobożności cennych i rozsądku,

435

Jaśniała doña Julia. Byłby płonny

Zamiar w porównań różnych kreślić wątku

Piękność, co była dla niej tym, czym wonny

Pyłek dla kwiatka, a ciepło dla wrzątku,

Czym dla Amorka łuk, pas dla Wenery…

440

(To porównanie chroma[69] — jestem szczery).

LVI

Czarne jej oczy widocznie zdradzały,

Że mauretańskiej krwi zdroje w niej płyną,

W istocie różne krwi się pomieszały

— Hiszpan pogardza taką mieszaniną —

445

Grenady dumnej gdy runęły wały,

Boabdil[70] smętny zbiegł, zbiegli z rodziną

Przodkowie Julii nazbyt wrogom znani;

Jej pra-prababka została w Hiszpanii.

LVII

Z hidalgiem jakimś — nie pomnę pieczęci —

450

Wstąpiła w związki; szlachcic krew swą skalał,

Prawa szlacheckie mając w niepamięci;

Dziad jego pewno w grobie się przewalał,

Bo stara szlachta stary zwyczaj święci.

Co na mezalians nigdy nie pozwala;

455

Żenią też z sobą braci, siostrzenice,

Skąd świetność rodu obraca się w nice.

LVIII

I teraz ród się obrócił na nice,

Krew się zepsuła, odrodziło ciało;

Drzewo szpecące hiszpańską ziemicę

460

Znowu strzelistą latorośl wydało,

Przestawszy rodzić karły i karlice,

Lecz próżno chciałbym zdusić wieść rozgrzmiałą,

A wstrząsającą owej damy sławę,

Że… w dom wnosiła prawe i nieprawe.

LIX

465

Bądź co bądź ród ten najpiękniejszym sprostał

I piękniał jeszcze w późne pokolenia,

Aż wreszcie w rodzie jedynak pozostał,

Co miał znów jedynaczkę; bez wątpienia

Każdy zgadł, że ten szczep, który się ostał,

470

To była Julia; ja z tego zdarzenia

Mógłbym urobić poemat niebrzydszy;

Miała wdzięk, męża, lat dwadzieścia i trzy.

LX

OkoJej oczy (bardzo piękne oczy cenię)

Ogromne, czarne, obłoczyste, rzewne,

475

Kiedy mówiła, rzucały płomienie,

A nigdy dumne nie były ni gniewne,

Zawsze miłosne; czasem z nich zachcenie

Rozkoszy błysło — lecz trwożne, niepewne,

I gasło zaraz — bo hartowna dusza

480

Uskramia ciało i milczeć przymusza.

LXI

Lśniący włos czoło w powabnej obręczy

Trzyma, połyskiem lustrzanym nasyca.

Brwi w kształt powietrznej zginają się tęczy;

Młodości zorzą purpurowe lica

485

Tak przezroczyste czasem, jak z pajęczej

Tkanki, pod którą w żyłach błyskawica

Żarzy się. Słowem, twór niepospolity;

Wysmukła — krępej nie znoszę kobiety.

LXII

Niedawno śluby ją związały święte

490

Z mężem — niestety! — wiosen pięćdziesięci.

Myślę — a z życia mam dowody wzięte —

Że lepiej mieć dwu o dwudziestu pięci,

I znowu myślę tak: …mi vien in mente[71]

Że gdzie krew kipi i do życia nęci,

495

A słońce grzeje, tam wybór niewieści

Przekłada męża, co ma lat trzydzieści.

LXIII

Smutna to jest rzecz, przyznam, ale winię

Słońce; ono się tak nieskromnie jarzy,

Taki roznieca żar w człowieczej glinie,

500

Tak ją przypieka, grzeje, pali, smaży,

Że choć człek modli się i z postów ginie,

Zawsze tam ciało, nie duch, gospodarzy.

Co my umizgiem, nierządem prorocy

Zwą, częstsze w krajach słonecznej przemocy.

LXIV

505

Północne ludy skromne, jak wam błogo!

— Wasz grzech jest zimny. U was morał goni

Grzesznika bez szat na śnieżycę srogą,

Wszak w śniegu kruszył się święty Antoni.

Sędzia orzeka, jak się płaci drogo

510

Cnotę niewiasty; kto się wdzięczy do niej,

Skazan na grzywny; podatek nie lada,

Co jak papiery wznosi się i pada.

LXV

Don Alons — tak się zwał mąż pięknej żony —

Na swoje lata dość był zamaszysty;

515

Ni to kochany, ni znienawidzony,

Żył z nią, jak wiele stadeł, w zgodzie czystej,

Gdyż pobłażały sobie obie strony.

Nie mieli jednej duszy ni dwoistej;

ZazdrośćOn był zazdrosny, ale cicho siedział:

520

Zazdrość nie lubi, by świat o niej wiedział.

LXVI

Julia z Inezą — przyczyny nie wskażę —

Była od dawna bardzo sprzyjaźniona,

Chociaż ich gusty nie chodziły w parze,

Bo Julia wcale nie była uczona.

525

Ludzie szeptali (lecz to kłamstwo wraże,

Złośliwość mile łechce ludzkie łona),

Że nim don Alons z Julią stworzył stadło,

Raz dlań Inezy serce w grzech popadło;

LXVII

Że podejmując dziś starą znajomość,

530

Którą uczynił czas czystą jak chusta,

Względy, którymi cieszył się jegomość,

Zlała na żonę dama złotousta.

Schlebiała Julii ta względów rzekomość,

Które chwaliły don Alonsa gusta

535

W wyborze żony; gdy plotek do zniku

Zdusić nie mogła, użyła tłumiku[72].

LXVIII

Czy Julia na ten stosunek patrzała

Okiem sąsiadów, czyli[73] była skrzętna

W odkryciach własnych — nie wiem, nie dawała

540

Poznać, jakie jej w sercu biły tętna.

Może istotnie ślepa lub niedbała,

Może znudzona, może niepamiętna,

Doprawdy dziwna kobieca natura,

Kryjąca zawsze głąb duszy jak chmura.

LXIX

545

Znała Juanka i buziak dziecinny

Ucałowała czasem; nad przepaście

Nie wiedzie przecież taki gest niewinny…

Dwadzieścia miała lat, a on trzynaście.

Lecz wnet stosunek nastał wcale inny,

550

Kiedy młodzieniec liczył lat szesnaście…

Wielkie się zmiany przez lat kilka darzą,

Zwłaszcza u ludów z ogorzałą twarzą.

LXX

Ulegli nagle niepojętej zmianie:

Ona się stała skryta, on płochliwy,

555

Nie całowali się na powitanie,

W oczach się zjawiał wyraz kłopotliwy.

Nie można wątpić — prawda, piękne panie,

Że rozumiała zmiany nieszczęśliwej

Przyczynę Julia; lecz on miał pojęcie,

560

Jak ten, co łódki nie zna — o okręcie.

LXXI

Julię bo chłód ten robił bardziej miłą;

Gdy wysuwała swe paluszki drżące

Z Juana ręki, to dotknięcie było

Tak delikatnie lekkie, tak mamiące,

565

Iż mogła sądzić dusza, że się śniło,

A nigdy zwodnej Armidy[74] tysiące

Czarów nie kuło tak rycerzy w pęta,

Jako Juana serce — te rączęta.

LXXII

I spotykała go już bez uśmiechu,

570

Ale ze słodszą niż uśmiech tęsknotą,

Jak gdyby myśli, szemrzące po cichu

I pełne skargi, tuliła pieszczotą

Za to, że więzi je w serca kielichu.

Miłość, TajemnicaWszak i niewinność nie grzeszy szczerotą,

575

Sercu drugiemu prawdy nie poruczy[75];

Miłość obłudy już z młodu się uczy.

LXXIII

Ale się zdradza namiętność nieszczera,

Właśnie przez skrytość swą; jak czarne chmury

Zwiastują dziką burzę, tak przeziera

580

Namiętność przez ócz zamglone lazury

I w jakąkolwiek szatę się ubiera,

Jest zawsze jednej, obłudnej natury.

Chłód, duma, niechęć lub szorstkość bolesna,

To jest jej maska, zazwyczaj niewczesna.

LXXIV

585

Były westchnienia głębsze, bo tłumione,

Słodka w kradzionych spojrzeniach nieśmiałość,

Rumieńce wstydu za niepopełnione

Winy; przed zejściem[76] lęk, z rozejściem żałość.

Wszystko to zdradza pożądania one,

590

Co z namiętnością młodą tworzą całość,

Wskazując, jak to się miłość wietrznica

Zmienia w trusiątko, gdy napotka fryca[77].

LXXV

Wstrząśnione było serduszko niebogi,

Czuła, że słabnie, więc milczeć przymusza

595

Niesforne serce; wszak jeszcze jej drogi

Honor i duma, mąż i własna dusza.

Postanowienia czyni, pełna trwogi,

Zdolne powstrzymać nawet Tarkwiniusza,

Prosi o pomoc Najświętszej Panienki:

600

Ona zna radę na takie udręki.

LXXVI

Postanowiła unikać Juana,

Lecz trzeba było odwiedzić dom stary.

Siedziała, w odgłos każdy zasłuchana…

Ktoś wszedł… to pewno on… nie… ksiądz wikary!

605

Dziękując Marii, siedzi zadąsana

I czeka; znów ktoś wszedł… ach! nie do wiary!

Rozpacz — znów nie on. W tę noc, strach mi wielce,

Nie modliła się Bożej Rodzicielce.

LXXVII

Teraz myślała tak: Kobieta z głową

610

Winna pokusie spojrzeć prosto w oczy;

Ucieczka rzeczą jest niehonorową,

Więc wytrwać trzeba; wtedy nie zaskoczy

Serca wróg żaden spojrzeniem, rozmową;

A jeśli nim jest młodzieniec uroczy,

615

Przystojny, miły, grzeczny?… no, dość na tem,

Nigdy nie będzie czymś więcej niż bratem.

LXXVIII

A gdyby kiedy — któż zaręczy za się?

Bo diabeł nie śpi i ciągnie ku zgubie —

Poczuła, że jej serce w ambarasie

620

Szepce: „Ja tego chłopca bardzo lubię!”

O! to cnotliwa kobieta nie da się

Skusić, i lepsza będzie po tej próbie.

A gdyby prosił… odmówić, i basta!

— Tak czynić każda powinna niewiasta.

LXXIX

625

Zresztą jest miłość, co świętością poi:

Czysta, powietrzna, jak kwiat nienaganna,

O której w niebie boski anioł roi

(Na ziemi czasem roi stara panna),

W której platońska woń… „właśnie jak w mojej”

630

Taka myśl była w Julii nieustanna.

I ja bym myślał tak, gdybym to ja był

Tym, co posesję w sercu Julii nabył.

LXXX

Takiej miłości nie mam za zwodnicę;

Powierzyć się jej może młodych dwoje.

635

PocałunekPierwszy całusek w rękę, drugi w lice…

Ja się w podobne rzeczy wdawać boję,

Bo pocałunek stanowi granicę

Bezpiecznych traktów; poza nią wyboje,

Przepaści; nie chodź, bo połamiesz nogi.

640

Ostrzegam — kto chce, niech słucha przestrogi.

LXXXI

Miłość więc, lecz nie wychodząca z szranek,

To był jedyny cel, bardzo niewinny.

Praktyczne lekcje, które z nią Juanek

Odbywał, kiedyś przydać się powinny.

645

Więc przy jej oczach, co jako kaganek

Błyszczały, uczył się, przy miodopłynnej

Rozmowie, głosach bijącego łona,

Czego?… ni Juan nie wiedział, ni ona.

LXXXII

A Julia, serce hartując i zbrojąc

650

Tą próbą jako spiżem duszę białą,

Żądała walki, pokus się nie bojąc,

Jak gdyby była fortecą lub skałą.

Mówiła sobie, serdeczne spokojąc

Obawy, że ją bój okryje chwałą,

655

Ale czy w boju owym była silną,

Czekajcie! Zaraz powiem, gdy wam pilno.

LXXXIII

Plan jej niewinny zdał się i możebny;

Któż by o miłość posądzał… smarkaczy?

Nawet, gdyby ktoś dziecko o haniebny

660

Związek z mężatką oskarżał, co znaczy?

Gdy serce winy nie zna, niepotrzebny

Strach, bo w nim pokój panuje prostaczy.

Przecież chrześcijanie[78] palili się wzajem,

Wierząc, że za to Bóg nagradza rajem. —

LXXXIV

665

Gdyby tymczasem mąż umarł… Do licha!

Ta myśl by serca Julii nie skaziła

Nawet i we śnie — (tak marzy i wzdycha).

Ona by jego straty nie przeżyła!…

Ale przypuśćmy, tak inter nos[79], z cicha,

670

Żeby istotnie śmierć męża skosiła. —

(Inter nos, raczej entre nous[80]; Julia lubi

Myśleć z francuska — ale to rym gubi.)

LXXXV

Przypuśćmy — ta jej myśl wpadła do główki:

„Tymczasem w męskość zacznie się oblekać

675

Juan i będzie gotów mąż dla wdówki

Która nań kilka lat może zaczekać.

Cnota (tu kończę przypuszczań osnówki)

Nie będzie mogła bynajmniej narzekać

Na ten stosunek, bo to będzie próba

680

Miłości takiej, jak miłość cheruba[81].

LXXXVI

Tyle o Julii. — Do Juana pora

Powrócić. Biedny chłopiec! Nie rozumiał,

Że mu komórka jedna w sercu chora,

Czuł, jak Medea[82], jakiś zgiełk, co szumiał

685

W głowie i straszył, jak skrzydło upiora.

Nie odgadł bowiem, że najprostszy tu miał

Fenomen, wcale dla serca niewstrętny,

Nawet po bliższym poznaniu — ponętny.

LXXXVII

Milczący, dziki, w marzeniach ponury,

690

Jakby z tajemnym bólem walki staczał,

Po desperacku krył się w lasy, góry

I ranne serce w samotności maczał.

Ja także lubię las lub ciche mury,

Lecz pragnę (nie chcąc, by ktoś myśl mą spaczał)

695

W samotni paszą być i pełnić cnotę,

Mając w haremie pustelniczą grotę.

LXXXVIII

„Miłości! W lasów splątanej gęstwinie,

Kędy się zachwyt z bezpieczeństwem parzy,

Tam, w czarów cudnych przeważnej dziedzinie,

700

Jesteś boginią z ramienia i twarzy”.

Poeta, który tak pisze, nie zginie,

Ale wiersz drugi mózgi ludziom smaży,

Bo gdy z „zachwytem bezpieczeństwo” złączę,

To mi się w głowie związek słów tych plącze.

LXXXIX

705

Poeta tymi wyrazy wskazuje

Prawdę, co w łonie ludzkiego plemienia

Tkwi, którą każdy starszy człowiek czuje

I może o niej mówić z doświadczenia,

Że przerwą równie śniadanie się psuje

710

Jak miłość. Nie tknę już treści „parzenia”

„Zachwyt” jest czasem dobry — jak się zdarzy.

Lecz „bezpieczeństwo” niech stanie na straży.

XC

Don Juan chadzał ponad szklane wody,

— W sercu mu dziwne mary grały ładnie —

715

Lub twarz przytulał do traw dla ochłody,

Gdzie dąb na czoła brzóz konary kładnie,

Gdzie wieszcz Fantazji wychowuje płody,

Z których pożywać musisz, gdy tak padnie.

Ujdzie, gdy jakieś jądro w treści chowa

720

I nie jest ciemna jako Wordsworthowa[83].

XCI

Tam on (nie Wordsworth, lecz Juan) prowadził

Ze swoją wzniosłą duszą samożycie,

Aż ból, co mało piersi nie rozsadził,

Uspokoił się i ustało bicie

725

Serca na chwilę. Jak umiał, tak radził

Swojej niedoli, wszystko czyniąc skrycie.

I nie zważając, że rozsądek ronił,

W metafizyczność się jak Coleridge[84] wchłonił.

XCII

Młodość, MarzenieMyślał o swym „Ja”, o ziemi, o masie

730

Światów i gwiazd, o ich powietrznych szlakach,

W jakim, u diabła, mogły powstać czasie,

I o wulkanach, i wojennych znakach,

I wiele może liczyć księżyc w pasie,

I o balonach, i o wielkich brakach

735

W dziedzinie wiedzy, o górnych przezroczach —

A potem myślał znów o Julii oczach.

XCIII

Bystra źrenica w myślach tych odkryje

Wzniosłe żądania i marzenia szczytne,

Jeden się rodzi z nimi, drugi żyje

740

Badaniem, goniąc mary niepochwytne.

Dziwne to, gdy się młodzik z niebem bije

Myślą, czym trwają niebiosa błękitne.

Może sądzicie, że filozofował

Juan? — a gdzież tam; w dojrzałość wstępował.

XCIV

745

Kładł się na liście i na kwiatów puchy

I słyszał w szumach wiatru gadaninę.

Myślą przedstawiał nimfy, wodne duchy,

Jak to do ludzi chodziły w gościnę.

Tracił z rachubą czasu drogę w głuchej

750

Puszczy, a kiedy spytał o godzinę,

Spostrzegł, że stary czas piorunem bieży

I że do domu wróci — po wieczerzy.

XCV

Czasem go nęcił w takiej leśnej głuszy

Boscan[85] lub Garcilasso[86]; wtedy czytał,

755

A jak, gdy karty księgi wiatr poruszy,

Drżą, tak gdy marzeń powiew doń zawitał,

Drżały tajemne karty jego duszy,

Ni to czarownik ją w powietrze chwytał,

A potem burzom rzucał na ofiarę,

760

Jak przy kominku bają babki stare.

XCVI

Tak błądzi często niezaspokojony.

W kąt poszły: humor, zabawa, nauka;

Wzniosłe dumania i poezji tony

Nie wystarczają mu; on myślą szuka

765

Piersi, na których mógłby utulony,

Spocząć i słuchać, jak w nich miłość puka

I szuka, czego? — pamiętam po sobie,

Lecz dziś nie wydam — powiem w swojej dobie.

XCVII

Takie dumania, błądzenia po lesie

770

Musiała doña Julia zauważyć;

Toteż spostrzegła, że z Juanem źle się

Dzieje… lecz na to muszę się poskarżyć,

Że nie szkodziło to doñi Inezie,

Gdy pozwalała włóczyć się i marzyć;

775

Czy nie spostrzegła, czy nie miał kto ostrzec,

Czy mając rozum swój, nie chciała spostrzec?

XCVIII

Dziwne to, ale prawdziwe, niestety!

Mąż, na ten przykład, kiedy żona łamie

Prawa święcone kodeksu kobiety

780

I gdy przekracza — któreś przykazanie

(Które? nie liczę; nie przestąpię mety

Grzeczności, jaka przynależy damie),

I jeśli zazdrość w mężu się zapala,

Tym chętniej żona zrobi zeń — rogala.

XCIX

785

ZdradaPrawy małżonek podejrzewać musi,

Tylko że bardzo często podejrzewa

Człeka, co wcale mu żony nie kusi,

A znów jak ślepiec hańbą się okrywa,

Gdy „przyjaciela” mało że nie dusi

790

W uściskach, ten zaś frant, jak zwykle bywa,

Ucieka z żoną… Mąż stoi jak słupiec

I woła: „Zdrajcy!” zamiast: „O, ja głupiec!”

C

Rodzice równie czasem niedowidzą

(I najbystrzejszy wzrok tam nie poradzi);

795

Nie dojrzą, choć już ludzie głośno szydzą,

Kochanki Jasia lub kochanka Jadzi.

Aż tajemnicę, nad którą się biedzą,

Jakiś nieszczęsny wypadeczek zdradzi,

Matka zawodzi, ojciec klnie na czarty

800

Krzycząc: „Nie dzieci!” „Wyrodki!” „Bękarty!”

CI

Lecz matka była tak czujna, ostrożna

I doświadczona, że domysł odmienię;

Widać w tym tkwiła jakaś myśl pobożna,

Że wystawiała go na pokuszenie.

805

— Na trop podejrzeń puszczać się, rzecz zdrożna. —

Może tak — chciała skończyć wykształcenie

Lub z don Alonsa oczu zdjąć ślepotę,

Przez którą wierzył zbytnio w żony cnotę…

CII

Był to zwyczajny dzień a pora letnia.

810

Lato to pora bardzo niebezpieczna,

Równie jak wiosna pod sam koniec kwietnia;

Przyczyna — sądzę — leży ostateczna

W słońcu… Śmiejesz się?… Patrz! Myśl mą uświetnia

Prawda w naturze stała i odwieczna,

815

Że są weselsze i płodne miesiące:

Maj w heroiny jak marzec w zające.

CIII

W szóstym dniu czerwca… Dokładność nazwiecie

Przesadą, lecz ja tej przesady bronię;

Wymieniam zawsze miesiąc, rok, stulecie. —

820

Daty to stacje, gdzie Los zmienia konie,

Historia czyni zwrot, za czym po grzbiecie

Ludów i mocarstw pędzi w wielkim gonie,

Nie zostawiając nic prócz chronologii

I mszy żałobnych pod znak teologii.

CIV

825

W owej godzinie, w której dzień już kona,

A więc o siódmej albo wcześniej może,

Siedziała Julia, niby huri czczona

I usadzona gdzieś na rajskim dworze

Od Mahometa i Anakreona —

830

Moora, któremu niech lutnia i hoże

Pieśni triumfu grzmią, a wawrzynowy

Liść niechaj nigdy nie opada z głowy…

CV

Siedziała, jednak nie sama — albowiem…

(Brak mi o owej schadzce komentarzy,

835

Nic nie wiem — choćbym i wiedział, nie powiem,

Ząb językowi winien stać na straży).

Albowiem (tu mnie strach przechodzi mrowiem)…

Było ich dwoje… twarzyczka przy twarzy.

Gdy ujrzysz dwoje na takiej gawędzie,

840

Nie patrz; trudne to, ale mądre będzie.

CVI

Jak była piękna! Serce doświadczone

Płonęło w licach, a nie czuła trwogi;

Miłości! Mocy twe, chociaż tajone,

Silnych gną, słabych stawiają na nogi,

845

Często rozumnych ludzi omamione

Serca, twój powab goniąc, schodzą z drogi. —

Choć nad głęboką stanęła otchłanią,

W głębszej ufności nie zważała na nią.

CVII

Myślała o pokusach, o młodości

850

Chłopca, sumieniu gderzącym nieznośnie,

Zwycięstwie cnoty, małżeńskiej wierności,

O don Alonsa pięćdziesiątej wiośnie…

— Tę cyfrę muszę wpisać z konieczności;

Nic z niej dobrego nigdy nie wyrośnie,

855

Bo w każdej strefie, czy grzeje, czy chłodzi,

W pieniądzach dobra, lecz — w miłości szkodzi.

CVIII

Rzecze ktoś: Razy pięćdziesiąt mówiłem

Waćpanu — znak to, że go gniew unosi;

Rzecze poeta: Wierszy ukropiłem

860

Pięćdziesiąt — strach ci, że je wnet wygłosi;

Bandę pół-setni zawsze obejdź tyłem;

Miłość pół-wieczną prędko niemoc skosi,

Ale że miłość u dam tanią ma być,

Można za złotych pięćdziesiąt ją nabyć.

CIX

865

Julia chowała dla męża szacunek,

Miłość i wierność; potrzebując rady,

Wzywała wszystkich świętych na ratunek,

By ślubny pierścień zbawić od zagłady,

Oddała rozsądkowi posterunek

870

W sercu i tocząc tak z duszą układy,

Rękę Juana w swoją rękę wzięła

Przypadkiem — myśląc, że własnej dotknęła.

CX

Potem bezwiednie wsparła się na drugiej,

Co jej muskała kruczych włosów zwoje,

875

I zda się, wiodła z myślami spór długi,

Bo się odbiły w twarzy niepokoje.

Nie miała Inez przed Bogiem zasługi,

Że ostawiła tak razem — tych dwoje…

Ona, co dawniej tak Juana strzegła…

880

Moja by matka złemu zapobiegła.

CXI

Rączka, co rękę Juana pieściła,

Lekko, lecz tkliwie wzmocniła ujęcie,

Jak gdyby prosząc: „Weź, jeślim ci miła”.

Chciała, ot, dotknąć tylko — wierzę święcie,

885

Bo się platońska w niej myśl rozkwiliła,

A gdyby inne myśli w tym momencie

Powstały, to by odepchnęła przecie,

Boć to jest zdrożna rzecz zacnej kobiecie.

CXII

Nie wiem, czy uścisk go rozgrzał jak trunek…

890

Za to, co zrobił, winić go nie można:

Wdzięczny na rączce złożył pocałunek,

A potem myśląc, że to jest bezbożna

Śmiałość, twarz odział w rozpaczny frasunek[87].

— Miłość, gdy młoda jest, jest taka trwożna…

895

Ona nie mogła krzyknąć, bo ją owił

Jakby żar ognia i lica spąsowił.

CXIII

Poszło spać słońce; po niedługiej chwili

Wstał żółty księżyc. W księżycu „złe siedzi”,

A kto go nazwał „czystym”, ten się myli;

900

Bo słońce, chociaż pół ziemi odwiedzi

W dniu owym długim, co się z nocą sili,

Ani połowy tych psot nie wyśledzi,

Którym przez parę godzin jest przytomny[88]

Pyzaty księżyc, choć zda się tak skromny.

CXIV

905

Jest niebezpieczne tej chwili milczenie,

Cichość, co daje duszy przepełnionej

Moc odemknięcia się, a na uśpienie

Już nie wystarczą nocnych muzyk tony.

Blask, co jak srebro kapie na odzienie

910

Lasów i rzuca czar na świat uśpiony,

Wnika też w serce, spokój zeń wypłoszy,

Potem otula je w półsen rozkoszy.

CXV

Julia siedziała na pół opleciona,

Pół uchylając gorące uściski,

915

A całym ciałem drżeli — on i ona.

Sądziła jednak, że jeszcze niebliski

Grzech, że w czas[89] chłopca odepchnie od łona;

A tu tak dobrze… w oczach takie błyski

Rozkoszne świecą… a potem — ach! potem…

920

Nie wiem — żałuję już, że piszę o tem.

CXVI

O Plato! Plato! W twej dzikiej doktrynie

Wycięta ścieżka, co nią wiedzie szatan

Do piekieł; bardziej twoje brednie winię,

Gdy nimi serca miąższ bywa skołatan,

925

Niźli stek baśni, co z bardonu płynie

Romansopisów; tak, jesteś szarlatan

I krasomędrek; niechajże cię chórem

Okrzyczą! Jesteś ludzkości rajfurem[90].

CXVII

Głos Julii rozwiał się w westchnieniu, i tym

930

Samym do dalszych zwierzeń się nie nadał;

Z pięknych ócz zdrojem łzy trysły obfitym,

Jakiś nieszczęsny traf jej cnotą władał.

Ach, któż z nas kocha, nie głupiejąc przy tym?

Jeszcze rozsądek w niej z pokusą gadał,

935

Jeszcze wzdragała się, jeszcze siliła

I „nie pozwolę” szepcąc — pozwoliła.

CXVIII

Skarby obiecał Kserkses[91] nierozumny

Temu, kto znajdzie dlań uciechy nowe.

Iście, kto znalazł, mógł być bardzo dumny

940

I wybrał skarbca co najmniej połowę.

Ja jestem sobie wieszcz spokojno-umny,

Lubię miłostki (rozrywką je zowę).

Nie żądam uciech nowych, bo mi stare

Zgoła wystarczą, byle trwały w miarę.

CXIX

945

Rozkoszy! Wspierasz ty sprawę miłosną,

Lecz dla cię piekłu trzeba oddać duszę,

Postanowienia czynię z każdą wiosną,

Że nim rok minie, poprawić się muszę.

Lecz cóż!… Westalskim myślom[92] skrzydła rosną

950

I ulatują. Tym razem się skruszę,

Ni chybi; patrzaj, serce żalem łzawię

I przyszłej zimy pewno się poprawię.

CXX

Tu niech mej czystej Muzie wolno będzie….

— Nie obawiajcie się, panny i panie,

955

Już się nie potknie, wstyd mając na względzie,

Ale licentia poetica w planie

Wypracowanym niteczki rozprzędzie

I choć zasłużył na poszanowanie

Arystoteles[93] i jego reguły,

960

Przez kilka chwilek będę dlań nieczuły.

CXXI

Wolność tę oprę na błogiej nadziei,

Że słuchacz szósty dzień czerwca, co treści

Udzielił mojej wielkiej epopei,

Bacząc na bohaterów tej powieści,

965

Z zwykłego czasów toru wykolei

I po nim zaraz listopad umieści.

Był więc listopad; dzień nie pomnę który,

Zresztą w powieści brak nie zrobi dziury.

CXXII

Dziś o czym innym; słodko jest, gdy schodzi

970

Z księżycem bladym noc na modre morze…

Śpiew słychać dźwięczny z gondoliera łodzi

I wioseł plusk, jak rybek plusk w jeziorze;

Słodko jest patrzeć, jak się gwiazda rodzi

I słuchać wiatrów poszumu na dworze.

975

Słodko jest, gdy się przegnie na niebiosa

W fali kąpana tęcza krasnowłosa.

CXXIII

Słodko jest słyszeć kundysa szczekanie

Zacne, jak w skowyt radosny się mieni;

Słodko jest widzieć, że ktoś na spotkanie

980

Wyjdzie, że oko mu się rozpromieni.

Słodko, gdy ptaszki zbudzą na śniadanie,

A uśpi burza. Słodko, gdy szepleni

Pierwsze wyrazy dziecko, kiedy pszczoły

Brzęczą, gdy słychać dziewcząt śmiech wesoły.

CXXIV

985

Słodkie jest winobranie, gdy się śmieją

Bachusowego soku[94] pełne grona

Błękitne; słodko przed miejskich zawieją

Uciech rzucić się naturze w ramiona;

Słodko biednemu cieszyć się nadzieją,

990

A ojcu pierwsze przycisnąć do łona

Dziecię; żołdactwu bardzo słodkie łupy,

Kobiecie zemsta, korsarzom okupy.

CXXV

Słodki jest spadek, a nadzwyczaj słodka

Rzecz, gdy się z liczby żyjących wymaże

995

Siedemdziesięcioletni wuj lub ciotka,

Która „nam młodym” długo czekać każe

Na schedę ani da zajrzeć do środka

Skrzyni, a sama żyje jak Łazarze,

Gdy nas tu Żydów opadają hurmy

1000

Wołając: „Zapłać, bo pójdziesz do turmy[95]…”

CXXVI

Słodko laurowe zyskiwać wianeczki

Krwią lub inkaustem; słodko, gdy ostudzi

Serce swe gniewy; słodko miewać sprzeczki

Z nieznośnym gościem, kiedy nazbyt nudzi;

1005

Słodkie jest wino z flaszek, piwo z beczki;

Miło, gdy słabą istotę z rąk ludzi

Wyrwiesz; gdy szkolną izbę uprzytomnisz,

Co już nie pomni cię, choć ty ją pomnisz.

CXXVII

Lecz stokroć słodsza dla duszy i ciała

1010

Pierwsza namiętna miłość. Jako Ewa

Po pierwszym grzechu większych nie zaznała

Rozkoszy, tak gdy z wiadomości drzewa

Uszczkniesz i wszystko już poznasz — bez mała,

Dusza milszego nic się nie spodziewa

1015

Nad ów niebiański grzech, co tak jest mitem,

Jak baśń o ogniu z niebiosów dobytym.

CXXVIII

Kondycja ludzkaJest dziwne zwierzę, co się zwie człowiekiem,

Co w sobie wszystkie zdolności kojarzy

I popisuje się wszechstronnym stekiem

1020

Głupstw, i wystawia w kramach ku sprzedaży.

Wiek nasz jest dziwów rozpuszczonych wiekiem,

Gdzie każdy talent ma swoich handlarzy;

Sprzedają prawdę, a gdy worek pusty,

Z przekupniów prawdy robią się — oszusty.

CXXIX

1025

Wszechstronność wdziera się w odkryć dziedziny;

Geniusz, gdy mu się kieszeń wyjałowi,

Przyprawia nosy, stawia gilotyny.

Ten ci wybije zęby, ten odnowi…

Race Congreve'a[96] są nie bez przyczyny

1030

Lekiem przeciwnym całkiem — ospie krowiej,

Gdy doktor starą niemoc leczy, nowy

Zaród słabości zbierając u — krowy.

CXXX

Z ziemniaków da się wypiec (marna) bułka,

Galwanizm[97] trupom policzki wykrzywia,

1035

Lecz dziś przynosi większą korzyść: Spółka

Filantropijna, co unieszczęśliwia

„Gratis” umarłych — życiem. A zlicz kółka

Maszyn, którymi się dziś ruch ożywia!…

Rzekłem, że mała ospa wnet nas minie;

1040

Może też po niej i wielka zaginie.

CXXXI

Mówią, że wielka przyszła z Ameryki;

Niechby z powrotem skrzydła ją poniosły.

Ludność za gęsta — twierdzą statystyki,

Przetrzebić warto krze, gdy się rozrosły.

1045

Zrobią to wojna, głód, mór, Angielczyki,

Cywilizacji najdzielniejsze posły,

Lecz nie wiem, czy ich prastare zarazy

Od naszych nowych nie lepsze sto razy!

CXXXII

Wiek nasz patentem obdarza sposoby

1050

Na ciał zabicie, ale dusz zbawianie.

Wszystko to dobrych zamiarów wyroby.

Lampa Davy'ego[98], z którą się w otchłanie

Spuszczając górnik czarne kruszy groby,

Po Lodowatym spacer Oceanie

1055

Lub po Tombuktu — równe czynią straty,

Jak pod Waterloo czyniły armaty.

CXXXIII

Człowiek — przyrody najdziwniejsze dziecię,

Przerasta sądy, które o nim głoszą.

Szkoda doprawdy, że w tym ślicznym świecie

1060

Rozkosz jest grzechem, czasem grzech rozkoszą…

Nikt nie wie, gdzie go wir losów pomiecie;

Sława i miłość w drodze go unoszą,

Pnie się… a kiedy po promyku złotym

Nadziei dojdzie… śmierć — jak wiesz — a potem…

CXXXIV

1065

Cóż potem?… Nie wiem. Pewno nie wiesz i ty,

Więc idź spać. — Ja zaś do mojej powieści.

Był to listopad w dni dżdżyste obfity,

Gdy już puch śniegów skalne turnie pieści,

We mgle majaczą wierzchołków błękity,

1070

Jezioro głucho u brzegu szeleści,

Pieniąc się wspina na skały niezłomne

I spać o piątej idzie słońce skromne.

CXXXV

Była to „gruba” noc — jak mówią stróże —

Bez gwiazd, księżyca. Wiatr północną stroną

1075

Wył, na kominkach snop iskier ku górze

Strzelał. Przy ogniu, pomnę, siada grono

Rodzinne… Lubię takie ognie duże,

Jasne jak niebios nieschmurzone łono;

Lubię przy ogniu sieść[99], gdy pracy zbędę,

1080

Lubię ostrygi, szampan i gawędę.

CXXXVI

Północ. Już doña Julia głową w puchy

Wtuliła, pewnie śpiąc. Wtem niespodzianie

Powstał zgiełk zdolny wzruszyć śpiące duchy

Umarłych, gdyby na świętych wołanie

1085

Nie byli wstali, jak śród zawieruchy

W dniu ostatecznym każdy z nas powstanie.

We drzwi ktoś pięścią tłukł i z wielu krtani

Wychodził okrzyk: „Pani! Otwórz, pani!”

CXXXVII

Ucieczka„Czy pani słyszy?… Pan wraca! Mój Boże!

1090

I wlecze z sobą prawie pół Sewilli!

Słyszał kto kiedy o takim potworze?

Czuwałam, ale tak nas zaskoczyli…

Trzeba otworzyć drzwi — weszli w podwórze,

Już są na schodach — będą tu w tej chwili,

1095

A jak go znajdą… Jezu! i wywloką…

Niech skoczy!… Okno nie bardzo wysoko”.

CXXXVIII

A don Alonso kroczył rozjuszony,

Za nim przyjaciół, sług, pochodni siła[100].

Większość gromady miała także żony,

1100

Toż była dla nich gratka bardzo miła

Przerwać sen słodki damie rozmarzonej,

Co może męża świątnicę kaziła.

Przykład niewiary zaraża jak dżuma:

Przebaczysz, druga z grzechem się pokuma.

CXXXIX

1105

Nie wiem, jak i skąd takie podejrzenia

Mogły się w głowie Alonsowej zrodzić,

Lecz jawnie dowiódł szlachcic z urodzenia,

Że się nie umie z damami obchodzić,

Kiedy znienacka i bez ostrzeżenia

1110

Śmiał do sypialni żony sejmik zwodzić,

Zganiać lokajów z mieczem i pochodnią,

By dowieść rzeczy… brrr… która jest zbrodnią.

CXL

A biedna Julia — niby przebudzona

(Uważ: nie mówię, że sen był udany),

1115

Zaczęła wzdychać, łkać, prężyć ramiona…

Wtedy Antonia, której spryt był znany,

Wzburzyła pościel, jak gdyby to ona

Powstała z łóżka; miała snadź[101] swe plany,

Gdy chciała dowieść w tej chwili naglącej,

1120

Że pani spała przy boku służącej.

CXLI

Więc Julia-pani przy Antonii-służce

Leżały, jak dwie babie[102], pełne trwogi,

Mniej przed wampirem, co się we krwi pluszcze,

Niż przed żołdactwem z sąsiedniej załogi.

1125

Tak przytulone na jednej poduszce

Przemęczą całą noc obie niebogi,

Póki nie wróci wierny mąż. O świcie

Wołając: „Otóż mnie masz, moje życie!”

CXLII

Wreszcie głos Julia z piersi wydobyła:

1130

„Na Boga! mężu, czy cię szał ogłupił?

Co to ma znaczyć? Bogdajbym nie żyła,

Nimeś mnie biedną na ofiarę kupił!

Po co tu przyszła ta zgraja opiła?

Czyś się szaleju najadł, czyś się upił?…

1135

Ja bym umarła, niżbym cię oszukać

Miała… tak — szukaj!” Mruknął: „Idę szukać”.

CXLIII

Szukał — szukali — weszli do alkowy,

Zajrzeli do szaf, komody i biurka,

Znaleźli parę pończoszek, balowy

1140

Trzewik, wstążeczki, sznurki, szlarki, piórka

I wszystko, czego do strojenia głowy

I lic używa każda Ewy córka;

Zrąbali lustra, stoły, krzeseł parę,

Pokłuli sofy, dywany, kotarę.

CXLIV

1145

Pod łóżko oczy puścili na zwiady;

Znaleźli coś — lecz nie to, czego chcieli.

Otwarłszy okno badali, czy ślady

Jakie na piasku są — nic nie ujrzeli,

Więc popatrzali na się, jakby rady

1150

Wzajem szukając — a żaden z mścicieli

(Psychologiczna to dla mnie zagadka)

Nie śpieszył — w łóżku poszukać gagatka.

CXLV

Śród tego nie spał języczek jejmości:

„O tak, szukajcie — wołała — nie bronię,

1155

Wyczerpcie cały zapas krzywd i złości.

Na toż mi przyszło, nieszczęśliwej żonie!

Na toż w jagnięcej cierpiałam cichości,

Żeś mi łeb stary kołysał na łonie?…

A! — już za wiele — to obelga krwawa;

1160

Jeszcze Hiszpania jest i żyją prawa.

CXLVI

Tak, don Alonso, mężem być przestajesz;

Nie wiem, czyś nawet był kiedy mężczyzną…

Masz lat pięćdziesiąt, staruszkiem się stajesz,

Czyliż się zgadza z poważną siwizną

1165

Zazdrość? Mądrze to? O, czemu mi krajesz

Serce, haniebną je naznaczasz blizną?

Niewdzięczny zdrajco, krzywdzisz mnie niegodnie!

Jak śmiesz anioła posądzać o zbrodnię?…

CXLVII

Na tom, jak jaka pustelnica dzika,

1170

Praw się płci mojej i wieku wyrzekła?

Na tom starego wzięła spowiednika,

Od którego by wnet inna uciekła,

A i ten w cnocie mojej nie wytyka

Plam, tak ją czysta białość już powlekła.

1175

On nie chciał wierzyć, bym zamężna była…

Cóż byś rzekł, gdybym z trwogi poroniła?…

CXLVIII

Na toż ci dotąd oszczędzałam rogów

I na kortejów[103] nie patrzałam wcale?

Nie wychodziłam prawie z domu progów,

1180

Chyba na walkę byków, mszę i bale,

A wielbicieli — aż wstyd mi… jak wrogów

Precz odpędzałam w niewinności szale.

Na toż to hrabia O'Reilly[104] jenerał,

Co zdobył Algier, życie dla mnie sterał?…

CXLIX

1185

Czy to uległam, gdy muzyk Cazzani

Chciał moją stałość zmiękczyć nutą tkliwą?

Czy mnie nie nazwał Włoch, książę Corniani,

Jedyną w państwie kobietą cnotliwą?

A — policz książąt z Rosji i Brytanii!…

1190

Książę Krepkijew, na którego krzywo

Spojrzałam, umarł; dla mnie się z rozpaczy

Książę Caffehouse zabił… (zapił raczej).

CL

Czyż nie łazili za mną dwaj biskupi,

Don Fernan Nunez i hrabia Ikary?…

1195

Taką to żonę wierną krzywdzisz?… głupi!

Czy dziś na nowiu księżyc? Czy to czary?

Dobrze choć, iż się na tym tylko krupi;

Że mnie nie bijesz, by dopełnić miary

Tyraństwa. Ha! ha! Pocieszne figurki!

1200

Dobyli mieczów i odwiedli kurki.

CLI

Więc się twój nagły wyjazd skończył na tem?

Po toś pojechał do jakiegoś kupca

Z tym hersztem zbirów — panem adwokatem,

Co wystrychnąwszy się tutaj na głupca

1205

Tak mądrze patrzy! Oj! Godzieneś batem

Dostać, a bardziej ten pan — pozwo-róbca,

Bo nie z miłości dla mnie ni dla ciebie

W skandalach, gdzie się da, jak w śmieciach grzebie.

CLII

Może sądowne chce zrobić zajęcie?

1210

O proszę, proszę, jestem bardzo rada;

Mąż przygotował wszystko na przyjęcie:

Tu jest atrament, pióro, niech pan siada,

Rachuje, pisze, przykłada pieczęcie…

Mąż mój zapłacił — niech pan kąty zbada;

1215

Lecz my w negliżu — niech się straż nie tłoczy!”

Antonia jękła: „Wydrapię im oczy!”

CLIII

„Czegóż stoicie? Szukajcie, a śmiele!

Tu jest przedpokój, tu salon, alkowa,

Tu sofa, krzesła, kanapy, fotele,

1220

Piec… może w piecu kochanek się chowa!

Ale ja chcę spać, moi przyjaciele;

Szukajcie cicho — bo mnie boli głowa;

A jeżeli gdzie przydybiecie gaszka,

Zbudźcie mnie! Będzie i dla mnie igraszka.

CLIV

1225

Teraz, mój panie, gdyś już na manowiec

Wszedł i na cnotę mą miotasz pociski

Ku własnej hańbie, bądź łaskaw i powiedz,

Kto jest twój rywal? Daleki czy bliski

Znajomy? Szlachcic? Kawaler czy wdowiec?

1230

Przystojny? Młody? Wysoki czy niski?…

Mówże! A gdy już mą dumę tak łechcesz,

Wiedz, że się może stać to, czego nie chcesz.

CLV

Może sześćdziesiąt ma lat? — dla mężatki

Za stary — zwłaszcza gdy mąż taki młody!

1235

Nie zabijaj go — za twardy na jatki

(Och! och! Antonia, daj mi szklankę wody!).

Lecz czegóż płaczę? Czyż nie jestem matki

Swej córką? Szkoda mych łez i urody.

Nie spodziewałaś się, matko kochana,

1240

Że się dostanę — biedna — w moc tyrana…

CLVI

Czy-ć o Antonię zazdrość, mężu tkliwy?

Widziałeś, jak jej przytuliłam skronie

Do piersi, gdyś wpadł i twój obelżywy

Zastęp. Ha! Szukaj, bezwstydny — nie bronię;

1245

A bądź drugi raz bardziej litościwy

I z całą bandą wstrzymaj się na stronie,

Byśmy się mogły przyzwoicie przebrać,

Gdy towarzystwo takie ma się zebrać.

CLVII

Skończyłam — więcej nie powiem, mój panie,

1250

A co wyrzekłam, to jest cicha skarga

Na barbarzyńskie twe postępowanie,

Które bezbronną cnotę w błocie szarga.

Sumienie zada ci kiedyś pytanie:

Dlaczegoś skrzywdził… i tak ci zatarga

1255

Duchem, że niechaj ratują niebiosa!…

— Antonia! Podaj mi chustkę do nosa.”

CLVIII

Umilkła — wsparła na poduszkach głowę,

W spłakanych oczach pałała źrenica,

Jak zza łez nieba ognie piorunowe.

1260

Jedwabne, czarne warkocze na lica

Spadłszy welonem, ledwo przez połowę

Kryły ramiona jasne jak księżyca

Białość; na pół się rozchyliły wargi

I serce biło głośniej — pełne skargi.

CLIX

1265

Gdy don Alonso stał w sromie głębokim,

Antonia wściekła biegała po sali,

Podniósłszy nosek, nicestwiła wzrokiem

Pana i za nim stojących wasali,

PrawnikA nikt się smutnym nie cieszył widokiem

1270

Prócz adwokata, co widział już w dali

Proces — i nie dbał o przyczynę sprzeczek,

Byle z tej racji napełnił woreczek.

CLX

Wietrząc, nos podniósł w górę, oczy zmrużył

I tak Antonii poruszenia śledził.

1275

PrawnikSnadź[105] się w nim bardzo duch podejrzeń burzył.

O dobre imię cudze się nie biedził.

O młodość nie dbał, powabom nie służył,

Byle z szumowin procesik wycedził;

Przeczeniom wiary nie dawał prócz w śledztwach —

1280

Gdy na fałszywych wsparto je świadectwach.

CLXI

Don Alons — rzekłem — zasromany wszytek[106]

Stał i doprawdy pocieszną miał minę,

Kiedy zajrzawszy do najskrytszych skrytek,

Sponiewierawszy młodą kobiecinę,

1285

Odkrył wstyd tylko swój, a na dobitek

Żona, do gniewu znalazłszy przyczynę,

Słowa piekącym zaprawiła jadem,

I łając, szydząc, sypała jak gradem.

CLXII

Zatem bąknął coś na kształt przeproszenia,

1290

A tu się płaczu odezwały dzwony;

Zapowiedź spazmów, która się odmienia..

Z kolei w mdłości — płacz nieutulony,

Drgawki i inne podobne zachcenia.

On wspomniał sobie portret Joba[107] żony,

1295

A w perspektywie ujrzał szwagrów, ciotki…

I chciał swej twarzy nadać wyraz słodki.

CLXIII

Miał coś rzec, raczej znów bąknąć boleśnie,

Ale Antonia do wymysłów skora,

Kowadło mowy odcięła mu wcześnie

1300

Od młota, mówiąc: „Wyjdź pan! Pani chora,

Wyjdź pan, bo skona!” On mruknął: „Niech sczeźnie!”

A już minęła do gadania pora,

Więc spojrzał jeszcze na nią, już ze łzami,

I nie wiedząc jak — znalazł się za drzwiami.

CLXIV

1305

Z nim wyszedł jego posse comitatus[108],

Adwokat wprawdzie nie bardzo się kwapił,

Lecz go Antonia gniewna na kształt gratu z

Izby wypchnęła. Widocznie go trapił

Ten nagły w czynach Alonsa hiatus[109],

1310

Co się mógł skończyć źle; gdy tak się gapił,

Wszystek nad sprawą zadumany walną[110],

Drzwi mu zamknęła przed twarzą legalną.

CLXV

Klucz obróciła — wtedy… o boleści!

O grzechu, wstydzie, o, wy, białogłowy!

1315

Możecież czyniąc tak, nie stracić cześci?

Czy nie ma za to kary dość surowej?

Czy się przy cnocie radość nie pomieści?

O! Niech wypowiem gromiącymi słowy

Czyn, co się w piersi oburzeniem wtłoczył…

1320

Z łóżka — półżywy — Juanek wyskoczył.

CLXVI

Skąd się wziął? nie chcę domysłami psować

Mózgu — w kronikach nie znalazłem wzmianek.

Młodziutki, gibki, potrafił się schować

Zwinąwszy w kółko jak ten obwarzanek,

1325

A niepodobna[111] już chyba żałować,

Że wy łóżku mało nie umarł Juanek;

Bo lepiej dać się udusić dziewczynie

Niż być, jak Clarens, utopionym w winie.

CLXVII

Po wtóre — nie żal mi, gdyż uniesienie

1330

Wwiodło go w czyny, co się sprzeciwiały

Prawu, których się wzdryga przyrodzenie;

— Nie mówię — starszy ktoś! Lecz chłopiec mały…

Ha! Trudno. Szesnastoletnie sumienie

Nie czuje zgryzot tych, co wiek zgrzybiały,

1335

Kiedy rachując złe i dobre kreski,

Widzi po diablej stronie — diable zyski.

CLXVIII

LekOpowiadają żydowskie kroniki,

Że gdy król Dawid był już śmiercią siny,

Gdy nie pomogły pigułki, kleiki,

1340

Plastr przyłożono mu z młodej dziewczyny

I skoczył raźno jako rybka z rzeki,

I ozdrowiał król Dawid tej godziny…

Snadź doktor ów plastr odmiennie przyłożył,

Bo Juan dusił się, gdy Dawid ożył.

CLXIX

1345

Cóż? Don Alonso, choć zakończył łowy,

Wróci, gdy zbrojne odprawi sąsiady.

Antonia znów szła po rozum do głowy,

Ale na próżno — nie było już rady,

Żeby obrócić wniwecz atak nowy.

1350

Zresztą na niebie błąkał się już blady

Cień dnia; w omdleniu Julia głos traciła

I do ust jego usta przytuliła.

CLXX

On ją całując czule, dłonią małą

Odgarniał z czoła czarnych włosów sploty,

1355

I tak już pili miłość piersią całą,

Że nie spłoszyłyby ich armat grzmoty!

Aż cierpliwości Antonii nie stało…

„Chodź pan! Chodź! Nie czas teraz na pieszczoty —

Szeptała zlękła i zła — tu alkowa,

1360

Niech się pan prędko do alkowy schowa.

CLXXI

Dla tych czułości lepszą noc znajdziecie.

— Kto panu zgadnąć pomógł, skąd wiatr wieje?

Diabeł sam wiedział o waszym sekrecie.

Dobrze wam śmiać się, ja cała truchleję.

1365

Czy to czas gruchać? O zakład idziecie?

Jeszcze minuta, a krew się poleje.

Ja mogę służbą, on życiem przypłacić,

A pani, pani… jeszcze więcej stracić.

CLXXII

Gdyby mężczyzna jeszcze, jak się godzi,

1370

Dwudziestopięcioletni… (Ach! Uparty

Dzieciak) — ale tu co? — Pani się zwodzi

Sama; z własnego gustu stroi żarty,

Chodźże, na miłość boską — pan nadchodzi!

Tam, prędzej — prędzej — gdzie pokój otwarty…

1375

Och! Byle przetrwał, aż się dzień rozjaśni.

Tak — dobrze. — (Proszę, Juanku, nie zaśnij!)”

CLXXIII

Wszedł don Alonso, bez świadków tym razem,

I pokojówka swadę swą przerwała,

Chciała coś mruknąć, pan jednym (wyrazem

1380

Rzekł: „Wyjdź!” — więc, rada nierada, musiała.

Nie uszła wprawdzie jeszcze zdrada płazem,

Lecz cóż pomoże, choćby i została?

Przeto zerknąwszy skośnym oczu migiem,

Obcięła świeczce knot — i wyszła z dygiem.

CLXXIV

1385

On milczał; potem, jakby się do winy

Przyznając, rzekł coś i z rozsądkiem sprzecznie

Zaczął tłumaczyć nocne odwiedziny…

Nie ma co mówić: obszedł się niegrzecznie

Z małżonką! — Wprawdzie miał pewne przyczyny,

1390

Lecz je wyłuszczać bliżej — niebezpiecznie.

Zatem retora sztuką z przyczyn skutki

Wywodził w mowie, którą zwą „ogródki”.

CLXXV

ŻonaJulia milczała, chociaż w tę obronę

Miała ochotę wtrącić swoje „ale”,

1395

Bo żona, która zna najsłabszą stronę

Męża — zaraz go powstrzyma w zapale

I argumenta skłóci wyuczone

Jednym zarzutem, choć kłamliwym wcale[112].

Trzeba być tylko w zdaniu pełną buty,

1400

Za jeden zarzut oddać trzy zarzuty.

CLXXVI

Kobieta, Sumienie, ZemstaMiała swe „ale” Julia — bez wątpienia,

Bo o Alonsie i Inezie głucha

Wieść się błąkała. Może głos sumienia

Milczeć jej kazał… Nie — bo go nie słucha

1405

Kobieta, gdy ma krzywdę do pomszczenia.

Raczej nie chciała synowskiego ucha

Ranić; nie wiedział Juan, że są plamy

Na nieskażonym dlań honorze mamy.

CLXXVII

Był jeszcze jeden powód, więc już dwoje:

1410

Mąż jej Juana najmniej podejrzewał,

I dziś, kiedy wpadł na żony pokoje,

Nie wiedział, jaki zdrajca tam przebywał.

Chciał dać zazdrości wyraz — zresztą swoje

Domysły w głębi własnej duszy skrywał.

1415

Więc na Inezę teraz mowę zwrócić

Było to — gacha w ręce męża rzucić.

CLXXVIII

W tych delikatnych rzeczach starczy słówko;

Milczenie lepsze, bo dowodzi „taktu”

— Choć wyraz ten jest istną łamigłówką,

1420

Biorę go dla dotrzymania kontraktu

Rymowi — „takt” jest kobiecie wskazówką,

Jak mówić, aby nie wymienić faktu.

Lube istoty! Kłamstwo u nich tanie

I nic nie zdobi ich tak jak udanie.

CLXXIX

1425

Jakże nie wierzyć, kiedy się zapłonią…

— Ja bo wierzyłem zawsze. Na nic sprawa,

Gdy zaczepiony chcesz tą samą bronią

Bić; nawał słów cię zaleje jak lawa,

A gdy utracą dech, westchnienia ronią,

1430

Chyląc wilgotne oczy, w których stawa

Para łez… Wtedy ty: „Masz, duszko, rację” —

Rzeczesz — a siadłszy, siadłszy — jesz kolację.

CLXXX

Skończył i błagał o łaskę skruszony.

Udobruchana pół — pół jeszcze łając,

1435

StrójJulia warunki kładła, jakich żony

Kłaść nie powinny, nawet odmawiając

Pieszczot; on zaś jak Adam wypędzony

Z raju stał, próżnym żalem się kajając,

Wreszcie już spełniał naznaczoną karę,

1440

Gdy wtem… potknął się o — trzewików parę.

CLXXXI

Para trzewików… cóż to? rzecz niezdrożna!…

— Gdyby trzewiki były z damskiej nogi,

Lecz — w sercu czuję nagle ostrze rożna,

Te — były męskie!… Ujrzał je, z podłogi

1445

Porwał… O sprawo kobieca, bezbożna!

Pulsy mi dzwonią z gniewu, zęby z trwogi…

Don Alons zbadał, jakiego są kształtu,

I wszystkie nerwy w nim krzyknęły: „Gwałtu!”

CLXXXII

Wybiegł, by ostry miecz przynieść na wroga,

1450

Julia tymczasem wpadła do alkowy;

„Uchodź, Juanie! O, prędzej! Na Boga!

Uciekaj — nie mów już nic — nie trać głowy —

Wejdź w ten korytarz — wiesz, którędy droga —

Tu od ogrodu klucz — uchodź — bądź zdrowy —

1455

Prędzej — Alonso powraca — daj usta —

Luby — idź — jeszcze mrok — ulica pusta”.

CLXXXIII

Była to, przyzna każdy, dobra rada;

Szkoda, że przyszła nieco poniewczasie.

Trudno, podatki takie los nakłada,

1460

Dla doświadczenia każda przykrość zda się.

Juan chciał rzucić prędko dom sąsiada

I już drzwi dopadł w wielkim ambarasie,

Wtem wbiegł w szlafroku Alons; gniew mu palił

Lica — więc Juan stanął, pchnął, powalił…

CLXXXIV

1465

Dzielne było natarcie. Światło zgasło.

Antonia wrzasła „gwałtu!”, pani — „gore!”

Lecz nikt ze służby nie wszedł na to hasło.

Alonso wołał: „Życie jej odbiorę!”

Juan odpowiedź dał, aż w krzyżach trzasło,

1470

I krzyczał, bowiem płuca miał niechore.

Choć młody, bił jak Tatar, bez pamięci,

Bo męczennikiem zostać nie miał chęci.

CLXXXV

Miecz (razem z pochwą) na ziemię się stoczył

I zapaśnicy poszli na kułaki.

1475

Szczęście, że Juan żelaza nie zoczył,

Bo mając w żyłach krew nie jak prostaki,

Może by ostrze w krwi Alonsa zbroczył

I wyprawił go na niebieskie szlaki.

O, strzeżcie mężów i kochanków głowy,

1480

By z was nie stały się — podwójne wdowy.

CLXXXVI

Alons chciał wroga ramiony obwinąć,

Juan się szarpał, bo w nim dusza marła,

Krew (szczęściem z nosa) już zaczęła płynąć;

Wreszcie zaciekłość się wysiłkiem zżarła,

1485

Zadał cios, który nie mógł celu minąć,

Witem się ostatnia zasłona rozdarła…

StrójUciekł jak Józef, do którego zwłaszcza

Tym był podobny, że uciekł bez — płaszcza.

CLXXXVII

Nadbiegła służba, hałasem zbudzona,

1490

Ujrzała widok, co oczy odpychał:

Antonia w spazmach, a Julia zemdlona,

Alons, oparty o drzwi, ciężko dychał,

Na ziemi reszta bielizny splamiona

Krwią, której strumyk zaledwie wysychał.

1495

Juanek dopadł furtki, klucz obrócił

I niegościnny dom chyłkiem porzucił.

CLXXXVIII

Tu się pieśń kończy. Mamże jeszcze śpiewać,

Jak Juan, odzian tylko nocy mrokiem

(Co takich zbrodni nie powinna skrywać),

1500

Wstydliwym bardzo wrócił do dom krokiem?…

Skandal ten, jak się możecie spodziewać,

Z babskich języków wypłynął potokiem;

O rozwód podał don Alonso wściekły

— Angielskie pisma wiele o tym rzekły.

CLXXXIX

1505

Kto by chciał dotrzeć aż do jądra sporów,

Poznać protesty, repliki, petyta,

Imiona sędziów i prokuratorów,

Woźnych i świadków — niech wie, że obfita

Literatura o tym jest i zbiorów

1510

Kilka, z których się każdy mile czyta;

Najlepiej jednak badaczy z tą sprawą

Obezna Gurney w dziełku in 8-vo.

CXC

Doña Ineza, by w głuchej otchłani

Pogrążyć jeden z największych skandalów,

1515

O jakich słychać nie było w Hiszpanii

Od ostatniego najazdu Wandalów,

Złożyła (pewno nie bez skutku) w dani

Pud gromnic Marii, koicielce żalów,

Podróż, NaukaI po naradzie dam, najlepsza z matek

1520

Wsadziła syna w Kadyksie na statek.

CXCI

Postanowiła, aby wszystkie kraje

Europy zwiedził i na każdym dworze

Poprawiał szorstkie swoje obyczaje.

Do Włoch i Francji miał jechać przez morze

1525

(Morska przejażdżka lekarstwem się staje). —

Julię w surowym zamknięto klasztorze.

Poszła w milczeniu, pełna smutnych myśli,

Które ten oto list najlepiej skreśli:

CXCII

„Więc, to już koniec? Wybierasz się w drogę…

1530

To dobrze — mądrze — choć stąd dla mnie świeże

Smutki — do twego serca już nie mogę

Praw rościć; swoje dałam i w ofierze

Znów dam; grzech jeden plami mnie, niebogę:

Zbyt cię kochałam!… Jeśli na papierze

1535

Są plamy… O! nic — wierz mi — nic nie znaczą,

Oczy me palą się, drżą, lecz nie płaczą.

CXCIII

Kochałam, kocham cię i z tej przyczyny

Straciłam cnotę — ludzie mną wzgardzili

I Bóg — przecież swej nie żałuję winy,

1540

Tak mi jest droga pamięć lubej chwili.

Nie mówię chełpiąc się jak heroiny…

Nie tak mnie ludzie ostro osądzili

Jako ja sama; piszę, bo się smucę…

O nic nie proszę, nic ci nie zarzucę.

CXCIV

1545

Miłość, Mężczyzna, KobietaMiłość mężczyźnie nie jest życiem całym —

Dla kobiet miłość — jedyne istnienie.

Jemu być wolno ambitnym i śmiałym,

Zdobywać sławę, majątek, znaczenie,

Napełniać serce rozkoszą i szałem,

1550

Każda u niego trudność w jednej cenie,

On wszystkie dobra ma — kobieta jedno:

Kochać i kochać, i być zawsze biedną!

CXCV

Ty pójdziesz dalej w rozkoszy i dumie,

Kochając będziesz kochany; mnie smutnej

1555

Nic nie zostało na ziemi — nic tu mię

Nie czeka, chyba wstydu chleb pokutny…

I wstyd przeżyję — ale nie przytłumię

Wspomnienia chwili szczęścia — niepowrótnej…

Więc bądź zdrów! Przebacz mi! Kochaj mnie! — A! Nie!

1560

Skądże to słowo dziś?… Lecz niech zostanie.

CXCVI

Pierś moja chora dziś i jak podcięta

Bólem, a jednak skupiam resztki ducha

Duch mój już milczy, a krew jeszcze wzdęta

Jak morze, kiedy milknie zawierucha.

1565

Kobiece serce mam — wszystko pamięta,

Ale jednego tylko dźwięku słucha;

Jako się igła do bieguna kręci,

Tak mi drży serce do twojej pamięci.

CXCVII

Rzec już nic nie mam, a jeszcze mnie siła

1570

Jakaś wstrzymuje; nie wiem, czy położę

Pieczęć… lecz trzeba, bym kielich spełniła,

Dola ma gorszą chyba być nie może!…

Gdyby zabijał żal, już bym nie żyła;

Że biednych mija śmierć — tego się trwożę,

1575

Więc muszę jeszcze żyć po tym pogrzebie

Szczęścia — kochać cię, modlić się za ciebie”.

CXCVIII

Na złotobrzeżnym ten list był pisany

Welinie[113] kruczym piórem; kiedy kładła

Pieczęć i w kroplach spadał lak rozgrzany,

1580

Z jej oczu ani jedna łza nie padła,

Choć ręka trzęsła się; lak był różany,

Motto: Elle vous suit partout[114] (w nim odgadła

Los swój) — wyryte w pieczątce z karniolu[115]

Nad słonecznikiem rzniętym w białym polu.

CXCIX

1585

— Taki był debiut Juana. Którędy,

Raczej „czy” powieść poprowadzę dalej,

To już publiki jest rzecz; ona błędy

Oraz zalety rozważa na szali,

Piórem na czapce wieszcza są jej względy

1590

(Choć i nagana nie zaraz opali

Skrzydła poecie), więc jeśli łaskawie

Osądzą, za rok znów się z pieśnią zjawię.

CC

Moje poema, które się w epiczne

Przedzierzga — na ksiąg dwanaście rozłamię,

1595

Opiszę wojny, miłości rozliczne,

Lądy i morza — a w niczym nie skłamię.

W tece mam już trzy epizody śliczne,

Pokażę także piekło w panoramie,

Stylem w dziedzictwie wziętym po Homerze,

1600

Bo — do epicznych poetów należę.

CCI

Wszystko w odstępach stosownych rozmieszczę,

Z Arystotelem pragnąc żyć w przyjaźni,

Którego prawom poddają się wieszcze

I wstają wielcy ludzie albo — błaźni!…

1605

Biały wiersz lubią — ja się rymem pieszczę,

Kto mistrz, narzędziem włada bez bojaźni.

Mitologiczną nową maszynerię

Mam — i bohaterstw prześliczną scenerię —

CCII

Nieznany zwłaszcza szczegół wytknąć muszę,

1610

Co mnie wyróżnia od epicznej braci.

I tu przewaga — jest przy mnie, jak tuszę[116].

Blask mych cnót przy tej na sile nie straci,

A kwestię ważną nadzwyczaj poruszę.

Oto: zbyt kraszą[117] wszystko — myśl się schwaci[118],

1615

Nim przez labirynt bajek przejdzie żywa —

Moja zaś powieść cała jest prawdziwa.

CCIII

Kto o tym wątpi, niechaj spojrzeć raczy

Na dzieje w jednym z tradycją ujęciu,

Dzienniki, w których prawdy się nie paczy,

1620

Opery w aktach trzech, komedie w pięciu,

A bohatera przyszły los obaczy

(Ja też nie stanę w wielkim przedsięwzięciu),

Zwłaszcza że pomni, kto żyje w Sewilli,

Jak się na scenie oń szatani bili.

CCIV

1625

Jeżeli kiedy zniżę się do prozy,

To poetyckie napiszę reguły,

Przewyższające wszystkich reguł grozy.

Jeżeli na nie wieszcz nie będzie czuły,

To jego Muzę wpakuję do kozy —

1630

Ekstraktem myśli okraszę bibuły;

Nazwę swe dzieło: Longin o pijaństwie,

Czyli: Poeta królem w rymów państwie.

CCV

Wierzaj[119] w Drydena[120], Pope'a[121] i Miltona[122],

Nie wierz w Wordswortha[123], Coleridge'a[124], Southeya[125];

1635

Szkapa pierwszego cała rozemdlona,

Southey wodnisty, Coleridge się upija,

Crabbego[126] Muza jest niedościgniona,

Za to nie zawsze Campbellowi sprzyja.

Słów Rogersowi nie kradnij spod pióra

1640

I nie romansuj z Muzą IMci Moora.

CCVI

Więc: nie pożądaj Muzy Sotheby'ego[127]

Ani Pegaza, ani żadnej rzeczy,

Która jego jest; nie mów fałszywego

Świadectwa jak „ktoś”, co mi nie zaprzeczy,

1645

Pisać masz wedle przykazania mego —

To jest krytycyzm. To uczeń na pieczy

Mając, przed rózgą moją niech zna respekt,

Bo na Bóg żywy!… wyrządzę mu despekt[128].

CCVII

Gdyby ośmielił się ktoś rozpowiadać,

1650

Że propaguję niemoralność grzeszną,

Niechaj nie krzyczy, nim rózgą okładać

Zaczną; niech czyta jeszcze raz — nieśpieszno,

A o powieści mej nie będzie gadać,

Że niemoralną jest, chociaż ucieszną.

1655

Zresztą w dwunastej pieśni wam pokażę,

Dokąd prawdziwi wędrują zbrodniarze.

CCVIII

A gdyby, mimo żem tak się z nim porał[129],

Przeczył, że jest w niej dydaktyczne znamię;

Gdyby już błąd mu tak w mózg się zaorał,

1660

Iżby rozumiał ciągle, że go mamię,

Krzycząc jak ślepiec: „Nie widzę, gdzie morał”…

To — gdyby ksiądz to był, rzekłbym, że kłamie,

Gdyby zaś to był żołnierz albo krytyk,

Rzekłbym mu grzecznie: „Jesteś pan… polityk”.

CCIX

1665

A teraz nagródź mnie oklasków grzmotem

I pomnij, com tu rzekł o moralności

— Kraszę tę brzydką rzecz poezji złotem,

Tak dzieciom dają bawidełka z kości,

Gdy się im ząbki kłują — a wiedz o tem,

1670

Że mam pretensję do poetyczności;

Lecz aby krytyk nie miał na mnie chrapki,

Przekabaciłem „Przegląd” mojej babki[130].

CCX

PrzekupstwoPosłałem „prośbę” do wydawcy w liście,

On mi odwrotną pocztą złożył dzięki,

1675

Zaraz artykuł palnie — oczywiście.

Lecz gdyby Muzę moją wziął na męki

I zawiódł, choć przyrzekał uroczyście…

I przeczył, że coś wziął z ręki do ręki,

Miodowe słówka na żółciowe mieniąc…

1680

— Krzyknąłbym zaraz, że wziął gruby pieniądz.

CCXI

Sądzę — w tym świętym związku mogę pożyć

Długo, pod jego skrzydłami na walne

Czekać natarcie i czekając, trwożyć

Pisma codzienne, miesięczne, kwartalne.

1685

Nie myślę wcale klientów im mnożyć…

Trudneż to, kiedy są „niepoczytalne”.

A „Edynburski Przegląd” i „Kwartalny”

Na krnąbrnych wieszczów mają sposób walny[131].

CCXII

Non ego hoc ferrem callida juventa

1690

Consule Planco[132] — tak Horacy rzecze;

I ja tak rzekę; niech słuchacz pamięta,

Że to już szósty czy siódmy rok ciecze,

Odkąd rzuciłem kraj; dziś mnie ma Brenta,

Wtedym był gotów iść na gołe miecze,

1695

Gniew u mnie jawny był, bom go nie chował,

Gdy Jerzy III w Brytanii panował.

CCXIII

StarośćDziś mi w trzydziestym roku włos siwieje

(A gdy o dziesięć lat jeszcze podrosnę,

Chyba peruką łysinę odzieję),

1700

W sercu ustały już bicia miłosne,

Już mnie nie nęcą walki ni turnieje.

Strwoniłem lato, ach! jeszcze na wiosnę,

Przepiłem życia procent i kapitał,

Sam bym się o hart duszy już nie pytał.

CCXIV

1705

Nigdy już — nigdy jako deszcz majowy

Moc wrażliwości serca nie ochłodzi,

Choć z woni, świateł i barw ciągle nowy

Urok i nowe uczucia wywodzi,

A potem w sercu niby skarb miodowy

1710

Składa; sądzisz-li, że się nimi słodzi

Miód serca?… Gdzież tam! Wszak to w duszy twojej

Jest moc, co słodycz miodnych soków dwoi[133].

CCXV

Serce, RozumNigdy już — nigdy, o nigdy, me serce,

Nie będziesz gwiazdą moją, mym wszechświatem…

1715

Dawniej me wszystko, dziś ze mną w rozterce,

Nie będziesz wonnym ciała mego kwiatem.

Ułudy znikły i dziś w poniewierce

U ciebie czułość… A ja?… Co też na tem

Straciłem? Owszem, nabyłem rozumu,

1720

Dziw, że nie uciekł od żądz głośnych szumu.

CCXVI

Minęły dni mej miłości… ostatnie!

Śliczne dziewice, mężatki, ba! wdowy

Już nie zachwycą mnie, nie wciągną w matnię,

Słowem — zaczynam sposób życia nowy;

1725

Przestaję wierzyć w dzielne dusze bratnie,

Wina się zrzekam na rozkaz surowy

Doktora; stanę się mrukliwym gderą…

Lecz mieć namiętność muszę — będę sknerą.

CCXVII

Ambicja była mym bogiem — dziś kona

1730

Przed ołtarzami Uciech i Boleści…

O! Jeszcze noszę ja po nich znamiona

I o znikomej ich rozmyślam treści,

Mówiąc, jak głowa śpiżowa Bakona:

„Czas jest, czas był i czas minął.” — StarośćTrzydzieści

1735

Mam lat — a życie moje już jałowe…

Serce spaliłem w żądzy, w rymach głowę.

CCXVIII

SławaJakiż cel sławy?… Na cetnar[134] bibuły

Przelać przez pióro inkaustu pół beczki!

Dla niej się ludzie pną w górę jak muły,

1740

A w górze często nie ma dróg ni steczki[135]

Dla niej się żołnierz krwawy, mówca czuły

Staje, wieszcz trawi noc przy blasku… świeczki,

Gdy oryginał przedzierzgnie się w marę,

Zostanie imię, portret, ciżmy stare…

CCXIX

1745

GróbCzym są nadzieje? Król Cheops przed laty

Posłał pod chmury piramidy dumny

Szczyt, chcąc swą mumię zbawić od zatraty

I wwieść swe imię w poczet wieków tłumny.

Lecz świętokradcza dłoń rozbiła kraty

1750

Grobu, powieki otworzyła trumny…

O! Nie stawcie mi głazów na mogile,

Kiedy Cheopsa grobowiec legł w pyle.

CCXX

Bo ja prawdziwą filozofię cenię

I często taka myśl mi w duszy dzwoni:

1755

Śmierć przyjdzie w porę po każde stworzenie;

Skosi i ciebie, jak bodiak[136] na błoni;

Młodość nie przeszła ci niepostrzeżenie,

Choćbyś odzyskał ją, znowu się strwoni,

Więc dziękuj gwiazdom, że ci dobrze w świecie,

1760

Bibliję czytaj i myśl o kalecie[137].

CCXXI

Na tym więc, luby czytelniku, stajem —

A teraz ja, wieszcz, co te rymy składam,

Za rękę ściskam cię starym zwyczajem

I uniżony sługa — do nóg padam.

1765

Spotkasz mnie; jeśli polubim się wzajem,

Z tajniejszych myśli ci się wyspowiadam.

Inaczej — przestań na tej okruszynie…

— Niechby tak każdy czynił, jak ja czynię.

CCXXII

„Poezjo moja! Lutni mojej szumie!

1770

Rzucam cię w wodę — płyń, gdzie cię poniesie,

A jeśli jaki człowiek cię zrozumie,

To się i moje imię przez to wzniesie”.

Gdy kto Southeya czyta, a rozumie

Wordswortha, toć i mnie pobawić chce się…

1775

— Cztery te pierwsze wiersze to intruzy

Niepożądane z Southeyowej Muzy. —

Pieśń druga

I

Wy, co chowacie młodociane kwiatki

Hiszpanii, Francji, Anglii, Portugalii,

Nie szczędźcie rózeg na niesforne dziatki;

1780

Rózga bolesna, morał w nich utrwali.

Oto najlepszej wychowanie matki

W przypadku, któryśmy właśnie poznali,

Chybiło, odkąd sposobem zbyt dziwnym

Naiwny chłopiec stał się nienaiwnym.

II

1785

Gdyby go dano do elementarnej

Szkółki, do klasy czwartej albo trzeciej,

W pracy oskromniałby chłopiec figlarny;

Szkoła ma w Anglii wielki wpływ na dzieci,

Nie tak w Hiszpanii, gdzie klimat jest parny,

1790

Mimo że fakt ten znany od stuleci,

Nie przewidziała ochmistrzów rachuba

Rozwodu dzięki sprawkom żółtodzióba.

III

Zresztą młokosa nazbyt się nie wini;

Spójrz przez rozsądku tylko okulary;

1795

Więc naprzód: Pani matka, rachmistrzyni

I — sam już nie wiem — ochmistrz, osieł stary;

Piękna kobieta — brzydka nie uczyni

Głupstwa i zwykle dochowuje wiary;

Mąż siwiejący nie w wielkiej jedności

1800

Z młodą małżonką; czas, okoliczności…

IV

Tak — tak — świat musi wirować na osi,

A z nim wiruje cała ludzka trzoda;

Człek żyje, kocha, mrze, podatki znosi,

A kędy wieje wiatr, tędy się poda;

1805

Król z tronu rządzi, ksiądz moralność głosi,

Doktor uśmierca — życie mknie jak woda,

Człek jada, pija, wzdycha, nie zadrzemie

W pracy, z tego cóż?… proch, cień, czasem imię!…

V

Do naznaczonej Juan pędził mety;

1810

Kadyks przepiękne miasto i ogromne,

Rynek dla Indii — upada, niestety,

Odkąd się Peru stało wiarołomne;

W mieście dziewice… chcę mówić: kobiety

Takie słodziutkie, ponętne a skromne,

1815

Że nie opiszę zgoła, choć się męczę.

Nie każdy takie widział — za to ręczę.

VI

Jako arabskie dzianety[138], jak łanie,

Jako żyrafy smukłe lub gazele;

A te ich stroje niby malowanie!

1820

Owe mantyle[139] i szale… za wiele

Mówię — pieśni mi na opis nie stanie.

A nóżki, łydki, a ten w całym ciele

Wdzięk… szczęściem nie mam przenośni gotowej;

Skarć, Muzo, wieszcza surowymi słowy,

VII

1825

Niech o lubieżnych rzeczach nie majaczy. —

Patrz, spod mantyli ruch jej ręki mlecznej

Odsłania oko, a oko zahaczy

O serce widza… O! kraju słoneczny:

Miłości! Nim cię zapomnę, niech raczej

1830

Zapomnę modlić się! — Zbyt niebezpieczny

To strój — a takiej oczętom swawoli

Dozwala chyba weneckie fazzioli.

VIII

Kazała matka więc, by się wyprawił

Ku Kadyksowi, gdzie okręt na niego

1835

Czekał; wzbroniła jednak, aby bawił[140]

Długo w tym mieście — nie powiem, dlaczego.

Chłopcu się nowy zupełnie świat jawił;

Hiszpański okręt, jak arka Noego,

Pod opiekuńczy miał go schować rąbek,

1840

By zeń wyleciał czysty jak gołąbek.

IX

Kazał więc Juan pakować tłumoki,

Walizy, kufry. Jako stało w planie,

Wojaż młodzieńca miał trwać cztery roki.

Otrzymał nieco gotówki, kazanie,

1845

Rady, jak stawiać pierwsze w świecie kroki.

Rozstanie było smutne — jak rozstanie…

List pełen przestróg dała jeszcze w ganku

(Nigdy nie czytał go) — i list do banku.

X

Kiedy wyjechał, by darmo nie trawić

1850

Czasu, niedzielną założyła szkółkę

Dla psotnych malców, choć malcy się bawić

Woleli w wojnę, w piłkę lub kukułkę;

Więc czteroletnia i trzechletnia gawiedź

Szła często z płaczem klęczeć na podściółkę

1855

Z grochu — bo Inez zaczęła wnioskować,

Że powołana była — dzieci chować.

XI

Wstąpił na pokład, ściągnięto kotwicę,

Fale skakały, wiatr cichnął powoli.

W zatoce owej częste nawałnice

1860

Huczą; ja ich też użyłem do woli,

Podróżnym woda morska siecze w lice,

Ciało przesiąka wilgotnością soli.

Juan stał, patrzał na ląd już daleki

I pożegnanie słał — może na wieki.

XII

1865

Smutno — wrażenie we mnie jeszcze świeże —

Patrzeć, jak brzegi rodzinne z ócz giną

Za wielką wodą… to cię tak rozbierze,

Zwłaszcza gdy żegnasz je prawie dzieciną…

Białe jest — pomnę — Brytanii wybrzeże,

1870

Inne wybrzeża wyglądają sino.

Tak tedy, siadłszy na okręt, zaczynasz

Wierzyć, że robi się z ciebie — marynarz.

XIII

Juan stał, z głową czarnymi ciężarną

Myślami; śpiewał wiatr, majtkowie klęli,

1875

Maszt trzeszczał, Kadyks był już plamką marną,

Tak się daleko odeń odsunęli.

Na słabość morską (w kwestię sanitarną

Puszczam się) — dobry jest beef-steak. Jeżeli

Masz zaufanie do mnie, spory kawał

1880

Zażyj i pomnij, żem ja — radę dawał.

XIV

Juan przy sterze stał i wzrok synowski

Rzucał na góry swoje mgłami strojne.

Pierwsze żegnanie jest jak pierwsze głoski

Dla dziecka — trudne. Czuje to na wojnę

1885

Idący pierwszy raz lud; dziwne troski

Rozpierają tak serce niespokojne,

Że kiedy nawet kraj porzucasz wstrętny,

Przy tym żegnaniu wzrok się zrobi mętny.

XV

SmutekA Juan wiele w ojczyźnie zostawił:

1890

Matkę, kochankę — nie zostawił żony —

Słuszniej więc bólem niestłumionym trawił

Serce niż starszy ktoś i ożeniony.

A pomnij: jeśliś ty się płaczem dławił

Żegnając ludzi, z którymiś zwaśniony,

1895

Możnaż łez nie lać, gdy się swoich żegna?…

— Chyba je z oczu sroższa boleść zegna.

XVI

Płakał więc Juan, jak płakali Żydzi

U wód Babelu, pamiętni Syjonu,

I ja bym płakał — ale Muza szydzi;

1900

Zresztą zbyt nikły to powód do skonu.

Podróż młodemu nigdy się nie zbrzydzi,

Bo podróż bawi. Gdy do karabonu[141]

Kłaść będą tłumok, to w nim, mam nadzieję,

Już i książeczka ta kącik zagrzeje.

XVII

1905

Juan stał, myślał, wzdychał i łzy ronił;

Łzy słone na toń słoną padające;

„Słodkie na słodkie”… (Ten wiersz mi zadzwonił,

Bom właśnie czytał, jak kwiaty pachnące

Przyniosła na grób, który prochy chronił

1910

Ofelii — Danii królowa). Niknące

Brzegi natchnęły refleksjami duszę

I zaczął myśleć naprawdę o skrusze.

XVIII

„Bądź zdrowa! — wołał — Hiszpanio, bądź zdrowa!

Może cię nigdy, nigdy nie obaczę

1915

I umrę z dala, bo się nie uchowa

W obczyźnie serce, ale się zapłacze…

Gwadalkwiwirze mój, rzeko domowa,

Żegnaj; ty, matko!… gdy nie przeinaczę

Losu — ty, Julio!…” Tu wyjął niebieski

1920

List i przeczytał od deski do deski.

XIX

„Gdybym zapomnieć miał…. słuchaj mnie, Boże!…

Nie, nie — tak tanio czci mej nie pogrzebię,

Prędzej ta ziemska kula wpadnie w morze,

Prędzej to morze utopi się w niebie,

1925

Niżeli inną nad ciebie przełożę,

Niż inną kiedy pokocham — prócz ciebie.

Nie dla mnie balsam powtórnej miłości…

(Tu okręt zachwiał się — on dostał mdłości).

XX

Wprzód niebo ziemię zgniecie… (tu się skutki

1930

Wstrząśnienia wzmogły). O Julio! dopóty

Łkać będę… (Piotrze, daj mi trochę wódki,

Battista, pomóż mi zejść do kajuty…)

Aniele!… (prędzej, wy, piekła wyrzutki!…)

Luba!… (ten okręt chwieje się jak struty)

1935

Tak bym się dzisiaj do nóg twoich cisnął

Całować!… (tu się gwałtownie zachłysnął!)

XXI

Czuł tę mrożącą jakąś słabość serca

(Raczej żołądka), w której jest smak piekła;

Co w mdłe człowiecze jestestwo się wwierca,

1940

Kiedy druh zdradził, kochanka uciekła,

Kiedy najdroższych zesłał los wydzierca

Daleko albo gdy śmierć ich zawlekła…

Juan by świetniej wymową zapałał,

Cóż — gdy ocean jak emetyk[142] działał.

XXII

1945

Miłość, ChorobaMiłość kapryśna jest; sprawioną żarem

Własnym gorączkę odważnie przetrzyma;

Lecz się osłabia kaszlem lub katarem

I na ból gardła cierpliwości nie ma.

Rany śmiertelne leczy niby czarem,

1950

Lecz pospolitych chorób się nie ima,

Ucieka, gdy ktoś, zamiast westchnąć, kichnie,

I czerwonością oczu się odstrychnie.

XXIII

Lecz ją najpewniej zmęczy i najsrożej

Morska choroba, co w jelita wnika,

1955

Miłość tętnicę odważnie otworzy,

Lecz gorącego boi się ręcznika.

Przeczyszczająca ją pigułka trwoży,

Mdłości zabiją. Pomyśl, jak u smyka

Była zawzięta, gdy jeszcze śród mdłości

1960

Żar go namiętny przejmował do kości!

XXIV

Okręt nazwany pięknie: „Trinidadą”,

Gnał do Liworna po gościńcu szklistym.

W tym mieście stara rodzina Moncado,

Która się rozstać musiała z ojczystym

1965

Krajem — osiadła. Familijną radą

Był tam wysłany, opatrzony listem;

Prócz tego inni znajomi w Sewilli

Listy do swoich znajomych wręczyli.

XXV

Sług don Juana zastęp nie był liczny,

1970

Wszystkiego troje i ochmistrz Pedrillo,

Człowiek stateczny i wielojęzyczny,

Który dziś leżał, zwyciężony tylą

Wrażeń, w hamaku i czuł ból febryczny,

A w głowie zamęt większy z każdą chwilą

1975

I strach — bo woda, pryskając w strzelnice,

Skrapiała hamak, poduszki i lice.

XXVI

Słusznie się trwożył; charakter wojenny

Morza coraz to groźniej znaczył burzę.

Wiatr nie był jeszcze wściekłością brzemienny,

1980

A już lądowcy pobledli jak tchórze.

Lecz marynarze — to jest ród odmienny.

Pod noc ściągnięto żagiel w samej górze;

Niebo wróżyło, że nastąpi starcie

I kilka żagli pójdzie na rozdarcie.

XXVII

1985

O pół do drugiej wiatr nagłym zawrotem

Wpakował okręt między dwa bałwany,

Co dno wybiły, kując w nie jak młotem,

Spłukały pomost, uszkodziły ściany;

I nim żeglarze, strwożeni łoskotem,

1990

Zbiegli się dźwigać okręt skołatany,

Ster pękł; do pomp biegł i stary, i młody,

W statku było już — cztery stopy wody.

XXVIII

Podróżni widząc, że ich okręt ginie,

Raźno skoczyli. Zaczęto przewracać

1995

Beczki, odsuwać kufry, paki, skrzynie,

Lecz nikt się nie mógł otworu domacać,

Wreszcie znaleźli go. Całej drużynie

Zaczęła w serca mdłe otucha wracać,

Choć się wdzierała woda przez szczeliny,

2000

Kładziono kołdry, tłumoki, pierzyny

XXIX

W otwór, co wszystko na nic się nie zdało;

Musieliby iść na pożarcie hajom,

Mimo wysiłek i energię całą,

Gdyby nie pompy. Niechaj ludzie znają,

2005

Jaką się pompy te okryły chwałą

(Pięćdziesiąt beczek wody wyrzucają

W godzinę, a zaś ich wyrobem słynie

Zaszczytnie znany Mr. Mann w Londynie).

XXX

Dzień drugi dawał pozory pogody;

2010

Więc byli radzi i krzepili siły,

Choć wewnątrz było na trzy stopy wody,

Którą trzy pompy nieustannie piły.

Znowu wiatr zawiał, nowe zrządził szkody.

Wpadli w wir, działa z łożysk się stoczyły,

2015

Ogromny bałwan na okręt się rzucił,

Uderzył, podbił i na bok przewrócił.

XXXI

Tak wywrócony leżał i bez ruchu;

Pokład się w wodzie nurzał do połowy,

Sprawiając widok, co tak może w duchu

2020

Utkwić jak gromów huk, ogień bojowy,

Jak wszystko, co się dobywa z rozruchu

Uczuć i łamie serca, karki, głowy.

Tak i topielcy, gdy wypłyną z toni,

Drżąc, straszne rzeczy powiadają o niej.

XXXII

2025

Więc maszty, które okręt nachyliły,

Wyższy i niższy, toporami ścięto.

Okręt ani drgnął — leżał na kształt bryły,

Leniąc się powstać, jak parobek w święto.

Snadź[143] mu dwa maszty ostatnie ciężyły:

2030

Przedni i tylny — w milczeniu je ścięto;

Nikt się przed czynem rozpacznym nie wzdrygnął…

Wtedy się nagle stary okręt dźwignął.

XXXIII

Łatwo odgadnąć, że gdy te przewroty,

Odbywały się, podróżni niezdarni

2035

Biegali tam — sam, nie mając ochoty

Zbyć życia prędzej, nim zbędą śpiżarni.

Ba! Stare wygi, gdy śmiertelne poty

Strach im wyciśnie, stają się niekarni,

Wódki wołają, wszelkie prawa depcą,

2040

Czasem rum nawet prosto z beczki chłepcą.

XXXIV

Nic tak zapewne ducha nie posili,

Jak rum i wiara… Wierząc w te sposoby,

Jedni śpiewali psalmy, drudzy pili,

Wiatr wył dyszkantem — jak w chórze żałoby

2045

Basem dudniły fale. Przestrach zmyli

Cierpienia, z morskiej wyleczy choroby.

Przekleństwa, modły i pijackie krzyki

Z ryczącą falą chór stworzyły dziki.

XXXV

Może by prędzej padli w tej pogoni

2050

Z losem — lecz Juan, mądry, choć tak młody,

Stanął przed drzwiami, w każdej dzierżąc dłoni

Pistolet; a jak gdyby śmierć od wody

Lżejszą być miała niż od palnej broni,

Zaczęli prosić i łzami jagody

2055

Rosić i wzdychać; toż bardzo się gani,

Że chcieli gwałtem umierać pijani.

XXXVI

„Więcej nam grogu daj — wołali — bo my

Zaraz umrzemy!” — „Nie! — Juan zawoła —

Prawda, że los mi nasz wspólny wiadomy,

2060

Lecz umierajmy człowieczeństwa z czoła

Nie starłszy”. Mówiąc, od drzwi lud łakomy

Odpychał na kształt rajskiego anioła.

Pedrillo nawet z szanownym obliczem,

Choć kornie oczy wznosił, odszedł z niczem.

XXXVII

2065

Poczciwy staruch na ramieniu duszę

Miał i zawodził, i wzdychał żałośnie,

Rachował grzechy, zagrzebany w skrusze,

Wołał: „Niechaj Bóg karą mnie ochłośnie!”

Przyrzekł, że gdy się dostanie na suszę,

2070

To się z sukienką kapucyńską zrośnie.

A nie zabawi dłużej ni kwadransa

Przy don Juanie niby — Sanszo Pansa.

XXXVIII

Nadzieja jedna świeciła im trwale,

Dzień wstawał, wiatr snął, masztów już nie było,

2075

Otwór wzrósł, wkoło ławy piasku, ale

Nie ląd; tak okręt bujał — nad mogiłą.

Do pomp się znowu rzucili; w zapale

Ostatnią ręce wytężali siłą;

Ze wschodem słońca pracowali sporzej,

2080

Mocniejsi u pomp — a u żagli chorzy.

XXXIX

Płótno u sztaby uczepiono statku

I tak trzymało się jakby na rei,

Ale bez masztów, żagli, a w dodatku

Z dziurą w dnie — trudno nie tracić nadziei.

2085

Rozpaczać jednak trzeba — na ostatku,

Żywot, choć długi, nigdy się nie przeje,

A choć czas przyjdzie, że śmierć załopoce

Skrzydłem — smutno gnić w lyońskiej zatoce.

XL

Tam ich wiatr rzucił; sam zaczął sterować

2090

I samowolnie po odmętach wodził,

Ze steru trzeba było zrezygnować

I ze spoczynku; czas prędko uchodził

Przy pracy, bo maszt musieli prostować,

Ster lada jaki też by się przygodził[144].

2095

Niepewna chwila ta okrętu zmora

Płynęła, lecz nie z biegłością kaczora.

XLI

Sobą strawiła się gwałtowność burzy;

Lecz fala parła gwałtownie przez dziury

W okręcie; łudzić nie mogli się dłużej.

2100

Wody też słodkiej zabrakło, bez której

Śmierć ich czekała niechybna w podróży.

Przez teleskopów poglądali rury,

Lecz nie ujrzeli ni żagli, ni brzegu,

Nic — tylko morską toń i strach noclegu.

XLII

2105

Znów wicher zawył i znów okręt kruchy

Zaczął się głębiej zanurzać w topieli;

Choć wyzierała śmierć z tej zawieruchy,

Wszyscy cierpliwi byli, nawet śmieli,

Aż gdy się zdarły skóry i łańcuchy

2110

U pomp, zwątpienie przyszło i ujrzeli,

Jak go pochwycił wiatr, wściekłością zbrojny..

— Tak chwyta ludzi wir domowej wojny.

XLIII

Zbliżył się cieśla. Łzy miał pod zgrubiałą

Powieką i rzekł cicho: „Kapitanie,

2115

Nie ma ratunku!…” Ten człek żył niemało,

Po niejednym się błąkał oceanie

I widno[145] strasznie mu się w duszy działo,

Bo nie było to kobiece płakanie…

Lecz tam zostały w chacie dzieci, żona…

2120

Tą myślą człowiek zwariuje, nim skona.

XLIV

Ocean teraz prawie podkład zmywał;

Okręt się przegiął, strach różnicę znosił.

Ktoś swoim świętym funt świec obiecywał

(Ba! gdzie ich dostać?), drugi ręce wznosił

2125

W górę, ów dziko w morze się wpatrywał,

Kilku spuszczało łódź, a jeden prosił

Pedrilla, aby dał mu rozgrzeszenie;

Ten go „do diabła” słał — przez roztargnienie.

XLV

Ci się rzucili w hamaki i spali,

2130

Ci się stroili pięknie jak na gody,

Ci dzień urodzin swoich przeklinali,

Zgrzytali, wyli, włosy darli z brody.

Inni — jak rzekłem — mężni i wytrwali,

Spuszczali wielką szalupę do wody,

2135

Marząc, że uda się śmierci wywinąć,

Byle nie trzeba wbrew prądowi płynąć.

XLVI

Lecz co myśl wiodło do ostateczności,

To — zjawiające się głodu widziadło.

Rozumiał każdy, iż zbraknie żywności,

2140

Gdyby tak dłużej błąkać się wypadło;

A człek nie lubi żyć i mrzeć we czczości;

Morze śpiżarnię prawie całą zjadło,

W kutrze zmieściła się ledwo troszeczka

Masła — dwa sądki — i sucharów beczka.

XLVII

2145

Szalupa była większa, toteż dla niej

Przypadło: chleba zmokłego dwadzieście

Funtów, sześć wiader wody, wina w bani

Pół wiadra; z mięsa kupionego w mieście

Kadyksie: jeden comberek barani,

2150

Szynka wieprzowa, wołowina, wreszcie

Osiem galonów rumu — jak widzicie,

Dość licho asekurowano życie.

XLVIII

Jolla[146], pinassa[147] poszły z huraganem,

Kiedy się wzmogła burza — jeszcze rano,

2155

Lecz można było boleć i nad stanem

Szalupy; z kołder żagle pozszywano,

Z wiosła, które się naszło w skołatanym

Statku, maszt jakiś wykoncypowano.

Dwie łodzie ledwo pół wzięły załogi,

2160

A kuter w żywność był nader ubogi.

XLIX

Dzień bezsłoneczny powoli uchodził

Z morskiej pustyni. A jako zbrodniarze

W maskę twarz kryją, aby cios ugodził

Śmielej, i nocy powierzają straże,

2165

Tak się im zjawiał mrok, co cienie zwodził

Na toń samotną i na blade twarze.

Dwanaście pełnych dni wiodła ich trwoga,

Teraz jej miejsce zajmie śmierć złowroga.

L

ŚmiechZaczęto tratwę z gorącym pośpiechem

2170

Zbijać, lecz tratwa na morzu — cóż znaczy?…

Na to mógłby ktoś poglądać z uśmiechem,

Gdyby był bardzo wesół i junaczy,

Prędzej zawtórzyłby pijackim echem,

Podochoceniem szalonym rozpaczy,

2175

Epileptycznym pół, pół histerycznym;

Śmierć się bankietem radowała ślicznym.

LI

Opół do ósmej wyrzucono z nawy[148]

Kosze i belki, i wszelkie brzemiona[149],

By jak najdłużej utrzymać dziurawy

2180

Okręt; czuł każdy, jak nieunikniona

Śmierć dyszy… Z nieba padał blask sinawy;

Okręt, jak trumna trupem obciążona,

Szedł ciężko, potem drgnął, schylił się, zwinął,

Sztabą uderzył wprzód… i z wolna ginął.

LII

2185

Wtedy żegnalny okrzyk w niebo wionął;

Tchórz wrzaskiem buchnął, zęby zaciął śmiały,

Niejeden w morze się rzucał i tonął,

Żądając prędzej śmierci — niewytrwały.

Ocean wkoło niby piekło zionął,

2190

Okręt wpadł — ciągnąc z sobą morskie wały[150],

Jak ten, co z wrogiem zaplótłszy ramiona,

Wpierw go udusić pragnie, zanim skona.

LIII

Straszne wołanie z piersi się wydarło:

Głośniejsze niźli głos burzy, co wyła

2195

Jak zwierzę — potem cichło i zamarło…

Już tylko szumiał wiatr i fala biła

O falę; morze jak grób się zaparło;

Dłoń się zeń czasem skurczona dobyła,

Czasem krzyk krótki, zakończon bełkotem

2200

Topielca, co się rozstawał z żywotem.

LIV

Łodzie spuszczono — jak rzekłem — na tonie;

W tych łodziach grono żywych się zebrało;

Ale nadzieja gasła w każdym łonie,

Bo wiatr jak przedtem dął, morze szumiało,

2205

A nikt nie wiedział, w której ląd jest stronie;

Za wielu było ich — chociaż tak mało!

Ogółem było wydartych powodzi

Dziewięciu w kutrze, a trzydziestu w łodzi.

LV

Reszta zginęła. Dwieście dusz szkaradnie

2210

Wyszło z ciał; Modlitwaa tu żal wynurzyć muszę,

Że gdy katolik jaki w morze wpadnie,

To długo czeka, nim ktoś mszą za duszę

Żałobną ogniom czyśćca go wykradnie,

Bo nim o statku wieść dojdzie na suszę,

2215

Któż do niepewnych datków ma ochotę?

Zaduszka pono kosztuje trzy złote…

LVI

Don Juan prędko do szalupy skoczył,

A chciał ocalić Pedrilla i psisko.

Uczeń nad mistrzem opiekę roztoczył,

2220

A opiekuńcze owo stanowisko

Odwagę tchnęło weń. Pedrillo moczył

Oblicze łzami, widząc śmierć tak blisko.

Battistę (co się zwał zdrobniale: Tita)

Już powaliła przedtem okowita.

LVII

2225

Piotrka chciał także ocalić z przygody,

Lecz i ten, czując groźne położenie

Chwili, upił się, a gdy szedł na schody,

Upadł i poszedł między morskie cienie,

I znalazł nagle grób z wina i wody.

2230

Chciano ocalić go, lecz się na scenie

Już nie pojawił, bo morze szalało,

Zresztą i miejsca w szalupie nie stało.

LVIII

Charcik, dzielący Juanowe losy,

Którego jeszcze don Jose wychował,

2235

Stał na pokładzie i wył wniebogłosy;

Ze stanu rzeczy trafnie wywnioskował

(Psy mają czułe i rozumne nosy),

Że woda sięgnie niebawem nad pował.

Juan posłyszał go, pochwycił, skoczył

2240

Do łodzi, a psa pod siedzenie wtłoczył.

LIX

Napełnił także pieniędzmi kieszenie

I obładował nimi smętne ciało

Pedrilla, który wpadłszy w zasępienie,

Bezmyślnie, co się Juanowi zdało,

2245

Czynił; huk morza powiększał w nim drżenie.

Juan, przeciwnie, miał minę dość śmiałą;

Ufając, że się nim zajmie niebieska

Siła, ocalił ochmistrza i pieska.

LX

Noc była czarna. Wiatr skrzydłem łopotał;

2250

Próżno się żagiel to w głębi topieli,

To w górze z siłą przeważną szamotał —

Zwinąć go ani rozwinąć nie śmieli,

Nurt się przelewał przez ster i łaskotał.

Podróżni wodą sieczeni skostnieli,

2255

Wnet każdy głowę opuścił bezradną

I biedny kuter powędrował na dno.

LXI

Ubyło dziewięć dusz. Drugi się trzymał

Statek; maszt na nim z wiosła był zrobiony,

A żagiel z kołder pysznie się wydymał,

2260

Niby na rei, sznurkiem utwierdzony.

Ocean huczał, pienił się i zżymał,

Przez burt przewalał, więc strach był niepłony.

Ludzi im było żal, lecz równie masła

I chleba, których drużyna nie spasła.

LXII

2265

Ogniście wstało słońce i czerwono,

Krwawy posłannik wracającej burzy.

Cóż czynić mogli? Płynąć w niezmierzoną

Dal, patrzeć, rychło niebo się rozchmurzy.

Po łyżce rumu z winem rozdzielono

2270

Między tych, którzy głodu znosić dłużej

Nie mogli; reszta zjadła chleb spleśniały,

Z wszystkich zamiast szat łachmany wisiały.

LXIII

Trzydziestu było w tak ciasnej przestrzeni,

Że nikt swobodnie nie mógł użyć ręki,

2275

Jedni zziębnięci, przemokli, skurczeni

Siedzieli — inni, by złagodzić męki,

Na kształt dantejskich pokładli się cieni

Czuwając; febrą dzwoniły im szczęki.

Tak wlokła się łódź, szkielety[151] ciężarna,

2280

Wspólnym ich płaszczem była chmura czarna.

LXIV

Wiadomo: dłużej żyje, kto spragniony

Jest życia; znają tę prawdę doktorzy.

Pacjent, co nie ma przyjaciół lub żony,

By go dobili, jeszcze nienajgorzej

2285

Ma się; jeszcze go śmierci wyostrzony

Nóż ani Parki nożyca nie trwoży.

Strata nadziei życia — życie skraca,

Śmierć wtedy człeka dmuchnięciem wywraca.

LXV

Ludzie mający pono dożywocie[152]

2290

Potrafią dłużej żyć — sam Bóg wie, na co

Wierzycielowi na złość! — Temu krocie

Pachną, a oni żyją i nie płacą.

Najgorsi z wszystkich są Żydzi; ci w złocie

Naprzód ukąpią, a potem zatracą.

2295

Jam do pożyczek bywał zawsze chutny,

Tylko mnie trapił dzień terminu smutny!

LXVI

Równie gromada owa w lichej łodzi

Żyła ochotą życia i dlatego

Zniosła, co ludzkie pojęcie przechodzi,

2300

Jak skała, kiedy fale ją oblegą.

Trud się żeglarzom z przeznaczenia rodzi,

A to od czasów korabiu Noego,

Który wiózł ludzi, ród gęsi, krów, owiec,

Jak Argo[153], pierwszy korsarski żaglowiec.

LXVII

2305

Wszak mięsożerna człowiek jest istota:

Musi jeść, a ma tę wadę nieszczęsną,

Że jeść nie może, jak dżdżownica, błota,

Ale jak tygrys, haja strawę mięsną,

Anatomiczny wprawdzie skład żywota

2310

Znosi jarzyny, lecz żołądki klęsną

Od takiej strawy; człowiek, co pracuje,

Musi jeść mięso — i wół mu smakuje.

LXVIII

Tak zrozpaczonej owej ludzkiej trzodzie,

Gdy się w dniu trzecim ocean ukoił,

2315

Anioł zaświtał w niebieskiej pogodzie

I rozbliźnione rany serca goił.

Posnęli wszyscy jak żółwie na wodzie;

Gdy się ocknęli, głód w żołądkach broił;

Więc gospodarskiej niepomni nauki,

2320

Na żer się chciwie rzucili — jak kruki.

LXIX

Przewidzieć było łatwo, co się stanie:

Zjedli chleb, resztki wina wysączyli,

Głusi na prośby, groźby i łajanie,

Ani się widmem głodu nie trwożyli.

2325

Mieli nadzieję — głupi — że wiatr wstanie

I pchnie do brzegu. Z nadzieją jest milej,

Lecz mając wiosłem kawał drewna kruchy,

Powinni byli zachować okruchy.

LXX

Przyszedł dzień czwarty, fala nie podrosła,

2330

Ocean leżał jak dzieciak uśpiony;

W piątym to samo; woda ich nie zniosła,

Modra i jasna jak niebios opony[154].

Z jedynym wiosłem (gdyby choć dwa wiosła)

Co mogli zdziałać?… Głód wyciągnął szpony;

2335

Więc pieska, chociaż Juan się przeciwił,

Zarżnęli; każdy cząstką się pożywił.

LXXI

W szóstym brać głodna skóry się chwyciła.

Juan się wzbraniał jeść z tego powodu,

Ze to pieszczona psinka ojca była,

2340

Lecz czując w sobie straszne sępy głodu,

Z żalem i wstrętem — ta myśl go dławiła —

Przyjął łaskawie daną mu od przodu

Łopatkę z łapką; Pedrillo poglądał

Żałośnie; zjadł pół, a jeszcze pożądał.

LXXII

2345

Przeszedł dzień siódmy bez wiatru; żar z nieba

Tryskał; jak ścierwo łódź na wodzie legła,

W łodzi szkielety… Im było potrzeba

Wiatru, a wiatr spał. Do białek im zbiegła

Krew i spojrzeli na się… chcieli chleba,

2350

Jeść chcieli; głodem w oczach się zażegła

Kanibalowa chuć… Patrzą i milczą,

A szczęki im się wydłużają wilczo.

LXXIII

Wreszcie jeden coś szepnął do sąsiada,

Ten szepnął drugim, a ten innym jeszcze

2355

I trwała jakaś tajemna narada,

Jakieś szemrania syczące, złowieszcze.

I pojął każdy, że myśl jedna włada

Wszystkimi, chutne wywołując dreszcze;

A była to myśl, że losować trzeba

2360

I ludzkim ciałem zastąpić brak chleba..

LXXIV

Ale nim doszło do tego, spożyli

Resztki skórzanych czapek i kamaszy;

Długo się wzrokiem rozpacznym mierzyli,

Nikt bowiem stać się materiałem paszy

2365

Nie chciał — na koniec losy porobili,

Ale z substancji, co Muzę przestraszy,

Bo gdy nie mieli nazwisk spisać na czem,

Juan list Julii musiał oddać — z płaczem.

LXXV

Losy spisano, zmieszano, rzucono,

2370

A nawet harpia głodu, co ich ciała

Żarła jako sęp kaleczący łono

Prometejowe, przycichła struchlała.

Nie namyślano się tam, nie radzono;

Natura sama do strasznego gnała

2375

Postanowienia — a fortuna sroga

Pierwszego wzięła sobie — pedagoga.

LXXVI

Prosił, aby mu otworzono żyły.

Cyrulik użył dzielnie swoich noży,

I na Pedrilla padł sen taki miły,

2380

Że nie czuł, jak wszedł do rajskich przestworzy.

Umarł tak, jak żył — dobry do mogiły

Katolik, człowiek świętobliwy, boży,

Ucałowawszy Chrystusową mękę,

Spokojnie dał pod nóż gardło i rękę.

LXXVII

2385

Pierwszym kawałkiem miał być opłacony

Cyrulik; lecz że pieczeń była zbita

I twarda, a on ogromnie spragniony,

Napił się ciepłej krwi, której obfita

Struga płynęła. Trup obmyto w słonej

2390

Wodzie, do morza rzucono jelita

Na ucztę dla haj, co w trop jak grabarze

Płynęły; resztę pożarli żeglarze.

LXXVIII

Czterej majtkowie odmówili strawy,

Nieżądni najmniej ludzkiego mięsiwa.

2395

Juan, co patrzał na skon pieska łzawy,

Nie chciał jeść także. Rzecz nader godziwa,

Iż wstręt w nim budził ten posiłek krwawy.

Pamięć Pedrilla jeszcze w nim zbyt żywa

I nad uczucie głodu była czystsza,

2400

Nie tknął więc swego pasterza i mistrza.

LXXIX

SzaleństwoLepiej, że nie jadł, bo ci, co zasiedli

Do uczty, skutków wnet smutnych doznali:

Którzy najwięcej i najchciwiej jedli,

Wpadli w szaleństwo, Boga przeklinali,

2405

Pianę toczyli z ust, w konwulsjach bledli

I słoną wodę jak smocy żłopali,

Zgrzytali, wyli, włosy darli w szale

I umierali z śmiechem jak szakale.

LXXX

Liczba nędzarzy schudła z tego względu,

2410

Reszta też schudła jak gromada duchów,

Jedni nagłego dostali obłędu,

I ci szczęśliwsi byli od swych druhów,

Inni krwawego żądali obrzędu

Raz jeszcze, choć im z konwulsyjnych ruchów

2415

Ginącej rzeszy śmierć przestrogę słała,

By się ludzkiego nie chwytali ciała.

LXXXI

Nazajutrz paść miał chłopiec okrętowy,

Najtłustszy — lecz się wymknął spod tasaka,

Nie przeto, iż miał chęć nie zbywać głowy;

2420

ChorobaRzecz ocaliła inna nieboraka.

Oto — już z dawna był nie bardzo zdrowy,

Czego przyczyna znowu była taka:

Kiedy w Kadyksie bawił[155], przez trafunek

Od dam składkowy dostał podarunek.

LXXXII

2425

Z Pedrilla rączka została i udko,

Jedni nie jedli, by nie szkodzić zdrowiu,

Drudzy oszczędni, wiedząc, że na krótko

Wystarczą, resztki zgryzali tułowiu.

Juan sam trzeźwy panował nad łódką

2430

Ssąc tylko kąski trzciny lub ołowiu,

Wreszcie złapano dwie jaskółki wodne

I trup rzucono między ryby głodne.

LXXXIII

Kogo Pedrilla los nabawia dreszczy,

Patrzaj: Ugolin[156] wroga w wiecznej wojnie

2435

Dławi, czaszka mu krwawa w zębach trzeszczy,

A zaraz powieść swą kończy spokojnie.

Gdy w piekle wroga gryźć kazał duch wieszczy,

Toć spożyć druha — nie jest nieprzystojnie

Na morzu; gdy kto pięć dni z rzędu pości,

2440

Wolno mu mieć mniej niźli Dant litości.

LXXXIV

Tej nocy upadł deszcz rzęsisty z nieba;

Usta otwarły się jak popękana

Ziemia; Wodaczłowieka dopiero potrzeba

Uczy, że skarbem jest woda źródlana.

2445

Jeśliś w gorących był krainach Feba[157],

Na oceanie, lub gdzie karawana

Do wody z piersi przepalonych wzdycha,

Chciałbyś, gdzie Prawda, być — na dnie kielicha.

LXXXV

Deszcz nie napoił, choć padał do ranka,

2450

Aż się płócienną posłużyli szmatą,

W którą kapała woda, jak do dzbanka.

Gdy była pełna, rzucili się na to

Naczynie chciwie — a choć piwa szklanka

Lepszą byłaby biedakom obiatą,

2455

Jednak się ozwał głos powszechnej zgody,

Smaczniejszej nigdy że nie pili wody.

LXXXVI

Wargi spalone i gorączką zżarte

Ssały te męty jak krople nektaru;

Języki czarne a gardła rozwarte

2460

Jak u bogacza, co śród piekieł żaru

Żebrze, aby mu Łazarz przez zaparte[158]

Niebo upuścił niebieskiego daru

Bodaj kropelkę; jest to prawda stara,

Że czasem chrześćjan konserwuje wiara.

LXXXVII

2465

Dwóch ojców było w tym gronie nędzarzy,

A mieli synów dwóch; jeden, jak róża

Rumiany, silny i czerstwy na twarzy,

Wcześniej żyć przestał. Gdy do śmierci łoża

Przyciągnął ojca jeden z marynarzy,

2470

Ten spojrzał i rzekł: „Dziej się wola boża,

Nie moja wola![159]” — i źrenicą szklaną

Patrzał, jak dziecko do morza wrzucano.

LXXXVIII

Drugi dziecinę miał wątłą, słabiuchną,

O miękkim liczku, delikatnym ciele.

2475

Ten chłopczyk dłużej żył, choć był jak próchno,

Tkwiła w nim dusza cicha jak w aniele.

Nie mówił, lecz się uśmiechał miluchno,

Jak gdyby sercu ojca chciał — wesele

Wrócić i ulżyć brzemieniu boleści,

2480

Choć czuł, że go już dłużej nie popieści.

LXXXIX

Śmierć, WodaNad twarzą syna zwisła twarz rodzica;

Ojciec już nie wstał, ale z ustek pianę

Bladych ucierał, zapatrzony w lica

Dziecka. Gdy spadły krople pożądane

2485

I szklanym blaskiem raz jeszcze źrenica

Błysła i zdała się poznawać znane

Oblicze — ojciec mu wargi rozszerzył,

Wlał trochę wody — próżno! — chłopiec nie żył.

XC

Skostniał; wziął ciało ojciec nieszczęśliwy

2490

I patrzał długo, długo, aż zrozumiał,

Że to śmierć trup mu rzuciła nieżywy

Na piersi; wtedy jak dziecko się zdumiał,

Patrzał uparcie, aż nielitościwy

Ocean trupa w sobie skrył, zaszumiał;

2495

A on padł z duszą martwą; tylko ciało

W konwulsjach życiem ledwie znacznym drgało.

XCI

W tej chwili tęcza wybiegła na chmury;

Z obu stron warkocz świetlny w morzu tonął

Nad falujące rozpięty lazury.

2500

A wewnątrz łuku blask jaśniejszy płonął

Niż zewnątrz. Jasność pomknęła do góry

Jak sztandar, ale barwy z wolna chłonął

Eter — tęcza się zgięła, potem zbladła,

Roztopiła się we mgle i przepadła.

XCII

2505

Zniknął niebieski kameleon, dziecię

Powietrza i mgły, i słońca, zrodzone

W ogniu, w rubinów kołysane kwiecie,

Spowite w obłok, płynnym złotem chrzczone,

Niby półksiężyc, lśniący na meczecie,

2510

Lub pryzmat, ma barwy utajane

W jednej — (lub sine na twarzy obrazki

U osób, co się boksują bez maski).

XCIII

Rozbitkom był to znak bożej opieki…

Wiara — jak wiecie — człowieka uzdrawia,

2515

Wierzyli w „omen” Rzymianie i Greki.

Desperatowi „omen” ulgę sprawia.

Toż, gdy czekając pomocy dalekiej,

Spostrzegli ogon niebieskiego pawia,

Wróżyli sobie jakby z horoskopu

2520

Szczęśliwy koniec i wyjście z zatopu.

XCIV

Ptaszyna nader piękna, śnieżnobiała

Z płetwami u nóg, z wejrzenia jakoby

Gołąbka (pewno w drodze się zbłąkała),

Polatywała tejże samej doby

2525

Nad łodzią, pragnąc sieść[160]; a choć widziała

Podejrzanego oblicza osoby

W łodzi, krążyła, obserwując z góry,

Póki dnia — był to dobry „omen” wtóry.

XCV

A muszę tu być w spostrzeżeniu szparki[161]:

2530

Szczęście to ptaszka, że nie siadł na maszcie,

Bowiem na kruchym drągu naszej barki

Mniej miał bezpieczną grzędę niż na baszcie.

Głód— Gdyby był nawet ptak z Noego arki

Powracający z oliwką, to zważcie:

2535

Nie zjadłbyż człowiek, który sześć dni pości,

Oliwki, mięsa z ptaszyny, ba!… kości?

XCVI

O zmierzchu zadął wiatr, lecz już nie szalał,

Gwiazdy się w chmurnym niebie roziskrzyły,

Łódź gnała, ale w rozbitkach duch malał,

2540

Bo w kraj nieznany losy ich pędziły.

W dali szmat ciemny — jak ląd — niebo walał,

Jakieś ławice z mgieł oko mamiły,

Ktoś słyszał huk fal, a inny moździerzy.

O tym ostatnim — to wątpić należy.

XCVII

2545

Wstał świt; wiatr powiał ciszej, pieszczotliwiej;

Wtem krzyknął majtek stojący na straży:

„Patrzajcie, ląd, ląd! Jeśli wzrok mnie myli,

Niech się tak dusza moja w piekle smaży.

Przetarli oczy, i dziw!… zobaczyli

2550

Zatokę; szał ogarnął marynarzy:

Istotnie był to ląd, z dala widzialny,

W oczach rosnący, prawie dotykalny.

XVIII

Płaczem buchnęła wielkim część załogi.

U reszty były oczy mdłe i mętne,

2555

Nie odróżniali radości od trwogi,

Tak się im stało wszystko obojętne.

Pacierzem kusił ktoś wzgardzone bogi…

Trzech spało; twarze mieli bólem wstrętne,

Głową się ciężką o dno łódki wsparli,

2560

Chciano ich zbudzić, wstrząsano… — umarli.

XCIX

Jeszcze przed tym dniem znaleźli na fali

Śpiącego żółwia. Zwierz był bardzo duży,

Więc podpłynęli cicho i złapali

I mieli mięsny znów pokarm na dłużej,

2565

A co ważniejsza, ducha zhartowali

I uczynili twardszym do podróży,

Bo ze zdarzenia tego się wysnuwał

Wniosek, że Dobry Ktoś nad nimi czuwał.

C

Ląd był istotnie, co teraz wyraźniej

2570

Czarną, skalistą postać ku nim zwrócił,

Prąd łódkę znosił i płynęli raźniej.

Fakt tylko jeden przestraszał i smucił:

Ogromnej była powodem bojaźni

Niepewność, dokąd ich ocean rzucił…

2575

Mówiono: Kreta, Rodos; sternik z szyprem

Bardzo stanowczo obstawał za Cyprem.

CI

Tymczasem prądem silnym łódź niesiona

Do upragnionej zmierzała przystani,

Niby z bladymi duchy łódź Charona[162].

2580

Już tylko czterech ludzi było na niej

Oraz trzy trupy, których osłabiona

Ręka nie mogła zepchnąć do otchłani.

Dwie haje, z łódką pędzące w zawody,

Przypominały się, pryskając z wody.

CII

2585

Upał i zimno, rozpacz, niedostatki

W ich się wyglądzie nędznym odbijały;

Synów by własne nie poznały matki

W owej szkieletów rzeszy wynędzniałej.

W nocy chłód, we dnie żar, ubiór na szmatki

2590

Zdarty, więc nie dziw, że z gromady całej

Zostało czterech; tamci własną winą

Legli, Pedrilla spłukując morszczyną[163].

CIII

I ukazało się pofalowane

Wybrzeże, wszystkie zachwycając zmysły.

2595

Wonie, nad lasów szczytem rozedrgane,

Płynęły mgłami, w powietrzu zawisły

I ochraniały im źrenice szklane

Przed płomieniami, co od fal odprysły.

Wszystko tam było lube, jasne, hoże,

2600

Wstecz się cofało groźne, czarne morze.

CIV

Ląd był zarosły, bezludny; dokoła

Ryczały fale; lecz ich opanował

Taki szał, tak ich ląd nęcił, że zgoła

Zważać nie chcieli, że śmierć im gotował.

2605

Tam, kędy[164] groźne raf sterczały czoła,

Ocean pienił się, burzył, kotłował;

Oni nie dbając, że na skały wpadną,

Pchnęli się — pękła łódź i poszła na dno.

CV

W Gwadalkwiwirze, rzece swej rodzinnej,

2610

Juan się nieraz po uszy zanurzył,

Więc nie przestraszał go element płynny.

Wyborny pływak nieraz godnie użył

Swej sztuki. Lekki, wytrwały a zwinny,

Przed Hellespontem[165] by nawet nie stchórzył,

2615

Który przepłynął — pomnij, łaska czyja,

Leander, po nim pan Ekenhead i ja…

CVI

Więc choć skostniały, wycieńczony głodem,

Parł się i walką wytężał zajadłą

Członki mdłe[166], tak iż dosiągł przed zachodem

2620

Wybrzeża, które przed nim się rozsiadło;

Rekin napędził strachu mimochodem,

Wziąwszy jednego z pływaków na jadło;

Dwóch nie-pływaków zaraz wir pochłonął

I tylko jeden Juan nie utonął.

CVII

2625

Lecz by nie dobił do brzegu bez wiosła,

Które dłoń jakaś opiekuńcza dłoni

Jego, jak deskę zbawienia, przyniosła,

Gdy w dół strącony pogrążył się w toni,

Choć już mogiła mu nad głową rosła,

2630

Fale dudniły niby tabun koni,

On, tego drewna dzierżąc się, nad grzywy

Rumaków spłynął na brzeg, pół nieżywy.

CVIII

Przytłumił oddech, palce wbił kurczowo

W żwir i bronił się fali rozsierdzonej,

2635

Co wypuszczoną ofiarę na nowo

Wessać pragnęła w grób niezapełniony.

W piasek się wtłoczył i dotykał głową

Jaskini, dłutem wód w skale rzeźbionej;

Tyle miał życia, że czuł mocne bole,

2640

Ale mniej czucia, by pojął swą dolę.

CIX

Z trudem na chwiejnym podniósł się ramieniu,

Lecz na skrwawione znów opadł kolana;

Oczyma wodził, szukając w półcieniu,

Czy nie wynurzy się gdzie postać znana

2645

I nie zjawi się towarzysz cierpieniu.

Jednego spostrzegł tylko, trup kompana,

Który, przedwczoraj skonawszy, noclegu

Szukał na obcym, nagim, twardym brzegu.

CX

Tak patrząc, poczuł, że mózg mu się kręci,

2650

A z nim świat cały; myśl się rozprzęgała,

Przytomność z resztką ginęła pamięci…

Padł na bok, ręka za wiosło chwytała

Odruchem samozachowawczej chęci.

I legł jak lilia podcięta i biała,

2655

Prześcigający kształtem cherubiny,

Choć jeno z ziemskiej urobiony gliny.

CXI

Jak długo potem w tej martwocie leżał,

Nie wiedział; świat mu zdał się jedną bryłą.

Czas już dlań nocy i dnia nie rozmierzał,

2660

Krew skrzepła; co czuł, to jakby się śniło.

Aż gdy go sen ów niemocy odbieżał,

Tętna ruszyły się, serce zabiło

I pulsująca krew zagrała męsko,

Walkę ze śmiercią stoczywszy zwycięską.

CXII

2665

Otworzył oczy, zamknął, znów otworzył,

Ujrzał kształt jakiś, niejasny, zamglony.

Marzył, że chwilkę go w łodzi sen zmorzył,

Lecz że się zbudził — wiatr go chwyta w szpony,

A on rozpacza, że z martwoty ożył…

2670

Potem myśl skupiał, zsyłał w czas miniony

I gdy wspomnienia snuł, a snuł jak z wątka,

Szesnastoletnią ujrzał twarz dziewczątka.

CXIII

Do ust mu usta przyłożyła tkliwie, .

Jakby się chciała nimi tchu dopytać,

2675

I, ciepłą rączką głaszcząc pieszczotliwie,

Zdała się duszę odchodzącą chwytać.

Zwilżając skronie, czatowała chciwie

Na objaw życia, aż z wolna zakwitać

Zaczął rumieniec i wnet oddech cichy,

2680

Równy wywabił na jej twarz uśmiechy.

CXIV

Wina mu trochę wlawszy w usta, ciało

Płaszczem okryła i ramieniem głowę

Podtrzymywała zwisłą i omdlałą,

A potem liczko jej ciepłe, różowe

2685

Pod zimną chłopca skroń się podesłało.

Wyżęła włosy, morską wodą płowe,

Wzdychając, prawie że współczuła bóle

Chorego, strzegąc go bacznie a czule.

CXV

Potem ostrożnie wniosły go do groty;

2690

Nasza urocza dzieweczka wraz z drugą

O kształtach nie tak wytwornej roboty,

Silniejszych barkach — iż zdała się sługą.

Wznieciły ogień, a kiedy blask złoty

Jasną, szeroką padł na ściany strugą,

2695

W świetle dziewczyna, dama lub czym była,

Jeszcze się bardziej powabną zjawiła.

CXVI

Na głowie złote blaszki jak motyle

Śród fal brunatnych włosów migotały;

Kędziory bujne w warkocz zwite w tyle,

2700

A mimo wzrost jej smukły[167], okazały,

Bo w młodzieńczego wieku pełnej sile,

Warkocz do kostek sięgał — a tak śmiały

Miała wzrok i tak panowała głową,

Jak gdyby była tych krajów królową.

CXVII

2705

OkoWłos był brunatny, ale oko duże,

Czarne jako śmierć, w rzęs jedwabnym cieniu

Wabiło, skryte, niby gwiazdy w chmurze,

A niby pęki strzał tkwiło w spojrzeniu,

Czy było słodkie, czy wróżyło burzę

2710

Zjawiającą się w błysków dziwnym drżeniu,

I było wtedy podobne do węża,

Co jad wyrzuca i sploty rozpręża.

CXVIII

Czoło szerokie, a różowomleczne,

Lice jak rannej blask na chmurach zorzy.

2715

Wierzchnia jej warga mniejsza, usta śliczne,

Tylko całować!… Wprost arcytwór boży,

Jak te modele żywe, artystyczne,

Których człowiecze dłuto nie odtworzy.

Widziałem takich pięknych kobiet wiele,

2720

Że niech rzeźbione uklękną modele!

CXIX

Powiem, czemu się moja dusza skarży

I skąd ten przeciw rzeźbiarstwu artykuł:

PięknoZnałem irlandzką damę, której twarzy

Nikt dotąd godnie w marmurze nie wykuł,

2725

Choć pozowała często. Gdy czas zwarzy

Kwiat, przepędziwszy po nim swój wehikuł,

Przepadnie piękno przez naturę kute,

Nie skopiowane, nawet nie odczute.

CXX

A taka była ta z groty księżniczka.

2730

Że nie jesteśmy w hiszpańskiej krainie,

Świadczyła żywsza barwami sukienka.

— Hiszpanki jasno noszą się jedynie

W domu; za domem kryją smagłe liczka

W mantyli, a biust w powabnej baskinie[168].

2735

Pod niepozornym strojem oczy czarne

Lśnią tajemnicze razem[169] i figlarne.

CXXI

Otóż dzieweczki naszej strój był wcale[170]

Piękny, w kolory przeróżne pisany,

Zwój włosów spadał na szyję niedbale,

2740

Gwiazdami drogich kamieni usiany.

Na pasku lśniły rubiny, opale,

Welon z najdroższej materii był tkany.

Palce w pierścieniach — ale wstyd mnie reszty…

Na bosych stopach panna miała meszty[171].

CXXII

2745

Drugiej ubranie pierwszemu podobne,

Ale sukienka była grubsza cała,

Drogich kamieni mało — i to drobne,

We włosach srebro, matka dać musiała

Na wiano — wszystkie stroiki mniej zdobne,

2750

Równie swobodna w ruchach, lecz mniej śmiała.

Włos gęstszy, ale krótszy zwój warkoczy,

Czarne i żywe, ale mniejsze oczy.

CXXIII

Służąc mu, obie krzątały się pilno,

Znosiły jadło, suknie do ubrania,

2755

Z tą chęcią lubą, czułą i przychylną,

Co zmusza ludzi gwałtem do kochania.

Przygotowały mu zupkę posilną,

Rzecz, którą wspomnieć poezja się wzbrania,

Ale co lepsza dla chorych niż owa

2760

Wojom podana uczta Achillowa.

CXXIV

Powiem, kto były, by nie myślał który,

Że to przebrane księżniczki; na straży

Jawności stoję, zwolennik natury,

Przeciwny sztuce dzisiejszych bajarzy.

2765

Więc krótko: obie prostych ludzi córy,

Nie dyplomatów, poetów, rzeźbiarzy;

Pani i sługa. — Pani była córą

Człowieka, co żył przeważnie z naturą.

CXXV

Był rybołówcą w swoim wieku młodym,

2770

Łówcą pozostał na dojrzalsze lata,

Lecz wyższe cele złączył z tym zawodem,

Dlatego stał się przykrą plagą świata

I żył w niezgodzie ze strażników rodem.

Trochę to handlarz był, trochę pirata,

2775

Lecz wzór wzorowy dla wszystkich piratów,

Bo sobie korzec uzbierał dukatów…

CXXVI

Był więc rybakiem — na ludzi rybakiem,

Jak Piotr apostoł — i często obdzierał

Kupiecki okręt, gdy szedł pustym szlakiem,

2780

I staczał czasem bitwy jak generał.

A gdy zwyciężył, to zwycięstwa znakiem

Podróżnych sobie na jeńców wybierał,

Potem wystawiał na tureckie rynki

Mężczyzn, chłopczyków, dziewice, dziewczynki.

CXXVII

2785

Był Grekiem; piękny dom sobie wystawił

Na jednej z Cyklad, wyspie mało znanej,

I tam bezpiecznie, wygodnie czas trawił.

Dom za pieniądze cudze zbudowany,

Bo ilu okradł, a ilu zadławił,

2790

. Sam Bóg wie. Był to stary praktyk, szczwany.

Dom był zaciszny, obszerny, spokojny,

W misterne rzeźby berberyjskie strojny.

CXXVIII

Miał jednę córkę — Hajdeą się zwała,

Najposażniejsza wysp jońskich dziedziczka;

2795

Wszystka młódź za nią z miłości szalała,

Nad posag ceniąc powaby jej liczka.

Miała szesnaście lat; jak brzózka biała

Rosła, strącając pod władzę trzewiczka

Rój wielbicieli; karcąc ich zaloty,

2800

Sama miłosnej nabrała ochoty.

CXXIX

Dziś idąc do skał przez nabrzeżne piaski

— Zwykła przechadzka przed słońca zachodem —

Spostrzegła jakąś, pod wieczorne blaski,

Postać; don Juan to był, zmorzon głodem,

2805

Sztywny; wzdrygła się, bo był bez — przepaski,

Lecz wraz zagrała litość w sercu młodem,

Więc współczującym… (równie z tej pobudki,

Że był przystojny bardzo i bielutki),

CXXX

Ale ratunku byłby cel chybiony,

2810

Gdyby go chciała wziąć do domu ojca;

Znaczyło myszkę rzucić w kocie szpony

Lub wpuścić łanię do psiego ogrojca.

Bo stary miał swe szczególne zakony[172],

Nie jak gościnny Arab, zacny zbójca:

2815

On by mu także z głodu umrzeć nie dał,

Lecz utuczywszy go, potem by sprzedał.

CXXXI

Więc się zgodziła pani z pokojówką

(Panienka u sług zawsze szuka rady),

Że grota lepszą dlań będzie kryjówką.

2820

Gdy otwarł czarne oczy chłopiec blady,

Obie schyliły się nad jego główką,

Bo już litości jęły się „z zasady”,

A mówi św. Paweł, że ta cnota

Jest mytem u wrót rajskiego żywota.

CXXXII

2825

Roztliły ogień, ale z materiału,

Który mu wielkiej nie mógł nadać siły,

Bowiem niezdatne były dla opału

Kawałek wiosła, szczęt masztu przegniły;

Płomienie ich się chwytały pomału,

2830

Lecz się na koniec raźno w górę wzbiły;

A że leżało dużo tych drew blisko

Groty — starczyły na duże ognisko.

CXXXIII

Aby mu miękkie, ciepłe usłać łoże,

Hajdea zdjęła futro sobolowe,

2835

A że powietrze morskie, i to w porze

Nocnej, chłopięciu mogło być niezdrowe,

Spódniczkami go otuliły hoże

Dziewoje, jutro przyrzekając nowe

Przynieść sukienki i wina, i chleba.

2840

Jaj, ryb i czego więcej było trzeba.

CXXXIV

Wyszły — a on się dal ogarnąć snowi,

Jakby kamieniem był lub nieboszczykiem.

Śmierć jest snem tylko — jakim?… sam Bóg to wie.

Może doczesnym?… — Spał — mary mu dzikim

2845

Nie zawodziły chórem u wezgłowi

Ani straszyły widma krwawym szykiem,

Co tak niekiedy wspomnieniem przerażą,

Że drżąc, budzisz się z zapłakaną twarzą.

CXXXV

ImięSpał więc bez widzeń Juan, lecz panienka,

2850

Co była taka dobra i troskliwa,

Zatrzymała się w biegu jak sarenka,

Mniemając, że jej po imieniu wzywa.

Często jest w błędzie serce, ucho, ręka

I często różne przywidzenia miewa;

2855

Nie uważała zatem w roztargnieniu,

Że obcej nie mógł wzywać po imieniu.

CXXXVI

I zadumana wróciła do domu,

Milczenie ścisłe zalecając Zoi,

Która wiedziała też, co mówić komu,

2860

Rokiem od pani doświadczeńsza swojej.

Zoe wiedziała, że rok u przełomu

Dziecięctwa wiele znaczy, wiele broi,

Więc oszczędzała lat — w szkole przyrody

Zbierając wiedzy pożyteczne miody.

CXXXVII

2865

Świt przyszedł budzić, ale nie zrozumiał

Wezwania Juan w sobole zakuty.

Ni strumyk zbudził go, co blisko szumiał,

Ni błysk ze słońca rannego wysnuty.

Znużony, nad snem panować nie umiał,

2870

Leżał wygodnie, toż mógł spać dopóty,

Póki chciał. Pomnę, że drugi przypadek

Taki opisał w Podróżach mój dziadek.

CXXXVIII

Hajdea noc tę spędziła boleśnie,

Jak lunatyczka w księżycowym blasku.

2875

To po zgniliźnie ciał deptała we śnie,

To piękne trupy widziała na piasku.

I pokojówce wstać kazała wcześnie,

I niewolników zbudziła o brzasku.

Aż po armeńsku zaklęli — i grecku,

2880

Nie wiedząc, co jest kapryśnemu dziecku.

CXXXIX

Więc wstała sama, wszyscy za nią wstali,

A cel rzekomy tak rannego wstania

Był: widzieć, jak się wschód na niebie pali.

Piękny to widok, gdy się z mórz wyłania

2885

Świetlany Febus, a chmury jak biali

Duchowie od gór zlatują; śpiewania

Słychać ptaszęce i natura chowa

Żałobę niby młoda, płocha wdowa.

CXL

Wschód jest zjawiskiem niezwykle wspaniałem.

2890

Znam te mgły, brzaski, tę rumianość zorzy,

Bo dla nich często całą noc nie spałem,

Co jest zabójcze — mówią mi doktorzy.

Toż kto chce zdrowy być duszą i ciałem,

Niechaj — się do snu o ósmej ułoży,

2895

Wstanie o świcie — a na grobie dłutem

Napis wyryją mu: „Wstawał z kogutem”.

CXLI

Hajdea twarzą w twarz spojrzała dzienną,

Jej była świeższa — lecz choć zawsze biała,

Teraz się różą zrobiła płomienną,

2900

Bo jej krew z serca w lica się przelała.

Tak potok, górę gdy spotka kamienną,

Co mu się w drodze porohem usłała,

Tworzy jezioro. Tak wygląda ono

Czerwone morze — (choć w nim nie czerwono).

CXLII

2905

A kiedy szybkim krokiem między skały

Zeszła, co brzegów pilnowały morza,

Ranne się do niej oczy słońca śmiały,

Mokrymi usty[173] całowała zorza,

Biorąc za siostrę… i ty byś niemały

2910

Miał kłopot poznać, że nią nie jest hoża

Dziewica, której piękność równej miary

Z ową — smaczniejsza była, bo nie z pary.

CXLIII

Szła po nadbrzeżnych do groty kamuszkach

I w głąb jej wbiegła prędko a ostrożnie,

2915

Juan na futrach spał jak na poduszkach,

Sen tajemniczy jest, więc chwilkę trwożnie

Stanęła, a podszedłszy na paluszkach,

Szczelniej okryła go, bo było mroźnie,

Jak anioł śmierci nad nim się schyliła

2920

I oddech jego ust łakomie piła.

CXLIV

Mówię: — jak anioł, który przy skonaniu

Dobrego czuwa i śle sen pogodny.

Chłopiec cichutko leżał na posłaniu,

Do groty wietrzyk zalatywał chłodny.

2925

Zoe tymczasem wiedząc, że w śniadaniu

A nie w czym wróci do sił panicz głodny,

Nie patrząc na nich, dobyła z koszyka

Zapasy chleba, miodu, kawy, mleka.

CXLV

Kto głodny, z serca nie potrafi śpiewać,

2930

A głodny musiał być rozbitek gładki[174].

Niezakochana Zoe jęła ziewać,

Zwłaszcza że chłód wiał z tej podskalnej klatki.

Zaczęła prędko śniadanie odgrzewać,

Lecz dać nie mogąc ponczu ni herbatki,

2935

Podała chleb, miód, owoce suszone,

Wszystko za miłość czystą, nie mamonę.

CXLVI

A potem chciała obudzić Juana,

Bo kawa, jaja były już gotowe,

Lecz ją wstrzymała pani zastrachana,

2940

Paluszek kładąc na wargi wiśniowe.

Odeszła mrucząc Zoe rozgniewana,

Śniadanie trzeba było robić nowe.

Cóż począć! Pani nie chciała przez grzeczność

Przeszkadzać snowi, który trwał jak wieczność.

CXLVII

2945

On spał bez przerwy; twarz mu wycieńczaną

Gorączki ciemne ognie spłomieniły

Jak owe, co na śnieżnych szczytach płoną,

Na skroniach sine, niewyraźne żyły

Słabym prężyły się życiem, a słoną

2950

Wodą zlepione włosy, pełne zgniłej

Trawy, splątane, w gęste kłęby zbite,

Wprzód czarne — zżółkły, pyłem ścian pokryte.

CXLVIII

Klęczała nad nim; on jak utulona

Leżał dziecina na matczynym łonie,

2955

Zwieszon jak brzoza, gdy schyli ramiona,

Cichy jak morza niezmącone tonie.

Piękny jak róży rozwitej korona,

Słaby jak ptaszę, które się obronie

Powierza puchów — słowem, śliczny młodzian,

2960

Tylko w spłowiałą trochę skórę odzian.

CXLIX

Zbudził się, spojrzał i myślał, że marzy,

I chciał znów zasnąć — nie z lenistwa — wierzę;

Lecz gdy to dziewczę obaczył na straży,

Zrozumiał, że się mu na sen nie zbierze.

2965

Modlitwa, KobietaJuan słabostkę miał do pięknych twarzy,

Bo nawet kiedy odmawiał pacierze,

Nie wabili go święci męczennicy,

Tylko cudowna twarz Bogarodzicy.

CL

Na łokciu sparłszy twarzyczkę omdlałą,

2970

Spojrzał w twarz dziewki, na której różowo

Pod tłem liliowym płomię[175] krwi zagrało,

A jej choć pierwsze zmarło w ustach słowo,

Oczy mówiły — i to wystarczało.

Wreszcie doń grecką ozwała się mową,

2975

Jońskim akcentem, prosząc go najsłodziej,

By jadł, bo słaby jest i głód mu szkodzi.

CLI

Juan zrozumieć nie mógł słów dziewczęcia,

Nie będąc Grekiem, lecz miał słuch nie lada,

A głos jej dźwięczał jak świegot ptaszęcia

2980

I spadał jako w kropelkach kaskada,

Słowa czcze o nim nie dadzą pojęcia,

O takich dźwiękach łzą się opowiada

Pomimowolną; jest w nim ta moc tonu,

Jakby melodia zstępowała z tronu.

CLII

2985

Więc spojrzał jak ten, którego przebudzi

Akord organu i wstaje w nim ciemna

Świadomość, ale go długo nie łudzi,

Bo to puka stróż albo inna ziemna

Istota lub to głos stajennych ludzi.

2990

Mnie jest podobna rzecz najmniej przyjemna.

Lubię spać we dnie — noc cenię z zalety,

Że rozaniela gwiazdy i kobiety.

CLIII

W mig uleciały przywidzenia senne;

Natomiast poczuł Juan, że go dręczy

2995

Zatrważający apetyt; kuchenne

Wonie (gdyby to z pieczeni zajęczej!…)

Łechtały zmysły niby ambry cenne,

Widział, jak ogień gore, Zoe klęczy,

Dmuchając niby westalska dziewica,

3000

I wymarzyła mu się… polędwica.

CLIV

Lecz na bezkrowich wyspach polędwica

Rzadką jest; za to baran, cap — mniej rzadki.

Gdy przyjdzie święto wesołego lica,

Na rożnach skwierczą baranie łopatki.

3005

Mało i takich uczt, bo okolica

Skalista, tu i ówdzie biedne chatki

Stoją; na szczęście przyjacielska owa

Wyspa mniej była niż inne jałowa.

CLV

Woły tam rzadkie; a tu mam gotowe

3010

Wytłumaczenie, że stare podanie

O Minotaurze[176], na które surowe

Minki — już widzę — robią skromne panie

(W micie tym dama przebiera się w krowę),

To alegoria tylko, na wskazanie,

3015

Że Pazyfae[177] wspierała chów byków,

By bojowymi zrobić Kreteńczyków.

CLVI

Podobnie wiemy, że angielskie plemię

Łase na mięso — że już o porterze

Nie wspomnę, który jest płynem, a że mię

3020

Unosi na zły tor, niech kat go bierze —

Stąd lubią wojną tłuc morza i ziemie;

A wojna piękne, choć kosztowne zwierzę,

I oto jasne zestawień wyniki,

Że wojna kwitnie tam, gdzie żyją byki.

CLVII

3025

Lecz do powieści: Juan, co usychał

Z głodu, na łokciu oparł ciężką głowę

I ujrzał to, do czego dawno wzdychał,

Bo co przez tydzień jadł, było surowe,

Więc do łakoci mile się uśmiechał,

3030

A czując wewnątrz przestrzenie jałowe,

Na żer się chciwie zgłodniały pustelnik

Rzucił jak szakal, sęp, ksiądz albo celnik.

CLVIII

Jadł, jadł do syta; a śliczniutka pani,

Co go jak matka swej dzieciny strzegła,

3035

Rozkoszowała się, bo radość dla niej

Była — poglądać, że śmierć go odbiegła.

Lecz Zoe, której rozumek wstał raniej[178],

Wiedząc z praktyki — w książkach bowiem biegła

Nie była — głodny że musi pomału

3040

Jeść, bo zaszkodzi wyschniętemu ciału,

CLIX

I rozumiejąc tu, że więcej zyska

Czynem niż słowy — rzecz była nagląca —

Chłopca, co tak się już w serduszko wciska

Pani, iż wstaje dlań o wschodzie słońca,

3045

Gwałtem odwiodła prawie od półmiska,

Przesytem życiu by nie zadał końca;

I wydzierając dogryzane kości,

„Toż koń by — krzyknie — dostał niestrawności!

CLX

Potem — (Juan był jak turecki święty,

3050

Miał ledwie skromne spodeńki) — do stroju

Wzięły się; w ogień poszły sukien szczęty,

A dostał ubiór tureckiego kroju

Czy też greckiego, w którym nieciśnięty,

Bez pistoletów, kindżału, zawoju,

3055

Mesztów, mógł ruszać się bardzo swobodnie,

To jest: koszulkę, szarawarki wschodnie.

CLXI

Hajdea chciała go bawić rozmową,

Nie wiedząc, że mu język jej nie znany,

A Juan siedział, patrzał, kiwał głową

3060

I wydawał się bardzo zasłuchany,

Lecz gdy go chciała wyciągnąć na słowo,

Pokazało się, że protegowany

Prawdziwie siedział na kazaniu „greckiem”,

Choć znał ten język, ale — gdy był dzieckiem.

CLXII

3065

Więc próbowała go gestami pytać,

Uśmiechem, oczu wymownym spojrzeniem;

A w jego twarzy — na tej jednej czytać

Umiała książce — słów odwzajemnieniem

Niemych odpowiedź zaczęła wykwitać

3070

I dusze w oczy spłynęły strumieniem.

Każdy błysk źrenic był głoską w tej mowie,

Której klucz znają tylko kochankowie.

CLXIII

Więc naśladując rąk i oczu znaki,

I powtarzając dźwięk słów kryształowy,

3075

I wypełniając spojrzeniami braki,

Juan wziął pierwszą lekcję greckiej mowy,

A jak ten, co chce gwiazd wybadać szlaki,

W niebo pogląda, nie w pergaminowy

Foliał[179], tak Juan brał swe abecadła

3080

Z jej ócz; ta lekcja wybornie wypadła.

CLXIV

Jest to rozkoszna rzecz i powab wielki

Dla ucznia słuchać lekcyj z ust jak wiśnie,

Zwłaszcza gdy uczeń od nauczycielki

Nie młodszy. Pomnę ja te lekcje i śnię…

3085

Za dobre pensum uśmiech jak karmelki

Słodki; za złe… też; w przestankach się ściśnie

Za rączkę albo przestraszy buziaczkiem…

Ja się uczyłem tak, gdy byłem żaczkiem,

CLXV

Greckich, tureckich i hiszpańskich słówek,

3090

Włoskich nie — bowiem nie miałem ochmistrza.

Do angielszczyzny nie rób mi przymówek:

Uczyłem się jej, gdzie jest nienajczystsza,

U Tillotsona[180], Southa, łamigłówek

Zasię od Blaira, elokwencji mistrza

3095

Kościelnej, świeckiej; na myśl samą zgrzytam…

Z poetów wszystkich — drwię, więc ich nie czytam.

CLXVI

O damach nawet rzec nie mogę tyle

Ja, zbieg ze świata brytańskich wielkości,

Gdziem miał jak wszyscy swoje wielkie chwile,

3100

Gdziem miał jak wszyscy swe drobne słabości,

Które z cnotami dziś zostały w tyle;

Gdzie głupcy, którym często mogłem kości

Połamać; gdzie płeć piękna i płeć brzydka;

— Wszystko to dzisiaj jest snem dla rozbitka…

CLXVII

3105

Don Juan, słysząc wyrazy realne,

Dźwięczne, wyraźne, zaczął je wymawiać.

Są w ludziach czucia tak uniwersalne

Jak słońce; w serca ich nie trzeba wstawiać,

Jak w serca mniszek gwałtownie zapalne;

3110

Był zakochany — a miłość się zjawiać

Zaczęła równie w pięknej, młodej pannie,

Rzecz ta się zdarza w świecie nieustannie.

CLXVIII

O świcie — gdy spał, bo Juan podwójne

Zażywał dozy snu, mocniejsze ranem —

3115

Szła do jaskini i oczęta czujne

Zwracała, patrząc, jak w gniazdku usłanem

Śpi ptaszę: włoski mu gładziła bujne

I wzrok pieściła licem ukochanem,

I oddychała cichutko nad skronią,

3120

Jak wiatry, co się nad różami słonią.

CLXIX

Wracały prędko kolory młodości

I powróciły mu siły w połowie;

Krzepkość, dobrobyt są szczęściem ludzkości,

Kochania głównym warunkiem — bo zdrowie

3125

I wywczas[181] są dla ognia namiętności

Prochem i siarką. A już każdy to wie

Że dla Wenery tam trudny interes,

Gdzie nie pomaga jej Bachus[182] i Ceres[183].

CLXX

Gdy Wenus wiedzie serce w zalecanki

3130

— Miłość bez serca jest niedoskonała —

Ceres podaje po włosku łazanki,

Bo miłość trzeba odżywiać jak ciało.

W tym czasie Bachus leje wino w szklanki,

By spłukać ryby, ostrygi i białą

3135

Pulardę[184]; lecz kto dał wszystko? — dalipan,

Nie wiem; Jowisz-li, Neptun[185], Pluto[186] czy Pan[187]

CLXXI

Kiedy się budził Juan, już znajdował

Kąpiel, śniadanie i te oczy czarne,

Których czar serce by każdemu skował;

3140

Obok nich Zoi oczęta figlarne…

Przestanę, abym powieści nie psował:

Powtarzanie jest niemądre i marne.

Dość, że gdy skończył w kąpieli zabawy,

To do Hajdei wracał i do kawy.

CLXXII

3145

SzczęścieOboje młodzi, ona tak niewinna,

Że przed nagością oczu nie słoniła;

Juan istotą był, jak ją dziecinna

Jej wyobraźnia z dawna wymarzyła.

Godzien kochania, bo mu szczęście winna,

3150

Za co go, zda się jej, uszczęśliwiła.

Kto szczęścia spragnion, ściągnął po nie ręce,

Musi część oddać; szczęście jest bliźnięce.

CLXXIII

Patrzeć nań — rozkosz; wsłuchiwać się w cienie

Wieczoru razem — to zwiększenie bytu;

3155

Czuwać nad śpiącym i na przebudzenie

Czekać — to chwile lubego zachwytu.

A żyć z nim razem — zuchwałe marzenie,

A stracić — straszny upadek ze szczytu

Szczęścia; on skarb jej wyrzucon z głębiny

3160

Morskiej, kochanek pierwszy i jedyny.

CLXXIV

I tak dzień po dniu czas im słodko płynął;

Hajdea chłopcu składała wizyty

Z rana, lecz bacznie tak, iż miesiąc minął,

A nikt nie wiedział, kto był w grocie skryty.

3165

Aż dnia jednego pirata rozwinął

Żagle, bo zwęszył z kupców łup obfity.

Wyszedł nie jak Zeus[188] po dziewicę Io[189],

Ale po statki płynące ze Skio.

CLXXV

Zyskała wolność. Nie miała już matki;

3170

Ojciec wędrował po morzach okolnych,

Więc mogła zażyć swobód jak mężatki

Lub inne damy z rodzaju swawolnych.

Nie miała brata, by zamknął do klatki,

Toż najwolniejsza była z kobiet wolnych,

3175

A mam na myśli chrześcijańskie damy,

Których w haremach jeszcze nie trzymamy.

CLXXVI

Więc był z nią częściej i korzyść odnosił

Z jej rozmów, i już nauczył się tyle,

Że na przechadzkę pierwszy ją poprosił;

3180

Jeszcze nie puszczał się o własnej sile,

Odkąd jak kwiatek, co go żeniec skosił,

Leżał na piasku i był pół w mogile.

Trafili właśnie na tę chwilę miłą,

Gdy księżyc wyjrzał, a słońce się kryło.

CLXXVII

3185

Był brzeg ponury, na łup fal podany,

Z piaskami w dole, a skałami w górze,

O które czołem tłukły huragany,

Z zatoką, której nie tykały burze,

Kędy się chronił okręt skołatany.

3190

U skał ocean wył w ponurym chórze:

Wiatrów; w dni tylko parne, letnią porą,

Rozfałdowany błyszczał jak jezioro.

CLXXVIII

Lekka tam piana rzucona z oparu

Lśni jak ta, srebrną co kiścią uwieńcza

3195

Brzeg szumiącego szampanem pucharu;

Ta bujna rosa ducha, ta serc tęcza.

Niech słucha kazań, kto się piekieł żaru

Obawia; niech się z księżmi pozaręcza…

Dla nas kobiety, wino, śmiech, śpiewanie,

3200

Jutro sodowa woda i kazanie!

CLXXIX

AlkoholMądry, gdy pije, powinien się upić.

Upiciem chwile są najsłodsze z młodu;

W miłości, sławie, złocie, winie skupić

Można nadzieje ludzi i narodu.

3205

Bez owych soków musiałoby strupieć

Drzewo żywota i nie wydać płodu.

Upij się — radzę — a gdy się z zawrotem

Głowy obudzisz, słuchajże, co potem:

CLXXX

Zadzwoń, niech lokaj do łóżka przyniesie

3210

Reńskiego wina i wody sodowej.

Ty byś nie wzgardził. nimi, o Kserksesie!

Bo ani sorbet mrożony w śniegowej

Wazie, mi czyste źródło w suchym lesie,

And burgunda napój rubinowy

3215

Po pracy, boju, tyle sił nie doda,

Co reńskie wino i sodowa woda.

CLXXXI

Brzeg — (zdaje mi się, że mówiłem właśnie

o brzegu?… tak, tak, mówiłem o brzegu…)

Usypiał; był to czas, gdy słońce gaśnie;

3220

Układały się fale do noclegu.

Cicho — ptak tylko morski czasem wrzaśnie

Lub pluśnie delfin, lub swawolna w biegu

Dziecinnym fala o kamiuszki trąci

I szmerem starych skał zadumę zmąci.

CLXXXII

3225

Chodzili sami; ojciec na rabunek

Wyszedł z drużyną z okolic zebraną;

Nie miała matki, braci ni piastunek,

Prócz Zoi, która budziła ją rano

I którą łączył serdeczny stosunek

3230

Z panią; jej służba była: wodę grzaną

Przynieść do mycia, długi warkocz uwić

Lub się o starą sukienkę przymówić.

CLXXXIII

Była to chwila owa, gdy czerwona

Tarcz słońca schodzi poza sine góry,

3235

Co, zda się, ziemię objęły w ramiona

I są stróżami drzemiącej natury.

Jedna się nimi piętrzy świata strona,

A z drugiej morza lśnią ciche lazury.

Nad wszystkim niebo błękitnoróżowe,

3240

A z nieba gwiazdy patrzą brylantowe.

CLXXXIV

Chodzili sami, dłoń trzymając w dłoni,

Po muszlach, piasku nadbrzeżnym i żwirze,

A potem zeszli do skalnej ustroni,

W której snadź[190] burze pracowały chyże,

3245

Mistrzowską rękę przykładając do niej,

I wykowały tę grotę w porfirze.

Tam siedli spocząć, a splótłszy ramiona,

Patrzali, jak dzień ma zachodzie kona.

CLXXXV

PocałunekPatrzali w niebios szafirowe pole,

3250

Ubrane w chmury jako listki róży,

I poglądali znów na morze w dole,

Gdzie topił jasne oko księżyc duży,

Bawił ich plusk fal i wiatru swawole,

A potem oczy zatrzymali dłużej

3255

Na własnych twarzach; twarze się zbliżyły,

Usta się zeszły, przylgnęły, spoiły…

CLXXXVI

W pocałowanie długie, lube, świeże,

Miłosne, jak ognisko skupiające

Rozkosze, w rajskiej urodzone sferze,

3260

Młodością tylko pojęte, niosące

Ciało, myśl, duszę miłości w ofierze. —

Krew — lawa, pulsy — wulkany grające,

Całus serdeczny — grom; jego wartości

Dochodzić trzeba — sądzę — po długości

CLXXXVII

3265

Trwania. — Ile ich pocałunki trwały?…

Pocałowania minutą nie zmierzy.

Nie liczą — na co liczby się przydały?

W pocałowaniu jednym wieczność leży.

Milczeli, ale ognie na nich wiały,

3270

Zdało się, dusza sama k'duszy bieży,

A usta do ust lgną jako rój młody,

Serca to kwiaty, skąd im płyną miody.

CLXXXVIII

Siedzieli sami, ale nie tak sami,

Jak ci, co puste zwiedzają cmentarze.

3275

Ocean gładki, zasiany gwiazdami,

Mgły podnoszące się jak nocy straże,

Ściany pieczary miarowo kroplami

Ciekące — serca zbliżyły i twarze.

Zda się im, sami że żyją pod niebem,

3280

A życie nie ma się skończyć — pogrzebem.

CLXXXIX

I nie straszyły ich tam niepokoje.

Ani ich nocy nie trwożyły cienie,

Żyli dla siebie, mieli mowę swoję

Myślaną, w głosu łamiącą się drżenie,

3285

W której, gdy czego nie pojmą oboje,

Zaraz tłumaczą sobie przez westchnienie.

O, pierwsza miłość!… natury konieczność,

Dziedzictwo Ewy cór — dane na wieczność.

CXC

Hajdea ślubów ani obiecanek

3290

Nie czyniła mu; nie miała pojęcia

O tym, czym ślubny jest mąż, czym kochanek,

Jak zgubna czasem miłość dla dziewczęcia.

Więc nieświadomie czysta, jak poranek,

Do kochanego zbiegała chłopięcia,

3295

A niosąc duszy tę prześliczną białość,

Nie urozumiała nawet słowa: „Stałość”.

CXCI

Kochała, była kochana; wielbiła,

Była wielbiona; natura tak zwarła

Ich dusze, że się jedna w drugą wpiła

3300

I chętnie w szczęściu razem by umarła.

Do równowagi chwilkę myśl wróciła

I uciszyła się, lecz wnet wydarła

Z objęć spokoju. MiłośćHajdea uczuła,

Że ich w istotę jednę miłość skuła.

CXCII

3305

Niestety, byli tak piękni, tak młodzi,

Tak zakochani, bezbronni i sami,

A chwila była owa, w której schodzi

Na serce urok, rozpala ogniami

Żądz i niestarty wiecznością czyn rodzi,

3310

Który opłacić potem trzeba łzami.

I ogniem piekła, gorejącym gwoli[191]

Sprawcom rozkoszy cudzej lub niewoli!…

CXCIII

Para, miłością i wdziękiem tak strojna,

A tak niebaczna, że w człowieczym rodzie

3315

Nikt, chyba Adam i Ewa dostojna

Szli w równie chyżym do piekła pochodzie.

Hajdea, która była bogobojna,

Musiała słyszeć o styksowej wodzie,

Piekle i czyśćcu, ale zapomniała,

3320

Kiedy stanowcza chwila się zbliżała.

CXCIV

Patrzą na siebie, z oczu blask im bije,

Ona mu białe ramię koło głowy

Oplotła; on zaś, objąwszy za szyję,

Skrył dłoń w kaskadzie włosów hebanowej.

3325

RozkoszJuż na kolanach mu siadła, dech pije,

Oddech się staje prędszy, gorączkowy…

I wtedy grupę stworzyli klasyczną,

Nagą, miłośną, naturalną, śliczną.

CXCV

A gdy on syty szałem po upływie

3330

Tych chwil pochyla w jej ramiona skronie,

Ona nie zaśnie, lecz mocno a tkliwie

Głowę mu trzyma na powabnym łonie

I czasem oczy obróci lękliwie,

I od lic jego bladych pierś jej płonie.

3335

I wszystkie w sobie rozkosze zestrzela,

Których doznała i których udziela.

CXCVI

Astronom, kiedy patrzy na firmament[192],

niemowlę, kiedy ssie piersi matczyne.

Dewotka, święty gdy przyjmie sakrament,

3340

— Arab, gdy prosi wędrowca w gościnę,

Wódz, kiedy widzi w armii wrogiej zamęt,

Skąpiec, gdy złoto chowa pod pierzynę,

Nie poglądają wzrokiem tak promiennym

Jako dziewczyna, gdy czuwa nad sennym

CXCVII

3345

Kochankiem, który jak dziecię uśpiony

Leży istotą swą w jej życiu wryty,

Bezsilny, niemy i nieporuszony.

Nieświadom, jakie przynosi zachwyty

wszystkimi uciech, smutków i żądz tony

3350

W duszy anioła stróża swego skryty,

Z wszystkimi błędy[193] i wdziękami — drogi,

Spokojny jak śmierć bez grozy i trwogi.

CXCVIII

Czuwa nad śpiącym, a w godzinę oną,

Gdy miłość i noc, i samotność wola,

3355

I dusze wiąże siłą połączoną.

Pomiędzy piaski i skał groźne czoła

Mrok tuli grotę szczęściem przystrojoną,

Gdzie ich miłości nikt zajrzeć nie zdoła,

A nigdy gwiazdy, stojące na straży

3360

Nocy, szczęśliwszych nie widziały twarzy.

CXCIX

Miłości kobiet — o! poznania warte,

Piękne a groźne, pełne tajemnicy.

Kobieta wszystko stawia na tę kartę,

Gdy przegra, to jej nic oprócz tęsknicy

3365

I żalu życie nie odda rozdarte.

Za to ich zemsta, jak skok tygrysicy,

Krwawa… lecz i ta zwiększa serca rany,

Bo czują same cios drugim zadany.

CC

Nie dziw, że mszczą się kobiety, ofiary

3370

Męskiej przemocy, nie dziw, że ich ręka

Zbroi się w sztylet, jadem poi czary;

Już dziećmi muszą się taić, choć pęka

Serce za lubym — przyjdzie bogacz stary,

Weźmie na żonę — skończona piosenka.

3375

„Potem srogi mąż, niewierny kochanek,

Stroje, dzieciaki — ksiądz… w śmierci przystanek.

CCI

Jedna zakocha się, druga rozpije,

Ta stajnią zajmie się, tamtą — rautami;

Ta rzuci męża i z kochankiem żyje,

3380

Zdobywa szczęście, ale honor plami,

A nie wiadomo nawet, czy zabije

Robaka smutku — ot — zwykle się mami…

Ta kusi diabła, potem powieść kleci,

A tak w pałacach jest czy w chatkach kmieci.

CCII

3385

Hajdea była kochanką natury,

Dziecięciem żądzy, zrodzonym, gdzie żar nie

Ciecze powoli, ale tryska z góry

Na usta i na oczy dziewic sarnie.

Żyła, by kochać — kochać tego, który

3390

Był jej przeznaczon; a wszystkie męczarnie

Nadziei, troski, trwogi były chwilką

Przelotną; serce biło tu, tu tylko.

CCIII

Co te serc bicia złego narobiły!…

Ależ bo każdy ich ruch szybszy, żywszy

3395

Jest w swych przyczynach i skutkach tak miły,

Że nawet Rozum, pilnie wyplewiwszy

Rozkosz z alchemii swej, nie ma dość siły

Odwodnej; ba! głos sumienia najtkliwszy

Prawd nie nauczy, co myśl tak bogacą,

3400

Że dziw mi, czemu podatku nie płacą?…

CCIV

Stało się… Serca ich się zaręczyły

W ciszy; pochodnie godowe z promieni

Gwiazd nad głowami pięknych pięknie lśniły.

Ocean świadkiem, jaskinia z kamieni

3405

Łożem, spojrzenie ślubem do mogiły,

Kapłanem noc — i byli pożenieni;

Szczęśliwi, bo się aniołami wzajem

Sobie wydali, a świat cały — rajem.

CCV

Miłości! — której Owidiusz[194] kapłanem,

3410

Adeptem Cezar[195], sługą był Antoni[196],

Uczniem Horacy[197], Katull[198] — Tytus panem,

Sawantka[199] Safo[200] kapłanką — kto po niej

Ślub zechce z sinym zabrać oceanem?…

Nikt… Ha! Leukadia dziś się za was płoni…

3415

Miłości! Nazwę cię bóstwem… niecnoty,

Bo cię diablicą zwać — nie mam ochoty.

CCVI

Ty doprowadzasz stan małżeński do met

Nieprawych; śmiejesz się z czół wielkich ludzi:

Cezar, Pompejusz[201], Belizar[202], Mahomet,

3420

Patrz — gwoli którym dotąd pióro trudzi

Historia, którzy błyszczą na kształt komet,

A czas nieprędko takie duchy zbudzi,

Patrz… przecie w jeden ich punkt zniosły fale:

Wszystko to mędrcy, zdobywcy… rogale!

CCVII

3425

Z ciebie Arystyp, Epikur[203] ród bierze,

Owa przesławna materialna dwójca,

Co teoriami wygodnymi k'wierze

Do niebieskiego chce nas wwieść ogrójca,

Czy tylko diablim szponom nas odbierze

3430

Ten piękny system biozofii ojca?…

„Jedz, pij, miłości jasne ognie zapal!”

Tak mawiał mędrzec a król: Sardanapal[204].

CCVIII

A Juan?… Czy już o Julii ze szczętem

Zapomniał? Miałby zapomnieć tak skoro[205]?…

3435

Nie — posądzenia odsuwam ze wstrętem,

Lecz myślę, że gdy nocną to się porą

Działo, to księżyc swym światłem przeklętem

Nagle ze zdrowej duszy robił chorą,

Bo cóż by było w tym, że buziak świeży

3440

Zaraz tak miękkie serce rozpuklerzy?

CCIX

Ja się miłością niestateczną brzydzę

I gardzę ludźmi, których serca prawie

Z żywego srebra, że lada intrydze

Ulegną. Snadź na złej stoją podstawie.

3445

Za to dozgonną miłość mile widzę…

Jednak minionej nocy na zabawie

Maskowej, śliczną gdy ujrzałem Włoszkę,

Serce się do niej rozbujało troszkę…

CCX

A wtem nadchodzi Filozofia krewka.

3450

I: „Co zamyślasz? Wszakże to rozpusta!”

„Wiem, Filozofio, wiem, stara to śpiewka,

Ale jej oczy i… Nieba… jej usta!…

Chcę tylko wiedzieć, mężatka czy dziewka,

Czy ni to, ni to… ot, ciekawość pusta…”

3455

„Stój!” — Filozofia wrzaśnie z gestem greckim,

Choć była w stroju, jak pomnę, weneckim. —

CCXI

„Stój!” Więc stanąłem. — Teraz idę dalej:

To, o czym miano „niestałość” opiewa,

To jest hołd tylko należytej skali

3460

Złożon przyrodzie, co (na przedmiot zlewa

Wybrany dary swe; a jak się chwali

Obraz czy posąg z kamienia czy drzewa,

Tak dziw dla piękna jest miarą stopniową

Tego, co ludzie „beau ideal[206]” zową.

CCXII

3465

Jest to pojęcie piękna erotyczne,

Subtelne wszystkich władz duszy rozwicie,

Uniwersalne, dziwne, platoniczne,

Zlane z gwiazd, w nieba cedzone błękicie,

Bez czego serce może wpaść w sceptyczne

3470

Bagnisko; słowem, ócz mądre użycie,

Które zmysłami poparte dowodzi,

Że ciało ogień i z ognia się rodzi.

CCXIII

Bo skądże by się wszelka wina brała,

Jeśliby człowiek gust miał lada jaki?

3475

Gdyby wam jedna miłość wystarczała,

Zadowalały was jedne przysmaki,

Byłoby serce całe, kieszeń cała.

A tak — czujecie nieustanne braki,

Ach! Gdy do śmierci jedna się podoba

3480

Jedynie — zdrowe serce i wątroba!

CCXIV

Serce, jak błękit, w niebie ma mieszkanie,

W nim się jak w niebie zmiany dzieją co dnia,

Chmury je ściemnią, gromy padną na nie,

Czarna zamieszka w nim groza i zbrodnia,

3485

A kiedy zgore[207], pęknie, bić przestanie,

Wtedy jak burza — we łzy się rozwodnią,

Zaś gdy serdeczna krew zmienia się w wodę,

To z życia robi angielską pogodę.

CCXV

Funkcja wątroby jest: żółć leczyć chorą,

3490

Ale się czasem z przeznaczeniem mija,

Bo w pierwszym szale staje jej zaporą,

Że nie puszczona żółć skupia się, zbija

Jak kłąb żmij, co się na śmiecisku zbiorą!

Wściekłości, strachu, żalu, zemsty żmija;

3495

Z tego znów kłębu wszystko złe wytryska

Jak wulkan z ziemi głównego ogniska.

CCXVI

Anatomiczne tymczasowo sfery

Porzucam i niniejszym konstatuję:

Strof dwieście wedle przyjętej „maniery”

3500

Ukułem w pieśni tej. Razem ukuję

Pieśni dwanaście lub dwadzieścia cztery.

Panom się kłaniam, a damom całuję

Rączki, kochanków zaś razem zostawię

Ku edukacji waszej i zabawie.

Pieśń trzecia

I

3505

Cześć, Muzo! i tak dalej — Juan zasnął,

Na pięknym, szczęsnym łonie kołysany,

Pod strażą oczu, których blask nie gasnął

Jeszcze, serduszkiem dziewczęcym kochany,

Nie pojmującym, że je żądłem drasnął

3510

Zatrutym, cichy ten, śpiący, zesłany

Jak wróg, by młodość jej bezgrzeszną skłócił

I czystą serca krew we łzy obrócił.

II

Czy to czar kryje człowiek, mały światek,

Co drugich w jego ramiona popycha?

3515

Czemu do szczęsnych smutny cyprys chatek

Zaziera, czemu, kto miłuje — wzdycha?

Czemu uszczknięty, wonny, żywy kwiatek,

Choć ciepłej piersi zwierzony — usycha,

A gdy się miłość dziewczynie zaśmieje,

3520

To choć kochana, więdnie i marnieje?

III

W pierwszej miłości kochanka kobieta

Kocha, w następnych już miłość jedynie;

Serca w jej dłoni jak drobna moneta,

Miłość się zsuwa lekko jak dziewczynie

3525

Z rąk rękawiczka; wrażliwość już nie ta

Co dawniej; dawniej w uściśnieniu ginie,

Dziś się z wieloma uściśnieniem splata,

Ani jej taki nadmiar nie przygniata.

IV

Co tam w zjawisku owym leży na dnie

3530

— Ja nie wiem; to wiem: kobieta dojrzała,

Jeśli w dewocję po uszy nie wpadnie,

W pewnym momencie zachciankami pała.

Wprawdzie tam pierwsza miłość zawsze władnie,

Pamięć jej czaru nigdy nie zwątlała.

3535

Niektóre nigdy nie miały kochanka,

Lecz gdy był jeden, będzie ich wiązanka.

V

Miłość, MałżeństwoŚmieszna doprawdy rzecz, która dowodzi

Ludzkiej słabości, głupia, prawie wstrętna,

Że miłość w parze z małżeństwem nie chodzi,

3540

Choć w nich z natury jedne biją tętna.

Miłość w małżeństwo, jak wino przechodzi

W ocet; przelewka cierpka, kwaśna, mętna,

Napój zmieniony z ambrozji różowej

Na specjał godny apteczki domowej.

VI

3545

Czują coś jakby antypatię czepce

Niewiast do wianków na dziewiczej głowie,

Którym niepięknie płaszczą się pochlebce;

Dziewczyna, czym jest kochanek, się dowie

Niestety późno, gdy jej szczęście zdepce.

3550

Ot, jaka zmiana znaczeń w jednym słowie;

Wiemy: Namiętność w kochanku jest wzniosła,

Lecz z męża robi — jak by to rzec?… — osła.

VII

Mąż się zbytniego rozkochania wstydzi;

Czasem wyczerpią ognie wieloletnie

3555

(To rzadziej) — za czym żonę sobie zbrzydzi

(Trudno miesiące wszystkie brać za kwietnie). —

Stoi w zakonie[208], który mają Żydzi

I my, że śluby jeno śmierć rozetnie.

Smutno! Żonę grześć, róże pośród cierni

3560

Życia — i służbę domu widzieć w czerni!

VIII

Mają coś w sobie małżeńskie roboty,

Z czym rzeczywista miłość nie licuje.

Powieść, szeroko kreśląca zaloty,

— Małżeństwo tylko z profilu maluje.

3565

Nikt o poślubne nie stoi pieszczoty,

Z małżeńskich gruchań cnota nie szwankuje,

Poezja ileż poniosłaby straty,

Gdyby Petrarka[209] z Laurą był żonaty.

IX

Tragedia zwykle śmiercią się — zamyka, —

3570

Komedie kończy powiązanie stułą.

Dalszy los dwojga jest dla czytelnika

Ciemny, bo pisarz boi się bibułą

Określać świat ten, do którego wnika

Młodziutka para; to by mu zepsuło

3575

Poczytność. Resztę więc spycha na księży,

A Śmierć i Dama już nas nie ciemięży.

X

Dwaj, co skreślili, jeśli dobrze pomnę,

Piekło i niebo — inaczej małżeństwo —

Dante i Milton[210] — przenieśli ogromne.

3580

Pod swych połowic pantoflem męczeństwo.

Lada błąd — ludzkie ciało tak ułomne —

Straszne na głowy ich ściągał przekleństwo.

Beata Danta, jak Ewa Miltona,

— To była Muza poety, nie żona.

XI

3585

Dant teologię podobno przedstawia

W osobie, która zwie się Beatrycze.

Domysł, jakkolwiek w dziw i zachwyt wprawia,

Komentatorom za mrzonkę policzę,

Chyba ich jaki dobry dowód zbawia,

3590

Dając skazówki pewne — nie zwodnicze.

Raczej Dant, symbol dobywając z powić,

Matematykę chciał nią uzmysłowić.

XII

Juain z Hajdeą nie był ślubem spięty,

Lecz to ich wina, nie moja — mospanie!

3595

Jeślić to czyni, czytelniku, wstręty,

Że z sobą żyli jak niechrześcijanie,

Jeślibyś wolał, by ich wiązał święty

Ślub, to rzuć książkę w ogniste otchłanie,

Zanim się skutków doczekasz fatalnych…

3600

Strach o miłościach czytać nielegalnych!

XIII

Lecz szczęście pełne dała im ta zdrożna

Folga dla zachceń wabnych jak kwiat róży!

Hajdea coraz bardziej nieostrożna

Zapominała, komu wyspa służy.

3605

Ale kochanka odtrącać nie można,

Najmniej w początkach, nim się jedno znuży,

Więc się schodzili częściej i na długo. —

Ojciec tymczasem parał się żeglugą.

XIV

Darujcie! Bo on zarabiał na życie,

3610

Gdy podskubywał zbyt ciężarne statki.

Ot, jeśli tylko nazwanie zmienicie,

Będzie minister skarbu i podatki.

On nawet skromny — nie tonął w przesycie,

Nie miał milszego nic od swojej chatki,

3615

Zarabiał na chleb w zacnym znoju, a racz

Zważyć, że nie brał nic więcej jak haracz.

XV

Poczciwiec dłużej nad zamiar żeglował,

Bo go wiatr wstrzymał przeciwny i łupy,

Za którymi już od dawna myszkował,

3620

Choć mu zabrało morze dwie szalupy

I sporo jeńców. Resztę pocechował[211]

I zakuł mocno, spędziwszy do kupy.

Mieli w obrożach głowy, ręce, nogi,

A przedstawiali dochód wcale[212] mnogi.

XVI

3625

Więc na Matapan wysłał kilku jeńców

Majnotom; możny tumetański kady

Kupił towaru za pięćset czerwieńców;

Jeden staruszek, że chory i blady,

Został utopion; bogatszych młodzieńców

3630

Schował na okup — a resztę gromady

Powiązał razem, miał zaś na lud drobny

Firman od Beja z Tunisu osobny.

XVII

Posortowawszy towary bławatne[213],

Na lewantyjskie rozsyłał bazary,

3635

Tylko niektóre rzeczy drożej płatne

Przeznaczył córce kochanej na dary:

Atłasy, wstążki, pióra delikatne,

Szale, dżeliki, duże szkła, gitary

I alikanckie bębenki, bandurki,

3640

Wszystko cny ojciec zrabował dla córki.

XVIII

Małpę, buldoga, indyjskie kuraki,

Papugę, kotkę, kocięta z Angory

I rozmaite zwierzęta i ptaki,

Wyżełka, co go jakiś Anglik chory

3645

Na rumowisku odumarł Itaki,

A wieśniak przyjął do swojej komory —

Wszystko, by schronić przed burzą — ów zbójca

Do ogromnego razem wsadził kojca.

XIX

A gdy ukończył morskie korowody,

3650

Kilka korsarskich naw na morze rzucił,

Sam zaś, gdy okręt wessał trochę wody,

Ku brzegom wyspy swojej bieg wykrócił,

Gdzie córka swoje gościnne zachody

Odprawowała; lecz z przeciwnej wrócił

3655

Strony, bo tutaj piaski brzeg zaległy,

Więc port urządził indziej korsarz biegły.

XX

Wysiadł, wodnego zbywszy elementu,

A że kwarantann tam ani komory

Nie było, kozak nie czynił mu wstrętu,

3660

Nie badał wójt, gdzie bawił do tej pory,

Kazał wydobyć ładunek z okrętu,

Połatać, smołą zaprawić otwory;

Wszystkie się ręce zajęły robotą,

Wydobywając towary i złoto.

XXI

3665

Gdy się na wzgórze, idąc ku domowi,

Dostał, skąd widział dwór, ogrodu smugi,

Stanął. — Jak to się serce zastanowi

Człeku, z wędrówki gdy powraca długiej

Z tą myślą pełną lęku: Czy też zdrowi?

3670

Jak przyjmie jeden, a jak przyjmie drugi?

W nastroju, co się z przypomnienia krzesze,

Sadzając serce w prastare pielesze..

XXII

Kiedy wracają mężowie szczęśliwi

Albo ojcowie w domowe opłotki…

3675

To się im serce zastracha, roztkliwi,

Bo białogłowski rodzaj mdły[214] i wiotki…

— Niczemu mniej się nie ufa, nie dziwi;

Przykro mi, że lżę kokietki i trzpiotki.

Żony się stają bez opieki chytre,

3680

Córki książęcą nawet plamią mitrę.

XXIII

Nie każdy człowiek uczciwy, gdy wróci,

Będzie nagrodzon losem Ulissesa[215].

Nie każda żona po mężu się smuci

I zalotników odsyła do biesa…

3685

Gorzej, gdy go już w niepamięć zarzuci,

Dzieciąt kilkoro u kolan się wiesza,

Które „przyjaciel” wywiódł dla pokoleń;

Gdy go pies własny pochwyci za goleń…

XXIV

Gdy zaręczony, może ukochaną

3690

Zabrał mu bogacz, skąpiec pełen chuci,

I wtedy lepiej, bo prędko ustaną

Czułości, pan się z małżonką pokłóci,

A on znów miłość podejmie przerwaną,

Jako „przyjaciel domu” — lub porzuci.

3695

A jeśli uprze się w nim czucia trwałość,

Napisze odę Na kobiet niestałość.

XXV

Panowie! Jeśli który w waszym gronie

Ma „stosuneczek” (rozumiem uczciwy

Popęd przyjaźni ku nieswojej żonie,

3700

Jedyny węzeł łatwo rozpletliwy,

Choć zda się ścisły; rzetelny w zakonie

Miłosnym Hymen[216] — inny jest fałszywy) —

Nie bawcież w drodze długo, bo mężatki

Zmieniają gachów tak łatwo jak szatki.

XXVI

3705

Lambro, nasz morski celnik, grzesznik stary,

Co bieglej morza niż lądy okradał,

Cieszył się, widząc kominów dym szary,

Lecz psychologiem nie będąc — nie badał,

Skąd się mu w głowie dziwne snują mary,

3710

Czemu strach jakiś na duszę przypadał?…

Czy córka chora?… Bał się dobry ojciec,

A nie mógł więcej niż filozof dociec.

XXVII

Obaczył domu słońcem białe ściany

I zieleń warzyw i drzew — — jak w obrazku;

3715

Słyszał górskiego strumienia dźwięk szklany

I psa szczekanie — a w pobliskim lasku

Między cytryny, oliwy, kasztany

Postaci ludzkie z migocącą w blasku

Bronią (broń noszą tam wszyscy) i kwietne

3720

Stroje, barwami jak motyle świetne.

XXVIII

A kiedy podszedł pod ustronie sielskie,

Aby rozpoznać owo zgromadzenie,

Usłyszał dźwięki, ale nie anielskie,

Tylko bezecne, ziemskie rzępolenie.

3725

Wzniosły się dziwem oczy rodzicielskie,

Na głowę padło mu oszołomienie,

Bo grzmiały trąby, flety, taralbuki

I najmniej wschodnie śmiechy, wrzaski, huki.

XXIX

Więc przyśpieszywszy kroku i już prawie

3730

Biegnąc po góry spadzistym zakręcie

I rozchylając gałęzie, brnąc w trawie,

Ujrzał — i stanął jak głaz w tym momencie —

Bandę czeladzi, w cudacznej zabawie

Tańczącą, niby derwisze, na pięcie,

3735

I poznał, że to był piryjski taniec,

W jakim się wschodni lubuje mieszkaniec.

XXX

W kółku dziewice niby greckie chóry;

Jedna trzymała chustki sztandar biały,

Inne jak perły nizane na sznury

3740

Tańcem się, ręce splótłszy — kołysały.

Włosy im spadły na szyi marmury;

Najbrzydsza sześciu poetów by w szały

Wprawiła; pierwsza śpiewa, za nią inine

Takt wybijając, następują zwinne.

XXXI

3745

Część biesiadników, na dywanie w głębi

W kucki usiadłszy, je. Tu baranina

Z ryżem (tak zwany pilaw) parą kłębi,

Tam stoją flasze samijskiego wina,

Sorbet się w wazie porowatej ziębi.

3750

Nad gośćmi drzewo gałęzie ugina,

Podając dłoniom granaty ogniste

I pomarańcze nabrzmiałe, soczyste.

XXXII

Tam śnieżnoruny baran w gronie małej

Dziatwy; dziatwa mu rogi wieńcząc pląsa,

3755

A patriarcha owiec osiwiały

I niby jagnię cichy, głową wstrząsa

Poważną, z lekka, dostojny, wspaniały,

I sam je z ręki, znów niby się dąsa,

Rogi nadstawia i czoło surowe

3760

I znów, powolny[217] rączkom, chyli głowę.

XXXIII

Piękne, klasyczne profile, błyszczący

Strój, drobne twarze i oczy ogniste,

Włos rozpuszczony, rumieniec gorący

I wzrok wymowny, gęsta wyraziste,

3765

Czar niewinności, dziecięctwa broniący,

Robiły z Grecząt malowidła iste;

Lambro — filozof, aż westchnął żałośnie,

Że to maleństwo na ludzi wyrośnie.

XXXIV

A karzeł błazen, jak Szecherezada,

3770

Gromadce starców, co z nargili[218] pyka,

O zamkach, skarbach zaklętych powiada

I arabskiego dowcipach szelka,

I o lekarstwach czarodzieja dziada,

I o pałacu, co się sam odmyka;

3775

Nawet o wiedźmie, która (bardzo wierzę)

Każdego męża przemieniała w zwierzę.

XXXV

Słowem, były tam. wszystkie (czystej treści)

Podniety zmysłom, chęciom, wyobraźni:

Śpiew, wino, tańce, muzyka, powieści,

3780

Wszystko, co cnoty uczciwej nie drażni,

Lecz Lambro patrzał i pełen boleści

Rozumiał szkodę swą coraz wyraźniej

Widząc, że tańce te, półmiski, trunki,

Obciążą jego miesięczne rachunki.

XXXVI

3785

Człowiek co jest? Często go śmierć spotyka,

Kiedy żołądka zaspokaja chuci.

Czym darzy życie szczęsnego grzesznika?

Do kubka żółci kroplę miodu rzuci!

Rozkosz przynęca i gubi młodzika,

3790

Bo ma syrenią twarz i czule nuci.

Przyjęcie Lambra u wrót własnej chaty

Było jak… starcie z ogniem mokrej szmaty.

XXXVII

Ale był mężem, co się w pogadanki

Nie wdawał; chcąc spaść na nich niespodzianie

3795

(Zazwyczaj mieczem czynił niespodzianki) —

Nie dał się poznać, więc trwało śniadanie

Dalej i nikt się nie zrywał od szklanki;

On mierzył wzrokiem służbę, panów, panie,

Zdumiony raczej niż uradowany

3800

Kompanią, co mu wysuszała dzbany.

XXXVIII

Nie wiedział, iż wieść przybyła ze świata

Przez greckich kupców usta (Ach, ci łgarze!),

Że umarł (Tacy ludzie żyją lata!).

Anioł żałoby objął w domu straże.

3805

Ale kir prędko zastąpiła szata

Godowa, wraz[219] się rozchmurzyły twarze.

Hajdei oschły łzą mokre jagody,

I jęła[220] pełnej używać swobody.

XXXIX

Stąd owa uczta, tancerze i grajki,

3810

I nie widziana dotąd wyspie feta.

Służba próżniacza, rozpita, nahajki.

Zbywszy, czuła się w raju Mahometa.

Gościnność Lambra poszła między bajki

Wobec uczt, jakie dawała kobieta.

3815

Dziwna, że ma czas na przyjęcie gości,

Skoro dni całe poświęca miłości.

XL

Może myślicie, że słysząc te chóry

Wpadł w wściekłość? Tak by zrobił człowiek miętki,

Łatwo tam było wyskoczyć ze skóry! —

3820

Lub że postąpił sobie jak człek prędki:

Bił, w turmę sadzał lub brał na tortury,

Karcąc niewczesne u czeladzi chętki,

I że się z objęć spokoju wydarłszy,

Choć korsarz — chciał gniew okazać monarszy?

XLI

3825

Mylisz się. To był pan, arystokrata,

Najstateczniejszy między rozbójniki,

Miał ułożenie, dobry ton magnata,

A niezbadany był jak mórz tajniki,

Tyle obłudy ni dworacka szata

3830

Nie kryje, ani fartuszek podwiki.

Szkoda, że przez swe przeklęte myślistwo

Utracił prawo wejścia w „towarzystwo”.

XLII

Do biesiadnego zbliżywszy się stoła,

Uderzył w ramię gościa siedzącego

3835

Przed nim i z krzywym uśmiechem dokoła

Spojrzawszy, co nic nie wróżył dobrego,

Zapytał, skąd im ta uczta wesoła.

Grek rozmarzony winem, do którego

Zwracał się, nadto wesół, aby pana

3840

Poznać, napełnił swój kielich ze dzbana.

XLIII

I nie zwracając oblicza maszkary

Przez ramię chylił go z bachanckim gestem,

Wino po sukni lejąc z pełnej czary,

Rzekł: „Idźże sobie! Patrz, zajęty jestem.”

3845

Drugi bełkotał: „Zdechł pono nasz stary,

Zapytaj pani, he! he! czy jej źle z tem…”

„Pani — rzekł trzeci — ho! mózgu barani,

Pan nowy dzisiaj tu rządzi, nie pani”.

XLIV

Łotry przyjęci świeżo nie wiedzieli,

3850

Do kogo mówią. Lambro zbladł jak ściana,

W oczach mu łypnął jak błysk karabeli,

Lecz się sczaiła wściekłość hamowana

I próbował się uśmiechnąć weselej.

Zapytał tylko „szanownego pana”

3855

O imię i stan owego młodzieńca,

Co zachciał pono panieńskiego wieńca.

XLV

„Nie wiem — odpowie łotrzyk — skąd przybywa

I kto go rodzi — ba! — ale to fracha!

Wiem, że ten kapłon[221] w smacznym maśle pływa,

3860

I że mi służy każda wina flacha.

Jeśli acana to nie przekonywa,

Zapytaj tego oto mego bracha,

Będziesz sobie mógł dobrze go wybadać,

Woli językiem mleć zamiast zajadać”.

XLVI

3865

Lambro był człowiek uprzejmie cierpliwy

I teraz dobre wychowanie zdradził,

Ja bym go w Francji, gdzie jest niewątpliwy

Wzór gustu — między przedniejsze posadził,

Zniósł więc dla domu swego obelżywy

3870

Przycinek, bruzdy na sercu wygładził,

Nie używając na razie złorzeczeń

Na służbę, która zjadała mu pieczeń.

XLVII

W człowieku, który przywykł rozkazować,

Gdy rzekł: „Idź!”, to szli, a gdy: „Stój!” — to stali,

3875

Który ze słowem nie lubił żartować,

A wola jego była — miecz ze stali,

Dziw, że się umiał teraz pohamować.

My nie pojmujem tego — ludzie mali,

Lecz kto sam sobą rządzi, jak należy,

3880

Godzien panować ludom — jak król Jerzy.

XLVIII

Nie przeto, aby nie miał być gorący,

Lecz nigdy, kiedy krwawe rzeczy knował.

Groźny — sam w sobie skupiony, milczący,

Jak wąż dusiciel zwinięty — czatował.

3885

Milczał, gdy mówił za niego miecz grzmiący,

A gdy grzmiał słowy, krwi nie potrzebował.

Bo każdy wyraz jego był tak sieczny,

Że gdy ciął, już cios drugi był zbyteczny.

XLIX

Nie pytał więcej i zwlókł się ponury

3890

Ku swej sadybie, drogę boczną sobie

Obrawszy; ledwie go pozdrowił który,

Bo nikt o panu nie marzył w tej dobie.

Nie wiem, czy trwała w nim jeszcze dla córy

Miłość — ale człek pochowany w grobie,

3895

Poglądać musiał wcale nie z rozkoszą

Na ten dziwny żal, jaki po nim noszą.

L

Gdyby umarli mogli niezwalczoną

Śmierć pożyć, Boże broń! — w sposób cudowny,

Nie wszyscy… ale na przykład mąż z żoną

3900

(Darujcie mi ten przykład niestosowny),

To jeśli dawniej żyli z sobą słono,

Teraz by życie było: kwas dosłowny,

A jeśli śmierć ich opłakali krewni,

Na zmartwychwstanie płakaliby rzewniej.

LI

3905

Wszedł w dom swój, a w nim cudze już ognisko

Płonęło; ta myśl głębiej w piekło strąca,

Smutniejsze sercu wyprawia igrzysko

Niż myśl na łożu śmierci konająca.

Widzieć serdeczne gniazdo w cmentarzysko

3910

Zmienione, gdzie już nadzieja gasnąca

Ziębnie jak popiół, o! Któż z was odgadnie,

Ile boleści w tym uczuciu na dnie?…

LII

Wstąpił do domu — już nie swego domu,

Bo nie ma domu, gdzie serca nie stanie,

3915

I doznał pierwszy raz strasznego sromu[222],

Że nikt nie wyszedł doń na powitanie.

Tam przeżył dni swe pod niebem bez gromu,

Oczom dziś dzikim i serdecznej ranie

Chcąc ulżyć, śpieszył do czystej, kochanej,

3920

To jego ołtarz jeden — nieskalany.

LIII

Był to charakter dziwnego zakroju:

Miękki w obejściu, choć dziki w postawie,

Pomierny w jadle, napoju i stroju,

Umiarkowanie spokojny w zabawie,

3925

Bystry w pojęciu, nie słabnący w znoju,

Wydał się lepszy, niż był — dobry prawie!

Szał zemsty żył w nim po ojczyzny klęsce

I niewolnika zamienił w ciemiężcę.

LIV

Chęć władzy, złota trzos, co dumę stwarzał

3930

I zhartowane ciągłą walką życie,

Niebezpieczeństwa, w których się zestarzał,

Litości jego częste nadużycie,

Jęk ofiar, co się ciągle w duszę wdrażał,

Morze, co domem, zbójcy, co bandycie

3935

Stali się braćmi, zrobiły go bogiem

Mordu, dla ludzi nieugiętym, srogim.

LV

Patriota, ZemstaAle duch Grecji niby złotą łuną

Odblask rycerski rzucił duszy hardej,

Ten sam, co niegdyś po kolchijskie runo

3940

Gnał bohaterów, jak śpiewają bardy.

Bój — jego życiem, a pokój był truną.

A zaś ojczyzna jego — godna wzgardy.

Nienawiść światu, ludziom miecz, płomienie

Niósł w zemście za swej ojczyzny spodlenie.

LVI

3945

Lecz wpływ jońskiego powietrza, obłoków,

Wydelikacił serce w twardym łonie,

Strzegąc bezwiednie wszystkich jego kroków.

Jawił się w smaku, z jakim to ustronie

Wybrał, w miłości muzyki, widoków

3950

Wzniosłych, strumienia, co się wił przez błonie,

Kwiatów, zieleni, niwy złotokłosej,

Których wdzięk rzeźwił go jak krople rosy,

LVII

Ojciec, CórkaA za to wszystka jego miłość zbiegła

Ku córce; ona anielską słodyczą

3955

Od skamienienia twarde serce strzegła,

Krwią pokalane codziennie zbrodniczą.

Jej jednej dusza uparta uległa;

Gdyby rozstała się z tą tajemniczą

Władzą, resztę by ludzkich uczuć skalał

3960

I jak ów Cyklop[223] — ślepotą oszalał.

LVIII

Straszna jest lwica, szczeniąt pozbawiona,

Gdy rykiem grozi i źrenicą błyska;

Straszny ocean, gdy ze swego łona

Okręt sterczącym czołom skał odciska;

3965

Lecz wcześniej wściekłość szalejąca kona,

Bo się o własną gwałtowność rozpryska,

Niż złość głęboka, niema, hamowana

Człowieka-ojca i dumnego pana.

LIX

Jest to rzecz smutna — a częsta, niestety,

3970

Że nam ostatnie zatruwa godziny,

Któ?… Własne dzieci — te niby portrety

Nas samych, ale z ulepszonej gliny.

Gdy stare życie dobiega do mety,

Mgła pada na dni naszych zachód siny,

3975

Dzieci rzucają nas, oddając wszakże

Dobrej kompanii: kaszlowi, podagrze[224].

LX

Piękna to bardzo rzecz: liczna rodzina,

Póki ci drzemki zwykłej nie naruszy,

Cóż to za widok, kiedy macierz syna

3980

Karmi! (Jeśli to nie szkodzi jej tuszy.)

Jak cherubinki dzieci u komina

Plączą się (widok, co grzesznika skruszy),

A piękna matka między córeczkami

Świeci jak cekin pomiędzy piastrami[225]. —

LXI

3985

Lambro wszedł tajnym, nie widziany, gankiem,

Stanął u wejścia do jadalnej sali,

Gdzie młoda pani z młodzieńczym kochankiem

W blasku monarszej chwały wieczerzali.

Stół zastawiony przed nimi, a wiankiem

3990

Dokoła piękni niewolnicy stali.

W zastawie złoto i kamienie świecą,

Najmniej już koral z perłową macicą.

LXII

Wieczerza z dań stu smaczna i obfita,

Godna twojego stołu, wielki Ałłach!

3995

Wszelaka ryba, szafranem podmyta,

Zupy, szyszliki, ciasta przy nabiałach,

Których nie wyparłby się Sybaryta.

Na wety[226] słodkie sorbety w kryształach;

Słodycz przez skórkę owoców ciśniona:

4000

Pomarańcz, jabłek i winnego grona.

LXIII

Stały w dzbanuszkach szklanych owe soki,

Chleb daktylowy leżał i banany.

Na koniec dano odwar z czystej mokki

Arabskiej w kubkach z chińskiej porcelany.

4005

Od waru czarnej jak smoła patoki[227]

Osłaniał dłonie spodek z filigrany;

Lecz z cynamonu, wanilii przyprawy

Psuły — mym zdaniem — wyborny smak kawy.

LXIV

Zamiast obicia — aksamitne płaty

4010

Szkarłatne, żółte, brzegami spajane,

Szyte w jedwabne, damasceńskie kwiaty,

Szeroką złotą lamą bramowane.

W płat górny, arabeskami bogaty,

Ujęty w modry szlak — były wpisane

4015

Lilijowymi głoskami przestrogi,

Wyjęte żywcem z perskiej pedagogii.

LXV

Zwyczaj pisania po ścianach przyjęto

Na Wschodzie w każdym pałacu, szalecie,

Jest to jak gdyby wcielone memento;

4020

Jak na memfijskim ów czerep bankiecie

Lub Baltazara głoski mocą świętą

Mówiące, że go śmierć przede dniem zmiecie.

Lecz tu niech mentor gromkich rad zaniecha,

Gdzie mentoruje wyłącznie Uciecha.

LXVI

4025

Piękność, po balu idącą na mary,

Lub geniusz, co się zapija arakiem,

Bezbożnik zmienion na „doktora wiary”

(Bowiem się lubi zwać imieniem takiem)

Lub apopleksją tknięty żarłok stary —

4030

Wszystko jest smutnym a nie lada jakim

Dowodem, że szał rozkoszy, niewczasy

Szkód wyrządzają tyle co frykasy.

LXVII

Oboje państwo stopy opierali

Na karmazynie z lamą lazurową.

4035

Ogromna sofa zajęła ćwierć sali,

Lambrowi zdała się zupełnie nową.

Wezgłowie godne, aby mu oddali

Czoła mocarze; na nim słońce płową

Jedwabną nicią wyszyte połyska,

4040

Z niego jaskrawych pęk promieni tryska.

LXVIII

Złoto, porfiry, brązy i kryształy

Lśniły przepychem. Indyjskie dywany,

Których się stopy prawie dotknąć bały,

Gazele, koty, ku śmieszkom wybrany

4045

Trefniś[228], a tu i owdzie ów niecały

Człowiek, co na chleb zarabia oplwany,

Jako minister lub faworyt. Zgoła[229]

Jak na kiermaszu zabawa wesoła.

LXIX

Tutaj zwierciadła szkłem przeczystym świecą,

4050

Ówdzie rzeźbione stoły hebanowe

I wykładane perłową macicą,

Tam znów stoliczki mniejsze, szylkretowe[230]

Zastawą srebrną i złotą się szczycą.

Potrawy mięsne dla gości gotowe

4055

0każdej porze; sorbety i wino

We dnie i w nocy z dzbana w gardło płyną.

LXX

Niech wam opiszę strój młodej kadiny:

Dżelików dwoje: jeden cytrynowy;

Koszulka z biało-różowej tkaniny

4060

W takt się na piersi podnosi miarowy.

Zamiast guzików podłużne bursztyny;

Dżelik zaś drugi złoto-purpurowy,

Kwef z musselinu, nie kryjąc jej lica,

Buja jak obłok dokoła księżyca.

LXXI

4065

Naramienniki na każdym ramieniu

Bez zamków — a tak misternej roboty,

Że nie cierpiały w takim uciśnieniu,

Owszem, od ramion brał kształt łańcuch złoty.

Mistrz, gdy je robił, musiał być w natchnieniu.

4070

Łańcuszek pieścił ciałko swymi sploty,

I musiał rozkosz uczuwać niemałą,

Bo bielszej ręki złoto nie widziało.

LXXII

BogactwoJako ojcowskie dziedzicząca mienie,

Miała na noskach mesztów[231] złote sprzączki;

4075

We włosach drogie, iskrzące kamienie,

Skute dwunastu pierścieniami rączki,

Welon perłami spięty, które w cenie

Wyobrażały setki i tysiączki.

A szarawarki szerokie, jedwabne

4080

Falą spadały na jej kostki zgrabne.

LXXIII

Wpół rozwinięty warkocz do stóp spływa,

Niby alpejski potok, gdy zrzucony

Z gór, pierwszym dziennym blaskiem rozelśniewa,

Byłby ją okrył całą — rozpuszczony,

4085

Ale jest więźniem. Zda się, że go gniewa

Podtrzymujący, z jedwabiu pleciony

Koszyk i chciałby zerwać siatki sznury,

Gdy dmuchnie zefir chłodzącymi pióry[232].

LXXIV

Postać jej budzi dookoła życie,

4090

Od oczu bierze przejrzystość powietrze,

Bo były takie, jak sobie w błękicie

Wyobrażamy obłoczki najbledsze,

Czyste jak Psyche[233], nim zwiędła w zachwycie,

Lub jako dziewczę, nim je miłość zetrze.

4095

A pod tym wzrokiem musiał każdy mięknąć,

I nie byłoby bałwochwalstwem klęknąć.

LXXV

OkoRzęsy, jak zwyczaj wschodni każe, były

Pomalowane — ale trud daremny,

Bo oczy tak się czarno urzęsiły,

4100

Że drwiły sobie z sztuki nieforemnej

I mszcząc się, jeszcze ogniściej świeciły.

Paznokcie kolor różowy półciemny

Krasił — lecz i tu sztuki próżne trudy,

Bo być nie mogły różowsze jak przódy.

LXXVI

4105

Głębszy powinna odcień przybrać henneh[234],

By uwydatnić lepiej białość skóry.

Lecz nie Hajdei, bo bielej promienne

Nie pomaluje słońce śnieżnej góry.

Mogło się łudzić oko, czy to senne

4110

Zjawisko, ziemski twór, czy cud natury?

Powiedział stary Will: „Próżna robota

Malować lilię, uzłocić blask złota[235]”.

LXXVII

Juan na sobie miał szal z wełny białej,

Przetkany złotem — a tak przezroczysty,

4115

Że przezeń ognie brylantów błyszczały

Jak gwiazdy poprzez białość drogi mglistej.

Turban zwinięty w fałdy, okazały.

Na nim w agrafie z szmaragdu ognistej

Pukiel[236] Hajdei włosów nad miesiącem[237],

4120

Który migoce światłem żywym, drżącym.

LXXVIII

Goście bawili się przy uczcie świtą

Karłów, bajader[238], eunuchów, poety,

Co radość pieśnią zasilał obfitą;

Był znany, że sam chwalił swe zalety,

4125

Wiersz jego ilość miał stóp należytą,

W tendencji… zawsze dochodził do mety,

To jest — do kieski, bo umiał prześlicznie

„Drzeć łyka” — — jakbym rzekł alegorycznie.

LXXIX

Czcił teraźniejszość, o przeszłości ścichnął

4130

I dobrych czasów zdał się nie żałować.

Na antyjakobina się wystrychnął

Wschodu — jadł pieczeń, — zamiast piorunować.

Przed kilku laty los sobie wywichnął,

Chcąc niepodległość wobec praw zachować,

4135

Lecz dziś opiewał Sułtana i Beja

Wierszem Crashawa[239], z czelnością Southeya.

LXXX

Był to mąż, który wiele zakosztował;

Jak magnes kręcił się we wszystkie strony;

Biegunem był ten, co się wyśrubował

4140

Wyżej; łasiwy jak pies przyuczony,

Taką podłością często się uchował

Batów — wymowny, gdy dobrze żywiony,

Kłamał z zapałem i tak ludzi durzył,

Że laureata pensyjkę wysłużył.

LXXXI

4145

Miał geniusz, jeśli go wietrznik mieć może;

Irritabilis vates[240] dbały o to,

Aby świat o nim myślał w każdej porze.

(Co jest nawiasem — wielu ludzi cnotą…)

Lecz czas mi dalej… Cóż ja śpiewam?… Boże!…

4150

A… trzecie kanto; parę wdziękiem złotą,

Miłości, uczty, dom, ubiory, sposób

Życia na wyspie mieszkających osób.

LXXXII

Poeta ów, choć miał na grzbiecie łaty,

Był w towarzystwach nadzwyczaj łubiany,

4155

Zwłaszcza pomiędzy obdartymi braty,

Bo miewał do nich mówki, gdy pijany.

A choć nie każdy ducha jego światy

Zgłębił, to każdy napojem rumiany,

Krztusząc się czkawką pijacką, oklaski

4160

Dawał za każdy żart brudny i płaski.

LXXXIII

Lecz teraz w wyższe dostawszy się sfery,

A pozbierawszy w swych wędrówkach wszędy

— Najświeższe hasła liberalnej ery,

Pewny, że w kółku tym z jego gawędy

4165

Rewolucyjne nie powstaną szmery,

Chciał wynagrodzić dawne życia błędy,

Ciepłej młodości nutę w łonie wskrzesić

I wojnę z prawdą na chwilę zawiesić.

LXXXIV

Był u Arabów, Turków i Hiszpanów,

4170

Poznał z ambicji przeróżne narody.

I żył z członkami rozmaitych stanów;

Nosił w kieszeni wierszowane płody,

Ku wyłudzeniu podzięki od panów,

W potrzebie zmieniał pamflety na ody.

4175

„Bądź Rzymianinem w Rzymie” — tej zasadzie

Ze zmianą nazwisk hołdował w Helladzie.

LXXXV

Więc gdy proszono, aby zadął z krtani,

To w każdym kraju śpiewał narodowe

Pieśni: Ça ira[241], Boże Caria chrani,

4180

Miał epigramów modnych pełną głowę.

Każdy poezji rodzaj był mu tani:

Hymny, elegie, jamby karmelkowe.

Gdy Pindar[242] końskie wychwalał zasługi,

Czemu się nie miał giąć jak Pindar drugi?

LXXXVI

4185

We Francji stworzyłby piosnkę uliczną,

A w Anglii epos, tomów trzy in quarto[243]

W Hiszpanii zaś balladę romantyczną,

Na dziejach wojny ostatniej opartą.

W Niemczech wzniósłby się w sferę niebotyczną

4190

Goethego[244] (wspomnieć tu de Staël[245] warto),

W Italii nuciłby jak Trecentisti[246],

A Grekom rzucił taki hymn ognisty:

1

Greckie ostrowy[247]! Greckie ostrowy!

Gdzie sławna miłość i śpiew Safony,

4195

Gdzie białe bogi i szyk bojowy,

I Delos święta, i Febus czczony,

Nad wami ciepła wiosna bez końca,

Lecz wszystko legło u was — prócz słońca!

2

Wielcy poeci z Teos i Skio,

4200

Epos rapsoda, żale kochanka

Na ustach obcych ludów dziś żyją,

Ich grób nieznany, ich pieśń wygnanka;

Wy, nowi Grecy, ledwie z posłuchów

Wiecie o wyspach szczęśliwych duchów.

3

4205

Na Maratonu błoń patrzą skały,

Błoń Maratonu[248] patrzy na wodę,

Tam się marzenia me rozbujały

I wymarzyłem Grecji — swobodę!

Bo gdy u Persów stanąłem trumny,

4210

To się poczułem wolny i dumny.

4

Król siadł nad morzem, w skał częstokole,

Na Salaminę[249] patrzał, mórz córę,

I tysiąc statków oglądał w dole,

I ognie mieczów, i wojska chmurę,

4215

Zmierzchem je zliczył z końca do końca,

Gdzież się podziały o wschodzie słońca?…

5

A gdzież są dzisiaj? A gdzie jest ona…

Moja ojczyzna? Gdzieś w poniewierce

Tuła się lira strun pozbawiona.

4220

Nigdzie rycerskie nie bije serce.

Maż[250] lutnia pełna boskiego dźwięku

W moim się karlim wyrodzić ręku?…

6

Nam, cośmy takiej doszli sromoty,

Dawniej panowie, a dzisiaj jeńce,

4225

Chlubą jest uczuć wstyd patrioty.

Ja kiedy śpiewam, czuję rumieńce,

Lecz ja, poeta — cóż pieśnią znaczę?…

Za was się płonię[251], za Grecją płaczę.

7

Płakaćże tylko czasów szczęśliwych?

4230

Smucić się?… Nasi przodkowie marli!

Ziemio! Oddaj nam z siebie nieżywych!

Z trzechset, co milijony odparli,

Niech się trzech tylko wydrze mogile,

A powtórzymy ci — Termopile[252].

8

4235

Nikt się nie ozwał? Co? Cicho wszędzie?…

A! — Nie. — Głos jakiś huczy gromliwy,

Jak potok, skały kruszący. w pędzie,

I odpowiada: „Niech jeden żywy,

Jeden niech wstanie… Spieszymy — rzeszą…”

4240

Lecz żywi… żywi powstać nie śpieszą.

9

Próżno, próżno! W inne dzwoń akordy,

Samijskiego wina w puchar nalej,

Niech krew piją ludzką — dzikie hordy,

Ty krwi natocz z winnych gron i szalej!

4245

Słyszysz, słyszysz: — W odpowiedzi leci

Wrzask radosny Bachusowych[253] dzieci!

10

W tańcu pirejskim nie tracisz wprawy,

A gdzie jest dawna pirejska rota?

Do obu tańców bywałeś żwawy,

4250

Do rycerskiego znikła ochota!

Wam gwoli[254] Kadmus[255] litery stworzył,

Cóż by niewolnym rzekł, gdyby ożył?…

11

NiewolaSamijskiego wina daj, dziewczyno!

Ludzie z twarzą smutną, bądźcie zdrowi!

4255

Anakreon[256] śpiewał, gdy pił wino,

Służył — ale Polikratesowi[257].

Choć to tyran, tytuł go nie plami;

Wtedy swoi byli tyranami.

12

Ten, co chersońskim władał majdanem,

4260

Był przyjacielem dobrym wolności.

Lecz Miltyjades[258] był tym tyranem…

O! Gdyby wstały dziś jego kości,

Pod jego jarzmo szedłbym z ochotą,

Dziś by się zdało wolnością złotą.

13

4265

Samijskiego wina daj, dziewczyno!

Na sulijskie skały, Pargi ziemię,

Może duchy dawnych ludzi spłyną

I rycerskie wyprowadzą plemię,

Może w chacie gdzieś się chłopię chowa,

4270

W którym wskrześnie moc Heraklesowa?

14

Nie wierz, gdy pomoc Frank ci przyrzecze,

Ich król kramarzem jest — nie rycerzem.

PomocTylko rodzime tarcze i miecze

Wiernym ci będą służyć przymierzem,

4275

Turecka przemoc, łacińska łaska

Tarcze pokruszy, miecze potrzaska.

15

Samijskim winem napełnij czaszę,

Widzę dziewice tańczące w cieniu.

Świeże, powabne, rozkoszne, nasze —

4280

Krew mają w ciele, ogień w spojrzeniu;

Lecz kiedy patrzę, to serce boli,

Że będą karmić synów niewoli.

16

U Sunijonu podnóża siędę

I będę patrzał na morze sine,

4285

Z falą się szumną puszczę w gawędę

I jako łabędź śpiewając — zginę,

Nie chcę niewolnej ziemi być synem…

Roztłucz tę czaszę z samijskim winem!

LXXXVII

Tak nucił lub chciał, lub winien był nucić

4290

Grek teraźniejszy w rymach dosyć zgodny.

Gdyby był umiał jak Orfeusz[259] cucić

Głazy, stałby się rozruch niezawodny,

Bo umiał dusze w dłoni spleść, rozrzucić.

Myśli poety — o, to jest zdrój płodny

4295

Myśli słuchacza — choć poeci — łgarze!

Zmieniają ciągle barwy, jak farbiarze.

LXXXVIII

Słowa mają byt — a małą kropelką

Myśl, niby rosa, w księgi padająca,

Wprowadza w obrót żwawy ludzkość wielką.

4300

Ciało, Pamięć, PoezjaMała literka, mózg zastępująca

— Dziwne — zdolna jest stać się karmicielką

Wieków; czas w nicość ludzkie ciało strąca,

Gdy papier, podła bibuła — ot szmata

Jak ta — przeżyje najpóźniejsze lata.

LXXXIX

4305

Kiedy już kości spróchnieją w mogile,

A jego ród i nawet naród zginie

Jak widmo, jak dym, a on zyska tyle,

Że go parafia w spisach nie pominie —

Jakiś manuskrypt, znaleziony w pyle,

4310

Albo grobowy kamień gdzieś w ruinie,

Przy rozkopaniu odkryty kloaki,

Dobędzie imię jego jak skarb jaki.

XC

SławaZe sławy mędrzec żarty sobie stroi.

Cóż to jest? Mara, cień — na historyka

4315

Wymowie raczej, kwiecistości stoi

Niż na wartości samej osobnika,

Hoyle[260] był dla wista[261], czym Homer dla Troi.

Skądże to dzisiaj tyle świat wykrzyka

O Marlboroughu? Jak on bił i jak on

4320

Żył?… Bo go chwali Coxe archidiakon.

XCI

Milton, ów książę poetów, lutnista

Ciężki, lecz w glorię wspaniałą ubrany,

W swym czasie dzielny rewolucjonista,

Uczony, zbożny a umiarkowany,

4325

Lecz kiedy o nim Johnson[262] bandurzysta

Jął prawić, owóż kapłan Muz wybrany

Skarlał; słyszymy, że brał w szkole plagi,

Nie umiał w domu zachować powagi.

XCII

Takie szczegóły są pouczające:

4330

Szekspir kradł sarny, Bacon[263] brał łapowe,

Cezar[264] miał z młodu awantur tysiące,

Sokratesowi[265] żona „myła głowę”;

Cromwell był tchórzem. Reszty nie potrącę.

Wszystkie przyczynki nieznane i nowe

4335

Dla biografów mają wdzięk niemały,

Lecz bohaterów obdzierają z chwały.

XCIII

Mało doktorów jako Southey[266], który

Światu o Pantisokracyji prawił,

Lub Wordsworth[267], ów wieszcz kramarskiej natury,

4340

Co wiersz swój demokratyzmem zaprawił.

Lub Coleridge[268], co choć czysty, białopióry

Arystokratyzm w „Morning Post” zastawił,

Potem z Southeyem, oba czułe żaczki,

Wzięli za żony w mieście Bath dwie szwaczki.

XCIV

4345

Na te imiona ludzkość woła: „Biada!”

Jako moralne drogowskazy stoją,

Ich renegacki hart, szlachetna zdrada

Glebę na przyszłe życiorysy gnoją.

Wordswortha tom ostatni jest nie lada

4350

Dowodem, że się drukarnie nie boją

Emetykowych[269] wierszy. Ta Wycieczka

To jest poemat jałowy jak sieczka.

XCV

Ogromna przepaść między rozumami

Ludzi a jego rozsądkiem się ściele.

4355

Ni Wordsworth dzisiaj z wiernymi uczniami,

Ni sekta nowa z Joanną na czele

Głupstwem czujnego świata nie omami.

Dzisiaj, niestety — wybranych niewiele,

A ciężarności dziewiczej przyczyna

4360

To nie cud żaden — lecz wodna puchlina.

XCVI

Lecz do powieści… Ma w tym krytyk rację,

Że mym największym błędem są dygresje,

Gdy bohaterów puszczę na wakacje,

Zaraz mi z samym sobą gwarzyć chce się,

4365

Lecz to są moje tronowe oracje,

Co rzecz spychają na następne sesje.

I z tego straty dla ludzkości rosną,

Mniejsze — niż gdyby to pisał Ariosto[270].

XCVII

NudaTo, co się longueurs[271] u sąsiadów znaczy

4370

(Nie mamy słowa, lecz rzecz mamy ową

W doskonałości pełnej, bo nas raczy

Co wiosnę epopeją Southeyową),

Słuchaczów swoim powabem nie haczy;

A łatwo dowieść, że główną osnową

4375

Eposu, głównym słupem w tej budowie

Jest szczegół, który ennui[272] się zowie.

XCVIII

Mówi Horacy[273]: „Homer czasem drzemie![274]

A my powiemy: „Wordsworth nie śpi czasem”

Ale „furmańskie” wychowuje plemię

4380

I przez „jeziora” odsyła ciupasem.

Potem znów pragnie porzucić tę ziemię

I wzbić się w górę; więc woła z hałasem

O „łódkę”. Ja bym dolał plwocin morze,

Aby miał po czym przejechać, niebożę.

XCIX

4385

Jeśli chce gwałtem wejść w świat eteryczny,

A Pegaz w Bryczce nie chce trzymać kroku,

To mógłby zabrać Wóz Dawidów śliczny

Albo pożyczyć u Medei smoku[275].

Lub gdyby smok się wydał za klasyczny

4390

I mógłby jeźdźce zrzucić spod obłoku,

Gdy zamiar jazdy ma w duszy utrwalon,

To mógłby głupiec poprosić o balon.

C

O, wy, „Furmani”, „Wioślarze”„. Brykarze”!

O biedne Pope'a[276] i Drydena[277] duchy!

4395

I Do tegoż doszło, że wam nie okaże

Już nikt pomocy, gdy lada „koniuchy”

Błotem bryzgają na czcigodne twarze

I na mogile waszej gwiżdżą!… Zuchy!

Taki Marynarz ze swym Piotrkiem Bellem

4400

Śmie się panoszyć nad Achitofelem!

CI

Skończona uczta. — Odeszli rzezańce,

Skoki i karły, i płoche almeje,

Ustały pieśni arabskie i tańce,

Nikt już nie skacze i nikt się nie śmieje.

4405

Juan sam jeden siedzi przy kochance,

Zachodnim słońcem niebo różowieje…

Ave Maria! na ziemi i niebie,

Ta chwila święta świętych godna ciebie.

CII

Ave Maria! Bądź błogosławiona

4410

Ziemia ta, miejsce to i dzień, i chwila,

Kiedym odczuwał twej mocy znamiona,

Jak się nad ziemią anielsko pochyla.

Głos dzwonka z wieży zleci, jęknie, skona,

A mrący hymn dnia z ciszą się przesila,

4415

Powietrze ciepłe, wonne wonią róży,

Każdy się drzewa liść modlitwą mruży.

CIII

Matka BoskaAve Maria! To jest czas pacierzy;

Ave Maria! To jest czas kochania;

Ave Maria! Ku tobie duch bieży,

4420

Tobie i Twemu synowi się kłania,

Ave Maria! — Ta twarz… Któż się zmierzy?

To oko skromne, które się osłania

Skrzydłem gołąbka — choć to obraz… klęknę!

To nie bożyszcze — o nie! To za piękne.

CIV

4425

Religia, NaturaChcą mnie łaskawi kazuiści schłostać,

Żem niepobożny, szepcąc w wielkiej dumie,

Każ no im ze mną na modlitwie postać,

A wnet przekonasz się, kto lepiej umie

Najprostszą drogą do nieba się dostać.

4430

Ja mam ołtarze na górach, w mórz szumie,

W przestworzach, Wszystkim, co z Jedności płynie,

Z której się wzięła dusza, w której zginie.

CV

Słodka godzina! Schowany pod dachy

Zielone, z których na brzeg cichy wioną

4435

Sosnowych lasów raweńskich zapachy,

Gdzie Adryjatyk dawniej tłukł swe łono

I twierdz sterczały Cezarowych gmachy.

Gaj, który Dryden, Boccaccio[278] natchnioną

Pieśnią już razy opiewali tyle!

4440

Jakże ja lubię ten las i tę chwilę!

CVI

Polne koniki, grajków nieuczona

Trzódka, co życie swe graniem pociesza,

Gałązka sucha, stopą przełomiona,

Głos dzwonka, co się po gałęziach wiesza,

4445

Jedyne echa — a łowy Gwinona,

Dziki myśliwiec i raweńskich rzesza

Dziewic uczących się, czym jest cierpienie

Miłosne, snuły się w duszy jak cienie.

CVII

Zmierzchu! Z ciebie się wszystko dobre bierze!

4450

Ty karmisz głodne, usypiasz strudzone,

Ptaszęta wpędzasz pod matczyne pierze,

Puszczasz do domu wołki ujarzmione,

Wszystko, co bogów daje nam przymierze,

Wszystko kochane, najmilejsze, czczone,

4455

Zbiera się wkoło nas, gdy dzwon uderzy;

Ty także dziecię przywracasz macierzy…

CVIII

Ty budzisz w duszy żal i niepokoje,

W pierwszych wędrówki chwałach pielgrzymowi,

Co rzucił kraj swój, dom i wszystko swoje.

4460

Na głos ten on się nagle zastanowi,

W duszę mu płyną dźwięki, jako roje

Szmerów, które ślą pożegnanie dniowi,

To nie jest czułość, która z nerwów płynie.

Smutek zostaje po wszystkim, co ginie.

CIX

4465

Kiedy Nerona zgniotła owa siła

Fatalna, która burzycieli zgniata,

Gdy Roma z jarzma wyzwolona piła,

Wszędzie brzmiał okrzyk wesołego świata,

Dłoń jakaś wieniec na grób mu rzuciła —

4470

Może to była wdzięczności zapłata

Za jakiś dobry czyn chwili spokojnej,

Gdy czułość z dumą nie toczyła wojny.

CX

Lecz zbaczam z drogi. Jakiż związek Nero

Lub inne bydlę z purpurą na grzbiecie

4475

Ma z nową mego bohatera erą?

Poeta czasem sam nie wie, co plecie.

Widzę, że twórczość ma spadła na zero,

Do rzędu tych, co w uniwersytecie

Zowią się „łyżką drewnianą” — przezwisko

4480

Dawane randze umieszczonej nisko.

CXI

Szkody się jednak z gadulstwa nie boję.

Jestem, „epiczny” zbyt i tutaj przetnę

Tę jedną długą pieśń na pieśni dwoje,

A nikt nie pozna, bo będzie sekretne

4485

Przecięcie — chyba ten, co zna już moje

Pióro; mam w myśli ulepszenie świetne

Eposu; próbą jego jest ta kresa,

Patrz Pojetike Arystotelesa[279].

Pieśń czwarta

I

Nie ma trudniejszej rzeczy dla poety

4490

Niźli wiersz pierwszy — i może ostatni,

Często, gdy Pegaz dolatuje mety,

Wywichnie skrzydło i wieszcz, orłom bratni,

Niby Lucyper, gdy anielskie czety

Z nieb go strąciły — spada i już z matni

4495

Piekła /nie wyjdzie, bo grzech jego — pycha,

Co się piąć każe, choć go niemoc spycha.

II

Więc czas, co wszystko równą miarą mierzy,

I nieugięta Przeciwność przekona

Ludzi — a może i diabeł uwierzy,

4500

Że strefa ducha jest ograniczona.

Nie pojmiesz tego z młodu, gdy krew bieży

Porywczo, żądzą poznania pędzona;

Aż gdy w powolne ujścia wpływa łoże[280],

Szerokość nurtów człek ocenić może.

III

4505

Dzieckiem — miałem się za geniusz promienny,

Pragnąc, by wszyscy mieli takież zdanie,

Młodzieńcem — wszedłem na porządek dzienny;

Przyznano myśli mojej panowanie.

Dziś wyobraźnia zeschła jak jesienny

4510

Liść; pióro moje za szczyptę nie stanie

Tabaki. Dawnym ideałom dzisia

Prawda dodaje krzywą twarz trefnisia[281].

IV

A gdy się śmieję z życia krotofili[282],

To — że nie mogę płakać; a gdy płaczę,

4515

To — że cielesność z uczuciem się sili,

Nim zbezwładnieje; gdy do serca skacze

Sęp wspomnień, trzeba, byśmy je skropili

Letejską wodą — nie puści inaczej.

Tetys[283] w styksowej wodzie syna myła,

4520

Ziemianka by go w Lete zanurzyła…

V

Skarżą, że cel — tej książki niegodziwy:

Wiarę i cnotę mych ziomków rujnuje.

Każdy wiersz ma być dowodem — o dziwy!…

Naprawdę przyznam, że sam nie pojmuję,

4525

Dlaczego jestem taki dociekliwy?

Nic nie układam naprzód, nie szkicuję,

Chyba że chcę się trochę rozełzawić;

Słowo, którego nie pochwali gawiedź.

VI

Dla czytelnika strefy niegorącej

4530

Takie pisanie zda się egzotyczne.

Pulci[284] wynalazł ten wiersz smętno-drwiący

Dla Włoch, gdy były bardziej kichotyczne.

Tym wierszem wskrzesił świat wymierający:

Rycerstwo, damy, berła despotyczne.

4535

Prócz ostatniego wszystko dziś spróchniało,

Więc przedmiot świeższy wybrać mi się zdało.

VII

Nie wiem, czy się z nim obszedłem łagodnie,

Równie łagodnie jak ci, co zohydzić

Mnie chcieli, ciężkie zarzucając zbrodnie,

4540

Których nie widzą, a chcieliby widzieć.

Niechże tak będzie, gdy im z tym wygodnie.

Dziś liberalny wiek — myśli się wstydzić

Nie potrzebują. — Tu Apollo szczutka[285]

Dał w ucho; jest to do biegu pobudka. —

VIII

4545

Juan i jego uwielbiona pani

W serc towarzystwie własnych pozostali.

A sam Czas, który bez litości rani,

Wzdragał się ostrzem swej okrutnej stali

Tknąć lubą parę i wzdychał, że dla niej

4550

Nie może stanąć. Nie zasługiwali,

Aby się starzeć; umrzeć im śród wiosny

Życia — nim zniknie czar i żar miłosny.

IX

Czas nie powinien twarzy im wysuszyć,

Serc obezwładnić, krwi zamrozić w biegu

4555

Ni czarnych włosów siwizną przyprószyć.

Oni jak klimat bez lodu, bez śniegu

Latem wciąż byli. Piorun mógł ich skruszyć;

I zetrzeć na proch, ale w lat szeregu

Ślimaczym życiem, jak ludzie codzienni

4560

Żyć — to nie dla nich; byli zbyt płomienni.

X

Taka samotność była im obrazem

Edenu, bo w niej rozkosz nieprzebrana.

Nudy nie znali, chyba gdy nie razem. —

Ani tak gałąź od pnia odrąbana,

4565

Z górskim się potok rozstający głazem,

Dziecina z objęć matczynych wyrwana,

Nie rozboleją jak ci — z dala siebie.

Nie ma jak instynkt serc, które są w niebie,

XI

Serc, które mogą pęknąć. O szczęśliwi,

4570

Trzykroć szczęśliwi z kruchej porcelany

Ciało mający, słabi, na ból tkliwi,

Pod pierwszym ciosem padną. Im nie znany

Los, co to szydząc, ciągle się przeciwi,

Żal, co to boli, dumnie nie wydany…

4575

Czemuż pierwiastek życia nicią silną

Z tymi się wiąże, którym umrzeć pilno?…

XII

Młodość, Śmierć„Pieszczochy bogów umierają młodzi”,

A śmierć od wielu nieszczęść ich ochrania:

Śmierci przyjaciół — a co więcej szkodzi —

4580

Śmierci przyjaźni, młodości, kochania.

Musi czas nadejść przecie, że ugodzi

W tych nawet, którym długo umrzeć wzbrania;

Więc może lepiej, gdy człek młody skona:

Skon — najpewniejsza przeciw złu obrona.

XIII

4585

Ich duszy jednak śmierci strach nie przeszył;

Słońce i księżyc witali z uśmiechem.

Czas tyle krzywdy czynił, że się śpieszył.

Nie czuli, czy to, co robią, jest grzechem.

Dziwem się zdali sobie; oczy cieszył

4590

Wzajemny szczęścia odblask. Niby echem

Takiej radości i rozkoszy wnętrznej

Był każdy wyraz luby, śpiewny, dźwięczny,

XIV

Lekkie ściśnienie, rozkoszne dotknięcia,

Błysk ócz, wyraźniej mówiący niż słowa,

4595

A nigdy zadość[286]; coś, niby ptaszęcia

Szczebiot, tak dobry jako ludzka mowa,

Im tylko znany i dla ich pojęcia

Wystarczający, i ta sielankowa

Naiwność, z której ludzie by się śmiali,

4600

Co jej nie znają albo znać przestali.

XV

Dla nich cały świat, bo to były dzieci;

Dziećmi im było zostać do ostatka.

Nie im to w dusznej społecznej zamieci

Wypełniać sceny realnego światka;

4605

Lecz jak istoty dwie, żyjące w kwieci

Puchu, sylfida z kochankiem, co z kwiatka

Lecą na kwiatek — było żyć przez wieczność,

Nie znając, co to smutków jest konieczność.

XVI

Księżyc się zmieniał, a oni ci sami

4610

Wiecznie czerpali słodycz z życia kruży[287],

Nigdy gorzkimi niezaprawną łzami…

A nie była to rozkosz, która nuży,

Bo mieli bujne dusze i zmysłami

Nie skrępowane. Użycie, co burzy

4615

Miłość zbyt prędko, im się przemieniło

W kordiał, podwójną wzmacniający siłą.

XVII

Ocudne chwile, a rzadkie jak cudne!

To była miłość, w której dusza rada

Stopić się. Dla nichże zabiegi nudne

4620

Świata? intrygi, zawiści sąsiada,

Te namiętności tajne, podłe, brudne,

Te przeniewierstwa męża, żony zdrada?

Gdzie Hymen[288] zwiększa tylko grzesznic grono,

Gdzie mąż naiwnie mówi żonie: Żono!…

XVIII

4625

Ostra to prawda i twarde to słowa.

Dosyć. — Cóż parę w obopólnej wierze

Trzyma i w takim zakochaniu chowa,

Od zniechęcenia i od nudy strzeże?

Młodość, co dana jest wszystkim. Połowa

4630

Młodych jej nie zna, lecz oni w przymierze

Z nią weszli. Był to romantyzm. Choć chłoszczą

Ludzie tę słabość, wiem, że jej zazdroszczą.

XIX

W jednych ta czułość sztucznie jest wylęgła:

Sen z narkotyku fantazji, młodości;

4635

U nich przez miłość z naturą się sprzęgła,

Żadna światowa myśl w nich nie zagości;

Bo ona — wiedzą daleko nie sięgła,

On też — jak wiemy, był w świątobliwości

Chowany; więc ich pobudki miłosne

4640

Były te, jakie są w ptaszkach na wiosnę.

XX

Patrzą, jak zachód na niebie się pali.

Miły to widok — najmilszy ich oku,

Bo ich do tego przywiódł, czym się stali.

Miłość z takiego raz pierwszy widoku

4645

Na nich spłynęła; z nieba pochop[289] brali,

Łącząc swe usta w owej nocy mroku…

Nie dziw, że wspomnień struna drgnęła tkliwiej,

Gdy pomyśleli, jak są dziś szczęśliwi.

XXI

A gdy tak marzą, a świat się im wdzięczy,

4650

Przeleciał niby duch pełen tęsknicy

I zmącił barwy wymarzonej tęczy.

Jak gdy wiatr trąci harfę albo świecy

Płomień, blask zadrży, a struna zajęczy;

Tak, gdy ten smętek na kształt błyskawicy

4655

Przeszedł, on westchnął serdecznie, głęboko,

A łzą Hajdei zrosiło się oko.

XXII

Zdały się zwiększać jej prorocze oczy

I gonić blaski niknące a drogie,

Jak gdyby słońce, które się tam toczy

4660

Za góry, dni im zabierało błogie.

Juan czuł, że go zmora jakaś tłoczy,

W oczach jej czytał przeczucie złowrogie

I chciał odgadnąć z źrenic rozszerzonych

Przyczynę myśli dziwnych i tajonych.

XXIII

4665

Śmiech odwołała na twarz, lecz śmiech owy,

Co się odeśmiać nie da — i twarz skryła.

Lecz ten niepokój był tylko chwilowy,

Zmogła go duma lub rozsądku siła.

Aż znów, gdy Juan z tej ócz smutnej mowy

4670

Zaczął żartować, nagle przemówiła

Dziwnie: „Gdyby też?… nie — nie — być nie może,

Prędzej ja biedna wejdę w śmierci łoże…”

XXIV

Juan chciał pytać, lecz ona mu usty[290]

Usta zamknęła, kładąc zamiast kłódki,

4675

I wypędziła z serca przestrach pusty,

Bo z wróżby całus zażartował słodki

Bardzo skutecznie. Odmiennymi gusty

Przenoszą wino — i w nim dobre środki.

Ja znam oboje, a wy? Co kto woli:

4680

Gdy głowa boli czy gdy serce boli?…

XXV

Jedno i drugie — do woli waszmości;

Kobietę, wino — Bóg dał ku uciesze,

Zapłatą za nie są obie słabości…

Co wybrać? Z sądem stanowczym nie śpieszę:

4685

I to złe, i to… — Chyba rzucać kości…

A zresztą powiem, bo wszakże nie zgrzeszę

Ni tym wyznaniem szkody wam narobię:

Że niźli żadną, lepiej jest — mieć obie.

XXVI

Kochankom miłość z ócz do ócz przelata

4690

Z ową bezmowną czułością anioła,

Z uczuciem dziecka, przyjaciela, brata,

Co wszystkie mocy przywiązania zwoła

W tej chwili, gdy się serce z sercem splata,

I może kocha zbyt — lecz mniej nie zdoła,

4695

Uniewinniając ten nadmiar kochania

Chęcią służenia i uszczęśliwiania.

XXVII

Spleceni dłońmi i sercami skuci,

Dlaczego wtedy nie umarli? — wcześniej

Nim od jednego drugie los odrzuci

4700

I zanim rozpacz poznają — boleśni!

Nie dla nich był świat pełen brudnych chuci,

Dla nich gorących jak Safony[291] pieśni.

Miłość się wpiła w nich związkiem tak ścisłym,

Że się im stała duszą już — nie zmysłem.

XXVIII

4705

Im było gaje zamieszkać i bory,

Jako słowikom śpiewającym w gwarze

Drzew, bo nie dla nich pałace i dwory,

Gdzie mieszka troska i gniew, i potwarze…

Samotność, TłumSamotnie żyją wszystkie wolne twory,

4710

Najtkliwsze ptaki mieszkają po parze,

Orzeł sam buja… tylko kruki, sępy

Kupą na ścierwie siedzą i drą w strzępy.

XXIX

W uścisku, który dwa ciała kojarzy,

Juan z Hajdeą kiefu[292] używali…

4715

On śpi, lecz czujnie, a widno, że marzy,

Bo mu raz po raz drganie jak po fali

Wiatrem trącanej prześliźnie po twarzy.

Hajdea marzy też, bo z ust korali

Szept czasem wyjdzie i czoło się chmurzy,

4720

Twarz drgnie jak wiatrem muśnięty liść róży

XXX

Lub jak alpejskich wód ciche jeziora,

Gdy je chodzący w górach wiatr poruszy.

Tak drgnęła, gdy ją przestraszyła zmora

Senna, tajemny samodzierżca duszy,

4725

Z którym się próżno śpiący człowiek pora[293],

Gdy opanuje zmysły i ogłuszy.

Dziwny byt (boć to byt, choć ruchu nie ma)

Czuć nie zmysłami, widzieć nie oczyma.

XXXI

SenŚni, że przykuta do skał, z bólu mdleje,

4730

Nad morzem zwisła i że chce uciekać,

Ale nie może, a burza szaleje,

A fala rośnie i zdaje się szczekać

Na nią; wciąż rośnie, usta już zaleje

I nozdrza, już-już nad głową zawlekać

4735

Całun zaczyna… taki czarny… Boże!

Sili się, dusi, a umrzeć nie może.

XXXII

I znów jest wolna; kamienistą drogą

Gdzieś dąży, rani stopy o krzemiona

I coraz potknie się zbolałą nogą;

4740

A jakaś mara, płachtą otulona,

Bieży — a ona, cała zdjęta trwogą,

Ściga ten biały, dziwny cień; w ramiona

Chce chwycić w próżnej męczącej pogoni…

Mara się wymknie, gdy ją trzyma w dłoni.

XXXIII

4745

Sen się odmienił. Stała w jakiejś grocie;

Ze ścian sączyły się wodne potoki

I marzły; morze kuło przez dat krocie

Tę grotę — niegdyś mieszkały w niej foki.

Włos jej ku ziemi spływał cały w pocie,

4750

Z oczu padały jej łzy — a opoki

Patrzały na nią dziko — a rzęsiste

Łzy zmieniały się w krople kamieniste.

XXXIV

U nóg jej zimny, wilgotny, umarły,

Biały i pianą zwalany na skroni,

4755

Którą jej ciepłe rączki próżno tarły —

Dawniej pieszczotom tak chętny, dziś do niej

Nie uśmiechnięty, bo wargi się zwarły —

Leżał on — Juan… a z grobowej toni

Szły jęki — niby topielicy jęki,

4760

A sen był długi, duszny, pełen męki.

XXXV

A kiedy patrzy tak, wtem się jaj zdało,

Że twarz zaciera się i przeobraża

W coś — niby ojca twarz i całe ciało

Wraz[294] olbrzymieje, i postać korsarza

4765

Wstaje tam z grecką urodą wspaniałą,

Patrzy w nią pilnie, a patrząc przeraża.

Aż się zbudziła drgnąwszy… Wielki Boże!

To Lambro oczy w nich wbił jak dwa noże.

XXXVI

Z krzykiem porwała się i padła z krzykiem

4770

Pełnym nadziei, smutku, szczęścia, trwogi.

Oto ten, który, jak mówiono, w dzikiem

Morzu utonął — wraca groźny, srogi,

Może, by zabić tego, który z nikim

Zrównany tnie był, a nie więcej drogi

4775

Niż ojciec! Chwila dwustronnej obawy,

Gdy myśli w duszy spór prowadzą żwawy.

XXXVII

Porwał się Juan na przeszywający

Jej krzyk; podtrzymał, rzucił się ku ścianie,

Szablę pochwycił, wzniósł, gniewem dyszący

4780

Na śmiałka, co się ważył niespodzianie

Zejść ich; lecz Lambro, wzgardliwie milczący

Dotąd, szyderczo rzekł: „Na zawołanie

Tysiąc kindżałów tu się do mnie skupi.

Rzuć szablę! Rzuć ją, mówię, chłopcze głupi!”

XXXVIII

4785

Hajdea u nóg mu wisząc: „Juanie! —

Woła — to Lambro, ojciec, klęknij ze mną;

On nam przebaczy, o tak, ojcze — panie,

Patrz! Gdy mi w oczach to jasno, to ciemno

Z szczęścia i trwogi, gdy pocałowanie

4790

Na rąbku sukni składam, czyż daremno

Proszę, czyż bać się mam ojca własnego?

Zrób ze mną, co chcesz — lecz oszczędzaj jego!”

XXXIX

Stał nieugięty mąż z hardością skały,

Spokojny wzrokiem, chłodny tonem mowy,

4795

Co jego duszy spokojność kłamały,

Nie rzekł nic i wzrok zatopił surowy

W Hajdei. Juan, to śmiertelnie biały,

To cały w ogniu, nie pochylił głowy,

Lecz szablę podniósł, grożąc nią, że skoczy,

4800

Jakikolwiek wróg stanie mu przed oczy.

XL

„Zdaj szablę, chłopcze! — powtórzył — bo biada!”

„Przenigdy! Wolny jestem od kolebki!”

Zadrgała gniewem Lambrowi twarz śniada —

Wyjął krócicę[295] w poruszeniach szybki,

4805

Mruknął: „Niech twa krew na twą głowę spada!”

Obejrzał zamek, doglądnął podsypki,

Bo z tej krócicy dawno żaden Turek

Ani giaur[296] nie padł — i naciągnął kurek.

XLI

Niemiłym stukiem w uchu się odciska

4810

To naciąganie kurka; gdy na człeka

Wnet ma z wrogiego wypaść stanowiska

Strzał; meta, sążni dziesięć — niedaleka,

Szlachecka — ale nadto jeszcze bliska,

Zwłaszcza gdy stary druh na kulę czeka,

4815

Kiedy tak często człowiek w dymie stoi,

To jak Irlandczyk wnet się z nim oswoi.

XLII

Ojciec, Córka, KochanekLambro wycelił; już-już — przestrzelony

Miał być poemat ten mój i Juanek,

Kiedy Hajdea między obie strony

4820

Wpadła wołając: „Mnie to, za mój wianek

Zabij! On tutaj morzem wyrzucony[297]

Niechcący przybył, on mój, mój kochanek!…

Ja chcę z nim umrzeć!… O! Znam twą naturę,

Lecz i ty dzisiaj poznaj twoją córę!”

XLIII

4825

Przed chwilą była rozczulona, rzewna

Niemym poddaniem, pokorą dziecięcia,

A teraz dumna, roziskrzona, gniewna

Stała — jak lwica, kiedy broni lwięcia,

Wzrostem mąż, wielką powagą królewna —

4830

Wyprostowała się jak dla przyjęcia

Strzału i wzrok swój zatopiła w oku

Ojca, przed strasznym nie cofając kroku.

XLIV

Utkwili w sobie wzrok dumny i śmiały.

Jakżeż podobni byli! Twarze równie

4835

Milcząco groźne, prócz różnicy małej

W oczach, co teraz gorzały jak głownie;

Widno i ona zna mściwości szały,

Z dziewicy w lwicę zmieniona cudownie.

To krew przeciwko własnej się burząca

4840

Krwi… rzecz niezwykła i przerażająca.

XLV

Jak rzekłem — wzrostu podobni smukłością

I twarzą; różni zaś wiekiem jedynie

I płcią; a nawet rąk delikatnością,

Co jest dziedziczna w dostojnej rodzinie,

4845

Zdradzali krew swą; i ci miast z miłością

Wzajem w objęcia paść, w takiej godzinie

Stają naprzeciw siebie — gniewem bladzi!

Patrzcież — do czego namiętność prowadzi…

XVI

Korsarz się wstrzymał, jakby co zmiarkował,

4850

I za szeroki pas krócicę wtłoczył,

Ale na córkę patrzał i świdrował

Wzrokiem. „Kto winien, że mój próg przekroczył.

Nie jam niedolę twoję spowodował;

Gdzież człowiek, co by krwi wroga nie toczył,

4855

Zhańbiony; swoje spełniłaś — więc pora

Na mnie — dzisiaj mi odpowie za wczora!

XLVII

Odstąp od gaszka[298], bo na ojca głowę,

U nóg ci padnie ten łeb wymuskany!”

Świsnął — na to się ozwało echowe

4860

Świśnięcie i tuż wypadło zza ściany

Dwudziestu zbójców — chłopy trzyłokciowe,

A uzbrojone od stóp po turbany.

I otoczyli ich szeregiem krzywym;

On rzekł: „Wziąć Franka umarłym lub żywym!”

XLVIII

4865

Oderwał nagle córkę od chłopięcia

I miotającą się przytrzymał siłą

Męską; ci wpadli z szablami do cięcia.

Próżno się ciało gibkie w Lambra wiło

Rękach, gdy je wziął w wężowe objęcia.

4870

Kilku piratów na łup się rzuciło,

Lecz pierwszy śmiałek zaraz padł na ziemię

Z przeciętą ręką; drugi, ranny w ciemię,

XLIX

Padł także, brocząc krwią u stóp Juana,

Lecz trzeci, stary praktyk w białej broni,

4875

Podbił mu szablę głową jatagana[299]

I sam ciął, Juan puścił szablę z dłoni,

Osłabł, zachwiał się, przypadł na kolana

I legł — krew strugą ciekła mu po skroni,

A druga struga spływała po karku

4880

Z dwóch ran: na głowie i na prawym barku.

L

Powiązanego z komnaty wyniosły

Żylaste ręce. Na znak, przez dowódcę

Dany, zniesiono go na brzeg zarosły

I zemdlonego położono w łódce.

4885

Wioślarze silnie uderzyli wiosły[300]

I wnet u galliot[301] byli, które wkrótce

Miały odpłynąć; tam porzuconego

Pod pomost straże okrętowe strzegą.

LI

Świat nasz jest pełen dziwnych niespodzianek,

4890

Lecz nikt przykrzejszej nie zaznał przygody,

Taki paniczyk, natury kochanek

Szczęśliwy, taki przystojny i młody,

Nim mu zabłysnął po-rozkoszny ranek,

Ni stąd, ni zowąd wysłany na wody,

4895

Związany sznury[302] mocnymi i ranny,

Wszystko dla jednej rozkochanej panny!

LII

Zamilknę lepiej, bo tę pieśń rozpieszczę,

Wzruszony chińską łez nimfą, herbatą,

Co na mnie działa jak Kasandry[303] wieszcze.

4900

Gdy Muzę uczczę potrójną obiatą,

Zaraz poczynam czuć nerwowe dreszcze,

Tak, że Bohei[304] muszę wypić na to.

Szkoda, że winem prędko się upiję —

AlkoholZbyt denerwuje mnie czaj i koffije,

LIII

4905

Chyba się z tobą, koniaku, zespoli,

O, flegietońskiej[305] najado[306] krynice!

Ale od ciebie znów wątroba boli,

Trujesz kochanków, jak wszystkie wodnice.

Mógłbym pić whisky — lub uśpieniu gwoli

4910

Nawet rum; lecz dość wychylić szklenicę,

A nawet dość mi popatrzeć na flaszkę,

Nazajutrz wielki rum[307] pustoszy czaszkę.

LIV

Don Juan z walki wyszedł na pół zdrowy,

Bowiem miał ramię i głowę zranioną,

4915

Ale nie cierpiał tych mąk ni połowy,

Jakie Hajdei rozdzierały łono.

Ona nie była z tych, które się słowy

Żalą i łzami, a zaraz ochłoną.

Jej matka z Fezu była — Maurów córa,

4920

Gdzie eden z piekłem złączyła natura;

LV

Gdzie kapią oliw przeczyste bursztyny

W misy z marmuru; gdzie się z drzew przelewa

Sok na traw zieleń i kwiatów rubiny;

Ale gdzie rosną też zatrute drzewa

4925

I o północy lew ryczy z gęstwiny,

I wielbłąd cichy z pragnienia omdlewa,

I białe kości nocna rosa studzi…

A jaka ziemia — takie serca ludzi.

LVI

Afryka słońca jest ziemią; z nią gore

4930

Ciał ludzkich glina słońcem przepalona:

Serca do złego i dobrego skore.

Krew Maurów nosi planety znamiona

I roznamiętnia się w ognistą porę.

Matka Hajdei to była wcielona

4935

Piękność i miłość; żądze kryła w oku,

Choć przyczajone jako lew u stoku.

LVII

Lecz córka, słońcem jońskim umilona,

Jak te powietrzne chmurki — białe róże,

Zanim się piorun im wkradnie do łona,

4940

Niosąc strach ziemi, a powietrzu burze,

Szła dotąd cicha i nie zasmucona,

Aż kiedy rozpacz wzięła w sercu stróżę,

budzony w żyłach nubijskich szał dziki

Wionął jak samum[308] po puszczach Afryki.

LVIII

4945

Ostatni widok, który obaczyła,

Był to Juana opór, krew, porwanie…

Jeszcze w tym miejscu krew ziemię broczyła,

Gdzie stał on, piękny, jej pan, jej kochanie;

Śród krótkiej walki w ramionach się wiła

4950

Ojcowskich, potem w konwulsyjne drganie

Wpadła i zwisła na korsarza ramię

Niby wysmukły cedr, kiedy się złamie.

LIX

Żyła w niej pękła. Na ustek karminy

Krew wystąpiła z serdecznej krynice,

4955

Główka jej zwisła jak liliowy, siny

Kwiatek, zdeptany deszczem. Służebnice

Na tożu ciało omdlałej dziewczyny

Złożyły, łzami zalewając lice.

Znosiły ziółka, lecz próżno — jak dziecię

4960

Nieczuła była na śmierć czy na życie.

LX

Odtąd leżała sztywna jak kaleka,

Lecz usta żywe, cera jeszcze świeża,

Choć puls ledwie bił, śmierć stała z daleka,

Nie było znaku nawet, że się zbliża.

4965

Nadzieja w uśmiech twarz ojca obleka,

Choć to już ciałko mdłe[309] i jakby z krzyża

Zdjęte; tylko jest takie pełne duszy,

Że tam śmierć ledwie małą cząstkę skruszy.

LXI

Ten trwały wyraz, jaki wyrzeźbiona

4970

Statua nosi, miała biedna chora

Wkuty w twarz; jak ta wiecznie niezmieniona

Piękność Wenery, taż dziś, co i wczora,

Lub ta wieczysta boleść Laokona[310]

Albo konanie wieczne Gladiatora[311].

4975

Tą siłą życia posągi są cenne,

Choć właśnie życia im brak, gdy niezmienne.

LXII

Wreszcie zbudziła się — lecz nie jak śpiąca —

Raczej jak zmarła, bo życie się stało

Czymś nowym, co ją w świat nieznany wtrąca;

4980

Oko patrzyło, lecz nie pojmowało,

Bo pamięć uszła. W sercu gorejąca

Istniała rana, a nie czuło ciało

Bólu, bo znikła świadomość przyczyny

I szał przyczaił się na kształt gadziny.

LXIII

4985

Błędną źrenicą patrzy, leży cicha,

Słucha wyrazów nie wiedząc, co znaczą;

Dłonie lekarstwa niosące odpycha,

Nie zważa na tych, co u łoża płaczą,

Milczy, choć głosem włada, i nie wzdycha,

4990

Snadź[312] wzięła rozbrat z ludźmi i rozpaczą.

Ni gwar, ni cisza z tej ją nie wybije

Martwoty — jednak oddycha — więc żyje.

LXIV

Przyszły służebne, drużki, to ją nudzi —

Ojciec się zbliżył, odwraca oczęta.

4995

Nie rozpoznaje przedmiotów, miejsc, ludzi,

Dawniej tak drogich! Noszą ją dziewczęta

Z sali do sali, ona się nie zbudzi

Z bezczucia; leży jak lilijka ścięta,

Aż nagle oczy łagodnie zamglone

5000

Zdziczały, myślą wnętrzną przerażone.

LXV

Ktoś wspomniał harfę, zatem przywołany

Harfiarz uderzył z lekka w struny drżące.

Na pierwszy akord ostry i urwany

Oczy zwróciła ku niemu gorące,

5005

Lecz odwróciła zaraz twarz do ściany,

Jakby odepchnąć chciała wracające

Wspomnienia: harfiarz nucił śpiew żałosny

O dniach szczęśliwych wolności i wiosny.

LXVI

Ona chudymi paluszkami w ścianę

5010

Jęła[313] w takt pukać. ŁzyZaśpiewał pieśń drugą,

Wymówił: miłość! Na to imię znane

Drgnęła; poczucie bytu świetlną smugą

W duszy mignęło — jeśli to być zwane

Może poczuciem. Z chmurnych oczu strugą

5015

Łzy popłynęły na zwiędłe jagody[314],

Jak z chmur, gdy spadną strumieniami wody.

LXVII

Próżna pociecha! Myśl przyszła zbyt skoro

I w mózg wtrąciła dzikich myśli nawał,

Skoczyła z łoża, jakby nigdy chorą

5020

Nie była — bijąc, kto jej w drodze stawał.

Lecz poddawała się zaraz z pokorą

I atak w martwy sen mienić się zdawał;

Znów nic nie mogło czucia jej przywrócić,

Gdy nawet kłuto, aby ją ocucić.

LXVIII

5025

Czasem przytomność zdradza się wejrzeniem,

Nic jej nie zmusi spojrzeć rodzicowi

W oczy; na innych patrzy z natężeniem,

Chociaż patrzenie to podobne snowi.

Odpycha ręce z jadłem i odzieniem,

5030

Nie chce niczego, a gdy chce, nie powie,

Ni razu do snu nie zmruży powieki,

A nie pomogą na to czas ni leki.

LXIX

Tak dni dwanaście więdła i ginęła.

Nareszcie bez drgań, bez jęku, westchnienia,

5035

Bez mąk przedśmiertnych ducha wyzionęła,

A nikt nie poznał tego wyjawienia

Śmierci, aż świeżość z bladej twarzy zdjęła,

Zostrzyła rysy i z źrenic płomienia

Zrobiła popiół — a to oko czarne,

5040

Dawniej błyszczące, piękne, dziś tak marne…

LXX

Umarła, jednak nie sama, bo razem

Zginął pierwiastek zaledwie poczęty,

Bezgrzeszne dziecię grzechu, co obrazem

Miało być ojca i w nierozwiniętej

5045

Osłonie z matką pod tym samym głazem

Spoczęło — pączek i kwiat razem ścięty.

Darmo je dzisiaj krople rannej rosy

Rzeźwią, padając na grobowe wrzosy…

LXXI

Tak żyła i tak zmarła. Już jej smutki

5050

I wstyd nie dotkną. Nie była stworzona,

Aby przecierpieć niebaczności skutki,

Od których serce trzeźwiejsze nie kona

I starych dojdzie lat. Jej żywot krótki,

Ale rozkoszny, bo nieprzeznaczona

5055

Rozkoszy starość; słodko śpi w mogile

Na brzegu, który ukochała tyle.

LXXII

GróbDzisiaj na wyspie trawy i burzany[315];

Dom runął w gruzy, pomarli korsarze.

Jeno dwa ciche tam sterczą kurhany,

5060

Przed ludzkim okiem skryte w dzikim jarze.

Nawet tej pięknej grób nieszanowany;

Człowiek nie powie, kamień nie pokaże,

Kim była; czasem tylko morska mewa

Nad Cykladami pieśń żałobną śpiewa.

LXXIII

5065

Albo Greczynika czasem pieśnią wraca

Do smutnych dziejów — lub który z wyspiarzy

Powieścią o nich długie noce skraca.

On piękny z męstwa, a ona znów z twarzy.

Miłość namiętną żywotem opłaca:

5070

Taka odpłata winę zrównoważy.

Za winę kara; nikt jej nie uciecze,

Miłość się sama pomści i odsiecze.

LXXIV

Nie powiem więcej, aby kart nie krwawić

Bliznami i krwi wylanej szkarłatem.

5075

Zresztą nie lubię przy szaleńcach bawić,

Bym się sam ludziom nie wydał wariatem.

Umarłych trzeba mogiłom zostawić.

Muza ma wróżką jest kapryśną, zatem

Do don Juana, który po szerokim

5080

Morzu odjeżdża, wracam lotnym krokiem.

LXXV

Spętany, ranny, z kresą przez czuprynę,

Dzień i noc leżał, nim w uczuć zamęcie

Przypomniał stan swój i szczęścia ruinę.

Gdy się ocucił, leżał na okręcie,

5085

Płynącym siedem węzłów na godzinę.

Z dala Ilionu brzeg na firmamencie[316]

Szarzał; jakżeby dawniej go powitał!…

Dziś na Sigeum[317] nie patrzał, nie pytał.

LXXVI

Tam, gdzie pagórek chatkami zasiany

5090

I Hellespontu[318] powierzony pieczy,

Leży Achilles „bogom przyrównany”

(Tradycja twierdzi tak, lecz Bryant[319] przeczy).

Dalej wysoko sterczące kurhany…

Czyje? Ja nie wiem. Chyba sam Bóg wie: czy

5095

Telamończyka, czyli Patroklesa[320]

(Ci by nas chętnie wysłali do biesa).

LXXVII

Mogiły, wydmy, bez głazu, bez znaku,

Nagie, gór dzikich otoczone wieńcy[321].

W oddali Ida[322] na niebieskim szlaku,

5100

Skamander[323] (jeśli to on) — i nic więcej.

Dla Marsowego stworzone orszaku!

Pole, gdzie snadnie[324] mężów sto tysięcy.

Zmieści się; lecz tam, gdzie trojańskie wały,

Pasły się trzody i żółwie pełzały.

LXXVIII

5105

Stada tabunnych koni, małe wioski

Nieznanej sławy, a nawet nazwiska,

Pasterze (nie to już, co Parys[325] „boski”)

Patrzą z uśmiechem, że te dziwowiska

Zwiedza uczony angielski lub włoski.

5110

Turek z różańcem bursztyn w zębach ściska;

Utonął w raju swym duszą i ciałem —

Oto, com widział. — Frygów nie spotkałem.

LXXIX

Gdy Juan wyszedł z dusznej i ponurej

Kabiny na wierzch, spostrzegł, że jest jeńcem.

5115

Więc obojętnie patrzał w mórz lazury,

Rycerskich mogił ocienione wieńcem.

Osłabł z ran, ciało mu przetarły sznury. —

Wreszcie się w dyskurs wdał z jakimś trzebieńcem[326]

Pytając, co z nim było i co będzie —

5120

Lecz ten mu nie dał objaśnień w tym względzie.

LXXX

Dalej obaczył kilku jeńców, którzy

Włochami zdali się i byli niemi.

Usłyszał dziwne koleje podróży:

Trupa śpiewaków, gdy z auzońskiej ziemi

5125

Wywędrowała w tej myśli, że służy

Cywilizacji, została ze wszemi

Toboły bandzie sprzedana piratów

Przez impresaria za tysiąc dukatów.

LXXXI

Buffo opery, śpiewny muz kuzynek,

5130

Opowiedział mu, jak ich wzięto zdradnie.

Choć przeznaczony na turecki rynek,

W górę podnosił głowę, klnąc dosadnie,

I był humoru pełen, pełen drwinek,

Z czym mu niebrzydko było, nawet ładnie.

5135

Minę przynajmniej miał nie tak zakonną,

Jak przygnębiony tenor z primadonną.

LXXXII

Za czym w te słowa opowieść prowadził:

„Nasz impresario, człowiek z lada jaką

Duszą, najął nas, ale szelma zdradził,

5140

Bo w drodze obcy bryg — corpo di Bacco[327]!

Przywołał, tutaj zaraz nas przesadził

I nie dał w łapę nawet na tabacco.

Lecz jeśli sułtan ma do śpiewu skłonność,

To nam nagrodzi losu «niefortonność» —

LXXXIII

5145

To primadonna — w czterdziestce; już siwa,

Przekwitła bujnym życiem, wiecznie chora,

Na puste ławki nadzwyczaj drażliwa;

Głos jaki taki. — To — żona tenora.

Skala niewielka — fertyczna[328] i żywa —

5150

Zrobiła wielką jednego wieczora

Furorę, kiedy hrabię Barbagiani

Wzięła sprzed nosa jednej rzymskiej pani.

LXXXIV

Dalej tancerki: To jest mała Nini,

Różne profesje zna — czego nie chwalę.

5155

Ta lafirynda znów — to Pelegrini,

Co zarobiła w zeszłym karnawale,

Nie chcę dochodzić jak — pięćset zecchini[329],

A już wydała na cacka i bale.

A to: groteska — tłusta bajadera[330];

5160

Młodzieńców z ciałem i duszą pożera.

LXXXV

Statystki znowu — chór i baletniczki

Nie więcej warte niż te, którem przody

Wymienił — prócz tej i owej samiczki,

Resztę bym posłał do jarmarcznej budy.

5165

Ot — ta na przykład: długa na kształt tyczki

Ma sentymentu wdzięk — mogłaby skudy

Zbierać, cóż? Tańczy brzydko, ociężale,

Nie ma figury, a twarz szpetną wcale[331].

LXXXVI

Mężczyźni, sądzisz, wybrańsi? Hołota!

5170

Musico skrzeczy jak garnek rozbity,

Choć ma warunki inne ta… istota,

Że do seraju[332] może być użyty

I służalczego skosztować żywota,

Umie sopranem śpiewać — — jak kobiety,

5175

Równie cennego śpiewaka nie złapiesz

Nawet w tym chórze, który stroi papież[333].

LXXXVII

Organ tenora hultajstwem zniszczony,

Basso nie śpiewa także, ale ryczy,

Obce mu wszystkie muzyczne kanony;

5180

Fałszuje, nie zna nut, głosu nie ćwiczy,

Lecz że jest krewnym bliskim primadony,

Która przysięgła, że ma głos słowiczy,

Angażowano go; nie gorzej śpiewa

Wół, gdy się puści na recitativa.

LXXXVIII

5185

Siebie wynosić — byłoby to swojej

Godności szkodzić; młodyś pan, lecz wierzę,

Żeś się w podróżach często u podwoi

Sztuki zatrzymał — znasz się na operze.

— Raucocantiego znasz?… Przed tobą stoi,

5190

Może się kiedy w przyzwoitszej sferze

Spotkamy. Bywasz na jarmarku w Lugo?

— Nie? Bądźże — spotkasz się z najniższym sługą.

LXXXIX

A! — jest baryton jeszcze. Ładny malec,

Ale się gwałtem do wielkości garnie;

5195

Zgrabne ma ruchy — szkoły ni na palec,

Skalą mizerną operuje marunie,

Mówi, że los mu sprzyja… Zuchwalec!

Zadowoliłby zaledwie kawiarnie.

W rolach kochanków zawsze się zaperzy,

5200

Gdzie trzeba klęknąć, on tam zęby szczerzy…”

XC

Tu Raucocanti nie mógł mówić dalej,

Bo mu przerwała mowę straż piratów,

Którzy do kabin z powrotem wzywali

Melancholijnych głosu potentatów.

5205

Smutno raz jeszcze przyjrzeli się fali,

Co nosi barwę podwójnych bławatów[334],

A bryzgi wody po niej w słońcu tańczą —

I zeszli z głową spuszczoną poddańczo.

XCI

Dnia następnego czekali piraci

5210

Z musu na firman[335] sułtański w Bosforze,

Święcony kodeks muzułmańskiej nacji,

Który omija każdy, jak kto może.

I oznajmili jeńcom, że w postaci

Janusa[336] — dama z damą w jednej sforze,

5215

Zasię mąż z mężem — mają być złączeni

I na stambulskim rynku wystawieni.

XCII

Zostali, skoro jeńców zsortowano,

Chłopiec bez pary oraz taka sama

Młódka; po scysji, gdzie ma być soprano

5220

Zaliczon, do płci Ewy czy Adama,

Po czym za stróża kobietom go dano —

Skuto ich razem; był to Juan, dama

Zaś owa — młoda bachantka, z urody

Taka, że mógł stąd dopytać się szkody.

XCIII

5225

Raucocantiego spięli stróże twardzi

Z tenorem; ci dwaj darli z sobą koty,

Jak tylko mogą drzeć aktorzy; bardziej

Sąsiad dolegał niż smutnej kłopoty

Niewoli; wszczęli spór, bo byli hardzi,

5230

I zamiast sobie nawzajem ochoty

Dodawać, żywą rozpoczęli kłótnię

Arcades ambo[337]… to jest — oba trutnie.

XCIV

OkoSocia doloris[338] Juana z Romanii

Ród wiodła, w marchii chowana Ankony.

5235

Oczy wiercące do dusznej otchłani

Mogły jej zjednać nazwę „belladony”,

Czarne jak węgiel, duże jak u łani.

Zalotność grała z twarzy opalonej

Słońcem; dar, co go nie lza lekceważyć,

5240

Zwłaszcza gdy dama potrafi go zażyć.

XCV

Lecz wszystkie próby jej były daremne,

Bo smutek czuwał w zmysłów jego bramie.

Próżno szły z ócz jej iskry na mgłą ciemne

Oczy; choć skuci tak, że nagie ramię

5245

W szyję go grzało, na członki foremne,

Dla jakich nawet mnich reguły łamie,

Spokojnie patrzał, w wierności wytrwały;

Może też rany świeże pomagały…

XCVI

Byliż gdzie — gdybyśmy w historię sięgli —

5250

Wierniejsi nadeń rycerze i pazie?

Szczęśliwsze damy, którym zaprzysięgli?

Z wielu prób męstwa jedną mam na razie:

„Nikt nie utrzyma rozpalonych węgli

Na dłoni, myśląc o zimnym Kaukazie.” —

5255

Juanek odbył z triumfem tę próbę

Ogniową, wielką stąd zyskując chlubę.

XCVII

Tu bym na przekór epickiej powadze

Wyznał, jak to ja bywałem zapalny!

Ale mnie skarżą moralności władze,

5260

Że w pieśniach mych dwóch za wiele realnej

Prawdy — Juana już na ląd wysadzę,

Bo mi wydawca pisze — człowiek walny —

Że łatwiej wielbłąd przez igielne ucho

Niż ja w uczciwy dom wejdę na sucho.

XCVIII

5265

Wszystko mi jedno — mówię z wami prosto:

Gdy mną gardzicie, niech wam daje rady

Smollet[339] i Prior[340], Fielding[341] i Ariosto[342],

Piękne dla skromnej epoki przykłady!

Lubiłem dawniej głupców ociąć chłostą,

5270

Lubiłem także poetyckie zwady.

Bywało, gdy mnie gdzie krytyk połechce,

To się odgryzę — ale dziś gryźć nie chcę…

XCIX

Chłopcem lubiłem pięść pokazać chwatom,

Dziś porzuciłem rycerską zabawę

5275

I zostawiłem kłótnie — literatom.

A czy mam krótko tylko dzierżeć sławę,

Póki drukarskim się powierzam szmatom,

Czyli[343] mam wieki długie wziąć w dzierżawę,

Zawsze w mogile odgłosy usłyszę

5280

Nie pieśni mej — to wiatru w nocną ciszę.

C

Żywot poetów, którzy z oddalenia

Czasu i dziejów idą tu w pieluchach

Sławy, jest drobną cząstką ich istnienia.

Imiona toczą się w chwały podmuchach

5285

Jak grudka śniegu, która się przemienia

W górę, w śniegowych na dół lecąc puchach,

I wstaje z grudki góra i mogiła

Duża i biała, lecz zimna, jak była.

CI

Wielkie imiona cóż są? Marne słowa,

5290

A żądza sławy co? Przyjemność mdłego

Smaku, od której zawraca się głowa

Ludziom łudzącym się, że się ustrzegą

Zaguby, która wszystko w grobie chowa

Do czasu przyjścia Syna człowieczego.

5295

PamięćWątpił ktoś, gdym stał na grobie Achilla,

O Troi. Przyjdzie i na Rzym ta chwila.

CII

Tak pokolenia w wiekowej ruinie

Znikają — trumnę na trumnie się składa,

A potem nawet pamięć wieków ginie

5300

I z przeznaczenia w grób dzieci zapada.

Napisy grobu dziadów — gdzież są ninie[344]?

Ledwie się który zbutwiałym wykrada

Głazom, co kryją bezimiennych kości:

Miliony — w spólnej grzebane nicości!

CIII

5305

Przejeżdżam co dzień tam, gdzie poległ z chwałą

Z bohaterami idący w zawody,

Za długo ludziom żyjący — za mało

Ludzkiej próżności Gaston de Foix[345] młody.

Pęknięty filar z podstawą spróchniałą,

5310

Grubo ciosany — marny znak nagrody —

Przypomni zlane krwią raweńskie pole;

Wkoło porosły osty i kąkole.

CIV

Chodzę codziennie, gdzie Dant ma mieszkanie:

Skromna kopuła, osłania niedumny

5315

Grób, ale cały, bo poszanowanie

Strzeże tu wieszcza, nie żołnierza trumny.

Jednak przyjdzie czas, gdy nic nie zostanie

I z dzieł poety, i z wodza kolumny,

Tak jak ginęła sława bohatera

5320

Przed Achillesa przyjściem i Homera.

CV

Krwią ludzką owa kolumna lepiona,

Dziś kałem ludzkim stopę ma zwalaną,

Jakby obelga głazowi zrządzona

Była nagrodą za krew tam wylaną.

5325

Taki jest triumf i tak się dokona

Słuszna odpłata za niehamowaną

Krwi i wielkości żądzę, tak się wściekle

Miecącą, jak Dant chyba widział w piekle.

CVI

Lecz będą wieszcze. Choć sława dym pusty,

5330

Jej woń człowieka nęci zawsze, wszędzie.

Myśl niespokojna, co się pierwsza usty

W pieśni wylała, nią się zawsze będzie

Objawiać; jako przez brzeg wód upusty,

Tak się przelewa przez duszy krawędzie

5335

Uczucie pieśnią, która jest swobodna

Albo była nią, nim się stała modna.

CVII

Gdyby z przekleństwa losu ci, co żyli

W kontemplacyjnej ducha i burzliwej

Epoce, co wszech żądz męki przebyli,

5340

Dostąpić mogli tej siły straszliwej,

Iżby uczucia swoje przedstawili

Jako w zwierciadle w epopei żywej,

Dobrze byś zrobił, nie dając jej światu,

Lecz by cudnego pozbył poematu…

CVIII

5345

O, wy, będące wyrocznią księgarzy,

Sawantki! Z żeńskich najłaskawsze natur,

Cenzurujące książki blaskiem twarzy,

Dajcie mi — błagam — wasze: Imprimatur[346].

Czyż mam się zniżyć do nędznych kucharzy,

5350

Którzy nie znają parnaskich kreatur[347],

Mamże ja jeden sam podług zwyczaju —

Nie pić waszego kastalskiego czaju?

CIX

Co? — już nie będę „lwem” jak inne lordy —

Z czapeczką błazna, kołpaczkiem pazika?

5355

Nie będę słuchał pochlebstw głupiej hordy

Krzycząc: I can't get out[348]! jak szpak Yorika?

Będęż przysięgał jak poeta Wordy

(Że świat czytając go oczy przymyka):

„Och! nie ma gustu — sława to loteria,

5360

Którą frymarczy[349] błękitna koteria!”?

CX

O tajemnicze, urocze bławatki!

(Jakby ktoś śpiewał o nieba błękicie,

A ja, uczone panny, wdowy, matki,

O was) podobno pończoszki nosicie

5365

Modre — nie sprawdzam, trwożny o upadki —

Kolor podwiązek, w które ku wizycie

Rannej do króla lub na dworskie bale

Lord lewą łydkę przystraja wspaniale.

CXI

Są między wami dusze seraficzne[350];

5370

Minął czas, kiedyśmy pełni ochoty,

Wy moje rymy, ja oczęta śliczne,

Ach! studiowali; czas piękny, czas złoty…

Dziś jeszcze lubię dusze z wiedzą styczne,

W nich się częstokroć pielęgnują cnoty.

5375

Znałem ja jedną niebieską pończoszkę,

Miluchną, dobrą — ale głupią troszkę….

CXII

Pan Humboldt[351], pierwszy z podróżników świata,

Lecz nie ostatni — jestem przekonany —

Wynalazł — wyszła mi z pamięci data

5380

Odkrycia — nie wiem równie, jak jest zwany

ów przyrząd — bardzo dowcipny — do kata! —

Którym się mierzą atmosfery stany

Przez oznaczenie napięć w dolnej sferze…

O, lady Daphne! Pozwól, niech cię zmierzę!

CXIII

5385

Lecz do powieści. Korsarz zapłacony

Miał niewolnikiem napełnić stolicę.

Po formalnościach zwyczajnych puszczony,

U wrót seraju zarzucił kotwicę.

Ładunek zdrowy i nie zarażony

5390

Posłano tegoż dnia na targowicę:

Gromadę Rosjan, Gruzińców, Czerkiesów,

Dla rozmaitych żądz i interesów.

CXIV

Kilka sprzedano drogo. Za Czerkieskę,

Kwitnącą barwą róż, dowodnie czystą,

5395

Tysiąc i pięćset złożono na deskę

Dukatów — ależ płeć miała ognistą!

Różni tam kupcy wyciągali kieskę

I już dawali za nią tysiąc i sto;

Lecz gdy się tamci ceną nie straszyli,

5400

Czując, że Sułtan tu w grze — odstąpili.

CXV

Murzynki z Nubii sprzedano po cenie,

Jak notowały ją Indie Zachodnie;

Wilberforce[352] sprawił to, że wyzwolenie

Popodwyższało ceny. Niezawodnie

5405

Rzecz taka ludzkie oburzy sumienie,

Ale grzech lubi żyć jak król wygodnie.

Gdy miłosierdzie niewolnictwo znosi,

Występek jego użyteczność głosi.

CXI

Jak kupowali pojedyncze pary

5410

Paszowie, Żydzi, powiem — co się da rzec

Później; jak jedni poszli pod ciężary,

Inni na bejów[353] wyszli, lecz się zarzec

Musieli wiary — jak żeńskie ofiary

Drżały, aby ich nie wziął jaki starzec

5415

Wezyr[354], co sobie to kobietę bierze

Na nałożnicę, czwartą żonę, zwierzę…

CXVII

Wszystko zostawiam do następnej pieśni,

A bohatera, który się nieświetnie

Bawi (powinien byłem skończyć wcześniej

5420

Tę pieśń) — na teraz usunę dyskretnie.

Wiem ja, że nudzę, o moi rówieśni,

Lecz nie mnie — Muzie należą się pletnie[355].

O dalszych zatem przygodach Juana

W piątym Juanie — jak jest u Osjana[356].

Pieśń piąta

I

5425

Kiedy wieszczowie o miłościach gwarzą

W wierszach, ciekących łakotliwie miodem,

I jak Wenera ptaszki — rymy parzą,

Nie wiedzą, że są wielkich plag zarodem.

Im poczytniejsi, tym prędzej zakażą

5430

Ludzką społeczność — Owidiusz[357] dowodem.

Nawet Petrarka[358], sądząc go bez złości,

To platoniczny stręczyciel przyszłości.

II

Więc na sercowe pienia anathema[359]

Rzucam — wyjąwszy, których nikt nie słucha;

5435

Uznaję krótkie, treściwe poema,

Gdzie morał wali w grzech na kształt obucha,

Wiersz dydaktyczny, w którym pokus nie ma,

Bo w jądrze giną szpetne chuci ducha.

Jeśli mój Pegaz nie połamie kopyt,

5440

Tym dziełem stworzę moralności popyt.

III

Europejskie i azyjskie[360] brzegi

Lśnią pałacami. Rzeka Okeana[361]

Huśta na łonie lekkich naw[362] szeregi.

Kopuła Zofii[363] złotem malowana,

5445

Zieleń cyprysów i Olimpu śniegi,

I wysp dwanaście… w snach mi ukazana

Ziemia — słoneczna, czarowna, szczęśliwa,

W Marii Montagu listach wiecznie żywa.

IV

Mam jakiś pociąg do Marii imienia,

5450

Magiczna siła tkwi w tym dźwięku miłym;

Dawniej mnie niosła w krainę marzenia,

Gdzie o rozkoszach nie spełnionych śniłem.

Ja precz się zmieniam — ten czar się nie zmienia,

Straciłem wszystko — jego nie straciłem…

5455

Cóż to?… łza w oku?!… precz, smutek wehmiczny[364]!

Wszak obiecałem nie być patetyczny. —

V

Po Czarnym Morzu szedł wiatr, a bałwany

O Symplegady[365] modre tłukły głowę;

Z Grobu Olbrzyma widok niezrównany

5460

Na to wznoszenie się wód postępowe,

Kiedy dwu lądów podmywają ściany,

A ty bezpieczny patrzysz w fale płowe.

Z mórz, przyjmujących wymioty podróżnych,

Euksyn[366] najwięcej ma raf i skał różnych.

VI

5465

Był to dżdżysty dzień, jak się często zdarza

W jesieni, gdy się piękne dni skracają.

Parka tnie żwawiej nić losów żeglarza,

Burze do głębi mórz nurty wzruszają,

A skrucha nurty serc, bo śmierć zagraża

5470

Często tym, którzy czarne wody krają;

Lecz na cóż skrucha, gdy iść cnoty drogą

Zbawieni nie chcą, umarli nie mogą? —

VII

Gromadki różnej płci, wieku, odcieni,

Barw, każda ze swym handlarzem na czele,

5475

U bazarowych drżąc stały podsieni.

Biedacy! Jakżeż przecierpieli wiele!

Wszyscy, prócz czarnych, zdali się zgnębieni

Dumając, gdzie to ich dom, przyjaciele…

Czarni stoicko dźwigali obroże,

5480

Często ze skóry darci — jak węgorze.

VIII

Juan był młody — a że młodość bucha

Życiem, więc jeszcze pełen był nadzieje[367],

Choć przyznać muszę, stracił minę zucha;

Często łzę połknie, a gdy się zaśmieje,

5485

To z musu; może też starły w nim ducha

Zbyt przykre w czasie tak krótkim koleje:

Strata krwi, mienia, wygody, kochanki

I uciążliwe tureckie kajdanki,

IX

Które stoika zmogą[368]; lecz z pozoru

5490

Wesół był; lica niósł wypogodzone;

Postawa pańska, wytworność ubioru,

Na którym strzępy wisiały złocone,

Wartości jego dodały waloru

I wywyższyły go nad pohańbione

5495

Pospólstwo; zresztą zawsze był przystojny,

A rachowano też na okup hojny.

X

Jak szachownica rynek był upstrzony;

Biali i czarni stali w grupach małych,

Porozrzucanych w różne rynku strony.

5500

Ten żądał czarnych, a ten żądał białych.

Trwał zgiełk. Z innymi na targ wystawiony,

Trzydziestoletni stał mąż, w oczach śmiałych

Noszący hardy wyraz rezygnacji.

Stał przy Juanie, a wydał się z nacji

XI

5505

Anglikiem; krępy, prawie kwadratowy;

Płeć jak wyspiarze miał białorumianą,

Zdrowiutkie zęby, kręty, ciemnopłowy

Włos, a na czole niczym nie rozwianą

Zmarszczkę, znak siły głębokiej, duchowej.

5510

Jednę miał rękę w bandaż zawiązaną,

A stał tam z zimną krwią, wcale nie zbladłszy,

Niby spektator[369], co na scenę patrzy.

XII

Kiedy obaczył młodego chłopczynę

Wielkiej widocznie duszy, ale w roli

5515

Tak smutnej, żeby przeciągnęła minę

Nawet mężowi, zaczął się powoli

Interesować nim i o przyczynę

Smutku zapytał towarzysza doli,

Którą on jeden znosił licem gładkiem,

5520

Jak gdyby prostym — ot — była przypadkiem.

XIII

„Mój chłopcze — mówił — śród tej pospolitej

Czeredy Rusów, Murzynów, Czerkiesów

I obszarpańców barwy rozmaitej

— Nam braci dzisiaj z fortuny karesów[370]

5525

Szlachcicem jestem pewno ja sam i ty.

Więc się dla spólnych złączmy interesów,

Osłodzić dolę twą pociechy miodem

Pragnąłbym; proszę cię, skąd jesteś rodem?”

XIV

„Z Hiszpanii” — Juan rzecze. — „O, tak, iście

5530

Poznałem zaraz, żeś nie z greckiej gliny.

Te psy nie patrzą tak dumno-ogniście.

LosFortuna tu z nas postroiła kpiny,

Już ona taka, bo chce oczywiście

Doświadczać; czmychnie — wraca w pół godziny.

5535

Ho, ho, czułem ja często jej surowość,

Lecz dla mnie nigdy to nie była nowość”.

XV

„Proszę — rzekł Juan — pytanie darować:

Co cię przywiodło tutaj?” — „O! rzecz zwykła:

Sześciu Tatarów i powróz”. — „Żartować

5540

Lubi pan; pytam, skąd właśnie wynikła

Ta ostateczność?” — „Wstąpiłem wojować

Do rosyjskiego wojska; tu się wikła

Mój los, bo oto przy widdyńskim szturmie[371]

Wzięli mnie w jasyr, osadzili w turmie”.

XVI

5545

„Masz pan przyjaciół?” — „Miałem, lecz nadzieję

Noszę niepłonną, że ich już nie ujrzę,

A teraz, gdym ci opisał koleje

Własnego życia, odpłacając snujże

Swoje!” — „Ach, panie, smutne to są dzieje

5550

I długie…” — „Długie! — krzyknął tamten. — Stójże!

Daj lepiej pokój; każda powieść tkliwa,

Gdy długa, staje się dwakroć tęskliwa.

XVII

Nie spuszczaj głowy, bo błogosławiona

Młodość; fortuna ma płochość[372] motylą,

5555

Lecz cię nie rzuci (bo nie twoja żona)

I wnet dni twoich smutków się przesilą,

Walka z tą damą byłaby tak płoną[373]

Jak opór kłosów, gdy się pod sierp chylą;

Człek jest igrzyskiem losu, choć z daleka

5560

Patrząc, los się zda igrzyskiem człowieka”.

XVIII

— „O teraźniejszą by mi nie chodziło

Dolę — ale, ach! gdy wspomnę… kochałem!”

Urwał i czarne mu się rozżaliło

Oko, błysnęło łzą, która po białem

5565

Licu spłynęła. — „Co było, to było!

Nie teraźniejszy los, jak powiedziałem,

Tak mnie rozrzewnia; ja przeniosłem klęski,

Których by nie zniósł umysł bardzo męski,

XIX

Na wielkim morzu — ale ten cios świeży…”

5570

Tutaj znów urwał, wzrok smutny odwodzi.

„Aj! — rzecze Anglik — jak to się młodzieży

Z oczu wyczyta, gdy o damę chodzi!

Słusznie wspomnieniu jej łza się należy;

Ja bym w tym razie płakał też… O! młodzi!…

5575

Płakałem, gdy mi śmierć pierwszą zawlekła

Żonę; płakałem, gdy druga uciekła;

XX

Trzecia…” — „Co? trzecia? — Juan rozwarł oczy —

Żona, UcieczkaPan masz trzydziestkę ledwo i trzy żony?”

„Dwie, bo jak rzekłem, pierwszą ziemia tłoczy.

5580

Cóż w tym za dziwo, patrząc z dobrej strony,

Że ktoś po trzykroć w jarzmie się przytroczy?”

„Więc z trzeciej byłeś pan zadowolony?…

Co?… czyż się i ta… dopuściła zbrodni…

Uciekła?…” — „Nie…” — „Więc?” — „Ja uciekłem od niej!”

XXI

5585

„Zbyt trzeźwo, panie, na rzeczy patrzycie!”

„Ha! Cóż, nie jestem do czułości skory…

Wy macie swoje gwiazdy na błękicie,

Moje już spadły. Dla wiośnianej pory

W ułud i marzeń kwiat stroi się życie,

5590

Czas jednak ściera zeń świetne kolory,

W życiowej walce nieszczęście zwycięża;

Złudy zrzucają skórę na kształt węża.

XXII

Co prawda, druga jest świeża i ładna;

I długo ładna; lecz czas nie przystawa,

5595

Skóra, jak ciało, śmierci jest podwładna,

Która ją prawom natury poddawa;

Naprzód rozciąga sieci miłość zdradna,

Potem ambicja, chciwość, zemsta, sława

Smarują lepem drzewko naszych chęci,

5600

Gdy pieniądz jeszcze i wielkość nas nęci”.

XXIII

„Wszystko to piękne i prawdziwe może

— Rzekł Juan — lecz ja, panie, nie pojmuję,

Niewola, WładzaCo to nam w nędzy dzisiejszej pomoże”.

— „Nie wiesz? Ależ to jak z kłębka się snuje!

5605

Zresztą, gdy nie wiesz, to ja ci wyłożę:

Wiedzy nabędziesz, bratku! Kto poczuje,

Co jest niewola, nauczy się snadnie[374]

Rządzić, kiedy mu panem być wypadnie”.

XXIV

„Gdyby to panem być! Choć chwilę małą —

5610

Rzekł Juan — toż bym ja tych pogan chłostał!”

I wzdął westchnieniem ciężkim pierś zbolałą.

„Boże, strzeż tego, kto by mi się dostał!” —

„Może to jeszcze stać się, tylko śmiało!

— Wszak los ci jeszcze dłużnikiem pozostał,

5615

Patrz no, jak eunuch ten oczy wyłupił

Na nas; chciałbym już, żeby nas kto kupił. —

XXV

Lecz przede wszystkim, jaki los dzisiejszy?

Zły. Może lepszy spaść z fortunnej szali.

Im znamienitszy człowiek, tym podlejszy

5620

Niewolnik żądz swych, chuci i tam dalej.

Ktoś by pomyślał, że społeczność zmniejszy

Egoizm tkwiący w jednostce… utrwali!

Nie współczuć, oto jest wyraz spółczesnych

Dążeń w tym świecie ludzi bezserdecznych!” —

XXVI

5625

Teraz osoba czarna nijakiego

Rodzaju weszła w bazarowy ganek,

Okiem badając siłę, wiek każdego

Jeńca: młodzieży i dzieci, i branek,

Czy mu się przyda które i do czego.

5630

Ani w kochankę tak patrzy kochanek,

Koneser w konia, chirurg w swe narzędzia,

Adwokat w taksy, w czarownicę sędzia,

XXVII

Jak handlarz ludzi w towar upatrzony…

Rozkoszna to jest rzecz kupować braci,

5635

Wszyscy zaś kupni, byle słabe strony

Wymacać; jednych się uśmiechem płaci,

Drugich posadą, pałkami korony

Hrabskiej, tytułem, krzesłem na kolacji

Książęcej, złotem — tanio albo drogo,

5640

Bo od korony do kopnięcia nogą.

XXVIII

Rzezaniec wwiercił w obu oczy szare,

Do kupca podszedł i zaczął na stronie

Targ o jednego z nich, potem o parę.

Zaklinali się (sic) i bili w dłonie,

5645

Jak chrześcijanie, gdy sprzedają stare

Barany, woły, dychawiczne konie.

Stąd owy handel wyglądał na wojnę

O bydło, niby ludzkością dostojne.

XXIX

Nareszcie kłócąc się, targując, łając,

5650

Wydobywając kieski i na nowo

Kryjąc, pieniądze w palcach obracając,

Ważąc, badając, czy towar ma zdrową

Cerę, znów pary miast cekinów dając,

Skończyli trudną kwestię rachunkową

5655

I kupiec, cudzej obojętny biedzie,

Wesoły zaczął myśleć o obiedzie.

XXX

Nie wiem, czy potem apetyt miał lepszy

I czy miał także łatwiejsze trawienie…

Ktoś by pomyślał, że niesmak przepieprzy

5660

Mu obiad; że się w nim ozwie sumienie

Pytaniem, czy Bóg każe na kształt wieprzy

Ludzi sprzedawać?… Czy tak? Sądzę, że nie.

Choć twierdziłbym, że refleksyjną bytu

Ludzkiego chwilą jest chwila przesytu.

XXXI

5665

Voltaire[375] mówi: „Nie!” „Candide mój — powiada

Podjadłszy, życie zwie dopiero znośnym”. —

Myli się. Jeśli człek jak zwierz nie jada,

Przesyt jest stanem dlań przykrym i sprośnym,

Chyba pijany — wtedy wszystko wpada

5670

W mózg i zagłusza niesmak hukiem głośnym.

Z synem Filipa[376] (a zarazem Ammona[377],

Bo jeden ojciec, jak jedna korona,

XXXII

Było mu mało) mówię: Jedzenie, Kondycja ludzkaAkt naczelny

Jedzenia i te, które ciała tyczą,

5675

Uczą, że człowiek jest mniej niż śmiertelny.

Kiedy pieczenią owczą lub indyczą,

Zupą i rybą może się stać dzielny,

One są jego bólem i słodyczą,

To po cóż pyszni się władzami ducha?

5680

Śliczna potęga — niewolnica brzucha!

XXXIII

Raz w piątek wieczór, w godzinę wieczerzy

— Darują przerwę piękne czytelniczki —

Mam wyjść; biorę płaszcz; tuż na stole leży

Laska, kapelusz mój i rękawiczki;

5685

Słyszę strzał… ósma wybiła na wieży,

Zbiegam ze schodów, wpadam w głąb uliczki,

Na ziemi leży komendant, w krwi broczy,

Czoło ma zimne już i błędne oczy.

XXXIV

Biedak! Z przyczyny marnej rozbójnicy

5690

Pięciu kulami zmacali mu skórę

I zostawili trupa na ulicy.

Kazałem wnieść go do siebie na górę,

Trząsłem, wołałem, ale po próżnicy,

Nie człowiekowi rwać się na naturę.

5695

Zginął — dla lichej sprzeczki, z rąk partacza,

Dostawszy pięć kul z starego garłacza.

XXXV

TrupPatrzyłem w niego, bo go dobrze znałem,

A chociem wielu oglądał zabitych,

Tak cichej śmierci nigdy nie widziałem.

5700

Zda się — spał, a że z pięciu ran zakrytych

Krew nie płynęła i nie zdradzał ciałem

Spokojnie sztywnym boleści przebytych,

W śmierć byś nie wierzył; tak tedy nad spiekłym

Zewłokiem stojąc, myślałem czy rzekłem:

XXXVI

5705

„To więc ma być śmierć? Cóż się życiem zowie?

Powiedz!” — On milczy. „Wstań!” — Odeszła dusza.

A wczoraj jeszcze tryskało zeń zdrowie,

Wczoraj go jeszcze tysiąc ludzi słusza[378]

I drży… i kiedy jak centurion powie:

5710

Stój! — oddział stoi. Ruszaj! — zaraz rusza.

Wczoraj miał konia, surmy i fanfary,

Dzisiaj na bębnie kir i proste mary.

XXXVII

Wszystko, co bało się go i kochało:

Żołnierze, trzódka rubasznej drużyny,

5715

Przyszli ogllądać komendanta ciało

Ranne — ostatni raz, choć nie jedyny.

I taki koniec! Ten, co niegdyś z chwałą

Spędzał i straszył twarzą Francji syny,

Pierwszy w natarciu i pierwszy w gonitwie,

5720

Zabity w bójce ulicznej — nie w bitwie!

XXXVIII

Przy starych ramch widne były nowe;

Tamte zaszczytne, bo laur nimi zdobył;

Więc straszne było takie kontrastowe

Zejście… Lecz zmienię temat, bom nie dobył

5725

Stąd odkryć tylu, ile na mą głowę

Przystało; Śmierćczęsto myślę, co by to był

Za skarb, gdyby tak z śmierci wysnuć parę

Prawd wzmacniających wiarę czy niewiarę.

XXXIX

Ha! Tajemnica. Dziś tu, jutro w grobie,

5730

I ruszaj! — dokądże? Nie powiedziano.

Pięć gałek, trzy, dwie, jedna, i po tobie!

Na toż krew, aby ściekła lada raną?

Lada element wyższy na tym globie

Niż człowiek — on ma życie, a nam dano

5735

Śmierć… nam, w których się wszystka wiedza mieści?…

— Lecz do przerwanej czas wrócić powieści.

XL

Nabywca skończył targ i w tym momencie

Jeńców umieścił w kaiku złoconym.

Siadł z nimi, dał znak, i jak na zaklęcie

5740

Pomknęła łódka, prując wody łonem.

Jeńcy skuleni, jakby szli na ścięcie,

Czekali końca. Kaik w upatrzonem

Miejscu zwolniwszy, skręcił się jak mewa

Pod mur, gdzie rosły cyprysowe drzewa.

XLI

5745

Tutaj przewodnik zapukał w tajemne

Drzwiczki; otwarto; weszli; on na przodzie.

Wiódł ich przez gąszcza i ścieżyny ciemne

Drzewnym szpalerem; rzezaniec[379] w ogrodzie

Chwilą się zbłąkał, co wcale przyjemne

5750

Nie było, bo już dobrze po zachodzie

Wstąpili na ów pałacowy taras.

Kaik nie czekał, lecz odpłynął zaraz.

XLII

Kiedy błądzili tak śród krzewów winnych,

Gajów oliwnych i pomarańczowych,

5755

O których rzekłbym dużo w słowach płynnych,

Bo nie ma u nas na naszych jałowych

Gruntach tych płodów Lewantu[380] (…i innych),

Gdyby nie to, że u pisarzy nowych

Cały Wschód z florą swoją się zagnieździł

5760

Dlatego, że wieszcz któryś w Turki jeździł.

XLIII

Kiedy błądzili wszyscy, Juan w głowie

Myśl poczuł i wraz powierzył ją swemu

Towarzyszowi; myśl, która — panowie —

Równie by przyszła mnie i wam, jak jemu.

5765

„Myślę — rzekł — że to hańbą się nie zowie,

Gdy się kto wymknąć chce losowi złemu.

Co powiesz na to: w łeb czarnego mruka,

A potem nogi za pas; niech nas szuka!” —

XLIV

„Tak! — rzecze drugi — a potem… i cóżże?

5770

Jak wyjść, którędy, dokąd, w kim nadzieja?

A choćbyś nawet dziś oszczędził skórze

Opłakanego losu Bartłomieja[381],

Znowu się jutro znajdziesz w jakiej dziurze.

I gorszej niż ta… o! kto głupi — nie ja.

5775

Ja głodny i jak Ezaw[382] — bez odwleczeń

Dziś pierworodztwo bym sprzedał za pieczeń.

XLV

Zresztą tu blisko gdzieś ludzie być muszą.

Negr za odważnie sam z więźniami kroczy.

Widocznie pewny, że go nie uduszą,

5780

Bo straż trzymają nad nim czyjeś oczy.

Krzyknie — to zlecą się — i żegnaj, duszo!

Więc nie powiadać hop, nim się przeskoczy,

Otóż — jesteśmy w domu — mój kochany.

Patrz, co za pałac iluminowany!”

XLVI

5785

Było istotnie domostwo obszerne

To, co ujrzeli. Nad bramą, na wschodzie,

Złocone, barwne, choć niezbyt misterne,

Rzeźbione wzorki po tureckiej modzie,

Gustem dość prostym. Sztuki tam mizerne,

5790

Choć pole wzięły po greckim narodzie.

Turecka willa każda malowania

Na sposób kulis albo parawana.

XLVII

Kiedy zbliżyli się, nadziemski zapach

Cebuli, jarzyn, baraniny z ryżem,

5795

Mile drażniący czy w nosach, czy w chrapach,

W postanowieniu powstrzymały chyżem

Juana, co już tkwił pokusie w łapach.

Towarzysz także warował się świeżym

Kruczkiem: „Na Boga! niechaj co przetrącę,

5800

A pójdę z tobą w piekło gorejące”.

XLVIII

Tak się do ludzkich słabostek przemawia:

Starcom na rozum, do uczuć — młodzieży,

Sposób z „rozumem” rzadziej się pojawia,

Bowiem do modnych dzisiaj nie należy.

5805

Ten mówca łzami, drugi znów naprawia

Batem — a każdy w słabą stronę mierzy:

Argumentami siły, z różnym skutkiem.

Lecz o to nie dba nikt, aby być krótkim.

XLIX

Znowu dygresja. Z przekonywających

5810

Dowodów siły, patosu, piękności,

Pochlebstwa, prośby, groźby i brzęczących

Dukatów — nic tak dobrze nie uprości

Sprawy głaskania drażliwych, gorących

Serc i pętania bujnych namiętności, .

5815

Jak wszechkoiciel gromki, lecz godowy,

Duszny głos trwogi — dzwonek obiadowy.

L

Turcy nie mają dzwonków, jedzą przecie.

Juan z Anglikiem — choć im nie brzmiał znany

Powszechnie dzwonek w chrześcijańskim świecie

5820

Ni czekał maitre d'hótel[383] galonowany…

Spostrzegli ogień, poczuli kotlecie

Wonie, ujrzeli kucharzy kaftany,

Białe — i ku tym fundamentom bytu

Zerknęli wieszczym okiem apetytu.

LI

5825

Toż zapomniawszy ze wszem o oporze

Szli za przewódcą, wyciągnąwszy nosy,

Eunuch ani śnił, że cielesnej korze

Jego tak straszne zagrażały ciosy.

Obu tymczasem zostawił na dworze,

5830

Zapukał — słychać było ciche głosy —

Otwarto; wszedłszy do ogromnej sieni

Stanęli, wschodnią pompą otoczeni.

LII

Nie opisuję; opis — moja chluba,

Lecz dziś lada kto opiewa z lirenki

5835

Swoje podróże; rośnie z tego gruba

Księga in quarto — łamże na niej szczęki!…

Jemu igraszka, a wydawcy zguba —

Ach! A natura nieszczęsna, na męki

Wzięta, z bolesną poddaje się gracją

5840

Rymom i listom, szkicom, ilustracjom.

LIII

Kołem pod ścianą Turcy, siedząc w kuczki,

Na szachownicach ciche wiedli boje;

Inni się znowu bawili jak mruczki

W monosylaby, mustrując swe stroje.

5845

Ci bursztynowe ssą w ustach munsztuczki[384]

Drogie i tanie — skrywszy twarz w zawoje,

Chodzą lub drzemią marząc o kochance

W raju; ten sobie rum przyrządza w szklance,

LIV

Gdy czarny eunuch z więźniami do sali

5850

Wszedł, jaki taki oczy od niechcenia

Wzniesie i zajęć swoich patrzy dalej;

Kto siedzi — nawet pozycji nie zmienia,

Inny wzrok na nich zatrzymuje trwalej,

Jak kupiec, wartość gdy konia ocenia;

5855

Na powitanie ów Negrowi głową

Skłoni, lecz nikt go nie trudzi rozmową.

LV

Przewiódł ich potem — nie mówiąc i słowa,

Przez pyszne, w dal się snujące komnaty

Ciche, bo w jednej tylko marmurowa

5860

Fontanna szmerem śpiące budzi kwiaty,

Owiane szatą nocy; czasem głowa

Kobieca przemknie i błysną zza kraty

Czarne, ogniste oczy, ciekawości

Pełne, co nocnych przyprowadza gości.

LVI

5865

Kilka lamp światłem słabego płomyka

Oświeca drogą przez następne sale,

Lecz przy nich bogactw okazałość znika,

Rozsnutych w całej majestatu chwale.

BogactwoNic tak czy we dnie, czy w noc nie przenika

5870

— Nie powiem strachem albo drżeniem — ale

Smętnością jak te komnaty bez duszy,

Gdzie snu drzemiących skarbów nic nie wzruszy.

LVII

Dwa tam ledwie znać — jeden całkiem ginie.

Na stepie, w zgiełku pospólstwa lub w boru,

5875

Tam to samotność żyje i dziedzinie

Swojej nadaje piętno duchów zboru.

Ale w galeriach zamkowych, w ruinie

Sali rycerskiej, w złoconego dworu

Komnatach, gdy miast wielu — jeden stanie,

5880

Straszno tak… niby śmierci czujesz wianie.

LVIII

Samotny kącik w podwieczór zimowy,

Książka, przyjaciel, kochanka, a razem

Pasztecik, winko i żołądek zdrowy

Są albijońskiej wieczornej wyrazem

5885

Rozrywki — choć to nie tak brylantowy

Widok jak teatr oświecony gazem.

W pustych krużgankach jam spędzał wieczory,

Dlatego bywam tak na smętek chory.

LIX

Człek tworzy wielkość, a sam w niej maleje;

5890

Kościoły stawia wzniosłe — no, już to mniej

Ganię, bo kościół boże głosi dzieje,

Wobec ich piękna imię się przepomni

Budowniczego. Ten jednak szaleje,

Kto wznosi pałac lub grobowiec. Skromni

5895

Bądźmy straciwszy raj; w Babelu wieży —

Jest przykład temu, który mnie nie wierzy.

LX

Babel był zamkiem myśliwskim Nimruda[385],

Mającym z murów i ogrodów sławę,

Gdzie Nebukadnezar[386] rządził, król luda,

5900

Nim żreć pewnego ranku zaczął trawę;

Gdzie Daniel w jamie z lwami czynił cuda,

Budząc dla siebie podziw i obawę;

Gdzie się wsławili Tysbe i Piram[387], i z

Nieczystych sprawek sławna Semiramis[388].

LXI

5905

Tę biedną skarży kronikarz sobaka

(Ot! potwarz, spisek, bo czyż kto uwierzy?…),

O niewłaściwą miłość do rumaka.

(Miłość ma także osobnych kacerzy[389]).

Źródłu, z którego trysła bajka taka,

5910

Przepisywacze winni i zecerzy,

Że zamiast „biegus” — „biegun” napisano.

Chciałbym, by rzecz, tę naszym sądom zdano.

LXII

Lecz do przedmiotu. Gdyby kto szalony

Przeciw istnieniu wieży Babel krzyki

5915

Podniósł, dowodząc, że dziś nie ma onej

Wieży ni śladu pomimo wyniki[390]

Badań IMĆ Richa[391], co przywiózł czerwonej

Cegły skrzyneczkę i dwa pamiętniki —

Nie wierzył Żydów niedowierczych czerni

5920

(Którym się wierzyć musi, choć niewierni) —

LXIII

Bacz, co Horacy[392] o tym głupstwie pisze

Masońskim pięknie nader i treściwie,

Gdy to, nie pomnąc na wieczności ciszę,

Żądzą mularską gorączkowo żywię:.

5925

Czy nie wiesz, gdzie jest koniec ludzkiej pysze?

(Morał jak zwykle kwilący płaczliwie)

Sepulchri immemor struis domos[393] — oto

Czemu doczesną parasz się robotą….

LXIV

Skręcili potem w boczne skrzydło domu,

5930

Gdzie niby ze snu obudzili echo.

Pośród przepychu i bogactw ogromu,

Wzrok zatrzymywał się, błądził z uciechą.

Sprzęty tam były niezdatne nikomu,

Lecz wytworności piętnowane cechą,

5935

Która najmniejszy szczegół odznaczała;

Tu prym natura sztuce dać musiała.

LXV

Ta sala zdała się tylko przechodnią

I wiodła w dalsze, wspanialsze komnaty,

Umeblowane z wystawnością wschodnią.

5940

Sprzęt w nich dobrany był, piękny, bogaty,

Sofy tak miękkie, że zdało się zbrodnią

Sieść[394] na nie; cudne dywany, makaty,

Kobierce rzadkie, że brała ochota

Po nich jak rybka prześliznąć się złota.

LXVI

5945

Lecz Negr nie raczył zaszczycić spojrzeniem

Owych przepychów, stawiąc nogę śmiało

Tam, kędy[395] oni stąpali ze drżeniem,

Jakby pod stopą niebo im się słało;

I, przystąpiwszy do ściany, ramieniem

5950

Sięgnął, i otwarł jakąś szafkę małą,

Ukrytą w ścianie — którą ot — stąd widać.

Jeśli nie widzisz, zechciej pokój mi dać…

LXVII

Chcę być wizyjny; otóż eunuch stary,

Jak rzekłem, sięgnął i wyjął ze skrytki

5955

Stroje wartości różnej, barwy, miary

Na muzułmańskie grzbiety, biodra, łydki:

A więc kaftany, pasy, szarawary,

Z których artykuł żaden nie był brzydki,

I jął[396] wybierać najbardziej gustowne

5960

Rzeczy, dla dwojga swych więźniów stosowne —

LXVIII

Dla Brytańczyka oraz dla Juana.

Pierwszy, roślejszy, dostał nieobcisły

Kaftan kandiocki, długi po kolana,

Spodnie dość mocne, tak żeby nie prysły

5965

Nawet na lędźwiach paszy lub gwardiana;

Szal kaszemirski, co by miękkie zmysły

Ucieszył; po nich, dopełniły reszty

Dandysowego stroju, kindżał, meszty.

LXIX

Gdy się ubierał, rzezuń — który zwie się

5970

Baba — wyłuszczał olbrzymie korzyści,

Jakie to jeden i drugi wyniesie,

Jeśli nadzieje w nich złożone ziści

I w osobistym pójdzie interesie,

Dokąd go losy zawiodą. „Aliści —

5975

Dodał — tysiąckroć powiększycie kieski,

Jeśli zechcecie poświęcić obrzezki…

LXX

Co do mnie — mówił — cieszyłbym się szczerze,

Gdyby z was stali się Osmanie prawi[397],

Jednak wam wolność zostawiam w tej mierze”.

5980

Drugi dziękował, że tak najłaskawiej

Bez zezwolenia ich nie przedsiębierze

Tej operacji małej. „Nie wiem — prawi —

Jak się nachwalić dość szlachetnej nacji,

Jej obyczajom i cywilizacji”.

LXXI

5985

Że bardzo mało ma do zarzucenia

Temu zacnemu nader obrzędowi;

Że gdy im tylko da co do zjedzenia

I ulży bardzo przykremu głodowi,

Zacznie namyślać się i bez wątpienia

5990

Usłuchać dobrej rady postanowi.

„Czy tak? — rzekł Juan szorstko — mnie się nie śni!

Ja sobie głowę dam obrzezać wcześniej.

LXXII

I wprzódy musi spaść niejedna głowa!” —

„Proszę — rzekł tamten — nie zakładać tamy

5995

Mym myślom i wpół nie przerywać słowa.

Otóż — jak mówię: Gdy powieczerzamy,

Rozważę, czyli twa rada jest zdrowa

I czy odrzucić ją, czy przyjąć mamy,

Rachując — że jak dotąd zawsze grzeczny,

6000

Nam pozostawisz wyrok ostateczny”.

LXXIII

„Teraz — rzekł Baba — niech pan młodszy kładzie

Te suknie” — mówiąc, wskazał szatę drogą,

Co by książęcej przystała paradzie.

Lecz Juan milczał i spojrzał złowrogo,

6005

Niezbyt przychylny takiej maskaradzie,

I kopnął suknie chrześcijańską nogą.

„Nie namyślaj się, kładź prędzej, i basta!”

Juan rzekł: „Starcze, nie jestem niewiasta”.

LXXIV

„Bądź sobie, czym chcesz — ja tam nieciekawy

6010

— Rzekł Baba — ale proszę, rób, co każę,

Bo nie przyszedłem tutaj dla zabawy…”

„Powiedz przynajmniej, komu w tej maskarze

Mam się przedstawić?” „Nie bądź no tak żwawy,

Mój chłopcze! To się w stosownym okaże

6015

Czasie i miejscu, i okoliczności;

Nie lubię zdawać sprawy z mych czynności”.

LXXV

„Więc jeśli zrobię to, to będę…” „Hola! —

Zawołał Murzyn — jeno mnie nie drażnij;

Dobra jest śmiałość, ale nie swawola,

6020

Więc nie rób ze mnie głupca i nie błaźnij!” —

Strój„Cóż to, mój panie, czy to moja rola

Suknią płeć babić?…” Jak sparzony w łaźni

Żachnął się Baba: „Jeszcze jedno słowo,

A ja cię zmienię w istotę bezpłciową!

LXXVI

6025

Są to, jak widzisz, bardzo ładne suknie;

Wprawdzie kobiece — ale takie szaty

Właśnie potrzebne”. „Brrr — Juan mruknie —

Niewieście!” W końcu, zakląwszy na katy,

Ciężkim westchnieniem, niby z miecha, huknie:

6030

„Na co u diabła zdadzą się te szmaty?…”

Tak zwał wzgardliwie koronki i gazy,

Co by księżniczka kładła bez obrazy.

LXXVII

Zaklął i westchnął; w piersiach mu wezbrało

Uczucie, gdy brał szarawarki na się

6035

Cieliste; potem wziął koszulkę białą,

Którą dziewiczy pasek objął w pasie;

Wkładając jednak spódniczkę o mało

Nie padł; „zaś” albo gminnie mówiąc: „zasię”

(Rym mnie przymusza rządzący nieczule,

6040

Bardziej tyrański i twardszy niż króle),

LXXVIII

Zasię potknięcie owo się tłumaczy

Nowością sukni i zakłopotaniem.

Juana. Skończył; nic chyba nie znaczy,

Że trochę krzywo suknie leżą na nim.

6045

Baba obchodzi dokoła i baczy,

Gdzie źle, z największym poprawia staraniem;

Gdy Juan wtłoczył ramiona w rękawy

Kaftana — sam się obejrzał ciekawy.

LXXIX

Bruździło jeszcze jedno: krótkie włosy,

6050

Lecz Baba radę znalazł i ze splotów,

Których miał w skrytce swojej pełne stosy,

Zrobił kosmyki i warkocz był gotów.

Zaplótł, pozwijał modnie długie kosy[398],

Które upstrzone błyskami klejnotów,

6055

Koronowały perukarskie dziwo;

Baba przeczesał, namaścił oliwą.

LXXX

Wreszcie skończyła się nieznośna męka.

Z pomocą różu, nożyczek, żelazka

Stanęła wcale[399] przystojna panienka,

6060

Aż ucieszony Baba w dłonie klaska:

„Patrzcie no — co to zrobiła sukienka.

A teraz proszę za mną, jeśli łaska,

To jest — ta pani”. Klasnął silniej w dłonie,

Dwaj Negrzy wpadłszy stanęli na stronie.

LXXXI

6065

„Pan — rzecze Baba kinąc na Anglika —

Pójdziesz z tą szlachtą na wieczerzę, a my,

Moja ty mniszko płochliwa i dzika,

Pójdziemy razem. Cóż się ociągamy?

Przepadło! Stąd już nikt się nie wymyka;

6070

Nie drżyj! Czy cię to wiodę do lwiej jamy?

Patrz! To jest pałac, gdzie, chodząc roztropnie,

Rozumny rajskich szczęśliwości dopnie.

LXXXII

Dziecko! Nie bój się — wszystko pójdzie pięknie”.

„Ha! to też wasze szczęście — rozbójnicy!…

6075

Wiedzcie, że pięść mi na karkach nie mięknie

I że nie mierzę nigdy po próżnicy.

Dotąd wam uszło, lecz cierpliwość pęknie,

Jeśliby kto śmiał sądzić po spódnicy,

Czym jestem — zatem radzę, moi mili,

6080

Niech się w tym względzie żaden z was nie myli!”

LXXXIII

„No, chodź” — rzekł Baba. W Juanowym łonie

Żal wezbrał, ręce prężył do kamrata,

Co się półgębkiem uśmiechał na stronie,

Widząc, jak chłopca odmieniła szata.

6085

„Żegnaj mi! — krzyknął ów, podając dłonie —

Patrz, w jakie cuda ta ziemia bogata:

Ze mnie pół-Turka, z ciebie pół-dziewczyny

Zrobił przeklęty eunuch w pół godziny”.

LXXXIV

„Bądź zdrów! — rzekł Juan — jeśli nam nie padnie

6090

Spotkać się, życzę smacznego obiadu!”

„Bądź zdrów! ach, żal mi na serce się kładnie;

Gdy się spotkamy, będziem do upadu

Gadać; za losem chodźmy oba składnie.

A szanuj cnotę i nie bierz przykładu

6095

Z Ewy!” — „Ho! nawet sułtan mnie nie skusi,

W razie ochoty, ślub ze mną wziąć musi”.

LXXXV

Tak się rozeszli, każdy w swoją stronę. —

Baba Juana wiódł z sali do sali,

W kamienne ganki, galerie złocone

6100

Aż do olbrzymiej bramy, co z oddali

Chyliła ku nim kontury zamglone.

Wokoło wiała woń róż i konwalii…

Jak gdyby weszli w kaplice zakonne,

Wszystko tam ciche, uroczyste, wonne.

LXXXVI

6105

Brama ta ciężka, wysokiej postawy,

Brązowa, pięknie miała wierzch rzeźbiony.

W rzeźbie rycerstwa bój toczył się krwawy;

Już u zwycięzcy stóp legł zwyciężony;

Za triumfalnym wozem jeńców łzawy

6110

Tłum, jeszcze dalej szły wojsk legijony.

Musiał pamiętać ten zabytek stary

Czas, gdy w Bizancjum władały Cezary.

LXXXVII

Ta wielka brama w sam koniec uciekła

Rozległej sieni; przy niej stanowisko

6115

Miały dwa karły, brzydkie jakby z piekła

Dwa małe czarty — niby pośmiewisko

Groźnym podwojom furty, co rozwlekła

Piramidalne nad nimi sklepisko.

Gdyś szedł wpatrzywszy się w rzeźbione wzorki,

6120

Mogłeś niechcący przydeptać potworki.

LXXXVIII

Aż przystąpiwszy już przed same wrota,

Skoczyłeś, kształt ich spostrzegłszy poczwamy;

Bo też dziwiła tych ludzi brzydota!

Kolor ich płci ni szary był, ni czarny,

6125

Ni biały — tu się pióro darmo miota

W opisie; pędzel chyba byłby karny.

Monstra, Pigmejów co to noszą imię,

Karły — a sumy kosztują olbrzymie.

LXXXIX

Ich służba była: Stać przy drzwiach i czuwać —

6130

A były silne chłopy, choć tak niskie;

Zresztą drzwi dały się łatwo rozsuwać,

Bo miały luźne zawiasy i śliskie,

Jako Rogersa rym; również wysnuwać

Umieli niby sznureczki paryskie

6135

Dla buntowniczych paszów sznur z jedwabi[400],

Najlepsi k'temu tacy niemi drabi.

XC

Na migi z sobą rozmawiali malce

Oba — a wzrok w nich utkwili jak zbóje,

Kiedy niewolnik podniósł oba palce

6140

Na znak, aby ich puścili w pokoje.

Juan się przeląkł, bo jak złe padalce

Oczu iskrzących weń utkwili dwoje,

Wzrok taki może kłuć jak żądło żmije

I zaczaruje, jeśli nie zabije.

XCI

6145

Nim weszli, Baba Juana objuczył

Radami, mądre mu dając przestrogi:

„Dobrze by było — abyś się nauczył

Wysuwać z mniejszym majestatem nogi,

Bacz równie, abyś ich jak gęś nie włóczył,

6150

Chwiejąc się — chociaż błąd to niezbyt srogi

Owo chwiejanie… proszę cię też, pomnij

Wzrokiem dokoła rzucać nieco skromniej.

XCII

Rada się przyda, bo tych niemych oczu

Jak szpilki na skroś przebiją ci suknie;

6155

A niech no tylko który płeć twą zoczy,

To nas tak pięknie jutro Bosfor spłuknie

Zaszytych w worki, że nim się rozmroczy

Noc, popłyniemy do Marmary, nóg nie

Mając za wiosła — ten rodzaj żeglugi

6160

Bardzo tu częste oddaje usługi”.

XCIII

Tak mu dodawszy otuchy, szedł dalej

I do wspaniałej wprowadził komnaty.

Jakby anieli w niej cuda rozsiali,

Oko z trudnością mogło spocząć na tej

6165

Ogniem i tęczą malowanej fali,

Gdzie migotały rubiny, granaty,

Złoto na sprzętach — wszystko jak obrazki

W krąg jaskrawymi opasane blaski[401].

XCIV

Za złoto kupisz złoto — lecz majątek

6170

Z gustem nie chodzi; nie tylko na Wschodzie,

Lecz i u naszych zachodnich książątek

W pałacach, które widziałem w przechodzie,

Choć złotem każdy zapełniony kątek,

Łuna nie bije zeń; za to smak bodzie

6175

Mebel lub posąg krzywy, malowidła…

Nie mówię, żeby Muza mi nie zbrzydła.

XCV

W tej to królewskiej sali, na stojącej

W zagłębiu sofie, z niedbałym królowej

Wdziękiem leżała bez ruchu, półśpiący

6180

Kobieta. Baba ukląkł, ruchem głowy

Dał Juanowi znak, który niechcący

Ukląkł też, choć to był dlań sposób nowy

Witania; Baba zaś jak przed ikony[402]

Bił przepisane prawami pokłony.

XCVI

6185

Więc Dama z sofy powstała gwałtownie,

Jako pafijska Wenus ze spienionej

Fali; jej sarnie oczy jak dwie głownie

Z emaliowanej tryskały osłony…

Podnosząc ramię białe i cudownie

6190

Jasne, skinęła; Baba nachylony

Kraj purpurowy szaty jej całował

I szepcąc, gestem jeńca ukazował.

XCVII

Była w tej chwili dumna jak na tronie;

Piękność jej miała moc, co serca kruszy,

6195

Więc, że opisem słabym jej nie zgonię,

Wolę, iż sobie dośpiewacie w duszy.

Nie szkodzi, jeśli z powieści uronię

Opis jej kształtów, bo wiem, że ogłuszy

Słuchacza opis, niby listy gończe

6200

Dokładny — kładę więc kropkę i kończę.

XCVIII

W nawiasie dodam: Miała postać róży

W rozkwicie; z wiosny przechodziła w lato.

Są twarze, które z życiodajnych kruży[403]

Woda odmładza ciągle; przykład na to —

6205

Maria ze Szkocji; prawda — miłość burzy

Równie jak łzy; ich pochód wdzięków stratą

Płaci kobieta; rzadko jak u Ninon

De l'Enclos[404] wdzięki do grobu nie zginą.

XCIX

Słów przemówiła kilka do swej świty,

6210

Co była z dziewcząt dwunastu dobrana

I miała strój tym samym krojem szyty

Jak suknie, co płeć chowały Juana.

Wieniec to niby był z latawic wity,

Z którym po lasach hasała Diana[405];

6215

To podobieństwo kształtu tylko tycze,

Innych panieńskich zalet w to nie liczę.

C

Schyliły głowę, kornie się cofając,

Jednak nie przez te same drzwi, którędy

Wszedł Juan; on zaś otwierał jak ając

6220

Oczy, na skarby rozsypane wszędy;

Patrzał — olśniły go, po zmysłach grając.

Za pięknem idzie podziw, a w też pędy

Trwożny szacunek; iście godzien kary,

Kto pierwszy rzucił myśl: Nil admirari[406].

CI

6225

„Nic nie podziwiać! — Kto myśl tę pochwali

(Myśl jasna górnej mowy nie pożycza),

Temu przyniesie szczęście i utrwali.”

(Słowa wyjęte z tłumaczenia Creecha).

Horacy pisał tak w wieków oddali,

6230

Dzisiaj Pope[407] stare skarby znów przelicza.

Lecz gdyby podziw był zakazywany,

Czyżby Horacy był dziś podziwiany?…

CII

Gdy się wyniosły owe dziewic chóry,

Baba jął[408] dawać Juanowi znaki,

6235

Aby, zbliżywszy się, klęknął raz wtóry

I pocałował w nogę; lecz na taki

Rozkaz don Juan odział się w ponury

Upór, a że miał krew nie jak prostaki,

Rzekł, że się duma z szlachectwem sprzymierza:

6240

W nogę całuje się tylko papieża.

CIII

Baba tłumaczył, prosił, a spod oka

Na ten niewczesny[409] upór miotał błyski,

Mruczał o stryczku… lecz Juan, z wysoka

Patrząc, stanowczo nie chciał się stać niski,

6245

Choćby przed samą niewiastą proroka.

Ba! Etykieta szerzy swe uciski.

Wszędzie: na dworach czy zamkach koronnych,

Rautach, regatach i wyścigach konnych.

CIV

Stał niby Atlas, tatarskiej by ordy

6250

Nie przestraszył się, z gniewu Negra szydził.

Krew, co mu dały kastylijskie lordy,

Zagrała w żyłach; gdyby ją powstydził,

W sercu by mu się wgryzły przodków kordy

I duch praojców by go znienawidził.

6255

Baba, zadając sobie próżną mękę.

Rzekł: „Nie chcesz w nogę, pocałujże w rękę!”

CV

To już byt rodzaj hołdu niepotworny:

Kompromis gładki i dyplomatyczny,

Który załatwiał trudności w niesporny

6260

Sposób; don Juan więc, mając wytyczny

Kierunek, stał się rycerski i dworny,

Chwaląc ten rodzaj hołdu zagraniczny.

Wszak w jego kraju pani czy panience.

Szlachcic całuje nie nogi, lecz ręce.

CVI

6265

Więc się przybliżył, choć nieco niezdarnie.

Rączka jej była iście pańskiej rasy.

Do takiej młodzież ustami się garnie,

Chciałaby przylgnąć i pić po wsze czasy

Słodycze (że tak powiem kulinarnie).

6270

Wspomnisz me słowa, kiedy dotkniesz krasy

Rączek swej lubej; nieraz nawet cudza —

Wierność dwunastomiesięczną ostudza.

CVII

Dama mierzyła go wzrokiem upartym,

Baba na rozkaz jej cofał się ruchem

6275

I stylem w takich odwrotach utartym, —

A równocześnie szeptał mu za uchem

Z jakimś nań patrząc uśmiechem niewartym:

. „Nie bój się, chłopcze, niczego: bądź zuchem”.

A lice tak mu błogością płonęło,

6280

Jak gdyby spełnił jakieś zbożne dzieło…

CVIII

Kiedy znikł — nagła w niej zaszła przemiana.

Nie wiem, jaka tam duszę myśl zaległa,

Ale zadrgała brew pofałdowana,

A twarz z marmuru, kiedy krwią nabiegła,

6285

Była jak chmura, słońcem malowana,

U nieboskłonu; w oku jej zażegła[410]

Uczuć pochodnia namiętność gorącą,

Półpożądliwą, półrozkazującą.

CIX

W wszystkich kobietach siedzi słodycz luba,

6290

Szatan to siedział w jej rysów słodkości,

Ten, co zwiódł Ewę w postaci cheruba

I odtąd ludziom trakt do piekieł mości.

Lecz jak się kazi plamą słońca chluba,

Czegoś tam brakło do doskonałości…

6295

To było gładkiej jej urody sękiem,

Że przyzywała rozkazem, nie wdziękiem.

CX

Każdy jej gest i czyn stają się niby

Aktem królewskim, kiedy się zespolą;

Gdy na cię spojrzy, jakby skuła w dyby.

6300

— Powiem wam: zachwyt jest także niewolą;

Wszak piękno wiąże, wpadłszy przez ócz szyby.

Dusze są jednak wolne; nie pozwolą,

By zmysły miały nad nimi przewodzić…

Dusza po drodze swej własnej chce chodzić.

CXI

6305

Każdy jej uśmiech był pański, choć słodki,

Ani jeden ruch poziomej[411] natury;

A nawet nóżki dwie — jak dwie pieszczotki,

Znały swą władzę, stąpając tak z góry

Jakby po karkach; Kobieta, Brońżeby dobić zwrotki

6310

Powiem, że tkwił jej za paskiem ze skóry

Sztylet — sułtankom ta broń dozwolona;

Szczęście, że moja nie nosi go żona.

CXII

Słuchać i czynić było od kołyski

Prawem naokół; zgadywać swej pani

6315

Zachcenia, woli kapryśnej uciski

Znosić musieli wylękli poddani.

Krew miała pańską, urodą huryski,

A chęć w ustawnym[412] ruchu, bez przystani.

Gdyby mieszkała u nas, to — nie mylą

6320

Się — mielibyśmy perpetuum mobile.

CXIII

Chciała wszystkiego, co jej w oczy wpadło:

Gdy zamarzyła o czymś, wnet na ścieżki

Rozstajne biegli słudzy z twarzą zbladłą

Szukać… znalazłszy, wytrząsali mieszki.

6325

To wszystko dużo jej pieniędzy zjadło

I różne smutne były stąd zamieszki.

ZazdrośćDamy chwaliły jej despotyzm młody

I przebaczały wszystko prócz urody.

CXIV

Podobał jej się swą twarzą junacką

6330

Don Juan, kiedy zwiedzała bazary.

Kazała zaraz kupić nowe cacko;

Baba, niewolnik i powiernik stary,

Jak zawsze, sprawił się szybko a gracko,

— Znał zaś na pamięć swej pani przywary.

6335

Ona nie była praktyczna; więc szczwany

lis Baba stroju wymyślił przemiany.

CXV

Rysy się drobne zgadzały z ubiorem.

Jeśli spytacie zaś, przecz[413] taka pani

Nie była kobiet najcnotliwszych wzorem?…

6340

Ha! Dla nas to już sekret — choć nie dla niej

Mężowie często są tylko pozorem,

Nawet królowie są oszukiwani.

Że nie należy do tych czczych wyrażeń,

Z historii wiemy — albo… z własnych wrażeń.

CXVI

6345

Ale do mety trzeba nam pośpieszać.

Kiedy już wszelka przed nią trudność prysła,

Za dumna, by mu na szyi się wieszać,

Tylko na twarzy oczyma zawisła

Z szafiru, w których zaczęły się mieszać

6350

Żądza z wyzwaniem, i jedynym trysła

Słowem: „Umiesz ty kochać, niewolniku?”

— Wiedząc, że tym go poruszy do wniku.

CXVII

Istotnie, jak grom pytanie to spadło;

Lecz mu na strunach wspomnień dotąd grała

6355

Hajdei jońska twarz niby widziadło.

Czuł, jak krew ciepła, co mu twarz rozgrzała,

Wraca do serca, tłucze jak w kowadło,

Młoty; jak śnieżny puch twarz pobielała,

W sercu mu niby w torbanie kozaczym

6360

Jękło… więc nie rzekł nic — i buchnął płaczem.

CXVII

Nieco ubodło ją to dziwne łkanie

Mężczyzny; damy o byle co płaczą,

Ale u mężczyzn łzy nie są tak tanie:

Targną za zmysły i do serca skaczą.

6365

Kobieta, Mężczyzna, ŁzyKobiece łzy schną prędko, męska łza nie

Stygnie, lecz w serce się wgryzie rozpaczą,

Jak płynny ołów; by się nie kryć chmurą,

Powiem: im łzy są ulgą, nam torturą. —

CXIX

Pragnęła cieszyć[414] go, lecz szło nieraźnie

6370

Dotąd, chowając się jakby więziona

Samotnie, drużek nie znała przyjaźni.

Współczuła troska nie drasnęła łona.

Nie było w świecie dla jej wyobraźni

Rzeczy poważnych; co prawda — i ona

6375

Miała strapienia, lecz nie mogła dociec,

Jak przy niej komu łzy mogły z ócz pociec.

CXX

Instynkt naprawia, co władza zniweczy;

Kiedy coś mocno wstrząśnie i ubodzie,

W kobiecie budzi się arcyczłowieczy

6380

Popęd spółczucia każdej ludzkiej szkodzie;

Oliwą, winem zaraz ranę leczy,

Samarytanką jest w lada przygodzie.

Więc i Gulbieza, nie wiadomo czego,

Poczuła, że jej łzy do oczu biegą.

CXXI

6385

Lecz łzy się kończą jak wszystko — choć smętne.

Juan, co mógł się na chwilę zapłochać

I zafrasować, kiedy mu natrętne

Rzuciła słowa: „Czy potrafi kochać?…”

Zwołał stoicki spokój w oczy mętne

6390

I zajaśniały znów, gdy przestał szlochać;

Tylko — choć wdzięki oceniać był zdolny,

Markotno było mu, że nie jest wolny.

XCII

Ona pierwszy raz była skłopotana.

Odkąd jej snuła się życia nić złota,

6395

Padali przed nią wszyscy na kolana;

CzasA tu, kiedy cześć rzucała do błota,

By dostać tego miłości kapłana,

Co ją wprowadzić miał za rajskie wrota,

Gdy każda chwila wiodła nad przepaście,

6400

Oni stracili już minut piętnaście!…

CXXIII

Rady więc zdrowej nie żałuję dla cię,

Chłopcze, co wpadniesz w podobne potrzaski.

— A mówię tutaj o wschodnim klimacie. —

U nas namiętność wodzi się za paski,

6405

Lecz tam zawahać się — już grzech, mój bracie!

Możesz uważać to za zbytek łaski,

Gdy do namysłu dadząć dwie minuty;

Twa reputacja trwać będzie dopóty…

CXXIV

On reputacji nie straciłby jeszcze,

6410

Lecz nosił w duszy obraz ukochanej;

Wspomnienie — rzewne sprawiało mu dreszcze,

Dlatego to stał jak źle wychowany

Młodzian… Jej iskry z ócz trysły złowieszcze:

Pies giaur[415] odtrącał honor niesłychany!

6415

Zarumieniła się, a potem zbladła,

Potem jej znowu krew na lica padła.

CXXV

Z królewskim gestem złożyła mu w dłoni

Rękę, a oczy wiązała oczyma,

Szukając dla się spółczucia w ich toni;

6420

Na próżno!… chłodne były jako zima.

Brew nasrożyła, lecz milczy… — słów broni

Dumna kobieta, aż w końcu się ima.

Wzniosła się, chwiała, potem mu w ramiona

Padła i zwisła, tuląc się do łona.

CXXVI

6425

Były to wszystko próby niepraktyczne;

Serce miał żalem i dumą stalone,

Więc odjął lekko jej ramiona śliczne

I drżącą z gniewu odsunął na stronę[416].

A strachy z serca wygnawszy paniczne,

6430

Rzekł, patrząc zimno w oczy roziskrzone:

Miłość, Wolność„Orzeł więziony nie szuka kochanki;

Nie mnie być sługą kaprysów sułtanki!

CXXVII

Czy umiem kochać? Ha! Dowiesz się pono,

Jak miłość cenię, gdy nie żądam twojej!

6435

W tym podłym stroju kądziel i wrzeciono

Dla mnie — nie miłość; miłość wolnych stroi.

Nie olśniłaś mnie blaskiem i mamoną;

O! Jesteś wielka! Pod tronem się roi

Sług tłum i zgina karki i kolana,

6440

To twoi! Ale serce nie zna pana!”

CXXVIII

Dla nas ta prawda ma zapach nieświeży,

Ale jej obce podobne androny;

Wie, że za chęcią wraz[417] użycie bieży,

Że przed stworzeniem świata były trony.

6445

Wie ledwie tyle, że płat serca leży

U człeka z lewej, a nie z prawej strony.

(Lepiej ten szczegół zna i zeń korzysta,

By stać się panem dusz — legitymista…)

CXXIX

Że była piękna — miałem honor orzec;

6450

I nawet niższa rangą mogła snadnie[418]

Tłum wielbicieli gnać pod swój proporzec;

A kto niewieści zna ród, łacno[419] zgadnie,

Że swoich wdzięków nie kryła pod korzec,

Lecz je roztoczyć potrafiła składnie

6455

I uważała się za półboginią.

— Za to jej moje oktawy nie winią.

CXXX

Wyobraź męskich twoich lat przednówek,

Gdy jeszcze serca złe myśli nie psuły,

Gdy do cię która z desperackich wdówek

6460

Wyraźnie lgnęła, a tyś kanikuły

Studzić nie kwapił[420]… Ileż to wymówek

W spojrzeniu! Ileż zepsuto bibuły

Na taki temat — a mieć będziesz, bratku,

Portret kobietki w podobnym wypadku.

CXXXI

6465

Więc przedstaw sobie — pewnoś już przedstawił —

Putyfarową żonę[421], lady Booby,

Fedrę[422] i inne, które świat wysławił

W dziejach — a szkoda, że reszta się gubi.

Tyle poeta i pedagog zbawił

6470

Dla was, Europy wychowańcy lubi!

Jeśli wystarczą ci przykłady one,

Ujrzysz Gulbiezy brewki nasrożone.

CXXXII

Lwica w pustyni albo tygrysica,

Gdy jej kto małe zabierze szczenięta,

6475

Musi być w złości swej podobna z lica

Do damy, gdy kto jej chuć ujmie w pęta.

Groza jej złości zaledwie prześwieca

Z obrazu, choć doń pozują zwierzęta.

Bo gorzej lwicy zawrzała sułtanka

6480

Straciwszy nie już dziecko, lecz kochanka.

CXXXIII

Matka, DzieckoDla lwiątek lwica, a dla kaczek kaczka

Miłość matczyną wzięły od natury;

Jeśli nie owa przyroda prostaczka,

Któż by im ostrzył szpony i pazury.

6485

Matka uwielbia swojego robaczka,

Choć wrzeszczy, jakby darto go ze skóry.

Słowem, z powyższych faktów się wydawa,

Że miłość taka — to instynktu sprawa.

CXXXIV

Gdybym rzekł: „Iskry rzucał oczu promień”,

6490

To nic — bo wieczny tam ogień się żarzył.

Gdybym rzekł: „W licu purpurowy płomień

Kwitł” — to by obraz ten tylko znieważył

Moc namiętności owej bez poskromień,

Gdyż zawsze z wolą jej czyn się kojarzył.

6495

Rozczarowania, ty, co znasz niewieście,

Za porównaniem chodziłbyś po kweście!

CXXXV

Na szczęście — chwilę tylko była wściekłą,

Inaczej byłaby padła; przez załom

W pryzmacie duszy mogłeś ujrzeć piekło!

6500

Nic się nie równa gniewnym żółci wałom[423],

O których tyle razy już się rzekło,

Że grzmią jak morze przeciw twardym skałom.

Namiętność, serca jej stając się panem

Pięknym ją niby zrobiła orkanem.

CXXXVI

6505

Jak jest od wiatru sroższa nawałnica,

Tak znowu gniew jej sroższy był od burzy;

A przecież gasić nie chciała księżyca

Jak Hotspur, co za wzór gwałtownym służy.

Mniej popędliwa była z niej złośnica —

6510

Może kobiecość stanęła na stróży?

Miała chęć tylko jak Lear: „zabić, zabić”[424];

Ta chęć się we łzy musiała zesłabić.

CXXXVII

Spadły i oschły niby deszcz nawalny;

Przeszły bez słów — w istocie słów nie stało,

6515

Wstyd nagle sercu bój wytoczył walny;

Dotąd on szeptał i szemrał nieśmiało,

Teraz zerwawszy się jak potok skalny,

Popłynął falą szybką i zuchwałą.

Czuła, że gardzą nią, a czasem wzgarda

6520

Potrzebna damie, co jest nazbyt harda.

CXXXVIII

Pozna, że ciałem jest zwyczajnym; potem,

Że mniej królewskie pomieszkanie duszy

Gliną jest wprawdzie tylko, lecz nie błotem;

Że urna równie się jak misa kruszy,

6525

Czy pobielana, czy wylana złotem,

Na stół książęcy zdatna czy pastuszy;

Pozna… ach! miałbym jeszcze słów czterysta,

Co pozna — dosyć, że wiele skorzysta.

CXXXIX

Pierwszą jej myślą było: Ściąć mu głowę;

6530

Drugą: Sympatii rozerwać łańcuchy;

Trzecią: O miano zapytać rodowe;

Czwartą: Szyderstwem napędzić do skruchy;

Piątą: W poduszki skryć łzy brylantowe,

Szóstą: Przebić się; siódmą: Przez eunuchy

6535

Kazać ochłostać Babę… że się zmęczyć

Musiała, siadła i zaczęła jęczeć.

CXL

Chciała się przebić — lecz ostry za katy

Był jej sztylecik-cacko, więc się bała;

Bowiem staników tam nie noszą z waty

6540

I sztylet zrani, ledwie dotknie ciała.

Zabić biednego chłopca? Z jakiej daty?

Co prawda — kara mu się należała,

Lecz się przez głowy ucięcie nie wwierca

Miłość osobom kochanym — do serca!

CXLI

6545

Juan się wzruszył; on już dumał smutnie,

Że na pal wbiją go albo pokrają

Psom na żer, albo zamęczą okrutnie,

Że lwom go rzucą albo morskim hajom;

Więc z rezygnacją czekał i stał, butnie

6550

Broniąc się grzechom, co je inni rają,

Lecz wszystkie myśli te śmiertelnej treści

Stopił jak płatki śniegu — płacz niewieści.

CXLII

Jak w wysilonej chmurze słabną grzmoty,

Podobnie Juan zaczął się łagodzić;

6555

Naprzód się zdziwił, czemu mu ochoty

Brakło, i myślał, jakby grzech nagrodzić,

Wnet już sam szydził z dzikiej swojej cnoty,

Jak mnich, co zrazu nie chcąc Boga zwodzić,

Tylko wymija ślub, aż wreszcie łamie —

6560

— To samo zdarza się — niejednej damie.

CXLIII

Naprzód przemówił kilka słów ekskuzy[425],

Lecz w takich razach nie poradzisz słowy,

Nie — poradziłyby wymowne Muzy,

Najszczebiotliwszy szczebiot dandysowy,

6565

Ni Castlereagha[426] mów puszczone śluzy.

Właśnie gdy uśmiech jak Zefir majowy

Niósł pokój; Juan już się rwał do lotu…

Wpadł do komnaty Baba z hukiem grzmotu.

CXLIV

„Kochanko słońca — rzekł — siostro miesiąca,

6570

Władczymi ziemi od krańca do krańca,

Której gniew światy z kół niebieskich strąca,

A uśmiech gwiazdy pobudza do tańca —

Wieść niosę… czy ci nie za wcześnie zmąca

Wywczas[427]? Skłoń ucho ku słowom posłańca,

6575

Którego słońce oto zsyła z drogi

Oznajmić, że chce w twoje zstąpić progi!”

CXLV

„Jak to? Już? — rzekła słysząc wieść złowrogą —

Niechby do jutra wstrzymało zamiary,

Każ, by mu harem stał się mleczną drogą,

6580

A gwiazd mi pilnie strzeż, kometo stary!

Ciebie tam, giaurze, niech skryją, jak mogą,

Lecz żeś mi jeszcze nie dopełnił miary,

Więc…” — tu pałacu się przerwała cisza

Zgiełkiem i szmerem słów: „Idzie Padyszach!”

CXLVI

6585

Naprzód szły damy strojne jak papugi,

Tuż czarni oraz biali eunuchowie,

Ogon pochodu był pół mili długi,

Bowiem Jegomość, grzeczny co się zowie,

Wizyty — zwłaszcza wieczorne — przez sługi

6590

Naprzód oznajmiał dostojnej Połowie,

Bo jako czwarta i ostatnia żona

Była też bardziej nad inne ceniona.

CXLVII

Sułtan poważny w chodzie, z tuszą matron,

Z zawojem po nos i po białka brodą,

6595

Z więzienia prosto powołany na tron

Po bracie, zwykłą uduszonym modą,

Był to przeciętnie — dobry kraju patron,

Bo z wszystkich, którzy w dziejach szereg wiodą,

Według Knollesa albo Kantemira,

6600

Jeden Soliman ma mir bohatyra.

CXLVIII

Z pompą do moszej chodził, kiwał głową,

Ziarnka różańca skrupulatnie liczył,

Zdał wezyrowi całą rzecz państwową,

Z troskliwości się królów wydziedziczył.

6605

Procesów w domu nie miał, snadź wzorowo

Trudnym małżeńskim sprawom przewodniczył.

Nie tak my jednę, jak on niby czarem

Cztery okiełznał żony oraz harem.

CXLIX

Jeżeli zaszła gdzie przewina, gdzie tu

6610

Rozmazywano po gazetach zbrodnię!…

Sprawę na mocy ustnego dekretu

Worek i morze kończyły wygodnie,

Którym nikt nie mógł już wydrzeć sekretu,

Świat nie dowiedział się, chyba przygodnie.

6615

Skandal nie wchodził w pras drukarskich tryby,

Miała stąd korzyść moralność — i ryby. —

CL

Sułtan był pewien, że księżyc jest kręgły,

A za to ziemia płaska, kwadratowa,

Bo jeździł dużo, a gdzie oczy sięgły,

6620

Widział, że brzeg jej przed nim się nie chowa.

W państwie się jego rebelie nie lęgły,

A jeśli czasem zhardziała gdzieś głowa

Buntowniczego paszy lub giaurów,

Spisek nie dotarł do stołecznych murów,

CLI

6625

Chyba że przybrał kształt ambasadorów,

Których w czas wojny zsyłają mocarstwa,

By ci, co tylko proch wąchali dworów,

A dłonie dyplomatyczne im warstwa

Krwi pokrywała, nie jątrzyli sporów

6630

Dla mdłej zabicia nudy, kując łgarstwa

Zwane notami, i, wolne hazardów[428],

Nosili miękkie loki bakenbardów[429]… —

CLII

Czterdziestu ośmiu miał synów, a córek

Pięćdziesiąt; młodzież zamykał, a córy

6635

Do serajowych posyłał komórek,

Aż jaki basza kopnął się w konkury

O sześcioletnią czasem; córki Turek

Prędko wydaje; dziwnej to struktury

Naród; dziwny też ten na panny pokup,

6640

Gdy wedle prawa zięć ma składać okup.

CLIII

Młodzież w więzieniu trzymał, aż dojrzała

Do czasu, w którym stryczek lub koronę

Miał wziąć sułtanic; jeden tylko Ałłah

Wiedział, co komu było przeznaczone,

6645

Ich edukacja czasem się zgadzała

Ze stanem, co masz w dziejach dowiedzione,

Tak, że gdy wyrósł chłopczyk na młodzika,

Równie był godzien korony jak stryka.

CLIV

Skłonił się Sułtan czwartej połowicy

6650

Ceremonialnie; był też powitany

Rozpogodzeniem czoła i źrenicy,

Jak tej przystoi, co zdradza sułtany,

Co musi czystość udać gołębicy,

By kredyt firmy ratować zachwianej.

6655

Zdrada, GrzecznośćŻaden mąż słodziej nie jest witan z drogi,

Jak ten, któremu przyprawiono rogi.

CLV

Jegomość czarne siwe oczy na panie

Seraju zwrócił i trochę przymrużył,

Aż na przebranym zatrzymał Juanie,

6660

Nie zadziwił się ani się oburzył,

Lecz po królewsku mądre rzucił zdanie,

Którym Gulbiezę zmieszał i odurzył:

„Widzę w seraju nowej postać branki,

Szkoda piękności tej dla chrześcijanki”.

CLVI

6665

Na ten komplement zwrócił się dwór cały

Ku odalisce[430], którą ogień palił.

Jej towarzyszki aż pozieleniały.

Och! Och! Proroku! Padyszach pochwalił

Niewierną, kiedy one nie słyszały

6670

Słowa z ust pańskich. Harem się rozżalił

I zaczął szemrać, syczeć jak rakieta…

Lecz powstrzymała wybuch etykieta.

CLVII

Roztropnie robi Turek, że zamyka

Żony — roztropnie przynajmniej niektóry,

6675

Bo w owych biednych krajach spod równika

Cnota nie ma tej wściągliwej natury,

Co pod biegunem, gdzie pokus unika

I gdzie moralność czystsza nad lazury;

Słońce, choć topi lody na północy,

6680

Nad sercem nie ma takiej samej mocy.

CLVIII

Mieszkaniec Wschodu gramatycznie czuje,

Że wyraz „związek” od „więzić” pochodzi;

Tylko, gdy pierwszy raz się rozfolguje,

Już nie naprawi go nikt i nie zgodzi.

6685

Wnet się jak wino napoczęte psuje,

A wielożeństwo najbardziej mu szkodzi..

No! Ale czemuż nie wiąże, jak giaury,

Dwojga dusz w stadła — w moralne centaury?

CLIX

Tyle kroniki. Kropka. Mógłbym jeszcze

6690

Pisać, bo treści dość — lecz za granicę

Praw poetyckich nie chodzim my, wieszcze.

Zwijam lot, rymów zarzucam kotwicę.

Niech mi czytelnik teraz w dłonie pleszcze[431]:

Szóstą pieśń puszczę górą jak orlicę.

6695

Lecz że się nawet Homer czasem zdrzemnie,

Pozwólcie — proszę — przedrzemać się i mnie.

Pieśń szósta

I

„Są w losach mężczyzn odpływy, przypływy,

Które schwycone w porę[432]” — resztę wiecie.

Niejeden z was ma dowód na to żywy

6700

Lub urojony, choć rzadko kto w świecie

Zaskoczy w porę element ruchliwy.

Lecz wszystko, oo jest, na dobre jest przecie,

Jeno pomroku trzeba czekać końca.

W chwili rozpacznej błyśnie promień słońca.

II

6705

Są w losach kobiet odpływy, przypływy,

Które schwycone — wiodą… na bezdroże.

A musiałby to być żeglarz prawdziwy,

Co by wykreślił na mapie ich morze,

Z którym się nawet umysł majaczliwy

6710

Jakuba Boehma[433] porównać nie może.

Mężczyzna głową czuje, myśli, sądzi,

Kobieta sercem — więc nie dziw, że zbłądzi.

III

Przecież ta piękna i z główką rozgrzaną,

Młoda, uparta, śmiała i swawolna,

6715

Co odda tron, świat, raj, by być kochaną

Po swojej woli i gwiazd raczej zdolna

Zrzec się, i słońca, co ją budzi rano,

Niż nie być tak jak fala morska wolna —

Taki szatanek (jeśli wierzysz w biesów),

6720

Przecież by nowych stworzyła Manesów[434].

IV

Trony i światy tak często burzyła

Duma człowiecza i ambicja niska,

Że kiedy zrobi to miłości siła,

Uniewinnienie i chwałę pozyska.

6725

Gdy Antoniusza[435] grób sława przeżyła,

To nie dla zwycięstw ani stanowiska,

Lecz Akcjum, zdane dla ócz Egipcjanki[436],

Laurów Cezara[437] równoważy wianki.

V

Zmarł dla czterdziestki, mając sam pół wieka.

6730

Wolałbym widzieć dwudziestkę z piętnastką,

Gdy świat jest niczym dla młodego człeka.

SerceJa choć nie miałem światów, za niewiastką

Poszedłszy, widząc, że zapłaty czeka,

Dałem — co miałem: serce… tak jak ciastko,

6735

A warte tyle co świat — nawet więcej —

Świat nie zastąpi mi duszy dziecięcej.

VI

Był to chłopięcy grosz — i jak grosz wdowi

Miał wtedy wartość; dziś na nic nie zda się,

Czy to stanowi co, czy nie stanowi,

6740

Każdy, kto kochał, kocha, na tym zna się,

Że nic jak miłość; „Bóg jest miłość — mówi

Pismo — a Miłość bóg” — przynajmniej w czasie

Gdy lica ziemi nie były zorane

Bruzdami krwawych łez… Tutaj przystanę.

VII

6745

Sprzecznymi miotan uczuciami stoi

Juan z partnerką grzechu u wrót zguby;

ŻonaGrzeczny kawaler musi, kiedy broi,

Nadstawić skóry dla rzeczy tak lubej

Jak cudza żona; lecz to niepokoi

6750

Sułtanów, którzy wzdragają się próby

Mędrca Katona, co to — zuch uczony —

Pożyczał swoim przyjaciołom żony.

VIII

Przyznaję, że źle Gulbieza zrobiła,

Wiem i potępiam jej czyn, opłakuję.

6755

Lecz fikcja nawet w wierszach mi niemiła,

Więc powiem prawdę, choć wam smak popsuje.

Rozsądku słabość, namiętności siła,

Szczupłość pańskiego serca… o! pojmuję,

Bo Jego Wielkość miał już w dniu zaślubin

6760

Lat coś sześćdziesiąt i tysiąc konkubin.

IX

Nie mam jak Cassio „do rachunkowości

Sprytu[438]”; lecz widno z taiblicziki dzielenia,

Którą ona zna w całej objętości

— Zważywszy datę jego urodzenia —

6765

Że piękna pani pobłądziła „z czczości”,

Bo gdy on słusznie wszystkie chciał zachcenia

Obdzielić, jej mógł dać jedną tysiączną

Tego, co jednej jest rzeczą wyłączną.

IX

PrawoWrodzona damom jest żyłka pieniactwa

6770

O legalnego przedmiot posiadania,

Zwłaszcza wpisanym do jakiego bractwa,

Które ma własność cudzej podwajania

Winy; więc lecą pozwy na kształt ptactwa;

— Nasz sąd nie dosyć się im naogania. —

6775

Taką jest każda, gdy tylko zmyszkuje,

Że prawną własność ktoś tam użytkuje.

XI

ZazdrośćGdy więc tak czynią jawnie chrześcijanki,

Poganki także — choć na mniejszą skalę

Wiodą bój — wiary małżeńskiej kapłanki,

6780

Które się lubią w groźnej zjawiać chwale

I o małżeńskie prawa wstąpić w szranki,

Gdy sprzymierzeniec mąż nie sprzyja trwale,

W serca czterech żon czworo żmij się wgryza,

Eufrat zazdrośny tyle — co Tamiza.

XII

6785

Gulbieza — czwarta żona, faworytka —

Ale cóż fawor dzielony na ćwierci?…

O! Poligamii strzeż się, rzecz to brzydka,

Nie grzech już, ale plaga równa śmierci.

Mądremu jedna żona — radość wszytka.

6790

Jedna — więc słabsza, łacniej rządów ster ci

Odda; dziw, że to Turek, ów spokojny,

Robi małżeńskie łoże „łożem wojny”.

XIII

GróbJego sułtańska mość — pan „najjaśniejszy”,

Ten tytuł daje się jakby na drwiny

6795

Królom, bo się ta jasność w grobie zmniejszy

Gdy go robaki, głodne jakobiny,

Zetną, i będzie jako najbiedniejszy…

Sułtan poglądał na piękność kadiny,

Czekając, rychło jej wzrok spocznie na nim

6800

Miłośnie (szkockim jak gdyby witaniem).

XIV

StrójTutaj rozróżnię: choć ciepły rozkoszą

Uścisk, całusy albo słodkie słówka

Mogą istotnie być tym, czym się głoszą,

Lecz są dodatkiem jeno jak sznurówka

6805

Albo czepeczek, który panie noszą,

Bo u nich strojne piersi jak i główka,

A stroje są tak częścią ich istoty,

Jak częścią serca są owe pieszczoty.

XV

Trwożliwe drżenie lic zakłopotanych,

6810

Lekki rumieniec, kiedy lubość w łonie,

Zachwyt niewinny w oczętach świetlanych,

A rzęs spuszczonych powierzon osłonie,

Oto są cechy (dla umiarkowanych)

Miłości, która na najmilszym tronie,

6815

Prostym dziewiczym sercu, rezyduje.

Zbytek gorąca lub chłodu wdzięk psuje;

XVI

Zbytek fałszywy gorszy od szczeroty;

Prawdziwy prędko uczucia spopiela

I tylko młodzik w dobie życia złotej

6820

Żądzom kobiecym oddać się ośmiela,

Które są jako przekazane kwoty

Lub weksle, brzmiące na okaziciela,

Odstępowane za małym dyskontem.

Chłodne się sądzi znów pod innym kątem.

XVII

6825

To jest: Posądza je o brak dobrego

Smaku ambicja nasza obrażona,

Co zawsze żąda ognia wzajemnego

I upadania obcesem w ramiona,

Choćby tak zimne były jak świętego

6830

Franciszka śnieżna, biała narzeczona.

Najlepsza rada więc dla serc — nie chybi

Wiersza: Medio tu tutissimus ibis[439].

XVIII

Tu” jest zbyteczne, ale musi zostać;

Wierszów go naszych wymaga budowa,

6835

Choć nie starego heksametru postać;

Psuje rytmikę, gładkość — ani słowa,

Za co pozwolę nawet się wychłostać,

Lecz doskonałość strofy mi zachowa.

Zły ten wiersz, jeśli na prozodię baczysz —

6840

Ale prawdziwy, jeśli przetłumaczysz.

XIX

Czy dobrze sztukę odegrała hanem,

Nie wiem — udało się, a to w ogóle

Jest głównym celem w sercu rozkochanem,

Jak w innym strojów damskich artykule,

6845

Lecz się egoizm skrzyżował z jej planem

Męski, co nawet miłość kłamie czule!

Ach, ci mężczyźni! Nic prócz wygłodzenia

Nie zniszczy strasznej w nich żądzy… płodzenia.

XX

Chodźmy! Niechaj śpi najjaśniejsze stadło!

6850

Niechaj śpi błogo! Łoże nie tron przecie,

Więc nie zestraszy go przykre widziadło.

Zahamowana rozkosz — ot, co gniecie!

Co niejednemu spokój duszy skradło.

Najmniejsze to złe, którego płaczecie.

6855

Lecz drobne krople smutków i omamień,

Te zdolne duszę wydrążyć jak kamień.

XXI

NieszczęścieŻona kłótliwa, synek idyjota,

Niezapłacony, zaprotestowany

Weksel, procenta — i córka niecnota,

6860

Koń narowisty, pies źle tresowany.

Ciotka, mażąca przy końcu żywota

Zapis przez ciebie w dochody wpisany:

Drobne to troski i niewarte miotły,

A przecież nie znam, kogo by nie zgniotły.

XXII

6865

Filozof, KobietaJestem filozof. Niechaj wszystko ginie!

Ziemia, mężczyźni i — kobiety… nie, nie! —

Gdy zaklnę szczerze, to żółć zaraz spłynie

I mój stoicyzm kłopoty odżenie[440].

Wszystko, co zwie się bólem i łzą, minie,

6870

I duszę mogę zdać myśli w dzierżenie,

Choć iście nie wiem, co jest dusza, co myśl;

A pewno nie wiesz i ty — lecz się domyśl.

XXIII

Gdy zaklnę, to mi tak na sercu miło,

Jak gdybym tylko co Atanazego[441]

6875

Klątwę przeczytał — iluż ją chwaliło! —

Nie wiem, czy która wroga złamanego

Z taką wspaniałą piorunuje siłą,

Tyle godności ma i poważnego

Nastroju, co ta; stroi też psałterze

6880

Jak chmurę tęcza w napowietrznej sferze.

XXIV

Śpi wielki władca wiernych i sułtanka,

Przynajmniej jedno z nich; och! straszne noce,

Kiedy zła żona, która ma kochanka,

Leży, a serce w złości jej łopoce;

6885

I patrzy próżno, czy światło poranka

Przez kotar ciemne tło nie zamigoce;

Męczy się, wije i wzdycha, i nudzi,

Póki się prawy spółłożnik nie zbudzi.

XXV

Wszędzie to samo — pod sklepieniem nieba

6890

Jasnego, czyli[442] pod łoża sklepieniem

Złotym, którego jasnym panom trzeba,

Gdzie kładą głowy, a jeszcze kamieniem

Twardym zda się im miękki puch i weba,

Małżeństwo równa się z losów ciągnieniem.

6895

Gulbieza była sułtanką, lecz chłopka

Nie pomieniałaby z nią męża. Kropka.

XXVI

Don Juan, w kostium przebrany niewieści,

Przedefilował z całym dziewcząt chórem

I panu ukłon złożył w dowód cześci;

6900

A na znak dany poszły długim sznurem

W korytarz; tam się kobiet seraj mieści,

W którym snem pieszczą miękkie członki, w którym

Serc do miłości tysiąc drży i puka

Jak ptaszę-więzień, co swobody szuka.

XXVII

6905

Lubię płeć piękną; mam zachcenia nieraz,

Jak tyran ów[443], co chciał, by ludzkie plemię

Jeden kark miało, bo wtedy „machnie raz —

Mówił — i wszystkie łby spadną na ziemię”.

I ja życzyłem podobnie… nie teraz,

6910

Lecz gdy nie gniotło mnie jeszcze lat brzemię —

By jedne usta miały wszystkie panie;

Razem bym wszystkim dał pocałowanie.

XXVIII

O Briareusie[444]! Gdybyć wszystkie człony

Stokrotnie dała natura rozgrzana!

6915

Lecz moja Muza nieprzezwyciężony

Czuje wstręt zostać kochanką Tytana

Lub powędrować między Patagony;

Do Liliputów wróćmy: don Juana

Musimy przewieść przez miłości przesmyk,

6920

Którego dotąd nie przebył, choć nie smyk.

XXIX

Otóż wmieszany między odaliski[445],

Gdy dano znak, w korytarz zwrócił kroki;

A chociaż wiedział, że wstąpił na śliski

Tor i że takie karkołomne skoki

6925

W następstwie niosą nieprzyjemne zyski

(W Anglii to wszystko ma taksę); bez zwłoki

Chwil mu od losu danych nie marnował

I wdzięki dziewcząt przejrzał, posortował,

XXX

Lecz z płci przybranej gościńca nie zboczył;

6930

Więc z budującą skromnością dziewiczy

Ów zastęp z komnat do komnat się toczył

Pod eunuchową strażą jak na smyczy;

A śród nich niby duch niewieści kroczył

Trzymając w ręku pęk rzemiennych biczy,

6935

Tak groźny, że nie śmiałby i królewic

Przystąpić; duch ten zwał się: „Matką dziewic”.

XXXI

Czy była „matką”, nie wiem, a nie łowię

Plotek; czy matką „dziewic”, równie nie wie

Muza; dość — takim tytułem się zowie

6940

Głowa haremu; co ja rzekę w ąpiewie,

Prozą Kantemir[446] lub de Tott[447] wam powie.

Jej obowiązek był: gasić zarzewie

W nieletnich sercach i w cnotliwy kątek

Wprowadzać tysiąc i pięćset dziewczątek.

XXXII

6945

Niepospolity urząd! — bez wątpienia.

Ale brak mężczyzn pracę tę uprości,

Bo zna je sułtan tylko, który zmienia

Straż co dnia, stawia mury, czasem kości

Komu połamie… a to dla rzucenia

6950

Grozy — i zbiera ten haracz piękności

Zimnych jak klasztor włoski… jest to potwór,

Co chuć wylewa przez jedyny otwór…

XXXIII

A tym jest?… no — dewocja; czyż wypada

Oto się pytać?… Lecz nie stańmy w toku

6955

Opowiadania; jak rzekłem — gromada

Młódek spędzonych dla bawienia… wzroku

Jednego męża — szła zimna i blada,

Jak wodna lilia płynąca w potoku,

Raczej w kałuży, co, ciekąc powoli,

6960

Coś z dziewiczości ma i melancholii.

XXXIV

Aż gdy je w swoich komnatach zamknięto,

Wtedy jak ptaki, mali chłopcy, fale

Podczas przepływu; zaledwie z nich zdjęto

Pęta przymusu (choć ten pono wcale

6965

Kobiet nie pęta), jak Irlandka w święto

Lub jak wariaci rozigrani w szale,

Zda się, że rozejm zawarły z niewolą:

Śpiewają, tańczą, śmieją się, swawolą.

XXXV

Zaczęły zaraz szeptać i oczyma

6970

Wodzić po gościa postaci, odzieży;

Jedna spostrzegła, że kolczyków nie ma,

Druga — że suknia jej w stanie źle leży,

Że dziewiętnaście lat skończy, nim zima

Nastanie, inna zaś temu nie wierzy;

6975

Czwarta męskiego coś widzi w jej wzroście,

Piątej na samą tę myśl serce roście.

XXXVI

Lecz że strój kryje płeć niewieścią, gładką,

Żadna nie śmiała, nie mogła nie wierzyć.

Dziewczyna zgrabna i piękna jak rzadko,

6980

Zdolna z Gruzyjką słoneczną się mierzyć…

Ach! Ta Gulbieza, jakąż jest dzierlatką!

Kupiła brankę, co może uderzyć

W tron, a przepyszny seraj zmienić w pustkę,

Niech tylko sułtan raz jej rzuci chustkę!…

XXXVII

6985

Co najdziwniejsza, że chociaż jej piękno

Było dla reszty zapowiedzią zguby,

To wszystkie do niej zbliżywszy się miękną

I wszystkim wyda się gość bardzo luby.

Zazwyczaj damy omal że nie pękną

6990

Od cudzych wdzięków, bo według rachuby

Tej „płci”, którą wy mianem „słabej” zwiecie,

Każda twarz nowa jest „najbrzydsza w świecie”.

XXXVIII

Przecież i one miały swe zazdrości

Drobne — jak wszystkie — ale w tej minucie

6995

Może to był ów rodzaj przychylności,

Która bez naszej wiedzy wchodzi w czucie;

Choć nie umieją przejrzeć szat skrytości,

To przecież czują coś jakby przykucie

Serca; magnetyzm w tym siedzi czy duchy,

7000

Nie wiem i nie tknę tej materii kruchej,

XXXIX

Dość, że wyraźnie i coraz wyraźniej

Nieznane dotąd uczucie szkarłatem

Lica paliło — coś na kształt przyjaźni

Sentymentalnej, przeczystej; że zatem

7005

W serca trącała je myśl coraz raźniej:

Gdyby tak siostrą nam była… lub bratem,

Jak ów z dalekich stron, gdzie chatka nasza,

Bardziej kochany niż sułtan lub pasza!

XL

Najwięcej chęci do tego rodzaju

7010

Sentymentalnej przyjaźni doznały

Lola, Katinka, Dudu — po zwyczaju

Epika powiem, tak jak mi podały

Najlepsze źródła — o ojczystym kraju

Dziewcząt i o tym, jak się ideały

7015

W każdą wcieliły, w której życia wiośnie…

Wszystkie trzy w gościa patrzały miłośnie.

XLI

Ognista Loli płeć — to Indii znamię;

Katinka była z Gruzji; płeć jej biała,

Niebieskie oko i rozkoszne ramię,

7020

I rączka… noga drobna, iż się zdała

Nie iść, lecz muskać ziemię; a nie skłamię,

Że gwoli pieszczot była Dudu cała,

Takich powabów pełna w pulchnym ciele,

Że mogła zmysły rozkochać w aniele!

XLII

7025

Dudu była to śpiąca Afrodyte[448],

Lecz snem, co oczom twoim sen ukradnie,

Gdyś ujrzał lice, barwą róż pokryte,

Attyckie czoło i nosek dokładnie

Rzeźbiony, Fidiaszawy; nieobfite

7030

Wcięcia jej kibić miała — każdy zgadnie,

Lecz po tym wszystkim trudno dojść do zgody,

Co można było ująć jej bez szkody.

XLIII

Nie była żywa — lecz umiała ona

Wkraść się do serca jak dzień, gdy z uśpienia

7035

Wstaje — majowy; źrenica przyćmiona

Wprawiała widza w rodzaj upojenia.

I była jak ów posąg Pigmaliona[449]

(To porównanie jest nowe) z kamienia,

Gdy się już ciałem stawał i z półśnicia

7040

Nieśmiało ręce wyciągał do życia.

XLIV

Lola pytała jej, jak się nazywa.

„Joanna”. — „Śliczne imię, jak muzyka!”

Katinka chciała wiedzieć, skąd przybywa.

„Z Hiszpanii”. — „Gdzie ta Hiszpania?” — „Ty dzika

7045

Gruzjanko — rzecze Lola popędliwa —

Twa geografia, widzę, coś utyka.

Wiadomo wszystkim, jak ziemia szeroka,

Że to jest wyspa w pobliżu Maroka”.

XLV

Dudu usiadła przy Joasi boku,

7050

Milcząc muskała utrefione sploty

I poglądała bacznie. Smutek w oku

Łzą się rozpłynął na widok sieroty

Bez opiekuna, przyjaciół, w tym tłoku

Obcych, co szorstko brały ją w obroty

7055

Natrętnych spojrzeń, pośród komentarzy

O każdym ruchu, postawie i twarzy.

XLVI

Wtem przyszła matka, drepcąc drobną nóżką,

I odezwała się: „Spać, moje panny!

Ale co począć z tobą, moja duszko?

7060

Twój przyjazd był tak nagły — do Joanny

Rzekła. — Wstawmy jutro zaraz łóżko

I urządzimy ci nocleg staranny,

Jednak dziś trudno! Patrz, już noc, już ciemno

Więc musisz przespać ten raz jeden ze mną”.

XLVII

7065

Tu Lola rzekła: „Mamo, pozwól, raczej

Ja ją zabiorę; wszak wiesz, jak ci szkodzi

Sypiać we dwoje; byłabym w rozpaczy,

Gdybyś doznała przykrości. My, młodzi,

Zaśniemy prędzej. Mamula zobaczy,

7070

Że będę o nią dbała, jak się godzi…”

Katinka słów jej przerwała obfitość

Mówiąc: „Ja także mam łóżko i litość

XLVIII

I spać nie lubię sama…” Oburzenie

Zmarszczyło czoło damy. „Co?” — „Ze strachu —

7075

Rzekła Katinka — zda mi się, że cienie

Jakieś po całym spacerują gmachu

I sny mnie straszne gniotą jak kamienie:

Gwebry[450] i giaury, upiory na dachu…”

Dama przerwała: „Więc dlatego właśnie

7080

Przy tobie i twych snach ona nie zaśnie,

XLIX

Lola niech sama śpi, jak dotąd spała,

Z powodów, których przed wami nie streszczę,

Katinka też, choćby się duchów bała;

Joasię dzisiaj przy Dudu umieszczę,

7085

Bo jest potulna, grzeczna i nieśmiała

I nie budzą jej żadne sny ni dreszcze.

Cóż, moje dziecko?…” Dudu nic nie rzekła,

Bo nigdy w mowie nie była rozwlekła,

L

Lecz, poskoczywszy, na matrony czole

7090

Złożyła całus tam, gdzie się brwi sznurek

Schodzi; cmoknęła Katimkę i Lolę;

Szarpnęła z lekka Joannę (Grek, Turek

Nie lubi kurtuazji, ni tu pole

Do etykiety) i pomimo chmurek,

7095

Które się zbiegały na te względy matki,

Wprost do sypialnej wiodła ją komnatki.

LI

Był duży pokój, po turecku oda

Zwany; tam stały w szeregu, wzdłuż ściany

Dwie gotowalnie[451], sofy i komoda.

7100

Pokój wykwintnie był umeblowany,

A mieścił wszystko, czego chce wygoda

Dam… ale powiem, będąc już rozgrzany:

Czegoś tam brakło — lecz o tym nie śmiały

Marzyć, choć było bliżej, niż myślały.

LII

7105

Dudu więc była — niech czytelnik zważy —

Niezbyt ognista, ale ujmująca;

Z tym niekapryśnym wdziękiem ślicznej twarzy,

Co jest zarówno jak i twarz grzesząca

Brakiem proporcji — rozpaczą malarzy,

7110

Co to w poczęciu już z natury drwiąca,

Pełna wyrazu anioła czy czarta,

Miła czy wstrętna — lecz spojrzenia warta.

LIII

Ale twarz Dudu była krajobrazem

Łagodnej strefy; spokoju, błogości,

7115

Pełna, jak pączek bujna, z tym wyrazem

Anielskiej jakiejś dobroci, rzewności,

Co jest wdzięczniejsza niż namiętność razem

Z „wzniosłością”, której groza idzie w kości.

Widziałem w gniewie kobietę i Calais.

7120

I… mniej się majtka niż kochanka żalę.

LIV

Raczej skupiona niż melancholiczna

I znowu raczej w powadze pogodna,

W swej naiwności więc nie patetyczna,

Lecz cicha, czysta, niewinna aż do dna.

7125

A dodawała jej uroku śliczna

Zaleta, dzisiaj u panien niemodna,

Że choć tak młoda, nie myślała — zda się —

Czy jest różowa, zgrabna, cienka w pasie…

LV

Pokrótce: młodość miała tak szczęśliwą

7130

Jak ów „wiek złoty”, gdy złota nie znano,

Przy czym słoworód wywiedziono krzywo,

Jak kiedy indziej jeszcze, gdy nazwano

Lucus a non lucendo[452]” — wprost fałszywą

Logiką; dziś się w takim zakochano

7135

Stylu, bo wiek nasz ma składniki, które

Stopione, dają diabelską miksturę…

LVI

Wygląda ona jak ów koryncki spiż;

To znaczy — składa się ta mieszanina

Przeważnie z czół wytartych… Ale ty śpisz,

7140

Słuchaczu, a ja nudzę. Moja wina!

Przenośni kładę koniec; daruj i spisz

Akt przebaczenia; u mnie ta jedyna

Wada gadulstwa manią jest bezwiedną.

Daruj… a nie chcesz?… to mi wszystko jedno.

LVII

7145

Powracam tedy do opowiadania:

W głąb haremowych skrytek wszedłszy, Dudu

Przed nim czy przed nią — jak chcecie — odsłania

Krótko i zwięźle (co liczę do cudu)

Haremu rządy, zwyczaje, knowania,

7150

Wszystko w najkrótszych słowach; wiele trudu

Kosztowało mnie porównanie o tem:

Kobieta niema jest… milczącym grzmotem.

LVIII

Potem skreśliła przed nim — wolę: przed nią,

Bo spólnie z szatą płci świadomość czarem

7155

Zmieniła, słowa te więc nie są brednią —

Cywilizacji szkic na Wschodzie starym

Wraz z praw czystością jego niepoślednią,

Na mocy których — Cnotajeśli wzrasta harem,

To zaraz więcej jest „Niepokalanek”

7160

I wzrasta cnota haremu mieszkanek.

LIX

PocałunekPocałowała ją na koniec w usta;

A całus Dudu był znany, ba! słynny;

Zdołałby każde zadowolić gusta,

Bo tak rozkoszny był, a tak niewinny…

7165

Śród kobiet całus?… cóż? Igraszka pusta;

Choć słodki, bierny zawsze, a nie czynny,

Że „pocałunek — trunek” rym wskazuje,

— Ale pijaństwa ja nie propaguję.

LX

Rozebrała się prędko i naiwnie;

7170

Dudu przyrody dzikiej była kwiatkiem,

Zatem ubrana bardzo prymitywnie.

Jeżeli w lustro spojrzała przypadkiem,

To jak sarenka, której widzieć dziwnie

Konterfekt[453] własny w tle jeziora gładkiem:

7175

Spojrzy i zaraz płochliwie uskoczy,

I znowu wraca sobą napaść oczy.

LXI

Zdejmując jedną sukienkę za drugą,

Kładła na stronę[454]; potem biegła do niej

Z grzeczną, lecz tutaj natrętną usługą.

7180

Joasia skromna jej rączkom się broni,

Dudu nie słucha — i obie niedługo

Do snu gotowe, Dudu ma na dłoni

Ślad swej grzeczności… ukłuła się szpilką!

Szpilki na mężczyzn plagę chyba tylko

LXII

7185

Stworzone — damę zamieniają w jeża,

Przed którym śmiałek cofa ręce skłute.

Pamięć mi równy wypadek odświeża,

Jak to ja miałem szpilkami poprute

Ręce, gdym w braku służebnej, z rycerza

7190

Grzecznością stroił damę na redutę[455].

Bo nawpinałem w nią szpilek niemało,

Niestety, zawsze, gdzie nie należało.

LXIII

Wyśmieje mędrzec czynność tak naganną —

Ja bardziej kocham mądrość niż mnie ona;

7195

Być filozofem jest mą nieustanną

Chęcią — równy mi łachman i korona…?

Wiedzy nie pojmiesz, bo chce zostać panną.

Czym byłeś, jesteś, czym będziesz, gdy skona

Świat ten?… a dzisiaj czy żyjemy, czy nie?…

7200

W nierozwiązanych pytań tkwi dziedzinie.

LXIV

Głęboka cichość zaległa komnatę,

Blask lamp był blady i jakby omdlały

I snu aniołki chwiały się skrzydlate

Nad każdym ciałem; jeśliby istniały

7205

Duchy, w tej chwili, strojne w pyszną szatę,

Przyszłyby, grobów odrzuciwszy skały,

Tu pląsać, dobrym obdarzone gustem,

Zamiast gdzieś tłuc się po zamczysku pustem.

LXV

Spały wokoło rozkoszne i śliczne,

7210

Jak różnej barwy i woni, ogrzane

Ciepłem cieplarni, kwiaty egzotyczne,

Troską, mozołem wypielęgnowane;

Jedna pod burnus[456] skryła ciałko mleczne,

Czasem jej drgnęła głowa jak trącane

7215

Wiatrem jabłuszko; spała snem gołąbki

Cicho… z przymkniętych ust świeciły ząbki.

LXVI

Owa rumieńce lic na białość ręki

Złożyła; włosów kłąb wzbił się do góry

Nad czołem; sen jej był ciepły i miękki,

7220

Uśmiechała się jak księżyc przez chmury,

Co idzie, ledwie przysłoniwszy wdzięki,

A otula się w swój płaszcz srebrnopióry,

Kiedy już bliska owa nocy chwila,

Gdy mrok wstydliwy z jutrznią się przesila.

LXVII

7225

Nie jest to żadna z mej strony przesada,

Bo była noc, jak rzekłem wyżej pono;

Twarzyczka trzeciej była taka blada

Jak twarz śpiącego smutku; tylko łono

Falując zdradza, że w duszy się składa

7230

Wspomnieniem osób ukochanych grono…

Łza trysła z oczu, na rzęsach zawisa,

Jak rosa ranna na listkach cyprysa[457].

LXVIII

Czwarta jak posąg z kamienia wycięty

Leżała bez tchu, sztywno, nieruchomie[458],

7235

Biała i zimna jak potok zmarznięty

Albo minaret śnieżny na Alp złomie,

Lub w soli żona Lota… Panie Święty!

Porównania się mnożą jak po gromie

Echa… Wybieraj, chociaż nam w żałobie

7240

Dosyć niewiasty wykutej na grobie.

LXIX

Oto postrzegam piątą… Patrzaj, co to?

Dama widocznie „wiekowa”, choć ręczę,

Stu lat nie miała; zresztą nie dbam o to

I nad krzyżyków, jej liczbą nie ślęczę;

7245

Dość, że tam spała z niepiękną prostotą,

O! Bo minęły już dla niej chwil tęcze,

Gdy mąż i żona pod jednym nakryciem

Zastanawiali się nad grzesznym życiem.

LXX

A Dudu?… Jakże spała pod tę porę?…

7250

Nie dowiedziałem się mimo przesłuchy,

Kłamstwa zaś nigdy w usługi nie biorę;

Północ wskazały już zegarów ruchy,

Światło lamp było mdłe i jakby chore,

A po komnacie jęły[459] biegać duchy…

7255

Może widzialne dla tych, którym znośną

Jest ich obecność… wtem krzyknęła głośno.

LXXI

Ale tak głośno, że jak po wystrzale

Całe dam grono z łóżek się porwało;

Matrona, panny i te, których wcale

7260

Nazwać nie mogę… jakby pchnięte wstało

Morze i biegło, przebiegały salę

Drżące, spłoszone rzeczą niebywałą,

Nie pojmujące jak ja, co za licho

Straszyło Dudu spokojną i cichą.

LXXII

7265

Już obudziła się — a wszystkie one

W bieliźnie, z włosem rozwianym na skroni,

Z okiem błyszczącym — naprzód wychylone,

Z odkrytą piersią, która — zda się — roni

Jak meteory — blaski urodzone

7270

W polarnej strefie — z krzykiem biegły do niej;

Naszły wzruszoną, przerażoną, drżącą,

Oczy rozwarte miała, twarz gorącą.

LXXIII

Ale rzecz dziwna, świadcząca jak zdrowy

Twardy sen… przy niej Joasia tak blisko

7275

Leżała jak mąż obok swej połowy,

Święcący drzemką błogie stanowisko;

A nie zbudził jej krzyk ni gwar rozmowy,

Aż ją szarpnęły, schylając się nisko;

Wtedy dopiero rozwarłszy oczęta,

7280

Ziewnęła, patrząc niby dziwem zdjęta.

LXXIV

Teraz zaczęło się ścisłe badanie,

Ale że wszystkie chciały mówić na raz,

Co chwila nowe rzucając pytamie,

Mogłyby mędrca wprowadzić w ambaras,

7285

Gdyby odprawić pragnął wszystkie panie.

Dudu nie była niemowna jak karaś,

Lecz że nie miała swady Brutusowej[460],

Nie mogła związać swych wrażeń osnowy.

LXXV

Wreszcie wyznała, że gdy ją sen zmorzył,

7290

Śniła, że chodzi po cienistym lesie.

(W takim pobłądził Dante, kiedy dożył

Wieku, kiedy to człek poprawiać chce się:

W połowie drogi życia. Gdy las wdrożył

Kobiecie stałość, cnotę zeń wyniesie).

7295

Otóż w tym lesie, jak zasięgło oko,

Rosły jabłonie rozsiadłe szeroko.

LXXVI

A w samym środku stała jabłoń złota

Zaczarowana, a na samym szczycie

Złote jabłuszko; ją wzięła ochota

7300

Na piękny owoc, patrzy, wzdycha skrycie,

Chce dostać, skacze, kamiuszkami miota;

Jabłko spaść nie chce i wisi niezbicie

Na swej gałązce, chwieje się i chwieje,

I patrzy na nią, i niby się śmieje…

LXXVII

7305

A kiedy, próżno tak siląc się, stała,

Jabłko urwało się i (potoczyło

Samo do jej stóp; ona je porwała

I niosła do ust; a gdy całą siłą

Cisnąc je, zęby już zatopić miała

7310

W jabłuszku, co ją tak we śnie wabiło,

Frunęła pszczoła zeń i tak ją w szyję

Ukłuła!… dotąd z trwogi ledwo żyje.

LXXVIII

Sen, OmenW dźwięku jej mowy znać było zmieszanie

I przestrach, zwykły skutek snów niebacznych,

7315

Które wyrosły nad nasze poznanie,

A mogą dreszczem przejąć nieopatrznych.

Niejeden taki znam sem, co się zda nie

Marą, lecz wróżbą dla umysłów bacznych.

Modnie to zwie się: „zbieg okoliczności”;

7320

„Przeczucie duszne” — powiedziałbym prościej.

LXXIX

Dziewczęta, które miały już omdlewać,

Zwykle, jak kiedy minie chwila trwogi,

Zaczęły trochę dąsać się i gniewać,

Że się bez celu zerwały na nogi.

7325

Matrona także, że zamiast wygrzewać

Łóżko, snów słucha dziwnych jak rarogi,

Łajała Dudu; ta z minką litośną

Rzekła: „Ach, żal mi, żem krzyknęła głośno”.

LXXX

„Znam o kogucie powieść i o byku,

7330

Ale o jabłku, co z drzew samo leci,

Kto słyszał? Tyle narobiłaś krzyku,

Ze pobudziłaś wszystkich pół do trzeciej!

Myślałam, że świat chyba jest na zniku!

Musisz być chora, dzieci; zarazże ci

7335

Sprowadzę jutro lekarza; on zbada,

Co za dziwaczna niemoc cię napada.

LXXXI

Biedna Joasia! Robaczek najlichszy

Ma domek, gdzie się w cichym śnie zasklepi.

Myślałam, że jej snu nic nie zawichrzy

7340

I że nie samej spać będzie jej lepiej;

Że się przy Dudu, ze wszystkich najcichszej,

Po niewygodach drogi snem pokrzepi.

Tymczasem muszę ją przenieść — to jasne —

Do Loli, chociaż jej łóżko tak ciasne”.

LXXXII

7345

Oczęta Loli błysnęły radośnie,

Lecz w oczach Dudu zaczęły majaczyć

Łzy; zapomniała o łajaniu, o śnie,

Prosiła tylko, aby jej wybaczyć

Chciano pierwszy błąd, że ona wyrośnie

7350

Z tej wady — będzie już ma siebie baczyć.

Niech jej zostawią Joasię milutką,

A już do rana spać będzie cichutko.

LXXXIII

W następne nocy[461] bez widziadeł zaśnie,

Przynajmniej marzyć będzie już po cichu;

7355

Nie przypuszczała sama, że tak wrzaśnie…

„Halucynacja, ot — temat do śmiechu,

Nerwowość — dobrze mówią, że to baśnie,

Sen… ach, lecz dziwna władza jest w tym lichu.

Prosi: „Przebaczcie! Nim kogut zapieje,

7360

To ja już całkiem, całkiem wyzdrowieję…”

LXXXIV

Tu i Joasia zaczęła jej bronić,

Mówiąc, że wcale nie wini niebogi,

Że właśnie one, gdy zaczęły dzwonić

Głosem krzykliwym, takim jak dzwon trwogi,

7365

Obudziły ją; że się nie chce chronić

Gdzie indziej, bo sen miała bardzo błogi

I wcale na swą drużkę się nie skarży,

Że sobie czasem mal à propos marzy.

LXXXV

Gdy tak mówiła, pięknej Dudu głowa

7370

Przytuliła się do Joasi łona,

Lecz widna była szyjka — tak pąsowa,

Jak róży w lecie rozwitej korona.

Czemu spłonęła? Nie wiem. Jest to nowa

Zagadka, w obłok mistyczny wtulona;

7375

To jedno wiem, że prawdy chęcią dyszę,

I jak słyszałem, tak wam tutaj piszę.

LXXXVI

Więc dobranoc im — lub jeśli wolicie,

Dzień dobry — słychać bo kogutów pianie

I blask się zjawia na azyjskich szczycie

7380

Gór, a półksiężyc z wieży karawanie

Posyła strzały światła, gdy w przedświcie

Wilgotnym z wolna sunie się po ścianie

Stromej okólnym szlakiem jak rozwity

Wąż — gdzie na Kurdów patrzą Kaffu szczyty.

LXXXVII

7385

Ze wschodem słońca — lub jeszcze przed świtem

Wstała Gulbieza z bezsennej pościeli,

Wcielona furia — blada, z zębów zgrzytem

Wzięła płaszcz, welon, perły — stoi w bieli.

PożądanieSłowik, co nosi cierń w łonie przebitem

7390

I smętną głosi pieśń w krwawej kąpieli,

Z mniejszą boleścią pręży piersi chore

Niż ten, co własną namiętnością gore.

LXXXVIII

— W tych słowach morał leży mego dziełka;

Cóż, gdy publiczność rzuca dziś przybytki

7395

Mądrości; boli ją ostra igiełka

Prawdy; czytelnik miły ma ten brzydki

Zwyczaj, że patrzy w blask przez ciemne szkiełka..

Miły pisarz znów lubi stroić zbytki,

Drąc się z kolegą — no bo trudno wszystkim

7400

Pochlebiać, kiedy ten i ów jest chłystkiem. —

LXXXIX

Rzuciła ona przemiękkie posłanie,

Miększe niż łoża sybarytów, którzy

Gwałtu wołali, czuli niesłychanie,

Kiedy pod nimi zgiął się listek róży.

7405

Piękna — że sztuka za nic tu nie stanie,

Chociaż serdecznej blada walką burzy;

A tak nad błędem swym w zadumę wpadła,

Że zapomniała spojrzeć do zwierciadła.

XC

W tym samym czasie lub wcześniej zbudzony

7410

Wielki pan i mąż rzucił drzemkę błogą,

Posiadacz królestw trzydziestu i żony,

Której był wstrętny niby gad pod nogą

(Rzecz mniejszej wagi w ciepłej strefie onej

Dla potentatów, którzy sobie mogą

7415

Utrzymać harem — niż dla klasy biednej,

Co na dwu przestać musi lub na jednej).

XCI

Toteż od żółci wolną miał wątróbkę,

Małżonka, cały świat był mu za fraszki;

Lubił przy sobie czuć rozkoszną lubkę,

7420

Jak inny lubi pieska albo ptaszki.

K'temu w haremie miał Czerkiesek kupkę,

Z nimi po trudach Dywanu[462] baraszki

Stroił; lecz dzisiaj z musu czy miłości

Podobał sobie Padyszach w Jej Mości.

XCII

7425

Powstał więc i po zwykłych opłukaniach,

Które Koranu przepisuje prawo,

I po pacierzach, i kornych wzdychaniach

Sześć razy czarną zachłysnął się kawą,

A potem gadać kazał o kampaniach

7430

Rosjan, co ciągłą okrywali sławą

Ekaterynę[463], która kończy szereg

Największych w świecie carowych i…….

XCIII

Ty, Aleksandrze Wielki, coś jest wnukiem

Jej prawym — twego niech nie razi ucha

7435

Ta pieśń, gdy dojdzie, bo pieśń dzisiaj z hukiem

Do Petersburga doleci i słucha

Tętentu ziemia, gdy pędzi z pomrukiem

Wzdętych wolności fal ta zawierucha.

Aż do Bałtyku… Ty jesteś niekłamnie

7440

Rodzica Twego synem — to dość dla mnie.

XCIV

Kto bękartami klnie ludzi i zowie

Ich matki antypodami Tymona[464],

Owego mizantropa — krzywdę głowie

Niejednej czyni i krzywdzi plemiona.

7445

Do dziejów nasi należą przodkowie,

A gdyby matki błąd hańby znamiona

Dawał potomstwu — pytanie niełacne,

Czy by dziś wielkie rody były zacne?

XCV

Wojna, SeksGdyby rozumiał był Sułtan z Carycą,

7450

Co uszczęśliwia dwory i narody,

Zamiast armatą walczyć i szablicą

I groźnie przeciw sobie iść w zawody,

Mogliby wojnę fezu ze spódnicą

Skończyć bez wodzów i bez posłów trzody.

7455

Niechby on harem puścił, ona swoję

Gwardię i tak spór zgodzili — we dwoje.

XCVI

Ale dziś Sułtan łamać musiał głowę,

A razem z władzą i Dywan dostojny,

Jak tę rycerkę i…. królowę,

7460

Tę sojusznicę zamętu i wojny

Pożyć. O! Ciężkie jest brzemię państwowe,

Które tłoczy kark ministerstwa wojny,

Zwłaszcza gdy nie chcąc działać jak poganin,

Nie może nowych już nakładać danin.

XCVII

7465

Gulbieza, kiedy odszedł Sułtan czuły,

Do buduaru swego weszła, kędy

Słodko się kocha i je. Tam zasnuły

Kadzidła wonną mgłę i lśniły wszędy

Kosztowne cacka; krwawe karbunkuły[465]

7470

Ze stropu patrzą na wazonów rzędy,

Skąd wonią dyszą kwiaty krasnolice,

Pociecha więźniów — same niewolnice.

XCVIII

Marmury, porfir, jaspisy dokoła

Walczą ze sobą o palmę zasługi;

7475

Z dworu dolata pieśń ptaszków wesoła,

Przez kolorowe szyby świateł smugi

Tęczowe płyną; lecz pióro nie zdoła

Wyrazić cudów; opis byłby długi;

Szkic nakreśliłem, a reszty niech raczy

7480

Dopełnić bujna fantazja słuchaczy.

XCIX

Wezwawszy Babę, ministrowi swemu

Każe o jeńcu powiadać najszerzej;

Co się z nim działo, odkąd do haremu

Odszedł; czy wszystko poszło, jak należy?

7485

Jak obchodzono się z chłopcem i gdzie mu

Dano mieszkanie? czy go kto z odzieży

Nie podejrzewa?… Zwłaszcza o przebiegu

Pragnęła wiedzieć zeszłego noclegu.

C

Baba z wahaniem pewnym zaczął składać

7490

Sprawę z tych kwestii; ale wnet osądził,

Że nie tak łatwo na nie odpowiadać,

Jak pytać; mówił, że wszystko urządził,

Ale coś taił, choć słowom chciał nadać

Obojętności cechę — w czym pobłądził,

7495

Gdyż właśnie zdradzał się; spocił, zasapał

I w skłopotaniu wielkim w ucho drapał.

CI

Gulbieza nie jest cierpliwości wzorem;

Nie lubi na czyn i na słowo czekać.

Odpowiedź winna dążyć krokiem skorym

7500

Tuż za pytaniem. Więc gdy zaczął zwlekać,

Kuleć, pytania spadły nowym torem.

Zmieszał się, zaczął słówka cedzić, bekać…

Jej w twarz spłynęła krew, a z oczu biły

Iskry, na czole wyszły sine żyły.

CII

7505

Gdy ujrzał Baba panią rozgniewaną —

Dla niego zły znak — jął prosić nieśmiało,

By łaskawego ucha skłonić chciano;

Że on niewinien temu, co się stało.

Więc wyszło na jaw, że jeńca oddano

7510

W opiekę Dudu (co się powiedziało),

Lecz on niewinien, przysięgnie, gdy żąda,

Na Koran i garb świętego wielbłąda.

CIII

To przełożona ody winna temu,

Która ma w pieczy haremowe damy.

7515

Ona to, gdy go wzięła do haremu

(Bo jego służba kończy się u bramy),

Wszystko zepsuła; on już nie mógł złemu

Rozpoczętemu przeciwstawić tamy

I bez budzenia podejrzeń odeprzeć

7520

Nieszczęścia, by nie popsuć, miast polepszyć.

CIV

Sądzi, ba! wierzy i jest przekonamy,

Że Juan z pokus tych wyszedł z honorem,

Czysty jak przedtem i niepokalany,

Wiedząc, że gdy się zdradzi choć pozorem,

7525

Nie tylko padnie w kłopot zawikłany,

Lecz skończy życie worem i Bosforem.

Wszystko wyjawił więc słowem otwartem

Prócz marzeń Dudu — co nie były żartem.

CV

Tę rzecz dyskretnie w milczeniu zachował

7530

I byłby gadał jeszcze, bo imprezy

Nie pozbył, lecz się nagle zahamował,

Tak się ściągnęły groźnie brwi Gulbiezy:

Lica pałały, wzrok skrzył, mózg wirował,

Jak kiedy piorun po ciele przebieży.

7535

A rosa męki na skronie serdecznej

Wyszła — jak na kwiat w porze przedsłonecznej.

CVI

A choć nie była z rodzaju nerwowych,

Już myślał Baba, że zemdleje… lecz nie!

Były to tylko napady chwilowych

7540

Drgań, które trudno skreślić. Każdy wiecznie

Czuje wrażenie spiorunowań owych,

Gdy mu wypadło co z zamiarem sprzecznie.

A jeśli ona tej pasji mozolnej

W słowach nie mogła wydać, cóż ja zdolny?…

CVII

7545

Stoi w tej chwili niby u trójnoga

Namiętna Pytia[466]. Twarz natchnieniem płonie,

Wre w niej namiętność niespokojna, sroga,

Rozszarpująca serce niby konie

Stepowe; potem już chwieje się noga

7550

I wargi jej drżą — i pochyla skronie,

I w dół podaje się cała złamana,

Skroń pulsującą chyląc na kolana.

CVIII

Skłonieniem głowy bladą twarz ukryła,

Jak u płaczącej wierzby rozwiązany

7555

Warkocz marmuru całować puściła,

Na otomance siedząc; w skołatanej

Piersi wzmogła się rozpacz i tak biła,

Jak wracające raz po raz bałwany,

Póty szturmują do skalnych wykuszy,

7560

Aż się głaz twardy wyszczerbi i skruszy.

CIX

Głowa opadła, twarz jak pod zasłonę

Pod bujnych włosów kaskadę się chowa;

Z wezgłowia zwisa ramię obnażone;

Płeć jego lśniąca i alabastrowa…

7565

Gdyby malarzem być i te dzielone

Wiersze na obraz złożyć! Gdyby słowa

Farbami były! Lecz że jestem frycem[467]

W malarstwie, racz się zadowolić szkicem.

CX

Baba wiedzący, że trudno złagodzić

7570

Burzę, a zwłaszcza jej porywy żwawsze,

Za to wiedzący, w co kiedy ugodzić,

Skulony czekał na wiatry łaskawsze.

Ona powstała i zaczęła chodzić

Po sali z wolna, ale milcząc zawsze.

7575

Rozpogodziła czoło, choć nie oczy —

Wiatr ścichnął, lecz się fala jeszcze toczy.

CXI

Przystanie, głową wstrząśnie i znów rusza;

Gwałtowność gestów wzmaga się, znów minie.

Znany jest ten chód, do którego zmusza

7580

Huragan uczuć; często się odwinie

Niby spod zasłon z takich aktów dusza,

Jak to Salustiusz[468] spostrzegł w Katylinie,

Który, pędzony przez wszystkie złe duchy,

Zdradzał się nawet burzliwymi ruchy.

CXII

7585

Stanąwszy wreszcie: „Niewolniku! Sprowadź

Jeńców” — wyrzekła ledwie dosłyszanym

Głosem, lecz takim, że Baba próbować

Nie chciał zaczepki; zadrżał, ale szczwanym

(Będąc mikitą[469], udał, że zmiarkować

7590

Nie może, o kim właśnie mówi hanem.

I prosił, by ich nazwała z imienia

Dla powtórnego błędu uniknienia.

CXIII

„Gruzjanka Dudu i jej ulubiony! —

Potem dodała: — Niech czeka gotowa

7595

Łódź u drzwi tajnych z południowej strony;

Resztę wiesz…” W gardle utkwiły jej słowa

Pomimo dumę miłości wzgardzonej.

Baba poznawszy, czym jest srogość owa,

Zaklął się na włos z Mahometa brody

7600

I zaczął winnych wypraszać od wody.

CXIV

„Słyszeć jest słuchać, ale, najjaśniejsza

Pani, niech skutki zważy twa roztropność;

Nie przeto, aby moja była mniejsza

W spełnieniu żądań najcięższych pochopność,

7605

Ale z pośpiechu może najprzykrzejsza

Kolizja wyróść tobie — aż okropność

Myśleć!… Pominę straszne zawikłanie

W wypadku, gdyby odkryto przebranie.

CXV

Lecz uczuć własnych swych szanuj. Bo snadnie[470]

7610

Resztę pochłonie ciemnych wód cesarstwo,

Co już niejedno serce kryje na dnie

Bijące, pleśni przysłonione warstwą.

Kochasz młodego chłopca — bardzo ładnie —

Ale jeżeli to ma być lekarstwo…

7615

Przebacz śmiałości — jednak, by wyleczyć

Ciebie śmierć jego miała?… śmiem zaprzeczyć”.

CXVI

„Łotrze! Ty będziesz prawił o miłości?…

Ruszaj!” — krzyknęła, a oczy jej błysły.

Znikł Baba, nogom przydawszy szybkości,

7620

Wiedząc, że gdy jej roznamiętni zmysły,

Sam sobie drogę do stryczka umości.

Więc choć w praktykach miłosierdzia ścisły

I rad, by przezeń nie cierpieli drudzy,

Jednak własny kark milszy mu niż cudzy.

CXVII

7625

Poszedł więc krzątać się koło roboty,

Burkając i klnąc tureckimi usty

Kobiety wszystkich stanów, wieku, cnoty,

Zwłaszcza sułtanki z przemiennymi gusty[471],

Ich dumę, upór, kapryśne zawroty

7630

Woli, ich umysł płytki, tępy, pusty,

Gwałty, czynione bliźnim, niemoralność…

Tu błogosławił swoją neutralność.

CXVIII

W pomoc zawezwał służbę haremową,

A młodej parze posłał rozkazanie,

7635

Aby przybrawszy się pięknie, godowo,

Etykietalne przywdziawszy ubranie,

Zaraz stawiła się przed cesarzową,

Co najłaskawsze ma o nich staranie.

Dudu się zlękła, don Juan zadziwił,

7640

Lecz iść rad nierad musiał, choć się krzywił.

CXIX

Więc pozostawiam parkę w garderobie,

A jak się skończy cała awantura —

Czyli[472] Gulbieza ułaskawi obie,

Czyli się zemści. jak Lewantu[473] córa

7645

I czytelników zostawi w żałobie —

To na koniuszku wisi mego pióra.

Dojdę ją w dalszym ciągu mej powieści,

Dokąd ich kaprys zapędzi niewieści.

CXX

Błogosławieństwa kreślę nad nią znaki,

7650

Choć nie wiem, czyli koniec nieszczęść bliski;

Ale na inne zwracam Muzę szlaki

— Przy uczcie trzeba odmieniać półmiski. —

Ufam, że jeszcze Juana szczupaki

Nie zjedzą, chociaż już gotują pyski.

7655

Więc, że w powieści odmiana ma wielki

Urok, Muza ma spróbuje szabelki.

Pieśń siódma

I

Miłości! Sławo! Wy wietrzne istoty!

Nieujarzmione takie, a ponętne.

Meteor, co wpadł w gwiezdne kołowroty,

7660

Mniej płoche światło ma i bardziej mętne.

Do czarnej ziemi przykuci, ku złotej

Parze w krąg oczy wysyłamy smętne.

Przelecą mimo[474], wzrok iskier zabawią

Tysiącem, ujdą, tęsknotę zostawią…

II

7665

Podobną jest ta, tutaj wam podana

Powieść-niepowieść, różności plecionka,

Zorza północna spoetyzowana,

Świecąca w chłodnej strefie mdłego[475] słonka.

Nie wstyd w łzach tonąć od rana do rana,

7670

Skoro wiadomo, że wszystko jest mrzonka;

Lecz skoro mrzonką jeno jest wszechżycie,

Może zeń równie śmiać się pozwolicie?

III

Oskarżają mnie, mnie, podpisanego

Autora — o co, doprawdy nie widzę,

7675

Mówią, że jestem apostołem złego,

Że podkopuję cnotę, z wielkich szydzę.

Czegoś im we mnie braknie — ale czego?…

Mój Boże! Wszakże ja kłamstwem się brzydzę;

Nie mówię więcej — każdemu wiadomo —

7680

Niż mawiał Dante, Cervantes, Salomo,

IV

Niż Swift powiadał, Machiawel, Rochefoucauld,

Fénelon, Luter, Tillotson i Plato,

Wesley i Rousseau, który z wielką sztuką

Dowiódł, że życie prosto czasu stratą.

7685

Ich więc, nie moją gorszcie się nauką. —

Nie utrzymuję ja, że jestem Kato

Lub Diogenes nawet. — Żyję — zamrę. —

(Co lepsze?… Zamknę to pytanie w klamrę).

V

Sokrates twierdzi w zdaniu bardzo wzniosłem,

7690

Że: „Wiedzieć, że się nic nie wie, mądrości

szczyt!” Piękna mądrość, która robi osłem

Geniusz przeszłości i teraźniejszości,

Newton, który jest nowych czasów posłem

I arcymędrcem naszych ziemskich włości,

7695

Newton powiada: „Będę dzieckiem zawdy,

Co zbiera muszle na wybrzeżu Prawdy”.

VI

VanitasI Eklezjasta śpiewa: „Wszystko marność!”

Z nim księża, mając Memento w pamięci,

Czczą wstrzemięźliwość, czystość i ofiarność.

7700

Słowem — pojmie to każdy, kto ma chęci.

Gdy w doczesności więc widzą wszechczarność

Poeci, mędrcy, kapłani i święci,

Mamże się wstrzymać z obawy pobicia

Sam od głoszenia tej nicości życia?

VII

7705

Psy wy czy ludzie!… Zbyt wiele zaszczytu,

Gdy was psami zwę. Psy od was zacniejsze!

Czytajcie — lub nie, najmniej u mnie wy tu

Znaczycie, z żywych istot najpodlejsze.

rpJak księżyc nie drgnie od wilków skowytu,

7710

Tak Muza moja skry rzuca niemniejsze.

Słucham, lecz wrzaskiem waszym się nie straszę,

Srebrząc mimo was ciemne ścieżki wasze. —

VIII

„Srogie miłości i zdradzieckie wojny”,

Czy dobrze wiersz ten cytuję — nie baczę.

7715

Fakt faktem, przetom o cytat spokojny,

Śpiewam oboje i rzucę kartacze

Na twierdzę pewną, zgromadzę lud zbrojny,

Od strony morza i lądu obsaczę,

To jest obsaczę nie ja — lecz Suwarów[476],

7720

Co miał niby sęp krwiożerczości narów.

IX

W delcie Dunaju Ismaiłem zwana

Twierdza na lewym rozramieniu leży.

W orientalnym stylu budowana,

Do najmocniejszych na ziemi należy

7725

Lub należała, póki wyuzdana

Złość nie zburzyła murowych pancerzy.

Wiorst osiemdziesiąt ku wysokiej wodzie,

A trzy tysiące sążni ma w obwodzie.

X

Lewe przedmieście objęto też murem;

7730

Punkt to wyniosły i wróg się bezkarnie

Nie zbliży, bo go oszczekają chórem

Działa; lecz grecki mistrz bardzo figlarnie

Na parapecie palisady sznurem

Powtykał w ziemię perpendykularnie[477],

7735

Że tylko ogień obrońców maskują,

Lecz szturmujących najmniej nie hamują.

XI

Ta okoliczność da pojęcie waści

O tym Vaubanie nowym i taktyku.

Fosa głęboka jak morskie przepaści,

7740

Wał tak wyniosły, żebyś tam na stryku

Nie chciał zawisnąć, ale żadnych paści[478]

(Przepraszam, powiem w technicznym języku),

Żadnych „ukrytych dróg”, „wilczego dołu”,

Co szturmującym przyczynia mozołu.

XII

7745

Kamienny bastion z wąską szyją wieży

Strzegącej i mur twardy jak łepeta

Angielska; dwie baterie jak nasz „Jerzy”,

Z strzelnicą jedna, a druga „barbetta”, .

Mają przystępu bronić do wybrzeży.

7750

Dwadzieścia i dwie paszcze zieją z grzbieta

Szańców po stronie prawej, gdzie „kawaler”

Mieści armaty, ustawione w szpaler.

XIII

Od strony rzeki twierdza była goła.

Bo nigdy tępy nie przypuszczał Turek,

7755

Że się tam ruska flota przedrzeć zdoła.

Tak zaś mniemając, sam zadzierzgał sznurek

Sobie na szyi i pałasz anioła

Śmierci na synów kark ściągał — i córek.

Nie dbał więc, że się tam w delcie krzątała

7760

Rosyjska flota — i powtarzał: „Ałłah!”

XIV

Rosja gotowa poszła do ataku.

— O wy, boginie oręża i sławy!

Mamże tu pisać o każdym kozaku,

Co nieśmiertelny byłby, gdyby sprawy

7765

O nim zdawano, bo każdy w orszaku

Marsa stać godzien; Achilles mniej krwawy,

Mniej był zawzięty niż ten naród świeży;

Przykre ma tylko imiona rycerzy.

XV

Sława, ImięWymienię kilku, aby zwiększyć mowy

7770

Naszej eufonię: Orłów i Strogonów,

Lwów, Bezborodko, Arseniew-Grek nowy,

Płatów, Czepega, Meknop i Czogonów,

I jeszcze jeden dwunastozgłoskowy.

Mógłbym wymienić bardzo wielu „onów”

7775

Z gazet — lecz Sława, kapryśna dziewucha,

Prócz trąby słynie z pieszczonego ucha,

XVI

Aby wymówić słowa, pełne zgrzytu,

Bo takimi są rosyjskie imiona.

A przecież godni mego propozytu,

7780

Jak męża godna piękna narzeczona

Albo jak godna niemego zachwytu

Londonderry'ego mowa napuszona.

Więc: iszkin, uszkin, uj, oj, uski, owski,

Pośród ostatnich jaśniał Razumowski,

XVII

7785

Mitaczów, łabanów, równie się snuła

Wołodiów, Saszów i Wasilów siła.

Najtęższa szlachta, jaka kiedy kłuła

Bagnetem albo szablą dziurawiła.

Nic nie obchodził ich Mahomet, Mułła,

7790

Chyba by skóra w cenie podskoczyła,

Wtedy gotowi byli drzeć z nich pasy

I z miękkich skrawków robić tołumbasy[479].

XVIII

Zbiegli się także wojownicy cudzy,

Przeróżnych nacji — ochotnicy sami,

7795

A nie ojczyzny ani kraju słudzy,

Lecz chcący kiedyś być brygadierami.

A także w łupach mieć swą część jak drudzy,

Zwłaszcza że byli młodymi chłopcami…

Z angielskiej nacji zagrażało miastu

7800

Wielu Thomsonów, Smithów dziewiętnastu.

XIX

Jack Thomson i Bill Thomson; — nazwisk wiele

Poety wielkie imię „James” obarcza.

Nie wiem, czy w herbie mieli młot, czy cielę,

Lecz lepsza taka z imieniem „James” tarcza.

7805

Było trzech Piotrów Smithów, a w swym dziele

Najlepszy: „wielu co ciosom wystarcza”,

Rycerz, co ongi stał pod Halifaxem:

Dziś pragnął w ruskim wojsku być Ajaksem[480].

XX

Reszta Jack, Will, Bill — jak z jednego kojca,

7810

Gdy o najstarszym Jacku, Smitha synu,

Powiem to, że miał w Kumberlandii ojca

Kowala — a więc, że pochodził z gminu,

Tom uzupełnił życiorys mołojca,

Który znalazł śmierć przy wzięciu Koczynu,

7815

Małej wioseczki, za co w biuletynie

Trzy poświęcono jego sławie linie.

XXI

Śmiem wątpić, chociaż kocham i szanuję

Marsa, czy ulży biuletyn rannemu,

Gdy srogie bóle ten nieszczęsny czuje…

7820

Nie przyganiajcie dowcipowi memu,

Bo w kalemburach niećwiczon — cytuję;

Szekspir ten sam żart dał w usta jednemu

Z mężów w komedii, co humorem skrzy się,

A który nasi kradną dowcipnisie. —

XXII

7825

Był tam niejeden Francuz dziarski, śmiały,

Ale zbyt dobrym jestem patryjotą,

By ich imiona wymieniać w dniu chwały.

Dziesięć kłamstw powiem, nim prawdę podłotą

”Okupię!… O cześć Anglii jestem dbały

7830

I nazwę tego hultajem, niecnotą,

Kto będzie twierdzić, że w pokoju błogim

John Bull[481] przestaje być Francuza wrogiem.

XXIII

Moskwa, stawiając dla baterii szańce

Na bliskiej wyspie — miała takie cele:

7835

Publiczne gmachy po ostatnie krańce

Miasta zrujnować… i prywatnych wiele.

Mniejsza, co biedni ucierpią mieszkańce;

— Forteca — główna rzecz, legnie w popiele,

A że stawiana w półkole — więc dom by

7840

— Żaden nie uszedł granatu ni bomby.

XXIV

Zasię cel wtóry: Wyzyskać tę chwilę

Panicznej trwogi, zgiełku, zamieszania

I atakować turecką flotyllę,

Co się w pobliżu układła do spania,

7845

Trzeci zaś motyw, jeśli się nie mylę,

Strachem przynaglić miasto do poddania.

Rycerstwo ma swe humoru wyskoki,

Gdy nie jest mężne jak taksy, buldoki…

XXV

Istnieje zwyczaj, nie nazwę go cnotą:

7850

Lekceważenie sobie przeciwników.

Niestety, u nas zwyczajny — a oto

Przezeń polegli Smith i pan Czyczyków

(Smith jeden z owych dziewiętnastu, co to

Gwiazdami byli pośród swoich szyków;

7855

Imię tak bardzo częste w naszym kraju,

Że Smith nazywał się już Adam z raju).

XXVI

Rosja za prędko sypała okopy,

Nie pokończyła więc swoich bateryj;

— Podobny pośpiech — kradnie wierszom stopy,

7860

Z czego ma stratę Longman i John Murray,

Gdy im poezje zalegają szopy

Księgarskie, stałe zająwszy kwatery. —

Wskutek pośpiechu zatem się wstrzymało

To, co historia zwie „mordem” lub „chwałą”.

XXVII

7865

Czy to głupota panów inżynierów

Popsuła działa te i kartelusze,

Czy niesumienność, łotrostwo giserów[482],

Co oszukując, oczyszczali duszę

Z grzechu zabójstwa, czy błąd kanonierów,

7870

Dość że chybiały oblężnicze kusze;

Jedne przeniosły, drugie nie doniosły,

A w wojsku listy trupów ciągle rosły.

XXVIII

Nieobliczenie przestrzeni i siły

Popsuło również nawodne roboty:

7875

Tam trzy brandery w górę wystrzeliły,

Nim doszły celu — bez szkody dla floty

Tureckiej; lonty za wcześnie się stliły

I wywołały tylko puste grzmoty,

Bowiem brandery pękły w środku rzeki,

7880

Podczas gdy Turkom sen kleił powieki.

XXIX

Gdy się ocknęli, Dunajem płynęła

Rosyjska flota. Około godziny

Dziewiątej już się pod mur podsunęła

Nieustraszenie na odległość liny

7885

I kanonadę zaraz rozpoczęła.

Turcy nie stali też jak manekiny,

Lecz powitali gości niezbyt czule,

Miecąc granaty, kartacze i kule.

XXX

Sześć godzin stały pod ogniem fortecy

7890

Ruskie okręty; z lądu działa grzmią, by

Wspierać flotylę i zasłaniać plecy,

Lecz zrozumiano wnet, że same bomby

Nie zdmuchną miasta jak płomienia świecy,

Więc zatrąbiły do odwrotu trąby,

7895

Jeden okręt pękł, drugi w piasku osiadł

Porwany prądem — i Turek go dosiadł.

XXXI

On też utracił statków, ludzi siła[483],

Ale na widok uchodzącej floty

Zgraja Delhisów w łodziach się puściła

7900

Ścigać, z janczarek śląc kule i groty.

Nawet na wyspę wysieść[484] się kusiła,

Lecz za wysoko zamierzyła loty,

Bo hrabia Damas ze swym dzielnym gminem

Zepchnął ich z wielkim trupów biuletynem.

XXXII

7905

„Gdybym — historyk rzecze — zechciał czyny

Rosjan opiewać w ów to dzień marsowy,

Mógłbym ułożyć całe woluminy,

A jeszcze nigdy nie byłbym gotowy”.

Więcej nie mówi, lecz zaraz wawrzyny

7910

Składa na obce a znaczniejsze głowy:

Damasa, księcia de Ligne, Langerona —

Przesławne dziejów współczesnych imiona.

XXXIII

Z tego zrozumieć można, co jest chwała:

Oto ci zacni trzej kawalerowie…

7915

Ręczę, że mała liczba z was wiedziała,

Że żyli kiedyś. A może też… kto wie?…

Dziś jeszcze żyją? Sława to kabała,

Trzeba mieć szczęście do niej, tak, panowie.

Prawda — książę Ligne pisał pamiętniki;

7920

Te polecają go masom publiki.

XXXIV

Walka, Bohaterstwo, SławaRóżni tam bili się, nie tylko księstwo.

Rzekłbyś — wróciła homerowa era.

Lecz się jednostka między taką gęstwą

Gubi, gubi się imię bohatera.

7925

Niedostrzeżone i bajeczne męstwo

Ginie, dla sławy za prędko umiera.

Z bitew spółczesnych, nie wiem, czy znajdziecie

Dziewięć wyraźnych imion gdzie w gazecie. —

XXXV

Wstęp, chociaż czoła laurami ubierał,

7930

Dowiódł, że w akcji gdzieś musiał błąd leżeć.

Więc Ribas, znany w historii generał,

Radził czym prędzej do szturmu uderzyć,

W czym generalny sztab mu się opierał,

Mówiąc… lecz musiałbym stancę rozszerzyć.

7935

Więc stanę, aby się czytelnik który

Nie zdrzemnął, nim się wedrzemy na mury.

XXXVI

Był mąż — jeśli go mężem zwać się godzi —

Nie przeto, bym mu odmawiał męskości,

Bo gdyby nie był Herkulesem, młodziej

7940

Musiałby umrzeć ani niestrawności

Czekał, co śmierć mu zesłała w powodzi

Kwiatów pod drzewem, w kraju zieloności

Skroś spustoszonym dla pańskich rozkoszy,

Tak jak szarańcza nigdy nie pustoszy.

XXXVII

7945

To — był Potemkin[485], wielkość takiej ery,

Gdy mężobójstwo i nierząd są w cenie.

Gdybyś chciał wartość liczyć na ordery

I złoto, chwałę miał wielką jak mienie.

Sześciostopowy olbrzym, zdołał szczery

7950

Afekt czy tylko chwilowe zachcenie

Wywołać w wielkiej imperatorowej,

Co oceniała człowieka — z budowy.

XXXVIII

Gdy się rzecz chwiała, Ribas pchnął do księcia

Gońca i tyle sprawił przez ajenta,

7955

Że go dla swego zyskał przedsięwzięcia.

Nie wiem, jakie miał k'temu argumenta,

Dość, że starczyły zgoła do dopięcia

Celu; tymczasem bliżej podsunięta

Bateria grzmiała; z czterdziestu gardzieli

7960

Twierdza wtórzyła piekielnej kapeli.

XXXIX

Aż trzynastego, gdy wojsko w rozterce

Smutną na statki swe siadało rzeszą,

Zjawił się kurier i ucieszył serce

Tych, co już dawno sławę z szabel krzeszą,

7965

Jak tych, co byli frycami w żołnierce,

Krótką i zwięzłą wojskową depeszą,

Że się amator dowództwa i gwarów

Wojennych zbliża — marszałek Suwarów.

XL

List do marszałka, pisan przez samego

7970

Kniazia, godzien był spartańskiej zwięzłości.

O! Gdyby tylko wiódł był do zacnego

Celu: obrony prawa i wolności.

Lecz to był wyraz nad ziemią zgiętego

Łuku brwi groźnych — niech więc praw nie rości

7975

Do chwały, chyba ze stylu bezsprzecznie

Jędrnego: „Zdobyć — Izmaił — koniecznie”.

XLI

Wojna„Niech będzie światło!” — rzekł Bóg — i już świeci.

„Niech będzie krew!” — rzekł człowiek — i już płynie.

A jedno fiat[486] tych zepsutych dzieci

7980

Nocy (dzień czynów ich nie zna) w godzinie

Tyle zła sprawi, że trzeba stuleci,

Aby je zatrzeć, i chyba jedynie

Tych słońc, co skrzyły dla edeńskich stworzeń.

Wojna nie sam pień gubi, lecz i korzeń.

XLII

7985

Muzułmanowie, co krzyczeli: „Ałłah”,

Widząc, że Rosja bierze za pas nogi,

Spuścili nos na kwintę; któż nie pała

Męstwem, widząc, jak cofają się wrogi

(Raczej wrogowie — należy się cała

7990

Dworność biedakom, co doznają trwogi).

A więc na Turków nowa żałość padła.

(Choć wieprzem gardzą, strzegą swego sadła).

XLIII

Aż szesnastego wrzasły „karaule”

I zjawili się dwaj jeźdźcy, kozaki,

7995

Pędząc galopem schyleni na kule

Siodeł; pakunek mieli u kulbaki

Mały, bo na dwu tylko trzy koszule.

Dwa ukraińskie niosły ich kłusaki.

Gdy wpadli w obóz na kształt dwu ogarów,

8000

Poznano, że to z lejbjegrem Suwarów.

XLIV

„W Londynie bal! bal!” — woła gap, gdy świeczki

Iluminacji w oknach się ukażą,

Które John Bullom, przyjaciołom beczki,

Mile łaskoczą zmysły, gdy się jarzą.

8005

Płoną więc barwne lampy i lampeczki,

Bo mędrzec (John Bull) z jaśniejącą twarzą

Odda swój rozum, nierozum, pieniądze,

Aby jak wielka ćma nasycić żądzę.

XLV

Dziw, że klnie jeszcze: „Oczom potępienie”,

8010

Już dawno tępe! a tych klątw ze wstrętem

Sam diabeł słucha, gdyż opadły w cenie,

Odkąd John Bull wzrok utracił ze szczętem

I zwie podatki rajem, długi mieniem.

A gdy głód okiem, w gorączce wyschniętem,

8015

Pogląda mu w twarz jak krwawym rubinem,

Powiada, że głód jest Cerery[487] synem!

XLVI

Wielka uciecha śród marsowych dzieci:

Rosjan, Tatarów, Francuzów, Anglików,

Którym Suworow niby lampa świeci

8020

Gazowa, igrę gotując dla szyków;

Lub niby ognik, co błyśnie, podleci,

Na trzęsawiska wiodąc podróżników

I tak czarując skaczącym błyskaniem

Że kto obaczy, ślepo dąży za nim.

XLVII

8025

Teraz pójdzie szturm drogą należytą.

Witały wodza entuzjastyczne

Okrzyki: z armat na cześć jego bito

I prognostyki wszystkie były śliczne.

Na strzał armatni obozy rozwito,

8030

Łatano dziury w szańcach i rozliczne

Przygotowano i różnej struktury

Machiny, kosze, drabiny i sznury.

XLVIII

WódzW duchu potężnym leży ta przyczyna,

Że jeden wodzi za sobą narody.

8035

Tak się masa wód pod wiatrem przegina,

Za bykiem, starym wodzem, idą trzody.

Ślepca człowieka wiedzie mała psina,

Tryk bekiem trzodę ściąga, gdy do wody

Bieży lub z koszar na paszę wychodzi;

8040

Zawsze bo wyższy niższemu przewodzi.

XLIX

Obóz się cieszy, wykrzyka radośnie,

Rzekłbyś, że śpieszy na weselne gody.

(Nie powiedziałem tu tego przenośnie:

Wesele jest też zawiązkiem niezgody

8045

I wojny) — nawet ciurom serce rośnie;

Gotowi są grzbiet narazić na szkody,

A wszystko przez to, że mały człeczyna

W kusej[488] rubaszce[489] chce iść na Turczyna.

L

Istotnie chce iść; więc roboty swojej

8050

Doziera każdy pilnie, bo czas krótki.

Pierwsza dywizja w trzech kolumnach stoi

I czeka tylko wojennej pobudki.

Podobnie druga, która wnet ukoi

Pragnienie sławy, bo jej jak do wódki

8055

Drżą wargi do krwi czerwonej i świeżej.

Trzecia w kolumnach dwóch z wody uderzy.

LI

Wzmocniono działa i zwołano radę

Wojenną, w której jednozgodność głosów —

Rzadka w zebraniach — zastąpiła zwadę,

8060

Rzecz, co się zdarza w strachu wielkich ciosów.

Gdy usunięto tak wszelką zawadę,

Sława się jęła wzdymać do niebiosów,

A wódz, co się jej chciał koniecznie dobić,

Uczył żołnierzy, jak bagnetem robić.

LII

8065

Tak. Sam marszałek mużyków[490] musztrował

I nie brzydził się po szczękach ich walić,

I na podrzędnej służbie czas marnował,

By się kapralską rutyną pochwalić.

Więc salamandrom młodym pokazował,

8070

Jak w ogień skakać, by się nie opalić,

Jak po drabinie się (nie Jakubowej)

Spinać, leźć na wał i przesadzać rowy.

LIII

Więc manekiny za Turków przebierał

W turbany, dał im kindżały i szaszki,

8075

A. żołnierz na nie z bagnetem nacierał,

Siekąc i kłując watowane czaszki.

Tak wyćwiczonych dopiero generał

Chciał wyprowadzić na inne igraszki.

Młódź z niego śmiała się, że czas mitrężył,

8080

Nie odpowiadał, poszedł — i zwyciężył.

LIV

W wilię ataku wojsko na właściwym

Stanęło miejscu; śród obozu trwała

Posępna cisza. Wyda się to dziwnym,

Lecz żołnierz, co ma iść zdobywać działa

8085

I czeka hasła, staje się mrukliwym

W chwili ostatniej; armia więc milczała.

Jeden o domu myślał, dzieciach, żonie,

A drugi o tym, co będzie po skonie. —

LV

Suworow biega wszędzie czynny, czujny,

8090

Musztruje, bije, żartuje i gwarzy,

Bo to był człowiek, jakiego i bujnej

Fantazji pisarz nieprędko wymarzy,

Bohater, geniusz — śmieszny i niechlujny,

Dziki a mądry, nim zrobi — rozważy,

8095

To Mars, to Momus[491], a u zdobywanej

Twierdzy — arlekin za wodza przebrany.

LVI

Właśnie gdy swoich mużyków układał

(Zdobywca czerpał i z kapralstwa chwałę),

Patrol, co konno okolicę badał,

8100

Napotkał w wieczór towarzystwo małe;

Jeden językiem ruskim słabo władał,

Ale wyrazy były zrozumiałe,

A czy to z ruchów, miny, nie wiem, z czego

Poznali, że być musiał ich kolegą.

LVII

8105

Było trzech mężczyzn razem i dwie panie;

By ich wiedziono. do obozu — proszą.

Strojem na pozór niby muzułmanie,

Lecz poznać po nich, że strój obcy noszą

I że tam w każdym tureckim kaftanie

8110

Tkwi chrystyjanizm, który czasem głoszą

Usta i suknia; serce dzikość zdradza,

Co nieraz wielkie omyłki sprowadza.

LVIII

Suworow właśnie stał przed swoją rotą

W jednej rubaszce i tępe kałmuki,

8115

Błaznując, krzycząc, klnąc tępszych „hołotą”,

Uczył szlachetnej zabijania sztuki.

Ten mąż, co ludzką glinę miał za błoto,

Filozofował i dawał nauki,

Z których w kodeksie Marsa była główna

8120

Ta, że w potyczce śmierć — pensji się równa.

LIX

Ujrzawszy podjazd kozacki, powitał

Bystrym spojrzeniem ten łup muzułmański

I przenikliwym wzrokiem w twarzach czytał.

„A skąd wy?” — krzyknął. — „Z stolicy osmańskiej,

8125

My uszli z turmy”. Generał znów pytał:

„A kto wy?” — „Przypatrz się”. Był to spartański

Iście dialog. Ten, co odpowiadał,

Wiedząc, do kogo gada, krótko gadał.

LX

„Wasza familia?” — „Johnson; to znajomy

8130

Mój, Juan; to są dwie damy, a tamten

Ni to, ni owo”. — Generał kryjomy

Wzrok na nie rzucił i rzekł: „Johnson. Znam ten

Głos… i człowieka; ów mi niewiadomy.

Wy się przydacie — ale na co kram ten?…

8135

Ty służył, kiedy. się tu dawniej biłem,

W nikołajewskim pułku?” — „Tak, służyłem”.

LXI

„Był u Widdynia?” — „Tak”. — „Prowadził rotę?”

„Tak jest”. — „Cóż dalej?” — „Nie wiem; zapomniałem”.

„Pierwszy wszedł na mur?” — „Nie liczę za cnotę,

8140

Że gdzie kto żmudził[492], tam go wyprzedzałem”.

„Cóż dalej?” — „Kula przerwała robotę;

Padłem, w obierze Turków się dostałem”.

„Możesz się pomścić, bo ten fort przeklęty

Dwakroć mocniejszy niż ten, gdzieś był wzięty.

LXII

8145

Gdzie pragniesz służyć?” — „Gdzie każe generał”.

— „Wiem, że straceńcem będziesz nie na żarty,

I za to, że cię poganin poterał,

Zemścisz się siekąc tak, jak wszystkie czarty.

Ale po cożeś dzieciaki zabierał;

8150

Wojna, Miłość, SzczęścieCóż mi ten malczyk[493] pomoże obdarty?…” —

„Ho! Jeśli mu się w wojnie szczęścić ma tak

Jako w miłości, to godzien wieść atak!” —

LXIII

„No! no! Niech tylko zechce”. — Juan miłym

Gestem dziękował. — „Ale w tobie złożę

8155

Ufność. Łaskawie twemu pozwoliłem

Pułkowi jutro lub dziś w nocy jeszcze

Ruszyć do szturmu. Na duszę, zrobiłem

Ślub wielu świętym, że zburzę, zaorzę

Z gruntu Izmaił, a pługi i haki

8160

Rozniosą, zetrą po meczetach znaki.

LXIV

A więc po sławę, chłopcy!” — Tu się zwrócił

I znów klasyczną mową chłopy ćwiczy,

Aż każdą wielką pierś do głębi skłócił

I natchnął żądzą chwały i zdobyczy.

8165

Prawił jak kapłan (ten choć z serca zrzucił

Żądzę dóbr ziemskich, dziesięcinę liczy)

I szczwał, tresował na pogańskie syny,

Co śmią nie kochać wojsk Ekateryny.

LXV

Johnson, z dłuższego widząc rozhoworu[494],

8170

Że już jest w łaskach, tak się rozjunaczył,

Że szedł do wodza, co pełen humoru

Musztrował, i rzekł: „Gdyś mnie wybrać raczył,

To nie zawiodę szczytnego wyboru

I umrę pierwszy; lecz gdybyś wyznaczył

8175

Nam stanowiska: mnie i Juanowi,

Milej byłoby nam iść ku ogniowi”. —

LXVI

„Da, da, zabyłem[495]. Może chcesz do swego

Rejmentu[496] wrócić? Siejczas[497] się formować

Będzie. Kaczkowski! Hejże!” — Na polskiego

8180

Tu ordynansa zawołał. — „Zaprowadź

Pana do pułku nikołajewskiego.

Ty, malczyk, zostań; będę potrzebować

Ciebie, wot krasnyj maładiec[498]. A ony

Won do bagażów albo na furgony”. —

LXVII

8185

Przedstawiła się scena, proszę państwa,

Godna opisu; bo tureckie panie

Do podobnego jeszcze grubijaństwa

Nie przyuczone — chociaż wychowanie

Haremu uczy biernego poddaństwa

8190

I poniżenia — podniosły szlochanie;

Z rozwianym włosem i ręce do góry

Wzniósłszy, jak skrzydła nad swym drobiem kury,

LXVIII

Ponad głowami pary wywyższonej

Przez największego z wodzów i żołnierzy,

8195

Co zaludniali kraje z tamtej strony

Śmierci lub państwa rzucali grabieży.

O ludu! Zawsze na próżno uczony.

Wawrzynie sławy! Każdy listek świeży,

Z urojonego oberwany drzewa,

8200

Musi opłynąć krwią, co się wylewa.

LXIX

Suworow, który miał serce wytrwałe

Na łzy, a krwią się ludzką i cierpieniem

Nie wzruszał, patrzał na te dwie omdlałe

Z trwogi kobiety jak gdyby z odcieniem

8205

Spółczucia; bowiem, przyznam to na chwałę

Wielkich zdobywców, których zatrudnieniem

Rzeź, że ich nawet pośród krwi oparów

Czasem tknie żałość — a z tych był Suwarów.

LXX

I rzekł przybrawszy ton mowy pieszczonej:

8210

„Johnsonie! Na coś do czarta z kłopotem

Babskim na wojnę przyszedł! Niechaj ony

Idą — będzie im lepiej pod namiotem;

Znajdą opiekę; więc niech na furgony

Zaraz mi idą. Nie wiedziałżeś o tem,

8215

Że mało warci żonaci żołnierze?

Nie lubię — chyba że małżeństwo świeże!”

LXXI

„Słuszaju[499]. Lecz racz zważać, generale —

Wtrącił nasz Anglik — że to żony cudze,

Nie nasze. Prawo znam dokładnie wcale[500],

8220

Bo dużo czasu zużyłem w usłudze

Tej armii. W wojsku małżeństwa nie chwalę,

Bo to odbiera marsowemu słudze

Serce, gdy idąc na śmierć, wspomni sobie,

Że po nim malcy zostaną w żałobie.

LXXII

8225

Ot — to są zacne dwie tureckie damy,

Co nas z eunuchem wydobyły z kozy,

I odtąd wszyscy razem się błąkamy,

I doświadczamy przygód pełnych grozy.

Nam to nie dziwne, a więc najmniej dbamy,

8230

Lecz te się trzęsą jak gałązki łozy.

Więc, jeśli pragniesz, bym się bił uczciwie,

Każ, niech się z nimi obchodzą godziwie”.

LXIII

Tymczasem obie spłakane niebogi,

Nie wiedząc, ufać-li obrońcom śmiałym,

8235

Patrzyły, pełne zabobonnej trwogi

Raczej — niż dziwu (co jest zrozumiałym)

Na człeka, co miał wyraz twarzy srogi

Bardziej niż mądry, zwalanego kałem,

W prostej odzieży niedbale przywdzianej,

8240

Szanowanego bardziej niż sułtany.

LXXIV

WładzaBo wszyscy przed nim skuleni ze strachu

Drżeli; więc w głowie zmieścić im się to nie

Mogło, przywykłym widzieć w Padyszachu

Boga, gdy zasiadł w bisiorach[501] na tronie

8245

Lub gdy przechadzał się jak paw po gmachu

(Ptak-król, co nosi diadem w ogonie),

I nie pojęły tego wynalazku,

Że może istnieć potęga bez blasku.

LXXV

Johnson, bolejąc nad ich smutnym stanem,

8250

Lubo[502] nie wiedział, jak się koi wdowie

Żale na Wschodzie, pociechę stroskanym

Niósł. Juan w czułej, natchnionej przemowie

Klął się, że ujrzą go jeszcze nad ranem

Albo mu armia rosyjska odpowie…

8255

I dziw powiedzieć — już się pocieszyły.

— Kobiety zawsze entuzjazm lubiły. —

LXXVI

Pośród łez, westchnień, uścisków ostatnich

Pożegnali się; idą, gdzie ich czeka

To, co zależne od strzałów armatnich

8260

Zwie się: fortuna, traf, boża opieka.

(Niepewność — jest to jedna z cech dodatnich.

Życia; ludzkiego szczęścia hipoteka).

WojnaI poszli burzyć z pełną złości siłą

Miasto, które im nic nie zawiniło.

LXXVII

8265

Suwarów patrzał przez powiększające

Szkła na świat; był z tych, co się nie kłopocą

O drobiazg, w cyfry nie wdają nużące,

Na łzę narodu nie zważał sierocą

I tyle dbał o tysiąc, dwa tysiące

8270

(Tak, że zwyciężał wreszcie cyfr przemocą).

Co żona, sąsiad o wrzody Hioba;

Więc za cóż stała mu dwu dam żałoba?…

LXXVIII

Za nic. Tymczasem szły porządnym torem

Przygotowania do takiej ruiny,

8275

Jaką by zrządził pod illijskim dworem

Homer, gdyby znał petardy i miny.

Lecz tu nie będziem boleć nad Hektorem[503],

Ale zgotujem kosze i drabiny,

Deszcz kul, trzask bomb, huk dział, śród fanfar ryku,

8280

Słowa, co utkwią mej Muzie w przełyku.

LXXIX

Ty, co zachwycasz, o Homerze wieczny,

Najdłuższe lata i najdłuższe uszy,

Szczękając mieczem, przed którym bezpieczny

Dziś świat, bo już go z kurzu nikt nie ruszy,

8285

— Chyba proch wyda się mało skuteczny

Mocarzom, których liga dzisiaj głuszy

Hasła wolności… Ha! niechaj się zbroją!

Wolność nie będzie dla nich drugą Troją.

LXXX

O ty, Homerze wieczny! Właśnie sławię

8290

Zwycięstwo, w którym więcej ludzi zginie

Dzięki machinom i wojennej wprawie,

Niżeś w swym greckim zmieścił biuletynie.

Jednak — jak wszyscy — z pokorą wyjawię,

Że walczyć z tobą, byłoby: krzewinie

8295

Rywalizować ze stuletnim drzewem;

My was przewyższym tylko krwi wylewem,

LXXXI

A nie w poezji, lecz w realnym czynie,

Czyn zaś jest prawdą, wielkim postulatem.

Muza, choć buja w fantazji krainie,

8300

Prawdę ma jednak podstawą, substratem. —

Lecz idę miasto bombardować ninie;

Wielkie się rzeczy staną, słuchać zatem!

Wodzowie wielcy! Sam Febus[504] czatuje

W jasności depesz waszych skąpać buje.

LXXXII

8305

O biuletyny Bonaparta! Listy

Ległych i rannych! Leonida cieniu,

Coś był tak w boju serdecznie ognisty,

Gdy moją Grecję trzymał wróg w ściśnieniu

Jak dziś! Cezara pamiętniki, mglisty

8310

Obrazie chwały! Udzielcie natchnieniu

Memu (bo zginę) swych cudownie lśniących

Barw, takich pięknych, a przemijających.

LXXXIII

Przemijającą zowię nieśmiertelność

Rycerzy przeto, że dziś w każdej dobie

8315

(Co nie przesada jest, ale rzetelność)

Rodzi się małe zapłakane bobie,

Które, gdy zliczym jego czynów dzielność,

Spełnionych w ciągu żywota — przy grobie,

To pokaże się, że był rycerz — zdzierca

8320

Lub oszust, tuman rzucający w serca.

LXXXIV

Posady, krzyże, herby, wstęgi, pióra,

To „nieśmiertelnych” naszych są wawrzyny,

Jak nierządnicy Babelu — purpura.

Mundur dla malca tym, czym dla dziewczyny

8325

Wachlarz — a lada kadecik lub ciura,

Jak laufer chce biec przed sławą — zuch z miny.

Lecz sława — sławą. Gdyć potrzebna lepsza

Odpowiedź, spójrz na wietrzącego wieprza.

LXXXV

I on czuje wiatr lub, jak mówią, „widzi”,

8330

Bo mu łaskocze w biegu nozdrzów wylot.

Lub — kto się takim porównaniem brzydzi.

Niech powie: Bieży jak przed brygiem pilot

Lub… ale dosyć! Już się Muza wstydzi

Gadatliwości mojej; sama mi lot

8335

Zniża; w następnej pleśni niby z wieży

Pożarny dzwonek na trwogę uderzy.

LXXXVI

Słyszysz?… W milczeniu nocy mroźnej, czarnej,

Łomot wojsk, które kolumnami płyną,

Za pułkiem sunie pułk śmiercią ciężarny

8340

Między okopy[505] a zarosły trzciną

Brzeg rzeki. — Z nieba gwiazdy promyk marny

Przelśni przez gęstwę chmur wilgotną, siną,

Skędzierzawioną. Wkrótce armat paszcze

Czarniejsze rzucą na strop nieba płaszcze.

LXXXVII

8345

Tu staniem zgodnie z przestankiem, co pada

Przerwą na życie i śmierci rozdroże;

Gdy serce stanie, pierś oddech postrada

Na chwilę… jutro już na zawsze może. —

Cicho… Za chwilę huknie kanonada,

8350

Naprzód, marsz, bagnet zazgrzyta o noże,

Hura! Ałła-hu! — i znów huk armatni

Zagrzebie w sobie rannych jęk ostatni.

Pieśń ósma

I

„Krew i pioruny!” albo: „Krew i rany!”

Zwyczajne klątwy, jakich gmin używa —

8355

Niedelikatny i nieokrzesany.

Tak jest; lecz w klątwach takich się ukrywa

Zagadka sławy, a że przedsiębrany

Szturm biuletynom ma dostarczyć żniwa,

Niech mnie te bóstwa dwa natchną dostojne:

8360

Mars czy Bellona — zawsze znaczą: Wojnę.

II

Wszystko gotowe: ogień, miecz i ręce,

By ich użyły, pełne dzikiej werwy.

Armia, niby lew, zęby swe zwierzęce

Ostrzy, a żyły napięła i nerwy:

8365

Hydra człowiecza, co głodnej paszczęce

Dogadza, krwią się karmiąca i ścierwy.

Kolumna głową jej; ścięta z tułowu,

Nie kona, ale w mig odrasta znowu.

III

Historia rzeczy ryczałtem brać zwykła,

8370

Lecz gdyby kto chciał szczegółowo badać,

Jaki zysk, jaka niekorzyść wynikła

Z wojen — musiałby przekląć je i biadać,

Bo strat niewarta chwała zwykle nikła,

Gdy ostateczny cel wojny — posiadać.

8375

ŁzyPiękniejszą sławę ma, kto czyje oczy

Osuszy, niż kto morze krwi wytoczy.

IV

A to dlaczego? Bo w sumieniu wie, że

Dobrze uczynił; gdy ten mimo kwiaty,

Salwy i łuki, mosty, kwiaty, krzyże,

8380

Pensji od ludu, co sam niebogaty,

Mimo pochlebstwa, co mu stopy liże,

Sławę imienia, co odurza światy,

Jest zawsze — oprócz w walce dla wolności,

Synem zabójstwa, rabunku i złości.

V

8385

Ten jeden tytuł od przyszłości zyska.

Ty, Leonido, nie, i Waszyngtonie,

Bo pola bitew waszych — uroczyska,

Od których z wonią kwiatu wolność wionie.

Tak słodko w uszach dzwonią te nazwiska!…

8390

Gdy przed zdobywcą będzie bladł w pokłonie

Niewolnik, wasze imię hasłem będzie

Ziemi, wolności póki nie zdobędzie.

VI

Noc była czarna. Oczy nie dojrzały

Przez mgłę nic oprócz rdzawej ognia łuny,

8395

Która objęła skrzydłami strop cały,

Kąpiąc w Dunaju swe krwawe całuny.

Obraz gehenny! Armatnie wystrzały

Huczą już, bijąc raz w raz jak pioruny,

Nawet okropniej, bo gdy piorun rzadziej

8400

Szkody wyrządza, działo setki gładzi.

VII

Ledwo kolumna ta, którą Rosjanie

Słali do szturmu, wyszła za okopy,

Gdy najeżony Turek nagle wstanie

I śle chrześcijanom gorące ukropy.

8405

Pożar ogarnia wszystko; po otchłanie

Bezdenne wzburzą się wodne zatopy,

A szaniec ogniem rzyga na kształt Etny,

Kiedy ją czkawką wstrząśnie Tytan szpetny.

VIII

Ogromny nagle runął okrzyk: „Ałłah”!

8410

I powstał zamęt tysiącznych hałasów,

Straszniejszy niźli wciąż ryczące działa

Wyzwaniem na bój. A z gór, dolin, lasów

Wróciło: „Ałłah”! Gęsta chmur nawała,

Która zawisła nad polem zapasów,

8415

Przyjęła imię Boga i już potem

Tylko: „Ałła-hu!” rozbrzmiewa bekotem.

IX

Pułki zaczęły iść, ze strzelby palić.

Atakujące jednak z wody hordy

Jęły[506] niby las rąbany się walić,

8420

Choć ich Arseniew wiódł, lubiący mordy,

Lubiący w ogniu spiżów się osmalić.

Wojna, Przemoc, Bóg„Rzeź córką Boga jest” — powiada Wordly[507],

Jeśli to prawda — jest Chrystusa siostrą,

Choć jak w Betlejem Herod — rządzi ostro.

X

8425

Książę Ligne zaraz raniony w kolano;

Hrabiemu Chapeau-Bras kula przelata

Pomiędzy głową a czapką; poznano

Z tego, że hrabia jest arystokrata:

Ostrożna kula nie obrazi raną

8430

Czaszki ni czapki, poczuwszy magnata;

Lecz kiedy popiół spada do popiołów,

Dziw, że nie przylgnął do ołowiu ołów.

XI

Podobnie Markow brygadier — generał —

Kiedy unosił księcia z bojowiska,

8435

A na tłum ludzi prostych nie spozierał,

Że z bólu jęczy, wije się i ciska,

Na gmin, co, prosząc kropli dżdżu, umierał

Z spiekłymi usty, on — marząc, że zyska

Nagrodę „czynu” wyższego lub krzyża —

8440

Legł; nogę kula urwała mu chyża.

XII

Sto dział zażyło prochu na womity,

Trzysta set rusznic pigułkami miecie

I krwotok nimi przyśpiesza obfity.

Śmierci! Osobną szpaltę masz w gazecie,

8445

Masz głód, doktorów, tyfus jadowity,

Co pokazują skon na cyferblecie[508]

Życia; ale głos twojego zegaru[509]

Mniej straszny niż huk wojennego gwaru.

XIII

Ta różnorodność mąk, co wszędzie zmienia

8450

Oblicza, nawet serce rozpieszczone

Nieskończonością bólu zakamienia;

Wszędzie śmierć, w którą wzrok obrócisz stronę.

Konwulsje, jęki, przekleństwa, westchnienia,

Oczy świecące białkiem, przewrócone

8455

W swych jamach — oto nagroda dla gminu;

Starszy — dosłużył się wyższego „czynu[510]”.

XIV

Ja lubię sławę; sława mnie rozczula.

Bo pomyśl: wejdziesz-li w starość ułomną,

Żyjesz z pensyjki kochanego króla…

8460

(I mędrzec pensją nie pogardzi skromną.)

A wieszcz, po strunach lutni kiedy hula,

Wspomni cię w pieśni. Więc za tak ogromną

Nagrodę; pensję dośmiertną i sławę,

Warto się puścić w rycerską zabawę.

XV

8465

Zaledwie na ląd wysiadła drużyna,

Natychmiast w prawo na baterie bieży;

Poniżej druga dywizja zaczyna

Dzieło zniszczenia — są to grenadierzy.

Dopadli… jeden za drugim się spina,

8470

Jak płoche[511] dzieci na łono macierzy,

Na ostrokoły, kolce, palisady,

Właśnie tak samo jakby w dzień parady.

XVI

Dowodem było to niepospolitych

Sił ducha. Gdybyś piekło w Etny lawę

8475

Wsypał z masą bomb i kul rozmaitych,

Jeszcze by morze rozlała mniej krwawe.

Jeden oficer tam na trzech zabitych

Padał; wojsko się hamowało żwawe;

Zaczęło tracić zwycięstwa nadzieję.

8480

— Spadnie dojeżdżacz, to sfora głupieje. —

XVII

W ogólnym zgiełku zrobię tu przestanek

I na tor sławy Juana wywiodę,

Z lauru osobny uwiję mu wianek;

Bo pięć tysięcy gdybym chciał — na brodę

8485

Proroka — imion wprowadzić do szranek,

Każdemu palnąć epigram lub odę,

Musiałbym chyba wydać słownik sławy,

Nieszczęściem gruby bardzo — choć ciekawy.

XVIII

Więc pozostawiam wszystkie ciche zwłoki

8490

Gazetom, które reporterskiej psiarni

Każą je zliczyć, leżące w głębokiej

Drzemce po rowach, polach, gdzie w męczarni

Dusza wyzuła się z ziemskiej powłoki;

Szczęśliwi, których imiona z drukarni

8495

Poprawnie wyszły. Mój znajomy zwał się

Grose — przez zecera prędkość Grovem stał się.

XIX

Juan i Johnson z pułkiem swym ruszają

W ściśnionych szykach i prą się przemocą,

Nie wiedząc dokąd, bo drogi nie znają,

8500

Ani którędy, dlaczego i po co.

Idą, potkną się o trupy, powstają,

Strzelają, kolą, grzeją się i pocą,

A zawsze razem przez gęstwę się prują:

Biuletyn sobie spólny wysługują.

XX

8505

Kroczyli ciągle krwią ciepłą zbroczeni,

Po miękkich ciałach; czasem się udało

Zyskać naokół parę stóp przestrzeni

I wtedy biegli tam, gdzie bitwą wrzało,

Pod jaką basztę; to znowu spędzeni

8510

Płomieniem, którym — rzekłbyś — piekło plwało

Musieli cofać się z tych miejsc straszliwych,

Depcąc kolegów ciała jeszcze żywych.

XXI

Juan raz pierwszy widział bitwę z bliska,

Lecz choć znużony nocą, marszu ciszą

8515

Groźną, gdy śmiałość tak świetnie nie błyska,

Jak pod wieńcami, gdy w ulicach wiszą

Dla wojsk zwycięskich — chociaż na chmurzyska

Gęste jak krochmal, co wilgocią dyszą,

Tęsknie poglądał, wyczekując słońca,

8520

Jednak nie uciekł i dotrwał do końca.

XXII

Nie mógł ujść. Choćby uszedł, pomsty nieba

Nie wołaj, bowiem nie hańbi rzecz taka.

I wielkich czasem przyciśnie potrzeba,

Fryderyk Wielki spod Molwitz[512] drapaka

8525

— Prawda, raz jeden — dał; bo ludzi trzeba

Rozgrzać, jak pannę młodą, jak rumaka,

Kobuza[513], zanim nabędą praktyki

W walce dla żołdu albo polityki.

XXIII

Był tedy Juan tym, co Eryn zowie

8530

W iryjskim czy też punickim języku

(Dziś przysięgają antykwariuszowie,

Co umią czytać w wieków pamiętniku,

Że język Pata jest w swym źródłosłowie

Językiem Punów i w abecadlniku

8535

Dydony[514] stoi — myśl nowa i śliczna,

Ale niestety niepatriotyczna),

XXIV

MłodośćBył tedy „młody aż do szpiku kości”,

Z popędów sennych miał złożone życie.

To się rozpływał w rozkosznej czułości,

8540

W „jeziorze wrażeń”, jeżeli wolicie,

To znowu, kiedy przyszło z konieczności

Bić się, szedł równie chętnie na zdobycie

Miasta w kompanii, co jest zawsze krewka,

Gdy ją przyjemność nęci — i sakiewka.

XXV

8545

Don Juan wszystko to czynił bez złości;

Kochał i walczył zawsze w tym, co zwie się

„Dobra intencja”, kozerna[515] ludzkości

Rezerwowana na czas, kiedy w grze się

Nie wiedzie; prawnik, mąż stanu, podłości

8550

Swoje tłumaczy zawsze, kiedy chce się

Usprawiedliwić, „chęciami dobrymi”.

— Szkoda, że piekło brukowane nimi. —

XXVI

Nie wiem, czy w kraju zagrobowych cieni

Jest bruk; a jeśli znajduje się, czyli

8555

Nie starli piętą piekielnych kamieni,

Nie ci, którzy się chęciami zbawili,

Lecz ci, co poszli k'czartu niebronieni

„Dobrą intencją”, która już od chwili

Stworzenia piekła brukuje zagrobny

8560

Świat, do Pall-Mallu[516] tak bardzo podobny. —

XXVII

Nagle tym losem, który w różne strony

Pędzi kamrata od kamrata boku,

Jak od małżonków wiernych czyste żony

Czasem przed końcem poślubnego roku,

8565

Jakby gwałtowną falą odrzucony

Biegł… lecz się zdziwił i powstrzymał kroku,

Kiedy nasiekłszy czaszek jak kapusty,

Ujrzał, że jest sam, a plac wkoło pusty.

XXVIII

Czym się to stało? Oto — moim zdaniem —

8570

Tym, że część większa była już zabita.

Reszta zrobiła zwrot, znudzona staniem,

W prawo. Sam Cezar w takich razach zgrzyta.

Pomni świat, jako to przestraszony chwianiem

Pułku, na oczach armii za tarcz chwyta

8575

I nieodważnym dodając ochoty,

Na powrót wpędza w bitwę rzymskie roty.

XXIX

Don Juan nie był Cezarem z rzemiosła,

Tylko odważnym chłopcem, który służył

Nie wiedzieć czemu; gdy go fala zniosła,

8580

Stanął na moment, co się mu przedłużył

W wieki, a potem nagle na kształt osła…

Nie krzycz, słuchaczu; odkąd Homer użył

Na cześć Ajaksa owej parafrazy,

Zasłużył na nią Juan tysiąc razy.

XXX

8585

Więc na kształt osła nadał rozpęd nogom

I biegł, co dziwna, nie zwracając głowy.

Za to przed sobą widział łunę srogą,

Roztaczającą płaszcz swój purpurowy,

Oślepiający tych, którzy nie mogą

8590

Krwawych widoków znieść, i szukał nowej

Ścieżki, by dobić się tam na pagórek

W pomoc brygadzie, którą rzezał Turek.

XXXI

Nie widząc nigdzie swego generała

Ani dywizji, pułku, ani roty,

8595

Która Bóg sam wie, gdzie się zapodziała

(A ja też szukać nie myślę hołoty

W polu), biegł; a rzecz bardzo zrozumiała,

Że młodzian, pełen rycerskiej ochoty,

Nie oglądał się, lecz biegł, wzniósłszy szaszkę,

8600

I trupy, które deptał, miał za fraszkę.

XXXII

Nie widząc — mówię — pasterza i trzody,

Jak młody dziedzic, co (ot! zwykle młodzi)

Zbywszy opieki leci na przygody —

Błędny wędrowiec, co po bagnach brodzi,

8605

Goniąc chochliki — rozbitek, co z wody

Prosto do pierwszej chałupy zachodzi,

Tak Juan, wziąwszy nos za przewodnika,

Biegł, gdzie śród ognia wrzała bitwa dzika.

XXXIII

Nie wiedział, gdzie jest, i nie zauważył,

8610

Jak się tam dostał odurzony cały.

Niby błyskawic żar krew mu rozparzył,

Nitki pamięci mu się rozwiązały

W mózgu. Zwrócił się, gdzie najsroższy prażył

Ogień, gdzie kule najgłośniej gwizdały,

8615

Bomby grunt ryły, wyrywały z trzaskiem,

Twoim, Bakonie mnichu, wynalazkiem.

XXXIV

Więc kiedy dobiegł już, wpadł między masy

Tego, co drugą kolumną się zwało

Pod rozkazami generała Lascy,

8620

Lecz się skurczyło teraz i zmalało;

Niby streszczona książka wyszedł z prasy

Ekstrakt dzielności. Tam skoczył z wspaniałą

Odwagą, kędy[517] zjeżone bagnety

Niosła rycerska garść na parapety.

XXXV

8625

UcieczkaPrzybiegł i Johnson wydrzeć ich rozpaczy.

On się był „cofnął”, jako brzmi utarty

Wyraz o ludziach, co tył podać raczej

Wolą niż iść przez gardziel zguby w czarty.

Johnson, roztropny taktyk, wie, co znaczy

8630

„Uciec” a „cofnąć się” — kiedy przyparty.

On nie uciekał przed nieprzyjacielem,

Chyba ucieczka miała być fortelem.

XXXVI

Kiedy był ujrzał, że pułk wszystek leży

Oprócz Juana — który nie folguje

8635

Strachowi, bo ma w sercu zapał świeży,

Z nieświadomością ową, co neguje

Obawę, i jak niewinność, gdy wierzy

W moc własną, mięśnie i nerwy hartuje —

Ustąpił, nie chcąc się jak prosty Tatar

8640

Narażać w zimnej mogile na katar.

XXXVII

Tam zasłoniony nieco przed gorącem

Bateryj i przed gradem kul z każdego

Bastionu, wału, strzelnicy bijącym

— Gdyż bohaterska garść nie zda jednego

8645

Fortu, ale go okupi tysiącem

Trupa i broni się do upadłego —

Zobaczył ruskich strzelców, jak ginęli

Z ręki tych, których właśnie zabić mieli.

XXXVIII

Zawołał na nich, a na zawołanie,

8650

Jak mówi Hotspur, „spadli nie inaczej

Jak duchy”, prędko dość, bo trzeba na nie

Podobno długo wołać, nim się raczy

Ukazać który. — Skąd to usłuchanie,

Nie wiem; może wstyd umknąć spod kartaczy

8655

Lub moc ich zmusza ta, co pędzi trzody.

Za wodzem, a za prorokiem narody.

XXXIX

Na Zeusa! Johnson był junak nie lada,

Choć imię jego tonem się mniej gładkim

Niż Achillesa imię wypowiada.

8660

Taki mąż w świecie dziś zjawiskiem rzadkim,

Bił i tłukł jak młot, gdy raz po raz spada

Pod ręką mistrza jednostajnym spadkiem.

Nie odmieniając twarzy, poganina

Rąbał, na miejscu stojąc jak machina.

XL

8665

Więc gdy się „cofnął”, to z zastanowieniem

Wiedząc, że za nim są rycerze w tyle,

Którzy się zbiegli tamże pod natchnieniem

Strachu, co gniecie (jak wiatry niemile

Żołądki dzielnych, którym choć śmierć cieniem

8670

Często przysłania zmysły, wiedzą tyle,

Że aby w śmierci obliczu nie ścierpnąć,

Trzeba stanąwszy — oddechu zaczerpnąć.

XLI

Johnson odbieżał, aby przyjść ina powrót

Z rycerstwem owym i zakończyć dramą

8675

Potyczkę, doprowadziwszy ich do wrót,

Które Hamlet zwie „Okropności bramą”.

Rzekłbyś, że dziady jego — to był lwów ród!

A jak galwanizm[518] na trupy, tak samo

Myśl jego tęga działała na żywych

8680

I bohaterów robiła — z lękliwych.

XLII

Zatem szli chętnie pod te same strzały,

Przed którymi się rozpierzchli jak wrony;

Mimo ponętę, co się mieści w chwały

Słodkościach, mimo ten „instynkt wrodzony”,

8685

Co krwi widokiem obudzą zapały,

Nie wspominając już ponęt mamony.

Bieżeli szukać tego w ogniu wściekłym,

Co łączy ludzi z niebem albo piekłem.

XLIII

Walili się jak łany gradem starte,

8690

Trawa pod kosą lub pod sierpem kłosy,

W dowód, że mało życie ludzkie warte

I marny mozół, co nam bieli włosy.

Armaty tłukły jak młockarnia w zwarte

Szeregi lub jak bokser; w krwawe sosy

8695

Padało mięso. Turcy z jednorurek

Kładli, nim który zdołał odwieść kurek.

XLIV

Za każdy profil i za każdą ścianę

Ukryty Osman uśmiercał sołdaty,

Zmiatał szeregi jak wiatr morską pianę.

8700

W tej chwili los ów, który wplata światy

I ludy w swoje koło rozhukane,

Sprawił, że Johnson i jego kamraty

Pośród owego siarkowego tańca

Spostrzegli nagle, że są w głębi szańca.

XLV

8705

Jeden, dwóch, pięciu, tuzin — a pochopni

Wszyscy, bo szło tu już o piękną skórę,

Ogień rozszerzał się coraz okropniej,

Lał się jak smoła na dół, tryskał w górę,

Że trudno wyrzec, kto robił roztropniej,

8710

Czy ci, co pierwsi chcieli swą fryzurę

Wysunąć za mur i wręcz wroga siekać,

Czy ci, co jeszcze woleli poczekać.

XLVI

Ci, co się wdarli, doznali wybornej

Pomocy, głupstwem cudzym ozy przypadkiem;

8715

Tureckie bowiem czy greckie Coehorny[519]

Kunsztem stawiali ostrokoły rzadkim,

Co w Belgii, Francji zdałby się potworny.

(My i w tym wielcy: masz Gibraltar świadkiem).

Na parapecie[520] stały wszystkie słupki

8720

W środku, jak gdyby spędzone do kupki,

XLVII

Tak, że zostało na prawo i lewo

Może dziesięć stóp. Tędy się wtłoczyli

Rosjanie; reszta była łatwą sprawą,

Przynajmniej dla tych, którzy jeszcze żyli:

8725

Mogli skupieni postępować ławą.

Druga dogodność, jaką się cieszyli,

Że poprzewracać mogli kołki owe,

Prawie nie wyższe nad żyto majowe.

XLVIII

Między pierwszymi — „najpierwszy” nie powiem:

8730

Rozumiem takiej stronności szkodliwość;

Jest to jątrzący czynnik; trzeba bowiem

Uwzględniać dumy narodowej żywość.

Pewnie by Anglik ten przypłacił zdrowiem,

Który by twierdził, drażniąc obraźliwość

8735

John Bulla, że pod Waterloo wziął pletnie[521]

Wellington[522] — albo prawie był kompletnie

XLIX

Zbity — i gdyby nie mocne poparcie

Takich Bűlowów, Gneisenów, Blűcherów,

Co strach rzucili w szeregi zażarcie

8740

Walczących jak lwy głodne grenadierów,

Inny by wynik stał w dziejowej karcie,

Książę Wellington nie miałby orderów,

Nie brałby pensji z rządowej skarbnicy,

Największej, jaką płacili Anglicy.

L

8745

Lecz co tam! Boże, strzeż króla — w ogóle

Królów — bo nie Ty, to któż im pomoże?

Słyszę, jak ptaszek wywodzi, że króle

Niedługo muszą zdjąć ludom obrożę.

Licha kobyła wierzgnie, gdy nieczule

8750

Woźnica grzbiet jej często batem porze;

Tym nawet, których spodliła niewola,

Sprzykrzy się w końcu hiobowa dola.

LI

Lud, Bunt, RewolucjaLud zrazu mruczy, potem klnie, a potem,

Jak Dawid z procy, rani wielkie głowy.

8755

W ostateczności uzbraja się młotem,

Bronią rozpaczy, i wtedy gotowy

Bunt. Obawiam się, nie jednym nawrotem

Mieć go będziemy. Nie lubię domowej

Wojny, lecz widzę, że jedynie buntem

8760

Hańba się ziemi wykorzeni z gruntem. —

LII

Jeśli nie pierwszy, zawsze w szykach przednich

Wstąpił don Juan na mur Izmaiła,

Jakby to należało do powszednich

Czynów młodzieńca — a z nim fryców siła,

8765

Co się liczyli też do niepowszednich.

Gorączka sławy na skroś przepaliła

Tego wojaka z odwagą zacięcia

Pełną, z sercem lwa, a twarzą dziewczęcia.

LIII

On — on był tutaj, chłopaczek pieszczony

8770

Na łanie pięknych kobiet, miękki, tkliwy;

Teraz na szańcu stał jak wyćwiczony

Mąż i był w ogniu jak — w raju szczęśliwy;

On, nienaganny nawet z owej strony,

Którą wskazuje Rousseau podejrzliwy:

8775

„Patrz na kochanka wtedy, kiedy zdradza”.

Nie zdradzał nigdy. Zawsze wyższa władza

LIV

Burzy go porwie albo zawieruszy

Nieszczęście, gnając nieprzepartą falą.

On tam był, gdzie się każdy łańcuch kruszy,

8780

Gryziony ogniem, kulami i stalą,

On — tak w jestestwie swoim pełen duszy,

Zniesiony losów gwałtem, co powalą

Najtęższych, na ten życia wbiegł manowiec,

Jak ostrogami kłuty wyścigowiec.

LV

8785

Irytowały go wszystkie przeszkody

Niby dżokeja, gdy mu się najeży

W drodze podwójny płot, a Anglii młodej

Byt od ciężaru człowieka zależy

— Lżejszy bierze tor. Nie lubił niezgody

8790

I rzezi, tak jak wszyscy, póki świeżej

Krwi nie poczują; lecz i wtedy jeszcze

Westchnie raz po raz i przejmą go dreszcze.

LVI

Generał Lascy, z którym było ślisko,

Wsparty posiłkiem tak niespodziewanym,

8795

Kilkosecinnym, na pobojowisko

Jakby z dobrego księżyca zesłanym,

Witał Juana, stojącego blisko,

Ufny, że miasta dobędzie przed ranem;

A wziął go trafem nie za „Bezończyka”,

8800

Jak mówi Pistol[523] — lecz za „Inflantczyka”.

LVII

Lecz że przemawiał w niemieckim języku,

Juan mający może więcej wprawy

W chińskim, wzniósł jeno dłoń do kaszkieciku,

Gdyż wywnioskował, bądź co bądź, z postawy,

8805

Wstąg czarnych, modrych i z orderów szyku

Na piersi, i z gwiazd, i ze szpady krwawej,

Z głosu, ze wzroku, co górnie spozierał,

Że to być musi co najmniej — generał.

LVIII

Pomiędzy dwoma, którzy się językiem

8810

Różnią, dialog krótki. Zresztą w czasie

Bitwy i szturmu, kiedy krzyk za krzykiem

Przerywa mowę i zbrodnia spełnia się

Prędzej, nim słowo wypadnie przełykiem,

Kiedy w piekielnym łączą się hałasie

8815

Przekleństwa, jęki, wycia, strzałów burza,

Pogawędka się zwykle nie przedłuża.

LIX

Więc co ja tutaj w dwu oktawach rzekłem,

Zapewne w jednej minucie się stało.

Lecz ta minuta drobna była piekłem,

8820

Co w sobie wszystką okropność zebrało.

Nawet kartauny[524] z swym echem przewlekłem

Cichnęły w zgiełku — i ptaszynę małą

Tyle byś pewnie słyszał, co armaty,

Tam, gdzie się w śmierci stykały dwa światy.

LX

8825

Wzięto gród. O ty, sławo, wiecznie żywa!..

„Bóg stworzył ziemię, człowiek stworzył miasta”

Powiada Cowper — a mnie się odkrywa

Znaczenie słów. tych, kiedy mi wyrasta

Ze wspomnień Roma, Babilon, Niniwa

8830

I inne, które mógłbym liczyć na sta.

Myślę, gdy widzę w gruzach grody, dwory,

Że wkrótce znowu zamieszkamy bory…

LXI

Najfortunniejszym z ludzi obok Sulli,

Co aż do śmierci pono był szczęśliwy,

8835

Z wszystkich, co „w czepku” na świat się wykluli,

Był generał Boon[525], kentucki myśliwy.

Używał tylko na niedźwiedzie kuli,

Na wilki, rysie — i niefrasobliwy

Z dala od świata spółczesnych zapasów,

8840

Żył w mateczniku pradziewiczych lasów.

LXII

Natura, SzczęścieZbrodnia nie zaszła tam; jej meta w progu

Puszcz; za to zdrowie płynęło obficie

W krainę znaną dotąd tylko Bogu.

Jeśli jej ludzie nie szukają, życie

8845

Oddając za śmierć — w miastach — to z nałogu

Do tej gnuśności, na której pozbycie

Sił im nie staje. Śród dębów i sosen

Ów Boon żył przeszło dziewięćdziesiąt wiosen.

LXIII

A co ważniejsza: zostawił niekrwawe

8850

Imię, o co źli kuszą się daremno.

Zostawił sławę — i to dobrą sławę,

Bez której chwała jest bajką karczemną;

Proste, naiwne serce, czyste, prawe,

Oszczerstwa nawet nie skażone ciemną

8855

Plamą; bo dzieckiem był ten osiwiały

Mędrzec-pustelnik, „mąż z Rossu zdziczały”.

LXIV

Prawda, że uciekł nawet od rodaków,

Gdy się rozsiedli w jego lubym lesie,

I sto mil zbieżał, aby dojść do szlaków,

8860

Gdzie już nie było ludzi, za to gdzie się

Pokój znajdował. (Należy do braków

Cywilizacji, że nieufność niesie).

Ale gdy spotka jednego człowieka,

To się nim zajmie i czule opieka[526].

LXV

8865

Żył niesamotny: wkoło niego dzieci

Łowów, gromadka młoda i wesoła;

Słońce im zawsze młodym światłem świeci,

Smutek ani miecz nie obrażą zgoła

Pogodnych oblicz, a krew nie zeszpeci

8870

Czoła natury ni tych ludzi czoła.

W swobodnych gajach żyli, twory wolne,

Świeże jak potok albo kwiaty polne.

LXVI

Smukły wzrost, silne ramię, noga chyża,

Wywyższały ich nad karłów natury.

8875

Swobodna dusza, zawsze jędrna, świeża,

Bo dom ich — lasy dziewicze i góry.

Nigdy duch nie mdlał widząc, że się zbliża

Choćby śmierć; z małpiej wyzuci natury

Wielkiego świata, prości, lecz nie dzicy,

8880

Celnie, niezdarnie strzelali z rusznicy.

LXVII

W nocy mają sen, a praca w dzień biały,

Za przewodniczkę wesołość ich wodzi.

Nie są w zbyt wielkiej liczbie ni zbyt małej,

Więc się zepsucie między nich jak złodziej

8885

Nie wsliźnie ani spoczynek zgnuśniały

Z przepychu łowcom obcego nie zrodzi.

Błogich — ale nie próżniaczych wywczasów[527]

Zażywa szczęsna gmina w państwie lasów,

XVIII

Pośród natury niejarzmionej, żyznej.

8890

PostępCywilizacjo! Jakież z ciebie zyski?

I ze społeczeństw wielkich? Byt zgnilizny

Pełen, głód, wojna, despotów uciski,

Żądza wyższości, bat ojca ojczyzny,

Żołdak kradnący biednym strawę z miski,

8895

Sceny z alkowy sześćdziesięcioletniej

Pani… nimi się zwycięstwo uświetni. —

LXIX

Do miasta wkroczył wśród gorących deszczy

Pierwszy batalion, potem drugi, trzeci;

Bagnet o szalblę dzwoni, ogień trzeszczy

8900

Na dachach, matki jęczą, małych dzieci

Stadko do nieba o ratunek wrzeszczy,

Kłęby siarkowych dymów jak zamieci

Śnieżnej wgryzają się w oczy — zawzięty

Turek nie chce zdać ojcowizny świętej.

LXX

8905

Kutuzów, ten sam, który (prawda, wsparty

Lodem i śniegiem) wypędzi Francuzów

I zapisze się sławnie w dziejów karty,

Teraz sam w bitwie nabawił się guzów.

Jowialny był to człowiek, stroił żarty

8910

Nawet śród bitwy — serdeczny Kutuzów!

Śmiał się, chociaż śmierć nieraz widział z bliska;

Na Kutuzowa teraz przyszła kreska…

LXXI

Pierwszy zeskoczył do głębokiej fosy,

Tuż za nim skaczą sotnie grenadiera;

8915

Padają ludzie w grząską krew jak kłosy,

On osobiście na szaniec się wdziera,

Lecz tu kres szczęścia naznaczyły losy

(Między innymi stratę Ribeaupierra

Miano opłakać), bo Turcy, po społu

8920

Przypadłszy, wszystkich zepchnęli do dołu.

LXXII

Gdyby nie błędne kozaków oddziały,

Co tam wysiadły zniesione wzburzoną

Falą i w wielkim skłopotaniu stały

Nie wypełniwszy, co im polecono,

8925

I zaszły wreszcie, gdy już był dzień biały,

Ku miejscu, co się im zdawało broną[528],

Wielki Kutuzów nie byłby na świecie,

Padłby, gdzie padły wojsk jego dwie trzecie.

LXXIII

Owa więc garstka na mury się wdarła,

8930

I mimochodem zdobywszy baterią[529],

Gdy w Kutuzowie już nadzieja marła,

Gdy zaczął myśleć raz pierwszy „na serio”,

Wrota mu „Kilią” nazwane otwarła

I zakończyła biedaków mizerią.

8935

Ci, stojąc dotąd w grzęzawie po kosty,

Jęli iść naprzód przez ciał żywych mosty.

LXXIV

Dońcy lub jeśli wolicie: kozaki

(Po obu nazwach czytelnicy trafią

Do sensu; nie ma w tym ważności takiej,

8940

Gdy politykę znam i geografią),

Dońcy, nawykli do swojej kulbaki,

Nie obeznani za to z topografią

Twierdz, poszli jednak naprzód po ukazu

Wodza i wszyscy zginęli od razu.

LXXV

8945

Kolumna, chociaż Turek plwał ołowiem

I stalą dział i rusznic, weszła na wał, —

Myśląc, że wyjdzie stamtąd z całym zdrowiem —

I łupem, bo już Turek się oddawał.

Ale się srodze zawiodła, albowiem

8950

Pokazało się, że Turek udawał

I wpuścił ową kolumnę w głąb szańca,

A potem zagrał psom giaurom[530] do tańca.

LXXVI

Gdy ich tak wzięta „z mańki” (co niezmiernie

Przykre jest dla wojsk i pewnych biskupów).

8955

Przede dniem wszyscy zginęli mizernie,

Nie doczekawszy zwycięstwa i łupów,

Zmarli bez jęków, drgań, a jeszcze wiernie

Po śmierci służąc, most pokładli z trupów;

Po nich z połockim swoim batalionem

8960

Przeszedł Jezuskoj marszem wytężonym.

LXXVII

Ten dzielny człowiek nasiekł mięsa wiele

Swoim pałaszem, lecz go nie mógł spożyć,

Bo go wtem jakiś Turek trupem ściele,

Na żaden sposób nie chcąc broni złożyć.

8965

Wały zdobyte. Kwestią w krwawym dziele

Jest, która strona ma triumfu dożyć

Każda piędź wzięta walką i rozpaczą,

Bo ci prą naprzód, ci puścić nie raczą.

LXXVIII

— Padło też wiele innych batalionów.

8970

Tu kronikarza zdanie zacytuję:

Nie trzeba dawać za wiele patronów

Pułkowi, co się do szturmu gotuje,

Bo gdy wypada biec i użyć szponów

Bagnetu, on się wtedy rezerwuje,

8975

I o swe cenne życie zbyt się bojąc,

Strzela w poważnej odległości stojąc. —

LXXIX

Brygada pod dowództwem generała

Meknopa (który padł przeszyty strzały[531]

Kilku, gdy pomoc mu nie nadbiegała)

8980

Poszła z innymi odważnie na wały,

Kędy bateria kartaczami plwała.

Opór Turczynów był arcywspaniały,

Mimo to wzięto bastion, choć go bronił

Seraskier[532], co się już na nogach słonił.

LXXX

8985

Don Juan, Johnson oraz inni młodzi

Ofiarowali mu pokój zaszczytny,

Lecz seraskierom zdać broń — nie uchodzi,

Przynajmniej nie zda jej Turek tak bitny.

Zginął, ojczyzny patron i dobrodziej,

8990

Męczennik wojny hardy i ambitny.

Anglik oficer, co się nań zamierzył,

By go wziąć żywcem, upadł i — już nie żył.

LXXXI

Bowiem seraskier, tak butnie wezwany,

W odpowiedź w łeb mu z pistoletu pali..

8995

Zaraz i inni jęli na przemiany

Przelewać bigos z ołowiu i stali,

Środek leczniczy bardzo zalecany

Na niedokrwistość. Nikt się nie ocali.

Turków trzysta set na ziemi leżało,

9000

Seraskier dostał pchnięć szesnaście w ciało.

LXXXII

Gród zdobywany tylko krok za krokiem;

Śmierć już pijana krwią, a jeszcze wszędzie

Wre bój, ostatnim serce drga podskokiem

W piersi tych, którym wkrótce bić nie będzie.

9005

Wojna napasła się skonów widokiem,

Naturze zdaje zagłady narzędzie;

Z gorących kałuż wstają widma zbrodni

Jak z Nilu, kiedy słońce go zapłodni.

LXXXIII

Ruski oficer, kiedy szedł — a lśnił się

9010

Krwią — po umarłych, poczuł się za piętę

Nagle złapany zębem, co mu wbił się,

Jak kielce węża ostre i zawzięte.

Próżno klął, szarpał, broczył, z bólu wił się,

Wył jak wilk w paści złapan na przynętę,

9015

Ząb przejął mięso, dzierżąc z całej mocy

Z rozkoszną chucią jak bajeczni smocy.

LXXXIV

Umierający Turek, gdy na głowę

Wróg mu nastąpił, rozwarł zęby chciwie

I zwarłszy, w ścięgno zatopił je owe,

9020

Które zwie stary poeta — właściwie

Nowy anatom — ścięgno Achillowe,

I nie popuścił łupu, póki żywie;

A nawet mówią (jeśli prawda), że kły

Jeszcze odcięty łeb za nogą wlekły.

LXXXV

9025

Bądź co bądź, faktem jest, że wojak tęgi

Na całe życie był napiętnowany,

Bo Turek wbił kły w ciało jak obcęgi

I posłał wroga między weterany.

Nie mógł wyleczyć go chirurg, choć dzięgi[533]

9030

Brał grube; większej przeto wart nagany

Niż głowa, co choć od karku odcięta,

Troskliwie swego trzymała pacjenta.

LXXXVI

Mówię, jak było. PoezjaPrawdziwy poeta

Kłamstwa nie znosi ani stawia na nim

9035

Gmachów; nie jest to sztuka i zaleta

Zrobić poezję myśli rozkiełzaniem

Wolniejszą niźli proza. Chyba że ta

Fikcja ma zwać się: poetyzowaniem,

Tym smakołykiem, na którym wieszcz łowi

9040

Jako na wędę dusze szatanowi.

LXXXVII

Gród został wzięty, ale nie poddany. —

Ni jeden Turek nie zawołał: „Łaski!”

Choć krew płynęła jak Dunaj wezbrany,

Choć mu nad głową migotały szaszki,

9045

Stał nieugięty i niezastrachany.

Próżno powietrze napełniają wrzaski

Zwycięzcy; z jękiem ginących obrońców

Jęk słychać jegrów, grenadierów, dońców.

LXXXVIII

Bagnet żga, szabla uwija się krzywa,

9050

Życiem człowieka szafując rozrzutnie;

Jak kiedy jesień czerwone pozrywa

Liście, nagi las przegina się smutnie

I jęczy — tak ta twierdza nieszczęśliwa,

Kiedy straciła synów, dawniej butnie

9055

Wznosząca czoło, padła z żalem wdowy

I matki niby dąb pięciowiekowy.

LXXXIX

Bardzo to smutne dzieje, lecz nie w porem

Się wybrał wszystko spisać w jednym tomie.

Nasz świat szeroki jest bogatym zbiorem:

9060

Dobrego, złego, najgorszego, co mnie

Melancholicznym napełnia humorem. —

W jeden ton brząkać nudzi i renomie

Poety szkodzi. Ale cóż ja winien,

Że krew, krew płynie z ulic, z wałów, z rynien.

XC

9065

„Orzeźwiającą jest rosą” śród owych

Zbrodni dobry czyn — jak brzmi frazes modny

Naszych dni słodkich, skromnych, judaszowych,

Mdłych jak lukrecja albo piernik miodny.

Niechże ochłodzi mój rym od działowych

9070

Ogniów rozgrzany i niech tryśnie chłodny

Strumień na bitwę i jej błogie skutki;

Bez niej poemat mój byłby przykrótki.

XCI

U wziętej baszty śród setek żołnierzy

Krwawi stos kobiet, które tam zakłuli

9075

Zdobywcy; chciały schronić się do wieży

I wpadły pod miecz. Oko się rozczuli

Na taki widok. Piękne jak maj świeży

Dziesięcioletnie dziewczę z lękiem tuli

Pierś dygocącą do nich i twarz kryje

9080

Na łonie matki swej, co już nie żyje.

XCII

Z błyszczącym okiem i błyszczącą bronią

Dwaj dońcy biedną zgonili dziewczynę,

Przy nich się dzikie Syberii zapłonią

Bestie ze wstydu; by też odrobinę

9085

Mieli litości! Wilcy nie tak gonią

Trwożliwe jagnię. — A komuż tu winę

przypisać? Ludzkiej naturze czy królom,

Co zostawiają litość błędnym kulom?

XCIII

Nad małą główką szable migotały,

9090

Włosy się wzbiły dębem w tej katuszy,

Twarz skryła między umarłymi ciały,

Gdy Juan przybiegł, spojrzał, zadrżał w duszy…

Zmilczę, co wyrzekł, aby nie struchlały

Przypadkiem dobrze wychowane uszy;

9095

Lecz im na karki spadł z siłą obucha,

Jedyna mowa, jakiej kozak słucha.

XCIV

Tego ciął w biodro, a temu rozszczepił

Kark; wyciem swoją opiewali szkodę,

Szli do chirurga, aby im zalepił

9100

Szczerby, należną dzikości nagrodę.

Juana zapał na chwilę oślepił,

Lecz sytuację pojął wnet i młode

Dziewczę ze stosu trupów podjął grzecznie

— O mało, że w nim nie zasnęła wiecznie.

XCV

9105

Strach jej krew zziębił, a na marmurowej

Twarzy strużka krwi świadczyła, jak losu,

Który się zwalił na drogie jej głowy,

Była też bliska. Odrzut tego ciosu,

Co zabił matkę, w wianek purpurowy

9110

Ubrał jej czoło, śród trupów pokosu

Związek ostatni. Tak śmierci wyrwana,

Zwróciła duże oczy na Juana.

XCVI

Gdy zamienili ze sobą spojrzenia,

W jego się oku pięknym ujawniły:

9115

Spółczucie, rozkosz, radość z ocalenia,

A przy tym wszystkim trwoga o los miłej

Branki, co jeszcze dziecinnego drżenia

Nie mogła stłumić; oczy jej świeciły

I wyglądała twarzyczka zemdlona,

9120

Jak z alabastru waza oświecona.

XCVII

Biegł też Jan Johnson. Już nie powiem „Janek”,

Bo by to było zbyt gminne nazwanie

W majestatyczny ów, ponury ranek,

Gdy całe pułki szły na rozstrzelanie.

9125

Wiódł sotnie z sobą — Bellony kochanek —

I wołał z dala: „Juanie, Juanie!

Trzymaj się, bracie. Bij, a dobrze wymierz,

Przysięgam, że nas nie minie Włodzimierz[534].

XCVIII

Seraskier zbity na łeb; twierdza nasza;

9130

Kamienny bastion tylko się nie wali;

Na piramidzie trupów siedzi Pasza

I ze spokojną flegmą fajkę pali,

Choć wkoło kule padają jak kasza.

Turcy już dużo naszych wystrzelali;

9135

Wkoło bateryj trupy, a wciąż puszki[535]

Biją i ludzi strącają jak gruszki.

XCIX

Chodź żywo za mną”. — Don Juan odpowie:

„Muszę się dzieckiem tym zaopiekować;

Wiedz, że tak o nie dbam, jak o swe zdrowie.

9140

Ale ją w miejsce bezpieczne przeprowadź,

To pójdę”. — John się poskrobał po głowie,

Podszedł i jął się scenie przypatrować.

„Biedna dziewczyna! — rzekł. — Trzeba w istocie

Pomóc jej, ale jak? jestem w kłopocie”.

C

9145

Na to rzekł Juan: „W jakim bądź sposobie

Muszę ocalić to dziewczątko ładne.

Życzę jej zdrowia dłuższego niż tobie

I sobie.” Rzekł Jan: „Nie ręczę za żadne,

Ale przynajmniej zacnie legniesz w grobie”.

9150

Rzekł Juan: „Co tam! Padnę czy nie padnę,

Wezmę to dziecko; gdy nie ma macierzy

Ani rodzica, więc do mnie należy”.

CI

Rzekł Johnson: „Chodźmy, chodźmy, czas ucieka.

Nie przeczę — bardzo ładna jest ta mała;

9155

Te oczy! Wybierz: tam zwycięstwo czeka,

Tutaj czyn zacny; tu litość, tam chwała.

Czy słyszysz wrzawę, jak huczy z daleka?

Nie ma wymówki; zważ: pogromca działa

Zostałbym z tobą — ale, mój Juanie,

9160

Gdy wezmą wszystko, cóż nam pozostanie?”

CII

Nieporuszony stał Juan — a że go

Johnson polubił, choć w niedługim czasie,

Żołnierzy kilku wziął z oddziału swego,

Co nie zdradzali żyłki, swojej rasie

9165

Właściwej. każąc: Jeśli się co złego

Dziewczęciu stanie, rozstrzela; a zasię

Jeżeli całą przywiodą i zdrową,

Pięćdziesiąt rubli da — czestnoje słowo.

CIII

Poza tym wszystkich łupów część godziwą

9170

W tejże proporcji, co inni dostaną.

Tedy się Juan zgodził na to żniwo

Iść, choć im co krok ludzi zabijano

Z armat, na co nikt nie zważał — nie dziwo.

Nadzieją zysku już mieli rozgrzaną

9175

Głowę, a dziś się dzieje, jak się działo:

Jednego żołdu rycerzom za mało.

CIV

Oto zwycięstwo! Oto ten, co z chwalbą

Najdoskonalszym zwie się bożym tworem.

Bóg go dziś pewnie zwie inaczej, żal bo

9180

Mu, że się takim stał potworem…

Lecz do powieści: Tatarski chan albo

Sułtan — tak go tu nazywam z autorem,

Którego dobrą prozę mój rym kiepski

Oddaje — nie chciał się zdać, człowiek łebski.

CV

9185

Z nim pięciu synów. — Ma tę poligamia

Wyższość, że wolno jej zuchów napłodzić;

Nie dba o kodeks, jak u nas bigamia.

Nie mógł się z myślą porażki pogodzić,

Póki w nim żyła odwaga. Nie mam ja

9190

Chęci Achillów, Hektorów wywodzić

Na plac, lecz cnego, starego człowieka,

Co z dziećmi miasta broniąc, na śmierć czeka.

CVI

Wziąć go to sztuka. — Rycerska odwaga,

Gdy bohaterstwo widzi uciśnione,

9195

To je ocalić pragnie i pomaga.

Żołnierz — stworzenie z półboga złożone,

Z półzwierza: raz jak morze, gdy je smaga

Burza, zły, to znów cichy. Dąb koronę

Nawet pochyla, gdy go wiatr poruszy,

9200

Litość w najdzikszej odzywa się duszy.

CVII

Stary chan nie chciał być wzięty. Ze wzgardą

Warunki wszystkie odrzucał i szczerze

Siekł chrześcijańskie mięso, stojąc twardo;

Jak niegdyś szwedzki król Karol w Benderze.

9205

Synowie także stawiali się hardo,

Więc się w żołnierstwie znów zbudziło zwierzę

I miłosierna ustała cierpliwość.

Ta cnota wielką posiada drażliwość.

CVIII

Ni na Juana i Johnsona baczy,

9210

Co go językiem Wschodu najkwiecistszym

Proszą, aby się zachował inaczej,

Bo ich przymusi, że z sercem najczystszym

Zabiją dzisiaj człowieka w rozpaczy.

On ciął, jakby był teologii mistrzem,

9215

Zachęcał swoich i ręką, i mową,

Niby woźnica szkapę nałogową.

CIX

Nawet śród walki jednym zamachnieniem

Lekko Johnsona drasnął i Juana.

Więc — jeden z klątwą, a drugi z westchnieniem,

9220

Widząc szał, który ogarnął sułtana,

Podnieśli szable i całym brzemieniem

Roty na tego upartego pana

Oraz na jego chłopaki ogniste

Lunęli jak deszcz na pole piaszczyste,

CX

9225

Co zwilża i schnie. Nareszcie przykryła

Śmierć oczy wszystkim. Jeden syn od kuli

Padł, szabla piersi drugiemu przebiła.

Najładniejszego bagnetem zakłuli,

Piąty, którego niewierna zrodziła

9230

I był ułomny, więc nań w domu szczuli,

Gardząc biedakiem, tu jednak uronił

Życie dla ojca, który się zań płonił.

CXI

Najstarszy — Tatar z duszy i wejrzenia,

Wróg Nazarenów, tak srogi z natury,

9235

Że go mógł prorok użyć do krzewienia

Wiary — nie marzył jak o pięknych huri,

Co ścielą łoże temu, który zmienia

Ziemię dla raju; a tak owe córy

Edenu umią[536] wabić, że dokażą

9240

Wszystkiego swoją urodziwą twarzą.

CXII

Na co młodego pożądały chana

W raju — zgadywać nie śmiem, piękne panie.

Wolą podobno krzepkiego młodziana

Niż suchych starców o zwiędłym kolanie,

9245

Dlatego gdy po nocnej bitwie z rana

Pójdziesz oglądać trupy na majdanie,

Ujrzysz: na kilku leciwych żołnierzy

Wiele tysięcy młodych chłopców leży.

CXIII

Huri jest panną bardzo samolubną

9250

I często żonom młodych mężów kradnie,

Nim w dniu wesela kwiatu szczęścia skubną;

Innych, gdy księżyc ich już z tuszy spadnie,

Innych w dwudziestą rocznicę poślubną,

Gdy do wolności westchną — co nieładnie.

9255

Owóż: hurysa, lubiąca łakotki,

Chce pierwsza zerwać z drzewa owoc słodki.

CXIV

Więc z hurysami w głowie syn Nogaju,

Posiadacz czworga niewiast jak maliny,

Żwawo na boski ślub śpieszył do raju. —

9260

Choć nasza wiara z tego stroi drwiny,

Powiem, że właśnie huri w owym kraju

Taką walk żądzę wpajają w Turczyny,

Jak gdyby rzeczą nie było powszednią,

Że nie ma siedmiu nieb, lecz spólne jedno.

CXV

9265

Śmierć bohaterskaW cudnym widzeniu wzrok mu się zamroczył;

Kiedy bagnetem ugodzony ginął,

Zawołał jeszcze: „Ałłah”, i już zoczył

Raj, jak się z mglistych swych zasłon odwinął

I jednostajnej wieczności otoczył

9270

Blaskiem bez końca. On w tę jasność wpłynął,

Z prorokiem, huri, świętymi się złączył

W jeden rozkoszny chór i drgnął, i skończył.

CXVI

Ale oblicze mu się słodko śmieje. —

Dawno zapomniał hurys chan sędziwy;

9275

W synach miał rozkosz swoję i nadzieję,

Bo rośli wokół niego jak oliwy.

Więc gdy obaczył, że i ten się chwieje

I jak podcięty dąb pada nieżywy,

Struchlał i zwrócił wzrok i twarzy bladość

9280

Na swoją pierwszą i ostatnią radość.

CXVII

Gdy szablę spuścił, wciąż jeszcze gotowi

Byli żołnierze, widząc, jaki grał się

Dramat, mieć litość, jeśli pardon powie,

Nie „precz”, jak przedtem. Ale Turek zdał się

9285

Nic nie spostrzegać i serce starcowi

Biło i dotąd niewzruszony — chwiał się,

Oczyma liczył martwych dzieci zwłoki,

Aż poznał, że jest sam jak świat szeroki…

CXVIII

Wziął go przelotny strach, Śmierć bohaterskanagle poskoczył

9290

Śmiało jak młodzik spragniony wawrzynów,

A nieostrożnie jak motyl, gdy zoczył

Świecy zdradny blask — lufy karabinów

Porwał i w piersi całą mocą wtłoczył

Bagnety, które mu zabiły synów;

9295

Spojrzał na swoich gromadkę kochaną

I wytchnął życie jedną wielką raną.

CXIX

I dziw powiedzieć, że ta znieczulona

Rota, co nie dba o płeć ani o wiek,

Widząc, jak leżąc pośród dzieci kona

9300

Ten stary, bronią ich przebity człowiek,

Stała przejęta grozą, zawstydzona;

A chociaż łzami nie zwilżyli powiek

Ni oczu krwawych sczernionych płomieniem,

Uszanowali tę chwilę milczeniem. —

CXX

9305

Jeden się jeszcze bastion nie poczytał

Za zwyciężony; tam spokojny pasza

Raz po raz ogniem napastników witał

I kazał swoim nie szczędzić pałasza.

Nareszcie zstąpił do armat i pytał:

9310

„Co słychać? Czy już wzięta twierdza nasza?”

Gdy powiedziano: tak, do Rosjan agę[537]

Słał, że się podda, i dawną powagę

CXXI

Przybrał, a zanim wrócą, pod tę chwilę

Siedzi śród ruin i ogniem się poi

9315

Ssanego z szyi wężowej nargile[538]

— Podobnej sceny nie widziano w Troi! —

W marsowy spokój twarz przystroił mile,

Filozof, brodę głaszcze i ze swojej

Fajki wypuszcza krągłe dymu sztuki,

9320

Jakby trzy życia miał, z trzema buńczuki.

CXXII

Izmaił wzięty. Choćby się chciał dalej

Bronić, to jakaż w wyniku różnica?

Opór odważnych twierdzy nie ocali.

KrewIzmaił wzięty. Srebrny sierp księżyca

9325

Upadł, na wieży już krzyż zatykali

Krwawy — nie zbawczą krwią. Parność przesyca

Powietrze. Łuny czerwonej szeroki

Blask się odbija w jeziorze posoki.

CXXIII

Wszystko, przed czym się myśl szlachetnych wzdrygnie,

9330

Czym się bydlęcy człowiek kiedy skalał,

Co się czytało lub śniło w malignie,

Co by mógł zdziałać czart, gdyby oszalał,

Czego najśmielsze pióro nie doścignie,

Wszystko złe, którym szatan piekło zalał,

9335

Wszystek grzech, którym człowiek świat bezcześci,

W tym jednym miejscu, w jednym dniu się zmieści.

CXXIV

Że gdzieś zaświta uczucie, a wreszcie

Żal, litość, z krwawych więzów się wywinie

Szlachetne serce; przepuści niewieście

9340

Albo starcowi lub małej dziecinie,

Cóż to stanowi w zrujnowanym mieście,

Gdzie tysiąc węzłów krwi i serca ginie?

Patrz, lwie paryski, londyński bankierze,

Co wojna niesie twym nudom w ofierze!

CXXV

9345

Kiedy przeglądasz gazeciarskie szmatki,

Nie wiesz, wiele się nieszczęść składa na nie.

Pomyśl, że chodzą po świecie wypadki:

Może też na cię wojna niespodzianie

Spaść — a tymczasem Castlereagh, podatki,

9350

Długi niechaj ci zastąpią kazanie,

Czytaj w swym sercu i głodnych Erynu[539]

Karm Wellingtona liściami wawrzynu.

CXXVI

Lecz lud, co chce stać w wielkich ludów rzędzie,

Kraj kocha, gardzi rewoltą przebrzydłą,

9355

Ma ideały, jakich nie pozbędzie.

Muzo, weźmij ich na polotne skrzydło,

Choć spustoszenia szarańcza obsiędzie

Łany. Do plonów lgnąc, głodu straszydło

Nie wniesie smutku na stół ojca ludów:

9360

Eryn mrze, Jerzy waży dziesięć pudów. —

CXXVII

Tak to upadła świetność Izmaiła,

Potrzeba i mnie, abym skrzydła zwinął.

Toń rzeki łunę pożarów odbiła,

Krwią purpurową modry Dunaj spłynął.

9365

Tu, ówdzie jeszcze dzika tłuszcza wyła

Śród jęków, lecz huk armat słabnął, ginął.

Kilkuset żyło z czterdziestu tysięcy

Obrońców; reszta nie jęczała więcej.

CXXVIII

A tu pochwalić muszę w jednym względzie

9370

Zachowanie się rosyjskich żołnierzy;

Cnotę, która dziś nader cenna wszędzie,

Uznania kilka słów jej się należy.

Rzecz delikatna — i rym takim będzie…

Czy to chłód zimy, a lekkość odzieży,

9375

Niewczasy, lichość strawy… coś się stało:

Wściągliwi, gwałtu zadawali mało.

CXXIX

Nasiekli dużo, kradli i palili,

Tu, owdzie wypadł także czyn drażliwej

Natury, lecz się wybryków chronili,

9380

Do jakich skłonny Francuz bardzo żywy,

Gdy weźmie miasto. Nie widzę w tej chwili

Przyczyny — litość chyba lub dotkliwy

Mróz. Padło zatem ofiarą czterysta

Panien, a reszta pozostała czysta.

CXXX

9385

Omyłki też się zdarzały w ciemnicy,

Z braku latarni lub delikatnego

Gustu; w grubej mgle trudno dojść różnicy

Wieku — a zresztą nie trzeba i tego:

Z pośpiechu błądzi się nawet przy świecy,

9390

Co ma cnotliwą czystość strzec od złego,

Ogółem panien sześć, każda o sześci

Dziesiąt lat, zbyło swej dziewiczej cześci.

CXXXI

Lecz panująca była wstrzemięźliwość;

Więc wywołało to rozczarowanie

9395

Dam, które czuły jakąś kłopotliwość,

Jakiś niedosyt życia w wolnym stanie,

I już gotowe były mieć cierpliwość,

Gdyby Bóg raczył zesłać pokaranie.

W gruncie z niknącą wstydliwością czuły,

9400

Że najlepszy ślub — sabiński, bez stuły.

CXXXII

Słyszano także pomruki w gromadce,

Wdów jeszcze krzepkich, co się kryły w cienie

(Niestare wdowy są jak ptaki w klatce):

„Kiedyż, u licha, zacznie się gwałcenie?…”

9405

Lecz śród rabunku i rzezi, jak w jatce,

Cielesna rozkosz jest w niewielkiej cenie.

Więc czy uciekły przed zniewagą — sądzę,

Że… że uciekły; może jednak błądzę.

CXXXIII

Zwycięzcą został na placu Suwarów,

9410

Godny następca Dżengów i Timura.

Ledwie ucichły działa, a pożarów

Na dachach moszej[540] zakwitła purpura,

Pisał do wielkiej następczyni carów

Depeszę jednym pociągnięciem pióra:

9415

„Bogu, carycy sława. Razem, święty

Boże, imiona te!…) Izmaił wzięty”.

CXXXIV

Wyrazy nie mniej groźne jak płomienny

Napis ów, który Daniel odcyfrował:

Mane i Tekel, zniszczeniem brzemienny.

9420

— Broń Boże, abym tu kaznodziejował.

Co czytał Daniel, to był rozkaz dzienny

Pana; a prorok z grozą nie żartował

I kłamstw nie zmyślał. Poeta, Wolność, HistoriaLecz ten najswobodniej

Składał rym — drugi Nero przy pochodni

CXXXV

9425

Ogniów, pieśń z natchnień wojennej ekstazy.

Dziś jej nie śpiewa nikt, lecz zapomnianą

Nie będzie, bo ja, ja nauczę głazy,

Jak mają walczyć przeciwko tyranom.

Niech świat wie, czyśmy nie mieli odrazy

9430

Do tronów; tę pieśń przyszłym ziemi panom

Przekażę; niech się dowiedzą, co przebył

Ten nasz glob, kiedy jeszcze wolny nie był.

CXXXVI

Nie nam dzień wielki. Wy go dożyjecie;

Ale że w waszym wieku doskonałym

9435

Nikt nie uwierzy, że było na świecie

Tyle zła, więc wam na dowód spisałem.

Oby w niepamięć wpadło! Gdy stulecie

Wasze przeczyta, niechaj tym zdziczałym

Pogardę rzuci, jak dzikim plemionom,

9440

Co się malują — lecz nie krwią czerwoną.

CXXXVII

Gdy wam ktoś będzie prawił o wielkości

Tronu i tego, co go sobą zdobił,

Spojrzycie, jak my na mamuta kości,

Dziwiąc się, co twór taki w świecie robił;

9445

Spojrzycie, jak my na pozostałości

Egiptu, który hieroglify żłobił

Na piramidach, i pytać będziecie:

Do czego służył taki sprzęt na świecie?…

CXXXVIII

Słuchaczu miły! Wypełniłem swoje,

9450

Przynajmniej to, com przyrzekł w pierwszej pieśni.

Miałeś miłości, podróże i boje;

Spisałem wszystko, a z epickiej cieśni

Nie wychodziłem, bo o prawdę stoję,

Toteż nie zmyślam jak moi rówieśni

9455

I poprzednicy. Nieuczenie graję,

Czasem Apollo bandurkę mi daje,

CXXXIX

Na której brząkam, śmieję się i płaczę. —

Co się w przyszłości z bohaterem stanie

Tej wierszowanej zagadki, słuchacze

9460

Wnet się dowiedzą. Teraz rozigranie

Szału uciszę, ukoję kartacze

Na gruzach miasta, bo mam oto w planie

Zrobić Juana oddawcą depeszy

Wodza, którą się Petersburg ucieszy.

CXL

9465

Polecono mu zaszczytne zadanie,

Okazał bowiem odwagę i litość;

Ostatnią lubią nawet chrześcijanie,

Kiedy złożyli piekłu należytość

Złości. — Prócz tego otrzyma uznanie

9470

Za kawalerską swą pieczołowitość,

W czym mu się większa nagroda zawiera.

Niż w zasługowym krzyżu Władymira.

CXLI

Sierotka poszła w świcie protektora;

To był dziś jej dom, ojczyzna, rodzina;

9475

Jej drodzy, tak jak familia Hektora,

Zginęli w szturmie. Dzisiaj już ruina

Tam, gdzie ojcowski jej dworzec stał wczora

Z meczetu nigdy już śpiew muezina

Nie zabrzmi… — Juan łez kilka uronił,

9480

Przysiągł pilnować córki — i pogonił.

Pieśń dziewiąta

I

O Wellingtonie[541] — albo „Villaintonie[542]”!

Sława z dwu imion śpieszy wianek spleść ci.

Francuz nie zdzierżał mierzyć się na bronie,

Lecz kalamburem umiał wielkość zgnieść ci.

9485

On wesół — nawet gdy mu nóż tkwi w łonie…

Pobierasz pensję i doznajesz cześci,

Od wielu wprawdzie nieposzanowanej…

— Ludzkość nie uzna sławy, zawołanej.

II

Pono z Kinnairdem w sprawie Marineta[543]

9490

Podleś się obszedł; lecz nie chcę w plugactwie

Grzebać — gdzieś wyżej leży moja meta..

Toć nie ozdobi grobowca w opactwie

Westminstru; inne znam jeszcze sekreta,

Dobre dla plotek herbacianych w bractwie

9495

Kumoszek; wiek twój wnet już będzie zerem,

Lecz sława młodym jeszcze bohaterem.

III

Żyjesz w Brytanii sercu (i szkatule);

Cała Europa śpieszy ci dziękować,

Że kulasowi naprawiłeś kule

9500

Legitymizmu, gdy zaczął szwankować.

Francuz, Holender, Hiszpan patrzy czule,

Jak umiesz pięknie trony „restaurować”.

Twoim Waterloo cały świat się krzepi.

— Oby pochlebcy wierszowali lepiej!

IV

9505

Jesteś „najlepszy z podrzynaczy”… Nie łaj! —

Wyraz stosowny i z Szekspira wzięty,

Wojna — to koncerz i pada na przełaj

Cnocie, chyba że broni sprawy świętej,

Chcesz-li być sławny ze szlachetnych dzieł… Aj!

9510

Świat to oceni, nie świata regenty.

Pragnąłbym wiedzieć, kto prócz ciebie i twej

Szajki zysk odniósł z Waterloowej bitwy?…

V

Pochlebstw nie gadam. Już cię jak indyka

Spasiono nimi; lubisz je — nie dziwo,

9515

Czy żywot w ciągłej rzezi się zamyka,

Temu się sprzykrzy ludzkich ciał mięsiwo,

I chętniej ody niż satyry łyka.

Chcesz być wielbiony za każdą szczęśliwą

Omyłkę! „Zbawco ludów” — niezbawionych;

9520

„Swobodzicielu” — nieoswobodzonych!

VI

Skończyłem. — Idźże jeść ze złotej miski,

Którą cię cesarz brazylijski darzy,

A bądź litośny i porzuć ogryzki

Szyldwachom, co u bram stoją na straży,

9525

Głodni — bili się — lecz nie dla nich zyski;

Na głód podobno lud się także skarży…

Słuszna, abyś miał swoją część, nie przeczę,

Lecz narodowi daj trochę… człowiecze!

VII

Ganić cię nie chcę. Wyższy nad nagany

9530

Jest taki wielki mąż jak ty, mój Książę!

A Cyncynnata[544] czyn, co to Rzymiany

Wodził, z historią naszą się nie wiąże,

Lubisz kartofle — sercem im oddany

Każdy Irlandczyk; lecz z różnicą tą, że

9535

Pięćset tysięcy dochodu z twych włości,

O… zbyt za wiele. — Mówię to bez złości.

VIII

Wielcy się ludzie nigdy nie bogacą.

Epaminondas[545] Teby oswobodził,

Zmarł, a nie było go pochować za co.

9540

Washingtonowi chór tylko nagrodził

Naokół brzmiącej sławy. Sławny pracą

Ekonomiczną też się nie wyrodził

Pitt. Mądrą ministerialną głową

Darmo zrujnował Anglię finansowo.

IX

9545

Kto karygodniej chwilę stracił, zużyć

Mogąc — nad ciebie i Napoleona?

Twa szabla zdolna była trony zburzyć

I już na wieki być błogosławiona,

A tak, czym zwie ją świat? Mam ci powtórzyć?

9550

Dziś, gdy przycichła gromada spodlona,

Idź, zajrzyj w głodem zniszczone dziedziny,

Słuchaj, co mówi świat — i klnij wawrzyny!

X

Dziś, gdy pieśń moja dział odgłosem huczy,

Trzeba mi prawdę otwartą wyjawić,

9555

Której cię żaden dziennik nie nauczy,

A którą winna raz usłyszeć gawiedź,

Co się krwią naszą i długami tuczy.

Żołdu nie żądam, więc mi wolno prawić,

Co chcę. Zdziałałeś wiele, choć sam mały.

9560

Przez karła zginął olbrzym — z nim świat cały.

XI

ŚmierćŚmierć się uśmiecha. Spojrzyj na te gnaty.

Człowiek upatrzył w nich ową nieznaną

Rzecz, co jak słońce w mrok pogrąża światy,

Aby gdzie indziej nowe stworzyć rano;

9565

Ty płaczesz, ona zaś z każdej się straty

Śmieje. Patrz na tę broń, którą kościaną

Dłonią swą trzyma. Zgrozą włos się jeży,

Kiedy tak zęby z ust bezwargich szczerzy.

XII

Jak to z wszystkiego drwi! A przecież była,

9570

Czym ty dziś jesteś. Od ucha do ucha

Ust nie otwiera wprawdzie, bo straciła

Uszu powłokę; równie też jest głucha,

Ale się śmieje; bo kiedy mogiła

Pozbawi tego drogiego kożucha,

9575

Zwanego skórą, jakiejkolwiek barwy,

Zaraz się uśmiech zjawia — jak spod larwy[546].

XIII

Śmierć się więc śmieje. Smutne to jest śmianie,

Ale już tak jest. — Czemuż się nie godzi

Człek na doczesność, czemu nie przestanie

9580

Marzyć i w nicość bytu nie ugodzi

Śmiechem? Wszakże byt, jak na oceanie

Bańka, jest bańką na wieków powodzi,

Co iskrę chłonie tak jak słońc ogromy,

Lata jak chwile, światy jak atomy.

XIV

9585

„Być — albo nie być? Oto mi pytanie” —

Powiada Szekspir, co jest dzisiaj modny.

Na Hefestiona mnie już dziś nie stanie,

Nie jestem sławy abstrakcyjnej głodny.

Wolę ja swoją strawność w skromnym stanie

9590

Niż cesarskiego[547] raka. Choćbym płodny

Był we zwycięstwa, przynoszące chwałę

Lub wstyd, cóż po nich, gdy zdrowie nietrwałe?

XV

O dura ilia messorum” — „O trzewa[548]

Wytrwałe żeńców”. — Wiersz, czerpan ze zdroju

9595

Mądrości, temu niech służy, co miewa

Często niestrawność, następstwo rozstroju,

Co to w wątrobę cały Styks przelewa.

Majątek lorda wart chłopskiego znoju:

Ten się dla chleba, ów dla złota trudzi,

9600

Lecz kto śpi smacznie, najszczęśliwszy z ludzi.

XVI

„Być albo nie być”. — Nim się na coś zgodzę,

Co „być” oznacza, raczcie mi powiedzieć.

Zbyt rozpuszczamy spekulacji wodze

Myśląc, że widzieć, to jest wszystko wiedzieć

9605

Ja tam na żadną stronę nie przechodzę;

Muszą się naprzód te kwestie zasiedzieć

Nieustalone. Myślę czasem: życie

Jest śmierć — nie sprawa płuc, jak rozumiecie.

XVII

Que sais-je?” „Czy ja wiem?” To było Montaigne'a[549]

9610

Najmilsze motto i akademików.

Że niepewnymi są wszystkie wierzenia,

Najoczywistszy ze wszystkich pewników.

Zaiste wiele dla uspokojenia

Duszy zdziałałaby pewność wyników

9615

Wiedzy. Lecz mało tak o przyrodzeniu[550]

Wiemy — iż wątpię o samym wątpieniu.

XVIII

Miło z Pirronem w rozigrania chwili

Przepływać błędnej spekulacji szlaki,

Lecz co, jeżeli łódka się przechyli?…

9620

Mędrcy, jak wiecie — nietęgie pływaki,

Zresztą pływanie po bezdniach — wysili.

Najlepiej przeto, jeśli byle jaki

Pływak po piasku u brzegu się śliźnie

I ładne muszle zbiera — na mieliźnie.

XIX

9625

„Niebo nad każdym!” — Cassio[551] tak powiada.

GrzechDosyć, módlmy się. Niech każdy pamięta

Wybawić duszę, przeklętą pradziada

Grzechem, co wtrącił ludzi i zwierzęta,

Ptactwo, ryby w grób. „Ptak z dachu nie spada

9630

Bez Opatrzności”. Co winne ptaszęta,

Ja nie wiem; może który siadł na drzewie,

Z tego jabłko smakowało Ewie?…

XX

Bogowie wieczni! Co jest teogonia?

Człecze śmiertelny! Co zwiesz filantropią?

9635

Światy zginione! Co jest kosmogonia? —

Ktoś tam oskarżył mnie o mizantropią.

Co owo słowo znaczy — bij mię w skroń — ja

Nie wiem ani też zgadnę. Likantropią

Jeszcze — pojmuję. Choć bez przekształcenia

9640

Człowiek się w wilka lada kiedy zmienia.

XXI

Jam się obchodził z ludźmi najżyczliwiej,

Talk jak Melanchton[552] albo Mojżesz, którzy

Nie byli nigdy rozmyślnie złośliwi.

A gdy krew żywą uczucie podburzy

9645

We mnie lub nerwy, to wnet pobłażliwiej

Sądzę i gniew mój sam sobą się nuży,

Przecz[553] mizantropem mnie zwą? Chyba przez to,

Że mnie nie cierpią, nie ja ich. — Lecz metą

XXII

Naszą miała być stolica. To moje

9650

Poema zda mi się dobre w strukturze

I treści, lecz że jeszcze dziś oboje

Niezrozumiane, szczęścia mu nie wróżę;

Prawda odzyska z czasem prawa swoje

I ukaże się w pysznej pozyturze,

9655

Zwycięska; ale nim zapory pękną,

Sam poniewierkę jej czuję i piękno.

XXIII

Mój heros — a i wasz sądzę — z ukropów

Walki pośpieszał ku bramie stołecznej

Nieśmiertelnego Piotra gładkich chłopów.

9660

(Lud to nie tyle sprytny jak waleczny).

Na kraj ów spada pochlebstwo ze stropów

Nawet fernejskich i to mnie w serdeczny

Pogrąża smutek. Jestem autokratą,

Nie dzikim wprawdzie, lecz surowym za to.

XXIV

9665

I będę rąbał słowem — gdy los zdarzy,

Czynem — tych wszystkich, których spotkam w walce —

Z prawdą. Najohydniejsi z adwersarzy

Prawdy są u mnie tyrani i chwalce.

Nie wiem, kto wygra; lecz chociażbym w twarzy

9670

Przyszłości czytał, to podnoszę palce

Przysięgą: zawszem nienawidzić gotów,