TPWL

Wolne Lektury potrzebują pomocy! Wesprzyj bezpłatną bibliotekę internetową i przeczytaj utwory napisane specjalnie dla Ciebie.

x

Spis treści

    1. Artysta: 1
    2. Ateizm: 1
    3. Dziecko: 1
    4. Modlitwa: 1 2
    5. Niewola: 1
    6. Ofiara: 1
    7. Omen: 1
    8. Syn: 1
    9. Śmierć: 1 2 3
    10. Walka: 1
    11. Żołnierz: 1 2

    Krzysztof Kamil Baczyński(W takiej ciszy słyszała, jak na godzin stopnie…)[1]

    1

    […] DzieckoW takiej ciszy słyszała, jak na godzin stopnie

    pnie się w niej ten roślinny puch, twardnieje w orzech;

    to było dziecko małe, które wkołysali

    ciepłych swych ciał pomrukiem jak szelestem morza

    5

    w jej pełnię i dojrzałość, która równa ziemi

    ogarnęła i rosła rączkami drobnemi,

    zarysem ust różowych, roślinką maleńką,

    którą czuła pod lekko wyciągniętą ręką.

    „Wróć!” — wołała, a krzyk jej — cień niedotykalny,

    10

    pienił się w urnie nocy. Drzewa niebo niosły

    i jak rybak, co trąci nieostrożnym wiosłem

    tataraki i kwiaty podwodne ukaże,

    tak wiatr obłokom zwijał nachmurzone twarze

    i odsłaniały gwiazdy czystsze od pian bieli,

    15

    a w pokoju nadymał żagle złej pościeli,

    która czekała na nich, na ciał drzewny oplot,

    w którym by miłość ufna zamknęła się słodko.

    *

    ŻołnierzWłaśnie skończyli mówić. A Piotr, pełen troski,

    broń za pas wkładał i jeszcze raz spojrzał

    20

    na mapę nieruchomą; na białym papierze

    widział drzewa szumiące, zda się, każdy listek

    widział i domków senność. A jego żołnierze,

    jakby czując ten ciężar, co przy nim zawisnął,

    milczeli. Piotr każdemu dłoń szorstko uścisnął

    25

    i powstał. Jeszcze spojrzał na ich twarze ciche,

    które były spokojne i jak jezior wody

    wygładzone, a tylko w nich głęboko na dnie,

    jak złoto, które na dno jeziora upadnie,

    błyszczała moc i nieobjęta młodość.

    30

    Jeszcze wzrok chwilę wstrzymał i na Jana spojrzał,

    i jakąś niechęć poczuł, bo zdało się, dojrzał

    na dnie oczu błękitnych niepokój czy boleść.

    Milczał chwilę i ręce jak struny na stole

    sprężył, chciał wniknąć głębiej, chciał go myślą przebić,

    35

    może zeń lęk odczytać czy kruchość pragnienia.

    Artysta, ŻołnierzPiotr nie lubił go. Ten dziwny artysta,

    wielki, o płowych włosach, które mu jak płomień

    wytryskały na słońcu, twarz wysmukła, czysta,

    chłopięca prawie. Piotr dobrze pamiętał,

    40

    gdy Jan rozmawiał z nim w pracowni wielkiej,

    gdzie się wznosiły żywe bryły piękna,

    które Jan wznosił dłonią zwinną jak łasica,

    i dziwne maski chimer na żółtych policach[2],

    wydarte dłonią Jana już chyba nie z gliny,

    45

    ale z najgłębszej skargi człowieczej i winy.

    I widział Piotr, jak z dłoni Jana promień tryskał,

    palec wznosił w marmurze niebiosa, przyciskał,

    wiódł wolno, wyprowadzał i w oczach mu prawie

    wypukły wzrok posągu mienił się i krwawił.

    50

    Piotr był żołnierz. Nie lubił, gdy go łzy zakrztuszą.

    Sądził go jak kobietę, która z jego duszy

    łzy wydarła tajemną iskrą czynów obcych.

    *

    Ziemia drgnęła i nagle zerwali się chłopcy,

    słysząc łoskot motoru. Więc ruszyli cicho,

    55

    schodząc po wąskich schodach, jak do głębi śmierci,

    gdzie czekał ich samochód. A nad nimi wzdychał

    żagiel nocy ogromny jak lodowe piersi,

    które oddechem zdmuchną serca, serca wchłoną,

    a liście drzew muskały ciemne ciała domów.

    *

    60

    Stanęli nagle. Niżej szyny lśniły,

    jakby się wóz księżyca przetoczył po ziemi,

    tak srebra nalał w ziemskie koleiny wozów.

    Krzaki drgnęły i widać było skrzydła cieni —

    — ludzie to byli. Całe wzgórze grozą

    65

    zjeżyło się milcząco, kiedy tak czekali,

    jak sierść czarna, bolesna, koląca od stali.

    I myślał Piotr: Śmierć, Niewola«Ten szlak, po którym szumią

    jak deszcze smukłe wozy, tabory ciężarne,

    gdzie się czołgają chmury niepogód i suną

    70

    grudni nieboskłon sztywny, lipców burze skwarne,

    ten szlak, po którym płyną ludzkie zamyślenia,

    tych, którzy pożegnali, i tych, co witają,

    tych, którym jabłko krain złotych się otworzy,

    jest teraz traktem śmierci. Na kształt sinych nożyc

    75

    tną go straszne pociągi, po brzegi nalane

    ciałami naszych braci, o obliczach szklanych

    od bólu, i ciałami kobiet smukłych, które

    z miłości swych wydarte jak z niebiosów chmury,

    i włosy ich złotawe, zlepione krwią, stygną,

    80

    a po nocach chwytają w martwe palce widmo

    nadając mu imiona najmilsze, stracone…

    ModlitwaBoże — pomyślał — Boże, mocą natchnij, otwórz

    moje serce zmartwiałe, abym poczuł bliżej

    ten płomień, który niosę im, wolności ogień,

    85

    który nam stopy z każdym krokiem liże

    na tej ziemi rozdartej» — Wiatr nadpłynął cicho

    i Piotr usłyszał nagle, jak trawa oddycha

    pod jego piersią męską. Ustami do ziemi

    przypadł i głowę uniósł już zimny, wyniosły.

    90

    Widział: księżyc rozgarniał chmury płaskim wiosłem

    i żeglowało ciepło nieba, świat popielał,

    po brzegi wypełniony światłem; cień się przelał

    spod jego stóp. I wtedy z daleka usłyszał,

    jak się rozpruwa z wolna w krąg stojąca cisza,

    95

    jak szum daleki tryska jak siwy wodospad

    i na szynach z daleka ciemna lawa rosła.

    Wtedy skoczyli nagle. Ognia słup wytrysnął

    i jak spieniona grzywa pary huk do góry

    strzelił. Cisza. I łoskot. Jak żelazne sznury

    100

    szyny skręcone w górze zawisły. Grzmot runął.

    Masyw się w dół przetoczył. Tylko ognia runo

    drżało nad nim. Do broni! Jak rozgięte łuki

    skoczyli w górę. Wzgórze całe z niemi

    poderwało się nagle, odprysło od ziemi

    105

    i rozdzielone na sylwetek palce

    pełzało naprzód. WalkaJuż się gięli w walce:

    to przypadną i szable ostrych strzałów świsną,

    to z granatem w powietrzu bez ruchu zawisną,

    oczy szukają szybko, potem chmura tryśnie

    110

    i jeszcze większa ciemność jak obręcz uściśnie.

    Dopadli. Huk zaworów. Już więźniowie z góry

    skaczą. Zlewają ciała z ziemią. Nikną nagle.

    Powietrze wkoło syczy jak wzburzone żagle

    i pęka znów jak płótno. Cisza. Wtedy z boku

    115

    stoczył się grzechot strzałów. Schowane za brzegiem

    rozprutego wagonu, zabłysły złe hełmy,

    karabiny. A ognia płonącego wełny

    to opadną, to okryją łysk i świst złowrogi.

    Stanęli i przypadli, biała nitka trwogi

    120

    już ich dusiła w gardle, już bieg pękł w pół drogi,

    gdy się nagle z ciemności jak zjeżone rogi

    dwa cienie poderwały. To w górę, to na dół

    schylają się wśród biegu, na wietrze się kładą.

    Oni dwaj zapaleni jedną iskrą razem,

    125

    na dwu końcach torowisk, z granatami w ręku,

    w dymie skoczyli naprzód. Wtedy się ozwały

    salwy za nimi. Najpierw pojedyncze strzały,

    potem grzechot raz po raz jak sznur się naprężał

    i słoniły ich z boków proste, długie węże

    130

    pocisków. Już dopadli. Rzucili. Grom. Chmura

    krwawa z ziemi wytrysła i zastygła w górze.

    W dole złote cekiny jak płonące róże

    dogasały. I wtedy nagle, gdy już z wolna

    zbliżali się, OfiaraJan spojrzał i zobaczył z bliska,

    135

    jak się zza martwych desek cień ostry wynurza,

    bierze na cel. W ciemnościach widać: strzelec zmruża

    oko i w Piotra mierzy. Zanim pocisk pluśnie,

    Jan zerwał się. Zasłonił. Padł strzał jak klask nagły.

    Trzepnął dłońmi i w ciemność dwa ciała upadły.

    140

    Wielkie drzewa zerwały się jak ptaki z krzykiem

    i wiatr wystrzelił nimi swą ostatnią salwę.

    Ucichło. Poprawiali przy pasach rzemyki.

    Szczęk broni ładowanej. Świt się wtaczał wolno

    jak zasłona bojowa biały. Ptak zakrzyczał

    145

    długo, ostro, chropawo. Piotr patrzył daleko,

    tam, gdzie trzy drzewa nagie, jak krzyże nad rzeką,

    czerniały jak rysunek ślepej mapy śmierci,

    i czuł, jak mu się życie zsiada ciężko w piersi,

    jak dławi, chciałby wypluć, wyrzucić je z siebie.

    150

    Za późno już. Jan leżał. Powoli na niebie

    rozlewała się czerwień i na srebrnych krzakach

    łzy świeciły, jak gdyby ktoś przed świtem płakał.

    *

    W uliczce ciężki upał, jakby w szklane słoje

    powietrza ponalewał dzień żółtego miodu.

    155

    Maliny lśniły sztywno na grzędach ogrodu

    i ostry zapach śmierci wisiał nad pokojem.

    Piotr stał przy nim. Jan westchnął i oczy otworzył.

    Jego ogromne ciało, maleńkie już teraz,

    pod kołdrą, jakby obce było mu, zbyt ciężkie,

    160

    aby je udźwignęło jego serce męskie,

    twarz z wosku, gdzie minuty powoli mu ryły

    coraz to ostrzej źródła i wypukłe żyły.

    Duszno było i ciężar powietrza przymrużał

    usta, które co chwila otwierał, by mówić,

    165

    sufit drgający słońcem jak biała kałuża

    opadał mu na oczy, aż wreszcie głos schwycił,

    jakby to był smug wąski wiotkiej, krwawej nici:

    «Śmierć, Ateizm, ModlitwaPiotrze — mówił. — Już teraz trzeba gdzieś daleko

    iść, ja już nie jestem ciałem ni człowiekiem,

    170

    a jeszcze snem nie jestem. Piotrze, tak mi strasznie.

    Jestem pusty, a nie wiem, która chwila zacznie

    owijać mnie już śmiercią. Piotrze, żebym chociaż

    mógł uwierzyć jak owi, którzy w niebo wierzą,

    jak ogród, w którym kwitną obłoki niebieskie

    175

    zamiast kwiatów, a liny gwiazd napięte grają

    tak im do wtóru, aż w Bogu się stają.

    Ja, Piotrze, byłem martwy, zbyt mądry, ja w Boga

    nie wierzyłem, nie wierzę, ja jestem dom pusty.

    Ty módl, ty się módl za mnie, nim mi zgasną usta.

    180

    Sucho tak, taka susza, tak mi serce wyschło,

    módl się, nim spopieleje ze mną ciemne wszystko.»

    Zamilkł. Skwar wisiał, rozdzielał się w pnącze.

    W usta wkręcał się wolno, dusił, sprzęty łączył

    ogromnym, lepkim płótnem. «Śmierć, SynWiesz — mówił Jan dalej

    185

    takie złoto na niebie, a mnie ciemność pali,

    ja muszę odejść, muszę, ja… Maria urodzi

    syna. Słuchaj, nie — słuchaj, w tej ognia powodzi

    on nie zginie. Ty, Piotrze…» Tu mu usta wklęsły

    i nos jak wosk studzony zamierał w łuk ostry.

    190

    «Ty go, słuchaj…» Piotr ręce załamał i ciepła

    łza mu spłynęła do ust, czuł, jak mu zakrzepła,

    ogromna, coraz większa, gorąca, jak ołów.

    Skwar roztapiał przedmioty. Wielkie ciszy koło

    wirowało w milczeniu. Już się pierś szeroka

    195

    zapadła, miękka, zwiotczała i lekka,

    oczy zamknął. I ledwie drgała jedna powieka.

    «Módl się» — szepnął i opadł w cichy obłok snu.

    *

    I teraz Piotr zrozumiał, że Jan, gasnąc z wolna,

    jemu dał swoje życie i kazał je drążyć,

    200

    że małe ciałko ciepła, które się mozolnie

    stawało teraz dzieckiem, na dłoniach mu ciąży,

    że już pozostać musi i prowadzić czas,

    który mu Jan dał w serce jak życia sznur szparki.

    Wstyd go zdławił i osiadł łzą na gorzkie wargi.

    205

    I widział z dala przez okno nieboskłon,

    gdzie morze chmur dalekie nawisało cicho,

    i błagał. On nie umiałby tak zwykle, prosto

    wziąć śmierci własnowolnie jak kwiatu ciemności,

    on nie wiedział. Stał w niebie, jakby złoty kościół

    210

    skwar ciężki wybudował dla jego modlitwy,

    i błagał. On — on, który w dzień ostatni bitwy

    wietrzył lęk w oczach Jana. On żył, on pozostał,

    jego droga nikomu potrzebna, zła, prosta

    jak strzał karabinowy. Omen«Boże — błagał — Boże,

    215

    niechże się pąk niebiosów zielonych otworzy,

    niech spada jedna łza, łza, w której zobaczy

    Jan swoją duszę smukłą. O, niech mi wybaczy

    moje życie». Jan skonał i wtedy się chmura

    nasunęła jak zwierzę ogromne, i kropla

    220

    spadła w otwarte usta wyschłej, czarnej ziemi,

    nim się ulewa ciężka jak owoców potok

    nie przelała powałą, burzą, grzywą złotą.

    *

    Jan miał twarz napełnioną po brzegi milczeniem,

    światłem błękitnym, a w nim uśmiech dziwny

    225

    stał się, jakby mu nigdy nie śpiewała ziemia,

    i usta napełnione płynem niebios ciepłym,

    już zbawione, dalekie jak kwiat w ciszy — krzepły.

    I drętwiał Piotr u okna jak ostatni posąg

    umarłego rzeźbiarza — jego ciemne włosy

    230

    na twarz mu spadły i pluskał w przestrzeni

    głos jego serca czy głos smutnej ziemi?

    *

    Maria wtedy od okna odeszła, a drzewa

    biły wielkimi dłońmi, szumiała ulewa,

    jakby konie zerwane z ogromnej przestrzeni

    235

    tratowały zły całun pomarszczonej ziemi.

    Skrzypnęły schody. A ona uniosła

    dłonie swe niebieskawe, jakby ciężką wazę,

    w której cierpienie jej ciężko zastygło,

    i już tych rąk opuścić ani wznieść nie mogła.

    240

    Wiedziała. Wiał chłód niebios i szumiała trwoga.

    Przypisy

    [1]

    (W takiej ciszy słyszała, jak na godzin stopnie…) — tekst stanowi dłuższą, alternatywną redakcję końcowych partii utworu Wybór. [przypis edytorski]

    [2]

    police — półki. [przypis edytorski]

    Close
    Please wait...